Автор: Bułhakow M.A.  

Теги: fikcja  

Год: 1928

Текст
                    



BlflLft GWARDJfl Kasyno Narodowwe L W 9 W I Ж

r v j s ѴЗ ш щ /VI. B U f c G A K O W $IAèA GWARDJÄ Kasyno Narodowe m t w• wi I R О /VI A N S 3732 W A & P Z Ш BIBLJOTEKA GEO/ZOWA
Przeklad z Rosyjskiego R.Lan. Tloczonow Drakarni „LUerachitj" Wa r s z a w a N. Swiat 22. 19 2 8 г о k 2020080661
Drobny snieg prdszyl i nagle rozpadat sic na dobre. Wicher zawyt; rozszalala sic zawieja. № mgnieniu oka niebiosa zlaty sic ze snieznem morzem. Yrszystko zmklo. — hi, panie — zawolal woznica — biada nam — zamiec\ „Ldrka kapitana". I umarli za сzyny byli sqdzeni swoje... wedlug ksiqg CZESC I I Znamienny i straszny to byt rok, od Narodzenla Chrystusa Pana 1918-ty, a drugi od chwili wybuchu rewolucji. Roku tego latem pelno bylo slonca, a ziт ц padal snieg obfity. Wysoko na niebie jasnialy dwie gwiazdy: pasterska Wenus wieczorna i drzrtcy czerwony Mars. Ale czas mknie jak strzaîa zarôwno w spokojnych, jak i krwawych latach, i mlodzi Turbinowiè nie zd^zyli siç obejrzec, jak nastaly biale, puszyste mrozy grudniowe. Och, gdziezes ty, dziadku z naszej choinki, iskrzacy siç od szronu i \yielce szczçsliwy. Gdziezes Ту, matko nasza, Krölowo jasna? W rok po slubie côrki Heleny z kapitanem Sergjuszem Iwanowiczem Talbergiem i tegoz saraego I
tygodnia, kiedy do miasta na'Ukrainie, do rodzinnego gniazda po ciçzkich wypadkach i trudach wojennych powrôcil Aleksy Wasyljewicz Turbin, biala trumnç ze zwiokami matki zniesiono ze stromego Aleksiejewskiego wzgdrza na Paddl do malej cerkiewki Mikolaja Mitosiernego na Wzwozie. Bylo to w maju; podczas mszy zalobnej drzewa wisniowe i akacje szczelnie przeslanialy z zewnatrz strzeliste okna. Smutny i zmieszany ojciec Aleksander chwial siç na nogach; bîyszczaly i iskrzyly siç szaty jego wsrôd ziotych plomykôw; a diakon z szyja i twarza fioletowa, caly w ztocie, od glowy az do stop, obutych w skrzypiace kamasze, ponurym glosem wymawiat sîowa koécieinego pozegnania, zwracat siç do matki, ktdra opusciia swoje dzieci. Staiy one wszystkie razem u stöp starego sczerniaJego arcykaptana Mikolaja: Aleksy, Helena, Talberg, Aniuta, wychowana w domu Turbinowej, i Nikotka z czupryna, opadajaca na prawa brew. Stal tak zupelnie oszolomiony smiercia matki, i jego blçkitne oczy, osadzone z obu stron dlugiego, ptasiego nosa, spozieraly ze smutkiem i rozpacza. Chwilami mrugal niemi, spogladajac na obraz i na tonace w mroku sklepienie ottarza, tarn, gdzie unosil siç smçtny i zagadkowy Bog - staruszek. Za cöz taka krzywda? Taka niesprawiedliwosd? Poco to bylo zabierac matkç wlasnie wtedy, kiedy wszyscy siç zjechali i lepsze czasy nastaly! Na to Pan Bôg z czarnego i miejscami popçkanego sklepienia nie dawal odpowiedzi, a Nikolka 2
sam jeszcze nie uswiadamiaî sobie, ze wszystko dzieje siç tak, jak powinno byd, ku lepszemu. Msza siç skonczyia. Wyszli na kamienne schody i towarzyszyli matce poprzez wielkie miasto na cmentarz, gdzie juz oddawna pod marmurowym krzyzem spoczywal ojciec. 1 matkç pochowali. Ech... Ech... Wiele to lat przed smiercia w domu pod Nr. 13 przy ulicy Aleksiejewskiej, w jadalnym pokoju, przy piecu kaflowym grzala siç malenka Helena, starszy Aleksy i zupelnie jeszcze drobniutki Nikolka. Czçsto wtedy przy tym goracym kominku czytano о „Cieéli z Saardanu", zegar wydzwaniat gawoty; w koncu grudnia zwykle unosil siç zapach choiny, a na zielonych galazkach palily siç pstre swieczki parafinowe. Czarny écienny zegar w stolowym pokoju wydzwaniat godziny jak z wiezy w odpowiedzi na gawoty zegara z bronzu, ktôry stal w matczynej sypialni. Teraz Helenka w niej mieszka. Zegar écienny ojciec dawno jui, kupil, kobiety nosily wtedy staniki ze smiesznemi bufiastemi u gory rçkawami. Moda siç zmienila, czas przeminat jak blyskawica, umarl ojciec - profesor, wszyscy wyrosii, a zegar po dawnemu wydzwania godziny jak z wiezy. Przyzwyczajono siç do niego, i gdyby jakiems zrzadzeniem losu zniknql z tej éciany, zapanowalby taki sam smutek, jak po smierci bliskiej osoby. Pu3
stki tej niczem nie mozna byioby wypelnic. Ma szczeécie jednak zegar jest nieémiertelny. Rôwniez nieémiertelnemi sa „Ciesla z Saardamu" i kafle holenderskie, mocne jak skala, gorace i zyciodajne w najciçzszych chwilach. Te oto kafle, i stare czerwonym pluszem kryte meble, i lôzka z bîyszczacemi galkami, wytarte malinowe, pstre dywany, a na nich car Aleksy Michajîowicz z sokolem w rçku i Ludwik XIV, wypoczywajacy w rajskim ogrodzie nad brzegiem jedwabistego jeziora, i tureckie dywany z dziwacznym wschodnim wzorem; te same wlasnie, ktôremi bredzil maly Nikolka w goraczce podczas szkarlatyny, lampka z bronzu z abazurem, najlepsze na Awiecie szafy z ksiazkami, od ktôrych zalatywal zapach dawnej czekolady z Natasza Rostowa, сбгка kapitana, zîocone filizanki, portrety, portjery. Cale te siedem zakurzonyoh i po brzegi wypelnionych pokojöw, gdzie wyroslo mtode pokolenie Turbinôw, pozostawila w spœciznie matka swym dzieciom. Umierajac w tak ciçzkich czasach, bezsilna, z ostatniem tchnieniem na ustach, kurczowo sciskarjac rçkç zapîakanej Heleny, wyszeptata: — 2yjcie... ,w zgodzie. * » Ale jak z y c ? Jakiez to zyc? Najstarszy, Aleksy Wasyljewicz Turbin, mlody lekarz, ukoiiczyî dwadziescia osiem lat. Helena — dwadziescia cztery. Maz jej, kapitan Talberg—trzydziesci jeden, a Nikolka siedemnaScie i pôl. 4
Ruina w samem zaraniu zycia. Zamiec zbliza siç od pôlnocy, szaleje bez ustanku, im dalej—tem grozniej. Starszy Turbin powrôcil do rodzinnego miasta wnet po burzy, ktôra wstrzasnçla gôrami nad Dnieprem. Moze prçdko ta burza przeminie, rozpocznie siç zycie, о jakiem piszq w czekoladowych ksiazkach. Prôzne nadzieje, dokoîa coraz bardziej ciemno i trwoznie. Na pôfnocy wciaz zamiec szaleje, a pod nogami drzy z posad poruszona ziemia, slychac gîuche odglosy. Rok osiemnasty dobiega juz konca, a dni nastçpuja coraz grozniejsze i trwardsze. * Zwalq, sie mury, wyîrunie z bialej dîoni zalçkniony sokôl, zgasnie lampa z bronzu, „Côrke Kapitana" spal^ w piecu. Matka rzekla dzieciom: — Zyjcie. A czeka ich mçka i smierc. Jakos о zmierzchu, wkrôtce po pogrzebie matki, Aleksy Turbin odwiedziî ojca Aieksandra i powiedzial: — Smutno nam, ojcze. Nie inozemy matki zapomniec, a do tego takie strasznie ciçzkie czasy... Dopiero со przyjechaîem, sadzilem, ze zycie jakos siç ulozy, a tu... Zamilki, siedzac w zmroku przy stole, spogladal w zadumie gdzies daleko przed siebie. .:-<- 5
Dotnek duchownego przestanialy galçzie drzew podwörka cerkiewnego. Miato siç wrazenie, it tu£ za sciana maiego, ciasnego gabinetu, po brzegi wypeînionego ksiazkami, rozpoczyna siç tajemnlczy, gçsty las, tchnacy wiosna. Od miasta pod wieczôr szedi gîuchy pomruk, tmosil siç zapach bzu. — Cöz robid, côz robic — zamamrotat ojciec, zmieszany (zawsze by! taki zazenowany, kiedy obcowaî z ludzmi). — Wola Boska. — À raoze potem bçdzie lepiej? — niewiadomo do kogo zwrociî siç Turbin z tem pytaniem. Ojciec poniszyi siç na fotelu. — Ciçzkie to czasy, niema со môwic, bardzo ciçzkie — wyszeptaî — aie nie trzeba tracic otuchy... Nagle wyciagnat biala rçkç z ciemnego rçkawa sutanny, wziai jedna z ksiazek i otworzyl w tem miejscu, gdzie byia kolorowa haftowana zakiadka. — Nie wolno poddawac siç przygnçbieniu — powiedzial glosem zmieszanym, lecz przekonywujacym. — Przygnçbienie jest wielkim grzechem... Zdaje mi siç, ze doswiadczymy jeszcze wielu nieszczçsc — môwiî coraz pewniejszym giosem. — Wie pan, ostatnio wciaz przesiadujç nad ksiazkami, oczywiscie przewaznie z dziedziny teologji... — Uniôsl ksiazkç tak, by ostatnie promienie, wpadajace przez окно, rzuciiy swiatio na kartki, i przeczytat: „Trzeci anioi wylaî czaszç swa do rzek i zrôdei ; i powstala krew". 6
11 Byl wiçc biaîy, mrozny grudzien. Szybko dobiegal polowy. Na zasniezonych ulicach stychac bylo gwar swiateczny. Juz prçdko siç skonczy ten osiemnasty rok. Nad dwupiçtrowym domem pod Nr. 13, przedziwnej budowy (od ulicy mieszkanie Turbinôw bylo na drugiem piçtrze, a od strony malego pochytego podwôrka окна widac bylo na pierwszem piçtrze), zwisaly oblepione sniegiem gatçzie drzew z ogrodu, ktôry zajat cate ströme wzgôrze. Gôrç snieg pokryt, zasypaî malutkie drwalnie w podwôrzu, i utworzyîa siç kolosalna gîowa cukru. Dom przywdzial biaîa generalska czapkç, i na dolnem piçtrze (od ulicy pierwsze a od podwôrza pod werenda Turbinôw — suteryna) zajasnialy sîabe, zôîte swiatelka. Mieszkal tam tchôrzliwy burzuj, antypatyczny inzynier, Wasyli Iwanowicz Lisowicz. Nad nim, poprzez okna Turbinôw, widac bylo jasne, wesote swiatîo. О zmierzchu Aleksy z Nikolka zeszli do drwalni po drwa. T
— Ho, ho. tam do licha, maîo juz drew zostato. Patrz, znowu dzis sciagneli. Z elektrycznei latarki Nikotki padt na orzeciwlecîa snane snop swiatîa w postaci cylindra. Widaô byto wylamana deske, ktora potem w pospieehu z zewna^rz ktos przybit. — Powystrzelacby tych djabtow! Jak Boga kocham! Wiesz со. przestoimy te oocztç na warcie? Wiem dobrze, to szewey z pod jeden astego nurneru. — Jacyz to niegodziwcy! Przeciez sami maja wiçcej od nas tego drzewa. — A niech ich tarn... Chodzmy. Zabieraj. Zgrzytneta zardzewiata ktödka, osypal sie на braci snieg, poniesli drwa. Juz wieczorem koto dziewiatej godziny nie mozna byto dotknac kafli z Saardarnu. Nadzwyczajny to byt piec. Na jego olsniewajacej powierzchni widniaîy przerôzne historyczne napisy i rysunki. Porobit je Nikotka tuszem w rôznych okresach 18-go roku. Zawieraty gîçboki sens i byty bardzo znamienne. „Jezeli ci ktos powie, ze aljanci spiesza do nas z pomoca — to nie wierz. Aljanci — to dranie". „On sympatyzuje z bolszewikami". Rysunek: geba Mornusa. Pödpis: „Ulan Leonidas Jurjewicz". „Okropne wiesci nadbiegaja, Czerwone bandy sie zblizaja!" 8
Rysunek, maiowany îarbami: glowa ze zwisajacemi wasami, w wysokiej czapie z granatowym ogonem. Podpis: „Bij Petlurç!" Rçka Heleny i bliskich dawnych przyjaciôl dziecinstwa, Mysztajewskiego, Karasia, Szerwidskiego, porobione byly napisy tuszem, farbami, atramentem i wisniowym sokiem. „Helena Wasyljewna kocha nas mocno Komu—na, komu—nie..." „Lenoczka, kupitem bilet na „Aide". Balkon pierwszego piçtra Nr. 82 z prawej strony". Zakochaîem siç 12-go maja 1918 roku". „Pan jest gruby i brzydki". „Po tych slowach mpgç tylko zastrzelic siç". (Narysowany dose dokladnie brauning). „Niech zyje Rosja!" „Niech zyje samowladztwo. Czerwiec. Barkarola". „Nie dziw, ze cala Rosja pamiçta walkç pod Borodinem". Rçka Nikotki wypisane drukowanemi literami: „Pod grozba rozstrzelania kazdego towarzysza z pozbawieniem praw zakazujç pisania na piecu zbytecznych rzeczy. Komisarz Podolskiego okrçgu. Damski, mçski i zenski krawiec Abram Pruzyner. 1918 roku, 30-go stycznla". 9
Bucha z;ar od kafli, upstrzonych napisami, czarny zegar posuwa sie jak przed trzydziestu laty: tonktank. W fotelu, w ulubionej pozycji siedzi starszy Turbin, ponury, wygolony, jasnowlosy, we frenczu z olbrzymiemi kieszeniami, w granatowych rajtuzach i miçkkich filcowych pantoflach. Postarzat bardzo od 25-go pazdziernika 1917 roku. U nog jego usadowil siç na malym stoîeczku Nikolka ze sterczaca czupryna, nogi wyciagnat prawie do kredensu — poköj jadalny bardzo maly. Na nogach buty ze sprzaczkami. Przyjaciolka Nikolki — gitara, pieszczotliwa jest i przytlumiona: tren. Nieokreslone tren... niewiadomo bowiem, со bçdzie. W miescie trwoga, niepokoj, zle... Na ramionach nosi Nikolka podoficerskie szlify z bialem naszyciem, a na lewym rçkawie trôjkolorowy galon. (Pierwsza druzyna piechoty, oddzial trzeci. Z powodu rozpoczynajacej siç akcji czwarty dzien siç formuje). Pomimo tych wszystkich wydarzen w jadalnym, doprawdy, jest wtprost przeslicznie. Goraco, przytulnie, na oknach kremowe zasîony. Czuja bracia cieplo, i to ich jakos rozleniwia. Starszy brat odrzuca ksiazkç, wyciaga siç. — No côz, zagraj tç piosenkç... Tram ta tam... tram ta tam... „W butach fason jest. Czapki takze fest, To junkry, inzynierowie ida!" Starszy podspiewuje. Oczy ponure, blyska w nich plomien, w zytach — ogien, 10
— No, wolniej, panowie, wolniej, pocichutku. „Witajcie, letnicy, Witajcie, letniczki..." Qitara gra marsza, struny brzçcza miarowo jak kroki, inzynierowie ida — raz, raz, raz ! Nikolka pätrzy i sni na jawie: Szkola. Obdrapane kolumny aleksandrowskie, armaty. Przesuwaja siç na brzuchach junkrowie od jednego окна do drugiego, strzelaja. W oknach karabiny maszynowe. Chmura zolnierzy oblegla szkolç. Co dalej. Zlakî siç general Bogorodzicki i poddaî siç, poddal siç wraz z junkrami. Ha-a-anba... „Witajcie, letnicy, Witajcie, letniczki, Dawno juz wille mozna wynajac". Mgtfi zaszty oczy Nikolki. Duszno i parno na czarnych polach ukrainskich. W kurzawie posuwaja siç szare roty junkröw. Wszystko to juz bylo, tak, bylo i przeminçlo. Hanba. Bzdurstwo. Helena rozsunçla portjerç, i w ciemnej szczelinie ukazaîa siç jej rudawa gîowa. Miçkkiem spojrzeniem objçla braci, z wielka trwoga spojrzaîa na zegar. Nie dziwnego. W samej rzeczy, gdziez jest Talberg? Siostra niepokoi siç. Chcac ukryc niepokôj, juz miaîa spiewaé z bracmi, aie nagle zatrzymaîa siç i podniosîa rçkç do gôry. — Zaczekajcie. Czy slyszycie? Siedem strun naraz przerwaîo marsza: stôj! Wszyscy troje nasluchuja, tak — dziata. Ciçzkie, dalekie, przytlumione. Ot jeszcze raz: bu-u... Niti
kotka odtozyt gitarç i wstaî pospiesznie, za nim, postçpujac, ruszyf Aleksy. W salonie zupelnie ciemno. Nikotka potknal siç о krzeslo. Poprzez okna widok jak w operze. „W noc Bozego Narodzenia" — snieg i swiatelka. Drza, rnigoca. Nikoîka przylgnaî do okna. Znikly z wyobrazni upal i szkoîa, w oczach natçzona uwaga. Qdziez to? Wzruszyl ramionami mîody podoficer. — Licho wie. Mam wrazenie, ze to pod Swiatoszynem tak strzelaja. -Dziwneto, czyzby takblisko? Aleksy stal w gtçbi, a Helena kolo samego okna, i widac, jak z przerazenia oczy jej sciemnialy. Co to znaczy, ze niema dotychczas Talberga? Starszy brat wyczuwa jej trwogç i dlatego nie nie môwi, chod bardzo chcialby powiedziec: W Swiatoszynle. Niema со do tego najmniejszych watpliwosci. Strzelaja e jakie dwanascie wiorst od miasta, nie dalej. Co to jest? Nikolka ujaî zasuwkç u okna, druga rçkç przycisnal do szyby, jakgdyby chcial ja zdruzgotac i wyrwac siç stad; nos mu siç splaszczyî. — Chciaîbym tarn pojechac. Dowiedziec siç, о со chodzi... — A jakze, ciebie tylko tam brak... Helena môwi z trwoga. — To dopiero nieszczçscie.. Maz miai wrôcic najpôzniej, czy sîyszycie, najpôzniej, dzis о trzeciej po poiudniu. Teraz mamy dziesiataW milezeniu powrôcili do jadalnego pokoju. Qitara milczy ponuro.. Nikolka przynosi z kuchni samo20
war, к tory spiewa i syczy zlowieszczo. Na stole stoja filizanki, jakies nadzwyczajne, w ksztalcie kolumienek, wewnatrz pozlacane, a z zewnatrz zdobia je subtelne kwiaty. Za zycia matki, Anny Wlodzimierzowny, byl to serwis, uzywany w rodzinie od wielkiego dzwonu, a teraz dzieci maja go na codzieti. Choc dokola armaty, niepokôj, trwoga i cale to zamieszanie, obrus jest bialy i przykrochmalony. To juz sprawa Heleny, ktôra talc jest przyzwyczajona, nalezy to rôwniez do Aniuty, wychowanej w domu Turbinôw. Posadzki blyszcza, a na stole, choc to grudzien, w kolumnowym wazonie z matowego szkla stoja blçkitne hortensje i dwie smutne, plomienne rôze, nadajace urok i moc zyciu, mimo ;iz posuwa sie ku miastu podstçpny wrôg, ktôry, kto wie, czy nie obrôci w gruzy piçknego, snieznego miasta. Moze zdepcze swym obcasem resztki spokoju. Kwiaty. Te kwiaty, to dar wiernego wielbiciela Heleny, porucznika gwardji, Leonidasa Jurjewicza Szerwinskiego. Jest on przyjacielem ekspedjentki cukierkôw w znanej „Markizie", rôwniez przyjacielem innej ekspedjentki w przytulnym sklepie z kwiatami „Nicejska flora1'. W cieniu hortensyj postawiono таіолѵапу, niebieski talerzyk z pokrajana kielbasa, obok maslo w przezroczystej masielniczce, a na frazetowskim talerzu bialy, podluzny chleb. Так wyémienicie mozna byioby posilic siç i napic siç herbaty, gdyby nie te ponure wypadki... Ach... Ach, со tarn... >ЧЯПІС9СЯМ Czajnika dosiadl pstry kognt, wyhaftowany na grubem plôtnie, chroni^cy przed wystygniçciem,
a btyszczaca powierzchnia samowara odbi.ia trzy wykrzywione twarze Turbindw. Nikolka w tem odbiciu ma policzki jak Momus. Oczy Heleny peine sa smutku, ogniste rudawe kosmyki wlosôw zwisaja w nietadzie. Utknal gdzies po drodze Talberg wraz z hetmanskim pociagiem skarbowym, i teraz caly wieczdr stracony. Licho wie, czy przypadkiem krzywda go jaka nie spotkata?... Bracia ospale zuja chleb z maslern. Helena ma przed soba tilizankç z zimna herbata i „Pana z San Francisko". Niewidzacy, zamglony wzrok pada na slowa : „...ciemnoéd, ocean, zamied". Helena nie czyta. Wreszcie Nikolka wybucha: —Chcialbym wiedzied, dlaczego tak blisko strzelaja? Wszak to niemozliwe... Sam urwal, pornszyl si§, i znowu twarz dziwnie wykrzywila siç w samowarze. Milczenie. Strzatka posuwa siç, juz jest na dziesiatej minucie i — tonktank — zbliza siç do kwadransa na jedenasta. — Strzelaja dlatego, ze Niemcy to dranie burknal starszy brat niespodzianie. Helena podnosi gîowç, spoglada na zegar i pyta: — Czyz naprawdç, czyz to mozliy^e, ze pozostawia nas na îasce losu? — a glos ma taki smçtny. Bracia jakgdyby na komendç odwracaja glowy i klamia: — Nie niewiadomo — odpowiada Nikolka, zajadajac chleb. 14
~г Так sobie to powiedzialem, hm... to tyiko przypuszczenie. Pogloski. — Nie, to nie pogloski — z uporem odpowiada Helena — nie pogloski, lecz prawda; spotkalam dzisiaj Szczeglowç, powiedziala mi, ze z pod Borodzianki zawrôcone zostaly dwa niemieckie pulki. — Nonsens. — Sama siç zastanôw — tîumaczy starszy — czy to do pomyslenia, zeby Niemcy dopuscili do miasta tego lotra? Zastanôw siç tylko. Co do mnie, to zupelnie nie wyobrazam sobie ich razem ani na jedna chwilç. Kompletny absurd. Niemcy i Petlura. Wszak oni sami przezwali go bandyta. Jakiez to smieszne. — Ech, со ty tarn opowiadasz. Poznalam teraz Niemcôw. Na wlasne oczy widzialam niektôryeh z czerwonemi kokardkami. I jakiegoé podoficera pijanego z baba. Baba tez byla pijana. — No, czyz nie zdarza siç? Takie wypadki zepsucia moga siç zdarzyc i w niemieckiej armii. — Wiçc wedlug was, Petlura nie przyjdzie? — Hm... mojem zdaniem, to niemozliwe. — Absolument. Nalej mi, jezeli laska, jeszcze filizankç herbaty. Nie denerwuj siç. Staraj siç, jak to powiadaja, trzymaô siç w 'karbach. — Alez, môj Boze, gdziez jest teraz Sergjusz? Pewna jestem, ze na ich pociag byl napad zbrojny i... — I coz? Poco te niepotrzebne domysly? Wszak ta linja zupelnie jest wolna. 15
— Wiçc dlaczego go niema? . — Ach, Boze. Wiesz dobrze, jaka teraz jazda. Z pewnoscia stali na kazdej stacji po cztery godziny. — Rewolucyjna jazda. Qodzine siç jedzie, a ctwie siç stoi. Helena zamilkla, popatrzala na zegar, westchnçla ciçzko, a potem znowu zaczçîa mowic. — Boze, Boze! Qdyby Niemcy nie zrobili tej podîosci, wszystko szloby jak najlepiej. Ich dwa pulki wystarczylyby, aby zmiazdzyc waszego Petlurç jak muchç. Nie, przekonaîam siç, ze Niemcy prowadza teraz podla, podwöjna politykç. A gdziez sa ci zachwalani aljanci? Ach, niegodziwcy. Obiecywali, obiecywali... Samowar, ktôry od pewnego czasu milczat, zasyczal niespodzianie, i drobne wçgle, pokryte szarym popiolem, wypadly na tacç. Bracia mimowoli spojrzeli na piec. Odpowiedz? — Masz ja tam. Proszç spojrzec: „Aljanci — to dranie". Wskazôwka zatrzymaîa siç na kwadransie, zegar jakgdyby chrzaknal z powaga, a potem wybit godzinç; natychmiast w odpowiedzi rozlegî siç w przedpokoju cienki i dzwiçczny dzwonek. — Bogu dziçki, to Sergjusz — radosnie powiedzial starszy. — Так, to Talberg — dodaî Nikolka i oobiegl otworzyd drzwi. Helena wstata, zarumieniona. Ы
Ükazalo siç, i e to nie Talberg dzwonil. Troje drzwi na schodach rozwarlo siç z gluchym loskotem, i rozlegl siç zdziwiony glos Nikolki. Jakis glos odpowiedzial. Potem po schodach zaczçly posuwaé siç podkute buty, a za niemi wlokla siç kolba. Przez drzwi powial chlôd, i oczom Aleksego i Heleny ukazata siç barczysta postaé w szarym plaszczu do piçt, w szliîach barwy ochronnej z trzema gwiazdkami porucznikowskiemi, nakreslonemi chemicznym oiôwkiem. Basztyk pokryty byl szronem. Ciçzki karabin z bronzowym bagnetem wypelnil caly przedpokôj. — Witajcie — odezwala siç przeciagle postaé zachrypniçtym tenorem, chwytajac siç za baszlyk zdrçtwialemi palcami. — Wicia! Nikolka dopomôgl rozwiazac konce baszlyka, kaptur osunat siç, a za nim opadta splaszczona czapka oficerska ze sczernialym znaczkiem, i na barczystej postaci ukazala siç giowa porucznika Wiktora Wiktorowicza Myszlajewskiego. Piçkna ta gtowa, dziwnie smçtna i peina powabu, îaczyla znamiona prawdziwej rasy i zwyrodnienia. Przesliczne oczy zmiennego koloru z dtugiemi rzçsami. Nos z malenkim garbem, wyniosle usta i czoto, biale, czyste, bez skazy. Ale jeden kacik ust smutnie wykrzywiony i podbrodek tak dziwnie iakgdyby rzezbiarza, ktdry robil tç twarz szlachcica, opanowala dzika îantazja odgryzé kawal gliny i pozostawié tej mçznej twarzy nieprawidlowy podbrôdek niewieéci. Biata G ward] a 2. 17
*— Skacl siç tu wzialei? — Skad? — Uwaga — slabym glosem odezwal siç Myszlajewski — nie stlucz. Mam tam butelkç z wddkaNikolka ostroznie powiesil ciçzki plaszcz, z ktôrego kieszeni sterczata butelka, owiniçta w kawalek gazety. Potem powiesil tak wielki mauzer w futerale, ze az zachwiaî siç ciçzki wieszak z rogami jelenia. Myszlajewski wreszcie zwrôcil siç do Heleny, pocalowal ja w rçkç i powiedzial: — Z pod Krasnego Traktiru. Pozwél mi, Leno, przenocowad. Do domu nie dojdç. — Ach, Boze, bardzo proszç. Myszlajewski jçknal nagle, staral siç chuchad na palce, aie usta odmawialy posluszenstwa. Biale brwi i krdtko podstrzyzone aksamitne wasiki, siwe od szronu, zaczçîy topniec, cala twarz byla mokra. Starszy Turbin rozpial îrencz i wyciagnal brudna koszulç. — No, oczywiécie... Peîno. Az siç roi. — Ot со — poruszyla siç Helena, ktôra г przerazenia zapomniala na chwilç о Talbergu — Nikolka, w kuchni sa drwa. Zröb ogien w kapielowym. Ach, na nieszczçscie pozwolilam Aniutce odejsc. Aleksy, sciagnij z niego frencz, tylko prçdzej. W jadalnym Myszlajewski siadl na krzesle kolo pieca i glosno jçczal, juz nie m6gl nad soba dluzej panowad. Helena pobiegla, brzçczac kluczami. Turbin razem z Nikolka na klçczkach éciagali z Myszlajewskiego waskie, eleganckie buty, ze sprzaczkami na lydkach. 18
— Östroiniej... och, ostrozniej... Odwinçli ohydne poplamione onuczki, i pozostaly fioletowe jedwabne skarpetki. Frencz Nikolka powiesit natychmiast na zimnej werandzie, niech sobie wszy zdychaja. Chudy, sczernialy, chory i politowania godny stal Myszlajewski w okropnie bruduej batystowej koszuli, w czarnych szelkach, zapiçtych na krzyz, i \v granatowych spodniach ze strzemionkami. Zsinialemi rçkoma zaczal wodzid po kaflach. „Wieéci... g r o l . . nast... bandy..." „zakochalem siç... maja..." — Jacyz to podlecy! — krzyknal Turbin. — Czyz nie mogli warn dac cieplych butôw i kozuchôw? — Cie... eple buty — ptaczac, przedrze£niat Myszlajewski — cie-epte... Poczul, jak w cieple rçce i nogi zaczçly okrutnie boled, i kiedy zamilkly w kuchni kroki Heleny, krzyknal ze Izami i wéciekloécia : — Szynk! Chrypiac i kurezac siç caly, upadl, wskazal na skarpetki i jçknal: — Zdejmijcie, zdejmijcie, zdejmijcie... Unosil siç zapach wstrçtnego denaturatu, w misce topniala gdra sniegu. Porucznik Myszlajewski wypil kieliszek wddki, i natychmiast go to oszolomilo, nawet oczy mial zamglone. — Czy naprawdç trzeba bçdzie odciad? 0 , Bo2e... — i zalkal z rozpacza. 19
— Ho poczekaj. То nie... Так. Ûdmroziieé tylkö duzy palee. Так... to przejdzie. I ten Ш bçdzie dobry. Nikoîka przykucnaî i zaczal mu wkladad czyste czarne skarpetki, a tyinczasem Myszlajewski wpychal do rçkawdw kapielowego piaszcza drewniane aie zginajace siç rçce. Na policzkach wystapity ponsowe plamy i nasz zmarzniçty, skurczony porucznik w czystej bieliznie i plaszczu odtajal, oddyl. Jak grad posypafy siç w pokoju grogne wyzwiska Opuéciwszy oczy, przeklinat najohydniejszemi wyrazami sztab w wagonach pierwszej klasy, jakiegoé pulkownika Szczotkina, mrôz, Petlurç i Niemcôw, zamied i wreszcie zakoficzyf w ten sposôb, ze skiai okrutnie hetmana calej Ukrainy, nie szczçdzac mu brukowych i wstrçtnych wyzwisk. Aleksy i Nikolka przygladali siç, jak rozgrzany porucznik zgrzytal zçbami i od czasu do czasu wykrzykiwal: — No-no! Hetman, со? Bodajby go! — ryezaî Myszlajewski — Kawalerzysta gwardyjski? W paîacu? Со? A nas poslali tak, jak stalismy. Со? Cala dobç w sniegu podczas mrozu... Boze! Myslalem, ze wszyscy zginiemy... Bodajby go psiamac! Sto sazni dzielilo jednego oficera od drugiego, i to siç ma laiicuchem nazywac? О malo nie wyrznçli nas jak kury! — Poczekaj — oszaialy od wyzwisk prosil go Turbin — powiedz, kto jest teraz tam pod Traktirem? — Et! — machnal rçka Myszlajewski — nie nie zrozumiesz! Czy wiesz, ilu nas tam bylo pod tym 20
Traktirem? Czter-dzlestu. PrzyjeSdzal ten wywioka—puîkownik Szczotkin, 1 powiada (Myszlajewski wykrzywil twarz i, starajac siç przedrzezniô znienawidzonego pulkownika Szczotkina, zaczal szeplenid wstrçtnym, cienkiin glosem): „Panowie oficerowie, od was zaleza losy miasta. Nie zawiedzcie nadziei i zaufania matki miast rosyjskich, ona moze teraz zginad i, gdyby nieprzyjaciel siç nkazat, to przejdzcie do ataku, z Bogiem! Po szesciu godzinach zmienia was. Ale nabojdw proszç oszczçdzac..." (Myszlajewski zmienil ton i powiedzia! swoim zwyklym glosem) i zwial samochodem wraz ze swym adjutantem. A ctemno, jak w d...! Mrôz. Nie, tylko same szpilki, tak kluje. — Wiçc ktôz tara jest, о Boze? Wszak Petlura nie moze byd pod Traktirem? — A licho ich wie! Czy uwierzysz? rankieiti malo nie zwarjowalismy. Stançlismy о pôlnocy, czekamy na zmianç... Rak i nôg nie czujemy. Zmiana nie przychodzi. Oczywiscie, nie mozemy rozloiyc ogniska, do wsi tylko dwie wiorsty. Do Traktira — wiorsta. W nocy zda siç, ze pole siç rusza. Przywidzialo siç nam, ze podlaza... No, mysie sobie, со robié... Co? Podnoszç karabin i zastanawiam siç, czy strzelac? Poktisa bierze. Stalismy tak i wylismy jak wilki. Czasem 11a krzyk ktos gdzies w lancuchu sie odezwie. Wreszcie glçboko wlazlem w snieg, kolba wykopalem sobie mogilç, przykucnatem i staralem siç nie zasnad: zasnç — zginç. Nad ranem nie wytrzymalem, czujç, ze zaczynam drzemad. Wiesz. c<? mnie uratowalo? Karebiny maszynowe. Siyszç, П
jak о swicie о trzy wiorsty od nas zagrzmialo! I wyobraz sobie, nie chcialo siç wstawac. A tu na dodatek i armata zatrzeszczala. Podnioslem siç, a do nôg jakgdyby pudowe ciçzàry przyrosly, i myslç sobie: „Winszujç, Petlura raczyl nas odwiedzic". Zaciesnilismy troszeczkç lancuch, zaczçlismy wolac jeden na drugiego. Takesmy zdecydowali: w razie czego zbierzemy siç do kupy, zaczniemy strzelac i jednoczesnie cofac siç w kierunku miasta. Pozabijajq nas —to pozabijaja. Przynajmniej bçdziemy razem. I wyobraz sobie — zamilklo wszystko. Z rana tak grupami po trzy osoby zaczçlismy wybiegaû do Traktira, zeby siç pogrzac. Wiesz, kiedy przyslali zmianç? Dzis о drugiej po poludniu. Dwustu junkrow z pierwszej druzyny. I wyobraz sobie, wspaniale przyodziani — w futrzanych czapkach, cieplych butach, z oddziaiem karabindw maszynowych. Przyprowadzil ich pulkownik Naj-Turs. — Ach! To nasz, naszl — кггукгщі Nikolka. — Powiedz, czy to czasem nie huzar bialogwardzista? — zapytal Turbin. — Так, tak, huzar... Rozutnlesz, spojrzeli na nas i przerazili siç: „Sadzilismy, ze macie tu ze dwie roty z karabinami maszynowemi, jakzescie mogli tutaj stac tak dlugo?" Okazalo siç, ze z temi karabinami byla banda z tysiaca ludzi, ktôra nad ranem zwalila siç na Sieriebriankç i przypuscila szturm. Cale szczçscie, ze nie wiedzieli, iz stal tarn lancuch, podobny do naszego, w przeciwnym razie, mozesz sobie wyoШ
brazic, jaka wizytç ta tluszcza zîozylaby miästu. Szczçscie rôwniez, te tamci mieli jakies stosunki z Posterunkietn - Wolynskîm, zawiadomili go, i stamtad jakas baterja poczçstowala ich szrapnelami, to tez domyslasz siç chyba, jak ostygî ich zapäl, zaczçli siç cofac i rozpierzchli siç do wszystKich djabîôw. — No wiçc ktoz to byî? Czyzby Petlura? Wszak to niemozliwe. — A licho ich tarn wie. Myslç, ze to miejscowi chlopi, ludzie bozy, tacy, jak u Dostojewskiego... o-och... bodaj ze ich, psiamac! — О Boze môj, Boze! — Так — mruczal dalej Myszlajewski, zaciugajac siç dymem papierosa — przyszîa zmiana, Bogu Najwyzszemu dziçki. Liczymy, a tu tylko trzydziesci osiem osôb. Powinszowac trzeba: dwai zmarzli. Swiniom wyrzucic. Dwôch zas podniesliémy, nogi trzeba bçdzie odciad... — Jakto! Na smierc? — A cos myslal? Jeden junkier i jeden oficer. A w Popielusze, tej, со niedaleko od Traktiru, jeszcze lepiej nas urzadzili. Powleklismy siç tam z podporucznikiem Krasinem po sanie, zeby przewiezc znvarzniçtych. Wioska jakgdyby wymarla, ani jednej zywej duszy. Rozgladamy siç dokola i nareszcie widzimy, jak posuwa siç jakis dziad w kozuchu о kiju sçkatym. Wyobraz sobie, zauwazyî nas i ucieszyl siç. Odrazu wyczulem, ze cos zlego siç stalo. Myélç sobie, cô£ to takiego? Czego ten stary dziad tak siç 33
ucieszyl? „Chlopczyki... chlopczyki..." A ja mu odpowiadam slodziutkim gîosem: „Witaj, dziadku. Daw a j sanie, tylko prçdko". Na to on: „Niema, wszystkie sanie na posterunek oficerstwo zabralo". Mrugnalem Krasinowi i pytam: „Oficerstwo? hm, hm. A gdziez wszyscy wasi chlopcy?" Dziad jak nie fuknie: „Wszyscy uciekli do Petlury". — No, jak ci siç to podoba? Dziad niedowidzial, taki slepawy dziadek niedowidzial naszych odznak pod baszlykiem i wzial nas za petlurowcow. Tutaj juz nie wytrzymalem... Mrôz... Wsciektem siç... Chwycilem dziada za gardziel, malo ducha nie wyzional, a sam krzyczç: „Do Petlury pobiegli? Zastrzelç ciç tutaj natychmiast, zobaczysz wtedy, jak to siç do Petlury lata! Polecisz, scierwo, na tarnten swiat!" Na to, rzecz prosta, swiçty rolnik, siewca i obronca (Myszlajewski zaklal okrutnie) ocknat siç w dwie sekundy. Oczywiscie upadl do nôg i wrzeszczy: „Wielmozny panie, proszç mi wybaczyc, z;e ja, stary, zdurnialem i osleplem, zaraz konie podam, tylko mnie nie zabijajcie!" Znalazly siç konie i sanie. О zmierzchu przyszlismy na Posterunek. Co siç tarn dzieje — wprost poi^c tego nie jest siç w stanie. Naliczylem az cztery baterje, stoja bezczynnie, pociskôw, jak siç okazalo, nie maja. Sztabow bez liku. Nikt oczywiscie о niczem nie ma pojçcia. А со najwazniejsze, niewiadomo, со robié z trupami! Znalezlismy wreszcie lotne oddzialy sanitarne, i czy uwierzysz, przemoca zwalilismy trupy, nie chcieli zabierac.; „Wiezcie do miasta". To juz do24
prowadzilo nas do wscieklosci. Krasin nawet chcial zastrzelic kogos ze sztabu. A tarnten powiada: „To juz petlurowskie obyczaje". Znikl. Wreszcie pod wieczôr znalazî dla nas wagon Szczotkina. Pierwsza klasa, elektrycznosc... 1 côz ty myslisz? Stoi tarn jakis dran, cos w rodzaju ordynansa, i nie puszcza. — Co? „Spi" — powiada — „nikogo nie wolno mi wpuscid". Na to przylozylem kolbç do sciany, a za mna nasi tak samo i narobili takiego gwaltu, ze ze wszys'ckich przedzialôw posypaîo siç ich jak grochu. Sam Szczotkin wylazl i dopiero zacz^î plesc: „Ach, môj Boze. No, oczywiscie. Zaraz. Ej! ordynans! Kapustç, konjak. Zaraz was rozlokujemy. Bçdzie kompletny wypoczynek. Toz to bohaterstwo. Ach, jakaz to strata, ale со robic — ofiary. Так zmordowalem siç..." A konjak czuc od niego na wiorstç. — A-a-a! — ziewnal nagle Myszlajewski i nos opuscil. Potem zamamrotal jak przez sen: — Dali dla calego oddzialu pusty wagon i piecyk... O-o! A mnie siç udalo. Widaé zdecydowal pozbyc siç mnie po tym gwalcie: „Odkomenderujç pana, panie poruczniku, do miasta. Do sztabu generaîa Kartuzowa. Proszç siç tarn zameldowac!" Ech-ech! No, siadlem na parowöz... skostnialem... paîac Tamary... wôdka... Myszlajewski wypuscil z ust papierosa, odrzucil wtyî gtowç i odrazu zaczal chrapac. — To dopiero niezle — powiedziat Nikolka, stropiony. 15
— Gdzie2 Helena? — z niepokojem zapytat starszy — trzeba mu przescieradto dac, zaprowacizic go, niech siç umyje. Tymczasem Helena pîakaîa w pokoju przy kuchni, a za kretonowa zaslona obok blaszanej wanny w piecyku palily siç jaskrawym ptomieniem suche brzozowe drwa. Zachrypniçty zegar kuchenny wybit jedenasta- Snita na jawie, ze widzi zamordowanego Talberga. Na pewno byl napad zbrojny na pociag z pieniçdzmi, zamordowali konwoj, widzi wyraznie na sniegu môzg i krew. Siedziala jak we mgle, plomienie rzucaly odblask na zwichrzona koronç wlosôw, po twarzy sptywaly Izy. Zabity. Zabity... Wtem cieniutki dzwonek zadygotal i rozlegl siç po catem mieszkaniu. Helena jak blyskawicä przebiegta kuchniç, ciemny gabinet z ksiazkami, wprost do jadalnego. Zrobito siç jasniej. Czarny zegar spiesznie zagadat swoje tik-tak. Ale Nikolka 1 starszy brat zmarkotnieli wnet po pierwszym wybuchu radoscl. Wszak cieszyli siç tylko ze wzglçdu na Helenç. Kiepskie wrazenie robily na braciach zdobiace ramiona Talberga szlify hetmanskiego ministerstwa spraw wojskowych. Zreszta, zanim jeszcze ukazaly siç te szlify, prawie w dzien slubu Heleny, pçkla czasza szczçscia rodziny Turbinôw, i przez szczelinç wysaczyla siç niepostrzezenie woda przyjazni i dobroci. Czasza wyschla. Moze zawinily tu oczy kapitana sztabu jeneralnego, Sergjusza Iwanowicza Talberga, jakgdyby z dwôch warstw zlozone... Ach, ach... Çokolwiek siç staîo, latwo teraz mozna bylo czytad w pierw26
szej warstwie jego oczu. Z zewnatrz widad bylo zwykla radosc ludzka z powodu ciepla, éwiatla i bezpieczenstwa. A tarn glçbiej trwoga i niepokdj, ktôre przywiôzl ze soba- Co najglçbsze — bylo jak zwykle dobrze zakonspirowane. W kazdym razie postac Sergjusza Iwanowicza nie nie wyrazala. Pas szeroki i twardy. Obydwa znaezki z akademji i uniwersytetu blyszcza jednakowo. Przysadzisty i krepy porusza siç pod czarnym zegarem jak automat. Talberg zmarzl bardzo, usmiecha siç jednak do wszystkich przychylnie. I w tej przychylnosci te^ wyczuwa siç trwogç. Nikolka, pociagnawszy swym dlugim nosem, pierwszy to spostrzegl. Powoli i wesolo cedzac slowa, Talberg opowiedzial, jak kolo Borodzianki, ze ezterdziesei wiorst od mlasta, zrobiono napad na pociag z pieniçdzmi, zdazajacy na prowincjç pod jego ochrona. Kto napadl, niéwiadomo! Przerazona Helena przymykala oczy, tulila siç do znaczkôw, brada zas powtarzali swoje „no-no", a Myszlajewski chrapal moeno, ukazujac trzy zlote zçby. — Co za jedni? Petlura? — No, gdyby Petlura — odpowiedzial Talberg z poblazliwym i jednoczesnie trwoznym usmiediem — watpiç, czybym teraz gawçdzil tutaj z waml. Nie wiem, kto to byl. Mozliwe, ze zdekompletowane sierdziuki *). Wtargnçli do wagonôw, strzelbami wymadiuja, krzycza: „czyj konwöj?" Odpowiedzialem. „Sierdziuki" zaczçli przestçpowad *) Formacjfl ¥?f>'<skowa w armji Petlury. 27
z nogi na nogç, potem slyszç komendç: „Zlazcie, chlopcy". Znikli wszyscy. Przypuszczam, ze szukali oficerôw; zapewne mysleli, £e to oficerski konwôj, a nie ukraiAski. Môwiac to, Talberg rzuciî ukosne, znaczgce spojrzenie na galon Nikolki, popatrza! na zegarek i dodat niespodzianie: — Chodzmy, Heleno, chcç parç sîôw... Helena pospiesznie ruszyla za nim do sypialni. Na scianie, nad lôzkiem na bialej dîoni siedzial sokôl; zielona lampa rzucala miçkkie swiatlo na biurko Heleny; na mahoniowym stoliku dwie pastuszki z bronzu upiçkszaly zegar, ktôry со trzy godziny graî gawot. Aby obudzic Mysztajewskiego, musial Nikolka dolozyé nadzwyczajnych starari. Porucznik zataczal siç, dwa razy z wielkim loskotem zahaczyl о drzwi i wreszcie zasnal w kapieli. Nikolka pilnowaî go, zeby nie utonaî. Zas starszy Turbin, nie zdajac sobie spravvy dlaczego, poszedî do ciemnego salonu, przylgnal do okna i nadsîuchiwal: zrzadka gdzies daleko znowu slychac bylo tçpe, gtuche jak przez watç wystrzaîy armatnle. Rudawa Helena jakos odrazu zbrzydîa i zestarzala siç. Oczy czerwone. Opusciwszy ramiona, sluchala Talberga ze smutkiem. A on jak sztywna kolumna stal nad nia i môwil nieubtaganym glosem: — Heleno, w zaden sposôb nie mozna bylo inaczej postapid. m
Pogodzivvszy siç г tem, Helena odpowiedziaîa mu: — Rozumiem. Oczywiécie, masz racjç. Wiçc za jakie piçc — szesé dni, с о ? A moze cos siç zmieni, lepiej bçdzie? Poczuï Talberg, ze nie tak latwo mu pöjdzie. Zniknat z twarzy wieczny, sztuczny usmiecb. Twarz osunçîa siç, postarzaîa i tchnçla ostateczna decyzja— Heleno... Heleno! Ach, îalszywa to i zwodnicza nadzieja... Piçé... szeéé dni... — Wreszcie wykrztusit: — Muszç jechaé natychmiast. Pociag rusza о pienvszej w nocy... ...W pot godziny po rozmowie w pokoju z sokotem wszystko bylo przewrocone do gôry nogarni. Waliza na podtodze, a wewnçtrzna pokrywa wykrçcona. Helena, surowa, wychudta, z opuszczonemi kacikami ust, uktadala w walizce koszule, kalesony, przescieradia. Talberg przykucnat koto dolnej szuflady w szafie i dlubal cos kluczem. A potem... pokôj stal siç wstrçtny, tak samo wstrçtny, jak wszystkie pokoje, gdzie jest nielad i pakowanie rzeczy, a najgorzej, kiedy lampa pozostaje bez abazura! Nigdy. Przenigdy nie trzeba zdejmowaé abazura! Abazur to éwiçtosé. Nigdy nie trzeba kroczkiem szczura uciekaô od niebezpieczenstwa w nieznane krainy. Zawsze jest lepiej drzemaé przy lampie, czytac — niech zamieé szaleje — lepiej czekaé, az do nas przyjda. A Talberg jednak uciekl. Depczac skrawki papieru, stal wysoki nad ciçzka, zamkniçta waliza w dtugim plaszczu, w czarnych nausznikach z het29
manskîm szaro - blekitnym znaczkiem i szabîa u boku. Na dalekim torze 1-ej stacji stoi juz pociag, jeszcze nie przyczepiono lokomotywy, i podobny jest do gasienicy bez glowy. Stoi dziesiçd wagonôw, oswietlonych olsniewajaco bialem swiatlem elektrycznem. Pociagiem tym о pierwszej w nocy wyjezdza do Niemiec sztab jenerala von Bussowa. Zabieraja Talberga: Talberg ma stosunki... Hetmanskie ministerstwo — to glupia i cyniczna operetka (Talberg lubil trywjalne, silne okreslenia), jak zreszta i sam hetman. Tem bardziej cyniczna, ze... — Zrozum, (szeptem) Niemcy pozostawiaja hetmana na lasce losu i mozliwe, ze Petlura wkroczy. Wszak w rzeczywistosci Petlura mocne korzenie zapuéciî. Petlura ma za soba chlopstwo, a wiesz, ze to... О, wiedziala Helena! Doskonale wiedziala. W marcu 1917 roku Talberg pierwszy, czy rozumiecie, pierwszy zjawit siç w szkole wojskowej z purpurowa opaska na rçkawie. Dziaîo siç to w pierwszej polowie miesiaca, wtedy wszyscy oficerowie w miescie, dowiedziawszy siç о Petersburgu, dostawali ceglastych wypieköw i znikali w gîçbi eiemnych korytarzy, aby о niczem nie slyszec. Jako czlonek komitetu rewolucyjnego, nikt inny, aie wlasnie Talberg aresztowal slynnego jenerala Pietrowa. Kiedy zas pod koniec niezwyklego roku zaszly w miescie dziwaczne wypadki i zjawili siç ludzie bez butôw, w szerokich szarawarach, widoczaych z pod szarych, zolnierskich plaszczôw, i ludzie 3Q
ci oznajmiii, ze w iadnym razie nie rusza siç z miasta na front, pozostana tylko tu w swojem wlasnem ukraidskiem, nie rosyjskiem mieécie, wtedy Talberg, rozdrazniony, sucho orzekt, ze zle siç dzieje, nie tak, jak trzeba, i wszystko to jest tylko cyniczna operetka. Okazalo siç, ze do pewnego stopnia mial racjç: byta to operetka, aie nie taka zwykla, lecz z ogromnym przelewem krwi. Ludzi w szarawarach w dwa pacierze przepçdziîy z miasta szare, zdekompletowane pulki, ktôre przyszly skadcis z za lasôw, z röwniny, prowadzacej do Moskwy. Aie pewnego razu w marcu przyszly do miasta szare zastçpy Niemcôw, na glowach mieli zdlte dziezki metalowe, chroniace od szrapneli. Za nimi na wspanialych koniach jechali huzarzy w puszystych czapkach; Talberg wlot pojal, ze to jest sila. Pod miastem huknçly ciçzkie niemieckie dziaîa i po kilku wystrzalach Moskale znikli za blçkitnemi lasami, gdzie potem zywili siç padlina, a ludzie w szarawarach przywlekli siç zpowrotem wnet za Niemcami. To byla wielka niespodzianka. Talberg usmiechal siç niewyraznie, aie juz bez strachu, dlatego, ze szarawary przy Niemcach zachowywaly siç spokojnie, nie miaîy odwagi mordowaô, blakaly siç po ulicach jak goscie z niepewna mina, a nawet obawaTalberg przekonal siç, ze nie maja poparcia, i dwa miesiace nigdzie nie pracowaî. Pewnego razu Nikolka wszedl do pokoju Talberga i usmiechnal siç. Szwagier siedzial i pisaî na duzym arkuszu papieru jakies éwiczenia gramatyczne, a przed nim lezala cieniutka, szara, tania ksiazeczka: ^ ' » 1 » ' s, 31
„ignacy Perpillo — UkraiAska gramatyka". Bylo to w kwietniu 18-go roku, podczas Wielkiej Nocy. Wesolo palily siç matowe kule elektryczne, i cyrk byl wypelniony po brzegi. Talberg stal iia arenie wesolo w bojowej pozycji i liczyt podniesione do gôry rçce. SkoAczylo siç panowanie szarawarôw, bçdzie Ukraina, ale „hetmanska" Ukraina — wlasnie wybierano „hetmana catej Ukrainy". — Odciçci jesteémy od krwawej moskiewskiej operetki — môwil w domu Talberg, przyodziany w dziwny mundur hetmanski, lsniacy na tie kochanych starych obid. Zegar pogardliwie cedzil: tonk, tank, a z czaszy wysaczyla siç woda... Nikolka i Aleksy nie mieli z nim о czem môwid. Coprawda trudno byloby rozmawiad dlatego, ze wszelka rozmowa о polityce drazniîa Talberga. Szczegôlniej, kiedy Nikolka z zupelnym brakiem taktu môwil: — Sierioza, przeciez môwiles w marcu... Wtedy Talberg, mocno zdenerwowany, pokazywal natychmiast gôrne, rzadkie, ale mocne biale zçby, a z oczu sypaly siç zôlciutkie iskierki. Wobec tego rozmowy ustaly raz na zawsze. Так, operetka... Helena zrozumiala znaczenie tego slowa. Teraz operetka zaczynala byd grozna juz nie dla szarawarôw, nie dla Moskali, nie dla jakiegos tarn lwana Iwanowicza, ale dla samego Sergjusza Iwanowicza Talberga. Kazda isitota ma wgôrze siwoja gwiazdç, to tez w érednich wiekach nadworni astrologowie stawiali
horoskopy, przepowiadali przyszloéd. О, jacy£ to byli mçdrcy! Otôz to Talberg Sergjusz Iwanowicz nie mial szczçsliwej gwiazdy. Mogtoby mu bye dobrze na swiecie, gdyby wszystko szlo gladko w jednym okreslonym kierunku. Ale linja wypadkôw w miescie nie byla prosta, przeciwnie byla tak krzywa, ze prôzne wysilki czynil Sergjusz Iwanowicz, azeby odgadnad, со bçdzie. Nie zgadl. Daleko, moze о sto piçcdziesiat wiorst, a moze i о dwiescie od miasta, stal na jasno oswie- " tlonym torze wagon salonowy. W wagonie tym jak ziarnko grochu w straczku rzucal siç wygolony mçzczyzna i dyktowaî swoim pisarzom i adjutantom cos w dziwnym jçzyku, ktory niebardzo rozumial sam Perpillo. Zle bçdzie z Talbergiem, jezeli ten czlowiek zjawi siç w miescie, a wszak moze siç zjawid! 2le. Wszyscy czytali numer gazety „Wiadomosci", wszyscy znaja nazwisko kapitana Talberga, ktôry razem z innymi wybiera! hetmana. Gazeta zawiera artykul piôra Sergjusza Iwanowicza: „Petlura to awanturnik, jego operetka moze zgubid kraj..." — Rozumiesz chyba, Heleno, ze nie mogç zabierac ciebie na poniewierkç i wlôczçgç. P r a w d a ? Nie odpowiedziala ani slowa, zbyt byla dumna. — Sadzç, ze bez przeszkôd przedostanç siç przez Rumunjç na Krym i na Don. Von-Bussow obiecal mi dopomôc. Wiedza, com wart. Niemiecka okupacja zamienila siç w operetkç. Niemcy juz siç coîaja Biala Gwaidja 3,
(szept). Wedlug moich obliczen Petlura tez prçdko zginie. Prawdziwa sila jest nad Donem. I wiesz, wprost nie wypada mi nie byd tarn, gdzie tworzy siç armja dla obrony prawa i porzadku. Nie bye tarn to znaczy zaprzepascid swoja karjerç, a wszak wiesz, ze Denikin byl naczelnikiem mojej dywizji. Pewien jestem, ze po uplywie trzech miesiçcy, no, najpôzniej w maju, przyjdziemy do miasta. Nie bôj siç niczego. Nikt ciebie nie tknie w zadnym wypadku, w ostatecznosci przeciez masz paszport na panienskie nazwisko. Poproszç Aleksego, zeby ciç nie dal skrzywdzid. Helena ocknçla siç. — Sluchaj — rzekla — wszak trzeba braci uprzedzid, ze Niemcy nas zdradzaja? Talberg zaczerwienil siç po uszy. — Oczywiscie, oczywiscie, obowiazkowo... Wreszcie, sama im о tern powiedz. Chod to zadnego znaczenia nie ma. Dziwne uczucie opanowalo Helenç, ale nie miala czasu na rozmyslania: Talberg juz obejmowal zonç i byla chwila, kiedy w jego oczach zajaéniala tkliwosd. Helena nie wytrzymala i rozplakala siç, ale bardzo cichutko; byla silna kobieta, nieodrodna côrka Anny Wlodzimierzéwny. W salonie nastapilo pozegnanie z bracmi. ТТГ." . W kacie pokoju Iampa z bronzu rzucala miçkkie, rôzowe swiatlo. Pianino szczerzyto biale zçby. Na niem partytura Fausta: gçsto drukowane, czarne, 34
haczykowate nuty; rudobrody i bajecznie kolorowy Walenty spiewa: „Bîagam ciç! Zlituj siç, och, zlituj nad siostra, Miej ja w swojej opiece". Nawet malo sentymentalny Talberg dobrze zapamiçtal nietylko te chwilç, ale i czarne akordy i luzne zniszczone kartki wiecznego Fausta. bch, ech... Nie bçdzie mial juz sposobnosci sluchac piesui о Bogu Wszechmogacym, nie usîyszy rôwniez, jak Helena bçdzie akompanjowala Szerwinskiemu. Sczezna ze swiata Turbini i Talberg, a dzwiçczne akordy bçda tak samo rozbrzmiewaîy. Na estradzie ukaze siç bajeczny Walenty, a w lozach bçdzie siç unosii zapach perfum. Zas w oswietlonych domach akompanjowac bçda kobiety, bo Faust jest tak samo wieczny i nieémiertelny, jak „Ciesla z Saarda- mu". Talberg wszystko opowiedzial braciom tuz kolo pianina. Bracia zbyli go grzecznem milczeniem, zadnemu z nich nawet brew nie drgnçîa. Glos Talberga zalamaî siç. — Opiekujcie siç Helena — powiedzial. Oczy jego patrzaly trwoznie i badawczo. Zmieszany postal chwilkç, spojrzaî na zegarek i rzekl nerwowo: — Juz czas. Helena objçla mçza za szyjç, przezegnala go poépiesznie, krzywo i pocaîowala. Talberg uklui obydwöch braci krdtko podstrzyzonemi czarnemi wasami. Z pewnym niepokojem zajrzal do pugilare35
su, sptaWdzii dökumenty, przeliözyf skaPe zasoby ukrainskich papierkôw i niemieckich marek, a potem usmiechnal siç i z tym nienaturalnym usmiechem, nie ogladajac siç poza siebie, ruszyl. DzyA... dzyn... Zajasnialo W przedpoköju, pötem na schodach — zniesicmo walizç z îoskotem. Helena przechylila siç przez porçcz i po raz ostatni spojrzata na sterczacy koniec baszîyka. Z mroku noey, о pierwszej godzime na piдtym torze, obok cmeritarzyska pustych towarowych wagonôw wylonil siç szary jak ropucha pociag pancerny. Z gluchym Ioskotem ruszyl z miejsca z ogromna szybkoscia i, dziko wyjac, miotal czerwone iskry. W niespelna siedem minut przebiegl osiem wiorst, wpadl na Posterunek Wolyftski, nie zatrzymujac siç wsréd gwaltu, stuku, halasu i la tarai, pomknal wzdluz dygocacych zwrotnic i skrçcil z glôwïrej linji wbok. timialo, bez stracbu i obaw przedarl siç do niemieckiej -graniey, budzac pewna nadziejç i dumç w duszach napotyknnych po drodze oficerôw i junkrôw, przemarzniçtych, sknrczonych w ciepluszkach i tworzacych lanouch dokoîa Posterunku. W jakîe dzîesiçd minut pOtem przejechal przez Posterunek îé'niacy dzïesîatkami okien pasazerski pociag z kolosalna lokomotywa. Na platformach wagonôw widaô bylo masywna jak slupy, opatulona po uszy straz niemiecka, uzbrojona w czafne ^zerokie bagnety. Okna pulroanoWskich wagonöw rzuoaly snopy iwiatla ira zmarzniçtych, skostnialych zwrot- ш
niczych. Potem wszystko zniklo, pozostawiajac w duszach junkrôw zazdrosé, wsciekîosc i trwogç. U... dr-dranstwo!... gdzies koîo zwrotnicy zaskowyczal wicher, i na cieptuszki opadla szalona zamiec. Obfity snieg zasypaî .tej nocy Posterunek. Zas w trzecim wagonie za lokomotywa, w przedziale z pasiastemi pokrowcami siedzial sobie Talberg z niemieckim lejtenantem i, usmiechajac siç grzecznie i obtudnie, rozmawial po niemiecku. — 0 , ja — zu ja с cygaro, przytakiwat od czasu do czasu spasiony lejtenant. Kiedy wreszcie lejtenant usnaî i zatrzasnçly siç drzwi we wszystkich przedziatach, a w cioplym i olsniewajaco czystym wagonie zapanowal rnonotonny szmer, Talberg wyszedt na korytarz, od sun at splowiala zaslonç z przezroczystemi inicjalami „P. Z. K. Z." i dlugo spogladal w ciemna otchlan. Iskry wirowaly bezladnie, mienil siç snieg, a lokomotywa pçdzila, wyjac tak groznie i ztowieszczo, ze nawet Talberg mocno siç zdenerwowal. w
III Tej liocy glçboka cisza patiowaîa nadole w mieszkaniu wîasciciela domu Wasyla Iwanowicza Lisov/icza. Czasarni tylko slychac byîo, jak w kredensie w stolowym pokoju jakas myszka dogryzala stary kawalek sera, przeklinajac skapstwo malzonki inzyniera Wandy Michajlôwny. Znienawidzona, koscista i zazdrosna Wanda spala gîçbokim snetn w ciemnej, maîej sypialni zimnego i wilgotnego mieszkania. Inzynier zas czuwat w swoim gabineciku. Portjery, ogromna ilosc mebli, ksiazek czyniîy ten ciasny pokoik przyjemnym i przytulnym. Stojaca lampa — krôlewna egipska z zielona, usiana kwiatkami parasolka, rzucala na pokôj subtelne, tajemnicze swiatlo, rôwniez tajemniczym wydawal siç inzynier, spoczywajacy w gîçbokim skôrzanym lotelu. Tylko w tych niepewnych czasach môgl siç 011 wydawac tajemniczym, bo prawdç powiedziawszy, czlowiek, ktôry siedziaî w fotelu, nie byl Wasylem Iwanowiczem, a tylko Wasylisa— Wiasciwie sam zwykl nazywac siebie — Liso38
wiczem; byli tacy, ktörzy nazywall go Wasyîem Iwanowiczem, ale wyîacznie wtedy, kiedy z nim rozmawiali. Zas zaocznie wszyscy nazywali in£yniera Wasylisa. Zdarzyto siç to po raz pierwszy w styczniu 1918 roku; dzialy siç wtedy w miescie rôzne dziwy, i nasz wlasciciel domu zmienit wyrazny Charakter pisma i zamiast zwyklego „W. Lisowicz", bojac siç jakiejs tarn odpowiedzialnosci, zaczal na wszystkich ankietach, wyciagach, zaswiadczeniach, kartkach pisac: „Was. Lis.". Nikolka otrzymal od gospodarza 18-go styeznia 18-go roku kartkç na cukier, ale zamiast cukru zostal na Kreszczatiku mocno uderzony kamieniem w same plecy, poczern dwa dni krwia plut (to pocisk uderzyl w stojacych w ogonku odwaznych ludzi). Do mieszkania chlopiec wrôcit usmiechniçty, zeby nie nastraszyc Heleny. Kiedy jednak zbladl bardzo i, trzymajac siç sciany, zaczal spluwad krwia, ktôra wypelnita miednicç, Helena jçknçla: — О Boze! Co siç stalo?! Odpowiedzial jej: — To cukier Wasylisy, niech go djabli porwa — potem zbladl i runaî na podlogç. Kiedy po uplywie dwôch dni Nikolka wstat, Wasyl Iwanowicz Lisowicz przestal istniec. Z poczatku tylko lokatorzy domu pod Nr. 13-tym przezwali inzyniera Wasylisa; pozniej cate miasto go tak nazywalo, sam zas posiadacz zenskiego imienia zawsze tak siç prezentowal: prezes komitetu domowego Lisowicz. 39
Kiedy Wasylisa przekonal siç, ze znikly na ulicy skrzypiàce sanki i zapanowala kompletna cisza, a z sypialnego pokoju slychac bylo miarowe sapanie zony, poszedl do przedpokoju, zbadal sumiennie zasuwy, lancuch i hak, poczem wröcil do maletikiego gabinetu. Z szuflady masywnego biurka wydostal cztery blyszczace agrafki. Potem na palcach znikl w ciemnosciach i powrôcil z przescieradlern i pledem. Jeszcze raz jal naslucbiwac, nawet palec do ust przyîozyl. Zdjal marynarkç, zakasal rekawy, wzial z pölki klej w puszce, nozyczki i starannie zwiniçty kawalek tapety. Potem przylgnal do okna, dlonia przeslonil oczy i wyjrzal na ulicç. Zapomoca agrafek lewe okno zawiesil przescieradlem, a prawe-pledem. Robil to starannie, zeby nie bylo szpar. Przysunal krzeslo, wlazl na nie i rçkoma namacat cos nad gôrna рбіка z ksiazkami. Nacial tapetç scyzorykiem od gôry do dolu, a potem pod prostym katem wbok i wreszcie podwazyl papier i otworzyl malenka, wielkosci dwôch cegielek, skrytkç, ktôra sam zrobil poprzedniej nocy. Uchylil cienkie cynkowe drzwiczki, trwoznie spojrzal na okna i dotkngl przeécieradla. Z glçbi szuflady, ktôra otworzyl, dwukrotnie przekrçciwszy klucz w zamku, wysunçla siç na swiat Bozy malenka, zapieczçtowana paczuszka, owiniçta w gazetç i nakrzyz przewiazana sznurkiem. Wlasnie ja Wasylisa schowal w skrytce i zamknal drzwiczki. Dlugo potem na czerwonem suknie biurka przykrawal i wycinal paseczki, az wreszcie dopasowal, jak nalezy. Dziçki klajstrowi paseczki przylgnçly tak dokladnie, ie az 4Q
milo : kwiatuszki jedne przy drugich, tak samo i kwadraciki. Zlazîszy z krzesîa, inzynier przekonal siç, ze zaklejona skrytka nie pozostawiîa zadnych sladôw na scianie. Wasylisa zatarî rçce w ekstazie, natychmiast spalil w piecyku skrawki tapety, zamiçszaî popiôl i schowaî klej. Na czarnej, bezludnej ulicy jakas wilcza postac w îachmanach bez szmeru zsunçîa siç z gaîçzi akacji, na ktorej przesiedziala, zziçbniçta, z pôî godziny, sledzac chciwie poprzez zdradliwa szczelinç nad przescieradîem pracç inzyniera. Wlasnie, zastaniajac tem przescieradîem zielone okno, sciagnal na siebie inzynier podejrzenie. Zeskoczywszy sprçzyscie w zaspç snieina, postac sunçla wilczym krokiem w glab ulicy i wreszcie znikîa w zauîkach, a zamiec, ciemnosc i zaspy sniezne zatarly jej slady. Noc. W fotelu spoczywa Wasylisa. W zielonkawem swietle wyglada jak prawdziwy Taras Bulba. Wasy opuszczone, sumiaste — jakaz tam do licha Wasylisa! — wszak to mçzczyzna. Delikatnie zadzwiçczaly szuflady i na czerwonem suknie znalazla siç paczka podluznych papierkôw. „Znak dzierzawnoj skarbnici 50 karbowanciw chodit nariwni z kreditowimi biletami". Na papierku — rolnik ze zwisajacemi wasami, uzbrojony w loipatç, i kobieta z sierpem. Na odwrotnej stronie w owalnej obwôdce te same twarze rolnika i kobiety, tylko czerwonawe i powiçkszone. 41
I tak samo po ukraiAsku opuszczone, wç2owate wasy. A nad tem wszystkiem napis ostrzegawczy : ,,Za falszuwantiia karajetsia tiurmoju". Zamaszysty podpis: „Dyrektor dzlerzawnoj skarbnici Lebidz - Jurczyk. Aleksander II z bronzu na koniu, ze zwichrzonemi zelaznemi bokobrodami, caly w zbroi, rzucal rozdraznione, ukosne spojrzenia na arcydzielo Lebidzia - Jurczyka, zas na lampç—krôlewnç spogladaî laskawie. Na te papierki z olejnego portretu na scianie patrzat z przerazeniem przodek Wasylisy, stary sluzaka z orderem Stanislawa na szyi. W zielonkawem swietle miçkki odblask dawaty grzbiety Gonczarowa i Dostojewskiego. Ztocisto-czarne tomy artylerzysty Brokhauza Efrona staly zwartym szeregiem. Zacisznie. Piçeioprocentowa Pozyczka Panstwowa dobrze jest schowana w skrytee pod tapeta. Lezy tam piçtnascie Katarzynek, dziewiçd Piotrôw, dziesiçô Mikoîajôw I-ych, trzy brylantowe pierscionki, broszka, trzy ordery, jeden — Anny i dwa — Stanislawa. W skrytee Nr. 2 — dwadziescia Katarzynek, dziesiçé Piotrôw, dwadziescia piçc srebrnych lyzek, zloty zegarek z îancuszkiem, trzy papierosnice („Kochanemu koledze", choc Wasylisa nie pâlit), piçcdziesiat ztotych dziesiçciorublôwek, solniczki, pudto ze srebrem na szesc osôb i srebrne siteczko (duza skrytka w drwalni, dwa kroki naprzôd nawprost drzwi, jeden krok na lewo, krok od znaku biatego na belce w scianie. Wszystko to w skrzyn42
kach od herbatnikôw fabryki Ejnema, owiniçte w ceratç, szwy nasmarowane dziegciem, dwa arszyny glçbokosci). Trzecia skrytka — strych: pôl arszyna na pôtnoco-wschôd pod belka w glinie: obcazki do cukru, 183 zîote dziesiçciorublôwki, procentowych papierôw za 25 000 rubli. Lebidz-Jurczyk wystarczy na biezace wydatki. Wasylisa powiôdt dokoîa wzrokiem, czynil tak zawsze, kiedy liczyt pieniadze, poczem zaczal slinic paczkç asygnacyj. Twarz mial promienna i natchniona. Po chwili zbladl zupeînie nieoczekiwanie. — Falszywy, fatszywy — kiwajac glowa, zaïnamrotal ze zloscia — to dopiero nieszczçscie. No? Niebieskie oczy Wasylisy szczerze zasinucily siç. W trzeciej paczce — jeden. W czwartej — dwa, w dziewiatej — trzy, jeden po drugim wîasnie te saine, za ktôre Lebidz - Jurczyk obiecuje wiçzienie. Wsrôd 113 papierkôw, proszç patrzec, z i osiem sztuk zupeînie wyraznie faîszywych. I rolnik zamiast byc wesolym, jak nalezaîoby, stoi jakis ponnry obok snopa, brak tego tajemniczego, prawdziwego przecinka i dwôch kropek, nawet papier lepszy niz Lebidzia. Wasylisa patrzat pod swiatlo i przekonal siç, ze Lebidz zupeînie wyra£nie tak samo byt sîalszowany z drugiej strony. —• Jeden — dam jutro wieczorem dorozkarzowi — môwiî Wasylisa do siebie samego. — Muszç przeciez koniecznie na targ pojechac. 43
Qstroznie odlozyt nabok falszywe papierki, przeznaczone dla dorozkarza i zakupôw na targu, a paczkç z pozostaîemi asygnacjami wlozyt do sziiflady, ktôra z brzçkiem zamknal na klucz. Zadrzal. Nad glowa na suficie stychaô bylo kroki, i wsröd martwej ciszy rozlegl siç smiecli i przytlumione glosy. Wasylisa zwrôciî siç do Aleksandra II z tend slowy: — No, proszç patrzeé: nigdy nie т а щ spokoju... Na gôrze umilkly glosy. Wasylisa ziewnal, poglaskal wtôkniste wasy, zdjal z okien pled i przescieradlo, potem w stolowym pokoju, gdzie blado polyskiwala tuba gramofonu, zapalil mala lampkç. W niespelna dziesiçc minut ciemno bylo w ealem mieszkaniu. Wasylisa spal w wilgotnej sypialni obok zony. Zapanowala senna nuda, czué bylo wilgoc i myszy. I otôz przysnil siç Lebidz - Jurczyk na koniu, i jacys zlodzieje z Tuszyna otworzyli skrytkç wytrychem. Walet kierowy wlazl na krzeslo, splunal Wasylisie na wasy i wystrzelil w niego. Wasylisa, caly zimnym potem oblany, zerwal siç z jçkiem i z poczatku uslyszal, jak cala mysia rodzina obrabiata w jadalni woreczek z sucharami, potem juz poprzez sufit i dywany dolecialy go niezwykle subtelne dzwiçki gitary i smiec'n... Nad sufitem spiewal ktos namiçtnie z wielka moca, a gitara zagrala marsza. — Jedyne wyjscie — wymôwic im mieszkanie — szeptal Wasylisa, placzac siç щ prz.ç&ciera44
dlach przecicz to nie do wytrzymania. Ani we dnie, ani w nocy nie mam spokoju. „Ze szkoîy gwardzistôw Ida ze épiewem junkrowie!" Choeiaz, zreszta, w razie czego... Czasy rnamy teraz okropne. Mozna wpuscic niewiadomo kogo, a ei — to jednak oficerowie, jak siç со zdarzy, to moze obronia— Wynos mi siç! — krzyknaî Wasylisa na rozzuchwalona mysz. Gitara... -gitara... .gitara... * * • • W stolowym pokoju palil siç zyrandol о czterech lampach. Unosiî siç blçkitny dym od papierosöw. Kremowe portjery szczelnie zaslonily oszklona werandç. Zegara nie slychac. Na snieznym obrusie stoja bukiety rôz cieplarnianych, trzy butelki wôdki i biale wina w waskich niemieckich butelkach. Kielichy do wina, jablka, mieniace siç w krysztalowych wazach, plasterki cytryny, okruchy, okruchy, herbata... Na krzesle zmiçty arkusz humorystycznej gazety „Kukla djabelska". Zycie jak we snie, cos chwilami unosi na zlota wyspç beztroskiej radoâci, a potem rzuca w odmçt trwogi i rozpaczy. Z mgly wylaniaja siç smiale slowa: — Goly nie dosiadzie jeza. — Ot, wesole .galganstwo... A przeciez zamilkly armat-y. •45
— Do-o-wcipnie, bodajby annie licho! Wôdka. wôdka i mgla. Ar-ra-ta-tam! Gitara. „Nie piecze siç arbuza na rnydle. Amerykanie zwyciçzyli". Myszlajewski rozesmial siç w kîçbach dymu. Upil siç. „Znany jest dowcip Brejtmana, Gdziez Senegalczykow rota zgrana?" — Gdziez? Doprawdy, gdzie? — nudzil pijany Myszlajewski. „Rodza owce pod brezentem, Rodzianko bçdzie prezydentem". — To lotry z talentem, niema со! Helena nie zdazyla siç jeszcze opamiçtac po wyjezdzie Talberga... biale wino nie zagluszy bôlu, przytçpi go tylko. Usiadla na fotelu na honorowem miejscu na waskim koncu stolu. Na przeciwlegtym Myszlajewski — puszysty, bialy, w каріеіолѵуш plaszczu, a na twarzy plamy od wôdki i szalonego zmçczenia. Dokola oczu czerwone obwôdki — zamiec, przezyty strach, wôdka, wsciekîosô. Po jednej stronie stolu siedza Aleksy i Nikolka, a po drugiej — Leonidas Jurjewicz Szerwinski, byly porucznik lejb-gwardji pulku huzarôw, obecnie adjutant sztabu ksiçcia Bielorukowa, obok niego podporucznik Stefanow Teodor Mikolajewicz, artylerzysta, ongis w gimnazjum Aleksandrowskiem Karasiem przezywany. Rzeczywiscie, maly i foremny, podobny byl do karasia. Око w око spotkal siç z Szerwinskim kolo samej bramy Turbinôw w jakie dwadziescia minut po wyjezdzie Talberga 46
Obydwaj mieli butelki przy sobie. Szerwirtski w swojem zawiniatku az cztery — bialego wina, a Karas — dwie z wodka. Prôcz tego Szerwinski trzymal olbrzymi bukiet, szczelnie owiniçty w potrôjny papier — oczywiseie byly to rôze dla Heieny Wasyljewny. Karas tuz u wejscia oznajmil nowinç: na szlifach ma teraz zlote armaty, wyczerpala sie juz jego cierpliwoéc, wszyscy musza stanac do walki, wszystko jedno, terazniejsza nauka w uniwersytecie psa warta, a jak Petlura przywlecze siç do miasta, to jeszcze gorzej bçdzie. Wszyscy musza ruszyd, a artylerzysci niech ida do ciçzkiej artylerji. Putkownik Malyszew jest dowôdca, nadzwyczajny to dywizjon, nazywaja go studenckim. Karaé jest zrozpaczony, ze Myszlajewski zaciagnal siç do tej idjotycznej druzyny. Glupio. Tez bohater, pospieszyl siç. Licho go wie, gdzie siç teraz znajduje. Moze go nawet zabili tuz pod miastem... A tu patrzcie, siedzi sobie Myszlajewski na gôrze! jj |.j;.f W nawpol ciemnej sypialni przed lustrem w owalnej ze srebrnych lisci ramie zlotowlosa Helena pospiesznie zlekka upudrowala twarz i wyszla, by przyjad röze. Hurra! Jestesmy razem. Zlote armatki na zmiçtych szlifach Karasia wygladaly bardzo ubogo w porôwnaniu z jasnemi szlifami kawalerzysty Szerwinskiego, noszacego granatowe, dobrze wyprasowane spodnie. Na wiese о znikniçciu Talberga smiale oczy Szerwinskiego zajasnialy radoscia. Maly ulan odrazu poczul, ze moze dzis za47
spiewac lepiej mi, kiedykolwiek, i w rôzowym salonie rozlegla siç jakas fenomenalna kaskada dzwiçköw. Szerwinski zaintonowal piesn na czesc Boga Hymena, ach, jak on spiewal! Tylko taki glos jest coé wart, wszystko inné wydaje siç glupstwem. Oczywiscie, tymczasem sa sztaby, idjotyczna wojna, bolszewicy, i Petlura, i obowiazki, ale potem, kiedy powrôca dawne czasy, porzuci swa sluzbç w wojsku, choc w Petersburgu jest ustosunkowany, wszak wiecie, jakie on ma stosunki — ho — ho... i na scene. Wystçpowad bçdzie w La Scala i w teatrze Wielkim w Moskwie, wtasnie wtedy na placu Teatralnym bolszewicy zawisna na latarniach. W Zmerynce zakochaîa siç w nim hrabina Lendrykowa. Spiewal wtedy tç sama piesn, zamiast ia wzial la i tak cale piçc taktôw przeépiewal. Powiedziawszy piçc, Szerwinski pochylil jakos glowç i spojrzaî dokola, zmieszany, jakgdyby nie on sam, aie ktoé inny mu о tem powiedzial. Так, piçc. No dobrze, chodzmy na kolacjç. I otôz choragwie, dym... — A gdziez sa roty Senegalczyköw? Odipowiedz no, ty ze sztabu, odpowiedz. — Lenoczka, napij siç wina, pij, moja zlota. Wszystko dobrze siç skonczy. Dobrze zrobil, ze sobie pojechal. Przedostanie siç na Don i wrôci do nas z armja Denikina. — Przyjda — palnal Szerwinski. — Mogç wam zakomunikowad wazna nowinç: dzis na Kreszczatiku widzialem dwôch wojskowych serbskich, a pojum
trze, najpôzniej za jakie dwa dni, do miasta zawitaja dwa pulki serbskie. — Siuchaj, czy to prawda? SzerwiAski oburzyî siç. — Hm, dziwna rzecz. Jezeli powiadam, ze %vidzialem, to nie macie poco siç pytad. — Dwa pulki —i... dwa pulki... — Dobrze, wiçc jesli laska, posluchajcie. Ksiazç sam mi dzisiaj powiedzial, ze w porcie odeskim juz wyladowuja transporty: Grecy nadeszli i dwie dywizje Senegalczyköw. Gdybysmy tylko ten tydzieA wytrzymali — to potem mozemy gwizdac na NiemCÔW. — Zdrajcy! — No, jezeli to prawda, to trzebaby zlapad tego Petlurç i powiesic! Tyiko powiesic! — Wlasnorçcznie go zastrzelç. — Jeszcze jeden kieliszeczek. Panowie, za zdrowie oîicerôw! — Jeszcze raz — i zupelnie jak we mgle! — Jak we mgle, panowie! Wypiwszy trzy kieliszki, Nikotka pobiegt do siebie po chusteczkç i w przedpokoju (wszak mozna siç nie krçpowac, kiedy nikt nie widzi), przytulil siç do wieszaka. Krzywa szabla SzerwiAskiego z biyszczgca zlota rçkojescia. Ksiazç perski podarowal. Szabla damasceAska. Ani ja ksiazç darowal, ani to szabla damasceAska, ale naprawdç piçkna i droga. Ponury mauzer w pochwie, zawieszony na rzemieniach, steyer Karasia. Nikoika dopadî zimneBiala Gwardja 4 49
go futeraiu, rnacat palcami drapiezny nos mauzcra i omal nie rozpiakat siç ze wzruszenia. Chciatby 11atychmiast s anac do waiki tam wîasnie na snieznych polach za Posterunkiem. Wszak wstyd! Zle... Tutaj ciéplo, wödka, a tam ciemno, wichura, zamieé, jtmkrowie marzna. Côz oni sobie mysla w tych sztabach? Druzyna nie go.owa, studenci nie wyuczeni, a Senegalczykôw jak niema, tak niema, zapewne czarni jak buty... Przeciez zmarzna tutaj, swiniom potem trzeba bçdzie ich oddaé. Wszak przywykli do goracego klimatu. — Waszego hetmana — krzyczaî starszy Turbin — najsampierwbym powiesit za urzadzenie tej ukochanej Ukrainy! Chaj zywie wilna Ukraina wid Kijewa do Berlina! Caie pölrocze znçcat siç naa rosyjskimi oficerami, nad nami wszystkimi znçcal siç. Kto nie pozwolil stworzyc armji rosyjskiej? Hetman. Kto teroryzowal ludnosc rosyjska, zmuszajac ja do uzywania tego nikczemnego jçzyka, ktôry nie istnieje na swiecie? Hetman. Kto nasadzii tego paskudztwa z ogonami na giowach? Hetman. A teraz, kiedy ma nöz na gardle, zaczaî tworzyé armjç rosyjska? Zaczynaja mysleé о druzynach, sztabach, kiedy nieprzyjaciel о dwa kroki od nas. Zobaczymy, oj, zobaczymy! — Panikç robisz — z zimna krwia odezwal siç Karas. Turbin rozztoscil siç. — Ja? Panikç? Poprostu nie chcecie mnie zrozumiec. Nie о panikç mi chodzi, chcç tylko wypowiedzied wszystko, со mi na sercu lezy. Panikç? so-
Badz spokojny. J uz zdecydowaîem, jutro zaciagnç siç do tego samego dywizjonu, i jezeli wasz Matyszew nie przyjmie mnie jako lekarza, zostanç zwyczajnym zotnierzem. Так mi to zbrzydlo, ze az djabli mnie biora! Nie panikç — tu zakrztusiî siç, poîykajac kawalek ogôrka, i zaczaî bardzo kaslac, az mu tehu zbraklo, a Nikoika waliî go w plecy. — Racja! —potwierdzil Karas, uderzajac w stôl— do licha, nie bçdziesz szeregowcem, urzadzimy ciç jako lekarza. — Pdjdziemy jutro wszyscy razem — mamrotaî pijany Myszlajewski — wszyscy razem. Cale carskie gimnazjum Aleksandrowskie. Hurra! — To dopiero bydlç — ciagnal Turbin z nienawiscia — wszak sam nie wlada tym przeklçtym jezykiem! I c6z? Onegdaj zwracam siç do tej kanalji, doktora Kurickiego, a on, wyobrazcie sobie, juz nie umie odpowiedzied po rosyjsku, zapomnial od listopada zeszlego roku. Nazywaî siç Kuricki, a teraz — Kuridki... Ot6z pytam go, jak bçdzie ,,kot" po ukrainsku. Odpowiada „kit" *). — „A jak kit?" Stanaî, wytrzeszczyl oezy i milczy. A teraz nie klania mi siç. Nikoîka zasmiat siç halaéliwie i rzekî: — Nie znaja oni takiego slowa „kit" dlatego, ze na Ukrainie niema wieloryböw, to tylko Rosja obîituje we wsizystko. Wieloryby mamy w morzu Bialem... . *) Kit — po rosyjsku wifeletfyb. 51
— Mobilizacja — eiagnal zl osliwie Turbin —• szkoda, te. nie widzieliécie, со siç wczoraj dziato w cyrkulach. Wszyscy waluciarze о trzy dni wczeéniej wiedzieli о tem, ze ma byd ogioszona mobiiizacja. Niezle, prawda? Zaraz okazato siç, ze ten ma rupturç, tarnten szczyt prawego pluca zajçty, a kto byl zdrôw, ten zupetnie jakgdyby pod ziemiç siç zapadl. No a to, bracia moi, groznie siç przedstawia. Juz jezeli po kawiarniach szepca о mobiiizacji, i nikt nie rusza siç z miejsca — t o sprawy nasze kiepsko stoja! Och kanalja, kanalja! Przeciez mybyémy juz teraz zdobyli Moskwç, gdyby on jeszcze w kwietniu zamiast grad tç nikczemna komedjç z ukrainizacja zabrai siç do tworzenia korpusôw oîicerskich. Czy wiecie, ze tutaj w miescie môglby utworzyd piçddziesiçciotysiçczna armjç i to jaka armjç! Jak najlepsza, wyborowa dlatego, ze z goracym zapaiem wstapiliby do niej wszyscy junkrowie, wszyscy studenci, gimnazisci, oîicerowie, ktôrych w mieicie mamy tysiace. Nietylko Petlury éladuby nie bylo w Malorosji, aie i Trockiego zlapalibysmy w Moskwie jak muchç. Teraz nastala odpowiednia chwila, powiadaja, ze tam juz koty ira- Môglby, psiamad, Rosjç uratowad. Na twarzy Turbina wystapily czerwone plamy, a slowa padaîy z ust wraz ze élina. Oczy palaly. — Ту... ty... wiesz, môglbyé nie lekarzem, a nawet ministrem spraw wojskowych zostad, naprawdç — odezwaî siç Karaé. Uémiechat siç ironicznie, chod przemôwienie Turbina podobalo mu siç i podniecalo go. 52
— Oho, Aleksy jest nîézrôwnanym môwca na wiecach — powiedzial Nikolka. — Nikolka, juz dwukrotnie ci powtarzalem, ze nie jestes dowcipny — odpowiedziat mu Turbin — napij siç lepiej wina. — Zechciej zrozumiec — dorzucil Karas — ze Niemcy nie zgodziliby siç na tworzenie arrnji, bo siç jej boja. — Nieprawda! — cienkim glosem krzyknal Turbin. — Jak siç ma glowç na karku, to ze Szwabem zawsze mozna dojsc do îadu. Musielibysmy tylko wytîumaczyc Niemcom, ze wcale nie jestesmy niebezpieczni dla nich. Teraz wszystko skonczone. Przegralismy wojnç. Grozi nam teraz zupeînie со innego, cos bardziej strasznego, niz wojna, niz Nieincy, niz wszystko na swiecie. Grozi nam Trocki. Trzeba byîo Niemcôw zapytac: cukru chcecie? chleba? — bierzcie, zryjcie, rozdajcie zoînierzom. Udlawcie siç nawet, aie zato przyjdzcie nam z pomoca. Pozwôlcie nam tworzyc armjç, przeciez to i dla was bçdzie z korzyscia, gdyz pomozemy warn utrzymac lad na Ukrainie, zeby wasi bozy ludzie nie zapadli na chorobç moskiewska. I gdyby miasto posiadaîo teraz wîasna armjç rosyjska, to od Moskwy dzielilby nas zelazny mur. A Petlurç... kch... — naglo Turbin dostal strasznego napadu kaszlu. — Poczekaj! — Szerwinski wstal — poczekaj. Muszç cos rzec w obronie hetmana. To prawda, ze byîy pomylki, aie jednak plan hetmana byl dobry. To dyplomata: chciaîy niektôre elementy na Ukrainie poslugiwad siç wîasna mowa, to niechze ja maja! 53
Stanowia oni wprawdzie tylko piçc procent ludnosci, gdyz aziewiçcdziesiat piçc to Rosjanie!... Ale coprawda, ta mniejszosc, jak siç wyraza ksiazç, stanowilaby wieczny ferment. Otôz trzeba bylo ich jakos udobruchac. Potem to juz hetman postapilby wlasnie tak, jak powiadasz: zostalaby tylko armja rosyjska bez zadnych dodatkôw. Co wy na to? Szerwinski uroczyscie wyciagnat rçkç przed siebie: — Na ulicy Wlodzimierskiej powiewaja juz choragwie tröjkolorowe. — Spôznili siç z choragwiami! — Hm, tak. To prawda. Troszkç siç spôznili, aie ksiazç jest pewien, ze to siç da naprawic. — Daj Boze, szczerze £aîujç — 1 Turbin przezegnaî siç przed obrazem Matki Boskiej. — A plan byl taki — dzwiçcznie i uroczyscie oznajmil Szerwinski —• po ukonczeniu wojny Niemcy ruszyliby stad i poinogli w walce g bolszewikami. A juz po zajçciu Moskwy hetman zîozyiby w darze Ukraine u stôp jego cesarskiej mosci cara Mikolaja Aleksandrowicza. Po tem oswiadczeniu w jadalnym zapanowalo grobowe milczenie. Nikolka zbladl rozpaczliwie. — Cesarz zabity — wyszeptal. — Jakiego Mikolaja Aleksandrowicza ? — zapytal oszolomiony Turbin, a Myszlajewski poehylri siç i ukosnie spojrzaî na szklankç sasiada. Najwidoczniej dotychczas panowaî nad s ob a, jak môgî, a potem spiî siç jak bela. 54
Helena wsparla glowç na dloniach i z przerazenlem spogladala na ulana. Szerwinski jednak niezupelnie byl pijany, podniôst rçce i powiedzial dobitnie: — Nie spieszcie siç, wysluchajcie mnie spokojnie. Ale, panowie (Nikolka zaczerwieniî siç, a potem zb'adl), tylko proszç milczec о tem, со warn opowiem. Wszak wiadomo warn, со zaszlo w patacu cesarza Wilhelma podczas wizyty swity hetmanskiej? — Nie о tem nie wiem — odparl zaciekawiony Karas. — No, a ja wiem. — Ho, ho! Wie о wszystkiem — zdziwil siç Myszlajewski. — Przeciez nie jezdzi... — Panowie! Dajciez mu skonczyd. — Kiedy cesarz Wilhelm konczyl rozmowç ze éwita, odezwat siç do niej w te slowa : „Zegnam was teraz, panowie, а о innych sprawach opowie warn..." Portjera rozsunçîa siç, do salonu wszedl nasz cesarz i powiedzial: „Wracajcie, panowie oficerowie, na Ukraine i formujcie swoje oddzialy. Kiedy nastanie odpowiednia chwila, osobiscie stanç na czele armji i skierujç ja w samo serce Rosji — do Moskwy". Môwiac to, rozpîakal siç. Szerwinski powiôdl po obecnych promiennem spojrzeniem i jednym haustem wypil szklanke wina, poczem przymknal oczy. Dziesiçcioro oczu patrzylo na niego, milczenie panowalo, dopôki nie usiadl i nie przelknal kawalka szynki. 55
— Sîuchaj... to le gen da — z bolesnem skrzywieniem ust powiedzial Turbin — i cesarz, i cesarzowa, i nastçpca tronu... Szerwinski spojrzal na piec, glçboko westchnal i rzekt. — Czemu nie wierzycie? Wiadomosc о smierci jego cesarskiej mosci... — Jest troszeczkç przesadzona — zadowcipkowaî Myszlajewski po pijanemu. Helena drgnçîa z oburzenia i ukazata siç z poza kîçbôw dymu: — Wicia, jak ci nie wstyd. Wszak jestes oficerem. Myszîajewski dal nura. — ... bolszewicy sami wymyslili. Cesarz zdotal uciec, dopomôgî mu w tem jego wierny guwerner... ach, nie, przepraszam, guwerner nastçpcy tronu, monsieur Zyljar wraz z kilkoma oficer?.mi, ktôrzy go odwiezli... do... do Azji. Stamtad pojechali do Singapore, a pôzniej morzem do Europy. Obecnie cesarza naszego gosci u siebie cesarz Wilhelm. — Przeciez i Wilhelma wyrzucili? — zaczal Karaé. '' — Obydwaj siedza teraz w Danji, a z nimi najjasniejsza matka cesarza, Marja Teodorôwna. Moze mi nie wicrzycie? a wiecie, kto mi о tem powiedzial? Sam ksiazç! Dusza Nikolki jçczaîa z rozpaczy. Chcial wierzyc, ze to prawda. — Jezeli tak jest naprawdç — odezwaî siç nagle 56
z uniesieniem, wstajac i ocierafoc pot z czoîa — proponujç toast: za zdrowie jego cesarskiej mosci! Uniôsî szklankç, w ktôrej zlocito siç biate wino niemieckie. Ostrogi zabrzçczaîy, uderzajac w krzesîo. Myszlajewski podniôsl siç, zatoczyl i mocno rçkami chwycil stöf. Helena wstala. Wtosy rozwiane ulozyly siç w ksztalcie sierpa, pojedyncze kosmyki zawisly na skroniach. — Dobrze! Dobrze! Chocby nawet byl zabity — zawoîaîa ztamanym i zachrypniçtym glosem. — Wszystko jedno. Pijç. Pijç. — Nigdy, przenigdy nie przebaczymy mu, ze zrzekî siç tronu na stacji Dno. Nigdy. Teraz nam juz wszystko jedno. Wiemy z gorzkiego doswiadczenia, ze jedynym ratunkiem dla Rosji jest monarchja. Dlatego tez, jezeli cesarz zginat, niech zyje cesarz! — krzyknat glosno Turbin i podniôsl szklankç. — Hurra! Hur-ra! Hur-ra-a! ! — rozlegt siç w jadalnym trzykrotny okrzyk. Wasylisa skoczyî, zimnym potem oblany. Zbudzony ze snu zaryczaî strasznym gtosem i obudzit Wandç Michajtdwnç. — O, Boze môj... Во... Во... — szeptaîa Wanda, czepiajqc siç jego koszuli. — Côz to siç dzieje? Wszak to noc, trzecia godzina! — jçkn^t Wasylisa, placzEtc. — Teraz to zas-karzç juz ich — rzekt, spogkdaj^c na czarny sufit. Wanda rozplakaîa siç. Nagle oboje osîupieli. Zgôry poprzez sufit stychac bylo soczyst^, mocnq piesn, gôrowaî nad niq potçzny jak dzwon, dzwiçczny baryton: 57
Silny. potç£ny, pa-a-a-nuj na chwalç..." Serce Wasylisy przestalo bic i nawet nogi spocily siç. Skotowaciaiym jçzykiem wyszeptal: — Nie... to sa w.arjaci... chorzy psychicznie. Jeszcze takie nieszczçscie na nas sciagna. ze potem rady nie damy. Wszak nie wolno hymnu spiewac! 0 , Boze, cöz oni wyprawiaja? Uslyszy ktos na u!icy, na ulicy! ! Ale Wanda opadla na îôzko i zasnçla jak kamien. Wasylisa polozyl siç dopiero wtedy, kiedy juz wsrôd loskotu i krzyku rozpîynçly siç ostatnie akordy. — Jedna tylko w naszej Rosji moze bye wiara — prawoslawna i potçga — samodzierzawna! — zataczajac siç, wrzeszczal Myszlajewski. — Racja! — Bylem... na Pawle Pierwszym... przed tygodniem... — placzac siç, mamrotal Myszlajewski, i kiedy artysta wypowiedzial te slowa, nie wytrzymalem i ryknalem: „Rac-ja". I wiecie со, zewszad rozlegly siç oklaski. Tylko jakies bydlç krzyknçlo z balkonu: „Idjota". — Zy-dy — ponuro odezwal siç Karas. Mgla. Mgla. Mgta. Tonk - tank... tonk - tank... — Dosyc juz tej wôdki, nie mozna pic wiçcej, przenika az do duszy, a nie nie pomaga. Zajasnialy swiatla we wszystkich pokojach. Zabrano siç do sîania lôzek. — Leonidasie Jurjewiczu, pan tutaj siç polozy u Nikotkl. Щ
—Stucham рдпщ. Szerwinski, brunatno-czerwony, staraî sie trzymaè jako tako, brzçknal ostrogami, sklonit sie i pokazaî przedzial na gîowie. Biale rçce Heleny dotkneiy poduszek na kanapce. — Niech siç pani nie trudzi... sam. — Ach, proszç sobie isc. Czegôz pan poduszkç ciagnie za ucho? Nie potrzeba pomocy. — Proszç mi dac raczkç do pocaîowania... — A to dlaczego? — Chcç podziçkowac za troskliwosc. — Tymczasem obejdzie siç bez tego... Obok pokoiku Nikoîki poslano dwa biale lôzka. Stafy one jedno przy drugiem za szafami, w ktoryeh pelno byîo ksiazek. Pokoj ten w rodzinie profesora nazywano bibljoteka. * * Wszçdzie zgaszono swiatla: i w bibljoteee, i u Nikolki, i w jadalnym. Z sypialni Heleny poprzez waziutka sziparç w portjerze wpadla do stofowego malenka, ciemnoczerwona smuga swiatla. Drçczyla ja jasnosc w pokoju i dlatego na mala lampkç, ktôra stata tuz koîo lôzka na stoliku, wlozyla czerwony kapturek teatralny. Niegdys w tym kapturku jezdzila wieczorami do teatru, wtedy rçce jej, futro, usta przepojone byly zapachem perfum. Twarzyczka Heleny, upudrowana, subtelna i delikatna, wygladala z tego kapturka jak Liza w „Pikowej damie". Dziwnie szybko w ostatnim roku wyv/.c.trzat zapach kapturka, falbanki popçkaly, wyWakty, w
a wsta^ki poprzecieraîy siç. I teraz rudawa Helena siedziala na poslanem lôzku w kapturku i tak samo, jak Liza z „Pikowej Damy", opuscila rçce na kolana. Bose nogi zanurzyla w stara, wytarta skôrç niedzwiedzia. Chwilowe odurzenie zupelnie przeszlo, i czarny, ciçzki smutek jak kaptur otuliî glowç Heleny. Poprzez drzwi, zastawione szafa, z sasiedniego pokoju slychac bylo przytîumione, cieniutkie sapanie Nikolki i zdrowe, wesoîe chrapanie Szerwinskiego. W bibljotece byîo cicho: Myszlajewski i Karas spali jak zabici. Helena byîa zupelnie sama, to tez nie krçpowala siç: w milczeniu poruszala wargami Iub pôlglosem gwarzyîa z pelnym swiatta kapturkiem i dwiema czarnemi plamami okien. — Wyjechal... Wyszeptala to slowo i, zmruzywszy suche oczy, zamyslila siç. Nie rozumiala wlasnych mysli. Wyjechal w takiej chwili. Alez to nie, wszak to bardzo rozsadny czlowiek, bardzo dobrze zrobit, ze wyjechal... Так bçdzie lepiej... — Aie w takich czasach... — szeptala Helena i glçboko westchnçla. Côz to za czlowiek? Jakgdyby pokoehaîa go, nawet przywiazala siç do niego. A teraz sama jest w pokoju, tak strasznie smutno pod terni oknami, ktôre dzis wygladaja bardzo ponuro. Aie atii w tej chwili, ani tez przez cale pôltora roku, ktôre przezyla z tym czlowiekiem, nie tniala dla niego w sercu tego, со jest niezbçdne nawet w tak wspanialym zwiazku malzeAskim, jaki stanowiîa piçkna, ruda, zîota Helena z karjerowiczem sztabu jeneralne60
go. MaîZehstwo z kapturkami, perfumami, ostrogami, w dodatku bezdzietne. MaîZehstwo z ostroznym, nadbaltyckim obywatelem. I jakiz to czlowiek? CzegôZ to brak w ich stosunku? Jakiejs istotnej rzeczy, i djatego taka pustkç czuje w duszy. — Wiem, wiem — powiedziaîa do siebie Helena — brak szacunku. Wiesz, SierioZa, nie szanujç ciebie — rzekîa dobitnie czerwonemu kapturkowi i podniosîa palec do ust. Sama przelçkîa siç tego, со powiedziaîa. Zlçkîa siç samotnosci i zapragnçta, aby natychmiast znalazî siç obok niej. Bez szacunku, bez tej najwazniejszej rzeczy, niechby w tej ciçZkiej chwili byli razem. Wyjechaî. I bracia caîowali siç z nim. Czy powinni byli tak postapiô? Ale côZ ja môwiç? A côZ mieli robié? Zatrzymaô go? Za nie. Niech jedzie. Caîowali siç z nim, a przeciez w glçbi duszy nienawidza go. Jak mi Bôg miîy. Ot bywa tak, ze siç stale kîamie, a jak siç zastanowiô, to wyraznie siç widzi, jak oni go nienawidza. Nikoîka jest lepszy, ale ten starszy... Choé nie, Alosza teZ dobry, aie on jakoé silniej umie nienawidziô. BoZe, côZ to za mysli? Sierioza, jak ja môwiç о tobie? A jezeli bçdç odciçta od niego... On tarn zostanie, ja tutaj... — M6j maZ — powiedziaîa z westchnieniem i zaczçîa rozpinaô szlafrok. — Môj maZ... Kapturek sîuchaî z ciekawoscia, a policzki jego palaly moenem czerwonem éwiatîem. Pytat ja: — A côZ to za jeden, ten twôj maz? 61
— Podlec, taki podlec! — powiedzial do slebie Turbin. Od Heleny dzielil go pokôj i przedpokôj. Udzielily siç jemu mysli Heleny, paliiy- go juz od dluzszego czasu. — Podlec, a ja jestem szmata. Jezeli nie potraîiîem go przepçdzid, to przynajmniej trzeba bylo odejsd w milczeniu. Jedz sobie do wszystkich djablôw. Nawet nie dlatego nazywam go podlecem, ze porzuciî Helenç w takiej chwili, bo to jest koniec koncöw drobnostka, ale z zupeînie innych powodôw. Ale dlaczego? Licho takie, zupeînie go nie rozumiem. Taka lala malowana, ktôra nie ma najmniejszego pojçcia о honorze! Cokolwiek chce powiedzied, brzçczy bezdusznie jak balalajka. bez strun, i to ma byd oficer rosyjskiej akademji wojskowej, to jest to najlepsze, со posiada Rosja... Mieszkanie milczalo. Znikla smuga, ktôra wymykaîa siç z sypialni Heleny. Zasnçla i dumy jej zgasly, ale dlugo jeszcze mçczyt siç Turbin przy malern biurku лѵ swoim ciasnym pokoikn. Kiepska przyslugç wyswiadczyîa mu wôdka i niemieckie wino. Siedziaî, wpatrujac siç zaognionemi oczyma w kartkç pierwszej lepszej ksiaiki, i czytal, bezmyslnie powtarzajac wkôlko to samo: „Dla Rosjanina honor — to tylko strata czasu..." Dopiero nad ranem rozebral siç i zasnal. We snie stançla przed nim zmora malenkiego wzrostu w kraciastych spodniach i powiedziala do niego z sarkazmem: — Goly nie dosiadzie jezal... Swiçta Rosja — 62
kraj drewniany, ubogi i... nlebezpieczny, a honor dla Rosjanina to niepotrzebny balast. — Ach, ty! — krzyknal Turbin przez sen — gadzino. Nie przerywajac snu, Turbin wydostal z szuflady biurka brauning, chcial wystrzelid w zmorç, pobiegl za nia, a zmora zapadla siç gdzies. Ze dwie godziny trwal sen mçtny, czarny, bez marzen, a kiedy przez -okna, wychodzace na oszklona werandç, wydostal siç do pokoju blady, subtelny swit, zaczal snid о miescie. m
IV, W klçbach dymu wrzaîo miasto jak wnçtrze wie* lopiçtrowego ula. Piçkne podczas mrozu we mgle, na görach nad Dnieprem. Po calych dniach z niezliczonych kominôw ku niebiosom unosi! siç dym. Ulice tonçly we mgle, skrzypial mocno ubity, glçboki énieg. Tloczyly siç domy. W dzien okna byly czarnc, a w nocy plonçîy obok siebie wysoko na ciemnogranatowem sklepieniu. Jakgdyby pol^czone laiieuchem blyszczaly elektryczne kule, wysoko zawieszone na hakach dlugich szarych slupôw. We dnie sunçîy tramwaje z przyjemnym, jednostajnym loskotem. Po gôrzystych ulicach miasta wesoîo jeédzili dorozkarze, a ciemne kolnierze futrzane, srebrne i czarne, nadawaly twarzom kobiecym wyraz piçkny i tajemniczy. Pokryte bialym, nietkniçtym éniegiem staly milcz^ce, ciche ogrody. A bylo ich tak duzo, jak w zadnem miescie na swiecie. Jak ogromne plamy porozrzucane byly tu i öwdzie ze swemi alejami, kasztanami, w^wozami, klonami i lipami. Upiçkszaly one wspaniale wzgôrza, zwisaj^c nad Dnieprem, a nad 64
nierni wszystkiemi panowal wieczny park cesarskl, coraz rozleglejszy ku gôrze, iskrzacy siç w sloticu, ktôre rzucaîo miljony cieni. Smçtny о zmierzchu. Stare, nadgnile belki parapetu nie przeszkadzaly zblizaé sie do urwiska nad brzegiem przepasci. Prostopadle sciany szarpala zamiec i rzucaia sie na ni£ej polozone tarasy, ktôre, rozszerzajac sie stopniowo, ciagnçly siç hen, daleko, az do gajow nadbrzeznych, ponad szosa, wijaca siç obok wielkiej rzeki. A ciemna, stçzaia wstçga ginçia we mgle tam, gdzie jej око ludzkie dojrzeô nie jest w stanie nawet z najwyzszych gôr miejskich, gdzie sa siwe skaly, Sicz zaporoska, Chersones i dalekie morze. W zadnem miescie na éwiecie zima nie bylo takiego spokoju, jak na ulicach i zaulkach gôrnego miasta i na wzgôrzach dolnego miasta, rozrzuconego we wgtçbieniach zamarzlego Dniepru. Pomruk maszyn pochlanialy kamienne gmachy, stamtad slychac juz bylo gluchy, przyciszony loskot. Cala energjç, ktôra nagromadzalo sloneczne i obfite w burze lato, zima zuzywano dla éwiatla. W mieszkaniach juz od czwartej godziny iarzyly siç lampy. Palily siç kule elektryczne, gazowe latarnie, domowe latarenki z ognistemi numerami, oéwietlone rôwniez byly ciagnace siç bez koiica okna elektrowni. Po calych nocach az do samego ranka miemlo siç miasto od blasku ogni i éw'atel. Z rana wszystkie swiatla gasly, i miasto, spowite dymem, tonçlo we mgle. Najwspanialej jednak blyszczal na wzgôrzu bialy Biata Gwaxdja 5, 65
krzyz elektryczny w dîoniach olbrzymiego Wlodzimierza. Nieraz latem wskazywal przystaft, do ktôrej ku miastu woda zdazaly lôdki. Jaénial poprzez czarna mglç, widad go bylo hen, daleko w splatanych wodorostach, z wglçbien wijacej siç staruszki-rzeki, w gçstej wiklinie. Zima krzyz promienial \v czarnej otchlani niebios. Zimny i niewzruszony krôlowaî nad ciemna dala moskiewskiego wybrzeza, z ktôrego przerzucone byly dwa olbrzymie mosty. Jeden, zwodzony, ciçzki, Mikolajowski, îaczyt siç z osada, polozona na przeciwleglym brzegu, drugi by! niezmiernie wysoki, strzelisty. Mknçly po nim pociagi, przybywajace z miejsc bardzo odlegtych, gdzie w pstrej czapie siedziaîa szeroko rozrzueona, tajemnicza Moskwa. I otöz zima 1918-go roku miasto przezywalo dziwne, nienaturalne chwile, ktôre, bye moie, nie powtôrza siç wiçcej лѵ XX stuleciu. Wszystkie mieszkania wielkich kamiennych domöw wypelnione byly po brzegi. Dawni obywatele kurezyli siç i mieszkali w coraz wiçkszej ciasnocie, zmuszeni, chcac nie chcac, wpuszczac nowych przybyszôw, zdazajacych do miasta. Oni to wlasnie przez strzelisty most przedostali siç z rôwnin, na ktdrych stoja zagadkowe modre domki. Uciekli szpakowaci bankierzy wraz z zonami, uciekli zdolni spekulanci, pozostawiajac w Moskwie zaufanych wspôlnikôw, ktôrym powierzvli nawiaza66
nie stosunkôw i powstajacym skiewskiem nowym éwiatem. vv panstwre rttö- Kamienicznicy pozostawili domy pod opieka wiernych i dyskretnych rzadcôw; przemyslowcy, kupcy, adwokaci, dzialacze spoleczni. Uciekli przedstawiciele prasy, zarôwno moskiewskiej, jak i petersburskiej. Kokoty. Uczciwe kobiety z arystokratycznych rodzin. Ich wypieszczone côrki. Uciekli ksiazçta, lichwiarze, s-knery, poeci, zandarmerja i aktorki teatrôw pahstwowych. Tîumy te jakgdyby saczyly siç przez szczelinç, jedyna kit miastu zdazajac droga. Cala dtuga wiosnç od chwili wybrania hetmana wciaz nadjezdzaly tîumy przybyszôw. W mieszkaniach sypiano na kanapach i krzeslach. W bogatych mieszkaniach do stoîu zasiadaly wielkie ilosci osôb. Bezliku bylo nowych paszteciarni. Handel trwal w nich do pôznej nocy. W nowych kawiarniach, gdzie roznoszono kawç, moZna bylo kupowac kobiety. Powstaly teatry-minjatury, w ktorych najznakomitsi artysci, chcac rozweselié publicznosc, wysilali siç na dowcip. Powstal rôwniez znakomity teatr „Fioletowy murzyn", a na ulicy Mikolajewskiej — prze-pyszny klub „Popioly", do biatego ranka rozlegal siç.tam brzçk talerzy (poeci, rezyserzy, aktorzy, artysci). Natychmiast zaczçly wychodzic nowe gazety, najlepsi pisarze pisywali do nich feljetony, uragajac bolszewikom. Po calych dniach dorozkarze wozili pasazerôw od jednej restauracji do drugiej. Po nocach grywaly w kabaretach orkiestry smyczkowe, i w kîçbach dymu jasniaîy dziwna, nieziem67
skq uroda. blade, wyeieüczonfi kokaina, twarze prostytutek. Miasto pçcznialo, podnosilo siç i panoszylo jak ciasto na drozdZach. Do samego switu peine byty domy gry, rôzne osobistosci siç w nich zgrywaly, petersburskie i miejscowe. Grab tam powazni i dumni lejtenanci niemieccy i majorowie, ktôrych Rosjanie szanowali i bali siç. Grali Arabowie z klubôw moskiewskich i ukrainsko-rosyjscy obszarnicy, ktôrych mienie wisialo na wlosku. W kawiarni „Мак-: sym" jak slowik gral czarujacy, powabny Rumun. Lampy, spowite w szale cygafiskie, rzucaly podwôjne éwiatlo: nadôî—biale elektryczne, do gôry i zboku — pomaraiiczowe. Zakurzony blçkitny jedwab pokrywal sufit w ksztalcie gwiazdy, a w niebieskich lozach blyszczaly wielkie brylanty i polyskiwaly rudawe futra sybirskie. Unosil siç zapach palonej kawy, spirytusu i francuskich perfum. Przez cale lato 18-go roku na Mikolajewskiej ubcy widaé bylo doroZki na gtimach, doro2karze zaS nosili wywatowane kaftany; obok, jedno za drugiem, staly auta, rzucajqc éwiatla \v ksztalcie cylindra. I cale lato przybywali i przybyvvali wciъХ nowi bez konca. Zjawili siç z szara szczoteczka na twarzy, w blyszczacych lakierkach, о wyzywajacem spojrzeniu, w binoklach: soliéci, tenorzy, czlonkowie. Dumy Panstwowej. Gracze bilardowi... chodzili z dziewkami po sklepach. Kupowali farbç do warg i batystowe majtki z kolosalnem rozciçciem. Kupowali dziewkom lakier. 68
Przesytali listy przez jedyna wolna drogç, przez burzliwa Polskç (nikt nie mögt rozeznac, prawdç powiedziawszy, со siç w niej dzieje), do Niemiec, wielkiego mocarstwa uczciwych Teutonôw, btagajac о wizy, przekazy pieniçzne, przeczuwajac, ze moze trzeba bçdzie jechac jeszcze dalej, tain, gdzie nie dosiçgna straszne walki i îoskot bolszewickich druzyn bojowych. Marzyli о Francji i Paryzu, martwita ich mysl, ze trudno tam trafic, prawie niemozliwe. Na tych cudzych kanapach podczas bezsennych nocy ogarniaîa ich okrutna tçsknota, i do gîowy cisnçîy siç nieziipetnie jasne, aie upiorne mysli: A jezeli nagle? jezeli nagle? jezeli nagle? pçknie zelazny kordon... I zaleje fala szarych... Ach, jaki strach ogarnia... Podobne mysli cisnçty siç na odgtos dalekicli, miçkkich armatnich wystrzatôw. Dlaczegoz strzelano pod miastem przez cale gorace, piçkne lato? Wîasnie wtedy, kiedy spizowi Niemcy czuwali nad bezpieczenstwem miasta, ktos na krancach jego ciagle niepokoil gluchemi wystrzaîami : pa—pa—pach. Kto do kogo strzelal — niewiadomo. Po nocach. W e dnie cichli, widzieli bowiem, jak od czasu do czasu przez glôwna ulicç, Kreszczatik, albo przez Wlodzimierska sunat pulk niemieckich huzarôw. Ach, jakiz to byl pulk! Puszyste czapki piçtrzyly siç nad dumnemi twarzami, a rzemienie mocno sciskaly kamienne podbrödki ; rude wasy jak strzaly sterczaty do gôry. Konie stapaly jeden obok drugiego, rosle kasztany, wysokie na cztery stopy. Szaro-bîçkitne frèncze zdobiîy szesciuset jezdfcöw, przypominali 69
oui ciçzkicli niemieckich wodzôw w zelaznych mundurach na pomnikach „miasteczka" Berlina. Na ich widok cieszyli siç, uspokajali. A z poza pogranicznych kolczastych drutôw szczerzyli zçby do dalekich bolszewikôw, zlosliwie dogadujac : — A côz, wara warn! Nienawidzili bolszewikôw. Zasypiali z ta nienawiscia, peîni trwogi i niepokoju. Z nienawiscia we dtiie czytywali po restauracjach gazety, w ktôrych pisano, jak to bolszewicy strzelaja z mauzerôw ztylu do oficerstwa i bankierôw i jak w moskiewskich sklepach sprzedaja miçso koni, ktôre padly od nosacizny. Nienawidzili wszyscy — kupcy, bankierzy, przemyslowcy, adwokaci, aktorzy, kamienicznicy, kokoty, senatorowie, inzynierowie, lekarze i literaci. Przybyli oficerowie. Uciekli z pôinocy i z zacliodu — z pola walki i wszyscy szli w kierunku miasta, duzo ich bylo, coraz wiçcej. Zjawiali siç bez pieniçdzy z niezatartemi sladami swego zawodu, narazajac swe zycie, gdyz trudno im bylo zdobyc faîszywe dokumenty dla przekroczenia granicy. Jednak udalo siç im jakoS przedostac. Z lçkliwem spojrzeniem, zawszenl, niegoleni, bez szlif, zaczynali przystosowywac siç do miejscowych warunkôw, aby tylko wyzywiç siç i jako tako 70
egzystowad. Wsrôd nich byli dawni starzy mieszkancy tego miasta, powrôcili oni z wojny do urzadzonych gniazd i tak samo, jak Aleksy Turbin, pragnçli wypoczad, vtylko wypoczac i na nowo uirzadzic zwyczajne, ludzkie, nie wojskowe bytowanie. Byly tez setki, tak, setki, zupelnie obcych, ktôrzy w zaden .sposôb nie mogli pozostac ani w Petersburgu, ani w Moskwie. Niektorzy z posrôd nich, jak kawalerzysci, konni gwardzisci i huzarzy, wyplywali z latwoscia z odmçtu zatrwozonego miasta. Konwoj hetmanski nosil jakies fantastyczne szlify, a do stolôw hetmana siadalo okolo dwustu osôb z röwnemi, tlustemi przedzialami na glowach, polyskujac zlotemi plombami w zgnilych, zôltych zçbach. Nieprzyjçci do konwoju nosili kosztowne futra z bobrowemi kolnierzami, lokowali siç w nawpôî ciemnych dçbowych mieszkaniach, w najlepszej czçsci miasta — w Lipkach, w restauracjach, pokojach hotelowych... Byli i kapitanowie nieistniejacych juz zniszczonych pulkow, odwazni huzarzy, jak pulkownik Naj Purs, setki podchorazych i podporucznikôw, bylych studentöw, jak Stepanow — Karas, ktoryeh wykoleila wojna i rewolucja, tak samo, jak Wiktora Wiktorowicza Myszlajewskiego, rowniez dawnego studenta, na zawsze juz straconego dla uniwersytetu. Tacy wlasnie w szarych, wytartych plaszczach z niezagojonemi ranarni i z resztkami podartych szlif na ramionach przyjezdzali do miasta do swoich lub obcych rodzin, sypiali na krzeslach, nakrywajac siç plaszczem, pijali wôdkç, biegali, starali siç о cos i wéciekali siç. Î1
Byli i junkrowie. Kiedy w mieécie wybuchla rewolucja, istnialy \v niem cztery szkoly junkierskie— inzynierow, artylerzystôw i dwie piechoty. Przyszedl na nie koniec, runçiy wsrôd îoskotu zoînierskiej strzelaniny i wyrzucily na ulicç okaleczonych gimnazistôw, ktôrzy tylko со pokonczyli szkoly. i poczatkujacych studentôw. Nie byiy to dzieci, ani tez ludzie dojrzali, ani wojskowi, ani cywilni, lecz tylko tacy sami, jak siedemnastoletni Nikolaj Turbin... — Wszystko to, oczywiscie, bardzo mile siç przedstawia i nad wszystkiem panuje hetman. Alez na Boga, dotychczas nie wiem i prawdopodobnie do konca nie bçdç wiedzial, kim zacz jest ten niesîychany wîadca, z tytulem, bardziej odpowiadajacym wiekowi XVII-mu anizeli XX-mu. — Xtoz to taki, Aleksy Wasyljewiczu? — Jenerai, kawalerzysta gwardyjski, .bogaty posiadacz duzych wîosci, nazywa siç Pawet Piotrowicz... Dziwna ironja losu i historji wybory odbyiy siç w kwietniu znamiennego roku w cyrku. Zdarzenie to bçdzie niewyczerpanem zrôdtem liumoru dla przysziych historykôw. Obywateli zas, szczegôlnie stale przebywajacych w miescie, fakt ten nie bawil ani tez nie nasuwaî zadnych refleksyj, gdyz wymçczyîy ich walki bratobôjcze. Wybory odbyiy siç z oszalamiajaca szybkoscia — Bogu Najwyzszemu dziçki. Hetman objal rzady — dobrze i tak. Oby tylko na targu bylo miçso i chleb, a na 72
u'licach zaprzestali strzelaniny i £eby, na litosc Boska, zapadli siç bolszewicy, a lud zaniechaî grabiezy. I cöz, mniej wiçcej, nawet w znacznym stopniu, za panowania hetmana zisciiy siç zyczenia obywateli. Przynajmniej przybysze z Moskwy i Petersburga, a takze wiçkszosc staîych mieszkancôw, choc i pokpiwali sobie z cudacznej hetmanskiej krainy, nazywajac ja jak kapitan Talberg operetka, szczerze chwalili hetmana... i... — ,,Daj, Boze, zeby juz tak pozostalo na wieki". Ale czy taki stan mögt trwac wlecznie, nikt nie byiby w stanie tego orzec, nawet sam hetman. Так. VVîasnie miasto jest takie, jak wszystkie rniasta, posiada policjç, straz i ministerstwa, nawet wojsko i przerözne gazety, a ot, о tem, со siç dzieje dokoia w tej prawdziwej Ukrainie, ktôra wieksza zajmuje przestrzen niz Francja i posiada miljony ludnosci, nikt nie mial pojçcia. Nie wiedzieli i nie styszeli nietylko о miejscowosciach, dalej poîozonych, ale со dziwniejszc, о wsiach, znajdujacych siç о piçcdziesiat wiorst od miasta. Nie wiedzieli, a jednak nienawidzili z caiej duszy. I kiedy z miejsc, ktöre nosza nazwç wsi, dochodziîy niepokojace wiesci о tem, ze Niemcy rabuja chtopôw i bezlitosnie znçcaja siç, strzelajac do nich z karabinöw maszynowych, ani jedno slowo oburzenia nie padlo w obrotiie ukrainskich chîopôw. Niemcôw siç bali. 73
V Pewnego razu, a bylo to w maju, miasto obudzito siç ze snu. Blyszczalo jak perla, oprawna w turkus, a slorice jasnialo nad krôlestwem hetmana w calej okazafosci; obywatele jak mrôwki rozbiegli siç dla zalatwiania przerôznych spraw; subjekci otwieraii w sklepach ciçzkie, zelazne zaluzje. Wlasnie tego ranka rozlegt siç w miescie straszliwy i zlowieszczy dzwiçk — nie pochodzii z wybuchu armaty, niepodobny byl do grzmotu, tylko zawierat taka moc, ze niektöre lufciki same siç pootwieraly, a wszystkie szyby drgnçty. Pote m po raz drugi uslyszano ten sam dzwiçk, ogluszyl on görna ezçéô miasta i fale jego potoczyly siç na Podôl, poczem przez btçkitny, piçkny Dniepr przedostaly siç hen, daleko na rôwniny moskiewskie, Mieszkaiiey obudzili siç, na ulicach powstal poploch i zamieszanie. Rozroslo siç ono z blyskawiczna szybkoécia, gdyz z gôrnego miasta — Pieczorska z wyciem i wrzaskiem biegli okaleczeni i zakrwawieni ludzie. Huk rozlegl siç po raz trzeci z taka sila, to w pieczorskich domach z loskotem za7.4
czçty szyby wypadac i ziemia zadrèala pod nogami. Widziano kobiety, ktôre biegt y w samych koszulach i krzyczaiy przerazliwie. Wkrôtce dowiedziano siç, skad pochodzit teil dzwiçk. Doleciai z Lysej Gôry, z pod miasta, z nad samego Dniepru, gdzie miescily siç kolosalne skjady atnunicji. Na Lysej Gôrze nastapil wybuch. Piçc dni miasto zyîo w panicznej obawie, ze z Lysej Gôry popiyna gazy trujace. Aie wybuchôw wiçcej nie byio, gazôw tez nie, ludzie, krwia broczgcy, znikli, i miasto przybraîo wyglad pokojowy z wyjgtkiem jednego tylko Pieczorska, w ktôrym zawaliio siç kilka domôw. Oczywiscie, wiadze niemieckie zarzadziiy surowe sledztwo i oczywiscie, nadal w1 miescie nie wiedziano, со spowodowaîo ten wybuch. Rozmaicie о tem mowiono. — Wybuch — to robota francuskich szpiegôw. ••—* Nie, wiasnie, ze boiszewickich. Wreszcie о wybuchu zapomniano. Drugi wypadek zdarzyî siç latem. Miasto peine byio zakurzonej, soczystej zieleni, peine gwaru, ioskotu ; niemieccy lejtenanci wypijali morze wody sodowej. Ten drugi wypadek zaiste byî czems monstrualnem! Na Mikoiajewskiej ulicy w bialy dzieri akurat w miejscu, gdzie staty dorozki na gumach, zabito glôvvnodowodzacego niemiecka armja na Ukrainie, feldmarszaika Ejchhorna, nietykalnego i dumnego jeneraia, mocnego i nieustraszonego zastçpcç samego cesarza Wilhelma! 75
Zabit go, oczywiscie, robotnik, i jak latwo domyslic siç, socjalista. W dwadziescia cztery godziny po zamordowaniu Szwaba Niemcy powiesili nietylko mordercç, aie nawet dorozkarza, ktôry z nim przyjechal na miejsce wypadku. Coprawda, nie wskrzesilo to znakomitego jenerala, aie zato w пщdrych glowach zajscie to wywolalo nadzwyczajne refleksje. Otôz to wieczorem Wasylisa, zmçczony upalem, usiadî w otwartem oknie, w rozpiçtej czesuczowej koszuli i, popijajac herbatç z cytryna, tajemniczo szepcac, tak môwil do Aleksego Wasyljewicza Turbina. — Biorac pod uwagç wszystkie te wypadki, przychodzç do wniosku, ze 2yjemy w bardzo nièpewnych czasach. Zdaje mi siç, ze pod Niemcami cos (Wasylisa przebieral w powietrzu krôtkiemi palcami) siç chwieje. Niech pan siç zastanowi... Ejchhorna... i to gdzie? ,Co? (oczy Wasylisy peine byly przerazenia). Turbin wysîuchal go, milczac ponuro, wykrzywil twarz i oddalil siç. Nastçpnego ranka jeszcze jeden wypadek przytrafil siç bezposrednio samemu Wasylisie. Raniutko, bardzo wczesnie sloneczko poslalo wesoîy promyczek do ponurej sutéryny, przez ktora z podwôrka mozna byîo wejsc do mieszkania Wasylisy. Wasylisa spojrzal i zobaczyl dziwne zjawisko. Bylo ono niezwykle w blyszczacyin na krôlewskiei r?vi naszyjniku, о bosych wysmuklych no76
gacli, % fakj^cq, jçdrn^ piersin. Zçby zjawiska blyszczaty, a rzçsy rzucaly na policzki lioletowy сіей. — Dzié ju£ piçédzieskt — powiedziaîo zjawiskö glosem syreny, wskazujac banke z mlekiem. — Coé ty, Jawdocha? — krzyknaî zaîoénie Wasylisa bôj siç Boga. Onegdaj bylo czterdzieâci, wczoraj czterdzieêci piçé, a dzié piçédziesiat. Toi io niepodobienstwo. — Szczo ja zroblui? Usio dorogo — odrzekîa syrena — ka£ut na bazarze, bude i sto. Zçby jej znowu bîysnçîy. Na chwilç zapomnial Wasylisa i о piçddziesiçciu, i о stu, о wszystkiem zapomnial, i émialy, i slodki dreszcz wstrzasn^I nim a i do glçbi. Ten sam dreszcz rozkoszy, ktôry nim zawsze wstrz^sal na widok tego promiennego, cudhego zjawiska. (Wasylisa wstawat wczeéniej od swojej matéonki). О wszystkiem zapomnial, niewiadomo dlaczego, wyobrazil sobie leénu polankç, zapach sosny, Äch, ach... — No, no patrzaj, Jawdocha — rzekî Wasylisa, oblizujtk siç i rzucaj^c ukosne spojrzenia (w obawie, czy zona nie wstata) — bardzo was rozzuchwalila ta rewolucja. Poczekaj, Niemcy warn pokazq. „Poklepaé fa mote po plecach" pomyélal zmieszany Wasylisa, aie nie zdecydowal siç. Jak szeroka alabastrowa wstçga polalo siç mleko do dzbanka i spienilo siç. — Czy wony nas wyuczat, czy my ich razuczymo — odpowiedzialo nagle zjawiskö, blysnçîo, zajasnialo, narobilo halasu, uderzaj^c naczyniem, po77
ruszylo dragiem i samo jak promien, oéwietlone sloficem, zaczçlo wysuwad siç z suteryny na sloneczne podwôrko. ,,N-nogi — a-ach!!" jçczalo w gtowie Wasylisy. W tej samej chwili uslyszat gfos malzonki, odwrôcil siç i око w око zetknal siç z nia. — Z kim ty tam rozmawiasz? — szybko zerknawszy do gôry, zapytala mal£onka. — Z Jawdocha — obojçtnym glosem odrzeki Wasylisa — wyobraz sobie, dziâ mleko juz po piçcdziesiat. — Jakto? 1— zawoîata Wanda Michajlôwna. — Co za bezwstyd! Co za paskudztwo! Wéciekli siç zupelnie ci chlopi... Jawdocha! Jawdocha! — krzyczaîa, wygladajac oknem — Jawdocha! Ale zjawisko zniklo i nie wracaîo. Wasylisa popatrzal na skrzywiona postad swej zôny, na jej zölte wlosy, koslawe lokcie, wyschniçte nogi, i nagle zbudzil siç w nim taki wstrçt do zycia, ze о malo nie splunal Wandzie pod nogi. Zapanowal jednak nad soba i, westchnawszy, poszedt sobie do chtodnego, nawpol ciemnego pokoju, nie rozumiejac, со wlaéciwie tak go przygniata. Czy to Wanda, ktôra nagle лѵуоЬгагі! sobie z powykrçcanemi zöltemi obojczykami, sterczacemi do przodu jak zwiazane dyszle, czy tez ta przykroéc, ktôra zawieraly slowa rozkosznego zjawiska. — Rozuczymo? Co? Jak to siç komu podoba?-Sam do siebie szeptal Wasylisa. — Och, jak ten rynek mi zbrzydl! No i côz mozna na to odpowiedzied? Jezeli oni nawet Niemcôwi przestana siç 7S.
obawiaé... to jui koniec. Razuezymo. Co? A zeby ma — rozkoszne... Nagle w zmroku wyobrazil sobie Jawdochç, gola jakgdyby wiedémç na gôrze. — Jaka smialosd... Razuczymo? A piersi... Wszystko to tak oszolomilo Wasylisç, ze poczul siç dziwnie slabym i poszedl oblac siç zimna wodaТак oto jak zwykie niepostrzezenie zblizyla siç jesien. Po soczystym, zlotym sierpniu nastapil jasny, pelen kurzu wrzesierï, a we wrzedniu stalo siç cod, czego juiz nie mozna nazwad wypadkiem. To juz bylo cale zdarzenie, moze nawet na pierwszy rzut oka male majace znaczenie. Wladnie pewnego jasnego wrzedniowego wieczoru otrzymano w miejskiem wiçzieniu rozkaz, zaopatrzony w odpowiednie podpisy hetmanskiej wladzy; na mocy tego rozkazu mial byd zwolniony z celi Nr. 666 przestçipca. Tylko to. Так, tylko to. I przez ten papierek, bezwatpienia on to zdzialal, posypaly siç wypadki i nieszczçécia: walki. przelew krwi, pozary i pogromy, rozpacz i okropnosci... Aj, aj, aj! Wiçzien, wypuszczony na wolnosd, nazywal siç zupelnie zwyczajnie — Siemion Wasyljewicz Petlura. Siebie samego nazywal trochç z francuska — Simon, tak te£ nazywaly go gazety z grudnia 1918 i lutego 1919 roku. Przeszlosd Simona glçboka byla okryta tajemnica. Powiadali, ze byl buchalterem. — Nie, rachmistrzem. — Nie, studentem. да
Na log il Kreszczatika i Mikolajewskiej uiicy znajdowal siç du£y, elegancki sklep wyroböw tytoniowych. Na podluznym szyldzie byî âwietnie namalowany kawowy Turek w fezie, paiacy nargile. I otôz byli tacy, ktôrzy gotowi byli przysiac, t e widzieli niedawno, jak Simon, stojac wytwornie za iada, sprzedawat wyroby tytoniowe fabryki Salorriona Kogena. Ale byli i tacy, ktôrzy twierdzili: — Ani siç zaczyna. On byt delegatem zwiazku miast. , — Nie zwiazku miast, lecz wsi — odpowiadali inni — typowy huzar. Byli i tacy (szczegôlniej przyjçzdni), со, przymykajac oczy, aby Jatwiej przypomnieô sobie, szeptali: — Zaraz... zaraz... I opowiadali, ze przed dzisiçciu laty... ach, przepraszam... jedenastu, widzieli go, jak szedt ulica Mala Bronna w Moskwie, a pod pacha trzymal gitarç, owiniçta w czarny perkal. Nawet môwili, ze szedl na wieczorek do swoich rodakôw, i dlatego gitara byla zawiniçta. Miala to bye zajmujaca zabawa z wesoîemi studentkami - rodaezkami ze sliwowica, ktôra przywiôzl wprost z urodzajnej Ukrainy, z piosenkami i z piçknym Hryciem... „...Oj, nie chody..." Potem juz platali siç, okreslajac jego powierzchownosc, mylili siç со do dat i miejsca... — Powiadacie, ze wygolony? 80
— Ach nie, zdaje siç... niech pan pozwoli... z brödka. — Àlez proszç >pana... czy on pochodzi z Moskwy? — Nie, byl... studentem... — Ani siç zaczyna. Iwan Iwanowicz zna go dobrze. On byl w Taraszczy nauczycielem ludowym... Tam do licha... Moze wcale nie byl na ulicy Bronnej. Moskwa jest olbrzymiem miastem, mogla byc mgla, szron, jakies cienie... Jakas gitara... Turek w sloncu... nargile... gitara — dzyn—tren... mgta, ciemno... ach, jakzez ciemno i strasznie dokola. „...Ida, spiewa-ajac..." Ida, przesuwaja siç obok krwia broczace cienie, biegna zjawy, widziadla, potargane warkocze dziewczçce, wiçzienie, strzelanina, mrôz i krzyz Wlodzimierza na pölnocy. Ida, spiewajac, Junkrowie, gwardzisci. I bçbnia, i trabia, Talerze ich brzçcza. Grzmia traby, épiewa slowik stalowym glosem, na smierc tluka ludz-i kolbami, otulona w czarne baszlyki konnica wciaz jedzie i jedzie na spienionych koniach. Proroczy sen grzmi, toczy siç do lôzka Turbina, épi blady, od ciepla kosmyki wlosôw sa wilgotne, pali siç rôzowa lampa. Caly dorn spi. Z bibljoteki slychac chrapanie Karasia, z pokoiku Nikolki sapanie Szerwinskiego... Ciemno... noc... Biaîa Gwardja 6,
Ma podiodze koîo 16£ka Aleksego Іеіу niedoczy* tany Dostojewski i znçcaja, siç „Biesy", padaja okrutne slowa... Helena spi spokojnie. — Wiçc powiem warn: nie istniaî. Nie istnial! Ten Simon nie istnial wcale na swiecie. Nie istnial Turek, ani gitara pod zelazna latarnia na Bronnej, ani zwiazek wsi... zadnego licha nie bylo. Poprostu mit, zmyslony na Ukrainie, we mgle strasznego roku 18-go... ...Istnialo cos innego — sroga nienawiéd. Bylo czterysta tysiçcy Niemcôw, a dokola nich czterykrod czterdziesci razy czterysta tysiçcy chlopôw, w sercach ktôrych gorzaîa wsciekla ztosô. 0 jakzez wezbraly te serca. I lejtenanckie bicie po twarzy, i ogien szrapneli w opornych wsiach, plecy, na ktôrych szpicruty niemieckie pozostawity smugi, 1 te pokwitowania, pisane na skrawkach papieru rçka majora lub lejtenanta armji niemieckiej. „Nalezy siç rosyjskiej éwini za kupiona od niej âwiniç 25 marek". A potem dobroduszny, pogardliwy émiech w niemieckim sztabie w mieécie, kiedy ktoé zjawiaî siç z takim kwitem. Rekwizycja koni, chleba, spasione twarze obszarnikôw, ktôrzy przy hetmanie powrôcili do swoich majatkow, dreszcz nienawisci, kiedy wymawiano slowo „oficerstwo". Oto, со bylo. A jeszcze pogloski о reformie rolnej, ktôra pan hetman zamierzal przeprowadzié, niestety, niestety! 82
Dopiero, kiedy w listopadzie 18-go roku pod miastem zagrzmiaîy armaty, domyélili siç madrzy ludzie, wsrôd nich byt i Wasylisa, ze chlopi liienawidziii tego pana hetmana jak wscieklego psa. Na nie zdaîa siç Lm ta padska, dradska reforma, marzyii о wîasnej, chtopskiej, wiecznej reformier — Wszystkie grunta dla chlopôw. —- Dia kazdego po sto dziesiçcin. — Bodajby nie bylo zadnych obszarniköw. — I oby na kazde sto dziesiçcin wydawano dokument z marka stemplowa i ipieczçcia, stwierdzajaca wieezyste dziedziczne prawo posiadania z dziada na ojea, z ojea na syna, wnuka i t. d. — Zeby zadna granda nie dmiaîa przyjezdzaô г miasta i zadaé maki. Maki chîopskiej nikomu niç oddamy, jak sami nie zjemy wszystkiego, to w ziemi zakopiemy. — Niechaj z miasta naftç przywioza. I côz, ubôstwiany hetman nie môgl temu podoîaé. 2aden djabel temu nie podolaîby. Krazyîy mçtne pogloski, ze tylko bolszewicy mogliby sobie poradzié z lietmanska i niemiecka plaga, aie bolszewicy mieli swoje wîasne bolaczki: — Zydôw i komisarzy. Gorzka twoja dola, ukraidski chlopie! Znikad nie masz ratunku!! Tysiace ludzi powrôcilo z wojny, umieli strzelac... — Oficerstwo ich tego nauczylo, tak mu wîadze kazaly! 83
Setki tysiçcy karabinéw pr'zeehowywäno w ziemi, w stodotach, w komorach, nie zwrôcono ieh. Nie pomogly niemieckie sady polowe, katowanie do krwi, ostrzeliwanie szrapnelami; w ziemi byiy ukryte miljony nabojôw, ktôre zakopano, a w kazdej piatej wsi dziala trzycalowe; со druga wieé wraz ze wszystkiemi miasteczkami posiadala karabiny maszynowe, caie skîady pociskôw, arsenaty. peine plaszczôw i czapek futrzanych. W tych miasteczkach nanczyciele ludowi, felczerzy, drobni posiadacze, seminarzyéci ukraiAscy., ktôrzy zrzgdzeniem losu byli chorgzymi, mocni synowie pszczelarzy, kapitanowie sztabowi о ukrainskich nazwiskach... wszyscy oni môwig po ukraiAsku, wszyscy kochaja tç czarodziejkç Ukraine, wyobrazajgc ig sobie bez panôw, bez oficerôw-Moskali. I tysigce UkraiAcôw, ktôrzy powrdcili z niewoli z Galicji. Poigczyc ich wszystkich z tysigcami chlopôw?... Ho-ho! Ot, со istniaio. Aie wiçzien... gitara... „Grozne wieéci, straszne... Atakujg nas..." DzyA... treA... ech, ech, Nikolka. Turek, huzar, Simon. Nie istniai wcale. Nie istniai. To bzdury, legenda, ziitda. Poprostu slowo, ktôre polgczyio w sobie i niezaspokojong wéciekioéé, i zgdzç chiopskiej zemsty, i nadzieje wiernych synôw, ktôrzy nienawidzili Mo-
skwç, wszystko jedno jaka — boiszewicka, carska albo jakaé inna. I daremnie, daremnie madry Wasylisa w owym sîynnym listopadzie chwytaî siç za gîowç i woîaî: „Quos vult perdere, dementat!" — przeklinal hetmana za to, ze wypusciî Petlurç z plugawego miejskiego wiçzienia. — Wszystko to gîupstwa. Jak nie on, to ktos drugi bylby obrany, a jak nie drugi — to trzeci. I otöz po tych przerôznych wypadkach nastaplly powazne zdarzenia... Choc nie wolno sobie lekcewazyc takiego wypadku, jak zwolnienie z wiçzienia mitycznej postaci — о nie! bylo to czems tak nadzwyczajnem, ze z pewnoscia ludzkosc bçdzie о tem pamiçtaîa jeszcze ze sto lat... Qalijskie koguty w czerwonych spodniach na dalekim zachodzie Europy о malo nie zadziobaîy na smierc spasionych, zelaznych Niemcôw. То bylo straszne widowisko: koguty we frygijskich czapkach z szepleniacym klekotem rzueaîy siç na opancerzonych Teutonôw, szarpiac ich cialo i pancerze. Niemcy walczyli rozpaczliwie, pakowali grübe bagnety w opancerzone piersi, szarpali zçbami, aie nie dali rady — i Niemcy! Niemcy! prosili о zmilowanie. Nastçpne zdarzenie scisle by!o zwiazane z tem, со zaszlo, i wynikaîo z niego jak skutek z przyczyny. Calym swiatem wstrzasnçta oszalamiajaca wiadomosé, ze czlowiek, ktôrego imiç i krçcone, diugie jak szesciocalowe gwozdzie wasy, znane na calej kuli ziemskiej, ze ten czlowiek, caly z ielaza bez kawaïeczka drzewa, zostal zrzucony z troau.
Stat siç niczem — przestat bye cesarzem. Potem ponury strach jak wicher poruszyt wszystkie serca w miescie: widzieli, na wtasne oczy widzieli, jak pîawili niemieckich lejtenantôw, i szaro - niebieskie sukno ich mundurôw stato siç podejrzana, wytarta rogôzka. Dziato siç to tuz otwarcie w* ciagu kilku godzin, matowiaty oczy, a w olmach lejtenantôw gasty wesole swiatta, i z szerokich oszklonych otworôw zionçta dziurawa, wytarta nçdza. Wtedy jakgdyby prad elektryczny przeszyt môzg tych najmadrzejszych, ktôrzy z twardemi zöttemi kuframi wraz z pulchnemi kobietami przedarli siç do miasta przez kolczasty obôz bolszewicki. Zrozumieli, ze los potaczyî ich ze zwyciçâonymi, serca ich opanowato przera£enie. — Niemcy zwyciçzeni. — Jestesmy zwyciçzeni. Так tez pojmowali to obywatele miasta. 0 , tylko ten, kto sam byt zwyciçzony, zrozumie znaezenie tego stowa! To stowo takie samo rob1 wrazenie, jak wieczôr w dornu, w ktörym zepsuto siç éwiatto elektryczne. Podobne jest do rachitykôw, tych ztych duchôw dzieciçcych, do zepsutego oleju, do brukowych wyzwisk, ktôremi obrzucaja pociemku kobiety. Jednem stowem, podobne jest do smierci. Rzecz spodziewana. Niemcy porzucaja Ukraine. Z tego wynika: jedni musza uciekad, inni — spotykac nadzwyczajnych, nieproszonych w miescie go36
sei. A wiçc ktos musi umierac. Ci, ktôrzy uciekaja, nie umra, ktôt wiçc bçdzie umieral? Так, smierô nie kazata na siebie czekac. Szta jesienia, a potem zima po ukrainskich drogach wraz z suchym, gçstym sniegiem. W gaikach rozpoczçty stukanie karabiny maszynowe. Jej samej nie bylo widac, aie wyprzedzil ja gniew chtopski. Biegt on wsrôd zawiei i chlodu, w dziurawych îapciach, ze sloma w skottunionych, odstoniçtych wtosach, biegt i wyl. W dloniach trzymal gruby kij dçbowy, tak niezbedny dla wszelkiego poczynania w Rosji. Frunety niewielkie czerwone kogueiki. Potem ujrzano w purpurze zachodzacego stonca zyda szynkarza, ktôrego powieszono, przywiazawszy za organy plciowe. A w pieknej polskiej stolicy, Warszawie, ukazata siç ziawa: Henryk Sienkiewicz stanat w oblokach i ztosliwie siç uémiechnal. Potem rozpoczçlo sie prawdziwe szalenstwo i wszystko siç poplatato. Popi dzwonili pod zielonem sklepieniem zatrwozonych malych cerkwi; a obok, w szkotach, gdzie kule powybijaly okna, spiewano pieéni rewolucyjne. Dokota droga krazyl upiôr — nieiaki starzee Dechtiarenko, zaiatywal od niego zapach wôdki, a slowa dziwne, ztowieszcze w jego czarnych ustach tworzyly zdania, nadzwyczajnie przypominajace deklaracjç praw czlowieka i obywatela. Potem ten sam Dechtiarenko, prorok, lezal i ryczal, a ludzie z czerwonemi kokardkami na piersiach moeno tlukii go kolbami. I najbardziej przebiegly czlowiek zwarjowalby: jeieli siç nosi czerwone kokardy, to w iadnym razie 87
nie wolno bid kolba, a jezeli uzywa siç kolby — to nie wolno miec czerwonej kokardki... Nie, toc udusic siç mozna w takiem panstwie i to w takich czasach. Niech go djabli wezma! Mit. Ten Petlura to mit. Nie istnial wcale. To mit, tak samo nadzwyczajny, tylko mniej ladny jak о Napoleonie, ktorego wcale na swiecie nie bylo. Zdarzylo siç zupelnie cos innego. Trzeba bylo tç oto chlopska zlosc skierowac na jedna okreslona drogç, gdyz swiat tak po czarodziejsku jest urzadzony, ze choc owa zlosc toczylaby siç bez konca, to jednak jakiems fatalnem zrzadzeniem losu zawsze pozostawalaby na tern Samern rozdrozu. To prosta sprawa. Niech tylko bçdzie zamieszanie, a ludzi z pewnoscia nie zbraknie. I otôz przyszedt skadcis pulkownik Toropiec. Ni mniej, ni wiçcej, tylko jak siç okazalo, z austrjackiej armji... Czyz to mozliwe? Alez tak, z pewnoscia. Potem zjawit sie literat Winniczenko, ktôry zdobyî sîawç — swojemi powiesciami i tern, ze jak tylko, jeszcze w 18-ym roku, czarodziejska fala wyrzucila go na powierzchniç spienionego ukrainskiego morza, we wszystkich satyrycznych pismach petersburskich niezwlocznie okrzyczano go za zdrajcç. — Dobrze mu tak... — No, nie о tern nie wiem. A przytem ten tajemniczy wiçzien. Jeszcze we wrzesniu nikt w miescie nie wyobrazal sobie, со moga zrobic trzy osoby, posiadajace talent ukazania siç w odpowiedniej chwili nawet Ш
w tak maîo znaczacej miejscowosci, jaka jest Biala Cerkiew. W pazdzierniku juz zaczçîy siç rôzne domysîy, i ze stacji osobowej miasto 1-е zaczçîy wyruszac pociagi, oswietlone setkami lamp, pçdzily nowym, jeszcze szerokim torem do Niemiec przez odbudowana Polskç. Lecialy depesze. Wyjechaly brylanty, niepewne oczy, uczesania z przedzialem i pieniadze. Pçdzili na poîudnie, na potudnie, do miasta nad morzem, do Odesy. Niestety, juz w listopadzie wszyscy dose dokladnie zdawali sobie sprawç. Sîowo: — Petlura! — Petlura!! — Petlura! peîno go bylo na murach i w szarych depeszach. Z rana z. gazety przedostawaîo siç do kawy, i boski podzwrotnikowy napôj zamienial siç w ustach w najwstrçtniejsze pomyje. Powtarzane przez wszystkich, bylo rôwniez wystukiwane przez telegrafistôw na aparatach Morsego. W miescie dziaîy siç cuda dziçki temu tajemniezemu sîowm, ktôre Niemcy wymawiali na swôj sposôb: — Peturra. Niemieccy zolnierze, ktôrzy mieli kiepskie przyzwyczajenie walçsania siç na krancach miasta, zaczçli gin^c po nocach. W nocy ginçli, a we dnie dowiadywano siç, ze ich zabito. Dlatego tez zaczçly kr^zyc po nocy niemieckie patrole. Chodzily, palily siç latarki — nie wolno dokazywac! Lecz zadne latarki nie mogîy oswiecic umyslôw, w ktôrych zm^cilo siç wszystko i poplettalo.
Wilhelm. Wilhelm. Wczoraj zabito trzech Nieracôw. 0 , Boze, czy wiecie, ie Niemcy odchodza?! W Moskwie robotnicy zaaresztowali Trockiegoü! Jacys tam psiekowie zatrzymali pociag pod Borodzianka i ograbili go doszczçtnie. Petlura wystal posla do Paryza. Znowu Wilhelm. Czarni Senegalczycy sa w Odesie. Jakies nieznane, tajemnicze nazwisko konsula — Enno. Odesa. Odesa. Jenerat Denikin. Znowu Wilhelm. Niemcy sobie pôjda, Francuzi przyjda. — Bolszewicy przyjda. — Bodajby ci jçzyk usechl! Niemcy posiadaja aparat ze wskazôwka — stawiaja go na ziemi, i wskazôwka pokazuje, gdzie orçz zakopany. To dopiero sztuka. Petlura wyslat posla do bolszewikôw. To jeszcze lepsza sztuka. Petlura. Petlura. Petlura. Petlura. Peturra. * * * Zadna istota nie miata pojçcia о tem, со Peturra chciat robid w tej Ukrainie, ale wszyscy bez wyjatku wiedzieli, ze jest osobistoscia tajemnicza i bezbarwna. (Zreszta gazety od czasu do czasu na swoich szpaltach umieszczaty pierwsza lepsza fotografjç jakiegos katolickiego pratata z napisem: Simon Petlura chce posiasd Ukraine, a dlatego, йеЬу ja zdobyd, idzie wziad miasto). 90
VI Magazyn madame Anjou „Szyk paryski" znajdowal siç w samym srodku miasta przy ul. Teatralnej za opera, w olbrzymim, wielopiçtrowym domu, na pierwszem piçtrze. Od ulicy do sklepu prowadzily przez oszklone drzwi trzy scliodki. Z obydwôch stron tych drzwi byly dwa okna, zastoniete zakurzonemi tiulowemi firankami. Nie wiadomo, gdzie siç podziata madame Anjou, I dlaczego lokal, w ktôrym siç miescit jej magazyn, zu^ytkowano dla celôw niehandlowych. Na lewem oknle namaiowany byl kolorowy kapelusz -damskl, a pod nim zîotemi literami „Chic parisien", a za szyba pierwszego okna, na olbrzymim plakacie z 2ôltego kartonu narysowane byly dwie skrzyzowane sebastopolskie armaty, takie same, jak na szlifach artylerzystôw, u gory zas napis: „Wolno ci nie bye bohaterem, Lecz ochotnikiem bye winienes". Pod armatami taki napis: . „Przyjmuje siç zapisy ochotnikow do dyonu ciçzkiej artylerji imienia dowodzacego". 91
Przed sklepem stat zakopcony i zniszczony motocykl z czôîenkiem. Drzwi do sklepu byty na spre2ynie i со chwila trzaskaly, a za kazdym razem, kiedy siç otwieraly, u gôry rozbrzmiewat wspaniaîy, dzwiçczny dzwoneczek — brrryn — brrryn — przypominaî on nie tak dawne szczçsliwe czasy madame Anjou. Turbin, Myszlajewski i Karas po nocnej pijatyce wstali jednoczesnie dose pôzno, bo koio dwunastej, zupelnie trzezwi, со ich samych bardzo zdziwilo. Okazaîo siç, ze Nikoîka i Szerwinski juz wyszli. Jeszcze wczesnym rankiem Nikolka wzigl jakies tajemnicze, czerwone zawinigtko i, postçkujgc — ech, ech... wyruszyl do swojej druzyny, a Szerwinski pojechal niedawno do swych obowigzkôw do sztabu dowôdcy. Myszlajewski tymczasem w pokoiku Aniuty za kuchnig obnazyî siç do pasa i za zaslong, gdzie stal piecyk i wanna, puscil na szyjç, plecy i glowç strumien wody, zimtiej jak lôd, krzyczgc z przeraienia i zachwytu: — Ach! Dobrze mu tak! Na zdrowie! Wszystko zalal dokoia az na dwa metry. Potem wytarî siç kgpielowem przescieradlem, ubral siç, wysmarowal glowç brylantyng, zaczesal wlosy i rzekl do Turbina: — Alosza, hm... bgdz tak dobry, daj mi twoje ostrogi. Nie zajadç juz do domu, a nie chcialbym bez nich pojechad. — Znajdziesz je w gabinecie, w szufladzie od biurka z prawej strony. Ш
Myszlajewski poszedl do malego gabinetu, pokrçcil siç tam, pohalasowaî i wyszedl. Czarnooka Aniuta, ktôra z rana wrôcila od ciotki z urlopu, okurzala fotele miotelka z piôr. Myszlajewski kaszlnal, rzucil ukosne spojrzenie na drzwi i zamiast przejéc prosto przez pokôj nagle skrçcil i powiedzial cichym gîosem: — Dzieft dobry, Aniuteezko... — Powiem Helenie Wasyljewnie — nie namyélajac siç, mechanicznie szepnçla Aniuta i przymknçla oczy jak skazaniec, ktôry poczuî nad soba nôz kata. — Glupiut... Turbin niespodzianie ukazal siç w drzwiach. Uémiechaî siç zloéliwie. — Miotelkç ogladasz, Wicia? Так. Ladna. Aie lepiej, zebyê sobie poszedl swoja droga, со? A ty, Aniuto, zapamiçtaj sobie, te gdyby kiedykolwiek môwil ci о ozenku, to mu nie wierz, nie ozeni siç. — No с6t to, doprawdy, pie wolno przywitac siç z czlowiekiem? Myszlajewski, dotkniçty niesluszna uwaga, zaczerwienil siç jak burak, wyprçzy! pieré i, wlokac ostrogi, wyszedl z >salonu. W jadalnym, niespokojne rzucajac spojrzenia, podszedt do wyniosîej, rudawej Heleny. — Witaj, Leno jasna, dzieftdobry. Hm... (z gardla Myszlajewskiego zamiast dfwiçcznego tenoru wydobyl siç niski, zachrypniçty baryton). — Leno Swictlana — zawolal г uczuciem. — nie gniewaj siç. , •st js^-btx.^ ь-ѵ. : - i .... 93
Kochain ciç, kochaj mnie rôwniez. Zapomnij о mojem wczorajszem chamstwie. Leno, czyz doprawdy masz mnie za jakiegos nikczemnika? Môwiae to, schwycil Helenç w objçcia i ucalowat jej obydwa policzki. W salonie miçkko upadla miotelka z kogucich piôr. Zawsze, jak tylko poritcznik Myszlajewski zjawial siç w mieszkaniu Turbinôw, z Aniuta dzialo siç cos dziwnego. Wszystkie przedmioty w gospodarstwie wypadaly jej z rak: noze padaly z hatasem, w kuchni z kredensu sypaly siç spodki; stawala siç roztrzepana, niepotrzebnie biegala ze Sciereczka do przedpokoju i dopoty wycierala kalosze, az wreszcie wpoblizu rozieg! siç dzwiçk ostrôg przy obcasach i ukazywal siç éciçty podbrôdek, kwadratowe plecy i granatowe spodnie. Wtedy Annuszka przymykala oczy i chytkiem wymykala siç z ciasnego, zdradliwego ukrycia. I teraz, wypuéciwszy z rak miotelkç, stala zamyélona i spogladata hen daleko, poprzez wzorzyste firanki na szare, zachmurzone niebo. — Wiéka, Wiéka — môwila Helena, kiwajac glowa, przypominajaca btyszczaca koronç teatralna — wygladasz tak zdrowo, a wczoraj dlaczegoieé tak oslabl? Usiadf, napij siç herbaty, mo£e ci to nlgç przyniesie. — Lenoczka, jak Boga kocham, wygladasz dzisiaj nadzwyczajnie. Na honor, tak ci do twarzy w tym szlafroku—môwit, przypochlebiajac siç, Myszlajewski i jednoczeénje rzucal przelotne spojrze94
nia na oszkiônè wnçtrze kredensü. Spojrzyj, Karaé, со za szlafrok. Kompletnie zielony. Doprawdy, jakaz ona urocza. — Helena Wasyljewna naprawdç jest piçkna — powaznie i szczerze powiedziat Karaé. — To kolor elektryk •— wytîumaczyta Helena— ale powiedz odrazu, о со ci chodzi, Wicienka? — Widzisz, Leno éwietlana, po wczorajszej historji z tatwoécia mogç dostaé migreny, a z migrena nie bçdç w stanie wojowaé... — Dobrze, w kredensie. — Так, tak... Jeden kieliszek... Lepsze to od wszelkich piramidonôw. Krzywiac siç rozpaczliwie, Myszîajewski przeIknal jedna po drugiej dwie szklaneczki wôdki i zjadt pozostaly z dnia poprzedniego miçkki ogôrek. Potem oznajmil, ze czuje siç tak, jakgdyby tylko со na éwiat przeszedt, i wyrazii chçd napicia siç herbaty z cytryna. — Lenoczka—zachrypniçtym glosem powiedzial Turbin — nie denerwuj siç, czekaj na mnie, pojadç, zapiszç siç i do domu powrôcç. Bad^ spokojna, dziaîania wojenne bçda polegaty na tem, ze siedzac tu w mieécie, bçdziemy walczyli z tym milutkim prezydentem ukrainskim — tym draniem. — 2eby was tylko nie wyslali stad? Karaé uspokajajaco machnaî rçka. — Proszç siç nie niepokoié, Heleno Wasyljewno. Po pierwsze muszç pani oéwiadczyc, i e wczeéniej niz za dwa tygodnie dyon w zadnym razie nie bç95
dzie gotôw, nieina jeszcze ani koni, ani nabojôw. A jak nawet bçdzie gotôw, to bezwatpienia pozostaniemy w miescie. Cata arrnja, ktôra teraz powstaje, z pewnoscia bçdzie stanowila zalogç miasta. Chyba pozniej, gdyby trzeba bylo isô na Moskwç... — No, ale kiedy to jeszcze... Hm. — Wczesniej trzebaby bylo z Denikinem siç polaczyd... — Alez panowie, niepotrzebnie mnie pocieszacie, absolutnie niczego siç nie obawiam, przeciwnie, wszystko aprobujç. Helena rzeczywiscie môwila z otucha, i oczy jej peine juz byly troski codziennej. — Aniuta — zawolala — moja droga, tam na werandzie bielizna Wiktora Wiktorowicza. Wez ja, moje dziecko, dobrze ja szczotka oczysô, a potem natychmiast we£ siç do wyprania jej. Najbardziej kojaco dzialal na Helene maly, ukladny, niebieskooki Karas. Pewny siebie siedzial sobie obojçtnie w zrudzialym frenczu, palil papierosy i mruzyl oczy. W przedpokoju zegnano siç. — Nieeh Pan Bôg was ma w swojej opiece — powiedziala Helena surowo i przezegnala Turbina. Так samo przezegnala Karasia i Mysztajewskiego. Myszlajewski objal ja, a Karaé w mocno przepasanym szerokim szynelu, zaczerwieniwszy siç, czuleucalowal jej obydwie rçce. * Jic M ^t
— Panie puîkowniku — powiedzial Karaé, zlekka pobrzçkujac ostrogami i dotykajac rçka czapki — czy mogç zameldowad? W sklepie z prawej strony przy malenkiem biurku, w niskim zielonkawym buduarowym fotelu, na podwyzszeniu, jakg'dyby na •estradzie siedzial pan puîkownik. Stosy pudel niebieskich z napisem „Madame Anjou. Kapelusze damskie" piçtrzyly sie za jego plecami, zaslaniajac nieco zakurzone okno z wzorzysta tiulowa firanka. Pan puîkownik trzymal w rçku.piôro; coprawda, nie byî on pulkownikiem, tylko podpulkownikiem z szerokiemi zîotemi szlifami, trzema gwiazdkami i ze skrzyzowanemi maîemi zîotemi armatami. Pan puîkownik nie о wiele byî starszy od Turbina — miaî ze trzydziesci, najwyzej trzydziesci dwa lata. Spasion^, gtadko wygolonq twarz upiçkszaîy czarne, po amerykansku podstrzyzone w^siki. Nadzwyczaj zywe oczy, bardzo zmçczone, patrzyly uwa£nie. Dokoîa panowaî wielki chaos i nieîad. О dwa kroki od niego w maîym czarnym piecyku trzaskal ogien; z powykrçcanych czarnych rur, ktôre siçgaîy za przepierzenie i koiiczyîy siç gdzies w glçbi magazynu, sqczyla siç chwilami ciemna ciecz. Podîaga, zarôwno na estradzie, jak i w pozostalej czçdci magazynu, we wszystkich jego wgîçbieniach zaémiecona byîa skrawkami papieru, zielonemi i czerwonemi gaîgankami. Wysoko nad glow^ pulkownika jak niespokojny ptak stukala maszyna do pisania, i kiedy Turbin Biaia Gwardja 7. 97
spojrzal wgôrç, zobaczyl, ze stuk pochodzi z za porçczy, z pod samego sufitu magazynu. Za tg porçczg mozna bylo dostrzec czyjes nogi i siedzenie w grariatowych rajtuzach, glowy nie bylo widad, jakgdyby sufit jg obcigl. Druga maszyna hatasowala w jakiejs niewidzialnej dziurze z lewej strony, skgd widad bylo jaskrawe szlify ochotnika i bialg glowç, ale ani rgk, ani nög nie mozna bylo dojrzed. Duzo osôb przewijato sie kolo pulkownika, przesuwaly siç zlote szlify z armatkami, posrodku stala ciçzka zôlta skrzynia ze sluchawkami i drutami telefonicznemi, a obok pudel tekturowych le^aly stosy rçcznych granatöw z drewnianemi rgczkami; granaty te podobne byly do pudelek od konserw; bylo tez kilka zwojöw taâmy karabinôw maszynowych. Pod lewym lokciem pana pulkownika stala nozna maszyna do szycia, a obok prawej nogi karabin maszynowy wysungl sw6j ryjek. W nawpôl ciemnem wglçbieniu za zaslong, zawieszong na blyszczgcym precie, jakis glos wysilal siç, zapewne przez telefon: — Так... tak... powiadam. Môwiç: tak, tak. Так, ja môwiç. Brryn-yA... zadzwiçczaî dzwoneczek... Pi-u — pisngl gdzieâ w dziurze subtelny ptaszek, i mlody bas zamamrotal stamtgd: — Dyon... slucham... tak... tak. — Slucham pana — rzekl pulkownik do Karasia. — Pozwoli pan, panie pulkowniku, ze przedstawiç porucznika Myszlajewskiego i doktora Turbina. Porucznik Myszlajewski znajduje siç obecnie w dru98
giej druiynie pieclioty w charakterze szeregowca i pragnalby ze wzglçdu na swoja specjalnoéd przenieéc siç do dywizjonu, ktöry siç znajduje pod pana dowôdztwem. Doktôr Turbin prosi о zamianowanie go lekarzem dywizjonu. Wypowiedziawszy to wszystko, Karas opuéciî rçkç, a Myszlajewski zasalutowal. „Do licha... trzeba bçdzie со prçdzej mundur wlozyd" pomyélaî Turbin z niezadowoleniem, czujac siç nieswojo, jak jakié oberwaniec bez czapki, w czarnem palcie z barankowym kolnierzem. Spojrzenie pulkownika zeslizgnçlo siç po postaci doktora a potem padlo na pîaszcz i twarz Myszlajewskiego. — Так — powiedziat — to mi nawet odpowiada. Qdzie pan porucznik sluZyl? — W dywizjonie N. ciçikiej artylerji, panie putkowniku — odpowiedziat Myszlajewski, charakteryzujac w ten sposôb swoje stanowisko podczas wojny niemieckiej. — W ciçzkiej artylerji? To doskonale. Djabli ich wiedza: oficerôw artylerji wpakowali dlaczegos do piechoty. Platanina. — Nie, panie puîkowniku — odpowiedziat Myszlajewski, odkaszlnawszy zlekka, aby przeczyscic zachrypniçty gîos — sam dobrowolnie zgodzitem siç na to, trzeba bylo bowiem przystapic prçdko do akcji pod Posterunkiem Wolynskim. Aie teraz, kiedy druzyna jest w komplecie... — Doskonale, aprobujç to... dobrze — rzekl puîkownik i rzeczywiécie spojrzal w oczy Myszlajew99
skiego nadzwyczaj przychylnie. — Cieszç siç, zem poznal... Jednem stowem... ach, tak, doktorze? I pan chce byd z nami? Hm... Turbin w milczeniu pochylil siç, gdyz nie chcial \v swoim barankowym kolnierzu pöwiedzied „tak jest". - 'i i ' — Hm... — pulkownik spojrzal w okno — wie pan, to idea, oczywiécie, dobra. Tem 'bardziej,' ze mo£liwe, it w tych dniach... Так...—nagle zatrzymal siç, zlekka zmruÈyl oczki i powiedzial przyciszonym glosem : — Tylko... jakby to wyrazic... Panie doktorze, jest kwestja... Teorje spoleczne i... hm... pan jest socjalista, nieprawdaz, jak wszyscy inteligentni ludzie? Oczki pulkownika strzelily gdzieé wbok, a cala jego postad, wargi i slodki glos tchnçîy goracem pragnieniem, zeby doktôr Turbin okazaî siç wlasnie socjalista, a nie 'kims innym. — Nasz dywizjon nazywaja studenckim — pulkownik, nie patrzac, uâmiechnal siç serdecznie. — Oczywiscie, to trochç sentymentalna nazwa, aie wie pan, sam jestern iz uniwersytetu. Turbin, rozczarowany, strasznie siç zdziwil. — Niech djabli... Wszak Karas môwil?... W tej samej chwili wyczul obecnoüd Karasia gdzies kolo swego prawego ramienia i, nie patrzac, domyslil siç, ze tarnten stara siç dad mu cos do zrozumienia, ale со, od:gadnad nie byî w stanie. — Ja — wybuchnal nagle Turbin, skrzywiwszy twarz — zalujç bardzo, aie nie jestem socjalista, lecz... monarchista. I muszç siç przyznad, te nie 100
znoszç nawet tego slowa „socjalista". A ze wszystkich socjalistdw najbardziej nienawidzç Aleksandra Teodorowicza Kierenskiego. Ztylu, za prawem ramieniem Turbina z ust Karasia padl jakis dzwiçk. — Przykro mi rozstac sie z Karasiem i Wicia — pomyslal Turbin — ale niech licho wezmie ten dywizjon spoleczny. W tej samej chwili oczki puîkownika bîysnçly i zaiskrzyly siç. Rçka zrobil znak, jakgdyby grzecznie chcial Turbinowi zamknac usta, i zaczal möwic: — Szkoda. Hm... to bardzo smutne... Zdobycze rewolucji i inne. Mam rozkaz zgory: przy przyjmowaniuunikacmonarchistôw dlatego, ze ludnosc... bo, proszç pana, konieczna jest powsciagHwosc. Pomijajac to, hetman, z ktôrym, jak panu wiadomo, lacza nas bezposrednie i bardzo zazyle stosunki... szkoda... szkoda... Przytem gtos pulkownika nietylko nie wyrazat zadnego zalu, ale wrçaz przeciwnie, brzmiat bardzo •radosnie, a wyraz jego oczek zupeinie przeczyl slowom. — A-ha-a? — pomyslal Turbin znaczaco — to dopiero duren ze mnie... ale ten pulkownik wcale nieglupi. Zapewne karjerowicz, tak mu z twarzy patrzy, ale to nie. — Doprawdy nie wiem, jak postapic... wszak w obecnej chwili — pulkownik specjalnie- podkreslil slowo „obecnej" — tak, w obecnej chwili, powiadam, nasze bezposrednie zadanve. polega na obronie 101
miasta i hetmana o;d band Petlury i, со mozliwe, od bolszewikôw. A potem, potem zobaczymy... Proszç mi powiedzieé, gdzie pan doktôr sluzyl dotychczas? — W 1915 roku po skonczeniu uniwersytetu pracowaîem jako ekstern \v klinice wenerologicznej, potem bylem mlodszym lekarzem w biatogrodzkim pulku huzarôw, a potem ordynatorem w szpitalu ciçzkiej artylerji. Obecnie jestem zdemobilizowauy i zajmujç siç prywatna praktyka. — Ej, junkier! — zawolat putkownik — proszç zawotac starszego oficera. Czyjas glowa zginçta we wgtçbieniu, a potem przed pulkownikiem stanat mlody czamy oficer, iywy i energiczny. Na gîowie miaî barankowa czapkç z malinowego suktia z naszytym w ksztalcie krzyza galonem; nosil szary plaszcz, tak samo dtugi, jak Myszlajewskiego, z pasem mocno zaciagniçtym, z rewolwerem przy boku. Zmiçte zlote szlify wskazywaly, ze to kapitan sztabowy. — Kapitanie Studzifiski — zwrôcil siç do niego putkownik — niech pan bçdzie îaskaw 1 wyslaô do sztabu zarzadzajacego zawiadomiemie о jak najiprçdszem przeniesieniu do mnie porucznika... e... — Myszlajewskiego — rzekt Myszlajewski, salutujac. — ... Myszlajewskiego, jako specjalistç z drugiej druäyny. R6wnie£ zawiadomienie, ze lekarza... e... — Turbin... — Turbina muszç mied koniecznie w charakte102
rze lekarza dywizjonu. Prosimy о zamianowanie go w najkrôtszym terminie. — Rozkaz, panie putkowniku — odpowiedzial oficer z nieprawidtowym akcentem i zasalutowal. — Polak — pomyslal sobie Turbin. — Pan, poruczniku, moze nie wracac do druzyny (do Myszlajewskiego). Porucznik obejmie dowödztwo nad 4-tym plutonem (do oîicera). — Rozkaz, panie putkowniku. — Rozkaz, panie putkowniku. — A pan, doktorze, od tej chwili, rozpoczyna stuzbç. Proponuje panu przyjsc dzisiaj juz za gôdzinç na plac Aieksandrowskiego gimnazjum. — Rozkaz, panie putkowniku. — Natychraiast wydac umundurowanie dla doktora! — Rozkaz. — Slucham, slucham! — krzyczat bas we wgtebieniu. — Styszy pan? nie. Môwiç: nie... Nie, powiadam — krzyczat ktos za przepierzeniem. Brry-yn... Pi... Pi-u — rzuciî ptaszek w dziurze. — Czy pan stucha?... * * — „Swobodne Wiesci"! „Swobodne Wiesci"! Nowa codzienna gazeta „Swobodne Wiesci"! — krzyczat sprzedawca gazet, chtopak, ktôry opröcz 103
czapki na gtowie miat zav/iazana chustkç. — Petlura ginie! Przybycie czarnych wojsk do Odesy. „Swobodne Wiesci" ! Turbin w ci^gu godziny zd^zyt wpasc do domu. W malenkim gabinecie obok salonu wydostal z giçbi szuflady \v biurku srebrne szlify. Na oszklonych drzwiach balkonu biaîe firanki, biurko z ksi^zkami i przyborami do pisania, na pôlkach buteleczki z lekarstwami i instrumenty, kanapa, zasîana czystem przescieradlem. Ubogo, ciasno, ale przytulnie. — Lenoczka, jeireli dzis spôzniç siç z jakiego bqdz powodu i jezeli ktosby przyszedt, to oznajmij, ze nie przyjmujç. Stalych pacjentôw nie mam... Prçdzej, dziecino. Helena, zalozywszy kolnierz kurtki oficerskiej, przyszywala szlify w pospiechu. Drugtt pare zielonych barwy ochronnej z czarnym paseczkiem przyszyla na plaszczu. Po upîywie paru chwil Turbin wybiegl przez frontowe drzwi, spojrzal na Ьіаіц deseczkç: Doktôr A. W. Turbin. Choroby weneryczne i syfilis. 606 — 914. Przyjçcia od 4-ej do 6-ej. poprawit „Od 5-ej do 7-ej" i pobiegt wgôrç na spadzistci ulicç Aleksiejewsk^. — „Swoibodne Wiesci"! 104
Turbin zatrzymal siç, zapîaciî chlopcu i, idac dalej, zaczal czytad: „Bezpartyjna, demokratyczna gazeta. Wychodzi codziennie. 13-go grudnia 1918-go roku. Stosunki handlowe z zagranica, z Niemcaimi, zmuszaja nas..." szczegôluiej — Zaraz, a gdziez?... — rçce marzna-.. „Nasz korespondent donosi, ze W Odesie rozpoczeîy siç pertraktacje о wyladowaniu dwôch dywizyj czarnych wojsk kolonjalnych. Konsul Enno nie dopuszcza mysli, zeby Petlura..." — Ach psiamac, smarkacz ! „Wczoraj do naszego sztabu na Posterunku Wolynskim przybyli dezerterzy i oznajmili, ze zwiçksza siç rozktad w sze'regach band Petlury. Onegdaj konnica w okolicy Korostenia zaczçla ostrzeliwac puik pieszych strzelcôw. Bandy petlurowskie vvykazuja cliec zawarcia pokoju. Widac, ze zbliza siç koniec petlurowskiej awantury. Wedlug doniesienia tego samego zbiega, putkownik Bolbotun, ktöry powstat przeciwko Petlurze, oddaliî siç w niewiadomym kierunku wraz z czterema dzialami. Bolbotun sktania siç ku orjentacji hetmana. „Chlopi nienawidza Petlurç za rekwizycje. Mobilizacja nie ina wcale powodzenia na wsi. Chlopi masowo uchylaja siç od niej, uciekajac do lasôw". — Przypuscmy... ach, ten mrôz przeklçty... 105
— Panie kochany, czegôz pan siç pcha. W domu moze pan gazety czytac... — Przepraszam... „Zawsze twierdzilismy, ze awantura Petlury..." — Ot dran! Ach.ty, niegodziwcze! „Kto honor ma i nie jest wilkiem, Niech w pulku bçdzie ochotnikiem". „Iwanie Iwanowiczu, dlaczego pan dzis taki bez humoru? Zona mi napetiurzyîa. Od samego rana botbotuni mi dzisiaj". Przeczytawszy ten dowcip, Turbin zbladî, zmigl gazetç ze wAciektoscig i wyrzucit jg na chodnik. Jgl nasluchiwac. Bu-u — spiewaly armaty. U-uuch — skadciS, z wnçtrza ziemi rozbrzmiewato za miastem. — Co za licho? Turbin zawrôcit nagle, podniôsî zgnieciong gazetç, wygtadziî jg i jeszcze raz uwaznie przeczytat na pierwszej stronicy: „W okolicach Irpenia zdarzajg siç starcia naszych wywiadowcôw z poszczegôlnemi grupami bandytôw petlurowskich. Na drodze do Sierebrianki spokojnie. W Czerwonym Traktirze bez zmiany. Dziçki energicznej walce putku hetmanskiego na drodze do Bojarki zostata przepçdzona banda, sktadajgca siç z pôltora tysigca ludzi. Dwôch z nich wziçto do niewoli". 106
Hu... hu... hu... Bu... b u . . . b u . . . ryczalo cos daleko na poludnio-zachodzie, w szarej, zimnej przestrzeni. Nagle Turbin otworzyl usta i zbladl. Machinalnie wepchnal gazetç do .kieszeni. Od strony bulwaru, po ulicy Wlodzimierskiej sunal czarny ilum. Posrodku jezdni szlo duzo ludzi w ciemnych paltach... Na chodnikach ukazaty siç baby. Na przodzie widac bylo jezdzca na koniu, jechal, jakgdyby byl dowôdca. Wielki kon strzygl uszami, spogladal zukosa i szedl bokiem. Jezdziec byl zmieszany. Czasem cos krzyczal, wymachujac biczem tak dla postrachu, ale nikt go nie sluchal. W pierwszych szeregach ttumu zajasniaty ztote ornaty, widaô bylo brody popôw, zakolysala siç choragiew. Chlopcy zbiegli siç ze wszystkich stron. „Wiesci"! krzyknal chlopak i wpadl w ttum. Z podziemi restauracji „Metropol" wybieglo sporo kuchciköw w bialych szlafmycach, splaszczotiych u gôry. Tlum zalewal ânieg jak atrament — papier. Zôlte dlugie skrzynie koîysaly siç nad tlumem. Kiedy pierwsza zröwnala siç z Turbinem, przeczytal krzywy napis, zrobiony zboku wçglem: „Chorazy Jucewicz". Na nastçpnej: „Chorazy Iwanow". 107
Na trzeciej: , „Chorazy Orlow". Nagle w tîumie powstal wrzask. Siwa kobieta w kapeluszu, ktôry zsumtf siç na tyt glowy, potykajac siç i ,gubiac po drodze jakies paczki, przecisnçîa siç z chodnika i weszla w tturn. — Co to Jest? Wania?! — fozlegt siç jej glos. Kios, blady bardzo, pobiegî wbok. Jçknçla jedna baba, za nia inna. — Chryste Panie! — szeptano za Turbinem. Ktos pchal go w- plecy, czul czyjs oddech na swojej szyi. — Boze... Koniec swiata. Co to, judzi zarzynaja?... — Côz to siç dzieje?... — Wolaîabym nie wiem со, anizeli patrzec na cos podobnego. — Co? C o ? Co? Co? Co siç stato? Kogo chowaja? — Wania! — jçczano w tlumie. — Oficerôw, ktôrych wyrzniçto w Popielusze — zabrzçcza! gîos prawie bez tchu, talc âpieszyî siç, aby go nikt nie wyprzedzit w opowiadaniu — weszli do Popieluohy, caly ich oddziat tam nocowal, a w носу otoczyli ich chîopi razem z petlurowcami i wyrznçli ich w pien. No, w pien... Oczy wykîuli, na ramionach szlify wyciçli. Zupelnie ich zmasakrowali. 108
— Jak? Ach, ach, ach... „Chorqzy Korowin" „Chor^zy Herdt" popîynçly zôîte skrzynie. — Do czegosmy dozyli... Pomydlec tylko. — Walki bratobôjcze. — Jakto?... — Pozasypiali, powiadajQ... — Dobrze im tak... — zasyczal w, titimie tuz zaTurbinem jakis glosik. Turbin zbladl, zawirowaty przed nim twarze, czapki. Wsun£p,vszy rçkç pomiçdzy dwa kaski, jakgdyby obcçgami chwyciî Turbin kogod za rçkaw czarnego palta. Schwytany odwrôciî siç i oniemial z przerazenia. — Co pan powiedzial? — syczî\cym glosem zapytat Turbin i odrazu oslabl. — Na litosc Boskq, panie oficerze — trzçsqc siç z przerazenia, odpowiedzial glos — ja nie nie môwiç. Ja milezç. Czego pan chce? — glos drzat. Kaczy nos zbladî, i Turbin odrazu zrozumial, £e przez omylkç zîapal kogos innego. Kaczy nos sterczal na wyjgtkowo potulnej twarzy. Nie byî w stanie powiedzied slowa, i okr^gle oczki omdlewaly ze strachu Turbin wypuscil jego rçkaw i ze wéciekîodcig zacz^l ogl^daé czapki, karki i koînierze, ktörych 109
pelno bylo dokola. Przygotowywal siç do schwytania kogoé lewa rçka, a лѵ prawej éciskal moono brauning w kieszeni. Sunutny épiew popôw rozlegal siç tuz, a obok z caîych sil wyla baba w chustce. Nie miat kogo zlapac, glos jakgdyby w ziemiç siç zapadî. Ostatnia trumna posunçla siç: „Chorazy marynarki" pomknçly sanki. „Wieéci!" — wrzasnal nagle nad samem uchem Turbina jakié zachrypniçty ait. Turbin wyciagnal z kieszeni zmiçty arkusz i, prawie nieprzytomny, dwa razy szturchnal nim chîopca w twarz, dogadujac ze zgrzytaniem zçbôw: — Masz wieéci. Masz je. We2 je sobie, draniu! 'Го byl koniec ataku wéciekloéci. Chlopak pogubiî gazety, poslizgnal siç i usiadl na éniegu. Twarz jego natychmiast wykrzywila siç od ialszywego pîaczu, lecz oczy peine byly wcale nie falszywej, aie goracej nienawisci. — Co to... Czegô£ to... Za со mnie? —• beczal i, starajac siç plakad gloéniej, macal énieg dokola. Ktos ze zdziwieniein spojrzal na Turbina, aie bal siç cokolwiek powiedzied. Czujac wstyd i bezsens tego wszystkiego, Turbin wciagnal glowç w ramiona i skrçcil nagle kolo latarni gazowej; przeszedl potem obok bialego muru olbrzymiego gmachu muzeum, obok jakiché rozkopanych dolôw z cegla, ktôra pokrywala cienka warstwa éniegu, i pobiegl na 110
wielki, dobrze mu ziiany plac — ogrôd Aleksandrowskiego gimnazjum. — „Wieâci". Codzienne pismo ne! — rozlegalo siç na ulicy. demokratycz- Dokola placu ciggngl siç ,czteropiçtrowy gmach о stu osiemdziesiçciu oknach; rodzinne gimnazjum Turbina tchnçto niebywaîym spokojem. Spçdzil w tiiem Turbin osiem lat; zwykle wiosna podczas rekreacji biegal na tym placu, a zimg, kiedy klasy peine byly duszgcego kurzu, spoglgdal z okna na plac, pokryty uroczystym, zimnym sniegiem zimowego pôlrocza szkolnego. Przez osiem lat wychowywali siç i uczyli w murowanym, spokojnym gmachu Turbin i mlodsi od niego Karaé i Myszlajewski. I akurat przed oémiu laty po raz ostatni widzial Turbin ogrôd gimnazjalny. I dlaczegos serce jego écisnçlo siç ze strachu. Wydalo mu siç, 2e czarna chmura przeslonila niebo, ze okropna wichura porwala zycie tak samo, jak wielkie fale unoszg przystan. Osiem lat nauki! liez niedorzecznosci i smutku, ile2 rozpaczy przezyla dusza chtopiçca. Jednak byly i radosne chwile. Jakis szary, mglisty dzien, ut consecutivum, Gajus Juljusz Cezar; pala z kosmografji i od tej chwili wieczna nienawisc do astronomji. Ale zato jakaz wiosna, wiosna i loskot w Salach, na bulwarze gimnazistki w zielonych fartu111
szkach, kasztany i maj, а со najwazniejsza, przcd nim ta wieczna latarnia morska — uniwersytet, swoboda, czy rozumiecie, со to jest ten uniwersytet? Zachody sîonca nad Dnieprem, wolnosd, pieniadze, potçga, chwaîa. I otôz wszystko to juz ma poza soba- Zagadkowe spojrzenia nauczycieli i te sny о zbiornikach wody, z ktôrych wieeznie wylewa siç woda, lecz wylad siç nie moze. Skomplikowane zagadnienia rôznicy charakterôw Lenskiego i Oniegina; czy Sokrates jest szpetny, kiedy zostal zaîozony zakon jezuitôw; kiedy wystapil Pompejusz lub ktos inny лѵ ciagu dwôeh tysiçcy lat... To jeszcze nie wszystko. Po osmiu latach gimnazjum, juz poza wszystkiemi zbiornikami — trupy w prosektorjum, biale sale szpitalne, bezduszna cisza podezas oiperacji, a potem trzy lata poniewierki na siodle, cudze rany, upokorzenia i cierpienia — o, przeklçta wojno... I otôz zatrzymal siç na tym •samym placu, w tym samym ogrodzie. I biegt przez tç rôiwninç, prawie chory, amaltretowany, sciskat brauning w kieszeni, biegt wciaz, licho wie dokad i poco. Zapewne w obronie wlasnego zycia — tego przysztego, dla ktôrego élçczal nad rozwiazaniem zadan ze zbiornikami i tymi przeklçtymi piechurami, z ktôrych jeden wychodzi ze stacji „A", a drugi wyrusza mu na spotkanie z „B". Czarne okna möwily о kompletnej, ponurej ciszy. Od pierwszego spojrzenia latwo mozna bylo zrozumieô, ze to martwa cisza. Jakiez to dziwne, w samym érodku miasta, posrôd zniszczenia, burzy i chaosu pozostat martwy, czteropiçtrowy okrçt, ktôry niegdys wy112
pîynaî na peine morze, wiozac dziesiatki tysiçcy zyc ludzkich. YVygladaî, jakgdyby nikt wiçcej teraz go juz nie pilnowal; nie nie sîychaô ani widaô nie bylo, ani w oknach, ani wzdtuz murôw, pomalowanych zôlta mikolajewska farba- Niepokalanej bialosci snieg lezal na dachach, w ksztalcie czapki osiadl na koronach kasztanôw, rôwniutko przykryl caly plac, i tylko slady stôp jak sciezki, idace w rôznych kierunkach, wskazywaly, ze ktos niedawno tçdy przebiegal. Dziwne: nietylko nikt nie wiedziaî, aie nikt nawet nie interesowaî siç tem, gdzie siç to wszystko podziaîo. Ktôz ksztalci siç teraz na tym okrçcie? A jezeli nie ksztalci siç, to dlaczego? Gdziez sa dozorcy? Pocôz straszne, о tçpych ryjacli dziala stercza pod kasztanami obok ogrodzenia, ktôre dzieli ogrôdek od drzwi frontowych? Pocôz zbrojownia w gimnazjum? Czy ja? Kto? Do czego? Nikt о tem nie rniaî pojçcia, tak samo, jak nikt nie wiedziaî, gdzie siç podziala pani Anjou i dlaczego w jej magazynie obok pustych pudel lezaty bomby. i> «s о — Nawijaj! — krzyknal ktos. Dziala poruszyly siç i sunçly. Z jakie dwieécie osôb poruszalo siç, biegalo, pochylaîo nad olbrzymiemi, okutemi kolami. Przesuwaly siç jak we mgle Biaia Gwardja 8. 113
zolte kozuchy, szare piaszcze, czapki iutrzane, czapki wojskowe zielone i granatowe — studenckie. Kiedy Turbin przeszedt naprzelaj olbrzymi piac, cztery dziaîa staîy w szeregu, zwrôcone do niego swa paszcza- Pospieszna nauka przy dziaiach skonczyia siç, i stançîy dwa szeregi pstrych nowozaciçznych dywizjonu. — Panie kapitanie — spiewnie odezwal siç Myszlajewski 1 — pluton juz gotow. Studzinski stanal przed szeregami, cofnaî siç i krzyknal: — W prawo zwrot, naprzôd marsz! Kolumna zachwiaîa siç i, depczac énieg, ruszyla bezîadnie. Obok Turbina przesunçlo siç wiele znajomych twarzy, typowych studenckich. Na czele trzeciego plutonu ukazaî siç Karas. Nie wiedzac jeszcze, dokad i poco, Turbin pobiegl tuz za nimi, Karaé wysunaî siç z szeregu j, idac ztylu, stroskany, zaczal liczyc: — Lewa, lew a, raz — dwa! Kolumna jak waz wcisnçîa siç w czarna otchlaA sutereny gimnazjalnej, ktôra pochtonçla jednych po drugich. Wewnatrz panowala jeszcze wiçksza martwota i smutek niz z zewnatrz. Wsrôd martwej ciszy i przykrego zmroku w porzuconym gmachu rozleg!o siç echo krokow wojskowych. Pod samem sklepieniem slychac by!o jakieé dzwiçki, jakgdyby sza114
tani zbudziii siç ze snu. Pod ciçzkiemi krokami sîychac bylo pisk i szmer — to wystraszone szczury uciekaîy do ciemnych zakatkôw. Kolumna przeszîa w suterenie przez ciemne korytarze bez konca po posadzce z cegly i nareszcie weszîa do ogromnej sali, gdzie przez waskie szczeliny zakratowanych okien, przez martwa siatkç pajçcza saczylo siç skape swiatlo. Piekielny loskot mlotkôw przerwal ciszç. Otwierano drewniane okute skrzynie z nabojami, wyjmowano dlugie bez kofica tasmy i podobne do tortôw kola dla ludwikowych karabinôw maszynowych. Wysunçly siç ,one, czarne i szare, podobne do zlych komarôw. Stukaly éruby, szarpaly obcçgi, coé w kacie pilowano haîasliwie. Junkrowie wyjmowali stosy zlezalych czapek futrzanych, plaszcze, sztywne rzemienie, chlebaki i manierki w suknie. — Pre—ç—dzej — sîychac bylo glos Studziiiskiego. Szesciu oficeröw w matowych zlotych szlifach zaczçlo siç krçcid i krzatac jak plywaki na wodzie. Uleczony juz tenor Myszlajewskiego cos sobic nucil. ' 4— Panie doktorze! — krzyknal z ciemnoéci Studzinski — niech pan bçdzie laskaw objac dowôdztwo nad felczerami i wydac im instrukcje. Natychmiast dwaj studenci stançli przed Turbinem. Jeden я nich, niski, wzburzony, mial naszyty czerwony krzyz na rçkawie studenckiego pla115
szcza. i>rugi, w szarem ubraniu, nosiî ogrommj czapkç îutrzanti, ktôrq caîy czas poprawiaî, gdyi: mu siç zsuwaîa na oczy. — Tam S3 skrzynie z lekarstwami — powiedziaî Turbin — wyjmijcie z nich .torby, ktôre mozna przewiesid przez ramiç, a dla rnnie dajcie doktorsk^ z instrumentami. B^dzcie îaskawi wydaé kazdemu artylerzyscie po dwie paczki i dajcie im krôtkie wyjasnienie, со maja z niemi zrobic w razie potrzeby. Nad szarem, ruchliwem zgromadzeniem ukazaîa siç gîowa Myszîajewskiego. Wlazî na skrzyniç, wywinaî w powietrzu karabinem, odsun^î zasuwkç, z îoskotem zaîozyî magazyn, a potem, celuj^c w okino, z haîasem zasypaî junkrôw wystrzelonemi nabojami. Powstaî w suterenie haîas jak w fabryce. Z îoskotem i stukiem junkrowie zabrali siç do nabijania karabinôw. — Jezeli ktos nie umie, to proszç ostro-ozniej; junkro-owie — woîaî Myszîajewski — nauczcie studentôw. Podawano nad gîowami plecaki z rzemieniami i manierki. I staî siç cud. Rôznorodni i roznokolorowi ludzie utworzyîi zwarty, jednolity tîum, nad ktôrym, nierôwno poruszaj^c siç, unosiîa siç Szczecin a kîuj^cych bagnetôw. — Panôw oficerôw proszç przyjdô do mnie —• zadzwiçczaî gdzies gîos Studzinskiego. W ciemnym korytarzu Studziftski szepnçî z îagodnem, cichem pobrzçkiwaniem ostrôg przyciszonym gîosem: 116
— Jakie wrazenia? Ostrogi zadzwiçczaîy. Myszlajewski zrçcznie, lecz troszkç niedbale zlekka dotknal czapki palcami, zblizyl siç do kapitana i powiedzial: — Mam w moitn plutonie piçtnastu ludzi, ktörzy nie maja pojçcia о karabinie. Ciçzkawo. Studzinski, patrzac jakgdyby w natchnieniu do gôry, skad przez szyby Wpadaly ostatnie promienie szarego, skapego swiatla, rzekl: — Nastrôj? Myszlajewski znowu zaczal cos rnöwic: — Hm... hm... Trumny ipopsuty. Studenci zaniepokoili siç. Ciçzkie na nich zrobily wrazenie. Widzieli przez ogrodzenie. Studzinski spojrzal na niego badawczo czamemi oczyma: — Proszç dodad im otuchy. Stuknçly ostrogi i znikly. — Jun'kier Pawlowski! — krzyknal gtosno w zbrojowni Myszlajewski jak Radames w „Aidzie". — Pawlowskiego... go!... go!... go!.. — odpowiedzialo echo murowanego gmachu, polaczywszy siç z .okrzykami junkrôw. — Je-estem! — Z Aleksiejewskiej szkoly? — Так jest, panie poruczniku. 117
— No, to proszç zaintonowac jakas wesola Piosenkç. Taka, zeby Petlura skonal, bodajby go djabli... Glos jak is wysoki i czysty zaspiewal pod raurowanem sklepieniem: Artylerzysta ze mnie urodzony.... tenory wsrôd zwartych bagnetôw zawtôrowaly: W rodzimej brygadzie jam uczony. Tîum studentôw drgnal, podchwycit melodjç, i zywiolowy chôr z basow rozlegî siç w zbrojowni jak huk armat. Ognie-e-e pociskbw mnie ochrzcily, W miçkki aksamit mnie spowity. Ognie-e-e-e... « Zadzwiçczalo w uszach, w skrzyniach z nabojami, w ponurych -szybach, w glowach, i jakieé zapomniane, zakurzone szklanki na pochylych oknach trzçsty siç i brzçczaly... Studzinski schwyci! dwôch rôzowych chorazych, wyciagnal ich z posrôd plaszczôw, bagnetôw i karabinôw maszynowych i pospiesznie, szeptem dawal rozkazy: — Przedsionek... zerwac zaslonç... prçdko. Chorazowie znikli gdzies. Ida, âpiewaja Timkrowie, gward'ziéci ! 118
Brzçcza talerze I traby graja! ! Puste murowane pudlo gimnazjalne ryczalo teraz i wylo w .straszliwym marszu, a szczury oszalaly z przerazenia i pochowaly siç gîçboko w swoich dziurach. — Raz... raz!... — ryczal przerazliwie Karas. — Razniej!... — krzyczal Myszlajewski czystym gîosem — aleksiejewcy, czyscie na pogrzebie?... To juz nie szara, rozczlonkowana gasienica, Aie szwaczki! kucharki! pokojôwki! praczki! Na odchodzacych junkrôw spogladajaü! Waliî przez korytarz caly zastçp uzbroionych w bagnety ludzi, pod stopami ktôrych uginala siç z trzaskiem posadzka. Bez konca szli tak przez korytarze na drugie piçtro z olbrzymiem szklanem sklepieniem, zalanem swiattem az do samego przedsionka, i tam wreszcie pierwsze szeregi zaczynaly szalec. Na wspaniatym rumaku, pokrytym krôlewska derka sukienna z inicjalami, stajacym dçba, w trôjkatnym, wygietym kapeluszu z biaîym piôropuszem, lysawy, wspanialy Aleksander, usmiechajac siç, unosil siç nad artylerzystami. Posylajac usmiechy, peine chytrosci i wdziçku, Aleksander wywijat szabla, wskazujac junkrom Borodinskie pulki. Nad Borodinskiem polem jakgdyby lataîy kule i widac byîo 119
czarna chmurç bagnetôw, ktöre sterczaly hen, daleko na olbrzymiem plôtnie, dlugosci dwôch sa&ii. ...wszak byly... tam zaciekle boje! — I powiadaja- — spiewat Pawtowski. I jakie jeszcze, powiadaja!'.! — 'grzmiaty basy. Pamiçta dobrze cala Rosja Ten dzien Borodina!! Olsniewajacy Aleksander unosiî sie ku niebiosom, a podarta tkanina. k'ôra zaslaniaîa go caly rok, lezala, zmieta, pod konytami jego rumaka. — Côz to, czyz nie widzieliscie cesarza Aleksandra Pîoeoslawionego? rôwnai, rôwnaj! Raz. Raz — wyl Myszlajewski a gasienica s^la do gory, stapajac ciçzkim krokiem aleksandrowskiej piechoty. Obok zwycieskiego Napoleona od lewej strony wkro°zyl dywizjon do olbrzymiej, oswie+lonej aktowei sali i, przerwawszy piesn, stanal zwartym szeregiem; zakolysaly siç bagnety. Jakies ponure, mgiiste swiatlo panowalo w sali, a szczelnie przeslonîete. ogromne portre+y ostatnich cesarzy sprawiaîy wrazenie biadych, martwych plam na scianach. Studzinski cofnal siç i spojrzal na zegarek, ktôry nosil na rçkn. W tei samej chwili wbiegl junkier i cos mu szepnaî do ucha. — Dowôdca dywizjonu — ustyszeli ci, со blizej staU. 120
Studzinski dal znak oficerom. Przebiegli zaraz niiedzy szeregami i wyrôwnali je. Studzifiski wysze-dl na korytarz na spotkanie dowôdcy. Pob^zekiijac ostroeami, nulkownik zmierzat no schodach do sali, wciaz ogladaiac sie noza siebie i rztmaiac ukosne spoirzenia na Aieksandra. Kr'zy\va S7aWa kaukaska z wisniowym wisiorkiem zwisala u lewego boku. Nosit czaoke czarna aksamitna i dlugi plaszcz z kolo^alnem rozcieciem ztylu. Na twarzy widac bylo troske. Studzifiski nosoieszuie zblizyt siç do niego i, zatrzymawszy siç, zasalutowal. Malyszew zanytal go: — Wyekwinowani? — Так jest. Wszystkie rozkazy spelnione. — A, jak dalej? —• Walczyc beda. Ale zunelny brak doswiadczenia. Na stu dwudziestu iunkrôw nrzynada osiemdziesieciu studenfôw, ktôrzy nie umieja trzymac karabinu. Twarz Malyszewa sciemniala. Milczal. — Ogi-omne to s^czescie. zesmy dosta'i dob'-ych ofioerow — ciagnal Studzifiski — szczego'niej ten nowy, Myszlajewski. Moze jakos poradzimy sobie. — A wiçc, ot со: kiedy s'koncza przegtad dywiziotiu. niech pan zwolni ludzi, moga sobie isc do domu, ale jutro juz о siôdmej rano dywizjon musi 121
bye tu w komplecie. Pozostawi pan tylko oficerôw i wartç z szescdziesîçciu najlepszych i na.ibardzie] doswiadczonych junkrôw, ktôrzy bçd'a pilnowali dzial, zbrojowni i gmachu. Niebywate zdumienie opanowaîo Studzinskiego, zupelnie nieprzyzwoicie wybaluszyt oezy na pana pulkownika. Usta otworzyî... — Panie pulkowniku...—ze wzruszenia Studzitfski stawial akeent na przedostatniej sylabie — pan pozwoli zameldowac. To nienodobîenstwo: tylko zatrzymuiac na noc caly dywizjon, mozna chod troszkç wpîynaô na jego bojowosô. Pan pulkownik tuz na miejscu i to bardzo szybko wykazal nowa wîasciwosc — umiejçtnosc zîoszczenla siç i to porzadnego. Szyîa i policzkî zrobily siç ciemno ponsowe, a oezy blysnçîy. — Kapltanie — rzekl przykrym gîosem — roz ka£ç na Itécie wyznaczyé dla pana pensfe nie starszego oficera, lecz prelegenta, ktôry wykîada dowôdcom dywizjonöw; przykre to dla mnie. gdy2 spodziewaîem siç, te bçdç w panu miat doSwiadczonego starszego oficera, a nie cywilnego profesora. Wiçc powiadam: nie potrzebujç wykladôw. Po-o-proszç rad mi nie udzielac! Wysîuchac i zapamiçtac. A zapamiçtawszy — wykonac. Obydwaj wyprostowali siç. Ceglasty rumieniec zalal szyjç i twarz Studzii'iskiego, i usta jego drgnçly. Odchrzaknawszy dziwnie, powiedziat: 122
— Rozkaz, panie puîkowniku. — Так rozkazujç. Zwolnic do domu. Zwolnic bez broni, niech siç wyspia, a jutro na siodma niech bçda zpowrotem. Zwalniad maîemi partjami, a nie wiçkszemi grupami, w dodatku bez szlif, aby gapie nie widzieli tego przepychu. Promied zrozumienia zabîysnaî w oczach Studzinskiego, znikîo upokorzenie. — Rozkaz, panie puîkowniku. Pan puîkownik nagle zmieniî ton. — Aleksandrze Bronisîawowiczu, znam pana nie od dzid, jako doswiadczonego i walecznego oficera. Ale i pan mnie zna? Wiec obraza nie istnieje? Obrazanie siç w takich chwilach nie ma sensu. Powiedziatem szorstko — proszç zapomniec, wszak pan rôwniei... Studzidski zaczerwieniî siç po uszy. — Так jest, panie puîkowniku, zawiniîem. — Doskonale. Nie tracmy wiçc czasu. ieby nie studzid ich zapaîu. Jednem slowem do jutra. Jutro siç zobaczy. Na wszelki wypadek zawczasu uprzedzam: nie ogladac sie wcale na dziaîa, niech pan sobie zapamiçta •— koni nie bçdziemy mieli, pociskôw rôwniez. A wiçc jutro od rana tylko ogien z karabinôw, strzelanie i strzelanie. Niech siç pan p o s e r a , £eby dywizjon jutro do poîudnia nauczyî m
siç strzelac jak wzorowy putk. Doswiadczonym jtmkrom — granaty. Zrozumiat p a n ? Ponure mysli opadly w napiçciu. Studzinskiego. Stuchal — Panie pulkowniku, pan pozwoli zapytac? — Wiem, jakie to pytanie. Mozna о to nie pytac. Odrazu odpowiem — haniebnie. Bywa gorzej, ale to siç rzadko zdarza. Rozumie pan teraz? — Так jest. - — A wiçc ot со — Malyszew" zaczat môwid ciszej — latwo zrozumiec, dlaczego nie mam chçci spçdzic tej podejrzanej nocy w murowanym worku i kto wie, czy nie pochowac tu z jakich dwustu chlopcôw, z ktôrj'ch stu dwudziestu nawet strzelaé nie umie! Studzinski milczat. — Wieczorem resztç omôwimy. Zdazymy. A teraz do dywizjonu. I weszli do sali. — Bacznosc. Pa-a-nowie oficerowie! — krzyknal Studzirlski. — Witajcie, artylerzysci! Jak zaniepokojony rezyser Studzinski za plecami Malyszewa machnaî rçka, i szary, kolczastjr mur tak ryknal, ze az szyby zadrzaty. — Niech ...iy... je... pan... pulkownik... Maly124
szew wesolo spojrzal na szeregi, opuéciî rçkç i przemôwil: — Nadzwyczajnie... Artylerzysci! Nie bçdç duzo môwil, nie ,potrafiç, gdyz na wiecach nie wystçpowalem, wiçc tez powiem w krôtkich slowach. Bçdziemy bili tego psiamac Petlurç, i zapewniam was, ziwyeiezymy. Wsrôd nas znajduja siç orly z pulkôw wlodzimierskiego, konstantynowskiego, aleksiejewskiego, nikt z nieh nigdy jeszcze siç lie zhanbit. A wielu z posrôd was to wychowankowie tego znakomitego gimnazjum. Starszyzna spoglada 11a was z tych scian. Mam nadziejç, ze wstydu nie narobicie. Artylerzysci dywizjonu ciçzkiej artylerji! Nie oddamy w tej wielkiej godzinie miasta bandytom, ktôrzy osaczyli nas. Poczçstujemy tego kochanego prezydenta takiemi szesciocalowemi, ze az niebo wyda mu siç tak samo wielkie, jak jego wîasne kal... psiamaô, bodajby siedem razy zdychai!!! — Ha... a-a... Ha-a — odpowiedzial zwarty tium bagnetôw, zdumiony dosadnemi sîowami pana pulkownika. — Postarajcie siç, artylerzyéci! Studzinski znowu jak rezyser z przerazeniem machnal rçka, i znowu cale zbiorowisko swojem wyciem poruszylo cale poklady kurzu, a glosne echo powtôrzylo: Rrr... Rrr... Bar... RrrrH! 125
Po dziesiçciu minutach w sali aktowej, przypûminajacej Borodinskie pole, setki karabinôw ustawiono w kozly. Daleko, na koficu rôwnej, zakurzonej posadzki, na ktôrej jakgdyby wyrosly bagnety, czernialy dwie postaci zolnierzy na warcie. Gdzies woddali, nadole rozlegl sie loskot krok6w nowozaciçznych junkröw, odchodzacych pospiesznie, zgodnie z rozkazem. W korytarzach slychad bylo halas i stuk, oficerowie nawolywali — Studzibski sam rozstawial wartç. Poczem niespodzianie zagrala traba. Jej szarpiace, zachrypniçte d£wiçki wypelnily cale gimnazjum i przestaly byd grogne; czuJo siç najwyrazniej trwogç i falsz. W korytarzu u wylotu, obramowanego z dwôch stron schodami, prowadzacemi do przedsionka, stal junkier i nadymal policzki. Z miedzianej, matowej traby zwisaly wytarte wstçgi éw. Jerzego. Rozkraczywszy nogi naksztait cyrkla, stal Myszlajewski przed trçbaczem, uczyl go i badai. — Nie dociagaj... Teraz tak, tak. Rozdmuchad ja, rozdmuchac. Za dlugo jezala. A no, na alarm. — Ta-ta-tam-ta-tam — gral trçbacz, pograàajac szczury w strach i smwtek. , Zmierzch wczolgal siç do sali z oknami na dwie strony. Malyszew i Turbin pozostali w tej sali z karabinami w kozlach. Malyszew spojrzal na doktora pochmurnie, aie natychmiast usmiechnat siç przychylnie. 126
No côz, doktorze, со u was sly chad? Czy macie w porzadku dziai sanitarny? , — Так jest, panie pulkowniku. — Pan moze iéd do domu, panie doktorze. Mozna i felczerôw zwolnic. Bçda mogli stawid siç wraz z innymi jutro о siôdmej rano... A pan .(Malyszew zastanowil siç, zmruzyl oczy), pana proszç przyjsd tu jutro о 2-giej po poludniu. Do tej godziny zwalniam pana (Malyszew znôw siç zastanowil). Ot со: niech pan narazie nie przypina szlif (Malyszew zawahal siç). Nie chcielibysmy zbytnio zwracad na siebie uwagi. Jednem slowem, niech siç pan tu stawi jutro na druga godzinç. — Rozkaz, panie pulkowniku. Turbin przestçpowal z nogi na nogç. Malyszew wyjaî papieroénicç i poczçstowal go papierosem. Turbin zas zapalil zapalkç. Zapalily siç dwie czerwone gwiazdki, przez со odrazu uswiadomili sobie, jak juz éciemnialo. Malyszew z niepokojem spojrzal do gory, gdzie jak we mgle wisialy biale kule lukowe, poczem wyszedl na korytarz. — Poruczniku Myszlajewski! Niech pan pozwoli do mnie. Panskiej opiece polecam éwiatîo elektryczne calego gmachu. Proszç jak najprçdzej go oswietlic. Niech pan bçdzie laskaw tak je opanowad, aby w kazdej chwili mozna bylo nietylko zapalic je, ale i zgasid. Za éwiatîo pan bçdzie calkowicie odpowiedzialny. 127
Myszlajewski zasalutowal i zrobil wtyl zwrot. Trçbacz pisnai i zakoxiczyl. Myszlajewski, pobrzçkujac ostrogami — topytopy-topy, zbiegl z frontowych schodôw tak szybko, jakgdyby zjechal na lyzwach. P o chwili rozlegly siç nadole jego uderzenia piçsciami i wrzaski komendy. W odpowiedzi przed frontowem wejsciem, ktöre prowadzilo do nadzwyczaj obszernej sieni, zapalilo siç swiatlo, rzucajace blady odblask na nortret Aleksandra. Malyszew z zadowolenia az usta otworzyl i zwrôcil siç do Turbina: — Niech go djabli... To prawdziwy oficer. Widzial pan? , A nadole, na schodach ukazala siç malenka postac, ktöra powoli powlokla siç po stopniach na gôrç. Kiedy byla juz na 1-em piçtrze, Malyszew i Turbin, przechyliwszy siç przez porçcz, przyjrzeli siç jej. Mala postaé posuwala siç na wielkich, chwiejnych nogach i potrz^sala bialq glowa. Odziana byla w szerokii kurtkç na dwa rzçdy srebrnych guziköw. W drz^cych dloniach trzymala wielki klucz. Myszlajewlski szedl za пщ i od czasu do czasu wolal: — Prçdzej, prçdzej, môj staruszku! lazisz tak, jak wesz po strunie? Czegôz — Jasnie... jaénie... — szeplenil staruszek, przestçpuj^c z nogi na nogç. 128
Z mroku wyîoniî siç Karas, za nim drugi wy~ soki oficer, potem dwaj junkrowie i wreszcie karabin maszyuowy z ostrym ryjem. Malenka postaô zachnçîa siç g przerazeniem, pochylila siç az do pasa i zlozyla ukîon temu karabinowi. — JaSnie wielmozny... — wyszepta'îa. Na samej gôrze mala ta postaé, macajac w pôlmroku trzçsacemi siç rçkoma, otworzyla na scianie podluzna skrzynkç, wewnatrz ktorej jasniala biaîa plama. Staruszek wsunaî tam rçkç, odkrçciî coâ, i natychmiast zrobilo siç jasno w ogromnym przedsionku, w sali aktowej i w korytarzu. Ciemuoâci jakgtiyby skurczyly siç i uciekly gdzieS hen, na sam koniec. Myszlajewski zaraz iprzywlaszczyl sobie klucz î, wsunawszy rçkç do skrzyni, zaczal siç bawid, 'otwierajac lub zamykajac swiatîo. , Naprzemian robilo siç to jasno, to ciemno, Swiatlo bywalo tak .olSniewajace, ze wydawalo siç гбzowem. Zajasnialy w saii dwie kule, potem zgasly. Rôwniez niespodzianie zapalily siç dwie kule na koncach korytarza, i mrok, fiknawszy kozla, znikî ostatecznie. . No jak t a m ? со? — krzyczaî Myszlajewski. — Zgaslo — odpowiadaly glosy zdolu, u wylotu klatki schodowej. — Jest! Pali siç! — wolali zdolu. Zabawiwszy siç dosyta, Myszlajewski zapalil Swiatîo w salonie, korytarzu a takze refle'ktor nad ВЫа Gwardja 9 129
Aieksandrem, zamknat skrzynke na klncz І schokval go do kieszeni. — Idz sobie, staruszku, spac — rzekî uspokajajaco. — Wszystko w zupeînym porzadku. . Staruszek z mina winowajcy mrngaî élepemi oczyma. — A kluczyjk? kluczyk... jaénie wielmozny pauie... Jakzez to bçdzie? Czy ц pana zostanie? — Так, ja go bçde mial. Otôz to wîasnie. Stamszek trzasl siç jeszcze trochç, potem powoli zabieral sie do odejscia. — Jimkrze! Rumiany, tçgi junkier uderzyl rnocno zamkiem iPrzy skrzynce i stanal nieruchomo. — Do slkrzyni dopuszczajcie bez przesz'kôd dokvôdcç dywizjonu, starszego oficera i mnie. Aie .nikogo wiecej. W razie potrzeby mozecie zîamaé skrzynkç, aie ostroznie, zeby tylko w zadnym \vypadkn niczego nie uszkodzic. — Rozkaz, panie poruczni'ku. Myszlajewski stanal obole Turbina i szepnal: — Maksyma... widziaîes? — Boze... wi'dziaîem, widziaîem — wyszeptal Turbin. j Dowôdca dywizjonu stanal u wejécia sali, i jego srebrna, rzezbiona szabla mienila siç tysiacami 130
swiateî. РггуЧѵоМ do siebie Myszlajewsk'iego i powiedzial: — Ot со, cieszç siç, panie poruczniku, ze jest pan w naszym dywizjonie. Zitch z ( pana! — Staram siç, panie puîkowniku. — Zakrzatnijoi'e siç jeszcze koîo opalu w tej sali, zeby junkrowie mogli sie ogrzac, а о innych sprawach sam jpomyslç. Jesc warn dam i wôdkç zdobçdç, coprawda, w niewielkiej ilodci, ale wystarczy dla rozgrzewki. Myszlajewski usmiechnal i chrzgknal znaczaco: siç bardzo mile — Ek... km... Turbin nie sîuchaî juz wiçcej. Przechyliwszy siç przez porçcz, nie odrywat wzroku od malei bialogîowej postaci, dopôki mu nie znikla z oczu. Jakid czczy niepokôj cgarnaî Turbina. 1 koîo tej zimnej balustrady wyjgtkowo plastycznie uprzytomnil sobie przeszlodc. ... tlum uczniakéw 1 w röznym wieku z niebywaîa radodcig pçdziî przez ten sam .korytarz. Barczysty Maksym, starszy wo£ny, na czele cudaczpego pochodu gwaltpwnie eignet! dwie czarne osôbki. — Niechajze, niechajze — .mamrotal do siebie, — .niechaj teraz, kiedy przyjechal pan kurator i mamy ta'kg wielktt radodc, niechaj pan inspektor ze,chce ponatrzed na tych panöw Turbina i Myszta131
jewskiego. Bçdzie пгіai przyjenmoéd. ДОоіпа ;po* wie'dziec, ze nadzwyczajnie siç ucieszy ! Latwo bylo siç domyéleé, ze ostatnie sîowa Maksyma peine byîy okrutnej ironji. Tyiko czlowiek, nie posiadajacy döbrego smaku, môglby .patrzec z satysfakcja na panôw Myszlajewskiego i Turbina i to jeszcze w tak uroczystej chwili przybycia pana kuratora. Pan Myszlajewski, ktôrego Iewa rçka mocno trzymal Maksym, mial naukos rozciçta gôrna wargç, a lewy rçkaw zawisl na nitce. Zaé pan Turbin, trzymany prawa rçka pedla, nie mial pasa, a na bluzie nie bylo ani jednego guzika, tak samo, jak i przy spodniach zprzodu, i wlasne cialo i bielizna pana Turbina ,w ohydny sposöb wystawione byîy na widok publiczny. — Kochany, drogi Maksymie, pusdcie nas — bîaigali Turbin i Myszlajewski z zakrwawionemi twarzami, rzucajac pokolei ,na Maksyma smçtne spojrzenia. — Hurra! Ciagnij go, Maksie Bogobojny! — krzyczeli ztytu podnieceni sztubacy — niema takiego prawa, zeby bezkarnie kaleczyé drugoklasistôw! Ach, môj Boze, môj Boze. Wtedy stoblce swiecilo, ibylo pelno krzyku i halasu. Maksym inaczej wygladat niz dzisiaj — nie ,byî taki siwy, zbolaly i gîodny. Cilowa Maksyma obroénieta byla czarna szczecina jak szczofka do butôw, tylko gdzie nie-„ 132
gdzie sterczaty siwe wiosy; zamiast rak miai zelazne kleszcze, a na szyi nosil medal tak wielki, jak kolo karety... Ach to koto, kolo. Wciaz toczyto siç od wsi „B", robiac „N" obrotöw, i oto wjechalo, ot, w otchtan kamienna. Boze, jakzez tu zimno. Trzeba teraz stanac w obronie... Ale czego? Otchlani? •Czy to tçtent kroköw slychac? Mioze ty, ty, Aleksandrze, wraz z pulkami Borodins'kiemi .uratujesz jWalacy siç gmach? Wskrzes je, znijdz z niemi z ptö'tna! One .zwyciçzyîyby Petlurç. Nogi Turbina same jakos zbiegly nadöl. „Maksymie!" chcial krzyknac, ale potem zwolnil biegu .i zatrzymal siç. Wyobrazil sobie Maksyma, siedzacego nadole w suterynie, tam, gdzie mieszkali wjozni. Na pewno drzy kolo pieca, о wszystkiem zapomnial, moze siç jeszcze rozpîacze. À tu i tak zgryzo'ty po uszy. Gwizdnad trzeba na to wszystko. Dosé te go roztkliwiania ,siç. Cale zycie ,byli-smy sentymentalni. Doéc juz tego. A jednak po z'wolnieniu felczerôwTurbm pozostal samo'tny w pustej, mrocznej klasie. Tablice •scienne sprawiialy wrazenie plam, czarnych jak wçgiel. • Pufpity staly jeden ; ф о к drugiego. Так mu siç zachciaîo usiasd, podniosl deseczkç i usiadî. Trudno, ja'koi ciasno i iniewygodnie. Jakze bliska wvdaje sie czarna tablica. Так, przysiaglbym, 133
przysiaglbym, ze ;to ta sama Mas a albo sasieduia, dlatego, ze ;tu % ,o.kna mam iten sam widio'k na ;miasto. Oto czarny martwy olbrzym - uniwersytet. Bulwar jak strzala z biaîemi latarniami, pudîa domostw, ciemne otchîanie, mury, przepasciste :niebio.sa. A z iOkien prawdziwa opera „Noc Bozego Narodzenia", snieg i swiatelka drza i migoca... — Chciatbym wiedziec, w Swiatoszyniie ? . dlaczegoi strzelaja Ja'kos bezbolesnie d daleko, armaty jak poprzez watç bu-u, bu-u... — Dosyc. Turbin opuscil deseczke pulpjtu, przeszedl do korytarza obok warty, potem do przedpokoju i na ,ulicç. Koîo frontjowych .schodôw stal karabin maszynowy. Malo bylo przechodniöw na ulicach, padal gesty snieg. Pan pulkownik noc /mai peina troski i niepo'koju. Duzo razy odrobil droge do pani Anjou, zn'ajdujacej sie о dwa kroki od girmiazjum. О pôînocv maszyna juz byla puszczo.ua w ruch. W gimnazjum latarnie-kule rzucaly rôzowe swiatlo, cicho s'zetnrzac. W sali ;i przyleglych bocznych toibljote'kach znacznie .siç ociepliîo, gdyz caly wieczôr i cala noc \v starych piecach huczal ogien. 134
Na rozkaz Myszlajewskiego junkrowie rozpalili w bialych piecach -ogieh rocznikiiem 1863 r. ,,0;tie~ czestwiennyje zapiski" i „Bibljoteka dla cztienja"*), cala noc potem, s'tukajac toporami, rabali stare pulpity i wrzucali do pieca. Wypiwszy po dwie isz'klanki spirytusu (pan pulkownik dotrzymal obit tniicy i w dastatecznej ilosci diostarczyi 'dla rozgrzewki — wlasnie pol wiadra), Studzinski i My•szlajeVs'ki sypiali na zmianç, ,po dwie godziny kazidy, wraz z junkrami na .pîaszczach p'od piecem, .skad purp uro we plomienie rzu.caly cienie na icli •twarze. Potem wstawali i cala рос chodzili od warity do warty, .sprawdzajac posterunki. I Karas ra,zem z junkrami dla obslugi karabinow maszynowych dyzur;o'wal u wylotow ogro'du. W kozuchacb baraînch, со godzinç zmieniajac siç, stali cztere: junkrowie koto cîziaî ciçzkiej artylerji о grubych ryjach. • / U pani Anjou djabelnie az do czerwonosci roz;palil ,siç p,iec, iw л-urach dzwonito i huczalo ; nie spuszczajac .oczu z motocykletki, peinil wartç junkie r przy wejsciu, zas w magazynie, podlozywszy sobie plaszcze, lezalo pieciu junkröw, spaii jak zabîci. О godzinie pierwszej po polnocy pan pulkownik zasiadl na stale u pani Anjou, nie kladl siç jednak, choc ziewaî, i caly czas rozmawial z kims przez telefon. A koîo drugiej zajechaî motocykl, z ktôrego wysiadl jakis wojskowy w szarym ptaszczu. *) miesiçczmki rosyjskie. 135
— To do mtiie. Proszç go wpuéciô. Osobtilk ten wrçczyl puîkowni'kowi obwiazany sznurem duiy tlumok w przescieradle. Pan pulkownik wlasnorçcznie zaniôst go do komôrki, znajdujacej siç przy sklepie, poczem zamknat ja na klôdkç. Szary osobnik odjechal na motocyklu, a pan pulkownik poszedl na gôrç, rozciagnal plaszcz, podlozyî pod glowç caîy stos gatgankôw, wyciagnal siç, rozkazal dyzurnemu junkrowi, aby go obudzil punktualnie о wpôt do siôdmej rano, poczem zasnal. 136
vu Pôzna носа, w najpiçkniejszym zakatku swiata, na tarasach Wlodzimierskiego wzgôrza, panowaly ponure ciemnosci. Ogromne ilosci pulchnego, nietkniçtego sniegu przykrywaly piaszczyste dciezki alei. Wielopiçtrowego olbrzyma w miescie nikt zi~ ma nie niepokoil, nikt tarn nie chodzit. Ktöz w nocy pôjdzie na wzgôrze, a w dodatku w takich czasach? Так, wprost strach ogarnia! Nawet odwazni tam nie pôjda. Niema tam со rob id. Jedno tylko miejsce jest oswietlone: 11a nadzwyczaj ciçzkiej podstawie sto lat ju£ stoi èelazny czarny Wlodzimierz i trzyma krzyz wielkosci trzech sazni. Co wieczör, skoro tylko zmierzch obejmie urwiska, tarasy i sciezki, zapalaja siç swiatla na krzyzu i plona cala нос. Widac go hen daleko z odleglosci czterdziestu wiorst az na czarnych rôwninach, wiodacych do Moskwy. Ale tu na miejscu niezbyt jest jasno; blade âwiatlo elektryczne pada tylko na jedno ciemno137
zielone zbocze podstawy, wyrywa z mroku czçsc balustrady i ogrodzenia, ciagnacego siç wzdluz srodkowego tarasu. Nie wiçcej. A tarn dalej, dalej!... Absolutne ciemnosci. Pociemku drzewa wygiadaja tak samo dziwacznie, jak zyrandole, spowite w muslin, sniezne czapki zawisly na wierzcholkach, a dokoîa gtçbokie nasypy, siçgajace po szyjç. Strach ogarnia. Wszak to zrozumiale, ze nik't siç tu nie przywleeze. Nawet najodwazniejszy czlowiek. Glöwnie dlatego, ze to nikomu nie jest potrzebne. Zupeînie inaezej jest w miescie. Noc ponura, pelna trwogi, jak to podczas wojny. Latarnie is'krza siç jak paciorki. Niemcy spia, ale z oczyma nawpot przymkniçtemi. W najciemniejszym zaulku pada nagle niebieskie swiatlo w ksztalcie cylindra. — Halt! Skrzypi cos... skrzypi... srodkiem ulicy wloka siç piechurzy w dziezkach na glowach. Czarne nauszniki... Skrzypi cos... Karabiny nie przez ramiç. a w rçkach. Z Niemcami niema zartôw, przynajmniej tymczasem... Cokolwiekby siç stalo, Niemcy to sprawa powazna. Podobni sa do gnojowcow. — Dokument! — Halt! Swiatlo latarenki... Hej!... Nadjezdza ciçzkie czarne lakierowane auto, zprzodu cztery swiatla. Nie jest to zwyczajne auto dlatego, zc tuz za blyszczaca kareta klusem 146
biegnie на koniach konwöj — az osmiu widac na koniach. Ale to Niemcom nie robi rôznicy. 1 na auto krzycza: — Halt! — Dokad? Kto ? Poco? — Dowodzacy, jenerai kawalerji Bielorukow. — No, tak, to со innego. Prosimy bardzo. W gîçbi karety widac przez szyby blada twarz z wasami. Ma ramionach plaszcza jeneralskiego poîyskuje cos niewyraznie. Niemieckie dziezki zasalutowaly. Coprawda, to w glçbi duszy wszystko im jed110, czy to dowodzacy Bielorukow, czy Petlura, czy tez wôdz Zulusôw w tym parszywym kraju... Ale jednak... Skoro siç zyje wsrôd Zulusôw — to trzeba siç do liich przystosowac. Dziezki zasalutowaly. Miedzynarodowa grzecznosc, jak to siç môwi. Bardzo wazna uoc wojenna. Promienie swiatla padaja z okien pani Anjou. Oswietlaja one kapelusze damskie, i gorsety, i majtki, i armaty sebastopolskie. 1 chodzi, wciaz cliodzi jun'kier jak wahadlo, marznie, bagnetem kresli carskie inicjaîy. A tarn, w gimnazjum Aleksandrowskiem jak na balu olsniewajaco blyszcza kule. Myszlaiewski pokrzepil siç 139
odpowiednia iloécia wôdki, chodzi sobie i chodzi, spoglada to na Aieksandra Blogostawionego, to znôw na skrzynkç z wylacznikami. W gimnazjum panuje nastrôj powazny 1 dosé wesoly. Jednak na wareie stoi osiem karabinôw maszynowych, a junkrowie to przecie£ nie to samo, со studenci!... Czy wiecie, ze oni walczyc bçda? Myszlajewski ma oczy czerwone jak krôlik. Nie wie, ktôra to juz noc nie dosypia, wôdki duzo, a i trwogi dose. W miescie îatwo mozna sobie z trwoga poradzic. Jezeli nie nie masz na sumieniu ,to chodz sobie, mozesz spacerowac. C-oprawda, bçdziesz z piçc razy zatrzymywany. Aie skoro posiadasz przy sobie dokumenty, to idz dalej, bardzo proszç. Bardzo dziwne ze wlôczysz siç po nocy, aie idz... A ktôz powlecze siç na wzgôrze? Zupelnie byloby niemadrze. A tam wyzej jakaz wichura... jak zawyje w alejach z terni zaspami snieznemi, te zda siç, ze szatani cos szepeza. Gdyby nawet kto wlazl na to wzgôrze, to chyba tylko jakié potçpieniec, ktôry przy kazdej wladzy, jaka istniataby na swiecie, czulby siç jak willc wérôd sfory psôw. Chyba jakis nçdznik jak u Hugo. Chyba ktos, kto wcale nie powinien ukazad siç w miescie, a gdyby siç ukazal, to chyba na wlasne ryzyko. Jezeli ci siç uda wyminaé patrole, to twoje szczçscie a jezeli nie— to nie miej pretensji. Gdyby taki czlowiek zawieruszyl siç na wzgôrzu, to nalezaloby mu siç szezere ludzkie wspôlczucie. Wszak i psubys tego nie tyczyl. Wicher taki lodowaty. Nie wytrzyma siç i pieciu minut, zaraz do domu ciagnie i... 140
— Ja к to piçé godzin ? —• Ech... Ech... pomarzniemy!... A со najwazniejsze, ze do gôrnego miasta niema juz przejscia koîo panoramy i wiezy cisnien, bo proszç wiedzieé, ze w klasztornym domu, w Michajlowskim zautku mieéci siç sztab ksiçcia Bielorakowa. I со chwila auta z konwojem, auta z karabinami maszynowemi, auta... — Oficershvo, bodajby ciç licho! Patrole, patrole, patrole. A przez te tarasy wdôl do dolnego miasta — na Padôî, marzyc о tem nie mozna, po pierwsze dlatego, ze na Aleksandrowskiej ulicy, u stöp wzgorza stoi caly szereg jasnych latarni, a po drugie Niemcy, bodajby ich licho! Alez do rana mozemy zmarzngé. Lodowaty wicher — hu-u... przeleci przez aleje, i zda siç, ze w zaspach dnieznych kolo ogrodzenia szepcz£\ ludzkie glosy: — Zmarzniemy, Kirpaty! — Cierp, Niemolaka, cierp. Pochodz^ sobie patrole do rana i zasnp. Pobiegniemy na Wzwoz, zagrzejemy siç u Syczychy. Cod porusza siç pociemku koîo ogrodzenia, zdaje siç, ze dr£y, czarne cienie tul^ siç do parapetu, wydluzaja siç, spoglqdajg nadôî, gdzie jak na dîoni Aleksandrowska ulica. Milczenie tam i pustka, aie znôw niespodzianie ukaztt sie niebieskawe dwiatla-cylindry — orzelecti niemieckie auta, L41
albo ukaza siç czarne spiaszezone dziezki, rzucajace krôtkie, épiczaste cienie... I jak na dloni widac... Wystçpuje na wzgôrzu jeden cieïi i zachrypniçtym, wilczym glosem ostro môwi: — Ej... Niemolaka... Zaryzykujemy! Chodémy. Moze przedostaniemy siç... Zle jest na wzgôrzu. Proszç sobie wyobrazid, ze i na zamku rôwniet jest niedobrze. Jakieé dziwne w nocy, nieprzyzwoite zamieszanie. Stary lokaj z bokobrodami pobiegl mysim krokiem po blyszczacej posadzce saionu, w ktôrym stoja niezgrabne pozlacane krzesîa. Gdzies woddali zad^wiçczaî przeciagle elektryczny dzwonek, zabrzçczaly czyjes ostrogi. W sypialni lustra w matowych ramach z koronami odzwierciadlily cos dziwnego i nienaturalnego. Kolo lustra w bogatej kurtce czerkieskiej ze srebrnemi galonami krçcil siç chudy siwawy czlowiek, z podstrzyzonemi wasikami na lisiej, jakgdyby pergaminowej twarzy. Obok niego stali trzej niemieccy oficerowie i dwaj rosyjscy. Jeden z nich tak samo w kurtce, jak i centralna figura, drugi we frenczu i rajtuzach, zdradzajacych przynaleznoéc do kawalerji: szlify mieli hetmanskie w ksztalcie kli142
now. Oui to dopomogii cziowiekowi о lisiej twarzy przebrac sie. Zdjçta byla kurtka, szerokie szarawary i buty lakierowane. Osobnik pj-zywdziat uniform niemieckiego majora i wygladat ani gorzej, ani lepiej od setek innych majoröw. Potem rozwarfy siç drzwi, rozsunçîy zakurzone zamkniçie portjery, i wszedî jeszcze jeden osobnik w uniformie iekarza wojskowego niemieckiej armji. Przyniosl ze soba caly stos opatrunkow i umiejçtnie, bardzo szczeinie zabandazowai gîowç nowonarodzonego majora niemieckiego; widaé bylo tylko prawe lisie око i cienkie usta, nawpöi otwarte, tak, ze na zçbach polyskiwaly zlote i platynowe korony. Jeszcze jakis czas w nocy w palacu trwalo nieprzyzwoite zamieszanie. Jakimé oficerom, walçsajacym siç w sa,siednich pokojach i w salonie, gdzie staly niezgrabne krzesla, pewien Szwab oznajmil po niemiecku, ze major von Szratt, rozladowujac rewolwer, niechcacy zranil sie w szyjç, wobec czego natychmiast trzeba go odwieic do niemieckiego szpi'tala. Gdzies zadzwoniî telefon, a gdzie indziej znôw zanucil ptaszek — piu! Potem przez strzeliste, rze2bione wrota przemknçlo siç bez szmeru niemieckie auto z czerwonym krzyzem i zatrzymalo siç przed bocznem wejsciem zamku; zabandazowanego i szczeinie owiniçtego w plaszcz tajemniczego majora von Szratta wyniesiono na noszach, ktore ustawiono w specjalnem aucie, odrzuciwszy uprzednio jego éciankç. 143
Auto ruszyîo i raz jeden tylko jçknçto na zakrçcie, kiedy przejezdzato przez wrota. W zamku do rana panowal chaos i trwoga; palily siç éwiatta w zlocistych salonach i pokojach, zawieszonych portretami, czçsto dzwonil telefon, a twarze lokajôw przybraly wyraz jakgdyby wyzywajgcy, i w oczach widad bylo wesole blyski... W maïym, waskim pokoiku na pierwszem piçtrze zamku siedzial przy telefonie czlowiek w uniformie putkownika artylerji. Z wielka ostroznoécia, przymknawszy drzwi bialego pokoiku, zupelnie niepodobnego do pokojôw zamkowych, ujal w rçce sluchawkç. Dyzurna, nieépiaca telefonistkç poprosil, by go polaczyla z numerem 212. Otrzymawszy polaczenie, powiedzial „merci", surowo i trwoznie zmarszczywszy brwi, i zapytal gluchym, tajemniczym glosem: — Czy to sztab dywizjonu ciçâkiej artylerji? Niestety, niestety! Puîkownik Malyszew nie spat do wpôt do siôdmej, jak to sobie byt uplatiowaî. О czwartej w nocy ptaszek w magazynie pani Anjou zanucit tak donoénie, ze junkier, pelniacy dyzur, musial obudzid pana putkownika. Pan puîkownik ocknat siç nadzwyczajnie szybko i odrazu zrozumial, о со chodzi, jakgdyby wcale nie spal. 144
Nawet iadnej pretensji nie mial do junkra za ten przerwany sen. Po czwartej motocykl zawiozl go dokadcis, a kiedy о piatej wrôcil do pani Anjou, widac bylo, jak pulkownik w ponurej zadumie trwoznie i surowo nachmurzyl swoje brwi, tak samo, jak ow pulkownik z zamku, ktöry telefonicznie polaczyl siç z dywizjonem ciçzkiej artylerji. * * * О siôdmej rano na Borodifiskiem polu w rôzowawem swietle kul stala drzaca od chlodu poranka, wyciagniçta w szeregu ta sama gasienica, ktôra szla po schodach az do portretu Aleksandra. Niedaleko, otoczony oficerami stal w milczeniu kapitan Studzifiski. Dziwna rzecz, w oczach jego widac bylo tç sama trwogç, jaka odczuwal pulkownik Malyszew о czwartej nad ranem. Ale ktokolwiekby w tç znamienna noc spotkal putkownika i kapitana, odrazu z pewnoscia okreslilby, jaka jednak byla ro£nica: oczy Studzifiskiego wyrazaly trwozne przeczucia, a oczy Malyszewa peine byly zupelnie okreélonej trwogi, takiej, kiedy wszystko stalo siç jasnem, zrozumialem i okropnem. Studzifiski wyciagnaî z rçkawa plaszcza spis artylerzystôw dywizjonu. Biaia Gwardja 10 dlugl 145
Przed chwiia, sprawdzajac liste oflcerôw, prze--konaî siç, ze brak dwunastu. Dlatego tez spis nosiî élady gwaîtownych ruchôw palcâw kapitana: arkusz byî zmiçty. W wyziçbioïiej sali imosiî siç lekki dym — w grupie oficerôw palono papierosy. Punktualnie со do minuty о siôdmej godzinie puîkownik Maîyszew standi przed szeregiem, i tak samo, jak poprzedniego dnia, rozîegl siç w sali okrzyk powitania. Pan puîkownik tak samo miaî srebrna szablç, tyîko z jakichs nieznanych przyczyn rzezba jej nie mienila siç tysiacern bîaskôw. U prawego boku puîkownika spokojnie wisiaî rewolwer w pochwie, ktôra zapewne wskutek zupeînie niezwyklego u puîkownika Malyszewa roztargnienia byla rozpieta. Puîkownik wystapii naprzod, lew a rçkç w rçkawiczce wsparî na szabli, a prawa, obnazona, czule wsparî na pochwie i odezwal sie do dywizjonu w te sîowa: — Rozkazujç panom oficeroin i artylerzystom dywizjonu ciçzkiej artylerji uwaznie wysîuchad tego, со powiem! Tej nocy w armji i, powiedzialbym, ze w panstwowej sytuacji caîej Ukrainy, zaszly znaczne, nieoczekiwane zmiany. Wskutek tego oznajmiam warn, ze zwalniam dywizjon! Kazdemu z was proponujç zdjad wszelkie odznaki wojenne; mozecie w zbrojowni zabrad wszystko, со warn siç spodoba i со bçdziecie w stanie unieéc na sobie, 146
a potem idzcie do 'döffiii, poChowajcie siç dobrzo i nie pokazujcie siç, poki w a s nie zawezwçi Zamilkî, i jakgdyby jeszcze wiçksza cisza zapanowaîa w saionie. Nawet Jatarnie przestaly syczed. W saii wszystkie oczy artylerzystôw i oficeröw utkwione byi'y w jeden punkt, byly to podstrzyzone wasiki pana pulkownika. I znôw przemôwiî: — Skoro tyiko zmieni siç sytuacja, zawezwç was natychmiast. Czujç sie w obowiazku powiedziec warn, ze mala mam nadzieje, ze siç cos zmieni. Teraz sam jeszcze nie nie wiem, jak sie wszystko uîozy, aie sadzç, ze jedno, па со moze îiczyé kazdy... e... (pulkownik, nagle krzycza.c, powiedziaî ostatnie slowo) najlepszy z was — to bye wyslanym nad Don. A wiçc rozkazujç wszystkim z wyjatkiem panöw oficeröw i tych junkröw, ktôrzy dzié w nocy stali na warcie, pöjsc sobie do swoich mieszkan! — Ach?! Ach?! Ho, ho, ho! — powstai szmer w tlumie, i bagnety jakoé opadly. Widac bylo stropione twarze, a niektöre oczy w szeregach jakgdyby zajasnialy radoScia... Z grupy oficerôw wysunai siç sino-biady kapitan Studzinski i, rzucajac ukoSne spojrzenia, postapil kilka krokôw лѵ kierunku pulkownika Malyszewa, a potem obejrzaî siç na oficeröw. Myszlajewski wcale na niego nie spojrzal, patrzyl wciaz na wasy pulkownika Malyszewa, m
przytem taka mial minç, jakgdyby chciat s wohn zwyczajem sklaé go najohydniejszemi wyzwiskami. KaraS jakoé dziwacznie ujaî siç pod boki i mrugal oczyma. A w oddzielnej malefikiej grupie mlodych chorazych wyszep'tano destrukcyjne, nietaktowne slowo — „AresztL." — Co takiego? Jakto? — odezwaî bas gdzieé w szeregu wérôcl junkrôw. siç jakié — Areszt!... — Zdradai! Studzifiski nieoczekiwanie, jakgdyby w natchnieniu, spojrzal na palaca siç nad glowa kulç, potem na rçkojeéé rewolweru i krzyknal: — Ej, pierwszy pluton ! Pierwszy szereg z brzega zalamaî siç, szare postaci wystapily z niego, i wyniklo dziwne zamieszanie. — Panie pulkowniku — rzekî Studzifiski zupelnie zachrypniçtym glosem — aresztuje pana. — Zaaresztowaé go!! — krzyknal nagle gtoSno i histerycznie jeden z chorazych i zblizyî siç do pulkownika. — Poczekajcie, panowie! — krzyknal ktôry kombinowaî powoli, aie solidnie. KaraS, Myszlajewski zrçcznie wyskoczyl z grupy, schwycil za rçkaw plaszcza ekspansywnego chorazego i odciagnal go wtvl. 148
— Proszç muie puscic, panie poruczniku! — wykrzywiwszy usta, krzyknaî chorazy z wsciekloécia. — Ciszej! — zawolal zwyczaj релѵпут gîosem. pan pulkownik nad- Coprawda, usta drgaîy mu tak, jak u chorazego, a na twarzy wystgpily czerwone plamy, aie oczy zdradzaly wiçcej pewnoéci, anizeli miala ja cala grupa oficerôw. I wszyscy zamilkli. — Ciszej! — powtôrzyl pulkownik — rozkazujç wrôcic na swoje miejsca i sîuchac! Zapanowato milczenie, i Myszlajewski w wielkiem natçzeniu patrzal przed siebie. Zdawato siç, ze jakas mysl powstala w jego gîowie i ze spodziewa siç, iz pan pulkownik powie cos waznego i bardziej ciekawego, nîè przedtem. — Так, tak — zaczal môwic pulkownik, krzywiac twarz — tak, tak... Ladniebym wygladal, gdybym stanal do walki wi takiej kompanji, jaka mi Pan Bôg zeslal. Ladniebym wygladal! Aie mo2na wybaczyc studentowi - ochotnikowi, mîodemu junkrowi, nawet w ostatecznosci chorazemu, aie panu, panie kapitanie, w 2adnym razie! Poczem pulkownik spojrzaî lia Studzinskiego wyjatkowo ostro i surowo. W oczach jego byîy blyski prawdziwego rozdraznienia. I znowu zrobilo siç cicho. — Wiçc tak — ciagnal pulkownik. — Cale zy149
cie nie wiecowalem, aie widac, teraz bçdç musiai. Côz, wiecujmy! A wiçc prawda, ze wasza chec zaaresztowac swego dowôdcç dowodzi, iz jestescie dobrymi patrjotami, ale rôwniez wykazuje, ze wy, e... oficerowie jesteécie, jakby to powiedziec? niedoswiadczeni! A wiçc streszczam: nie mam czasu i zapewniam was — groznie i znaczaco powiedzial puikownik — i wy rôwniez go nie macie. Jedno pytanie: kogo chcecie bronic? Milczenie. — Kogo chcecie bronic, pytam? —1 groznie powtôrzyl puikownik. Myszlajewski z wielkiem zainteresowaniem i tkiiwem spojrzeniem wystapil z grupy, zasaiutowal i rzekt : — Hetmana musimy bronic, panic putkowniku. Wzrok jego, utkwiony w dowôdcy, byl jasny i émialy. — Hetmana? — przepyiai siç puikownik — doskonale. Dywizjou! bacznosc! — wrzasnal nagle, az drgnçii wszyscy instynktownie. — Uwaga!! Dzis о czwartej nad ranem hetman, pozostawiwszy nas na îasce losu, zbiegl haniebnie! Zbiegl jak osiatnia kanalja i tchôrzl Rôwniez dzisiaj, w godzinç potem zbiegl w tym samyra kierunku, со i hetman, to jest w niemieckim pocia.gu, dowodzacy uasza armja, jeneral kawalerji Blelorukow Wniespeipa kiika godzin bçdzîemy ISO •
swiadkami katastrofy, zobaczymy, jalc oszukani i wciagniçci w tç awanturç tacy, jak wy, iudzie bçda zamordowani jak psy. Sîuchajcie: drogami do miasta zdaza Petlura na czele zgôra stotysiçcznej armji i jutro... ach, со ja môwiç, nie jutro, lecz dzisiaj — puîkownik wskazaî rçka okno, przez ktôre widac byîo granatowe sklepienie nieba — dzisiaj poszczegôhie rozbite partje nieszczçsnych oficerôw i junkrôw, porzuconych przez îajdakôw ze sztabu i tych dwôch nikczemnikôw, ktôrych naieèaîoby powiesic, zetkna siç ze wspaniale uzbrojonem i dwadziescia razy ich przewyzszajacem wojskiem Petlury... Sîuchajcie, moje dzieci. — Krzyknal nagle puîkownik Malyszew przerywanym gîosem — nie ojcem, lecz starszym bratem môgî byc dla tych, ktôrzy stali z bagnetami — sîuchajcie! Jestem frontowym oficerem, ktôry walczyî z Niemcami, zaswiadczyc to moze kapitan Studzinski, otöz za wszystko odpowiadam ia i moje sumienie, za wszystko!... za wszystko! Uprzedzam was! Idzcie do domu!! Zrozumieliscie? — krzyknaî. — Так... a... ha... — odpowiedziaî tîum, i bagnety zachwiaîy siç. A potem gîosno, spazmatycznie w drugim szeregu zaczaî szlochac jakis junkier. Kapitan Studzinski zupeînie nieoczekiwanie dla swego dywizjonu, zapewne nawet dla samego siebie, dziwnie nie ofieerskim ruchem podniôsî do oczu dîonie w rçkawiczkach i rozplakaî sie, a lista oficerôw dywizjonu upadla na posadzke. i 151
Wtedy to tak samo zaszlochali i inni junkrowie, szeregi siç rozsypaty, i Radames - Myszlajewski, chcac- byc uslyszanym wsrôd tego halasu, wrzasnal trçbaczowi: — Junkier Pawlowski! Pobudkç!! * * — Patiie pulkowniku, czy pan pozwoli podpalic gmach gimnazjalny? — zapytal Myszlajewski, jasno patrzac w oczy putkownika. — Nie pozwalam — grzecznie i spokojnie odpowiedziat mu Malyszew. — Panie pulkowniku — serdecznie rzekt Myszlajewski — wszak Petlura wezmie sobie zbrojowniç, dziata, а со najwazniejsze... — Myszlajewski wskazat na drzwi od przedpokoju, gdzie nad wylotem klatki schodowej widac bylo gtowç Aleksandra. —• Так, wezmie sobie — grzecznie stwierdzlt pulkownik. — Wiçc jakze to bçdzie, panie pulkowniku?... Malyszew odwrôcil siç do Myszlajewskiego i, patrzac na niego uwaznie, tak mu powiedziat: — Panie poruczniku, za trzy godziny Petlura wezmie sobie setki zywych istot, i jedynej tylko rzeczy mi zal, ze ani za c^nç wlasnego £yciaa ani 152
teà za znacznie wyzsza cenç pafiskiego zycla nie jestem w stanie zapobiec tej katastrofie. Proszç wiçcej ze mna nie môwic ani о portretach, ani 0 dzialach i karabinach. — Panie puîkowniku — rzekl Studzifiski, stanawszy przed Malyszewem — w mojem imieniu 1 w imieniu oficerôw, ktôrych sprowokowalem do tak wstrçtnego wystapienia, proszç о przebaczenie. — Przebaczam — grzecznie odpowiedziaî pulkownik. Kiedy z porannej mgly wylonilo siç miasto, na Aleksandrowskim placu staly ciçzkie dziala о tçpych paszczach; nie miaty juz zasuw, karabiny zwykle i maszynowe, rozérubowane i polamane, porozrzucane byty w skrytkach na strychu. Na sniegu, w dolach i w komôrkach suteren le£aly stosy nabojôw, a kule juz wiçcej nie paliîy sie w sali i korytarzach. Na rozkaz Myszlajewskiego junkrowie zapomoca bagnetôw polamali biaîa skrzynkç z wylacznikami. * Do okien zagladalo ciemno granatowe éwiatlo. W tem swietle Myszlajewski i Karas pozostali tvlko we dwoje 153
— Czy aby dowôdca uprzedzil Aleksego? — spytat Karasia stroskany Mysztajewski. — Oczywiscie, uprzedziî go, wszak widzisz, ze siç nie zjawiî — odpowiedzial Karas. — Czy zdgzymy jeszcze za dnia wpaéô do Turbinôw? — Nie, we diiie nie uda siç, trzeba zakopaô... cosnieeos. Jezmy do swego mieszkania. Do okien zaglc^daîo granatowe éwiatîo, na uîiey coraz jadniej siç robiîo, mgîa siç unosila i gïnçla. 154
CZEéC DRUGA I. Так, byîa mgla. Kosmaty, ostry mrôz, bezksiezycowy, ponury, a nad samym rankjem énieg obfity. Za miastem, hen daleko wierzcholki cerkiewnych kopuî, usianych zîotemi gwiazdami, a na bezkresnej wysokosci krzyz wiodzimierski, niegasna.cy do rana. Swit zbiizal siç od stroriy moskiewskiego wybrzeza Dniepru. Krzyz zgasi swiatla na ziemi. szy, miaî to byé zawieszona gçstu nad ïauem. ï zgasly wszystkie Ale dzien nie stawal siç jaéiiiejszary dzien z niezbyt wysoko zâslona nad cala Ukraina. Pulkownik Kozyr-Leszko оскгщі sie о swicie na piçtnastej wiorscie od miasta, akurat, kiedy mgiiste, nieprzyjemne Awiatto przem.knçîo sie przez za-
pocone okienko do chaty we wsi Popielusze. Przebudzenie siç Kozyra nastapllo jednoczesnle ze stowem: — Dyspozycja. Z poczatku wydaîo mu siç, ze uslyszat je, spiac stnacznie, i nawet chciaî odsunaû rçka jako zimne slowo. Ale slowo to nabrzmialo, wpelzto do chaty razem ze wstrçtneml krostami na twarzy ordynansa i zmiçta koperta. Z torby z mika i siatka Kozyr wyciagnat kolo okna таре, odnalazî na niej wioskç Borchuny, za Borchunami znalazt Bialy Raj, powiôdl paznokciem wzdluz linji, usianej jakgdyby muchami punkcikami krzakow, az wreszcie namacal olbrzymia czarna plamç - miasto. Posiadacz czerwonych krost smierdzial machorka i uwazal, ze moze paliô W obecnoéci Kozyra, gdyz wojna wcale na tem nie nie straci. Tem bardziej mozna, ze tego mocnego tytoniu podrzçdnego gatunku uzywal sam Kozyr. Kozyr mial natychmiast stanaô do boju. Odniôsl siç do tego rzeéko, ziewnal zamaszyécie i zabrzçczal orçzem, przerzucajac rzemienie przez ramiç. Tç noc przespal 'w plaszczu, nie zdejmujac ostrôg. Baba zakrzatnçla siç z dziezka mleka. Nigdy go Kozyr nie pijal, wiçc i teraz nie zechcial. Skadciê przywlokly siç dzieci. Jedno z nich, najmniejsze, przesuwalo siç na lawee z zupelnie obnaionym tyleczkiem, zmierzajac wprost do mauzera Kozyra. Ale nie zdaiyîo, gdyz Kozyr zawiesil mauzer przy boku. 156
Gale s we zycie do 1914-go roku Kozyr byt mmczycielem ludowym. W 14-ym roku zabrano go na wojnç z puîkiem dragonôw, a w 1917-ym roku zostal oficerem. Swit, ktôry zajrzal do okienka chaty 14-go grudnia 18-go roku, zastal Kozyra w randze pulkownika petlurowskiej armji, i nikt na Swiecie (a juz najmniej sam Kozyr) nie bylby w stanie powiedzied, jak to siç stalo. A poszlo to stad, ze na wojnie Kozyr przekonal siç, ze wlaénie ona stanowi jego powolanie, a nauczycielstwo bylo dlugoletnia gruba pomylka. Wreszcie, wszak to czçsto tak byiwa w naszem zyciu. Czasami jakieé dwadzieâcia lat czlowiek pracuje nad czemS, naprzyklad, wyklada prawo rzymskie, a w dwudziestym pierwszym przychodzi do przekonania, ze mu to rzymskie prawo jest niepotrzebne, ze go nawet nie rozumie i nie lubi, a prawdziwem jego powolaniem jest ogrodnictwo, gdyz szalenie kocha kwiaty. Przyczyna tego lezy w wadliwoéci naszego ustroju spolecznego, w ktörym czçsto dopiero u schylku 2ycia ludzie znajduja sobie odpowiednie stanowisko. Kozyr znalazl je, majac czterdzieSci piçd lat. Do tego czasu kiepskim by! nauczycielem, okrutnym i nudnym. i I; ; ; — A no, powiedz-ze tam chlopcom, 2eby z chat powylazili i dosiedli koni — rzekl Kozyr, zaciggajac rzemieA na brzuchu. Dymily biale chatki we wsi Popielusze, a pluton Kozyra w, czterysta szabel wyruszyl na koniach. 157
W szeregach pàlono machorkç, a gniady piçciôwefszkowy ritmak Kozyra byî jâkis zdenerwowany. Skrzypiaîy sanie ôbozu, kfôry wyciagnaî siç za puîkiem na cale pôî wiorsty. Puîk koîysaî siç na siodîach, i zaraz za Popielucha na czele konnicy rozpostarî sie dwukolorowy proporzec — pîôtno niebieskie i zôlte, przymocowane do kija. Kozyr niecierpiaî herbaty i nadewszystko \volaî z rana iyk wôdki. Lubiî dawna carska wôdkç. Cztery lata jej nie bylo, dopiero przy hetmanie ukazaîa siç na Ukrainie. Z szarej flaszki roziaîa siç wôdka po zyîaçh Kozyra jak wesoîy, goracy ogiefi. I w szeregach pit о wôdkç z manierek, zdobytych na skîadzie w Biaîej Cerkwi, oderzyîa im do gîowy, a faicet zaépîewaî: Qaj, za gajem, gajem, Qajem zelenienkim... A w piacym szeregu odezwaîy sie basy: Oraîa dziewczynynka Woiikom czernenkrm... Oraîa... oraîa Na vz miîa gukaty Taj naniaîa kozaczenka Na skripaczkie graty. — Ej... ach! Ach, iach, tach!... — gwizdnaî i zaspiewaî jak wesoîy sîowik jezdziec koîo proporca. 158
Xakoïysâîy siç piki, i zatrzçsiy czarne basziyki, czarne, ponure z galonami i zaîobnemi chwadcikami. Skrzypiaî snieg pod tysiacem podkutych kopyt. Wesoîo zawarczaî bçben. — Dobrze go! Nie kîcccie siç, chiopcy — przychylhie rzek! Kozyr. I rozlégî siç spiew sîowika na snieznyeh polach Ukrainy. Pfzejechali Biaîy Gaj, rozsunçîa sie zasîona z rngîy, i widac by!o, jak cos na drogach czerniaîo, krçciîo siç, skrzypiaîo. Koîo gaiku, gdzie siç drogi krzyzujg, przepuscili naprzôd z pôîtora t y si аса piechoty. W pierwszych szeregach liidzie odziani byii w jednakowe granatowe zupany z dobrego sukna niemieckiego, deiikatniejsze шіеіі twarze, ruchiiwsze, umiejetnie nosiii karabiny — byii to haliczanie. Ztyîu, w ostatnich szeregach nosili dîugie do piçt szpitaine szlafroki, przepasane zôîtemi rzemieniami. A na wszystkich gîowach poruszaîy sie spîaszczone niemieckie Jieîmy, naîozone na czapki futrzane. Podkute, ciepie buty ubijaîy snieg. Biaîe "drogi, prowadzace do miasta, czerniaîy po przejsciu wojska. — Czesc! —krzyczala piechota, wymijajgc zôlto-bîçkitny proporzec. — Czesc! — odzywaîo siç echo za gajem. Na czesô odpowiedziaîy armaty ztyîu i z lewej strony. Dowodzacy korpusu, puîkownik Toropiec, jeszcze w nocy wysîa! dwie baterje do miejskiego !asu. Dziaîa utworzyly pôîkole na bezkresnym dnie159
gti i о swicie rozpoczçly strzelaninç. 2 szesciocalowych wychodzity fale îoskotu, i obudziîy siç zasnieione sosny okrçtowe. Dwa silne uderzenia odbily siç w olbrzymiej osadzie Puszcze - Wodzicy, i odrazu na czterech ulicach z domöw, zasypanyeh éniegiem, powylatywaly wszystkie szyby. Niektôre sosny, rozdarte przez pociski, wyrzucily fontanny éniezne na kilka sazni wgôrç. Potem cisza zalegta w Puszczy. Las drzemal, i tylko wystraszone wiewiôrki wlôczyly siç po stuletnich drzewach, przebierajac lapkami. Dwie baterje przeszly potem z pod Puszczy na prawe skrzydlo. Przeciçly bez•kresne pola, uprawne i zalesione Uroczysko, skrçcily na waska drogç, potem doszly do miejsca, gdzie drogi ida w rôzne strony, i tam zatrzymaiy siç, majac przed soba miasto. Juz od wczesnego ranka wybuchaîy wielkie szrapnele na Podmiejskiej i Sawskiej ulicy, a takze na przedmieéciu w Kureniewce. Brzçczato tak pod niskiem, zasniezonem niebem, jakgdyby siç ktoé bawil grzechotkami. Od rana mieszkancy malych domkôw ehowali siç tam po suterynach, i widaé bylo w porannym zmierzchu, jak szeregi junkrôw posuwaly siç naprzod, aby blizej by6 samego érodka miasta. Wreszcie dziata zamilkly, i gdzies od pôlnocy na kraAcach miasta sîychaô bylo przerywana strzelaninç. A potem i to umilkto. • 168 #
Pociag dowodzacego korpusefn zalogi, Toropca, staî na przystanku posröd olbrzymich lasôw, polozonych о piçc wiorst od zaniesionej sniegiem i ogluszonej wioski Swiatoszyno. Przez cala noc w szesciu wagonach palilo siç Swiatîo elektryczne, cala noc dzwonil telefon, a w zabloconym salonie pulkownika Toropca piszczaly polowe telefony. A kiedy nastal bialy dzien i w okolicy zrobilo siç zupelnie jasno, dziala zagrzmialy zprzodu na torze, prowadzacym ze éwiatoszyna do Posterunku Wolynskiego; wtedy ptaszki w zdltych skrzynkach zanucily, i chudy, nerwowy Toropiec w te stowa odezwal siç do adjutanta Chudziakowskiego : — Swiatoszyno wziete, niech pan bçdzie laskaw, panie adjutancie, rozkazad, zeby pociag podali do éwiatoszyna. Pociag Toropca sunaî powoli miçdzy zasniezonemi lasami i stanal na skrzyzowaniu toröw, w miejscu, skad wychodzi szosa, ktôra jak strzala przeszywa miasto. I tuz w salonie pulkownik Toropiec wzial siç do przeprowadzenia swego pianu, ktöry opracowywal przez dwie bezsenne noce w tym samym zapluskwionym salonie Nr. 4173. Miasto, osaczone ze wszystkich stron, budzilo siç we mgle. Na pölnocy od lasu podmiejskiego i pôl uprawnych, na zacliodzie od zdobytego éwiatoszyna, na poludnio-zachodzie od nieszczçsnego Posterunku - Wolynskiego, na poludniu gaikami, cmentarzami, wygonami i strzclnica, opasanemi linja koffialti Gwawtja 11 161
lei zelaznej, wszçdzie — sciezkami, drogami, a nawet wprost po snieznych rôwninach sunçîa, pobrzçkujac, czarna konnica, skrzypiaîy ciçzkie dziaîa, szla i grzçzla w éniegu zmordowana miesieczna walka piechota petlurowskiej armji. W wagonie salonowym z brudna podtoga со chwila pialy zcicha kogutki, a telefoniéci Franko i Garaé po nieprzespanej nocy byli zupeînie oszoîomieni. ' — Tiu... pi-u... stucham! pi-u... tu-u... . Chytry byl plan Toropca, sam puikownik Toropiec, czarnobrewy, wygolony i nerwowy, byl bardzo przebiegîy. Dobrze wiedzial, poco posîal dwie baterje do lasu pod miasto, wiedzial, poco rozbrzmiewaly dziaîa w mroÉnem powietrzu i poco byla wysadzona linja 'tramwajowa do Puszcze Wodzicy, a karabiny maszynowe przesuniçte w lewo od uprawnych pôl. Toropiec pragnaî zmylié obroncôw miasta, chciaî pokazac, ze nacisk na miasto zrobi od lewego wylotu z pôînocy, z przedrnieécia Kureniowki, azeby armjç miejska sciagnac w tç stronç, a tymczasem zadac cios miastu w samo czolo od strony Swiatoszyna, wzdîuz Brzeéc Litewskiej szosy, a oprôcz tego, od prawej strony, z poîudnia, od wsi Demjewki. Otôz wîaénie dla urzeczywistnienia planu Toropca sunçly wojska Petlury wzdîuz goscinca od lewej strony na prawo, a na czele sîawnego, w czarnych baszîykach pulku szîa starszyzna i KozyrLeszko pod dzwiçki harmonji i gwizdanie wojska. 162
— Czesc! — echo rozîegalo siç na przesiekach Gaju '— czesc! Pozos'tawili Gaj na uboczu, poszli dalej, przeciçli tor, przesuneli siç przez drewniany most i zo~ baczyli miasto. Jeszcze byîo zagrzane snem, a nad niem unosila siç mgla, a moze to byl dym. Podniôsîszy siç na siodle, spogladaî Kozyr przez lornetke Zeissa, hen, daleko, gdzie widniaîy dachy wielopiçtrowych domôw i kopuly cerkwi starej Zofji. Z prawej strony Kozyra rozpoczely siç juz walki. О dwie wiors'ty grzmialy dziala, i strzelaîy karabiny maszynowe. Tam petiurowska piechota maîemi szeregami biegla w kierunku Posterunku Wolynskiego, a przerzedzona, niejednolita piechota biaîej gwardji, oszolomiona gestemi wystrzalami, uciekaîa z Posterunku... * i ' Miasto. Niskie zachmurzone niebo. Rôg. Domki na кгайеи miasta, zrzadka pîaszcze. — Dopiero со powiedziano, ze jakoby zawarto umowç z Petlura — rosyjskie wojska wraz z bronia przepuscic za Don do Denikina... — Awiçc? Dziala... Dziala... buch... bu-bu-bu... Nagle zawyl karabin maszynowy. Rozpacz i zdziwienie sîychac w glosie junkra: 163
•— Alez zrozurn, wszak frzepa byloby prz«rw»c opôr zbrojny?... W gîosie junkra wyczuwa sie gorycz: — A licho ich tam wie! * * Pulkownik Szczotkin od rana juz nie byl w sztabie. Nie byl z bardzo prostej przyczyny, bo sztab juz nie istniaî. Jeszcze 14-go w nocy sztab Szczotkina pojechal zpowrotem na dworzec miasta i noc tç spçdziî w hotelu „Rôza Stambulu" kolo samego telegrafu. W nocy u Szczotkina od czasu do czasu wyépiewywaî ptaszek telefoniczny, a nad ranem zamilkl. Z samego rana znikli bez éladu dwaj adjutanci pulkownika Szczotkina. Wniespelna godzinç po nich sam Szczotkin, szukajac i przerzucajac w szufladach z papierami, podarî coé na drobne ka•walki, wyszedl z zaplutej „R6£y", ale nie w szarym plaszczu ze szlifami, lecz w cywilnem miçkkiem palcie i kapeluszu. Skad on to wzial — nikt о tern nie wiedzial. Wsiadlszy do dorozki w innej dzielnicy, Szczotkin-cywil pojechal do Lipek, wszedl do ciasnego, ladnie umeblowanego mieszkania, zadzwonil, potem, ucalowawszy pulehna, zîota blondynkç, oddalil siç z nia do ukrytej sypialni. — Wszystko skoAczone! Och, jakiez siç zmordowalem... — powiedzial szeptem blondynce, kt6rej oczy zaokraglily siç z przerazenia. 164
Poczem putkownik Szczotkiti poszedt do alkowy i mocno zasnal, napiwszy siç uprzednio czarnej kawy, ktôra mu ugotowala zîotowlosa blondynka. * ft * Nie о tem nie wiedzieli junkrowie 1-ej druzyny. Szkoda! Bardzo mozliwe, ze gdyby wiedzieli, to moze zstapiloby na nich natchnienie i zamiast krçcic siç na Posterunku Wolynskim w ogniu szrapneli, poszliby do przytulnego mieszkanka w Lipkach, wyciagnçliby stamtad spiacego pulkownika Szczotkina i powiesili go na tej latarni, со to stoi naprzeciwko domu zlotej osôbki. » « « Dobrze byloby tak zrobic, ale tego nie uczynili dlatego, ze о niczem nie wiedzieli i nie nie rozumieli. Wreszcie nikt w miescie о niczem nie miat pojçcia, zapewne, i w przysztosci nie zrozumieja, со siç dzialo. I rzeczywiscie, trudno siç polapac: w miescie znajduja siç zelazni, coprawda troszkç nadszarpniçci, Niemcy i chytry, przebiegly jak lis hetman z pods.trzyzon«ni wasikami (o postrzeleniu tajemniczego majora von Szratta malo kto wiedzial); jest rôwniez jego eksoelencja, ksiaze Bielorukow, w miescie mamy jenerala Kartuzowa, ktöry tworzy zastçpy dla obrony matki, wszak dzwonia i wyspiewuja w szfabach telefony (nikt nie wiedzial, ze od rana juz zaczçto je zdejmowac), wresz165
cie wszçdzie az roi siç od szlif. W miescie wybucha wâcieklosc, kiedy ktos môwi „Petlura", i nawet w dzisiejszyeh „Wiesciach" petersburscy dziennikarze крщ sobie z niego; w miescie chodza kadeci, a koto wiili Karawajewa pstra konnica sobie pogwizduje, i odwazni hajdamacy lekkim kîusem przejezdzaja z lewej strony na prawaChcielibysmy wiedziec, 11a cöz hetman liczy, jezeli oni sobie gwizdza na pigtej wiorscie. Przeciez po jego duszç jada i gwizdza! Och, jak gwizdza... Moze Niemcy go obronia. Wiçc dlaczegôzby te jelopy niemieckie na stacji Fastow tak obojçtnie usmiechaty si§ pod podstrzy&onym szwabskim wasem, kiedy kolo nich do miasta przechodziiy petlurowskie wojska, jeden eszelon po drugim? Moze to przymierze z Petlura, aby mögt spokojnie wkroczyc do miasta? a jesli tak, to po kiego licha biale oficerskic dziaia strzelaja w Petlurç? Nie, doprawdy nikt nie zrozumie, со sie dziato w miescie 14-go grudnia. Dzwoniiy jeszcze telefony sztabowe, ale coraz rzadziej i rzadziej, rzadziej... Rzadziej! Rzadziej! Drrrr! — — — — 166 Tiu... Co u was sîychac? Tiu... Poslijcie naboje dla puîkownika...
—* Dla Stepanowa... — Dla Iwanowa... — Dla Antonowa! — Dla Stratonowal... — Na Don... Na Don, bracia... do licha, jakos siç nam nie wiedzie. — Tiu... — A, psiamac, bodajby tych draniôw ze sztabu!! — Na Don!... Coraz rzadziej, coraz rzadziej, a w potudnie prawie zupeînie juz przestaîy dzwonié. Dokoîa miasta tu i öwdzie sîychac jakis toskot, wzburzenie, a potem cisza... A jednak jeszcze w potudnie pomimo halasu w miescie jakgdyby wszystko szîo dawnym trybem. Sklepy byîy otwarte, i sprzedawano w nich. Na ulicach byly ttumy przecliodniôw, trzaskaly wrota i dzwonily tramwaje. Ale w potudnie z Pieczorska data siç styszec wesoîa muzyka karabinôw maszynowych. Na pieczorskich gôrach odbilo siç echo tej muzylci i obilo siç о sam srodek miasta. Ho, ho, to juz zupeînie blisko!... Co siç staîo? Przechodnie zatrzymywali siç i zaczçli wachac powietrze. Gdzie niegdzie 11a ulicach zaczçla znikac publiczuosc. Co? kto? — Jak? Kto? Szczoz wy, dobrodziju, ne znajecie? Ce polkownik Bolbotun. 175
Так, inasz, tobie, zbuntowat siç przeciwko Petlurze! Sprzykrzyîo siç puikownikowi Boîbotunowi pelnic obowiazki w sztabie puîkownika Toropca, postanowiî wiçc przyspieszyô bieg wypadkôw. Namarzîa siç dose konnica Boîbotuna hen, za cmentarzern, na samem poîudniu, skad juz tak bliziutko miaîa do starego, snieznego Dniepru. Przemarzt i sam Boîbotun. I otôz ruszyî Boîbotun z miejsca wraz ze swa 'konnica na prawo wzdîuz drogi i zblizyî siç do toru, ciasno opasujacego przedmiescie miasta. Nikt go tu nie spotkal. Rozlegîo siç wycie jego szesciu karabinôw maszynowych, a echo sîychac byîo na caîej ziemi Dolnej Cieliczki. W okamgnieniu Boîbotun przeciaî tor, zatrzymaî pociag osobowy, ktôry przed chwiia wyminaî zwrotnicç •mostu kolejowego, wiozac do miasta swieza porejç obywateli Moskwy i Petersburga wraz z ich babami i kudlatemi pieskami. i Pociag zupeînie oszalal, aie Boîbotun nie mial w'cale czasu 11a zabawç z pieskami. Zaniepokojone puste ipociagi towarowe ze staeji miasto II — towarowe poszîy na stacjç miasto I — osobowe, wekslujace lokomotywy gwizdnçîy, a boîbotunskic kule •posypaîy siç niespodzianie jak grad na dachy domkôw ze Swiçto-Troickiej ulicy. I wkroczyl sobie do miasta ten Boîbotun, posuwaî siç wzdîuz ulicy, az wreszcie bez przeszkôd dotarî do samej szkoîy wojskowej, wysyîajac na wszystkie strony koninych wywiadow'côw. Dostaî za swoje Boîbotun dopiero koîo obdrapanej kolumtiowej Mikoîajew168
skiej szkoly wojskowej. Tutaj wlasnie oczekiwat Bolbotuna karabin maszynowy i pojedyncze wystrzaly z jakiegos oddzialu. W czolowym plutonie w pierwszej setce padl kozak Bueenko, zraniono piçciu, a dwom koniom poprzetracano nogi. Bolbotun zatrzymal siç. Wydato mu siç, ze Bog wie jaka ma przed soba siîç. A w rzeczywistosci tego pulkownika w granatowyrn baszlyku witalo tylko trzydziestu junkrôw i czterech oficeröw z jednym karabinem maszynoNa rozkaz Bolbotuna zolnierze zeskoczyli z koni, poîozyli siç na ziemi i rozpoczçli strzelaninç do junkrôw. Loskot rozlegî siç w iPieczorsku, echo obilo siç 0 mury, i na Miljonowej ulicy zawrzaîo jak w imbryku. Czyny Bolbotuna mialy w miescie nastçpstwa: 1 Slychac bylo, jak opadaly z. hatasem zelazne zaluzje na Jelizawietinskiej, Winogradzkiej i Lewaszowskiej ulicach. Wesole sklepy oslepîy. Odrazu pusto zrobilo siç na chodnikach, obco i nieprzytulnie. Dozorcy pospiesznie pozamykali bramy. To samo bylo i wl srôdmiesciu : Zaczçly wygasac Iampki w sztabowych telefonach. Telefonuja z oddzialu do sztabu dywizjonu. Co za licho! nikt nie odpowiada! Piszcza cos сю sztabu dowodzacego, domagaja siç czegoé. A w odpowiedzi wygaduje ktos jakies bzdury: — Czy maja szlify wasi oficerowie? 169
— А, о со chodzi? — Ti-u... — Ti-u... — Natychmiast wyslac oddzial do Pieczorska. — Со siç staîo ? — Ti-u... Zagadali na ulicach: Bolbotun, Bolbotun, Boîbotun, Bolbotun... W jaki sposôb dowiedzieli siç, ze to Bolbotun, a nie ktos inny? Niewiadomo, aie idowiedzieli siç. A moze diatego dowiedzieli siç, ze juz w potudnie wsrôd zwykîych miejsldch przechodniôw i gapiôw zaczçîy krçcic siç jakies indywidua w paltach z barankowemi kotnierzami. Chodziîy, walçsaly siç. Liidzie ci mieïi wasy opuszczone, skrçcone jak na obrazku Lebidzia - Jurczyka. Junkrom, kadetom i oficerom ze ziotemi szlifami posytali powîôczyste spojrzenia. Szeptali: — ,,Ce Bolbotun !\V| misce prijszow". Mowili to bez goryczy. Przeciwnie, w oczach ich najwyrazniej wyczytac mozna bylo — Chwala! — Chwa-a-a-a-la — powtarzaly pagôrki Pieczorska. I rozeszlo siç na wszystkie strony: — Bolbotun — to w'ielki ksiaze Michal Aleksandrowicz. 170
— Przeciwnie — to лѵіеікі ksiaxe Mikolaj Mikolajewicz. — Botbotun — to zwyczajny Botbotun. — Bçdzie pogrom zydowski. — Nieprawda: maja kokardki czerwone. — Biegnijcie iepiej do domu. — Botbotun — iwïôg Petiury. — Wprost przeciwnie: jest po stronie bolszewikdw. — Aiez zupetnie со innego: trzyma z carem, ale bez oficerstwa. — Czy hetman uciekl? — Nàprawdç? Naprawde? Naprawdç? — iTiu-u. Ti-u. Ti-u. Wywiadowcy Bolbotuna z Galanba na czele udali siç na Miljonowa ulicç, gdzie nie bylo zywej duszy. I naraz, proszç sobie wyobrazic, rozwarty siç wrota i na spotkanie ,piçciu ogoniastym hajdamakom na koniach pobieigt .nikt inny, tylko znakomity dostawca Jakob Grzegorzewicz Feldmatn. Czys ty zwarjowal, panic Feldman, biec teraz, kiedy takie siprawy siç dzieja! Wygladal rzeczywiscie tak, jakgdyby byl niespelna rozumu. Fokowa czapeczka zsunçta siç na tyl glo.wy, palto rozpiçte. Oczy jakies mçtne. 171
Byîo od czego gtowç stracic! W chwili, kiedy rozpoczçta siç strzelanina koto szkoty wojskowej, w matej, oswietlonej syipialni zony Feldmana rozlegi siç jçk. Potem jeszcze raz i zamarl. — Oj — odpowiedziat Feldman na jçk, spojrzat przez okno i przekonaî siç, ze niedobrze siç dzieje. Dokola îoskot i pustka. A tymczasem jçki mnozyly siç i nawylot przeszywaty serce Jakôba Grzegorzewicza. Przysadzista staruszka, matka Jakôba, wysunçla siç z sypialni i zawolala: — Jasza! Czy wiesz? Juz! Mysli Feldmana poplynçly w jednyni kierunku: tam, w samym rogu ul. Miljonowej, koto pustego placu wisiat taki przyjemny, zardzewialy ze ztoceniami szyld: Akuszerka F. T. Szadurska. Jeduak dose liiebezpiecznie na tej Miljonowej, choô to poprzeczna ulica, a wala na placu Pieczorskim az do Kijowskiego Zjazdu. Qdyby siç udalo przebiec. Gdyby... Czapeczka zsunçla siç do tylu, Feldman z oczyma, peînemi przerazenia, posuwa sie wzdtuz muru. — Stôj! Dokad? Galafiba przechylit siç na siodle. Twarz Feldmana sczerniaîa, oczy zaczçîy m rugae, z przerazeniem spogladat na zielone galony hajdamaköw. 172
— Panowie, jestem spokojnym obywatelem. Zona moja rodzi. Biegnç do akuszerki. — Do akuszerki? A dlaczego chowasz siç tu, pod murem? со? zydziaku?... — Panowie... Bicz opadl na kolnierz i szyjç. Piekielny bôl. Feldman jçktnal. Nie sczernial teraz, leez zbladl, przywidziala mu siç twarz zony. — PoSwiadczenie! Feldman wyciagnal pugilares z dokumentami, otworzyl, wyjal pierwszy arkusik i nagle zatrzasl siç ; teraz dopiero sobie przypomnial... Ach, moj Boze, môj Boze! Co on zrobil? Coé pan wyciagnaî, Jakôbie Grzegorzewiczu? Zapomina siç о takich drobiazgach, wylatujac z domu^ kiedy to w sypialni zany rozlega siç pierwszy jçk! 0 , biada ci! Galahba w okamgnieniu chwyciî dokument. Taki sobie cieniutki arkusik z pieczçcia, a z tego arkusika wyziera na Feldimana âmierc. — Okazicielowi niniejszego, panu Feldmanowi jakôbowi Grzegorzewiczowi, zezwala siç na wjazd i wyjazd z miasta dla spraw, zwigzanych z dostawa dla uzbrojonej zalogi miasta, a takze na chodzenie po mieécie po 12-tej godzinie w nocy. Nacz. dostawy — jeneraî-major Itîarjonow. Adjutant-porucznik Leszczyftski. 173
Dla jenerala Kartuzowa dostarczal Feldman sadto i wazelinç do smarowania dziaî. Boze, dokaz cudu! — Panie setniku, to ,nie ten dokument! Proszç zaczekac... — Nie, wîasnie ten sam — z szatanskim usmiechem odrzekî Gaîanba — nie kïopocz siç, pismienni jesteémy, sami przeczytamy. — Boze! Dokaz cudu! Jedenascie tysiçcy karbowancôw...*) Wszystko bierzcie. Pozostawcie tylko przy zyciu! Daj! Szma Izrael!! Nie dal. I tak dobrze siç staîo, ze Feldman miaî lekka smierc. Nie mial czasu Gaîabba. Dlatego tez poprostu uderzyl Fel'dmana szabla w sa ma gîowe. *) Karbowaniec — rubel na Ubramie. 174
Ii Kiedy puîkownik Boîbotun zobaczyî, ze ma dziesieciu kozakôw rannych, siedmiu zabitych i siedrn koni straconycb, przeszedî pol wiorsty od Pieczorskieg'o piacu do Rieznikowskiej uliey i tam znowu zatrzymaî siç. Wîasnie wtedy cofajacy sie junkrowie otrzymali pomoc. Byî nawet jeden pancernik. Szary, niezgrabny zôlw z, wiezycami przywlôkî siç z Moskiewskiej ulicy, i w Pieczorsku rozlegîo siç trzykrotne uderzenie, przypominajace szmer suchych lisci. Boîbotimowcy zeskoçzyli natychmiast z koni, ktôre koniuchowie odprowadzili do zauîka; puik zajaî pozycjç, cofnaw.szy troche îancuch do placu Pieczorskiego. Rozpoczaî siç ospaly pojedynek. Przejscie na Moskiewska uiicç zatarasowaî zoîw, z ktörego chwilami wylatywaîy gîuche dzwiçki. Na ddwiçki odpowiadaîy suche wystrzaîy, pochodzace z wylotu Suworoiwiskiej ulicy. Tam, na sniegu lezaî îancuch, ktöry wskutek ognia i strzelaniny Boîbotuna cofnai siç wraz z posiîkami. A brzmialo to tak: — Dr-r-x-r-r-r-r-r-r-r-r... 183
— Pierwsza druzyna? — Так, rozkaz. — Wyslac niezwtocanie do Pieczorska roty oficerskie. dwie — Rozkaz. Drrrrr... Ti... Ti... ti... t i . . . I przybyli do Pieczorska: czternastu ofieerôw, trzej junkrowie, jeden student, jeden kadet i jeden aktor z teatrzyku „Minjatura". * Niestety. Jeden rzadziutki tancuch nie moze, oczywiscie, zaradzid. Nawet, jezeli z pomoca przyjdzie jeden taki zölw. Takich zötwi trzebaby przyslad ze cztery. Mozna z pewnoscia powiedzied, ze gdyby one nadeszîy, musiaîby putkownik Botbotun wycofad siç z Pieczorska. Ale nie nadeszîy. ' A stalo sie tak dlatego, ze na czele hetrnaAskiego pancernego dywizjonu, sktadajacego siç z czterech wspaniatych maszyn, stat w charakterze dowodzacego dmgim pancernikiem nikt inny, tylko znakomity chorazy, ktôry w maju 1917-go r. osobiécie otrzymat z rak Aleksandra Teodorowicza KiereAskiego krzyz éw. Jerzego. Byt nim Michat Siemionowicz Szpolanski. Michat Siemionowicz byt czarny i wygolony z aksamitnemi baczkami, nadzwyczajnie podobny do Eugenjusza Oniegina. Cate miasto poznato go wkrötce po jego przybyciu z Sankt 176
Petersburga. Michai Siemionowicz wsiawil siç w klubie „Popioly", jako wysmienity dekiamator swych wlasnych wierszy „Kropie Saturna" i jako pierwszorzçdny dziaîacz wsrôd poetôw i prezes miejskiego poetyckiego ziwi&zku „Magnetyczny Triolet". Prôcz tego, ze nikt nie byl tak swietaym môwca, byl rôwniez swietnym kierowca samochodôw wojskowych i cywilnych, utrzymywaî baietnicç opery Musiç Ford i jeszcze pewna dame, imienia ktôrej Michaî Siemionowicz, jako dzentelmen, nikomu nie wyjawial; posiadaî rôwniez m,oc pieniedzy, ktôre szczodrze wypozyczaî czîonkom „Magnetycznego Trioletu" ; pijat biale wino, graî w chemin de fer, naby!' obraz „Wenecjanka w kapieli", w nocy mieszkaî na Kreszczatlku, z rana w kawiarni „Bilbok", we dnie — w przytulnym pokoiku pierfwszorzçdnego hotelu „Kontinental", wieczorem — w „Popiolach", nad ranem pisal prace naukowa „Intuicia Gogola". Miasto hetmana zostaîo zwyciezone о trzy godziny wczesniej, niz mu siç to nalezaîo, dlatego tylko, ze Michaî Siemionowicz, bçdac w „Popiolach" wieczorem drugiego grudnia 1918-go roku, oznajmiî Stepanowowi, Szajerowi, Solonych i CzeremszynoBîeta Gwardja U 177
wi (gtowie „MagnetycZnego Triöletu") rzecz riastçpujaca: — Sarni nikczernnicy. I hetman, i Petlura. A Petlura prôcz tego i pogromy urzadza. A wreszcie nie ma to wszystko znaczenîa. Nudzi mi sie, bo juz dawno bomb nie rzucaîem. Za kolacjç w .„Popiolach" zapîacil Michal Siemionowicz, ipoczem wlozyî cenne futro z bobrowym koînierzem i cylinder. Odprowadzal go caîy ,,Magnetyczny Triolet" wraz z jakimé pijaczyna w palcie z koziem futrem. Szpolaftski wiedziaî о nim tylko tyle, ze po pierwsze ma syfilis, po drugie — pisywal wiersze, w ktôrych bluznil Bogu, a Michal Siemionowicz, majacy duze stosunki w éwiecie literackim, wydrukowal je w jednym z moskiewskich miesiçcznikôw i po trzecie, ze ten Rusakow jest synem bibljotekarza. Stojac na Kreszczatiku pod elektryczna latarnia, syfilityk plakal w swôj kozi kolnierz, czepial siç futra Szpolanskiego i gadal: — Szpolahski, jesteé najsilniejszym ze wszystkich ,w tem mieécie, ktöre tak samo gnije, jak i ja. Jestes tak sympatyczny, ze mozna ci wybaczyd nawet two je przykre podobienstwo do Oniegina! Sluchaj, Szpolanski... To nieprzyzwoicie byc podobnym do Oniegina. Za duzo masz w sobie zdrowia... Gdyby ciebie toczyt jakié szlachetny robak, moglbys naprawde stad siç wybitnym wspôlczesnym czîowiekiem... Ja oto gnijç i jestem durony z. tego! Za duzo 178
inasz zdrowia, ale silç masz jak sruba, dlatego tez wkrçcaj siç ot tam!... Do g6ry!... О tak... - I syfilityk pokazai, jak siç to robi. Objal latarniç i rzeczywiécie, krçcac siç kolo piej, zrobii siç jakié dlugi i cienki jak waz. Obok niego przechodziîy ladne jak lalki prostytutki w zielonych, czerwonych, czarnych i biaiych czapeczkach i wesoîo szczebiotaîy: . , , ; — Spileé siç, psiamac? Woddali strzeiaîy armaty, i Michal Siemionowicz naprawdç przypominaï Oniegina na tie padajacego éniegu, w éwietle latarni elektrycznej. — Idz spaé — rzeki do éruby - syfilityka, odwracajac zlekka gîowç, zeby ten nie kaszlnaî na niego — id£ — i pchnaï palcarni kozie; palto w sama pieré. Czarne skôrkowe rçkawiczki dotykaly wytartego szewjotu, a oczy odpychanego byly zupeînie jak ze szkla. Rozeszii siç. Micha! Siemionowicz zawoîal dorozkç, krzyknal ,,na Maîo-Prowalna" i pojechal, a kozie futro, zataczajac siç, ruszylo na piechotç do domu na Podôl. W nocy na Podole, w mieszkatiiu bibljotekarza staî przed lustrem obnai;ony do pasa wîaéciciel koziego futra i trzymal w rç'ai palaca siç éwiecç.
Rçce mu siç trzçsly, oczy peine byly piekielnego straehu, usta drzaîy jak u dziecka: — Boze môj, Boze môj, Boze môj... — môiwil syfilityk. — Okropnosc, okropnosé, okropnoéô... Ach, ten wieczôr! Och, ja nieszczçsny! Wszak bylem гаzem z Szajerem, nie zarazit siç i zdrôw dlatego, ze ma szczçScie. Moze dobrze byloby pôisô i zabié tç Lolkç? Aie czy to bçdzie mi al о sens? Kto mi to wytîumaczy ? 0, Boze, Boze... Wszak mam dopiero dwadziescia cztery lata i môglbym, möglbym... Za jakie piçtnascie lat, a moze i mniej, bçdç mial dziwne frenice, trzçsace siç nogi, potem bezsensowna, idjotyczna mowç, a potem — zgniîy, wilgotny tmp. Chude, obnazone cialo odzwierciadlato siç лѵ zakurzonem lustrze, éwieca dogorywaîa w wysoko podmiesionej dîoni, ,a na piersiach wi jcsztalcie gwiazdy zarysowala siç ,subtelna, drobna wysypka. Po policzkach chorego plynçly obficie Izy, a cialo jego kiwalo siç i dygotato. — Mu'szç siç zastrzelic. Aie Boze moi, poeôz 'bçdç przed Toba klamai, ze nie mam odwagi? Potcôz przed Toba bçdç klamai, moje odbicie ? Z szuflady malego damskiego biureczka wyjal cienka ksiazkç z najlichszego szarego .papieru. Na okladce czerwonemi literami zrobiony byl nap is: Fantomisci — Futuryéci. 180.
i Wiersze: M. Szpolanskiego. В. Frydmatia. W. Szarkiewicza. I. Rusakowa. Moskwa, 1918. Bioday chory, otworzywszy k'siazkç, zobaczyl na 13-ej stronicy znajome wiersze: Iw. Rusakow. Boze legowisko. W niebie rozlozone Pole zadymione Jak zwierz, ssacy lapç, Wielki papiez, Niedzwiedz kudlaty, Bog. W barlogu Loin Bijcie Boga. Za dzwiçk ponsowy Bozej bitwy Dajç bluznier'siwo mej modlitwy. — Ach-a-ach — scisnawszy zçby, jeknal chory boleSnie. — Ach — powtôrzyî w nleskonczonej mçce. 181.
Nagle, wykrzywiwszy twarz, splunai na stronicç z wierszami, cisbaf ksiazkç na podîogç, potem padî na kolana I, wcip2 éegnajac siç drzaca rçka, bil pokîony, czoîem dotykaî zakurzonej posadzki î modlit siç, wznoszac oczy w sir one beznaaziejnie ciemPego окна: — Boze, odpudc i przebacz mi, zem napisaî te nikczemne slowa. Dlaczego jested taki okrutny? DIaczego? Wiem dobrze, zed mnie ukarat. 0 , jak a to okrutna kara! Spôjrz, proszç, na moia skôrç. Przysiçgaim ci na,.wszystko, со mi jest swiete, со mam najdrozszago na dwiecie, na pamiec matk'i nieboszczki — zem dobrze ukaraPy. Wierzç лѵ Ciebie! Dusza i ciaîem wierzç, kazdem wîôknem mego môzgu. Wierzç i uciekam siç tylko do Ciebie rednego dlatego, ze niema na dwiecie nikogo, kto môgîby mi dopomôc. W Tobie jedyna rnoja nadzieja. Przebacz mi i uczyii tak, by lekarstwa mnie uleczyiy! Przebacz, zem mydîaî, ze nie istniejesz: gdyby Ciebie nie byîo, czulbym sie teraz zbiedzonym, parszywym psem bez nadzièi. Jestem czfowiekiem i tylko dlatego czuie site, ze Ту istniejesz i w kazdej cbwili möge blagaé Ciç о pomoc. I wierzç, ze wysiuchasz moich modîôw, przebaczysz i uzdrowisz. Wyiecz mnie, о Panie, zanomnij о tych nikczemnych slowach, ktôre pisaîem po kokainie, pijany i oszalaly. Nie doptisc, bym zgnii, a przysiçgam Ci, ze znowu bçdç cziowiekiem. Dodaj mi mocy, bym wiecej nie uzywai kokainy, nie padaî na duchu, uwolnij mnie od Michala Siemioriowicza SzpolansklegoL. Swieca dogorywala, w pokoju byio coraz zi190.
ttiniej, a uad ranem na skörze chorego wystapity drobne pçcherzyki, i choremu lzej siç zrobilo na auszy. A Miehat Siemionowicz Szpolanski spçdzit koniec nocy na Matej Prowalnej ulicy w duzym pokoju z niskim sufitem i staroswieckim portretem, na ktorym widac byîo zniszczone i wypîowiale szlify 40-go roku.. Micha! Siemionowicz bez marynarki, w bialej batystowej koszuli i w czarnej, gîçboko wyciçtej kamizelce siedzial na waskiej kanapce i rozmawial z kobieta о bladej, matowej twarzy: — No, Juljo, postanowilem juz ostatecznie isc do tej kanalji — hetmana, do jego dywizjonu. Kobieta, otülona w szara miçkka chustkç i zmaltretowana przed pôl godzina usciskami namiçtnego Oniegina, odrzekla: — 2alujç mocno, ze nigdy nie rozumiaîam i teraz rôwniez nie rozumiem twoich >planôw. iVIichat Siemionowicz napil siç aromatycznego konjaku z cieniutkiego kieliszka, stojacego na stoliku kolo kanapki, i powiedzial : — To zbyteczne. i!c 191.
. W dwa dni po tej rozmowie Michal Siemiouowicz przeistoczyî siç. Spîaszczona czapeczka ze znaczkiem oîicerskim zajçla miejsce cylindra, zamiast cywilnego ubrania wlozyl krôtki do kolan kozuszek ze zmiçtemi szlifami barwy ochronnej. Na rçkach rçkawice, rozszerzone u gôry jak u Marcelego w Hugonotach, na nogach sztylpy. Caly Michal Siemionowicz od stôp do glow (nawet twarz) usmolony by! smarowidlem i sadza. Jeden tylko raz, wlasnie 9-go grudnia, obydwie maszyny wystapily pod miastem, i trzeba przyznac, nadzwyczajne mialy powodzenie. Posunçly siç one 20 wiorst wzdluz szosy i zaraz po pierwszych wystrzalach trzycaiöwek w polaczeniu z wyciem karabinôw maszynowych tak nastraszyly petlurowcôw, ze ci zwiali. Chorazy Straszkiewicz, rumiany entuzjasta, dowodzacy 4-ta pancerka, przysiçgal Michalowi Siemionowiczowi, ze gdyby jednoczesnie uruchomic cztery pancerki, miasto zostaloby uratowane. Rozmowa ta miala miejsce 9-go wieczorem, a 11-go, kiedy zebrala siç grupa Szczura, Kopylowa i innych (szoîerzy i mechanik), dyzurny dywizjonu, Szpolanski, tak przemôwit do nich о zmierzchu: — Wiecie, moi przyjacieie, prawdç powiedziawszy, to niewiadomo, czy dobrze robimy, broniac tego hetmana. Stanowimy w jego rçkach droga i niebezpieczna zabawkç, nasze sily zuzyje on dla stworzenia najczarniejszej reakcji. Kto wie, moze walki Petlury z hetmahem przewidziane sa w historji, 184.
i z tych walk moze wywiazac siç jakas trzecia historyczna potçga, mozliwe nawet, t a to bçdzie ta wîasciwa. Sîuchacze ubôstwiali Michaîa Siemionowicza za to samo, za со ubôstwiali go w klubie „Popioly" — za jego wyjatkowe krasomôwstwo. — Jakaz to potçga? — zapytaî Kopylow, раідс îajkç w ksztaîcie koziej nôzki. Madry barczysty blondyn, Szczur, chytrze zmruzyî oczy i wskazaî wspôîbiesiadnikom gdzies na pôlnoco-wschôd. Grupa jeszcze trochç pogawçdzila, poczem wszyscy siç rozeszli. 12-go grudnia wieczorem w tem samem ciasnem kôlku miaîa miejsce za garazem automobilowym druga pogawçdka z Michalem Siemionowiczem. 0 czem tam môwiono — niewiadomo, natomiast dobrze wiedziano, ze w wiljç 14-go grudnia, kiedy w garazu dywizjonu dyzurowali Szczur, Kopylow 1 Pietruckin z zadartym nosem, nadszedl Michal Siemionowicz z duza paczka, owiniçta w papier. Stojacy na warcie Szczur wpusciî go do garazu, w ktôrym paliia sie blado-czerwonem swiatlem nedzna lampka. Kopylow, spojrzawszy na paezkç, rnrugnaî znaczaco i zapytaî: — Cukier? — Uhu — odrzekî Michal Siemionowicz. W garaäu pomiçdzy autami bîgkala siç latarka, blyskajac jak око, a stroskany Michal Siemiono185.
wicz krzatal siç razem z mechanikiem, przygotowujac maszyny do jutrzejszego wystçpu. Spowodowal to rozkaz dowodzacego dywizjonu, kapitana Pleszko — „czternastego grudnia о ôsmej rano wyruszyc na Pieczorsk z 4-ma maszynami". Wspolna praca Michala Siemionowicza i mechanika i ich zabiegi koîo przygotowania maszyn do walki wydaiy jakies dziwne rezultaty. Zupetnie mocne i cale poprzedniego dnia — trzy auta (czwarte bralo udzial w walce pod komenda Straszkiewicza) z rana 14-go grudnia nie mogly ruszyc z miejsca, jakgdyby je tknal paraliz. Nikt nie môgl pojac, со siç z niemi stalo. Jakies paskudztwo nagromadziîo siç w zyklerach, i zadne przedmuchiwanie zapomoca pomp od szyn nie pomagalo. We mgle, о swicie przy swietle latarni odbywala siç smutna krzatanina dokola tych trzech maszyn. Kapitan Pleszko, blady, spogladal jak wilk i kazat przywolac mechanika. То byî poczatek katastrofy. Mechanik znikl. Okazalo siç, ze wbrew wszeikim prawidîom dywizjon nie posiada jego adresu. Ktos pusciî pogîoskç, ze mechanik nagle zachorowal na tyfus plamisty. Dzialo siç to о 8-ej godzinie, a о 8-ej minut 30 kapitana Pleszko dotknal nowy cios. Choщгу Szpolanski, popracowawszy kolo maszyn, wyjechal do Pieczorska о 4-ej w nocy motocyklem, ktôrym kierowaî Szczur, i wiçcej nie wröcil. Szczur powrôciî sam i opowiedzial smutna historjç. Motocykl dojechat do Qôrnej Cieliczki, i na nie siç zdaly namowy Szczura, aby chorazy Szpolanski zanie186.
chai nierozsadnego czynu. Ten wlasnie Szpolatiski, znany w calym dywizjonie ze swej niezwyklej oawagi, pozostawiwszy Szczura, wzial karabin i pocisk rçczny i pociemku poszedl sam na zwiady w kierunku toru. Szczur slyszal wystrzaly. Moze nawet zapewnic, ze patrol konny przeciwnika, przyjechawszy do Cieliczki, natrafil na Szpolanskiego i oczywiscie, zabil go w nierôwnej walce. Szczur czekal na chorazego cale dwie godziny, choc rozkaz mial czekac tylko godzinç, poczem powinien byl wrôcic do dywizjonu, aby nie narazac na niebezpieczenstwo ani siebie, ani tez rzadowego motocyklu Nr. 8175. P o tem opowiadaniu kapitan Plesz'ko zbladl jeszcze bardziej. Ze sztabu hetmana i jenerala Kartuzowa nawyrywki dzwonily telefony i zadaly wyslania maszyn. О 9-ej godzinie powröcil z pozycji w czwartem aucie rumiany entuzjasta Straszkiewicz, i rumieniec jego czçsciowo udzieliî siç policzkom dowôdcy dywizjonu. Entuzjasta pojechal autem do Pieczorska i zamknal, jak to juz opowiedziano, wjdot ulicy Suworowskiej. О dziesiatej rano Pleszko byl tak samo blady. Bez sladu znikli dwaj maszynisci, dwaj szoferzy i jeden od karabinu maszynowego. Wszystkie proby, czynione, aby poruszyc auta, spelzly na niczem. Nie powrôciî Szczur, ktöry na rozkaz kapitana Pieszko wyruszyt motocyklem. Oczywiscie, nie powrôciî rôwniez motocykl, gdyz nie môgl wrôcic sam. Roziegîy siç grozne gtosy przez telefon. 195.
W miarç, jak siç mzwidnialo, coraz wiçksze cuda dzialy siç w dywizjonie. Znikii artylerzysci Duwan i Malcew i jeszcze dwöch ludzi od karabinöw maszynowych. Maszyny, zaniedbane, wygladafy tajemniczo, dokoia lezaly porozrzucane sruby, klucze i jakics kubty. W poludnie zas, tak, w poludnie znikl sam dowödca dywizjonu, kapitan Pleszko. 168.
III Dziwne zachodzity zmiany i przerzucania z jednego miejsca na drugie; powodowaiy je albo walki zywiotowe, albo tez nadejécie zolnierzy i sztabowej amunicji. Cale trzy doby wçdrowaï w ten sposôb oddzial pulkownika Naj - Tursa po zaspach énieznych i doîach podmiejskich az do samego Czerwonego Traktiru, do Sierebrianki, poîozonej na poludniu, a na poîudnio-zachôd — az do Posterunku WolyAskiego. Dopiero wieczorem 14-go grudnia oddzial ten powrôcil do miasta, do zaulka, do opuszczonego gmachu, gdzie mieâcily siç koszary z powybijanemi oknami. Dziwny to byl ten oddziaî pulkownika Naj - Tursa. Cieple buty, ktôre noszono w tem wojsku, wprawialy wszystkich w podziw. Liczyîo ono na poczatku ostatnich trzech dni okoîo 150 junkrôw i trzech chorazych. Do naczelnika 1-ej dru£yny, jeneraîa-majora Bîochina, zjawil siç w pierwszych dniach grudnia kawalerzysta éredniego wzrostu, czarny, gtadko wygolony, ze smutnemi oczyma; miat huzarskie szlify i zameldowal siç jako pulkownik Naj - Turs, 189.
byly dowodca dawnego szwadronu Bialogrodzkiego pulku huzaröw. Smutne oczy Naj-Tursa tak dziwnie oddzialywaly, ze ktokolwiek spotkal zlekka utykajacego pulkownika z wytarta wstazeczka przy krzyzu sw. Jerzego 11a kiepskim plaszczu zotnierskim, zawsze jak najuwazniej go wysluchal. Jeneral-major Blochin po krôtkiej rozmowie z Najem polecit mu sformowanie 2-go oddziatu druzyny, wyznaczajac termin na 13-go grudnia. Dziwna rzecz, oddzial by! gotow juz 10-go, i pulkownik Naj-Turs, zawsze nadzwyczajnie malomöwny, w krötkich slowach oswiadczyt jeneralowi Blochinowi, drçczonemu przez sztabowe telefony, ze on, Naj-Turs, wyruszy ze swymi junkrami tylko pod jednym warunkiem: caly jego oddzial, 150 os6b, musi otrzymad futrzane czapki i cieple buty, bez ktörych niesposob wojowac. Blochin wysluchal niewyraznie mowigcego i lakonicznego pulkownika, chçtnie napisal zapotrzebowanie do wydzialu zaopatrywania, ale uprzedzil pulkownika, ze wczeéniej niz za tydzien nie otrzyma niczego dlatego, ze w tych wydzialach zaopatrywania i sztabach panuje nieprawdopodobny chaos, nielad i obrzydliwosd. Szepleniacy Naj - Turs zabral dokument, z przyzwyczajenia szarpnal lewy was, krôtko podstrzyzony, i wyszedl z gabinetu jenerala-majora, nie odwracajac glowy ani na prawo, ani na lewo (nie môgl swobodnie krçcic glowa, gdyz po ostatniej ranie mial skurczona szyje i, aby spojrzed wbok, 190.
rrmsiaî odwrôcic siç calern ciaiem). W lokalu driizyny przy ulicy Lwowskiej zabral Naj - Turs 10 junkrôw (niewiadomo dlaczego z karabinami), dwa wôz'ki dwukolowe i ruszyl z nimi do wydziatu zaopatrywania. W wydziale zaopatrywania, znajdujacym siç w piçknej willi na ulicy Kudriawskiej, w zacisznym gabinecïku z т а р а Rosji i portretcm Aleksandry Teodorôwny z czasöw, kiedy stala na czele Czerwonego Krzyza, pulkownika Naj - Tursa przyjaî maîy, z dziwnemi rumiencami na twarzy jeneraîlejtenant Makuszyn w szarej kurtce, z pod ktôrej widac byîo kolo szyi czysciutka bieliznç, со go czynilo nadzwyczainie podobnym do Milutina, ministra Aleksandra II. Przerwawszy rozmowç teleîoniczna, jeneral dziecinnym gîosem, pochodzacym jakby z glinianego gwizdka, zapytat Naja: — Czem mogç sîuzyc, pulkowniku? — Huszamy zaraz — lakonicznie odpowiedzial Naj — phosze wydac niezwlocznie cieple buty i czapki futrzane na 200 osôb. — Hm — odpowiedzial jeneral, poruszajac wargami i gniotac w dloni zapotrzebowanie Naja — dzisiaj, panie pulkowniku, nie mozemy wydac. Dzié dopiero ulozymy plan zaopatrzenia poszczegôlnych oddziaîôw. Proszç zglosid siç do nas za trzy dni. Takiej iloâci wogôle nie mogç wydaô, 191.
Papier Naj - Tursa polozyl na widocznem rniejscu pod przycisk, wyobrazajacy naga kobietç. — Cieple obuwie — monotonnie odpowiedziaî Naj i, zezujac w kierunku nosa, spojrzal na konce swoich butôw. — Co? — jeneraî nie zrozmniaf i spojrzal na pulkownika ze zdziwieniem. — Phoszç w tej chwili wydaé mi cieple obuwie. — Co takiego? Co? — jeneralowi oczy wyszly nawierzch. Naj odwrôcil siç do drzwi, otworzyl je nawpôl i krzyknal w stronç cieplego korytarza willi. — Ej, pluton! Jeneral zbladl, cerç mial szara, spogladal na Naja, to znöw na sluchawkç telefoniczna, potem na obraz Matki Boskiej w kacie, a potem znowu na Naja. W koryiarzu wszczal siç haîas i stuk; w drzwiacii ukazaly siç czarne bagnety i junkierskie, aleksiejewskie czapki bez daszköw, z czarnemi opaskami. — Pierwszy raz widzç cos podobnego... To bunt... — Phoszç napisaé natychmiast, jaénie wielmozny panie — powiedzial Naj — nawet godziny nie mozemy czekaé. Powiadaja, ze nieprzyjaciel jest ju± pod samem miastem. — Co?... Co takiego?... 192.
— Phçdzej —• odpowiedziaî Naj jakims grobowym glosem. Jenerat wtulil gîowç w ramiona, wytrzeszczyl oczy i, wyciagnuwszy z pod przycisku papier, drzaca rçka, prysnawszy atramentem, nabazgraî w kaciku: „Wydac". Naj wzial pismo, wsunal je do rçkawa i odezwal siç do junkrôw, ktôrzy zabiocili dywan: — Ladujcie cieple obuwie. Tylko prçdko. Junkrowie zaczçli siç rozchodzié z îoskotem i haîasem, a Naj pozostaî. Jeneraî, caly czerwony, powiedzial mu: — Natychmiast zatelefonujç do sztabu dowodzacego i powiem, by pana oddano pod sad wojskowy. Co to takiego! — Niech pan sphôbuje — odpowiedziaî Naj i polknaî slinç — phoszç sphôbowac. Bahdzo phoszç, wphost ciekaw jestem — tu ujaî rçkojesc, sterczaca z futeralu. Jeneraî oniemiaî, plamy wystapiîy mu na twarzy. — Dzwon sobie, gîupi stahnszku — powiedzial nagle Naj serdecznie — a ja tymczasem zadzwoniç ci z hewolwehu phosto w giowç, i nogi wyciagniesz. Jeneraî opadî na fotel. Szyja jego zrobila siç fioletowa, a twarz pozostala szara. Naj zawrôcii siç i wyszedl. Kilka chwil pozostal jeneraî w skôrzanym fotelu, potem przezegnaî sie przed obrazem, ujaî sluchawBiaia Gwardia 13 193
k§, przylozyi do ucha i usîyszai giuche i intymne slowo: „stacja"; wtem nieoczekiwanie wyczul obok siebie zalobne oczy szepleniacego huzara, odlozyl sluchawkç i wyjrzaî przez okno. Na podwôrzu junkrowie krzatali siç, wynoszac z czarnych wrôt wozowni szare paczki ciepîego obuwia. Na czarnem tie widad bylo zoînierska gçbç zupelnie nieprzytomnego dozorcy arsenalu. W rçkach trzymat papier. Naj, szeroko rozstawiwszy nogi, stal kolo dwukoîowego wôzka i przygladat siç jemu. Jeneral bezsilna rçka wziat ze stoîu swieza gazetç, rozlozyi ja i na pierwszej stronicy wyczytal: „Koîo rzeki Irpenia starcia z patrolem konnym przeciwnika, ktôry staraî siç przedostac do Swiatoszyna..." rzucil gazetç i rzeki glosno: — Niechaj przeklçtym bçdzie dzien i godzina, kiedy wplatalem siç w to... Drzwi siç otworzyîy, i wszedt podobny do zwierzatka tchôrza bez ogona kapitan-pomocnik naczelnika wydzialu zaopatrywania. Spojrzaî znaczaco na fioletowa szyjç, sterczaca nad koinierzykiem, i powiedzial: — Panie jenerale, pozwoli pan zameldowad... — Ot со, WJodzimierzu Teodorowiczu — przerwaî mu jeneraî, oddychai z trudem, wodzac dokola oczyma, pelnemi niepokoju — czujç siç kiepsko... przyplyw... hm... zaraz pojadç do domu, niech pan bçdzie îaskaw wydac tu rozporzadzenie beze mnie. 194.
— Rozkaz — przygladajac siç z ciekawoâûia, odpowiedzialo zwierzatko — jak mam <post api d ? 2adaja cieplego obuwia dla 4-ej druzyny i konnicy. Czy pan kazal wydad 200 par? — Так, tak! — ostro odpowiedzial jeneral — rozkazaîem! Ja! Sam! Zgodzitem siç! Dla nich zrobilem wyjatek! Zaraz ruszaja. Так, na front. Так!! Ciekawe blysfci widac bylo w oczach zwierzatka. — Mamy tylko 400 par... — Wiçc со mam robic? Co? — krzyknat zachrypniçty jeneral — mam urodzid czy со? Uroazç obuwie? Urodzç? Jezeli zazadaja — to dad — dac — dad! Po piçciu minutach jenerala Makuszyna odwieziono dorozka do domu. s * * W nocy z 13-go na 14-,ty martwe koszary w Brzesc - Litewskim zauïku odzyly. W kolosalnej, zabîoconej sali pomiçdzy oknami zapalono lampkç elektryczna (we dnie junkrowie na slupach od latarni zakladali jakies druty). Sto piçcdziesiat karabiпблѵ poustawiano w kozty, a na brudnych pryczach spali pokotem junkrowie. Rozlozywszy pstry plan miasta, Naj - Turs siedziaî przy drewnianym stole, na ktôrym rozrzucone byîy porcje chleba, menazki z resztkami zimnego jadla, chlebaki i gilzy. Mala 195.
kuchenna Іатпрка rzucala skape âwiatlo na papier, na ktôrym Dniepr przypominal suche rozgalçzione drzewo granatowego koloru. Okolo drugiej w nocy Naja opanowaîa sennosé. Pociagal nosem, kilkakrotnie pochylil siç nad planem, jakgdyby pragnnî cos zobaczyc. Wreszcie zawolaî zcicha: — Junkieh?! — Jestem, panie ipulkowniku — odezwaî siç ktoé przy drzwiach, i junkier, powlôczao pilsniowemi butami, podszedl do lampy. — Poiozç siç zahaz — powiedziaî Naj — phoszç mnie obudzic za trzy godziny... Jezeli nadejdzie telefonogham, to phoszç obudzic chohazego Lagowa, a on juz bçdzie wiedzial, czy ma mnie obudzic. Zadnego telefonogramu nie byîo... Wogôle tej nocy sztab nie niepokoiî oddziaîu Naja. О swicie oddzial ruszyl z trzema kulomiotami i trzema wôzkami dwukolowemi i stanal wzdluz drogi. Na krancach domki jakgdyby wymarly. Aie na szerokiej Politechnicznej ulicy oddzial zastal wielki ruch! W zmierzchu wczesnego ranka mijaly siç ze stukiem fury, sunçly szare, pojedyncze czapy futrzane. Wszystko to szlo zpowrotem do miasta i z pewnym strachem wymijaîo oddzial Naja. Rozjasnialo siç powoli i spokojnie; nad ogrodami dzialek rzgdowych, nad udeptanym, bitym goscincem unosila siç i rozplywala mgla. Od tego éwitu az do trzeciej po poludniu Naj pozostawat u wylotu Politechnicznej. Jeszcze we dnie przyjechal do niego na czwartym dwukolowym 196.
• wôzku junkier, jeden z jego laczniköw, i przywiôzt ze sztabu kartkç, piisana oîôwkiem. „Pilnowac szosy Politechnicznej i, gdyby zjawif sie nieprzyjaciel, przyjac bitwe". Tego niemrzyiaciela oo raz pierwszy ujrzaî NajTurs о godzinie 3-ej, kiedy to z lewej strony woddab, na zasniezonym placu wojskowego nrzedu ukazaîo siç duzo jezdzcow. By! to puikownik Kozyr Leszko, ktôry zgodnie z rozporzadzeniem puîkownika Toropca staraî sie wejsc u wylotu szosy, aby ta droga przedostac sie do samego srodka miasta. Wlasciwie Kozyr - Leszko, nie napotykaiac dotychczas zadnego oporu, nie czynïî napadu na miasto, tylko wchodzii sobie do niego, przyczem wchodzii zwyciesko i szeroko, wiedzac doskonale, ze tuz za jego puîkiem jada jeszcze konni hajdamacy puîko'wnika Sosnenki, d'wa puîki granatowei dywizji, pulk strzelcôw i szesc bateryj. Skoro tylko na placu ukazaîy sie punkciki jezdzcôw, zaczeiy wysoko wybuchac pociski w gçstych, obiecujacych snieg chmurach. Punkciki te zebraiy siç w jedna wstçge, zaczçîy puchnac, ciemniec, zwiçkszac siç i toczyc na Naj - Tursa. W zastçpach junkrôw rozlegî siç îoskot wystrzaîôw, Naj wyjai gwizdek, przerazliwie gwizdnai i krzyiknai: — Na kawalerzystôw!... Salwami... ognia! Iskra przeleciaia przez zwarte szeregi, i junkrowie dali pierwsza salwç. Trzy razy potem ja powtô197.
rzyli, rozdzierajac powietrze jak plôtno od samego nieba az do murôw politechniki ; i trzykrotnie w odpowiedzi zagrzmialy wystrzaly bataljonu Kozyr Leszki. Czarne wstçgi konnicy zalamaly sie woddali, rozproszyîy siç i znikly z szosy. Wlasnie w tej chwili z Najem cos siç stalo. Coprawda, to jeszcze nigdy nikt nie widzial Naja zalçknionym, a tu naraz wydaîo siç junkrom, ie Turs dostrzegt cos niebezpiecznego w niebie, czy tez uslyszal cos z oddali... jednem slowem, rozkazat cofac siç do miasta. Jeden pluton pozostal i z wielkim toskotem strzelal do wylotu drogi, zaslaniajac w ten sposöb odchodzace plutony. Wreszcie sam uciekl. Biegli tak ze dwie wiorsty, rzucajac siç chwilami na ziemiç, i echo rozlegaîo siç na szerokiej drodze. Wreszcie dopadli miejsca, gdzie krzyzowala siç droga z Brzesc - Litewskim zaulkiern, w ktôrym spçdzili poprzednia noc. Dokola jakgdyby wszystko wymarlo, nie bylo widad zywej duszy. Tutaj Naj wybral trzech junkrôw i rozkazal im: — Biegnijcie со zywo na Polowa i Bogszczagowska, dowiedzcie siç, gdzie sa nasze odaziaty i со u nich slychac. Jezeli znajdziecie po drodze wôzki, furki albo jakie inne srodki przewozowe, coîajace siç w nieladzie, wezcie je natychmiast. Gdyby stawiano warn opôr, zagro£cie strzelaniem, a potem mozecie nawet... Junkrowie pobiegli zpowrotem, potem na lewo i znikli, a zprzodu, niewiadomo skad, zaczçly nagle w oddzial waliô kule. Uderzaly w dachy, potem 198.
bylo ich coraz wiçcej, i w szeregu upadl junkier na snieg, splamiwszy go krwia. Po nim drugi jçknaî i padl obok karabinu maszynowego. Lancuch Naja wyciagnaî siç i bez przerwy z gluchym loskotem strzelat do ciemnego szeregu nieprzyjaciôt, ktôrzy jakgdyby w czarodziejski sposôb wyrastali z pod ziemi. Podniesiono rannych junkrôw i przygotowano biaîa gazç. Twarz Naja jakgdyby nabrzmiala. Coraz czçsciej obracal siç calym tulowiem, starajac siç siçgnac wzrokiem daleko na slkrzydîa, i znac bylo po nim, ze z niecierpliwoscia oczekuje powrotu wysîanych junkrôw. Przybiegli wreszcie, dyszac ciçziko, chrapiac i sapiac ja'k zapçdzone ipsy goncze. Naj przygotowal siç do sluchania, twarz mu sciemniala. Pierwszy junkier podbiegl do niego bez tcliu, stanal i rzekl: — Panie ipulkowniiku, niema naszych oddziatôw nietylko w Szulawce, aie nigdzie ich niema — powiedziawszy to, odetchnal. — Za nami strzelaja karabiny maszynowe, a konnica nieprzyjacielska przed chwila przejechala tam daleko przez Szulawkç, jakgdyby wchodzac do miasta... Qiwizd Naja zagluszyl slowa junkra. Trzy wôziki dwukolowe wjechaly z loskotern do Brzesc-Litewskiego zaulka, narobily halasu, a stamtad przez Fonarna potoczyly siç dalej po wybojach. Wôzki te wiozly dwôch rannych junkrôw, piçtnastu zdrowych uzbrojonych i trzy kulomioty. Wiç199.
cej te wôzki zabrad nie mogty. A Naj Turs, zwrôcony twarza do szeregôw, gtosno, nie wymawiajac litery r, dal junkrom dziwny rozkaz, jakiego nikt nigdy jeszcze nie sîyszal... W obdrapanym i dobrze opalonym gmachu dawnych koszar na Lwowskiej ulicy siedzial w udrçce oddzial 1-ej druzyny piechoty, w liczbie 28 junkrôw. Najciekawsze bylo to, ze dowodzacym tych nieszczçsnych byî Nikolka Turbin we wlasnej osobie. Dowôdca oddzialu, kapitan Bezrukow, wraz z dwoma pomocnikami — chorazymi z rana wyjechal do sztabu i nie wracal. Nikolka — kapral, najstarszy, walçsaî siç po koszarach, со chwila podchodzac do telefonu i spogladajac 11a niego. Trwaîo to tak az do 3-ej po poludniu. Twarze junkrôw pod koniec wydluzyly siç. Feh... ech... О trzeciej rozlegl siç pisk polowego telefonu. — Czy to trzeci oddzial druzyny? — Так. — Dowôdcç do telefonu. — Kto môwi? — Ze sztabu... — Dowôdca nie wrôcil. — Kto môwi? 200.
— Podoficer Turbin. — Starszy? — Так jest. — Proszç natychmiast wyprowadzic wedlug oznaczonej marszruty. oddzial I Nikolka wyprowadzil dwudziestu osmiu ludzi i poszedl z nimi wzdluz ulicy. ft iAleksy Wasyljewicz spal do drugiej po poludniu jak zabity. Obudzil siç nagle, jakgdyby go kto oblal woda, spojrzal na zegarek, lezacy na krzesle i, przekonawszy siç, ze jest juz za dziesiçc druga, zaczal spiesznie krzatac siç po pokoju. Aleksy Wasyljewicz naciagnal pilsniowe buty, spieszac siç i zapominajac to jedno, to drugie, powtykal do kieszeni zapatki, papierosnicç, chustecz'kç, brauning, zaciagnat mocniej pas na plaszczu, potem cos sobie przypomnial, zawahal siç i, chociaz wydalo mu siç to hanba i tchörzostwem, wyjal z biurka swoj cywilny paszport doktorski. Potrzymal go w rçku i postanowil zabrac ze soba. W tej samej chwili Helena zawolala go, i Turbin zapomnial wziac paszportu ze stolu. — Sluchaj, Heleno — rzekl Turbin nerwowo, zaciagajac pas. Serce sciskalo mu zle przeczucie, drçczyta go mysl, ze Helena sama z Aniuta pozostanie w duzem, 201.
pustem mîeszkaniu, ale tile bylo wyjscia. Nie mozna nie pôjsd. — No, sadzç, ze nie mi siç nie stanie. Dywizjon nie wyjdzie poza krance miasta. Moze Bog zachowa Nikoikç. Siyszaiem dzis z rana, ze sytuaeja jest trochç grozmejsza, ale moze odeprzemy Petlurç. No, zegnaj, zegnaj... Helena przechadzaia siç w pustym salonie od pianina, gdzie po dawnemu staly niesprzatniçte jeszcze nuty z pstrym Walentym, az do drzwi gabinetu Aleksego. Posadzka skrzypiala pod jej nogami. Twarz miala znçkana. Na rogu swojej krzywej ulicy i Wlodzimierskiej Turbin zaezal umawiac siç z dorozkarzem. Dorozkarz zgodziî siç pojechad, ale sapiac pontiro, zazadaf Ikolosalnej zaplaty, i widad bylo, ze nie ustapiZgrzytnawszy zçbami, Turbin usadowil siç w sankach i pojechal w kieranku muzeum. Mrôz wzmagai siç. W giçbi duszy Aletksy Wasyljewicz czul wielka trwogç. Jecha! i sluchal strzelaniny dalekich karabinôw maszynowych, ktôrych salwy rozlegaJy siç gdzies od strony Politechniki, jakgdyby w kierunku dworca. Turbin zastanawial siç nad tem, coby to mogio oznaczac (przespal bowiem poludniowa wizytç Bolbotuna) i, ikrçcac glowa, wpatrywa! siç w chodniki. Na ulicy by! jednak ruch, choc trwozny i chaotyczny. 202.
— Stôj... st... — powiedzial pîjany glos. — Co to znaczy? — zapytat Turbin z gniewem. Woznica tak naciagnal lejce, ze mato nie upadl Turbinowi na kolana. Ktos z zupetnie czerwona twarza chwiaî siç koîo dyszla, potem, trzymajac siç za lejce, dobieral siç do siedzenia. Na cieplym kozuszku blyszczaly zmiçte szlify podchorazego. Juz zdaleka zalecia 1 Turbina przykry zapach spirytusu i cebuli. W rçkach mial karabin. — Zaw... zaw... zawracaj — powiedzial czerwony pijak — wys... wysadz pasazera... Slowo pasazer wydato siç pijanemu tak komicznem. ze zachichotal — Co to znaczy? — powtörzyt gniewnie Turbin — przeciez pari widzi, kto jedzie! Na plac zbiôrki jadç. Proszç zostawic woznicç. Ruszaj! — Nie, nie ruszaj... — groznie powiedziat czerwony i dopiero teraz, mrugnawszy oczyma, zauwazyl szlify Turbina. — Ach, to doktôr... no, razem... i ja pojadç... — W rôzne strony jedziemy... Ruszaj! — Prze... e-praszam... — Ruszaj! Woznica wtulil glowç w ramiona, chciat szarpnac, aie potem rozmyslil siç; odwrôciwszy sie, spojrzal ze zloscia i strachem na czerwonego. Lecz ten nagle sam siç odczepil, gdyz zauwazyl puste sanie. Puste sanie chciaty od niego uciec. aie nie 203.
zdazyly, Czerwony obydwiema rçkoma uriiôst karabin i powlôkt siç do nich z czkawka, chwiejac siç. — Gdybym wiedzial, to i za piçcset nie pojechalbym — rzekl ze zloscia woznica, smagajac zad szkapy — taki wystrzeli w plecy, i со mu za to zrobisz? Turbin milczat ponuro. ,,Ot, kanaija... wlasnie tacy hanbia cala sprawç" — pomyslaf z gorycza. Na zakrçcie kolo opery kipial ruch i krzatanina. Wprost 11a srodku, na torze tramwajowym stal karabin maszynowy, ktôrego pilnowali maly zziçbniçty kadet w czarnym plaszczu i nausznikach i junkier w szarem ubraniu. Przechodnie .iak muchy malemi grupami zatrzymywali siç lia chodniku i z ciekawoscia spogladali na karabin maszynowy. Na rogu kolo apteki, bçdac juz niedaleko muzeum, Turbin rozstai siç z woznica. — Prosze mi dolozyc, jasnie wielmozny panie — stanowczo i ze zloscia powiedzial woznica — gdybym wiedzial, nie pojechalbym. Ot, со siç tam dzieje! — Dosyc! — Poco to bylo dzieci do tego wciagac... — slycliac bylo glos kobiecy. Dopiero teraz Turbin zauwazyl koto muzeum tium uzbrojonych. Tlum chwiat siç i stawat siç coraz bardziej zwartym. Wsrôd ptaszczôw na chod204.
niku niewyrafnie przesunçîy si§ karabiny rnaszynowe. I odrazu gwaltownie zaczaî bebnid karabin maszynowy w Pieczorsku. Wra... wra... wra... wra... w r a . . . w r a . . ; „Zdaje siç, ze juz siç dzieja jakies niedorzecznosci", myslal Turbin, stropiony i, przyspieszywszy kroku, minai skrzyzowanie ulic i poszedl do rauzeum. „Czyzbym siç spoznil?... Jakiz to skandal... Moga pomysled, zem uciekl..." Chorazowie, junkrowie, kadeci i bardzo nieliczni zolnierze denerwowali siç, goraczkowali i biegali przed ogromnem wejsciem do muzeum i kolo zlamanej bramy, prowadzacej na plac Aleksandrowskiego gimnazjum. Ogromne szyby w drzwiach drzaly со chwila, drzwi jçczaîy. Do okragtego bialego gmachu muzeum, nad drzwiami ktôrego napisane bylo zlotemi literami: „Dla oswiaty ludu rosyjskiego". wbiegali uzbrojeni, poturbowani i zatrwozeni junkrowie. — Boze! — zawoîaî Turbin mimowoli — juz poszli! Ciçzkie dziaîa spogladaîy na Turbina, staty na tern samem miejscu, со i poprzedniego dnia, samotne i porzucone. „Nie nie rozumiem... со to jest?" Sam nie wiedzac poco, pobiegl przez plac do armat. W miarç, jak sie gblizal, stawaly siç wiçksze 205.
i groznie na niego patrzaly. Oto ostatnia z brzegu. Turbin zatrzymal siç i oslupiaî: nie miaia zamku. Szybko przebiegï plac zpowrotem i znowu wyskoczyl na ulicç. Tutaj w tlumie bylo jeszcze wiçksze wrzenie, wiele osôb krzyczalo jednoczesnie, sterczaly i chwialy siç bagnety. — Trzeba zaczekac na Kartuzowa! Ot coî — wykrzykiwal jakis dzwiçczny, zatrwozony gîos. Jakis chorazy zaszedi Turbinowi drogç. Turbin zobaczyl na jego plecach zölte siodlo ze zwisajacemi strzemionami. — Zwrôciô polskiemu legjonowi! — A gdziez on siç znajduje? — A licho go wie! — Wszystko do muzeum ! Wszystko do rauzeum! — Nad Don! Chorazy zatrzymal siç nagle i zrzucil siodlo na trotuar. — Tarn do licha! Niech wszystko zginie — krzyknaî ze wsciekloscia — ach, sztabowi!... Rzucil siç nabok, wygrazajac komus piçéo'a„Katastrofa... Teraz rozumiem... Aie najokropniejsze jest to, ze z pewnoscia ruszyli pieszo... Так, tak, tak... Bezwatpienia. Zapewne Petlura zjawil siç niespodzianie. Niema koni, wyszli z karabinami, bez armat... Ach, moj Boze... trzeba biec do pani Anjou... Moze tam siç dowiem... Nawet z pewnoscia, przeciez musial ktoé tam pozostaé!" 206.
Turbin wyskoczyl г tego zawrotnego chaosu i, na nie wiçcej nie zwracajac uwagi, pobiegl zpowrotem do opery. Suchy wicher pomknal po drôzce asfaltowej, okalajacej teatr, i poruszyl brzeg nawpôt rozdartego afisza, zwisajacego na murze opery kolo bocznego, z ciemnemi oknami wejscia. Carmen. Carmen. I otôz Anjou. Nie widac w oknach armat, niema zlotych szlif. Na szybach drzy i.mieni sie ognisty, chwiejny odblask. Pozar? Drzwi za dotkniçciem Turbina skrzypnçîy, ale nie otworzyly siç. Turbin trwoznie zapukal. Jeszcze raz zapukal. Szara postal ukazala siç za oszklonemi drzwiami, otworzyla je, Turbin znalazî siç w sklepie, oslupialy, wpatrzyl siç w nieznajoma postad. Miala ona na sobie ezamy plaszcz studencki, na glowie cywilna przez mole zjedzona czapkç z nausznikami, opuszczonemi na skronie. Twarz, dziwnie znajoma, aie jakgdyby zmieniona i zeszpecona. Piec huezai zawziçcie, pochlaniajac jakies arkusiki papieru. Po calej podlodze porozrzucane byly papiery. Po wpuszczeniu Turbina postac, nie nie môwiac, natychmiast odskoczyla od niego do pieca, przykucnçia tam, a ogieA rzucaî ponsowe swiatio na jej : twarz. [ ;i i i I : ; 1 ; „Malyszew? Так, pulkownik Malyszew" — poznal go Turbin. Pulkownik byl bez wasôw. ciemna wygolona skôra. Pozostala tylko 207.
Maiyszew, zatoczywszy rçka szerokie koio, zgarnai z podiogi arkusze papieru i wepchnai je do pieca. „Aha...a". — Côz to? koniec? — gluchym glosem spytal Turbin. — Koniec — lakonicznie odpowiedziai puîkownik, poczem skoczyî z miejsca, podbiegî do stoiu, popatrzal nan uwaznie, kilkakrotnie zatrzasnal szuflady, wysuwajac je i zasuwajac zpowrotem; nachylii siç pospiesznie, podniösl z podiogi ostatnia paczkç arkusikôw i wrzucii ja do pieca. Dopiero potem zwrôciî siç do Turbina i dodai ze spokojna ironja: — Powojowaiismy — i dosyd! Wsunai rçkç w zanadrze, wyciagnai pospiesznie pugilares, sprawdzil dokumenty, jakies dwa arkusiki rozdarî na krzyz i wrzucii do pieca. Tymczasem Turbin przygladal mu siç. Maiyszew przestal byd podobnym do jakiegokolwiek puikownika. Turbin miai przed soba barczystego studenta, aktoraamatora, z pulchnemi ponsowemi wargami. — Doktorze? C6z to? — Maiyszew z niepokojem wskazai ramiona Turbina. — Proszç zdjac prçdzej. Co pan tu robi? Skad to? Czyz pan о niczem nie wie? — Spöfniiem siç, puîkowniku — zaczaî Turbin. Maiyszew siç usmiechnai wesoîo. Potem usmiech zniki nagle z jego twarzy i z mina winowajcy, kiwnawszy trwoznie giowa, powiedziaî: 208.
— Ach, m6j Boze, przeciei to ja pana w blad wprowadziiem! Naznaczyîem panu tç godzinç... Widac, pan nie wychodzil z domu w ciagu dnia? Ale niema teraz со о tem möwic. Jednem slowem: proszç со prçdzej zerwac szlify i uciekac, schowac siç gdzie! — О со chodzi? О со chodzi, proszç powiedzieé, na litosc Boska?... — О со chodzi? — z wesola ironja powtörzyi Malyszew pytanie — chodzi о to, ze Petlura jcst w miescie. Na Pieczorskiej, a moze nawet juz na Kreszczatiku. Zdobyli miasto. — Maiyszew pokazai nagle wszystkie zçby, spojrzal ukosnie i niespodzianie zaczat mowic, lecz juz nie po aktorsku, a jak dawny Maiyszew: — Sztaby nas zdradziiy. Jeszcze z rana trzeba byio uciekaô. Ale na szczçscie dziçki dobrvm ludziom w nocy о wszystkiem siç dowiedzialem i zdnzyiem rozpçdzic dywizjon. Doktorze, niema czasu do namyslu, proszç zdj^c szlify! — ... A tam, w muzeum, w muzeum... Maiyszew sczernial. — To siç mnie nie tyczy — odpowiedzial ze zio£сщ. — Dopiero со byîem tam, krzyczaiem, uprzedzaîem, prosiiem, zeby siç rozeszli. Nie wiçcej nie mogç uezynic. Swoich wszystkich uratowalem. Nie poslaiem na rze£! Ani na hanbç! Maiyszew nagle zacz^I krzyczec histerycznie, widac, dose juz w nim wezbraio goryczy i wiçcej nie mögi juz zapanowac nad sob^. Biaia Gwardja 14 209
— No, jeneralowie! Zacisnat pîçéci i zaczal komus wygraza6. Twatz jego stala siç sina. W tej samej chwili gdzies na ulicy wysoko warknat karabin maszynowy, i wydalo sie, ze sasiedni dom siç zatrzasî. Malyszew* opamiçtal sie i odrazu ucichl. — No, doktorze, z drogiî Zegnam. Proszç uciekac, aie nie na uiice, tylko tçdy przez kuchenne wyjscie, a potem dalej przez podwôrko. Tam .ieszcze nie pozamykano. Prçdzej! Malyszew uscisnal dlon oszotomionemu Turbinowi, odwrôcil siç nagle i pobiegl przez ciemny otwôr za przepierzeniem. Odrazu w sklepie zrobito siç cicho. A na ulicy karabin maszynowy umilkl. Samotnosc. W piecu pality siç papiery. Nie zwracajac uwagi na nawolywania Malyszewa, Turbin jakoé ospaie i wolno zblizyî sie do drzwi. Namacal haczyk, opuscit go i wrôcil do pieca. Cho6 go wolano, Turbin dziaîaî bez najmniejszego poépiechu, poruszajac siç na zwiotczalych nogach; mysli jego byly apatyczne, nieuporzadkowane. Nietrwaîy ogien pochtanial papier, otwôr pieca, przed chwila jeszcze czerwony, ognisty, przeistoczyl siç w cichy i czerwonawy. W sklepie odrazu zalegla ciemnosc. Szare cienie padaly na pôlki scienne. Turbin spojrzal na nie i odniechcenia pomyslal, ze u madame Anjou dotychczas jeszcze czuje siç zapach perfum. Subtelny, slaby zapach. 210.
W glowie Turbina powstai chaos, i przez pewien czas bezmyslnie spogladaî na miejsce, z ktôrego znikl wygolony puikownik. Potem w ciszy zaczal stopniowo powracac do przytomnosci. Uprzytomnil sobie cos najwazniejszego, najbardziej jaskrawego. — Petlura jest tutaj. Peturra — cichutko powtörzyt Turbin i usmiechnal siç, nie wiedzac sam do kogo. Miçdzy oknami wisialo lustro, pokryte warstwa kurzu jak tafta; zblizyl siç do niego. Papier spalil siç i ostatni czerwony piomyczek, blysnawszy, zgasl na posadzce. Zapadî zmierzch. — Petlura, jakiez to dzikie... W rzeczvwistosci kraj jest zgubiony — zamamrotaî Turbin w ciemnym sklepie, aie potem ocknal siç: — czegôz sie tak rozmarzylem? Wszak moga siç tu zjawic! Dopiero teraz zakrzatnaî siç i jak Malyszew przed odejsciem zaczal zrywac szlify. Pçkly nici, i w dioniach ukazaly siç dwa srebrne, sczerniale paseczki z bluzy i jeszcze dwa zielone z plaszcza. Turbin popatrzaî na nie, obracal w rçkach, chciaî na pamiatkç schowac do kieszeni, aie po namysle zrozumial, ze to niebezpiecznie, i postanowil je spaliô. Nie brak bylo materjalu palnego, chociaz Malyszew spahi wszystkie dokumenty. Turbin zgarnaî z podlogi caly stos jedwabnych galgankôw, wlozyl je do pieca i podpalil. Na scianach i na podlodze znowu ukazaly siç potworne cienie, i znowu na jakis czas ozywil siç lokal madame Anjou. W ogniu srebrne paseczki wygiçly 211.
siç, wydçly jak bomble, sciemniaîy, a potem siç skurczyly... W glowic Turbina powstaîa bardzo wazna kwestja — со zrobic z drzwiami? Czy pozostawic je zamkniçte na haczyk, czy tez otworzyc? Moze ktoé z ochotniköw tak samo spôzni siç, jak Turbin, przybiegnie tutaj i nie bçdzie miaî gdzie siç schowac! Turbin spuscil haczyk. Potem tknçta go mysl: paszport? Pomacal jednu kieszen, drugg — niema. Stalo siç! Zapomnial, ach, to dopiero awantura. Wszak moze ich spotkac? Szary plaszcz. Zapytaju — kto? Doktôr... dowiedz nam! Ach, djabelne roztrzepanie! „Prçdzej" — szepnaî gîos wewnutrz. Nie namyslajuc siç dluzej, Turbin rzucil siç w glub sklepu i tu samu drogu, ktôrg szedt Malyszew, przedostal siç przez maîe drzwi na ciemny korytarz, a stamtud zbiegî z kuchennych schodôw na podwôrze. 212.
IV Posîuszny rozkazowi, ktôry otrzymal przez telefon, podoficer Nikotaj Turbin zgodnie ze wskazana marszruta przeprowadzii przez miasto dwudziestu osmiu junkrôw. Dziçki tej marszrucie doszli do skrzyzowania ulic, gdzie zdawaîo siç, ze wszystko wymarîo. Nie bylo tu zadnego zycia pozostal tylko îoskot. Dokoia — wysoko na dachach, na murach grzmiaty karabiny maszynowe. Widocznie, gdzies tutaj musiai byc nieprzyjaciel dlatego, ze to byî ostatni koncowy punkt, wskazany telefonicznie. Aie jakos zadnego nieprzyjaciela nie bylo widac, i Nikolka, trochç zbity z tropu, nie wiedziaî, со dalej robic. Junkrowie jego, choé bladzi, aie odwazni tak samo, jak ich dowôdca, usiedli na ulicy w sniegu, tworzac îancuch, a Iwaszyn z karabinem maszynowym przykucnal zboku na chodniku. Junkrowie, unoszac glowy nad ziemia, czujnie spogladali daleko przed siebie i czekali, со wlasciwie moze siç stac. Dowôdca ich mial tak duzo waznych, znaczacych mysli, ze nawet schudî i zbladl. Przeraziîo go po pierwsze, ze na tem skrzyzowaniu nie znalazl 213.
nie z tego, со obiecaî gios. Tutaj wlasnie miaî Nikolka zastac oddzial 3-ej druzyny i „wzmocnic go". Zadnego oddzialu nie bylo. Nawet sladu jego nie zobaczyl. Po drugie Nikolka byî zdumiony tem, ze loskot karabinôw maszynowych sîychac bylo nietylko zprzodu, aie i od lewej strony, nawet troszeczkç ztyîu. Po trzecie miaî tremç, ze siç ulçknie, i caty czas zapytywaî siebie: „Czy strasznie?" — „Nie, nie strasznie" — odpowiedziai w nim rzeski gîos, i Nikolka, peîen dumy, ze jest taki odwazny, stal siç jeszcze bledszym. Z dumy tej zrodziîa siç mysl, ze jezeli jego, Nikoîkç, zabija, to na pogrzebie bçdzie muzyka. Bçdzie bardzo prosto: powioza przez ulicç ozdobna biaîa trumnç, a w trumnie tego, kto zginaî w walce : podoficera Turbina о szlachetnem woskowem obîiczu; szkoda tylko, ze nie daja teraz krzyzôw, gdyz z pewnoscia miaîby na piersiach krzyz Jerzego ze wstçga. Baby stoja pod brama. „Moisciewy, czyj to pogrzeb?" „Podoficera Turbina..." „Ach, jakiz on piçkny..." I muzyka. A wiecie, ze to przyjemnie umrzec podezas bitwy. Zeby tylko nie mçczyc siç. Rozmyslania о muzyce i wstçgach trochç skracaîy niepewne chwlle oezekiwania na nieprzyjaciela, ktôry widocznie nie usîuchal telefonicznego rozkazu i ani myslaî siç zblizyc. — Tutaj bçdziemy oczekiwac — odezwaî siç Nikolka do junkrôw. Staraî siç, by gios jego dzwiçczaî pewniej, со mu siç nie udalo dlatego, ze dokoîa dziaîo sie trosz214.
kç nie tak, jakby nalezaîo, wszystko to jakos nie miaîo sensu. Qdzie oddziaî? Gdzie nieprzyjaciel? Dziwnie jakos, jakgdyby strzelano za nimi! * * * i dowôdca wraz ze swem wojskiem doczekal siç wreszcie. W poprzecznym zaulku, prowadzacym ze skrzyzowania ulic w kierunku Brzesc - Litewskiej, nieoczekiwanie rozlegly siç wystrzaîy i do zaulka, biegnac naosiep, wpadly szare postaci. Biegly wprost na junkrôw Nikolki, a karabiny ich sterczaîy w rôzne strony. „Przeszli obok?" btysnçîo w gtowie Nikolki: rzucil siç, nie wiedzac, jaki ma wydac rozkaz. Aie po chwili dojrzal na ramionach uciekajacych ziote plamy i zrozumial, ze to swoi. Ociçzali, rosli, zgrzani biegiem w futrzanycb czapach, konstantynowscy junkrowie nagle zatrzymali siç, przypadli na jedno kolano i dali w zaulku dwie salwy w stronç, z ktôrej przybyli. Potem skoczyli i, rzucajac karabiny, przebiegli ulicç obok oddzialu Nikolki. Po drodze zrywali ze siebie szliîy, chlebaki, pasy i rzucali je na wydeptany snieg. Ogromny szary korpulentny junkier, stanawszy obok Nikolki, odwrôcil glowç w stronç oddzialu Nikolki i gîosno, nie mogac tchu zlapac, krzyknaî: — Uciekajcie, uciekajcie z nami! Kto moze, niech ucieka! 215.
Oszolomieni junkrowie Nikolki zaczçli siç podnosic. Nikotka zupeinie straciî glowç, ale w tej samej chwili zapanowaî nad sob^, z blyskawicznq szybkosciq powstala w nim mysl: ,,w takiej chwili rnozna bye bohaterem", i krzyknal swym przerazliwym glosem: — Nie wazyc mi siç wstawac! Sluchac komendy!! „Со oni robia?" — pomyslal Nikoîka ze wsciekloscia. Konstantynowcy — bylo ich dwudziestu — wyskoczywszy na zakrçcie ulicy bez broni. rozbiegli siç w Fonarnym zauiku i niekiôrzy z nich wpadli do pierwszej ogromnej bramy. Ze strasznym loskotem rozwarly siç zelazne wrota, i w bramie rozlegi siç stuk butow. Druga grupa wpadia do nastçpnej bramy. Pozostalo tylko piçciu, ktörzy, przyspieszajac kroku, pobiegli wprost przez Fonarny i znikli woddali. Wreszcie przy zbiegu ulic zjawii siç ostatni zbieg z jasno-zlocistemi szlifami na ramionach. Nikoika spojrzai na niego przenikliwie i w okamgnieniu poznaî w nim dowôdcç 2-go oddzialu 1-ej druzyny, puikownika Naj - Tursa. — Panie pulkowniku! — trwoznie, ale zarazem radosnie krzyknal Nikoîka — junkrowie pana uciekaja w panicznym strachu. W tej wlasnie chwili staîo siç cos potwornego. Naj - Turs wbiegî na rôg ulicy w plaszczu podkasanym z dwôch stron jak u zolnierzy francuskiej 216.
piechoty. Zmiçta czapka, zapiçta pod brodu na rzemyczek, zsunçla siç na tyl glowy. W prawej rçce trzymal rewoiwer, a zwisajucy otwarty futeraî skôrzany uderzal go w bok. Dawno niegolona, obrosniçta twarz miala wyraz grozny, oczy zezowaly, i zbliska mozna bylo wyraznie dojrzec na jego ramionach huzarskie wçzyki. Naj - Turs podskoczyl do Nikoîki bardzo blisko, uniôsl lewu rçkç i zdarl mu szlify najpierw z lewego, a potem z prawego ramienia. Mocne woskowane nici pçkîy z trzaskiem, a prawa szlifa wydarta zostala wraz z materjalem. Nikolka doznal takiego wstrzusu, ze odrazu zrozumial, jak nadzwyczajnie silne rçce posiadal Naj Turs. Nikolka, mocno pchniçty, usiadl na czems niezbyt twardem, со wyskoczylo z pod niego z jekiem. Byl to Iwaszyn od karabinu maszynowego. Potem zawirowaly dokola konwulsyjnie powykrzywiane twarze junkrôw, i wszystko razem djabli wziçli. Nikolka tylko dlatego w owej chwili nie zwarjowal, ze nie mial na to czasu, gdyz Naj-Turs dzialal z niebywalym pospiechem. Zwrôciwszy siç twarzu do pozostalych w plutonie, skomenderowal nieslychanie glosno, mocno szepleniuc. Nikolka zabobonnie pomyslal sobie, ze taki glos slychac w promieniu dziesiçciu wiorst, a w miescie — to juz z pewnosciu. — Junkhowie! Sluchajcie mego hozkazu: zdziehajcie szlify, znaczki, chlebaki, rzuccie ohçz! Przez Fonahny zaulek biegnijcie przez domy przechodnie, na Podol! Na Podölü Hwijcie po dhodze dokumenty, chowajcie siç, kazdy oddzielnie, przepçdzajcie wszystkich, kozo tylko napotkaci© — o-oj! 217.
Potem, podniôsîszy rewolwer do gôry, Naj-Turs zawyî jak traba kawalerzystôw: — Przez Fonahny! Tylko tamtçdy! Uciekajcie do domu! Bitwa skonnzona! Biegiem mahsz! Przez kilka sekund pluton nie mogl przyjsc do siebie. Potem junkrowie pobledli. Iwaszyn tuz koto Nikoîki zdzierat szlify; chlebaki porzucone byîy na sniegu, karabin z toskotem potoczyî sie z iodowej gôrki na trotuarze. W pôt minuty potem na rogu ulicy poniewieraîy siç worki z nabojami, pasy i czyjas podarta czapka. Junkrowie uciekali przez Fonarny zautek i wbiegali w podwôrze, prowadzace na ulicç Rozjazdowa. Naj - Turs z rozmachetn wlozyî rewolwer do futeratu, podskoczyî do karabinu maszynowego, stojacego na chodniku, skurczyt sie, przykucnat, skierowaî go w strone, z ktôrej przybiegt, i lewa rçka poprawit tasmç. Odwrôciwszy siç do Nikoîki, nie podnoszac siç z ziemi, wrzasnal wscieklym gîosem: — Ogîuchîes? Uciekaj! Dziwna, upajajaca ekstaza w ustach mu zaschîo. ogamçîa Nikoîkç; — Nie chcç, panie puîkowniku — odpowiedziaî skotowaciaîym jçzykiem, przykucnaî, schwycil tasmç obydwiema rçkoma i wpuscil ja do karabinu maszynowego. Woddaii, skad przybiegly resztki oddziaîu Naj Tursa, zjawiîo siç nagle kilka postaci na koniach. Widaô byîo jak przez mgîç, ze konie skacza pod nie218.
mi, jakgdyby siç bawily, i ze je2d2cy w rçkach maja szare szable. Naj - Turs nastawit karabin maszynowy, ktôry zagrzmial — ar-ra-paa — przerwaî; po chwili znowu rozlegl sie loskot, a potem karabin przeciagle zatarkotal. Na wszystkich dachach, z prawej i z iewej strony zakotlowalo siç. Do postaci na koniach przybylo kilka nowych, ale potem jedna z nich zostala z calej sily odrzucona gdzies nabok, w samo okno domu, drugi kon stanal dçba, wydal siç straszliwie dlugim, tak, ze malo nie siçgal do drugiego piçtra, zas kilku jezdzcôw zniklo zupelnie. Potem w jedna Sekunde pozostali jezdzcy znikli, jakgdyby siç w ziemle zapadli. Naj - Turs opusciî rçce, pogrozil piçscia niebiosom, oczy jego zajasnialy i zawolal. — Zolnierzy! 2olnierzy!... Sciehwy ze sztabu!... Zwrôcit siç do Nikolki i krzyknal gtosem, ktôry przypominal Nikolce subtelny dzwiçk traby kawaleryjskiej: — Uciekaj, gîupi chlopcze! Môwiç ci — uciekaj! Spojrzal wtyî i przekonaî siç, ze wszyscy junkrowie juz znikli, potem popatrzal daleko przed siebie na ulicç, rownolegla do Brzesc-Litewskiej, i krzyknal z bôlem i ztoscia: — A, do licha! Nikolka spojrzal w tym samym kierunku i dojrzal daleko na Kadeckiej ulicy, kolo nçdznego, zasypanego sniegiem bulwaru jakies ciemne szeregi, 219.
ktôre kîadîy siç na ziemiç. Potem nad gîowamî NajTursa i Nikoîki na rogu Fonarnego zaulka stukngl szyld: Lekarz - Dentysta Berta Jakowlewna Princ - Metal. a gdzies za brama posypafy siç szyby. Nikolka zauwazyî na chodnlku kawafki muru, ktôre jakoé podskoczyly i upadîy, i spoirzaî pytaiaco na puîkownika Naj - Tursa, gdyz chciaî dowiedzieé siç, со oznaczaja tarnte szeregi i te kawalki muru. Puîkownik dziwnie siç zachowywaî. Podskoczyl na iednej nodze, jakgdyby tanczyî walca, i usmiechnaî siç zupelnie nieodnowiednio. Potem Naj - Turs wyciagnal siç u nôg Nikoîki. Czarna mgîa pokryîa môzg Nikoîki, przykucnal i niespodzianie bez lez, sucho zaîkaî, poczem zaczaî ciagnac puîkownika za plecy, usiîujac go podniesô. Teraz dopiero dostrzegî, ze z lewego rçkawa puîkownika pîynie krew, a oczy patrza w niebo. — Panie puîkowniku, panie... — Podoficerze — wyrzekl Naj - Turs, i krew spîynçîa mu z ust na brodç, a gios cedziî slowa jak krople, coraz sîabiej — dose tego bohatehstwa, do licha, ja umieham... Maîo-Phowalna... Wiçcej juz nie chciaî tîumaczyc. Dolna szczçka poruszyîa siç akurat trzy razy konwulsyjnie, jak220.
gdyby Naj dlawit siç, a potem opadla, i pulkownik zrobil siç ciçzki jak ogromny worek z maka. „Так siç umiera?" — pomyslal Nikolka — „niemozliwe. Dopiero со zyt. W bitwie nie tak strasznie. Dlaczego we mnie nie trafiaja-" Lek... ... dentysta jeszcze raz zadrzaf nad glowa, i jeszcze gdzies potlukly siç szyby. „Moze tylko zemdlat?" — ze wzruszenia myslal bez sensu Nikolka i ciagnal putkownika. Ale uniesc go bylo niepodobienstwem. „Czy to straszne?" pomyslal Nikolka i natychmiast zrozumial, ze straszna jest ta pustka i samotnosc i, gdyby obok stal zywy pulkownik Nai - Turs, to nie balby siç wcale... Ale pulkownik lezal bez ruchu, nie dawat wiçcej zadnych rozkazôw, nie zwracat uwagi na to, ze kolo jego rçkawa zwiçkszala siç duza czerwona kaluza; nie widziat tez, ze tynk na wystajacych czçsciach muru odpadl i kruszyt siç jak oszalaly. Nikoîkç ogarnat strach; byl zupelnie sam. Jezd£cy nie nacierali wiçcej na niego zboku, ale najwidoczniej wszyscy byli przeciwko niemu, a on pozostal sam jeden, ostatni... I samotnosc przepçdzita Nikolkç z tego rogu. Czotgat siç na brzuchu, przebierajac rçkoma i pomagajac sobie prawym lokciem dlatego, ze w dloni sciskat rewolwer Naj - Tursa. 221.
Prawdziwy strach ogarnaî go о dwa kroki od zakrçtu. Ot zaraz trafia w nogç, i wtedy nie posuniesz siç, nadbiegna petlurowcy, porabia szablami. To okropne lezec tak, a tu rabia» Bçdç strzelaî, jezeli w rewolwerze sa knie... I tylko poltora kroku... wysilic siç, wysilic... raz... i Nikoîka juz jest za murem w Fonarnym zaulku. „Zadziwiajace, strasznie dziwne, ze nie trafili. Cud poprostu. To juz Pan Bôg dokazaî tego cudu"— myslaî Nikoîka, podnoszac siç — „to cud. Sam siç teraz przekonaîem — cud. Kosciôî Matki Boskiej w Paryzu. Wiktor Hugo. Co porabia Helenà? A Aleksy? Rozumiem — zrywanie szlif oznacza katastrofç". Nikoîka zerwaî siç, az po szyjç oblepiony sniegiem, wepchnaî do kieszeni pîaszcza rewolwer i pobiegî wzdîuz zauîka. Pierwsza brama z prawej strony byîa szeroko rozwarta, Nikoîka wpadî w nia i wybiegî na ponure, brzydkie podwôrko, na ktôrem z prawej strony staîy drwalnie z czerwonej cegîy, a z lewej — uîozone byîy drwa. Domyslil siç, ze przejsé trzeba przez sam srodek i, utykajac, rzucil siç tam; nagle zastapiî mu drogç jakis czîowiek w kozuchu. Zupeînie wyraznie widzi. Ruda broda i maîe oczki, peîne nienawisci. Néron w barankowej czapce z zadartym nosem. Czîowiek ten jakgdyby dla zabawy objaî Nikoîkç lewem ramieniem, a prawa rçka chwyciî mocno jego lewa i zaczaî ja wykrçcaé do tyîu. Nikoîka na parç chwil straciî przytomnosé. „Boze. On mnie zîapaî, nienawidzi mnie!... Petlurowiec..." m
— Ach, ty kanaljo! — krzyknal zachrypniçty rudobrody i zaczgl sapad — dokud? stôj! — potem wrzasngl nagle: — Iapaj go, Iapaj, îapaj junkrôw. Szlify zdarles, myslisz, kanaljo, ze ciç nie poznajç? Lapaj go! Nikolke ogarnçia wscieklosc. Przysiadl mocno, az patka na plaszczu pekla, szarpnal siç z niebywaîa, situ i wyrwal sie z rak rudego. Sekunde go nie widzial dlatego, ze mial go za soba, aie potem odwrôcit siç i zobaczyî go znowu. Rudobrody nie by! wcale uzbrojony, nie by! nawet wojskowym, tylko strôzem. Wscieklosc Nikolk-i opadla jak czerwona plachta, nabral pewnosci siebie. Wicher i mrôz odswiezyly jego spieczone usta; wyszczerzyl zçby jak mlody wilczek. Potem wyciagnuJ rewolwer z kieszeni i pomyslal: „Zabijç gadzinç, jezeli jest nabity". Wlasnego glosu swego nie poznal, taki mu siç wydal obey i straszny. — Zabijç, gadzino! — zasapal Nikolka, macajgc palcami ten nadzwyczajny rewolwer, i nagle uprzytomnil sobie, ze nie wie, jak siç z niego strzela. Zôlto-rudy strôz, dostrzegîszy u Nikolki bron, zrozpaczony i przerazony upadî na kolana i zaskowyczal, przytem jakims cudem z Nerona przeistoczyl siç w zmijç: — A! jasnie wielmozny! Jasnie... Nikolka jednak z pewnoscia wystrzelilby, aie rewolwer nie chciaî strzelad. „Nie nabity. Ach, nieszczçscie!" blysnçla mysi. Strôz, zaslaniajac siç rçka, cofal siç i przysiadal, padal wtyî, wyl okrutnie. 223.
zdradzajac w ten sposôb obecnosd Nikoîki. Nie wiedzac, jak sobie poradzic, aby zamknac te olbrzymia paszczç, okolona ruda broda, Nikolka, zrozpaczony, ze rewolwer nie strzela, skoczyl na ströza jak waleczny kogut i uderzyl go mocno w zçby rçkojescia, nie baczac na to, ze mögl siebie w ten sposôb postrzelic. Zlosc Nikoîki natychmiast sie ulotnita. Strôz skoczyl na röwne nogi i uciekl w te same wrota, z ktôrych nadszedl Nikolka. Warjujac ze strachu, ströz przestai skowyczed, bieg!, poslizgujac siç na lodzie i utykajac, raz jeden odwrôcil siç, i Nikolka zobaczyl, ze broda jego do polowy zrobita siç ezerwona. Potem znikl. Nikolka zas pobiegt nadôî obok drwalni do bramy, wychodzacej na Rozjazdowa ulicç, aie tu go ogarnela rozpacz. „Oczywiscie. Spöznil siç. Wpadl. Boze, nie strzela!" Nadaremnie potrzasal ogromne zawiasy i klôdkç. Nie nie mögl zrobic. Jak tylko pobiegli junkrowie Naj - Tursa, rudy strôz zamknal bramç na Rozjazdowa, i Nikolka stanal wobec przeszkody, niemozliwej do pokonania — gladka do samej göry, glucha, zelazna sciana. Nikolka odwrôcil siç, i spojrzawszy na niebo, nadzwyczaj niskie i zachmurzone, zobaczyl na srodkowym murze czarna lekka drabinç, siçgajaca az na dach czteropiçtrowego domu. Czy wlezc tam? Zrobilo mu siç jakos glupio, i przypomnial sobie pstry obrazek: Nat Pinkerton w zôltej kurtce z czerwona maska na twarzy, wlazi po takiej samej drabinie. „Ech, Nat Pinkerton, Ameryka... a ja tutaj siç wdrapiç, i со potem? Jak idjota bçdç siedzial na 224.
dachu, a strôz tymczasem zwoîa petlurowcôw. Ten Néron zdradzi... Zçby mu wybilem... Nie przebaczy!" I rzeczywiscie, z pod bramy w Fonarnym zauiku slychac byio rozpaczliwe nawolywania ströza: „Tutaj! Tutaj!" i tçtent kopyt konskich. Zrozumial Nikolka: zapewne petlurowscy jezdzcy przedostali sie do miasta. Juz teraz sa w Fonarnym zauiku. Dlatego tez Naj - Turs krzyczal...' „nie wolno wracac do Fonarnego!" Zrozumial to wszystko, kiedy siç znalazl, sani nie wiedzac w jaki sposob, na drwach kolo wozowni, pod murem sasiedniego podwörka. Pokryte lodern drwa rozsunçly siç pod nogami, Nikolka zachwial siç, upadl, podart spodnie, poczem dowlöki siç do sciany, spojrzal na druga stronç i zobaczyl zupelnie takie samo podwôrko, tak dalece podobne do pierwszego, ze obawial siç, iz znowu wyskoczy rudy Neron w kozuchu. Ale tarn nie bylo nikogo. Skaczac, strasznie nadwyrçzyî sobie cos w brzuchu i krzyzu, a kiedy siadl na ziemi, w tej samej chwili poruszyl mu sie rewolwer w rçku i wystrzelil z przerazliwym hukiem. Nikolka zdziwiî siç, a potem zrozumial: „Bezpiecznik byl zamkniçty, a teraz go przesunalem. To ci zdarzenie". Do licha. 1 tutaj wrota na Rozjazdowa ulicç okazaly siç zamkniçte. I niestety, nie lezaly tutaj drwa. Nikolka zamknal bezpiecznik i schowat rewolwer do kieszeni. Wlazt na kupç polamanej cegly, a poBiata Gwardja 15 225
tem iг\ siç wdrapywac po prostopadlej scianie jak mucha, wstawiajnc konce butôw w takie maîe szczeliny, w ktôrych za dawnych czasöw nie zmiesciîaby siç nawet kopiejka. Polamal paznokcie, pokrwawiî palce i wreszcie wdrapaî siç na szczyt. Lez3c na nim na brzuchu, uslyszal za sobq na pierwszem podwôrku przerazliwe gwizdanie i gios Nerona; tutaj, na tem trzeciem podwôrku, w ciemnem oknie drugiego piçtra spojrzala na niego przerazona kobieta о twarzy konwulsyjnie skrzywionej i natychmiast schowala siç. Kiedy padal z drugiej sciany, trafil dobrze w zaspç sniezn^, lecz wykrçcil sobie szyjç, i cos mu pçklo w czaszce. Czujac zamçt w gîowie, pobiegl do bramy; w oczach mu siç troilo. Co za szczçscie! Tez zamkniçta, ale to juz glupstwo! Wzorzysta krata zelazna! Nikolka jak strazak wdrapal siç na nin, potem zlazl nadôl na ulice Rozjazdow^. Przekonal siç, ze byta zupelnie pusta, i nie bylo widac zywej duszy. „Cwierc chwileczki wypocznç, nie wiçcej, bo mi serce pçknie" — powiedzial w duchu Nikolka, lykajîic powietrze. „Так... dokumenty..." Nikolka wyciqgn^l z kieszeni paczkç zatluszczonych zaswiadczen i podarl je. Zawirowaly jak platki sniegu. Ustyszat od strony zakrçtu, na ktôrym pozostawii Naj - Tursa, wystrzaly karabinu maszynowego, a w odpowiedzi zagrzmiaty karabiny maszynowe i salwy zprzodu i z miasta. Otoz to. Miasto wziçte. W miescie bitwa! Katastrofa. Nikolka, wci^z jeszcze zdyszany, obydwiema rçkoma strzepywal snieg. Czy rzucic rewolwer? Rewolwer 226.
Naj - Tursa? Nie, za nie. A nuz uda siç uciec. Wszak nie moga bye naraz ze wszystkich stron. Z ciçzkiem westchnieniem, czujac, ze nogi znacznie oslably i roztrzçsly siç, pobiegl Nikolka przez martwa ulicç Rozjazdowa i pomyslnie dotart do rogu, skad rozchodzily siç dwie ulice: Luboczycka na Podôt i Lowska, prowadzaca do srodka miasta. Zobaczyl tu kaluzç krwi i nawôz, a obok — dwa porzucone karabiny i granatowa czapkç studencka. Nikolka rzucit swa futrzana czapkç i wlozyl studencka. Byla dla niego za ciasna i wygladal w niej brzydko jak arogancki cywil. Jak jakis andrus, wyrzucony z gimnazjum, Nikolka wyjrzal z za wçgla na Lowska ulicç i dostrzegt bardzo daleko skaczacych jezdzcow z granatowemi plamami na futrzanych czapach. Toczyta siç tam jakas walka. i slychac bylo wystrzaly. Pobiegl przez Luboczycka. Po raz pierwszy spotkai zywa istotç. Na przeciwleglym chodniku biegla jakas dama. Kapelusz z czarnem skrzydtem zsunal siç nabok, a w rçku trzymaîa szara kobialkç, z ktorej wydzieral siç rozpaczliwie kogut, krzyczac na cala ulicç: „peturra, peturra". Z worka, ktory dama niosîa w lewej rçce, sypata siç przez dziurç marchew. Dama krzyczaîa i plakaîa, przypadajac do sciany. Jak wicher pomknal jakis mieszczuch i, zegnajac siç na wszystkie strony, krzyczal : — Panie Jezusie! Wotodzka, Wolodzka! Petlura idzie! 22 7
Sporo osôb krçciîo siç na koncu Luboczyckiej ulicy, wszyscy spieszyli siç, wbiegali do bramy. Jakis czlowiek w czarnem palcie, oszalaly ze strachu, wpadajac do bramy, zaczepiî laska о kratç i zîamal Ja z trzaskiem. A tymczasem godziny mijaly i mijaîy, zapadaî zmierzch, i kiedy Nikoîka z Luboczyckiej wybiegl na Wolska, zajasniaîa i zasyczala latarnia elektryczna. W sklepiku opadla roleta i odrazu zaslonila pstre pudeîka z napisem „proszek mydlany". Skrçcajac na rogu, woznica wywrôciî w snieg sanki i niemilosiernie waliî konia batem. Nikoîka przechodziî obok czteropiçtrowego domu о trzech wejsciach; w kazdem z nich trzaskano со chwila drzwiami, a ktos w fokowym kotnierzu wvmina.î Nikoîkç i krzyknaî w bramie: — Piotr! Piotr! Zwarjowaîes czy со? Zamykaj! Zamykaj bramç! Drzwi zatrzasnçîy siç, i sîychac by to, jak donosny gîos kobiecy zawoîaî: — Petlura idzie. Petlura! Im blizej znajdowaî siç Nikoîka zbawiennego Podoîu, wskazanego przez Naj - Tursa, tem wiçcej napotykaî ludzi; pçdzili, spieszyli siç i waîçsali na ulicach, aie juz mniej byli wystraszeni; nie wszyscy zdcizali w tym samym kierunku, со Nikoîka, niektôrzy szli w przeciwnym. Na samym zakrçcie na Podôî z bramy ogromnego murowanego szarego domu wyszedt uroczyscie 228.
kadecik w szarym plaszczu z biaîemi szlifami ze zlota litera „W". Kadecik miat nos jak guzik. Strzelal smialo oczyma na wszystkie strony, a duzy karabin wisial ztylu na rzemieniu. Przechodnie ze strachem spogladali na uzbrojonego kadeta i uciekali. A kadet stal sobie na chodniku, sluchajac strzelaniny z gôrnego miasta; mine mial znaczaca, jakgdyby cos chciat wysledzic, potem pociagnal nosem i zamierzal ruszyc daiej. Nikolka gwaltownie zastapil mu droge, pchnai go wpoprzek chodnika, przycisnal piersia i wyszeptal : — Proszç rzucic karabin i schowac sie natychmiast. Kadecik zadrzal, przestraszyl sie i cofnal, ale potem groznie ujaî karabin. Nikolka zapomoca starego, wyprobowanego sposobu, wciaz popychajac go, wcisnal go do bramy i tam juz miçdzy podwôjnemi drzwiami jat przekonywac: — Powiadam, schowaj siç. Jestem junkrem. Katastrofa. Petlura zdobyl miasto. — Jakto zdobyl? — zapytal kadet, otwierajac usta, w ktôrych brak bylo jednego zçba z lewej strony. — Ot tak — odpowiedziaî Nikolka i, machnawszy rçka w kierunku gornego miasta, dodat: — Slyszy pan? Tarn na ulicach konnica Petlury. Ledwie ucieklem caly. Niech pan biegnie do domu, schowa karabin i wszystkich uprzedzi. 229.
Kadet oslupial, i w tym stanie Nikolka porzucif go w bramie, gdyz nie bylo czasu na rozmowç z takim nierozgarniçtym czlowiekiem. Na Podole nie bylo wielkiej trwogi, ale mimo to panowalo dose duze zamieszanie. Przechodnie przyspieszali kroku, czçsto zadzierali glowy do gory, na~ sluchiwali; czçsto wybiegaly do bramy i na ulice kucharki, naprçdce narzucajac szare chustki. W gornem miescie bez przerwy huczaly karabiny maszynowe. Ale wlasnie w tej godzinie, о zmierzchu dnia 14-go grudnia nigdzie juz, ani woddali, ani. wpoblizu, nie slychac bylo armat. Dluga byla droga Nikolki. Kiedy szedl przez Podol, zupelny zmierzch opadl na pokryte szronem ulice, a trwogç i zamieszanie zîagodzil obfity, miçkki snieg, wirujacy w swietle latarni. Poprzez snieg jak przez siatkç widac bylo wesole swiatla w sklepikach i w magazynach, ale nie we wszystkichr niektore juz osleply. Rozpadaîo siç na dobre. Kiedy Nikolka zblizyl siç do wylotu swojej Aleksiejewskiej stromej ulicy i poszedl dalej, zobaczyl kolo bramy Nr. 7 taki obrazek: na saneczkach przyjechalo przed chwilg dwoch chlopaczkôw w trykotowych ubrankach i czapeczkach. Jeden z nich, maty i okrugly jak kula, oblepiony sniegiem. siedzial i zasmiewal siç. Drugi, trochç starszy, szczuply i powazny, rozplutywal sznury. W bramie stal w y r o stek w kozuchu i dîubaî w nosie. Strzelanina stawala siç coraz glosniejsza. Tam na gôrze slychac bylo salwy w najprzerözniejszych miejscach. 2,30
— Waska, Waska, jak ja siç uderzylem tylem о slup! — krzyczal malutki. „Так pogodnie siç bawia" — ze zdziwieniem pomyslal Nikolka i rzekl uprzejmie do wyrostka: — Niech mi pan powie, bardzo proszç, dlaczego tam na gôrze strzelaja? Wyrostek wyjaî palec z nosa, pomyslat i powiedziat: — Nasi strzelaja do oficerow. Nikolka spojrzal nan zpodelba i machinalnie scisnal rewolwer w kieszeni. Starszy chlopczyk odezwaf siç z gniewem: — Z oîicerami siç rozprawiaja. Dobrze im tak. Na cale miasto osmiuset ich bylo, i zdawalo siç im, ze cos zrobia- A Petlura przyprowadzil milionowe wojsko. Odwrôcil siç i ciagnaî dalej saneczki. * * Odrazu odsuniçta zostala kremowa zaslona z werendy do stolowego pokoiku. Zegar... tonk-tonk. — Czy Aleksy powrôcil? — spy ta! Helenç Nikolka. — Nie — odrzekla i rozplakata sie. 231.
Ciemno. Ciemno w calem mieszkaniu. Tylko w kuchni pali siç lampa... oparlszy lokcie о stöl, siedzi Aniuta i placze. Oczywiscie, niepokoi siç о Aleksego Wasyljewicza... W sypialni Heleny w piecu pali siç drzewo. Na posadzkç poprzez drzwiczki padaja cienie i tarïcza w goracym odblasku. Spiakana po Aleksym, siedzi Helena na stoleczku, podparla dlonia policzek, a Nikolka w czerwonym blasku ognia stoi przy niej, rozstawiwszy nogi w ksztalcie nozyc. Bolbotun... puîkownik. Dzisiaj we dnie u Szczeglowych môwiono, ze to nikt inny — tylko witlki ksiazç Micha! Aleksandrowicz. Wogôle panuje tutaj rozpacz w tym pölmroku, w' blasku ognia. Pocôz oplakiwac Aleksego? Lzy nie pomog^. Z pewnoscia zabity. Bezwatpienia. Oni nie biora do niewoli. Nie wrôciî, zlapali go razem z dywizjonem i zabili go. Powiadaja, ze Petlura ma osiemset tysiçcy wyborowego, najlepszego wojska, to wlasnie jest straszne. Oszukali nas, poslali na smierc... Skad powstala ta straszna armja?... Powstala z mroznej mgly, gwiazdzistej, ciemnej i mrocznej... Ach, straszny to kraj ta Ukraina! Posçpnie... smutno... Helena wstala i wyciagnçla rçkç. — Przeklenstwo na Niemcöw! Przeklenstwo! Jezeli Bog ich nie skarze, to niema sprawiedliwosci. Czyz mozliwe, zeby oni nie odpokutowali? Odpokutuja! Bçda siç mçczyc tak, jak my, bçda... Z uporem powtarzala „bçda", jakgdyby zaklinala. Na twarz i szyjç padalo czerwone swiatlo. a oczy
jej peine byty gîçbokiej nienawisci. Ptacz i zawodzenia Heleny pograzyly Nikolkç w rozpacz i smutek; stal przed nia, szeroko rozstawiwszy nogi. — Moze on jeszcze zyje? — zapytal niesmialo — widzisz, wszak jest iekarzem... Gdyby go nawet zlapali, to moze nie zabija, lecz wezma do niewoli. — Bçda jesc koty, bçda siç nawzajem nienawidzic jak my — mowila z nienawiscia Helena, wygrazajac palcami plomieniom. Ech, ech... Bolbotun nie moze bye wielkim ksiçciem. Nie moze bye osmiuset tysiçcy wojska ani miljona... Wreszcie mgla. Ot, jakie straszne czasy nadeszly! A Talberg, jaki madry, wporç wyjechal. Skacza plomienie na posadzce. Wszak byly kiedys spokojne czasy i piçkne kraje. Naprzyklad Paryz, Ludwik w dziwacznym kapeluszu i Claupin Troulietou, ktôrzy tez wygrzewali siç przy takim ogniu. i nawet takiemu nçdzarzowi bylo dobrze. Ale nigdy i nigdzie nie bylo takiej nikczemnej gadziny, jak ten rudy stroz Neron. Oczywiscie, wszyscy nas nienawidza, ale ten to juz prawdziwy szakal! Ztylu na rçke... I nagle za oknami zagrzmialy armaty. Nikolka skoczyl, zaniepokojony. — Slyszysz? styszysz? slyszysz? Moze to Niemcy? Moze to aljanci przyszli z pomoca? Kto? Przeciez nie strzelaliby w miescie, ktôre zdobyli!
Helena skrzyzowaîa rçce na piersiach i powiedziaîa: — Nikoîka, wszystko jedno, nie puszczç ciç. Nie puszczç. Bîagam ciç, nie wychodz nigdzie. Badz przytomny. — Poszedfbym tylko na plac cerkwi Andrzeja. tambym popatrzaî i posîuchaî. Stamtad caîy Podôî widaé. — Dobrze, idz sobie. Jezeli mozesz zostawié mnie sama w takiej chwili •— idz! Nikoîka zmieszaî siç. — No to wyjdç tylko na podwôrko i posîucham. — I ja z toba. — Lenoczka, jezeli Aleksy wrôci i zadzwoni od frontu, mozemy nie usîyszec! — Так, nie usîyszymy. Twoja to bçdzie wina. — W takim razie, Lenoczka, dajç ci sîowo honoru, ze na krok nie ruszç siç z podwôrza. — Sîowo honoru? — Sîowo honoru. — Za furtkç nie wyjdziesz? Na gôrç nie bçdziesz wîaziî? Zatrzymasz siç w podwôrzu? — Sîowo honoru. — Idz. 234.
Czternastego grudnia 1918-go roku padal bardzo gçsty snieg, ktôry pokryt cale miasto. I te dziwne, nieoczekiwane salwy armatnie rozIegaly siç о godzinie dziewiatej wieczorem. Trwalo to tylko kwadrans. Snieg topnial za kolnierzem Nikoîki, ktôry walczyî z pokusa wdrapania siç na sniezne wzgôrza. Stamtad zobaczylby nietylko Podôl, ale i czesc gôrnego miasta, seminarjum, setki swiatet w wysokich domach, pagôrki, a na nich mate domki z oknami, migocacemi jak lampki przed obrazami. Ale nikomu: nie wolno zlamac slowa honoru, w przeciwnvm razie zycie staloby siç niemozliwem. Так sadziî Nikolka. Ile razy styszal grozny toskot z oddali, szeptal slowa modlitwy: „Panie Boze, daj..." Ale armaty umilkly. „Byly to nasze armaty" — myslat Nikolka ze smutkiem. Wracajac od furtki, zajrzal do okna Szczeglowych. W okienku oficyny biala firaneczka byla uchylona: Marja Piotrowna myla Piotrka. Nagi chlopczyk siedziat w korycie i bezdzwiçcznie plakal, gdyz mydlo dostalo mu siç do oczu. Maria Piotrowna wyciskala na niego gabkç. Na sznurze wisiala bielizna, a nad bielizna poruszat siç i chwial. duzy cien Marji Piotrowny. Nikolce wydalo siç, ze u Szczeglowych jest cieplo i przyjemnie, jemu zas bylo zimno w rozpiçtym plaszczu. Ж
Na pôlnocy, о osiem wiorst od przedmiescia miasta, w porzuconej przez stroza budce, zasypanej dokola glçbokim bialym sniegiem, siedzial kapitan sztabu. Na stoliku lezala kromka chleba, stala skrzynka telefonu polowego i malutka lampka z zakopconem pçkatem szkielkiem. W piecyku dogorywal ogien. Kapitan byl malutki z dlugim, ostrym nosem, w plaszczu z olbrzymim kolnierzem. Lewa rçka odlamywal kawalki chleba, a prawa dotykal aparatu telefonicznego. Ale telefon jak niezywy nie mu nie odpowiadal. Dokola kapitana w promieniu piçciu wiorst bylo pusto, ciemno, szalaîa zawieja. Potwôrzyly siç zaspy sniezne. Jeszcze jedna godzina minçla, i kapitan pozostaw'il telefon w spokoju. Okolo dziewiatej wieczorem pociagnal J powiedzial dlaczegos gtosno: nosem — Zwarjujç. Wlasciwie, powinienem sie zastrzelic. — I jakgdyby w odpowiedzi odezwal sie telefon. — Czy to szôsta baterja? — zapytal glos z oddali. — Так, tak! — odrzekl kapitan, nadzwyczajnie rozradowany. Zatrwozony glos wydal siç zdaleka radosnym i przytlumionym: — Dajcie natychmiast ognia przez uroczysko... — cedzil slowa daleki, niewidzialny wspotbiesiadnik — niech bçdzie huraganowy... — glos zacial siç — mam wrazenie... — tu znowu przerwal. 236.
— Так, sîucham, sîucham — szczerzac zçbyz rozpacza krzyczaî kapitan, trzymajac sîuchawkç. Nastapiîa dîuga przerwa. — Nie mogç dac ognia — rzekî kapitan. rozumiejac dobrze, ze mowi do pustki, aie nie bçdao w stanie milczec. — Uciekîa caîa moja sîuzba wraz z trzema chorazymi. Pozostaîem zupeînie sam. Proszç zawiadomic о tem Posterunek. Kapitan sztabu posiedziaî jeszcze godzinç, potent wyszedî. Byla straszna zamiec. Snieg zasypal prawie cztery ponure i straszne armaty, a na lufach i zamkach potworzyly sie biale grzebienie. Kapitan utykat jak slepiec wsröd hafasu mroznei zawiei, ktôra wirowaîa, szalata. Dlugo tak, nie nie widzac, krzatal siç, az wreszcie poomacku, wsrôd padajacego sniegu zdjaî pierwszy zamek. Chcial go wrzucic do studni za budka, aie rozmyâlil siç i powrôciî do budki. Wyszedî jeszcze trzy razy i wszystkie cztery zamki od dziaî zdjaî i powrzucaî do lochu pod podîoga, gdzie byîy schowane kartofle. Potem udaî siç w drogç, zgasiwszy uprzednio lampç. Dwie godziny szedî, grzçznac w sniegu, niewidzialny, ciemny, i doszedî tak do szosy, prowadzacej do miasta. Na szosie niejasno Przy pierwszej takiej gîowach porabali go z niego buty i zabrali paliîy siç nieliczne latarnie. latarni jezdzcy z ogonami na na smierc szablami. sciagnçli zegarek. Ten sam gîos sîychac byîo przez telefon na zaehodzie, о szesc wiorst od budki w lepiance... 237.
— Dajcie... ognia... natychmiast... — Mam wrazenie, ze nieprzyjaciel przeszedl do miasta posrodku miçdzy nami i wami. — Czy slyszycie? slyszycie? — odpowiedziano mu z lepianki. — Dowiedzcie siç na Posterunku... — przerwa, glos, nie sluchajac, wycedzil odpowiedz: — Do uciekajacych przez pola... do konnicy... I urwalo siç zupelnie. Trzej oficerowie i trzej junkrowie w kozu-chach wyszli z lepianki z latarkami. Czwarty oficer wraz z dwoma junkrami pozostal przy dzialach pod latarnia, ktöra zamiec usiiowaîa zgasic. Po pieciu minutach armaty, jakgdyby podskakujac, rozpoczçly w ciemnosci okrutna strzelaninç. Potçzny toskot rozbrzmiewal w calej okolicy w promieniu oiçtnastu wiorst, slychac go bylo nawet na Aleksiejew^ skiej w domu pod Nr. 13... Panie Boze, daj... Stu jezdzcow, krçcac siç wsrôd snieznej zawiei, wyskoczylo z ciemnej otchlani od tytu wprost na latarnie i wyrznçlo w pien wszystkich junkrôw i czterech oficeröw. Dowddca, ktöry pozostal w lepiance przy telefonie, strzelil sobie w usta. — „Dranstwo sztabowe" — to byly jego ostatnie slowa. 246.
W nocy Nikolka w swoim naroznym pokoju zapalil wysoko wiszaca lampç i wycial scyzorykiem na drzwiach nicrôwny napis: p. Turs. 14-go grudnia 1918 r. 4 g. po poludniu. ..,Naj" odrzucil ze wzglçdôw konspiracyjnych, na wypadek, gdyby przyszli petlurowcy z rewizja. Nie chciaî spac w obawie, ze nie uslyszy dzwouka. Zapukal w scianç i powiedzial Helenie: — Zasnij, ja bçdç czuwac! 1 natychmiast zasnal jak zabity, lezac na lôzku w ubraniu. Zas Helena nie spala do samego switu, nasluchujac wciaz, czy ktos nie zadzwoni. Aie nikt nie zadzwoni! ; starszy brat Aleksy przepadl. Czlowiek zmçczony i rozbity musi siç wyspac, juz jedenasta godzina, a on wciaz spi i spi... Doprawdy oryginalne spanie! Buty przeszkadzaja, pas uciska pod zebrami, koînierzyk sciska szyjç, a na piersi polozyîa swe îapy zmora. Qlowa Nikoîki opadîa nawznak, twarz stala siç czerwona, a z gardla wydobywa siç swist... S wist! Snieg i jakas pajçczyna... Alez wszçdzie ta pajçczyna, niech ja djabli wezma! Koniecznie trzeba przedostac siç przez tç pajçczynç, przeklçta wciaz siç powiçksza i zbliza siç do samej twarzy. Jeszcze gotowa owi239.
пас calego, i nie bçdzie mozna sie od niej uwolnié.. Wszak mozna siç udusic! Przez pajçcza siatkç widac ogromne ilosci sniegu, cale rôwniny. Trzeba со prçdzej wybiec na ten snieg dlatego, ze jakis glos jakgdyby zawolaî: „№kol!" A tu naraz, wyobrazcie sobie, wpadl w pajçczynç jakis wesoly ptaszek... Ci-ki — ciki. Fr-fr! Ciki! Ciki. Co za licho! Nie widac go, pogwizduje sobie tuz wpoblizu, ktos uskarza sie tu na swôj los i znowu slychac: „Nik! Nik! Nikolka!!" — Ech! — chrzaknal Nikolka, porwal pajçczyne i odrazu usiadl, potargany, zmaltretowany, z blacha przy boku. Jasne wlosy sterczaly, jakgdyby ktos dîugo nim potrzasaî. — Kto? Kto? Kto? — zapytaî przerazony Nikolka, nie nie rozumiejac. — Kto? Kto, kto, tak! tak! Fici, fiu! Fluch! — odrzekîa pajçczyna, i jakis smçtny, przepojony îzami glos powiedzial: — Так, z koehankiem. Nikolka, przerazony, i wlepiî wzrok w zjawç. przytulil siç do sciany Zjawa ta nosila bronzowy frenez, spodnie rôwniez bronzowe, rajtuzy i buty z zôttemi wylogami jak u dzokiejôw. W niebywale wielkiej, krôtko ostrzyzonej glowie byly gîçboko osadzone zamglone, peine smçtku oczy. Bezwatpienia, byl to ktos mîody, aie skôra na twarzy byla stareza. szarawa, a zçby zôlte i krzywe. Postac ta trzymala w dto240.
niach ogromna klatkç, na ktôra narzucona byla czarna chustka, i niezapieczçtowany niebieski list... „Jeszcze sie nie obudzilem" — uprzytomnil sobie Nikolka i wykonaî ruch rçka, starajac sie szarpnac postac jak pajçczynç, przy czem bolesnie uderzyl palcem о zelazne prçty. Ptak w czarnej klatce zaczal natychmiast wrzeszczec i skrzeczec, jakby siç wsciekl! — Nikolka! — gdzies z bardzo daleka dolecialo trwozne wolanie Heleny. „Chryste Panie — pomyslal Nikolka — tak, obudzilem siç, ale odrazu postradalem zmysly, wiem nawet dlaczego; zmçczyla mnie ta wojna. Moj Boze! Takie bzdury mi siç przywidzialy... a palce? Boze! Aleksy nie wrôcit... ach tak... nie wröcil... zabity... o-jo-joj!" — Z kochankiem na tej samej kanapie, na ktôrej czytalem jej wiersze — powiedziala postac tragicznym glosem. Postac möwila do kogos, stojacego kolo drzwi, a potem zwrocila siç do Nikolki: — Так, na tej samej kanapie... Siedza sobie teraz i caîuja siç... i to po tych wekslach na siedemdziesiat tysiçcy, ktöre jako dzentelman, nie namyslajac siç, podpisalem... Zawsze byîem dzentelmanem i takim pozostanç... Niech siç catuja! „Ojej, ojej" — pomyslat Nikolka. Wytrzeszczyl oezy i zimno mu siç zrobilo w plecy. — Zreszta, proszç mi wybaczyc — powiedziala postac, coraz wiçcej wynurzajac siç z gçstej, sennej Biata Gwardja 16 241
mgly i upodobniajac siç do zywej istoty — zapewne pan niezupelnie dobrze wszystko zrozumial? Wiçc proszç, oto list, ktôry wyjasni. Jako czlowiek honoru, nie chcç przed nikim zataic mej hanby. Möwiac to, nieznana postaô wrçczyla Nikolce niebieski list. Zupeînie oszalaly, Nikolka wzial go i, poruszajac wargami, zaczal czytac wielkie zamaszyste, nerwowe pismo. Subtelny arkusik bez daty zawieral nastepujace slowa: „Droga, droga Lenoczko! Znajac dobre serce pani, skierowalam go do Was jak bliskiego krewnego. Depeszç wyslalam, a ten biedny chlopiec sam о wszystkiem opowie. Ciçzki cios spotkal Larjosika, obawiatam siç nawet, ze tego nie przezyje. Ta miluska Rubcowa, z ktôra, jak pani wiadomo, ozenil siç przed rokiem, okazala siç wstrçtna zmija! Blagam, niech go pani przygarnie i okaze mu trochç ciepla, tak, jak to pani potrafi. Za utrzymanie jego bçdç placila systematycznie. Znienawidzil teraz Zytomierz, rozumiem go dobrze. Zreszta, nie mogç wiecej pisac, zaraz wyrusza pociag sanitarny, on sam wszystko pani opowie. Mocno, mocno catujç Pania i Sieriozç!" Podpis byl nieczytelny. — Przywiozlem ze soba P t a k a — powiedzial z westchnieniem nieznajomy — ptak jest najlepszym przyjacielem czlowieka. Coprawda, wiele osôb uwaza, ze ptak jest niepotrzebny w domu; со do rnnie, to mogç powiedziec tylko to, ze ptak nigdy nikogo nie krzywdzi. 242.
Ostatnie zdanie bardzo siç spodobato Nikotce. Nie starajac siç juz nie wiçcej zrozumiec, Nikolka, zmieszany, podrapal tym niezrozumiatym listem brew, poczem spuscil nogi z lôzka, myslac sobie: „Nie wypada... czy zapytac go о nazwisko?... Dziwne zdarzenie..." — Czy to kanarek? — zapytal. — Jeszcze jaki! — odpowiedzial nieznajomy z zachwytem — wlasciwie to nie samiczka, tylko taki prawdziwy sarniec. Mam w Zytomierzu takich az piçtnascie sztuk. Zawiozlem je do matki, niech je zywi. Ten niegodziwiec z pewnoscia lebkiby im poukrçcal. Nienawidzi ptakôw. Niech pan pozwoli postawic mi go na pana biurku!... — Bardzo proszç — odrzekl Nikolka — czy pan z Zytomierza? — Alez tak — odpowiedzial nieznajomy—i niech pan sobie wyobrazi, со za zbieg okolicznosci: przyjechalem jednoczesnie z bratem pana. — Jakim bratem? — Jakto, z jakim? Brat pana przyjechal razem ze mna — odpowiedzial nieznajomy ze zdziwieniem. — Jaki brat? — krzykn^l zalosnie Nikolka — jaki brat? Z Zytomierza? — Starszy brat pana... Helena zupelnie wyraznie wolala z jadalnego: „Nikolka! Nikolka! Illarjon Larjonycz! Proszç go obudzic!,Obudzcie go!" 243.
— Triki, fit, fit, triki! — krzyknal ptak przeciagle. Nikolka wypuscil niebieski liscik, jak kula potoczyl siç przez gabinet do jadalnego i tam oslupial, rozpostarîszy rçce. Nieruchomo na kanapce pod zegarem lezal Aleksy Turbin w cudzem czarnem palcie i w cudzych czarnych spodniach. Twarz mial sino-blada, zçby mocno zacisniçte. Helena krzatala siç kolo niego, szlafrok miala rozpiçty, widac bylo czarne ponczochy i koronki przy bieliznie. Chwytaîa Turbina za guziki na piersiach, to znôw za rçce, wolajac wciaz: „Nikol, Nikol!" W trzy minuty potem Nikolka w zsuniçtej na tyl glowy studenckiej czapce i szarym, szeroko rozpiçtym plaszczu biegl wgôrç po Aleksiejewskiej i szeptal do siebie: „А jezeli go nie zastanç? Ach, môj Boze, ot, masz historjç z zôîtemi wylogami! Aie Kurickiego nie mogç prosié w zadnym wypadku, to zupelnie jasne... Kit i Kot..." W gtowie stukal przerazliwie ptak — kici, kot, kici, kot! P o godzinie na podîodze w jadalnym stata miednica z czerwonym plynem; dokola lezaly kawalki czerwonej gazy i biale skorupy naczyn, zrzucil je, biorac szklankç z kredensu, nieznajomy w butach z zôîtemi wylogami! Wszyscy biegali tam i napoAvrôt, depcac skorupy. Turbin, blady, aie juz nie taki siny, lezal po dawnemu nawznak na poduszce. Odzyskawszy przytomnosd, chciaî cos powiedziec. Doktor z ostra brôdka, w zlotych binoklach, z za244.
kasanemi rçkawami, wycierajac pokrwawione rçce gaza, pochylil siç nad nim i rzekl: — Proszç milczec, kolego... Biala jak kreda Aniuta z olbrzymiemi oczyma i potargana ruda Helena podnosiîy razem Turbina, zdejmujac z niego woda i krwia zalana koszulç z rozciçtym rçkawem. — Proszç rozciac dalej, niema czego zalowaé — rzekl doktôr z ostra brödka. Pociçto na Turbinie cala koszulç na kawalki i w ten sposob obnazono chude, zolte cialo wraz z rçka, ktôra przed chwila mocno zabandazowano az do samego ramienia. Konce tektury sterczaly z pod opatrunku na gorze i nadole. Nikolka na kolanach, rozpinajac ostroznie guziki, sciagal z Turbina spodnie. — Proszç go zupelnie rozebrac i zaraz polozyc do lôzka — môwil basem doktôr z ostra brôdka. Aniuta z dzbanka lala mu wodç na rçce, a piana mydlana spadala do miednicy. Nieznajomy stal na uboczu i nie bral udziatu w tym niepokoju i zamieszaniu; z gorycza spogladal na stîuczone talerze, to znôw, rumieniac siç, zerkat na potargana Helenç, ktôrej szlafrok rozpial siç zupelnie. Oczy nieznajomego zwilzone byty tzami. Wszyscy razem niesli Turbina z jadalnego do jego pokoju, i wtedy nawet nieznajomy tez przylaczyl siç: podlozywszy rçce pod kolana Turbina, niôsl w ten sposôb jego nogi. 245.
W jadalnym Helena podaîa lekarzowi pieniadze. Ten zas je odsunat... — Co pani, doprawdy — powiedzial — od doktora? Wazniejsze sa sprawy. Wlaéciwie trzebaby do szpitala... — Nie mozna — odezwat siç Turbin stabym gtosem — nie wolno do szpit... — Kolego, proszç siç nie odzywac — rzekî doktôr — bez pana damy sobie radç. Так, oczywiscie, sam rozumiem... Licho wie, со siç teraz w miescie dzieje... — Wskazaî na okno. — Hm... moze ma raejç ; nie mozna... No cöz, wobec tego w domu... Wieczorem przyjadç. — Czy grozi niebezpieczenstwo, doktorze? — zapytala Helena z trwoga. Doktor spojrzat badawczo na posadzkç, jakgdyby w jej blyszczacej zöttej powierzchni mögt w y czytac diagnozç, odchrzaknat i, pokrçciwszy brôdkç, odpowiedziat: — Kose jest cata... Hm... wiçksze naczynia krwionoéne rôwniez nietkniçte... nerw takze... Ale moze byô ropienie... W ranie byty kawaleczki wetny z plaszcza... Temperatura... Wycedziwszy te mato zrozumiate, urywane z d a nia, doktôr powiedzial pewnym i podniesionym gtosem: — Absolutny spokôj... Jezeli bçdzie bardzo cierpiat, zastrzyknç mu wieczorem morfinç. Potrawy— ptynne... Dajcie mu rosotu... Niech niewiele rozmawia... 246.
— Doktorze, doktorze, bardzo pana proszç... on bardzo prosiî, zeby nikomu nie môwic... Doktor obrzucil Helene ukosnem, pochmurnem spojrzeniem i burknal: — Так, rozumiem... Gdzie on siç tam krçeil?... Helena, machnawszy rçka, dyskretnie westchnçta. — Dobrze — rzekî doktôr i niezrçcznie jak niedzwiedz polazî do przedpokoju. 247.
CZFSC TRZECIA 1 Poptynçly dni petlurowskie. Kijôw ucich} i zamilkl; zdawalo siç, ze przyttacza go jakis ciçzar, ze na cos ezeka. Dni byly posçpne, a noce mijaly w strachu. To wielkie miasto jakgdyby siç wyludnilo; ciszç nocna przerywaly dalekie i bliskie wystrzaly. Juz о godzinie dziewiatej wieczorem kozacy petlurowscy zatrzymywali przechodniöw, zadajac od nich „poswidczenia". Czas dluzyl siç straszliwie; nad caîem miastem zawisl smutek, a szary, wydeptany snieg na eleganckim niegdys Kreszczatiku swiadczyl о nudzie i zaniedbaniu tej ulicy. Niezwykle i dziwnie wygladaly niektôre szpetnie powykrçcatie szyldy, a na pozostalych — napisv byly dziwacznie zmienione. 248.
Ale zycie plynçlo swoim trybem, ludzie spieszyli siç, robili cos, i chociaz tempo bylo zwolnione, to jednak wszçdzie wyczuwalo siç chorobliwe pragnienie doprowadzenia czegos do konca, bo jutro moze byd juz za pözno. Latwo mozna bylo dostrzec przygnçbienie, smutek i nudç; cidzyly one tern bardziej, ze tak wesole zwykle, radosne swiçta Bozego Narodzenia w tym roku mijaly spokojnie w ciszy i strachu. Zblizal siç pierwszy stycznia 1919-go roku, 1 w Grand Hotel'u i innych wielkich restauracjach zawczasu zamawiano stoliki; lecz dzis i do tej uroczystosci noworocznej zabierano siç apatycznie, jakgdyby z obowmzku. Wielkie, tak niedawno jeszcze peine zycia miasto skurczylo siç; wyczuwalo siç pewnq beznadziejnosc w tonie i calem zyciu, w rozmowach, dyskusjach, w rozkiadzie czasu, w sposobie chodzenia, w ospalych pogawçdkach po kawiarniach i w w y ludniaj^cym siç stopniowo Klubie Literackim. Dusze i serca peine byly zlowieszczych przeezuc. W takim nastroju bywamy tylko przed burzu w letni upalny dzien о zmierzchu. Minql smutny tydzien Bozego Narodzenia, i zblizala siç smçtna noc sylwestrowa bez nadziei, bez inarzen о nowem szczçsciu, w ktôre nikt szczerze nie wierzyl. P o uprzqtniçciu cial — oficeröw, porozrzucanych na rogach ulic, pod numerami domôw, kolo 249.
pîotôw i po oswojeniu siç z nieoczekiwanemi nastçpstwami przewrotu moglo siç wydawaô, ze zewnçtrznie wszystko powrôcilo na dawne miejsce i ze zycie plynie zwyklym trybem, nie tak jednak rôwniutko i spokojnie! Wreszcie minai 1 stycznia, poplynçty zwykle, nudne dni. Ostatnie tygodnie petlurowskiei wladzy dobiegaly koAca. Coraz bardziej przerzedzal siç i wyludniaî Kijôw; na poîudnie, do Odesy, w brudnych, z powybijanemi szybami wagonach wyjezdzali najbardziej przewidujacy i uciekajacy zawczasu ludzie. 250. \
II Niewesolo bylo na milezacych ulicach Kijowar w wiljç Trzech Kröli 1919-go roku; inaczei swiçto-wano w mieécie za dawnych czasôw. Ale w rnieszkaniu Turbinôw wesoto paliîy siç lampy. Stata jeszcze strojna w ozdoby choinka i tak samo, jak zawsze, przypominala dalekie dziecinstwo. Zarzace siç swieczki i porozwieszane na gatazkach ozdoby wytwarzaja ten mity, naiwny nastrôj swiateczny, ktory kaze myslec, ze jest tak, jak byc powinno. Nie nie zaszlo. Przysztosc jak na dloni, minçla trwoga, a za oknami istnieje to samo zycie wraz z eudowna rosyjska zima i to samo mrozne swiçto Trzech Krôli; spowite w bialy calun glçbokiego, spokojnie spiaeego sniegu. Larjosik denerwowal siç. Stapal niezgrabnie dokola choinki, zawieszal cos, przymierzal, minç miat stroskana. — Ot, tç gwiazdç dobrze byloby umiescic tutaji Jak tylko dotykal choinki, swieczki zaczynaly spadac.
— Proszç zejsô — îagodnie i pobîazliwie odezwaîa siç Helena do Larjosika. — Rozbije pan sobie jeszcze gîowç! Larjosik byl rozradowany: — Pyszna choinka, tak mowi Wiciefika. Chcialbym zobaczyc czlowieka, ktôryby orzekl, ze to nieladne drzewko. Droga Heleno Wasyljewno, gdyby pani wiedziaîa: choinka przypomina mi bezpowrotnie minione dni mego dziecinstwa w Zytomierzu. Swieczki... Choineczka... Zielona... — Wymowil te slowa i jakgdyby siç przestraszyl. — Choc zreszta, lepiej mi jest teraz tutaj, niz kiedyé bylo w dziecinstwie. Nigdzie mi siç nie chce isc. Pozostalbym tak na wieki pod ta choinka u nôg pani i nie ruszylbym siç stad... — Znudziloby siç panu. Straszny z pana... ,,poeta", Larjonie. — Ech, gdziez tam, jaki ze mnie poeta! Jaki u li... Proszç mi wybaczyc, Heleno Wasyljewno. Helenç opanowal cichy, nieokreslony smutek. — Proszç, niech pan przeczyta cos nowego — poprosila go miçkko. — No, proszç przeczytaé... Wiersze pana bardzo mi siç podobaja. Czy pani szczerze to mowi? — Alez oczywiscie, szczerze. — Dobrze... Dobrze. Przeczytam. Foâwiçcam... No, jednem slowem poswiçcam... Nie, nie bçdç pani czytal tych wierszy. 252.
PowstrzymuRC uémiech, Helena spytala: — Dlaczego? — No, bo pocöz... — A jednak komu sa one poswiçcone? — Pewnej... kobiecie... — Czy to tajemnica? — Tajemnica! Nagle, sam siç tego nie spodziewajac, powiedzial: — Pani! — Drogi panie, dziçkujç — rzekla Helena poblazliwie jak matka, ktôra zwraca siç do rnilego. lecz obcego dziecka. — Côz mi z tego „dziçkujç?" Ech!... I chcac bye tak samo dowcipnym i trywjalnym, jak oficerowie, powiedzial grubym glosem: — Z takiego „dziçkujç" nie uszyje siç plaszczaî Ale zaraz opamiçtal siç: — Oj, przepraszam, zaraziîem siç od Mysztajewskiego. Pani wie, jakich oni uzywaju wyrazôw... — Widzç. Mam wrazenie, ze pan siç zakochal w Myszlajewskim. Larjosik zaczerwienil siç: — Nie, jestem zakoehany w pani. —• Nie trzeba, Larjonie, kochac siç we mnie. Nie trzeba — powiedziala pouczajaco. 253.
— A wie pani со? — i spojrzawszy na nia, P'alіщі niespodzianie: — Niech pani wyjdzie za mnie! Jakgdyby na serjo przyjmujac jego slowa, Helena odrzekîa powaznie: — Larjonie, pan jest wzruszajacy. Ale to niernozliwe. Ale Larjosika to nie uspokoilo. Przypomnial sobie Talberga, ktôrego tak bardzo nie lubil: — On nie powrôci. A jak pani sobie poradzi sama? Sama! Bez opieki, bez pomocy... Choc moja opieka bylaby parsz... sîaba. Jestem taki pechowiec... — I ten niezgrabny, wzruszajacy chlopak zaczal môwic w pospiechu, z coraz wiçkszym zapalem, starajac siç ja przekonac: — Ale ja pania bçdç bardzo kochal... Cale zycie! Pani jest dla mnie idealem. On nie wrôci. Szczegôlniej teraz, kiedy bolszewicy siç zblizaja... Nie wrôci. Helena pochyliîa glowç. Oddawna juz dobrze rozumiala swego mçza. — Wiem — rzekla cicho i spokojnie — nie wrôci. Ale to nie. Qdyby nawet powrôcil, nie bçdç z nim razem. Dawno juz powziçla takie postanowienie. Aie tarjosikowi zdawalo siç, ze musi cos ttumaczyc, dowodzic. — Odciçty. Serce mi siç krwawilo, kiedy pani pozostaîa sama... Przeciez strach bylo spojrzeô na pania. DoprawdyL. .254
Spojrzaîa na niego: — Czyz tak zmizernialam? — Okropnie! Jak upiôr! Chuda... Twarz taka rzölta, okropnie zôlta... — Earjonie, со pan plecie! — Oj... czy ja umiem rozmawiac z piçknemi kobietami?... Powiem jednak... — i rzeki, chcac poprawic wrazenie: — Aie teraz pani lepiej wyglgda, 0 wiele lepiej. Rumience, takie mocne rumience... — Nadzwyczajny z pana czlowiek, Larjosiku. Proszç podejsc do mnie, pocalujç pana w czolo... W czolo. — W czolo! Ech... Czolo, niech bçdzie czolo. Czarna gwiazdo moja... Na szczçscie i ku wielkiemu zdziwieniu Larjona Helena pocaîowaîa go w usta. — Sam wiem... — môwil wzruszony z rozpaCZ3 — czyz mozna mnie kochac? — 0 , i jak jeszcze — prôbowala go pocieszyc, 1 godz^c w samo serce, rzekla: — Ale ja mam romans. — Co? Kto? Romans?! Pani?... To niemozliwe! — No, proszç, czyz siç do tego nie nadajç? PlaczEic prawie, môwil ze Izami: — Pani jest swiçta... A on? Co za jeden? Ja go znam... 263.
— No i côz? Zna go pan — nawet bardzo dobrze!... Larjosikowi pociemnialo w oczacn, wszystko wraz z nim zawirowalo. jakgdyby — Zaraz, zaraz, zaraz! Zaraz!... Nagle usiadî, schwycit siç za glowç, jakgdyby sobie cos przypominal, doprowadzal do porzadka. — N'ic nie widziales, mlodziencze?... Stawiaj na. kröla!... — belkotal bez sensu. •— Zdawalo mi siç. ze to sen... — Szczçsciarz przeklçty! — dziecinnie wyrwato mu siç z ust. — Larjosik, to nieladnie! Ale Larjon byî zdenerwowany. Wstal, usiadi i znowu wstal. — Pôjdç sobie... Pôjdç — oznajmil energicznie i stanowczo. — Dokad to? Dokad? Choc drçczyl ja smutek i zal jej bylo tego niezgrabnego mlodzienca, to jednak omal nie wybuehnçîa smiechem, kiedy Larjosik oznajmil nagle: — Po wôdkç... do Ormianina... I dodal stanowczo: — Bçdç pil az do utraty przytomnosöi, — A jakze, zaraz panu na to pozwolç! I chcac go pocieszyc, dodala: 256.
— Larjonie, bedç pana przyjaciôlka... Larjosik nastroszyl siç: — Czytaîem w powiesciach, czytaîem... Jak „przyjaciôlka bçdç" — to juz po wszystkiem. Koniec! 1 zaczaf wciagac palto. — Larjosik! Proszç prçdko wracaé! Maja nadejsc goscie. Larjosik nie zdazyl otworzyô drzwi, jak zetknaî siç z Szerwinskim. W podartym plaszczu, w starym, brudnym kapeluszu wygladal :tak dziwnie, ze sprawiaî wrazenie obcego, zupeînie nieznajomego czlowieka. Larjosik, zdumiony, krzyknal: — Kto to? Szerwinski spojrzal na niego i spokojnie powiedzial: — Dziendobry! Helena klasnçla w rçce, i glos kobiety ikochajacej i oczekujacej zdradzil ja odrazu: — Môj Boze — zawolala radosnie. — Jak pan wyglada... — No, dziçkujç, Heleno Wasyljewno — odpowiedzial Szerwinski, niezadowolony. — Juz sprôbowalem. Jadç dzis dorozka i widzç, ze jacys proletarjusze walçsaja siç po ulicy. Jeden z nich powiada: „Widzisz, jaki to pan ukrainski!.. Jutra tylko doczekaj, a jutro posciagamy was z dorozek!" MerBiala G ward ja 17 257
ci! Umiem patrzed. Winszujç pani. To koniec Petlury. Dzisiaj w nocy przyjda czerwoni. A wiçc, — republika sowiecka i t. p. Helena cofnçla siç. — Co pana tak cieszy? Pomyslalby kto. ze jest pan bolszewikiem!... Szerwinski machnaî rçka i opadl ciçzko na krzesîo. — Nie jestem bolszewikiem, ale jezeli mam do wyboru, czy petlurowca, czy bolszewi'ka — to, niech mi pani wybaczy, wolç bolszewika. Jestem ,,sympatykiem". Plaszczyk wypozyczylem od strôza... bezpartyjny plaszczyk. Helena oburzyla siç: — Proszç w tej chwili zdjac to paskudztwoi — Sluchaml Zdj^î palto, potem kapelusz, kalosze i wreszcie, niewiadomo dlaczego, liawet okulary. Jakiez bylo zdumienie Heleny, kiedy nagle ujrzaîa, ze ma na sobie wspanialy garnitur frakowy. — Otöz to! — powiedzial, prostujgc siç. Leno! czy jest kto w domu? Gdziez Nikolka? — — Ten podly Nikolka ledwo wstal z lôzka, zaraz pobiegl po wôdke. Ujal jej dlonie. — Leno! Leno! Udala, ze go chce odepchnaC 258.
— Proszç mnie puscid!... A to со, pocöz pan zgoЩ brodç? Szerwinski skrzywil siç. — Latwiej siç ucharakteryzowad... — Latwiej ucharakteryzowad siç na bolszewika? U... tchörzüwe, chytre stworzenie! — rzekla spiewnie, zartujgc i starajac siç byd surowa: — Nb, proszç juz odejsd, odejsd!... Rozstawiwszy ,nogi, spojrzal w pokoju na lampy, choinkç; po mroznej, bezludnej, milczacej ulicy poczul, jak tu cieplo i wygodnie; zachwycony, zacz^l po dawnemu mowid tonem rozpieszczonego czlowiek a: — PiçknieL. Choinka... Lena... Nagle dodal: — Pöki niema nikogo... Przyjechalem pomôwid... Mozna? — Slucham! — Leno! Wszystko siç juÉ skonczyîo. Petlurç wypçdzaja... Wystçpowaîem... Wszystko idzie dobrze. Nie mozna dluzej .siç mçczyc. On nie wrôci. Jest odciçty. Rozwiedz siç z nim, pobierzemy siç! Leno! Nie jestem zly, doprawdy, wcale nie zly. Przeciez to mçczarnia... Jesteé sama... Nikniesz w oczach... Helena spojrzala na niego. — Poprawisz siç? Zawsze pewny siebie, Szerwinski z niektamanem zdziwieniem zapytaî: 259.
— Na czem ma jpolegad ta poprawaV Na to Helena powaznie i stanowczo odpowiedziala : — Bçdç panska zona, jezeli siç pan zmieni. Przedewszystkiem, niech pan przestanie klamac. Szerwinski, zdziwiony, szeroko otworzyl oczy i wydal czerwone usta: — Czyz taki Igarz ze mnie, Le-noczka? — Nie Igarz, a Bog raczy wiedziec, taki pustak... jak orzech. I samochwata. A przeciez nie jestes ani glupi, ani zty, a jednak... Jak mial szlify, to chodzit... — nasladujac go, pokazala, jak komicznie siç puszyl, jakie pozy przybieral, jak kroczyl z wielka powaga— Côz to! Qwardji przybocznej... hm... — Mama, mma... Kcha... Jak Boga kocham, nigdy tak nie ehodzilem. — Milcz! Coz to doprawdy! W naszym domu nigdy nie bylo kîamstwa i nadal nie zyczç sobie czegos podobnego... Wstyd! „Cesarz mu sie w portjerze ukazal..." nawet plakal... Nie podobnego nie bylo... „Та wysoka mezzosopranistka..." Okazalo siç, ze to zwyczajna panna z kawiarni Sernadcniego. Szei-winski zmieszal siç. — Lenoczka! ona niedlugo tam sluzyla... no, dopoki jej nie zaangazowano. — Zdaje siç, ze by la zaangazowana? — Leno! Przysiçgam na matkç nieboszczkç i ojca rôwniez, nie nie bylo miedzy nami. 260.
t nagle do dal: — Przeciez jestem sierota. — Wszystko mi jedno. Nie mnie nie obehodza panskie brudne tajemnice. Chodzi mi о to, zebys przestal siç chwalic i zmyslac. Wstyd! Jedyny raz nie sktamal, opowiadajac о papierosnicy, ale i wtedy nikt mu nie uwierzyl, musial tlumaczyc, dowodzic. Fe!.. Niebozatko... — Wlasnie о tej papierosnicy wszystko zelgaiem. Nie podarowal mi jej hetman i nie obejmowal mnie ze Izami. Najzwyczajniej zapomnial ja wziac ze stoiu, a ja sciagnaiem. Helena cofnçla siç. — Sciagnaies ze stoiu?! Möj Boze! Tego tylko brakowaîo! Proszç mi ja tutaj dac... Wziçla od niego ciçzka papierosnicç i schowaia, on zas, pokorny, stat ze spuszezona glowa jak skruszony sztubak, schwytany na goraeym uezynku. I jak sztubak cicho i tajemniezo poprosil: — Lenoezka, nikt siç о tem nie dowie? Dobrze? — Milcz! Ma pan szczçscie, zes siç sam domyslil opowiedziec mi о tem... A gdybym siç о tem dowiedziala od kogo innego?... — A w jaki sposôb? — Dzikus! — Wcale nie, Lenoezka, bardzo siç zmienilem. Slowo honoru, nie poznajç siebie, tak na mnie wplynal przewrôt. А со siç tyczy spraw materjalnych, to badz spokojna, Lenoezka, wszak ja... jego... go... Wczoraj podezas repetycji... spiewam... a re261.
zyser powiada do mnie: „Leonidasie Jurjewiczu, ma pan niezwykta przyszlosc przed soba. Möglby pan wstapic do teatru Wielkiego, pojechac do Moskwy" Objal mnie i... Helena spojrzala na niego zpodelba z usmiechem, jak siç patrzy na klamliwe, rozpieszczone dziecko, i spytala obojçtnie: — — — — I cöz? I... nie... Poszedl sobie przez korytarz. Niepoprawny! Leno! Podskoczyl ku niej i zaczal obcatowywac jej rçce, te dobre, przebaczajace rçce kochajacej kobiety. — Cöz my zrohimy z Talbergiem? — spytala Helena z powaga. — Rozwöd! — oznajmil stanowczo Szerwinski. — Rozwöd! Masz jego adres. Poslemy mu depeszç i list, ze wszystko skonezone! Skonczoneü — Niech i tak bçdzie. Smutno mi i nudno. Samotna jestem. No... Dobrze! Zgadzam sie! Szerwinski zaczal tanczyc. — Qalileuszu, zwyciçzyles! Leno! Schwycil stojaey na biurku portret Talberga i zaczal wywijac nim w powietrzu. — 2adam natychmiastowego wyrzucenia go. Nie mogç na niego patrzec. To zniewaga dla mnie. — Oho, jaki ton! 262.
— Lenoczka, patrzeô na niego nie mogç — mowit îagodnie i nagle zîamaî ramç, a fotograîjç podarî i wrzucit do pieca. — Szczur!... Teraz sumienie mam czyste i spokojne. Nie zwrôciîa na to zadnej uwagi, nie doznaîa zadnego wzruszenia, ani ja to obrazito; spojrzawszy na Szerwinskiego, rzekîa wolno: — W zabocie byîoby ci do twarzy... Niema со, tadny jestes! Szerwinski dumnie odrzucil gtowç: — Nie zginiemy. — О, о ciebie nie lçkam siç... Nie zginiesz! Ujat jej ramiç. — Leno, zagraj mi, pojdziemy do ciebie... Wszak juz dwa miesiace nie gawçdzilismy. Wciaz wsrôd iudzi, wsrôd ludzi... — Alez moga zaraz nadejsc... No, chodzmy. Poszli, a po chwili poprzez zamkniçte drzwi popîynçly z fortepianu ciche, melodyjne dzwiçki; spiewali cos nieokreslonego — о smutku, о minionej mlodosci, о niesmiatej nadziei i milosci. 263.
[II Moglo siç zdawac, ze wszystko teraz dziato siç tak, jak dawniej. Grano na fortepianie, palily siç kandelabry, drzewko jasnialo, i to sniezne swiçto zimowe z kawalkami waty na choince, z bialym wywatowanym dziadkiem przypominalo to dalekie a zarazem tak bliskie dziecinstwo, pieszczoty matczyne, stara nianiç i caty urok bezpowrotnie minionych dni. A!e pustka swiecily ulice i domy, pusto bylo w duszach ludzkich, i w mieszkaniu Turbinôw niepostrzezenie zagniezdzil siç smutek. Pality siç swiatla, stala choinka, slychac bylo dzwiçki muzyki, ale ludzie nie byli juz ci sami. Drçczyly ich przeczucia, i nawet w glçbi mieszkania mimowoli przysîuchiwano siç kazdemu stukniçciu, najlzejszemu szmerowi. Drzwi od przedpokoju otworzyly sie nagle. Wszedl Nikolka, röwniez jakos niezwykle ubrany. Zdjawszy palto studenckie, krzyknat w pustym salonie : — Wino przynioslem! Heleno! Heleno! Czer264.
woni siç zblizaja- Petlura siç cofa. Czy styszysz? Zaraz wejda do miasta! ZbUzyl siç do stolu, zobaczyt pusta i z mlodziencza wesoloscia zawotal: ramkç — А!.. А!.. A... Wyrzucili? RozumiemL Dawno siç domyslatem... Powoli о tej porze, w ten wieczör Trzech Krôli zaczçli nadchodzic bliscy znajomi rodziny Turbitiôw, ci wszyscy, ktôrzy nie zginçli w miescie. 1 Larjosik powrôciî i, wszedtszy do przedpokoju, zawolaî natychmiast: — Dostaîes, Nikolasza?... Wobec Larjosika Nikolka zachowywal siç jak starszy, nasladujac oficerôw. Dlatego tez mtodzienczym basem trochç zgôry odpowiedzial pobtazliwie: — Dostalem. A ty? — I ja rôwniez — pospiesznie z radoscia oznajmil Larjosik. — Udalo mi siç jedyny raz. Myslalem, ze wcale nie dostanç. Taki ze mnie pechowiec. Cudowna byla pogoda, kiedy wyszedlem. No, myslç sobie, takie jasne niebo, dobrze dzieje siç na swiecie. Aie skoro tylko ukazç siç na ulicy, natychmiast zacznie padac snieg. I rzeczywiscie, pada taki mokry w sama twarz! Ot, masz ja — wôdeczkç. Przynioslem! Niechaj wie Myszlajewski, со potrafie. Dwa razy upadlem, glowç rozbilem, aie butelkç trzymalem mocno. Twarz mial przytem szczçsliwa i usmiechniçta265.
— Posluchaj", wiesz? — podniöslszy mloda glowç, rzeki Nikolka. — Wstrzasajaca nowina: Helena rozwodzi siç z mçzem. Wychodzi za Szerwinskiego. Jakgdyby piorunem razony, wypuscit Larjosik z drzacych dloni butelke, ktôra potlukla siç na kawalki. — E, Larjosik. E... — udajac zmartwionego, pokiwal Nikolka glowa. — E-he! — Juz... — ze tzami w1 oczach smutnie zawolal Larjosik. — Co ci jest, Larjosik? со ci to? A-e?... rozumiem... Zadurzyles siç, tak?... — Nikol, kiedy siç môwi о Helenie Wasyljewnie, to takie slowo „zadurzyles siç" uwazam za nieodpowiednie. Rozumiesz? Ona — zlota! Nikolka skrzywil sie pogardliwie : — Ruda, Larjosiku, ruda. To wprost nieszczçscie. Ruda i dlatego wszystkim tak siç podoba. Ktokolwiek ja zobaczy, zaraz zaczyna znosic bukiety. Caly czas mielismy w mieszkaniu pelno tych bukietow jak wiankôw, a Talberg siç zloscit. No, pomôz mi, zbierzemy со prçdzej to szklo, bo jak Myszlajewski nadejdzie, to ciç zabije! — Tylko nie mu nie rnôw! 266.
IV i rzeczywiscie, jakgdyby uslyszat swe imiç, jakgdyby przywolal go jakis tajemniczy gîos, oczekiwany przez wszystkich jak czîonek rodziny, wieezny gosc, dawny wierny druh, zjawil siç Myszlajewski, obîadowany paczkami. Oddech miat przyspieszony jak po wejsciu na stroma gôrç, a z poza jego plecôw wygladal wysoki Studzinski. Juz w przedpokoju rozlegl siç spokojny, ironiczny gîos Myszlajewskiego: — Przyjmujecie gosci! Czy zastalem Nikotkç? — Jestem! — po wojskowemu krzyknal Nikolka. — Bylem juz w miescie. Przynioslem wôdeczkç, mam zaszczyt oznajmic to panu! Zaledwie kilka dni uplynçlo od ostatniego spotkania siç ze Studzinskim; teraz zas zdawaîo siç, ze to lata cale przeszly, tak byî mocno zmieniony, tak bardzo siç zestarzal. Doniedawna jeszcze gladka, prawie n toda twarz obrzçkla, pokryîy ja bronzowe zmarszczki, podkrazone oczy zapadty siç gtçboko; nogi odma267.
wialy mu postuszenstwa, jakgdyby on sam musiat dzwigac to ciçzkie obce ciato. Myszlajewskiemu bylo u Turbinöw wesoto jak u bliskich krewnych. Rozejrzal siç dokola i, cedzac powoli slowa, pochwalit: — No, doskonale... wszystko w zupelnym porzadku! Larjonie, witaj! Hm... zapach wôdki... Pochylil siç, powachat i spowazniat. — Jak Boga kocham, wodka! Kto pit wôdkç przed nami? Przyznajcie siç! Cöz to siç dzieje w tym przyzwoitym domu? Czy wy wôdka podtogi myjecie? Nie spieszac siç, zwrôcit siç do Larjosika. — Wiem, czyje to sprawki. Wciaz tluezesz wszystko! Wciaz ttuczesz! To „ztote rece" w calera znaczeniu tego slowa. Do czego tylko dotknie siç, ,,bçc" — skorupy! Jesli ciç tak rçce swedza, to mozesz pottuc serwisy. Nieoczekiwanie dla wszystkich Larjosik rozgniewaî siç: — Co za prawo masz robic mi wymôwki? Nie zyczç sobie tego! Myszlajewski pokiwal glowa z wyrzutem. — Jakos wszyscy na mnie krzycza... Wkrôtce bic mnie z a c z n a - A wreszcie, dzisiaj dlaczegos jestem dobry... I jak zwykle, tak i teraz przemôwil Myszlajewski do Larjosika spokojnie i tem go udobruchat. — Zgoda, Larjonie! Zgoda! Juz nie gniewam sie na ciebie. 268.
— No, bracia moi — oznajmil podniesionym glosem — jeszcze przed kolacja musimy zastanowic siç nad tem, со mamy dalej robic. Wytworzyia siç nadzwyczajnie powazna sytuacja. — Racja! — zgodzil siç Nikolka, z powaga usadowiwszy siç na stole. — Zwoîajmy wiec! — Dobrze, dobrze! — Panowie, wciaz zartujecie — z niezadowoleniem odezwal siç Studzifiski. — Jakie tam zarty. Zupelnie powazna sprawa— burknal Myszlajewski i nagle, uradowany, krzyknal : — O, Alosza przyszedl. Witaj, Alosza. Zdawalo siç, ze Aleksy Turbin z zabandazowana rçka, blady, zmçczony, dalekim jest od tego, со siç dzialo dokola, jakgdyby byl nie z tego swiata; uscisnal dlonie Myszlajewskiego i Studzinskiegoi i, rozejrzawszy siç, zajal miejsce przy stole. — Pozapalaj swiece, Larjonie — rozkazal — i tak zagramy potem w winta. — Z najwiçksza przyjemnoscia! — zgodzil siç Larjosik. A Nikoîka schwycil gitarç w sposob zupelnie nieodpowiadajacy chwili. Myszlajewski przemôwil tonem przewodniczacego: — Prosze. Proponujç panom wybrac na przewodniczacego Aloszç, jako najstarszego. — Zostawcie mnie, panowie, w spokoju — apatycznie odpowiedzial Aleksy Turbin. 269.
Ai» Nikolka krzyknal: — Prosimy, prosimy! Aleksy zas rzekl tym samym glosem zmçczonego i chorego czlowieka: — Szerwinski jest tutaj! Trzeba go zawolad... — a potem dodaî: — Nie, nie trzeba. Czem innem teraz... Zapanowala cisza. Posiedzenie rozpoczçîo siç. Aie wybryk mlodzienczej wesolosci Nikolki о maio nie zepsul nastroju. — То ci widowisko — z humorem, smiejac siç, zawolal Nikolka. — Trocki byîby zachwycony, gdyby to zobaczyî. Wszyscy maja takie uéwiadomione miny... •— A wiec, Nikolka, referuj! Dobrze wiesz, eo siç dzieje... — Otôz... Так siç dzieje. Czerwoni pokonali Petlurç. Wojsko Petlury opuszcza miasto, na ich miejsce przychodza czerwoni, i od jutra bçdziemy tutaj mieli sowiecka republike. A со my ze soba zrobimy, tego nie wiem! — Czy pan skonczyl? — powaznie zapytal Studzinski. — SkoAczyîem! Nie wiçcej nie mam do powiedzenia — rzekl Nikolka i zaezat grac na gitarze walca „Minione dni". — Moze ktoé chce siç wypowiedziec? — zapytal Studzinski obecnych. Nieoczekiwanie rozlegl siç w pokoju naiwny, dzwiçczny glos Larjosika: 270.
— A dlaczego nie slychaé strzeianiny? — Bo eicho i grzecznie maszeruja — rzekl Nikolka, smiejac siç wesolo. — Ida, jak siç patrzy! I w dodatku bez walki. А со najdziwniejsze, wszyscy sie raduja, nawet nie wyrzniçci burzuje, tak juz obrzydl wszystkim ten Petlura. I doprawdy wszyscy mieli juz dosé tego, dluzej tak zyc nie mogli. To oczekiwanie w wiecznem napiçciu czegos strasznego, nieuniknionego tak wyczerpalo nerwy, ze mezczyzni, kobiety, a nawet dzieci doznawaly tego samego, со czlowiek, ktôry zawisl nad przepascia: woli on odrazu zginac, anizeli wiecznie byc pod groza niechybnej smierci. — No, ei, со przyjda — wyrzna doreszty — ponuro, ze zwykîym spokojem powiedzial Myszlajewski. Ale Nikolka nie uspokajaï siç: — Так, to niebywale zdarzenie. Ciekaw jestem, jak wyglada Trocki. — Zobaczysz go! A wiec, kapitanie, jakiego pan jestes zdania? — zapytaî Myszlajewski. — Nie wiem. Teraz nie nie rozumiem. — Studzinski zamyslil siç na chwilç. — Sadzç, ze dla nas byloby najlepiej zabrac siç i pôjsc za Petlura. Nie wyobrazam sobie tylko, jak my, bialogwardzisci, bçdziemy z nim wspölzyc. — A wlasciwie, dokad to za Petlura? — mruzac znaczaco oczy, wycedzil Myszlajewski. — Zagranice! — Racja, towarzysze! — ucieszyl siç Nikolka. 271.
— А со zrobimy zagranica? — ponuro pytal dalej Myszlajewski. Ale Nikolka nie tracil rezonu. — Stworzymy tam armjç i w jej szeregach bedziemy walczyc z bolszewikami. Myszlajewski spochmurnial. — Znowu pod dowôdztwem jeneralôw. To bardzo dowcipny plan. Szkoda, wielka szkoda, ze nasi towarzysze, panowie oficerowie, spoczywaja w ziemi, bo duzo ciekawego mogliby nam о jeneralach opowiedziec. Ale nie z tego — spia sobie> spokojnie... Nie opowiedza, chyba... — Wieczny odpoczynek raez im dac, Panie! — Nie drçcz mnie, nie przypominaj — zawolal Studzinski. — A niech tam, с tu môwic о poleglych, niema ich wsrôd nas. Zato ja warn opowiem — môwil Myszlajewski. — Znowu tworzyc armjç, znowu walczyc? I znöw ma k.os rozrzewniac siç?! Dziçkujç, dziçkujç! Smialen siç juz... Szczegôlniej, kiedym ujrzal w prosekt" -jum naszych poszarpanyeh oîicerôw. Dose mam ego, jestem na wojnie od 1914 roku. Aie wtedy nazywalo siç to „za ojezyznç". Dobrze. Jak ojczyzna, to ojczyzna. Ale teraz, kiedy mnie opuscili, taka hanba, mam znöw pôjsd do tych jasnie oswieconych? 0 , nie! Patrzcie! Pokazal figç. — Так, figç! — Zebrani prosza môwcç nie pokazywac fig — odezwal siç z niezadowoleniem Studzinski. — Proszç wyrazac mysli slowami! 22 7
— Owszem, zaraz siç wypowiem, badzcie dobrej mysli! — ostro odpowiedzial Myszlajewski. — Czy jestem idjota? Nie, wobec mego Boga jestem kapitanem i oznajmiam warn, ze wiçcej z tymi psimi synami - jeneraiamj nie mam nie wspôinego! Skonczylem... — Siuchaj, kapitanie — ja I mowid Studzinski podniesionym gtosem. — Powiedziaies tu slowo „ojczyzna". Jakaz to ojczyzna, kiedy idzie Trocki? To koniec Rosji! Zrozum: Trocki! Nasz polegîy dowödea mial racjç. Pamiçtasz? Otôz to wlasnie — Trocki. — Trocki! Swietna postaé. Cieszç siç bardzo. Chciaibyin go poznac i powierzyc mu dowodztwo oddziaiu — wyrzekl Myszlajewski ze zloscia. ot I nagle w uniesieniu Studzinski i Nikolka zupeinie jednoczesnie nie spytali, lecz krzyknçli namiçtnym giosem, pochodzacyimz giçbi ich wewnçtrznej istoty. r — Dlaczego? to — A oto dlaczego. Dlatego... Dlatego, ze jak powiedzieliscie, ile ma Petlura? 200 tysiçcy? Otôz to te 200 tysiçcy zoinierzy sadlem piçty wysmarowali i zwiali, jak tylko uslyszeli to jedno slowo — bolszewicy! Widziales? Na czysto? Dlatego, ze Trocki tylko okiem mrugnal, a bozy ludzie stançli za nim jak chmura! A côz ja mogç przeciwstawid tym bozym ludziom? Rejtuzy z wypustkami?!? Wszak oni nie znosza widoku tych wypustek... Natychmiast chwytaja za widly. Jak siç to warn poВЫа Gwardja 18 273
doba? Zprzodu — czerwona gwardja jak mur. Od tylu — spekulanci, i ty rôwniez, i jeszcze wszelkie wywloki z hetmanem, a w srodku... Так, pokorny sluga! Zbrzydlo mi juz byé tym gnojem w przerçbli. Skonczona zabawa! Zapanowalo chwilowe milczenie, zlowieszcze jak cisza w pokoju ciçzko chorego czlowieka, nad ktôrym zapadi wyrok smierci. Czlowiek ten przeglada siç w lustrze i widzi calego siebie; wie dobrze, со on za jeden, i widzi dziwne, nieznane mu rysy, a w kazdym z nich czyta tylko jedno slowo: „Smieré"! — Wszystko jedno — oni nas rozstrzelaja — opusciwszy glowç, spokojnie powiedzial Studzifiski. — I dobrze zrobia! — odezwal siç Myszlajewski. — Zabiora do czeki, poozçstuja wyzwiskami, a potem pod scianç. Dia nich mniejsza mitrçga, a i dla nas... Nikolka zerwal siç: — Bçdç siç z nimi bilL. — Prosimy, narzuc plaszcz, ruszaj! Le6! Pçd^ do Trockiego i krzycz: „nie puszczç!" Juz ciç raz zrzucili ze schodôw... — Sam skoczylem, panie kapitanie Myszlajewski! — Wtedy tylko rozbiles sobie glowç, a terau caîkiem ci ja oberwa. I racja: nie pchaj siç! Тега/ nastaîy sprawy boze... .274
Larjosik, chcac pogodziö spierajacych siç, powiedzial: — Och, poco te okropnosci wojny domowej... Pocöz przelewaé krew? — Racja. A byles na wojnie? — Drogi Myszlajewski, mam bialy bilet. Pluca slabe i prôcz tego jestem jedynym synem mojej matki... — 0 , to dobrze, towarzyszu z bialym biletem. Towarzysze, przylaczam siç! Nikolka zaczal brzdakac na gitarze i zaspiewal: Byla nasza Rosja Wielkiem mocarstwem... Myszlajewski, ktöry zawsze ,umia! nadac twarzy wyraz kwasny i zmçczony, skwasnial jeszcze bardziej i odezwat siç pouczajacym tonem: — Sasza, zamknij posiedzenie, Trocki czeka, nie wie — czy ma wejsd... Nie zatrzymuj towarzysza! W tej chwili rozwarly siç drzwi, i do pokoju weszli Helena i Szerwinski z butelka w rçku. Nikolka po lobuzersku krzyknal glosno: — Bacznosc! •— Rroszç bardzo, nie przerywajcie posiedzenia — zaczal trochç uroczyscie Szerwinski. — Muszç warn oswiadczyc rzecz taka: Helena Wasyljewna Talberg rozwodzi siç ze swym mçzem, bytym pulkownikiem sztabu jeneralnego, i wycbouZ,.,. , 275.
Wskazal siebie zaokraglonym ruchem. Przy tych slowach Larjosik mimowoli z rozpacza wykrzyknal spazmatycznie: — Co!... Myszlajewski spojrzal na niego ze wspôlczuciem: , — Daj spokôj, Larjonie, za wysokie progi na nasze nogi. Mam zaszczyt powinszowad panu — dodal, zwracajac sie do Szerwinskiego — obrotny jestes, niema со, dobra chwilç wybrales!... Studzinski grzecznie, mçznym glosem zlozyl zyczenia: — Wielce szanowna Heleno Wasyljewno, winszujç pani... — Larjonie, powinszuj koniecznie, wszak nie wypada — namawial go powaznie Myszlajewski, uémiechajac siç filuternie. To tez Larjosik odezwal siç z cicha pokora: — Winszujç pani i zyczç szczçscia. — Leno swietlana — môwil Myszlajewski w zamysleniu. — Jestes zuch! Zuch! Co to za kobieta — môwi po angielsku, gra na fortepianie, potrafi röwniez samowarek nastawid. Leno, z przyjenmoscia sambym siç z toba ozenil. — Wicienka, nie wysztabym za ciebie... — Jak nie, to nie. I tak ciç kocham; со do mnie — mam usposobienie kawalera i wojaka, lubiç, zeby w domu bylo przyjemnie bez kobiet i dzieci... jak w koszarach. 276.
Nikolka nie wytrzymat: — 2eby onuczki byly porozwieszane... — Proszç bez dowcipöw. Nalej, Larjonîe. — Poczekajcie, panowie! — zawolaî SzerwiAski. — Nie pijcie tego wina! Nale.ie warn szampana. Gdybyscie wiedzieli, со to za wino. Oho-ho-ho! Chcial wymienic jakas znana firme zagraniczna, ale spojrzaî na Helenç i znizyl gîos. — Takie sobie zwykîe, butelka za trzy i pôî rubla... Calkiem •zwyczajne wino. Myszîajewski mrugnaî znaczaco: — Wplyw Leny, Leno ruda... Zuch jestes, SzerwiAski, zeA siç, jestes zupelnie zdrôw!.. — C6z to za zarty, nie rozumiem... — Wiktorze, dlaczego nie pijesz szampana? — fzekla Helena z wymôwka, podnoszac. kielich. — DziçH Lenoczka, napijç siç wôdki... Ale wlasnie w tej chwili zaszlo cos, со przerwaîo rozmowç zebranych, dobrze znajacych siç Judzi, ktôrzy pragnçli wywoîac choc cieA dawnego wesolego nastroju. Drzwi siç otworzyîy, i W przedpokoiu ukazal siç Talberg. Nie odrazu mozna go byîo poznac w cywilnem ubraniu z walizka w rçku. Nie spieszac sie, zdjaî palto i rzekl z niezadowoleniem: — Drzwi nie sa zamkniçte... Skoro tylko przestapiî prôg tego domu, zapanowaîo w pokoju grobowe milczenie, a Myszlajewski krzyknal mimowoli: — To ci numer!... 277.
Talberg popatrzal na w'szystkich. — Przepraszam — rzekî powaznie urazonym gîosem. — Zdaje siç, ze szanowne towarzystwo dziwi sie, zem przyszedl? —• Witaj, Leno! Helena nie odpowiedziata. — To troszkç dziwne! Doprawdy, prçdzej ja môgîbym sie zdziwic, zastajac u siebie tak wesola. kompanjç w tak niewesolych czasach. Witaj, Leno!. Ale kiedy i tym razem Lena nie odnowiedziala ani slowa, stropil sie i wzruszyl ramionami. — Co to ma znaczvc? — Ot, со... — powiedzial Szerwinski, wstajac. Helena nie data mu skonczyc. — Poczekaj!... otoz... Panowie, wyidzcie wszyscy na chwile, pozostawcie mnie z Wlodzimierzem Robertowiczem... Szerwinski chcial zaprotestowac: — Leno, nie zgadzam sie!... — Przestan, przestan — uspokajal go Myszlajewski — wszystko siç utozy. Zachowai spokoj!... Badz poslusznym. Czy mamy sie stad wynosic, Lenoczka? — Так, wyjdzcie! Sama wszystko zalatwiç... — О, znam ciebie, jestes madra. W razie czego zawolaj mnie. Tylko mnie osobiscie... A wiec, panowie, chodzmy na papierosy do Larjona. Kapitanie, nie martw sie, w wyzszych sferach czçsto zdarzaja siç takie rzeczy. Skoro zatrzasnçîy siç drz'wi i umilkly kroki oddalajacych siç, Talberg, zdenerwowany, zwracajac siç do Heleny, zawolat gniewnie: 278.
— Co to wszystko ziiaczy? Proszç mi wyttumaczyc!... Co to za zarty?! Lecz zamiast odpowiedzi uslyszai spokojne pytanie: — Powiedz, w jaki sposôb wrociles? Wszak dzis nadejda bolszewicy... — Doskonale wiem, со siç dzieje — odrzekl Talberg. — Ta historja z hetmanem okazala siç gîupia operetka. Postanowiîem wrôcic i pracowac wspolnie z wîadza sowiecka. Musimy zmienic polityczna orjentacjç. To wszystko! Helena zmierzyîa go wzrokiem i tym samym spokojnym gîosem oznajmila mu: — Так!... Otôz rozwodzç siç z toba i wychodze za Szerwinskiego... То krôtkie zdanie tak go oszoîomilo, ze dtugo •nie môgî wykrztusic ani stowa; wreszcie rzekt powoli : — A!-. Teraz rozumiem. Aha!... Bardzo dobrze... Bardzo dobrze! Skorzystaîas z mojej nieobecnosci, aby taki zwykîy romans... Ту... — Wiktorze! — krzyknçîa Helena, i do pokoju wpadli Myszlajewski i Szerwinski. — Precz, szanowny panie! — zawolal Szerwinski, aie Myszlajewski nie daî mu skohczyc: — Cos ty! Cos ty! Nie mozna w ten sposôb. — Zuchwalec! — rzekî Talberg, zbladlszy. — Leno, czy upowazniasz mnie do pomôwienia z tym panem? — zapytat Myszlajewski stanowczo. — Так. Pamiçfaj: albo ja, albo on. 279.
— Rozumiesz! Wyfd2, Leonidasie, Helena wyprowadzila Szerwinskiego. — A wiçc proszç mi wybaczyc... — rzekl Myszlajewski do Taiberga. — Pan bçdzie zmuszonv opuscic ten dorn. Tarnten, mszczac siç, odoowiedzial: — Nie chcç z panem rozmawiac. Pijaczysko! Lecz Myszlajewski, chcac uniknaé awantury: — Kto piiaczysko? Kto?—i zmruzyl oczy.—To pewnie ia jestem pijakiem... Pijç! AlkohoÜk. jak to powiadaia, ale nie... nie chcç rozmawiac, iestem dobry dzis. A wiçc musi pan odejsc i rozwiesc siç. — Nie pozos'anç tu ani chwili. — Jezeli panu potrzebny pokôj, mogç swöj ustapic. Wszystko jedno, caly czas tutaj... — Do licha! Nie potrzebujç. Myszlajewski usmiechnal siç: — Jaki dobry dzisiaj jestem!... Czegôz pan siç na mnie gniewa? — Jutro rozwöd. proszç to powtôrzyc pani Szerwinskiej! — Koniecznie! Bardzo dobrze! Nie mog^c opanowac wzruszenia, Talberg plot! : — Ja... pan... tego... Wreszcie z»wr6cit, szybko poszedl do przedpokoju, ubrat siç, wziql walizkç i wyszedl. 280.
V Myszlajewski usiadl i odetchnaf, jakgdyby pozbyî siç wielkiego ciçzaru. — Juz zalatwione — powiedziaî, a Larjosik zawolal, zachwycony: — Qenjalny jestes, Wicienka! — ,,Ja-genjusz — Igor Siewierianin..."*). О mato nie spaskudzil tak radosnego wieczoru. Kochanie moje, czego siç nie robi dla przyjaciôt; zamknij za nim drzwi. Zaraz przyjda— Stopniowo ozywiat siç nastrôj w ten cichy wieczör swiateczny. Odkorkowali butelki, siedli do stoiu, i zaraz po drugim kieliszku Myszlajewski zaproponowal siedzacemu obok niego Larjosikowi, •klepiac go przyjaznie po ramieniu: —• No, Larjonie, wyglos mowç... — Racja — krzyknal Nikolka — mowç! *) Tvtut Aianego wiersza rosyjskiego poety Igora Siewierianma. 281.
Larjosik, wzruszony, zerwal siç z miejsca: — Doprawdy, panowie, nie potraîiç, a poza tem jestem bardzo niesmialy... Myszlajewski przerwal mu: — Larjon ma gtos! — Côz — zaczal Larjosik, wzburzony — powiem, jezeli panstwo sobie tego zyczycie. Proszç mi tylko wybaczyc, nie jestem przygotowany. Zetknçiismy siç w najciçzszych i najtrudniejszych czasach i duzo przeszlismy wszyscy i ja rôwniez. Co do mnie, to przezylem wielki dramat, i môj watly okret dlugo szarpaly fale wojny domowej... — Bardzo dobrze о okrçcie... bardzo... — pochwalit Myszlajewski. — Ci'szej! Larjosik mow*}! dalej: — Так, okrçt... az wreszcie przybii do tej przystani z kremowemi zaslonami, do ludz-i, ktôrzy mi siç tak spodobali. Zreszta, nie warto wspominac о smutnych sprawach. Czasy zmienily siç. Jestesmy zdrowi i cali. Znowu wszyscy razem. A nawet powiem wiçcej. Oto Helena Wasyljewna tez d.uzo przeszla i zasluguje na szczescie dlatego, ze to niezwykla kobieta. — Racja, towarzysze! — dodajac otuchy, pit Myszlajew'ski jeden kieliszek za drugim. — I chcialbym jej powiedziec sfowami poety: „Odpocznietny, odpoczniersy". 282.
Aie nawet tutaj trudno byîo wypoczac, nawet ten jasny przytulny pokôj, i swiatîo lampy, i bîyszczaca choinka nie dawaîy spokoju ani rad'osci. Nagle za oknami rozlegî sie gluchy, ciçzki wystrzat armatni, p'o nim drugi, potem inné zachrobotaly bez przerwy. — Так, wypoczçli — powiedzial Myszlajewski i zaczal liczyé: — Piçc, szesc, dziewiçé... — Czyzby znowu bitwa? — z trwoga spytata Helena. — Uspoköjoie siç! Wiecie, со to jest? To wystrzaly na powitanie — wyttumaczyt Szerwmski. — Zupelnie slusznie; witaja nas dziala szesciocalowe — rzekt ironicznie Myszlajewski. Nikolka zerwaî siç: — Winszujç warn, doczekalismy siç szczçscia... Towarzysze juz przyszli!... — Wiçc cdz, nie bçdziemy im przeszkadzac — powiedzial Myszlajewski, pochyliwszy glowç — panowie, podajcie karty. Niech kazdy robi, со chce, a.my zagramy w winta. Leno, pozostanç u ciebie iprzez czterdziesci dni i czterdziesci nocy; dopôki wszystko siç nie ulozy, a potem bçdç pracowal w wydziale zaopatrywania. Moze chbecie w wista? — Czy bçdzie duza stawka?... 283.
— Ale gdziei tam, mata... Mam dziewiatkç pik. Zabicraj, Larjonie! — I ja, oczywiscie, mam piki. — Serca nasze rozbite. Ale to nie, nie upadaj na duchu. — Protze, kanitanie! Do d'abla! Wszyscy maja piki. Nikolka, twbja kolej. Byczo jest. Do licha, przyiemniel... Pobfzekuiac na gitarze i s'noeladaiac na oswietlona choinkç, Nikolka zadowcipkowal: — Jak w koszarach! — Proszç bez dowcipôw! — Nikolka. proszç zagrac na nozegnanie wasza junkierska piosenkç — poprosil Studzifiski. — Tylko .niezbyt gto§no, bo po Ibie .dostaniesz za junkierskie pieSni! Nikolka zanucil pÔlglosem: — Wstawaj. ta-tam, ta-ta, tam-ta... — Wstawai! Domero со usiadlem sobie wygodnie i ztiowu: „wstawai" — gderal Mvszlaiew1s,ki zartobliwie. — Nie. drodzy towarzysze, juz mialem zaszo.zyt zawiadomic was, ze nie wstanç. Teraz musielibyscie mnie wyciagac obcçgami! I oddal karty. Helena rôwniez poprosila: — Nikolka, zaépiewaj о „willach"! 284.
Nikolka wstal i, oparlszy nogç о krzeslo, zadpiewal: Zegnajcie, obywatele, Zegnajcie, obywatelki, Dawno juz wszystko skoAczone, Hej, ma piosenka, Radosna... Buteleczka i wôdeczka. I nagle, przerywajac dzwiçki gitary, rozlegla siç muzyka wojskowej orkiestry, ktora uporczywie i donosnie przenikala z ulicy do cichego pokoju: Helena nasluchiwata: — Ida, Leonidasie, ida! Pociagnçîa Szerwinskiego do okna, przytulila siç do niego i, scisnawszy jego dlon, mimowoli chwytala uchem obydwie melodje, tç z orkiestry, ktöra slychad bylo z ulicy, i nutç junkierskiej piosenki : Ida, dpiewaja Junkrowie, gwardzidci, Traby ich graja, Talerze ich brzçcza». — Panowie — uroczystym glosem zawolal Larjosik — siyszycie — ida. Wiedzcie, ze dzisiejszy wieczôr — to wielki prolog do nowego dziejowego dramatu... ; 285.
-—•О nie! Dla kogoé io moze jest prolog, a dla mnie — to epilog dramatu — powaznie i stanowczo powiedzial Myszlajewski — tak, towarzysze — to koniec Bialej Gwardji! Bezpartyjny kapitan Myszlajewski znika ze sceny. Mam — piki. Coraz ciszej, zawodzac zalosnie, ginçly woddali za lasem stare naiwne slowa znanej piosenki: W butach fason jest, Czapki takze fest!... 286.
VI Wkraczali bolszewicy. Szîy w nieladzie szeregi piechoty z opuszczonemi bagnetami, szîy przez gîôwne ulice, znikajac stopniowo w bocznych; chodniki, kawiarnie i restauracje swieciîy pustkami, mogîo siç zdawac, ze zolnierze i ich dowôdcy w szarych plaszczach bez szlif krocza przez wymarîe miasto. I w samej rzeczy Kijôw konal. Z poczatku porzucaly go poszczegôlne jednostki, potem cale gromady, wreszcie tîumy ludzi, a w wiljç nadejscia wojsk bolszewickich dworzec kijowski przedstawiaî obraz nçdzy i rozpaczy. Wszçdzie w zabudowaniach dworca, na lawkach, krzeslach, na podtodze, tlumokach i kufrach siedzieli, lezeli lub wprost poniewierali sie ludzie, ktôrzy uciekali z miasta, nie wiedzac dokad, nie myslac о przysztosci. A za dworcem byîa ciemna noc, wzmagaî siç mrôz, i z konskich nozdrzy, z ust ludzkich buchala biala para, skrzypial zmarzniçty snieg; powietrze 287.
jakgdyby oniemiaîo i zastygto tak, jak oniemialo i zastygîo zycie tak jeszcze niedawno wielkiego i halasliwego miasta. Odjezdzaly ostatnie pociagi, i ludzie, depcac i potracajac siç wzajemnie, odpychali kobiety; szalejac w pospiechu, wlazili do brudnych wagonôw i wypelniali je po brzegi; i nie bylo takiego miejsca, gdzieby nie siedzial lub nie stal ktokolwiek. Pozostawiajac cale mienie na lasce Iosu, nie mogac tchu zîapad po walce о miejsca, zmçczeni i oszoïomieni ludzie, ledwie trzymajac siç na nogach, stali nictylko w wagonach, lecz i na stopniach i pomostach, a pociagi mknçly wraz z nimi w otchlan styczniowcj nocy. I wielu, spadajac w drodze ze stopni wagonu, ginçto; zmçczyly ich wypadki ostatnich dni, wyczerpaly zawiedzione nadzieje i ten nocny mrôz. Uciekajac od pewnej zguby, w tej mroznej podrözy w straszna tegoroczna noc styczniowa szli na wierutna Smieré. Tej samej nocy Kijöw pokornie przygotowywal siç do spotkania czerwonych, a dnia nastçpnego zaczçlo siç dlan nowe zycie. I dla rodziny Turbinôw rôwniez rozpoczçlo siç nowe, nieznane zycie. К О NI E C . 288.

-

202008066