Текст
                    4


POŚWIĘCONE
PTERATURZB, MATO I SZTOCB.
Tom I
od- N",-1^26.
imierz. Poezy
,aw. Pieśni ludu ź\
i Seweryn. Dwie\
Sonet).	\
,:sander. Dąb i PowójM 'ieniec z paproci i bra/,
'1 ^eliksa. Dwie m^
WARSZAWA
Wolno drukować, z warunkiem złożenia w Komitecie Cenzury, po wydrukowaniu prawem przepisanej liczby egzemplarzy.
Warszawa, dnia 18 (30) Grudnia 1865 r.
Cenzor, J. Błeszczyński.

&
E 5002J5


SPIS RZECZY
ZAWARTYCH W TOMIE Im. KŁOSÓW
od I Lipca do 31 Grudnia 1865.
Życiorysy.
1	stronica
Dawison Bogumił, przez Jana Królikowskiego.	198, 213
Malinowski Mikołaj, przez K. Wł. Wójcickiego.,	99
Nowakowski Józef, przez Władysława Wiślickiego.	.145
Palmerstoń Henryk Jan Tempie, przez Leona Rogalskiego.	205
Sealsfield Karol, przez F. H. Lewestama.	116
Skarbek hr. Fryderyk, przez K. Wł. Woj- .
cickiego.	18
Wielogłowski Walery, przez K. Wł.
Wójcickiego.	.	233
Ludwik Panczykowski przez Mirona.	296
Powieści.
Żeliga, powieść J. I. Kraszewskiego. 2, 13, 26, 38, 61,74,85,98, 110, 121, 133, 146.
Spełniona klątwa, ustęp z pamiętników
Fryd. hr. Skarbka.	50
Małżeństwo starej daty, przez H.	157
Przygody pana Jacentego przez Zyg-
munta Wójcickiego.	200,211,221,
244, 272
Fragment, przez Waleryę Morzkowską 253, 278,282 Postacie z Latarni Cżarnoksięz.kiej:
I. Egerya i Dafne, przez Feli-cyana Faleńskiego.	293
Morderca, Albertyny Benouf.	33, 47, 58
Dzień bezjutra, powieść Juliusza Sandeau.	63, 77
Edward Wiliam Pritchard'.	95, 99
Pan Anglik, powiastka KarolaDickens’a.	135
Alchemik XVIII wieku.	166, 178
Pochodnia.	170
Człowiek z piasku. Powieść Hoffmana, przekład Felicyana.	189, 201, 214
Epawi, ż dziejów życia amerykańskiego pani Charles Reybaud, przekład zfrancuzkiego przez J. Belejowską. 230,248,257, 269, 287
Henryk Gibson, epizod z ostatniej wojny amerykańskiej, przez M. G.	218
Powieści różowe , Trueby, przekład z hiszpańskiego.	297, 305
Literatura Dramatyczna.
Henryk IV dramat Shakespeare’a; przekład Józefa Paszkowskiego.	6, 21,
40, 52, 88, 103,111, 129
Lekarstwo, komedya w jednym akcie wierszem Fryd. hr. Skarbka. 182, 194, 206
Przegląd Piśmiennictwa.
Przegląd Literatury Krajowej: Wincentego Pola. Stryjanka: tradycya szlachecka Jmp. Benedykta Winnickiego. (Warszawa 1861 r.); He-
tmańskie Pachole (Dwa tomy. stronica
Warszawa 1862), przez F. H. Lewestama.	19, 45, 68
Do Redakcyi Kłosów, przez Floryana .
Czermińskiego.	279
Przegląd literatury zagranicznej:
Powieść współczesna w Niemczech, przez E. Sulickiego.	56, 79
Przegląd literatury Angielskiej:
Historya. Powieść.	132, 141,
151, 177, 235
Studya literackie.
Myty Greckie; studyum Kazimierza Raszewskiego.	66,82,90
Słówko wstępne do przekładu dramatu
Shakespeare‘a Henryk IV, przez F. H. Lewestama.	4
Stepy, przez Zygmunta'Komarnickiego	162
Życie artysty (Antoniego Oleszczyń-
skiego) przez Sewerynę z Żo-
chowskich D.	9, 23, 43, 59
69, 93, 118
Słówko wstępne do przekładu poematu
Lorda Byrona p. n. Czajld-Harold przez F. H. Lewestama.	139
Dante Allighieri i jego illustrator Dore
przez F. H. Lewestama.	148
Miguęl de Cervantes Saavedra, szkic b ijograficzno-literacki przez F. H. Le-. westama.	265, 286, 301
Poezye.
Bogusławski Stanisław. Kochanek upio-
rem, fragment cmentarny.	125
Brodziński Kazimierz. Poezye Ulotne,	52
Brzoza Bolesław. Pieśni ludu z nad Niemna. 311 Goszczyński Seweryn. Dwie .Gwia-
zdy (Sonet).	135
Groza Aleksander.	Dąb	i	Powój.	285
Na wieniec z	paproci i	bratków	301
Jezierskiego Feliksa. Dwie matki (z Schel-
ley’a).	162
Czary.	187
Pogorzelec.	208
Unicka Marya. Czego ty smutna? (z Te-
ńyssona).	146
Korsak J. Boska Komedya Dantego.	272
Kraushar Aleksander. Z księgi pieśni
Heynego.	63
Sieroty.	114
Krauze Fryderyk. Pielgrzymki Czajld-
Harolda, przekład.	139, 152,175,
202, 227, 238, 251
Lenartowicz Teofil. Wiersz do Album.	170
Veder Napoli e poi mori.	255
, Łukomski Jan, Ostatni poeta (z An. Gruna).	311
Miron. W Katedrze Gotyckiej.	99
Strącone gniazdko.	121
Powrót do wioski.	177
Bal Dziadowski- w dzieii zaduszny.	233
Wenecya.	234
Ballada.	244
Spotkanie (z Soularego).	265
stronica
Miron. Don Juan w trzech pieśniach. -	276
Pol Wincenty. Karta do Album.	13
Na Czoło zbioru autografów.	43
Sielanka.	194
Prusinowski Jan. Lore-Lej (zHeynego).	18
Z Księgi pieśni Heynego.	79
Urbański. Z Hejnego obrazów z podróży.	218
Witalis Socha. Łza.	138
Wyjątek z Piekła Dantego, przezF.H.L.	261
Wspomnienia z przeszłości, pamiątki historyczne i opisy miejscowości.
Łowy z Sokołem, przez K. Wł. Wojnickiego.	16
Jan Długosz nauczyciel dzieci Kazimie-
rza Jagielońozyka,	tegoż.	257
Babia góra, tegoż.	25
Ulica Piwna w Warszawie,	tegoż.	37
Szałasy pod górą Pyszną w Tatrach, tegoż.	74
Stare domy na podcieniach w Piotrko-
wie, przez W. Gersona.- ’	92
Kaplica cmentarna w Krakowie, przez
Ambrożego Grabowskiego.	97
Dom Esterki w Opocznie, przez K. Wł.
Wójcickiego.	111
Obecny wzrost miasta Łodzi, przez Ada-
ma Wiślickiego.	115,131
Meczet Tamerlana w Turkiestanie, J. G.	127
Tunel pod Alpami.	170	.
Bobrowniki.	229
Płock, przez K. Wł. Wójcickiego.	.	217
Brama Krakowska w Warszawie, przez
• K. Wł. Wójcickiego.	2*^3
Z pola literatury i sztuki.
Święta Rodzina, podług obrazu A. M. de Tobar.	49
Nowiny z pola sztuki i starożytności, przez J. Łepkowskiego.	35
Posąg dla Jana Kochanowskiego, przez Adama Wiślickiego.	93
Do Redakcyj Kłosów: projekt pomnika dla Jana Kochanowskiego.	115
Wincenty Smokowski, przez K. Wł. Wójcickiego	140
Wystawa obrazów Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Królestwie Polski em przez J..K. Turskiego.	 198, 210
Podania i typy ludowe.
Fantastyczne postacie ludowe, przez K. Wł. Wójcickiego: Śmierć i Bieda str. 28. — Bieda chłopska str. 29. — Bieda i nędza pańska str. 30. — Rusałki leśne str. 50. — Rusałki wodne str. 5 -- Jurata, królowa Czeltic str. 76. — Latawiec str. 181. — Wilkołak str. 193. — Strzyga str. 284. —- Dziadora futornik str. 189.
Podanie ludowe z podnóża Karpat przez St. Sobieskiego.	str. 303
'    Ł

Podróże.
stronica
Wolskiego Kaliksta. Podróż po Stanach
Zjednoczonych Ameryki. 159,171,184,
234,241, 274,
290.
Przegląd teatralny, muzyczny i kronika miejska.
Lara, Eljasz, przez Stanisława Dunie-ckiego.	10
Afrykanka Meyerbera. Ryszard Wagner, jego życie i krótka ocena jego ostatniej opery: Try stan i Izolda, przez tegoż.	.	31
Bilse i jego orkiestra, przez Władysława Wiślickiego.	107
Dziesięć cór na wydaniu, opera komiczna., przez tegoż.	 130
Straszny dwór, opera St. Moniuszki, przez tegoż.	165
Słówko o wydawnictwie muzycznem u nas, tegoż.	71
Przegląd teatralny, przez F. H. Le-westama:
Wstęp. Zemsta za mur graniczny,
A. Fredry. Wystąpienie gościnne
p.Szajerow sza w roli Gześnika.	91
Popielnica, komedya Oktawiusza Feuillefa.	143
Dawison w Warszawie.	155
Pan Geldhab, A. Fredry.	165
Adakjda Ristori w Warszawie.	188
Sz ika przypodobania się. Szklanka wody. 37 sous.	236
Sztuka i handel, K. Raszewskiego.	266
Pierwej mama, komedya Józefa Korzeniowskiego:	303
Miejskie pokłosie.	9
Miejskie pokłosie, pr^ez Felioyana. 237, 259
Kcrespondencye Kłosów.
Kronika Lwowska, literacka, naukowa
i artystyczna.	10, 108, 225
Z Brukselli. ~	46, 142
Z Drezna, przez J. I. Kraszewskiego.	262
 irespondencya ze Lwowa.	127, 180, 291
Z Paryża, przez W.	262
Do Kłosów, przez Janka Korabicza.	151
Do Kłosów, przez Mirona.	165
Wiadomości z Londynu.	131
Płowe wynalazki.
fotografia Salonowa, systemu Dubronie-go z 10 drzeworytami, przez Marcina Olszyńskiego.	94
stronica
Ross Wilsoński młyn patentowany zko-nicznemi kamieniami.	179
Młocarnia parowa Borroscha iEjchmana.	251
Rozmaitości.
Drobnostki humorystyczne.	32
Fryderyk Bachstrom-, przez K. Wł.
Wójcickiego.	71—83
Delegaci z gminy Olahfalu.	103
Historya Kaczki.	117
Uroczystość smoka w Kochinchinie, przez M. G.	264
Uliczny przemysł Londynu tegoż.	285
Pobratymstwo.	289
Tombola albo Loterya rzymska.	291
Rozmaitości.	117,143,191,216,
252, 311
Gospoda Słowaków.	302
Ryciny.
Dore Gustaw. Piekło Dantego. 148,149,261,272
Eljasz Walery. Jan Długosz nauczyciel dzieci Kazimierza Jagiellończyka.	257
Gerson Wojciech. Fr. hr. Skarbek.	17
Rusałki leśne.	52
Rusałki wodne.	53
Antoni (Reszczyński.	61
Jurata królowa Czeltic. .	76
Domy na podsieniach w Piotrkowie.	92
Mikołaj Malinowski.	100
Latawiec.	181
Wilkołak.	193
Widoki Płocka.	217, 220
Bobrowniki.	229
Strzyga.	284
Brama Krakowska w Warszawie.	293
Głębocki Adryan. Święty Wojciech.	77
Kamińsk Bronisław. Illustracye do Henryka IV. Szekspira.	45, 40, 41
Bieda chłopska.	28, 29
Kostrzewski Franciszek. Zasady XIX wieku.	8, 68
Do czasu dzban wodę nosi.	20
Wesele wiejskie z okolic Warszawy.	101
Roskosze letnich mieszkań pod
Warszawą.	116, 128
Polowanie.	152
Wielbiciele Blondina w uniesieniu.	157
Małżeństwo starej daty (cztery illustracye).	160,161,164
Przygody pana Jacentego (dwadzieścia siedm illustracyj). 200,212,221, 224, 245, 248, 273, 276
Pogorzelisko.	208
Żółkowski w roli Geldhaba.	236
Ballada.	244
Przy straganie.	265
stronica
Kostrzewski Fr. Rychter i Królikowski	
wkomedyi K. Raszewskiego: Sztuka i Handel.	269
Konkury Gucia.	288,297,300,312	
Oleszczyński Antoni. Święty Floryan.	85
Domek Esterki.	109
Oleszczyński Władysław. Posąg dla Ja	
na Kochanowskiego.	244
Olszyński Marcin. Piwna ulica w War-	
szawie.	37
Pillati Henryk. Loterya fantowa w	
ogrodzie Saskim nr, korzyść ubogich.	1
Astronomia popularna.	32, 44
Mędrcy XIX stulecia.	56, 80
Dzień bez jutra (cztery illustr.)	64, 65
Wozy życia.	88, 89
Kochanek upiorem. Kopja z obrazu J. Kossaka: Stado	125
koni.	281
Rudzki. Bal dziadowski.	232
Lato w Warszawie.	260
Schouppe Alfred. Babia góra.	25
Szałasy pod gć1 ‘ą Pyszną w Tatrach.	73
Dolina Białki, szczyty nad Nur-	
skiem okiem.	113
Smokowski Wincenty. Tabaczarze;	140
Powrót do wioski.	176
Powrót ze spaceru.	264
Sypniewski F. Łowy z sokołem.	13, 16
Dziadora futornik.	188
Pan Anglik (trzy illustracye).	133, 136
Lnd. Panczykowski.	296
Szermentowski Józef. Sieroty.	112
Strącone gniazdko. .	121
Widok Pireneów od strony Hiszpanii.	• 253
Suchodolski January, Przejście przez	
Berezynę w r. 1812.	308, 309
Tegazzo. Józef Nowakowski.	145
Adelajda Ristori.	188
Palmerston.	205
Spotkanie.,	265
Thibot Teodor. Święty Sebastyan mę-	
czennik.	241
Tobar (de) A. M. Rodzina święta.	49
Zalewski Br. Konie zbiegano Kossaka.	305
Kaplica cmentarna w Krakowie.	97
Szeklery.	104
Meczet Tamerlana.	124
Abdelkader w Tuilleries.	137
Góra Cenis, 5 klisz.	169, 172, 173, Most na Isle Adam. Bogumił Dawison w 17 celniej-	184, 185 196 197
szych rolach.	
Obchód pamiątkowy na Bosforze.	209
Uroczystość smoka w Kochinchinie. Cerwantes.	25J 264
Uliczny przemysł Londynu.	285

Prenumerata w Warszawie: Rocznie rs. 8; półrocznie rs, 4, kwartalnie rs. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.
Warszawa, 1865 r.
Prenumerata na prowineyi i w Cesarstwie: Rocznie rs. 10, półrocz.rs. 5, kwartał, rs. 2 k, 50.
Koperta oddzielna rs. 2 rocznie.
TOM 1.
TREŚĆ: Żeliga, powieść J. Ig. Kraszewskiego—Henryk IV, dramat W. Shakespeare’a, przekład J; Paszkowskiego; poprzedzony słowem wstępnćm przez F. H. L.—Życie Artysty, przez S. z Ż. D.—MiejskiePokłosie — Kronika Muzyczna: Lara i Eliąs^ przez	^^^cznu.i.Uterackh^.^..^ ć iyń y : ^LoterysT w Saskim ogrodzie,
Bronisława Kamińśkiego.-—ZasadyXIX-go wieku; szkice humorystyczne Fr. Koslrzewskiego.	-
LOTERYA FANTOWA W OGRODZIE SASKIM NA KORZYŚĆ UBOGICH, podług rysunku Henryka Pilatego. (Str. 9)
ŻELIGA.
POWIEŚĆ
Józefa Ignacego Kraszewskiego-
Ów człowiek podżyły już, którego znano w Chełm-skiem pod imieniem Żeligi, a o którym później tak dziwne chodziły wieści, że je nieledwie za bajki poczytać było można, przyszedł cale niespodzianie do państwa Barcińskich do Barcina i przyjęto go zrazu jako podróżnego na nocleg wedle starego obyczaju i dawnego przysłowia „gość w dom, Bóg w dom.” Cóż dopiero, gdy tym gościem był człek zmęczony drogą, potrzebujący wypoczynku, ubogi?
Żeliga przyszedł pieszo, z kijem w ręku, tłómacząc się tern, że mu szkapa w drodze zdechła, a innej nie trafiło się kupić, lub się z niemi, korzystając z jego biedy, nad miarę drożono. A że naówczas szlachcic ze szlachcicem, bądź co bądź, zawsze z sobą byli krewni i składali wszyscy jakby jedną rodzinę, choć przybyły niebardzo jasno ze swych kolligacyj i pochodzenia się tłómaczył, z jego rozmowy poznać było można, że nie ladajakim był karmazynem.
Mienił się on być obywatelem województwa Kijowskiego, ale szczegółowo opowiadać się wzdragał, jak i po co wywędrował ztamtąd i przybył w Lubelskie. Przyciśnięty mocniej, począł nawet prosić, aby go o nic nie badano, gdyż ślub był uczynił o tych sprawach nie mówić nikomu, a łamać go nie chciał. Szanując to zobowiązanie i p. Marcin Barciński i pani Marcinowa, już mu dali pokój i o nic więcej nie dopytywali.
Wieczór spłynął na bardzo miłej gawędce, gdyż podróżny mimo pozornej i ubogiej powierzchowności miał o czem mówić i widział dużo świata, jak się to z jego rozmowy okazywało. Wyznaczono mu bardzo porządną izbę w oficynie na nocleg, a nazajutrz rano miał w dalszą wyruszyć drogę. Pożegnał się był nawet z gospodarzem ,i gospodynią z wieczora, pragnąc odejść o świcie, ale i pan Marcin się temu oparł stanowczo i pani Marcinowa, rada że tak miły gość .przerwał tęskną czasem wiejską samotność, która zdawała się ciężyć niekiedy panu Barcińskiemu.
— Ale proszęż cię, miły panie a bracie, odezwał się do przybysza, jeśli cię tam nic w szyję nie pędzi, po cóż się masz zrywać do dnia, wypocznij sobie do woli.
— I bez ciepłego śniadania nie uciekajcie mi proszę, dodała Jejmość, każę wam piwa grzanego przygotować, bo ranki bywają dobrze chłodne.
Gdy wyszli na ganek, bo gospodarz choć ubogiego gościa odprowadzał sam na kwaterę, aby się przekonać, jak mu tam nocleg przysposobiono, przystanął pan Marcin i szepnął cicho do Zeligi, ujmując go za rękę:
— Słuchaj bracie kochany, ja się tam Wraszmości o nic nie dopytuję, ale nie będziecie mi mieli za złe, gdy się dowiem, czy jesteście przy zapasie? bo to w drodze mospaneńku wyczerpuje się.!.. niema w tern wstydu, między swojemi, hodie mihi, óras tibi. Nie jestem ja bogacz, ale tern lepiej ci znam'ludzkie potrzeby. Gdybyś był łaskaw, a przyjął odemnie kilka talarów na wypadek.... bardzoby mi służyć wam miło było.
Że tam jakoś w izbie trochę ciemnawo było, nie dostrzegł pan Marcin, jakie wrażenie te wyrazy uczyniły na Żelidze, ale uściskał pana Marcina serdecznie i zawołał głosem wzruszenia pełnym:
— Bogdajby się nam tacy ludzie na kamieniach rodzili, ze złotemi sercami braterskiemi, jak Wasze. Bóg wam zapłać.... nie! nie! chwała Najwyższemu, mam jeszcze tyle grosza ile mi go potrzeba... przyj-mijcie dzięki serdeczne.
W oficynie znalazło się posłanie wygodne i co tylko mógł potrzebować podróżny; Żeligń był atencyą gospodarzy dla ubogiego włóczęgi, prawie rozrzewniony.
— Ale cóż to wy, rzekł ze łzami w oczach i głosie, tak biednego człowieka porządnie przyjmujecie, dla mnie byle kątek, byle barłóg, abym się tam jako tako przespał, to i dosyć ... a wy jak jakiego wojewodę w te kotary mnie kładziecie, człek się tylko tern popsuje i rozpieści.
— Mój bracie, odezwał się pan Marcin, powiem ci rzecz jednę. Gdy do mnie wielki, a znaczny gość jaki zawita, nie tak znów ja bardzo troszczę się o niego; ma on z sobą swoją służbę, pościele i sam się też pieści, da sobie rady, mnie o to głowa nie boli; ale uboższemu bratu posłużyć, to prawdziwa gościnność, bo o nim nikt nie pamięta, bo on sam. o siebie niewiele się troszczy, a ludzie też nasi niezbyt śpieszą, gdzie się datku nie spodziewają. Temu to wygoda należy od nas, bo się o nią nie upomni, a więcej jej potrzebuje.
Żeliga ukrywał wrażenie, jakie te wyrazy czyniły na nim, pożegnali się oba, czując ku sobie skłonność. P. Marcin w istocie, był człowiekiem rzadkiego serca.
Nazajutrz rano jakoś mżyło, deszczyk popruszał, dzień był wilgotny, wstał do dnia pan Marcin i zaraz poszedł do oficyny!—zastał właśnie gościa nad stołem odzianego już, bo mu była Jejmość troskliwa przysłała piwa grzanego z dobrem! grzankami. Powitali się oba wesoło.
— E! słuchajcie, rzekł gospodarz, gdzie Waśćtam po tej ślizgocie i po błocie będziesz się wlókł, odpo-cznij dzionek z nami, mamy na obiad barszcz z rurą i flaki... bośmy wołu zabili... zjesz co Bóg dał... i siły nabierzesz...
Żeliga nie dając się długo prosić, przystał na to. Okazało się, że dobrze zrobił, bo się jakoś zaniosło na srogą niepogodę, ranny ów deszczyk wkrótce zmienił się na szarą słotę, na kapuśniaczek, który u nas zwykle trzydniówkę wróży.
Poszli więc potem z panem Marcinem na gawędę do dworu, przegadali o tern i owem nie spostrzegłszy się cały czas do obiadu, a po barszczu i flakach z majerankiem, które były przedziwne, grali w warcaby do wieczerzy. Wieczorem, gdy znowu począł się żegnać i dziękować państwu Marcinostwu za gościnność Żeliga, spodziewając się, że nazajutrz choć cokolwiek się rozjaśni, pani Marcinowa, żwawa kobiecina, ani mówić nie dała o odejściu, jeśliby pora nie była po temu. Rada była niezmiernie, że jej męża rozruszał i rozweselił, i że Jegomość ani drzemać we dnie, co jest rzecz po obiedzie nie zdrowa, ani gderać, ziewać i w szybę palcami bębnić, przeklinając słotę, cojest rzecz nudna, nie okazywał ochoty.
A godzili się z sobą cudbwnie, jakby lata przeżyli.
— Co do waszego jutrzejszego wyjścia, odezwała się pani Marcinowa, dając mu rękę do pocałowania, szeroko o tern Dawid pisał... zobaczemy... zobaczemy... tym co powozami przyjeżdżają, koła zdejmują, a pieszemu gościowi, postawimy wartę i będziesz Jegomość w areszcie... abyś się na deszcz nie wyrywał.
Nie dziw, że się Żeliga powszechnie podobał wszystkim, bo choć per pedes apostolorum się przywlókł i nie zbyt wspaniale w szaraczkowej kapocie wyglądał, poznać było łatwo, że człek niepospolity, otarty ze światem i koło wyższych klamek, dużo widział, słyszał, zapamiętał, doświadczył i myślał, miał też co powiedzieć i na podziw do rzeczy. Całej rzeczypospo-litej familje, ich kolligacye znał na palcach, kto kogo rodził, kto z kim był spowinowacony; ludzi znakomitszych, zdaje się, że osobiście nawet i poufale miał gdzieś zręczność wybadać i stosunki krajowe, politykę, nawet zagraniczne państwa i panujących ilekroć wspominał, to tak, jakby się o nie otarł, sądził jak prawdziwy statysta. Rzucił też czasem i łacińskiem słowem w rozmowie i sentencyą jakąś, znać uczył się i czytywał. Słowem, pod tą szaraćzkową kapotą, ciężko się było co podobnego spodziewać.
Mimowolnie też czuli gospodarstwo dla tego ubożuchnego wędrowca jakieś poszanowanie, choć był skromny nader, potulny, a wszędzie się ostatniego miejsca dopraszał. Trzeciego dnia wstał Żeliga rano i przekonał się ze smutkiem, że co wczora mżyło tylko, dzisiaj już lało. Naprawdę, pieszemu człowiekowi ruszyć się nie było podobna—psa by za wrota nie wypędził. Aż nadszedł znowu i gospodarz do oficyny pod ogromnym na trzcinie osadzonym parasolem, śmiejąc się ze swojego gościa, który na wszystkie strony przez szyby upatrywał pogodniejszego kąta na niebie.
— A co, rzekł, nie dobry ze mnie prorok? nie widzisz asindziej, że leje jak z cebra? a ja Jegomości mówię, że to jeszcze jutro tak będzie.
— O! niechże Pan Bóg uchowa! zawołał Żeliga ręce składając.	>,
— Pewien jestem, że dopiero pojutrze rano wy-bierze się na piękną pogodę. Księżyc się opłukuje, potrzeba mieć cierpliwość.
— Ale ja tu państwu łaskawym dobrodziejom moim załogą jestem ... zawołał skłopotany przybysz.
— No! no! dajcie temu pokój! to nam wiedzieć.... moja Jejmość aż się śmieje z radości, a co ja o sobie to już nic nie mówię. Chodź asindziej do mnie na śniadanie i nie mówmy już o tern.
Stary spojrzał niespokojnie przez okno, ale niebo całe powleczone było jakby jednym szarym obłokiem, ani nadziei, żeby się rychło rozjaśnić mogło, wiatru najmniejszego, a deszcz nie padał, ale lał spokojnie z chmur prostopadłemi strugami na ziemię. Ledwie pod parasolem wielkim dostali się się cało do dworu. Dosyć, że i ten dzień przegawę-dzili wesoło: nad wieczór przeciwko przepowiedni pana Marcina, z wielką gościa pociechą, trochę się obłoki rozstępować zaczęły i deszcz niby ustał, słońce zaszło jaskrawo, ale zachodząc, jak to u nas zowią, obejrzało się. Pomarańczowe jego promienie cudownie ozłociły całą okolicę, obmytą świeżo ulewą, co widząc Żeliga, który jako pieszy podróżny, a zapewne niegdyś i gospodarz, znał się na pogodzie, pokręcił głową na to i zarówno z p. Marcinem zmiarkowali, że nazajutrz znowu deszcz padać musi. Tak się też stało, zrana było pochmurno, wietrzno, chłodno, dżdżysto, nie ruszył się jeszcze i tego dnia Żeliga, wielce upokorzony tern, smutny i milczący. Grali gawędząc wmarya-sza, na zdrowaśki zaduszę zmarłe. Dopiero z południa dobrze rozeszły się chmury ostatecznie, błękit niebios zasiany złotymi obłoczkami się pokazał, i już śmiało wróżyć można było, że podróżny wyruszy nazajutrz rano.
Tak nawet zrobiło się pięknie, że siedli w ganku z p. Marcinem i tu im p. Agnieszka przyniosła wódeczkę, pierwszą przed wieczerzą. Miał bowiem zwyczaj p. Barciński, zresztą nie lubiący trunków, pijać przed jedzeniem dla konkocyi dwa kieliszeczki małe wytrawnej, gorzkiej gdańskiej wódki, ale jeden na pół godziny wprzód, drugi siadając do stołu. Przepiwszy nim do Żeligi, a zakąsiwszy kawałeczkiem toruńskiego. piernika, uścisnął gościa swego.
— Ej kochany Żeligo, rzekł, co cię tam tak korci ta dalsza droga, powiedz bo mi szczerze? masz tam co tak pilnego?
— Pilnego tak dalece, odparł Żeliga, Bogiem, a prawdą nie mam nic, ale muszę iść.
— Po co? Jak Pana mojego kocham, zawołał Barciński, tak mi z Jegomością dobrze, wesoło, jakby mi Pan Bóg rodzonego dał brata, Jejmość także z Wasze-ci kontenta... wszyscy w domu radzi, łaskę nam prawdziwą zrobisz, gdy u nas sobie jakiś czas spoczniesz i przemieszkasz... daj się namówić i uprosić.
Żeliga się uśmiechał, ale łzy w oczach mu stały.
— Co wam z takiego jak ja niedołęgi? rzekł powolnie, na co ja wam się zdam darmozjad i nudziarz.
— No! no! to już nam wiedzieć! począł p. Marcin, cicho! cicho! mówię wam zabawcie, spocznijcie, a gdy się znudzicie, toć to nie turecka niewola, pójdziecie gdy zechcecie.
Tak został Żeliga na tydzień, z czego pani Marcinowa nadzwyczaj była rada, a po tygodniu, choć ubogi węzełek podróżnego stał jeszcze zawsze nierozpa-kowany, jakoś już mowy o podróży dalszej nie było. Dziwnie bo podróżny ów przystał do tego domu i ludzi, a tak prędko zrósł się z niemi, jak gdyby się tu rodził lub do rodziny należał.
Cóś tak upłynęło bodaj czy nie parę miesięcy. Żeliga przyjęty po bratersku, jak brat się też wysługiwał państwu Barcińskim, a nie był to człek prosty i nie taki próżniak jak najczęściej rezydenci, co się tylko w godzinie stołu regularnie do talerza stawiali. Znał się na wszystkiem bardzo dobrze, a szczególniej na koniach i stadzie, lubił też ogród i myśliwstwo, miał mnóstwo znać z doświadczenia nabytych sposobów i recept skutecznych na końskie słabości i różne łowiectwo znał doskonale, a ze psy, ogarami, ba i ptakami, umiał się obchodzić jak nikt. Do gawędki też i opowiadania starych dziejów nie miał .sobie równego, słowem był to nieoszacowany przyjaciel w domu, a co dziwniejsza nietylko u państwa, ale u czeladzi i najmniejszego człowieczka umiał sobie miłość zaskarbić.
Najczęściej się trafia, że gdy się nowa postać zjawi we dworze, szukają na niej plam gwałtem, boją się ulubieńcy stracić trochę miłości pańskiej, zazdrośnie patrzą starsi słudzy, szepczą, donoszą i usiłują czernić. Kto zna domowe sprawy wiejskiego dworu i życia, ten wie jak tu każdy nowy przybysz szpiegowany jest
3
przez oczów tysiące, jakby radzi wszyscy co przeciw niemu wynaleźć. Nie minęło to i p. Żeligę, ale ci co się nań usadzili ze wstydem odeszli, bo przy najściślejszej pilności nic znaleźć nie mogli, coby mu w o-czach' państwa krzywdę robiło. I jak to zawsze po takich próbach bezskutecznych bywa, zmuszeni do poszanowania ludzie, nizko się już kłaniali Zelidze, który niżej jeszcze im się odkłaniaó miał zwyczaj.
Ale bo też przeciwko temu biednemu człowiekowi trudno było coś wynaleźć, tak życie jego było jawne, a czyste, tak niezmoźonej był cierpliwości, pogody umysłu i wesela niezachwianego. Źle się może wyrażam zowiąc to weselem, wesołym bowiem właściwie mówiąc nie był Żeliga, prędzej tęsknie zamyślonym, ale w mowie jego nigdy się ból ten wewnętrzny uczuć nie dawał. Ludziom zdawać się mogło, gdyby mu w oczy i na czoło nie patrzyli, że był najszczęśliwszym. Dopiero, gdy pozostał sam na sam, a z boku nań kto popatrzał z nienacka, wydała się posępna myśl na sfał-dowanem czole. To pewna, że cóś na duszy tego człowieka leżało, nie świeża to snąć rana była, ale bolesna. Panował on nad sobą, ale wysiłek niekiedy się zdradzał; zamyślał się głęboko, nie słyszał co doń mówiono, chodził posępny, a w tych chwilach pogrążenia dziwne mu się trafiały dystrakcye. Przybierał minę jakąś butną, pańską, siadał napierwszem miejscu, wyrwało mu się słowo rozkazujące, ale oprzytomniawszy, sam się z tego śmiał i przepraszał. Gdy go co zniecierpliwiło, mieniła mu się twarz straszliwie, ręce dygotały, mimo to, z zaciśniętych ust, słowo się nigdy gorętsze nie wyrwało.
Po dłuższym pobycie u Barcińskich, sam p. Marcin i żona, polubiwszy go jakoś, próbowali nieraz wybadać coś od niego z przeszłości, napróżno jednak, albo ich zbywał żarcikami, albo usiłował zmienić rozmowę, lub milkł zupełnie. Więc też dali pokój, przekonywa-jąc się coraz mocniej, że tam niezagojona była-blizna, której się dotykać nie dopuszczał.
Gdy się już miało ku zimie, wieczorem raz, a była W pokoju u komina i pani Marcinowa i on sam, stanął Żeliga przy oknie i rzecze:
— A toć by już przecie czas dalej.
— O czem to mówicie? zapytał p. Marcin.
— Domyśleć się łatwo, bo to zawsze jedno po gło-wie mi krąży o mojej podróży.
Aż w tern p. Marcin śmiać się począł.
— Jużbyś temu dał pokój, zawołał rubasznie, po cóż ci to, co znowu zakorciało? zapomnieliśmy i my, żeś Waszmość obcy i wy powinniście już byli zapomnieć, że to był dom cudzy, trzymajmy się tak kupką, kiedy nam dobrze ... Bo że nam dobrze, dodał, to kwestyi nie ma, chybaby...
— Ale cóż znowu? mnie tu z wami jak w raju, podchwycił Żeliga, ale kiedy kto wnijdzie w raj a prawa do niego niema... toż kiedyś wyjść musi, albo go w końcu wyżeną.
— Ani mi mówcie o tern, przerwała żywo pani Marcinowa, z właściwą sobie prędkością, bo była kobieta szparka, otwarta i brzydząca się wszelką obłudą.
— A to pięknie! a toćbyśmy z tęsknoty po was wszyscy pochudli, pozagryzali się, pomarli, przecież nie chcesz nam być przyczyną śmierci. Mój Marcin za Waszmością przepada, ja się aż wstydzę, żem się tak do was przywiązała, Justysia już płacze na samą groźbę, a cóżby się dało powiedzieć i o innych...
Tu odchrząknęła, było to wielkiego znaczenia i bodaj czy się nie stosowało do wielkiej przyjaźni pana Żeligi, dla panny Agnieszki, o której niżej się powie.
Bzy w oczach stanęły znowu biednemu Żelidze, począł po rękach całować panią Marcinowę, a p. Marcin go ściskać, i Justysia się też uczepiła mu do rękawa. Tak się to na niczem skończyło, że potem długo już wcale o podróży wzmianki żadnej nie było.
I ta izba, którą mu byli pierwszego dnia dali na nocleg, została już nadal jego mieszkaniem: nazywano ją nawet pokojem Żeligi, bo choćby najparadniejszego w domu miał gościa p. Barciński, nigdy ztamtąd przyjaciela ruszyć nie pozwolił.
Dziwna też rzecz, dawniej w gospodarstwie różnie się wiodło, a nie bardzo szczęśliwie państwu Marcino-stwu, odkąd zaś przybył do nich nieznany człowiek, wszystko poczęło iść jak po maśle. Czy to, że teraz dozór był pilniejszy, bo Żeliga nie mając co robić, ciągle się włóczył od kąta do kąta, czy że zdrowej nie skąpił rady, czy, że z sobą istotnie przyniósł jakieś błogosławieństwo Boże, dość, że skutek ten od czasu jak zamieszkał w Barcinie był bardzo widoczny i wszy
scy to uznawali. Ale gdy czasem p. Marcin śmiejąc się coś o tern przy nim wspomniał, Żeliga się obruszał.
— Dajcież pokój, dajcie pokój, mówił, jak może człek z sobą to przynieść, czego nigdy w życiu nie miał?
Do Barcina należały dwa jeszcze folwarki, Mięku-sze i Sroczyn, i trzy wsie roboczym ludem zasobnym i pracowitym osiadłe. Gospodarstwo nie było nazbyt wyszukane, ale dosyć zapobiegliwe i staranne. W Bar-.cinie wśród starych olch stał dwór zbudowany jeszcze przez dziada p. Marcina, drewniany,-na podmurowaniu, ale bardzo porządny. Oprócz tego była oficyna stara z dawniejszego przerobiona dworu i zabudowania rozległe i piękne. Folwarki. wszystkie w dobrej glebie, pszenicy siać było można ile chcieć, byle trochę pod-smarować, a oprócz zwyczajnego dobytku, Barciński kochał się w stadzie, i stadninę- też miał bardzo piękną, słynącą wówczas na kilkadziesiąt mil w kraju. Konie te wszystkie pochodziły podobno od jakiegoś stadnika, którego był pradziad jegomościa przyprowadził chudego i okulawionego z pod Wiednia. Miała to być wedle tradycyi szkapa cisawa, niepokaźny dla pospolitego człeka, ale w którym Barciński krew poznał i kupił go kulawego, wychudzonego, na pół żywego od jakiegoś rajtara. Potem go do swojego wozu przywiązawszy, z wielkim kłopotem ledwie do domu dowlókł, bo konisko w drodze coraz gorzej kulało. Ale też dopiero, gdy koło niego pochodził, wyleczył, okazał się prawdziwy ogier dziwnej piękności, ognia wielkiego, ba i młody jeszcze wcale. Zęby ledwie na lat siedm pokazywały. W nodze też nic tak strasznego nie było, tylko kopyto srodze obrażone, które gdy odrosło, koń się wystał, odpasiono go, wyczyszczono, postrzyżono, wymyto, zdumieli się wszyscy, kiedy im go pierwszy raz Barciński wyprowadzić kazał. A był koń ów tak rozpieszczony, tak przywykł do swojego pana, że jak dziecko za nim chodził bez uzdy aż do izby, głos jego poznał, rżał ino go zasłyszał zdaleka i lizał po twarzy gdyby pies. Gdy go dosiadł, bo to był jeździec zawołany, to go nosił jak niańka dziecię ukochane, czuć nie było, że się porusza, choć wiatry przeganiał, ino mu .było cugle rzucić na kark. Ale obcemu doń się przybliżyć albo go próbować dosiąść nie łacno było; stawał się bowiem dzikim i tak kąsał, że jednego z masztalerzy, który go był w złości potrącił, omal na całe życie nie uczynił kaleką.
Otóż z tego to stadnika, o którym dotąd jeszcze cuda rozpowiadano, a który żył lat dwadzieścia i kilka, po różnych niezgorszych matkach, poszło potem całe owo sławne stado Barcińskich, w którem cisawą, szerść przemagała.
Trafiały się w niem takie konie, że je po dwieście i po więcej czerwonych złotych płacono, nie dziw też, iż w Barcinie około tego stada chodzono bardzo zabie-gle, a pilnowano go może staranniej niż innego gospodarstwa; Barciński sam bardzo lubił konie.
Do tego Żeliga dziwnie się nadał p. Marcinowi, bo był znawca koni jakich mało; ledwie spojrzał, poznał zaraz w każdym krew, pochodzenie, ledwie nie naturę na pierwsze wejrzenie. Widać, że to był dawniej mąż rycerski i wielce doświadczony miłośnik koni. W wypadkach kalectwa, choroby, czy wysącz napadł, czy odęcie, czy krew, natychmiast środek miał łatwy i prędki, aby biednemu zwierzęciu ulżyć. Ale mimo to choć nie stary, konia nigdy nie dosiadał.
Pyta go tedy'raz p. Marcin:
— A toż Waszmość musiał dawniej dobrze na koniu jeździć?
— No, nieźle, odparł Żeliga.
— A teraz że nie bierze ochota?
Ten oczy spuścił i westchnął.
— E! rzekł z cicha, dajcie no pokój... teraz wolę nie próbować... swojego człek konia nie ma, a na cudzych nie zwykł był jeździć...
Tymczasem zebrało się sąsiadów trochę do p.Marcina na Ś. Zofię, bo samej pani imię było Zofja, choć ją mąż Zońką i Zonią i Sonią przezywał z czułości. Więc po obiedzie i po miodzie, wyszli wszyscy w ganek i nuż się końmi chwalić, okazywać, przejeżdżać, handlować, czynić popisy, jak to był zwyczaj szlachecki. Osobliwie też koniarz rzadko do domu temi końmi powrócił, któremi wyjechał.
Stał sobie pokornie w ganku i Żeliga, ale poglądał milczący, mało się. co do tego mięszając, bo był przy gościach mniej jeszcze śmiały niż zazwyczaj. Jęli tedy jedni z wozów wyprzęgać szkapy i handlować niemi a dobierać, drudzy ścigać się a gonić to kłusem w ko-
ło dziedzińca, to kroczą, to wezwał, odsądzając wmiej-scu. Przyszła też kolej i na gospodarskie konie, a miał tę słabość p. Marcin, że się ze swojemi bardzo popisać lubił. Stadninę i stajnią miał, nie ma co powiedzieć bardzo ładną, jak na szlachecką, ależ znowu tak je cenił, że dlań na całym świecie drugiej takiej nie było. Wybaczyłby był chętnie, bo człek był dobry i serca miękkiego, gdyby kto co jemu zarzucił, ale koniowi.. nigdy. Unosił się, gniewał strasznie i końskiej krzywdy nie darował. Wiedzieli o tern wszyscy, że z najbliższym sąsiadem swym, który jednego z ulubionych mu koni, kłapouchym nazwał, bo miał u-szy przydłuższe, zupełnie żyć przestał i sam go też inaczej odtąd nie nazywał nigdy tylko—ten kłapo-uchy.
Otóż kiedy się tak popisywać zaczęto, powiada niejaki p. Bogusz do p. Marcina (był to szlachcic przemyślny, który chodził po dzierżawach i zastawach).
— No! już to co konie, to konie u Waszmości, ale co prawda to nie grzech, że one wszystkie ile ich jest kłusa nie mają: zaraz każdy zrywa się czwałem... a tak wyciągniętego, dobrego co się zowie kłusa, nie pójdzie żaden.
— O! o! o! co Waćpan prawisz, zawołał zrywając się pan Marcin, moje konie kłusa nie mają?... a no chcesz spróbować, każę wyprowadzić siwego...
— Którego chcesz, rzekł Bogusz.
Siwy był wałach piękny bardzo, pod wierzch jeżdżony, koń co się zowie, zbudowany jak pod husarza, tylko lewą zadnią nogę miał do kolana białą i to go nieco szpeciło. Gdyby też nie ta noga, byłby stadnikiem pewnie, bo piersi, szyję, łeb, oko miał tak uda-tne, że choć go było malować.
— Okulbaczyć siwego! wołają.
W mgnieniu oka podprowadzili go pod ganek, Bogusz też szkapę swoją przyprzężną, niepokaźną, chu-dawą, w czarnym ścierwie, kazał osiodłać, bo w wózku zawsze siodło woził. Poszli na wyprzódki kłusa. Dosiadł swojego konia p. Marcin, ale nieszczęście chcia-ło, że Bogusza szkapa tak kłusowała potężnie, iż siwy jej wydążyć nie mógł. Powrócili do ganku, a p. Marcin tak zgryziony, taki chmurny, że gdyby mu najlepszy koń zdechł, nietyleby może był bolał. Spojrzał nań Żeliga i zmiarkował widać, że Barcińskiemu nie-tyle o siebie szło i reputacyą jeźdźca, co o dobrą sławę stada. Ozwie się tedy po cichuteńku:
— Z przeproszeniem waszem, panie Stolniku, a był naówczas Stolnikiem Barciński, nie koń to winien, ale może wy sami.
— Jakto? ja? ofuknął się p. Marcin.
— Nie gniewajcie się tylko, jesteście doskonałym jeźdźcem, nie przeczę, ale za gorącoście się wzięli do konia. Koń czuje Człowieka, rwał też sobie.
— No, to potraficie lepiej?
— Lepiej nie, ale wziąwszy się powolniej, rzekł Żeliga, ręczę, żebym p. Boguszowego konia zostawił za sobą.
Pan Bogusz począł się z Żeligi śmiać i prze-drwiwać.
— A no! a no! toć służę, i jeśli chcecie, pięć czerwonych złotych w zakład stawię.
Mrugnął Żeliga na p. Marcina, aby nie kazał koni odprowadzać, poszedł do oficyny, przyniósł pięć obrączkowych, położył je na ławie w ganku.
— No, a teraz, rzekł trąc czuprynę, spróbujemy się... Zebrał lejce, nie tknąwszy prawie strzemienia skoczył na konia, ale tak jakby z siebie dwadzieścia lat zrzucił, zdawało się, że odmłodniał.
Gdy go zobaczyli na koniu ci, co go jeszcze dotąd nie widzieli nigdy na kulbace, nie -wyjmując p. Marcina, wszyscy się zdumieli. Inny był człowiek, ani go poznać, wyprostował się, wyrósł, spoważniał razem, rzekłbyś, że hetmanić jechał wojsku, tak mu z oczów błyszczało jakimś ognistym wodza wzrokiem; koń po-czuwszy jeźdźca i rękę, poszedł zaraz inaczej, jak posłuszna dziecina.
Bogusz zobaczywszy co się święci, jużby był może rad się cofnąć, ale go jakoś wstyd wziął, zaczął tedy junaczyć sobie i żartować, myśląc, że tamtemufan-tazyą odbierze.
Ledwie staje odsądzili się od ganku, jak się siwy wyciągnął, jak począł iść, takBoguszowa szkapa wga-lop, bo była siarczyście gorąca, ten ją po łbie, ta jeszcze gorzej, dosyć, że w dziesięć minut zakład został zwycięzko rozstrzygnięty i honor stada ocalony. A o-wych pięciu kulfonów, które Bogusz dobyć musiał, rad.
4
nie rad. z mieszka, Żeliga ani tknął, oddał je masztalerzowi.
Bogusz nań spojrzał tylko z podełba i potrząsł głową.
— Oj to ... ptasio! szepnął po cichu, oj to ptasio! ....
Ale na tern się skończyło.
Jak go później p. Marcin i ściskał i całowałj jak mu dziękował, wypowiedzieć trudno, bo istotnio chodziło o honor koni, a gdyby się raz była fama rozeszła, że tej krwi konie kłusa nie mają, byliby je ludzie łacno sponiewierali. A w koniu kłus dobry to wszystko; mała rzecz gdy stępa idzie porządnie, gdy kroczą ruszyć umie, choć to chód nie rycerski, gdy czwałuje i szybki jest a pewny w nogach rozbieżawszy się, ale kłus to chleb powszedni, tyle konia ile kłusa: stępią nie daleko zajdziesz, czwałem także w wypadku się salwujesz chyba, a. kłusem po wsze czasy i koło roli, i w podróży i na wojnie koń iść musi, bo to jego chód przyrodzony. Szkapa żeby najlepsza, gdy nie wykłusowana, kaleka.
Gdy się goście rozjechali, przypadł do Zeligi pan Marcin.
— Mój dobrodzieju! cóż to ci się stało! to ty konno jeździsz jak dwudziestoletni chłopak, czemużem ja o tern dotąd nie wiedział?
— Ale bo to wszystko przypadek, odparł stary, trochem się podpalił, no—i szczęście miałem, i siwy koń to taki dobra szkapa... o! dobra!
— Więc jeśli ty mnie kochasz, Żeli-niu, zawołał ręce składając p. Marcin, weź ty sobie tego konia.
I wara ludziom oskarżać nas o złą konduitę! (Akt I, Scena II).
— Co znowu? a mnie on na co? zapytaj obcy, żebym mu musiał owies kupować i masztalerza, najmo-wać,.albo go na waszej łasce trzymać, niedośó że sam na niej siedzę? bo juścić go nie sprzedam.
— Ale ja ci go do zdechu trzymać będę ... zakrzyknął Barciński.
— A cóż mi po nim?
— Toćbyś się czasem przejechał do. Chełma, kiedy teraz pieszo chodzić musisz.
. —. Gdybym jeździć chciał, toćbyście mi konia nie pożałowali, odparł Żeliga, ale nie... przyznam się wam szczerze, postanowieniem sobie takie uczynił, aby się od konia wstrzymywać ... at! mam moje dziwactwa. I zmy-dlił jakoś spuszczając oczy.
Chciał Barciński w grzeczny sposób nagradzając przysługę, konia darowanego potem odkupić niby, ale Żeliga się obraził i znać było, że go to zabolało, więc. już p. Marcin dał pokój.
(Dalszy ciąg nastąpi)
potrąca o najskrytsze i najwrażliwsze struny narodowe, współgermańskie, słowiańskie, romańskie.
Poważne i gorliwe zajmowanie się takim poetą bez wątpienia jest trudem, który się wszędzie i zawsze obficie opłaca. Stare to jest i nieocenione prawidło, żeby chcący się kształcić, czytali tylko rzeczy dobre, nawet niewiele,—ale te dobre, iżby odczytywali ciągle na nowo. Przestrzeganie tego prawidła do nikogo z obfitszym plonem pożytku zastosować się nie da, jak do Shakespeare’a,—mistrz ten bowiem wiecznie jest nowy,
i z pewnością nikt się nim jeszcze nie przesycił. Czytać go często nietylko można, lecz trzeba,—czytać z tą dokładnością, z jaką na ławkach szkolnych przywykliśmy czytać klassyków starożytnych, gdyż inaczej zaledwie pochwycimy zewnętrzną powłokę utworów, a do wewnętrznego ich jądra dotrzećby niepodobna.
Wynika ztąd, że przekłady dramatów Shakespearo-
SŁÓWKO WSTĘPNE
DO PRZEKŁADU DRAMATU SHAKESPEARE’A, pod tytułem:
HENRYK IV.
Możemy się do tego zabrać tak spokojnie jak do spania. (Akt I, Scena II).
Zapowiedziany programmatem niniejszego pisma szereg arcydzieł scenicznych wszystkich narodów i czasów, rozpoczynamy od pierwszej części Henryka , jednego z najcelniejszych dramatów historycznych 8hakespeare’a, w nie-ogłoszonem dotąd tłómaczeniu zmarłego Józefa P aszko wskiego.
Najpierwsze to miejsce należało się bez wątpienia najpierwszemu dramatykowi epoki nowożytnej.
Shakespeare’a nazwano Aniołem Opiekuńczym ludu angielskiego, i z mniejszej lub większej czci, jaką mu w ojczyźnie jego niesiono, brano miarę upadającego lub wzbijającego się znowu do pierwotnych przeznaczeń ducha narodowego Anglików. Ale geniusz wieszcza nie zamyka się w ciasnych granicach jednego kraju, a wielkość Shakespeare’a tem zwłaszcza nad innemi góruje, że przemawia do wszystkich narodowości, i że czysto angielska jej natura, niemniej przecież silnie
gało. Przekłady niektórych sztuk Shakespeare’a wcale dotąd nie są uskutecznione, albo przynajmniej nie ogłoszone drukiem, inne grzeszą wadami, przyćmiewa-jącemi zbyt niefortunnie, rodzimy blask wielkiego poety. Bez- wątpienia, porównanie wszystkich tych prac między sobą, i każdej z nich z osobna z oryginałem, byłoby przedmiotem godnym poważniejszego stu-dyum; nie odbiegamy też od myśli podzielenia się niem w tem miejscu, w chwili sposobnej, z nasze-mi Czytelnikami. Dziś atoli, odnośnie do tych dramatów, ograniczamy się na tej jedynie wzmiance, że Shakespearowskim przekładom Paszkowskiego przed wieloma innemi przyznajemy przymiot pojętnej sumienności, częstokroć nawet szczęśliwego natchnienia, że zatem wybór tej pośmiertnej jego pracy, równie przez wzgląd na owe zalety, jakoteż na tę okoliczność, że Henryk IV dotąd w żadnemlepszem spolszczeniu drukowany nie był, zdaje się najzupełniej usprawiedliwionym.
Henryk IV, będący przedmiotem dwóch pod tymże tytułem dramatów, jest częścią jednej z dwóch wielkich tetralogij dramatycznych, w których poeta zawarł najbardziej wpływowe rysy dziejowe przeszłości swojego kraju. Pierwszą z nich, przedstawiającą wzrastającą potęgę Yorków, stanowią trzy części Henryka IV i Byszard III; nieco późniejszą od tamtej wżyciu poety, choć czasem historycznym wcześniejszą, jest druga tetralogia, mająca za bohatera dom Lankastrów, złożona z Ryszarda II, dwóch części Henryka IV i Henryka V. Obie te wielkie gruppy, równie jak nie należący do żadnej z nich Król Jan, napisane zostały przez Shakes-
peare’a pomiędzy r. 1592 a 1599, a zatem w drugim okresie jego twórczości poetycznej
W sztukach tych historycznych poeta, którego dotąd zajmowały tylko wypadki z życia prywatnego, sprawy fantazyi lub sercowe, wstępuje po raz pierwszy na wielką widownię świata, zapuszcza się w państwo i jego dzieje, przejmuje się polityką, pozornie unikając w nich nawet wszystkich idei wyłącznie tylko etycznych, albo prawd psychologicznych. Ale Shakespeare, krępowany podaniem history-cznem i trzeźwą rzeczywistością przedmiotu, niemniej wielkim tu jest poetą, jak w owych utworach fantastycznych, które własnym są jego wynalazkiem. Każdy łatwo pojmuje, jak niezmierne dla twórczości Shakespeare’a przedstawiała pole ta dwoista rozległość jego ducha,—jak ogromną wyższość ludzkiej zdolności, wyrażała ta właśnie dwustronna jego natura.
Nie będziemy się tu bliżej zastanawiali nad znaczeniem politycznem i angielsko-pa-tryotycznem dramatów dziejowych Shakes-peare’a, tworzących pod tym względem jednę wielką epopeję dramatyczną, jakiej oprócz Wielkiej Brytanii, żaden inny kraj nie posiada. Przytaczamy tylko w tej mierze słowa Tomasza Heywood, wyjęte ze znanej jego Ąpologii Aktorów (1612 r.): „Jestże gdzie pierś angielska— woła Heywood—któraby, gdy widzimy marzenie bohaterskiego Anglika, nie zapłonęła najgorętszem życzeniem dla jego męztwa i sławy, jak gdyby aktor był istotnie osobą przez siebie przedstawianą? Jestże gdzie tchórz, któryby na widok walecznego współziomka, nie powstydził się własnego tchórzostwa? Jakiż angielski monarcha, spojrzawszy na Henryka V, albo pełnego chwały Edwarda II, pustoszącego Erancyę . zabierającego do niewoli wielkiego króla, nie na
tchnie się od razu tak potężnem i wzniosłem widowiskiem?”—Tak w samej rzeczy, każdy Anglik zapatrywać się musi na dramata historyczne Shakespea-re’a, chociaż zarysy główne wypadków nie są bynajmniej przez poetę uchwycone tak wiernie, przyczyny ich i ukryte sprężyny ne są tak wyjaśnione, iżby—jak utrzymywał Schlegel—uczyć się z nich można prawdziwej historyi.
Owszem, tegoczesny krytyk angielski Courtenay, w swoich kommentarzach do sztuk historycznych Sha-kespeare’a (Comwentoms on 7/ze historicalplays oj Sha-
wskich niezmiernie ważne w każdej ukształceńszej literaturze nowożytnej zajmują stanowisko.
Ważność tę oceniło należycie i u nas kilku pisarzy niepośledniej zasługi, jakoż prace Hołowińskiego, Korzeniowskiego, Koźmiana, Paszkowskiego, Kómiero-wskiego i innych, rozpowszechniały ostatniemi zwłaszcza czasy pomiędzy polską publicznością znajomość wielkiego poety. Daleko jednak jeszcze do tego, iżby ta znajomość do takiego już stopnia wniknęła w naród, jakby tego konieczne i pod tym względem zrównanie naszego piśmiennictwa z innemi europejskiemi wyma-
5
kespeare, Londyn, 1840) dowodnie wykazał, że poeta czerpał tu wyłącznie tylko z jednego źródła, to jest z Kroniki Holinshed'a, po raz pierwszy wydanej na widok publiczny w r. 1577,—że więc historycznej ich wartości bynajmniej przesadzać nie należy. Ale powiedzmy zaraz, że to twierdzenie nie tylko żadnej nie sprawia ujmy poecie, lecz owszem zaszczyt mu przynosi tern większy, ile że Shakespeare, z jakiegokolwiek korzystał źródła, zawsze jednego trzymał się prawa, które jednakowo stosował do najoschlej-szej kroniki historycznej i do najfantastyczniejszej nowelli, t. j. ile że zawsze i wszędzie szukał prawdy wewnętrznej i natury, a znalazłszy je, brał jak gdyby własne, zaś odrzucał to wszystko, co zostawało z niemi w sprzeczności, chociażby na największej wsparte było powadze. Rysy i motywa dziejowe, odkryte przezeń w peł-< nem prostoty życiu staroźytnem, w pismach Plutąrcha,. dlatego, że przemawiały bezwarunkowo do jego poglądu czysto ludzkiego, Shakespeare z dziwnem zaprawdę zaparciem siebie samego kopiował wprost w swoich dramatach, rzymskich. Przeciwnie w jakimś fragmencie z kroniki znalazłszy nagie przygody królewicza duńskiego Hamleta, bez żadnych motywów, na tych szczupłych danych, osnuł własną inwencyą ów głęboki poemat, którego zatem ak-cyę i wewnętrzne sprężyny uważać należy za wyłączną jego własność. Pośrodkiem, między dwoma temi rodzajami źródeł stoi Hi-storya rocznikarska Holinshed’a,
pełna niepewnych podań i baśni, — a i w obec niej postępował tak samo, t. j. z większą lub mniejszą swobodą, stosownie do natury przedmiotu, którym się właśnie przejmował. I tak więc ściągał w jedno cały szereg wydarzeń, które w traktowaniu nadawały się do takiej jedności,'— dbał o prawdę wewnętrzną, nie zaś o chronologię, albo inne, czysto zewnętrzne oznaki, rozmaite czyny pod łączną podciągał przyczynę i do współnego odnosił motora, chcąc przez to korzystać z obfitości dziejowej, bez.ubliżenia przecież spójności akcyi,—nakoniec inne znowu fakta uchylał, skoro się takowe z ową jednością nie zgadzały.
Wszakże, pomimo tak wielkiej swobody, jaką przywłaszczył sobie Shakespeare z mocy i prawa swojego geniuszu, jednego prawidła w dramatach historycznych trzymał się zawsze jak najściślej, bo dla jakichś tam celów ogólnych orga-nizacyi poetycznej swego przedmiotu historycznego, nie pozwalał sobie nigdy przeplatania go zmyślonemi ubocznie akcyami głównemi. Akcye podobne, nie należące bynajmniej do dziejów, nieraz przecież jak wiadomo, na bieg tych dziejów jak najfałszywiej wpływają i ztąd fałszują całą historyę. Przestępstwa tego dopuszczał się zwłaszcza Schiller, a za jego przewodem, i nasi nowsi dramatopisarze nie pozostali j odeń wolnymi, Shakespeare przeciwnie, gdzie prawdę dziejową urozmaica zmyśleniem, nie czyni tego wtensposób, iżby to zmyślenie wchodziło w zakres wypadków historycznych, nawet tam, gdzie pod tym względem’największej używa swobody; w tym nawet Henry ku IV, którego przekład poniżej podajemy, zmyślona całkiem postać Falstaffa i zaszłe z nią po wikłania, potrzebne do uwydatnienia tak szczegółowie zindywidualizowanego charakteru, jakim jest królewicz, późniejszy król Henryk V, a więc do celów etycznych, ważniejszych jeszcze od poli-tyczno-historycznych, nawet i tu ów Falstaff nie wpływa na samą akcyę dziejową. Cześć poety dla prawdy historycznej tak jest wielka, że w tych tylko dramatach, wyj^ych z historyi, odzyskuje całą ową sprężystość, jaką ożywiały go legendy i myty średniowieczne, w których (jak np. w Makbecie), historya sama także jest mytem, a więc tam, gdzie nowe jego zmyślenia, aby tylko poetyczniejsze, nie przynoszą uszczerbku
samej treści, jeżeli zastępują w niej mniej zręczne zmyślenia dawniejsze.
Powiedzmy jeszcze słów parę o treści Henryka IV, a raczej tej pierwszej jego części, którą posiadamy w tłómaczeniu Paszkowskiego,. Jest ona bezpośrednim dalszym ciągiem Ryszarda II i obejmuje przeciąg czasu dziesięciomiesięczny, począwszy od bitwy pod Holmedon (14 Września 1402 r.), aż do bitwy pod
Worcesterze, odejdź; bo widzę w oczach twych niebezpieczeństwo nieuległości. Za wyniosły, panie za nieugięty macie umysł. (Akt 1, Scena III).
Shrewsbury (21 Lipca 1403). ,,Żaden może dramat Shakespeare’a—mówi G-ervinus— nie obfituje w tak urozmaiconą mnogość zajmujących i najdokładniej odmalowanych postaci, przy kroju tak szczerze ojczystego i tak szczelnie splatanych z równie ogólnie zajmującym przedmiotem ojczystym. Kiedy po raz pierwszy pojawił się Henryk IV, niezmierna rozkosz ogarnąć musiała widzów wszelkiego usposobienia, bo
Żegnam cię stryju.—O! niech nam czas zmienia godziny w chwile, chwile w okamgnienia. (Akt I, Scena IH).
z tak przezroczystą jasnością, z tak spokojną skromnością jak w tym utworze, na żadnej jakiejkolwiek scenie żaden nie ukazał się geniusz. Od tej chwili, jakby za dotknięciem różczki czarodziejskiej, zmienia się nagle w Anglii postać utworów scenicznych i charakter poetów; tam dopiero, gdzie tworzący nowemi torami geniusz, z taką występuje giętkością i tak przystępnie, że na płodach jego nie znać trudu dojrzewania,
'111 W
że sztuka jego już nie wydaje się sztuką, pozorna w nim łatwość nęci wielki tłum naśladowców. Odtąd pojawiają się owe szeregi najpłodniejszych poetów z powołania, owe Ben Johnsony, Mantony, Heywoody, Middletony, Chapmany i inni,—kiedy przed chwilą jeszcze, we wszystkiem znać było urywane tylko usiłowania, lękliwe próby, lub wyskoki dylettantyzmu. Poezyi dramatycznej nagle rozwiązuje się język i wyrastają skrzydła. Sceny z życia brudnego motłochu wabią poetów i widzów; pospolita i ordy-naryjna rzeczywistość, na nieszczęście nieraz też rzeczywista pospolitość, staje się głównym charakterem owej poezyi; ale nieszczęśliwego tego przewrotu nie godzi się kłaść na karb poety, który w tym właśnie Henryku IV wzniósł się do najwyższej powagi moralnej.”
Dotąd Gervinus.
Powiedzieliśmy, żepodwzglę-dem tematu dramatycznego, obie części Henryka IV są dalszym ciągiem Ryszarda II Shakespea-re’a. Myśl zasadniczą tego dramatu historycznego znalazł wprawdzie poeta w kronice Holinshe-d’a, ale nie przedstawił jej mechanicznie, jak kronikarz, niby samowolne zesłanie boże, lecz raczej jako nieunikniony plon z naturalnego nasienia, w ludzkich charakterach i myślach.
Charakter króla, wyobraził Shakespeare z całą właściwą sobie bystrością, jako prototyp przebiegłości dyplomatycznej i skończonego mistrzowstwa we wszystkich sztukach obłudy.—Henryk
Percy, dusza powstania przeciw władzy królewskiej, jest postacią niesłychanej świetności. Nigdy żaden poeta nie stworzył obrazu wojownika z pełniejszem życiem i prawdą, a stara ballada ludowa, co go sławiła, mogłaby z dramatu Shakespeare’a zapożyczyć najśmielszych dla siebie konturów i rysów. To też żaden inny poeta nad charakter Henryka Percy nie zdołałby żadnej innej wznieść już postaci; najtrudniej zaś możnaby na pierwszy rzut przypuścić, żeby sam Shakespeare wyżej odeń postawić chciał księcia Henryka (późniejszego Henryka V). Toć własny ojciec potępia tego księcia. W poufałej komitywie z łotrami i rozbójnikami, przyszły król Anglii zdaje się pozbawiony wszelkich uczuć szlachetnych, wszelkiej własnej godności. Ale taką jest tylko jedna strona tej postaci, dostrzegalna zrazu dla powierzchownego gminu; wejrzmy w nią bliżej, a zobaczymy ducha wysokiego polotu, który sa-mowiednie pozwala się rozbrykiwać swojej krewkości młodzieńczej i którego wrodzona miara etyczna w najwyuzdańszych nawet wyskokach umie zawsze zachowywać pożądaną, choć często tajoną równowagę.
Cóż powiemy w tych kilku wierszach o czwartej głównej figurze tego dramatu, oFal-staffie? Pod względem pojęć honorów, albo przymiotach zdobiących człowieka i rycerza, jest on najzupełniejszym kontrastem trzech charakterów poprzednich; nawet obłuda Henryka IV, chcącego uchodzić za lepszego, niż jest w istocie, dla Falstaffa, owego cynika tchórzostwa, próżniactwa i występku, po prostu jest niemożliwą. Wszystkie sprawy żywotne, nawet dowcip, którym bez zaprzeczenia w wysokim stopniu jest obdarzony, koncentrują się dla niego w żywocie, w jego brzuchu. Dopiero druga część Henryka IV wymierza na tego ciekawego potwora straszliwą
sprawiedliwość poetyczną.
Co do szczegółów w tych charakterystykach i w samym biegu akcyi, nie chcemy już dalej uprzedzać sądu Czytelników; wstępnemi bowiem naszemi uwagami mieliśmy raczej na celu sąd ten w właściwych powstrzymać granicach, i niezwykłe dla na-szych oczów sceny, niezwykłe dla uszu dyalogi, obro- ' nić od zarzutu zbyt nieartystycznej rubaszności. Pra-
6
gneliśmy wykazać, że w dramatach historycznych Shakespeare’a wszystko jest artyzmem, bo wszystko jest prawdą, a mamy nadzieję, że ten mianowicie Henryk IV zdoła przyczynić się do uwydatnienia znanej owej definicyi Hamleta, który mówiąc o deskach teatralnych twierdzi, iż in nucę są one światem rzeczywistości.	F. H L.
HENRYK IV.
DBAMAT W. SHAKESPEAEEA.
OSOBY:
HENRYK IV, Król angielski. HENRYK, Książe WalliiU JAN, Książe Lankaster i e^° synowie-Hrabia WESTMORELAND, U, .	„
Sir WALTER BLUNT, J&h oraucy Krola' TOMASZ PERCY, Hrabia Worcester.
HENRYK PERCY, Hrabia Northumberland.
HENRY K PERCY, z przydomkiem Hotspur, jego syn. EDWARD MORTIMER, Hrabia Marech.
SKRUP, Arcybiskup Yorku.
Sir MICHAŁ, przyjaciel arcybiskupa. ARCHIBALD DOUGLAS.
OWEN GLENDOWER.
Sir RYSZARD YERNON.
Sir DŻON EALSTAFF.
POINS.
GADSHILL.
PĘTO.
BARDOLF.
Lad^ PERCY, małżonka Hotspura, siostra Mortimera. Lady MORTIMER, córka Glendowera, małżonka Mortimera.
Pani KUIKLI, właścicielka oberży w Eastcheap.
Lordowie, Urzędnicy, Szeryf, Kielner, Kipry, Posłu-gacze, dwóch Furmanów, Podróżni i inne osoby.
Rzecz dzieje się w Anglii*
AKT I.
Scena pierwsza.
Londyn* Sala w zamku.
Król HENRYK, Hrabia WESTMORELAND Sir WALTER BLUNT i inni.
Kr. HENRYK. '
Po tylu troskach, po tylu wtrząśnieniach, Trzeba nam teraz w pokoju sił nabrać I tchu do nowych okrzyków wojennych, Które w dalekich stronach mają zabrzmieć. Nie będzie odtąd domowa Erynna Anglii ust broczyć we krwi własnych synów; Nie będzie wojna tych pól rozorywać, Ni twardą wrogów podkową tratować Kwiatów tej ziemi. Nieprzyjazne oczy, Które niedawno—nakształt meteorów Jednej natury, jednego pierwiastku, Płomieniejących na pochmurnem niebie, ; W wewnętrznych waśni wirze się schodziły I w rzezi bratniej, będą odtąd zgodnie Jeden cel wspólny ścigać obok siebie, Zamiast się zwracać groźnie, tak jak dotąd, Przeciw rodakom, krewnym, sprzymierzeńcom.
Ostrze wojenne, jako wóz zdradziecki, Nie będzie odtąd ranić swego Pana. Ufni w tę zmianę powzięliśmy zamiar Do Najświętszego Grobu Zbawiciela,— Którego szerzyć cześć i pod którego Męki znamieniem przysięgliśmy walczyć,— Z Angielskiem wojskiem uczynić wyprawę.,. Z tym zbiorem bitnych wojowników, którzy Już w łonie matek wzięli posłannictwo Wyparowania barbarzyńców z owych Błogosławionych miejsc, gdzie przed tysiącem Czterystu laty naznaczyły swoje Przejście na ziemi owe boskie stopy, Które, ażeby ród ludzki odkupić,	
Przybić się dały na sromotnym krzyżu.
Ale ten zamiar nasz już Wam od roku Jest znany; mówić Wam o nim zbyteczna;— Idzie już tylko o to, żeby prędzej Przyszedł do skutku.
Powiedz mi przeto, cny Westmorelandzie, Co na wczorajszem nocnem posiedzeniu Postanowiła nasza Rada względem Tej pożądanej a świętej wyprawy? .
WESTMORELAND.
Kwestya jej, panie, popieraną była Jak najżarliwiej; uradzono pośpiech I zatwierdzono koszta: gdy w tern nadbiegł Wallijski goniec z nowinami, z których Najmniej pomyślną jest ta, że Mortimer, Przewodniczący ludziom z hrabstwa Herford, Przeciw dzikiemu i przeniewierczemu Glendowerowi, dostał się w moc jego, Straciwszy tysiąc ludzi, których ciała Za sprawą kobiet wallijśkich tak niecnie Znieważonemi, tak zwierzęco-sprośnie Oszpeconemi zostały, ze Wspomnieć O tern nie można bez zarumienienia.
Kr. HENRYK.
Zdaje się tedy, że wieść o tej bitwie Wstrzyma nasz pochód do Świętego Grobu.
WESTMORELAND.
Nietylko ta wieść, miłościwy Panie, Staje nam w poprzek, lecz i inna, bardziej Niepokojąca, która jednocześnie
Przyszła z północy; brzmi ona w ten sposób: W dzień Podniesienia Krzyża starł się młody Nasz Hotspur Percy z Archibaldem, owym Nieporównanej waleczności Szkotem Pod Holmedonem.
Musiała to być walka nader krwawa, Sądząc po huku dział, który słyszano, I innych znakach; bo zwiastun tej wieści Wsiadł był na konia, gdy w najlepsze wrzało, 1 niewiadomy był jeszcze wypadek.
Kr. HENRYK.
Oto przyjaciel nasz wierny i czynny, Mężny Sir Walter Blunt, który przed chwilą Zsiadł z konia, cały okryty wszelkiego Rodzaju błotem, jakie od Holmedon Do bram naszego źnachodzi się zamku; On mi udzielił wcale niezłych, owszem Radosnych wieści. Douglas zwyciężony; Dziesięć tysięcy Szkotów i dwudziestu Kilku rycerzy własnemi oczyma Widział Sir Walter leżących na polu Pod Holmedonem. Więźniami Hotspura Są: Mordak, Hrabia Fajf, najstarszy z synów Zwyciężonego Douglasa;
Hrabiowie Atol, Murray, Angus, Menteit. Nie jestże łup to szacowny, milordzie? Powiedz, nie jestże to wspaniała zdobycz?
WESTMORELAND.
W istocie, panie, nie jednemu księciu Takie zwycięztwo zaszczytby przyniosło.
Kr. HENRYK.
Zasmucasz serce moje temi słowy, I grzeszyć każesz mi Waszmość zazdrością, Przywodząc na myśl, że ten Northumberland Takiego syna jest rodzicem; syna, Który za temat służy uwielbieniom, Który jest, jako ów najwybujalszy Pień w gaju, istnym fortuny wybrańcem: Kiedy tymczasem ja, patrząc się na to, Zmuszony jestem widzieć obok hańbę I kał na czole mojego Henryka!
O! gdyby można dowieść, że złośliwy Duch jakiś dzieci nam zamienił, kiedy W powiciu jeszcze były, i mojemu Dał nazwę: Percy, jego: Plantagenet! Jego by Henryk był moim, mój jego! Lecz precz z tą myślą! Wystaw sobie Waszmość, Co to za hardy ptak ten młody Percy!
Jeńców zabranych zatrzymuje sobie, Mnie zaś żadnego dać nie chce, wyjąwszy Mordaka, hrabi Fajf.
WESTMORELAND.
Jest to nauka Jego Stryjaszka: widzę w tern Worcestra,
Nieprzyjaznego w każdym kroku Waszej Królewskiej Mości. Nie dość, że sam krnąbrny, Jeszcze poduszcza młódź do znieważania Waszej Królewskiej Mości Majestatu.
Kr. HENRYK.
Pociągnęliśmy go z tego powodu Do tłómaczenia się, co naturalnie Wyprawę naszą cokolwiek opóźni. We środę Radę mieć będziem w Windsorze. Idź Waszmość lordów o tern uwiadomić I śpiesznie wracaj do nas; mamy bowiem Pomówić o czemś więcej, co w tej chwili Gniew nam zamyka w ustach.
WESTMORELAND.
Śpieszę, Panie. (Wychodzą).
Scena druga-
Tamże. Inny pokój w zamku.
HENRYK Książe Wallii i FALSTAFF. (Wchodzą).
EALSTAFF.
Henryczku, która tam. godzina na kompasie?
Ks. HENRYK.
Tak ci stępiło dowcip picie starych win, rozpinanie się po obiedzie i sypianie przez pół dnia na ławie, że o co innego pytasz, nie o to czego się chcesz dowiedzieć.’ Zkąd ci u licha kompas przyszedł do głowy? Gdyby godziny były kieliszkami, skazówki kapłonami, cyferblaty karczemnemi szyldami, a słońce piękną nierządnicą w jaskrawej sukni, tobym rozumiał twe pytanie; lecz gdy tak nie jest, nie widzę w niem najmniejszego sensu.
FALSTAFF.
Masz słuszność, chłopcze: my rewizorowie kieszonkowi zwykliśmy chodzić przy świetle miesiąca i siedmiu gwiazd, a nie przy promieniach Feba. Proszę cię, kochany szałapucie, jak zostaniesz królem,— czego daj Boże dożyć Waszej Części (Waszej Książęcej Mości powinienbym powiedzieć, bo Cześć nigdy nie będzie twym udziałem).
Ks. HENRYK.
Co? Co!
FALSTAFF.
Nigdy, powiadam; nawet przez taką odrobinę czasu, jakiej potrzeba dó połknięcia ostrygi.
Ks. HENRYK.
No, no, cóż dalej? Wyśpiewaj co miałeś na języku.
FALSTAFF.
Otże, kochany szałapucie, pamiętaj, jak zostaniesz królem, wydać rozkaz, aby nas nie nazywano złodziejami, za to, że nad piękność dnia przekładamy piękność nocy. Każ nas zwać łowczymi Dyany, rycerzami ciemności, ulubieńcami miesiąca: i wara ludziom oskarżać nas o złą konduitę, bo jak morze ulegamy szlachetnym, czystym wpływom Luny, pod której protekcyą—rewidujemy kieszenie.
Ks. HENRYK.
Dobrze mówisz i porównanie twoje stosowne. My bohaterowie księżyców, mamy także przypływ i odpływ, bo księżyc tak samo na nas działa jak na morze. I tak naprzykład: worek złota najmężniej przez nas zdobyty we środę wieczór, we czwartek z rana najnikczemniej zostaje przez nas wypróżniony; wzięty przy okrzyku: oddaj\ a wypróżniony przy okrzyku: podaj! Dziś mamy odpływ tak nizki, jak ostatni szczebel drabiny, a jutro mieć możem przypływ tak wysoki, jak. szczyt szubienicy,
FALSTAFF.
Na Boga! prawdę mówisz, chłopcze.—Alepowiedz-no, czy nasza oberżystka nie jest, co się nazywa wdzięcznem stworzeniem?
Ks. HENRYK.
'.Pak wdzięcznem, jak okradziony złodziejowi, mój ty stary chłopcze do butów. A kaftan z bawolej skóry nie jestże co się nazywa wdzięcznem odzieniem?
FALSTAFF.
Co? co znowu, warjacie! Dałbyś pokój takim konceptom i facecyom. Co mi, u licha, po bawolim kaftanie?
Ks. HENRYK.
A mnie co u licha po twojej oberżystce?
FALSTAFF.
Tyle razy ją przecie wzywałeś do porachunku.
Ks. HENRYK.
Ale-m ciebie nigdy nie wzywał do płacenia.
EALSTAFE.
Co prawda, to prawda, uiszczałeś się jej za nas obudwóch.
Ks. HENRYK.
O ile tylko mój worek mógł nastarczyć; a kiedy w nimmateryału brakło,—używałem w pomoc kredytu.
FALSTAFF.
I zużyłeś go do tego stopnia, że gdyby nie było do przypuszczenia, że jesteś przypuszczalnym następcą tronu, to... Ale powiedz-no, kochany szałapucie, czy będą w Anglii szubienice, jak zostaniesz królem? I czy ten stary pryk, vulgo zwany prawem, będzie tak jak teraz zardzewiałem wędzidłem dokuczał ludziom silnej woli? Nie wieszaj mi złodziei, jak zostaniesz królem, proszę cię o to.
Ks. HENRYK.
Nie, tobie to zostawię.
FALSTAFF.
W to mi graj! Na poczciwość, doskonałym będę sędzią.
Ks. HENRYK.
Już-eś teraz błędnie osądził. Powiedziałem, że będziesz wieszał złodziei, to się ma rozumieć własnemi rękoma. W tem rzemiośle możesz dojść doskonałości.
FALSTAFF.
Dobrze, Henryczku, dobrze. Wolę wieszać hul-tajów, niż wieszać się przy hultajach; możesz mi wierzyć.
Ks. HENRYK.
Cóż przez to rozumiesz?
FALSTAFF.
Rozumiem przez to, że wolę być wieszaczem niż wisielcem. Na honor! melancholiczny dziś jestem, jak stary kot, albo młody niedźwiedź.
Ks. HENRYK.
Albo jak lew bez zębów lub rozstrojona gitarą.
FALSTAFF.
Tak, tak, albo jak dźwięk linkolnskiej kobzy.
Ks. HENRYK.
Cóż powiesz o melancholii zająca albo wody w bagnie?
FALSTAFF.
Porównania twoje zawsze niesmaczne i pod tym względem nieporównanym prawdziwym księciem jesteś, kochany chłopcze.—Ale proszę cię, nie zawracaj mi już głowy marnościami świata. Dałby Bóg, żeby-śmy się mogli dowiedzieć o jakim targu, gdzie się nabywa towar dobrego imienia. Niedawno stary jeden zbeształ mnie z twego powodu na ulicy; ale ja nie zważałem na to, chociaż mówił bardzo mądrze, nie patrzałem nawet na niego, chociaż wcale mądrze mówił i do tego na ulicy.
Ks. HENRYK.
Bardzo-ś dobrze zrobił; mądrość nieraz słychać na ulicy, a przecież nikt na nią nie zważa.
FALSTAFF.
O, ty posiadasz zgubny dar korrumpowania; byłbyś w stanie świętego nawet zgorszyć. Tjr-ś mi wiele złego wyrządził, Henryczku,'—niech Ci tego Bóg nie pamięta! Nim-em cię poznał niczego nie znałem, a teraz, prawdę powiedziawszy, nie wiele-m więcej wart jak ladaco. Muszę takiemu życiu koniec położyć i na honor położę mu koniec. Jeżeli tego nie uczynię, pozwolę . ci się nazwać podłym. Dla żadnego królewskiego syna w chrześcijaństwie, nie mam ochoty pójść do piekła.
Ks. HENRYK.
Gdzież jutro pójdziemy rewidować kieszenie, Jasiu?
FALST EE.
Gdzie ci się podoba, mój chłopcze, wszędzie z tobą
pójdę. Jeżeli tego nie uczynię, wolno ci będzie nazwać mnie podłym i wystawić na pośmiewisko.
Ks. HENRYK.
Piękne widzę w tobie usposobienie do poprawy, od aktu skruchy—do obrzynania mieszków.
POINS (wchodzi i staje w pewnej odległości).
FALSTAFF.
Cóż chcesz, Henry siu, to mój zawód; pracować w swoim zawodzie nie jest przecie grzechem.—Ha, Poins! Dowiemy się zaraz, czy Gadshill ułożył jaką partyą. O, gdyby ludziom płacono według zasług, jakiż by zakąt piekła był dla niego odpowiedni! jest to najzapamiętalszy łotr z tych wszystkich, którzy poczciwym ludziom na publicznej drodze krzyczą:
Ks. HENRYK.
Dzień dobry, Edwardku.
POINS.
Dzień dobry, Henrysiu.—Cóż twierdzi Sir Skru-pulat, Sir Dżon Sączykufel? No, Jasiu, jakże tam idą interesa z djabłem o twoję duszę, którą mu w Wielki Piątek sprzedałeś za kieliszek Madery i zimne udo kapłonie?
Ks. HENRYK.
Sir Dżon dotrzymuje słowa, nie zawiedzie się dja-beł na kupnie. Nigdy on jeszcze nie złamał tego przysłowia: oddaj djabłu co do niego należy.
POINS.
Potępiony będziesz za taką sumienność w dotrzymywaniu djabłu słowa.
Ks. HENRYK.
Inaczej byłby potępiony za oszustwo.
POINS.
No, moje chłopcy; jutro raniuteńko o czwartej trzeba nam być u Gadshilla. Pielgrzymi z kosztowne-mi darami, udający się do Kanterbury, przechodzić będą tamtędy i kupcy z naładowanemi kieskami dążący do Londynu przejeżdżać będą. Mam dla was maski, konie zaś macie sami. Gadshill nocuje dziś w Rocze-ster; kolacyą na jutro zamówiłem wam w Istezyp. Możemy się do tego zabrać tak spokojnie jak do spania. Jeżeli chcecie do tej partyi należeć, napełnię wam sakwy złotem; jeżeli nie chcecie, to siedźcie w domu i niech was kat ma swojej opiece.
FALSTAFF.
Słuchaj Edwardzie, gdybym został w domu i nie-poszedł z wami, katu bym was oddał w opiekę za to że pójdziecie.
POINS.
. Pójdziesz, rostbifku?
FALSTAFF.
Jakże, Henryczku, pójdziesz?
Ks. HENRYK.
Ja.mam być rabusiem, złodziejem, nigdy!
• FALSTAFF.
Niema w tobie krzty uczciwości, ani męztwa, ani braterstwa. Niech mi nikt nie mówi, że z krwi królewskiej pochodzisz, kiedy ci brak odwagi do schylenia się po kilka szylingów.
Ks. HENRYK.
Dobrze więc, raz w życiu spróbuję być szaleńcem! FALSTAFF.
To mi się zowie mówić, jak na męża przystoi.
Ks. HENRYK.
Ale nie, niech się co chce dzieje, nie pójdę.
FALSTAFF.
Niech zginę, jeżeli cię nie zdradzę jak zostaniesz królem.
Ks. HENRYK.
Mniejsza mi o to.
POINS.
Sir Dżonie, proszę cię, zostaw mnie z księciem samego; przełożę mu tak ważne powody do tej wyprawy, że nie omieszka pójść z nami.
FALSTAFF.
Zgoda. Bodajbyś miał geniusz namowy a on uszy ku jej przyjęciu! aby to, co mu powieśz, mogło go wzruszyć, a co usłyszy, mogło go przekonać, że prawdziwy książę przez facecyą może być fałszywym, złodziejem. Nędznym tegoczesnym nadużyciom, zbywa też zupełnie na powadze. Bądźcie zdrowi: znajdziecie mnie w Istezyp. (Wychodzi).
POINS.
. Luby, przenajsłodszy książę, nie wzbraniaj się pojechać jutro z nami. Mam w głowie pewien figiel, którego sam jeden wykonać nie mogę. Falstaff, Bardolf, Pęto i Gadshill zrabują tych ludzi; my dwaj nie będziemy przy tem, ale będziemy tuż zaczajeni. Jeżeli ich zdobycz nie przejdzie bezpośrednio w.nasze ręce, wolno ci będzie zdjąć mi głowę z karku.
Ks. HENRYK.
Ale jakże potrafimy się od nich oddzielić?
POINS.
Wyjedziemy wcześniej lub później, oznaczywszy im miejsce gdzie się mamy zjechać. Niedoczekawszy się nas, załatwią rzecz sami: a jak już zrobią swoje, my wtedy wsiądziemy na nich.
Ks. HENRYK.
Ależ oni nas pewnie poznają po koniach, ubiorze i innych szczegółach.
POINS.
Ba, co się tyczy naszych koni, nie poznają ich, bo ich nie zobaczą; przywiążę je w lesie. Co się zaś tyczy reszty, i na to jest sposób: po rozłączeniu się z niemi weźmiemy inne maski i przywdziejemy barakanowe kapoty, które będę miał z sobą na pokrycie naszego znanego kostiumu.
Ks. HENRYK.
Ale czy tylko oni nie będą przeciw nam dwóm za silni?
'	POINS.
Dwaj z nich znani mi są jako tchórze najzręczniejsi w ticieózce; a co się tyczy trzeciego, jeżeli ten walczyć będzie dłużej, niż mi się to zdawać będzie sto-sownem, wyprzyśięgnę się szpady. Najucieszniejszą treść tego żartu, stanowić będą niesłychane kłamstwa, jakie nam ten tłusty hultaj prawić będzie przy wieczerzy: jak to on najmniej z trzydziestoma się potykał, jakie to cięcia, pchnięcia i ostateczności wytrzymał; będzie to uciechą tem większą, im bardziej będziemy mu mogli od a do zet dowieść że kłamie.
Ks. HENRYK.
Dobrze, pojadę z tobą; przygotuj wszystko co potrzeba i czekaj na mnie jutro z wieczerzą w Istezyp. Bądź zdrów.
POINS.
Bądź zdrów, mości książę. (Wychodzi).
Ks. HENRYK.
Znam ja was wszystkich; chcę jednakże jeszcze Jakiś czas cierpieć wybryki waszego Rozpasanego, próżniackiego życia.
Przestając z wami, naśladuję słońce, Które nieczystym, szkodliwym wyziewom Pozwala blask swój przed światem zasłaniać, Ażeby, skoro znów zachce być sobą, I przedrze brudne mgły, które je kryły, Promienie jego przez to, że ich brakło, Tem bardziej potem mogły być wielbione. Gdyby dzień każdy był świętem, zabawy Sprzykrzyłyby si i tak samo jak praca; Rzadkość ich czyni je pożądanemi, To bowiem tylko cieszy nas co rzadkie, Gdy więc porzucę to życie hulaszcze, I dług którego-m nie zaciągał, spłacę Im lepszym będę, nad to co-m przyrzekał! E Tem większy zadam fałsz oczekiwaniom. Jako na ciemnem tle błyszczący metal, Poprawa moja lśniąca na tle błędów, Piękniej się wyda i bardziei zniewoli Niż cnota; która nic nie ma do zmycia.
Tak więc obecne moje nadużycia Są sztuczną chmurą, któ?*ą czas rozwięje, Gdy się świat tego fiajmniej nie spodzieje. (Wychodzi).
{Dalszy ciąg nastąpi).
8
SZKICE HUMORYSTYCZNE FE. KOSTRZEWSKIEGO.
Tylko z taką Carte de Visite moina się pokazywać między ludźmi.
Kto ma pićniądze to Człowiek—reszta gbury.
Szczęście ?... to garderoba—jak cię widzą tak cię piszą.

I talent coś wart, trzeba tvlko umićć wybrać!
Jeżeli w raju Mahometa dają takie raki! to jutro przechodzę na Muzułmańską wiarę!

KminkÓwka to rzecz- reśta głupstwo.
9
ŻYCIE ARTYSTY.
Różnemi drogami Opatrzność powołuje wybranych swoich którzy mają zajaśnieć na polu sztuki, i odtworzyć czy to słowem lub dźwiękiem, czy dłutem albo rylcem, świat piękna i prawdy, objawiający tak wymownie nieskończoność, którego przeczucie leży w piersi każdego, a który przyoblec w kształty zmysłowe, umie tylko artysta.
Jednych prowadzi Bóg przez twarde próby, i dopuszcza aby boleść wykrzesała świętą iskrę z ich duszyj w drugich znów tchnie wielką miłość i potężną wiarę, a cudowną siłą tych darów, budzi w nich moc wytrwania.
Tą ostatnią drogą, prowadził Bóg Antoniego (Reszczyńskiego, o którym mówić zamierzamy. Żywot jego, lubo gorzkim nieraz przeplatany zawodem, Wolny jednak od wielkich wstrząśnień, upływał spokojnie w zgodzie z Bogiem i ludźmi, jak ów cichy strumień, który lubo nie huczy, nie podrywa brzegów, i wzburzoną nie pryska pianą, wyżłabia jednak nurt głęboki i dobroczynnie użyżnia ziemię po której płynie. Żywot ten, od pierwszej młodości do sędziwego wieku, biegł stale raz obranym torem, mając zawsze cel jeden, kierując ku temu celowi, wszystkie chęci, skupiając ku jego osiągnieniu wszelkie zasoby ducha. Ztąd też, .w życiu i w pracach artysty, uderza nas ta zgoda, ta jedność, nadająca utworom jego piętno głębokiego spokoju i harmonii. Wierny tradycjom które wyssał z mlekiem i ukochał całą siłą młodzieńczego uczucia, artysta nasz, mimo lat podeszłych, mimo nie jednego dotldiwego zawodu, zachował dotąd w duszy, gorącą wiarę religijną, w umyśle niezmąconą pogodę; sam też widok jego dziwnie ukrzepia i zbawiennym staje się dla drugich przykładem. Przez lat zgórą trzydzieści przemieszkiwał wjednemmiejscu, ztąd też umiał roztoczyć wokoło siebie ową rodzinną atmosferę, która dom jego czyni dla współrodaków, istną oazą wśród pustyni, gdzie błogo odetchnąć piersi.
Ktokolwiek przestąpi gościnne progi tego domu, ujrzy się wśród drogich pamiątek. Na stołach i półkach pełno tu ksiąg i rękopismów poświęconych wyłącznie rzeczom przeszłości. Na ścianach rozwieszone tarcze żelazne, napierśniki, włócznie, rękawice, odwieczne zbroje, hełmy i buławy; to krajobraz ożywiony wspomnieniem historycznem, to znów rysy bohatera zasłużonego, to medal wybity ku czci wielkiego,męża. Słowem nic tu nie przepomniane, wszelka zasługa uczczona, wszelkie zaszczytne wspomnienie odgrzebane z prochu niepamięci.
Niepodobna wyliczać nam wszystkich pamiątek, które Antoni Oleszczyński zgromadził w około siebie z niezmordowaną wytrwałością; O bogatych jego zbiorach artystycznych i bibliograficznych, świadczących o rozwoju historycznym sztuki w Polsce, powiemy obszerniej w swojem miejscu. Obecnie zaś skreśliwszy pobieżnie tło na którem występuje zacna postać naszego artysty, przystąpmy do jego życiorysu.
Udzielony łaskawie przez córkę artysty naszego, jego własnoręczny pamiętnik, stał się dla nas prawdzi-dziwym skarbem; znaleźliśmy w nim bowiem, wiernie nakreślony bieg życia znakomitego mistrza, zacząwszy od lat dziecinnych; pierwsze jego wrażenia, początkowe nauki, młodzieńcze zawody, trudy i prace wieku dojrzałego, a co więcej ciekawy życiorys ojca jego Kazimierza, pełen ważnych i nauczających szczegółów. Życie człowieka który wychował trzech synów na chlubę i pożytek kraju, tchnął w ich serca miłość obowiązku i pracy; który sam o własnych siłach, bez żadnego oparcia, wyrobił sobie niezależne i wyższe stanowisko, zasługuje niewątpliwie na wspomnienie: powtórzemy je też w kilku słowach, jako godny wstęp do życiorysu artysty naszego.
Urodzony w dawnej ziemi Lubelskiej, straciwszy matkę w dziecinnych latach, Kazimierz Oleszczyński oddany został przez nieprzychylną macochę do szkół Jezuickich w Krasnymstawie, poczem rozpoczął wyższe nauki w Akademij Zamojskiej. Kłóło to w oczy macochę, że ojciec zbyt często odwiedzał syna, pragnąc odet
chnąć przy nim z domowych kłopotów, umyśliła go zatem wyprawić dalej od domu; jakoż wymogła tyle, że mąż odwiózł go do Krakowa na naukę w Jagiellońskiej wszechnicy.
Pozostawszy sam jeden z kilkunastu złotówkami w kieszeni i zapłaconym na dwa miesiące stołem, młody Kazimierz mniemał, że skarb jego nigdy się nie wyczerpie. Wkrótce jednak ubiegły dwa miesiące, złotówki, wytoczyły się po jednej, a rodzice nie przysyłali nowych zasobów. Biedny uczeń błagał listownie o zasiłek. Jakoż nie długo potem, przysłano mu wielkie pudło napełnione kaszą, mąką, słoniną i chlebem, i trochę grosza na zapłacenie długów, a obok tego wyraźne zapowiedzenie, żeby się pieniędzy wiele już nie spodziewał bo czasy ciężkie, ojciec przegrał sprawę w trybunale a Bóg powiększył rodzinę młodszym braciszkiem; potrzeba więc, aby odtąd sam o sobie myślał nie oglądając się na żadną pomoc.
Z odwagą młodzian zabrał się do pracy. Najął pod strychem izdebkę, tak małą, że w niej ledwie mógł pomieścić spiżarnię i pościel. Sypiał na prostym sienniku, przykrywał się kapotą, żupanik służył mu za poduszkę, spiżarnia była mu stolikiem. Na niej to spisywał słuchane prelekcye, a w kuchni, zajezdnego domu gdzie mieszkał, pozwolono mu przystawiać własny garnuszek.
Pomału jednak spiżarnia poczęła się wypróżniać; żupanik świecił już łokciami, buty ledwie trzymały się na nogach. W tym stanie rzeczy, pisze znów do rodziców, na co taką odbiera odpowiedź mocochy: „Twój ojciec ze zgryzoty niedawno umarł; przegraliśmy ostatecznie sprawę, a tegoroczny nieurodzaj może mnie z torbami wyprawić.
Ty się tam uczysz prawa i filozofii, a przecież dotąd sam sobie nie możesz dać rady. G-dybyś był natomiast uczył się Teologij Stej, to do dziś dnia mógłbyś zostać proboszczem. Idź do seminarjum, tam cię okryją, nakarmią i wykierują, bo ja nic poradzić nie mogę.”
Takie oświadczenie macochy, nie zupełnie jeszcze zatrwożyło młodzieńca, gdyż pozostało mu trochę spleśniałego chleba; pokrajał go -więc na grzanki, wysuszył na słońcu, i żył sucharami popijając je wodą. Wkrótce jednak tak upadł na siłach, że postanowił odebrać sobie życie. Napisał więc rodzaj testamentu, w' którym legował macosze wszystkiesexterna na dowód, że'nie-marnował czasu w Krakowie, poczem pospieszył do Wisły.
Lecz za nim przybył do miejsca zamierzonego, jego stróż anioł, sumienie, przemówiło do niego silnym głosem, „jesteś chrześcijaninem, uczyłeś się filozofii, a zamierzasz dni skończyć jak nie chrześcijanin i nie filozof. Sexterna które zostawiłeś po sobie, dowodem będą żeś się uczył jak papuga. Jak to? za upór ślepego losu i za nieużytość macochy, ty zamierzasz siebie samego karać, w sposób ohydny, udowadniający własną słabość i bezbożność? Małoż to ludzi w ostatniej jak twoja nędzy, przyzwawszy Boga w pomoc i podwoiwszy pracę, wyszło w końcu z tryumfem.” I młodzian posłuchał sumienia, zwolnił kroku i umyślił zaczekać dzień jeden.
Kiedy głodny i zamyślony powraca do domu, w bliz-kości kościoła Panny Maryi napotyka starca przemawiającego doń po łacinie. Był to zakapturzony ksiądz Trynitarz Jakób de'Campostella, rodem hiszpan powra-• cający z Jerozolimy do własnego kraju, a zamierzający czas jakiś pozostać w Krakowie. Ten słysząc, że młodzian odpowiada napytania dobrą łaciną, żądał, aby mu służył za tłumacza, przyrzekając za to codziennie złotówkę i obiad. Młody uczeń, zgodził się chętnie na wszystko, widząc w zakonniku wyraźne narzędzie Opatrzności.
W ziemi świętej zakonnicy strzegący grobu Chrystusa, w czasach wolnych bd modłów, wyrabiają koronki, relikwiarze, szkaplerze i inne świętości, które po całej rozsyłają Europie, i tym sposobem zapewniają zgromadzeniu swemu znaczny dochód. Ksiądz Jakób był pracowity i pojętny, wyuczył się wyrabiać tam prześliczne szkaplerzej przetykane złotem, z wyobrażeniem świętych. Tę robotę polubił on tak, że nawet w podróży zajmował się nią z upodobaniem. Nazajutrz więc, po przybyciu do Krakowa, wydobył narzędzia z podróżnej torby, i wziął się do szkaplerzy swoich. „Chłopcze, rzekł do młodego akademika, jeżeli zarozumiałym nie będziesz, nauczę cię tego, co stanowi moją przyjemność. Ucz się, bo wiele, umieć, nikomu nie zawadzi. Głowa to nie worek, w niej zoszystko się pomieści i jedno drugiemu, nie przeszkadza, a lepiej mieć rąk cztery, niżeli jednę lub dwie."
Młodzian przyjął do serca słowa księdza Jakóba, zabrał się gorliwie do roboty, a znając rysunek, którego zakonnik nie umiał, wkrótce daleko za sobą zostawił mistrza swego. Ksiądz Jakób uszczęśliwiony tak nagłym postępem, po kilkotygodniowym pobycie, wyjechał z Krakowa do Wiednia, zostawiwszy młodemu uczniowi nie tylko błogosławieństwo i narzędzia do robienia szkaplerzy, lecz oprócz tego zapas żywności i kilkadziesiąt złotych. Młodzian, którego niedawno koledzy pogardliwie obdartusem zwali, przyodział się chędogo, w nowy żupan i czapkę; wkrótce, jednak wyczerpały się zapasy, a on powrócił do dawnego ubóstwa. Opatrzność .przyszła mu w pomoc.
Będąc raz w bibliotece, spostrzegł że szkolni poeci układają wiersze z powinszowaniem dla księdza Stanisława Starzeńskiego, przeora księży Augustyanów, słynącego w Krakowie z światła i przywiązania do młodzieży. Nie czując w sobie zdolności poetycznej, umyślił po swojemu uczcić solenizanta, wyrobić piękne szkaplerze z wizerunkiem jego patronów, i te oddać mu w dniu imienin.
(Dalszy ciąg nastąpi).
MIEJSKIE POKŁOSIE.
W kilku wyrazach streszczamy wypadki ruchu miejskiego w upłynionych tygodniach Święto-Jańskich.
Jarmark na wełnę zapełniał ulice i numera hotelów, zapełniał teatra, koncerta, cukiernie i restauracye tłumami szczęśliwych producentów, których wańtuchy zaległy szopy wag miejskich i składy Banku, Polskiego. Z przewyżki cen tegorocznych nad dawne dochodzącej do 10 czy 15 talarów na centnarze, niemniej też korzystali kupcy bławatni i sukienni, krawcy i modystki, galanternicy i dystrybutorzy,— korzystali wszyscy podobno— prócz księgarzy. Przybytki Mi-nerwy stały pustkami, a przez olbrzymie, lustrzane w nich szyby, które napróżno starały się znęcić przechodniów, widać było osowiałe twarze właścicieli, zawodzących rozpaczne monologi. Ale koło smutnego ich towaru przelećmy pędem biegunów wyścigowych boć w każdym razie od owcy do konia mniejszy jest przeskok, niż od wełny do książki. Więc niech żyją folbluty 1 a i półkrwi nieśmy cześć przynależną! dla nich puhary i inne intratne nagrody!
Otóż z uciechy w uciechę, z szału w szał, zagnaliśmy prosto na wianki. Ołowiane niebo zaległo nad żółtą Wisłą,—ale jakże uroczo od tego tła szarego odbijają różnobarwne kwiatki wieńców, i cudne jagody na licach (by nas nikt o brak gustu nie pomówił!) warszawianek. Na dzień następny innej poszukajmy rozrywki, bo już się słońce rozjaśnia, a jest to Święto bogatych dla ubogich; uroczystość kwiatowo-loteryjne -fantowa ściąga liczne tysiące- dusz miłosiernych pod kasztany i lipy Saskiego Ogrodu. Cóż dusze w tern winne, że mają ciała? co ciała, że najwłaściwszem są miejscem wystawy dla wszystkich aksamitów, jedwabiów, muślinów? Więc obok kwiatów przyrosłych do klombów, lub przedawanych w bukietach przez zacne Opiekunki ubóstwa, snuje się po alejach ślicznego parku, cały świat kwiatów żywych—kto wie? może wy-' glądających także uszczknięcia. I na tej kwiecistej drodze szczęśliwego żywota, świat ten ma niemniej wesołe swoje stacye; pod ozdobnemi namiotami toczą się koła Fortuny, obdzielającej wybrańców swoich obfite-mi datkami, których mnogość piętrzy się wspaniałą wystawą. Ze zaś nie wszyscy nasi estetycy wyłącznie lubują się w pięknych rysach ludzkiej postaci,— że urok tonów nie stracił jeszcze nad niemi swej mocy, o tern olbrzymie świadczy koło, które obstąpiło trybunę zajętą przez mistrzowską kapelę Bilse’go.
Zmrok zapada, tłum się przerzedza,—wkrótce zupełna znów cisza zalega te miejsca tak gwarne przed chwilą. Cóż przecie, prócz wspomnienia, lub rachunków krawieckich i modniarskich, zostało po tej wytwornej zabawie? Po poezyi,' została się wprawdzie proza, lecz na ten raz najpoetyczniejsża, bo półsetek tysięcy złotych polskich dla. cierpiącej ludzkości! O bawiąca się ludzkości! baw się tak, baw się jak najczęściej! Cierpiąca ludzkość błaga cię o to ze łzami!
—e—
10
PRZEGLĄD MUZYCZNY.
LARA—ELIASZ.
Siedemnastego Czerwca, długo oczekiwana, ukazała się nakoniec na naszej scenie opera Maillarfa: Lara.
Nie pierwszy to raz, kompozytorowie i autorowie librettów, czerpali swoje przedmioty z szczytnych i dzikich poematów Byrona. Donizetti napisał: Marino Ealieri i Parisinę; istnieje balet z treści Mazepy; a Robert Schumann zbogacił nas muzyką do Manfreda. W Don Juanie zaś, Oblubienicy z Abydos, Wampirze i t. p. ileż to najprześliczniejszych jeszcze leży tematów do dram lirycznych?
PojęH tę wysoką dramatyczność przedmiotu pp. Cormon i Carre, gdy z Korsarza ułożyli libretto do Lary; pomimo że francuzi lubią poświęcać rzecz dla efektów scenicznych, olbrzymie charaktery Byrona zachwycają i czarują. Oto w krótkości treść opery.
W zamku Manuela Hr: de Lara wychowywali się razem syn jego Juan i młoda hrabianka de Flor.
Juan jednak „party żądzą wrażeń", ucieka z zamku i zostaje korsarzem. Po śmierci Manuela, hrabianka de Flor, ma objąć w posiadanie jego zamek w nieobecności prawego dziedzica. Tu początek akcyi: hrabina w gronie licznym, zaproszonych dam, zamierza wejść do zamku, by w nim się rozgościć. Burgrabią zamku jest stary wierny Lambro, przywiązany do rodu hrabiów Lara; zna on dobrze hrabiankę Kamillę i był nawet świadkiem, jak w dzieciństwie prawie z młodym Juanem zaręczoną została. Gdy Juan zniknął bez wieści, piękna Kamilla postanowiła zaślubić innego, pomimo iż przywiązanie jej do Juana jeszcze niewygasło; sprosiła nawet w tym celu mnogich swych konkurentów. Wierny Lambro dowiedziawszy się o zamiarze tym hrabiny, uważa to za uszczerbek uczyniony domowi Lara, sprzeciwia się temu i zamyka bramy zamku przed zdumiałą Kamillą, zabraniając jej wejścia. Biedne damy, są zmuszone przyjąć zaproszenie do chaty wieśniaczki Kasyldy. Tymczasem Lara, strudzony awanturniczem życiem, zatęsknił do stron rodzinnych; powraca w towarzystwie młodego chłopięcia arabskiego, Kaleda, a raczej młodej Gulnary, której w dzieciństwie uratował życie. Lara daje się poznać staremu Lambro, i ogłasza się za prawego dziedzica. Na tem kończy się akt 1. W drugim widzimy zebranych wszystkich konkurentów Kamilli, wszyscy poddają się wyrokowi, gdyż hrabina oczywiście darzy swą ręką Larę, którego wspomnienie nigdy nie przestało być jej drogiem. Jeden tylko Ezzelin pała zazdrością i zemstą. Wkrótce znajduje wspólniczkę w Gulnarze. Gulnara kocha Larę, gdy więc spotyka Ezzelina (co dało sposobność kompozytorowi do bardzo udatnego duetu zazdrości), wynurza przed nim tajemnicę Lary. Pośród festynu i zabaw zarzuca Ezzelin oszustwo Larze który go wyzywa do walki. W akcie trzecim widzimy sen Lary. . Jest napowrót korsarzem i przyrzeka, że nigdy nim być nie przestanie; ballet, brindisi, później walka morska; tworzą tu piękny efekt sceniczny; Lara budzi się niespokojny; Kaled zbliża się z trwogą, wyznając mu swą miłość i zdradę. Lara przebacza mu. Ezzelin gotuje się do walki, nim ta jednak nastąpi, oddaje Lambro swemu panu ostatnią wiernie przechowaną wolę ojcowską; „Synu mój (pisze Manuel de Lara,) oddaję ci mój majątek i moje nieskażone dotąd imię, dla tego wyrzeknij się go raczej, jeśliś go kiedykolwiek zhańbił, bo tylko wtedy uzyskasz moje przebaczenie." Reszty łatwo się domyśleć. Lara odpływa z Gulnarą, przenosząc przebaczenie ojca, nad imię i rękę pięknej Kamilli.
Dziki więc korsarz, który chyli się przed wspo-mieniem ojca, ukrywając szlachetne serce pod gwałtownością nieustraszonego korsarza; namiętna uległa Gulnara, która zdradza kochanka i- obnaża pierś pod nóż jego; żywo schwycony charakter sługi, Lambra; nareszcie pełna gracyi postać Kamilli, stanowią tło dramatu. Oddać te postacie z pojęciem i wzniesieniem się było więc trudnem, ale koniecznem zadaniem artystów; bez tego opera, musiałaby się wydać bezbarwną i bladą.
Zrozumiał to dobrze kompozytor, który niemogąc rywalizować z poetą wielkością swoich pomysłów; starał się przynajmiej zachować charakter lokalny, i wlać w najweselsze śpiewy Lary, dzikość formy i ryt
mu śpiewów przechowanych od Maurów południowej Hiszpanii. Szkoda, że do jego opery wkradły się melodiję, których trywjalność razi i że 'w miejscach dramatycznych plagiata nadto są uderzające.
Zauważyliśmy w akcie 1 chór i wejście hrabiny. Delikatne staccato chóru, śpiew Kamilli później przy powrocie chóru wokalizacja, którą zręcznie przy końcu flet podchwytuje; są pełne uroczego efektu; jest to jeden z najlepszych numerów. Jakże cudnie oddała go pani Majeranowska. Koloratura jej, to powiew lekki eteryczny, artystka śpiewa całą duszą. Wątpimy, czy ten numer mógł być oddany lepiej zagranicą.
Tercet: „trzeba pożegnać się" wdzięczny i pełen polotu, również co do wykonania podnieść musimy. Precyzijawnim była wyborna (oby tak zawsze!) Zrobiliśmy uwagę, jak piękne niskie tony posiada panna Kwiecińska i jaka szkoda by była, gdyby ta artystka, chciała być niewierną swemu pełnemu mezzo, i zwrócić się do niewłaściwych dla niej partyj sopranowych.
Einał aktu pierwszego, prócz charakterystycznego chóru śmiejących się gości, nie przedstawia nic godnego uwagi: ensemble to najsłabsza strona kompozytora; wszędzie prawie prowadzi głosy unisono, nigdzie imita-cyi ani nawet zręcznego pomięszania głosów, w czem Meyerbeer jest tak wielkim mistrzem.
Unisono, czasem, może stać się znakomitym efektem; zbyt często, jest nieznośnie monotonne i nużące; użycie przytem prawie ciągłe instrumentów z miedzi może dodać hałasu, ale nie kolorytu. (N B. Oględny dyr. Q,uattrini przy drugiem przedstawieniu Lary w kilku miejscach oddalił z instrumentacyj głuszące puzony, za co mu wdzięczni jesteśmy).
Jakże innej zaraz wartości jest pieśń (couplets) Lambra w akcie 2. Tu jest werwa, melodya jednolita, ujmująca; przytem oddana z tą zachwycającą prawdą, która cechuje każdy ruch, każde słowo artysty, zjednała oklask powszechny.
W ogóle cóż to za wspaniałą postać dumnego sługi, hiszpana, ukazał nam p. Troschel; rola ta, jak każda zresztą tego nieocenionego artysty, była typem prawdziwym.
Romans następny hrabiny, to właściwy styl i rodzaj Maillarfa. W operze jego „Les dragons de Yillars" pieśń „Rosę, ne parle pas" tej samej formy, tylko świeższego nieco pomysłu, długi czas zajmowała w całym niemal Paryżu, uprzywilejowane miejsce, w salonach dam i salonikach „pół świata". Pani Majeranowska stworzyła, z tej cichej i smętnej melodyj cały poemat uczuć; doprawdy dla tej znakomitej artystki, pieśń ta była tylko podstawą, na której oparła natchnienia swoje. W kadencyj zachwyciła słuchaczy swem flantato, od wysokiego ut, które z sobie właściwą oddaje graciją. Ona, również jak i p. Dobrski, uratowali tonący duet miłosny, który grzeszy płasko-ścią myśli nad wszelki wyraz.
Pieśń arabską odśpiewała z uczuciem p. Kwiecińska; niech tylko niezapomina, że i intonacija ma swoje prawa i że nawet przy zapale afrykanki o niej zapominać niemożna. ’
W duecie zazdrości, oddała p. Kwiecińska swą partję bez zarzutu; szkoda, że p. Ziółkowski (Ezzelin) tak mało sobie zadał pracy by utrzymać się na równi uczuć.
Einał znów jest najsłabszym numerem aktu. Brindisi hiszpańskie, scena Ezzelina (którego efekt tre-mola skrzypcowego, przerywanego puzonami nadto nam przypomiał przekleństwo Żydówki) znowu unisono: „to zniewaga krwi i t. d. " oto jego niebogata treść; najtrafniejszym jest jeszcze motyw balet rozpoczynający.
Sen aktu 3 tworzy główną zaletę pięknego libretta, myśl jego jest oryginalna i zajmująca.
P. Dobrski przedstawił nam tu pełen prawdy obraz korsarza, bohatera, który przeraża i ujmuje, którego nie przestajemy obawiać się i kochać; mianowicie w opowiadaniu (gdy muzyka bardzo drastycznie i oryginalnie wyraża polot ptaków morskich) i pieśni następnej był p. Dobrski tym ideałem, któryśmy sobie pod postacią Bayrona wymarzyli; i niebyło nikogo, któryby tą sceną wskroś przejętym nie został. Co do śpiewu jego podnosimy między innemi portamento z La niskiego do wysokiego sol (wielka septyma) zrobione w sposób pełen efektu i brawury.
Jakże innym jest Lara przepełniony żalem, Lara klęczący przed obrazem swego ojca, żebrzący przebaczenia! Szkoda, że kompozytor nie wzniósł się, swęm
natchnieniem, by wyrazić boleść bohatera, złoczyńcy. Jest tu jednak jeden efekt instrumentalny, który P. Dobrski _ ze znaną p ewnością uchwycić umiał: pierwsza część, instrumen towana miedzią (4 waltor-nie) jakby nieugięty przed stawiając charakter Lary, przechodzi w pełną rzewności nutę, podtrzymywaną tylko przez skrzypce i klarynety. Przejście to z re-zygnacyj bohatera do tkliwej miłości dziecka, pojął p. Dobrski po mistrzowsku.
Prozę Kaleda (rola zresztą bardzo wdzięczna) oddała p. Kwiecińska starannnie i umiała zachować przez cały przeciąg opery ton i ruchy raz przybrane namiętnej afrykanki, jednak w scenie, gdy oskarża się przed Larą, przy słowach; „bo ja cię kocham, bo jestem zazdrosna", obcięlibyśmy więcej rzewności; uczucie w tym wybuchu żalu biednej Gulnary toruje sobie drogę ze znękanej piersi; boleść swą, równie jak miłość składa ona u stóp Lary.
Dzikość więc była tu już nie na swojem miejscu.
Następujący finał jest znowu niestety tak nie-udatnym, że psuje efekt całej opery; temat bowiem główny przypomina nam pieśń niemiecką, znaną ze sławnej swej monotonności. Muzyka więc Lary należy do tych, których bożyszczem był efekt sceniczny. Niepodobna jednak odmówić talentu kompozytorowi; w niektórych miejscach jak np. w duecie zazdrości, wzniósł się do szczytnej dramatyczności; w innych (w introdukcyi aktu drugiego, pieśni Lambra, romansie hrabiny i t. p.) melodye jego są świeże i miłe, a rytmy udatne; brak mu więc tylko głębszej nauki i zmysłu krytycznego; modulacije jego są nieudolne, a grzeszą nietylko przeciw zasadom harmonij, ale nawet przeciw wygodnej zasadzie Berlioza: „toute chose est bonne, / dans 1’art, qui fait bon effet."
P. Szczepkowskiemu, życzylibyśmy trochę mniej zapału; p. Ziółkowskiemu trochę więcej; pani Hess była za młodą... Chórom zalecilibyśmy w akcie drugim trochę więcej zgodności z orkiestrą mianowicie w scenie baletu (Akt 2).
Szczególną wdzięczność, wyrazić winniśmy, niezmordowanemu naszemu reżyserowi, p. Matuszyńskiemu, za prześliczny układ sceniczny i doborowe tłumaczenie; gorliwą swą pracą nie od dzisiaj dał on dowód zasług swych około naszej sceny.
Orkiestra pod kierownictwem p. Quattriniego trzymała się dobrze, lepiej jak zwykle przy nowościach, prosimy tylko o trochę cierpliwości pp. wal-tornistów w uderzaniu fonicznego akordu, psują bowiem często effekta śpiewakom.
(Eliasz). Gdy pod panowaniem Jeroboama, mówi Pismo Śte, lud izraelski począł bić pokłon bożkowi Baal, zawezwał Bóg swego Proroka Eliasza i ogłosił przez usta jego: „Jako prawdziwy Pan Bóg Jzraela, przed którym oto stoję, niespadnie w tych leciech ani rosa, ani deszcz-, to wam powiadam/1 Słowa te rozpoczynają, oratoryum Mendelsohna. Oto krótki przegląd dzieła.
Chór pierwszy, zaraz ze wszech miar, zasługuje na podziw. Wśród rzewności tematu podanego przez tenory: „Już żniwa i t. p. słyszemy głuchą prośbę wołających o kroplę rosy i deszczu. Również piękny duet Eliasza i wdowy: ton, oboii przeciągły i urywany, pyszne stanowi tło całego ustępu. Przy wskrzeszeniu dziecka, recitativo przerywane puzonami; owe smętne skargi wdowy i jej spokojna radość, to śpiew płynący z ducha chrystyanizmu, muzyka prawdziwie kościelna. Dziki kontrast tworzy podwójny chór pogan: (Baalu usłysz nas}-, myślą przenosi mistrz w owe dawne wieki i otwarza geniuszem swym « obraz tak żywy, że widzimy przed sobą niepohamowaną zgraję zaślepionego ludu. (N. 11 chór podwójny). Z jakąż rzewnością efektu, rozdzielił tu Mendelsohn massy wokalne i instrumentalne na dwie części, akom-panjując chór męzki instrumentami z miedzi; chór żeński przez oboje, klarynety i fagoty; nieużywając kwintetu. Niecierpliwość ludu wzrasta; wprowadzenie kwintetu (alegro non troppo %) napełnia co raz większym niepokojem, który potęguje się w N. 13 a przechodzi w gniew dzikiej tłuszczy w N. 14 (Daj odpowiedź, Baal}.
W tem, wszystko cichnie. Eliasz z pokorą błaga Stwórcę, aby zesłał ogień mający' pochłonąć całopalenie. Słup ogniowy spada nareszcie. Efekt orkiestrowy jest w tem miejscu nie do opisania i daje nowy dowód, jak wielkim był Mendelsohn kolorystą w muzyce.
Jeszcze bardziej ta jego siła uwydatnia się przy scenie z chłopcem (N. 19): „nie widzę nic11’, przeciągły ton oboji (wt), w który wpada wielka tercya sopranu, bez innego przejścia z poprzedniego rninore, wzbudza oczekiwanie w każdej piersi, wyobrażając palący żarem słonecznym, pozbawiony chmur deszczowych horyzont; podchwytują nakoniec ton ten skrzypce; instrumentacya rośnie, wzmaga się; ulewa obficie zrasza ziemię. Wszystke te odcienia oddane z niewymownem pojęciem.
Co do wykonania, winniśmy) podziękowanie artystom i amatorom, za szczere usiłowania dobrym skutkiem uwieńczone.
Całości może brak było tego ożywienia, tej energii którą podziwialiśmy w północnych Niemczech i Anglii; przytem szczupłość miejsca, nie dozwoliła należycie rozstawić orkiestry i utrudniła precyzyę.
Z solistów, odśpiewała pani Majeranowska partyę wdowy. Artystka ta, kształcona na muzyce klassy-cznej, z łatwością trafiła w prawdziwy ton i deklama-cyę i wywiązała się z pojęciem i czuciem z trudnego swego zadania.
Zachwycił nas piękny głos p.’ Koehlera; jeśli jednak nam wolno zrobić uwagę, to tylko z prośbą o większe przejęcie się i namaszczenie w dziele, w którem artysta -staje się kapłanem sztuki. P. Leśkiewicz prześlicznemu swemi tonami: contralto uwydatniła pieśń swą, pełną ascetycznej piękności; p. Cieślewski miał miejsca, bardzo udatne w swej aryi. Podwójny kwartet (N. 7) niebył należycie pojętym.
Nakoniec, kilka jeszcze słów podzięki p. Moniuszce. Jak każdy prawdziwy artysta miłuje on sztukę i jest gorliwym jej propagatorem.
Stanisław Duniecki.
KRONIKA LWOWSKA .
LITERACKA, NAUKOWA I ARTYSTYCZNA.
Towarzystwo techniczne. — Odczyty. — Stowarzyszenie wzajemnej pomocy, samodzielnych rękodzielników. — Odczyty popularne dla rzemieślników i przemysłowców. — Wpływ ich na diichowńiejsze i moralniejsze życie. — Stenografowanie odczytów. — Prelekcye Winc. Pola. — 0 muzyce religijnej. — Teatr Lwowski: Pokutnik; Banita; Lubomirski. •— Hasło. — Wiadomości bieżące.
Najważniejszym wypadkiem, w naszem mieście jest niezawodnie zawiązanie „Towarzystwa technicznego.41 Pobudkę dało kilku profesorów tutejszej techniki, a szczególnie dyrektor tego zakładu p. Reisinger. Rząd potwierdził statuta; gmina naszego miasta, ofiarowała bezpłatnie salę ratuszową na posiedzenia; a zebrania wtorkowe, w wieczornych godzinach, rozpoczęto przy licznym udziale członków i gości. Celem tego towarzystwa, które tylko co rozpoczęło życie, a później szersze przybierze rozmiary, jest rozpowszechnienie i rozwijanie nauk przyrodniczych. Dzieje to się teraz, przez wykłady popularne, miane przez członków. Należą do tego towarzystwa, prawie wszyscy tutejsi profesorowie, wszystkich naukowych zakładów; profesorowie szkoły agronomicznej w Dublanach, wioski o milę ode Lwowa oddalonej; inżynierowie, mechanicy, kupcy, fabrykanci, aptekarze, członkowie towarzystwa agronomicznego i t. d. Wykłady, które mają się toczyć, bywają zwykle zapowiedziane na następne posiedzenie; każdemu członkowi służy prawo po ukończonym wykładzie, albo wyłożyć swmje wątpliwości, albo żądać bliższego rzeczy wyjaśnienia. Oto kilka wykładów: Sposób najlepszy gaszenia zapalonej nafty i małych pożarów, (Dr. Urbański). Sposób wyrabiania tanim kosztem pudretów. (Dr. adwokat Smolka). Pogląd jeograficzny na Karpaty, (prof. Płachetko). O cieple w stosunku do pracy. (Dr. Urbański). O paleniu w piecach i tychże konstrukcyi. (Dr. Gunsberg). O parowej łaźni. (Dr. Jasiński). O tamach i groblach przy stawach, (prof. Maszkowski). — Widzicie więc z tego, że wykłady toczą się zawsze o rzeczach ważnych praktycznie;. mogą więc każdego zainteresować. Jakoż byłem sam świadkiem, jak jeden z naszych tutejszych mechaników, niewykształcony teoretycznie, nie chciał uwierzyć w dowód umiejętnie przeprowadzony na tablicy, że za pomocą pewnego gatunku wielo-klubu można jednym cetnarem dziesięciorako większy
------ 11 -----------
ciężar podnieść. Był to zaprawdę potomek owego Tomasza, który dopiero wtedy uwierzył, gdy mógł palce w rany włożyć. Pomimo różnych wyjaśnień i porównań, jakie mu ze wszystkich stron dawano, odpowiadał: Nie, nie może być, cetnar może tylko cetnar podnieść; pokażcie mi to praktycznie, wtedy uwierzę. —I rzeczywiście uwierzył. Dowiedziawszy się bowiem, że w tu-tejszem muzeum technicznem, znajduje się taki przyrząd mechaniczny, przyszedł nazajutrz i widział naocznie próbę. Radość jego była niesłychana. Posługaczom, którzy centnary żelazne znaszali, hojnie wynagrodził, i zadowolniony, z rozpromienioną twarzą wrócił do swojej fabryki.
Z tego jednego przykładu można sobie wyobrazić, jakie zajęcie wzbudzają podobne wykłady w naszych rękodzielnikach i przemysłowcach, i jak zbawiennie zdołają wpłynąć. Mało który zna umiejętne zasady swego zatrudnienia; widział on, że tak a. tak pracował dawniej jego ojciec lub majster i naśladuje go mechanicznie, nie postępując ani na krok naprzód. Tern to jedynie, nie czem innem, przewyższa nas Zachód, i dla tego to nie możemy wytrzymać jego konkurencyi.
Atoli, nie prelekcye dla klassy oświeceńszej, lecz „Odczyty popularne14 dla klassy niższej, które niejako młodszą gałęzią są pierwszych, w niepojęty u nas dotąd ruch umysłowy wprawiły, cało nasze mieszczaństwo. Zawiązek tych odczytów był taki. Istnieje tutaj „Stowarzyszenie wzajemnej pomocy, samodzielnych rękodzielników.il Przełożeni tego stowarzyszenia udali się do kilku z tutejszych profesorów z prośbą, czyliby nie chcieli miewać dla klassy rzemieślniczej i przemysłowej popularnych odczytów. Z największą chęcią przyjęci, również za powodem p. Reisingera osiągnęli pozwolenie od Rządu i oto znowu w tej samej sali ratuszowej, co niedziela i święta odbywa się ta nadzwyczaj korzystna nauka. Na pierwszych kilku odczytach tak ogromny był natłok słuchaczów płci obojej, że gzymsy, ławki, krzesła doznały mimowolnego uszkodzenia, że wynoszono i trzeźwiono zemdlałych, wreszcie, musiano się udać do środka zaradczego. Wstęp do sak otworzono bezpłatny, ale za biletami wydawane-mi przez przełożonych tegoż Stowarzyszenia rękodzielników, którzy najlepiej umieli ocenić, komu bilet dać, a komu nie dać. Obawiałem się, że tak przez to zarządzenie, jako też przez nasze siarkowe a nie wy trwałe usposobienie, odczyty późniejsze będą mniej uczęszczane. Omyliłem się. Do samego końca, to jest do 19-go odczytu każdego razu sala była przepełniona. Zajęcie, chciwość słuchania w jednostajnym trzymało się stopniu. Byłem świadkiem, siedząc w ostatnim rzędzie krzeseł, obok jednego zamaszystego obywatela szewca, w jaką radość wpadł, na widok kościotrupa człowieczego, pokazanego podczas wykładu o anatomji. W zachwyceniu, nie zważając na mówiącego profesora, ani na uspakajających go psykaniem sąsiadów, zaczął klaskać w dłonie i pomimo, że pot strumieniami z jego czoła płynął, wołał: — „Ach, dalibóg, siedziałbym tu do północy i słuchałbym! A niechże go dj.... porwą, jak ładnie gada!11 Czyż można dać piękniejszą pochwałę odczytom? Mógłbym wiele podobnych scen przytoczyć, świadczących, jak te odczyty trafiły do potrzeb, do gustu, do umysłu słuchaczów; jak rozbudziły w nich chęć nauki i dalszego oświecenia; jak piękne owoce mogą przynieść, jeżeli dalej systematycznie będą prowadzone. — Góż tu wiele mówić? Ileż to kawiarń w niedziele i święta potraciły swoich stałych gości! ile szynków stało pustych! ile piwiarń narzekało na ten nowy sposób odmawiania im biesiadników! A po odczytach, jakże inna toczyła się rozmowa w domu, jak statecznie, jak, można rzec, umiejętnie ojciec dzieciom, lub majster chłopcom, objaśniał dawniej zaczarowane rzeczy i zjawiska; jak człowiek , poczuwał się być człowiekiem !
Zaprawdę, jeżeli te odczyty tegoroczne tyle tylko zdziałały, to zaiste o wielki krok posunęły swoich słuchaczów do życia duchowniejszego i moralniejszego. Były one, jak to naturalnem jest, tego roku jeszcze dorywcze, ogólne, a stały się kamieniem probierczym na przyszłość. W Ameryce każde miasto, o większych nawet nie mówiąc, co roku mają swoich prelektorów; oświata tam jest ogólna, jest chlebem powszednim, kiedy u nas w Galicyi większa część mieszkańców jeszcze bardzo a bardzo jest ciemną. Ubolewać przeto potrzeba, że inne miasta galicyjskie nie poszły tym śla
dem, zwłaszcza, iż miały rzecz bardzo ułatwioną, gdyż księgarz tutejszy K. Wild, według stenogramów, każdy odczyt swoim nakładem, w osobnych zeszytach (po 10 centów) drukował. Na podstawie tych druków łatwo dałyby się w każdem mieście podobne prelekcye uskutecznić. Dotąd wyszło w druku 12 zeszytów i zawierają następujące odczyty:
1. Mowa wstępna (prof. Płachetko); 2. O ogólnych własnościach ciał (Dr. Strzelecki); 3 i 6. O cieple, (tenże); 4 i 5. Anatomia i fizyologia człowieka (prof. Płachetko); 7. O ciśnieniu powietrza, (prof. Chlebowski); 8. O drzewie; jako budulec imateryał, (inżynier Wierzbicki); 9. Pierwsze zasady ekonomii społecznej, (prof. Strusięwicz); 10. O hygienie (Dr. Skałkowski); 11 i 12. Wykłady popularne z chemji (prof. Tyniecki); 13. Wykład meteorologii (prof. Maszkowski). Odczyty te toczą się w języku polskim.
Tak prelekcye Towarzystwa technicznego, jakoteż i odczyty popularne zakończone, zostały przed Wielkanocą , a zostaną znowu rozpoczęte w jesieni. Na ostatnim z tych odczytów, który nasz namiestnik baron Paumgarten swoją obecnością zaszczycił, robił doświadczenia prof. Strzelecki światłem elektrycznem; jakoż wszystkie te odczyty, gdzie tylko się dało, zapełnione były doświadczeniami. I tu znowu należy się wdzięczność p.Reisingerowi, który z własnej kieszeni kilka set złotych wyłożył na przybory i potrzeby do nich konieczne. Na ostatnim tedy odczycie, kiedy prof. Strzelecki krótkiemi słowy z słuchaczami na czas krótki się żegnał i wspomniał o zasługach łożonych ze strony p. Reisingera, cała sala zagrzmiała hucznemi oklaskami, w dowód uznania tej szlachetnej ofiary.
Wieszcz nasz Winc.enty Pol miał tego roku sześć prelekcyj o muzyce religijnej, których dochód był był przeznaczony na fundusz tutejszego Towarzystwa muzycznego. Rzecz u nas jeszcze zupełnie nową i nieur prawianą, wyłożył poeta przed licznem gronem słuchaczów, w formie jasnej, sposobem sobie właściwym, zajmującym; przy czem na końcu wykonano odpowiednie prelekcyom' utwory muzyczne. W pierwszej prelek-cyi oznaczył p. W. Pol główne epoki sztuki religijnej, w odniesieniu do ważnych chwil dziejów kościoła. „Trojakiemu kościołowi: . wojującemu, cierpiącemu i tryumfującemu, odpowiadają trojakie sfery tonów. Do tychto sfer należą porządkiem, msze pasterskie, kolędy, różańce, pieśni roranckie i adwentowe; dalej psalmy pokutne, nabożeństwa pogrzebowe, reąuiem, Salve Regina, passye, lamentacye i oratorya wielkiego tygodnia. Wszystko to w pierwiastkach chrześcijaństwa, widzimy zaledwie w ziarnie leżące; chrześcijanizm walczył z po-ganizmem. W katakombach znajdujemy pierwsze zadatki sztuki religijnej, gdzie razem z wyznawcami starego zakonu śpiewano psalmy. Dopiero 102 r., papież Pius Romanus postanowił, aby psalmy Dawida śpiewano po kościołach. Stąd znajdujemy najprzód psalmolodye hebrajskie, potem hymny, dalej parę antyfon i pierwszą litaniję. Kiedy za Konstantyna Wgo zaczęto budować pierwsze bazyliki na wierzchu ziemi, stare śpiewy zatrzymano. Papieże zaprowadzają jednostajność w śpiewie kościelnym, to jest chorały. Najstarszym z nich jest chorał Ormiański, dalej Ambrozyański, Gregoryań-ski; dalej po oddzieleniu się kościoła greckiego, chorały greckie, to jest chorał ś. Chryzostoma, ś. Bazylego, pieśń o Matce Boskiej, wreszcie pieśni w języku słowiańskim. Po erze Bazylik i chorałów, przychodzi czas Karola Wgo. W budownictwo kościelne wchodzą teraz wieże i dzwony, z czterema głosami: „z sopranem, altem, tenorem i basem.14 — Przechodzi poeta do charakterystyki każdego z tych głosów, przytaczając, źe we Lwowie dzwon Kiryły na wołoskiej cerkwi, odpowiada basowi, a w krakowskim Zygmuncie słychać wyraźnie basowe G i contrę G. „Dzwony były artystycznem przeczuciem przyszłej harmonii religijnej.41 — Wspomina o wpływie cywilizacyj arabskiej, o wynalazku organów, wreszcie o odnowieniu studyów klassycznych we Włoszech, a tern samem o rozwinięciu się ducha w sztuce religijnej. Jest to era odrodzenia. Lecz muzyka kościelna, nie znalazłszy w pogańskim klassycyzmie żadnej podstawy, sama ze siebie wydobywała harmoniję muzyczną. Jest to era kościelnego kontrapunktu; wiek Palestryny, a dla nas wiek rorackiego kolegium w kaplicy Jagiellońskiej. — Przechodzi poeta do muzyki religijnej w Polsce. Ta rozpoczyna się z zaprowadzeniem chrześcijaństwa; jest tedy erą chorałów; mamy wszak
że już „Boga Rodzice" ś. Wojciecha; którą wojsko śpiewało, a która dopiero za hetmana Jana Tarnowskiego, przez „Heynały" z Węgier zastąpioną została.
W drugiej prelekcyj -przechodzi poeta do charakterystycznych znamion: psalmów, hymnów, lamentacyi, i chórów.
W trzeciej wspomina o przekładach ksiąg świętych i dorabianiu nowych melodyj. Język ormiański wyrobił swoje własne akcento-toniczne znaki i swoje melo-dye; język grecki poprowadził do osobnego kantu chóralnego i ma własną akcento-tonikę. Akcento-toniczne znaki tych dwóch języków nazywają się krukami. Języka zaś rzymskiego znaki nazywają się neumami, które dały początek do grafiki dzisiejszych nut. Dotąd śpiewano wszystko uni-sono, był to tylko cantus fortis. Dalej mówił poeta o chorałach pojedynczych obrządków, o ormiańskim, ambrozyańskim, gregoryańskim i cerkiewnym.
W czwartej mówi o Hugubaldzie flamandczyku, który do śpiewów liturgicznych dorobił drugi i trzeci głos i tym sposobem wprowadził harmoniję: o Gwidonie z Areżzo, który się zasłużył około grafiki nut, o Fran-konie z Kolonii, który wprowadził nuty taktowe. Odtąd kant uni-sono przerabiał się na dwa głosy (tenor i dyskant czyli sopran), dalej na trzy. Podstawą tego były organy, i z tego rozwijające się msze i nabożeństwa.
W piątej wylicza i charakteryzuje artystów w muzyce religijnej i ich utworów w ogólności. Wspomina dalej o naszych utworach; o pieśni powitalnej do Kazimierza Mnicha: „A witajże, witaj miły gospodynie!" Mówi o Grzegorzu z Sanoka, o pałacowych koncerci-stach na dworach polskich, o Zygmuncie Starym, który pierwszy u nas 1545 r. wprowadził muzykę religijną do kaplicy Jagiellońskiej, i założył kollegium ro-rantystów; i odtąd to, mianowicie kiedy za królową Boną wielu artystów włoskich przybyło, Polska nabra-, ła zamiłowania do muzyki. W połowie XVI wieku-żałożono bractwo muzyczne, przy Stój Barbarze w Krakowie, przeniesione później do kościoła S° Piotra. Dalej przechodzi czasy Władysława IV. i ciągnie tę rzecz szczegółowo, wymieniając siedmnastu polskich kompozytorów, aż do 1780 r.
Przez te prelekcye, W. Pol dwojaką położył zasługę, raz że obznajmił publiczność z historyą muzyki religijnej, co go nie mało pracy kosztowało, potem że obznajmił ją z jędną częścią estetyki, o której w ogólności bardzo niepewne, a często zupełnie mylne i porozrywane krążą tylko wieści.
O prelekcyach Winc. Pola o geografji, odkładamy sprawozdanie na później.
Odkąd dyrekcya teatru naszego przeszła w ręce p. A. Miłaszewskiego, repertoar stał się rozmaitszy i obfitszy. Ponieważ jednak p. Miłaszewski, prowadził równocześnie dotąd i kierunek teatru krakowskiego, i tern tak swoją pracę, jako też siły dramatyczne zmuszony był rozrywać, przedstawienia na naszej scenie nie nosiły na sobie cechy artystyczności, z wyjątkiem tych kilku wieczorów, kiedy gościli u nas pp. Rychter i Królikowski, których występy pozostaną zawsze w pamięci naszej publiczności.
Atoli, pomimo obfitości repertuaru, wybór nie bywa zawsze dobry. • Tłomaczenie sztuk francuzkich, interesujących wprawdzie dowcipnie zawiązaną intrygą, nie pozostawiających jednak nigdy w umyśle naszym głębszego wrażenia, — dotychczas górują. Można wprawdzie zarzucić, że nie mamy tyle własnych a nowych utworów doskonałych, które byłyby godnemi przedstawienia. Sądzę jednak, że tu wypada nam pójść w ślady Bogusławskiego i Kamińskiego. I ci mężowie nie rozpoczęli rozwijania sztuki dramatycznej od doskonałych utworów. Przedstawiali jakie były, ale przedstawiali rzeczy swojskie, aż kierując się żądaniem, smakiem i potrzebą publiczności, autorowie dramatyczni zjawili się z powołania, jak Fredro i Korzeniowski. Nie jeden utwór czytany, nie podoba się słuchającym, gdy przeciwnie przedstawiony zachwyci widzów. Dramatu, jako idealizowania czynu, próbą dostateczną, nie może być nigdy czytanie tegoż, lecz jedynie przedstawienie. Czyn
w czynie tylko składa swoją próbę. Jakoż dopiero po takiej próbie, może autor dokładnie spostrzedz słabe strony swego utworu, i przekonać się, że albo mu potrzeba porzucić zawód dramatyczny, albo robić takie studya, które go uchronią od uchybień i doprowadzą do właściwego stanowiska artystyczności.
Z utworów, jakie na naszej scenie temi czasy przedstawiono, podnoszę tylko trzy: Pokutnika, i Banitę hr. Leopolda Starzeńskiego, i Jerzego Lubomirskiego Józefa Szujskięgo.
„Pokutnik," trzecia z kolei praca autora, po „Staroście Wieluńskim" i „Legacie hetmana," okazała, że p. St. posiada istotne warunki pisarza dramatycznego i że od tych uchybień, które mu wytknięto w jego dwóoh pierwszych dramatach, starał się ustrzedz, i że przy głębszych studyach wyrobi się na dzielnego dramaturga. „Banity" treść wzięta z powieści Rzewuskiego „Zamek Krakowski," Iw tym dramacie, te same przymioty autora występują, lecz zarówno i tutaj widoczny jest jeszcze brak studyów dramatycznych i stu-dyów historycznych, tego życia społecznego, które autor w swoich utworach maluje.
„Jerzy Lubomirski," J. Szujskiego, przedstawiony pierwszy raz d. 23 kwietnia t. r., znamionuje autora, który zna jak najdokładniej i tło dziejowe i umie jak najzręczniej odpowiedzieć wymaganiom sztuki. Jest to, możemy rzec, może najdzielniejszy nasz tegoczesny dramaturg. Węzeł dramatu i intrygi zasadza się głównie z jednej strony na usiłowaniu królowej Ma-ryi-Ludwiki, doprowadzić za życia Jana Kazimierza wybór na tron Kondeusza, a z drugiej strony, na oporze szlachty, pod przewodnictwem Lubomirskiego, przeciw temu zamiarowi. Strony piękne tego pięcioaktowego dramatu, są tak nadzwyczajne i tak mnogie; życie owoczesne i charaktery osób, tak po mistrzowsku skreślone, akcija sama tak zręcznie się rozwija i zajmuje, iż wypadałoby mi, chcąc to wszystko godnie ocenić, księgę napisać; ponieważ jednak księgi nie piszę, więc na tern zwięzłem wspomnieniu przestaję.
Mamy tutaj także i teatr ruski, pod dyrekcyą pana Baczyńskiego, który dawniej w Żytomierzu przewodniczył scenie. Instytucija ta jest jeszcze zbyt młodą, aby coś można stanowczego o niej powiedzieć.
Dnia 2go czerwca zaczęło wychodzić nowe czasopismo „Hasło," trzy razy tygodniowo. Redaktorem odpowiedzialnym jest Władysław Zawadzki, a głównym współpracownikiem J. I. Kraszewski.
„Tygodnik naukowy," w dodatku wydaje arkuszami „Pamiętnik księdza Ciecierskiego, przeora Ojców Dominikanów w Wilnie.
P. Zawadzki wydaje „Grody polskie," z 6ma kolor litogr. rycinami.
Wyszła z druku „Kronika domowa Dzieduszyckich," wydana przez Maurycego hr. Dzieduszyckiego. Odbito tylko 200 egzemplarzy, i książka ta nie jest przeznaczona do sprzedaży księgarskiej.
Wyszło kilka broszurek: 1. Człowiek jako zwierzę ssące, należy tak do roślinnożernych, jak do mięsożernych. Rozprawa o potrzebie używania pokarmów mieszanych, przez Dra Józefa Trzcińskiego. Lwów. 2. Źródła Truskawieckie, porównane z najszczególniej-szemi źródłami mineralnemi Galicyi i zagranicy, przez Dra Jana Geistlenera. Lwów.— 3. Stanowisko filologii słowiańskiej w dziedzinie badań językowych w ogóle, skreślił Bron. Trzaskowski, prof. gimn. Lwów.
P. Franciszek Tępa, znany zaszczytnie nasz malarz, podczas pobytu swojego w Krakowie, wykończył tam kilka obrazów nowych, między niemi portret jenerała Józefa Załuskiego.
P. T., (nie wymieniam jeszcze nazwiska) bardzo chwalebną, a dla ogółu nader zbawienną powziął myśl wydawnictwa tanich druków (po 5 centów arkusz). PrzedsiębierśtWo to ma wpłynąć na rozwój umysłowy wszystkich klass społeczeństwa. Nie tajemy, iż zamiar ten trafi na wiele trudności, z jednej bowiem strony, potrzebny jest znaczny kapitał, z drugiej, poparcie
i zainteresowanie się publiczności czytającej.—Wiemy, , że p. T. od dawna miał tę myśl; mybyśmy życzyli,, żeby jak najprędzej mogła być urzeczywistnioną. Prof. gimn. w Samborze p. A. Bartkowski, rozpoczął druk swojej Geografii powszechnej. Dzieło to ma być podzielone na trzy części; pierwsza obejmie geografię fizyczną, druga polityczną i topograficzną Europy, trzecia innych części ziemi. — Prof. gimn. Stanisław Sobieski drukuje obecnie, w Warszawie nakładem S. Orgelbranda, swój Komentarz do Cezara beli, gallic. i pracuje nad komentarzem trzech dzieł Cycerona, z których dwa mniejsze filozoficzne: de Senectute i de Amicitia, a trzecie retoryczne. —- Prof. Dr Antoni Małecki przygotowuje drugie wydanie swojej gramatyki polskiej.
Tenże sam, gruntowny znawca pism Juliusza Słowackiego, przygotowuje wydanie pośmiertnych pism tego pisarza. „Tygodnik Naukowy” pismo tygodniowe literackie, tego roku w miesiącu Lutym powstałe, podało z tych niebrukowanych poezyi jeden ustęp, cudownej piękności. Czytaliśmy kilka ustępów tych je-nialnych utworów; zaiste słowa Juliusza „do mnie należy przyszłość” spełnią się rzeczywiście, a palma przewodnictwa w poezyi Adama, przechodzi w ręce tego  olbrzymiego geniuszu.
Prof. Dr. Nowicki, z Akademji Jagiellońskiej drukuje tutaj we Lwowie dzieło swoje „Motyle Galicyi” nakładem hr. Włodzimierza Dzieduszyckiego. Jest to praca znacznej objętości, a po autorze znakomitego dzieła łacińskiego wydanego p. t. Enumeratio lepido-pterorum Halicis”, które mu i w kraju i za granicą sławę zjednało, można się spodziewać rzeczy gruntownych. Szczęściem, że w osobie hr. Dzieduszyckiego, który u nas może jedynie, wspiera podobne prace, znalazł autor mecenesa, któremu również należy się wdzięczność, za bezinteresowne wspieranie naszego ruchu literackiego. Oby tylko takich ludzi więcej było w naszej .prowincyi!
Bibliotekarz tutejszego uniwersytetu Dr Wojciech Urbański, znany z licznych dzieł naukowych, a mianowicie matematycznych i przyrodniczych, drukuje obecnie swoją dwutomową „Tfizykę” nakładem S. Orgelbranda w Warszawie.
Szajnocha kończy druk drugiego tomu swojego dzieła p. t. Dwa lata dziejów naszych r. 1646 i 1648.
Dr. Med. Władysław Jasiński ukończy wkrótce druk swojego „Krytycznego rozbioru” dzieła Artura. Lutzego p. t. Nauka homeopatyi, spolszczonego przez tutejszego Dra i homeopatę Antoniego Kaczkowskiego. Recenzya ta stanie się ważnym przyczynkiem do wyświecenia prawdy. Pokazuje się, iż kraje im dalej oddalone od Zachodu t. j. od wyższej cywilizacyi, tern, więcej wierzą w skutki leczenia homeopatycznego.
Odbicie umieszczanej w dzienniku literackim powieści J. Zacharyasiewicza „Marcyan Kordysz” ukończone.
Druk Statystyki porównawczej, Ottona Hausnera tomu drugiego daleko obszerniejszego niż pierwszy, postąpił tak, iż w Lipcu będziemy w całości mieli to dzieło ze wszech miar oryginalne i zajmujące.
Prof. gimn. w Rzeszowie, Bronisław Trzaskowski ukończył zajmujące bardzo, a na którem zbywało> dzieło lingwistyczne: „Słoworód polski”. Jest to praca żmudna a pod względem gramatycznym najtrudniejszą częścią gramatyki. Autor jednak, dał nam się już. poznać kilkoma tego przedmiotu należącemi pracami głębokiemi, wynikłemi z niezmordowanego badania, i gruntownego obznajomienia się z filologią słowiańską, jako też z gramatyką porównawczą.
Aureli Urbański, syn wyżej wspomnionego bibliotekarza, którego pierwszy utwór, komedyę: „Dumę-i serce” w Kwietniu t. r. z powodzeniem w tutejszym teatrze przedstawiono, napisał dramat „Ziemowit, książę Mazowiecki”, który wkrótce ma być również odegrany na naszej scenie. Młody ten pisarz, pełen talentu stanie wysoko, jeżeli porobi gruntowne i koniecznie potrzebne studya w dramatyce.
Stan. Duniecki, kompozytor opery: „Paziowie królowej Marysieńki”, napisał nową operetkę komiczną w jednym akcie pod t. „Sąd Midasa”.
Na wystawę do Paryża, oprócz p. Matę d, który swojem „Kazaniem Ks. Skargi” prawdziwych znawców uznanie pozyskał, wysłał p. Rodakowski jeden portret a p. Grabowski rzeźbę przedstawiającą pasterza u gro.-bu sielankarza greckiego Teokryta. Em.
W drukarni S. Lewentala. — Za pozwoleniem cenzury.
Redakcya przy ulicy Mazowieckiej, w domu J. Bykowskiego Nr. 4343<Z.—Expedycya Główna w księgarni M. Glucksberga Nr. 4l i Krakowskie-Przedmieście.