/
Автор: Steinbeck J.
Теги: fikcja opowiadania literatura amerykańska
ISBN: 978-83-7839-931-5
Год: 1954
Текст
STEINBECK
ULICA
NADBRZEŻNA
CUDOWNY
CZWARTEK
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
ULICA
NADBRZEŻNA
Przełożył Adam Kaska
Dla Eda Rickettsa – on wie,
a przynajmniej powinien wiedzieć, za co
Ulica Nadbrzeżna w Monterey w Kalifornii to poemat, smród,
ogłuszający hałas, feeria świateł, pieśń, mania, nostalgia, sen. Ulica
Nadbrzeżna to śmietnisko zardzewiałej blachy, żelaza i połamanych desek,
szczerbaty bruk, zarosłe chwastem place i stosy złomu, zbudowane
z falistej blachy wytwórnie konserw rybnych, knajpy, restauracje i burdele,
małe, ciasne sklepy spożywcze, laboratoria i hoteliki. Jej mieszkańcy to, jak
się ktoś kiedyś wyraził, „dziwki, alfonsi, szulerzy i skurwysyny". Gdyby
ten ktoś spojrzał z innej strony, powiedziałby może: „święte, aniołowie,
męczennicy i błogosławieni", i też miałby słuszność.
Rankiem, gdy flota wraca z połowu sardynek, trawlery telepią się do
zatoki, dmąc w okrętowe syreny. Ciężko załadowane statki przybijają do
brzegu, gdzie wytwórnie konserw zanurzają w wodzie swe ogony. Tę
przenośnię wybrano celowo, bowiem gdyby wytwórnie zanurzały w morzu
swe paszcze, to sardynki w puszkach, które wychodzą z drugiego końca,
byłyby metaforycznie czymś jeszcze bardziej przerażającym. Wyją syreny
fabryczne i w całym mieście mężczyźni i kobiety naciągają na siebie
ubrania i pędzą na Nadbrzeżną do pracy. W połyskujących samochodach
przybywają wyższe klasy społeczne: superintendenci, rachmistrze
i właściciele, i znikają w biurach. Później z miasta wylewa się tłum
Włochów, Chińczyków i Polaków, zarówno mężczyźni, jak i kobiety
w spodniach, gumowych kurtkach i brezentowych fartuchach. Cała ulica
dudni i jęczy, i wyje, i chrzęści, podczas gdy srebrne rzeki sardynek
wylewają się ze statków, a statki coraz bardziej wynurzają się z wody, aż się
wypróżnią zupełnie. Wytwórnie dudnią, grzechoczą i piszczą, aż się
oczyści, oprawi, przyrządzi i umieści w puszce ostatnią rybkę. Potem
syreny wyją znowu, i ociekający tłuszczem, śmierdzący, zmęczeni Włosi,
Chińczycy i Polacy, mężczyźni i kobiety, wyłażą z hal i wloką się pod górę
do miasta, a ulica Nadbrzeżna znowu staje się sobą – spokojna
i czarodziejska. Powraca do normalnego życia. Włóczędzy, którzy z odrazą
cofnęli się pod czarny cyprys, wychodzą posiedzieć na zardzewiałych
rurach na pustym placu. Dziewczyny od Dory wygrzewają się na słońcu, o
ile jest słońce. Doktor sunie z Zachodniego Laboratorium Biologicznego
i przechodzi przez ulicę, by wpaść do sklepu Lee Chonga po dwie kwarty
piwa. Malarz Henri wietrzy jak wyżeł wśród złomu na porośniętym trawą
placu, szukając jakiegoś kawałka drzewa lub metalu potrzebnego mu do
żaglówki, którą sobie buduje. Potem nastaje ciemność i przed zakładem
Dory zapala się latarnia uliczna, która wiecznie oblewa ulicę Nadbrzeżną
swoim księżycowym światłem. Do Doktora w Zachodnim Laboratorium
Biologicznym przybywają goście, a on znowu przechodzi ulicę, by kupić u
Lee Chonga pięć kwart piwa.
Jak można schwytać żywcem poemat, smród i ogłuszający hałas, feerię
świateł, manię i sen? Jeśli ktoś zbiera morskie stworzonka, wie, że istnieją
pewne płaskie istotki, tak delikatne, iż jest prawie niemożliwe schwytać je
w całości, bo pękają i rozpadają się przy najlżejszym dotknięciu. Trzeba
zaczekać, aby podpłynęły i same wpełzły na klingę noża, a następnie
przenieść je delikatnie do butelki z morską wodą. I może właśnie w ten
sposób należy napisać tę książkę: otworzyć stronicę i pozwolić
opowieściom, żeby wpłynęły na nią same.
1
Sklep spożywczy Lee Chonga, jeśli nawet nie stanowił wzoru czystości,
stanowił cudo zaopatrzenia. Był mały i zatłoczony, ale w tym jednym
pomieszczeniu człowiek znajdował wszystko, czego potrzebował lub
pragnął do życia i szczęścia – ubrania, artykuły spożywcze, zarówno
świeże, jak i konserwowe, spirytualia, wyroby tytoniowe, sprzęt rybacki,
maszyny, łodzie, liny, czapki i kotlety wieprzowe. U Lee Chonga kupowało
się pantofle, jedwabne kimona, ćwiartkę whisky i cygaro. Klient mógł
wynajdywać zestawienia stosowne dla każdego nastroju. Jedyny towar,
jakiego Lee Chong nie trzymał, można było dostać po drugiej stronie placu,
u Dory.
Sklep otwierał się o świcie i nie zamykał, póki ostatni klient nie wydał
ostatnich dziesięciu centów albo nie schował ich do kieszeni. Nie to, żeby
Lee Chong był chciwy. Wcale nie. Ale jeśli ktoś chciał wydawać pieniądze,
Lee nie miał nic przeciwko temu. Jego stanowisko w społeczeństwie
dziwiło go o tyle, o ile coś w ogóle mogło go dziwić. Z biegiem czasu
każdy mieszkaniec ulicy Nadbrzeżnej był u niego zadłużony. Nigdy nie
dusił swoich klientów o pieniądze, ale jeśli rachunek stawał się zbyt wielki,
Lee zamykał kredyt. Zamiast chodzić na górę do miasta, klient zwykle
płacił albo przynajmniej próbował płacić.
Lee był okrągłolicy i bardzo uprzejmy. Mówił wspaniałą angielszczyzną,
nie używając nigdy spółgłoski „r". Gdy w Kalifornii toczyły się „żółte
wojny", Lee dowiadywał się niekiedy, iż nałożono cenę na jego głowę.
Wtedy w tajemnicy jechał do San Francisco do szpitala i siedział tam, póki
nie skończyła się cała awantura. Co robił z pieniędzmi, tego nikt nie
wiedział. Może ich w ogóle nie miał. Może cały jego majątek składał się
z niezapłaconych rachunków. Ale żył dostatnio i cieszył się szacunkiem
wszystkich swoich sąsiadów. Ufał klientom, póki dalsze zaufanie nie
stawało się już śmieszne. Czasami popełniał omyłki w interesach, ale nawet
te omyłki dawały później korzyści moralne, jeśli nie przynosiły żadnych
innych zysków. Tak stało się z Pałacykiem. Każdy kupiec z wyjątkiem Lee
Chonga uznałby tę transakcję za kompletną stratę.
Lee Chong stał w swoim sklepie za gablotą z cygarami, służącą za ladę.
Po lewej ręce miał rejestr kasowy, a po prawej – liczydła. W szklanej
gablocie leżały brązowe cygara, papierosy i różne gatunki tytoniu,
natomiast za plecami Lee Chonga, na półkach przy ścianie, stały różnych
rozmiarów butelki Old Green River, Old Town House, Old Colonel
i najpopularniejsza Old Tennessee – czteromiesięczne leżakowanie
gwarantowane – bardzo tania i znana w okolicy pod mianem Starych
Tenisówek. Lee Chong nie bez powodu stał między whisky a klientem.
Różni spryciarze próbowali odwrócić jego uwagę. Kuzyni, siostrzeńcy,
synowie i synowe obserwowali pozostałe części sklepu, lecz Lee Chong
nigdy nie opuszczał kontuaru z cygarami. Wierzchnie szkło gabloty było
jego biurkiem. Jego pulchne, delikatne ręce spoczywały na szkle, palce zaś
poruszały się jak małe niespokojne kiełbaski. Nie nosił żadnej biżuterii
poza szeroką złotą obrączką na środkowym palcu lewej ręki, i tą obrączką
stukał lekko w gumową płytkę do wydawania reszty. Małe gumowe prążki
na płytce wytarły się już dawno. Lee miał pełne i dobroduszne usta, które,
gdy się uśmiechał, połyskiwały bogatym i ciepłym blaskiem złota. Nosił
połówki okularów, a kiedy przez nie na coś patrzył, odchylał głowę do tyłu,
żeby widzieć na odległość. Dyskonto i rabat, dodawanie i odejmowanie
obliczał na liczydłach swymi małymi, niespokojnymi, kiełbaskowatymi
palcami, podczas gdy jego brązowe życzliwe oczy toczyły po sklepie, a
zęby błyskały w stronę klientów.
Pewnego wieczora Lee stojąc na zwykłym miejscu, podłożywszy gazetę
pod nogi, żeby mu nie marzły, melancholijnie rozważał pewną transakcję
zawartą i unicestwioną później tego samego wieczoru. Kiedy ktoś
wychodzi ze sklepu Lee Chonga i przecina na ukos porośnięty trawą plac
obok wielkich zardzewiałych rur, wyrzuconych z przetwórni, trafia na
ścieżkę wydeptaną wśród zielska. Idąc tą ścieżką koło cyprysu, przez
mostek z poręczami nad torem kolejowym, dochodzi się wreszcie do
długiego, niskiego budynku, który przez długi czas służył jako skład na
mączkę rybną. Była to po prostu ogromna izba, przykryta wysokim
dachem, a należała do smutnego dżentelmena nazwiskiem Horacy
Abbeville. Horacy miał dwie żony i sześcioro dzieci, a w ciągu kilku lat
drogą próśb i perswazji potrafił narobić w sklepie spożywczym tyle długów,
jak nikt w Monterey. Owego wieczoru wszedł do sklepu, a jego wrażliwa
twarz drgnęła na widok cienia powagi, jaki przesunął się po twarzy Lee
Chonga. Pulchny palec Lee stukał po gumowej płytce. Horacy oparł na
kontuarze ręce dłońmi do góry.
–
Zdaje się, że jestem panu winien kupę forsy – powiedział po prostu.
Zęby Lee błysnęły w uznaniu dla powitania tak różnego od wszystkich,
jakie kiedykolwiek słyszał. Poważnie skinął głową, lecz czekał, co z tego
dalej wyniknie.
Horacy zwilżył usta językiem, dokładnie od kącika do kącika.
–
Nie chciałbym, żeby to wisiało na moich dzieciach – powiedział. –
Jestem pewny, że nie dałby im pan nawet paczuszki miętówek.
Twarz Lee Chonga wyrażała całkowitą zgodę z tą konkluzją.
–
Kupa folsy – rzekł.
–
Pan wie o tym moim budynku za torem – ciągnął dalej Horacy – tam
gdzie jest mączka rybna.
Lee Chong skinął głową. To była jego mączka rybna.
–
Gdybym odstąpił panu ten dom... rozliczy się pan ze mną na czysto? –
zapytał z powagą Horacy.
Lee Chong cofnął głowę, wpatrując się w Horacego przez swe połówki
okularów, podczas gdy jego myśli trzepotały wśród rachunków, a prawa
ręka wyciągała się niespokojnie ku liczydłom. Zastanawiał się nad
budynkiem, który był nienadzwyczajny, i placem, który miałby dużą
wartość, gdyby wytwórnie konserw chciały się rozbudowywać.
–
Dobla – powiedział Lee Chong.
–
W porządku. Niech pan wyciągnie rachunki, a ja napiszę umowę
sprzedaży tego domu.
Wyglądało na to, że Horacemu się spieszy.
–
Nie trzeba papiel – powiedział Lee. – Zlobię kwit cały lachunek.
Zakończyli transakcję z godnością i Lee Chong wyciągnął ćwiartkę
Starych Tenisówek. A potem Horacy Abbeville, idąc bardzo prosto,
przeszedł przez plac, koło cyprysu, przez mostek nad torem, wszedł do
budynku, który przedtem należał do niego, i zastrzelił się na kupie mączki
rybnej. A chociaż to nie ma nic wspólnego z całą historią, żadne dziecko
Abbeville'a, niezależnie od której pochodziło matki, nie zaznało potem
braku miętówek.
Ale wróćmy do tamtego wieczoru. Horacy leżał na marach
naszpikowany igłami do balsamowania, a jego dwie żony siedziały na
stopniach jego domu, obejmując się ramionami (były dobrymi
przyjaciółkami aż do pogrzebu, po czym podzieliły dzieci i nigdy już nie
zamieniły między sobą ani słowa), Lee Chong stał za kontuarem
z wyrobami tytoniowymi, a jego piękne brązowe oczy zwracały się w głąb
duszy w łagodnej i wiecznej chińskiej trosce. Zdawał sobie sprawę, że nie
mógłby nic pomóc, ale żałował, iż nie wiedział o tym wcześniej
i przynajmniej nie próbował pomóc. Przekonanie, że człowiek ma
niezaprzeczalne prawo zabić samego siebie, stanowiło jedną
z najistotniejszych części światopoglądu Lee Chonga, ale niekiedy
przyjaciel może sprawić, że to prawo okazuje się niepotrzebne. Lee właśnie
podpisał zobowiązanie pokrycia kosztów pogrzebu i posłał kosz
z żywnością dla pogrążonych w żałobie rodzin.
W ten sposób Lee Chong stał się właścicielem budynku Abbeville'a –
dobry dach, dobra podłoga, dwa okna i drzwi. Oczywiście leżał tu ogromny
stos mączki rybnej, a jej odór był ostry i przenikliwy. Lee Chong rozważał
wykorzystanie budynku na coś w rodzaju składu na towary, ale zaraz się
rozmyślił. Budynek znajdował się zbyt daleko i każdy mógł wejść przez
okno do środka. Postukiwał obrączką w gumową płytkę i rozmyślał nad
tym problemem, gdy otworzyły się drzwi i wszedł Mack. Mack był
przełożonym, szefem, mentorem i w pewnym stopniu eksploatatorem małej
grupki mężczyzn, którzy na ogół nie mieli rodzin, pieniędzy i żadnych
ambicji poza jedzeniem, piciem i przyjemnym życiem. Ale podczas gdy
większość ludzi w swoim dążeniu do przyjemnego życia niszczy samych
siebie i pada z wyczerpania tuż przed celem, Mack i jego przyjaciele
podchodzili do przyjemnego życia rzeczowo, spokojnie i cieszyli się nim
umiarkowanie. Mack i Hazel, młody człowiek o wielkiej sile, Eddie, który
napełniał kieliszki jako barman w La Ida, Hughie i Jones, którzy przy
okazji łapali żaby i koty dla Zachodniego Laboratorium Biologicznego –
mieszkali na bieżąco w olbrzymich zardzewiałych rurach na placu koło
sklepu Lee Chonga. To znaczy przebywali w rurach, kiedy było dżdżysto,
bo przy pięknej pogodzie mieszkali w cieniu wielkiego cyprysu na szczycie
pagórka. Zwieszające się gałęzie drzewa tworzyły namiot, pod którym
człowiek mógł leżeć i patrzeć na ruch i życie ulicy Nadbrzeżnej.
Lee Chong zawsze lekko sztywniał, gdy Mack wchodził. Oczy jego
rzucały wtedy szybkie spojrzenia po sklepie, by się przekonać, czy nie
weszli również Eddie, Hazel, Hughie lub Jones i nie rozproszyli się wśród
towarów.
Mack wyłożył swe karty z ujmującą szczerością.
–
Lee – powiedział. – Ja i Eddie, i inne chłopaki słyszeliśmy, że jesteś
teraz właścicielem tego budynku Abbeville'a.
Lee skinął głową i czekał.
–
Ja i chłopaki pomyśleliśmy sobie, że spytamy, czybyśmy nie mogli się
tam wprowadzić. Będziemy pilnować budynku – dodał szybko. – Żeby nikt
nie właził i nie połamał czegoś. Dzieciaki mogą powybijać okna, uważasz?
Albo cała chałupa może się spalić, jak ktoś nie będzie miał jej na oku.
Lee Chong przechylił głowę, wpatrując się w oczy Macka przez swe
połówki okularów, a ruchliwy palec Lee zwolnił tempo, gdy jego właściciel
rozmyślał głęboko. W oczach Macka błyszczała dobra woła, życzliwość
i pragnienie, by każdego uczynić szczęśliwym. Dlaczegóż więc Lee Chong
czuł się tak, jakby go zapędzono w ślepy zaułek? Dlaczego jego umysł
szukał drogi wyjścia tak ostrożnie jak kot wśród kaktusów? Propozycję
postawiono delikatnie, niemal że w duchu filantropijnym. Myśl Lee
skoczyła naprzód ku innym możliwościom... nie, nie istniały żadne
możliwości, a stuk palca stał się jeszcze wolniejszy. Widział siebie
odrzucającego prośbę Macka i widział powybijane szyby w oknach. Potem
Mack zaproponuje jeszcze raz objęcie opieki nad posiadłością – i po drugiej
odmowie Lee czuje dym i widzi małe płomyki pełzające po ścianach. Mack
i jego przyjaciele będą starali się do tego nie dopuścić. Palec Lee oparł się
na gumowej płytce, korzystając z zasłużonego odpoczynku. Lee był pobity.
Wiedział o tym. Pozostała mu tylko jedna możliwość zachowania twarzy, a
Mack prawdopodobnie będzie wielkoduszny.
–
Wy chce płacić komolne mój dom? Wy chce mieszkać tam hotel?
Mack uśmiechnął się szeroko i był wielkoduszny.
–
O! – zawołał. – To jest myśl! Jasne. Ile?
Lee zastanowił się. Nie miało znaczenia, ile zażąda. I tak nigdy nie
będzie tego widział. Powinien tylko wymienić przyzwoitą, stosowną dla
zachowania twarzy sumę.
–
Pińć dolal tydzień – oświadczył Lee.
Mack odegrał przedstawienie do końca.
–
Muszę pogadać z chłopakami – powiedział z powątpiewaniem. – Nie
opuściłbyś na cztery dolary tygodniowo?
–
Pińć dolal – rzekł Lee twardo.
–
Dobra, zobaczę, co chłopaki powiedzą – odparł Mack.
W ten sposób się to odbyło. I każdy był zadowolony. Może ktoś
pomyśli, że Lee poniósł całkowitą stratę, ale on sam wcale tak nie uważał.
Szyb nikt nie wybijał. Pożar nie wybuchł, a jeśli nie płacono komornego,
nawet wtedy gdy lokatorzy mieli pieniądze, a niekiedy rzeczywiście je
mieli – nigdy by im nie przyszło do głowy wydać je gdzieś indziej niż
w sklepie Lee Chonga. Miał przynajmniej małą grupę aktywnych
i potencjalnych klientów. Ale nie tylko to. Jeśli jakiś pijak robił awanturę
w sklepie, jeśli chmara chłopaków z Nowego Monterey nadciągała na
rabunek, wystarczyło, żeby Lee krzyknął, a jego lokatorzy pędzili na
pomoc. Powstała jeszcze inna więź – nie można okradać swego
dobroczyńcy. Oszczędności Lee Chonga na puszkach fasoli, pomidorów,
mleka i arbuzów wynosiły więcej niż komorne. A jeśli nawet pojawiło się
niespodziewanie wysokie manko w sklepach spożywczych w Nowym
Monterey, to ostatecznie mało obchodziło Lee Chonga.
Chłopaki wprowadzili się do budynku, a mączkę rybną usunięto. Nikt
nie wie, kto nazwał ten dom Pałacykiem Meliną, w każdym razie od tego
czasu występował pod tym mianem. W rurach i pod cyprysami nie było
miejsca na meble i inne ozdóbki, które są nie tylko jedną
z charakterystycznych cech, ale i więzami naszej cywilizacji. Dopiero
w Pałacyku chłopaki zaczęli się meblować. Pojawiło się krzesło, łóżko
polowe i drugie krzesło. Firma artykułów gospodarstwa domowego
dostarczyła puszek czerwonej farby, bez żalu, ponieważ wcale o tym nie
wiedziała, a gdy zjawił się nowy stół czy stołek, natychmiast je malowano,
nie tylko dla upiększenia, lecz również dlatego, że w pewnym stopniu
zmieniało to wygląd mebla na wypadek, gdyby do Pałacyku zajrzał dawny
właściciel. I Pałacyk Melina zaczął funkcjonować. Chłopaki mogli siedzieć
przed drzwiami i patrzeć na tor, na plac i ulicę, prosto we frontowe okna
Zachodniego Laboratorium Biologicznego. Mogli słyszeć nocną muzykę
z laboratorium. Ich oczy odprowadzały Doktora, gdy szedł po piwo do Lee
Chonga. A Mack mówił:
–
Ten Doktor to równy gość. Musimy coś dla niego zrobić.
2
Słowo jest symbolem i rozkoszą. Słowo wchłania ludzi i obrazy, drzewa,
rośliny, fabryki i pekińczyka. Bowiem Ciało staje się Słowem i znowu
wraca do Ciała, lecz splecione i utkane w fantastyczny wzór. Słowo
wchłania ulicę Nadbrzeżną, trawi ją i wypluwa, a ulica nabiera blasku
zielonych przestrzeni i mórz, w których odbija się niebo. Lee Chong jest
kimś więcej niż chińskim sklepikarzem. Musi być kimś więcej. Może jest
wcieleniem zła utrzymywanym w równowadze przez dobro – azjatycką
planetą toczącą się po swej orbicie dzięki sile przyciągania filozofii Lao Tse
i odpychaną od Lao Tse przez siłę odśrodkową liczydeł i rejestru kasowego
–
Lee Chong, zawieszony w przestrzeni i wirujący między towarami
i duchami? Twardy człowiek wobec puszki fasoli, łagodny wobec kości
swego dziadka. Bowiem Lee Chong rozkopał grób w China Point i znalazł
żółte kości; przy czaszce wisiały jeszcze siwe twarde włosy. I Lee starannie
ułożył szkielet, kości udowe i golenie zupełnie prosto, czaszkę w środku,
przy niej miednicę i obojczyk, a po drugiej stronie wygięte żebra. Potem
Lee Chong, zapakowawszy w skrzynkę swego zmurszałego dziadka, wysłał
go przez zachodnie morze, by wreszcie mógł spocząć w ziemi uświęconej
przez przodków.
Mack i chłopaki również krążą po swoich orbitach. Oni są Cnotami,
Gracjami i Wdziękami zagonionego i maniackiego Monterey oraz
kosmicznego Monterey, gdzie ludzie w strachu i trwodze niszczą swoje
żołądki, walcząc o zdobycie odrobiny jedzenia, gdzie ludzie zgłodniali
miłości niszczą wokół siebie wszystko, co jest miłości godne. Mack
i chłopaki to Wdzięki, Cnoty i Gracje. W świecie rządzonym przez ranne
tygrysy, kierowanym przez rozdrażnione byki, utrzymywanym w porządku
przez ślepe szakale, Mack i chłopaki delikatnie spożywają swe posiłki
wspólnie z tygrysami, głaszczą podniecone bydlęta i zbierają okruchy
jedzenia, by karmić mewy ulicy Nadbrzeżnej. Jaka jest korzyść dla
człowieka, gdy zdobędzie cały świat, jeśli przypłaci swój majątek wrzodem
na żołądku, impotencją czy gruźlicą? Mack i chłopaki unikają pułapki,
obchodzą truciznę, wymijają sidła, pokolenie zapędzonych w pułapkę zaś,
zatrutych, uwikłanych w sidła ludzi wymyśla im i nazywa ich nicponiami,
zakałami społeczeństwa, łobuzami, złodziejami, łajdakami, włóczęgami.
Ojciec nasz, który jest w naturze, który obdarował życiem kojota,
pospolitego brązowego szczura, wróbla, muchę domową i mola, musi
żywić ogromną i przemożną miłość do nicponi, zakał społeczeństwa
i włóczęgów, Macka i chłopaków. Cnoty i wdzięki, lenistwo i przyjemności.
Ojciec nasz, który jest w naturze.
3
Sklep Lee Chonga znajduje się po prawej stronie pustego placu (chociaż
dlaczego mówi się o nim „pusty", kiedy jest cały załadowany starymi
kotłami, rdzewiejącymi rurami, wielkimi kwadratowymi belkami i stosami
pięciogalonowych puszek, nikt nie potrafi wyjaśnić). Na tyłach pustego
placu znajdują się tor kolejowy i Pałacyk. Ale przy lewej granicy placu
mieści się wysoce moralny i dostojny burdel Dory Flood – przyzwoity,
czysty, uczciwy, staromodny zakład rozrywkowy, gdzie mężczyzna może
wypić kufel piwa z przyjaciółkami. Nie jest to żadna tania i wulgarna nocna
spelunka, ale dzielny, cnotliwy klub, założony, prowadzony i kierowany
przez Dorę, która to, madama i panna od pięćdziesięciu lat, potrafiła przez
stałe praktykowanie właściwego jej taktu i uczciwości, dobroczynności
i pewnego realizmu zjednać sobie respekt ludzi inteligentnych,
wykształconych i miłych. I z tego samego powodu jest nienawidzona przez
ograniczone i lubieżne społeczeństwo zamężnych dziewic, których
małżonkowie szanują dom, ale nie lubią go zbytnio.
Dora jest wielką kobietą, wielką, potężną kobietą o włosach
płomiennopomarańczowych, ze specjalną skłonnością do zielonych
wieczorowych sukni. Prowadzi uczciwą firmę ze stałymi cenami, nie
sprzedaje wysokoprocentowych napojów alkoholowych i nie pozwala na
zbyt głośne czy wulgarne rozmowy w swoim zakładzie. Niektóre z jej
dziewcząt są już prawie nieaktywne ze względu na wiek i chorobę, ale Dora
nigdy ich nie usuwa, mimo że, jak powiada, niektóre z nich nie mają nawet
trzech klientów na miesiąc, ale muszą jeść trzy razy dziennie. W chwili
lokalnego patriotyzmu Dora nazwała swój zakład Restauracją Pod
Niedźwiedzią Flagą i podobno wiele zmylonych tą nazwą osób wpadało
tam, by coś przegryźć. Zwykle w zakładzie jest dwanaście dziewcząt,
wliczając w to stare, grecki kucharz i jeden mężczyzna, którego nazywa się
dozorcą, ale który wykonuje wszelkiego rodzaju delikatne i niebezpieczne
zadania. Przerywa bójki, wyrzuca pijaków, uspokaja ataki histerii, leczy
bóle głowy i prowadzi bar. Bandażuje skaleczenia i siniaki, załatwia
interesy z policjantami, a ponieważ przynajmniej połowa dziewczyn należy
do sekty Wiedzy Chrześcijańskiej, czyta na głos odpowiedni rozdział
„Wiedzy i Zdrowia" w niedzielę rano. Jego poprzednik był o wiele mniej
zrównoważonym człowiekiem i, jak dalej opowiemy, przyszło mu na zły
koniec, ale Alfred zatriumfował nad swym otoczeniem i podniósł je do
swego poziomu. Wie, czym może być mężczyzna w takim miejscu, a czym
być nie może. Wie o życiu domowym obywateli Monterey więcej niż
ktokolwiek w mieście.
Jeśli chodzi o Dorę – prowadzi ona dość nerwowe życie. Występując
przeciwko prawu, a przynajmniej przeciwko literze prawa, musi dwa razy
więcej szanować prawo niż ktokolwiek inny. U Dory nie może być pijaków,
bijatyk ani wulgarności, bo ją zamkną. Ponadto, ponieważ prowadzi
nielegalny interes, musi szczególną uwagę zwracać na filantropię. Z Dory
każdy doi forsę. Jeśli policja urządza zabawę na fundusz emerytalny
i każdy daje dolara, Dora musi dać pięćdziesiąt dolarów. Gdy Izba
Handlowa upiększa swoje ogrody, kupcy dają po pięć dolarów, lecz od
Dory żąda się, a ona daje rzeczywiście, całą setkę. I ze wszystkim jest tak
samo: Czerwony Krzyż, Fundusz Opieki Społecznej, harcerze – zawsze
listę ofiar rozpoczynają nieopiewane przez nikogo, niesławne, bezwstydnie
brudne pieniądze grzechu. Kryzys właśnie Dorę dotknął najciężej. Bo choć
składała zwykłe ofiary, widziała głodne dzieci ulicy Nadbrzeżnej,
bezrobotnych ojców i zrozpaczone kobiety. Dora przez dwa lata płaciła
rachunki za artykuły żywnościowe na lewo i prawo i omalże nie
zbankrutowała. Jej dziewczyny są dobrze wyszkolone i sympatyczne.
Nigdy nie powiedzą słowa do mężczyzny na ulicy, choćby nawet był u nich
poprzedniej nocy.
Zanim Alfy, obecny dozorca, objął swe obowiązki, w Restauracji Pod
Niedźwiedzią Flagą zdarzyła się tragedia, która zasmuciła wszystkich.
Poprzedni dozorca miał na imię William. Był to mężczyzna o ciemnej cerze
i włosach i wyglądał na samotnika. W dzień, kiedy miał niewiele do roboty,
coraz bardziej nudził się kobiecym towarzystwem. Przez okna widział
siedzących na rurach na pustym placu Macka i chłopaków, którzy
zwiesiwszy nogi w żółtych chwastach, opalali się, a jednocześnie
dyskutowali z wolna i filozoficznie o sprawach ciekawych, choć niezbyt
ważnych. Widział, że od czasu do czasu wyciągają pół kwarty Starych
Tenisówek i wytarłszy rękawem szyjkę butelki, kolejno podnoszą ją do ust.
William zapragnął przyłączyć się do tej dobranej grupy. Pewnego dnia
wyszedł i usiadł na rurze. Rozmowa urwała się i zapadła niezręczna cisza.
Po pewnej chwili strapiony William poszedł z powrotem Pod Niedźwiedzią
Flagę i przez okno zobaczył, że rozmowa odżywa na nowo. To go
zasmuciło. Miał ciemną brzydką twarz i usta skrzywione od smutnych
myśli.
Następnego dnia poszedł znowu i tym razem wziął ze sobą butelkę
whisky. Mack i chłopaki pili whisky, ale mimo to nie rozkrochmalili się, a
ich wypowiedzi ograniczały się jedynie do „Najlepszego!" i „No to siup!".
Po pewnym czasie William wrócił Pod Niedźwiedzią Flagę i patrząc na
nich przez okno, usłyszał, jak Mack mówi podniesionym głosem:
–
Niech to wszyscy diabli! Nie cierpię alfonsów.
Była to oczywista nieprawda, aczkolwiek William o tym nie wiedział.
Mack i chłopaki po prostu nie lubili Williama.
I teraz serce Williama pękało z żalu. Włóczędzy nie chcieli go przyjąć
do towarzystwa. Czuli, że stoi o wiele niżej od nich. William lubował się
zawsze w introspekcji i obwinianiu samego siebie. Włożył kapelusz i szedł
spacerkiem nad brzegiem morza aż do samej latarni. Stanął na ładnym
małym cmentarzu, gdzie zawsze słychać było pomruk fal. Williama
opanowały gorzkie i smutne myśli. Nikt go nie lubi. Nikt się o niego nie
troszczy. Mogą go nazywać dozorcą, ale on jest alfonsem – paskudnym
alfonsem, najpodlejszą istotą w świecie. A potem pomyślał, że ma prawo
do życia i szczęścia, tak jak każdy inny, Bóg świadkiem, że ma. Gniewnie
pomaszerował z powrotem, ale jego gniew minął, gdy znalazł się Pod
Niedźwiedzią Flagą i wszedł na schody. Był wieczór, automat muzyczny
grał Księżyc żniwiarzy i William przypomniał sobie, że pierwsza
prostytutka, która w ogóle na niego spojrzała, lubiła tę melodię, póki nie
uciekła, nie wyszła za mąż i nie znikła. Dora siedziała w salonie i piła
herbatę, gdy wszedł William.
–
Co tobie? Chory jesteś? – spytała.
–
Nie – odparł William. – Ale co z tego? Czuję się podle. Chyba skończę
z sobą.
W swoim życiu Dora miała do czynienia z wielu neurastenikami.
Wyśmiać ich – to było jej motto.
–
Dobrze, zrób to, kiedy będziesz miał ochotę, i nie zawracaj gitary –
powiedziała.
Szara wilgotna chmura spowiła serce Williama. Z wolna zamknął za
sobą drzwi, przeszedł przez hol i zapukał do drzwi Ewy Flanegan. Miała
rude włosy i co tydzień chodziła do spowiedzi. Ewa była poniekąd
uduchowioną dziewczyną i miała liczną rodzinę – braci i siostry, ale nikt
nie potrafił przewidzieć, kiedy się upije. Gdy William wszedł, malowała
sobie paznokcie, nie bardzo trafiając lakierem we właściwe miejsca.
Zorientował się, że jest pijana i że Dora nie pozwoli pijanej dziewczynie
pracować. Jej palce prawie do połowy były umazane w lakierze i była
wściekła.
–
Czego chcesz? – spytała.
William również się rozgniewał.
–
Mam zamiar skończyć ze sobą – powiedział gwałtownie.
–
To cholerny, świński grzech! – wrzasnęła na niego piskliwie. – Chcesz,
żeby zamknęli nam budę, akurat wtedy, kiedy już uskładałam sobie prawie
tyle forsy, żeby pojechać do East St. Louis? Ty skurwysynie!
Wrzeszczała jeszcze, gdy William zamknął za sobą drzwi i poszedł do
kuchni. Był bardzo zmęczony kobietami. Chciał odpocząć chwilę u
greckiego kucharza.
Grek w wielkim fartuchu, zawinąwszy rękawy, smażył kotlety
wieprzowe na dwóch ogromnych patelniach, przewracając je szpikulcem od
lodu.
–
Halo, stary. Jak sprawy? – spytał. Wieprzowe kotlety syczały
i trzeszczały na patelniach.
–
Nie wiem, Lou – powiedział William. – Czasami myślę, że najlepiej
byłoby zrobić sobie... chrrr. – Pociągnął palcem po gardle.
Grek położył szpikulec na kuchni i zawinął wyżej rękawy.
–
Powiem ci, co słyszałem, stary – rzekł.
–
Słyszałem, że podobno
ludzie, którzy o tym mówią, nigdy tego nie robią.
William wyciągnął rękę po szpikulec i wziął go lekko w dłoń. Oczy
Williama spoglądały głęboko w ciemne oczy Greka i widziały w nich
niewiarę i kpinę, a potem, gdy nadal patrzyły, oczy Greka zmąciły się
i napełniły grozą. I William zauważył tę zmianę. Zobaczył najpierw, że
Grek uwierzył, iż on może to zrobić, a potem Grek był już pewny, że
William to zrobi. I kiedy William wyczytał to w oczach Greka, wiedział, że
musi tak zrobić. Był smutny, ponieważ teraz wydawało mu się to głupie.
Jego ręka podniosła się, a szpikulec uderzył w serce. Zadziwiające, jak
łatwo wszedł. William był dozorcą, zanim przyszedł Alfred. Wszyscy lubili
Alfreda. Mógł siedzieć z Mackiem i chłopakami na rurach, ilekroć miał
ochotę. Mógł im nawet składać wizyty w Pałacyku.
4
Wieczorem, tuż o zmierzchu, coś dziwnego działo się na ulicy
Nadbrzeżnej. Powtarzało się to zawsze między zachodem słońca a
zapaleniem latarń ulicznych. O tej porze następuje cicha, szara godzina. Po
stoku pagórka, przez mostek koło Pałacyku i przez pusty plac przechodził
stary Chińczyk. Nosił staromodny słomiany kapelusz, bluzę i spodnie
z niebieskiego cajgu oraz ciężkie buciory, przy których jedna zelówka była
naderwana i kłapała po ziemi. W ręku trzymał wiklinowy koszyk
z przykrywką. Twarz miał chudą, brązową i pomarszczoną, i jego stare oczy
były brązowe, nawet białka brązowe, i głęboko osadzone, tak że patrzyły
jak ze studni. Zawsze pojawiał się o zmierzchu, przechodził przez ulicę
i widać go było na otwartej przestrzeni między Zachodnim Laboratorium
Biologicznym a wytwórnią konserw Hediondo. Potem przecinał małą plażę
i znikał między palami i stalowymi belkami molo. Nikt go już więcej nie
widział aż do świtu.
Lecz o świcie, w tym czasie kiedy gaszono latarnie uliczne, ale dzień
jeszcze nie wstał, stary Chińczyk wyłaził spomiędzy pali, przechodził plażę
i ulicę. Jego wiklinowy koszyk był teraz ciężki i ciekła z niego woda.
Oderwana zelówka kłapała po bruku. Wspinał się po wzgórzu do drugiej
ulicy, przechodził przez dziurę w wysokim parkanie i nikt go już więcej nie
oglądał aż do wieczora. Śpiący ludzie budzili się, słysząc kłapanie buta.
Trwało to już wiele lat, ale nikt się nie przyzwyczaił do Chińczyka.
Niektórzy sądzili, że jest Bogiem, a bardzo starzy ludzie uważali, że jest
Śmiercią, a dzieci myślały, że to bardzo śmieszny stary Chińczyk, bo dzieci
zwykle myślą, że wszystko, co stare i dziwne, jest śmieszne. Ale dzieci nie
przezywały go ani rzucały za nim kamieniami, ponieważ Chińczyka
otaczała ciągle mały obłok lęku.
Raz tylko pewien dzielny i piękny chłopiec dziesięcioletni, znany jako
Andy z Salinas, zaczepił Chińczyka. Andy przyjechał w odwiedziny do
Monterey, zobaczył starego i doszedł do wniosku, że musi go zaczepić,
choćby po to, by nie stracić szacunku dla samego siebie, ale nawet Andy,
choć był tak dzielny, bał się troszkę. Czatował wieczór po wieczorze, a
poczucie obowiązku walczyło w jego duszy z uczuciem strachu. Wreszcie
pewnego wieczoru zebrał się w sobie i pomaszerował za Chińczykiem,
śpiewając przeraźliwym falsetem:
Czing Czong-czin, chiński syn, wlazł na śmieci kupę,
Widział to biały pan i kopnął go w dupę.
Stary przystanął i odwrócił się. Andy przerwał. Głębokie brązowe oczy
patrzyły na Andy'ego, a wąskie, wyschłe usta poruszały się. Co się potem
zdarzyło, tego Andy nie potrafił wytłumaczyć ani zapomnieć. Bowiem te
oczy rozszerzyły się i nie było już więcej Chińczyka. A potem widział tylko
jedno oko – ogromne brązowe oko, wielkie jak kościelna brama. Andy
spojrzał przez tę połyskliwie przezroczystą brązową bramę i zobaczył pustą
okolicę, płaską na przestrzeni całych mil, ale zamkniętą łańcuchem
fantastycznych gór, podobnych do psich i kocich łbów, namiotów
i grzybów. Równinę porastała niska, szorstka trawa, a tu i ówdzie wznosił
się mały kopiec. Małe zwierzątko podobne do borsuka siedziało na każdym
kopcu. I ta samotność – ta pusta, chłodna samotność... Andy aż zapłakał
cichutko, bo na całym świecie nie było nikogo, tylko on sam. Andy
zamknął oczy, żeby na to więcej nie patrzeć, a gdy je otworzył, znalazł się
znowu na ulicy Nadbrzeżnej, a stary Chińczyk już kłapał zelówką między
Zachodnim Laboratorium Biologicznym a wytwórnią konserw Hediondo.
Andy był jedynym chłopcem, który zaczepił starego Chińczyka, i już nigdy
więcej tego nie robił.
5
Zachodnie Laboratorium Biologiczne znajduje się po drugiej stronie
ulicy naprzeciw pustego placu. Z prawa na ukos stoi sklep Lee Chonga, a
z lewa – Restauracja Pod Niedźwiedzią Flagą. Laboratorium handluje
dziwnymi i pięknymi towarami. Sprzedaje miłe stworzonka morskie: gąbki,
ameby, ukwiały, rozgwiazdy, strzykwy i wężowidła, małże, wąsonogi,
zarówno kaczenice, jak i pąkle, bajeczne i wielokształtne siostrzyczki,
żywe, poruszające się kwiaty morza, różnego rodzaju liliowce, najeżone
igłami jeżozwierze, kraby i larwy krabów, koniki morskie, krewetki
wszelkich odmian – niektóre tak przezroczyste, że prawie nie rzucają
cienia. Sprzedaje też chrząszcze, węże i pająki, grzechotniki i szczury,
pszczoły i jaszczurki. Wszystko tam można kupić. Są tam również małe,
nienarodzone istotki ludzkie, jedne w całości, inne pocięte na cieniutkie
płatki i umieszczone między szkiełkami. A dla studentów są rekiny,
z których wypuszczono krew, a żyły i tętnice napełniono żółtą i niebieską
farbą, tak że można preparować skalpelem cały system krwiobiegu. Są
także koty z barwionymi żyłami i arteriami, a również żaby. W Zachodnim
Laboratorium Biologicznym można zamówić wszystko, co żyje, i wcześniej
czy później dostanie się to.
Laboratorium zajmuje niski budynek stojący frontem do ulicy.
W suterenach mieści się skład z półkami, zapchanymi aż do samego sufitu
słojami, w których pełno zakonserwowanych stworzeń. W suterenach
znajduje się także ściek i przyrządy do balsamowania i preparowania
okazów. Można stąd wyjść na podwórko do krytej szopy, wzniesionej na
słupach nad oceanem, gdzie zbudowano zbiorniki na większe zwierzęta –
rekiny, raje i ośmiornice. Każde z tych zwierząt ma swój oddzielny
betonowy zbiornik. Schody od frontu budynku prowadzą na wysoki parter,
a prosto z drzwi wchodzi się do biura, gdzie stoi biurko z piętrzącą się na
nim i nieotwartą korespondencją, szafy z segregatorami i kasa ogniotrwała
z drzwiami na oścież. Raz tylko przez omyłkę kasę zamknięto i nikt nie
znał szyfru zamka. A w szafie pozostała otwarta puszka sardynek i kawałek
sera roquefort. Zanim specjalista, który ustawiał zamek, nadesłał szyfr,
w kasie zrobiło się małe zamieszanie. Stało się to, co Doktor określił jako
sposób zemszczenia się na banku, jeśli ktoś ma na to ochotę. „Należy
wynająć sejf w banku – mówił Doktor – złożyć tam w depozycie całego
świeżego łososia i wyjechać na pół roku". Po wspomnianych kłopotach
z kasą ogniotrwałą zabroniono trzymać w niej jedzenie. Przechowuje się je
w szafach na akta. W sali za biurem mieszczą się akwaria, a także
mikroskopy, szkiełka, szafy z farmaceutykami, półki pełne laboratoryjnych
naczyń, stoły, małe silniczki, chemikalia. Z tej sali dobywają się zapachy –
formalina, wyschłe rozgwiazdy i morska woda, mentol, kwas karbolowy
i środki aseptyczne, zapach szarego papieru do pakowania, słomy i sznurka,
zapach chloroformu i eteru, zapach ozonu z silników elektrycznych, zapach
wysokogatunkowej stali, delikatnego smaru do mikroskopów, zapach oleju
bananowego i gumy, zapach schnących wełnianych skarpetek i butów, ostra
przenikliwa woń grzechotników i stęchły odór szczurów. A przez tylne
drzwi podczas odpływu wpada zapach krasnorostów i pąkli lub zapach soli
i piany, gdy zaczyna się przypływ.
Po lewej stronie biura jest wejście do biblioteki. Półki z książkami
wypełniają tam ściany aż do sufitu, widać skrzynki broszur i luźnych
kartek, książki wszelkiego rodzaju – słowniki, encyklopedie, poezja, sztuka.
Wielki gramofon z setkami płyt stoi przy ścianie. Pod oknem jest łóżko
z sekwojowego drzewa, a do ścian i do półek poprzypinano reprodukcje
obrazów Daumiera, Grahama, Tycjana i Leonarda, Picassa, Dalego
i George'a Grosza, pozawieszane tu i tam na wysokości oczu, tak że każdy
może na nie patrzeć, jeśli ma ochotę. Są krzesła i sofki w tym ciasnym
pokoiku, nie licząc łóżka. Raz zmieściło się tu aż czterdzieści osób naraz.
Za tą biblioteką czy salą muzyczną, czy jak tam chcecie ją nazwać,
znajduje się kuchnia – wąska komórka z gazowym piecem, bojlerem
i zlewem. Nieco jedzenia trzyma się w szafach biurowych, ale naczynia,
tłuszcz do smażenia i jarzyny przechowuje się w kuchni, w oszklonych
szafach bibliotecznych. To nie jest żaden kaprys Doktora. Po prostu tak
jakoś wypadło. Z sufitu kuchni zwisają połcie bekonu, salami i czarny
trepang. Za kuchnią znajduje się ubikacja i łazienka. Zbiornik w ubikacji
przeciekał przez pięć lat, póki jakiś utalentowany i miły gość nie załatał go
kawałkiem gumy do żucia.
Doktor jest właścicielem i dyrektorem Zachodniego Laboratorium
Biologicznego. Raczej niskiego wzrostu, co może wprowadzać w błąd, bo
Doktor jest bardzo muskularnym i silnym mężczyzną, a gdy go ogarnie
wściekłość, potrafi być naprawdę niebezpieczny. Nosi bródkę, ma twarz na
wpół świętego, na wpół satyra, i ta twarz mówi prawdę. Opowiadają, że
niejednej dziewczynie pomógł w kłopocie i wpędził ją w drugi kłopot. Ma
ręce utalentowanego chirurga, chłodny umysł i pogodne usposobienie.
Przejeżdżając ulicami, kłania się psom, a psy patrzą i uśmiechają się do
niego. Potrafi zabić wszystko z potrzeby, ale nawet nie zrani czyjegoś
uczucia dla przyjemności. Boi się bardzo tylko jednej rzeczy na świecie –
że zamoczy głowę. Dlatego latem czy zimą nosi zwykle kaptur
nieprzemakalny. Będzie brodził po rozlewiskach aż po piersi i nawet nie
poczuje wilgoci, ale kropla deszczu na głowie napełnia go paniką.
W ciągu lat Doktor tak zżył się z ulicą Nadbrzeżną, jak nawet tego nie
podejrzewał. Stał się miejscową studnią filozofii, wiedzy i sztuki.
W laboratorium dziewczyny od Dory usłyszały po raz pierwszy chorały
gregoriańskie. Lee Chong przysłuchiwał się, gdy Doktor czytał mu Li Po
w języku angielskim. Henri malarz usłyszał po raz pierwszy Księgę
Umarłych i tak go to poruszyło, że zmienił swą technikę. Henri malował
klejem, rdzą i kolorowymi kurzymi piórami, ale się zmienił i następne jego
cztery obrazy zostały wykonane z różnego rodzaju skorupek orzechów.
Doktor słuchał każdego nonsensu i zmieniał go dla zainteresowanych
w rodzaj mądrości. Jego umysł nie znał granic, a jego upodobania –
więzów. Potrafił mówić do dzieci i przedstawiać im sprawy głębokie w ten
sposób, że wszystko rozumiały. Pędził życie w świecie cudów
i podniecenia. Był chutliwy jak królik i szlachetny jak diabli. Każdy, kto go
znał, miał wobec niego zobowiązania. I każdy, kto o nim wspomniał,
musiał jednocześnie pomyśleć: „Powinienem stanowczo zrobić jakąś
przyjemność Doktorowi".
6
Doktor łowił rozgwiazdy na Zalewie Przypływowym u krawędzi
półwyspu. Jest to cudowne miejsce – gdy nadciąga przypływ, zalew
zmienia się w jedno kłębowisko fal, białe jak śmietana od piany, smagane
przez grzywacze, które pędzą od wyjącej na rafie boi akustycznej. Ale
kiedy przypływ się kończy, światek wodny staje się spokojny i przemiły.
Morze jest bardzo czyste, a dno wygląda jak fantastyczny ogród pełen
poruszających się, walczących, żerujących i kopulujących zwierząt. Kraby
przemykają się od jednego do drugiego krzewu powiewnych glonów.
Rozgwiazdy obsiadają muszle i mięczaki, przyczepiają miliony małych
przyssawek, a potem z wolna, z niewiarygodną siłą podnoszą się, póki nie
oderwą łupu od skały. A później wychodzi żołądek rozgwiazdy i spowija
swój pokarm. Pomarańczowe, cętkowane meduzy ślizgają się wdzięcznie
nad skałami, ich fartuszki powiewają jak spódniczki hiszpańskich tancerek.
Czarne węgorze wysuwają łby ze szczelin i czekają na łup. Krewetki
strzelają głośno. Piękny kolorowy świat jest jakby przykryty szklaną szybą.
Kraby pustelniki biegają po piaszczystym dnie niby nerwowe dzieci. A
teraz jeden, znalazłszy pustą skorupę ślimaka, która podoba mu się bardziej
niż własna, wyłazi ze swego pancerza, wystawiając na chwilę wrogom swe
miękkie ciało, i wskakuje w nową muszlę. Fala łamie się na mierzei, na
chwilę wzburza szklistą wodę i wzbija miliony pęcherzyków w zalewie, a
potem lustro wody się wyjaśnia i znowu wrze skrzętne, rozkoszne
i mordercze życie. Tu jakiś krab wyrywa nogę swemu bratu. Ukwiały
rozwijają się jak słodkie i wspaniałe kwiaty, zapraszając każde zmęczone
czy wystraszone stworzenie, by spoczęło w ich ramionach, a gdy jakiś
krabik czy inny głuptasek zalewowy da się skusić temu zielono-
purpurowemu zaproszeniu, płatki zwijają się, kłujące komórki wystrzelają
tysiące narkotycznych igieł w łup, który staje się słaby i jakby senny,
podczas gdy żrące soki trawienne rozpuszczają jego ciało.
W innym miejscu podstępna morderczyni, ośmiornica, podkrada się
z wolna, ostrożnie, płynie jak szara mgła, udaje, że jest kępą wodorostów,
to znowu skałą, kawałem gnijącego mięsa, a jej złe kozie oczy patrzą
chłodno. Pełznie i płynie ku żerującemu krabowi, a gdy jest już blisko, jej
żółte oczy płoną, a całe ciało staje się różowe pulsującym kolorem
pożądania, gniewu, wściekłości. Nagle pędzi na czubkach swych ramion,
dziko jak atakujący kot. Skacze gwałtownie, tryska smuga sepii, i wszystko
kotłuje się w czarnej chmurze, aż ośmiornica zamorduje kraba. Na skałach
wystających z wody pąkle bulgocą w swoich zamkniętych muszlach, a
ślimaki wysychają. Na skałach roją się czarne muchy, gotowe zjadać
wszystko, co znajdą. Ostra woń jodyny z morszczynu, woń zwapniałych
szkieletów, woń protein, woń spermy i jajników wypełnia powietrze. Na
wystających skałach gwiazdy morskie wyrzucają nasienie i jaja spomiędzy
promieni. Zapach życia i bogactwa, śmierci i trawienia, rozkładu i narodzin
–
obciąża powietrze. Słona piana dmie zza mierzei, gdzie ocean czeka, aż
przypływ doda mu sił do szturmu na Wielki Zalew. A boja akustyczna
wśród wodorostów porykuje jak smutny i cierpliwy byk.
Doktor i Hazel pracowali razem nad Zalewem. Hazel mieszkał
z Mackiem i chłopakami w Pałacyku. Hazel otrzymał swe imię w sposób
tak przypadkowy, jak przypadkowe było całe jego dalsze życie. Jego
strapiona matka miała siedmioro dzieci w ciągu ośmiu lat. Hazel był ósmy
i gdy się urodził, matka bardzo się zmieszała jego płcią. Była mizerna
i zmęczona zdobywaniem jedzenia dla siedmiorga dzieci i ich ojca.
Próbowała wszelkich sposobów zarabiania pieniędzy – papierowe kwiaty,
hodowla pieczarek, króliki na mięso i futra – natomiast jej małżonek ze
swego leżaka pomagał jej radami, rozważaniami i krytyką. Miała cioteczną
babkę imieniem Hazel, która podobno była ubezpieczona na życie.
Ósmemu dziecku nadano imię Hazel, zanim matce przyszło do głowy, że
Hazel jest chłopcem, a ponieważ z czasem przyzwyczaiła się do tego
imienia, nigdy nie zatroszczyła się o to, by je zmienić. Hazel urósł, spędził
cztery lata w szkole podstawowej i cztery lata w szkole poprawczej, lecz
ani tu, ani tam niczego się nie nauczył. Mówią, że szkoły poprawcze
deprawują i uczą występku, widać jednak Hazel źle uważał na lekcjach.
Wyszedł ze szkoły poprawczej tak nieświadom występku i nieuczciwości,
jak ułamków i słupków dzielenia. Hazel lubił przysłuchiwać się
rozmowom, ale nie słuchał słów, tylko tonu konwersacji. Zadawał pytania
nie po to, żeby dostać odpowiedź, tylko by po prostu podtrzymywać
rozmowę. Miał dwadzieścia sześć lat, ciemne włosy, był przystojny, silny,
chętny do pracy i lojalny. Dość często wychodził z Doktorem na połów
i pracował bardzo dobrze, o ile rozumiał, czego się od niego wymaga. Jego
palce potrafiły pełzać jak ośmiornica, potrafiły chwytać i ściskać jak
ukwiał. Poruszał się pewnie po oślizłych skałach i uwielbiał łowy. Doktor
przy pracy nosił nieprzemakalny kaptur i wysokie gumowe buty, ale Hazel
brodził po wodzie w tenisówkach i drelichowych spodniach. Łowili
rozgwiazdy. Doktor miał zamówienie na trzysta sztuk.
Hazel odczepił delikatną purpurową rozgwiazdę od dna zalewu
i wepchnął ją do prawie pełnego worka z juty.
–
Jestem ciekaw, co z tym robią – powiedział.
–
Z czym robią? – spytał Doktor.
–
Z rozgwiazdami – rzekł Hazel. – Pan je sprzedaje. Wysyła pan im całą
beczkę. Co ci faceci z nimi robią? Przecież ich nie jedzą.
–
Studiują je – wyjaśnił Doktor cierpliwie i przypomniał sobie, że
odpowiadał Hazel na to pytanie już z dziesięć razy. Ale Doktor miał pewną
cechę, której nie mógł się pozbyć. Gdy ktoś zadawał pytanie, Doktorowi
zdawało się, że ten ktoś chce znać odpowiedź. Przynajmniej Doktor zawsze
tak robił – nigdy nie pytał, jeśli nie pragnął wiedzieć, i nie mógł pojąć ludzi,
którzy pytają, a nie są ciekawi odpowiedzi. Natomiast Hazel, który chciał
tylko słyszeć, jak ktoś mówi, rozwinął cały system przekształcania
odpowiedzi na jedno pytanie w punkt wyjścia do drugiego pytania. Ten
sposób podtrzymywał rozmowę.
–
Co oni mają do studiowania? – ciągnął dalej Hazel. – To przecież tylko
rozgwiazda. Jest ich miliony naokoło. Mógłbym panu nałapać ich z milion.
–
To są skomplikowane i interesujące stworzenia – odpowiedział Doktor
tonem obrony. – Poza tym te właśnie pojadą na uniwersytet na Środkowym
Zachodzie.
Hazel uruchomił swój system.
–
Oni tam nie mają rozgwiazd?
–
Oni tam nie mają nawet oceanu – powiedział Doktor.
–
Och – zdziwił się Hazel i szukał nerwowo przedmiotu, do którego
mógłby przyczepić nowe pytanie. Nie mógł ścierpieć, gdy rozmowa
zamierała w ten sposób. Spóźnił się. I gdy rozmyślał nad nowym pytaniem,
Doktor sam zadał pytanie. Hazel tego nie znosił, ponieważ to znaczyło, że
trzeba będzie szukać w mózgu odpowiedzi, a szukanie odpowiedzi
w mózgu Hazel wyglądało tak, jakby ktoś wędrował samotnie przez
opuszczone muzeum. Mózg Hazel był zapchany nieskatalogowanymi
eksponatami. Nigdy niczego nie zapominał, ale nigdy nie potrudził się, by
uporządkować swoje wspomnienia. Wszystko było tam pomieszane jak
sprzęt rybacki na dnie kutra – haczyki, pływaki, liny, wędziska i ciężarki,
wszystko w stanie kompletnego chaosu.
–
No, jak tam wam leci w Pałacyku? – zapytał Doktor.
Hazel poczesał palcami ciemne włosy i zajrzał do graciarni w swoim
mózgu.
–
Niczego – odpowiedział. – Chyba ten Gay wprowadzi się do nas. Żona
paskudnie go tłucze. Kiedy nie śpi, to głupstwo, ale ona czeka, aż się Gay
położy spać, i wtedy go tłucze. Tego on nie może znieść. Musi wstawać,
żeby ją nalać, a jak znowu uśnie, to ona znów mu czymś przyfasuje. Nie ma
ani chwili spokoju, no i sprowadza się do nas.
–
To coś nowego – powiedział Doktor. – Dotychczas zwykle chodziła na
skargę do sądu i występowała o nakaz aresztowania.
–
Tak – odparł Hazel – ale to było wtedy, zanim zbudowali to nowe
więzienie w Salinas. Jak Gay siedział przez miesiąc, to nie mógł się
doczekać, żeby wyjść, ale to nowe więzienie, proszę: radio w celi, wygodne
prycze, a szeryf jest fajny chłop. Jak Gay się tam dostanie, to w ogóle nie
chce wyjść. Tak mu się tam podoba, że jego żona nie chce już, żeby go
aresztowali. No i teraz wymyśliła sobie to tłuczenie przy spaniu. Gay
powiada, że to strasznie zżera nerwy. A pan wie tak samo jak ja, że Gay nie
ma z tego żadnej przyjemności, jak ją naleje. Robi to tylko, żeby nie stracić
szacunku dla samego siebie. Ale już się zmęczył. Teraz na pewno
sprowadzi się do nas.
Doktor wyprostował się. Fale poczęły chlustać przez mierzeję Wielkiego
Zalewu. Nadchodził przypływ i małe strumyki spływały już z oceanu po
skałach. Rześki wiatr powiał od strony akustycznej boi, a z dala dało się
słyszeć naszczekiwanie lwów morskich. Doktor zsunął nieprzemakalny
kaptur na tył głowy.
–
Starczy – powiedział, a potem ciągnął dalej: – Słuchaj, Hazel, wiem,
że masz sześć czy siedem małych słuchotek na dnie worka. Jeśli nas
zatrzyma kontroler, na pewno powiesz, że to ja je kazałem złapać i mam na
to pozwolenie. Tak czy nie?
–
O do diabła! – zawołał Hazel.
–
Słuchaj – rzekł Doktor uprzejmie – przypuśćmy, że dostaję
zamówienie na słuchotki i być może jakiś kontroler pomyśli, że zbyt często
korzystam z zezwolenia połowu. Przypuśćmy, że pomyśli, iż je zjadam.
–
O do diabła! – powtórzył Hazel.
–
To zupełnie tak jak z tym alkoholem do celów przemysłowych.
W akcyzie zrobili się bardzo podejrzliwi. Myślą zawsze, że ja piję ten
spirytus. I każdego o to podejrzewają.
–
No a nie pije pan?
–
W każdym razie niewiele – odparł Doktor. – To świństwo, które do
niego mieszają, jest okropne w smaku, a z redestylacją jest za dużo roboty.
–
To świństwo nie jest takie złe. Ja i Mack wczoraj trochę próbowaliśmy.
Co oni mieszają do tego spirytusu?
Doktor chciał już dać odpowiedź, kiedy spostrzegł, że Hazel znowu
zaczyna swoje sztuczki.
–
Chodźmy już – naglił. Podniósł swój worek na ramię i zapomniał o
nielegalnych słuchotkach na dnie worka Hazel.
Hazel poszedł za nim i z grząskiej ścieżki wyszli na solidny grunt. Małe
kraby uciekały im spod nóg. Hazel czuł, że lepiej już nie poruszać tematu
słuchotek.
–
Ten malarz wrócił do Pałacyku – zaczął.
–
Tak? – spytał Doktor.
–
Tak. Widzi pan, on dał nam wszystkie swoje obrazy, te z kurzych piór,
a teraz mówi, że musi je wszystkie przerobić na orzechowe skorupki.
Mówi, że zmienił swoją... swoją tech... technikę.
Doktor zachichotał.
–
On jeszcze dalej buduje tę żaglówkę?
–
Jasne – potwierdził Hazel.
–
Wszystko zmienia. Zupełnie inny typ
żaglówki. Chyba ją zacznie od nowa i całkiem przebuduje. Doktorze... czy
on ma hysia?
Doktor rzucił ciężki worek na ziemię i stał, dysząc nieco.
–
Hysia? – spytał. – O tak. Chyba tak. My też mamy hysia, tylko innego
rodzaju.
Coś takiego nigdy nie przyszło do głowy Hazel. Patrzył na siebie jak na
krystaliczne jezioro rozsądku, a na swoje życie – jak na mętne szkło
zapoznanych cnót. Ostatnie twierdzenie Doktora oburzyło go nieco.
–
Ale ta żaglówka! – krzyknął. – Jak pamiętam, on buduje tę żaglówkę
od siedmiu lat. Podkłady mu spróchniały i musiał zrobić betonowe. Za
każdym razem, jak łódź jest prawie gotowa, zmienia wszystko i zaczyna na
nowo. Myślę, że on jest wariat. Siedem lat przy jednej żaglówce!
Doktor siedział na ziemi, ściągając gumowe buty.
–
Nie rozumiesz – rzekł. – Henri lubi łodzie, ale boi się oceanu.
–
To po co mu łódka? – domagał się odpowiedzi Hazel.
–
On lubi łodzie – rzekł Doktor. – Ale przypuśćmy, że skończy tę swoją
łódź. Jak tylko skończy, ludzie powiedzą: „No, dlaczego nie spuszczasz jej
na wodę?". A jak ją spuści na wodę, będzie musiał w niej pływać, a on
nienawidzi wody. Widzisz więc, dlaczego on nigdy nie kończy tej
żaglówki: w ten sposób nie będzie potrzebował spuszczać jej na wodę.
Hazel śledził to rozumowanie do pewnego punktu, ale przestał słuchać,
zanim dobiegło do końca, i nie tylko przestał słuchać, ale szukał jakiegoś
sposobu, by zmienić temat.
–
Myślę, że on jest wariat – powtórzył drętwo.
Po czarnej ziemi, gdzie rosły różnokolorowe kwiaty, pełzały setki
ciemnych żuków. Wiele z nich podnosiło odwłoki do góry.
–
Niech pan patrzy na te robaki – zauważył Hazel, wdzięczny żukom, że
się tu znalazły.
–
Są interesujące – powiedział Doktor.
–
No, a dlaczego one tak zadzierają tyłki do góry?
Doktor zwinął wełniane skarpetki i włożył je do gumowych butów, a
z kieszeni wyciągnął suche skarpetki i parę cienkich mokasynów.
–
Nie wiem – powiedział.
–
Badałem je niedawno. To są bardzo
pospolite stworzenia, wykonują niewiele czynności i najczęściej właśnie
podnoszą odwłoki do góry. A w żadnej książce nie ma nawet wzmianki o
fakcie, że podnoszą odwłoki i dlaczego.
Hazel przewrócił jednego żuka czubkiem mokrej tenisówki, a
połyskliwie czarne stworzonko zaczęło wymachiwać rozpaczliwie nóżkami,
żeby się znowu odwrócić.
–
A co pan myśli? Dlaczego one to robią?
–
Myślę, że się modlą.
–
Co?!
Hazel był wstrząśnięty.
–
Ważne jest nie to, że zadzierają odwłoki w górę – powiedział Doktor. –
Ogromnie ważne jest natomiast, że my to uważamy za ważne. Możemy
przyjąć jedynie siebie samych za kryterium porównawcze. Gdybyśmy my
sami czynili coś równie niewytłumaczalnego i dziwnego, wtedy
najprawdopodobniej byśmy się modlili... więc, być może, one się modlą.
–
O do diabła, chodźmy stąd! – zawołał Hazel.
7
Pałacyk nie powstał od razu. Najpierw, kiedy Mack, Hazel, Eddie,
Hughie i Jones się tu sprowadzili, patrzyli na niego po prostu jak na zwykłe
schronienie przed wiatrem i deszczem, jak na jedyną przystań na wypadek,
gdy nigdzie nie można iść, bo wszystko zamknięte albo pozostały tylko
miejsca, gdzie chłopaków nie powitano by zbyt chętnie. Wtedy Pałacyk był
tylko długą, gołą, mętnie oświetloną przez dwa małe okna izbą o ścianach
z niemalowanego drewna i śmierdział mączką rybną. Nie lubili go wtedy.
Ale Mack wiedział, że w grupie tak krańcowych indywidualistów
konieczny jest pewien rodzaj organizacji.
Oddział rekrutów, który nie został wyposażony w prawdziwe karabiny,
artylerię i czołgi, używa ćwiczebnych karabinów i atrap, by symulowały
jego ogniową potęgę – a szkolący się rekruci przywykają do dział
polowych, ćwicząc pniami drzew na kółkach.
Mack wymalował kredą na podłodze pięć prostokątów, po siedem stóp
długich i cztery stopy szerokich, i w każdym prostokącie napisał imię. To
były ćwiczebne łóżka. Każdy z mężczyzn miał nienaruszalne prawa
własności na tej przestrzeni. Mógł legalnie walczyć z osobnikiem, który by
wtargnął na jego terytorium. Reszta sali stanowiła wspólną własność.
Działo się to w pierwszych dniach, kiedy Mack i chłopaki urzędowali na
podłodze, grali w karty, siedząc po turecku, i spali na twardych deskach.
Może gdyby nie przypadek z pogodą, żyliby zawsze w ten sposób. Jednak
nieprzewidywane deszcze, które przeciągnęły się ponad miesiąc, zmieniły
stan rzeczy. Zmuszeni do przebywania w domu zmęczyli się siedzeniem na
podłodze. Nagość ścian raziła ich oczy. Dom stał się im drogi, bo chronił
ich przed deszczem. Ponadto miał ten urok, że nigdy nie zaznał odwiedzin
rozgniewanego gospodarza, albowiem Lee Chong nawet się tu nie zbliżał.
Wreszcie pewnego popołudnia Hughie przyszedł z łóżkiem polowym o
nieco obszarpanym obiciu. Spędził dwie godziny na zaszywaniu go
rybackim kordem. A nocą pozostali mieszkańcy Pałacyku, leżąc na
podłodze w swoich prostokątach, widzieli, jak Hughie z gracją wpełza do
swego łóżka, słyszeli, jak wzdycha z niebiańską rozkoszą, zasypia i chrapie.
Następnego dnia Mack, sapiąc, wgramolił się na pagórek, wciągając za
sobą zardzewiały sprężynowy materac, który znalazł na stosie złomu.
Wtedy apatia minęła. Chłopaki prześcigali się wzajemnie w upiększaniu
Pałacyku, aż w ciągu niewielu miesięcy okazało się nawet, że jest
przeładowany meblami. Na podłodze leżały stare dywany, wkoło stały
krzesła z siedzeniami i bez siedzeń. Mack miał wiklinowy szezlong,
pomalowany na jaskrawoczerwony kolor. Były stoły i stary stojący zegar
bez cyferblatu i mechanizmu. Ściany pobielono, przez co sala stała się
prawie jasna i pełna przestrzeni. Zaczęły się pojawiać obrazy – przeważnie
kalendarze z nieprzyzwoicie ponętnymi blondynkami, trzymającymi
w rękach butelki coca-coli. Henri ofiarował chłopakom dwa swoje dzieła
z okresu kurzych piór. Bukiet sztucznych kwiatów stał w rogu, a do ściany
obok zegara przybito wachlarz z pawiego ogona.
Przez pewien czas poszukiwali pieca, a kiedy go znaleźli –
połyskującego srebrem potwora z płytą w kwiaty i frontem jak niklowy
klomb tulipanów, mieli kłopoty ze zdobyciem go na własność. Był za duży,
żeby go się dało ukraść, a właściciel nie chciał go ofiarować chorej wdowie
z ośmiorgiem dzieci, którą Mack wynalazł i niezwłocznie wziął pod opiekę.
Właściciel domagał się półtora dolara i przez trzy dni nie zszedł poniżej
osiemdziesięciu centów. Chłopaki ubili wreszcie interes na osiemdziesiąt
centów i dali właścicielowi rewers, który przypuszczalnie ma jeszcze do
dziś. Transakcji dokonano w Seaside, a piec ważył trzysta funtów. Przez
dziesięć dni Mack i Hughie wyczerpali wszelkie możliwości podwiezienia
go jakimś samochodem i dopiero gdy z całą pewnością uświadomili sobie,
że nikt oprócz nich nie dostarczy tego pieca na miejsce, zaczęli go nieść.
Przebycie trzech mil do ulicy Nadbrzeżnej zajęło im całe trzy doby. W nocy
obozowali przy piecu. Ale zainstalowany wreszcie piec stał się chwałą,
ogniskiem i centrum Pałacyku. Jego niklowe liście i kwiaty błyszczały
wesoło. Rozpalony ogrzewał wielką salę. Jego wierzch był cudowny
i można było usmażyć jajko na połyskujących czarnych fajerkach.
Z piecem zjawiła się duma, a duma przekształciła Pałacyk w prawdziwe
mieszkanie. Eddie zasadził bluszcz przy frontowej ścianie, a Hazel zdobył
kilka dość rzadkich krzaków fuksji, umieścił je w pięciogalonowych
blaszankach, dzięki czemu do Pałacyku wchodziło się ceremonialnie
i niezbyt łatwo. Mack i chłopaki lubili Pałacyk i niekiedy nawet trochę
sprzątali. W głębi duszy pogardzali ludźmi, którzy nie mają domu,
i pyszniąc się swoją siedzibą, przy okazji zapraszali do siebie gości na dzień
lub dwa.
Eddie był zastępcą barmana w La Ida. Napełniał szklanki, gdy Whitey,
właściwy barman, był chory, co się zdarzało, gdy Whitey spodziewał się, że
mu to ujdzie bezkarnie. Za każdym razem, kiedy Eddie nalewał do
szklanek, znikało kilka butelek, więc nie mógł pełnić tych obowiązków
zbyt często. Ale Whitey chętnie brał Eddiego na zastępstwo, ponieważ był
przekonany, i słusznie, że Eddie jest jedynym człowiekiem, który nie będzie
próbował zatrzymać tej pracy na stałe. Prawie każdy mógłby zaufać
Eddiemu pod tym względem. Eddie nie mógł tylko przywłaszczać sobie
zbyt wiele alkoholu. Dlatego pod ladą trzymał garncowy gąsiorek,
w którego szyjce tkwił lejek. Wszystko, co zostawało w szklankach, Eddie
wylewał do gąsiorka. A kiedy w La Ida toczyła się dyskusja albo śpiewano
pieśni lub też późno w nocy następowało ogólne zbratanie, Eddie wlewał
do gąsiorka szklanki pełne w połowie albo nawet w dwóch trzecich.
Ostateczna mieszanka, jaką zabierał do Pałacyku, była zawsze ciekawa, a
niekiedy wprost zadziwiająca. Mieszanina żytniówki, piwa, bourbona,
szkockiej whisky, wina, rumu i dżinu powtarzała się dość regularnie, ale
zdarzało się niekiedy, że jakiś zblazowany gość zamawiał whisky z wodą
sodową, anyżówkę czy curaçao, i te małe domieszki nadawały zupełnie
odrębny charakter zawartości gąsiorka. Zwyczajem Eddiego było, że zanim
wyszedł, zawsze strząsał nieco angostury do swej zdobyczy. Kiedy noc była
dobra, Eddie potrafił uzbierać trzy kwarty. Czuł wielką satysfakcję, bo
nikogo w ten sposób nie krzywdził. Zaobserwował, że człowiek może upić
się równie dobrze połową szklanki, jak i całą szklanką, jeśli jest
w odpowiednim nastroju.
Eddie był bardzo cenionym lokatorem Pałacyku. Nikt nigdy nie żądał,
by Eddie pomagał przy sprzątaniu, a raz Hazel wyprał mu cztery pary
skarpetek.
Tego samego popołudnia, gdy Hazel z Doktorem łowili ryby nad
Zalewem, chłopaki siedzieli kręgiem, sącząc ostatnią kontrybucję Eddiego.
Wśród nich znajdował się Gay, nowy członek klubu. Eddie w zamyśleniu
wysączał swą szklankę i cmokał ustami.
–
To ciekawe, jak nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać –
powiedział. – Weźmy ostatnią noc. Przynajmniej dziesięciu gości zamówiło
manhattany. Niekiedy przez cały miesiąc masz najwyżej dwa manhattany.
To grenadina dodaje takiego smaku.
Mack skosztował, pociągnął spory łyk – i znowu napełnił szklankę.
–
Tak – rzekł posępnie.
–
Wielkie różnice wynikają z drobnostek.
–
Obejrzał się, by zobaczyć, jakie ta złota myśl zrobiła wrażenie na
towarzyszach.
Tylko Gay pojął całą jej głębię.
–
Oczywiście – potwierdził. – Czy...
–
A gdzie jest Hazel? – przerwał Mack.
–
Poszedł z Doktorem łowić rozgwiazdy – odparł Jones.
Mack pokiwał głową z rozwagą.
–
Ten Doktor to jest diabelnie fajny chłopak – powiedział.
–
Zawsze
człowiekowi pomoże. Jak się skaleczyłem, codziennie zmieniał mi bandaż.
Diabelnie fajny chłopak.
Wszyscy skinęli głowami z głęboką aprobatą.
–
Zastanawiałem się przez długi czas – ciągnął dalej Mack – co byśmy
mogli dla niego zrobić. Coś przyjemnego. Coś, co by mu się podobało.
–
Jemu podobałaby się jakaś dama – zauważył Hughie.
–
Damy to on ma – wtrącił Jones. – Zawsze wie się kiedy... bo zaciąga
zasłony we frontowych oknach i puszcza tę kościelną muzykę.
–
Jeśli Doktor nie gania w jasny dzień z kobietami nago po ulicy, to już
myślisz, że on żyje w celebracie – powiedział z wyrzutem Mack do
Hughiego
–
Co to jest „celebrat"? – zainteresował się Eddie.
–
To wtedy, gdy nie możesz mieć kobiety – odparł Mack.
–
Myślałem, że to jest jakieś przyjęcie albo zabawa – powiedział Jones.
W sali zaległa cisza. Mack zmienił pozycję na szezlongu, Hughie opuścił
przednie nogi swego krzesła na podłogę. Popatrzyli w przestrzeń, a potem
wszyscy spojrzeli na Macka.
–
Hm – powiedział Mack.
–
Jaki rodzaj przyjęcia, myślicie, podobałby się Doktorowi? – spytał
Eddie.
–
A jakie są jeszcze inne rodzaje? – zdziwił się Jones.
Mack zastanowił się.
–
Doktorowi nie smakowałaby ta mieszanka z gąsiorka.
–
Skąd wiesz? – oburzył się Hughie. – Nigdy mu nie proponowałeś.
–
O, wiem – odparł Mack. – On skończył uniwersytet. Widziałem raz, że
wchodziła do niego dama w futrze. Nie zobaczyłem, żeby wychodziła. Była
druga po północy, kiedy spojrzałem ostatni raz... i ta kościelna muzyka.
Nie... nic z tych rzeczy nie możecie mu zaproponować.
Znowu napełnił szklankę.
–
To zupełnie nieźle smakuje po trzeciej szklance – stwierdził lojalnie
Hughie.
–
Nie – zaprotestował Mack. – To nie dla Doktora. Musi mieć whisky.
Prawdziwą whisky.
–
On lubi piwo – podsunął Jones. – Zawsze chodzi do Lee po piwo...
nieraz po północy.
–
Uważam, że jak człowiek kupuje piwo, to płaci przede wszystkim za
opakowanie – oświadczył Mack. – Weźcie ośmioprocentowe piwo, wyrzuca
się forsę na dziewięćdziesiąt dwa procenty wody, farby i drożdży i tym
podobnych rzeczy. Eddie, jak sądzisz, nie mógłbyś skombinować ze cztery,
pięć butelek whisky w La Ida, kiedy Whitey następnym razem będzie
chory?
–
Pewnie, że mogę – obruszył się Eddie. – Pewnie, że mogę, ale to już
będzie koniec. Skończy się raj na ziemi. Zdaje mi się, w każdym razie, że
Johnnie ma jakieś podejrzenia. Wczoraj to mi powiedział. „Coś tu nie
klapuje – gadał.
–
Widać jakaś myszka się u nas pożywia". Musiałem
wszystko zostawić i na razie wyniosłem tylko ten gąsiorek.
–
Tak – odezwał się Jones. – Nie możesz stracić tej posady. Jakby się coś
przytrafiło Whiteyowi, mógłbyś tam pobyć przez jakiś tydzień, zanim
znajdą sobie kogoś innego. Ja myślę, że jak mamy urządzić przyjęcie dla
Doktora, musimy kupić whisky. Ile kosztuje garniec whisky?
–
Nie wiem – powiedział Hughie.
–
Nigdy nie kupowałem dla siebie
więcej niż ćwiartkę... to znaczy na raz. Tak to już jest, że jak kupisz
kwartę, to zaraz masz do niej wspólników. Ale jak skombinujesz ćwiartkę,
to możesz sobie zdrowo pociągnąć, zanim... zanim, no, ludzie się zlecą.
–
Trzeba by skombinować forsę na przyjęcie dla Doktora – oświadczył
Mack.
–
Jeśli mamy zamiar zrobić dla niego przyjęcie, to musi być
przyjęcie pierwsza klasa. Powinien mieć tort. Ciekawe, kiedy Doktor ma
urodziny.
–
Do przyjęcia nie potrzeba urodzin – rzekł Jones.
–
Nie... ale to przyjemnie – odparł Mack. – Wyobrażam sobie, że będzie
potrzebne z dziesięć do dwunastu dolarów, żeby urządzić ładne przyjęcie,
którego byśmy nie potrzebowali się wstydzić.
Popatrzyli na siebie w zamyśleniu.
–
Hediondo potrzebuje ludzi. – zasugerował Hughie.
–
Nie – przerwał Mack szybko. – Mamy dobrą markę i nie możemy jej
sobie psuć. Jak już przyjmujemy robotę, to każdy z nas pracuje
przynajmniej z miesiąc albo dłużej. Dlatego zawsze możemy dostać pracę,
kiedy chcemy. A przypuśćmy, że przyjdziemy do roboty tylko na dzień czy
dwa – no to stracimy reputację. Powiedzą, że ich naciągamy. Jak będzie
nam później potrzebne zajęcie, nikt nas nie weźmie.
Cała reszta towarzystwa skinęła głowami.
–
Mam zamiar iść do roboty na dwa miesiące, listopad i częściowo
grudzień – oświadczył Jones.
–
Przyjemnie mieć pieniądze na święta.
Moglibyśmy upiec indyka w tym roku.
–
Słowo daję, że moglibyśmy – zawołał Mack. – Znam jedno miejsce
w Dolinie Carmelu, gdzie jest całe stado. Z pięćset sztuk.
–
Jeśli chodzi o Dolinę... – odezwał się Hughie. – Wiecie, że łapałem
dla Doktora różne stworzenia w Dolinie: żółwie, raki i żaby. Dostawałem
piątkę za żabę.
–
Ja też – dodał Gay. – Raz złapałem pięćset żab.
–
Jeśli Doktor potrzebuje żab, to załatwione – rzekł Mack. – Możemy
pojechać nad rzekę Carmel, zarobimy trochę forsy, ale nie powiemy
Doktorowi, po co nam potrzebna, tylko urządzimy mu przyjęcie jak
cholera.
Ciche podniecenie zapanowało w Pałacyku.
–
Gay – odezwał się Mack – wyjrzyj no przez drzwi i zobacz, czy
samochód Doktora stoi przed frontem.
Gay odstawił szklankę i wyjrzał.
–
Jeszcze nie ma – powiedział.
–
Dobra – rzekł Mack.
–
Niedługo powinien być z powrotem. Więc
słuchajcie, zrobimy tak...
8
W kwietniu 1932 roku w przetwórni sardynek Hediondo po raz trzeci
pękła rura w kotle i dyrekcja, składająca się z pana Randolpha
i stenografistki, zdecydowała, że taniej wypadnie kupić nowy kocioł, niż
stale naprawiać stary. Kiedy nowy kocioł przybył, stary usunięto na pusty
plac między Lee Chongiem i Restauracją Pod Niedźwiedzią Flagą, gdzie
ustawiono go na podkładkach, by czekał, aż na pana Randolpha spłynie
natchnienie, jak by tu zarobić na nim jeszcze z parę dolarów. Stopniowo
inżynier zakładów usunął rury przegrzewacza, wykorzystując je do łatania
różnych fragmentów zużytego sprzętu w Hediondo. Kocioł wyglądał jak
staromodna lokomotywa bez kół. Miał duże drzwi na samym wierzchu
i niskie drzwiczki paleniska. Stopniowo stawał się czerwony i łuszczasty od
rdzy i stopniowo obrastał go ślaz, a opadająca płatami rdza karmiła
chwasty. Kwietny mirt wspinał się po jego bokach, a dziki anyżek napełniał
wonią powietrze wokoło. Potem ktoś wyrzucił korzeń datury i wyrosło
grube, mięsiste drzewo, a białe dzwoneczki zwisały nad drzwiami kotła,
w nocy zaś kwiaty pachniały miłością i podnieceniem, rozsiewając
niewiarygodnie słodki zapach.
W roku 1935 do pieca wprowadzili się państwo Malloy. Przegrzewacz
był już teraz całkowicie wyjęty i pozostało przestronne, suche i bezpieczne
mieszkanie. Jeśli ktoś wchodził przez drzwiczki paleniska, musiał to zrobić
na czworakach, ale w środku można było stanąć prosto, a trudno było
znaleźć suchsze i cieplejsze miejsce na mieszkanie. Wciągnęli materac
przez drzwiczki i osiedlili się. Pan Sam Malloy był szczęśliwy
i zadowolony i przez długi czas szczęśliwa i zadowolona była również pani
Malloy.
Poniżej kotła leżało mnóstwo wielkich rur, również wyrzuconych
z Hediondo. Pod koniec roku 1937, w okresie wielkich połowów,
wytwórnie konserw pracowały pełną parą i w związku z tym dawał się
odczuć brak mieszkań. Wtedy pan Malloy zaczął po bardzo przystępnej
cenie wynajmować większe rury na kwatery do spania dla samotnych
mężczyzn. Zatkane kawałkiem papy z jednego końca i kawałkiem dywanu
z drugiego – stanowiły bardzo wygodne sypialnie, aczkolwiek ludzie,
którzy byli przyzwyczajeni zwijać się w kłębek przy spaniu, musieli się od
tego odzwyczaić albo wyprowadzić. Byli również tacy, co narzekali, że się
budzą od własnego chrapania, bo w rurach jest zbyt silne echo. Ale ogólnie
biorąc, pan Malloy miał niewielki stały dochód i był zadowolony.
Pani Malloy była zadowolona, póki jej mąż nie stał się kamienicznikiem,
a potem zaczęła się zmieniać. Najpierw wynikła sprawa dywanu, potem
wanny, później lampy z kolorowym jedwabnym abażurem. Wreszcie
pewnego dnia pani Malloy wlazła na czworakach do kotła, wstała
i powiedziała nieco zadyszana:
–
U Hollmana jest wyprzedaż firanek. Prawdziwe kolorowe firanki
z falbankami różowymi i niebieskimi. Komplet firanek od razu z gzymsem
kosztuje tylko dolara dziewięćdziesiąt osiem.
Pan Malloy usiadł na materacu.
–
Firanki? – spytał. – A na co ci, na miłość boską, firanki?
–
Lubię, jak jest ładnie – oświadczyła pani Malloy. – Zawsze chciałam,
żeby wszystko wyglądało ładnie dla ciebie... – I jej dolna warga zaczęła
drżeć.
–
Ależ, kochanie! – krzyknął pan Malloy.
–
Nie mam nic przeciwko
firankom. Bardzo lubię firanki.
–
Tylko dolar dziewięćdziesiąt osiem – łkała pani Malloy.
–
Atymi
żałujesz dolara dziewięćdziesiąt osiem – wybuchnęła, a jej pierś poczęła
falować.
–
Nie żałuję – rzekł pan Malloy – ale kochanie, na rany Chrystusa, co
będziemy robili z firankami? Przecież nie mamy okien!
Pani Malloy płakała i płakała, a Sam trzymał ją w ramionach i pocieszał.
–
Mężczyźni nigdy nie rozumieją, jak się kobieta czuje – łkała.
–
Mężczyźni nigdy nie chcą się postawić w położeniu kobiety.
A Sam leżał obok niej i gładził ją po karku, i robił to tak długo, aż
usnęła.
9
Gdy samochód Doktora zajechał przed laboratorium, Mack i chłopaki po
kryjomu patrzyli, jak Hazel wnosi do wnętrza worki rozgwiazd. Po kilku
minutach parujący Hazel wrócił ścieżką do Pałacyku. Jego kombinezon był
mokry od morskiej wody aż do pasa, a w tych miejscach, gdzie wysychał,
formowały się białe pierścienie soli. Usiadł ciężko na patentowanym
bujanym fotelu, będącym jego własnością, i zrzucił mokre tenisówki.
–
Jak się Doktor czuje? – spytał Mack.
–
Nieźle – odparł Hazel.
–
Nie skapujesz ani słowa z tego, co gada.
Wiecie, co on powiedział o robakach? Nie... lepiej wam nie powtórzę.
–
Ale wygląda na to, że humor ma nie najgorszy? – badał dalej Mack.
–
Pewnie – potwierdził Hazel. – Złapaliśmy trzysta rozgwiazd. Co się
ma martwić!
–
Zastanawiam się, czy nie powinniśmy iść wszyscy razem? – zapytał
Mack sam siebie i sam sobie też odpowiedział: – Nie, lepiej będzie, jak
tylko ja pójdę. Mógłby się zgniewać, jakbyśmy poszli wszyscy.
–
O co chodzi? – zdziwił się Hazel.
–
Mamy taki jeden plan...
–
rzekł Mack.
–
Pójdę sam, żeby nie
zdenerwować Doktora. Wy, chłopaki, zostańcie tu i czekajcie. Wrócę za
kilka minut.
Mack wyszedł i skierował się za tor kolejowy. Pan Malloy siedział przed
frontem swego kotła.
–
Jak się masz, Sam? – spytał Mack.
–
Dziękuję, nieźle.
–
A jak pani?
–
Dziękuję, nieźle – odparł pan Malloy. – Czy nie słyszałeś przypadkiem
o jakimś kleju, żeby można było przykleić materiał do żelaza?
Normalnie Mack pogrążyłby się z zapałem w rozważaniach nad tym
problemem, ale teraz nie mógł się rozpraszać.
–
Nie – odparł.
Przeszedł przez pusty plac i wszedł do suteren laboratorium. Doktor
zdjął kaptur, ponieważ praktycznie nie istniała żadna możliwość, że
zamoczy sobie głowę, chyba żeby pękła rura wodociągowa. Był bardzo
zajęty wyciąganiem rozgwiazd z mokrych worków i układaniem ich na
chłodnej podłodze. Rozgwiazdy poskręcały się i posupłały, ponieważ każda
rozgwiazda lubi przyczepiać się do czegoś, a że od godziny nie mogły nic
znaleźć, więc poprzyczepiały się do siebie. Doktor układał je w długie
szeregi, a one powolutku wyprostowywały się, póki nie utworzyły
symetrycznych gwiazd na betonowej posadzce. Spiczasta brązowa bródka
Doktora była mokra od potu. Spojrzał nieco nerwowo, gdy wszedł Mack.
Nie dlatego, że z Mackiem zawsze zjawiał się jakiś kłopot, ale dlatego, że
coś zawsze się z nim zjawiało.
–
Jak się mamy, Doktorze? – zapytał Mack.
–
Doskonale – odparł Doktor niepewnie.
–
Słyszał pan o Phyllis Mae spod Niedźwiedziej Flagi? Uderzyła pijaka,
a on ugryzł ją w rękę, i dostała zakażenia aż do samego łokcia. Pokazywała
mi ten ząb. Wyłamał się ze szczęki. Czy sztuczny ząb to trucizna,
Doktorze?
–
Sądzę, że wszystko, co wychodzi z ludzkich ust, jest trucizną –
powiedział Doktor ostrzegawczo. – Była u lekarza?
–
Ten ich wykidajło założył jej opatrunek.
–
Dam jej trochę sulfatiazolu – rzekł Doktor i czekał, co nastąpi dalej.
Wiedział, że Mack po coś przyszedł, i Mack wiedział, że Doktor o tym wie.
–
Doktorze, czy nie potrzebuje pan jakichś zwierząt? – zapytał Mack.
Doktor odetchnął z ulgą.
–
A dlaczego? – spytał ostrożnie.
Mack zaczął mówić tajemniczym tonem:
–
Powiem panu, Doktorze. Ja i chłopaki chcieliśmy zarobić trochę
forsy... musimy ją skądsiś zdobyć. To jest na dobry cel, można by
powiedzieć dla szlachetnej sprawy.
–
Ręka Phyllis Mae?
Mack dostrzegł nową możliwość, zważył ją i odrzucił.
–
No... nie – zawahał się.
–
Coś ważniejszego. Prostytutki to żadna
cholera nie utłucze. Nie... to jest coś zupełnie innego. Ja i chłopaki
myśleliśmy, że jeżeli pan czegoś potrzebuje, możemy to dla pana załatwić,
i w ten sposób zarobimy trochę drobnych.
Wyglądało to prosto i niewinnie. Doktor ułożył w rzędach cztery dalsze
rozgwiazdy.
–
Przydałoby mi się ze trzysta do czterystu żab – powiedział.
–
Mógłbym ich nałapać sam, ale muszę pojechać dziś do La Jolla. Jutro
będzie wielki odpływ, a mam złowić parę ośmiornic.
–
Ta sama cena za żaby? – informował się Mack.
–
Pięć centów od
łebka?
–
Ta sama cena.
Mack stał się jowialny.
–
Niech się pan nie martwi, Doktorze, o te żaby. Przyniesiemy panu tyle
żab, ile pan zechce. Niech pana o żaby głowa nie boli. Nałapiemy ich
w Carmelu. Znam jedno takie miejsce.
–
Dobrze – odparł Doktor.
–
Wezmę tyle, ile złowicie, ale potrzebuję
około trzystu sztuk.
–
Niech pana głowa nie boli, Doktorze. Niech się pan nie denerwuje tą
sprawą. Dostanie pan swoje żaby, może nawet siedemset–osiemset sztuk.
Gdy Mack natchnął Doktora swoim zapałem co do łatwości połowu żab,
mała chmurka przesunęła się po jego obliczu.
–
Doktorze, są jakieś możliwości, żebyśmy mogli użyć pana wozu do
Doliny?
–
Nie. Już mówiłem. Mam dziś pojechać do La Jolla, żeby zrobić ten
jutrzejszy odpływ.
–
Och – zmartwił się Mack. – Och. No, dobra, niech się pan nie martwi.
Może uda się nam dostać tę starą ciężarówkę Lee Chonga.
Po czym jego twarz jeszcze bardziej się zasępiła.
–
Doktorze – zaproponował – przy takim dużym interesie jak ten, nie
dałby pan nam ze dwa albo trzy dolary zaliczki na benzynę? Lee Chong na
pewno nie odstąpi nam benzyny.
–
Nie – odpowiedział Doktor. Już raz wpadł w podobny sposób.
Finansował wyprawę Gaya na żółwie. Finansował ją przez dwa tygodnie, a
pod koniec tego okresu Gay znalazł się w areszcie na skutek skargi swojej
żony i nigdy nie wyruszył po żółwie.
–
No, to chyba nie będziemy mogli pojechać – oświadczył Mack
smutno.
Ale Doktor rzeczywiście potrzebował żab. Usiłował wynaleźć jakąś
metodę, która byłaby interesem, a nie filantropią.
–
Zrobię tak – rzekł.
–
Dam wam kartkę do mojej stacji benzynowej
i tam dostaniecie dziesięć galonów benzyny. W porządku?
Mack uśmiechnął się.
–
Fajno! To doskonale gra. Ja i chłopaki pojedziemy jutro z samego rana.
Jak tylko pan wróci, będziemy mieli tyle tych diabelnych żab, że w życiu
pan nie widział.
Doktor podszedł do biurka i napisał kartkę do Rudego Williamsa ze
stacji benzynowej, polecając mu wydać Mackowi dziesięć galonów
benzyny.
–
Proszę – powiedział.
Mack uśmiechnął się szeroko.
–
Doktorze – zawołał.
–
Może pan dziś spać spokojnie i nawet nie
pomyśleć o tych żabach. Będziemy ich mieli całe stosy, jak pan wróci.
Doktor patrzył na niego trochę niepewnie. Interesy Doktora z Mackiem
były zawsze bardzo ciekawe, ale bardzo rzadko bywały korzystne dla
Doktora. Ze skruchą wspominał przypadek, gdy Mack sprzedał mu
piętnaście kotów – samców, a wieczorem przyszli właściciele i odebrali je
wszystkie co do jednego.
„Mack – spytał wtedy.
–
Dlaczego to były tylko samce?". Mack
powiedział: „Doktorze, to mój własny wynalazek, ale panu powiem, bo pan
jest swój chłop. Robi pan dużą pułapkę z drutu, ale nie zakłada pan
przynęty. Zakłada pan... no... używa pan kotkę. W ten sposób można
złapać każdego cholernego kocura w całej okolicy".
Wyszedłszy z laboratorium, Mack wkroczył przez wahadłowe
obciągnięte siatką drzwi do sklepu Lee Chonga. Pani Lee rąbała bekon na
wielkim rzeźnickim pieńku. Kuzyn Lee skręcał nieco przywiędłe liście
sałaty, tak jak dziewczyna skręca na palcu rozluźnioną falę włosów. Na
wielkiej kupie pomarańczy spał kot. Lee Chong stał na zwykłym miejscu
między kontuarem a półkami z alkoholem. Jego palec na gumowej płytce
do wydawania reszty zaczął poruszać się nieco szybciej, gdy Mack wszedł
do sklepu.
Mack nie tracił czasu na wstępy.
–
Lee – powiedział.
–
Doktor ma poważny kłopot. Z Muzeum
Nowojorskiego dostał duże zamówienie na żaby. Dla Doktora to ma
ogromne znaczenie. Poza forsą taki obstalunek oznacza ogromny kredyt.
Doktor musi pojechać na Południe, a ja i chłopaki powiedzieliśmy, że mu
pomożemy. Uważam, że przyjaciele powinni pomóc w kłopotach,
szczególnie takiemu przyjemnemu gościowi jak Doktor. Głowę daję, że
zostawia u ciebie ze sześćdziesiąt do siedemdziesięciu dolarów miesięcznie.
Lee Chong trwał w pełnym czujności milczeniu. Jego tłusty palec ledwie
się poruszał na gumowej płytce, ale za to z takim napięciem jak ogon
czatującego kota.
Mack sformułował swe żądanie:
–
Pożyczysz nam swoją starą ciężarówkę, żebyśmy mogli pojechać
w Dolinę Carmelu po żaby dla Doktora – naszego kochanego starego
Doktora?
Lee Chong uśmiechnął się z triumfem.
–
Cięzalówka nie dobly – powiedział. – Luina.
Macka aż zatknęło, ale za chwilę przyszedł do siebie. Rozłożył na
kontuarze zlecenie na benzynę.
–
Patrz – rzekł. – Doktor potrzebuje tych żab. Dał mi kartkę na benzynę.
Nie mogę zostawić Doktora na lodzie. Słuchaj, Gay jest dobrym
mechanikiem. Jak on naprawi twoją ciężarówkę, dasz nam ją wziąć?
Lee przechylił głowę do tyłu, tak by mógł patrzeć na Macka przez
połówki szkieł. Wydawało się, że wszystko jest w porządku. Ciężarówka
rzeczywiście była popsuta. Gay rzeczywiście był dobrym mechanikiem, a
zlecenie na benzynę stanowiło zdecydowany dowód dobrej wiary.
–
Jak wy długo wyjazd? – zapytał Lee.
–
Może pół dnia, może cały dzień. Jak tylko nałapiemy żab.
Lee zmartwił się, ale nie widział żadnej drogi wyjścia. Czyhało mnóstwo
niebezpieczeństw, a Lee spodziewał się wszystkiego najgorszego.
–
Dobla – powiedział.
–
Świetnie – ucieszył się Mack.
–
Wiem, że Doktor może na tobie
polegać. Przyślę Gaya, żeby naprawił ten samochód.
Zwrócił się w stronę wyjścia.
–
Przy okazji... – zawahał się. – Doktor płaci nam za te żaby po pięć
centów od łebka. Złapiemy na pewno ze siedemset albo osiemset sztuk. Czy
nie dałbyś butelki Starych Tenisówek, zanim wrócimy z żabami?
–
Nie – powiedział Lee Chong.
10
Frankie zaczął przychodzić do Zachodniego Laboratorium
Biologicznego, gdy miał jedenaście lat. Przez jakiś tydzień stał tylko przed
wejściem do suteren i zaglądał do środka. Potem któregoś dnia stanął
w samych drzwiach. Dziesięć dni później był już w suterenie. Miał bardzo
duże oczy, a jego włosy były jedną ciemną, splątaną, brudną strzechą. Ręce
miał umorusane. Podniósł z ziemi garść wiórków do pakowania, włożył do
kubła na śmieci, a potem spojrzał na Doktora, który naklejał kartki na
słojach zawierających purpurową welellę. Wreszcie Frankie podszedł do
długiego stołu i położył na nim swoje brudne ręce. Minęły trzy tygodnie,
zanim Frankie dotarł tak daleko, więc teraz chciał wykorzystać każdą
chwilę.
Wreszcie któregoś dnia Doktor odezwał się do niego:
–
Jak masz na imię, synu?
–
Frankie.
–
Gdzie mieszkasz?
–
A tam. – Gest w stronę wzgórza.
–
Dlaczego nie jesteś w szkole?
–
Nie chodzę do szkoły.
–
Dlaczego nie?
–
Oni mnie tam nie chcą.
–
Masz brudne ręce. Czy ty się nigdy nie myjesz?
Wyglądało na to, że Frankie jest bardzo przejęty. Podszedł do umywalki
i wyszorował ręce; a potem już zawsze tak je szorował, że mało nie zdzierał
skóry.
Przychodził do laboratorium codziennie. Wywiązała się przyjaźń bez
wielu słów. Doktor ustalił telefonicznie, że Frankie powiedział prawdę.
Rzeczywiście nie chcieli go w szkole. Nie mógł się uczyć i coś było nie
w porządku z jego systemem koordynacji. Nie było dla niego miejsca. Nie
był idiotą, nie był niebezpieczny dla otoczenia, jego rodzice, a właściwie
matka nie chciała płacić za utrzymanie go w specjalnym zakładzie. Frankie
rzadko sypiał w laboratorium, ale spędzał tu całe dnie. Niekiedy właził do
skrzynki i spał. Działo się to prawdopodobnie wtedy, gdy miał jakieś
kłopoty w domu.
–
Dlaczego tu przychodzisz? – spytał Doktor.
–
Bo pan mnie nie bije ani nie daje mi piątaka – powiedział Frankie.
–
Biją cię w domu?
–
W domu przez cały czas przychodzą wujkowie. Niektórzy z nich mnie
biją i mówią, żebym sobie poszedł, a inni dają mi pięć centów i mówią,
żebym sobie poszedł.
–
A gdzie jest twój ojciec?
–
Umarł – powiedział Frankie niepewnie.
–
A gdzie matka?
–
Z wujkami.
Doktor ostrzygł włosy Frankiego i wytępił wszy. U Lee Chonga kupił
mu nowy kombinezon i sweter w paski i Frankie stał się jego niewolnikiem.
–
Ja pana kocham – powiedział pewnego popołudnia.
–
Och, ja pana
kocham.
Chciał pracować w laboratorium. Codziennie zamiatał, ale zawsze coś
mu się nie udawało. Nigdy nie potrafił osiągnąć, żeby podłoga była
zupełnie czysta. Próbował pomagać przy segregowaniu raków. Raki były
w kuble – wszystkie rozmiary. Należało je umieścić w wielkich słojach –
trzycalowe oddzielnie, wszystkie czterocalowe oddzielnie i tak dalej.
Frankie próbował, pot wystąpił mu na czoło, ale nie mógł tego pojąć.
Rozmiar jako wspólna cecha nie mógł mu wejść do głowy.
–
Nie – mówił Doktor. – Patrz, Frankie. Przykładaj je do palca, o w ten
sposób, to będziesz wiedział, jaki każdy z nich ma rozmiar. Widzisz? Ten
na przykład sięga od czubka palca wskazującego do nasady kciuka. Teraz
bierzesz drugiego raka, a on sięga od czubka palca do tego samego miejsca,
i wszystko jest w porządku.
Frankie próbował, ale nie mógł sobie dać rady. Gdy Doktor poszedł na
górę, Frankie wlazł do skrzyni z wiórami i nie wyszedł aż do wieczora.
Ale Frankie był miłym, dobrym, grzecznym chłopcem. Nauczył się
zapalać cygara Doktora i chciałby, żeby Doktor palił bez przerwy, bo w ten
sposób mógłby mu stale zapalać cygara.
Najbardziej ze wszystkiego Frankie lubił, gdy w laboratorium byli
goście. Gdy mężczyźni i dziewczyny siedzieli i rozmawiali, gdy wielki
gramofon wygrywał melodie, od których ściskało w dołku, a w głowie
formowały się jakieś mętne, ale piękne i olbrzymie obrazy – Frankie bardzo
to lubił. Kulił się w rogu za krzesłem, gdzie go nikt nie widział i gdzie mógł
patrzeć i słuchać. Gdy wybuchał śmiech z jakiegoś żartu, którego nie
rozumiał, Frankie śmiał się radośnie za swoim krzesłem, a gdy rozmowa
wchodziła na tory abstrakcji, marszczył czoło i przybierał bardzo natężony
i poważny wyraz twarzy.
Pewnego popołudnia zdecydował się na czyn szaleńczej odwagi.
W laboratorium odbywało się małe przyjęcie. Doktor był w kuchni
i nalewał piwo, gdy Frankie zjawił się obok niego. Porwał szklankę piwa,
popędził ku drzwiom i wręczył szklankę dziewczynie siedzącej w fotelu.
Wzięła szklankę, powiedziała:
–
O, dziękuję – i uśmiechnęła się do Frankiego.
A Doktor, wchodząc do pokoju, powiedział:
–
Tak, Frankie mi bardzo dużo pomaga.
Frankie nie mógł tego zapomnieć. Nieskończoną ilość razy obracał to
wydarzenie w swojej głowie, jak to on wziął szklankę i jak dziewczyna
siedziała, a potem jej głos: „O, dziękuję", i Doktora: „bardzo dużo
pomaga... Frankie mi bardzo dużo pomaga... oczywiście, Frankie mi
bardzo dużo pomaga... Frankie", i och, Boże!
Wiedział, że niedługo będzie wielkie przyjęcie, ponieważ Doktor
kupował kotlety i bardzo dużo piwa, i Doktor pozwolił mu pomagać przy
sprzątaniu na górze. Ale to wszystko nic nie znaczyło w porównaniu
z wielkim planem, jaki powstał w umyśle Frankiego. Widział już, jak się
wszystko odbędzie. Stale do tego wracał. To było piękne. To było
wspaniałe.
Zaczęło się przyjęcie i goście przychodzili i siadali we frontowym
pokoju – dziewczyny, młode kobiety i mężczyźni.
Frankie zaczekał, aż z kuchni wszyscy wyszli. Upłynęło trochę czasu,
zanim się to stało. Wreszcie został sam, a drzwi zatrzaśnięto. Słyszał
rozmowy i muzykę z gramofonu. Działał bardzo szybko – najpierw taca,
potem szklanki, ostrożnie, by której nie potłuc. A teraz napełnić je piwem,
poczekać, aż piana trochę osiądzie, i dolać znowu.
Wreszcie był gotów. Głęboko zaczerpnął tchu i otworzył drzwi. Muzyka
i rozmowy huczały wokół niego. Frankie chwycił tacę z piwem i wszedł do
pokoju. Wiedział jak. Poszedł prosto, do tej samej młodej kobiety, która mu
przedtem podziękowała. A potem, tuż przed nią, stało się... Koordynacja
zawiodła, ręce zaczęły drżeć, mięśnie ogarnęła panika, nerwy telegrafowały
do martwego telegrafisty, odpowiedzi nie nadchodziły. Taca i piwo kiwnęły
się do przodu i runęły na kolana kobiety. Przez chwilę Frankie stał bez
ruchu. A potem zawrócił i począł uciekać.
W pokoju zaległa cisza. Słyszeli, jak Frankie zbiega po schodach do
piwnicy. Usłyszeli coś jakby skrobanie... i potem zapadła cisza.
Doktor spokojnie zszedł do piwnicy. Frankie siedział w skrzyni
i zagrzebał się w wiórach. Doktor słyszał, jak płacze cichutko. Poczekał
chwilę, a później znowu odszedł spokojnie po schodach.
Nic nie mógł poradzić. Absolutnie nic.
11
Ciężarówka, model T Forda, będąca własnością Lee Chonga, miała
zaszczytną historię. W roku 1923 była samochodem osobowym i należała
do niejakiego dr. W.T. Watersa. Używał jej przez pięć lat, a potem sprzedał
agentowi ubezpieczeniowemu nazwiskiem Rattle. Pan Rattle nie należał do
ludzi ostrożnych. Wozem, który dostał w nieskazitelnym stanie, jeździł jak
wariat. Pan Rattle upijał się w soboty wieczorem, a wóz cierpiał. Zderzak
był połamany i pogięty. Ponadto lubił gwałtownie hamować, tak że
okładziny wymagały częstej zmiany. Gdy pan Rattle zdefraudował
pieniądze pewnego klienta i uciekł do San Jose, złapano go z bujnowłosą
blondynką i skazano w ciągu dziesięciu dni.
Karoseria samochodu była tak zniszczona, że następny właściciel
przeciął ją na dwoje i dodał małą ciężarową platformę.
Kolejny właściciel zdjął cały front wozu i szybę ochronną. Zazwyczaj
woził przynętę dla rybaków i lubił, żeby świeży wietrzyk wiał mu prosto
w twarz. Nazywał się Francis Almones i miał smutne życie, bo zawsze
zarabiał o ułamek mniej, niż potrzebował. Jego ojciec zostawił mu trochę
pieniędzy, ale rok po roku i miesiąc po miesiącu, niezależnie od tego jak
ciężko Francis pracował i oszczędzał, ilość jego pieniędzy zmniejszała się,
aż wreszcie całkiem zbankrutował.
Lee Chong otrzymał ciężarówkę na pokrycie rachunku za artykuły
spożywcze.
W tym czasie ciężarówka składała się właściwie tylko z czterech kół
i silnika, a silnik miał usposobienie tak dziwaczne, nieobliczalne i senne, że
wymagał fachowego nadzoru i opieki. Lee Chong nie mógł mu tego
zapewnić, więc samochód stał przeważnie na dziedzińcu za sklepem,
w wysokiej trawie, a ślazy rosły mu między szprychami. Na tylnych kołach
miał solidne opony, a przednie opierały się na desce chroniącej je przed
wilgocią.
Prawdopodobnie każdy chłopak z Pałacyku potrafiłby naprawić
ciężarówkę, bo wszyscy byli zdolnymi mechanikami, ale Gay był
natchnionym mechanikiem. Nie ma żadnego słowa dla określenia tego
rodzaju zdolności poza „smykałką", a powinno być. Bowiem są ludzie, co
potrafią popatrzeć, posłuchać, pomacać, pomajstrować i maszyna działa.
Ale istnieją ludzie, których sama obecność sprawia, że samochód po prostu
chodzi lepiej. I do takich należał Gay. Jego palce na rozdzielaczu czy na
śrubce regulującej gaźnika działały subtelnie, mądrze i pewnie. Potrafił
naprawiać delikatne silniczki elektryczne w laboratorium. Mógłby
pracować w wytwórniach konserw rybnych, ilekroć by miał na to ochotę,
albowiem w tym przemyśle – który narzeka gorzko, jeśli w ciągu roku nie
zwrócą mu się wszystkie inwestycje – maszyny są o wiele mniej ważne niż
zeznanie o dochodzie. Z pewnością, gdyby można było puszkować sardynki
za pomocą ksiąg kasowych, właściciele byliby bardzo szczęśliwi. Dlatego
też używają złamanych wiekiem, ledwie zipiących kalek – nie maszyn –
które wymagają stałej opieki człowieka takiego jak Gay.
Mack zerwał chłopców wcześnie. Wypili kawę i natychmiast poszli do
ciężarówki stojącej wśród chwastów. Gay wziął się do roboty. Kopnął
spoczywające na deskach przednie koła.
–
Idźcie, pożyczcie pompki i napompujcie kichy – powiedział. Następnie
włożył patyk do zbiornika benzyny pod deską, która służyła za siedzenie.
Jakimś cudem w zbiorniku było jeszcze z pół cala benzyny. Teraz Gay
przystąpił do bardziej skomplikowanych czynności. Wyjął zawory, oskrobał
je, oczyścił prowadnicę i włożył z powrotem. Otworzył gaźnik, by
stwierdzić, czy jest dopływ benzyny. Zakręcił korbą dla sprawdzenia, czy
wał silnika się obraca, a tłoki poruszają się w swoich cylindrach.
Jednocześnie przybyła pompka, a Eddie i Jones zmieniali się kolejno
przy dętkach.
Gay mruczał „Bum-cyk-cyk, bum-cyk-cyk" podczas pracy. Wyjął
świece, oczyścił końcówki i usunął osad węglowy. Potem wlał benzyny do
puszki i wpuścił trochę do każdego cylindra, zanim z powrotem założył
świece. Wyprostował się.
–
Potrzebujemy dwie suche baterie – powiedział. – Zobaczcie, może Lee
nam da.
Mack poszedł i wrócił prawie natychmiast, przynosząc jedno wielkie
„nie" Lee Chonga na to i wszelkie następne żądania.
Gay rozmyślał głęboko.
–
Wiem, gdzie są baterie, i to nawet dość dobre, ale nie chcę po nie iść.
–
Gdzie? – spytał Mack.
–
W piwnicy w moim domu – odparł Gay. – Do nich jest podłączony
dzwonek na froncie. Jeśli któryś z was, chłopaki, chce, że tak powiem,
włamać się do mojej piwnicy, w ten sposób, żeby moja stara go nie złapała,
to one są na takiej półeczce z boku po lewej stronie. Tylko, na miłość
Boską, nie dajcie się złapać.
Po krótkiej konferencji wydelegowano Eddiego i Eddie poszedł.
–
Jak cię złapie, to nie wspominaj o mnie – zawołał za nim Gay.
Po czym Gay zbadał okładziny. Pedał sprzęgła nie dotykał całkowicie
podłogi, co znaczyło, że jeszcze trochę zostało. Pedał hamulca dotykał
podłogi, co znaczyło, że nie ma już okładziny, ale pedał biegu wstecznego
miał jeszcze zupełnie dobre przełożenie. W modelu T Forda wsteczny bieg
jest marginesem bezpieczeństwa. Gdy hamulec wam wysiądzie, możecie
używać wstecznego biegu jako hamulca. A jeśli taśmy pierwszego biegu są
zbyt zużyte, by można było wjechać na wzgórze, możecie wóz odwrócić
tyłem i wjeżdżać. Gay stwierdził, że wsteczny bieg działa bez zarzutu,
i uznał, że wszystko jest w porządku.
Za dobry omen uznano to, że Eddie wrócił z bateriami bez żadnych
kłopotów. Pani Gay była w kuchni. Eddie słyszał, jak chodzi mu nad głową,
ale ona go nie słyszała. Był bardzo dobry do takiej roboty.
Gay podłączył baterie, otworzył dopływ benzyny i włączył zapłon.
–
Pokręćcie trochę – powiedział.
Gay był cudotwórcą – Gay, mały mechanik z Bożej łaski, święty
Franciszek wszystkich rzeczy, które się obracają i kręcą, i eksplodują,
święty Franciszek cewek i armatur, i trybów. A jeśli całe zastępy wraków,
sfatygowanych dusenbergów, buicków, de sotów i plymouthów,
amerykańskich austinów i isotta-fraschinich wielbią Boga wielkim chórem
–
należy to zawdzięczać przede wszystkim Gayowi i jego braciom.
Jeden obrót – jeden mały obrót i motor zaskoczył i pracował, zakrztusił
się i zaskoczył znowu. Gay przyspieszył zapłon i przykręcił gaz. Przełączył
na iskrownik i ford Lee Chonga zachichotał, zachybotał i zabrzęczał pełen
szczęścia, jakby wiedział, że pracuje dla człowieka, który go kocha
i rozumie.
Nasuwały się jeszcze dwie techniczne trudności z ciężarówką – nie
miała numerów rejestracyjnych i nie miała światła. Ale chłopaki umocowali
solidnie i niby przypadkowo szmatę nad tylnym numerem, a frontową
płytkę zakleili garścią gęstego błota. Ekwipunek ekspedycji był dość
nieznaczny: kilka żabich siatek na długich trzonkach i kilka worków z juty.
Miejscy myśliwi udający się na polowanie obładowują się jedzeniem
i napitkami. Ale nie Mack! Słusznie rozumował, że właśnie ze wsi
pochodzą wszelkie artykuły spożywcze. Dwa bochenki chleba i to, co
zostało w gąsiorku Eddiego, stanowiło całe zaopatrzenie. Towarzystwo
władowało się na platformę, Gay za kierownicę, a Mack obok niego.
Ominęli róg sklepu Lee Chonga, przejechali przez plac, klucząc między
rurami. Pan Malloy pokiwał im ręką ze swego krzesełka przy kotle. Gay
zwolnił, przejeżdżając przez chodnik, i delikatnie zjechał z krawężnika,
ponieważ spod przednich opon stale wyglądało płótno. Mimo całego
pośpiechu, wyruszyli na dobre dopiero po południu.
Ciężarówka podjechała z wolna do stacji benzynowej Rudego
Williamsa. Mack wyszedł i wręczył swój dokument Rudemu.
–
Doktor nie miał drobnych – oświadczył. – Wlej nam pięć galonów, a
zamiast pozostałych pięciu daj nam dolara, bo właśnie tak Doktor chciał to
załatwić. On jedzie na Południe, uważasz? Ma tam przeprowadzić grubszy
interes.
Rudy uśmiechnął się dobrodusznie.
–
Wiesz, Mack – powiedział – Doktorowi przyszło do głowy, że coś tu
nie klapuje, i wpadł na to samo, co ty. On jest dość bystry facet.
Zatelefonował do mnie wczoraj wieczorem.
–
Wlej dziesięć galonów – rzekł Mack. – Nie... czekaj. Będzie się bełtać
i powylewa się. Wlej pięć, a pięć daj nam w kanistrze, wiesz, w takim
plombowanym.
Rudy śmiał się od ucha do ucha.
–
I o tym Doktor również pomyślał.
–
Wlewaj dziesięć galonów – rzekł Mack. – I żeby mi ani kropla nie
została w wężu!
Mała ekspedycja starała się nie zbliżać do centrum Monterey. Drobna
niedokładność z numerami rejestracyjnymi i światłami skłoniła Gaya do
wybierania bocznych ulic. Uważał, że na ryzyko będzie jeszcze czas, kiedy
znajdą się na wzgórzu Carmel, i dalej, dobre cztery mile po głównej szosie,
narażeni na spotkanie z każdym przejeżdżającym policjantem, zanim
zboczą na mało uczęszczaną drogę w Dolinie Carmelu. Gay wybrał boczną
uliczkę, która przywiodła ich na główną szosę, tuż gdzie się zaczyna stok
wzgórza. Z wielkim brzękiem rozpędził się na pochyłości, a po
pięćdziesięciu jardach nacisnął pedał na pierwszą przekładnię. Wiedział, że
się to nie uda, bo przekładnia była zbyt wytarta. Na równinę wystarczała,
ale nie na wzgórze. Gay zatrzymał, zakręcił i wycelował ciężarówkę tyłem
do wzgórza. Potem dodał gazu i nacisnął na wsteczny bieg. A wsteczny nie
był zużyty. Samochód pełznął z wolna i uparcie pod górę.
I prawie byliby wjechali. W chłodnicy, oczywiście, gotowało się, ale
większość ekspertów od modelu T uważa, że nie pracuje on należycie, jeśli
się nie gotuje.
Ktoś powinien napisać uczoną rozprawę o moralnym, fizycznym
i estetycznym wpływie modelu T Forda na naród amerykański. Dwa
pokolenia Amerykanów wiedziały więcej o fordowskim zaworze
wlotowym niż o łechtaczce, o planetarnym systemie przekładni niż o
planetach w ogóle. Wraz z modelem T zniknęła część pojęcia prywatnej
własności. Nikt nie mógł już być właścicielem płaskoszczypców, a pompka
do dętek należała do tego, kto ją ostatni zabrał. Większość dzieci z tego
okresu została poczęta w modelach T Forda, a wcale niemało urodziło się
w tych wozach. Teoria domu anglosaskiego tak się wypaczyła, że nigdy już
nie doszła do siebie.
Samochód wjeżdżał z uporem na wzgórze Carmel, minął drogę na szczyt
Jacka i właśnie zabierał się do ostatniego i najbardziej stromego odcinka,
gdy motor zaczął sapać coraz ciężej, czknął i zarzęził. Wydawało się, że
zapadła śmiertelna cisza, gdy silnik stanął. Gay, który tak czy owak był
zwrócony przodem do pagórka, zjechał pięćdziesiąt stóp w dół i skręcił na
drogę prowadzącą na Szczyt Jacka.
–
Co to jest? – spytał Mack.
–
Chyba gaźnik – rzekł Gay. Motor parskał i trzaskał z gorąca, a
strumień pary, który dobywał się z rurki zlewnej, syczał jak aligator.
Gaźnik modelu T nie jest skomplikowany, ale do funkcjonowania
potrzebuje wszystkich części. Istnieje tam tak zwana igła pływaka i jej
czubek musi siedzieć w odpowiednim gniazdku, bo inaczej gaźnik nie
będzie pracował.
Gay trzymał igłę w ręku, a jej czubek był ułamany.
–
Do diabła, co myślicie, jak to się mogło stać?
–
Cud – powiedział Mack. – Istny cud. Potrafisz to naprawić?
–
Diabła tam – odparł Gay. – Muszę mieć nową.
–
Ile to kosztuje?
–
Koło dolara, jak kupujesz nową, a dwadzieścia pięć centów u
handlarza wraków.
–
Masz dolara? – zagadnął Mack.
–
Pewnie, ale nie będę potrzebował.
–
No to wracaj jak najszybciej. Poczekamy tu na ciebie.
–
Choćbyście chcieli, nie uciekniecie bez igły – oświadczył Gay.
Wyszedł na drogę. Podnosił rękę na trzy samochody, ale dopiero czwarty
z kolei zatrzymał się dla niego. Chłopcy patrzyli, jak wsiada i jedzie w dół
pagórka. I zobaczyli go dopiero za sto osiemdziesiąt dni.
O, nieskończoność możliwości! Jak się to zdarzyło, że samochód, który
podwoził Gaya, zepsuł się, zanim dojechał do Monterey? Gdyby Gay nie
był mechanikiem, nie naprawiłby samochodu. Gdyby nie naprawił
samochodu, właściciel nie zabrałby go na jednego do Jimmy'ego Brucii.
I dlaczego były urodziny Jimmy'ego? Ze wszystkich możliwości na świecie
–
jest ich miliony – zdarzały się tylko przypadki prowadzące prosto do
więzienia w Salinas. Sparky Enea i Tiny Colletti właśnie się pogodzili
i pomagali Jimmy'emu obchodzić urodziny. Weszła blondynka. Spór na
tematy muzyczne przed automatem grającym. Nowy przyjaciel Gaya znał
pewien chwyt dżudo, usiłował pokazać go Sparky'emu i złamał mu rękę.
Policjant z bólem żołądka – wszystko sprawy bez związku i bez znaczenia,
a jednak zmierzające w określonym kierunku. Los po prostu nie chciał,
żeby Gay pojechał na połów żab i Los zorganizował diabelną kupę
nieporozumień, ludzi i przypadków, by go od tego powstrzymać. Gdy
nadszedł szczytowy punkt akcji, gdy prysnęła szyba w sklepie z butami
Holmana i całe towarzystwo przymierzało buty z wystawy, tylko Gay nie
usłyszał syreny na pożar. Tylko Gay nie pobiegł do pożaru, i gdy nadjechała
policja, znalazła go siedzącego samotnie na wystawie Holmana w jednym
brązowym oksfordzie i jednym lakierku z czubkiem z szarego płótna.
Tymczasem chłopaki rozpalili małe ognisko koło ciężarówki, gdy
zapadła ciemność i chłód powiał od oceanu. Sosny szemrały nad nimi
w rześkim morskim powiewie. Leżeli na sosnowym igliwiu i patrzyli na
puste niebo przez sosnowe gałęzie. Przez chwilę rozmawiali o trudnościach,
jakie Gay musiał napotkać przy szukaniu igły pływaka, lecz stopniowo,
w miarę upływających godzin, przestali go w ogóle wspominać.
–
Ktoś z nim powinien był pojechać – rzekł Mack.
Około dziesiątej Eddie wstał.
–
Tu niedaleko są warsztaty – oświadczył. – Chyba pójdę tam i zobaczę,
czy nie mają jakiego modelu T.
12
Monterey jest miastem o długiej i świetnej tradycji literackiej.
Wspomina z przyjemnością i z pewną dumą, że mieszkał tu Robert Louis
Stevenson. Wyspa Skarbów rzeczywiście ma topografię i plan wybrzeża Pt.
Lobos. W jeszcze niedawnych czasach w Carmelu przebywało wielu ludzi
pióra, ale teraz nie ma już starego aromatu, dawnej godności prawdziwej
beletrystyki. Pewnego razu miasto było bardzo oburzone na coś, co
obywatele uznali za lekceważenie pisarza. Łączyło się to ze śmiercią Josha
Billingsa, wielkiego humorysty.
Gdzie obecnie jest nowy urząd pocztowy, był swego czasu głęboki
wąwóz, strumień na jego dnie i mała kładka przez strumień. Po jednej
stronie wąwozu stał piękny stary dom z niewypalonej cegły, a po drugiej
dom, gdzie mieszkał doktor, który załatwiał wszystkie choroby, narodziny
i zgony w mieście. Leczył również zwierzęta, a ponieważ ukończył studia
we Francji, parał się nowomodnym balsamowaniem ciał umarłych.
Niektórzy konserwatyści uważali to za sentymentalizm, a inni obywatele za
rozrzutność, a jeszcze innym wydawało się to świętokradztwem, ponieważ
żadna ze świętych ksiąg nie przewiduje balsamowania. Ale balsamowanie
podobało się co lepszym i bogatszym rodzinom i stopniowo stało się
zwyczajem.
Pewnego ranka pewien starszy pan nazwiskiem Carriaga szedł z domu
wolnym krokiem po zboczu pagórka w stronę ulicy Alvarado. Przechodził
właśnie przez kładkę, gdy jego uwagę zwrócił mały chłopiec i pies
wyłażący z wąwozu. Chłopak niósł wątrobę, natomiast pies ciągnął całe
jardy wnętrzności, na których końcu dyndał żołądek. Pan Carriaga stanął
i grzecznie zwrócił się do chłopca:
–
Dzień dobry.
–
Dzień dobry panu. – W owych czasach chłopcy byli grzeczni
–
Dokąd idziesz z tą wątrobą?
–
Wziąłem ją na przynętę na makrele.
Pan Carriaga uśmiechnął się.
–
A ten pies też chce łowić makrele?
–
Ten pies to znalazł. To jego własność, proszę pana. Znaleźliśmy to
w wąwozie.
Pan Carriaga uśmiechnął się i poszedł dalej, lecz nagle jego umysł zaczął
pracować. To nie była wątroba wołowa – bo za mała. I to nie była wątroba
cielęca, bo za czerwona. I to nie była wątroba barania... teraz jego umysł
stał się czujny. Na rogu spotkał pana Ryana.
–
Czy ktoś umarł wczoraj w Monterey? – spytał.
–
O nikim nie słyszałem – odparł pan Ryan.
–
Ktoś zabity?
–
Nie.
Poszli dalej razem i pan Carriaga opowiedział o chłopcu i o psie.
W barze Adobe zebrała się pewna liczba obywateli na poranną
rozmowę. Tu pan Carriaga znów opowiedział swą historię i ledwo zdążył ją
skończyć, gdy do baru wszedł konstabl. On powinien wiedzieć, czy ktoś
umarł.
–
Nie, nikt nie umarł w samym Monterey – oświadczył.
–
Ale Josh
Billings umarł w Hotel del Monte.
W barze zaległa cisza. Wszystkim przyszło na myśl to samo. Josh
Billings był wielkim człowiekiem, wielkim pisarzem. Uczynił zaszczyt
Monterey, umierając tutaj, a został spostponowany. Bez wielu dyskusji
stworzył się komitet ze wszystkich obecnych. Poważni mężczyźni ruszyli
szybko do wąwozu, przeszli przez kładkę i załomotali do drzwi doktora,
który studiował we Francji.
Doktor pracował do późna w nocy. Stukanie spędziło go z łóżka.
Z rozczochraną głową i brodą, w piżamie podszedł do drzwi. Pan Carriaga
zapytał go surowo:
–
Pan balsamował Josha Billingsa?
–
No, a co?
–
A co pan zrobił z jego wnętrznościami?
–
No... wyrzuciłem je do wąwozu, jak zwykle.
Kazali mu się szybko ubierać, a potem pospieszyli na plażę. Gdyby
chłopiec szybciej wyruszył na połów, mogłoby być za późno. Właśnie
wsiadał do łódki, gdy przybył komitet. Wnętrzności leżały na piasku, gdzie
je pies porzucił.
Francuskiego doktora zmuszono, by zebrał wszystkie części. Zmuszono,
by umył je dokładnie i, o ile możliwe, oczyścił z piasku. Doktor we własnej
osobie musiał ponieść koszt ołowianej skrzynki, którą włożono do trumny
Josha Billingsa. Bowiem Monterey nie było takim miastem, które by
pozwoliło wyrządzić dyshonor literatowi.
13
Mack i chłopaki spali spokojnie na sosnowym igliwiu. Przed świtem
wrócił Eddie. Musiał iść kawał drogi, zanim znalazł model T. A gdy
wreszcie znalazł, zaczął się zastanawiać, czy to dobry pomysł wyjmować
igłę z osady. Mogłaby nie pasować. W związku z tym wyjął cały gaźnik.
Chłopaki się nie zbudzili, kiedy przyszedł. Model T miał jedną przyjemną
właściwość – jego części były nie tylko wymienne, ale i nie do
zidentyfikowania.
Ze wzgórza Carmel roztacza się piękny widok: wygięta linia zatoki
z falami pieniącymi się na piasku, wydmy wokół Seaside, a tuż u podnóża
pagórka – ciepła intymność miasta.
Mack zbudził się o świcie i poprawił spodnie w tych miejscach, gdzie go
uciskały, i stanął zapatrzony w zatokę. Widział kilka wracających
trawlerów. Tankowiec stał przy Seaside, biorąc ropę. Za Mackiem
szeleściły w krzakach króliki. Potem wzeszło słońce i strząsnęło nocny
chłód, tak jak się strząsa dywan. Z pierwszym promieniem słońca Mack
zadrżał.
Chłopaki zjedli trochę chleba, Eddie zaś instalował nowy gaźnik. Kiedy
wszystko było gotowe, nie zawracali sobie głowy kręceniem korbą. Pchali
wóz do szosy, póki silnik nie zaskoczył. Eddie usiadł za kierownicą i tyłem
wjechali na wzgórze, potem na szczycie zawrócili i zaczęli zjeżdżać w dół.
Plantacje karczochów w Dolinie Carmelu były szarozielone, a wierzby
odcinały się od rzeki soczystą zielenią. Skręcili na lewo w dolinę. Od
samego początku szczęście im dopisywało. Czerwony kogut karmazyn,
który za daleko odszedł od rodzinnego podwórka, przechodził przez drogę
i Eddiemu udało się go potrącić nie zjeżdżając nawet zbyt daleko. Hazel
oskubywał koguta, siedząc na platformie wozu, i wypuszczał pióra z ręki,
rozpraszając w ten sposób dowody przestępstwa na ogromnej przestrzeni,
bowiem rankiem wiała świeża bryza od Jamesburga i niektóre
z czerwonych piór opadły na Pt. Lobos, a inne wiatr zdmuchnął do morza.
Carmel jest bardzo miłą rzeczką. Niezbyt długa, ma w swoim biegu
wszystko to, co rzeka mieć powinna. Wytryska w górach, spada
gwałtownie, rozlewa się na mieliznach, za pomocą tamy została spiętrzona
w jezioro, przelewa się przez tamę, szumi wśród okrągłych otoczaków,
wędruje leniwie pod sykomorami, rozlewa się w łachy, w których żyją
pstrągi, drąży w swych brzegach zagłębienia, gdzie mają swe siedziby raki.
W zimie staje się bystrą, dziką rzeczką, a w lecie mogą w niej brodzić
dzieci i wędkarze. Żaby wychylają głowy spośród paproci porastających
brzegi. Sarny i lisy po kryjomu przychodzą tu rankiem i wieczorem, by
napić się wody, a niekiedy zjawia się i puma. Farmy małej żyznej doliny
przylegają do rzeki i czerpią z niej wodę do sadów i ogrodów warzywnych.
Przepiórki nawołują się w nadbrzeżnych zaroślach, a dzikie gołębie
nadlatują ze świstem o szarówce. Szopy pracze penetrują na brzegach
w poszukiwaniu żab. Jest tu wszystko, co nad rzeką być może.
Parę mil w głąb doliny rzeka przełamuje się pod wysokim urwiskiem,
z którego zwisają winne latorośle i paprocie. U podstawy tego urwiska
rozlewa się łacha, zielona i głęboka, a przy niej jest mała piaszczysta plaża,
gdzie można usiąść i zjeść obiad.
Mack i chłopaki przybyli szczęśliwie do tego miejsca. Było bez zarzutu.
Jeśli gdziekolwiek można spotkać żaby, to właśnie w takim miejscu. To
było miejsce do odpoczynku, do rozkoszowania się szczęściem. Po drodze
nieźle im poszło. Oprócz koguta zyskali worek marchwi, który spadł
z ciężarówki wiozącej warzywa, i pęczek cebul, który nie spadł. Mack miał
torebkę z kawą w kieszeni. Na ciężarówce leżała pięciogalonowa blaszanka
z obciętym wierzchem. Gąsiorek był pełen do połowy. Wzięli ze sobą takie
rzeczy jak sól i pieprz. Mack i chłopaki uważaliby, że każdy, kto podróżuje
bez soli i pieprzu, jest bardzo głupi.
Od razu, bez żadnego zamieszania czy dyskusji, przytoczono cztery
okrągłe kamienie na małą plażę. Kogut, co wybrał się na spacer o
wschodzie słońca, leżał teraz poćwiartowany i oczyszczony
w pięciogalonowej blaszance, podlany wodą i przykryty obraną cebulą, a
malutki ogieniek z suchych wierzbowych patyków trzepotał między
kamieniami, naprawdę bardzo mały ogieniek. Tylko głupcy rozpalają
wielkie ogniska. Duszenie koguta kosztowało wiele czasu, albowiem wiele
czasu zajęło mu uzyskanie tej wielkości i muskulatury. Ale gdy woda
zaczęła wrzeć, od razu rozniósł się przyjemny zapach.
Mack wypowiedział parę światłych uwag:
–
Żaby najlepiej jest łowić w nocy. Myślę, że chyba poleżymy sobie do
wieczora.
Usiedli w cieniu i stopniowo jeden po drugim wyciągali się i zasypiali.
Mack miał rację. Żaby niewiele się poruszają w ciągu dnia. Kryją się
pod paprociami i wyglądają dyskretnie z dziur pod kamieniami. Najlepiej
łapać żaby nocą przy świetle. Chłopaki spali, wiedząc, że mają przed sobą
pracowitą noc. Tylko Hazel czuwał, podsycając mały ogień. Pod urwiskiem
nie ma złotego popołudnia. Gdy tylko słońce przesunęło się nad nim około
godziny drugiej, na plażę opadł szeleszczący cień. Sykomory szumiały
w popołudniowej bryzie. Małe węże wodne spełzały ze skał, delikatnie
zanurzały się w wodzie i płynęły przez łachę, unosząc głowy jak małe
peryskopy i zostawiając za sobą wąskie smugi na wodzie. Komary
i moskity, które nie lubią słońca, wzbiły się teraz i brzęczały nad wodą.
Wszystkie owady słoneczne – muchy, ważki, osy i trzmiele – wróciły do
swych kryjówek. Zapach duszonej kury chwytał wprost za serce. Hazel
zerwał świeży brązowy liść z drzewa laurowego i wrzucił do naczynia.
Marchew już była w blaszance. Kawa gotowała się w osobnej puszce na
kamieniu odsuniętym nieco od ogniska, by nie wrzała zbyt gwałtownie.
Mack obudził się, wstał, przeciągnął, pokuśtykał do rozlewiska, wymył
twarz, zakaszlał, splunął, wypłukał usta, puścił bąka, podciągnął pasek,
podrapał się po nogach, przyczesał palcami mokre włosy, popił z butelki,
beknął i usiadł przy ognisku.
–
Jak Boga kocham – powiedział – nieźle pachnie.
Mężczyźni robią zawsze te same rzeczy, kiedy wstają. Czynności Macka
nie różniły się w zasadzie od tego, co robili po kolei jego koledzy. I wkrótce
wszyscy podeszli do ogniska i mówili komplementy Hazel. Hazel wbił swój
nóż kieszonkowy w mięśnie koguta.
–
On nie będzie, jak to nazywają, kruchy – rzekł Hazel. – Trzeba byłoby
dusić go przez dwa tygodnie, żeby był kruchy. Czy on był bardzo stary? Co
sądzisz, Mack?
–
Ja mam czterdzieści osiem lat, a nie jestem taki żyłowaty jak on –
oświadczył Mack.
–
Jak myślicie, ile lat może żyć kogut, jeżeli go nikt nie przetrąci albo
nie zachoruje? – zapytał Eddie.
–
Tego właśnie nikt nigdy się nie dowie – odparł Jones.
Było bardzo przyjemnie. Butelka zaczęła krążyć w kółko i rozgrzała
wszystkich.
–
Eddie, nie chcę na nikogo narzekać – powiedział Jones. – Po prostu
tylko tak sobie pomyślałem. Przypuśćmy, że miałbyś dwa albo trzy gąsiorki
w barze. Przypuśćmy, że wszystką whisky wlewałbyś do jednego, a
wszystko wino do drugiego, a wszystko piwo do jeszcze innego...
Pełna lekkiego zażenowania cisza zaległa po tej propozycji.
–
Ja nic nie mówię – dodał szybko Jones. – Mnie to smakuje... – Jones
mówił za dużo, ponieważ zrozumiał, że popełnił towarzyski nietakt, i nie
mógł się zatrzymać. – Najbardziej mi się podoba, że nigdy nie wiadomo, co
będzie potem – ciągnął dalej z pośpiechem. – Weźmy whisky. Mniej więcej
wiesz, co będziesz robił. Kto się upija na bojowo, to będzie rozrabiał, a kto
na smutno – ten płacze, ale z tym... no cóż, nigdy nie wiesz, czy będziesz
latał na trzeci zagon, czy popłyniesz do Santa Cruz. W ten sposób weselej –
dodał słabo.
–
Jeśli mowa o pływaniu – rzekł Mack, by pokryć nietakt i zamknąć
Jonesa – ciekaw jestem, co się stało z tym McKinleyem Moranem.
Pamiętacie tego nurka?
–
Ja go pamiętam – rzekł Hughie. – Myśmy się razem trzymali. Był czas,
że nie miał dużo roboty i wziął się do picia. Ale tak stale pić i pić, to się
człowiek strasznie umorduje. To męczące. W końcu sprzedał swój
skafander, hełm i pompę i puścił się na popijawę jak sto diabłów, a potem
wyjechał z miasta. Nie wiem dokąd. On już nie był dobry, potem jak
poszedł za tym włoskim statkiem, co stał na kotwicy koło Twelve Brothers.
McKinley nurkował bez skafandra. Popękały mu bębenki w uszach
i później już był do niczego. Włochowi, oczywiście, nic nie zrobił.
Mack znowu pociągnął z butelki.
–
On zarobił kupę forsy podczas prohibicji – powiedział.
–
Dostawał
dwadzieścia pięć dolarów dziennie od rządu, żeby sprawdzał, czy nie
przemycają wódy pod statkami, i dostawał po trzy dolary od skrzynki od
Louiego, żeby jej nie znalazł. Pracował w ten sposób, że znajdował jedną
skrzynkę dziennie, żeby rząd się cieszył. Louiemu to nie szkodziło. W ten
sposób McKinley mógł się utrzymać na posadzie. Zarobił kupę forsy.
–
Tak – oświadczył Hughie. – Ale z nim jest tak jak z każdym innym.
Zarobi trochę forsy i zaraz chce się żenić. Żenił się trzy razy, zanim mu się
pieniądze rozeszły. Tak to już jest. Facet nagle kupuje kołnierz ze srebrnego
lisa, a potem buch – i dowiadujesz się, że się ożenił.
–
Ciekawe, co się stało z Gayem – odezwał się Eddie. Pierwszy raz ktoś
go znowu wspomniał.
–
To co zawsze – odparł Mack. – N igdy nie można wierzyć żonatemu
facetowi. Żeby nie wiem jak nienawidził swojej starej, zawsze do niej
wróci. Zaczyna myśleć i dumać, a potem idzie. Nigdy nie można mu
wierzyć. Weźcie tego Gaya – dodał.
–
Jego baba go tłucze. Ale mogę
przysiąc, że jak Gay nie widzi jej przez trzy dni, zaczyna sobie wyobrażać,
że to jego wina, i wraca, żeby się z nią pogodzić.
Jedli długo i delikatnie, nadziewając na czubek noża kawałki koguta,
trzymając ociekające tłuszczem kąski, póki nie ostygły, i obgryzając twarde
mięso z kości. Nadziewali marchwie na zaostrzone patyki wierzbowe, a
wreszcie puścili w obieg blaszankę i pili sos. A wokół nich wieczór
rozlewał się delikatnie jak muzyka. Przepiórki zwoływały się do wodopoju.
Pstrągi pląsały w zalewie. Pojawiły się ćmy i trzepotały nad łachą, gdy
światło dnia mieszało się z ciemnością. Chłopaki puścili w kółko puszkę
z kawą i czuli się ciepło, syto i milcząco. Wreszcie odezwał się Mack:
–
Niech to diabli! Nie cierpię blagiera.
–
A kto cię blaguje? – spytał Eddie.
–
Ja sam – odparł Mack. – I być może, wy, koledzy. O to właśnie chodzi
–
rzekł z powagą. – O tę naszą całą diabelną bandę. Wymyśliliśmy sobie, że
chcemy urządzić Doktorowi przyjęcie. No i przyjechaliśmy tutaj, i mamy
kupę przyjemności. Potem przyjedziemy z powrotem i dostaniemy forsę od
Doktora. Jest nas pięciu, więc wypijemy pięć razy tyle whisky co on. Wcale
nie jestem pewny, że robimy to dla Doktora. Mam wątpliwości, czy nie
robimy tego dla siebie. A Doktor jest wystarczająco równy gość, żeby to
dla nas zrobić również. Doktor to najrówniejszy gość, jakiego kiedykolwiek
widziałem. Nie chciałbym być takim chamem, co go wykorzystuje. Wiecie,
że raz naciągnąłem go na dolara. Nałgałem mu, ile wlezie. I w samym
środku tego łgania widzę jak cholera, że ta historia jest za bardzo dęta. No
i mówię: „Doktorze, wszystko, co gadałem, to jedna śmierdząca bujda!". A
on włożył rękę do kieszeni i wyciąga dolara. „Mack – mówi – ja wiem, że
jak ktoś tak potrzebuje forsy, że musi łgać, żeby ją dostać, to rzeczywiście
jej potrzebuje". I dał mi tego dolara. Oddałem mu zaraz na drugi dzień.
W ogóle nie wydałem. Po prostu przetrzymałem przez noc i oddałem
z powrotem.
–
Doktor bardzo lubi przyjęcia – zabrał głos Hazel. – Urządzamy mu
przyjęcie. No to o co, u diabła, chodzi?
–
Nie wiem – powiedział Mack. – Po prostu chciałbym mu coś dać i nie
zabierać większej części z powrotem dla siebie.
–
A jak by było z prezentem? – spytał Hughie. – Przypuśćmy, że kupimy
whisky, damy mu ją i pozwolimy, żeby z nią zrobił, co chce.
–
Słusznie mówisz – potwierdził Mack. – Tak zrobimy. Po prostu damy
mu whisky i ulotnimy się.
–
No to wiesz, co będzie – powiedział Eddie.
–
Henri i ci goście
z Carmelu wywęszą whisky i wtedy zamiast pięciu wspólników będzie
dwudziestu. Doktor mówił mi raz, że jak smaży pieczeń, to wszyscy od
Nadbrzeżnej do Point Sur ją czują. Nie widzę z tego żadnej korzyści. Lepiej
będzie, jak sami zrobimy mu to przyjęcie.
Mack zastanawiał się nad tym rozumowaniem.
–
Może i macie rację – oświadczył w końcu.
–
Ale może damy mu
jeszcze coś poza whisky, na przykład spinki do mankietów z jego
monogramem.
–
Och, gówno – powiedział Hazel. – Doktor nie lubi takiej tandety.
Noc już zapadła, a gwiazdy stały się białe na tle nieba. Hazel podkładał
na ognisko, które rzucało mały krąg światła na plażę. Za wzgórzem ostro
szczekał lis. Zapach bożydrzewu spływał z pagórków. Woda bulgotała na
kamieniach.
Mack dumał właśnie nad ostatnim fragmentem rozumowania, gdy
odgłos kroków zmusił wszystkich do obejrzenia się. Wielki i ciemny
mężczyzna podkradł się blisko. Na ramieniu miał strzelbę, a za jego nogą
nieśmiało i delikatnie przemykał się pointer.
–
Co tu robicie, u diabła? – spytał.
–
Nic – odparł Mack.
–
Wszędzie są ogłoszenia. Zabrania się łowienia ryb, polowania, palenia
ognisk, obozowania. Zbierajcie graty, gaście ogień i jazda stąd!
Mack stał pokornie.
–
Nie wiedziałem, panie kapitanie – powiedział.
–
Pod słowem, nie
widzieliśmy tablic, kapitanie.
–
Wszędzie są ogłoszenia. Nie mogliście ich nie zauważyć.
–
Bardzo przepraszam, panie kapitanie. Popełniliśmy błąd i bardzo nam
przykro – powiedział Mack. Przerwał i spojrzał na przygarbioną postać. –
Pan jest wojskowym, nieprawda, proszę pana? Ja zawsze poznam.
Wojskowi trzymają się zupełnie inaczej niż inni ludzie. Służyłem długo
w armii i zawsze poznam.
Ramiona mężczyzny nieznacznie wyprostowały się i przybrał teraz
zupełnie inną postawę.
–
Nie pozwalam na palenie ognisk na moim gruncie – powiedział.
–
Bardzo przepraszamy – rzekł Mack.
–
Zaraz się stąd zabieramy,
kapitanie. Wie pan, my pracujemy dla paru naukowców. Chcieliśmy złapać
trochę żab. Oni pracują nad rakiem, a my im pomagamy w łapaniu żab.
Mężczyzna zawahał się przez chwilę.
–
A co oni robią z żabami?
–
Więc, proszę pana – rzekł Mack – oni zarażają żaby rakiem, a potem
studiują i robią doświadczenia, i prawie by już tego raka wykończyli, gdyby
mogli dostać trochę żab. Ale jeśli pan nie życzy sobie nas na swoim terenie,
kapitanie, zaraz się stąd zabieramy. Nigdy byśmy tu nie wstąpili, gdybyśmy
wiedzieli.
Nagle zdawało się, że Mack po raz pierwszy dostrzegł pointera.
–
Jak Boga kocham, jaka piękna suczka – zawołał z entuzjazmem.
–
Wygląda zupełnie jak Nola, która wygrała zawody dla psów myśliwskich
w Wirginii w zeszłym roku. Ona pochodzi z Wirginii, panie kapitanie?
Kapitan zawahał się przez moment, a potem skłamał.
–
Tak – oświadczył krótko.
–
Kuleje. Kleszcz ją skaleczył w samą
łopatkę.
Mack natychmiast okazał, jest jak uczynny.
–
Czy można spojrzeć, panie kapitanie? Chodź, kochana, chodź malutka.
–
Pointer spojrzał na swego pana, a potem pokuśtykał do Macka. – Podrzuć
z parę patyków, żebym ją mógł obejrzeć – powiedział do Hazel.
–
W tym miejscu nie może się lizać – rzekł kapitan i pochylił się nad
ramieniem Macka.
Mack wycisnął trochę ropy z jątrzącej się rany na łopatce psa.
–
Miałem kiedyś psa, z którym było zupełnie to samo, a potem wszystko
weszło mu do środka i zdechł. Ona właśnie ma szczeniaki, prawda?
–
Tak – potwierdził kapitan – sześcioro. Zajodynowałem jej to miejsce.
–
Nie – zaprotestował Mack.
–
Jodyna nie ściąga. Ma pan może
selcerską sól w domu?
–
Tak. Całą butlę.
–
Niech pan zrobi gorący okład z soli selcerskiej. Ona jest słaba, pan
wie, przez szczeniaki. Byłaby szkoda, gdyby się teraz rozchorowała.
Straciłby pan też i szczeniaki. – Pointer zajrzał głęboko w oczy Macka, a
potem polizał jego rękę.
–
Powiem panu, co ja bym zrobił.
Przeprowadziłbym kurację. Sól selcerska wszystko załatwi. To najlepsza
rzecz.
Kapitan pogładził łeb psa.
–
Wiecie co, mam sadzawkę koło domu, tam jest tyle żab, że nie mogę
spać w nocy. Dlaczego byście mieli tam nie wpaść? Wrzeszczą przez całą
noc. Będę zadowolony, jak się ich pozbędę.
–
To bardzo uprzejmie z pana strony – powiedział Mack. – Słowo daję,
że ci doktorzy będą panu bardzo wdzięczni. Ale bardzo chciałbym zrobić
okład tej suczce. Zaduście ten ogień – zwrócił się do kolegów. – Uważajcie,
żeby ani iskra nie została, i zróbcie porządek. Żeby mi tu nie było żadnego
bałaganu! Ja z kapitanem pójdziemy i zajmiemy się suczką. A wy, chłopaki,
możecie iść za nami, kiedy wszystko uporządkujecie.
Mack z kapitanem odeszli razem.
Hazel zgarniał butem piasek na ognisko.
–
Słowo daję, że ten Mack mógłby zostać prezydentem Stanów
Zjednoczonych, gdyby chciał – oświadczył.
–
No i co by miał z tego? – spytał Jones. – To żadna przyjemność.
14
Wczesny ranek to godzina czarów na ulicy Nadbrzeżnej. O szarówce,
kiedy już jest jasno, ale słońce jeszcze nie wzeszło, Nadbrzeżna wisi
w srebrzystym świetle poza czasem. Latarnie uliczne gasną, a trawa staje
się połyskliwie zielona. Falista blacha wytwórni konserw jarzy się
perłowym odblaskiem platyny i starej cyny. Nie jeżdżą samochody. Ulica
jest pusta i milcząca. Słychać plusk fal rozbijających się o filary wytwórni
konserw. Nastaje chwila wielkiego spokoju, czas nieistniejący, krótka era
wypoczynku. Koty zeskakują z płotów i jak syrop kleją się do ziemi
w poszukiwaniu rybich łebków. Milczące poranne psy paradują
majestatycznie, wybierając z rozwagą miejsce, gdzie by się wysiusiać.
Mewy z wielkim trzepotem skrzydeł opadają na dachy wytwórni, oczekując
dnia rozrzutności. Siedzą na krawędzi dachów jedna przy drugiej. Od skał
przy Stacji Marynistycznej Hopkinsa dolatuje naszczekiwanie lwów
morskich – zupełnie jak ujadanie psów. Powietrze jest chłodne i rześkie.
Krety w ogrodach wznoszą poranne kopce świeżej ziemi, wypełzają na
wierzch i wciągają kwiaty do swych korytarzy. Widać bardzo mało ludzi,
akurat tyle, by okolica wyglądała jeszcze bardziej pusto. Jedna z dziewczyn
Dory wraca od klienta zbyt bogatego lub zbyt kapryśnego, by odwiedził
Niedźwiedzią Flagę. Jej makijaż jest nieco lepki, a stopy zmęczone. Lee
Chong wynosi kubły ze śmieciami i ustawia je na chodniku. Stary Chińczyk
wychodzi z morza i człapie w stronę Pałacyku. Strażnicy wytwórni
otwierają oczy i mrugają w porannym świetle. Wykidajło spod
Niedźwiedziej Flagi wychodzi na ganek w koszuli z krótkimi rękawami,
przeciąga się, ziewa i drapie po brzuchu. Chrapanie lokatorów pana Malloy
dolatuje z rur jak z głębokiego tunelu. Jest to perłowa godzina – przerwa
między dniem i nocą, gdy czas staje i przygląda się sobie.
Takiego ranka, w takim świetle, dwóch żołnierzy i dwie dziewczyny
spacerowało ulicą. Wyszli z La Ida bardzo zmęczeni i bardzo szczęśliwi.
Dziewczyny były tęgawe, cycate i silne, i miały nieco potargane jasne
włosy. Ubrane były w kretonowe wizytowe sukienki, teraz pogniecione
i przylegające do wszystkich wypukłości. Obie dziewczyny założyły
żołnierskie czapki, jedna – na tył głowy, a druga – daszkiem prawie na nos.
Biodrzaste dziewczyny miały pełne wargi i szerokie nosy i były bardzo
zmęczone.
Żołnierze rozpięli mundury, a pasy przewiesili przez naramienniki.
Węzły krawatów mieli opuszczone i rozpięte kołnierzyki koszul. Żołnierze
włożyli na głowy kapelusze dziewcząt, jeden – płaski kapelusik z żółtej
słomki, przybrany pęczkiem stokrotek, a drugi – białą włóczkową
czapeczkę ozdobioną kółeczkami z niebieskiego celuloidu. Szli, trzymając
się za ręce i wymachując nimi rytmicznie. Jeden z żołnierzy niósł wielką
torbę z szarego papieru napełnioną puszkami z zimnym piwem. Szli lekko
w perłowym świetle. Mieli za sobą wspaniałą zabawę i czuli się doskonale.
Uśmiechali się do siebie jak zmęczone dzieci wspominające przyjęcie.
Patrzyli sobie w oczy i rytmicznie machali rękami. Przeszli koło
Niedźwiedziej Flagi i zawołali „Czołem!" do wykidajły, który drapał się po
brzuchu. Posłuchali chrapania z rur i pośmieli się troszkę. Stanęli przed
sklepem Lee Chonga, patrząc na zapchaną wystawę, gdzie zabawki, ubrania
i jedzenie tłoczyły się, by ściągnąć uwagę. Wymachując rękoma
i powłócząc nogami, doszli do końca ulicy Nadbrzeżnej i skręcili na tor
kolejowy. Dziewczęta szły po szynach, a żołnierze podtrzymywali je
w grubo ciosanych taliach. Przeszli koło warsztatów naprawy łodzi
i skierowali się ku podobnej do parku posiadłości Stacji Marynistycznej
Hopkinsa. Jest tam wąziutka, wygięta plaża, miniatura plaży między
małymi rafami. Delikatne ranne fale lizały piasek i szemrały delikatnie.
Przenikliwy zapach wodorostów nadlatywał od wysuniętych raf. Gdy cała
czwórka weszła na plażę, ukazał się kawałeczek słońca nad posiadłością
Toma Worka u wgłębienia zatoki, ozłocił wodę i rozżółcił skały.
Dziewczyny usiadły po prostu na piasku i wygładziły sukienki na kolanach.
Jeden z żołnierzy wybił dziury w czterech puszkach z piwem i rozdał je.
Mężczyźni położyli się i oparli głowy na kolanach dziewcząt, i patrzyli im
w twarze. I uśmiechali się do siebie zmęczonymi, spokojnymi i cudownymi
uśmiechami.
Od stacji dało się słyszeć szczekanie psa. Strażnik, ciemny i zgryźliwy
mężczyzna, zobaczył ich i jego czarny i zgryźliwy spaniel też ich zobaczył.
Strażnik zaczął krzyczeć, a gdy się nie ruszyli z miejsca, zszedł na plażę, a
jego pies naszczekiwał monotonnie.
–
Nie wiecie, że tu nie można siedzieć? Wynoście się stąd. To posiadłość
prywatna.
Żołnierze nawet go nie widzieli ani nie słyszeli. Uśmiechali się, a
dziewczyny głaskały im czupryny nad skroniami. Wreszcie szybkim
ruchem jeden z żołnierzy odwrócił głowę, tak że jego policzek znajdował
się między kolanami dziewczyny. Uśmiechnął się dobrodusznie do stróża.
–
Dlaczego nie wyniesiesz się na księżyc? – spytał uprzejmie i potem
znów odwrócił głowę, by patrzeć na dziewczynę. Słońce oświetlało jej
jasne włosy, a ona łaskotała żołnierza po uchu. Nawet nie zauważyli, że
dozorca wrócił do swej budki.
15
Kiedy chłopaki przyszli na farmę, Mack był w kuchni. Suka leżała na
jednym boku, a Mack przykładał jej kawałek płótna z solą selcerską do
rany. Między jej nogami tłuste piszczące psiaki poszturchiwały ją
i rozpychały się, szukając mleka, a suka patrzyła cierpliwie w twarz Macka,
jakby mówiąc: „Widzisz, jak to jest. Próbowałam mu powiedzieć, ale on nie
zrozumiał".
Kapitan trzymał lampę i przyglądał się zabiegom Macka.
–
Cieszę się, że mi pan to pokazał – powiedział.
–
Nie chcę się wtrącać w pana sprawy, ale te szczeniaki trzeba odstawić
–
oświadczył Mack. – Ona nie ma dużo mleka, a szczeniaki poszarpią ją na
kawałki.
–
Wiem – odparł kapitan.
–
Właściwie to powinienem był potopić je
wszystkie z wyjątkiem jednego, tylko nie miałem czasu, jak to przy
gospodarstwie. Ludzie nie interesują się teraz myśliwskimi psami, jak
dawniej. Wciąż tylko pudle, boksery i dobermany.
–
To prawda – potwierdził Mack. – A dla mężczyzny nie ma psa jak
pointer. Nie wiem, co w ludzi teraz wstąpiło. Ale pan ich nie potopi, co?
–
Tak to jest – żalił się kapitan – od czasu jak moja żona wzięła się do
polityki, w ogóle dostaję bzika. Została wybrana do zgromadzenia
okręgowego, a kiedy rada nie ma sesji, wyjeżdża na wiece. A jak jest
w domu, to przez cały czas studiuje i pisze instrukcje.
–
To pan ma zasrane... chciałem powiedzieć, ciężkie życie – powiedział
Mack. – No tak, żebym miał takiego szczeniaka jak ten – wziął do ręki
wijącego się, pyzatego psiaka – idę o zakład, że w ciągu trzech lat
zrobiłbym z niego prawdziwego myśliwskiego psa. Suczkę wziąłbym
w każdej chwili.
–
A może by pan wybrał sobie któregoś? – spytał kapitan.
Mack spojrzał w górę.
–
Chce mi pan go dać? O Jezu, oczywiście.
–
To niech pan bierze – rzekł kapitan. – Teraz chyba nikt się nie rozumie
na psach.
Chłopaki stali w kuchni i szybko zbierali wrażenia. Było widoczne, że
żona wyjechała – pootwierane puszki, patelnia z obwódką po jajecznicy,
okruchy na kuchennym stole, otwarte pudełko z nabojami do dubeltówki na
półce z chlebem – wszystko to krzyczało, że brak kobiety, podczas gdy
białe firanki, półki z naczyniami wyłożone papierem i malutkie ręczniki nad
umywalką mówiły, że kobieta tu była. I podświadomie cieszyli się, że jej
nie ma. Tego rodzaju kobiety, które kładą papier na półkach i wieszają małe
ręczniki, instynktownie nie ufały Mackowi i chłopakom i nie lubiły ich.
Takie kobiety wiedziały, że oni są jedną z najgorszych gróźb dla domu,
bowiem przeciwko schludności, porządkowi i przyzwoitości ofiarowują
swobodę i koleżeństwo. Cieszyli się, że jej nie ma.
Teraz kapitan zaczął się czuć tak, jakby oni robili mu zaszczyt. Nie
chciał, żeby odeszli. Powiedział niepewnie:
–
Może wy, chłopaki, napilibyście się czegoś na rozgrzewkę, zanim
weźmiecie się do tych żab?
Chłopcy spojrzeli na Macka. Mack zmarszczył czoło, jakby musiał
sprawę głęboko przemyśleć.
–
Jak jesteśmy na takiej wyprawie naukowej, mamy poniekąd zasadę,
żeby nic nie brać do ust – powiedział, a potem dodał szybko, jakby posunął
się za daleko: – Ale ponieważ jest pan dla nas tak uprzejmy... to osobiście
nie miałbym nic przeciwko jednemu maleńkiemu łyczkowi. Nie wiem, co
koledzy powiedzą.
Koledzy zgodzili się, że również nie mają nic przeciwko jednemu
maleńkiemu. Kapitan wziął latarkę i zszedł do piwnicy. Słyszeli, jak grzebie
wśród gratów i skrzynek. Wyszedł z pięciogalonowym, dębowym
antałkiem w ramionach. Postawił go na stole.
–
Podczas prohibicji postarałem się o trochę whisky z kukurydzy
i odstawiłem ją. Po prostu przyszło mi do głowy, że dobrze byłoby
zobaczyć, jak smakuje. Teraz to już będzie dość stara. Prawie o niej
zapomniałem. Wiecie, moja żona...
Porzucił od razu ten temat, widząc, że doskonale rozumieją, co ma na
myśli.
Kapitan wybił czop z dna antałka, wziął szklanki z półki wyłożonej
powycinanym w ząbki papierem. Trudno było nalać jeden maleńki łyczek
z pięciogalonowego antałka. Każdy dostał po pół szklanki przejrzystego
brązowego płynu. Czekali ceremonialnie na kapitana, po czym powiedzieli:
–
No to pomyślności – i wychylili. Połknęli, mlasnęli, cmoknęli wargami
i jakiś nieziemski wyraz pojawił się w ich oczach.
Mack patrzył w swą próżną szklankę, jakby jakiś święty list był
wypisany na jej dnie. A potem podniósł oczy.
–
Nie ma co – rzekł. – Takich rzeczy nie sprzedają w butelkach. – Zrobił
głęboki wdech i wydech, po czym powąchał wychodzące z ust powietrze. –
Chyba w życiu nic lepszego nie próbowałem.
Wyglądało na to, że kapitan jest zadowolony. Jego spojrzenie padło
znowu na antałek.
–
Zupełnie dobre – powiedział. – N ie uważacie, że moglibyśmy jeszcze
wypić po jednym maleńkim?
Mack wbijał oczy w swoją szklankę.
–
Może być, ale po bardzo maleńkim – zgodził się. – Czy nie byłoby
lepiej odlać trochę do dzbanka? W ten sposób dużo się rozlewa.
W dwie godziny później przypomnieli sobie, po co przybyli.
Sadzawka była prostokątna – pięćdziesiąt stóp szeroka i siedemdziesiąt
długa. Bujna soczysta trawa rosła na jej brzegu, wąski rów doprowadzał
wodę z rzeki, a z sadzawki wąskie kanaliki biegły do sadów. Żaby były tu
rzeczywiście – tysiące żab. Ich głosy rozrywały ciszę nocy – kumkały,
pukały, rechotały i skrzeczały. Śpiewały do gwiazd, do bladego księżyca, do
falujących traw. Zawodziły miłosne pieśni i wyzwania bojowe. Ludzie
przedzierali się przez ciemność ku sadzawce. Kapitan dźwigał prawie pełny
dzbanek, a każdy z chłopaków miał własną szklankę. Kapitan znalazł dla
nich działającą latarkę. Hughie i Jones nieśli worki. Gdy podeszli dość
blisko, żaby usłyszały ich kroki. Noc, rozbrzmiewająca dotychczas pieśnią
żab, nagle stała się cicha. Mack i chłopaki, i kapitan usiedli na trawie, by
wypić ostatni malutki łyczek i ułożyć plan kampanii. A plan był odważny.
Od tysiącleci żaby i ludzie żyją w tym samym świecie i jest
prawdopodobne, że ludzie zawsze polowali na żaby. Przez ten czas
rozwinął się pewien schemat natarcia i obrony. Człowiek z siatką, łukiem,
oszczepem czy strzelbą skrada się, jak mu się zdaje, bezszelestnie, ku żabie.
W myśl wszelkich prawideł żaba siedzi spokojnie, bardzo spokojnie
i czeka. Zasady gry wymagają od żaby, by czekała aż do ostatniego ułamka
sekundy. Dopiero gdy siatka spada, gdy oszczep leci w powietrzu, gdy
palec naciska spust, wtedy żaba skacze, pluska w wodę, płynie do dna
i czeka, aż człowiek odejdzie. W ten sposób dzieje się teraz i w ten sposób
działo się dawniej. Żaby mają wszelkie prawo do wiary, że zawsze tak
będzie. Niekiedy siatka spada za szybko, oszczep uderza, strzelba wypala
i jakaś żaba jest stracona, ale wszystko odbywa się po rycersku i w myśl
ogólnych prawideł. Żaby wcale temu nie przeczą. Ale skąd mogły
przewidzieć nową metodę Macka? Jak mogły przeczuć grozę, jaka nastąpi?
Nagły błysk świateł, krzyki i ryki ludzi, odgłos kroków. Każda żaba
skoczyła, plusnęła do wody i nerwowo płynęła do dna. Wtedy do sadzawki
weszła tyraliera ludzi tupiących, wzbijających falę, poruszających się
w dziwacznej linii przez sadzawkę, wierzgających nogami. Ogarnięte
histerią żaby uciekały ze swych przyjemnych kryjówek i wypływały przed
wariacko wierzgające nogi, a nogi się zbliżały. Żaby są dobrymi
pływakami, lecz brak im wytrwałości. Pędziły przez sadzawkę, póki
wreszcie nie stłoczyły się na przeciwległym brzegu. A nogi ludzi z wielkim
chlupotem zbliżały się do nich. Niektóre żaby straciły głowę, rzuciły się
z powrotem w stronę tych nóg, wyminęły je i w ten sposób zostały ocalone.
Ale większość zdecydowała się opuścić tę sadzawkę na zawsze, znaleźć
nowy dom w nowej okolicy, gdzie tego rodzaju wypadki się nie zdarzają.
Fala zdenerwowanych, oszalałych żab, dużych, małych, brązowych,
zielonych, samców i samic, wyskoczyła na brzeg, czołgała się, miotała,
wywijała koziołki. Żaby rzucały się po trawie, wpadały jedna na drugą,
małe żaby jechały na dużych. A wtedy, o zgrozo, oblało je światło latarek.
Dwaj ludzie zbierali je jak truskawki. Tyraliera wyszła z wody, odcięła im
tyły i zgarniała je jak kartofle. Dziesiątki i setki wrzucano do worków
i worki wypełniły się zmęczonymi, przerażonymi i pozbawionymi złudzeń
żabami, ociekającymi wodą, kwilącymi z cicha. Niektóre oczywiście
uciekły, a niektóre ocalały w sadzawce. Ale nigdy w historii żab nie
spotkała ich taka klęska. Żaby na funty, na cetnary! Potem szczęśliwy Mack
zawiązał worki. Wszyscy przemokli i ociekali wodą, a powietrze było
chłodne. Zanim wrócili do domu, wypili na trawie jeden malutki łyczek,
żeby się nie przeziębić.
Jest rzeczą wątpliwą, czy kapitan miał kiedykolwiek tyle uciechy
w życiu. Był wprost zakochany w Macku i chłopcach. Potem, kiedy się
zapaliły firanki, a ogień zduszono małymi ręcznikami, kapitan powiedział
chłopakom, żeby się nie przejmowali. Powiedział, że byłoby dlań
zaszczytem, gdyby spalili mu dom do szczętu, jeśli mają na to ochotę.
–
Moja żona jest wspaniałą kobietą – oświadczył, wygłaszając coś
w rodzaju przemówienia.
–
Najwspanialsza kobieta, jaka może być.
Powinna być mężczyzną. Gdyby była mężczyzną, to bym się z nią nie
ożenił. – Śmiał się z tego długo i powtórzył tę sentencję trzy czy cztery
razy, postanawiając sobie dobrze ją zapamiętać, żeby powtórzyć ją wielu
innym osobom. Nalał pełny gąsior whisky i dał Mackowi. Zapragnął
zamieszkać razem z nimi w Pałacyku. Zdecydował, że jego żona polubiłaby
Macka i chłopaków, gdyby ich tylko poznała. Wreszcie usnął na podłodze
z głową między szczeniakami. Mack i chłopaki wychylili jeszcze jeden
maleńki i popatrzyli poważnie na śpiącego.
–
On mi dał ten gąsior whisky, tak czy nie? – powiedział Mack.
–
Słyszeliście, co mówił?
–
Oczywiście, że dał – potwierdził Eddie. – Ja słyszałem.
–
I dał mi szczeniaka?
–
Pewnie że dał. Wszyscy słyszeliśmy. A o co chodzi?
–
Nigdy nie naciągałem pijanego i teraz nie mam zamiaru – oświadczył
Mack. – Musimy się stąd wynosić. Jak się obudzi, będzie się czuł paskudnie
i wszystko zwali na nas. Wolałbym wtedy tu nie być.
Mack rzucił okiem na spalone firanki, na podłogę pozalewaną whisky
i psimi siuśkami, na tłuszcz rozlany po kuchni. Podszedł do psiaków,
obejrzał je dokładnie, pomacał kości, zajrzał w oczy, zbadał szczęki
i wybrał pięknie nakrapianą suczkę, z nosem wątrobianego koloru
i pięknymi ciemnożółtymi oczyma.
–
Chodź, kochana – powiedział.
Zgasił lampę ze względu na niebezpieczeństwo pożaru. Robiło się już
szaro, gdy opuszczali dom.
–
Chyba jeszcze nigdy nie mieliśmy takiej przyjemnej wycieczki – rzekł
Mack. – Ale jak sobie pomyślałem, że jego żona wróci, to zimno mi się
zrobiło.
Piesek piszczał w jego ramionach, a on wsadził go pod marynarkę.
–
To jest naprawdę przyjemny facet – zauważył Mack. – Tylko trzeba go
trochę rozruszać.
Pomaszerował na miejsce, gdzie zaparkowali forda.
–
Nie możemy zapominać, że robimy to wszystko dla Doktora – dodał. –
Z tego jak się sprawy układają, wygląda na to, że nasz Doktor w czepku się
urodził.
16
Prawdopodobnie najbardziej pracowitym okresem dla dziewcząt spod
Niedźwiedziej Flagi był marzec, kiedy odbywał się wielki połów sardynek.
Nie tylko ryby płynęły srebrnymi miriadami, ale i pieniądze płynęły prawie
równie łatwo. Nowy pułk sprowadził się do koszar, a żołnierze na nowym
miejscu zawsze dużo się kręcą, póki się nie osiedlą na dobre. Do tego Dora
cierpiała w tym czasie na brak personelu, ponieważ Ewa Flanegan
pojechała do East St. Louis na urlop, Phyllis Mae złamała nogę, wysiadając
ze statku w Santa Cruz, a Elsie Doublebottom odprawiała nowennę i nie
bardzo się nadawała do czegokolwiek innego. Mężczyźni z floty rybackiej
obładowani pieniędzmi wchodzili i wychodzili przez całe popołudnie.
Wypływali o zmierzchu i łowili przez całą noc, tak że musieli się bawić po
południu. Wieczorem zjawiali się żołnierze z nowego pułku, grali na
automacie i popijając coca-colę, wybierali już dziewczęta na czas, kiedy
dostaną żołd. Dora miała kłopoty z podatkiem dochodowym w myśl tych
zagadkowych przepisów, które głosiły, że jej przedsiębiorstwo jest
nielegalne, a następnie nakładały jej za to podatek. Ponadto byli jeszcze
regularni, czyli stali klienci – robotnicy z kopalni żwiru, kowboje,
kolejarze, którzy wchodzili przez drzwi frontowe, oraz urzędnicy miejscy
i wybitni przemysłowcy, którzy wchodzili od tyłu i mieli specjalne saloniki
dla nich przeznaczone.
To był okropny miesiąc i w samej jego połowie musiała jeszcze
wybuchnąć epidemia grypy. Ogarnęła całe miasto. Pani Talbot i jej córka
z hotelu San Carlos miały grypę. Tom Work miał grypę. Beniamin Peabody
i jego żona mieli grypę. Excelentissima Maria Antonia Field miała grypę.
Cała rodzina Grossów leżała chora.
Lekarze z Monterey – a było ich dosyć do kurowania zwykłych chorób,
wypadków i neuroz – dostawali obłędu. Mieli więcej roboty, niż mogli
wykonać przy tych pacjentach, którzy, jeśli nawet nie płacili rachunków,
przynajmniej mieli pieniądze, żeby je płacić. Ulica Nadbrzeżna, która
wydała twardszych ludzi niż reszta miasta, dość długo stawiała czoło
grypie, ale w końcu i ona uległa. Szkoły zostały zamknięte. Nie było domu
bez gorączkujących dzieci i chorych rodziców. Nie była to śmiertelna
zaraza jak w roku 1917, ale u dzieci miała tendencję do przechodzenia
w zapalenie ucha. Profesja medyczna miała mnóstwo roboty, a poza tym
ulica Nadbrzeżna niezbyt się opłacała finansowo.
Doktor z Zachodniego Laboratorium Biologicznego nie miał prawa do
praktyki lekarskiej. Nie było jego winą, że każdy z Nadbrzeżnej
przychodził do niego po poradę lekarską. Zanim się obejrzał, już biegał od
jednej rudery do drugiej, mierzył temperaturę, dawał lekarstwa, pożyczał
i dostarczał koce, a nawet roznosił jedzenie z domu do domu, podczas gdy
matki patrzyły na niego ze swoich łóżek z rozpalonymi oczami, dziękowały
mu i składały nań całą odpowiedzialność za wyzdrowienie ich dzieci. Gdy
jakiś przypadek przerastał jego siły, telefonował do miejscowych lekarzy,
i czasami rzeczywiście któryś przychodził, jeśli sprawa wyglądała
poważnie. Ale dla rodzin wszystko było poważne. Doktor nie spał wiele.
Odżywiał się piwem i sardynkami w puszkach. U Lee Chonga, gdzie
przyszedł raz po piwo, spotkał Dorę, która kupowała nożyczki do paznokci.
–
Mizernie pan wygląda – powiedziała Dora.
–
Jestem wykończony – przyznał się Doktor. – Prawie cały tydzień nie
spałem.
–
Wiem – rzekła Dora.
–
Słyszałam, że jest źle. I w złym czasie to
wypadło.
–
Dotychczas jeszcze nikogo nie straciliśmy – powiedział Doktor. – Ale
niektóre dzieci są strasznie chore. Wszystkie dzieciaki Ransela mają
zapalenie ucha środkowego.
–
Może mogłabym coś pomóc? – spytała Dora.
–
Na pewno by pani mogła – rzekł Doktor. – Ludzie są tacy wystraszeni
i boją się, że zostali sami. Byłoby dobrze, gdyby pani albo któraś z pani
dziewcząt mogła choćby przy nich posiedzieć.
Dora, która miała serce miękkie jak wosk, potrafiła niekiedy być twarda
jak karborund. Poszła Pod Niedźwiedzią Flagę i zorganizowała pomoc.
Czas był ciężki, ale postawiła na swoim. Grecki kucharz gotował co dzień
dziesięciogarncowy kocioł zawiesistej zupy. Dziewczyny kontynuowały
nadal swe zajęcia, ale wychodziły na zmianę, by posiedzieć z chorymi,
i przynosiły ze sobą garnki zupy. Wszyscy domagali się Doktora. Dora
konsultowała się z nim i przekazywała dziewczynom jego wskazówki. A
przez cały czas Restauracja Pod Niedźwiedzią Flagą działała pełną parą.
Automat muzyczny nigdy nie przestawał grać. Rybacy i żołnierze stali
w kolejce. Dziewczyny wykonywały swą pracę, a potem brały garnki
z zupą i szły posiedzieć do Ranselów, McCarthych, Ferriów. Dziewczyny
wymykały się tylnymi drzwiami i niekiedy, siedząc przy śpiących
dzieciach, zasypiały na krześle. Nie szminkowały się już więcej do pracy.
Zresztą nawet nie potrzebowały tego. Sama Dora mówiła, że mogłaby
zatrudnić u siebie wszystkie staruszki ze schroniska. Był to najbardziej
pracowity okres ze wszystkich, jakie dziewczęta spod Niedźwiedziej Flagi
pamiętały. Każdy się cieszył, kiedy się to wreszcie skończyło.
17
Mimo swej towarzyskości i licznych przyjaciół Doktor był samotnym
i zamkniętym w sobie człowiekiem. Mack dostrzegał to chyba jaśniej niż
ktokolwiek inny. Gdy paliło się światło, a zasłony były zaciągnięte
i gramofon wygrywał gregoriańskie chorały, Mack zwykle spoglądał
z Pałacyku w stronę laboratorium. Wiedział, że Doktor ma dziewczynę, ale
Mackowi zdawało się, że nawet wtedy nie opuszcza go dręczące uczucie
samotności. Mack czuł, że Doktor jest samotny nawet w drogim, bliskim
kontakcie z dziewczyną. Doktor był nocnym markiem. Przez całą noc paliły
się światła w laboratorium, a wyglądało na to, że i w dzień również nie
sypia. Niekiedy, gdy było ciemno i zdawało się, że wreszcie zmorzył go
sen, z okien laboratorium niespodziewanie dolatywały krystalicznie czyste
dziecięce głosy chóru Kaplicy Sykstyńskiej.
Doktor musiał uzupełniać stale swoje zbiory. Usiłował nie ominąć
żadnego z właściwych przypływów na wybrzeżu. Morskie skały i plaże
stanowiły jego kapitał. Gdy czegokolwiek potrzebował, wiedział zawsze,
gdzie można to znaleźć. Wszystkie swoje towary zbierał na brzegu – kraby
tu, ośmiornice tam, strunowce w innym miejscu, algi w jeszcze innym.
Wiedział, gdzie je znaleźć, ale nie zawsze mógł je mieć wtedy, kiedy chciał.
Bowiem natura zamyka swoje klejnoty i pokazuje je tylko przy niektórych
okazjach. Doktor musiał nie tylko znać czas odpływów, ale też wiedzieć, na
co poszczególny odpływ był dobry w danym miejscu. Gdy taki odpływ się
zdarzał, Doktor pakował swoje przyrządy do samochodu, wszystkie kubły,
słoje, zlewki i probówki, i jechał na tę plażę, rafę czy skałę, gdzie żyły
potrzebne mu stworzenia.
Teraz miał zamówienie na młode ośmiornice, a najbliższym miejscem,
gdzie mógł je zdobyć, była pokryta otoczakami strefa międzyprzypływowa
pod La Jolla, między Los Angeles i San Diego. Oznaczało to pięćsetmilową
podróż w jedną stronę, a jego przybycie na miejsce musiało się zejść
w czasie z ustąpieniem wód.
Młode ośmiorniczki mieszkają wśród otoczaków zagrzebane w piasku.
Ponieważ są bojaźliwe, wybierają dno, w którym jest wiele zagłębień,
małych pęknięć i pokładów mułu, gdzie mogą ukrywać się przed
nieprzyjaciółmi i jednocześnie chronić się przed falami. A na tym samym
miejscu żyją miliony ukwiałów. Wypełniając zamówienie na ośmiornice,
Doktor mógł jednocześnie uzupełnić swój zapas ukwiałów. Odpływ osiągał
najniższy poziom w czwartek o godzinie piątej siedemnaście rano. Gdyby
Doktor wyjechał z Monterey w środę rano, mógłby łatwo zdążyć na czas.
Chętnie wziąłby kogoś do towarzystwa, ale przypadkowo wszyscy albo
wyjechali, albo byli zajęci. Mack i chłopaki udali się do Doliny Carmelu na
połów żab. Trzy młode kobiety, które znał i które chętnie wziąłby do
towarzystwa, chodziły do pracy i nie mogły wyjechać w środku tygodnia.
Malarz Henri był zajęty, ponieważ dom towarowy Holmana wynajął
człowieka nie do siedzenia na słupie, ale do ślizgania się na słupie. Na
wysokim maszcie nad dachem sklepu była mała platforma i tam bez
przerwy zataczał on koła na łyżwach przez trzy dni i trzy noce. Chciał
pobić rekord wytrzymałości. Poprzedni rekord wynosił sto dwadzieścia
siedem godzin, a więc pobicie go musiało zająć trochę czasu. Henri
ulokował się na punkcie obserwacyjnym po drugiej stronie ulicy, przy stacji
benzynowej Rudego Williamsa. Henri był zafascynowany. Myślał o
namalowaniu olbrzymiego abstrakcyjnego płótna pod tytułem „Podniebny
Sen Łyżwiarza na Słupie". Henri nie mógł opuścić miasta, póki łyżwiarz
był na górze. Twierdził, że można wyprowadzić głębokie, filozoficzne
wnioski z łyżwiarstwa na słupie, które dotychczas nikomu nie przyszły na
myśl. Henri siedział na krześle opartym o kratę, która skrywała drzwi do
męskiego ustępu przy stacji benzynowej. Oczy miał utkwione w platformie
i oczywiście nie mógł pojechać z Doktorem do La Jolla. Doktor musiał
pojechać sam, ponieważ odpływ nie czekał.
Wczesnym rankiem spakował swe rzeczy. Rzeczy osobiste włożył do
małego nesesera. Drugi neseser zawierał instrumenty i strzykawki.
Spakowawszy się, uczesał i przystrzygł swą brązową bródkę, sprawdził,
czy ma ołówki w kieszeni na piersiach i szkło powiększające przyczepione
do klapy. Do bagażnika wozu zapakował zlewki, słoiki, płytki szklane,
probówki, gumowe buty i koc. Pracował w szarówce, umył statki z trzech
dni, wyrzucił śmieci do morza. Zamknął drzwi, nie przekręcając jednak
klucza, i o dziewiątej był już w drodze.
Dotarcie na miejsce zajmowało Doktorowi więcej czasu niż innym
ludziom. Nie jeździł prędko i bardzo często zatrzymywał się na
hamburgera. Przejeżdżając koło latarni morskiej, pokiwał ręką spotkanemu
psu, który spojrzał i uśmiechnął się do niego. W Monterey, jeszcze zanim
wyjechał na szosę, poczuł głód i wpadł do Hermana na hamburgera i piwo.
Gdy jadł kanapkę i ciągnął piwo, przypomniała mu się pewna rozmowa.
Poeta Blaisedell powiedział kiedyś do niego: „Za bardzo lubisz piwo.
Mógłbym się założyć, że któregoś dnia wejdziesz do restauracji i zamówisz
piwo z mlekiem". To był żart, ale ten żart od dawna dręczył Doktora.
Zastanawiał się, jak też piwo z mlekiem może smakować. Śmieszyła go ta
myśl, ale jakoś nie mógł się od niej wyzwolić. Zawsze mu to przychodziło
do głowy, ilekroć pił kufel piwa. Czy mleko się skwasi? Czy trzeba by
dodać cukru? To zupełnie tak, jakby ktoś jadł lody z krewetkami. Ale jak
coś wejdzie do głowy, to nie może wyjść. Skończył swą kanapkę i zapłacił
Hermanowi. Celowo nie spojrzał na miksery do mleka błyszczące przy
tylnej ścianie. Jeśli człowiek zamawia piwo z mlekiem, myślał Doktor,
powinien raczej udać się do miasta, gdzie go nie znają. Ale znów człowiek
z brodą, zamawiający piwo z mlekiem w mieście, gdzie go nie znają...
mogą zawołać policję. Mężczyzna z brodą jest zawsze trochę podejrzany.
Ludzie nie lubią, gdy mówić im prawdę. Trzeba powiedzieć, że ma się
bliznę i dlatego nie można się ogolić. Niegdyś, gdy Doktor był na
Uniwersytecie w Chicago, przeżył zawód miłosny i pracował zbyt ciężko.
Przyszło mu do głowy, że byłoby dobrze wyruszyć na daleką pieszą
wędrówkę. Wziął mały plecak i powędrował przez Indianę i Kentucky,
Północną Karolinę i Georgię prosto na Florydę. Odwiedzał farmerów
i górali, mieszkańców bagien i rybaków. I każdy go pytał, dlaczego
podróżuje pieszo.
Ponieważ zawsze lubił mówić prawdę, usiłował to wytłumaczyć.
Opowiadał, że jest wyczerpany nerwowo, a poza tym pragnie zobaczyć
wieś, czuć zapach ziemi, widzieć trawę, ptaki i kwiaty, chce posmakować
wsi – a tego nie można załatwić inaczej, jak wędrując na piechotę. A ludzie
nie lubili go za to, że mówił prawdę. Chmurzyli się, kręcili głowami, pukali
się w czoło, śmieli się, jakby podziwiali, że ktoś może tak bezczelnie
kłamać. A czasami ktoś bojąc się o swoje córki albo o swoje świnie, mówił
Doktorowi, żeby się wynosił, żeby szedł jak najdalej i nie zatrzymywał się
w pobliżu, jeśli ceni swoją skórę.
I wtedy przestał mówić prawdę. Opowiadał, że zrobił zakład o trzysta
dolarów. Każdy go wtedy lubił i wierzył mu. Zapraszano go na obiady,
ofiarowywano noclegi, urządzano dla niego przyjęcia i każdy życzył mu
szczęścia i mówił o nim, że to diabelnie miły chłopak. Doktor w dalszym
ciągu kochał prawdę, ale wiedział, że nie jest to powszechne uczucie i może
być bardzo niebezpieczne.
Doktor nie zatrzymał się w Salinas na hamburgera. Ale stawał
w Gonzales, w King City i w Paso Robles. Konsumował hamburgery i piwo
w Santa Maria – dwa razy w Santa Maria, ponieważ do Santa Barbara był
stąd kawał drogi. W Santa Barbara zjadł zupę, sałatkę z fasoli z pietruszką,
pieczeń z kartoflami, tort ananasowy, ser i kawę, a potem poszedł do
toalety. Gdy na stacji benzynowej uzupełniano mu olej i pompowano koła,
Doktor umył twarz i uczesał bródkę, a gdy wyszedł do wozu, czekało już
kilku potencjalnych łepków.
–
Jedzie pan na południe?
Doktor dużo jeździł po autostradach. Miał niezgorszą praktykę. Swoich
łepków należy wybierać bardzo ostrożnie. Najlepiej jechać
z doświadczonym łepkiem, bo ten siedzi i nic nie mówi. Ale nowicjusze
usiłują wywdzięczyć się za podwiezienie i pokazać, że są interesującymi
ludźmi. Niektórzy zanudzali Doktora na śmierć. Dlatego, jak się już
zdecydujemy kogoś zabrać, trzeba się zabezpieczyć, mówiąc, że jedzie się
niedaleko. Gdy pasażer jest nieznośny, można go po drodze wysadzić.
Z drugiej strony, jadący może mieć szczęście i spotkać człowieka, z którym
znajomość bardzo się opłaca. Doktor rzucił okiem na ogonek kandydatów
i wybrał sobie do towarzystwa ubranego w granatowy garnitur mężczyznę o
wąskiej twarzy, wyglądającego na kupca. Miał głębokie zmarszczki koło
ust i ciemne, myślące oczy.
Patrzył na Doktora z niechęcią.
–
Jedzie pan na południe?
–
Tak – odparł Doktor. – Kawałeczek.
–
Mógłbym się zabrać?
–
Niech pan wsiada – rzekł Doktor.
Gdy przyjechali do Ventury, Doktorowi zachciało się pić po obfitym
obiedzie. Łepek dotychczas nawet się nie odezwał. Doktor stanął przy
kiosku.
–
Napije się pan piwa?
–
Nie – odpowiedział łepek. – I pozwolę sobie zwrócić pana uwagę, że
to bardzo kiepski pomysł – jechać w stanie oszołomienia alkoholem. Co
pan robi ze swoim własnym życiem, to mnie nie obchodzi, ale w danym
wypadku ma pan samochód, a samochód może być morderczą bronią
w ręku pijanego kierowcy.
Z początku Doktor był lekko poruszony.
–
Wyjdź pan z wozu – powiedział miękko.
–
Co?
–
Zrobię panu z nosa marmoladę – oświadczył Doktor – jeśli pan nie
wysiądzie, zanim doliczę do dziesięciu. Raz... dwa... trzy...
Pasażer nacisnął klamkę i błyskawicznie wyniósł się z samochodu. Ale
będąc na zewnątrz, wrzasnął:
–
Idę po policjanta. Aresztuje pana!
Doktor sięgnął do skrzynki i wyjął francuski klucz. Gość ujrzał ten gest
i szybko się oddalił.
Doktor podszedł gniewnie do kontuaru kiosku.
Kelnerka, jasnowłosa piękność z lekko zaznaczającym się wolem,
uśmiechnęła się do niego.
–
Co mam podać?
–
Piwo z mlekiem.
–
Co?
No i powiedział wreszcie, i cóż, u diabła. Wszystko jedno – teraz czy
kiedy indziej.
–
Czy pan żartuje? – spytała blondynka.
Doktor pomyślał ze zmęczeniem, że nie może powiedzieć prawdy, nie
może wytłumaczyć.
–
Choruję na pęcherz – wyjaśnił.
–
Doktorzy nazywają to
bipalychaetorsonectomia. Muszę pić piwo z mlekiem. Zalecenie lekarza.
Blondynka uśmiechnęła się z zaufaniem.
–
Och, myślałam, że pan żartuje – powiedziała po prostu. – Niech mi pan
powie, jak to przyrządzić. Nie wiedziałam, że pan jest chory.
–
Bardzo chory – potwierdził Doktor. – I czuję się coraz gorzej. Niech
pani wieje troszkę mleka i pół butelki piwa. Drugą połówkę proszę mi
podać w oddzielnej szklance. Nie dodawać cukru.
Gdy mu podała, skosztował ostrożnie. Nie było takie złe – smakowało
po prostu jak zwietrzałe piwo i mleko.
–
To wydaje się okropne – zauważyła blondynka.
–
To wcale nie jest najgorsze, jak się człowiek przyzwyczai – odparł
Doktor. – P iję to od siedemnastu lat.
18
Doktor jechał wolno. Było późne popołudnie, gdy zatrzymał się
w Ventura, tak późne, że gdy zatrzymał się w Carpenteria, zjadł tylko
kanapkę z serem i poszedł do toalety. Zamierzał podjeść sobie solidnie
w Los Angeles. Zapadła już noc, gdy tam dotarł. Zjechał z autostrady
i zatrzymał się w pewnej restauracji, którą znał. Zjadł tu smażone kurczę,
frytki, gorące biszkopty z miodem, kawałek tortu ananasowego i sera.
Napełnił termos gorącą kawą, kazał sobie zapakować sześć kanapek i kupił
dwie kwarty piwa na śniadanie.
Jazda nocą nie była interesująca. Nic nie było widać, poza autostradą
oświetloną reflektorami auta. Doktor dodał gazu, żeby przyspieszyć podróż.
Koło drugiej dotarł do La Jolla. Przejechał przez miasto do urwiska, pod
którym leżał teren jego połowów. Zatrzymał wóz, zjadł kanapkę, zgasił
światła i skurczył się na siedzeniu, żeby się przespać.
Nie potrzebował zegarka. Pracował już tyle czasu według odpływów, że
wyczuwał je we śnie. Obudził się o szarówce, spojrzał przez szybę
i zobaczył, że woda ustępuje właśnie z pokrytej otoczakami płaszczyzny.
Wypił trochę gorącej kawy, zjadł trzy kanapki i popił to wszystko kwartą
piwa.
Odpływ odbywa się prawie niedostrzegalnie. Ukazują się otoczaki
i wydają się rosnąć w oczach, a ocean ustępuje, zostawiając małe kałuże,
mokre wodorosty, morszczyn i gąbki tęczowe, brązowe, niebieskie
i szkarłatne. Na dnie pozostaje niewiarygodna obfitość morskiego życia,
popękane i połamane muszle, kawałki kości – całe dno morskie jest
fantastycznym cmentarzem, po którym biegają i pełzają żyjące istoty.
Doktor wciągnął gumowe buty i nałożył kaptur nieprzemakalny. Wyjął
wiadra i dzbany oraz żelazny drążek, do jednej kieszeni wsadził kanapki, do
drugiej termos i zszedł z urwiska na plażę. Posuwał się za ustępującym
morzem. Żelaznym drążkiem odwracał kamienie, a od czasu do czasu jego
ręka zanurzała się szybko w stojącej wodzie i wyciągała malutką, gniewnie
wijącą się ośmiornicę, która czerwieniała z wściekłości i pluła sepią.
Wrzucał ją do dzbanka z morską wodą, gdzie znajdowały się już inne
ośmiornice. Zazwyczaj nowo przybyła była tak wściekła, że atakowała swe
towarzyszki.
Polowanie szło świetnie, złapał dwadzieścia dwie małe ośmiornice.
Ponadto zebrał kilkaset ukwiałów i włożył je do drewnianego wiadra.
Ocean cofał się coraz dalej, a on szedł za nim. Wstał ranek i rozbłysło
słońce. Opuszczone przez wodę dno miało ze dwieście jardów szerokości, a
linia gęsto porosłych wodorostami skał odgradzała je od głębokiej wody.
Doktor szedł do tej krawędzi. Miał już prawie wszystko, czego
potrzebował, i przez resztę czasu zaglądał pod kamienie, pochylał się
i wpatrywał w małe rozlewiska mieniące się wszelkimi barwami tęczy
i wrzące morskim życiem. Wreszcie zbliżył się do samej bariery skalnej,
gdzie długie, skórzaste, brązowe algi zanurzały się w wodzie. Czerwone
rozgwiazdy czepiały się skał, a morze pulsowało przy tej ścianie, czekając,
aż będzie mogło znowu ją przeskoczyć. Między dwiema porosłymi
morszczynem skałami błysnęło coś białego pod wodą, ale natychmiast
zakrył je pływający morszczyn. Przez oślizłe skały Doktor dostał się do
tego miejsca i trzymając się mocno na nogach, sięgnął i odsunął brązowy
welon morszczynu. Zdrętwiał. Patrzyła na niego twarz dziewczyny. Była to
piękna blada dziewczyna z ciemnymi włosami. Oczy miała otwarte i jasne,
jej twarz była świeża, a włosy uczesane gładko. Ciała nie widział, ponieważ
zaplątało się w wodorostach. Rozchylała lekko wargi ukazując zęby, na jej
twarzy widniało tylko zadowolenie i spokój. Była tuż pod powierzchnią, a
leżąc tak w czystej wodzie, wyglądała pięknie. Doktorowi wydawało się, że
patrzył przez kilka minut. Twarz ta wryła mu się głęboko w pamięć.
Bardzo powoli wyciągnął rękę i puścił brązowy morszczyn, by zakryć
twarz. Serce łomotało mu i czuł ściskanie w gardle. Wziął wiadro, dzbanki
i drążek, po czym poszedł z wolna przez śliskie skały ku plaży.
Przez cały czas miał przed oczyma twarz dziewczyny. Usiadł na grubym
suchym piasku i ściągnął buty. W dzbankach pokurczyły się ośmiorniczki,
starając się trzymać możliwie jak najdalej jedna od drugiej. W uszach
Doktora brzmiała muzyka – wysoki, przenikliwy, słodki ton fletu
wygrywającego melodię, jakiej nigdy nie słyszał, przy akompaniamencie
grzmiącej, podobnej do huku przyboju perkusji. Flet wyciągał coraz wyższe
tony, niedostępne dla ucha, ale nawet wtedy rozbrzmiewała niewiarygodna
melodia. Doktorowi wystąpiła gęsia skóra na rękach. Zadrżał i ręce mu
zwilgotniały jak zwykle wobec czaru wielkiego piękna. Oczy dziewczyny
były szare i jasne, a ciemne włosy unosiły się na wodzie, przesuwając się
lekko nad twarzą. Ten obraz zostanie mu w pamięci do końca życia.
Siedział, aż pierwszy strumyk wody wytrysnął nad rafę, prowadząc za sobą
powracający przypływ. Siedział, słuchając muzyki, morze zaś znowu się
wlewało na pokrytą otoczakami płaszczyznę. Ręką wystukiwał rytm, a
zatrważający flet dźwięczał mu w głowie. Oczy były szare, a usta
uśmiechały się lekko lub może chwytały oddech w zachwyceniu.
Wydawało mu się, że budzi go jakiś głos. Stał przy nim obcy
mężczyzna.
–
Łowi pan ryby?
–
Nie, zbieram morską faunę.
–
A to co za licho?
–
Młode ośmiornice.
–
Aha, pan mówi o diabelskich rybach? Nie wiedziałem, że tutaj są. A
mieszkam tu od urodzenia.
–
Bo ich pan nie szukał – powiedział Doktor bez tchu.
–
Ej – rzekł mężczyzna – czy panu słabo? Wygląda pan na chorego.
Flet wygrywał coraz wyższe tony z towarzyszeniem wiolonczeli. A
morze pełzło coraz dalej na plażę. Doktor otrząsnął się z tej muzyki,
przetarł twarz, pozbył się dreszczu.
–
Czy jest tu gdzieś blisko komisariat policji?
–
W mieście. Coś się stało?
–
Tam jest ciało przy rafie.
–
Gdzie?
–
Tam prosto... między dwiema skałami. Dziewczyna.
–
Wie pan – rzekł mężczyzna – dostanie pan nagrodę za znalezienie.
Zapomniałem ile.
Doktor wstał i zebrał swój ekwipunek.
–
Zechce pan zawiadomić policję? Źle się czuję.
–
Wzięło pana? Tak strasznie wygląda? Zgniła czy poszarpana?
Doktor odwrócił się.
–
Pan weźmie nagrodę – powiedział. – Ja nie chcę.
Ruszył ku swemu samochodowi. Tylko prawie niedosłyszalne
pogwizdywanie fletu brzmiało w jego głowie.
19
Chyba żadna z kampanii reklamowych domu towarowego Holmana nie
wzbudziła tyle przyjaznych komentarzy, co zaangażowanie łyżwiarza na
słupie. Dzień po dniu był tam wysoko na małej okrągłej platformie
ślizgając się w kółko, a w nocy widniał tam na tle nieba, więc każdy
widział, że nie zszedł na dół. Jednak wszyscy się zgadzali, że na środku
platformy w nocy podnoszą stalowy słupek, a on się do niego przywiązuje.
Ludzie przyjeżdżali z Jamesburga i różnych miejscowości na wybrzeżu,
niekiedy tak odległych jak Grimes Point. Ludzie z Salinas przybywali tu
całymi stadami, a „Tygodnik Farmerski" tego miasta miał się ukazać
w specjalnym wydaniu, gdyby łyżwiarzowi udało się pobić własny rekord,
i w ten sposób ozdobić nowym światowym rekordem miasto Salinas.
Ponieważ na świecie nie ma zbyt wielu łyżwiarzy na słupie i ponieważ
wymieniony ogromnie górował nad wszystkimi innymi, było niemal
pewne, że pobije rekord.
Firma Holmana rozkoszowała się istniejącą sytuacją. Zorganizowano
wyprzedaż bielizny pościelowej, wyprzedaż remanentową, wyprzedaż
naczyń kuchennych i wyprzedaż porcelany – wszystko naraz. Tłumy ludzi
stały na ulicach, obserwując samotną sylwetkę na platformie.
Już drugiego dnia łyżwiarz podał na dół zażalenie, że ktoś do niego
strzelał. Wydział reklamy wziął się do roboty. Przeprowadzono śledztwo
i wykryto przestępcę. Był to stary doktor Merrivale ukryty za firankami
swego gabinetu. On to celował w łyżwiarza z wiatrówki. Nie złożono
meldunku w policji, a on obiecał, że już się to więcej nie powtórzy. Miał
wysoki stopień wtajemniczenia w loży masońskiej.
Malarz Henri siedział na krześle przy stacji benzynowej Rudego
Williamsa. Rozważał wszelkie możliwości filozoficznego wykorzystania
wydarzeń i doszedł do wniosku, że powinien zbudować u siebie
odpowiednią platformę i popróbować samemu. Łyżwiarz przyciągał
w mniejszym lub większym stopniu wszystkich ludzi w mieście. Tam, gdzie
go nie było widać, handel zamierał, a ożywiał się, im bliżej się podchodziło
do Holmana. Mack i chłopaki przyszli, popatrzyli i wrócili do swego
Pałacyku. Nie mogli w tym dostrzec wiele sensu.
W oknie wystawowym Holmana umieszczono podwójne łóżko. Gdyby
łyżwiarz pobił rekord świata, miał zejść na dół i spać na wystawie, nie
zdejmując łyżew. Marka materaców była umieszczona na małej kartce przy
łóżku.
W całym mieście odbywały się dyskusje nad tym sportowym
wydarzeniem, ale nigdy nie wypowiedziano najbardziej interesującej
kwestii, która dręczyła całe miasto. Nikt jej nawet nie wspomniał, a jednak
każdy o niej myślał. Pani Trolat zastanawiała się nad tym, gdy wychodziła
ze szkockiej piekarni z torbą słodkich drożdżówek. Pan Hall też rozmyślał
nad tym zagadnieniem. Trzy córki Willoughby chichotały, ile razy im to
przyszło do głowy. Lecz nikt nie miał odwagi postawić kwestii otwarcie.
Richard Frost, dzielny młody mężczyzna, martwił się całą sprawą
bardziej niż ktokolwiek inny. Po prostu chodziło to za nim. W środę w nocy
rozmyślał, a w czwartek zaczął się denerwować. W piątek wieczorem upił
się i pokłócił z żoną. Trochę popłakała, a potem udawała, że śpi. Słyszała,
jak mąż po cichu wstaje z łóżka i wychodzi do kuchni. Znowu wypił
szklaneczkę, a potem ubrał się szybko i wyszedł. Wtedy jeszcze więcej
płakała. Było bardzo późno. Pani Frost miała pewność, że mąż poszedł Pod
Niedźwiedzią Flagę do Dory.
Richard wędrował uparcie pod górę, póki nie dotarł do Alei Morskiej
Latarni. Skręcił w lewo i maszerował w stronę domu towarowego.
W kieszeni miał butelkę i gdy tylko stanął przed sklepem, pociągnął z niej
jeszcze jeden łyk. Światła uliczne były przygaszone, w mieście panowała
cisza. Ani żywego ducha. Richard stał na środku jezdni i patrzył w górę. Na
szczycie wysokiego masztu niewyraźnie majaczyła mu samotna sylwetka
łyżwiarza. Znowu pociągnął łyk z butelki. Złożył dłonie przy ustach
i zawołał nieśmiało:
–
Hej! – Nie było odpowiedzi. – Hej! – zawołał głośniej i obejrzał się,
czy nie idzie policjant.
Spod nieba rozległ się zgryźliwy głos:
–
Czego pan chce?
Richard znowu złożył dłonie przy ustach.
–
Jak... jak pan chodzi... do ustępu?
–
Mam tutaj blaszankę – odpowiedział głos.
Richard zawrócił i poszedł tą samą drogą, którą przybył. Minął latarnię,
przeszedł koło sosen i wszedł do swego domu. Gdy się rozebrał, poznał, że
jego żona nie śpi. Zawsze troszeczkę sapała we śnie. Wszedł do łóżka, a
ona zrobiła mu miejsce.
–
On ma tam blaszankę – powiedział Richard.
20
Rankiem model T wjechał triumfalnie na Nadbrzeżną, podskoczył na
rynsztoku, zazgrzytał wśród zielska na pustym placu i wtoczył na
dziedziniec sklepu Lee Chonga. Chłopaki podłożyli deskę pod przednie
koła, spuścili resztę benzyny do pięciogalonowej blaszanki, wzięli żaby
i zmęczonym krokiem poszli do Pałacyku. Potem Mack złożył
ceremonialną wizytę Lee Chongowi, a chłopaki rozpalili ogień w piecu.
Mack z godnością podziękował Lee za wypożyczenie ciężarówki. Mówił o
wielkim sukcesie wyprawy, o setkach złapanych żab. Lee uśmiechał się
nieśmiało i czekał na nieuniknione.
–
Teraz będziemy mieli monety! – mówił Mack z entuzjazmem.
–
Doktor płaci piątkę za żabę, a złapaliśmy ich koło tysiąca.
Lee skinął głową. Cena była stała. Każdy o tym wiedział.
–
Doktor wyjechał – ciągnął dalej Mack. – Jezu, ale będzie się cieszył,
jak zobaczy te wszystkie żaby!
Lee znowu skinął głową. Wiedział, że Doktor wyjechał, i wiedział
również, w jakim kierunku zmierza rozmowa.
–
Przy okazji...
–
powiedział Mack, jakby dopiero teraz to sobie
przypomniał. – Na razie trochę brak nam gotówki...
Powiedział to tak, jakby tego rodzaju sytuacja była zupełnie wyjątkowa.
–
Nie ma whisky – odparł Lee Chong i uśmiechnął się.
–
A na co nam whisky? – oburzył się Mack.
–
Mamy garniec takiej
whisky, jakiej w życiu nie próbowałeś. Cały, cholera, pełniuśki garniec.
Przy okazji – ciągnął dalej – chcieliśmy bardzo, żebyś do nas wpadł i wypił
z nami jednego. Chłopaki prosili mnie, żebym ci to powiedział.
Wbrew samemu sobie Lee uśmiechnął się z przyjemnością. Nie
proponowaliby mu, gdyby nie mieli whisky.
–
Nie – kontynuował Mack. – N ie o to chodzi. Ja i chłopaki nie mamy
teraz forsy, a jesteśmy porządnie głodni. Wiesz, że dwadzieścia żab
kosztuje dolara. Doktora nie ma, a nam się chce jeść. Więc pomyśleliśmy
sobie tak: nie chcemy, żebyś stracił, więc odstąpimy ci dwadzieścia pięć
żab za dolara. Będziesz miał pięć żab zysku i w porządku.
–
Nie – powiedział Lee. – Żadne pieniądze.
–
No, u diabła, Lee, my potrzebujemy tylko coś do jedzenia. Coś ci
powiem – chcemy urządzić przyjęcie dla Doktora, kiedy wróci. Do picia
mamy mnóstwo, ale chcielibyśmy dostać może z parę kotletów, i w ogóle.
On jest taki równy chłopak. Do diabła, kiedy twoją żonę bolał ząb, to kto jej
dał laudanum?
To zrobiło wrażenie. Lee rzeczywiście miał dług wdzięczności wobec
Doktora, bardzo poważny dług. Jednego tylko Lee nie mógł zrozumieć:
w jaki sposób jego dług wdzięczności wobec Doktora ma wpływać na
udzielenie kredytu Mackowi.
–
Nie chcemy niczego w rodzaju pożyczki hipotecznej na żaby – ciągnął
dalej Mack. – Natychmiast dostarczymy na miejsce dwadzieścia pięć żab za
każdego dolara towaru, jaki nam sprzedasz, i możesz również przyjść na
nasze przyjęcie.
Lee obwąchiwał w duszy tę propozycję, jak mysz obwąchuje kawałek
sera. Wyglądało na to, że wszystko jest w porządku. Cała transakcja była
najzupełniej legalna. Żaby stanowiły gotówkę, przynajmniej jeśli chodzi o
Doktora; cena była stała, a Lee miał podwójny zysk. Zyskiwał dodatkowo
pięć żab, a oprócz tego zarabiał na towarze. Cała sprawa zależała od tego,
czy oni rzeczywiście mają żaby.
–
Idzie zobaczy żaba – oświadczył w końcu Lee.
Przed drzwiami Pałacyku wypił szklaneczkę whisky, obejrzał mokre
worki z żabami i zgodził się na transakcję. Zastrzegł się jednak, że nie
będzie brał zdechłych żab. Natychmiast Mack odliczył do blaszanki
pięćdziesiąt żywych żab i wrócił z Lee Chongiem do sklepu, gdzie otrzymał
szynkę, jaja i chleb wartości dwóch dolarów.
Lee, przewidując wzmożony ruch w interesie, przyniósł wielką skrzynię
i ustawił ją w dziale warzyw. Wpuścił do niej pięćdziesiąt żab i przykrył je
mokrym workiem, żeby były szczęśliwe.
I rzeczywiście zaczął się ruch w interesie. Przybiegł Eddie i kupił tytoniu
za dwie żaby. Nieco później Jones oburzał się, gdy cena coca-coli
podskoczyła z jednej na dwie żaby. W ciągu dnia rozgoryczenie rosło wraz
z cenami. Kotlety schabowe na przykład – najlepsze kotlety schabowe nie
powinny kosztować więcej niż dziesięć żab za funt, ale Lee ustalił cenę na
dwanaście i pół żaby. Brzoskwinie w puszkach osiągnęły zawrotną cenę –
osiem żab za puszkę numer dwa. Lee zdzierał skórę z konsumentów. Był
dość pewny, że ani bazar, ani Holman nie przyjmą nowego systemu
monetarnego. Jeśli chłopcy chcieli kotletów, musieli płacić ceny Lee
Chonga. Nastrój zrobił się bardzo gorący, gdy Hazel, który od dawna
marzył o parze żółtych jedwabnych zarękawków, dowiedział się, że jeśli nie
chce dać za nie trzydziestu pięciu żab, to może iść gdzie indziej. Trucizna
chciwości przeżerała coraz bardziej niewinne i chwalebne porozumienie
handlowe. Wzrastało rozgoryczenie. Ale w skrzyni Lee Chonga wzrastała
również liczba żab.
Rozgoryczenie finansowe nie mogło jednak poruszyć zbyt głęboko
Macka i chłopaków, ponieważ nie byli oni ludźmi interesu. Nie mierzyli
swej przyjemności w sprzedanych dobrach, a swego ego w bilansach
bankowych ani swych namiętności tym, co one kosztują. Jeśli się nawet
nieco irytowali, że Lee wciągnął ich w chaos ekonomicznych problemów,
w żołądku mieli szynkę i jaja wartości dwóch dolarów na podkładzie
solidnego łyku whisky, a na tym śniadaniu spoczywał znowu kolejny łyk
whisky. Siedzieli więc na krzesłach w swoim domu i patrzyli, jak Darling
uczy się pić skondensowane mleko z puszki po sardynkach. Darling była
i miała być nadal bardzo szczęśliwym psem, ponieważ w grupie pięciu
mężczyzn istniało pięć różnych teorii tresury psów, teorii tak bardzo
różnych, że Darling w końcu w ogóle nie otrzymała tresury. Od początku
była bardzo wyrachowaną suczką. Spała na łóżku tego mężczyzny, który
ostatni dał jej łapówkę. Niekiedy naprawdę dla niej kradli. Byli o nią
zazdrośni. Od czasu do czasu, jak ich było pięciu, zgadzali się, że Darling
trzeba nauczyć dyscypliny, ale w dyskusji o metodzie ten zamiar
niezmiennie się rozpływał. Byli w niej zakochani. Zachwycali się nawet
małymi kałużami, jakie zostawiała na podłodze. Zanudzali wszystkich
swoich znajomych opowiadaniami o jej mądrości i niewątpliwie zdechłaby
z przejedzenia, gdyby nie miała więcej rozumu niż oni.
Jones zrobił jej posłanie na dnie starego zegara, ale nigdy z niego nie
korzystała. Spała z tym albo innym chłopakiem, jak jej przyszła fantazja.
Gryzła wszystkie koce, darła materace, wypuszczała pierze z poduszek.
Kokietowała i wygrywała swych właścicieli jednego przeciwko drugiemu.
Uważali, że jest cudowna. Mack zamierzał nauczyć ją sztuczek
i występować z nią publicznie, ale nie nauczył jej nawet porządku.
Było popołudnie. Siedzieli, paląc, trawiąc, rozważając i od czasu do
czasu pociągając delikatny łyk z gąsiorka. I za każdym razem przestrzegali
się, żeby nie pić za dużo, bo to dla Doktora. O tym nie wolno zapominać.
–
Jak myślicie, kiedy on wróci? – spytał Eddie.
–
Zwykle jest z powrotem o ósmej albo o dziewiątej – rzekł Mack. –
Musimy się zastanowić, kiedy to wszystko urządzić. Sądzę, że powinniśmy
dziś w nocy.
–
Pewnie – zgodzili się inni.
–
Może będzie zmęczony – zauważył Hazel. – To przecież kawał drogi.
–
Diabła tam – oświadczył Jones.
–
Człowiek nigdzie tak nie
wypoczywa jak na dobrym przyjęciu. Bywałem zmęczony jak pies i ledwie
powłóczyłem nogami, ale jak poszedłem na ochlaj, czułem się
pierwszorzędnie.
–
Musimy porządnie pomyśleć – powiedział Mack.
–
Gdzie my to
urządzimy? Tu?
–
Doktor lubi swoją muzykę. Jak jest przyjęcie, to zawsze włącza
gramofon. Może będzie wolał, żebyśmy poszli do niego.
–
Macie rację – przyznał Mack.
–
Ale przecież to powinna być
niespodzianka. A jak mamy zrobić, żeby to było podobne do przyjęcia, a
nie do pięciu facetów przynoszących gąsiorek whisky?
–
A gdyby tak dekoracje? – zaproponował Hughie. – Jak na Czwartego
Lipca albo na Wszystkich Świętych?
Mack utkwił oczy w przestrzeni, a jego wargi rozchyliły się. Wszystko
już miał przed oczyma.
–
Hughie, sądzę, że utrafiłeś w sedno. Nigdy nie przypuszczałem, że cię
na to stać, ale teraz rzeczywiście wymyśliłeś coś ważnego. – Jego głos stał
się śpiewny, a oczy patrzyły w przyszłość. – Już to widzę – powiedział. –
Doktor wraca do domu. Jest zmęczony. Widzi światła w oknach. Myśli, że
ktoś się włamał. Wchodzi na schody i, jak Boga kocham, widzi, że
wszystko udekorowane jak diabli. Wszędzie bibułki, transparenty
i ogromny tort. Jezu, wtedy od razu pozna, że to przyjęcie. I to nie będzie
jakieś tam cichutkie, skromne przyjęcie na stojaka. A my się na chwilę niby
schowamy, tak że nie będzie wiedział, kto to zrobił. A potem wyskoczymy
z wrzaskiem. Możesz sobie wyobrazić, jaką będzie miał minę? Jak Boga
kocham, Hughie, jak ty na to wpadłeś?
Hughie poczerwieniał. Jego koncepcja była niezbyt oryginalna i opierała
się na zabawie noworocznej w La Ida, ale skoro już do tego doszło, chętnie
przyjął na siebie zasługę.
–
Po prostu pomyślałem, że tak będzie przyjemnie – oświadczył.
–
Pierwszorzędnie – kontynuował Mack.
–
Nie mówię już, jakie to
będzie zaskoczenie, jak powiem Doktorowi, kto to wymyślił.
Rozparli się w krzesłach i rozważali całą sprawę. A w ich głowach
udekorowane laboratorium wyglądało jak oranżeria w Hotel del Monte.
Wypili jeszcze po dwa łyki, żeby uczcić plan.
Lee Chong prowadził bardzo charakterystyczny sklep. Na przykład
większość sklepów zaopatruje się w żółtą i czarną krepinę, czarne
papierowe koty, maski i dynie z papier-mâché w październiku. Przed
Wszystkimi Świętymi panuje ożywiony ruch handlowy tymi artykułami, a
potem zanika. Może się je sprzedaje, może wyrzuca, ale w każdym razie nie
można ich dostać, powiedzmy, w czerwcu. To samo dotyczy Czwartego
Lipca i jego wyposażenia – flag, płótna na dekoracje i rakiet. Gdzie się to
podziewa w styczniu? Nie ma – i nikt nie wie, gdzie się podziało. Ale Lee
Chong nie postępował w ten sposób. Mogliście kupić u Lee Chonga
walentynki w listopadzie, trójlistne koniczynki i papierowe wiśniowe
drzewka w sierpniu. Miał fajerwerki, które odłożył w roku 1920. Tajemnicą
było, gdzie trzymał swe zapasy w tak ciasnym sklepie. Miał kostiumy
kąpielowe, w jakie się zaopatrzył jeszcze wtedy, gdy były modne długie
spódnice, czarne pończochy i czepki z tasiemkami. Miał części do bicykla
i komplety czółenek oraz madżonga. Miał odznaki z napisem „Pamiątka
z Maine" i chorągiewki ku czci Walecznego Boba. Miał pamiątki
z Międzynarodowej Wystawy Pacyfiku z roku 1915 – małe wieże
klejnotów. A jednak istniała jedna nieprawidłowość w sposobie
prowadzenia interesów przez Lee Chonga. Nigdy nie ogłaszał wyprzedaży,
nigdy nie obniżał cen i nigdy nic nie wyrzucał. Artykuł, który kosztował
trzydzieści centów w roku 1912, nadal zachowywał tę samą cenę,
aczkolwiek mogłoby się komuś wydawać, że myszy i mole obniżyły
wartość towaru. Ale na ten temat nie było dyskusji. Jeżeli ktoś chciał
udekorować laboratorium niezależnie od pory roku i zorganizować coś
pośredniego między Saturnaliami a uroczystością Flagi Państwowej,
materiały dekoracyjne mógł dostać tylko u Lee Chonga.
Mack i chłopaki wiedzieli o tym.
–
Ale skąd weźmiemy tort? – spytał Mack.
–
Lee nie ma nic poza
ciastkami.
Hughie, który poprzednio odniósł tak wielki sukces, próbował znowu:
–
Dlaczegóż by Eddie nie miał upiec tortu? – zaproponował.
–
Był
kiedyś kucharzem w San Carlos.
Natychmiastowy entuzjazm dla tego pomysłu zmusił sumienie Eddiego
do wyznania, że nigdy nie piekł tortu.
Mack ujął to w dodatku na płaszczyźnie uczuć.
–
Będzie o wiele przyjemniej dla Doktora – powiedział. – Nie damy mu
żadnego cholernego kupnego tortu. Tu chodzi o serce.
W miarę jak mijały godziny i kolejki whisky, entuzjazm wzrastał.
Trwały nieskończone pielgrzymki do Lee Chonga. Żaby już wykończyły się
w jednym worku, a w skrzyni Lee panował tłok. O godzinie szóstej
skończyli gąsior whisky i zaczęli kupować ćwiartki Starych Tenisówek po
piętnaście żab za ćwiartkę, stos materiałów dekoracyjnych piętrzył się na
podłodze Pałacyku – całe mile kolorowej bibułki...
Eddie pilnował swego pieca jak kwoka kurcząt. Piekł tort w miednicy.
Przepis był gwarantowany przez firmę produkującą proszki do pieczenia.
Ale od samego początku tort zachowywał się dziwnie. Przy wzrastaniu
marszczył się i nadymał, jakby jakieś zwierzęta kręciły się i pełzały w jego
wnętrzu. Włożony do pieca uformował ogromny bąbel podobny do piłki
bejsbolowej, który rósł i połyskiwał, aż wreszcie pękł z sykiem. Powstała
po nim taka dziura, że Eddie natychmiast rozrobił jeszcze trochę ciasta
i wypełnił puste miejsce. I teraz tort zachowywał się bardzo ciekawie, bo
gdy na dnie się paliło i wylatywał stamtąd czarny dym, wierzch podnosił się
i opadał jak rzadki klej, czemu towarzyszyła seria małych eksplozji.
Gdy Eddie wreszcie odstawił tort do ostudzenia, wyglądał on jak jedna
z miniatur Bel Geddesa przedstawiająca pole bitwy w kraterze wulkanu.
Ten tort nie miał szczęścia, bo gdy chłopaki dekorowali laboratorium,
Darling zjadła, ile się dało, zwymiotowała w środku tortu, a wreszcie
skuliła się w jeszcze ciepłym cieście i usnęła.
Ale Mack i chłopaki wzięli karbowaną bibułkę, maski, kije, papierowe
dynie, czerwone, białe i niebieskie płótno i poszli przez plac do
laboratorium. Za resztę żab kupili kwartę Starych Tenisówek i dwa galony
czterdziestodziewięciocentowego wina.
–
Doktor bardzo lubi wino – powiedział Mack. – Zdaje się, że woli je od
whisky.
Doktor nigdy nie zamykał laboratorium. Wyznawał teorię, że każdy, kto
rzeczywiście chce się włamać, może to zrobić bez trudu, że ludzie
zasadniczo są uczciwi i że wreszcie w laboratorium nie ma rzeczy, które by
przeciętny człowiek chciał ukraść. Wartościowe były książki, płyty,
narzędzia chirurgiczne, szkło optyczne i takie przedmioty, na jakie
zawodowy włamywacz nie chciałby nawet spojrzeć. Ta teoria była słuszna,
o ile dotyczyła włamywaczy, pajęczarzy i kleptomanów, ale zupełnie nie
działała na przyjaciół Doktora. Książki często „pożyczano". Ani jedna
puszka fasoli nie przetrwała jego nieobecności, a bardzo często, wracając
późno w nocy, znajdował gości w swoim łóżku.
Chłopaki złożyli dekorację w przedpokoju, a wtedy Mack ich zatrzymał.
–
Co zrobi Doktorowi największą przyjemność?
–
Przyjęcie! – zawołał Hazel.
–
Nie – zaprzeczył Mack.
–
Dekoracje? – podsunął Hughie. Czuł się odpowiedzialny za dekoracje.
–
Nie – powiedział Mack. – Żaby. One mu się najbardziej podobają. A
możliwe, że w tym czasie, kiedy tu przyjedzie, Lee Chong będzie
zamknięty i Doktor nawet nie zobaczy swoich żab aż do jutra. Nie,
panowie! – krzyczał Mack.
–
Te żaby powinny być tu, w tym miejscu,
w samym środku pokoju z transparentem „Witaj nam, Doktorze".
Komitet, który odwiedził Lee, spotkał się z poważną opozycją.
Wszelkiego rodzaju trudności pojawiały się w podejrzliwym mózgu
Chińczyka. Tłumaczono mu, że przecież będzie na balu i będzie mógł
pilnować swego mienia, że nikt tego nie kwestionuje. Mack napisał
dokument przekazujący tytuł własności żab Lee Chongowi, na wypadek
gdyby powstała jakaś wątpliwość.
Gdy jego protesty osłabły nieco, zanieśli skrzynię do laboratorium,
owinęli ją czerwonym, białym i niebieskim płótnem, namazali na papierze
wielki napis jodyną i przystąpili do dalszego dekorowania. Skończyli
whisky i byli w uroczystym nastroju. Przybijali karbowaną bibułkę
i rozmieszczali lampiony. Przechodnie z ulicy przyłączyli się do
towarzystwa i pobiegli do Lee Chonga po więcej whisky. Zjawił się
również Lee Chong, ponieważ jednak był notorycznie chory na żołądek,
rozchorował się i musiał iść do domu. Ktoś przewracając wśród płyt,
znalazł komplet Counta Basiego i wielki gramofon zaryczał. Hałas
rozbrzmiewał od stoczni do La Ida. Grupa klientów Niedźwiedziej Flagi
myślała, że w Zachodnim Biologicznym otworzono konkurencyjny zakład,
i zaczęła włazić na schody, pokrzykując wesoło. Goście zostali wyrzuceni
przez rozwścieczonych gospodarzy, ale dopiero po długiej i krwawej
bitwie, w trakcie której wyważono frontowe drzwi i potłuczono dwa okna.
Szczęk tłuczonego szkła zabrzmiał bardzo nieprzyjemnie. Hazel, idąc przez
kuchnię do ustępu, wylał na siebie i na podłogę brytfankę gorącego tłuszczu
i mocno się poparzył.
O pierwszej trzydzieści wszedł jakiś pijak i wypowiedział uwagę, którą
uznano za uwłaczającą dla Doktora. Mack trafił go prawym prostym, który
długo potem wspominano i dyskutowano. Nogi przeciwnika oderwały się
od podłogi, on sam zaś opisał mały łuk w powietrzu i wleciał do skrzyni
między żaby. Ktoś usiłując zmienić płytę, upuścił membranę i rozbił
kryształek.
Nikt nie studiował psychologii zamierającej zabawy. Wszystko może
szaleć, wrzeszczeć, kipieć, a potem jakiś dreszczyk, krótka cisza i za chwilę
koniec. Goście idą do domu spać albo biorą się do innych spraw
i zostawiają za sobą pustkę.
Światła błyszczały w laboratorium. Frontowe drzwi wisiały na jednym
zawiasie. Podłogę pokrywało stłuczone szkło. Płyty od gramofonu, niektóre
rozbite, inne tylko porysowane, leżały porozrzucane wokoło. Talerze
z ogryzkami kotletów i zastygłym tłuszczem stały na podłodze, na półkach
z książkami, pod łóżkiem, a wśród nich szklaneczki od whisky. Ktoś,
usiłując wspinać się po półce z książkami, przewrócił ją i książki walały się
po podłodze. Panowała pustka. Wszystko się skończyło.
Przez wyłamaną deskę wyskoczyła ze skrzyni żaba i przysiadła
rozglądając się, czy nie grozi skąd jakieś niebezpieczeństwo. Przyłączyła
się do niej druga. Czuły orzeźwiające, wilgotne, chłodne powietrze
wpadające przez drzwi i wybite okno. Jedna z żab przykucnęła na leżącym
transparencie z napisem „Witaj nam, Doktorze".
I obie poskakały
bojaźliwie w stronę drzwi.
Po krótkiej chwili mały strumyczek żab, toczący się po schodach,
zmienił się w burzliwą, wrzącą rzekę. Przez pewien czas ulica Nadbrzeżna
roiła się od żab, była zasypana żabami. Taksówka, która przywiozła
spóźnionego klienta Pod Niedźwiedzią Flagę, rozjechała pięć żab na ulicy.
Ale na długo przed świtem wszystkie się ulotniły. Niektóre znalazły kanał
ściekowy, inne wdrapały się na pagórek do rezerwuaru, jeszcze inne
umieściły się w rurach kanalizacyjnych, a parę tylko ukryło się w zaroślach
na pustym placu.
A światła błyszczały w spokojnym, pustym laboratorium.
21
W tylnym pomieszczeniu laboratorium białe szczury biegały, trzepotały
się i popiskiwały w swoich klatkach. W oddzielnej klatce leżała szczurzyca
z ślepymi i nagimi szczurzętami. Ssały ją, a matka rozglądała się wkoło
nerwowo i dziko.
Grzechotniki opierały głowy na własnych splotach i patrzyły
nieruchomo przed siebie posępnymi, szarymi oczami. W innej klatce wielka
jaszczurka, o skórze jak torebka w groszki, podniosła się z wolna i ciężko
i niezgrabnie czepiała się drutu. Ukwiały z zielonymi i purpurowymi
czułkami i bladozielonymi żołądkami otworzyły się jak kwiaty. Mała
pompa warczała z cicha, a strumienie wpędzanej do zbiorników morskiej
wody syczały, wzbijając smugi bąbli pod powierzchnią.
Nastała perłowa godzina. Lee Chong ustawił przy chodniku kubły ze
śmieciami. Wykidajło stał na ganku Niedźwiedziej Flagi i drapał się po
brzuchu. Sam Malloy wygrzebał się z kotła i usiadł na pieńku, patrząc na
rozjaśniający się wschód. Na skałach koło Stacji Marynistycznej Hopkinsa
monotonnie poszczekiwały morskie lwy. Stary Chińczyk wyszedł z morza
ze swym ociekającym wodą koszykiem i kłapał na wzgórze.
W ulicę Nadbrzeżną skręcił samochód i Doktor podjechał przed
laboratorium. Oczy miał zaczerwienione ze zmęczenia. Ociężale poruszał
kierownicą. Gdy wóz się zatrzymał, przez chwilę siedział bez ruchu, by
wreszcie zapomnieć o podskakiwaniu wozu. Potem wygramolił się z auta.
Na odgłos jego kroków po schodach węże wysunęły rozwidlone języki
i zaczęły nasłuchiwać. Szczury szaleńczo miotały się po klatkach. Doktor
wszedł na schody. Ze zdumieniem patrzył na zwisające drzwi i wybite
okno. Wydawało się, że zmęczenie go opuszcza. Szybko wszedł do
wnętrza. A potem przechodził spiesznie z pokoju do pokoju, depcąc po
odłamkach szkła. Nachylił się, podniósł zmiażdżoną płytę i spojrzał na jej
tytuł.
W kuchni rozlany tłuszcz zastygł białą plamą na podłodze. Oczy
Doktora zapłonęły wściekłością. Usiadł na sofie, wciągnął głowę
w ramiona, a całe jego ciało dygotało z gniewu. Nagle zerwał się, nakręcił
gramofon. Nałożył płytę i opuścił membranę. Tylko syczący hałas dobył się
z głośnika. Doktor zatrzymał gramofon i znowu usiadł na sofie.
Na schodach dał się słyszeć odgłos niepewnych kroków. Wszedł Mack.
Twarz miał zaczerwienioną. Stanął niepewnie na środku pokoju.
–
Doktorze – powiedział. – Ja i chłopaki...
Przez chwilę wydawało się, że Doktor go nie widzi. Nagle zerwał się na
nogi. Mack cofnął się do tyłu.
–
To wyście to zrobili?
–
Więc, ja i chłopaki...
Mała twarda pięść Doktora mignęła w powietrzu i trzasnęła Macka
w usta. Oczy Doktora płonęły purpurową, zwierzęcą wściekłością. Mack
ciężko klapnął na podłogę. Doktor miał twardą i mocną pięść. Wargi Macka
były rozcięte, a jeden z przednich zębów wgiął się mocno do środka.
–
Wstawaj! – wrzasnął Doktor.
Mack niezdarnie podniósł się z podłogi. Ręce zwisały mu po bokach.
Doktor uderzył go znowu, zadając mu wyrachowany na chłodno, bolesny
cios w usta. Krew trysnęła z warg Macka i pociekła po podbródku.
Usiłował ją oblizać.
–
Stań w pozycji. Walcz, ty skurwysynie! – krzyknął Doktor i uderzył go
znowu. Usłyszał trzask łamanych zębów.
Głowa Macka podskoczyła, ale teraz był przygotowany, więc nie upadł.
A ręce zwisały mu po bokach.
–
Bij pan, Doktorze – wybełkotał rozciętymi wargami.
–
Jakoś to
wytrzymam.
Ramiona Doktora opadły bezradnie.
–
Ty skurwysynie – powiedział gorzko. – Och, ty przeklęty skurwysynie!
Opadł na sofę i oglądał swoje rozcięte kostki u rąk.
Mack usiadł na krześle i patrzył na niego. Oczy Macka były rozszerzone
i pełne męki. Nawet nie starł krwi, która ściekała mu po brodzie. W głowie
Doktora zaczął rozbrzmiewać monotonny początek Hor ch'el ciel e la terra
Monteverdiego. Doktor widział rozcięte usta Macka poprzez muzykę, która
rozbrzmiewała w jego głowie i w powietrzu. Mack siedział bez najlżejszego
ruchu, jak gdyby i on również słyszał tę muzykę. Doktor spojrzał na to
miejsce, gdzie leżał komplet Monteverdiego, ale przypomniał sobie, że
gramofon jest zepsuty.
Wstał.
–
Idź się umyć – rzekł i poszedł do Lee Chonga. Lee Chong nie patrzył
na niego, gdy wyjmował dwie kwarty piwa z lodówki. Wziął pieniądze, nie
mówiąc ani słowa. Doktor pomaszerował z powrotem przez ulicę.
Mack stał w umywalce, wycierając krwawą twarz papierowymi
ręcznikami. Doktor otworzył butelkę i delikatnie nalewał do szklanki,
trzymając butelkę ukośnie, tak, żeby zrobił się tylko mały kołnierz z piany.
Napełnił drugą szklankę i obie zaniósł do frontowego pokoju. Mack wrócił,
trzymając mokry ręcznik przy ustach. Doktor wskazał głową piwo. Nie
przełykając, Mack wlał sobie w gardło pół szklanki. Westchnął nerwowo
i wpatrzył się w piwo. Doktor już skończył swoją szklankę. Przyniósł drugą
butelkę i znowu napełnił obie szklanki. Usiadł na sofie.
–
Co tu było? – spytał.
Mack wbił oczy w podłogę, a kropla krwi spadła mu z ust do piwa.
Poruszył znowu wargami.
–
Ja i chłopaki chcieliśmy urządzić panu przyjęcie. Myśleliśmy, że wróci
pan do domu w nocy.
Doktor kiwnął głową.
–
Widzę – powiedział.
–
I jakoś wszystko wymknęło nam się z rąk – ciągnął dalej Mack.
–
Przepraszam, ale nie mogę powiedzieć nic na swoje usprawiedliwienie.
Przepraszałem przez całe życie. To nic nowego. Zawsze mi tak wychodzi...
–
Pociągnął głęboki łyk ze szklanki.
–
Miałem żonę – powiedział.
–
Ta
sama historia. Wszystko, co zrobiłem, wychodziło źle. Nie mogła już tego
dłużej wytrzymać. Jak zrobiłem coś dobrego, zawsze się jakoś popsuło. Jak
dałem jej prezent, zawsze było z tym coś nie w porządku. Miała tylko
przykrości przeze mnie. Nie mogła tego dłużej wytrzymać. To samo było
wszędzie, póki nie zostałem błaznem. Nie potrafię nic innego robić, tylko
być błaznem. Żeby ludzie się śmieli.
Doktor znowu skinął głową. Muzyka dźwięczała mu w uszach skargą
i rezygnacją.
–
Wiem – powiedział.
–
Ucieszyłem się, gdy pan mnie bił – mówił dalej Mack. – Pomyślałem
sobie: Może to mnie nauczy. Może to będę pamiętał. Ale, diabła tam. Nie
zapamiętam nic. Nie nauczę się niczego. Doktorze! – krzyczał Mack.
–
W ten sposób, jak ja to widziałem, wszyscy mieli być szczęśliwi
i wspaniale się bawić. Pan miał się cieszyć, dlatego że urządziliśmy panu
przyjęcie. I myśmy się cieszyli. W ten sposób, jak ja to widziałem, to miało
być dobre przyjęcie. – Powiódł ręką, wskazując szczerby na podłodze. –
Tak samo było, jak byłem żonaty. Chciałem jej zrobić przyjemność, a
potem... Ale nigdy do tego stopnia.
–
Wiem – powiedział Doktor. Otworzył następną butelkę i napełnił
szklanki.
–
Doktorze – rzekł Mack. – Ja i chłopaki wszystko tu uporządkujemy...
i zapłacimy za wszystko, co potłuczone. Gdybyśmy nawet mieli pracować
przez pięć lat, zapłacimy za to.
Doktor potrząsnął głową i wytarł pianę z wąsów.
–
Nie – powiedział.
–
Ja sam uporządkuję. Wiem, gdzie co powinno
leżeć.
–
Zapłacimy za to, Doktorze.
–
Nie, nie zapłacicie, Mack. Będziecie o tym myśleć i dręczyć się przez
długi czas, ale nie zapłacicie. Samo szkło laboratoryjne będzie kosztowało
prawdopodobnie koło trzystu dolarów. Nie mówcie mi, że zapłacicie. To
tylko zatruje wam życie. Upłynie dwa albo trzy lata, zanim to wam wyjdzie
z głowy i znów będziecie się czuli swobodnie. A nie zapłacicie tak czy
owak.
–
Zdaje mi się, że pan ma rację – rzekł Mack. – Niech to diabli, ja wiem,
że pan ma rację. Co możemy zrobić?
–
Nie chcę nic – odparł Doktor. – Już wyładowałem swoją złość. Nie
mówmy o tym.
Mack skończył piwo i wstał.
–
Cześć, Doktorze.
–
Cześć. Chwileczkę... Mack, a co się stało z twoją żoną?
–
Nie wiem – odparł Mack. – Odeszła ode mnie.
Niezgrabnie zszedł ze schodów, przeszedł przez ulicę i powlókł się przez
plac i mostek do Pałacyku. Doktor stał w oknie i patrzył za nim. A potem,
zmęczony, wyciągnął szczotkę zza bojlera. Sprzątanie zajęło mu cały dzień.
22
Malarz Henri nie był Francuzem i wcale nie miał na imię Henri.
I właściwie nie był malarzem. Henri tyle czytał o Paryżu, że jakby stale tam
mieszkał, choć nigdy w życiu tam nie był. Gorączkowo śledził w pismach
prądy dadaistyczne i schizmy, dziwne kobiece zazdrości, nabożność
i obskurantyzmy powstających oraz upadających szkół. Regularnie
buntował się przeciwko zużytym technikom i materiałom. Jednego roku
wyrzucał perspektywę. Następnego likwidował czerwień właśnie jako
matkę purpury. Wreszcie w ogóle zrezygnował z malowania. Nie wiadomo,
czy Henri był dobrym malarzem, czy nie, bowiem rzucał się tak gwałtownie
na nowe kierunki, że w ogóle miał mało czasu na malowanie
jakiegokolwiek rodzaju.
Jego zdolności malarskie pozostawały więc otwartą kwestią. Nie można
było zbyt wiele sądzić po jego produkcjach z różnokolorowych piór
kurzych i skorupek orzechów. Ale jako konstruktor łodzi nie miał sobie
równych. Henri był cudownym cieślą okrętowym. Przed laty mieszkał
w namiocie, gdy zaczął budować żaglówkę, a kambuz i kabina nie były
gotowe. Ale od chwili, gdy miał już stały dach nad głową, cały swój czas
poświęcał żaglówce. Raczej ją rzeźbił, niż budował. Żaglówka miała
trzydzieści pięć stóp długości, a jej typ znajdował się stale w stanie
płynnym. Przez pewien czas miała dziób klipra i rufę kontrtorpedowca.
Innym razem wyglądała z grubsza jak karawela. Ponieważ Henri nie miał
pieniędzy, niejednokrotnie mijały miesiące, zanim znalazł deskę czy
kawałek żelaza, czy tuzin mosiężnych śrub. Ale o to mu właśnie chodziło,
bo Henri nie chciał nigdy skończyć swego statku.
Łódź stała wśród sosen na placu, który Henri dzierżawił za pięć dolarów
rocznie. To pokrywało podatek gruntowy i zadowalało właściciela. Jacht
spoczywał w prowizorycznej stoczni na betonowych fundamentach.
Z jednej burty zwisała drabinka sznurowa, z wyjątkiem chwil kiedy Henri
był w domu. Wtedy zwijał drabinkę, a opuszczał ją, gdy przybywali goście.
W kabinie znajdowała się szeroka wyściełana ława. Tu spał i tu siedzieli
jego goście. Stół opuszczany, gdy zachodziła potrzeba, i mosiężna lampa
zwisały od sufitu. Łódź była cudem logiki wykorzystania miejsca, a każdy
jej szczegół kosztował miesiące rozmyślań i pracy.
Henri był czarniawy i mrukliwy. Nosił beret nawet wtedy, gdy inni
ludzie już dawno nie nosili beretów, palił fajkę, a czarne włosy opadały mu
na twarz. Henri miał wielu przyjaciół; z grubsza klasyfikował ich na tych,
którzy mu mogą dawać jeść, i tych, którym on musi dawać jeść. Jego łódź
nie miała imienia. Powiadał, że nazwie ją wtedy, gdy będzie gotowa.
Henri budował swą żaglówkę i mieszkał w niej przez dziesięć lat. W tym
czasie był dwa razy żonaty i nawiązał pewną ilość półtrwałych związków.
I każda z młodych kobiet opuszczała go z tego samego powodu.
Siedmiostopowa kabina była za mała dla dwojga ludzi. Kobiety nie chciały
rozbijać sobie głów przy wstawaniu i dotkliwie odczuwały brak ustępu.
Morskie ustępy najoczywiściej nie działają na statku wyciągniętym na ląd,
a Henri nie chciał iść na kompromis z prowizorycznym ustępem szczurów
lądowych. On i jego przyjaciółki musieli wędrować między sosny. I jego
sympatie opuszczały go jedna po drugiej.
Właśnie gdy opuściła go dziewczyna, którą nazywał Alicją, bardzo
dziwna rzecz wydarzyła się Henriemu. Za każdym razem, gdy go
porzucano, formalnie martwił się przez chwilę, ale jednocześnie doznawał
uczucia ulgi. Mógł się wyciągnąć w swej kabince. Mógł jeść, na co miał
ochotę. Cieszył się, że na pewien czas jest niezależny od niekończących się
kobiecych funkcji biologicznych.
Stało się jego zwyczajem, że zawsze po takim rozstaniu kupował galon
wina, wyciągał się swobodnie na twardej ławce i upijał. Niekiedy troszkę
popłakał sobie, ale to był luksus, i zwykle miał cudowne uczucie, że mu to
dobrze robi. Czytał na głos Rimbauda z bardzo złym akcentem, dziwiąc się,
że mu tak płynnie wychodzi.
I właśnie podczas jednego z takich rytualnych obrzędów żałobnych po
straconej Alicji zdarzyła się ta dziwna rzecz. Była noc, lampa świeciła
i Henri dopiero się zaczął upijać, gdy nagle zrozumiał, że już nie jest sam.
Ostrożnie rozejrzał się po kabinie. Po drugiej stronie siedział diabelsko
młody mężczyzna, ciemny, piękny mężczyzna. Jego oczy jarzyły się
sprytem, inteligencją i energią, a jego zęby połyskiwały. Było coś bardzo
drogiego i bardzo przerażającego w jego twarzy. A obok niego siedział
złotowłosy chłopczyk, jeszcze dziecko. Mężczyzna patrzył na dziecko, a
dziecko podniosło ku niemu oczy, jakby miało nastąpić coś szczególnie
przyjemnego. Potem mężczyzna spojrzał na Henriego, uśmiechnął się
i znowu spojrzał na dziecko. Z lewej górnej kieszeni kamizelki wyjął
staroświecką brzytwę o kanciastej klindze. Otworzył ją i wskazał głową
dziecko. Ręką ujął za kędziory chłopca. Dziecko śmiało się radośnie.
Mężczyzna zadarł mu podbródek i przeciął gardło, a dziecko śmiało się
dalej. Ale Henri zawył ze zgrozy. Długi czas upłynął, zanim uświadomił
sobie, że nie ma już w kabinie ani mężczyzny, ani dziecka.
Henri, kiedy trochę przestał się trząść, wyleciał z kabiny, przeskoczył
przez burtę łodzi i między sosnami zbiegł z pagórka. Wędrował przez kilka
godzin, aż wreszcie przyszedł na ulicę Nadbrzeżną.
Doktor preparował koty w suterenie, gdy wpadł Henri. Doktor pracował
dalej, a Henri opowiadał. Kiedy skończył, Doktor przypatrzył mu się
uważnie, ile w nim jest jeszcze strachu, a ile gry. Lecz przede wszystkim
był to strach.
–
Co sądzisz? Czy to duch? – pytał Henri natarczywie.
–
Czy to jest
jakieś odbicie czegoś, co rzeczywiście się zdarzyło, czy to może jakiś
tkwiący we mnie kompleks freudowski, albo też ja jestem zupełny wariat?
Widziałem to, mówię ci. Widziałem tak wyraźnie, jak teraz ciebie widzę.
–
Nie wiem – powiedział Doktor.
–
A może pójdziesz ze mną i zobaczymy, czy to wróci?
–
Nie – odparł Doktor. – Jeśli ja bym to zobaczył i to byłby zły duch,
bardzo bym się przestraszył, bo w duchy nie wierzę. A jeśli ty byś to znowu
zobaczył, a ja nie, znaczyłoby, że masz halucynacje, i wtedy znowu ty
byłbyś przestraszony.
–
Ale co ja teraz zrobię? – zapytał Henri. – Jeśli to znowu zobaczę, to
wiem, co się stanie – po prostu umrę. Widzisz, on nie wygląda jak
morderca. On jest bardzo przyjemny i dzieciak jest przyjemny, i nikt by nic
na nich nie powiedział. Ale poderżnął gardło dziecku. Widziałem na własne
oczy.
–
Nie wiem – odezwał się Doktor. – N ie jestem psychiatrą, nie poluję na
czarownice i ani myślę zajmować się tymi rzeczami.
W piwnicy rozległ się głos dziewczyny:
–
Halo, Doktorze, mogę wejść?
–
Wchodź – powiedział Doktor.
Była to dosyć ładna i bardzo energiczna dziewczyna. Doktor przedstawił
jej Henriego.
–
On ma pewien problem – rzekł Doktor. – Albo dręczą go duchy, albo
nieczyste sumienie, ale nie wie co. Opowiedz jej, Henri.
Henri jeszcze raz powtórzył całą historię, a oczy dziewczyny zabłysły.
–
Ależ to okropne – zawołała, gdy skończył. – Nigdy w moim życiu nie
widziałam ani śladu ducha. Chodźmy i zobaczmy, czy to się powtórzy.
Doktor obserwował ich dość kwaśno. Bądź co bądź to była jego randka.
Dziewczyna nigdy nie zobaczyła ducha, ale polubiła Henriego i minęło
pięć miesięcy, zanim ciasna kabina i brak ustępu wypędziły ją ze statku.
23
Czarna żałoba zapanowała w Pałacyku. Cała radość z niego uciekła.
Mack przyszedł z laboratorium z rozciętymi ustami i powybijanymi
zębami. Na pokutę nie umył twarzy. Wlazł do łóżka, przykrył się kocem na
głowę i nie wstał przez cały dzień. Serce miał równie rozbite jak usta.
Przypomniał sobie wszystko, cokolwiek złego w życiu zrobił, i wyglądało
na to, że nigdy nie zrobił nic dobrego. Był bardzo smutny.
Hughie i Jones siedzieli przez pewien czas, wpatrując się w przestrzeń, a
potem w ponurym nastroju udali się do wytwórni konserw Hediondo,
poprosili o pracę i zostali przyjęci.
Hazel czuł się tak źle, że poszedł do Monterey, wdał się w bójkę
z jakimś żołnierzem i rozmyślnie ją przegrał. Przez to poczuł się trochę
lepiej, ponieważ pobił go człowiek, którego mógłby rozłożyć jedną ręką.
Darling była jedyną szczęśliwą istotą w całym klubie. Spędziła dzień
pod łóżkiem Macka, radośnie zjadając jego buty. Była bardzo mądrym
psem i miała bardzo ostre zęby. Dwa razy Mack w czarnej rozpaczy sięgał
pod łóżko, łapał ją i wciągał na koc, żeby dotrzymywała mu towarzystwa,
ale uciekała i wracała do butów.
Eddie powlókł się do La Ida i odbył rozmowę ze swoim przyjacielem
barmanem. Wypił parę kieliszków i pożyczył kilka pięciocentówek, za
które zagrał pięć razy Melancholijną dziewczynę na automacie muzycznym.
Mack i chłopaki znaleźli się pod pręgierzem. Wiedzieli o tym i uważali,
że na to zasługują. Stali się wyrzutkami społeczeństwa. O wszystkich ich
dobrych zamiarach teraz zapomniano. O tym, że chcieli urządzić przyjęcie
dla Doktora, jeśli nawet ten fakt był znany, nikt nie wspomniał ani nie
zastanawiał się nad nim. Cała historia dotarła Pod Niedźwiedzią Flagę.
Powtarzano ją w wytwórniach konserw. W La Ida oburzali się na nią pijacy.
Lee Chong odmawiał komentarzy. Czuł się finansowo dotknięty. A plotka,
rozszerzając się, przybrała taką formę: Ukradli whisky i pieniądze.
Złośliwie włamali się do laboratorium i rozmyślnie je zniszczyli, po prostu
ze złośliwości i łajdactwa. Ludzie, którzy znali prawdę, przyjęli ten pogląd.
Paru pijaków z La Ida zastanawiało się, czy nie iść i nie przetrzepać skóry
całej bandzie dla pokazania wszystkim, że Doktora nie wolno krzywdzić
w ten sposób.
Tylko solidarność chłopaków i ich zdolności bojowe ocaliły ich przed
represjami. Najbardziej oburzali się na nich ludzie, którzy od dawna nie
odznaczali się cnotą. Szczególnie wściekał się Tom Sheligan, który na
pewno byłby na przyjęciu, gdyby o nim wiedział.
Mack i chłopaki znaleźli się poza nawiasem. Sam Malloy nie odzywał
się do nich, gdy przechodzili koło kotła. Zamknęli się w sobie i nikt nie
wiedział, jak wyjdą z tych tarapatów. Jak wiadomo, istnieją dwie możliwe
reakcje na ostracyzm społeczny: albo człowiek postanawia być lepszy,
porządniejszy i grzeczniejszy, albo staje się zły, zaczyna zmieniać świat
i robi jeszcze gorsze rzeczy. Ta druga reakcja napiętnowanych zdarza się
zresztą najczęściej.
Mack i chłopaki balansowali na szalach dobra i zła. Byli mili i dobrzy
dla Darling, byli uprzejmi i cierpliwi jeden wobec drugiego. Gdy minęło
pierwsze oszołomienie, przeprowadzili w Pałacyku generalne porządki,
jakich tam jeszcze nie było. Wypolerowali jasne kraty pieca, wyprali
pościel i koce. Potem ogarnęło ich otępienie i apatia. Hughie i Jones
pracowali i przynosili do domu swoje wypłaty. Kupowali żywność na
bazarze, ponieważ nie mogli znieść wyrzutu w oczach Lee Chonga.
W tym czasie Doktor uczynił pewne spostrzeżenie, które mogłoby być
trafne, ale ponieważ opuścił w nim jeden czynnik, nie wiadomo, czy
rzeczywiście miał rację. Był Czwarty Lipca. Doktor siedział w laboratorium
z Richardem Frostem. Pili piwo, słuchali nowego kompletu Scarlattiego
i patrzyli przez okno. Przed Pałacykiem leżała wielka drewniana kłoda, na
której siedzieli w porannym słońcu Mack i chłopaki. Twarze mieli
zwrócone w kierunku laboratorium.
–
Spójrz na nich – powiedział Doktor. – To są prawdziwi filozofowie.
Zdaje mi się, że Mack i chłopaki wiedzą wszystko, co się kiedykolwiek
zdarzyło na świecie, może wiedzą też wszystko, co się zdarzy. Sądzę, że
żyją na naszym szczególnym świecie lepiej niż inni ludzie. Kiedy inni
zabijają się ambicją, nerwowością i chciwością, oni odpoczywają. My
wszyscy, tak zwani dzielni ludzie, jesteśmy chorymi istotami, mamy marne
żołądki i marne dusze, ale Mack i chłopaki są zdrowi i zadziwiająco czyści.
Robią, co im się podoba. Mogą zaspokajać swe pragnienia, nie owijając
niczego w bawełnę.
To przemówienie tak wysuszyło gardło Doktora, że wychylił do dna
szklankę. Śmiejąc się, pomachał dwoma palcami i rzekł:
–
Nie ma nic lepszego od pierwszego łyku piwa.
–
Moim zdaniem oni się wcale nie różnią od innych ludzi – powiedział
Richard Frost. – Tylko po prostu nie mają pieniędzy.
–
Mogliby je mieć – stwierdził Doktor.
–
Mogliby zrujnować swoje
życie i zdobyć pieniądze. Mack ma cechy genialności. Oni potrafią zrobić
wszystko, jeśli chcą. Tylko zbyt dobrze znają istotę rzeczy, żeby dać się
złapać w tę pułapkę.
Gdyby Doktor wiedział o smutku Macka i chłopaków, nie
wypowiedziałby swego następnego twierdzenia, ale nikt go nie
poinformował o powszechnym potępieniu mieszkańców Pałacyku. Wolno
nalewał piwa do szklanki.
–
Mogę ci dać dowód – rzekł. – Widzisz, jak oni siedzą obróceni w tę
stronę? Dobrze. Za pół godziny odbędzie się defilada Czwartego Lipca
w Alei Latarni Morskiej. Gdyby odwrócili głowy, mogliby ją zobaczyć,
gdyby wstali, widzieliby ją jak na dłoni, a gdyby przeszli mały kawałeczek,
znaleźliby się tuż przy niej. Założę się z tobą o kwartę piwa, że żaden z nich
nawet nie odwróci głowy.
–
Przypuśćmy, że nie – spytał Richard Frost. – O czym to świadczy?
–
O czym to świadczy?! – wykrzyknął Doktor. – O tym, że oni wiedzą,
co będzie na paradzie. Wiedzą, że pierwszy przejedzie burmistrz
w samochodzie ze sztandarem na chłodnicy. Potem będzie jechał Długi Bob
z flagą na swoim białym koniu. Z kolei rada miejska, dwie kompanie
żołnierzy, loża Łosi z purpurowymi parasolkami, później Rycerze Świątyni
z mieczami i w białych strusich piórach. Następnie Rycerze Kolumba
z mieczami i w czerwonych strusich piórach. Mack i chłopaki to wiedzą.
Będzie grała orkiestra. Oni to wszystko widzieli. Nie potrzebują patrzeć
znowu.
–
Nie ma żywego człowieka, który nie spojrzałby na paradę – stwierdził
Richard Frost.
–
Zakład?
–
Zakład.
–
Zawsze wydawało mi się to dziwne – mówił dalej Doktor. – Cechy,
jakie podziwiamy w ludziach – uprzejmość i szlachetność, otwartość,
uczciwość, mądrość i uczucie – są w naszym systemie charakterystycznymi
cechami porażki. A te cechy, którymi pogardzamy – chamstwo, chciwość,
zachłanność, podłość, egoizm – są cechami powodzenia. Ludzie podziwiają
pierwsze, ale lubią efekty drugich.
–
Kto chce być dobry, jeśli musi przy tym głodować? – spytał Richard
Frost.
–
Och, tu nie chodzi o głód. To coś trochę innego. Sprzedaż dusz, by
zyskać cały świat, jest jak najzupełniej dobrowolna i prawie powszechna –
ale niezupełnie. Zawsze gdzieś w jakimś punkcie kuli ziemskiej znajdzie się
Mack i chłopaki. Widziałem ich w Meksyku i na Alasce. Wiesz chyba, że
oni chcieli urządzić dla mnie przyjęcie i coś się nie udało. Ale chcieli mi
urządzić to przyjęcie. To był ich odruch. Słuchaj, czy to nie orkiestra?
Szybko napełnił dwie szklanki piwem i obaj przysunęli się do okna.
Mack i chłopaki siedzieli przygnębieni na kłodzie i patrzyli w stronę
laboratorium. Dźwięki orkiestry dolatywały z Alei, echa odbijały się od
budynków. I nagle pojawił się samochód burmistrza ze sztandarem
rozwiniętym na chłodnicy. Długi Bob na białym koniu dzierżył flagę,
potem orkiestra, dalej żołnierze, Łosie, Rycerze Świątyni, Rycerze
Kolumba. Richard i Doktor z napięciem pochylili się do przodu, ale
obserwowali rząd mężczyzn siedzących na kłodzie.
I ani jedna głowa się nie odwróciła, ani jeden kark się nie wyprostował.
Defilada przechodziła, a oni siedzieli bez ruchu. I defilada przeszła. Doktor
wysuszył swą szklankę, podniósł delikatnie dwa palce w górę i rzekł:
–
Ha! Nie ma nic lepszego na świecie niż pierwszy łyk piwa.
Richard ruszył ku drzwiom.
–
Jakie piwo chcesz?
–
To samo – odparł Doktor wielkodusznie. Uśmiechał się do Macka
i chłopaków.
Łatwo mówić: „czas wszystko wyleczy", „ludzie zapomną" i tym
podobne truizmy, jeśli człowiek sam nie jest zamieszany w daną sprawę, ale
jak jest zamieszany, wtedy czas stoi w miejscu, ludzie nie zapominają, a
człowiek znajduje się w środku czegoś, co się nie zmienia. Doktor nie
wiedział o cierpieniach i skrusze w Pałacyku, bo na pewno próbowałby coś
na to poradzić. A Mack i chłopaki nie wiedzieli nic o uczuciach Doktora, bo
inaczej podnieśliby znowu głowy do góry.
Zły czas trwał. Diabeł broił na pustym placu. Sam Malloy miał wiele
awantur ze swoją żoną, a ona płakała bez przerwy. Echa płaczu dolatywały
z kotła jak spod wody. Wydawało się, że Mack i chłopaki są osią kłopotów.
Sympatyczny wykidajło z Restauracji Pod Niedźwiedzią Flagą wyrzucił
pijaka, ale zrobił to za mocno i za daleko i złamał mu kark. Alfred musiał
trzy razy jeździć do Salinas, zanim wszystko się wyjaśniło i, oczywiście,
w takiej sytuacji nie mógł się czuć dobrze. W normalnym czasie był zbyt
dobrym wykidajłą, żeby kogokolwiek uszkodzić. Jego chwyty cechował
cudowny wprost rytm i gracja.
Na domiar złego grupa natchnionych dam w mieście zażądała, żeby
zamknąć jaskinię rozpusty, by ochronić amerykańskich młodzianów. Coś
podobnego powtarzało się mniej więcej raz na rok w ogórkowym sezonie
między Czwartym Lipca a targami okręgowymi. W takim wypadku Dora
zazwyczaj zamykała Niedźwiedzią Flagę na tydzień. To nie było takie złe.
Cały personel otrzymywał urlop i można było przeprowadzić małe naprawy
w instalacjach i odnowić pokoje. Ale w tym roku damy wyruszyły na
prawdziwą wyprawę krzyżową. Żądały czyjegoś skalpu. Lato wlokło się
monotonnie, a one chciały działać. Było już tak źle, że musiano im
powiedzieć, kto jest właścicielem lokalu, gdzie uprawia się występek, ile
przynosi dzierżawa i jakie przykrości wynikną z zamknięcia zakładu.
Widać stąd, jak groźnie wyglądała sytuacja.
Niedźwiedzia Flaga była zamknięta przez dwa tygodnie. W tym czasie
odbyły się trzy zjazdy. Rozeszła się wieść, że Dorę zamknięto, i Monterey
straciło pięć zjazdów na rok następny. Sprawy wyglądały bardzo kiepsko.
Doktor musiał zaciągnąć pożyczkę w banku, żeby pokryć koszt szkła
potłuczonego podczas przyjęcia. Elmer Rechanti położył się spać na torze
kolejowym i stracił obie nogi. Gwałtowny i najzupełniej nieoczekiwany
sztorm porwał przycumowany do nabrzeża trawler i trzy łodzie i rzucił je
pogruchotane i smutne na plażę Del Monte.
Nie było wytłumaczenia dla serii podobnych klęsk. Każdy człowiek
czyni wyrzuty samemu sobie. Ludzie w swych znękanych umysłach
przypominają sobie tajemnie popełnione grzechy i zastanawiają się, czy to
one są przyczyną serii nieszczęść. Ktoś może przypisywać nieszczęścia
plamom na słońcu, podczas gdy ktoś inny, przywołując na pomoc teorię
prawdopodobieństwa, nie wierzy w to. Nawet doktorzy nie mieli korzyści
we wspomnianym okresie, bo jeśli nawet wiele osób chorowało, to
w każdym razie nie na którąś z dochodowych chorób. Nie było nic, czego
by dobre lekarstwo lub patentowany specyfik nie wyleczył.
Na domiar złego Darling zachorowała. Była bardzo tłustym i żywym
szczeniakiem, gdy zaczęła się choroba, ale pięć dni gorączki zamieniły ją
w szkielet obciągnięty skórą. Jej wątrobiany nos stał się różowy, a dziąsła –
białe. Oczy miała szkliste, a całe ciało rozpalone, aczkolwiek niekiedy
drżała z zimna. Nie chciała jeść, nie chciała pić, a jej tłusty mały brzuszek
przyrastał teraz do grzbietu, i nawet przez skórę ogona widać było kręgi.
Najwidoczniej była to nosówka.
Teraz szlachetna trwoga ogarnęła Pałacyk. Darling miała ogromne
znaczenie w ich życiu. Hughie i Jones natychmiast rzucili pracę, żeby być
blisko na wypadek, gdy trzeba będzie coś pomóc. Dyżurowali przy niej na
zmianę. Przykładali jej chłodne okłady na łebek, a ona robiła się coraz
bardziej chora i słaba. Ostatecznie Hazel i Jonesa wydelegowano do
Doktora, choć się przed tym bronili. Znaleźli go nad mapą przypływów,
jedzącego gulasz z kurczęcia, którego zasadniczą częścią składową nie było
jednak kurczę, lecz ogórek morski. Wydawało im się, że spojrzał na nich
dość chłodno.
–
To Darling – powiedzieli. – Jest chora.
–
A co jej dolega?
–
Mack mówi, że to nosówka.
–
No, ale ja nie jestem weterynarzem – oświadczył Doktor. – N ie wiem,
jak leczyć takie przypadki.
–
Tak, ale czy nie mógłby pan rzucić na nią okiem? – zapytał Hazel. –
Jest chora jak diabli.
Stanęli wkoło, gdy Doktor badał Darling. Popatrzył na gałki oczne,
dziąsła i wziął ją za ucho, by sprawdzić, czy ma gorączkę. Przejechał
palcami po żebrach, które sterczały jak szczeble, i po wynędzniałym
grzbiecie.
–
Nie chce jeść? – spytał.
–
Absolutnie nic – rzekł Mack.
–
Musicie w nią wpychać... zawiesiste zupy, jaja i tran.
Uważali, że zachowuje się chłodno i profesjonalnie. Wrócił do swoich
map i gulaszu.
Ale Mack i chłopaki mieli teraz zajęcie. Gotowali mięso dla Darling.
Wlewali jej tran głęboko, tak że zawsze coś przełknęła. Trzymali jej łebek
do góry i zrobiwszy mały lejek z jej pyszczka, wlewali wystudzoną zupę do
środka. Musiała albo łykać, albo się udusić. Co dwie godziny karmili ją
i dawali jej wodę. Przedtem spali na zmianę – teraz ani jeden z nich nie
spał. Siedzieli w milczeniu i czekali na kryzys.
Nastąpił wczesnym rankiem. Chłopaki siedzieli w półśnie na swych
krzesłach, ale Mack czuwał, a jego oczy obserwowały szczeniaka.
Zauważył, że uszy Darling dwukrotnie drgnęły, a pierś uniosła się.
Z ogromnym wysiłkiem wygramoliła się na swe pajęcze nogi, powlokła się
ku drzwiom, chlipnęła cztery łyki wody i opadła na podłogę.
Mack, wrzeszcząc, obudził innych. Tańczył ciężko. Wszyscy krzyczeli
jeden przez drugiego. Lee Chong słyszał ich i parsknął pod nosem,
wynosząc kubły ze śmieciami. Alfred wykidajło słyszał ich i myślał, że
urządzają zabawę.
O dziewiątej Darling zjadła z własnej woli surowe jajko i pół szklanki
śmietany. Koło południa widocznie przybrała na wadze. W ciągu dnia
dokazywała troszkę, a pod koniec tygodnia była już dzielnym psem.
Nareszcie zrobił się jakiś wyłom w ścianie zła. Wszędzie dawały się
dostrzec tego oznaki. Trawler ściągnięto znowu na wodę. Dora otrzymała
poufną wiadomość, że może śmiało otwierać Niedźwiedzią Flagę. Earl
Wakefield złapał konika morskiego z dwiema głowami i sprzedał go do
muzeum za osiem dolarów. Ściana zła i oczekiwania pękła. Rozsypała się
na kawałki. Owej nocy zasłony były zaciągnięte w oknach laboratorium, a
gregoriańskie chorały rozbrzmiewały do drugiej w nocy, po czym urwały
się – i nikt nie wyszedł. Coś drążyło serce Lee Chonga i w jakimś
orientalnym momencie przebaczył Mackowi i chłopakom oraz spisał na
straty żabi dług, który od początku ciążył nad całą sprawą. Ażeby
udowodnić chłopakom, że nie pamięta im winy, wyciągnął ćwiartkę Starych
Tenisówek i dał im ją w prezencie. Ich zakupy na bazarze zraniły jego
uczucia, ale teraz wszystko już minęło. Wizyta Lee zbiegła się z pierwszym
destruktywnym zdrowym odruchem, jaki miała Darling od czasu swojej
choroby. Teraz była już zupełnie rozpuszczona i nikt jej nie uczył porządku.
Kiedy Lee Chong przybył ze swym darem, Darling z rozmysłem i radością
niszczyła jedyną parę gumowych butów Hazel, podczas gdy szczęśliwi
właściciele oklaskiwali ją z zapałem.
Mack nigdy nie odwiedzał Niedźwiedziej Flagi w sprawach
zawodowych. Wydawałoby mu się to nieco niewłaściwe. Był pewien dom
przy stadionie bejsbolowym, w którym czasem bywał. Dlatego też, gdy
wszedł do baru od frontu, wszyscy myśleli, że chce się napić piwa. Zwrócił
się do Alfreda.
–
Dora jest? – zagadnął.
–
A o co chodzi? – zdziwił się Alfred.
–
Chciałem ją o coś spytać.
–
O co?
–
To nie twój zasrany interes – powiedział Mack.
–
Dobra. Niech będzie. Zobaczę, czy zechce z tobą gadać.
W chwilę później wpuszczał Macka do sanktuarium. Dora siedziała przy
biurku. Jej pomarańczowe włosy piętrzyły się na głowie w małych
loczkach, a nad oczyma miała zielony daszek. Uzupełniała na bieżąco swe
księgi. Była ubrana we wspaniały szlafrok z różowego jedwabiu
z koronkami przy rękawach i dekolcie. Gdy Mack wszedł, odsunęła krzesło
i spojrzała mu prosto w twarz. Alfred stał w drzwiach i czekał. Mack nie
ruszał się, póki Alfred nie zamknął drzwi i nie odszedł.
Dora obserwowała Macka podejrzliwie.
–
Czym mogę służyć? – spytała wreszcie.
–
Widzi pani...
–
powiedział Mack.
–
Hm, przypuszczam, że pani
słyszała, co zrobiliśmy u Doktora nie tak dawno.
Dora odsunęła daszek na głowę i położyła pióro na staromodną
podstawkę z drutu.
–
Tak. Słyszałam.
–
Więc proszę pani, myśmy zrobili to dla Doktora. Może pani nie
wierzy, ale chcieliśmy urządzić dla niego przyjęcie i... jakoś nam nie
wyszło.
–
Tak, słyszałam – powiedziała Dora. – Więc czego pan sobie ode mnie
życzy?
–
No, ja i chłopaki pomyśleliśmy sobie, że spytamy panią. Pani wie, co
myślimy o Doktorze. Chcieliśmy panią spytać, co byśmy mogli dla niego
zrobić, żeby mu to poniekąd pokazać.
–
Hm – mruknęła Dora, cofnęła się z krzesłem, skrzyżowała nogi
i poprawiła szlafrok na kolanach. Wyjęła papierosa, zapaliła go i zamyśliła
się.
–
Urządziliście mu przyjęcie, na którym nie był. Dlaczego nie macie mu
zrobić drugiego przyjęcia, na którym byłby obecny?
–
Słowo daję – mówił potem Mack do chłopaków. – To przecież takie
proste. Co za kobieta! Nic dziwnego, że jest madamą. Co za kobieta!
24
Mary Talbot, żona Toma Talbota, była przemiła. Miała rude włosy,
w których połyskiwały zielone światełka. Miała złotawą skórę
z zielonkawym odcieniem, a oczy zielone z małymi kropeczkami. Twarz
miała trójkątną, z szerokimi kośćmi policzkowymi, szeroko osadzonymi
oczyma i dołeczkiem na podbródku. Miała długie nogi tancerki i stopy
tancerki i wydawało się, że nigdy nie dotyka ziemi, kiedy idzie. Gdy była
podniecona, a przeważnie była podniecona, jej buzia połyskiwała złotem.
Jej pra-pra-pra-pra-prababkę spalono jako czarownicę.
Bardziej niż wszystko inne na świecie Mary Talbot lubiła przyjęcia.
Lubiła urządzać przyjęcia i lubiła chodzić na przyjęcia. Ponieważ Tom
Talbot nie zarabiał dużo, Mary nie mogła urządzać przyjęć stale, więc
używała różnych sztuczek, by skłonić ludzi do tego. Niekiedy telefonowała
do przyjaciółki i mówiła otwarcie:
–
Czy nie uważasz, że powinnaś wreszcie urządzić przyjęcie?
Mary obchodziła urodziny sześć razy do roku i regularnie organizowała
zabawy kostiumowe, przyjęcia-niespodzianki, przyjęcia świąteczne.
W Wigilię Bożego Narodzenia w jej domu panowało zawsze ogromne
podniecenie. Mary bowiem paliła się do przyjęć. Na fali tego podniecenia
unosiła swego męża Toma.
Po południu, gdy Tom pracował, Mary niekiedy urządzała herbatki dla
kotów z sąsiedztwa. Stawiała stołeczek z lalczynymi filiżankami
i spodeczkami. Zbierała koty, a było ich pełno, a potem prowadziła z nimi
długie i szczegółowe rozmowy. Ten rodzaj satyrycznej zabawy sprawiał
Mary wiele przyjemności, bowiem ukrywał i zasłaniał przed nią fakt, że nie
ma ona naprawdę ładnych sukni i że Talbotowie nie mają wcale pieniędzy.
Przeważnie znajdowali się tuż u progu ruiny i kiedy było rzeczywiście
kiepsko, Mary urządzała jakieś przyjęcie.
Mogła to zrobić. Potrafiła zarazić cały dom wesołością i używała swego
daru jako broni przeciwko przygnębieniu, które czatowało wokoło, usiłując
owładnąć Toma. Uważała, że jej zadaniem jest bronić Toma przed
przygnębieniem, ponieważ każdy wie, że któregoś dnia Tom osiągnie
wielki sukces. Przeważnie udawało jej się trzymać smutne sprawy z dala od
domu, ale niekiedy docierały one do Toma i paraliżowały go. Wtedy
siedział i dumał godzinami, Mary zaś frenetycznie rozdmuchiwała ogieniek
wesołości.
Pewnego razu, akurat pierwszego, kiedy na stole leżały nakazy sądowe
Towarzystwa Wodociągów i komorne nie było opłacone, a „Collier's"
zwrócił rękopis i odesłano rysunki z „New Yorkera", Tomowi zaś bardzo
dokuczała opłucna, Tom wszedł do sypialni i położył się do łóżka.
Mary weszła ostrożnie, ponieważ niebieskoszary kolor jego smutku
przesączał się przez szczelinę drzwi i przez dziurkę od klucza. Miała
maleńki bukiecik fiołków owinięty w papierową koronkę.
–
Powąchaj – rzekła i przytknęła mu do nosa bukiecik. Powąchał kwiaty
i nie powiedział nic.
–
Wiesz, jaki dziś dzień? – spytała i myślała
gwałtownie o czymś, co by rozjaśniło ten dzień.
–
Dlaczego wreszcie nie spojrzymy prawdzie w oczy? – powiedział
Tom. – Jesteśmy zrujnowani. Spadamy na dno. Nie ma co się oszukiwać.
–
Nie, nie jesteśmy – odpowiedziała Mary. – My jesteśmy zaczarowani.
Zawsze byliśmy. Pamiętasz te dziesięć dolarów, które znalazłeś
w książce... pamiętasz, jak twój kuzyn przysłał ci pięć dolarów? Nam się
nigdy nic nie stanie.
–
Już się stało – powiedział Tom. – Bardzo przepraszam. Już mam dosyć
oszukiwania samego siebie. Dość już udawania. Wreszcie chcę brać sprawy
realnie. Najwyższy czas.
–
Myślałam, żebyśmy urządzili dziś jakieś małe przyjęcie – powiedziała
Mary.
–
Za co? Nie masz chyba zamiaru wyciąć reklamy pieczonej szynki
z tygodnika i podać jej na półmisku. Mam już dosyć tego wygłupiania się.
To już wcale nie jest wesołe. To smutne.
–
Mogłabym urządzić małe przyjęcie – nastawała.
–
Takie zupełnie
malutkie. Nikt nie potrzebuje się ubierać. Dziś jest stulecie Ligi Bloomer.
Nawet tego nie pamiętasz.
–
Nie potrzeba – zaprotestował Tom. – Wiem, że to podłe, ale ja nawet
nie wstanę z łóżka. Dlaczego nie wyjdziesz, nie zamkniesz za sobą drzwi
i nie zostawisz mnie w spokoju? Wyrzucę cię, jak nie wyjdziesz.
Spojrzała na niego uważnie i zobaczyła, że mówi serio. Wyszła
spokojnie i zamknęła drzwi, a Tom odwrócił się na łóżku i ukrył twarz
w ramionach. Słyszał, jak Mary krząta się w drugim pokoju.
Udekorowała drzwi starymi zabawkami z choinki, szklanymi bombkami
i szychem i wypisała mały transparent: „Witaj, Tomie, nasz bohaterze".
Słuchała pod drzwiami, ale nie słyszała najmniejszego szmeru. Nieco
zawiedziona wyciągnęła stołek i przykryła go serwetką. Włożyła swój
bukiecik w szklankę na środku stołeczka i ustawiła cztery małe filiżanki
i spodeczki. Poszła do kuchni, wsypała herbaty do imbryczka i nastawiła
czajnik. Potem wyszła na podwórko.
Kicia Randolph wygrzewała się na frontowym płocie.
–
Panno Randolph... zaprosiłam paru przyjaciół na herbatkę, może pani
byłaby łaskawa przyjść – rzekła Mary.
Panna Randolph leniwie przekręciła się na plecy i wyciągnęła w ciepłym
słońcu.
–
Proszę przybyć nie później niż o czwartej – ciągnęła dalej Mary. – Mój
mąż i ja wybieramy się wieczorem na bankiet stulecia Ligi Bloomer.
Pobiegła za dom, gdzie dzikie wino wspinało się po płocie. Kicia Casini
spłaszczyła się na ziemi, mrucząc do siebie i dziko wymachując ogonem.
–
Pani Casini – zaczęła Mary i nagle urwała, ponieważ zobaczyła teraz,
co kotka robi. Kicia Casini miała mysz. Delikatnie uderzała ją łapą, a mysz
miotała się straszliwie, ciągnąc za sobą bezwładne tylne nogi. Kotka
pozwalała jej uciec prawie do gęstwiny dzikiego wina, a potem dotykała ją
łapą, z której wyskakiwały białe sztyleciki. Wbijała je leciutko w grzbiet
myszy i przyciągała ją do siebie, przy czym ogon kotki miotał się
w najwyższej rozkoszy.
Tom na wpół już usnął, gdy usłyszał, że Mary wykrzykuje jego imię.
Zerwał się na nogi, wołając:
–
Co się stało? Gdzie jesteś? – Usłyszał, że Mary płacze. Wybiegł na
tylne podwórko i zobaczył, co się stało. – Odwróć głowę! – krzyknął i zabił
mysz. Casini skoczyła na płot i patrzyła na nich gniewnie. Tom złapał
kamyk, trafił ją w brzuch i strącił na ziemię.
W domu Mary popłakiwała nieco. Zaparzyła herbatę i podała na stół.
–
Siadaj tu – powiedziała do Toma, a on usiadł na podłodze przed
stołkiem.
–
Czy mógłbym dostać większą filiżankę? – zapytał.
–
Trudno mi ganić Kicię Casini – mówiła Mary. – Wiem, jakie są koty.
To nie jej wina. Ale... och, Tom. Będzie mi trudno zapraszać ją znowu. Po
prostu nie będę jej lubiła przez pewien czas, choćbym nawet nie wiem jak
chciała.
Popatrzyła uważnie na Toma i zauważyła, że zmarszczki zeszły z jego
czoła i że nie mruga już gniewnie oczami.
–
Poza tym jestem ogromnie zajęta Ligą Bloomer w tych dniach –
powiedziała. – Po prostu nie wiem, kiedy zdążę wszystko w domu zrobić.
Mary Talbot zaszła w tym roku w ciążę i wydała przyjęcie z tej okazji.
I wszyscy mówili: „Boże, to jej dziecko będzie miało naprawdę wesołe
życie".
25
Na pewno wszyscy z ulicy Nadbrzeżnej i prawdopodobnie wszyscy
z Monterey czuli, że nastąpiła zmiana. Bardzo słusznie nie wierzymy
w pech i złe wróżby. Nikt w nie nie wierzy. Gdybyśmy wierzyli, nic
dobrego by z tego nie wynikło. Ulica Nadbrzeżna, podobnie jak każda inna
ulica, nie jest przesądna, ale nie wejdzie pod drabinę ani nie otworzy
parasola w mieszkaniu. Doktor był trzeźwym naukowcem i przesądy nie
miały na niego wpływu, a jednak gdy pewnej nocy wrócił późno do domu
i znalazł wiązankę białych kwiatów na progu, miał potem bardzo ciężkie
życie. Większość ludzi na Nadbrzeżnej po prostu nie wierzy w takie rzeczy,
a jednak żyje nimi.
W umyśle Macka nie powstała żadna wątpliwość, że nad Pałacykiem
wisi czarna chmura. Przeanalizował poronione przyjęcie i wykrył, że pech
wpełznął w każdą szczelinę, że nieszczęścia wprost wyroiły się owego
wieczoru. A jak się wpadnie w taką passę, nie zostaje nic innego, jak po
prostu położyć się do łóżka i czekać, aż się wszystko skończy. Na to nie ma
rady. Nie żeby Mack był przesądny.
Teraz jakby jakaś radość przeniknęła na Nadbrzeżną i rozprzestrzeniała
się wkoło. Doktor odniósł wprost nadnaturalny sukces w seriach damskich
odwiedzin. Nawet połowy z nich nie mógł wykorzystać. Szczenię
w Pałacyku wyrosło jak młody źrebak, a mając za sobą tysiące pokoleń
tresury, zaczęło się tresować samo. Nabrało wstrętu do moczenia podłogi
i wychodziło na dwór. Było oczywiste, że Darling wyrośnie na dobrego
i czarującego psa. I nie dostała wścieklizny po nosówce.
Dobroczynny powiew płynął jak gaz przez Nadbrzeżną. Dotarł aż do
kiosku z hamburgerami Hermana, rozszerzył się po Hotelu San Carlos.
Jimmy Brucia czuł go i Johnny – jego śpiewający barman. Sparky Enea
czuł go i z radością przyłączył się do wojny z trzema nowymi policjantami
miejskimi. Dobroczynny powiew dotarł nawet do okręgowego więzienia
w Salinas, gdzie Gay, który pędził świetne życie, pozwalając szeryfowi
ogrywać się w warcaby, nagle się zacietrzewił i już nigdy nie przegrał ani
jednej partii. Stracił swoje przywileje, ale znów poczuł się stuprocentowym
mężczyzną.
Dobroczynny powiew zwęszyły morskie lwy, a ich naszczekiwanie
przybrały ton i kadencję, jakie rozradowałyby serce świętego Franciszka.
Małe dziewczynki studiujące katechizm nagle podnosiły oczy i chichotały
bez powodu. Możliwe, że można by wynaleźć swego rodzaju elektroskop,
dość czuły, by wykrył źródło tej całej rozszerzającej się radości i szczęścia.
A triangulacja prawdopodobnie umiejscowiłaby je w Pałacyku.
Z pewnością Pałacyk był naelektryzowany radością. Mack i chłopaki byli
nią naładowani. Widziano, jak Jones zeskakiwał z krzesła po to tylko, by
wykonać szalonego trepaka i usiąść znowu. Hazel uśmiechał się bez
uzasadnienia. Radość była tak powszechna i tak nieskoordynowana, że
Mack miał ciężkie zadanie, żeby skoncentrować ją na określonych celach.
Eddie, który pracował dość regularnie w La Ida, zaopatrywał piwnicę
w spirytualia. Nie dolewał już więcej piwa do gąsiorka. Mówił, że nadaje
ono mieszance ordynarny smak.
Sam Malloy zasadził narcyze koło kotła. Ustawił mały daszek i często
siadywał pod nim wieczorem razem z żoną. Ona pielęgnowała kwiaty.
Radość dotarła również Pod Niedźwiedzią Flagę. Interes szedł
doskonale. Noga Phyllis Mae zrastała się ładnie i dziewczyna miała
niebawem wrócić do pracy. Ewa Flanegan wróciła z East St. Louis i bardzo
się z tego cieszyła. W East St. Louis panowały straszne upały i nie było to
już takie ładne miasto, jak je zapamiętała. Ale wtedy, kiedy tam było tak
ładnie, ona była młodsza.
Przekonanie o konieczności urządzenia przyjęcia dla Doktora nie
pojawiło się nagle. Nie wybuchło od razu. Ludzie wiedzieli o projekcie, ale
rozwijał się on powoli jak poczwarka w kokonach ich wyobraźni.
Mack ustosunkował się do sprawy rzeczowo.
–
Ostatnim razem robiliśmy wszystko na hura – mówił chłopakom. –
W ten sposób nie można urządzić porządnego przyjęcia. Trzeba to robić
ostrożnie.
–
Dobra, kiedy to będzie? – niecierpliwił się Jones.
–
Nie wiem – powiedział Mack.
–
Czy to ma być niespodzianka? – pytał Hazel.
–
Sądzę, że tak byłoby najlepiej – powiadał Mack.
Darling przyniosła mu piłkę tenisową, którą znalazła, a on przez drzwi
wyrzucił piłkę w zarośla. Skoczyła za nią.
–
Gdybyśmy wiedzieli, kiedy są urodziny Doktora, moglibyśmy urządzić
przyjęcie urodzinowe – odezwał się Hazel.
Mack otworzył usta. Hazel nieustannie go zdumiewał.
–
Jak Boga kocham, Hazel, masz rację – zawołał. – Tak, panowie, jeśli
to będą jego urodziny, to będą i prezenty. O to właśnie chodzi. Musimy się
tylko dowiedzieć, kiedy on ma urodziny.
–
To bardzo łatwo – wtrącił się Hughie. – Możemy iść i spytać.
–
Diabła tam – zaprotestował Mack. – W ten sposób się skapuje. Jak się
spytacie gościa, kiedy są jego urodziny, a szczególnie jak mu macie zamiar
urządzić przyjęcie, to on od razu się połapie, o co chodzi. Może pójdę
i wywącham tak, żeby nic nie wiedział.
–
Pójdę z tobą – powiedział Hazel.
–
Nie. Jak pójdziemy we dwóch, może pomyśleć, że coś mamy na
widoku.
–
No, cholera, ale to przecież mój pomysł – złościł się Hazel.
–
Wiem – potwierdził Mack. – I jak przyjdzie co do czego, to powiem
Doktorowi, że to twój pomysł. Ale chyba pójdę sam.
–
Jaki on jest teraz? W dobrym humorze? – spytał Eddie.
–
Pewnie. W jak najlepszym.
Mack znalazł Doktora w dolnej części laboratorium. Doktor był ubrany
w długi gumowy fartuch i miał gumowe rękawiczki, które chroniły jego
palce przed formaliną. Wstrzykiwał kolorową substancję w żyły morskiego
psa. Mały młynek kręcił się bez przerwy, mieszając niebieską masę. Żółty
płyn był już w strzykawce ciśnieniowej. Delikatne ręce Doktora pracowały
precyzyjnie, wprowadzając igłę we właściwe miejsce i naciskając spust
sprężonego powietrza, które wstrzykiwało zabarwiony płyn do żył.
Spreparowane stworzenia układał na zgrabną kupkę. Miał jeszcze do nich
wrócić, by wpuścić niebieską farbę w tętnice. Psy morskie były dobrymi
okazami do sekcji.
–
Cześć, Doktorze! – zawołał Mack. – Zajęty pan bardzo?
–
Tak sobie – odparł Doktor. – Jak się ma suczka?
–
Doskonale. Zdechłaby, gdyby nie pan.
Przez chwilę Doktora ogarnęła fala podejrzliwości, ale natychmiast
opadła. Zazwyczaj pochlebstwo pobudzało go do ostrożności. Ale w głosie
Macka nie było nic poza wdzięcznością. Wiedział, jakie są uczucia Macka
do szczenięcia.
–
Co słychać w Pałacyku?
–
Pierwszorzędnie, Doktorze, pierwszorzędnie. Mamy dwa nowe
krzesła. Chciałbym, żeby nas pan kiedy odwiedził. Teraz jest tam całkiem
przyjemnie.
–
Przyjdę któregoś dnia. Eddie stale przynosi ten gąsiorek?
–
Pewnie. Tylko że już nie dolewa piwa i chyba teraz lepiej smakuje.
Mocniejsze.
–
I przedtem było mocne – stwierdził Doktor.
Mack czekał cierpliwie. Wcześniej czy później Doktor sam wpadnie na
to, co trzeba. Wtedy wszystko będzie wyglądało mniej podejrzanie. Mack
zawsze posługiwał się tą metodą.
–
Hazel dawno nie było. Nie chory czasem?
–
Nie – odpowiedział Mack i rozpoczął atak. – Hazel jest w porządku.
On i Hughie strasznie się poprztykali. Jakiś tydzień temu – zachichotał. – A
najśmieszniejsze jest to, że chodzi o sprawę, o której ani jeden, ani drugi
nie ma bladego pojęcia. Ja się nie wtrącałem, bo też nie mam pojęcia, ale
oni kłócili się ząb za ząb. Jeden drugiego mało nie zadusił.
–
A o co im chodziło? – zapytał Doktor.
–
A więc to jest tak, proszę pana – wyjaśniał Mack. – Hazel przez cały
czas kupuje takie karty i wyszukuje szczęśliwe dni, gwiazdy i tym podobne
rzeczy. A Hughie mówi, że to jest wszystko kupa bzdur. „Hughie – mówi
Hazel – jak wiesz, kiedy gość się urodził, możesz powiedzieć o nim
wszystko", Hughie zaś na to, że to tylko dyrdymałki do wyciągania forsy.
Jeśli chodzi o mnie, to się na tym nie znam. A pan co sądzi, Doktorze?
–
Jestem raczej po stronie Hughiego – rzeki Doktor. Zatrzymał młynek,
wymył bęben i napełnił go niebieską substancją.
–
Ostatniej nocy obaj bardzo się gorączkowali – ciągnął dalej Mack. –
Spytali mnie, kiedy się urodziłem, to ja im powiedziałem, że dwunastego
kwietnia, a Hazel zaraz poszedł i kupił jedną z tych kart i przeczytał
wszystko o mnie. Nie mogę powiedzieć, miejscami nawet się zgadzało. Ale
tam przeważnie były same dobre rzeczy, a człowiek chętnie wierzy w dobre
rzeczy o sobie. Było tam, że jestem dzielny i zdolny, i życzliwy dla
przyjaciół. Jednakowoż Hazel mówi, że to wszystko prawda. A kiedy są
pana urodziny, Doktorze?
Pod koniec długiej dyskusji tego rodzaju pytanie brzmiało jak
najbardziej naturalnie. Mucha nie siada. Należy jednak wspomnieć, że
Doktor znał Macka od bardzo długiego czasu. Gdyby go nie znał,
powiedziałby, że osiemnastego grudnia, kiedy rzeczywiście miał urodziny,
nie zaś dwudziestego siódmego października, kiedy ich nie miał.
–
Dwudziestego siódmego października – rzekł Doktor. – S pytaj Hazel,
co tam o mnie pisze.
–
Możliwe, że to wszystko dyrdymałki – powiedział Mack – ale Hazel
bierze to na serio. Powiem mu, to pana sprawdzi, Doktorze.
Kiedy Mack wyszedł, Doktor zastanawiał się, co oznaczały te manewry.
Bo wiedział, że to jakaś kombinacja. Znał technikę i metody Macka.
Rozpoznał jego styl. Zastanawiał się, do jakiego celu potrzebna była
Mackowi ta wiadomość. Dopiero później, gdy zaczęły się szerzyć różne
pogłoski, Doktor dodał dwa do dwóch. Tymczasem odczuwał pewną ulgę,
bowiem spodziewał się, że Mack będzie chciał wyciągnąć od niego trochę
forsy.
26
Dwaj mali chłopcy bawili się w warsztatach naprawy łodzi, aż jakiś kot
zjawił się na płocie. Natychmiast rozpoczęli polowanie, przepędzili kota za
tor, gdzie napchali kieszenie kamieniami z nasypu. Kot im uciekł między
wysokimi łodygami chwastów, ale zachowali kamienie, ponieważ
rozmiarami, wagą i kształtem nadawały się doskonale do rzucania.
Człowiek nigdy nie może wiedzieć, kiedy tego rodzaju kamień przyda się
znowu. Skręcili w Nadbrzeżną i brzęknęli kamieniem w blaszany front
Wytwórni Konserw Mordena. Zdenerwowany mężczyzna wyjrzał przez
okno biura, a następnie wyskoczył z budynku, ale chłopcy byli szybsi.
Leżeli za drewnianą belką na placu, zanim zdążył podejść do drzwi. Nie
znalazłby ich nawet za sto lat.
–
Mógłby nas szukać przez całe życie i figę by znalazł – powiedział
Joey.
Znudzili się szybko swoją kryjówką, gdy nikt ich już nie szukał. Wyszli
i powlekli się ulicą Nadbrzeżną. Długo patrzyli w okno wystawowe Lee
Chonga, podziwiając cążki, kapsle, piłki ogrodnicze i banany. Przeszli
przez ulicę i usiedli na najniższym stopniu schodów, które prowadziły na
parter laboratorium.
–
Wiesz, że ten facet ma dzieciaki w butelkach? – zapytał Joey.
–
Jakie dzieciaki? – spytał Willard.
–
Regularne dzieciaki, tylko takie, co się jeszcze nie urodziły.
–
Nie wierzę.
–
Ale to prawda. Sprague je widział i mówił, że nie są większe jak palec
i mają małe rączki i nóżki, i oczy.
–
A włosy? – chciał wiedzieć Willard.
–
Sprague nic nie mówił o włosach.
–
Trzeba go było spytać. On jest łgarz.
–
Żeby on to usłyszał, toby ci dał.
–
Możesz mu powtórzyć. Ja się go nie boję ani ciebie. Nikogo się nie
boję. Chcesz się bić?
Joey nie odpowiedział.
–
No, chcesz się bić?
–
Nie – odparł Joey. – Myślałem, że moglibyśmy iść na górę i spytać,
czy ten facet ma dzieciaki w butelkach. Może by nam pokazał, to znaczy,
jak je rzeczywiście ma.
–
Nie ma go w domu – powiedział Willard. – Jak jest w domu, to jego
samochód tu stoi. Gdzieś pojechał. Uważam, że to musi być łgarstwo.
Sprague jest łgarz. Ty też jesteś łgarz. Chcesz się bić?
Dzień był bardzo nudny. Willard musiał pracować ciężko, żeby
wymyślić jakąś rozrywkę.
–
Do tego jesteś tchórz. Chcesz się bić?
Joey nie odpowiedział. Willard zmienił taktykę.
–
Gdzie jest teraz twój stary? – spytał swobodnym tonem.
–
Umarł – odpowiedział Joey.
–
Och, tak? Nie wiedziałem. Na co umarł?
Przez chwilę Joey milczał. Był pewny, że Willard wie, ale nie mógł mu
zarzucić kłamstwa, bo się go bał.
–
Popełnił... zabił się sam.
–
Tak? – twarz Willarda wydłużyła się. – A w jaki sposób?
–
Zjadł truciznę na szczury.
–
Co on? Myślał, że jest szczurem? – Głos Willarda drżał teraz od
śmiechu.
Joey zachichotał troszkę z tego żartu, tyle ile trzeba dla przyzwoitości.
–
Musiał pomyśleć, że jest szczurem – krzyczał Willard. – Czy on latał
na czworakach w ten sposób – patrz Joey – o w ten sposób? Czy marszczył
nos, o tak? Czy miał taki długi, długi ogon? – Willard pękał ze śmiechu. –
Dlaczego nie poszedł do pułapki na szczury i nie wsadził w nią głowy?
Obaj śmieli się z tego żartu. Rzeczywiście, Willardowi się udało. Potem
spróbował czegoś innego:
–
Jak on wyglądał, kiedy to zjadł? W ten sposób? – Zrobił zeza, otworzył
usta i wywiesił język.
–
Chorował przez cały dzień – powiedział Joey.
–
Umarł dopiero o
północy. Bolało go.
–
Dlaczego on to zrobił? – spytał Willard.
–
Nie mógł dostać pracy – wyjaśniał Joey. – Prawie przez cały rok nie
mógł dostać pracy. A chcesz usłyszeć kawał? Następnego dnia przyszedł
jeden facet i chciał mu dać pracę.
–
Chyba pomyślał, że jest szczurem – powiedział Willard, ale
powtórzony żart nie zrobił wrażenia nawet na nim samym.
Joey wstał i wsadził ręce do kieszeni. Zobaczył miedziaka połyskującego
w rynsztoku i poszedł w tamtym kierunku, ale w chwili gdy miał podnieść
monetę, Willard odepchnął go i zabrał ją sam.
–
Ja to pierwszy zobaczyłem! – krzyknął Joey. – To moje!
–
Chcesz się bić? – powiedział Willard. – Idź, zjedz truciznę na szczury.
27
Mack i chłopaki – Cnoty, Wdzięki i Gracje. Siedzieli w Pałacyku i byli
kamieniem rzuconym do stawu, impulsem, który wysyłał fale na całą
Nadbrzeżną i dalej – do Pacific Grove, do Monterey, a nawet za wzgórze
Carmel.
–
Tym razem – mówił Mack – musimy mieć pewność, że on będzie na
przyjęciu. Nic nie urządzamy, gdyby go nie było.
–
A gdzie to teraz urządzimy? – spytał Jones.
Mack przysunął krzesło do ściany i założył stopy za jego przednie nogi.
–
Nad tym dużo się zastanawiałem – powiedział.
–
Oczywiście,
moglibyśmy urządzić to u nas, ale trudno byłoby wtedy o niespodziankę. A
Doktor lubi swoje mieszkanie. Ma tam muzykę. – Mack potoczył wkoło
posępnym wzrokiem.
–
Nie wiem, kto popsuł jego gramofon ostatnim
razem. Ale jeśli ktoś teraz dotknie tam choćby palcem, to duszę z niego
wytrzęsę.
–
Chyba będziemy musieli urządzić wszystko w jego mieszkaniu –
mówił Hughie.
Nikt ludziom nie mówił o przyjęciu – świadomość przyjęcia narastała
w nich stopniowo. Nikogo nie zapraszano. Ale każdy się wybierał.
Dwudziesty siódmy października był obwiedziony czerwonym kółkiem
w umysłach wielu osób. A ponieważ miało to być przyjęcie urodzinowe,
trzeba było zastanowić się nad prezentami.
Weźcie dziewczyny u Dory. Każda z nich przy tej czy innej okazji
chodziła do laboratorium po radę, lekarstwo czy po prostu na niezawodową
pogawędkę. I widziały łóżko Doktora. Było przykryte starym, spłowiałym,
czerwonym kocem, postrzępionym i pełnym piasku, bowiem Doktor brał
ten koc na swoje wyprawy. Kiedy napływały pieniądze, kupował
urządzenia do laboratorium. Nigdy nie przyszło mu do głowy kupić sobie
nowego koca. Dziewczyny robiły dla niego pikowaną kołdrę, piękną kołdrę
z jedwabiu. A ponieważ większa część jedwabiu pochodziła z bielizny
i wieczorowych sukien, kołdra pyszniła się pasami koloru różowego,
orchidei, jasnożółtego i woskowego. Pracowały nad nią późnym rankiem
i po południu, gdy chłopcy z floty rybackiej jeszcze nie przybyli. Wobec
tego społecznego wysiłku wszelkiego rodzaju starcia i złe nastroje,
nieodłączne od burdelu, całkowicie zniknęły.
Lee Chong wyciągnął i obejrzał dokładnie dwudziestopięciostopowy
sznur fajerwerków i wielką torbę cebulek chińskiej lilii. Według niego, były
to najpiękniejsze prezenty, jakie sobie można wymarzyć na urodziny.
Sam Malloy miał od dawna własny pogląd na antyki. Wiedział, że stare
meble, szkło i porcelana, które nie były wartościowe w swoim czasie,
z upływem lat mogą stać się pożądane i cenne, niezależnie od ich piękności
i użyteczności. Słyszał o pewnym krześle, za które zapłacono pięćset
dolarów. Malloy zbierał części historycznych samochodów i wyznawał
przekonanie, że pewnego dnia jego kolekcja uczyni go bardzo bogatym
człowiekiem i spocznie na czarnym aksamicie w najlepszych muzeach.
Długo rozmyślał o urodzinach, a następnie dokonał przeglądu swych
skarbów, które trzymał w wielkiej zamkniętej na kłódkę skrzyni za kotłem.
Zdecydował się ofiarować Doktorowi jeden ze swych najpiękniejszych
eksponatów – korbowód i tłok od chalmersa, model 1916. Tarł i polerował
swoje cacko, aż wreszcie błyszczało jak część starej zbroi. Zrobił na nie
specjalne pudełko, które okleił czarną tkaniną.
Mack i chłopaki dokładnie przemyśleli cały problem i doszli do
wniosku, że Doktor zawsze potrzebuje kotów, a ma pewne trudności w ich
zdobywaniu. Mack sporządził podwójną klatkę. Wypożyczyli kotkę
w interesującym stanie i ustawili pułapkę pod cyprysem na pustym placu.
W rogu Pałacyku wybudowali klatkę z drutu i ich kolekcja gniewnych
kocurów zwiększała się co noc. Jones dwa razy dziennie musiał chodzić do
wytwórni konserw po rybie łebki na pokarm dla więźniów. Mack uważał,
i słusznie, że dwadzieścia pięć kotów będzie najpiękniejszym prezentem dla
Doktora.
–
Żadnych dekoracji tym razem – mówił Mack.
–
Tylko normalne,
solidne przyjęcie i mnóstwo picia.
Gay usłyszał o przyjęciu w więzieniu Salinas. Zawarł umowę
z szeryfem, że dostanie przepustkę na tę noc, i pożyczył od niego dwa
dolary na powrotny bilet autobusowy. Gay był bardzo uprzejmy dla szeryfa,
który nie był człowiekiem niepotrafiącym się odwdzięczyć, zwłaszcza że
zbliżały się wybory, a Gay mógł, a przynajmniej mówił, że może,
dostarczyć kilku głosów. Poza tym Gay mógł wyrobić złą opinię więzieniu
w Salinas, gdyby miał ochotę.
Henri zdecydował się niespodziewanie na staromodną poduszkę
zdobioną szpilkami. Sztuka tego typu osiągnęła pełnię rozkwitu w latach
dziewięćdziesiątych, a potem została zarzucona. On ją wskrzesił
i zachwycał się tym, co można osiągnąć za pomocą kolorowych szpilek.
Obraz nigdy nie był ukończony – zawsze można go było zmienić, wbijając
w innym porządku szpilki. Przygotowywał kilka takich poduszek na swoją
jednoosobową wystawę, gdy usłyszał o przyjęciu, i natychmiast porzucił
własne poduszki, i zaczął robić ogromną poduchę dla Doktora. Miała
zawikłany i wyzywający wzór z zielonych, żółtych i niebieskich szpilek
z przewagą chłodnych barw i nosiła tytuł „Wspomnienie prekambryjskie".
Przyjaciel Henriego, Eric, utalentowany fryzjer, kolekcjoner pierwszych
wydań autorów, którzy nigdy nie mieli drugiego wydania, zdecydował, że
podaruje Doktorowi maszynę do treningu wioślarskiego. Zyskał ją po
bankructwie pewnego klienta, który nie płacił rachunków za strzyżenie
i golenie w ciągu trzech lat. Maszyna do treningu wioślarskiego była
w doskonałym stanie. Nikt na niej wiele nie wiosłował. Któż miałby
używać maszyny do treningu wioślarskiego?
Spisek się rozszerzał, trwały nie kończące się wzajemne odwiedziny,
dyskusje o prezentach, o napitkach, o tym, o której godzinie się wszystko
zacznie, i że nikt nic nie może powiedzieć Doktorowi.
Doktor nic nie rozumiał, gdy po raz pierwszy zauważył, że coś się koło
niego dzieje. Gdy wchodził do sklepu Lee Chonga, rozmowy urywały się.
Najpierw zdawało mu się, że ludzie odnoszą się do niego chłodno. Kiedy
wreszcie z pół tuzina osób spytało go, co zamierza robić dwudziestego
siódmego października, był tym bardzo zaintrygowany, ponieważ
zapomniał, że podał ten dzień jako datę swoich urodzin. Wtedy
zainteresował go horoskop fałszywej daty urodzenia, ale Mack nigdy o tym
więcej nie mówił, tak że Doktor o wszystkim zapomniał.
Pewnego dnia wpadł do restauracji przy szosie, ponieważ mieli tam
piwo z beczki, jakie lubił, i trzymali je we właściwej temperaturze.
Wychylił pierwszą szklankę i miał zamiar pocieszyć się następną, gdy
usłyszał, że jakiś pijany mówi do barmana:
–
Pan idzie na przyjęcie?
–
Jakie przyjęcie?
–
No – powiedział pijak tajemniczym tonem – pan zna przecież tego
Doktora z Nadbrzeżnej.
Barman spojrzał po sali, a potem opuścił oczy.
–
Tak – mówił pijany.
–
Urządzają mu przyjęcie jak cholera na jego
urodziny.
–
Kto?
–
Wszyscy.
Doktor zastanowił się. W ogóle nie znał tego człowieka.
Jego reakcja na wiadomość była złożona. Czuł wielkie ciepło, że chcą
mu urządzić przyjęcie, i jednocześnie burzył się wewnętrznie, gdy
wspominał ostatnie przyjęcie.
Teraz wszystko się łączyło – pytanie Macka i chwile milczenia, gdy
wchodził do Lee Chonga. Długo o tym rozmyślał, siedząc w nocy przy
swoim biurku. Rozglądał się po mieszkaniu, rozważając, które przedmioty
należy pochować i zamknąć na klucz. Wiedział, że to przyjęcie będzie go
drogo kosztowało.
Następnego dnia zaczął robić przygotowania. Najlepsze płyty wyniósł
do tylnego pokoju, gdzie je można było zamknąć na klucz. Wynosił tam
również wszystkie kruche przyrządy laboratoryjne. Wiedział, jak to będzie
–
jego goście przyjdą głodni, a nie przyniosą nic do jedzenia. Będą się
pokrzepiać alkoholem, jak zwykle. Trochę niechętnie poszedł na bazar,
gdzie znał pewnego doskonałego i rozsądnego rzeźnika. Obaj zastanowili
się nad mięsem. Doktor zamówił piętnaście funtów kotletów, dziesięć
funtów pomidorów, dwanaście główek sałaty, sześć bochenków chleba,
wielki słój masła kokosowego i drugi – malinowego dżemu, pięć galonów
wina i cztery kwarty dobrej, mocnej, ale nie luksusowej whisky. Wiedział,
że będzie miał kłopoty z bankiem na pierwszego. Myślał, że jeszcze trzy
albo cztery takie przyjęcia i straci całe laboratorium.
W tym czasie planowanie na Nadbrzeżnej osiągało crescendo. Doktor
miał rację – nikt nie myślał o jedzeniu, gromadzono tylko pinty i kwarty.
Wzrastał zbiór prezentów, a lista gości, gdyby ją ułożono, przypominałaby
raczej powszechny spis ludności. Pod Niedźwiedzią Flagą toczyły się bez
przerwy dyskusje na temat strojów. Ponieważ dziewczęta nie szły do
Doktora w charakterze urzędowym, nie chciały się więc ubierać w długie
wieczorowe suknie, które stanowiły ich mundury. Zdecydowały się na
sukienki wyjściowe. Cała wizyta nie była tak prosta, jak by się wydawało.
Dora nastawała, by zostawić na miejscu część załogi dla obsługi
regularnych gości. Należało podzielić ją na dwie zmiany i część musiała
zostać, póki jej nie zastąpi druga zmiana dziewcząt. Miały pracować za te,
które pierwsze pójdą na przyjęcie. Te pierwsze miały zobaczyć twarz
Doktora, gdy dostanie piękną jedwabną kołdrę. Trzymały ją na ramie
w jadalni i była już prawie gotowa. Pani Malloy szydełkowała sześć
serwetek pod szklanki dla Doktora. Pierwotne podniecenie minęło już na
Nadbrzeżnej, a jego miejsce zajęła śmiertelna powaga. W klatce
w Pałacyku siedziało już piętnaście kotów, a ich wrzaski w nocy nieco
denerwowały Darling.
28
Wcześniej czy później Frankie musiał się dowiedzieć o przyjęciu. Snuł
się bowiem wokoło jak mała chmurka. Gdziekolwiek zebrała się grupka
ludzi, Frankie zawsze był w pobliżu. Nikt go nie spostrzegał ani nie zwracał
na niego uwagi. Nikt nie wiedział, czy Frankie słucha, czy nie. Ale Frankie
usłyszał o przyjęciu i o prezentach i uczucie zaczęło wzbierać w jego piersi,
uczucie chorobliwego pożądania.
W oknie zakładu jubilerskiego Jacobsa znajdowała się najpiękniejsza
rzecz w świecie. Stała tam od dawna. Był to zegar z czarnego onyksu ze
złotym cyferblatem, a na jego wierzchu umieszczono prawdziwe cudo.
Znajdowała się tam grupa z brązu – święty Jerzy zabijający smoka. Smok
leżał na plecach wyciągając pazury, a w jego piersi tkwiła włócznia
świętego Jerzego. Święty był w pełnej zbroi z podniesioną przyłbicą
i jechał na tłustym koniu o wielkim zadzie. Włócznią przyszpilał smoka do
ziemi. Ale najcudowniejsze było to, że święty nosił bródkę w szpic i trochę
był podobny do Doktora.
Frankie przychodził po kilka razy w tygodniu na ulicę Alvarado, by
postać przy wystawie i popatrzeć na to cudo. Śnił o nim również, śnił o
tym, jak palcami dotyka bogatego, gładkiego brązu. Rozmyślał o zegarze
od wielu miesięcy, gdy nagle usłyszał o przyjęciu i o prezentach.
Frankie stał na chodniku przez godzinę, zanim wszedł do środka.
–
No? – spytał pan Jacobs. Przeprowadził szybką wizualną taksację
Frankiego, gdy ten wchodził do sklepu, i wiedział, że nie stać go nawet na
siedemdziesiąt pięć centów.
–
Ile to kosztuje? – spytał Frankie nieśmiało.
–
Co?
–
To.
–
Chodzi ci o zegar? Pięćdziesiąt dolarów. Razem z grupą
siedemdziesiąt pięć dolarów.
Frankie wyszedł bez słowa. Poszedł na plażę, wpełznął pod leżącą do
góry dnem łódź i patrzył na malutkie fale. Brązowe cudo wbiło się tak
mocno w jego głowę, że zdawało mu się, iż stoi tuż przed nim. Ogarnęło go
uczucie jakiegoś niepokoju. Musi to zdobyć. Oczy jego stały się dzikie, gdy
o tym myślał.
Siedział pod łodzią przez cały dzień, a w nocy wylazł i wrócił na ulicę
Alvarado. Podczas gdy ludzie szli do kina, wychodzili stamtąd i szli do
Golden Poppy, spacerował po chodniku. I wcale się nie zmęczył ani nie
chciało mu się spać, piękno paliło go bowiem jak ogień.
Wreszcie ludzi było coraz mniej, stopniowo znikali z ulic, parkujące
samochody poodjeżdżały i miasto zabierało się do snu.
Policjant podszedł do Frankiego.
–
Co ty tu robisz? – spytał.
Frankie wziął nogi za pas, uciekł za róg i skrył się za beczką stojącą
w zaułku. O drugiej trzydzieści podkradł się do drzwi Jacobsa i nacisnął
klamkę. Drzwi były zamknięte. Frankie wrócił za beczkę w zaułku i myślał.
Koło beczki znalazł kawałek cegły i podniósł go.
Policjant meldował, że usłyszał brzęk i przybiegł na miejsce. Okno
wystawowe Jacobsa było wybite. Zobaczył chłopca, który szybko się
oddalał. Zaczął go ścigać. Nie rozumie, jak chłopak mógł biec tak daleko
i tak szybko, niosąc ciężar wagi pięćdziesięciu funtów, ale o mało nie
uciekł. Gdyby nie wpadł w ślepy zaułek, na pewno by mu się to udało.
Komendant zatelefonował rano do Doktora.
–
Mógłby pan do nas wpaść? Chciałem z panem pogadać.
Przyprowadzili Frankiego. Był bardzo umorusany. Oczy miał czerwone,
ale zaciskał usta, a nawet trochę uśmiechnął się na powitanie, gdy zobaczył
Doktora.
–
Co się stało, Frankie? – spytał Doktor.
–
Włamał się do Jacobsa dziś w nocy – rzekł komendant. – Ukradł coś.
Skomunikowaliśmy się z jego matką. Mówi, że to nie jej wina, bo on
przesiaduje przez cały czas u pana.
–
Frankie... nie powinieneś był tego zrobić – powiedział Doktor. Ciężki
kamień przytłaczał mu serce.
–
Nie moglibyście go zwolnić za moim
poręczeniem?
–
Wątpię, czy się sędzia na to zgodzi – powiedział komendant.
–
Otrzymaliśmy wyniki badań psychiatrycznych. Wie pan, co z nim jest?
–
Tak. Wiem – powiedział Doktor.
–
I wie pan, co się może stać, gdy on będzie starszy?
–
Wiem – potwierdził Doktor, a kamień przytłaczał jego serce
straszliwym ciężarem.
–
Lekarz uważa, że najlepiej będzie oddać go do zakładu. Przedtem nie
mieliśmy podstaw, ale teraz popełnił przestępstwo. Chyba tak będzie
najlepiej.
Frankie słuchał i radość zamarła w jego oczach.
–
Co on zabrał? – spytał Doktor.
–
Wielki zegar z brązową statuą.
–
Zapłacę za to.
–
Och, odebraliśmy mu. Wątpię, czy sędzia będzie chciał nawet słyszeć
o zwolnieniu. W każdej chwili może się powtórzyć coś podobnego. Wie
pan przecież.
–
Tak – powiedział Doktor miękko.
–
Wiem. Ale może miał jakiś
powód. Frankie, dlaczego to zrobiłeś?
Frankie długo patrzył na Doktora.
–
Ja pana kocham – powiedział.
Doktor uciekł, skoczył do samochodu i pojechał na połów do grot
w okolicy Pt. Lobos.
29
O godzinie czwartej po południu, dwudziestego siódmego października,
Doktor skończył butelkowanie meduz. Wymył naczynie po formalinie,
oczyścił narzędzia, posypał proszkiem i ściągnął gumowe rękawiczki.
Poszedł na górę, nakarmił szczury i wyniósł niektóre ze swoich najlepszych
płyt i mikroskopy do tylnego pokoju. Potem zamknął go na klucz. Niekiedy
zdarza się, że podgazowany gość chce się bawić z grzechotnikami. Robiąc
staranne przygotowania, przewidując możliwości, Doktor miał nadzieję
uczynić przyjęcie jak najmniej niebezpiecznym, nie czyniąc go
jednocześnie nudnym.
Nastawił dzbanek z kawą, puścił Wielką fugę na gramofonie i wziął
natrysk. Robił to bardzo szybko, bo już był ubrany w czyste ubranie i pił
filiżankę kawy, zanim muzyka się skończyła.
Spojrzał przez okno na plac i w stronę Pałacyku, ale nikt się tam nie
ruszał. Doktor nie wiedział, kto i ile osób złoży mu wizytę. Ale wiedział, że
jest pod obserwacją. Miał to uczucie przez cały dzień. Nie to, żeby kogoś
widział, ale czuł, że wciąż ktoś ma go na oku. A więc to niespodzianka.
Dobrze, może mieć niespodziankę. Będzie postępował tak, jakby się
niczego nie spodziewał. Poszedł do Lee Chonga i kupił dwie kwarty piwa.
Wydawało mu się, że w twarzach państwa Lee widzi tłumione orientalne
podniecenie. A więc oni również przyjdą. Doktor wrócił do laboratorium
i nalał szklankę piwa. Pierwszą wypił tylko z pragnienia, a drugą dla
smaku. Plac i ulica nadal były puste.
Mack i chłopaki siedzieli w Pałacyku, zamknąwszy drzwi. Przez całe
popołudnie w piecu aż dudniło, grzała się bowiem woda na kąpiel. Nawet
Darling została wykąpana, a na szyi zawiązano jej czerwoną wstążkę.
–
Jak myślicie? O której mamy tam iść? – spytał Hazel.
–
Chyba nie wcześniej niż o ósmej – powiedział Mack. – Ale nie widzę
w tym nic złego, gdybyśmy wypili po jednym malutkim, żeby się trochę
rozkręcić.
–
A może by tak trochę rozkręcić Doktora? – zaproponował Hughie. –
Może mu zaniosę butelkę jakby nigdy nic?
–
Nie – zaprotestował Mack. – Doktor właśnie poszedł do Lee Chonga
po piwo.
–
Myślisz, że czegoś się spodziewa? – zapytał Jones.
–
Skądby wiedział?! – oburzył się Mack.
W rogu klatki dwa koty zaczęły bójkę, a cała klatka zareagowała na to
mrauczeniem i zjeżonymi grzbietami. Było w niej tylko dwadzieścia jeden
kotów. Więcej nie udało się złapać.
–
Zastanawiam się, jak my dostarczymy te koty? – zaczął Hazel. – Ta
klatka nie przejdzie przez drzwi.
–
Wcale nie zaniesiemy – wyjaśnił Mack.
–
Pamiętajcie, jak to było
z żabami. Nie, powiemy tylko Doktorowi, że koty są. Może przyjść do nas
i sam je odebrać. –Wstał i otworzył jeden z gąsiorków Eddiego. – Musimy
się trochę rozkręcić – oświadczył.
O piątej trzydzieści stary Chińczyk przeczłapał koło Pałacyku. Przeszedł
przez plac, ulicę i zniknął między Zachodnim Laboratorium Biologicznym
i Hediondo.
Pod Niedźwiedzią Flagą dziewczyny przygotowywały się. Wystawiono
posterunek zmieniany co godzina. Ciągnęły słomki, która z nich zajmie
punkt obserwacyjny.
Dora była wspaniała. Miała obrączkę na palcu i wielką diamentową
broszę na piersi oraz suknię z białego jedwabiu w czarny wzór.
W pokoikach sypialnych odbywała się odwrotność zwykłej procedury.
Dziewczyny, które miały zostać, ubrały się w długie wieczorowe suknie,
a te, które wychodziły, miały krótkie sukienki i wyglądały bardzo pięknie.
Kołdra ukończona i złożona leżała w wielkim tekturowym pudle w barze.
Wykidajło boczył się nieco, ponieważ zdecydowano, że nie może iść na
przyjęcie. Ktoś musiał pilnować interesu. Wbrew zakazom, każda
z dziewczyn miała ukrytą ćwiartkę i czekała tylko na sygnał, by wzmocnić
się nieco przed uroczystością.
Dora popłynęła majestatycznie do swego gabinetu i zamknęła drzwi.
Otworzyła górną szufladę, wyjęła butelkę i szklaneczkę i nalała sobie łyk.
Butelka szczęknęła lekko o szklaneczkę. Dziewczyna, podsłuchująca pod
drzwiami, usłyszała szczęk i podała wiadomość dalej. Dora od tej chwili nie
mogła już poczuć zapachu alkoholu. Dziewczyny pobiegły do swoich
pokoików i powyciągały swoje ćwiartki. Zmierzch zapadł nad Nadbrzeżną,
szara godzina między światłem dnia a światłem latarni. Phyllis Mae
wyglądała zza firanki we frontowym salonie.
–
Widzisz go? – spytała Doris.
–
Tak. Zapalił światło. Siedzi, tak jakby czytał. Jezu, ile ten człowiek
czyta! Zrujnuje sobie oczy. W ręku ma szklankę z piwem.
–
Dobrze – powiedziała Doris. – Sądzę, że my też mogłybyśmy się napić
kropelkę.
Phyllis Mae utykała jeszcze trochę, ale po tak długiej przerwie była jak
nowa w zakładzie. Mówiła, że może się wziąć za radnych miejskich.
–
Jakie to śmieszne – rzekła. – Siedzi tam i nie wie, co będzie.
–
Nigdy do nas nie przychodzi – powiedziała Doris trochę smutno.
–
Dużo facetów nie chce płacić – rzekła Phyllis Mae.
–
Kosztuje ich więcej, ale zdaje im się, że to inaczej.
–
Może, u diabła, on je lubi.
–
Lubi kogo?
–
No, te dziewczyny, które do niego przychodzą.
–
Och, tak... może i lubi. Ja tam chodziłam. Nigdy nawet nie spróbował.
–
Pewnie, że nie – rzekła Doris. – Ale to nie znaczy, że jakbyś tu nie
pracowała, toby cię tak łatwo wypuścił.
–
Myślisz, że nie podoba mu się nasz zawód?
–
Nie, o tym w ogóle nie myślałam. Prawdopodobnie on sobie wyobraża,
że dziewczyna, która tu pracuje, zachowuje się inaczej.
Znowu wypiły po jednym.
W swoim gabinecie Dora nalała sobie jeszcze raz, wychyliła szklaneczkę
i znów zamknęła szufladę. Poprawiła swoje wspaniałe włosy przed lustrem,
spojrzała uważnie na połyskujące czerwone paznokcie i wyszła do baru.
Alfred wykidajło siedział rozżalony. Nic nie mówił ani nie miał kwaśnej
miny, ale wyraźnie unikał wzroku Dory. Dora spojrzała na niego chłodno.
–
Zdaje mi się, że masz muchy w nosie, co?
–
Nie – odrzekł Alfred. – Można by powiedzieć, że wszystko odbywa się
jak zwykle.
To bardzo dotknęło Dorę.
–
Jak zwykle? Pan ma posadę, panie szanowny. Chce pan ją utrzymać
czy nie?
–
Wszystko jest jak zwykle – odparł Alfred lodowato. – Ja nie narzekam.
–
Oparł łokcie na barze i studiował swoją twarz w lustrze. – Idźcie i bawcie
się – dodał. – B ędę wszystkiego pilnował. Nie potrzebujecie się martwić.
Jego cierpienie zmiękczyło Dorę.
–
Słuchaj – powiedziała.
–
Nie chciałabym zostawić zakładu bez
mężczyzny. Jakiś łobuz może rozrabiać, a córuchny nie dadzą sobie z nim
rady. Ale trochę później będziesz mógł wpaść i mieć stamtąd oko na zakład.
Może tak da się załatwić. Będziesz widział, gdyby się coś stało.
–
Dobra – rzekł Alfred. – Chętnie przyjdę. – Pozwolenie ucieszyło go. –
Później wpadnę na minutkę albo dwie. Strasznie się uchlali wczoraj w nocy.
I nie wiem, Dora... od tego czasu, jak uszkodziłem tamtego faceta, jakbym
stracił nerwy. Jeszcze któregoś dnia wyślę kogo do parku sztywnych
i wsadzą mnie do kicia.
–
Potrzebujesz odpoczynku – zawyrokowała Dora.
–
Możliwe, że
wezmę Macka na zastępstwo, a ty dostaniesz ze dwa tygodnie urlopu.
Dora była nadzwyczajną madamą. Naprawdę.
Tymczasem w laboratorium Doktor wypił troszkę whisky po piwie. Czuł
się nieco roztkliwiony. Wydawało mu się to piękne, że chcą dla niego
urządzić przyjęcie. Puścił Pawanę na śmierć infantki i poczuł, że ogarnął go
sentymentalny i nieco smutny nastrój. I wskutek tego nastroju wziął się do
Dafnis i Chloe. Był tu pasaż, który przypominał mu coś jeszcze. Ateńczycy,
którzy obserwowali bitwę pod Maratonem, mówili, że widać było wielką
ścianę kurzu przesuwającego się przez równinę, że słyszeli szczęk broni, a
potem rozległa się pieśń eleuzyńska. I właśnie muzyka przypominała mu
ten obraz.
Gdy płyta się skończyła, znowu pociągnął whisky i zastanawiał się nad
Koncertami Brandenburskimi. To wyrwałoby go ze słodkiego, ckliwego
nastroju. Ale dlaczego nie może trwać w słodkim i ckliwym nastroju? Ten
nastrój był raczej przyjemny.
–
Mogę grać, co mi się podoba – powiedział głośno.
–
Mogę zagrać
Clair de lune czy też Dziewczynę o włosach jak len. Jestem wolnym
człowiekiem.
–
Znowu nalał i wypił whisky. I poszedł na kompromis,
puszczając Sonatę księżycową. Widział, jak mruga neon La Ida. A później
zapaliła się latarnia przed Dorą.
Szwadron ogromnych brązowych chrabąszczy runął na światło, po czym
chrabąszcze pospadały na ziemię i poruszały się niemrawo, macając
czułkami. Jakaś kotka spacerowała samotnie rynsztokiem, szukając
przygód. Zastanawiała się, co się stało z tymi wszystkimi samcami, dzięki
którym życie było interesujące, a noce – upojne.
Pan Malloy wydostał się na czworakach z kotła, by sprawdzić, czy ktoś
już poszedł na przyjęcie. W Pałacyku chłopaki kręcili się niespokojnie,
wbijając oczy w czarne wskazówki budzika.
30
Naturę przyjęć badano dotychczas bardzo powierzchownie. Na ogół
jednak rozumie się, że przyjęcia mogą cierpieć na schorzenia patologiczne,
że przyjęcie jest do pewnego stopnia żywą istotą, niekiedy nawet bardzo
przewrotną. I na ogół wiadomo, że przyjęcie prawie nigdy nie przebiega
tak, jak organizatorzy planowali i przewidywali. Z wyjątkiem oczywiście
tych odrażających, niewolniczych przyjęć, tresowanych, kontrolowanych
i nadzorowanych przez despotyczne panie domu. To nie są przyjęcia, lecz
akty i demonstracje, tak spontaniczne jak ruchy robaczkowe jelit i tak
interesujące jak ich końcowy produkt.
Prawdopodobnie każdy z mieszkańców Nadbrzeżnej projektował sobie
w wyobraźni, jak przyjęcie będzie wyglądało – okrzyki powitania,
życzenia, gwar i radosny nastrój. A w ogóle w ten sposób się to nie zaczęło.
Punktualnie o ósmej Mack i chłopaki, wyczesani i czyści, porwali za
gąsiorki, pomaszerowali przez mostek nad torem kolejowym, przez plac
i ulicę i wspięli się na schody Zachodniego Biologicznego. Wszyscy czuli
tremę. Doktor otworzył drzwi, a Mack wygłosił małe przemówienie:
–
Ponieważ dziś są poniekąd urodziny pana Doktora, ja i chłopaki
pomyśleliśmy sobie, że złożymy panu życzenia wszystkiego najlepszego,
i złapaliśmy dwadzieścia jeden kotów jako prezent dla pana Doktora.
Urwał, a oni stali zakłopotani na schodach.
–
Wejdźcie – powiedział Doktor. – No... jestem zaskoczony. Nawet nie
przypuszczałem, że wiecie, iż dziś są moje urodziny.
–
Same samce – odezwał się Hazel. – Nie przynieśliśmy ich ze sobą.
Usiedli uroczyście w pokoju po lewej stronie. Zapadła długa cisza.
–
No, jak już tu jesteście – powiedział Doktor – to może się czegoś
napijemy?
–
Przynieśliśmy trochę do picia – odezwał się Mack i wskazał na trzy
gąsiorki, które Eddie uzbierał.
–
Nie ma w nich piwa – powiedział Eddie.
–
Nie – rzekł Doktor, powstrzymując odruch obrzydzenia.
–
Wypada,
żebym ja postawił. Przypadkowo mam trochę whisky.
Jeszcze siedzieli sztywno i delikatnie sączyli whisky, gdy weszła Dora
z dziewczętami. Wręczyły Doktorowi kołdrę. Położył ją na swoim łóżku.
Była prześliczna. Zgodziły się na mały kieliszeczek. Z kolei zjawili się
państwo Malloy ze swymi prezentami.
–
Ludzie nie wiedzą, co tego rodzaju rzeczy będą jeszcze warte –
oświadczył Sam Malloy wyciągając tłok i korbowód chalmersa model
1916.
–
Prawdopodobnie nie ma nawet trzech egzemplarzy tego typu na
świecie.
Teraz ludzie nadciągali całym tłumem. Przybył Henri z olbrzymią
poduszką naszpikowaną szpilkami. Zamierzał wygłosić odczyt o swej
nowej formie sztuki, ale w tym czasie pierwsze lody zostały już
przełamane. Przybyli pan i pani Gay. Lee Chong wręczył Doktorowi wielki
sznur fajerwerków i cebulki chińskich lilii. Cebulki ktoś zjadł o godzinie
jedenastej, fajerwerki przetrwały nieco dłużej. Grupa mało znanych osób
przybyła z La Ida. Sztywność szybko się ulatniała. Dora siedziała na czymś
w rodzaju tronu, a jej pomarańczowe włosy płonęły. Szklaneczkę z whisky
trzymała delikatnie, odchylając mały palec. I miała oko na dziewczyny, czy
zachowują się przyzwoicie. Doktor puścił muzykę taneczną na gramofonie
i poszedł do kuchni smażyć kotlety.
Pierwsza bójka nie była groźna. Jeden z członków grupy, która przybyła
z La Ida, uczynił nieprzyzwoitą propozycję którejś z dziewcząt Dory. Ta
zaprotestowała, a Mack i chłopaki, rozgniewani na pogwałcenie zasad
dobrego tonu, wyrzucili gościa szybko i bez potłuczenia czegokolwiek.
Czuli się doskonale, gdyż w ten sposób zmazywali dawny swój grzech.
W kuchni Doktor smażył kotlety na trzech patelniach, pokroił pomidory
i chleb. Był w dobrym nastroju. Mack osobiście zajmował się gramofonem.
Znalazł komplet Benny Goodmana. Ruszono do tańca i zabawa zaczęła
przybierać na sile i rozmachu. Eddie wszedł do biura i wykonał trepaka.
Doktor wziął ze sobą do kuchni ćwiartkę i pokrzepiał się przy pracy. Czuł
się coraz lepiej. Wszyscy się zdziwili, gdy podał mięso. Nikt właściwie nie
był głodny, ale w mgnieniu oka wymieciono wszystko do czysta. Jedzenie
wprawiło zebranych w coś w rodzaju głębokiego trawiennego smutku.
Whisky się skończyła i Doktor wyciągnął wino.
Dora, już zdetronizowana, rzekła:
–
Doktorze, niech pan zagra coś z tej ładnej muzyki. Mam po uszy tego
mojego automatu w domu.
Wtedy Doktor puścił Ardo i Amor z kompletu Monteverdiego. A goście
siedzieli w milczeniu, zatapiając się w głębi swych dusz. Dora wchłaniała
piękno. Dwaj nowi przybysze weszli po cichu. Doktor czuł złoty, rozkoszny
smutek. Goście milczeli, gdy muzyka się skończyła. Doktor wziął książkę
i przeczytał jasnym, głębokim głosem:
Nawet teraz
Widzę ją w duszy – piękną o piersiach cytryny,
O twarzy jako gwiazdy nocy złote,
Krążące nad nią; jej ciało ogarnięte żarem,
Ranne płonącym miłości oszczepem;
Moją pierwszą ze wszystkich – ją widzę i wtedy
Chłód wiecznych śniegów moje serce ścina.
Nawet teraz,
Gdyby moja dziewczyna o oczach lotosu
Przyszła znów do mnie znużona brzemieniem
Młodej miłości, wziąłbym ją w ramiona
I z ust jej spijał znowu mocne wino
Jak mały pirat-pszczoła w lekkim locie
Miód słodki spija z nenufaru kwiatów.
Nawet teraz,
Gdybym ujrzał, jak leży, otwierając oczy,
W niemym pragnieniu, a jej blade ciało
Tak cierpi wskutek mego oddalenia,
Moja miłość stałaby się więzami kwiatów, a noc
–
czarnowłosą kochanką na dnia piersiach.
Nawet teraz
Moje oczy, co nic nie widzą więcej, wciąż malują
Twarz straconej dziewczyny. O, złote pierścienie
Dotykały policzków jak magnolii płatki,
Jak najbielszy pergamin, gdzie me wargi biedne
Pisały pocałunków wspaniałe oktawy,
Pisały, ale więcej już pisać nie będą.
Nawet teraz
W godzinę śmierci widzę drżenie jej zmęczonych powiek
Nad dzikimi oczyma i jej szczupłe ciało
Wiotkie radosnym rozkoszy znużeniem;
Czerwone kwiatki piersi były mi pociechą,
Wargi szkarłatne, które zwałem swymi,
Były natchnieniem mym i moją troską.
Nawet teraz
Plotą o jej słabości po wszystkich bazarach,
Jej, co tak silna była, gdy mnie miłowała.
Ludzie, co brzęczą srebrem, chociaż są rabami,
Marszczą tłuszcz wokół oczu; a jednak
Żaden Książę Miast Morza nie wziął jej do swego
Łoża strasznego. Mała samotnico,
Przylegałaś do mnie jak szata przylega, dziewczyno.
Nawet teraz
Kocham podłużne oczy, co pieszczą jak jedwab,
Stale smutne i stale śmiejące się oczy,
Których rzęsy rzucają we śnie cień tak słodki,
Że wygląda jak drugie cudne jej spojrzenie.
Kocham jej usta świeże, ach, pachnące usta,
Włosy faliste, jak dym delikatne,
Lekkie palce i uśmiech jak szmaragd błyszczący.
Nawet teraz
Pamiętam jeszcze twą odpowiedź cichą,
Byliśmy jedną duszą, twa ręka w mych włosach,
I wspomnienie płonące na twych wargach bliskich.
Widziałam, jak Rati kapłanki kochają,
A potem w wykładanej dywanami sali
Rzucają się niedbale gdziekolwiek do snu.1
Kiedy skończył, Phyllis Mae płakała, nie kryjąc się z tym wcale, a nawet
Dora coś tam poprawiała przy oczach. Hazel tak porwało brzmienie słów,
że wcale nie słuchał ich znaczenia. Ale małe słówko – smutek –
przeniknęło wszystkich. Każdy wspominał straconą miłość, jakiś dawny,
tajemny zew.
–
Jezu, ależ to ładne – powiedział Mack.
–
Przypomina mi pewną
panią...
–
Urwał. Napełnili szklanki winem i milczeli. Słodki smutek
rozsnuwał się nad zabawą. Eddie wyszedł do biura, wykonał krótkiego
trepaka, wrócił i usiadł znowu. Przyjęcie miało zamiar się skończyć i pójść
spać, gdy dał się słyszeć tupot nóg po schodach. Donośny głos zawołał:
–
Gdzie są dziewczynki?
Mack zerwał się prawie szczęśliwy i szybko skierował się ku drzwiom.
Uśmiech radości opromienił twarze Hughiego i Jonesa.
–
O jakie dziewczynki panu chodzi? – spytał Mack miękko.
–
Tu jest burdel? Szofer taksówki powiedział, że one są tutaj.
–
Pan się myli, panie szanowny – w głosie Macka dźwięczała radość.
–
A to za co panie?
Wtedy zaczęła się bitwa. Przybysze z załogi trawlera z San Pedro byli
twardymi, starymi weteranami bójek. Runęli jak burza na gości. Każda
z dziewczyn Dory zdjęła pantofel i trzymała go za czubek. W wirze walki
tłukły mężczyzn po głowach grotami obcasów. Dora skoczyła do kuchni
i wypadła z wielkim krzykiem, dzierżąc maszynkę do mięsa. Nawet Doktor
był szczęśliwy, wymachując jak cepem tłokiem i korbowodem chalmersa
model 1916.
Walka była zacięta. Hazel pośliznął się i dostał dwa kopniaki w twarz,
zanim zdążył się podnieść na nogi. Piec runął z trzaskiem. Przyciśnięci do
muru przybysze bronili się ciężkimi książkami z półek. Ale stopniowo
wypierano ich. Dwa frontowe okna pękły. Nagle Alfred, który usłyszał
awanturę i przybył z odsieczą, zaatakował napastników od tyłu swą
ulubioną bronią – kijem bilardowym. Walka wrzała na schodach, na ulicy
i placu. Frontowe drzwi znowu wisiały koślawo na jednym zawiasie.
Koszula Doktora była rozerwana, a z jego mocnego ramienia spływała
krew. Nieprzyjaciół wyparto już do połowy placu, gdy zawyła syrena.
Goście Doktora ledwie zdążyli wejść do laboratorium, naprawić drzwi
i zgasić światło, gdy nadjechał wóz policyjny. Gliny nic nie znalazły.
Goście zaś siedzieli w ciemności, chichocząc radośnie i pijąc wino.
Przybiegła nowa zmiana spod Niedźwiedziej Flagi. I wtedy zaczęła się
zabawa. Policjanci wrócili, zajrzeli do środka, pomlaskali językami
i przyłączyli się do towarzystwa. Mack i chłopaki pojechali wozem
policyjnym po wino do Jimmy'ego Brucii i Jimmy przyjechał razem z nimi.
Hałas słychać było na całej ulicy Nadbrzeżnej. Przyjęcie miało wszelkie
cechy rewolty i nocy barykad. Załoga trawlera wróciła pokornie
i przyłączyła się do towarzystwa. Jakaś kobieta, mieszkająca o pięć
przecznic dalej, zadzwoniła na policję, skarżąc się na hałas, ale nikt nie
podchodził do telefonu. Policjanci stwierdzili, że skradziono im samochód,
i znaleźli go później na plaży. Doktor siedział na stole, skrzyżowawszy
nogi, uśmiechał się i delikatnie pukał palcem w kolano. Mack i Phyllis Mae
prowadzili zapasy w stylu wolnoamerykańskim na podłodze. Chłodny
powiew morza wpadał przez wybite okna. Wtedy właśnie ktoś podpalił
sznur fajerwerków.
1 Wyjątki z poematu „Czarne nagietki" tłumaczone z sanskrytu na język angielski przez Edwarda
Powysa Mathersa.
31
Pięknie wyrośnięty kret kalifornijski zajął mieszkanie w gęstwinie ślazu
na pustym placu przy ulicy Nadbrzeżnej. Było to doskonałe miejsce.
Wysokie lubieżne ślazy rosły w górę splątane i gęste, a gdy dojrzały, ich
malutkie serki zwisały wyzywająco. Ziemia była jak wymarzona na
kretowisko – czarna i miękka, a jednak z pewną domieszką gliny, tak że się
nie osypywała, a korytarze w niej wydrążone nie zapadały się. Kret był
tłusty i zwinny i miał mnóstwo jedzenia w swych torebkach policzkowych.
Jego małe uszka były czyste i dobrze osadzone, a oczy tak czarne jak łebki
staromodnych szpilek i nawet tego samego rozmiaru. Miał mocne
łopatkowate łapki, sierść na grzbiecie połyskliwie brązową, a płowe futro
na piersi – niewiarygodnie miękkie i gęste. Jednym słowem był to piękny
kret w wiośnie swego życia.
Przybył na plac, uznał go za doskonały i zaczął budować kurhan na
małym wzniesieniu, skąd między ślazem miał widok na ulicę i jeżdżące po
niej ciężarówki. Mógł widzieć nogi Macka i chłopaków, gdy przechodzili
przez plac do Pałacyku. Gdy wkopał się w czarną jak węgiel ziemię,
jeszcze bardziej mu się to spodobało, ponieważ pod warstwą próchnicy
leżały duże kamienie. Wielką komorę przeznaczoną na spiżarnię zbudował
pod kamieniem, tak że nigdy nie mogła się zapaść, choćby lał największy
deszcz. W tym miejscu pragnął się osiedlić i spłodzić dowolną liczbę
pokoleń, a kurhan mógł się rozrastać we wszystkich kierunkach.
Kiedy po raz pierwszy wysunął głowę z kopca, świtał przepiękny ranek.
Światło, przefiltrowane przez liście ślazów, było zielone i pierwsze
promienie wschodzącego słońca ogrzały norkę kreta. Leżał rozciągnięty
wygodnie i bardzo zadowolony.
Gdy wykopał główną komorę, cztery zapasowe wyjścia i wodoszczelne
pomieszczenie, zaczął gromadzić zapasy. Podcinał proste łodygi ślazu,
przygryzał je do tej długości, jaka była mu potrzebna, wciągał je do
wnętrza, układał porządnie w wielkiej komorze i przyrządzał tak, żeby nie
fermentowały ani nie kwaśniały. Znalazł świetne miejsce do osiedlenia się.
W okolicy nie było ogrodów, więc nikt nie myślał o zastawianiu pułapek.
Kotów kręciło się mnóstwo, ale tak się opychały rybimi łebkami
i wnętrznościami z wytwórni konserw, że od dawna zaniechały polowań.
Grunt był wystarczająco piaszczysty, toteż woda nigdy długo nie stała ani
nie zalewała norki. Kret pracował i pracował, póki nie napełnił zapasami
całej wielkiej komory. Potem porobił małe pokoiki dla dzieci. W ciągu
kilku lat tysiące jego potomków powinno wyjść z tego rodowego gniazda.
Ale gdy czas upływał, kret począł się trochę niecierpliwić, bo nie
zjawiała się żadna samiczka. Siedział rankiem u wejścia do swej jaskini
i wydawał z siebie przenikliwe piśnięcia, niedosłyszalne dla ludzkiego
ucha, ale doskonale zrozumiałe dla innych kretów głęboko w ziemi. A
jednak nie zjawiała się żadna krecica. Wreszcie w krańcowym
zdenerwowaniu powędrował przez tor kolejowy i szedł dalej, póki nie
znalazł kopca innego kreta. Pisnął wyzywająco u wejścia. Usłyszał szmer,
poczuł samiczkę, a potem z dziury wyskoczył stary, bojowy kret, który
pobił go i pogryzł tak fatalnie, że powlókł się do domu i leżał przez trzy dni
w wielkiej komorze, zanim nie wydobrzał. W bitwie stracił dwa palce
przedniej łapy.
Znowu czekał i popiskiwał przy swoim pięknym kurhanie w pięknej
okolicy, ale nadal nie zjawiała się samiczka, tak że po pewnym czasie
musiał się wyprowadzić. Zamieszkał dwie przecznice dalej w ogrodzie
pełnym dalii, gdzie każdej nocy zastawiano pułapki.
32
Doktor budził się bardzo powoli i niedołężnie, jak grubas, który wyłazi
z basenu. Jego świadomość wydobywała się na powierzchnię kilka razy
i znowu zapadała w głąb. Na brodzie miał szminkę. Otworzył jedno oko,
zobaczył jaskrawą kołdrę i szybko je zamknął. Ale po chwili spojrzał
znowu. Jego oczy wędrowały po kołdrze na podłogę, do potłuczonej płyty
w rogu pokoju, do szklanek stojących na stole przewróconym do góry
nogami, do rozlanego wina i książek podobnych ciężkim, martwym
motylom. Wszędzie leżały małe kawałeczki poskręcanego czerwonego
papieru i czuć było ostrą woń fajerwerków. Przez otwarte drzwi kuchni
widział porzucone na kupę patelnie i brytfanki, grubo zasmarowane
tłuszczem. Setki rozgniecionych niedopałków walało się po podłodze, a
poprzez odór fajerwerków przebijała subtelna mieszanka zapachów wina,
whisky i perfum. Jego oko zatrzymało się przez chwilę na małej kupce
szpilek do włosów leżącej na środku pokoju. Przewrócił się na bok
i opierając się na łokciu, wyjrzał przez rozbitą szybę. Ulica Nadbrzeżna
była cicha i słoneczna. Drzwi kotła stały otworem. Drzwi Pałacyku zaś były
zamknięte. Jakiś mężczyzna spał snem sprawiedliwego wśród chwastów na
pustym placu. Niedźwiedzia Flaga była zamknięta na cztery spusty.
Doktor wstał, poszedł do kuchni i w drodze do toalety zapalił gazowy
grzejnik do wody. Wrócił, usiadł na krawędzi łóżka i jeszcze raz
przeprowadził inspekcję ruin. Zza wzgórza słyszał dźwięk kościelnych
dzwonów. Gdy grzejnik zaczął hałasować, poszedł do łazienki, wziął
natrysk, założył niebieski kombinezon i flanelową koszulę. Lee Chong był
zamknięty, ale otworzył natychmiast, gdy zobaczył, kto stoi przy drzwiach.
Zanim Doktor zdążył powiedzieć słowo, podszedł do lodówki i wyjął
kwartę piwa.
Doktor zapłacił.
–
Dobla zabawa? – spytał Lee. Jego brązowe oczy były lekko
zaczerwienione.
–
Dobra zabawa! – rzekł Doktor i wrócił do laboratorium z zimnym
piwem. Zrobił sobie kanapkę z masłem kokosowym. Na ulicy było bardzo
spokojnie. Nikt nie przechodził. Doktor słyszał muzykę w głowie –
skrzypce i wiolonczelę, jak mu się zdawało. Instrumenty grały chłodno,
miękko, śpiewnie. Zjadł kanapkę, wypił piwo i słuchał tej muzyki. Gdy
skończył piwo, poszedł do kuchni i wyjął brudne naczynia ze zlewu. Puścił
gorącą wodę i sypał płatki mydlane pod strumień wody, tak żeby utworzyła
się burzliwa biała piana. Potem zaczął zbierać z podłogi wszystkie całe
szklanki. Włożył je do pienistego ukropu. Na kuchni stał stos talerzy,
lepkich od brązowego sosu i białego smalcu. Doktor umył kawałek stołu,
by zrobić miejsce na szklanki. Później otworzył drzwi do tylnego pokoju,
wyciągnął jeden ze swoich kompletów z chorałami gregoriańskimi i puścił
Pater Noster i Agnus Dei. Anielskie, bezcielesne głosy wypełniły
laboratorium. Były niewiarygodnie czyste i słodkie. Doktor ostrożnie mył
szklanki, żeby nie brzęczały i nie psuły muzyki. Chłopcy wykonywali
melodie prosto, ale z takim bogactwem odcieni, jak w żadnej innej pieśni.
Gdy płyta się skończyła, Doktor wytarł ręce i odwrócił ją na drugą stronę.
Zobaczył książkę leżącą pod łóżkiem, wyciągnął ją i usiadł. Przez chwilę
czytał tylko oczyma, ale potem jego usta zaczęły się poruszać i czytał
głośno, lecz wolno, zatrzymując się po każdej linijce.
Nawet teraz
Pamiętam mądrych mężów, którzy życie swoje
Spędzili w rozmyślaniu. Słuchałem ich rozmów,
Nie znalazłem w nich jednak soli szeptów mej dziewczyny,
Szmeru zmieszanych barw na chwilę przed zaśnięciem;
Małe, przemądre słowa i dowcipne słówka,
Swawolne niby woda, miodne pożądaniem.
Rozbełtana biała piana w zlewie ostygła i zgęstniała. Na nabrzeże
szturmował wysoki przypływ i fale rozbijały się o skały, których nie mogły
dosięgnąć od długiego czasu.
Nawet teraz
Pamiętam, że kochałem cyprysy, róże, jasność,
Wielkie błękitne góry, małe szare wzgórza
I morza szum. I dnie słonecznozłote.
Widziałem dziwne oczy, ręce jak motyle;
Dla mnie rankiem skowronki wzbijały się w niebo,
A dzieci przychodziły kąpać się w strumykach.
Doktor zamknął książkę. Słyszał, jak fale pluszczą o filary, i słyszał, jak
białe szczury miotają się po klatkach. Wszedł do kuchni i sprawdził, czy
woda bardzo ostygła. Wpuścił gorącej wody. Mówił głośno do zlewu, do
białych szczurów i do siebie:
Nawet teraz
Wiem, że spijałem gorący smak życia,
Na wielkiej uczcie wznosząc czasze zielone i złote.
Tylko na krótką chwilę olśniła ma dziewczyna
Me oczy strugą wieczystego światła...
Wytarł oczy wierzchem dłoni. Białe szczury biegały w klatkach, a za
szklanymi szybami grzechotniki leżały nieruchomo i patrzyły w przestrzeń
swymi szarymi, ponurymi oczyma.
CUDOWNY
CZWARTEK
Przełożył Krzysztof Obłucki
Dla Elisabeth – w dowód miłości
Prolog
Pewnego wieczoru Mack leżał na wznak na łóżku w małym, skromnym
domku, który był schronieniem dla takich jak on nieudaczników
i rozbitków życiowych. Mack i jego ferajna nazywali go Pałacykiem.
–
Nigdy nie podobała mi się Ulica Nadbrzeżna. Podszedłbym do tego
tematu zupełnie inaczej – powiedział Mack. Po chwili przewrócił się na
brzuch i oparł policzek na dłoni. – Może za bardzo się czepiam, ale gdybym
kiedyś spotkał faceta, który napisał tę książkę, wyjaśniłbym mu parę spraw.
–
Co, na przykład? – spytał Whitey Pierwszy.
–
No wiesz, powiedziałbym mu na przykład – ciągnął Mack – że mamy
ponumerowane rozdziały – pierwszy, drugi, trzeci i tak dalej. Nie mam nic
przeciwko temu, ale chciałbym również, aby na początku każdego rozdziału
kilka słów wyjaśniało jego treść. Może się przecież zdarzyć, że chciałbym
się cofnąć do tego, co już przeczytałem, a sam „Rozdział piąty" nic mi nie
mówi. Gdyby było tych kilka słów, wiedziałbym, że to jest właśnie to,
czego szukam.
–
Mów dalej – odezwał się Whitey Pierwszy.
–
No wiesz, lubię kiedy w książkach jest dużo gadania, ale nie cierpię,
gdy ktoś mi opowiada, jak wygląda facet, który właśnie gada. Chcę, ze
sposobu, w jaki mówi, sam go sobie odmalować. A po drugie, lubię
odgadywać, co taki facet wtedy myśli. Trochę opisów też nie zaszkodzi –
ciągnął dalej Mack – chcę więc wiedzieć, jakiego koloru jest dana rzecz,
jak pachnie i jak wygląda, a również co taki facet może o niej myśleć. Nie
powinno być jednak tego zbyt dużo.
–
Gadasz jak krytyk – powiedział Whitey Drugi. – Nigdy bym się po
tobie tego nie spodziewał, Mack. Czy to wszystko?
–
Nie. Czasami lubię, jak facet piszący książkę nieco sobie pofolguje
i każe mi czytać koszałki-opałki. Jest to przecież jego książka, należy więc
dać mu szansę żeby trochę ponawijał. No wiesz, wymyślił kilka ładnych
zdań. Wyśpiewał słowami to, co gra w duszy. Czasami człowieka to bierze.
Z drugiej strony, wolałbym jednak, żeby z tego zrezygnował. Takie
koszałki-opałki nie utrudniałyby wtedy śledzenia akcji, nie przeszkadzałyby
mi w czytaniu. Tak więc facet, który lubi nawijać, powinien to robić na
samym początku. Wtedy mógłbym to pominąć lub też powrócić do tego,
w chwili gdy znałbym już zakończenie opowieści.
W tym momencie wtrącił się Eddie:
–
Mack, gdyby autor Ulicy Nadbrzeżnej wszedł teraz tutaj,
powiedziałbyś mu to wszystko?
Zanim Mack zdążył coś powiedzieć, odezwał się Whitey Drugi:
–
Do licha, Eddie, Mack może powiedzieć każdemu, co zechce, nawet
duchy mogłyby u niego pobierać lekcję, jak należy straszyć.
–
Masz rację, do cholery! – rzekł Mack. – I nie trzeba by było stukać
w stolik i potrząsać łańcuchami. Od lat już nikt nie zajmował się
usprawnieniem straszenia. Masz rzeczywiście cholerną rację, jeśli o to
chodzi, Whitey! – Mack położył się znów na plecach i zaczął się wpatrywać
w baldachim nad łóżkiem. – Widzę je teraz jasno... – powiedział.
–
Co? Duchy? – spytał Eddie.
–
Do diabła, nie – powiedział Mack. – ROZDZIAŁY...
1. Co się zdarzyło do tego czasu
2. Niełatwe życie Józefa i Marii
3. Koszałki-opałki (1)
4. Nie będzie żadnej gry
5. Na scenę wkracza Suzy
6. Męki twórcze
7. Tak krawiec kraje...
8. Wielka wojna krokietowa
9. Wybrańcy bogów szaleją
10. Rzeczywistość ma taką dziurkę od klucza, w którą możemy zajrzeć,
jeśli przyjdzie nam na to ochota
11. Rozmyślania Hazel
12. Kwiatek do kożucha
13. Paralele muszą być sobie pokrewne
14. Parszywa środa
15. Boiska Harrow
16. Kwiatki św. Macka
17. Suzy robi wrażenie i...
18. Przerwa w codziennych zajęciach
19. Cudowny Czwartek (1)
20. Cudowny Czwartek (2)
21. Cudowny Czwartek był piekielnym dniem
22. Przygotowania w toku
23. Miłosna noc
24. Wyczekiwany piątek
25. Stary Dusigrosz
26. Nadciąga burza
27. O, dniu pamiętny!
28. Gdzie Alfred podążał świętą rzeką
29. Oj, biada, biada...
30. Narodziny prezydenta
31. Cierniowe ścieżki wielkości
32. Hazel w akcji
33. Dalekie odgłosy
34. Zanurzyć się po uszy w głębokiej wannie wypełnionej gorącą wodą
35. Il n'y a pas de mouches sur la grandmère
36. Lama Sabachthani?
37. Rozdzialik
38. Koszałki-opałki (2) albo festiwal motyli w Pacific Grove
39. Znowu jest Cudowny Czwartek
40. Jestem przekonany, że wszyscy powinniśmy być szczęśliwi niczym
królowie
1
Co się zdarzyło do tego czasu
Gdy do Monterey i na ulicę Nadbrzeżną przyszła wojna, w ten czy inny
sposób, w mniejszym lub większym stopniu, dotknęła wszystkich. Nie było
nikogo, kto by nie ucierpiał z jej powodu. Udział wytwórni konserw
w wojnie sprowadził się do tego, że wyłowiono, po zniesieniu poprzednich
limitów, wszystkie ryby. I choć zrobiono to z patriotycznych pobudek, ryby
przepadły bezpowrotnie. Ten sam los spotkał ostrygi w Alice. Zjedli
wszystkie. Równie szlachetne intencje przyświecały kiedyś wycięciu lasów
na Zachodzie, a obecnie wypompowywaniu wody z kalifornijskiej gleby
w takim tempie, że opady nigdy nie nadążą z uzupełnianiem powstałych
braków. Ludziom będzie smutno, gdy żyzna ziemia zamieni się w pustynię.
Tak jak smutna stała się ulica Nadbrzeżna, gdy złowiono, przerobiono na
konserwy, a potem zjedzono wszystkie sardele żyjące w pobliskich wodach.
Perłowoszare, zbudowane z falistej blachy wytwórnie konserw zamarły
w bezruchu. Jedyną oznaką tlącego się w nich życia był odgłos kroków
samotnego wartownika. Ulica ta, niegdyś pełna ryczących ciężarówek, teraz
była cicha i pusta.
Rzeczywiście, wojna dotknęła wszystkich. Doktor dostał powołanie do
wojska. Swoje obowiązki w Zachodnim Laboratorium Biologicznym
powierzył przyjacielowi zwanemu Starym Dusigroszem. Sam służył jako
sierżant w Sekcji Chorób Wenerycznych. Do zajęć w wojsku miał stosunek
filozoficzny. Godziny wolne od obowiązków spędzał na uszczuplaniu
zdających się nie mieć końca zapasów przydziałowego alkoholu, na
zawieraniu przyjaźni i skrzętnym omijaniu okazji do awansu. Kiedy
skończyła się wojna, rząd w podzięce za dobrą służbę zatrzymał Doktora
w szeregach armii, powierzając mu odpowiedzialne zadanie
uporządkowania spraw inwentaryzacyjnych. Trzeba przyznać, że Doktor
nadawał się do tego znakomicie, bo to właśnie on był sprawcą bałaganu,
który miał uporządkować. Po dwóch latach od Dnia Zwycięstwa zwolniono
go z wojska ze wszystkimi honorami.
Doktor wrócił do Laboratorium. Wyważył wypaczone przez wilgoć
drzwi. Od razu zorientował się, że Starego Dusigrosza nie było tu od lat.
Wszystko pokryte było kurzem i pleśnią. Zlew wypełniony był brudnymi
naczyniami. Aparatura pordzewiała. Klatki na zwierzęta ziały pustką.
Usiadł w starym fotelu. Poczuł ciężar smutku na sercu. Przeklinał
Starego Dusigrosza, delektując się każdym pełnym jadu słowem. Po chwili
jednak wstał, trochę jakby bezwiednie, i poszedł do znajdującego się po
drugiej stronie ulicy sklepu Lee Chonga. Miał ochotę na piwo. Za
kontuarem stał elegancko ubrany mężczyzna, wyglądający na
Meksykanina. Dopiero teraz Doktor przypomniał sobie, że Lee Chonga
dawno już nie ma.
–
Piwo – powiedział do sprzedawcy. – Duże piwo.
–
Już podaję – rzucił Patron.
–
Mack nie kręcił się w pobliżu?
–
Wpada czasami – odpowiedział Patron.
–
Powiedz mu przy okazji, że chcę się z nim zobaczyć.
–
Że kto chce się z nim zobaczyć?
–
Powiedz mu po prostu, że Doktor wrócił.
–
Załatwione, Doktorze. Smakuje ci piwo?
–
Każde piwo jest dobre.
Do późna w nocy Mack i Doktor siedzieli w laboratorium. Piwo
przestało już działać, jego miejsce zajęła butelka Starych Tenisówek. Mack
opowiadał o wydarzeniach minionych kilku lat. Zmiany widać było
wszędzie. Wiele osób umarło, inni zmienili się nie do poznania, co zresztą
na jedno wychodziło. Ze smutkiem wymieniali nawet imiona tych, którym
udało się przeżyć wojnę. Gay zginął w Londynie trafiony odłamkiem
pocisku przeciwlotniczego. Nie mógł wytrzymać w ukryciu i przepuścić
okazji popatrzenia na nalot. Jego żona ponownie wyszła za mąż. Nie było
to trudne – miała w posagu polisę ubezpieczeniową Gaya. Tylko
w Pałacyku nie zaszła żadna zmiana. Łóżko Gaya pozostało nietknięte
i stało się teraz sanktuarium jego pamięci. Nikomu nie wolno było siadać na
nim. Mack opowiedział Doktorowi historię Whiteya Pierwszego. Whitey
zgłosił się do pracy. Wysłano go do jakiejś fabryki w Oklahomie,
produkującej na potrzeby frontu. Na drugi dzień po przyjeździe złamał
nogę. Dzięki temu przez trzy miesiące żył w luksusowych warunkach.
W szpitalu, leżąc wygodnie w biało pościelonym łóżku, nauczył się grać na
organkach – ta umiejętność miała mu sprawiać przyjemność aż do końca
życia.
W tym czasie pojawił się inny Whitey, Whitey Drugi. Mack był z niego
bardzo dumny. Chłopak wstąpił do marynarki. Został wysłany na front
w ramach uzupełnień. Ktoś, ale nie sam Whitey Drugi, powiedział, że
odznaczono go Brązową Gwiazdą. Ponieważ jednak medal zginął, nie było
na to żadnego dowodu. Whitey Drugi nie zapomniał jednak nigdy Sztabowi
Marynarki Wojennej krzywdy, jakiej niezasłużenie – jego zdaniem –
doznał. Odebrano mu mianowicie duży słój pełen ludzkich uszu zalanych
brandy. Chciał go postawić pod łóżkiem jako cenną pamiątkę z czasów,
kiedy służył ojczyźnie.
Eddie przez cały czas pracował z Grubą Idą w kawiarni La Ida. Lekarz
po obejrzeniu jego karty zdrowia i badaniach, doszedł do wniosku, że Eddie
nie powinien już żyć od co najmniej dwunastu lat. Na Eddiem nie zrobiło to
żadnego wrażenia – robił to co zwykle. Prawie na stałe zaczął pracować
jako barman u Grubej Idy – chętnych do pracy było niewielu, bo większość
mężczyzn wzięto do wojska. Z bardzo sentymentalnych pobudek Eddie
przelał kiedyś dla zwycięzców alkohol ze sporego gąsiorka do kilku małych
baryłek i kiedy już każda z nich była pełna, zakorkował je i zakopał.
Obecnie Pałacyk jest najlepiej wyposażonym z tego typu domów
w powiecie Monterey.
Doktor i Mack w laboratorium wypili już prawie ćwiartkę Starych
Tenisówek, kiedy zaczęli rozmawiać o śmierci Dory Flood. Dora umarła
w czasie snu, osierocając dziewczynki z lokalu Pod Niedźwiedzią Flagą.
Z żalu o mało nie popękały im serca. Piły przez trzy dni Na drzwiach
zawisła kartka „Zamknięte", ale przez cienkie ściany słychać było
wyraźnie, jak czciły pamięć Dory, śpiewając na trzy głosy Opokę wieków,
Śpij głęboko i Infirmerię św. Jakuba. Nikt nie miał wątpliwości, że opłakują
zmarłą – wyły jak koty.
Lokal Pod Niedźwiedzią Flagą przejęła najbliższa z rodziny, siostra
Dory, która przyjechała tu aż z San Francisco. Przez kilka lat prowadziła
tam nocny lokal przy ulicy Howarda. Przynosiło jej to spory dochód. Co
prawda od początku była cichą wspólniczką Dory – nadzór i opieka nad
interesem to była jej specjalność. Na siostrę miała duży wpływ – Dora
upierała się przy nazwie „Samotna Gwiazda", bo przypominało jej to
weekend, jaki spędziła w Fort Worth w Teksasie, będąc jeszcze młodą
dziewczyną. Starsza siostra przekonała ją jednak, że „Pod Niedźwiedzią
Flagą" jest bardziej odpowiednią nazwą. Chciała przez to uczcić Kalifornię.
Powiedziała, że jeśli robi się jakieś „podejrzane interesy", powinno się
przynajmniej uhonorować stan, w którym się je robi. Siostra Dory była
teraz właścicielką Niedźwiedziej Flagi. Jej nowe zajęcie nie różniło się
specjalnie od poprzedniego – obydwa traktowała jako służbę na rzecz
społeczeństwa. Oprócz wykonywania normalnych zajęć stawiała
horoskopy, a po godzinach – z uporem – starała się zamienić Niedźwiedzią
Flagę w rodzaj szkoły dla dziewcząt. Na imię miała Flora, ale zdarzyło się
pewnego razu, jeszcze w San Francisco, że jakiś podejrzany dżentelmen,
kończąc jeść zupę, powiedział: „Wiesz co, Flora, patrzę na ciebie i myślę,
że bardziej przypominasz mi coś z fauny niż z flory". „Podoba mi się to!
Mogę używać tego jako przezwiska. Nie będziesz miał nic przeciwko
temu?", odpowiedziała Flora. Nie oponował. Od tamtej chwili została
Fauną.
Opowieści Macka były wystarczająco smutne, jak na jeden wieczór,
choć nie wszystko jeszcze opowiedział. To co zostało, Mack z wahaniem
odkładał na potem. Tak naprawdę, nie miał ochoty do tego wracać.
Opowiedział więc Doktorowi najpierw o Henrim – malarzu.
Mack czuł się trochę winny w stosunku do Henriego. Wszystko zaczęło
się od łodzi. Henri zbudował bowiem łódź – cudowną, niewielką łódkę ze
wspaniałą kabiną. Zbudował ją w lesie, bo bał się oceanu. Łódka stała na
betonowej podstawie. Henri był szczęśliwy. Nie mając nic lepszego do
roboty, Mack i kilku jego kumpli postanowili zrobić Henriemu jakiś numer.
Nudzili się. Poszli na skalny brzeg oceanu, nazbierali pąkli, a potem
przylepili je szybko schnącym klejem do spodu łodzi. Henri był załamany,
tym bardziej, że nie mógł z nikim podzielić się tragedią, jaka go spotkała.
Doktor był w tym czasie w wojsku. Nie mógł pomóc przyjacielowi. Nie
było innego wyjścia – Henri sam zabrał się do roboty. Zeskrobał skorupiaki
i pomalował łódkę od nowa. Farba nie zdążyła jeszcze dobrze wyschnąć,
kiedy dowcipnisie przykleili nowe muszelki, dodając tym razem trochę
wodorostów. Potem było im przykro. Nie przewidzieli skutków zdawałoby
się niewinnego żartu – Henri sprzedał łódź i wyjechał z miasta w ciągu
dwudziestu czterech godzin. Ciągle prześladowała go myśl, że w czasie gdy
on będzie smacznie spał, łódź sama wypłynie w morze. Napawało go to
śmiertelnym przerażeniem.
Mack opowiedział również Doktorowi o tym, jak Hazel służył w wojsku.
Co prawda nikt nie chciał w to uwierzyć, ale Hazel przebywał na tyle długo
w armii, aby dosłużyć się renty wojskowej.
Hazel był potem przez jakiś czas studentem wydziału astrofizyki na
Uniwersytecie Kalifornijskim – dostał się tam, fałszując stempel na
podaniu. Zanim wykryto jego oszustwo, minęły trzy miesiące. Wydział
psychologii chciał go wówczas zatrzymać, ale okazało się to niemożliwe ze
względu na przepisy.
Od tamtej pory Hazel bardzo często zastanawiał się, dlaczego poszedł na
studia. Chciał porozmawiać o tym z Doktorem, ale zanim Doktor wrócił
z wojska, zapomniał o całej sprawie.
Doktor wysączył ostatnie krople z pierwszej butelki Starych Tenisówek.
–
Opowiadasz o wszystkich Mack, a co działo się z tobą?
–
Nie ma o czym opowiadać, przez cały czas byłem tu, na miejscu,
i pilnowałem, żeby wszystko szło jak trzeba.
Rzeczywiście, Mack pilnował, żeby wszystko szło jak trzeba. Z każdym
kogo spotkał, rozmawiał o wojnie. Nazywał ją Wielką Wojną. Była to
pierwsza wojna, jaką przeżył. Interesował się próbami z bombą atomową.
Nie było to zwykle zainteresowanie – do spraw związanych z bombą
odnosił się z nabożeństwem równym niemal celebrze obchodów święta
Czwartego Lipca. Wyznaczona przez rząd nagroda za znalezienie nowych
złóż uranu wywołało u Macka reakcję łańcuchową. Kupił nawet licznik
Geigera w sklepie ze starzyzną.
Na dworcu autobusowym w Monterey licznik zaczął bzyczeć. Mack
ruszył szlakiem wyznaczonym przez to sprytne urządzenie – pojechał
najpierw do San Francisco, potem do Marysville, Sacramento i Portland.
Poszukiwania pochłaniały go tak bardzo, że nie zwrócił uwagi na
dziewczynę podróżującą z nim tym samym autobusem. Właściwie
zauważył ją, ale nie przywiązywał do tego żadnej uwagi. Jednak działające
w przyrodzie prawo przyczyny i skutku nie ominęło Macka. Dziewczyna
jechała aż do Jacksonville na Florydzie. Mack zostawiłby dziewczynę
najprawdopodobniej w Tacoma, gdyby nie licznik, który kazał mu jechać
cały czas na wschód. Dojechał tak z dziewczyną aż do Saliny w stanie
Kansas. Dzień był duszny i gorący. Dziewczyna próbowała złapać muchę
latającą po autobusie, machnęła ręką i rozbiła sobie zegarek. Wtedy dotarło
do Macka, że jego licznik Geigera był przez cały czas oszukiwany przez
fluoryzowaną tarczę zegarka dziewczyny. Romans nie wchodził w grę –
Mack doszedł do wniosku, że jest na to za stary. Wrócił do Monterey
ciężarówką, wiozącą ukryty pod brezentową plandeką średnich rozmiarów
czołg. Ciężarówka jechała do Forth Ord. Mack bardzo się cieszył z powrotu
do domu. Od wartownika pilnującego czołgu wygrał parę dolarów. Po
powrocie rzucił się w wir prac porządkowych. Razem z Eddiem
przygotowywali Pałacyk na powrót bohaterów. Zasadzili nawet kwiatki na
trawniku przed frontonem. Mieli na to sporo czasu – bohaterowie ciągle
jeszcze walczyli na wojnie.
Doktor i Mack pogrążyli się w złotej melancholii otulającej ich niczym
jesienne liście, melancholii wywołanej wypitą whisky, wspomnieniami o
starych czasach i o przyjaciołach, którzy albo umarli, albo bardzo się
zmienili.
Obydwaj wiedzieli, że do tej pory rozmawiali o sprawach mało
ważnych, starannie unikając tego, co naprawdę miało znaczenie. W końcu
jednak musieli stawić temu czoło.
Pierwszy odezwał się Doktor, wykazując przy tym sporo odwagi:
–
Mack, a co myślisz o nowym właścicielu sklepu spożywczego?
–
Jest w porządku. To niezły facet, ale nigdy nie dorówna Chongowi,
który był niezastąpionym przyjacielem – odpowiedział Mack łamiącym się
głosem.
–
Lee był dobrym i mądrym człowiekiem – powiedział Doktor.
–
I dowcipnym – dodał Mack.
–
I uprzejmym.
–
Opiekował się wieloma ludźmi.
–
A kilku było mu bardzo oddanych – dorzucił Doktor.
Mówili teraz prawie wyłącznie o Lee Chongu. Sam Lee byłby zapewne
zdziwiony, słysząc o sobie podobne pochwały. Nie odmawiali mu ani
rozumu, ani urody. Podczas gdy jeden z przyjaciół opowiadał jakąś
historyjkę o tym chińskim kupcu, drugi czekał cierpliwie na możliwość jej
spointowania. Obraz człowieka, który wyłaniał się z ich wspomnień, nie
miał prawie cech ludzkich. Było to coś na kształt smoka dobroci i anioła
przebiegłości. Zapewne w taki sposób rodzą się bogowie.
Butelka była już pusta, co bardzo irytowało Macka. W końcu złość
wzięła górę i wpłynęła na wspomnienia o Chongu.
–
Ten skurwysyn wymknął się chyłkiem – powiedział Mack – powinien
nas uprzedzić, że ma zamiar sprzedać interes i wyjechać. Przyjaciel tak nie
postępuje. Moglibyśmy mu przecież pomóc.
–
Może właśnie bał się tej pomocy – przerwał Doktor. – Lee pisał do
mnie o tym, ale byłem zbyt daleko. Zresztą sam nie wiedziałem, co mu
radzić. Chyba dlatego mógł spokojnie wyjechać.
–
Nigdy nie wiadomo, co takiemu żółtkowi może zaświtać w głowie, bo
sam wiesz, Doktorze, czy mógłbyś kiedykolwiek przypuszczać, że on knuje
coś takiego?
Wyjazd Lee Chonga był szokiem dla wielu. Chińczyk długo i pracowicie
rozwijał swoje centrum handlowe i zapewne dlatego nikomu nie przyszło
do głowy, że może to wszystko nagle sprzedać i wyjechać. Był zresztą tak
mocno zaangażowany w dostarczanie odzieży i żywności mieszkańcom
ulicy Nadbrzeżnej, że uchodził w oczach wielu za stały element jej
krajobrazu. Któż jednak mógł sobie pozwolić na zgłębienie zaskakujących
paradoksów jego orientalnej umysłowości, paradoksów, które zresztą, jak
się okazuje, miały wiele wspólnego ze stylem myślenia świata zachodniego.
Panuje powszechne przekonanie, że kapitan statku przesiaduje w kabinie
i marzy o przyszłości, w której będzie właścicielem sklepu spożywczego.
Te marzenia snuje niezależnie od tego, jaki jest kierunek wiatru czy
w jakim stanie jest dno statku. Lee Cheng też marzył, przesuwając koraliki
liczydła i sprzedając Stare Tenisówki w półlitrowych butelkach oraz
pokrajany w cienkie plasterki bekon. Chong marzył o morzu. Nikomu o
tym nie mówił, nikogo się nie radził. Gdyby się z tego zwierzył, udzielono
by mu z pewnością sporo rad.
Któregoś dnia Lee Chong po prostu sprzedał swój sklep i kupił szkuner.
Chciał handlować na morzach południowych. Śnił o palmach
i Polinezyjkach. W ładowni szkunera zmagazynował wszystko, co miał
w sklepie – konserwy, kalosze, czapki i igły, drobne narzędzia, sztuczne
ognie i kalendarze, a nawet gabloty wystawowe, w których trzymał
pozłacane zapinki do kołnierzyków i zapalniczki. Zabrał ze sobą absolutnie
wszystko. Ostatni raz widziano go, jak stał na mostku kapitańskim
wyśnionego szkunera i machał niebieską marynarską czapką, kiedy mijał
boję sygnalizacyjną koło Point Pinos. Słońce chowało się właśnie za
horyzont. Gdyby się nie zdecydował, nie byłoby go tam, gdzie teraz
najprawdopodobniej się znajduje – leży sobie w hamaku na tylnym
pokładzie osłonięty przed słońcem, a piękne Polinezyjki ubrane w skąpe
szmatki krzątają się obok stosów konserw z pastą pomidorową i czapek dla
mechaników.
–
Doktorze, jak myślisz, dlaczego to zrobił? – spytał Mack.
–
Kto to wie? – odpowiedział Doktor. – Trudno ustalić, co kryje się na
dnie ludzkiego serca. Tak naprawdę, nikt nie wie, czego pragną inni.
–
Nie będzie tam szczęśliwy, samotny wśród cudzoziemców. Wiesz co,
Doktorze, doszedłem do tego, jak to się stało – wszystkiemu winne są te
pieprzone filmy. Pamiętasz, jak zawsze zamykał budę w czwartek
wieczorem, tylko dlatego, że w kinie szedł nowy film. I nigdy nie
przepuścił żadnego. To wszystko przez filmy, mówię ci. Oczywiście, my
obydwaj wiemy, ile w nich kłamstw. Nie, nie będzie tam szczęśliwy. Wróci
pokorniutki. I to bardzo szybko wróci – mówił Mack.
Doktor przyglądał się zrujnowanemu laboratorium.
–
Chciałbym z nim teraz tam być – powiedział Doktor.
–
A kto by nie chciał? Martwię się o niego – przecież te dziewczyny go
wykończą, nie jest już taki młodziutki.
–
Wiem, wiem, ale chciałbym tam być i chciałbym, żebyś ty był z nami,
Mack. Pomógłbyś mi obronić go przed nim samym. Jak myślisz, skoczyć
po jeszcze jedną butelkę?
–
Rzuć monetę.
–
Ty rzuć. Nie chcę jeszcze iść spać, a jak ty rzucisz, to będę spokojny o
wynik.
Mack rzucił monetę, Doktor nie mylił się.
–
Lubię cię, Doktorze, słowo. Usiądź sobie teraz wygodnie, a ja za
minutkę będę z powrotem. Stało się dokładnie tak, jak Mack powiedział.
2
Niełatwe życie Józefa i Marii
Z butelką Starych Tenisówek Mack wrócił bardzo szybko. Nalał
Doktorowi i sobie.
–
Ciągle nie powiedziałeś mi, co myślisz o nowym właścicielu sklepu
Chonga, zdaje się, że to Meksykanin? – spytał Doktor.
–
Miły facet, dobrze ubrany. Nazywa się Józef i Maria Rivas. Ostry gość,
ale w jakiś sposób przegrany. Przegrany i śmieszny. Przypomina mi
szczęśliwie zakochanego alfonsa, którym mało kto się wzrusza, natomiast
wszystkim wydaje się śmieszny. Coś takiego ma miejsce z Józefem i Marią.
–
Opowiesz o nim coś więcej? – poprosił Doktor,
–
Obserwowałem go. Coś mi naopowiadał, a ja złożyłem to wszystko do
kupy. Jest sprytny i cwany. Wiesz, Doktorze, to jest tego rodzaju spryt,
który dławi się sam sobą. Znałeś przecież ludzi, którzy tak byli zajęci
kombinowaniem, że nie mieli czasu na nic innego. Taki właśnie jest Józef
i Maria.
–
I co dalej? – dorzucił Doktor.
–
Chyba nie ma na świecie ludzi, którzy różniliby się od siebie bardziej
niż ty i on – zaczął Mack. – Ty jesteś dobrym Doktorem, dobrym i łebskim.
Trzeba mieć poprzestawiane pod sufitem, żeby pomyśleć o tobie, że jesteś
cwany. Z tobą ludzie obchodzą się łagodnie, bo od razu widać po tobie, że
jesteś szczery. A przecież nikomu nie przyjdzie do głowy rzucać się
z otwartymi ramionami na Józefa i Marię, bo po nim od razu widać, że
przez cały czas coś kombinuje, chociaż jest przy tym bardzo miły.
–
Skąd się tu wziął? – spytał Doktor.
–
Powiem ci... – odparł Mack.
Mack miał całkowitą rację – Doktor i Józef i Maria stanowili zupełne
przeciwieństwa, choć różnice między nimi były subtelnej natury.
Zachowywały one między sobą delikatną równowagę niczym składniki
mobili poruszane lekkim wietrzykiem. Doktor kierował się w życiu prawem
i legalność wszystkiego, co robił, była dla niego sprawą zasadniczą. Gdyby
nie było policji, Doktor i tak nie przechodziłby przez ulicę na czerwonym
świetle. To, że prawie bez przerwy był zamieszany w jakieś podejrzane
interesy, wynikało z winy jego przyjaciół – winna była Gruba Ida, którą
prawo regulujące sprzedaż alkoholu ściskało niczym ciasny gorset; winny
był lokal Pod Niedźwiedzią Flagą, bo chociaż przybytek ten był
powszechnie znany i akceptowany, to w świetle każdego kodeksu był
zawsze na cenzurowanym.
Mack i jego przyjaciele tak długo żyli w cieniu paragrafów o
włóczęgostwie, że zaczęli traktować je jako tarczę i parawan. To, co łączyło
ich z kradzieżami, oszustwami, włóczęgostwem, a także z nielegalnymi
i spiskowymi organizacjami, nie dość, że było akceptowane, ale z czasem
stało się powodem do dumy dla mieszkańców ulicy Nadbrzeżnej. Jednak
w porównaniu z Józefem i Marią byli niewinnymi dziećmi cnoty
i prawości. Wszystko, cokolwiek powstało w głowie Józefa i Marii, zawsze
łączyło się z łamaniem prawa. Było tak z nim od najwcześniejszego
dzieciństwa. W Los Angeles, gdzie się urodził, był szefem gangu ulicznych
złodziejaszków, chociaż na dobrą sprawę nie wyrósł jeszcze z pieluch.
Teraz trudno to udowodnić, ale argument, że już wtedy lubił mieć forsę
w kieszeni, brzmi przekonująco. Od urodzenia nie godził się z prawem
własności, dotyczącym nieruchomości. Gdy miał osiem lat, stał się
hazardzistą bilardowym o tak złej sławie, że dowództwo Marynarki
zabroniło mu wstępu do portu. W czasie wojny gangów, w meksykańskiej
dzielnicy Los Angeles, Józef i Maria nie zaangażował się po żadnej ze stron
–
otworzył przenośny sklepik, świetnie zaopatrzony w noże, kastety
i szybkostrzelne karabiny, oferując również najbiedniejszym broń tanią
i skuteczną, jaką były skarpetki wypełnione piaskiem. W wieku dwunastu
lat zaczął edukację w szkole przy zakładzie poprawczym, a dwa lata
później ukończył ją z wyróżnieniem. Znał prawie wszystkie istniejące
techniki złodziejskie. Jako czternastoletni, przystojny chłopak o niewinnych
i smutnych oczach radził sobie z każdym sejfem, niezależnie od tego, czy
miał pod ręką stetoskop. Poszukując łupu, potrafił bezszelestnie, jak pająk,
wspinać się po ścianach piętrowych budynków. Zanim jednak osiągnął
zawodową doskonałość, rzucił złodziejski fach, rozumując prawidłowo, że
ewentualne korzyści nie wynagrodzą mu nieuniknionych strat. Był cwanym
chłopakiem. Zaczął szukać takich możliwości, gdzie ofiara byłaby
jednocześnie partnerem złodzieja. Zabawa w kotka i myszkę, ukryte
przejścia oraz skarby Hiszpanów – to były dla niego prawie ideały. Ale
rzeczywistość nijak nie przystawała do tych wyobrażeń. Nigdy
nienotowany przez policję, chciał ten stan rzeczy utrzymać jak najdłużej.
Przeczuwał, że musi istnieć zawód, którego uprawianie jest wystarczająco
nielegalne, żeby mógł mieć satysfakcję, i wystarczająco bezpieczne, żeby
dać mu możliwość wykorzystania instynktownej znajomości prawa. Śmiało
można powiedzieć, że Józef i Maria miał znakomity start, gdy
niespodziewanie dostał w głowę obuchem dojrzałości. Na kilka lat jego
aktywność skierowała się w inną stronę.
Bardzo długo oszustwa i kradzieże były dla Józefa i Marii podstawą
egzystencji. Przejrzał na oczy, gdy był już dorosłym mężczyzną. Akurat
kiedy zdecydował się ruszyć w świat, dopadło go wojsko – odsłużył swoje
i ani dnia dłużej. Chodzą pogłoski, że jego dość niesławne zwolnienie
z armii było arcydziełem niedomówień.
Przez jakiś czas Józef i Maria nie mógł się po tym pozbierać. Próbował
zacząć wszystko od nowa, ale wybór drogi nie był najszczęśliwszy. Józef
i Maria uległ bowiem wpływowi młodego i wyrozumiałego księdza, ten
przyciągnął go do Kościoła, na którego łaskawym łonie – co jest absolutnie
pewne – się urodził. Teraz Józef i Maria Rivas zaczął wierzyć w spowiedź
i przebaczenie i czuł, podobnie jak to było z François Villonem, że pod
opieką sutanny łatwiej znajdzie jakiś sposób wykorzystania posiadanych
umiejętności. Ojciec Murphy uczył go, na czym polega uczciwa praca. Po
szoku spowodowanych nowo nabytą wiedzą, Józef i Maria doszedł do
wniosku, że powinien spróbować. Ciągle jeszcze był elastyczny i odniósł
zwycięstwo tam, gdzie Villon przegrał – nie sięgnął po własność Kościoła.
Używając swoich wpływów w Ratuszu, ojciec Murphy załatwił Józefowi
i Marii pracę. Było to zajęcie godne szacunku i dzięki niemu co miesiąc
dostawał czek, który brał bez obawy o pozostawienie odcisków palców.
Plaza w Los Angeles to bardzo ładny skwer, ozdobiony małymi
ogródkami, palmami w ogromnych donicach z tysiącem kwiatów. Jest
ważnym punktem na mapie, atrakcją turystyczną i dumą ojców miasta,
dlatego że utrzymany jest w typowo meksykańskim stylu, nieznanym nawet
w Meksyku. Józef i Maria był odpowiedzialny za doglądanie i podlewania
roślin na Plaza. Praca był nie tylko łatwa i przyjemna, ale miała wiele
dodatkowych zalet. Ułatwiała kontakt z turystami, którzy chętnie kupowali
albumiki z aktami. Oczywiście Józef i Maria zdawał sobie sprawę, że w ten
sposób nigdy się nie wzbogaci, ale miał choć tę przyjemność, że było to
zajęcie przynajmniej częściowo nielegalne. Przynosiło mu satysfakcję, jaką
większość ludzi znajduje w grzechu.
Mniej więcej w tym samym czasie policja Los Angeles łamała sobie
głowy nad zagadką związaną z narkotykami. Na rynku pojawiły się
ogromne ilości marihuany po bardzo niskiej cenie. Wydział do walki
z narkotykami robił nalot za nalotem, a mimo to nie udało się ustalić źródła
dostaw. Każda znana melina od San Pedro do Eagle Rock została dokładnie
przeszukana. Cały obszar odrysowano na papierze milimetrowym
i rozpoczęto poszukiwania trawki, posuwając się zgodnie z rysowanymi na
mapie operacyjnej coraz większymi kołami: na północ za Santa Barbara, na
wschód, aż do rzeki Colorado, na południe, aż do granicy. Granica została
zamknięta, a wiadomo powszechnie, że „trawka" nie rośnie na dnie oceanu.
Sześć miesięcy poszukiwań przy pełnym zaangażowaniu władz lokalnych
i policji stanowej prowadziło donikąd. Dostawy przychodziły
nieprzerwanie, a policjanci z wydziału do walki z narkotykami nabrali
przekonania, że drobni handlarze rzeczywiście nie znają źródła
pochodzenia towaru.
Jeden Pan Bóg wie, jak długo trwałaby ta sytuacja, gdyby nie Mildred
Bugle – trzynastoletnia prymuska z botaniki w jednym z liceów Los
Angeles. W sobotnie popołudnie przechodziła przez Plazę i zerwała kilka
roślin rosnących dookoła palm, wydały jej się bowiem interesujące. Potem,
zupełnie prawidłowo, zaklasyfikowała je jako Cannabis americana.
Józef i Maria mógłby mieć kłopoty, gdyby nie fakt, że od jakiegoś czasu
kłopoty były specjalnością policji Los Angeles. Nie można było ot, tak po
prostu postawić go w stan oskarżenia. W gazetach nie wyglądałoby to
najlepiej. Plaza źródłem dostaw trawki? Pracownik zatrudniony przez
Ratusz sadzi, dogląda, podlewa wodą z miejskiego wodociągu i nawozi za
pieniądze miasta marihuanę?
Józef i Maria dostał wymówienie tak nagłe i ostre, że ze zdziwienia oczy
zrobiły mu się jak talerze. Policja kupiła mu nawet bilet na autobus aż do
San Luis Obispo.
Doktor zachichotał.
–
Wiesz co, Mack? Wygląda to tak, jakbyś budował mu pomnik cnoty.
–
Zawsze byłem o nim dobrego zdania – odpowiedział na to Mack.
–
Ale jakim cudem Józef i Maria wpakował się w ten interes
z nielegalnymi emigrantami z Meksyku? – spytał Doktor.
–
Robił to dla pieniędzy – powiedział Mack.
–
Wydawało mu się, że
będą dla niego prawdziwą kopalnia złota. Obliczył wszystko dokładnie,
skalkulował ryzyko i procent zysku. Jak się nad tym zastanowisz, sam
dojdziesz do wniosku, że to nie mogło się nie udać.
Widząc, że sprawa staje się skomplikowana, Mack podniósł do góry
dłonie, żeby pomóc sobie przy wyliczaniu faktów; wypił przy okazji
szybkiego drinka, aby przetrwać jakoś czas, gdy ręce będzie miał zajęte.
Dotknął małego palca lewej ręki, palcem wskazującym drugiej ręki
i mówił dalej:
–
Po pierwsze, Józef i Maria mówi po hiszpańsku, bo jego starzy byli
Meksykanami, chociaż on urodził się już w Los Angeles. – Mack dotknął
teraz palca serdecznego. – Po drugie, interes wypłynął jakby sam z siebie,
nikt nikogo nie zmuszał, a fale emigrantów płynęły nieprzerwaną strugą. Po
trzecie, emigranci nie mówili po angielsku i nie potrafili odróżnić wideł od
powideł. Potrzebowali kogoś takiego jak Józef i Maria, żeby się nimi zajął,
dał im robotę i przy okazji sam zarobił. Miało to dobre strony dla Józefa
i Marii – gdy któryś próbował podskoczyć, wystarczyło, że Józef i Maria
zadzwonił do policji federalnej i faceta deportowano szybciej, niż można by
się tego spodziewać. Czegoś takiego właśnie szukał Józef i Maria – interes
na procent, z którego pieniążki można odłożyć. Wymyślił, że zatrudniając
trzy czy cztery grupy, które będą dla niego pracowały przy warzywach, sam
nic nie będzie musiał robić. I o to mu chodziło. Dlatego właśnie kupił sklep
Chonga. Chciał zrobić ze sklepu coś w rodzaju biura pośrednictwa pracy
połączonego ze sprzedażą towarów. Mógłby tam zbierać swoich ludzi
i zarabiać dodatkowo, sprzedając im to, czego potrzebowali. Na dodatek nie
byłoby to tak bardzo niezgodne z prawem.
–
Po twojej minie widać, że to nie zdało egzaminu. W czym był
problem?
–
W muzyce – odpowiedział Mack.
W praktyce okazało się, że chociaż Józef i Maria znał się świetnie na
wszystkich kruczkach handlowych, pośrednictwie oraz procentach
i wymyślony przez niego system nie mógł zawieść, zawiedli ludzie. Licho
nie śpi, a prawo nie ingeruje dopóty, dopóki ktoś nie narobi szumu.
W Stanach pracują dosłownie miliony nielegalnych emigrantów
z Meksyku – cichych, niewiele wiedzących, szczęśliwych, że mogą
pracować na roli. Tak było zawsze. I nie tu tkwił błąd. W grupie robotników
znalazł się tenor oraz gitarzysta. Nie wiadomo kiedy, powstała orkiestra –
dwie gitary, guitarron, marakasy, bębenki plus tenor i dwa barytony – Józef
i Maria był przerażony. Już miał się zabrać za deportację tych domorosłych
muzyków, gdy nagle jego bratanek, Cacahuete przyłączył się do nich ze
swoją nieokiełznaną trąbką. Wpłynęło to na zmianę zamiarów Józefa
i Marii.
Grupa porzuciła pola marchwi i kalafiorów dla dancingów w małych
miasteczkach Kalifornii. Nazywali się Espaldas Mojadas. Grali Ven a Mi,
Mi Chica Dolorosa, Mujer de San Luis, El Nubito Blanco que Llora.
Espaldas Mojadas, ubrani w obcisłe stroje charro, nosili wielkie
meksykańskie sombrera i grali do tańca w remizie strażackiej w Spreckel,
w Niezależnej Organizacji Dziwaków w Soledad, w Klubie Jeleni w King
City, W Garażu Greenfield i Miejskiej Muszli Koncertowej w San Ardo.
Józef i Maria przestał z nimi walczyć i gładko objął rolę ich impresaria.
Interes szedł świetnie. Zaczął nawet poszukiwać talentów wśród nowo
zatrudnionych chłopów. Były to jego początki w show-businessie.
Nieuczciwość, która w tej branży królowała, utwierdziła go w przekonaniu,
że obrał właściwy kierunek.
–
Sam widzisz, że to wszystko przez muzykę – mówił Mack.
–
Człowiek teraz niczego nie może być pewny, weźmy choćby Faunę.
Lokal Pod Niedźwiedzią Flagą nie miał sobie równych na lądzie i morzu,
i patrz, co ona robi? Daje dziewczynom lekcję dobrych manier, uczy je, jak
się poruszać, wróży z gwiazd. Założę się, że nigdy czegoś takiego nie
spotkałeś. Wszystko się zmienia, Doktorze, wszystko.
Doktor rozejrzał się po brudnym laboratorium. Przeszył go dreszcz.
–
Być może ja też nie jestem już taki jak dawniej.
–
Do diabła, Doktorze, ty nie możesz się zmienić.
Czego mielibyśmy się wtedy trzymać? Doktorze, jeśli ty się zmienisz,
cholernie dużo ludzi wykorkuje. Wszyscy czekaliśmy tu na ciebie, bo tylko
z tobą znowu będziemy żyć jak normalni ludzie.
–
Sam nie wiem, co ci powiedzieć, Mack. Czuję się kimś innym. Jestem
wykończony.
–
Dobra, dobra. Znajdziesz sobie dziewczynkę, Doktorze, zagrasz jej
marsza weselnego na swoim gramofonie i będzie w porządku. Będę wpadał
do ciebie od czasu do czasu. Naciągnę cię na kilka dolców. Spróbuj,
Doktorze, jesteś to winien swoim kumplom.
–
Spróbuję – powiedział Doktor bez przekonania. – Ale chyba jednak się
zmieniłem.
3
Koszałki-opałki (1)
Patrząc w przeszłość, zwykle bez trudu można ustalić moment narodzin
nowej epoki, ale dla tych, którzy wtedy żyli, był to tylko kolejny dzień
doczepiony do ogona dnia poprzedniego.
Tej zimy i wiosny ukazały się znaki i działy się cuda, ale nikt nie zwrócił
na nie uwagi. Dopiero z perspektywy czasu można dostrzec ich znaczenie.
Na górę Toro spadło tak dużo śniegu, że zaspy sięgały z jednej strony do
Pine Canyon, a z drugiej aż do Jamesburga. W Dolinie Carmel urodziło się
cielę o sześciu nogach. Nad Monterey chmury utworzyły napis JUŻ.
W kościele metodystów na betonowej posadzce wyrosły grzyby. Wiekowy
pan Roletti poczuł tak nagły i gwałtowny przypływ sił witalnych, że siłą
trzeba go było trzymać z dala od nastolatek. Wiosna była zimna. Deszcze
przyszły dość późno. Glony spływały purpurowymi chmarami do zatoki
Monterey. Były ich miliardy. Fale wyrzucały je na plażę, gdzie biedne
ginęły. Orki zaatakowały lwy morskie niedaleko Seal Rocks i sporo zabiły.
Z nerki pani Gaston doktor Wick wyjął kamień wielki jak dłoń, który na
dodatek ze wszystkich stron przypominał kształtem psią głowę. Klub Lwów
ogłosił konkurs na esej „Football szkołą charakteru" i wyznaczył 50
dolarów nagrody. I wreszcie ostatni, choć nie mniej istotny fakt wieńczący
katalog „znaków" – róża Sherman wypuściła pączek goździka. Być może
wszystko to nie miało żadnego znaczenia, bo tylko z perspektywy czasu
można by znaleźć na to odpowiedzi.
W Monterey zaszły zmiany. Zmieniła się również ulica Nadbrzeżna i jej
mieszkańcy. Mack ujął to krótko: „Zmienił się rytm tam-tamów. Na miejsce
starego przyszło nowe, a Pan Bóg wali w bębny za każdym razem inaczej".
Doktor też był inny niż kiedyś, chociaż zmienił się wbrew sobie.
I nie pomogły pacierze klepane przez przyjaciół, nie pomogła cała
wiedza, jaką posiadał. Z drugiej strony dlaczego miałby się nie zmienić?
Wszyscy się zmieniamy, a zmiana przychodzi niczym lekki wietrzyk
poruszający zasłonami o brzasku dnia, jak ulotny zapach polnych kwiatów
ukrytych w trawie. Zdarza się, że niektórzy odczuwają wtedy niewielki ból
–
myślą wtedy najczęściej, że złapali katar albo też czują lekką odrazę na
myśl o tym, co wczoraj było jeszcze dla nich najukochańsze. A zdarza się
i tak, że wtedy nawet orzeszki ziemne nie są w stanie zaspokoić głodu.
Przecież przejedzenie jest jedną z najsilniejszych oznak niezadowolenia. A
czy niezadowolenie nie jest dźwignią zmian?
Przed wojną Doktor wiódł życie ciche i przyjemne, co budziło zawiść u
ludzi, których los nie oszczędzał. Doktor żył tak, jak chciał i potrzebował.
Zbierał i preparował morskie żyjątka, a potem sprzedawał je szkołom
i muzeom. Mógł sobie pozwolić na bezkrytyczny i dobroduszny stosunek
do świata. A świat był dla niego ciągłym źródłem wrażeń, łączył w sobie
piękno morza z cudownym osiągnięciem człowieka – muzyką. Dzięki
wspaniałemu gramofonowi, który był jego własnością, Doktor mógł do
woli słuchać anielskich głosów chóru Kaplicy Sykstyńskiej, mógł
wędrować na wpół zagubiony pośród dźwięków genialnych mszy Williama
Byrda. Doktor uważał, że istnieją dwa największe dzieła stworzone przez
ludzi, dzieła, które przewyższały wszystkie inne – były to Faust Goethego
i Kunst der Fuge Jana Sebastiana Bacha. Doktor nie potrafił się nudzić. Był
kochany, ale również wykorzystywany przez przyjaciół, co jednak nie
sprawiało mu różnicy. Pamiętał bowiem słowa Diamonda Jima Brady'ego,
który dowiedziawszy się, że przyjaciele robią z niego jelenia, powiedział:
„To przecież fajnie być jeleniem – jeśli oczywiście stać cię na to". Doktora
było stać. Nie był próżny i dlatego nie starał się być ani cwaniakiem, ani
lizusem.
Naturalny podziw i pożądanie, jakie budziły w nim kobiety, zawsze były
przez nie w pełni odwzajemniane. Nie wymagano od niego wiele,
wystarczyło, że był uprzejmy, hojny i zabawiał towarzystwo. Zresztą nie
przychodziło mu to ciężko. Najkrócej można by powiedzieć, że Doktor był
szczęśliwym i zadowolonym z życia człowiekiem. Niestety, tacy ludzie
należą do wyjątków, które u innych pobudzają jedynie dążenie do
nieosiągalnej dla nich doskonałości. Prawda jest bowiem taka, że bardzo
niewielu ludzi kocha swoją pracę, swoje życie, samych siebie.
A Doktor lubił samego siebie, ale bez uczucia samouwielbienia, tak
jakby lubił innych ludzi. Pogodzony ze sobą, łatwo godził się ze światem.
W wojsku dość często zdarzało mu się tęsknić za muzyką, swymi
małymi zwierzątkami, rytmem pracy i wszystkim, co zostawił
w laboratorium. Powrót do domu i walka z wypaczonymi drzwiami, były
źródłem jednocześnie przykrości i przyjemności. Wzdychał, patrząc na
półki pełne książek. Przez ponad dziesięć minut zastanawiał się, którą płytę
nastawić pierwszą. Potem przeszłość odeszła w niepamięć – Doktor musiał
stawić czoło przyszłości. Stary Dusigrosz nie przejął się powierzonymi mu
obowiązkami – laboratorium przynosiło jeszcze mniej dochodu, niż wtedy
gdy Doktor się nim zajmował, aż wreszcie całkowicie podupadło. Zapasy
spreparowanych zwierząt szybko się wyczerpywały. Kontakty z nabywcami
pourywały się. Bank, któremu Doktor winien był pieniądze, nie chciał zbyt
długo zadowalać się „służbą Ojczyźnie", jako wytłumaczeniem zwłoki
w płatności.
Doktor zaczął sobie zadawać pytanie, czy zdoła doprowadzić
laboratorium do stanu poprzedniej świetności. W dawnych czasach nie
przejąłby się podobnym problemem, zajęty czymś innym albo korzystając
z uroków życia. Teraz jednak uczucie niezadowolenia trawiło Doktora. Nie
było ono zbyt silne, ale utrzymywało się uporczywie.
Na czym właściwie polega niezadowolenie? Jest ciepło, a mimo to
trzęsie cię. Jesteś najedzony, a mimo to głód ci doskwiera. Jesteś kochany, a
mimo to szukasz nowych wrażeń. A wszystko to wynika z prostego faktu,
że istnieje czas, ten cholerny Czas. Koniec życia nie wydaje się taki
odległy, widzisz go wyraźnie niczym linię namalowaną na mecie. Bez
przerwy zadajesz sobie pytania: „Czy wszystko już zrobiłem?", „Czy
wystarczająco cię kochałem?", „Czy zjadłem to, co było do zjedzenia?".
Wszystko to mówi o największym przekleństwie człowieka, a może też
stanowi jego nieprzemijającą chwałę. „Jakie znaczenie miało dotychczas
moje życie i co jeszcze może ono znaczyć w czasie, który mi pozostał?".
Dochodzimy tu do zatrutego przewrotnością sedna sprawy: „Czym
zapisałem się w Wielkiej Księdze Losu? Co jestem wart?". I nie jest to
próżność ani ambicja. Człowiek najprawdopodobniej rodzi się z długiem,
którego nigdy nie może spłacić, niezależnie od tego jak bardzo się stara, bo
dług ten ciągle rośnie. Człowiek zawsze zawdzięcza coś innym. Jeśli
zignoruje ten dług, to powoli zatruwa sobie duszę. Jeśli zaczyna go spłacać,
to w rezultacie powoduje tylko zwiększenie zadłużenia. Ale to, co potrafi
dać, jest miarą jego człowieczeństwa.
Największym talentem Doktora była zdolność niepozostawiania po sobie
niewyrównanych rachunków. Linia mety nie miała dla niego większego
znaczenia, poza tym, że chciał dojść do końca, żyjąc pełnią życia. Każdy
dzień miał swoją noc, każda myśl – swoje rozwiązanie, a każdy ranek,
wstając nad wschodnimi górami, przynosił ze sobą nowy rodzaj wolności
i rozjaśniał świat. Nigdy nie było powodu, aby myśleć, że mogłoby być
inaczej. Ludzie pielgrzymowali do laboratorium Doktora, żeby zanurzyć się
w wymyślonej przez niego cudownej bezcelowości. No bo powiedzmy
sobie szczerze – czy człowiek może zrobić coś takiego, czego milion razy
przed nim nie zrobiłby ktoś inny? Czy może powiedzieć coś, czego nie
można znaleźć u Lao-Tse, w Bhagawadgicie czy w proroctwie Izajasza?
Znacznie lepiej jest zanurzyć się w dogłębną kontemplację świata,
w którym piękno odwiecznie wsparte jest na fundamencie brzydoty i gdzie
wystarczy tylko zniszczyć ten fundament, a piękno zniknie z pola widzenia.
Umiejętność takiego postrzegania świata wzbogacała wewnętrznie Doktora.
Wielu ludzi chciałoby to umieć.
Teraz jednak toczył Doktora robak niezadowolenia. Być może było to
spowodowane jego wkroczeniem w wiek średni – spojrzenie traciło blask,
skóra elastyczność, kubeczki smakowe wrażliwość, oczy nie były tak
spostrzegawcze, słuch stawał się przytępiony. Nie można wykluczyć, że
wszystkiemu winna była pustka, jaka zapanowała na ulicy Nadbrzeżnej –
pustka milczących maszyn i metalu zżeranego przez rdzę.
Głęboko w duszy Doktor czuł, że poniósł klęskę. Niemniej jednak ciągle
jeszcze myślał trzeźwo. Poszedł do okulisty, prześwietlił sobie zęby. Doktor
Horace Dormody zbadał go dokładnie i nie znalazł żadnego ukrytego
ogniska zakażenia, które mogłoby być odpowiedzialne za jego
podenerwowanie. Podbudowany wynikami badań Doktor rzucił się znowu
w wir pracy. Miał nadzieję, jak to zwykle bywa, że zdoła zmęczeniem zabić
dręczący go niepokój. Zbierał, łowił, preparował, nakłuwał, aż półki
w laboratorium znowu zapełniły się okazami w słoikach. Nowe generacje
szczurów doświadczalnych buszowały w klatkach, a cztery nowe
grzechotniki pławiły się w rozkoszach w terrarium.
Mimo to niezadowolenie nie mijało. Ból, który odczuwał Doktor,
przypominał arytmię serca albo nagle zbudzony lęk. Whisky straciła smak,
a pierwszy łyk zimnego piwa z oszronionej szklanki nie sprawiał zwykłej
przyjemności. Przestawał słuchać w najbardziej podniecającym momencie
opowiadania. Nie cieszył go widok przyjaciół. Doszło do tego, że
odwalając ogromny kamień w Wielkim Zalewie Przypływowym – kamień,
pod którym zawsze znajdował niesamowite bogactwo morskich żyjątek –
opuszczał go z powrotem na miejsce i stał z rękami opartymi o biodra,
wpatrując się w morze, obserwując piętrzące się na horyzoncie, sine
i różowe chmury. Myślał: O co mi chodzi? Czego właściwie chcę? Dokąd
zmierzam? Obudziła się w nim niecierpliwa ciekawość – patrzył na siebie
jak ktoś obcy, obserwujący innych przez szybę. Przez cały czas miał
świadomość tego wszystkiego, co działo się w jego duszy, odczuwał to jak
dochodzącą z daleka muzykę.
Zdarzało się też i tak, że do późna w nocy Doktor pracował, używając
starego zniszczonego mikroskopu. Ostrożnie układał plankton na
szkiełkach, posługując się cienką jak igła szklaną pipetą. Słyszał wtedy trzy
śpiewające w nim naraz głosy. Pierwszy głos, głos myśli, śpiewał tak: Cóż
to za piękne drobinki, ni to zwierzęta, ni to rośliny, a jednocześnie i jedno,
i drugie – podstawa życia na całym świecie, pożywienie dla wszystkich
organizmów. Jeśli one zginą, zginie wszystko, co żyje. Drugi głos, głos
uczuć, śpiewał: I czego ty właściwie szukasz mały człowieku? Chcesz
poznać samego siebie? Czy dlatego wpatrujesz się w ten drobiazg, żeby nie
patrzeć na rzeczy duże i naprawdę ważne? Trzeci głos, głos duszy, śpiewał:
Samotny! Samotny! I co w tym dobrego? Kto ma z tego jakikolwiek
pożytek? Myślenie to unikanie uczuć! Zamykasz się jeszcze bardziej
w samotności, choć masz szansę, żeby z nią skończyć.
Czasami Doktor zostawiał pracę i szedł do latarni morskiej. Patrzył
wtedy na linię światła uderzającą o horyzont. Często zastanawiał się wtedy
nad możliwościami wykorzystania planktonu. Przecież to składnica protein,
gdyby mi się tylko udało wykorzystać go w pożywieniu dla ludzi, nikt na
świecie nie byłby już głodny. Wtedy zawsze odzywał się w nim ten trzeci
głos, powtarzając starą śpiewkę: Samotny! Samotny! Chcesz po prostu
kupić sobie drogę do ludzi.
Doktorowi wydawało się, że jest sam ze swoim niezadowoleniem, ale to
nie była prawda. Wszyscy mieszkańcy ulicy uważnie go obserwowali
i szczerze się o niego martwili. Mack i reszta chłopaków byli bardzo nim
przejęci. Pewnego dnia Mack powiedział nawet do Fauny:
–
Doktor zachowuje się zupełnie jak facet, który bardzo potrzebuje
damskiego towarzystwa.
–
Przecież może skorzystać z usług mojego lokalu, kiedy tylko chce –
odpowiadała na to Fauna.
–
Nie o tym myślałem – powiedział Mack. – Potrzeba mu kobiety, którą
mógłby zdobywać. To najlepszy sposób na niego, może wtedy przestanie
się obwiniać o wszystkie grzechy tego świata.
Małżeństwo było dla Fauny czymś ważnym. Kobiecie stwarzało
możliwość zdobycia pożądanej pozycji społecznej, a mężczyzn skłaniało do
wizyt Pod Niedźwiedzią Flagą – żonaci byli jej najlepszymi klientami.
–
W takim razie musimy go ożenić! – powiedziała Fauna.
–
Tylko nie to! – szybko odpowiedział Mack. – Nie musimy posuwać się
aż tak daleko! O mój Boże, nie, nie można mu tego zrobić.
Doktor próbował rozwiązać swój problem w tradycyjny sposób.
Wyruszył w drogę, na długą wyprawę do La Jolla, czterysta mil na
południe. Zabrał ze sobą spore ilości piwa i młodą dziewczynę, której
zainteresowanie zoologią i bezkręgowcami uważał za powierzchowne, co
zresztą okazało się prawdą.
Sama podróż okazała się bardzo udana. Pogoda dopisała; było ciepło
i bezwietrznie i poziom wody był niski. Dobry los i tym razem przygotował
Doktorowi miłą niespodziankę: pod okrągłym głazem obrośniętym
wodorostami znalazł dwadzieścia osiem małych ośmiornic o mackach nie
większych niż dziesięć–dwanaście centymetrów. Doktor był bardzo
zadowolony i koniecznie chciał utrzymać je przy życiu. Pozbierał je
ostrożnie i przełożył do drewnianego pojemnika. Na wierzch wrzucił kilka
wodorostów. Był coraz bardziej podekscytowany.
Przyjaciółka Doktor zaczynała się powoli nudzić. Entuzjazm Doktora na
widok ośmiornic wskazywał wyraźnie, że jego zainteresowanie
bezkręgowcami znacznie przekracza jej oddanie sprawie. A poza tym,
żadna dziewczyna nie lubi zejść na drugi plan, tym bardziej jeśli jej rywalką
okazuje się ośmiornica. Droga powrotna do Monterey trwała znacznie
dłużej. Co jakiś czas Doktor zatrzymywał samochód, aby namoczyć worek,
w który zawinięty był pojemnik z ośmiornicami.
–
Ośmiornice bardzo źle znoszą ciepło, po prostu nie wytrzymują –
powtarzał na każdym postoju.
Nie cytował poetów. W rozmowie nawet przez moment nie starał się
zachwycać jej oczami, karnacją czy figurą. Nie nawiązywał do jej uczuć
czy toku myślenia. Zamiast tego, Doktor opowiadał o ośmiornicach.
Jeszcze dwa dni temu dziewczyna byłaby tym zafascynowana.
–
To wspaniałe zwierzęta. Delikatne, skomplikowane i bardzo nieśmiałe.
–
Ohydne potworki – krótko skomentowała dziewczyna.
–
Nie, nie są ohydne, ale chyba wiem, dlaczego tak uważasz. Dla ludzi
zawsze były odpychające, ale jednocześnie budziły podziw. Ich oczy są
piękne i okrutne zarazem. Ile mitów osnuto wokół ich życia! Znasz te
historie?
–
Oczywiście – ucięła sucho.
–
W gruncie rzeczy to bardzo spokojne zwierzątka. I bardzo
skomplikowane. – Doktor podniecał się trakcie mówienia. – Udowodnię ci
to, jak tylko wpuszczę je do akwarium. Oczywiście, trudno tu mówić o
podobieństwie, ale czasami zachowują się zupełnie jak ludzie. Najczęściej
chowają się i starają unikać kłopotów, ale udało mi się zobaczyć, jak jedna
z premedytacją zamordowała drugą. Wszystko wskazuje na to, że
odczuwają strach i złość. Zmieniają kolor, kiedy są zaniepokojone albo
wściekłe, zupełnie jak człowiek, który czerwienieje ze złości.
–
Bardzo interesujące – stwierdziła dziewczyna i ostentacyjnie zakryła
spódnicą kolana.
Doktor mówił dalej, nie zwracając na to uwagi:
–
Czasami wpadają w taką furię, że giną od tego, a objawy są bardzo
podobne do apopleksji. To bardzo uczuciowe zwierzęta. Mam zamiar
napisać o nich rozprawę.
–
Może przy okazji odkryjesz, co powoduje apopleksję u ludzi –
powiedziała dziewczyna, ale ponieważ Doktor jej nie słuchał, ukryty w tym
zdaniu pocisk ironii chybił celu.
Nie ma potrzeby przedstawiania dziewczyny z imienia. Nigdy więcej jej
noga nie postała już w Zachodnim Laboratorium Biologicznym. Jej
zainteresowanie nauką zgasło, niczym świeczka na wietrze. Płomień
natomiast zapalił się w Doktorze.
Płomień pomysłu, koncepcji, idei zapala się i gaśnie, a człowiek,
w którym płonął, zostaje ścięty z nóg, szczęśliwy i przerażony zarazem.
Istnieją na to tysiące dowodów! Wszyscy wiedzą o jabłku Newtona. Karol
Darwin opowiadał, że O powstawaniu gatunków przemknęło mu przez
myśl w ciągu jednej sekundy, a potem przez resztę życia udowadniał
jedynie tezy, które wtedy odkrył. Teoria względności Einsteina objawiła się
w czasie nie dłuższym niż klaśnięcie w dłonie. To jest właśnie największa
tajemnica ludzkiego umysłu – indukcja olśnienia. Wszystko zaczyna
układać się w należytym porządku, na pozór niepasujące elementy
zaczynają do siebie pasować, dysonans staje się harmonią, a bzdura
przywdziewa szatę sensownego znaczenia. Wyjaśniający wszystko
przebłysk wytryska z żyznego podglebia gmatwaniny i nieładu, a geniusz,
który dojrzy w tym porządek, wie dobrze, czym jest ból.
Dziewczyna powiedziała „cześć" i odeszła. Doktor nawet nie zauważył,
że już jej nie ma. Mówiąc ściśle, w ogóle zapomniał o tym, że była.
Cierpliwie i bardzo dokładnie czyścił duże akwarium. Potem na jego
dnie rozsypał morski piasek, poukładał kamienie porosłe gąbkami
i stułbiami. Zasadził wodorosty. Złapał sporo małych krabów i węgorzy.
Wiadrami nosił wodę z oceanu. Zainstalował pompę przetłaczającą wodę ze
zbiornika do akwarium i z powrotem. Brał pod uwagę wszystkie znane mu
czynniki i uwarunkowania życia roślin i zwierząt – odżywianie, ilość tlenu,
czystość wody. Stworzył dla ośmiornic prawie idealny świat wewnątrz
szklanych ścian akwarium. Próbował przewidzieć potrzeby każdej
z ośmiornic i wyeliminować w zarodku potencjalnego wroga czy też każde
z czyhających na nie niebezpieczeństw. Wziął pod uwagę temperaturę
i dopływ światła.
Osiem ośmiornic nie wytrzymało trudów podróży, ale dwadzieścia
ocalałych rozproszyło się po akwarium, wznosząc tumany piasku,
wypuszczając girlandy bąbelków i czerwieniejąc z emocji. Doktor postawił
stołek obok i obserwował swoje dzieło. Umysł miał świeży, a myśli jasno
sprecyzowane. Jak na razie był spokojny, Wyblakłe, pozbawione wyrazu
oczy ośmiornic zdawały się obserwować go równie intensywnie.
W ciągu następnych dni nikt nie mógł przewidzieć, co Doktor ma zamiar
robić. Mack wyczerpał wszelkie inne możliwości, zanim zdecydował się na
wizytę w Zachodnim Laboratorium Biologicznym. Pretekstem miały być
dwa dolary, których rzekomo potrzebował.
Przygotował plan działania – chyba najlepszy w całej karierze. Zaczął
mówić cicho, by po obszernym występie nadać myśli przewodniej
właściwą formę. Następnie akcenty tragicznej konieczności zaczęły ulegać
iskierkom emocji. Dramatyzm opowieści narastał zgodnie z planem
i własną wewnętrzną logiką. Głos Macka był opanowany i łagodny –
żadnych drżeń – po prostu rozsądek i przejrzystość, jedynie drobne akcenty
tu i tam sygnalizowały, że napięcie może wzrosnąć. Mack świetnie
wiedział, że dobrze sobie radzi. Słyszał i widział sam siebie – i gdyby to do
niego ktoś tak mówił, nie miałby serca odmówić i zmiękłby na pewno.
Dlaczego zatem Doktor nie odrywał wzroku od ledwie oświetlonego
akwarium? Przecież odpowiedział na „cześć!" Macka. Głos trzymany
w ryzach załamał się. Mack mówił już teraz posługując się to vox angelica,
to vox dolorosa a w końcu już bendiga stupenda. Było to tak wzruszające,
że nie wytrzymał i sam się rozpłakał.
Doktor nadal nie odwracał głowy od akwarium.
Mackowi głos uwiązł w gardle. Oniemiał. Było to dość nieprzyjemne –
obnażyć się przed kimś tak zupełnie i... nic, nie usłyszeć nawet słowa
odpowiedzi. Nie bardzo wiedział, co dalej robić. Zdesperowany krzyknął:
–
Doktorze!
–
Cześć.
–
Czy aby dobrze się czujesz?
–
Jasne, że dobrze, Mack. Ile potrzebujesz?
–
Dwa dolce.
Doktor sięgnął do kieszeni po portfel, nie odrywając wzroku od szyby
akwarium. Całe starannie przygotowane przedstawienie Macka poszło na
marne. Mógł przecież przyjść najzwyczajniej w świecie i poprosić o
pieniądze. Zdał sobie teraz sprawę, że nigdy już nie osiągnie takich
szczytów. Ogarnęła go nagła złość. Przez chwilę chciał nawet odmówić
przyjęcia pieniędzy, ale zdrowy rozsądek uratował go w samą porę. Stał,
trzymając w palcach dwa banknoty.
–
Co cię opętało, Doktorze? – spytał.
Doktor powoli odwrócił się w jego stronę.
–
Mam wielki kłopot – powiedział.
–
Nie wiem, jak powinienem je
oświetlić? To zawsze największy kłopot, ale w tym przypadku może okazać
się nie do pokonania.
–
Co chcesz oświetlić? – spytał Mack.
–
Na początku są dwa oczywiste problemy – kontynuował Doktor. – Po
pierwsze, one nie wytrzymują ciepła; a po drugie, one do pewnego stopnia
boją się światła. Nie bardzo wiem, jak je oświetlić, a na dodatek, światło
powinno być zimne. Myślisz, że dałoby się je przyzwyczaić, to znaczy
oświetlać przez cały czas, tak żeby fotofobia ustąpiła?
–
Och, na pewno – powiedział Mack, choć przyszło mu to z trudem.
–
Nie byłbym taki pewny. Sam proces przystosowania, jeśli oczywiście
nie wykończy ośmiornic, może zupełnie zmienić ich normalne reakcje.
Poza tym bardzo trudno jest zmienić reakcje, które balansują na granicy
emocji. Jeśli wytworzę nienormalną sytuację, czy mogę wierzyć, że
uzyskam normalną reakcję?
–
Nie możesz – odparł Mack.
–
Uczucie to zjawisko, którego nie można poddać drobiazgowej analizie.
Przypuśćmy, że ciało człowieka zostałoby poddane sekcji przez jakiś inny
gatunek stworzeń. Chociaż o budowie organizmu dowiedziano by się
wszystkiego, myśli i uczucia człowieka pozostałyby na zawsze tajemnicą.
Teraz znów wydaje mi się, że złość u ośmiornic, albo to, co złość bardzo
przypomina, jest w zasadzie reakcją nienormalną. Obserwowałem to
wielokrotnie w różnych akwariach. Czy to samo dzieje się w głębinach
mórz? A może zjawisko występuje tylko w warunkach akwarium? Nie, nie
mogę tak myśleć, bo cała moja teoria weźmie w łeb.
–
Doktorze! – Mack prawie krzyczał. – Doktorze! Spójrz, to ja, Mack!
–
Cześć Mack. Ile chcesz?
–
Już mi dałeś – w chwili kiedy to mówił, Mack poczuł się jak głupek.
–
Potrzebne mi lepsze wyposażenie – mówił Doktor. – Cholera jasna,
bez lepszego sprzętu nie poradzę sobie.
–
Doktorze, a co byś powiedział na krótki spacer i lufę Starych
Tenisówek?
–
Świetny pomysł!
–
Ja stawiam – powiedział szybko Mack. – Mam nieco zaskórniaków.
–
Muszę zdobyć trochę forsy. Jak to zrobić, Mack? – powiedział Doktor
dość ostro.
–
Mówiłem ci, że to ja stawiam.
–
Potrzebny mi jest szerokoogniskowy, binokularowy mikroskop i sprzęt
do oświetlenia, może światło punktowe z drugiego końca pokoju? Nie, będą
przed nim uciekały. A może na rynku są jakieś nowości, jakieś nowe lampy,
nowe żarówki? Trzeba się będzie rozejrzeć.
–
Doktorze, chodźmy już – niecierpliwił się Mack.
Doktor kupił pół litra Starych Tenisówek. Po jakimś czasie wysłał
Macka po następną butelkę, na którą zresztą też dał pieniądze. Siedzieli
obok siebie w laboratorium, wpatrzeni w akwarium, opierając łokcie o
półkę. Nastąpił moment, kiedy do whisky zaczęli dolewać trochę wody.
–
Miałem wujka, który miał takie same oczy jak one – mówił Mack. –
Pieprzony stary bogacz. Ciekawe, jak to się dzieje, że kiedy już jesteś
bogaty, zaczynasz mieć takie zimne spojrzenie.
–
Samoobrona – powiedział Doktor poważnie.
–
Myślę, że
spowodowana przez krewnych.
–
Wrócę jeszcze do tego, co już ci mówiłem. Wszyscy z ulicy
Nadbrzeżnej martwią się o ciebie, Doktorze. Nic cię już nie cieszy, snujesz
się po okolicy jakiś taki zagubiony.
–
Może szukam czegoś nowego – powiedział Doktor.
–
Niektórzy uważają, że potrzeba ci kobiety, że tylko jakaś dziewczyna
wyciągnęłaby cię z tego. Znam jednego faceta, który gdy tylko wpada
w depresję, wraca do żony. Dopiero wtedy może docenić wolność. Potem
znowu ją zostawia i czuje się świetnie.
–
Terapia szokowa. Tylko, że mnie nic nie jest, Mack. Nie pozwól
nikomu na żadne swatanie, nie pozwól im na to, proszę cię. Moim zdaniem,
bardziej niż kobiety mężczyzna potrzebuje jakiegoś celu. I tego właśnie mi
potrzeba. Brak celu – to chodzenie w kółko.
–
Mnie osobiście to nie przeszkadza – wtrącił Mack.
–
Swoją rozprawę zatytułuję „Symptomy stanu zbliżonego do apopleksji
u głowonogów".
–
Wielki Boże! – zdołał wykrzyknąć Mack.
4
Nie będzie żadnej gry
Od pierwszego spotkania Józef i Maria czuł do Doktora coś w rodzaju
miłości – w końcu tajemnica i nieznane to pokarm dla miłości. Dla Józefa
i Marii uczciwość Doktora była czymś egzotycznym. Czymś zgoła
niesamowitym. Przyciągała go niczym magnes, mimo że jej nie rozumiał.
Czuł, że było coś, co przegapił, nie miał jednak zielonego pojęcia, co to
było.
Któregoś razu, odwiedzając Zachodnie Laboratorium Józef i Maria
zauważył szachownicę, a gdy tylko dowiedział się, że służy do gry –
w grach był zawsze dobry – poprosił Doktora o wyjaśnienie zasad.
W figurach połapał się prawie natychmiast – zrozumienie znaczenia gońca,
wieży, skoczka, pary królewskiej, pionków nie przedstawiało dla niego
żadnej trudności. W czasie pierwszej rozgrywki Doktor musiał odejść na
chwilę do telefonu, a kiedy wrócił, powiedział:
–
Przestawiłeś mojego pionka, swoją królówkę i gońca.
–
Skąd wiesz? – spytał Józef i Maria.
–
Znam tę grę. Musisz wiedzieć, że szachy to najprawdopodobniej
jedyna gra na świecie, w której nie da się oszukiwać.
Józef i Maria słuchał tego z prawdziwym niedowierzaniem.
–
Dlaczego? – dopytywał się.
–
Bo gdyby można było oszukiwać, nie byłoby żadnej gry.
Józef i Maria wziął sobie do serca to zdanie. Nie mógł spać w nocy.
Analizował je na wszystkie możliwe sposoby. Ponownie odwiedził
Doktora, bo chciał dowiedzieć się czegoś więcej. Sama idea zauroczyła go,
ale nie mógł jej zrozumieć.
–
Obydwaj gracze wiedzą dokładnie to samo. Rozgrywka toczy się w ich
umysłach – wyjaśnił cierpliwie Doktor.
–
Nie rozumiem.
–
Dobra, spróbuję inaczej. Nie możesz oszukiwać w matematyce, poezji
albo muzyce, bo one opierają się na prawdzie. Nie ma tam miejsca na
kłamstwo czy oszustwo – one należą do innego świata. Nie można
szachrować w arytmetyce.
Józef i Maria kręcił głową.
–
Nie rozumiem – powtórzył.
To było szokujące i jednocześnie bardzo atrakcyjne. Założenia i zasady
wykluczające oszustwo wydawały mu się nowym, nieznanym sposobem
oszukiwania. W jego podświadomości ziarno tego przekonania zostało
zasiane na dobre. Przyjmijmy, że z uczciwości zrobi się rodzaj szwindla –
takiego numeru nie sposób wykryć. Wszystko to było dla Józefa i Marii
zupełnie nowe, tak bardzo nowe, że jego biedna mózgownica zaczęła się
buntować i manifestować to bólem. Józef i Maria nie mógł odzyskać
spokoju. Oczy mu się zwęziły.
–
A może on opracował jakiś nowy system – powiedział do siebie
głośno.
5
Na scenę wkracza Suzy
Głupek i fajtłapa – to najczęściej używane słowa w charakterystyce
małomiasteczkowego policjanta. W książkach zawsze dostaje mu się rola
żałosnego nieudacznika. Ludzie pielęgnują ten obraz, nawet jeśli zdają
sobie sprawę, że jest nieprawdziwy. Ale tyle jest spraw i rzeczy, w które
wierzymy, chociaż jednocześnie wiemy, że nie mają one nic wspólnego
z prawdą.
Posterunkowy pełniący swoje obowiązki przez parę lat wie więcej – i to
ze szczegółami – o swoim mieście niż ktokolwiek inny.
Ma pełną świadomość subtelnej, politycznej równowagi sił pomiędzy
burmistrzem a radnymi, strażą pożarną i spółkami ubezpieczeniowymi.
Wie, z jakiej okazji pani Geltham wydaje przyjęcie i kto na nim będzie.
Kiedy Mabel Anders zgłasza włamanie, od razu czuje, że może chodzić o
szczura łażącego po salonie, włamanie lub też często pobożne życzenie.
Wie, że pan Geltham sypia z nauczycielką i jak często ma to miejsce. Wie,
kiedy licealiści przerzucają się z dżinu na marihuanę. Jest świadomy
każdego ruchu, jaki ma miejsce w mieście. W przypadku popełnionego
przestępstwa zwykle wie, kto go nie popełnił, a często wie też, kto jest
winny. Dobry posterunkowy na służbie to gwarancja, że nie wydarzy się
wiele z tego, co wydarzyć by się mogło. Czasami dobry posterunkowy utnie
sobie z kimś pogawędkę w alejce parkowej, czasem do kogoś zadzwoni,
czasem tylko jego cień przemknie pod latarnią, Kiedy posterunkowy
zdejmuje z drzewa kota, świetnie wie, kto jest właścicielem zwierzaka.
Dzieciaki, których rodzice uznają – łagodnie mówiąc – ostre metody
wychowawcze za jedynie skuteczne, z płaczem oddają posterunkowemu
drobiazgi ukradzione w sklepach samoobsługowych, a jeśli to dobry
posterunkowy, to daje im odczuć, że sprawiedliwość potrafi też być
łaskawa, nie obrażając przy tym powagi prawa.
Obcy, wysiadający z ekspresu Del Monte w Monterey, nie będzie miał
pojęcia, że jego przyjazd został odnotowany, ale jeśli coś się wydarzy tej
nocy, dowie się o tym na pewno.
Posterunkowym w Monterey, i to dobrym, był Joe Blaikey. Było pewne,
że nigdy nie awansuje na szefa policji – zresztą wcale tego nie pragnął.
W mieście wszyscy go lubili i darzyli zaufaniem. Był jedynym
człowiekiem, który mógł załagodzić awanturę między mężem i żoną.
Przemoc i życie były jego uniwersytetami – beniaminek mający
czternaścioro rodzeństwa, które choć urocze, nie patyczkowało się
z maluchem. Dawanie sobie rady w domu było najlepszą szkołą. Joe znał
wszystkich w Monterey, a przybysza potrafił odróżnić na pierwszy rzut oka.
Suzy wysiadła z autobusu Greyhounda, rozejrzała się najpierw dookoła,
a potem szminką poprawiła kształt ust. Podniosła z ziemi wypchaną
walizkę i poszła w kierunku restauracji Złoty Mak. Była ładna, chociaż
miała płaski nos i szerokie usta. Figurę miała bez zarzutu. Liczyła
dwadzieścia wiosen, miała metr sześćdziesiąt pięć wzrostu. I prawdopodob
nie brązowe włosy, teraz ufarbowane na blond. Ubrana była w brązowy
płaszcz z kołnierzem z królika, bawełnianą sukienkę i brązowe buty
z cielęcej skóry (obcasy były już trochę zdarte). Na prawym bucie, przy
dużym palcu skóra była zadrapana. Suzy utykała lekko na prawą nogę.
Zanim jednak podniosła walizkę, otworzyła torebkę z brązowego skaju.
Miała w niej lusterko, grzebień z dwoma wyłamanymi zębami, papierosy
lucky strike, zapałki z nadrukiem „Hotel Rosaline, San Francisco", pół
paczki miętowej gumy do żucia, osiemdziesiąt pięć srebrnych centów –
żadnych banknotów – szminkę – ale żadnego pudru – blaszane pudełeczko
z aspiryną, żadnych kluczy.
Gdyby tej nocy zostało popełnione morderstwo, Joe Blaikey mógłby
wyliczyć te wszystkie szczegóły, ale nie zdawał sobie nawet sprawy z tego,
że je zauważył. Joe działał instynktownie. Wszedł do Złotego Maku,
w chwili kiedy kelnerka stawiała przed Suzy kawę. Joe wdrapał się na
stołek obok dziewczyny.
–
Cześć Ella – powiedział do kelnerki – daj mi kawę.
–
Już idę – odpowiedziała Ella – Jak tam żona, Joe?
–
Och, zupełnie dobrze, chociaż ciągle narzeka, że nie ma tyle siły co
dawniej.
–
Nie chce być dla ciebie ciężarem – powiedziała Ella. – M ężczyźni tego
nie rozumieją, Kup jej lek na wzmocnienie i pozwól odpoczywać. Jeśli
poczekasz, za minutę będzie świeża kawa.
–
Jasne, że poczekam.
Ella poszła do ekspresu, nasypała świeżej kawy i postawiła dzbanek.
–
O czym tak rozmyślasz, maleńka? – Joe cicho odezwał się do Suzy.
–
O niczym – odpowiedziała.
Chociaż na niego nie patrzyła, widziała go dobrze – jego postać odbijała
się w lśniącej, metalowej części dystrybutora piwa, który znajdował się
naprzeciwko niej, za kontuarem.
–
Na wakacjach? – spytał Joe.
–
Pewnie, że na wakacjach.
–
Na długo przyjechałaś?
–
Jeszcze nie wiem.
–
Szukasz pracy?
–
Może.
Ella właśnie ruszyła w ich stronę, ale zorientowała się szybko w sytuacji
i zajęła czymś w drugim końcu kontuaru.
–
Znasz tu kogoś? – pytał Joe.
–
Mam tu ciotkę.
–
Jak się nazywa?
–
Czy to twój interes?
–
Aha.
–
W porządku, nie mam tu ciotki.
Joe uśmiechnął się do niej. Suzy poczuła się lepiej. Miała zaufanie do
faceta martwiącego się o swoją żonę.
–
Jednym słowem pracujesz.
–
Jeszcze nie. Czy ma pan zamiar narobić mi kłopotów?
–
Nie, jeśli tylko nie będę musiał. Masz książeczkę ubezpieczeniową?
–
Zgubiłam.
–
To wspaniałe miasto. Wszystko jest tu dobrze zorganizowane. Nie
włócz się po ulicach. Władze miasta tego nie lubią. Jeśli będziesz
w biedzie, w rzeczywiście dużej biedzie i nie będziesz miała się do kogo się
zwrócić, przyjdź do mnie, pożyczę ci trochę forsy. Nazywam się Joe
Blaikey.
–
Dziękuję Joe, ale ja nie szukam wrażeń, mówię uczciwie.
–
Jeszcze. Teraz cholernie trudno tu o pracę, od czasu kiedy fabryki
konserw przestały produkować, ale nie przejmuj się.
–
Joe wstał
i przeciągnął się.
–
Na kawę wpadnę trochę później, Ella – powiedział
i wyszedł.
Ella zrobiła chyba wszystko, co było do zrobienia w drugim końcu baru.
Przetarła blat mokrą ścierką.
–
Bomba facet! – odezwała się do Suzy.
–
Jeszcze kawy? Świeżo
parzona.
–
Robi dobre wrażenie, a kawy chętnie się napiję.
Ella przyniosła nową filiżankę.
–
Gdzie się zatrzymasz?
–
Jeszcze nie wiem.
–
Moja siostra wynajmuje pokoje, są bardzo przyjemne. Cztery dolary
tygodniowo. Mogłabym do niej zadzwonić i sprawdzić, czy ma coś
wolnego.
–
Najpierw chciałabym się trochę rozejrzeć – odpowiedziała Suzy.
–
Mogę zostawić tu walizkę? Jest dosyć ciężka.
–
Oczywiście, wstawię ją za ladę.
–
A co będzie, jeśli nie zdążę przyjść, zanim skończysz zmianę?
Ella spojrzała na Suzy z góry.
–
Siostrzyczko, ja nigdy nie pracuję na zmiany, cały czas jestem zajęta.
Suzy przyglądała się wystawom sklepowym na ulicy Alvarado, a potem
poszła na nadbrzeże i oglądała zacumowane tam kutry rybackie. Małe rybki
zwykle szukają schronienia w cieniu mola – siedziało na nim dwóch
chłopców z wędkami w rękach. Nie ulegało wątpliwości, że ci wędkarze nic
nigdy nie złapali. Około czwartej Suzy przeszła już całą opustoszałą ulicę
Nadbrzeżną, kupiła paczkę lucky strike'ów, obejrzała z zewnątrz Zachodnie
Laboratorium Biologiczne i następnie zapukała do drzwi Niedźwiedziej
Flagi.
Fauna przyjęła ją w pokoju, który łączył ze sobą biuro i sypialnię.
–
Powiem ci prawdę – mówił do Suzy – interes dotychczas nie idzie
najlepiej. Liczę na to, że w czerwcu może trochę się poprawi. Bardzo
chciałabym ci pomóc. Nie przeżyłaś czegoś takiego, co mogłoby mnie
wzruszyć?
–
Nie przypominam sobie.
–
Nie masz grosza?
–
Ano właśnie.
–
I oczywiście nic sobie z tego nie robisz. – Fauna odchyliła się do tyłu
na obrotowym fotelu i przymrużyła oczy.
–
Kiedyś prowadziłam misję,
znam nieszczęśliwe przypadki od podszewki. Gdyby tak zebrać do kupy
wszystkie te nieszczęścia, o których słyszałam, Biblia wydawałaby się
cieniutką książeczką. Niektóre z tych historii były prawdziwe. Jeśli chcesz,
mogę ci powiedzieć, jak to z tobą było.
Suzy siedziała cicho; cała jej postać, twarz, ręce niczego nie wyrażały.
–
Zasrana rodzinka – zaczęła Fauna.
–
Przez cały czas awantury.
Prawdopodobnie nie miałaś więcej niż piętnaście, szesnaście lat, jak
wyszłaś za jakiegoś chłopaka, a może on nie chciał się żenić. W każdym
razie chciałaś zwiać od tych awantur.
Suzy nie odezwała się słowem.
Fauna patrzyła przed siebie, udawała, że nie widzi, jak powoli dłonie
Suzy zbliżyły się do siebie i zacisnęły.
–
Chciałaś od razu rozpocząć życie rodzinne, ale chłopak był
nieodpowiedzialny i ulotnił się szybciutko. Coś mówiłaś?
–
Nie powiedziałam słowa.
–
Co z dzieckiem?
–
Straciłam je.
–
Nienawidzisz tego faceta?
–
Nie ma o czym mówić.
–
W porządku, jak chcesz. Nie jestem specjalnie ciekawa. Bywają
damulki urodzone do tego zawodu. Niektóre są zbyt leniwe, żeby normalnie
pracować, inne nienawidzą mężczyzn. Trudno powiedzieć, żeby wszystkie
lubiły to, co robią. To zupełnie tak, jakbyś chciała znaleźć barmana
lubiącego pić. Nie wyglądasz mi na urodzoną dajkę. Nie jesteś chyba też
leniwa. Dlaczego więc nie znajdziesz sobie jakiejś pracy?
–
Byłam już kelnerką. Potem pracowałam w sklepie.
Jedyna różnica polega na tym, że trzeba szybciej biegać i płacą trzy
dolce mniej.
–
Chcesz się jakoś ustawić?
–
Chyba tak.
–
Masz chłopaka?
–
Nie.
–
Nienawidzisz facetów?
–
Nie, dlaczego?
Fauna westchnęła.
–
Wzięłaś mnie, siostrzyczko. Czuję przez skórę, że dałam się złapać.
Jesteś twardą sztuką. Sama kujesz własny los, jak stary kowal. To mi się
podoba i działa na mnie znacznie lepiej niż łzawe historyjki o ludzkim
nieszczęściu. Ale powiedz mi jeszcze – jesteś spalona?
–
Co takiego?
–
Czy masz czystą kartotekę? Czy może ktoś ma coś na ciebie?
–
Nie
–
I nigdy nic ci się nie przydarzyło?
–
Raz. Trzydzieści dni za włóczęgostwo.
–
Nic więcej nie trzymasz w zanadrzu?
–
Nic.
–
Czy mogłabyś się uśmiechnąć? Z taką miną jak teraz odstraszysz
każdego klienta.
Suzy wykrzywiła twarz w uśmiechu.
–
Wielki Boże! Wyglądasz raczej na siostrę miłosierdzia. Coś mi mówi,
że stracę na tobie sporo forsy. Dlaczego muszę wychodzić zawsze na
frajerkę? Pracowałaś już kiedyś w tej branży?
–
Nie.
–
Tak naprawdę, tutaj jest dużo lepiej niż na ulicy. Doktor Wilkins
będzie tu jutro.
–
Mogę iść po walizkę? – spytała Suzy.
–
Tak myślę. – Fauna otworzyła portfel leżący na biurku – sklep J.C.
Penneya jest otwarty do szóstej. Kup sobie sukienkę, ładną, ale tanią.
I nową szczotkę do zębów. Aha, jak tylko wrócisz, zrób coś z włosami.
Będzie z ciebie ładna dziewczyna, jeśli tylko trochę nad tym popracujesz.
–
Długo jechałam autobusem – usprawiedliwiała się Suzy.
–
No, to chyba wszystko ustalone. Jemy o wpół do siódmej. Kiedy jadłaś
ostatnio?
–
Wczoraj.
–
Dziś mamy gulasz wołowy, purée z marchewki i galaretkę wiśniową.
Wychodząc, Suzy zatrzymała się na chwilę w drzwiach i postukała we
framugę.
–
Jakiś gliniarz wypytywał mnie dziś o wszystko. Nazywa się Joe
Blaikey.
–
To przyzwoity człowiek, zawsze chętnie pożyczy ci trochę forsy.
–
To właśnie powiedział – odpowiedziała Suzy i szybko dodała: –
Uwielbiam gulasz wołowy.
W Złotym Maku Ella podała Suzy walizkę ponad kontuarem.
–
Wyglądasz na szczęściarę, która dostała gdzieś pracę – zauważyła.
–
Coś w tym rodzaju. Możesz mi powiedzieć, gdzie jest J.C . Penney?
–
Skręć w prawo, drugi dom. Front domu pomalowany na żółto. Do
zobaczenia.
Kiedy tylko Suzy wyszła ze Złotego Maku, podszedł do niej Joe Blaikey.
Odebrał od niej walizkę.
–
To bardzo dobra kobieta – powiedział – jeśli tylko będziesz trzymała
się z daleka od nie swoich spraw, wszystko będzie w porządku.
–
Skąd wiesz o wszystkim? – spytała Suzy.
–
Fauna dzwoniła do mnie. A teraz do widzenia.
–
Do widzenia
Wzięła od niego walizkę i weszła do sklepu J.C . Penneya.
–
Czym mogę służyć?
–
Chciałabym kupić sukienkę, ale niedrogą.
–
Proszę tędy.
–
Podoba mi się ta pomidorowa.
–
To zupełnie nowy odcień, nazywa się „Jabłko Miłości".
–
Przypomina raczej pomidora.
–
Sztuczny jedwab – świetnie i długo się nosi.
–
Lepiej na tym wyjdziesz, jeśli to prawda. Mój rozmiar to dwunastka.
–
Jakieś buciki pod kolor?
Suzy wzięła głęboki wdech.
–
O Boże! Tak!
6
Męki twórcze
Mijały dni. Płomień myśli, jak Feniks, wciąż na nowo rozpalał się
w głowie Doktora. To prawda, nie miał dobrego mikroskopu, ale miał oczy
i, dzięki Bogu, analityczny umysł, który potrafił wyłączyć uczucia, ból
i niepożądane sensacje.
Przyglądając się ośmiornicom, Doktor formułował główne założenia
swojej rozprawy.
Używając szklanej pipety, drażnił jedną z ośmiornic – najpierw ją
przeraził, potem złościł, aż doprowadził do tego, że zaatakowała i zabiła
swoją siostrę. Przeniósł jedną, wyjątkowo bierną ośmiornicę do słoika
i poddał ją eksperymentom ze słabym roztworem mentolu i siarczanu
magnezu. Podtruwał ją, żeby zaraz potem doprowadzić do stanu
poprzedniego. Osiągnął jednak swój cel – ciało zwierzątka pulsowało
kolorami ze złości. Poddał je także działaniu siarczanu kokainy. Zauważył,
że emocje wygasły, a ośmiornica zasnęła – jeśli oczywiście można
powiedzieć, że ośmiornica śpi. Natychmiast pobudził ją roztworem soli
fizjologicznej i drażnił pipetą, poszturchując to tu, to tam. Zabarwienie
skóry głowonoga znowu uległo zmianie, wzrosło natężenie koloru.
Dodatkowym objawem złości było bezładne wymachiwanie mackami.
W pewnym momencie, zupełnie niespodziewanie, ośmiornica zamarła
w bezruchu i zdechła. Doktor wyjął ciało ze słoika i poddał sekcji – szukał
w tkankach popękanych pęcherzyków.
–
To daje wyniki – mówił głośno do siebie – nie mam, co prawda,
odpowiedniego sprzętu, żeby zobaczyć, jak to się dzieje, ale wygląda na to,
że padła na apopleksję. Gdzieś musi być wyciek, nawet jeśli nie mogę go
umiejscowić. Mogę przecież rozpocząć swą dysertację, opierając się
jedynie na poczynionych obserwacjach.
Doktor kupił kilka żółtych bloków papieru do pisania i dwa tuziny
ołówków. Położył to wszystko na biurku. Ołówki zatemperował bardzo
starannie – końcówki grafitów wyglądały jak igły. Ułożył je w jednej linii
niczym żółtych żołnierzy. Na górze pierwszej strony napisał drukowanymi
literami: OBSERWACJE I HIPOTEZY. Przy stawianiu kropki cienki grafit
nie wytrzymał i złamał się. Doktor wziął następny. Starannie obrysował O
i B, do wszystkich następnych liter dorysował ozdobne zakrętasy.
Zaswędziała go kostka u nogi. Opuścił skarpetkę i podrapał się. To z kolei
spowodowało swędzenie ucha.
–
Ktoś o mnie mówi – powiedział i spojrzał na żółty blok papieru.
Zaczął się zastanawiać, czy nakarmił szczury. Łatwo się zapomina o
takich rzeczach, jeśli jest się pogrążonym w myślach.
Przyglądając się szczurom, rozpychającym się przy misce z jedzeniem
Doktor uświadomił sobie, że sam również od dawna nic nie jadł. Usmażę
sobie jajka, jak tylko napiszę jedną–dwie strony – pomyślał.
–
A może
lepiej byłoby zjeść coś najpierw, nie musiałbym wtedy przerywać toku
myślenia po to tylko, żeby zrobić sobie coś do jedzenia. Od kilku dni
Doktor przecież tęsknił do takiego właśnie spokoju i do nieskrępowanej
pracy myślowej, co teraz stało się jego udziałem. Spokój i praca umysłowa
były więc odpowiedzią na jego niepokoje. Tak, lepiej będzie coś najpierw
zjeść. Usmażył sobie dwa jajka i zjadł je, wpatrując się w pustą, błyszczącą
w świetle, kartkę papieru. Światło było za jasne, a jego odblask na papierze
sprawił Doktorowi ból. Skończył jajecznicę, wydarł z bloku stronę
i przykleił ją pod spód klosza lampy. Czynność ta, wykonana dokładnie
i sumiennie, zajęła mu sporo czasu. Potem znowu siedział nad pustą kartką.
Jeszcze raz obrysował napisane litery tytułu, dodał kilka esów-floresów.
Podarł ją wreszcie i wyrzucił. Rysowanie nadwerężyło grafity pięciu
ołówków. Doktor zatemperował je i ułożył obok pozostałych.
Przed Niedźwiedzią Flagę zajechał samochód. Doktor podszedł do okna
i wyjrzał. Nie zobaczył nikogo znajomego, poza Mackiem, wchodzącym do
sklepu. Przypomniało mu się, że chciał Macka o coś zapytać.
Przy osiąganiu koncentracji najważniejszy jest początek. Umysł
zachowuje się jak niesforny kurczak, próbując uniknąć myślenia, chociaż to
właśnie jest cechą różniącą nas od innych stworzeń. Doktor dawał sobie
z tym radę znakomicie – było dla niego jasne, że jeśli człowiek wie, co robi,
łatwo może to kontrolować. Zacisnął zęby i miał zamiar usiąść z powrotem
przy biurku, kiedy kątem oka zauważył jasny kolor sukienki. Wyjrzał przez
okno. Jakaś dziewczyna wyszła spod Niedźwiedziej Flagi i poszła wzdłuż
ulicy Nadbrzeżnej w kierunku Monterey. Z tej odległości Doktor nie mógł
zobaczyć jej twarzy, ale podobał mu się jej sposób chodzenia: uda, kolana
i kostki poruszały się wolno i dumnie, nie było w tym ani śladu koślawego
chodu czy śmiesznych podrygów typowych dla większości kobiet
przerzucających ciężar ciała z jednego biodra na drugie. Ta dziewczyna szła
po prostu ładnie – wyprostowana, z wysoko uniesioną głową, ręce
poruszały się zgodnie z rytmem kroków. Tak chodzą ludzie zadowoleni –
pomyślał Doktor. To prawda, że bardzo wiele można o kimś powiedzieć
tylko na podstawie chodu. Widać, czy ktoś jest przestraszony, chory albo
zadowolony. Można spotkać chód kaczkowaty, zawadiacki, nieśmiało
pełzający, a ten był obrazem zadowolenia – jakby ta kobieta szła z radością
na spotkanie z ukochanym. Szła dumnie – ale bez cienia próżności. Doktor
miał przez chwilę nadzieję, że dziewczyna nie skręci za rogiem, ale
skręciła. Spódnica zatoczyła krąg i już nie było jej widać. Ale Doktor nadal
ją widział w wyobraźni – poruszające się ręce i nogi, zwinne ruchy
gibkiego ciała. Założę się, że jest brzydka jak nieszczęście, pomyślał
i roześmiał się głośno.
–
Koło się zamknęło – powiedział do siebie. – O rany, moje gratulacje!
Udało ci się obudzić we mnie seks, aby w końcu zostawić mnie na lodzie.
Jak daleko mogę się posunąć w nieuczciwości? Wszystko tylko dlatego, że
nie chce mi się zabrać za robotę. Od myślenia, jak uniknąć pracy, głowa
może pęknąć. No, głowo! Ruszże się! Tym razem nie wymówisz się tak
łatwo, wracamy do biurka!
Doktor wziął do ręki ołówek i zaczął pisać:
„Obserwacji poddano dwadzieścia małych ośmiornic, pobranych
w strefie przypływowej niedaleko miasta La Jolla. Zwierzęta zostały
umieszczone w dużym akwarium, w którym odtworzono w sposób
maksymalny warunki ich środowiska naturalnego. Woda morska
dostarczana do akwarium była filtrowana w trybie ciągłym. Wymiana wody
następowała co dwadzieścia cztery godziny. W akwarium umieszczono
także inne gatunki zwierząt typowe dla danej niszy ekologicznej. Dno
zbiornika wyłożono piaskiem, kamykami i glonami pobranymi z miejsca,
gdzie złapano głowonogi. Zadbano o umieszczenie w akwarium małych
skorupiaków.
Pomimo podjętych środków ostrożności, w ciągu pierwszego tygodnia
pięć ośmiornic zdechło. Piętnaście, które pozostało przy życiu, sprawiało
wrażenie przystosowanych do nowych warunków życia. Zaczęły pobierać
pokarm, atakując i zjadając małe kraby. Światło"...
Ołówek nie wytrzymał i złamał się z trzaskiem. Doktor sięgnął po
następny, ale ten także nie wytrzymał nacisku, złamał się, dziurawiąc
papier. Doktor przeczytał to, co napisał. Nudne i suche – pomyślał.
–
Właściwie dlaczego zakładam jakieś podobieństwa do człowieka u zwierząt
tak bardzo odległych, może po prostu oszukuję sam siebie. Pierwszy głos
dochodzący z jego wnętrza rzucił cichutko: Szukasz w wodzie samego
siebie – między wodnymi zwierzątkami poszukujesz własnej duszy, mały
człowieczku – chcesz zaspokoić własną próżność. Wydaje ci się, że jesteś
lepszy od Macka, tylko dlatego, że używasz magicznych słów nauki, i to po
to tylko, żeby ukryć pustkę, żeby ukryć, że nie masz nic do powiedzenia.
Drugi głos mruczał: Samotny! Samotny! Wypuść mnie, chcę ciepła
i światła! Samotny!
Doktor zerwał się z krzesła i podszedł do akwarium. Wpatrywał się
w podświetloną wodę. Spod kamienia wypłynęła ośmiornica. Jedno z jej
ramion poruszyło się rytmicznie, jakby dyrygowało niewidzialną orkiestrą.
Rytm był lekki, swobodny i łagodny – zupełnie jak tamte uda, kolana
i kostki.
Doktor schował twarz w dłonie. Palcami naciskał na powieki, aż
pokazały mu się czerwone i zielone świecące punkciki. Wstał i poszedł na
piwo do sklepu po drugiej stronie ulicy.
7
Tak krawiec kraje...
Józef i Maria Rivas lubił Faunę. Podziwiał ją nawet. Niemniej uważał,
że prowadzenie interesu takiego, jakim był lokal Pod Niedźwiedzią Flagą,
szkodzi bardzo jej opinii. Zarządzanie takim interesem, to w zasadzie
wszystko, co powinna robić, bo status właścicielki był w jego oczach
przesadą. Własność bowiem, jak mawiał Józef i Maria, jest atrybutem
mężczyzny, dlatego że tylko jemu przystoi ciągnąć zyski. Już dość dawno
zauważył, że kobiety mające dostęp do większych pieniędzy stają się
nerwowe. Jego zdaniem, jedynie kobieta bez grosza przy duszy była
normalnym zdrowym osobnikiem. „Damulka z forsą to taki niedorobiony
mężczyzna" – mawiał. Kobieta nie musi pracować i – jak wszyscy o tym
świetnie wiedzą – najwspanialszą rzeczą u kobiety jest to, że jest kobietą.
Józef i Maria podzielił się z Fauną paroma pomysłami na zdjęcie z jej
ramion odpowiedzialności za zyski. Przedstawił jej wizję stanu praktycznej
i naturalnej równowagi, w sytuacji kiedy on będzie właścicielem, a ona
tylko zarządzającą interesem. Fauna, jak do tej pory, zdołała uniknąć jego
filantropijnej kurateli, ale Józef i Maria nie rezygnował, zwłaszcza że nic go
to nie kosztowało.
Dobry spekulant giełdowy czyta codziennie raporty finansowe
w gazetach, szuka swoich akcji, ale nie pomija na wszelki wypadek również
innych. Dokładnie tak postępował Józef i Maria w stosunku do lokalu Pod
Niedźwiedzią Flagą. Czuł, że nadejdzie dzień, kiedy Fauna zacznie
rozglądać się za kimś, kto zajmie się jej interesami.
Ponieważ jego własne sprawy szły gładko, Józef i Maria pomyślał, że
może sobie wielkodusznie pozwolić na złapanie jakiegoś kąska tylko dla
siebie. O przyjeździe Suzy wiedział, zanim rozpakowała na dobre walizkę.
Miał dziwne przeczucie, że ta dziewczyna to jeden z pierwszych błędów
popełnionych przez Faunę.
–
Masz praktykantkę – powiedział do Fauny – a praktykantki to moja
specjalność.
–
Wiem, wiem – odpowiedziała Fauna.
–
Dlaczego zgodziłaś się ją przyjąć?
–
Może źle zrobiłam, bo na pewno nie jest dobrym materiałem na
panienkę, ale pomyślałam sobie, że kiedy już sobie z nią poradzę, będzie
znakomitym materiałem na żonę.
–
Robi z ciebie balona.
–
Czasami trzeba się na to godzić. Tak naprawdę nigdy nie można czuć
się pewnie, jeśli się nie wie, co to znaczy być zrobionym w konia. Kiedyś
byłam misjonarką w Ameryce Południowej.
–
Po co?
–
Nie pamiętam już.
–
I co tam robiłaś?
–
Uczyłam kochać się wzajemnie.
–
A co oni robili?
–
Nauczyli mnie mumifikowania głów.
–
Dzikusy!
–
Nie, wcale nie dzikusy. Łowcy głów to bardzo mili ludzie – i uczciwi.
Jeśli sprzedają ci głowę, to możesz być pewien, że dostajesz towar
pierwszej jakości, ale – jak wszędzie – zawsze znajdzie się jeden, który
chce być mądrzejszy od innych. Tak było z Athatoolagooloo. Był
urodzonym łowcą głów, ale wymyślił, że równie dobrze można handlować
głowami małpimi. Należało je tylko dobrze ogolić. Nie trzeba było też ich
zbytnio mumifikować. Ludzie wszystko kupią.
–
Wiem coś o tym.
–
Potem przyjechał biskup i zrobił mi piekło za to, że skupowałam te
małpie głowy.
–
Ty je kupowałaś?
–
Jasne, że kupowałam. Miałam ich w szopie całe pudło. Wszyscy
mówili, że zwariowałam, a ja uważałam, że zrobiłam dobry interes.
–
Niby jak?
–
Widzisz, sprawa wyglądała tak – moi kumple byli uczciwi i porządnie
mumifikowali głowy. Wyobraź sobie teraz, że wychodzi ładunek głów na
sprzedaż, a ten żartowniś Athatoolagooloo podrzuci kilka małpich główek.
Nie minie wiele czasu, a nikt nie będzie już nikomu ufał. Ludzie płacą za
dobry towar, a nie gówno w kolorowym papierku. Kupiłam je wszystkie,
żeby nie weszły na rynek. Musiałam myśleć o reputacji Misji.
–
Tak, ale ten cwaniaczek... – wtrącił Józef i Maria, nazywany czasami
Patronem.
–
Wiem, co chcesz powiedzieć. Tak, to mu się udało. Miał mnie.
Musiałam płacić mu więcej za małpie głowy niż za prawdziwe, a on
świetnie zdawał sobie sprawę i wykorzystywał mnie.
–
Tak właśnie myślałem. Każdy na jego miejscu postąpiłby tak samo.
–
Och, ale to dało znakomite efekty. Jeśli kiedykolwiek zdarzy ci się
kupować głowy z plemienia Chungla, możesz być pewny, że będzie to
towar najlepszej jakości.
–
A co z tym cwaniaczkiem? – dopytywał się Patron.
Fauna otworzyła szufladę biurka i wyjęła z niej piękne małe cacuszko –
było to coś przypominającego wypolerowany czarny mahoń, kulka nie
większa od cytryny.
–
Skończył pięknie, prawda?
Patron nerwowo rozejrzał się dookoła.
–
Muszę już wracać, zostawiłem w sklepie samego Cacahuete.
–
Czy to nie on gra na trąbce? – spytała Fauna.
–
On. Doprowadza mnie tym do szaleństwa. Teraz na dodatek kupił
sobie nową. Nie można go od niej oderwać. Zmusiłem go, żeby chodził
ćwiczyć na plażę. Myślałem, że fale oceanu i lwy morskie dadzą mu
w kość. Ale gdzie tam. Zagrał sygnał mijania okrętu i do tej pory na jednym
z holowników marynarki nie wiedzą, jaki okręt ich mijał – nikt niczego nie
widział. Ostatniej nocy przeszedł samego siebie – ćwiczył normalnie na
plaży, ale skierował tę cholerną trąbkę w stronę rury ściekowej. Mówił, że
wpadła w rezonans. Nie wiem czy to prawda, ale usłyszałem nagle, jak ze
wszystkich kibli w okolicy ryknęło Burzliwą pogodą. Akurat wtedy stara
pani Somers robiła sobie lewatywę. Trudno mi wyobrazić sobie to, co tam
się stało. No, będę leciał. Ten bachor potrafi roztrzaskać szyby, biorąc
wysokie tony.
–
Wpadnij do nas znowu przy okazji – powiedziała Fauna.
–
Pamiętaj o tym, co ci powiedziałem o Suzy.
–
Będę pamiętała.
To śmieszne, ale bardzo niewielu ludzi lubi kupować u siebie pod
nosem. Wydaje się, że papierosy w sklepie naprzeciwko są znacznie lepsze.
Dziewczynki z Niedźwiedziej Flagi nigdy nie kupowały papierosów
z automatu stojącego w lokalu. Kiedy miały ochotę na lemoniadę albo
chciały kupić papierosy, szły do sklepu Patrona. Z tego powodu niemal
wszyscy mieszkańcy ulicy Nadbrzeżnej chodzili codziennie po całej ulicy,
chociaż wszystkie sprawy mogli załatwiać w pobliżu domu.
Józef i Maria ledwo zdążył dojść do sklepu przed przyjściem Suzy.
Trudno byłoby polecić Józefa i Marię jako konesera płci pięknej, ale
jeśli ktoś chciał uzyskać krótką i wyczerpującą charakterystykę jakiejś cizi,
to nie było lepszego informatora niż on. Był w tym rzeczywiście dobry, pod
warunkiem że nie łączyły go z przedmiotem oceny żadne więzi uczuciowe.
W czasie kiedy Suzy rozmieniała pieniądze i kupowała papierosy
w automacie, oboje dokonali taksacji drugiej strony z takimi oto wynikami:
Ona o nim: Wygląda na Latynosa, cwany i skąpy. Miej się na baczności,
jeśli coś od niego dostaniesz. Będziesz musiała oddać to z procentem.
Uśmiecha się tylko ustami, oczy ma jak u węża. Może się kiedyś przejechać
na własnym cwaniactwie.
On o niej: Cholerne ryzyko dla lokalu, w którym się zakotwiczy. Ma
charakter. Nie będzie tańczyć, jak się jej zagra – szybko odwróciłaby role.
Zbyt przyjazna. Jeśli spodoba się jej jakiś facet, to chyba go usidli.
Gdyby to zależało od Patrona, Suzy nie byłoby Pod Niedźwiedzią Flagą
dłużej niż pięć minut. Świetnie wiedział, że tak naprawdę zaufać może
jedynie absolutnym egoistom. Taki robi swoje i zawsze można przewidzieć,
co mu strzeli do głowy. Gorzej w przypadku uprzejmych z pozoru
hipokrytów – ci łatwo mogą cię oszukać. Jedynym jeleniem, którego
wyprowadzenie w pole dawało satysfakcję, był dla Józef i Marii właśnie
typ zupełnego egoisty. Z takim nie ma nigdy kłopotu. A Fauna? Fauna za
bardzo podkładała się ludziom. Jest zbyt otwarta.
Józef i Maria taksował Suzy w sposób, w jaki zapewne oceniałby
używany samochód, który ma zamiar kupić. Ładna figura, dobre nogi,
ładne kostki, zbyt wąska w biodrach i ma za duży biust. To zły znak – dobra
dziwka ma płaskie piersi. Twarz ładna, ale tylko wtedy, kiedy dziewczyna o
to zadba. Od razu można po niej poznać, w jakim jest nastroju. Ładna, jeśli
jest w dobrym nastroju. Dobra dziwka nosi maskę i wygląda tak samo dla
każdego, jest ładniutka, ale bardzo trudno przypomnieć sobie jej rysy
następnego dnia. Twarzy Suzy na pewno się nie zapomina. To jednak zbyt
duże ryzyko. Suzy nie umiała ludzi tylko tolerować – albo kogoś lubiła,
albo nie. To było jego zdaniem fatalne.
Cacahuete – bratanek Patrona, wycierał półki z kurzu. Uśmiechnął się
ciepło do Suzy.
Suzy pojaśniała. Nie uśmiechała się – raczej pokazywała zęby. Miała
pełne, duże usta, a kiedy szczerzyła zęby w uśmiechu, w jej oczach
pojawiały się iskierki, emanowało z niej coś miłego i przerażającego
zarazem. Rzeczywiście zbyt duże ryzyko. Do tego wszystkiego dochodziła
zawziętość. I to nie głupia zawziętość wynikająca z uporu. Nie była
sprytna. Nawet małe dziecko mogło ją wykiwać. W sumie więc Józef
i Maria mógłby ją wyprowadzić w pole, gdyby tylko chciał, i to w krótkim
czasie. Była jedną z tych wariatek, które zakochują się w jakimś facecie, nie
wiedząc nawet, jaki jest stan jego konta bankowego. Jest jedną z tych
dziewczyn – myślał Józef i Maria – które ściągają na faceta same kłopoty
i które na dodatek chcą grać pierwsze skrzypce, pieprząc całą sprawę. Miała
w sobie coś z Doktora. Patron zdecydował, że musi raz jeszcze ostrzec
Faunę. Ta mała może się okazać niedźwiedziem w pasiece. Taka była
opinia Patrona o Suzy, opinia rozsądna i wyważona. Nie zapominajmy, że
był w tych sprawach zawodowcem. Czym lekarz dla chorego, tym Patron
był dla dziwki – diagnozę stawiał bez pudła. Nie można oczywiście
wykluczyć, że obaj mogą się czasem pomylić.
Oceny i sądy dokonywały się błyskawicznie. Zanim Suzy zdążyła
otworzyć kupioną właśnie paczkę papierosów, wyjąć i zapalić jednego,
opinia o niej była już kompletna.
–
Jak leci? – spytał Patron.
–
W porządku – odpowiedziała Suzy. – Fauna potrzebuje trochę papieru
do pisania i kilka ołówków, ale miękkich.
Patron położył przed nią to wszystko.
–
Ona rzeczywiście bardzo dużo pisze – powiedział przy tym. – Zużywa
najmniej sześć bloków papieru miesięcznie.
–
Zajmuje się astrologią.
–
Wierzysz w te rzeczy?
–
Nie, ale to przecież zupełnie niewinna zabawa, nikomu nie szkodzi.
–
Znałem faceta, który zupełnie nieźle z tego żył.
–
Och, ona nic za to nie bierze.
–
Wiem, i nie mogę tego zrozumieć. Fauna nie jest przecież głupia.
–
Jasne, że nie – odparła Suzy.
Do sklepu wszedł Doktor. W ręku trzymał dwie butelki po piwie. – Dwa
piwa z lodu, jeśli łaska – powiedział.
Suzy spojrzała na niego, oceniła wzrokiem i odwróciła się. Jego broda
trochę ją szokowała. Nie, nie gapiła się na niego. Patrzyła po prostu.
–
Dlaczego nie kupisz sobie lodówki? – spytał Patron. – Mógłbyś wtedy
kupić od razu całą skrzynkę.
–
Znacznie lepiej i wygodniej dla mnie, jeśli to ty musisz się martwić o
lód – odpowiedział Doktor.
–
Znasz Suzy? Jest nowa w Niedźwiedziej Fladze.
–
Miło mi poznać – powiedział Doktor.
–
Mnie też – odpowiedziała Suzy. Nie powiedziała „cześć", jak to miała
w zwyczaju przy takich okazjach.
Kiedy Doktor wyszedł, Patron powiedział:
–
Śmieszny facet.
–
Wszyscy jesteśmy śmieszni – odpowiedziała Suzy.
–
Zna się na rzeczach, o jakich ja nigdy nawet nie słyszałem. – Patron
bronił teraz Doktora, jak wszyscy, którzy go znali.
–
Jakiś nadęty mądrala. Czyż nie? – wyczekująco spytała Suzy.
–
Nie, do diabła. On tylko tak dziwnie mówi, nie potrafi inaczej.
–
Nikt z nas nie potrafi inaczej, niż potrafi – stwierdziła Suzy.
–
Zbiera robaki i jakieś świństwa z oceanu i sprzedaje.
–
Komu?
–
Ludzie wszystko kupią – stwierdził Patron.
–
Oczywiście, ale w takim razie, dlaczego inni nie sprzedają?
–
Za dużo przy tym roboty i trzeba wiedzieć, co zbierać.
–
A dlaczego nosi taką brodę? Znałam kiedyś zapaśnika z podobną
brodą.
–
Nie wiem dlaczego. A po co nosił brodę ten zapaśnik?
–
Myślał, że wygląda z nią na twardziela.
–
Może Doktor myśli tak samo, ale wątpię, on wcale nie chce być
twardy.
–
Patron zapalał się do tematu.
–
W wojsku każą golić brodę,
mówią, że brodacz chce się wyróżniać, a najłatwiejszy sposób, żeby narobić
sobie kłopotów w koszarach, to być innym niż reszta.
–
Może jemu właśnie o to chodzi – wtrąciła Suzy.
–
Nawet lubię
dziwaków, pod warunkiem że nie są zbyt dziwni.
–
On podoba się kobietom. I chociaż nie lubią tej brody, nic nie mówią.
Ale po jaką cholerę mówię ci to wszystko? Mam jeszcze od groma roboty.
–
Jesteś Meksykaninem? – spytała Suzy.
–
Amerykaninem. Mój stary był Meksykaninem.
–
Umiesz mówić tym ich narzeczem?
–
Jasne.
–
Parle wu?
–
To nie to.
–
No, to tymczasem – powiedziała Suzy i wyszła. Szklane drzwi
trzasnęły. Nie jest zła, ta mała – pomyślał Patron – ale i tak wylałbym ją
z hukiem z Niedźwiedziej Flagi.
Doktor wyglądał przez okno laboratorium. Patrzył na Suzy idącą do
Niedźwiedziej Flagi. Wchodząc na schody, zatrzymała się niespodziewanie
i rozejrzała dookoła. Miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Nie zauważyła
Doktora.
8
Wielka wojna krokietowa
Pacific Grove i Monterey leżą obok siebie na wzgórzach otaczających
zatokę. Ale choć sąsiadują ze sobą, nie są do siebie podobne. Monterey
zostało założone dawno temu przez obcych – Indian, Hiszpanów i im
podobnych. Miasteczko rozwijało się bez ładu i składu, raz lepiej, raz
gorzej. Pacific Grove wybuchło zaś niczym wulkan z żelaznej kolebki
psychologiczno-ideowo-prawnej religii. Pomyślane było od początku jako
cichy zakątek. Rozwinęło się w pełni w latach osiemdziesiątych ubiegłego
wieku. Wtedy już obowiązywały w nim specyficzne prawa, ideały
i zwyczaje. Zgodnie z prawem panującym w mieście, jakikolwiek akt
notarialny jest nieważny, jeśli w miejscu jego sporządzania znajdowała się
choćby kropla wódki. W rezultacie alkoholizowany tonik sprzedaje się tam
w zawrotnych ilościach. Zgodnie z tym samym prawem wszystkie
okiennice powinny być zamykane po zachodzie słońca i nie wolno nikomu
ich otwierać przed świtem. Zabroniona jest jazda na rowerze, w niedziele
nie wolno się kąpać i pływać łodziami po oceanie. Wrzawa i głośne
zachowanie są przestępstwami, choć nie są dokładnie definiowane.
Oczywiście te zasady nie są bezwzględnie przestrzegane. Mur, który kiedyś
odgradzał Pacific Grove, miasto-enklawę, od reszty świata, już nie istnieje.
Tylko raz w całej swojej historii Pacific Grove znalazło się w poważnym
kłopocie. Kiedy je budowano, wielu starych ludzi postanowiło tu znaleźć
dla siebie cichy kąt, chociaż wydawałoby się, że starsi ludzie nie mają
większych powodów do zamykania się przed światem. I właśnie ci starcy
w bardzo krótkim czasie przemienili się w zrzędliwe potwory. Wtrącali
własne trzy grosze do wszystkiego. Byli jednym wielkim problemem.
Działo się tak aż do czasu, kiedy niejaki Deems, znany filantrop, podarował
miastu dwa boiska do roque'a.
Roque jest bardziej skomplikowaną odmianą krokieta – bramki są
wąskie, a młotki mają krótsze trzonki. Gra się z linii bocznych, podobnie
jak w bilardzie. Uważa się, że jest to bardzo skomplikowana gra. Mówią, że
znakomicie wyrabia charakter.
W sporcie musi istnieć rywalizacja i nagroda, o którą się walczy.
W Pacific Grove zwycięskiej drużynie roque'a co roku wręczano puchar.
Biorąc pod uwagę wiek zawodników – większość była dobrze po
siedemdziesiątce – można by pomyśleć, że sama nagroda nie podnosiła zbyt
wysoko temperatury rozgrywek. Jednak nie było to prawdą.
Jedna z drużyn nosiła miano Niebieskich, druga Zielonych.
Staruszkowie nosili małe czapki z daszkami i koszulki w kolorach
klubowych.
Piekło wybuchło nie dawniej niż dwa lata temu. Niebiescy oczywiście
trenowali na boisku obok Zielonych, ale nie zamieniali z nimi słowa.
Wrogość zawodników przeszła na całe rodziny. Były więc rodziny
Niebieskich i Zielonych. Ostatecznie podział wyszedł nawet poza ramy
rodzin. Byli zwolennicy Niebieskich i zwolennicy Zielonych. Doszło do
tego, że próbowano przeszkadzać w zawieraniu „mieszanych" małżeństw.
Bardzo szybko podział przeniósł się na politykę. Zielony nawet nie
pomyślałby o głosowaniu na Niebieskiego. Nawet kościół stał się terenem
rywalizacji i walki – Zielony nigdy nie usiadłby obok Niebieskiego
i odwrotnie. Zaczęto zastanawiać się nad budową osobnych kościołów.
W tej sytuacji nikogo nie zaskoczyło, że w czasie zawodów gorączka
sięgnęła zenitu. Wszyscy byli wyjątkowo drażliwi. Postronnemu
obserwatorowi trudno było uwierzyć w taką zaciętość i pasję u staruszków
stojących nad grobem. Napotkanie w lesie dwóch walczących ze sobą na
śmierć i życie staruchów nie należało do wyjątków. Wprowadzili nawet
tajne sposoby porozumiewania się, tak żeby druga strona nie wiedziała, o
czym rozmawiają.
Nastroje były tak gorączkowe, a temperatura tak wysoka, że całe
hrabstwo zwrócił uwagę na Pacific Grove. Podpalono dom któregoś
z Niebieskich, zaraz potem znaleziono w lesie ciało Zielonego,
zatłuczonego na śmierć młotkiem do roque'a (jest krótki i ciężki,
w nieodpowiednich rękach z łatwością zamienia się w śmiercionośną broń).
Staruszkowie przywiązywali sobie młotki rzemieniami do przegubów rąk,
niczym topory wojenne. Bez tego uzbrojenia nie wychodzili z domu. Nie
było takiej zbrodni czy ohydztwa, o które nie obwinialiby się nawzajem –
dochodziło do śmiesznych paradoksów, bo zarzucano sobie nawzajem
czyny po prostu niemożliwe do popełnienia z uwagi na wiek. Niebiescy nie
kupowali w sklepach Zielonych. Całe miasteczko było jednym wielkim
pobojowiskiem.
Pan Deems, który obdarował miasto boiskami, był miłym staruszkiem.
W czasach kiedy było to dozwolone, palił niewielkie ilości opium –
utrzymywało go to w dobrej kondycji i uodporniało na działanie czasu. Nie
miał ani nadciśnienia, ani gruźlicy. Był człowiekiem dobrodusznym ze
skłonnościami do filozofowania. Kiedy zorientowali się, do czego
doprowadziła jego darowizna, bardzo się zmartwił, a potem wprost
przeraził. Powiedział wtedy, że zrozumiał, co czuje Bóg.
Rozgrywki miały się odbyć 30 lipca. Nastroje były tak wrogie, że
większość nie wychodziła z domu bez rewolweru. Dzieciaki Zielonych
i Niebieskich prowadziły regularną wojnę gangów. Pan Deems doszedł do
wniosku, że skoro już wie, co czuje Bóg, może także działać jak On.
W mieście narosło zbyt dużo zła.
W nocy z 29 na 30 lipca staruszek Deems wysłał na boiska buldożer.
Rano, w miejscu gdzie były piękne boiska do roque'a, pojawiła się
wielka dziura w ziemi. Gdyby Deems miał dość czasu, kontynuowałby
boskie dzieło i napełniłby tę dziurę wodą.
Pana Deemsa wyrzucono z Pacific Grove. Gdyby udało się go złapać,
nie uniknąłby wysmarowania smołą i oblepienia pierzem, ale zaraz po
ukończeniu dzieła zniszczenia, rozsądny staruszek uciekł do Monterey. Tam
w spokoju gotował sobie, jak zwykle, yen shi na kuchence oliwnej.
Każdego roku, 30 lipca, całe miasteczko Pacific Grove zbiera się na
rynku i pali kukłę przedstawiającą pana Deemsa. Robi się z tego rodzaj
obrzędu. Kukła jest naturalnych rozmiarów. Najpierw wieszają ją na sośnie,
a potem palą. Maszerują z pochodniami. Powtarza się to każdego roku.
Znajdą się oczywiście tacy, którzy powiedzą, że to wszystko blaga, ale
przecież nie każda historyjka musi być nieprawdziwa tylko dlatego, że
nigdy się nie wydarzyła.
9
Wybrańcy bogów szaleją
Postronnemu obserwatorowi ulicy Nadbrzeżnej może się ona wydać
skupiskiem zarozumiałych i egoistycznych osobników, z których każdy
działa w pojedynkę, nie licząc się zupełnie z innymi. Na zewnątrz widać
jedynie słabe powiązania między kawiarnią La Ida, lokalem Pod
Niedźwiedzią Flagą, sklepem spożywczym (w dalszym ciągu nazywanym
Spożywczym Niebiańskiego Kwiatu Lee Chonga), Pałacykiem
i Zachodnim Laboratorium Biologicznym. W rzeczywistości łączy je
stalowa nić, chociaż cienka jak pajęczyna. Wystarczy skrzywdzić
kogokolwiek, żeby ściągnąć sobie na głowę zemstę wszystkich. Gdy któreś
z tych miejsc pogrąża się w smutku, płaczą wszyscy.
Doktor był kimś więcej niż Pierwszym Obywatelem ulicy Nadbrzeżnej.
Był lekarzem zranionych dusz i skaleczonych palców. Zdecydowany
legalista bez przerwy balansował na krawędzi przestępstwa, bo liczył się
z potrzebami przyjaciół. Przy tym każdy, bez specjalnego wysiłku, mógł go
naciągnąć na parę dolarów. Trzeba jednak przyznać, że kiedy Doktor miał
kłopoty, stawały się one kłopotami wszystkich.
Ale jaki kłopot mógł doskwierać Doktorowi? Nawet on sam tego nie
wiedział. Był głęboko, śmiertelnie nieszczęśliwy. Przesiadywał całymi
godzinami nad pustą kartką papieru, patrząc na rząd ostro
zatemperowanych ołówków. Zdarzało się, że stojący obok biurka kosz
zapełniał się pogniecionymi zapisanymi kartkami. Ale były również chwile,
gdy na dnie kosza nie widać było ani kawałeczka papieru. Kończyło się na
tym, że Doktor siadał przed akwarium i obserwował ośmiornicę. Jego duszę
przepełniała wówczas kakofonia głosów, które na przemian to wyły, to
skomlały czy też jęczały. Pisz! – rozkazywał pierwszy glos; Badaj! –
zachęcał drugi głos; Samotny! Samotny! – wzdychał głos trzeci. Doktor nie
poddawał się bez walki. Odgrzebywał dawne przygody miłosne, nurzał się
w muzyce, czytał Cierpienia młodego Wertera, ale głosy go nie opuszczały.
Czyste kartki zapraszające go do pisania, zamieniały się w śmiertelnych
wrogów. Ośmiornice zdychały w akwarium jedna po drugiej. Trudno mu
już było dłużej brak dobrego mikroskopu uważać za skuteczną wymówkę.
Gdy więc zdechła ostatnia ośmiornica, która mu pozostała, uczepił się tego
jak ostatniej deski ratunku. Odwiedzającym go przyjaciołom tłumaczył:
–
Sami widzicie, bez żadnych okazów nie mogę kontynuować badań, a
nowych nie zdobędę aż do wiosny. Wiosną, jak tylko złapię nowe
ośmiornice i kupię sobie mikroskop, papier będzie trzeszczał pod
ołówkiem, że aż strach.
Przyjaciele czuli, jak cierpiał, i brali cząstkę jego bólu ze sobą.
Wiedzieli, że nadejdzie taki czas, kiedy będą musieli coś z tym zrobić.
W Pałacyku zupełnie przypadkowo doszło do spotkania kilkorga
przyjaciół Doktora. Przypadkowo, bo nikt się z nikim nie umawiał, nikt go
nie planował, chociaż wszyscy wiedzieli, po co się spotkali. Gruba Ida
rozsiadła się jak kwoka. Niedźwiedzią Flagę reprezentowały Agnes, Mabel
i Becky. Stawili się wszyscy chłopcy. Spotkanie, jak wszystkie takie
spotkania, zaczęło się od poruszania spraw marginalnych, nieistotnych dla
celu, w jakim się zebrano.
–
Gruba Ida wyrzucała wczoraj jakiegoś pijaka z knajpy i zwichnęła
sobie ramię – powiedział Hazel.
–
Nie jestem już taka młoda – wtrąciła Gruba Ida ponuro.
–
Pijaczek przesadził i dlatego przy wychodzeniu nawet nie dotknął
chodnika. Gdyby była taka dyscyplina olimpijska, Gruba Ida zdobyłaby
złoto bez wysiłku.
–
Ale zwichnęłam sobie ramię – znowu ponuro wtrąciła Gruba Ida.
Na razie starannie unikali głównego tematu spotkania.
–
Jak się miewa Fauna? – spytał Mack.
–
Zupełnie dobrze. Jak zwykle do starych problemów dodaje sobie nowe
–
powiedziała Agnes.
Becky zaczęła powoli obdrapywać sobie lakier z paznokci.
–
To cała Fauna – stwierdziła – prawdziwy cud natury, daje nam lekcje
dobrych manier przy stole. Założę się, że gdyby na stole leżało przy
nakryciu trzydzieści sześć widelców, wiedziałaby, który do czego służy.
–
Przecież widelcami można tylko jeść, i nic więcej – powiedział Hazel.
–
Jezu, co za ignorant – oburzyła się Becky. – Pewnie nie odróżniasz
widelca do ciasta od dziury w ziemi.
–
A wiesz, do czego służy widelec Jacksona? – spytał wojowniczo
Hazel.
–
Nie, nie wiem, a co to?
–
Nieważne, ale od razu widać, kto tu jest ignorantem – Hazel
zatriumfował w charakterystyczny dla siebie sposób.
Do rozmowy wtrąciła się Gruba Ida:
–
Żadnych zmian u Doktora?
–
Zupełnie żadnych – odpowiedział Mack.
–
Byłem u niego wczoraj
wieczorem. Chciałbym wiedzieć, jak mu pomóc.
Zapadło milczenie. Skoro nastały złe czasy dla Doktora, dla jego
przyjaciół, którzy go szczerze kochali, także był to ciężki okres. Kiedyś był
bez skazy. Uważano, że potrafi zrobić wszystko, być może dlatego, że tak
naprawdę, to nie bardzo chciało mu się czegokolwiek tknąć palcem. Teraz,
nieco wbrew sobie, przyjaciele zaczęli odczuwać w stosunku do Doktora
pewne lekceważenie, choć jeszcze nie było ono pozbawione
wyrozumiałości. Być może, gdyby Doktor nie był zawsze taki wspaniały,
nigdy nic podobnego by się nie zdarzyło. Ludzie, którzy kiedyś musieli
jego imię wymawiać z należytym szacunkiem, teraz odzyskiwali dobre
samopoczucie – nie był już od nich lepszy.
–
Nie bardzo wiem, jak to ugryźć – przerwał milczenie Mack.
–
Może poprosić Faunę, żeby postawiła horoskop. Akurat teraz stawia
dla mnie, więc... – zaproponował Hazel.
–
Ty nie masz żadnej przyszłości – powiedział Mack.
–
No chyba! Nie wiesz czasem! Ale Fauna mogłaby nam powiedzieć, co
zrobić z Doktorem, założę się, że mogłaby.
Mack wyglądał na zainteresowanego pomysłem.
–
Lepsze to niż nic. Hoc sunt. Eddie, wykopiesz jedną z beczułek
zakopanych w czasie wojny. Hazel, ty zaprosisz Faunę na drinka.
Poprosisz, żeby przyniosła ze sobą cały zestaw do wróżenia.
–
Może już skończyła mój horoskop – westchnął głośno Hazel.
Fauna niezupełnie wierzyła w astrologię, co wprawiało ją
w zakłopotanie, ale nie mogła przekonać siebie samej, by ślepo ufać
gwiazdom. Odkryła natomiast, że prawie wszyscy chcą wierzyć
w tajemnicze powiązania swego losu z ciałami niebieskimi. To przeważyło.
Fauna nadal uprawiała astrologię. Interpretacja horoskopów dawała jej
możliwość mówienia ludziom, co powinni robić – a Fauna miała jasne
i sprecyzowane poglądy na ten temat.
Na przekór skrywanemu sceptycyzmowi, za każdym razem, gdy czytała
stawiany właśnie horoskop, była zaskoczona. Horoskop Hazel najpierw
zaparł jej dech w piersiach, a potem przeraził. Poważnie zastanawiała się,
czy go nie spalić i nie zachować wszystkiego w tajemnicy.
Hazel przyprowadził Faunę do Pałacyku. Mack nalał jej drinka z baryłki
Eddiego. Piła odruchowo, zatopiona w myślach.
–
Wyczytałaś już moją przyszłość z gwiazd? – dopytywał się Hazel
niecierpliwie.
Fauna spojrzała na niego ze współczuciem.
–
Nie chcę o tym mówić – powiedziała tylko.
–
Dlaczego? Jest tak źle?
–
Okropnie.
–
Daj spokój Fauna, przestań mnie straszyć. Powiedz, zniosę wszystko.
Fauna westchnęła.
–
Sprawdziłam na sto sposobów. Jesteś pewny, że podałeś mi dobrą datę
urodzenia?
–
Absolutnie pewny.
–
W takim razie nie mogłam popełnić żadnego błędu – powiedziała
Fauna i z widocznym wysiłkiem odwróciła się w stronę reszty zebranych. –
Gwiazdy mówią, że Hazel zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych.
Nagle zapadła martwa cisza.
–
Nie wierzę! – odezwał się po chwili Mack.
–
Ja wcale nie chcę być prezydentem – powiedział Hazel, i mówił
prawdę.
–
Nie masz wyboru, tak chcą gwiazdy – powiedziała Fauna. – Pojedziesz
do Waszyngtonu.
–
Nie chcę! – krzyczał Hazel. – Przecież ja tam nikogo nie znam.
–
Zastanawiam się, dokąd wszyscy moglibyśmy wyjechać – odezwał się
Whitey Drugi.
–
Widziałem na Pacyfiku jakieś całkiem ładne wyspy, ale cholera, one
też należą do Stanów, więc Hazel tam również by rządził.
–
Nie zgodzę się – smętnie powiedział Hazel.
–
Moglibyśmy go ukatrupić – zaproponował Mack.
–
Gwiazdy nic o tym nie mówią – odezwała się Fauna. – Hazel będzie
długo żył, umrze jako siedemdziesięcioośmioletni staruszek. Zatruje się
ostrygą.
–
Nie lubię ostryg – wtrącił Hazel.
–
Może je polubisz w Waszyngtonie.
–
A może mimo wszystko jednak się pomyliłaś? – spytał Mack.
–
Ba! Też miałam taką nadzieję. Powtarzałam obliczenia wiele razy. Nie,
moi drodzy, nie ma mowy o pomyłce, Hazel zostanie prezydentem USA.
–
W takim razie mamy niezły gips – odezwał się Eddie, a w jego glosie
brzmiało poczucie beznadziei.
–
Czy nie ma jakiegoś sposobu, żeby się nie zgodzić? Cholera, ukryję się
gdzieś! – powiedział Hazel. Był zdesperowany.
Fauna smętnie pokiwała głową.
–
Sprawdzę raz jeszcze, ale to beznadziejne. Nie masz szans, Hazel.
Masz dziewięć palców u nóg, prawda?
–
Nie wiem, ile ich mam.
–
No to policz!
Hazel zdjął buty i liczył.
–
Dziewięć – powiedział z goryczą, w głosie.
–
I dokładnie tak było w horoskopie. Możemy się tylko modlić, żeby to
wszystko dobrze się skończyło.
–
O Boże! – odezwał się Whitey Drugi. – Można to nazwać modlitwą,
do dziewięciu palców, ale wracając do sprawy, skoro zrobiłaś z tego dupka
prezydenta, to powiedz, jak zmusić Doktora do pisania.
–
Kto jest dupkiem? – zainteresował się Hazel.
–
William Henry Harrison.
–
O! O tak! – powiedział ochoczo Hazel.
Agnes uderzyła w wysokie tony swego skrzypliwego sopranu.
–
Doktor jest jakiś nieswój. Zaniosłam mu ćwiarteczkę, ale i to nie
pomogło. On już ledwie wytrzymuje. Dzień trwa dla niego stanowczo za
długo. Tylko siedzi. Siedzi i wpatruje się w kawałek papieru. A wiecie, co
było na tym papierze?
–
Jajka? – podsunął Whitey Pierwszy.
–
Nie. Nie chcę o tym mówić, bo to nic miłego.
–
Cholerny świat, może mu się polepszyło! No, mówże wreszcie, co tam
było? – zapalał się Mack.
–
Sami chcieliście – zaczęła Agnes trzęsącym się ze zdenerwowania
głosem.
–
Tam był narysowany obrazek, to znaczy Doktor narysował
obrazek, postać kobiety, i ta kobieta była zupełnie nagusieńka, a zaraz obok
niej jeden z tych przeklętych potworków – ośmiornica, tylko że toto paliło
fajkę. To jest zupełnie niepodobne do tego Doktora, którego znaliśmy od
lat.
Gruba Ida otrząsnęła się z letargu.
–
Zawsze był gościem z klasą, który niczym się nie przejmował; cały
czas na luzie, bez żadnych problemów. A teraz dostał bzika. Żeby to kto
inny, to jeszcze, ale nie Doktor! W to wszystko musi być zamieszana jakaś
cizia, mówię wam. Do licha, Doktor zawsze brał sobie dziewczyny albo je
sobie odpuszczał, i nie było sprawy.
–
Najpierw brał, a potem odpuszczał, taka jest kolej rzeczy – wtrącił
Mack.
Fauna położyła dłonie na biodrach.
–
Jesteście pewni, że nie chodzi tu o dziewczynę, której Doktor nie może
w żaden sposób zdobyć? – spytała.
–
Niemożliwe – powiedział Hazel.
–
A w ogóle to chciałbym, żeby
Doktor już z tego wyszedł. Idziesz do niego, mówisz, a on nie odpowiada,
nawet nie słucha.
–
A może powinniśmy napuścić na niego kilka panienek i zobaczyć, czy
to go ruszy? – zaproponował Whitey Drugi.
–
Chociaż nie mam do tego przekonania, chciałbym, żeby Fauna zajęła
się horoskopem Doktora. Niewykluczone, że podsunie nam to jakiś pomyśl
–
powiedział Mack.
–
Nie spotkałam jeszcze nikogo, kto wierzyłby bezkrytycznie w moje
horoskopy. Ja sama mam nieraz wątpliwości, ale dla Doktora zrobię
oczywiście wszystko, co jest w mojej mocy. Kiedy się urodził?
Ku ogólnemu zaskoczeniu nikt tego nie pamiętał.
–
Zdaje mi się, że jakoś tak na jesieni – powiedział Eddie.
–
Muszę to wiedzieć – odezwała się Fauna. – Mack, mógłbyś się tego
dowiedzieć?
–
Chyba tak, ale powiedz szczerze, Fauna, gdyby nie wszystko wyszło
tak, jak byśmy chcieli, nie mogłabyś trochę poszachrować dla dobra
sprawy?
–
A co masz na myśli? – spytała Fauna.
–
Dokładnie chodzi mi o to, żebyś mu powiedziała, że powinien odłożyć
to pisanie i poszaleć sobie trochę.
–
Nie bardzo rozumiem, co takiego złego jest w tym jego pisaniu,
przecież problem przestanie istnieć, jak tylko skończy pisać – wtrącił
Hazel.
Mack podrapał się po brzuchu.
–
Powiedzmy sobie wreszcie prawdę w oczy. Doktor chce napisać
zwariowaną pracę, i to doprowadza go do szału. Wiecie, co myślę? On tego
nigdy nie napisze.
Hazel aż wstał z wrażenia.
–
Jak to?
–
Znacie przecież ludzi, o których się mówi, że mają pecha. Nieważne,
co robią, i tak wszystko obróci się przeciwko nim. Jakby sami chcieli
napytać sobie biedy. I dlatego uważam, że tak naprawdę Doktor wcale nie
chce napisać tej pracy.
–
W każdym razie nieźle się tym katuje – wtrącił Whitey Pierwszy.
–
Słyszałeś kiedyś o substytucie? – spytał Mack.
–
To coś jak rezerwowy w drużynie piłkarskiej? – zapytał Eddie.
–
Nie, do cholery – zdenerwował się Mack – substytut to coś takiego, co
ma zastąpić zupełnie inną rzecz. Wielu facetów, używając go, nie zdaje
sobie nawet z tego sprawy.
–
Ty chcesz go wykończyć – ni stąd, ni zowąd odezwał się Hazel.
–
Tylko spokojnie. Wydaje mi się, że Doktor śmiertelnie boi się tego
pisania, bo wie, że to szaleństwo. Quod erat demonstrandum – powiedział
Mack.
–
Co? – spytała Fauna.
–
Q.E.D. – odpowiedział Mack.
–
A tak, oczywiście – ze zrozumieniem skwitowała Fauna.
10
Rzeczywistość ma taką dziurkę od klucza,
w którą możemy zajrzeć, jeśli przyjdzie nam
na to ochota
Doktor dokonał kilku zmian. Przede wszystkim przesunął biurko pod
okno. Teraz siedział i pisał nerwowo:
„Zmiana koloru wydaje się spowodowana nie tylko koncentracją płynów
pod skórą, ale także wynaturzeniem tkanki, która być może rozszczepia
widmo świetlne, dając złudzenie koloru".
Trzasnęły drzwi. Doktor wyjrzał na ulicę. Fauna dreptała ścieżką, która
wiodła od Pałacyku.
Doktor spojrzał znów na papier. Usłyszał kroki na chodniku.
Wyjrzał raz jeszcze. Gruba Ida szła w kierunku swojego baru. Józef
i Maria wychodził właśnie z Niebiańskiego Kwiatu i przeszedł przez ulicę.
Zaczął wchodzić na schody laboratorium. Zapukał do drzwi Doktora.
–
Wejdź! – krzyknął Doktor. W jego głosie słychać było wyraźną ulgę.
–
Pomyślałem, że mogę przez chwilę odsapnąć u ciebie. Mój zespół
ćwiczy teraz na piętrze. Dostaję od tego szału.
–
Chyba wiesz, że w zasadzie jestem zajęty? – powiedział Doktor.
Józef i Maria rozejrzał się po pokoju.
–
Po co trzymasz węże? – spytał.
–
Na sprzedaż.
–
A kto kupuje węże? Trudno zrozumieć, o co ci chodzi – mówił Józef
i Maria, przeciągając się.
–
Pod Niedźwiedzią Flagą jest nowa panienka
i wszystko wskazuje na to, że Fauna będzie z nią miała sporo kłopotów.
Problem Czerwonego Kapturka.
–
Jaki problem?
–
Wcale mnie nie słuchasz.
–
Muszę wracać do roboty.
–
Dobra, dobra. Wiesz, Doktorze, jednego ciągle nie mogę zrozumieć.
–
Czego?
–
Musi istnieć jakiś sposób robienia machlojek w szachach.
–
Nie ma takiej możliwości, a teraz rzeczywiście muszę brać się do
pracy.
–
Po co taki pośpiech?
–
Muszę! Nadchodzi przypływ – odpowiedział Doktor stanowczym
głosem.
Doktor doszedł plażą aż za latarnią morską. Fale rozbijały białe grzywy
o brzeg. Czasami woda moczyła mu stopy. Biegusy uciekały przed nim
w popłochu, jakby miały u nóg zamontowane małe kółeczka. Złote
popołudniowe słońce wędrowało w kierunku Chin. Na horyzoncie kołysał
się stary szkuner.
Po lewej stronie biały piasek tworzył wydmy, za którymi ciemny
sosnowy las zdawał się zatrzymywać w czasie dnia kawałek nocy.
Pobudzenie powoduje wzrost tętna – myślał Doktor – zupełnie jak u
ludzi przy psychicznym czy fizycznym napięciu. To jakby uwolnić zapas
adrenaliny, ale nie da się tego w żaden sposób udowodnić. Teraz nie mam
szans na zdobycie nowych okazów aż do wiosennych przypływów.
Pierwszy głos wewnętrzny nie zgadzał się z Doktorem: A może ty
w ogóle w to nie wierzysz? No, pośmiej się trochę z samego siebie.
Mógłbyś przynajmniej spróbować. Wpadłeś w pułapkę własnej próżności.
Samotny! – aż do trzewi docierał drugi głos. – Nie ma nikogo, komu
mógłbyś coś dać i od kogo coś byś dostał. Nikogo kochanego, nikogo
drogiego.
W tej chwili Doktor desperacko chciał wrócić do poprzedniego trybu
życia – beznadziejne marzenia dojrzałego mężczyzny o powrocie do
czasów, kiedy był małym chłopcem. Zapomniał zdaje się, że mali chłopcy
też cierpią. Doktor uklęknął na plaży i wykopał ręką dziurę w mokrym
piasku. Przyglądał się wpływającej do niej wodzie morskiej, która
podmywała osuwające się ścianki. Kopał dalej. Krab piaskowy umknął mu
między palcami.
–
Po co kopiesz dziury w piasku? – Doktor usłyszał głos za sobą.
–
Ot, tak sobie – odpowiedział, nie odwracając głowy.
–
Nie znajdziesz tutaj żadnych jadalnych mięczaków.
–
Wiem.
Trzeci glos zaśpiewał: Chcę po prostu być sam. Nie chcę rozmawiać,
wyjaśniać ani dyskutować. Nie chcę nawet słuchać. Założę się, się zaraz
wyjdzie z własną teorią oceanograficzną. Nie obejrzę się!
Głos z tyłu mówił:
–
W wodzie morskiej jest bardzo wiele metalu. Na przykład magnezu
jest w jednej mili sześciennej wystarczając dużo, aby pokryć cienką
warstwą cały kraj.
Zawsze na nich trafiam – myślał Doktor – jeśli tylko w zasięgu
promieniu kilku mil znajdzie się jakiś świr, trafi do mnie na sto procent.
–
Jestem jasnowidzem – powiedział głos z tyłu.
Doktor ze złością odwrócił się na piętach.
–
W porządku – powiedział.
–
Wprawdzie to jest właśnie moja
specjalność, ale jeśli chcesz, powiedz mi, co wiesz na ten temat. – Doktor
nie pamiętał żeby kiedykolwiek był tak nieprzyjemny dla kogoś obcego.
Nieznajomy okazał się wysokim, brodatym mężczyzną z oczami
czarującego, niewinnego i zdrowego bobaska. Ubrany był w wytarty
kombinezon roboczy i wyblakłą prawie do białości, niebieską koszulę.
Stopy miał bose. W rondzie słomianego kapelusza wycięte były dwie
dziury, co wskazywało na to, że wcześniej kapelusz ten zdobił koński łeb.
W Doktorze zaczęło powoli narastać zainteresowanie.
–
Mam taki zwyczaj, że zapraszam nieznajomych na obiad – mówił
jasnowidz. – Wiem, to nie jest zbyt oryginalne, robił tak Harun-ar-Raszid.
Chodź ze mną.
Doktor wstał. Ścięgna pod kolanami zabolały go dość mocno. Jasnowidz
był od niego znacznie wyższy. Obserwacja dokonana z bliska potwierdziła
pierwsze wrażenie Doktora – oczy obcego miały w sobie rzeczywiście
błysk radości mądrego dzieciaka. Reszta twarzy była inna, jakby wykuta
z granitu – tworzywa odpowiedniego dla proroków i patriarchów. Doktor
był zaskoczony. Zaczął się zastanawiać, czy nie tak wyglądali święci.
Z wystrzępionych rękawów niebieskiej niegdyś koszuli wystawały, niczym
ogromne winne grona, dłonie nieznajomego – pokryte brązowymi
zgrubieniami i bliznami. W lewej ręce jasnowidz trzymał parę bardzo
starych butów do koszykówki. Gdy zauważył, że Doktor właśnie tym
butom się przygląda, powiedział:
–
Zakładam je tylko do chodzenia w morzu, moje stopy słabo znoszą
kontakt z pąklami i jeżowcami.
Doktor czuł, że wbrew sobie poddaje się woli tego mężczyzny.
–
Haruna ar-Raszida odwiedzały dżiny, duchy ziemi, ognia i wody. Czy
do ciebie dżiny też przychodzą? – zapytał jasnowidz.
O mój Boże! – myślał Doktor. – Czyżbym miał zamiar bawić się w takie
bzdury? Dlaczego nie odpukam w niemalowane drewno, nie splunę przez
lewe ramię i nie odejdę? Przecież mogę go po prostu zostawić.
Jasnowidz z wyżyn swojego wzrostu przyglądał się twarzy Doktora.
–
Mieszkam sam – powiedział zwyczajnie – pod gołym niebem. W nocy
słucham szumu fal. Patrzę na czarne sylwetki sosen odcinające się od
ciemnego nieba. Dźwięk i cisza, kolor i samotność przynoszą mi wizje.
Myślę, że każdy mógłby je mieć, gdyby tylko chciał.
–
Wierzysz w nie? – spytał Doktor z nadzieję na negatywną odpowiedź.
–
Dla mnie to nie jest sprawa wiary czy jej braku – odpowiedział
jasnowidz.
–
Na pewno zauważyłeś, jak przedziwne kształty przybiera
słońce, zanim schowa się w oceanie. Czy za każdym razem powtarzasz
sobie, że to tylko złudzenie spowodowane załamaniem światła
w kropelkach wody. Czy po prostu cieszysz się pięknem tego widoku? A ty
nie miewasz wizji?
–
Nie.
–
W takim razie weźmy muzykę jako przykład. Czy w niej marzenia
i wspomnienia nie nabierają kształtów?
–
To różnica.
–
Nie widzę żadnej różnicy. Chodźmy, obiad jest gotowy.
Na wydmach tworzą się małe, ale głębokie fałdy, w których sosny
zapuszczają korzenie, opierając się wiatrowi i ruchomym piaskom.
W jednym z takich zagłębień, około stu metrów od plaży, jasnowidz miał
swój dom. Maleńka dolina była dobrze chroniona od wiatru. Osłaniały ją
konary sosen. Dno było grubo pokryte sosnowym igliwiem. Kiedy zeszło
się na dół, słychać było wyraźnie szum wiatru w wierzchołkach sosen.
Dookoła ich powykręcanych pni panował ciągły mrok. Rosły tu tylko
dlatego, że wyszły naprzeciw siłom, które stanowiły dla nich zagrożenie –
położyły się nisko z konarami zwróconymi w stronę wiejącego wiatru,
dając schronienie małym, pnącym się roślinom, które opóźniały
przesuwanie się ruchomych piasków.
Pod drzewami paliło się ognisko. Płaskie kamienie ułożono w taki
sposób, że tworzyły coś na kształt kuchni, na której bulgotała zawartość
osmalonych puszek po konserwach.
–
To właśnie jest mój dom – powiedział jasnowidz.
–
Witaj,
przygotowałem wspaniały obiad.
Jasnowidz zdjął z gałęzi blaszane pudełko i wyjął z niego bagietkę,
pokroił ją na grube pajdy. Z siatki wyjął kilka jeżowców i rozbił je o
kamienie, a uzyskane w ten sposób gonady rozsmarował na kromki.
–
Samce są słodkie, samice kwaśne – powiedział – lubię, jak są
zmieszane.
–
Próbowałem ich kiedyś – powiedział Doktor – Włosi to jedzą.
podobno są najlepszym źródłem protein. Mówią, że to afrodyzjak.
Z jasnowidza emanowała niewiarygodna prostota – był niczym logiczny
monolit opierający się nawałnicy rozzuchwalonego nonsensu.
–
Potem będziemy mieli skałoczepy gotowane na parze. Mam nawet
szpikulce, żeby łatwiej było je jeść. Lubisz kapustę morską? Coś dla
smakoszy. Jest jeszcze gulasz – taki uniwersalny gulasz „na winie", co się
nawinie, to do gara. Nie powiem ci, z czego jest zrobiony. Sam zgadniesz.
–
Żywisz się tylko tym, co znajdziesz w morzu?
Jasnowidz uśmiechnął się.
–
Niezupełnie. Bardzo bym chciał, żeby tak było, wszystko byłoby
wówczas dużo prostsze. Z morza mam proteiny, tyle ile mi potrzeba, a
nawet więcej, ale mój żołądek tęskni za skrobią. Muszę mieć chleb i trochę
kartofli. Poza tym białko lubię na kwaśno. Widzisz, mam ocet i cytryny.
Dogadzam sobie, jak mogę, ziołami: rozmaryn, tymianek, szałwia,
majeranek.
–
A co z cukrem? Nie znajdziesz go w strefie przypływu.
Jasnowidz patrzył na mrówkę, próbując bezskutecznie pokonać
piaskową górkę. Ziarenka usuwały się jej spod nóżek i spychały ją w dół.
–
Kradnę lizaki. Nie mogę się opanować – w głosie jasnowidza słychać
było nieśmiałość i zawstydzenie.
–
Każdy ma jakąś słabość – powiedział Doktor.
–
Nie obchodzi mnie to! – krzyknął jasnowidz.
–
Widzisz, apetyt to
bardzo dobra rzecz i im więcej rzeczy lubisz, tym jesteś bogatszy, ale
zawsze uczono mnie, że nie wolno kraść. Zresztą sam uważam, że to coś
złego. Boli mnie, kiedy kradnę, i świadomość, że bawię się w złodzieja,
psuje mi całą przyjemność jedzenia. Przepadam też za batonami Baby Ruth
i Mound.
Pomagając sobie szpikulcami, wyciągali skałoczepy z muszelek. Przed
jedzeniem maczali je w soku cytrynowym. Gulasz składał się z małży,
mięczaków, krabów i małych rybek. Przyprawiony był czosnkiem
i rozmarynem.
–
Niektórym ludziom to nie smakuje – powiedział jasnowidz.
Po skończonym obiedzie Doktor położył się na posłaniu z igieł
sosnowych. Ogarnął go błogi spokój. Powietrze, delikatność igieł, zapach
wodorostów i sosen, muzyka fal bijących o brzeg i wiatru buszującego
w konarach drzew tworzyły wokół niego oazę zadowolenia.
–
Trochę się dziwię, że nie zamknęli cię do tej pory – zwrócił się do
jasnowidza. – Ludzi rozsądnych, podobnych do ciebie, zwykle uznaje się za
niebezpiecznych. W naszych czasach ci, którzy zwracają na siebie uwagę
i nie mają zbyt wiele zmartwień, nie są popularni. Szczególnie
niebezpieczni są ci, którzy nie wierzą w rychły koniec świata.
–
Ten koniec jest coraz bliższy – powiedział jasnowidz. – Świat zmierza
do końca od chwili, gdy powstał.
–
Naprawdę nie mogę pojąć, dlaczego do tej pory nie zamknęli cię
w kiciu. To zbrodnia być szczęśliwym i nic nie posiadać.
–
Och, zamykają mnie od czasu do czasu i za każdym razem poddają
obserwacji psychiatrycznej.
–
Zapominam, że jesteś szalony. Właściwie, jak to z tobą jest? Jesteś
szaleńcem? – pytał Doktor.
–
Tak mi się czasami wydaje, ale nie jestem niebezpieczny. I nigdy nie
przyłapali mnie na podkradaniu batonów. Mam głowę na karku, na raz nie
biorę więcej niż jedną sztukę.
–
Nie gromadź wokół siebie uczniów – radził Doktor. – Wcześniej czy
później wykończą cię.
–
Nie ma strachu, nigdy nikogo nie uczyłem i nie będę uczył.
–
Nie jestem tego taki pewny. Podstawowa zasada naszych czasów
mówi, że człowiek sam nie poradzi sobie z tym cholernym światem.
Oczywiście ty możesz o tym nie wiedzieć, chociaż jesteś tego żywym
zaprzeczeniem.
–
Jestem zwyczajnie leniwy. A powiedz mi, piłeś kiedy herbatę z trawy
morskiej?
–
Nie.
–
Jest mocna i pachnąca. Daje fizyczne odprężenie. Mógłbym cię
poczęstować, ale nie mam kubków. Napijesz się z butelki po piwie?
–
Dlaczego nie?
–
Uważaj, butelka jest gorąca. Trzymaj. Owiń ją gałązką.
Po chwili jasnowidz zapytał:
–
Coś ci doskwiera, prawda? Ale zdaje mi się, że nie bardzo chcesz o
tym mówić.
–
Powiedziałbym, gdybym wiedział, co to jest. Prawdę mówiąc, akurat
teraz nie myślę o tym, przynajmniej chwilowo.
–
Aha, to o to chodzi – skwitował wymownie jasnowidz. – Masz żonę,
dzieci?
–
Nie.
–
A chciałbyś mieć?
–
Nie sądzę.
–
Zeszłej nocy widziałem syrenę. Pamiętasz, że wczoraj księżyc był
w drugiej kwadrze? Unosiła się rzadka mgła. Noc miała przedziwne kolory,
nie takie jak zawsze – czarny, szary i biały. W dole, na końcu plaży jest
wysunięta w morze półka skalna. Przypływ był niski i dlatego na skale
zrobił się dywan z wodorostów. Syrena podpłynęła do tego miejsca,
zatrzepotała ogonem i niczym łosoś wyskoczyła na skałę. Leżała tam potem
i kreśliła w powietrzu taneczne gesty swymi białymi ramionami i dłońmi.
Nie odpływała, dopóki przypływ nie zwiększył się i nie zatopił półki.
–
To był chyba sen? A może tylko rojenia twojej fantazji.
–
Nie wiem. Nawet gdyby to była tylko moja fantazja, byłbym bardzo
dumny, że potrafię wyobrazić sobie coś tak pięknego. A ty czego pragniesz
w życiu?
–
Myślałem o tym. Chciałbym zebrać wszystko, co widziałem, o czym
uczyłem się i myślałem, a następnie wszystko to sprowadzić do samej
kwintesencji, poznać wewnętrzne relacje, jakie tam istnieją, a na koniec
chciałbym wyabstrahować z tego coś, co ma znaczenie i praktyczne
zastosowanie. Wszystko jednak wskazuje na to, że tego nie potrafię.
–
Może po prostu nie jesteś jeszcze gotowy, a może potrzebujesz
pomocy.
–
Jakiej pomocy?
–
Są pewne rzeczy i sprawy, z którymi człowiek sam sobie nie poradzi.
Ja nie pomyślałbym nawet o zaczynaniu czegoś tak wielkiego bez...
–
Jasnowidz przerwał.
Fale ciężko uderzały o twardy brzeg. Zachodzące słońce oświetliło
chmurę, która teraz przypominała sztabę złota.
–
Bez czego? – pytał Doktor.
–
Bez miłości – odpowiedział krótko jasnowidz.
–
Muszę już iść, bo
chcę obejrzeć zachód słońca, zresztą beze mnie ono nie da sobie rady.
Wygląda na to, że jestem mu potrzebny.
–
Jasnowidz wstał i otrzepał
kombinezon z sosnowych igieł.
–
Przyjdę jeszcze kiedyś do ciebie – zaproponował Doktor.
–
Może mnie już tu nie być. Coś mnie gna ciągle z miejsca na miejsce.
Tak, prawdopodobnie już mnie tu nie będzie.
Doktor patrzył za odchodzącym jasnowidzem, który pokonywał
pochyłość wydmy. Widział, jak wiatr podbijał mu do góry rondo
słomianego kapelusza, jak słońce oświetliło mu twarz i igrało w pasemkach
brody.
11
Rozmyślania Hazel
Zaraz po wyjściu Macka z Pałacyku (Mack poszedł do Doktora, ale
akurat nie było go w domu) Hazel usiadł i zaczął rozmyślać. Sprawy
docierały do niego powoli. Słyszał, jak Mack twierdził, że Doktor nigdy nie
napisze swojej pracy, ale sedno całego wywodu nie dotarło do niego –
potrzebował na to czasu, ciszy i samotności. Było jasne, że na całej ulicy
Nadbrzeżnej narastało przekonanie, iż Doktor przestał być nieomylny,
jednak wszelkie nowiny miały do Hazel trudny dostęp. Wiedział, że Doktor
ma kłopot, ale nie było to dla niego wystarczającym powodem, żeby
zmienić swoje zdanie o przyjacielu. Gdyby nagle przyszła Hazel do głowy
myśl o końcu świata, poszedłby zapewne do Doktora spytać o dokładną
datę tego wydarzenia, a to, co by usłyszał, byłoby dla niego prawdą
ostateczną. Teraz w samotności, rozmyślał, ale nie o słabościach Doktora, a
o zdradzie, jakiej dopuścili się przyjaciele, którzy zaczynali wątpić
w mądrość Doktora.
Hazel siedział dość długo w bujanym fotelu, uderzając ręką w drewnianą
poręcz, a potem wstał i poszedł do Grubej Idy. Za kontuarem stał Eddie – to
był szczęśliwy traf. Hazel strzelił sobie dwie whisky, a zapłacił za coca-
colę.
Wyszedł z baru i między dwoma wytwórniami konserw przedostał się na
plażę. Jego uwagę przyciągnęła mewa ze złamanym skrzydłem. Ganiał ją,
próbując złapać. Chciał jej pomóc, ale uciekła do wody i utonęła.
Dość dawno temu Hazel przeżył trzęsienie ziemi i od tamtej pory
zastanawiał się nad przyczynami tego zjawiska. Szedł wzdłuż skał
w kierunku plaży Pacific Grove. Zajęty myślami nie zwrócił nawet uwagi
na zbrązowiałych od słońca chłopców, popisujących się przed
dziewczynami chodzeniem na rękach. Wspiął się na wzgórze i skierował
w stronę domu towarowego Holmana. Wszedł do środka. Od wejścia
towarzyszył mu kierownik piętra. Był to zaszczyt i wyróżnienie, które
spotykało tylko nielicznych, ale Hazel i na to nie zwrócił uwagi, tak samo
jak nie zauważył błyszczących wystaw.
Nie można usunąć człowiekowi gruntu spod nóg i oczekiwać, że będzie
się zachowywał normalnie. W drodze powrotnej na ulicy Nadbrzeżnej
Hazel przeszedł obok zakładu pogrzebowego, przed którym zebrała się
imponująca grupa uczestników smutnej ceremonii. Zazwyczaj Hazel
z dużym entuzjazmem włączał się do wszelkiego rodzaju obrzędów, ale
teraz, gdy patrzył na wynoszone na zewnątrz wieńce z gladioli, nie miał
wcale ochoty na udział w pogrzebie. Zmarły, którego odejście celebrowano,
musiał się niestety obejść bez obecności Hazel.
Nowe Monterey przeszedł bardzo szybko na skróty – bez zwykłej rundki
dookoła. Samo zachowanie Hazel zmartwiłoby zapewne jego przyjaciół, ale
gdyby dowiedzieli się, o czym tak naprawdę rozmyślał, byliby na pewno
przerażeni.
Myślenie było, jest i będzie wysiłkiem, ale w przypadku Hazel był to
wysiłek heroiczny. Gdyby sam proces myślenia można było przedstawić na
obrazie, każdy kto spojrzałby na płótno oddające myśli Hazel, dostawałby
morskiej choroby. Szara, skotłowana mieszanina wyobrażeń, wspomnień,
słów i szablonów – korek uliczny na dużym skrzyżowaniu z Hazel
w środku, próbującym wejść do któregoś z samochodów i gdzieś odjechać.
Hazel wrócił na ulicę Nadbrzeżną, ale nie poszedł od razu do Pałacyku.
Wiedziony instynktem, przemknął jak cień pod konarami czarnego cyprysu
i schował się obok szopy na pustym placu – mieszkał tam, zanim
przeprowadził się do Pałacyku. Myśli Hazel nie były zbyt skomplikowane;
najważniejsze było to, że Hazel w ogóle myślał.
Hazel kochał Doktora, a Doktor miał kłopoty. Ktoś był za te kłopoty
odpowiedzialny. Ale kto? Założenie, że winny był splot okoliczności, a nie
konkretna osoba, przekraczało możliwości intelektualne Hazel. Osoba,
która sprowadzała na Doktora cierpienie, powinna być powstrzymana,
nawet jeśli trzeba będzie ją zabić. Zresztą Hazel nie miał nic przeciwko
morderstwu – to, że do tej pory jeszcze nikogo nie zabił, wynikało
wyłącznie z braku takiej potrzeby i chęci. Próbował przypomnieć sobie
wszystko, co słyszał o problemach Doktora, ale poza mglistymi strzępami
nic nie oświecało jego ciężko pracującej mózgownicy. Z jednym wyjątkiem
–
Mack powiedział, że Doktor nie jest w stanie napisać swej pracy. Było to
jedyne jasne zdanie, jakie padło na ten temat. Powiedział je Mack. Jeśli
Mack wiedział o tym, to mogło oznaczać tylko jedno – był za to
odpowiedzialny. Pojawiał się jednak jeden szkopuł – Hazel lubił Macka
i miał cichą nadzieję, że nie będzie musiał go zabić.
Pod gałęziami cyprysu robiło się coraz ciemniej, za ciemno żeby można
było czytać. Hazel zawsze na tej podstawie oceniał, czy jest jeszcze
stosunkowo jasno. To, że sam nigdy niczego nie czytał, nie miało w tym
przypadku żadnego znaczenia. Nad frontowymi drzwiami Niedźwiedziej
Flagi zapaliła się lampa. W laboratorium przez cały czas było ciemno. Na
wzgórzu, w Pałacyku lampa naftowa dawała nikle światełko, z trudem
przebijające się przez zmatowiale szyby. Co kilka chwil Hazel próbował
zapadać w słodką bezmyślność, ale wszystkie wysiłki idące w tym kierunku
spełzły na niczym. Mack był odpowiedzialny za kłopoty Doktora i Hazel
musiał coś z tym zrobić.
Wstał i otrzepał ubranie z cyprysowego pyłu. Ruszył przez zwały
zardzewiałych rur obok pustego kotła, przeszedł przez tory i wszedł na
kurzą ścieżkę. Słyszał za sobą dźwięki trąbki, odbijające się echem od ścian
fabryki konserw – Cacahuete grał Burzliwą pogodę – i porykiwania lwów
morskich w China Point.
W Pałacyku Mack z chłopakami grali w kółko i krzyżyk, rysując kredą
na podłodze. Gąsiorek z alkoholem dla zwycięzcy stal pod ręką.
–
Cześć Hazel. Dołączysz się? – przywitał go Mack.
–
Mack – odpowiedział Hazel smutno – zostaw teraz te głupstwa, chcę
żebyśmy stąd wyszli, muszę ci dołożyć.
Mack zachwiał się na piętach do tylu.
–
Co?
–
Mam zamiar zdrowo ci dopieprzyć.
–
Za co?
Właśnie tego pytania Hazel bal się jak ognia. Usiłował znaleźć krótką,
zdecydowaną odpowiedź.
–
Dowiesz się, jak wyjdziemy – powiedział tylko.
–
Hazel! – Mack podniósł się z kucek – Hazel, kochasiu, co cię gryzie?
Powiedz, zobaczymy, może da się coś na to poradzić.
Hazel poczuł, że panowanie nad sytuacją wymyka mu się z rąk.
–
Nie możesz tak traktować Doktora – powiedział z wściekłością.
–
Każdego, ale nie Doktora.
–
Ale jak ja go traktuję? Nic złego mu nie zrobiłem, poza tym, że może
rzeczywiście naciągnąłem go na parę dolców, zresztą wszyscy to robię.
Nawet ty próbowałeś.
–
Powiedziałeś, że on nie może napisać tej pracy, a ja wiem, że to przez
ciebie.
–
Na rany boskie, Hazel! – Mack nie był w stanie powiedzieć nic więcej.
–
I tu cię mam, bratku – dokończył Hazel dumnie.
–
No dobrze, masz mnie. Kiedyś, kiedy już nie będziesz miał mnie
w garści, stłukę ci tyłek na kwaśne jabłko. Siadaj! Pociągnij sobie
z gęsiorka.
Wszyscy przyjaciele z Mackiem na czele skupili się wokół Hazel
i kadzili mu, rozpieszczali zachwytami, aż się chłopaczyna wzruszył. Miał
mokre oczy, pełne zgody na wszystko. Niestety, jeśli jednak coś już raz
zagościło w szarych komórkach Hazel, bardzo trudno było to później
usunąć.
–
Musicie mu pomoc – powtarzał. – On jest nieszczęśliwy jak zbity pies.
Musicie mu pomoc.
–
To nie jest nasza wina. Cały kłopot polega na tym, że Doktor,
ukrywając to przed światem, sam siebie zadręcza – stwierdził Mack.
–
To prawda, niech mnie cholera – wtrącił przejęty Whitey Drugi.
–
Ani myślę dać się oszukać takim głupim tłumaczeniem – upierał się
Hazel.
Mack zaczął się zastanawiać nad tym problemem, uwzględniając
wszelkie możliwe punkty widzenia.
–
Hazel ma rację – powiedział w końcu – byliśmy do tej pory strasznymi
egoistami, a przecież żaden z nas nie miał w życiu takiego dobrego
przyjaciela jak Doktor, i teraz zawodzimy go na całej linii, zostawiamy go
samemu sobie. Wstydzę się za nas wszystkich. Właśnie Hazel zwrócił mi
na to uwagę. Gdybym się znalazł w tarapatach, pewnie nie poszedłbym do
Hazel z prośbą o radę, ale na pewno chciałbym go mieć wówczas przy
sobie.
Hazel zażenowany kręcił głową. W całym życiu pochwalono go tylko
kilka razy i dlatego teraz nie bardzo wiedział, jak się zachować.
Mack kontynuował:
–
Proszę was wszystkich, i mówię to zupełnie poważnie, żebyśmy wstali
i wypili za Hazel, za jego szlachetną, bardzo szlachetną duszę.
–
O, do diabła, chłopaki! – powiedział Hazel i wytarł rękawem wilgotne
oczy.
Stanęli dookoła niego. Mack, Eddie, Whitey Pierwszy i Drugi.
Każdy z nich po kolei przechylali gąsiorek przez ramię, przepijając do
Hazel. Czuli się przy tym tak wspaniale, że powtórzyli toast i byliby zrobili
to po raz trzeci, ale przerwał im Hazel, mówiąc:
–
Czy nie moglibyśmy wznieść jakiegoś innego toastu, żebym i ja mógł
się napić?
–
Za Lefty'ego Grove! – zaproponował Eddie.
Lody zostały przełamane. Wróciło dobre samopoczucie. Wykopali
kolejną baryłkę z prywatnych zapasów Eddiego ukrytych przez niego
w czasie wojny.
Eddie odbił korek i powąchał go uważnie.
–
Pamiętam dokładnie – powiedział – przyjechali kiedyś goście
z Ameryki Południowej i zostawili buteleczkę absyntu.
–
Cały dom będzie pachniał – zauważył Mack.
Było tak, jak za starych dobrych czasów – powtarzali to sobie bez
przerwy. Gdyby jeszcze tylko Gay mógł być z nami – wypili za dobrego,
starego Gaya, przyjaciela, który ich opuścił.
Absynt złagodził trochę smak mikstury w baryłce. Dodawał smakowi
słodyczy, a zapachowi uroku minionych czasów. W miarę picia mieszkańcy
Pałacyku nabierali wytworności w wysławianiu się. Wytworności
minionych czasów. Prześcigali się w uprzejmościach, odstępując sobie
nawzajem pierwszeństwo w kolejce do pełnego gąsiorka.
–
Jeśli wpadnie nam trochę forsy, trzeba będzie iść do Woolwortha
i kupić kieliszki – powiedział Mack.
–
I tak się cholery zaraz wytłuką – zauważył Whitey Drugi.
–
Ale
świetnie rozumiem, o co chodzi.
W jakiś przedziwny sposób czuli, że znaleźli się w przełomowym
momencie historii, która nagle stanęła w miejscu, oceniła sytuację, a potem
skierowała bieg wydarzeń na zupełnie inne tory. Wiedzieli, że będą
wspominać tę noc, jako tę, od której wszystko się zaczęło. W takich
chwilach u większości ludzi budzą się skłonności oratorskie.
Mack oparł się o piec i skupił na sobie uwagę innych, waląc pięścią
w wystającą rurę.
–
Panowie – zaczął – wreszcie zdecydowaliśmy się wyciągnąć tyłek
Doktora z tej pętli przygnębienia.
–
Nie zapominaj, że już kiedyś próbowaliśmy zrobić coś takiego i o
mały włos, cholera, nie wykończyliśmy go zupełnie – wtrącił Eddie.
Mack cały czas był w cudownym nastroju.
–
Byliśmy wtedy jednak znacznie młodsi. Tym razem musimy wybrać
dziewczynę bardzo starannie, i ma to być dziewczyna z klasą, po prostu
strzał w dziesiątkę!
Hazel znów czuł się dobrze wśród kumpli. Nie musiał o niczym myśleć,
nie musiał niczego rozumieć.
–
Za Lefty'ego Grove! – wzniósł toast i wypił.
Mack usiadł na drzwiczkach pieca, które po to właśnie otworzył.
–
Bardzo długo o tym myślałem – powiedział– właściwie ostatnio nie robiłem
nic innego, tylko zastanawiałem się nad tym.
–
Tak naprawdę, to przecież nigdy niczym innym się nie zajmowałeś,
tylko główkowaniem – powiedział Whitey Drugi.
Mack zignorował tę uwagę.
–
Mam pewną teorię...
–
Ach, zamknij się wreszcie – nie wytrzymał Eddie.
–
Do kogo to powiedziałeś? – dopytywał się Whitey Drugi.
–
Nie wiem – odpowiedział Eddie niewinne – ale skoro sprawa jest
jasna...
–
Coś wymyśliłem i jeśli nie jesteście zbyt podcięci, to posłuchajcie –
zaczął Mack i zaczekał, aż wszyscy ucichli. – Być może wyda się to wam
trochę szokujące i dlatego mam prośbę. Zanim się wypowiecie, prześpijcie
się z tym. Moim zdaniem, sedno całej sprawy tkwi w tym, że Doktor
potrzebuje żony.
–
Co?
–
W zasadzie nie musi się, do diabła, żenić od razu – mówił dalej Mack
–
wiecie, co mam na myśli...
Gdyby nie absynt, który zdecydowanie wpłynął na złagodzenie
nastrojów wśród przyjaciół, Mack byłby w prawdziwych opałach.
–
Proszę, nie przerywajcie mi. Przedstawię wam teraz sytuację kobiety
w Stanach. Zastanowicie się nad rozwodami. Jakie są ich przyczyny?
Właściwie istnieje tylko jedna. Facet, który chce się żenić, nie powinien na
własną rękę szukać sobie kandydatki na żonę. I co gorsza, potem się z nią
żenić. To fakt. Faktem jest też, że facet zostawiony samemu sobie,
praktycznie zawsze żeni się z niewłaściwą kobietą.
–
Baw się ostrożnie, to i ślub nie będzie potrzebny – wtrącił Whitey
Drugi.
–
Niektórzy tego nie potrafią! – odpowiedział mu Mack.
–
Zaraz, zaraz, Mack, czy sugerujesz, że powinniśmy wpakować
w małżeństwo naszego prawdziwego przyjaciela?
–
Prosiłem przecież, żebyście nie wyjeżdżali z opiniami, zanim się nie
prześpicie – powiedział Mack z godnością.
Hazel skubał rękaw koszuli.
–
Nie zgrywasz się teraz, Mack? – spytał.
–
Nie, nie zgrywam się.
–
Wiesz, że jeśli coś złego przytrafi się Doktorowi, będzie z tobą
krucho?
–
Tak, wiem. Poza tym, jeśli mój pomysł okaże się zły, przyjmę pokutę
z pokorą.
Łóżko Hazel było ogromne. Miało baldachim, wsparty na podwójnych
filarach, umieszczonych w czterech rogach łóżka. To łóżko Hazel
zbudował, gdy zobaczył podobne w jakimś filmie. Kiedy w Pałacyku
ostatecznie zapanowała cisza, Hazel położył się i wpatrywał w baldachim,
przypominający swoją konstrukcją drewnianą chatę. W głowie miał zamęt.
Wołałby, żeby istniał jakiś prostszy sposób pomocy dla Doktora, niż ta
poważna operacja, którą proponował Mack. Po jakimś czasie Hazel wstał
i wyjrzał przez drzwi na zewnątrz. W laboratorium świeciło się słabe
zielone światło.
–
Biedny skurczybyk – powiedział Hazel cicho.
Hazel nie spal dobrze tej nocy, a jego sny do złudzenia przypominały
grzyby.
12
Kwiatek do kożucha
Joe Elegant był młodym, bladym mężczyzną. Nosił grzywkę. W długiej,
zrobionej z kości słoniowej fifce palił wyłącznie zagraniczne papierosy. Na
co dzień był kucharzem Pod Niedźwiedzią Flagą. Dziewczynki Fauny
uważały, że gotował najlepiej na świecie, a szczytem jego kunsztu były
świeże, chrupiące bułeczki. Miał jeszcze tę zaletę, że potrafił robić masaże
–
likwidował skutki sobotniej nocy w ciągu sekundy. Przez większość czasu
Joe szydził ze wszystkiego i ze wszystkich. Z wyjątkiem pory wydawania
posiłków, siedział zaszyty w swojej klitce na tyłach Niedźwiedziej Flagi,
skąd do późna w nocy słychać było stukot maszyny do pisania.
Pewnego ranka, w jakiś czas po przyjeździe, Suzy piła jeszcze kawę,
kiedy Joe zabrał się do sprzątania po śniadaniu.
–
Robisz bardzo dobrą kawę – powiedziała Suzy.
–
Dziękuję.
–
Nie wyglądasz na kogoś, kto tu pracuje.
–
Bo to moje czasowe zajęcie, zapewniam cię.
–
Znam świetny przepis na zupę gumbo, jeśli chcesz, to ci go dam.
–
To Fauna układa jadłospis.
–
Nie jesteś zbyt miły.
–
A niby dlaczego miałbym być miły?
Joe przeszedł obok Suzy. Wstała szybko, dogoniła go, złapała za
kołnierzyk i pociągnęła w dół. Ich twarze znalazły się na tej samej
wysokości.
–
Posłuchaj, ty...
–
zaczęła Suzy i spojrzała gniewnie w jego
wytrzeszczone oczy. A do diabła z tobą – powiedziała tylko i puściła go.
Joe Elegant odsunął się od niej, rozmasował szyję i poprawił koszulę.
–
Przepraszam – odezwała się Suzy.
–
Nie ma sprawy.
–
Dlaczego jesteś taki podły?
–
To ty tak uważasz, a poza tym to nie jest miejsce dla mnie.
–
A gdzie jest twoje miejsce?
–
Nawet gdybym ci powiedział i tak pewnie nie zrozumiałabyś.
–
Ach, więc wygląda na to, że jesteś po prostu zbyt dobry, żeby być
tutaj.
–
Powiedzmy, że jestem inny.
–
Bez żartów – ostro powiedziała Suzy.
–
Piszę powieść.
–
Naprawdę? O czym? Uwielbiam powieści.
–
Ta by ci się nie spodobała, na pewno.
–
Dlaczego?
–
Nie zrozumiałabyś jej.
–
A co w niej jest takiego niezrozumiałego?
–
To nie jest powieść dla mas.
–
A ja niby jestem masa? Co? Zresztą, może masz rację. Wiesz, im
dłużej ci się przyglądam, tym bardziej nabieram przekonania, że naprawdę
potrafisz napisać coś dobrego.
Joe Elegant głośno przełknął ślinę. Twarz drgała mu konwulsyjnie.
–
Kiedyś może przeczytam ci parę fragmentów.
–
To bardzo miłe z twojej strony, ale powiedziałeś przecież, że i tak nic
nie zrozumiem.
–
Będę ci tłumaczył w czasie czytania.
–
To mi się podoba. Jest przecież cholernie dużo rzeczy, których nie
rozumiem.
–
Lubisz ciasteczka czekoladowe z orzechami? – spytał Joe.
–
Przepadam za nimi.
–
Upiekę je specjalnie dla ciebie. Zajrzyj do mnie któregoś popołudnia.
Poczęstuję cię herbatą.
–
I kto by pomyślał, że jesteś w gruncie rzeczy bardzo miłym facetem.
Jest jeszcze kawa?
–
Zaparzę świeżą.
13
Paralele muszą być sobie pokrewne
To była męcząca, bezsenna noc. Głowa Doktora pełna była papieru,
ośmiornic i jasnowidzów. Normalnie w tej sytuacji zająłby się czytaniem
albo pracą, ale teraz, gdy tylko włączył światło, w oczy rzucały mu się od
razu niezapisane kartki i rząd ołówków.
Powoli nadchodził świt. Doktor zdecydował się pójść na długi spacer –
może wzdłuż wybrzeża aż do Carmel. Wstał z łóżka. W laboratorium ciągle
jeszcze było ciemno. Zapalił światło, żeby zrobić sobie kawę.
Gruba Ida stała akurat w drzwiach kawiarni La Ida, kiedy zobaczyła, że
w laboratorium zapaliło się światło. Wróciła do środka. Do brązowej,
papierowej torby włożyła półlitrówkę bez nalepki. W butelce był brązowy
płyn. Potem przeszła przez ulicę i weszła do laboratorium.
–
Doktorze – odezwała się zaraz po wejściu – dasz sobie radę z tym
towarem?
–
A co to jest?
–
Mówią, że whisky, ale chcę po prostu wiedzieć, czy po paru
kieliszkach człowiek nie wykorkuje. Mam dobrą okazję na niezły zakup.
Pędzą ją w Pine Canyon.
–
To jest zabronione przez prawo – powiedział Doktor.
–
Zabijanie ludzi też jest zabronione przez prawo – odpowiedziała Gruba
Ida.
Doktor znalazł się w sytuacji bez wyjścia – pomiędzy pomocą w handlu
nielegalnie pędzoną whisky, a zupełnie prawdopodobnym zabójstwem
przez otrucie, któremu mógł zapobiec. Pomyślał smutno, że zawsze był
zamieszany w podobne sprawy. Nigdy nie mógł wybierać między dobrem a
złem, ale zawsze między złem a czymś jeszcze gorszym. Sprawnie i szybko
dokonał oceny trunku.
–
To nie jest trujące, ale na pewno nie ma dobrego wpływu na żołądek.
Jest w tym trochę fuzli, ale w zasadzie nie jest gorzej niż w przypadku
Starych Tenisówek.
–
Dzięki, Doktorze, ile jestem ci winna?
–
Ćwiarteczkę, to chyba nie będzie za dużo? Ale nie tego.
–
Przyślę ci potem Old Taylora.
–
Nie ma pośpiechu.
–
Słyszałam, że masz kłopoty.
–
Ja? Niby jakie kłopoty?
–
Nie wiem, po prostu słyszałam.
–
Nie mam żadnych kłopotów – powiedział Doktor ze złością. – I po co
ta cała gadka! Wszechmocny Boże, wszyscy traktują mnie, jakbym nagle
zapadł na jakąś straszną chorobę. Jakie kłopoty?
–
Jakbyś czegoś potrzebował, to daj znać – powiedziała Gruba Ida
i szybko wyszła, zostawiając przyniesioną butelkę.
Doktor pociągnął łyk, skrzywił się, a potem wychylił jednym haustem
znaczną ilość pozostałego trunku. Był zły. Wściekły. W każdym razie
prawie wściekły. Nie chciał się przyznać do tego, że współczucie przyjaciół
powiększało frustrację, jaka go przygniatała. Wiedział doskonale, że
pogarda i litość mają ze sobą wiele wspólnego. Podjął decyzję:.
–
W czasie wiosennych przypływów będę w La Jolla – mówił głośno do
siebie. – I zdobędę nowy mikroskop. – Wtedy jeden z tych głosów, jakie
czasami śpiewały mu w duszy, odezwał się, nucąc: Gdzieś przecież istnieje
ciepło.
Doktor usiadł przy biurku i napisał ze złością: „Paralele muszą być sobie
pokrewne". Wypił jeszcze łyk z butelki zostawionej przez Grubą Idę
i zaczął przeglądać pocztę z poprzedniego dnia. Było tam zamówienie na
sześć zestawów rozwoju embrionalnego rozgwiazdy przesłane przez
technikum w Oakland. Doktor ucieszył się – mógł znowu zająć się dawną,
pożyteczną pracę. Wziął wiadra na okazy, wrzucił je do starego samochodu
razem z gumowcami i pojechał nad Wielki Zalew Przypływowy.
14
Parszywa środa
Niektóre dni już od samego świtu są paskudne. Od pierwszego promyka
słońca są cholernie wstrętne, niezależnie od pogody. Wszyscy o tym
wiedzą. Nikt nie wie, dlaczego tak się dzieje, ale jedno jest pewne: w takie
dni ludzie nie chcą wstawać z łóżek i postawić swej stopy na dworze. Kiedy
w końcu zmuszeni głodem albo koniecznością pójścia do pracy wstają,
okazuje się, że dzień jest dokładnie tak paskudny, jak to przewidywali.
W taki dzień zaparzenie filiżanki dobrej kawy jest po prostu niemożliwe.
Sznurowadła przy butach pękają bez powodu, szklanki same upadają na
podłogę i rozbijają się z hukiem, dzieci, które normalnie są prawdomówne,
nagle zaczynają kłamać, a te które zwykle są grzeczne, odkręcają śrubki od
kurków kuchni gazowej, potem te śrubki gubią i cała sprawa kończy się
jednym wielkim laniem.
W taki dzień koty decydują się na płodzenie kociąt, a bezdomne psy
sikają na słomianki.
Uf, taki dzień to coś potwornego. Listonosz przynosi zalegle rachunki.
Jeśli świeci słońce, to świeci za mocno, a jeśli jest pochmurno, to prawie
nie można tego wytrzymać.
Mack zdał sobie sprawę, że taki dzień właśnie się zaczął. Nie mógł
znaleźć spodni. Idąc po równej drodze, potknął się o skrzynkę. Przeklinał
z tego powodu wszystkich kumpli z Pałacyku. Przechodząc przez pusty
plac, zszedł ze ścieżki, żeby kopnąć dmuchawiec.
Usiadł i ponury palił fajkę. Niedługo potem nadszedł Eddie. Szedł do La
Ida. Żeby jakoś poradzić sobie z tym parszywym dniem, Mack oczywiście
dołączył do Eddiego i poszli razem. Eddie stanął za barem, a Mack czekał
aż Gruba Ida gdzieś odejdzie, bo wtedy przyjaciel będzie mógł nalać mu
lufę. Niestety, Grubą Idę jakby przymurowało do kontuaru. Opierała się o
ladę i klęła z powodu jakiegoś listu.
–
Podatki – mawiała – za każdym razem, jak tylko interes idzie trochę
lepiej, zaraz podnoszą podatek. Ty jesteś szczęściarzem Mack, nic nie masz,
to i nic od ciebie nie chcą. Dopóki nie opodatkują skóry, jesteś bezpieczny.
–
W czym problem? – spytał Mack.
–
Powiatowe i miejskie podatki – odpowiedziała Gruba Ida.
–
Co opodatkowali tym razem?
–
Tę budę. W sumie jest tego niewiele, ale akurat mam zapłacić zadatek
na nowego pontiaca.
Normalnie położenie Idy wywołałoby u Macka współczucie. Przy okazji
z zadowoleniem pogratulowałby sobie faktu, że nie musi płacić żadnych
podatków. Tego dnia jednak zamiast współczucia i zadowolenia opanowało
go przerażenie. Wrócił szybko do Pałacyku – wołał się zamartwiać
w wygodnych warunkach. Po przyjściu, żeby zająć czymś myśli, zaczął
przypominać sobie historię Pałacyku.
Pałacyk należał kiedyś do Lee Chonga. Długo przed wojną Mack i jego
przyjaciele wynajęli go od Chonga za pięć dolarów miesięcznie
i oczywiście nigdy nie zapłacili centa. Gdyby zapłacili (jest to oczywiście
tylko hipoteza), wywołałoby to u Lee Chonga szok nie do wyobrażenia.
Wyjeżdżając, Lee Chong sprzedał wszystko Józefowi i Marii. Czy jednak
Pałacyk także znajdował się na liście sprzedanych rzeczy, tego Mack nie
wiedział. Ale gdyby nawet tak było, to Józef i Maria zdawał się również o
tym nie wiedzieć. Patron w niczym nie przypominał Lee Chonga i zapewne
zacząłby domagać się komornego. Z drugiej strony, gdyby Patron był
właścicielem Pałacyku, musiałby otrzymywać rachunek podatkowy. Jeśli
dostanie taki rachunek, Mack i chłopcy będą zgubieni. Patron nie należy do
ludzi wydających pieniądze bez założenia, że przyniesie im to odpowiednie
zyski. Proste i oczywiste.
To było niesprawiedliwe. Przynajmniej na takie wyglądało. Ich dom, ich
bezpieczeństwo, a nawet ich pozycję społeczną rzucono na szalę
rachunków i rozliczeń. Mack położył się na łóżku i rozważał, co można
byłoby w tej sprawie zrobić. Załóżmy, że Patron zażąda zwrotu całego
komornego, dokładnie co do centa, za wszystkie lata. Przecież komuś
takiemu jak Józef i Maria nie można ufać. Co za przeklęty dzień. Mack nie
bardzo wiedział, co robić. Zwołał wszystkich chłopaków. Wysłał nawet
Hazel do baru Grubej Idy po Eddiego.
Spotkanie było poważne i wszyscy byli poruszeni do żywego. Mack
naświetlił całą sprawę ze wszystkich możliwych punktów widzenia, tak że
nawet Hazel zrozumiał grożące im niebezpieczeństwo. Słuchali, wpatrując
się w sufit lub dmuchając w dłonie. Eddie wstał i obszedł swój fotel
dookoła – miało to przede wszystkim wpłynąć na poprawę myślenia.
Whitey Drugi pierwszy nie wytrzymał i odezwał się:
–
Można przecież wykraść z jego poczty rachunek podatkowy.
–
Nie ma to praktycznego znaczenia – odpowiedział Mack – nawet jeśli
to nie byłoby przestępstwo.
–
Można go zabić – zaproponował Hazel.
–
Nie słyszałeś przypadkiem, że to jest również niezgodne z prawem? –
spytał Mack.
–
Zawsze przecież można to tak zrobić, żeby wyglądało na wypadek.
Mógłby na przykład spaść z Point Lobos.
–
Tylko że ktoś odziedziczy po nim budę, a my nawet nie wiemy, kto to
może być.
Powoli uświadomili sobie niesprawiedliwość tkwiącą w prawie
własności, a zwłaszcza w części dotyczącej nieruchomości.
–
Można by poprosić Doktora, żeby z nim porozmawiał. Patron go lubi –
zaproponował Whitey Pierwszy.
–
To tylko ściągnie jego uwagę na całą sprawę – skwitował tę
propozycję Mack. – Do diabła. Mógłby wtedy nawet podnieść komorne.
–
Ha! Mógłby nawet starać się je wyegzekwować – dodał Eddie.
Hazel powoli, w sposób widoczny, zaczynał wszystko rozumieć.
Rozglądał się dookoła. Wpatrywał się w czyste białe ściany, w kalendarz
Coca-Coli (z ładnymi dziewczynami), w ogromny stary piec, w stary
stojący zegar, w oprawiony portret Romie Jacks. W jego oczach pojawiły
się łzy.
–
To skurwysyn – powiedział – tyle pracy włożyliśmy w ten dom, a on
nam go teraz zabiera, jedyne miejsce, w którym byłem szczęśliwy. Jak ktoś
może być tak cholernie podły.
–
Jeszcze niczego nie zrobił– przerwał mu Mack.
–
Zresztą może na
razie nic o tym nie wie.
–
Chciałbym, żeby Pałacyk należał do Doktora – powiedział Eddie –
z nim nie byłoby kłopotów.
Mack spojrzał na Eddiego.
–
Skąd przyszło ci do głowy coś takiego?
–
Do diabła, przecież Doktor całymi tygodniami nie czyta poczty, która
do niego przychodzi. Na pewno zapomniałby o komornym i nie otworzyłby
nawet koperty z rachunkiem podatkowym – powiedział Eddie.
Oczy Macka zabłysły z podniecenia.
–
Eddie, może i ty przyłożysz do tego rękę.
–
Do czego?
–
Muszę to przemyśleć – powiedział Mack. – Wszystko jednak wskazuje
na to, że nasz poczciwy Eddie to geniusz.
Eddie promieniał, pochwala Macka sprawiła mu niewątpliwie
przyjemność.
–
Co takiego zrobiłem, Mack? – dopytywał się zarumieniony Eddie.
–
Teraz nie mogę ci powiedzieć.
–
Ale ja chcę wiedzieć, Mack.
–
To było bardzo sprytne z twojej strony, Eddie, po prostu cudowne.
Teraz kolej na Patrona. Jak myślicie, czy ten facet jest twardy?
–
Bardzo – powiedział Hazel – i jest cholernie cwany.
Mack zaczął mowę powoli. Głośno myślał:
–
Zastanówmy się nad tym. O Józefie i Marii można śmiało powiedzieć,
że jest, ogólnie rzecz biorąc, człowiekiem mającym różne sprawki na
sumieniu.
–
Ładnie się ubiera – wtrącił Hazel.
–
A taki człowiek – mówił dalej Mack – nie może sobie robić wrogów,
chyba że chce wyjechać z miasta na zawsze. Musi żyć dobrze ze
wszystkimi.
–
Mów, Mack, wal śmiało – nie wytrzymał Whitey Pierwszy.
–
Chłopaki, gdybym teraz powiedział wszystko, a pomysł by nie
wypalił, straciłbym wobec was twarz. Chcę to przemyśleć raz jeszcze
i zastanowić się, czy nie mamy jakiegoś haka na Patrona. Jeśli wpadnę na
coś konkretnego, wtedy wszyscy będziecie musieli mi pomóc.
–
Co mamy robić?
–
Na razie wystarczy tej gadki. Teraz chcę zostać sam, chłopaki –
powiedział Mack i wrócił do łóżka.
Włożył ręce pod głowę i zaczął wpatrywać się w krokwie podtrzymujące
dach Pałacyku.
Hazel ciężko usiadł na krawędzi łóżka Macka.
–
Nie pozwolisz nikomu zabrać nam naszego domu, nie pozwolisz,
prawda Mack?
–
Nie pozwolę. Obiecuję – odpowiedział Mack szybko.
–
A gdzie
Eddie?
–
Wrócił do Grubej Idy.
–
Zrobisz coś dla mnie, Hazel?
–
Jasne, Mack.
–
Weź pustą puszkę po smalcu, o tamtą, i spróbuj tak wszystko załatwić,
żeby Eddie napełnił ją piwem, ale pamiętaj – nie lubię, jak jest zbyt dużo
piany. Jak wypiję, będę miał jaśniejszy umysł.
–
Dostaniesz swoje piwo Mack. Tylko myśl, myśl przez cały czas. A
przy okazji, powiedz mi, Mack, jak to się dzieje, że Eddie ma czasami
przebłyski geniuszu, chociaż sam o tym nie wie, a ja nigdy.
–
Znowu cię naszło, Hazel?
–
Jak cholera, ale do diabła z tym, lecę po piwo.
15
Boiska Harrow
Fauna odniosła sukces, podejmując trzy kiepsko zapowiadające się
przedsięwzięcia. Można mieć pewność, że powiodłoby się jej również
w przemyśle stalowym, chemicznym, a może nawet w General Electric.
Miała smykałkę do interesów. Była jednocześnie wielkoduszna
i wypłacalna, udzielała się społecznie, chociaż w zaciszu domu była
zdecydowaną indywidualistką, miała szeroki gest, a przy tym ogromne
wyczucie równowagi konta księgowego. Była sentymentalna, ale nie
płaczliwa. Z łatwością mogłaby przewodniczyć zarządowi dużej korporacji.
Trzeba tu oczywiście dodać, że Fauna osobiście interesowała się losem
swoich dziewcząt.
W niedługi czas po tym jak przejęła Niedźwiedzią Flagę, Fauna
zdecydowała się na urządzenie świetlicy. Pokój był duży i przyjemny. Miał
trzy okna wychodzące na pusty plac. Fauna kupiła miękkie, głębokie fotele
i kanapy pokryte błyszczącym, wzorzystym perkalem. Zasłony pasowały
kolorem do mebli. Obrazy wiszące na ścianach miały uspokajać, nie budząc
zainteresowania – jelenie na rykowisku obok strumienia, krowy brodzące
w stawie, psy nad rzeką. Woda i zwierzęta zaspokajały, jej zdaniem, pewne
ludzkie potrzeby.
Rekreacji miał służyć kupiony stół pingpongowy, stolik do kart i stolik
do gier planszowych. Świetlica była miejscem, gdzie można było odpocząć,
poczytać, uczyć się i plotkować. I trzeba przyznać, że niektóre z tych
czynności zajmowały dziewczętom spod Niedźwiedziej Flagi sporo czasu.
Na jednej ze ścian wisiała sporych rozmiarów, oprawiona w ramy
tablica, do której przypinane były złote gwiazdy. To była duma Fauny.
W świetlicy panowała pogodna, kobieca atmosfera. Unosił się w niej
egzotyczny, wschodni zapach kadzidełka, tlącego się między okopconymi
kolanami gipsowego posążka Buddy.
Była za piętnaście trzecia po południu. Agnes, Mabel i Becky
odpoczywały w świetlicy. Panowała senna ociężałość. Pusty plac za oknami
skąpany był w promieniach popołudniowego słońca, tak, że nawet
zardzewiale rury i zepsuty kocioł wyglądały pięknie. Wysokie, pleniące się
dookoła chwasty udawały kwiatowy dywan w dobrze utrzymanym
ogrodzie. Zwinny, lecz leniwy kot – a był to szary pers – polował w trawie
na koniki polne, nie dbając specjalnie o wynik swych usiłowań.
Mabel stała przy oknie.
–
Słyszałam, że ktoś mieszkał kiedyś w tym starym bojlerze –
powiedziała w zadumie.
Agnes skończyła akurat malować paznokcie u nóg i machała stopami,
żeby przyspieszyć wysychanie lakieru.
–
To było, zanim tu przyjechałaś – odpowiedziała.
–
Mieszkali tam
Malloyowie. Nawet ładnie się urządzili. Wejście było zasłonięte wschodnim
dywanikiem. W środku było naprawdę bardzo przyjemnie. Pani Malloy to
była taka domowa wróżka, umiała zrobić dom z niczego.
–
Dlaczego się wyprowadzili? – spytała Becky.
–
Zaczęli się kłócić. Ona chciała mieć w środku zasłony, a on jej na to
nie pozwolił, bo przecież tam nie ma okien. Kiedy się kłócili, wszystko
było tu słychać, bo ten bojler strasznie rezonuje. To zaczęło ich
denerwować jeszcze bardziej. On wtedy powiedział, że w tym kotle nie ma
nawet dość miejsca, żeby ją porządnie obić. Teraz on siedzi w kiciu i ma
nienaganną opinię u klawiszy, a ona pracuje jako kelnerka w jakiejś
obskurnej dziurze w Salinas, czekając aż on wróci. Naprawdę bardzo mili
ludzie. A ten Malloy to szycha w Związku Łosi.
Mabel odeszła od okna.
–
Słyszałyście już, że dziś wieczorem przyjeżdża do nas Klub
Grzechotników z Salinas, wynajęli cały dom.
–
Tak. Mają jakąś specjalną okazją, chcą uczcić pamięć zmarłych
kolegów. Fauna dała im nawet rabat – powiedziała Becky.
Agnes podniosła lewą stopę i dmuchała na paznokcie.
–
Podoba się wam ten kolor?
–
Ładny – odpowiedziała Becky – ale wygląda to trochę tak, jakby ci
gniły palce. Nie wiecie, gdzie mogła pójść Suzy? Chyba się dowie, co to
znaczy spóźnić się na spotkanie z Fauną. O rany, dopiero teraz dotarło do
mnie, że Fauna to śmieszne imię.
–
Dawniej nazywała się Flora – odezwała się Mabel. – A właściwie, to
co to takiego ta „fauna"? Nie znam nikogo o takim imieniu.
–
O, to coś w rodzaju sarenki – odpowiedziała Becky.
–
Tak mi się
wydaje, że Suzy nie zagrzeje u nas miejsca. Ona jest stuknięta, widać to po
oczach. Na dodatek chodzi na spacery, dziwna jakaś.
–
Dobra, jest za dwie trzecia. Lepiej byłoby dla niej, gdyby już wróciła –
powiedziała Mabel.
Dokładnie z wybiciem godziny trzeciej do świetlicy weszła Fauna.
Na rudych włosach miała srebrną przepaskę. Nadawało jej to wygląd
aktywistki, która wypadła już z obiegu. Fauna obnosiła się z elegancją
spotykaną wyłącznie w garderobach zamożnych staruszek i burdelach dla
tak zwanych wyższych sfer. Chociaż sporo ważyła, poruszała się lekko
i cicho. Przyniosła ze sobą duży koszyk.
–
A gdzie Suzy? – spytała.
–
Nie wiem – odpowiedziała Mabel.
–
W takim razie sprawdź w jej pokoju.
Mabel wstała i poszła do pokoju Suzy. Fauna podeszła do stolika gier
planszowych.
–
Ktoś tu się brzydko bawi – powiedziała.
–
Skąd możesz wiedzieć? – spytała Becky.
–
Są dwa dolce w bocznej kieszonce. Nie chcę żadnego hazardu
w świetlicy. Jeśli któraś z panienek ma ochotę na partyjkę z klientem, to co
innego, ale nie życzę sobie żadnych znaczków robionych ołówkiem na
kostkach cukru. Hazard jest jak nałóg. Znam wiele dobrze zapowiadających
się dziewczyn, które zmarnowały przez to swe szanse na udane życie.
–
Przecież ty sama rżniesz w pokera, aż miło popatrzeć – powiedziała
Becky.
–
Poker to nie jest gra, w której decyduje przypadek – odpowiedziała
Fauna. – A ty Becky uważaj lepiej, jak się wyrażasz. Wulgarność nie dodaje
uroku, wręcz przeciwnie.
Wyjęła z koszyka lniany obrus i rozpostarła go na stoliku. Potem ulożyła
na nim serwetkę, talerz, kieliszki do wina i stos sreber. Weszły Mabel
i Suzy.
–
Bardzo nie lubię, jeśli młode damy spóźniają się – powiedziała Fauna.
–
No panienki, która pierwsza?
Z koszyka Fauna wyjęła jeszcze wskaźnik, jakiego używają nauczyciele.
–
Ja chcę – zerwała się Agnes.
–
Ty zaczynałaś wczoraj – przerwała jej Mabel – teraz, do jasnej cholery,
jest moja kolej.
–
Moje drogie – powiedziała surowo Fauna – przypuśćmy, że jakiś
nieśmiały młodzieniec słyszałby was teraz. Okropność. Ale dobrze, chodź
tutaj, Mabel.
Mabel zaczęła mówić, niczym dziecko recytujące wierszyk:
–
Widelczyk do ostryg... widelec do sałaty... do ryb... do pieczeni... do
przystawki... do deseru... talerz... nożyk deserowy... nożyk do
przystawki... nóż do pieczeni ... nóż do ryb...
–
Bardzo dobrze – podsumowała Fauna. – A co mamy tutaj?
Mabel mówiła dalej:
–
Woda... białe wino... bordeaux... burgund... porto... brandy.
–
Znakomicie. Po której stronie powinna być sałatka?
–
Po lewej, to chyba tylko po to, żeby łatwiej było zamoczyć rękaw
w sosie.
Fauna była bardzo zadowolona.
–
Mój Boże. Dobrze. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby Mabel zrobiła
niedługo prawdziwą karierę i została jedną z nich – mówiąc to, wskazała na
złote gwiazdy wiszące na tablicy.
–
Co to za gwiazdy? – spytała Suzy.
Fauna odpowiedziała jej z dumą w głosie:
–
Każda z tych gwiazd oznacza dziewczynę z Niedźwiedziej Flagi, która
wyszła za mąż – i to dobrze wyszła. Ta pierwsza ma teraz czworo dzieci, a
jej mąż jest kierownikiem w A&P. Trzecia od końca jest przewodniczącą
Komitetu Rozwoju i Postępu w Salinas i podtrzymuje drzewka w Dniu
Sadzenia Drzewek. Następna gwiazda też zaszła daleko – wysokie
stanowisko w ubezpieczeniach, śpiewa jako alt w kościele episkopalnym
w San Jose. Ale wystarczy na razie. Proszę bardzo, młode damy, teraz kolej
na Suzy.
–
Aha?
–
Co to jest?
–
Ten śmieszny widelec?
–
Do czego służy?
–
Nie wiem.
–
Pomyśl trochę, Suzy.
–
Niewiele purée ziemniaczanego zmieściłoby się na czymś takim. Może
pikle? – mruczała Suzy pod nosem.
–
To widelczyk do mięczaków – powiedziała Fauna.
–
Powtórz:
wideleczyk do mięczaków.
–
Nawet gdybyście mi dali szuflę, nie zjadłabym żadnego mięczaka –
powiedziała Suzy z niechęcią.
–
Co za głupia krowa – skomentowała Agnes.
–
Nie jestem żadną krową! – krzyknęła Suzy, gniewnie spoglądając na
Agnes.
–
Podwójne zaprzeczenie! Podwójne zaprzeczenie! – nie wiedzieć
czemu, cieszyła się Mabel.
–
O czym ty mówisz? – spytała Suzy.
–
No, bo jeśli mówisz, że nie jesteś żadną krowę, to znaczy, że jesteś
krową.
Suzy spojrzała na Mabel, a w jej oczach nie było życzliwości, nawet tej
bezinteresownej.
–
Kto jest krowę? – spytała ostro. Na to wtrąciła się Fauna:
–
Jeśli pewne młode damy nie przestanę i nie przywołają się do
porządku, może się to dla nich źle skończyć! Proszę – postawa! Gdzie
książki?
–
Zdaje się, że Joe Elegant je czyta – powiedziała Agnes.
–
Cholerny świat! Przecież specjalnie kupiłam takie książki, których nikt
nie czyta – „Rocznik hodowcy", Kodeks Cywilny Kalifornii i powieści
Sterlinga Northa – tego nie da się czytać! Czego on tam może szukać, do
diabła? Musimy użyć teraz koszyka. Agnes postaw sobie koszyk na głowie.
–
Fauna bardzo uważnie przyglądała się dziewczynie.
–
Patrzcie na to,
panienki. To, że Agnes trzyma stopy złączone, a biodra wysunęła do
przodu, wcale nie znaczy, że przyjęła prawidłową postawą. Agnes, przestań
wypinać tyłek. Postawa to przede wszystkim stan umysłu. Prawdziwa
postawa wygląda tak: młoda dama jest płaska w tyłku i wygląda, jakby
przez cały czas na głowie trzymała książki.
Ktoś zapukał do drzwi. Joe Elegant przyniósł Faunie kartkę
z wiadomością. Fauna przeczytała i odetchnęła z ulgą.
–
To od Macka. Cóż to za facet! Nawet od swojej zmarłej babki
wyłudziłby gorzałkę, ale za to z jakim wdziękiem by to zrobił.
–
To jego babka nie żyje? – spytała Agnes.
–
Kto to może wiedzieć? – odpowiedziała Fauna. – Posłuchajcie teraz,
panienki, przeczytam wam, co napisał Mack:
Ja i chłopcy mamy zaszczyt zaprosić Cię do nas, jutro po południu.
Napijemy się czegoś dobrego i porozmawiamy o ważnych sprawach.
Przyprowadź dziewczęta. R.S .V.P.
Fauna na chwilę przerwała czytanie.
–
Mógłby po prostu stanąć pod oknem i zawołać, ale to nie byłoby
w jego stylu – westchnęła.
–
Co za facet! „...mamy zaszczyt zaprosić
Cię"... Gdyby nie był takim golcem, wyswatałabym go z jedną z was.
–
A co z tą babką Macka? – Agnes nie dawała za wygraną.
–
Nawet nie wiem, czy miał jakąś babkę – odpowiedziała Fauna.
–
Powiem wam coś, moje panny. Pójdziemy tam jutro, ale macie siedzieć
cicho przez cały czas. Siedźcie i słuchajcie – zniżyła glos. – Coś ważnego
do powiedzenia może równie dobrze oznaczać, że Mack potrzebuje
dwudziestu dolców i dlatego nie wtrącajcie się do rozmowy, sama wszystko
załatwię. – Zupełnie niespodziewanie Fauna uderzyła się dłonią w czoło. –
Byłabym zapomniała! Joe Elegant upiekł cholernie dobre ciasto, na dodatek
bardzo duże. Suzy! Weźmiesz cztery puszki zimnego piwa i kawał tego
ciasta i zaniesiesz Doktorowi, to powinno podnieść go na duchu.
–
Dobrze, ale taki zestaw wywoła raczej rewolucję w jego brzuchu –
odpowiedziała Suzy.
Po wyjściu Suzy Fauna powiedziała do reszty dziewcząt:
–
Chciałabym, żeby i ona miała na tej tablicy swoją gwiazdę. Pobyt tutaj
nie zaszkodzi jej na pewno.
16
Kwiatki św. Macka
Doktor wyłożył na półkę dziesięć dużych rozgwiazd, a potem ustawił
w rzędzie osiem szklanych pojemników z morską wodą. Chociaż nie
potrafił ułożyć sobie życia, zresztą głównie dlatego, że się tym życiem nie
przejmował, w technikach laboratoryjnych był bez zarzutu.
Przygotowywanie zestawu embrionów sprawiało mu przyjemność. Robił to
już setki razy i dlatego czuł się pewnie – znał procedurę na pamięć, nie
groziły mu żadne niespodzianki czy snucie domysłów. Wykonywał
określone czynności, po których następowały inne – równie ściśle
określone. Rutyna ma swoje dobre strony.
Doktor wreszcie wracał do dawnego trybu życia. Wracał na równiny
zadowolenia, pokryte niewielkimi pagórkami podniecenia, gdzie nie
odczuwało się żadnych dokuczliwych rozterek i bólów związanych z męką
tworzenia, gdzie nie było czegoś takiego jak samotność odkrywcy.
Gramofon grał cicho. Słychać było fugi Bacha. Proste i logiczne w swej
strukturze, niczym równania matematyczne, wzbudzały uczucie pewności.
W czasie pracy ogarniało Doktora uczucie ukojenia, stawał się łagodnym
człowiekiem. Znowu był ze sobą pogodzony – jak za dawnych czasów. Bo
przecież lubił siebie, tak jakby lubił kogoś innego. Nienawiść do samego
siebie, która wielu zatruwa życie, i która jeszcze do niedawna nieźle dawała
mu się we znaki, odeszła w niepamięć. Jeden z głosów wewnętrznych
śpiewał teraz pieśń o spokoju i potrzebie porządku, drugi był miły, chociaż
trochę zrzędził i narzekał, nie było go na szczęście prawie słychać. Glos
trzeci umilkł zupełnie – śnił o ciepłym, bezpiecznym morzu.
Niespodziewanie dały o sobie znać grzechotniki w drugiej klatce.
Uniosły głowy i nerwowo badały otoczenie szybko wysuwanymi językami.
Wszystkie cztery zaczęły grzechotać.
Do laboratorium wszedł Mack. Spojrzał na klatkę z wężami
i powiedział:
–
Te nowe padalce jeszcze się do mnie nie przyzwyczaiły.
–
To zawsze zabiera trochę czasu – odpowiedział mu Doktor – zresztą
nie przychodzisz tu często.
–
Czułem, że nie jestem tu mile widzianym gościem.
–
Przepraszam, Mack. Jakiś zły duch wstąpił we mnie, ale teraz już
jestem sobą. Poprawię się, zobaczysz.
–
W dalszym ciągu trwasz przy ośmiornicach.
–
Nie wiem.
–
To przez nie byłeś nieswój?
Doktor roześmiał się.
–
To nie przez ośmiornice, to przez myślenie. Zdaje się, że wyszedłem
z wprawy.
–
Nigdy tego nie umiałem – powiedział Mack.
–
To nieprawda. Nie znam nikogo, kto myślałby więcej i serdeczniej o
maluczkich.
–
Nigdy o czymś takim nie słyszałem. Ale, ale... Doktorze, powiedz mi,
co myślisz o Patronie, chcę znać twoją opinię, i to od razu.
–
Chyba go nie rozumiem. Różnimy się, to wszystko.
–
Nie zgrywaj się, on nie jest uczciwy.
–
Oto opinia eksperta.
–
O czym ty mówisz, Doktorze?
–
Mówię, że opierasz się na swoim doświadczeniu.
–
Och, teraz rozumiem, co masz na myśli – ochoczo podchwycił Mack.
–
Doktorze, jak się nad tym zastanowisz, to dojdziesz do wniosku, że ja
jestem nieuczciwy w jakiś uczciwy sposób. Nikogo nie oszukuję, nawet
samego siebie, a jeśli nawet, to świetnie wiem, kiedy to robię. Dla Józefa
i Marii byłoby to obojętne.
–
Zdaje się, że masz rację.
–
Myślę, że Patron nie chciałby mieć tu żadnych kłopotów. Zgadzasz się
ze mną?
–
Nikt nie lubi kłopotów.
–
Ma tu rozliczne interesy – mówił dalej Mack – i gdyby cała ulica
Nadbrzeżna wzięła go pod lupę, nie mógłby niczego zdziałać, prawda?
–
Jeżeli rozumiem, o co ci chodzi, to uważam, że tak.
–
Chcę ci po prostu coś wyjaśnić.
–
Tak, tak. Jeśli uważasz, że Patron znajduje się w jakiejś szczególnej
sytuacji.
–
To właśnie mam na myśli. Nie może sobie pozwolić na wrogów.
–
Nikt nie chce mieć wrogów – powiedział Doktor.
–
Wiem, ale w jego przypadku, to jak wkładanie palca między drzwi.
Pamiętaj, że prowadzi spore interesy i ma duży majątek.
–
A więc o to chodzi. Chcesz w jakiś sposób na niego wpłynąć
i chciałbyś wiedzieć, jak on może zareagować. Co chcesz od niego
wyłudzić, Mack?
–
Właśnie o tym myślę.
–
Nie słyszałem, żebyś myślał o niczym i na próżno. Jeśli ty coś
obmyślasz, to znaczy, że ktoś nieźle oberwie.
–
Nigdy nikogo nie skrzywdziłem.
–
W każdym razie nie wykańczasz ludzi całkowicie.
Mack poczuł się nieswojo. Nie chciał, żeby rozmowa toczyła się wokół
jego skromnej osoby. Szybko zmienił temat.
–
Słyszałeś, Doktorze? Cały klub golfowy złożył przysięgę lojalności
przy osiemnastym dołku. Whitey Drugi akurat nosił kije golfowe. Wszyscy,
jak jeden mąż, zdjęli kapelusze i przysięgli, że nie zniszczą rządu USA.
–
Cieszę się – powiedział Doktor.
–
Martwiłem się tą sprawę. A czy
chłopcy do noszenia kijów złożyli taką przysięgę?
–
Tylko niektórzy. Whitey nie. On jest typem idealisty, chyba można tak
to określić. Mówi, że jeśli nagle nabierze ochoty na podpalenie Kapitolu, to
nie chciałby, żeby na przeszkodzie stanęła konieczność złamania przysięgi.
Chyba już nigdy więcej nie wezmą go tam do pracy.
–
A czy on chce podpalić Kapitol?
–
Jasne, że nie. Przynajmniej tak mówi, ale zaraz dodaje, że nie
odpowiada za to, czego będzie chciał w przyszłym miesiącu. Sporo o tym
gadał. Mówi, że służył w marynarce, brał udział w wielu bitwach za kraj,
więc ma do tego osobisty stosunek. Nie chce, żeby ktokolwiek mówił mu,
co ma robić.
Doktor roześmiał się.
–
I tylko z powodu swoich ideałów nie może nosić kijów golfowych.
–
Mówię, że zatrudnienie go jest ryzykowne ze względu na
bezpieczeństwo. Whitey zaś twierdzi, że nie ma mowy o ryzyku, bo ma
zbyt słabą pamięć. A tak nawiasem mówiąc, w klubie golfowym rozmawia
się przecież głównie o forsie i kobietach.
–
Bohaterowie zawsze pierwsi nadstawiają karku – rzucił Doktor.
–
Wracając do kobiet, Doktorze...
–
Tak, tak...
–
Co się stało z tym słodkim stworzeniem w futrze, które tu często
zaglądało?
–
Coś zaczęło jej dolegać.
–
To bardzo niedobrze, Doktorze. Co to było tym razem?
–
Trudno to nazwać. Nie potrafię.
–
Domyślam się, że z takimi pieniędzmi...
–
Co masz na myśli?
–
Widziałem to wiele razy – mówił Mack.
–
Chodzisz sobie
z dziewczyną, a ona zupełnie niespodziewanie wychodzi za mąż za faceta,
który zarabia dwadzieścia pięć dolarów tygodniowo. Trudno ją za to od
razu mordować. Rodzi dzieciaki i bez przerwy robi pranie, czasem jest tym
trochę zmęczona, ale to wszystko, co może ją spotkać. Ale niech tylko facet
dostanie podwyżkę do siedemdziesięciu pięciu dolarów, natychmiast
zaczyna łapać przeziębienia i zażywa witaminy.
–
To zupełnie nowa i oryginalna teoria medyczna – powiedział Doktor.
–
Wcale nie taka nowa. Otwórz oczy, do licha i rozejrzyj się dookoła.
Gdy facet dostaje stówę tygodniowo, to jego słodka żoneczka cały czas
czyta sobie „Time'a" i zapada na najnowszą chorobę, zanim skończy czytać
ostatnią stronę. Znam takie, bez których lekarze poszliby na żebry. To
rodzaj medycznego kasyna gry. Teraz modna jest alergia, nowy wynalazek.
Dawniej nazywano to katarem siennym – czyli po prostu kichałeś. Facet,
który wymyślił alergię, powinien to opatentować. Alergia to choroba
pojawiająca się wtedy, gdy nie chcesz czegoś robić. Znałem dziewczynę
uczuloną na zmywanie. Jeśli żonaty facet zacznie dobrze zarabiać, od razu
pojawi się u niego w domu pacjentka wymagająca opieki i pieniędzy.
–
Jesteś cyniczny.
–
Absolutnie nie! Pokaż mi chociaż jedną zdrową kobietę, która miałaby
bogatego męża.
–
Myślisz, że mojej przyjaciółce przytrafiło się coś takiego? – Doktor
dusił z trudem śmiech.
–
Nie, do diabła, to znacznie poważniejszy problem. Kiedy ma się taką
forsę, to sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Wówczas powinno jej dolegać
coś, czego jeszcze nikt nie zna. Nie może być to jakaś zwykła choroba,
która przechodzi po zażyciu soli gorzkiej. Stanowi ona dla lekarzy trudną
zagadkę do rozwiązania. Stają nad taką delikwentką, kiwają głowami,
drapią się w czoła, mówiąc, że nigdy nie spotkali takiego przypadku.
–
Już dawno nie słyszałem, żebyś opowiadał o czymś z takim
przejęciem.
–
Nie byłeś w nastroju do słuchania. Myślisz, że lekarze są uczciwi?
–
Nie mam powodu, żeby mieć wątpliwości. A dlaczego pytasz?
–
Założę się, że sam dałbym sobie znakomicie radę z takimi bogatymi
damulkami, przynajmniej przez jakiś czas.
–
Jak byś się do tego zabrał?
–
Po pierwsze, drogi panie, zatrudniłbym głuchoniemego asystenta.
Musiałby siedzieć, udawać, że słucha i że bardzo jest przejęty tym, co
słyszy. Potem kupiłbym sporą butelkę soli gorzkiej i przesypałbym
zawartość do małych, ładnych buteleczek z zakrętkami i nazwałbym to „Pył
księżycowy". Łyżeczka od herbaty tego specjału kosztowałaby trzydzieści
dolców, a zażywać go byłoby można tylko w moim gabinecie.
Wynalazłbym też jakąś maszynę, do której można by było zamykać
pacjentki. Wszystko chromowane i bardzo kolorowo oświetlone. Światła
pulsują, powiedzmy, co minutę. Maszyna idzie w ruch, a pacjentce wydaje
się, że szoruje podłogę. Pół godziny tej przyjemności i dwanaście dolarów
wpada mi do kieszeni. Wyleczyłbym je wszystkie! Przy okazji zrobiłbym
niemałą fortunę. Oczywiście niedługo po kuracji znowu zaczęłyby
chorować, i na to też coś bym wymyślił, na przykład wymieszane ze sobą
pigułki nasenne i pobudzające – meta w punkcie startu.
–
Dzięki Bogu, że nie masz pozwolenia na prowadzenie praktyki –
powiedział Doktor.
–
Właśnie zacząłem się zastanawiać, dlaczego nie mam takiego
pozwolenia.
–
Szczerze mówiąc, nie wiem. A co powiesz o profilaktyce medycznej?
–
Czyli co robić, żeby nie chorowały?
–
Tak.
–
To proste. Facet musi nie mieć złamanego centa przy duszy.
Doktor siedział przez chwilę bez słowa. Przyglądał się rozgwiazdom.
Zauważył, że zaczęły już wydzielać śluz spomiędzy ramion. Był to
początek procesu rozmnażania.
–
Mack, powiedz mi, ale szczerze. Przyszedłeś tu, żeby coś ode mnie
wyciągnąć?
–
Nie wydaje mi się, zresztą nie pamiętam. Strasznie się cieszę,
Doktorze, że wyszedłeś już z tego cholernego dołka.
–
O czym ty mówisz?
–
Och, o tych przeklętych paskudztwach z mackami, które cię
wykańczają.
–
Uważaj Mack – w glosie Doktora narastała złość. – Skończ z jakimiś
głupawymi pomysłami. Mam zamiar napisać tę pracę. Wiosenne przypływy
spędzę w La Jolla.
–
W porządku, Doktorze, w porządku. Zrobisz, jak zechcesz.
Kiedy Mack wrócił do Pałacyku, powiedział reszcie chłopaków:
–
Doktor wygląda już znacznie lepiej, ale nie wyszedł jeszcze zupełnie
z dołka. Musimy mu pomóc, żeby przestał myśleć o napisaniu tej cholernej
pracy.
17
Suzy robi wrażenie i...
Suzy poruszała się bardzo lekko. Weszła na schody i zapukała do drzwi
laboratorium. Węże zaczęły grzechotać. Doktor odpowiedział na pukanie
zwykłym „otwarte", nie odrywając oczu od okularu mikroskopu.
W drzwiach stanęła Suzy. W lewej ręce trzymała ogromny kawałek
ciasta, w prawej papierową torbę z puszkami piwa.
–
Dzień dobry – powiedziała bardzo formalnie.
Doktor spojrzał na nią.
–
Och, cześć. A co to jest, kurczę blade?
–
Ciasto. Upiekł je Joe Elegant.
–
Po co?
–
Zdaje się, że Fauna mu kazała.
–
W takim razie mam nadzieję, że lubisz ciasto – powiedział Doktor.
Suzy roześmiała się.
–
Powiem ci w sekrecie, że dla mnie to ciasto wygląda zdecydowanie
podejrzanie. Chyba bezpieczniej będzie na nie patrzeć i nie jeść. Tak, to
takie ciasto do patrzenia. Ale poza ciastem Fauna przesyła ci trochę piwa.
–
To brzmi znacznie lepiej. A co chce w zamian?
–
Nic.
–
Śmieszne.
–
Gdzie mogę położyć to ciasto?
Doktor spojrzał na Suzy. Suzy spojrzała na niego. Obydwoje pomyśleli o
tym samym i roześmiali się. Śmiali się szczerze. Suzy popłakała się ze
śmiechu.
–
Och, Boże – mówiła. – Och, Boże.
Śmiała się, szeroko otwierając usta i zaciskając powieki. Doktor bił się
po udach i odchylał głowę do tyłu, rycząc ze śmiechu. A ponieważ śmiech
sprawiał im obojgu sporą przyjemność, więc nie dziwnego, że chcieli, by
trwało to jak najdłużej.
–
Och, Boże – powtarzała Suzy. – Muszę obetrzeć oczy – powiedziała,
gdy już było po wszystkim.
Położyła ciasto na klatce z grzechotnikami. Histeryczny grzechot
wypełnił pokój. Suzy odskoczyła przestraszona.
–
Co to?
–
Grzechotniki.
–
Czemu trzymasz je w domu?
–
Pobieram od nich jad i sprzedaję.
–
Nie mogłabym mieszkać z takimi brudnymi paskudztwami. Nie lubię
ich.
–
Są bardzo czyste. Zmieniają nawet skórę. To znacznie więcej, niż robią
ludzie.
–
I tak ich nie lubię – powiedziała Suzy i wzdrygnęła się.
–
Polubiłabyś je, gdybyś je lepiej poznała.
–
Nie mam najmniejszego zamiaru – odparła Suzy – Są brudne
i oślizgłe.
Doktor odchylił się do tylu na krześle i skrzyżował nogi.
–
Wiesz, to zadziwiające. Węże są czyściejsze od większości zwierząt.
Zastanawiam się, dlaczego uważasz, że są brudne.
Suzy spojrzała na Doktora z wahaniem.
–
Chcesz wiedzieć dlaczego?
–
Bardzo chcę.
–
Bo nie doceniasz Fauny.
–
Chwileczkę, a co to ma wspólnego... poza tym to nieprawda.
–
Prawda. Spytałeś, czy Fauna nie chce czegoś w zamian, a ona po
prostu chciała być miła.
Doktor wolno pokiwał głową.
–
Teraz rozumiem. Więc chciałaś się odegrać i jako pretekstu użyłaś
węży.
–
Sam pan jest sobie winny, mój panie. Jeśli ja jestem w pobliżu, nikt nie
ośmieli się nawet pomyśleć źle o Faunie.
–
Po prostu żartowałem. To był dowcip.
–
Nie dla mnie.
–
Przecież Fauna jest jedną z moich najbliższych przyjaciółek. Napijmy
się piwa i zawrzyjmy rozejm.
–
Dobrze. Ale pamiętaj, robię to tylko dlatego, że ty pierwszy wyciągasz
rękę do zgody.
–
Powiedz Joemu, że ciasto było wspaniałe.
–
Jest również pysznie polukrowane – wtrąciła Suzy.
–
Faunie powiedz, że piwo uratowało mi życie.
Po twarzy Suzy widać było, że uspokoiła się zupełnie.
–
Dobrze. Teraz lepiej. Gdzie masz otwieracz?
–
Z prawej strony, w zlewie, trochę z tyłu.
Suzy przyniosła dwie otwarte puszki i postawiła je na stole
laboratoryjnym.
–
Powiedz mi, co teraz robisz?
–
Preparaty stadiów rozwojowych. Zacząłem od tego, że umieściłem
jajeczka i spermę rozgwiazd w każdym z tych szklanych naczyniek. Potem,
co pół godziny zabijam embriony w kolejnych naczynkach i kiedy będę
miał już cały cykl, umieszczę je tak, jak to widzisz tutaj. Jeden preparat
przedstawia cały cykl rozwojowy rozgwiazdy.
Suzy nachyliła się nad naczynkami.
–
Nic tam nie widzę – powiedziała.
–
Są zbyt małe. Mogę ci to pokazać pod mikroskopem.
Suzy wyprostowała się.
–
Po co to robisz?
–
Żeby studenci mogli zobaczyć, jak powstaje rozgwiazda.
–
Apocoimto?
–
Chcą wiedzieć, tacy są ludzie, i ta ciekawość jest bardzo ludzka.
–
To dlaczego nie uczę się na ludziach?
Doktor roześmiał się.
–
To trochę skomplikowane. Trudno byłoby zabijać ludzkie embriony co
pół godziny. Spójrz tutaj, proszę – powiedział Doktor, stawiając naczynko
pod okularem mikroskopu.
Dziewczyna spojrzała.
–
Wszechmocny Boże! – krzyknęła. – Czy ja też tak wyglądałam?
–
Niedokładnie, ale bardzo podobnie.
–
Czasami czuję się, jakbym i teraz tak wyglądała. Doktorze, masz taki
dziwny zawód – te wszystkie robaki i reszta...
–
Są dziwniejsze zawody – odpowiedział ostro.
Suzy zesztywniała.
–
Masz na myśli moją pracę? Nie lubisz jej, co?
–
To, czy lubię czy nie, nie ma żadnego znaczenia. Jest, jak jest, i koniec.
Mimo wszystko wydaje mi się, że to raczej smutna namiastka miłości,
przepełniona samotnością.
–
A co szanowny pan ma takiego? – mówiła Suzy, oparłszy ręce na
biodrach. – Robaki? Węże? Spójrz na ten śmietnik! Wszystko tu śmierdzi.
Podłoga nie widziała szczotki przez lata. Nie masz nawet porządnego
ubrania. Założę się, że nie pamiętasz, kiedy jadłeś prawdziwy obiad.
Siedzisz tutaj i hodujesz robaki – rany boskie! Co to ma ci zastąpić?
Jeszcze nie tak dawno Doktor byłby rozbawiony tą sytuacją, ale teraz,
gdy nie panował już tak nad sobą, jej złość sprawiała mu przykrość.
–
Mam to, czego chcę – odpowiedział.
–
Żyję tak, jak chcę. Jestem
wolnym człowiekiem, rozumiesz? Jestem wolny i robię, co chcę!
–
Guzik prawda! Robaki, węże i brudny dom. Założę się, że kobiety
bardzo szybko cię rzucają! I właśnie dlatego wmawiasz sobie, że jest ci
dobrze. Jesteś żonaty? Nie! Masz dziewczynę? Nie!
Doktor przestawał panować nad sobą, co go zaskoczyło, bo był przecież
zwykle spokojnym człowiekiem. Zaczął krzyczeć:
–
Nie chcę żadnej żony, mam każdą kobietę, którą zechcę.
–
Kobiety to nie to samo, co jedna kobieta. Można wiedzieć wszystko o
kobietach i jednocześnie nic o kobiecie.
–
Jestem z tym szczęśliwy.
–
Teraz jesteś szczęśliwy! Przesadzasz! Jeśli do tej pory nie złapała cię
żadna, to znaczy, że żadna cię nie chciała. Nic w tym dziwnego, kto by
chciał mieszkać razem z robakami i wężami w takiej dziurze.
–
A kto chciałby iść z kimś do łóżka za trzy dolary. – Doktor stawał się
okrutny.
–
Przyjemniaczek – odpowiedziała Suzy lodowato – prawdziwy
przyjemniaczek. Ma, czego chce. Wielki mi naukowiec, siedzi i pisze jakieś
cholerne, ogromnie ważne i mądre rozprawy!
–
Kto ci o tym powiedział?
–
Wszyscy o tym mówią. I śmieją się z tego za twoimi plecami. A wiesz
dlaczego? Bo wiedzą, że oszukujesz samego siebie. Nigdy nie napiszesz tej
pracy, a to po prostu dlatego, że ty nie potrafisz niczego napisać. Siedzisz tu
i bawisz się jak mały dzieciak.
Świetnie wiedziała, jak celne były te słowa. Równie dobrze mogłaby
strzelać z łuku i patrzeć na strzały trafiające go w pierś. Zawstydziła się.
Poczuła się głupio.
–
Żałuje, że to powiedziałam – powiedziała cicho.
–
Przysięgam na
Boga, że nie chciałam.
–
A może powiedziałaś prawdę.
–
Doktor też mówił cicho.
–
Może
trafiłaś w samo sedno sprawy. Czy wszyscy się ze mnie śmieją?...
–
Na imię mam Suzy.
–
Czy oni się ze mnie śmieją, Suzy?
–
Nie mają prawa. Chciałam się tylko odegrać – to wszystko.
Przysięgam! Nie wiedziałam, co mówię.
–
Lubię znać prawdę, nawet jeśli jest bolesna. Sama przyznasz, że lepiej
wiedzieć o sobie całą prawdę. Tak uważam. Przyznaję ci rację,
rzeczywiście mam niewiele do zaoferowania i dlatego wymyśliłem sobie
całą tą historię z moją rozprawą, ale sam w nią uwierzyłem. Taki malutki
człowieczek udający ważniaka. Głupiec, który chce być mędrcem.
–
Fauna mnie zabije – westchnęła Suzy. – Przetrąci mi kark. Doktorze,
nie ma powodu przejmować się gadką dziwki, naprawdę nie ma powodu.
–
To, skąd pochodzi prawda, nie ma dla mnie żadnego znaczenia.
–
Doktorze, w życiu nie czułam się tak parszywie. Jesteś na mnie
cholernie zły, prawda?
–
Dlaczego zły? Może dzięki tobie zobaczyłem, że wszystko wokół mnie
jest bez sensu. Nazwałaś głupca po imieniu, i tyle.
–
Jesteś na mnie zły. Uderz mnie, jeśli to ci przyniesie ulgę.
–
Chciałbym, żeby to było takie proste.
–
W takim razie nie mam wyboru. – powiedziała ze smutkiem.
Nagle krzyknęła przeraźliwie:
–
Ty śmierdzący gnoju! Ty zawszony kundlu! Myślisz, że kim ty do
cholery jesteś?!
Usłyszeli kroki, a w chwilę potem w drzwiach stanęła Becky.
–
Suzy! Jest już strasznie późno. Grzechotniki już przyjechały. Chodź.
Musisz się jeszcze przebrać w tę pomidorową sukienkę.
–
Ten kolor nazywa się „Jabłko Miłości", a nie pomidorowy –
powiedziała Suzy spokojnie. – No, to na razie, Doktorze.
Dziewczyny wyszły. Doktor patrzył za nimi.
–
Jesteś jedyną, naprawdę uczciwą ludzką istotą, jaką spotkałem! –
krzyknął. Potem spojrzał na stół i ryknął gwałtownie: – Cholera jasna!
Przez nią przegapiłem czas! Przeklęta dziwka. Muszę zaczynać wszystko
od początku.
–
Zebrał naczynka i wyrzucił ich zawartość do kosza na
śmieci.
18
Przerwa w codziennych zajęciach
Odpoczynek i chwila zastanowienia nad światem i sobą nie były mniej
ważne czy mniej wartościowe od innych zajęć Pod Niedźwiedzią Flagą.
Takie było zdanie Fauny. Miejscem do tego przeznaczonym była świetlica.
Najodpowiedniejszą porą – czas po pracy, przed snem. Wyciągało się wtedy
na światło dzienne wszystkie żale i pretensje, różne drobne sprawy
codziennego życia. Omawiało się je szczegółowo i starano się je
rozwiązywać. Potem Fauna razem z dziewczętami rozdawała „nagrody"
i udzielała „kar", na koniec wspólnie robiły plany na przyszłość, lepszą
przyszłość. Wszystko odbywało się z dużym taktem i delikatnością, których
dziewczęta uczyły się w zupełnie innych sytuacjach.
Fauna, perswadując, zrzędząc i poszturchując, starała się zamienić swoje
podopieczne w młode damy, w pełne łagodności i dobrego serca strażniczki
spokojnego snu. W czasie spotkań w świetlicy podawanie lekkich napojów
orzeźwiających nie było czymś niezwykłym. Bywało i tak, że panienki
zgodnym chórem wyśpiewywały Dom, kochany dom, Stary czarny Joe,
Nad strumieniem przy starym młynie, Księżyc żniwiarzy – proste i ładne
piosenki. Psi obowiązek uczestniczenia w tych spotkaniach był lekarstwem
dla wyczerpanych nerwów i wymęczonych ciał!
Lokal Pod Niedźwiedzią Flagą tego wieczoru, kiedy Grzechotnicy
z Salinas urządzili sobie uroczyste przyjęcie na cześć zmarłych członków
klubu, cierpiał na brak personelu. Helen i Wisteria odsiadywały
sześćdziesiąt dni za bójkę, którą wszczęły między sobą, co do tej pory jest
żywo komentowane na ulicy Nadbrzeżnej.
Kiedy ostatni z Grzechotników wyszedł, a frontowe drzwi zamknęły się
za nim cicho, zmęczone dziewczęta powlokły się do świetlicy. Rozsiadły
się wygodnie i pozdejmowały pantofle. Pierwsza odezwała się Becky:
–
Jeden z Grzechotników nazwał dzisiaj nasz dom instytucją i punktem
orientacyjnym na mapie.
–
Jeszcze kilka takich dziewczyn jak Suzy i rzeczywiście zaczniemy być
instytucją! – kwaśno wtrąciła Agnes. – Mój wujek pracował w instytucji,
ale zwiał stamtąd bardzo szybko. Uciekł walczyć na wzgórzu San Juan. Ale
gdzie jest Suzy?
–
Jestem tutaj – powiedziała Suzy, wchodząc do świetlicy – wyciągałam
pękniętą płytę z szafy grającej. Jestem wykończona! Idziecie spać?
–
Zanim Fauna powie nam dobranoc, zwariowałaś? Zamęczyłaby nas
potem swoją gadką – odezwała się Agnes.
–
Co za noc! – westchnęła Becky. – Chyba po raz pierwszy opłaciło się
dać rabat grupie. Od północy żaden Grzechotnik już nie był zdolny do
niczego, ale bardzo się starali, to trzeba przyznać.
–
Byli fajni, dopóki nie wyczerpały się im zapasy gorzały – dodała
szybko Mabel.
–
Ta nowa gorzała od Grubej Idy jest chyba pędzona na skaczącej fasoli.
–
Gdyby ten kurdupel opowiedział mi jeszcze raz o tym, jak jego
dzieciak tnie robaki łopatką do piasku... – zaczęła Suzy.
–
Tobie też to opowiadał? Wiecie, co ten mały skurwysynek potem
mówi, a ma tylko cztery lata – „pseciolem lobaka". Gdyby powiedział, że
przeciął wielbłąda, mogłabym tego słuchać parę razy.
–
Już wiem, to ten łysol – powiedziała Mabel. – Czy jego żona miała
operację? Podobno wywinęli ją na drugą stronę. Słuchając go, można było
pomyśleć, że posiekali ją na kawałki. A jak o tym opowiadał, to płakał tak
strasznie, że do tej pory nie bardzo wiem, co jej w końcu było.
–
Złośliwy karczoch – powiedziała Becky – zmusiłam go nawet, żeby to
wolno powtórzył.
–
Czy któraś z was wie, kim był ten Sigmund Ki, o którym śpiewali? –
spytała Agnes.
–
Nigdy przedtem o nim nie słyszałam, chociaż znałam damulkę, która
była prawdziwą Francuzką – odpowiedziała Becky.
–
Ja osobiście znałam trzech Francuzów – odezwała się Mabel.
–
Suzy! A ty mogłabyś przestać kłócić się z klientami!
–
Nazwałam tylko rzecz po imieniu, bo przecież oni byli żywi, a ci,
których pamięć tak czcili, to umarlaki, więc o co chodzi? Trup to trup. A
poza tym, każdy by się przestraszył jaszczurki i wrzeszczał, nawet jeśli to
tylko gumowe świństwo. Zresztą guzik mnie to wszystko obchodzi.
Fauna wyszła z biura-sypialni i stanęła w drzwiach świetlicy.
Wcierała krem w dłonie. Była ubrana w brzoskwiniowy szlafrok.
–
Moje panienki – odezwała się poważnie – możecie sobie stroić żarty
z Grzechotników, ale kiedy tylko zdobędziecie w życiu jako taką pozycję,
ludzi takich jak oni będziecie witały jako dobrych i solidnych obywateli. Są
wśród nich osoby bardzo ważne, grube ryby z Salinas. Nie zdarłam z nich
skóry, ale się opłacało. Powiedzcie same, czy jakiś mebel jest zniszczony?
Przypomnijcie sobie tych trzech marynarzy z zeszłej soboty – sama
naprawa mebli kosztowała osiemdziesiąt pięć dolarów. A ten miły chłopiec,
który dał Becky pięć dolarów napiwku? Najpierw dał, a potem wybił dwa
okna i ukradł poroże jelenia z holu.
–
O Boże! Ale jestem śpiąca – powiedziała Suzy.
–
Suzy! – glos Fauny zabrzmiał ostro. – Obowiązuje tu jedna zasada: nie
pozwól, żeby świat zastał cię przy nierozwiązanej krzyżówce albo
niezałatwionych rachunkach. – Fauna podrapała się ołówkiem po nosie. –
Bardzo bym chciała, żeby więcej takich Grzechotników nas odwiedzało.
–
A ja, żeby ich więcej poumierało – wtrąciła Suzy.
–
Suzy, to jest co najmniej dwuznaczne. Ptaszyny tak pięknie śpiewają
za oknem, powinnyśmy się tym cieszyć. A teraz odpoczynek. Która chce
piwa? – powiedziała Fauna.
–
Jeśli powiem, że ja, to wyjdzie na to, że będę musiała wstać i przynieść
dla wszystkich – żaliła się Becky.
–
Boże! Jak mnie bolą nogi! Wiecie,
dziewczyny, co tańczyłam? Kadryla!
–
Widziałam – powiedziała Fauna sucho. – Potrzebujesz jeszcze kilku
dodatkowych lekcji. To był kadryl-łamaniec. I to nie nogi powinny cię
boleć. Po tych wszystkich lekcjach nadal tańczysz jak zwykła ladacznica.
–
Co to ladacznica? – spytała naiwnie Becky.
–
Kurwa – odpowiedziała jej rzeczowo Mabel.
–
Ladacznica? No, no... – skwitowała Becky.
–
Fauna, powinnaś powiedzieć Suzy, że jeśli wychodzi coś załatwić, to
powinna szybko wracać. Siedziała u Doktora ponad godzinę, kiedy
Grzechotniki już dawno miały ręce pełne roboty.
–
Fauna, co właściwie jest Doktorowi? – spytała Suzy.
–
Co mu jest? Nic mu nie jest. To jeden z najprzyjemniejszych facetów,
jacy kiedykolwiek mieszkali przy ulicy Nadbrzeżnej. Normalny facet już
dawno by zgorzkniał po tym, jak wszyscy go wykorzystują. Gruba Ida
zmusza go do robienia analizy swej gorzały, Mack i chłopaki czyhają na
każdego dolara, którego można mu wyrwać, nawet dzieciaki – jeśli tylko
które skaleczy się w palec, zaraz leci z tym do Doktora. Z drugiej strony,
kiedy Becky pobiła się z tym drwalem „światowcem", gdyby nie pomoc
Doktora, mogłaby stracie rękę. Pokaz jej bliznę Becky.
–
Czy Doktor nigdy tu nie przychodzi? – spytała Suzy z wyraźnym
zainteresowaniem.
–
Nie. Ale nie myśl sobie zaraz, że on jest jakiś lewy. Odwiedzają go
dziewczyny, no wiesz, takie w futrach, nadziane, a on im puszcza tę swoją
kościelną muzykę. Doktor jest w porządku, zawsze bierze to, co chce. Dora
mówiła, że każda z nich chciała go usidlić. Więc położyłam temu kres.
–
Ale dlaczego? – spytała Suzy.
–
Chcę go zachować na inną okazję, dlatego. Spójrz na te gwiazdy
widzisz! Przynajmniej jedna z nich bardzo dobrze wyszła za mąż.
–
Kto się ożeni z dziwką?
–
Zaraz, zaraz, tak myśleć nie można – chłodno stwierdziła Fauna.
–
Zawsze będę tępiła taką postawę. Spójrz na tę trzecią gwiazdę od końca, o
tam. Trochę teraz zadziera nosa do góry, ale dlaczegoż by nie miała tego
robić. Jest przecież lektorką w wielkim kościele w San Luis Obispo. Mówię
wam, dziewczęta, wychodźcie za mąż, i to dobrze!
–
Ale co to ma wspólnego z Doktorem? – zdziwienie zagościło na
twarzy Suzy.
–
Poczekam, aż będę miała odpowiednią kandydatkę i wtedy pewnego
dnia wezmę go w obroty – z triumfem oznajmiła Fauna.
–
Do diabła! – nie wytrzymała Suzy. – Przecież on mi powiedział, że
z nikim się nie ożeni.
–
Uważaj na słowa, Suzy – powiedziała Fauna, a zaraz potem zapytała
z zainteresowaniem: – A jak ci poszło u Doktora?
–
Pokłóciliśmy się. Zdenerwował mnie, a potem ja jego. Wszystko przez
te cholerne robaki i pracę o załamaniu nerwowym u ośmiornic! Jeszcze go
kiedyś ubiorą w kaftan bezpieczeństwa.
–
Sama chyba w to nie wierzysz! Za niektóre, jak to nazywasz, robaki,
Doktor dostaje aż po dziesięć dolców.
–
Za jednego? – dopytywała się Suzy.
Fauna nie usłyszała pytania, albo tylko udawała.
–
Powiedzmy, że kupi starego obitego kota za piętnaście centów,
powstrzykuje mu jakieś czerwone, niebieskie i żółte świństwa i sprzeda za
piętnaście dolców, to jest sztuka!
–
Ale po jaką cholerę? – spytała znowu Suzy.
–
Suzy, jeśli nie będziesz uważała na słowa, to będę ci musiała zaszyć
buzię. A teraz, za karę wstań i idź po piwo dla wszystkich. Ciągle jeszcze
jesteś małą ignorantką, ale niech mnie diabli wezmą, jeśli dopuszczę, żeby
ten stan rzeczy trwał dłużej.
Suzy wyszła po piwo.
–
Tak się zastanawiam – ciągnęła dalej Fauna – czy Suzy nadawałaby się
dla Doktora, z taką niewyparzoną gębą. Coś mi się zdaje, że nawet
zakneblowana powiedziałaby, co myśli.
Z tacą pełną butelek piwa Suzy wróciła do pokoju.
–
Fauna, a dlaczego nie postawisz Suzy horoskopu? – spytała Becky.
–
To wróżenie z gwiazd czy coś w tym rodzaju? – zainteresowała się
Suzy.
–
Dowiemy się, czy wyjdziesz za Doktora – powiedziała Becky.
–
Bardzo śmieszne. Lubię dowcipy, jak każdy, ale nie znoszę, jak śmieją
się ze mnie – powiedziała Suzy ze złością.
–
Nikt się z ciebie nie śmieje – broniła się Becky.
–
Nie wierzę w te bzdury o gwiazdach. I przestańcie gadać bzdury o
Doktorze. On studiował, przeczytał tyle książek, że sam pewnie nie umie
ich policzyć – i to nie były jakieś kryminały. Skończcie już o nim. I o mnie
też.
–
Wystarczy panienko – przerwała jej Fauna.
–
Widzisz tę tablicę.
Przyjrzyj się tym gwiazdom. Szczególnie dobrze przypatrz się tej, która ma
w środku dodatkową złotą gwiazdkę. Ta młoda dama poślubiła profesora ze
Stanfordu. On ma około miliona książek, a ona przez całe niedziele ogląda
komiksy z Jiggsem i Maggie. I wiesz, co teraz robi? Jeśli ktoś wskazuje na
te książki i pyta: „Czy taka młoda osoba mogła przeczytać te wszystkie
książki?", ona uśmiecha się i nic nie mówi. Milcząca i tajemnicza. A gdy
jeszcze o coś ją pytają, wiesz, co odpowiada? Posłuchaj Suzy, bo możesz
z tego wyciągnąć naukę dla siebie. Powtarza ostatnie trzy słowa, które były
w pytaniu i dzięki temu wszyscy myślą, że wie wszystko. Nawet jej własny
mąż uważa, że ona potrafi czytać i pisać! Ty też możesz się tego nauczyć,
Suzy. Doktorowi nie potrzeba kobiety, która będzie wiedziała tyle co on.
Nie miałby z nią wtedy o czym rozmawiać. Jemu trzeba pozwolić mówić,
niech się wygada. A ty sama siedź cicho.
–
Ona nie wytrzyma – powiedziała Becky. – Zawsze paple, co jej ślina
na język przyniesie.
–
To niech lepiej, do cholery, nauczy się trzymać język za zębami, bo
nigdy nie będzie miała własnej złotej gwiazdy. A swoją drogą, pomysł
z horoskopem bardzo mi się podoba. Suzy, kiedy się urodziłaś? – spytała
Fauna.
–
Dwudziestego trzeciego lutego.
–
O której godzinie?
–
Jeden Pan Bóg to wie. Wiem tylko, że był to rok przestępny.
–
Daję głowę, że ona urodziła się w nocy – powiedziała Agnes.
–
Zawsze zgadywałam i nie myliłam się.
Fauna wyszła do swojego pokoju i wróciła po chwili z potrzebnymi
wykresami, które przypięła na ścianie. Wzięła również swój wskaźnik.
–
Spójrzmy na to. To są znaki Zodiaku. Tu są Ryby.
–
Czy to znaczy, że ja jestem Rybą?
–
Jesteś.
–
Nie wierzę w ani jedno cholerne słowo. Nie znoszę ryb, robi mi się
niedobrze na sam ich widok.
–
Nie musisz na nie patrzeć – powiedziała Fauna. – Jeśli nie skłamałaś,
to jednak jesteś Rybą, zgodnie z datą urodzenia. Popatrzmy dalej. Zależy od
Jowisza, ma dwie pod Saturnem i pozostałe trzy w konstelacji Wenus.
–
Nie wierzę w to ani na jotę.
Fauna spojrzała na Suzy odrywając wzrok od wykresu.
–
Opowiedz jej o moich horoskopach, Mabel.
–
Widziałam, jak Fauna dokonywała prawdziwych cudów – posłusznie
opowiadała Mabel.
–
Miałam kiedyś psa. Ona postawiła mu horoskop.
Wynikało z niego, że w trzecie urodziny, o godzinie dziesiątej pies wyleci
w powietrze.
–
I wyleciał? – zainteresowała się Suzy.
–
Niezupełnie. Coś się pochrzaniło w tym horoskopie i pewnie dlatego
nie wyszło tak dokładnie. O dziesiątej, w jego trzecie urodziny zapalił się
od czegoś. Akurat płukałam sobie gardło cytryną.
–
Mogłabyś to równie dobrze zrobić teraz – wtrąciła Fauna złośliwie.
–
Od czego się zapalił? – dopytywała się Suzy.
–
Zapalił się i już. To był bardzo dobry pies, chociaż nie należał do
bystrzaków. Nigdy nie nauczył się służyć. Sikał na Joego Eleganta.
–
Pewnie Elegant go podpalił – zastanawiała się Suzy.
–
To kłamstwo! Joe był wtedy w szpitalu.
–
Wszechmocny Boże! – powiedziała Fauna i nieoczekiwanie dla
wszystkich uderzyła się dłonią w czoło.
–
O co chodzi? – pytała Becky zaintrygowana. – Co się stało?
–
Suzy, wiesz za kogo wyjdziesz za mąż? Za Raka – odpowiedziała
drżącym ze wzruszenia głosem Fauna.
–
Zawsze myślałam, że go się łapie, ale nie wiedziałam, że bierze się
z nim ślub.
–
Nie wygłupiaj się – mówiła Fauna.
–
Rak to rodzaj kraba, ale
jednocześnie tak nazywają się urodzeni w lipcu. Teraz pomyśl, kto zajmuje
się krabami i podobnym kramem?
–
Joe Anguro – handel rybami – błysnęła inteligencję Becky.
–
Doktor! – wybuchnęła Fauna. – Jeśli urodził się w lipcu, to już po nim.
–
Agnes, kiedy Doktor ma urodziny?
–
Nie wiem, to Mack miał go spytać.
–
Tak czy inaczej będziemy musiały się dowiedzieć, ale on nie może
nawet podejrzewać, po co nam potrzebna ta informacja.
–
Mack się dowie, na pewno. Zawsze łatwo wpuszczał Doktora
w maliny.
–
Chcę to wiedzieć jak najszybciej. No, moje panny, najwyższy czas do
łóżek! Wiecie, co do nas dzisiaj przypływa? – Fauna drapała się ołówkiem
po głowie.
–
Wielki, soczysty, tłusty niszczyciel! Wiecie już jaki mamy
dzień?
Dziewczyny odpowiedziały chórem:
–
Dobry Boże! Wy-pła-ta!
W ciągu pięciu minut Fauna poprawiła włosy i była gotowa do zwykłego
o tej porze obchodu. Sprawdzała, czy wyniesiono śmieci i czy wszystkie
światła zostały zgaszone. W ciemnej świetlicy zauważyła ognik papierosa.
–
Kto tu jest? – spytała.
–
Ja – odpowiedziała Suzy.
–
Dlaczego nie jesteś w łóżku?
–
Sporo myślałam.
–
Teraz wiem na pewno, że nigdy nie będziesz dobra w naszym fachu. O
czym myślałaś? O horoskopie?
–
Aha.
–
Lubisz Doktora, co?
–
Nie daruję mu, zdenerwował mnie jak diabli.
–
Dlaczego nie pozwolisz mi zająć się całą sprawą? – mówiła Fauna. –
Może mogłabym zdobyć go dla ciebie.
–
On nie potrzebuje żony, a nawet gdyby, to na pewno nie kogoś takiego
jak ja.
–
Ludzie sami nie wiedzą, czego chcą. Trzeba ich popychać. Wziąwszy
rzecz na zdrowy rozsądek, niby dlaczego faceci mieliby palić się do
żeniaczki? A jednak...
–
Może się zakochują i dlatego.
–
Taak. I to najgorsze, co może się zdarzyć. Wiesz co, Suzy? Jeśli facet
zakochuje się w kobiecie, to w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach
na sto, trafia akurat na tę najbardziej nieodpowiednią dla siebie. I dlatego
sama biorę sprawę w swoje ręce.
–
Nie rozumiem – powiedziała Suzy cicho.
–
Widzisz, jeśli mężczyzna podrywa jakąś dziewczynę i zakochuje się
w niej, to jednocześnie zakochuje się w czymś, co tkwi w nim samym, a
z nią ma to bardzo niewiele wspólnego. Przypomina mu matkę albo jest
blondynką, a on śmiertelnie boi się brunetek. A może chce po prostu spłacić
stare zobowiązania. Bywa i tak, że nie jest całkiem pewny swej męskości
i musi to sobie udowodnić. Goście, którzy studiowali te rzeczy, mówili mi,
że mężczyzna nie zakochuje się w kobiecie, a pragnie ciągle nowych
podniet i sam sobie ich szuka. Najlepsze małżeństwa to te, które ktoś
zaaranżuje, ale sprytnie, bez naciągania. Moim zdaniem świetnie
pasowałabyś do Doktora.
–
Dlaczego?
–
Bo jesteś inna niż on. Pozwolisz mi spróbować?
–
Nie, proszę. Nie mogłabym znieść myśli o wrabianiu jakiegoś faceta, a
szczególnie Doktora.
–
Wszyscy wszystkich wrabiają.
–
Posłuchaj, Fauna. Miałaś rację – zaczęła Suzy łagodnie.
–
Byłam
szesnastoletnią gówniarą, kiedy to się stało, a on mówił do mnie jak do
kobiety. Teraz nawet nie pamiętam, jak to brzmi – mówić jak do kobiety...
Fauna położyła ręce na ramionach Suzy.
–
Może jeszcze to usłyszysz. Jeśli uda mi się to załatwić, dookoła twojej
złotej gwiazdy zrobię czerwoną lamówkę. Jak myślisz, teraz już zaśniesz?
–
Tak. Na pewno, ale nie wrabiajmy Doktora, proszę.
Suzy poczekała aż Fauna położy się do łóżka i dopiero wtedy po cichu
wymknęła się przez frontowe drzwi. W laboratorium ciągle jeszcze paliło
się światło. Przeszła przez ulicę, minęła światła na skrzyżowaniu, Weszła
na schody i lekko zapukała. Doktor nie odpowiadał.
Otworzyła drzwi i zobaczyła go. Siedział przy stole, oczy miał
przekrwione ze zmęczenia. Przed nim stal rząd szklanych naczynek. Twarz
miał szarą. Musiał być rzeczywiście zmęczony.
–
Pracujesz do bardzo późna – powiedziała.
–
Tak. Przez ciebie zmarnowałem pierwszą serię. Musiałem zaczynać
wszystko od nowa, a to zabiera sporo czasu.
–
Przepraszam, Doktorze, uważam, że powinieneś napisać tę pracę. Nie
znam się na tym zupełnie, ale jestem pewna, że powinieneś.
–
A mnie się wydaje, że miałaś rację. Być może nie potrafię tego zrobić.
–
Oczywiście, że potrafisz. Potrafisz zrobić wszystko, co zechcesz.
–
Może i tak, a może nie chcę tego napisać.
–
Ale ja chcę!
–
A co ty masz z tym wspólnego?
Suzy zarumieniła się. Popatrzyła na swoje palce, jakby tam mogła
znaleźć odpowiedź na to pytanie.
–
Wszyscy chcą, żebyś to napisał– powiedziała w końcu. – Zawiedziesz
ich, jeśli tego nie zrobisz.
Doktor roześmiał się.
–
To jeszcze nie jest powód, w każdym razie nie wystarczająco dobry
powód.
Suzy próbowała go podejść z innej strony:
–
Nikt nie lubi tchórzy...
–
Jeżeli jestem tchórzem, to moja sprawa, prawda?
–
Musisz to napisać, Doktorze.
–
Nie napiszę!
–
Pomogę ci, Jeśli tylko będę umiała.
–
Do licha, a co ty właściwie potrafisz?
Twarz Suzy płonęła.
–
Kopnąć cię porządnie w tyłek! Może właśnie tego ci trzeba.
–
Dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju? – spytał Doktor, a zaraz
potem krzyknął: – Szlag by trafił! Znowu wszystko przez ciebie
spieprzyłem! Nie zauważyłem, kiedy minął czas.
–
To tylko twoja wina, nadęty ważniaku! Zawsze będziesz obwiniał
kogoś innego, tylko nie siebie! To twoja wina. Tylko twoja!
–
Wynocha stąd! – krzyczał Doktor. – Wynocha z powrotem do burdelu!
Suzy zatrzymała się w drzwiach i obejrzała się.
–
Mój Boże, jak ja nienawidzę głupców – powiedziała głośno
i zatrzasnęła za sobą drzwi. Za chwilę ktoś zapukał w szybę.
–
Do domu! – krzyknął Doktor.
Mack otworzył drzwi.
–
To nie Suzy, to ja.
–
Podsłuchiwałeś?
–
Nie, absolutnie nie. Posłuchaj, Doktorze, mam do ciebie pytanie: Czy
kupienie jakiejś nieruchomości na ulicy Nadbrzeżnej to dobra inwestycja?
–
Nie – odpowiedział Doktor.
–
Suzy to niezła szprycha.
–
Mówiłeś, że nie podsłuchiwałeś.
–
Doktorze, nikt na całej ulicy nie podsłuchiwał, a i tak wszyscy słyszeli
każde wasze słowo. A poza tym, moim zdaniem, są trzy ważne powody, dla
których warto ożenić się z dziwką.
–
O czym ty mówisz? – zapytał Doktor.
–
Po pierwsze – Mack wyliczał na palcach – mało prawdopodobne, żeby
po ślubie szlajała się; wyszumiała się wcześniej. Po drugie, jest mało
prawdopodobne, żebyś ją czymś zaskoczył albo rozczarował. Po trzecie,
jeśli dziwka wychodzi za ciebie, ma tylko jeden powód.
–
Jaki? – Doktor patrzył na Macka jak zahipnotyzowany.
–
Lubi cię. Dobranoc, Doktorze.
–
Siadaj, Mack. Napijemy się po jednym?
–
Nie mogę. Muszę się trochę przespać. Mam jutro sporo roboty.
Dobranoc.
Doktor przez dłuższą chwilę patrzył na drzwi, które zamknęły się za
Mackiem. Coraz dokuczliwej czuł ziarenka piasku pod powiekami.
19
Cudowny Czwartek (1)
Patrząc wstecz, zawsze można odnaleźć dzień, w którym coś się zaczęło
–
dzień w Sarajewie, dzień w Monachium, dzień Stalingradu czy Valley
Forge. Taki dzień i godzinę ustalasz sobie na podstawie zdarzeń, jakie ci się
przytrafiły. Pamiętasz dokładnie, co robiłeś w dniu, kiedy Japończycy
bombardowali Pearl Harbor.
Nie ma żadnych wątpliwości, że w ten czwartek na ulicy Nadbrzeżnej
zaczęły działać jakieś nadprzyrodzone siły. Niektóre z wydarzeń miały swój
początek wiele pokoleń wstecz, wtedy też ustalił się kierunek ich rozwoju.
Oczywiście znajdą się tacy, którzy będą twierdzili, że przeczuwali
wszystko, co się miało wydarzyć. Ci, którzy pamiętają, mówią, że wtedy
odczuli to, jako trzęsienie ziemi.
Był dokładnie czwartek. Akurat zdarzyło się tak, że był to jeden z tych
niezwykłych dni, kiedy w Monterey powietrze jest czyste i przejrzyste jak
wyczyszczona soczewka. Można było dojrzeć domy w Santa Cruz – 20 mil
przez zatokę – i sekwoje rosnące na zboczach gór powyżej Watsonville.
Kamienny wierzchołek Fremont Peak, godnie skierowany na wschód,
wskazywał drugą stronę Salinas. Promienie słońca przypominały
prawdziwe złoto. Czerwone geranium zapalało dookoła siebie powietrze
kolorem płomieni. Płatki ostróżek przypominały maleńkie wrota do nieba.
Takie dni nigdzie nie zdarzają się często. Ludzie przechowują je
w pamięci przez długi czas, jako jedno z najcenniejszych wspomnień.
W taki dzień małe dzieciaki piszczą cieniutko, właściwie bez powodu, a
biznesmeni czują nieodpartą potrzebę rozejrzenia się za jakąś
nieruchomością. Starcy siedzą wpatrzeni w przestrzeń i mówią, nie
zagłębiając się w szczegóły, że dni ich młodości były takie same. Konie
tarzają się po zielonych pastwiskach, a kury gdaczą jak nigdy.
Czwartek był właśnie takim cudownym dniem. Panna Winch, która
szczyciła się tym, że nigdy nie wstaje przed południem, po raz pierwszy
powiedziała dzień dobry listonoszowi.
Joe Elegant obudził się wcześnie i miał zamiar pisać dalszy ciąg swojej
powieści. Konkretnie chodziło o scenę, w której młody człowiek wykopuje
z grobu własną babkę, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak piękna, jak
ją zapamiętał. Nie ma wątpliwości, powieści Eleganta – Pogmatwane
korzenie Edypa – nie sposób zapomnieć, będziecie o niej pamiętali. Joe
zauważył złote światło zalewające pusty plac i diamenty rosy błyszczące na
każdym płatku malw. Wyszedł boso na mokrą murawę i biegał niczym mały
kociak, aż zaczął kichać i nabawił się kataru.
Panna Graves, która śpiewa jako solistka w czasie festiwalu motyli
w Pacific Grove, po raz pierwszy w życiu zobaczyła krasnoludka – siedział
za rezerwuarem.
Zresztą, wymienianie wszystkiego, co wydarzyło się tego dnia jest
niemożliwe – nie na darmo był to Cudowny Czwartek.
Dla Macka i jego przyjaciół był to ranek Prawdy. Ponieważ właśnie na
Macku spoczywała lwia część odpowiedzialności, kumple przygotowali mu
gorące śniadanie, a Eddie dolał nawet burbona do kawy. Hazel wyczyścił
Mackowi buty i odświeżył dżinsy. Whitey Pierwszy przyniósł kapelusz po
ojcu – czarny, z wąskim rondem, zwężający się ku górze prawie w szpic.
Ojciec Whiteya Pierwszego był zwrotniczym na kolei Southern Pacific, a
kapelusz był tego najlepszym dowodem. Z tyłu za potnik trzeba było
nałożyć sporo papieru toaletowego, żeby kapelusz pasował na głowę
Macka.
Mack nic nie mówił. Wiedział doskonale, jak dużo od niego zależy. Był
odważny i pokorny jednocześnie. Przyjaciele dali mu starannie wypisane
losy loteryjne i długo patrzyli za nim, kiedy wyruszył w drogę.
Potem usiedli na trawie i czekali. Wiedzieli, że chociaż Mack świetnie
się trzymał, w środku był cały rozdygotany.
Mack poszedł najpierw kurzą ścieżką, a potem przeszedł przez tory.
Minął stary kocioł, przeskoczył przez zardzewiałe rury z brawurą godną
lepszej sprawy.
Zanim wszedł do spożywczego, długo przyglądał się z żywym
zainteresowaniem wyłożonym na wystawie śrubokrętom.
Za ladą stał Cacahuete zatopiony w lekturze „Down Beat". Ubrany był
w purpurową wiatrówkę ze złotymi obszyciami. Smukły i przystojny, miał
w oczach dzikość i posępność geniusza.
–
Cześć – przywitał się Mack.
–
Otwarte – odpowiedział mu Cacahuete.
–
Jest Józef i Maria?
–
Na górze.
–
Chciałbym się z nim zobaczć. Sprawa osobista.
Cacahuete spojrzał poważnie na Macka, przez chwilę zatrzymał na nim
wzrok, a potem wyszedł na zaplecze i krzyknął:
–
Tio mio!
–
Czego chcesz?
–
Mack chce się z tobą zobaczyć.
–
Po co?
–
Bóg raczy wiedzieć!
Józef i Maria zszedł na dół ubrany w bladoniebieski jedwabny szlafrok.
–
... Dobry! Och, te dzieciaki teraz nie mają żadnych manier!
Cacahuete wzruszył ramionami i przeniósł się z pismem na stos pudeł
z kartoflami.
–
Wcześnie dziś wstałeś – powiedział Patron.
–
Nie mieszkasz tu długo, Józefie i Mario – zaczął Mack z ceremonialną
powagą – a zdążyłeś się zaprzyjaźnić z wieloma ludźmi i masz przyjaciół,
dobrych przyjaciół.
Patron słuchał bardzo uważnie, czuł przez skórę, że nie to, a w każdym
razie nie tylko to, Mack chciał mu powiedzieć. Zdecydował, że nie ma nic
do stracenia.
–
Lubię ludzi, którzy tu mieszkają. Odnoszą się do mnie bardzo dobrze.
–
Patron zmrużył powieki, a to oznaczało, że był w pełnej gotowości
i wyczuwał dookoła siebie najmniejsze poruszenie, niczym radar.
–
W małym mieście nie sposób uniknąć powiązań. Ty jesteś światowym
człowiekiem, Józefie i Mario, byłeś wszędzie. Wiesz, na czym rzecz polega.
Patron uśmiechał się tylko, zdawał sobie świetnie sprawę z własnej
mądrości życiowej. Czekał.
–
Ja i chłopaki z Pałacyku chcieliśmy prosić cię o radę. Tylko się nie
denerwuj, po prostu pomyśleliśmy, że ciebie nie tak łatwo oszukać, więc
jesteś właśnie tym, kogo szukamy.
Zmieszanie prawie niezauważalnie zaczęło kiełkować w Patronie.
–
O co chodzi? – spytał ostrożnie.
Mack wziął głęboki wdech.
–
Człowiek interesu, taki jak ty, może pomyśleć, że to głupie, ale być
może jesteś tu wystarczająco długo, żeby zrozumieć w czym rzecz. To
sprawa uczuć. Chodzi o Doktora. Ja i chłopcy jesteśmy mu coś winni
i nigdy nie będziemy w stanie spłacić tego długu.
–
Ile? – spytał Józef i Maria i wziął do ręki szczotkę, wyrwał z niej włos
i zaczął nim dłubać w zębach. – Zajmij się czymś – powiedział łagodnie do
Cacahuete. Chłopak czmychnął po schodach na górę.
–
Nie chodzi o pieniądze – odpowiedział Mack – ale o wdzięczność.
Doktor opiekował się nami przez całe lata, jeśli któryś był chory, to go
leczył, jeśli brakowało pieniędzy, zawsze miał dolara na zbyciu.
–
Wszyscy mówią to samo – przerwał mu Patron. Nie bardzo wiedział, o
co chodzi, chociaż jednocześnie zdawał sobie sprawę, że przypuszczono na
niego atak.
Dźwięk własnego głosu podziałał na Macka kojąco i upewnił go, że plan
działania jest słuszny. Był przecież zawodowcem, który nawet teraz
doskonalił swój warsztat.
–
Moglibyśmy korzystać z jego dobroci jeszcze przez lata, gdyby nie to,
że on sam dostaje teraz po dupie.
–
Ma kłopoty?
–
Wiesz dobrze, że tak. Biedny popapraniec – siedzi przy biurku
i zadręcza się jakimiś koszmarnymi ośmiornicami.
–
Dawaj dalej.
–
Widzisz, ja i chłopaki, chcemy coś z tym zrobić. Nie możemy
pozwolić, żeby nasz przyjaciel zamęczył się, jeśli możemy mu pomóc. A
poza tym, założę się, że i tobie Doktor na pewno wyświadczył niejedną
przysługę.
–
Wiesz, że w szachach nie można oszukiwać? – spytał Patron.
–
To już przerabialiśmy – odpowiedział Mack trochę zniecierpliwiony. –
Interesy Doktora nie idą dobrze. Nie da sobie rady z tymi cholernymi
potworkami bez porządnego, pieprzonego mikroskopu, a to kosztuje około
czterystu dolców.
–
Jak będzie zrzutka, dołożę dychę – powiedział Patron szybko.
–
Dzięki – odpowiedział Mack z uniesieniem – wiedziałem, że jesteś
w porządku, ale nie o to chodzi. Chcemy to kupić sami, dlatego zamiast tej
dychy chciałbym, żebyś dał mi dobrą radę.
Patron poszedł za ladę, z lodówki wyjął dwie puszki piwa i otworzył.
Jedną puścił po ladzie w stronę Macka.
–
Dzięki – powiedział Mack i przepłukał wysuszone gardło z prawdziwą
rozkoszą. – Aaach... wspaniałe! Teraz powiem ci, o co chodzi. Mamy coś,
co chcielibyśmy puścić na loterię. Za pieniądze z loterii chcemy kupić
Doktorowi mikroskop – powiedział. – Pomóż nam z losami i w ogóle z całą
sprawą!
–
A co macie zamiar puścić na tę loterię? – spytał Patron.
To był właśnie ten straszny moment, którego Mack bał się najbardziej.
Ręce trzęsły mu się lekko, gdy pił resztkę zimnego piwa. W środku cały
dygotał.
–
Pałacyk, nasz dom – powiedział.
Patron wyjął z kieszeni mały grzebyk i zaczął czesać lśniące czarne
włosy.
–
Ale ten dom nie jest wart czterysta dolarów – powiedział.
Mack o mało nie rozpłakał się z ulgi. Gdyby mógł, pocałowałby Patrona
w rękę. W tej chwili gotów był pokochać Józefa i Marię!
W jego głosie pojawiła się nuta czułości.
–
Wiemy – powiedział – ale to nasz dom. Oczywiście, nie jest wiele
wart, ale przecież loterię urządza się właśnie wtedy, kiedy chce się opchnąć
coś, co nie jest wiele warte. A jeśli na dodatek ma się dobre intencje, to
można sprzedać nawet parę starych skarpet.
W spojrzeniu Patrona pojawił się odcień szacunku.
–
Coś w tym jednak jest! – powiedział i zaraz dodał: – A kto wygra w tej
loterii?
Mack nabrał do Józefa i Marii zaufania. To musiał być swój człowiek.
Mack był gotów zrobić użytek ze swych umiejętności. Odezwał się
konfidencjonalnym szeptem:
–
Nie nabierałbym nigdy przebiegłego hombre. Mógłbym ci, rzecz jasna,
powiedzieć, że losowanie będzie uczciwe, ale i tak domyśliłbyś się, że
mamy coś w zanadrzu. Otóż mamy pewien pomysł.
Patron aż wychylił się przez kontuar. Przynajmniej niektóre z podejrzeń,
jakie przychodziły mu do głowy w czasie rozmowy z Mackiem, zostały
uśpione okazanym zaufaniem. Oczywiście nadal był czujny, ale powoli
miękł.
–
Co to za pomysł? – spytał.
–
Tak czy siak, musimy przecież gdzieś mieszkać, prawda? Ale to, co
teraz powiem pozostanie między mną i chłopakami a tobą, dobrze?
–
Jasne jak słońce.
–
Sprzedamy Doktorowi los albo po prostu sami weźmiemy los na jego
nazwisko i tak poprowadzimy całą sprawę, żeby ten los wygrał.
–
Nie rozumiem.
–
To proste, Doktor dostanie mikroskop, prawda? Dostanie. My dalej
będziemy mieszkać w Pałacyku, i zmieni się tylko tyle, że będzie on
formalnie należał do Doktora. Przy okazji Doktor będzie miał coś na
starość, taki rodzaj zabezpieczenia. I ja, i chłopaki uważamy, że
przynajmniej tyle możemy dla niego zrobić.
–
A jeśli przyjdzie mu do głowy pomysł sprzedania Pałacyku? – spytał
Patron.
–
Coś ty? Doktorowi? Nie wyrzuciłby nas przecież na ulicę.
Szeroki uśmiech pojawił się na dużej, ładnej twarzy Józefa i Marii.
Nie widział w tym przedsięwzięciu żadnego ryzyka.
–
Zdaje się, że nie doceniałem cię do tej pory – powiedział do Macka. –
Jesteś cwany. Może razem zrobimy jakiś interes. Później, oczywiście. Masz
losy przy sobie?
–
Robiliśmy je przez całą noc – Mack położył na ladzie niewielki stosik.
–
Po ile za sztukę?
–
Tam jest jasno napisane, że po dwa dolce.
–
Podtrzymuję swoją ofertę pomocy. Kupię pięć losów, a kilka możesz
mi zostawić, spróbuję je sprzedać klientom.
–
Myślisz, że dasz radę upchnąć dwadzieścia?
–
Dam radę i pięćdziesiąt. Będę je upłynniał w czasie występów
Espladas Mojadas.
Wracając kurzą ścieżką, Mack czuł, że kolana ma jak z waty.
Błyszczącymi oczami patrzył prosto przed siebie. Podszedł do chłopaków
i razem ruszyli w kierunku Pałacyku. Mack usiadł ciężko na łóżku, a
przyjaciele skupili się wokół niego.
–
Mamy go! – powiedział Mack po dłuższej chwili. – W ogóle nie wie,
że nasz Pałacyk należy do niego. Kupił pięć losów, a pięćdziesiąt ma
sprzedać swoim meksykańskim robolom.
W Pałacyku zapanowała taka atmosfera ulgi i triumfu, że żadne słowa
nie były potrzebne. Eddie wyszedł na świeże powietrze. Słyszeli, jak zaczął
łopatą kopać ziemię. Było jasne dla wszystkich, że za parę minut kolejna
beczułka straci szpunt.
A było to tylko jedno z wielu wydarzeń, jakie miały miejsce w ten
Cudowny Czwartek.
20
Cudowny Czwartek (2)
Fauna zawsze bardzo szczelnie zamykała okiennice w sypialni.
Pracowała przecież do późna w nocy i żeby móc dobrze wypocząć, spała do
południa. Rankiem w Cudowny Czwartek słońce spłatało jej figla. W jednej
z okiennic była dziurka, ot maleństwo nie większe niż łepek od szpilki.
Rozbawione słońce zebrało wszystkie wydarzenia dziejące się na ulicy
Nadbrzeżnej w jeden promyczek i wtłoczyło go w tę dziurkę, następnie
odwróciło obraz do góry nogami i wyświetliło w bajkowych kolorach na
ścianie jej sypialni. Gruba Ida szła do góry nogami, typowym dla niej
kaczym krokiem, ubrana w sukienkę z materiału z wzorem w maki,
z czarnym beretem na głowie. Ciężarówka Pacific Gas & Electric
przejechała przez ścianę sypialni z kołami w powietrzu. Mack szedł na
głowie do spożywczego. W chwilę później pojawił się Doktor – był
zmęczony, szedł do góry nogami po tapecie, niosąc duże piwo, które
oczywiście wylałoby się, gdyby nie była to czysta iluzja.
Na początku Fauna próbowała zasnąć od nowa, ale przeczuwała, że
może stracić coś ważnego. I kto by pomyślał, że taka mała kolorowa zjawa
Doktora, i do tego odwrócona do góry nogami, wyciągnie ją z łóżka o tak
wczesnej porze?!
Bardzo często problem, który wieczorem nie daje nam usnąć i jawi się
niczym katastrofa, której nie można uniknąć – rankiem, po przespanej nocy,
przestaje istnieć. To właśnie przytrafiło się Faunie. Była bardzo
zadowolona, kiedy otworzyła okiennice i zobaczyła, jaki piękny dzień jawił
się na zewnątrz. Dach przetwórni Hediondo, na którym zwykle
przesiadywały mewy, błyszczał w słońcu niczym perła.
Fauna energicznie zabrała się do dzieła. Zaczesała gładko włosy
i założyła czarny, ciasno przylegający do głowy kapelusik, naszywany
cekinami. Ubrała się w ciemnoszarą, zrobioną na drutach garsonkę.
Włożyła rękawiczki. Poszła do kuchni. Wzięła papierową torbę i wrzuciła
do niej sześć butelek piwa. Po krótkiej chwili wahania wygrzebała ze
schowka jedną z małpich główek i dołożyła do butelek. Prezent był gotów.
Kiedy wchodziła po schodach do laboratorium, a potem trochę zdyszana
stanęła przed drzwiami, można było pomyśleć, że pracuje raczej
w Czerwonym Krzyżu niż Pod Niedźwiedzią Flagą.
Doktor akurat podsmażał parówki, które posypał odrobiną czekolady, co
nadawało im dziwnego, orientalnego zapachu.
–
Wcześnie dziś wstałeś – przywitała się Fauna – a poza tym
pomyślałam sobie, że jedno, chociaż duże, piwo na długo ci nie wystarczy.
–
Nie wystarczyło – odpowiedział Doktor – zjesz parówki?
–
Chętnie, jeśli nie sprawi ci to kłopotu – powiedziała, wiedząc, że ten
kto daje, staje się wierzycielem. – Przyniosłam ci też małpią główkę, którą
kiedyś przywiozłam z jednej ze swoich podróży.
–
Bardzo ciekawe.
–
Niektórzy myślą, że to ludzkie głowy – stwierdziła Fauna.
–
Nie mam pojęcia dlaczego. Popatrz na kształt oczu i uszu. Widzisz?
Spójrz na nos.
–
Och, sam wiesz najlepiej, że ludzie niczemu nie przyglądają się zbyt
uważnie, ale zmieniając temat, chętnie napiłabym się piwa.
Smak czekolady w kiełbasie wyraźnie zaintrygował Faunę.
–
Nigdy czegoś podobnego nie próbowałam – zauważyła. – Doktorze, a
jadłeś kiedyś pasikoniki?
–
Tak – odpowiedział Doktor – w Meksyku. Są trochę ostre w smaku.
Fauna nie należała do osób, które owijałyby coś długo w bawełnę.
–
Musisz mieć pewnie dość tego ciągłego pomagania innym?
Doktor uśmiechnął się.
–
Czułbym się jeszcze gorzej, gdybym tego nie robił. A co mogę zrobić
dla ciebie? Byłbym zapomniał, wielkie dzięki za ciasto i piwo!
–
W porządku, nie ma sprawy, Doktorze, ale powiedz mi, co myślisz o
tej małej.
–
Jest trochę dziwna. Nie bardzo pasuje do Niedźwiedziej Flagi.
–
Też tak myślę. Nie jest zła, ale wygląda na to, że wzięłam sobie nowy
kłopot na głowę. Problem z Suzy polega na tym, że ma w sobie coś z damy,
a ja nie potrafię tego z niej wykorzenić.
Doktor żuł powoli parówkę i popijał ją piwem. Zamyślił się.
–
Nigdy nad tym się nie zastanawiałem, ale to może być poważny
mankament.
–
Jest miłą dziewczyną – mówiła Fauna – bardzo ją lubię, ale może
narazić na szwank mój interes.
–
To czemu po prostu jej nie wyrzucisz?
–
Och, nie mogłabym. Ona już swoje w życiu przeszła. Zresztą nigdy nie
miałam serca do wyrzucania ludzi. Chciałabym, żeby się jako tako
pozbierała, stanęła na nogi, a potem, jeśli sama będzie chciała, może iść
w świat. Jako panienka do zabawy nie ma przyszłości.
–
Rzuciła we mnie książką – poskarżył się Doktor.
–
Widzisz, ma charakterek. A to bardzo przeszkadza w zawodzie.
–
Powiedziała mi w oczy kilka oczywistych prawd. Szybko potrafi
dostrzec, co siedzi w człowieku.
–
I szybko mówi, co myśli! Za szybko. Doktorze, wyświadczyłbyś mi
przysługę?
–
Oczywiście, wszystko, co jest w mojej mocy.
–
Nie mam się z tym do kogo zwrócić. Nikt by tego nie zrozumiał.
–
O co chodzi, Fauna?
–
Wierz mi, Doktorze, bywałam w wielu miejscach i widziałam różne
dziewczyny, ale jak się ma w sobie coś z prawdziwej damy, to nici
z interesu. Nie przychodzisz teraz Pod Niedźwiedzią Flagę. Bawisz się sam.
Sądzę, że kosztuje cię to drożej, ale prawdę mówiąc, nie lubię wtrącać się
w nie swoje sprawy.
–
Nie rozumiem – powiedział Doktor.
–
Dobra, wyłożę kawę na ławę. Podrywając jakąś z tych damulek, no
wiesz, tych jeszcze zielonych, zanim dojdziesz do sedna sprawy, musisz
z taką dłużej pogadać, mam rację?
–
Absolutną – powiedział Doktor i uśmiechnął się ponuro.
–
Powiedz mi teraz, Doktorze, czy w takiej sytuacji zawsze jesteś
zupełnie szczery?
Doktor zaczął skubać dolną wargę.
–
No, wiesz... Myślę, że w danym momencie tak.
–
A potem?
–
Potem? Gdybym miał się nad tym głębiej zastanowić, to... nie
zastanawiałem się, ale...
–
I o to właśnie mi chodzi! Żeby powiedzieć jakiejś siusiumajtce parę
czułych słówek, nie musisz specjalnie wysilać mózgownicy, prawda?
–
Fauna, zrobiłabyś karierę w interesach wymagających dobrej analizy –
powiedział Doktor. – A teraz powiedz wreszcie, co mam zrobić!
–
Suzy psuje mi robotę z nowymi dziewczynami. Nie jest dobra w fachu,
bo ma w sobie dużo z damy. Nie wiem, oczywiście, czy byłaby z niej
prawdziwa dama, czy nie. Chcę się jej pozbyć, i to wszystko. Doktorze,
bardzo byłbyś niezadowolony, gdybym poprosiła, żebyś z nią trochę
poflirtował? Wiesz, tak, jak to robisz z tymi damulkami, które cię tu
odwiedzają.
–
Myślisz, że z tego może wyniknąć coś dobrego?
–
Może się mylę, ale wydaje mi się, że dalej możesz skakać z kwiatka na
kwiatek, jeśli chcesz. Ale gdybyś, flirtując z nią, zaczął traktować ją jak
prawdziwą damę, to może będzie zachowywać się jak dama w stosunku do
ciebie.
–
Cały czas nie bardzo wiem, co dobrego może z tego wyniknąć?
–
Pozbędę się jej z Niedźwiedziej Flagi, na dodatek zupełnie
bezboleśnie. Nie będzie chciała mieszkać z dziwkami.
–
Acozemną?
–
W końcu nie żenisz się z kobietami, które podrywasz, prawda?
–
Nie, ale...
–
Zajmij się nią, Doktorze – prosiła Fauna.
–
Nie stanie ci się żadna
krzywda. A może ona wyniesie się stąd i znajdzie pracę maszynistki albo
telefonistki gdzieś indziej. Zrobisz to dla mnie, Doktorze?
–
Sprawa nie wygląda uczciwie – powiedział Doktor poważnie.
Fauna uznała, że czas zmienić taktykę.
–
Rozmawiałam z nią wczoraj w nocy i przyznała się mi, że nie pamięta
już, kiedy ostatni raz facet potraktował ją jak normalną dziewczynę. Z tego
nie może wyniknąć nic złego.
–
Ona potem może cierpieć.
–
Ale może też złapać wiatr w żagle.
–
Nie możemy wykluczać, że ona chce, żeby było tak, jak jest.
–
Nieprawda. Mówię ci, że to królewna zamknięta w szklanej wieży.
Doktorze, zaproś ją na obiad. Ja zapłacę. Nie musisz od razu dobierać się
do niej. Wystarczy, że będziesz dla niej miły.
–
Muszę się nad tym zastanowić.
–
Ale, jak ci się wydaje, pójdziesz na ten układ?
–
Chyba tak.
–
To dobra dziewczyna, jeśli tylko dobrze się ją traktuje. Wyświadczysz
mi wielką przysługę.
–
Przypuśćmy jednak, że ona nie zgodzi się...
–
Zgodzi się, zgodzi. Nie będzie miała wyboru.
Doktor wyjrzał przez okno. Czuł ogarniające go wewnętrzne ciepło. Po
raz pierwszy od niepamiętnych czasów było mu dobrze i błogo.
–
Zastanowię się nad tym wszystkim – powiedział.
–
Masz u mnie trzy butelki szampana, wystarczy, że dasz mi znać, kiedy
będziesz je chciał – powiedziała Fauna tonem zachęty.
Po lunchu Joe Elegant czytał Faunie ostatnio napisany rozdział książki.
Wyjaśniał jej symbole i mity, którymi się posłużył.
–
Sama widzisz, że to proste. Babka oznacza poczucie winy.
–
Zdaje się, że ona zmarła i została pochowana.
–
Tak.
–
To jakaś poplątana wina.
–
To rzeczywistość ukryta poza rzeczywistością.
–
Ale jaja! Słuchaj, Joe, dlaczego nie napiszesz powieści o czymś
prawdziwym?
–
Tylko mi nie wmawiaj, że to ty wiesz o sztuce pisania więcej ode
mnie.
–
To jasne jak słońce. Powiedzmy, że jest jakiś facet i zaleca się do
dziewczyny.
–
Bardzo oryginalne – skrzywił się Joe.
–
Kiedy mężczyzna coś mówi, zwłaszcza o miłości, to wierzy w to, co
mówi, nawet jeśli wydaje mu się, że kłamie.
–
Na rany boskie! Fauna! O czym ty mówisz?
–
Założysz się? Już niedługo pozbędę się stąd kogoś i przypnę na ścianie
nową złotą gwiazdę.
–
Ciasto smakowało Doktorowi? – spytał Joe.
–
Lizał palce! – odparła Fauna.
To było drugie z wydarzeń, jakie miały miejsce w Cudowny Czwartek.
21
Cudowny Czwartek był piekielnym dniem
Pałacyk stał się centrum dowodzenia i od chwili, kiedy to nastąpiło,
wszystko przybrało formę reakcji łańcuchowej. Wyglądało to tak, jakby na
ulicy Nadbrzeżnej wybuchł pożar. Mack i jego przyjaciele wykazywali
energię porównywalną z energią rozpadu nuklearnego. Może zabrzmi to
paradoksalnie, ale tylko ktoś bardzo leniwy mógł zrobić tak wiele w tak
krótkim czasie. Och, te spotkania, ploteczki podawane z ust do ust, plany
i pojawiające się natychmiast kontrpropozycję. Mack musiał bez przerwy
fabrykować nowe losy. Pomysł, który z początku był niezłym oszustwem,
teraz przerodził się w prawdziwy wybuch powszechnej miłości do Doktora.
Ludzie kupowali i odsprzedawali losy, zamieniali się numerami,
kombinowali. Można je było kupić na dworcu kolejowym Southern Pacific,
na dworcu autobusowym Greyhounda. Posterunkowy Joe Blaikey nosił je
w portfelu i jeśli winny złego parkowania kupił choćby jeden, nie wlepiał
mu mandatu.
Whitey Pierwszy zapuścił się w obce i dość ekskluzywne dla
mieszkańców ulicy Nadbrzeżnej tereny Pebble Beach, Carmel i Highlands,
próbując sprzedać jak najwięcej losów. Whitey Drugi zdecydował się na
typową dla niego metodę działania bezpośredniego. Pierwsza osoba, która
odmówiła mu kupienia losu, dziwnym trafem miała od razu wybitą
przednią szybę w samochodzie. Takie wieści szybko się rozchodzą.
Dla chłopaków z Pałacyku była to prawdziwa krucjata. Wygrywający los
z wypisanym na nim nazwiskiem Doktora był schowany w puszce po
przecierze pomidorowym i zakopany na pustym placu obok ich domu. Nikt
nie odważył się powiedzieć Doktorowi o przygotowanej loterii.
Przyjaciołom Doktora Mack i reszta chłopaków wspomnieli o maleńkim
szwindlu, jaki krył się w losowaniu; ale obcym? Obcym nie powiedzieli
słowa. Zresztą, kogo obchodzą jacyś obcy.
Cała akcja była świetnym przykładem działania zbiorowej dobrej woli
i wielkoduszności.
Ale każda zbiorowość, która ma swoją Dobrą Wróżkę, musi mieć także
Diabełka, który działa równolegle i czasem nawet z nią współpracuje.
Diabełek ulicy Nadbrzeżnej zauważył, że Wróżka obudziła się z długiego
snu i zaczęła się krzątać. Nie mógł się powstrzymać – szeptał słówka
w uszy przechodniów, a ci, którzy myśleli podobnie jak on, uśmiechali się
wtedy z lubością. Odczuwali przyjemność płynącą ze zła, a ich myśli były
mniej więcej takie: „Patron to mądry facet. Jest tu nowy. Świetnie się
ubiera. Zarabia niezły grosz na biednych meksykańskich robotnikach, i to
tylko dlatego, że jest sprytny. Lee Chong musiał mu sprzedać Pałacyk, a
Patron po prostu o tym zapomniał albo też nigdy się o tym nie dowiedział.
Kiedy Doktor wygra Pałacyk na loterii, Józef i Maria nie odważy się
dochodzić swoich praw".
Cała zabawa polegała na obserwowaniu, jak szczwany lis jest
wyprowadzany w pole. Diabełek miał sporo czasu na swoją robotę, i przez
chwilę sprawiał nawet wrażenie, że służy dobrej sprawie. Ludzie kupowali
najwięcej losów właśnie od Patrona. Chcieli obserwować jego twarz, po to
żeby móc porównać jej wyraz z tym, jakiego oczekiwali po wyjściu na jaw
całej prawdy.
W innej sytuacji Mack i spółka mogliby sprzedawać losy całymi
tygodniami, ale teraz gonił ich czas. Bali się, że Patron dostanie wreszcie
rachunek z podatkami do zapłacenia i dowie się wszystkiego. Wtedy cały
plan ległby w gruzach. Trzeba było kuć żelazo, póki gorące. Sobota stała
się tą ostateczną granicą, której nie mogli przekroczyć. Nieodwołalnie.
Rozpuścili pogłoskę, że w sobotę wieczór w Pałacyku można się będzie
napić czegoś mocniejszego. Wszelka pomoc w organizacji imprezy stała się
bardzo mile widziana.
W Cudowny Czwartek po południu Mack przyszedł do Doktora.
–
Jeśli nie masz nic do roboty w sobotę wieczorem – powiedział – to
wpadnij do nas, urządzamy z chłopakami małą balangę. R .S .V.P.
–
Moi, je respond oui.
–
No, nie zgrywaj się.
–
Jasne, że przyjdę.
W chwilę potem Mack przypomniał sobie o misji, którą mu powierzyła
Fauna.
–
Mógłbym to wyciągnąć z ciebie podstępem, Doktorze, w końcu
robiłem to już tyle razy, ale dzisiaj spytam prosto z mostu. Kiedy masz
urodziny?
Doktor poczuł, jak cierpnie mu skóra na grzbiecie.
–
Błagam! Nie urządzajcie mi tylko żadnego przyjęcia – prosił.
–
Ostatnie omal mnie nie zrujnowało.
–
Nie bój się szczęściarzu, tym razem nasza impreza nie ma z tym nic
wspólnego. Chodzi o zakład i zależy mi na tym, żeby wygrać tego dolara.
No, nie daj się prosić dwa razy, kiedy to jest?
–
Czwartego lipca.
Tu trzeba dodać, że Doktor podał pierwszą datę, jaka mu przyszła do
głowy.
–
Cholera! Przecież to święto narodowe.
–
W zasadzie tak – powiedział Doktor i poczuł ogromną ulgę.
W odpowiedzi na zaproszenie Macka, by wypić lufę jakiegoś dobrego
trunku, późnym popołudniem złożyła oficjalną wizytę w Pałacyku Fauna
z dziewczętami.
Suzy nie brała w tym udziału. Przez cały ranek milczała, a potem, jak
w transie poszła ścieżką do latarni morskiej w Point Pinos. Patrzyła na
przypływ. Zerwała kilka kwiatków rosnących bardzo blisko brzegu. Suzy
była zmęczona i nieszczęśliwa. Przy tym była dziwnie podekscytowana.
I było jej niedobrze. Miała ochotę śmiać się i płakać. Była przerażona,
szczęśliwa i bezradna. Doktor zaprosił ją na obiad! Do Sonny Boya – małej
restauracji na molo. Fauna gorąco namawiała ją, by przyjęła zaproszenie.
Pierwsze reakcja Suzy była bardzo gwałtowna.
–
Nie pójdę!! – krzyknęła.
–
Oczywiście, że pójdziesz – mówiła Fauna – mogłabym cię przekonać,
urządzając tutaj jakąś hulankę, ale nie muszę, i tak pójdziesz.
–
Nie zmusisz mnie.
–
Chcesz się przekonać? Suzy, dlaczego mi to robisz? Mało mi głowa
nie pęknie, tak się staram, żeby ci pomóc.
–
Nie mam nawet w co się ubrać. – Suzy szukała pretekstów.
–
On też nie ma w co się ubrać. Jeśli on może iść ubrany zwyczajnie, to
ty nie musisz się wysilać i udawać królewny z bajki – nie dawała za
wygraną Fauna.
–
Ale on ma w sobie coś takiego, że wcale nie zwraca się uwagi na to,
jak jest ubrany. Ludzie tacy jak ja, muszą nadrabiać strojem. Nie mają nic
innego. Poza tym i tak wyjdę na jędzę, bo nawet nie wiem, jak to się robi,
żeby być miłą.
–
Suzy, mam zamiar dać ci dobrą radę, jeśli mnie nie posłuchasz,
zadzwonię po prostu do Joego Blaikeya, a on wywiezie cię z miasta
w chwilę potem. Nie zaczynaj! Zaczekaj, nie musisz od razu rzucać się na
każdego z pazurami. Może to wszystko przez to, że bardzo długo nie miałaś
nikogo, kto wpływałby na ciebie kojąco.
–
Mogłabym założyć garsonkę, ale ma dużą plamę z przodu.
–
Poproś Joego Eleganta, żeby zrobił porządek z tą plamą. Niech
odprasuje garsonkę. Powiedz mu, że to moje polecenie.
To był powód, dla którego niedługo po tej rozmowie Suzy poszła na
spacer do latarni morskiej. Było to w Cudowny Czwartek.
Spotkanie w Pałacyku nie było w zasadzie konieczne. Wieści o loterii
i tak rozchodziły się szybko. Fauna kupiła aż 10 losów, a na dodatek
zmusiła wszystkie panienki, by też kupiły przynajmniej po jednym.
Eddie pożyczył kieliszki od Grubej Idy – po raz pierwszy za jej wiedzą
i przyzwoleniem. Ida też była zaproszona. Przyniosła ze sobą dwie butelki
whisky Sosnowy Kanion.
–
I tak prawie nic mnie nie kosztowała – wyjaśniła zaraz po przyjściu.
Panował oficjalny nastrój. Agnes i Mabel siedziały ze ściśle złączonymi
kolanami, a piorunujące spojrzenie Fauny spowodowało, że Becky rozlała
drinka, zbyt gwałtownie zaciskając kolana.
–
To będzie bomba – powiedział Mack. – Nie mogę się doczekać widoku
twarzy Doktora, kiedy się dowie, że wygrał.
–
Ale jak chcesz mu wytłumaczyć, że wygrał, skoro on nawet nie kupił
losu? – zapytała Gruba Ida.
–
Cóż wielkiego! Powiemy mu, że jeden z przyjaciół kupił mu los, ale
nie chce, żeby ujawniać jego nazwisko. Przed chwilą widziałem Doktora,
powiedział, że na pewno przyjdzie.
–
Dowiedziałeś się już, kiedy się urodził? – spytała Fauna.
–
Jasne. Czwartego lipca.
Fauna wydała z siebie dźwięk, przypominający do złudzenia trzask
pękającego balona.
–
O kurczaki pieczone! Teraz już mam pewność, że to chodziło o niego.
Urodził się pod znakiem Raka. Jeszcze nigdy mi tak wszystko nie
pasowało.
–
O czym ty mówisz? – dopytywał się Mack.
Oczy Fauny zaszły mgłą.
–
Mack – powiedziała w natchnieniu – nie chciałabym ogłaszać tego na
twoim przyjęciu, ale właściwie to może być przecież jednocześnie przyjęcie
zaręczynowe.
–
A kto się zaręcza?
–
Właściwie, to oni jeszcze o tym nie wiedzą, ale wkrótce się dowiedzą.
–
Kto?
–
Doktor i Suzy! Tak wynika z horoskopu. Niezbicie.
–
A jeśli nie będą chcieli się zaręczyć?
–
Zaręczą się, zaręczą! Możesz polegać na moim słowie.
Przez chwilę zapanowała cisza. Potem Mack odezwał się cicho:
–
Mówiłem, że będzie bomba! A teraz wygląda na to, że będzie to
superbomba! Coś tak niesamowitego nie wydarzyło się tutaj od czasów II
wojny światowej! Jesteś pewna, że Doktor się zgodzi?
–
Pozwól, że sama się tym zajmę. Żeby żadne z was nie wypaplało przy
nim czegoś. Kiedyś dałam sobie radę z bokserem wagi półciężkiej –
nazywał się Kelly Pocałunek Śmierci. Teraz mogę więc spokojnie stanąć na
ringu z Doktorem.
–
A co na to wszystko Suzy? – spytał Eddie.
–
Suzy już jest na ringu – odpowiedziała Fauna.
Rozeszli się zupełnie spokojni, chociaż w środku każdy wrzał z emocji.
Taki dzień, jak ten Cudowny Czwartek, nie przydarzył się jeszcze żadnemu
z nich. A przecież było jeszcze daleko do końca dnia!
22
Przygotowania w toku
O wpół do piątej Fauna kazała Suzy przyjść do biura-sypialni, ze
wszystkim, co można było założyć na siebie, idąc na randkę z mężczyzną.
Suzy rzuciła swe rzeczy na łóżko Fauny.
–
Do licha, jak obchodzisz się z garderobą, wszystko się pogniecie –
rzuciła zirytowana Fauna. Ułożyła równo szarą, wełnianą spódnicę
i pasujący do niej żakiet. Obejrzała wszystko dokładnie w poszukiwaniu
plam. Nie powstrzymała się przy tym przed powąchaniem podejrzanych
miejsc, aby sprawdzić czy płyn do wywabiania był w użyciu.
–
To bardzo ładny komplet – powiedziała w końcu.
–
Mundurek służbowy – wyjaśniła Suzy.
–
Byłam w zakładzie
opiekuńczym.
–
I bardzo dobrze. Inni nie mieli tego szczęścia – powiedziała Fauna
i dopiero teraz zwróciła uwagę na brązowe buty Suzy. Podeszła do drzwi
i zawołała:
–
Joe! Joe Elegant!
Joe zajrzał po chwili do sypialni.
–
Zdawało mi się, że mam dzisiaj wolne – powiedział.
–
Dobrze ci się zdawało, ale ja jestem jak pijawka na ciele klasy
robotniczej i teraz chcę cię wyzyskać. Skoczysz do Widlocka i każesz
założyć na te buty nowe fleczki. Poproś, też żeby zrobił coś z tym wytartym
miejscem i dobrze je wyglansował. Zaczekaj, aż skończy, i przynieś je
migiem z powrotem.
Joe trochę narzekał, ale poszedł.
–
Masz jakieś rękawiczki? – spytała Fauna.
–
Nie.
–
Pożyczę ci jakieś. O, te białe będą dobre. A tu masz chusteczkę do
nosa. Nie chcę tylko, żeby pojawiły się na niej ślady szminki, zrozumiano?
A teraz posłuchaj Suzy, kochanie. Dbaj o buty, noś czyste rękawiczki, miej
zawsze przy sobie białą chusteczkę do nosa i pilnuj, żeby szwy na
pończochach były równo. Jeśli będziesz się tego trzymać, to nawet
morderstwo ujdzie ci płazem. Garsonka jest bardzo ładna, a materiał należy
do tych, które im starsze, tym lepiej wyglądają. I pamiętaj, nie chodź na
ściętych obcasach. Zawołaj Becky!
Kiedy przyszła Becky, Fauna spytała niewinnie:
–
Nie masz przypadkiem białego, przypinanego kołnierzyka
i mankietów?
–
Dopiero co przygotowałam sobie czyste.
–
Chcę żebyś je pożyczyła Suzy. Przynieś je razem z igłą i nićmi
i przyszyj do tego żakietu.
–
Ale będzie musiała później je wyprać.
–
Wypierze.
Becky poszła zająć się mankietami, a Fauna zwróciła się do Suzy.
–
Wyjmij wszystko z torebki – poprosiła, a potem dokładnie przejrzała
stosik, jaki pojawił się na łóżku. – Aspiryna nie będzie ci potrzebna. Masz
tu nowy grzebień. Nie ma nic gorszego niż grzebień z powyłamywanymi
zębami. Włóż tu wszystkie chusteczki higieniczne, Daję ci puderniczkę, od
czasu do czasu przypudruj sobie nos. A teraz pokaż paznokcie. Hmm.
Zupełnie nieźle. Umyłaś głowę?
–
Trzeba jej dać perukę – wtrąciła Becky, kończąc szycie.
–
Nie bądź taka mądra. Chodź tutaj. No, ruszże tyłek. Zrób coś z jej
włosami, tylko bez żadnych ekstrawagancji. Nie bój się Suzy, Becky ma
świetną rękę do włosów. Nie, nie możesz włożyć tego płaszcza. Świeci się
przy kołnierzyku jak lusterko.
Fauna popukała się w zęby ołówkiem, podeszła do szafy i wyjęła z niej
dwie wyprawione kuny sczepione pyskami.
–
Zarzuć je na ramiona. I pamiętaj, jeśli je zgubisz albo zniszczysz, to ci
flaki wypruję. Żadnych perfum! Tylko odrobina wody kolońskiej za uszy.
Trochę to staromodne, ale miło pachnie.
Becky czesała, szczotkowała i układała włosy Suzy.
–
Ma wielkie uszy – powiedziała do Fauny – mam nadzieję, że uda mi
się je chociaż trochę schować.
–
Dasz sobie radę, masz złote ręce.
O szóstej, przy drzwiach zamkniętych, odbył się ostatni przegląd.
–
Obróć się – mówiła Fauna – trzymaj kolana blisko siebie. Miałam
rację, jesteś zupełnie ładną dziewczyną, jeśli tylko trochę nad sobą
popracujesz.
Suzy obejrzała się w lustrze. Uśmiech zadowolenia pojawił się na jej
twarzy. Naprawdę wyglądała ładnie. Tak przynajmniej myślała. A sama
świadomość tego faktu dodawała jej jeszcze uroku. Nagle ogarnął ja
paniczny strach. Grymas przerażenia wykrzywił jej usta.
–
O co chodzi? – zapytała Fauna.
–
O czym będę z nim mówić, Fauna? Nie idę! Nie pasuję do takiego
faceta jak Doktor. O Boże, Fauna, powiedz mu, że zachorowałam. Nie
pójdę tam!
Fauna pozwoliła jej się wygadać, a potem powiedziała spokojnie:
–
No i co teraz? Chcesz mu się pokazać z oczami zaczerwienionymi od
płaczu, żeby moje wszystkie wysiłki poszły na marne? No dalej, płacz!
–
Bardzo mi przykro – powiedziała cicho Suzy.
–
Byłaś taka miła.
Jestem do niczego, Fauna. Tracisz tylko swój czas. Wiem, co się stanie.
W momencie kiedy on powie coś, czego nie będę mogła zrozumieć,
oszaleję.
–
To nic nadzwyczajnego – Fauna starała się ją uspokoić. – Ale gdyby
nie zależało ci na Doktorze, to nie czułabyś strachu. Nie spotkałam jeszcze
dziewczyny, udającej się bez strachu na pierwszą randkę z facetem, który
jej się podoba.
–
Bzdury! – odparła Suzy.
Fauna ciągnęła dalej:
–
Mogłabym powiedzieć ci tysiące różnych rzeczy. I gdybyś chciała
tylko tego wysłuchać, to dużo mogłabyś się nauczyć. Ale, do diabła, ty nie
chcesz słuchać! Nikt nie chce, a kiedy nadejdą ciężkie dni, to jest już za
późno. A może to i dobrze, sama już nie wiem.
–
Będę cię pilnie słuchać.
–
Tak, z pewnością, ale niczego się nie nauczysz. Wiesz, Suzy, jeśli
trzyma się język za zębami, to nie można wpakować się w żadne kłopoty.
I jeśli dobrze się nad tym zastanowisz, to wszystkie kłopoty, które cię
spotkały, spowodowane były przez twoją niewyparzoną gębę.
–
To prawda – zgodziła się Suzy.
–
Ale ja jakoś nie mogę się
powstrzymać.
–
Musisz się tego nauczyć, tak jak i wielu innych rzeczy, przez praktykę.
Następna sprawa to wyrażenie własnych opinii. Ty i ja ciągle obnosimy się
z własnymi opiniami. Ale, do diabła, Suzy, my nie mamy właściwie nic do
powiedzenia. Powtarzamy, to co usłyszałyśmy lub zobaczyłyśmy w kinie.
Obawiamy się, że coś nam umknie jak uciekający autobus. A więc druga
zasada: odłóż na bok wyrażanie własnych opinii, ponieważ
w rzeczywistości nie stać cię na to.
–
Masz to ponumerowane?
–
Powinnam napisać książkę „Jeśli ona sobie poradziła, to ja też mogę".
Teraz zasada trzecia. Mało kto się przejmuje, a warto, bo to bardzo proste.
Jeśli kogoś słuchasz, to nie zajmuj się czymś innym. A jeśli już
rzeczywiście słuchasz tego, co się do ciebie mówi, to najczęściej jest to
bardzo interesujące. Jeśli jakiś mężczyzna powie coś, co trafi do ciebie, nie
ukrywaj tego przed nim. Zamiast zastanawiać się nad odpowiedzią,
zastanów się raczej nad tym, co chciał przez to powiedzieć, co myślał
naprawdę.
–
Chyba wymagasz ode mnie zbyt wiele.
–
Nie przejmuj się, zaraz kończę. Została nam jeszcze najważniejsza
i jednocześnie najłatwiejsza sprawa.
–
Która to zasada?
–
Pogubiłam się. Ale wracajmy do rzeczy – nigdy nie udawaj, że jesteś
kimś innym, i nie sprawiaj wrażenia, że coś wiesz, jeśli tego naprawdę nie
wiesz. Wcześniej czy później i tak wszystko wyjdzie na jaw. I jeszcze
jedno. Nikt nigdy nie poczuł się obrażony, kiedy go o coś zapytano.
Przypuśćmy, że Doktor powie coś, czego nie zrozumiesz. Zapytaj go!
Najpiękniejsza rzecz, jaką można dla kogoś zrobić, to pozwolić mu, żeby ci
pomógł.
Suzy siedziała cichutko i przyglądała się swoim rękom.
–
Masz ładne paznokcie. Jak to robisz, że są takie zadbane? – spytała
Fauna.
–
To proste. Babcia mnie tego nauczyła. Trzeba trzymać na umywalce
skórkę cytryny i za każdym razem, kiedy się myje ręce, wystarczy przetrzeć
paznokcie. Potem posypuje się ręce pudrem do twarzy i parę razy przeciera
paznokcie o wewnętrzną stronę dłoni, a na koniec docisnąć kawałkiem
cytrynowego drewienka. Wszystko.
–
Teraz rozumiesz, co miałam na myśli?
–
Co... proszę?
–
Zadałam ci pytanie, ot cała historia.
Suzy zaczerwieniła się.
–
Aha, dałam się wpuścić w kanał.
–
Nie. Na Boga! Ja rzeczywiście chciałam to wiedzieć, a skoro chcę się
czegoś dowiedzieć, trzeba zapytać.
–
Dziękuję, Fauna. Ty jesteś prawdziwą damą, kurczę blade. Myślisz, że
ja bym mogła tego wszystkiego się nauczyć?
–
Mogłabyś. Wystarczy, że zapamiętasz: po pierwsze, nie wolno ci
zapominać nawet na chwilę, że jesteś Suzy, tylko Suzy i nikim więcej.
Potem musisz pamiętać, że Suzy to ktoś szczególny, wartościowy i nie ma
drugiej takiej osoby na świecie. Nikomu nie stanie się krzywda, jeśli
powtórzysz to sobie parę razy. Jeśli to już zapamiętałaś, musisz zdać sobie
sprawę, że jest cholernie dużo rzeczy, o których Suzy nie ma pojęcia, a
jedyny sposób, żeby się dowiedzieć, to zobaczyć, przeczytać albo zapytać.
Większość ludzi nie widzi dalej niż koniec swego nosa i nie chcą tego
zmieniać, a to prowadzi donikąd.
–
A co po czwarte?
–
Jestem z ciebie dumna. Wreszcie słuchałaś z uwagą! Ale idźmy dalej.
Trzeba się zastanowić, jak masz na siebie zwracać uwagę. Przecież nikt nie
będzie sobie zaprzątał uwagi jakąś Suzy. Bardzo trudno jest zmusić innych,
żeby myśleli o tobie, bo są zajęci myśleniem o samych sobie. Są dwa, trzy
żelazne sposoby zwrócenia na siebie uwagi innych. Mówić im o nich
samych. Jeżeli zauważysz u nich coś ładnego, przyjemnego albo dobrego,
powiedz im o tym, ale nie oszukuj! Z nikim nie próbuj walczyć, chyba że
inaczej w żaden sposób nie można. Sama jednak nigdy nie zaczynaj. Jeśli
awantura się zaczęła, poczekaj, aż się rozwinie na dobre. Najlepszy na
świecie sposób obrony, to trzymać opuszczone pięści. A skoro już zwrócisz
na siebie uwagę, okaże się, że wszyscy chcą za wszelką cenę coś dla ciebie
zrobić. Pozwól im na to! Nie zadzieraj nosa i nie mów, że nie chcesz albo
że nie potrzebujesz. To byłoby jak policzek. Ludzie najbardziej ze
wszystkiego lubią dawać, ale musisz dać im odczuć, że ty właśnie tego
pragniesz i potrzebujesz. I to nie ma nic wspólnego z tanim
sentymentalizmem. Tak rzeczywiście jest. Spróbuj choć raz, a przekonasz
się sama.
–
Myślisz, że Doktor da się na to złapać?
–
Spróbuj.
–
Fauna, czy ty nigdy nie byłaś mężatką?
–
Nigdy.
–
Dlaczego?
Fauna uśmiechnęła się.
–
Kiedy wreszcie nauczyłam się tego, o czym teraz opowiedziałam, było
już za późno.
–
Bardzo cię kocham – powiedziała Suzy.
–
No i widzisz sama! Sprawiłaś, że zmiękłam jak wosk. Chcę, żebyś
zatrzymała to futerko.
–
Ale...
–
Uważaj!
–
Tak, rozumiem. Ogromnie dziękuję. Mam jednak jeszcze jedną prośbę.
Czy mogłabyś napisać mi to wszystko, żeby potem mogła nauczyć się tego
na pamięć?
–
Oczywiście, że napiszę. I jeszcze jedna rada, Suzy, na dzisiejszy
wieczór. Zanim coś powiesz, powiedz to najpierw do siebie w myślach
i spróbuj złagodzić chociaż odrobinę.
–
Masz na myśli to, że przeklinam?
–
Dokładnie. I wiesz co? Jeśli się chwilę zastanowisz, sama uznasz, że
przeklinanie nie ma sensu. Za dużo słów to niepotrzebna gimnastyka dla
strun głosowych, nic więcej. Wydaje mi się, że jesteś już gotowa.
–
Czy jest coś, co mogłabym dla ciebie zrobić? – spytała Suzy.
–
Tak. Powtórz za mną: Jestem Suzy i nikim innym.
–
Jestem Suzy i nikim innym.
–
Jestem kimś dobrym.
–
Jestem kimś dobrym.
–
Nie ma na świecie drugiej takiej jak ja.
–
Nie ma. Cholera, Fauna, teraz rzeczywiście będę miała zaczerwienione
oczy.
–
Nawet ładnie ci z tym.
Dokładnie o siódmej Doktor ubrany w koszulę rozpiętą pod szyją,
skórzaną kurtkę i wojskowe spodnie zadzwonił do drzwi Pod Niedźwiedzią
Flagą.
Spojrzał na Suzy i powiedział:
–
Muszę jeszcze zadzwonić, zaczekasz chwilę?
Biegiem wrócił do laboratorium.
Wrócił po dziesięciu minutach. Tym razem miał na sobie świeżo
uprasowane spodnie, tweedową marynarkę i krawat, którego nie zakładał
od lat. Gdy stał w świetle lampy wiszącej nad drzwiami, zobaczyła go
Fauna.
–
Kochanie – powiedziała do Suzy – pierwszą rundę wygrałaś na punkty.
23
Miłosna noc
Sonny Boy jest naprawdę jedynym urodzonym w Stanach Grekiem o
tym nazwisku. Prowadzi restaurację i bar na molo w Monterey. Jest gruby
i ciągle tyje. Chociaż urodził się niedaleko Parku Sutro w San Francisco
i chodził do szkoły stanowej, sam jest żywym ucieleśnieniem tajemnic
Bliskiego Wschodu. Jego idealnie okrągła twarz przywodzi na myśl Orient
Express i szpiegowskie powiązania. Głęboki głos w naturalny sposób brzmi
konfidencjonalnie, niezależnie od sytuacji. Sonny Boy może powiedzieć:
„Dobry wieczór" – a zabrzmi to jak hasło międzynarodowego spisku.
Dzięki restauracji Sonny ma wielu przyjaciół i źródło utrzymania.
Odnosi się nieodparte wrażenie, że Sonny Boy lada chwila założy na siebie
czarną pelerynę, aby podejmować bałkańskie księżniczki, tam gdzie dwa
morza wpływają do Złotego Rogu. Faktem jest natomiast, że restaurację
prowadzi bardzo dobrze. Wygląda na to, że zna więcej tajemnic niż
wszyscy mieszkańcy ulicy Nadbrzeżnej razem wzięci, i to nie bez kozery,
bo jego martini jest kombinacją esencji prawdy i wykrywacza kłamstw.
Veritas jest nie tylko in vino, chociaż ono na pewno bardzo ułatwia
drogę.
Samochód Doktora zatrzymał się przed restauracją Sonny Boya. Doktor,
wysiadł, obszedł samochód dookoła, otworzył drzwiczki i pomógł Suzy
wysiąść.
Suzy była tym mocno zaskoczona, ale nie dała po sobie tego poznać,
Pytanie: „Myślisz, do cholery, że jestem inwalidką?" – cisnęło jej się na
usta, ale trzymając się rad Fauny, powiedziała je najpierw w myśli i...
przemilczała. Dotknięcie jego ręki, kiedy ujął ją za łokieć, miało na nią
wręcz magiczny wpływ. Wyprostowała plecy i godnie uniosła głowę. Nikła
iskierka oporu, która przez chwilę zabłysła w jej oczach, zgasła.
Doktor otworzył drzwi baru i przepuścił Suzy pierwszą. Stali bywalcy
siedzący na stołkach obrócili głowy, ciekawi nowych gości. Ich oczy
wędrowały od ładnej twarzy do zgrabnych nóg, nie pomijając futrzanego
kołnierza z kun na ramionach. Na sekundę Suzy wpadła w panikę, ale
okazało się, że niepotrzebnie. Nikt jej nie poznał.
Sonny Boy odwrócił się w ich stronę i ruszył z końca baru.
–
Dobry wieczór – powiedział.
–
Wasz stolik jest już przygotowany.
Koktajl wypijecie przy barze czy podać do stolika?
–
Usiądziemy od razu – powiedział Doktor.
Sonny Boy przepuścił przed sobą Suzy. Z galanterią otworzył drzwi
prowadzące do restauracji. Potem szedł obok Doktora i mówił słynnym
szeptem konspiratora:
–
Dzwoniła twoja sekretarka. Wszystko jest przygotowane, ale powiedz
mi, Doktorze, od kiedy masz sekretarkę?
Doktor z trudem opanował zdziwienie.
–
Zatrudniam ją na pół etatu.
–
A kim jest ta dama? Jest tutaj nowa? – pytał Sonny.
–
Tak, nowa – odpowiedział Doktor i dołączył do Suzy.
–
Proszę tędy – Sonny Boy znowu wrócił do swej zwykłej roli.
Zaprowadził ich do okrągłego stolika, stojącego blisko kamiennego
kominka. Ogień buzował w palenisku, pożerając sosnowe polana
i roztaczając dookoła znany, przyjemny zapach. Na stole stał wazon
z bukietem dzikich irysów. Serwetki były misternie złożone w małe korony.
Był to najlepszy stolik w restauracji, odosobniony, ale w centrum i bardzo
dobrze oświetlony. Suzy rozejrzała się dookoła. Na żadnym innym stoliku
nie było kwiatów. W tym momencie stało się z nią coś zadziwiającego. Nie
siadała, czekała aż Doktor odsunie krzesło i pomoże jej usiąść. Doktor był
wzorem dżentelmena. Kiedy Suzy usiadła, uśmiechając się, odwróciła się
lekko w jego stronę i powiedziała:
–
Dziękuję.
Sonny Boy krążył dookoła.
–
Dobrze, że kazałeś sekretarce zadzwonić. Miałem trochę kłopotów ze
zdobyciem trachinotusa, ale udało się. Co z koktajlem? Wino już się
chłodzi.
–
Kiedyś piłem tutaj... – zaczął Doktor.
–
Tak, jasne, pamiętam – wtrącił szybko Sonny Boy. – To był koktajl
Ulica Ostatniej Posługi Webstera F., martini z chartreuse zamiast wermutu.
Bardzo dobre.
–
I bardzo skuteczne, jeśli dobrze pamiętam – powiedział Doktor. – Na
początek daj nam dwa podwójne.
–
Zaraz podaję. Mówiłem Toniemu żeby przyszedł i grał na pianinie, tak
jak chciałeś, ale zachorował.
Doktor spojrzał na Suzy. Chciał sprawdzić, czy ona wie, że wszystko to
obmyśliła Fauna. Niczego nie wyczytał z twarzy dziewczyny.
Doktor był przekonany, że nawet gdyby nie zamówił Ulicy Ostatniej
Posługi Webstera F., i tak ten właśnie koktajl zostałby podany. Szybkość
podania wskazywała bowiem, że napitek został przygotowany zawczasu.
Szok wywołany założeniem krawata powoli mijał i Doktor prawie o nim
zapomniał. Spojrzał przez stół na Suzy i uśmiechnął się. Przez cały czas
dręczyła go myśl: „Co to za dziwna właściwość, która przemienia piękną
dziewczynę raz w Królewnę Śnieżkę, raz w Babę-Jagę". Tego wieczoru
Suzy w niczym nie przypominała twardej dziwki, która wczoraj
wrzeszczała na niego. Doktor podniósł do góry kieliszek z koktajlem.
–
Jesteś bardzo ładna – powiedział – bardzo się cieszę, że przyszłaś tu ze
mną. Piję za nas.
Suzy wypiła łyk, z trudem powstrzymując łzy, i czekała, aż minie
wzruszenie, które ją nagle ogarnęło.
–
Powinienem cię ostrzec. Wszyscy mówią, że ten drink jest robiony
z jadu grzechotników i surowego opium.
Suzy powoli wracała do siebie.
–
To dobre. Tylko, że ja patrzyłam na kieliszek z prawej strony, a
połknęłam haczyk z lewej.
W głowie jej szumiało. Nie powinnam tego powiedzieć, Wszystko
zepsułam! Zapomniałam! – krzyczała do siebie w myślach.
Spojrzała na Doktora i ze zdziwieniem zauważyła, że jest rozbawiony
i że wszystko w porządku. Kątem oka dostrzegła dyskretnie zbliżającego
się kelnera. Przy okazji zrobiła ciekawe spostrzeżenie – człowiek, który ma
wątpliwości, porusza się powoli. Odwróciła głowę w stronę kelnera, a ten
wycofał się błyskawicznie. Przestał mieć wątpliwości. Kolejne odkrycie
wprowadziło ją w znakomity nastrój. Okazało się, że wszystko dzieje się
powoli. Powoli podniosła do góry kieliszek, przyjrzała mu się uważnie,
upiła trochę nie zatrzymała w górze przez chwilę. Po-wol-ność dodawała
wszystkiemu znaczenia. Wszystko stawało się takie nadzwyczajne.
Przypomniała sobie histeryczne ruchy i szarpaninę zdenerwowanych ludzi.
Rozwiązanie było bardzo proste – wszystko należy robić powoli. To dawało
poczucie bezpieczeństwa, którego do tej pory nie znała. Nie zapomnij o tym
–
powtarzała sobie w myślach – nie zapominaj. Wolno. Powoli. Wszystko
trzeba robić powoli. Wolno! Wolno!
Doktor poczęstował ją papierosem. Podał ogień. Do zapałki pochyliła się
tak wolno, że płomień bez mała zaczął dotykać jego palców, zanim zapaliła.
Cudowne ciepło rozchodziło się po jej ciele. Czuła krew płynącą w żyłach,
ale nie był to puls wzburzenia i gotowości bojowej, nie. To było tętno
spokoju i bezpieczeństwa.
–
Czy oni wiedzą, kim jestem? – zapytała Doktora.
–
Wiedzą, że jesteś ze mną. To powinno im wystarczyć – powiedział
Doktor.
Ulica Ostatniej Posługi działała na wszystkich jednakowo.
–
Wypijemy jeszcze po jednym? – zapytał.
Nowe drinki pojawiły się na stole, zanim Doktor podniósł rękę, żeby
przywołać kelnera. Jeśli była to konspiracyjna zmowa, to Sonny Boy na
pewno maczał w tym palce, a jeśli to tylko zbieg okoliczności, zasługa
Sonny Boya była nie mniejsza.
–
Lubię ogień – odezwała się Suzy.
–
Mieszkałam kiedyś w domu,
w którym też był kominek.
–
Jesteś bardzo ładna, do diaska, bardzo, bardzo ładna.
Dużym wysiłkiem woli udało się Suzy powstrzymać od powiedzenia
pierwszego, drugiego i trzeciego słowa, które cisnęło się jej na usta.
Skończyło się na tym, że spuściła oczy i powiedziała cicho:
–
Dziękuję.
Sonny Boy osobiście eskortował kelnera niosącego kubełek z lodem,
w którym chłodziło się chablis. Potem zatrzymał się i dokładnie zlustrował
stół.
–
Czy wszystko w porządku, Doktorze? – zapytał.
–
W jak najlepszym.
–
Możemy podać coś do jedzenia?
–
W każdej chwili.
Dla Suzy był to wieczór dokonywania odkryć. Trzymaj się Suzy! –
powtarzała w myślach. Oby tak dalej. Miej oczy otwarte, a buzię
zamkniętą!
Mięso kraba i trachinotusa były dla niej nowością. Wymagały techniki
jedzenia, o której nie miała pojęcia. Jadła, naśladując Doktora, a on nawet
nie zauważył, że powtarzała dokładnie każdy jego ruch.
Kiedy podano szampana, owoce i sery, stało się jasne, że Suzy musi
natychmiast pójść „umyć ręce". Potrzeba była tak natarczywa, że czuła jak
trzęsą się jej nogi, a krew wali w skroniach. Powoli! – pouczała samą
siebie. Spokojnie!
Spojrzała najpierw na płonące bierwiona, a potem na Doktora.
–
Przepraszam na moment...
–
Oczywiście – powiedział Doktor i poderwał się z miejsca, żeby pomóc
jej odsunąć krzesło.
Suzy odeszła powoli w stronę toalety dla pań. Nie czuła nóg.
Doktor patrzył, jak szła. Dziwne, przedziwne. O co w tym wszystkim
chodzi? Dziewczęca, tak, to jest właściwe określenie. Rodzaj ogromnej
i samotnej skromności. Co mogło spowodować taką przemianę? To gra!
Fauna ja wyuczyła! – myślał Doktor i wiedział znakomicie, że to
nieprawda. Nie można się nauczyć wyrazu oczu. Nawet najlepsze instrukcje
nie zaróżowią policzków. Spojrzał na butelkę szampana i nagle poczuł, że
bardzo chce, żeby Suzy wróciła. I to jak najszybciej. Patrzył na szybę;
odbijały się w niej drzwi, za którymi zniknęła Suzy.
A za drzwiami Suzy moczyła właśnie kawałek papieru toaletowego
w zimnej wodzie i robiła sobie okład na czoło. Patrzyła na swoje odbicie
w lustrze i nie poznawała samej siebie. Myślała o obiedzie.
–
Nienawidzę ryb – powiedziała głośno – mam ochotę rzygać na sam
widok, ale jeszcze jakoś nie robię tego. – Ukryta przed wzrokiem innych,
mogła teraz spokojnie zastanowić się nad tym, co przygnało ją tutaj: to
symbol, tajemnica, drogowskaz bezlitośnie wskazujący kierunek. Wszystko
stało się zupełnie jasne. Przeznaczenie nie tylko pokazywało drogę, ale
i popychało ją do przodu. Suzy pomyślała o talerzach zabranych ze stołu,
pełnych nóg i kleszczy krabów. Przecież zjedli własne horoskopy – Raka
i Ryby, bo na obiad były kraby, a potem ryba.
–
Dobry Wszechmocny Boże – powiedziała Suzy i zrozumiała, że musi
poddać się przeznaczeniu.
Sonny Boy podszedł do stolika.
–
Wszystko w porządku? – spytał znowu.
–
Po prostu świetnie – odpowiedział Doktor.
–
Dokładnie tak, jak chciałeś?
–
Co?
–
Twoja sekretarka tak mówiła.
–
Tak, świetnie się spisałeś. Wszystko było dokładnie tak, jak chciałem.
Suzy wróciła pewna, że nie ma sensu opierać się dłużej. Niektórzy
walczą z przeznaczeniem, ale ci, którzy poddają się jego woli, są silniejsi, a
to dlatego, że wszystkie siły łączą wtedy w jednym celu.
Doktor znowu wstał i pomógł jej usiąść. Potem otworzył szampana
i powąchał korek.
–
Nalejesz mi trochę? – poprosiła Suzy.
–
Oczywiście.
Wzięła od niego korek, obracała go w palcach i oglądała. Był bardzo
ładny. Schowała go do torebki. W chwilę potem wyjęła z wazonu jeden
kwiatek.
–
Lubisz szampana? – spytał Doktor.
–
Przepadam za nim – odpowiedziała Suzy i prawie natychmiast zaczęła
się zastanawiać, jak właściwie smakuje szampan. Tak, rzeczywiście był
bardzo dobry i bardzo jej smakował.
–
Na wydmach tworzą się takie małe, śmieszne dolinki – zaczął Doktor.
–
Rosną w nich sosny. Może kiedyś, jeśli będziesz miała ochotę,
wzięlibyśmy trochę jedzenia i pojechali na wydmy. Zrobilibyśmy sobie taki
mały piknik, mogłoby byś bardzo przyjemnie.
–
Czy to ogień nasunął ci ten pomysł?
–
Słuszna uwaga. Rzeczywiście, to ogień.
–
Doktorze, opowiesz mi kiedyś o wszystkim, co robisz w laboratorium?
–
Jasne! – powiedział Doktor i czuł, jak ogarnia go wzruszenie
spowodowane bliskością drugiej osoby. Jednocześnie bał się trochę
skromności Suzy. Z jej oczu przeniósł spojrzenie na irysa, którego trzymała
w ręku.
–
Jest taka stara, walijska opowieść. Żył kiedyś rycerz, który znalazł
sobie żonę wśród kwiatów...
Szampan uderzył teraz Suzy do głowy, ale mimo to, zanim się odezwała,
powtórzyła w myślach wszystko, co chciała powiedzieć i dopiero wtedy
otworzyła usta:
–
Ale ona nie zwiędła?
Głos dochodzący z głębi duszy Doktora zdołał w końcu przebić się na
powierzchnię!
–
Jestem bardzo samotny – powiedział Doktor cicho. A powiedział to tak
po prostu, tak zwyczajnie, jakby mówił we śnie. Zaraz potem zaczął się
tłumaczyć.
–
Chyba się trochę wstawiłem – mówił zawstydzony – ale, do diabła,
napijmy się jeszcze trochę brandy.
Suzy przekręciła się na krześle i teraz siedziała bokiem do Doktora.
Widział jej profil na tle płonącego kominka.
–
Trafisz do tej dolinki na wydmach? – zapytała jak urzeczona.
–
Tak.
–
Moglibyśmy tam wpaść.
–
Kiedy tylko zechcesz.
–
W drodze powrotnej?
–
Zniszczysz sobie buty.
–
Drobiazg – rzuciła Suzy.
–
Mogłabyś je zdjąć.
–
I tak zrobię – z determinacją w głosie powiedziała Suzy.
24
Wyczekiwany piątek
Nie wszyscy wierzą w to, że piątek jest szczęśliwym dniem, ale wszyscy
zgadzają się bez protestów, że piątek to dzień, na który się czeka.
W interesach piątek to dzień, który praktycznie kończy tydzień. W szkołach
–
to na wpół uchylona brama do wolności. Piątek nie jest normalnym dniem
pracy, chociaż nie jest też dniem wolnym.
Piątek to zastanawianie się nad tym, co przyniesie sobota. Handel
i rozrywki znikają. Kobiety przeglądają szafy, szukając odpowiednich
strojów. Na kolację są najczęściej resztki z całego tygodnia.
Pod Niedźwiedzią Flagą Joe Elegant zarządził na kolację płastugę.
Espladas Mojadas wrócili właśnie z wojaży i w pokojach nad sklepem
hucznie świętowali ostatni triumf odniesiony na estradzie. Patron przyniósł
butelki z tequillą, a w pogotowiu miał buteleczkę seconalu. Tęsknota za
domem dopadała czasem jego podopiecznych. Sen był, zdaniem Patrona,
lepszym lekarstwem niż kłótnia i bijatyka. Doktor spał do późna. Poszedł
potem na poranne piwo do spożywczego i zastał Józefa i Marię w dobrym
humorze, chociaż bardzo czujnego. Z pokoi na górze dochodził śpiew.
–
Dobrze się bawiłeś? – spytał Patron.
–
Co masz na myśli? – odpowiedział Doktor pytaniem.
–
Czy nie byłeś wczoraj na jakimś miłym przyjęciu?
–
A tak, jasne – odpowiedział Doktor zdecydowanie.
–
Doktorze, poduczysz mnie jeszcze trochę gry w szachy?
–
Ciągle uważasz, że znajdziesz możliwość szachrowania?
–
Nie, ale lubię tak myśleć. Mam skrzynkę Bohemii z Meksyku, mocno
schłodzonej.
–
Cudownie. To najlepsze piwo na półkuli zachodniej!
–
To prezent dla ciebie.
–
Niby z jakiego powodu?
–
Nie wiem. Może mam dobry humor.
–
Dzięki – powiedział Doktor i poczuł się nieswojo.
Doktor miał wrażenie, że ktoś go obserwuje. Wracając do laboratorium,
czuł na sobie ten sam wzrok. To przez brandy, pomyślał. Nie powinienem
pić brandy. Zawsze po paru głębszych tego świństwa robię się nerwowy.
Po powrocie do laboratorium Doktor zajął się śniadaniem – usmażył dwa
jajka i dosypał trochę curry. Potem jeszcze raz sprawdził w „Monterey
Herald" terminy przypływów. Interesował go przypływ o 14.18 – idealna
pora na chitony i wężowidła, jeśli oczywiście wiatr nie będzie wiał od
morza. Bohemia świetnie łagodziła zdenerwowanie, ale nie pomagała na
zmęczenie. Po raz pierwszy jajka z dodatkiem curry nie smakowały tak jak
zwykle.
Fauna zapukała i nie czekając na zaproszenie, weszła do laboratorium.
Pomachała ręką grzechotnikom.
–
Jak się masz, Doktorze?
–
Cześć.
–
Popiłeś wczoraj?
–
Niewąsko.
–
Jak się udał obiad?
–
Wspaniale. Potrafisz zamówić dobre jedzenie.
–
Musiałam to zrobić, Doktorze. A poza tym uważam, że powinniśmy
działać razem, a nie spierać się o głupstwa, zgadzasz się?
–
Tak. A jak ona się czuje?
–
Jeszcze nie wstała.
–
Wybieram się nad morze po nowe okazy.
–
Chcesz, żebym jej o tym powiedziała?
–
Po co? Zaczekaj, mam jej torebkę. Zaniesiesz jej?
–
Do licha, przecież ona nie jest kaleką. Może sama będzie chciała ją
odebrać.
–
Nie będzie mnie w domu.
–
W końcu przecież wrócisz.
–
Powiedz mi, Fauna, o co tu, do cholery, chodzi?
Fauna świetnie wiedziała, że lada moment Doktor może się naprawdę
rozzłościć.
–
Mam jeszcze dużo roboty. Nie jesteś na mnie zły?
–
A powinienem.
–
Dobra. Chyba już pójdę, Gdybyś czegoś potrzebował, daj znać.
–
Fauna... – zaczął Doktor, ale rozmyślił się szybko. – A zresztą...
–
Powiedz, chcesz czegoś?
–
Chciałem cię o coś zapytać, ale chyba nie chcę tego wiedzieć.
Po powrocie Fauna zastała Suzy pochyloną nad filiżanką kawy.
–
Dzień dobry – powiedziała, a ponieważ nie było żadnej reakcji,
powtórzyła: – Powiedziałam: dzień dobry.
–
Ach, tak. Dzień dobry, Fauna.
–
Spójrz na mnie Suzy.
–
Proszę bardzo. – Suzy podniosła wzrok znad filiżanki.
–
Możesz już przestać na mnie patrzeć.
–
Nic nie rozumiesz – powiedziała Suzy.
–
Oczywiście, niczego nie wiem i nic nie rozumiem. Czy byłam
kiedykolwiek wścibska w stosunku do ciebie?... Joe! Przynieś mi kawę!
Fauna położyła na stole obok Suzy małe pudełeczko z aspiryną.
–
Dziękuję – powiedziała Suzy i od razu wzięła trzy tabletki.
Połknęła je, popijając kawą.
–
Wybiera się zbierać robaki – powiedziała Fauna cicho.
–
Byłaś u niego?
–
Spotkałam go na ulicy. Dobrze się bawiłaś?
Suzy spojrzała na Faunę oczami wielkimi jak latarnie.
–
Nie zrobił żadnego ruchu – powiedziała prawie bez tchu. – Poszliśmy
na wydmy, a on nie próbował dobierać się do mnie.
Fauna uśmiechnęła się.
–
Ale w rozmowie był miły?
–
Nie mówił dużo, ale rzeczywiście był miły.
–
To dobrze.
–
Może jestem szalona, ale powiedziałam mu wszystko o sobie.
–
Och, wcale nie jesteś szalona.
–
Powiedziałam mu wszystko, a on o nic nie pytał.
–
O czym mówił? – spytała Fauna cicho.
–
Opowiadał o jakimś facecie, który żył dawno temu i miał żonę
z kwiatów.
–
Rany boskie, a po co ci to opowiadał?
–
Nie wiem, ale jak to mówił, bardzo mi się podobało.
–
A co jeszcze mówił?
–
Jak byliśmy na wydmach, to ja mówiłam przez cały czas. On tylko
pomagał przedzierać mi się przez piach, kiedy schodziliśmy w dół.
–
On to potrafi sto razy lepiej od innych.
W oczach Suzy zapaliły się iskierki ekscytacji.
–
Byłabym zapomniała! Wiesz, że nigdy nie wierzyłam w to wszystko o
gwiazdach i przepowiedniach, ale teraz?! Nie zgadniesz, co mieliśmy na
obiad.
–
Szampana?
–
Rybę i kraba. Ale jemu nie pisnęłam o tym ani słówka.
–
No i?
–
Pamiętasz, jak mówiłaś, że ja jestem Rybą, a on Rakiem?
Fauna odwróciła głowę.
–
Chyba złapałam katar, coś mnie kręci w nosie.
–
Fauna, czy według ciebie to coś znaczy? Powiedz!
–
Wszystko ma jakieś znaczenie. Wszystko.
Teraz dla odmiany w oczach Suzy pojawiło się uniesienie.
–
Jak już zjedliśmy, to zaczęliśmy rozmawiać i on powiedział, że jest
bardzo samotny.
–
To do niego niepodobne. Być może był to jakiś wstrętny podstęp.
–
Absolutnie niemożliwe, proszę szanownej pani! – Suzy mówiła
zdecydowanym głosem.
–
To nie było sztuczne zagranie. Już przedtem
słyszałam takie rzeczy parę razy, ale on powiedział to z głębi serca, i to tak,
jakby wcale nie chciał tego powiedzieć. Zdaje się, że sam był zaskoczony
tym wyznaniem. Co o tym sądzisz, Fauna? Powiedz mi.
–
Mam przeczucie, że do mojej kolekcji przybędzie nowa gwiazda.
–
Dobrze, dobrze. Ale przypuśćmy, że przeniosłabym się do niego.
Wiem, że to prawie niemożliwe, ale w „gdybaniu" nie ma przecież nic
złego. To byłoby dokładnie naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy. Wszyscy
będą wiedzieli, że tu pracowałam. Czy to nie będzie dla niego stanowić
problemu?
–
Przecież on świetnie wie, że tu pracujesz, prawda? Suzy, kochanie,
musisz mi coś obiecać. Jeśli będziesz w porządku, nikt nie zrobi ci
krzywdy. A ktoś, kto ucieka, zawsze zostaje tylko uciekinierem, zbiegiem.
Przed samym sobą jeszcze nikt nie uciekł.
–
Ale co z Doktorem?
–
Zrozum Suzy, jeśli ty nie będziesz dość dobra dla niego, on nigdy nie
będzie dość dobry dla ciebie.
–
Nie chcę go wciągać w jakąś pułapkę, Fauna.
Fauna uśmiechnęła się do siebie.
–
Tak sobie czasem myślę, że mężczyźni to taki rodzaj myśliwych,
którzy przygotowują przynętę, zakładają sidła, a potem sami w nie wpadają.
Spokojnie, Suzy. Na razie nic nie rób. Nikt wtedy nie powie, że go usidliłaś.
–
Niby tak, ale on nie powiedział...
–
Oni nigdy tego nie mówią.
–
Brak mi prawie tchu – powiedziała Suzy słabnącym głosem.
–
Wiesz Suzy, że nie użyłaś żadnego przekleństwa od początku naszej
rozmowy.
–
Naprawdę?
–
Niektóre z moich złotych gwiazd to były prawdziwe gwiazdy
w zawodzie – powiedziała z dumą Fauna.
–
Jeśli natomiast zawieszę
gwiazdkę dla ciebie, interes niewiele na tym straci. Jak mawia Patron: ona
ma za mały tyłek i za duże piersi.
–
Nie chcę, żeby ktoś pomyślał, że pragnę usidlić Doktora.
–
I masz świętą rację. Dopilnuję tego – powiedziała Fauna i skupiona
spojrzała na Suzy.
–
Chcę, żebyś zniknęła na dzisiejszy wieczór.
Wyjedziesz z miasta, rozerwiesz się.
–
Dokąd mam jechać?
–
Mogłabyś załatwić mi jedną sprawę w San Francisco, jeśli nie masz
nic przeciwko temu. Mam tam w sejfie depozyt, to niewielka paczuszka.
Zabierzesz ją. Dam ci trochę forsy, bo chcę, żebyś kupiła sobie nowe
sukienki i kapelusz. I koniecznie jakąś ładną garsonkę. Będziesz ją miała na
całe lata. Aha! Przejdź się parę razy po Montgomery Street i przyjrzyj się
uważnie, w co są ubrane tamtejsze elegantki, zwracaj specjalnie uwagę na
rodzaj materiału. Kobiety z San Francisco potrafią się ładnie ubrać. Zanim
coś kupisz, rozejrzyj się dobrze i dobrze wybierz. Wrócisz jutro.
–
Chcesz się mnie pozbyć na trochę?
–
Zrozumiałaś w lot.
–
Ale po co?
–
Suzy, kochanie, to nie twój interes. O drugiej masz autobus, następny
jest o czwartej.
–
Pojadę tym o czwartej.
–
Dlaczego?
–
Mówiłaś przecież, że Doktor wybiera się nad morze zbierać robaki.
Pod jego nieobecność mogłabym wpaść do niego i posprzątać. Ta nora nie
widziała wody i ścierki przez lata.
–
Mógłby się bardzo zdenerwować.
–
I z tym dam sobie radę. Ugotuję mu wspaniały gulasz, taki, który
bardzo wolno się gotuje. Tak, prawdziwy, pyszny gulasz!
Suzy obiegła stół dookoła i objęła Faunę.
–
Zabierz ode mnie ręce – piszczała Fauna – wynocha! I nie wciskaj mi
więcej tych łzawych kawałków. O Boże! Moje najlepsze futro!
–
Myślisz o tym, że powiedziałam ci, że cię kocham.
–
Dokładnie o tym. Nie powtarzaj mi tego.
–
Dobrze – powiedziała Suzy wesoło.
25
Stary Dusigrosz
Doktor wrócił do domu około wpół do piątej. W małych szklanych
pojemniczkach miał ponad sto chitonów, a w wiadrach wypełnionych
morską wodą, pływały setki wężowideł. Czekało go jedno z trudniejszych
zadań, przed jakimi stoi morski zoolog. Należało uśmiercać zwierzątka.
Było to skomplikowane przedsięwzięcie, bo chodziło o to, żeby zabite
zwierzę przypominało żywy okaz, co w zasadzie jest niemożliwe. Po
śmierci zmieniają się kolory, zupełnie tak samo jak u ludzi. Jeśli śmierć
zadawana jest niespodziewanie i szybko, to następuje gwałtowny skurcz
mięśni, co w przypadku wężowideł objawiało się podkurczeniem ramion.
W takim stanie były nieprzydatne jako materiał na preparaty.
Doktor odlał z wiadra trochę morskiej wody do płaskiej szklanej kuwety.
Przełożył do niej wężowidła. Przez chwilę stworzonka poruszały nerwowo
ramionami, a potem zastygły w bezruchu, czując się bezpiecznie. Kiedy
Doktor uznał, że uspokoiły się zupełnie, dolał do kuwety trochę słodkiej
wody. Przez kilka sekund ramiona znów poruszały się gwałtownie, ale
z powrotem znieruchomiały. Doktor odczekał jeszcze chwile i znowu dolał
świeżej wody. Dla zwierząt żyjących w morzu słodka woda to trucizna.
Uspokajała i łagodziła, sprowadzała sen, podczas którego następowała
bezbolesna śmierć.
Doktor usiadł obok kuwety i czekał na skutki zabiegu. Odnosił dziwne
wrażenie, że coś było nie tak, jak powinno. Co to mogło być? Czyżby o
czymś zapomniał? Był jednak przekonany, że wszystko zrobił dobrze, poza
tym poranny kac przeszedł zupełnie. Oczywiście! Najprawdopodobniej
była to wina piwa Bohemia, które podarował mu Patron. Podświadomość
przypominała mu, że wypił całą skrzynkę. Spojrzał przez okno na sklep
spożywczy. Tam też coś było nie w porządku. Dopiero teraz Doktor
zauważył przyczynę. Po prostu okna były umyte! Odwrócił się i rozejrzał
po laboratorium. Płyty były równo ułożone na półkach – zawsze leżały
porozrzucane. Podłoga lśniła czystością. I ten zapach! Pachniało mydłem!
Doktor poszedł do kuchni. Wszystkie naczynia były pomyte, patelnie
odskrobane i błyszczące. Jakiś bardzo smakowity zapach dolatywał
z garnka stojącego na kuchence gazowej. Doktor podniósł przykrywkę.
Brązowy, gęsty sos bulgotał radośnie. Pływały w nim kawałeczki marchwi
i cebuli, a słupki białego selera przypominały rybki.
Doktor wrócił do laboratorium i usiał przy stole. Łóżko było gładko
i porządnie zasłane. Sięgnął ręką i uniósł koc – pościel świeżo powleczona.
Zupełnie niespodziewanie Doktor poczuł się zupełnie samotny.
Przepełniało go uczucie osamotnienia, które jednak miało w sobie kojące
ciepło. Spod łóżka wyglądały noski równo ustawionych butów.
Biedna mała – pomyślał – biedna, cholernie biedna mała. Ciekawe, czy
zrobiła to w odruchu wdzięczności. Mam nadzieję, że nie zrobiłem wczoraj
nic złego. Mój Boże, chyba nie zrozumiała wszystkiego na opak. O czym
jej mówiłem? Prędzej obciąłbym sobie rękę, niż zrobił jej krzywdę.
Doktor jeszcze raz rozejrzał się dookoła. To na pewno ona wszystko
posprzątała.
Gulasz pachniał bardzo zachęcająco. Doktor dolał jeszcze trochę
słodkiej wody do kuwety. Ramiona wężowideł układały się teraz
w niewielkie spirale. Gdy dolewał świeżej wody, zwierzątka prawie się nie
poruszały. Wysprzątane laboratorium przerażało Doktora i działało mu na
nerwy. Brakowało mu czegoś, co było częścią jego osoby i co zostało
bezpowrotnie stracone. Głos wewnętrzny milczał jak zaklęty. Gdzieś tam
w czeluściach duszy – był zdaje się – zadowolony. Doktor poszedł do półki
z płytami. Nie... nie! Bach... Buxtehude... nie... ani Palestrina. Ręce same
zatrzymały się na albumie, którego nie słuchał od bardzo dawna. Wyjął
płytę z okładki, zanim zdał sobie sprawę z tego, co robi. Uśmiechnął się
jednak zaraz potem. Don Giovanni Mozarta. Zaczęła się uwertura, a Doktor
cały czas uśmiechnięty poszedł do kuchni i zamieszał gulasz.
–
Don Giovanni – powiedział głośno.
–
Czyżbym się z nim
identyfikował? Nie. Oczywiście, że nie. Ale dlaczego jest mi tak dobrze
i tak źle jednocześnie.
Popatrzył na biurko. Papiery były równo ułożone, ołówki
zatemperowane.
–
Na pewno jeszcze się do tego zabiorę.
W tym momencie na schodach zadudniły kroki i do laboratorium niczym
bomba wpadł Stary Dusigrosz.
Pisane o Starym Dusigroszu jest oczywistym szaleństwem, ale ponieważ
wszedł w tej chwili do laboratorium, stało się to konieczne. Stary
Dusigrosz, nazywany też Starym Głupkiem, budził w ludziach dziwne
uczucia. Ci, którzy wychodzili ze spotkania z nim, mieli dreszcze, a ci
bardziej doświadczeni, po jakimś czasie po prostu nie wierzyli, że słyszeli
to, co słyszeli. Jego prawdziwe imię i nazwisko musi być przemilczane, bo
za często pojawia się na tabliczkach z brązu, gdzie wyryto tekst, który
zaczyna się od „Ufundowane przez..." .
Stary Dusigrosz urodził się na tyle bogaty, żeby nie mieć o tym pojęcia.
Wydawało mu się, że wszystkim powodzi się równie dobrze. Był
naukowcem. Nikt nie miał pojęcia, czy jest geniuszem czy zwykłym
hochsztaplerem, ale ponieważ wspomagał wiele fundacji naukowych
i finansował wiele projektów, na dodatek był członkiem wielu koncernów
i trustów, nikt nie śmiał otwarcie zastanowić się nad tym problemem.
Rozdawał miliony, a jednocześnie wykorzystywał przyjaciół przy każdej
nadarzającej się okazji. Obsypywano go zaszczytami naukowymi, ale
dawcy podstępnie i po cichu myśleli, że w ten sposób zdobędą pieniądze.
Jego wiedza, jako taka, nie miała z tym nic wspólnego.
Stary Dusigrosz był przysadzisty, głowę zdobiły mu blond włosy, mocno
przerzedzone na czubku, co do złudzenia przypominało tonsurę. Oczy miał
błyszczące jak u ptaka. Interesował się wszystkim. Był tak związany
z codziennością, że zupełnie zatracił zdolność rzeczowej oceny. Niekiedy
wprowadzał Doktora w rozbawienie, ale czasem jego niespożyty
i krótkowzroczny entuzjazm doprowadzał wszystkich do rozpaczy. Stary
Dusigrosz mówił – wrzeszczał – w przekonaniu, że w ten sposób łatwiej go
będzie można zrozumieć.
–
Dostałeś mój telegram?! – krzyknął do Doktora.
–
Nie.
–
Przyjechałem na twoje urodziny. Zawsze o tym pamiętam. To ten
dzień, w którym spalili Giordana Bruna.
–
To nie są moje urodziny!
–
A jaki dzisiaj dzień?
–
Piątek.
–
W takim razie zostanę u ciebie trochę i zaczekam na urodziny.
–
To dopiero w grudniu. Poza tym mam tylko jedno łóżko.
–
Nie ma sprawy. Będę spał na podłodze.
Zaraz potem Stary poszedł do kuchni, podniósł pokrywkę i zabrał się za
jedzenie gulaszu. Dmuchał przy tym na łyżkę, bo zawartość garnka była
bardzo gorąca.
–
Nie jest jeszcze gotowy! – powiedział Doktor i zdenerwował się, bo ku
własnemu zdziwieniu stwierdził, że sam też krzyczy.
–
Już jest dobry! – krzyknął Stary Dusigrosz i zajadał się dalej.
–
Był u mnie Hitzler, mówił, że widział cię chodzącego na czworaka po
trawniku w Berkley. Podobno wyciągałeś z ziemi zębami dżdżownice.
Stary Dusigrosz przełknął na wpół ugotowaną marchewkę.
–
Niezupełnie! – krzyknął. – Cholera, ten gulasz jest niedogotowany.
–
Przecież ci mówiłem.
–
A rzeczywiście, chyba coś wspominałeś. Na tym trawniku
obserwowałem drozda wybierającego robaki. Ten mały drań dziobał jak
oszalały. Zastanawiałem się, z jaką siłą drozd ciągnie robaka. Na
wysięgniku trzymałem w zębach dynamometr. Chciałem to zmierzyć.
Przeciętnie robak może stawić opór sile do sześćdziesięciu dwóch i pół
deka. Sprawdziłem to w czterdziestu dwóch przypadkach. Pomyśl tylko!
Ośmiodekowy ptaszek ciągnie z siłą siedmiokrotnie przewyższająca jego
ciężar. Nic dziwnego, że musi jeść bardzo dużo. Można by powiedzieć są
głodne właśnie dlatego, że jedzą. Lubisz drozdy, Doktorze?
–
Nieszczególnie. Masz zamiar zjeść cały obiad?
–
Chyba tak – odchrząknął Stary Dusigrosz – ale jeszcze nie jest
ugotowany. Nie masz nic do picia?
–
Mogę przynieść trochę piwa.
–
Znakomicie, ale przynieś sporo.
–
Nie dołożysz się?
–
Nie jestem przy forsie.
–
Nieprawda. Zawsze krzywisz ryja.
–
Och! – westchnął Stary Dusigrosz
–
Pytam jeszcze raz: dorzucasz działkę?
–
Słowo, mam mało forsy.
Doktor zaczynał być zły.
–
Ciągle to samo. Nigdy za siebie nie płacisz. Poza tym zrujnowałeś,
laboratorium, kiedy byłem w wojsku, i o mały włos nie doprowadziłeś mnie
do bankructwa. Wcale nie twierdzę, że ukradłeś wszystkie preparaty, mówię
tylko, że zginęły. Wziąłeś te słoiki z okazami?
–
No więc... tak – powiedział Stary Dusigrosz, a zaraz potem dodał
w zadumie: – Szkoda, że nie jesteś związany z jakąś organizacją
dobroczynną albo instytucją naukową.
–
Co?!
–
Wtedy mógłbym cię dotować.
–
Ale nie jestem związany. I co w związku z tym zamierzasz zrobić?
Przecież robisz problem z paroma dolarami na piwo!
Niespodziewanie dla niego samego złość, rozpacz i rozbawienie
zagościły równocześnie w duszy Doktora. Roześmiał się smutno.
–
O Boże! Jesteś niesamowity. Stary, jesteś jakimś poronionym
pomysłem matki Natury.
–
Gulasz się przypala – skomentował tę uwagę Stary.
Doktor skoczył do kuchni i zdjął garnek z ognia.
–
Zeżarłeś cały sos! – powiedział gorzko – I dlatego się przypaliło!
–
Bardzo smaczny – powiedział Stary Dusigrosz.
W spożywczym Doktor poprosił o dwanaście puszek piwa.
–
Nie chcesz Bohemii? – spytał zdziwiony Patron.
–
Nie, do diabła. Mam gościa, który... – zaczął Doktor i przerwał, bo
przyszedł mu do głowy pewien szatański pomysł –
... jest bardzo
interesującym człowiekiem. Może wpadniesz do mnie i napijemy się
razem? Stary, to znaczy mój przyjaciel, może ci objaśnić zasady szachów
znacznie lepiej ode mnie.
–
Dlaczego nie? – odpowiedział Patron. – Może wziąć ze sobą trochę
gorzałki?
–
Dlaczego nie? – odpowiedział Doktor.
Kiedy przechodzili przez ulicę, Patron zapytał:
–
Idziesz jutro na przyjęcie do Pałacyku?
–
Jasne.
–
Lubię cię Doktorze, ale czasami nie rozumiem. Jesteś jakiś taki
dziwny.
–
Co przez to rozumiesz?
–
Mhm... wszystko. Wszystko, co robisz jest... Nie wiem... Ty jesteś jak
szachy. W żaden sposób nie mogę cię zrozumieć.
–
Wydaje ci się, że nie ma ludzi, którzy dla innych są jakby nierealni?
W takim razie poznasz właśnie takiego człowieka.
–
Nie mów mi takich rzeczy – powiedział Patron nerwowo.
Na schodach przywitał ich krzyk Starego Dusigrosza.
–
Mam dla was radosne wieści. Gatunek ludzi jest na wymarciu!
–
To Józef i Maria Rivas, a to Stary Dusigrosz – Doktor przedstawił ich
sobie.
–
Dlaczego nie można szachrować w szachach? – spytał Patron od razu.
–
Ależ można, można. W ostateczności można sobie jakoś ustawić
przeciwnika, Zresztą to na jedno wychodzi. Ale o czym to ja mówiłem? A
tak, wygląda na to, że podzielimy los ogromnych gadów, które wymarły.
–
I bardzo dobrze – powiedział Doktor.
–
Czy to znaczy, że nie będzie w ogóle ludzi? – spytał Patron.
–
Dokładnie to, młody człowieku. Sami sobie zrobiliśmy niemiły kawał.
Otwierajcie to piwo, pić mi się chce. Człowiek, ratując się, zadał sobie
śmiertelny cios.
–
Kto otrzymał śmiertelny cios? – pytał Patron.
–
Na Olimpie musi być niezłe zamieszanie – mówił dalej Stary – bo
wcale nie idziemy w kierunku Armagedonu, ale raczej do komór gazowych,
i na dodatek sami je tym gazem wypełnimy...
–
Miałem zamiar posiedzieć dziś nad moją pracą...
–
przerwał mu
Doktor.
–
Świetnie, bardzo chętnie ci pomogę! – krzyknął Stary.
–
O Boże! Nie! – Doktor był nie na żarty przestraszony.
Stary szybko wrócił do przerwanego wątku.
–
Człowiek rozwiązał już swoje problemy. Usunął z powierzchni ziemi
drapieżniki. Za jego sprawą, tam gdzie było zimno, jest ciepło i odwrotnie.
Wyeliminował praktycznie choroby zakaźne. Starzy żyją, a młodzi
umierają. Nawet największe wojny nie są w stanie obniżyć rosnącego
przyrostu naturalnego. Były czasy, że mała armia mogła w pół roku
zmniejszyć populację o połowę. Głód, tyfus, zarazy, gruźlica to była broń,
na której można było polegać. Głupie zadrapanie oznaczało zakażenie
i śmierć. Czy wiecie, jaka jest teraz śmiertelność z powodu ran wojennych?
Jeden procent! Sto lat temu dochodziła do osiemdziesięciu procent! Liczba
ludzi rośnie, a zasoby Ziemi maleją. Tylko kontrola urodzin mogłaby nas
uratować, ale akurat tego ludzkość nie wprowadzi w życie.
–
Bracie! – odezwał się Patron.
–
Powiedz mi, dlaczego jesteś taki
szczęśliwy z tego powodu?
–
Bo to taki kosmiczny dowcip. Zaabsorbowanie przetrwaniem
stworzyło idealne warunki dla zagłady.
–
Nie rozumiem z tego ani jednego cholernego słowa – żalił się Józef
i Maria.
Doktor znalazł sobie na tę chwilę bardzo przyjemne zajęcie – w jednej
ręce trzymał szklaneczkę whisky, w drugiej puszkę piwa. Małymi łykami
popijał ze szklaneczki, dużymi zapijał smak whisky piwem.
–
Rozsądek każe mi się trzymać od tego z daleka – powiedział – ale
uczucia nie pozwalają mi na zachowanie obojętności.
–
Bardzo dobrze – ucieszył się Stary. – Czy to whisky?
–
Stare Tenisówki – odpowiedział na pytanie Patron. – Chcesz trochę?
–
Może później.
–
Jak chcesz.
–
Już jest trochę później.
–
Coś mi się wydaje, że ty ze wszystkiego możesz się nabijać, a na
dodatek czuję przez skórę, że i ze mnie robisz balona – powiedział Patron.
–
Dobrze. Emocje wzięły górę – odezwał się Doktor. – Zapomniałeś o
jednym, Stary. Rzeczywiście istniały gatunki, które wymarły z powodu
niedostosowania się do warunków, ale były stworzenia o bardzo wąskim
zakresie potencjału dostosowawczego. Zastanówmy się przez chwilę
choćby nad lemingami...
–
To szczególny przypadek – przerwał mu Stary.
–
A skąd wiesz, że i nas to nie dotyczy. Co robią lemingi, kiedy ich
liczba przewyższa możliwości wyżywienia? Całe masy rzucają się w morze
i toną. I giną tak, aż do momentu kiedy równowaga pomiędzy liczebnością
a ilością pożywienia zostaje przywrócona.
–
Odmawiam ci prawa używania lemingów jako przykładu – powiedział
Stary. – Podaj mi buteleczkę, z łaski swojej, dobrze?
–
Jeśli chcesz, zaprzeczaj temu, i niech cię cholera! Czy migracja
lemingów to rodzaj choroby? A może rodzaj pamięci gatunkowej? Może to
rodzaj psychicznego nacisku wywieranego na pewną grupę zwierząt, po to,
żeby gatunek jako taki mógł przetrwać?
–
Nie pozwolę sobie wydrzeć zagłady! – krzyczał Stary.
–
To znowu
jakiś twój szwindel. – Odwrócił się w stronę Patrona. – N ie słuchaj tego
faceta, on jest szarlatanem!
–
I to z piekła rodem! – dodał Patron podziwem w głosie.
Doktor wycelował palec wskazujący między oczy Starego Dusigrosza.
Trzymana w tej samej ręce szklaneczka z whisky wyglądała jak kolba
rewolweru.
–
Powiedziałeś choroba? Skażenie? Wymieranie aż do zupełnego
wyginięcia gatunku? Ale powiedz mi w takim razie, czyż przypadłości o
podłożu neurotycznym nie zdarzają się coraz częściej? I czy aby są
uleczalne? A może kuracja właśnie je pogarsza? Nie, nie przerywaj mi,
teraz ja mówię! Nie próbuj nawet mi przerywać. Czy nie uważasz, że coraz
częściej występujący homoseksualizm nie jest także wynikiem
matematycznej progresji? I czy to wszystko nie może być ratunkiem dla
ludzkości? – Doktor zapalał się do dyskusji.
–
Nie możesz tego udowodnić! – wrzeszczał Stary.
–
To jest tylko
wyolbrzymianie drobiazgów. Gdyby iść dalej za twoją myślą, mogłoby się
okazać, że posądzasz mnie o skłonności neurotyczne i że właśnie one mnie
załatwią! – Oczy zaszły mu łzami.
–
I to mówi mój przyjaciel, mój
prawdziwy, rozsądny przyjaciel – jęczał.
–
Nawet by mi to nie przyszło do głowy – powiedział Doktor.
–
Jesteś pewny?
–
Zupełnie.
–
Kiedy masz zamiar jeść obiad? – Stary szybko wracał do
rzeczywistości.
–
Nie będzie obiadu, bo cały zeżarłeś.
–
Mam świetny pomysł – powiedział Stary.
–
Kiedy ty będziesz jadł
obiad, William i Maria mógłby postarać się o nową buteleczkę whisky, a ja
w tym czasie rozstawię szachy.
–
To Józef i Maria, a nie William i Maria.
–
Kto to taki? Aha. Mój drogi przyjacielu, nauczę cię najwspanialszej ze
wszystkich gier, ulotnego wytworu ludzkiej inteligencji. Co powiesz na
uatrakcyjnienie gry i zrobienie małego zakładziku?
–
Ty stary naciągaczu! – krzyknął Doktor.
–
Dziesięć dolców, Mario?
Patron wzruszył ramionami w kierunku Doktora w przepraszającym
geście.
–
Chcąc się czegoś nauczyć, trzeba się liczyć z kosztami – powiedział.
–
No to umówmy się na dwadzieścia pięć. Żyje się raz! – rzucił Stary
Dusigrosz.
Doktor otworzył puszkę z łososiem i puszkę ze spaghetti. Wymieszał ich
zawartość na patelni. Posypał wszystko gałką muszkatołową. Ze smutkiem
wstawił przypalony garnek z gulaszem do zlewu i zalał wodą.
Niedługo po zapadnięciu zmierzchu Patron wrócił do sklepu. Do
laboratorium wysłał Cacahuete z trzecią butelką whisky. Sam wszedł na
górę i dołączył do swoich Meksykanów, którzy tańczyli smutny i miarowy
taniec Tehuanos, ustawieni w szereg.
–
Sandunga – śpiewali przy tym. – Sandunga mama...
Mrok zagościł także w laboratorium, gdzie Doktor i Stary Dusigrosz bez
pośpiechu zaczynali trzecią butelkę Starych Tenisówek.
–
Chyba już dość wyleżałeś się na moim łóżku, teraz ja chcę się położyć
–
mówił Doktor.
–
W porządku. Im jestem starszy, tym mniej oczekuję od innych.
i zwykle nic nie dostaję, nawet od tak zwanych przyjaciół – żalił się Stary.
–
Przesadziłeś teraz! Zjadłeś mój obiad, a czego nie zjadłeś,
zmarnowałeś, następnie zeżarłeś to, co później przygotowałem dla siebie,
nachlałeś się piwa, na moją jedną lufę whisky – ty piłeś dwie, wylegujesz
się na moim łóżku, zniszczyłeś mi zupełnie dwie płyty gramofonowe
i widziałem, jak chowałeś moje wieczne pióro do kieszeni. O tym, jak
wykiwałeś Patrona na dwadzieścia pięć papierów, nie wspomnę, ale fakt
pozostaje faktem. Nie powinieneś mu wmawiać, że czasami skoczek może
się poruszać o trzy pola po linii prostej, to było nieuczciwe!
–
Wiem – powiedział Stary i z uczuciem poklepał poduszkę. – No kładź
się wygodnie. Przyniosę ci drinka. Czujesz się lepiej?
–
Oj, nic mi nie jest – odparł Doktor.
–
Powiedz mi, czy to miejsce po drugiej stronie ulicy jest jeszcze
czynne?
Fala wściekłości postawiła Doktora na nogi.
–
Trzymaj się od tego miejsca z daleka! Stary idiota! Kładź się i śpij!
–
A niby dlaczego nie miałbym tam pójść? Niby dlaczego mam sobie
odmawiać uroków kobiety, jeśli tylko cena jest w granicach przyzwoitości?
Już słyszę ich dźwięczne głosiki i widzę ciężkie, białe okrągłości...
–
Zamknij się wreszcie! – krzyknął Doktor.
–
O co chodzi, drogi przyjacielu? Nie przypominam sobie, żebyś
kiedykolwiek odmawiał sobie miłości, nawet jeśli było to nie tak blisko jak
tutaj i zdecydowanie mniej rozsądne.
–
Idź do diabła! Ale nie wychodź z domu!
26
Nadciąga burza
Kiedy Doktor i Stary Dusigrosz spierali się o coś, czego żaden z nich tak
naprawdę nie rozumiał, Mack siedział w biurze-sypialni Fauny. Chociaż
ciało rozkoszowało się wygodami fotela, dusza Macka cierpiała. W ręku
trzymał kieliszek w kształcie pączka kwiatu, zrobiony z weneckiego szkła.
Uroku kieliszkowi dodawał niewątpliwie fakt, że był pełen whisky. Mack
przyszedł do Fauny podzielić się problemem, jaki nie pojawiał się w jego
życiu od wielu lat.
–
Tylko nie pomyśl sobie, że nigdy przedtem nie było przyjęć
w Pałacyku albo że nie było bójek – mówił. – Jasne, że były, i to jakie! Jak
dowiedzieliśmy się o odznaczeniu przyznanym Gayowi, wydaliśmy taką
balangę na jego cześć, że nawet na rodeo w Salinas byli zdziwieni. Gay
byłby z nas dumny, tego jestem pewny, gdyby oczywiście mógł być z nami.
–
Słyszałam, że do Gaya dołączyło po tej imprezie trzech kolegów –
powiedziała Fauna.
–
Trzeba się liczyć z wypadkami, których nie sposób uniknąć –
powiedział Mack skromnie. – Grunt, że wszystko świetnie się udało. Teraz
jednak to musi być coś specjalnego. I nie chodzi tylko o to, że złączone
dobrą wolą i chęcią niesienia pomocy serca przyjaciół otoczą troską
kochanego przyjaciela. Jest jeszcze jedna sprawa. Właśnie w Pałacyku ma
się zadzierzgnąć święty węzeł małżeński, to znaczy tam będzie tylko punkt
startu, ale to też coś. I o to jest całe zamieszanie. Ja i chłopaki jesteśmy
bardzo wyczuleni na tym punkcie.
–
Żadnych specjalnych strojów? – spytała Fauna.
–
Słuszna myśl! Ktoś powinien tu narzucić styl. Bo przecież, jeśli lojalni
przyjaciele wyglądaliby w takiej chwili na frajerów, to co dopiero mówić o
prawdziwych frajerach.
–
Rozumiem świetnie. A jak daleko chcesz się posunąć? Kostiumy
małp?
–
O Boże, nie! Zwykłe spodnie i marynarki uszyte z tego samego
materiału, bez krawata nikt nie będzie wpuszczony, ale żadnych muszek! To
ma być, do cholery, podniosła uroczystość, nie, Fauna?
Fauna podrapała się ołówkiem po głowie.
–
Co prawda, nie jestem już taki młody. Nawet nie bardzo wiem, ile
jeszcze imprez w życiu dam radę zorganizować – ciągnął Mack.
–
Żadne z nas nie młodnieje – powiedziała Fauna. Teraz dla odmiany
uderzała ołówkiem o zęby. Ona też miała problem i chciała prosić Macka o
radę. Nagle okazało się jednak, że problemy Macka i jej problemy spotkały
się w jednym punkcie, a rozwiązanie było już w zasięgu ręki.
–
Mam! – w oczach Fauny pojawił się błysk triumfu.
–
Tylko powiedz mi to spokojnie – prosił Mack – mało dzisiaj spałem.
Fauna podniosła się i poszukała pałeczki, której używała przy
kierowaniu ruchami gwiazd, albo uderzała nią o te części ciała dziewcząt,
które nie przyjmowały właściwej postawy. Znacznie łatwiej było jej mówić
z „różdżką" w ręku.
–
Najpierw musimy się napić – powiedziała i nalała sobie i Mackowi.
Mack obracał w ręku łodyżkę kieliszka-kwiatu i przez szkło patrzył na
Faunę.
Czerwień szkła zmieniła kolor whisky na zielony.
–
Dawno temu żyła pewna królowa i była bardzo bogata. Kupić sobie
kieckę za parę setek dolców to była dla niej pestka. Bransoletek miała tyle,
że gdyby chciała założyć je wszystkie naraz, nie zmieściłyby się na rękach.
I wiesz, co zakładała, kiedy miała bal urodzinowy albo kiedy odbywało się
publiczne wieszanie przestępcy lub coś w tym rodzaju?
–
Drelichy? – Mack starał się błysnąć inteligencją.
–
Niezupełnie, ale byłeś blisko. Przebierała się za mleczarkę. Służba
myła krowę, królowa siadała na złotym stołeczku i zaczynała dojenie. Była
też sobie pewna starsza dama. I to jest szczyt szczytów. Wydawała
przyjęcia, na których po prostu nie można było nie być. Sama zakładała
wtedy na głowę szmacianą maskę. Jeśli spojrzało się na tłum i nie było
widać szmacianej głowy, to oznaczało, że jej tam nie ma.
Kiedy Mack podnosił do ust kieliszek, trzęsły mu się ręce.
–
Czy masz na myśli to samo co ja? – spytał.
–
Maskarada! – krzyknęła Fauna.
–
Na świecie są tylko dwa rodzaje
ludzi, którzy urządzają maskarady: ci, którzy mają nadmiar wszystkiego,
i ci, którzy nie mają nic.
Mack uśmiechnął się do siebie.
–
Mogę jeszcze dostać coś do picia?
–
Obsłuż się sam. Maskarada ma jeszcze inne zalety. Wszyscy jesteśmy
w jakimś stopniu znudzeni własnym wyglądem, a maskarada daje szansę,
by stać się kimś zupełnie innym, choćby na chwilę.
–
Zawsze mówiono, że jeśli nie można sobie z czymś dać rady, trzeba
pójść do Macka, ale tym razem okazało się, że jesteś lepsza ode mnie,
Fauna. Jesteś byczo wspaniała. O Boże, ależ będzie zamieszanie. Będą się
działy cuda.
–
Podoba ci się ten pomysł? – spytała Fauna.
–
Podoba! Założę się, że nawet te ważniaki z „Life'a" dałyby wszystko
za zaproszenie.
–
Musimy teraz wymyślić jakiś temat – powiedziała Fauna.
–
Nie rozumiem.
–
Przecież nie możemy puścić ludzi na żywioł. Nawet sobie nie
wyobrażasz, w co by się poprzebierali. Nie mam ochoty na przyjęcie
włóczęgów i śmieciarzy.
–
Chyba masz rację, Fauna. Masz jakieś pomysły?
–
Co powiesz na Dwór Królowej Wróżek?
–
Nie za dobre. Po pierwsze nie mamy prawa ranić uczuć Joego
Eleganta, a po drugie, gliny...
–
Szukajmy dalej. A co... powiesz o Królewnie Śnieżce i siedmiu
krasnoludkach?
–
Widziałem ten film. Zdaje się, że to jest pomysł. Co prawda niektóre
z tych krasnali wyglądały jak prawdziwe ofiary losu. Nie bardzo mogę
wyobrazić sobie Hazel jako wróżki, ale jako wielki przerośnięty krasnolud
będzie znakomity.
–
I to właśnie jest wspaniałe – powiedziała Fauna.
–
Daje sporo
możliwości.
–
Myślisz, że moglibyśmy uczcić ten pomysł jeszcze jedną lufką?
–
Jasne, do cholery! Zawiadomisz wszystkich, Mack, dobrze? Sam też
masz być przebrany za krasnala albo księcia, albo królewnę, bo jak Boga
kocham, nikt, nawet ty, nieprzebrany nie będzie wpuszczony. Trzymaj
kieliszek prosto!
–
Doktor się nie przebierze – zmartwił się Mack.
–
Znasz go przecież. Daję pięć do jednego, że założy krawat.
27
O, dniu pamiętny!
System obiegu informacji na ulicy Nadbrzeżnej jest tajemnicą
graniczącą z magią i zapewnia przepływ wiadomości z prędkością światła.
Fauna i Mack zdecydowali o urządzeniu balu maskowego w piątek o 21.11
i 30 sekund. O 21.12 zaczęły się czary, a o 21.30 wszyscy, którzy nie poszli
jeszcze spać, nie byli zupełnie pijani albo nie wyjechali, wiedzieli o sprawie
ze szczegółami. Pewna wyjątkowo zła kobieta, która nie miała mężczyzny
od bardzo, bardzo dawna, tak skomentowała to wydarzenie: „Niby jak
można będzie poznać, czy się poprzebierali, czy nie?". Było to pytanie,
które oddawało jej własne nędzne położenie. Niemniej większość przyjęła
wiadomość z zaciekawieniem i radością.
Bomba szykowana przez Macka zapowiadała się na coś nie z tej ziemi.
Zastanówmy się bowiem, jakie atrakcje czekały na posiadaczy losów
loteryjnych: przyjęcie w Pałacyku, loteria, która zapowiadała się na wielką
fetę, zaręczyny, których zawarcie ekscytowało wszystkich w stopniu
nieznanym do tej pory nawet z kronik ulicy Nadbrzeżnej, i na koniec
maskarada! Każda z tych atrakcji osobno starczyłaby za wszystkie inne, ale
skomasowane zapowiadały uroczystość graniczącą z kataklizmem.
Fauna odetchnęła z ulgą. Największy problem, jaki ją trapił, został
rozwiązany. Planowała bowiem ubrać Suzy na tę okazję w specjalny
sposób, a Suzy była uparta i na pewno nie zgodziłaby się na to. Teraz
wszystko było proste. Różnica między suknią Królewny Śnieżki a suknią
uroczej panny młodej była w zasadzie nieznaczna.
Oczywiście znajdą się tacy, którzy powiedzą, że Fauna posunęła się za
daleko w swataniu, nie pytając o zgodę żadnej ze stron. I tacy sceptycy
będą mieli rację. Ale co można było poradzić na to, że Fauna była święcie
przekonana, iż większość ludzi, po pierwsze, nie wie, czego naprawdę chce;
po drugie, nie bardzo wie, jak się do tego zabrać; a po trzecie, nawet nie
wie, kiedy już ma to, czego chciała. To przekonanie wynikało z bogatego
doświadczenia Fauny.
Fauna była jednym z tych rzadkich przedstawicieli rodzaju ludzkiego,
którzy nie dość że posiadają własne przekonania, to jeszcze biorą za nie
pełną odpowiedzialność. Była pewna, że Doktor i Suzy powinni być razem.
A skoro byli albo bezmyślni, albo zbyt nieśmiali, żeby samodzielnie
znaleźć szczęście, Fauna była gotowa zrobić to za nich. Ludzie, którzy ją
krytykują, podniosą zapewne wrzask: „Przypuśćmy, że Fauna się myli. Być
może ten związek nie ma żadnych szans!". Odpowiedź Fauny na te zarzuty,
gdyby oczywiście je słyszała, byłaby taka: „Nie najlepiej radzą sobie sami.
A ja mogę im pomóc. Przecież nie mają nic do stracenia. Jeśli przyjrzeć się
temu dokładniej, to jakie szanse ma każdy z nas? Doktor założy krawat,
prawda? Może się mylę, ale to będzie tylko moja wina. Oczywiście, będą
się bez przerwy kłócili. A kto się nie kłóci? Istnieje też szansa, że razem coś
osiągną. I o co tyle hałasu, naprawdę nie wiem".
Gdyby ktoś powiedział, że ludzie powinni mieć czas do zastanowienia
się, zanim dokonają wyboru, Fauna odpowiedziałaby: „A kto się
zastanawia? Ja mogę się zastanawiać, bo stoję z boku!". Gdyby zaś
posądzono ją o intryganctwo, jej odpowiedź byłaby taka: „Cholerna
prawda! Robię to przez całe życie!".
Z Fauną nie można było wygrać, bo zgadzała się na wszystko, a potem
i tak robiła swoje. Zajęła się astrologią, bo odkryła, że ludzie, którzy nie
chcą słuchać rady mądrych i zorientowanych przyjaciół, posłuchają na
ślepo tego, co mówią im gwiazdy, które – jak to wynika ze wszystkich
badań – są bardzo odległe i jeszcze bardziej obojętne. Doktor nie
posłuchałby takiej wróżby i dlatego trzeba go było wciągnąć w zasadzkę.
Fauna nie oczekiwała podziękowań. Już bardzo dawno przestała na to
liczyć. Doktor nie potrafił zrozumieć głosu, który dobywał się z głębi jego
duszy, ale w uszach Fauny dźwięczał on jak dzwon. Rozumiała jego
samotność. Kiedy była u niego, czuła, że ta samotność przytłacza go
zupełnie.
W sobotę rano Fauna poprosiła dziewczęta o przyniesienie do jej biura-
sypialni wszystkich ciuszków, jakie posiadały.
Mabel urodziła się do swojego zawodu. W każdym czasie, w każdym
systemie politycznym, w każdym miejscu, po krótkim okresie
przygotowawczym Mabel i tak robiłaby dokładnie to, co robiła na ulicy
Nadbrzeżnej. I nie była to sprawa Przeznaczenia, a raczej wynik połączenia
ze sobą skłonności i talentu. Niezależnie od tego czy urodziłaby się
w szopie, czy w pałacu, i tak wylądowałaby w przybytku podobnym do
Niedźwiedziej Flagi.
Stos fatałaszków piętrzący się na łóżku Fauny był imponujący. Gdyby
któraś z dziewcząt ubrała się w jakąś z tych sukienek i poszła choćby tylko
wysłać list, byłaby natychmiast zamknięta za „włóczęgostwo".
Mabel zabrała Faunę do swojego pokoju. Dopiero tam cicho
powiedziała:
–
Moja babka przyjechała tu z Europy...
–
Na chwilę przerwała
i otworzyła ostatnią szufladę komody. Wyjęła z niej paczuszkę zawiniętą
w brązowy papier i dodatkowo szczelnie otuloną celofanem. – Moja babka
dała to matce, a matka przekazała mnie – mówiąc to, rozwijała papier –
choć żadna z nas tego nie potrzebowała.
Okazało się, że pod papierem było wiele warstw ligniny. Dopiero po
kilku minutach zawartość paczuszki znalazła się na łóżku Mabel. Była to
ślubna suknia uszyta z białego cienkiego materiału, ozdobiona haftami
w białe kwiaty, których ścieg był tak drobny, że wyglądały, jakby wyrastały
z tkaniny. Góra była dopasowana, spódnica bardzo szeroka. Mabel
wyciągnęła jeszcze jedno pudełko i wyjęła z niego srebrny stroik
w kształcie korony.
–
Chyba nie zniszczy żadnej z tych rzeczy? Powiedz jej, żeby bardzo
uważała i niczym nie poplamiła sukni. Trzeba wyczyścić stroik, bo trochę
zaśniedział, w końcu to prawdziwe srebro.
Faunie odebrało mowę. Delikatnie dotykała palcami cieniutkiego,
pięknego materiału. Niełatwo było zaskoczyć Faunę, ale Mabel prawie się
to udało.
–
Królewna Śnieżka! – powiedziała prawie bez tchu. – Powinnam mieć
się na baczności, bo jeszcze uwierzę, że to wszystko prawda. Mabel,
podaruję ci moje dżetowe kolczyki.
–
Niczego nie chcę.
–
Przecież tak bardzo ci się podobały.
–
Daj spokój, Fauna.
–
Suknia powinna być na nią prawie dobra – zauważyła Fauna, nie
odrywając oczu od haftu.
–
Można będzie zrobić parę poprawek.
–
Jesteś naprawdę dobrą dziewczyną, Mabel. Chciałabyś, żebym tobą też
się zajęła?
–
Nie, do diabła! Podoba mi się tutaj. A w tej torebce jest jeszcze welon
do kompletu.
–
Nie jestem pewna, czy uda się nam z welonem, ale zawsze można
spróbować.
–
Przecież ona nie odróżni welonu od ścierki – powiedziała Mabel.
Gdyby ludzie przejmowali się wydarzeniami międzynarodowymi,
polityką, czy choćby pracą w takim stopniu, w jakim angażują się
w obmyślanie strojów na maskaradę, świat byłby jednym wielkim rajem,
gdzie wszystko idzie jak po maśle. Na zewnątrz ulica Nadbrzeżna była
nawet spokojniejsza niż zwykle, ale pod płaszczykiem spokoju wrzało.
W jednym z kątów Pałacyku Whitey Drugi dawał szczegółowe
instrukcje Johnny'emu Carriadze, jak szachrować losami. Ze względu na
szczególną wagę uroczystości poproszono Johnny'ego o pomoc. Mówiąc
ściśle, wynajęto go od ojca – Alberto Carriagi – za sześćdziesiąt dwa centy,
to znaczy sumę równą cenie galonu wina. Zaplanowano, że Johnny zostanie
przebrany za Amorka. Dolepi mu się papierowe skrzydełka, w ręce da łuk
i kołczan ze strzałami. Kołczan był niezbędny, bo to właśnie w nim
zamierzano schować wygrywający los. Chociaż prawie wszyscy na ulicy
Nadbrzeżnej wiedzieli, że loteria jest lipna, pewnego rodzaju duma kazała
organizatorom zadbać, żeby losowanie miało przynajmniej pozory
uczciwości. Ponieważ Johnny nie był darzony specjalnym zaufaniem,
strzały w kołczanie zostały przylepione do ścianek dobrym klejem.
Whitey Drugi przyciął kartonik do rozmiarów losu. To była pomoc
naukowa.
–
Dobrze, ale spróbuj jeszcze raz, Johnny. Nie, źle! Widzę koniec
kartonika. Spójrz! Zagnij krawędzie w dłoni. O tak. Teraz spróbuj jeszcze
raz. Dobrze! Zobaczymy, jak ci pójdzie wyjmowanie z kołczanu.
Przesuwasz łuk, o tak, aby wszyscy patrzyli na twoją drugą rękę,
i powiesz...
–
Wiem! – przerwał Johnny.
–
Jestem Amorkiem, bożkiem miłości
i biorę na cel serca, które się tego zupełnie nie spodziewają.
–
Świetnie, pięknie! – pochwalił go Eddie.
–
Ciekaw jestem, skąd to
Mackowi przyszło do głowy?
–
Wymyślił, i już – powiedział Whitey Drugi.
–
Uważaj, w momencie kiedy podnosisz łuk w prawej ręce, wyjmujesz
los z kołczanu lewą ręką. Przećwicz to.
–
Jestem Amorkiem, bożkiem miłości – cedził powoli Johnny
i wymachiwał łukiem.
–
Dobrze – powiedział Whitey Drugi – Johnny, chyba jednak musisz
jeszcze trochę poćwiczyć. Nie patrz na lewą rękę! Patrz na łuk, Johnny! O
tak, na łuk. Zamieszaj losy, ale nie wypuszczaj kartonika z ręki. No, dalej,
ćwicz.
–
Chcę trzydzieści pięć centów – powiedział nagle Johnny.
–
Co?!
–
Jak mi nie dasz trzydziestu pięciu centów, to wszystko powiem.
–
Mack! – zawołał Whitey Drugi. – Ten dzieciak podbija cenę!
–
Daj mu – odezwał się Mack – odbiję sobie później, i to podwójnie.
–
Ale już ci nie przejdzie ten numer z monetą o dwóch reszkach –
powiedział Johnny, który był rezolutnym chłopcem.
–
Wygląda na to, że dzieciaki nie mają teraz za grosz szacunku dla
starszych – wtrącił się Eddie. – Gdybym kiedykolwiek odezwał się tak przy
moim starym, obdarłby mnie żywcem ze skóry.
–
Może twój stary nigdy nie oszukiwał na loterii – powiedział Johnny.
–
Ten bachor jest nieuczciwy – odezwał się Whitey Pierwszy.
–
Johnny, a wiesz, dokąd idą niegrzeczni chłopcy?
–
Jasne! I już tam byłem.
–
Daj mu te trzydzieści pięć centów – powiedział Mack.
Jakież ogromne, ale starannie ukrywane tęsknoty drzemią w każdym
z nas! Złamany nos i przegrane oczy mogą ukrywać szlachetne serce. Pozy,
mity i symbole, które tak zawładnęły wyobraźnią Joego Eleganta, mogły
oznaczać tęsknotę za byciem mężczyzną. I jeśli, choćby na jeden wieczór,
moglibyśmy przywdziać strój jakiejś postaci z naszych marzeń, to co
byśmy wybrali? Jaką tajemnicę naszego wnętrza wybór ten by odsłonił?
Do pewnego stopnia temat balu przebierańców w Pałacyku, został
wybrany ze względu na Hazel. Był zdecydowanie, absolutnie świetnym
materiałem na krasnoluda. Niestety, po tym, jak opowiedziano mu całą
bajkę i zaspokojono jego ciekawość, udzielając odpowiedzi na wcale liczne
pytania, kiedy cała historia była już dla niego na tyle jasna, na ile było to
możliwe, Hazel postanowił przebrać się za księcia.
Widział siebie w białych jedwabnych pantalonach do kolan i kurtce
z Eton, z ręką opartą na rękojeści małej szpady.
Wszyscy zachęcali go, żeby przebrał się za Gburka, poczciwego,
kochanego przez wszystkich krasnoludka. Potem, gdy Hazel dalej trwał
w swym postanowieniu, proponowali mu skunksa Groszek Pachnący. Na
próżno. Albo przebierze się za księcia, albo nie przyjdzie w ogóle.
Przyjaźnie rozbijały się o mniejsze rafy.
–
Dobrze – powiedział Mack – zrobisz, jak zechcesz. Miałem zamiar
pomóc ci przy kostiumie, ale w tej sytuacji, będziesz musiał sobie poradzić
sam, Hazel.
–
I bardzo dobrze! Nikt nie potrzebuje twojej pomocy. Założę się, że sam
chciałeś się przebrać za księcia i dlatego jesteś taki zły.
–
Ja? A skąd! Przebieram się za drzewo – powiedział Mack.
–
Niby za co? – Hazel był bardzo zdziwiony.
–
Tu jest las, prawda? Więc przebiorę się za drzewo. Potrzebuję trochę
anonimowości, a w lesie trudno jest odróżnić poszczególne drzewa.
Hazel poszedł usiąść pod cyprysem. Był ponury i przerażony, bo żadne
pomysły nie przychodziły mu do głowy, a jeśli już jakiś się pojawił, to
znikał bardzo szybko. Ale Hazel był zdecydowany nie rezygnować. Nie
mógł zawieść pokładanych w nim nadziei. W końcu człowiek, który ma
zostać prezydentem, nie może paradować w stroju krasnala. Taka rola nie
była odpowiednio dostojna. Późnym rankiem podszedł do tylnych drzwi
Niedźwiedziej Flagi i zawołał Joego Eleganta. Poprosił go o pomoc.
Joe uśmiechnął się.
–
Pomogę ci – powiedział przewrotnie.
Na całej ulicy Nadbrzeżnej przeglądano zawartość szaf i kufrów, a
zapach naftaliny unosił się w powietrzu. Baśń o Królewnie Śnieżce
i siedmiu krasnoludkach była trochę modyfikowana, tak aby treść pasowała
do posiadanej garderoby. Chociaż nikt się z nikim nie umawiał, nie było
nikogo, kto chciałby się przebrać na Królewnę Śnieżkę.
W laboratorium Doktor obudził się obolały po nocy przespanej na
podłodze. Przez chwilę leżał bez ruchu, starając się ustalić, która część ciała
boli go najbardziej. Niemałe znaczenie dla jego samopoczucia miało to, że
sam zmusił Starego Dusigrosza do spania na łóżku. Szalona, pijacka
wspaniałomyślność o najprawdopodobniej masochistycznym podłożu
bardzo mu pomogła przy ponoszeniu ofiary. Doktor uniósł się na
zdrętwiałym łokciu i spojrzał na starego skurczybyka, który słodko spał na
łóżku – korona złotych włosów otaczała lśniącą, różową łysinę, a oddech –
krótkie smaczne pochrapywania – dowodził, że łóżko było naprawdę
bardzo wygodne.
–
Obudź się! – krzyknął Doktor w furii.
–
Co jemy na śniadanie? – najpierw padły słowa, a potem zamrugały
blade oczy.
–
Nie jesteś nawet na tyle przyzwoity, żeby jak każdy normalny
człowiek mieć kaca!
–
Oczywiście, że jestem – powiedział Stary z godnością. – A co powiesz
na piwo?
–
Boli cię głowa?
–
Tak, boli.
–
Łamie cię w stawach?
–
Łamie.
–
Masz najniższe z niskich ciśnień krwi?
–
Zupełnie.
–
To cię mam, bratku – powiedział Doktor – bo ja czuję się znacznie
gorzej. Załatwiasz piwo.
–
Płacimy po połowie – blade oczka rozbiegały się z desperacją.
–
Nie.
–
Pożyczę ci, dobrze?
–
Nie.
–
Podaj mi spodnie – powiedział Stary.
Oczy mu posmutniały. Wyjął z kieszeni ćwierćdolarówkę i dziesięć
centów, i próbował wetknąć je Doktorowi.
–
Nie – zareagował Doktor.
–
Dobry Boże. Czego ty chcesz?
–
Dwa dolary.
–
Po co aż tyle, przecież to starczy na sześć butelek.
–
Dokładnie na sześć. Wpadłeś, Stary, i dobrze o tym wiesz.
–
Może uda mi się wciągnąć to w koszty reprezentacyjne – powiedział
Stary Dusigrosz, wyciągając z kieszeni dwa jednodolarowe banknoty.
Doktor szybko wciągnął spodnie, założył koszulę i wyszedł. Przeszedł
przez ulicę do spożywczego. Nie tracił czasu. Wypił jedno piwo bez
odrywania butelki od ust, drugie sączył powoli. Usłyszał od Józefa i Marii
kilka nowin.
Wrócił do laboratorium i postawił na stole cztery butelki zimnego piwa.
–
A gdzie moja reszta – spytał Stary Dusigrosz.
–
Przepiłem – odpowiedział Doktor zgodnie z prawdą. Zaczynał czuć się
lepiej. Zauważył zdziwione spojrzenie Starego. – Ty stary oszuście – mówił
zadowolony – chociaż raz komuś udało się spłatać ci figla. Nie mogę cię
zrozumieć, masz miliony, a żałujesz, skąpisz i kombinujesz. Po co?
Dlaczego?
–
Najpierw podaj mi piwo. Umieram! – powiedział Stary Dusigrosz.
–
To poumieraj jeszcze trochę. Uwielbiam patrzeć, jak umierasz!
–
Nie ma w tym mojej winy – zaczął Stary. – To stan umysłu, a raczej
jego amerykańska odmiana. Prawo podatkowe tworzy zupełnie nowy rodzaj
ludzi, kreuje nowe dusze, a nie stany psychiczne. Jeszcze dwa, trzy
pokolenia i może pojawi się nowy gatunek ludzi. Homo podatnicus. Czy
teraz dostanę piwa?
–
Nie.
–
Posłuchaj, Doktorze, jeśli ktoś ma pieniądze, nie zadaje sobie pytania:
„Czy stać mnie na to?", ale pyta: „Czy tę kwotę mogę jakoś odliczyć od
podatku?". Przyjaciele będą walczyli o zapłacenie rachunku za lunch, ale
i tak obydwaj mają zamiar go sobie odliczyć – cały naród jest
warunkowany przez prawo, przyuczany do nieuczciwości, bo za uczciwość
czeka kara. Jest nawet jeszcze gorzej. Jeśli tylko podasz mi butelkę piwa,
opowiem ci o tym.
–
Najpierw powiedz.
–
To nie ja wymyśliłem prawo podatkowe – zaczął Stary, z trudem
opanowując dreszcze. – Wiem, że jedyną siłą twórczą jest jednostka, ale
prawo nie pozwala mi na pomaganie jednostkom. Muszę dawać pieniądze
grupom, organizacjom, a jedynym ich osiągnięciem jest księgowość. Żeby
dostać choć trochę z funduszy, jakie ofiarowałem organizacji, jednostka
musi stać się jej częścią, ale wtedy traci swoją niepowtarzalną
indywidualność i zdolności twórcze. Nie ja tworzyłem to prawo.
Nienawidzę prawa, które uniemożliwia hojność, a z dobroczynności czyni
dobry interes. Korporacje tracą swoje zdolności finansowe, bo marnują
masę pieniędzy. I chociaż się z tym nie zgadzam, nie mam wyjścia, muszę
robić tak jak inni. Wiem, że potrzebny ci mikroskop, ale nie mogę ci go
kupić, bo razem z podatkami taki mikroskop za czterysta dolarów będzie
mnie kosztował tysiąc dwieście, jeśli ci go podaruję, a zupełnie nic, jeśli
dam go jakiejś instytucji. Weźmy inny przykład. Nawet jeśli dzięki
własnym zdolnościom twórczym dostaniesz nagrodę, to i tak większość
pieniędzy pożrą podatki. Nie przejmuję się podatkami, słowo! Ale
przejmuję się prawem, które czyni z dobroczynności korzystny interes,
pozbawiając tych, którzy się w to angażują, bezinteresownego uczucia
spełnienia, płynącego z dzielenia się czymś z innymi. A jeśli teraz nie
podasz mi piwa, będę zmuszony...
–
Proszę, oto twoje piwo.
–
A co mamy na śniadanie?
–
Jeden Pan Bóg wie. Ale, ale... Dzisiejsze przyjęcie w Pałacyku to bal
maskowy. „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków".
–
Dlaczego akurat Królewna Śnieżka?
–
Nie wiem.
–
Przebiorę się za krasnoludka w czerwonym kubraczku – powiedział
Stary.
–
Powinieneś raczej przebrać się za spadającą gwiazdę, nie musiałbyś
nic zakładać na głowę, idealnie by do tego pasowała.
Po wypiciu piwa obaj zgodnie doszli do wniosku, że śniadanie mogą
sobie spokojnie darować. Doktor poszedł po następne sześć piw. W nagłym
przypływie wspaniałomyślności kupił Bohemię.
–
Takie piwo to coś dla ciebie – powiedział Stary.
–
Meksykanie to
wspaniali i szlachetni ludzie. Piramida Słońca i to piwo to osiągnięcia,
którymi nie może się poszczycić żadna cywilizacja. Wczoraj wieczorem
zacząłeś mi opowiadać o swojej pracy, ale potem dygresja o dziewczynie
zmieniła cały tok rozmowy. Bardzo chciałbym ją zobaczyć...
–
A ja chciałbym ci opowiedzieć o tej pracy – przerwał Staremu Doktor.
–
Chcę przeprowadzić paralelę pomiędzy reakcjami emocjonalnymi
głowonogów i ludzi. Chciałbym wspomnieć o zmianach patologicznych,
które towarzyszą tym reakcjom. Gdybym miał odpowiedni sprzęt,
mógłbym obserwować te zmiany dokładnie w chwili, kiedy zachodzą.
Czasami bywa tak, że prosty organizm daje nam klucz do poznania
układów bardziej skomplikowanych. Dementia praecox długo była
uważana za dolegliwość czysto psychotyczną, aż do czasu kiedy odkryto,
że towarzyszą jej także zmiany somatyczne.
–
I dlaczego nie piszesz tej pracy?
–
Chyba trochę się tego boję. Ogarnia mnie coś w rodzaju przerażenia,
kiedy tylko siadam do pisania.
–
A masz coś do stracenia, jeśli nic ci z tego nie wyjdzie?
–
Nic.
–
A co możesz zyskać, jeśli rzecz okaże się dobra?
–
Nie wiem.
–
Wypiłeś dostatecznie dużo piwa, żeby się nie złościć? – spytał Stary,
który w gruncie rzeczy zawsze lubił Doktora.
–
Nigdy się nie złoszczę.
–
Niech cię diabli porwą! Wczoraj o mało nie urwałeś mi głowy.
I zraniłeś moje uczucia. I co ty na to?
–
Przepraszam. Ale co chciałeś powiedzieć?
–
Pozwolisz mi skończyć?
–
Spróbuję.
–
Przypominasz mi kobietę, która sama nigdy nie miała dzieci, ale
wydaje się jej, że wie na ten temat wszystko. Brak ci spełnienia, Doktorze.
Wydaje mi się, że zrobiłeś coś wbrew sobie, albo nie dopuściłeś czegoś do
swego serca. To tak, jakbyś jadł bardzo dużo, ale wszystko bez witaminy A.
Nie jesteś głodny, a umierasz z głodu. Tak właśnie myślę.
–
Nie wiem, czego może mi brakować? Jestem wolny, żyję wygodnie,
mam pracę, którą lubię. Co mogłem pominąć?
–
No cóż, wczoraj wieczorem, bez względu na temat rozmowy,
pojawiała się w niej dziewczyna o imieniu Suzy...
–
Na rany boskie! Czy wiesz, kim ona jest? To kurwa, analfabetka, mała
latawica. Zaprosiłem ją na obiad, bo poprosiła mnie o to Fauna. A
dziewczyna wzbudziła moje zainteresowanie, tak jak zainteresowałby mnie
nowy gatunek ośmiornic. To wszystko. Zawsze byłeś cholernym głupcem,
ale nigdy nie byłeś, do diabła, romantycznym głupcem.
–
Kto tu mówi o romansach? Mówiłem o głodzie. Być może nie
potrafisz być w pełni sobą, bo nigdy nie ofiarowałeś siebie komuś innemu?
–
Ach te wszystkie pieprzone ezoteryczne nonsensy! Po co wpuszczałem
cię do siebie? Nie mam pojęcia! Słowo!
–
No to spróbuj się zastanowić, dlaczego tak cię to denerwuje.
–
Co?
–
Wydaje mi się, Doktorze, że wkładasz ogromny zasób energii
w zaprzeczenie czemuś, co wcale tego nie wymaga.
–
Czasami myślę, że ty jesteś po prostu kopnięty – powiedział Doktor.
–
Wiesz, co mam zamiar zrobić? – powiedział Stary.
–
Mam zamiar
kupić butelkę whisky.
–
Nie wierzę! – powiedział Doktor.
28
Gdzie Alfred podążał świętą rzeką...
Bardzo niewiele osób wiedziało, że to właśnie Hazel nadał domowi,
gdzie mieszkali Mack i ferajna, nazwę Pałacyk Melina. Stało się to dawno
temu, zaraz po tym jak chłopaki wprowadzili się tam. Pod wrażeniem
cudownego uczucia, że ma dom, Hazel wymyślił tę nazwę, łącząc w niej to,
co wiedział, z tym, czego nie wiedział, znane i nieznane, swojskie
i egzotyczne. Nazwa przylgnęła do miejsca i używano jej powszechnie
w całym stanie. Pałacyk był schronieniem i domem dla chłopaków z paczki,
ale także miejscem, w którym działy się rzeczy niesamowite i zaskakujące.
Sam budynek nie był imponujący – sekwojowe deski, trochę cegły, dach
kryty papą. Długi na dziewięć metrów, szeroki na cztery i pół, miał dwa
kwadratowe okna, dwoje drzwi – frontowe i kuchenne. I to właśnie do tego
pudełka Mack i spółka wnieśli rzeczy warte odnotowania. Były to wytwory
ich pomysłowości i pracy, ale także klęski i niepowodzenia. W jednym
z rogów stał ogromny, zrobiony z kutego żelaza piec. Był w znakomitym
stanie i wszystko wskazywało na to, że przetrwa dłużej niż Colosseum,
które przypominał. Podłogowy zegar służył kiedyś jako psia buda, teraz stał
pusty – Eddie chciał być w nim pochowany. Wszystkie łóżka miały
baldachimy, dzięki czemu naprawa dachu przestała być konieczna. Łóżko
Gaya wyglądało tak, jakby ciągle na nim spał – pokryta łatami kapa była
odwinięta i odsłaniała szarą, flanelową pościel. Książka, której nie doczytał
do końca, Niesamowite, ale prawdziwe opowieści pustynne, leżała na
skrzynce po jabłkach otwarta na sześćdziesiątej drugiej stronie, dokładnie
tak, jak ją zostawił. W skrzynce, na której leżała książka, dno wyłożone
było czarnym aksamitem. Leżało tam to, co Gay cenił najbardziej –
prawdziwy skarb kolekcjonera – koła zębate i wałki ze skrzyni biegów
willysa knighta, model 1914. Na półce nad łóżkiem przyjaciele postawili
w ładnym wazoniku bukiecik – pamiętali, że Gay bardzo lubił kwiaty.
Zwłaszcza do jedzenia. Szczególnie lubił czerwone róże, gorczycę, pączki
dzikiej rzepy i płatki pewnego rodzaju dalii. Nikomu nie wolno było siadać
ani spać na łóżku Gaya. Mógł przecież wrócić któregoś dnia; chłopcy tak
uważali, chociaż dostali zawiadomienie o jego śmierci, a żonie wojsko
wypłaciło odszkodowanie.
Bardzo wiele imprez odbywało się w Pałacyku, ale czegoś tak
niesamowitego, jak bal z okazji loterii, jeszcze nie było. Przygotowania o
mało nie rozsadziły małego domku. Zewnętrzne ściany zostały na nowo
pobielone. Łóżka złączono razem i wewnątrz zbudowano altanę z gałęzi
świerku. Ogromny piec udawał bar, a w piekarniku postawiono pojemnik
na lód. Przed tylnymi drzwiami zbudowano scenę, która – choć niewielka
posiadała kurtynę, zrobioną z kawałków materiału, używanego do
osłaniania mebli w czasie malowania, oraz odrębne wejście. Wszystko to
miało służyć specjalnym efektom teatralnym, nie licząc samej loterii, bo
losowanie też miało odbyć się tutaj.
Ta leśna altana była oświetlona japońskimi lampionami. Lampiony
wisiały także wzdłuż kurzej ścieżki, nad torami kolejowymi. Chłopaki byli
bardzo zadowoleni z wyników swojej pracy.
Mack obejrzał dokładnie scenę i nadał jej nazwę, którą zapamiętano na
długo: „Świat jak z bajki".
Udział Patrona w organizacji przyjęcia polegał na przysłaniu
odnoszącego triumfy na okolicznych estradach zespołu Espladas Mojadas.
Dwie gitary, marakasy, kastaniety, hawajskie bębenki i guitarron, wielki jak
kajak. Cacahuete Rivas, bratanek Patrona, miał dołączyć do zespołu ze
swoją trąbką trochę później, bo ćwiczył na plaży nastrojowe solo.
Kiedy nad ulicą Nadbrzeżną zapadł zmierzch, Mack i spółka byli
zmęczeni, ale odczuwali zadowolenie. Idąc za radą Macka, wszyscy
z paczki mieli zamiar przebrać się za drzewa. Pełnili przecież obowiązki
gospodarzy balu.
Tylko jedno zmartwienie psuło im dobry nastrój. Brak im było Hazel.
Jego chęć, by przebrać się za księcia, okazała się silniejsza od miłości do
przyjaciół. W małym pokoiku Joego Eleganta przechodził teraz
transformację.
–
Zaskoczył mnie zupełnie – Mack usprawiedliwił się po raz dwudziesty.
–
Hazel jest takim głupkiem, iż człowiek zupełnie zapomina o tym, że
mimo wszystko on jest wrażliwy, jak każdy. Do diabła, gdybym o tym
pomyślał, może udałoby mi się załatwić mu jakiś fajny strój. Bez niego
wszystko będzie wyglądało zupełnie inaczej i sami będziemy musieli dać
sobie radę.
Większość balów maskowych zaczyna się w ten sam sposób.
Przybywający goście są nieśmiali, skrępowani i trzeźwi. Stają zażenowani
pod ścianami i mija co najmniej godzina, zanim atmosfera trochę się
rozluźni. Początek balu na ulicy Nadbrzeżnej różnił się na korzyść od
podobnych imprez organizowanych w większych ośrodkach. Bal miał się
rozpocząć punktualnie o dziewiątej wieczorem. Goście mieli być
anonsowani sygnałem granym na trąbce przez Cacahuete. Wybrano
pierwsze takty popularnej piosenki Gwiżdż sobie w czasie pracy.
Przynajmniej na dwie godziny przed rozpoczęciem balu w kilku
miejscach odbyło się parę roboczych spotkań. W barze Grubej Idy, Pod
Niedźwiedzią Flagą i w domach prywatnych przygotowywano się do
wydarzeń wieczoru, starając się, aby przyjęcie rozpoczęło się z całą
okazałością i pompą. Mack i chłopaki byli tak przygnieceni ciążącą na nich
odpowiedzialnością, że nie zdążyli jeszcze przygotować napitku godnego
uroczystości. Pracowali jednak nad tym zawzięcie, obserwując z uwagą
wskazówki budzika postawionego na piecu.
Pod Niedźwiedzią Flagą cała podłoga była zasłana fatałaszkami.
Królewna Śnieżka miała bowiem mieć świtę złożoną z najsłynniejszych
i najbardziej szanowanych dziwek na północ od San Luis Obispo.
Dziewczyny przymierzały długie suknie z cienkiego przejrzystego
materiału w kolorze czerwonym, żółtym, zielonym. Każda z nich miała
nieść butelkę whisky udekorowaną wstążkami w kolorze sukienki.
Fauna przebierała się za wiedźmę. Był to jej własny pomysł. Nie
wymagało to wielkiego wysiłku z jej strony – wszystko, czego
potrzebowała, to miotła na kiju. Dodatkowo jednak zrobiła spiczasty
kapelusz z czarnym alpakowym welonem, aby zapewnić sobie poklask.
Fauna nie byłaby sobą, gdyby nie miała czegoś w zanadrzu. Planowała
zrzucenie czarnej sukni wiedźmy w decydującym momencie i zamianę
miotły na różdżkę po to, żeby przemienić się we wróżkę – matkę chrzestną.
Tymczasem u Idy była kraina krasnoludków. Ośmiu Wesołków, czterech
Śpioszków, sześciu Gapciów i dziewiętnastu Gburków siedziało przy barze
i śpiewało absolutnie na serio „Hej-ho, do pracy by się szło...", prawie nie
fałszując.
Józef i Maria zdecydował, że wystąpi jako Dracula. Nie widział nigdy
filmu o Królewnie Śnieżce, ale to nie miało znaczenia; widział film o
Draculi, a film to film, i kropka.
W laboratorium tymczasem Doktor i Stary Dusigrosz byli beznadziejnie
pogrążeni w dyskusji o mieszankach tytoniowych. Zdaje się, że była to
ostatnia kropla, która zerwała nadwątloną tamę. Pojemnik na śmieci stał na
środku pokoju; był wypełniony lodem. Stało w nim sześć butelek szampana
–
tylko tyle zostało z całej skrzynki kupionej przez Starego Dusigrosza.
Doktor i Stary zupełnie zapomnieli o balu. Kiedy Cacahuete obwieszczał
trąbką, że czas już wyjść z domów i iść do Pałacyku, obaj tak na siebie
wrzeszczeli, że żaden nie usłyszał trąbki. Kiedy młode i śliczniutkie
mieszkanki ulicy Nadbrzeżnej szły oświetloną lampionami kurzą ścieżką,
Doktor i Stary skakali sobie do oczu i nie zwrócili na to uwagi.
Niespodziewanie Doktor przestał krzyczeć i okazało się, że miało to
efekt piorunujący.
–
Najlepiej będzie jeśli sobie pójdę – powiedział – dałem z siebie
wszystko i okazuje się, że na marne.
–
Nonsens! – krzyknął Stary.
–
Młody człowieku, jesteś na progu
wielkiej kariery.
–
Honory i zaszczyty wcale mnie nie obchodzą.
–
A skąd możesz o tym wiedzieć? Nigdy przecież tego nie zaznałeś.
–
Nie próbuj mnie zatrzymać, Stary Dusigroszu.
–
Nie próbuję. Mam cię powyżej uszu. Słyszysz? Powyżej uszu. Czy
chociaż zdajesz sobie sprawę z tego, że nie ugotowałeś dzisiaj obiadu?
–
Kupiłem przecież pół kilo mielonego, ale zeżarłeś je na surowo, zanim
zdążyłem położyć na patelnię.
–
Nie powinieneś się głodzić, młody przyjacielu – prawił Stary, nie
zwracając uwagi na to, co mówił Doktor.
Eddie wtoczył się po schodach na górę i pchnął drzwi do laboratorium.
–
Doktorze! – krzyczał.
–
Na rany boskie! Wszystko już się zaczęło.
Kurtyna idzie w górę!
Doktor wyjął z lodu butelkę szampana.
–
Szykuj się, Stary Dusigroszu. Naprzód marsz!
Na ścieżce musieli pomagać Staremu. Słabo widział po ciemku.
Odsłonięcie kurtyny wstrzymano specjalnie ze względu na Doktora.
Krasnale, zwierzaki i potwory wszelkiej maści stały skupione półkolem
przed sceną.
–
Wydaje mi się, że jesteśmy już wszyscy – zaczął Mack i zajrzał za
kurtynę. Wszystko w porządku, Johnny?
–
Cholernie zimno – poskarżyło się dziecko.
W tym właśnie momencie nastąpiło pełne dumy i godności wejście
Hazel. Broda uniesiona wysoko do góry, błyszczące oczy, wzrok
skierowany na innych z wysokości Olimpu. Joe Elegant pracował przez
cały dzień nad swoją zemstą na rodzaju ludzkim – był to oczywiście
kostium Hazel. Głównym elementem stroju były długie szare kalesony
z ponaszywanymi symbolami karcianymi – kier, karo, trefl, pik. Wojskowe
buty miały przyszyte do czubów żółte pompony. Dookoła szyi sterczała
papierowa kryza w stylu elżbietańskim. Na głowie miał Hazel hełm
templariuszy z zatkniętym strusim piórem. Z pasa ściśle opinającego talię
zwieszała się pochwa na szablę. W geście pozdrowienia, czy też może
powitania, Hazel uniósł do góry kawaleryjską szablę.
Właściwie zemsta Joego skoncentrowała się na jednym punkcie. Dół
tylnej części kostiumu był wycięty i na golutkim ciele Hazel namalowane
było bycze oko utworzone z koncentrycznych czerwono-niebieskich kół.
Ten widok zapierał dech w piersiach, ale Hazel nie zwracał na to uwagi
–
wiedział, że wygląda świetnie, a domyślił się tego po ciszy, jaka zapadła
po jego wejściu. Z wdziękiem wsunął szablę do pochwy i skrzyżował ręce
na gardzie.
Trochę zaschło mu w gardle.
–
Jestem – powiedział ochrypłym głosem. – Jestem księciem!
Dopiero teraz wszyscy zauważyli, że Hazel ma uróżowione policzki
i umalowane rzęsy.
–
Bronię domów, to jest damów, znaczy dam – ogłosił i zaraz potem
dumnie uniósł głowę czekając na aplauz, na który, jego zdaniem, w pełni
zasłużył.
Mack miał w oczach łzy.
–
Świetnie się spisałeś, Hazel, dziecinko – powiedział – nikt nie zrobiłby
tego lepiej, ale powiedz mi, kto ci pomagał.
–
Joe Elegant – odpowiedział Hazel zadowolony – to wspaniały facet.
Whitey Drugi mrugnął niepostrzeżenie do Macka.
–
Myślisz, że powinienem iść od razu? – spytał niewinnie.
–
Od razu – powiedział Mack. – Przyłóż mu fest.
–
Pan Joe Elegant – przerwał im Hazel, który nawet nie zadał sobie
trudu, żeby słuchać, co mówią – przekazuje wam pozdrowienia. Bardzo
żałuje, że nie może przyjść, ale musi wyjechać z miasta w bardzo pilnej
sprawie... zaraz, zaraz, to chyba wszystko, tak... to wszystko.
–
Podziękujemy mu, kiedy wróci – powiedział Mack z kwaśnym
uśmiechem.
Chociaż wszyscy patrzyli na Hazel wytrzeszczonymi oczami, nikt się nie
śmiał. Jedno spojrzenie Macka zagryzającego wargi i zaciskającego pięści
powstrzymało chichoty.
–
Drodzy współobywatele – powiedział Mack – tu, u nas, na ulicy
Nadbrzeżnej, mieszka chłopak, którego wszyscy mogliby sobie życzyć za
przyjaciela. Przez całe lata korzystaliśmy z jego dobroci, nic mu w zamian
nie dając. Tak się złożyło, że akurat teraz potrzebuje pewnej rzeczy, która
jednak kosztuje sporo forsy. Dlatego poczytując sobie za zaszczyt, ja
i chłopaki oddaliśmy Pałacyk na wygraną w loterii, żeby kupić Doktorowi
mikroskop. Zebraliśmy trzysta osiemdziesiąt dolców. Kurtyna!
–
Mack! Ty chyba zwariowałeś! – krzyknął Doktor.
–
Zamknij się! Kurtyna! – odkrzyknął Mack.
Kurtyna się rozsunęła. Na scenie stał Johnny Carriaga ubrany w srebrną
przepaskę, z dolepionymi na plecach skrzydełkami z niebieskiego papieru.
Chłopiec wymachiwał łukiem i wrzeszczał:
–
Jestem Amorkiem, bożkiem miłości!...
Dokładnie wtedy wypadł mu z ręki wygrywający los i spokojnie upadł
na podłogę. Johnny próbował go podnieść krzycząc:
–
Biorę na cel niespodziewające się tego serca!
Udało mu się podnieść papierek. Odwrócił się w stronę Macka.
–
Co teraz mam zrobić?
Mack dał za wygraną.
–
A cholera jedna wie! – powiedział półgłosem, a za chwilę krzyknął: –
Czy to właśnie ten los wyciągnąłeś z kosza, Amorku?
–
Wyciągnąłem go ze sterty innych – krzyczał Johnny, robiąc dobrą minę
do złej gry, bo stał dość daleko od kosza.
–
Dawaj go, mały skurczybyku – powiedział Mack cicho do Johnny'ego.
–
Przyjaciele – to mówił już głośno, zwracając się do zebranych gości – czy
aby wzrok mnie nie myli? To jest dopiero niespodzianka! Ludzie! Mam
wielką przyjemność ogłosić, że Pałacyk przechodzi na własność Doktora!
Doktor zaczynał trzeźwieć z wrażenia. Podszedł do Macka.
–
Jesteś szalony, Mack! – powiedział.
–
I przebiegły jak lis – odpowiedział Mack.
–
Skąd się dowiedziałeś, że Pałacyk należy do ciebie, bo na pewno nie
ode mnie?
–
Nie rozumiem, Doktorze.
–
Oczywiście, że nie rozumiesz, bo Lee Chong powiedział to tylko mnie.
Bał się, że możecie zrobić coś takiego.
–
Chodźmy gdzieś na stronę – poprosił Mack.
Stanęli naprzeciw siebie w świetle lampionów. Doktor otworzył
szampana i podał Mackowi butelkę. Mack raźno przytknął usta do
pieniącego się na szyjce trunku.
–
Powiedz jeszcze raz to, co powiedziałeś – poprosił cicho.
–
Chong chciał, żebyście mieli dom. Dlatego zapisał ci Pałacyk i zapłacił
podatek za dziesięć lat z góry.
–
W porządku, ale dlaczego mi o tym nie powiedział?
–
Bał się, że jeśli będziecie wiedzieli, to możecie mieć głupie pomysły
i spróbujecie go oddać w zastaw hipoteczny, a może nawet sprzedać, a
wtedy nie mielibyście domu.
Mack był wstrząśnięty.
–
Doktorze, czy wyświadczyłbyś mi przysługę? – spytał. – Nie mów o
tym chłopakom, proszę.
–
Jasne.
–
Graba?
–
Graba. Napijmy się.
Nagle Mack roześmiał się.
–
Doktorze – powiedział – ja i chłopaki chcemy cię prosić, abyś wynajął
nam tę budę.
–
Oczywiście, Mack.
–
Mam nadzieję, że nigdy się o tym nie dowiedzą. Odarliby mnie ze
skóry.
–
Czy nie byłoby prościej zapomnieć o całej loterii? – zasugerował
Doktor.
–
Nie – odpowiedział zdecydowanie Mack – Chong miał rację. Nie
ufałbym chłopakom, bo różnie z nimi bywa, kiedy potrzebują kilku dolców.
Sam sobie też bym nie zaufał.
Organizm Doktora został wystawiony z powodu wizyty Dusigrosza na
ciężką próbę. Posiłki były sporadyczne, sen niespokojny, nerwy napięte, a
ilości alkoholu ogromne. Loteria wyrwała go z błogiego letargu i niejako
otrzeźwiła. Mgła nierealności, jak marzenie senne, otaczała go ze
wszystkich stron, choć on sam był wyzwolony spod jej wpływu. Wrócił do
Pałacyku i spojrzał na krasnoludki, potworki i niedorzecznego księcia
Hazel, oświetlonych lampionami. Nic z tego, co zobaczył, nie
przypominało, choćby odrobinę, bajkowego świata. Muzyka była
ogłuszająca. Stary Dusigrosz tańczył, przyciskając do brzucha bladą
brunetkę. Robił to tak, jakby dziewczyna była integralną częścią jego ciała,
na dodatek tą bolącą. Obrazek niesmaczny i nierealny, jak cała reszta.
Wszyscy, którzy nigdy nie brali udziału w podobnych balangach, byliby
nielicho przerażeni. Eddie przy rumbie tańczył walca, obejmując
ramionami niewidzialną partnerkę. Gruba Ida uprawiała na podłodze zapasy
z Whiteyem Drugim i za każdym razem, kiedy Whitey przerzucał ją zbyt
gwałtownie, pokazywała różowe majtki. Reszta krasnali i zwierzaków
pogrążona była w szalonym korowodzie tanecznym. Johnny Carriaga
oszalał zupełnie. Stał na skrzynce i strzelał do serc rzeczywiście
przypadkowych, ale bynajmniej nie zaskoczonych. Pani Wong została
trafiona między łopatki i w żaden sposób nie mogła oderwać strzały
zakończonej gumową przyssawką. Potem, też przypadkowo, Johnny trafił
w lampion. Trzy krasnale stanęły w płomieniach i trzeba było je czymś
gasić. Pod ręką była tylko ogromna czara z ponczem.
Doktor i Mack zostali wciągnięci do korowodu. Doktor miał wrażenie,
że cały pokój unosi się i opada niczym statek na falach. Muzyka grzmiała
i dudniła. Hazel szablą wybijał rytm o piec, dopóki Johnny, tym razem
celując bardzo starannie, nie trafił dokładnie w środek byczego oka. Hazel
podskoczył do góry, przewrócił się i padając chwycił za drzwiczki pieca.
Kawałki lodu pokryły całą podłogę. Jeden z gości wlazł do zegara
i zaklinowany nie mógł się wydostać, chociaż bardzo się starał.
Z zewnątrz Pałacyk wyglądał, jakby puchł i opadał, niczym rosnący
bochen chleba.
Doktor złożył dłonie w trąbkę i przyłożył je do ucha Macka.
–
Gdzie jest Fauna? – krzyczał. – I gdzie są jej dziewczyny?
–
Później! – odkrzyknął Mack.
–
Co?
–
Przyjdą później. Ale najlepiej by było, gdyby przyszły jak najszybciej
zanim cały ten interes wyleci w powietrze.
–
Co?
–
Nieważne!
W kierunku Macka przeciskał się przez tłum Whitey Pierwszy,
wrzeszcząc:
–
Mack, już idą!
Mack pobiegł w stronę Espladas Mojadas. Dobiegł, stanął i uniósł obie
ręce do góry. Johnny wycelował ostatnią strzałę w guitarron i chociaż nie
trafił, zdenerwował okropnie Macka.
–
Przestań! – krzyknął Mack.
Muzyka ucichła. W pokoju zapadła cisza. Zaczęła się bajkowa część
imprezy.
Wyciszona subtelnie trąbka zagrała marsz weselny z Lohengrina. Po
chwili dołączyły do niej talerze, wybijając cicho rytm.
Muzyka zaczęła przechodzić w tonację molową, rytm uległ
przyspieszeniu i całość zamieniła się w prawdziwego bluesa. Tancerze
zaczęli poruszać się bardzo powoli, prawie niezauważalnie. Doktor ustalił
wreszcie źródło muzyki – Cacahuete stał w rogu pokoju, wyciszając trąbkę
mokrą gąbką.
Rozsunęła się kurtyna. Fauna-wiedźma weszła przez drzwi, udając, że
jedzie na miotle. Doktor pomyślał: O Boże! Chyba znalazłem się u
czubków. To przecież niemożliwe!
Fauna zaskrzeczała głosem najprawdziwszej czarownicy:
–
Dziś mamy szczególnie radosną uroczystość – rozejrzała się dookoła
i uspokojona tym, co zobaczyła, mówiła dalej: – Doktorze, podejdź tutaj!
Doktor ruszył z miejsca, ale minę miał bardzo niewyraźną.
Przez drzwi wchodziły teraz cztery dziewczyny z Niedźwiedziej Flagi.
Wszystkie ubrane w olśniewające kolorowe suknie. Ustawiły się w parach
po obu stronach drzwi. Przystrojone butelki whisky uniosły do góry,
tworząc coś w rodzaju szpaleru.
Fauna zeszła z miotły, odrzuciła czarną pelerynę. Okazało się, że pod
spodem ubrana była w suknię ze srebrnej lamy. W cudowny sposób w jej
ręku pojawiła się srebrna różdżka czarodziejska zakończona złotą
gwiazdką. Fauna wyprostowała się, stanęła na palcach, udając, że szykuje
się do lotu.
–
Jestem wróżką, twoją matką chrzestną! – krzyczała.
–
Przynoszę ci
w podarku narzeczoną, Królewnę Śnieżkę!
Zaraz potem w drzwiach pojawiła się Suzy, ale zupełnie niepodobna do
siebie. Ślubna suknia, w którą była ubrana, odmieniła ją zupełnie. Na
głowie miała srebrny stroik w kształcie korony, z którego spadały kaskady
welonu. Wyglądała uroczo, młodo i pociągająco. Miała lekko rozchylone
usta.
–
Doktorze, chodź i weź swoją dziewczynę! – krzyknęła Fauna.
Doktor potrząsnął głową, jakby próbował obudzić się ze snu. To musiał
być sen, szaleństwo, welon, dziewiczość.
–
Co tu się, do diabła, dzieje? – zapytał.
A działo się prawie dokładnie to, co z pozoru wydawało się niemożliwe
–
dwoje ludzi poznało dokładnie nawzajem swoje myśli. Suzy czytała jego
myśli z wyrazu twarzy. Zmieszanie powoli wywoływało rumieńce na jej
policzkach. Zamknęła oczy.
Doktor widział dokładnie, że dziewczyna cierpi. Cały świat stał się nagle
prosty i jasny. Usłyszał własny głos.
–
Matko chrzestna, wróżko, przyjmuję od ciebie moją dziewczynę.
Suzy podniosła powieki i spojrzała Doktorowi w oczy. Widać było, jak
powoli zaciskają się jej usta. W oczach błysnął gniew. Przed chwilą słodka
twarzyczka zionęła teraz złością. Zdjęła welon i koronę, popatrzyła na nie
przez moment, a potem odłożyła je ostrożnie na skrzynkę po jabłkach.
Zwariowana trąbka zagrała marsz weselny w rytmie rumby, melodię
podchwyciła gitara.
–
Posłuchajcie, tumany – Suzy przekrzykiwała muzykę.
–
Mogłabym
żyć z przygłupem pod mostem i byłabym dobrą żoną. Mogłabym wyjść za
mąż za szubrawca i być dla niego miła. Ale, na miłość boską, nie wyjdę za
Doktora!
Potem Suzy odwróciła się i wybiegła przez drzwi.
Fauna rzuciła się za nią. Z tyłu domu nie było żadnej ścieżki. Suzy
potykała się i przewracała, zbiegając z nasypu, dokładnie tak samo jak
goniąca ją Fauna. Wpadły na siebie dopiero na torach kolejowych.
–
Ty przeklęta, zarozumiała suko – powiedziała Fauna gorzko.
–
Co
miało znaczyć to, że nigdy nie wyjdziesz za Doktora?
–
Ja go kocham – powiedziała Suzy.
29
Oj, biada, biada...
Jedną z typowych reakcji na szok jest stan letargu. Jeśli na przykład po
wypadku samochodowym jedna osoba wrzeszczy i trzęsie się cała, a druga
siedzi sztywno i patrzy w jeden punkt gdzieś w przestrzeni, to zazwyczaj ta
druga odniosła dużo poważniejsze obrażenia. Cała społeczność może
również doznać szoku. To właśnie stało się na ulicy Nadbrzeżnej.
Ludzie odcięli się od świata, pozamykali drzwi domów, nie odwiedzali
się nawzajem. Każdy czuł się winny, nawet ci, którzy ze sprawą balu nie
mieli nic wspólnego. Wystarczyło, że widzieli, co się stało.
Mack i chłopaki byli podwójnie nieszczęśliwi. Już trzeci raz próbowali
zrobić coś dla Doktora i trzeci raz im to nie wyszło. Nie wiedzieli, dokąd
uciec przed pogardą, jaką odczuwali dla samych siebie.
Gruba Ida milczała gniewnie. Klienci pili w ciszy, bali się jej poczucia
winy, które, uśpione pod muskułami olbrzymki mogło eksplodować
w każdej chwili.
Fauna rozpaczała niczym porzucony seter. W całym życiu pełnym
niedorzecznych planów nieraz odnosiła porażki, ale nigdy przedtem nie
przeżyła katastrofy na tę skalę co teraz.
Nawet Patron przeżywał zupełnie nowy dla niego stan emocji.
Dotychczas bez większego wysiłku zwalał winę na okoliczności albo
nieprzyjaciół. A teraz palec, którym chciał wskazać winnego, zaciskał się
na spuście wyimaginowanego pistoletu, kierując się prosto w jego serce.
Ból wywoływał zaciekawienie, niemniej był to ból. Józef i Maria stał się
jeszcze bardziej uprzejmy i troskliwy w stosunku do wszystkich. Taka
postawa przerażała tych, którzy go znali. Bo przecież nie ma nic
pocieszającego w tym, że tygrys się uśmiecha.
Doktor przechodził transformację, i to tak głęboką, że nawet nie był tego
świadomy. Był jak rozebrany na części zegarek, leżący na stole
zegarmistrza. Wszystkie sprężynki, trybiki, wahadełka leżały przygotowane
do powtórnego złożenia.
Na ból i frustrację ludzie mają wiele środków uspokajających. Jednym
z nich, i zapewne nie najmniej ważnym, jest gniew.
Doktor pokłócił się ze Starym Dusigroszem. Potem wyrzucił go z domu
i zabronił wracać kiedykolwiek. Pokłócił się z listonoszem. Poszło o jakość
usług pocztowych. Pretekstem był list ekspresowy. Nie docierało do
Doktora, że od lat nic się nie zmieniło w terminowości dostarczania
przesyłek. Ostatecznie Doktor ogłosił, że pracuje i nie chce nikogo oglądać,
ani żadnego mieszkańca ulicy Nadbrzeżnej, ani nikogo innego. Usiadł przy
biurku nad papierami. Równy rządek zatemperowanych przez Suzy
ołówków leżał przed nim, zachęcając do rozpoczęcia pracy. W oczach
błąkał mu się świetlik doznanego szoku.
Suzy była jednocześnie przyczyną i ofiarą całego zamieszania rozpadu
więzi towarzyskich na ulicy Nadbrzeżnej. Powiedzenie, że kłopoty
uszlachetniają, nie zawsze jest uzasadnione. Bywa bowiem i tak, że łamią
charakter. A jeśli pewne cechy charakteru wymieszają się w duszy
z określonymi marzeniami, wystarcza iskierka, aby... czasem... czasem...
Ella, kelnerka i właścicielka Złotego Maku w jednej osobie, nie bywała
mniej zmęczona o północy niż o dziesiątej rano. Zawsze była zmęczona.
Nie tylko się z tym pogodziła, ale nabrała przekonania, że wszyscy ciągle
są zmęczeni. Nie mieściło się jej w głowie, że może istnieć noga, która nie
boli, krzyż w którym nie łamie, albo kucharz, który jest zawsze gotów do
pracy. W porze śniadania rząd przeżuwających gęb odbierał jej apetyt na
cały dzień. Około dziesiątej, kiedy nie było prawie wcale klientów, Ella
sprzątała restaurację, wymiatając okruchy spod stołków przy barze.
Joe Blaikey przyszedł na swoją zwykłą poranną kawę.
–
Właśnie parzę świeżą. Zaczekasz chwilę? – spytała go Ella.
–
Oczywiście. Ella, powiedz mi, czy słyszałaś co się działo na ulicy
Nadbrzeżnej w sobotę wieczorem?
–
Nie, a co?
–
Właśnie nie wiem. Było jakieś przyjęcie. Miałem nawet tam iść, ale
jak przyszedłem, okazało się, że jest już po imprezie. Na dodatek nikt nie
chciał mi niczego powiedzieć.
–
Nic nie słyszałam. Myślisz, że była jakaś bójka?
–
Nie, do diabła! O bójce gadaliby jak nakręceni. Przepadają za tym.
Wygląda mi raczej na to, że wszyscy się czegoś wstydzą. Gdybyś się
czegoś dowiedziała to daj mi znać, dobrze?
–
Dobrze. Kawa będzie za chwilę, Joe.
Do Złotego Maku weszła Suzy ubrana w garsonkę kupioną niedawno
w San Francisco. Szary tweed, bardzo skromny i elegancki zarazem.
Usiadła na stołku przy barze.
–
Cześć – odezwał się glina.
–
Cześć – odpowiedziała Suzy. – Poproszę o kawę – powiedziała do Elli.
–
Kończę parzyć. Masz śliczne ubranko – powiedziała Ella.
–
Z Frisco.
–
Wyjeżdżasz?
–
Nie – odpowiedziała Suzy – zostaję.
–
Co się wydarzyło na Nadbrzeżnej w sobotę wieczorem, nie wiesz
czasem?
Suzy wzruszyła ramionami.
–
Też nie masz nic do powiedzenia?
–
Nic.
–
Jeszcze czegoś takiego, do cholery, nie widziałem – mówił Joe.
–
Normalnie o mało nie połamaliby sobie nóg, tak by lecieli, żeby mi
wszystko opowiedzieć. Suzy, jeżeli kogoś tam zamordowano, to lepiej
będzie dla ciebie, jeśli puścisz farbę. Słyszałaś pewnie, że można kogoś
wsadzić za odmowę zeznań?
–
Nikogo nie zamordowano – powiedziała Suzy i odwróciła się do Elli. –
Masz na imię Ella? – spytała.
–
Od kiedy pamiętam.
–
Mówiłaś, że sama tutaj pracujesz.
–
Dokładnie tak.
–
Czy pozwoliłabyś mi spróbować? Przez parę tygodni. Mogłabyś mi się
dobrze przyjrzeć przez kilka tygodni, a potem miałabyś czas na wyrywanie
się do kina czy gdziekolwiek.
–
Trafiłaś pod zły adres, siostrzyczko. Ta buda nie przynosi
wystarczająco dużo, żebym mogła pozwolić sobie na zatrudnienie kelnerki.
–
Nie musisz mi płacić, będę pracowała za jedzenie, a nie jem dużo.
Joe Blaikey patrzył gdzieś przed siebie. Była to jego metoda
szczególnego natężenia uwagi.
–
Co się za tym kryje, siostrzyczko? – spytała Ella.
–
Nic. Szukam pracy. Zmywałabym nawet naczynia, żeby się utrzymać.
Joe powoli odwrócił głowę w stronę kobiet.
–
Lepiej mi powiedz... – zaczął.
–
Jasne, że powiem – odezwała się do niego Suzy.
–
Chcę wreszcie
stanąć na własnych nogach i nie mam zamiaru stąd uciekać, żeby to zrobić.
–
A co cię raptem do tego skłoniło?
–
Nie twoja sprawa. Czy prawo ma coś przeciw temu?
–
Zdarza się to tak rzadko, że powinno być karalne.
–
Ella, zdecyduj się. Proszę. Nie bądź taka nieugięta.
–
Co o tym sądzisz, Joe? – spytała Ella.
Joe patrzył uważnie w twarz Suzy. Dłużej zatrzymał wzrok na jej
farbowanych włosach.
–
Zapuszczasz włosy? – spytał
–
Aha.
–
Daj jej szansę, Ella – powiedział Joe.
–
W tych ciuchach? – Ella uśmiechnęła się ironicznie.
–
Zaraz się przebiorę. To nie potrwa długo, najwyżej piętnaście minut.
Umiem też gotować, Ella. W smażeniu jestem zupełnie dobra!
–
Idź się przebrać – powiedziała Ella bez entuzjazmu.
Joe Blaikey czekał na powrót Suzy na ulicy. Potem szedł razem z nią.
–
Nawet nie próbuj nabierać Elli – powiedział łagodnie.
–
Nie będę.
–
Wyglądasz na podekscytowaną.
–
Joe, obiecałeś mi kiedyś, że jeśli będę chciała wyjechać z tego miasta
to pożyczysz mi trochę forsy.
–
Wydawało mi się, że chcesz tu zostać.
–
Zostaję! Zastanawiam się tylko, czy pożyczyłbyś mi właśnie po to,
żebym została?
–
Ile?
–
Dwadzieścia pięć dolców.
–
Gdzie będziesz mieszkać?
–
Dam ci znać.
–
Pomagałem już różnym dzieciakom, tym razem nie mam wiele więcej
do stracenia.
–
Zwrócę ci wszystko, co do grosza.
–
Wiem.
Kocioł, który leżał porzucony między malwami i chwastami na pustym
placu pomiędzy Niedźwiedzią Flagą i sklepem spożywczym, był
pierwszym bojlerem wytwórni konserw Hediondo, a wytwórnia Hediondo
była pierwszą, jaka powstała na ulicy Nadbrzeżnej. Kiedy stało się
oczywiste, że sardele można wkładać do puszek surowe i tylko zalewać
sosem pomidorowym czy olejem, zamknąć, a potem pasteryzować w parze,
nowy rodzaj przemysłu wkroczył do Monterey. Hediondo zaczynała od
niewielkiego kapitału i powoli, zupełnie pioniersko torowała sobie drogę do
sukcesu, by w końcu podupaść i zginąć w mroku zapomnienia. Pierwszy
bojler do pasteryzacji był triumfem improwizacji Williama Randolpha,
inżyniera, strażaka i szefa wytwórni jednocześnie. Sam kocioł nic nie
kosztował. Był to po prostu cały przód lokomotywy należącej do Pajaro
Valley and Coast Railroads. Maszyna wypadła kiedyś z torów i wtoczyła się
do głębokiego na sześć metrów, błotnistego dołu. Kolejarze zdjęli koła,
zawory, manometry i ostatni raz dali sygnał gwizdkiem. Odjechali,
zostawiając żelaznego kolosa w błocie.
Znalazł go William Randolph, przyholował do Monterey, osadził na
cementowej podstawie w nowej wytwórni konserw Hediondo. Przez całe
lata kocioł wytwarzał niskociśnieniowy strumień pary do pasteryzowania
konserw rybnych. Tylko czasami wymieniano w nim rury, które pękały ze
starości.
W 1932 roku, kiedy wytwórnia była jeszcze bogata i mogła sobie
pozwolić na modernizację, stary kocioł porzucono na terenie
niezabudowanym. W ten sposób zaoszczędzono na transporcie do składnicy
złomu. Stary Randolph, który żył wtedy jeszcze, chociaż był już na
zasłużonej emeryturze, nie znosił marnotrawstwa. Usunął z niego
przegrzewacz, zastawiając wyłącznie pusty cylinder, długi na prawie pięć
metrów i mający ponad dwa metry średnicy. Zostało w nim tylko palenisko
i drzwiczki mające sześćdziesiąt centymetrów szerokości i pięćdziesiąt
centymetrów wysokości. Zawiasy, chociaż już mocno zardzewiałe, działały
bez zarzutu.
Wiele osób korzystało z kotła jako tymczasowego schronienia, ale
państwo Malloy byli pierwszymi, którzy zamieszkali w nim na stałe. Pan
Malloy – złota rączka – zrobił kilka poprawek, to i owo ulepszył, dzięki
czemu znacznie zwiększył wygodę lokum.
Kocioł, jako dom, miał oczywiście oprócz niewątpliwych zalet, także
sporo wad. Niektórzy z jego mieszkańców psioczyli na konieczność
wczołgiwania się na czworakach do środka przez drzwiczki paleniska.
Podłoga tworzyła nieckę i dlatego trudno było po niej chodzić, a poza tym
był kłopot z dopasowaniem mebli. Po trzecie, kocioł nie miał okna, dlatego
był praktycznie pozbawiony światła. Zalety natomiast przedstawiały się
następująco: kocioł był absolutnie wodoodporny, przytulny, miał znakomitą
wentylację – manipulując szybrem i drzwiczkami można było bardzo
skutecznie regulować przepływ powietrza.
Pod kominem pan Malloy zbudował z cegieł kominek, w którym palił
w chłodne, zimowe noce. Mieszkając w kotle, można było nie bać się
pożaru, trzęsienia ziemi czy huraganu. Dodatkowo kocioł był świetnym
schronem przeciwlotniczym. Wszystko to kompensowało brak bieżącej
wody, prądu i kanalizacji.
Znaleźli się i tacy, szczególnie w Carmel, którzy twierdzili, że wybór
kotła na mieszkanie, dokonany przez Suzy, był symbolicznym powrotem do
łona. Chociaż to może być prawda, prawdą jest także, że to łono miało
niewątpliwe zalety natury ekonomicznej. W Złotym Maku Suzy za darmo
jadła, a w kotle miała darmowy dach nad głową.
Z pieniędzmi pożyczonymi od Joego Blaikeya Suzy poszła do domu
towarowego Holmana w Pacific Grove. Kupiła młotek, piłę, różne rodzaje
gwoździ, dwie sklejki pokaźnych rozmiarów, pudełko bladoniebieskiej
farby klejowej, pędzel, tubkę kleju, różowe kretonowe zasłony w niebieskie
kwiatki, trzy prześcieradła, dwie poszewki na poduszki, dwa ręczniki,
ściereczkę, czajnik do herbaty, dwie filiżanki ze spodeczkami i pudełko
herbaty ekspresowej. U Joego Surplusa kupiła stare wojskowe łóżko,
materac, miskę i dzbanek, nocnik, dwa wojskowe koce, małe lusterko
i lampę naftową. Zakupy wyczerpały zupełnie jej zasoby finansowe, ale
pod koniec pierwszego tygodnia pracy w Złotym Maku Suzy zwróciła
Joemu dwa dolary i dwadzieścia pięć centów. Miała pieniądze z napiwków.
Mieszkańcy ulicy Nadbrzeżnej, zawstydzeni, udawali, że nie wiedzą, co
dzieje się w starym kotle. Nikt nie słyszał walenia młotka, dochodzącego
stamtąd wieczorami. Ale wynikało to raczej z dobrych manier
mieszkańców, niż z braku ciekawości.
Fauna wytrzymała dziesięć dni, a kiedy w końcu nie mogła dłużej
wytrzymać, wyszła z Niedźwiedziej Flagi w tajemnicy, późnym wieczorem
w czwartek, kiedy lokal był zamknięty z powodu braku klientów. Miała
zamiar odwiedzić Suzy. Przez okna świetlicy Fauna widziała światełko
błyszczące w drzwiczkach kotła. Z komina dobywała się leniwa smużka
dymu pachnąca sosnowym drewnem. Fauna wyszła po cichu frontowymi
drzwiami i prawie bezszelestnie przedzierała się przez gąszcz chwastów.
–
Suzy – zawołała prawie szeptem.
–
Kto tam?
–
To, ja, Fauna.
–
Czego chcesz?
–
Zobaczyć, czy wszystko u ciebie w porządku.
–
W porządku, w porządku.
Fauna uklękła i przez drzwiczki wsadziła głowę do środka. Zmiana
wystroju kotła była całkowita. Wnętrze było bladoniebieskie. Zasłony
zostały przylepione do ścian klejem. Całość robiła wrażenie bardzo
przytulnego mieszkania. Widać było ślady kobiecej ręki. Suzy siedziała na
łóżku oświetlona słabym światłem ognia, płonącego w kominku. Zrobiła
sobie toaletkę, na której stało lusterko, miska i dzbanek a także słoik,
wypełniony łubinem i makami.
–
Ładnie to urządziłaś – pochwaliła Fauna.
–
Nie zaprosisz mnie do
środka?
–
Wchodź, tylko nie utknij w przejściu!
–
Podaj mi rękę, proszę.
Suzy ciągnęła i pomagała przecisnąć się przez wąski otwór dość obfitej
w kształtach Faunie.
–
Siadaj tutaj, na łóżku. Niedługo będę miała krzesło, ale na razie...
–
Mogłybyśmy zrobić dla ciebie dywanik na szydełku, byłoby jeszcze
ładniej – zaproponowała Fauna.
–
Nie, dziękuję. Wolę go zrobić sama. Może napijesz się herbaty?
–
Jeśli nie sprawi ci to kłopotu – powiedziała Fauna, myśląc o czymś
innym. – Suzy, jesteś pewna, że nie oszalałaś?
–
Nie oszalałam. Po prostu nigdy jeszcze tak naprawdę nie byłam u
siebie.
–
Bardzo ładnie to urządziłaś, to prawda. Pożyczę ci wszystko, czego ci
potrzeba. Możesz korzystać z łazienki Pod Niedźwiedzią Flagą.
–
W Złotym Maku jest prysznic.
–
Słuchaj Suzy, przecież przyszłam do ciebie. Utarłaś mi nosa, ale nie
pognębiaj mnie zupełnie.
–
Nie robię tego.
–
To bardzo dobra herbata. Muszę ci jednak coś powiedzieć, Suzy. I nie
obchodzi mnie, czy chcesz tego słuchać, czy nie. Myliłam się w wielu
sprawach, bardzo się myliłam, ale teraz to ty robisz błąd. Nie mieszaj w to
Doktora. To może doprowadzić go do utraty zmysłów.
–
Nie wiem, o czym mówisz?
–
Zamieszkałaś tutaj, to po pierwsze. On nie może wyjrzeć przez okno
żeby cię nie widzieć...
Fauna przygotowała się na wybuch ze strony Suzy, ale nic takiego nie
nastąpiło.
Suzy popatrzyła na swoje dłonie.
–
Mam rzeczywiście niebrzydkie paznokcie. W Złotym Maku
praktycznie przez cały czas trzymam ręce w wodzie, dlatego ciągle używam
kremu. Robią się przez to takie delikatne. Fauna, przecież sama
powiedziałaś mi, że nie wolno uciekać. Więc zostałam, chociaż mam ochotę
wykopać tunel w ziemi i ukryć się, ale tego nie robię, bo wydaje mi się, że
miałaś rację. Mam zamiar mieszkać tutaj i być na widoku.
–
To nie jest dokładnie to, co mówiłam.
–
Nie łap mnie za słowa! To ty mówiłaś o Doktorze. A teraz ja ci coś
powiem, a ty możesz rozgłosić to po całej ulicy Nadbrzeżnej, jeśli
zechcesz. Wtedy ja nie będę musiała tego powtarzać. Zapomnij o Doktorze.
Doktor nie ma ze mną nic wspólnego. Pojawił się, ale jest jasne, że nie
pasuję do niego, nie okazałam się dla niego dość dobra. Być może już nigdy
coś podobnego mi się nie przydarzy, ale jeśli, jeśli pojawi się jakiś facet,
mam cholerną ochotę być dla niego dobra, duszą i ciałem, publicznie
i prywatnie, ale największą ochotę mam po prostu na to, żeby się dobrze
czuć, rozumiesz?
–
Byłoby lepiej gdybyś nie przeklinała.
–
Nigdy więcej, obiecuję.
–
Ty po prostu...
–
Fauna, nie próbuj nawet mieszać się do tego. Nie zrozumiałaś, co do
ciebie mówiłam?
–
Oczywiście, że zrozumiałam, dziewczyno! Tylko nie rozumiem,
dlaczego nie pozwalasz, żeby przyjaciele ci pomogli?
–
Dlatego, że nie zawdzięczałabym sobie wszystkiego. Byłabym niczym.
–
Przecież pożyczyłaś forsę od Joego Blaikeya, prawda?
–
Tak, ale to glina, i to ten sam, który miał zamiar mnie stąd przepędzić.
On nie jest przyjacielem, on jest policjantem. Może kiedyś stanie się moim
przyjacielem, jak już spłacę mu ten dług.
–
Naprawdę jesteś twarda.
–
A można inaczej? Nie wykopiesz dołu liściem.
–
Nigdy nie była z ciebie dobra dziewczyna dla klientów. Przynajmniej
w tym rzeczywiście nie byłaś wystarczająco dobra.
–
Wiem, kim byłam, i wiem też, kim chcę być.
–
A Doktor?
–
To skończone, mówiłam ci już. Przyjmij to wreszcie do wiadomości.
To skończone!
–
Chyba już pójdę, zdaje się, że tak będzie lepiej – powiedziała smutno
Fauna. Postawiła filiżankę na małej toaletce, uklękła i przeczołgała się
przez drzwiczki.
–
Popchnij mnie z tyłu Suzy, dobrze? – poprosiła.
Suzy popchnęła ją niczym piłkę, a potem zawołała:
–
Fauna!
Fauna wsadziła głowę w otwór drzwiczek.
–
Jesteś moją najlepszą przyjaciółką – mówiła Suzy – najlepszą, jaką
kiedykolwiek miałam. Jeśli jestem twarda i zawzięta, to nie ze względu na
ciebie, to ze względu na mnie samą. Zawsze byłam na wszystkich wściekła,
a tak naprawdę okazało się, że przez cały czas byłam wściekła na samą
siebie. Jak już się ze sobą zaprzyjaźnię, jak mi się to uda, dopiero wtedy
zdobędę przyjaciół bez udawania czegokolwiek.
–
A jeśli Doktor przyjdzie do ciebie? – spytała Fauna.
–
Nie jestem pułapką na mężczyzn. Nigdy bym go tak naprawdę nie
potrafiła zdobyć, jeśli przyszedłby tu na czworakach. Wiesz, klin klinem tu
nie pomoże. Jeżeli znowu polubię jakiegoś faceta i jeśli on postawi sprawę
jasno i powie, że jestem najważniejsza dla niego, mam zamiar mieć coś
w zanadrzu, żeby nie zostać na lodzie.
–
Tęsknię za tobą, Suzy.
–
Wrócę, jak tylko dojdę ze sobą do ładu. Kocham cię, Fauna.
–
Och, zamknij się – powiedziała Fauna i zatrzasnęła za sobą drzwiczki.
30
Narodziny prezydenta
Najprzebieglejszym, najkomiczniejszym i najboleśniejszym ze
wszystkich wynalazków ludzkości jest poczucie winy. Być może wszystko
zaczęło się jeszcze w epoce wspólnoty plemiennej, kiedy presja większości
trzymała w ryzach osobników niebezpiecznych dla wewnętrznej równowagi
grupy. Może powstaje ono w psychice, uaktywniane i kultywowane przez
jakiś gruczoł wydzielania wewnętrznego? A może poczucie winy jest
nieuświadamianym narzędziem, którym posługuje się człowiek, chcąc
zwrócić na siebie uwagę obojętnego świata? A może jest tak, że ból jest
rodzajem ostatecznej przyjemności? Niezależnie od tego, jaka jest geneza
poczucia winy, wydajemy z siebie przeraźliwy krzyk niczym kopulujące
koty, wilki wyjące do księżyca i ranimy się ostrymi cierniami pogardy do
samych siebie. Ogólnie rzecz biorąc, cholernie dobrze się przy tym bawimy.
Pod tym względem Hazel, jako jeden z niewielu, był poszkodowany.
Wina to rodzaj egoistycznej rozrywki, a Hazel nigdy nie był wystarczająco
świadomy samego siebie, żeby zdobyć się na ten luksus. Patrzył na życie
jak mały chłopiec przyglądający się przejeżdżającemu pociągowi –
z otwartą buzią, spokojnie i głęboko oddychając, zadowolony i zdziwiony,
trochę zmieszany.
Hazel nigdy nie aspirował do bycia kimś, z kim można byłoby się
w jakikolwiek sposób liczyć. Kiedyś Mack zdefiniował wiedzę Hazel:
–
Skończył cztery klasy podstawówki i cztery klasy szkoły specjalnej,
i w żadnej niczego się nie nauczył.
Trzeba tu pamiętać, że szkoła specjalna, gdzie podłość i przestępstwo nie
były czymś nadzwyczajnym, a wręcz przeciwnie – stanowiły element dnia
codziennego, nie wywarła na Hazel praktycznie żadnego wrażenia.
Podobnie zresztą jak ukończenie czwartej klasy podstawówki. Szkołę
skończył tak samo niewinny, jak do niej przyszedł.
Hazel po prostu nie zwracał wystarczająco dużo uwagi na to, żeby być
złym człowiekiem. Gdyby Mack, chłopaki z paczki i Doktor nie byli jego
przyjaciółmi, nie sposób sobie wyobrazić, jakie byłyby jego losy. Hazel
uważał, że Mack jest najwspanialszym człowiekiem na świecie, podczas
gdy Doktora w ogóle nie uważał za człowieka. Czasami tylko modlił się do
niego.
Ale Hazel się zmieniał. Niedostrzegalnie, powoli zaczynał zwracać
uwagę na to, co działo się dookoła niego. Być może ziarenko zasiała Fauna,
stawiając mu horoskop. Hazel nigdy więcej o nim nie wspominał i dlatego
wszystkim powinno się to wydać mocno podejrzane.
Hazel nie chciał być prezydentem Stanów Zjednoczonych. Gdyby
istniała jakakolwiek szansa zrobienia uniku, wykorzystałby ją natychmiast,
ale horoskop zamykał przed nim wszystkie drogi ucieczki. Kiedy człowiek
trafia do miejsca, z którego nie ma ucieczki, zaczyna je po prostu
dekorować na swój sposób. I dlatego Hazel, przeznaczony na prezydenta,
pozbawiony możliwości wyboru, zaczął pracować nad sobą, jako
przyszłym Pierwszym Obywatelem kraju. Pamiętajmy, że każdy może zajść
wysoko po stopniach odpowiedzialności.
Na wypadek gdyby przyszła jego kolej, Hazel zaczął się
przygotowywać. Czytał po parę razy każdy egzemplarz magazynu „Time",
od początku do końca. Bardzo dużo o tym rozmyślał i doszedł do wniosku,
że wszystko, co tam napisano, było głupie. Jest to dowodem na to, że Hazel
nie był nieinteligentny, miał tylko problemy ze skupieniem uwagi.
Kupił sobie „Almanach świata" i przeczytał życiorysy prezydentów.
Rozważał problem własnych posunięć, gdyby okazało się, że Brytyjczycy
znowu przycisnęli amerykańskich żeglarzy, lub też że sprawa
przynależności Oregonu do Stanów z 1846 roku jeszcze raz stanęła na
porządku dnia. Wczuwał się w rolę.
Pogodził się z losem i dlatego nie czuł się najlepiej. Czasami budził się
rano szczęśliwy, że cała sprawa horoskopu była tylko złym snem. Potem
liczył palce u nóg i już wiedział, że jednak nie ma wyjścia, musi pogodzić
się z czekającą nań odpowiedzialnością i wolą Przeznaczenia. Wszystko
dodatkowo pogarszała samotność. Nie mógł się z nikim podzielić swoim
dramatem. Los przeznaczył mu działanie w pojedynkę. Zwykłe, codzienne
doświadczenia innych na nic by się tu zdały. Kiedy Hazel chciał się bić
z Mackiem, nie był powodowany złością. Chciał w ten sposób wziąć
w obronę słabych. Kiedy postawił się i nie chciał na prośbę przyjaciół
przebrać się za krasnoludka, upierając się przy księciu, nie był
powodowany próżnością. Godność, jakiej wymagała jego przyszła pozycja,
była ważniejsza od niego samego. Nie mógł rujnować swojej przyszłości.
Gdyby wszystko szło normalnym trybem, na pewno któryś z chłopaków
zauważyłby wcześniej czy później cierpienie malujące się na twarzy Hazel,
jego zmęczenie i ból, obnoszony w pełnej oprawie. Jedna łyżka soli
gorzkiej załatwiłaby sprawę. Ale teraz wszyscy, zarówno mężczyźni, jak
i kobiety, byli przygnieceni jakimś ciężarem i zmęczeni. A z takim
ciężarem na sercu widzi się niewiele z tego, co dzieje się dookoła.
Wysiłki Hazel zmierzające do zrozumienia tego, co wydarzyło się na
balu, były bezowocne. Pamiętał, że wyglądał pięknie i dostojnie. Potem
wybuchło piekło, a potem było jeszcze gorzej. Duch przyjaźni panujący
w Pałacyku, sprawdzony przez lata porażek i stresów, nagle załamał się
i popękał niczym granit, który długo opierał się uderzeniom młota, by
w końcu ulec.
Mack, dla którego życie nie było niczym gorszym niż większe
przeziębienie, był teraz śmiertelnie chory. Oczy miał pozbawione
wszelkiego wyrazu, może dlatego, że, jak mówił, dusza prawie z niego
uleciała. A jeśli tak zareagował Mack, możecie sobie wyobrazić, co działo
się z resztą przyjaciół. Przypominali meduzy wyrzucone na nieprzyjazny
brzeg.
–
Co się stało? – dopytywał się Hazel, ale zamiast odpowiedzi widział
tylko smutne spojrzenia. Potem każdy odwracał od niego wzrok i patrzył
w bliżej nieokreśloną dal. Nikt nie chciał mu niczego wyjaśnić. Przez kilka
dni Hazel przypuszczał, że przyczyną milczenia przyjaciół był nieludzki
kac po balandze, ale jaki kac może trwać tak długo, nawet jeśli jest
nieludzki? Poza tym, wszyscy leczyliby się wtedy klinami, a jakoś nikt nie
miał pragnienia. Hazel zaczynał się poważnie martwić.
Usiadł pod cyprysem i nie dość że starał się skoncentrować na tym
problemie, to ni mniej, ni więcej, ale myślał! To było wyzwanie dla kogoś
nieprzeciętnego, a tylko Hazel miał dość siły, żeby je podjąć. Kiedy wstał
i otrzepał spodnie z cyprysowego pyłu, zakończyła się zachodząca w nim
przemiana. Nie było już Hazel-Niewinnego, Hazel-Nieświadomego, Hazel-
Głupka. Był Hazel, który wyprostował ramiona, żeby unieść ciężar losu, a
niezmącone niczym piękno siły błyszczało mu w oczach.
W Pałacyku było mroczno, nudno i smutno. Chłopcy leżeli każdy na
swoim łóżku, apatyczni i przygnębieni. Mack wpatrywał się w baldachim
nad łóżkiem i wyglądał najgorzej z nich, bo jego twarz nie wyrażała nawet
przygnębienia. Nic. Miał twarz bez wyrazu. Nie spalał się w kotle wrzących
emocji, po prostu zanikał.
Mack nie ruszył nawet ręką, gdy Hazel przysiadł na brzegu jego łóżka.
Nie próbował go kopnąć, chociaż miał buty na nogach. Jednym słowem,
był w fatalnym stanie.
–
Mack, Mack, kochany przyjacielu, wytrząśnij ten ołów z portek, i to
zaraz. Wstawaj! – Hazel był zdecydowany nakłonić Macka do działania.
Mack nie odpowiedział, ale zamknął oczy i dwie łzy popłynęły mu po
policzkach.
–
Mack, jeśli tylko zechcesz to wyrwę cię z tego piekła – mówił Hazel
łagodnie.
Mack powoli pokręcił głową. W prawo i w lewo. Nie chciał.
Hazel nie dawał za wygraną. Postanowił, do diabła, postawić wszystko
na jedną kartę. Atutową kartę.
–
Byłem u Doktora – mówił.
–
Siedzi w laboratorium z ołówkiem
w ręku. Nie napisał nawet słowa. O niczym nie myśli, Mack, ruszże swój
tyłek, on nas potrzebuje.
–
Potrzebuje nas jak dziury w moście – odpowiedział wreszcie Mack
grobowym głosem. – I nie miej do mnie żalu, Hazel, ale nie potrafię już
walczyć. Nie mogę już nic zrobić.
–
Ale co się stało, Mack?
–
Kiedy próbowaliśmy poprzednio, zrujnowaliśmy mu chałupę, a jego o
mały włos nie puściliśmy z torbami, ale to i tak było tylko małe piwo –
powiedział Mack głosem pozbawionym emocji.
–
Jak to małe piwo?
–
Och, stłukliśmy parę szklanek i talerzy, parę płyt, podarliśmy parę
książek i co tam było pod ręką, ale teraz wbiliśmy mu nóż w serce. Jeśli
chcesz pogłaskać kogoś po głowie, a zamiast tego rozłupujesz mu czaszkę,
to ten ktoś traci do ciebie zaufanie. – Mack westchnął, odwrócił się tyłem
do Hazel i schował głowę w ramiona.
–
Nie masz prawa rezygnować. – Hazel był uparty.
–
Mogę, do jasnej cholery, robić wszystko, na co mi przyjdzie ochota.
–
O, teraz mówisz dużo lepiej.
–
Mogę też nic nie robić.
–
Mack, przecież wiesz, że Doktor musi pojechać do La Jolla. I musi tam
być w czasie wiosennego przypływu w przyszłym tygodniu. A potem, jak
już przyślą ten nowy mikroskop, będzie miał ośmiornice i napisze sobie tę
pracę. Musimy mu pomóc, Mack.
–
Fauna mówiła kiedyś, że dała radę bokserowi wagi półciężkiej,
zwanemu Kelly Pocałunek Śmierci. To ja – Mack Pocałunek Śmierci, bo
wszystko, czego się tknę, marnieje niczym liść na mrozie.
–
Wstawaj!
–
Nie wstanę.
–
Mówię ci, wstawaj!
Mack nawet nie odpowiedział.
Hazel wyszedł na zewnątrz i rozejrzał się dookoła. Podszedł do
połamanej smołowanej beczki, leżącej w chwastach i wyrwał z niej
zakrzywioną dębową deskę. Wrócił do Pałacyku i stanął przy łóżku Macka.
Ocenił odległość i uderzył. Uderzenie było tak mocne, że spodnie Macka
nie wytrzymały i pękły. W chwilę potem Hazel zdał sobie sprawę z powagi
sytuacji, bo Mack nawet się nie poruszył. Jęknął tylko cichutko.
Hazel opanował ogarniającą go panikę i przypomniał sobie o
Przeznaczeniu. Miał się przecież poświęcić służbie w Waszyngtonie, gdzie
być może będzie nawet jadał ostrygi.
–
W porządku Mack – powiedział delikatnie. – Będę musiał sam to z nią
załatwić.
Odwrócił się i wyszedł z godnością.
Mack uniósł się na łokciu.
–
Słyszeliście, co ten pieprznięty skurczybyk powiedział? Och, to piekło
na ziemi! Gorzej niż ja i tak nikt tego nie mógłby zrobić. Matko, szykuj
całun żałobny, bom śmiertelnie chory i niedługo już zlegnę.
–
Przecież leżysz od dawna – zauważył bystro Whitey Drugi.
31
Cierniowe ścieżki wielkości
Rzadko się zdarza, by ktoś zboczywszy z obranej drogi, nie oglądał się
za siebie. Hazel dokonał wyboru, a może został zmuszony do wyboru
nowej drogi.
–
Będę musiał sam to z nią załatwić – powiedział.
Kiedy to mówił, wszystko wydawało się proste, ale teraz, siedząc pod
ukrywającymi go konarami czarnego cyprysu, musiał przyznać, że nie miał
pojęcia, kim ta „ona" była. Z tęsknotą myślał o starych czasach, kiedy był
zwykłym głupkiem, kiedy wszyscy się nim opiekowali, myśleli za niego
i kochali. Odwdzięczał się im, akceptując swoją rolę. To były czasy!
–
Lubię siedzieć z tobą, Hazel – dawno temu powiedział Doktor. – Jesteś
dla mnie jak studnia, prawdziwa studnia. Można powierzyć ci największy
sekret, a ty albo nie usłyszysz, albo nie zapamiętasz. A nawet jeśli, to i tak
wszystko jedno, bo przecież nie zwrócisz na to uwagi. Właściwie to jesteś
nawet lepszy niż studnia, bo słuchasz, ale nie słyszysz. Jesteś księdzem, ale
bez pokuty, psychoanalitykiem, ale bez diagnozy.
I takie właśnie były te cudowne dni, zanim na barkach Hazel spoczęła
odpowiedzialność. Odpowiedzialność wymaga bowiem dokonywania ocen
i wyboru kierunku działania, a to wiąże się, niestety, z myśleniem. Hazel
zaczął myśleć, ale robił to w sekrecie przed innymi. Nikt o tym nie
wiedział. Trzeba przyznać, że Hazel trochę się wstydził. W starych dobrych
czasach usiadłby sobie pod cyprysem, oparł głowę na ramionach i w czasie
krótszym niż mrugnięcie powieką zasnąłby słodko. Nowy Hazel zacisnął
zęby i zaczął zadręczać się przyszłością. Jego umysł to wspinał się na
wyżyny, to spadał w otchłań, jak mrówka, która wpadła w pułapkę bez
wyjścia. Musiał planować, oceniać, wybierać. Sen nie przychodził. Nie czuł
nawet zwykłego swędzenia. Będzie musiał się nią zająć. Ale kim była ta
„ona"?
Niespodziewanie dla niego, rozwiązanie samo mu się nasunęło.
Zdecydował się zasnąć. Oparł czoło o kolana. Nagle zwiotczały mu
wszystkie mięśnie, zupełnie jak po silnym uderzeniu. Miał uczucie, że
spada – przed nim majaczył szlak, którym powinien podążać. Nie było to,
co prawda, rozwiązanie specjalnie chlubne, ale też żadne inne nie pojawiło
się w zasięgu ręki. Sprawa zakrawała prawie na zdradę.
Zwróciliście pewnie uwagę, że to Hazel miał ten miły towarzyski
zwyczaj zadawania pytań i niesłuchania odpowiedzi. Ludzie tego oczekują,
wręcz żądają.
A gdybym tak – myślał Hazel – zadawał pytania i potem uważnie
słuchał odpowiedzi, i udawał tylko, że nie słucham.
Było to podstępne posunięcie, ale intencje były czyste, a cel nadzwyczaj
pożądany.
Postanowił, że będzie nie tylko słuchał, ale i zapamiętywał. Wtedy może
uda mi się złożyć wszystkie odpowiedzi razem, wpaść na to, kim była
„ona" i załatwić to, co było do załatwienia. Jedno pytanie powinno
wystarczyć – pomyślał. – Może dwa, ale to góra.
Obmyślenie tego wszystkiego było wysiłkiem, który bardzo go zmęczył.
Ułożył się więc wygodnie, oparł głowę na ramionach i usnął snem, jakim
się śpi po ciężkiej, dobrze wykonanej pracy.
32
Hazel w akcji
Joe Elegant wrócił po cichu z podróży, gotów wyjechać znowu, na
pierwszy znak, że tak będzie dla niego lepiej. Oczekiwał odwetu za kostium
Hazel, ale jakoś nikt nie próbował się mścić. Z radości Joe przez trzy
wieczory piekł maślane bułeczki, które zwykle robiły furorę, ale teraz
żadna z dziewcząt nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Joe bardzo był
ciekaw, co zaszło podczas jego nieobecności, ale bał się zapytać. Gdy Pod
Niedźwiedzią Flagę zajrzał Hazel, Joe bardzo się ucieszył. Miał nadzieję, że
czegoś się dowie.
–
Siadaj – powiedział Joe – przyniosę ci kawałek ciasta.
W czasie, kiedy Joe był w kuchni, Hazel przyglądał się dziełom artysty
Henriego, wiszącym na ścianach pokoju. Jedno pochodziło z okresu
kurzych piór, drugie z późniejszego – skorupki orzecha. Potem Hazel
obejrzał dokładnie stolik do gry, przy którym Joe pisał. Stała na nim
maszyna walizkowa. Obok leżał starannie ułożony rękopis – zielony papier
zapisany zieloną czcionką. Jedna kartka była wkręcona w maszynę. Tekst
zaczynał się od słów: „Mój drogi Anthony West, to bardzo miło z twojej
strony"...
Joe wrócił ze sporym kawałkiem ciasta i szklanką mleka, a kiedy Hazel
opychał się, popijając łapczywie mleko, wielkie wilgotne oczy Joego
patrzyły na niego uważnie, unikając skrzyżowania spojrzeń.
–
Jak poszło? – spytał Joe.
–
Co?
–
Myślę o twoim kostiumie.
–
Świetnie, świetnie. Wszyscy byli naprawdę zaskoczeni.
–
Założę się, że byli zaskoczeni. Czy Mack coś o tym mówił?
–
Powiedział, że dobrze się spisałem. O mało się nie popłakał.
Elegant uśmiechnął się złośliwie.
–
Joe, jak myślisz, o co tak naprawdę chodzi z Doktorem? – spytał Hazel
beznamiętnie.
Joe założył nogę na nogę ruchem światowca i przebierał palcami zielone
kartki zapisane zieloną czcionką.
–
To całość i część, a część jest całością – powiedział.
–
Powtórzysz to? – poprosił Hazel.
–
To oznacza wiele rzeczy i jedną rzecz. Libido Doktora pcha go w jedną
stronę, a świadomość ciągnie go w drugą. Jego ideały to morze, wiatr
i przypływ, a on, chcąc być blisko nich, kolekcjonuje zwierzęta. Przynosi
swoje skarby do laboratorium. Chce je ukryć i być może postawić smoka
Fafnira na straży.
„Ale on przecież wszystko sprzedaje" – o mały włos nie wyrwało się
Hazel, ale wówczas wydałoby się, że słucha Joego z uwagą.
–
Znałem kiedyś dziewczynę, która nazywała się Fafnir – powiedział
więc tylko.
–
Bertha Fafnir. Chodziła do trzeciej klasy. Przed Świętem
Dziękczynienia rysowała indyki na tablicy. Nosiła krochmalone halki, które
ciągle szeleściły.
Joe naburmuszył się trochę, bo nie lubił, gdy mu przerywano.
–
Przedestyluj mit, a otrzymasz symbol – zaczął znowu – symbolem jest
praca, którą on chce napisać, ale to samo w sobie niesie już zafałszowania
i potrzebuje redestylacji. A dlaczego? Bo jest tylko substytutem, oto
dlaczego. Jego symbol jest fałszywy. Przez to nie może napisać rozprawy.
Frustracja! Poszedł w złym kierunku a zatem musiał dojść do złych
wniosków. „Potrzebuję mikroskopu" – mówi. – „Muszę iść do La Jolla na
wiosenny przypływ". On nie pojedzie do La Jolla. I nigdy nie napisze tej
pracy.
–
Dlaczego nie?
–
Niewłaściwy symbol. Musimy wrócić do mitu morza, żeby to
zrozumieć. Morze to jego matka. Jego matka umarła, ale on żyje. On zbiera
owoce łona matki i próbuje je przechować. Rozumiesz?
–
Jasne – odpowiedział Hazel nieobecnym tonem.
–
On potrzebuje miłości i zrozumienia – mówił dalej Joe.
–
A kto nie? – zapytał Hazel.
–
Wydaje mi się, że mógłbym mu pomóc, gdyby tylko mi pozwolił.
–
On jest cholernie napalony na Suzy, tak myślę. Joe Elegant zacisnął
usta w niesmaku. –
To kolejny zły kierunek i kolejna frustracja. –
Jedni
lubią to, inni tamto – zauważył Hazel. – Bardzo oryginalne – podsumował
Joe.
Tylko kilka kroków dzieliło klitkę Joego od świetlicy. Wystarczyło
przejść przez kuchnię. W świetlicy siedziała Becky. Czytała listy, trzymając
nogi na stole. Karta z ryżowego papieru, którą trzymała w ręku, przyszła
z Japonii. Becky zapisała się bowiem do Klubu Korespondencyjnego.
Droga Koleżanko Klubowa. Twoje pismo otrzymane. Są gondole
w Złotym Stanie? Japońskie dziewczyny splatają włosy podobnie, ale nie
używają farby. Mój przyjaciel Mitzi Mitzuki bardzo Zachodnio umysłowiony
jest. Spróbuję, jeśli przyślesz małe nieduże pudełko wody utlenionej o
podwójnym ciśnieniu.
–
Cześć! – powiedział Hazel.
–
Byłeś kiedyś w Japonii? – spytała Becky, odkładając list.
–
Nie, nigdy.
–
Ja też nie. A jak tam Mack?
–
W porządku. Powiedz, Becky, o co tak naprawdę chodziło
z Doktorem?
–
To miłość. On cierpi w ukryciu, a jeśli nie cierpi, to powinien.
Wszyscy fajni faceci tak robią.
–
Wygląda jak z krzyża zdjęty.
–
No właśnie, biedny facet. Gdyby to chodziło o mnie, poszłabym do
niego położyła mu chłodną rękę na rozpalone czoło i powiedziała:
Doktorze...
Becky nie dokończyła, bo otworzyły się drzwi od pokoju Fauny.
–
Wydawało mi się, że słyszę rozmowę. Cześć Hazel. Nie ma tu więcej
dziewczyn? Becky, jesteś strasznie wymęczona, idź do łóżka.
–
Przyszedłem tylko o coś zapytać – powiedział Hazel.
–
No to właź do mnie do pokoju. Siadaj. Chcesz lufę? To osobista
sprawa? Zamknąć drzwi?
–
Tak – odpowiedział Hazel zbiorczo na wszystkie pytania.
Po drinku oczy zaczęły mu błyszczeć.
–
Powiedz Fauna, o co tak naprawdę chodziło z Doktorem?
–
Jeszcze nie tak dawno nie powiedziałabym ci, ale kiedy założył
krawat, a potem tego wieczoru...
–
Przecież był wtedy pijany – wtrącił Hazel. – P ijany facet może pleść
różne bzdury.
–
Owszem, ale nie Doktor.
–
Myślisz, że to chodzi o Suzy?
–
Tak, proszę szanownego pana! I jeśli ona nie jest walnięta, to powinna
wybrać się z nim do La Jolla i pomóc mu w pracy. Niby dlaczego nie?!
Zbliżyłaby się do niego.
–
On ciągle próbuje pisać.
–
Wpędził się w ślepy zaułek i założę się, że teraz nawet nie myśli o tej
pracy.
–
O niczym nie myśli.
–
Właśnie o tym mówię. Gdyby mógł przestać myśleć o Suzy, wtedy
może zacząłby myśleć o pisaniu.
–
Myślisz, że gdyby ona pojechała z nim do La Jolla...
–
Tak, ale ona nie pojedzie.
–
On nie zabrałby jej ze sobą.
–
Gdyby głupota nie była tak powszechna, to nie trzeba by go pytać o
pozwolenie – powiedziała Fauna. – Pogubiłam się i nie bardzo wiem, do
czego zmierzamy. Napijesz się jeszcze kielicha?
–
Nie mogę – odpowiedział Hazel – muszę się jeszcze zobaczyć
z jednym gościem.
Hazel wszedł do sklepu spożywczego. Przez czysty przypadek Józef
i Maria akurat czytał list. Patron czytał i klął soczyście po hiszpańsku. List
był od Jamesa Petrillo. Do treści listu nie mogło być żadnych wątpliwości.
Gdyby spełniła się zawarta w nim groźba, stałoby się jasne, że chociaż rząd
nie może sobie poradzić z problemem nielegalnych emigrantów z Meksyku,
poradzi sobie z tym związek zawodowy muzyków. Patron był w potrzasku.
Zazwyczaj gdy Patron nie mógł pokonać przeciwnika, przyłączał się do
niego. Petrillo nie dawał mu jednak takiej szansy. Umysł Józefa i Marii
zaczynał się skłaniać ku przemocy.
–
Jak leci? – przywitał się Hazel.
–
Do dupy – odpowiedział Patron.
–
Nikomu ostatnio nie wiedzie się najlepiej – zauważył Hazel – Doktor
siedzi przy biurku i wygląda jak zapity w trupa. O co chodzi z Doktorem,
jak myślisz, Patron?
–
Jeden Pan Bóg wie. Mam własne problemy. Śmieszna sprawa –
ciągnął dalej – wczoraj w nocy wracałem z Monterey do domu
i zauważyłem jakiś cień przemykający się po pustym placu. Doszedł akurat
do miejsca, gdzie latarnia z ulicy rzuca trochę światła i gotów jestem się
założyć, że to był Doktor!
–
Nie?!
–
Tak, tak – odpowiedział Patron i rozejrzał się po sklepie. Popatrzył na
warzywa, piętrzące się stosy konserw, a na koniec zatrzymał wzrok na
zdjęciu ładnej dziewczyny reklamującej coca-colę. – Wiesz co – powiedział
zamyślony – przed balem w Pałacyku, powiedziałbym o Suzy, że to jeszcze
jedna z tych latawic, które nigdzie nie zagrzeją miejsca. Wygląda jednak na
to, że ona zapuściła tu korzenie. Przeprowadziła się do kotła. Zdaje się, że
Doktor jest w to bezpośrednio zamieszany. Być może w tej Suzy jest coś,
czego nie zauważyłem. Teraz mam ogromną ochotę to sprawdzić.
–
Nie wolno ci – powiedział Hazel poważnie – ona należy do Doktora.
–
Do diabła, dziwki nie należą do nikogo. Mógłbym pójść, stanąć pod
oknem i zagwizdać na nią.
–
Kocioł nie ma okien.
Patron uśmiechnął się. Oznaczało to niewątpliwie, że zaczął zapominać
o ciosie zadanym mu przez Petrilla.
–
Tak jest, proszę szanownego pana. Może czegoś w niej nie
zauważyłem!
–
Trzymaj się od niej z daleka. Tak będzie lepiej dla ciebie.
Józef i Maria opuścił powieki i na sekundę stał się Indianinem.
Zaraz potem uśmiechnął się.
–
Każdy orze, jak może – powiedział swobodnie. – Słyszałem, że dostała
pracę.
Złoty Mak. Długi, wąski i wysoki lokal. Podłoga wyłożona małymi,
ośmiokątnymi kafelkami. Ciemny, drewniany kontuar baru, okrągłe
niewielkie stołki. Monotonię lady urozmaicały: otwór na monety
uruchamiające szafę grającą, podstawka na serwetki, sól, pieprz, cukier,
musztarda, ketchup. W głębi sali były drzwi do kuchni z okienkiem i półką
na naczynia. Przy drzwiach stała kasa. Automat z papierosami był blisko
wejścia. Nad kontuarem wisiało długie lustro, naprzeciw którego stał
ekspres do kawy, obok niego zaś toster, ruszt, ciasta i ciastka zakryte
szklanym kloszem, zestawy śniadaniowe, pączki, półka z zupami
w puszkach, podgrzewacz do puszek, karty do gry, program kina i rozkład
jazdy autobusów.
Było to zimne i ponure miejsce, znane z dobrej kawy i parszywego
żarcia. I nic na to nie można było poradzić ani niczego zmienić. Złoty Mak
nie miał szans w rywalizacji z przyjemnymi i gwarnymi restauracyjkami
rozsianymi po całym Monterey, z ich obrusikami w kolorową kratkę,
plakatami wiszącymi na ścianach, niskimi sklepieniami i świecami
w korkowych lichtarzykach.
Ella nawet nie próbowała stawać do konkurecji. Było bowiem wielu
takich, którzy woleli czerstwe pączki, żylaste mięso i zupy z puszek od
luksusów oferowanych przez nowoczesne lokale. Klienci Złotego Maku nie
zwracali uwagi na stare, zakurzone pajęczyny wiszące na ścianach, czy też
dowcipy dopisane ołówkiem na jadłospisie. Jedzenie było dla nich
niezbędnym, ale i podniosłym aktem, którego nie mogły zakłócać tego
rodzaju nonsensy.
Największy ruch panował pomiędzy siódmą a ósmą trzydzieści
(śniadanie), jedenastą trzydzieści a trzynastą trzydzieści (lunch)
i osiemnastą a dwudziestą (kolacja). Pomiędzy tymi godzinami goście
przychodzili na kawę, kanapki i pączki. Wieczorami najwięcej gości było
około wpół do dziesiątej, kiedy kończył się pierwszy seans w kinie i o wpół
do dwunastej, kiedy kończył się następny. O wpół do pierwszej w nocy
Złoty Mak zamykał podwoje. Wyjątek stanowiły soboty – dopiero o drugiej
serwowano ostatniego drinka „na dzień dobry".
To, że Suzy zaczęła pracę w barze, miało dziwny, ale zrozumiały wpływ
na Ellę. Przez całe lata Ella trzymała się w żelaznych ryzach, walcząc ze
zmęczeniem i bólem. Gdyby choć przez chwilę dopuściła do siebie myśli o
opłakanym stanie, w jakim był jej organizm, podcięłaby sobie żyły. To
pewne.
Suzy była więcej niż pomocnicą. Właściwie przejęła całą pracę.
Targowała się z dostawcami. Czekając na grzanki, stała przy tosterze
i pogwizdywała wesołe melodie. Zapamiętała, że pan Garrigas lubi zupę
krem z selerów, na dodatek zapamiętała nawet jego nazwisko.
Przez dzień czy dwa Ella obserwowała pracę Suzy i z przekąsem
odmawiała, kiedy dziewczyna prosiła ją, żeby poszła do domu i położyła
się na parę godzin. Potem opór Elli był coraz słabszy, a w końcu
bezgraniczne zmęczenie, bolące nogi i okropny ból całego ciała wzięły
górę. Kiedy Ella przyznała się do tego, była zupełnie wykończona. Za
pierwszym razem, idąc do domu, żeby położyć się na godzinę, czuła się jak
grzesznica, ale następnym razem był to już luksus, który z czasem stał się
po prostu koniecznością.
I gdy teraz po pierwszym „kinowym" nawale pracy o wpół do dziesiątej
Suzy mówiła:
–
Idź już do domu, Ella, śpij dobrze, dobranoc – brzmiało to absolutnie
naturalnie.
Suzy nie tylko świetnie dawała sobie radę gdy zostawała sama, ale jej
otwartość i dobry humor przyciągały nowych klientów.
O jedenastej piętnaście sześć filtrów z bibułki było wypełnionych świeżą
kawą, hamburgery leżały w lodówce zawinięte w pergamin, pomidory były
pokrojone, chleb na kanapki leżał przygotowany w szufladzie pod
opiekaczem. O jedenastej trzydzieści przychodzili klienci wracający z kina.
Suzy dwoiła się i troiła: robiła kanapki, topiła ser na grzankach,
przyrządzała cheeseburgery i kawę, kawę, kawę. Kasa dzwoniła, reszta
błyskawicznie pojawiała się na gumowej podkładce leżącej obok.
–
Umówisz się ze mną w sobotę?
–
Jasne, bardzo chętnie.
–
No to jesteśmy umówieni.
–
Czy mogę przyjść z mężem?
–
Jesteś mężatką?
–
Przestanę być, jeśli pójdę z tobą na randkę.
–
Ślicznie wyglądasz, maleńka!
–
Ty też jesteś niczego sobie. Twoja reszta.
–
Zatrzymaj.
–
Dzięki. Cheesburger już gotowy! Przepraszam, ale kanapka
z tuńczykiem kosztuje osiemdziesiąt sześć centów.
W ciągu sekund, jakie przedzielały zamówienia, Suzy wrzucała brudne
naczynia do zlewu, myła je, płukała i wycierała.
–
Hej! Panie Gelthain, zostawił pan parasol!
–
Rzeczywiście! Dziękuję! – to oznaczało dodatkowe dwadzieścia pięć
centów napiwku.
Te ćwierć dolara powędrowało na pewno do puszki z napisem „Joe".
Każdego ranka, kiedy Joe Blaikey przychodził na kawę, pojawiał się
przed nim niewielki stosik srebrnych monet. Joe zapisywał to w notatniku.
Zadziwiające! Suma rosła bardzo szybko.
Pięć minut przed północą przyszedł Hazel i czekał oparty o ścianę, aż
zwolni się jakiś stołek.
–
Cześć Hazel. Co zamawiasz? – zawołała do niego Suzy.
–
Cześć. Kawę.
–
To na koszt firmy. Jak leci?
–
Normalnie.
Powoli robiło się luźniej. W końcu Złoty Mak był pusty. Zręczne ręce
Suzy szybko doprowadziły wszystko do porządku. Wyczyściła grill, umyła
kontuar, przetarła buteleczki z przyprawami. Dopiero wtedy zauważyła, że
Hazel ciągle jeszcze był w barze.
–
A co ty tu, do diabła, robisz? – spytała.
–
Pomyślałem, że skoro idziemy w tę samą stronę, to chętnie
przeszedłbym się z tobą.
–
Dlaczego nie? Możesz mi ponieść teczkę.
–
Jaką teczkę?
–
Żartowałam.
–
Cha, cha! – powiedział Hazel poważnie.
Szli wzdłuż ulicy Alvarado. Wszystko było pozamykane. Świeciły się
tylko neony barów. Na końcu Presidio zatrzymali się. Oparci łokciami o
żelazną balustradę patrzyli na kutry rybackie kołyszące się na czarnej
wodzie zatoki. Przeszli przez tory, minęli magazyn wojskowy i doszli do
ulicy Nadbrzeżnej od strony położonej wyżej.
–
Jesteś świetną dziewczyną, Suzy – odezwał się w końcu Hazel.
–
Powtórz to jeszcze raz.
–
Powiedz mi Suzy, jak myślisz, o co chodzi z Doktorem?
–
A skąd ja mam to wiedzieć?
–
Obraziłaś się na niego?
–
Może zajmiesz się swoimi sprawami, co?
–
Nie denerwuj się – powiedział szybko Hazel. – Wiesz, że nie jestem
bystrzakiem. Wszyscy to wiedzą.
–
Co to ma wspólnego ze wścibianiem nosa w moje sprawy?
–
Nikt na mnie nie zwraca uwagi – mówił Hazel niezrażony. – Doktor
mówi, że ja nie słucham i jemu to się podoba.
Przez chwilę szli w milczeniu.
–
On jeden liczy się dla mnie na tym świecie, jemu zawdzięczam
wszystko – odezwał się Hazel cichym, pokornym głosem.
–
Raz nawet
poręczył za mnie, a przecież ja nie mam za grosz charakteru. Kiedyś o mało
nie straciłem nogi, ale on ją rozkroił, nasypał jakiegoś proszku, i patrz!
Ciągle na niej chodzę.
Suzy nie odpowiadała. Ich kroki dudniły na chodniku, odbijając się
echem od pustych metalowych budynków przetwórni.
–
Doktor ma kłopoty – mówił dalej Hazel.
Ulica pełna była ich głośnych kroków.
–
Każdy ma kiedyś kłopoty. Może teraz przyszła kolej na Doktora, ale
jakoś nikt się tym nie przejmuje.
Szli dalej.
–
Muszę mu pomóc, ale brak mi polotu.
–
Czego, do diabła, oczekujesz ode mnie?
–
Pomyślałem sobie, że może poszłabyś do niego i pogodzilibyście się.
–
Nie pójdę.
–
Gdybyś ty była w biedzie, on na pewno by ci pomógł.
–
Ale nie jestem. Poza tym, skąd wiesz, że on ma kłopoty?
–
Nieważne, ale mówię ci o tym, bo myślałem, że go lubisz.
–
Lubię go, to prawda, i gdyby rzeczywiście był w biedzie, powiedzmy
chory, albo gdyby złamał nogę, poszłabym do niego choćby po to, żeby mu
zanieść talerz zupy.
–
Jezu! Jeśli Doktor skręci nogę, to nie będzie mógł iść na wiosenny
przypływ!
–
Przecież nie skręcił. Po co tyle zamieszania?
Minęli bar Grubej Idy.
–
Napijesz się piwa? – powiedział Hazel.
–
Nie, dzięki. Nie idziesz do Pałacyku, Hazel?
–
Nie. Muszę się jeszcze zobaczyć z jednym facetem.
–
Kiedy byłam małą dziewczynką zrobiłam dla swoich staruszków
popielniczkę...
–
Podobała im się?
–
Nie potrzebowali żadnej popielniczki.
–
Nie palili?
–
Nie. Dobranoc – powiedziała Suzy.
Hazel był bliski załamania. Przez całe życie nie skoncentrował się na
jednej myśli dłużej niż dwie minuty. Teraz jego szare komórki wysilały się
do granic wytrzymałości, pracując przez cztery godziny. A sprawa nie była
jeszcze załatwiona. Musiał złożyć jeszcze dwie wizyty, a potem wycofać się
pod gałęzie czarnego cyprysu, żeby pozbierać wszystko w całość. Do tej
pory jednak w głowie Hazel panował zamęt, myśli były mgliste
i pogmatwane. Obraz jego umysłu przypominał dziecięcy kalejdoskop
zmieniający kolory i wzory przy każdym ruchu. Hazel miał wrażenie, że
jego biedny mózg aż skrzypi z wysiłku.
Ta noc należała do kotów. Ogromne kocury wszędzie się szwendały.
Przyczajone, czołgały się, szukając innych kotów. Kotki zaś pyszniły się
słodką niewinnością, nieświadome tego, co mogło im się przydarzyć
i czego jednocześnie oczekiwały. Na skałach przy porcie wojennym lwy
morskie szczekały prawie jak psy. Srebrne przetwórnie ziały pustką
pogrążone w ciszy. Oświetlały je tylko latarnie uliczne. Gdzieś z odległej
plaży dochodził głos trąbki. To Cacahuete smutno grał Memphis Blues.
Hazel przystanął na moment, żeby nacieszyć się tajemniczością nocy.
Patrzył na kocioł, w którym zniknęła Suzy. W świetle latarni zauważył
skradającą się sylwetkę. Z kształtu i ruchów domyślił się, że to Patron.
Ponieważ nie miało to nic wspólnego z problemem, który go absorbował
bez reszty, Hazel wszedł na schody wiodące do laboratorium. Podszedł do
drzwi i zapukał.
Doktor siedział na łóżku i robił przegląd swojego dobytku. Siatki,
wiadra, słoiki z formaliną, solą gorzką i mentolem, kalosze, gumowe
rękawiczki, szklane pojemniczki i pipety leżały przed nim na podłodze. Na
stole stało nowe akwarium z zamontowaną niewielką pompką poruszaną
przez silniczek na baterie. Doktor posępnie wpatrywał się w bąbelki
powietrza burzące morską wodę.
–
Wchodź śmiało – powiedział do Hazel – cieszę się, że przyszedłeś.
–
Wpadłem, bo trochę się nudzę – powiedział Hazel.
–
To dobrze, bardzo dobrze, Hazel. Człowiek głupio się czuje, kiedy
mówi do siebie, a z drugiej strony są to rzeczy szalenie intymne. Świetnie
więc, że się zjawiłeś.
–
Wiesz, Doktorze, właśnie mi się przypomniało, co to ta kastro... nie,
astrofizyka?
–
Tak naprawdę, to nie bardzo zależy ci na odpowiedzi, prawda?
–
Nie za bardzo. Tak sobie zapytałem, bo zapisałem się na taki kurs.
–
Nie jestem dziś w nastroju do słuchania opowieści o twoim kursie.
–
Przyniosłem buteleczkę czegoś mocniejszego – powiedział Hazel.
–
To ładnie z twojej strony. Napijesz się ze mną?
–
Jasne. Czy to prawda, że wybierasz się do La Jolla, Doktorze?
–
Wydaje mi się, że powinienem. To jedna ze spraw, nad którymi się
zastanawiam. Zdaje się, że narobiłem wokół tego sporo hałasu.
–
Sporo ludzi myśli, że nie pojedziesz.
–
I właśnie dlatego muszę jechać. W każdym razie to jeden z powodów.
–
Nie masz ochoty?
–
Nie wiem – odpowiedział Doktor cicho i wstał z łóżka.
Podszedł do akwarium i odłączył baterie.
–
Nie ma sensu marnować prądu. Oj, Hazel, czuję się pogruchotany jak
stary ford T na wybojach. Wszystko mam w rozsypce. Ciągle jednak nie
wiem, dlaczego wszystko nie jest tak, jak być powinno. Nie wiem nawet,
czy uda mi się to wszystko poskładać z powrotem do kupy.
–
Mógłbym ci pomóc – powiedział Hazel – znam się na modelu T.
–
A wtedy mogłoby się okazać, że znasz się również na ludziach
i byłbym w jeszcze większych opałach.
Hazel zawstydzony spuścił oczy. Nikt nigdy nie podejrzewał go o
jakąkolwiek wiedzę.
–
To właśnie cały, porządny Hazel – chichotał Doktor.
–
Powiedz mi, Doktorze, co się właściwie z tobą dzieje? – Hazel zebrał
się w końcu na odwagę; i był przerażony własną śmiałością, ale Doktor
wcale się nie śmiał. Przeciwnie, potraktował to pytanie bardzo serio.
–
Jeden Pan Bóg wie. Wydaje mi się, że to rodzaj usprawiedliwiania się
przed samym sobą. Chciałem wnieść jakiś wkład do nauki. Być może miało
mi to zastąpić nigdy niezrealizowane marzenie o ojcostwie. A teraz, nawet
jeśli przydam się na coś nauce i rzeczywiście coś zrobię, będzie to bardzo
mizerne. Zdaje się, że wmówiłem sobie jakieś głupstwo i nie mam wyjścia,
muszę je zrealizować.
–
Mackowi jest bardzo przykro. Wstydzi się za siebie i Faunę. Z tego
wszystkiego aż się rozchorował.
–
Hazel po omacku szukał punktu
zaczepienia.
–
Nie powinien się tak przejmować. To ja spowodowałem całe
zamieszanie.
–
Czy to znaczy, że zabrałbyś wtedy Suzy ze sobą?
–
Chyba tak. Myślę o tym od tamtej pory. Przez kilka dnia czułem się
inaczej i lepiej niż kiedykolwiek w życiu. Ból, który zdawał się nie mieć
końca, ustąpił. Byłem jak nowo narodzony.
–
Z powodu Suzy?
–
Chyba tak. Większość uważa, że mam niczym nieskrępowany sposób
myślenia i nie uznaję żadnych konwencjonalnych ograniczeń. I co
zrobiłem? Porachowałem i zbilansowałem ohydne konto. Oceniałem
wykształcenie, doświadczenie, pozycję społeczną, a nawet i pochodzenie.
Zapomniałem, że niektórzy z najnędzniejszych ludzi, jakich znam,
znakomicie by wypadli w takim podsumowaniu. Tak, to chyba o to chodzi.
Wypowiedziane głośno nabrało więcej sensu. Ale teraz i tak jest za późno,
zdaje się, że wszystko zaprzepaściłem.
–
Dlaczego nie spróbujesz jeszcze raz, Doktorze?
–
Jak?
–
Może kupisz czekoladę albo wiązankę goździków i zapukasz do niej?
–
Zaczynać wszystko od początku? Nie, to nie ma sensu.
–
Damulki wszystkie są takie same – rzucił Hazel.
–
Ależ zrobiłeś odkrycie. Widziałeś ją?
–
Tak. Zupełnie przyzwoicie urządziła się w starym kotle i wiem, że
pracuje w Złotym Maku.
–
Rozmawiałeś z nią? Co mówiła? – dopytywał się Doktor.
Hazel ponownie pogrążył się w zawiłościach łamigłówki, którą chciał
rozwiązać. Przypomniała mu się porywczość Suzy.
–
Kiedy była dzieckiem zrobiła dla rodziców popielniczkę... – zaczął
Hazel i zaraz przerwał, bo nawet dla niego zabrzmiało to głupio.
–
I co dalej z tą popielniczką?
–
Oni wcale nie potrzebowali popielniczki.
–
Ona ci to opowiedziała?
–
Mhm.
–
To napijmy się.
–
Nie mogę, Doktorze, mam jeszcze jedno spotkanie.
–
Czy nie za późno na wizyty?
–
Właściwie trochę późno... Doktorze, zawsze byłeś dla mnie dobry
i wiedz, że nigdy, ale to przenigdy nie zrobiłbym ci nic złego.
–
Oczywiście, wiem o tym.
–
A jednak zrobiłem.
–
Co takiego?
–
Pamiętasz, zawsze powtarzałeś, że mnie lubisz, bo ja nie słucham tego,
co się do mnie mówi.
–
Pamiętam dokładnie.
–
A ja słuchałem – w oczach Hazel widać było zawstydzenie
i nieśmiałość.
–
I bardzo dobrze.
–
Doktorze...
–
Tak?
–
Józef i Maria kręci się koło kotła.
Hazel jeszcze nigdy w życiu nie był tak zmęczony. Zmuszał się do
myślenia, łamał sobie głowę na różne sposoby, ale tak jak się spodziewał,
rezultaty były żałosne. Nie doszedł do żadnych wniosków. Zaczynał
z nadzieją, że uda mu się znaleźć choćby światełko w tunelu, które
mogłoby doprowadzić go do celu, to zaś, do czego doszedł, przypominało
obraz Henriego-artysty z okresu skorupki orzecha. Hazel miał straszną
ochotę na długi, mocny sen. Czuł się bardzo obco na świecie. Wszystko
skomplikowało się jeszcze bardziej. Przez chwilę rozważał, czy tak samo
źle będzie sobie radził w Waszyngtonie. Wracał do Pałacyku przez pusty
plac, potem wszedł na kurzą ścieżkę, ociężale szurając nogami. Chciał
wśliznąć się pod kołdrę po ciemku i ukryć się przed niepowodzeniem we
śnie.
Mack i reszta czekali jednak na niego.
–
Gdzie ty, do diabła, łazisz? Szukaliśmy cię wszędzie! – krzyczał Mack.
–
Spacerowałem sobie – powiedział na odczepnego.
–
O Jezu! Walnąłeś mnie dechą i o mało mnie nie zabiłeś! – wrzeszczał
Mack i ruszył w kierunku Hazel.
–
Wiem, że nie powinienem był tego robić. Jak chcesz to mogę ci
rozmasować bolące miejsce.
–
Nie chcę. Obejdzie się, do cholery! Co ty kombinowałeś, Hazel? Kiedy
ty zaczynasz coś planować, niebo wali mi się na głowę, jak mawiał Henny
Penny.
–
Z kim się dzisiaj widziałeś? – pytał Whitey Drugi.
–
Ze wszystkimi, bo łaziłem po okolicy.
–
Dobrze, dobrze, ale z kim konkretnie?
–
Och, z Joe Elegantem, z Fauną, z Suzy i z Doktorem.
–
Widziałeś się z Suzy? – zainteresował się Mack.
–
Jasne. Wpadłem do Maku na kawę – powiedział Hazel.
–
Patrzcie, kto to pije kawę! – kpił Whitey Drugi.
–
Piłem na koszt firmy – wyjaśnił Hazel.
–
No już dobrze. Co mówiła Suzy?
–
Powiedziała, że w trzeciej klasie zrobiła popielniczkę...
–
O Jezu! Nie mówiła nic o Doktorze? – Mack pytał cierpliwie.
–
Tak, chyba coś mówiła.
–
Boże, Hazel, nie staraj się być złośliwy, bo wtedy ja też będę złośliwy.
Mack zmienił pozycję na łóżku, co było bardzo bolesną operacją,
zważywszy na stan jego pośladków pokiereszowanych przez Hazel.
–
Chyba pójdę sobie jeszcze na spacer – powiedział Hazel smutno.
–
Czekaj! Co powiedziała Suzy o Doktorze? – Mack nie dawał za
wygraną.
–
Powiedziała, że nie chce mieć z nim nic wspólnego, chyba że... nie,
lepiej będzie, jak sobie pójdę na spacer.
–
Chyba że co?
–
Chyba że Doktor złamałby nogę albo się rozchorował.
–
Hazel, czasem zmuszasz mnie, żebym myślał tak samo, jak ty. Boże
Wszechmocny! Nie powinienem pozwolić ci wyjść samemu – powiedział
Mack i pokiwał głową.
–
Nie zrobiłem nic złego – bronił się Hazel.
–
Jasne, ale mogę się założyć, że nie zrobiłeś też nic dobrego. Daję
głowę, że już zacząłeś rozmyślać, jak można wpakować Doktora w jakąś
chorobę?
–
Jestem zmęczony. Chcę iść spać – powiedział Hazel.
–
Nikt cię nie zatrzymuje.
Przed pójściem do łóżka Hazel nawet się nie rozebrał. Padł jak ścięty, ale
nie mógł zasnąć aż do świtu nadchodzącego do ulicy Nadbrzeżnej od strony
Salinas. Od myślenia bolała go głowa, a ciążąca na nim odpowiedzialność
to ściągała popręgi, to bodła ostrogami.
33
Dalekie odgłosy
Przez jakiś czas po wyjściu Hazel Doktor siedział i myślał. Miotały nim
sprzeczne uczucia. W gardle zaschło mu zupełnie. Patrzył na siebie
z najwyższego pułapu – naukowiec, doświadczony teoretyk, znakomicie
przygotowany metodologicznie, którego dewizą jest dokładność
i rzetelność w pracy. Żadne zjawisko ani sprawa nie miały dostępu do jego
umysłu, jeśli nie można było ich zważyć, zmierzyć, posmakować, usłyszeć
albo zobaczyć. Prawa nauki były jego prawami i zawsze chciał je ściśle
przestrzegać. Złamanie któregokolwiek było dla niego nie tylko grzechem,
ale także bardzo niebezpiecznym postępkiem, gwałt bowiem może
prowadzić do anarchii. Doktor bał się i było mu zimno. Jeden z głosów jego
duszy, piszcząc z uciechy po odniesionej przez Doktora porażce, naigrawał
się: Mówiłem ci! Przez wszystkie lata powtarzałem, że oszukujesz samego
siebie. A teraz z pokorą wracasz do analizy. Nie martw się, ja cię ośmielę!
Następny głos też nie próżnował. Sprawiał Doktorowi ból i utrzymywał,
że ból jest konieczny i dobry.
Poprzedni głos wziął jednak górę. Przyjrzyjmy się temu jeszcze raz –
myślał Doktor. – Jest człowiek, który ma do wykonania pewną pracę. I jest
dziewczyna. Co ona robi w tym wszystkim? Przyjmijmy, że ze znajomości
z nią wynikają tylko rzeczy dobre, ale w rzeczywistości wcale nie jest tak
różowo. Nie ma możliwości, żebyśmy mogli być razem, nie mamy szans.
Jest właściwie analfabetką, na dodatek ma dość gwałtowne usposobienie.
Ma wszystkie wady kogoś niedouczonego – pewność sądu w stosunku do
spraw i rzeczy, których sama nigdy nie sprawdziła, a gotowa jest
przekonywać każdego, że to właśnie ona ma rację. W ciągu dwóch
miesięcy wyszłaby z niej, niczym szydło z worka, jakaś zakichana dewotka.
Co wtedy stałoby się z moją wolnością? Moje myślenie przypominałoby
grę w tenisa w wykonaniu bardzo złego gracza. Trzeba skończyć z tymi
nonsensami! Zapomnieć! To nie jest dla mnie i wcale tego nie chcę.
Ten sam głos szeptał: Nie uciekniesz przed nią. Cokolwiek się stanie,
będziesz ją miał. Wczuj się we własny puls. Posłuchaj uderzeń serca.
Dlaczego? Dlatego, mój drogi, że przed chwilą usłyszałeś uderzenie
żelaznych drzwiczek kotła. Nie pomyślałeś do tej pory, co to znaczy, ale
odczuwasz ból z powodu tego dźwięku, a może właśnie dlatego, że jest
trzecia trzynaście nad ranem.
Ten drugi głos mówił: Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Wszystko składa się z dobra i zła. Czy znasz kogoś – nieważne, czy to
kobieta czy mężczyzna – kto nie byłby jednocześnie i dobry, i zły? Dopuść
mnie do głosu! Albo, jak Boga kocham, dam ci tak popalić, że popamiętasz
mnie na resztę życia. Dopuść mnie do głosu, proszę! Czujesz to wrzenie?
To złość. Pozwolisz się jej wyładować czy ma ropieć tutaj, aż się z tego
rozchorujesz, a potem oszalejesz? Zobacz, która godzina! Słyszałeś
trzaśniecie drzwiczek?
Doktor spojrzał na zegarek. Była trzecia siedemnaście.
–
A to skurwysyn – powiedział głośno.
Zgasił światło i podszedł do okna. Patrzył na słabo oświetlony uliczną
latarnią pusty plac. Odwrócił się, otworzył drzwi i wyszedł. Przeszedł przez
ulicę. Szedł dalej schowany w cieniu.
Patron siedział na ogromnej zardzewiałej rurze i próbował rozwiązać
zagadkę. Znał wszystkie szczegóły, a mimo to nie potrafił złożyć ich
w klarowną całość. Przecież był młody, przystojny, świetnie ubrany i robił
szmal. Ona to dziwka. Mieszka w starym kotle i ledwo zarabia na życie.
Józef i Maria wiedział, jak się zabrać do rzeczy. Znał metody, które choć
nie miały wiele wspólnego z nauką, znakomicie sprawdzały się w praktyce
i można było na nich polegać. Słodkie słówka, obietnice, oświadczyny, a
w rezerwie siła i zdecydowanie. Każda kobieta potrzebowała odrobiny
przemocy. Ból przeszył napuchnięte palce jego prawej ręki. Ta dziewczyna
była walnięta! W ogóle nie słuchała tego, co do niej mówił, a kiedy
spróbował wziąć ją siłą, zatrzasnęła mu przed nosem drzwi o mało nie
ucinając palców tym cholernym żelastwem. Patron miał zniszczone cztery
paznokcie! Pieprzona suka! Tak siedząc i mamrocząc pod nosem, Patron
nie usłyszał kroków Doktora.
Jeden ruch ręki i przód koszuli Patrona był w garści Doktora. Chwila
i Patron stał na nogach. Pomógł mu refleks. Błyskawiczny kopniak w nogi
i Doktor leżał na ziemi. Doktor jednak mocno trzymał koszulę Patrona –
pociągnął go za sobą. Tarzali się po trawie. Józef i Maria próbował kolanem
uderzyć Doktora w pachwinę, podczas gdy delikatne, ale silne palce
Doktora zaciskały się na szyi Patrona. Patron czuł, jak kciuk Doktora
systematycznie szuka zagłębienia pod jabłkiem Adama. Chciał zrzucić
z siebie przeciwnika. Wyciągnął rękę w stronę bladej twarzy Doktora, ale
właśnie wtedy kciuki znalazły to, czego szukały. Jasne plamki zaczęły latać
Patronowi przed oczami, w głowie mu szumiało. Zdawał sobie sprawę, że
w ciągu najdalej dwóch sekund krtań przestanie opierać się naciskowi
kciuków, a wtedy czekała go śmierć. Widywał w życiu podobne akcje. Nie
rezygnował jednak. Spróbował ostatniej sztuczki – stał się bezwładny.
Rozluźnił wszystkie mięśnie, chociaż w środku był napięty, jak struna. Bał
się okropnie. Udało się! Kciuk zwalniał ucisk.
Patron leżał bez ruchu, a jego obolała głowa pracowała nad następnymi
posunięciami. Walnąć w pachwinę czy w szczękę? Ale jeśli nie trafi, ten
straszny kciuk znowu zaciśnie się na jego krtani. Patron był słaby i bał się.
Bał się nawet odezwać, bo każde nieopatrzne słowo mogło spowodować
nowy atak kciuków.
–
Doktorze – wyszeptał jednak – poddaję się. Jesteś lepszy.
–
Jeszcze raz zbliżysz się do tej dziewczyny, a rozszarpię ci gardło –
Doktor też szeptał.
–
Przysięgam przed Bogiem, że będę ją omijał z daleka, przysięgam!
W sklepie, przy świetle siedmiowatowej żarówki Patron próbował
wyciągnąć korek z butelki whisky, ale za bardzo drżały mu ręce. Musiał
podać butelkę Doktorowi.
Doktor czuł się fatalnie. Była to normalna reakcja. Prawie wszyscy tak
się czują, kiedy minie im złość. Na dodatek Doktorowi było głupio.
Pociągnął z butelki spory łyk i oddał ją Patronowi. Józef i Maria napił się,
ale zaraz potem zaczął kaszleć, prychać i zgiął się wpół z bólu. Doktor
musiał obiec kontuar i uderzyć go w plecy. Kiedy Józef i Maria odzyskał
oddech i zdolność mówienia, spojrzał zdziwiony na Doktora i powiedział:
–
Nie mogę tego zrozumieć. Gdzie się nauczyłeś tej sztuczki? Po co to
zrobiłeś? Mogłeś mnie zabić.
–
I chyba chciałem. Musiałem chcieć, nie ma innego wytłumaczenia. –
Doktor roześmiał się. – Myślałem, że robisz podchody do Suzy.
–
Tak było. Ale, o Jezu! Doktorze, nie miałem pojęcia, że tak ci na niej
zależy.
–
Nie zależy mi. Daj jeszcze whisky.
–
Nie zachowywałeś się, jakbyś grał w pchełki. Dobra, robiłem
podchody, ale ona dała mi kosza. Mój Boże, o mało nie ucięła mi palców
tymi pieprzonymi drzwiczkami. Nie masz we mnie konkurencji. Doktorze,
ona należy do ciebie.
–
Suzy teraz nawet na mnie nie spojrzy – powiedział Doktor smutno.
–
Nie spojrzy? To o co, do diabła, jej chodzi?
–
Kto to wie?
Stali naprzeciw siebie oparci łokciami o ladę.
–
To nie dla mnie. Co masz zamiar robić? – spytał Patron.
–
Hazel radził mi żebym poszedł do niej z czekoladą i kwiatami.
–
Doktor się uśmiechnął.
–
Może on ma trochę racji, w końcu tej dziewczyny nie sposób
zrozumieć.
–
Patron powoli popijał whisky. Uśmiech zadowolenia
rozjaśniał mu twarz, kiedy dwa łyki przeszły gładko przez obolałe gardło. –
Ona jest walnięta. Dam sobie uciąć głowę, że jest walnięta. A jeśli nie, to
facet, który chce ją mieć, musi zrobić coś szalonego. Doktorze, a nie lepiej
byłoby dla ciebie dać sobie z nią, do cholery, spokój?
–
Bardzo bym chciał i powtarzam to sobie w kółko.
–
Bez skutku?
–
Zupełnie. Wiem, że to głupie, ale nie mogę na to nic poradzić.
–
Znałem paru facetów, którzy byli w podobnej sytuacji. Na to
rzeczywiście nic nie można poradzić. Coś sobie przypomniałem! Kiedy
rozmawiałem z nią przez te cholerne drzwiczki powiedziała: „Kiedy
spotkam faceta, któremu dobrze z oczu patrzy, nie będę się zastanawiać".
Spytałem wtedy: „A co z Doktorem?". Odpowiedziała: „ On nie jest tym
mężczyzną, do diabła! To słabeusz i mięczak".
–
Chyba miała rację – powiedział Doktor.
–
Ja tak nie myślałem. Doktorze, powiedz, wtedy, kiedy mnie dusiłeś,
czy gdybym się nie poddał, dokończyłbyś sprawę?
–
Chyba tak. Sam nie wiem. Nie bardzo mogę w to uwierzyć, ale zdaje
mi się, że tak właśnie by się stało. Nigdy przedtem nie zachowywałem się
w taki sposób. A dlaczego pytasz?
–
Pomyślałem sobie, że facet, który może zabić gołymi rękami, nie może
być takim słabeuszem, jakby się wydawało. Skończ tę butelkę, Doktor, a
potem ci pomogę.
–
W czym?
–
Z kwiatami. Mamy jeszcze godzinę do świtu. Nad Lighthouse Avenue
jest ogromny kwietnik z cholerną masą kwiatów – powiedział Józef i Maria
rzeczowo.
34
Zanurzyć się po uszy w głębokiej wannie
wypełnionej gorącą wodą
Joe Elegant był tylko kucharzem. Na wykidajłę nie nadawał się zupełnie.
Dlatego nigdy późnym wieczorem nie miał żadnych obowiązków.
Wycofywał się szybko do swojej klitki i kładł się spać, nastawiwszy budzik
na czwartą rano. Dawało mu to trzy–cztery godziny każdego ranka na
pisanie powieści zieloną czcionką na zielonym papierze.
Praca nad książką szła mu znakomicie. Bohater tego dzieła urodził się
w stanie szoku i żadne z późniejszych wydarzeń nie wyprowadziło go
z tego stanu. Jeśli nie symbol walił go w łeb, to jakiś mit wybijał mu kopem
stołek spod siedzenia. Była to książka nastrojów, przesiąkniętych wilgocią
pokoi z tajemniczymi tapetami na ścianach, ulotnych zapachów i snów
trawionych zgnilizną. W całej opowieści Pogmatwane korzenie Edypa nie
było takiej postaci, która nie kwalifikowałaby się do szpitala
psychiatrycznego, przynajmniej na obserwację. Bohater miał podstarzałe
ciotki, przy których markiz de Sade wyglądał po prostu na grzecznego
chłopczyka.
Zielony maszynopis miał siedem i pół centymetra grubości. Joe Elegant
obmyślał już swą fotografię na tył okładki – odpięty kołnierzyk i malutki
zgryźliwy uśmieszek, jedna ręka swobodnie wysunięta do przodu, na
serdecznym palcu pierścień ze skrytką na truciznę. Świetnie wiedział, od
których krytyków jest zależny i dlaczego. Pisał: „Woda była mętna
i spieniona. Na środku bajora martwa ryba pływała brzuchem do góry"...
Westchnął, przeciągnął się i podrapał po brzuchu. Wstał od stolika,
ziewnął i poszedł do kuchni zaparzyć kawę. Zostawił czajnik na ogniu
i wyszedł na dwór. Ranek był wspaniały. Pelikany wrzeszczały, ostrzegając
się nawzajem przed kotami. Małe różowe chmurki wisiały nad zatoką. Joe
zauważył kwiaty obok drzwiczek kotła. Ruszył w ich kierunku, chcąc
obejrzeć je dokładniej. Bukiet był ogromny: tulipany, wczesne róże,
żonkile, irysy. To mógłby być bukiet oświadczynowy – pomyślał – gdyby
nie to, że kwiaty były wstawione do słoika.
Od czasu balu maskowego i przyjęcia zaręczynowego, życiu Joego
Eleganta nie zagrażało już żadne niebezpieczeństwo, chociaż prawdę
powiedziawszy, ulica Nadbrzeżna w dalszym ciągu nie była do niego zbyt
przyjaźnie nastawiona.
Nowinę o bukiecie przyniósł Faunie razem z kawą i faworkami. O ósmej
wiedziano o wszystkim w Pałacyku, a ranne ptaszki dowiedziały się o tym,
pijąc pierwszego drinka w barze Grubej Idy.
Najlepsze i najwygodniejsze miejsca w świetlicy Niedźwiedziej Flagi są
przy oknie wychodzącym na pusty plac. Mack stał tam schowany za
zasłoną. Dla zabicia czasu chrupał faworki Fauny. Wszystkie dziewczyny
były na miejscu, ubrane w najlepsze kimona. Becky założyła nawet ranne
pantofle na koturnach ozdobione strusimi piórami. O ósmej trzydzieści
zebrana w świetlicy publiczność usłyszała skrzypnięcie drzwiczek.
Wszyscy zaczęli uciszać się nawzajem.
Suzy, wychodząc na czworakach, najpierw uderzyła się głową o górną
krawędź drzwiczek, a potem utknęła nosem w ogromnym, pachnącym
dowodzie uczuć. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w kwiaty, a potem
sięgnęła po nie ręką i wciągnęła do środka. Drzwiczki zatrzasnęły się za nią
z hałasem.
O dziewiątej Suzy pojawiła się znowu. Poszła energicznie w stronę
Monterey. Wróciła o wpół do dziesiątej. Weszła do kotła, ciągnąc za sobą
walizkę. Obserwatorzy zebrani w świetlicy poczuli się rozczarowani, ale
tylko przez moment. Suzy wdrapała się na schody i zadzwoniła do drzwi
Niedźwiedziej Flagi. Fauna rozpędziła dziewczęta do pokojów, a Mackowi
kazała wyjść tylnymi drzwiami.
Dopiero wtedy otworzyła Suzy.
–
Obiecałaś, że będę mogła skorzystać z łazienki – powiedziała Suzy.
–
Wiesz gdzie, co i jak. Czuj się jak w domu – odpowiedziała jej Fauna.
Po godzinie, kiedy pluskanie ucichło, Fauna zapukała do drzwi łazienki.
–
Chcesz trochę wody toaletowej, kochanie? – spytała.
–
Dzięki.
W kilka minut później Suzy wyszła świeża i pachnąca.
–
Napijesz się kawy? – zapytała Fauna.
–
Chciałabym, ale muszę się spieszyć. Dziękuję za kąpiel. Nie ma to, jak
zanurzyć się po uszy w głębokiej wannie wypełnionej gorącą wodą.
Schowana za zasłoną Fauna patrzyła, jak Suzy wczołgiwała się
z powrotem do kotła. Potem usiadła przy biurku swojego biura-sypialni,
napisała liścik i wysłała z nim Joego, prosząc, żeby odniósł go do
laboratorium.
Ona dzisiaj nie idzie do pracy – tylko tyle czy aż tyle było w tym liściku.
35
Il n'y a pas de mouches sur la grandmère
Doktor wyłożył na łóżko swoje najlepsze ubranie. Na spranych
spodniach khaki widać było jaśniejsze plamy od kwasu. Biała koszula była
żółta ze starości. Dopiero teraz Doktor zauważył, że tweedowa marynarka
jest na wylot przetarta na łokciach. Krawat, który miał na sobie podczas
obiadu z Suzy, był poplamiony. Na dnie walizki, po długich
poszukiwaniach Doktor znalazł czarny, wojskowy krawat, o którym
zupełnie zapomniał. Po raz pierwszy w życiu był bardzo niezadowolony ze
stanu swojej garderoby. Może to śmieszne, przejmować się takimi
drobiazgami, ale Doktor był bez wątpienia bardzo przejęty. Usiadł i przez
jakiś czas zastanawiał się nad swoją garderobą i nad życiem, jakie wiódł.
I jedno, i drugie wydało mu się żałosne. Nie mniej żałosne były dreszcze,
które nim wstrząsały od czasu do czasu i które z całą pewnością wynikały
ze strachu.
Doktor zaczął mówić do grzechotników, a one wyciągały swoje
rozdwojone języki, jakby to właśnie nimi słuchały.
–
Widzicie przed sobą głupca. Jestem rozsądnym człowiekiem, o
stosunkowo wysokim ilorazie inteligencji – sto osiemdziesiąt dwa, mam
magisterium i doktorat uniwersytetu w Chicago. Znam się na swojej
dziedzinie nauki, a inne też nie są mi zupełnie obce. Przypatrzcie mi się
dobrze! I to właśnie ja mam zamiar oświadczyć się oficjalnie dziewczynie
mieszkającej w kotle. Mam nawet dla niej pudełko czekoladek! I jestem
śmiertelnie przerażony! Dlaczego? Bo boję się, że ona da mi kosza. To jej
się boję, taka jest prawda. Wiem, że to śmieszne, ale jakoś nie jest mi do
śmiechu!
Węże patrzyły na niego z wymijającym wyrazem oczu. W każdym razie
tak to wyglądało.
–
Pozwólcie, że wyjaśnię to na przykładzie – mówił dalej Doktor.
–
Mówią, że amputowana noga boli tak, jakby nie była odcięta. No właśnie,
ja pamiętam i nie mogę zapomnieć o tej dziewczynie. Bez niej czegoś mi
brakuje. Jestem jak nieżywy. Kiedy była ze mną, czułem się tak, jak jeszcze
nigdy w życiu, nawet jeśli nie była zbyt miła. Nawet wtedy, kiedy się
kłóciła. Z nią czułem się pełnym człowiekiem. Ale wtedy nie zdawałem
sobie z tego sprawy, nie wiedziałem, że to takie ważne. Wiem to dopiero
teraz. Nie jestem głupi i wiem, że jeśli ją zdobędę, czekają mnie ciężkie
czasy. Cały czas też żałuję, że ją w ogóle spotkałem. Ale wiem, że jeśli ona
nie przyjmie tych oświadczyn, nie pozbieram się już nigdy. Będę wiódł
szare, niepełne życie i do końca swoich dni będę rozpaczał po straconej
dziewczynie. Jesteście myślącymi gadami, więc pewnie zapytacie: „A
dlaczego nie poczekasz z tym jeszcze trochę? Dlaczego nie rozejrzysz się
dookoła? Nie ona jedna na tym świecie i na pewno są dużo lepsze od niej".
Łatwo powiedzieć, bo to nie wy jesteście zaangażowane. Pozwólcie sobie
powiedzieć, że dla mnie nie ma lepszych od niej, w ogóle nie ma żadnych
dziewczyn. Bez niej świat jest smutny samotny. I przyjmijcie to do
wiadomości.
Podbudowany tą przemową Doktor rozebrał się i wziął prysznic. Mył się
i pucował, aż skóra stała się czerwona jak u raka. Szorował zęby aż zaczęły
mu krwawić dziąsła. Dłonie miał zniszczone formaliną i na to nie mógł nic
poradzić, ale nad paznokciami znęcał się ze znawstwem i precyzją
średniowiecznego kata. Szczotkował włosy i golił się parę razy, aż zaczęły
go piec policzki. W końcu był gotów. Wynajdywał jednak ciągle jakieś
zajęcia, odwlekając moment wyjścia. Żołądek podchodził mu do gardła.
Oddychał z trudem. Przydałby się łyk whisky – pomyślał – ale pewnie
byłoby ją potem czuć ode mnie i Suzy mogłaby się łatwo domyślić,
dlaczego piłem. Ciekawe, czy ona też się trochę boi? Nigdy nic nie
wiadomo. Kobiety znacznie lepiej się maskują. O Boże, jaki ze mnie
głupiec! Nie mogę tak iść. Cały jestem roztrzęsiony. Głos mi drży. Może
strzelić sobie jednak chociaż odrobinkę? Nie, Doktorze, nie rób tego! Nie
dodasz sobie odwagi, raczej przeciwnie. Przecież to ty idziesz do niej, a nie
odwrotnie. Dlaczego mówię do siebie „ty"? Czyżbym bał się powiedzieć
„ja"?
Teraz już wiedział, co robić. Podszedł do półki z płytami i znalazł Kunst
der Fuge. Jeśli tu nie znajdę potrzebnej odwagi – myślał – to mogę od razu
dać sobie spokój ze wszystkim. Siedział nieruchomo, gdy dookoła Bach
budował świat dźwięków, zaludniał go, by w końcu wydać mu walkę
i zostać przez niego zniszczonym. Kiedy muzyka umilkła, a właściwie
urwała się w środku frazy, jak człowiek wpadający w objęcia śmierci,
Doktor odzyskał odwagę. Bach walczył zażarcie – powiedział głośno do
siebie – i nigdy nie został pokonany. Gdyby teraz żył, na pewno podjąłby
każde wyzwanie.
Doktor modlił się, ale nie do Boga. Modlił się w przestrzeń. Daj mi
trochę czasu! Muszę pomyśleć. Co takiego miał Bach, co wywołuje we
mnie głód czegoś nieokreślonego, głód graniczący ze śmiercią? Czy to
dzielność? Dzielność jest przecież sztuką duszy. Czy może być
w człowieku szlachetniejsza cecha niż dzielność?
Doktor przerwał na chwilę i nagle zdał sobie sprawę, że wewnątrz
szlocha.
Dlaczego nie wiedziałem o tym wcześniej? Ja, który tak bardzo to
podziwiam, niczego nie widziałem do tej pory. Stary, poczciwy Bach miał
talent, rodzinę i przyjaciół. Każdy coś ma. A co ma Suzy? Nic. Absolutnie
nic poza tupetem. Wyrusza w bój uzbrojona w procę, a przecież świat zna
już atom. Ale, dobry Boże, ona ma spore szanse na zwycięstwo. Gdyby nie
zwyciężyła, życie zostałoby pozbawione sensu.
Ale co mam na myśli używając określenia „zwycięży"? – pytał siebie
Doktor. Wiem! Jeśli nie jesteś pokonany, zwyciężyłeś.
Poczuł dotkliwy ból w piersi. Wydało mu się, że to on prześladuje Suzy.
Już wiem, co zrobię – modlił się dalej. – Postaram się wziąć przykład
z jej dzielności i przełamać to poczucie klęski. Żebym tylko dobrze to
zrobił! Proszę! Potrzebuję jej. Ona mnie uratuje. Tylko z nią wszystko
nabierze sensu.
Wstał, przestał się czuć niewyraźnie, jego „misja" nie wydawała mu się
już żałosna.
–
No to cześć, chłopaki – powiedział do grzechotników – życzcie mi
powodzenia.
Wziął pudełko z czekoladkami i lekko zbiegł po schodach laboratorium.
Przechodząc przez ulicę, wiedział doskonale, że jest obserwowany
z każdego okna, ale nic go to nie obchodziło. Zasalutował niewidocznej
publiczności.
Kiedy wszedł na pusty teren i przedzierał się przez chwasty, zaczął się
zastanawiać, w jaki sposób puka się do żelaznych drzwi. Zatrzymał się
podniósł z ziemi zardzewiały pięciocalowy gwóźdź. To nim właśnie
zastukał w żelazną ścianę kotła. Drzwiczki były uchylone.
–
Kto tam? – głos Suzy dobiegał ze środka z metalicznym pogłosem.
–
Swój. To znaczy ja, to znaczy ktoś taki jak swój.
Drzwiczki otworzyły się na oścież i Suzy wyjrzała na zewnątrz.
–
Dziękuję za kwiaty – powiedziała.
–
Mam dla ciebie coś jeszcze.
Suzy spojrzała na pudełko z czekoladkami, które Doktor trzymał w ręku.
Ponieważ była na czworakach, musiała zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu
w oczy. Doktor nie był pewien, czy jej twarz wyrażała podejrzliwość, czy
po prostu grymas był wywołany niewygodną pozycją ciała.
–
Czekoladki? – spytała.
–
Tak.
–
Nie chcę – powiedziała, ale przypomniały się jej słowa Fauny.
–
Zresztą, dobrze, do cholery. Dzięki.
Doktor zaczynał tracić zimną krew. Suzy opuściła głowę i teraz widziała
tylko jego kolana.
–
To oficjalna wizyta. Nie zaprosisz mnie do środka? – Doktor próbował
być swobodny, ale nawet dla niego zabrzmiało to bardzo nieudolnie.
–
Myślisz, że się przeciśniesz?
–
Mogę spróbować.
–
W środku jest bardzo mało miejsca.
Doktor nie odezwał się.
–
No dobrze. Cholerny świat. Właź do środka – powiedziała Suzy. Jej
głowa zniknęła w otworze drzwi.
Doktor uklęknął, a potem oparł się rękami o ziemię. Włożył do środka
pudełko z czekoladkami, a potem sam wczołgał się do kotła. Pomyślał
z rozbawieniem, że człowiek, który potrafi zrobić coś takiego z godnością,
nie musi potem bać się już niczego. W tej właśnie chwili mankiet spodni
zahaczył o drzwiczki, które dość boleśnie uderzyły go w kostkę. Jedna noga
została mu na zewnątrz i nie mógł jej uwolnić.
–
Zdaje się, że o coś zaczepiłem – powiedział.
–
Poczekaj – odpowiedziała mu Suzy i przecisnąwszy się obok niego,
błyskawicznie uwolniła mankiet.
–
Chyba podarłeś sobie spodnie. Mogłabym je zacerować – powiedziała,
wstając. Oparła się przy tym o jego ramię.
Oczy Doktora powoli przyzwyczajały się do półmroku. Trochę światła
dochodziło szybrem, a przez uchylone drzwiczki wpadało kilka promieni
słonecznych.
–
Na początku prawie nic nie widać. Mam lampę, zaczekaj, zaraz ją
zapalę – powiedziała Suzy.
–
Nie ma potrzeby.
Doktor widział już dobrze. Dziwna żałość ścisnęła mu serce, kiedy
zauważył tandetę zasłon, pomalowanych ścian, toaletki „zrób-to-sam"
razem z lusterkiem i buteleczkami, które na niej stały. Mój Boże – pomyślał
–
jakim dzielnym stworzeniem jest człowiek! Narastające w nim
współczucie zostało zdruzgotane w jednej chwili.
–
W Maku jada jeden spawacz. I wiesz, co zrobi, jak będzie miał trochę
wolnego czasu? Przyniesie tu palnik i wytnie okna po obu stronach!
W głosie Suzy słychać było entuzjazm.
–
Założę firanki, a potem skrzynki z pelargoniami, czerwonymi.
Oczywiście będę musiała wtedy pomalować wszystko z zewnątrz na biało.
Tak, chyba na biało. I posadzę żywopłot. A na froncie pnące róże. Mam
dobrą rękę do róż.
Suzy umilkła. Napięcie i sztywna atmosfera zapanowały w kotle.
To wcale nie jest kocioł – pomyślał zdziwiony Doktor. W jaki sposób
udało jej się zrobić z tego dom?
–
Dokonałaś tu cudu – powiedział głośno.
–
Dzięki.
To prawdziwy dom – znowu pomyślał Doktor.
–
Teraz jest tu zupełnie wygodnie. Poza tym nigdy przedtem nie miałam
własnego pokoju – powiedziała Suzy.
–
Więc teraz już masz.
–
Czasami zastanawiam się, ile potrzeba by materiału wybuchowego,
żeby mnie stąd wykurzyć, gdybym oczywiście nie chciała wyjść.
Doktor zebrał w sobie całą odwagę.
–
Suzy, bardzo przepraszam za wszystko, co zaszło.
–
Nie chcę o tym rozmawiać. Zresztą to nie była twoja wina.
–
Była.
–
Nie wydaje mi się – powiedziała Suzy ze stanowczością.
–
Zrobię wszystko, żeby...
–
Posłuchaj, Doktorze. To nie dotyczy tylko ciebie, ale pozwól, że utrę ci
trochę nosa. To nie była twoja wina, ale ja, do cholery, dostałam niezłą
nauczkę. Dałam się wpuścić w kanał. Stało się i się nie odstanie. Nic na to
nie poradzisz. Zresztą niczego nie chcę. Jeśli ktoś mnie teraz żałuje, to
marnuje swój czas. Nigdy w życiu nie było mi tak dobrze. Rozumiesz? I nie
zapominaj o tym. Nie masz tu nic do roboty, ty ani ktokolwiek inny, bo
teraz wszystko robię sama. Jeśli to do ciebie dotarło, to dobrze, a jak nie, to
weź jakieś pigułki.
–
Boże, ależ ja byłem głupi i zarozumiały! – powiedział Doktor tylko.
W kotle zapanowała cisza. Suzy przerwała ją, kiedy uznała, że Doktor
dostał już za swoje wystarczająco dużo.
–
Wiesz co? W szkole wieczorowej jest kurs maszynopisania. Zapisałam
się. W przyszłą sobotę będę już miała maszynę z wypożyczalni i będę się
mogła uczyć – mówiła wesoło.
–
I na pewno się nauczysz. Może nawet przepiszesz mi moją pracę.
–
Masz zamiar napisać ją mimo wszystko? – spytała Suzy.
–
Muszę, Suzy. Tylko to mi zostało. Bez tego będę jak pęknięty dzban.
Wybieram się do La Jolla na wiosenny przypływ. Bardzo się z tego cieszę, a
ty?
–
Dlaczego miałabym się nie cieszyć. Nie lubię, jak kopią leżącego.
Wrócił oficjalny nastrój. Tym razem Suzy zasłaniała się nim niczym
parawanem.
–
Napijesz się herbaty? Mam tu kuchenkę spirytusową.
–
Bardzo chętnie, dziękuję.
Suzy przejęła inicjatywę w swoje ręce. Mówiła ze swobodą, zapalając
płomień na kuchence i nastawiając czajnik.
–
W Maku dostaję niezłe napiwki. Joego Blaikeya spłaciłam w dwa
tygodnie. Ella zastanawia się nad tygodniowym urlopem. Nigdy w życiu
nie miała wakacji. Poradzę sobie sama bez problemu, w końcu, do cholery,
to nie takie trudne. Ach, przepraszam za tę „cholerę". Prawie już nie
przeklinam.
–
Świetnie sobie radzisz. Możesz mi powiedzieć, Suzy, ale bez
złośliwości, czego oczekujesz od mężczyzny? To może mi pomóc innym
razem – przerwał jej Doktor.
–
Herbata gotowa – powiedziała Suzy. Podała mu filiżankę z parującą
zawartością.
–
Musi się jeszcze zaparzyć przez chwilę. Cukier jest
w filiżance na toaletce.
–
Poczekała, aż Doktor nasypie sobie cukru
i usiądzie, mieszając herbatę.
–
Gdybym była pewna, że to nie podstęp,
powiedziałabym ci.
–
Nie ma w tym żadnego podstępu, słowo.
–
W takim razie powiem ci. Być może nie ma kogoś takiego na całym
świecie, ale to jest właśnie taki ktoś, kogo chcę. Dlatego myślę, że on musi
istnieć. Chciałabym, żeby ten mężczyzna był otwarty na wszystko. Żeby
był prawdziwym mężczyzną, może nawet trochę twardzielem, ale musi
w nim istnieć takie małe okienko otwarte na świat. Wszędzie może używać
swoich pięści, ale nie przy mnie. I powinien wymagać ode mnie cholernie
dużo. I żebym dla niego była tą jedną jedyną – ja albo żadna inna! Jeszcze
jedno, on powinien mieć coś w sobie.
–
Poza tym, że nie mam w sobie nic z twardziela, to wydaje mi się, że
opisałaś mnie dość dokładnie – powiedział Doktor smutno.
–
Trzymaj się od tego z daleka. Za głupia jestem dla ciebie, Doktorze. Ty
jesteś zadowolony z tego, co masz. Tak mi przecież powiedziałeś. Ja tylko
wszystko bym zepsuła. Zajęło mi dużo, czasu zanim to zrozumiałam. Ale
teraz już to wiem.
–
Może nie mówiłem ci prawdy.
–
Kiedy się coś mówi prosto w oczy, to musi być prawda.
Doktor czuł się pokonany. W głosie Suzy nie było złości, niczego poza
pogodzeniem się ze stanem rzeczy i ukrywaną ekscytacją.
Tak, to była ekscytacja granicząca z rozbawieniem.
–
Wyglądasz na szczęśliwą. Wiesz o tym, Suzy?
–
Bo jestem szczęśliwa. A wiesz dzięki komu?
–
Nie.
–
Dzięki Faunie. Ona jest prawdziwą przyjaciółką.
Nauczyła mnie być dumną, a ja przedtem nawet nie wiedziałam, co to
jest.
–
Jak ona to zrobiła? Sam trochę tego potrzebuję.
–
Powiedziała mi i zmusiła mnie, żebym to za nią powtórzyła: „Nie ma
na świecie drugiej takiej Suzy", i mówiła, że Suzy to ktoś wartościowy. I do
ciężkiej cholery, to prawda! Ale wystarczy już tego.
–
Dobrze. Chyba powinienem już pójść.
–
Aha. Zresztą ja i tak niedługo muszę już iść do pracy. Doktorze, a
pamiętasz, jak wtedy na wydmach opowiadałeś mi o facecie, który tam
mieszkał?
–
Jasnowidz? Oczywiście, że pamiętam. A co z nim?
–
Joe Blaikey musiał go przymknąć.
–
Za co?
–
Złodziejstwo. Joe był wściekły, że musi to zrobić.
–
Zobaczę, może uda mi się jakoś to rozwiązać. To na razie, Suzy.
–
Nie jesteś zły?
–
Nie, Suzy, jest mi przykro.
Mnie też. Ale, do diabła, nie można mieć wszystkiego. Trzymaj się,
Doktorze, i powodzenia w La Jolla.
Wracając do laboratorium, Doktor miał nadzieję, że nikt go nie
obserwuje. Zaraz po powrocie położył się na łóżku. Przegrana dobiła go.
Nie był w stanie zebrać myśli. Tylko jedno było pewne: musiał jechać do
La Jolla. Jeśli nie pojedzie, umrze, bo nie zostanie w nim nawet okruszyna
wiary ani nic, czego można by bronić. Zamknął mocno oczy i koncentrował
się na jasnych plamach migających pod powiekami.
Na ganku rozlegały się kroki. Węże zaczęły grzechotać, ale niezbyt
gwałtownie. Drzwi się otworzyły. Do środka wszedł Hazel. Spojrzał na
Doktora i stracił całą nadzieję.
–
Guzik? – spytał.
–
Guzik – odpowiedział Doktor.
–
Musi być jakiś sposób.
–
Nie ma żadnego.
–
Może ci w czymś pomóc?
–
Nie. Tak. Tak, Hazel. Znasz Joego Blaikeya?
–
Glinę? Jasne.
–
Zgarnął faceta z wydm. Znajdź Joego i powiedz mu, że ja interesuję
się tym gościem. Poproś go, żeby dobrze się z nim obchodził. Przyjdę do
niego, jak tylko będę mógł. Powiedz mu jeszcze, że ten człowiek jest
zupełnie nieszkodliwy.
Doktor obrócił się na bok i pogrzebał w kieszeni.
–
Masz tu dwa dolary, Hazel. Poproś Joego, żeby pozwolił ci zobaczyć
się z tym facetem i daj mu to... nie, stop! Idź najpierw do sklepu i kup tuzin
batonów. Zanieś je jasnowidzowi i daj mu razem z resztą pieniędzy, jaka ci
zostanie.
–
Jasnowidz?
–
Tak o sobie mówi – powiedział Doktor zmęczonym głosem.
–
Załatwię to od razu – powiedział Hazel i prawie wybiegł
z laboratorium.
Doktor układał się wygodnie na łóżku, starając się zapomnieć o
trapiącym go smutku. Akurat zamykał oczy kiedy do drzwi ktoś znowu
zapukał.
–
Proszę! – krzyknął.
Nie było żadnej odpowiedzi, ale pukanie powtórzyło się. Grzechotniki
komentowały to coraz głośniej.
–
O Jezu Chryste! Mam nadzieję, że to nie dzieciaki z wycieczki
szkolnej – powiedział Doktor głośno.
Za drzwiami stał listonosz. Miał dla Doktora telegram. Bardzo długi i na
koszt adresata.
EUREKA! ODKRYŁEM ZNACZENIE TEGO GRECKIEGO SŁOWA.
OD TERAZ JESTEŚ INSTYTUCJĄ. POWOŁAŁEM SEKCJĘ
GŁOWONOGÓW PRZY CALIFORNIA INSTITUTE OF
TECHNOLOGY. JESTEŚ SZEFEM. SZEŚĆ TYSIĘCY ROCZNIE PLUS
POKRYCIE WYDATKÓW. ZABIERAJ SIĘ DO ROBOTY NAD
OŚMIORNICAMI. ORGANIZUJĘ CI ODCZYT W KALIFORNIJSKIEJ
AKADEMII NAUK POD KONIEC ROKU. WSZYSTKO ŁATWE DO
PRZEWIDZENIA. GRATULACJE. CHCIAŁBYM CIĘ SŁYSZEĆ
KIEDY BĘDZIESZ PŁACIŁ ZA TELEGRAM.
Doktor położył telegram obok siebie na łóżku.
–
Skurwysyn – powiedział tylko.
36
Lama Sabachthani?
Hazel siedział na brzegu żelaznego łóżka w areszcie w Monterey
i przyglądał się z zaciekawieniem jasnowidzowi.
–
Zjedz sobie batona. Skoro jesteś przyjacielem Doktora, nic złego cię
nie spotka – mówił.
–
Nie znam go – powiedział jasnowidz.
–
Ale on zna ciebie. Masz, bracie, szczęście.
–
Nie znam żadnego doktora – powtórzył jasnowidz.
–
On nie jest żadnym lekarzem. To doktor od robaków i świństw w tym
rodzaju – wyjaśniał Hazel.
–
A tak, teraz sobie przypominam. Poczęstowałem go obiadem.
–
A on cię teraz częstuje batonami.
–
Pewnie ich nawet nie spróbuję.
–
Rany boskie, dlaczego?
–
Powiedz mojemu przyjacielowi Doktorowi, że łakomstwo mnie
zgubiło. Przepadam za batonami. Zawsze podwędzałem tylko jednego
i jakoś udawało mi się uspokoić sumienie po tym małym przestępstwie. Ale
wczoraj apetyt wziął górę. Ukradłem aż trzy. Właściciel sklepu powiedział,
że widział już wcześniej, jak brałem po jednym. Pozwalał mi wtedy na to.
Ale kiedy wziąłem trzy, nie mógł puścić tego płazem. Nie winię go. Kto
wie, na co potem mógłbym się jeszcze odważyć? Apetyt na coś innego
mógłby mnie zaprowadzić, nie wiadomo dokąd. Sam wymierzę sobie karę.
Będę patrzył na te batony, nawet je powącham, ale nie zjem żadnego.
–
Coś mi się zdaje, że jesteś stuknięty, przyjacielu – powiedział Hazel
rzeczowo.
–
I ja tak myślę. Co prawda nie mam żadnego punktu odniesienia, bo nic
nie wiem o odczuciach innych ludzi.
–
Mówisz trochę jak Doktor. Nic z tego nie zrozumiałem.
–
A jak jemu się wiedzie? – spytał jasnowidz.
–
Nie za dobrze. Ma kłopoty.
–
Tak, teraz wszystko rozumiem. Przypomniałem sobie. Nosił samotność
niczym wieniec na skroniach. Już wtedy bałem się o niego.
–
Jezu, mówisz dokładnie tak samo jak on! Ma kłopoty z kobietą.
–
To musiało nastąpić. Kiedy mężczyźnie jest zimno, rozgląda się za
ciepłem. Jeśli jest samotny, istnieje tylko jedno lekarstwo. Dlaczego nie
weźmie sobie tej kobiety?
–
Ona chyba już go nie chce.
–
Rozumiem. Czasem tak postępują.
–
Kto?
–
Kobiety. A co miało znaczyć to „chyba"?
Hazel spojrzał na jasnowidza spod przymkniętych powiek. Ten człowiek
mówił zupełnie jak Doktor. Może mógłby pomóc? Jednocześnie z tą myślą
przyszło Hazel do głowy, że powinien mieć się na baczności. Dlaczego?
Kto to może wiedzieć?
–
Chciałbym cię o coś zapytać – zaczął Hazel ostrożnie.
–
O co?
–
Ale to nie będzie prawdziwe pytanie, tylko takie gdybanie...
–
Pytanie hipotetyczne?
–
Może i tak. Umówmy się, że jest jakiś facet, który ma kłopoty.
–
Tak?
–
No i nie może sobie z nimi poradzić, ale ma przyjaciela, chociaż może
wcale o tym nie wie.
–
Ciebie? – wtrącił jasnowidz.
–
Nie, to nie tak. To jakiś inny facet, nawet nie pamiętam, jak się
nazywa. Więc przypuśćmy, że ten facet ma kłopoty, ale jest jeden sposób,
żeby go z nich wydobyć, tylko, że facet tego nie robi. Myślisz, że ten
przyjaciel powinien to zrobić za niego? – Hazel mówił bardzo szybko, bo
bał się, że jasnowidz znowu mu przerwie.
–
Oczywiście, że powinien.
–
Nawet jeśli to jest cholernie bolesne?
–
Oczywiście.
–
Nawet jeśli to może nie zadziałać?
–
Oczywiście. Nie wiem, jaka jest sytuacja z tym twoim Doktorem, ale
wiem, co ty powinieneś zrobić. Jeżeli kochasz go naprawdę, jak przyjaciela,
to powinieneś zrobić wszystko, żeby mu pomóc, rzeczywiście wszystko.
Nawet go zabić, jeśli to miałoby mu oszczędzić jakiegoś strasznego bólu,
na który nie ma lekarstwa. To najszczytniejszy i zarazem najstraszniejszy
obowiązek wynikający z przyjaźni. Po pierwsze, powinieneś upewnić się,
że masz szanse powodzenia; po drugie, nabrać wewnętrznej pewności, że
nie straszna ci kara, jaka cię za to może spotkać. Jest zupełnie możliwe, że
jeśli ci się nie powiedzie, twój przyjaciel może już nigdy nie odezwać się
do ciebie. To wymaga ogromnej miłości, może tej największej. Upewnij się,
że kochasz go aż tak bardzo.
Hazel wstrzymał oddech.
–
Do licha, przecież mówiłem ci, że nie ma takiego faceta, to była tylko
hipoteza, takie sobie gadu-gadu, ot, rodzaj zagadki, i już.
–
Zdaje się, że kochasz go wystarczająco mocno – powiedział
niezrażony jasnowidz.
Nikt nie wie, jak to się dzieje, że ktoś staje się wielki. Może dzieje się to
wtedy, kiedy jest nieświadomy niczego, pogrążony we śnie, a może
wielkość spływa na niego raptem, niczym drobinki docierające na Ziemię
z przestrzeni kosmicznej. Niemniej o wielkości wiadomo kilka rzeczy:
potrzeba ją ożywia, nigdy nie przychodzi bez bólu, zostawia potem
człowieka zupełnie odmienionego, doświadczonego przez los, ale
jednocześnie podniesionego na duchu, bez szansy na powrót do uprzedniej
prostoty.
Hazel wił się konwulsyjnie pod czarnym cyprysem. Przez mocno
zaciśnięte zęby dochodziły słabe pojękiwania. Z nastaniem nocy księżyc
schował się, pogrążając świat w zupełnej ciemności. Ogromny żal
wypełniał jego duszę i dlatego Hazel płakał spazmatycznie nad agonią
swojej wielkości. Czuł się zupełnie opuszczony i samotny, jak Ten, który
cierpiał za wszystkich.
Godzina za godziną Hazel zmagał się sam ze sobą i dopiero około
trzeciej nad ranem pogodził się ze stanem rzeczy. Przyjął to tak, jak
zaakceptował zatruwającą mu duszę świadomość, że zostanie prezydentem.
Był już opanowany, bo wiedział, że nie może nigdzie uciec. Gdyby go ktoś
zobaczył, pomyślałby, że Hazel ma w sobie mało piękna. Ale tak
pomyślałby tylko człowiek o ograniczonej wrażliwości.
Hazel podniósł z ziemi starannie dobrane narzędzie – solidną gazrurkę.
Wypełzł powoli spod cienia cyprysu, niczym kot malowany kolorami nocy.
Cała akcja nie zajęła mu więcej niż trzy minuty. Wrócił i położył się pod
drzewem na brzuchu. Płakał.
37
Rozdzialik
Doktor Horace Dormody nie znosił nocnych wezwań do chorych, ale
Doktor był jego przyjacielem, więc nie mógł odmówić, słysząc jego
łamiący się głos w telefonie. W laboratorium przyjrzał się bladej jak płótno
twarzy Doktora, a potem jego prawemu ramieniu.
–
Klasyczne złamanie. Jeszcze nie wiem, jak poważne. Dasz radę ze mną
pojechać? Trzeba zrobić prześwietlenie.
–
Potem, gdy już było po
wszystkim, lekarz powiedział: – No, dobrze. Wszystko w porządku, ale to
trochę potrwa. A teraz opowiedz mi jeszcze raz, jak to się stało?
–
Spałem. Dlatego tylko jedno wytłumaczenie przychodzi mi do głowy.
Musiałem wsunąć rękę między ścianę a łóżko, a potem zbyt gwałtownie się
obrócić.
–
To znaczy, że z nikim się nie biłeś.
–
Mówię ci przecież, że spałem. I z czego się cieszysz? Nie ma w tym
nic śmiesznego.
–
Oczywiście, jeśli nie chcesz, możesz nie mówić, to nie moja sprawa,
dopóki nie zjawi się u mnie ten drugi. Tkanka w miejscu złamania jest
zmiażdżona. Wygląda to, jak od uderzenia łomem.
–
Nie mogę sobie teraz pozwolić na gips! Muszę jutro jechać do La Jolla
na wiosenny przypływ – mówił Doktor trochę zdenerwowany.
–
I podnosić kamienie? – spytał lekarz.
–
To oczywiste.
–
Rób, co chcesz, ale czy nie czujesz gorączki pod gipsem?
–
Tak, czuję – odpowiedział Doktor przygnębiony.
38
Koszałki-opałki (2) albo festiwal motyli
Kiedy dzieje się źle, są tacy, którzy szukają wtedy innych, którym
wiedzie się znacznie gorzej, i w tym znajdują pocieszenie. Niełatwo
prześledzić działanie tego mechanizmu psychicznego, ale jest pewne, że
działa znakomicie. Porównujesz swoje kłopoty z kłopotami innych, i jeśli
twoje są mniej poważne, od razu czujesz się lepiej, prawda?
Sytuacja na ulicy Nadbrzeżnej była beznadziejna. A jak było w Pacific
Grove? Po zebraniu informacji od razu stało się jasne, dlaczego Masonic
Hall był jasno oświetlony przez całą noc i dlaczego mówiono głośno o
pozbyciu się ojców miasta. Sprawa nie była błaha. Zaangażowane było całe
miasteczko. Motyle nie przyleciały!
Źródłem niemałych korzyści dla Pacific Grove był jeden z tych
niesamowitych, szczęśliwych przypadków powodowanych przez naturę,
który cieszy serca, pobudza wyobraźnię i ma wychowawczy wpływ na
młodzież.
Określonego dnia, kiedy nad zatokę przychodziła już rozkrzyczana
wiosna, gigantyczne chmary pomarańczowych motyli, przypominające
świetliste latające dywany utkane z kwiatów, szybowały wysoko
w powietrzu przez zatokę Monterey w swojej majestatycznej pielgrzymce
do sosnowego lasu w Pacific Grove. Motyle wiedziały dokładnie, dokąd
zmierzają. Miliony owadów lądowały na drzewach. Potem piły chciwie
gęsty, żywiczny sok ściekający po gałązkach. Pierwsze, które wypiły już
swoją miarkę, spadały pijane na ziemię, tworząc gęsty, złoty dywan.
Wymachiwały rachitycznymi nóżkami, manifestując w ten sposób swoje
motyle szczęście. Ich miejsce na gałązkach natychmiast zajmowały kolejne
miliony. Po prawie tygodniu pijaństwa motyle trzeźwiały i odlatywały, ale
już nie w chmarach. Pojedynczo albo w parach witały szewski
poniedziałek.
Bardzo długo Pacific Grove nawet nie wiedziało, jaki skarb posiada.
Z biegiem czasu dokonano odkrycia, że coraz więcej turystów przyjeżdża
do miasteczka tylko po to, żeby zobaczyć motyle. A tam, gdzie są turyści,
tam są pieniądze. Grzechem byłoby przepuścić taką okazję. Do Pacific
Grove pieniądze pchały się same! Przecież motyle przylatywały za darmo.
Festiwal Motyli w Pacific Grove nabierał rozmachu w sposób zupełnie
naturalny. A czy może być festiwal bez specjalnego widowiska?
Na początku były kłopoty ze spirytualiami. W Pacific Grove zawsze
panowała posucha. Sprzedaż najprzeróżniejszych alkoholizowanych
toników była tu największa w całym stanie, ale prawdziwej whisky kupić tu
nie było można. W tym świetle fakt, że motyle przylatywały właśnie tutaj,
żeby się upijać, wielu wydawał się zwyczajną niesprawiedliwością. Miasto
poradziło sobie z tym problemem, najpierw zupełnie go ignorując, a potem
gorliwie zaprzeczając, jakoby taki problem w ogóle istniał. Wszystko
wyjaśniało widowisko, którego treścią była legenda: dawno temu żyła
księżniczka motyli (piosenkę o tym śpiewała pani Graves), która wyruszyła
w świat i przepadła bez wieści. W jakiś sposób w całą sprawę zamieszani
byli Indianie (mieszkańcy poprzebierani w długie brązowe kalesony). Nie
pamiętam już dlaczego. W każdym razie lojalni poddani księżniczki szukali
i szukali swojej władczyni. W końcu została odnaleziona i miliony motyli
przybyły jej na ratunek. (Kiedy motyle leżą nóżkami do góry i wymachują
nimi energicznie, pozdrawiają wtedy swoją księżniczkę).
Wszystko zawsze udawało się znakomicie. Widowisko odbywało się
w Parku Zabaw, a turyści mogli kupować motyle zrobione z każdego
możliwego materiału, zaczynając od szyszek sosnowych, a kończąc na
platynie. Miasteczko świetnie daje sobie radę, prowadząc ten interes.
Ostatecznie herbem Pacific Grove – na wszystkich reklamach – jest
pomarańczowy motyl królewski.
Tylko jeden raz w całej historii miasta zdarzyła się wpadka. W roku
1924 (zdaje się, że to było wtedy), motyle po prostu nie przyleciały.
Przerażone miasto było zmuszone wydrukować setki tysięcy papierowych
motyli w dwóch kolorach i rozrzucić je dosłownie wszędzie.
Dzisiaj mądrzy ojcowie miasta mają przygotowany gigantyczny zapas
papierowych owadów, na wypadek gdyby znowu doszło do podobnej
tragedii.
Czas przylotu motyli jest praktycznie ustalony, ale zdarzają się
odchylenia dwu-, trzydniowe in plus lub in minus. Widowisko było
ćwiczone od miesięcy, Indianie byli gotowi do występu, Książę Motyli
wyciągnął pantalony z pudła wypełnionego kulkami na mole, a Księżniczka
osiągnęła w zasadzie szczyty koloratury.
Może to był zły omen. Na dwa dni przed spodziewanym przylotem
motylego ludu, panna Graves straciła głos. Panna Graves była to młoda,
chyba ładna i raczej zmęczona kobieta. W miejscowej szkole była
wychowawczynią czwartej klasy, a to wystarczy każdemu, żeby się
zmęczyć. Ani płukanie, ani zastrzyki nie przynosiły poprawy.
Niewykluczone, że napięcie psychiczne odebrało jej głos, niemniej miało
trochę litości, zostawiając jej możliwość komunikowania się cichym
skrzekiem. Oczy panny Graves z rozpaczy straciły blask.
Dni mijały, a motyle nie przylatywały. Najpierw całe Pacific Grove
wpadło w panikę, a potem w ślepą złość. Szukano kogoś, na kogo można
by zrzucić winę. Pod ręką był zarząd miasta. Sklepikarze, których księgi
rachunkowe stanowiły obraz nędzy i rozpaczy, obwiniali burmistrza.
Zainteresowanie kinem spadło do zera. Oberwali za to radni miejscy.
Najpierw szeptano, potem mówiono głośno, a w końcu krzyczano:
wyrzucić tych szubrawców.
W King City, oddalonym od Pacific Grove o sześćdziesiąt mil, wybuchł
w tym czasie pożar. Palił się hotel. Zgadnijcie, kto wybiegł z płonącego
budynku jako jeden z pierwszych, okryty tylko płaszczem, na dodatek
ciągnąc za sobą uroczą blondynkę? Oczywiście burmistrz Pacific Grove,
Cristy, który nie zadał sobie nawet trudu formalnego złożenia rezygnacji
z urzędu. Po prostu wyjechał z miasta, bo zaczynano szeptać o smole
i pierzu. Od czasów Wojny Krokietowej nie było w Pacific Grove takiego
poruszenia.
Blok religijny zrzucał wszystko na grzechy obywateli, nie bawiąc się
w szczegóły. Cynicy chcieli wyrzucić wszystkich radnych, razem z szefem
policji i głównym inspektorem stanu wód. Bardziej stateczni obywatele
składali winę tam, gdzie być powinna – na skłonności socjalistyczne
Roosevelta i Trumana. A motyle nie przylatywały.
Pierwsza klasa w szkole podstawowej też przeżyła swój lokalny skandal.
William Taylor IV przyniósł do domu kredki do rysowania zawinięte
w okładkę Raportu Kinseya. Złapany, wpadł w panikę i powiedział, że
dostał ją od nauczycielki, panny Bucke. Wypytano ją dokładnie, a przy
okazji wyszło na jaw, że jej ojciec podpisał w 1918 roku petycję
domagającą się zwolnienia Eugenea V. Debsa.
Nikt nikomu już nie ufał.
A panna Graves chodziła i skrzeczała.
A motyle nie przyleciały.
Sami widzicie teraz, że kłopoty mieszkańców ulicy Nadbrzeżnej nie były
aż takie straszne, jak myśleliście.
39
Znowu jest Cudowny Czwartek
I znowu wiosna przyniosła Cudowny Czwartek. Słońce świeciło bardziej
letnio niż wiosennie i zmusiło złote maki do rozwinięcia płatków. Przed
południem nad polami dookoła Fortu Ord unosił się zapach niebieskiego
łubinu. Był to też wspaniały dzień dla grzechotników.
Po placu defiladowym biegał zając. Odurzony wiosną, wpadł
w marcowy szał zajęczy i uciekał przed kulami. Skupił bowiem na sobie
ogień dwóch kompanii wojska, zanim zadowolony skoczył za wydmę
i zniknął bezpieczny z pola ostrzału. Wspaniały popis zająca kosztował rząd
Stanów Zjednoczonych osiemset dziewięćdziesiąt dolarów i ucieszył serca
cholernie dużej liczbie żołnierzy.
Panna Graves obudziła się pełna dobrych przeczuć, zapierających dech
w piersi. Zaśpiewała w całej skali głosu półtony i odkryła, że odzyskała
głos. Jednym słowem, wszystko na świecie znowu było w porządku.
Miała rację. Około jedenastej znad zatoki nadleciały motyle, kotłując się
milionami w powietrzu i opadając na sosny, piły słodki sok i spadały na
ziemię kompletnie pijane. Komitet obywatelski do spraw motyli zebrał się
na nagłym posiedzeniu w budynku straży pożarnej. Wyciągano korony
wróżek i długie brązowe kalesony Indian. Pełniący obowiązki burmistrza
Pacific Grove napisał odezwę do wieczornego wydania miejscowej gazety.
Tego ranka przypływ był bardzo niski – zapowiadał dopiero przypływy
wiosenne. Słońce szybko wysuszyło wodorosty. Miliardy much zleciały się
na tę ucztę.
Wszyscy czuli się znakomicie. Sędzia Albertson zwolnił jasnowidza za
poręczeniem kierownika sklepu Safeway, z którego jasnowidz kradł batony.
Doktor Horace Dormody gwizdał pod maską w trakcie operacji
wyrostka robaczkowego. Zadowolony opowiedział anestezjologowi dowcip
polityczny, ale nie wspomniał nawet słowem o ręce Doktora. Problemy
pacjentów, niezależnie od tego jak były śmieszne, były dla doktora
Dormody czymś świętym. Nie mógł się jednak powstrzymać od chichotania
co jakiś czas, gdy tylko sobie o nim przypomniał.
Jak to się stało, że wieść o złamanej ręce obiegła całe miasteczko
z prędkością błyskawicy? Kto to wie. Fauna dowiedziała się przy
faworkach. Alice, Mabel i Becky przy soku pomarańczowym. Patron
dowiedział się od Cacahuete, który w związku z tą wieścią pognał na plażę
i odegrał głośno trzy razy refren do Słodkiej Georgii Brown, sześć razy
zmieniając tonację.
Gruba Ida dowiedziała się o wszystkim, przelewając whisky Sosnowy
Kanion do butelek po Starym Kruku.
Mack i ferajna też bardzo szybko usłyszeli nowinę i dało im to impuls do
działania.
Tego ranka wyjątkowo Suzy, a nie Ella, otwierała Złoty Mak. Bar
zapełnił się klientami, którzy przyszli na śniadanie. Nie spieszyli się,
mitrężąc czas nad kawą. Było już dość późno, kiedy Suzy dowiedziała się o
ręce Doktora. Najgorsze było to, że nie mogła nic zrobić, bo nie było Elli.
Nowina zrobiła na niej duże wrażenie. Klienci byli obsługiwani co najmniej
dziwnie. Suzy patrzyła nieprzytomnie nad ich głowami, nie słyszała, co się
do niej mówi. Nazwała pana MacMinimina panem Grossem, do pana
Grossa powiedziała „ty" i podała mu surowe jajka, co przyprawiło go o
mdłości.
Pierwszy na scenie pojawił się Mack. Nawet nie zakładał butów.
Przybiegł do Doktora, spojrzał na gips, który jeszcze dobrze nie wysechł
i wysłuchał wyjaśnień dotyczących przyczyn wypadku.
–
Co masz zamiar teraz robić? – spytał Mack.
–
Nie wiem! Muszę ruszać na południe! Muszę!
Mack chciał już Doktorowi coś zaproponować, gdy nagła myśl
podsunęła mu pewien pomysł.
–
Może coś z tego wyniknie – powiedział i poleciał do Pałacyku.
Na miejscu podszedł do łóżka Hazel. Zastał je nietknięte i gładko
posłane.
–
Nie spał dziś tutaj – powiedział Whitey Pierwszy.
–
I co o tym wszystkim myśleć? Cholerny, kochany skurwysyn –
powiedział Mack i zaraz potem poszedł do cyprysowego zagajnika. Czołgał
się pod niskimi konarami. Wyciągnął Hazel za nogi, tak jak wyciąga się
szczenię spod łóżka. Praktycznie zaniósł go na rękach do Pałacyku.
Hazel był całkowicie wykończony psychicznie.
–
Musiałem to zrobić – powtarzał desperacko.
–
Czy któryś z was widział Suzy? – zapytał Mack.
–
Widziałem ją wcześnie rano, jak szła do pracy – powiedział Eddie.
–
No to w trymiga daj jej znać o wszystkim. Leć od razu – poprosił
Mack.
–
A teraz Hazel powiedz, jak to zrobiłeś? – powiedział Mack cicho.
–
Jesteś na mnie zły? – spytał Hazel.
–
Nie, do diabła! Oczywiście, że nie. Co prawda nie wiemy, jak ona na
to zareaguje, ale to na pewno krok w dobrym kierunku. – Mack odwrócił
się w kierunku obydwu Whiteyów. – Zwróćcie uwagę chłopcy, że Hazel nie
złamał Doktorowi nogi – mówił.
–
To było rozsądne posunięcie, Doktor
może chodzić, ale nic nie może robić. Whitey – powiedział do Whiteya
Drugiego – ty skocz do Doktora i kręć się w pobliżu. Jeśli ktoś mu
zaproponuje, że go zawiezie do La Jolla, to zajmiesz się tym osobiście.
Gdzie jest gazrurka?
–
Rzuciłem do zatoki – powiedział Hazel.
–
A więc to było to! Whitey, musisz niestety skombinować sobie nowy
sprzęt.
Hazel załamywał się coraz bardziej. Mack przysiadł na brzegu jego
łóżka i zmieniał mu zimne kompresy na rozpalonym czole.
–
Mack! Nie mogłem sobie z nią poradzić. A teraz nic mnie już nie
obchodzi, niech sobie gwiazdy robią, co chcą, ale nawet gliny nie zmuszą
mnie do niczego. Nie mogę sobie z nią poradzić. I wcale nie jestem głupek
–
mówił Hazel gorączkowo.
–
O czym ty mówisz? Przecież świetnie sobie z nią poradziłeś!
–
Nie o tym myślę. Powiedz Faunie, żeby znalazła sobie kogoś innego
na Prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Mack patrzył na Hazel coraz bardziej zdziwiony.
–
A niech mnie cholera! Myślałem, że zupełnie o tym zapomniałeś –
powiedział Mack.
–
Przygotowywałem się – mówił łamiącym się głosem Hazel – bo nie
chcę, żeby ktokolwiek się na mnie zawiódł, Mack, ale ja po prostu nie
jestem wystarczająco dobry. Wyciągnij mnie z tego, proszę! Wyciągniesz
mnie? Mack! Cholernie bardzo cię proszę!
Oczy Macka zamgliły się współczuciem.
–
No, skurczybyku, mały, biedny króliczku. Nie martw się. Nikt nie
będzie cię zmuszał. Zachowałeś się bardzo szlachetnie. Tylko ty jeden
miałeś dość ikry, żeby coś zrobić.
–
To nie z powodu ostryg. Do diabła! Poradziłbym sobie. Gdyby było
trzeba, zjadłbym brudne skarpetki. Ale to jest po prostu za wielka sprawa
dla mnie. W całym kraju narobiłbym zamieszania.
–
Leż sobie spokojnie, maleńki, Mack się tobą zajmie. Nie ma na tym
świecie nikogo dzielniejszego od ciebie, Hazel. Whitey – powiedział do
Whiteya Pierwszego – usiądziesz na łóżku Hazel i będziesz go zabawiał,
w każdym razie masz coś robić. I nie pozwól mu wstać, dopóki nie wrócę –
i wyszedł w pośpiechu.
–
Musisz bardzo szybko coś zrobić – mówił Mack do Fauny.
–
Przypuśćmy, że Hazel znowu wpadnie na jakiś wspaniały pomysł. Przecież
może kogoś zwyczajnie zamordować.
–
Powoli zaczynam rozumieć, o co chodzi. Daj mi sekundę na zebranie
rzeczy. Myślisz, że Hazel ucieszy się z małpiej główki?
–
Oszaleje ze szczęścia. Czegoś takiego potrzebuje jak diabli!
Fauna rozłożyła wykres przed nosem Hazel.
–
Każdy może się pomylić – mówiła.
–
Mucha upstrzyła wykres
w jednym miejscu, Saturn wcale nie miał przed sobą dwóch gwiazd.
–
A skąd ja mam wiedzieć, że teraz nie wciskasz mi ciemnoty, żeby
mnie pocieszyć? – pytał Hazel podejrzliwie.
–
Ile masz palców u nóg? – spytała Fauna.
–
Policzyłem już dawno – dziewięć.
–
Policz jeszcze raz!
Hazel zdjął buty.
–
Wygląda tak samo jak przedtem – powiedział.
–
Spójrz na mały palec, wygląda, jakby się chował pod spodem. Do
licha, Hazel, ja mogłam się pomylić przez musze gówno, ale ty po prostu
źle policzyłeś własne palce! Masz dziesięć, bo jeden jest schowany pod
spodem! – powiedziała Fauna.
Powoli na twarzy Hazel pojawił się uśmiech. Był to uśmiech ulgi
i szczęścia. Za moment jednak przesłonił go cień zmartwienia.
–
Kogo wezmą zamiast mnie? – zapytał.
–
Tego nikt nie wie – odpowiedziała mu Fauna.
–
Będzie lepiej dla niego, jeśli okaże się w tym dobry – powiedział
Hazel złowieszczo, a zaraz potem pogrążył się w ogarniającym go uczuciu
prawdziwej ulgi.
–
Jest taki cień, który sobie chodzi, raz we mnie wchodzi, raz ze mnie
wychodzi – śpiewał Hazel cicho.
Fauna zwinęła wykresy i wróciła Pod Niedźwiedzią Flagę.
Na krótko przed południem listonosz zbliżał się do Pałacyku niezwykłą
dla niego drogą. Szedł kurzą ścieżką.
–
Mam dla was wielką pakę, chłopaki, ale nie mam obowiązku wnosić
jej po drabinie. Złaźcie na dół i zabierzcie ją sobie – krzyczał z daleka.
–
Tutaj! – odkrzyknął Mack. – Bóg robi swoje, a swoje robi swoje –
powiedział zaraz potem.
Hazel, Whitey Pierwszy i Mack mocowali się na kurzej ścieżce
z ogromną drewnianą skrzynią, kiedy nadbiegł Eddie.
–
Przyszła Suzy! – wołał – Przyszła do Doktora razem ze mną! Ledwo
mogłem za nią nadążyć, gnała jak na skrzydłach! Jest teraz z nim!
–
Pomóż nam – poprosił Mack.
–
Jak wyglądała?
–
Jak kometa! – odpowiedział Eddie.
Wnieśli skrzynię do Pałacyku. Mack rzucił się na nią z łomem.
–
Mam ją! – krzyknął kiedy wieko odskoczyło.
–
Przecież ona jest z Doktorem, to nie możesz jej mieć – odezwał się
Hazel.
–
Spójrzcie! – powiedział Mack zachwycony.
I on, i reszta chłopaków patrzyli na urządzenie ukryte w skrzyni: czarna
tuba o ośmiocalowym obiektywie, obok którego leżały zapakowane inne
części optyczne teleskopu i trójnożny stojak.
–
Największy, jaki był w całym cholernym katalogu. O Jezu, ale Doktor
będzie się cieszył! Eddie, opowiedz teraz o wszystkim i nie pomiń żadnego
szczegółu – komenderował Mack.
Cóż to był za dzień! Dzień purpury i złota – dostojnych kolorów liceum
w Salinas. Miało się wrażenie, że czterysta metrów w górze hufiec
aniołków przesuwa różową chmurkę, na której połyskiwało słowo
RADOŚĆ. Nawet mewa ze złamanym skrzydłem wzbiła się wysoko
i skrzeczała: Radość, radość.
Suzy była już niedaleko laboratorium, kiedy spotkała Eddiego. Na jego
zwyczajowe pytania o pogodę i samopoczucie odpowiadała „tak" i „nie".
Ale tak naprawdę nie słyszała tego, co do niej mówił, nawet nie miała
pojęcia, że szedł obok niej.
Wbiegła po schodach laboratorium, nie zauważając Whiteya Drugiego,
stojącego na straży z solidną gazrurką w ręku. Jej nadejście zwalniało go
z posterunku, ale został, bo chciał posłuchać, o czym będą rozmawiali.
Przy końcu schodów Suzy stała się nieśmiałą dziewczyną, której
z wrażenia zapierało dech w piersi, a jak wszyscy wiedzą, nie ma na
świecie nikogo bardziej upartego i groźnego niż młoda i nieśmiała
dziewczyna. Zatrzymała się na chwilę, żeby złapać oddech, zapukała do
drzwi i weszła do środka. Z wrażenia zapomniała zamknąć je za sobą, co
stało się nieoczekiwanym zrządzeniem losu dla Whiteya Drugiego.
Doktor siedział na łóżku, wpatrując się w stos przedmiotów, leżących na
podłodze.
–
Słyszałam, że miałeś wypadek. Przyszłam spytać, czy mogę ci
w czymś pomóc? – powiedziała cicho Suzy.
Na krótką chwilę twarz Doktora rozjaśniła się, ale zaraz potem wróciło
przygnębienie.
–
To mi załatwia wiosenny przypływ – powiedział, patrząc na
zagipsowaną rękę. – N ie bardzo wiem, co robić.
–
Bardzo cię boli? – spytała Suzy.
–
Trochę. Ale później będzie bardziej bolało.
–
Pojadę z tobą do La Jolla – zaproponowała Suzy.
–
I będziesz podnosiła siedemdziesięciokilowe kamienie?
–
Podważę je czymś i jakoś sobie poradzę.
–
Umiesz prowadzić samochód? – spytał Doktor.
–
Jasne!
–
Nie, nie możesz tego robić – powiedział i nagle łamiący się krzyk
wydobył mu się głęboko z gardła: – Ależ oczywiście, że możesz!
Potrzebuję cię, Suzy! Chcę, żebyś ze mną pojechała. To będzie okropnie
ciężka praca, a ja niewiele ci w niej pomogę.
–
Możesz mi mówić, co robić i czego szukać.
–
Pewnie! Zresztą nie jestem zupełnie obezwładniony. Mogę przecież
używać lewej ręki.
–
Umowa stoi. Kiedy ruszamy? – spytała Suzy rzeczowo.
–
Powinniśmy jeszcze dziś wieczorem. Gdybyśmy jechali całą noc,
zdążylibyśmy na przypływ o 7.18 jutro rano. Myślisz, że dasz radę?
–
Nie ma sprawy, jeśli tylko potrzebujesz mojej pomocy.
–
Bardzo potrzebuję! Bez ciebie nie miałbym szans. Martwię się tylko o
ciebie. Bardzo się zmęczysz. – Doktor wracał do życia.
–
Kogo to obchodzi? – powiedziała Suzy smutno.
–
Chcę cię o coś spytać. Dusigrosz utworzył dla mnie fundację przy
Caltechu...
–
I bardzo dobrze!
–
Nie muszę tam pracować – wyjaśnił Doktor.
–
Świetnie.
–
Zastanawiam się, czy nie powinienem mu powiedzieć, żeby się
wypchał?
–
No więc dlaczego tego nie zrobisz? – Suzy była bardzo cierpliwa.
–
Bo z drugiej strony, to oznacza wspaniały sprzęt do badań.
–
To świetnie.
–
Ale lubię swoją niezależność, teraz nie pracuję dla nikogo.
–
W takim razie nie przyjmuj tego.
–
Zostaje jeszcze sprawa referatu, który miałbym wygłosić w Akademii
Nauk, Stary mi to załatwił.
–
No to zgódź się!
–
Ale przecież nie wiem nawet, czy potrafię napisać ten referat. Suzy, co
ja mam robić?
–
A co chcesz robić? – spytała Suzy.
–
Nie wiem.
–
Nie ma w tym nic złego, ale posłuchaj mnie, Doktorze, nie mam teraz
czasu, muszę jeszcze załatwić parę spraw. Nie zabierze mi to więcej niż
dwie godziny. Czy to nie za długo?
–
Możesz robić, co chcesz, aż do wieczora. Dopiero wtedy będziesz mi
naprawdę potrzebna.
–
Będę z powrotem, jak tylko wszystko załatwię.
–
Suzy, kocham cię – powiedział Doktor.
Suzy podchodziła już do drzwi. Odwróciła się gwałtownie – spojrzała na
niego. Miała ściągnięte brwi i zaciśnięte usta. Potem wzięła głęboki wdech,
usta odzyskały pełny kształt a oczy zabłysły.
–
Chłopcze! – powiedziała. – Właśnie znalazłeś sobie dziewczynę!
40
Jestem przekonany, że wszyscy powinniśmy
być szczęśliwi niczym królowie
Suzy siedziała na krześle w Pałacyku sztywno wyprostowana. Ze
wszystkich stron otaczali ją chłopcy. Szalona koncentracja malowała się na
jej twarzy. Stopy miała oparte o dwie cegły, w rękach trzymała obręcz od
beczki. Naprzeciw siebie miała deskę z napisanymi kredą słowami
„Starter", „Szybkościomierz", „Ssanie". „Poziom paliwa". Po prawej
stronie stała skrzynka po jabłkach z zamocowaną pośrodku szczotką, która
udawała dźwignię zmiany biegów.
–
Spróbuj jeszcze raz – zachęcał Mack. – Przekręć kluczyk, prawą nogą
naciśnij gaz.
Suzy postawiła nogę na znaku zrobionym kredą na podłodze.
–
Wrrrr-wrrrr-wrrrr – Hazel znakomicie udawał warkot silnika.
–
Naciśnij sprzęgło.
Suzy postawiła lewą nogę na cegłę.
–
A teraz zmień bieg, do siebie.
Sprawnie przesunęła kij od szczotki do tyłu.
–
Teraz zwolnij gaz, weź sprzęgło od siebie i do przodu. Dodaj gazu,
puść sprzęgło i noga do tyłu. Tak, świetnie ci poszło. Powtarzamy jeszcze
raz.
W ciągu półtorej godziny Suzy przejechała krzesłem prawie sto
pięćdziesiąt mil.
–
Dasz sobie świetnie radę – chwalił ją Mack.
–
Ale powoli. Jeśli
przejedziesz dwie mile przez miasto, na nic nie wpadając po drodze,
możesz mu powiedzieć prawdę. Wtedy już na pewno nie będzie chciał
wracać. Będzie ci mówił, co robić. Zapalę ci samochód i ustawię go
zgodnie z kierunkiem ulicy.
–
Jesteście kochani – powiedziała Suzy.
–
Do diabła, jeśli Hazel pomógł trochę rozwiązać problem, łamiąc...
och, przepraszam, to nam nie pozostało nic innego jak tylko stać patrzeć, co
dobrego z tego może wyniknąć. Nie ma sprawy, Suzy! Powtórzmy jeszcze
biegi – powiedział Mack.
Wieczór był równie piękny jak dzień. Zachodzące słońce pomalowało na
czerwono białe łódki stojące w zatoce i rozweseliło poważne pelikany
wracające z połowów do gniazd na skałach. Metalowe ściany przetwórni
wyglądały tak, jakby były zrobione z cennej i bardzo delikatnej platyny.
Stary samochód Doktora stał przed laboratorium. Tylne siedzenia zajęte
były przez wiadra, sieci, pojemniki i podbieraki. Dookoła samochodu
zebrali się niemal wszyscy z ulicy Nadbrzeżnej. Patron ustawił kartony ze
Starymi Tenisówkami przy krawężniku. Włosy Fauny połyskiwały
w promieniach zachodzącego słońca. Dziewczynki z Niedźwiedziej Flagi
w pośpiechu obściskiwały Suzy. Becky miała w oczach łzy – była
romantyczką.
Joe Elegant wyglądał przez drzwi swojej klitki. Pomyślał, że jak tylko
wyda książkę, pojedzie do Rzymu.
Doktor ze spisem w ręku sprawdzał sprzęt w samochodzie.
Brakowało tylko Macka i reszty chłopaków. Wkrótce jednak pojawili
się. Szli kurzą ścieżką, dźwigając czarną rurę na trójnożnym stojaku.
Przeszli przez tory, podeszli do samochodu i postawili stojak na ziemi.
Mack odchrząknął.
–
Przyjaciele – powiedział głośno – w imieniu własnym i chłopców
z Pałacyku mam przyjemność obdarować Doktora tym oto przedmiotem.
Doktor spojrzał na prezent. Teleskop był dostatecznie silny, żeby można
było oglądać w nim księżyc niczym własną dłoń. Doktor aż otworzył usta.
Zaraz potem siłą powstrzymał śmiech.
–
Podoba ci się? – zapytał Mack.
–
Jest piękny! – odpowiedział Doktor szczerze.
–
Największy, jaki był w tym cholernym katalogu – pochwalił się Mack.
–
Dziękuję.
–
Doktorowi rwał się głos.
–
Mimo wszystko nie ma
znaczenia, czy patrzy się w górę czy na dół, najważniejsze, żeby w ogóle
patrzeć.
–
Wnieśmy go do środka – zaproponował Mack. Zaraz potem dodał: –
Dajcie tu jakąś butelczynę! Za Doktora!
–
Przekręć kluczyk, a potem wciśnij starter – szeptał Mack do Suzy
zaraz po spełnieniu toastu.
Przedpotopowy silnik zagrał swoją melodię, nie fałszując specjalnie.
Doktor popijał z butelki.
–
Sprzęgło i do siebie – szeptał Mack – a teraz puść sprzęgło. Stary
samochód niby celowo, dla szpanu, wpadł najpierw na krawężnik a potem
odbił się od schodów laboratorium. Potem wyjechał na ulicę i pędził,
zostawiając za sobą smugę dymu.
Doktor obrócił się i patrzył za siebie. Na jego roześmianej twarzy igrały
ostatnie promienie słońca. Lewą ręką trzymał kierownicę.
Mieszkańcy ulicy Nadbrzeżnej patrzyli za odjeżdżającym gratem.
Właśnie brał pierwszy zakręt i znikał z pola widzenia za magazynem.
Zupełnie jak zachodzące słońce, które w tej chwili zniknęło za linią
horyzontu.
–
Zastanawiam się, czy dobrze zrobię, przypinając dzisiaj nową
gwiazdę? A co z tobą, Mack, czym się tak martwisz? – spytała Fauna.
–
Ludzkie przywary to okropna rzecz, ale jestem przekonany, że
wszyscy powinniśmy być szczęśliwi niczym królowie – powiedział Mack
i objął ramieniem Hazel. – Byłbyś cholernie dobrym prezydentem.
Tytuły oryginałów
CANNERY ROW
SWEET THURSDAY
Copyright © John Steinbeck, 1945 / Cannery Row
Copyright © John Steinbeck, 1954 / Sweet Thursday
All rights reserved
Projekt okładki
Olga Reszelska
Zdjęcie na okładce
© VINTAGE COLLECTION / Arcangel Images
Redaktor prowadzący
Katarzyna Rudzka
Korekta
Michał Załuska
ISBN 978-83-7839-931-5
www.proszynski.pl
Plik opracował i przygotował Woblink
www.woblink.com
Spis treści
Karta tytułowa
ULICA NADBRZEŻNA
Podziękowania
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
CUDOWNY CZWARTEK
Dedykacja
Prolog
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
Karta redakcyjna