/
Теги: magazyn magazyn tygodnik ilustrowany
Год: 1904
Текст
Ogólnego zbioru Nr 2,344
8 października (25 września) 1904 roku
Xs41
Tygodnik Ilwstrowanp
WIEŚNIACZKA
WINCENTY
WODZINOWSKI
774
JÓZEF WEYSSENHOFF.
SYN MARNOTRAWNY.
POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA. Zastrzega się prawo przedruku. 41)
XXXIV.
ie chcą mnie, nie chcą, Fabiuszu! —mó-
wiła, łkając, pani Anna:—nawet Kobryńscy
nie byli dotąd u mnie, a od trzech dni wie-
dzą o zaręczynach! Ojciec Jerzego nie chce,
a ten stryj nie wiem co powiedział...
Siedziała obok dawnego przyjaciela na
małej kanapce w swojem mieszkaniu i garnę-
ła się do niego, jakby chciała zapłakane oczy
ukryć na jego ramieniu. Ale Fabiusz trzymał
jej dłonie i ściskając je, miarkował zarazem
jej oddalenie. Był bardzo blady, i oczy mu
błyszczały gorączkowo.
— Proszę mi wszystko wytłómaczyć, bo
inaczej nie znajdę nietylko rady, ale nawet
zdania o postępowaniu pana Dubieńskiego.
O czem miał się rozmówić z owym stryjem?
— Spodziewał się, że mu stryj pomoże
w razie, gdyby ojciec odebrał wszelkie środki...
Ten stryj bywał dobry dla niego i ma podob-
no łatwiejszy charakter niż tamci ludzie.
— Czy był wezwany, czy sam pojechał
na statek?
— Był wezwany. Obiecał przyjść do mnie
wczoraj, zaraz po rozmowie ze stryjem, i to
mi się należało, zamiast tego nadzwyczajnego
listu...
Fabiusz odczytał list, który już znał, gdyż
dowiedział się naraz o zaręczynach i o wyni-
kających komplikacyach, a teraz chciał tylko
uporządkować te wyznania i wyciągnąć z nich
wnioski.
Jerzy w liście, zresztą bardzo czułym,
prosił o dwa dni do namysłu nad przyszło-
ścią.
— Co to znaczy: do namysłu? rzekł
Fabiusz, marszcząc brwi groz'nie.
— Gdybym wiedziała?....
— Czy w rozmowach uprzednich posta-
wiła pani jakie warunki co do obecnego mał-
żeństwa?
— Ja?... żadnych nie stawiałam... Fabiu-
szu! Nazywaj mnie jak dawniej! nie odbieraj
mi swego oparcia teraz, kiedy najbardziej...
najgorzej...
Rozpłakała się znowu, a Oleski przymk-
nął oczy, opanował kurcz swej twarzy i rzekł
gorąco, lecz spokojnie:
— Dobrze... jak zechcesz. Wiesz, że mo-
ja przyjaźń nie zawiera się w wyrazach, ale
w głębi serca. Zatem pan Dubieński prosi
jeszcze teraz o namysł nad swojem własnem
postanowieniem?... To... niewłaściwe.
To okropne! można zwątpić o wszyst-
kiem!
— Wszak wasze zaręczyny były bezwa-
runkowe? Ogłosiliście je przecie?
Anna wzdrygnęła się, spuściła oczy
i rzekła:
— Były najuroczystsze.
Fabiusz spojrzał na nią, otworzył usta,
jak do zapytania, i dech wstrzymał. Po chwili
niemego zapatrzenia rzekł niestanowczo:
—- Nie śmiem radzić... od początku nie
rozumiałem wahania pana Dubieńskiego. Nad
urzeczywistnieniem swego własnego szczęścia
można się namyślać, ale skoro cudzy los
wzięło się w rękę, skoro się za cudze szczę-
ście jest odpowiedzialnym?... Tutaj nie umiem
nic powiedzieć, bo nie znam twego uczucia...
— Kochałam go bardzo.
— Kochałaś? w czasie przeszłym? a cóż
teraz?
— Teraz cierpię strasznie. W tym kra-
ju niema spokojnego szczęścia.
— Ha! w tym kraju!
Fabiusz zacisnął pięść, jakby mu teraz
dopiero wspomniano o osobistym nieprzyja-
cielu.
— Tak tu wszystko nęci, upaja...—mówi-
ła dalej Anna boleśnie—tak mieszają się po-
jęcia co dozwolone, a co nie... Z początku
panowałam nad sobą i nad nim; wiedziałam,
że trzeba było jasno określić nasze stosunki
i przyszłość przewidzieć, zanim... zajdziemy
zbyt daleko...
— Anno! — przerwał Fabiusz z widocz-
nym niepokojem - mówisz o zaręczynach swych,
jak o... lekkomyślnym postępku. Przecie to
nie zabawka, nie byle rozmowa. Czyżbyś
przypuszczała możliwość zerwania waszych zo-
bowiązań?
— Nie chcę przypuszczać... ale co zna-
czy ten „namysł nad przyszłością" teraz, kie-
dy już rzecz się stała nieodwołalną?
— Jeżeli pan Dubieński jest uczciwym
człowiekiem, namysł jest tylko przewidywa-
niem, jakie stanowisko macie zająć oboje
względem jego rodziny, albo... Bóg go tam
wie, jednak przypuszczam, że namyśla się tyl-
ko nad najlepszem urządzeniem przyszłego ży-
cia we dwoje.
— Gdyby tak było!... gdyby tak było,
miałabym spokój.
— Więc niedowierzasz mu?
Anna podniosła na przyjaciela oczy pro-
szące.
— Jak poznać człowieka w tutejszym
chaosie? Żebym miała twój rozum i doświad-
czenie, żebym wszystko ci mówiła jak daw-
niej, możeby nie doszło wcale do zaręczyn, do
tego strachu, do tego wstydu... Patrz, ci jego
krewni odrywają go ode mnie, jak od niebez-
pieczeństwa, jak od poniżenia! To przecie
okrutne! Na to nie zasłużyłam.
— Oczywiście—rzekł Fabiusz z gorzkiem
ust skrzywieniem.—Ci ludzie nie ocenią cię ni-
gdy, bo nie znają odpowiedniej wagi ani mia-
ry. Dla nich jest za tanie to, co może być
najdroższe dla innych. Ale przecie on, ten
wybrany, miał nie być do swej rodziny po-
dobny?
— A jeżeli jest... z nich? i w głębi taki
sam?
— To—nieszczęście.
Anna spojrzała z niemym przestrachem
w oczy Fabiusza, pałające dumą i przekona-
niem.
•X-
* *
Właśnie o tej porze księstwo Kobryńscy
i Romuald Dubieński mknęli pośpiesznym po-
ciągiem w kierunku Ventimiglii i Wiednia.
Opuścili Nizzę nagle, bez pożegnań. Książę
obiecał wprawdzie głównemu swemu wierzy-
cielowi zapłacić w przyszłym tygodniu w Niz-
zy, ale zmienił postanowienie, zmuszony oko-
licznościami, i wyjechał. Księżna doznała
w ostatnich dniach tylu moralnych wstrząśnień,
popadła w taką wątpliwość o przyszłości
i o utrzymaniu swego stanowiska w rodzinie,
że obrzydły jej ponęty i pokusy Riviery; nie
pożegnawszy nawet Granowskich, nawet Słusz-
ki, wyjechała. Romuald, po zastosowaniu swe-
go ultimatum, po paru wizytach u pani de
Sertonville „dla dokładnego zbadania kwestyi,“
wyjeżdżał również, z fotografią Fernandy w pu-
gilaresie, nienasycony wrażeniami, nie mogąc
jednak niczem upozorować dłuższego tutaj po-
bytu. Powracali więc we troje prosto do Choj-
nogory, gdyż dalsza zwłoka była niemożliwa.
Zresztą było już za gorąco na Rivierze.
Krótkie wieżyce Kasyna, tarasy, palmy,
wieńczące barwne wzgórze montekarhjskie,
migały jeszcze przy zakrętach drogi — coraz
dalej. Pociąg grzmiał potężnie w tunelach,
wiercących przylądki, to znowu sunął ciszej
nad samem morzem, które przychodziło miej-
scami prawie pod szyny z miłosnym szmerem
fal różnobarwnych: przejrzystych błękitem, rudo-
fioletowych na mieliznach, albo klasycznych,
ze srebrną pianą na szafirowych wałach. Mo-
rze łaskotało, zapraszało, oburzało się wresz-
cie na odjeżdżających.
Nasi znajomi byli przeważnie posępni'-
Romuald udawał pogardliwą obojętność, ale
zerkał na uciekające wieżyce Kasyna; Władzio
był stanowczo ponury i nie chciał patrzeć:
wlepił oczy w gazetę bezmyślnie. Księżna
Teresa zaś łowiła błękit morza i nieba w swe
niewielkie, skromniej błękitne oczy, jakby na
zapas, na przyszłość smutniejszą i niewy-
raźną.
Dopiero po Ventimiglii, na wybrzeżu
włoskiem, trochę się rozgadano. Zaczęło się
od kilku mimowolnych westchnień, aż wes-
tchnienie księżny oblekło się w formę lite'
racką:
Gdyby można panować nad tym kra-
jem, byłby to raj ziemski!...
Et!—machnął ręką niecierpliwie Wła-
dzio, dzisiaj znowu nerwowy i krnąbrniejszy-
Romuald sprowadził rozmowę na grunt
praktyczny:
— Bilet Jerzego się zmarnował.
Tu okazał cztery bilety kolejowe z Nizzy
do Wiednia, podczas gdy potrzeba było tylko
trzech. Widocznie Jerzy obiecał wyjechać ra-
zem, ale się rozmyślił w ostatniej chwili.
TYGODNIK ILLUSTROWANY No 41
775
On może nigdy stąd nie wyjedzie? —
rzeki gorzko Kobryński.
— Wyjedzie i wróci do nas — odparła
księżna z zaufaniem i spokojem.
— Taak. Dużo już obiecywaliśmy sobie
po nim. Dużośmy też wskórali.
— Tym razem mam w Bogu nadzieję.
Bóg dopuścił zbieg okoliczności, które odda-
dzą nam Jerzego. Stryj także stanowczo od-
mówił mu swej pomocy. Prawda, Romciu?
— Mam to wyraźnie od stryja na piś-
mie. Takich obietnic nie cofa się.
Uderzył się w pugilares, gdzie obok fo-
tografii Fcrnandy leżał list własnoręczny Ta-
deusza Dubieńskiego, zawierający stanowczą
naganę projektów małżeńskich Jerzego i obiet-
nicę nie wspomagania pieniędzmi zabłąkanego
synowca.
— Jerzy taki waryat,— powątpiewał jeszcze
Kobryński—że gotów jeszcze trwać w swych
zamiarach. Może pożyczy tu pieniędzy? mo-
że wygra? kto go wie?... Z jego „weną"...
Wątpię—odpowiedział Romuald, po-
rozumiewając się krótkim uśmiechem z sio-
strą, która przybrała wyraz swój misterny.
— Jerzy ma talent urządzania sobie sy-
tuacyi dramatycznych.
— Dramatycznych...—powtórzył Władzio
z przekąsem.—Leci zawsze, gdzie go ciągnie,
a Potem napisze wiersz i chcc, żeby się nad
11101 rozrzewniano. Poezya!
— Poeci są na osobnych prawach.
— Dobrze. Ja także zacznę pisać
wiersze.
— Zdawałoby się, że zazdrościsz Jerze-
mu — rzeki Romuald. — Niema czego; on się
teraz znajdzie w bardzo trudnem położeniu.
Przyszedł czas pokuty.
— Taki zawsze da sobie radę.
Ale rodzeństwo zaczęło naprzemian wy-
kładać Władziowi, na czem zawisło szczęście
człowieka: nie na dogadzaniu zachciankom,
lecz na spokoju sumienia. Spokój zaś taki
Osiągnąć można tylko przez zamiłowanie
swych przyrodzonych obowiązków, które są
w pracy dla ogółu, przedewszystkiem dla
_°gólu najbliższego, a ten jest w gnieździe,
mnemi słowy: w Chojnogórze. Praca ma
swoje słodycze, swój smak, którego nigdy nie
skosztowali ludzie, pozbawieni poczucia obo-
Wiązku, a jednak ten „smak zadowolonego su-
niienia“ (wyrazy to były księżny) należy do
rzędu rozkoszy. Praca pomnaża też środki
Wateryahie i jedynie pieniądze zarobione,
nte zaś pochodzące z jakowejś „weny," są cen-
^e> bo „małe parta do czarta" (to zacytował
W°muald). Środki zaś niateryalne w ręku
cnotliwyCh i rozumnych są siłą ogromną...
Władzio słuchał najprzód z wytrzeszczo-
nemi oczyma, potem zaczął uśmiechać się nie-
wyraźnie, aż się nareszcie zdrzemnął. Roz-
mowa trwała jeszcze chwilę między rodzeń-
Wem, ale ponieważ oboje byli jednego zda-
nia> a nawet przewidywali wzajemnie, co które
P°wie, wkrótce ucichli.
Z rozmyślań obudziło ich zbliżanie się
W!elkiej stacyi: kilka torów, sznury wagonów,
Wielkie domy, pałace, w oddaleniu maszty.
Gcnova!—zawołał konduktor, gdy po-
C14g stanął.
~- Ach! już Genua! — westchnęła Tere-
-—Nie pożegnaliśmy się nawet z morzem...
KRÓL JAN 111 i KRÓLOWA MARYSIEŃKA.
Według oryginału, ofiarowanego przez Al Rembowskiego Bibliotece ordynacyi hr. Krasińskich.
Oczy jej zwilżyły się żalem za krajem, I
w którym choć bankrutuje cnota, żyć tak milo!
Romuald zapatrzył się także w szybę wagonu,
i twarz mu się rozprężyła, złagodniała.
— Przypomniałeś mi dziecinne lata, Rom-
ciu; tak jakoś wyglądasz... — rzekła Terenia
i pocałowała brata.
— Tak, tak, Tereniu. Cokolwiek się
mówi, życie nasze jest twarde.
— Ale szczytne — poprawiła niezłomna
siostra.
Władzio zaś spał już na dobre.
(DCN)
Prawda czy plotka
historyczna?
O zamachu na życie Jana Sobieskiego i Ma-
ryi Kazimiery nigdy nie słyszałem. W dzie-
łach, poświęconych panowaniu oswobodziciela Eu-
ropy od nawały tureckiej, niema najmniejszej
wzmianki, ażeby parę królewską zamierzano zgła-
dzić ze świata.
Z największem też zdziwieniem odczytałem
w pracy, zatytułowanej „Poisons et sortileges",
książce poważnej, opartej na badaniach źródłowych
wydanej przez pp. Cabanes’a i L. Nass’a ustęp na-
stępujący, który w dosłownem tłómaczeniu przy-
taczam:
„W dniu 21 września 1677 roku w skutek
denuncyacyi anonimowej, Louvois (minister Lud-
wika XIV) nakazał aresztować Vaneus’a, oskarżo-
nego o usiłowanie otrucia króla. Wkrótce jednak-
że stało się jawnem, że polieya w osobie Vaneus’a
ujęła herszta bandy złoczyńców, zajmujących się
fabrykowaniem fałszywej monety i przygotowywa-
niem tajemniczych a strasznych trucizn.
Do bandy tej należeli alchemicy: Bachimont,
Vaneus i inni towarzysze kunsztów zbrodniczych.
Nie byli to zwykli handlarze trucizn, jak np. taka
la Voisin, która za opłatą dostarczała każdemu
klientowi proszków tajemniczych, zwanych pospo-
licie „poudre de succession"; uprawiali oni zawód
bardziej zyskowny: pracowali po dworach zagra-
nicznych, kręcili się koło królów i książąt, którym
śmierci życzyła zemsta jednych, ambieya innych.
We Francyi nie udał się zamach na króla:
Colbert i Louvois zamysły ich udaremnili.
W Anglii zato dobrze widziani byli na dwo-
rze; Karol II oddawał się namiętnie okultyzmowi
i praktykom alchemicznym; spiskowcy skorzystali
z tego i przy protekcyi królewskiej dokonali nie-
jednego zbrodniczego czynu.
W Polsce usiłowali otruć króla Jana Sobie-
skiego i królowę Maryę Kazimierę. P. Bethune,
poseł francuski, w liście do Ludwika XIV, datowa-
nym z Gdańska w dniu 6 listopada 1677 roku,
tak opisuje szczegóły zamachu: „Król i królowa
co rano pijają kawę, a do napoju tego ze względu
na jego gorycz dosypuje się cukru. Ranny ten
posiłek przygotowywano zazwyczaj w pokoju przy-
ległym do komnat ich Królewskich Mości, gdzie
stał zawsze cukier w proszku. Otóż do cukiernicz-
ki nasypano znaczną ilość mieszaniny sublimafu
i arszeniku. Chłopiec usługujący pokosztował tro-
chę cukru, ale w tejże chwili dostał tak strasznych
boleści, że zaledwie można go było uratować. Ba-
dania szczegółowe wykazały, że nigdy nie miano
do czynienia z trucizną silniejszą i w bardziej
zbrodniczych zamiarach przygotowaną. Przed kró-
lową polską stała już kawa, gdy rzecz całą wykry-
to. Zmusi to zapewne ich Królewskie Moście do
przedsięwzięcia na przyszłość należytych środków
ostrożności".
A więc tylko dzięki przypadkowi, dzięki ła-
komstwu małego służącego, król i królowa polscy
uniknęli śmierci z rąk truciciela.
Wiadomość o zamachu wzruszyła bardzo
Ludwika XIV-go.
„Pani siostro,—pisze on do Maryi Kazimiery
w dniu 2 grudnia 1677 roku—dziękuję Bogu za
szczęśliwe wykrycie trucizny, dosypanej do cukru,
którym chciano Was uraczyć... Zaklinam Cię, aże-
byś zdarzenie to poczytała za przestrogę, którą
niebo zsyła w celu zachowania Twojej osoby i oso-
by Króla polskiego, brata mego."
Później Vaneus przyznał się, iż żywił złe
zamiary względem Sobieskiego. Nie uznano za
stosowne rzeczy tej wyjaśnić; dzisiaj można naj-
wyżej domniemywać się, że z jego to poduszczenia
wsypano truciznę do cukiernicy."
776
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 41
SZAMAN WYPĘDZAJĄCY ZŁE DUCHY Z JURTY. Fot. z natury.
Tyle pp. Cabanes i Nass (tom II, strona
158 161).
Pod relacyą tą pozwolimy sobie postawić
parę znaków zapytania.
Wiemy, że w sierpniu 1677 roku król Jan
III w świetnem otoczeniu senatorów przybył do
Gdańska, gdzie toczyły się obrady tajemne między
Francyą, Szwecyą i Polską, kierowane głównie
przeciwko kurfirstowń Ale w listopadzie tegoż
roku króla już w Gdańsku nie było.
Gdzież więc zamach nastąpił: w Warszawie,
czy w Gdańsku? Markiz de Bethune pisze z Gdań-
ska, a choć nie podaje kiedy i gdzie zbrodnicza
ręka dosypała trucizny do cukru, domyślać się na-
leży, że fakt ten stał się na krótko przed wysła-
niem listu i w miejscu, gdzie raport ambasadora
był zredagowany.
Dlaczegóż jednak milczą o nim kroniki współ-
czesne? W kraju, gdzie królobójstwo było niezna-
ne, zamach na życie monarchy musiałby wywo-
łać wybuch oburzenia powszechnego.
Dlaczego wreszcie nie uznano za stosowne
rzeczy tej wyjaśnić? Czy nie wchodziły przypad-
kiem w grę czyniki polityczne, jak np. intryga
brandeburska?
Wszystkie te pytania domagają się odpowiedzi
historyków.
W końcu pozwolimy sobie nadmienić, że ów
Veneus, domniemany instygator zbrodni, skazany
był we Francyi na galery dożywotnie, wspólnika
zaś jego La Chaboissiere a stracono na placu pub-
licznym.
HEN. CED.
Z podróży po ziemi
2) Uryanchów.
Szaman, tyłem odwrócony do widzów, za-
żądał noża z żółtym trzonkiem rogowym...
Nie było takiego... Dano mu inny. Schwycił go, rę-
kę w tył zarzucił, z ogniska duży, żarzący się wę-
giel wygrzebał, przysunął go do siebie, na kawał-
ki rozrąbał i jeden kawałek do ust włożył.
Obecni oniemieli z podziwu...
Szaman znowu okręcił się dokoła i przez
pomocnika swego zapytał mnie, co ma mi wróżyć:
o przyszłych zyskach, pomyślności, czy też o zdro-
wiu najbliższych?
Poprosiłem go, by mi wywróżył, czy się
dobrze ekspedycya skończy.
Czarownik zadumał się chwilkę, w bęben
zwolna uderzył, i ciche, jednostajne jak fale rzeki
dźwięki zapełniły jurtę.
Czasy stają się gorszymi, a papier cień-
szym. Czyż mogę ja, biedny szaman, wywróżyć
ci to wszystko, czego ode mnie żądasz?... Jednak-
że tyś przyjechał z dalekiej krainy, ja również
przybyszem tu jestem... Czyż mogę ci odmówić?
Czyż mogę nie czynić wysiłków, by ci wywróżyć?
Na chwilę umilkł, poczem znów zaczął:
— Zadanie, dla któregoś do naszej zawitał
krainy, ukończysz pomyślnie, wiele jednak trudno-
ści i przeszkód będziesz miał do zwalczenia.
Pomocnik zapytał mię: czy mam rodziców,
braci i siostry, żonę i dzieci?
SZAMAN Z BĘBNEM. Fot. z natury.
Odpowiedziałem.
Szaman znowu w bęben uderzył.
Do dzisiejszego wieczoru wszyscy twoi
krewni byli w dobrem zdrowiu i zupełnej po-
myślności, dziś jednak zapisz sobie tę datę dla
pamięci coś się z jednym z nich stało- -dobrego
czy złego, powiedzieć nie umiem... Jeżeli ci skła-
małem, możesz mi przy spotkaniu twarz sadzą wy-
smarować.
Szaman znowu przerwał i zapytał mnie: czy
matka moja miewa ataki? Odpowiedziałem prze-
cząco. Czarownik, jakby nie czując w danym ra-
zie twardego gruntu pod nogami, powrócił do po-
przedniego tematu:
— Masz przedmiot, który już w drodze od Ro-
syan nabyłeś, czworograniasty... Dużo będziesz
miał z nim kłopotu; wiele ci on będzie przeszka-
dzał w nabywaniu przedmiotów.
Mówiąc to, szaman badawczo na mnie spo-
glądał i, widząc zdziwienie na mej twarzy, zapytał:
— Nie przypominasz sobie?.. Czyż być może?
— Ot, patrz!
Bijakiem od bębna narysował na ziemi znak
taki:------i znowu na mnie przenikliwie spoj-
rzał.
Gubiłem się w domysłach: co to za przed-
miot?
Nie szerszy od bijaka—dodał po chwili-
Nie posiadałem takiego przedmiotu, a przynaj-
mniej nie przypominałem go sobie.
Wyraziwszy pewność, że przypomnę sobie,
szaman rozpoczął czary nad chorą szamanką.
— Dwaj „erenie" (duchy nieczyste) gnie-
wają się na ciebie: jeden z twego kraju rodzinnego,
drugi miejscowy, z własnej twej jurty. Obraziłaś
ich, i nie mają dla ciebie miłosierdzia... Należy
ich przebłagać.
Mówiąc to, narysował na ziemi szereg kresek
i figurkę ludzką i kazał to uszyć z jedwabnej ma-
teryi.
— Brak ci wiary, wątpisz, szarpiesz się: to
stan twój pogarsza.
Szamanka, klęcząc ze złożonemi pobożnie
rękoma, z namaszczeniem słuchała go.
— Andykturu! Andykturu! (Prawda, słusz-
nie)—szepnęła z pokorą.
Szaman zbliżył się ku szamance, bęben nad
nią rozpostarł i mocno weń kilkakrotnie z góry
TYGODNIK ILLUSTROWANY N° 41
777
uderzył. Nagle odwrócił bęben i czyniąc ruch,
jakby chwytał niewidzialnych dla otoczenia duchów
1 w bęben siłą je wtłaczał, w pogoni za jednym na
środek jurty skoczył i, schwyciwszy opornego du-
cha, lotem błyskawicy z jurty wyskoczył. Bum!
bum! bum! -dolatywały do nas zzewnątrz dźwię-
ki bębna, którym szamanka na klęczkach z wiel-
kiem przysłuchywała się skupieniem.
Po chwili czarownik znowu do jurty wsko-
czył... Obecni zdumieli... Bęben był krwią zbro-
czony. Nic była to krew. Na czerwonawem tle
bębna w ten sposób przeświecała woda deszczowa,
obecni byli jednak przekonani, że to krew, i wstrząś-
niQci, wzburzeni, z zabobonnym strachem patrzali
na czarownika... A on, jakby czując, jaką władzę
ma nad nimi, pogodnie spoglądał dokoła, wielki
przez swą wiarę, spokojny przez swą nieświado-
mość...
— Możeście zmęczeni?—zapytał nas szaman
po chwili. Teraz już można wyjść z jurty... (Ry-
tuał podczas czarów zabrania tego).
Nie!
Zostaliśmy. Szaman, wypaliwszy fajkę, wstał,
wyprostował się, uderzył w bęben i zwolna, ma-
jestatycznie kroki swe ku lewej stronie jurty skie-
r°wał. Jest to tak zwana kobieca połowa. Po
Prawej stronie jurty ja siedziałem, dalej siedział
mój tłómacz i inni Rosyanie.
Zaczynał się końcowy akt czarów: wypędze-
nie z jurty duchów, na początku czarów zwoła-
nych... Było im tu dobrze, rozpanoszyły się
w jurcie zupełnie, i to wypędzanie było niełatwem
dla szamana zadaniem.
Czarownik uderzył w bęben, natężył słuch,
krzyknął, gwizdnął, machnął w powietrzu bijakiem,
złapał ducha, do bębna go wpakował, i z jurty
wyniósł. Powtórzyło się to kilkakrotnie, ale nie
wiem dlaczego wszystkich duchów na kobiecej po-
łowie chwytał. Być może, że duchy więcej lgnęły
do swoich, a z prawej siedzieli nie-Sojoci. Nie-
kiedy bardziej harde i krnąbrne duchy stawiały mu
opór, zaczynało się szamotanie, duch odrzucał z progu
szamana z powrotem wewnątrz jurty, czarownik
borykał się z nim, wszyscy z trwogą przyglądali
się tej walce, pomocnik, jak zawsze w krytycznej
chwili, kropił masłem i kadził wrzosem, dopóki
duchy opiekuńcze szamana nie zjawiły się z po-
mocą, a wówczas czarownik z bębnem i upar-
tym duchem, jak bomba, wylatywał z jurty. Coraz
mniej duchów pozostaje w jurcie. Niesforna ich
tłuszcza z rozkazu czarownika rusza w świat...
Ale oto ostatni duch już odleciał, szaman wraca,
rozgląda się, staje, uderza kilkakrotnie w bęben
i rzuca bijak pierwszemu z kolei. -„Terek!" (po-
myślnie)—krzyczą wszyscy, kiedy bijak pada we-
wnętrzną stroną do góry.—„Ujgu!“ (niepomyślnie),
—kiedy upadnie odwrotnie. Wówczas czarownik
bierze bijak, znowu bije w bęben, w szerść
z zewnętrznej strony bijaka, gwiżdże i rzuca
znowu... Tym razem rzucony bijak wróży pomyśl-
nie... Czarownik pokonał wrogie sobie duchy...
Czary zbliżają się ku końcowi. Pomocnik podaje
szamanowi imbryk z zimną mongolską herbatą
z mlekiem. Szaman jedną miseczkę wylewa na
ognisko, drugą w otwór dymowy, a następnie sie-
dem z kolei miseczek sam wypija. Tymczasem
pomocnik i gospodarz jurty stoją na pogotowiu
z 'dwiema żerdziami i z naprężeniem śledzą każ-
dy ruch szamana. Widzowie też wyczekują z trwo-
gą. Ma nastąpić najniebezpieczniejsza dla czarow-
nika chwila: przeskok ze świata mar i czarów do
rzeczywistości...
Szaman błędnym wzrokiem spogląda dokoła;
rzekłbyś, że nie ma odwagi i waha się. Nagle, jak-
by się zdecydował, przeskakuje przez ognisko
i z krzykiem pada na ręce pomocnika... Obecni
rzucają się na pomoc, trzymają go, by nie upadł
na ognisko, zakładają mu żerdzie z tyłu na plecy...
Zesztywniałe ręce zwieszają się, jak u trupa, gło-
wa opada w tył, ze zdławionego gardła wyrywają
się łkania.—„Ardżan! Ardżan!“ krzyczy pomoc-
nik. Gospodyni kropi masłem. Szaman powraca
powoli do przytomności, obecni zdejmują z niego
czarodziejski kaftan i czapkę, odbierają bęben i bi-
jak i zwolna, ostrożnie, jak niebezpiecznie, chorego
sadzają przed ogniskiem. Szaman wzdycha, ziewa;
czkawka częsta i głośna dusi go. Ktoś mu podaje
fajkę. Szaman namiętnie zaciąga się...
Wśród obecnych zaczyna się rozmowa, chłop-
cy i dziewczęta wylatują z jurty, i na dworze roz-
lega się młody śmiech swawolników, czaty znika-
ją ostatecznie; rzeczywistość, chłodna a twarda,
chwyta do rąk wypuszczone cugle. Trzecia go-
dzina w nocy. Żegnamy szamana i wracamy do
namiotu. FELIKS C.OHN
ARTUR GRUSZECKI.
SŁOMIANY OGIEŃ.
— Bardzo wątpię, czy znajdziesz odpo-
wiednie pole do popisów.
— Przy dobrej woli nie zabraknie mi
Przedmiotów do miłych eksperymentów.
— To nie Lwów, ani Warszawa, kochan-
ku: to Kraków.
— Tern większa sława dla mnie! — za-
śmiał się, wstając od stołu, a podziękowawszy
Za obiad, rzekł: — Pójdę na miasto, mam tu
dobrego przyjaciela, Karola Ocieskiego... może
S° znajdę, a przez ten czas zechce mama
Omówić z ciocią kwestyę mego mieszkania,
sPania, prania, bo przecież ja nie mogę się
tcm zająć: to kwestye czysto kobiece.
-— O, przepraszam! — zawołała ciotka: —
1 mężczyźni powinni się tern zajmować.
— To już mama mnie tak zepsuła, że
nie troszczę się o podobne drobnostki, jak
Wogólc my wszyscy, mężczyźni.
Ucałował rękę ciotki, matki i, poprawiw-
szy ubranie przed lustrem, wyszedł.
— I co z niego będzie? — jęknęła pani
Sylurska.
— Ach, moja droga, ileż nocy bezsen-
nYch on mnie kosztował!... Byle zdał egzamin,
Potem wstąpi do sądu albo namiestnictwa,
°zeni się bogato, i wreszcie się ustatkuje.
Czy z jaką Żydówką? — powiedziała
zc złośliwym uśmiechem.
On!? Domnicki!?
Przecież inna go nie zechce... mojem
aniem, tylko cnotliwy mężczyzna może że-
nic się z cnotliwą panną... a on?
— Już to przesadzasz, moja droga. We
Lwowie trafiały mu się bardzo dobre partye,
ale nie pozwalałam, bo i co za przyszłość dla
niego? Być mężem bogatej żony to żadna
karyera.
— Cóż myślisz?
— We Lwowie miał towarzystwo, różne
znajomości, był rozrywany... i jako młody,
ładny, dowcipny, bogaty, stał się zbyt pożą-
danym... Powiem ci szczerze, że nie było
ulicy, aby nie miał kochanki, znajomej bliższej
lub dalszej. I z powodu romansów nie zdał
egzaminu. Chcę go oddać pod twoją opiekę
i jestem pewna, że u ciebie on się ustatkuje.
— Ale jakim sposobem? Przecież nie
będę chodziła ślad w ślad za nim... zresztą
u mnie ciasno. Salon należy do Klubu, a nie
będę z nim spała w jednym pokoju, sama to
rozumiesz.
— Poradzi się jakoś... musisz jednak
przyjąć opiekę nad nim: to dobre dziecko, da
się powodować, i prędzej kobieta dojdzie
z nim do ładu, aniżeli mężczyzna.
— Ty wiesz, kochana, dla ciebie zrobi-
łabym wszystko, ale nie wiem, czy poradzę
jemu, czy potrafię spełnić swe obowiązki.
— Znam twoją sumienność i poczucie
obowiązku: jak zechcesz to zrobisz, a myślę,
że w tych moich ciężkich przejściach nie opu-
ścisz mnie.
— Ależ najdroższa,—ucałowała pani Sy-
lurska swoją siostrę—dla ciebie zrobię wszystko,
bądź pewna.
11
— Dziękuję ci—mówiła pani Domnicka
ze łzami w oczach: — wiedziałam, że nie za-
wiodę się na tobie. Bardzo mi zależy na tern,
aby on był krępowany tobą, twoim domem,
musiał pilnować się godzin... Narazie będzie
tu ciasno, ale wyszukamy inne mieszkanie
obszerniejsze.
— Hm... gospodarz chciał mi koniecznie
wynająć oboczny pokój — wskazała drzwi
salonu zasunięte szafą: — może jest wolny, to
obeszłoby się bez przeprowadzki.
— Ach! to byłoby doskonale: on miałby
swój pokój, a jednak byłby z tobą... 1 nie po-
zwalaj mu na hulanki, na pokątne romanse:
sama widziałaś, jaki on mizerny.
— Zrobię, co będę mogła, i u mnie on
musi być moralny.
— Wiesz, najdroższa, najlepiej dla jego
zdrowia i dla mego spokoju byłoby, gdyby on
naprawdę się zakochał w jakiejś porządnej
pannie, to powstrzymałoby go od wybryków..
Czy ty nie znasz takiej panny?
— Hm... na razie nie znam — odpowie-
działa z pewnym przymusem, bo propozycya
siostry sprzeciwiała się jej dotychczasowym
zasadom. — Ale czy nie obawiasz się, że on
zechce się z nią ożenić?
— O, on jest nadto trzeźwy, doświad-
czony; zresztą ja mam wielki wpływ na niego.
Idzie mi o to, żeby się on zaszanował i zdał
nareszcie ten egzamin... Jeszcze lepiej i bez-
pieczniej byłoby dla niego, gdyby rozkochał
ZMIERZCH JESIENNY
JÓZEF RAPACKI
PRZERWANA PODRÓŻ
E. BOUTIGNY
780
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 41
się w mężatce; wtedy byłabym o niego spo-
kojna.
Pani Sylurska zmieniła się na twarzy>
przygryzła wielkie usta, aby nie wybuchnąć-
przemogła się jednak i odpowiedziała ze sztucz-
nym uśmiechem:
— Wątpię, czy Franio zechce się zako-
chać na rozkaz... Zostawmy to przyszłości.
— To prawda, zawsze jednak można
zwrócić jego uwagę, podniecić go... Ale po co
ja to mówię, kiedy ty sama wiesz najlepiej,
jak postępować z mężczyznami!... A kiedy zbie-
ra się klub u ciebie?
— Rano od jedenastej do pierwszej; po
południu od szóstej do ósmej.
— Hm... za pięć godzin zajęcia salonu
bierzesz piętnaście guldenów: to wcale nieźle',
nie licząc zysków z nafty, węgla, usługi... Czy
nie mogłybyśmy dziś jeszcze pójść do gospo-
darza o ten pokój?
— Jeśli chcesz, to i owszem.
VII.
O zwykłej godzinie Wandzia zadzwoniła
do mieszkania pani Sylurskiej. Otworzyła je
Marysia i po przywitaniu opowiadała:
— Pani kazała przeprosić panienkę, że
dziś przyjdzie później...
— Dobrze, a pani Szarewiczowa jest?
— Dopiero jedenasta... pewno nadejdzie...
tylko jedna panienka przyszła tak wcześnie...
A do mojej pani przyjechała siostra, i obie
wyszły za sprawunkami.
— Siostra? i szła do salonu.
— Starsza od pani mojej i bogata, ma
kamienicę... i z nią przyjechał jej syn, panicz
jeszcze nieżonaty, młody i wesoły. On tu
będzie mieszkał.
— Gdzie? U pani Sylurskiej? — spytała
obojętnie, porządkując książki, dotyczące biura
informacyjnego.
— Tak, proszę panienki, tutaj...
Z kuchni przez drzwi otwarte doleciał
charakterystyczny szum płynu, padającego na
rozgrzaną płytę, i Marysia, nie dokończywszy
zdania, wybiegła.
Wandzia, ułożywszy książki, rozejrzała
się po salonie. Dostrzegła pewien nieład,
odsuniętą sofę, dwa kufry w rogu, niedopałki
papierosów na popielniczce, laseczkę w kącie.
Przez chwilę zastanawiała się, gdzie po-
mieści pani Sylurska swego siostrzeńca: prze-
cież nie w salonie Klubu?... I przypomniała się
jej dziewczyna, z prowincyi przybyła, którą
wzięła do siebie Szarewiczowa, bo pani Sy-
lurska nie mogła się zdecydować na użyczenie
salonu, ale dla krewnych oddała bez pytania.
Gorzko się uśmiechnęła...
A może wczoraj spytała wieczorem panie
z wydziału, bo nie były z ciotką w Klubie.
Dowie się później, i z nudów chciała prze-
czytać dzienniki, które zwalone razem leżały
na drugim końcu stołu.
Wstała, by wziąć dziennik, a w Przecho-
dzie spojrzała w lustro wiszące, które od-
biło jej smukłą, zgrabną postać, delikatne,
jakby rzeźbione rysy twarzy, myślące, poważ-
ne oczy i bujne blond włosy z odcieniem sta-
rego złota.
Poprawiła fałdy granatowej sukienki, ko-
kardkę gazową pod szyją, i krokiem elastycz-
nym, miarowym, podeszła do pliki gazet.
Wróciła na swe miejsce i zaledwie za-
częła czytać, gdy w przedpokoju rozległy się
ciężkie kroki, i do salonu weszła kobieta,
ubrana z miejska, w czarnej chusteczce na
głowie, pytając z progu:
— Niech będzie pochwalony... Proszę
pani, a czy tu biuro dla kobiet?
— Tak jest, proszę bliżej.
— Ależ się zmęczyłam! — głośno odsap-
nęła, prostując swą grubą postać: — bo to ze
Zwierzyńca kawał drogi, a śpieszno mi... Przy
straganie zostawiłam córkę... małe to, ale ro-
zumne i sprytne... zawsze jednak bezpieczniej,
jak sama sprzedaję.
— No tak, zapewne... proszę, siadaj
pani.
— Krztynkę odpocznę, i owszem, bo mi
już nogi niebardzo służą — spojrzała na swe
wielkie nogi:—nie dziwota, całymi dniami sto-
ję; tyle odpoczynku, co w nocy i w święta.
Mam wprawdzie wyrękę z Teklusi, niby mo-
jej córki, ale zawsze oszczędzam dziecka, bo
przecież matką jestem, nie macochą.
— Prawda, prawda... Cóż panią sprowa-
dza do biura?
— Co? — zwróciła swą wielką ogorzałą I
twarz na Wandzię: — a to cała histotya. Bo
trzeba pani wiedzieć, że ja mieszkam u Zięby,
wie pani, ten dom przy klasztorze...
— Nie. Nie wiem.
— O, ten Zięba bogaty ma wielką po-
sesyę, i tam mieszka różne też biedactwo,
i także kątem siedzi Honorka, taka niecnota,
najmitka do szorowania podłóg, i ma dziew-
czynkę trzyletnią, bez ojca, jak to bywa u ta-
kich kobiet. I ta szelma znęcała się nad
dzieckiem, biła bez żadnej przyczyny, tłukła
głową o ziemię, o kufer, i odgrażała się, że
raz musi ją uśmiercić... Czy słyszana to hi-
storya!—załamała wielkie, czerwone ręce.—Su-
ka byłaby lepsza i litościwsza: czy nie tak?
— Prawda... Cóż z tą dziewczynką?
— Uradziłyśmy odebrać od niej dziecko,
a jej w to graj! Powiada: „Bierzcie, niech i dziś
przepadnie!... sama nie mam co do gęby wło-
żyć, a ten bachor mnie objada." A powiedz
pani, jaka u tej kobiety niesprawiedliwość: czy
to dziecko prosiło się na świat?
— Hm... tak, tak... Cóż dalej?
— Zaraz, niech odetchnę — poprawiła -
chusteczkę na głowię:—bo to od zeszłej zimy
miewam zadyszkę, ale to przechodzi. Biorę
napar z ziół poświęcanych, i to mi pomaga...
O czemże ja to mówiłam?
— Odebrały panie tę dziewczynkę...
— Bogaćtam „panie"!—zaśmiała się szcze-
rze:—jakie tam panie? Ubogie my wszystkie,
ja jeszcze z nich najbogatsza, a i u mnie się
nie przelewa, grosz grosza goni. Dawniej,
co prawda, było lepiej, ale teraz namnożyło się
tych sklepów, kramów, a miejscy wciąż pchają
się do nas, ledwie wyżyć mogę... tylko mnie
znają i wiedzą, żem rzetelna... Aha, tę dziew-
czynkę zaprowadziłyśmy do ochronki... Pani
ją zna?
— Nie.
— O, to źle, to bardzo źle! — mówiła
nachmurzona: — już to wy, miejskie, tylko
o sobie macie pomyślenie. Otóż jest u nas,
na Zwierzyńcu, schronisko dla dziewcząt opu-
szczonych. Trzeba koniecznie, aby pani tam
poszła.
— Dobrze.
- Nic powiadaj pani: „dobrze," tak sobie,
na wiatr, aby się mnie pozbyć, tylko przyjść
trzeba koniecznie, nie dziś, to jutro... Cóż?
przyjdzie pani? Ja tam mam stragan przy
drodze i obaczę.
— Przyjdę napewno.
— To i dobrze... Otóż schronisko to
utrzymuje święta kobieta, chociaż uboga.
Trochę wyprosi, trochę złożą się państwo bo-
gaci, i karmi te sieroty nieszczęśliwe. Opo-
wiadała mi ta pani, że musi skąpić dzieciom,
bo brakuje tego i owego, jak zwyczajnie
w ubogim stanie... Usłyszałam ja, że bogate
panie chcą pomódz potrzebującym, przyszłam
więc do miasta, do biura... ledwiem się dopy-
tała. Macie wy komu pomagać, to najpierw
temu schronisku... to nietylko katolicki obo-
wiązek, ale macierzyński. Pani młoda, pewno
panna jeszcze, ale jak wyjdzie pani za mąż,
to i pozna pani, że ratować dzieci to nasz
najpierwszy obowiązek. Cóż? przyjdzie pani:
— Będę ze wszelką pewnością.
— A na Zwierzyńcu pytaj pani o Ma-
dejową, to niby o mnie: wszyscy mnie tam
znają, a już pani wskażę schronisko.
— Dobrze, — a widząc, że wstaje do
odejścia, dodała: — i dziękuję pani za wia-
domość.
— Niema czego dziękować, moja pani,
toż trzebaby mieć serce z kamienia, aby nie
pomódz sierotom, kiedy można... Zmarnowa-
łam, co prawda, trochę czasu, nabiegałam się,
ale nie żałuję, bom swego dopięła. A teraz
Panu Bogu zostawiam.
— Niech Pan Bóg prowadzi. Do wi-
dzenia!
— A rychłego! — zawołała, zamykając
drzwi.
Po jej wyjściu uczuła się Wandzia dziw-
nie przyjemnie podnieconą, prawie szczęśliwą;
zdawało się jej, że jakiś jasny promień roz-
świetlił w niej mroki, że niespodziewana ra-
dość wstąpiła w jej serce, i świat, i ludzie,
i wszystko dokoła wydało się jej dobrem, za-
cnem, miłem, szlachetnem!
Prawda, że ta niegodna matka znęcała
się nad niewinnem dzieckiem, ale to mały,
nikły cień wobec ogromu słońca dobroci
i współczucia tych ubogich kobiet, zapracowa-
nych od świtu aż do wieczora, nękanych
prawdopodobnie niedostatkiem, żyjących wy-
siłkiem dzień po dniu... A jednak tak głęboko
odczuły niedolę dziecka, nie wahały się podjąć
trudu, starań, opieki, by dziecko uwolnić,
i współczując niedoli sierot, wyszukały jeJ
biuro, wzywając do niesienia pomocy.
(DCN)
781
O WIZERUNKU N. P. OSTROBRAMSKIEJ.
PRZYCZYNEK HISTORYCZNY
OBRAZ N. M. P. OSTROBRAMSKIEJ.
W księgozbiorze kreślącego ten artykuł,
w liczbie druków, poświęconych czci
N. Panny Maryi, tudzież dziejom wsławionych Jej
wizerunków krajowych, znajduje się bardzo rzadka
broszura teologiczna karmelicka. Rzecz łacińska,
z XVIII w., o ośmiu stronicach, łącznie z tytułem
frontispicium obrazowem, w 4-ce, w Wilnie wy-
tłoczona. Składa się: z całostronicowego tytułu,
ryciny — podobizny N. P. Ostrobramskiej na od-
wrocie, przedmowy (Praęfatio) o dwu stronicach
i Wniosków — Conclusiones Theologicae Menti D.
Thomae ingelici Doctoris Conformes. Wszystkie
części podpisane przez słuchaczów wileńskiego zgro-
madzenia Karmelitów Bosych F. F. Carmelitis
Discalceatis Sacrae Theologicae \uditoribns.
Broszura, nie ze względu na wykaz tez obroń-
czych, jest przedewszystkiem interesująca, lecz dla
'Ilustrującego ją miedziorytu oraz podanego w przed-
mowie szczegółu historycznego, nie zużytkowane-
go dotychczas przez autorów rozmaitych rozpraw,
studyów, opisów i przyczynków dziejowych,
z obrazem Ostrobramskim się wiążących.
Sztych szeroko kreskowanego cięcia—mało
•artystyczny, wyobraża Matkę Bożą, jak była
wówczas na obrazie nie ukoronowaną jeszcze
1 bez szaty metalowej (gdańskiej), później spo-
rządzonej; blacha, odciśnięta na całej stronicy,
z wyrytym podpisem: „Wizerunk Cudownego
Obrazu Nayswietszey Panny MARYEY u Ostrcy
Bramy w Wilnie przy Kościele Karmelitów Bos-
sych. Ni(kodem? imię rytownika nie wyraźnie
odbite) Czapliński sc...“ Jest to więc sztych
Os'robrainski jeden z najpierwszych, bez ochyby
zaś wcześniej był reprodukowany od miedziorytów:
załączonego tu w kopii (jednego z najlepszych),
Ofaz ks. Karęgi, nie mówiąc już o pracach Maur-
Bczyckiego Karmelity, prof. F. Lchmana i A. Per-
'eB°; pochodzi więc z tych mniej więcej czasów,
z połowy XVIII w., co rycina Franciszka
Balcewicza; wymienione sztychy posiadamy.
Obrazek ów, identyczny z opisanym szcze-
gółowo przez Helenę Bielińską w wybornem
studyum p. t.: „Kilka słów o obrazie i ka-
plicy Najśw. Panny Ostrobramskiej w Wil-
nie" (Kraków, 1892) podany jest jako praca
Karęgi. Prawie na wszystkich rycinach
z wizerunkiem Ostrobramskim sztycharze
kładli podpisy, które odbijały się niedość
wyraźnie, często zupełnie nieczytelnie; w da-
nym razie stwierdzamy, że omawiany obra-
zek nosi nazwisko Balcewicza, jako autora;
podobnego sztychu Karęgi nie zdarzyło się
nam oglądać. Obraz N. Panny Ostrobram-
skiej kopiowało farbami olejnemi wielu arty-
stów; z tych najwybitniejsi: Szymon Czecho-
wicz (znany malarz XVIII w., którego pięk-
nymi obrazami szczycą się kościoły War-
szawy i Wilna); Karol Rafałowicz (znany
w latach 1857 1861, jako świetny kopista
arcydzieł Murilla, wykonał N. P. Ostro-
bramską dla ks. Ant. Zaleskiego); Kanut Ru-
siecki (ojciec p. Bolesława, również art. ma-
larza, obaj wysoce zasłużeni dla sztuki
i jej dziejów w Wilnie). Podobiznę twa-
rzy cudownej M. B. Ostrobramskiej podług
Czechowicza (zaznaczmy, że tego samego
nazwiska był w Wilnie doskonały fotograf
widoków miasta—ś. p. Józef Czechowicz;
wszakże jego kopia obrazu Ostrobramskie-
go nie należy do najlepszych: najudatniejszą
wykonał p. Hryniewicz przed czterema laty)
załączamy; przyznać trzeba, że jest głęboko
odczuta, o wyrazie oblicza, który tak wzru-
sza ogromnie w oryginale Ostrobramskiego rzew-
nego wizerunku.
Wracając do wspomnianej broszury karmelic-
kiej, zasługujący na uwagę historyków obrazu
Ostrobramskiego, tudzież akademii wileńskiej, przy-
czynek znajdujemy w przedmowie, wśród gorących
uniesień hołdowniczych dla N. Panny Ostrobram-
skiej i frazeologii scholastycznej potoku. W tłó-
maczeniu polskiem, tak brzmi ów ustęp: „Już daw-
no uznała mądrość Maryi Matki Ostrobramskiej
DZIAD Z POD OSTREJ BRAMY S. W1ŃCZA I
wszechnica litewska—Akademia Wileńska, która
w 1671 r., a w 50 od założenia naszego klasztoru,
obrała ją sobie za opiekunkę i orędowniczkę.
Czcigodny Ojciec Karol od Ducha św. przepro-
wadził obraz Maryi Dziewicy do kaplicy nad Ostrą
Bramą. Obraz nieśli: Michał Pac, wódz wojsk
W. Ks. Lit., Krzysztof Pac, Kanclerz W. Ks. L.
i Hilary Połubiński, Marszałek W. Ks. L. Wów-
czas 12 mówców najmędrszej wszechnicy wileń-
skiej wygłosiło pochwały na cześć Boskiej Pallady."
Szczegół ważny a nowy, nigdzie nie przyto-
czony.
Ostatniem słowem badań naukowych, tyczą-
cych się pochodzenia obrazu Ostrobramskiego, po-
partych logiką, przy intencyach uczciwie najbez-
stronniejszych, jest nader cenna rozprawa Anto-
niego Wysłoucha p. t. „Łodziata i Hilaryon" wy-
drukowana w książce zbiorowej Z ziemi pagór-
ków leśnych, z ziemi lak zielonych (jubileuszo-
wej Mickiewiczowskiej. Warsz. Gebethner i Wolfi,
1899 r.); ustala ona fakty niezbite co do ob-
GŁOWA N. PANNY Z OBRAZU W OSTREJBRAMIE.
razu. Obraz tedy N. P. Ostrobramskiej, posiada-
jący wszelkie cechy malarstwa włoskiego, był wy-
konany w połowie XVI wieku, więc już tern sa-
mem nie mógł być przywieziony przez Olgierda
(bajka panegiryczna Łodziaty) z rzekomej wy-
prawy na Chersonez, o której żaden z nowoczes-
nych historyków polskich i rosyjskich nie wspo-
mina, lub też weń nie wierzy (Stadnicki, Anto-
nowicz, Daszkiewicz, Sołowjew, Bestużew - Riu-
min i in).
Historyczny początek obrazu zupełnie jest
nieznany, jak to jasno wykazali niebałamutni bada-
cze; w XVIII w. nietylko o. Hilaryon Karmelita to
stwierdził, lecz również autor nieznany dziełka
p. t. „Uczęstnictwo y yedność Duchowna pod
opieką Nayświętszey Maryi Panny i t. d. (z przy-
łączeniem rozmaitego nabożeństwa y Relacyi. W
Wilnie, w drukarni akademickiey (powtórne zr. 1797
wydanie). Ów Karmelita pisze za Hilaryonem:
„Co do początku i dawności tego Cndownego ob-
razy, skądby się wziął i od którego czasu wierny
lud swoje do Niego Nabożeństwo powziął, żadney
znikąd pewney wiadomości nie mamy." A dalej:
„To jednak pewna, że przed fundacyą Konwentu
naszego, ten święty obraz zupełnej czci i powin-
nego uszanowania nie miał..."
Klasztor i kościół św. Teresy ufundowano
dla Karmelitów Bosych 1626 r. (Stefan Pac pod-
kanclerzy Lit. i Dubowiczowie, burmistrzowie wil.).
W tym czasie i obraz łaskami słynąć począł, choć
Karmelici weszli we władanie obrazem dopiero
782
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 41
w 16S8 r. Przedtem obraz N. Panny należał do
miasta; ulokowany na bramie Ostrej (Miednickiej),
nie będąc w należytej opiece, nie miał nawet do
r. 1671 kaplicy, a mieścił się w murze; zaledwie
drzwiczki drewniane go przysłaniały!.. Ani zna-
komity uczony Wojciech Kojałowicz, wyliczający
w „Miscellaneach" z 1650 r. wszystkie miejsca cu-
downe na Litwie, ani O. Jacek Pruszcz w „Morzu
łaski Bożej" (1661), nikt zgoła o obrazie Ostro-
bramskim nie wspomina. Kaplicę dzisiejszą, mu-
rowaną na Ostrej Bramie, wznieśli Karmelici w 1744 r.
i przyozdobili w 1829 rl ładną ma atykę renesanso-
wą. A. Wysłouch przypuszcza, że obraz Zbawiciela,
znajdujący się w katedrze wileńskiej, jak wiadomo,
pochodzący z XVI w. i tego samego pędzla co
wizerunek Ostrobramski, mieścił się przedtem we 1
framudze wspomnianej Bramy miejskiej- z przeciw-
nej jej strony (południowej), gdzie dotychczas za-
chowało się puste miejsce tej samej wielkości, co
i framuga N. Panny Ostrobramskiej; nadto przy-
puszcza, że dawniej mogły być tu freski. Domysł
na wielkiem prawdopodobieństwie oparty.
LUC. UZIĘBŁO.
Pięćdziesięciolecie krakowskiego Towarzystwa przyjaciół sztuk pięknych.
Poł wieku istnienia instytucyi, która .stanęła na
wybitnym posterunku życia duchowego na-
rodu, to kawał historyi cywilizacyi. Jedną z ta-
kich pięknych kart illustrujących postęp i rozwój
kultury w zakresie sztuki, odsłaniają 50- letnie dzie-
je ki akowskiego Towarzystwa przyjaciół sztuk pięk-
nych. Sztuka polska wiąże z tym jubileuszem
garść najpiękniejszych wspomnień swej wielkiej
przeszłości, bo krakowskie Towarzystwo było prze-
szłości tej częścią me najmniejszą, ważnym etapem
jej dróg rozwojowych. W jego łonie rozgrywały
się najważniejsze jej sprawy, ono było tej kiełku-
jącej sztuki, w jej niemowlęcym rozwoju patronem
i opiekunem.
Gdy w drugiej połowie ubiegłego stulecia
przodownictwo myśli przeniosło się z dziedzi-
ny poezyi w inne dziedziny pracy ducha, jed-
nym z wybitniejszych punktów programu pracy
organicznej stała się sztuka. I zaczęła ta sztuka,
istniejąca dotychczas tylko ofiarnością, lub kapry-
sem sfer uprzywilejowanych, dobijać się prawa
obywatelstwa, w szerszym niż dotychczas zakresie,
zaczęła szukać oparcia w społeczeństwie, uciekać
się pod opiekę liczniejszej części narodu i jego
zbiorowej życzliwości i poparcia. Wyrazem tej
dążności było powołanie do życia Towarzystwa,
które miało wziąć na siebie obowiązek patrono-
wania sztuce polskiej i otworzenia naścieżaj wrót
jej rozwojowi.
Działo się to w r. 1854. Kraków, dotknię-
ty pamiętnym pożarem z r. 1850, zwolna dźwigać
się począł z ruiny. Katastrofa, która dotknęła mia-
sto, obracając w perzynę najludniejsze jego części
i grzebiąc pod gruzami resztę średniowrecznych
pamiątek, ocknęła ogół z uśpienia. Żal ogarnął
mieszkańców Krakowa na widok zrujnowanych ko-
ściołów i pomników. Uczucie bolesnej klęski
ogarniało miłośników starego grodu, gdy rzucali
GMACH TOW. PRZYJACIÓŁ SZTUK PIĘKNYCH W KRAKOWIE.
okiem na gruzy, zalegające ulicę Grodzką, gdy
spoglądali na odmienną frzyognomię miasta. Ta
główna arterya komunikacyjna, szczycąca się do
ntedawna architekturą średniowieczną, przypora.mają-
cą zabytki Norymbergi, przedstawiała się po pożarze
jako zwalisko starych murów. Znikły bezpowrot-
nie śliczne wieżyce ostrołukowe, zdobiące szczyty
domów i oryginalne, średniowieczne, pełne charak-
teru ich facyaty, i stylowe kamienne obramowania
okien, i znamienne na domach godła. Drobną
cząstkę tego uratowano, szczątkami zdobiąc nowe
mury, lub przenosząc na inne miejsca, ale zewnętrz-
ny wygląd całej części miasta stracił bezpowrotnie
dawny swój średniowieczny charakter.
Ale pod gruzami zaczęło wykwitać nowe
życie. Jednym z pierwszych plonów było zawią-
zane w r. 1854 Towarzystwo przyjaciół sztuk pięk-
nych w Krakowie.
Kraków, w którym kamienie opowiadają dzieje,
słusznie uważał za swój przywilej być punktem
środkowym i metropolią sztuki. Że nie stało się
to wcześniej, przypisać trzeba opłakanym wa-
runkom, w jakich Galicya podówczas się znajdo-
wała. Że zaś teren miasta i warunki, w których ro-
dziła się cała akcya zakładania Towarzystwa, nie
były łatwe i sprzyjające, o tern świadczą słowa
pierwszego sprawozdania, zaznaczające, że „wśród
obfitości środków i materyałów, sztuka piękna le-
żała w gruzach, a artyści umierali z głodu i nędzy
w szpitalach."
W niezbyt zachęcających okolicznościach gro-
no miłośników sztuki powzięło zamiar założenia
Towarzystwa akcyonaryuszów, któreby dostarczy-
ło środków na poparcie sztuki i popularyzowa-
nie jej wśród ogółu. Przesiany władzom projekt
statutu rychło uzyskał zatwierdzenie, zaczem i wpro-
wadzenie w życie nowej instytucyi nie napotkało
przeszkód. Do grona pierwszego zarządu powo-
łane były te same
osoby, które wcho-
dziły w skład ko-
mitetu przygoto-
wawczego, a mia-
nowicie: Książę
Władysław Czarto-
ryski, wybrany na
prezesa Dyrekcyi,
Henryk hr. Wo-
dzicki, Walery Wie-
logłowski, Adam
hr. Potocki, Euge-
niusz hr. Dziedu-
szycki, Wincenty
Siemiński, Franci
szek Paszkowski,
Władysław Dąb-
ski, Adam Gor-
czyński, Michał
Łuszczk ie wic z,
Karol K r e m e r,
Ambroży Grabow-
ski, doktor Ra-
PRZEDSIONEK GMACHU T. P. S. P W KRAKOWIE,
dziwoński, Wincenty Kirchmajer i 'Hilary Meci-
szewski.
Tak ukonstytuowana Dyrekcya wydała do
publiczności odezwę, wzywającą do popierania ce-
lów Towarzystwa. Odpowiedzią na ten apel było
przystąpienie 916 członków, którzy rozebrali po-
między siebie 1137 sztuk akcyi. Zgodnie wyma-
ganiem statutu urządziła dyrekcya zaraz w pierw-
szym roku ogólną wystawę obrazów, która aczkol-
wiek nie zdołała jeszcze zgromadzić prac wszyst-
kich artystów krajowych, była przecież zajmującym
przeglądem sił współczesnego malarstwa. Z kilku-
dziesięciu zgromadzonych na niej obrazów prze-
konać się mogła publiczność, że w gronie wysta-
wiających nie brak prawdziwych i godnych popar-
cia talentów, „które dotychczas pozbawione po-
mocy, zachęty kierunku i krytyki, rozwijały się
samopas na jałowym gruncie niedostatku."
Pierwsza wystawa powiodła się w zupełności.
Prócz tej pierwszej ogólnej wystawy urządziło To-
warzystwo stałą, nieustającą wystawę pod nazwą
„Salonu gościnnego" dla tych artystów którzyby
przed ogólną roczną ekspozycyą prace swoje chcieli
publiczności przedstawić ku ocenieniu ino dla zakupu.
Uchwalono też rozdawać członkom premium rocz-
ne w postaci litograficznej reprodukcyi jednego
z celniejszych obrazów krajowych.
Przegląd 50-letniej działalności Towarzystwa
przypomina także zasługi i pracę całego szeregu
wybitnych i wsławionych na wielu polach publicz-
nej i obywatelskiej działalności mężów, któizy jako
członkowie dyrekcyi mieli Towarzystwu swą po-
moc ofiarować. Oto najważniejsze ich nazwiska:
Adam hr. Potocki, Henryk hr. Wodzicki, Eugeniusz
hr. Dzieduszycki, Franciszek Paszkowski, Włady-
sław Dąmbski, Adam Gorczyński, Michał Łuszcz-
kiewicz, Karol Kremer, Ambroży Grabowski, Win-
TYGODNIK ILLUSTROWANY .Nb 41
783
EDWARD hr RACZYŃSKI-
Prezes krakowskiego T. S. P.
Ś. p. HENRYK RODAKOWSKI.
Były Prezes krakowskiego T. S. P.
SEWERYN BOEHM.
Sekretarz krakowskiego T. S. P.
centy Kirchmayer, Hilary Meciszewski, Paweł Po-
Piel, ks. kan. Scipio, Lucyan Siemieński, Józef Kre-
n'er, Eustachy Januszkiewicz, Maurycy Mann, Jó-
zef Friedlein, Stanisław Tarnowski, Henryk Lisicki,
F1ron. Abramowicz, Walery Gadomski, Juliusz Kos-
sak, Leopold Lóffler, Mieczysław Pawlikowski,
Maryan Sokołowski, Karol Estrejcher, Henryk Jor-
dan, Floryan Cynk, Ludwik Michałowski, Marceli
Jawornicki, Kazimierz Pochwalski, Teodor Rygier.
Obowiązki sekretarzy spełniali: Walery Wielogłow-
ski, Franciszek Kołosowski, Aleksander Makowski,
Antoni Zaleski, Piotr Umiński, Zygmunt Cieszkow-
ski, Konstanty Górski, Seweryn Boehm.
W roku jubileuszowym skład dyrekcyi jest
następujący: Prezes: Edward hr. Raczyński, I wice-
prezes: dr Stanisław Tomkowicz, II wiceprezes Piotr
Stachiewicz, sekretarz: Seweryn Boehm. Człon-
kowie zarządu: Feliks Kopera, Konstanty Laszczka,
Józef Kotarbiński, Jacek Malczewski, dr Józef Mucz-
kowski, Jerzy hr. Mycielski, dr Józef Rostafiński,
Władysław Prokesch, Włodzimierz Tetmajer, Win-
centy Wodzinowski i Jan Zawiejski.
Jubileuszowa wystawa, która w dniu dzisiej-
szym otworzy swe podwoje w nowym pałacu
sztuki, będzie popisem przeważnie współczesnego
Pokolenia, hołdem młodych, złożonym pamięci po-
przedników, i wspomnieniem pięknej niedawnej
Przeszłości sztuki polskiej. A jubileusz półwieko-
wego istnienia Towarzystwa, które tej sztuce drogi
forowało, będzie dopełnieniem tego łańcucha og-
niw, w jakie stężała w swoich fazach rozwojo-
wych sztuka lat ostatnich, jeden z najświetniej-
szych czynników naszego kulturalnego rozwoju.
Trwałą zaś tego obchodu pamiątką będzie
piękna księga pamiątkowa Krakowskiego Towarzy-
stwa sztuk pięknych, którą dyrekeya pragnie utrwa-
lić półwiekowe swoje istnienie. W księdze tej, obok
materyałów i wspomnień historycznych, znajdzie
się także niepośledniego znaczenia dla historyi
sztuki przyczynek, imienny spis nazwisk i prac
wszystkich artystów, których prace w ciągu lat 50
znajdowały się na wystawie krakowskiej. Spis
ten, będący poniekąd bibliografią naszego malar-
stwa, zestawił dr Karol Estreicher, dyrektor biblio-
teki Jagielońskiej. Daje on przejrzysty i nad
wszelkie wywody wymowniejszy obraz tej pięknej
i pożytecznej działalności, jaką się zapisało Kra-
kowskie Tow. Sztuk pięknych na kartach historyi
sztuki polskiej. W. PR.
Prof. NIEL F1NSEN.
Leczenie światłem Finsena.
W ubiegłym tygodniu zamknął powieki je-
den z tych dobroczyńców ludzkości, któ-
rzy nie hojnym datkiem, ani jednorazowem po-
święceniem, lecz ofiarą całego życia na przynosze-
nie ulgi cierpiącym zasługują na jej cześć i wdzięcz-
ność. Umarł profesor Finsen, któremu niedawno
przyznano jednocześnie z Becąuerellem i pp. Curie
nagrodę Nobla za nowy sposób leczenia chorób
skórnych za pomocą światła. Król duński, sędziwy
Krystyan, osobiście złożył powinszowania uczo-
nemu rodakowi.
Uczony lekarz, jakkolwiek zapadał od lat
wielu na zdrowiu, a wieszcie większą część dnia
musiał spędzać w łóżku, nie ustawał do końca
w badaniach leczniczych własności światła, które
prowadził od roku 1890. Badania te, z początku
czysto naukowe, wydały wkrótce zadziwiające
owoce w zastosowaniach praktycznych.
Na razie promienie światła okazały się bar-
dzo skutecznymi w leczeniu ospy, mianowicie czer-
wone promienie widma słonecznego, światło zaś
skoncentrowane i promienie pozafijoletowe dzielnie
leczyły wilka. W Kopenhadze powstał „Instytut
fototerapeutyczny“ imienia Finsena, przeznaczony
do zwalczania w Danii okropnej choroby, a zarazem
do badań fizyologicznych w tym kierunku. Od
roku 1395 do 1903 leczyło się tu przeszło 800
osób, dotkniętych wilkiem, i znaczna ich liczba
osiągnęła uzdrowienie.
Metoda Finsena polega na zdolności pro-
mieni fijoletowych i pozafijoletowych do zabijania
SALA OPATRUNKOWA.
WIELKI APARAT FINSENA DO NAŚWIETLANIA CHORYCH.
784
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 41
bakteryi, zwłaszcza skoro te promienie będą sku-
pione za pomocą soczewek. Promienie mogą po-
chodzić bądź ze światła słonecznego, bądź elek-
trycznego (łukowego). Chemiczne te promienie
działają na zdrowa skórę, sprowadzając zapalenie,
i przenikają tkanki powierzchowne.
Przy użyciu światła słonecznego, całe trak-
towanie wymaga tylko dużej soczewki płasko wy-
pukłej, 20 do 40 cm. średnicy, złożonej z szyby
płaskiej i kulistej skorupki, pomiędzy któremi znaj-
duje się woda (właściwie roztwór, pochłaniający
promienie czerwone i poblizkie o własnościach
grzejących).
Słońce jednak kapryśnym bywa gościem,
a w stolicy Danii zresztą niezbyt częstym. Mu-
siano je zastąpić sztuką, potężnym tukiem elek-
trycznym.
Przyrząd, wyobrażony na rycinie, składa się
z łampy łukowej o 50 lub 60 amperach i czterech
wysuwanych rurach mosiężnych. Każda z rur
mieści soczewki kwarcowe, które, jak wiadomo,
przepuszczają daleko lepiej, niż szkło, promienie
chemiczne, zwłaszcza zas pozafijoletowe. Dla pro-
mieni słonecznych kwarc nie jest konieczny, ponie-
waż atmosfera pochłania światło pozafijoletowe o naj-
krótszych falach; dochodzą tylko promienie o fali
dłuższej, które łatwo przenikają szkło.
Pomiędzy soczewkami jest woda przekroplo-
na, pochłaniająca ciepło (promienie pozaczerwone);
woda krąży ustawicznie, ażeby uniknąć jej ogrzania.
Opisany aparat pozwala na traktowanie odrazu
czterech pacyentów Oprócz niego, Finsen uży-
wał podobnych narzędzi pojedyńczych.
Promienie, wychodzące z rury, są jeszcze
zbyt gorące, aby ie można skierować wprost na
skórę. Dla uniknięcia oparzeń, stosuje się do ciała
urządzenie chłodzące, złożone z tabliczki i soczew-
ki płasko wypukłej z kwarcu, spojonych brzegami
i posiadających obieg wody. W ten sposób pro-
mienie o 150" ciepła stają się nieszkodliwymi.
Aparat ten ma zarazem usunąć krew ze skóry,
przez silny jej ucisk; promienie bowiem bakteryo-
bójcze nie przenikają tkanek, obfitujących w krew.
Zaraz po takiej czynności skóra jest zaog-
niona i nabrzmiała. Zapalenie dochodzi najwyż-
szego stopnia po upływie 12 do 24 godzin; two-
rzą się czasem pęcherze, ale nigdy nie bywa zni-
szczenia tkanek. Leczenie trwa kilka tygodni;
zdarzają się recydywy, wymagające powtórnych
zabiegów.
Wymowną jest statystyka zakładu Finsena;
od listopada roku 1895 do początku 1902 roku 804
chorych przedstawiało stan następujący:
Wyleczonych całkowicie 412
a) bez recydywy w ciągu 2—6 lat 124
b) „ „ przed upływem 2 lat 288
Wyleczonych prawie zupełnie (zostały
ślady choroby) 192
Inne zabiegi świetlne dały wyniki niemniej
korzystne: na 117 chorych uleczono zupełnie lub
częściowo 91 osób. Nadmienić wypada, że wielu
pacyentów miało chorobę bardzo zadawnioną, da-
tującą od lat dziesięciu, dwudziestu, a nawet pięć-
dziesięciu; nawet ci ostatni, ludzie, którzy przeszli
rozmaite kuracye i uważali się za nieuleczalnych
osiągali nieraz znaczne polepszenie. Wogóle przy-
padki uzdrowienia lub widocznego złagodzenia
choroby dochodzą 94°.'o; tylko w 6% światło nie
wydało żadnego skutku. Szczególnie zbawienny
wpływ ma fototerapia na odmianę wilka hipus vul-
garis, bardzo rozpowszechnioną, jakkolwiek nie
wydaje się taką, ponieważ chorzy po wielu pró-
bach daremnych, zrozpaczeni, dają za wygraną
i pędzą żywot w ukryciu.
Profesor Finsen ocenia całkowitą liczbę cho-
rych na wilka w Danii na 1,200 lub 1,300 osób,
co stanowi 0,6 na 1.000 ludności. Niepodobna
przypuścić, aby chorobę udało się zwalczyć do-
szczętnie w jakimbądź kraju; póki istnieje gruźlica,
dopóty występować muszą objawy wilka. Metoda
Finsena, wprowadzona niedawno do Anglii, dała
skutki równie pomyślne. Można się dziwić, że
dotychczas inne kraje tak mało stosują jeszcze po-
mysł duńskiego lekarza, któremu setki zeszpeco-
nych i skazanych na śmierć powolną, zawdzięczają
ulgę lub uzdrowienie.
K. S.
Profesor Kallenbach.
WSPOMNIENIE Z FRYBURGA
Do niedawna Fryburg w Szwajcaryi posiadał
dwie osobliwości: most wiszący, nader śmia-
łym inżynierskim pomysłem przerzucony z jedne-
go brzegu Saryny na drugi, a następnie w miej-
scowej katedrze organy, przez Fryburczyków, oczy-
wiście, za najpiękniejsze w świecie uważane.
Prof. JÓZEF KALLENBACH.
Fot. A. Karoli.
Od lat kilkunastu sława Fryburga znalazła
dla siebie trzeci punkt oparcia, kiedy mianowicie
założono w tern mieście uniwersytet „kato-
licki."
Środki młodej instytucyi były bardzo skąpe
i w czasach, o których chcę mówić, posiadała ona
tylko wydział teologiczny i prawny, a poza tern
parę luźnych katedr, w ich rzędzie katedrę li-
WIDOK OGÓLNY FRYBURGA. (W środku Katedra, na prawo na wzgórzu Uniwersytet).
teratury polskiej, którą zajmował wówczas prof.
Kallenbach.
Głośne imiona kilku profesorów-zakonników
(oo. Dominikanów), którzy w świetny sposób wy-
kładali między innemi filozofię mistrza swego św.
Tomasza z Akwinu, „Doctoris angelici," jak wielkie-
go myśliciela tego nazywano, a z drugiej strony
istnienie katedry literatury polskiej sprawiły, że
wśród studentów fryburskich znajdowała się zwyk-
le liczba dość znaczna Polaków.
...Późnym już wieczorem przywiózł mnie po-
ciąg do Fryburga; byłem wtedy młodym jeszcze
chłopcem i z niecierpliwą ciekawością wyszedłem
rano na ulicę, kierując swe kroki do uniwersytetu.
Jeden z przechodniów, spotkany wkrótce przeze-
mnie, wydał mi się do prof. Kallenbacha ogromnie
podobnym, z fotografii bowiem, którą gdzieś, kie-
dyś u jednego z kolegów widziałem, znałem już
przyszłego swego profesora. Sympatyczna i po-
godna twarz przechodnia skłoniła mnie, że pod-
szedłem do niego, i gdyśmy zaczęli rozmowę,
przekonałem się, że nie byłem w błędzie. Wyraz
twarzy jego nie omylił mnie także, bo oto sza-
nowny profesor, nie zważając na swe interesy,
z drogi zwrócił i z całą uprzejmością poprowadził
mię do czytelni uniwersyteckiej, gdzie, jak mówił,
z pewnością kilku Polaków-studentów znajdziemy-
Tak się stało, i w ten sposób wszedłem odrazu do
naszej kolonii; przytem nie trudno było dostizedz,
że profesor odgrywa w niej rolę pierwszorzędną-
Na pewnej organizacyi oparta, tworzyła ona „kół-
ko," do którego należeli wszyscy studenci Polacy,
we Fryburgu obecni, z wyjątkiem tych, którzy miesz-
kali w konwikcie przy uniwersytecie.
Koleżeńskie zebrania „Kółka," każdym ra-
zem w mieszkaniu innego z członków, połączone
zawsze były z jakimś referatem, przeważnie treści
naukowej albo literackiej, opracowanym przez jed-
nego z kolegów. Po każdym takim referacie wy-
wiązywała się dyskusya, w której zwykle brał
udział i obecny zawsze na zebraniach naszych
prof. Kallenbach.
Skończywszy „urzędową" część posiedzenia,
zasiadaliśmy do skromnego posiłku, nie używając
przytem alkoholu pod żadną postacią, a następnie
parę godzin jeszcze spędzaliśmy na miłej gawę-
dzie, przeplatanej czasami muzyką, ale nigdy kar-
tami.
Jakkolwiek elementy, wchodzące w skład
„Kółka", były bardzo różne, ponieważ wśród pol-
skich nazwisk studentów fryburskich można było
nierzadko spotkać tytuły hrabiowskie i mitry ksią-
łVi>
U WYLOTU PLACU MARYACKIECO.
POŚWIĘCENIE STUDNI Z POSĄGIEM M. BOSKIEJ NIEPOKALANEGO POCZĘCIA
Fot. dla Tygodnika Kordyan.
*ęce, jednakże nie przypominam sobie, by na ze-
braniach naszych zdarzyło się kiedy jakieś niepo-
rozumienie, jakieś przykre zajście.
Wówczas wydawało mi się to wszystko ta-
Uc-naturalne! Dzisiaj, gdy, zdobywszy pewne do-
świadczenie życiowe, patrzę w przeszłość, dzisiaj.
Powtarzam, zdaję sobie sprawę, że nasze studenc-
kie życie we Fryburgu nie samo z siebie przy-
brało takie dodatnie formy i charakter, lecz że
ukształtowało się ono w ten sposób pod kierun-
kiem, pod wpływem czcigodnego profesora, który
był duszą i moralnym przewodnikiem „Kółka.“
To wybitne stanowisko wśród młodzieży pol-
skiej, rzuconej na bruk jednego z miast szwajcar-
skich, zawdzięczał prof. Kallenbach nietylko za-
letom swego charakteru, wielkiemu taktowi w obej-
śc'u i szczerej a jednakiej wobec wszystkich ucz-
uiów uprzejmości, lecz w niemniejszej mierze i wy-
sokiemu uzdolnieniu swemu i tej staranności, z któ-
'>1 prowadził wykłady.
Pełen prostoty, przygotowany doskonale, zja-
ui;ił się prof. Kallenbach w sali pierwszego pię-
ba, gdzieśmy się zbierali zawsze punktualnie; po-
lem, wyjąwszy rękopis, głosem spokojnym i rów-
nJ’In, a pięknym językiem rozpoczynał wykład,
ktcrego jasna treść, w barwną ubrana formę, mu-
szla na długo pozostać w pamięci każdego słu-
ehacza.
Kreśląc to wspomnienie, szczerze winszuje-
my lwowskiej młodzieży zdobycia prof. Kallenba-
cha do swojego grona i nie wątpimy, że okaże
1,111 °ua takież zaufanie serdeczne, jakiem czcigod-
llc£O profesora otaczali zawsze uczniowie fry-
burscy. K.
Przed trzema laty witaliśmy na tern miejscu
starego druha naszego pisma, Józefa Kallenbacha.
Tęsknota do kraju rodzinnego przywiodła go wów-
czas do swoich, dla których i wśród których pra-
cować pragnął.
Niezależnie od odpowiedzialnych swych obo-
wiązków w bibliotece Krasińskich, Kallenbach,
J. E. Ks. ARCYBISKUP dr JÓZEF B1LCZEWSKI,
inicyator kongresu Matyańskiego.
człowiek niewyczerpanej energii, w ciągu tych lat
spędzonych w Warszawie, wzbogacił literaturę pol-
ską kilku cennemi studyami.
Mając dostęp do nieznanych dotychczas źró-
deł, tyczących się życia i dzieł Zygmunta Krasiń-
skiego, wydał w roku 1901 Korespondencyę Zy-
gmunta z Reeuem (dwa wielkie tomy), a w roku
bieżącym ogłosił drukiem cenną pracę dwutomową
p. t. Zygmunt Krasiński, życie i twórczość lat
młodych. Nadto zasilał swemi pracami Bibliotekę
Warszawską („Antoni Małecki," sylwetka jubileu-
szowa, „Kraj lal dziecinnych" (Nowogródek), „Ku-
ratorya wileńska"), oraz nasz Tygodnik („Młode
lata Zygmunta Krasińskiego," „ O Lenartowiczu,"
„Kalendarz Jana Sobieskiego"), któremu, nawia-
sem mówiąc, przyrzekł i nadal swe stałe współpra-
cownictwo.
Dzisiaj wstępuje Kallenbach na szerszą are-
nę swej działalności: przyzywa go w swe progi
Alma Mater lwowska, gdzie dane mu będzie
siać zdrowe ziarno wśród licznego grona młodzie-
ży, dążącej do poznania piękna i prawdy.
Wdzięczna to praca, to też choć z żalem żeg-
namy w Warszawie Kallenbacha, witamy go z ra-
dością na nowym, tak zaszczytnym posterunku. II'.
Z tygodnia na tydzień.
Jubileusz Maryańśki we Lwowie.
W dniu 28-ym z. m. w murach prastarego
Lwowa rozpoczął się uroczysty obchód pięćdzie-
sięcioletniego jubileuszu ogłoszenia dogmatu o Nie-
pokalanem Poczęciu Najświętszej Maryi Panny.
786
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 41
POCZĄTEK PROCESYI MARYAŃSK1EJ U WYJŚCIA Z ULICY KAROLA LUDWIKA. Fot. Kordyan.
Od wczesnego ranka wygląd miasta zmienił
się niezwykle, przystroiło się ono bowiem bogato
w różnobarwne flagi, chorągiewki, gustowne ko-
bierce, godła, festony i t. p. dekoracye.
Na tern uroczystem, prawdziwie świątecznem
tle, snuły się od kilku dni po ulicach starożytne-
go grodu tłumy publiczności, zgromadzonej tu ze
wszystkich zakątków kraju.
Uroczystości obchodu i połączonego z nim
kongresu Maryańskiego rozpoczęły się we wskaza-
nym powyżej dniu, o godzinie 9 wieczorem, powi-
talnem zebraniem uczestników w salach kasyna
miejskiego.
Na raut przybyło przeszło dwa tysiące osób,
które witali u wejścia członkowie komitetu i soda-
lisi z artystycznie wykonanymi ryngrafami na pier-
siach.
W raucie tym, zakończonym po godzinie 12
w nocy, wzięli między innymi udział: J. E. ks. ar-
cybiskup Bilczewski, księża biskupi: Pelczar i Fi-
scher, ks. kanonik Dawidowicz, ks. prałaci Komo-
rowski, Smoczyński i Trzopiński z Kochawiny, ks.
infułat Schmidt z Czerniowiec, ks. kan. Sapieha,
O. Stefan Bratkowski T. J., ks. Okoniewski redak-
tor Przeglądu Katolickiego z Poznania, ks. Nie-
siołowski proboszcz z Pleszowa i inni.
Z osób świeckich wzięli nadto udział: J. E.
P. Marszałek krajowy Stanisław hr. Badeni z licz-
nem gronem posłów sejmowych, członkowie Rady
miasta Lwowa z prezydentem d-rem Małachowskim
na czele, bardzo wielu gości ze wszystkich ziem
polskich, oraz reprezentanci arystokracyi, szlachty,
mieszczaństwa i stanu włościańskiego.
Nazajutrz rozpoczęto pierwszy dzień kongre-
su Maryańskiego uroczystem nabożeństwem, od-
prawionem w kościele archikatedralnym przez J. E.
ks. arcybiskupa Bilczewskiego, w otoczeniu ks. in-
fułatów Zabłockiego i Lewickiego, oraz kanoników
kap. rzymsko-katolickiej ks. Zajchowskiego, Sapie-
hy i Lubomęskiego.
Kazanie wygłosił ks. biskup przemyski Pel-
czar, a świątynia przepełniona była tłumem poboż-
nych, wśród których znajdowali się liczni dygni-
tarze krajowi, duchowni i świeccy oraz wiele osób
wybitnych w społeczeństwie, jak oto:
J. E. ks. Metropolita hr. Szeptycki, ks. Arcy-
biskup Teodorowicz, ks. Arcybiskup Weber, bisku-
pi: ks. Pelczar, ks. Wałęga, ks. Fischer i ks. No-
wak; dalej E. J. P. Namiestnik Andrzej hr. Po-
tocki, J. E. P. Marszałek krajowy Stanisław hr.
Badeni, Prezes Akademii Umiejętności J. E. Stani-
sław hr. Tarnowski, liczne grono posłów do Rady
państwa i na Sejm krajowy, członkowie rady m.
Lwowa, przedstawiciele władz rządowych i autono-
micznych, komendant m. Lwowa generał-porucz-
nik Pomianowski z generalicyą, cechy lwowskie
i stowarzyszenia ze sztandarami i in.
Po nabożeństwie odbyło się pierwsze posie-
dzenie Kongresu w sali Filharmonii miejscowej,
gdzie na miejsce ustępującego Komitetu przygoto-
wawczego wybrano na przewodniczącego p. Wła-
dysława Kraińskiego.
Przemawiali: J. E. arcybiskup Bilczewski,
J. E. arcybiskup Teodorowicz, marszałek krajowy
Stanisław hr. Badeni, prezydent miasta dr Godzi-
mir Małachowski oraz p. Przygodzki.
Po odczytaniu licznych depesz z kraju i za
PIERWSZE POSIEDZENIE UROCZYSTE KONGRESU MARYAŃSKIEGO W SALI FILHARMONII.
J. E. ks. arcybiskup dr Bilczewski zagaja Kongres od stołu prezydyalnego, mając za sobą episkopat galicyjski
i dostojników.
granicy i wysłaniu telegramów do Ojca Św. i ce-
sarza Franciszka Józefa, odbył się następnie obiad
na 130 nakryć u arcybiskupa Bilczewskiego, po-
czerń rozpoczęto prace w poszczególnych sekcyach
Kongresu. Zapowiedziano tam wiele odczytów,
w szczególności odczytów kobiecych.
Prawdziwą wspaniałością odznaczała się pro-
cesya przez ulice miasta, w której uczestniczyło
kilkadziesiąt tysięcy osób, z siedmiu arcybiskupa-
mi i bisku-
pami, trzema
infułatami i
dwoma mi-
tratami grec-
ko-katolicki-
ini na czele.
Cudowny o-
braz nieśli,
między in-
nymi: mar-
szałek hr.
Badeni i pre-
zydent Ma-
łachowski.
Na rynku
wystąpił z
gorącą prze-
mową do tłu-
mu ks. arcy-
WŁADYSŁAW KRAIŃSK1,
biskup Bil- prezes Tow. kred, ziems., prezydujący
czewski. kongresu.
Obrady
Kongresu, zakończone błogosławieństwem bisku-
pów, zamknięto wieczorem w sali Filharmonii, przy-
czem przemawiali: Stanisław hr. Tarnowski, ks. bi-
skup Pelczar i jeden z włościan.
*
7. toru mokotowskiego.
Dwie atrakcye: wspaniała pogoda przy dniu
świątecznym i wyścig International (I) o wielką
nagrodę warszawską.
Dawniej w takich warunkach, pole Mokotow-
skie bywało przepełnione, przelewały się fale róż-
nobarwnej publiczności, „cała Warszawa11 stawiała
się w komplecie.
Jakże daleko od tego obrazu odbiega mee-
ting teraźniejszy 1
TYGODNIK ILLUSTROWANY .Nb 41
787
Na placu i w trybunach luźno, w lożach,
gdzie w kulminacyjnych dniach sezonu lśnił barw-
ny kwiat towarzystwa, dziś rezyduje pustka. Ton
1 charakter nadaje zgromadzeniu wyłącznie ów
szary tłum graczów, którego fizyognornia nietylko
nic pociąga, ale nawet odpycha— wyrazem namięt-
ności hazardu.
Specyalna ta sfera bywała zawsze na torze,
odkąd istnieje totalizator, lecz stanowiła tylko część
ogółu, dość urozmaiconego w swoim składzie; te-
raz pozostała ona prawie sama na placu. Prze-
ciętna publiczność, na równi z „towarzystwem,"
coraz więcej usuwa się od wyścigów, a wyniow-
nem stwierdzeniem tego zjawiska była właśnie
ubiegła niedziela.
Narzuca się, oczywiście, pytanie: jakie są
Przyczyny tego faktu, bądź co bądź, bardzo inte-
resującego?
Naszem zdaniem, są one różnorodne, ale
główną rolę grają tu dwa motywy: ogólne przesi-
anie ekonomiczne i zniechęcenie do wyścigów
konnych, w obecnej ich postaci. Nie jest to już
ani popis sportowy, ani próba hodowlana, ani na-
wet „zabawa pańska." Jest to publiczna instytu-
cya gry, dla której konie są jedynie formą, narzę-
dziem akcyi. O ich doskonałość, o „klasę" nie
idzie tu wcale; pożądaną jest liczba. Im więcej
koni w biegu, chociaż najmarniejszych, tern gra
żywsza. Warunki współzawodnictwa zmieniły się
też zupełnie. Opanowała je spekulacya, z którą
stajnie hodownicze nie mogą konkurencyi wytrzy-
mać i stopniowo znikają z widowni.
Usuwa się wraz z niemi i publiczność, a w re-
zultacie ostatecznym upada samo przedsiębiorstwo,
Ponieważ tylko zawodowi gracze utrzymać go nie
mogą.
Bądź co bądź, będzie pamiętną chwila w ży-
ciu Warszawy, zapisana w kronice ubiegłego ty-
godnia. .Jesienne derby zawiodło zupełnie, a cały
sezon idzie tak słabo, że zredukowano liczbę kas
totalizatora.
Znamienna stagnacya! s
*
*
DO PROFESORA KALLENBACHA.
Wiersz pożegnalny, wygłoszony przez Ignacego Baliń-
skiego w dniu 29 września r. b.
Syreny gdy opuszczasz łono
I rzucasz się w paszczękę lwa,
Słusznie, że musi być sławioną
Zasługa i działalność twa.
Lecz gdy ci jasne znicze płoną
Słyszysz: żal w naszych głosach drga,
Syreny że opuszczasz łono
1 rzucasz się w paszczękę lwa.
Syrena, chociaż po pas w wodzie,
Nie po rybiemu kocha cię,
1 wierzaj, chętnie w swoim grodzie
Miałaby też porywy lwie.
Więc gdy cię czasem co ubodzie,
Wspomnij spędzone z nami dnie!...
Syrena, co jest po pas w wodzie
Na inne wody żegna cięl
EPILOGI.
Nicusprawiedliroiona obojętność.
Dziwne zaiste dzieją się u nas rzeczy,
jednej strony narzeka się na obojętność ogółu
Wzg1ędem rozwoju wiedzy i sztuk; z drugiej ja-
kieś niewytłumaczone, niemal karygodne niedo-
?stwo, czy obojętność nie pozwala wyzyskiwać
^r°dków dostępnych i pożytecznych, nawet wprost
Przeznaczonych na cele wyżej wspomniane.
P. H. S. w Kur. War. poruszył już po raz
wtóry kwestyę zapisu ś. p. Kuryerowa, który po-
zostawił w r. 1883 zapis w sumie rub. 3,000 na
nagrody konkursowe dzieł artystycznych i nauko-
wych.
Otóż co do nagród za dzieła artystyczne,
Tow. Zachęty Sztuk Pięknych i Tow. Muzyczne,
o ile pamiętamy, robiło kilkakrotnie użytek z tego
zapisu. Nagród za dzieła treści beletrystycznej
i naukowej nie udzielono od śmierci zapisodawcy,
t. j. od lat 18, nikomu.' Dlaczego?
Bo egzekutorowie testamentu nie troszczyli
się o to.
Obecnie zebrała się w depozycie, jak podaje
Kur. War., suma rub. 540 na konkurs beletry-
styczno-naukowy, oraz 1080 rub. na konkurs dra-
matyczny. Są to sumy stosunkowo poważne,
i grzechemby było dać im pleśnieć dalej w ciem-
ności kas bankowych, kiedy praca naukowa, bele-
trystyczna i dramatyczna wre dzisiaj większem,
niż kiedykolwiek tętnem. Wychodzą książki, zja-
wiają się na scenie dobre dramaty, z pod tłoczni
drukarskiej wychodzą studya, powieści, poema-
ty i t. p.
Dlaczegóż więc nie zrobić użytku z fundu-
szu, który już istnieje, którego więc nie trzeba
zbierać drogą składek, i który wolą zapisodawcy
jest przeznaczony na cele bardzo ważne?
Egzekutorami testamentu są w myśl zapiso-
dawcy redaktorowie Gazety Warszawskiej i Bib-
lioteki Warszawskiej, którzy mają obowiązek do-
bierać do kompletu sądu i inne osoby kompe-
tentne.
Zapewne, że urządzenie konkursu pociąga
za sobą pewne trudności i kłopoty — ale to nie
racya.
Zresztą dzisiaj, kiedy mamy organizacye po-
dobne, jak Kasa Mianowskiego lub Kasa Literacka,
można się z niemi porozumieć, a nie wątpimy, że
komitety tych pożytecznych i skorych do działania
instytucyi nie odmówią swego współdziałania egze-
kutorom testamentu i ułatwią sprawę.
Pamiętajmy ciągle o tern, że ludzie, pracu-
jący głową, jak literaci i uczeni, nie opływają
w dostatki, i że pozostawienie ich bez poparcia,
które im zresztą z urzędu należy, jest grzechem
społecznym. y.
Teatr, muzyka, sztuki plastyczne.
* Teatr miejski w Krakowie wskrzesił w dniach
ostatnich tradycye dawnych swych artystycznych sukce-
sów, dzięki gościnie p. Wincentego Rapackiego, który
odtworzy! szereg najwybitniejszych swoich kreacyi,
a przedewszystkieni umożliwił scenie krakowskiej wzno-
wienie cyklu komedyi Fredry, p
* Rada miasta uchwaliła w sprawie dzierżawy
teatru krakowskiego na dalsze sześciolecie wybrać
komisyę do zrewidowania dotychczasowej umowy dzier-
żawnej i ułożenia warunków konkursu dzierżawnego,
który będzie rozpisany w przyszłym miesiącu. Warunki
te żywe budzą zainteresowanie w kolach artystycznych
i wśród ogółu miłośników teatru. />
* Teatr miejski lwowski przygotowuje się gorli-
wie do zimowej kampanii, w której ujrzeć mamy,
między innymi, cykl utworów Wyspiańskiego i konkur-
sową „Lilith" Germana. Przedtem uporano się z „Ta-
jemnicą publiczną" Wolffa, graną bardzo składnie. W tej
chwili artyści dramatu zajęci są zapowiedzianeni na ko-
niec września przedstawieniem uroczystem Maryańskiem
układu Rydla. Reżyseryę objął p. Solski, lllustracyę
muzyczną skomponował Sołtys. Niemałe do pokonania
zadanie ma tu też dekorator p. Jasiński. Rzecz cała za-
powiada się nader pociągająco, c
* Występy Aleksandra Myszugi w operze war-
szawskiej cieszą się wielkicm powodzeniem.
Z SALONÓW ARTYSTYCZNYCH.
* W dziedzinie sztuk plastycznych stanowczo
weszliśmy ostatnio w okres grafiki. Obok wspaniałej
wystawy, urządzonej przez p. Mortkowicza w Towarzy-
stwie Zachęty Sztuk Pięknych, p. Krywult rozwiesił zno-
wu w swych salonach przepyszną, bardzo bogatą kolek-
cyę akwafort angielskich. Wszyscy prawie najzna-
komitsi mistrzowie działu tego w Anglii, w kraju, gdzie
bez zaprzeczenia akwaforta sięgnęła najwyższego swego
rozwoju, są tu reprezentowani przez dzieła najpoważ-
niejsze. Niezależnie od tego, w tym Salonie wystawio-
no olbrzymie płótno młodego Baska Berges’a, zatytuło-
wane „Wśród bomb." Obraz ten należał do sensacyi
ostatniego „Salonu paryskiego" w „Societe des artistes
franęais," a przedstawia wysoce dramatyczny epizod
z wojen hiszpańskich. Bomba wybucha wśród grupy
walczących, unosząc w powietrze jedną z dzielnych
obrończyń, których stanęło wtedy wiele obok mężów,
braci i ojców z bronią w ręku, aby stawić mężny opór
najezdcy. Dzieło to do najwykwintniejszych pod wzglę-
dem malarskim może nie należy, odznacza się natomiast
nadzwyczajną śmiałością pomysłu i zgoła niepospolitym
rozmachem kompozycyjnym. Poza tern Salon p. Kry-
wulta wystawia 20 obrazów monachijskiego malarza na-
zwiskiem Kadinsky. Czy są to rzeczy piękne? To
sprawa gustu—w każdym razie utwory te przedstawiają
się bardzo ciekawie ze względu na fakturę i sposób
artystycznego ujęcia przedmiotu. J.
* W Krakowie założono w tych dniach salon
artystyczny, którego zadaniem będzie pośredniczyć
w sprzedaży obrazów i rzeźb polskich artystów. Nowy
salon posiada już kilkadziesiąt dzieł sztuki najwybitniej-
szych polskich artystów wszystkich szkół i kierunków,
częścią nabytych, częścią w komis uzyskanych. Kierow-
nikiem i współwłaścicielem salonu jest znany literat,
p. Zygmunt Sarnecki, p
Z Petersburga.
%* W Zbiorze Praw ogłoszono uchwałę Rady
państwa o zmianach w ustawie Towarzystwa kredyto-
wego ziemskiego. Oto ich treść zasadnicza: Udzielanie
pożyczek na grunty włościańskie, uwłaszczone z mocy
Najwyższego ukazu (19 lutego 1864 roku) jest możliwe
tylko w takich razach, jeżeli posiadłości te wraz z grun-
tami, otrzymanymi po zmianie serwitutów, obejmują naj-
mniej 90 morgów ziemi uwłaszczonej, mają uregulowa-
ne granice, nie są w szachownicy i mają ogólną hypo-
tekę przy sądach okręgowych. Przy sprzedaży przez in-
stytucyę kredytową zadłużonych w niej posiadłości, nie-
zależnie od czasu ich zastawienia, stosowane będą ogra-
niczenia o wywłaszczeniu posiadłości włościańskich, usta-
nowione przez Najwyżej zatwierdzoną uchwałę Rady
Państwa (11 czerwca 1901 roku). Powyższe zmiany
w ustawie mają doniosłe znaczenie dla własności wło-
ściańskich.
*** Poruszono sprawę założenia w Żytomierzu
Katolickiego Towarzystwa dobroczynności.
Według wyjaśnienia Senatu, winni nauczania
dzieci żydowskich religii, czytania i pisania w gub. Za-
chodnich, podlegają nie wyrokom administracyjnym, lecz
sądowi.
Korespondent Now. Wrem. z Warszawy, mó-
wi z wielkiem uznaniem o pracy intensywnej ziemian
w Królestwie Polskiem, podkreśla to, iż mieszkają w ma-
jątkach, sami prowadzą gospodarkę i biorą żywy udział
w swych instytucyach. To też dziesięć tutejszych To-
warzystw rolniczych, powstałych tak niedawno, liczy oko-
ło czterech tysięcy członków.
* *
*
Zbyt powolna machina biurokratyczna, ha-
mująca życie społeczne i ekonomiczne, ma obecnie
w państwie Rosyjskicm licznych krytyków, którzy
wypowiadają trzeźwe poglądy na istniejący stan
rzeczy. Bodźcem do tej krytyki stał się ogłoszo-
ny w tych dniach następujący napis Najjaśniejsze-
go Pana na raporcie:
„Pragnę widzieć większą szybkość w poro-
zumiewaniu się pomiędzy sobą wydziałów wogóle,
a szczególnie ilekroć chodzi o wykonanie uwag
moich na sprawozdaniach gubernatorów."
Z tego powodu Birż. Wied, piszą: „Niedaw-
no właśnie byliśmy świadkami wykonania rozkazu
Najwyższego o poprawie warunków bytu nauczy-
cielek elementarnych, które częstokroć znajdują się
w położeniu bez wyjścia. Rozkaz Najwyższy za-
padł jeszcze przy b. ministrze oświaty r. t. Zen-
788
WCIĄGANIE DZIAŁ NA POZYCYE POD PORTEM ARTURA.
gerze, i potrzeba było pół roku na to, ażeby spra-
wę tę pchnąć z ministeryum do okręgów nauko-
wych. Niewątpliwie i tam sprawa ta odrazu nie
posunie się naprzód. Zasadniczą przyczynę tej po-
wolności biurokratycznej Bir.i. Wied. upatrują
w nadmiarze spraw, tudzież w rozroście instytucyi
centralnych. „Wzrost ludności i rozwój życia oby-
watelskiego wywołały tyle interesów, potrzeb
i spraw, że już stare instytucye, wszystko w so-
bie skupiające, są niemożliwie obarczone. Z dale-
kiego powiatu posyłają podanie do zarządu głów-
nego, w którym spoczywa ono całe miesiące,
a kiedy przyjdzie na nie kolej, okazuje się, że
chodziło tylko o podpis. Tak bywa w najlepszym
razie, w większości atoli podpis nie może być po-
łożony, gdyż nie wyjaśniono pewnych szczegółów.
Wtedy podanie z taką samą powolnością wraca do
dalekiego powiatu, ażeby znów zawędrować pod
sukno zarządu głównego.“
O ile już wiemy z licznych uwag w prasie
rosyjskiej, nowy minister spraw wewnętrznych jest
zwolennikiem decentralizacyi. Można więc przy-
puszczać, że będzie dążył do reform w tym za-
kresie. Zresztą owa dążność do centralizacyi daje
się już od kilku lat spostrzegać w życiu. P.
Z Dalekiego Wschodu.
Dnia 26 z. m., minister komunikacyi, ks. Chił-
kow, przejechał pierwszym pociągiem na
ukończonej części kolei obwodowej Bajkalskiej:
Bajkał —Kułtuk. Wraz z otwarciem całej linii tej
kolei, które ma nastąpić w pierwszych dniach listo-
pada, będzie dokończone olbrzymie dzieło: kolej
żelazna syberyjska, łącząca Petersburg z Włady-
wostokiem i Mandżuryą—oraz zachodnio-europej-
skie wybrzeża Atlantyku ze wschodnio azyatyckie-
mi portami Oceanu Spokojnego.
Otwarcie kolei obwodowej znacznie uprości
dowóz wojska rosyjskiego na plac boju. Jak wia-
domo, ogromne jezioro Bajkał stanowiło dotychczas
jedyną przerwę w linii komunikacyjnej z Dalekim
Wschodem. Przerwę tę musiano wypełniać przez
stosowanie specyalnych środków przewozowych.
Mianowicie w zimie trzeba było kłaść szyny na
grubym lodzie jeziora i ciągnąć po nich wagony
końmi, a gdy lód stawał się kruchym, wagony
przejeżdżały na potężnym statku do rozbijania lo-
dów. Oczywista, przy tych czynnościach strata
czasu wpływała na opóźnienie w dostawie wojska
i zapasów.
W przewidywaniu tych trudnośei zaczęto już
w r. 1899 budować linię kolejową wokoło jeziora
celem bezpośredniego połączenia stacyi kolei sybe-
ryjskiej Listwienicznoje (leżącej na jego północno-
zachodnim brzegu) ze stacyą kolei zabajkalskiej
Mysowaja (na brzegu pohid.-wschodnim). Długi
czas trwania tej budowy tłómaczy się niezmier-
nemi trudnościami, jakie przy robotach napotkano.
Wydawało się prawie niemożliwem przepro-
wadzić kolej po przestrzeni zupełnie bezludnej,
porosłej odwiecznym lasem, nietkniętym stopą czło-
wieka, po nieprzebytych tundrach lub skałach, ota-
czających Bajkał na wysokości średnio 420 met-
rów ponad poziomem morza. Trzeba było prze-
bić na przestrzeni 244 wiorst 19 tunelów, ustawić
189 mostów i dziesięć wiaduktów.
To też ułożenie każdej wiorsty tej kolei kosz-
towała 219,777 rubli, kiedy wiorsta kolei zachod-
nio-syberyjskiej pochłaniała tylko 38,483 ruble,
a wiorsta kolei Zabajkalskiej 77,170 rubli. Koszt
całej ludowy nowej odnogi obliczają na 53,625,745
rubli.
Obwodowa kolej nad Bajkałem będzie mogła
przewozić dziennie 14 par pociągów wojskowych,
2 pary—pasażerskich 4 pary towarowych i 1 parę
— roboczych.
Że około Mukdenu będzie stoczona prędzej
czy później bitwa równie krwawa, jak pod Lao-
janem — to zdaje się być pewnem. Tymczasem
obie strony zbierają siły, fortyfikują podstawy
operacyjne: Laojan i Tielin, Japończycy zaś, prze-
robiwszy kolej Inkou Daszicao Laojan oraz
Dalny -Daszicao na wązkotorową, zdołali uczynić
ją dogodną dla lokomotyw japońskich, które już
zaczęły kursować w znacznej liczbie. Sprowadzo-
no podobno wiele parowozów opancerzonych.
Oczywiście, że otwarcie tej ważnej arteryi komu-
nikacyjnej powiększy szybkość i liczbę dostarcza-
nych posiłków i amunicyi dla wojsk japońskich.
Dotychczas używały one do przewozu przeważnie
ludzi, którzy ciągnęli wagony zarówno na kolei
Inkou Laojan, jako też na wązkotorowej przenoś-
nej kolejce z pod ujścia Jalu na Fynchuenczen do
Lanszauguania.
O działaniach armii, gotujących się do boju
podawano przez ostatni tydzień wiadomości tak
sprzeczne, wzajemnie znoszące się, że nic pewne-
go, a nawet prawdopodobnego nie da się powie-
dzieć ani o działaniach wojsk rosyjskich, których
fortpoczty doszły aż pod Jantaj, ani o wysunię-
tych na wschód od Tielinu oddziałach Kurokiego,
ani o armii Oku (podobno obchodzącej prawe
skrzydło rosyjskie), ani też o tern, gdzie obecnie
znajdują się główne siły obu armii.
* $
*
Z Portu Artura donoszą o coraz ściślejszej
blokadzie, oraz o pomyślnym ataku Rosyan, celem
odbicia fortu Kuropatkina, panującego nad wodo-
ciągami.
Japońskie działa oblężnicze ostrzeliwają całą
przystań i forty, które uległy podobno znacznym
uszkodzeniom. W fortecy jest coraz mniej miejsc,
zabezpieczonych przed japońskimi pociskami. R°"
zeszła się pogłoska o nowej próbie wypłynięć*3
floty rosyjskiej z portu i stoczonej bitwie morskiej-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 41
789 •
Nasze ryciny.
WINCENTY WODZINOWSKI: WIEŚ-
NIACZKA, — Artysta wyobraził nam tu
wyborny typ wieśniaczki polskiej, która,
przerwawszy na chwilę robotę, spogląda
z uśmiechem przez okno. Treść obrazu
tłómaczy się sama przez się, dodamy więc
tylko, że dzieło niniejsze zaleca się zarów-
no doskonałym rysunkiem, jak i znakomi
tem oświetleniem.
JÓZEF RAPACKI: ZMIERZCH JE-
SIENNY.—Jest to motyw nawskroś swoj-
ski. Na samotnej, pustej drodze wiejskiej,
świecącej gdzieniegdzie drobnemi kałużami
błota, snują się zmierzchy wieczorne. Na
dalekim widnokręgu gasną ostatnie promie
nie słońca, a na zmartwiałą ziemię spływa
cicha melancholia nocy jesiennej. Ta właś
me melancholia, przemawiająca wyraźnie
z ram obrazu, stanowi główną artystyczną
cechę płótna Rapackiego.
E. BOUTIGNY: PRZERWANA PO-
DRÓŻ. — Rzecz dzieje się we Włoszech,
a przytem, jak widzimy z kostiumów osób,
wystawionych na obrazie, w epoce, gdy
Podróże pod niebem słonecznej Italii nie
należały do przedsięwzięć nazbyt bezpiecz-
nych. W skalistym wąwozie stoi gromadka
Podróżnych, otoczona przez bandę rozbój-
ników, którzy napadli ich niespodziewanie.
Na pierwszym planie widzimy herszta ban-
dy, siedzącego na ławce z fajką w dłoni
1 rozmawiającego najspokojniej z młodą,
Piękną turystką, na której obliczu maluje
się tajony gniew i oburzenie. Całość, peł-
na ruchu i wyrazu, sprawia wrażenie efek-
towne.
Kronika.
Z KOŚCIOŁA.
Na radzie kardynałów, zebranej pod prze-
wodnictwem Ojca Św., zapadło postanowie-
nie przewiezienia zwłok Leona XIII do La-
merami w listopadzie r. b. Kardynał wika-
riusz ma poczynić w tej sprawie odpowied-
nie kroki u ministra spraw wewnętrznych, o
Prefekt szkoły handlowej i gimnazyum
żeńskiego w Radomiu, ks. Paweł Kubicki,
obejmuje stanowisko wiceregensa semina-
ryutn duchownego w Sandomierzu, o
Wakujące dotychczas po otrzymaniu przez
J E- ks. Szembeka katedry arcybiskupio- me-
tropolitalnej mohylowskiej, biskupstwo płoc-
kie objąć ma nowy biskup-nominat, ks. Apo-
linary Wnukowski. Konsekracya nowego
dostojnika Kościoła odbędzie się w Peters-
burgu dnia 23-go b. m., poczem w począt-
ka< h listopada nastąpi uroczysty ingres J E.
ks. Wnukowskiego do katedry płockiej, o
SZKOŁY I PEDAGOGIA.
W seminaryach nauczycielskich: w Sien-
n*cy, Łęczycy, Solcu i Jędrzejowie wprowa-
' zony zostaje wykład języka polskiego, ja-
0 przedmiotu obowiązującego. Co do se-
nunaryów nauczycielskich: wymyślińskiego
wejwerskiego, to w pierwszem wykłada-
ny już jest język polski jako osobny przed-
nnot, drugie zaś przeznaczone jest dla Li-
winów, i dlatego wykłady języka polskie-
ٰ Wprowadzone w nich nie będą. Jcdno-
cześnie ininistcryuin oświaty poleciło, aby
wychowańców seminaryum w Wcjwerach
Przeznaczać na posady w szkołach nie poi
s 'eh lecz litewskich, o
Narząd m. Warszawy ogłosił konkurs na
Projekt drugiego domu dla szkół miejskich
Początkowych, który ma stanąć przy ulicy
^eszno, kosztem 180,000 rubli. Nagród wy-
baczono dwie: 700 rubli i 350 rubli. Tcr-
s,lrl nadsyłania prac upływa w dniu 2-im
la 1 nia f P” ^tiźszych szczegółów udzie-
iuro wydziału budowlanego magistratu
rzJ ulicy Senatorskiej, o
Jak donosi IParsz. Dniem., w gronie
członków Towarzystwa żydowskiego „Po-
moc Bratnia" podjęto projekt wystarania się
u władzy wyższej o pozwolenie na otwar-
cie w Warszawie specyalnej czytelni rosyj-
skiej i żydowskiej na tej zasadzie, że czy-
telnie Warsz. Tow. Dobroczynności wypo-
życzają jedynie książki polskie, gdy tym-
czasem, jak motywują projektodawcy swą
prośbę, liczba młodzieży przybywającej rok
rocznic z Cesarstwa wciąż wzrasta, a oso-
by te, nie znając języka polskiego, pozba-
wione są pokarmu dla ducha i nie mogą
nigdzie dostać książek doczytania. Wpraw-
dzie—pisze dalej wspomniany organ książ-
ki wszystkie znajdują się we wszystkich
czytelniach prywatnych, ale tam oprócz abo-
namentu miesięcznego należy składać pew-
ną kwotę na zastaw, co nie dla wszystkich
jest dostępne. W razie urzeczywistnienia
się projektu czytelni, członkowie towarzy-
stwa żydowskiego „Pomoc Bratnia" otrzy-
mywać mają książki bezpłatnie, o
ŻYCIE SPOŁECZNE W KRAKOWIE.
Walka stronnictw krakowskich, której are-
ną jest w znacznej części rada miasta, we-
szła w nowe stadyum z chwilą wyboru
nowego prezydenta miasta, dra Juliusza Leo.
Stronnictwo konserwatywne, które przepro-
wadziło ten wybór, zbiera obecnie owoce
swych zabiegów, obsadzając wszystkie wy-
bitniejsze stanowiska swymi zwolennikami.
Jednym z ostatnich epizodów tej radykal-
nej przemiany ustroju miasta in capite et
in membris jest wybór p. Michała Chyliń-
skiego, redaktora Czasu, na pierwszego pre-
zydenta miasta. Stronnictwo demokratyczne
będące w znacznej mniejszości, zadowalać
się musi w tym stanie rzeczy bierną opo-
zycyą i krytyką. Przed trybunałem przy-
sięgłych toczy się obecnie sensacyjny pro-
ces urzędników Towarzystwa Kredytowego
rękodzielników i przemysłowców o sprze-
niewierzenie 373,000 koron. Główni oskar-
żeni: buchalter Maksymilian Muller, dyrek-
tor Roman Chmurski i kasyer Walla popeł-
nili te nadużycia, korzystając z braku kon-
troli urzędowej.
Z RÓŻNYCH STRON.
Na mocy uchwały radnych miejskich na-
zwa starodawnego polskiego Inowrocławia
ma być zmieniona na „Hohensalza." Jak
donosi Dziennik Kujawski, w posiedzeniu,
na którcm uchwałę tę powzięto, uczestni-
czyło 25 radnych: 7 polskich, 10 niemiec-
kich i 8 żydowskich. Wszyscy prawie
Niemcy i Żydzi w zwartym szeregu głoso-
wali za zmianą nazwy, jedynie kupiec
p. Rosenberg przyłączył się do radnych
WYBRZEŻE WEWNĘTRZNEGO REJDU W PORCIE ARTURA.
Fot. Edwarda Ossera.
polskich przeciwnych wnioskowi. Więk-
szość pism hakatystycznych przyjęła Wia-
domość o uchwale z radością, jedynie tylko
Germania nazwała ją dzieciństwem, a Pos.
n. Nachr. potraktowały całe posiedzenie
w sposób wysoce ironiczny. „Teraz więc
już uratowano nasze stare dobre miasto
po wieczne czasy! Prześlicznie! — pisze
ostatnio wspomniany organ: — nam jednak
nic imponują podobne drobiazgi bynaj-
mniej. Nagłe przemianowanie Inowrocła-
wia na Hohensalza świadczy o płytkości
umysłów radnych." Zdaniem Pos. n. N.,
wobec teraźniejszej, rozgorączkowanej tem-
peratury politycznej irudno spodziewać się,
aby władze, mające nadzór nad działalno-
ścią rad miejskich, wystąpiły przeciw
uchwale.
ROLNICTWO, HANDEL I PRZE-
MYSŁ.
Tegoroczna kampania gorzelnicza rozwija
się wyjątkowo anormalnie, wskutek bowiem
nieurodzaju kartofli i konieczności zastą-
pienia ich kukurydzą, której cena podniosła
się na Besarabii znacznie, właściciele go-
rzelni znajdują się w przykrem położeniu.
O wiele lepiej od besarabskiej kalkuluje
się wprawdzie kukurydza kaukaska, poza
tem jeszcze pozostaje jako surogat dla go-
rzelni żyto, ale pizewidywane są różnorod-
ne opóźnienia w dostawach produktu suro-
wego z przyczyn wyjątkowych. Nieuro-
dzaj kartofli i wskutek tego wysokie ich
ceny wstrzymują również rozpoczęcie kam-
panii w wielu krochmalniach Królestwa.
Krochmalnie te, biorąc pod uwagę slaby po-
pyt na krochmal, nie rozpoczynają dotych-
czas kampanii i wyprzedają dawniejsze za-
pasy kartofli. Surogatem dla krochmalni
ma być w r. b. sieczka ryżowa, o której
prawo przewozu bez opłaty cła starają się
niektóre fabryki u ministeryum skarbu, o
osobiste.
W dniu 29-ym z. m. grono literatów
i przyjaciół podejmowało w restauracyi ho-
telu Europejskiego składkową ucztą poże-
gnalną prof Józefa Kallenbacha, kustosza
biblioteki ordynacyi Krasińskich, opuszcza-
jącego, jak wiadomo, Warszawę dla objęcia
katedry literatury polskiej w uniwersytecie
lwowskim. Przyjęcie miało charakter nie-
zwykle serdeczny i stanowiło wymowny
wyraz gorącej sympatyi, jaką prof. Kallen-
bach potrafił zaskarbić sobie w sferze inte-
ks. kanonik Chełmicki i w. i.
P. Henryk Opieński, znany zaszczytnie
kompozytor i krytyk muzyczny, opuścił
Warszawkę, o
DR STANISŁAW KĘTRZYŃSKI.
Biblioteka ordynacyi Krasińskich zyska-
ła nowego kierownika. Po zaszczytnem
powołaniu dotychczasowego bibliotekarza,
dra Józefa Kallenbacha, na katedrę litera-
tury polskiej w uniwersytecie lwowskim,
zajął właśnie jego stanowisko dr Stanisław
Kętrzyński. Syn znakomitego historyka
i zasłużonago dyrektora Ossolineum we
Lwowie, dr St. K. urodził się w tem mieś-
cie w r. 1876 i tu też ukończył uniwersy-
tet. Doktoryzował się w Krakowie. Po-
, tem jako stypendysta Akademii umiejętno-
ści w archiwach watykańskich, słuchał za-
razem wykładów paleografii i dyplomatyki
w uniwersytecie rzymskim. Rezultatem tych
studyów było przyznanie Kętrzyńskiemu
dyplomu archiwaryusza i pajeografa Stolicy
apostolskiej. Następnie uczęszczał w Pa-
ryżu do Ecole des Chartes. Po powrocie
z nad Sekwany zajęty był krótko w Osso-
lineum, dalej w Bibliotece Jagielońskiej,
ostatnio zaś w Archiwum dawnych aktów
grodzkich w Krakowie. Z pism jego, umie-
szczanych głównie w „Rozprawach wydzia-
łu filozoficznego Akademii umiejętności",
w Kwartalniku historycznym i „Wielkiej
Encyklopedyi powszechnej", zasługują na
większą uwagę: „Gall Anonim i jego Kro-
nika"; „Kazimierz Odnowiciel"; „O paliu-
szu biskupów polskich XI wieku"; „O za-
ginionym żywocie św. Wojciecha"; „Ze
studyów' nad Gerwazym z Tylbury". Ra-
zem z prof. uniwersytetu lwowskiego, dr
Ludwikiem Finklem, wydał „Kronikę Galla".
W chwili wezwania go na posterunek w
Warszawie zajęty był dr Kętrzyński wykoń-
czeniem większej pracy habilitacyjnej. C.
ZMARLI.
Siostra Angela, urodzona w r. 1875
w Zaleszczykach w Galicyi, została wraz
z czterema innemi siostrami zamordowaną
przez krajowców na Nowej Gwinei. Siostra
Angela była z powołania nauczycielką. Do
Towarzystwa misyjnego wstąpiła w r. 1901.
Eufemia z Gałkowskich Danielewska.
córka właściciela i redaktora Nadwiślanina,
pierwszego pisma polskiego w Prusiech Kró-
lewskich, żona Ignacego Danielewskiego,
redaktora i wydawcy Przyjaciela i Gaze-
ty Toruńskiej, zmarła d. 13 b. m. w 84-m
roku życia.
Stanisław Czachórski, właściciel dóbr
Białowody w pow. Hrubieszowskim, zmarł
w Warszawie dnia 29-go z. m., przeżywszy
lat 49. o ,
Michał Niepokojczycki, obywatel gub.
Grodzieńskiej, zmarł w majątku Buchowiczc
dnia 28-go z. m., przeżywszy lat 82. o
Juljan Tołłoczko, uczeń gimnazyum ge-
nerała Chrzanowskiego, zmarł w Warszawie
dnia 25-go z. m., przeżywszy łat 15. o
Tadeusz hr. Czacki, właściciel dóbr Po-
rycka i Ryżowiec na Wołyniu, brat znanego
w szerokich kołach towarzyskich i przemy-
słowych hr. Feliksa Czackiego, zmarł nagle
w Żytomierzu dnia 28-go u. m. skutkiem
anewryzmu serca, o
Roman Mieczkowski, obywatel ziemski,
zmarł w Gęsinic pod Aleksandrowem, dnia
21-go z. m., przeżywszy lat 54. o
Stanisław Sumowski, obywatel ziemski
gub. Wołyńskiej, zmarł w Warszawie dnia
26-go z. m. o
Józef Sokołowski, emeryt, zmarł w Ło-
wiczu dnia 26 z. m., przeżywszy lat 80. o
Roman Jankowski, przemysłowiec i oby-
watel m. Warszawy, zmarł w Warszawie
dnia 26-go u. m„ przeżywszy lat 59. o
Ludwika z Nochów Minchcjnierowa,
wdowa po zasłużonym muzyku, zmarła dnia
25-go z. m., przeżywszy lat 64. o
Jerzy Goldman, b. współwłaściciel dru-
karni. członek redakcyi Gazety Handlowej,
zmarł w Warszawie dnia 21-go z. m., prze-
żywszy lat 71. Zmarły urodził się w War-
790
TYGODNIK ILLUSTROWANY N° 41
sza wie, gdzie ukończył szkoły średnie, po-
czerń kształcił się w uniwersytecie kijow-
skim na wydziale lekarskim. Po powrocie
do Warszawy objął początkowo, jako wspól-
nik, zarząd prowadzonych przez ojca swego
zakładów drukarskich, a następnie, po roz-
wiązaniu firmy, poświęcił się publicystyce.
Pracował w Gazecie Handlowej, Ekonomi-
ście, Gazecie Losowań, Gazecie Warszaw-
skiej i wielu innych pismach, pomiesz-
czając tam artykuły treści ekonomicznej,
odznaczające się zawsze gruntowną znajo-
mością przedmiotu. Zmarły pozostawia po
sobie pamięć utalentowanego i sumiennego
pracownika na niwie dziennikarskiej, oraz
wzorowego człowieka, o
Ze świata.
GŁOS OJCA ŚW. O KONGRESIE
WOLNOMYŚLNYCH W RZYMIE. Osser-
natore Romano, pismo uważane za organ
Watykanu, ogłosiło znamienny, pisany do
kardynała Respighi list Ojca Św., w którym
Pius X wyraża „wielki smutek z powodu
zebrania się t. zw. wolnomyślnych w Rzy-
mie”, a dalej pisze: „Echo ich dysput po-
twierdziło ich niecne zamysły, które wyczy-
tać już było można z samego zwołania
kongresu. Intcligencya, która stara się wy-
łamać z pod zależności od Boga, popełnia
świętokradztwo. Manifestacya ta staje się
nieskończenie silniejszą, jeżeli pomyśleć, że
odbyła się w Rzymie, otoczona zewnętrzną
świetnością, a chociaż siły piekielne nie
przemogą Kościoła, jednakże zebranie się
jego w jednym międzynarodowym kon-
gresie wolnomyślnych ma zawsze charakter
zniewagi i prowokacji, a w Rzymie, owem
spokojnem, czczonem mieście Namiestnika
Chrystusowego, uważamy, że jest ona obra-
zą przeciwko Bogu i przeciwko nam.” W
końcu listu Ojciec Św. poleca kardynałowi
Respighi rozkazać odmawianie w kościo-
łach Rzymu modlitw pokutnych, k
KONGRES WOLNOMYŚLNYCH, otwar-
ty w Rzymie dnia 20 z. m., zgromadził
1,500 delegatów z Włoch i tyluż przedsta-
wicieli innych narodowości. Z Francuzów
zapisało się do uczestniczenia w kongresie
około 1,000 osób, z których przybyła jednak
liczba znacznie mniejsza. Na ulicach Rzy-
mu zauważono dnia tego ogromny ruch,
przedstawiciele Kościoła nie zjawiali się
jednak wśród przechodniów. Pierwszym
tematem posiedzeń była kwestya dogma-
tów religijnych wobec wiedzy. Stowarzy-
szenia liberalne urządziły pochód z cho-
rągwiami do Kapitolu i pomnika Garibal-
diego. Prof. Marceli Berthelot, sekretarz
Akademii nauk w Paryżu, nie mogąc z po-
wodu choroby przybyć na kongres, wysto-
sował do prezesa kongresu, Ferdynanda
Buissona, ciekawy list, który przeczytano
na jednem z posiedzeń. W liście tym,
w którym znakomity chemik wyraża prze-
konanie, że zebranie się tego rodzaju kon-
gresu właśnie w Rzymie jest znamienne
dla naszych czasów, Berthelot, nie lekce-
waży jednak dobrodziejstw, „które zawdzię-
cza świat kulturze chrześcijańskiej.” „Nau-
ka, którą głosimy, powstała z nowego du-
cha tołerancyi, opartej na swobodzie myśli
i dokładnej znajomości praw natury.” „Nau-
ka, którą reprezentujemy, nadaje kierunek
wszelkim dziedzinom życia: handlowi, po-
lityce, wojskowości, pedagogii i moralno-
ści, opierając się jedynie na prawach natu-
ry, stwierdzonych a posteriori przez obser-
wacye i doświadczenia uczonych wszelkie-
go rodzaju: fizyków i mechaników, jak
również historyków i ekonomistów, chemi-
ków, lekarzy i przyrodników, psychologów
i socyologów.” „W ten sposób utwierdzi-
my na świecie panowanie rozumu.” k
doktorat ze znajomości bi-
blii. Komisya biblijna, ustanowiona przez
Papieża Piusa X, o-
trzymała prawo u
dzielania stopnia do-
ktorskiego ze znajo-
mości Pisma św. Oj-
ciec Św. w osobnym
liście, wystosowa-
nym do komisyi, wy-
szczególnia przed-
mioty, z których skła-
dane mają być egza-
miny ustne i piśmien-
ne. Zgłoszenia w ce-
lu zdawania owego
egzaminu należy
nadsyłać na imię se-
kretarza Komisyi Bi-
blijnej w Rzymie, k
ZE ŚWIATA
KOBIECEGO. W
Stanach Zjednoczo-
nych istnieje — jak
donosi jedno z pism
niemieckich—53 du-
chownych kobiet,
mianowicie wśród ł.
zw. Kongregacyoni-
stów. Co dziwniej-
sza, w Anglii zaczy-
na się dziać coś po-
dobnego. Niejaka
Pctzold została... pro-
boszczem sekty uni-
taryuszów w Lancester. Kobiety zaczynają
chwytać się takich sposobów zarobkowania,
o których nikt nigdy nie przypuszczał, aby
„słabsza” płeć mogła im podołać. W Bre-
tanii istnieje np. około 300 kobiet w służ-
bie marynarskiej. Francuskie ministeryum
marynarki pozwoliło oprócz tego 60 kobie-
tom pełnić podobne obowiązki na łodziach
rybackich. W Danii istnieją sternicy—ko-
biety. W Norwegii, Szwecyi i Finlandyi
również wiele niewiast poświęca się temu
samemu rzemiosłu. Wreszcie w Kanadzie
stwierdzono urzędownie istnienie 70 kobiet,
które są właścicielkami lub kierowniczkami
parowców, a 56—właścicielkami okrętów ża-
glowych.
WYPRAWA do bieguna połu-
dniowego NA STATKU „DISCOVE-
RY“ powróciła zdrowo i cało, po trzech
latach przebywania wśród lodów, doszedł-
szy najdalej ze wszystkich dotychczaso-
wych wypraw, bo do 82°17' szerokości po
łudniowej. Nazywają ją w Anglii najlepiej
prowadzoną i najbardziej owocną ze wszyst-
kich ekspedycyi — zarówno do północnego,
jak i do południowego bieguna. Z odkryć
geograficznych ważne jest znalezienie nowe-
go lądu, który nazwano Ziemią króla Ed-
warda VII. Ląd ów znajduje się na wschód
od południowej Ziemi Wiktoryi. Kapitan
Scott, dowódca wyprawy, oraz jego towa-
rzysze, cierpiąc na oczy od bezmiernych
przestrzeni śnieżnych, źle się odżywiając,
robili nieraz awanturnicze wyprawy z okrę-
tu uwięzionego w lodach. W jednej z ta-
kich wypraw stracili nagle z oczu jednego
z uczestników wycieczki, Hare’a. Śnieg
padał tak gęsty, że o kilka kroków nie
można było nic widzieć. Szukano go przez
2 dni i dwie noce napróżno. Przypusz-
czano, że wpadł w przepaść. Tymczasem
okazało się, że znużony majtek, oddzieliw-
szy się od towarzystwa, wpadł w niegłę-
boką rozpadlinę, nie miał siły na razie, aby
się wydostać, i zasnął, a śnieg go zlekka
przysypał. Obudziwszy się, gdy już śnieg
przestał padać, Hare znalazł sam drogę do
okrętu, na szczęście niezbyt odległego. Ry-
cina, którą podajemy, illustruje właśnie ra-
dosną chwilę powitania zaginionego, k
ZMARLI.
Rudolf Amandus Philippi, profesor zoo-
logii i botaniki w Santjago (Chili), członek
Z WYPRAWY DO BIEGUNA POŁUDNIOWEGO NA STATKU „DISCOYERY.”
57 towarzystw naukowych w Europie. Dzie-
ła swoje, wybitnej wartości, ogłaszał w ję-
zykach hiszpańskim i niemieckim. Prze-
żył lat 79.
Hrabia Gwido Thun-Hohensiein, pro-
wineyał zakonu Maltańskiego, przeżywszy
lat 81. Do zakonu wstąpił w r. 1859, pro-
wineyałem (dla Austryi i- Czech) został
w r. 1887. Jednocześnie poświęcał się dy-
plomacyi. Między innemi posłował do Mek-
syku i był członkiem Izby Panów w Wied-
niu.
Prof. Niels Fiusen, znany dermatolog,
wynalazca leczenia za pomocą światła
(każda barwa inaczej oddziaływa na chore-
go), zmarł w Kopenhadze, przeżywszy
lat 44. k
Emil Thomas, słynny komik berlińskie-
go „Kóniglicher Schauspielhaus,” zmarł
w wieku lat 68. Wszystkie pisma niemiec-
kie poświęcają mu zaszczytne wspomnie-
nia. k
Sir Wiliam Harcourt, wybitny polityk,
mąż stanu i publicysta angielski. Dwa ra-
zy był ministrem spraw wewnętrznych,
a potem kanclerzem skarbu. Urodził się w
roku 1827. k
Polityka.
Od dłuższego już czasu stosunki anglo-
niemieckie na tle ogólnej sytuacyi dyplo-
matycznej stanowią jeden z głównych przed-
miotów zainteresowania. Skoro tylko w ak-
cyi wojennej na azyatyckim Wschodzie na-
stępuje przerwa, a dzienniki zaczynają trak-
tować kombinacye dyplomatyczne, zawsze
powraca na porządek dzienny temat anglo-
niemiecki. Prasa niemiecka, zwłaszcza pół-
urzędowa, stale utyskuje na dyplomacyę
i prasę angielską, która jej zdaniem usilnie
stara się nadwyrężyć dobre stosunki, panu-
jące między Niemcami a Rosyą. W tym
celu ma być jakoby prowadzona stale intry-
ga nietylko na miejscu, w Londynie, lecz
także w Paryżu: intryga, mająca w Rosyi
zbudzić podejrzenie względem niemieckiej
przyjaźni. Rosya — mówią pisma niemiec-
kie — jest dla Anglii główną współzawod-
niczką w Azyi, mianowicie w Indyach
i w Chinach, musi więc Anglii zależeć na
tern, by Rosya przegrała wojnę z Japonią.
Po glębszem jednakże zastanowieniu, intry-
ganci dyplomatyczni w Londynie i Paryżu
przyszli widocznie do przekonania, że mi-
mo wszystko, możnaby się jeszcze z Rosyą
porozumieć, a nawet sprzymierzyć. Doszło
do skutku porozumienie anglo-francuskic
pomimo sojuszu Francyi z Rosyą; dlacze-
góżby nie miało być możliwem doprowa-
dzenie do ugody anglo-rosyjskiej, zwłaszcza
wobec tego, iż Rosya, zajęta wojną, na ra-
zie przestała faktycznie być dla Anglii
groźną w Azyi. Mogłoby wówczas po-
wstać w Europie nowe trójprzyniierze:
Anglii z Francyą i Rosyą, które na miejscu
starego mogłoby decydować o pokoju i woj-
nie nietylko na lądzie, lecz i na morzu.
Prasa niemiecka nie posiada się ze wściek-
łości wobec tych podejrzewanych przez
siebie projektów. Prasa niemiecka zdaje
też sobie najzupełniej sprawę z okoliczno-
ści, że wszystko to przedewszystkicm wy-
mierzone jest przeciw Niemcom. Oto jaki
plan kryje się rzekomo poza intrygami An-
glików. Początek wojny na Dalekim
Wschodzie wypadł dla Rosyi niepomyślnie.
Trudno odgadnąć, jaki będzie dalszy ciąg-
Zbliża się zima, i wojna może się przewlec
długo, a wtedy Rosya, choćby nie była po-
konana orężnie, będzie finansowo tak
wycieńczona, że może skłonić się ku za-
warciu pokoju. Wówczas nadejdzie chwila
odpowiednia dla interwencyi dyplomatycz-
nej mocarstw, które będą miały główny
głos przy zawieraniu traktatu rosyjsko-ja-
pońskiego. Rosya będzie potrzebowała po-
parcia, ażeby warunki traktatu wypadły dla
niej korzystnie, a spodziewać się go może
od Francyi i—Niemiec. Otóż Anglia, licząc
się już teraz z taką chwilą w przyszłości,
chce zawczasu zapobiedz temu i zamiast
Niemiec siebie ofiarować Rosyi na sprzy-
mierzeńca. Wówczas Niemcy na przyszłym
kongresie, regulującym interesy między
Rosyą a Japonią, pozostałyby osamotnione.
Dominujące stanowisko przypadłoby w u-
dziale Francyi i Anglii. Prasa niemiecka
pisze o całej tej aferze z wielkiem rozdraż-
nieniem. Berlińska Post, organ dyploma-
cyi, twierdzi, że wszystkie zabiegi i intryg1
w Londynie i Paryżu dowodzą tylko, jak
wielki wpływ na losy polityki światowej
wywierają Niemcy i Rosya do spółki, mimo
wojny w Mandżuryi. Post kończy, wyra-
żając nadzieję, że Petersburg nie pójdzie
na lep angielski.
791
KSIĄŻKI 1 WYDAWNICTWA P€RYODYCZNe.
KSIĄŻKI POLSKIE.
Stanisław Brzozowski: Jan Śniadec-
ki. Życie i dzieła. („Książki dla wszyst-
kich"). Wydawnictwo M. Arcta. Cena
kopiejek 25. — Doskonała rzecz o astrono-
mie polskim, mężu „jasnej głowy," o czło-
wieku, który „mierzył osnowę dni swoich
na paśmie korzyści publicznych." W nie-
wielkiej tej książce, napisanej jasno, zwięźle
• przystępnie, zdołał autor pomieścić nic-
tylko wszystko, co dotyczę działalności
JAN ŚNIADECKI
społecznej, naukowej i literackiej wielkiego
męża, ale też wzbogacił małe dziełko ccn-
nemi uwagami filozoficzncmi, odmalował
w dosadnych rysach tło epoki, w której
Pracował Śniadecki, i udowodnił, dlaczego
można uważać naszego znakomitego uczo-
nego i filozofa za rdzennic polski umysł,
Za .jednego z budowniczych nowoczesnej
kultury polskiej"; nic zapomniał też zazna-
czyć szlachetności i prawości jego charak-
teru. Śniadecki należał do tych niewielu,
którzy mieli zanikające u nas poczucie
-ciągłości cywilizacyjnej", „przeświadczenie,
że wszystkie prace, dla dobra ogółu doko-
nywane, są tylko dalszym ciągiem prac
pokoleń poprzedzających". Przytoczywszy
Ważniejsze szczegóły z życia Śniadeckiego,
autor roztrząsa jego prace i niepożytc za-
sługi naukowe. Osobny rozdział poświęca
P- Brzozowski poglądom literackim Śnia-
deckiego i jego talentowi pisarskiemu, za-
znacza mistrzowską jasność i piękną pro-
stotę jego stylu i tlómaczy stanowisko tego
Pozytywisty wobec romantyzmu; wreszcie
wyraża podziw dla tego wielostronnego
umysłu, który do tylu zasług dodał jeszcze
t°. że był „mistrzem krzewicielem i wiel-
kim teoretykiem mowy ojczystej". Książek
tak pożytecznych, jak niniejsza—informują-
cych, a jednocześnie oświetlonych jędrnym
1 światłym poglądem, potrzeba nam jaknaj-
Więcej. ‘ Jan KI.
Kazimierz WoyczjTiski. Poezye, tom
Kraków, nakładem księgarni D. E. Fricd-
teina; 1904, str. 192 w 12-cc. — W wier-
szu programowym: „Do młodych poetów",
Położonym na czele zbiorku, p. Woyczyń-
ski Występuje jako rzecznik hartu, męstwa,
Potęgi w przeciwstawieniu do niemocy du-
cha, apatyi, niewiary filozoficznej i życio-
wej.
Kiech z naszych piersi, o młodzi poeci,
Potęgi, Mocy, Zapału pieśń płynie—
Niech ugór nędzny, jałowy rozkwieci,
Słońce rozpali ludzkich serc krainie.
Wszystko co podłe niech burzy, niech
niszczy,
-Bielone groby" niech w gruzy
przemienia,
A Potem budzi życic pośród zgliszczy
Nowa potęga natchnienia i t. p.
Podobne nastroje przeważają w pierwszym
cyklu p. t.: „W jutrzniowym blasku", zwła-
szcza w wierszach: „Mam wiarę", „Do bo-
ju", „Wezwanie", „Do lotu", „Potęgo, zejdź
do mnie!", „Jabym was chciał..." i inne.
Z pośród innych cyklów wyróżnia się
„Z serca": mamy tu szereg poezyi erotycz-
nych, w których wszakże więcej smutku,
żalu i melancholii, niż upojenia, szczęścia
i radości. Zasługuje też na uwagę cykl
wcale zręcznych i poprawnych „Sonetów"
o treści różnorodnej. Mamy wreszcie kilka
utworów prozą pisanych, jak „Ostatnia
wizya", „Samobójca", „Niedola1', te jed-
nak mniej się udały autorowi, g
K. Lasswitz. Gustaw Teodor Fech-
ner, z drugiego powiększonego wydania
przełożyła dr Regina Maliniak. Wydaw-
nictwo Przeglądu Filozoficznego'. Kla-
sycy filozofii, V. Warszawa, str. 256 w 8-ce.
Cena rub. 1.20.—Piąty, tom wydawnictwa
„Klasyków filozofii" zawiera charaktery-
stykę Gustawa Teodora Fechnera pióra K-
Lasswitza. Fechner nie jest postacią zbyt
popularną; chociaż nie upłynęło jeszcze 20
lat od jego śmierci (f 1887), zaginął w nie-
pamięci, przyćmiony sławą wszechświatową
swoich następców, właściwych twórców psy-
chologii nowoczesnej. A jednak imię jego
nic powinno zatonąć w zupełnem zapomnie-
niu, bo chociaż jego nauka filozoficzna nie
ostała się przed późniejszą krytyką, chociaż
późniejszy rozwój nauk doświadczalnych
obrócił w perzynę jego teorye, jednak Fcch-
ner zasłużył się nam niepoślednio. Można
go bowiem uważać za ojca dyscypliny na-
wskroś nowoczesnej psychologii doświad-
czalnej, opartej na pewnej podstawie po-
strzeżeń i obliczeń. A wiadomo, jakie nie-
obliczonc usługi oddała ta metoda nauce
psychologii i oddawać jeszcze będzie w
przyszłości. Wyczerpująca monografia p.
Lasswitza dzieli się na dwie części: w pierw-
szej mamy obraz życia i działalności Fcch-
nera, ułożony w sposób chronologiczny,
w drugiej zaś mamy przedstawiony cało-
kształt poglądów jego filozoficznych. W za-
kończeniu p. Lasswitz daje ogólny, krytycz-
ny rzut oka na filozofię Fechnera i jego
zasługi. Przekład p. Reginy Maliniak nie
nie jest wolny od usterek językowych, g
Maurycy Maetcrlinck; Joyzelln, prze-
łożył A. L. Wydawnictwo M. Arcta: „Książ-
ki dla wszystkich". Cena kop. 20.—Sztukę
tę w pięciu aktach możnaby właściwie na-
zwać piękną rozprawą psychologiczno-poe-
tyczną na temat miłości. Do nazwy takiej
upoważnia założenie i budowa utworu, w
którym na jakiejś tajemniczej wyspie sta-
rzec Merlin, grający tu rolę Przeznaczenia,
poddajc przeróżnym, coraz straszniejszym
próbom miłość dwojga istot: Joyzelli i włas-
nego syna Lanccora. Miłość okazuje się
tak silną i czystą, że zwycięża wszystko—
a czytelnik dowiaduje się w ten sposób,
jaką prawdziwa, wzniosła miłość być po-
winna. Trzeba oddawać się drugiej istocie
całą duszą, być dla niej kryształowo-prze-
zroczystym, trzeba umieć ponieść śmierć
samemu, trzeba nawet zabić tych którzyby
w drogę wchodzili temu świętemu szczęściu,
trzeba być silnym — a miłość przemoże
wszystko. Akcya rozwija się według sche-
matu piętrzących się doświadczeń z logiką
traktatu naukowego, z podobną jasnością
i uwidocznieniem przyczyn i skutków Ta-
jemnicza postać Aryclli, która jest ucieleś-
nieniem zwyciężonych instynktów i prze-
czucioywch, nieuświadomionych popędów
człowieka, jest w sztuce potężną, niewidzial-
ną służebnicą Mcrlina. W sztuce są miej-
sca przecudne, pisane językiem pierwszo-
rzędnego poety. Pełno bogatych, niespo-
dzianych porównań i pięknych pomysłów
artystycznych (np. fantastyczny ogród, wi-
dziany w sennem, rozkosznem widzeniu)
Tłómaczenie wzorowe. J. K.
PRASA POLSKA.
Czytelnia dla wszystkich: „Loterya czy
walka?" przez J. Gościckiego.—Przyroda:
„Kartki z podróży po Wschodzie" przez
Wacława Kossowskiego.—Wędrowiec: „Gra-
fika współczesna" przez J. Muszyńskiego.—
Niwa Polska: „Lekarze na prowincyi"
przez W. K- — Zorza: „Na naukę — do
Pszczelina" przez M. Brzezińskiego (opis
szkoły rolniczej w Pszczelinie, z illustra-
cyami).— Wszechświat: „Historya pierwiast-
ków" przez E. Trepkę.—Naokoło Świata:
„Łęczyca" (praca zalecona do druku na
2-im konkursie geograficznym tygodnika
Naokoło Świata) przez E. Piotrowskiego.—
Gazeta Świąteczna: „Spisy kandydatów
na urzędy gminne."—Ogniwo: „Ignacy Ma-
tuszewski" przez A. Drogoszewskiego; „Nad
otchłanią" przez S. P. — Przegląd Tygo-
dniowy: „Szkoły rzemieślnicze w Warsza-
wie" przez Zygmunta Lipko.—Ktityer War-
szawski rozpoczął druk romansu Kazimie-
rza Przerwy-Tctmajera p. t.: „Zatracenie;"
artykuł: „Niemcy w Państwie Rosyjskiem."
—Kuryer Codzienny: „Czytelnictwo mło-
dzieży szkolnej" M. Rudnickiego. -Gaze-
ta Polska: artykuł Wł. Jabłonowskiego
o „Wczasach historycznych."—Słowo: arty-
kuł d-ra St. Zdziarskiego o „Pismach kry-
tycznych" Aleksandra Tyszyńskiego.—Go-
niec wieczorny drukuje powieść obyczajo-
wą z XVIII wieku p. t.: „Szlachcic na za-
grodzie" przez Kazimierza Glińskiego.
ANGLIA.
* William Heineman w Londynie wydał
wielkich rozmiarów' dzieło p. t.: Japan by
the Japanesc (Japonia przez Japończyków).
Książka jest dedykowana cesarzowi japoń-
skiemu. Skompilował ją i obszernym wstępem
opatrzył Alfred Stead, jeden z najlepszych
europejskich znawców Dalekiego Wschodu.
Poszczególne rozdziały napisane są przez
różnych wybitnych specyalistów japońskich:
„Rodzina cesarska" przez barona Samnomiya,
głównego mistrza dworu cesarskiego; „Kon-
stytucya" przez margrabiego Ito; „Zycie
parlamentarne" przez barona Kaneko Ken-
taro; „Armia" przez margrabiego Ojamę,
szefa sztabu generalnego; „Marynarka" przez
admirała Saito, wiceministra; „Wychowanie
szkolne" przez br. Okumę; „Finanse" przez
Sakataniego, wiceministra; „Bank" przez
Jamamoto, dyrektora Banku Japońskiego;
„Handel" przez br. Szibusaura, prezydenta
Związku Izb handlowych. Następują dalej
rozdziały o prasie, kolejach żelaznych, pocz-
tach, policyi i t. d.
* Ryszard Streatfeild zebrał z pietyzmem
rozproszone po pismach dziewięć wybor-
nych szkiców i artykułów zmarłego przed
dwoma laty Samuela Butlera i wydal je
w tomie p. t.: Essay on Life. Art and
Science.
* W seryi wydawnictw „English Men of
Lettcrs" wyszło pośmiertne dzieło Sir Les-
lie Stephena, poświęcone Tomaszowi Hob-
bcs’owi. Książka dzieli się na cztery części:
życiorys wielkiego filozofa, oraz świat, czło-
wiek i państwo, podług poglądów Hob-
bes’a.
* Edmund G. Gardncr, doskonały znaw-
ca włoskiego średniowiecza, ogłosił świeżo
wspaniale illustrowaną historyę Ferary p. t.:
The Dukcs and Poets in Lerrara (wy-
dawca Constable w Londynie).
Nowe książki. Stephen Gwynn: Masters
of English Literaturę— H. Belloc: Anril,
bcing essays on the Poctry of the French
Renaissance.—H. Ingram: Christophcr Mar
lowe and his associates.—W. L. Courtney:
The Deuclopmcnt of Maurice Maetcrlinck
and other Sketchcs of foreign writers.—
H. O. Wells: Scepticism of the Instru-
ment. H. Wallace: Walt Whitnian. Wil-
liam H Prcscot: History of the Reign of
Ferdinand and Isabella the Catholic.
Czasopisma. Contcmporary Renicw:
Sidney Whitman roztrząsa działalność Teo-
dora Herzla, zmarłego niedawno przywódcy
syonistów; O. Eltzbacher informuje o „or-
ganizacji czerwonego krzyża w Japonii."
Fornightly Reuiew: A. Symons pisze
o poecie Tomaszu Campbellu; W. Knight—
o malarzu Watts’ie; M. F. Sandars—o H.
Balzaku. — Independent Reidew: F. Tocn
nieś — o „partyach politycznych w Niem-
czech; Laura Gripallo—o kilku romansopi-
sarzach włoskich (Annunzio, Fogazzaro, Se-
rao).—Monthly Reniew: L. Jerrold — o za-
targu Francyi z Watykanem; Pepita San
Carl os- o poezyi ludowej w Hiszpanii.
FRANCYA.
* Głośny reporter Juliusz Huret zwiedził
w przeciągu ostatnich dwóch lat bardzo
szczegółowo północną Amerykę. Obser-
wacye swoje drukował najpierw w felieto-
nach Figara, obecnie zaś wydała je w od
dzielnej książce firma Fasquelle’a p. i. „Dc
New-York a la Nouuelle Orleans." Naj-
ciekawsze, chociaż nieco powierzchowne są
uwagi Hureta o życiu towarzyskiem w Sta-
nach Zjednoczonych. Przeglądając poszcze-
gólne gałęzie przemysłu amerykańskiego,
autor stwierdza, że przemysł francuski ma
w Ameryce dwa wielkie rynki zbytu: na
pierwszem miejscu stoją jedwabie liońskie;
następnie pod względem automobilizmu
Francya nie ma dotychczas poważnych kon-
kurentów
HISZPANIA.
* Francisco Sicardi, doktor argentyński,
wydał tom bardzo ciekawych nowel p. t :
liacia la Justicia („Ku sprawiedliwości").
Zbiór ten kończy czterotomową seryę wysoce
oryginalnych opowiadań p. t: El libro cx-
trano (.Dziwna książka"), zawierających
niejako historyę obyczajową kraju, obser-
wowanego przez autora. Sicardi posiada
bardzo silny temperament, tworzy postacie
dzikie, smutne, nadzwyczajne. Płomienny
styl, głęboki symbolizm postaci czyni
z tych nowel niepoślednie poematy. Nie-
które typy pogłębia autor tak subtelną
i ścisłą analizą, że książka, nie tracąc zna-
czenia literackiego, ma też i naukową war-
tość. Tajemniczością, bogactwem fantazyi,
potęgą nastrojów przypomina Sicardi Edga-
ra Poe i Whitmana.
* Ostatnia komedya Linarcsa Rivas Ast-
ray’a nosi tytuł: El Abolcngo („Duma ro-
dowa"). Jest to historya dziewczyny, wy-
chowanej w klasztorze arystokratycznym,
dumnej ze swego nazwiska, a wydanej za
mąż za człowieka dzielnego, prawego, nie-
nawidzącego kłamstwa, kokieteryi i płyt-
kości.
Czasopisma. Espańa Moderna: Ignotus
„Romantyzm w armii" (satyra na organiza-
cyę wojskową w Hiszpanii).—Lectura dru-
kuje powieść pani Pardo Bazan p. t.: „Chi-
mera."—Nuestro Tiempo: E. Gonzales-Blan-
co „O eksploatacyi występku" (wałka z nie-
moralnością płciową).
792
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 41
NA WYSTAWIE OBRAZOW W WOYTKIEWICZ
NADESŁANE.
^randsPrix
Wystawa Powszechna 1900 r.
Albo jedno, albo drugie.
Szef (zauważywszy, że
do pieca nałożono bardzo
dttżo węgla):
— Na miłość Boską, pa-
nie buchalterze, powiedz mi
pan, czy pan jesteś buchal-
terem firmy Seligman i Spół-
ka, czy też palaczem w...
kreniatoryum.
(Fliegende Blatter).
OD REDAKCYI.
Każdy prenumerator „Tygodnika
ilustrowanego" w r. 1904 otrzyma
bez żadnej dopłaty
Potop 10 tomów powieści
jowskYołodyJ/. SIENKIEWICZA
(co miesiąc tom)
tomów
oraz I V
DZIEŁ POPULARNYCH
(co miesiąc tom)
czyli ogółem (co miesiąc 2 tomy)
TOMY ROCZNIE
Z A BtolfoteW powieści
i dzieł popularnych
NADTO
KOLOROWE PREMIUM
ARTYSTYCZNE
oraz przy każdym numerze, nie zawierają-
cym dodatku książkowego,
ARKUSZ POWIEŚCI
TŁÓMACZONEJ.
Na oprawę 12-tu tomów Pism Sienkiewi-
cza w roku bieżącym dołączać należy rb. 2;
oprawa 6 tomów kosztuje rub. 1, oprawa 3
tomów 50 kop. Ozdobna oprawa 12 tomów
dzieł popularnych wynosi także rb. 2, opra-
wa 6 tomów rub. 1, oprawa 3 tomów 50 k.
Oprawa wszystkich 24 bezpłat-
nych dodatków wynosi rb. 4, opła-
cane rocznie, półrocznie lub kwar-
talnie.
W IV-ym kwartale r. b. otrzyma-
ją prenumeratorowie „Tygodnika il-
lustrowanego" w 6-ciu dodatkach
bezpłatnych:
„Historyę ruchu
kobiecego0
w opracowaniu J. Okszy, jeden tom.
„Życie artystyczne
ludzkości0
Alfonsa Roux (z illustracyami)
w przekładzie J. Lorentowicza, jeden tom
„Pan Wołodyjowski0
Sienkiewicza, 4 tomy.
V
Nadto premium kolorowe
TEODORA AXENTOW1CZA p. t.
„Zaczytana,“
będzie rozesłane w ciągu listopada
r. b. wszystkim prenumeratorom.
Dla uniknięcia zwłoki w odbiorze
„Tygodnika" prosimy uprzejmie o
wczesne nadsyłanie prenumeraty,
ze względu zaś na potrzebę wczesne-
„o przygotowania opraw na książ-
kowe dodatki, prosimy, dla unor-
mowania nakładu, o wczesne nad-
syłanie zamówień. Oprawa dodat-
ków nie podnosi kosztów przesyłki.
Życzący sobie otrzymać premium koloro-
we na wałku zechcą nadesłać na koszt
opakowania kop. 25.
Słynna ze swych własności anty-
septycznych i aromatycznych.
Do nabycia wszędzie.
Groźny dyrektor.
— Słyszałeś? kancelista Skobski o mało
się nie utopił.
— A! wiem, wiem: ujrzał w kąpieli swe-
go przełożonego i ukłoni! się tak nizko, że
omal nie poszedł pod wodę.
(Fliegende Blatter).
Epigram.
Bajecznie śmieszne pytania
Stawiają czasem dzieci.
Naprzykład pyta raz Mania:
Czy „jasna" pani się ...świeci? if.
eWthńer iWo® |
fortepiany,
Pianina, Organy
Krakowskie-Przedm. 17.
PASTILLES
DE
INDIEN
GRILLOM
Wielkie Medale, złoty w Paryżu, srebrny
w Łodzi.
L MSlf-fll najlepszy proszek dozę-
Ł bów poleca Laborat.
Górskiego, Leszno 4. Cena 35, 20 kop.
Na zgromadzeniu wyborczem.
— Powiedz mi pan, dlaczego właściwie
rwałeś się do głosu, nie mając nic do po-
wiedzenia?
— Wie pan, na mównicy stała, jak zwyk-
le, karafka z wodą, a ja konałem z prag-
nienia. (Journal).
Pierwszorzędne Biuro Nauczycielskie
JASIŃSKIEJ, Włodzimierska 19, w Warszawie.
Poleca Nauczycieli, Nauczycielki, Bony i Cu-
dzoziemki, które na żądanie sprowadza.
Owoc przeczyszczający
PRZECIW
OBSTRUKCYI
We wszystkich składach aptecznych i aptekach.
i
Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF
Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów
Redaktor; Dr JÓZEł- WOLFF
Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych,nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się.
floaBOJieiio IJ,eii3ypoio, Bapmaua, 17 CeriTHópn 1904 TOfla.
Ns42
Ogólnego zbioru Nr 2,345
15 (2) października 1904 roku
Tygodnik I ij. ustko w anp
NAMOWA
WACŁAW PAWLISZAK
794
RASA I NARÓD.
W niewielkiej liczbie egzemplarzy prze-
ślicznie wydane nakładem autora „Al-
bum etnograficzne Zygmunta Glogera" (War-
szawa, 1904 r., str. 40 w 8-ce w.) z pewnych
względów jest u nas rzadkością bibliograficz-
ną i dlatego zasługuje na obszerniejsze omó-
wienie.
Zaszczytnie znany etnograf i autor „En-
cyklopedyi Staropolskiej", p. Zygmunt Gloger,
wystąpił na ten raz z absolutną negacyą od-
rębności antropologicznej ludów, zamieszkują-
cych dziś obszar dawnej Polski. Wprawdzie,
według p. Zygmunta Glogera, „zdaje się nie
ulegać wątpliwości, że w dobie Piastowskiej
plemiona, zdawna zasiedziałe w swoich zie-
miach gniazdowych, jak: Polanie, Mazowsza-
nie, Pomorzanie, Ślężanie, Lachowie małopol-
scy, Prusowie, Żmudzini (winno być: Żmuj-
dziui od litewsk. „Żemajtija" i „Żemajtis"),
Litwini, Łotysze, Drewlanie, Krywicze i Drego-
wicze, musiały przedstawiać rozmaite typy fi-
zyologiczne i antropologiczne różnice. Z na-
staniem atoli rządów książęcych i ciągłych
wojen, między władcami tych plemion prowa-
dzonych, głównie dla najcenniejszego łupu, ja-
kim był w małoludnych ziemiach człowiek ro-
boczy—nastąpiło zupełne pomieszanie się krwi
plemion, zamieszkujących serce prastarej Sło-
wiańszczyzny, to jest ziemie położone pomię-
dzy Karpatami, Bałtykiem i Dnieprem" (str. 3).
Szczególnie ścisły amalgamat różnic fi-
zycznych utworzył się — zdaniem autora—
pośród plemion tak biegunowo sobie obcych,
jak Polacy i Litwini. „Sami Litwini, uprowa-
dzając tłumy ludu polskiego za Niemen,
skrzyżowali tym sposobem całą swą rasą do
szpiku kości z krwią polską już za doby Pia-
stów" (str. 30). „A to skrzyżowanie się dwóch
ras odbiło się etnograficznie (na to zgoda bez
zastrzeżeń) i antropologicznie wiekuistem pięt-
nem na obyczaju, mowie i typie fizyologicz-
nym ludu litewskiego" (str. 19), tak dalece, że
dziś pod względem antropologicznym „prze-
ciętny wygląd ludności z nad Wisły i Narwi
nietylko że się nie różni niczem od ludności
nadniemeńskiej, ale typ ten ludowy udziela się
jeszcze bardzo mocno Łotyszom, urywa się
zaś nagle na granicy gubernii Witebskiej
z Pskowską" (str. 19). Autor „Albumu" przez
czas długi dokonywał badań „fizyognomii"
podczas zebrań gromadnych ludu litewskiego
w kościołach i na jarmarkach, a rezultatem
tych studyów był wniosek, że „na Litwie np.
i na Żrnujdzi, w Liszkowie, Olicie, Wielonie,
Szawlach i Retowie, lud, nie mówiący po pol-
sku, nie różnił się niczem ani w rysach i wy-
razie twarzy, ani w przeciętnym kolorze wło-
sów od ludu polskiego i podlaskiego z nad
Narwi" (str. 21).
Słowem, zdaniem p. Z. Glogera, żaden
antropolog w dobie dzisiejszej nie zdoła wy-
kryć Litwina niemieszańca, na którego miejsce
powstał przez szereg wieków typ fizyczny
nowy, który nazwaćby można „litewsko-pol-
skim," a powstał ze skrzyżowania się „do
szpiku kości" całej rasy litewskiej z krwią
polską. Przypomnieć należy, że podobną opi-
nię o skrzyżowanym „Litwo-Rusie" słyszeli
śmy jeszcze do niedawna z ust historyków
i etnografów rosyjskich, i dlatego tern zna-
mienniejsze jest słowo p. Zygmunta Glogera.
Zresztą równy los spotkał i starożytnego
Rusa, którego kolebką, według Nestora i Ka-
ramzina, ma być dolina Wisły, a którego cza-
sowe zróżniczkowanie się nanowo zniwelował
dopływ ludności polskiej za czasów Jagielo-
nów (str. 30), a nawet, według przytoczonej
przez p. Z. Glogera opinii d-ra Olechnowicza,
dzisiejsza „twarz polska jest twarzą mieszań-
ca dwóch co najmniej typów zasadniczych,
a często i trzech" (str. 23).
„I szukajźe teraz, naiwny antropologu!—
woła na zakończenie p. Z. Gloger—cech raso-
wego plemienia, gdy niemasz w kraju czło-
wieka, w którymby nie krążyła krew zbiorowa
wszystkich zaludniających go plemion..." (str. 38).
Pozostawiam na boku zupełny brak
w dobie dzisiejszej czystości rasy narodu pol-
skiego, o którą prawdopodobnie kto inny się
upomni; jako etnografa litewskiego, obchodzi
mnie tu wyłącznie naród litewski, i dlatego
przy nim zatrzymam się nieco dłużej.
Jakkolwiek niewątpliwą jest pewna część
domieszki „krwi" polskiej, płynącej w żyłach
współczesnego nam Litwina, tern niemniej je-
dnak trudno się zgodzić na to, że zdołała ona
wywrzeć na właściwości fizyczne ludu litew-
skiego wpływ tak dalece potężny, że dziś już
nawet „ani rysy, ani wyraz twarzy" u niego
nie są inne, niż u Polaka. Przeciwnie, na-
wet podane przez p. Z. Glogera ryciny „Al-
bumu" wskazują wyraźnie tę odrębność
fizyologiczną już nietylko „rysów" i „wyrazu,"
lecz nawet budowy twarzy litewskiej i żmujdz-
kiej z pośród mieszkańców dawnej Rzeczypo-
spolitej. I zresztą inaczej stać się nie mogło.
Wprawdzie kronikarze wspominają nie-
kiedy o całych tysiącach brańców i bra-
nek polskich, importowanych do Litwy, ale
liczba ta stosunkowo była za szczupła, by za
pomocą spółżycia fizycznego wpłynąć mogła
na budowę cielesną Litwina. Wspomniana
przez p. Z. Glogera zdolność narodu polskie-
Typ pastucha z p. Dzisicńskiego na Litwie, fot. H. Wińcza.
go napływowego, mocą której, „osiedlając się
różnoczasowo wśród ludności tubylczej na Li-
twie i Rusi, nietylko nie narzucał nikomu swe-
go języka, obyczaju i ubioru, ale bardzo szyb-
ko przyjmował sam wszystkie cechy narodo-
we tubylców" (str. 35)—da się, zdaniem mojem,
rozciągnąć i na stosunek fizyczny jego z lud-
nością litewską. Polacy, rozproszeni rzadko
wśród autochtonów Litwy, w warunkach kli-
matycznych i fizycznych obcych i znacznie
trudniejszych—wsiąkali nieznacznie w ludność
litewską wieśniaczą. Zastrzegam się, że ciągle
mam na myśli dzisiejszego włościanina-Litwi-
na, osiadłego na roli i na miejscu z dziada
pradziada. Chcąc bowiem doszukiwać się
wśród mieszkańców Litwy cech antropologicz-
nych polskich, należy się zwrócić do szlachty,
która w znacznej części przybyła tu za Ja-
gielonów z Polski i odświeżała stale swą
krew przez związki małżeńskie ze szlachtą
w Polsce pozostałą. Natomiast kmieć litew-
ski, a zwłaszcza żmujdzki, przechował aż do
dnia dzisiejszego odrębność fizyczną. I wię-
cej niż gdzieindziej wybitną jest ona nad
Niewiażą, Dubisą, Jurą i Minią. I tu też po-
za wskaźnikami czaszki, wzrostem i barwą
włosów i oczu, uderza dotychczas każdego ten
charakterystyczny, tylko Żmujdzinowi właściwy
„wyraz nieuchwytny dla cyrkla i miarki antro-
pologa," jak się wyraził dr Olechnowicz. A ten
właśnie „wyraz" jest częścią nierozerwalną „ty-
pu," po nim też, obok budowy czaszki, wzro-
stu i t. p. cech fizycznych, poznaje się ra-
sowego Żmujdzina, odbijającego wypukłe na
tle współmieszkańców kraju, zarówno, jak po
wpatrzeniu się w „rysy fizyognomii ziom-
ków"—wedle słów p. Z. Glogera—poznaje się
„swego ziomka wśród obcych, mówiącego ja-
kimkolwiek dyalektem i różnie przebranego,
byleby pochodził z rodziców, urodzonych nad
Wisłą, Wartą, Niemnem, Bugiem lub Sanem"
(str. 38).
Nie można oczywiście tego powiedzieć
o mieszkańcach granic Litwy i Rusi litew-
skiej. Tam tysiącletnie sąsiedztwo i ścisłe
obcowanie dwóch plemion zmieszało je na tej
przestrzeni tak dalece, że już tylko zdała,
w głębi od dawnej linii demarkacyjnej, spo-
tkać można Litwina lub Rusina krwi pełnej.
Że wpływ polski na etnografii litewskiej
wyrył głęboko swe piętno—o to sprzeczać się
nie będę, gdyż każdy, kto tylko tej dziedziny
wiedzy się dotknął, na każdym kroku natra-
fiał na ten splot guseł, wierzeń, podań, pieś-
ni, a nawet obrzędów polskich i litewskich.
Klasycznym dowodem w tym względzie jest
opowiedziany przez pana Zygmunta Glogera
szczegół, iż we wsi Dajnowie nad Wilią,
między Wilnem a Kownem, usłyszał on 75
procent pieśni ludowych, zebranych przez sie-
bie na Mazowszu i Podlasiu.
Prawdopodobnie „Album" p. Z. Gloge-
ra zwróci na siebie uwagę zawodowych an-
tropologów i wywoła ożywioną dyskusyę. Ży-
czyć tego należy tak ze względu na szanow-
ne imię autora jego, jak też na aktualność
kwestyi przezeń poruszonej.
MICHAŁ BRENSZTEJN,
795
DZIŚ I WCZORAJ.
Z WĘDRÓWKI NA OŚLEP.
Dwa ogromne kościoły w gruzach — wielki
gmach liceum drohiczyńskiego w gruzach —
Paręset domków drewnianych w gąszczach ligustru
wszystko to na ogromnej glinianej górze nad
Bugiem to Drohiczyn straszliwy upadek cywi-
lizacyi, która była.
Dziwno nam, że upadła Palmira, stubramne
Teby, Babilon i Nimwa, a w naszych oczach idzie
w gruz niedawna cywilizacya.
Co minuta niemal obrywa się jedno sklepie-
nie, wzniesione trudem wielu pokoleń, świadek
zdrowych dążeń kulturalnych. Pokrzywa i łopian
porasta gruzy wspaniałych gmachów, z których
Pokolenie naszych dziadów czerpało wiedzę. Żyd
kupuje cegły ze świątyń do budowy domu, który
•noże będzie rozsadnikiem wstecznictwa, brudu i za-
razy moralnej. Słońce oświeca spokojnie i maje-
statycznie tę nędzę, tak samo, jak oświecało po-
Rgę, tylko zamiast uwydatniać czyste kontury, po-
tężnych murów, oświeca kałuże smrodliwego biota
* nędzne osty.
Płynęliśmy po przeczystej wodzie Bugu; ry-
bitwy białe, jak skrawki papieru, kapryśnie pławiły
S|ę w czystym błękicie nieba. Po prawej stronie
rzeki wysokie obrywy żółtej gliny lodowcowej,
z dziurami pieczar, po lewej płaski brzeg ze wstąż-
ką sinych lasów na horyzoncie.
Łódka cicho sunie.
— Czy to waryat?- pytam przewoźnika, wska-
zując mu jakiegoś człowieka, który szuflą drew-
nianą wylewał wodę na brzeg.
— Nie, panie, to nie jest waryat: on szuka
starożytności! odpowiedział przewoźnik.
Podjeżdżamy, wysiadamy. Jakiś człowiek,
stary już, opalony, z sympatyczną i inteligentną
głową po kostki w wodzie, czerpie ciągle wodę
szuflą i z góry chlusta nią na brzeg rzeki, pokryty
drobnymi kamykami.
—- Przepraszam pana... co pan robi?— zapyta-
jmy się.
Człowiek, który wylewał wodę z rzeki, prze-
stał pracować, sięgnął do kieszeni i podał nam na
dłoni kilka drobnych, okrągławych, płaskich przed
uiiotów. Były to handlowe plomby ołowiane. Pan
Feliks Kochański podał nam szkło powiększające,
Przez które dostrzegliśmy na tych małych krążkach
delikatne rysunki tajemniczych znaków.
Pan Kochański wydobył na przestrzeni 120
KANAL AUGUSTOWSKI.
W ZWIERZYŃCU BIAŁOWIESKIM.
kroków wzdłuż, a 6 na szerokość, kilka tysięcy
plomb, na których p. Bołsunowski wyodrębnił 700
zupełnie odmiennych rysunków.
Było to pod wieczór, więc pan Kochański
zaprosił nas do siebie. Szliśmy długo wzdłuż po-
tężnych murów, ścieżką pomiędzy kwiatami.
Przez ruiny bramy cmentarza kościelnego
weszliśmy do ruin kościoła fundacyi Ostrowskich.
Boczne nawy leżą już jak bezładne kupy cegły
i wapna pięliśmy się po piętrowych zwałach skle-
pienia i murów na których jeszcze nie miała cza-
su porosnąć pokrzywa. Jak gdyby padły z jękiem
wczoraj...
Wreszcie, przez wązkie drzwi bez obramie-
nia, weszliśmy z p. Kochańskim do jakiejś nory
ciemnej i wilgotnej: to było mieszkanie zbieracza
starożytności. Mieszka on w ruinach kościoła. Po-
prostu w tych dwóch izbach nagich i brudnych czyha
po ciemnych kątacli chłód śmierci i jakiegoś dra-
matycznego końca.
Pan Kochański
wydobył ze zbutwia-
łego kuferka kilka
małych pudełek od
zapałek szwedzkich.
W tych pudełkach za-
warta była najświet-
niejsza prze s z ł o ś ć
Drohiczyna.
Plomby ołowia-
ne—to olbrzymi han-
del tranzytowy; mo-
nety różnych krajów,
czasów — to bogac-
two; ciężarki do wrze-
cion, których tu
mnóstwo — to miej-
scowy przemysł;
wreszcie paciorki i o-
zdoby delikatne złote
- to dorobek i kul-
tura.
Dwie kultury: jedna wczorajsza, druga daw-
na—znalazły się razem pod jednem spękanem skle-
pieniem.
Z kątów izby wydobywał p. Kochański
szczątki urn grzebalnych i dziwnego kształtu ce-
giełki polewane—a pod naszemi nogami dudniało
sklepienie grobów.
Pani Kochańska, z wielkim trudem spraco-
wanych nóg, zaprowadziła nas przez nieprawdo-
podobnie wysokie kupy gruzów, do świątyni, odar-
tej z ołtarzy—nagiej—spękanej, która lada chwila
runie. Przez otwór blizko drzwi bez wrzeciądza
weszliśmy do grobów.
Świętokradzkie ręce wywlekły dziewicze
członki zakonnic ze zmurszałych trumien, zdarły
szczątki welonów święconych, i pozostały z tych
cichych i świętych dziewic ohydne, postrzępione,
zeschłe łachmany ciał o barwie ziemi.
- „Proszę panów, te mniszeczki uczyły mnie
czytać... Pewnego razu chcieli rozbić mur—tam jest
kilkadziesiąt trumien zamurowanych—ale jeden z ra-
busiów obciął sobie palec i z bólu zemdlał, więc
dali pokój..."
Wyszliśmy z tych sprofanowanych grobów
z uczuciem dziwnego ucisku w piersiach.
Najlepiej dla duszy nie widzieć mc prócz
ziemi i nieba, to też odetchnęliśmy, znalazłszy się
za miastem. Gościniec z Drohiczyna do Bielska—
to też historya: nazywa sią Napoleońskim, szeroki
na 50 kroków, wysadzony czterema rzędami brzóz,
dębów, sosen i świerków. Wokoło nieprzejrzane
łany żytnie, przetykane złotym lnem i zielonym
owsem. Kraski zmykają przed nami z drzewa na
drzewo, wrzeszcząc chrapliwie.
Chleba dość—ale nie samym Chlebem żyje
człowiek.
Ani jednej nuty pieśni, ludzie pracują tu
ciężko a smutno: dzieci nieufne, jak zwierzątka
zmykają przed obcym.
Na pozdrowienie nikt nie odpowiada.
Homo homini lupus.
Deszcz zmusił nas szukać schronienia w naj-
bliższej od drogi chacie—była to kuźnia żydowska.
Pomału, przez ciekawość, zeszło się kilku
włościan przypatrywali się nam w milczeniu, wresz-
cie jeden spytał: co na świecie słychać?
— „...Bo my tu nic nie wiemy, my nie-
„PRZEPUST" NA KANALE AUGUSTOWSKIM
796
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 42
DROHICZYN NAD BUGIEM.
czytający i niepiszący—pracujemy tylko jak bydło,
z nosem ku roli."
W Boćkach bezmyślne gapienie się osłab-
łych z gorąca kupców żydowskich i spasłych brud-
nych Żydówek.
Pod wieczór dobiliśmy, zmęczeni fatalną dro-
gą, do Bielska.
W hotelu, oczywiście żydowskim, bo innych
niema myszures zrobił nam na wstępie propozycyę
za którą staiite pede wyleciał za drzwi.
Nazajutrz, skoro świt, pomknęliśmy koleją
do Białowieży. Od Hajnowszczyzny zaczyna się
las niby puszcza. Las taki, jak wszystkie lasy —
tylko porządniejszy. Jeżeli chodzi o puszczę, wi-
działem lepsze. Regle pod Wołoszynem w Tatrach
albo pod Krzywaniem -to dopiero puszcze.
Patrzymy przenikliwie w las z okien wagonu
czy nie dojrzymy jakiej zwierzyny. Pusto
i głucho.
W Białowieży jedna prosta ulica, brukowana
drobnym polnym kamieniem.
W głównym zarządzie dóbr zaopatrzyliśmy
się w pozwolenie zwiedzenia tego, co widzieć
można i pięknie utrzymaną szosą pojechaliśmy
do Zwierzyńca.
Przez pięć bram drewnianych dostaliśmy się
tam, gdzie jest zamkniętych 18- 20 żubrów.
Las ciągle pusty minęło nas tylko stadko...
krów, powracających pod strażą małego pastuszka,
do południowego udoju.
Po długiem błądzeniu spotkaliśmy wreszcie
gajowego ze strzelbą i w mundurze. Wyraziliśmy
mu chęć zobaczenia żubrów.
Po parogodzinnem chodzeniu po lesie zresz-
tą bardzo zwyczajnym gajowy kazał nam pocze-
kać spokojnie i zaszył się w las.
Nudne było oczekiwanie wreszcie gajowy
powrócił i zawiadomił nas, że żubry są. Jeszcze
pół godziny drogi przez las, szeroką ścieżką,
wreszcie wskazał nam palcem. O jakie 80 kro-
ków od nas stało stado żubrów, złożone z 16 do
18 sztuk.
Pod słońce grzbiety ich połyskiwały jak
ciemny bronz; krótkie, czarne rogi, wypukłe oczy
i czarniawe grzywy.
ARMATA ZNALEZIONA POD KOBRYN1EM
Żubry patrzały na nas, oganiając się ogo-
nami od owadów leśnych; między nimi było kilka
sztuk jeleni. Zbliżyliśmy się jeszcze na jakie 50
kroków; żubry ciągle stały, patrząc na nas upor-
czywie.
Gajowy nie radził podchodzić bliżej.
Napatrzywszy się do woli co prawda, bez
wielkiego wrażenia pożegnaliśmy ostatniem spoj-
rzeniem żubry i zaczęliśmy odwrót.
Ani puszcza, ani żubry nie zrobiły spodzie-
wanego wrażenia mitnowoli przypomina mi się
ogród aklimatyzacyjny. Wolę puszczę, łosie i żu-
bry Juliusza Kossaka w „Roku Myśliwca."
Żubry, pomimo starań pieczołowitych, wymie-
rają. Maluczko, a żubr stanie w szeregu z niedź-
wiedziem jaskiniowym, olbrzymim jeleniem w
kostnicach muzeów historyi naturalnej, jako zwierzę
wymarłe.
Gdy rankiem chodziliśmy do głównego za-
rządu puszczy po pozwolenie, zauważyłem pod
ścianą domu, kilka armat; po południu postano-
wiłem rzecz bliżej zbadać i podaję tutaj wyniki
tego badania.
Armaty te znaleziono w miejscowości nie-
określonej bliżej powiatu Kobryńskiego w wodzie
jakiejś rzeczki. Zabrano sztuk pięć podobno jest
ich w owej miejscowości więcej.
Te, które badałem, są poprze,amywane naj-
częściej przez pół; kaliber wszystkich duży i dłu-
gość znaczna, tak, że to są najprawdopodobniej
armaty forteczne lub oblężnicze.
I tak: Nr. 1. Armata Jerzego Rakoci z r.
1461. ułamana przy czopach; grubość przy panewce
46 cm., długość odłamu 1.10 cent.
Nr. 2. Armata niewiadomego pochodzenia,
odłam od wylotu długi na 1.20 cent., grubość 40.
Nr. 3. Armata Króla Zygmunta III z r. 1631,
długość 88, grubość 40.
Nr. 4. Armata bardzo pięknie rzeźbiona, bez
napisów na części wylotowej (reszta ułamana),
1.10 cent, długa, 40 cent, gruba.
Nr. 5. Armata gładka bez panewki
i tylca; bez napisów, długość 1.50.
Może istnieją gdzie w zbiorach po-
dobne?
Przez Białystok, Grodno, stamtąd
wyborną szosą na Ło-
sośnę i Lipsk, poje-
chaliśmy do Augu-
stowa. Po drodze wi-
dzieliśmy śluzy kana-
łu Augustowskiego
i jezioro Białe. W Au-
gustowie nie było
wcale sielaw, których
zażądaliśmy. Po krót-
kim odpoczynku, ru-
szyliśmy do Suwałk,
j a d ą c przeważnie
przez lasy. Od Grod-
na do Suwałk mieliśmy jednem prawic pasmem
57 wiorst drogi przez las. Do Wigier zajechali-
śmy pod wieczór.
Trudno było dostać nocleg i pożywienie-
wreszcie jedno i drugie znalazło się, ale w naj-
bardziej pierwotnej formie napół kwaśnego mleka
i grubego razowca. Na nocleg ofiarowano nam
obórkę która pod swoim dachem miała nieco
świeżego siana.
Przezorna właścicielka kwaskowatego mle-
ka i świeżego siana zażądała od nas pasportów.
Śmiesznie dość wyglądała w roli policyanta była
bowiem w bardzo posuniętym stanie błogosła-
wieństwa.
Po bardzo sielankowej nocy na drobnein
sianie zaświecił nad jeziorem cudowny poranek ale
pozycya nasza była nad wyraz smutna, bo mieliśmy
przed sobą ogromny obszar wody ale nie mie-
liśmy... łódki. Posiadać łódek - mieszkańcom Wi-
gier nie wolno.
Cel podróży był więc chybiony.
Jedną rzecz wolno nam było zrobić to jest
wykąpać się, co też z rozkoszą uczyniliśmy. Miej-
scowi rybacy zastępują łodzie przenośncmi tra-
tewkami z sitowia.
Za jakie lat... nie wiem ile, może na Wi-
gicrskiem jeziorze się zmieni może będą łódki
może będą hotele tak, jakby to już było, gdyby
Wigry były gdzieindziej, ale tymczasem pozostaje
tylko cierpliwie czekać.
Ogólne wrażenie z włóczęgi to cofanie się
wstecz cywilizacyi i kultury po wsiach, a niezdro-
wy, brudny, demoralizujący niby-posfęp po mia-
stach fabrycznych.
No, i wzrost niepomierny wpływu na wszyst-
kie objawy życia rasy semickiej.
A. P.
ZŁOTE LISTKI.
Gdy ideały twe świat błotem zbrudzi,
Zamknij je w sobie, ale kochaj ludzi.
Piotr Par\'lak.
* *
*
Wolność sama najlepiej goi rany, które za-
daje. Emilia Puffke.
* *
*
Być kochaną już jest czemś przedziwnie blo-
giem, choćby się wzajem nie kochało. Gzem mu-
si być wzajemna miłość? To nie dla ludzi, to
pewnie istnieje tylko w imaginacyi poetów.
Esteja.
* *
*
Wspólna to jest poetom i muzykom wada:
Jeden czasem gra nadto, drugi nadto gada.
Ignacy Krasicki.
* :i:
*
Owoc doświadczenia jest gorzki, ale zdrowy-
Konstanty Gaszyński.
PAN KOCHAŃSKI POSZUKUJE PI 0MB NAD BUGIEM
797
ARTUR GRUSZECKI.
SŁOMIANY OGIEŃ.
12
Postanowiła dziś jeszcze pójść do schroni-
ska sierot, i gdy tak siedziała zamyślona,
z twarzą rozpromienioną przekonaniem o dob-
roci i współczuciu ludzi, posłyszała cichy
skrzyp drzwi, a sądząc, że to doktor Szarewi-
czowa, podniosła oczy z uśmiechem przyjaźni,
i we drzwiach ujrzała młodego, bardzo staran-
nie ubranego mężczyznę, który, skłoniwszy
się, rzekł tonem swobodnym:
— Jestem Domnicki, siostrzeniec pani
Sylurskiej... przepraszam panią za nagłe zjawie-
nie się, ale sądziłem, że zastanę tutaj moją
ciotkę i matkę... Pani pozwoli, że chwilę od-
pocznę—i odstawiwszy kapelusz, począł zwol-
na ściągać rękawiczki, przypatrując się z uśmie-
chem zadowolenia zmieszanej Wandzi.
— Wprawdzie...—zaczęła, chcąc mu po-
wiedzieć, że salon należy do Klubu, ale na-
myśliła się i dokończyła tonem obojętnym,
drażnił ją bowiem jego wzrok pewny siebie:—
Proszę odpocząć, pani Sylurska ma wkrótce
Wrócić, jak mnie objaśniła służąca.
— Dziękuję pani, — znów się skłonił
i usiadł na krześle przy stole. — Wiem, że
wdzieram się w tajemnice klubowe,—uśmiech-
nął się ale zmęczyłem się, zwiedzając miasto.
— Pan pierwszy raz w Krakowie?—spy-
tała, aby nic okazać się niegrzeczną.
— Byłem niegdyś, ale co innego widzi
dziecko, na co innego patrzy dojrzały czło-
wiek. Dawniej zajmowały mnie budynki, pa-
miątki, kościoły... dziś ludzie. Szukam pięk-
ności w ludziach, by nie popaść w pesymizm
na tym nędznym świccie.
Wandzia, mając świeżo w pamięci Ma-
ciejową ze Zwierzyńca i jej dobroć, uśmiech-
nęła się, słysząc ostatnie słowa, i rzekła z lek-
kięm ożywieniem:
— Świat wcale nie jest nędzny, byle się
nie ślizgać po wierzchu, lecz sięgnąć głębiej
do serc i uczuć ludzkich.
Spojrzał na nią cokolwiek zdziwiony jej
zdaniem, i przybierając melancholijny wyraz
twarzy, rzekł:
— Nie dziwię się wcale ufności pani do
świata, do ludzi, gdyż jest to zupełnie w po-
rządku, mówię bez fałszywych komplemen-
tów... Kto jest tak piękny, jak pani, ten
wszędzie widzi piękność... ale my zwykli lu-
dzie odmiennie widzimy.
Pochlebne słowa były zbyt surowo po-
dane, by sprawiły na Wandzi dobre wrażenie.
^Poważniała i rzekła tonem zimnym, biorąc
dziennik do ręki:
— Każdy ma swe zapatrywania.
Zauważył i on swój błąd, zrobiony ze
zbytniego pośpiechu. „Pojechałem za obceso-
wo—pomyślał. —Sądziłem, że złapie się na ładne
słówka; trzeba zacząć z innej strony, bo ona
Warta zachodu: i ładna, i dumna... Jeśli
wszystkie klubowe, chociażby w połowie, są
takie ładne i eleganckie, to inam dyabelne
szczęście, dzięki troskliwości mamy.“
Siedział jakiś czas w milczeniu, wreszcie
odezwał się skromnie:
— Daruje paili mej śmiałości, ale jako
człowiek, interesujący się ruchem społecznym,
pragnąłbym wiedzieć: jakie zadanie ma Klub
kobiet?
Ujęta jego tonem grzecznej prośby, od-
powiedziała poważnie, nie patrząc na niego:
— Zadaniem Klubu jest uzyskanie praw
politycznych i społecznych, należnych kobie-
tom, jako obywatelkom kraju.
— Dążność bardzo słuszna i pożytecz-
na! — zawołał ze sztucznym zapałem: — i ja
mam to przekonanie, że póki nie nastąpi
zrównanie praw mężczyzn i kobiet, świat bę-
dzie zawsze przedstawiał obraz złego pożycia
małżeńskiego... Małżeństwem nazywam w tym
przypadku konieczność wspólnego życia na tej
planecie.
— Poglądy pana ucieszą panią Sylurską.
— Przekonania moje są stale, i nie zmie-
niam ich dla przypodobania się innym. Ko-
bieta, mojem zdaniem, to kwiat ziemi, to bó-
stwo, które nas wiedzie do nieba, lub pogrąża
w otchłanie, i aby zapewnić jej panowanie, na-
leży usunąć wszelkie przeszkody prawne i po-
lityczne.
Ton fałszywego zapału odczuła Wandzia
w jego słowach, a okazywany zachwyt wydał
się jej podejrzanym, odpowiedziała też tonem
uprzejmości towarzyskiej:
— Zapatrywania pana znalazłyby zapew
ne uznanie w Klubie.
— Tylko w Klubie? — zdziwił się—czyż
pani nie znajduje ich dobremi?
— Nie jestem kwiatem, nie chcę być
bóstwem — uśmiechnęła się z lekką ironią: —
jestem człowiekiem, i jako człowiek żądam
równych praw dla wszystkich.
Może użyłem niewłaściwego porów-
nania, ale Kraków... cale otoczenie — patrzał
wymownie na mą — podnieciło moją wyo-
braźnię.
Wtem weszła doktorka Szarewiczowa,
a widząc młodzieńca, rozmawiającego z Wan-
dzią, uśmiechnęła się kącikami ust, i wprost
szła na swe zwykłe miejsce, mówiąc:
-— Spóźniłam się dzisiaj — podała rękę
sekretarce. — Czy były klientki?
— Jedna ze Zwierzyńca, w sprawie
schroniska sierot, i zażądała pomocy.
Czyż tam jest schronisko? Słyszę po
raz pierwszy.
— Podobno utrzymuje je jakaś kobieta
| własnymi zabiegami...
— Bardzo wątpię: napewno posiada ja-
kieś fundusze, lub pomaga jej gmina. Nale-
żałoby zbadać na miejscu.
— I ja tak myślę.
Franio czekał tylko chwili sposobnej, by
się przedstawić, domyślał się bowiem w zgrab-
nej, szczupłej, szykownie ubranej pani, człon-
ka Klubu.
W odpowiedzi na zaprezentowanie się
skinęła mu głową obojętnie i zaczęła z Wan-
dzią rozmowę:
— Przez cały ranek dzisiejszy — mówiła
dźwięcznym 'głosem, uważając, by każdy jej
ruch był przyjemny — chodziłam po więk-
szych sklepach, aby umieścić tę nowo przy-
byłą z prowincji.
I znalazła pani?
— Obiecano mi tylko w jednym sklepie...
ale jaki wyzysk! jakie marne wynagrodzenie!
— Ileż? — spytała Wandzia.
— Utrzymanie bardzo skromne bez
mieszkania i dziesięć guldenów na miesiąc...
a przecież dziewczyna musi ubierać się przy-
zwoicie, gdzieś mieszkać... Tak nadużywa się
pracy kobiet!
— Pani ma zupełną słuszność — wmie-
szał się Domnicki do rozmowy: — wyzysk
dzieci i bezbronnych kobiet jest wstrętny.
— I nie my, kobiety, go praktykujemy,
lecz mężczyźni - powiedziała doktorka z od-
cieniem dumy.
— Bo też kobiety mają zawsze więcej
uczucia, serca, nie są tak chciwe pieniędzy —
rzekł z udaną szczerością. — Mojem zdaniem,
stosunki społeczne powinny być regulowane
ze współudziałem kobiet, a wówczas uniknie się
hańbiącego wyzysku.
— Z wygłaszanych poglądów zaraz po-
znać siostrzeńca pani Sylurskiej - uśmiechnęła
się przyjaźnie doktor Szarewiczowa.
— Mówię nie jako siostrzeniec,—zaczął
z powagą—lecz z praktyki życia przekonałem
się dowodnie, że tylko mężczyźni wyzyskują
kobiety i traktują je jako niewolnice.
W tej chwili weszła pani Sylurska z
siostrą. Odłożywszy pakunki, po zaprezento-
waniu pani Domnickiej, gospodyni poszła do
kuchni.
— O czem rozmawialiście państwo? —
spytała pani Domnicka, przyglądając się bacz-
nie obu paniom, a zwłaszcza Wandzi.
— O wyzysku pracy kobiet przez męż
czyzn,—odpowiedziała Szarewiczowa — a po-
glądy, wygłoszone przez syna pani, przy-
noszą zaszczyt nietylko jemu, lecz i pani jako
matce.
Na razie zmieszała się pani Domnicka,
sądząc, że pani Szarewiczowa przemawia iro-
nicznie, znała bowiem lekceważące i niemal
pogardliwe zapatrywania syna na kobiety;
bąknęła więc nieśmiało:
— Cóż ty powiedziałeś?
— Że w dzisiejszych warunkach—mówił
głosem pewnym- mężczyzna uważa kobietę
za niewolnicę, której praca, czas i... inne za-
lety należą do pana, wypłacającego jej zaro-
bione pieniądze.
— To prawda—westchnęła matka.
— Ale to się zmieni: dość już tyranii
mężczyzn!—zawołała z ogniem doktorka Szare-
wiczowa.
Do pokoju weszła pani Sylurska, a na
jej wielkiej twarzy znać było ślady gniewu
i oburzenia.
— Co się stało, Maniu? — spytała sio-
stra.
PRZED PAŁACEM DOŻOW
ALEKSANDER GIERYMSKI
KU IDEAŁOM
EDGAR MANENCE
-— A to z tą wstrętną służącą!—odpowie-
działa z powstrzymywanym gniewem: — wyo-
braź sobie, kazałam jej zrobić bite kotlety, jak
ty lubisz, a ona aby nie żyłować i zmniejszyć
sobie roboty, już posiekała mięso... Ach, jaki
leń! nicpoń!... Płać, proś, obchodź się jak
z dzieckiem, a ona wszystko zrobi na przekór.
— Tak, tak, to płatne wrogi— westchnę-
pani Domnicka.- To dobrze, że ze mną. ja-
ko siostrą, nie potrzebujesz robić sobie cere-
monii, ale gdyby to był kto inny!?
— Na miejscu pani rzekła doktor Sza-
rewiczowa -skarciłabym ją porządnie i kazała
natychmiast przynieść kotlety. Nie można po-
zwalać służącej na jej fantazye.
—- Byłabym i ja to samo zrobiła, — po-
w>odziała gospodyni — ale już późno. Zapo-
W1odziałam jej jednak, że za karę straciła wy-
chodne w niedzielę po południu, a to ją bar-
dziej boli, aniżeli gdyby poszła po kotlety —
uśmiechnęła się ze złośliwem zadowoleniem.
— Czy ona często ma wychodne?—spy-
tała siostra.
— Co drugą niedzielę.
— To tak, jak moja—dodała doktor Sza-
reWiczowa. — Sposób pani zabronienia wy-
chodnego jest dobry na ukrócenie ich fanta-
zyi; zastosuję go u siebie.
Umilkły panie, gdyż do pokoju weszła
dziewczyna młoda, w sukni wyszarzanej, bla-
da, i zmieszana na widok tylu osób stanęła
w progu.
— Czy do biura? — spytała pani Sy-
lurska.
— Tak jest.
— Proszę bliżej... siadaj... pani... W czem
możemy pomódz?
Dziewczyna zbliżyła się niepewnym kro-
kiem, zaczerwieniła się lekko i bąknęła nie-
śmiało:
— Mnie wysłały koleżanki w sprawie na-
szej.
— Usiądź pani i proszę mówić śmiało,
szczerze—spojrzała porozumiewawczo na sio-
strzeńca, który usunął się do drugiego po-
koju.
— Nas pracuje piętnaście w magazynie
strojów damskich pani... — tu wymieniła na-
zwisko—i bardzo nam źle. Przyszłyśmy o ra-
dę do biura, to jest mnie delegowano, bo wy-
szłam za sprawunkami.
— Bardzo dobrze... O co idzie?
— Pani właścicielka płaci nam bardzo
mało: za dziesięć godzin dziennie, tygodnio-
wo po trzy, cztery, najwyżej pięć guldenów,
i to już biegłym i wykwalifikowanym. Kilka
razy na tydzień przetrzymuje nas po dwie,
trzy godziny dłużej bez żadnej dopłaty, a prócz
tego płacimy za złamane igły, zepsuty mate-
ryał, za najmiejsze opóźnienia się...
— O, to źle! — zmarszczyła brwi doktor
Szarewiczowa: należy porzucić magazyn.
— Porzucić?—podniosła swe zmęczone
oczy na mówiącą—przecież żyć trzeba, a gdzie-
indziej bywa gorzej. Właścicielka używa do
posług, gotowania i płaci tygodniowo po dwa
guldeny, czasem więcej. Więc dokąd pój-
dziemy?
— A jakie utrzymanie? — spytała Wan-
dzia.
Szwaczka o mało że nie parsknęła śmie-
chem i, uspokoiwszy się, rzekła:
— Ależ proszę pani, właścicielka nigdy
nie daje utrzymania, chyba że całą noc musi-
my pracować, to wydziela nam szklankę cien-
kiej herbatki i bułkę centówkę.
800
Piramida Menkara.
Piramida Chefresa
Sfinks.
Piramida Cheopsa.
Hotel Menahouse.
WIDOK NA PIRAMIDY Z BALONU, z podróży aeronauty Speltriniego.
—_ Ależ to okropny wyzysk i niewola!—
zawołała pani Sylurska—zwłaszcza, że tak drą
z nas za każdą suknię, bluzkę, poprawkę...
— Czy wie pani,—mówiła doktor Szare-
wiczowa—że za tę bluzkę, co miałam ostatnim
razem w Klubie...
— Wiem, wiem, ta jedwabna z pliskami
—uzupełniła pani Sylurska.
— Ta sama... Za samą tylko robotę za-
płaciłam pięć guldenów... Trzeba zaagitować
w Klubie, żeby albo krawcowe obniżyły cenę,
albo będziemy brały szwaczki do domu.
— Wziąć do domu szwaczkę to naj-
praktyczniej—radziła pani Sylurska:—gdy skoń-
czy wcześniej spódnicę czy bluzkę, może za-
wsze coś naprawić, połatać.
— Ja zawsze biorę szwaczkę do siebie
mówiła pani Domnicka: — płacę trzydzieści
centów i wikt, a co najmniej o połowę wy-
pada mi taniej aniżeli u krawcowej.
Wśród chwilowego milczenia odezwała
się przybyła nieśmiało:
— Jaką mam dać odpowiedź koleżan-
kom? Spieszno mi, bo zapłacę karę za spóź-
nienie się.
Panie spojrzały z pewnem wahaniem po
sobie, wreszcie rzekła doktor Szarewiczowa:
— Sprawę tę weźmiemy pod uwagę na
najbliższem posiedzeniu wydziału. Dziękujemy
za powiadomienie nas o panujących stosun-
kach pomiędzy pracodawczyniami a robotni-
cami... Sądzę, że z czasem zmusi się właści-
cielki do ustępstw.
—- Dziękuję paniom — mówiła, wstając
z krzesła: a ja myślałam...—zawahała się.
— Proszę otwarcie... cóż takiego?
—- Że panie wstawią się za nami u pani
właścicielki, bo i ona należy do Koła pań...
i że wpłyną na nią.
— My nie mamy nic wspólnego z Ko-
łem, powiedziała surowym tonem pani Sylur-
ska—a swoją drogą będziemy pamiętały o po-
trzebach pracownic.
Ukłoniła się w milczeniu i wyszła przy-
śpieszonym krokiem.
— Ładne uczestniczki liczy to Koło!—za-
śmiała się złośliwie pani Sylurska: głoszą mi-
łość, przebaczenie, a żyją wyzyskiem dziew-
cząt!
— Gdyby u nas podobna pani się zna-
lazła,—rzekła surowo doktor Szarewiczowa—
postawiłabym natychmiast wniosek wyłącze-
nia jej z Klubu.
Z pokoju sypialnego wyszedł Franio,
spojrzał ironicznie po zebranych i z powagą
na twarzy usiadł przy stole.
Matka śledziła go z pewnym niepoko-
jem, obawiając się, by nie powiedział czegoś
złośliwego i przykrego o kobietach, wysłu-
chawszy skargi szwaczki.
Wandzia, która z wielką przykrością do-
wiedziała się o wyzysku pracownic, przemówi-
ła z westchnieniem:
— Nie przypuszczałam, że kobiety mo-
gą tak wyzyskiwać zależne od siebie pracow-
nice, również kobiety.
— Tak, tak... To smutne... To źle—szep-
tały panie, wzdychając.
— To nie jest winą kobiet—przemówił
Franio ze smutkiem w głosie: — ze wstydem
muszę przyznać, że i ten wyzysk szwaczek
ma swe źródło w pierwotnym wyzysku męż-
czyzn.
Wszystkie panie spojrzały na niego
z pewnem zdziwieniem, gdyż w tym przypad-
ku wyzysk pracodawczym był najwidocz-
niejszy.
Po tej rozmyślnej pauzie mówił:
— Tego rodzaju smutne i bolesne nad-
używanie pracownic jest wynikiem konku-
rcncyi. Mężczyzna, wyzyskując, oddaje klien-
towi swą robotę taniej; kobieta, chcąc konku-
rować z męskim magazynem strojów, musi
wbrew swym uczuciom i woli zastosować się
do ceny męskiej i na wzór jego wyzyskiwać
pracownice.
(DCN)
801
WIDOK PUSTYNI LIBIJSKIEJ Z BALONU. Z podróży aeronauty Speltriniego.
Z teki pośmiertnej
TADEUSZA PIETRASZKIEWICZA
Gdyby mi Dante, z powodu mych wierszy,
Powinszowania list przysłał najszczerszy;
Gdyby mi Patti głosu,
Skromności kwiat lotosu,
A Antinous zazdrościł urody;
Gdyby Wisły wody,
Chcąc ujrzeć mnie, skręciły w biegu ku mnie,
Albo żórawie od nas nadleciały tłumnie;
Lub gdyby nadszedł, pewnym rankiem mglistym,
Ow koniec świata, co go się tak boim —
Mniejbym się zdziwił, niż ostatnim twoim Listem.
Nie, że na więcej jest niż na pól stronie,
Nie, że nie bawisz się już z nim w ironję,
Nie, że myśl gładka, język potoczysty,
Lecz, że ci miłe były moje listy,
dawne naszych pisanin wspomnienia
Jeszcze niestarte,
I że chcesz, bym ci przysłał z oddalenia
Szerokie wieści, nie zaś lichą kartę.
Zsyłam więc, lecz „illustracyi masą“
Nie zdobię listu- chciałem nadaremnie:
Widać Rafael gaśnie wtedy we mnie,
Gdy płonie Tasso.
Niechaj więc pieśń ma złoży się tem piękniej
Liro ma, dżwięknijl
Niech nad melodji barwnością bogatą
Czuwa Erato,
1 niech mi myśli misternie układa
Boska Pallada!
Nie będę mówił, co robię, z kim żyję:
Już to na pamięć pewnie umiesz dawno;
Nie będę bawił się w formę wytrawną,
W naśladownictwo nie wpadnę niczyje,
Nie ujmę myśli w sonet lub akrostych,
Wszelkiej tkliwości strzedz się obiecuję;
Lecz powiem w słowach jak najbardziej prostych:
Co czuję.
Oto zleciała gdzieś z gwiazdy polarnej
Nieznana pani.
Olbrzymie fałdy ciężkiej szaty czarnej
Zwisają na niej,
Rękę wciąż w jedną wyciągniętą trzyma
Stronę, i smutek patrzy jej oczyma.
A tak nieznaną była mi jej głowa,
Jak śmierci treść lub liści leśna mowa,
Albo myśl orla, co nad wiatry wdarł się,
Albo jak zimna kraina na Marsie.
Rękę wciąż w jedną wyciągniętą trzyma
Stronę, i smutek patrzy jej oczyma.
A kiedy wzrok swój zwrócę za jej dłonią.
To mi się zdaje,
Że widzę jakieś znajome błękity
I znane kraje;
W uszach mi dźwięki dobrze znane dzwonią,
Wszystko poznaję;
i W piersiach się budzi cichy żal ukryty,
Serce się kraje...
I w chwilę taką, bywa często, z cicha
Nadchodzi rozum z twarzą zimną mnicha,
Co to się nigdy nie kieruje gniewem,
A glos ma taki, jakby stukał drzewem,
1 te mi słowa nad głową kołacze:
„Tam znów do licha!
Dla kobiet jęki, dla poetów płacze,
Dla ciebie algebra;
A gdy ci kiedy wlezie żal pod żebra,
Weź się czemprędzej do swoich pisanin
I rzeknij cicho:
Wszak rok to chwila. Tak chciał los poganin!
Więc pal go licho!"
Tak, lecz ta czarna, ta smutna, nieznana,
Nieubłagana!
Zdziwisz się pewno
Taką nutą rzewną
W zwyczajnym liście,
Nie wiedząc wcale,
Skąd te gorzkie żale,
Jakby w artyście,
1 kto mi smutnie
Tak nastroił lutnie?
Myśl w dłóto zamień,
Moje słowa w kamień,
A ujrzysz snadnie, jak z pod twego dłóta
Wyjdzie Tęsknota wykuta,
Łićgc, 1901.
802
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 42
BANK ROSYJSKO-CHIŃSKI W CHARBINIE. Fot. inżynier Edward Osser. DOM STRAŻY POGRANICZNEJ W CHARBINIE.
Kupcy chińscy.
Koresp. własna Tyff. illustr. z Charbina.
Charbin jest jedynem może na kontynencie
Azyi miastem o charakterze amerykańskim.
Wyrósł on w lat parę. Tu, gdzie 7 lat temu była
pustynia w całem i dosłownem znaczeniem tego
wyrazu, dziś buduje się i żyje już miasto o tak
niezwykle silnie bijącym pulsie, jakiego się w na-
szej starej Europie nigdzie nie da zaobserwować.
Tu życie już nie wre, nie kipi, ale poprostu gwałt
zadaje wszelkiemu stworzeniu, i czy chcesz, czy
nie chcesz musisz wpaść w ten odmęt szalony.
Jak zawsze i wszędzie, każdy z ludzi przede-
wszystkiem jest prorokiem, każdy więc, kto choć
z okna wagonu ujrzał Charbin, z zupełnie pewną
miną przepowiada temu miastu szaloną przyszłość
handlową. Ode mnie czytelnik niewiele się do-
wie o przyszłości Charbinu, acz mieszkam tam
stale. Natomiast postaram się dać obraz jego te-
raźniejszości.
Przedewszystkiem zaznaczyć muszę fakt pier-
wszorzędnej doniosłości. Oto jedyną przyczyną
która wywołała powstanie i rozrost Charbinu jest
fakt wydzierżawienia przez Rosyę od Chin pro-
wincyi Kwantunu z Portem Artura. Aby na pro-
wincyę tę wywrzeć wpływ silny, rząd rosyjski po-
stanowił wybudować wśród tego par cxcellencc
chińskiego kraju miasto rosyjskie Dalny. Kon-
cesya na budowę Wschodniej kolei Chińskiej jest
prostem następstwem wydzierżawie-
nia jej prowincyi Kwantunu, losy
zaś Charbina i losy kolei Chińskiej
to jedno. A więc życie Charbina
zapoczątkowane jest na tle natury
politycznej, nie zaś ekonomicznej.
Cała kolej Wschodnio-Chińska gra
dziś rolę jakiegoś kurytarza, łączą-
cego 2 ogniska życia: z jednej
strony Kwantunu, z drugiej — Sy-
beryi i Rosyi.
Ten charakter podkładu egzy-
stencyi miasta może się radykalnie
zmienić wtedy tylko jeżeli będą
powołane do życia bogactwa natural-
ne Mandżuryi, których tu pono tak
dużo, a których gwałtownie poszu-
kują Chińczycy, Rosyanie i wszel-
kie inne narody.
Handel Charbina i całej Man-
dżuryi warunkuje się dziś jednym
potężnym faktem, t. j. portofranco Portu Artura.
Wszelkie towary przychodzą do Charbina bez cła
ze wszystkich końców świata, a głównie z Amery-
ki północnej, Niemiec i Japonii.
Kto zwiedził Charbin, tego uderzył szcze-
gólniejszy fakt, że tak pomiędzy sklepami, należą-
cymi do Chińczyków, jak „białych", nieznana jest
zupełnie specyalizacya towaru, lecz że wszystkie
magazyny są tu uniwersalne. W każdym sklepie
wszystkiego dostać można.
Każdy sklepikarz ma u siebie narzędzia ślu-
sarskie obok koniaku, siodła obok cygar, samo-
wary obok zegarków i rury żelazne obok zapałek.
Ten bigos w sklepach da się łatwo objaśnić.
Pierwsi sklepikarze, którzy pootwierali swe składy
w pierwszych dniach istnienia miasta, musieli mieć
u siebie wszystko, gdyż jeden jakiś towar nie
mógłby jeszcze utrzymać interesu; zresztą byli
oni tak nieliczni, że nie wystarczyłoby ich na
wszystkie gałęzie handlu.
Na wszystkiem się tu doskonale zarabiało,
nie chciało się więc kupcom pozbywać jakiegoś
towaru, gdyż dawał on dobry dochód. Dziś jesz-
cze idzie tu handel poomacku, i żaden ze skład-
ników nie wie dobrze czego się trzymać. Ta uni-
wersalność jest przyczyną zupełnego dyletantyzmu
kupiectwa. Nie znają oni towaru, a cóż dopiero
mówić o taryfach!
Gdy taki składnik usłyszy cenę loco War-
szawa, (Jdesa, Londyn, lub San-Francisco nic nie
MAJ-MAJ-ŻEN. KUPCY CHIŃSCY. Ze zbiorów G. Olechowskiego.
rozumie i nie wie, czy to tanio, czy drogo. Dla-
tego to każdy kupiec tutejszy najchętniej kupuje
towar loco Port Artura, lub Charbin.
To samo zauważyć się daje w sklepach chiń-
skich.
Znaleźć tu można wszystko, począwszy od
traw leczniczych i jedwabiu, kończąc na szao-diu
(wódka) i chlebie. Wszystkie sklepy chińskie -
jednakowe, tak pod względem wyglądu zewnętrz-
nego, jak i zawartości w towarach. Pochodzi to
stąd, że wszyscy tu kupują z tych samych źró-
deł w Szanhaju lub łnkou; pod nazwą zagra-
nicznych towarów idą tu towary manufaktur an-
gielskich w Szanhaju. Najbardziej „courrant"
artykułem jest, rzecz prosta, uniwersalnie używany
przez 550 milionów Chińczyków błękitny dreliszek
bawełniany, na miejscu farbowany, lub też biały,
jeszcze nie farbowany. C.ena tego rzeczywiście
wielkiego artykułu waha się od 17 do 20 kopie-
jek za arszyn. Cały kostium letni chiński z ta-
kiego materyału kosztuje 5 rubli.
Czysto chińskim towarem o dużych obrotach
jest tu: jedwab w postaci tak zwanej cze-suj-czy,
dalej różne przedmioty do stroju ciała czy miesz-
kania ręcznie wyszywane jedwabieni, dalej farba
niebieska i wyroby ze srebra, bardzo misterne,
ale drogie.
Takie są ogólne warunki handlu w Charbi-
nie. Dodajmy do tego, że Charbin jest fantastycz-
nie drogi, że klimat tu przykry, bo bardzo zmien-
ny i krańcowy, że grunt bagnisty,
że dmie tu tajfun, wiatr z pustyni
Gobi, ostry i oślepiający kurzem,
a przynoszący z sobą całe chmury
piasku, że na wiosnę i w jesieni
leje tu fu-tsian, ulewa kilkotygod-
niowa, zamieniająca miasto w potop
błota, że pozbawionym się tu jest
wszelkiej cywilizowanej rozrywki
czy przyjemności, że o życiu utny-
słowem zorganizowanem niema
jeszcze wcale mowy a będzie-
my mieli w przybliżeniu obraz
teraMniejszości Charbina.
Jaka będzie przyszłość? Niech
każdy wnioskuje, jak umie. <2>11
vivra, verra.
GUSTAW OLECHOWSKI-
TYGODNIK ILLUSTROWANY M- 42
803
NOWY DWORZEC KOLEI MANDŻURSKIEJ
W CHARBINIE.
Fot. inżyniera
WIADUKT PONAD DROGĄ ŻELAZNĄ W CHARBINIE, ŁĄCZĄCY PRZYSTAŃ
Edwarda Ossera.
Z MIASTEM.
Z Poznania.
\ iema u nas sprawy, któraby obyła się bez
-L N polityki. Wścibska ta pani wszędzie wsadzi
swój nos węszący, wszędzie zaczepi o cokolwiek
1 wszędzie znajdzie kwasy, na których zaraz bujnie
SK plenią rozsadniki rozmaitych pasorzytów na
Niekorzyść pnia rzeczy samej. Polityka ta jest
dwojakiego rodzaju: obca i rodzima.
Obca wtrąca się do wszystkiego, do spraw
ekonomicznych, religijnych, szkolnych, towarzy-
skich, a w ostatnim czasie nawet do rodzinnych.
Słynny przecież jest ostatni zakaz używania
polskiego języka w prywatnych domach nauczy-
cieli wiejskich. Nie ustępuje mu również fakt
obdarcia członka polskiego Towarzystwa gimna-
stycznego z jego odznak, i to w dzień biały na
ulicy. Cóż dopiero mówić o kolonizacyi, zakazie
kupowania ziemi, bojkocie banków polskich, roz-
wiązywaniu zebrań i towarzystw i t. p. Ta poli-
tyka pruska zaborcza chodzi, jak zmora, po kraju,
dusi, niszczy i zabija, ani się pyta o konstytucyę,
•dii dba o prawo, ani zważa na etykę ogólno-
ludzką!
Ale ta polityka ma głowę Janusową, więc
oprócz tej twarzy nieubłaganej, mściwej i twardej,
Posiada jeszcze drugie oblicze, na którem maluje
się to bezradność, to determinacya, to obo-
jętność, to zaciekłość, ale czego nie posiada, to
Jasności i stanowczości. Bezradność w zasadni-
czych kwestyach, połączona z niezgodą; ślepa de-
terminacya, przeholowująca nieraz i wiodąca nama-
nowce; obojętność tuż zatem dla spraw najżywot-
niejszych, o ile tylko na cal przekraczają codzien-
ny horyzont, wymagają więcej niż instynktu sa-
mozachowawczego i wzrok kierują ku przyszłości;
zacickłość i zawziętość w zwalczaniu przeciwnika
Politycznego, posądzanie go o zamiary i kon-
szachty, w które samemu się nie wierzy, ot tak
tylko pony ćcraser Tc piętna wystę-
P,Jją teraz zwłaszcza jaskrawię, gdy na seryo par-
tya zachowawcza przedśmiertną rozpoczęła walkę
z Postępową. Jedną i drugą prowadzi szlachta
Przy pomocy biernego ludu za pomocą dwojakiej
taktyki. Jedni mu mówią: „Tyś biedny, opuszczo-
ny, nieświadom rzeczy; do tej pory myśmy czu-
wali za ciebie, i jakoś istniałeś; powierz nam na-
dal swe losy, a sam śpij spokojnie!“ Drudzy zaś
Prawią: „Tyś wielki, potężny, uświadomiony i pan
kraju. Pozwól, abyśmy ci służyli i dbali o byt
woj a ty śpij spokojnie!" Ugodowców, ludow-
ców, Sullów i Maryuszów niebardzo jakoś dopa-
trzyć się można. Istnieje tylko arystokracya stara
i młoda, obie przejęte szczerą chęcią prowadzenia
ludu, tej śpiącej potęgi, jedni spokojnie, wygodnie
i cicho, drudzy z rozgłosem i hałaśliwie, obie
w rękawiczkach i lakierkach. Z czasem może
wyjdą mężowie prawdziwi z ludu, wyrośli w nim
i z nim współczujący; do tej pory ich niema.
Agitacya, często bardzo niezdrowa w swych
skutkach, wre gorączkowo podczas wyborów; po-
za tem o lud mało kto się troszczy. Odwieczna
nieufność pomiędzy dworem a chatą istnieje nadal,
zwłaszcza gdy lud byt swój ekonomiczny widzi
zagrożony przez niecną szacherkę ziemi dziedzi-
ców. Tam zaś, gdzie właściciel trzyma się ziemi
i dba o nią, przeoczą zazwyczaj, jak ważnym czyn-
nikiem społecznym jest właśnie to uświadomia-
nie ludu, o którym tyle się mówi, a dla którego
tak mało się robi. Zwołanie wiecu i wygłoszenie
mniej lub więcej treściwej mowy nie stanie za
mniej rozgłośną a tak znacznie skuteczniejszą
pracę przeistaczania gorliwych katolików Polaków
w narodowo dojrzałych obywateli kraju. Zespo-
lenie powszechne u naszego ludu tych dwóch po-
jęć: katolicki i polski ratuje go na razie od za-
głady i jego przywódcom silną broń daje do ręki;
ale co się stanie, jeżeli rząd nauczy się germani-
zować po katolicku? Wtedy oprze mu się tylko
narodowo dojrzała jednostka, nie potrzebując przy-
tem mc utracić ze swojego katolicyzmu.
A że są jednostki pomiędzy duchowieństwem
wrogie polskości, na to wystarczy przytoczyć tylko
dwa nazwiska: ks. Krzesiński i ks. Jeske. Czemuby
nie miało znaleźć się ich więcej, zwłaszcza gdyby
bezpośrednia ich władza duchowna popierała te
zgubne dążności? Na razie niema o to obawy,
ale co będzie w przyszłości, tego nawet najbys-
trzejszy umysł przewidzieć nie może.
DR TADEUSZ JAWORSKI.
Wiktor Brodzki.
Od kilku lat już chory, więcej zamknięty
w sobie, niż kiedykolwiek, sędziwy nasz
rzeźbiarz Wiktor Brodzki, jak donosi telegram
z Rzymu, zamknął powieki.
Razem z nim znikła oryginalna, a nadzwy-
czajnie sympatyczna postać z czasów Starego
Rzymu, papieskiego, z czasów, kiedy wieczne mia-
sto nie było tą hałaśliwą stolicą, pełną gwaru, go-
rączkowego życia politycznego, umysłowego, jaką
jest od r. 1870.
Jakim był Rzym z roku 1855, kiedy Brodzki
zawitał do niego, aby w nim stale się osiedlić?
Dziś już mało kto pamięta te czasy, Rzym pa-
tryarchalny, niewielki, tani i — niechlujny, ale pe-
łen zawsze artystycznego kolorytu, zabytków i ci-
szy, która tak miłą była artystom, malarzom czy
rzeźbiarzom.
Skończywszy Akademię Sztuk Pięknych
w Petersburgu, Wiktor Brodzki otrzymał złoty
medal i stypendyum rządowe na sześć lat, bo
młodzieniec zapowiadał wybitny talent rzeźbiarski.
Pierwszą jego większą pracą był „Amor gaszący
pragnienie," a po nim poszły „Śpiący amor" dla
Adama hr. Rzewuskiego, „Zefir huśtający się,"
i inne mniejsze rzeczy, znajdujące się częścią
w Ermitażu petersburskim, częścią w miejscowej
Akademii Sztuk Pięknych.
Od chwili, kiedy zamieszkał nad Tybrem,
Brodzki, w ciągu czterdziestoletniej działalności,
wyrzeźbił mnóstwo posągów, rozproszonych po
całym świecie, a wiele z nich jeszcze zostało
w pracowni na ulicy Corso, znanej rodakom na-
szym, którzy go tam odwiedzali.
Niektóre z jego rzeźb zjednały mu rozgłos
w świecie artystycznym. I tak, na cmentarzu
rzymskim Cantpo ucrano, w grobowej kaplicy ro-
dziny baronów Giordano, znajduje się ładny pom-
nik pani ’ Giordano, którą rzeźbiarz przedsta-
wi! na łożu boleści już zmarłą, gdy jej małe
dziecię budzi matkę, ciągnąc za kołdrę. Myśl
była ładna, poetyczna, czuła, i oddana też ze sta-
rannością, cechującą utwory Brodzkiego. W Czar-
nym Ostrowiu, na Podolu, znajduje się jego pom-
nik dla zmarłej w kwiecie lat hrabianki Laury
Przezdzieckiej. W Raperswilu, w Szwajcaryi,
Muzeum przechowuje „Kopernika" (w chwili, kie-
dy mu przychodzi myśl o krążeniu ziemi naokoło
słońca.) Tam także jest „Wenera upojona miłością,"
804
ULICA GŁÓWNA Z BRAMĄ MIASTA W MUKDENIE. Według szkicu korespondenta rys. St. Bagieński.
patrząca na parę gruchających gołębi, podarunek
autora. Jeden z polskich bogaczów, Ksawery hr,
Branicki, zakupił dawniej bronzową grupę „Uciecz-
kę z Pompei," według Pliniusza, której powtórze-
nie znajduje w zbiorach warszawskiego Towarzy-
stwa Przyjaciół Nauk.
Do lepszych rzeczy zaliczyć trzeba popiersie
Adama Mickiewicza na Kapitolu w sali Senator-
skiej. Muzeum krakowskie w Sukiennicach posia-
da kilka jego rzeczy, zapisanych przez ś. p. Se-
fera Paszę Kościelskiego, które niegdyś zdobiły
jego zamek Berchtoldstein w Styryi. W Szwajca-
cyi pod Lozanną stoi nad grobem ś. p. Krassow-
skiego pomnik jego roboty.
Obok prac, wykonanych dla kraju, najwięcej
może zadowolenia przyniósł mu Chrystus z bronzu
z dwoma aniołkami, ofiarowany Piusowi IX, kopia
grupy nabytej do Anglii. Papież ofiarował go po-
tem księciu Torlonii, właścicielowi wspaniałej (dziś
całkiem niedostępnej) wili Albani w Rzymie, gdzie
przechowują się bardzo piękne utwory greckiego
i rzymskiego starożytnego dłóta. Polski rzeźbiarz
cieszył się, że jego posąg sąsiaduje się z „Amo-
rem napinającym łuk“ Lizyppa, „Atletą" Stefano-
sa, bronzowym sławnym „Apollinem," „Ezopem"
i tylu innymi sławnymi marmurami, czy też bron-
zami.
Piotr Brodzki, jego ojciec, herbu Łodzią, dał
mu na chrzcie św. imiona Wiktor Polearch, i tak
się rzeźbiarz czasem podpisywał. Nie wiem, czy
dlatego, że mu przylepiono greckie imię, ale zo-
stał rzeczywiście klasykiem przez całe życie.
Grecki spokój, akademicka poprawność, staranne
wykończenie—cechują jego utwory. Mało w nich
polotu może, rnało ciepła i oryginalności, którą
częściowo przelał na życie prywatne. Zachował
jednak do zgonu gorące przywiązanie do kraju
i rad był bardzo, kiedy go dawniejsi znajomi,
wracający do wiecznego miasta, lub nowi przyby-
sze odwiedzali. Wtedy, póki był zdrów, prowa-
dził do pracowni i lubił rozmawiać. Jego przy-
wiązanie do ojczyzny objawiało się także, i to spe-
cyalnie, w ofiarności rzeczy polskich dla publicz-
nych zbiorów krajowych, gdzie też z niemi spo-
WIKTOR BRODZKI
tkać się można. To też człowiek ten nie miał
nieprzyjaciół, nie mógł ich mieć, tak był poczci-
wy i zacny, mało wymagający dla siebie,
skromny.
Wieczorami można było spotkać go na obie-
dzie w małej restauracyjce Fiorellego niedaleko
Corso, mieszkania i studyum, w osterii bocznej
uliczki, więcej niż restauracyi, dokąd uczęszczała
młódź artystyczna. Tutaj przesiadywał ongi z nim
malarz Stankiewicz z cyganeryi rzymskiej, jeśli
nie czekał na kogo w kawiarni Greco Antico na
via Condotti; tutaj także osacza Brodzkiego zmar-
ły kilka lat temu artysta Henryk Cieszkowski, ma-
lujący wiecznie te same zachody słońca nad ko-
pułą św. Piotra, Kampanię z ruinami wodociągów,
pinie parasolowe i połamane kolumny, kobiety
z ludu, t. zw. ciucciary, niezmordowanie, mecha-
nicznie, po kilkaset razy, aby je sprzedawać ma-
łym handlarzom prócien zabarwionych. Do Fio-
rellego, gdzie było tanie i względnie niezłe je-
dzenie, uczęszczał również ś. p. Aleksander Gie-
rymski i inni polscy młodzi artyści. Był 1°
w swoim rodzaju, mimo pewnego zmodernizowa-
nia, także zabytek Starego Rzymu, z białemi ścia-
nami, ubranemi w nieudolne freski rzymskie, tro-
chę duszny, niebardzo czysty, ale z tem wszyst-
kiem dość estetyczny, jak wszystko, co żyje i od-
dycha w Rzymie, nawet cyganerya pendzla i dłóta.
Gościem bywał tutaj dawniej Roman Postępski,
wysłany do Rzymu kosztem hr. Branickich, Ale-
ksandra i Anny z Hołyriskich, którym też dedy-
kował portret Adama Mickiewicza, malowany we-
dług paryskiej fotografii wieszcza.
Poza rzeźbą i małemi stosunkowo potrzeba-
TYGODNIK ILLUSTROWANY JVe 42
805
nu życia — Wiktor Brodzki miał tylko jedną myśl,
pielęgnowaną przez długie lata, zdaje się czy nie
trzydzieści, aż do końca życia, nawet wtedy, kiedy
już przestał rzeźbić, a było nią wynalezienie spo-
sobu sterowania balonami. To była jego irlóe fixe.
Kiedy zachorował niedawno, sparaliżowany skut-
kiem ataku apoplektycznego, największą jego tros-
ką zapewne było, iż wynalazku do skutku nie do-
prowadzi, i że balon, sporządzony do prób nad
powierzchnią, spoczywał bezczynnie razem z apa-
ratem własnego pomysłu w wozowni najętej za
bramą del Popolo. Ile prób odbył w ciągu szere-
gu lat? ile pomysłów przesunęło się przez jego
głowę?- -sam pewno nie zliczył. Dość, że marzeniem
było jego przelecieć na balonie własnego pomysłu
z placu del Popolo i spuścić się na Forum Ro-
manum...
W pracowni jego został pomnik grobowy,
który sam sobie wykuł z marmuru: Anioł Zmar-
twychwstania, a pod nim płyta z medalionem
i portretem własnym. Nieznaczny fundusik, który
po nim został, przeznaczony jest z mocy testa-
mentu, sporządzonego na kilka lat przed śmiercią,
na fundacyę z rękojmi krakowskiej Akademii
Umiejętności dla niezamożnego rzeźbiarza, kształ-
cącego się w Rzymie.
Cześć jego zacnej pamięci!
A. D.
Rzym.
Finanse Japonii.
Aby zrozumieć wagę przygotowań finanso-
wych do wojny, dość przyjrzeć się kilku cy-
from: mobilizacya, według Jana Blocha, kosztuje
w każdem z mocarstw pierwszorzędnych od 500
milionów do miliarda franków; koszt utrzymania
stałej armii i żołnierzy tylko z pierwszego powo-
łania wynosi, według tegoż autora, we Francyi
25 milionów franków dziennie, w Rosyi 7 milio-
nów rubli; do owych wydatków zasadniczych na-
leży dodać olbrzymie sumy, jakie pochłania każda
bitwa: wynagrodzenia dla rodzin poległych żoł-
nierzy; wypadki takie, jak zniszczenie żywności,
amunicyi, okrętów przez nieprzyjaciela; zastój
w dochodach państwowych wskutek tego, że naj-
zdrowsza, najczynniejsza część ludności walczy
w szeregach; nieregularności w życiu wewnętrz-
nem, wywołane przez zmienione warunki do-
wozu najniezbędniejszych produktów: głody, cho-
roby i t. d., i t. d.
Wojna jest więc przedewszystkiem wstrząśnie-
niem ekonomicznem. Ponieważ zaś wskutek no-
wożytnych metod prowadzenia wojny szybki re-
zultat działań jest prawie niemożliwy, trwanie
każdej kampanii oblicza się co najmniej na dwa lata
wojna sprowadza się ostatecznie do pojedynku
ekonomicznego, do pytań: czyj organizm państwo-
wy wcześniej wyczerpie swe środki? która ze
stron walczących więcej zgromadziła wszelkiego
rodzaju zapasów i pieniędzy? kto zdołał sobie
na dłuższy czas zabezpieczyć kredyt na wszyst
kich rynkach? czyja administ icya krajowa lunk-
cyonuje sprawniej?
Wojna rosyjsko-japońska jest dla stron obu
szczególnie kosztowna. Oddalony teren womy,
trudność dowozu niezbędnych materyałów, ciężkie
Warunki klimatyczne wszystko to powiększa jesz-
cze ogrom wysiłków finansowych.
Japonia jest krajem ekonomicznie bardzo
młodym. Z tego powodu niejednokrotnie wygła-
szano pogląd, że nie podoła ona nadmiernym wy-
datkom wojny obecnej. Przyjrzyjmy się zdaniu,
które w tej Sprawje wygłaszają powagi tej miary,
co prof. R. Rathgen z Heidelberga (Die Woche),
Alfons Millet (Journal des Economistes), Piotr
eroy-Beaulieu (Revue des Deux Mondes) i Eltz-
acher (The Nineteenth Century And After). Wy-
STUDN1A Z POSĄGIEM MATKI BOSKIEJ
NIEPOKALANEGO POCZĘCIA WE LWOWIE.
borne resume ich poglądów daje ostatni zeszyt
Reiuc des Questions Scieutifu/ues, skąd czerpie-
my obliczenia następujące:
Historya finansowa Japonii dzieli się na trzy
okresy: Pierwszy, od rewolucyi r. 1868 do r. 1881,
zaznaczył się trzema wydarzeniami, zorganizowa-
niem i administracyą dochodów, zamianą podatku
w naturze, stanowiącego 80 do 90% ogólnych do-
chodów państwowych, na podatek w pieniądzach;
wprowadzenie pieniędzy papierowych, które, przy-
jęte na razie przychylnie, spadły potem do 65%
wartości nominalnej.
Drugi okres, od r. 1881 aż do wojny chiń-
skiej, można nazwać okresem utrwalania się no-
wych sposobów gospodarki finansowej. Ilość kur-
sujących pieniędzy papierowych spadła ze 140
milionów jenów do 13 milionów w r. 1894. Za-
prowadzono stopniowo nowe podatki, mianowicie
TRON PRZYGOTOWANY NA PRZYJĘCIE CUDOWNE-
GO OBRAZU M. B. ł ASKAWEJ,
podczas obchodu Maryańskiego wc Lwowie.
Fot. Górale wieża.
od napojów alkoholicznych. Pomimo rozwoju kolei
żelaznych, dług państwowy powiększył się w tym
okresie z 247 mil. jenów w r. 1880 zaledwie do
261 mil. w r. 1893, a jeżeli wziąć pod uwagę
zmniejszenie się ilości pieniędzy papmrowych,
można uważać, że właściwie dług ten znacznie się
zmniejszył.
Po tym spokojnym okresie nastąpił, wskutek
wojny z Chinami, okres gwałtownego rozwoju
i działania na wielką skalę. Wojna kosztowała
235 mil. jenów. Wydatki te pokryto pożyczką
125 mil. jenów, 82 milionami indemnizacyi chińskiej,
oraz zwykłymi dochodami. Nawet biorąc pod
uwagę koszt pożyczki, wynoszący 6'Ą miliona
rocznie, oraz 57 milionów wj danych na okupacyę
Formozy, nie można uważać, aby wojna chińska
wywołała w budżecie japońskim jakieś wielkie
wstrząśnienie. Skutek jej był innego rodzaju: obu-
dził poczucie dumy narodowej, samowiedzę sił
własnych, dał życie obszernemu programowi roz-
woju ekonomicznego i wojskowego, według któ-
rego postanowiono przeznaczyć na armię 81,680,827
jenów, na marynarkę 213,100,959, na koleje że-
lazne 107,818,184, na inne roboty publiczne 28,694,692
razem 431,294,672 jenów.
Z cyfr tych można nabrać wyobrażenia
o ogromie przygotowali wojennych do wojny z
Rosyą. Od r. 1896 wydano 242 miliony ponad
zwykłą normę na armię i marynarkę, a w r. 1903
wydatki wojenne podnoszą się z 18 milionów do
61 milionów jenów. Poza tern trzeba jeszcze
wziąć pod uwagę wydatki na rozszerzanie sieci
kolei żelaznych, na okręty handlowe wielkiej obję-
tości co wszystko razem zmierzało do wytworze-
nia potężnych środków transportowych na przypa-
dek wojny.
Wszystko to powiększyło dług państwowy,
który doszedł w r. 1903 do 500 mil. jenów. Jed-
nakże, pomimo innych jeszcze trudności finanso-
wych, które spowodowało obniżenie wartości sre-
bra -wskutek czego cena wielu towarów zdwoiła
się pomimo wichrzenia mnóstwa spekulantów,
Japonia wyszła z tego przesilenia zwycięsko, i do-
chody państwa wzrosły odpowiednio do wielkości
wydatków. I tak: w r. 1883 i 4 (rok finansowy
japoński liczy się od 1 kwietnia do 31 marca)
dochody wyniosły 83,106,858 jenów, rozchody
83,106,858, w r. 1893 i 4 113,769,380 i 84,581,872,
wreszcie w r. 1903 i 4—251,681,961 i 244,752,346
mil. jenów.
Szczególną uwagę zwrócono na powiększe-
nie podatków pośrednich: powiększono je we czwór-
nasób, gdy tymczasem podatki bezpośrednie zdwoiły
się tylko. Wydano prawa patentów, zorganizo-
wano cła, wreszcie obciążono podatkami miasta,
dotychczas zbyt faworyzowane na niekorzyść in-
nych części kraju, tak, że podatki rozłożyły się
równomierniej na wszystloch warstwach ludności.
Pozwalał na to znaczne istotnie powiększenie cię-
żarów publicznych jak świadczy wielu ludzi zna-
jących stosunki miejscowe, odpowiedni wzrost
bogactwa narodowego, a teraźniejszy stan finan-
sów Japonii nie przeszkadzał jej bynajmniej w roz-
poczęciu wojny, której prowadzenie nie przekracza
też bynajmniej jej sił ekonomicznych. Piotr Le-
roy Beaulieu jest zdania, że zasoby finansowe
Japonii wyczerpią się nieprędko. „Chociaż Ja-
ponia pisze Beaulieu—nie jest tak bogata, jak
państwa Europy zachodniej, a nawet jak jej olbrzy-
mi przeciwnik- Rosya, jednakże niema wątpliwości,
że Japonia potrafi zebrać poważne fundusze".
Można będzie przedłużyć termin pięcioletni,
postanowiony dla pobierania zwiększonego podatku
gruntowego. Gdy podatek ten płacono w naturze,
(przed laty 30-tu), przedstawiał on wartość 143
mil. jenów. Widzimy go w budżecie w r. 1903
i 4 jako sumę 46,996,212 jenów. Należy zauwa-
być, że od lat trzydziestu wartość produkcyjna
806
TYGODNIK ILLUSTROWANY .Nb 42
ziemi wzrosła w trójnasób. Możnaby też, mówi
prof. Rathgen, zwiększyć podarek budowlany. Było-
by to w dalszym ciągu usiłowanie ustanowienia
równowagi pomiędzy ciężarami, nałożonymi na
wsie i miasta. Możnaby też zamienić monopol
państwowy tytuniu surowego na monopol, dotyczący
tytuniu, przeznaczonego na handel detaliczny. Moż-
naby też ustanowić nowe prawa względem nafty.
Według prof. Rathgena, wszystko to, w połącze-
niu z innemi operacyami finansowemi mniejszego
znaczenia, dałoby w rezultacie od 20 do 30 milio-
nów dochodu rocznego, co pokryłoby koszt pięcio-
procentowej pożyczki wojennej w sumie 400 do
000 milionów jenów.
„Jeżeliby zaszła potrzeba zaciągnięcia znacz-
nie wyższych nawet pożyczek, Japonia, jak się
zdaje, otrzymałaby je z łatwością, mówi Leroy-
Beaulieu. „Jeżeli potrzeba dużo pieniędzy dla
przygotowań wojennych i wielkich sum dla zapłace-
nia kosztów po jej ukończeniu i w czasie jej pro-
wadzenia, znajdzie się zawsze takich, którzy po-
życzą choćby na licłiwę; znajdzie się też dostawców,
którzy poczekają z zapłatą do ukończenia wojny.“
Na pytanie: ile ostatecznie będzie kosztowała
Japonię wojna obecna, prof. Rathgen odpowiada,
że wystarczy na to pożyczka od 400 do 600 milio-
nów jenów (jen około rubla) czyli 1 do 2 mi-
liardów franków. Leroy-Beaulieu oblicza jej koszt
znacznie niżej na 700 lub 800 milionów franków
najwyżej do miliarda, przytem twierdzi, że wy-
starczy to Japonii na prowadzenie wojny przez
rok, a nawet dłużej. Wreszcie nieznany autor ob-
licza w I.e Correspondaut, że przez sześć miesięcy
wojny wydatki japońskre dojdą do 713,172,000
franków (około 300 mil. jenów).
Jak wiadomo, Japonia, poza wydatkami
przed wybuchem wojny, zaciągnęła w lutym r. b.
pożyczkę wewnętrzną 100 milionów jenów, dnia
14 maja pożyczkę w bankach angielskich i amery-
kańskich 10 milionów funtów sterhngów, a wkrót-
ce potem drugą pożyczkę wewnętrzną również 100
milionów jenów, razem około 300 milionów
jenów.
Jako obliczenie dodatkowe można przytoczyć
tu jeszcze zdanie barona Okujamy, wypowiedziane
w rozmowie z korespondentem berlińskiego Local-
tiizeigern. Twierdzi on, że jeśli zajdzie potrzeba
powołania na plac boju landwery, wydatki wzrosną
o 2 miliony jenów czyli o 700 mil. jenów rocz-
nie. Baron Okujama pewny jest, że dzięki pa-
tiyotyzmowi Japończyków suma ta znajdzie dosta-
teczne pokrycie.
.1. K.
Z tygodnia na tydzień.
Oliwcie wystawy jubileuszowej.
Przed gmachem krakowskiego Tow. sztuk
pięknych z olbrzymiego słupa spływają barwne
flagi, obwieszczając światu jubileuszową uroczystość.
W południe 8 b. m., po uroczystem posie-
dzeniu dyrekcyi, na którem proklamowano wybór
nowych członków honorowych, mianowanych z oka-
zyi 50-lecia istnienia Towarzystwa, i wręczenia
dyplomów prezesowi Edwardowi hr. Raczyńskiemu
i Jackowi Malczewskiemu, nastąpiło otwarcie jubi-
leuszowej wystawy sztuki, na którą ogół z nietajo-
uem oczekiwał zaciekawieniem.
Przybyli na tę uroczystość delegaci ze Lwo-
wa i Warszawy, przybyli dostojnicy krajowi i rzą-
dowi, zaproszeni goście i świat sztuki i literatury,
aby złożyć hołd pracy i zasłudze lat pięćdziesięciu...
Na środku sali stanął prezes hr. Raczyński
i w pięknych słowach skreślił obraz półwiekowej
działalności Towarzystwa. Zaznaczył, że z dumą
spoglądać ono może na przebieżoną drogę, bo było
pieiwszem, a przez długi czas jedynem, które na
ziemiach polskich kult sztuki szerzyć poczęło.
„Dosyć spojrzeć na długi spis artystów, którzy
dzieła swoje u nas przez te pół wieku wystawili,
lub przyjrzeć się sumom, jakie za pośrednictwem
Towarzystwa do rąk artystów polskich przeszły, aby
zasługę tę ocenić. Dowodem użyteczności naszej
było mnożenie się podobnych instytucyi naprzód
w Warszawie, następnie we Lwowie i Poznaniu,
a nawet przemijające w Wilnie, i chociaż skutkiem
tych nowych kreacyi było zmniejszenie się liczby
nowych członków, jednak z zadowoleniem i po-
ciechą na te instytucye spoglądamy, okiem starsze-
go brata, który cieszy się z rozwoju i powodzenia
młodszego rodzeństwa. Wystawa, którą dziś otwie-
ramy, ma dla nas wielkie znaczenie, jest bowiem
ozdobą naszego jubileuszu, jest dowodem stosun-
ków, jakie nas ze światem artystycznym z jednej,
PIOTR STACHIEWICZ.
Wiceprezes krakowskiego T. S. P.
a publicznością z drugiej strony zawsze łączyły
i da Bóg i nadal zawsze łączyć będą. Będziemy
się starali na tej drodze kroczyć dalej, z nieusta-
jącą dobrą wiarą w przyszłość, tak, by o nas słusz-
nie kiedyś powiedziano, że krakowskie Tow. przy-
jaciół sztuk pięknych obowiązków swoich wzglę-
dem sztuki i społeczeństwa dopełniło uczciwie."
Opadły czerwone sznurki, zamykające wejście
do sal wystawowych, i publiczność tłumnie zalała
wszystkie ubikacye wspaniałego przybytku sztuki.
Wystawa, obejmująca w pięciu salach 230
dzieł sztuki, jeśli nie imponuje zjawiskiem nadzwy-
czajnego bijącego w oczy talentu, to przedstawia
się w każdym razie niezwykle interesująco. Już
sama zewnętrzna dekoracya sal, dokonana przez arty-
stów malarzy, pp. Dąbrowę, Procajłowicza i Uzię-
błę, oraz urządzenie całego planu wystawowego,
dzieło Piotra Stachiewicza, świadczy o chwaleb-
nem usiłowaniu naśladowania zagranicy w metodzie
urządzania i dekoracyjnych części wystawy. Malo-
wania fryzów na ścianach każdej z sal mają za
wzór swojskie motywy ludowej sztuki, zaczerpnię-
te z wycinanek, całość zaś dekoracyi sprawia wra-
żenie wykwintnego poczucia estetycznego.
Wszystkie niemal najgłośniejsze nazwiska ar-
tystów polskich znalazły się na kartach ozdobnie
wydanego katalogu jubileuszowej wystawy. Obok
przedstawicieli dawnej szkoły, jak Szerner, Eliasz,
Styka, Benedyktowicz, Tondos, obok tych, którzy
stoją u szczytu powodzenia, jak: J. Malczewski, W.
Kossak, Wodzinowski, Kozakiewicz, Augustyno-
wicz, Lenc, Stachiewicz, Hirszenberg, cała falanga
młodych: Dąbrowa, Procajłowicz, Uziębło, Kamoc- ।
ki, Filipkiewicz, Koenig, Szczygliński. Gdyby
chodziło o wskazanie dzieł najcelniejszych, trze-
baby wymienić Malczewskiego „Dwaj Tobiasze," ,
1 „Perseusza," „Pokusę fortuny;" Wodzinowskiego
„Wesele idzie;" Tetmajera „Czepiny" i „Wesele;"
Stachiewicza cykl kartonów „Widma pracowni;"
Dąbrowy „Jesień," Janowskiego „Z Florencyi,"
Pochwalskiego „Portret F. Zaleskiego," Lenca „Por-
tret p. Roberta Wolffa," Myrton Michalskiego
„Portret p. Gauthier-Villars,“ studya Boznańskiej.
Osobne państwo w państwie stanowi sala
„Sztuki." Króluje tu myślą swą twórczą Wyspiań-
ski, którego projekt dekoracyi ścian tej sali jest
sam w sobie niepośledniem świadectwem jego ge-
nialnej fantazyi. Wchodzimy tu jakby do jakiejś
średniowiecznej świetlicy Bolesławowskiej.
Drzwi i ściany sali pokryte są drewnianem
obramowaniem, wycinanem i malowanem we wzo-
rzysty a pełen prostoty deseń. Ściany sali pokry-
te suknem szarem, w którem jaskrawo odbija pe-
łen żywych barw fryz kwiatowy. Na środku sali
siedzenia zastosowane pomysłem do dekoracyi sali
i z tego samego sporządzone stylowego wzoru.
Na ścianach towarzystwo artystów dobrane:
Axentowicz, Fałat, Laszczka, Mehoffer, Stanisław-
ski i Wyczółkowski, jako reprezentanci Akademii
sztuk pięknych, dalej Weiss, Ruszczyć, Czajkow-
ski i Trojanowski. Ogółem dzieł sztuki 30. Wśiód
plonu malarskiego Wyczółkowski ze swoimi wi-
dokami i studyami tatrzańskiemi, malowanemi no-
wą zupełnie metodą, i Laszczka ze wspaniałą figu-
rą „Wodnika," wysuwają się na czoło wystawy
„Sztuki." Dawni wybitni jej koryfeusze, jak Rusz-
czyć, Stanisławski i Axentowicz, zadowolili się
drobiazgami, utrzymanymi na poziomie dotychcza-
sowej ich twórczości.
Wystawa potrwa do końca grudnia b. r.
Wieczorem odbył się w salach resursy Szla-
checkiej bankiet, wydany przez dyrekcyę Towarzy-
stwa na uczczenie prezesa i członków honorowych.
Wśród wesołego nastroju biesiady wygłoszono sze-
reg pięknych toastów na pomyślność prezesa,
członków honorowych, sztuki i artystów. Najzna-
mienniejszyni wszelako był gorącem uczuciem na-
cechowany toast Włodz. Tetmajera na pomyślność
jedności i miłości w sztuce, skierowany w ręce
najgodniejszego przedstawiciela idei pojednania,
Jacka Malczewskiego. II'. I‘r.
*
* *
Wystawa ogrodnicza w Krakowie.
Krakowskie Towarzystwo ogrodnicze, prag-
nąc uczcić rocznicę 10-letniego istnienia swego,
urządziło w Parku d-ra Jordana, pod protektoratem
namiestnika Andrzeja hr. Potockiego, wystawę
ogrodniczą. Celem jej jest przedstawienie praw-
dziwego stanu naszej produkcyi ogrodniczej i po-
stępów, w tej dziedzinie działalności Towarzystwa
krakowskiego wywalczonych.
Przedsięwzięcie powiodło się nadspodziewa-
nie pomyślnie. Otwarta uroczyście w dniu 1 b. m.
wystawa, podzielona na systematyczne działy,
obejmujące pewne określone dziedziny wiedzy
i pracy ogrodniczej, przedstawia się niezmienne
interesująco i chlubnie świadczy o postępach kraju
w tym kierunku. Są tu nietylko produkeye sztuki
ogrodniczej, ale także narzędzia i przedmioty po-
mocnicze do ulepszenia ogrodniczej uprawy ziemi
i starannego pielęgnowania roślin.
Główną część wystawy pomieszczono w Sali
gimnastycznej Parku. Tu znajduje się dział na-
sion, warzyw, roślin kwiatowych, przetworów owo-
cowych, narzędzia gospodarskie i ogrodnicze, dział
teoretyczny, plany urządzeń ogrodowych, parków,
wyroby koszykarskie i pszczelnictwo. Osobne pa-
wilony otrzymały krajowe szkoły ogrodnicze w 1 ar-
nowie, Zaleszczykach, Czernichowie i Suchodo-
łach, osobny także pawilon dział szkolny, a mia-
nowicie produkty ogrodów szkolnych, pielęgnowa-
nych przez nauczycieli ludowych. Dział handlowy,
szkółki wzorowe, ogrodnictwo ozdobne i t- P-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 42
807
wszystko to znalazło szerokie uwzględnienie na
wystawie.
Przy uroczystem otwarciu wystawy przema-
wiał prezes Tow. ogrodniczego prof. uniw. Jag.
dr Edward Janczewski. Dyrektorem wystawy jest
p. Bolesław Małecki, ogrodnik m. Krakowa. Wy-
stawa otwarta była przez dni ośm, a zakończył ją
festyn z tonibolą, na której rozlosowano okazowe
kwiaty i owoce />.
*
*
Październik.
Mgły szare zawisły
Nad ziemią senną,
Świat ciężko oddycha
Troską bezdenną,
Tęsknota paląca
W powietrzu drży .
Ach! kwiatów! ach! słońca!...
Deszcz mży... deszcz mży...
Ostatnie już liście
Opadły z drzew,
W dal niesie je wiatru
Jęczący wiew,
Zabija, roztrąca,
Jak młode sny...
Ach! kwiatów! ach! słońca!...
Deszcz mży... deszcz mży...
OTWARCIE WYSTAWY OGRODNICZEJ W KRAKOWIE. Fot. E. Pierzchalskiego.
Nad grobem otwartym
DucTi waż.y się,
Tam spokój, tam cisza
Na wieczne dnie!
Tam drzemka kojąca,
Tam osclmą łzy...
Ach! kwiatów! ach! słońca!...
Deszcz mży... deszcz mży!...
Już nigdy! już nigdy
Nic wróci maj!
Pójdź maro jesienna!
Truciznę daj!
Żal, boleść piekąca
W sercu i w krwi...
Ach! kwiatów! ach! słońca!
Deszcz mży... deszcz mży...
()r ot.
EPILOGI.
Do, ul des.
Niejednokrotnie stwierdzano, że w Warsza-
wie bardzo trudno założyć wspólnemi silami jakąś
ńową a ważną instytucyę społeczną. Za to drobna
ofiarność publiczna kwitnie u nas ogromnie. Chcąc
s'ę o tem przekonać, wystarczy przejrzeć listy
składek na różne cele, ogłaszane przez dzienniki.
Od dziesięciu lat rosną zwłaszcza datki na opła-
canie wpisów niezamożnej młodzieży. „Fatalna
Cztcrnastka“ stała się już hasłem, które budzi od-
głos w sercu każdego Warszawianina. Szybki roz-
r°st miasta, wzmożone potrzeby oświaty, nie idące
w parze z powiększeniem bogactwa mieszkańców
stawiają całe zastępy młodzieży szkolne] w ko-
ńieczności korzystania z pomocy ogółu.
Rzecz to całkiem naturalna. Ale jest w tej
sprawie pewien, niesłychanie ważny punkt, na który
n'e zwraca się u nas najmniejszej uwagi. Nikt
n'e zapyta: w jaki sposób uczniowie lub studenci
taktują tę pomoc? Każdy przecież młodzieniec
Pamiętać powinien, że przyjmując od bezimiennego
ofiarodawcy, to jest od społeczeństwa opłatę, swego
Wpisu szkolnego, zaciąga dług, który prędzej czy
Później spłacić należy. Wyrobiły się u nas pod
tym względem fałszywe zgoła pojęcia. Młod.: .-
ńiec przyjmuję ofiarę w gimnazyum i ani pomyśli,
ze to nie jest zwyczajna darowizna. To samo
ózieje się, niestety, pośród studentów uniwersytetu.
Iluż to dzisiaj mamy już w kraju ludzi dobrze
uposażonych, adwokatów, doktorów, przemysłow-
ców, którzy czerpali niegdyś zasiłki ze źródeł pub-
licznych i dotychczas ich nie oddali? Wiedzą, że
nikt przeszłości nie wypomni, więc godzą się z fak-
tem, iż pobierali zapomogi dobroczynne.
Trudno oczywiście żądać od ofiarodawcy,
aby, dając pieniądze, zadawał sobie trud śledzenia,
czy dobrze były użyte. Sama jednak młodzież
powinna zorganizować stałą kontrolę moralną nad
swymi kolegami, aby wpoić w nich właściwe rozu-
mienie natury zapomogi tymczasowej. W rozwa-
żaniu rezultatów takiej kontroli wysuwa się na
czoło etyczna strona kwestyi, to jest wyrobienie
w młodzieży wysokiego poczucia godności własnej.
Obok tego są i praktyczne poglądy niemałego
znaczenia: z obowiązkowego zwrotu długów „wpi-
sowych" urośnie co rok bardzo znaczny fundusz
zapomogowy, który pozwoli całej może młodzieży
uniknąć dzisiejszego zabijania się lekcyami. mp.
Teatr, muzyka, sztuki plastyczne.
* I’. Siomaszkown, artystka teatru Rozmaitości,
z początkiem przyszłego roku ustępuje ze sceny warszaw-
skiej. Ustąpienie to nie jest, oczywiście, dobrowolne.
Wypływa z niezdrowych stosunków, jakie od pewnego
czasu zapanowały w Rozmaitościach. Pierwsza lepsza
kombinacya reżyserska wystarcza, aby zlekceważyć ar-
tystkę, pracującą dla sceny sumiennie i pożytecznie.
* Filharmonia warszawska, niezależnie od dzie-
sięciu piątków symfonicznych, ogłosiła abonament na
dwanaście wieczorów fil harmonijnych. Repertuar za-
wiera szereg cennych „premier koncertowych", dając nie-
znane u nas arcydzieła literatury wszechświatowej oraz
popisy wybitnych solistów. Forządek wieczorów nastę-
pujący: Pierwsza środa d. 9 listopada: Jarosław Kocjan
i tenor Gandolfi; d. 23 listopada pp. Artot-Padilla i Hen-
ryk Griinfeld;- d 7 grudnia: Myszuga, Wierzbilowicz,
Sarzyński; d. 4 stycznia 1905 r Henryk Marteau i Ma-
rya Langie; 18 stycznia: Michałowski, Tivader Naclicz,
Paweł Kleczkowski (uczeń Cotogni’ego); 1 lutego: Arigo
Serato i Katarzyna Jaczynowska;—15 lutego: amerykań-
ski organista Wrigth i młoda wiolonczelistka włoska
Giulcrmina Suggia oraz p. Solska ze Lwowa, 1 marca:
Klotylda Kleeberg i prof. Juliusz Klcngel;—15 marca:
Paweł Kochański i Emma Raabe (utalentowana uczennica
Kochańskiej);—26 marca: soliści z Bayreuth, baronowa
Osborne i dr Kraus;—d. 5 kwietnia: Alfred Reisenauer
i Gustaw Bordes z Paryża; 12 kwietnia ostatni wieczór:
Slabat Mater Rossiniego w wykonaniu solistów z me-
dyolańskicgo teatru La Scala.
* Koncert inauguracyjny w Filharmonii od-
będzie się 15 b. m.— pierwszy popularny 16—koncert
kasy literackiej 17—popisy miss Duncan w d. 18 (Idylla
taiicaj i 20 „Wieczór plastyczny Chopina* W d. 19
i 21 odbędą się dwa koncerty popularne, którycłi program
wypełni Parsiwal w słowie muzyce i obrazie.
* Ostatnie dwie nowości w teatrze miejskim
we Lwowie: „Medor" i sensacyjny „Capstrzyk" Beyerlci-
na cieszyły się niezwykłem powodzeniem. W pierwszej
z tych rzeczy, (szytej staremi nićmi wirtuozostwa fran-
cuskiego), odznaczył się przed innymi utalentowany ak-
tor charakterystyczny p. Nowacki. Efektowny „Cap-
strzyk", pełen dramatycznych epizodów z życia „małego
garnizonu", był znowu świetnero do popisu polem dla
p. Bednarzewskiej (wyborna Klara), szczerego jak mało
kto p. Romana, Solskiego i Feldmana, tc
* Nowy dramat Bluinenthala p. t. „Zgon Iwa"
(Der tote Lówe) zabroniony został przez cenzurę teatral-
ną berlińską.
* Pomnik Taimy, znakomitego tragika francu-
skiego, odsłoniono w Poix-du-N.rd, we Francyi. W uro-
czystości brali udział, oprócz władz, wybitniejsi człon-
kowie Komcdyi Francuskiej.
* Otello po tatarska. W mieście kaukaskiem
Szusza odegrano niedawno „Otella", w tłómaczeniu tatar-
skiem, dokonanem przci Haszim-Bek-Wlejrowa. Rolę ty-
tułową grał sam tłómacz. Przedstawienie zrobiło na na-
iwnej publiczności ogromne wrażenie; w scenie mordo-
wania Dczdcmony większość widzów płakała głośno.
* Kongres dramatyczny. W Nancy odbył się
międzynarodowy kongres autorów dramatycznych. Obra-
dom przewodniczył znany komedyopisarz, Alfred Capus.
Porządek dzienny kongresu zawierał następujące punkty:
I) Teatr ludowy, 2) Młodzi i teatr w Paryżu, 3) Bada-
nie środków praktycznych, mających na celu pomoc mło-
dym autorom dramatycznym, 4) Decentralizacya teatralna
za granicą.
WYDAWNICTWA.
* Krakowskie pismo Hlustracya Polska zmie-
niło wydawcę i redaktora. Nabył je od p. Ludwika
Szczepańskiego p. Józef Ujejski.—Jednocześnie powstało
także drugie konkurencyjne pismo p. t.: Nowości Jllu-
strowane, wzorowane według typu wiedeńskiego Inlc-
rcssantes Blatt. Pierwszy numer, w tycli dniach wy-
dany, przynosi materyał wyłącznie z sensacyjnych no-
wości złożony, ale natomiast pozbawiony zgoła wartości
artystycznej i literackiej, p
808
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 42
Z Petersburga.
*,* Biii. Wied, podają: „Chociaż w sferach rzą-
dowych zamierzono wprowadzić reformę gubernialną
w calem państwie, jednak Rada Państwa uznała, iż moż-
na ją wprowadzić tylko do 49 gubernii środkowych,
gdyż dla Królestwa Polskiego byłaby przedwczesna
z uwagi na warunki miejscowe, a na Kaukazie i w okrę-
gu stepowym skutkiem nieuksztaltowania się jeszcze ży-
cia publicznego.
*»* Korespondent Now. Wreni. zamieścił nastę-
pujące dane o szkołach w Królestwie Polskiem: Według
obliczenia prof. Simonenki, liczba uczniów w naszych
szkołach początkowych w ciągu dwudziestolecia 1874—
1894 spadła z 31 do 27 w miastach i z 21 do 19 po
wsiach, na tysiąc mieszkańców. Inne dane (okręgu nau-
kowego) stwierdzają, iż w roku 1899 istniało w Króle-
stwie ogółem 4,571 szkół, z których 1,178 wiejskich
1,510 gminnych. Na 993,000 dzieci w wieku szkolnym
uczyło się tylko 177,000, czyli 17 proc. Według danych
komisarzów włościańskich, którzy dostarczyli materyału ko-
misyi osobnej, badającej położenie ludu naszego, lud-
ność włościańska w Królestwie pragnie szkół, obowiąz-
kowego wykładu języka polskiego, tudzież religii kato-
lickiej z ust księdza. Korespondent Now. Wrem. pod-
kreśla, że za czasów Apuchtina życzenia te nie były
spełnione. W końcu korespondent wyraża życzenie, aże-
by przygotowano odpowiedni personel nauczycielski
i użyto części podatków ziemskich na cele oświaty
ludu.
Departament oświaty ludowej wyjaśnił, że
osoby, które skończyły kurs średnicłi szkół rolniczych,
mają prawo na otrzymanie sto/mia nauczyciela szkoły
elementarnej bez egzaminu osobnego, po jednej tylko
lekcyi próbnej.
* *
*
Wojna, jak wiadomo, wywarła bardzo do-
tkliwy wpływ na położenie ekonomiczne ludności
w całem Państwie, a szczególnie w Królestwie
Polskiem. Torgowo-promyssl. gazeta, roztrząsając
obecny stan rzeczy, poświęca sporo uwagi także
naszym stosunkom. Mianowicie organ ten stwier-
dza, że położenie w Królestwie Polskiem znacznie
się pogorszyło w ostatnich tygodniach. Niepo-
myślne zjawiska dały się spostrzegać od wiosny.
Już w maju 210 fabryk, zatrudniających 60,000 ro-
botników, skróciło czas roboczy o 30—50 proc.
Przemysł drobny również znalazł się w fatalnych
warunkach. Warszawski oddział Towarzystwa po-
pierania przemysłu i handlu zebrał dane, dotyczą-
ce 38-miu cechów: wszędzie zmniejszono liczbę ro-
botników lub dzień roboczy o 20—50 proc. Poło-
żenie szewców naszych bodaj jest najgorsze.
W sierpniu przeszło 400 pozostało bez zajęcia
w jednej tylko Warszawie. Przesilenie w tej ga-
łęzi rzemiosła prawdopodobnie będzie najdotkliw-
sze. W ostatnich latach znaczną ilość obuwia wy-
syłano z Warszawy na Daleki Wschód. Obecnie,
jak stwierdza Torg.-prom. gaz., Amerykanie, ko-
rzystając z utrudnień handlu rosyjskiego w Azyi,
zwrócili się do usług szewców-emigrantów z War-
szawy i zajęli rynek wschodnio-azyatycki. Po skoń-
czeniu wojny zapewne trudno będzie szewcom
warszawskim zdobyć na nowo rynki utracone. Jak
wiadomo, próbowano w ostatnich czasach dostar-
czyć zarobków szewcom warszawskim za pośred-
nictwem intendentury. Dowiadujemy się jednak,
że próba ta spełzła na niczem, gdyż szewcy nasi
nie mogli dać rzetelnej pracy za nizką cenę. Utrzy-
mali się tylko wytwórcy towaru maszynowego.
P.
ZŁOTE LISTKI-
Zbyt wielka boleść zabija sama siebie, bo
odrętwia i czyni nieczułem serce ludzkie.
H. Sienkiewicz.
* *
*
Czemu ubodzy zdrowi, a bogaci chorzy?
Bo ubogich praca leczy, bogatych doktorzy.
K'. Kochowski.
;GOL1BRODA ULICZNY W MUKDEN1E.
Fot. Z. Kalinowski.
Z Dalekiego Wschodu.
W dniu 2 b. m. generał Kuropatkin wydał
do wojsk armii mandżurskiej znamienną odezwę
(ogłoszoną w Praw. Wiesiu. d. 8 b. m.), w któ-
rej zapowiada, że okres cofania się w stronę nad-
chodzących z Europy posiłków już się skończył,
a nastał czas rozpoczęcia akcyi zaczepnej.
„Siły armii mandżurskiej — głosi odezwa —
dostateczne są teraz, aby przejść do ataku. Mu-
sicie jednak wciąż pamiętać, że, aby otrzymać
zwycięstwo nad silnym i mężnym przeciwnikiem,
niezbędnem jest, prócz liczebności wojsk, nie-
złomne postanowienie wszystkich stopni armii, od
najmniejszego do największego, otrzymania zwy-
cięstwa, bez względu na jakiekolwiek ofiary."
Z odezwy tej można wnosić, że w najbliż-
szym czasie zajdą na mandżurskim teatrze wojny
wypadki pierwszorzędnej doniosłości.
* *
*
Położenie na mandżurskim teatrze wojny
na całej przestrzeni pomiędzy Telinem a Laoja-
nem—wciąż jeszcze nie wyjaśnione. Odbywa się
tam pojedynek strategiczny dwóch olbrzymich
armii, którego rezultat okaże się dopiero w dniu
stanowczej bitwy. Miejsca jej bliżej określić nie-
podobna pewnem jest tylko to, że działania obu
armii mają na razie na celu: ze strony japońskiej
opanowanie, ze strony rosyjskiej uporczywą obro-
nę linii rzeki Hunho.
Rzeka ta, mająca 340 km. długości, płynie
aż do Jupanu, miejscowości leżącej o jakie 70 do
80 km. na wschód od Mukdenu, w wązkiej, bo
liczącej zaledwie kilometr szerokości dolinie.
W części tej jest ona najwyżej do 100 metrów
szeroka i do 0.75 metra głęboka. Od Jupanu do
Hubopu (leżącego wprost na południe od Mukde-
nu) dolina rzeki się rozszerza, dochodząc przy
Funszunszenie do 7 km., a przy Hunhopu do
22 km. szerokości—przyczem sama rzeka dochodzi
do 160 metrów szerokości i 2.60 metra (najwyżej)
głębokości. Wreszcie aż do samego ujścia rzeka
Hun płynie wśród równin, które u ujścia mają
przeważnie błotnisty charaktar wyżej zaś — od
wioski Hokutai (50 km. na południo-zachód od
Hunhopu i Mukdenu, a więc już w obrębie dzia-
łań wojennych) piaszczysty, przyczem rzeka jest
pełna mielizn i brodów.
Szerokość i głębia rzeki tej jest ściśle zależ-
na od pory roku. Jeżeli np. w porze deszczów
(od maja do września lub na wiosnę, w marcu)
dochodziła ona pod Funszunczenem do 400 m-
szerokości i 2 i pół metra głębokości, to podczas
suszy wysychała ona pod tern miastem do tego
stopnia, że nie było w jej korycie ani kropli wo-
dy. Zwykle zaś można ją — od źródeł aż do
Mukdenu bezpiecznie przejeżdżać w każdem pra-
wie miejscu.
Jeżeli więc armia Kurokiego istotnie prze-
była rzekę Hun pod Jupanem, to przejście to nie
natrafiło na żadne poważne przeszkody, a ewentu-
alny odwrót owego obchodowego skrzydła armii
gen. Ojamy (lub też nadesłanie Kurokiemu posił-
ków) mógłby się odbyć z łatwością. Jest to waż-
na okoliczność, przemawiająca na korzyść teraź-
niejszej pozycyi japońskiej w porównaniu z po-
zycyą pod Laojanem, gdzie wezbrana rzeka Taicy-
ho, jak wiadomo odcięła chwilowo armię Kurokie-
go od komunikacyi z główną kwaterą.
Rzeka Hun zamarza w końcu listopada i aż
do kwietnia pokrywa się skorupą lodową, po któ-
rej swobodnie przejeżdżać mogą najcięższe wozy
i armaty.
Zima zmieni więc zupełnie warunki prowa-
dzenia kampanii. Rzeki i błota przestaną stano-
wić jakąkolwiek przeszkodę w ruchach artyleryi,
a ponieważ śniegów pada w Mandżuryi bardzo
niewiele, cały plac operacyi strategicznycli zamieni
się w jedną równinę. Będzie to okoliczność na-
der dogodna dla strony, która zdecyduje się na
atak, tembardziej, że w stwardniałej ziemi trudno
będzie sypać szańce ochronne. Powodzenie armii
zależeć będzie jedynie od zaopatrzenia w ciepłą
odzież, wodę, którą dobywa się z lodu rzek,
i amunicyę.
*
* *
Jłusskija Wiedomosti, przytoczywszy fakt, że
w ciągu siedmiu miesięcy zdołano za pomocą kolei
syberyjskiej zgromadzić na placu boju 240,000 lu-
dzi, t. j. średnio po 35,000 miesięcznie, tak po-
tem pisze:
„Chociaż ukończenie budowy obwodowej ko-
lei Bajkalskiej i urządzenie nowych rozjazdów po-
winno znacznie powiększyć zdolność przewozową
wielkiej drogi syberyjskiej, jednak ten nadda-
tek pochłonie w zupełności dostawa materyału
wojennego i żywności dla dwa razy większej ar-
mii, ewakuacya chorych i ranionych i przewóz sze-
regowców zapasu w celu pokrycia strat w szere-
gach armii czynnej. Natomiast środki przewozowe
Japonii, będącej panią na morzu, są o wiele do-
skonalsze od naszych, jak to stwierdziła praktyka:
w ciągu 7 miesięcy Japonia przerzuciła na azya-
tycki ląd stały 460,000 ludzi, t. j. prawie dwa razy
więcej, niż Rosya przewiozła za Bajkał. A więc
Japonia w ciągu najbliższych ośmiu miesięcy, t. j-
do maja -mogłaby doprowadzić liczebność swojej
armii do miliona żołnierzy, a my w tym samym cza-
sie będziemy mogli zgromadzić za Bajkałem naj-
wyżej 600 do 650 tysięcy ludzi."
Jednakże liusskija Wiedomosti nie wierzą,
aby Japonia potrafiła wystawić armię milionową
(które to przypuszczenie powtórzyliśmy w swoim
czasie za Russkim Inwalidem), i twierdzą, że
armia japońska dosięgnie najwyżej 600 do 700 ty-
sięcy dobrze wyćwiczonych żołnierzy (razem
z częścią poboru grudniowego z r. 1903) — reszta
zaś składaćby się mogła ze źle wymustrowanego kon-
tyngensu rekrutów—z t. zw. „gwardyi narodowej.
* *
*
W ostatnich dniach wysłano z Chicago przeZ
Nowy Jork pięć łodzi podwodnych- według wszel-
kiego prawdopodobieństwa dla Japonii.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 42
809
Nasze ryciny.
WACŁAW PAWLI8ZAK: NAMOWA.
—Jest to illustracya do jednej z bajek z Ty-
siąca i Jednej nocy, przedstawiająca chwilę,
w której stara czarownica namawia mło-
dzieńca do czynów, które wzbudzają w nim
jednocześnie zachwyt i niedowierzanie w ich
skuteczność. Wyraz twarzy starej kobiety,
chytry i przekonywający, subtelne skrzywie-
nie ust u jej słuchacza, doskonale oddają
nastrój tej chwili, która poprzedzi nieszczę-
ście Majaczące w dali postaci, oryginalna
architektura ulicy, w której się ta scena od-
bywa, wszystko to oddane jest z tym ar-
tyzmem i znajomością rzeczy, która zawsze
charakteryzuje utwory naszego znakomitego
malarza Wschodu, p. Pawliszaka.
EDGAR MAXENCE: KU IDEAŁOM.
—Obraz niniejszy osnuł autor pod wzglę
dem treści wewnętrznej na tle podania
biblijnego o wypędzeniu Adama i Ewy
z raju, przyczem, jak widzimy, popełnił tu
Maxence rozmyślny anachronizm, przeno-
sząc daną akcyę na grunt epoki Odrodzenia.
Jak przedstawiona na płótnie para zakocha-
nych, tak niegdyś i pierwsi rodzice ludz-
kości mtisieli iść w świat obcy, tajemniczy
a nęcący ku nieznanym mglistym ideałom,
Pełni podziwu, trwogi i tęsknoty. Całość,
zalecająca się świetnym rysunkiem i dosko-
naleni zharmonizowaniem tła z figurami,
posiada w sobie wiele poezyi.
ALEKSANDER GIERYMSKI: PRZED
pałacem dożów.—Jak wiadomo, słyn-
ny pałac dożów w Wenccyi należy do
najwspanialszych pomników architektury
wszechświatowej i w tego rodzaju dziełach
sztuki stanowi poniekąd unikat. Część tego
Pałacu, traktowaną z niezwykłą sumienno-
ścią i z niezrównanym wprost pietyzmem,
Przedstawił nam zmarły mistrz na niniej-
szem płótnie. Ustawione przed pałacem
postaci w średniowiecznych strojacli stano-
wią tu motyw drugorzędny, służą bowiem
tylko do przeniesienia całości na grunt epo-
ki Odrodzenia. Jak zwykle u Gierymskiego,
odtworzenie motywów architektonicznych,
w danym razie niezwykle pięknych i intere-
sujących, stanowi punkt ciężkości obrazu.
O zaletach wykonania ze względu na zna-
ne mistrzostwo zmarłego malarza wspo-
minać nie potrzebujemy.
. |XfX Ali H ERR1CHTET i
,1 <. uf.xsLs 11\irmi bom heii
“IfAiliFIEF L.3 Hi lir/i
.Ul'.PM Al L HMPFANGŁR HAT .
KORALU 1H M’.T .LIMEM
..Hl.i.1itr. MEHł
l.U. <l.ND.... । itW „
,i'i i>,ADCN UNO ;lh i.: iŁTE
iNDDADLk.i .-rur NVJ MUN
IMOtR B I OT !'•>(. . 'RCITE
U*WElWMrH DCM C.ŁSAWIN
Ktiwrn M eurch-a
5(III 1 / . SKlIIRHEIT GŁWAllRTl.
. I » andznKen
-. ... X . r BEGLUCRTEN
u s; I i t iBŁR I6A5
i .Wlill ‘ "LR 1>OHI.EMKUMG
JAN SOBIESKI
IX .. 1X1 b Ł.DRR TORKENWŁlTH
. , ivRT M A1RCHF
• .ALDULCNSŁR
NA PAMIĄTKĘ
ONI A JE WRZEŚNIA IP83 R
W KTÓRYM ZA LASKA-DOZA
KRÓL POLSKI
JAN SOBIESKI
postawił ołtarz
W ZNISZCZONYM PRZEZ
ZACIEKŁĄ DZICZ TURECKA ,
KOŚCIELE KAMEDULÓW
na.kahłenbercu
NA KTÓREGO STOPNIACH
wysłuchawszy. mszySw
i przyjąwszy komunię >w
WYRUSZYŁ Na mephzyjacioi
KTÓRYCH na czele SWEGO
DZIELNEGO WOJSKA POBIŁ
I ZMUSIŁ DO UCIECZKI
I FEM NIETYLKO WIEDEŃ I
00 OBŁOŻENIA UWOLNIŁ
LECZ TAKŻE CĄLEJ < ItŻKO
UCIŚNIONEJ EUROPIE OPIEKŁ
i icCZEAS l WO ZAPEWNIŁ.
TABLICA PAMIĄTKOWA SOBIESKIEGO, W KOŚCIELE K^MEDUŁÓW
NA KAHLENBERGU.
mistrza na uroczystość, otrzymał od niego
। odpowiedź z przyrzeczeniem przybycia do
Wiednia. Na razie jednak nie mógł mistrz
i ściśle oznaczyć czasu swego przyjazdu,
i dlatego do tej chwili dzień uroczystości
nie mógł być ostatecznie ustanowiony.
W każdym razie ze względu na porę roku
odbędzie się uroczystość albo 16 albo 23
października. Kazanie w kościele kahlen-
| berskim wygłosi arcybiskup Teodorowicz.
Spodziewani są goście. G. S.
OSOBISTE.
Inżynier Stefan Jabłoński mianowany zo-
stał przedstawicielem przemysłu żelaznego
Królestwa Polskiego w istniejącym w Pe-
tersburgu przy ministeryum skarbu komi-
tecie doradczym fabrykantów żelaza, w któ-
rym zasiada po dwóch reprezentantów każ-
dego okręgu przemysłowego, o
Panna Marya Kucharzewska, córka rad-
nego magistratu m. Radomia, ukończyła nie-
dawno z odznaczeniem wydział lekarski
w Genewie, o
ZMARLI.
Ks. Konstanty Księski, kanonik hono-
rowy kolegiaty kaliskiej, rektor kościoła
po-Bcrnardyriskiego w Kaliszu, zmarł tamże
dnia 4-go b. m , przeżywszy lat 63. Zmar-
ły, jako kapłan pełen cnót chrześcijańskich
i jako opiekun duchowny maluczkich, za-
skarbił sobie wśród Kaliszan serdeczną
wdzięczność i pamięć, o
Joanna z Pomianowskich Bdejowska,
wdowa po ś. p. Konstantym Belejowskim,
zasłużona autorka i jedna z najzdolniej-
szych w swoim czasie tłómaczek z języków
obcych, zmarła dnia 5-go b. m. we wsi
Wilczyska, w gub. Siedleckiej, przeżywszy
lat 80. W swoim czasie łączyły ją przyja-
zne stosunki z Kraszewskim, Lenartowi-
czem i Odyńcem. W czasie pobytu swego
Kronika.
z KOŚCIOŁA.
Staraniem ks. J. B. Pronajtisa zbudowany
ma być w Taszkencie kościół katolicki,
Przyczem wobec niezamożności parafian
tamtejszych, władze zezwoliły na zbieranie
ofiar na budowę poza obrębem parafii.
Składki na ten cel wnosić można na ręce
Proboszczów i do redakcyi czasopism. Moż-
na wysyłać je również bezpośrednio na rę-
ce ks. Pronajtisa w Taszkencie. o
ŻYCIE SPOŁECZNE.
zajęć dla chłopców i dziewcząt, których
wyroby były przedstawione szerszej pub-
liczn iści w czasie ostatniej wystawy we
Frascati, nie jest zdolne własnymi środ-
kami utrzymać tych zakładów i w roku
bieżącym wykazuje deficyt w kwocie rubli
14,831. Wskutek tego Tow. odwołuje się
do szerszych kół społeczeństwa z prośbą
o pomoc, wierząc głęboko, iż filantropijny
nasz ogół poprze usiłowania Tow. w kie-
runku sprawy tak doniosłej, jak wychowa-
nie biednej dziatwy m. Warszawy. Ofiary
od wspaniałomyślnych ofiarodawców przyj-
muje Kasa Tow. codziennie od godziny
11 do 1 i pół pp. (Krak. Przedm. 62). o
Z RÓŻNYCH STRON.
Książę biskup wrocławski, kardynał Kopp,
podpisał również między innymi protest
przeciw rozporządzeniu rządu wiedeńskie-
go, nakazującemu otwarcie w Opawie i Cie-
szynic równoległych klas, tam czeskich,
a tu polskich. To wystąpienie kardynała
Koppa nie podobało się nawet Niemcom au-
W dniu 1-ym b. m. odbyło się w Lu-
blinie pierwsze przedstawienie trupy ope-
retkowo-dramaiycznej pod dyrekcyą p. Fe-
lińskiego. Trupa ta, złożona z 40 artystów
oraz orkiestry własnej, gościć ma w Lubli-
nie przez cały bieżący sezon zimowy. Re-
pertuar obejmuje: operetki, komedye i naj-
nowsze wodewile. o
UROCZYSTOŚĆ NA KAHLENBERGU.
Polska kolonia w Wiedniu czyni skrzętne
przygotowania do wielkiej uroczystości na
Kahlenbergu pod Wiedniem, poświęconej
pamięci odsieczy Wiednia w r. 1683 przez
króla Jana Sobieskiego na czele rycerstwa
polskiego dokonanej. Rzeźbiarz krakowski
p. Kulesza ofiarował wykonaną przez siebie
tablicę pamiątkową, jako dar dla kościoła
kahlenberskiego, w którym król Jan So-1
bieski, wysłuchawszy nabożeństwa, przyjął
Komunię św., a następnie bezpośrednio ude-
rzył na czele walecznych swych wojaków na
Turczyna. Komitet, utworzony z wysłanni-
ków miejscowycli polskich stowarzyszeń,
w Warszawie przełożyła zmarła, między inne-
mi, na język polski „Historyę Kościoła" Alzo-
ga, „Bibliotekę dla młodocianego wieku,"
„Ekonomię polityczną" Baudrillarta, tudzież
szereg powieści i utworów scenicznych. Szcze-
gólnie dla młodzieży przyswoiła zmarła
literaturze naszej sporą liczbę dzieł warto-
ściowych. Prócz tego wydała ś. p. Bele-
jowska w r. 1859 oryginalnie napisaną,
a popularną w swoim czasie książkę do
Spadkobiercy ś. p. Józefy Sierakowskiej,
zmarłej w r. 1876, przeznaczyli na włas-
ność Kasy im. Mianowskiego kwotę rubli
b,600, od której odsetki obracane być mają
na zapomogi naukowe dla synów podupad-
łych właścicieli ziemskich, wyznania rzym-
sko-katolickiego, z gub. Płockiej, a w razie
,ch braku dla innych osób, według uznania
^asy. Komitet wzywa zatem osoby inte-
resowane, aby składały w biurze Kasy
(Niecała 7), lub na ręce jednego z człon-
ków komitetu stosowne podanie z wyszcze-
gólnieniem podjętych prac naukowych
1 miejsca stałego zamieszkania. Zapomogi
otrzymywać mogą tylko poddani rosyjscy.
Bliższych szczegółów udziela biuro komi-
tetu Kasy, o •
Warszawskie Tow. Dóbr., mając w swej
Pieczy 157 zakładów, a między nimi 28 sal
stryackim, którzy widzą w nim nielegalne^tóry urządza uroczystość odsłonienia tab-
mieszanie się biskupa obcego państwa do ! licy pamiątkowej, zajął się wmurowaniem
spraw wewnętrznej polityki austryackicj.
Ks. dr Kopp, pisze półurzędowa wiedeńska
Rcichsioehr, należy wprawdzie do sejmu
tablicy pamiątkowej w zewnętrzną ścianę
kościoła nad wejściem do tak zwanej „ka-
plicy Sobieskiego", znajdującej się po pra-
śląskiego, ale jego głos ma właśnie na
cclu danie mu sposobności zaznaczenia zda-
nia własnego i zdania ludności katolickiej
Śląska jedynie we wszystkich sprawach re-
ligijnych. Zaznaczenie przez kardynała sta-
nowiska stronniczego w sprawach narodo-
wych musi wywołać pewne nieprzyjemne
zdziwienie. Inne organy prasy oświadcza-
ją, że ks. kardynałowi Koppowi wolno być
patryotą pruskim, ale do walk narodowo-
ściowych w Austryi mieszać mu się nie
wolno. Omawiając powyżej opisane wy-
stąpienie ks. Koppa, gazety galicyjskie żą-
dają ponownie utworzenia dla katolików na
Śląsku austryackim osobnej dyecezyi, wy-
łączonej z pod władzy pruskiego biskupa, o
wej stronie nawy kościelnej. Tu bowiem
kazał król polski śród gruzów zniszczonego
przez Turków kościoła wystawić ołtarz, przy
którym w dzień odsieczy z rana odprawio-
no mszę św. Tablica pamiątkowa jest
pięknem, stylowem dziełem sztuki, wyko-
nanem w czarnym i białym marmurze,
z ozdobami płaskorzeźbionemi, a u góry
popiersiem króla Jana Sobieskiego uwień-
czona. Rozmiary jej są ckazałe, a główną
zaletą prostota artystyczna kompozycyi,
wolna od wszelkiego przeładowania. Uro-
czystość zapowiada się świetnie. Spodzie-
wany jest przyjazd mistrza Henryka Sienkie-
wicza, który ma wygłosić na uroczystości
odczyt.
JOANNA BELEJOWSKA.
nabożeństwa p. t.: „Panie, wysłuchaj mo-
dlitwę moją," a w r. 1892 ogłosiła drukiem
ostatnią swą pracę p. t: „Grafologia."
W zakresie studyów grafologicznych ucho-
dziła zmarła za powagę; udzielała też chęt-
nie i bezinteresownie wszelkich wskazówek
i wyjaśnień, dotyczących tego zakresu ba-
dań. o
Konstanty Miktiliński, inżynier, naczel-
nik robót regulacyjnych w pogranicznych
częściach rzeki Wisły i Sanu, zmarł w San-
domierzu dnia 3-go b. m., przeżywszy
lat 51. Jako wysoce uzdolniony inżynier
i doświadczony hydrotechnik, ś. p. inż. Mi-
Komitet urządzający, zaprosiwszy I kuliński brał udział we wszystkich komi-
810
TYGODNIK ILLUSTROWANY M> 42
syach międzynarodowych zarówno z inży-
nierami austryackimi, jako też pruskimi,
w charakterze delegata warszawskiego okrę-
gu komunikacyi. o
Zofia z Osieckich Olchowiczowa, wdo-
wa po ś. p. Aleksandrze, matka pp. Kon-
rada i Zygmunta Cichowiczów, członków
redakcyi i administracyi Kuryera Wprszais)-
skiego, zmarła w Warszawie dnia 4 b. m ,
przeżywszy lat 74. o
Dyonizy Trzciński, właściciel dóbr Lescc,
zmarł tamże dnia 5-go b. m., przeżywszy
lat 88. o
Ze świata.
z kościoła, we francyi. Kar-
dynał Richard i cate duchowieństwo Paryża
przesłało Ojcu Św. adres, w którym „w tak
ciężkich dla Kościoła we Francyi czasach,
jak obecne,” zapewniają o swem zupełnem
posłuszeństwie i niewzruszonem przywiąza-
niu do Stolicy Apostolskiej, k ,
BILONEM PONAD PIRAMIDAMI.
Śmiały aeronauta, kapitan Spelterini, któ-
ry r. z. odbył podróż balonem ponad naj-
wyższymi szczytami Alp, przepłynął nie
dawno w swoim statku napowietrznym
ponad piramidami i częścią pustyni Libij-
skiej, zdjąwszy kilka niezwykle ciekawych
fotografii z wysokości 400—500 metrów.
Pierwszy to raz owe odwieczne pomniki
kultury zobaczono w takich warunkach,
pierwszy raz także odtworzono ich wize-
runki, unosząc się ponad nimi. A jednak
i tutaj wyglądają one imponująco. Piramidy
Cheopsa (137 m. wysokości), Chefresa
i Menkary widać jasno, jak na dłoni. Poni-
żej środkowej z nich da się odróżnić wize-
runek Sfinksa, a na lewo od mego dwie
palmy, stojące u wrót arabskiego cmenta
rza. Na prawo od piramid, u brzegów pu
styni, widać błyszczące w słońcu białe za-
budowania: to hotel Menahouse i wieś Kafr,
której pola uprawne można rozróżnić jako
mniej lub więcej ciemne, nieregularne pla-
my. Widok pustyni przypomina falujące
morze, a niektóre części bardziej skaliste
krajobraz księżycowy. Jasność tych odbitek
fotograficznych jest zdumiewająca, wobec
tego, że zdejmowało się je z balonu, które-
go nigdzie w zupełnym spokoju nie moż-
na było utrzymać. Ale kapitan Spelterini
jest specyalistą, jest fachowym aeronautą-
fotografem. Każda z jego wycieczek miała
na celu nie bezmyślną przejażdżkę, lecz al
bo badania geologiczne, albo wyjątkowo
zajmujące wrażenia artystyczne. Spelterini
zrobił wogóle 532 wyprawy z 1200 pasaże-
rami. Umiejętność i zręczność jego jest tak
wielka, że miał kilka zaledwie wypadków
przy wylądowaniu, raz jeden zaś wpadł
w morze. W Egipcie Spelterini wznosił
się kilka razy ponad Kairem i jego okoli-
cami; wylądowanie musiało się odbywać
w warunkach bardzo niekorzystnych, bo
kotwica balonu nie miała w piaskach żadne-
go punktu oparcia. Spelterini nie jest wy-
nalazcą. Balonem jego kierować nie można.
Oblicza on tylko mniej więcej r kierunek
wiatru.
wybuchy Wezuwiusza. W ostat-
nich tygodniach Wezuwiusz zaczął objawiać
bardzo ożywioną działalność. Lawa nagro-
madziła się w nowym jego kraterze w ta-
kiej ilości, że krater groził pęknięciem, co-
by mogło spowodować poważną katastrorę
Komunikacyę koleją zębatą z wierzchoł-
kiem góry przerwano. Ludność okoliczna
z trwogą patrzała na coraz groźniejsze kłę-
by dymu, wydobywające się z krateru.
Widok wybuchu podajemy w niniejszym
numerze, k
CESARZ WILHELM I NASTĘPSTWO
TRONU W KSIĘSTWIE lippe-det-
MOLD. W drażliwem położeniu postawił ce-
sarz Wilhelm Rzeszę Niemiecką, protestując
przeciwko objęciu regencyi jednego z mniej-
szych księstw, Lippe-Detmold, przez pra-
wowitego następcę tronu, księcia Leopolda
hr. Lippe-Biesterfeld, i usiłując w ten spo-
sób naruszyć konstytucyę Związku. Począ-
tek tej ważnej sprawy datuje się od r 1895,
t. j. od śmierci ostatniego regenta księstwa
w prostej linii, ks. Waldemara. Wtedy już
cesarz Wilhelm—pomimo iż sąd polubowny
Rzeszy, złożony z kilku panujących (mię-
dzy innymi: króla saskiego), uznał za pra-
wowitego następcę księcia Ernesta Lippe-
Biesterfield (zmarłego właśnie przed kilku-
nastu dniami) — twierdził, iż nie uzna
w przyszłości jego syna (przeciwko które-
mu protestuje obecnie), i wyraził życzenie
osadzenia na tronie swego krewnego, ks.
Lippe-Schaumburg. Nieuznawanie syna ks.
Ernesta motywują jego przeciwnicy tem,
że popełnił mezalians, żeniąc się z hr. von
Wartensleben, nie pochodzącą z krwi ksią-
żąt panujących. Ponieważ na proteście ce-
sarza Wilhelma niema podpisu kanclerza
Rzeszy, hr. Biilowa, protest więc ma cha-
rakter raczej prywatny — choć jest pisany
w kwestyi państwowej — nie odpowiada
więc, według Berlbicr Tageblattu, konsty-
tucyi Cesarstwa Niemieckiego. Sprawa ta
wywołała zaniepokojenie wśród innych
państewek Rzeszy. Beri. Tagb. przewiduje
podanie się do dymisyi Biilowa. Na podkre-
ślenie w tem wszystkiem zasługuje fakt, że
ks. Schaumburg-Lippe jest krewnym Wilhel-
ma 11. Wyradza się stąd przypuszczenie,
ERNEST hr. LIPPE BISTERFELD. LEOPOLD hr. LIPPE-BISTERFELD.
że cesarz wyraził w swym niefortunnym
proteście nie tyle dążenia absolutystyczne,
ile prywatne zupełnie pożądania- dla swo-
jego domu. W Niemczech oczekują z na-
prężeniem rozwiązania drażliwego zatargu,
w który wplątana jest nietykalna osoba ce-
sarza k
CZŁOWIEK, ŻYJąCY TBAWĄ. W
Nowym Jorku—jak donosi francuski Tcmfis
— istnieje pewien mieszkaniec Kuby, Eu-
sebio Santes, któremu udało się pozyskać
wielu zwolenników dla swojej teoryi, we-
dług której człowiek powinien karmić się
wyłącznie trawą. Jeden z nawróconych —
niejaki Frank Taylor, liczy obecnie 62 lata
i jest zachwycony nowym rodzajem pokar-
mu, cierpiał bowiem przez 8 lat na katar
żołądka i wyleczył się dopiero wtedy, gdy
zaczął jeść—trawę. Niektórzy twierdzą, że
wielu Amerykanów nawrócenie to skłoniło
jedynie do wytworzenia nowego gatunku
zupy, robionej z trawy.
ZMARLI.
Dr Jerzy Mohl, profesor literatury łaciń-
skiej w uniwersytecie czeskim w Pradze.
Pozostawił wysokiej wartości dzieło o two-
rzeniu się języków romańskich. Liczył
lat 35. k
Hr. Libpe-Bicstcrfield, regent księstwa
Lippe-Detmold, w wieku lat 62. k
August Bartholdi, słynny rzeźbiarz fran-
cuski, twórca wspanialej statuy: „Wolność,
oświecająca świat" (w Nowym Jorku) i kolo-
salnego, w skale wykutego „Lwa Belforc-
WYBUCH WEZUWIUSZA, podług ostatniego zdjęcia fotograficznego.
kiego," którego spiżowy model znajduje się
w Paryżu, zmarł w wieku lat 70. Był to
artysta potężny, dążący w monumentalnych,
patetycznych liniach do wzniosłości i peł-
nej prostoty wielkości. Słynął też jako
twórca projektów architektonicznych, z któ-
rych najsławniejszym jest „Palais dc I.ong-
champs" w Marsylii, wykonany przez bu
downiczcgo Esperandicu. Urodził się w ro-
AUGUST BARTHOLDI
ku 1834. Oprócz wyżej wymienionych,
znana jest bardzo jego rzeźba, przedsta
wiająca Vcrcingetorixa na koniu, k
Polityka.
Wybór uzupełniający do sejmu Królestwa
Pruskiego z okręgu Pszczyny- Rybnik na
Górnym Śląsku ukończono. Głosowano dwa
razy, ponieważ pierwsze skrutynium nic
wydało wymaganej większości. Ostatecznie
zwyciężył kandydat partyi rządowej, kon-
serwatysta pruski Rzcsnitzek. Nazwisko
świadczy, że przodkowie pana posła mu-
sieh pisać się Rzeźniczek. Tu jeszcze raz
przypomnieć musimy, że wybory do sejmu
pruskiego odbywają się według systemu
pośredniego. Wyborcy, podzieleni na trzy
klasy, według stanów, mianują delegatów
(Wahlmanów), ci dopiero oddają glos na
posła. Tym sposobem wybór nigdy nic
odpowiada rzeczywistym stosunkom liczeb-
nym wyborców. W okręgu pszczyńsko-ryb-
nickim, który jest najbardziej polski
w Państwie Pruskicm, bo ma 95% ludno-
ści polskiej, wyborcy Polacy zdołali prze-
prowadzić zaledwie 84 delegatów, podczas
gdy centrum miało ich 319, a partya rzą-
dowa 343. Liczby te wyjaśniają, że pierw-
sze głosowanie nie mogło wydać rezultatu,
i że w głosowaniu ściślejszem dccyzya za-
leżała wyłącznic od wyborców polskich.
Gdyby oni oddali swoje głosy kandydato-
wi centrum, ten zwyciężyłby niewątpliwie.
Wyborcy polscy jednakże wstrzymali się od
głosowania, a uczynili to w myśl postano-
wienia centralnego komitetu wyborczego.
Komitet ten ofiarował centrowcom przed
wyborem pszczyńskim kompromis, który
centrowcy odrzucili. Pomimo że komitet
polski wybrał na swego kandydata księdza
Pędziałka, więc liczył się z religijnymi
względami partyi katolickiej, centrum wy-
stawiło przeciw niemu innego księdza, ale
jakby rozmyślnie wyszukanego gwoli zra-
żenia Polaków. Kandydat centrowy, ks.
Stephan, to kameleon polityczny: to podaje
się za Polaka, to znów manifestuje się jako
szowinista pruski pierwszej wody. Na Ślą-
sku’ jako redaktor centrowej Gazety kato-
lickiej, gorliwie zwalcza ruch polski naro-
dowy. W tych warunkach obojętną jest
rzeczą dla sprawy polskiej, czy w sejmie
pruskim będzie zasiadał ks. Stephan, czy
p. Rzcsnitzek, a wyborcy polscy musich
zaznaczyć swoją samodzielność, i namacal-
nie przekonać centrum, że lekceważyć się
nie dadzą.
SJHJł
811
KSIĄŻKI 1 WYDAWNICTWA 1’GRS’ODYCZNG.
KSI4ŻKI POLSKIE.
Lekcje i ewangelie na wszystkie nie-
dziele i święta całego roku. Wydaw-
nictwo Biblioteki dzieł chrześcijańskich.
1904 r. Cena rb.1.60.—Z inieyatywy redak-
tora Biblioteki, ks. Z. Chełmickiego ks.
Antoni Szlagowski, profesor seminaryum
warszawskiego, z p. Józefem Kallenbachem
dokonali poprawienia t. zw. popularnie
„ewangeliczki*. Zmiany są znaczne. Uży
to pisowni i form gramatycznych współ-
czesnych, znaki pisarskie i wielkie litery
dano podług „Mszału Rzymskiego*, który
się trzyma porządku raczej logicznego niż
gramatycznego. W kilku miejscach popra-
wiono tłómaczenie ks. Wujka, w innych
zaś na nowo przywrócono. Zmieniono
zwroty i słowa, które nabrały znaczenia
drastycznego. Usunięto samowolne po-
prawki dawnego tłómaczenia, dokonane
Przez poprzednich; wydawców „ewange-
liczek.* W „Komunale* wskazano Msze,
z których wzięta jest ewangelia. Na nowe
święta wydano inne wyjątki podług nowo
Wydanych mszy. Zakończono dokładnym
spisem alfabetycznym. Komisya, wyznaczo-
na przez J. E. Arcypastcrza warszawskiego,
złożona z J. E. ks. Biskupa Ruszkiewicza
1 grona kanoników, sądziła o przyjęciu lub
odrzuceniu poprawek. Rzecz całą, jako do-
konaną z ogromnym nakładem pracy i zna-
jomością przedmiotu, należy uważać za wiel-
ce pożyteczną i najzupełniej udatną
Ks. Szkopowski.
Maryn Konopnicka. Poozye w nowym
"kładzie. V. Przekłady. Warszawa, nakład
Gebethnera i Wolffa; Kraków, G. Gebeth-
ner i Ska. 1904, w 12-ce, str. 276. Cena
rub. 1—Szósty tomik „Poezyi w nowym
"kładzie* dopełnia pierwszych pięciu, wy-
czerpując jednocześnie treść czterech seryi
•.Poezyi* w pierwotnym układzie. Mamy
t" więc wszystkie przekłady, zamieszczone
w tamtych tomach, a więc Roberta Hamer-
’,nga „Łabędzi śpiew romantyzmu*, liczne
Poezye Jarosława Vrclilickiego, Pawła Hey-
seg° „Dziecię wieszczek*, oddzielne utwory
Ludwiki Ackerman, Swinburn’a, Sully-Prud-
hommea, Platona Kosteckiego, Eugeniusza
Tupego (Jabłońskiego), Juliusza Wolffa,
^ominięto, oczywiście, przekłady utworów
większych rozmiarów, jak Attę Trolla i in-
ne dzieła Heinego, Cyrano de Bergcrac
Rostanda lub Hanusię Hauptmanna. Tak
w’ęc do Vll-go i dalszych tomów „Poezyi
w nowym układzie* pozostają Prometeusz
1 Syzyf Pan Balzer w Brazylii—który
°by już był jak najprędzej ukończony!—
1 liryki najpóźniejsze, jak Stolica i Dro-
biazgi z podróżnej teki. Micjmy nadzie-
lę. że tomiki te ukażą się niezadługo, g
Kazimierz Gliński. Borutn, powieść
z lat dawnych. Warszawa, nakład Gebeth-
nera i Wolffa; Kraków, G. Gebethner i S-ka.
904, w 8-ce, str. 555. Cena rub. 2. -Za-
chęcony powodzeniem pierwszych swoich
Powieści historycznych, p Gliński zwrócił
znowu po przedmiot do przeszłości
, dał tym razem powieść z wieku XVII,
stłślej mówiąc: z czasów rokoszu Zebrzy-
dowskiego. Mamy tu dzieje miłości ubo-
Elego szlachcica do córki magnata, miłości
Po wielu perypetyach uwieńczonej wreszcie
Pomyślnym skutkiem. Nie szukajmy tu
n^Iegłego obrazu tła historycznego, nie szu-
njmy wielkich wypadków dziejowych, o
rych zaledwie się wspomina, ani też wier- ]
°sciw odtworzeniu obyczajów i życia ów-
esnego. „Boruta* jest gawędą zręcznie
^Powiedzianą, a czyta się z dużem zacieka-
niem, które nie osłabnie aż do ostatniej
należy, że akcyę urozma-
postać tytułowa podanio-
stronicy. Dodać
ica fantastyczna
wego dyabła Boruty, który pod piórem
p. Glińskiego dziwnie się uszlachetnił i spo-
tężniał: Boruta to wcielenie pierwiastka
prywaty, cynizmu, przeniewierstwa, warchol-
! stwa, słowem tego wszystkiego, co było
! najgorsze w obyczajowości i ustroju spo-
. łecznym Rplitej. Powieść niniejsza należy
do lekkiej lektury, która może być czytana
z przyjemnością, a nawet pewnym pożytkiem,
przez liczne koła czytelników, g
Pniiliiin Sziimlańskn: 555 rad i do-
świadczeń gospodarskich.Warszawa. Skład
główny w księgarni Gebethnera i Wolffa.
1905. Str. 83, cena 45 kop Książeczka
ta zawiera szereg alfabetycznie ułożonych,
praktycznych wskazówek, pożytecznych dla
każdego gospodarstwa domowego, o
Sofokles: Antygona. Przekład K. Mo-
rawskiego (Wydawnictwo M. Arcta: „Książ-
ki dla wszystkich*). Cena kop. 15. Nowy
ten przekład odznacza się harmonijnym
i melodyjnym wierszem białym i
sza pod względem doskonałości
nej poprzednie tłómaczenia
PRASA POLSKA.
Ogniwo: „Ćwicz serce!*, przez Ludwika
Krzywickiego; „Reporter domesticus* (pró-
ba charakterystyki psychologicznej), przez
L. Belmonta;—Prawda: „Klucz Wschodu*,
przez W. Sieroszewskiego. — Wędrowiec:
„Rozdźwięki*, przez C. W.—Gazeta Rolni-
cza: „Ochrona sadów i ogrodów warzyw-
nych*, przez J. D. K.—Przyroda: „Przez
progi Dnieprowe", przez Antoniego Suj-
kowskiego; w temże piśmie: „Mamidła czyli
miraże* przez Stanisława Krarnsztyka. —
Kttryer Teatralny: „Kilka słów o kry-
tyce*, przez Juliusza Wettheima.—Przegląd
pedagogiczny: „Słówko o pewnej sprawie
szkolnej* (o wyższem wykształceniu kobiet),
przez Estewę; w temże piśmie: dobry arty-
kuł informacyjny o „Muzeum pcdagogicz-
nem w Paryżu*, przez R. W.—Przegląd
Bankowy rozpoczął druk większej pracy
p. C. Łagiewskicgo p t. Bankierstwo w
Polsce.*—Gazeta Sądowa: „Koło obrony
nieletnich podsądnych*, przez Mikołaja Ko-
renfelda; w temże piśmie: „Herman Staub*
(wspomnienie pozgonne), przez S. Posnera.
-—Przegląd górniczo-hutniczy: „Przemysł
górniczo hutniczy w Galicyi w r. 1903“,
przez Zdzisława Kamińskiego.—Czytelnia
dla wszystkich: „Drogowskazy na wsiach*,
przez S. D.—Tygodnik Polski: „Bitwy
pod Chocimem*.— Gazeta Polska do trzech
dotychczasowych premiów, ofiarowywanych
swym abonentom („Opis ziem zamieszka-
łych przez Polaków," „Historya sztuki*
oraz znaczna zniżka na Bibliotece dzieł
wyborowych} dodaje obecnie „Encyklopedyę
staropolską* Z. Glogera, z ustępstwem
trzech rubli od ceny księgarskiej i na roz-
płaty dowolne; w temże piśmie: artykuł
„Wysiłki germanizacyjne*, przez Cz.—Ga-
zeta Handlowa: „Kultura dworków wiej-
skich*, przez Boi. Gor.—Wiek: „Obyczaje
się psują!*, przez ks. Szkopowskiego.—
Kttryer Warszawski: „Pamiętnik Zako-
piański", przez Władysława Rabskiego.—
Kuryer Codzienny: „Zaniedbanie* przez
F. Rudnicką.
FKANCYA.
* Fabuła ostatniego romansu braci Rośny
p. L La Lttciole ma silne zabarwienie melo-
dramatyczne. Malarz paryski Jan Savigny
zakochał się nad jeziorem Lugano w pięk-
nej Desolinie Preda, żonie kontrabandzisty.
Mąż, Giovanni, kupił ją niegdyś za kilkaset
przewyż-
artystycz-
franków, więc też traktuje małżonkę jak nie-
wolnicę. Savigny maluje portret Dcsoliny,
pod okiem wuja jej męża, A. Palmierego.
Losem zakochanych zainteresował się Gen-
naro, „dziarski* chłopiec z nad jeziora: za-
bija on Giovanniego i ułatwia miłosnej pa-
। rze ucieczkę do Paryża. Dzika Desolina
upaja się pięknem i rozkoszami życia pary-
skiego. Nagle staje przed nią pełen po-
święcenia Gennaro i ostrzega, że wuj Pal-
mieri przyjechał do Paryża i szuka zemsty.
Savigny żeni się z Desoliną. Pewnego
pięknego poranku dowiaduje się, że szczęś-
cie swe zawdzięcza dwom morderstwom:
Gennaro zabił Predę, zepchnął zaś do Se-
kwany starego Palmierego. Młoda para
ucieka przed wyrzutami sumienia do Algie-
ru. „Jan—mówią w zakończeniu autorowie—
poświęcił swe potomstwo ziemi pełnej so-
ków żywotnych, poświęcił je dzikiej i głę-
bokiej Afryce, gdzie się tworzy wielka cy-
wilizacya przyszłości.* Frazes ten nie po-
głębia, oczywiście, wartości bajki.
* O Ameryce północnej napisał bar-
dzo poważną pracę Piotr Leroy-Beaulieu. Ty
tuł jej: Les Etats-Unis au XX silcie11 (wy-
dawca A. Colin). Autor zastanawia się głę-
boko nad sprawą murzynów, zwłaszcza po-
łudniowych. Jest ich obecnie około dzie-
więciu milionów; zmuszeni do życia odręb-
nego, wracają do barbarzyństwa. W rolnic-
twie uderzyła autora przewaga drobnej
własności oraz nizkie koszty uprawy ziemi;
zawdzięczają to Amerykanie świetnej orga-
nizacyi pracy, wielkiej liczbie zwierząt do-
mowych i doskonałym narzędziom.—Pod
względem rozwoju przemysłu Ameryka wy-
przedza wszystkie inne kraje; to też stro-
nice książki Leroy-Beaulieu, omawiające ten '
nadzwyczajny
jące.
* W roku
Francyi 9,674
historyę i życiorysy 1,291; medycynę 1,226;
książki szkolne i wychowawcze 1,218; róż-
ne utwory literackie 1,757 (w tern po-
wieści i romanse 591); książki religijne 788.
* Nowe książki. M. Macterlinck „Le
double jardin." Gabriel Giroud „Popula-
tion et subsistances* (wyd. Schleicher). J. No-
vikow „La possibilite du bonheur* (wyd.
Girard et Briere). G. Richard „Manuel de
Morale et notions de Socjologie*. E. Four-
niere „Les theories socialistes au XIX sićcle
de Babeuf a Proudhon.* M. Pottecher „La
passion de Jeanne d’Arc“ (dramat lu-
dowy w 5 aktach).
* Czasopisma. La France de demain:
„Wojna rosyjsko-japońska*, przez Ardouin-
Dumazeta; tamże: „Ankieta angielska o ame-
rykańskich metodach wychowawczych.*—
La Remie de Parts: „Le serpent noir,*
romans Pawła Adama; „Uniwersytety mu-
zułmańskie w Egipcie*, przez P. Arminjo-
na.—Retme musicale: numer październiko-
wy poświęcony w całości Mcyerbeerowi.—
Rewie lTiilosopique: A. Godfernaux: O pa-
ralcliźmie psycho-fizycznym i jego następ-
stwach*; Dr Jankelevitch „O naturze uczu-
cia miłosnego*; L. Dugas „Psychologia
egzaminów*. Mercure de France: Remy
de Gourmont: „Źródła idealizmu*; M. Reja
„H. G. Wells i cudowność naukowa*; K. Mo-
rice „Fantin-I.atour*; M. A. Leblond „Ma-
larze ziemi belgijskiej*; L. Belugou „Wła-
dze wyobraźni u dzieci*.
NIEMCY.
* Nakładem firmy J. Otto w Pradze wy-
szła książka B. Bogatyna p. t.: Polnische Er-
zdhler (Polscy opowiadacze). Jest to
antologia współczesnych polskich noweli-
rozwój,
zeszłym
książki.
są bardzo poucza-
wydrukowano we
Z tego wypada na:
stów, poprzedzona bardzo powierzchownym,
słabo napisanym wstępem. P. Bogatyn
snadź nieszczególnie zna piśmiennictwo
polskie, dokonał bowiem wyboru niezbyt
szczęśliwego. Z Michała Bałuckiego za-
czerpnął aż cztery opowiadania („Biblio-
man,“ „Naturalizm na scenie,* „Skąpiec*
i „W starym domu*). Następnie dał:
„Świadka* B. Czernedy, „Ostatnie spotka-
nie* i „Inseparables* M. Cawalewicza,
„Kaftan* W. Gomulickiego, „Kwiaty nie-
wierności* i „Znasz li ten kraj?* Hajoty,
„Po drodze* Klemensa Junoszy, „Wesele*
i „Coś męskiego* Orzeszkowej, „Nieprzy-
jaciel* Ostoi, „Ocalenie* i „W głębiach*
W. St. Reymonta, „Noc* i „Bocznemi
drzwiami* Rodziewiczówny, pięć nowel
Sienkiewicza z „Jankiem muzykantem (oczy-
wiście!) na czele, „W ofierze bogom* W
Sieroszewskiego, „Przebrzmiałe tony* B.
Prusa i „W drodze* Żeromskiego. Prze-
kład dosyć luźny, daleki od oryginałów.
* Wydawnictwo niemieckie Ans fremden
Zungen zamieszcza dłuższy artykuł o Sien-
kiewiczu, w którym autor zajmuje się, mię-
dzy innemi, sposobem pracy naszego pi-
sarza.
Nowe książki. I. Hirn: Der Ursprwtg
der Kunst', A. Perfall: Miinchttcr Kittdeln
(romans); L. Lbwenstein: Geschichtc der
Judetr, Otto Bierbaum: Die uernante
Prinzcss-, A. Bartels: Gesamwelte Dich-
tungeir, K. Frankhauser: Prinsipicn der
Asthetilr, R. Richter: Der Skeptizismus in
der Philosophie-, M. Walleser: Die Intddhi-
stische Philosophie.
WŁOCHY.
* Ugo Ojetti, znany krytyk i powieścio-
pisarz, ogłosił tom nowel pod tytułem II
Ccwallo di Troja (Koń trojański). Autor
ulega wyraźnemu wpływowi Maupassanta
i M. Prevosta. Jest wogóle zajmującym
i dowcipnie cynicznym. Żałować należy,
że Ojetti zbyt goni za efektem, a więc za
powodzeniem u czytelnika.
* Giovanni Pascoli, jeden z najwybitniej-
szych współczesnych poetów włoskich ogło-
sił przed kilku dniami nowy tom poezyi
p. t. I poemi conviviali. Najpiękniejsze
w tym zbiorze utwory osnute są na tle ży-
cia starożytnego. Pascoli, wykształcony głę-
boko na wzorach klasycznych, napisał już
cały szereg poematów łacińskich. Poeta,
(urodzony w roku 1855), dość późno, gdyż
dopiero w roku 1892, wydał pierwsze swe
dzieło „Myricae.* Z lat młodzieńczych ma
tragiczne wspomnienia: ojciec jego został
zamordowany, gdy wracał pewnego wieczo-
ru do domu; matka zaś z rozpaczy umarła
wkrótce potem. Echo tego mordu brzmi
często w poezyach Pascolego. Jako arty-
sta, głęboko uczuciowy i wrażliwy, Pascoli
opiewa najchętniej ciche, łagodne czary na-
tury. Te smutne, niezmiernie delikatne
idyle wsławiły imię poety tyleż, co jego
świetne poematy klasyczne.
Nowe książki. Storia e rivelazioni
std couclave del 1903 przez G. Bertheleta;
G. Francesconi II Fascino (zbiór nowel,
pisaanych w tonie monotonnego sensualiz-
mu); A. Chiapelli La rosa mi sit ca del „Pa-
radiso* di Dante'1 studyum estetyczne
o XXXI pieśni „Raju* z Boskiej komedyi);
księgarnia B. Seebera poczęła wydawać we
Florencyi nową bibliotekę filozoficzną pod
ogólnym tytułem „Scienza dell’ Anima*; prof.
Rosolino Colella ogłosił pracę p. t. Ncruo-
sismo e Cinilth.
812
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 42
OD REDAKCYI.
NADESŁANE.
Każdy prenumerator „Tygodnika
illustrowanego" w r. 1904 otrzyma
bez żadnej dopłaty
PRACOWNIA
wyrobów złotych i z brylantami
J. RUSZCZYŃSKIEGO
Wystawa Powszechna 1900 r.
Chluba rodzica.
— A twój syn co robi?
— Jest kelnerem, jak ja. I pomyśl
sobie, ma chłopak talent, już puścił między
ludzi 12... fałszywych franków.
Echos par d‘Aurian.
Potop *1/) tomów powieści
^ołody'lć SIENKIEWICZA
(co miesiąc tom)
tumów
oraz I V
14. DZIEŁ POPULARNYCH
(co miesiąc tom)
czyli ogółem (co miesiąc 2 tomy)
TOMY ROCZNIE
Biblioteki powieści
i dzieł popularnych
NADTO
KOLOROWE PREMIUM
ARTYSTYCZNE
z dniem 15 września r. b. przeniesioną
została na ulicę SENATORSKĄ Nr 22.
X X JX:X. XAsUX X X \
Tchórze.
Narzeczony: — Nie mam odwagi powie-
dzieć twojemu ojcu, ile mam długów.
Narzeczona: — Mój ojciec również nie
ma odwagi powiedzieć ci, że ma także
długi. Dorjbarbier.
x jx*x„x ”xsxix xw&x a
— znakomita sucha i słonecz-
lUlLDllM na stacya górska jesienno-zi-
IVlLnHll "10WaHZ',LpAA STEFANIA
D-ra BINDERA, pierwszo-
rzędny zakład dyetetyczno-wodoleczniczy,
z wielkim komfortem urządzony. Kuracye
tuczące, wodo-, elektro- i fizykolecznicze, ja-
ko też winogradowe i terenowe.
Medal złoty w Paryżu
PUDER WENUS
nieszkodliwy, subtelny, hygieniczny, po-
leca Laborat. Górskiego, Leszno 4,
| Aebetfaner i Wolffw— |
| jf fortepiany, |
j Pianina, Organy |
Krakowskie-Przedm. 17.
Uświadomiony.
— Czy wiecie dlaczego właściwie wy-
buchnął strejk?
—• Nic, nie wiem nic—niech pan pójdzie
się spytać do... komitetu strajkowego
L'illuslration—llenriot.
EGZYSTUJE OD 1874 ROKU
ZEGARMISTRZ
oraz przy Każdym numerze, nie zawierają-
cym dodatku książkowego,
ARKUSZ POWIEŚCI
TŁÓMACZONEJ.
Na oprawę 12-tu tomów Pism Sienkiewi-
cza w roku bieżącym dołączać należy rb. 2;
oprawa 6 tomów kosztuje rub. 1, oprawa 3
tomów 50 kop. Ozdobna oprawa 12 tomów
dziel popularnych wynosi także rb. 2, opra-
wa 6 tomów rub. 1, oprawa 3 tomów 50 k.
Oprawa wszystkich 24 bezpłat-
nych dodatków wynosi rb. 4, opła-
cane rocznie, półrocznie lub kwar-
talnie.
W IV ym kwartale r. b. otrzyma-
ją pienumeratorowie „Tygodnika il-
lustrowanego" w 6-ciu dodatkach
bezpłatnych:
„Historyę ruchu
kobiecego"
w opracowaniu J. Okszy, jeden tom.
„Życie artystyczne
ludzkości"
Alfonsa Roux (z illustracyami)
w przekładzie J. Lorentowicza, jeden tom.
„Pan Wołodyjowski"
Sienkiewicza, 4 tomy.
Nadto premium kolorowe
TEODORA AXENTOW1CZA p. t.
„Zaczytana/1
będzie rozesłane w ciągu listopada
r. b. wszystkim prenumeratorom.
LEKARZ DENTYSTA
A. ZAWADZKI
Marszałkowska 10S, róg Chmielnej.
Słynna ze swych własności anty-
septycznych i aromatycznych.
Do nabycia wszędzie.
Zarząd Filharmonii Warszawskiej ogłasza abonament na 10 wieczorów filharnionij-
nyeh, które w sezonie 1904/5 dawane będą co drugą środę w porządku następującym:
i środa g listopada 1904. Soliści: skrzypek Jarosław Kocjan i śpiewak H. (andolli.
2 środa 24 listopada 1904. Soliści: śpiewaczka Lilia Artót Pudilla, pianista Alfred
Griiufeld.
4 środa 7 grudnia 1904. Soliści: Aleksander Mysziiga, prof. Aleks. Wierzbiłowicz
(wiolon.), prof. M. Sarzyński (organy).
4 środa 4 stycznia 1904. Soliści: Marya Langie (śpiew), prof Henryk Martean (skrzypce),
y środa 18 stycznia. Soliści Paweł Kleezkonski (śpiew), prof. Alek. Michałowski
(fortep), Tivadar Nachez (skrzypce).
6 środa t lutego. Soliści Katarzyna Jnczynowska (fortepian), Arigo Serato (skrzypce).
7 środa 14 lutego. „Bergliot" melodram. Griega, soliści: Guiliermina Suggia (wioloncze-
la), Gustaw Wright (organy), Irena Solska (deklamacya melodramu).
8 środa 1 marca. „Tak rzekł Zaratustra" R. Straussa, soliści: Klotylda Kleeberg (fortep.),
Jul. Klengel (wiolonczela).
9 środa 14 marca, soliści: Emma Raabe-Biirg (śpiew), Paweł Kochański (skrzypce).
10 środa 29 marca, soliści: Adryanna Kraiis-Osboruc, dr. Feliks Kraus (śpiew), prof.
A. de Greef (fortepian).
u środa y kwzelnia. Soliści: Gustaw Bordo (śpiew), Alfred Keisenaiier (fortepian).
12 wieczór (piątek) 14 kwietnia. Stabat Muter Rossiniego z orkiestrą, z chórami Fil-
harmonii, Lirą, chórami konserwatoryum i czworgiem
solistów włoskich.
Bilety w abonamencie o 10% tańsze. Ceny miejsca na wszystkie 12 koncertów od
4 rub. 80 kop. do rub. 19 kop. 35.
-•.•.♦•♦♦♦•♦O. _
PASTILLES
DE
Owoc przeczyszczający
PRZECIW
GRILLOM
We wszystkich składach
OBSTRUKCYI
aptecznych i aptekach.
TOWARZYSTWO UDOSKONALONEI PERFUMERYI
A.RALLET&C? Dostawcy Dw.
===== WARSZAWA, ULICA WIERZBOWA Nr. 7
IR! MARSZAŁKOWSKA [5I
Tclclon 2S9K
Chronometry i zegarki precyzyjne. Duży
wybór słynnej fabryki genewskiej (złotych
i srebrnych)
Patek, Philippe & C. w Gene-
wie i Ch. E. Tissot w Loele
Repetyery kieszonkowe, chronometry
doktorskie; kiesa inkowe budziki bardzo
praktyczne i trwałe, srebrne i stalowe Ze-
gary stołowe, gabinetowe, ścienne budzi-
ki etc. Łańcuchy i dewizki męskie
i damskie, złote, srebrne etc.
Wybór ogromny, Ceny umiarkowane,
Gwaraneya poważna.
Modnie.
Om Pani! serce pani wolne?
Ona: — Nie—ale wolna moja ręka.
Dorjbai bici
Jan Wdziękoński dentysta
powrócił NOWOGRODZKA 3, miesz. 1.
I to zaleta.
— Znakomity wynalazek automobil.
— O tak! Dzięki memu można zmie-
niać widoki tak szybko, jak... przyjaciół-
Journal anuisaiit.
POLECA: PERFUMY, MYDŁA, WODY KOLOŃSKIE
„WRZOS”
Do nabycia
w Perlumcryacli
i Składach Apt-
Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF
Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów
Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF
Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych,nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się.
jjo3BOJieuo JJensyporo, Papinami, 24 CcuiaópJi 1904 ro/i,a.
Tom 10 Biblioteki popularnej, zawierający dzieło: „Historya ruchu kobiecego", dołącza się do niniejszego numeru.
•NŚ43
Ogólnego zbioru Nr 2,346
22 (9) października 1904 roku
Tygodnik Ilustrowana
POWRÓT Z POLA BITWY
SHERIDON KNOWLES
HONOR I ETYKA ZIELONEGO STOŁU.
Pojęcie: dług honorowy, stosowane spe-
cyalnic i jedynie nawet do długów, za-
lęgniętych podczas gry w karty, wydaje mi
s*S czemś bardzo nielogicznem, niepełneni
1 oparłem na pomyłce dziwnego nabożeństwa,
niestety powszechnie przyjętej i utartej.
Honor, zaszczyt, to poczucie delikatne,
czułe, stosuje się do spraw natury niemate-
ryahiej. Stoi obok i poza etycznem, moralnem
Pojmowaniem życia. Naprzykład, człowiek uczci-
wy i prawy, moralny, jeszcze tern samem nie
staje się człowiekiem honorowym, chociaż, od-
wrotnie, nic może być człowiekiem honoro-
wym człowiek nieuczciwy, nieprawy.
Honor to piękno gestu, to wyniosłe po-
czucie godności ludzkiej, godności człowieka po-
nad godnością jego stanu, klasy lub zawodu, to
pojęcie bezinteresowne, niemal nieuzasadnio-
ne, nie opierające się na dowodach lub spraw-
dzaniach: ponieważ źródłem honoru jest rozu-
miejące się samo przez, odruchowe jego po-
czucie i wrodzone uczucie.
Kupiec, jako kupiec, nie może być w czyn-
nościach swoich honorowy lub niehonoro-
wy: jest uczciwy lub nieuczciwy, pew-
ny (solidny) lub niepewny, wypłacalny lub
niewypłacalny. I zawsze, gdzie w grę wcho-
dzi interes, zysk, zobowiązanie, umowa, opie-
rające się na wymienności, nic może być
mowy o honorze, który otacza blaskiem swym
czynności dobrowolne, wychodzące poza obo-
wiązek lub zawód, ponad materyalny interes
egoistyczny.
A zatem dług nie może być nigdy ho-
norowy ani niehonorowy — dług pieniężny.
Rzecz inna oczywiście, z długami lub zobo-
wiązaniami natury niemateryalnej, nie objęte-
mi ustawą, nie bronionemi przez kodeks cy-
wilny, a określonemi mniej lub więcej dokład-
nie przez prawa obyczajowe—oddanemi z zau-
faniem pod pieczę osobistego poczucia hono-
ru umysłów szlachetnych.
814
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 43
I tak, niehonorową rzeczą jest wyzyski-
wanie (choćby uprawnione ustawą) położenia
istoty słabszej; natomiast honorową sprawą
jest wywiązanie się piękne i delikatne z umo-
wy milczącej, która rozumie się sama przez
się. Do tego rodzaju spraw, oddanych w opie-
kę honorowi, t. zw. honorowi mężczyzny, na-
leży wszelki stosunek do kobiet na tle ero-
tycznem.
Niehonorowem jest tchórzostwo, honoro-
wą odwaga; honorową jest umiejętność do-
chowania tajemnicy, niehonorowemi plotkar-
stwo, oszczerstwo lub meskinerya. Źle spra-
wowana opieka nad małoletnimi jest czynem
niehonorowym, a nadto jeszcze nieuczciwym
i niemoralnym.
Dług pieniężny—staje się honorowym
długiem wtedy tylko, gdy jego wypłacenie za-
ręcza się jedynie prostem słowem; lecz—jest
to nadużycie honoru do posług materyalnych,
złe, jak wszelkie nadużycie, którego należy
unikać. Nie wolno zastawiać swojego hono-
ru, chyba tylko w sprawach honorowych; uży-
cie go do spraw pieniężnych jest pomyłką oby-
czajową, o której wspomniałem u wstępu.
Dłużnik, nie spłacający długu w oznaczo-
nym terminie, nie staje się przez to niehono-
rowym, lecz tylko chwilowo lub stale niewy-
płacalnym.
Niewypłacalność, we wszelkiego rodzaju
długach, nie zawsze wypływa z nieuczciwości,
a już nigdy z niehonorowości. I oto anoma-
lia: dług karciany, niewiadomo dlaczego, uczy-
niono długiem honorowym, szyllokowską ce-
ną funta mięsa żywego.
Dlaczego nieszczęśliwy gracz staje się
człowiekiem niehonorowym, gdy nie może
w przeciągu doby zapłacić przegranej, dlacze-
go w następstwie powinien odebrać sobie ży-
cie— pozostanie dla ludzi logicznie myślących
maniackim kaprysem kodeksu honorowego.
Mogłoby nie być tak, gdyby gra w kar-
ty uważana była (w pewnych razach), z gó-
ry, jako pojedynek o najostrzejszych wa-
runkach, rozgrywający się na zielonem polu,
jak pojedynek amerykański, gdzie w grę ha-
zardu rzuca się dwie głowy, i los rozstrzyga,
która ma paść. Ale pocóż w takim razie du-
katy? Po co to ciche wycie psów chciwości?
ten blady niepokój bandytów, czyhających na
niebezpieczny i niepewny łup? Co ma wspól-
nego z jakiemkolwiek pojęciem honoru żądza
zysku o małym zachodzie? żądza ograbienia
przeciwnika—przecież nie zżycia, bo to tylko
nadprogramowe następstwa fatalnej gry—lecz
z jego mienia? Gdzież jest ten element za-
szczytny, szlachetny, bezinteresowny, dla ge-
stu niemateryalnego, dla honoru? Czy też przy-
padkiem ten honor zielonego stołu nie jest
okrutnie śmieszną pułapką cynicznego lichwia-
rza, którego bierze biała wściekłość na widok
niezyskanych sum —a więc żąda funta mięsa
ludzkiego: głowy lub honoru?!
Trojaką jest psychologia gracza i gry
w karty: zabawa, przemysł lub pojedynek na
majątki.
Gra w karty jest zabawą, sportem wtedy
tylko, gdy nie idzie o pieniądz. 1 wtedy tyl-
ko jest grą honorową, i w takiej tylko grze
podstępne, niedozwolone podsunięcie kart zna-
czonych, albo dobranych potajemnie, jest czy-
nem niehonorowym. Chodzi o to, kto ma
większe szczęście, lub kto w grze niehazardo-
wej okaże większą inteligencyę kombinowania.
Oszukiwać dla zdobycia zaszczytu (przy-
jemności) wygranej jest rzeczą niehonorową i fa-
talnie świadczy o charakterze gracza.
Ale niestety, takie drobne oszustwo
(wszak tu nikt nic nie traci materyalnie!) ośmie-
sza tylko i gniewa na kilka godzin, czasem
sprzeczkę wywoła i wymianę słów ironicz-
nych. To bardzo źle świadczy o naturze
ludzi grających i o ich pojęciu honoru;
a szkoda, gdyż ostre i stanowcze traktowanie
przewinień w takiej zabaicie nadałoby jej więk-
sze znaczenie (choćby tylko negatywne) i mog-
łoby może zastąpić tę nieczystą, nizką na-
miętność wygrywania pieniędzy. Ale praw-
da—któżby oszukiwał, gdyby z tego nie miał
mieć żadnego zysku? Cóż to zresztą za gra,
w której nie można nic stracić, nic zyskać,
prócz zielonego honoru?
Takie pojęcie gry-zabawy jest płaskie,
nizkie, nieczyste i trywialne—czyżby dlatego
było powszechne?
Pieniądz jest czasem złem koniecznem,
zazwyczaj upokarzającym tyranem; charakter
szlachetny brzydzi się zyskiem: cóż powiedzieć
o zysku, ciągniętym z zabawy? Jak to nazy-
wa się ten rodzaj kobiet, które z zabawy zysk
ciągną? ze smutnej zabawy smutnych wesoł-
ków?
Przejdźmy obok ich honoru...
A oto drugi rodzaj gry, uprawianej sys-
tematycznie, zabronionej przez ustawę, oto-
czonej publiczną tajemnicą, często praktyko-
wanej zawodowo. To gra hazardowa, to rze-
miosło, przemysł, praca pasyi, to — heroiczna
walka giełdziarzy.
Tamten wygrywa; co gorsza—ja przegry-
wam... Kto wie, skąd mu idzie ta karta? Ach,
oczywiście: nikczemność, fałszerstwo, truci
Pfuj! A więc—sąd honorowy, najpoważniejszy,
obywatelski, szlachecki.
Truć giełdowicza plami honor giełdowi-
cza; giełda to pałac zbudowany na honorze
giełdowych graczów—niechaj starsi sądzą, czy
honorowi zielonej giełdy stało się zadość!
Dla ludzi logicznie myślących oszustwo
w grze o pieniądze na giełdzie, czy u zielone-
go stolika, jest najbanalniejszem, najtrywial-
niejszem oszustwem. Nie nadaje się przed sąd
honorowy, lecz przed sąd kryminalny; i ten
wydaje wyrok, który raz na zawsze zabija pra-
wość, a w swojem następstwie honor jedne-
go z dwóch — oszusta lub oszczercy. Jeżeli
wogóle można mówić o honorze w grze gieł-
dziarskiej, która z honorem nie ma nic wspól-
nego-jej podwaliną jest nieszlachetny dyzho-
nor, żądza zysku ze sprzyjającego hazardu,
z przypadku.
Z okazyi, z przypadku ciągnie korzyść
handlarz tandety i licytant zakładów zastaw-
niczych. Ci są, którzy korzystają z losu. Cóż
chcecie? Logika zestawień, filozofia analogii,
to w tym razie nieprzebłagany instrument.
Dla tych, którzy nie mają odwagi wziąć go
w ręce, pozostaje gest strusia. To bardzo od-
ważny i mądry ptak.
Nie chciałbym być zrozumianym fałszy-
wie: nie potępiam, nie wyzywam, lecz na-
zywam.
A trzeci rodzaj gry—to dziwny, jak zmo-
ra zmęczonego mózgu, bezlitośny pojedynek...
na majątki!
Dziwny pojedynek; szary, banalny, wy-
blakły a beznadziejny. Zastąpił turnieje, za-
stąpił wyścig: „Panowie jadą!“—zastąpił nawet
rozprawę wrogów, którym świat pewnego ran-
ka okazał się za ciasnym—dla dwóch!
Nie wrogowie, nie rywale, lecz najlepiej
(chciejmy wierzyć, iż najlepiej...) dobrani zna-
jomi, przyjaciele — zasiedli do walki rycerze
zielonego stołu. Starli się raz i drugi, dzie-
siąty... karta igra z nimi... płoną — a nagle
zbledli i spojrzeli po sobie, zimno, z zacięto-
ścią, tępo. Ten, który pierwszy wstanie od
stołu, odejdzie chwiejny, i może już nigdy
nie zasiądzie do walki o swoje mienie i ży-
cie... Cóż innego mu pozostało?... Wszak jest
człowiekiem—honoru!
Ot, ten młody człowiek, w ciągu siedmiu
godzin przestał być panem pięknego klucza,
potem posag żony... Wstał: nie gra już dzi-
siaj, odegra się jutro. W tej chwili zobaczył
lekki uśmiech tryumfatora. Wtedy ściął wargi,
ujął pod ramię stojącego obok gospodarza:
„Mój drogi, daj mi 100 dukatów!"
Gdy siadł powtórnie, karta odrazu zwró-
ciła się ku niemu. Wtedy oszalał! I na ten
to moment czekał jego partner. Bo kiedy kar-
ta powróciła do przeciwnika, nie umiał już
wstać po raz drugi! Głuchy i ślepy—on mu-
si odegrać się, lub... Rozpoczęła się gra ba-
jecznie zajmująca, o honor lub życie. Na
trzecie miejsca zabrakło. Była 11 rano, gdy
tamten rzekł:
— No, odpoczniemy trochę, co? Jestem
fatalnie zmęczony. Do wieczora, mój drogi,
nie prawdaż?
Tak, wieczorem. I któżby wątpił, że nim
wieczór zapadnie, zwróci dług... dziwnie ho-
norowy!
We trzy lata później dwóch młodych męż-
czyzn zatrzymało się na chwilę przed stołem
„koników" w nieznanej, cichej plaży St. Lu-
naire.
— Jakież to ordynarne, jarmarczne! —
rzekł jeden.
— Przypatrz się temu krupierowi... Po-
znajesz?
Zapytany spojrzał, szybko odwrócił gło-
wę do towarzysza i rzekł twardo:
Nie poznaję! Nie rozumiem cię! A ty
znasz?...
— Nie znam. Chodźmy, bo się spóź-
nimy.
To był jego stryjeczny brat. Ten sam.
Przed trzema laty... nie umiał sobie strzelić
w łeb!
Wszystko jest piękne, co jest wielkie,
trudne, niezwykłe, niebezpieczne, szlachetne
w geście. Piękną jest odwaga, wyzwanie lo-
su, piękny jest hazard rycerski. Ale hazard
zielonego stołu i jego rycerzy zbrukał pie-
niądz, ta nizka żądza i gra na instynkcie naj-
trywialniejszym.
Dlatego przegrywający życie lub honor
i brzydota jego tragedyi nie budzi nic ponad
odrazę. W takiej śmierci jest coś upokarza-
jąco nieczystego: zgrał się w karty i strzelił
sobie w łeb! Spojrzyjcie na twarz mówiące-
go te słowa: zawsze znajdziecie na ustach wy-
raz niesmaku. Jest to jedyny rodzaj śmierci,
który budzi bezlitosną obojętność.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 43
815
Niema na świecie rzeczy bardziej de-
prawującej, niż taka gra, i to dlatego, iż bez-
potrzebnie, nieprawnie i nielogicznie wmiesza-
no w nią pojęcie honoru. Instynkt godności
ludzkiej wzdryga się na myśl o tern zlepieniu
zwyrodniałem uczucia wyniosłego i płaskiej
żądzy. Łowca łupu, bandyta z zawodu czy
amatorstwa, nie ma nigdy żadnego honoru.
Dawny rycerz-rozbójnik, lub dzisiejszy kapi-
tan piratów, może mieć honor swój; jego dzie-
ło jest sprawą przemocy, gwałtu i własnego
niebezpieczeństwa, wymaga siły i zuchwal-
stwa, brawury i walki — zysk stoi tutaj na
ostatniem miejscu. Inaczej w grze w karty,
tern starciu szarem, o dekoracyi banalnej, po-
spolitej: tutaj zysk jest motywem i celem, źró-
dłem i wynikiem.
Kto do takiej zasiądzie zabawy^ niechaj
pierwej odłoży na bok swój honor i zachowa
go dla spraw innych. Tutaj zawsze traci ten,
kto zyskuje. J.-A. KISIELEWSKI.
MARYA KONOPNICKA.
„ad astra.
Przybywa nam książka niezwykła. *)
Nie dlatego niezwykła, że obok jasnego
mienia autorki widzimy na niej drugie jeszcze
mię, imię nieznanego współtwórcy, ale dlate-
go, że przychodzi do nas z takich wyżyn
myśli i uczucia, z jakich rzadkie tylko książki
są rodem.
Książki bowiem chętnie trzymają się
przeciętności życia. Jego codziennych zabie-
gów, jego współczesnych upodobań, jego do-
raźnych celów, jego powszedniej etyki, jego
najbliższych i najogólniej uczuwanych potrzeb,
co wszystko razem wzięte tworzy tak zwaną
praktyczność książki.
O praktyczności książki nie stanowi treść.
Stanowi o niej skala ducha, poziom ducha
książki. Najzawilszy, najsymboliczniejszy i naj-
bardziej wykrzyknikowy poemat równie prak-
tycznym być może, jak podręcznik tej lub
owej umiejętności, jeśli, jak on, w punkt za-
stosowań i popytu chwili utrafia.
Może tak i powinno być. Może tak na-
wet być musi. Może książka, od czasu,
gdy stała się potrzebą mas, musi do kroku
mas tych stosować krok własny, aby nie uro-
nić nic z wpływu swego na nie.
Prawda, idzie książka przed masami
zwykle. Trzyma się przed niemi, prowadzi je,
Wyprzedza. O krok, o dwa, o dziesięć, o pół
kroku nawet, ale—wyprzedza.
Nie opuszcza przecież drogi, którą prą
się masy. Owszem, sama parciu ich w bardzo
znacznym stopniu ulega. Jest jak gdyby naj-
dalej wysuniętą czatą armii, walącej gościń-
cem czasu. Czatą, która sama z armii wyszła
’ w każdej chwili w armię wsiąknąć może.
Duch jej bowiem elementarny, silnie
1 przyczynowo z duchem mas związany, nie
sprzeciwia się zgoła ani takiemu wyjściu, ani
takiemu wsiąknięciu. Z równą tedy łatwością
wypromieniowany, jak i wchłonięty być może.
Idą tak książki i masy idą, blizkie jedne
drugim wzajemnym wpływem i oddziaływa-
łem; idą w ścisłej, każdorazowo dowieść się
dającej zależności.
Idą albo tam, gdzie już jest gościniec,
bity przed wiekami i przez wieki, jak owe
Wielkie cezarowe drogi, po dziś dzień ludom
z Pod rumowisk widne; albo tam, gdzie łoży-
sko gościńca takiego łatwo daje się samem
Parciem mas wyżłobić.
Idą ku dobru, którego pojęcie i pożąda-
już tkwi w masach i już im kierunek na-
*) Id -astra. Dwugłos Elizy Orzeszkowej
’ Juljusza Romskiego, Warszawa 1904. Nakład
ebethnera i Wolfa, str. 324 w 8-ce, cena rub. 2.40.
daje; idą ku pięknu, o którem wiedzą, że
w danej chwili znajdzie ołtarze i wyznawców;
idą ku prawdzie, ku jakiemuś promykowi
prawdy, dla którego ujrzenia nie tak znów
bardzo głowy od spraw codziennych podnosić
potrzeba. Idą, jako zjawiska, ruchowi prze
ciętnej umysłowości poufałe, pokrewne, i w naj-
wyższym stopniu — względnie do czasu, w ja-
kim się ukazują logiczne, nie przeciwstawiają-
ce się ogółowi czytelników swoich niczem
innem, jak tylko miarą natężenia, rozświetle-
nia, skoncentrowania i wyzwolenia czynników,
tkwiących w psychice mas, jako mniej więcej
uświadomione postulaty obyczajowe, estetycz-
ne i społeczne. Owszem, są zwierciadłami zbie-
rającemi promienie ducha mas w danym mo-
mencie i odbijającemi je znowu na masy.
Idą naprzód.
A mówię tu o książkach dobrych, naj-
lepszych. O tych, które mają prawo stawać
na czele ruchu mas i krok przed niemi trzy-
mać, już to jako narzędzia i pomoce ruchu,
już jako doradcy, przyjaciele, towarzysze we-
seli, czy smutni, już jako Cyrenejczyki, poma-
gające dźwigać krzyżowe brzemiona życia.
Ale iść naprzód znaczy to iść dalej,
przed siebie. Iść tak, jak padnie droga, jak
prąd niesie, porywa, jak ciśnie parcie chwili—
byle dalej.
O wyżej—zgoła mowy niema.
Wyżej - znaczyłoby w obce jakieś światy,
w których książka, oderwana od poziomu
przeciętności i wymagań chwili, kto wie, czy
nie zostałaby osamotnioną. A tego właśnie
lęka się ona, jak ognia. Jej duch gromadny,
z potrzeb gromady poczęty, żywiołowo opiera
się temu.
Ona może nie być. Ale skoro jest, musi
stać w samym ścisku na Agorze życia. Musi
mieć zastosowalność pewną, przybliżenie wy-
liczoną i doraźną. Musi czuć się wartością
popytną, ruchomą, płynną, rozlewną, w obiegu
innych wartości chwili żywy swój udział
mającą.
Musi mieć znajomych, przyjaciół, klien-
tów, swoich „familiares" w rozległych, szeroko
zakreślonych kolach.
Jest-że to metoda? Jest-że to instynkt?
Jest-że to biologiczna, że tak powiem, koniecz-
ność większości książek?
Mniejsza. Dość, że stanowi tajemnicę
ich wnikania w umysłowość mas, stawania się
mas tych pokarmem albo narkotykiem, stano-
wi zasadę praktyczności książek.
A jednak, niezaprzeczoną jest rzeczą, iż
najbardziej znamiennemi, najpotężniejszemi,
najgłębszemi, bywały po wszystkie czasy książ-
ki—niepraktyczne. Takie, które przychodziły
nie wiedzieć skąd, a szły drogą nie wiedzieć
jaką, podobnie jak wiatr i jak płomień. Ta-
kie, które ci, co śpieszą na Agorę życia spotykali
wręcz przeciwnie idące, i albo stawali, dziwiąc
się, albo je potrącali i biegli przed siebie.
Otóż te książki nie liczyły się nigdy,
a i dziś się nie liczą z przeciętnością chwili,
nie zabiegają o przywództwo tłumom, nie wią-
żą się w logiczne ogniwo z łańcuchem poprzed-
niości, nie szeregują w kierunki, nie uginają
głowy pod żadne strychulce czasu. Poprostu,
nie rodzą się na gruncie uprawnym cierpliwą
współpracą tych wszystkich czynników, które
poza duchem twórcy—tkwić mogą w ludziach,
w rzeczach i stosunkach.
Nie płaczą, nie śmieją się, nie smucą
i nie cieszą z nami. Ale są płomieniem, za-
niecającym w sercach moc weselenia się
w smutkach, i święty dar smutku wśród
wesela.
Nie wstępują na katedrę, na trybunę, ni
na kazalnicę. Nie są doradcami tłumów. Głos
ich nie jest kuszący, ni nauczający. On ma
głęboki, pierworodny ton tego wewnętrznego
nakazu, który przemawia do zamyślonych,
w chwilach uciszenia życiowego zgiełku, a ten
z nich wyczerpnie całą moc i słodycz, kto
„siędzie sam, i zamilknie, i wzniesie się nad
siebie. “
816
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 43
Nie biegną też za ruchem i falą życia
tu to tam. Nie powiększają wrzawy jego
i jego zamętu. Beznamiętne, gorące a ciche,
i w walce nawet całe są spokojem.
Jak Jan na puszczy trwają, a przecież
dają natchnienie narodom.
Nie karmią powszednim Chlebem i nie
poją czarą odurzenia, ale są krwią i żółcią
społeczeństw.
Nie z instynktów masowych się rodzą
i nie z posiewu wesołych dolin wyrastają, ale
poczęte są w samotności i skupieniu szczytów.
Gdzieś, jakieś Patmos ducha mniejsza gdzie
i jakie—w orłowych szumach myśli i w Orło-
wem biciu skrzydeł daje im początek.
Nie idą przed żadnym tłumem naprzód,
ani o krok, o dwa, ani o sto nawet. Odrazu
wzbijają się wysoko nad gościniec życia i nad
jego pyły. Mają skrzydła.
Często niezastosowalne w bezwzględności
polotu swojego, posilają świat anielskim Chle-
bem ideału. Dają mu święte pragnienie i świę-
ty głód ducha.
Czy wieszczą ludzkości całej, czy mówią
językiem najświętszych tajemnic jednego na-
rodu, czy są arcydziełem wieków i geniuszów,
czy prostym wybuchem natchnionego serca,
zawsze godzą w szczyty ducha, zawsze noszą
znamię niepokalanych i samotnych wyżyn,
zawsze przychodzą ze sfer górnych i czystych.
Zawsze też porywają ku gwiazdom, choć-
by nie nosiły napisu: „Ad Astra."
Gdy noszą, nie dziwimy się. Wiemy, że
to ich znak rodowy, że stamtąd właśnie przy-
szły ku nam, zadumane i pokój czyniące.
Nie przyszły ku nam tak, jak inne książ-
ki przychodzą, iżby pozostać z nami, gdzie
jesteśmy, ale iżby nas porwać, unieść tam,
gdzie są zrodzone.
Książki takie były zawsze i są rzadkiemi
książkami. Dziś może rzadszemi niż kiedy.
Aby je ^tworzyć, zapomnieć trzeba o wy-
dawcach, księgarniach, krytykach, o czytelni-
kach nawet. Trzeba mieć wzrok gdzieś w gó-
rę lecący, a słuch u pulsów ziemi. Trzeba
mieć „serce na niewidzianą, niesłychaną mia-
rę," „serce spalone od uczuć wiecznych" *).
Trzeba mieć krzyk bólu w duszy, krzyk, na
który nie odpowiada nikt, nic, tylko przepaść
wiecznego milczenia. Trzeba być nie na Ago-
rze życia, nie na Forum jego i nie na Gol-
gocie nawet, ale na wielkiej, cichej Tebaidzie
ducha.
(DCN)
*) Żeromski o Orzeszkowej.
JÓZEF WEYSSENHOFF.
SYN MARNOTRAWNY.
XXXV.
We trzy dni później Jerzy Dubieński opu-
ścił Rivierę. Nie przepadł wprawdzie
bez wieści: listem zrozpaczonym oznajmiał pa-
ni Annie, że chwycił się ostatecznych środków
dla przekonania swej rodziny. Bez tej sank-
cyi nie ma prawa narażać osoby ukochanej na
niepewną przyszłość. Jedzie więc do Rzymu,
do Ojca Melchiora, licząc na pomoc tego krew-
nego i świętobliwego kapłana. Ojciec Mel-
chior może wstawi się listownie do pana Ma-
cieja, a także uspokoi sumienie Jerzego, za-
trwożone tak bardzo, że nawet kiełkuje w nim
zamiar wstąpienia do zakonu, gdyby rozterka
wewnętrzna i familijna nie dała się inaczej
ukoić. Tutaj następowała cytata z dzieła Huys-
manns’a „En route..."
Wiadomości, zawarte w tym liście, nie
spadły na panią Annę jak piorun, lecz raczej
jak pożądana jasność dzienna po gorączkowej
nocy. Jasność ta oblewała ją wprawdzie wsty-
dem, ale zarazem obudziła w niej dumny
gniew i postanowienie.
Poprosiła natychmiast do siebie Fabiusza.
Gdy Oleski przeczytał list, spojrzał ze
zgrozą w oczy Anny, ale napotkał oczy jej
suche, pałające i pełne już tego przekonania,
którego on nabrał oddawna. Mierzyli się tak
przez chwilę wzrokiem, bez słów, równi mię-
dzy sobą oburzeniem i pogardą. Tylko te
ciemne błyski, skierowane pozornie ku sobie,
stosowały się do kogo innego: do człowieka,
który im obojgu zabrał i zmarnował szczęście.
— Mam do ciebie ostatnią prośbę, Fa-
biuszu: odeślij temu panu pierścionek i zażą-
daj mojego.
— Dobrze.
— A teraz, Fabiuszu, przebacz mi...
Wyciągnęła do niego ramiona sztywne,
bez słodyczy, poważnie patrząc mu w oczy.
Fabiusz zaś brwi podniósł i zapytał z pewną
wyniosłością:
— Co mam przebaczyć?
— Żem zapomniała o twem dobrem
i szlachetnem przywiązaniu, któreby mogło
POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA.
przecie zmienić się w gorętsze uczucie... nie
prawdaż?
— Zmienić się?!...—powtórzył Oleski, ra-
mionami i głową wyrażając wyrzut tak boles-
ny, że pani Annie twarz zadrgała rozpaczli-
wym żalem.
— Więc jeszcze gorzej, bom mogła liczyć
na wszystko w tobie, a poszłam myślą gdzie-
indziej.
— Miałaś prawo.
— Miałabym, gdyby wybierać mi wypad-
ło między twojem uczuciem a innem rów-
nem... Alem ja wiedziała, że tamten kocha ina-
czej... i podlej.
— Oskarżasz się, Anno, boś bardzo pod-
niecona. Nie mogłaś wiedzieć.
— Mogłam... wiedziałam. Czułam, że
to nikczemnik!
Nerwowa jej energia złamała się nagle.
Z rozdzierającym płaczem upadła Anna do ko-
lan Fabiusza.
Podniósł ją silnie i posadził na krześle;
sam przypadł do jej kolan:
— Uspokój się, Anno! uspokój się, na
miłość Boską! Pomówmy... wszak ja żyję...
wszak jam ci całem sercem oddany!
— Nie, nie! ja nie chcę! ja nie mogę!
jam już ciebie niegodna!
-— Poczekajmy — jeszcze kochasz tamte-
go—poczekajmy, Anno!
— Nienawidzę go!
— A zatem?
— Fabiuszu! Ja ci tego nie wyznam! ja
tego nie wymówię!...
— Co?!... więc doszło do...?
Oleski powstał tak sprężyście, że ode-
pchnął Annę, aż się zachwiała. Opuściła gło-
wę, ręką drżącą broniąc się, jakby od blasku,
lub od przewidywanego razu; potem zaczęła
uporczywie, zajadle potakiwać:
— Tak, tak... doszło do tego... tak, tak...
Fabiusz załamał ręce:
— Mój Boże! wszelka piękność... wszel-
ka wiara...
Zastrzega się prawo przedruku. 4'2)
We dwa tygodnie później Jerzy Dubień-
ski, bawiąc już w Wenecyi (gdyż Ojciec Mel-
chior, coraz słabszy, nie chciał się mieszać do
niczego), otrzymał spóźniony i przeadresowa-
ny list od Fabiusza Oleskiego następującej
treści:
„Mości panie Dubieński!
„Z polecenia i rozkazu pani Anny Ole-
skiej odsyłam panu zaręczynowy pierścionek
i żądam w zamian zwrotu danego przez nią
panu. Pani Anna Oleska doszła do przekona-
nia, że zamiary małżeńskie, które między nią
a panem powstały, są raczej uwieńczeniem
zabawnego sezonu w Nizzy, niż postanowie-
niem, opartem na wzajemnym szacunku
i skłonności. Nadto krewna moja poleciła mi
panu donieść, że nie zgodziłaby się nigdy być
przyczyną popsucia harmonii, istniejącej mię-
dzy panem a jego rodziną, o którą pan wi-
docznie dba najbardziej. Zasady działania ro-
dziny pańskiej są do pewnego użytku dosko-
nałe, mianowicie do użytku tejże rodziny; pro-
simy zatem pozostać przy nich. To, co się
u państwa nazywa cnotą i obowiązkiem,
u zwykłych ludzi zowie się interesem. Jednak
to, co pan przeciwstawia zapatrywaniom ro-
dziny w swych buntowniczych przeciwko niej
porywach, jest czemś jeszcze dalszem od Do-
bra i Piękna,—nie poezyą w każdym razie.
Gdziekolwiek więc pan skieruje swe kroki
i zamiary, proszę starannie unikać pani Anny
Oleskiej i mnie, który po raz ostatni przema-
wiam dzisiaj w jej imieniu. Krewna moja po-
wróciła do kraju, aby tam przywdziać osta-
teczną żałobę i oddać się posłudze bliźnich,
jeszcze od niej nieszczęśliwszych; nie zamyśla
jednak o wstąpieniu do zakonu, gdyż ma na
celu przyrodzone swe obowiązki, nie zaś poe-
tyczne rozrzewnienia nad samą sobą. Ze wzglę-
du jednak na swe dobro osobiste, o które
człowiek nie jest zdolny pozbyć się całkowi-
cie troski, pani Anna Oleska zakazuje panu
przeze mnie pisać do siebie lub szukać spo-
tkania. Nadto żąda i wymaga, aby bolesna
sprawa zerwania jej zaręczyn doszła do wia-
817
Zuzanna Fukierowa (Bogusławska) Fu ki er (Frenkiel) Kasia Paweł Oleszn Stef;*n Nałęcz Kacper, kiper Trznadel, służący Prosper Kozic Nałęcz
(Irena Trapszo) (Roland) (Śliwicki) (Szobert) (Fertner) (Wolski) (Wostrowski)
„POD OKRĘTEM" ST WISŁAWA KOZŁOWSKIEGO.
Zdjęcie dla „Tygodnika" A Karolego. (Ob. ad. na str. 825).
domości świata w tej formie, że ona, dobro-
wolnie i po namyśle, odmówiła panu swej rę-
ki- Wreszcie oświadcza, że kwituje pana
ze wszelkich zobowiązań, do jakichby pan się
względem niej poczuwał, oprócz zwykłych i mi-
nimalnych wymagań honoru, których, ufa, że
Pan się nie pozbędzie.
„W tej nadziei i ja żegnam pana, życząc
niu zastanawiać się rozważnie w przyszłości
nad losem ludzi, przypadkowo od działań pań-
skich zależnych.
1‘abntsz Oleski.
„PS. Adres mój jest na Śląsku...... Tam
oczekuję przesyłki pierścionka. Odpowiedzi
listownej nie spodziewam się.“
Po otrzymaniu listu Jerzy wyjechał z We-
necyi. Jak w nim jęczała, dokąd go zaniosła
kurza jego przeznaczeń, nie dowiemy się już
dokładnie. Chyba odbiyski znajdziemy kiedyś
w jego poezyach, jeżeli będą ogłoszone,
blade błyskawice dalekiej burzy na lekkich
chmurach. Według utartego mniemania, bły-
skawice takie zwiastują pogodę.
Riviera wyludnia się w lecie, jak scena
Po przedstawieniu; nikną kosztowne dekora-
oye, aktorowie rozpierzchają się. W tym ro-
ku jednak to zwijanie manatków bardziej niż
kiedykolwiek wyglądało na popłoch, przynaj-
mniej w gronie naszych znajomych. Byliśmy
świadkami niepysznego odwrotu książąt Ko-
rzyńskich i Romualda; wyjazd Jerzego miał
niektóre pozory ucieczki; powrót Oleskich, każ-
dpgo z osobna, równał się powrotowi po cięż-
ej, niezupełnie opanowanej chorobie, do
sniutnego zdrowia. Nawet Słuszka, udzielny
P3'1 Rudery, wyjeżdżał w tym roku znużony
i zamyślony; zamiast do Paryża, skierował się
prosto przez Warszawę do swej posiadłości
wiejskiej. Lekarze winniby z wielką ostroż-
nością zalecać polskim pacyentom kuracyę na
Ruderze, chyba pani Granowskiej, dla której
kąpiele słoneczne są warunkiem istnienia, a in-
ne wpływy nie są zdolne dosięgnąć jej sta-
nowiska. Nawet plotki, zwykle przesadne,
ostatecznie... gminne, odbijają się od jej wy-
sokich progów. To też pani Granowska obie-
cuje sobie powrócić z dziećmi do Nizzy. Gdy-
by pani de Sertonville bawiła tu w przyszłym
sezonie, można będzie stosunki z nią trochę
oziębić. Zresztą... zobaczymy.
Kwiat międzynarodow ego towarzystwa
trochę mniej był zadowolony z tegorocznego
pobytu, niż zazwyczaj. Nie mówiąc już o pięk-
nej Fernandzie, której należność do wyższych
sfer była w tym roku nadto dyskutowana,—
przedstawiciel najlepszej Francyi, margrabia
d’Anjorrant, czuł niesmak po swym pojedyn-
uu, z powodu niektórych wieści, rozsiewanych
o jego korzystnem przymierzu z Rubensonem...
Ale to wszystko da się naprawić... postawą.
Przedewszystkiem postawa. Powróci też do
Nizzy dlatego, że nigdy nie zmienia swych
przyzwyczajeń.
Za d’Anjorrant’em podążą Rubensonowie,
państwo de Nielles, lady Cosway. Powróci
księżna della Robbia, bo zdołała w tym roku
z gry opłacić wszystkie tutaj wydatki i wy-
wieźć kapitalik obrotowy. Powróci Schwind,
z zegarową dokładnością, dnia 15 grudnia.
Nie zabraknie też na Rivierze koronnej pozło-
ty w osobie księcia Filipa XIII go. Jego Kró-
lewska wysokość nigdzie tak dobrze się nie
czuje, jak w Nizzy i w Venezueli. A do Ve-
nczueli wiócić już nie może!...
Zabłyśnie więc Riviera w przyszłym ro-
ku zwykłym blaskiem, nie utraci żadnej ze
swych istotnych ozdób.
Tymczasem mieszka tu upał przemożny
i niepokojący ludzi, którzy zapóźnili się w tym
kraju. Na pustych szosach i ulicach, na bla-
dych ścianach domów leży nieubłagane, białe
światło. Pozamykane główne domy i hotele
szerzą martwotę po krainie; zaledwie trochę
mrowia ożywionego wypełza z kątów na groź-
ne słońce: mężczyźni pod parasolami, nawet
konie w słomianych na łbach kapeluszach, po-
dobne do starych Angielek. Nieruchome, na-
tężone i podgniłe leżą w powietrzu wonie, bu-
dząc instynktowną obawę chorób zakaźnych.
Apetyty i żądze mrą w tej atmosferze, pozo-
staje jedyna gorączka złota.
Ta jedna może się tu jeszcze żywić, bo
dom gry w Montecarlo otwarty nawet podczas
największych upałów lata. Czasem liczba gra-
jących jest dość znaczna, czasem topnieje do
kilkudziesięciu na dzień. W wyludnionym kra-
ju, w pustem i przeważnie zamkniętem mie-
ście, gra tych niedobitków nie jest już wcale
zabawą, tylko cyniczną funkcyą namiętności,
w pocie czoła.
Gracz zrozpaczony wychodzi na puste
tarasy Kasyna i patrzy ponuro na martwe, sza-
firowe morze. Kamienie palą mu stopy, słoń-
ce cięży na mózgu, gmachy i ogrody niena-
wistnie milczą wokoło. Wtedy człowiek ten
popada w obłąd: mniema, że mury te, i ogro-
dy, i morze—to jego serdeczna ojczyzna,
z którą rozstać mu się trzeba; że gorączka ta,
i łaskotliwa lubość, i szał miniony, a już nie-
dostępny—to życie. I wtedy człowiek ten po-
żąda śmierci.
(DCN)
PENTUER UŚMIERZAJĄCY^ BURZĘ
ILLUSTRACYA DO .FARAONA' BOLESŁAWA PRUSA
JAN HOLEWIŃSKI
FARAON PRZED ŚWIĄTYNIĄ ASTORETH
1LLUSTRACYA DO .FARAONA* BOLESŁAWA PRUSA
JAN HOLEWIŃSKI
820
ARTUR GRUSZECKI.
SŁOMIANY OGIEŃ.
To świetna i logiczna obrona,—chwa-
liła doktor Szarewiczowa gdyż istotnie nie-
zdrowa konkurencya musi rodzić opłakane sto-
sunki pracujących sił. Nim kobiety wzięły
się do pracy, 3o przemysłu, już mężczyźni
wytworzyli te okropne nadużycia robotnicze...
My, kobiety, samą siłą faktu byłyśmy wciąg-
niąte w to koło wyzysku, i ręczę, że nieje-
dna pracodawczym boleje nad tern, a musi je-
dnak stosować się do stosunków ogólnych.
Prawda, święta prawda!—potwierdziła
z wielkiem zadowoleniem pani Sylurska.—A ty,
kochany Franiu, powinieneś zostać adwokatem,
tak szybko się oryentujesz i masz zawsze pod
ręką niezbite dowody słuszności swego zda-
nia—kończyła, patrząc z rozczuleniem na sio-
strzeńca, który skromnie spuścił oczy.
— Ciocia przecenia moje zdolności,—mó-
wił miękkim głosem—a swoją drogą czuję, że
mógłbym służyć dobrej sprawie i przynieść ko-
rzyść społeczeństwu, gdybym w życiu swojem
spotkał kobietę zacną, szlachetną, przejętą
ideałami równości i braterstwa — spojrzał na
Wandzię wymownie i szybko, i niby zawstydzo-
ny swą śmiałością, spuścił oczy, kończąc: —
i gdyby ona umocniła chwiejącego się, nie
pozwoliła na wybryki lekkomyślne, którymi,
niestety, grzeszę.
Tyle żalu, skruchy było w jego głosie,
że matka omal się nie rozpłakała z rozczule-
nia, a wszystkie panie ujął tern uznaniem
wielkiej i wspaniałej roli kobiety w życiu męż-
czyzny.
— Nie trać odwagi, Franiu — pocieszała
go ciotka:—w dzisiejszych warunkach takie ko-
biety, o których marzysz, nie należą, Bogu
dzięki, do wyjątków.
— Ale czy ona mnie zechce?!—westchnął
głęboko.
Ten jego smutek niezwykły wydał się
Wandzi podejrzanym; spojrzała bacznie na
twarz jego i dojrzała leciutki uśmiech ironii.
Ale inne panie przyjęły bez zastrzeżeń jego
słowa, patrzały ze współczuciem na młodzień-
ca, ciotka zaś rzekła z uśmiechem dobroci
i tkliwości:
— Staraj się tylko, Franiu, być godnym
tej kobiety; bądź moralny, czysty, pracowity,
a wszystko dobrze będzie.
- Daj Boże, cioteczko—spojrzał na pa-
nie z rozczuleniem, dostrzegł jednak uśmiech
niedowierzania na ustach Wandzi i zachmu-
rzył czoło, a w zagięciu ust jego zjawił się
upór.—„Czekaj, panno, pomyślał, jeszcze ty bę-
dziesz mnie błagała o łaskawe słówko, o je-
dno spojrzenie! “
— W tak milem towarzystw e straciłam
miarę czasu—zawołała doktor Szarewiczowa,
wstając:—już dobrze po pierwszej... Idziemy,
panno Wando.
Po ich wyjściu gospodyni zajrzała do
kuchni, a wróciwszy do salonu, zastała matkę
siedzącą na kanapie, a syna spacerującego po
pokoju z papierosem w ustach.
— Moja Maniu, jak się nazywa ta Wan-
dzia?
— Popielska, mieszka u swej ciotki Źar-
deckiej... Jakże ci się podobała?
— Ładna i ma dużo wdzięku... Czy to
panna posażna?
— Prawdopodobnie ma niewielki posag,
i odziedziczy trochę też po ciotce.
— A ciotka młoda? stara?
— Trzydzieści kilka lat, ale trzyma się
bardzo dobrze.
— To może się jeszcze wyda?
— Bardzo wątpię. Jest wielką przeciw-
niczką mężczyzn, zwłaszcza oburza ją całkiem
słusznie ich niemoralność — mówiła, patrząc
porozumiewawczo na siostrę.
— Ma słuszność, bo i co z takiego męża,
który zniszczy przedtem zdrowie i siły?—wes-
tchnęła, patrząc na syna.—A lobie, Franiu, jak
się podobała ta panna?
— Mnie? — przystanął, trzymając jedną
rękę w kieszeni, drugą wyjął z ust papiero-
sa i wzruszył ramionami: — Tak sobie, nicze-
go... Tylko za dużo o sobie trzyma, zanadto
doświadczona i przebiegła — uśmiechnął się
dwuznacznie.
— Ależ, Franiu, co ty wygadujesz?—obu-
rzyła się ciotka:—znam ją nie od dziś; to bar-
dzo przyzwoita panna, inteligentna, praco-
wita.
— Może, ciociu, może... ale spostrzegłem
jej ironiczny wyraz, gdy mówiliśmy o pracy
społecznej, o równości...
— Pewno ci się zdawało—wmieszała się
matka.
— Widziałem na własne oczy, gdy bro-
niłem pracodawczyń.
— To możliwe — rzekła z namysłem
ciotka, zakładając ręce na piersiach i rozsiadł-
szy się wygodniej: — bo musicie wiedzieć, że
my w Klubie, zwłaszcza Żardecka i Wandzia,
nie lubimy przywilejów mężczyzn, ich preten-
syi do pierwszeństwa, ich lekceważenia kobiet,
wogóle jesteśmy wrogami krzywd i niespra-
wiedliwości, na które kobiety są skazane.
— Czy ja, ciociu, nie broniłem kobiet?—
zawołał z wyrzutem w głosie.
— Tak, ale mężczyźni są wogóle pod-
stępni; nie można im dowierzać. Niby to
upewnia, przysięga, a co innego ma na myśli.
My, kobiety, naturalnie i Popielska, wiemy
o tern; cóż dziwnego, że twoje słowa bez-
stronności, tak rzadko spotykane u mężczyzn,
wzbudziły w niej niedowierzanie?
— A, już co do Frania, to była niespra-
wiedliwa... On taki szczery, jak dziecko; na-
wet szkodzi tern sobie, ale udać nic nie po-
trafi... Taką już ma naturę — broniła matka
szczerze.
— Dobrze, to my, którzy go znamy,
wiemy o tern, ale Popielska widziała go po
raz pierwszy.
— Hm... to prawda,—westchnęła matka—
bo nawet mnie zadziwił jego pogląd na ko-
biety i ich prawa. Dawniej...
13
- Ależ, moja mamo,—przerwał szybko,
nie chcąc tracić dobrej opinii u ciotki—nigdy
nie słyszała mnie mama mówiącego w poważ-
nem i rozumnem towarzystwie, a moje pod-
żartowywania brała mama na seryo.
— W istocie tak jest — skinęła głową.
Franio przeszedł się kilka razy po salo-
nie i, stając przed ciotką, rzekł:
— Czy sądzi ciocia, że i ona ma stałe
postanowienie niewyjścia za mąż?
— Wiem, że nie lubi mężczyzn, a w każ-
dym razie, powiem wam pod sekretem, że
prawie zobowiązała się słowem, iż nie wy|-
dzie za innego, tylko równie moralnego,
jak ona.
— Cha... cha... cha!...— śmiał się szczerze
i głośno: — na takiego ananasa będzie musiała
długo czekać, bodaj czy nie do końca życia!
I znów śmiał się.
— Nie widzę w tern nic śmiesznego —
oburzyła się ciotka, -moralność powinna i mu-
si być jednakowa tak u mężczyzn, jak u ko-
biet.
— No, no, pozwól, kochana Maniu, że
zawsze jest różnica pomiędzy kobietą a męż-
czyzną zauważyła siostra:—nie od dziś żyję
i patrzę na świat.
— Tak było, ale niema żadnej racyi,
aby coś podobnego miało trwać zawsze!
-— A wie ciocia, że to wyborne, dosko-
nałe!... I czy nie może ciocia mnie objaśnić,
w jaki sposób panna będzie dochodziła mo-
ralności swego starającego się? — śmiał się.
W jaki... w to nie wchodzę... Gdy-
bym była panną, wiedziałabym... a zresztą
kobiety nie są znów tak naiwne, i każda znaj-
dzie swój sposób dowiedzenia się prawdy.
— Maniu, unosisz się! — uspokajała
siostra.
— Wcale się nie unoszę... My w Klu-
bie jesteśmy wszystkie tego samego zdania,
a zresztą przekonamy się o tern, może nie-
zadługo...
— W jaki sposób, ciociu?
— A chociażby o taką Popielską będzie
się prawdopodobnie ktoś starał... i zoba-
czymy.
Po dobrej chwili milczenia spytał Franio
bardzo poważnie:
— Czy dać cioci dowód, że postawiona
przez kobiety zasada równej moralności jest
fałszywa i utrzymać się nigdy nie da? Dobrze,
ciociu?
— Jeśli faktami mi udowodnisz, uwierzę,
a słowa to wiatr.
— Dam fakt; oto ta sama Popielska
zgodzi się chętnie na małżeńskie połączenie
z mężczyzną, który nie grzeszył moralnością
i nie uciekał od Putyfar.
— Nieprawda! — zawołała z gniewem,
ale wnet się uspokoiła i dodała spokojnie: —
zresztą ty nie znasz nikogo w Krakowie,
a królewicza nie sprowadzisz dla niej.
Nie potrzebuję nikogo, bo sam będę
się o nią starał.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 43
821
GRÓB CESARSKI W MUKDENIE.
Fotografie Z. Kalinowskiego.
GROBOWIEC CESARSKI W MUKDENIE.
główna brama prowadząca do grobowca
CESARSKIEGO W MUKDENIE.
— Ty!?—zdziwiła się i spojrzała badaw-
czo na siostrę, która mrugnęła przytakująco.
— Ja! Ale pod warunkiem: pannie ani
słowa o mojej przeszłości, o moich zamia-
rach, i ciocia wprowadzi mnie do nich. Zgo-
dzi się ciocia na moje warunki, a ja dam
dowód.
— Wiesz, jestem tak pewna Popielskiej
i twego niepowodzenia, że przyjęłabym cięższe
warunki uśmiechnęła się.
— A więc zgoda! — zawołał wesoło. —
A ciocia, gdy dowiodę słuszności mych zapa-
trywań, da mi kosz szampana.
— Ja sama go postawię — rzekła matka
Ucieszona.
VIII.
Wandzia, zasięgnąwszy rady swej ciotki,
wyszła dość wcześnie z domu, by odwiedzić
schronisko sierot na Zwierzyńcu.
Dzień był jasny, pogodny, tą pogodą
jesieni, gdy słońce i niebo wydają się powle-
czone jakimś smutkiem bez nazwy, melancho-
lią, w której więcej jest spokojnej rezygnacyi,
aniżeli bólu i rozczarowania.
Ubrana w popielaty kostium z angiel-
skiego sukienka, w kapelusiku filcowym, po-
pielatym, z szerokiem rondem, przybranem
w Pióra i niebieską gazę, promieniejąca mło-
dością, szła dość pośpiesznie w kierunku
Zwierzyńca.
Spotykane kobiety przyglądały się bacz-
llle jej sukni i kapeluszowi; natomiast męż-
czyźni z nietajonem zadowoleniem spoglądali
na wytworne kształty ciała, na rytmiczny jej
chód, piękną twarz i bujne blond włosy.
— Jaki szyk!...—mruczeli:—pewno War-
szawianka.
Spostrzegłszy, że zwraca na siebie uwa-
£?> Wandzia, patrząc wprost przed siebie,
Przyśpieszała kroku, rozmyślając z pewną go-
tyczą, że z porady ciotki ubrała się w ten
ostium, zamiast pójść w swej zwykłej, gra-
ntowej sukni.
Weszła w ulicę Zwierzyniecką, nudną,
smutną, z jednostajnym szeregiem kamienic,
bez żadnej indywidualnej cechy, z licznemi
szynkowniami, z których wychodzili z miną
butną jaskrawo ubrani żołnierze, przypatrując
się jej ciekawie.
Dopiero na moście nad Rudawą ode-
tchnęła swobodniej i spojrzała na Dębniki,
leżące po drugiej stronie Wisły, które tonęły
wśród licznych drzewin, ubarwionych złotymi
i purpurowymi liśćmi.
Z pomiędzy tych drzew koralowych
i bursztynowych przeświecały białe ściany
dworków i domków, stojących w szeregu, wy-
ciągniętym nad brzegiem płowej Wisły.
A poza nimi rozciągał się daleki widno-
krąg, przerwany ostremi Krzemionkami, nakry-
ty bladem niebem.
Ta niebieskawa mleczność kopuły pod-
niebnej kazała myśleć, że poza nią jest świat-
ło, słońce, bezmierna pogoda, przepojona
blaskami i barwami, i odruchowo, bezwiednie
budziło się pragnienie, by ulecieć na skrzy-
dłach, skąpać się w tej świeżej, powiewnej
bladości nieba i wznieść się w kraj światła
i słońca.
I Wandzia uczuwała tę nieokreśloną tęsk-
notę bez goryczy, bez żalu, bez celu, ogar-
niającą nas, gdy piękne i barwne marzenia
niedoznanych rozkoszy i szczęścia zasnuwa
szara mgła rzeczywistości.
Szła, niepamiętna na otoczenie, na ludzi,
gdy zbudził ją z zamyślenia gruby głos Ma-
ciejowcj:
— A, to panienka!... Bardzo pięknie!...
To odezwanie się przypomniało jej rze-
czywistość i, zwracając się uprzejmie, rzekła:
— Idę właśnie do schroniska...
— Chwali się panience, że dotrzymała
przyrzeczenia,.. A oto moja córka Teklusia—
wskazała ładną, uśmiechniętą dziewczynkę: —
ona zaprowadzi panienkę. Sama muszę zostać,
bo czekam towaru.
— Bardzo dobrze... Chodźmy, Teklusiu—
uśmiechnęła się do dziecka, które spojrzało na
matkę z zapytaniem.
— Idź, a nie baw długo, bo może mi
wypadnie gdzie pójść.
Już Wandzia miała odejść, gdy Ma-
dejowa zawołała:
— Jakże panienka pokaże się wśród sie-
rot z pustemi rękoma? Te biedactwa nie wi-
dzą nic prócz Chleba i kartofli.
— Dziękuję za przypomnienie.
Wyciągając z kieszeni pugilaresik, spoj-
rzała na stragan.
Czerwieniły się na nim jabłka, złociły
gruszki, barwiły się fijoletowo śliwki, a po-
między niemi w ponętnych kupkach wabiły
oczy jaskrawo kolorowane cukierki, lukrowane
pierniki, posypane kolorowym makiem, kręgi
fig okrągłych, przyrumienione obwarzanki, bla-
de bułki.
Trudno było Wandzi decydować się
wśród tego bogactwa łakotek, i z pewnem
wahaniem rzekła do straganiarki:
— Może pani wybierze coś z tego za
pięćdziesiąt centów.
— A i owszem... dlaczego nie!?... Teklu-
siu, daj-no większą torebkę, poniesiesz za pa-
nią... Dam oto śliwek: słodkie, jak cukier,
niech panienka spróbuje, nie policzę tego...
— Dziękuję, ale... nie jadam owoców.
— To źle... Sam Pan Bóg to stworzył,
i nikomu nie może zaszkodzić... Dam i cu-
kierków sierotkom, niech się ucieszą... i wagę
daję dobrą, bo ja nie taka, abym miała ko-
rzystać z sierot... inna możeby zrobiła, ale
nie ja.
Powierzywszy wreszcie Teklusi zakupio-
ne przysmaki, zaleciła jej odprowadzenie pa-
nienki i prędki powrót.
Idąc po nierównym trotuarze z krągla-
ków, spytała Wandzia:
— Chodzisz, Teklusiu, do szkoły?
— Różnie bywa... jak dużo roboty, nie-
ma czasu myśleć o szkole.
(DCN)
822
TYGODNIK ILLUSTROWANY N? 43
Język polski w Chinach,
hieroglify chińskie
i potęga Chin.
Kores. -własna Tygodnika z Charbina.
Pewnego dnia doznałem w Charbinie niespo-
dzianki tak nieoczekiwanej i miłej, że nie
mogę się powstrzymać, by jej nie opowiedzieć.
Włóczyliśmy się z jednym z moich znajo-
mych Polaków z Tomska, który był na krótko do
Charbina przyjechał, po ulicach przystani Sungari,
przyglądając się życiu chińskiej ulicy, ergo chiń-
skiemu życiu, gdyż Chińczyk, jak Paryżanin, żyje
na ulicy. Co chwila, to ja swemu towarzyszowi,
to on mnie zwracał uwagę na jakieś ciekawe chiń-
skie curiosum, mówiliśmy więc głośno. Przystanę-
liśmy przed jakimś Chińczykiem, młodym chłopcem
lat 16, który siedział na stołeczku, a którego war-
kocz czesał uliczny fryzyer, jakich się tu na każ-
dym kroku spotyka, niosących w dwóch skrzynecz-
kach, przewieszonych na drążku przez ramię, wszel-
kie narzędzia, niezbędne do operacyi golenia głów
i zaplatania warkoczów. Chodząc po ulicach, oznaj-
miają o swojej egzystencyi za pomocą dźwięku ka-
mertonu, którym uderzają o trójkąt żelazny.
Balwierz skończył właśnie zajęcie i tłukł kli-
enta pięściami po plecach, dla odprowadzenia
krwi, nabiegłej do głowy podczas całego trwania
operacyi golenia jej, czesania i zaplatania długiego,
ciężkiego warkocza, wogóle operacyi, połączonych
z irytacyą skóry głowy i korzeni włosów, a który
to masaż jest z tego powodu niezbędny, gdyż
zapobiega osłabieniu porostu włosów.
— Patrz, — rzekłem do swego towarzysza —
z jaką precyzyą i rytmem muzycznym ten goli-
broda wytłukuje na plecach chłopca, jak dobosz
marsza na bębnie!
Młody Chińczyk wsłuchywał się w moje
słowa z widocznem zadowoleniem, wyszczerzył
zęby, i gdy go fryzyer przestał opukiwać, wstał
i coś do nas powiedział gardłowymi i nosowymi
dźwiękami, właściwymi swej rasie, a czego ja zu-
pełnie nie zrozumiałem.
Mój towarzysz, bliżej niego stojąc, zrobił
naraz taką minę, jakby zobaczył królestwo niebie-
skie, lub przekonał się, że Chińczyk, który stał
przed nim, nie jest właściwie Chińczykiem, lecz
jakiemś zjawiskiem.
Zbliżam się i pytam: co się stało?
— Ależ ten Chińczyk powiedział coś po pol-
sku!- odpowiada mój towarzysz.
Teraz ja znów tak wytrzeszczyłem oczy, jak
FRYZYER CHIŃSKI. Ze zbiorów G. Olechowskiego.
gdybym na ciele murzynki miał szukać „grain de
beautć".
— Moja mówi polski!—głośno i dobitnie za-
deklamował Chińczyk.
Spojrzałem na towarzysza swego; porozumie-
liśmy się. Gdyby nie obawa, że nas Chińczycy
okrążą, zwiążą, zakują w kajdany, wtrącą do lo-
chów i utną głowy, wziąwszy nas za szkodliwych
waryatów, bylibyśmy się rzucili na Chińczyka, wy-
całowali go i trzymali bez końca albo z pół go-
dziny w gorącym uścisku. Nareszcie zdobyłem
się na zapytanie:
— Co? Ty mówisz po polsku?
— Dobrze jest. Moja kitajski mówi polski.
Moja służy jest bojka, polski kapitan, kitajski ko-
lej jest. Dwa rok jest. Dobry jest. Moja mó-
wi polski mało mało. Moja rozumiesz wszystko.
Moja pisz umi jest. Moja czytaj umi jest polski.
Polski madama naucz moja jest.
Trzeba było wprzód poznać chiński sposób
mówienia obcymi językami, trzeba było wiedzieć,
że Chińczyk nie używa w obcych językach: „ja“,
„ty“, lecz „moja", „twoja", „nasza" „wasza", —
i to zawsze w rodzaju żeńskim, że nie uznaje on
w europejskich językach innego trybu oprócz roz-
kazującego, że każdego cudzoziemca nazywa „ka-
pitana", a jego żonę czy córkę „madama", że du
każdego czasownika twierdzącego dodaje: jest, tak,
—by módz z tego zbiorowiska przytoczonych wyra-
zów Chińczyka zrozumieć, że jest on lokajczykiem
(bojka, z angielskiego „boy"—chłopiec) w domu
Polaka, inżyniera przy kolei chińskiej, i że jego
pani nauczyła go nietylko mówić, lecz i czytać i pi-
sać po polsku.
Długo jeszcze szliśmy z nim razem i dowie-
dzieliśmy się, że takich fenomenów, jak on, sporo
jest w Charbinie dzięki poważnej liczbie zamiesz-
kałych tu Polaków, że po chińsku nie umie ani
czytać, ani pisać,—ale za to po polsku czyta ga-
zety, otrzymywane z Warszawy przez inżyniera,
że pochodzi z Szanhaju.
Pożegnał nas wreszcie, śpiesząc do domu,
a myśmy jeszcze długo rozmawiali na temat
„wszechświatowości" naszego języka.
*
* *
Aczkolwiek młody Chińczyk mógł się z nami
rozmówić po polsku, i choć Chińczycy wogóle
uczą się łatwo obcych języków, jednakże mówią
nimi haniebnie, jeżeli rzecz prosta, nie kształcą
się w tym kierunku specyalnie, w Pekinie, lub też
w Europie.
Z jednej strony Chińczykowi niezmiernie
łatwo przychodzi wymawiać obce mu dźwięki,
gdyż sam posiada w swym języku takie karkołomne,
jeżeli się tak można wyrazić, sylaby i wyrazy, że
wymawianie najtrudniejszego języka, dajmy na to
polskiego lub angielskiego, nie stanowi dla niego
trudności.
Z drugiej znów strony nie może się on zo-
ryentować w naszych europejskich gramatykach,
jego język bowiem, jak on sam, jest szczególnem
dziwem.
Oto wyrazy języka chińskiego nie podlegają
żadnym odmianom, i niema tu ani deklinacyi, ani
konjugacyi, ani liczb, ani trybów, ani czasów. Ale
to jeszcze nie wszystko. Oto każdy wyraz może
być zarówno rzeczownikiem, jak przymiotnikiem,
jak czasownikiem. Tak np. czi-fan znaczy: jeść, je-
dzenie, jadalny; wyraz zo-sja znaczy: siedzieć i sie-
dzenie—zależnie od tego, jak wyraz jest wypowie-
dziany i jakie miejsce w zdaniu zajmuje.
O ile więc w językach aryjskich cieniujemy
wypowiadane myśli nasze przez odmiany, stop-
niowania i t. d.,— Chińczyk może rozwijać myśl
tylko za pomocą liczbowego powiększania słow-
nika. Dla cudzoziemca zaś nauka języka chińskie-
go jest bardzo mozolna. Nie mam nawet na my-
śli pisowni, gdyż ta jest dla nas wprost niedostęp-
ną. Chińczycy uczą się jej po kilkanaście lat.
Dość powiedzieć, że słownik chiński posiada 44,000
wyrazów, a więc 44,000 znaków, wiadomo bowiem,
że język ten nie posiada ani liter, ani sylab nawet,
lecz każdemu wyrazowi odpowiada na piśmie inny
hieroglif. Ale mówiąc tylko o nauczeniu się roz-
mowy chińskiej, trzeba przyznać, że jest to jeden
z najtrudniejszych w mowie języków dla następu-
jąch powodów: Przedewszystkiem egzystuje w ję-
zyku chińskim akcent majorowy i minorowy, jak
w muzyce tony. Tak np. wyraz „maj" wymówio-
ny z akcentem, czy tonem majorowym, znaczy: ku-
pić. Ten sam literalnie wyraz „maj", wypowiedzia-
ny z akcentem minorowym znaczy sprzedać. Ak-
cent ten jest bardzo trudny dla europejskiego ucha.
Dalej, język chiński posiada cały zastęp wyrazów,
nie mających ani jednego dźwięku samogłoskowego,
jak np. wyraz „hr"—co znaczy: małpa, lub wy-
raz „cr“—co znaczy: kopiejka.
Również dźwięk r jest szczególny, że nie
przypomina żadnego z naszych, tak rozmaitych
r-ów europejskich, ani twardego polskiego, ani
paryskiego, ani niemieckiego, ani głuchego angiel-
skiego, co dało powód, zresztą zupełnie niesłusz-
ny, utrzymywać, jakoby Chińczycy nie posiadali
zupełnie dźwięku r.
Spotykamy następnie w chińskim języku ta-
kie spółgłoskowe dźwięki, jakich próżnoby szu-
kać w Europie. Istnieje np. dźwięk pośredni po-
między kit. W nazwisku stolicy chińskiej Pe-
kin słychać właśnie ten dźwięk, który jest wprost
nie do naśladowania. Wymówienie angielskiego
the jest fraszką w porównaniu z tem k-t.
Następnie trudność języka stanowi masa dja-
lektów.
Wyrazy tworzą się nieraz za pomocą proste-
go łączenia 2—3 i więcej już istniejących wyrazów-
Tak np. wyżej wspomniane wyrazy: maj—kupić
i maj sprzedać, z wyrazem żen — człowiek,
tworzą razem wyraz maj-maj-żen, co znaczy: ku-
piec, czyli literalnie: kupić - sprzedać człowiek —-
i t. d.
Poza tem są wyrazy, które mają po 40—60
znaczeń.
Wszystko to razem nastręcza ogromne trud-
ności dla cudzoziemca.
Swoją drogą wszyscy Europejczycy uczą się
potrosze i jakoś dochodzą do możności porozu-
mienia się z synami Państwa Środkowego.
Co się zaś tycze pisowni chińskiej, jak po-
wiedziałem wyżej, składa się ona z 44 tysięcy
znaków. Rzecz prosta, że znajomość wszystkich
tych znaków daje możność rozumienia wszystkich
dzieł chińskich; jednakże do czytania potocznych
druków, jak dzienniki np., dość jest znać parę lub
kilka tysięcy tych znaków. Do tego, by rozumieć
afisze teatralne, rozlepiane co dnia na ulicy, wy-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 43
823
starczy znać kilkaset hieroglifów. Niema Chińczy-
ka, który nie umiałby przeczytać choć paruset zna-
ków, czy to na szyldach, czy na świątyniach i bu-
dynkach publicznych. Dlatego to można powie-
dzieć, że w Chinach niema analfabetów. Nie
można jednak tego rozumieć w europejskiem zna-
czeniu tego wyrazu, gdyż u nas każdy, kto zna
24 litery, może zarówno czytać litanię do św.
Genowefy, jak dzieła Hegla, Wrońskiego lub Trę-
towskiego, gdy w Chinach każdy zakres myśli
ludzkiej ma inne znaki.
Wogóle dla poznania zupełnego własnego
języka Chińczyk poświęca 15 20 lat pracy, stąd
pochodzi fakt bardzo małego wykształcenia kobiet
w Chinach. Dzieje się tak, że dziewczyna w 14
15 roku życia wychodzi za mąż. Przed zamążpój-
ściem więc nie może ona ukończyć nauk, a potem
obowiązki żony i matki nie pozwalają jej zaczy-
nać studyów. Chinka więc rozumuje tak, że wogó-
le nie warto zaczynać tej hecy i... pozostaje anal-
fabetką.
Zarzuty ciemnego konserwatyzmu, robione
Chińczykom przez Europę a propos ich pisowni,
i rady co do adoptowania łacińskiego alfabetu, do-
wodzą tylko bezkrytycznego zaślepienia Azya w
swej wyższości i wszystkowiedzy.
Ja mogę tylko z całą pewnością powiedzieć,
że pismo chińskie jest wynikiem warunków ich
życia i w dniu, kiedy Chiny przyjmą od Europy
łaciński alfabet, co, nawiasem mówiąc, nigdy nic
nastąpi, i czego im wcale nie życzę, podpiszą one
jednocześnie wyrok swojej narodowej i literackiej
śmierci, a kto wie czy i nie politycznej. A jak się
to może stać opowiem.
W Chinach każda niemal prowineya, a jest
'eh 19, mówi innem narzeczem, które aczkolwiek
mają wspólne cechy, z jednego powstają korzenia
> jeden jest ich charakter; jednakże Chińczyk
z Szań-chuń bardzo słabo rozumie swego rodaka
z Fu-cian, a współobywatel tego ostatniego z Gań-
su inaczej się wyraża, niż kuzyn jego z Jun-nan.
Wszyscy ci panowie jednak mają jedną,
Wspólną i jedyną literaturę piśmienną, wyrażaną za
Pomocą ogólnych i jedynych znaków. Każdy więc
utwór literacki, czy nawet list zwykły, jednakowo
lapiszą wszyscy ci czterej wyżej wymienieni oby-
watele, każdy z nich wszakże głośno inaczej go
przeczyta, stosownie do swego narzecza.
Z chwilą więc usunięcia znaków, odpowiada-
jących całym wyrazom i wprowadzenia liter odpo-
wiadających poszczególnym dźwiękom, w Chinach
zjawiłoby się tyleż literatur, ile jest narzeczy, i od-
tąd Chińczyk z Jun-nau nie miałby żadnego spo-
sobu porozumienia się z Chińczykiem z Fu-cian,
gdy dziś robi to z łatwością za pomocą pisma.
P°ŚW1ĘCEN1E KAMIENIA WĘGIELNEGO POD KOŚCIÓŁ Ś-tej ELŻBIETY
WE LWOWIE.
Chiny rozpadłyby się w ten sposób na
kilkanaście zupełnie odrębnych narodów,
gdy dziś tworzą jedną wielką całość,
dzięki właśnie tym „dzikim, głupim“ hie-
roglifom.
GUSTAW OLECHOWSKI.
Z tygodnia
na tydzień.
Dobry prsyklatl.
Trzeba społeczeństwu naszemu od-
dać sprawiedliwość, że w ciężkich czasach,
które obecnie przeżywamy, usiłuje stanąć
na wysokości zadania i cel ten, według
sił i środków, osiąga ze skutkiem wzglę-
dnie dobrym. Stosuje się to głównie do
zabiegów około ulżenia smutnej doli tych
licznych zastępów, które zastój ekono-
miczny pozbawił pracy, a z nią środków
do życia.
Akcya w tym kierunku rozwinęła się
dość poważna. Zmierza ona słusznie prze-
dewszystkiem do wyszukiwania zarobków,
ale z konieczności nie może obyć się
i bez czystej filantropii, polegającej na
udzielaniu wsparć pod różnemi postaciami.
Owóż w tym właśnie zakresie zaszedł no-
wy fakt, który ma zasadnicze znaczenie i jako do-
bry przykład zasługuje na uznanie i rozgłos jak
najszerszy.
Pracownicy cukrowni Dziuńków w gubernii
Kijowskiej wystąpili do warszawskiego Komitetu
pomocy dla ludzi pozbawionych zarobku, z listem
tej treści:
„Czytamy i słyszymy wciąż o bajecznej dro-
żyżnie kartofli w Królestwie, tymczasem u nas kar-
tofle, chwała Bogu, obrodziły dobrze. Każdy z nas
ma malutki kawałek ziemi, na którym sadzi karto-
fle. Otóż moglibyśmy chętnie posłać do Warsza-
wy, każdy po kilka worków, co mogłoby wynieść
jakieś sto kilkadziesiąt, a może i więcej pudów
kartofli, na użytek bezpłatnych obiadów. Przewóz
do kolei opłacilibyśmy sami, tylko frachtu kolejo-
wego nie moglibyśmy opłacić. Gdyby komitet
bezpłatnych obiadów przyjął na siebie koszta frach-
tu kolejowego od stacyi kolei południowo-zachod-
niej Pohrebyszcze do Warszawy, to ofiarujemy
bezpłatnie kartofle i przewóz od nas do kolei."
Szczególne znaczenie nadajemy temu fakto-
wi nie dla samej ofiary, lecz z uwagi na sferę,
z której pochodzi. Dotychczas nasza dobroczyn-
ność publiczna opiera się na fałszywej zasadzie,
według której do ofiarności po-
woływana jest tylko kategorya
ludzi „zamożnych," którzy,
o ile odpowiadają na to we-
zwanie, czynią to w charak-
terze jałmużny dla biedaków.
Tak jednakże być nie powin-
no. Podtrzymanie w ciężkich
chwilach przesilenia ludzi naj-
srożej dotkniętych nie jest
aktem miłosierdzia, lecz po-
winnością społeczną, którą peł-
nić mają wszyscy w miarę po-
siadanych środków.
Każdy, w ten sposób
działając, zwiększa dobro po-
wszechne i tern samem osiąga
korzyść indywidualną; klasy
robotnicze, uczestnicząc w
bratniej pomocy bezpośrednio,
dokumentują zarazem poczu-
cie solidarności swego stanu
i dowodzą uświadomienia spo-
łecznego, które stanowi po-
PROJEKT KOŚCIOŁA Ś-tcj ELŻBIETY WE LWOWIE.
ważną siłę. To są ogólnikowe argumenty, które każą
nam podnieść z naciskiem przykład, dany przez
pracowników dziuńkowskich, jako rzecz godną roz-
głosu i naśladowania.
Komitet pomocy ofiarę przyjął z wdzięcz-
nością. s
*
-! -I-
Kościół św. Elżbiety we Lwowie.
Doniosła dla Lwowa sprawa budowy nowego
kościoła weszła z końcem ubiegłego miesiąca
z dziedziny projektów w fazę czynu. Na rozleg-
łym, jakby ku temu wymarzonym placu Solami,
w obecności ks. arcybiskupa Józefa Bilczewskiego,
po jego błogosławieństwie i prostej, jak zazwyczaj,
pełnej zaś miłości Boga i ludzi przemowie, ruszo-
no wreszcie ziemię pod fundamenty. Tak więc
w ruchliwej dzielnicy Gródeckiej, kilkadziesiąt
tysięcy mieszkańców liczącej, a niemal całkowicie
świątyni pozbawionej, wzniesie się dom Pański
pod wezwaniem św. Elżbiety, co do rozmiarów
niewątpliwie największy we Lwowie.
Orędownikiem sprawy tej, jak prawie wszyst-
kich w Galicyi Wschodniej dzieł katolicko-społecz-
nych ostatnich czasów, jest ks. arcybiskup Józef
Bilczewski. On to rzuconej przed laty zbożnej
i szczęśliwej myśli nie pozwolił zwiędnąć; on za-
krzątnął się około przeprowadzenia konkursu; on
wreszcie dalszy bieg rzeczy ujął w niestrudzone
dłonie swoje, sam niejako wyhodował wschodzący
dziś tak pięknie projekt, potrafiwszy jednocześnie
przyczynić się do zgromadzenia potrzebnych,
a niemałych zaiste funduszów.
Jak wiadomo, na turnieju konkursowym
przed półtora rokiem zdobył nagrodę laureat licz-
nych zapasów, znakomity i rozgłośny wielce archi-
tekt Teodor Talowski. Wyróżniono wtedy i prace
trzech innych projektodawców, zastrzegając wszak-
że, iż przeprowadzenie dzieła ma być poruczone
przed innymi Talowskiemu. Ze względu na to,
iż dzielnica Gródecka ma już kilka budowli mo-
numentalnych z kopułami, tudzież ze względu na
to, że ostateczne oferty na budowę w stylu go-
tyckim wypadły korzystniej, aniżeli się spodzie-
wano, postanowiono wykonać odmienny nieco pro-
jekt Talowskiego wczesno-gotycki z trzema wie-
życami. „Poeta kamienia i cegły," jak go w Kra-
kowie nazywano, poświęcił się od lat kilku wyłącz-
nie budowie kościołów, zaprojektował ich dziesiąt-
824
TYGODNIK ILLUSTROWANY N> 43
GRUPA UCZESTNIKÓW TEATRU LUDOWEGO W KRAKOWIE. Fot. M. Olma.
ki, w tej chwili zaś buduje wspaniałą farę w Tar-
nopolu i oddał właśnie drugą pod służbę Bożą
w Kaczyce na Bukowinie.
W kościele św. Elżbiety jednak zyska archi-
tektura polska monumentalnej wartości dzieło, przy-
noszące chlubę twórcy i lwowskiej szkole politech-
nicznej, której uczniem był, a obecnie, jest wybit-
nym profesorem Talowski.
Według umowy, zawartej pomiędzy ks. arcy-
biskupem Bilczewskim a kierownikiem i przedsię-
biercą budowy, inżynierem p. Karolem Richtmanem,
w r. b. wyprowadzone będą fundamenty i mury
aż pod cokół. Budowa trwać ma lat trzy, t. j.
do sierpnia r. 1907. Kierownictwo artystyczne,
rzecz prosta, objął sam autor planu.
Ryciny nasze wyobrażają: projekt świątyni,
oraz chwilę poświęcenia miejsca przed prowizo-
ryczną kaplicą, dla personelu robotniczego posta-
wioną. Na środku fotogramu: ks. arcybiskup Bil-
czewski. Z prawej jego strony: Talowski, inżynier
Richtman, dalej wiceprezydent miasta Michalski,
inspektor budowy Noworyta. Z lewej zaś (od pa-
storału): prezydent miasta dr Małachowski, ks. ka-
nonik Ziemiański oraz przedstawiciele Sodalicyi
Maryańskiej: prof. Łyskowski, br. Dormus i radca
miejski Rawski. ('
* *
*
Zwycięstwo operetki.
Rzecz szczególna, że pomimo dążenia ludz-
kości do celów wyższych, do uszlachetnienia po-
trzeb i gustów, w życiu codziennem zjawiska
mniej wartościowe biorą prawie zawsze górę nad
donioślejszemi i poważniejszemu
Pamiętamy wszyscy w Warszawie walkę
operetki z dramatem i komedyą. W rezultacie,
pomimo protestów i narzekań prasy, operetka
wzięła górę i pociągnęła ku sobie większość pub-
liczności.
Obecnie podobny proces powtarza się i na
prowincyi. W artykule Kaprysa p. t.: „Proletaryat
aktorski" (Kur. Warss.) czytamy, że do tej pory
repertuar trup prowincyonalnych składał się niemal
wyłącznie z dramatu, komedyi i krotochwili; co
najwyżej kiedy niekiedy dawano jakiś wodewil,
lub sztukę ludową ze śpiewami. Od chwili jed-
nak, kiedy zjawiła się operetkowa trupa Mysz-
kowskiego, publiczność prowincyonalna dała się
porwać urokowi „muzy podkasanej" i nie chce
podobno słyszeć o dramacie i komedyi. Mówimy
„podobno," gdyż autor artykułu, opierając się na
informacyach, udzielanych przez aktora, nie po-
dziela jego pesymizmu. W każdym razie roz-
wielmożenie się operetki na prowincyi kosztem
dramatu i komedyi byłoby objawem bardzo
smutnym.
Warszawa, obok przybytków sztuki lekkiej,
posiada, bądź co bądź, teatry o charakterze po-
ważnym, które mogą neutralizować ujemny wpływ
płaskiej komiki operetkowej.
Prowincya takiego antydotu estetycznego
nie posiada, więc tryumf operetki może tam przy-
nieść o wiele większą szkodę. Z.
EPILOGI.
Przestańcie, bo się źle bawicie!
Nigdy nie zapomnę, jak przed laty, przyje-
chawszy po raz pierwszy do Warszawy, poszedłem
oglądać Stare Miasto. Był to jesienny, księżyco-
wy wieczór, pełen przedziwnego czaru melancholii
niewysłowionej i tęsknoty przejmującej. Po nie-
bie płynął miesiąc niepełny, przesłaniany postrzę-
pionemi skrzydłami przelotnych obłoków i oto-
czony różową obrączką mgły, która snuła się w po-
wietrzu, jakby przejrzysta srebrna tkanina.
Nie zacierała ona obrazu, który się roztaczał
dokoła, tylko leciuchno i miękko otulała kształty
architektoniczne tych wysokich a wązkich domów,
mrugających złotawemi światłami okien. W ciasnych
uliczkach dogorywało wieczorne życie, zamykały
się jedne po drugich małe sklepiki, ginęli w pół-
mrocznych bramach przechodnie i tylko z gar-
kuchni przez białe firanki padały na bruk jasne
płaty światła. Latarnie uliczne, okolone tęczowym
pierścieniem promieni, grały we mgle jakby oczy
piór pawich.
Szliśmy we dwóch, z Or-Otem, poetą Stare-
go Miasta. Zatrzymywał mnie co kilka kroków,
zwracając uwagę na malownicze zaułki, na rzeź-
bione fryzy, wykwitające wzdłuż starych murów,
na posążki Świętych, które z ciemnych framug spo-
glądały w poważnej zadumie, na godła kute ponad
ślicznymi portalami bram kamienicznych, na po-
tężne, szeroko rozkraczone szkarpy, które podpierały
mury, nadając im poważny, średniowieczny cha-
rakter. Wszystko składało się na uroczy, jedyny
w swoim rodzaju obraz, w którym każdy
szczegół, każdy drobiazg nabierał życia i prze-
mawiał do wyobraźni.
Długo w noc błądziliśmy po labiryncie
krętych uliczek, gwarząc o dawnych czasach
i dawnych ludziach, którzy mieli tyle szla-
chetnego poczucia piękności. Czasami zno-
wu milkliśmy obaj, upojeni dziwnym, tajem-
niczym nastrojem tej ślicznej, „starej Warsza-
wy" i zasłuchani w ciszę, przerywaną tylko
odgłosem własnych naszych kroków.
Późno już było, gdyśmy zawracali ku
nowemu miastu. Po drodze zatrzymała nas
jeszcze kamieniczka Pod Okrętem, jedna
z najbardziej charakterystycznych i najlepiej
zachowanych. Dzieje zabiegliwej, zamożnej,
a przytem bardzo kulturalnej mieszczańskiej
rodziny stają przed wyobraźnią, jak żywe, na
widok tego pięknego domu.
Podziwialiśmy każdy jego szczegół ar-
chitektoniczny, zwłaszcza zaś ów ciosany po-
nad bramą korab z wydętymi żaglami, wspi-
nający się na spiętrzone wały morskie, i tę
śliczną żelazną kratę, zamykającą wejście.
Nielada mistrzem w swoim zawodzie
był ten ślusarz warszawski, z którego rąk
wyszła ta kunsztowna kratal Nacieszyć się
nią nie mogłem i po dziś dzień została mi
w oczach...
Gdy znowu przyjadę do Warszawy, już
jej nie znajdę na miejscu. A szkodal Nie ona jedna
ginie tak marnie: znikają jedne po drugich arty-
styczne zabytki nietylko na Starem Mieście war-
szawskiem, lecz wogóle wszędzie, a na ich miej-
sce wchodzą graty bez żadnej wartości. Co dawne
pokolenia zostawiły nam w puściźnie, tego uszano-
wać nie umiemy, choćby było najpiękniejsze.
I dlaczego? Czy cieszy nas brzydota? Czy
przyjemność sprawia nam zniszczenie? Jeśli tak
dalej pójdzie, co zostawimy naszym następcom?
Zapewne, właścicielowi wolno robić ze swo-
ją własnością, co mu się żywnie podoba; wolno
mu ją i oszpecić lub zniszczyć, jeśli w tern znaj-
dzie upodobanie. Ale też i naodwrót, wolno mo-
że tym, którzy piękne, stare rzeczy kochają, smu-
cić się z ich zaguby; kto wie, wolno może nawet
wyrazić nieśmiałe zdanie, że źle robi właściciel,
który nie umie, czy nie chce uszanować i zacho-
wać tego, co szanowne pięknością i sędziwym wie-
kiem.
Gdyby wszyscy tak postępować chcieli, do
czegóżby doszło? Byliśmy od wieków społeczeń-
1 stwem cywilizowanem, a dowody tej cywilizacyi
nietylko zapisane są w dziejach naszych i na kar-
tach polskiej nauki i poezyi. Ta cywilizacya zo-
I stawiła swoje ślady we wszystkiem, co do naszych
czasów przetrwało, w każdym pięknym budynku,
w każdym artystycznym sprzęcie, w każdym rze-
mieślniczym wyrobie, o ile nosi charakter epoki,
w której powstał, czyli: o ile ma styl, jak owa
śliczna krata. Cywilizacya ta, co najważniejsze,
powinna była odbić się i w duszach naszych, ja-
ko poczucie estetyczne, po dawnych pokoleniach
w spadku odebrane.
Kto zaciera jej ślady, grzeszy podwójnie: raz
przez to, że niszczy jeden z widomych znaków
i śladów polskiej cywilizacyi, jego pieczy powie-
rzony, a drugi raz przez to, że sam okazuje się
jednostką niekulturalną i drugich swoim przykła-
dem do barbarzyństw podobnych zachęca.
Nie idzie tu już o jeden artystyczny zaby-
tek, choćby tak piękny, jak owa krata w kamieni-
cy Pod Okrętem, lecz o napiętnowanie tej nieszczęs-
nej wandalskiej manii niszczenia, która przeszłość
naszą obraża, teraźniejszości wstyd przynosi,
a przeszłości szkodę niepowetowaną wyrządza.
O ile wdzięczność należy się publiczna tym oby-
watelom Starego Miasta, którzy swoje kamienice
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 43
825
umiejętnie odnawiają i od zagłady zachowują, o ty-
le niszczycielom trzeba głośno powiedzieć za
ks. biskupem warmińskim: „Przestańcie, bo źle się
bawicie!"
Lucyan Rydel.
* *
st-
O.i redakcyi.
Dla najbliższego dodatku powieściowego na-
szego pisma zyskaliśmy przekład najnowszej po-
wieści jednego z najznakomitszych dzisiaj powieścio-
pisarzów angielskich, Hall Caine’a, pod tytułem
»The Prodigal Son" („Syn marnotrawny").
Bibliograficzne czasopismo angielskie The
Publishers Circitlar w numerze z dnia 15 b. m.
stwierdza, że utwór ten ukaże się prawie jedno-
cześnie w przekładach na ośm języków europej-
skich. Fakt ten dostatecznie maluje, jak wszech-
światową jest sława autora Chrześcijanina, który
w r. z. zyskał sobie takie uznanie wśród czytel-
ników Tygodnika Illnstrowanego.
Teatr, muzyka, sztuki plastyczne.
* Pod Okrętem, nowa czteroaktowa koinedya Sta-
nisława Kozłowskiego, wystawiona w Rozmaitościach,
stanowić będzie w dorobku literackim autora utwór prze-
łomowy; odsłania ona całkowicie szczupłe zasoby jego
fantazyi i zakreśla wyraźnie granice jego twórczości. Pan
Kozłowski jest pisarzem ludowym, umiejącym kombino-
wać zręcznie historyczną fotografię dekoracyi z naiwną,
napoły melodramatyczną, napoły pedagogiczną fabułą
Obrazy, skopiowane z natury i połączone luźnie, zajmu
M dziewięć dziesiątych widowiska „Pod Okrętem," za-
ledwie zaś jedna dziesiąta przypada na akcyę. Takie
ustosunkowanie wynikło ze słusznej wiary, że najbłah
szą prawdę podać należy ludowi tak, aby go morał tea-
tralny nic znużył. Rzecz dzieje się w roku 1834, wy
stępują przeto na scenie ludzie niedawno zmarli, posia-
dający dzieci lub wnuków w Warszawie. Wybór tematu
naraził p. Kozłowskiego na pretcnsyc rodzin jego boha-
terów: jedna zażądała usunięcia z komedyi Sotera Roz-
bickiego, druga—Piotra Steinkellcra. Sztuka dzieli się
na cztery obrazy: pierwszy i czwarty odtwarza sławną
winiarnię Fukiera, gdzie od wieków wisi u sufitu mały
okręt, jako godło stosunków zamorskich; w drugim—ko-
piuje autor gospodę warszawskiego cechu bednarskiego
* odtwarza scenę wyzwolenia nowego towarzysza;
w trzecim wreszcie skopiowano wnętrze „białego dom-
ku“ w parku Łazienkowskim. Te różnorodne kopie,
opracowane z wielką starannością, nie mają oczywiście
nie wspólnego ze sztuką, chociaż stanowią główną przy-
nętę utworu. Akcya jest tu bajecznie prosta: dwóch cze-
ladników bednarskich, jeden Paweł mieszczanin, drugi
Gaweł, a właściwie Stefan—szlachcic, „z bardzo dobrej
rodziny"—walczą o pannę Kasię, chrzestną córkę Fukic-
'a. Panienka plącze, bo jest przekonana, że kocha obu-
dwu, ale w końcu „serce się odzywa", i Paweł narze-
czoną odzyskuje. Gwoli komplikacyi mclodramatycznej,
Paweł (nieumyślnie!) skaleczył w rękę Stefana i został
za to skazany na wieżę. Przykry ten wypadek wywo-
łał racyę ukazania się na scenie trzech ludzi: Nałęcza,
referendarza stanu, Floryana Fukiera i Piotra Steinkellc-
ra, znakomitego przemysłowca. Dwaj ostatni udają się
do pierwszego o wstawiennictwo za skazanym. Podczas
wizyty swej pomagają autorowi w wypowiedzeniu głów-
”ego morału sztuki: Ftikier popisuje się długą, sławną
genealogią swej prastarej rodziny i wyjaśnia referenda-
rzowi, dlaczego „praca nie hańbi nikogo;" Steinkellcr zaś
tłumaczy, że „dziś dla przemysłu otwiera się pole, a tę
Wielką placówkę, co nam jest oporą, jeśli nic zajmą
swoi, to obcy zabiorą." Podobnie, jak w utworach po-
przednich, napisał p Kozłowski „Pod Okrętem" gładkim,
fredrowskim, trzynastozgloskowym wierszem. Aktorzy
Rozmaitości, nic przyzwyczajeni do sztuk wierszowanych,
nie umieli sobie poradzić z rymem i rytmem. Grali na
°gół dość poprawnie, odczuwali jednak, że im przezna-
czono rolę barwnych jedynie plam dekoracyjnych, więc
'1'c tworzyli samodzielnych postaci. I
* Teatr Indowy w Krakowie. Po kilkomie-
S1ęcznej przerwie, spowodowanej niepowodzeniem i roz-
biciem się trupy Adama Mullera, który nie umiał utrzy-
n,ać się przy przedsiębiorstwie teatru ludowego, powie-
lonego mu przez krak. Towarzystwo oświaty ludowej,
teatr ludowy otwarł w
dniu 15 września nano-
wo swe podwoje w bu
dynku teatralnym przy
ulicy Krowoderskiej. Kie-
rownictwo teatru objął w
drodze konkursu p. Kazi-
mierz Gabryelski, młody
talcntowany artysta dra-
matyczny ze szkoły G
Zapolskiej. Personel tea-
tru skompletowany skła-
dają panie: Clirapczyńska,
Dulębianka, Dunin Fro-
niówna, Fligiel, Kolman,
Linkowska, Muszyńska,
Milska, Malińska, Stra-
diot i Sznage, panowie:
Czermański, Czerski, Fli-
giel, Gabryelski, Kiciński,
Konarski, Konrad, Lip-
czyński, Mohr, Olski,
Rembowski, Robech, Wą
sowicz, Węgrzyn, Wyr-
wowicz, Zapalowicz i
Zygmuntowicz. W pięk
nie odnowionej, z malo-
widłami na motywach
krakowskich ludowych
wzorowanemi, sali roz-
począł teatr ludowy se-
zon jesienny „Karpacki-
mi Góralami," po któ-
rych wystawiono z o-
gromnem powodzeniem
dramat ludowy Kaspro-
wicza „Świat się kończy,"
a następnie „Małkę
Szwarcenkopf" i „Jojnę Firulkcsa" Zapolskiej. Pierw-
sze przedstawienia zalecały się starannem przygoto-
waniem i stwierdziły, że nowy kierownik poważnie
pojmuje swe zadanie i rozwija pochwały godną usilność
w kierunku pozyskania sympatyi ogółu dla teatru lu-
dowego. p
* Teatr miejski we Lwowie rozpoczął już przy-
gotowania do wystawienia nagrodzonego na konkursie
krajowym dramatu p. Germana p. t. „Lilith." Rzecz
otrzyma wjjątkowo świetną i kosztowną wystawę, zaan-
gażowano umyślnie dla niej p. Tarasiewicza, reżyseryę
wreszcie prowadzi osobiście p. Pawlikowski, który miał
zawsze tak szczęśliwą rękę w wyprowadzaniu na jaw
tylu głośnych później pisarzów. Po Germanie pójdzie
niewątpliwie Wyspiański ze swoją „Legendą." W ocze-
kiwaniu tych premier publiczność lwowska przyklasnęla
gorąco wznowieniu „Nitki jedwabiu" Sardou, tembar-
dziej, iż zabłysnął tu w nowem świetle bogaty talent
p. Solskiej i Adwentowicza, wkraczającego bardzo szczę-
śliwie w dziedzinę ról charakterystycznych, t
* Teatr polski w Poznaniu czyni na razie prze-
gląd nielicznych swych sil, dobiera aktorów i czeka
na odpowiedniejszą porę, aby wystąpić z nowościami
i poważnymi utworami starszej daty. O wznowieniu
zainaugurowanej w zeszłym sezonie operetki dotychczas
cicho jakoś; zatarg dyrektora z Towarzystwem Muzycz-
nem, zapoczątkowany w roku zeszłym, zaostrzył się do
tego stopnia, że polska kapela przestała grywać w an-
traktach, a miejsce jej zajęła zbieranina po części obcych
żywiołów. Publiczność ma wszakże nadzieję, że zatarg
zakończy się zgodą stron poróżnionych, widownia zapełni
się po brzegi i niesmak ustąpi miejsca dawnej życzli-
wości dla sceny polskiej. Acer.
* Jubileusz Dylińskiego. W dniu 15-ym b. m.
święcił 25-lccie pracy scenicznej artysta opery naszej, p.
Hilary Dyliński. Rozpocząwszy swój zawód sceniczny
w r. 1874-yni we Lwowie za dyrekcyi Stanisława Dob-
rzańskiego, w tok później ukazuje się Dyliński w par-
tyach barytonowych w Krakowie, skąd znów powraca do
Lwowa, ale wkrótce opuszcza Galicyę i zjeżdża na stałe
do Warszawy. Początkowo występował tu Dyliński w chó-
rach operowych, lecz uzyskawszy w r. 1880-ym debiut
w „Lindzie z Chamounix“ w roli prefekta i wykazawszy
w rzeczonym występie zarówno szeroki, piękny głos ba-
rytonowy, jak i niezwykłą inteligencyę artystyczną, wszedł
na stałe w skład artystów opery, a przez pewien czas
i operetki warszawskiej. Grywając przez długie lata na
obudwu scenach, występował dzisiejszy jubilat po 375
AFISZ KRAKOWSKIEJ WYSTAWY JUBILEUSZOWEJ.
Według rysunku i pomysłu Piotra Stachiewicza.
razy na rok, traktując mimo nadmiaru pracy powierzane
sobie role z wysoką sumiennością i prawdziwie artystycz-
nym zapałem. Do wybitniejszych kreacyj Dylińskiego na
deskach sceny warszawskiej zaliczyć należy: Zbigniewa
i Macieja w „Strasznym Dworze", Bartłomieja w „Verbum
nobilc", Janusza '
Dziemby w „Hal-
ce", Walentego w
„Fauście", Ama-
natra w „Aidzie",
Grosa w „Man-
ru“, Bartola w
„Cyruliku Sewil-
skim", Podcza-
szyca w „Hrabi-
nie" — z reper-
tuaru zaś operet-
kowego: Kalcha-
sa w„Pięknej He-
lenie", Podesty w
„Gasparone", hr.
Rogera w „Pier-
ścieniu rodzin-
nyni" i t. p Od
r. 1898 porzucił
jubilat operetkę
scenie, na której
H1LARY DYLIŃSKI.
i poświęcił się wyłącznie wielkiej
tak w roli wykonawcy, jak i w charakterze pomocnika
reżysera zdobył sobie zasłużone uznanie publiczności
i żywą sympatyę kolegów, o
Z SALONÓW ARTYSTYCZNYCH.
Organizowana w Salonie Krywulta wystawa:
„Dwór polski”—będzie otwarta w pierwszych dniach
przyszłego miesiąca, a zebrany dotychczas materyał przed-
stawia się bardzo obficie. Inicyatorowie upraszają za na-
szem pośrednictwem o łaskawe nadsyłanie rysunków,
rycin i fotografii pod adresem Salonu Sztuk pięknych Kry-
wulta, polecając gorąco sprawę wystawy wszystkim arty-
stom, miłośnikom, zbierającym odpowiedni materyał, i wła-
ścicielom dworów. W dzisiejszych czasach rozpowszech-
nienia fotografii amatorskiej przypuszczać należy, że zbie-
rze się w ten sposób nader obfity materyał nawet z naj-
odleglejszych zakątków kraju (gdzie właśnie przechowują
się pewno najcharakterystyczniejsze cechy dawnego
dworu.) Dla pp. artystów i architektów nieobojętna bę-
dzie przytem zapewne wiadomość, że w dziale twórczym
i usiłowań współczesnych będą przeznaczone cztery na
826
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 43
grody po 50 rubli, dwie ze strony Salonu Krywulta,
dwie ze strony Tygodnika lllustrowanego.
* W lewym, bocznym Salonie Towarzystwa
Zachęty Sztuk Pięknych p. Stanisław Masłowski wy-
stawił szereg prac swoich, wykonanych przeważnie wod-
nemi farbami. Rzeczywiście, jest jeden tylko niewielki
obrazek olejny, przedstawiający rybaków, naprawiających
sieci, i kilka rzeczy gwaszowanych, najświetniejsze są
jednak, pełne lekkości i swobody akwarele czyste i te
właśnie zasługują na szczególną uwagę. Są to studya
i szkice, pozbierane wprost z natury w wędrówkach po
kraju i z podróży do Włoch. Spotykamy tu widoki sta-
rych, klasycznych zabytków architektonicznych Romy,
romantycznych zakątków wdzięcznej Fiesoli, fragmenty
bogactw zdobniczych Florencyi, ale są też malownicze
wizerunki Trok w gub. Wileńskiej z ruinami starożyt-
nego zamku i nasz szary, płaski krajobraz z pod War-
szawy—z Woli Rafalowskiej, gdzie p. Masłowski spędzał
kilkakrotnie letnie miesiące. Dziwna szczerość, prostota
i bezpośredniość odczucia natury cechuje te utwory, co
zjednywać musi dla nich ogólną sympatyę widzów, cha-
rakterystyczny przytem, bardzo samoistny i bardzo ory-
ginalny sposób malarskiego ujęcia stawia je nader wy-
soko pod względem artystycznym. Jest w tej lekkości
i pewności rzutów, w wirtuozostwie uproszczeń, tudzież
jasneni, nieco plaskiem modelowaniu coś z japońszczy-
zny, ale w odczuciu natury p. Masłowski jest malarzem
nawskroś swojskim, czego dowodem być muszą owe
właśnie tak nadzwyczajnie prawdziwe w tonie i charak-
terze, tak szare i pełne jakieś zadumy widoki z Woli
Rafałowskiej. Prócz krajobrazów i fragmentów architek-
tonicznych, studyowanych ze szczcgólncm zamiłowaniem,
znajduje się tu większa kompozycya, zatytułowana: „Cy-
ganka" akwarela pełna siły i wyrazu, zresztą znana już
z wystaw dawniejszych. J.
* Sztuki graficzne rekrutują wśród artystów na-
szych coraz szersze zaciągi, co, jako objaw nader pożą-
dany dla rozwoju sztuki, należy skwapliwie zanotować.
W Salonach p. Krywulta p. Otton Bauer, Łodzianin, wy-
stawił świeżo bardzo oryginalnie traktowaną autolito-
grafię „Portret Szopena." Artysta ten ma tu jeszcze
kilka rysunków barwnych. Chodziło o wydobycie jak
najmniejszymi środkami, możliwie najpełniejszych wrażeń
kolorystycznych, i istotnie próby wystawione wypadły
pomyślnie- rzeczy te są smaczne i efektowne. J.
* Wystawa jubileuszowa w krakowskicni To-
warzystwie Sztuk Pięknycli cieszy się stałem powodze-
niem. Niektóre z wybitnych, znajdujących się tam dzieł
sztuki, jak Wojciecha Kossaka „Wiosna 1813 r.,“ Stan. ।
Lentza „Wilki morskie," Piotra Stachiewicza cykl
obrazów: „Widma pracowni," były już reprodukowane,
w naszem piśmie; z pozostałych zyskaliśmy dotychczas
dla Tygodnika: Dąbrowy Eug. „Jesień," Malczewskie-
go Jacka „Tobiasz," Okttnia Edw. „Grajek," Szczep-
kowskiego Jana „Dziewki," rzeźba, Tetmajera Włods.
„Taniec" i „Czepiny," Wodsinowskiego Winc. „Wesele
idzie!", Wyczółkowskiego Leona „Morskie Oko," pa-
stel—do reprodukcyi kolorowej.
* Wystawa obrazów w Poznaniu mieści się
w trzech pokojach dość obszernych przy Alejach,
we względnie korzystnem nawet miejscu, a mimo to nic
cieszy się łaskami naszej publiczności, którą możnaby
podzielić na dwie części: taka, która wogóle nie widzi po-
trzeby oglądania obrazow i uważa to za najsroższą po-
kutę za swe filisterskie usposobienie, i taką, która żąda
odrazu nadzwyczajności, a zapomina, że bez poparcia
finansowego trudno odrazu sprowadzać dzieła pierwszo-
rzędnych mistrzów, ile niożncści nigdzie jeszcze
nie wystawiane. A przecież watto obejrzeć sobie
„Thanatos" Jacka Malczewskiego, „W słońcu" W. Tet- 1
majera, bardzo oryginalne prace górnośląskiego artysty
J. Kasparka, krajobrazy Lisieckiego i Skoczylasa, akwa-
relę Pociechy—i poczynić uwagi krytyczne nad pracami
D. Mukulowskiej, Z. Sieniawskiej, Korzeniewskiego, Ku-
rylasa i innych. Pozostałe od lata płótna Wywiórskiego
i „Piasta" Pruszkowskiego nie każdy jeszcze oglądał,
a na to nikt jakoś czasu nie ma. Wina tutaj leży także
po stronie Towarzystwa Sztuk Pięknych, które słabe
tylko daje znaki swej żywotności. Acer.
WYDAWNICTWA ARTYSTYCZNE.
' Zasługa Towarz. Polskiej Sztuki Stosowanej I
w zbieraniu i wydawaniu tego, czego dokonał nasz i
lud na polu zdobnictwa, jest podwójna. Po pierw-
sze, ma wartość jako przyczynek do naszej historyi
kultury, podrugic jest dążeniem do znalezienia ja-
KOŚC1ÓL WE WSI KAMIENICY POD BIELSKIEM.
kichś wspólnych, najbardziej charakterystycznych, indy-
widualnie polskich rysów we wszystkich ornamenta-
cyach, którcmi pokrywa nasz lud swoje domy, stoły, skrzy-
nie, aż do najprostszych narzędzi i sprzętów domowych
(np. łyżki, krosna i t. p.). Czwarty zeszyt tego wydaw-
nictwa poświęcony jest w znacznej części pisankom
i przeróżnym ozdobom ściennym fnp. wycinanki z pa-
pieru). Ozdoby te, zarówno jak i te, które widzieliśmy
w poprzednich zeszytach, są nader umiejętnie dobrane
Widać w nich te same cechy, co i w poprzednich, mia-
nowicie stylizacyę w tym samym zupełnie duchu—co
daje prawo do przypuszczenia, że nasi artyści potrafią
z tych samych danych odnaleźć właściwy „styl polski",
stworzyć w tym duchu nowe dzieła, wzbogacić i roz-
szerzyć naszą sztukę w tym kierunku Takiem nowem
dziełem jest np. okładka do ostatniego zeszytu, pomysłu
młodego malarza p. Henryka Uziembły. Jest to najlep-
sza, najbardziej indywidualnie zrobiona z dotychczaso-
wych okładek w tern wydawnictwie. Odznacza się
szczęśliwem i swobodnem zużytkowaniem motywów lu-
dowych i wykwintnym smakiem. W zeszycie widzimy
oprócz tego podobiznę dwóch ciekawych kościółków,
których budowa (nadzwyczaj oryginalne dachy i wieżycz-
ki—takie, jak budowano w dawnej Polsce) zasługują na
szczególną uwagę. Rcprodukcyę jednego z tych koś-
ciółków (obecnie już zburzonego), wiernie i artystycznie
odrysowanego przez p. Józefa Czajkowskiego, podajemy
w dzisiejszym numerze. K.
Z Dalekiego Wschodu.
Już oddawna dochodziły z placu boju głu-
che wieści, że generał Liniewicz wyruszył z Wła-
dywostoku i ciągnie na południe. Ponieważ atak
na Koreę byłby obecnie mało prawdopodobny,
po większej części przyjmowano ową wiadomość
z niedowierzaniem.
Tymczasem okazuje się z ostatnich telegra-
mów Reutera i Ag. Ros. że armia władywostocka
(zapewne 50.000), lub może tylko jej część, prze-
była około (>00 wiorst, dzielących ją od Sincintinu,
aby obejść prawe skrzydło japońskie i zagrozić
liniom komunikacyjnym, łączącym Laojan z Niu-
czwangiem i Fynchuanczenem, co w razie pobicia
armii gen. Ojamy uniemożliwiłoby odwrót jego
wojskom.
Przedsięwzięty więc ogólny atak armii gen. Kn-
ropatkina ustawione na „w półksiężyc" na północ od
Laojanu (na przestrzeni około 100 kilom.) wojsko
gen. Ojamy, zrozumiały jest tylko łącznie z owym
ruchem oskrzydlającym gen. Liniewicza.
Japończycy, jak się zdaje, wiedzieli o owym
ruchu wojsk władywostockich. Na południe od
rzeki Tajcyche, a na wschód od Laojanu ustawili
silne oddziały, nie dopuszczające oskrzydlenia. Na
północ zaś od Tajcyche przyjęli bitwę z wojska-
mi głównodowodzącego armią rosyjską.
Przebieg tej bitwy jeszcze straszniejszej
i krwawszej niż pod Laojanem był w ogólnych
zarysach następujący.
Armia rosyjska rozdzieliła się na trzy części:
Jedna z nich, wschodnia (lewe skrzydło rosyjskie)
rzuciło się we dwa lub trzy korpusy na prawą (gen.
Kuroki) armię japońską, zagrożoną jednocześnie
obejściem przez korpus władywostocki, przeciwko
zaś oddziałom generałów Oku i Nodzu (armie ja-
pońskie: lewa i środkowa) wystawiono po kilka dy-
wizyi z celem raczej osłony od ewentualnych ata-
ków z tej strony.
Celem bezpośrednim więc gen. Knropatkiua
było zgniecenie Kurokiego i otworzenie w ten spo-
sób dróg, prowadzących do południowej Mandżuryi,
coby spowodowało bardzo ciężkie warunki dla po-
zostałych armii japońskich Oku i Nodzu.
Początek bitwy zaznaczył się w dniach 8, 9
i 10 października cofaniem się Japończyków na sil-
nie obwarowane pozycye, broniące dostępu do bro-
dów na Tajcyche i dróg prowadzących do Laojanu
od strony północno-zachodniej.
Gdy lewe skrzydło rosyjskie posunęło się za
ustępiijącem wojskiem Kurokiego aż poza linię
kopalni Jantajskich, wtedy armie zachodnia (lewa)
i środkowa gen. Ojamy wykonały szereg uwień-
czonych powodzeniem ataków na centrum i prawe
skrzydło Rosyan, zmuszając ich do odstąpienia na
północ i pozostawienia na placu boju kilkudziesię-
ciu armat.
Wtedy wysunięte ku południowi oddziały le-
wego skrzydła rosyjskiego znalazły się w niebez-
pieczeństwie okrążenia, gdyż nie przełamawszy sil-
nych pozycyi Kurokiego, mogłyby mieć łatwo od-
wrót odcięty ku północy. To spowodowało ogólny
odwrót rosyjskiej armii Mandżurskiej w stronę Muk-
denu.
Tymczasem generał Miszczenko, połączywszy
się z korpusem Liniewicza, znalazł się odciętym
od głównej armii na południc od rzeki Tajcyche.
Jak z niejasnych telegramów wnioskować można,
udał się wraz z zagrożonym oddziałem tego gene-
rała drogą w stronę Fynchuanczenu lub Władywo-
stoku — przez drogi górskie. Manewr oskrzydla-
jący, przedsięwzięty przez Liniewicza, nie udał się
w znacznej części zapewne dzięki temu, że Japoń-
czycy na rzece Tajcyche wybudowali tamę i w od-
powiedniej chwili spowodowali wylew rzeki, co
uniemożliwiło korpusowi władywostockiemu i gen.
Miszczence wpaść na tyły Kurokiego.
Bitwa—w chwili gdy to piszemy nie jest
jeszcze ukończona. Dwa oddziały wojska rosyj-
skiego nad rzeką Szaclie i pod Szachopu (16 do 20
kil. na południe od Mukdenu) bronią się zawzięcie.
Niektóre oddziały japońskie przeszły już rzekę Hun
i idą ruchem flankowym na Mukden... Ze swojej
strony Kuroki dąży tam również od wschodu.
Straty w ludziach olbrzymie. U Japończy-
ków wielkości ich jtszcze nie stwierdzono. Straty
Rosyan obliczano w dniu 15 z. ni. na przeszło
30,000. Straty późniejsze muszą być również znacz-
ne, szczególnie w odwrocie.
Epizody tej straszliwej bitwy są wstrząsające.
Ginęły całe pułki, płonęły wsie, od niebywałego
grzmotu dział i chmur dymu, z pękających pocis-
ków powstała straszliwa burza i ulewa, od której
wylały wszystkie rzeki. Koło gen. Kuropatkina
pękło kilka granatów.
*
* *
Z Portu Artura donoszą o nieustającem bom-
bardowaniu, które uszkodziło okręty „Retwizan"
i „Pereswiet".
Góra „Wysoka", którą Rosyanie napowrót od-
bili Japończykom, leży w południowej stronie za-
toki, tuż nad miastem i panuje bezpośrednio nad
Portem. Wzięcie jej stanowiło o wzięciu twierdzy.
Japończycy ponowili gwałtowne ataki na twierdzę
ze wszystkich stron. Wynik dotychczas niewia-
domy.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 43
827
WARSZAWSKO-ŁÓDZKI ODDZIAŁ SANITARNY Ś-go WINCENTEGO A PAULO
W CHARBINIE.
DOJAZD DO DWORCA KOLEJOWEGO W CHARBINIE.
Fot. inżyniera Edwarda Ossera.
Z Petersburga.
*** Senat wyjaśnił, iż Rozkaz Najwyższy z dnia
4 marca 1899 roku, nadający ministrowi spraw we-
wnętrznych prawo zezwalania katolikom na nabywanie
gruntów w gub Zachodnich, stosuje się nie do gruntów
skarbowych, lecz tylko prywatnych. Jak wiadomo, pra-
wo to służy tylko tym katolikom, którzy prowa-
dzą włościański tryb życia. Mogą oni nabywać najwy-
żej GO dziesięcin ziemi.
*
* * -
Nawoje Wretnia, zastanawiając się nad po-
trzebami zwiększenia dochodów skarbowych, po-
daje projekt zniżenia ceny spirytusu, nabywanego
przez skarb Państwa w Królestwie Polskieni o 10
kop. od wiadra. Pismo motywuje swój projekt
tern, że gorzelnie w Królestwie Polskieni znajdują
się w warunkach wyjątkowych, znacznie lepszych niż
w Cesarstwie. Wniosek taki może powstać tylko
pod wpływem zupełnej nieznajomości stosunków
ekonomicznych wewnętrznych, a nawet polityki
ekonomicznej i finansowej. Gorzelnictwo w Kró-
lestwie Polskieni, zwłaszcza gorzelnie, które sta-
nowią ważne poparcie rolnictwa, są obecnie w po-
łożeniu niezbyt pomyślnem. Wiemy, że wielu zie-
mian naszych utyskuje na zbyt nizką cenę płaco-
ną za spirytus przez skarb, tak nizką, że nawet
niektórym gorzelniom wprost nie
opłaca się produkowanie okowity.
Wiemy także, iż z tego powodu
pewne grupy ziemian za pośrednic-
twem swoich instytucyi zamierzały
wystąpić do władzy ministeryalnej
z umotywowanym nieinoryalem, do-
wodzącym potrzeby podniesienia
ceny spirytusu, nabywanego przez
rząd. Gdyby nierozważny wniosek
Now. Wreni. był istotnie urzeczy-
wistniony, natenczas gorzelnictwo
w Królestwie Polskieni znalazłoby
się w fatahiem położeniu, co na-
stępnie wpłynęłoby na znaczne po-
gorszanie warunków ekonomicznych
rolnictwa, które już i tak nadmiernie
siły natęża, ażeby utrzymać swe
podstawy. Nie należy zapominać,
że w kraju o wyższej kulturze rolnej
produkeya jest droższa, że nadto Kró-
lestwo wogóle ponosi wielkie cięża-
ry podatkowe. Wtrącanie więc tego
kraju w gorsze warunki przez zni-
żanie cen produktu może wywołać
opłakane następstwa. P.
Farby Raffaellego.
(Odpowiedź od Rcdakcyi).
Wynalazek Raffaellego zasadza się na przygotowaniu
past kolorowych z olejem, które mogą być użyte jak pastele
lub kredki—celem jego jest wyłączenie z malowidła nad-
miaru oleju, co zapewnić ma obrazom większą świeżość
i trwałość kolorytu. Wielka ilość oleju, która jest ko-
nieczna do malowania wiotkim pendzlem na płótnie, żół-
knie, starzejąc się, i mąci czystość barw żądanych; nad-
to konieczność używania przy rzadkich farbach siccati-
wów sprowadza szybko czernienie i pękanie się malo-
widła. Wszystkim tym złym stronom olejnego malowa-
nia mają jakby zapobiedz nowe farby Raffaellego. Są
one przygotowane do wcierania ręką, więc mogą być
dość twarde i gęste, zawierają zatem tyle tylko oleju,
ile tego niezbędnie potrzeba. Następnie są względnie
suche, a raczej szybko schnące, używanie więc siccati-
wów jest zbyteczne, a zatem i wszelkie niebezpieczeń-
stwa dla obrazu z nimi połączone są usunięte. Wyna-
lazca zapewnia również, że używanie farb jego wyłącza
wszelkie niebezpieczeństwa, jakie wyniknąć mogą z re-
akcyi chemicznych przy zmieszaniu farb o różnych pier-
wiastkach, gdyż właściwie pasty jego przy kombinowa-
niu tonów nie mieszają się z sobą, lecz układane są
jedne przy drugich, lub jedne na drugich. O ile wyna-
lazek ten zabezpiecza istotnie dzieła sztuki od wan-
dalskich zamachów czasu, przyszłość dopiero okaże, na
istotę twórczości artystycznej jednak wpływ jego oczy-
JEDYNA FOTOGRAFIA CESARZOWEJ WDOWY (1) 1 ŻONY CESARZA CHIŃSKIEGO (2).
wiście może być zaledwie bardzo nieznaczny. Można
mieć piękne farby i nie być malarzem, można być dob-
rym malarzem, a nie być artystą, jak z drugiej strony,
według słów Whistlera: .inżynier i chemik nic nie do-
dadzą arcydziełu.” Naszemu Orłowskiemu, który wy-
kwit! tak nagle na dziewiczej przedtem niwie sztuki
polskiej, w chwilach furyi rysowniczej, które często zja-
wiały się u niego niespodzianie, w braku innego mate-
ryału, wystarczały zwyczajna świeczka—szabasówka i ka-
wałek patyka. Knot upalony dostarczał czerni na cienie
najmocniejsze, łój roztopiony służył do rozprowadzania
półtonów, i na bibule, w handelku, przy szklance wina,
powstawały bajeczne szkice, które dziś stanowią dumę
kolekcyonistów. R.
JAN LEMAŃSKI:
Z CYKLU: „MIŁOSIERDZIE. “
Błogosławieni miłosierdzie czyniący-
DAMA I ŻEBRAK.
Dama, chcąc żebrakowi
Raz dać nieco grosza
Na ulicy, stanęła
I dobyła trzosa.
Już-już-już miał się dobry
Czyn stać na ulicy...
Gdy wtem cisi przybiegli
Żebraka wspólnicy,
Trzos damie odebrali
I w pędy najprędsze
Do szynkowni przepijać
Razem trzosa wnętrze!
Miłosierdzie gdy czynić
Chce szlachetna dama:
Lepiej jeśli pić idzie
Do cukierni—sama.
PTAK RANNY.
Podjął ptaka rannego
Człek. Zagoił ranę
I rzekł: „Zostań przez wdzięczność."
A ptak:—„Nie zostanę.
Wdzięczność? tyś mi ją winien,
Bowiem gdyby nie ja,
Nie mógłbyś się dowodnie
Mieć za dobrodzieja."
828
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 43
Nasze ryciny.
SHEBIDAN KNOWLES: POWRÓT
z POLA BITWY-. — Znany malarz scen
rodzajowych, Sheridan Knowles, dał w mi-
łym obrazku pod powyższym tytułem
skromne, ale bardzo prawdziwe i pełne
wyrazu dzieło, przedstawiające chwilę po-
wrotu z pola bitwy ranionego żołnierza,
którego może rodzina już odżałowała. Swo-
bodny ruch kobiety, która nie wierzy swoim
oczom, widząc powracającego, jest pełen
wyrazu. Obraz trzymany w jasnych, spo-
kojnych barwach.
JAN HOLEWIŃSKI: PENTUEB, U-
ŚMIERZAJĄCY BURZĘ. - Gdy młody
następca tronu, przyszły faraon Egiptu
(w powieści Prusa), w zwycięskiej bitwie
nad Libijczykami zapędził się w pogoni za
ich wodzem Tebeuną w pustynię, zerwał
się straszliwy tyfon, który groził zasypa-
niem zarówno schwytanemu Tebeunie, jak
i ścigającym Egipcyanom. Ale święty kapłan
Pentuer wezwał pomocy sił niebieskich
i potężnego maga, Beroesa, i sprowadził
grzmoty i ulewę. „Beroes, Beroes!" — po-
wtarzał wielkim głosem kapłan. Następca
ujrzał ciemną figurę ludzką z podniesionemi
rękoma. „Z głowy, z palców, nawet z odzie-
nia tej figury co chwila wyskakiwały jasno-
błękitne iskry." A żołnierze egipscy i Li-
bijczycy wpadli w omdlenie, nie wiedząc,
co się z nimi dzieje. Fantastyczną tę sce-
nę w świetny sposób oddał młody, bardzo
utalentowany artysta, dając obrazowi odpo-
wiedni nastrój niejasnego, ciekawego oświet-
lenia, znakomicie rysując figury i trzymając
całą przejrzyście skomponowaną chwilę
w pełnym smaku, tajemniczym kolorycie.
JAN HOLEWIŃSKI: FARAON PRZED
ŚWIĄTYNIĄ ASTORETH.—Jest to z du-
żym talentem skomponowana scena ze wspa-
niałej powieści Prusa p. t.: „Faraon." Przed-
stawia ona chwilę, w której młody następ-
ca tronu ujrzał po raz pierwszy Asyryjczy-
ków. Przysłali oni wspaniałe dary na sło-
niach i koniach dla faraona, a jednocześnie
też dla świątyni Astoreth, gdzie znajdowała
się piękna Kama, do której poseł asyryjski
Sorgon zalecał się właśnie w chwili, gdy
młody następca zakradł się w przebraniu
oficera pod świątynię, marząc o tej tajem-
niczej i zdradliwej kobiecie. „Na widok
tych cudzoziemców, silnych, niezgrabnych,
śmiejących się ordynarnie, cuchnących ło-
jem i gadających nieznanym a twardym
językiem, w księciu zagotowało się," „krew
uderzyła mu do głowy, i sięgnął po miecz..."
Kronika.
Z KOŚCIOŁA.
Były proboszcz w Żyrmunach w powiecie
Lidzkim, ks. Henryk Bolcewicz, uzdolniony
publicysta, znany ze swych występów,
w prasie, otrzymał od J. E. ks. biskupa
Roppa zezwolenie na wyjazd na wyższe
studya teologiczne za granicę. Ks. Bolce-
wicz wyjechał obecnie do Insbruku, a opu-
szczone przez niego probostwo w Żyrmu-
nach objął ks. Bolesław Sperski, b. kapelan
J. E. ks. biskupa Zwierowicza. o
W dniu 13-ym p. m. odbędzie się w Pe-
tersburgu w kościele św. Katarzyny uro-
czysta konsekracya J. E. biskupa płockiego,
ks. Apolinarego Wnukowskiego, o
W tych dniach w Słomczynie odbyło
się poświęcenie miejscowego kościoła świeżo
odnowionego i znacznie rozszerzonego
Aktu poświęcenia dopełnił ks. Leopold
Łyszkowski, prałat kapituły metropolitalnej
warszawskiej w asystencyi ksks. prałatów: ।
L. Dąbrowskiego i Z. hr. Łubieńskiego, tu-
dzież licznie zebranego duchowieństwa, o
Jego świątobliwość Papież Pius X obda-
rzył niedawno ks. d-ra Sarzyńskiego, pro-
boszcza w Kościanie w W. Ks. Poznan-
skiem, za zasługi, położone około podnie-
sienia muzyki kościelnej, orderem „Pro
ecclesia et pontifice." o
Ks. szambelana Stanisława Galla, dotych-
czasowego kanonika honorowego i wice-
regensa seminaryum duchownego, miano-
wano kanonikiem kapitulnym. Uroczyste
wprowadzenie nowego dostojnika do stal
archikatedry warszawskiej nastąpiło w bie-
żącym tygodniu, o
Ks. kanonik Józef Kwiatkowski, dziekan
dekanatu miechowskiego i podkomorzy
Ojca Św., obchodził w dniu 26-ym z. m.
dwudziestopięciolecie swego dziekaństwa. o
SZKOŁY I PEDAGOGIA.
Kurator okręgu naukowego warszawskie-
go otrzymał z ministeryum oświaty zawia-
domienie o konieczności wyłączenia z użyt-
ku szkolnego „Historyi Świętej" Szustra,
W zamian za to ministeryum uznało za
rzecz pożyteczną zezwolić na używanie
w szkołach elementarnych, jako podręcznika
przy wykładzie religii rzymsko-katolickiej,
książki p. t: „Krótka historya starego i no-
wego testamentu z dodatkiem ważniejszych
modlitw i krótkiego katechizmu dla mło-
dzieży szkolnej wyznania rzymsko-katolic-
kiego." Podręcznik ten wyszedł z pod pióra
ks. J. Małyszewicza z Wilna, o
SPOŁECZNE.
Do walki z gruźlicą, która szerzy tak
straszliwe w Galicyi spustoszenia, przystą-
piło z inieyatywy wybitnych lekarzy: drów
Gluzińskiego, Janiszewskiego (z Zakopane-
go) i Strojnowskiego poważne grono osób
Zebrało się ono w ubiegłym tygodniu we
Lwowie i z ks. arcybiskupem Teodorowi-
czem na czele wysłuchało dłuższego wy-
wodu prof. dra Gluzińskiego. Zaczem uchwa-
lono założenie Towarzystwa przeciwgruźli-
czego, które za pierwszy krok swój uwa-1
źać będzie utworzenie wzorowego sana-
toryum ludowego dla chorych, gruźlicą do-
tkniętych. Do wydziału tymczasowego, ma-
jącego zająć się wprowadzeniem w życie
stowarzyszenia, powołano pp. posła Barwiń-
skiego, prof. Gluzińskiego, posła Hudeca,
drów: Jordana, Janiszewskiego, Legieżyń-
skiego i Piaseckiego, członka rady miej-
skiej dra Liliena i hr. Wodzickiego. T
Z RÓŻNYCH STRON.
Dnia 8-go b. m. dokonano w Częstocho-
wie aktu poświęcenia lokalu towarzystwa
śpiewaczego „Lutnia," i w tym dniu odbył
się tam pierwszy inauguracyjny koncert
ŚLADEM ISADORY DUNCAN
SZKIC H NOWODWORSKIEGO
Program działalności Towarzystwa w sezo-
nie 1904/5 r. obejmuje koncerty, wieczorni-
ce, podwieczorki, teatry amatorskie i bale, o
Dnia 6-go b. m. otwarto uroczyście nową
politechnikę w Gdańsku. Uczestniczący
w akcie otwarcia cesarz Wilhelm dał z tej
okazyi upust swym oratorskim upodoba-
niom i wystąpił z przemową, jak zwykle,
nie pozbawioną jaskrawych zwrotów, w któ-
rej zaznaczył między innemi, że nowy za-
kład wzniesiony na ziemi, którą niegdyś
dzielność niemiecka zdobyła dla kultury,
stać ma i działać, jak wieża niezłomna,
z której wiedza, pracowitość i duch nie-
miecki rozlewać się ma na wszystkie stro-
ny. Cudzoziemcy mogą uczęszczać na po-
litechnikę jedynie po przedstawieniu świa-
dectwa z ukończenia 9-klasowego zakładu
średniego niemieckiego, lub na mocy spe-
cyalnego pozwolenia kuratora politechniki,
albo ministra oświaty, o
W dniu 10-ym bież, miesiąca katedra na
Wawelu święciła uroczyście pamięć i za-
sługi bł. Wincentego Kadłubka, swego nie-
gdyś biskupa i pierwszego narodowego dzie-
jopisarza
Ruch umysłowo-artystyczny w Poznaniu,
o ile wogóle słabym jego objawom tak
konkretne nadać można miano, objawia się
niemal wyłącznie w naszej stolicy, starym
grodzie Przemysława, któremu Niemcy za-
mierzają podobno dać nazwę: „Warthburg."
Już z tego samego zestawienia unaoczni
wam się odrazu fakt, że jak we wszystkiem,
tak i w pracy idealno-duchowej dwa równo-
ległe idą u nas prądy, wrogo względem
siebie usposobione. Na tem cierpi oczy-
wiście i nauka i sztuka. Niemcy odgrani-
czają się od nas na każdem polu, w nowo
otwarłem wszakże muzeum Fryderyka III
nie mogli nie zapełnić jednej dużej sali 1
słowiańskimi zabytkami ery przedhistorycz-
nej, tak licznemi u nas wykopaliskami
urn, broni i narzędzi z epoki paleolitycznej,
neolitycznej i—sit venia verbo—halsztackiej.
Zbiór, ułożony z niemiecką sumiennością
i dokładnością, opatrzony napisami nie ze
wszystkiem jeszcze pozbawionych polskiego
brzmienia miejscowości, tak dla znawcy, jak
lubownika przedstawia się bardzo zajmująco.
Od niedołężnie obrobionych młotów ka-
miennych do misternie zdobionych śpil
bronzowychj od prostych grubych popielnic
do kielichów kadzielnych, urn maskowych
i najróżniejszych miseczek i ozdób glinia-
nych mamy tu wszystkie pierwotne dzieła
szorstkiej dłoni naszych praojców o 2,500
lat wstecz od dzisiejszej daty. Nadmieniam
przytem, że oddawna już nasze Towarzy-
stwo Przyjaciół Nauk o wiele jeszcze rzad-
sze i cenniejsze posiada zbiory, tylko tak
ze względu na opłatę wstępu, jak i inne
niedogodności mało dostępne. Miejmy na-
dzieję, że w nowym gmachu Towarzystwa
dział wykopalisk równem cieszyć się bę-
dzie zainteresowaniem młodzieży polskiej,
jak to miałem sposobność zauważyć w mu-
zeum niemieckiem. Zbiór obrazów Raczyń-
skiego, ofiarowany niegdyś miastu i prze-
niesiony następnie do Berlina, wrócił znów
do Poznania, i teraz Czarnecki w narodo-
wym stroju przysłuchuje się w niemieckich
murach niemieckiej gwarze, na swojej
ziemi, naszych najserdeczniejszych. Acer.
Polskie Muzeum szkolne we Lwowie
staje się ze śmiałego, jak mniemano,
projektu już rzeczywistością Rzecz obu-
dziła nader żywe zajęcie w szerokich
kołach nauczycielskich i w gronie osób,
zajmujących się sprawą wychowania. Do-
wodem tego coraz liczniejsze dary, wpływa-
jące bądź do komisyi lwowskiej, zarządzają-
cej Muzeum, bądź też do komitetu pomoc-
niczego w Krakowie, który popiera gorliwie
tak wysoce użyteczną i potrzebną instytu-
cyę. Darami tymi są: dzieła z dziedziny
wychowawczej, dawne podręczniki szkolne,
dokumenty, modele, obrazy i t. p. Nie
brak również datków pieniężnych. Ogło-
szone właśnie sprawozdanie komisyi wyka-
zuje 1074 pozycye darów, złożonych do d. 1
maja r. b. Po wymienionym już czasie
zniesiono nowe ofiary, za które komisya
dziękuje najgoręcej, polecając tak ważną
sprawę dalszej pamięci społeczeństwa. C
Budowa kolumny Mickiewicza na pla-
cu Maryackim we Lwowie zbliża się
już ku końcowi. Ogłoszono nawet ter-
min jej odsłonienia, a to na dzień 30-ty
października r. b. Ustawioną kolumnę gra-
nitową widać wśród obsłonek rusztowania
z daleka, pozostajc zaś jeszcze do umiesz-
czenia śpiżowa postać poety z geniuszem
i „znicz" na szczycie pomnika, sięgającego
wysokością swoją dachów przyległych ka-
mienic. Cała akcya, jak od początku, tak
i teraz, spoczywa w rękach wielce tu zasłu-
żonych- przewodniczącego komitetu prof.
dr Bronisława Radziszewskiego i jego za-
stępcy Adama Krechowieckiego, którzy w
ostatnich dniach uformowali sekcyę, mającą
zająć się programem uroczystości i jego na-
leżytem przeprowadzeniem. Do komisyi
pochodowej powołano wytrawnych „cercmo-
niarzy". Jest podobno w planie iluminacya,
kantata, widowisko w teatrze miejskim.
Dwa tylko przemówienia wygłoszą: odda-
jący kolumnę prezes komitetu i odbierający
ją prezydent miasta. Niewątpliwie rzecz
odbędzie się godnie a z okazałością, ('.
NAUKA.
W sprawie orycuializmu. Znany po-
dróżnik i oryentalista, p. Jan Grzegorzewski,
którego jedną z ostatnich prac ogłosiła
w Sprawozdaniach swoich austryacka Aka-
demia umiejętności, wystosował w tych
dniach list otwarty do Stanisława hr. Bade-
niego, marszałka Sejmu galicyjskiego. W li-
ście tym, powtórzonym przez wszystkie
dzienniki, porusza p. Grzegorzewski sprawę
oryentalizmu i oryentalistyki odłogiem u nas
leżącą, u nas, gdzie przecież Wschód wy-
warł wpływ tak potężny, przebijający się
dotychczas w zwyczajach, tradycyach, języ-
ku i t. p. Anglia, Francya, Niemcy, Rosya
posiadają znakomite instytuty oryentalne,
nawet Belgia, Holandya i Dania zajmują
się poważnie oryentalizmem, nasze tylko
społeczeństwo, znajdujące się jakby u wrót
Wschodu, a liczące niegdyś wielu pierwszo-
rzędnych badaczów oryentalizmu, stoi w rze-
czy tej na boku. Mnóstwo cennych mate-
ryałów, bądź ściągających się do historyi
kraju, bądź też wysoce wartościowych dla
829
GRUPA CZŁONKÓW TOWARZYSTWA DRAMATYCZNEGO IMIENIA IGN. PADEREWSKIEGO W MILWAUKEE.
Holografia J. Cieślaka ze zbiorów Józefa Zawodnego, reżysera Towarzystwa.
literatury polskiej, są dziś wprost niedo-'
stąpnę. Przed laty zamyśla! o poruszeniu
tej doniosłej kwestyi nieodżałowany Ludwik
hr. Krasiński, który wzywał nawet p Grze-
gorzewskiego do zorganizowania katedr ję
zyków wschodnich, przyrzekając swoją po-
moc moralną i materyalną. Skoro zgon
jego przerwał, niestety! te rozległe plany,
kołace autor listu do p. marszałka krajowe-
go z prośbą, iżby myśl ś. p. Krasińskiego
Podjął teraz i przedstawił Sejmowi w celu
utworzenia instytutu oryentalnego lub przy-
najmniej (w braku funduszów) założenia
katedr filologii wschodniej na wszechnicach
w Galicyi. c |
Uniwersytet lwowski otrzymać ma wkrót-
ce nową katedrę, mianowicie w myśl wnio-
sku wydziału filozoficznego utworzona bę-
dzie katedra literatury niemieckiej, r
Dr Adam Szelągowski, docent uniwer
sytetu, mówił w tych dniach w Związku
aukowo-literackim we Lwowie „o meto-
dzie historycznej i krytyce literackiej.”
W dyskusyi zabierał też glos między inny-
*” Aleksander Bruckner, bawiący zazwy-
czaj w tym czasie na studyach w swem
nieście rodzinnem. i
Dr Konstanty Wojciechowski, profesor, Żydówek. Z ogólnej cyfry 76,548 pra-
gitnnazyalny, zatwierdzony został jako do- cownic trzecia część prawie, zajmuje
cent prywatny historyi literatury polskiej । się krawiectwem, modniarstwem, ponczosz-
na uniwersytecie lwowskim, c nictwem, a reszta — innemi rzemiosłami.
Pkzemysł. rolnictwo i han- Własne warsztaty posiada 29,911, do wy-
DEL.
Niedawno powstała w Warszawie nowa in 21,893 zapisane są jako uczennice Zarobek
stytucya pod nazwą rolnej delegacyi współ
dzielnej, mającej na celu zjednoczenie dzia-
łalności handlowej poszczególnych towa-
rzystw rolniczych. Na przewodniczącego
delegacyi wybrano—p. Ignacego Jórskiego,
yrektora Tow. rolniczego gub. Warszaw-
skiej, na zastępcę jego—p. Stanisława Bą-
zyńskicgo, obywatela ziemskiego z gub.
edleckiej, na sekretarza zaś—p. Stefana
Kozłowskicgo. Tymczasowo sprawy dele-
gacyi, do której należeć mogą wyłącznic
tylko towarzystwa rolnicze, wydziały han-
dlowe towarzystw rolniczych, tudzież spółki
i kółka rolnicze włościańskie, załatwiać bę-
dzie
pory
szeń
W
Warszawskie Tow. rolnicze. Do tej
przystąpiło do delegacyi 16 stowarzy-
rolniczych. o
dniu 15-ym b. m. w domu dochodo-
wym teatrów rządowych warszawskich przy
ul. Wierzbowej Nr 8 odbyło się poświęce-
nie lokalu powstającego w Warszawie
czwartego Towarzystwa wzajemnego kre-
dytu. o
ŚWIAT KOBIECY.
Do jednego z adwokatów przysięg-
łych w Warszawie zwróciło się grono
poslugaczek przychodnich z prośbą o
ułożenie ustawy, która, mając na celu
udzielenie pracodawcom pewnej gwarancyi
co do ich osób, przyczyniłaby się do roz-
woju służby przychodnie} u nas. Ustawa
ma objąć również zakres dostarczania zaję-
cia kobietom, potrzebującym pracy, i od-
dzielnym paragrafem żądać utrzymywania
kasy chorych.—Gazeta Der Frajnd podaje
dokładny wykaz liczebny rzcraieślniczck
robnic zaliczyć należy 24,744, pozostałe
kobiet niższy jest znacznie od zarobku
mężczyzn rzemieślników. Szwaczki kraw-
cowe w dużych miastach mają stosunkowo
dochody największe, bo 6 8 rub. tygo-
dniowo (na prowincyi tylko 2 — 3); poń-
czoszarki, pracując przy własnych maszy-
nach po 15 godzin dziennie, zarobić mogą
najwyżej 3 rub. tygodniowo, w magazy-
nach zaś tylko 2 rub. Inne rzemiosła przy-
noszą za 14-godzinną pracę zaledwie 1—2
rubli na tydzień.
HIGIENA.
Na ostatniem posiedzeniu członków wy-
działu hygieny zdrojowisk wygłosił dr
Alfred Sokołowski odczyt p. t: „Z wyciecz-
ki klimatologicznej do Danii i Szwajcaryj,”
w którym roztrząsał szczegółowo dodatnie
rezultaty, osiągane w Danii w walce z gru-
źlicą. Opisawszy sanatorya tamtejsze, za-
znaczył prelegent fakt niezwykle troskliwe-
go traktowania w nich chorych, którzy nie
ulegają tam żadnym klasyfikacyom, ani pod
względem swej zamożności, ani też sfery,
z której pochodzą, a nadto zwrócił uwagę
słuchaczów na wysoce kulturalne zachowa-
nie się obywateli tamtejszych, którzy nie
skąpią ofiar materyalnych na cele walki
z tak strasznym wrogiem ludzkości, jak
gruźlica, o
SPORT.
Słowo donosi, że w dniu 6-ym b. m.
przed rejentem Wasiutyńskim spisano akt
zawiązania się „Warszawskiej Spółki My-
śliwskiej,” założonej z kapitałem 150,000
rubli przez znanych w kraju naszym miłoś-
ników myśliwstwa, jak oto: Ksawerego hr.
Branickiego, St. Lilpopa, dr St. Zaborow-
skiego, Jana Sztolcmana, Wł. Słonczyńskie-
go, Józefa Zarcmbskiego, St. Rostkowskie-
go, d-ra A. Rostkowskicgo i innych. Spół-
ka postawiła sobie za zadanie zaopatrywać
myśliwych we wszelkie przedmioty w wy-
borowym gatunku, związane z danym spor-
tem, po cenach możliwie najprzystępniej-
szych. o
OSOBISTE.
Ojciec Św. Pius X Obdarzył adw. przys.
Maryana Śmiarowskiego nominacyą na ka-
walera orderu „Pro Ecclesia et Pontifice.”
ZMARLI.
Jan Goldsfand, jeden z wybitnych finan-
sistów, współwłaściciel znanego domu ban-
kowego pod firmą Leon Goldstand, zmarł
w Warszawie dnia 12-go b. m., przeżywszy
lat 68. Urodzony w Warszawie, zmarły,
po ukończeniu szkół tutejszych, kształcił się
za granicą, skąd powrócił dla objęcia wspól-
nie z bratem kierownictwa domu bankowe-
go p. f. „Leon Goldstand.” Na stanowisku
tern jednak nie pozostawał ś. p. Goldstand
zbyt długo, wkrótce bowiem opuści! War-
szawę, aby na życzenie założyciela i pre-
zesa Banku handlowego, ś. p. Leopolda
Kronenberga, stanąć na czele filii petersbur-
skiej tego banku. Z instytucyi tej prze-
szedł następnie zmarły do dyrekcyi mię-
dzynarodowego Banku handlowego w Pe-
tersburgu i na tern stanowisku pozostawał
przez lat 25 dbając o rozwój wielkiego
przemysłu metalurgicznego i zapoczątkowu-
jąc liczne przesiębierstwa kolejowe i finan-
sowe. o
Melania z Kossowiczów Janoioa hr. Lc-
dóchowska, zmarła w Warszawie dnia 7-go
b. m., przeżywszy lat 69. o
Józef Monkiewicz, doktor medycyny,
rz. r. st., obywatel ziemski gub. Kowień-
skiej i m. Warszawy, zmarł w Warszawie
dnia 11-go b. m., przeżywszy lat 74. o
J. Kukiewicz, wybitny obywatel m. Miń-
ska gub., zmarł tamże dnia 9-go b. m.
Ś. p. Kukiewicz zajmował przez szereg lat
stanowisko dyrektora Tow. wzajemnego
kredytu w Mińsku, a nadto był prezesem
resursy tamtejszej i zastępcą radnego ziem-
skiego na powiat Borysowski. o
Władysław Habdank Korzybski, rz.
r. st., b. inspektor komunikacyi lądowych
i wodnych, obywatel ziemski i m. Warsza-
wy, zmarł w majątku własnym Rudniki,
w gub. Piotrkowskiej, dnia 14-go b. m.,
przeżywszy lat 66. Zmarły był autorem
kilku rozpraw z dziedziny gospodarstwa
wiejskiego, między innemi wydał „Melio-
racye rolne.” o
830
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 43
WEZUWIUSZ W CZASIE SPOKOJNYM. WYBUCH WEZUWIUSZA WE WRZEŚNIU r. b.
Zdjęcia fotograficzne R. V. Mattcucciego, dyrektora obserwatoryum na Wezuwiuszu.
Ze świata.
Z KOŚCIOŁA WE WŁOSZECH. Jak
donosi półurzędowy organ Watykanu, Osser-
vatore Romano, Ojciec Św. nic zniesie
t. zw. „non expcdit,“ czyli nie pozwoli
katolikom włoskim brać czynnego udziału
w zbliżających się wyborach do porlamentu.
KBÓLOWA włoska—jak donoszą do
Tcm/>sa—sama karmi swojego syna, wło-
skiego następcę tronu. Jest to fakt, zasługu-
jący na szczególną uwagę ze względu na
to, że tak wiele matek naszych wstrzymuje
się od pełnienia tego obowiązku—ze szko-
dą dziecka, a często i własną Chrzest na-
stępcy tronu odbędzie się w połowie listo-
pada, w Rzymie, w kaplicy Kwirynału.
Z powodu narodzenia się syna otrzymali
królestwo włoscy około 800,000 listów, k
KONGRES PRZECIWKO NIEMORAL-
ności w literaturze otwarto d. 4
b. m. w Kolonii. Kongres, w którym biorą
udział przedstawiciele różnych narodowości,
zastanawiając się nad sposobami walki
z niemoralnością w literaturze, powołał di
działania ustawy prawne, prasę, księgarnie,
biblioteki i czytelnie—zwłaszcza ludowe, k
PRZYSZŁY KONGRES POKOJU. Na
posiedzieniu instytutu prawa międzynarodo-
wego, którego obrady, odbywające się
w Edymburgu, ukończono z. m_, nadesłał
prezydent Roosevelt propozycyę zwołania
drugiej konferencyi pokojowej w Hadze.
Projekt przyjęto z żywem uznaniem, k
KONGRES PRZYRODNIKÓW W
NIEMCZECH WOBEC SZKÓŁ SBED-
nich. Na odbywającym się we Wrocła-
wiu kongresie przyrodników i lekarzy od-
czytano kilka referatów w sprawie koniecz-
ności udzielania nauk przyrodniczych w
szkołach średnich, a w szczególności biolo-
gii, chemii i geologii. Zwracano uwagę na
wielką doniosłość tych nauk dla ogólnego
rozwoju umysłowego i spostrzegawczości
młodzieży gimnazyalnej. k
PISMA hakatystyczne. Pisma ha-
katystyczne robią wrażenie, jakby w swo-
jej bezmyślnej agitacyi wpadły w jakiś
„trans", w którym starają się, wrzeszcząc
na całe gardło, przelicytować się wzajemnie
w pomysłach środków „tępienia Polakow".
Zaciekłość ich tak często wpada w śmiesz-
ność, że aż te krzyki przestają być niebez-
piecznymi. Tak np. Hamburger Nachrich-
ien żądają ni mniej ni więcej tylko skasowa-
nia wszystkich gazet polskich, rozwiązania
wszystkich związków i towarzystw, zgerma-
nizowania wszystkich polskich nazw miej-
scowości (!) i spolonizowanych nazwisk ro-
dzin polskich (!), przesiedlania polskich urzęd-
ników, zakazu noszenia ubiorów sokolskich,
kokard, oznak i t. p. Inne pisma podają
jeszcze dziwniejsze rady, np. „wolnomyślna"
Saals/g. prosi usilnie, aby pozwolono Ży-
dom walczyć z Polakami, i użala się gorzko,
że niektóre partye wciąż jeszcze bronią się
przeciwko żydowskiemu współpracownic-
twu na polu narodowem. Z powodu zja-
wienia się owych „kwiatków" hakatyzmu
Kttryer Poznański twierdzi, że dowodzą
one bezradności partyi polakożerczej. „Kto
wie,—pisze Knryer—czy Koln. Yolksztg
nie ma słuszności, prorokując, że chwila
likwidacyi się zbliża! Pewnem jest, że z
chwilą, gdy polska kwestya zniknie z po-
rządku dziennego spraw pruskich, Prusy od-
zyskają spokój i zdrowie. Pod tym wzglę-
dem kwestya polska jest najdonioślejszą
sprawą obecnej wewnętrznej polityki monar-
chii. k
SPRAWA MORDERSTWA HR. BON-
MORTINI. Przed sądem przysięgłych w
Turynie rozpoczął się niedawno proces, któ-
rego przebieg elektryzuje wszystkie sfery
włoskiego społeczeństwa — proces morder-
ców Bonmartinicgo, zasztyletowanego d. 28
sierpnia 1902 r w swojem własnem miesz-
kaniu w Bolonii. Sprawców tej niezwykle
śmiałej i zadziwiająco zręcznie dokonanej
zbrodni długi czas szukano napróżno. Wy-
kryto ich wreszcie dzięki profesorowi Murri,
kloty o udział w zbrodni oskarżył własne-
go syna, Tullia, szwagra ofiary. Jak to
wykazało śledztwo—cała banda łotrów od-
dawna czyhała na życic hrabiego. Czekano
tylko na chwilę, w której on będzie miał
przy sobie pieniądze. Kluczów do mieszka-
nia Bonmartinicgo dostarczyła jego własna
żona, Linda, która wyszła za niego w r. 1893
dla jego bogactw i stanowiska społecznego,
porzucała dwa razy i w końcu postanowiła
go zabić. Czynu tego dokonali: Dr. Naldi,
Murri i Rosina Bonctti, dawna służąca Mur-
rich. W krwawej tej sprawie, w której kry-
je się jeszcze wiele tajemnic, powołano 350
świadków, k
wybuch Wezuwiusza. We wrze-
śniu Wezuwiusz dał się znowu we znaki
najbliższej okolicy, mieszkańcom Portici,
Torre Anunziata, Torre del Greco, Bosco
Tre Casc i t. d. Szczyt wulkanu, który tak
sielankowo, pogodnie rysuje się na tle sza-
firowego nieba, zaczął wyrzucać kłęby gę-
stego dymu, a razem z nimi i rozpalone
odłamy lawy; nad kraterem utworzyła się
ciemna chmura, w nocy oświecona czerwo-
nym odblaskiem ognia, wydobywającego
się z krateru. Jednocześnie też odzywały
się głuche, podziemne grzmoty, które sły-
chać było z najbliższej ckolicy wulkanu,
i dały odczuć się lekkie trzęsienia ziemi.
Wogóle jednak, obserwacye tych zjawisk
są bardzo utrudnione. O wyjeździć ko-
leją linową, pod wierzch wulkanu mowy
być wtedy nic może, a nawet zbliżanie się
ku rozpalonej lawie, która ognistymi stru-
mieniami spływa z boków krateru, byłoby
nadzwyczaj niebezpieczne, gdyż w da-
nej chwili, niespodzianie, może otworzyć
się szczelina i lawa wytrysnąć. Lat temu
dwadzieścia kilka, kilku turystów angiel-
skich znalazło w ten sposób śmierć na
Wezuwiuszu. Najwspanialszym zaś jest wi-
dok w nocy, kiedy — fotografować nie
I- JERZY, KRÓL SASKI-
można. Obecnie Wezuwiusz wrócił już do
dawnego spokoju, i tylko z wierzchołka
krateru wznosi się słup białego dymu, jak-
by kadzidło z wielkiego ołtarza ofiarnego.
Najsilniejszy wybuch przypadł dnia 24
września, zniszczył górną stacyę kolejki
linowej, uszkodził relsy, tak, że dopiero za
trzy miesiące wycieczka t. zwaną funicolarc
będzie możliwa, bo tyle czasu potrzeba do
naprawy. ZE
Polityka.
Ponieważ wojna wschodnio-azyatycka
ciężarem swoich wpływów pośrednich przy-
gniata—mniej lub więcej cały świat nie
dziw, że po każdym wybitnym jej momen-
cie, politycy wracają do kwestyi pośrednic-
twa pokojowego. Owóż w kwestyi tej
Journal de St. Petersbourg ogłosił komu-
nikat treści następującej: „Prasa różnych
krajów często omawia kwestyę pośrednic-
twa pokojowego, które miałoby jedno z mo-
carstw zaofiarować stronom wojującym. Na-
leży stwierdzić fakt, że głosy te obecnie
umilkły. Widocznie zrozumiano wszędzie,
iż usiłowania w tym kierunku byłyby da-
remną stratą czasu. Jakichkolwiek użyłoby
form pochlebstwa, nic one nie zdziałają,
i nie należy się dziwić, że rząd rosyjski
zachował się tak obojętnie wobec kampanii,
prowadzonej ostatnimi czasy przez prasę
na rzecz pośrednictwa. Milczenie rosyj-
skiego ministeryum spraw zagranicznych jest
zupełnie zrozumiałe. Ministeryum stanow-
czo oświadczyło, że nie dopuści do żadnej
intcrwcncyi państw obcych. Forma tej de-
klaracyi była całkiem wyraźna i bezwzględ-
na Byłoby przeto rzeczą najzupełniej zby-
teczną powtarzać ją przy każdej najbaga-
telniejszej sposobności."—Zmiana tronu od-
była się w Saksonii. Król Jerzy, po krót-
kiem panowaniu, zakończył życic, a koronę
po mm odziedziczył syn, obecnie już król
Fryderyk August. Politycznego znaczenia
zmiana ta nie ma, a jeśli w prasie mówi
się o niej stosunkowo dużo, to głównie
z powodu nowej królowej. Pamiętna jest
katastrofa rodzinna, która przed rokiem do-
prowadziła do wygnania księżny następ-
czyni z dworu drezdeńskiego. Utrzymują
niektórzy, że teraz, skoro nieprzejednany
król Jerzy umarł, nastąpi między małżon-
kami zgoda; wydajc się to jednakże nic-
prawdopodobnem, wobec skandalicznego
rozgłosu, jaki sprawa miała w swoim cza-
sie.—Na ważną zmianę polityczną zanosi
się we Włoszech. Tworzy się tam wielkie
stronnictwo katolickie, które weźmie udział
w wyborach i w akcyi parlamentarnej Do-
tychczas, jak wiadomo, stronnicy Państwa
Kościelnego nie uczestniczą w życiu pol<-
tyczncm zjednoczonego królestwa, w myśl
zasady pf eletlori ni eleili, wydanej przez
Piusa IX Obecny Papież zasady tej for-
malnie nic odwoła, lecz udzielić ma na
zmianę jej milczącego przyzwolenia.
FRYDERYK AUGUST, NASTĘPCA TRONU
SASKIEGO.
831
KSIĄŻKI 1 WYDAWNICTWA P6RY0DYCZNG
wiele miejsca. „Przegląd roczny" p. W. |
Stodolnickicgo jest odręczną notatką, dość :
miernie informującą o życiu lubelskiem.
Dr W. Tołwiński rozważa trzydziestoletnią
działalność lubelskiego Tow. Lekarskiego,
dr A. Pułaski zaś pisze historyę dwudzie-
stu pięciu sezonów kuracyjnych w Nałęczo-
wie. Ciekawą wiadomość o „Grobach
przedhistorycznych pod Nałęczowem" po-
daje p. H. Wiercieński. Te cztery prace
oraz pomieszczona dalej sylwetka Mikołaja
Reja, wyczerpują całą racyę wydawniczą
„Pamiętnika." Kronika wojny rosyjsko-ja-
pońskiej oraz błahy „dział literacki" nie
warte wzmianki.
* Henryk Strure: liiinianiiol Kant
oraz dziejowa doniosłość jego kry-
tycyzmu. (Warszawa, 1904, skład w księgar-
ni E. Wende i Spł., str. 39 w 8-ce. Ce-
na rub. 1.50).—Popularny i zwięzły wykład
doktryny kaniowskiej oraz wpływów jej na
epokę dzisiejszą. Autor twierdzi, że nawet
takie kierunki filozoficzne, które nie mogą
być nazwane kaniowskimi w ścisłem zna-
czeniu, znajdują się jednak wyraźnie pod
wpływem rozlicznych czynników jego kry-
tycyzmu. Wyjaśniwszy doskonale treść i waż-
ność obu „Krytyk" („czystego rozumu"
i „praktycznego rozumu"), prof. Struve roz-
trząsa rezultaty filozofii Kanta w ciągu ca-
łego ubiegłego wieku, nie zatrzymując się
przed argumentami nieco luźno sformuło-
wanymi. Bądź co bądź, uważny czytelnik
zrozumie z książeczki epokowe znaczenie
kantyzmu oraz istotę wniosku Struvego,
brzmiącego tak: „Gdy myślicielom uda się
dualizm poznawczy Kanta zastąpić harmo-
nijnym, syntetycznym monizmem, dopiero
wtedy krytyka spełni w zupełności owo
propedeutyczne zadanie, o którem mówił
sam Kant. Ale też dopiero wtedy rozpocz-
nie się na dobre dojrzała praca konstruk-
cyjna umysłu ludzkiego nad wzniesieniem
świątyni prawdy. A za nią pójdą świątynie
piękna i dobra!"
* Włodzimierz Lewicki: O inne ży-
cie. (Kraków, nakładem autora, 1904,
str. 92 w 8-ce). — Po nieudatnych pró-
bach karyery politycznej, Włodzimierz Le-
i wieki, jeden z najdzielniejszych nie-
gdyś studentów uniwersytetu krakowskie-
. go, zatęsknił do „innego życia." Obu-
) dzone w duszy „pragnienie czynu, nadzieja
lepszego jutra, wiara w lot ku słońcu" po-
budziły go do napisania czterecłi poematów
dramatycznych: „Pieśń," „Południca," „Vi-
gilando" i „Ku szczytom." Niestety, tęsk-
nota pozostała jedynie tęsknotą: głosy
szczere, oryginalne pomilkły w odmętach
Stojałowszczyzny, w której autor pełnił
rolę adjutanta, a do poematów wciskają
się gwałtownie reminescencye książkowe.
Wyrazom Lewickiego nie braknie tu i ow-
dzie siły, ale operować symbolami nie
umie, a interes dramatyczny gubi w nad-
miernej frazeologii.
* Wacław Żmudzki: Z pamiętnika
psychopaty. (Lwów. Księgarnia polska.
1904. Str. 223 w 16-ce. Cena rub. 1.30.)—
Pomyli się, kto w tytule opowieści p.
Żmudzkiego szukać będzie przenośni iro-
nicznej: należy go brać dosłownie. Autor
analizuje chorobliwy wypadek niemocy płcio-
wej, wypadek tak rzadki i tak bar-
dzo... kliniczny, że i czytelnik i krytyk
muszą mu wierzyć na słowo. Zarówno
w kombinacyi czynów, jak w ogólnym
układzie sytuacyi panuje tu dowolność,
która podnosi może interes naracyjny po-
wieści, ale wrażenia artystycznego nie wy-
wołuje. Literackie zalety p. Żmudzkiego
KSIĄŻKI POLSKIE.
* Z. głośnik: Japonia. (Nakładem Tow.
Wydawniczego we Lwowie, 1904, str. 278 1
w 16-ce. Cena rub. 1.30).—Wojna wywołała 1
u nas szczególne zjawisko. Niektórzy lu- '
dzie, po przeczytaniu trzech książek o Ja-
ponii, dowiedzieli się odrazu tak wiele nie- :
Znanych rzeczy, iż zabierają się do pisania
czwartej o tym samym przedmiocie. Takiej
pokusie uległ, między innymi, p. Kłośnik.
•*ogo „Japonia" składa się: 1) z wolnego
przekładu książki Weulersse’a, wydanej przez
Tygodnik IIlustrowany; 2) ze streszczenia
broszury francuskiej o armii i flocie japoń-
skiej; 3) wreszcie z przekładu jednego roz-
działu „Literatury japońskiej" Astona. Ca-
łość—skompilowana starannie i z dobrą
wiarą w użyteczność podobnej roboty.
* Edmund Zcelienter: Szkice i na-
stroje. (Lwów, Nakładem Towarzystwa
Wyd. 1904. str. 232 w 16-ce)—Osiemna-
ście opowiadań nierównej wartości. Naj-
słabsze są tu „nastroje"; polegają głównie
na sztucznem nagromadzeniu patetycznych
Wyrazów. O wiele wyżej stoi p. Zachen-
ter w siedmiu prostych, barwnych i plastycz-
nych obrazkach z życia chłopskiego. Po-
mimo sentymentalnych tonów, niektóre no-
wele (jak „Osierocona", „Hanusina wigilia"
' »W zimowy czas") zapowiadają nowy ta-
lent.
* I). Moreżkołłski: Leon Tołstoj i Do-
stojewski juko ludzie. Przekład. (Lwów.
1904. Polskie Tow. Nakład. Str. 247 w
16-ce.. Cena rub. 1.35). — Autor postanowił
zbadać, o ile sam Tołstoj jest... „tołstoistą".
Po długiej, niezmiernie subtelnej analizie
icgo prywatnego życia, doszedł do wniosku,
że istnieje olbrzymia sprzeczność między
wyznaniem wiary a czynami tego, kto de-
maskuje sprzeczności całej kultury ludzkiej;
że Tołstoj „potrafił połączyć najsubtelniejszą
rozkosz i dogadzanie ciału z ostatnieni sło-
wem rozkoszy i hibieży myśli—sławą;" że
Ewangeliczny hrabia „wynalazł nowy, naj-
wyrafinowańszy sposób rozkoszowania się
aromatami: po zapachu gnoju -zapach kwia-
tu i perfum." Takie rezultaty badania są,
oczywiście, zupełnie jasne i stanowcze. Mc-
reżkowski innego jest zdania: w drugiej
Części książki próbuje powiększyć wartość
swych argumentów psychologicznym roz-
biorem życia... Dostojewskiego. Paralelizm
ten, wybrany dość nieszczególnie, wniósł
do książki fałsz i zamęt. Kto zna bio-
grafię Dostojewskiego, ten niełatwo przyj-
cie takie twierdzenie: „Calem życiem swo-
Jetn dowiódł Dostojewski, że, jak bohatera-
mi wieków minionych mogli być królowie,
Prawodawcy, wojacy, prorocy, pustelnicy
1 asceci, tak samo we współczesnej cywi-
Uzacyi ostatecznym typem bohatera stać
S‘Ę może bohater słowa -literat". W koń-
cn rozprawy zląkł się Mereżkowski włas-
nycli wniosków, zwłaszcza tych, które wy-
prowadził na niekorzyść Tołstoja; zamknął
książkę licznemi zastrzeżeniami i poctycz-
nemi uogólnieniami dosyć miernego ga-
tunku.
Pamiętnik Lubelski. Kalendarz illu-
slrowany. (Warszawa—Lublin, 1905, wy-
dawnictwo Władysława Stodolnickicgo,
®lron 120 w 4-ce). — Śród wszystkich
alendarzy naszych „Pamiętnik Lubel-
1 ma najstaranniejszą szatę zewnętrz-
n4- ładny papier, druk jasny i czytel-
ny oraz nienajgorsze illustracye. Treść za
Niezupełnie odpowiada oczekiwaniom.
Wydawnictwie podobnem największe
to
W
baczenie ma dokładna kronika miejscowa.
Otóż w „Pamiętniku" udzielono jej nie-
i angielskich; Reniew of Reviews (Nowy
Jork): artykuły: o wystawie w Saint-Louis,
o hodowli bydła w Kalifornii, o dzienikar-
stwie włoskiem.
FRANCYA.
* Kazimierz Stryjeński napisał nową mo-
nografię historyczną p. t. Le gendre
dc Louis AT. Jest to historya don Fi-
, _ lipa, infanta hiszpańskiego, syna Elżbie-
................ „Ulgi dla ty Farnczyjskiej, a męża Ludwiki Elżbiety
Żydów" przez J. Gościckiego.—Tygodnik I francuskiej. Ulegał on przez całe życie tym
polski: „W sprawie służby domowej."— , dwom kobietom, które, domagały się dla
Zorza: „Czy warto wyjeżdżać ze wsi do i
Warszawy dla poprawy losu?"—Biblioteka j
Warszawska: „Jan Lahor"—studyum przez I
Adama Krasińskiego; „Przemiany", powieść <
Kazimierza Zdziechowieckiego; „Nad Tyb- <
rem" przez Stanisława Smolkę; „Proces !
kryminalny Karola Szajnochy" przez dra '
Bronisława Łozińskiego; „Stanisław Wit-
kiewicz jako budowniczy polski" przez Ka-
zimierza Mokłowskiego; „Dramat i opera"
przez W. Bogusławskiego.—Słowo: „Wiel-
ki przemysł w Galicyi" przez W. L.; „Li-
sty z podróży po Grecy i" przez Adama Sie-
rakowskiego.—Goniec Poranny: „Jubileusz
sztuki" przez Kazimierza Bartoszewicza.—
Kurycr Codzienny: ,7. wędrówki" przez
A. L. Szymańskiego.—Kurycr Warszaw-
ski: „Na dobrej drodze" przez W. R.;
„Pamiętniki Rupiecia" (Jesień) przez Igna-
cego Grabowskiego.
ANGLIA.
* Księgarnia Chatto i Windus w Londy-
nie wydaje obecnie kompletne, sześcioto-
mowe wydanie poezyi Swinburnda. Do-
tychczas wyszły z druku dwa tomy: pierw-
szy zawiera „Pocms and Ballads", drugi—
„Songs before Sunrise" i „Songs of two
Nations." Wydawnictwo to powitają radoś-
nie wszyscy wielbiciele znakomitego poety.
Znaczna część jego utworów była wyczer-
pana, oddzielne zaś poematy sprzedawano
po niezmiernie wygórowanej cenie. W zbio-
rowej edycyi mieścić się będą wiersze,
które Swinburne ogłosił poprzednio w dwu-
dziestu dwóch pojedyńczych tomikach. Na
czele pierwszego tomu znajdujemy piękne
słowo wstępne od autora.
* Arnold Bennet, jeden ze zdolniejszych
młodych pisarzów angielskich, ogłosił wy-
borny romans p. t. A greal Man. Autor
opowiada z werwą i prostotą, w jaki spo-
sób Henryk Shakespeare Knighl stał się
' romansopisarzem i dramaturgiem, „ulubień-
cem publiczności." Niema w tej powieści
ani cienia karykatury, a przecież pobudza
1 do nieustannego śmiechu. Bennett jest za-
f wsze ogromnie dyskretny i skupiony. Histo-
I rya „great Man’a" zbudowana jest dosko-
nale, a napisana świetnym stylem.
* Nowe książki. John Oliver Hobbes
The Fineyard (romans); Dr William Tur-
ner History of Philosophy, prof. J.
M. Baldwin Denclopmcnt and Evolution\
H. W. Boynton Journalism and Litera-
turę; R. R. Wilson New England in Lel-
fers; George Bernard Shaw Man and Su-
perman (dramat); George P. Huntington
Comments of Ruskin on the Dinina Cotn-
media.
* Czasopisma. Niuetcenth Century: C.
Elliot—o Afryce wschodniej; T. Mann—
o wetowaniu kobiet w Australii.—North
American Reniew. Cortissoz pisze pane-
giryk dla malarza Watts’a; Review of Rc-
vicws (Londyn): W. T. Stead w dalszym
ciągu swych „wrażeń teatralnych" odpowia-
da na artykuły M. Prćvosta i panny Emilii
Lerou o moralności aktorek francuskich
(barwność stylu, subtelność, siła nastroju)
zwracają uwagę czytelnika, ale racyi pod-
jętego zadania nie ocalają.
PRASA POLSKA.
Przegląd Tygodniowy: „Tryumf techni-
ki"; — Niwa Polska: „Ogrody zarobko-
we" przez W. Wojciechowskiego. Ziarno:
„Wnuczka Jana Ill-go“ (Marya Klementyna
Sobieska).—Ogniwo: „Kelnerki" przez p.
—Czytelnia dla wszystkich: ,
niego królestwa lub księstwa. Ludwik XV,
po pokoju akwizgrańskim, ofiarował mu
księstwo parmeńskie. Krytyka francuska
ocenia książkę Stryjeńskiego bardzo po-
chlebnie, podnosząc zalety jego metody hi-
storycznej i umiejętności przyjemnego opo-
wiadania.
* Znany krytyk Emil Faguet napisał
książkę p. t. En lisant Nietzsche. Autor
próbuje wytłómaczyć, w jaki sposób Nie-
tzsche budował swój system i określa znacze-
nie jego filozofii. Nietzsche był —mówi
Faguet—Grekiem; opiewał piękno życia i je-
go rozkosze. Prawdziwy optymizm pochła-
nia złe i usuwa je. Trzeba żyć śród nie-
bezpieczeństw, aby korzystać z całej pełni
życia. W dążeniu jednak do istnienia cał-
kowitego spotyka człowiek liczne przeszko-
dy; strach przed poszukiwaniem prawdy,
religie, wreszcie naukę. Człowiek jest zwie-
rzęciem wyjątkowem, nie—rozsądnem, nie
—mistycznem, nie—moralncm, ale silnem
i pięknem, przeznaczonem do tworzenia
siły i piękna. Namiętności pozwalają żyć
ludziom życiem płomiennem i wyższem.
Ta maksyma życia zbudowana jest przecież
dla arystokracyi duchowej, dla wybrańców.
Nietzsche jest arystokratą. Podług Fagueta,
nie był Nietzsche wielkim, oryginalnym
myślicielem; można go odnaleźć całego
w pismach La Rocłiefoucaulda, Renana,
Goethego i Schopenhauera. Główna jego
zasługa polega na tem, że był prawdziwie
radykalny.
NIEMCY.
* Dr Emil Lóbl ogłosił pracę p. t.: Kul-
tur und Presse. Autor roztrząsa charakte-
rystyczne cechy prasy współczesnej ze sta-
nowiska politycznego i partyjnego, omawia
technikę dziennikarską, zastanawia się nad
stanowiskiem zawodowych dziennikarzy
wśród społeczeństwa, pisze o wpływie
dziennikarstwa na życie publiczne i na ży-
cie umysłowe, bada kwestyę stosunku po-
między dziennikami a polityką, oraz po-
między prasą a władzą państwową. Zwró-
ciwszy uwagę na to, że w Ameryce dzien-
niki stają się poprostu dyaryuszami infor-
macyjnymi, dr Lóbl wyraża przekonanie, że
w Europie Środkowej dzienniki zachowają
nadal, obok informacyjnego charakteru, tak-
że posłannictwo swoje jednego z pierwszo-
rzędnych czynników życia umysłowego
i duchowego.
SKANDYNAWIA.
i * Czasopisma. Dansk Tidsskrift (Ko-
penhaga) A. Tomsen, z powodu setnej rocz-
nicy urodzin Ludwika Feuerbacha, rozważa
. rolę jego w historyi myśli religijnej; Ord
och Bild (Sztokholm): M. Montgomery, pa-
miętniki do epoki Gustawa IV Adolfa; S.
Hoegstroem—pisze o technice gimnastyki
szwedzkiej, a zwłaszcza o metodzie braci
Kellgrcn; Caria (Sztokholm) M. Berger
i A. Ruhe: o teatrze Antoine’a; artykuł o
„Historyczncm Muzeum muzyki w Sztok-
holmie."
832
TYGODNIK ILLUSTROWANY Np 43
OD REDAKCYI.
Każdy prenumerator „Tygodnika
illustrowanego" w r. 1904 otrzyma
bez żadnej dopłaty
Potop 1 f\ tomów powieści
ŁY°łody Ić SIENKIEWICZA
(co miesiąc tom)
•f O tomów
oraz I /
14. DZIEŁ POPULARNYCH
(co miesiąc tom)
czyli ogółem (co miesiąc 2 tomy)
W TOMY ROCZNIE
/1. Biblioteki powieści
f i dzieł popularnych
NADTO
KOLOROWE PREMIUM
ARTYSTYCZNE
oraz przy każdym numerze, nie zawierają-
cym dodatku książkowego,
ARKUSZ POWIEŚCI
TŁÓMACZONEJ.
Na oprawę 12-tu tomów Pism Sienkiewi-
cza w roku bieżącym dołączać należy rb. 2;
oprawa 6 tomów kosztuje rub. 1, oprawa 3
tomów 50 kop.' Ozdobna oprawa 12 tomów
dzieł popularnych wynosi także rb. 2, opra-
wa 6 tomów rub. 1, oprawa 3 tomów 50 k.
Oprawa wszystkich 24 bezpłat-
nych dodatków wynosi rb. 4, opła-
cane rocznie, półrocznie lub kwar
talnie.
W IV-ym kwartale r. b. otrzyma-
ją prenumeratorowie „Tygodnika il-
lustrowanego" w 6-ciu dodatkach
bezpłatnych:
„Historyę ruchu
kobiecego**
w opracowaniu J. Okszy, jeden tom.
„Życie artystyczne
ludzkości**
Alfonsa Roux (z illustracyami)
w przekładzie J. Lorentowicza, jeden tom.
„Pan Wołodyjowski**
Sienkiewicza, 4 tomy.
Nadto premium kolorowe
TEODORA AXENTOW1CZA p. t.
„Zaczytana,"
będzie rozesłane w ciągu listopada
r. b. wszystkim prenumeratorom.
Dla uniknięcia zwłoki w odbiorze
„Tygodnika" prosimy uprzejmie o
wczesne nadsyłanie prenumeraty,
ze względu zaś na potrzebę wczesne-
go przygotowania opraw na książ-
kowe dodatki, prosimy, dla unor-
mowania nakładu, o wczesne nad-
syłanie zamówień. Oprawa dodat-
ków nie podnosi kosztów przesyłki.
Życzący sobie otrzymać premium koloro-
we na wałku zechcą nadesłać na koszt
opakowania kop. 25
X...X...X .X X“.X X X X X X X
NADESŁANE.
Złoty medal w Paryżu
ADĄ Ci O stynr,y ze sweJ skuteczno-
rVl\rlvl vzści na wyniszczenie ODCI-
SKÓW, poleca Laboratoryum Górskiego,
I Leszno 4. Cena 30 i 50 k.
O, ja zawsze taki!
— Bardzo ładnie z pańskiej strony, panie
Beaurot, źc pan pamiętał dać mojej córce
na imieniny ładny podarek, ale czemu pan
zapomniał oderwać karteczki, na której była
napisana cena i to ledwie 1 frank 75 cen-
tymów...
— O proszę pani, ja zawsze jestem taki:
gdy mam zrobić komu przyjemność, to nie
zważam na cenę. Journal pour tous.
XSXWX X X
Już tak lucześnie.
Poeta dyletant: Mój najstarszy synek
zaczyna już pisać wiersze.
Przyjaciel:—Co ty mówisz?... to on już
dojrzały do... kosza! Dorfharbier.
PASTILLES
DE
INDIEN
GRILLOM
We wszystkich składach aptecznych i aptekach.
TOWARZYSTWO UDOSKONALONEJ PERFUMERYI
A.RALLET&C? Dostawcy Dw.
= WARSZAWA, ULICA WIERZBOWA Nr. 7
POLECA: PERFUMY, MYDŁA, WODY KOLOŃSKIE
Po amerykańsku.
Master Weekly: — Weil, my boy! Znam
pijaka, który ma nos tak podobny do mie-
dzi, że nie wychodzi z domu, gdy deszcz
pada, żeby mu się grynszpan na nos nie
rzucił.
Master Smart: — Indeed!... A ja znam
pana, który ma nos do tego stopnia mie-
dziany, że go już nawet me czyści chustką,
lecz proszkiem do czyszczenia rondli.
Jttgend.
Wystawa Powszechna 1900 r.
Słynna ze swych własności anty-
septycznych i aromatycznych.
Do nabycia wszędzie.
71/y go przewyższymy.
Bella (z grymasikicm zazdrości)'.
— Tatusiu, słyszałeś?... konsul Goldberg
kupił swej córeczce pałac hrabiego X.
Dorobkowicz:
— No, no, nie martw się, my go prze-
wyższymy: ja ci kupię pałac razem z hra-
bią. (Fliegende Bldtter).
Owoc przeczyszczający
PRZECIW
OBSTRUKCYI
Obawy księżyca.
Księżyc (przechodząc koło Portu Artura
do gwiazd): — Jak tak dalej pójdzie, to
oni temi minami gotowi wysadzić w po-
wietrze moją starą przyjaciółkę ziemię.
Henriot-rHlustration.
•t
* .1.-
Dumny.
— Panie poruczniku, to chyba musi być
bardzo trudno mówić, trzymając monokl
w oku?
— O pani, to bagatela: ja, trzymając mo-
nokl w oku, mogę nawet kichać.
Dorjbarbier.
l pebełhner i Wolf/ w~ f
fortepiany, l
| Pianina, Organy |
7 Krakowskie-Przedm. 17.
Z Z Z Z'" Z z zx xB
Także logika.
— Więc pan swego syna nic posyła do
szkoły.
— Na co, proszę pana? Jeśliby nie miał
nic do jedzenia, to mu i wykształcenie nic
nie pomoże, a jeśli będzie miał co do je-
dzenia, to na co mu wykształcenie?
Fliegende Bldtter.
PRACOWNIA
wyrobów złotych i z brylantami
J. RUSZCZYŃSKIEGO
z dniem 15 września r. b. przeniesioną
została na ulicę SENATORSKĄ Nr 22.
Bohater pantojlowy.
X (w winiarni): — To dziwne, że Majer
i teraz, choć jego żona wyjechała, ucieka do
domu przed zamknięciem bramy.
Y: — Ja to rozumiem: jego żona nic po-
wiedziała mu, którego dnia wraca i o któ-
rej godzinie. Meggcndorfcr.
*
. * *
Życzenie.
— Naprawdę jak się czyta i czyta, źc ten
i ów zapisał krocie na „Towarzystwo ochro-
ny zwierząt", to ma człowiek ochotę prze-
mienić się w konia!
Journal amusanl.
Pierwszorzędne Biuro Nauczycielskie
JASIŃSKIEJ, Włodzimierska 19, w Warszawie.
Poleca Nauczycieli, Nauczycielki, Bony i Cu-
dzoziemki, które na żądanie sprowadza.
Małżeństwo.
„Ty mnie już nic kochasz—mówił wró-
bel z płaczem do swojej żony. — Do nie-
znośnego słowika rzucasz zalotne spojrze-
nia, ile razy on ci coś zaśpiewa. Czy ty
myślisz, że ja nie umiem śpiewać? Umiem,
tylko nie mam czasu; muszę gniazdko dla
ciebie budować i starać się o ziarna dla
naszych dzieci. Gdybym się był z tobą
nie ożenił, byłbym z pewnością stał się
także... słowikiem," Jngend.
Do nabycia
w Perfumeryacli
i Składacli Apt.
Wydawcy; GEBETHNER i WOLFF
Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów
Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF
Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych,nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się.
JfosBoneno Ęenayporo, BapmaBa, 30 CenTHÓpn 1904 ro^a.
Ns 44
Ogólnego zbioru Nr 2,347
29 (16) października 1904 roku
Tygodnik Iwstrowanp
SMUTEK
TEODOR AXENTOW1CZ
834
MARYA KONOPNICKA.
„AD ASTRA”
II.
tóż książka, która nam przybyła, jest jedną
z takich niezwykłych, z takich wysokie-
go rodu książek. Przychodzi do nas z dzie-
dziny gwiazd wiecznych, czystych, i od gwiazd
tych, których znak na czole nosi, do ducha
naszego poselstwo sprawuje.
Jakoż, pierwszem wrażeniem, jakie nam
dają jej wstępne zaraz karty, jest wrażenie
gwałtownego wzlotu nad poziomy życia. Wra-
żenie oderwania się od powszedniości jego,
rozokolenia się w czystej atmosferze spraw
ducha. Rzecz bowiem cała postawiona jest
odrazu tak, jakby się odbywała na skrawku
wieczności.
Mniejsza, iż skrawkowi temu imię jest
„Alpy,“ lub też imię „Puszcza." I puszcza
i Alpy są tylko nagłcm rozwarciem się kąta,
pod którym dano nam patrzeć na walkę nie-
śmiertelnych potęg, w duchu człowieka zło-
żonych.
Bo istotnie chodzi tu o walkę. O jedną
z tych walk, w których „za błękitami jest bój
i zwycięstwo." O wieczną walkę myśli
i uczucia.
Przesłona błękitów nie odejmuje nic
z tragicznej bezpośredniości tego odwiecznego
starcia. Tragiczność zaś walki polega na tern,
iż wrogo przeciwstawiające się sobie potęgi są
doskonałą jednością, i że dopiero w czło-
wieku przychodzą do rozłamu i toczą bój za-
cięty. Acz i w boju nierozdziclne, nieśmier-
telne i nieskazitelne, zniszczyć się wzajem
i unicestwić nie mogąc, niweczą tylko sam
teren walki, serce człowieka, czyniąc z niego
bojowisko, ruin i popiołów pełne.
Zaczem oddawszy śmierci co było śmier-
telnem, przebóstwiają się i do jedności przy-
chodzą w ostatnim tchu zabitego szczęścia, aż
do nowego wcielenia, i nowej, nieodzownej
walki.
O taką właśnie walkę chodzi w naszej
książce.
Tym razem rozgrywa się tragedya walki
w dwóch sercach, które—i to ją zaostrza,—
walczą z sobą przeciw sobie.
Gwałtownie przyciągane wiecznym gło-
dem dopełnień, serca te szarpią się i ponoszą
wzajem, każde zamknięte w twierdzy swoich
ideałów. Mężczyzna w bezwzględnem uwiel-
bieniu dla potęgi myśli, wiedzy, nauki; ko-
bieta w bolesnej, szalenie dotkliwej, prawie że
ekstatycznej uczuciowej sferze.
I oto jedno na drugie usiłuje wywrzeć
moc swoją. Jedno drugie pożąda wciągnąć
w krąg swoich ukochań, swoich nadziei, ce-
lów i wysiłków. Jedno drugiemu chce na-
rzucić świat swojego ducha.
Myśl męska, w nadmiernej, jednostron-
nej wybujałości swojej prawie że kaleka, za-
tapia ostry, zimny szpon w niewieściem uczu-
ciu i chce je porwać na swoje świetne, skrzą-
ce, lecz obce, lodowe szczyty. Ale uczucie
stanęło na mocnej kotwicy. Na kotwicy za-
tkwionej tak potężnie, że kiedy przyjdzie
chwila, w której samo przeciw sobie zbunto-
wane, targnie się ze śmiertelną siłą pożądania
szczęścia, krwawy szmat oderwie się od serca,
ale kotwica nie puści. Wrosła ona w umiło-
waną ziemię i rozkorzenia się w niej oboim
ościeniem swoim z tą samą potęgą, z jaką
odwieczne pnie dębów i sosen rozkorzeniają
się w macierzystej puszczy.
Ta postać niewieścia to Seweryna Zdro-
jewska, to arcytwór -— nie pióra, lecz ducha.
Znamy ją, widzimy, czujemy żywą.
Nie dlatego, że Orzeszkowa już nas
z nią zapoznała w innem swojem dziele, ale
dlatego, że w Sewerynie wyjawia się nam coś
więcej, niż pomysł literacki. Że w niej właś-
nie odgadujemy, niekiedy nawet wyraźnie czu-
jemy bicie owego serca „na niewidzianą, nie-
słychaną miarę," serca „spalonego od uczuć
wiecznych."
Uczucia Seweryny Zdrojewskiej są nie-
tylko bardzo żywe i bardzo głębokie: one są
mądre i świadome siebie.
Wiedzą, że są siłą. Wiedzą, że przy czemś
stoją, o coś bojują, czegoś bronią, czegoś nie
dopuszczają, coś trzymają żywem. Wiedzą,
że są płomieniem stygnących piersi; słowem
i krzykiem ust niemych, ruchem rąk opuszczo-
nych, bezwładnych, tchem nadziei tych, którzy
zmęczeni nadmiar będąc, mówią: Chcemy się
skończyć.
Stan uczuć tego potężnego serca, które
„krew swoją przemienia na miód i wino dla
serc innych," jest stanem w najwyższym
stopniu wibrującym i nieutrudzenie czynnym.
Owszem, one same, uczucia te, są czynem.
Czynem są, bo są ratunkiem, żarzewiem,
ogniskiem, bo są odwagą i mocą, radą i na-
tchnieniem, bo tworzą prąd żywy skroś mar-
twoty i zniechęcenia, bo nie abdykują, nie re-
zygnują, nie poddają się, ale walczą, walczą,
walczą...
„Kocham, więc powinnam." — Oto na
czem stoi to serce. Oto jest sąd i waga, któ-
remi sądzi i waży swe sprawy.
Przesłanka mocna, jak śmierć, wniosek
nieśmiertelny, jak życie.
I tutaj właśnie, na tym gruncie niezbitej
logiki tego wielkiego serca, załamuje się szpon,
który mniemał zatapiać się w marzycielstwo
i bierny sentymentalizm, a zaś je szarpnąć,
rozerwać i unieść we własne swoje światy.
Tutaj też zachodzi cały szereg pomyłek przed-
stawiciela pysznej i tryumfującej myśli, czci-
ciela potęgi, sławy, blasku i radości życia.
Pomyłek wielostronnych, do koniecznej klęski
wiodących. I więcej nawet — do kapitulacyi
zupełnej. Pomyłka bowiem w walce zawsze
jest przegraną.
Przedewszystkicm myli się Rodowski co
do samej istoty sfery tej, w której się życie
duchowe Seweryny obraca. Bierze on bo-
wiem ten niezmiernie bogaty i silny, niezmier-
nie żywotny i rzeczywistością dyszący świat
uczuciowy za błękitne rusztowania, obwieszo-
ne błyszczącemi cackami „tak zwanych idea-
łów," za zgoła bezużyteczną służbę przy ołta-
rzach wspomnień, za brak inieyatywy, zacofa-
nie i parafiańszczyznę. Mniema też, że byle
unieść tę duszę kobiecą na szerszy świat
myśli, pokazać jej nowe widnokręgi życia,
dostarczyć jej nowych wrażeń, dać jej uczuć,
choćby zdaleka, potęgę wiedzy, nauki, błękit-
ne rusztowania upadną, błyszczące cacka po-
gasną, a ta czarująca istota, która dobrowolnie
zamyka się w puszczy, będzie przywrócona
życiu, szczęściu, swobodzie, miłości. Nade-
wszystko miłości.
Tymczasem nie spostrzegł się, że bier-
ność, z jaką Seweryna trwa na posterunku
swoim, w okopach swej uczuciowości, pozor-
ną jest tylko. Że to nie inereya, lecz wola.
Wola, wywierająca się na samą siebie, samej
sobie nakładająca pęta i brzemiona.
Mniemając tedy trafić w słabość, trafia
w siłę, na której broń mu się wyszczerbia,
kruszy.
A potem, myli się także Rodowski co
do miary i wartości tych szczytów, na które
Sewerynę wzywa i unieść pożąda.
Bo nie o same alpejskie szczyty chodzi
tu, rzecz prosta.
Chodzi mu o te wyżyny myśli i wiedzy,
o których sądzi, że są jej niedostępne i obce,
poczyna też sobie zrazu tak, jakby miał do
czynienia z całkiem ubożuchną w duchu isto-
tą, nad której poziom myślenia wyniesionym
się czuje na zgoła niewymierną wysokość.
Tymczasem znowu nie spostrzega, a przy-
najmniej bardzo długo nie spostrzega, że
duch ten niewieści trwa i przebywa na takiem
podniesieniu najwyższych intuicyi i najsubtel-
niejszych percepcyi, na jakie on sam nigdy
wstąpić nie zdoła.
Nie zdoła, bo niema tam drogi, wiodą-
cej krok za krokiem, od badania do badania,
od pewnika do pewnika, od formuły do for-
muły. Jest bezmiar, bezkres, jest widnokręż-
ność nieskończoności, w którą na skrzydłach
trzeba.
Otóż Rodowski skrzydeł nie ma. Jest
to umysł wyostrzony kulturą, bogaty wiedzą,
prawdopodobnie bystry i analityczny, ale nie
obdarowany tą pierworodną potęgą syntezy,
która najpierw wie, a potem sprawdza, scho-
dząc ze swoich synajskich szczytów po szczeb-
lach dedukcyi, i która jest prawdziwem na-
tchnieniem, prawdziwą siłą twórczą wiedzy.
Raz jeden puszcza się Rodowski na Ika-
rowych lotach swojej hypotezy w wysokie
sfery spekulacyi filozoficznej, i — jak Ikar —
spada. Moment ten, przesilający psychiczne
sprawy jego, jest momentem raczej zaćmienia
myśli, niżli jej rozjarzeniem najwyższem.
Upojony sam sobą do szału, zdradza
Rodowski w owym paroksyzmie samoubóstwie-
nia dużo swej słabości. Zdradza nadewszyst-
ko, że mu szczyty, te, co to słońcu oko w oko
bez zmrużenia patrzą, zgoła poufałymi nie są,
i że nad przepaściami myśli doznaje zawrotu
głowy.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 44
835
Gdy zaś dodamy, że owa Ikarowa hy-
poteza Rodowskiego: jedność w człowieku,
w przyrodzie, we wszechświecie nie jest tak
bardzo nową hypotezą, że już ją uzasadniał
monizm, i już się w niej szańcował, to ów
zawrót głowy, o jaki ona przyprawia młodego
badacza, tern mniej przemawia na korzyść je-
go umysłowej potęgi, a także znacznie nam
pomniejsza w oczach owe szczyty, na które
chce on unieść Sewerynę.
I ta jest druga wielka pomyłka Rodow-
skiego, która niechybną katastrofę za sobą
prowadzić musi.
Ale jest jeszcze i trzecia.
Myli się mianowicie Rodowski co do
ilościowego stosunku swojej trzeźwości, swego
racyonalizmu, jednem słowem, co do stosunku
swego mózgu i swego serca. Wyznaje on
wprawdzie,—a czyni to z zawstydzeniem pew-
nem—że jakieś marzycielstwo, jakiś niedorzecz-
ny sentymentalizm, jakaś nieukojona tęsknota
bróździ mu w życiu przy tej lub owej okazyi,
wnioskuje nawet, że są to szczątkowe objawy
plemiennej dziedziczności, których fakt, że się
na obcej wyhodował ziemi, zatrzeć i wygła-
dzić nie może. Sądzi przecież, że to marzy-
cielstwo, ten głód serca, drobiazgiem jest
w porównaniu do naczelnych linii umysłowości,
jakie w nim rozwinęło kosmopolityczne oto-
czenie i naukowa karyera.
Ale człowiek nigdy nie jest w zupełno-
ści tern, co do niego zzewnątrz przylega,
a „zimny wiatr kosmopolityzmu" nie może
wywiać faktu, że w sercu coś płonie, coś boli,
coś krzyczy.
Takie to serce, krzyczące w piersiach za
szczęściem cichem i gorącem, obnosi Rodow-
ski po świetnych, skrzących tysiącem blasków
lodowcach alpejskich, i niezawsze udaje mu
się krzyk ten stłumić, zdławić.
Tłumi i dławi jednak, gdyż tajemnica
jedności myśli i uczucia nie wyjawiła mu się
w całej swej prostocie.
A tak, w rozterce sam z sobą, nie zo-
ryentowany co do istoty siły przeciwnika i te-
renu walki, wychodzi w szranki z ułomną
bronią w ręku przeciw niewieściemu duchowi,
który dlatego właśnie o całe niebo wyższy
jest od niego i silniejszy, iż ma widzenie, ma
czucie jedności takiej w sobie i we wszechświecie.
Przez nie—zwycięża.
Czy Rodowskiego?
Nie. Seweryna zwycięża samą siebie.
Żądzę szczęścia w sobie.
Ale zwycięstwo nad sobą jest najfatal-
niejszem ze zwycięstw, z których każde zresz-
tą ma fatalność swoją. Sama już potrzeba
takiego zwycięstwa jest klęską. W tym przy-
padku także.
Bo razem z walką urodziła się w tych
dwojgu miłość, i tak się z nią zrosła, splątała,
że kiedy się spostrzegli, było już za późno.
Oręże wprawdzie wypadły im z ręki, ale
szczęście zabitem zostało.
Szczęście tej, która zwyciężyła.
Jej to bowiem serce uczyniło się po tra-
gedyi walki krwawem bojowiskiem, na którem
zapalono wielki stos ofiary.
Ale wobec stosu ofiary, buchnął hymn ży-
cia, nie śmierci.
Strzeliste akty miłości i wiary serca „na
niewidzianą, niesłychaną miarę," serca, w któ-
rem żądza osobistego szczęścia momentem
tylko być mogła.
— Z tobą... Przy tobie... Dla ciebie...—
tego serce to nie mówi Rodowskiemu.
Mówi to—ziemi.
A tak, prawo ofiary, najwyższe z praw
świata, dopełniło się nad tern wielkiem i do-
stojnem sercem.
(DN)
„DZIADY” NA LITWIE.
Piękny a rzewny obchód „dziadów," tak poe-
tycznie opisany przez naszego wieszcza —
jeszcze bywa obchodzony w zakątkach Litwy.
Uległ on już silnie wpływom kościelnym, ale za-
chował jeszcze sporo pierwiastków tradycyjnych.
Odbywa się około Zaduszek, bo w sobotę (cza-
sem, ze względu na post, w niedzielę) w trzecim ty-
godniu po Różańcowej, więc 22—27 października.
Jesień późna. Minęły już nadzieje i trwogi
wiosenne, ucichły pracowite gwary lata; nie rozle-
gają się już śpiewy koło rosnącego żyta, umilkły
żniwa, tłoki; nie brzęczą kosy po łąkach kwieci-
stych... i derkacz porzucił łąki i pola... Żegnaj
latol żegnaj słońce letnie! żegnaj!...
I ściele się żółty kobierzec liści na ziemi,
nasiąkając powietrze wonią jesienną... Czasem 1
poskoczy wiewiórka po gałęzi, czasem zaszeleści
W paprociach lis lub borsuk, śpie-
szący na leże zimowe -do ziemi.
I cisza, spokój wielki.
Człowiek po trudach odpo-
czywa: w gumnach i puniach peł-
no, bydło syte, obfitość najwięk-
sza w roku. Wartoby, zebrawszy
się z całą rodziną, ucztując i uży-
wając hojnie plonów, a dziękując
ich Dawcy, pożegnać piękne lato
> słonko letnie, pracowite, które
wespół z matką ziemicą wyho-
dowało i kwiaty, i zboża, i jarzy-
ny. i owoce, zapewniając ludziom
byt w ciągu surowej zimy.
A kiedy zbierają się żywi
na to doroczne święto jesienne,
wspomnienie leci ku zmarłym dro-
gim krewnym, ojcom i praojcom,
którzy na tejże kochanej ziemi
żyli przed nami.
Idą więc ludzie na mogiłki, po-
prawiają zapadłe, okładają świeże *)
*) Odtąd kończy się żałoba po
z,narłych w ciągu roku.
darnią, kamieniami, albo wreszcie beleczkami lub
deskami (ongi zapewne dla zabezpieczenia zwłok
od zwierząt); stawiają krzyże większe, a na pamiąt-
kę najświeżej zmarłego robi się, podług zwyczaju
odwiecznego, deska gruba, łupana z kłody i ocio-
sana, wyrzyna na niej niby ślad stopy zmarłego
(mały lub wielki), poszłego w świat „tamten,"
i kładzie gdzieś przez strumyk lub rów ku wygo-
dzie ludzkiej; a każdy przechodzący, widząc ślad
wyrżnięty, westchnie za duszę zmarłego.
Robota skończona. Przychodzą i kobiety
na mogiły zbiera się rodzina; pomodliwszy się,
zasiadają przy mogiłkach do obiadu; nalewa się
trunek; ale jak tu pić zacząć? Zachowując więc
kolej starszeństwa, najpierw wylewa się na mo-
giłkę: To wam! dziady! pradziady!—potem dopiero
pije się wkoło, nareszcie je: miłta (mąka z owsa
parzonego z wodą), kiełbasy, mięsiwo; co spadme,
tego się nie podnosi, bo to już dla zmarłych.
Jeżeli umarł ostatni mężczyzna, to przynosi
się w kaszy (jęczmiennej) warzonego koguta, je-
żeli kobieta - kurkę; zjadłszy, trzeba coś przecie
i dla zmarłych zostawić jeszcze: przy mogiłkach
zostają więc, u głowy, najczęściej garnuszki gli-
niane z jadłem „dla nich."
Powróciwszy do domu, trzeba wypalić w łaź-
ni i umyć się, ale i tu najpierw niech wejdzie
najstarszy, głowa rodziny, i stawiając wodę na
półkach, a kładąc „wiennik," poprosi praojców myć
się („Dziady! pradziady! myć się przychodźcie, je-
den drugiego za rękę przywodźcie!") -poczem do-
piero idą żywi mężczyźni, potem kobiety.
Po łaźni—wieczerza doroczna, najważniejsza,
na którą przecie przodków zaprosić i chce się,
PRZYBYCIE NA MOGIŁKI W DNIU DZIADÓW.
i wypada. Już o zmroku nikt ży-
wy nie wychodzi na ulicę wsi.
W chatach z grzęd, rozchodzą-
cych się pod stołowaniem od słu-
pa, podpierającego róg pieca,
a służących do rozwieszania
i suszenia odzienia — zdejmuje
się wszystko, by nic nie wisia-
ło, nie zawadzało; psa wypędzić
na dziedziniec; trzeba odemknąć
„wierzch," czyli dymnik nade
drzwiami, aby ułatwić przodkom
wejście, a jeżeli chata z komi-
nem, nie kurna, to uchylić nie-
co drzwi do sieni. Stół nakrywa
gospodyni obrusem i ustawia na
nim 7 potraw; między niemi ko-
nieczna jest głowa (z polewką
warzona i wyjęta) świńska; wresz-
cie kluski, kasza, mięsa różne, ja-
jecznica.
Na rogu stołu od kąta znaj-
duje się kwas chlebowy w kubku,
na innych trzy bochenki (dwa żyt-
nie, trzeci pszenny) osobne, któ-
836
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 44
rych się nie je, a nazajutrz ubogim oddaje. Zgro-
madzili się już wszyscy żywi członkowie rodziny,
klękają, prócz łuczywa zapala się świecę woskową,
i nim przystąpią do uczty obfitej, mówią „Anioł
Pański" za zmarłych, poczem najstarszy, trzyma-
jący świecę, naprzód ją koło swej głowy obno-
si, potem trzykroć okrąża nią w kierunku biegu
słońca głowę swińską, nareszcie stawia na stole
palącą się.
Sam zaś, gdy wszyscy otoczą stół uroczy-
ście, wymówiwszy formułę pewną, słowa, dziś ni-
komu nie zrozumiałe (których nie wolno wszystkich
napróżno wymawiać), zaprasza praszczurów: „Dzia-
dy, pradziadyl babki, prababki! proszę do nas na
dziady! i sami przychodźcie, i dziatek małych przy-
wodźcie!" *) A nalawszy trunku, najpierw wylewa
się na róg kątowj’ stołu (ten, przy którym nikt nie
siada), jako najpocześniejszy: „To dla was, dziady!"
Dopiero znowu nalewa i pije sam, siada, i wszyscy
piją koleją. Wziąwszy pierwszy kawałek potrawy
(od głowy poczynając), kładzie na ten róg stołu,
a potem dopiero sobie i innym kraje.
Wszyscy nie oglądają się za siebie i zacho-
wują ciszę przystojną, boć dusze wszystkich przod-
ków są obecne, patrzą na swoich prawnuków.
Gdy kwas w kubku drgnie ktoś go pije widocz-
nie. Każdy czuje za sobą dusze. Wielką tu po-
ciechę i przyjemność uczuwają ci, którym ktoś
drogi świeżo umarł: jest on tuż, patrzy i widzi
nas, a my go czujemy.
Pietrula jeszcze w roku zeszłym siedziała tu
z nami! Staniul już od kilku lat na „tamtym
świecie," inni jeszcze dawniej, a przecież co rok
obcują tu z nami, widzą nas... I ich możnaby wi-
dzieć: dość za słupem przy piecu na „pole" umie-
ścić się i patrzeć przez chomąt oromy, kleszczami
go na chatę trzymając **). Przyszli wszyscy, odziani
(bez względu w czem pochowani) biało, w lnia-
nych narodowych żupanach (szuszpanach), od
ostatniego aż do prastarych, od setek lat zmar-
łych, w rysich czapach, z kamiennymi toporkami
chowanych! Ale żywy z trudnością zniesie widok
ich, z tamtego świata: odrazu umrzeć może;
dość więc wiedzieć, że wszyscy drodzy są obecni.
Niektóre kobiety przemawiają np. do męża
niedawno zmarłego, żałośliwie; inni pocieszają:
„Jemu tam lepiej, a póki żyjem, będzie choć co
rok z nami na dziadach."
*) Zależnie od miejsca, słowa zaprosin trochę
się zmieniają, ale myśl ta sama, np.: „Dziady, pradziady,
przychodźcie k’nar"! i sami przychodźcie, i dzieci przy-
wodźcie1"
**) Tak samo widać przez dudkę dzięgielowego
badyla, albo mając pas z nici „odchodnych" z krosien.
KŁADKA Z WYRŻNIĘTYM ŚLADEM STOPY
ZMARŁEGO.
Ale oto uczta skończona. Przeżegnawszy
się więc, wstają od stołu, a gospodarz kłania się,
dziękuje dziadom-pradziadom, że przyszli i prosi,
by szli w spokoju do siebie. Trzy bułki ustawiają
jedną na drugiej „na kącie," wszystko pozosta-
je na stole, tylko przykrywa się rogiem obrusa,
i ludzie idą spać pogodnie. Nazajutrz dopiero
zbierają ze stołu i chatę zamiatają, ostatki, które
przez noc nie znikły—kurom oddając.
H. WIŃCZA.
ZŁOTE LISTKI.
[zali też to nie jest wielkie szaleństwo, gdy
kto, będąc powabiony na rękę leda od kogo i o le-
da co, niesie gardło na ostatnie niebezpieczeństwo,
nie uważywszy pierwej statecznie przyczyny po-
wabienia i osoby powabiającej?
Bogaci od ubogich i tem się różnią, że bo-
gatych gospodarz domu odprowadza aż do bramy,
ubogim zaś tę grzeczność zwykle psy wyświad-
czają. /. P. Legatowicz.
*
* ł
Głupiec, co na mnie rozwarł zjadliwą swą paszczę,
Mniej mnie trwoży, niż głupiec, co mnie niby
głaszcze.
Jan Gorczyc .ewski
*
Różnica między gniewnym a szaleńcem jest
tylko ta, że tamten utracił rozum na krótko, a ten
na zawsze. J. Ił7. Bychowiec.
* *
I:
Ostatnim to jest stopniem kłamstwa, gdy
kłamca sam sobie wierzy.
Ignacy Krasicki.
* *
Kto ma babę w zaprzęgu, a u dyszla złoto
Czego dyabeł nie może, niech się kusi o to.
Wacław Potocki.
PASTEL
Zmierzch... po złocistych ścianach sali
Snuje się szczęścia wizya złudna,
Zaklęta w zblakły pastel stary
Spogląda ku mnie główka cudna
Gdzie jesteś?... o czem śnisz samotna,
Wtulona w ram zczerniałych złoto?..
Czy ci śród gwiezdnych szlaków smutno,
Że biegniesz duszą w świat z tęsknotą?
Wszystkie ci dawno zwiędły kwiaty
I wszystkie zorze zgasły w dali,
Więc o czem dumasz — nie ożyje,
Co raz na popiół śmierć przepali.
Po szybach cichy deszcz jesienny
Melancholijnym szeptem spływa,
Uderza w serce wspomnień falą
I złotych rojeń rwie przędziwa...
Jako pożółkłe zwiędłe liście,
Leci w dal szczęścia wizya złudna...
Zaklęta w zblakły pastel stary
Spogląda ku mnie główka cudna.
JÓZEF OSTRORÓG
Paradoxa
NACZYNIE Z JADŁEM PRZY MOGILE.
koronne (z r. 16 03).
KURHAN STAROŻYTNY.
837
ARTUR GRUSZECKI.
SŁOMIANY OGIEŃ.
14
— Jaką masz robotę?
A mało ma też człowiek kłopotu
z towarem?...—mówiła z powagą.—Trzeba lu-
dzi zachęcić, wystawić co ładniejsze... a i w iz-
bic pozamiatać, zmyć naczynie... Nieraz tak się
narobię, że rąk i nóg nie czuję; tyle spoczyn-
ku, co w nocy i w święta — westchnęła nad
sobą.
— Każdy, moje dziecko, musi praco-
wać...
— Ej-że!—zaśmiała się: — albo to oczu
nie mam?... Ewka, proszę pani, i Staszek
i Kazia, nawet wszystkich nie policzę... te ba-
wią się po całych dniach, im aby wyrwać się
z domu, zaraz do zabawy!
— To niedobre dzieci, nie pomagają ro-
dzicom.
— Iii... nie to, ale nie mają kramu z to-
warem, jak moja matusia— powiedziała z du-
mą; — a jak niema majątku, nie mają też
zajęcia.
— A ty byłaś w schronisku? — spytała
po chwili.
— Raz z matusią, ale ja się nie wdaję
z lakiem i wydęła usta wzgardliwie.
— Dlaczego?
— Alboż one mi równe?... Ojca rodzo-
nego wcale nie mają, a matki oddały ich do
schroniska, bo były niedobre, płaksiwe, nie
chciały pracować.
— Zawsze jednak one sieroty.
— Same sobie winne: a trzeba było tak
dokazywać?!... Jak będą dobre, to matki za-
biorą je znów do siebie.
Obok nich przeszła dziewczynka lal mo-
że dziesięciu, w jasnej, świeżej sukience
>. spojrzawszy na Teklusię, odwróciła oczy.
— Widziała pani tę, która przeszła?
— Któż ona?
— Córka piekarki, Antosia: wystroiła się
jak krakowska lala, i myśli, że do niej Zwie-
rzyniec należy. A jaka ona dumna, wygada-
na! a chwali się wciąż, jak kura, która jajo
zniesie!
— Znasz ją?
— Dawniej przyjaźniłyśmy się, ale wczo-
raj pogniewałyśmy się.
— O cóż wam poszło?
— Ona powiedziała, że jej matka pra-
cuje ciężko, bo sama robi bułki i obwarzanki,
a moja matusia ma lekką pracę, bo dostaje
towar gotowy, bo przecież Pan Bóg daje
jabłka, gruszki, śliwki... Powiedz pani, czy nie
jest ona głupia?
— Tak, tak... i twoja matusia, i jej pra-
cują ciężko.
— O, co to, to nie!...—zawołała zaczer-
wieniona. — Co mi to za praca zamiesić cia-
sto, w piec włożyć, i już po kłopocie! A z na-
szym towarem?!... Niech ręka Boska broni,
ile zachodu!...
— Prawda, prawda... Gdzież schronisko?
— Jak to? nie widzi pani?—zaśmiała się.
To przecież tutaj.
Wskazała nizki, parterowy dom, prze-
dzielony od ulicy małym ogródkiem kwiato-
wym, pełnym astrów, georginii, nagietek.
Pożegnawszy Teklusię, weszła przez
furtkę sztachetową na podwórze, gdzie kilka
nieletnich dziewcząt rozwieszało mokrą bie-
liznę na sznurach. Obaczywszy ją, zaprze-
stały roboty i z ciekawością przyglądały się
przybyłej. Wandzia, nie mogąc sobie po-
radzić z torebkami, skinęła na najbliższą,
mówiąc:
- Pomóż mi, mała!
Dziewczynka, może ośmioletnia, ubrana
w kolorową spódniczkę i kaftanik, w bucikach
za obszernych na jej małe nóżki, podeszła
szybko, a chcąc na powitanie ucałować rękę
pani, z takim zapałem za rękę schwyciła, że
przytrzymywane torebki upadły na ziemię, i na
murawę rozsypały się owoce.
— Ach, co ja zrobiłam?!... zawołała
przerażona.
To nic, moje dziecko, pozbieramy —
uśmiechnęła się Wandzia przyjaźnie.
Ale nim się schyliła, podbiegły inne
dziewczątka i ze śmiechem zbierały jabłka,
gruszki, śliwki, pokrzykując z radością.
Patrz, jakie czerwone jabłko!
— To jeszcze ładniejsze!
— A gruszki!... o, jedna stłuczona!
— Możecie wziąć sobie po jabłku
i gruszce rzekła Wandzia, rozweselona ich
radością.
Wszystkie wstrzymały się ze zbieraniem,
spojrzały na Wandzię, potem po sobie i wes-
tchnęły. Widać było na ich młodych twa-
rzyczkach ciężką walkę pomiędzy pokusą za-
trzymania owoców a przepisem schroniska.
Wreszcie najstarsza z nich, dziesięciolet-
nia, rzekła smutnym głosem:
— Nie wolno nam brać... musimy wszyst-
ko odnieść pani — westchnęła, a za nią inne,
patrząc pożądliwie na owoce.
— Zanieście więc za mną, a ja popro-
szę pani, by wam dała.
— Chodźmy, chodźmy!—nagliły.
W otwartych drzwiach domu zjawiła się
kobieta szczupła, z ascetyczną twarzą, ubrana
ciemno, w czarnej chusteczce na głowie,
i wyblakłemi, niebieskiemi oczyma mierzyła
badawczo zbliżającą się Wandzię.
— Niech będzie pochwalony!
Usłyszawszy to powitanie, surowa twarz
ochroniarki przybrała wyraz łagodniejszy
i, schylając głowę pokornie, odpowiedziała:
— Na wieki wieków, amen!
— Dowiedziawszy się o istnieniu tego
schroniska, przyszłam dowiedzieć się bliższych
szczegółów.
— I owszem, chętnie opowiem... A kto
pani powiedział o schronisku?
— Maciejowa... straganiarka...
— Wiem, wiem... proszę bliżej—zrobiła
chudą, spracowaną ręką gest zapraszający.
„A jabłka!11—usłyszała Wandzia szept ża-
łosny za sobą i, przypomniawszy sobie o dziew-
czynkach, rzekła:
— Przyniosłam dla dzieci trochę owo-
ców. Pozwoli pani tym małym po jabłku
i gruszce?
— Według przepisu, wszystko idzie do
równego podziału — odpowiedziała dość su-
rowo.
Wandzia, widząc żal na twarzach dzieci,
rzekła tonem prośby:
— Może na ten raz zrobi pani wyjątek...
przyrzekłam im.
Chwilę się wahała, wreszcie przemówiła:
— Dobrze... weźcie, dzieci, kiedy pani
wam przyrzekła... i kończcie bieliznę.
Z pośpiechem zabrały owoce dla siebie,
resztę wsypały w fartuch pani i pobiegły
uradowane.
— Proszę pani!—zapraszała ochroniarka,
puszczając gościa przodem.
Dom składał się z sześciu pokojów,
z tych cztery były przeznaczone na sypialnie,
jeden na szkołę, a najpiękniejszy i największy
na salę modlitwy z małym ołtarzykiem, w któ-
rym był umieszczony obraz Najświętszej Ma-
ryi Panny.
Wandzia zwiedzała każdy pokój kolejno.
W sypialniach stały łóżeczka rzędem,
jak w koszarach, żelazne, nakryte szarym
kocem.
— Ile dzieci w schronisku?
Czterdzieści.
Tak dużo?...
Gdyby było więcej miejsca, byłoby
ich znacznie więcej... Dużo odprawiam z ni-
czem, bo niema pomieszczenia westchnęła
żałośnie.
— Ma pani i chłopczyków?
A niech Bóg broni!...—zawołała, obu-
rzona samem przypuszczeniem; -— same tylko
dziewczynki... Od kiedy pamiętam, miałam
zawsze intencyę wychowywania samych tylko
dziewcząt. Pan Bóg mi pobłogosławił, trochę
ludzie pomogli, i oto mam schronisko sierot.
—-Tu bardzo czysto—chwaliła Wandzia.
— Wśród takiej gromady dzieci musi
być porządek... A oto nasza szkoła.
Otworzyła drzwi pokoju.
Kilkanaście główek to jasnych, to ciem-
nych, zwróciło się na skrzyp drzwi.
— Przywitajcie panią!—rozkazała.
Dziewczynki, biegnąc jedna przed drugą,
dopadły rąk Wandzi.
— I ja! i ja! — zawołał mały dzieciak
trzyletni, rozpychając innych rączkami.
Wandzia nachyliła się do tego maleń-
stwa i wzięła na ręce.
— To Stefcia, — objaśniła przełożona —
podrzucono mi ją niemowlęciem.
— Bardzo miła — chwaliła Wandzia, pa-
trząc na tłuściutką twarz i wesołe oczy
dziecka.
— To najmłodsza i wszystkie jej doga-
dzają—uśmiechnęła się.
— A najstarsza ile ma lat?
— Urszulko!—zawołała przełożona.
Dziewczyna szczupła, ze smutną twarzą,
CMENTARZ W NOC .DZIADÓW": DUCHY ŚPIESZĄ DO RODZIN (art. na str. 835)
Rys. STANISŁAW BAGIEŃSKI
według matcryałów H. Wińczy
zbliżyła się szybko i machinalnie ucałowała
rękę Wandzi.
— To najstarsza, ma trzynasty rok—re-
cytowała ochroniarka: — matka chciała się jej
pozbyć... strąciła z drugiego piętra i dziew-
czynie złamała rękę.
Odsłoniła fartuszek, i pod rękawem
kaftanika widać było uschłą, bezwładną
rękę.
— Biedna!—szepnęła Wandzia z żalem.
— O, my tu mamy inne, które cudem
tylko uszły śmierci... Są to zwykle dzieci na-
turalne, ojca nie znały... Uczcie się! — zawo-
łała, zamykając drzwi, i prowadziła gościa do
modlitewni, służącej zarazem jako salon dla
odwiedzających.
Wandzia i przełożona usiadły przy ma-
łym stoliku naprzeciw siebie. Salka była ci-
cha, pusta, tylko za oknami świegotały wró-
ble, a z ołtarza patrzały załzawione oczy Mat-
ki Boskiej Bolesnej i Chrystus cierpiący na
krzyżu nad ołtarzykiem. Panował tu spokój
surowy, klasztorny, oderwany od ziemi grzesz-
nej, a pełen trwogi o życie przyszłe, o los
duszy po śmierci. Nagie, zimne ściany mó-
wiły o pustce życia, a jaśniał jedynie boleją-
cy Chrystus na krzyżu i zbolała Przenaj-
świętsza Marya, oboje jako uosobienie boleści
i cierpienia nadludzkiego.
Usiadła na krześle i przez chwilę pa-
trzała na siwiejące blond włosy przełożonej,
na ascetyczną jej twarz i wyblakłe, zmęczone
oczy. Przypomniała sobie wyraz oczu wy-
chowanek, pełen szacunku i trwogi na widok
przełożonej, i żal się jej zrobiło tych dzieci,
nie znających uśmiechu i łagodności matki.
Wkrótce otrząsnęła się z niemiłych wrażeń
i spytała:
— Czy pani dawno ma to schronisko?
— Już od pięciu lat... Najpierw przy-
jęłam dwoje, potem pięcioro, i tak rosła, rosła
liczba, aż doszłam do czterdziestu.
— I pani sama zajmuje się dziećmi?
— Sama. Byłam niegdyś w klasztorze,
ale modlitwy i rozmyślania pobożne nie dały
mi spokoju i szczęścia. Łaska Boska wska-
zała mi właściwą drogę: zajęłam się dziew-
czynkami opuszczonemi... A pani z Krakowa?
— Należę do biura informacyjnego dla
kobiet i dlatego przyszłam.
— A! pani z biura? Słyszałam o niem...
— Skąd pani czerpie fundusze na schro-
nisko?
— Skąd?... Pan Bóg pomaga i czuwa
nad sierotami... Oto jedna pani z Ukrainy
zapłaciła całoroczny czynsz za ten dom... inna
z Warszawy dała dwieście rubli na utrzyma-
nie... zresztą dobrzy ludzie pomagają mi, i ja-
koś idzie.
— I dzieci uczą się tutaj?
— Sama udzielam im lekcyi czytania,
pisania, rachunków, a nasz spowiednik kate-
chizmu trzy razy tygodniowo.
— Nie chodzą też starsze do szkoły?
— A nicch-że Bóg broni! W szkołach
uczą obojętności dla religii, dla świętej wiary,
to sam stek złego! Moich wychowanie, po-
wierzonych mi przez Opatrzność, muszę
strzedz i pilnować sama.
— Starsze jednak potrzebowałyby trochę
nauki historyi, geografii...
— Sama nie podołam—westchnęła.
— Podjęłabym się dawać im lekcye trzy
razy tygodniowo.
— Pani?... Hm... dziękuję za dobre chę-
ci, ale wpierw muszę się poradzić księdza
spowiednika.
— Kto nim jest?
— O, bardzo świętobliwy kapłan, Ojciec
Dominikanin Piotr. Jutro rano przyjdzie na ka-
techizmowanie od godziny ósmej do dziesią-
tej, i wówczas spytam.
— Dobrze... przyjdę więc jutro po po-
łudniu.
— A ja dam odpowiedź... Czy pani tu-
tejsza?
— Nie, pochodzę z pod Częstochowy.
— O Jezu!... To przecież cudowny
obraz.
— Tak jest... Proszę pani, czy one
wszystkie sieroty?
— Gorzej jeszcze, — zaczęła ze smut-
kiem — bo ich matki żyją... ale jedna, jak
Urszuli matka, strąciła ją z drugiego piętra...
inne porzuciły na ulicach... inne męczyły dzie-
ci... Jedna, Rózia, siedziała miesiąc w piwni-
WIECZERZA OFIARNA—„STAURY—HAM!
„DZIADY, PRADZIADY, PRZYCHODŹCIE K’NAM!“
(art. na str. 835)
Rys. STANISŁAW BAGIEŃSKI
według materyałów H. Wińczy
cy, i jakaś Żydówka dała mi o niej znać...
Jeśli nawet Żydówka ulitowała się, trudno było
nie wziąć dziecka katolickiego.
— Prawda... ale jakie to wszystko smut-
ne!—westchnęła Wandzia.
— Smutne? — zawołała. — Ależ tu każde
dziecko jest ofiarą zbrodni, i tylko modlitwą,
skruchą, pokorą, mogą przebłagać gniew Pana
Boga za grzech rodziców.
— Ale~cóż one biedne winne?—oburzyła
się Wandzia.
— One?... Jeśli drzewo było złe, owoce
będą także złe... więc trzeba, by ciągłą poku-
tą zmazały swój grzech.
Jakiś czas milczały, wreszcie przełożona
rzekła uprzejmie:
— Może pani chce zwiedzić kuchnię
1 nasz ogród?
— I owszem... proszę.
Przeszły do kuchni, gdzie troje małych
dziewcząt obierało kartofle. Na widok wcho-
dzących porwały się skwapliwie i ucałowały
rękę Wandzi.
— Jaki wikt mają dzieci?—spytała.
— Mój Boże! to zależy od litości ludz-
kiej. Jeśli znajdą się litościwe serca, to daję
]m rano kawę żytnią z jedną bułką; na obiad
zuPę i kluski, albo pierogi, kaszę; a o piątej
kolacya... zwykle kartoflanka. Po modlitwie,
0 godzinie szóstej, idą spać najmłodsze,
a starsze o godzinie ósmej.
— To dosyć skromnie—zauważyła Wan-
dzia.
— Nie stać mnie na więcej, i za to, co
mają, powinny być wdzięczne Panu Bogu.
— Tak... tak...—westchnęła Wandzia na
widok tej biedy, smutku, opuszczenia.
Przypomniała sobie swe dzieciństwo,
pełne blasków wesela, radości; swoją matkę,
której miłość opromieniała wszystko, i w jej
blasku ginęły zmartwienia i nieszczęścia dzie-
cięce.
Porównywała ze swojem dzieciństwem
życie tych biednych dziewczątek, zostających
pod dozorem ascetycznej kobiety, naznaczo-
nych od urodzenia plamą grzechu, jeśli nie
zbrodni.
I wielki żal ogarnął ją na widok tej nę-
dzy ludzkiej.
Z przełożoną wyszła do małego ogrodu
za domem. Stało tam kilka drzew sennych,
cichych, osypanych purpurowymi i złotymi
liśćmi, błyszczącymi w zachodzie słońca.
W ogrodzie stało kilkoro dzieci w pro-
mieniach słońca, a w głębi jakiś malarz po-
śpiesznie szkicował, wołając:
— Rozalko! głowa na prawo!... więcej
jeszcze! Ach! Jagusiu! kręcisz się, jak wrze-
ciono! Stój spokojnie, patrz na mnie!... Teraz
dobrze, cicho, dostaniecie cukierków... Bardzo
dobrze!
Dźwięk głosu przypominał Wandzi kogoś
znajomego, ale na razie nie mogła sobie przy-
pomnieć: kogo? Idąc za przełożoną schroni-
ska, stanęła za dziećmi w promieniach słońca,
sama jasna i piękna, wśród tego otoczenia na
tle barwnych drzew i pogodnego nieba, a pa-
trząc pod słońce, nie mogła dojrzeć rysów
twarzy malarza.
Nagle on, zostawiając obraz na sztalu-
dze, z paletą w jednej, z pendzlem w dru-
giej ręce, podszedł do niej i zawołał głosem,
w którym czuć było miłą niespodziankę:
— A, to pani! Tutaj?...
Poznała go: to był jej obrońca z ulicy
Stachowskiego, i cała zarumieniona podała
mu rękę.
— Ależ to cudownie się składa—mówił
uradowany: — zupełnie jak w bajce! Trzeba
mi było królowej, i oto zjawia się na za-
wołanie.
— Nie rozumiem pana — mówiła zmie-
szana.
— Zaraz wytłómaczę pani... proszę spoj-
rzeć na szkic—i podprowadziwszy do obrazu
na sztalugach, tłómaczył: — To Wanda, zstę-
pująca do Wisły... ale nie owa Wanda, córka
Kraka, czy królowa, lecz ta piękna, słoneczna,
boska Wanda, która z ostatnimi błyskami
barw życia, wiosny, ożywczych promieni słoń-
ca, kładzie się do zimnej Wisły, by znów na
wiosnę wyjść z niej nieśmiertelną, piękną,
rzucającą hojne dary szczęścia, radości, roz-
840
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ks 44
koszy nowego życia... Rozumie pani?—koń-
czył z błyszczącemi oczyma.
— Zdaje mi się, że tak— odpowiedziała
z lekkiem wahaniem.
— Ależ tu niema żadnego „zdaje mi
się"—rzekł zgorszony:—uważa pani, w duszy
każdego człowieka jest coś, jakieś przeczucie,
że wiosna, piękno, miłość nie może i nie po-
winna ginąć z obumarciem form zewnętrz-
nych, ze skostniałą od zimna ziemią, z prze-
mijającym wdziękiem młodości, lecz trwa
wiecznie i wiecznie się odnawia... I przed
nami była wiosna, kwiaty, miłość, i po nas
znów nastanie wiosna nowa, przynosząc z so-
bą nowe upojenia, rozkosze, radości. I ten
odwieczny porządek świata symbolizuje moja
Wanda... Ona zwyciężyła Rytygiera, ducha
zniszczenia i ciemności, stanęła u szczytu
wśród blasków, woni, barw... i dobrowolnie
kładzie się do Wisły, by z nową wiosną za-
siąść znów na tronie. (DCN)
JÓZEF WEYSSENHOFF.
SYN MARNOTRAWNY.
POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA. Zastrzega się prawo przedruku
43)
XXXVI.
to bywał w Chojnogórze i zna poważne
wdzięki tej siedziby, zadziwiłby się, znaj-
dując w niej dzisiaj, dość późną nocą, towa-
rzystwo rozbawione, możnaby prawic rzec: lek-
komyślne. Jakichś czarów dokonała noc lip-
cowa, oblewająca wonną świeżością park i ta-
ras pałacu. Na tarasie, słabo oświetlonym,
trzej mężczyźni rozmawiają głośno przy stole,
na którym obok przyrządu do herbaty jest
i wino. Góruje głos jeden, już niemłody, ale
silny i widocznie wymowny, gdyż budzi za-
dowoloną aprobacyę. W parku zaś rozlega
się, pomieszany z innymi głosami, wesoły
szczebiot francuski, autentycznie francuski i tak
melodyjnie ujmujący, że każdy pobiegłby
w tamtą stronę z ciekawości, jaka tam wabi
się wesoła i śliczna kobieta.
Ktoby pobiegł, nie zawiódłby się: mię-
dzy Romualdem a Terenią postępowała w isto-
cie bardzo zajmująca postać kobieca, zupełnie
nowa w Chojnogórze.
— Estello!—mówiła właśnie księżna —
jak to miło odnaleźć w dopiero co poznanej
osobie tyle fibr sympatycznych, tyle duchowe-
go pokrewieństwa!
— Jednak więzy krwi to mocna spójnia
—dodał sentencyonalnie Romuald.
— Jak to powiedziałeś? więzy krwi?...
Oh, ęa ne mćtouffe pas!—zawołała panna Du-
bieńska—ale jesteście mili ludzie. Romeo! weź
mój kapelusz; zasłania mi gwiazdy.
Oddała Romualdowi kapelusz i potrząsnęła
żywo lokami, które, modą pierwszego Cesar-
stwa, spadały z wysokiego uczesania po obu
stronach twarzy, czarne jak jej oczy, ruchliwe
jak cała zgrabna postać.
— Czy u was są te same gwiazdy? —
zapytała, patrząc w niebo.
— Dlaczegóżby nie?—rzekł Romuald. —
Jesteśmy na tej samej półkuli co Francya i nic
tak znowu od niej daleko.
— A, dziękuję. Jechaliśmy bez końca.
Papa to przywykł do wędrówek, ale ja pierw-
szy raz byłam tak długo w wagonie. A ta
droga od kolei! Ale wszystko jedno, kraj bar-
dzo zabawny.
— Kraj rodzinny Dubieńskich.
A prawda, zaczynam go lubić. Kiedy
przyjeżdża kuzyn Jerzy?
— Podobno pojutrze—odpowiedział Ro-
muald zimno.
— Już nie pamiętam—włosy ma ciemne?
— Tak.
— A wąsy?
— Także ciemne.
A oczy takie, jak wy dwoje?
Żywa dziewczyna przy tem zapytaniu
mimowolnie pokazała palcami oddalenie oczu,
właściwe Dubieńskiro.
— Oczy wziął po matce, oczy ma tro-
chę nie nasze odrzekła księżna z odcieniem
dumy, którą Estella wzięła za urazę.
— Jesteś taka ładna! - zawołała, biorąc
wpół i całując Terenię. Pocałujmy się wszy-
scy! No, Romeo!...—dodała, zbierając loki za
ucho i nadstawiając policzek Romualdowi.
Romuald przysunął się blizko do ponęt-
nej twarzy, ale pocałował kuzynkę tylko
w rękę.
Tak sprzymierzeni zbliżyli się do tarasu,
gdzie Tadeusz Dubieński rozprawiał wobec
potakującego Macieja i pełnego uszanowania
Władzia Kobryńskiego.
Pomimo siwych włosów i brody, twarz
dyszała jeszcze młodą siłą, mięśnie jej ryso-
wały się energicznie, a podobieństwo rodzin-
ne było, rzec można, przetlómaczone na obcy
język. Tadeusz mówił po francusku, bez na-
maszczenia, za to z pewnym cynizmem, któ-
ry cechuje wielkich ludzi, gdy zniżają się do
prostoty i swobody. Ujrzawszy córkę wcho-
dzącą na taras, uśmiechnął się do niej z pod
brwi, oczyma drapieżnemi i poufałemi, ale
opowiadania nie przerwał:
...Jak mi więc powiedział, że wojny
nie będzie, i że moje kapitały chce zaangażo-
wać w Rosyi, pomyślałem odrazu: musi być
właśnie przeciwnie. Trzeba znać tych Holen-
drów. Puściłem wszystkie, jakie miałem walo-
ry rosyjskie, a nabyłem inne... To was nie in-
teresuje; słowem, że zamiana przyniosła mi
pół miliona.
— Owszem, owszem, stryju, to bardzo
zajmujące, jakie stryj nabył walory—pytał roz-
płomieniony Władzio.
— Kochany przyjacielu! nabyłem różne;
mam i akcye Kasyna w Montecarlo. Graliśmy
z sobą tej wiosny.
Och, tak... bez różnicy. A od tego
Holendra kupił stryj jacht, który widzieliśmy
pod Nizzą?
— Tak jest. Ten statek ma już swą hi-
storyę: zbudowany był dla Filipa XIII, ale że
ten nie miał go czem zapłacić, przeszedł w rę-
ce owego bankiera z Amsterdamu. Nazywali-
śmy go wtenczas „latającym Holendrem." Kie-
dy znów bankier się zachwiał, kupiłem jacht
od niego i przerobiłem na swój użytek. Na-
zywa się teraz „Herb Dąb." Przekręcają mi
tę nazwę: „Erb Dab, Herb Drab," ale wszyst-
ko jedno, niech się nauczą.
— To bardzo pięknie, Tadeuszu — rzekł
pan Maciej.—Mamy jednak nadzieję, żeś już
zawinął do portu na czas dłuższy, że przywy-
kasz do stałego lądu. Jakże się czujesz w kra-
ju rodzinnym? Serca przynajmniej odnalazłeś
niezmienione.
że zwykłą powagą, jednak z mniejszym,
niż go w rodzinie używał, majestatem, wyciąg-
nął pan Maciej prawicę do stryjecznego brata,
a wyrazisty nos drgał mu od wzruszenia. Ro-
muald, Teresa, Kobryński poczuli się też
w obowiązku raz jeszcze uściskać stryja, któ-
rego ściskali już od kilku godzin, od przy-
jazdu.
Ale Tadeusz w walce z życiem po ob-
cych krajach, utracił przyrodzony wdzięk Du-
bieńskich równie w stosowaniu zasad, jak
w obejściu. Nabrał szorstkości i szyderczej swa-
dy starego żołnierza. Nie lubił się też roz-
rzewniać. I teraz skorzystał z nowego wyle-
wu uczuć rodzinnych, aby powiedzieć dobra-
noc towarzystwu. Nie obeszło się bez paru
jeszcze gorących oświadczeń, bez paru dowci-
pów Tereni. Jeden z nich nie udał się. Wi-
dząc, jak wszyscy odprowadzali stryja do je-
go pokoju: ci ze świecami, tamten z jego ka-
peluszem w ręku, a sam pan Maciej jak go
prowadził pod ramię, niby księdza przy proce-
syi, Terenia zawołała:
— Prawdziwy powrót stryja marnotraw-
nego!
Nikt nie odpowiedział ani słowem, ani
śmiechem; nawet pan Maciej spojrzał na cór-
kę rozszerzonemi oczyma.
Sen, przychodzący zazwyczaj na zawo-
łanie w Chojnogórze, sen spokojnych sumień,
dzisiaj także musiał zaczekać z powodu wy-
jątkowego zamieszania i święta. O północy
nie spała jeszcze panna Paulina, choć dawno
już poszła do swego pokoju, bojąc się nocne-
go chłodu. Czekała na Terenię, która obie-
cała przyjść na rozmowę z ciotką, na podzie-
lenie się pierwszemi wrażeniami. . Jakoż zjawi-
ła się w szlafroku niebieskim, powiewnym, fi-
glarnym, ukrywającym skarby wdzięków i ser-
ca, gotowe jednak do wynurzeń.
Ciotka Paulina była gorzej ubrana, a tak-
że gorzej usposobiona od Tereni.
•— Wytłómaczcież mi, co wy upatrujecie
w tej Francuzeczce?—rzuca się, kręci, chicho-
cze... ani wielkich manier, ani uszanowania dla
starszych. Czegóż tam uczą we francuskich
klasztorach?
— Ach, bo ciocia zagniewała się za tę
„mumię." Ona nie powiedziała tego o cioci,
tylko gdy zobaczyła nieznajomą starszą oso-
bę, przyszło jej takie głupie porównanie do
głowy, a że to dziecko i bardzo żywe...
— Nie gniewam się, moja Tereniu, za
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 44
841
mumię. Stara jestem i mało o to dbam, jak
wyglądam. Ale to nie są maniery dla panny
Dubieńskiejl... Albo któż tak trzaska fortepia-
nem i nazywa go „muzealnym łomotem"?!
Wogóle ten jej śpiew mi się nie podoba. Sie-
demnastoletnia panna nie powinna takich rze-
czy śpiewać, ani tak... he... he... dyszeć.
Ciotka Paulina spróbowała udać namięt-
ny, gorący głos Estelli, która śpiewała już
prawie koncertowo, odziedziczywszy razem
z urodą, talent po matce. Terenia roześmiała
się:
— Niepodobna, ciociu, mierzyć wszyst-
kich naszą miarą.
— Jednak, kiedy ta panna myśli o wstą-
pieniu do naszej rodziny, musi być do nas
jakoś dobrana.
— Jest przecie córką stryja; nawet po-
dobna do niego.
— Gdzie tam podobna! Zupełnie obca
jakaś... Ja zupełnie inaczej wyobrażałam sobie
żonę dla Jerzego.
Terenia spoważniała i zaczęła rozwijać
przed ciotką swe konsyderacye:
— To dopiero projekt. Zobaczymy, jak
się sobie spodobają, a następnie... zobaczymy
wiele jeszcze rzeczy. Dotąd papa nie mówił
zupełnie otwarcie ze stryjem. Ale za to stryj
nie mówi nic takiego, coby było w sprzecz-
ności z tym projektem. Owszem... Wie ciocia,
ile stryj ma majątku?
— No, naprzykład?
— Osiem do dziesięciu milionów fran-
ków!
— Ee, czyż tyle?
— Z pewnością. A jedyną po nim spad-
kobierczynią jest Estella. To niby wzgląd
mniej idealny, jednak poważny. Dlaczegóżby
te miliony miały pójść gdzie na bok, do Fran-
cyi, a nie pozostać w rodzinie?—A przytem
„z Dubieńskich Dubieńska"—i to coś warte.
Naturalnie, jeżeliby panna była ułomna, albo
ze złymi instynktami!... Ale to przecie śliczne
dziecko, trochę niesforne, żywe, jednak łatwe
do poprowadzenia, gdy się zakocha. A już
się kocha w Jerzym, wie ciocia?
— To znają się?
— Prawie nie. Alem zmiarkowała... Zre-
sztą Jerzy jest tak irrćsistibleJ
— Przecież Jerzy kocha się w tej wdo-
wie, jest zaręczony.
— To właśnie trudność. Tylko jeżeli
przyjeżdża do nas, musiał jakoś to wszystko
załatwić. Inaczej tu-by się nie pokazał.
— Dziwni, dziwni teraz ludzie!.. Bardzo
ciekawam przyszłości.
Zaczęły powtarzać w kółko swe wrażenia
0 stryju, o Estelli, o wypadkach i o projek-
tach, wyciągając wróżby rozmaite: ciotka
Pesymistyczne, siostrzenica różowe. Kiedy
Terenia przewidywała, że wszystko się zagoi,
załagodzi, urządzi, panna Paulina odpowia-
dała wątpliwie wznosząc ręce:
— Daj Boże! daj Boże!
Powoli jednak wymowa Tereni zaczęła
działać na wyobraźnię ciotki, i stara panna
z rosnącem zaufaniem jęła się przyglądać ozło-
conym obrazom przyszłości:
-— Ja nigdzie nie wyjeżdżam. Ty za-
pewne znasz lepiej świat i ludzi... no, daj
Boże.
Gdyby Stwórca Dubieńskich nie przeni-
kał serc, a chciał uważać tylko na słowa mo-
dlitwy, nie wiedziałby co ma dać: zadowole-
nie sumień, czy pieniądze. Ale Stwórca Du-
bieńskich wie zapewne, że to jedno i to samo.
Nie spano i w innej części pałacu. Do
Romualda, nawpół rozebranego, wszedł szwa-
gier, również w bieli, i usiadł, objawiając chęć
do rozmowy.
— Cóż stryj? tęgi?
— Aha.
— Jak się ta hestya trzyma, to zadziwia-
jące! Gada, chodzi jak młody. Gotów się
drugi raz ożenić.
— Mój Władziu! poco mówić o stra-
chach po nocy—lepiej mówmy o tern, co jest.
Pozwolisz, że ci zwrócę na jedną rzecz uwagę?
— No, co takiego?
— Stryj zgodził się tu przyjechać na
wielką i stanowczą radę familijną. Trzeba go
ugościć, zachęcić do upodobania kraju, z któ-
rego pochodzi, dać mu udział w cieple do-
mowego ogniska, a nie gadać mu ciągle
o pieniądzach.
— Któż gada?
— Ty. A to jakie stryj kupił walory? —
a ile ten majątek w Normandyi ma przestrzeni
na nasze morgi? — a taki dom w Paryżu ile
przynosi? Zapewne... dobrze to wiedzieć, ale
ciągłe dopytywanie się wygląda prawie cy-
nicznie.
Władzio nie obraził się, tylko sposępniał.
Po chwili rzekł boleśnie:
Dobrze to wam, bo w każdym razie
zrobicie kapitalny interes, jeżeli który z was
ożeni się z Estellą. Ale jaki stąd zysk dla
mnie?... to jest dla Tereni i dla naszych bied-
nych dzieci? Posag jest skromny, moje inte-
resy w nieładzie...
Romuald spojrzał na szwagra, jak w kon-
gresie minister wielkiego państwa na przed-
stawiciela mniejszej potencyi, której jednak
trzeba dać odczepne, aby nie bróździła:
— Czy sądzisz, że nie myśleliśmy o to-
bie? Jeżeli wszystkie zamiary dojdą pomyśl-
nie do skutku, posag Tereni będzie zaokrąg-
lony w stosunku do powiększenia naszej
ogólnej fortuny. Za wcześnie mówić o szcze-
gółach, ale to wchodziło w rachubę.
— A moje długi osobiste?
— Może i na nie znajdzie się rada.
Wszystko zależy od toku spraw, bardzo dla
nas ważnych, które się właśnie rozpoczęły.
Nie trzeba im przeszkadzać. Ty baw tylko
stryja, mów mu dobrze o nas, o pieniądzach
bądź łaskaw nie wspominać mu wcale. Ra-
dzę ci szczerze, w twoim własnym interesie.
Kobryński, nieco ugłaskany, czuł jednak
ciągle palące tortury ciekawości.
— Powiedz mi przynajmniej, który z was
zamierza starać się o rękę Estelli? Jerzy do-
tychczas niby zaręczony z Oleską, a o tobie
chodzą wieści, że rozpoczęto kroki co do mał-
żeństwa twego z panną Ewą Kostkówną.
Więc cóż będzie? Ja się przecie nie mogę
ożenić z Estellą, niestety, to jest... oczy-
wiście.
— Trzeba oczekiwać logicznego rozwoju
wypadków. Jcszcześmy prawie nie rozma-
wiali z naszymi gośćmi, jeszcze nie przyje-
chał Jerzy, a tybyś już chciał... A podoba ci
się Estella?
— Zdaje się! dziewczyna jak złoto —
i na zlocie siedzi.
— No, — rzekł Romuald po namyśle —
panna Ewa jest także godna uwagi. Dadzą
jej w posagu majątek ziemski, graniczący pra-
wie z Chojnogórą — ładny majątek. Ona
sama także ładna, i wielkie nazwisko, dobre
gniazdo...
— Estella przecie jest Dubieńska!
No taak...
Może posądzasz, że nie?
— Mój Władziu! miewasz koncepty ta-
kie, że uszy więdną. Dość spojrzeć na stryja
i Estellę, aby się upewnić, że to jedna krew,
a przytem jacy do siebie przywiązani! jak się
rozumieją! Stryj przyjechał do nas tylko ze
względu na przyszłość córki.
— Nie wątpię, że chciałby ostatecznie
uregulować tę pozycyę.
— Co uregulować?! jaką pozycyę?! Te-
raz ty, przyjaciel i członek rodziny, będziesz
rozgłaszał plotki?!
— Nie rozgłaszani; mówimy przecie naj-
poufniej między braćmi.
— Są rzeczy, o których trzeba zapom-
nieć absolutnie wobec wyższych celów.
— Jakże się to robi, aby zapomnieć?
— Zapomina się, i tyle.
Romuald był naprawdę rozdrażniony,
Władzio zaś nie życzył sobie wcale tego skut-
ku rozmowy. Począł więc naprawiać swą nie-
rozwagę i zapewniał, że nie ma żadnych uprze-
dzeń prawnych co do adoptowania własnych
dzieci per subseguens matrimonium. Estella
jest oczywiście rodzoną córką stryja, ma z nim
nawet pewne wspólne cechy fizyczne: tak, coś
w nosie... nie, ale jakby coś w uśmiechu...
Romuald nie chciał jednak już słuchać.
— Idźmy spać. Muszę być jutro wypo-
częty i gotów na ważne rozmowy. A pamię-
taj, com ci mówił.
— Dobrze, dobrze.
Książę Kobryński wracał do siebie przez
ciemne pokoje, niezadowolony. Zbyt pod-
rzędną grał rolę w tej rodzinie.
— Jedno mam pamiętać, o drugiem
znów zapomnieć... popychają mną, jak swoim.
A wszystko dlatego, że oni mają pieniądze,
a ja pecha... Głupstwo palnąłeś, Władziu, żeś
się ożenił! Żenić się z Dubieńską, to przy-
najmniej z Estellą... Albo trzeba było urzą-
dzić się niezależniej od tyranii ojca, żony, na-
wet takiego Romualda. Inne powinien byłem
zająć tu stanowisko. Ostatecznie Dubieńscy
to prosta szlachta; jestem między nimi trochę
jak zabłąkany...
Czasem nerwowe podniecenie nocy bu-
dzi w naturach nawet biernych rewolucyjne
porywy i łudzące poczucie siły. Władzio, po-
stępując z lichtarzem w ręku, rozebrany do
bielizny, przez ciemne pokoje, nie nastraszyłby
wprawdzie nikogo, gdyż nie był podobny ani
do ducha, ani do bohatera. Ale w głębi
wzburzonego jestestwa gotowały się ambieye,
projekty reform, nawet nieokreślona chęć do
pracy. Przypomniał sobie jasno kim jest,
i czuł się księciem Kobryńskim. Drogę za-
stąpili mu przodkowie, zapragnął z nimi po-
mówić...
Poczucie takie siły nocnej jest tern roz-
koszniejsze, że działać wypada dopiero jutro,
a tymczasem można się przespać. (DCN)
842
WYCHODŹCY W BREMIE.
Brema, w październiku.
PRZED DWORCEM W BREMIE.
nowi charakterystyczną ich cechę, lecz te liczne,
różnorodne rzesze, którym służą one za chwilowy
przytułek.
Bywają chwile, że sala taka staje się jakąś nowo-
żytną wieżą Babel. Wyrazy węgierskie krzyżują się tu
raz w raz z polskimi, fryzyjskie z rosyjskimi, ru-
skie z niemieckimi, żargonowe żydowskie z holen-
derskimi i t. d., tworząc iście kalejdoskopową mo-
zaikę dźwięków, hałasu i szwargotu. Wrażeniom
słuchu nie ustępują pod tym względem i wrażenia
wzroku. Obok banalnych, nie nazbyt wykwintnie
skrojonych i nieco podniszczonych, zwykłych ubio-
rów kobiecych i męskich, przesuwają się tu także
przed oczyma widza różnorodne charakterystyczne
stroje narodowe włościańskie, a więc: krótkie kurt-
ki Słowaków i Węgrów obok świt chłopskich pol-
skich i rusiriskich, obok chałatów żydowskich i t. p.
Rzecz prosta, że różnorodności w strojach
odpowiada także i różnorodność typów danych
osobników.
Ogólne wrażenie, odnoszone z obserwacyi
owych tłumów, jeśli już nie goniących za szczę-
ściem, to szukających gdzieś w odległej krainie po-
lepszenia nazbyt ciężkiej doli, jest niezwykle
Starożytne miasta hanzeatyckie, jak: Brema,
Hamburg, a w szczególności pierwsza, ode-
grały i odgrywają dotychczas w dziejach wychodz-
twa europejskiego rolę nader wybitną.
Przypominają one poniekąd jakieś olbrzymie
zbiorniki, ku którym zmierza bezustannie fala emi-
gracyi, aby zatrzymawszy się w nich na pewien
krótki przeciąg czasu, odpływać dalej ku nęcącym
obszarom nowego świata.
Odpływ taki następuje wtedy, gdy zbiornik,
zasilany drobnymi, ale bezustannie ruchliwymi
strumykami wychodztwa, wypełni się po brzegi.
Wówczas wylewa się z niego szeroko gwarna,
różnolita fala ludzka i ginie w bezpowrotnej dali.
Taki oto charakter zbiornika fal wychodź-
czych ze środkowej i wschodniej Europy posiada w
najwyższym stopniu Brema. Każdy niemal pociąg
kolei żelaznej przywozi tam codziennie większe
lub mniejsze partye emigrantów, którzy zatrzymują
się w Bremie na dłuższy lub krótszy przeciąg czasu
zarówno dla załatwienia wymaganych formalności,
jak i w oczekiwaniu na okręt, mający przewieźć
ich za ocean.
Raz w raz tedy ciągną od dworca gromadki
podróżnych, ubranych przeważnie skromnie, z wa-
lizkami w rękach, z tobołkami na plecach, podąża-
jąc ku skromnym zajazdom, położonym tuż obok
wspaniałych eleganckich hotelów.
Na zajazdach, przeznaczonych dla wychodź-
ców, widać zdała ogromne znaki z napisami, że
tam właśnie znajduje się biuro jednego z najwięk-
szych agentów emigracyjnych, gdzie wydawane
są świadectwa na przejazd. Dla nieumiejących
czytać najwymowniejszy szyld stanowią gromadki
ludzi, wyczekujących swej kolei na schodach lub
pod oknami mieszkania pana agenta.
Interes emigracyjno-agenturowy daje pokaźne
zyski, a polega nietylko na wydawaniu wychodź- |
ćom kart przejazdu. Agentura emigracyjna to
jednocześnie i kantor wekslarski, i hotel. Jedna
z większych agentur w Bremie sprawia najzupeł-
niej wrażenie poważnej instytucyi bankowej. Biura,
w którem wydawane są karty przejazdu, mieszczą
się tam w kilku salach, gdzie zebrani emigranci
w pokornej postawie oczekują cierpliwie na swą
kolej. i
Karta przejazdu... — napozór mówi to tak
mało!.. Czczy wyraz, martwy skrawek papieru—zda |
się—i nic więcej; a jednak poza suchem formalnem
znaczeniem kryje się tu coś głębszego, coś, co
wstrząsa i przeraża. Karta taka to jakby cyrograf
z ponurej średniowiecznej legendy, którym zaprze-
daje się człowiek na śmierć i na życie jakiejś ta-
jemniczej, złowrogiej potędze. Odtąd staje się ona
jego jedynym, wszechwładnym panem. Ileż ogniw
przeszłości rozrywa taki marny skrawek papierul...
Mimo to jednak większość tych, którzy go pożądają,
nie zdaje sobie sprawy z tragiczności sytuacyi;
przeciwnie: uważają go za prolog nowej, szczęśli-
wej ery życia.
Poza właściwem biurem ciekawe wrażenie
sprawiają pokoje, przeznaczone na pomieszczenie
emigrantów. Sale sypialne mieszczą się zazwyczaj
na górnych piętrach i urządzone są skromnie, ale
czysto. Szeregi żelaznych łóżek pod ścianą, zao-
patrzonych w materace i wełniane kołdry w płó-
ciennych poszewkach — oto całość umeblowania,
monotonna i nie zaciekawiająca.
Ale nie urządzenie owych pomieszczeń sta-
SALA JADALNA EMIGRANTÓW ŻYDOWSKICH W BREMIE.
przykre.
Większość tych ludzi mogłaby i powinna
niewątpliwie poświęcić pracę rąk swoich własnemu
społeczeństwu z pożytkiem dla siebie i dla kraju,
a oto dzieje się inaczej.
Czyja wina?—Na to w dorywczym artykule
odpowiedzieć niełatwo, kwestya ta bowiem wiąże
się z całym szeregiem najpoważniejszych zagad-
nień natury ekonomicznej i socyalnej.
Najmniej zastanawiają się nad tern wychodź-
cy sami. W czasie postoju swego w Bremie zdają
się nie odczuwać najmniejszej tęsknoty za krajem,
a uśmiechnięte oblicza ich świadczą o niekłama-
nem zadowoleniu wewnętrznem z nowych warun-
ków życia. Ów szczególny nastrój ducha da się
zresztą łatwo wytłómaczyć.
Oto może po- raz pierwszy w życiu opuściła
ich troska o jutro.
Dzięki mozolnie uzbieranej gotowiźnie mają
na czas jakiś zapewnione pożywienie i dach nad
głową; o reszcie nie myślą jeszcze zbyt jasno.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 44
843
WSTĘPOWANIE NA POKŁAD OKRĘTU.
Wiedzą tylko, że tam, za oceanem, czeka ich zno-
wu praca, ale, jak sądzą, popłatniejsza, niż w kra-
ju ojczystym, i ta właśnie nadzieja przyszłych ko-
rzyści materyalnych rozpogadza im oblicza.
Owa pogoda ducha nie opuszcza ich rów-
nież, ani w czasie podróży przez ocean, ani nawet
w chwili odjazdu.
Podróżni wykwintnych kajut I-ej klasy, na
widok niknących powoli brzegów, ocierają łzy
Wzruszenia i tęsknoty, cisnące się im mimowol-
nie do oczu, niektórzy powiewają chustkami, inni
znów biegną myślą gdzieś w dalekie strony, do
swych drogich i kochanych, od których oddzielać
ich będzie coraz bardziej, coraz nieprzystępniej
zdradny a potężny żywioł; natomiast skupiony na
Przednim pokładzie tłum wychodźców przygląda
się spokojnie mgle oddalenia, przysłaniającej stop-
niowo wybrzeże. Myśl o dalekim kraju rodzinnym
legła w głębokim letargu i jakby rozwiała się
w przeszłości, która uśmiecha się i nęci.
Po opuszczeniu jednakże pokładu i wstąpie-
niu na ziemię obiecaną sen pryska. Każdego z emi-
TYP POLSKIEGO ŻYDA WYCHODŹCY.
grantów poddają władze
amerykańskie, zaniepo-
kojone wzrastającym u-
stawicznie ruchem wy-
chodźczym, szczegóło-
wej i surowej kontroli.
Kto nie wylegitymuje
się z posiadania co naj-
mniej 30 dolarów go-
tówką, lub nie wskaże
krewnych w Ameryce,
mogących poręczyć za
nim, że nie będzie cię-
żarem dla społeczeństwa,
do którego się wdziera,
a nadto kto nie odpo-
wie wymaganiom prze-
p i s ó w amerykańskich
pod względem stanu
zdrowia swego, ten mu-
si powracać do Europy.
Ale nie na tem
koniec.
Nie wszyscy, któ-
rym udało się spełnić
wymagania władzy ame-
rykańskich, wkraczają
przez to samo w szczę-
śliwą fazę życia. Wobec
wzrastającej ustawicznie
podaży rąk roboczych,
zdobycie zarobku stałe-
go w miastach Unii nie należy do zadań łatwych.
Niektórzy, jak wyrobnicy i rolnicy, wyjeżdżają
dalej w poszukiwaniu pracy do odleglejszych
ferm i fabryk, inni, mniej zaradni, włóczą się po
ulicach Nowego Jorku, i nie wie-
dząc dokąd się zwrócić, wy-
czerpują powoli swe skromne
fundusze, aby w końcu stoczyć
się w otchłań nędzy i rozpaczy.
J. DZ.
Z tygodnia
na tydzień.
Książki naukowe.
Uskarżano się u nas nieje-
dnokrotnie na słaby rozwój czy-
telnictwa, a względnie i popytu
na książki poważniejszej treści.
Skargi te były słuszne nie-
wątpliwie, rzecz szczególna je-
dnak, że podobne zupełnie za-
rzuty robią społeczeństwom, któ-
re dosięgły wyższego stopnia
kultury, pisarze nietuzinkowi,
obznajmieni dokładnie ze stosun-
kami swojego narodu i kraju.
H. G. Wells np. twierdzi,
że w Anglii „literat, który nie
jest współcześnie dobrym geszef-
ciarzem, prędzej czy później
popadnie w nędzę, gdyż wyda-
wanie książek stało się handlem nie różnym bynaj-
mniej od handlu masłem i wieprzowiną."
Ten sam autor opowiada fakt niewiarogodny
prawie, a mianowicie, że przełomowego dzieła
amerykańskiego profesora W. Jamesa „Zasady
psychologii" nie spotkał w księgarniach londyń-
skich!"
Fakt ten jednak nabierze prawdopodobień-
stwa, jeżeli go oświetlimy cyframi. Otóż, jak
wiadomo z opublikowanych po śmierci Spencera
dokumentów i listów, dzieła tego filozofa rozcho-
dziły się niezmiernie wolno. Tak np. „Statyki
społecznej" rozprzedano w ciągu lat czternastu
zaledwie 750 egzemplarzy, a „Zasad psychologii"
w ciągu lat trzynastu 500 egzemplarzy!
We Francyi normalna edycya książki nauko-
wej nie przekracza 500 egzemplarzy, a prócz tego
księgarz francuski nie zaryzykuje pieniędzy na
wydawnictwo mało poczytne, nie zapewniwszy so-
bie poprzednio poparcia rządu, lub którejkolwiek
z licznych instytucyi, popierających wiedzę.
W Niemczech prawie wszyscy pisarze nau-
kowi zajmują jakieś stanowiska, dające utrzymanie
(katedry uniwersyteckie i t. p.) i nie liczą na do-
chód z prac literackich. W Szwecyi i Norwegii
król oraz parlament wyznacza wybitnym pracowni-
kom pióra stypendya albo stałe pensye roczne.
Słowem, nietylko u nas, ale wszędzie praca
naukowa nie cieszy się zbyt wielkiem poparciem
czytającego ogółu.
Świadczy to, że publiczność europejska nie
dorosła jeszcze do wyżyn, odpowiadających stop-
niowi kultury, jaki przyjmujemy powszechnie za
normalny. Gdyby nauka sięgnęła naprawdę
w głąb społeczeństwa, a nie pływała tylko po
jego powierzchni, kto wie, czy wiele powikłanych
spraw i kwestyi życiowych nie dałoby się łatwiej
rozwiązać. Kultura naukowa, rozszerzając hory-
zont myślowy większości, zmieniłaby stosunek mas
do różnych zagadnień i haseł, które dzisiaj przed-
stawiają się ludziom w świetle jednostronnem
i fałszywem. y.
* *
*
Jeszcze jedna potrzeba.
Późnym wieczorem obchodziłem sale szpital-
ne. Większość chorych już spała. Kiedy nie-
kiedy mroczną ciszę przerywały ataki suchotników,
GRUPA WYCHODŹCÓW RUSIŃSKICH W BREMIE.
jęki świeżo operowanych lub bredzenia nieprzy-
tomne gorączkujących. Wtem zdało mi się, że
słyszę poza sobą jakby tłumione łkania. Zbliży-
łem się do łóżka. Przy słabem świetle nocnej
lampy ujrzałem niestarą jeszcze, ale bardzo wy-
nędzniałą kobietę o zapadłych policzkach i spalo-
nych wargach
Spojrzałem na tabliczkę: zapalenie rdzenia,
połączone z paraliżem nóg, oraz gruźlica płuc.
— Czego plączesz, moja kobieto?
— Nic mi nie lepiej, proszę pana doktora;
844
TYGODNIK ILLUSTROWANY.’Ne 44
leżę tu już czwarty miesiąc, a jeszcze nogami nic
a nic ruszać nie mogę; teraz znowu ten kaszel ani
na chwilę nie daje mi się zdrzemnąć.
Bądźcie cierpliwi: macie bardzo ciężką
chorobę, ale powoli przyjdziecie do zdrowia. Po-
proszę siostry dyżurnej, aby wam dała kropli na
uspokojenie kaszlu.
— Jak ja mam być cierpliwą, proszę pana
doktora, kiedy w domu zostawiłam troje małych
dzieci! Starszy synek już chodził do roboty do
fabryki pudełek, zarabiał trochę i żywił młodsze-
go. Przed dwoma tygodniami odprawili go dla
braku obstalunków. Małą Stasię przygarnęła na
razie sąsiadka, także praczka i wdowa, ale i jej
ciężko, bo ma czworo swoich. Od tygodnia nie
wiem, co się z niemi dzieje... może z głodu po-
marli, a ja taka chora...
Uspokoiłem ją obietnicą, że się dowiem
o dzieciach, i jeżeli będę mógł, zajmę się umiesz-
czeniem na stałe najmłodszego dziecka.
Przed kilku dniami znowu byłem świadkiem
równie bolesnej sceny. Tym razem skarżyła się
trzydziesto kilkoletnia nauczycielka, podobnie jak
tamta, suchotnica.
— Wiem o tern, że żyć nie będę. Namę-
czyłam się tak bardzo w mojem życiu, że śmierć
przyjęłabym w innych warunkach jako wyzwolenie,
jako wypoczynek, do którego od tak dawna już
tęsknię. Ale ja mam synka ośmioletniego... nie
umrę spokojnie, dopóki losu jego nie ustalę. Po-
łowę życia przemordowałam się na uczeniu cu-
dzych dzieci, a dziś, śmiertelnie chora, nie mam
nikogo, coby się mojem chciał zająć.
— A krewni? znajomi?- -spytałem.
— Rodziny bliższej nie mam zupełnie. Zna-
jomi zrazu nawiedzali mnie dość często, przyno-
sili owoce, lepszy posiłek, do szpitalnego bowiem
trudno mi było się przyzwyczaić. Powoli, widząc
zapewne, że stan mój się me poprawia, poczęli za-
pominać; dziś, zdaje się, że przeszli już zupełnie
nade mną do porządku dziennego.—„I tak jej nic
nie pomoże"—rozumowali. Rok szkolny się roz-
począł, Janek wałęsa się z ulicznikami; widzę, że
nabiera brzydkich przyzwyczajeń, widzę dobrze
opuszczenie straszne swego dziecka, i tak mi cięż-
ko, że jako matka, już nic na to poradzić nie mo-
gę... Rozpłakała się głośno.
W istocie, jakże smutną bezbrzeżnie, jak
bezlitośną jest dola tych wydziedziczonych! Czyż-
by się nie znalazła na to jaka rada? Otóż, zda-
WYCHODŹCY NA POKŁADZIE.
niem mojem, założenie Towarzystwa opieki nad
chorymi szpitalnymi i ich rodzinami mogłoby
w dużym stopniu ulżyć sieroctwu tych biedaków,
Rzeczone towarzystwo mogłoby powstać
w łonie oddziału W. T. D. wyszukiwania pracy,
znajdującego się pod przewodnictwem ks. Kirch-
nera.
Społeczeństwo nasze posiada bardzo dużo
ludzi ofiarnych, gorąco współczujących niedoli
bliźnich, nie wątpimy też, że sprawę powyższą
wezmą do serca.
Dr L. Lorentowicz.
* *
*
Klub kobiecy.
Pod powyższym tytułem nie zamyślam by-
najmniej pisać rozprawy na temat t. zw. eman-
cypacyi. Projekt, który podaję, dotyczę kwestyi
znacznie skromniejszej.
Wielokrotnie słyszałem od kobiet—szczegól-
nie w poważniejszym wieku — pozbawionych ro-
dziny, lub wogóle żyjących samotnie, nie mówiąc
już nawet o nauczycielkach, że koniecznością jest
utworzenie w Warszawie czegoś w rodzaju klubu
niewieściego, gdzieby można znaleźć pisma pe-
ryodyczne, książki, fortepian, możność jakiejś gry
towarzyskiej, słowem: ucieczkę wobec widma cięż-
kich godzin samotności, grożącej w doniu, a nie-
raz wobec nudy i pustki.
Myśl ta wydała mi się ze wszech miar god-
ną uznania. My, mężczyźni, mamy kluby i cu-
kiernie, do których możemy chodzić w każdej po-
rze, dla kobiety zaś pójść wieczorem samej do
cukierni—szczególnie w godzinach późniejszych—
jest niepodobieństwem. Istniejące w Warszawie
czytelnie nie zaspokajają wszystkich wymagań to-
warzyskich, do znajomych nie zawsze można
pójść po rozrywkę; zresztą często przychodzą
chwile, w których pożąda się ludzkiego towarzy-
stwa nie dlatego, aby czas przeszedł na konwe-
cyonalnej rozmowie, uczonej dyskusyi, lub grze
„w cenzurowanego" i „sekretarza," lecz poprostu,
aby odczuwać ludzi koło siebie, aby módz, dajmy
na to, czytać, grać, lub nawet pisać, nie zmusza-
jąc się do żadnych towarzyskich obowiązków,
wchodząc i wychodząc kiedy się podoba, tworząc
sobie w ten sposób dom wprawdzie nie rodzinny,
ale też nie próżny, nie tak rozpaczliwie samotny.
Nie wątpię ani na chwilę, że myśl tę roz-
szerzą, uzupełniając szczegółowo, opracują strony
interesowane.
Przypuszczam, że sprawa zebrania na ten
cel dostatecznych funduszów nie powinna napo-
tkać szczególnych trudności. Na początek nie
trzeba znowu tak wiele. Kilka energicznych
jednostek mogłoby np. na własne ryzyko nająć
lokal, złożony z kilku pokojów, a można ręczyć,
że nie zawiodą się, licząc na szersze poparcie.
Podawano już projekt urządzenia restauracyi
wyłącznie dla kobiet. Myśl wytworzenia dla nich
miejsca zebrań towarzyskich powinnaby — jak się
zdaje — spotkać się ze znacznie żywszem uzna-
niem. k.
*
S. p. Apolinary Jaworski.
W dniu 24-ym b. m. rozstał się z tym świa-
tem jeden z najżarliwszych bojowników sprawy pol-
skiej w Wiedniu, b. minister dla spraw Galicy!
f APOLINARY JAWORSKI.
w gabinecie księcia Alfreda Windischgraetza ś. p.
Apolinary Jaworski.
Nieboszczyk urodzony w r. 1825, po ukoń-
czeniu studyów prawniczych w uniwersytecie lwow-
skim i wiedeńskim, wstąpił początkowo do służby
państwowej, wkrótce jednak, przeniósłszy się na
wieś, do rodzinnego majątku Skowrzany, w po-
wiecie Złoczowskim, oddał się z całą gorli-
wością zawodowi ziemiańskiemu, prowadząc owoc-
ną gospodarkę na roli i podporządkowując w dzia-
łalności swej stale i niejednokrotnie sprawy korzy-
ści osobistej potrzebom dobra publicznego.
Ten właśnie wysoce dodatni rys charakteru
ś. p. Jaworskiego zjednał mu wkrótce gorące
uznanie wśród obywatelstwa okolicznego, które
w roku 1870-ym wybrało zmarłego na posła "lo
sejmu galicyjskiego we Lwowie, a niezadługo po-
tem powołało go i do rady państwa w Wiedniu.
Na obu wspomnianych posterunkach potrafił
ś. p. Jaworski zjednać sobie, dzięki wysoce tak-
townemu postępowaniu swemu, szacunek wszyst-
kich stronnictw parlamentarnych, zajmując jedno-
cześnie wybitne stanowisko w tak zwanej „frakcyi
podolskiej stronnictwa zachowawczego.
Wybrany w dniu 12-ym grudnia 1888 roku
na prezesa koła polskiego, zaznaczył ś. p. Jawor-
ski dobitnie, że instytucya ta powinna bronić in-
teresów całej prowincyi i dewizie tej pozostał wier-
ny do końca życia, kierując w tym właśnie duchu
polityką koła.
Żywioły radykalne spoglądały wprawdzie nie-
chętnie na umiarkowanie i przezorność, objawia-
jącą się wyraźnie w programie szerokiej działalno-
ści publicznej zmarłego, dzięki temu jednakże cha-
rakterowi polityki jego, zdobyło sobie Koło pol-
skie z czasem stanowisko jednego z najpotężniej-
TYGODNIK ILLUSTROWANY N° 44
845
szych stronnictw parlamentarnych w Austryi i sta-
ło się czynnikiem rozstrzygającym w zakresie róż-
norodnych zawiłych spraw wewnętrznej polityki
państwa.
Nie ulega kwestyi, że podeszły wiek ś. p.
Jaworskiego uniemożliwiał może czasami energicz-
niejszą akcyę Koła tam, gdzie żywsze wystąpienie
byłoby pożądane, mimo to wszakże, tern właśnie
postępowaniem swojem zjednał zmarły dla Koła
nieograniczone zaufanie rządu, zdobywając przez
to dla reprezentacyi galicyjskiej możność uzyska-
nia dla kraju całego szeregu koncesyi ekonomicz-
nych.
Obecnie otwiera się kwestya pierwszorzędnej
wagi; kto obejmie po zmarłym to trudne i odpo-
wiedzialne stanowisko, wymagające zarówno do-
brej woli, jak i niezmordowanej energii, tudzież
szerokiego, a zarazem praktycznego umysłu? o
EPILOGI.
Konanie Totalizatora.
Są instytucye, których nagły, czy powolny
upadek budzi powszechny żal, gdyż powstrzymu-
je normaluy rozwój życia społecznego; są niestety
i takie, z których zaniku można się tylko ra-
dować.
O demoralizującym wpływie totalizatora pi-
sano już tyle, że powracać do tego tematu nie po-
trzebujemy. To kwestya rozstrzygnięta i zamknię-
ta w dziedzinie rozumowania teoretycznego. Prak-
tyka stała przez długi czas w sprzeczności z teo-
retycznymi postulatami, ale ostatecznie nadeszła
chwila, kiedy zaczęto od słów przechodzić do czy-
nu. Najpierw obłożono totalizator wyścigowy po-
datkiem na rzecz instytucyi dobroczynnych.
Był to półśrodek, który jednak nie podobał
się Towarzystwu wyścigowemu. Zaczęły się targi.
Procent z 5 zmniejszono na 2 procent. Ale tym-
czasem w bieżącym sezonie sama publiczność czy
to wskutek ogólnej stagnacyi, czy innych przy-
czyn, przestała się interesować wyścigami, albo ra-
czej grą hazardowną, która stanowi główną przy-
nętę tej rzekomo poważnej zabawy.
Ponieważ może to być tylko objaw przej-
ściowy, nie zawadzi przypomnieć graczom, że we-
dług orzeczenia senatu, wydanego w październiku
r- b. „totalizator nie podlega opiece prawa, a po-
wództwa wynikłe z gry w totalizatora nie mogą
być rozstrzygane przez sądy.“
SALON „SZTUKI” NA WYSTAWIE JUBILEUSZOWEJ W KRAKOWIE.
SALA WEJŚCIOWA NA KRAKOWSKIEJ WYSTAWIE JUBILEUSZOWEJ.
Znaczy to po prostu, że jeżeli — jak to się
już zdarzało niejednokrotnie—totalizator wskutek
jakichś powikłań sportowych nie wypłaci graczowi,
czy graczom należnej im kwoty, osoby poszkodo-
wane nie będą miały sposobu zmuszenia Towarzy-
stwa wyścigów konnych do załatwienia rachunku.
Przypuszczamy, że poczucie bezsilności
wobec instytucyi, ciągnącej zyski z hazardu, a nie-
odpowiedzialnej, zniechęci publiczność do totali-
zatora i sprowadzi nareszcie jego upadek. Z
Teatr, muzyka, sztuki plastyczne.
* Teatr Towarzystwa Artystycznego wystawił
na scenie „Elizeum” trzy jednoaktówki: „Prawo mimiery"
A. N. Nowaczyńskiego, „Sytuacya z dramatu” B. Gor-
czyńskiego, i „Pośredniczka” Korzeniowskiego. Wszyst-
kie sztuki grano dobrze, a zwłaszcza krotochwilę Korze-
niowskiego, wystudyowaną wzorowo pod kierunkiem Ta-
deusza Jaroszyńskiego. „Prawo mimiery”— to nowy, z
wielkim talentem naszkicowany obraz walki „młodych” ze
„starymi,” ideału—z egoizmem filisterskim. Rzecz wyło-
żona z pamfletową zaciętością, jak wszystko, co wyszło
z pod pióra Nowaczyńskiego. „Sytuacya z dramatu”—
zawiodła oczekiwania, chociaż nie brak w niej wyraź-
nych cecli talentu. Autor wymyślił sobie nadzwyczajne,
patologiczne położenie i usiłował powiązać sztuczne
wypadki środkami analizy psychologicznej. „Literatu-
ry!,“ to jest książkowa całkiem kombinaca odjęła akcyi
szczerość i siłę. I
* Występy słynnej tancerki Izadory Iłiniean w
Filharmonii nie wywołały w Warszawie—ani w prasie,
ani śród publiczności—zbytniego entuzyazmu. Zacieka-
wienie było olbrzymie, ale najbardziej nawet zapaleni
jej zwolennicy musieli przyznać, że pod wielu wzglę-
dami doznali rozczarowania. Izadora Duncan ma jedną,
bezsprzecznie wielką zasługę: przez niezmiernie staranne
studya nad rzeźbą grecką i malarstwem Odrodzenia zdo-
łała ona wprowadzić do sztuki tanecznej miękkie, harmo-
nijne ruchy, piękne, wdzięczne, pełne wyrazu pozy,
a przedewszystkiem starała się stworzyć z tańca praw-
dziwą sztukę, polegającą na swobodnej interpretacyi w
tańcu tekstu muzycznego, śledząc nietylko rytm, [lecz
starając się też oddawać tańcem całe frazesy muzycz-
ne. W wykonaniu tej myśli—zasadniczo zupełnie słusz-
nej—artystka amerykańska okazała jednak mało pomysło-
wości, a przytem poszła za daleko: zdawało się jej, że
tańcem wyrazić można nietylko proste w wyrazie kom-
pozycye starożytnych, lub lżejsze, mało sk implikowane
utwory współczesne, ale [też głębię, wielkość i po-
wagę Chopina i Beethovena. To też taniec do „polo-
neza as dur” i „Sonaty księżycowej” okazał jej niezmier-
nie naiwne, dziecinne, bardzo powierzchowne pojmowa-
nie tych kolosalnie potężnych kompozycyi i robił chwi-
lami pomimo bardzo pięknych ruchów tancerki - wraże-
nie wprost niesmaczne. Przytem okazało się, że Duncan
powtarza wciąż te same ruchy przy różnych kompo-
zycyach — co szybko nużyło patrzących. Na niektóre
„prehidya” stworzyła sobie schematy ruchów pantomi-
micznych, niezawsze nawet ładnych, i przy bisowaniu nie
odstępowała od tych schemetów ani na jotę. Nie zrozu-
miała też, że z „Mazurków” Chopina tylko kilka nadaje
się do wesołego tańca. O ile jednak oddawała sceny
z klasycznego świata lub z niezrównaną lekkością tań-
czyła wdzięczne tańce, wtedy była istotnie owem, ory-
ginalnem zjawiskiem artystycznem, tancerką o technice
nowej i świetnej, o ruchach swobodnych i cudnych,
utrzymanych w powściągliwej harmonii i dziewiczej
czystości wyrazu. J. KI.
* Nowa sztuka Bjornsona p. t. „Daglanuet”
wystawioną będzie najpierw w Kopenhadze w teatrze
Ludowym, z panną Betty Nansen w roli tytułowej.
Z początkiem przyszłego roku sztuka ta wejdzie do re-
pertuaru norweskiego Teatru Narodowego /
846
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 44
* Ruchliwe Towarzystwo polskiej
sztuki stosowanej w Krakowie otwiera
w dniu 15 grudnia r. b. w ystawę arty-
styczuo-drukarsksi i zwraca się niniej-
szem do drukarzy, litografów, wydawców
i artystów polskich z prośbą o udział
w wystawie. Ostateczny termin dla nadsy-
łania deklaracyi—20 listopada, dla nadsy-
łania okazów -5 grudnia r. b Adres dla
deklaracyi— Tow. „Polska Sztuka stosowa-
na," Wolska nr. 14, w Krakowie; dla oka-
zów—Muzeum Czapskich, Wolska nr. 12,
w Krakowie.
* Przy ocenie prac osób, ubiega-
jących się o stypendya, komitet Tow.
Zaeli. Sztuk Pięknych przyznał: stypen-
dyum im. Józefa Simmlera p. Bronisła-
wowi Raczyńskiemu, stypendyum imienia
Kopernika—p. Stanisławowi Rzecznikowi,
stypendyum zaś z zapisu Korwin-Szy-
tnanowskiej — p. Janowi Biernackiemu.
Nadto przyznano rzeźbiarzowi A. Lepią
stypendyum z zapisu Olszewskiego, oraz
wybrano do reprodukcyi kolorowej jako
premium dla członków Towarzystwa za
rok 1905-ty płótno Chełmońskiego p. t.
„Sprawa przed wójtem." o
* Otwarcie Salonu Jesiennesro
w Paryżu. W 20 przeszło salach pa-
ryskiego „Salonu," którego otwarcie nastą-
piło w połowie b. m., zgromadzono, jak to bywa pra-
wie zawsze, wiele dzieł sztuki pierwszorzędnej war-
tości. Szczególną uwagę zwracają dzieła Eugeniusza
Carriere’a (piękna kompozycya „Maternite"), Pawła
Dupuis, impresyonistów Moreta i Madeline’a, Seyssan-
da, odznaczające się wielką miękkością, subtelnością,
wdziękiem, bogactwem kolorytu obrazy i akwaforty
(szczególnie jego senne wizye) Odilon-Redona, Henryka
Renault (jednego z najciekawszych uczniów Gustawa
Moreau—szczególnie jego wieczorne pejzaże), wreszcie
chwalone przez prasę francuską dzieła młodego Polaka,
Bujki. k
TROSKA TADEUS7 BŁOTNICKI
Z wystawy jubileuszowej w Krakowie.
CZĘŚĆ SALONU „SZTUKI" UDEKOROWANEGO PRZEZ ST. WYSPIAŃSKIEGO
na wystawie jubileuszowej w Krakowie.
Z Dalekiego Wschodu.
Po bitwie pod Jantajem wojska rosyjskie
cofnęły się o 20 kil. na północ za rzekę Szache
i zajęły silnie obwarowane pozycye pomiędzy rze-
kami Chunche i Szache, o 16 do 20 kil. na po-
łudnie od Mukdenu. Wojska generała Ojamy
następowały tuż za niemi. Podczas ustawicznie
wywiązujących się walk pomiędzy awangardą ja-
pońską a aryergardą rosyjską, generał Jamada odo-
sobnił się chwilowo od głównej armii, zajmując
ważną pozycyę nad rzeką i zabierając dwie armaty.
Wkrótce jednak jego 2,000 żołnierzy były otoczo-
ne przez 12,000 świeżych posiłków rosyjskich.
Dzielny generał zdołał przebić się z częścią woj-
ska, musiał jednak pozostawić w ciężkiem błocie
mandżurskiem 14 armat, których niepodobna było
uprowadzić.
Drobny ten epizod, drobny w porównaniu
z wynikiem walk pod Jantajem i morderczym
przebiegiem poprzednich walk nad Szache o inne
pozycye nadbrzeżne, był zakończeniem olbrzymiej
jedenastodniowej bitwy, w której ze stron obu
ubyło z szeregów 80,000 żołnierzy.
Obecnie potężne armie, wyczerpane tym
strasznym bojem, stoją naprzeciwko siebie tak
blizko, że oddziały wywiadowcze walczą z sobą
prawie bez przerwy, do bitwy jednak nie przycho-
dzi -— obie strony czekają na posiłki i fortyfikują
się w zajętych pozycyach. Przypuszczalny front
armii rozciąga się na przestrzeni 100 kilometrów.
Znowu więc — jak przed tą bitwą — za-
czynają się manewry strategiczne, o których żad-
nych pewnych wiadomości mieć nie można; znowu
lada chwila zagrzmią działa ze stron obu, i znowu
pole Mandżuryi pokryje kilkadziesiąt tysięcy ciał.
A potem nadejdą świeże posiłki: z Rosyi
i z Japonii, krew poleje się na białe śniegi stru-
mieniami, lazarety i szpitale rozbrzmiewać będą
jękami rannych i umierających, zdobywane bę-
dą nowe pozycye, bronione dawne — wojska
dojdą do niebywałej w dziejach liczby walczących
ze stron obu—i—kiedy się to skończy?
*
* *
Podróż floty bałtyckiej na Daleki Wschód
należeć będzie do najtrudniejszych przedsięwzięć
w marynarce wojennej.
Od Libawy do Przylądka Dobrej Nadziei —
którędy właśnie uda się eskadra rosyjska—trzeba
będzie przebyć 7,800 mil morskich,
a ztamtąd do Portu Artura 10,400 —
razem 18,200.
Szybkość, z jaką eskadra po-
suwać się będzie, nie przeniesie za-
pewne 12 do 14 mil morskich na
godzinę, choćby z tego względu,
że większa szybkość wpłynęłaby
zgubnie na stan kotłów, których wy-
trzymałość ma przecież swoje granice.
Gdyby eskadra płynęła w takiem tem-
pie bez przestanków, zdołałaby prze-
być tę olbrzymią przestrzeń w 54 dni.
Jednakże oczyszczanie kotłów,
nabieranie węgla i t. p. czynności
zmuszą eskadrę do zatrzymywania się,
których, według przypuszczeń fachow-
ców, będzie co najmniej 10 po 4 dni,
razem 40 dni, czyli że cała podróż
przeciągnie się do 94 dni co najmniej,
jeżeli nie zajdą jakie szczególne przy-
czyny opóźnienia, jak uszkodzenia
wskutek burz i zużycia machin, ka-
tastrofy i t. p.
Wprawdzie droga przez kanał
Sueski byłaby znacznie krótsza, pra-
wie o połowę, ale nowe pancer-
niki floty bałtyckiej, jak „Orzeł," „Borodino,"
„Książę Suworow" zagłębiają się więcej niż 8 me-
trów w wodę, co czyni przejście ich przez kanał
Sueski niemożliwem.
Na wodach angielskich eskadra bałtycka
przez pomyłkę zaczęła strzelać do angielskich ło-
dzi rybackich, biorąc je za japońskie, i kilka
z nich zatopiła. Wypadek ten nie ma poważniejsze-
go znaczenia.
* *
*
Według Echo de Paris, Nowosti przytaczają
następujące obliczenie sił armii, walczących pod
Jantajem i nad rzeką Szache.
Na lewem skrzydle armii rossyjskiej były
cztery korpusy, cała zaś armia generała Kuropat-
kina składała się z dziewięciu korpusów: sześciu
syberyjskich, 1-go, 10-go i 17-go korpusów armii
i dywizyi kozackich, ogółem z 270 batalionów, 21
szwadronów, 124 bateryi po 8 dział i czterech ba-
teryi Maxime’a, t. j. 226,748 piechoty, 30 tys. kawa-
leryi i 900 dział.
PROF. EMIL SAUER,
znakomity skrzypek, wystąpi w dniu 4 listopada
w Filharmonii warszawskie.!
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 44
847
Siły japońskie składały się: z 10-ciu dywi-
zyi liniowych, 9 rezerwowych, 2 brygad kawaleryi,
L j- 190 batalionów, 65 szwadronów, 846 dział
i 64 dział Maxima.
Z Petersburga.
*„* Peterb. Wied, w korespondencyi własnej
z Warszawy podkreślają brak ziemstw w Królestwie
Polskiem, które niejednokrotnie mogłyby przedsiębrać
skutecznie środki zaradcze w razie klęsk i niepowodzeń.
Korespondent radzi, ażeby braku tak ważnych organów,
zarządy ministeryum dóbr państwa i rolnictwa przyszły
obecnie z pomocą ludności włościańskiej w Królestwie,
która dotkliwie cierpi skutkiem nieurodzaju paszy.
*** Pisma petersburskie zapewniają, iż wkrótce
ma być dokonana rewizya ustawy ccnsuralnej.
*
* *
Z powodu nieurodzaju tegorocznego w Kró-
lestwie Polskiem, sekeya rolna warszawskiego od-
działu Towarzystwa popierania przemysłu i handlu
udała się za pośrednictwem zarządu tej instytucyi
do ministeryum skarbu z podaniem o ustanowie-
nie taryfy ulgowej na przewóz do Królestwa Pol-
skiego otrąb, makuch, kukurydzy, siana i sło-
my. Obecnie, jak donoszą pisma petersburskie,
departament kolejowy wysłał odpowiedź odmowną,
motywując ją tern, źe niedobór w plonach Króle-
stwa Polskiego, wynikły z tegorocznej posuchy
i nieurodzajów, może być zaliczony tylko do klęsk
częściowych, które w rozległem Państwie muszą
s>ę powtarzać corocznie, a więc nie zasługują na
stosowanie środków szczególnych.
Przypuszczamy, że bez otrąb, makuch
i kukurydzy mogą się jeszcze obywać i zastąpić
je czem innem. Nawet co do otrąb, to na paź-
dzierników em posiedzeniu sekcyi rolnej były gło-
sy przeciwne ulgom z tej racyi, że ucierpiałoby na
tern młynarstwo krajowe. Inaczej rzecz się ma
z sianem i słomą. Chodzi tu nietylko o gospo-
darstwa folwarczne, lecz także o włościańskie, któ-
re już dziś są w ciężkiem położeniu; a cóż dopie-
ro będzie na przednówku! Przypuszczamy, że rol-
nicy nasi popełnili pewien błąd w zabiegach swoich,
że zapewne niedostatecznie umotywowali swoje
Podanie, nie poparli starań odpowiednią sumą fak-
tów, illustrujących ciężkie położenie ekonomiczne
rzesz wielotysięcznych.
Zebraniem i zestawieniem tych szczegółów
z różnych okolic kraju powinny były się zająć
nasze Towarzystwa rolnicze. P.
* *
*
Drukowane w Zbiorze urzędowym wyroki
senatu Rządzącego mają znaczenie juryspru-
dencyjne; stanowią one tłómaczenie niejasnych lub
Wątpliwych przepisów prawa. A że życie codzień
nastręcza tysiące kwestyi, które przez prawodawcę
CZĘŚĆ TARASU W MUKDENIE.
Ze zbiorów Z. Kalinowskiego.
nie mogły być przewidziane, więc i sądowi kasa-
cyjnemu nigdy nie brak roboty. Rozszerza on nie-
raz szczupłe ramy artykułu kodeksu, ażeby módz
pomieścić w nie szeroko rozlewające się fale wiecz-
nie naprzód postępującego życia.
W lutym roku bieżącym na wokandzie Se-
natu znalazła się sprawa, mająca znaczenie nietylko
prawne, lecz i dziejowe.
Podolski konsystorz. duchowny wytoczył pro-
ces przeciwko pp. Emilii Dowiakowskiej i Smaran-
dzie Butmi-de Katzman, właścicielkom majątku Pi-
sarewki-Wołoskie, położonego w powiecie Jampol-
skim. Szło o bezpłatne mielenie zboża w młynie
dworskim. Prawo to nadał przed stu z górą laty,
bo roku 1781, ówczesny właściciel folwarku Kaje-
tan Sobański, proboszczowi miejscowego kościoła.
Nikt nigdy nie przeszkadzał parochom mleć żyta
i pszenicy w Pisarewkach, aż naraz w roku 1891
dziedzice oświadczyli kategorycznie, że nadal dar-
mo mleć nie pozwolą.—Albo za pieniądze, powie-
dzieli, albo wcale. Z uwagi, że odmowa ta sprze-
ciwia się woli spadkobiercy, wyrażonej w akcie
erekcyi z dnia 20 marca 1781 r., konsystorz do-
magał się przywrócenia status quo antę.
Pozwane broniły się treścią aktu erekcyjnego,
który wymaga ażeby kościół we wsi Pisarewki-
Wołoskie niezachwianie szczerze dochowywał unii
wyznania grecko-łaciriskiego z wyznaniem rzymsko-
katolickiem, że zaś ten sam proboszcz Towsticki,
na którego rzecz darowizna była dokonaną przy-
łączył się w kilkanaście lat później do wiary
prawosławnej, więc tern samem zrzekł się w imie-
niu swojem i następców praw służących mu z aktu
erekcyjnego.
Izba sądowa w Odesie, dokąd sprawa prze-
szła po przegraniu jej przez konsystorz w sądzie
okręgowym w Kamieńcu, ustaliła, że akt erekcyi,
przez Sobańskiego w r. 1781 zdziałany, udziela
prawa bezpłatnego mielenia zboża w młynach
dworskich proboszczowi ówczesnemu i następcom
jego pod warunkiem, ażeby tak proboszcz ten,
Piotr Towsticki, jak i wszyscy następcy jego, utrzy-
mywali po wsze czasy niezachwianą a szczerą
unię z kościołem rzymsko-katolickim, przyczem
niewykonanie warunków tych pociągnie za sobą,
jak powiedziano w akcie, odwołanie darowizny.
W ten więc sposób prawo bezpłatnego mielenia
mąki było darowizną, zawisłą od spełnienia pew-
nych warunków, że zaś pierwszy zaraz proboszcz
warunku tego nie dopełnił, więc postradał prawo
do darowizny. Straciwszy je sam, nie mógł na
następców swych przelać tego, czego nie posiadał.
Zarzut władzy duchownej, iż warunek, za-
mieszczony przez Sobańskiego w akcie erekcyjnym,
nie jest ważny, jako sprzeciwiający się prawu i po-
rządkowi państwowemu, Izba odrzuciła, gdyż „dla
oceny, czy dany warunek nie sprzeciwia się prawu,
trzeba zwrócić się do daty jego powstania, a w
owym czasie (w r. 1781) warunek ten był zupełnie
legalny."
I Izba odrzuciła apelacyę konsystorza.
Na tem nie skończył się przewód sądowy
i, jak wyżej powiedziano, sprawa doszła do naj-
wyższej magistratury sądowej, do Senatu Rzą-
dzącego.
„Jeżeli darowizna, orzekł sąd najwyższy
uczyniona została pod warunkiem spełnienia przez
obdarowanego pewnych zobowiązań, to sam fakt
niewykonania zobowiązań daje darczyńcy prawo
żądać albo zwrotu darowizny, o ile stanowiła ona
majątek ściśle określony, albo też przerwać wypła-
ty lub wykonywanie usług.
Przyczyna, dla której obdarzony zobowią-
zania nie wykonał, nie ma znaczenia; decydującym
jest sam fakt niewykonania warunku, nie zaś przy-
czyny, które udaremniły wykonanie. Dlatego też
Izba Sądowa, ustaliwszy, iż proboszcz nie dopeł-
nił warunku, przez Sobańskiego wymaganego, mia-
ła słuszną zasadę tak rozstrzygnąć sprawę, jak ją
osądziła."
Z tych zasad Senat Rządzący wyrok sądu
appelacyjnego w Odesie w mocy utrzymał, a skar-
gę kasacyjną konsystorza duchownego odrzucił.
HEN. CED.
GROBOWIEC CESARSKI W MUKDENIE.
TYPY ULICZNE W MUKDENIE.
Ze zbiorów Z. Kalinowskiego.
848
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 44
POMNIK NA CMENTARZU W LITANCE POD
ZAMOŚCIEM.
Rzeźba W Gruberskiego.
Nasze ryciny.
TEODOR AXENTOWICZ: SMUTEK.
—Artyście chodziło tu przedewszystkiem
o wyraz wewnętrzny, o wywołanie silnego
nastroju, i udało mu się to wybornie,
wszystko bowiem zmierza ku temu właśnie
celowi, zarówno świetnie narysowane po-
staci kobiet nachylonych ku ziemi pod brze-
mieniem jakiegoś nieokreślonego smutku,
jak i tło krajobrazowe, przepojone cichą
melancholią zmierzchu. Na szczególną uwa-
gę zasługuje strona techniczna naszej re-
produkcyi, będącej niezwykle starannie
i artystycznie wykonanym drzeworytem p.
W. Klejna.
W. GRUBERSKI: POMJSIKNA CMEN-
TARZU W LITANCE POD ZAMOŚCIEM, i
—Dzieło to uderza przedewszystkiem bra-
kiem szablonu, rażącego zazwyczaj w wielu
pomnikach cmentarnych. Całun, pod któ-
rym rysują się doskonale wyczute kształty
postaci ludzkiej, unoszącej się nad złomem
skalistym, rzuca do wnętrza silny cień.
Z pod całunu wydobywają się ręce, prawa
dzierży kosę, lewa zaś, wyciągnięta nad
zniczem—zda się tłumić płomień bólu tych,
którzy cierpią. Całość stanowi potężny
symbol śmierci i wywołuje silny nastrój
w widzu. P. Gruberski, autor rzeczonego
dzieła, jest bratem ks. Gruberskiego z Płoc-
ka, głośnego znawcy i reformatora muzyki
kościelnej. Młody artysta kształci się obec-
nie w Paryżu, rokując świetne nadzieje na
przyszłość.
Kronika.
KOŚCIELNE.
W dniu 16-ym b. m J. E. biskup Kazi-
mierz Ruszkiewicz dopełnił aktu poświęce-
nia nowo wzniesionej świątyni we wsi Za-
wadach, w powiecie Sochaczewskim. o
Do seminaryum płockiego zapisało się
w roku bieżącym 10 kandydatów do stanu
duchownego, o
NAUKA.
Ogłoszony w swoim czasie przez redak- 1
cyę Gazety Sądowej konkurs z nagrodą
rub. 500, na monografię prawną z zakresu
ustaw robotniczych włościańskich, kodeksu
polskiego z r. 1825, prawa o małżeństwie
z r. 1836-go, lub ustaw hipotecznych, od-
roczono do dnia 1 paździer-
nika 1905-go r. o
OZNACZONA PRZEZ
SĄD POLUBOWNY GRA-
NICA GALICYJSKO-
WĘGIERSKA MOB
SKIEGO oka nie odpo-
wiada, jak wiadomo, tak
zwanej „linii pretensyjnej*
zarówno Galicyi, jak i Wę-
gier. Stąd też od lat dwu
blizko toczą się nowe spo-
ry, na czem cierpi głów-
nie właściciel obszarów
przy spornym punkcie, a
niemniej pokrzywdzonymi
czują się włościanie biał-
kańscy. Rzecz tę ujęło w
ręce namiestnictwo galicyj-
skie, delegując ze swej
strony geometrę ministe-
ryum skarbu, p. Agenora
Lewickiego, zaczem i Wę-
gry wyznaczyli geometrę
w osobie p. Zoltana Vu-
kiesa. Obaj ci urzędnicy
uskut cznili w ubiegłym
miesiącu pomiar szczegó-
łowy nowo wytkniętej gra-
nicy, a to w myśl,rznanego
wyroku sądu polubowne-
go. Ostatnim też aktem
tej długotrwałej „zemsty o mur granicz-
ny" będzie wypracowana wspólnie przez
pp. Lewickiego i Vukicsa mapa szczegóło-
wa, na której podstawie nastąpi ostateczne
sprostowanie granicy w mapach kadastral-
nych i w księdze gruntowej. Tu nie od
rzeczy będzie wspomnieć, iż głośny nasz
uczony profesor uniwersytetu lwowskiego,
dr Oswald Balcer, opublikował w ostatnim
numerze Przewodnika iiaukoiocgo i lite-
rackiego słynną swoją obronę, wypowie-
dzianą przed sądem w Hradcu, dając jej ty-
tuł: „O Morskie Oko, wywód praw pol-
skich.* T.
Z RÓŻNYCH STBON.
Przełożona Domu św. Józefa w Pozna-
niu, Siostra Irena Łuszczewska, święciła
niedawno 50-tą rocznicę wstąpienia swego
do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia. W
1. Gustaf Rudolf, rekwizytor. 2. Neuman Goliński, członek Ii-go oddziału. 3. Edward
Dreszer, pomocnik dyrektora. 4. Józef Chrzanowski, członek rady. 5. j Wilhelm Fulde,
były dyrektor straży. 6. )• Mieczysław Grąbczewski, były dyrektor straży. 7. j- Robert
Pusch, założyciel straży. 8. Emil Reppchan, były dyrektor, obecnie prezes. 9. Floryan
Harnisz, obecny dyrektor straży. 10. Bronisław Hindemith, obecny dyrektor straży.
11. Fabian Goliński, topornik. 12. Ferdynand Kuttner, ogniomistrz straży.
13. j Oswald Schner, były dyrektor straży.
GRUPA JUBILEUSZOWA STRAŻY OGNIOWEJ OCHOTNICZEJ W KALISZU.
ocenie tyloletniej, niezmordowanej i wysoce
owocnej dla społeczeństwa pracy Jubilatki,
składały jej życzenia wszystkie instytucye
katolickie Poznania z ks. biskupem łukow-
skim na czele, o
Jak donosi korespondent Warsz. Dnieui-
nika, „tłum rzemieślników, uzbrojonych w
kije i noże, wyszedłszy z jednej z restau-
racyi na Starym Rynku w Łomży, wyruszył
przez ul. Dworną do środka miasta i spo-
tkawszy tam w pobliżu soboru jakiegoś
szeregowca—służącego, począł go bić. Na
hałas i krzyk nadbiegł przechodzący w po-
bliżu kapitan ołonieckiego pułku piechoty
Cz., a potem nadbiegło kilku jeszcze ofice-
rów z poblizkiego klubu oficerskiego drago-
nów. Przywódcę bandy pochwycono; resz-
ta uczestników napadu i awantury rozbieg-
ła się. Wśród rannych znajduje się oficer
Cz., który otrzymał ranę kijem czy nożem
w głowę, o
Kur. Sosnowiecki podkreśla ciekawy fakt
przeczulonej wrażliwości hakatystycznej.
Do niedawna pociąg, kursujący pomiędzy
Katowicami a Sosnowcem, obsługiwany był
przez konduktorów-Polaków ze Śląska.
Uważając tę styczność Polaków-Slązaków
z Polakami z Królestwa za niewłaściwą,
zarząd kolei pruskiej przeniósł dawną służ-
bę pociągową aż poza Berlin, a natomiast
na wspomniany dystans przeznaczył rodo-
witych Niemców, nie rozumiejących ani
słowa po polsku, o
W Łodzi powstaje komitet sanitarny, ma-
jący na celu przedsiębranie środków zarad-
czych na wypadek powstania tam epidemii.
W tych dniach, jak donosi Rozwój, odbyło
się w gmachu magistratu pod przewodnic-
twem prezydenta i przy współudziale leka-
rzy i grona obywateli łódzkich posiedzenie
w celu zorganizowania wspomnianego ko-
mitetu. o
Rok bieżący jest 40-tyin od chwili założe-
nia straży kaliskiej. Jakie ona przez
czas ten przechodziła koleje i złe i dobre
chwile, opisać trudno; to tylko powiedzieć
można, że straż od pierwszej chwili jej
założenia do dnia dzisiejszego pozostała na
wysokości swego zadania. W 1864 roku
założył i zorganizował straż kaliską ś. p.
, Robert Pusch. Ciężkie to były czasy, bo
gdy wtedy przeważnie w straży był prąd
niemiecki, a ludzie dobrej woli po war-
sztatach werbowali członków, złe osob-
niki nazywały to „zabawką w fajerwere*.
Po śmierci Roberta Puscha bardzo krótko
był jej dyrektorem Oswald Schner, a po
śmierci jego objął ster Emil Repphan. Na-
wał pracy zniewolił Repphana zrzec się
tego stanowiska, a miejsce jego zajął ś. p.
Wilhelm Fulde, gdy zaś ten z powodu nad-
wątlonego zdrowia ustąpił, obowiązki te
objął ś. p. Mieczysław Grąbczewski. Gdy
tego powołano na prezydenta miasta, miej-
sce jego w straży zajął p. Bronisław Hin-
demith, który podał się do dymisyi, ale
straż dymisyi nie przyjęła, dając dyrektorowi
urlop do listopada, t. j. do ogólnych wy-
borów. Straż liczy obecnie 260 członków.
ŚWIAT KOBIECY.
Pani Marya Zaremba-Słupska, znana arty-
stka malarka, otworzyła szkolę rysunków
i malarstwa, w której obok sztuki czystej
wykładana będzie sztuka zdobnicza, oparta
na kompozycyi dekoracyjnej. Pani S skoń-
czyła szkołę dekoracyjną w Paryżu i od lat
kilku prowadzi kurs rysunku i malarstwa
w warszawskiem Muzeum p. p. i h. — P.
Stefania Karpowiczowa otworzyła przy pro-
wadzonym przez siebie zakładzie gimna-
stycznym pierwszą u nas szkołę masażu
i gimnastyki leczniczej dla kobiet. Kurs
trwać będzie rok i zapewnia uczennicom
patent, upoważniający do praktyki na mie-
ście.—Pani M. z Lublina otrzymała na Kró-
lestwo Polskie reprezentacyę koksu zagłębia
Donieckiego i jest pierwszą u nas kobietą,
która podjęła pracę w tym kierunku. —
Agronomiczne studya ukończyły w tym ro-
ku: p. Cybulska i p. Zofia Sawicka. Pierw-
sza — akademię rolniczą w Hali, druga —
wydział rolniczy w Zurychu. Zgromadze-
nie Panien Urszulanek w Tarnowie otwiera
zatwierdzone przez Radę szkolną krajową
i ministeryum oświaty liceum żeńskie, które
wypełni brak żeńskiej szkoły średniej
w mieście i pozwoli uczennicom wstępo-
wać do uniwersytetu w charakterze słucha-
czek zwyczajnych. Kandydatka z patentem
licealnym ma pierwszeństwo na posady
nauczycielek w szkołach wydziałowych
przed kandydatkami, które ukończyły semi-
naryum. W nowem liceum udzielać będą
nauk profesorowie miejscowych szkół śred-
nich.—Koło pań im. Sienkiewicza we Lwo-
wie otworzyło kurs dla analfabetek, prze-
znaczony przedewszystkiem dla sług, cw
WYSTAWA FOTOGRAFICZNA W
KRAKOWIE.
Krakowskie Tow. Fotografów amatorów
wystąpiło po raz trzeci z rzędu z wystawą
prac amatorskich. Tym razem wystawa ta,
urządzona w pięknym lokalu prywatnym
przy ul. św. Jana 13, zajmuje pięć sal,
w których znalazło pomieszczenie 1,000
przeszło okazów kunsztu amatorskiego, i jest
najokazalszą i najciekawszą ze wszystkich
dotychczasowych. Wystawa rozpada się na
cztery działy: fotografię amatorską, fotogra-
fię zawodową, dział fotografii naukowej
i dział przemysłowy. Najbardziej interesu-
jącym jest z natury rzeczy dział prac ama-
torskich. Tu na pierwszem miejscu wymie-
nić należy zdjęcia Reginy i Henryka Miko-
laschów ze Lwowa, Gabryela Hablińskiego
z Krakowa (gumowe druki) i Jana Czernec-
kiego z Wieliczki. Cykl zdjęć z niezna-
nych utworów A Grottgera, które p. Czer-
mecki z wielkiem zamiłowaniem komple-
tuje, posłużyć ma za meteryał illustracyjny
do przygotowywanej większej monografii
o Arturze Grottgerze. Z innych okazów za-
sługują na uwagę zdjęcia p. Tadeusza Rżący
z Krakowa (pejzaże), Stanisława hr Kossakow-
skiego z gub. Kowieńskiej, Pawła Benescha
z Hradca. W dziale fotografii zawodowej
prawdziwemi dziełami sztuki są portrety
TYGODNIK ILLUSTROWANY JMb 44
849
nadesłane przez fotografa Oskara Sucka
z Karlsruhe. Nowością, budzącą największe
zaciekawienie, są próby fotografii barwnej,
dokonane sposobem chemicznym przez p.
C. Miszewskiego z Cliarlottenburga.
hygiena.
Jak wiadomo, pieniądze, w szczególności
zaś miedziane monety obiegowe, stanowią
niewątpliwy rozsadnik różnorodnych chorób
zakaźnych. Nie wiedzą jednak o tem wi-
docznie zgoła nic właściciele wędliniarni
Warszawskich, polecając pannom sklepowym,
sprzedającym wędliny, przyjmować jedno-
cześnie od kupujących należne za towar
brudne pieniądze. Tą drogą zarazki znajdu-
jące się na powierzchni monet przedostają
się do organizmów osób kupujących wędli-
ny- Otóż dla zaradzeuia złemu zarząd le-
karski m. Warszawy zwrócił się niedawno
do Towarzystwa Hygienicznego z prośbą
0 stosowne oddziaływanie na opinię pu-
bliczną w celu zmuszenia właścicieli akle-
Pów z wędlinami do ustanowienia specyal-
nych posad kasyerek. W niektórych ma-
sarniach posady takie już od pewnego cza-
su zaprowadzono, o
KOŚCIÓŁ W OPATÓWKU.
W kaliskiej ziemi leży piękna osada —
Opatówek wśród Jasów i wód w malowni-
czej i zdrowej okolicy. Opatówek wraz
z rozległemi włościami należał do pryma-
sów polskich, którzy tu niekiedy przemiesz-
kiwali. W w. XlV-yni prymas Jarosław
Bogorya Skotnicki wzniósł tu okazały pałac
1 niewielki kościółek dla siebie i swojego
dworu; z czasem, gdy Opatówek na znacz-
ną urósł osadę, kościółek ten powiększono
* na użytek parafialny oddano. Po upadku
Rzeczypospolitej Polskiej, już za czasów
Księstwa Warszawskiego, Napoleon 1 na-
dał Opatówek księciu Józefowi Zajączkowi
(w 1807-ym r.), a Aleksander I donacyę tę
Potwierdził w r. 1815-ym. Zajączek wiele
zrobił dla zagospodarowania i ozdobienia
Opatówka: ozdobił dawny pałac pryma-
sów, uporządkował wspaniały park, wzniósł
Piękne budowle dla ofieyalistów, otoczył
gotyckim murem ogrody, a przedewszyst-
kiem odnowił i upięknił kościół, który
sobie obrał na wieczny spoczynek i dokąd
w 1826-ym r. sprowadzono z Warszawy
z wielką okazałością jego zwłoki. Po zmar-
K'ni bezpotomnie ks. Namiestniku Józefie
Pajączku, Opatówek przeszedł w posiada-
ni6 rodziny Radoszewskich, od którycli
nabył go później baron von Dukley, a od
J6go ostatniego kupił Opatówek p. Karol
Sehlosser. Niestety, kościół chyli się do
Spadku i blizki jest zupełnej ruiny. Wpraw-
70. W ciągu 35-letniej pracy duszpa-
sterskiej na probostwie kozienickiem zjed-
nał sobie zmarły, dzięki wyjątkowym zale-
tom charakteru swego, głęboki szacunek
i niekłamaną miłość swych licznych para-
fian. o
Ks. Bernard Grotowski, z zakonu O.O.
Kapucynów w Nowem Mieście nad Pilicą,
zmarł tamże w wieku lat 77. o
Ignacy Wdowiński, b. nauczyciel, zmarł
w Warszawie dnią 18-go b. m., przeżywszy
lat 77. o
Wiktor Stołyhwo, b. naczelnik dyrekcyi
dr. żel. warsz.-wiedeńskiej, zmarł w War-
stawie dnia 19-go b. m., przeżywszy lat 81.
Emma z Bohtów Bełczykiewiczowa,
obywatelka m. Warszawy, zmarła dnia 22-go
b. m., przeżywszy lat 62. o
. _____,_____,____, ____j. . f___ ! Adam Ciborowski, właściciel domu ko-
dzie nowo mianowany proboszcz Opatówka, misowego i biura ogłoszeń w Paryżu, zmarł
KOŚCIÓŁ W OPATÓWKU OD STRONY ABSYDY.
ks. dr A Marczewski, zabrał się energicznie
do dźwignięcia tej starej i pięknej pamiątki
lepszych czasów, ale brak środków stoi na
przeszkodzie uskutecznieniu jego zabiegów.
A szkodaby była dać zniknąć temu zabyt-
kowi!
ZMARLI.
Ks. Józef Khaun, długoletni proboszcz
i dziekan kozienicki, oraz kanonik honoro-
wy kapituły sandomierskiej, zmarł w Ko-
zienicach dnia 8-go b. m., przeżywszy
lat
|-£Ks. JÓZEF KHAUN.
tamże, przeżywszy lat 81. Ś. p. Ciborowski,
cieszący się opinią człowieka ogromnej
energii i nieposzlakowanego charakteru, za-
silał niokiedy pisma polskie koresponden-
cyami z Paryża, o
Teodor Panccr, jeden z najstarszych in-
żynierów naszych, brat Feliksa Pancera,
twórcy zjazdu do Wisły pod Zamkiem,
zmarł w Warszawie w wieku lat 89. o
He:.ryk Maurach, b. urzędnik general-
nego konsulatu niemieckiego w Warszawie,
zmarł dnia 14-go b. m. w Land-
furcie pod Gdańskiem, przeżyw-
szy lat 48. Ożeniony z córką
ś. p. W. E. Raua, zmarły brał ży-
wy udział w fundacyach, które
rodzina żony jego poczyniła na
rzecz Warszawy, o
Zofia z Doruchowskich Try-
uiszewska, wdowa po obywate-
lu ziemskim, zmarła w Kaliszu,
przeżywszy lat 46. o
Seweryn Prawdzię Ciemniew-
ski, były właściciel dóbr ziem-
ieskich w Królestwie Polskiem,
zmarł we Lwowie pod dachem
swojego syna, znanego pisarza, ks.
dra Jana Ciemniewskiego. Uro-
dzony w r. 1817 w rodzinnej
Czerwonce z ojca Jana, prezesa
Rady wojewódzkiej, kształcił się
w Warszawie poczem osiadł w
Płockiem. Wzorowy ziemianin,
poszukiwany był i poważany w
Przasnyskiem i Ciechanowskiem,
gdzie uciekano się często o po-
moc do jego gorącego serca i o
poradę jako obywatelskiego roz-
jemcy. W chwilach katastrof ży-
wiołowych rozwijał zmarły sze-
działalność jako organizator akcyi ra-
roką
tunkowej; kilkakrotnie też wybierano go
na sędziego gminnego. C.
Szczepan Jan Brzeski, obywatel m.
Warszawy i Mokotowa, zmarł dnia 5 b. m.,
przeżywszy lat 62. o
Anastazya ze Stankardw Mutniańska,
wdowa, zmarła dnia 4-go b m., przeżywszy
lat 88. o
Edward Olszewski, jeden z najwybit-
niejszych artystów dramatycznych młodsze-
go pokolenia, zmarł w Łodzi, przeżywszy
lat 33. Obdarzony
talentem niepośled-
nim, tudzież wiel- '
kiem zamiłowaniem
do sztuki, ś p. Ol-
szewski rozpoczął
zawód aktorski pod
kierunkiem dyrekto-
ra Pawlikowskiego
w Krakowie, skąd
przeszedł następnie
na scenę łódzką za
dyrekcyi ś. p. Mi-
chała Wołowskiego i
scenie tej pozostał
wierny do końca ży-
cia, oddalając się tyl-
ko na krótki prze-
ciąg czasu do Po-
znania i Warszawy,
gdzie zbierał zasłu-
żone laury na de-
skach teatrów ogród-
kowych. Aczkolwiek
zmarły słynął ze
znakomitych swych
kreacyi w rolach ko-
micznych, posiadał
jednakże również o-
gromną zdolność do
odtwarzania ról cha-
rakterystycznych i
dramatycznych. To
też rokowano mu słusznie dużą i świetną
przyszłość. Niestety, nadzieje zawiodły, a
nurtująca od lat kilku organizm artysty
choroba przecięła przedwcześnie pasmo
dni jego, o
Łazarz Brodzki, jeden z najgłośniej-
szych przemysłowców i finansistów połu-
dniowych gubernii Rosyi, zmarł w Bazylei
dnia 2-go b. m., przeżywszy lat 56. Zmar-
ły powołał do życia wiele instytucyi nau-
kowych i filantropijnych. Pozostawił po
sobie majątek, oceniony na kilkadziesiąt
milionów rubli, o
Ze świata.
Z KONGRESU HISTORYI RELIGII.
Na kongresie historyi religii, który odby-
wał się w Bazylei z. m., podano mnóstwo
niezmiernie ciekawych szczegółów zarówno
o religiach ludów żyjących, jako też już
wymarłych. Między innymi, misyonarz ka-
tolicki z Kongo, Allegret, zbadał wyznanie
Fanów, plemienia ludożerczego jeszcze
z rodziny Bantu. Fanowie odbywają różne
praktyki fetyszystyczne, boją się duchów,
czczą przodków na zasadzie wiary w nie-
śmiertelność duszy, wierzą w obcowanie
zmarłych z żyjącymi. Najwyższa Istota,
Nzame, jest wszechpotężnym sędzią, kró-
lem królów, ojcem ojców. Nzame żył ongi
wśród ludzi, ale opuścił ich z powodu ich
uporczywego nieposłuszeństwa. Inny lud,
również z rodziny Bantu, Ba-Ronga, z Afry-
ki Wschodniej, zyjący niedaleko Lourenęo-
Marąues, według świadectwa misyonarza
Berthous z Neufchatelu, czci duchy zmar-
łych ojców rodzin i modli się do nich.
Ba-Rongowie ofiarują im żywność, napoje,
tytuń i ubiory, aby nie szkodzili żyjącym,
a nawet aby nie zabijali ich. Chrystyanizm
wpłynął na nich znacznie, ale według zda-
nia misyonarzów, dużo wysiłków trzeba
jeszcze będzie zrobić, nim zdołają oni
podnieść się do wyżyn duchowego pojmo-
wania chrześcijaństwa. Ciekawcmi są też
bardzo wierzenia Todów, ludu, czczącego
około 1,600 do 1,800 bogów. Rivers mó-
wił o nich, że czczą słońce i światło, które
jest dla nich uosobieniem żywej, potężnej
istoty, czczą przodków i bohaterów. Warto
na tem miejscu przypomnieć, że jedną
z głównych zasad szyntoizmu, najbardziej
KOŚCIÓŁ W OPATÓWKU.
850
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 44
narodowej religii japońskiej, jest właśnie
cześć przodków i bohaterów. Z innych re-
feratów, odczytanych na kongresie, wywo-
łały ogólne zainteresowanie: studyum prof.
Rohlhacha z Kaposvaru (Węgry) o wpływie
sztuk plastycznych na religię w Egipcie,
badania d-ra Poertnera z Mulhuzy o kul-
cie gwiazd i zwierząt u starożytnych Egip-
cyan, odczyty o religii w Persyi, Chinach,
o buddyzmie, bramanizmie (słynnego tłó-
macza Wed, Deussena) i wiele innych, k
KONGRES LIGI NAUCZANIA WE
francyi. Na kongresie „Ligi Naucza-
nia,* który odbywał się w ostatnich dniach
września i pierwszych dniach b. m.
w Amiens pod przewodnictwem Buissona,
przyjęto jednomyślnie kilka ważnych
oświadczeń w kwestyach wychowawczych.
Wyrażone np., między innemi, życzenie,
aby wyłącznie i powszechnie w szkołach
stosowana była metoda, polegająca na nie-
dopuszczaniu do umysłu dzieci ani jednej
idei, któraby poprzednio nie była spraw-
dzona przez rozum. Moralność zaś określił
kongres, jako zasadę postępu. Dzięki
stopniowemu jej doskonaleniu, stawać się
ona będzie coraz bardziej naukową, nieza-
leżną od wszelkich doktryn. Wynika ona
z stosunków wzajemnych pomiędzy ludźmi
i narodami stosownie do praw rozumu i da-
nych, zebranych przez wiedzę. Wyrażono
również pragnienie stosowania bardziej „po-
kojowego* systemu nauczania, a więc np.,
aby w historyi zwracać więcej uwagi na
rozwój cywilizacyjny narodów, niż na hi-
storyę ich wojen, więcej na prace wielkich
dobroczyńców ludzkości, niż na biografie
wodzów i zdobywców; aby wskazywać
przy udzielaniu nauk ścisłych, że dzię-
ki odkryciom naukowym zacieśniają się
węzły sympatyi pomiędzy narodami; aby
występować przeciwko szowinizmowi; aby
w programach urzędowych znalazło się
miejsce dla wykładów, mających na celu
wpajanie idei powszechnego pokoju k
MIĘDZYNARODOWY KONGRES "W
BAZYLEI DLA LEGALNEJ OCHRONY
ROBOTNIKÓW zajmował się między in-
nemi sprawą pracy robotników nad trują-
cemi substancyami (np. fosforem, ołowiem)
i nad pracą nocną. Postanowiono wyzna-
czyć osobną komisyę, któraby starała się
zwalczać niebezpieczeństwo pracy nad tymi
materyałami, lub też trucizny owe zupełnie
z przemysłu usunąć. Pewna osoba wyzna-
czyła 25,000 fr. nagrody za projekt, któryby
uczynił zadość wymaganiom w tym wzglę-
dzie. Osobnej sekcyi powierzono zbadanie
wpływu praw protekcyjnych dla robotników
w poszczególnych krajach. Kardynał Merry
de Val nadesłał, w imieniu Ojca Św., do
ks. Solderini, przedstawiciela Stolicy Apo-
stolskiej na Kongresie, depeszę w wyraże-
niem sympatyi dla uchwał kongresu, k
PRZECIWKO BRUTALNOŚCI OFI-
CERÓW pruskich postanowiono na
ostatnim kongresie socyalistów w Bernie
rozpocząć jak najszerszą agitacyę Po-
stanowiono donosić wyższym władzom woj-
skowym w Niemczech o każdym akcie spo-
niewierania żołnierza na służbie i domagać
się od nich jak najenergiczniejszych wystą-
pień przeciwko nadużywającym swej władzy
brutalom. Była to najważniejsza uchwała
na owym kongresie, który odbył się w zu-
pełnym spokoju i porządku, k
CHLOROFORM PRZECIW PORAŻE-
NIOM.
Częste wypadki porażenia słonecznego,
które w ciągu bieżącego lata dało się we
znaki szczególnie pośród manewrów woj-
skowych, zmusiły lekarzy i fizyologów do
poszukiwania środków zaradczych. Przede-
wszystkiem chodzi o zbadanie, co za zmia-
ny wywołuje w ciele nadmierna tempera-
tura, mianowicie zaś promienie słońca; ob-
jawy te do niedawna były zagadką dla
medycyny. Obecnie wiadomo, że najcięż-
sza postać insolacyi, tak zwany udar, w któ-
rym niema prawie ratunku, nie jest wyni-
kiem nagłego paraliżu splotów sercowycli
(węzłów nerwowych serca), ani stężenia
mięśnia sercowego skutkiem gorąca, jak to
przypuszczano dotychczas, lecz poprostu
zachodzi w skutek nadmiernej pracy serca.
Gorąco pobudza do skurczów organ, któ-
rego nerwy są bardzo wrażliwe na tempera
turę; ztąd wzrasta częstość i siła uderzeń
pulsu, aż serce, wyczerpane gwałtownem
biciem, zostaje sparaliżowane. Nadto krew
przegrzana drażni ośrodki nerwowe. Przy-
jąwszy takie źródło choroby, łatwo pojąć
skuteczność chloroformu, który tłumi wraż-
liwość splotów sercowych i tern samem
osłabia działalność serca. Zarazem chloro-
form oddziaływa na węzły korowe, zapobie-
gając kurczom ogólnym, a także ochładza
cały organizm. Chloroform zadaje się bądź
wewnętrznie, w nasyconej wodzie chloro-
formowej, bądź do wdychania, jak zwykle
przy usypianiu, ks.
MURZYNKA — MÓWCĄ POLITYCZ-
NYM. Narodowy komitet republikański
w Stanach Zjednoczonych powołał w ce-
lach propagandy politycznej Murzynkę, pa-
nią Lenę Mason, która wypowie szereg od-
czytów politycznych w stanach Colorado,
Utah, Montana i Idaho, gdzie kobiety
mają prawo głosowania przy wyborze przy-
szłego prezydenta, k
LICZBA CHORYCH UMYSŁOWO
zwiększa się w Irlandyi z roku na rok.
W r. 1880 liczono ich na 100,000 miesz-
kańców 250, kiedy w roku 1903 było ich
już 516. Przyczyny tego opłakanego stanu
rzeczy dotychczas jeszcze nie stwierdzono, k
LICZBA OFIAR WYPADKÓW KO-
LEJOWYCH wynosi w Stanach Zjedno-
czonych, według świeżo ogłoszonej staty-
styki: 10,000 zabitych lub zmarłych z ran
i 76,553 zranionych. Są to cyfry, równają-
ce się nieledwie wynikom wojny. Staty-
styka r. b. jest podobno jeszcze strasz-
niejsza. k
WYSTAWA KARAWANIARZY. W
Manczesterze otwarto jedyną w swoim ro-
dzaju wystawę. W „Cooperative-Hall“ zgro-
madzili karawaniarze z Anglii północnej
wszystko, co dotyczę ich smutnego rzemio-
sła. Są tam ulepszone karawany, urządze-
nia dezynfekcyjne, nawet—karty pocztowe.
ze świata kobiecego. Przyszły
międzynarodowy kongres kobiecy odbędzie
się w roku przyszłym w Medyolanie. Mię-
dzy innemi rozważana tam będzie spra-
wa chorób robotniczych i środków zapo-
biegawczych przeciwko nim.—W Tyrolu
roznoszeniem listów na pocztach miejsco-
wych zajmuje się wiele kobiet, k
OSKARŻENI W SPRAWIE HR. BON-
MRTINI stanęli przed sądem w Turynie
PROCES BONMARTINI-MURRI W TURYNIE
w grobowej ciszy, mając surowo zakazane
wzajemne porozumiewanie się z sobą.
Do klatki dla przestępców, którą wyobraża
załączona rycina, oskarżone kobiety wpro-
wadzono nawpół omdlałe. Sprawa rozwija
się powoli. Zakończenie jej nastąpi za-
pewne jeszcze nieprędko z powodu mnó-
stwa świadków i zawikłanego charakteru
procesu, k
GERTRUDA PETZOLD,
pierwszy duchowny angielski wolnego
kościoła chrześcijańskiego.
HYGIENA SZKOLNA. Angielskie mi-
nisteryum oświaty (Board of Edukation)
ogłosiło nader ważne rozporządzenie, w któ-
rem domaga się od wszystkich przyszłych
profesorów szkół i liceów specyalnych egza-
minów w kwestyach, dotyczących zdrowia
uczniów. „Niedostateczną jest—głosi ów
okólnik — książkowa znajomość fizyologii
i hygieny. Nauka, którą w tym względzie
otrzymują przyszli profesorowie, powinna
obejmować szereg doświadczeń, któreby
można nazwać klinicznemi. Potrzeba uczy-
nić uczniów zdolnymi do praktycznego roz-
różniania zdrowych i niezdrowych pokar-
mów, określenia ilości dostatecznego i nie-
dostatecznego odżywiania się, oraz zabu-
rzeń w narządach wzroku i słuchu, które
wymagałyby interwencyi lekarza. Uwaga
ich zwrócona być powinna szczególnie na
wszystko, co dotyczę fizycznego lub umy-
słowego zmęczenia.* k
przeciwko sportom. Lekarze an-
gielscy zauważyli ciekawy fakt. Po ukoń-
czeniu wakacyi mają oni zawsze więcej
pacyentów, chorych przeważnie na bronchi-
tis, choroby piersiowe, gardlane i inne.
Jako przyczynę tych chorób podają ogólnie
nadmierne zamiłowanie Anglików do spor-
tów. Po wytężonej pracy rocznej, zamiast
odpocząć, oddają się oni utrudzającym za-
bawom na świeżem powietrzu. Wynikiem
tego zmęczenia bywają właśnie powyższe
choroby. Z tego powodu w Anglii daje
się zauważyć zwrot przeciwko zabawom
sportowym, k
ZMARLI.
Gustaw Ratzenhofer, austryacki feldmar-
szałek-porucznik i znany filozof, zmarł
w 63 roku życia, k
Izabela Bishop, z domu Bird, słynna
autorka angielska Jako opisująca pełne
wartości naukowej swoje podróże z wschod-
niej, środkowej i zachodniej Azyi, była
w r. 1892 wybrana w poczet członków
„Royal Geographical Society* w Londynie.
Zmarła 7-go października r b., urodziła się
1832 roku, k
B. S. Lemstrbm, prof. uniwersytetu
w Helsingforsie, wsławiony badaniami nad
magnetyzmem ziemskim i elektrycznością
powietrza, członek wyprawy polarnej Nor-
denskjólda do Szpicbergu w r. 1868 i póź-
niejszych wypraw, urządzanych przez Fiń-
skie Towarzystwo Umiejętności, zmarł z. m.
w Helsingforsie k
Dr Klemens Winkler, prof. chemii na
uniwersytecie we Fryburgu, odkrywca pier-
wiastka „Gcrmanium,* wsławiony wynale-
zieniem nowej metody analizy gazów,
zmarł w 64 roku życia, k
Księżniczka Marya dc las Mercedes dc
Bourbon, ks. Asturyi, córka zmarłego kró-
la hiszpańskiego Alfonsa XII i królowej
Krystyny Habsburskiej, siostra panującego
obecnie Alfonsa XIII, urodzona w r. 1880,
zmarła w ostatnich dniach października.
W r. 1901 wyszła za ks. Karola de Bourbon.
Renaut, prof. w Muzeum historyi natu-
ralnej w Paryżu, pierwszorzędny uczony,
znany ze znakomitych prac na polu paleon-
tologii i geologii, w wieku lat 68. k
Alfred Nehring, znany uczony, profesor
profesor zoologii w Berlinie, wsławiony
szczególnie badaniami w dziedzinie paleon-
tologii. Najciekawszem jego dziełem jest:
„Przez tundry i stepy czasów historycznych
i przedhistorycznych". Nehring urodził się
r. 1845 w Gandersheim w ks. Brunświc-
kiem. k
Karol Tauera, autor licznych dzieł z dzie-
dziny wojskowości, urodzony w r. 1849
w Ba wary i. k
Lafeadio Hearn, profesor literatury an-
gielskiej na uniwersytecie w Tokio, autor
wielu, pierwszorzędnej wartości dzieł lite-
rackich w językach- angielskim i japońskim,
traktujących przeważnie o Japonii, o jej re-
ligii, filozofii, zwyczajach i psychologii,
zmarł w Tokio b m. Hearn był synem
Irlandczyka i Greczynkf. Zawód literacki
rozpoczął od dziennikarstwa. Został oby-
watelem japońskim, przyjąwszy nazwisko
Koizumi Jakumo. Jeden z piękniejszych
ustępów jednej z najciekawszych jegoksią-
żek poznają w streszczeniu czytelnicy „Ty-
godnika" w artykule p. t. „Uśmiech Japoń-
czyka". k
Karol Lotz, znany malarz węgierski,
twórca wielu obrazów z życia włościan, autor
fresków, pokrywających niury wielu gma-
chów publicznych w Budapeszcie. Freski
te są dużej wartości artystycznej. Przed-
stawiają przeważnie epizody z historyi Wę-
gier. k
Clarence Daily, pomocnik prac laborato-
ryjnych Edisona, zmarł podobno wskutek
działania promieni X, z którymi wciąż miał
do czynienia. Z początku zabójcze ich
działanie objawiło się w dłoni, potem gan-
grena objęła stopniowo całe ciało. Ampu-
towano mu na razie lewą rękę, polem palec
wskazujący u prawej, w końcu całą rękę
prawą. Umarł w strasznych męczarniach-
Chorował od r. 1897. Na jego ciele nali-
czono przeszło 150 ran.
851
KSIĄŻKI 1 WYDAWNICTWA P€RYODYCZNe.
KSIĄŻKI POLSKIE.
* Henryk Zbicrzcliowski: Nn złotej
przełęczy. Scherzo powieściowe. Lwów.
1904. (Nakład księgarni polskiej B. Poło-
nieckiego, str. 240 w 16-ce. Cena rub. 1 )
—-Trzy współrzędne pierwiastki walczą w
powieści p. Zbierzchowskiego o pierwszeń
stwo: historya płomiennej miłości; opisy
natury; nastroje i tęsknoty osobiste. Wszyst-
kie skojarzone są umiejętnie, ale zyskałyby
na większem skupieniu i zwięzłości. Ak-
cya odbywa się na tle egzotyczno-ope-
rowem (Hiszpania, Norwegia, morze, rybacy,
.chatka na wierzchołku góry", wyszukane
krajobrazy, tajemnicze kobiety). Poczucie
niiary poetyckiej uchroniło autora od banal-
ności. P. Zbierzchowski krajobrazy maluje
Pięknie, stany duszy podpatruje subtelnie,
w psychologii miłości miewa niepospolite
spostrzeżenia. Szkoda tylko, że uległ po-
kusie przeplatania prozy poezyą rymowaną:
zepsuł wrażenie całości dosyć słabymi wier-
szami.
* Tadeusz Sierzputowski: Pierwsza
próba reformy politycznej w Polsce.
Szkic historyczny z końca XVII stulecia.
(Warszawa, nakładem księgarni Jana Fisze-
ra, 1905, str. 95 w 16-ce. Cena kop. 60).
—Autor, gotując większą pracę o stosun-
kach polsko-litewskich w pierwszej połowie
XVIII w., odnalazł przypadkiem w archi-
wum nieświeskiem ogromnie ciekawy do-
kument, który podaje niezwłocznie do wia-
domości publicznej. Wywołały go niesły-
chane swawole hetmana Sapiehy. Magnat
ten gnębił najazdami szlachtę litewską,
drwił sobie z Sobieskiego, co rok wkraczał
zbrojnie w ziemie koronne, wreszcie rozpo-
czął formalne układy z cesarzem i innymi
monarchami o oderwanie Litwy. Gwałtami
doprowadził do uformowania szlacheckiej
konfedcracyi, która napada na dobra het-
mańskie, pali je i rujnuje. W r. 1700 woj-
sko Sapicżyńskie spotkało się z konfede-
rackiem pod Olkicnikami. Po sześciogo-
dzinnej walce udało się szlachcie pochwy-
cić Michała Sapiehę, koniuszego W. Ks.
Litewskiego, a syna hetmańskiego, i kilku
Wybitniejszych członków party! Sapieżyń-
skiej. Koniuszego porąbano na sztuki,
Wszystkich zaś jeńców po barbarzyńsku
rozsiekano. Po bitwie szlachta zebrała się
w Wilnie i wydała wysoce znamienne „Po-
stanowienie litewskie po rozgromionych
•L PP. Sapiehach i rozsiekaniu J. O. Sapie-
hy, koniuszego W. Ks. Litewskiego." Auto-
rowie tego aktu twierdzą, że przyczyną
uPadku i kurczenia się Litwy była prze-
szczepiona z Polski „słodka i nikczemna
Wolności libido,“ oraz wypływające stąd
Prawo liberum vcto. Chcą tedy wrócić do
formy rządów przedjagiclońskiej, czyli do
samowładztwa. Oddają nieograniczoną wła-
dzę Augustowi II, składają przysięgę wy-
rzeczenia się wszelkich praw i przywilejów,
służących; szlachcie polskiej, odrzucają pra-
Wo clekcyi, słowem pragną, aby król pano-
'Vał „jako niegdy dziedziczni książęta litew-
ScY. Gedyminowie, Olgierdowie, Jagiełło-
wie absolutnie panowali." P. Sierzputow-
ski informuje, że ten wielki akt prawodaw-
cy skazany był na haniebne spalenie na
rynku warszawskim (1). Zamiast przekona-
na czytelnika o autentyczności „Postano-
wienia," autor szkicu buduje różne, dosyć
Płytkie hypotezy co do możliwych następstw
°derwania się Litwy od Korony. Na
razie przeto, dopóki „Postanowienie" nic
Podlegnie gruntownej analizie historycznej,
Poczytywać je należy za przedwczesną sen-
* Życie i praco Jana Karłowicza
(1836 — 1903). Książka zbiorowa (wydana
staraniem i nakładem redakcyi Wisły, War-
szawa, 1904, str. 379 w 8-ce. Cena rub. 2).
—P. Erazm Majewski, redaktor Wisły,
przedsięwziął i doprowadził do celu dzieło,
godne ze wszech miar uznania. Oto,
stwierdziwszy fakt, że niezmiernie płod-
na, obfita, a w dziejach umyslowości
naszej ważna działalność Karłowicza roz-
proszyła się niezmiernie w różnych kierun-
kach, i obraz jej nie wyszedłby dość do-
kładnie, gdyby był malowany przez jedne-
go biografa—podzielił zadanie na kilka mo-
nograficznych zarysów. Ze zbiorowej pra-
cy koleżeńskiej powstała wielka księga, po-
dzielona na dwie części: życiorysową i bi-
bliograficzną. Organizator wydawnictwa na
czele książki roz-
waża w wyrazach
serdccz n y c h a
podniosłych
szczegóły piękne-
go, cichego, pra-
cowitego żywota
Karłowicza, pod-
kreślając znacze-
nie jego usiło-
wań kulturalnych
w życiu warszaw-
skiem, jego za-
sługi w redak-
cyt Wisły i nie-
zmordowanej pracy nad słownikami polskimi.
Jako dopełnienie tego życiorysu, pomieści-
ła redakeya mowy, wypowiedziane na po-
grzebie Karłowicza, oraz liczne „wspomnie-
nia" osobiste różnych pisarzów polskich i ob-
cych o naszym uczonym Dział bibliogra-
ficzny zawiera rozbiór kilkuset dzieł Karło-
wicza oraz artykułów jego, rozproszonych
po czasopismach. Tadeusz Korzon ocenia
prace historyczne Karłowicza; A. A. Kryń-
ski—jego zasługi językoznawcze; A. Bruckner
rozważa prace słownikowe; J. Łoś—„Słownik
gwar polskich"; J. Baudouin de Courtenay
analizuje „Słoworód ludowy" oraz dziełko
„O języku litewskim"; Hieronim Łopaciń-
ski roztrząsa sumiennie i wyczerpująco
(101 stronic druku) iczprawy z dziedziny
hidoznawstwa, mitologii i kultury pierwot-
nej; o działalności muzycznej Karłowicza
pisze p. F. Starczewski; zarys podróży, ko-
respondencyi i sprawozdań ze zjazdów po-
daje p. S. Demby; prace literackie i peda-
gogiczne wylicza p. Łopaciński; wreszcie
Massonius roztrząsa studya filozoficzne Kar-
łowicza, L. Włodek zaś—jego publicystykę.
Całość księgi podwójne ma znaczenie: sta-
nowi ważny przyczynek do historyi polskiej
nauki, z drugiej strony zaś—ułatwienie wy-
boru pism Karłowicza, który zapewne uj-
rzymy wkrótce w handlu księgarskim.
* C. Loinhrosó: Podręcznik grafolo-
gii. Przełożył z włoskiego S. T. (Warsza-
wa, księgarnia nakładowa Alfreda Zonera,
1904, str 99 w 16-ce. Cena kop. 50.) —
Niebezpieczna książka, bo podpisana na-
zwiskiem człowieka, który śród szerokiej
publiczności uchodzi za „poważnego uczo-
nego," chociaż prawdziwi uczeni oddawna
już wyrzucają mu szarlatanizm. Tylko
pierwsze jedenaście stronic „Podręcznika
grafologu" poczytywać można za objektywną
notatkę naukową. Mówi tu autor o dzie-
jach grafologu i o psychologii pisma. Cała
zaś dalsza „nauka grafologii" oparta jest na
intuicyi, czyli na domysłach osobistych.
Charakterystykę wszystkich znaków w alfa-
becie podaje Lombroso gołosłownie, bez
żadnych motywów naukowych. Taką samą
wartość ma jego rwierdzenie, że „cechą
pisma ludzi genialnych jest forma druko-
wana dużych liter, wyrobione, uproszczone
pismo, ostrość i wyiazistość linii, ostatnie
litery słów mniejsze od pierwszych, szero-
ko rzucone rysy."
PRASA POLSKA.
Prawda: „Autorytety" przez Artura Śli-
wińskiego.—Gazeta Świąteczna: „O usu-
waniu urzędników gminnych" przez Pisarza
Gazety Świątecznej.— Przyroda: „Jezioro
Osynskie" przez Karola Biskego. Rolnik i
Hodowca: „Żywienie zwierząt gospodarskich
wobec klęski posuchy" przez A. Śniegoc-
kiego.—Ziarno: „Dziwna historya" przez
Elizę Orzeszkową -Czytelnia dla wszyst-
kich: „O pańszczyźnianej duszy" przez
Antoniego Sadzewicza. (Autor omawia świe-
żo wydaną we Lwowie książeczkę p. t.
„Dwie dusze", napisaną przez Jakóba Boj-
kę, galicyjskiego posła ludowego).—Nao-
koło świata: „7. wycieczek botanicznych"
przez Jadwigę Wodzyńską.- -Tygodnik pol-
ski: „Z wycieczki do morza Martwego
i Jordanu." Ogniwo: „Emil Verhaeren“
(studyum) przez F. Mirandollę; „Geniusz
i talent" przez F. Jablczyńskiego (replika
na artykuł 1. Matuszewskiego, pomieszczony
w Tygodniku Ilhistrowanym). — Niioa
Polska: „Filantropia i dzieci" przez Uł.
Weychertównę. Przegląd Tygodniowy:
„Dziedziczność w świetle prac Mendla"
przez Annę Drzewinę.—Wędrowiec: „Na
Skalnem Podhalu" (ocena książki K. Tet-
majera) przez Wł. Jabłonowskiego. Goniec
wprowadził od 1-go października stałe do-
datki tygodniowe; każdego dnia ostatnie
dwie stronice tygo dziennika zajmują różne
tygodniki: rolniczy, prowincyonalny, literacki,
świąteczny (illustrowany) i t. d. Gazeta
Polska: „Kultura gospodarstw’ włościań-
skich" przez St. Kozickiego.—Słowo: „Po-
dolski komitet ziemski"; tamże: „Niemiec-
kie muzeum w Poznaniu." Kuryer War
szawśki: „Towarzystwo przeciwgruźlicze"
przez dra H. Dobrzyckiego.
FRANCYA.
* Pani Gyp, znużona intrygami i walką
polityczną, wraca znowu do powieściopisar-
stwa. Ostatni jej romans, Pcrnenche, nie
przypomina wcale dawniejszej autorki „pi-
kantnych" dyalogowanych powieści. „Per-
venche"—to prawie idylla. Rzecz dzieje
się w małem mieście bretońskiem. Żyją
tam pod skrzydłem opiekuńczem starej babki
trzy siostry: Clairetfe i Wonne, — zalotnice
i najmłodsza Pervenche, która pilnuje skrom-
nie chudoby domowej. Ona to, oczywiście,
jak wszystkie piękne kopciuszki, wzbudza
miłość w „prince Charmant" i wychodzi za
niego za mąż. Nagroda cnocie nastąpiła
po licznych przygodach, które pani Gyp
opisuje ze zwykłą swobodą i delikatnością
rysunku.
* Nowe książki. Peladan: La dernie-
re leęon de Leonard de Vinci a son aca-
deinie de Milan. Henri de Regnier: Les
1 en contrcs de M. de Brśot (romans). H.
d’Almeras i G. d’Estrees: Les theatres
libei tins au XVIII silcie. J. Aicard: Le
pl-re Lcbonnard (dramat w 4 aktach, wier-
szem). O. d’Esparb6s: Le tumulte (ro-
mans).
* W ostatnich tygodniach wydano w Pa-
ryżu cały szereg dobrze napisanych studyów
artystycznych, a mianowicie: Chardin przez
Gaston Schefera; Fi agonard przez C. Mau-
claira; La Tour przez M. Toumeux; Les
frerts Nain przez A. Valabregue’a; Les
successeurs de Donatello przez P. de Bou-
chaud.
। * Czasopisma. W dzienniku Le Gil Blas,
pp. G. Le Cardonne! i C. Vellay ogłaszają
od pewnego czasu rezultaty bardzo cieka-
wej ankiety o współczesnej literaturze fran-
cuskiej, jej rozwoju, dążnościach i prawdo-
podobnej przyszłości. Dotychczas wydru-
kowano odpowiedzi następujących autorów:
M. Barres, A. France, F. Coppee, P. Louys,
R. Boylesve, J. Moreas, P. Adam i F. Viele-
Griffin.
NIEMCY.
* Paweł Wicgler, w świeżo wydanej książ-
ce p. t. Iraiizoesische Rcbcllen kreśli
„szkic historyi entuzyazmu we Francyi."
Całość składa się z ośmiu rozdziałów: Bar-
res jako reporter, kulty Stendhala, fazy ro-
mantyzmu. Ernest Rcnan, jako pielgrzym
marzenia, Hipolit Taine i jego wszechświat
umysłowy, synowie trzeciej Republiki (Bour-
get, Barres, Laforgue, zadania entuzya-
zmu (analiza „Dcracines" Barresa), Barrezyzm
i Nietzscheanizm. Autor wykazuje subtel-
nie, w jaki sposób marzenia tych różnych
pisarzów kojarzą się wzajemnie.
* Nowe książki. 11'. von Humboldt's
gesammelte Schriftcn (wyd. pruskiej Aka-
demii Nauk). H. Dimmler: Aristotelische
Metaphysik. V. R. Deutscher: Kapitała
(romans amerykański). P. O. Hocker: Frith-
lingstilrme (romans). E. Moser: Vcrga<t-
genheit (romans). H. Ostwald: Zwei Gc-
sellen (romans). G. Bormann: Die Erb-
grafin (romans). G. Witkowski: Das den-
łschc Drama des ncuzclmtcn Jahrundcrts.
WŁOCHY.
* Pierwszy tom nowej „Biblioteki badań
politycznych i społecznych," wydawanej na-
kładem firmy „Casa editrice modernę"
w Medyolanie, zawiera dzieło Cezarego
Lombrosa p. t. II momento alluale. Roz-
trząsa tu głośny kryminolog różne proble-
maty wewnętrznej i zewnętrznej polityki
włoskiej (wolność prasy, reforma systemu
peniteneyarnego, organizacya policyi, wy-
chowania publicznego etc). Autor jest wro-
giem militaryzmu i awantur kolonialnych.
Jeden rozdział książki, dotyczący sprawy
duchowieństwa we Francyi, nosi tytuł:
„Czarne niebezpieczeństwo we Francyi."
* Gabryel d’Annunzio obchodzić będzie
w roku bieżącym jubileusz ćwierćwiekowej
pracy literackiej. Pierwsza jego nowela
zjawiła się w druku w 1879 roku.
* Nowe książki. Księgarnia Hoepli roz-
poczęła druk ponownej edycyi dzieł Kajeta-
na Negri. Pierwszy tom zawiera seryę pro-
filów historycznych p. t.: Nel presente e nel
passata.—D. Tumiati napisał dramat w trzech
aktach p. t.: Rodia. Sztukę grać będzie
E. Duse z początkiem zimy. — M. Valgi-
migli: La trilogia di Prometeo (studyum).
—A. Messen: Galeotto Manjredi.—D. An-
geli: Oratoria d'amore (poezye).
PRZEKŁADY Z POLSKIEGO.
* Adolf Dygasiński: „Lebensfreuden."
Tłómaczenie M. Sutrama; okładkę rysował
Jan Bukowski, ozdoby—E. Dąbrowa (wyd.
d-ra J. Marchlewskiego w Monachium). —
Stefan Żeromski: „In Schutt und Asche,"
historischer Roman aus der Napoleonische
Zeit. Tłom. R. Schapire, 2 tomy (wydał
dr J. Marchlewski). — „Tragedya myśli"
A. Nossiga wyszła w przekładzie niemiec-
kim z przedmową prof. A. Brucknera (wyd.
księgarni „Concordia Deutsche Verlags-
Anstalt").—Nowela Gustawa Daniłowskie-
go, nagrodzona na konkursie Tygodnika
Illustrowanego, ukazała się w rosyjskim
przekładzie, w miesięczniku Russkaja Mysi
(wrzesień).
852
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 44
OD REDAKCYI.
Każdy prenumerator „Tygodnika
illustrowanego“ w r. 1904 otrzyma
bez żadnej dopłaty
Potop 1A tomów powieści
SIENKIEWICZA
(co miesiąc tom)
i O tomów
oraz I V
DZIEŁ POPULARNYCH
(co miesiąc tom)
czyli ogółem (co miesiąc 2 tomy)
W TOMY ROCZNIE
*] j Biblioteki powieści
i dzieł popularnych
NADTO
KOLOROWE PREMIUM
ARTYSTYCZNE
oraz przy każdym numerze, nie zawierają-
cym dodatku książkowego,
ARKUSZ POWIEŚCI
TŁÓMACZONEJ.
Na oprawę 12-tu tomów Pism Sienkiewi-
cza w roku bieżącym dołączać należy rb. 2;
oprawa 6 tomów kosztuje rub. 1, oprawa 3
tomów 50 kop. Ozdobna oprawa 12 tomów
dzieł popularnych wynosi także rb. 2, opra-
wa 6 tomów rub. 1, oprawa 3 tomów 50 k.
Oprawa wszystkich 24 bezpłat-
nych dodatków wynosi rb. 4, opła-
cane rocznie, półrocznie lub kwar-
talnie.
W IV-ym kwartale r. b. otrzyma-
ją prenumeratorowie „Tygodnika il-
lustrowanego" w 6-ciu dodatkach
bezpłatnych:
„Hisioryę ruchu
kobiecegi <c
w opracowaniu J. Okszy, jeden tom.
„Życie artystyczne
ludzkości11
Alfonsa Rout (z illustracyami)
w przekładzie J. Lorentowicza, jeden tom.
„Pan Wołodyjowski11
Sienkiewicza, 4 tomy
Nadto premium kolorowe
TEODORA AXENTOW1CZA p t.
9,Zaczytana,“
będzie rozesłane w ciągu listopada
r. b. wszystkim prenumeratorom.
Dla uniknięcia zwłoki w odbiorze
„Tygodnika" prosimy uprzejmie o
wczesne nadsyłanie prenumeraty,
ze względu zaś na potrzebę wczesne-
go przygotowania opraw na książ-
kowe dodatki, prosimy, dla unor-
mowania nakładu, o wczesne nad-
syłanie zamówień. Oprawa dodat-
ków nie podnosi kosztów przesyłki.
Życzący sobie otrzymać premium koloro-
we na wałku zechcą nadesłać na koszt
opakowania kop. 25.
NADESŁANE.
Sebethner i Wolff t
fortepiany, |
| Pianina, Organytf^ g
. Krakowskie-Przedm. 17.
Sztuka dla sztuki.
Ogromną półkę biblioteczną, zapełnioną
skarbami literatur wszystkich narodów za-
snuł pająk misterną siatką. Muchy zapląty-
wały się w kunsztownie powikłanych nit-
kach, a pająk zjadał je z wielkim apety-
tem.
Pewnego jednak dnia powrócił uczony,
do którego biblioteka należała, z podróży
i rozkazał służbie zburzyć sieć pajęczą.
„A to filister! krzyczał pająk:—niszczyć
sieć tak przedziwnie pięknie utkaną, tak
dokładnie i symetrycznie powiązaną, pełną
artystycznych inwencyi i indywidualności!
To przecie barbarzyństwo! Słowo daję, mu-
chy to może jeszcze jedyne stworzenia,
które ujawniają nieco zamiłowania do praw-
dziwej sztuki. Jugend.
* *
&
Między politykami.
— Austrya reprezentuje w trójprzymie-
rzu... sprawiedliwość.
— Dlaczego?
— Jej kanclerz śpi snem sprawiedliwego.
Humoristische Blatter.
PASTILLES
DE
i
GRILLOM
We wszystkich składach aptecznych i aptekach.
TOWARZYSTWO UDOSKONALONEJ PERFUMERYI
A.RALLET&C" Dostawcy Dw.
___= WARSZAWA, ULICA WIERZBOWA Nr. 7
POLECA: PERFUMY, MYDŁA, WODY KOLOŃSKIE
„WRZOS”
Co nosi z sobą stary inżynier.
— Piasek w nerkach, kamienie w wątro-
bie, wapno w żyłach, wodę w głowie, ce-
ment w zębach. St.
* *
*
Jeżeli...
Czuła manta (do córeczki przed jej wyj-
ściem na spacer z boną): — Jeżeli będziesz
grzeczna, jeżeli cię automobil nie przeje-
dzie, to ci dam dwa sous na cukierki.
Journal amusant.
{orancl*Prix
Wystawa Powszechna 1900 r.
Słynna ze swych własności anty-
septycznych i aromatycznych.
Do nabycia wszędzie.
IV pracowni na Montmartre.
— Jakże tam teraz z kasą mistrza?
— Nieźle, fabrykuję całą seryę Velasque-
zów dla amerykańskiego „kiinsthendlera".
Heiiriot-rillustration
Owoc przeczyszczający
PRZECIW
OBSTRUKCYI
ś « E
Dobra.
— Zosiu, popatrz: służąca znowu mi roz-
biła jedną z moich figurek japońskich.
— Jaka ona dobra!... od kiedy wymiarko-
wała, że u nas źle z kasą, codziennie coś
tłucze, abym jej mogła z pensyi odtrącić.
bliegende Blatter.
znakomita sucha i słonecz-
na stacya górska jesienno-zi-
mowa WILLA STEFANIA
D-ra BINDERA, pierwszo-
MERAN
rzędny zakład dyetetyczno-wodoleczniczy,
z wielkim komfortem urządzony. Kuracye
tuczące, wodo-, elektro- i fizykolecznicze, ja-
ko też winogradowe i terenowe.
Między ludożercami
Dziki (do swego dowódcy): — Czemu
.Niebieska Głowa" tak się przeraźliwie krzy-
wi? Brr, brr...
Dowódca: — Zjadłem wczoraj automo-
bilistę, i strasznie mi się odbija benzyna.
Uber Land und Meer.
LEKARZ DENTYSTA
A. ZAWADZKI
Marszałkowska 108, róg Chmielnej.
Wróg małżeństw.
— Więc pan baron polował także na ty-
grysy?.. to musi być bardzo niebezpieczne!
— O nie; przynajmniej człowiek jest pew-
ny. że g° na poczekaniu nie... ożenią.
Meggendorfer.
Wielkie Medale, złoty w Paryżu, srebrny
w Łodzi.
najlepszy proszek dc xę-
bów poleca Laborat.
Górskiego, Leszno 4. Cena 35, 20 kop.
Audyencya u Buddhy
Buddha: — Kto śmie przeszkadzać mi
w boskiem używaniu Nirwany?
Dalaj Lama: — To ja, wielki.
Buddha: — Co za ,’ja“, nędzny robaku
ziemski?
Dalaj Lama: — Jestem twojem ucieleś-
nieniem na ziemi, jestem Dalaj Lama.
Buddha: — A to co innego, bardzo cię
przepraszam Czego chcesz?
Dalaj Lama: — Rady, pomocy! Bezczel-
ni synowie Albionu zdetronizowali mnie...
Czy w ogóle bogów można detronizować?
Buddha: — Mnie się zdaje, że tam u was,
na ziemi, teraz, niejedna rzecz jest możliwa,
o której się nawet nie śniło dawnym bo-
gom Indów...
Dalaj Lama: — Cóż tedy mam czynić?
Buddha (po długiej chwili, przez którą
był zatopiony w nicości): Słuchaj rady,
Dalaj Lamo: Wnieś podanie do ministeryum
spraw zagranicznych w Londynie, aby ci
wyznaczyli stosowną rentę roczną i zabez-
pieczenie na starość. Jeśli ci nędznicy
śmieją bóstwo detronizować, to niech mu
przynajmniej zapewnią porządną pensyę.
Jugend.
Do nabycia
w Perfumeryach
i Składach Apt-
Wydawcy GEBETHNER i WOLI F
Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów
Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF
Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych.nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się.
.Hoauo.Teno Lfcirayporo. Bapmana, 8 (JKWiópri 1904 rofla.
Tom 70 Pism Sienkiewicza, zawierający część pierwszą „PANA WOŁODYJOWSKIEGO'4, dołącza się do niniejszego numeru.
Xs45
Ogólnego zbioru Nr 2,343
5 listopada (23 października) 1904 roku
Tygodnik I ilustrowana
WIDZENIE DANIELA
REMBRANDT VAN RYN
W SPRAWIE ZAMKU WAWELSKIEGO.
W ostatnich dniach września zjawił się
w krakowskim Czasie artykuł nie-
zmiernej doniosłości, podpisany nazwiskiem
St Tomkowicza, zasłużonego badacza sztuki,
a zarazem konserwatora jej zabytków. Poru-
szył on, zawczasu już, ważną sprawę zbliża-
jącej się restauracyi Zamku Wawelskiego
1 podniósł cały szereg zagadnień, wiążących
SK z tern wielkiem artystycznem przedsię-
wzięciem. Najbardziej zajmujące są pytania:
c° ma się stać z mnóstwem budynków woj-
skowych, wzniesionych w drugiej połowie
XIX w.? Czyją własnością ze stanowiska
prawniczego, stanie się Zamek Królewski? Ja-
kie ma być jego przeznaczenie po odno-
wieniu? Dr Tomkowicz otworzył na ten te-
mat dyskusyę, którą podjąć warto i należy.
Na pierwsze z tych pytań odpowiedź
zdaje się łatwa i prosta: budynki wojskowe,
nie posiadające najmniejszej artystycznej
ani historycznej wartości — zburzyć. Wszak
prawda? To przecie każdemu od pierwszej
chwili przyjść musi na myśl. A jednak warto
zastanowić się nad tern bliżej, co się ma stać
z olbrzymią przestrzenią pustą, uzyskaną po
zburzeniu szpitalów wojskowych, zajmuje ona
bowiem razem z dzisiejszym placem mustry
prawie trzy czwarte części płaskiego szczytu
góry, gdy katedra i pałac królewski wznoszą
się na pozostałej części. W różnych czasach
stały na tej przestrzeni różne budowle: kościo-
ły, skrzydła i poboczne przyległości rezydencyi
królewskiej, a wszystko to razem z ogrodami
854
'TYGODNIK ILLUSTROWANY M 45
królewskimi nie dotrwało nawet do XVIII stu-
lecia. Pożary, oblężenia, po części sam czas,
zrobiły swoje — tak, że dziś wyobrażenia do-
kładnego nie mamy, jakie zmiany przecho-
dziła ta przestrzeń historycznego wzgórza.
Zburzyć gmachy wojskowe to znaczy opusto-
szyć Wawel, zmienić jego sylwetę nie do po-
znania: na północno-wschodniej stronie góry
wznoszą się wszystkie pamiątkowe budynki—
strona południowo-zachodnia będzie wyglądała
nago i bezludnie, a imponująca masa murów,
która dziś oko uderza, zmaleje i skurczy się
rażąco. Wojskowe budowle, acz bezstylowe
i szpetne, mają milionową wartość i dałyby się
przerobić i przyozdobić tak, że wytrzymałyby
sąsiedztwo ze starodawnymi, czcigodnymi mu-
rami Zamku, a pomogłyby do zachowania
okazałej sylwety. Takie jest zdanie d-ra Tom-
kowicza, z którem po dojrzałej rozwadze trud-
no się nie zgodzić, a przynajmniej w rachubę
brać je trzeba koniecznie, gdyż poparte jest
nader poważnymi wywodami.
Drugie pytanie, dotyczące prawa włas-
ności Zamku, nie podlega właściwie dyskusyi.
Zamek stał się własnością rządową od czasu
zajęcia Krakowa przez Austryę, to też ani
miasto, ani kraj nie miały prawa darowywać
go cesarzowi Franciszkowi Józefowi, jak to
ogłoszono. Dopiero z wybudowaniem koszar
na Prądniku kosztem miasta i kraju rząd
ustępuje własności Wawelu. Cesarz darowizny
nie przyjął, lub raczej przyjąwszy, przekazał
Wawel na własność krajowi, przyrzekając za-
razem uznać Zamek za jedną ze swych rezy-
dencyi, a tern samem przywraca mu znaczenie
siedziby monarszej.
Zdawałoby się, że po tern wyjaśnieniu
stanu prawnego, bezprzedmiotowem staje się
dalsze pytanie, dotyczące przyszłego przezna-
czenia Wawelu. Tak przynajmniej wynika
z artykułu d-ra Tomkowicza.
Tymczasem sam fakt założenia rezydencyi
cesarskiej w Zamku ńie rozstrzyga jeszcze
sprawy całkowicie. Gmachy wawelskie są na-
prawdę ogromne i składają się niemal z setki
mniejszych i większych komnat. Jak w każ-
dej rezydencyi panującego, tak i tu rozróżnić
trzeba osobiste mieszkanie monarchy, dworzan
i służby, od sal, które mają nieledwie publicz-
ny charakter. I zwykle tak bywa, że pod
nieobecność koronowanego mieszkańca dostęp
do sal takich otwarty jest każdemu, kto je
zwiedzić pragnie. Zapełnione drogocennymi
starymi sprzętami, obrazami i dziełami sztuki
plastycznej wogóle, są one poniekąd muzea-
mi, a tylko w dniach wyjątkowych uroczysto-
ści służą do wspaniałych przyjęć. Tak jest
wszędzie, w każdej historycznej rezydencyi
monarszej — tak musi być i w odnowionym
Zamku Wawelskim. Cesarz Franciszek Józef,
jak nie będzie właścicielem Wawelu, tak też
i niekoniecznie meblować może tę olbrzymią
liczbę sal recepcyjnych. Bo i czemżeby je
w końcu umeblował? Najwspanialsze nawet
urządzenie raziłoby właśnie swoją no-
wością; takiej zaś liczby stylowych antyków
i dzieł sztuki, godnych Wawelu, nikt, choćby
cesarz—nie ma na zawołanie.
Jest natomiast w Sukiennicach Muzeum
Narodowe, które przez ćwierć wieku od swego
założenia wzrosło do bardzo poważnych roz-
miarów, tak, iż obecnie większość zabytków
i dzieł sztuki nie ma w niem pomieszczenia
i czeka w składach na lepsze czasy. Dyrektor
dr Feliks Kopera wyraził się niedawno w roz-
mowie, że gdyby miał do rozporządzenia bu-
dynek trzy razy tak obszerny, jak Sukiennice,
to zaledwie wystarczyłoby miejsca na Mu-
zeum, a już po kilku latach okazałby się
nowy brak pomieszczenia dla napływających
z każdym rokiem nowych darów i depozytów.
Myśl przeniesienia Muzeum na Wawel nie
jest nowa. Zjawiała się już niejednokrotnie
w dziennikach, a i dr Tomkowicz bierze ją
- w rachubę w swoim artykule, uważa ją jed-
nak za niewykonalną z trzech powodów:
naprzód, że skoro Wawel ma być rezyden-
cyą cesarską, już tern samem nie może
służyć na Muzeum; powtóre, że nie można
urządzać Muzeum w Zamku, gdzie oczywiście
niema i nie może być światła górnego; po-
trzecie dlatego, że uważa Zamek za zbyt od-
dalony od środka miasta, a przez to za nie-
dogodny dla zwiedzających.
Pierwszy zarzut znika wobec tego, co
wyżej powiedziano. Franciszek Józef mógłby
sobie wybrać cały szereg komnat na prywatne
swoje apartamenty, sale zaś recepcyjne dosko-
nale nadawałyby się na lokal muzealny,
zwłaszcza że przerobione z gruntu i archi-
tektonicznie ozdobione budynki po-wojskowe
mogłyby także na ten cel służyć. Trzeba
zwłaszcza pamiętać o tern, że dyrektor Kopera
urządził Muzeum w sposób zupełnie nowo-
żytny, w niczem niepodobny do dawnego ty-
pu muzeów. Gdy dawniej ustawiano przed-
mioty schematycznie, według gatunków, nie
dbając o wytworzenie obrazu żadnej epo-
ki, dziś, przeciwnie; dyrekeya postarała się
o urządzenie stylowych wnętrzy, gromadząc
w każdem z nich sprzęty, obrazy, rzeźby,
broń, wyroby przemysłu artystycznego z jednej
epoki.
Zamek Wawelski składa się z architekto-
nicznych części bynajmniej nie współczesnych:
są w nim partye średniowieczne, jak np.
słynna Kurza Stopa; inne noszą charakter
XVI, inne XVII wieku.
Jakże pięknie wyglądałyby gotyckie sale,
zapełnione autentycznymi średniowiecznymi
zabytkami! Barokowa kaplica Zygmunta III
z zachowanemi po dziś dzień sztukateryami
dałaby się zapełnić sprzętami kościelnymi
z pierwszej połowy XVII w.; sale z epoki Odro-
dzenia umeblowanoby przedmiotami artystycz-
nymi z tego właśnie czasu. Zyskałyby na
tern zarówno ściany Zamku, jak i muzealne
okazy, które wtedy dopiero znalazłyby się na
właściwem tle i w odpowiedniem otoczeniu
architektonicznem.
W razie przyjazdu cesarza Muzeum by-
łoby oczywiście zamknięte, a w jego salach
odbywałyby się przyjęcia dworskie—słowem,
pogodzić można jedno z drugiem najdosko-
nalej.
Czy potrzebaby w takiem Muzeum świat-
ła górnego? Światła takiego wymagają prze-
dewszystkiem wielkie nowożytne obrazy, ma-
lowane już w pracowniach z górnem oświet-
leniem. Drobniejsze historyczne portrety,
obrazy religijne nieznacznych rozmiarów,
miniatury i t. p. dałyby się doskonale oświet-
lić przez umiejętne rozwieszenie. Sprzęty,
broń, wyroby artystycznego przemysłu nic
chyba na świetle górnem nie zyskają. Nale-
żałoby zatem rozdzielić Muzeum Narodowe,
pozostawiając malarstwo i rzeźbę nowoczesną
w Sukiennicach, gdzie mają odpowiednie gór-
ne oświetlenie, wszystkie zaś historyczne za-
bytki przenieść na Wawel i urządzić nimi
stylowo recepcyjne komnaty cesarskie. Byłby
to podział zupełnie taki, jak w Paryżu Musie
Cluny i Masce ilu Luxcmhourg. Wszak i dziś
już Muzeum Narodowe nie mieści się całe
pod jednym dachem, odkiedy w skład jego we-
szło Muzeum sfragistyczno - numizmatyczne
im. Czapskich w pałacyku przy ul. Wolskiej.
Zresztą, gdyby już koniecznie szło o centrali-
zacyę Muzeum, możnaby galeryę obrazów
pomieścić w budynkach po-wojskowych, urzą-
dziwszy w nich przy gruntownej przebudowie
oświetlenie górne.
Pozostaje jeszcze punkt trzeci: zbytnia
odległość Wawelu i połączona z tern niewy-
goda dla zwiedzających.
Otóż nie ulega najmniejszej wątpliwości,
że z pomiędzy zwiedzających nieliczną tylko
mniejszość stanowią miejscowi, a ogromną
większość przyjezdni. Tak jest wszędzie, tak
jest i w Krakowie. Kto zwiedza Kraków, ten
oczywiście w pierwszym rzędzie zwiedza Wa-
wel. To też umieszczenie Muzeum na Zamku
nietylko nie byłoby utrudnieniem, ale raczej
ogromnem udogodnieniem dla przeważnej czę-
ści zwiedzających. Za jednym zamachem
oglądaliby przyjezdni — a o nich przecie naj-
bardziej chodzi- katedrę ze skarbcem, z gro-
bami królewskimi, Zamek sam i mieszczące
się w nim Muzeum Narodowe.
Na razie są to wszystko rzeczy dalekiej
przyszłości, ale, jak słusznie zauważył dr Tom-
kowicz w swej cennej, obywatelskim duchem
natchnionej odezwie — należy je zawczasu
obmyślić i przedyskutować publicznie, sprawa
to bowiem nader ważna i cały nasz ogół obcho-
dząca. Z artykułu w Czasie podniosłem tu
i roztrząsnąłem kilka tylko punktów, na które
odmiennie się zapatruję, wszystkie zaś inne,
dotyczące stylu przyszłej restauracyi Zamku,
funduszów na ten cel potrzebnych i t. p., bez
żadnych zastrzeżeń trafią chyba wszystkim do
przekonania.
LUCYAN RYDEL.
855
PORTRET
REMBRANDT VAN RYN
MARYA KONOPNICKA.
„AD ASTRA.”
ni.
akcśniy przywykli do jednej tylko, acz roz-
maicie kombinowanej sfery zatargów po-
między kobietą a mężczyzną w naszym po-
wieściowym świecie, a i w realnym także, iż
walka ich na duchy, walka o ideały narodowe
' ogólno-ludzkie, jest dla nas czemś nowem
* zgoła niezwykłem.
Wychodzimy z banalności. Jesteśmy wol-
ni od wszelkiego książkowego kramu.
Ta treść psychicznie wysoka, odkryta
Przcd nami do najgłębszych uczuciowych po-
kładów, rozsnuta na subtelnych motywach
intelektualnych, trzyma nas nad poziomem
Wszelkiej przeciętności, w ożywczej atmosferze
mchu własnych naszych myśli i rozbudzonej
Wrażliwości własnych naszych uczuć.
Kobieca zwłaszcza postać malowana jest
z przedziwną delikatnością i siłą. Z delikat-
nością, jakiej wymaga żywe, drgające, poło-
żne na dłoni serce; z siłą gorącego pożąda-
nia mocnych węzłów, zaciskających wiele rąk
około jednego sztandaru, i wiele piersi około
jednego ukochania.
Ale i miłość jest w książce tej niezwykła.
Ma ona w sobie dotkliwy, przejmujący patos
rzeczy dalekich, rzeczy niewymownych, i które
się nie stały, chociaż stać się mogły. Patos
ten wibruje w dziele całem, jak trącona sfera
głosów echowych, niepochwytnych, rozwia-
nych.
W Rodowskim rodzi się miłość wprost
z głodu serca, okarmianego dotychczas przy-
smakami tylko, nektarem coraz innych kwia-
tów. W Sewerynie, z zadumy nad tern ser-
cem, „nieszczęsnem a górnem," z wiecznie
czynnej, wiecznie żywej w kobiecej duszy—
idei wybawienia.
Wpatruje się ona w wizerunek tej mło-
dej twarzy, na której niema „ani szczęścia,
ani dobroci," i pyta: „Kim jesteś? Skąd ude-
rza źródło twego bólu?"
Od tego to wizerunku krzesze myśl jej
1 „gorącą iskrę niewiadomego pochodzenia," od
której płomień ogarnia jej serce.
Gwałtownie przyciągani ku sobie, ta ko-
bieta i ten mężczyzna nie ujrzeli się w rze-
czywistości nigdy, i nigdy nie wynurzyli sobie
swojego kochania. A tak miłość ich stała się
jedną z gwiazd wysokich i niedosiężonych.
Niezwykłej tej treści odpowiada tło też
nadzwyczajne.
Pod te rojenia bowiem, pokusy, pożąda-
nia i tęsknoty, pod zapał i pod ironię, pod
wzloty i pod porażki, pod tragiczną walkę
dwóch duchów i ich przesmutne zjednanie,
rzucono dwa światy odrębnej potęgi, odrębne-
go piękna. Świat gór i świat puszczy, oba-
dwa malowane z przedziwnem mistrzostwem.
Takiego groźnego majestatu szczytów,
takiego szumu i huku wód, takiej tęczowej
powiewności rozpylonych kaskad, takich kolo-
rów i blasków, palących się na wieczystych
śniegach, takich beznadziejnych kamienistych
moren, takich złowróżbnie sino świecących
856
TYGODNIK ILLUSTROWANY 45
lodowców, takich zatraconych w śmiertelnej
mgle pustaci, dawno nam nikt nie pokazał
w książce. A i w naturze nie każde oko tak
widzieć je potrafi.
Co do Puszczy, ta jest raczej wyśpiewa-
na, niżli malowana, raczej objawiona, niżli
opisana. Jest to wielka symfonia wszechgło-
sów, wszcchbarw, wszechkształtów, wszechzja-
wisk jej życia. Rozkrycie, roztajemniczenie
jej głębi, jej tajni, jej duszy. Jest to nade-
wszystko wielka nasza duchowa własność od
tej chwili. Orzeszkowa wykuła złote ogniwo,
łączące nas z prastarymi rodami jej dębów,
jej sosen, jej wód, jej budników. Taką, jaką
ją nam w książce tej oddała, Puszcza zostanie
z nami. Poszumy jej olbrzymów, przeloty
wichrowych duchów, ciche świtania jezior, ka-
linowe zorze zachodów, tajemne westchnienia
i poryki zwierza, podania, uroczyska, budnicze
osady- wszystko.
A jest ta Puszcza nietylko osobnym świa-
tem w sobie, ale tak dalece indywidualnym,
barwnym, pełnym własnego życia i własnego
ruchu, że—i to jest zarzut jedyny niezawszc
w roli tła wytrwać i pomieścić się może, lecz
sama nagle staje się obrazem—co mówię^ -oso-
bą, bohaterką nawet, i wypełnia cały hory-
zont widzenia.
Ale te potężne nawy pierworodnego go-
tyku, na kolumnach olbrzymów starowiecz-
nych wsparte, te zasieki i zawały, pełne po-
ległych z chwałą pokoleń dębów i sosen, to
nietylko krajobraz, to i świątynia i twierdza
ducha Seweryny.
Stąd myśli jej o sobie, o ziemi, o świę-
cie, o ludziach, o szczęściu, ulatują na takie
wyżyny, że dostają tam archanielskich jasno-
ści i skrzydeł i czynią się modlitwą. Tutaj
też czerpie ona swe natchnienia i przywdzie-
wa swoje jasne zbroje. Więc wchodzimy
w zielone zmierzchy tych kopuł, w potężne
szańce i okopy tych uroczysk, jak do kościoła
i warowni razem. Jak do jednej z tych pra-
starych inkastelizowanych świątnic, z których
suplikacye i hakownice naprzemian grzmiały.
Tu się też odprawuje wielka msza du-
chów, począwszy od wspaniałego, modlitew-
nego hymnu pierwszych kart książki, hymnu,
który jest godnem „Introit" przed ołtarze wy-
sokich ideałów, i dalej, przez wielkie „Confi-
teor“ życia, przez „Credo“ mocne, jak śmierć,
przez cudnie prostą Ewangelię wspomnień,
opowiadaną pogańskiej trochę duszy Rodow-
skiego; przez Ofiarowanie kielicha męki za
najwyższe, bo powszechne dobro; przez czy-
stą Komunię duchów, ku gwiazdom lecących,
aż do ostatniej skargi zabitego szczęścia, do
przesmutnego „Consummatum est,“ na które
Puszcza głębokim, uroczystym dźwiękiem swych
organów odpowiada: „Amen!“
Zaczem—staje się cisza.
Niepodobna zaprzeczyć, że jest jeszcze
jeden powód, dla którego książka ta zacieka-
wia w sposób wyjątkowy. Powodem tym jest
współpracownictwo nieznanego nam dotych-
czas pisarza. Śledzimy z zajęciem, jak się też
ten „Dwugłos" dostraja, i jak ów nieznany
nam pisarz dotrzymuje kroku genialnej autorce?
Otóż „Dwugłos" dostraja się znakomicie.
Może nawet chwilami dźwięczy nadto miisono.
Może przystalibyśmy na pewne dysonanse, na
wybitniejszą różność w kolorycie tonu, na
jaskrawsze, bardziej natężone uwydatnienie
indywidualności głosu męskiego. Na większą
partyi tej wstrzemięźliwość, na wykonanie jej
surowsze, dające głębsze tło, silniejszy pod-
kład, bardziej akcentowany odskok harfianym
dźwiękom głosu niewieściego.
Co do psychologii, co do rysunku samej
postaci Rodowskiego, autor niezawodnie
z góry i z premedytacyą przystał na pewne
jej braki i pewne wybujałości. Zdaje się na-
wet, że przystał na pewną jej słabość, jako
strony przegrywającej wysoką swą sprawę.
Bądź jak bądź, nie ma Rodowski tej
bardzo pewnej, bardzo prostej, bardzo arty-
stycznej linii, jaką jest narysowana postać Se-
weryny. Nie jest ani tak głęboki, ani tak
konsekwentny.
Że zaś operuje przeważnie negacyami
w sferze rozumowań swoich i swoich dowo-
dzeń, stoi tedy na podstawie prawie że chwiej-
nej, w porównaniu do niezbitych afirma-
tyw uczuciowych Seweryny, z których każdą
przekuć można na czyste złoto trzeźwej i spo-
kojnej myśli.
Chwiejność ta, ten brak ustalonego filo-
zoficznego gruntu pod nogami, podstawy po-
zytywnej, wypróbowanej, przeżytej, odczutej,
która samej nawet negacyi coś z siły twier-
dzenia użycza, ten brak uderza szczególnie
w kulminacyjnym wybuchu samoubóstwienia,
kiedy Rodowski, upojony wizyą hipotezy swo-
jej, wpada w szał zgorączkowanej i delirują-
cej pychy.
Otóż w wybuchu tym wydaje nam się,
że Rodowski za mało jest sobą. Wydaje nam
się, że nadto ulega atrakcyi Nietzscheańskiej
sfery.
W Nietzschem atoli takie wybuchy mają
cały szereg filozoficznych, mocnych na swój
sposób poprzedniości, tworzących nierozerwal-
ny łańcuch, w którym od świstu pogardy, do
ryku wściekłości, nie brak ani jednego ogniwa,
przygotowującego z szaloną logiką potężne
wyładowania się tej gromowej duszy, która
nawet w spokoju grzmi i błyska, nawet w ci-
szy—jest wielką, samotną chmurą, tajemniczy-
mi wichrami po niebie myśli noszoną. W Ro-
dowskim zaś wybuch ma cechy paroksyzmu
i przypadkowości. Chociaż więc silny, a na-
wet porywający w rozkiełznaniu swojem, nie
odpowiada w pożądanej mierze temu, co by-
ło, i temu, co będzie.
W dużej też sprzeczności z wybuchem
tym stoją niektóre poczynania sobie Rodow-
skiego, a już w największej owa spowiedź,
jaką ze swych przelotnych zapałów dla spo-
tkanej panienki przed Seweryną czyni.
Spowiedź ta, dla konstrukcyi powieścio-
wej niezbędna zresztą, zyskałaby niemało na
wyrzeczeniu się zbytecznej swej drobiazgo-
wości, ozdobności swojej.
Bo jeśli główna linia charakteru obo-
wiązywała autora, w szczegółach drugoplano-
wych mógł on niezawodnie zostawić bohate-
rowi swojemu nieco więcej swobody.
Niespodzianką też jest dla nas nadzwy-
czajna kwiecistość i obrazowość stylu młodego
uczonego. Chętnie otrząsnęlibyśmy język jego
z wielu blasków i z wielu kolorów, tak, aby
mógł się wyjawić w bardziej męskiej suro-
wości. Uboższym, suchszym nawet—zgoda!—
ale więcej indywidualnym. Odnosimy bowiem
niekiedy wrażenie, że mu ten przepych po-
równań, przenośni, to bogactwo określeń —
zawadza jakby. Zwłaszcza że chodzi tu
o listy.
Bo są to listy.
Forma niezawodnie krępująca i narzuca-
jąca wymagania swoje, często trudne, minio
pozornej prostoty.
„Oto jest list! — pisze Słowacki do Kra-
sińskiego.—Oto jedna z kar piekielnych: litera
martwa, papier martwy, pomiędzy duchem
a duchem."
Tutaj wszakże, pomiędzy duchem a du-
chem umiano stworzyć prąd niezmiernie ży-
wy. Prąd tak silnie elektryzujący, że się od
męgo iskra miłości zatliła.
Kto wic zresztą, czy jakaś inna forma
była dla książki tej do wyboru i rozporzą-
dzalna.
Bo jednak chwilami zdaje się, że ten
„Dwugłos" to była może najpierw rzeczywistość,
a potem dopiero książka. Że jej pierwotny
zarys, pierwotną osnowę, stanowiły właśnie
jakieś prawdziwe, istotnie wymieniane listy.
Że jej genezą było życie, nie literatura.
Że kiedy jeszcze o książce mowy nie
było, listy te nawiązały wątek jej psycholo-
gicznych perypetyi, stworzyły samą więź
dzieła, sam rdzeń jego: walkę pomiędzy żądzą
szczęścia, blasku, radości, użycia, a wysokim,
w rodzaju kapłaństwa podjętym obowiązkiem;
pomiędzy „zimnym wiatrem kosmopolityzmu"
a gorącym tchem szeptu: „Z tobą... Przy to-
bie... Dla ciebie!" Snując dalej to przypu-
szczenie, mniemaćby można, że dopiero po
wielokrotnej listów tych wymianie, kiedy już
wybitnie zarysowała się sfera myślenia i czu-
cia piszących, pomysł dzieła powstał nagle,
sam przez się, z natchnienia tej, która wie, iż
„hajcięższem z brzemion jest brzemię nieod-
danych nikomu klejnotów duszy."
Kto wie nawet, czy w którym z listów,
z tych od strony Puszczy, nie padło wezwa-
nie „Ad Astra," dając tytuł dziełu?
Bo są między listami Seweryny takie,
które się po Dantejsku imieniem gwiazd
kończą.
Taka jest ta niezwykła książka, i taka jest
ta dusza. Dusza pełna utajonego żaru głębo-
kich ukochań, która po nizinach pióra swe
jasne powleka, aby z nich otrzeć łez rosę.
Dusza żywa, mocna, skrzydlata, ulatująca ku
światłom czystym, których stale i z upragnie-
niem namiętnem pożąda dla „pól ziemi i dla
mrowisk ludzkich, dla wszystkiego, co jest
kochane, i co jest cierpiące."
Taka jest ta książka, i takie jest to serce.
Serce wierne, zaprzysięgłe, u trzykroć świę-
tych ognisk żywota na straży stojące, iżby je
własnym płomieniem podsycać. Serce, które
z bólów własnych wykuwa ogniwa, łączące
ludzi z ziemią.
Taka jest ta książka, i takie są te oczy.
Oczy mądre, zadumane, gorące od samotnego
wpatrywania się w wyżyny, na których świecą
gwiazdy czyste, wieczne.
857
JÓZEF WEYSSENHOFF.
SYN MARNOTRAWNY.
POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA.
Zastrzega się prawo przedruku.
44)
XXXVII.
dyby pan Maciej był pospolitym ojcem,
a cała rodzina Dubieńskich pospolitą ro-
dziną, wyszliby wszyscy na spotkanie powra-
cającego Jerzego, i scena klasyczna mogłaby
s>ę odbyć, w razie sprzyjającej pogody, przed
drzwiami domu. Ale rodzina bardzo daleka
była od pospolitości, więc i powrót Jerzego
do Chojnogóry odbył się inaczej.
Przyjechał w nocy. Wyraźny był zakaz
pana Macieja, aby kto, oprócz służby, oczeki
Wał na jego przybycie. Gdy przestąpił dawno
opuszczone progi, zastał tylko kamerdynera,
skromną kolacyę i przygotowany pokój. Jednak
Terenia zdołała ukazać się bratu w korytarzu,
dramatycznie tkliwa, w niebieskim szlafroku,
z włosem rozwianym.
Rzuciła mu się w objęcia i dobrze zo-
stała przyjęta nawzajem przez Jerzego, który
ze sztywnego pozoru uśpionego „gniazda"
wyprowadzał wątpliwe wróżby.
— Jurek w Chojnogórze! co za radość!
— Jak się masz, kochana Tereniu! Jesz-
cze nie śpisz?
— Dla ciebie, Jurku. Z radości usnąć
nie mogłam.
— Poczciwa jesteś. A dużo osób śpi
pod tym gościnnym dachem?
— Stryj Tadeusz, Estella, wszyscy, wszy-’
scy...
— Jakież humory?
— Dotychczas najlepsze.
— Ale przypuszczasz, że od mego przy-
jazdu będą gorsze?
— To zależy od usposobienia, w którem
ty się znajdujesz.
— Ach! ja tyle wycierpiałem przez dwa
miesiące, że... no, wesół być nie mogę.
Terenia, choć pełna otuchy, zajrzała bra-
tu przenikliwie w oczy.
— Ale zrezygnowany;., prawda? przy-
wrócony nam, przychodzący dzielić nasze
życie?
— Ostatecznie, po wielu walkach we-
wnętrznych, doszedłem do przekonania, że
obejść się bez was me mogę.
— To pięknie i mądrze, Jurku. Wszyscy
odtąd będziemy szczęśliwi.
— Pięknie, lub niepięknie. Może mnie
kto posądzić, że pod wpływem jakiejś ra-
chuby...
— Nie mów tego, Jurku! Jesteś ideali-
stą. Wszystkie twoje pokusy pochodzą ze
szlachetnego idealizmu, który cię jednak czę-
sto prowadził na manowce. Teraz zdobyłeś
s*ę na odwagę, więc wytrwaj. Będziemy zresz-
tą o tem mówili jutro.
— Ach, czy dużo będziemy mówili?...
Możeby sam fakt, że przyjechałem, wystar-
czył?
Jerzy powiedział te słowa głosem dziec-
ka, które się skarży, lub wstydzi. Siostra od-
'-uła to sympatycznie:
— Masz racyę; zdaje mi się nawet, że
papa będzie wołał... Ja w każdym razie wszyst-
kiemi siłami starać się będę, aby cię jak naj-
mniej nudzono.
— Dziękuję ci, Tereniu, ty to rozu-
miesz.
— No, dobranoc, mój Jurku.
Rozchodząc się cicho w uśpionym do-
mu, parę razy skinęli jeszcze do siebie gło-
wami, posyłali sobie oczyma uśmiechy, usta-
mi drobne pocałunki, jak para kochanków po
schadzce.
Jerzy spędził niespokojnie resztę nocy,
wstał i ubrał się bardzo wcześnie, gotując się
do nieuniknionego przejścia, do rozmowy
z ojcem. Rozmowę tę przewidywał oddawna
i ułożył sobie wstęp do niej. Wydobył z ku-
fra przedmiot starannie zawinięty, odwinął i za-
migotał do światła złoconą blachą w kształcie
małej tarczy. Eył to ów ryngraf polski, wy-
kupiony z rąk niewiernych w Montecarlo. Je-
rzy kazał go umiejętnie odświeżyć. Tem wy-
raźniej zatem widniała Matka Boska Często-
chowska nad herbem Nałęcz i data odsieczy
Wiedeńskiej; na odwrocie Męka Pańska. Ryn-
graf przeznaczył Jerzy na upominek dla ojca,
taki niby mały dowód pamięci, z podróży.
Przyszła chwila wręczenia podarku. Ale po-
nieważ ofiarodawca nie był pewien, jak sam
będzie przyjęty, wolal oddać dary przez
posły.
Wpatrzył się długo w wizerunek na ryn-
grafie, jakby udawał się pod opiekę święconej
tarczy; potem zawołał służącego, kazał zanieść
ryngraf ojcu i zapytać, kiedy może się z nim
widzieć.
Pan Maciej nie spał już i natychmiast
polecił prosić Jerzego do gabinetu.
Jerzy spostrzegł zdaleka, przez drzwi
otwarte, ojca siedzącego przy stole, z ręką na
ryngrafie. Stwierdził zaraz, że się nie zmie-
nił, że ma ten sam szlafrok i że wygląda po-
tężnie. Gdy się zbliżył, stwierdził nadto, że
spojrzenie ojca, choć wyraża namiętną cieka-
wość, jest przedewszystkiem ciężkie do wy-
trzymania. Przygotowane zdania uwięzły Je
rzemu w. gardle; przychylił się do ramienia
ojcowskiego, dość niezgrabnie, potem wypro-
stował się i stał, milcząc.
Pierwszy do niego Maciej zwrócił Jowi-
szowe słowo:
— Co znaczy ta blacha?
— Znalazłem ten ryngraf w poniewierce
za granicą i kupiłem z myślą ofiarowania go
ojcu.
Pan Maciej oparł ręce o kolana, łokcia-
mi skierowanymi na zewnątrz rozszerzył swój
majestat, pokiwał nerwowo głową, mlasnął pa-
rę razy językiem, aż przemówił:
— Panie Jerzy! chwila jest ważna. Trze-
ba się dzisiaj pozbyć wszelkich wybiegów, aby
się ze mną rozmówić. Nie pomogą tu ani
frazesy, ani jakieś podarunki!
Trącił blachę odwrotem ręki, aż zadzwo-
niła, posuwając się po stole; ale przyszła mu
natychmiast rozwaga, że przedmiot jest go-
dzien poszanowania, więc go przygarnął; je-
dnak tonu nie zmienił;
— List twój, który otrzymałem w prze-
szłym tygodniu, jest bardzo pięknie napisany,
jednak nie zawiera żadnych stanowczych od-
powiedzi na nasze zapytania.
— Zapytania? - zadziwił się Jerzy — nie
dostałem żadnego listu, ani zapytań...
— Jednak zapytania moje znasz, bo są
niezmienne. Nazwijmy więc to żądaniami. Je-
steś pod pewnym względem dość wyrobiony;
zrozumiesz więc, że całe twe życie przyszłe
zależy od postanowień, które teraz poweź-
miesz. Ja cofać się nie zwykłem. Jeżeli więc
jakikolwiek z twych zamiarów stoi w sprzecz-
ności z zasadami rodziny naszej, powiedz mi
to odrazu. Już czasu niema do namysłu.
Wszyscy jesteśmy tu w komplecie i czekamy
na twe zapewnienia. Stiyj Tadeusz jest z na-
mi; ja już dziś ręczę za niego. Choć późno,
dojrzał. Czekamy.
Jerzy ujął czoło dłonią, tłumiąc jakieś
burzliwe myśli, czy skrupuły, czy tylko wspom-
nienia. Gdy odsłonił oczy, spojrzał nareszcie
prosto na ojca, starając się wytrzymać jego
wzrok zapalony.
— Wzywa mnie ojciec do rozmowy zu-
pełnie szczerej ze względu na ważność chwili.
Jestem zupełnie szczery. Rozumiem, dlacze-
go ojciec potępiał mój sposób życia, choć nie
wiem, czy znał go dokładnie. Rozumiem, że
chce mnie zmusić do trybu, który sam wypró-
bował i uznał za dobry. Ale dlaczego ojciec
oparł się stanowczo moim zamiarom małżeń-
skim, zamiarom uczciwym, chrześcijańskim, na-
turalnym?...
— Poczekaj. Nie unoś się retoryką.
Wiesz dobrze, dlaczegom się oparł.
— Może źle zgaduję?
— Dobrze zgadujesz. Ten projekt stoi
mniej w sprzeczności z zasadami, niż z inte-
resem rodziny. Ale interes rodziny to nie in-
teres kupiecki; może być raczej porównany do
„raison d’etat.“ W tym przypadku jest tak
ważny, że wkracza w sferę względów moral-
nych.
— Ha! może ojciec ma słuszność... Ale
obowiązki moralne moje względem pani
Oleskiej?
— Nie prowadzi się do ołtarza osoby,
z którą się miało romans.
— Ależ, ojcze! tego nie było!
Kłamiesz, mój kochany. Znam cię
dobrze, i znam się na tem.
— Jednak jakże ojciec może taki zarzut
czynić jej i mnie?!
— Było tak, lub równoznacznie. Mam
o tem lepsze wiadomości, niż się spodziewasz.
Powinieneś zaprzeczać i zaprzeczaj. Ale roz-
mowa nasza dzisiejsza jest wyjątkowa i, daj
Boże, ostatnia o tem. Dzisiaj mówimy sobie
całą prawdę.
Jerzy patrzał przez chwilę na ojca roz-
WALKA JAKÓBA Z ANIOŁEM
Z wystawy A. Krywulta.
REMBRANDT VAN RYN
szerzonemi oczyma: „Jednak to człowiek im-
ponujący..." Potem twarz zanurzył w dłonie
i usiadł gwałtownie na krześle.
Nastała chwila ciszy, w której milczenia
ojca i syna rozmawiały z sobą, co jest, we-
dług Maeterlinck’a, najskuteczniejszym sposo-
bem porozumienia się dwóch dusz. Wpraw-
dzie te dwie dusze powiedziały już sobie
uprzednio dużo słowami.
Jerzy rozmyślał nad tern, że ojciec ma
jednak bardzo wyrobione pojęcia o życiu
i o pożytku rodziny; poczuł wyraźnie swój
udział w tym pożytku, do którego rady ojca
były najkrótszą drogą—może i najlepszą?...
Pan Maciej zaś zrozumiał z milczenia syna,
że syn jest już nawrócony, że mu tylko ułat-
wić trzeba dramatyczną chwilę powrotu na
łono rodziny. Odezwał się miększym głosem:
— Przyczyniłeś nam dużo boleści.
I urwał. Wtem Jerzy powstał, na-
tchniony:
— Ojcze! Boleść, której byłem przyczy-
ną, goniła za mną wszędzie. Odpychałem od
siebie ten wyrzut sumienia, bom zapragnął żyć
nowymi pomysłami, stworzyć sobie swój świat
i swoje drogi. Ale zawsze słyszałem głos
twój, ojcze, i w gniewie twym nawet bolała
mnie twoja boleść. Dla tego uczucia, dla tej
czci i miłości, głęboko tkwiących we mnie, po-
święciłem ostatecznie wszystkie inne pragnie-
nia i przychodzę...
Tu Jerzy zbliżył się do ojcowskiego fo-
telu, pochylony, gotów do zgięcia kolana. Pa11
Maciej ujął go za oba ramiona.
— I przychodzę... naprawić... powetować
przyszłem życiem...
PORTRET
Z wystawy A. Krywulta.
REMBRANDT VAN RYN
— Zatem przeszłość nie istnieje dla cie-
bie?—zapytał ojciec, blizko patrząc w oczy
syna.
— Oderwana ode mnie...
— To jest: zaręczyny, pierścionki?... bez
Możliwego powrotu?
— Poświęcam wszystko, wszystko!
—- Słowo honoru?
Jerzemu drgnęły nieco powieki opusz-
czone.
— Słowo honoru.
— Ano, tak mi gadaj! — zagrzmiał pan
Maciej z głębi piersi i porwał w objęcia ko-
rzącego się przed nim syna.
Tylko do ryku lwa można było porów-
nać ten wybuch, w którym dźwięczały tryumf
i potęga, a jednak i drapieżna czułość Iwa-
ojca.
Chwilę trwało rozrzewnienie, bez dekla-
macyi. Po chwili pan Maciej powstał, po-
łożył rękę na ramieniu Jerzego i rzekł:
— No, mój chłopcze, daj mi się ubrać.
Chcę cię jak najprędzej zobaczyć na twojem
miejscu, w naszem gronie.
Wcześniej 'niż zazwyczaj dążyli dzisiaj
mieszkańcy Chojnogóry na zachodnią weren-
dę pałacu, gdzie z powodu ślicznej pogody
przygotowano pierwsze śniadanie.
Na wyprzódki zbiegali się wszyscy, aby
powitać Jerzego. Jeszcze przed jego zjawie-
niem się przyszła panna Paulina i, usiadłszy
w fotelu, czekała. Wonne wyziewy śniadania
mieszały się z zapachami kosodrzewin i po-
wojów, przychodzącymi z leniwym powiewem,
zwiastunem dziennego upału. Dyszkanty pta-
ków rzucały lekkie melodye staccato na tło
861
ZGON BARBARA RADZIWIŁŁÓWNY JÓZEF SIMMLER
Z wystawy dziel J. Simmlera w T. Z. S. P. w Warszawie.
— Idziemy w jedną stronę — rzeki ma-
larz: — za chwilę będę gotów.
— Śpieszę się do domu odpowiedziała
z lekkiem zmieszaniem, nie chcąc wracać
w jego towarzystwie.
On nie zrozumiał jej intencyi i powie-
dział wesoło:
— Śpieszno mi także do miasta, bom
głodny - i zwracając się do przełożonej: —
Obraz zechce pani schować, przyjdę jutro.
Oto za modelki,—wręczył pieniądze- a wam
dzieciaki cukierki — wyjął z kieszeni ciemnej
marynarki garść słodyczy i, wręczając najstar-
szej, rzekł: — Podzielcie się.
Wandzia, ze względu na usługę, oddaną
Jej przez niego, zdecydowała się iść z nim
do miasta.
— A rąk pan nie umyje?—spytała prze-
łożona przyjaźnie.
Spojrzał na swe ręce, powalane farbą,
d 'Hiiechnąl się, mówiąc:
— Nie, dziękuję... Dziś wyjątkowo za-
chowam te naoczne cechy mego rzemiosła...
Oo widzenia!—skłonił się jej i dzieciom.
Idąc ulicą, spytał:
— Pani pierwszy raz w schronisku?
— Tak jest. Podziwiam i szanuję tę ko-
bietę, która z taką wytrwałością i poświęce-
niem stworzyła ten zakład.
— To był jedyny cel jej życia, i musiała
go osiągnąć lub zginąć. Bo to, proszę pani,
w życiu trzeba być maniakiem, a wówczas
zawsze dojdzie się do celu. Powtarzam to so-
bie często, i poza malarstwem nie chcę nic
widzieć, nic czuć.
— A jeśli ktoś nie cierpi na manię? —
uśmiechnęła się.
— Rozproszy się... Rozmienia na drob-
ne miedziaki złoto swego uczucia i umysłu,
i w końcu stracił złoto, wydał miedziaki i zo-
stała pustka.
— Nie każdy jest artystą — szepnęła.
— Ależ tu nie idzie o artyzm!... Można
zwaryować na matematyce, fizyce, agronomii,
na różnego rodzaju sportach... i wypełnić tą
manią życie całe
Szli jakiś czas w milczeniu. Wandzia,
widząc w ogródku za sztachetami bawiące się
dzieci, rzekła:
— Jakie te są szczęśliwe, radosne, we-
sołe... a tamte?...
— Nie zmarniały, nie poginęły, dzięki
tej zacnej kobiecie... żyją, czegóż chcą więcej
od świata?
— 1 sądzi pan, że to powinno im wy-
starczyć? — spytała ironicznie.
— Naturalnie... Jedna chwila szczęścia,
rozkoszy, a zbledną i znikną wszystkie nędze
i przykrości minione. Dla tej jednej chwili,
w której całe moje ja wchłania w siebie ocean
szczęścia, warto żyć i cierpieć.
— Mało pan wymaga od życia.
— O, przeciwnie!—zawołał z żywością:—
ja dużo, bardzo dużo żądam i pragnę. Dla
pijaka wystarcza kieliszek, dla matki dziecko,
dla skąpca złoto, a ja swoje szczęście chcę
czuć wszystkimi nerwami, objąć wszystkimi
zmysłami, muszę je mieć w głowie, w sercu,
w duszy, w każdem tchnieniu.
— Zdaje mi się,—mówiła z lekkiem wa-
haniem — że ten rodzaj szczęścia jest zbyt
egoistyczny, tak samo, jak zachwalana przez
pana mania, — uśmiechnęła się ironicznie -—
gdyż ona robi człowieka nieczułym na otoczę-
862
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 45
ULICA TECHNICZNA W CHARBINIE.
Fot. inżynier E. Ossera. GMACH SZTABU STRAŻY POGRANICZNEJ W CHARBINIE.
nie, społeczeństwo: zapatrzony w swoją ideę,
idzie przed siebie, nie oglądając się, czy kogo
potrącił, zdeptał, zranił.
— Ach, pani jest społeczniczką! — za-
drwił.
— Być może — odparła tonem obojęt-
nym, chociaż zarumienienie świadczyło, że
dotknął ją niemile ton jego. -— Bądź co bądź,
uznaję i uwielbiam słowa Mickiewicza: „Szczę-
ścia w domu mc znalazł, bo go nie było
w ojczyźnie!"
— Któż pani powiedział,—rzekł nie bez
irocii — że nie pracuję na swój sposób dla
kraju?...
— O tein nic nic wiem — powiedziała
tonem zimnym; — na poglądy pana odpowie-
działam swojem zapatrywaniem.
W milczeniu wyszli na Zwierzyniec
z bocznej ulicy. Tu panował stosunkowo
większy ruch i gwar. Na ulicy przed szyn-
kami stały wozy miejskie ze smutnymi końmi,
pomiędzy którymi przewijały się kury. W ryn-
sztokach bawiły się dzieci rozchlapywaniem
wody. Na chodnikach pod małymi partero-
wymi domkami snuli się przechodnie, szwar-
gotali Żydzi, nawoływali się chłopi...
— Tak blizko miasta i taka prowineya! —
uśmiechnęła się Wandzia.
— Oryginalniejsza jednak, barwniejsza
ubiorami chłopów i chłopek, bawiącemi się
dziećmi i tymi sennymi końmi.
— Panu to się podoba?—zdziwiła się.
— Tak jest. Niech tylko pani spojrzy
na ten drewniany dom z dachem poczernia-
łym. Jaki on zmęczony życiem!., połysiał,
boki mu zapadły, nosi różne blizny i ślady
przeszłych niedoli. Tam wiatr wyrwał kilka
gontów, ówdzie z rany, zadanej mrozem
i śniegiem, sączy się woda, tu poblakło jego
ciało, zmyte szarugą jesienną... I stoi taki in-
walida, kryjąc w sobie dramaty, komedye, roz-
pacze i rozkosze mieszkańców. Historya ta-
kiego domu jest przecież bardziej dramatyczna
i interesująca, aniżeli czułostkowa historya
dwojga mdłych kochanków.
— Mogłaby nią być, gdyby ktoś umiał
ją napisać i odczuć.
— Ależ proszę pani, to tylko od nas,
czytelników, zależy, by tylko ci pisali, którzy
umieją pisać i patrzeć! A teraz nastała dziw-
na moda zamiłowania do życia, odbijającego
się w kropelce wody. Pisarze, wpatrując się
w nią, widzą świat odbity tak mały, marny,
nikły, a siebie tak wielkimi, potężnymi, wspa-
niałymi... wobec kropli wody.
— Zdaje mi się, że krytyka pana jest
zbyt jednostronna. Nie można ciągle opisy-
wać tylko świata zewnętrznego, gdyż jak Rus-
kin powiada: „Powinno nas obchodzić samo
życie danej istoty, nie to, co się jej wydarzyć
może."
— Nie wiedziałem, że moje poglądy
zgadzają się ze słowami Ruskina!... - - zaśmiał
się wesoło — bo widzi pani, „samo życie
istoty" opisać to znaczy oddać wiernie wra-
żenia i uczucia, które przepełniają jednostkę
na widok cudów przyrody, tajemnic natury,
zagadek psychologicznych, a jakież są cuda,
tajemnice, zagadki w kropli wody? Muszą
być płaskie, nikłe, małostkowe...
Zostawili most kolejowy na prawo i we-
szli w zakręt z otwartym brzegiem nad Wisłą,
skąd widać było Dębniki za rzeką, dalej spię-
trzone kamienice Stradomia, wstęgę Wisły,
Wawel z katedrą i miedzianą kopułę kościoła
Wszystkich Świętych. Petrycki przystanął
i rzeki z zapałem:
— Niech pani teraz spojrzy!... Tam na
skale, na Wawelu, legł smok, płomienny
w zachodzie słońca. Ten mur czerwony jest
jakby cielskiem jego, przesiąkłem krwią ofiar,
i smok patrzy na nas ślepiami ognistemi, —
wskazał okna rozświetlone purpurowo —
a te wieże katedralne sterczą, jak zębce po-
tworu... Czy to nie jest piękne? Widzi pani
te błyski i odbicia na kopułach, na krzyżach,
na dachach... jak to wszystko drga życiem,
mieni się barwą, gra, płomieni, pali się... Te-
go nie ujrzy nikt w kropli wody.
— Prawda, jakie to piękne! —zawołała ze
szczerością w głosie.
— Bo to, widzi pani, chcąc odczuć na-
turę i jej piękność, trzeba się pozbyć z myśli
wszelkich głupstw i nieprzyjemności życia co-
dziennego, otrząsnąć się z naleciałości zwierzę-
cego bytu i stanąć czystym wobec czystej
przyrody.
— I pan tak robi?—zdziwiła się.
Nic mówiłbym, gdybym me wypró-
bował tego na sobie... Dlatego leż kochani
Wandę, bo ona czysta, piękna, nieśmiertelna.
Zrodziło ją słońce wiosenne, pogrąża w sen
mróz iskrzący.
W pierwszej chwili, słysząc wymienione
swe imię ze słowem „kocham," wbrew woli
zarumieniła się, ale wkrótce zawstydziła się
sama przed sobą, iż mogła na chwilę przypu-
ścić, iż on imał ją na myśli. I rozmyślając
nad tradycyjną Wandą, rzekła:
— Pańska legenda o Wandzie jest
ładna.
— To się pokażc w obrazie...—uśmiech-
nął się. —A teraz, jeśli pani ma chwilę czasu,
zejdźmy nad Wisłę. Dobrze?
—- Nic mogę... Czekają na mnie.
— Szkoda!... Fala Wisły prześlicznie
załamuje światło zachodu. (DCNi
WIKTOR G0MULICK1:
ZE ZBIORU: „PAX.“
Na wątłej krze,
Wierzchem otchłani,
Przepływa człowiek to życie;
Współludzie z nim,
Równie znękani,
O byt trwożący się skrycie.
Z dreszczem wśród ciał,
Ze śmiercią w duszy,
Płynie skazańców gromada;
Co chwila kra
Z jękiem się kruszy,
Co chwila w otchłań ktoś wpada...
Gdy taki los
Śmiertelną trwogą
Zespoli dzikie zwierzęta,
Już one wyć
I gryźć nie mogą:
Ból wspólny dzikość ich pęta.
A człowiek cóż?
Morduje ludzi,
Współwięźniów, współmęczenników—
Ach! kiedyż Bóg
Mądrość w nim wzbudzi
Wilków, szakali i dzików?...
TYGODNIK ILLUSTROWANY ,Nb 45
863
Z tygodnia na tydzień.
Smutny .zastój.
Wróciliśmy z Powązek, oddawszy cześć
zmarłym. Może to będzie chwila stosowna do
wypowiedzenia kilku uwag o naszych porządkach
na warszawskiem Campo Santo.
Faktem jest, że postęp wciska się tu bardzo
powoli. Śmierć jest konserwatywna w swem pań-
stwie. A jednakże hasło: „Trzeba z żywymi na-
przód iść!"—posiada moc swoją nawet w zastoso-
waniu do cmentarzy.
Spróbujmy więc skreślić niektóre desiderata.
Zapewne są one nienowe; ale starymi są i braki,
o których mówić chcemy.
Przedewszystkiem idzie tu o utrzymanie
w porządku mogił.
Jak wiadomo, stanowi to „fach" specyalnej
kategoryi przedsiębierców, głównie kobiet, które
wespół z dziewczętami branemi do pomocy podej-
mują się czyszczenia i pilnowania grobów wza-
mian za bardzo rozmaitej wysokości wynagrodze-
nie, od 50 kop. do 3 rubli, zależnie od stopnia
okazałości grobu, oraz uzdolnień i chęci do targo-
wania się ze strony wynajmującego. Nie liczę, ma
s>’ę rozumieć, napiwków dla pomocnic, ani opłaty
za dodatkowe roboty, co wszystko razem wynosi
dość dużo. Z drugiej strony usługi, jakie się w za-
mian otrzymuje, są nader wątpliwej wartości. Mó-
wiąc otwarcie, w wielu przypadkach są te usługi
żadne; często bowiem zastaje się grób nieoprząt-
nięty i zaniedbany. Kto się upomni, musi za-
zwyczaj coś płacić, jeśli się nie chce narazić na
niegrzeczną odpowiedź.
A jednak rada na to tak prosta, że dziw, iż
dotychczas nie jest przez administracyę cmentarza
uwzględniona, pomimo tak dawnych skarg i na-
woływań. Dziw tern większy, że tu, u nas, w War-
szawie, tylko na jednym cmentarzu, mianowicie
ewangelickim, kwcstyę oddawna rozwiązano w spo-
sób zupełnie zadowalający: oto zarząd cmenta-
rza objął tam we własne ręce dozór nad grobami,
za który płaci się oddzielnie w kancelaryi, tak, iż
wiadomo przynajmniej, kto jest za porządek odpo-
wiedzialny i do kogo zwracać się z ewentualną
Pretensyą.
Taka organizacya pozwoliłaby usunąć jeszcze
jedną złą stronę Powązek, mianowicie to opuszcze-
nie, w jakiem toną liczne mogiły, pozbawione opie-
ki prywatnej.
O korzyściach ofieyalnej organizacyi i kon-
troli nad spełnianiem obowiązków przez stróżów—
mówić nie trzeba. Żądania to stare, proste— cze-
mu dotychczas nie uwzględnione? s
* *
*
Uczczenie pamięci E. Jelinka.
Wczoraj, dnia 4-go b. m., gdy numer niniej-
szy Tygodnika wychodził już z pod pras drukar-
skich, w Pradze czeskiej tameczne „Ognisko pol-
skie" święciło dziesięciolecie swego istnienia,
a w szczęśliwie powziętej myśli połączyło ten ob-
chód z uczczeniem pamięci swego przyjaciela i po-
bratymca, Edwarda Jelinka, zmarłego dnia 15-go
marca 1897 roku.
Jelinek urodził się w Pradze dnia 6 czerw-
ca 1855 roku, przeżył więc zaledwie 42 lata, po-
konany przez chorobę piersiową.
Całe to jego niedługie życie wypełniły pra-
ce i wycieczki w celu poznania Słowiańszczyzny
’ nawiązania przyjaznych stosunków pomiędzy po-
bratymcami.
Oprócz dat tych wycieczek, oraz tytułów
książek i broszur, mających zawsze ten sam cel
na oku, do życiorysu jego da się bodaj wciągnąć
tylko ten jeszcze szczegół, że ukończył w mieście
rodzinnem kurs szkoły realnej i że był adjunktem
kancelaryi statystycznej w magistracie praskim.
Leży przed nami pogrobowe wydanie części
jego „Wspomnień" (Yzpominki Eduarda Jelinka,
ogłoszone staraniem Adolfa Czernego w Pradze
w r. b.). Widać z nich, jak w Jelinku powstawa-
ła i rozwijała się „idea wzajemności słowiańskiej,"
jak później przybrała niemal wyłącznie charakter
„wzajemności polsko-czeskiej."
Prawie wszystkie wydawnictwa czeskie Je-
linka bezpośrednio lub bardzo blizko nas dotyka-
ły. Świadczą o tern choćby same tytuły: „Polskę
pani a divky," ,.Damy starszich salonó polskych,"
„Czrty varszavske,“ ,.Z posledniho polskeho hnu-
ti,“ „Zakopane w polskych Tatrach," „Honorata
z Wiśniowskich Zapov;i,“ „Zapomenuty kout slo-
vansky“ (o Kaszubach), „Pro shodu czesko-pol-
sku," „Vieci polskć," „Czrty kozacke," „Czrty li-
tevske,“ „Ukrajinske durny," „Pohledy do Litvy,“
„Vzpominka na Boleslava Jablonskeho pośledni
navrat do vlasti“ i inne.
Ogłoszone obecnie „Wspomnienia" przeważ-
nie również nas dotyczą. Dowiadujemy się z nich
EDWARD JELINEK.
że pierwsze w życiu swojem honoraryum (w po-
staci książek) otrzymał za przekład czeski jedno-
aktówki polskiej pióra Pauliny Wilkońskiej („Svaty
obrazek").
Opisuje dalej szczegółowo wycieczki swoje
do Warszawy, wrażenia doznane, znajomości i sto-
sunki pozawiązywane. Rzewna i tragiczna jest opo-
wieść o Feliksie Sójkowskim, zmarłym w Pradze
w lutym 1877 roku.
Osobne rozdziały są poświęcone we Wspo-
mnieniach „Dwom przyjaciółkom narodu czeskie-
go na Litwie"—Elizie Orzeszkowej i Wili Kościał-
kowskiej, oraz „Aloizemu Żółkowskiemu."
Jelinek szczerze i rozumnie kochał Słowiań-
szczyznę; czynami, na jakie go stać było—i sło-
wo bywa czynem — dowodził tego ukochania,
a z biegiem czasu coraz większą nasz właśnie na-
ród otaczał sympatyą i mianem „przyjaciela Pola-
ków" się chlubił.
Obchód „Ogniska polskiego" w Pradze cze-
skiej jest jednym z dobrych skutków działalności
Jelinka i nowem ogniwem w łańcuchu przyjaznych
stosunków między pobratymcami. xl
Sienkiewicz w Paryżu.
W teatrze Sary Bernhard! odegrano zapowia-
daną oddawna przeróbkę sceniczną epopei Sienkie-
wiczowskiej „Ogniem i mieczem". Dramat wykroił
Maurycy Bernha.rdt, przygodny autor, i nie stwo-
rzył, oczywiście, dzieła wartościowego.
Ciężar gatunkowy sztuki przeniesiono do
strony dekoracyjnej, która wypadła pod każdym
względem świetnie. Wzorów udzielił p. Strzałecki
oraz Biblioteka polska w Paryżu. Stroje odtwo-
rzono podług albumów Matejkowskich i innych
ściśle historycznych dokumentów. Całość dzieli
się na jedenaście obrazów, skombinowanych z nie-
słychanym przepychem. Tylko fantazya Sary Bern-
hard! zdobyć się umie w dzisiejszych teatrach pa-
ryskich na taką zbytkowność. W akcie pierwszym
dano wyborną karczmę w Czehrynie oraz step
ukraiński z brzegami Dniepru. W drugim Rzę-
dzian spotyka się w karczmie zBohunem. Potem
Bohun wyrusza z Zagłobą do Rozłogów, gdzie
। trafiają na wieczerzę. Widzimy tu izbę stołową,
zbudowaną podług opisu Sienkiewicza. W obrazie
szóstym jesteśmy znowu na stepie, oglądamy prze-
cudny krajobraz. W dalszych obrazach, znacznie
już krótszych od poprzednich, przenosimy się do
obozu polskiego, a potem do futoru ukraińskiego-
W akcie czwartym Wołodyjowski i Zagłoba spoty-
kają się w zajeździe z Bohunem, który jedzie do
króla w poselstwie od Chmielnickiego. Niezmier-
nie malowniczy, piękny obraz tworzy dalej oblę-
żenie Zbaraża. Wreszcie, na zakończenie, w zna-
komicie odtworzonym zamku toporowskim, Skrze-
tuski, wracający do zdrowia, otrzymuje za swoje
trudy nagrodę. Publiczność francuska, dla której
wszystkie te cuda dekoracyjne były jednocześnie
informacyą historyczno-obyczajową, przyjęła sztu-
kę entuzyastycznie. Krytycy, nawet najsurowsi,
chwalą malowniczość układu. P. Guy Launay
w „Matin" pisze między innemi: „Szkoda, że
„Ogniem i mieczem" wystawiono nieco za późno,
w końcu października, po powrocie uczniów do
szkół, a może nieco za wcześnie, bo przed waka-
cyami noworocznemi. Pomimo to, ponieważ akcya
nie zatrzymuje się na wyjaśnianiu charakteru, po-
nieważ mamy jedenaście obrazów bardzo zwięzłych,
malowniczych i bohaterskich, sądzę, że stare dzie-
ci bawić się będą doskonale na tern widowisku.
„Ogniem i mieczem" jest rodzajem zajmującego
albumu dramatycznego." Adolf Brisson, sprawo-
zdawca dziennika „Temps," utrzymuje, że obrazy
sztuki, pomimo całej swej świetności, byłyby nieco
zimne, gdyby ich nie wiązała żywa fabuła.
„Łącznikiem tym jest Zagłoba. Patrzcie na
tę postać. Jest bardzo czcigodna i stara. Za cza-
sów starego Dumasa nazywał się Chicot, Coconas
i d’Artagnan. Miał obowiązek zapychać dziury
dramatu, prowadzić go wesoło do rozwiązania,
a po drodze bawić konceptami. Zagłoba nie po-
siada odwagi Chicota, chociaż w ostatnim akcie
zdobywa się na wybuch bohaterski; ale ma prze-
biegłość d’Artagnana, werwę Coconasa, a w do-
datku posiada okrąglutki brzuch, który go zbliża
do Falstaffa."
W „Gaulois" prócz krytyki sztuki znajduje-
my artykuł Stanisława Rzewuskiego o Sienkiewi-
czu i dramacie polskim w ogólności. Wszystkie
zresztą dzienniki podają krótki zarys działalności
literackiej Sienkiewicza.
Sprawozdawca „Gaulois" pisze, że Sienkie-
wiczowskie opisy bitew przypominają malownicze
obrazy z „Jerozolimy wyzwolonej" Tassa. Catul-
le Mendćs zachwyca się dekoracyami sztuki i wró-
ży jej długie powodzenie. Wszyscy zresztą spra-
wozdawcy twierdzą jednomyślnie, że tak wspania-
łych kostiumów i dekoracyi dawno nie widziano
na scenach paryskich. mp.
Na grobach.
Na grobach lampki płoną
W jesienny szary zmrok;
Tęsknotą wzbiera łono,
Opływa łzami wzrok,
I sercu tak żałośnie,
Taki w niem ból i żal
Po szczęścia złotej wiośnie,
Co uleciała w dal!
854
Z WYSTAWY SIMMLERA W T. Z. S. P. W WARSZAWIE.
Na grobach leżą kwiaty:
Miłości żywycłi znak
I ślą swe aromaty
W niebiosów szarych szlak;
Tym kwiatom na mogiłach
Tak smutno i tak źle,
Jak duszy, gdy wspomina
Niepowrócone dnie.
Na grobach klęczą ludzie,
Rozbitki życia burz,
O wskrzeszeń marzą cudzie,
O zmartwychwstaniu dusz,
O tern, że kiedyś, lecąc
Do zaświatowych bram,
Straconych ukochanych
Odnajdą znowu tam.
Na grobach, w sennej ciszy,
Płynącej z górnych sfer,
Stęsknione ucho słyszy
Tajemny jakiś szmer,
1 serce we łzach taję,
Śniąc blaski zgasłych zórz,
Głos znany rozpoznaje,
Co dawno ucichł już.
Na grobach ludzką postać
Przybiera szara mgła,
Twarz droga się wyłania,
Z jej źrenic płynie łza,
I szept cichutki wzlata,
Ból krwawy kojąc wraz:
„Tam w sferach pozaświata,
Najdrożsi, czekam wasl“
Or-ot.
EPILOGI.
Sstucsnn potrzeba.
Jak wiadomo, wszystkie warstwy społeczeń-
stwa naszego odczuwają w chwili obecnej cały
ciężar wielkiego przesilenia ekonomicznego, które
w ostatnich czasach doszło do punktu kulminacyj-
nego skutkiem wojny rosyjsko-japońskiej. Niema
dnia, ażeby nie ogłoszono jakiego bankructwa; nie-
ma dnia, ażeby tu i owdzie nie zmniejszono liczby
rąk roboczych z powodu ograniczenia lub zupeł-
nego zawieszenia produkcyi. Zdawałoby się, iż na
takiem ponurem tle życia ekonomicznego musi
obumierać wszelka inicyatywa w dziedzinie nowych
organizacyi. Tymczasem w naszych stosunkach
spostrzegamy znamienne, wręcz przeciwne fakty.
Oto w chwili, kiedy nietylko przedsiębior-
stwa przemysłowe, lecz nawet domy bankierskie
bankrutują, to jest takie przedsiębierstwa, które,
jak kapitan okrętu, toną ostatnie, pod ciężarem ban-
kructw innych, — w chwili takiej powstają u nas
nowe instytucye finansowe. Przed kilku tygodnia-
mi otwarto czwarte Towarzystwo wzajemnego kre-
dytu w Warszawie, a oto za parę dni będzie otwarte
jeszcze piąte!
Co to jest?
Wszakże instytucye tego typu dotkliwie od-
czuwają przesilenie, ograniczyły kredyt swoim człon-
kom i bokami robią, ratują się redyskontowaniem
weksli, pomimo iż jest to kategorya obrotów, przy-
nosząca najmniej zysków. Jakież więc czynniki
pobudzają ludzi do tworzenia nowych instytucyi
tego rodzaju?
Zajrzyjmy głębiej w nasze życie i stosunki,
a łatwo znajdziemy rozwiązanie tej zagadki. W spo-
łeczeństwie naszem rozwija się znamienna i nie-
bezpieczna choroba; gorączkowa dążność do wy-
twarzania nowych posad. Pewna grupa ludzi, któ-
rym się nie opłaca poprzedni sposób bytu, posta-
nawia zdobyć sobie posady: prezesów, wice-preze-
sów, dyrektorów, buchalterów i t. d. Ponieważ
trudno zdobyć stanowiska już zagrzane, trzeba więc
stworzyć nowe placówki. Nic łatwiejszego! Wy-
jednywa się zatwierdzenie nowego Towarzystwa
wzajemnego kredytu, zbiera się grupę członków
z pośród znajomych i otwiera się towarzystwo.
Posady są, ale jakie mogą być skutki spo-
łeczne i ekonomiczne takiej gorączki organizacyj-
nej? Przedewszystkiem zawsze się znajdzie pewna
grupa niezadowolonych członków dawniejszej insty-
tucyi, którzy przejdą do nowej. Ale ponieważ ci
wraz z członkami założycielami jeszcze nie dadzą
mocnych podstaw nowemu Towarzystwu, rozpocz-
nie się więc łapanie członków bez wyboru, którzy
w rezultacie mogą zarwać instytucyę i narazić ją
na upadek. Dawniejsze zaś, podkopane robotą kon-
kurencyjną, również stracą grunt pod sobą.
Przydałoby się więcej rozwagi i przezorności
w naszem życiu społecznem.
Zen. 1'.
Teatr, muzyka, sztuki plastyczne.
* Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych otworzyło
w pałacu swym zbiorowi) wystawę prac ś. p. Józefa
Himmlera. Króluje tu przedewszystkiem prześliczna,
wzniosła, pełna uczucia i poezyi kompozycya „Zygmunt
August u zwłok Barbary Radziwiłłówny". Obok tego
zgromadzono wszystko, co tylko udało się wśród pry-
watnych posiadaczów odnaleźć. Nie jest to jeszcze by-
najmniej całkowita puścizna po tak twórczym i pracowi
tym artyście, ale w każdym razie zbiór przedstawia się
poważnie i imponująco. Prócz obrazów historycznych,
są tu w znacznej bardzo liczbie doskonale, pełne wdzię-
ku i wyrazu portrety tego pierwszego z naszych kolo-
rystów; są także kompozycyc, studya i rysunki, wyko-
nane w różnych epokach jego działalności artystycznej.
Wystawę taką trzeba uważać jako hołd należny, złożony
pamięci artysty, który tak wysokie w sztuce polskiej za-
jął stanowisko i wielkie u budowy jej podstaw położył
zasługi. J.
* Komitet Tow. Zach. Sztuk Pięknych ogłosił
konkurs artystyczny im Józefa Kuryerowa z nagrodą
rub. 360, która przeznaczona będzie autorowi dzieła
z zakresu malarstwa, hib rzeźby, uznanego za najlepsze,
a osnutego na temacie polskim. W konkursie mogą
wziąć udział tylko artyści narodowości polskiej. Termin
nadsyłania dzieł upływa w dniu 15-ym marca r. p., r°z'
strzygnięcie zaś konkursu nastąpi w dniu 19-ym marca
r. p. Bliższych szczegółów udziela kancclarya Towa-
rzystwa. o
* Wydział Towarzystwa „Polska sztuka stoso-
wana” w Krakowie ogłasza XIII-ty z kolei konkurs,
tym razem na projekt urządzenia gabinetu męskiego-
Projekt winien być artystyczny i mieć charakter polski.
Charakter ten może być nadany zarówno przez użycie
motywów swojskich, jak i przez utworzenie rzeczy oryg1'
nalnej, t. j. przez wypowiedzenie się artysty polskiego
w swój własny sposób, bez zastosowania stylów histo-
rycznych i współczesnych obcych. Projekt składa się
z dwóch części: z umeblowania i z dekoracyi pokoju.
Nagroda za całość wynosi 900 koron. Termin nadsyła
nia projektów upływa w dniu 15-ym lutego 1905 roku.
Bliższych szczegółów udziela kancelarya Towarzystwa
(ul. Wolska 14 w Krakowie), o
Kolumna Mickiewiczowska we Lwowie.
Lwów, 30 października.
W chwili, kiedy część numeru naszego pis-
ma oddajemy już pod prasę, odbywa się
we Lwowie uroczyste odsłonienie kolumny_Mickie-
wiczowskiej. Dźwignięto ją na placu Maryackim,
zwanym dawniej Ferdynanda. Plac ten, położony
w samem śródmieściu, zdobiła przedtem studnia
z wdzięczną statuą M. B. Niepokalanego Poczęcia,
którą teraz przesunięto na róg Wałów Hetmańskich,
co umożliwiło wzniesienie na okazałej tej prze-
strzeni Mickiewiczowskiej kolumny.
Projekt pomnika wyszedł z łona Towarzy-
stwa imienia Adama Mickiewicza, utworzonego
przez Władysława Bełzę. Inicyatywę podjęło w ro-
ku 1897 liczne grono obywateli, na pierwszem ich
wszakże zebraniu, mimo gorące przemówienie
Adama Krechowieckiego, tak mało miano ufności
w pomyślność przedsięwzięcia, iż przewodniczący,
Władysław Łoziński, usunął się nazajutrz. Teraz
przystąpił do akcyi prof. uniw. dr Ludwik Ćwi-
kliński. Zakrzątnięto się około gromadzenia fun-
duszów, rozpisano już konkurs z wyrażnem żąda-
niem (na wniosek Krechowieckiego) pomnika
o motywach kolumny.
Nadesłane po roku 28 projektów konkurso-
wych roztrząsał sąd, złożony z 13-u estetów i po-
wag na polu architektury, rzeźby i malarstwa. Wy-
rokował też tutaj i Cypryan Godebski. Uchwała
w grudniu roku 1898 zapadła jednomyślnie: pierw-
szą nagrodę otrzymał Antoni Popiel, i jemu też
postanowiono powierzyć wykonanie pomnika.
Z ustąpieniem prof. Ćwiklińskiego rzecz
znowu utknęła. Utworzono więc nowe prezydyum
w osobach: prof. uniw. d-ra Bronisława Radzi-
szewskiego, znakomitego chemika i honorowego
obywatela m. Lwowa, dalej prof. uniw. d-ra Ro-
mana Piłata i głośnego powieściopisarza Adama
Krechowieckiego, jako zastępców przewodniczącego.
Obowiązki sekretarza objął p. Michał Rolle, dzien-
nikarz, skarbnika p. Kazimierz Zieliński, sekretarz
bankowy.
Nowe to prezydyum przystąpiło do pracy
nietylko z dobrą wiarą, lecz z wytężoną energią
oraz chwalebną gorliwością. Jeśli dziś kolumna na-
pawa dumą Lwowianina i stać się może godnym
objawem hołdu dla wieszcza, jest to w najwięk-
szej mierze zasługą prof. Radziszewskiego, które-
mu też sekundował wytrwale Krechowiecki. Ra-
dziszewski pomyślał przedewszystkiem o stronie
finansowej. W społeczeństwie ubogiem, „prze-
składkowanem,“ rzecz to zawsze najważniejsza.
Zdołał przecież prof. Radziszewski benedyktyńską
cierpliwością, boduenowskimi nieraz zabiegami
uzyskać od miasta kilkudziesięciotysięczny zasiłek,
reszty zaś dokonały ofiary publiczne, z różnych źró-
deł i w różnych formach płynące. Sam Krecho-
wiecki ukwestował do 25,000 koron.
Uzyskawszy nervus rerum, dopełnił Radzi-
szewski drugiej części zadania: przeprowadził
układ z artystą; wybra-
no i wywalczono plac;
wzięto się do wstęp-
nych robót. Były w
tej imprezie chwile ja-
sne, częściej wszakże
ponure, przygnębiają-
ce. Nieraz sądzono, iż
rzecz blizka już jest
upadku, i wówczas
wpływ Radziszewskie-
go kierował ją na po-
myślne tory, a gdy po-
święcono nareszcie ka- KOLUMNA MICKIEWICZOWSKA WE LWOWIE.
mień węgielny, gdy sprowadzać poczęto mate-
ryały, gdy na miejscu budowy zaroiło się od nie-
bieskich bluz robotniczych, ród niewiernych lwow-
skich Tomaszów po pięciu latach swego nieza-
szczytnego istnienia przepadł bez śladul
Kolumna mierzy wysokości 21 metrów od
ziemi do szczytu świecznika (znicza). Wziesiono
ją z granitu medyolańskiego z Baveno, obrobienia
zaś jej z surowego i opolerowania dokonała lwow-
ska stara pracownia Schimsera. Bronzy odlewała
czeska firma Scrpeka z Wiednia. Kolumna spo-
czywa na fundamencie systemu Hennebicque’a na
13 tu pilotach i dwu ławach betonowych, które to
roboty uskutecznili dobrze znani przedsiębiorcy:
Zacharjewicz i Sosnowski.
Do piedestału prowadzą 3 stopnie; kolumna
jest w porządku jońskim; kapitel, świecznik ubrany
bronzem też jońskie. Grupa wyobraża Geniu-
sza, zsuwającego się po kolumnie i podającego lut-
nię Mickiewiczowi. Poeta stoi zwrócony twarzą
do Geniusza. Jedną ręką podtrzymuje płaszcz,
drugą sięga po lutnię. Figura Mickiewicza mierzy
3 metry 30 centymetrów. Tu dodać należy, iż
plac Maryacki pojęto jako trójkąt i do jednego
z jego boków, najbardziej przez przechodniów
odwiedzanego (Hotel Europejski, Francuski), zwró-
cono front pomnika.
Jeszcze słowo o twórcy kolumny. Antoni
Sulima Popiel urodził się w roku 1865 w Szczako-
wej. Nauki gimnazyalne ukończył we Lwowie, po-
czem udał się do Krakowa do Szkoły Sztuk pięk-
nych, gdzie mu rękę do dłóta układał słynny Ga-
domski. Studyował następnie Popiel w Wiedniu
pod Hellmercm i w tamecznem Muzeum sztuk
i przemysłu pod prof. Koenigiem.
Powróciwszy w r. 1892 do Lwowa, objął
w tutejszej Politechnice asystenturę przy katedrze
rysunków i modelowania, na której stał wówczas
późniejszy teść naszego artysty znany rzeźbiarz,
Warszawianin, Leonard Marconi. Popiel wyruszał
też niejednokrotnie do Włoch pod niebo rzeźbiarzy.
Ostatnio zatrzymał się dłużej we Florencyi w pra-
cowni Manziniego.
Lwów liczy sporo prac jego dłóta. Więc:
Justitia w pałacu sprawiedliwości; figury alego-
ryczne, karyatydy i tympanon w teatrze miejskim;
pomniki Śniadeckiego i Ujejskiego; grupy na fron-
tonie nowego dworca i w Muzeum. Jego rzeźbą
jest piękny ołtarz w grobowcu Potockich w Łań-
cucie oraz pomnik Korzeniowskiego w Brodach.
W tej chwili kończy model pomnika Mickiewicza
dla Krynicy, około którego wzniesienia od lat kil-
ku krząta się Krechowiecki.
Lwów, jak wiadomo, jest miastem pesymi-
stów z zasady i krytyków a priori. Mimo to wi-
doczne z poza rusztowania fragmenty kolumny
powitał wyjątkowo sympatycznie. Sąd o rzeczy
całej należy zachować do ostatecznego opuszcze-
nia zasłony, z fragmentów bowiem trudno wyroko-
wać o dziele. Jest jednak nadzieja, iż rzecz sta-
nie się rzetelnym aktem pietyzmu wobec poety,
piękną ozdobą miasta
i chlubą dla swego
twórcy. TC.
ZŁOTE LISTKI-
„Niemasz już cnoty,
wiaryl fałsz dmie
z każdej strony! “
Zawołał z gorzkim ża-
lem złodziej okradziony-
A. Fredro.
Cnota sławą się płaci-
Jan Kochanowski.
869
ALE TARGOWE NA PI ACH WITKOWSKIEGO EASADA BOCZNA
WEDŁUG PROJEKTU INŻYNIERA HENRYKA GAYA
lainandzkiemu, Janowi van Eyck. O nim
wszystkie encyklopedye, uwzględniając daw-
ne tradycye, opowiadają, że jemu przypada
usługa wynalezienia farb olejnych, więc
•mnory w całej pełni zasłużone. A jednak
n,e- Najnowsze badania wykazały, że tra-
dycya była niedokładna. Ceniony badacz
historyi sztuki, M. Ch. Dalbon, w najnow-
szej swej książce, p. t.: Les Procćdćs cl
les origines de la peinture h 1’huile, wy-
kazuje, popierając swe twierdzenia dowo-
dami, znalezionymi w różnych archiwach,
Ze na długo przed zjawieniem się braci
Eycków farby olejne były już znane i uży-
wane. Dalbon zamieszcza odpisy dwóch
dokumentów, których autentyczność nie ule-
ga podejrzeniom. Pierwszy dokument to
kontrakt, zawarty w r. 1320 między hr.
Alahaut d'Artois a malarzem Piotrem z Bruk-
seli. W kontrakcie tym, normującym wa
rnnki wykonania obrazów dla pałacu hra-
biny
w Conflans, znajduje się między in-
nynii następujący ustęp: Obrazy te mają
być wykonane „w najlepszy sposób, w ja-
ki mogą być sporządzane malowidła—i
wszystkie te rzeczy powinny być malowane
arbami olejnemi." Drugi dokument ma
datę roku 1356. Jest to polecenie księcia
biormandyi, aby w jego zamku w Vau-
dreuil namalowano obrazy „delikatnemi far-
bami olejnemi." Wymowne dowody, że nie
byckowie byli pierwszymi, którzy inalowa-
nie n tempera porzucili, a chwycili za far-
by olejne. Twórca „Adomcyi mędrców",
ab znajdującej się obecnie w I uwrze
»Dziewicy u Rolin'a“ farby olejne według
albona tylko ulepszył, nie zaś wynalazł,
adacz francuski prostuje swoją książką
anowu jedną z historycznych pomyłek,
rzykre jest obdzieranie z nimbu tych,
1 Ofzy w jego blaskach jaśnieli, nawet
^pdy, gdy chodzi o fakt tak drobny, jak
kwestya: kto pierwszy zaczął malować far-
ratni olejnemi? lub wtedy, gdy korekcie
Podlega sąd o człowieku, który już dawno
nie żyje. (n.)
ZE ŚWIATA KOBIECEGO. W Lon-
Ynm zawiązało się stowarzyszenie pod na-
„Domestic Service Union", do któ-
pg° należą zarówno panie, jako też służące.
anie stanowią jeden oddział stowarzysze-
nia, służące—drugi. Każdy oddział wybie-
a komitet, którego przedstawicielki obra
uJą wspoinje Złe panie i złe służące by-
s wP'sywane na czarną listę. Stowarzy-
j nie cz,lw.a też nad unormowaniem płac
Warunków pracy oraz nad dawaniem za-
°móg służącym bez pracy.—W Stanach
Zjednoczonych zajmowało posady urzędowe
—od roku 1870 do r. 1890—414 kobiet.
Obecnie jest ich 4,875. Liczba dziennikarek
jest również znaczna: 888 (dawniej 35);
pracujących w sztuce stosowanej: 10,810
(w poprzednich latach 412); buchalterek:
27, 777 (dawniej- -9). k
Na kierowniczkę i zwierzchniczkę wiel-
kiego szpitala wojskowego wyznaczono
Amerykankę, dr Mac Gea. — Dr Ewa
Robertson została lekarzem przytułku ubo-
gich w Craiglockhardt, mimo iż o miejsce
to ubiegało się razem z nią dwóch lekarzy
mężczyzn. Zwycięstwo zapewnił p. R.
wyższy stopień naukowy.—P. Klara Zetkin
z Berlina wystąpiła z wnioskiem zupełnego
oddzielenia szkoły od kościoła i wykreśle-
nia wykładów religii z programu szkół lu-
dowych, a także z żądaniem wyswobodze-
nia tych szkół z pod przewagi klas rzą-
dzących, które wyciskają na nich piętno
służalczości.—Scottish liberał wanien's ma-
gazin podaje sprawozdanie o działalności
inspektorek sanitarnych w Dundee. W cią-
gu 1903 r. zwiedziły one 12,828 mieszkań
ubogiej ludności, zaprowadzając wszędzie
czystość i ucząc gospodynie przewietrzania
mieszkań. Inspektorki zajmują się również
dziećmi. Szkoły zawdzięczają im wyrobie-
nie w uczniach i uczennicach nawykniema
do porządku. Dla zaprzeczenia dowodze-
niom, że kobieta nie może być nurkiem
z powodu zbyt uciążliwych warunków tego
zajęcia, ogłaszają pisma angielskie nekrolog
zmarłej przed 40-u laty żony pewnego
HALE TARGOWE NA PLACU WITKOWSKIEGO. FASADA GŁÓWNA.
Według projektu inżyniera Henryka Gaya.
nurka, której życie całe przeszło na pracy
w głębinach morskich wraz z mężem. Raz
tylko dobyto ją stamtąd zemdloną, ale po
dwóch dniach przyszła do siebie i w dal-
szym ciągu oddawała się ulubionemu za-
wodowi. cw
FIZYCZNA PODSTAWA SNU.
Badania nad istotą zmęczenia i następnej
potrzeby snu doprowadziły do ciekawych
wyników. Jeżeli zastrzyknąć wypoczętemu
psu krwi psa zmęczonego, to pies zdrowy
zaczyna natychmiast uczuwać potrzebę snu.
Z tego powodu przypuszczają, że potrzebę
snu można połączyć z powstawaniem pew-
nych substancyi we krwi wskutek zmęcze-
nia. Ale nie dosyć na tern. Pewnem jest,
że komórki nerwowe mózgu inaczej wyglą-
dają w organizmie wypoczętym i wyczer-
panym. U zmęczonego zwierzęcia komórki
nerwowe są formy nieregularnej, ośrodki
ich większe niż zwykle, a oprócz tego
można w nich zauważyć puste przestrzenie.
Wreszcie—odkrycia tego dokonano w ostat-
nich czasach—u organizmów wypoczętych
znajdują się w komórkach nerwowych spe-
cyalne okrągławe ciałka, zwane od nazwiska
ich odkrywcy ciałkami Nissla. Ciałka te
u zmęczonego zwierzęcia zanikają. Na ich
miejscu zjawia się coś w rodzaju drobne-
go pyłu. Jedna z nowszych teoryi wsku-
tek tego twierdzi, że ciałka te, będące jak-
by zbiornikami energii życiowej, niszczeją
wskutek czynności ciała. Wytwarzają się
one podczas wypoczynku, podczas snu,
a zmęczenie byłoby skutkiem ich zanikania.
Ale tu nastręcza się pytanie: czy nastanie
snu ma swoją przyczynę w zanikaniu ciałka
Nissla, czy też w zjawieniu się pewnych
substancyi toksynowych we krwi? czy też
zanikanie ciałek Nissla znajduje się w pew-
nym związku ze zjawieniem się owych
substancyi toksynowych? Na pytania te
nauka jeszcze nie dała odpowiedzi, k
ZAPRZĄG ELASTYCZNY,
Przed trzydziestu laty wykazał uczony
francuski J. Marey, że ciągnąc jakiś przed-
miot ruchomy, np. wóz, za pomocą ciała
sprężystego, zaoszczędza się do 25% pracy
Zdawałoby się, że takie odkrycie powiąno
odrazu zdobyć sobie szerokie zastosowania.
Bynajmniej. Ludzie nie lubią najmniejszego
kłopotu i kosztu; to też nie myślą używać
sprężyny lub sznura gumowego de ciągnię-
cia pojazdów i wozów, skoro można je ciąg
nąć sznurem zwykłym. Że zaś koń, a cza-
sem i człowiek, ponosi przez to większy
wysiłek, nikt się nie troszczy. Dopiero nie-
dawno przypomniano sobie odkrycie Ma
reya, i to dzięki... wojnie. W artyleryi,
gdzie przewożenie armat stanowi sprawę
poważną, a szybkość jego decydować może
o losach rozprawy, żadnego ułatwienia lek-
ceważyć nie można. Rządy: duński, szwedz
ki, niemiecki, austryacki, a świeżo i fran-
cuski, zaprowadziły sprężyste zaprzęgi do
armat. Wyniki okazały się tak praktyczny-
mi,że obecnie pomyślano wreszcie o ciągnie-
niu sprężynowem przy wozach, powozach,
tramwajach, a nawet przy holowaniu stat-
ków. Zaprzęgi sprężyste nietylko oszczę
dzają 20 do 25% siły pociągowej, lecz nad-
to usuwają niemiłe szarpanie przy rusza-
niu z miejsca i wstrząśnienia w czasie
jazdy, ks.
WYSYCHANIE AFRYKI.
Jezioro Ngami, odkryte przez Livingsto-
ne’a, jak wiadomo, znikło z powierzchni
ziemi. Jak pisze Science, zostało już także
tylko kilka kałuż z jeziora Shirwa, odkry-
tego przez tegoż podróżnika w r. 1859.
Jezioro to miało 46 kilometrów długości
i 16 do 20 kil. szerokości. Z faktów tych
Science wyprowadza wniosek, że Afryka
środkowa wysycha, k
proces matyldy sera o, obwi-
nionej o nadużycie wpływowego stanowi-
ska męża swojego w celu wyłudzania od
różnych osób pieniędzy wzamian za obie-
cywane posady miejskie, skończył się zu-
pełnem uniewinnieniem głośnej włoskiej
autorki, której obecna w sali sądowej pub-
liczność urządziła po ogłoszeniu wyroku
gorącą owacyę. cw
870
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ni? 45
NAJDŁUŻSZĄ LINIĄ TELEFONICZ-
NĄ na świecie będzie projektowana obec-
nie pomiędzy Nowym Jorkiem a San Fran-
cisko. Liczyć ona będzie 5,000 kilometrów,
podczas gdy linia Berlin-Paryż ma tylko
1,200 kil., Paryż-Rzym— 1,600 kil. (linia ta
jeszcze nie jest ukończona), a Berlin-Marsylia
via Paryż—2,100 kil. Rozmowa pomiędzy
San Francisko a Nowym Jorkiem koszto-
wać będzie 60 franków za trzy minuty, k
PÓŁ MILIARDA NA SAMOJAZDY
I ROWERY.
Według obliczeń jednego z pism francu-
skich, w dniu 31 grudnia r. 1903 było we
Francyi: 1,310,223 rowery, 19,816 motocyk-
lów i 19,886 samojazdów, czyli że na
10,000 mieszkańców wypada 336 rowerów,
5 motocyklów i 5 samojazdów, lub inaczej:
1 rower na 30 mieszkańców, 1 motocykl
na 1,966, Licząc rower średnio po 175
franków, motocykl po 700 fr., a samochody:
14,340 większych po 10,000, a 5,546 mniej-
szych po 5,000, otrzymany stąd wynik, że
na owe sposoby lokomocyi wydano we
414,291,975 franków—blizko pół miliarda! k
eoo.ooo rozwodów naliczono w r. z.
w Stanach Zjednoczonych, czyli 1 rozwód
na 4 małżeństwa. Z tego p.wodu ducho-
wieństwo amerykańskie postanowiło poczy-
nić energiczne kroki przeciwko rozwedom,
których głównym powodem bywały zwykle
—nowe związki małżeńskie.
ZMARLI.
Lady Dilke, znana literatka angielska,
autorka cenionej we Francyi książki „Histoi-
re de la Renaissance artistiąue en France"
oraz licznych artykułów treści krytycznej
w czasopismach angielskich. Uchodziła też
za pierwszorzędnego mówcę. Krytyki jej
odznaczały się logiką, trafnością spostrze-
żeń i pięknym, jasnym językiem k
Polityka.
Na horyzoncie politycznym ubiegłego ty-
godnia prawie niepodzielnie, ze znacznym
uszczerbkiem nawet wojny na Dalekim
Wschodzie, panował sensacyjny zatarg ro-
syjsko-angielski. Wedle relacyi angielskich,
zajście miało przebieg tego rodzaju: w no-
cy na sobotę 22-go z. m. okręty eskadry
rosyjskiej, płynącej do Azyi Wschodniej,
przeglądając przy pomocy reflektorów morze,
oświetliły znajdującą się w pobliżu i zaję-
tą połowem flotylę małych parowców ry-
backich angielskich, poczem zaczęły do
nich strzelać z armat. Rybacy sądzili z po-
czątku, że to strzały ślepe, lecz wkrótce rze-
czywistość wyprowadziła ich z błędu: dwa
statki bowiem miały pójść na dno, kilka
innych odniosło mniejsze lub większe
uszkodzenia, z ludzi zaś kilku zabito, lub
raniono. Po dwudziestominutowem strze-
laniu eskadra popłynęła dalej. Admirał
Rożestwieński w urzędowym raporcie twier-
dzi, że strzelać był zmuszony, ponie-
waż dwa torpedowce nieznanej flagi pod
osłoną ciemności szły do ataku na główny
okręt jego oddziału. Inne drobne statki,
dostrzeżone w obrębie światła reflektorów,
starano się oszczędzać, jeżeli zaś mimo to
poniosły one straty, to admirał wyraża
głębokie ubolewanie, ale sądzi, że speł-
nił to, co mu nakazywał obowiązek. Pra-
sa i opinia publiczna angielska w pierw-
szych dniach po zajściu była silnie rozją-
trzona i wzburzona, postawa rządu groźna.
Admiralicya wydała rozkaz pogotowia mo-
bilizacyjnego, z kanału La Manche, z różnych
okolic morza Śródziemnego zaczęto ściągać
eskadry i koncentrować je pod Gibraltarem.
Temperatura polityczna przez jakiś czas
była mocno podniecona, umysły w napię-
ciu. Równolegle szły rokowania dyploma-
tyczne. Rząd rosyjski natychmiast w zasa-
dzie oświadczył się z gotowością zadość-
uczynienia, a dziś już mamy zupełnie wiaro-
godne doniesienia o tern, że porozumienie
między obu mocarstwami jest faktem. Ma
być mianowicie na podstawie konwencyi
łiaskiej zwołana komisya międzynarodowa,
której zadaniem będzie określenie istoty
faktu przez sformułowanie odpowiedzi na
następujące trzy pytania: 1) czy istniał jaki-
kolwiek powód do strzelania? 2) czy po-
wód ten był dany przez angielskie lodzie?
3) czy była jakakolwiek podstawa do po-
dejrzewania obecności torpedowców japoń-
skich? Komisya nie wyda żadnego wyroku,
gdyż rząd angielski poza zadaniem ściśle
śledczem zastrzega sobie swobodę postano-
wień dalszych. —W Austryi nastąpiła czę-
ściowa zmiana gabinetu, połączona z wido-
kami tymczasowego zapewne „uruchomienia"
parlamentu. Koerberowi udało się zawrzeć
z Czechami kompromis, na mocy którego
obiecują oni zaprzestać obstrukcyi w radzie
państwa wzamian za mianowanie mini-
stra czeskiego, za ustępstwa natury ekono-
micznej, np. upaństwowienie kolei północ-
no-zachodniej, przejęcie pasywów czeskich
kolei wązkotorowych przez państwo, budo-
wa kanału między Dunajem a Mołdawą. rc-
gulacya rzek i t p Jak dotychczas, wido-
mym znakiem istnienia tego projektu ugo-
dy, jest tylko fakt mianowania d-ra Jana
Kandy ministrem czeskim. Z dotych-
czasowych ministrów ustąpili: minister
skarbu Bohm-Bawerk i minister rol-
nictwa Giovanelli. Następcami ich są:
Manswet Kozel, dotychczas szef sekcyi, oso-
bistość politycznie neutralna (finanse) i hr,
Boucquoy, agronom niemiecki z Czech
(rolnictwo). W sposób interesujący zaryso-
wała się sytuacya wewnętrzna we Francyi.
Zaraz po otwarciu jesiennej sesyi parlamen-
tu, stanęła na porządku dziennym sprawa
kościelna. Liczne interpclacye domagają się
od gabinetu Combes’a, aby politykę swoją,
wyłuszczył otwarcie, rząd ze swej strony
przygotował się także z akcyą, mającą być
dalszym ciągiem poprzedniej, w perspekty-
wie więc ukazała się znowu zacięta walka
obozów o zasadę rozdziału Kościoła od
państwa. Aliści zaraz na początku sesyi
zabrał głos przewódca umiarkowanych re-
publikanów, Deschanel, i wypowiedział mo-
wę, którą ugodził wprost p. Combcs’a i je-
go gabinet, a pośrednio postawił swoją
kandydaturę do steru rządu. P. Deschanel
uznaje, że konkordat jest przestarzały, żc
nie odpowiada stosunkom dzisiejszym,
a przeto wymaga rewizyi; mówca nie od-
rzuca nawet zasady oddzielenia spraw ko-
ścielnych od państwa, czyni wszelako jed-
no zastrzeżenie: taka drażliwa : keya musi
być przeprowadzona z całą subtelną lojal-
nością, z uszanowaniem wszysłki: i.cz”ć
i przyzwyczajeń, a przeto nie moż. by
powierzona rządowi, który bezwzględnością
postępowania sam zaognił stosunki. Li-
kwidacyę stosunku kościelno-państwowego
musi przeprowadzić gabinet umiarkowany.
Centrum i prawica izby oklaskiwały mowę
Deschancla, jakby chciały zamanifestować,
że przyjmują kandydaturę ministeryal-
ną byłego prezesa izby deputowanych,
Tym sposobem stan rzeczy przybrał ta-
ką postać, że program Combes’a ma byc
wykonany, ale bez Combcs’a. Naturalnie,
prezes gabinetu będzie się bronił, ale wi-
doczne jest, że zręczna taktyka przeciwni-
ków utrudniła mu pozycyę. Na teraz izba
uchwaliła mu jeszcze wotum zaufania, lecz
większością nieznaczną, opozycya zaś nie
ustaje w akcyi. Nacyonaliści zdobyli zno-
wu materyał do napadu na ministra wojny,
któremu zarzucają protegowanie prądów ra-
dykalnych w armii. I tu minister, z któ-
rym gabinet zsolidaryzował się, zwyciężył
w izbie, ale tylko 4 głosami większości.
KSIĄŻKI 1 WYDAWNICTWA PG.RYODYCZNG,
KSIĄŻKI POLSKIE.
* Listy, które go nie doszły. Z 55
wydania niemieckiego tłom. A. Powojczyk.
(Warszawa. Nakł. A. Zonera. 1904. Str.
171 w 8-ce. Cena kop. 50). — Ta sama
książka w tłómaczeniu Jadwigi Miczyńskiej,
(nakł. księgarni H. Altenberga we Lwowie,
str. 232 w 16-ce. Cena rub. 1). —Przyzwy-
czajono nas do wiary, że prawda życia co-
dziennego jest brzydka, i dlatego kocha-
my tak bardzo prawdę poetycką. Szcze-
gólnie jednak wzrusza nas opowieść, która
mieści w sobie szczerą poezyę, a stanowi
jednocześnie zbiór faktów rzeczywistych.
Takim szczerym a mimowolnym poematem
są „Listy, które go nie doszły"—niewielka
książka, głośna dziś w całej Europie. Pi-
sała je wytworna, uczuciowa, szlachetna
Niemka, bez myśli, iż kiedykolwiek dru-
kiem będą ogłoszone. Jako osieroconą cór-
kę arystokraty, wydano ją za mąż za boga-
tego kupca który wkrótce dostał obłędu.
Umieściwszy męża w domu zdrowia, młoda
małżonka wyjechała z bratem, przedstawi-
cielem wielkiej firmy przemysłowej w da-
leką podróż. Przez jakiś czas, prawdopo-
dobnie podczas wojny japońskiej, mieszkała
w Pekinie i tam, na obiedzie w jednem
z poselstw, poznała człowieka, do którego
głębokiem a niezmiernie subtelnem zapała-
ła uczuciem. Po wyjeździć z Pekinu pisy-
wała do niego listy z Vancouveru, a potem
z Nowego Jorku. Żaden z tych listów nie
doszedł do rąk właściwych. Przyjaciel od-
bywał przez cały rok naukowo-artystyczne
podróże po Chinach, korespondencyę zaś
swoją kazał odsyłać do Szanhaju. Tym-
czasem rozruchy bokserskie znagliły go do
powrotu do Pekinu. Zapisał się w szeregi
ochotników i brał czynny udział w obro-
nie Suwangfu, gdzie zginął razem z 3,000
ukrywających się chrześcijan - Chińczyków
Przyjaciółka w tej samej chwili pisywała
do niego listy z Boy-View, żyła w śmier-
telnej trwodze i umarła, nie doczekawszy
się żadnej od przyjaciela wieści. „Listy,
które go nie doszły" odebrał z poczty brat
zmarłej i do druku oddał. Niema w nich,
oczywiście, jakiejś spoistej całości. Są to
dokumenty autentyczne, więc mają całkiem
przypadkową budowę. Wrażenia z podróży
i wyborne obserwacye z życia obyczajo-
wego w Nowym-Jorku mieszają się w li-
stach ze wspomnieniami osobistemi, ogrom-
nie delikatnie opisanemi. Książka wyszła
w dwóch polskich przekładach, co stanowi
jeszcze jeden przykład naszych smutnych
nieporządków wydawniczych.
* Helena Witkowska: Komisya Edu-
kaeyi Narodowej. (Warszawa. Nakładem
Księgarni Naukowej. 1905, str. 57 w 12-ce.
Cena kop. 40).—Zwięzła, doskonale napisa-
na historya instytucyi wychowawczej, która,
jak mówił jeden z naszych historyków,
„wzorową swą organizacyą, systemem szkol-
nym, skierowanym ku rozwojowi nietylko
umysłu, lecz i pierwiastków etycznych i hu-
manitarnych w młodcm pokoleniu", przy-
nosi chlubę naszym działaczom z drugiej
połowy osiemnastego wieku, była bowiem
„pierwszem w świecie cywilizowanym mi-
nisteryum oświaty". W krótkim czasie swej
działalności (od r. 1773 do 1794), Komisya
Edukacyjna zdołała przeprowadzić tak wiel-
ką i gruntowną przemianę całego systemu
wychowawczego w Polsce, że odczuwano
ją potem przez całe dziesiątki lat. Rozej-
rzawszy zasoby materyalne Komisyi oraz
programy szkolne, zaprowadzone przez nią,
autorka wyjaśnia znaczenie wybornie po-
myślanego „Towarzystwa do ksiąg elemen-
tarnych," istniejącego przy komisyi.
* Wł. Reymont: Komurasnki. Żałos-
na historya o pękniętem porcelanowem
sercu japońskiem. (Wydawnictwo redakcyi
Chimery. Warszawa. 1904, str. 21 w 4-ce.
Cena kop. 50) Reymont porzucił na chwi-
lę swych świetnych, potężnie żywiołowych
chłopów i zabawił się w sztukę syntetyczną.
Stworzył „dla Hality Lutosławskiej" szcze-
gólną bajkę o lalce japońskiej, zamkniętej
w witrynie sklepu paryskiego. Nie wiem,
czy Kalita zrozumiała istotę strasznej hi-
storyi pękniętego serca porcelanowego, opo-
wiedzianej wymuszonym stylem eklektycz-
nym; za to uważny czytelnik dozna przy
czytaniu „Komurosaki" niemałej uciechy:
zabawią go wszystkie płonne wysiłki wy-
rafinowania, wyrazy rozegrzane w... chłod-
nym ogniu, całe wreszcie gwałtowne wpę-
dzanie się w nastrój. Reymont posiada,
oczywiście, zbyt wielki talent, aby mógł
napisać rzecz złą, więc też i to dziwne
„somnium vigilantis" zawiera piękne stro
nice. Książka, jak wszystkie nakłady Chi-
mery—wydana wytwornie; zdobią ją winie-
ty Stanisława Dębickiego i rysunki zaczer-
pnięte z albumów Hokusaia.
* («uy dc Mniipnssnnt: Nowollc. (Te-
stament. — Normandzki figiel.- Mędrzec.
Parasol.—Order). (Przekład A. Strzeleckiego,
Warszawa. Nakładem A. G. Dubowskiego.
1905, str. 96 w 16-ce. Cena kop. 30)
Jeszcze jeden przekład całkiem zbyteczny-
Minęły już czasy, kiedy takie figle i takie
błahe, łobuzerskie gawędy zaliczano do
literatury. Maupassant, za życia i po śmier-
ci, posiadał śród szerokich kół naszej Pu‘
bliczności opinię pisarza nieprzystojnego-
Pracowali nad tern wszyscy tłómacze, wy-
bierając z jego utworów rzeczy najsłabsze-
Dziwić się trzeba, że p. Strzelecki, pisarz
poważny, dziś jeszcze, po latach, pomaga
do utrwalenia tej niesłusznej opinii.
* Jubileusz Niepokalanego l’oczęcJ«
Najświętszej Maryi Panny. Podręcznik
dla wiernych do korzystania w czasie nad-
zwyczajnego jubileuszu) Napisał ks. St B-
Warszawa. (Nakładem Dubowskiego, l-^14-
Cena kop. 15).—Książeczka ta może służyć
jako dobry przewodnik dla chcących korzy-
stać z jubileuszu. Zaleca ją dobry ukła
i styl. Są niewielkie braki: łaska (Niepo-
kalanego Poczęcia) nazywa się tu zaletą (?)•
Zbyteczna jest wzmianka w popularnej ksią
żeczce o materyalistach, racyonalistach i atc
uszach. Post, nie objęty spisem kościel
nym, nazywa się tu niewłaściwie dobrowo
nym. Dobre są „myśli pokorne", ale raZ*
zestawienie pojęć w wyrażeniu, że „Bot
ma nieubłaganą nienawiść do grzechu,
łość zupełnie odpowiada swojemu celowi-
Ks. Szkopowski-
Tygodnik ilustrowany 45
8h
całą historyę margrabiego de la Frcsnay,
który wyemigrował niegdyś do Anglii, wal-
czy z Francuzami pod Waterloo i spotyka
się na polu bitwy z własnym synem. Po
przejściu Berezyny, starzy „grognards' wra-
cają do Francyi i żyją wspomnieniami. Tu
ich poznajemy najlepiej; opowiadają wszy-
scy malowniczo i jędrnie. „La Grogne* nie
jest wybitnem dziełem sztuki, ale czyta się
bardzo przyjemnie.
* L. X. de Ricard ogłosi ciekawą Histoi-
re mondaine du second Empire, podług
notat „pewnej panny z Saint-Denis*. Rzad-
ko kiedy znaleźć można w pamiętnikach
tyle werwy i bezpośredniości wrażeń, co
w tej książce. Autorka żyła w blizkich
stosunkach z wielką damą dworu, miała
więc sposobność przyjrzeć się w jednym
głośnym salonie epoki, potem w Senacie,
w Palais-Royal, u króla Hieronima—całemu
towarzystwu pierwszych lat drugiego cesar-
stwa. Opowiada więc „wszystko, co usły-
szy, pochwyci lub czego się domyśli, za-
równo w święcie, któiy ją otacza, jak
w półświecie, o który się ociera.* Niektóre
stronice pamiętnika są ogromnie zabawne,
zwłaszcza te, które dotyczą rodziny cesarza
i jego narzeczonej.
* Nowe książki. H. de. Noussane: Lc
ueritable Guillaumc II. C. Dalbon: Lcs
ongmes dc la pctnlure h 1’huile. F. Bru-
netiere: Sur lcs chemins de la croyance
(premiere etape: 1'Utilisation du posivitisme).
J. Claretie: Projils du thćatre. T. Gom-
perz: Les penseurs de la Grece.—Le lwie
des Mille Nuits et wie nint (pierwsze do-
słowne tłómaczenie dra J. C. Mardrusa),
tom XV. L. Jailhade: Poeines aristo-
phrtncsgues (poezye). R. Bazin: Conles de
PRASA POLSKA.
Prawda: „Tołstoj i tołstoizm* przez Po-
sła Prawdy. — Ogniwo: „Żywe spoidła
zycia zbiorowego" przez L. Krzywickiego.
—Pizegląd Tygodniowy: „Co z nimi po-
cząć?* (próba wandalskiego burzenia poe-
tyckich legend) przez Ludwika Stasiaka.—
Pluszcz: „Obrazy z przeszłości niewiast*
przez Maryę Łopuszańską.—Przyroda-. Hen-
ryka Arctowskiego badania lodów antarktycz-
nych* przez Wacława Nałkowskiego.—Ni-
Polska-. „Filozofia czynu* przez Jerze-
8° Kurnatowskiego. — Gazeta rzemieślm-
CZa: „Pogadanki prawnicze* przez Józefa
Połczyńskiego. - -Wędrowiec: „Rabunkowa
Sospodarka* (o repertuarze teatru Rozmaito-
ści) przez J. A. Kisielewskiego.—Czytelnia
dla wszystkich: „O strażach ogniowych*
Przez Jana Wałcza.— Kurycr Warszawski:
»0 znaczeniu historyi literatury* (wykład
Wstępny prof. Józefa Kallenbacha w uni-
wersytecie lwowskim, d. 18 października
1904 r.). —Gazeta Polska- „Jeszcze Kor-
fanty*
przez Cz.—Gazeta Handlowa: „Ile
dopłacamy za nasze spożycie* przez Kaz.
Kasp.—Goniec-. „Z drogi" przez A Sygie-
tyńskiego — Słowo'. „Dach nad głową* nap.
Tentam.
FRANCYA.
ł G. d’Esparbes opiewał już w całym
szeregu powieści czasy wojen Napoleoń-
skich. Ostatni jego romans „La Grogne"
opisuje ostatnie dni świetnej epopei. Au-
tor przesuwa przed czytelnikami różne typy
starych wiarusów, którzy odbyli już kam-
panie Republiki i Cesarstwa. Napoleon
zria każdego z nazwiska i zwraca się ku
nirn na polu bitwy. Tu i owdzie wtrąca
d Esparbes dramatyczną opowieść, jak np.
Bomie Perrettc (romans). J. Aicard: La
legende du coeur (dramat w 4-ch aktach).
A. Savine: Rooseuelt intime. G. Lafene-
stre: Lcs primitifs a Bruges et a Paris
1900—1902—1904
* Czasopism ń. La reuue de Fart an-
cien et moderne: „Les graveurs du ving-
tieme siecle—Abel Truchet* przez H. Be-
raldi. W temże czasopiśmie znajdujemy
obchodzące nas bliżej studyum p. t. „Les
peintres de Stanislas Augustę: Norblin de
la Gourdaine* przez Fournier—Sarloveze.
Revue de Syntlrsc histoi ique: „L’enseigne-
ment superieur de 1’histoire* (ankieta re-
dakcyi); w temże piśmie—ocena nowej
książki Żyromskiego (profesora francuskiego)
p. t. „L’orgueil humain.* La Revue-. „Le
thćatre des marionnettes a Antinoe* przez A.
Gayeta; „Psychologie amoureuse* przez
Saint Georges de Bouhćlier. Noiwelle Ranie-.
„Bibliotheąue Nationale* przez E. Morela.
Ouinzaine: G. Blondel w artykule o współczes-
nym handlu francuskim stwierdza między
innemi, że Francya otrzymuje corocznie
z zagranicy 900,000 kilogramów zabawek
Reuue des deux niondes-. „Les fausses con-
seąuences morales et sociales du darwini-
sme" przez A. Fouillee; „Un nouveau vo-
lume d’Ada Negri (Maternitć)* przez E. Roda.
ANGLIA.
* Pani Robins ogłosiła niepospolitą po-
wieść p t. The Magnetic North Jest to
malownicza, pełna grozy historya kilku po-
szukiwaczów złota, którzy przedsięwzięli po-
dróż z Inkou do Klondyke. Za dużo tu
może szczegółów, ale ułożone są wszystkie
zajmująco i oryginalnie. W pierwszej czę-
ści, opis zimowania w kraju nocy podbie-
gunowej, w któiym autorka odsłania po-
nure tajemnice dusz swych bohaterów, wy-
wiera silne wrażenie. Wyczerpały się za-
pasy, dwóch więc z podróżników puszcza
się w dalszą drogę po lodach i śniegach.
Od tej pory opowiadanie staje się szczerze
dramatycznem, eposowem niemal. Wszyst-
kie ruchy, rozmowy, nawet chwile milcze-
nia podróżników—nabierają wielkiego zna-
czenia. Po tysiącu przygód, opisanych pro-
sto i surowo, podróżnicy przybywają do
Klondyke i—złota już nie znajdują. Nie-
ma złota dla tych, którzy się spóźnili... Po-
szukiwaczów nie zraża ten zawód—pójdą,
jak wszyscy poszukiwacze szczęścia, do in-
nego Eldorado.
* W Londynie wyszły niedawno z druku
dwa tomy komentarzy do Ewangelii, napi-
sane przez Sri Parananda, jednego z najwy-
bitniejszych współczesnych Hindusów. Au-
tor nazywa Chrystusa „mistrzem mądrości*,
w hinduskiem pojęciu wyrazu. Książki te
pobudziły grupę propagandystów do prze-
łożenia na hinduski Ewangelii św. Mateu-
sza i św. Jana, aby je rozszerzyć pośród
ludów Indyi.
* Nowe książki. E. Stratmeyer: Ame-
rican 'Myths and Legends. Lightner Wit
mer; Analitical Psychology. S G. Willi-
ams: History of Ancient Education; te-
goż autora: History of Mediaenal Edu
cation. A Roeder: Symbol Psychology.
W Londyme wydano: Rew Letters of Tho-
mas Carlyle. Duncan: Doktor Lukę oj
the Labrador (romans). J. Delaire: A-
round a Distand Star (romans naukowo-
fantastyczny). A. de Benyowsky: Memoirs
and Trauels (Londyn, 1904, str. 672 w 8-ce).
A Dictionary of the Bibie (wyd. przez
J. Hastings’a).
NADESŁANE.
EGZYSTUJE OD 1874 ROKU
ZEGARMISTRZ!
151, marszałkowska 151
„ Telefon 2.S9S
Ph
wvh°nom,etry ' zegarki precyzyjne. Duży
3 °r słynnej fabryki genewskiej (złotych
i srebrnych).
^®tek, Philippe & C. w Gene-
* Ch. E. Tissot w Loele
kieszonkowe, chronometry
praktvSk,P’ łt*esjEOnlt<»’*e budziki baid’,0
9arv iC ’ trwałc- srebrne i stalowe. Ze-
ki st°łovve, gabinetowe, ścienne budzi-
C • J"a*’cuchy i dewizki męskie
Wyli,-1. °arnsKie, złote, srebrne etc.
ł r ogromny, Ceny umiarkowano,
Gwarancya poważna.
Medal złoty w Paryżu
ni PUDER WENUS
leroi* slJbtelny, hygieniczny, po-
J^b£raL^Górskiego, Leszno 4.
Aforyzm.
Niejedna „fantazya* straciła dlatego swe
siły, bo chciała się... wspierać... rozumem.
Sirius.
Pierwszorzędne Biuro Nauczycielskie
JASIŃSKIEJ, Włodzimierska 19, w Warszawie.
1 Poleca Nauczycieli, Nauczycielki, Bony i Cu-
dzoziemki, które na żądanie sprowadza.
| gtteflmer i Wolff "'“j £
| J fortepiany,
| Pianina, Organy
Krakowskie-Przedm. 17.
£ranćkprix
Wystawa Powszechna 1900 r.
Bohater.
— Wczoraj dawano nowy dramat.
— Kto był bohaterem?
— Publiczność, bo wysiedziała na sztuce
do końca. Fliegende Blatter.
PASTILLES
DE
INDIEN
GRILLOM
Owoc przeczyszczający
PRZECIW
OBSTRUKCYI
We wszystkich składach aptecznych i aptekach.
Słynna ze swych własności anty-
septycznych i aromatycznych.
Do nabycia wszędzie.
i
872
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 45
WYDAWNICTWO TOW. AKCYJNEGO S. ORGELBRANDA SYNÓW
WARSZAWA
ZGODA Nb 7.
WARUNKI PRZEDPŁATY:
Dzieło „WSZECHŚWIAT i CZŁOWIEK” wy-
dane będzie w 100 zeszytach, obejmują-
cych po 2 do 3 arkuszy tekstu, obfi-
cie iłlustrowanego. Do zeszytów
tych dołączane będą liczne ta-
blice kolorowe, oraz podo-
bizny rysunków z dzieł
dawnych. Ogółem około
2000 illustracyi. Zeszyty
ukazywać się będą 1-go
i 15-go każdego mie-
siąca. Aby udostęp-
nić nabycie wspania-
łego tego dzieła jak
najszerszym kołom
społeczeństwa, ozna-
czamy w przedpła-
cie cenę zeszytu na
kop. —.40
z przesyłką pocz-
tową kop. — .50
Za nadesłaniem kop.
50, przesyłamy
zeszyt okazowy
WARUNKI PRZEDPŁATY:
Pp. Prenumeratorowic zprowincyi, dla których
przesyłanie nalcżytości na każdy zeszyt
osobno byłoby niedogodne i zbyt ko-
sztowne, prenumerować mogą całe
dzieło w dziesięciu seryncli po
10 zeszytów Cena jednej se-
ry i 4 rb., z przes. pocztową
rb. 4 kop. 50. Nadto ogła-
szamy jednocześnie pre-
numeratę na tomy. Tom
objętości około 20-tu
zeszytów, zbroszuro-
wany rb 8. oprawny
w płótno ze złocenia-
mi rb. 9. w ozdobny
półskórek rb. 9.50.
(Ogółem będzie 5
tomów). Zamówienia
i należytość na zeszy-
ty, serye i tomy upra-
szamy nadsyłać pod
adresem księgarni
JANA FISZERA
w Warszawie,
Nowy Świat 9.
PROSPEKT.
TREŚĆ
Z początkiem października r. b. rozpoczęliśmy wy-
dawnictwo wielkiego, wspaniałego dzieła p. t.
Wszechświat i Człowiek
które objąć ma dokładny obraz stosunków rodu ludzkie-
go do wszechświata i sił jego, oparty na historyi walk
bezustannych człowieka z przemożnemi potęgami przy-
rody, począwszy od pierwszych śladów, jakie pozostawił
w czasach przedhistorycznych, aż do czasów obecnych.
Jest to przekład głośnego wydawnictwa niemiec-
kiego p. t. „WELTALL und MENSCHHEIT", złożonego
z prac znanych w nauce i piśmiennictwie autorów, pod
redakcją Hansa Kremera w Berlinie.
WSZECHŚWIAT i CZŁOWIEK zaleca się wybor-
nem opracowaniem przedmiotu, a samą wytworu ością
i obfitością rycin, zwłaszcza tablic barwnych, uwagę
czytelnika przykuwa i zajęcie ciągłe podtrzymuje. Szcze-
gólną wartość przedstawiają liczne podobizny rysunków
dzieł dawnych, które przechowały się dotąd w niewiel-
kiej tylko liczbie egzemplarzy i dla ogółu zupełnie są
niedostępne. Wydanie dzieła tak okazałego stało się
możliwetn jedynie przy dzisiejszem udoskonaleniu spo-
sobów reprodukcyi rysunków i obrazów kolorowych.
Książka tworzy zarazem album artystyczne.
Przekład, dokonany przez p. Stanisława Kram-
sztyka, pozostanie wierny oryginałowi. Unikać będzie-
my wszelkich skróceń i przeinaczeń. Gdzie będzie po-
trzeba bliższych wyjaśnień lub uzupełnień, tyczących
się krajowych naszych stosunków, podamy je w przy-
pisach oddzielnych.
BADANIA SKORUPY ZIEMSKIEJ.
Powstanie ziemi. Wulkanizm i tworzenie się gór. Skamieniałości i historya ziemi. Działal-
ność geologiczna wody i wiatrów. Geologia stosowana, poszukiwanie źródeł i górnictwo.
SKORUPA ZIEMSKA I CZŁOWIEK-
Zasoby mineralne ziemi.
FIZYKA KULI ZIEMSKIEJ.
Pogląd historyczny. Magnetyzm i elektryczność ziemi. Przypływ i odpływ oceanu. Powloką
atmosferyczna ziemi. Objawy meteorologiczne.
POWSTANIE I ROZWÓJ RODU LUDZKIEGO.
Historya pierwotna i antropologia. Łączność człowieka ze światem zwierzęcym. Panowanie
smoka i ukazanie się zwierząt ssących. Małpy i ich stosunek do człowieka. Początek rodu
ludzkiego, jego rozprzestrzenianie się i technika krzemienia. Okresy lodowe i najdawniejsze
ślady kultury ludzkiej. Mieszkanie człowieka pierwotnego i początki techniki w okresie re-
nifera i mamuta. Szczątki kopalne szkieletu ludzkiego i wyróżnianie się plemion. Rozmaitość
plemion ludzkich w czasach obecnych.
POWSTANIE I ROZWÓJ ŚWIATA ROŚLINNEGO.
POWSTANIE I ROZWÓJ ŚWIATA ZWIERZĘCEGO.
BADANIA WSZECHŚWIATA.
Początki astronomii u narodów wschodnich. Astronomia Greków. Rozwój astronomii w wie-
kach średnich. Astrologia. Przekształcanie pojęć naszych o świecie przez badania Kopernika,
Galileusza. Keplera. Wpływ Newtona na badania dalsze wszechświata. Badania nowe i ich
środki pomocnicze. Wpływ rozumienia budowy świata na człowieka.
BADANIE SIŁ PRZYRODY.
Fizyka i chemia u najdawniejszych narodów oświeconych Wschodu. Fizyka i chemia u sta-
rożytnych narodów europejskich. Fizyka i chemia w wiekach średnich. Alchemiści. Fizyka
od Newtona do Watta, Galvaniego i Volty. Fizyka w okresie pary i elektryczności. Chemia
do czasów Lavoisiera. Chemia w wieku dziewiętnastym.
ROZWÓJ ZNAJOMOŚCI POWIERZCHNI ZIEMI.
Starożytność — Babilonczycy, Egipcyanie, Fenicyanie, Hindusowie, Chińczycy. Wpływ odkryć
geograficznych na kulturę czasów starożytnych. Badania w wiekach średnich. Czasy nowo-
żytne. Odkrycie Ameryki. Podróże morskie dokoła ziemi. Wyprawy do bieguna północnego
i południowego. Poznanie Afryki, Australii, Azyi środkowej, Azyi wschodniej, lądu północno-
amerykańskiego i południowo-amerykańskiego. Wpływ badań geograficznych na kulturę człowieka.
BADANIA MORZA.
Badania w starożytności i wiekach średnich. Wpływ okresu odkryć geograficznycli na znajomość
morza. Badania czasów nowyclt. Własności morza, rośliny i zwierzęta morskie, głębokość morza.
METODY KREŚLENIA KART GEOGRAFICZNYCH.
ZUŻYTKOWANIE SIŁ PRZYRODY NA USŁUGI CZŁOWIEKA.
Technika od czasów najdawniejszych aż do chwili obecnej, od najprostszych narzędzi człowieka
pierwotnego aż do potężnych i zdumiewających prac dzisiejszych, dokonywanych przy pomocy
pary i elektryczności.
WPŁYW ZNAJOMOŚCI PRZYRODY NA CIAŁO CZŁOWIEKA.
WPŁYW ZNAJOMOŚCI PRZYRODY NA UMYSŁ CZŁOWIEKA.
Ostatnie te działy dopiero w całej pełni dać mają miarę tej pracy olbrzymiej, jaką spełnił ród
ludzki przez pokonanie nieprzyjaznych potęg przyrody, którym w młodości swej bezsilnie
ulegał, a którym teraz rozkazuje i niemi rozporządza.
Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF
Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów
Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF
Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się.
JJo3BOJieHo Ęenaypoio, Bapmaisa, 15 OicTnCpa 1904 ro^a.
<Nb 46 Ogólnego zbioru Nr 2,349 12 listopada (30 października) 1904 roku
Tygodnik IhsUStrowanp
JÓZEF CHEŁMOŃSKI RYS. LEON WYCZÓŁKOWSKI
Pismo, które przez pół wieku blizko istnie-
je, ciesząc się wzrastającern poparciem
czytelników, nie ma potrzeby mówić o swoim
charakterze, kierunku i zadaniach.
Rozpoczynając nowy okres działalności
literacko-wydawniczej, pragniemy tylko poin-
formować naszych przedpłacicieli o tern, co
w roku przyszłym dla podniesienia wartości
Pisma zrobić zamierzamy.
Dział powieściowy będzie utrzymany na-
dal w dawnych rozmiarach i na dotychczaso-
wym poziomie. Z prac, które posiadamy w te-
ce, wymienimy
„CHŁOPÓW”
Władysława Reymonta.
Dwie części tej pracy (Jesień i Zima), uznanej
jednogłośnie przez krytykę za arcydzieło, dru-
kowaliśmy na szpaltach naszego pisma; od
Nowego Roku rozpoczniemy druk dalszych
ogniw cyklu, w którym autor odtworzył z nie-
porównaną plastyką i barwnością życie na-
szego ludu.
Prócz tego, obiecali nam swoje najnow-
sze prace: Bolesław Prus, Teodor Choiński,
Gustaw Daniłowski, Marya Rodziewiczówna,
Wacław Sieroszewski, Kazimierz Tetmajer, Ste-
fan Żeromski.
Z utworów poetycznych pomieścimy dzieła:
J. Balińskiego, K. Glińskiego, W. Gomulickiego,
Jana Kasprowicza, M. Konopnickiej, Miriama,
Orkana, Or-ota, Selima, L. Staffa, K. Tetma-
jera etc.
W dziale historycznym, literackim, kry-
tycznym, mamy zapewniony dalszy współ-
udział szeregu najwybitniejszych pisarzów pol-
skich, jak: S. Askenazy, W. Czermak, M. Du-
biecki, A. Kraushar, J. Kochanowski, W. Sobieski,
W. Tokarz, Ig. Chrzanowski, H. Galie, Józef Kal-
lenbach, Jan Lorentowicz, Ig. Matuszewski,
Ksaw. Sporzyński.
Rozszerzyliśmy też znacznie dział
Książek i wydawnictw peryodycznych,
informujący o ruchu piśmienniczym w kraju
i za granicą, a z rokiem przyszłym wydawać
będziemy miesięczne wykazy wszystkich no-
wych książek polskich, dające czytelnikowi
ścisły materyał bibliograficzny.
Oprócz artykułów wstępnych, w których
wytrawni publicyści będą omawiali zagadnienia
ogólno - społeczne, rozszerzyliśmy znacznie
874
TYGODNIK ILLUSTROWANY 46
dział, poświęcony ważniejszym objawom chwili
bieżącej u nas i u obcych, dążąc do tego, by
informacye słowne illustrować ile możności
reprodukcyami rysunków lub fotografią.
W każdym niemal numerze dajemy ko-
respondencye
Z Dalekiego Wschodu
z illustracyami
Z pola wojny
rosyjsko-japońskiej.
Zespolony ściśle z pismem, a zarazem
ważny dział stanowią dodatki książkowe, zawie-
rające beletrystykę oraz popularne, ale pou-
czające monografie, w których różne sprawy
donioślejszego znaczenia mogą być traktowane
szerzej niżeli w samym Tygodniku.
Dodatki nasze rozpadają się na dwie
serye. W pierwszej, niezależnie od
DALSZEGO CIĄGU UTWORÓW
SIENKIEWICZA,
rozpoczniemy niezwykle cennej wartości wy-
dawnictwo, jakiego literatura nasza dotychczas
nie posiada, a mianowicie:
Serya druga dodatków, niezależna od
pierwszej, złożona z 12 tomów rocznie, zawrze
DZIEŁA TREŚCI
już to oryginalne, już tłómaczone, z dziedzi-
ny sztuki, literatury, nauk społecznych, peda-
gogii i wychowania, nauki, filozofii i psycho-
logii, historyi, podróżnictwa, słowem ze wszyst-
kich prawie pól wiedzy i myśli ludzkiej.
Jako pierwsze tomy tej seryi pójdą:
„Listy z Japonii" r. Kiplinga.
„Historya sztuki polskiej"
napisana oryginalnie przez T. Jaroszyńskiego.
©
„Monografia o Napoleonie."
„Współczesna literatura skandynawska."
„0 styiu w sztuce" Juglara.
„Kłamstwo" Duprata.
„Logika uczuć" T. Ribota.
©
„Gry i zabawy dziecięce" F. Queyrata.
etc.
Co do działu artystycznego, to w szere-
gu prac oryginalnych zamieścimy niebawem
między innemi szereg rysunków, przedstawia-
jących: „Tańce narodowe" St. Batowskiego,
,.Ave Maria" i „Głowa rococo" Al. Gierym-
skiego, szereg typów kobiecych A. Kamień-
skiego, „Dziewczyna" i „Nimfy" Koeniga,
„Błędne koło," „Etap" i „Tobiasz" J. Mal-
czewskiego, „Śmierć Tęczyńskiego" i „Ko-
chanowski" Jana Matejki, „Judasz," „Grajek"
i „Rozpacz" E. Okunia, „Rysunki charakte-
rystyczne" St. Siestrzeńcewicza, „Taniec"
i „Czepiny" W. Tetmajera, „Wesele idzie"
Winc. Wodzinowskiego, „Kaiwarya," „Wiejscy
politycy," „Niedziela" i „Złudzenia" F. M.
Wygrzywalskiego.
Tygodnik illustrozvany będzie i nadal
pismem zapoznającem ogół ze sztuką polską,
i w tym kierunku stale idziemy naprzód, ze-
środkowując w naszej tece artystycznej wszyst-
ko, co szłuka polska wydaje. Prócz tego przy-
gotowaliśmy cykl rysunków, zapoznających na-
szych czytelników z najnowszymi prądami sztu-
ki europejskiej.
Reprodukcye kolorowe artystów polskich
będziemy pomieszczali zarówno w samym
tekście pisma, jak i na oddzielnych arkuszach.
Jako PREMIUM BEZPŁATNE damy
w r. p. reprodukcyę pięknego pastelu
L. Wyczółkowskiego
„Morskie Oko”
odbitą kolorami na grubym welinie.
„Dzieje porozbioruwe
narodu polskiego
w żywem słowie,”
zawierające obraz wypadków dziejowych, opi-
sanych przez najwybitniejszych świadków na-
ocznych w formie wspomnień i pamiętników,
połączonych z sobą zwięzłą rozumową wy-
kładnią.
Wydawnictwo to oprze się na materya-
łach, zupełnie szerokiemu ogółowi dotychczas
niedostępnych, przyczem będzie uwzględniona
zarówno strona epizodyczna, jak i obyczajowa
i społeczna naszych dziejów z doby ostatniej.
Wybór, zestawienie i połączenie w jedną
nieprzerwaną całość tego wydawnictwa wziął
na siebie historyk, Henryk Mościcki, poświę-
cający się specyalnie badaniom nad epoką
porozbiorową.
Cenne uzupełnienie seryi pamiętników
stanowić będą monografie historyczne, z któ-
rych jedną, o
Adamie ks. Czartoryskim
i jego działalności, pióra znanego historyka
Uniwersytetu Wileńskiego, d-ra Leona Bieliń-
skibp.', damy w I-ym kwartale r. 1905.
<r ' Na rok przyszły przygoto-
L waliśmy do obu seryi dodat-
ków wytwornsi oprawę w płótno angielskie, w ce-
nie rubli czterech za oprawę 24 tomów.
Słowem, prenumerator Tygodnika otrzy-
ma w roku 1905:
O Około 1000 kolumn tekstu
z 1200 illustracyami.
2) A > DODATKI
BEZPŁATNE
zawierające
<2 tomów SIENKIEWICZA
i „PAMIĘTNIKÓW"
oraz
tomów dzieł POPULARNO-
NAUKOWYCH.
3) Dodatek powieściowy
w arkuszach.
4) Premium kolorowe.
Czyli każdy prenumerator Tygodnika otrzy-
muje za stosunkowo nizką cenę rubli ośmiu
rocznie przeszło 130 arkuszy tekstu i illustrgj
cyi, oraz przeszło 260 arkuszy wydawnictw
książkowych.
Styczniowe dodat i książkowe za r. 1905
zawierać będą:
Tom 74 H. Sienkiewicza „Na marne."
Rudyarda Kiplinga ,. isty z 11 ponii" (jeden tom)-
W dodatku aikusz^wym:
Ha Caine „Syn marnotrawny."
875
ZAUŁEK PARYSKI
ALJTOAKWAFORTA
EDGAR CHAHINE
JÓZEF WEYSSENHOFF.
SYN MARNOTRAWNY.
POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA. Zastrzega się prawo przedruku.
XXXVIII.
płynęło od tych wypadków dziesięć dni
czarodziejskich. Dobry jakiś urok padł
na Chojnogórę i przemienił usposobienia jej
mieszkańców, nastroił do harmonii ich ideały,
Przeczarował całą atmosferę. Pan Maciej stał
pobłażliwym; pan Tadeusz kochał się we
V/£i polskiej; dowcip Tereni trochę przycichł;
Władzio znalazł dobrą partyę w pikietę ze
stryjem, który grał nieuważnie i przegrywał.
Romuald zbliżył się do Jerzego, zawarł z nim
'lawet domniemany traktat, zapewniający obu
gaciom osobne i niesprzeczne udziały w wiel-
kich widokach na przyszłość. Ponieważ zaś
1 Panna Paulina zaczęła stwierdzać zbawienny
wpływ Chojnogóry na charakter Estclli,
wszyscy byli zadowoleni. Takie niezamącone
harmonie między członkami dość licznej ro-
dziny, że są rzadkie i przelotne, dodawać nie
potrzeba.
Najtrudniej było określić, jak się czuje
w nowem życiu Jerzy. Poeta!... ten zawód
jest z natury swej pełen tajemnic. Można
było zmiarkować po niektórych słowach, po-
stawach i błyskach twarzy Jerzego, że pije
tutaj balsamy, które wkrótce bogatą jego du-
szę uzdrowią: odbywał kuracyę balsamów.
Często, gdy wieczór złocił niebo, a dzwony
gdzieś biły na Anioł Pański, a woda gdzieś
szemrała w młyńskich zastawach, a żaby... ale
' nas to nie doprowadzi do jasnego zrozumie-
nia, co właściwie działo się w dtiszy Jerzego.
On był poetą zupełnie nowego gatunku. Te-
raz te wszystkie kojące zjawiska przyrody
może nie zdołałyby odgoryczyć jego zatrutego
serca, gdyby na ich tle nie stanęła nowa i na-
der zajmująca postać Estelli. Estella miała
jedną wadę: była nietylko dozwolonym, ale
nawet niejako wskazanym Jerzemu przez ro-
dzinę celem życia i zapałów. Z drugiej zaś
strony była tak ponętna sama przez się, że
dramat poświęcenia dla niej dawniejszych
uczuć i pragnień stawał się łatwym, następnie
porywającym, a wreszcie i zupełnie poetycz-
nym.
876
TYGODNIK ILLUSTROWANY M 46
Estella śpiewa. Fortepian sprowadzono
nowy z miasta dla zastąpienia „muzealnego
łomotu.“ Jerzy słucha, patrzy i rozumie, że
kobieta, mająca głos tak dźwięczny i gorący,
musi mieć i piękną duszę.
— Słuchałbym cię tak całe życie.
— A nie! i ty musisz mi śpiewać, jeżeli
już mowa o całem życiu.
Nie pierwszy to raz Jerzy zadawał sobie
w duchu pytanie, jakiego tonu ma użyć w roz-
mowach z piękną kuzynką: czy zalecać się do
niej żartobliwie, grać na półsłówkach, na dwu-
znacznikach, czy też mówić o uczuciach
wzniosłych i demonicznych. Z Estellą próbo-
wał już trochę obu sposobów, i oba nie do-
pisywały mu tak, jak zazwyczaj. Musiał się
nawet dobrze pilnować, aby dorównać werwie
kuzynki, która każde słowo skierowane do
niej odrzucała wprawnie i łatwo, zarówno
drobną piłkę żartu, jak wielki balon, napeł-
niony mglistem uczuciem. Czasami nawet
balon pękał ku uciesze Estelli, a z mniejszem
zadowoleniem Jerzego. Ale te drobne niepo-
wodzenia taktyczne bynajmniej go nie zrażały,
owszem budziły w nim coraz szczerszy zapał
do podboju.
- Jakaś ty nowa, Stelli! Czy giest, czy
słowo, wszystko nowe w tobie. Tyle mam
wspomnień, a nigdy nie przywodzisz mi na
mvśl porównań.
— Oh! pas de cotnparaisons! je vous en
prie, lourkoii!
Mieli już nazwy dla siebie udzielne: on
jej mówił: „Stelli;" ona w rozmowie, oczywi-
ście francuskiej, nazywała go po polsku:
„Jurku."
— Właśnie mówię, że cię nie równam
z nikim. A jednak zdaje mi się, że cię znam
oddawna; jest coś blizkiego w tobie.
— Związki krwi, jak deklamuje Ro-
muald.
— Coś więcej. Zresztą jam do rodziny
nie podobny, ani ty także; więc jeżeli istnieje
między nami coś takiego, jest tylko nam
obojgu właściwe.
Estella już znowu brząkała akordy na
fortepianie, nie chcąc się widocznie zapuszczać
w metafizykę związków takich lub owakich.
Ale myśl jej, zajęta przedmiotem, dążyła swo-
jemi drogami do wniosków, szybko, po ko-
biecemu. Zwróciła się żywo do Jerzego:
— Słuchaj, Jurku: gdzie my będziemy
mieszkali?
Jerzy uśmiechnął się rozkoszme. Projekt
małżeństwa, choć wszystkim wiadomy, choć
wiszący, jak zapach w powietrzu, nie był
dotychczas przez młodą parę sformułowany.
Nagły zwrot Estelli ad rem uradował Jerzego,
dowodził mu bowiem, że dziewczyna myśli
o nim, a nadto, że jego sposoby przypodo-
bania się, choć nie zawsze efektowne, są na
ogół skuteczne. Odpowiedział skwapliwie:
— Mieszkać będziemy gdzie tylko ze-
chce twój ojciec, a przedewszystkiem ty.
— Naprawdę? Nie w Chojnogórze?
— Nigdy! Ja tu oddawna nie bywam.
— I naprawdę nie jesteś do nich po-
dobny?
— Sama osądź.
Spojrzeli sobie zblizka w oczy. Twarz
Estelli powlekła się bladością i wyraziła na-
miętny pęd do zapalających się szybko w głów-
ce zamiarów. Ten pęd odrazu stał się poto-
kiem słów gorących:
— Więc pojedziemy jesienią do Biarritz.
— Z prawdziwą rozkoszą.
— A potem trochę do Paryża, do papy.
Potem na Rivierę.
— Jak rozkażesz.
— Albo... pojedziemy odrazu przez Kair
do Indyi.
— Oddawna tam się wybieram. Cóż
dopiero z tobą, Stelli!
— A nie chcialbyś polować na lwy?
— Jak to? także razem?
— Naturalnie. Ja umiem strzelać.
— Dobrze więc. Tylko... nie powiedzie-
liśmy sobie jeszcze, jakiem prawem we dwoje
podróżować będziemy...
— A prawda! — zaśmiała się ponętnie
Estella.
Odwróciła się do fortepianu i znów za-
częła śpiewać.
Jerzy siedział bardzo blizko przy niej.
Mrok zapadał klasyczny. I stało się, że się
melodya urwała, ż.e śmiechy zniżyły się do
gorących szeptów, a Estella skłoniła posłuszną
głowę na ramię Jerzego.
— Jeszcze, Jurku, jeszcze...
Opiekuńcze duchy Chojnogórskie uśmie-
chały się do tych zalotów, otaczały je cichem,
przychylnem wspólnictwem. Gdy jednak po-
rozumienie się dwojga młodych przybrało
charakter zbyt poetyczny, troskliwe duchy za-
trzepotały skrzydłami, zlatywały się po dwa,
po trzy lub wszystkie razem, na narady.
Wkrótce wynikła następująca stanowcza roz-
mowa.
Stryj Tadeusz znalazł się z Jerzym w par-
ku, w miejscu ocienionem i zacisznem.
— No, Jerzy, nic mi jakoś nie mówiłeś
dotychczas o swych sprawach sercowych.
Jerzy oczyma i ustami wykonał taką ja-
kąś gamę zadziwień, tłumionych boleści,
uśmiechów do słońca, że nawet stryj, znawca
serc ludzkich i rodzinnych, nic nie zrozumiał.
— Cóż? nie chcesz ze mną gadać? Po-
winienbyś wiedzieć, że my dwaj możemy
z sobą rozmawiać swobodnie. Jam dużo
przeżył i dużo rozumiem; ty jesteś najzdol-
niejszy z młodego pokolenia.
— Mam też do stryja nieograniczone
zaufanie.
— A więc...
— Więc poszedłem za jego radą, daną
mi wówczas na jachcie przed odjazdem
z Nizzy.
— Poszedłeś?... hm... Opowiedz mi to
trochę bardziej szczegółowo.
— Błąkałem się po świecie... walczyłem
z porywami, które po namyśle uznałem za
niewczesne i nie do urzeczywistnienia. Ale
odkąd przezwyciężyłem swoje uprzedzenia
i wszedłem znowu w ten dom, opromieniony
teraz jakby nową zorzą, czuję się tak dziw-
nie... tak mi jakoś młodo i zdrowo na sercu.
Stryj Tadeusz patrzał na Jerzego z u-
śmiechem przyjaznym; dawał głową i oczyma
lekkie znaki potakujące, wesołe, trochę iro-
niczne. Aż przerwał mu wymowę:
— Mój kochany, przywykłeś rozmawiać
z kobietami; nieźle mówisz. Ale ja, widzisz,
jestem stary praktyk i wiem, że o rzeczach
prostych najlepiej mówić poprostu.
Słucham stryja - rzekł Jerzy ceremo-
nialnie.
— Nie potrzebujesz przystępować do
mnie, jak do ołtarza, ani jak do sędziego, ani
jak do ojca. Jestem poprostu twym przyja-
cielem i mam ci do przedstawienia układ,
który nas obu żywo obchodzi. Ale nim się
porozumiemy, pozwolisz, że ci postawię kilka
zapytań. Najprzód: jak zakończyłeś swe obra-
chunki z wdową?
— Ona sama zerwała.
— Tem lepiej. A nie starałeś się odtąd
o nawiązanie z nią stosunków?
— Nie mogłem nawet. Rozstaliśmy się
ostatecznie.
Stryj wpatrzył się przez chwilę w Jerze-
go i doznał zadowolenia z przeglądu jego
twarzy. Nabrał humoru.
- No, a cóżeś począł z całym twym
serajem? Piękna Fernanda dużo cię koszto-
wała?
— Nic wcale, stryju. Przegrała mi kilka
tysięcy franków w ruletę, to wszystko.
— E?... Zawsze tam jakieś upominki,
kwiaty?...
— Tak, trochę kwiatów.
— Toś ćwik, mój chłopcze. A pani dc
Nielles?
— Pani de Nielles?!
— Mówiono mi, żeś i ją sprowadzał do
jakiejś kryjówki w Monte Carlo.
Ani mi się śniło. Najprzód, nieładna.
— Owszem, ładna kobietka z rodzaju
nerwowych, z odmiany tych, które stworzone
są na brunetki, a wykończone na blondynki—
Więc nie? A tamta dawna... jak-że się nazy-
wała?... Karolina, zdaje się?
Jerzy zmarszczył się i oczy przymrużył,
jakby się wpatrzył w coś bardzo oddalonego-
Potem niby westchnął, niby coś przełknął
i pokiwał głową z rezygnacyą. Tadeusz rzeki
szorstko i poufale:
— Ej, przyznaj się, że nie wiesz, co się
z nią stało.
Po krótkim namyśle Jerzy zaśmiał się
serdecznie.
— Ze stryjem to warto gadać!
— A widzisz. Teraz jednak posłyszysz
trochę morałów—o! nie z tych, którymi cię
tutaj karmią od dziecka—morały moje są na-
tury praktycznej.
— Wszystko, co stryj mówi i radzi, trafia
mi łatwo do przekonania.
— A zatem—czas, mój chopcze, abyś
swój sposób życia uregulował, pomyślał o po-
żytku, nietylko o przyjemności. Czas się
żenić.
Jerzy doznał olśnienia. Rada niezależ-
nego od rodziny stryja była identyczna z za-
sadniczymi pomysłami reszty rodziny, doga-
dzała przytem wszystkim na teraz pragnie'
niom Jerzego. Różne i sprzeczne dotychczas
DZIEWECZKA ŚREDNIOWIECZNA
DZIEWECZKA ŚREDNIOWIECZNA
STANISŁAW PSTROKOŃSKI
STANISŁAW PSTROKOŃSKI
880
ARTUR GRUSZECKI.
SŁOMIANY OGIEŃ.
16
Spojrzał na nią. Szła przyśpieszonym kro-
kiem, a na jej wyrazistej twarzy malował
się niepokój; drażniła ją bowiem myśl, że on
będzie jej towarzyszył przez miasto, aż do
domu.
— Niech pani daruje mej gadatliwości,
ale żyję tak samotny, że mogę zapomnieć
mówić... i dzisiaj pozwoliłem sobie nadużyć
cierpliwości słuchu pani.
— Ależ nie! — odpowiedziała tonem
uprzejmym: — dowiedziałam się ciekawych
rzeczy.
— Gdym zaspokoił ciekawość pani, —
uśmiechnął się — pozwoli pani, że ją pożeg-
nam. Pani idzie na Starowiślną, ja w inną
stronę.
Wyciągnął rękę, podała mu swoją, a gdy
zniknął na zakręcie bocznicy, pomyślała:
— Pamięta mój adres... Dlaczego jed-
nak nie odprowadził mnie?
Czy chciał mi tern dać dowód swej de i-
katności, czy znudził się ze mną? To nie jest
jednak pospolity zjadacz chleba, chce czegoś
w życiu, pragnie, ma jasno wytknięty cel.
Jaka szkoda, źe nie mam zdolności arty-
stycznych!... mogłabym zapełnić sobie życie ca-
łe, podobnie jak on...
Czy też w rozmowie z nim okazałam się
bardzo głupią?...
W myśli przeszła treść wygłaszanych
zdań, i przyszła do przekonania, że jej słowa
były banalne, najzwyklejszy szablon towarzy-
skiej rozmowy... On był taki oryginalny, jak
prawdziwy pan, nie dbający o wydatki: rzucał
hojnie świetne myśli, dźwięczne frazesy...
I taki jednolity w swem umiłowaniu sztuki...
Jaki był zabawny, gdy chciał ją poprowadzić
nad Wisłę, by widziała grę światła!.. Uśmiech-
nęła się.
Jednak jaki on inny, różny, lepszy od
spotykanych mężczyzn! Ani słowa, nawet
spojrzenia na jej twarz, oczy, ubiór, tylko
wówczas, gdy mówił o swym obrazie, powie-
dział, że ona nadaje się na królowę.
To byłoby jednak przyjemnie, gdyby na
jego obrazie, a pewno będzie bardzo piękny,
była ona sportretowana, jako Wanda legen-
dowa.
Jednak nigdy pozować mu nie będzie,
chociażby ją prosił najusilniej...
I jak błyszczały jego oczy, twarz szla-
chetniała, głos miał tony szczere i głębokie,
gdy mówił o sztuce, o Wandzie, pokazywał
krajobraz i Wawel!
On musi być wielkim artystą... To dziwne,
że dotychczas nie spotkała się z jego nazwi-
skiem...
Zaśmiała się cichutko, przypomniawszy
sobie, że nazwiska jego nie zna, wie tylko
imię: Zygmunt.
Jutro on będzie malował dzieci w schro-
nisku, i ona również przyrzekła przełożonej
przyjść po południu, i znów mogą się spotkać.
Nie, to niemożliwe... to będzie wyglądało
na rozmyślne szukanie jego towarzystwa, na
jakąś chęć schadzki. Aż się zarumieniła, bo
gdzieś bardzo głęboko i niewyraźnie zamigo-
tała w niej chęć ujrzenia go i porozmawiania.
Z oburzeniem odtrąciła tę myśl i postanowiła
pójść rano przed jedenastą do schroniska, by
dowiedzieć się, czy ksiądz spowiednik ze-
zwolił doroślejszym dziewczynkom na pobie-
ranie od niej lekcyi historyi i geografii.
Uspokojona co do spotkania się z nim,
będąc blizko domu swego, pomyślała z uśmie-
chem zadowolenia:
— Co też ciocia powie, że spotkałam
swego obrońcę?
IX.
Na drugi dzień Wandzia w zwykłej, gra-
natowej sukni wyszła dość wcześnie z domu,
by zdążyć ze Zwierzyńca na godzinę jedena-
stą do biura kobiet.
Rozmyślała w drodze, w jaki sposób
możnaby pomódz schronisku temu: możeby
zarządzić składkę, może ogłosić w dzienni-
kach, albo dać seryę odczytów na ten cel?
1 zakłopotana temi myślami, weszła na po-
dwórze schroniska, ciche i puste o tej porze.
Zaledwie uszła kilka kroków, gdy z za
węgła domu od ogrodu wyszedł malarz,
i kłaniając się nizko kapeluszem, zawołał
wesoło:
— I pani tutaj?
— Ach, to pan!?— mówiła zaczerwienio-
na, podając mu rękę:—sądziłam, że pan ma-
luje dzieci po południu.
— A ja miałem to przekonanie, że pani
przyjdzie tu również dopiero po południu —
uśmiechnął się.
— Czy mogę widzieć się z przełożoną
zakładu?—spytała, by przerwać tę rozmowę.
— Obecnie zakonnik katechiznmje dzieci,
i przełożona jest niewidzialna. I ja czekam
również na swoje modelki.
— I długo to potrwa? — mówiła z lek-
kim niepokojem w głosie.
— Nie wiem, może kilka minut, może
kwadrans... Dla zabicia czasu możemy space-
rować.
Szli obok siebie w milczeniu, które on
przerwał, mówiąc swobodnym tonem:
— To jednak zabawne, że oboje chcie-
liśmy uniknąć spotkania i oboje zeszliśmy się
o jednej porze.
— Tak, to prawda,—powiedziała cicho -
ale nie spodziewałam się...—zawahała się za-
czerwieniona.
— Że i ja nie chciałem spotkać pani?...—
zaśmiał się wesoło. — A jednak tak jest.
Spojrzała z zapytaniem w pięknych
oczach.
— Uważa pani, wczoraj przy pożegnaniu
spostrzegłem, że moje towarzystwo robi pani
przykrość... więc wołałem się wyrzec własnej
przyjemności, byle te dzieciaki mogły oglądać
panią. Dla nich zjawienie się gościa jest nic-
tylko milą przerwą jednostajności, ale pani
zaznajamia je z innym światem, eleganckim,
bogatym, wytwornym... i jakże tu było po-
zbawiać je tej przyjemności?...
— Więc pan lubi te dzieci, myślał pan
o nich... poza swem malarstwem—uśmiechnę-
ła się.
— Któżby nie lubił takich stworzonek
małych, głupiutkich, wesołych!...
— Czy wesołe? wątpię. Tu panuje ry-
gor klasztorny, i ona wydaje mi się dość su-
rową—mówiła ważąc każde słowo.
— „Wielkie pomylenie," jak mówi jedna
z poetek—śmiał się, gestykulując''żywo ręko-
ma:—tę kobietę opętała mania życia, musiała
ratować sieroty, i to z dobrego, współczujące-
go serca, bez śladu jakiegokolwiek interesu
osobistego, tylko w myśl religii wyznawanej
przez siebie. I oto przyszły na nią wątpliwo-
ści, jakieś urojone obowiązki surowej poboż-
ności... i widzę, jak jej dobre serce walczy
z naleciałościami bezwzględnego potępienia
grzechu... To najlepsze, że o ile widziałem, za-
wsze serce bierze u niej górę.
— Tak? A wie pan, nic spodziewałam
się tego—aż przystanęła zdziwiona.
— Ona je kocha, pieści, radaby im nie-
ba przychylić, i te swoje uczucia „samolub-
stwa i słabości“ potępia... lecz niech które za-
choruje, poskarży się, wówczas giną restryk-
cye i biedzi się, martwi, żałuje, jak prawdzi-
wa matka.
— Ależ to bardzo zacna i szlachetna ko-
bieta!—rzekła z uznaniem.
— Tak, tylko jej dwoistość wprowadza
w błąd chwilowy. Ona, jak zwykle każda ko-
bieta,rnie umie pogodzić wymagań rozumowa-
nych z uczuciowemi.
— O, przepraszam! — powiedziała dość
cierpko:—uogólniania są zwykle fałszywe; przy-
najmniej w tym wypadku. Znam kobiety zu-
pełnie zrównoważone.
— Może... może... ale ja nie spotkałem
dotychczas takiej—uśmiechnął się ironicznie.
— To nie dowód, że takie nic istnieją.
— Hm... zapewne... chociaż...
— A co pan sądzi o kwestyi kobiecej?—
spytała z żywością, patrząc mu w oczy śmia-
ło, poczuła się bowiem nagle członkiem Klu-
bu, walczącą o prawa kobiece.
— Co ja myślę o kwestyi kobiecej? —
spojrzał na nią, chwilę się wstrzymał i rzekł:
—Kwestya kobieca dla mnie to albo taka Wan-
da, symbol piękna, czystości, uroku i wdzię-
ku wiosny; albo wiedźmy z Makbeta, a za-
wsze są to plamy w obrazie, jasne lub ciemne,
stosownie do kompozycyi.
— Pan chyba żartuje!?—zawołała podraż-
niona:—nie pytam o obrazy pana, ale z punk-
tu społecznego.
— A wie pani...—powiedział tonem szcze-
rości nigdy nic zastanawiałem się nad tern.
Patrzę się na nic, czasem podobają mi się,
czasem nie... hm... a w gospodarstwie spo-
łecznem są równie potrzebne i konieczne, jak
mężczyźni.
881
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 46
— Nie idzie o gospodarstwo społeczne,—
uśmiechnęła się lekceważąco—lecz o prawa ko-
biece.
— Prawa?—spojrzał na nią zdziwiony—
ależ ja znam jedno prawo, najwyższe dla mnie:
obraz musi być dobrze skomponowany, lo-
gicznie oświetlony, zharmonizowany i wyra-
żać jasno myśl artysty... a wszystkie inne pra-
wa zostawiam adwokatom, sądom, trybunałom
> jak się tam nazywają.
Patrzała na niego badawczo, podejrzewa-
jąc, że on z niej żartuje, ale z twarzy jego
bila taka szczerość dziecinna, że uśmiechnęła
się i rzekła:
— Z pana jednak dziwny człowiek.
— Dziwny? Niby jakiś dziwoląg, czy
potwór?... 1 znów myli się pani, podobnie jak
względem przełożonej schroniska: jestem tylko
sobą i wypowiadani szczerze swoje ja.
1 pana naprawdę nie obchodzi walka
kobiet o swoje prawa społeczne i polityczne?
-spytała z niedowierzaniem.
— Nic a nic, proszę pani, przynajmniej
do chwili, póki padają słowa i frazesy... Po-
trzebuję, proszę pani, faktów i np. przed taką
przełożoną schylam czoło, bo ona jest czło-
wiekiem czynu.
Po chwilowem milczeniu spytał:
— Czy pani przyszła dziś znów z od-
wiedzinami do schroniska.
— Nie... Chciałam uczyć podrastające
dziewczyny... ale to ma zdecydować zakonnik.
— A, ma pani uczyć?! To dobrze, bar-
dzo dobrze, należy tej kobiecie pomódz...
Pochwała ta ucieszyła Wandzię minio-
Woii i spojrzała na niego z pewną wdzięcz-
nością.
— Jeśli pani będzie przyjęta za nau-
czycielkę, z konieczności będziemy się spoty-
kali, bo muszę korzystać z pogody, by na-
szkicować swoje małe modelki.
Drzwi domu otwarły się ze skrzypem,
wybiegły dziewczątka z hałasem, a tuż za nie-
mi wyszedł zakonnik, Dominikanin w białym
habicie, z twarzą łagodnie uśmiechniętą, i prze-
łożona schroniska, mniej sztywna, aniżeli
Wczoraj, przyglądająca się bacznie stojącej
Wandzi i malarzowi.
Po przywitaniu Dominikanin spytał to-
nom uprzejmym:
— Państwo znacie się z sobą?
— Tak jest— pospieszył malarz: pani
mieszka ze swoją ciotką, na Starowiślnej nu-
mer 12.
— A, to w pobliżu naszego klasztoru —
1 jakby dla utrwalenia w pamięci powtórzył
Posłyszany adres.
Następnie zwrócił się do Wandzi pytając
z uśmiechem łagodnym:
— Zatem pani raczy ofiarować kilka go-
dzin tygodniowo naszym sierotkom?
— Tak jest... pragnęłabym być uży-
tcczną.
— Bardzo pięknie... czy nie zna pani...
' tu wymienił nazwiska kilku pań, wśród któ-
rYch dwie były jej znajome.
Zakonnik, dowiedziawszy się o tem, prze-
mówił łagodnie:
— Jeśli pani ma intcncyę stałą, niech
Pani spróbuje uczyć te sieroty. Będzie to
chrześcijański uczynek, ale spełniać go trzeba
ty myśl naszej świętej wiary i Kościoła.
— Dziękuję ojcu dobrodziejowi za ten
dowód zaufania- powiedziała zarumieniona.—
Ja mogę tylko trzy razy tygodniowo udzielać
po godzinie.
— To już do mnie nie należy, nie mie-
szam się do tego... pani zechce się ułożyć
z przełożoną—a zwracając się do Petryckiego,
rzekł: —Cóż, panie malarzu, obraz postępuje?
— Zwolna, ale idzie.
— A, to chwała Bogu... bo widzi dobro-
dziej my z przełożoną mamy wielką prośbę.
— Pan już taki łaskaw na nasze sierot-
ki,—mówiła miękkim głosem przełożona — że
chyba nie odmówi...
— O cóż idzie?—spytał zdziwiony.
— To schronisko — rzekł zakonnik—zo-
staje pod szczególną opieką patrona na-
szego zakonu, św. Dominika. Z powodu ubó-
stwa mamy tylko niewielki obrazek, zawieszo-
ny w sali modlitw, a nasze sierotki powinny
mieć szczególniejsze nabożeństwo do swego
Patrona. Prosilibyśmy tedy, i w naszem imie-
niu, i tych biednych sierotek, by pan malarz
ofiarował dla schroniska obraz olejny, wy-
stawiający św. Dominika.
— Hm... o to idzie... mogę uczynić za-
dość życzeniu państwa, ale wpierw muszę
skończyć obraz rozpoczęty.
— A kiedy pan skończy?—dopytywała się
przełożona. Jeśli idzie o sierotki nasze, to bę-
dą panu pozowały rano i po południu.
Petrycki spojrzał na Wandzię, słuchającą
cierpliwie rozmowy, by ułożyć się z przełożo-
ną co do godzin lekcyi, w oczach jego za-
błysła wesołość i rzekł:
— Małe moje modelki skończę wkrótce,
ale brak mi Wandy... Znam jedną osobę, któ-
ra gdyby zechciała mi poświęcić dwie trzy
godziny pozowania... św. Dominik za dwa
tygodnie będzie wisiał w schronisku, w sali
modlitwy, i olejny, w ramach złoconych.
— O Matko Przenajświętsza!—złożyła rę-
ce przełożona:—jakież to szczęście dla nas!
Bardzo panu dziękuję.
W umyśle Wandzi zbudziło się niejasne
podejrzenie, że to o nią idzie, postanowiła je-
dnak odmówić, i mimowoli poróżowiała lekko.
— Za wcześnie pani dziękuje—przemówił
malarz:—obraz św. Dominika zależy od przy-
zwolenia na pozowanie trzeciej osoby.
— Cóż my na to możemy poradzić? —
rzekł zakonnik zafrasowany. — Czy przynaj-
mniej znamy tę osobę?
— Tak jest, gdyż właśnie jest tu obec-
na—skłonił się Wandzi.
— Ach, jeśli to pani!—zawołała przeło-
żona—w takim razie nic odmówi swej pomo-
cy dla tak świętobliwego celu, jak otrzymanie
św. patrona dla schroniska.
Wandzia stała zaczerwieniona, patrząc
z wyrzutem niemym na Petryckiego.
— 7e wszystkich osób, które znam, je-
dynie pani może być moją Wandą... I gdyby
pani raczyła poświęcić mi tylko trzy, cztery
scansy, obraz skończę.
— Nic, to niemożliwe — odpowiedziała
rozdrażnionym głosem.
— A to dlaczego?—zdziwił się zakonnik,
patrząc w jej oczy badawczo: - przecież tu nie-
ma grzechu, ani obrazy Boskiej... Przeciwnie,
pani przyczynia się do większej chwały Pana
Boga i naszego Patrona. Mojem zdaniem, bę-
dzie większą zasługą pani, gdy tę przeznaczo-
ną już godzinę na lekcye poświęci pani na
intencyę św. Dominika.
— Ależ pani zrobi tę ofiarę dla naszego
schroniska!..—prosiła z pokorą przełożona:—po-
myśl pani, że te biedne sierotki będą miały
swego świętego Patrona w ramach złoconych...
W swoich modlitwach będą zawsze pamiętały
o panu malarzu i pani!
Na te słowa Petrycki się uśmiechnął,
a Wandzię podrażniło to zestawienie jej i je-
go. Zaczerwieniona, chmurna, stała niezdecy-
dowana.
Zakonnik, który ją obserwował, nie do-
puścił do jej odpowiedzi i spytał malarza:
— A w jaki sposób ma pani pozować?
— Idzie mi tylko o twarz i włosy... to
robota na kilka godzin.
— A, proszę pani, nie pojmuję wzdra-
gania się pani przemówił z powagą: — więc
dla sierot ofiaruje pani kilka godzin tygodnio-
wo, a na większą chwałę św. Dominika żału-
je pani czasu?... Powiedziałbym nawet otwar-
cie, że to jest grzeszna zazdrość o znikomą
powłokę.
— Jak to?—zawołała przełożona z hamo-
wanem oburzeniem—nawet słowa kapłana, oj-
ca Piotra, nie wzruszą pani?
Wandzia w czasie tych przemówień zau-
ważyła, że ostatecznie sportretowanie jej twa-
rzy w niczem jej nie ubliża, a jeśli tem do-
godzi zakonnikowi i przełożonej, będzie wresz-
cie pozowała. Jednak nie bez wysiłku zdoby-
ła się na tę decyzyę, bo sprzeciwiała się jej
poprzednim postanowieniom, i drażniło ją, że
malarz osiągnął swój cel bez szczególniejszej
prośby, skierowanej do niej.
Po chwili milczenia rzekła poważnym
głosem, nie patrząc na malarza:
— Zrobię to ustępstwo, ale tylko dla
państwa. Uprzedzam wszakże, że ranki mam
zajęte i że będę pozowała tylko tutaj, w schro-
nisku.
— Dzięki pani! — zawołała uradowana
przełożona.
— Wiem, że pani nie zrobiła tego
ustępstwa dla nas,—powiedział zakonnik- lecz
dla większej chwały świętego naszego Patro-
na... A co do czasu i miejsca pozowania, to
rzecz państwa - spojrzał na nią i na niego.
-— Zastosuję się zupełnie do woli pani
—skłonił się malarz głęboko.
— Kiedyż mam dawać lekcye dziew-
czynkom?—zwróciła się do przełożonej.
— Po południu mają czas wolny.
— Zatem od trzeciej do czwartej będę
pozowała panu—powiedziała zimno.
— Bardzo dobrze, dziękuję pani. Czy za-
czynamy od dziś?
— Niech i tak będzie.
— A teraz, panie malarzu! —zawołał za-
konnik wesoło:—liczymy na twój obraz nasze-
go patrona.
— I będzie z pewnością... A moje małe
modelki?—zwrócił się do przełożonej.
— Już stoją... nawet obraz wyniosły.
— A więc do roboty!—i skłonił się wszyst-
kim na pożegnanie.
Wandzia, idąc ze Zwierzyńca do biura,
nie mogła pozbyć się myśli o młodym ma-
larzu.
(DCN)
882
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ks 46
Prowincya Mandżurska.
Koresp. własna Tyg. illustr. z Charbina.
Charbin jest osadą nową, i trudno tu przyjrzeć
się rzeczywistym Chinom, a raczej rzeczywi-
stej Mandżuryi. Aby poznać bliżej ten kraj, trzeba
się zapuścić w miasta prowincyonalne: choćby do
takiego Chu-lań-czeń, jednego z miast Mandżuryi
środkowej. Chu-lań-czeń — typowe mandżursko-
chińskie miasto, założone w 13-ym roku panowa-
nia Jun-czen (chińskiej ery), a więc w 1735 roku
naszej ery, na miejscu egzystującej tu bardzo daw-
no wioski Chu-lań-che-da, założonej przez De-ri-bu-
che-ma-fa-da-chu-an-di. Dlatego cytuję to, przy-
długie trochę, nazwisko, że należało ono do proto-
plasty mandżurskiej dynastyi, panującej obecnie
w Chinach. W mieście tern, które może posłużyć
za typ miast całej Mandżuryi, ludność składa się
z Mandżurów i Chińczyków. Do roku mniej wię-
cej 1870-go wszyscy Chińczycy uważani tu byli
za chwilowo zamieszkałych; nie wolno im było
np. nabywać nieruchomości, ani w mieście samem,
ani po wsiach okolicznych.
Mandżurowie do tego stopnia zleli się z Chiń-
czykami, że dziś zwykły podróżnik europejski
nie odróżni jednego od drugiego. Tak samo wy-
glądają, tak samo się ubierają, jednakowo mówią,
mają te same zwyczaje.
Ale bliżej obserwując tych ludzi, spostrzega
się pewne różnice. Przedewszystkiem w rysach
twarzy Mandżura jest pewna ściągłość, nos wy-
datniejszy, niż u Chińczyka, oczy mniej skośne,
prawie proste. Dalej, Mandżurowie używają w ję-
zyku chińskim niektórych jeszcze wyrazów języka
mandżurskiego.
Pomiędzy dwoma tymi językami niema zgo-
ła nic wspólnego. Język mandżurski jest dziś
martwy i odgrywa tu tę sarnę rolę, co łaciński
w Europie, jest mianowicie językiem urzędowym,
prawniczym, czasem dyplomatycznym. W pisowni
zachodzi tu także ogromna różnica.
Język chiński, jak wiadomo, wyraża się piś-
miennie za pomocą znaków, odpowiadających wyra-
zom, pojęciom, ideom, gdy mandżurski posiada
litery, jak języki europejskie.
Poza tern Mandżurowie zachowali w zwy-
czajach weselnych i pogrzebowych niektóre odręb-
ności.
Łatwiej odróżnić kobietę mandżurską od Chin-
ki. Gdy ta ostatnia ma, lub przynajmniej stara się
mieć, stopę tak maleńką, jak stopa najmniejszego
rocznego dziecka, Mandżurka stóp nie krępuje; jest
przytem ładniejsza, bielszej cery i bardziej rosła.
Mandżurowie, niegdyś władcy tego kraju,
mając dziś jeszcze swego rodaka na
tronie pekińskim, uważają się za coś
wyższego od Chińczyków i gdzie
mogą, zawsze to zaznaczają.
Jeszcze dziś jest między ni-
mi pewien ferment polityczny, dążą-
cy do „wyrwania" jak się wyrażają
—cesarza z Pekinu, przyprowadze-
nia go do Mukdenu, starej stolicy,
i niewpuszczania do siebie z granic
muru chińskiego ani jednego Chiń-
czyka. Wielka idea starożytnych
cesarzy mandżurskich, idea podboju
Chin, skończyła się zagładą ich włas-
nego narodu.
Przy pierwszem zbliżeniu się
z Chińczykami najbardziej uderza
przybysza z Europy stosunek gospo-
darza do swych służących. Nie sły-
szałem nigdy ani krzyku, ani wymy-
ślania; rozkazy wydaje się tu spokoj-
nie, z uśmiechem, tonem rady, nie
rozkazu.
MANDŻURKA.
Ze zbiorów G. Olechowskiego.
Wobec tego dziwnym się musi wydać fakt,
że aczkolwiek w Chinach wszyscy są równi przed
prawem, niema kast, i wczorajszy pastuch może
być jutro kanclerzem, jeśli zda odpowiedni egza-
min i przejdzie pewną hierarchię urzędniczą, że
chociaż niema w Chinach ani szlachty, ani chło-
pów, jednak istnieje tu niewolnictwo.
Nie ma ono jednakże nic wspólnego z ohy-
dą praktykowaną w Afryce i dawniej w Ameryce,
1 z katowaniem i polowaniem z psami na ludzi;
w Chinach niewolnik ma się lepiej moralnie niż
u nas w Europie wygalonowany kamerdyner: jest on
tu prawie członkiem rodziny, a niewolnictwo jego
polega na obowiązku pozostawania przy osobie
swego nabywcy i na pozbawieniu go prawa zda-
wania państwowych egzaminów. W Mandżuryi
atoli trudno kupić człowieka, dlatego, jak mówią
Chińczycy, że tu ludzi wogóle mało.
W innych dzielnicach Chin każdy bogaty
Chińczyk ma kilku, czasem kilkudziesięciu nie-
wolników.
Ciekawa jest historya niewolnictwa w Chinach.
Początkowo niewoli podpadały tylko kobiety. Do-
wodzi tego najlepiej hieroglif oznaczający „niewol-
nika." Składa się on mianowicie z dwóch innych,
ŚWIĄTYNIA LAO-JE-M1AO.
Ze zbiorów Gustawa Olechowskiego
z których jeden oznacza „kobietę", a drugi „rękę".
Wnosić stąd można, że pierwotnie niewolnikami
były .tylko kobiety, wzięte do niewoli podczas
wojny.
Dziś jednakże niewolników dostarcza nędza,
głód, powódź, zarazy, które zmuszają ojców ro-
dzin do wyprowadzania swych córek i synów na
rynek. W Pekinie obecnie można kupić dziew-
czynę za 30 50 taelów, kobietę zaś dojrzałą za
250 300 taelów (tael — około 3 rub.). Niewolnika
czy niewolnicę kupuje się zwykle na próbę. Gdy
się okaże jakiś brak, towar podlega zwrotowi.
Jest także zwyczaj dawania sobie prezentów
w postaci żon. Tak np., obecna chińska cesarzowa
regentka, nim doszła do tronu, była wiele razy
w swem życiu „prezentem." Wogóle jednak poło-
żenie niewolników w Cłiinach jest bardzo dobre.
Stosunek ich do gospodarstwa jest prawie familij-
ny; szczególnie stosunek niewolnic do pań jest
zwykle bardzo poufały, dzięki nizkiemu stopniowi
umysłowego wykształcenia dam chińskich.
Wracając do opisu miasta Chu-lań-czeń, jako
typowego okazu tutejszych ognisk ludzkich, za-
cznę od ulicy.
Ulica ma formę żłobkowatą, zlekka wklęs-
łą w środku; cała pokryta grubą warstwą czarnego,
smrodliwego pyłu, który przy ciągłych wiatrach
unosi się i stoi w powietrzu, zatruwając kompletnie
życie nieprzywykłemu do tego człowiekowi. Pod-
czas deszczu pył ten tłusty zamienia się w ta-
kie błoto, jakie się nie śniło najbardziej nawet
lubującym się w błocie ludziom, a wtedy wszelka
komunikacya, czy piesza, czy kołowa, staje się
wprost niemożliwą.
Do dwukołowych arb zaprzęgają wtedy Chiń-
czycy po 7—8 koni, osłów, mułów, ale i takie
stado nie jest zdolne wyciągnąć masywnych kół
z błota. Wówczas zdejmują Chińczycy towar
z platformy i zanoszą go na rękach. Następnie
zdejmują z osi platformę i także wloką ją siłą rąk-
Koła zaś pozostają w błocie, aż do czasu, gdy
słońce wysuszy ulicę i pozwoli łopatą wykopać
koła.
Z dwóch stron ulicy—sklepy, wszystkie jed-
nakie. Z frontu sklep ma zupełnie otwartą ścianę
> wygląda nakształt werendy. Tu się znajdują zwyk-
le małej wartości towary, ułożone na ławkach
i stołach. W bogatych sklepach na tylnej ścianie
znajdują się szuflady, a w nich towary droższe-
W niektórych sklepach załatwiają się bankierskie
operacye. Łatwo to poznać po wywieszonym przed
sklepem sznurze czochów. Najbardziej popularny**1
szyldem są 2 deski długie i wązkie, wiszące na
kroksztynach z jednej i drugiej strony wejścia, z£
złotymi napisami na czarnem tle. Oprócz nich,
za szyldy służą tu zwykłe wiechy,
wetknięte w ziemię przed sklepem,
na których powiewają chorągiewk1
z napisami.
W sklepach chińskich uderza
mnóstwo subjektów, sprzedawców,
sklepowych chłopców na posyłki i in-
nych pracowników. Pracują oni ta'
nio, więc jeden prowadzi kasę, dru-
gi siedzi w sklepie nad księga*1”
buchalteryjnemi, które Chińczycy pr°"
wadzą z wielką starannością, inny
oblicza rachunki na narzędziu, zwa-
nem som-pan-dze, a u nas znane*”
pod nazwą rosyjską: „szczoty."
Sompandze chińskie tern S1Ę
tylko różnią od znanych u nas, zP
są praktyczniejsze pozv dają bowie*11
mnożyć i dziel \ i nie, dko liczby
całe, lecz i ułam, Na mpandzac
Chińczycy rachuą już < d wieków,
jest to ich wynala ek.
Do przedsięb *rstw handlowy0'1
883
ODSŁONIENIE POMNIKA MICKIEWICZA WE LWOWIE.
Fot. dla Tygodnika Lissa.
należą też tu łaźnie. Łaźnia chińska jest to chałupa,
^pianka, składająca się z kilku izb. Środkowa duża
lzba jest podzielona przedródkami na loże, czy ko-
niórki jednoosobowe, w których można się rozebrać.
P°środku izby operują fryzyerzy. W izbie przylega-
jącej do środkowego „salonu“, znajduje się jama,
in< iąca 5 łokci w kwadrat, napełniona gorącą wodą,
z której uderza silny zapach siarkowodoru. W wo-
di-ie pluska się kilku Chińczyków. Zapytuję usłu-
gującego tu Chińczyka: dokąd spuszczają wodę?—
»Jakto dokąd? — odpowiada pytająco Chińczyk:—
*° pan nie wie, że woda zawsze paruje -w gó-
(O— A więc wody tu się nigdy nie zmienia.
Woda gorąca paruje. W miarę jak paruje,
ubywa jej. W miarę ubywania dolewają świeżej,
gorącej. Ta znów paruje. No, i tak dalej. Przy
akich warunkach hygienicznych śmiertelność wśród
1 'ności wielka. Widzi się mnóstwo Chińczyków
w białych pantoflach, w białej szarfie, z białym
sznureczkiem w warkoczu lub białym węzełkiem
na czapeczce: to żałoba.
Rezydencya mieszkalna Chińczyka, jeżeli nie
Jest przeznaczona na eksploatacyę handlową, urzą-
zona jest w sposób następujący: Cała rezyden-
C^a otoczona jest murem z cegły lub poprostu
gkny, zmieszanej ze słomą. W wielu rezyden-
tach p0 rogach muru urządzono wieżyczki; po
uku jednej strony czworoboku znajduje się głów-
a brama, urządzona z wielką starannością i kun-
ern, a upiękniona napisami. Nad bramą daszek.
a bramą obszerny dziedziniec, otoczony ze wszyst-
t stron fanzami, t. j. chatami mieszkalnemi, tak,
Wszystkie dizwi i okna wychodzą do środka
na ogólny podwórzec. W jednej fanzie mieszka
gospodarz i rodzina, w drugiej służba, dalej mie-
ści się kuchnia, śpiżarnia i oddzielna chata dla
gości, domowa kaplica i t. d. Wszędzie ponale-
piane kartki z hieroglifami: są to aforyzmy z ksiąg
Kun-fu-ce. Wszędzie brudno, kupy śmieci, gnoju
i błota. W ruchu ulicznym spotyka się bardzo mało
WŁADYSŁAW MICKIEWICZ.
Fot. T. Bahrynowicz.
i kobiet. Chinki siedzą przeważnie w domu. Prę-
dzej spotkać można Mandżurki.
Dzieci chińskie różnią się bardzo od euro-
pejskich. Ciche, grzeczne, biegają i bawią się bez
krzyku, bez hałasu, bez bijatyk i bez płaczu.
Wierni już z dzieciństwa tradycyjnej i ceremonial-
nej grzeczności swego narodu, witają ukłonem
każdego starszego i są posłuszni aż do przesady.
Każdy rozkaz starszego, choćby nieznanego sobie
i obcego człowieka, chiński dzieciak spełnia bez
względu.
GUSTAW OLECHOWSKI.
Odsłonienie kolumny
Mickiewiczowskiej.
Uroczystość Mickiewiczowska we Lwowie roz-
poczęła się godnie już w wigilię odsłonie-
nia kolumny krótką, ale gorącą i znamienną prze-
mową, wygłoszoną w Sejmie przez marszałka kra-
jowego, Stanisława hr. Badeniego.
Niecierpliwie oczekiwany ranek niedzielny
zasępił nieco twarze tysięcy: mżył bowiem nie-
poczciwy deszcz jesienny, dokuczało przenikliwe
zimno. Nie zdołało to jednak powstrzymać niko-
go od wyruszenia wprost z domu na okazale przy-
strojony lasem chorągwi i zielenią plac Maryacki,
lub do kościoła Katedralnego, gdzie odprawiał so-
lenne nabożeństwo, otoczony przez biskupów, in-
fułatów i kapitułę, najprzewielebniejszy ks. arcybi-
skup Józef Bilczewski. Wnętrze prastarej świątyni
884
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 46
SEKRETARZ KOMITETU BUDOWY POMNIKA MICKIEWICZA WYGŁASZA MOWĘ. Fot. dla Tygod. Lissa.
rym na kolumnę, i postać poety, i na geniusza po-
dającego mu lutnię, i na złoty znicz u szczytu,
skierowano strugi elektrycznego światła, tak, iż
błyszczało to wszystko w srebrze, to znowu mie-
niło się żywym amarantem, lub jakby tonęło w ta-
jemniczych, blado-zielonych tonach.
Tymczasem ucztowano w kasynie miejskiem
sumptem kół obywatelskich, wznoszono ciepłe toa-
sty ku czci Władysława Mickiewicza, twórcy ko-
lumny Antoniego Popiela, coraz cieplejsze i nowe
toasty aż do sandomierskiego „Kochajmy się!"
Mówcy: Adam Krechowiecki, wiceprezydent Michał
Michalski, posłowie: Gustaw Roszkowski, Tadeusz
Rutowski, Stanisław Głębiński, Platon Kostecki- -
zdawali się niestrudzeni.
Wieczorem „na ratuszu," na pokojach pre-
zydenta miasta i w przyległych apartamentach,
znowu przyjęcie, z którego wymykano się do tea-
tru miejskiego na galowe przedstawienie o iście
szlachetnym nastroju, spotęgowane jeszcze uro-
kiem żywego słowa piewcy „Dziadów" i „Pana
Tadeusza,"
Nazajutrz bankiet w Kole literackiem dla An-
toniego Popiela i tegoż dnia korona powszechne-
go hołdu: pamiętne posiedzenie sejmowe, na któ-
rem, na wniosek posła Michała Michalskiego,
uchwalono wśród burzy oklasków jednomyślnie
(oprócz głosów nieobecnych) stałą dotacyę hono-
rową w sumie 4,000 koron rocznie dla syna Ada-
ma Mickiewicza. C.
Kazimierzowskiej wypełniały tłumy; prezbiteryum
zajęli posłowie sejmowi in corpore z marszałkiem
swoim na czele, rada miejska, strojna i buńczucz-
na, przedstawiciele władz, senaty akademickie
w asystencyi pedeli z berłami, członkowie Sodali-
cyi Maryariskiej, dzierżący wieniec z napisem: „Ku
czci twórcy hymnu na Zwiastowanie N. M. Pan-
ny," wreszcie zaproszeni a przybyli z wielu stron
goście. Tu też, po odśpiewaniu wzruszającej za-
wsze strofy „Boga Rodzico," wypowiedział podnios-
łe, pełne niepospolitych myśli kazanie wikaryusz
katedralny, ks. dr Adam Głąb.
Była godzina blizko 12 w południe, gdy na
placu Maryackim, jakby nabitym wielotysięczną
rzeszą, stanął Komitet budowy pomnika, szkarła-
tem zaś obite trybuny zasiedli co najprzedniejsi
i najzasłużeńsi w społeczeństwie. Zabrzmiały po-
ważne tony kantaty Stanisława Niewiadomskiego,
wykonywanej przez wszystkie towarzystwa śpie-
wackie, zaczem u stopni kolumny zabrał głos nie-
znużony, pełen zasług prezes komitetu pomniko-
wego i jego spiritus mouens, prof. dr Bronisław
Radziszewski.
Proste, szczere słowa sędziwego mówcy po-
ruszyły wszystkich do głębi, obnażono głowy, na-
stała cisza przejmująca, ta wielka, niewypowiedzia-
nie uroczysta cisza tłumów, i nagle po opadnięciu
zasłony ukazała się tak oddawna wyglądana wspa-
niała kolumna! Oklaski, okrzyki, kilka taktów
pieśni.
Drugim mówcą był odbierający urzędowo
pomnik, prezydent miasta dr Godzimir Małachow-
ski, po nim pracowity sekretarz komitetu p. Michał
Rolle, przedstawił dzieje powstania pomnika
w Lwim grodzie. Teraz szły mowy jedna za dru-
gą, tłum jednak coraz mniej zwracał na nie uwagi,
oczekując hołdowniczego pochodu.
Już na najwyższym stopniu kolumny sta-
nął wprowadzony przez prezydenta miasta syn
Adama Mickiewicza, Władysław, jakby w koronie
z białych włosów, bardzo wielkiego ojca swojego
przypominający; już zagrzmiała komenda; już dało
się uczuć ogólne poruszenie i zakołysanie wśród
zbitych szeregów, gdy oto wynurzył się ze wszyst-
kich ulic śródmieścia płynący ów potężny, prze-
malowniczy pochód, trwający blizko dwie go-
dziny!
Rozpoczynały go konne zastępy, młódź nie-
wieścia i szkolna, dalej zaś postępowały nieprze-
rwanym ciągiem deputacye coraz liczniejsze, coraz
goręcej witane. Nie brakło zda się nikogo: kro-
czyły Towarzystwa naukowe, literackie, społeczne,
redakcye, pedagogowie, rady miast prowincyonal-
nych, reprezentacye powiatowe, kupiectwo, rzemio-
sła, włościanie, rzekłbyś: przesunęła się tu cała Ga-
licya w miniaturze. A z każdej grupy odrywał się
co chwila delegowany umyślnie ku temu oddział,
który w ręce syna poety i prezydyum Komitetu
składał z pokłonem wieńce wawrzynowe, z żywe-
go kwiecia, srebrne, żelazne, snopy zbóż, wszela-
kie emblemata, wszystko to imponujące, barwne,
„bajecznie kolorowe." Cokół kolumny zatapiał się
już w kwiatach i zieleni, gdy poczet towarzystw
gimnastycznych, sunąc prawie biegiem, zamknął na-
reszcie tę świetną defiladę hołdowniczego legionu.
Liczni widzowie nie chcieli wszakże opusz-
czać placu, doczekali się tu zmroku, o któ-
SKŁADANIE WIEŃCÓW POD POMNIKIEM MICKIEWICZA WE LWOWIE. Fot. dla Tygodnika Lissa.
Z tygodnia na tydzień.
Ostatni romantyk.
Ubiegłej soboty zmarł we Lwowie ostatni
poeta Mickiewiczowskiego okresu, Karol Brzo-
zowski, starzec czcigodny, obarczony wiekiem
i trudami długiego żywota, mąż silny i wiecznie
młody duchem, człowiek wielkiego, nieskazitelne-
go charakteru.
Brzozowski nie był literatem w dzisiejszem
słowa znaczeniu. Tworzył z głębokiej potrzeby
duszy, po napisaniu zaś, a raczej zanotowaniu
poematu, nigdy nie dbał o to, co się z nim dalej
stanie. Najpiękniejsze jego utwory ginęły w ma-
nuskryptach, pośród długich lat malowniczej
a uciążliwej tułaczki. W utworach, które ocalały,
krytycy i historycy literatury podziwiali zawsze
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 46
885
ogromny polot poetycki, wyobraźnię bujną i pło-
mienną: podkreślali jednak nierówności formy.
Brzozowski nie miał nigdy czasu na wygła-
dzanie rymów, posłuszny jedynie głosowi rytmu
wewnętrznego. Pochłaniały go przygody tak poe-
tyczne, że marzenie nie kłóciło się w nim z rze-
czywistością, poemat pisany był jedynie słabym
tłómaczem poematu przeżywanego. Chociaż tedy
tworzył przez lat sześćdziesiąt pięć, Brzozowski
jest u nas rodzajem mitu literackiego, jest jedy-
nym z poetów większej miary, który do końca
życia nie doczekał się zbiorowego wydania swych
dzieł. Dzisiejsze pokolenie korzystać może za-
ledwie z drobnej, niemal wyczerpanej edycyi jego
poezyi w „Bibliotece najcelniejszych utworów."
Brzozowski umiał tylko systematycznie gubić ma-
nuskrypty, a sławę traktował zawsze jako naj-
złudniejszą z mar. Gdy przed pięciu laty obcho-
dzono we Lwowie jubileusz poety, ktoś obliczył,
że w ciągu swej 60-letniej „karyery literackiej"
(jeżeli to karyerą nazwać można), Brzozowski
otrzymał 1,800 reńskich honoraryum autorskiego
za wszystko, co napisał, to jest za sztuki, wysta-
wiane na kilku scenach, za poematy i felietony.
„Literatura" więc dawała mu rocznie okrągłe 30
reńskich dochodu.
Warto przypomnieć żywot tak szczególnego
Poety.
Urodzony w Warszawie w r. 1821, jako syn
oficera wojsk Napoleońskich, uczył się Karol
w szkołach pijarskich we Włocławku, a następnie
w Sejnach, Suwałkach i Marymoncie. Pod wpły-
wem ballad Mickiewicza, pisał wiersze już w szko-
łach. Prawdziwy jednak poeta obudził się w nim
w puszczach litewskich, gdzie ojciec otrzymał
posadę leśniczego. Karol włóczył się ze strzelbą
po lasach i pokochał głęboko naturę, jednocześnie
zaś zbliżył się do ludu. Nad brzegami Niemna
zebrał tom pieśni ludowych i przełożył je na ję-
zyk polski (wyszły w r. 1844 u Żupańskiego
w Poznaniu). W r. 1848 wyjechał w Poznańskie,
a wkrótce potem osiadł w Dreźnie, gdzie się za-
brał do przekładu „Osmanidy" Gundulicza, do
czego zachęcał go listami Mickiewicz, któremu
poeta częściowo pracę swą posyłał w manuskryp-
cie. Wyjeżdżając do Paryża, zostawił Brzozowski
przekład „Osmanidy" gospodyni drezdeńskiej,
a ta... wrzuciła rękopis do ognia. Z takiego lek-
komyślnego traktowania swej pracy twórczej nie
wyleczył się Brzozowski przez całe życie.
W Paryżu zetknął się z Mickiewiczem i pod
jego wpływem wyjechał w r. 1855 na Wschód.
W Stambule zachorował, gdy zaś wyzdrowiał, za-
mieszkał na wybrzeżu azyatyckiem, gdzie w ciągu
trzynastu miesięcy żył ze zwierzyny, upolowanej
w lasach. Stworzył wówczas poemat „Noc strzel-
ców w Anatolii," zapisując strofy w lasach na
świstkach papieru, na mankietach i na kołnierzy-
kach. Po idylli anatolijskiej, wstąpił Brzozowski
do przedsiębiorstwa zakładania telegrafów i prze-
biegł jako technik Bulgaryę, Macedonię, Tesalię
i Albanię. Pisał bardzo wiele, pomieszczał swe
prace w lwowskim Tygodniku Literackim i do-
datku miesięcznym do Czasu. W poezyach swoich
był zawsze mistrzem krajobrazu i wzruszającym
lirykiem.
Losy zapędziły go do Syryi, gdzie w roku
1862 ożenił się i objął stanowisko konsula hisz-
pańskiego. Niedługi miał spokój. W roku na-
slępnym został ciężko ranny w bitwie pod Kostan-
galią, w Rumunii, po powrocie zaś do zdrowia
Przyjął w roku 1864 urząd dyrektora misyi leśnej
W Turcyi. Przez sześć lat zwiedzał Bałkany i gó-
ry rodopskie i posyłał z drogi utwory swoje pol-
skim pismom peryodycznym. Z owych czasów po-
chodzą poematy: „Lew ognisty,“ opisujący walki
ludów kaukaskich, „Sen w Bałkanach," świetny
Przekład księgi Hioba i „Pieśni nad pieśniami,"
„Sąd Boży," „Deli Petko," oraz liczne a piękne
ne poezye liryczne.
Dla wychowania dzieci przeniósł się w roku
1870 na stałe do kraju i zamieszkał we Lwowie.
Tu twórczość jego objawiła się w kierunku dra-
matycznym. W roku 1883 wystawiono w teatrze
Skarbkowskim z wielkiem powodzeniem pięcioak-
tową tragedyę Brzozowskiego „Małek," osnutą na
tle niedawnych walk Tatarów krymskich. Następnie
napisał kolejno „Joannę Neapolitańską" (drukowa-
ną w Ateneum), „Eryka X1V“ (druk, w Tygodni-
ku il/nstrowanym), „Bojomira" (niedokończonego),
„Karola Levittoux,“ fraszkę „Do tarczy o pannę,"
KAROL BRZOZOWSKI.
wreszcie dramat „Oblężenie Lwowa," grywany
przez długi czas w teatrze Skarbkowskim.
Obok wspomnianych przekładów, tłómaczył
Brzozowski Herwegha, Schillera, Goethego, Uhlan-
da, Wiktora Hugo, Lenau’a, oraz wielu poetów
perskich i arabskich.
Poezye jego nie zdołają może zadowolić wy-
bredniejszych amatorów kunsztownej formy; mają
jednak w sobie tyle jeszcze świeżości, tyle ognia,
tyle miłości natury, taki przepych barw wschod-
nich, że nie powinny zaginąć w spisach historyi
literatury.
Brzozowski wniósł bądźcobądź do piśmien-
nictwa naszego prawdziwy Wschód, który malo-
wał z męską, obrazową siłą i energią.
Śmierć autora „Maleka" winna pobudzić do
niezwłocznego zorganizowania dobrego wyboru je-
go pism; będzie to słuszne oddanie hołdu temu
gorącemu poecie czynu, temu ostatniemu romanty-
kowi, który ze wszystkich poetów polskich był i jest
najmniej znany. mp
* *
*
Ważna koncesya.
W tych dniach spełnił się fakt, który odegra
prawdopodobnie pierwszorzędną rolę w rozwoju sto-
sunków ekonomicznych Warszawy i jej okolic.
Oto w końcu ubiegłego miesiąca dyrekcya
Towarzystwa Kredytowego m. Warszawy otrzyma-
ła pomyślną wiadomość o udzielonym przywileju
rozszerzenia działalności Towarzystwa na Skiernie-
wice, Łowicz, Włocławek. Jednocześnie zatwier-
dzono także przepisy, dotyczące udzielania przez
Towarzystwo pożyczek na nieruchomości we wspo-
mnianych miejscowościach.
Nie ulega chyba wątpliwości, że odtąd dzięki
otwarciu w rzeczonych miasteczkach nowego źró-
dła taniego kredytu hypotecznego, ogólny tryb
życia tamtejszego zacznie się zmieniać stopniowo
na lepsze. Wzmożenie się ruchu budowlanego,
napływ ludności i rozkwit handlu oto korzyści,
wypływające dla omawianych trzech miast z przy-
wileju, udzielonego naszej instytucyi kredytowej.
Po okresie mizernej wegetacyi i drzemki nastanie
okres ruchu, rozwoju i dobrobytu.
Naturalnie—pisze p. Z. D. w jednym z ostat-
nich numerów Gazety Polskiej—obchodzą nas
w tym względzie przedewszystkiem Skierniewice
i Łowicz, jako sąsiadujące niemal z Warszawą
i powołane do tego, aby stać się poniekąd jej
przedmieściami.
Oba te miasta, dzięki wygodnej komuni-
kacyi z Warszawą mogą w razie rozkwitu swego
wchłonąć w siebie z czasem niezliczone zastępy
tej ludności warszawskiej, dla której twarde miej-
scowe warunki bytu, jak np. drożyzna mieszkań
i brak pracy, czynią ją dziś istną Gehenną życiową.
Łatwo pojąć, że odpływ taki ku nowym og-
niskom osiedlenia wywoła również i dokoła nich,
t. j. w sferze okolicznej ludności wiejskiej, znacz-
ne wzmożenie się ruchu handlowo - przemysło-
wego.
Takie mniej więcej korzyści zapewnia w przy-
szłości nowy przywilej Towarzystwa Kredytowego
m. Warszawy ubogiej ludności naszego miasta.
Jednocześnie i dla kapitalistów nie jest on
obojętny, dając im możność lokowania swych ka-
pitałów w przyszłych nieruchomościach Skierniewic
i Łowicza.
Okres gorączki budowlanej minął w Warsza-
wie oddawna, ruch ten możnaby jednak wskrzesić
obecnie na gruncie wspomnianych wyżej miejsco-
wości.
Szersza akcya w tym kierunku, podjęta przez
kapitalistów naszych, zapewniłaby im nietylko ob-
fite zyski, ale również i sporą dozę tego wewnętrz-
nego zadowolenia, jakie wzbudza w nas każdy czyn
natury filantropijnej i społecznej, o
* *
*
Post festum.
Nie zajmowaliśmy się nim podczas jego ży-
wota, lecz z chwilą, gdy przeszedł do historyi,
należy mu się wspomnienie.
Mówimy o jesiennym sezonie mokotowskich
wyścigów konnych, który zaznaczył się kilku zna-
miennymi rysami, rzucającymi nowe oświetlenie na
tę starą bolączkę.
Naprzód co do samego stanu rzeczy: Obrót
w „interesie" totalizatorowym był znacznie słab-
szy w porównaniu z niedawną przeszłością; stara-
no się wynagrodzić sobie ubytek nadmiernem
przedłużeniem kampanii, bo aż do 6 listopada;
niewiele to jednakże pomogło. Finanse stoją tak
źle, że wypłatę nagród za biegi wygrane rozłożyć
musiano na raty, w ciągu lat 3.
Jakie mogą być tego faktu przyczyny? Czy
ludzie zmądrzeli? czy zubożeli? Zdaje się, że je-
dno i drugie potrosze. Właściwej atoli przyczyny
upadku przedsiębiorstwa totalizatora szukać trzeba
gdzieindziej. Jak na stosunki warszawskie, zanad-
to wyciągnięto strunę. Wyścigi rozpoczynają się
z wiosną, na początku maja i z niedużą przerwą
w lipcu i sierpniu trwają do późnej jesieni. Prze-
ciętna publiczność, ta, która odwiedza wszelkie pu-
bliczne zebrania i widowiska, nie może stałego
dostarczyć kontyngensu wyścigom, bo na to jest
jej za mało, a poza tern i nie chce, ponieważ zby-
tek ją nudzi.
Dotrzymują więc kroku Towarzystwu wyści-
gowemu tylko zagorzali gracze, a to znów w lo-
gicznem następstwie prowadzi za sobą zmianę fi-
zyognomii „mityngów." Zapanowała tu sfera nad
wszelką miarę mieszana, wśród której ludzie pod
względem towarzyskim wrażliwsi czują się wprost
zawstydzeni. I niechaj nikt nie wyprowadza tu
886
LIL1TH (p Bednarzcwska).
LILITH I STUDENT (p. Bednarzcwska i p Tarasiewicz).
Fot. dla Tygodnika T. Bahrynowicz.
KRÓLEWICZ Z BAJKI (p. Solski).
w sprawki argumentów demokratycznych, bo ten
tłum, roznamiętniony, który tu harcuje, z pracują-
cemi sferami miasta nie ma nic wspólnego.
Zresztą do poziomu tego dostraja się wszyst-
ko na torze i na placu. Dwa szczegóły przyto-
czymy tylko dla charakterystyki: Publiczne zbiera-
nie śliny koniom po głównych biegach, w celu do-
chodzenia za pomocą analizy, czy nie stosowano
t. zw. dopingu, przyzwyczaiło już widzów do prze-
konania, że lojalny sposób współzawodnictwa mię-
dzy gentlemanami został podany w wątpliwość
przez własną ich instytucyę; budujący widok
przedstawiają także nieustanne łowy, urządzane
przez urzędników Towarzystwa i policyę na po-
kątnych „bookmakerów," którzy stanowią dla tota-
lizatora groźną konkurencyę.
Cóż dziwnego, że publiczność, złożona z ży-
wiołów niebardzo niewyszukanych pod względem
etycznym, urządza także „spektakle?"
Nie trzeba być prorokiem, aby przewidzieć,
że w takim stanie rzeczy, „interes wyścigowy"
będzie dalej upadał. Zachodzi przeto kwestya: czy
to jest zjawisko zasadniczo ujemne dla sprawy
społecznej, mianowicie dla gospodarstwa krajowe-
go, czy nie?
Powiemy śmiało, że nie. Owszem, jest to
fakt w sumie rezultatów dodatni. Jeżeli bowiem
hodowla koni, jako czynnik gospodarczy potrze-
buje wyścigów, jako próby—co zresztą także prze-
stało być pewnikiem—to spełniają tę rolę tory pro-
wincyonalne; tor warszawski, na którym stajnie ho-
dowlane utrzymać się nie mogą wobec stajni spe-
kulacyjnych, jest li tylko przybytkiem gry.
A skoro tak, jego losy, jako instytucyi pu-
blicznej, przestają interesować ogół. s
*
* *
Zawodne wędrówki.
W najcięższej obecnej chwili przesilenia eko-
nomicznego w całym kraju daje się spostrzegać
znamienne zjawisko: wzmożony napływ ludności
z prowincyi do Warszawy celem poszukiwania za-
robków. Zastój w przemyśle i handlu, ciężkie
warunki w rolnictwie — wszystko to się odbiło
w sposób dotkliwy nietylko w mniejszych lub
większych ogniskach produkcyi i wymiany, ale
także w kątach zapadłych. Wszędzie brak zarob-
ków, wszędzie redukcya rąk roboczych, zwijanie
posad lub zmniejszenie płacy. Wytworzyły się
z tego powodu liczne rzesze ludzi bez pracy
i chleba, którzy postanowili szukać zarobku
w większych miastach, a głównie w Warszawie.
Ściągają więc tutaj na oślep całe tłumy nietylko
ludzi, zajmujących się wyrobnictwem i rzemiosła-
mi, ale wszelkiego rodzaju półinteligencya i inte-
ligencya, poszukująca posad w biurach, kantorach,
sklepach, bankach, kolejach, w zawodzie nauczy-
cielskim i t. d. Znaczna większość przyjeżdża
tutaj, nie mając najmniejszego wyobrażenia o sto-
sunkach i położeniu, nie posiadając żadnych zna-
jomości i poparcia. Pewien procent tych ludzi
dostaje się oczywiście w ręce różnych wyzyski-
waczów i oszustów, którzy wyłudzają obietnicami
grosz ostatni, inni przejadają resztki swoich
oszczędności w próżnem oczekiwaniu i pozostają
na bruku zupełnie bez środków do życia.
Dopiero teraz wobec takiego stanu rzeczy
dotkliwie daje się odczuwać brak organizacyi po-
średnictwa pracy, która pomimo akcyi zbiorowej
wszystkich sekcyi Towarzystwa przemysłu i han-
dlu, dotychczas nie przyszła jeszcze do skutku.
Istnieją wprawdzie biura takie (np. przy sekcyi
rolnej) na mniejszą skalę, które jednak są bez-
radne w danym wypadku.
Należałoby jednak zarządzić jakąś akcyę
zbiorową, chociaż dorywczą, mającą na celu ostrze-
ganie mieszkańców prowincyi, że dążenie do wiel-
kich miast obecnie może ich tylko na ciężki za-
wód narazić. Do pewnego stopnia ten obowiązek
powinny wziąć na siebie towarzystwa i syndykaty
rolnicze. Zen. P.
EPILOGI.
Ambicye i ambicyjki.
Jako czynnik psychologiczny, ambicya gra
w życiu jednostkowem i społecznem rolę potężną,
ale nie zawsze korzystną. Dopóki celem ambit-
nych dążeń jest chęć stworzenia czegoś doskona-
łego w jakimkolwiek zakresie działalności ludzkiej,
dopóty ambicya ma charakter szlachetny i daje re-
zultaty niewątpliwie dodatnie. Z chwilą jednak,
kiedy popędy twórcze będą podporządkowane
pragnieniom niższego typu, kiedy człowiek przy-
słoni swoją osobą dzieło i zacznie dbać o siebie
samego, o zdawkowy poklask tłumu, o tanią popu-
larność, z tą chwilą ambicya z czynnika dodatnie-
go przeradza się w ujemny.
Otóż jeżeli rzucimy okiem na to, co się u nas
dzieje, to dostrzeżemy bardzo smutny objaw: Am-
bicya w wielkim szlachetnym stylu należy u nas
do rzadkości, gdy rozmaite drobne, zabarwione
osobistym interesem ambicyjki rozrosły się bujnie,
jak chwast na niepielonych zagonach.
Patetyczne deklamacye, pełne namaszczenia
wywody moralistów, gorączkowa ruchliwość wielu
działaczów, zacięte polemiki de lana caprina —
wszystko to stanowi najczęściej środek do zwróce-
nia uwagi nie na sprawę, o której się mówi, lub
pisze, lecz na osobę mówcy, agitatora, pisarza i t. p-
Jednym z wielu ujemnych skutków takiego
stanu rzeczy jest coraz większa nieufność ogółu
do tych, którzy podjęli rolę kierowników opinii—
Ludzie słuchają, czytają, ale nie biorą do serca
górnolotnych frazesów, gdyż nie czują poza nimi
żywego tętna szczerości i prawdy.
Z nieufności rodzi się sceptycyzm, obojęt-
ność, apatya, które wprowadzają do życia społecz-
nego zastój i martwotę. Z.
Teatr, muzyka, sztuki plastyczne.
* „U|»iory“ Ibsena wystawiono w teatrze Wiel-
kim na drugie przedstawienie abonamentowe. Warsza-
wa oczekiwała tej sztuki na scenie od lat dwudziestu
trzech, należało się przeto spodziewać, że teatr szczelnie
będzie zapełniony. ' Tymczasem droższe miejsca świe-
ciły pustkami. „Upiory" (a raczej „Widma")—wstrząsa-
jący dramat dziedziczności, najdojrzalsze i najlepiej zbu-
dowane dzieło Ibsena, należy do tych utworów drama-
tycznych, które w czytaniu nasuwają mnóstwo refleksy',
niepokoją i grozą napełniają duszę. Sztuka musi być
grana idealnie, aby można wydobyć z niej wszystkie
efekty, którymi autor tak hojnie ją wyposażył. ArtysO
Rozmaitości opracowali całość bardzo sumiennie i, P°"
mimo licznych usterek interpretacyi, stworzyli całość P°’
ważną. Końcowa scena obłędu Oswalda wywołała silne
wrażenie. Żałować jedynie należy, że pomiędzy w,e'
kiem głównych wykonawców a wiekiem odtwarzanych
postaci był stosunek zbyt nieprawdopodobny. Zmień'
się przeto zasadniczy ton utworu. Personel Rozmaitość'
należy nieco odnowić, a przedewszystkiem dopuszczać
częściej do wielkich ról artystów młodszych.
* „Lilitli" (» Ormana nu scenie. W dniu 22-i"1
października r. b. witano piękny, rokujący świetną PrzV
szłość, talent pisarski, i uczczono jednocześnie wielbi
887
ATAK GENERAŁA KONDRATOWICZA NA POZYCYE KUROKIEGO POD LAOJANEM.
zasługę w dziedzinie sztuki dramatycznej. Zdarzyło się
bowiem tak, iż premiera „Lilithy* Juliana Gcrmana zbieg-
ła się z datą dziesięcioletniej działalności Tadeusza Pa-
wlikowskiego w teatrze polskim. Już samo nazwisko
Pawlikowskiego mówi u nas tak wiele, że zbyteczna
tu niemal analiza jego owocnej dekady. W traktowa-
nie bajki p. Gcrmana Pawlikowski zabłysnął znowu
jako niezrównany mettenr en scene, którego pozazdro-
ściłby nam mogły pierwszorzędne teatry europejskie. Nie
oglądający się, na nic gdy idzie o osiągnięcie celu, dał
Przedewszystkiem niebywale wspaniałą oprawę. Tem olśnił
’ Przykuł oko widza. Następnie „ustawieniem“ ról dopo-
wiedział słuchaczowi to, co dla niego być mogło zanadto
sytnbolicznem i niejasnem. Wreszcie wydobył i nakazał
niejako nastrój, pchnąwszy całość zdecydowanie artystycz-
ną, pewną ręką. Tak przewinęła się bajka, jak baśń cza-
rna ku pożytkowi sceny i autora. Mówimy: „ku po-
ży(kowi autora,” bo jeśli trudził się znojnie i ofiarnie Pa-
wlikowski, czynił to niewątpliwie w tern przekonaniu,
iż Po „Lilicie” p. Germana da teatrowi „Samsona...”
Just to stałe rozumowanie artysty i obywatela, który
nieraz dla jednej, rzuconej z talentem sceny poświęca
szereg kosztownych wieczorów. Nie sposób mówiąc
o dziele, jego utalentowanym twórcy i współtwórcy
niejako, nie wspomnieć i o wykonawcach „Lilithy.” Głów-
n* 2 nich sportretowani są w dołączonych rycinach.
। *ęc p. Bednarzewska, która w „Lilith rudowłosą” przę-
dą cały powab niewieści i bogaty swój liryzm. Więc
Ujmująco młodzieńczy i recytujący doskonale Studenta
P- Tarasiewicz. Wreszcie Solski, który z trudnej bardzo
r°H Królewicza z bajki wykrzesał arcydzieło. Jak przej-
tnującc był0 zjawienie się Postaci (p. Solska)! jakie
sylwety wyborne pp. Chmielińskiego, Feldmana, Jawor-
iego, którzy wszyscy mieli z symbolami do czynienia!
iak znowu dostrojeni p. Stachowiczowe, Kwiatkiewicz,
lerowski, Nowacki, Janusz (obiecujący debiutant) i in-
yuh legion! Część dekoracyjna przyniosła rzetelny za-
Zczyt p. Jasieńskiemu, który i jako maszynista z naj-
ardziej fantastycznymi pomysłami autora gładko się
uP°ral, tc
• ( . * W-dniu 28-ym z. m., rozstrzygnięto konkurs
'“•mii# Konstantego Wolodkowieza na operę, osnutą
lug życzenia ofiarodawcy na tle poematu Malczew-
skiego „Marya”. Z pośród czterech nadesłanych party-
tur przyznano nagrodę rub. 5,000 pracy pod godłem
„Czucia jędrne a serdeczne.” Autorem opery nagrodzo-
nej jest p. Roman Siatkowski, twórca „Filenis.” Sąd
konkursowy, zgromadzony w mieszkaniu bar. Kronen-
berga, składali p.p.: L. bar. Kronenberg, Emil Młynarski,
Z. Noskowski, Jan Reszke i Wł. Żeleński, o
* Drugi koncert symfoniczny odbędzie się d. 18
b. m. Batutę dzierży Zygfryd Wagner, który pokie-
ruje wykonaniem dzieł genialnego ojca, znakomitego
dziada i swoimi utworami. Program obejmuje pomię-
dzy innemi słynną Idyllę „Zygfryd,” napisaną na cześć mło-
dego Zygfryda.
* Zygmunt Noskowski rozpoczyna pogadanki
z dziedziny muzyki wokalnej i instrumentalnej.
Odczyty odbywać się będą stale w każdą niedzielę.
* Dr Alfred Nossig wygłosi w d. 18 b. m.
w Filharmonii odczyt zatytułowany: Muzyka na tle sa-
lonów zagranicznych. Pogadankę uświetnią popisy 1
solowe Barcewicza, Myszugi i K. Jaczynowskiej, którzy
wykonają utwory polskie, ciesząc się największą popu-
larnością w salonach zagranicznych.
* Will) Hamacher, wzięty pejzażysta niemiecki,
cieszy się też szczególnem szczęściem do medalów
i odznaczeń. Zebrał ich podobno niesłychanie wielką
liczbę na wystawach wszystkich krajów świata—istny
kolekcyonista. W tych dniach salon p. Krywulta, wysta-
wił szereg jego większycłi i mniejszych obrazów, co
dajc możność sprawdzenia, jak wygląda twórczość tak
ogólnie honorowanego za górami artysty. Krajobrazy
jego tu obecne świadczą rzeczywiście, iż jest to mistrz
bardzo świadomy swych środków, doskonały technik,
malarz pełen siły i subtelności w odczuciu tych najtrud-
niejszych, przemijających efektów kolorystycznych, któ-
rych bezpośrednio z natury notować nie podobna, jak
dajmy na to pewne wrażenia nocy księżycowych, nadto
jest on wybornym rysownikiem kształtów zmiennych, nie
dających się zmusić do trwałego pozowania, jakiemi są
fale wód morskich. Są to zatem nietylko wyłącznie
sumienne studya pejzażowe, ale syntezy artystyczne du-
cha twórczego i umiejętnej obserwacyi, co nadaje dzie-
łom tym moc głębszego zainteresowania widza. Zrozu-
mienie wody w jej kształtach, barwach i połyskliwości czy-
ni z niego przedewszystkiem wybornego marynistę. Jest
ona zawsze w tych obrazach przejrzysta, wilgotna, nad-
zwyczajnie żywa i ruchliwa. Najlepsze są też te miano-
wicie, których woda jast głównym tematem jak: „We-
necya,” „Łódki rybackie,” „Topniejący lodowiec” i inne.
Z Dalekiego Wschodu.
Dzień urodzin mikada (3-go b. m.) miał być—
według oddawna obiegających w prasie po-
głosek—dniem generalnego szturmu do Portu Ar-
tura. O ile z nadchodzących ustawicznie telegra-
mów sądzić można—szturm taki nastąpił rzeczywi-
ście i miał charakter decydującego.
Niejednokrotnie przedtem pisano już o „osta-
tecznych" szturmach—była to jednak pomyłka, wy-
nikająca z niedokładnej u korespondentów znajo-
mości siły odpornej twierdzy. Nieraz pisano o zdo-
bywaniu „fortów"—jak się okazuje jednak, były
to tylko wysunięte przez fortami, silne pomocnicze
pozycye. Zdobywanie właściwych fortów, czyli
obwarowań zbudowanych z betonu i zaopatrzonych
w niezmiernie trudne do przebycia przeszkody,
nastąpiło dopiero w ostatnich tygodniach, t. j. wte-
dy, gdy rozpoczęto burzenie obwarowań murowa-
nych z olbrzymich dział największego kalibru.
Najważniejszą przeszkodą do ręcznego ataku
na fort murowany, jest -oprócz znajdujących się
przed nim w pewnej odległości sieci drutów kol-
czastych, wilczych dołów, min i t. p.—olbrzymia
fosa, czyli rów murowany dochodzący do 50 stóp
głębokości, bardzo szeroki najeżony na dnie ostry-
mi kolcami z żelaza. Atakujących śmiałków, któ-
rzyby bez uprzednich przygotowań znaleźli się
w takim rowie, czeka śmierć niechybna. Krzyżo-
wy ogień, skierowany na nich z poza murów i spe-
cyalnie urządzonych skrytek dla strzelców, zmiecie
888
DWORZEC TYMCZASOWY W CHARBINIE.
Fot. inżyniera Ed. Ossera. WOZY OCZEKUJĄCE ŁADUNKU W CHARBINIE.
ich co do jednego. Dlatego też, zanim się zaata-
kuje fort białą bronią, trzeba go „rozmiękczyć/
czyli zamienić w kupę gruzów za pomocą dział
oblężniczych, których pociski, wymierzane z mate-
matyczną dokładnością, działają wprost z demonicz-
ną potęgą. Skoro już gruzy zwalonych murów
napełnią olbrzymie fosy, armaty fortowe są
zdemontowane, a składy z prochem wysadzone
w powietrze, na pozostałą w forcie przerażoną
dziełem straszliwego zniszczenia załogę rzucają się
pułki oblegających i—rzadko kiedy chybia ten
efekt szalonej odwagi atakujących z pogardą śmier-
ci napastników. Zresztą od natury miejscowości
zależy, czy obrońcy po zburzeniu murów mają
jeszcze jakie naturalne zasłony, z za których mogą
bezpiecznie strzelać do szturmujących, czy też po-
zostaje im tylko walka na bagnety, noże i pięści.
Port Artura leży, jak wiadomo, na stromych
skałach. Po najstraszniejszem bombardowaniu po-
zostanie więc tam zawsze skąd się bronić. Temu
więc przedewszystkiem należy przypisać trud-
ność zdobycia tej twierdzy.
Jakie są wyniki generalnego szturmu — na-
pewno jeszcze nie wiadomo.
*
* *
Generał Kuropatkin wciąż jeszcze oczekuje
na większą ilość posiłków, generał Ojama zas —
prawdopodobnie na rozstrzygnięcie losów Portu
Artura. Żadna z olbrzymich armii nad Szacho nie
ośmiela się atakować pozycyi przeciwnika, leżących
wprawdzie na odległość strzału, ale zamienianych
z dnia na dzień w coraz silniejsze twierdze. Wrą
tylko drobne walki. Przewidują jednak, że naprę-
żona ta sytuacya zakończy się straszliwą bitwą,
jeszcze krwawszą niż poprzednie...
Dowódcą pierwszej armii mandżurskiej zo-
stał mianowany generał Liniewicz, dowódcą trze-
ciej armii mandżurskiej—generał Kaulbars.
Dotychczasowe koszty wojny oblicza japońskie
ministeryum skarbu na 576 milionów jenów.
Stąd 411 piil. pokryto przez pożyczki, a 165milj.
przez przeniesienie innych „conto“ na „conto“
budżetu wojennego. Z przeszłorocznego budżetu
pozostała nadwyżka 48 milionów. Z różnych nowo
zaprowadzonych podatków osiągnięto62 mil., które
posłużą do pokrycia pożyczek. Bilans r. 1904/5
zamknięto nadwyżką 6,7 milionów.
W budżecie roku przyszłego, który już wy-
gotowano, figuruje pozycya kosztów wojny w su-
mie 770 milionów. Pokryją ją podatki nadzwyczajne
w sumie 90 mil., oszczędności na administracyi
70 milj., wreszcie pożyczki 610 milionów.
Z Petersburga.
Pisma petersburskie podały wiadomość o za-
biegach towarzystw rolniczych w Królestwie Polskiem,
które zwróciły się do władz właściwych z prośbą o zor-
ganizowanie i rozpoczęcie robót publicznych, celem na-
prawy położenia ekonomicznego ludności włościańskiej,
przebywającej obecnie ciężkie chwile. W zakres owych
robót publicznych wchodzi: oczyszczanie lasów skarbo-
wych, kopanie w nich rowów, budowa i naprawa szos.
%* Na mocy Manifestu Najwyższego pozwolono
wrócić pewnej liczbie skazańców politycznych z gub.
Archangielskiej. Na ogólną liczbę 760-ciu, miało prawo
skorzystać z tego pozwolenia 60-ciu nieletnich i 75-ciu
pełnoletnich.
*** .Torg-Promyszl. Gazeta* donosi, iż postano-
wiono podnieść w całem państwie kolejową taryfą oso-
bową: pierwszej klasy o 20 proc., arugiej o 33 proc,
a trzeciej o 25 kopiejek na odległość 400 wiorst. Po-
wodem reformy mają być podobno straty na ruchu oso-
bowym, obliczane na 39 milionów rb. Zdaje się, iż
istnieje tu nieporozumienie w obliczaniu dochodów
i strat. Ruch osobowy sam przez się rzadko kiedy daje
dochód kolejom. Tutaj jednak w obliczeniu dochodów
i strat należałoby wziąć pod uwagę co innego: przede-
wszystkiem zbadać, o ile uprzystępnienie jazdy wpłynęło
na ożywienie interesów ekonomicznych, a więc i ruchu
towarowego. Zdaje się, że wychodząc z tego stanowiska,
można byłoby dojść do wyników wręcz przeciwnych i...
do utrzymania taryf dotychczasowych.
* *
*
Wojna, wyczerpująca finanse państwowe, nie-
wątpliwie przyczyni się do nowych zarządzeń fi-
skalnych, celem wzmożenia dochodu i wyrównania
luk. Już dziś z tego powodu mówią o wprowa-
dzeniu podatku od dochodów. Ten najracyonal-
niejszy system podatkowy istnieje już oddawna
w kilku państwach zachodnio-europejskich z Do-
wodzeniem i jeżeli będzie wprowadzony w Rosyi,
to niewątpliwie oprze się na zasadach już wypró-
bowanych gdzieindziej. Nowości tej boi się wie-
lu większych płatników, a jednak uniknąć tego nie
można, i niewątpliwie podatek ten wejdzie w ży-
cie, jeżeli nie podczas wojny, to natychmiast po
wojnie.
Najtrudniejszą jest rzeczą określić istotne do-
chody danej jednostki. Dochód przemysłowy,
a poniekąd i handlowy, da się mniej więcej w przy-
bliżeniu określić przez inspekcyę podatkową; ale
o wiele trudniej będzie z dochodem zarobkowym
różnych profesyi. Tutaj chyba będzie brana pod
uwagę stopa życiowa, mieszkanie i t. d.
Reforma zapewne będzie wzorowana na sy-
stemie angielskim lub pruskim, gdzie podatek do-
chodowy jest pobierany od pewnej minimalnej wy-
sokości. W Anglii np. zaczyna się od 500 fun. st.
(1,500 rub.), w Prusiech- -od 900 marek. Dalej zaś
następuje stopniowy wzrost procentowy podatku
w stosunku do wysokości dochodów. Dodajmy, że
za granicą podatek dochodowy wprowadzono prze-
ważnie pod wpływem nadwątlenia finansów przez
wojnę. W Rosyi po roku 1812 wprowadzono
również pewnego rodzaju podatek dochodowy (od
dobrowolnie określonych dochodów), ale na krót-
ko. Następnie kilka razy tę sprawę poruszano
i odkładano. Obecnie jednak można przypuszczać,
iż wejdzie ona w życie. P.
ZŁOTE LISTKI.
Niejedno gospodarskie są prawa, jako się
mają przeciwko gościom zachować, ale też jako
goście przeciwko gospodarzowi.
Paradoxa koronne, 1603 r.
*
* *
Wyżej stoi, kto dziwi, bliżej—kto nas wzrusza;
Najpełniej na ton duszy odpowiada dusza.
Józ. Ep. Mutasowicz.
* &
*
Duch ludzki jest jak magnes: z początku le-
dwo sztabkę dźwignie, potem centnary w górę
podnosi.
J. I. Kraszewski.
* *
*
Dusza z ciałem odprawia ustawiczne wojny;
Rzadko kiedy ta para miewa czas spokojny.
J. J. Zahtski.
* *
*
Niegdyś było więcej gwałtu, dziś więceJ
zdrady i fałszu; z dwojga złego wolę wilka, rii^
lisa lub węża.
A. Fredro.
* *
*
Czas jest to wiatr: on tylko małą świecę
zdmuchnie.
Wielki pożar od niego tern mocniej wybuchnie.
Adam Mickiewicz.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 46
889
Nasze ryciny.
LEON WYCZÓŁKOWSKI: PORTBET
Józefa Chełmońskiego. Portrety
Wyczółkowskiego odznaczają się zawsze
°ryginalncm ujęciem odtwarzanej na płótnie
postaci. Wśród licznych a doskonałych
prac tego rodzaju reprodukowany w bieżą-
cym numerze portret znakomitego artysty
naszego, J. Chełmońskiego, wyróżnia się
szczególnie nietylko pod względem czysto
malarskim, lecz i pod względem psycholo-
gicznym. W tej twarzy pełnej charakteru,
W tych oczach patrzących przed siebie ze
spokojem i pewnością, a zarazem z serdecz-
nem rozmarzeniem, dostrzegamy coś więcej
nad zwyczajne podobieństwo portretowe.
To niejako uosobiona synteza twórczości
Wielkiego malarza, który odczuł i utrwalił
na płótnie poezyę naszych pól, łąk, lasów,
słowem: naszej przyrody. Kto zna obrazy
Chełmońskiego i spojrzy na ten portret, ten
dostrzeże odrazu pokrewieństwo duchowe:
łączące duszę artysty z duszą jego dzieł.
Praca Wyczółkowskiego- to więcej niż por-
tret: to plastyczny symbol działalności jed-
nego z największych mistrzów sztuki pol-
skiej.
Edgar chahin: zaułek pary-
ski.—W ostatnich czasach wielu artystów
zaczęło uprawiać sztuki graficzne nie w cha-
rakterze odtwórców, lecz twórców. Zamiast
reprodukować na miedzi, drzewie czy ka-
mieniu cudze obrazy lub rysunki, sztycharz
sam wykonywa kompozycyę na odpowied-
niej płycie, sam ją rytuje, trawi i t. p.
* sam odbiia na papierze, miarkując odpo-
wiednio siłę tonów. Metoda ta—a właści-
wie cały szereg samodzielnych, ale dających
się z sobą łączyć metod — ma tę wyższość
nad zwykłem malowaniem, czy rysowaniem,
Ze zamiast jednego egzemplarza daje kilka-
dziesiąt, a nawet i więcej dzieł, posiadają-
cych do pewnego stopnia charakter orygi-
nałów. Krótko mówiąc, jest to szlachetny
sposób demokratyzacyi sztuki, gdyż udo-
stępnia dzieła wartościowe nawet warstwom
niezamożnym. Dzieło Chahina, którego re-
Produkcyę dajemy obecnie, jest autoakwa-
fortą. Autor przedstawi! na niej szmat ży-
cia paryskiego. Nie jest to ów Paryż kos-
mopolityczny, pełen olśniewającego i ku-
szącego zbytku, lecz Paryż, ukryty przed
°czyma turystów, Paryż, gdzie gnieździ się
Proletaryat. W pracy Chahina dążność do
oddania charakteru odtwarzanych figur
1 Przedmiotów panuje nad potrzebą łącze-
n'a linii w piękne kombinacye. Chahin
nie stylizuje życia, lecz odtwarza je w ca-
łej prawdzie. Pomimo pospolitości, a na-
wet brzydoty figur, kompozycya sprawia
"'rażenie interesujące i estetyczne, dzięki
Przepysznemu i pełnemu wyrazu, a zarazem
bezmiernie subtelnemu rysunkowi, oraz
JjLrytej pod pozornym bezładem symetryi.
'a dwóch krańcach rysunku stoją dwie
Pfzekupki, różne w typie i liniach, ale od-
powiadające sobie wzajemnie pod wzglę-
dem czysto plastycznym. Środek zajmuje
góipa trzech osób, tworząc główne ognisko
obrazu. W głębi roją się żywe i doskonałe
'v ruchu sylwetki biedaków, handlarzy
handlarek. Perspektywa linijna i po-
^'etrzna świadczy o wyczulonem oku i zna-
Omitej technice artysty.
Stanisław pstrokoński: dzie-
w^czka ŚREDNIOWIECZNA. Potni- '
0,0 że na obrazie tym nie widzimy dramatycz-
nej sceny, tylko wdzięczną i wyrazistą głów-
’ młodego dziewczęcia na tle drzew i liści,
^Wor Pstrokońskiego zasługuje w zupełności
miano doskonałej kompozycyi malarskiej.
Oralnie, że wyraz „kompozycya" należy
w szerszem znaczeniu, niż się u nas
ac zwykło. Spokojne linie twarzy i fi-
gury dzieweczki tworzą bardzo efektowny
kontrast z powikłanemi liniami gałęzi, przez
które prześwieca jasne niebo. Obraz Pstro-
końskiego jest kompozycyą nawskroś de-
koracyjną. Wartość jej polega przedewszyst-
kiem na umiejętnem zharmonizowaniu linii
oraz plam barwnych, które wiążą się w ca-
łość niezwykle pociągającą i piękną.
Kronika.
SPOŁECZNE.
W dniu 2-im b. m. odbyło się posiedze-
nie komitetu Kasy literackiej pod przewod-
nictwem p. Juliana Adolfa Święcickiego.
W toku obrad postanowiono, stosownie do
porozumienia się z ofiarodawczynią sumy
wieczystej rub. 4,500, p. Hortensyą Lewen-
talową, że 20% z odsetek od rzeczonej
kwoty wpływać będzie na fundusz obroto-
wy i ma być wykazywane jako część do-
chodu od fundacyi imienia Franciszka Sale-
zego Lewentala, 80% zaś przeznaczone bę-
dą na nagrody dla autorów wybitnych po-
wieści i sztuk dramatycznych, wystawia-
nych na scenie warszawskiej. W każdem
pięcioleciu połowa przeznaczonych na na-
grody odsetek będzie przyznawana za po-
wieść, a druga — za sztukę dramatyczną.
Przyznawać i wypłacać nagrody ma zawsze
komitet Kasy literackiej albo też grono sę-
dziów, przez komitet Kasy zaproszonych,
z udziałem każdorazowo jednego z człon-
ków redakcji Kuryera Warszawskiego,
lub literata wskazanego przez wspomnianą
redakcyę. o
Jak donoszą dzienniki tutejsze, projekt
reformy dyrekcyi szczegółowych Tow. Kred.
Ziemskiego, wypracowany na żądanie mini-
steryum skarbu przez specyałną komisyę
w temże Towarzystwie, stracił obecnie wi-
doki urzeczywistnienia się. Motywem za-
wieszenia w tej sprawie odpowiedniej de-
cyzyi ministeryum jest obecne położenie
ekonomiczne, przy którem wprowadzenie
podobnej reformy w łonie jedynej u nas
instytucji kredytowej ziemskiej wpłynęłaby
niezwykle ujemnie na prawidłowy bieg
spraw rolniczych, o
ROCZNIK.
P. Henryk Mintowt-Juszkiewicz, redaktor
wydawnictwa zbiorowego p. t.: „Jcdnorocz-
nik naukowo-literacki akademików war-
szawskich,' uprasza młodych autorów, pra-
cujących na niwie naukowej, literackiej
Stół przystrojony na kursach 5-ciodniowych zdobnictwa kwiatowego, urządzonych po
raz pierwszy przez Towarzystwo pszczelniczo-ogrodnicze we wrześniu r. b. Do deko-
racyi użyto łodyg szparagu ozdobnego, gron jagodowych, jarzębiny i głogu wielko-
owocowego, oraz georgini ciemno-ponsowych, trytom i storczyków.
Fot. J. Moszczyński.
i artystycznej, uczęszczających do uniwer-
sytetu warszawskiego, o nadsyłanie prac,
przeznaczonych do „Jednorocznika" pod
adresem: Henryk Juszkiewicz, Marszałkow-
ska Nr 62. Termin nadsyłania utworów
upływa w dniu 31-ym marca r. p W celu
unormowania objętości wydawnictwa auto-
rowie proszeni są o przysłanie w czasie
możliwie najkrótszym deklaracyi, zawierają-
cych dane co do przypuszczalnych rozmia-
rów i treści pracy, o
PRZEMYSŁ, ROLNICTWO I HAN-
DEL.
Obecny ogólny zastój przemysłowy w
Królestwie zniewolił niektóre towarzystwa
fabryczne do starania się u odpowiedniej
władzy o pozwolenie zmniejszenia kapitału
zekladowcgo. Obecnie pozwolono uczynić
to dwom towarzystwom akcyjnym, miano-
wicie towarzystwu zakładów „Skarżysko"
zmniejszyć kapitał z 750,000 rubli do 450,000
i towarzystwu warszawskiej fabryki koronek
i firanek Fajnkinda z 2,000,000 do 1,000,000
POLACY ZA GRANICĄ.
Dnia 4-go b. m. otwarto w Paryżu w ga-
leryi malarzy współczesnych przy ul. Cau-
martin Nr 19 wystawę obrazów pendzla
Jana Chełmińskiego, osnutych na tle dzie-
jów Księstwa Warszawskiego. Cykl składa
się z dziesięciu dzieł, opatrzonych poni-
żej wymienionymi tytułami: „Poświęceni!*
Lipsk 1813 r. (śmierć ks. Józefa Poniatow-
skiego), „Szwadron Napoleona na Elbie,*
„Pod Berezyną* 1812 r., „W Hiszpanii
1810 r.,“ „Ks. Józef Poniatowski, wódz
armii polskiej," „Generał Jan Henryk Dą-
browski," „Szef szwadronu 7-go pułku
ułanów Nadwiślańskich,* „Adjutant ks. Jó-
zefa Poniatowskiego," „Przewodnik ks. Jó-
zefa" i „Odbudowanie armii polskiej Ks.
Warszawskiego." Seryę tę, złożoną z 48
obrazów wydaje księgarnia paryska Plon,
Neurrit i S-ka. Tekst pióra Wacława Gą-
siorowskiego przełożył na język francuski
Bronisław Kozakiewicz, o
ŚWIAT KOBIECY.
Ogłoszone za ubiegłe półrocze sprawo-
zdanie Tow. ochrony kobiet wykazuje roz-
wijającą się wciąż działalność instytucyi.
W ciągu ostatnich sześciu miesięcy zdołała
ona umieścić w istniejących zakładach dob-
roczynnych 10 małoletnich dziewcząt, za-
pewnić pracę 65-iu kobietom, otoczyć opie-
ką 6 młodych podróżnych, wyrwać z rąk
pośredniczek dwie dziewczyny, przeznaczo-
ne na handel żywym towarem, zająć się
110-ma choremi po wypisaniu ich ze szpi-
tala, oddać do zakładów poprawczych na
koszt Tow. 12 dziewcząt upadłych, zaofia-
rować 35-iu bezdomnym wyrobnicom tym-
czasowe schronienie, a 27-iu stałe. Cyfry
to, jak na półmilionowe miasto, drobne,
świadczą jednak o ruchliwości stowarzysze-
nia i dobrem zrozumieniu podjętych zadań.
—W mieście naszem przy ulicy Nowo-
grodzkiej Nr 21 powstaje zakład pod na-
zwą „Domu św. Zyty" (patronki sług), któ-
rego celem wytworzenie typu wzorowej
służącej we wszystkich rodzajach służby
domowej. Nauka obejmować ma: kuchar-
stwo, służbę pokojową, pranie i prasowa-
nie, szycie, cerowanie, łatanie, znaczenie.
Najdłuższy kurs dwuletni. Zdolne uczen-
nice otrzymają świadectwa i wypuszczane
będą wcześniej. Prócz stałych dziewcząt
w internacie, przyjmowane będą i przy-
chodnie. Projektowany jest również kurs
kucharstwa dla panien. Przy zakładzie bę-
dzie zaprowadzona jadłodajnia z wydawa-
niem obiadów codziennie od 1-ej do 3-ej
w cenie 40 kop. Dom św. Zyty wynajmu-
je kilka pokojów dla stałych lokatorek, aby
wyćwiczyć w usłudze wychowanki; przyj-
muje również bieliznę do prania, szycia
i naprawy z miasta. Roczna składka zwy-
czajnych członków wynosi 3 rub., nadzwy-
czajnych 6 rubli. Członkowie honorowi
wnoszą jednorazowo przynajmniej 100 rub.
—Ministeryum oświaty zawiadomiło kurato-
ra warsz. okręgu naukowego, że procent
wolnych słuchaczek wyższych kursów żeń-
skich w Petersburgu pozostaje bez zmiany.
Liczbę słuchaczek Żydówek powiększono
o 5% z utrzymaniem wszakże prawa, za-
braniającego im uczęszczania na kursy, ja-
ko wolne słuchaczki.—Konfercncya akade-
mii lekarskiej wojskowej w Petersburgu
uznała za możliwe dopuszczanie kobiet le-
karzy do egzaminów na stopień doktora
medycyny, cw
HYGIENA.
Po porozumieniu się z prezesem war-
szawskiego Tow. hygienicznego, urząd le-
karski wypracował obecnie projekt ustawy,
powołanej do życia przez rzeczone Towa-
rzystwo opieki sanitarnej w Warszawie, ma-
jącej na celu obznajmienie się i przygoto-
wanie opisu miasta pod względem sanitar-
nym oraz współdziałanie z władzami sani-
tarnemi i miejskiemi w zakresie polepsza-
nia warunków hygienicznych Warszawy.
Członkami opieki będą rzeczjrwiści człon-
kowie Towarzystwa hygienicznego, lekarze
i technicy, wybrani przez radę Towarzy-
stwa i zatwierdzeni przez oberpolicmajstra
m. Warszawy na czas nieograniczony.
Członkowie opieki, czyli tak zwani opieku-
nowie sanitarni, działać będą w wyznaczo-
nej każdemu z nich części miasta, w razie
jednak stwierdzenia jakichkolwiek niedo-
kładności gdzieindziej, mogą oni działal-
ność swą rozszerzyć i poza granice powie-
rzonych im okręgów. Projekt ustawy przed-
stawiono do zatwierdzenia władzy wyższej, o
Na ostatniem posiedzeniu Tow. hygie-
nicznego przewodniczący oznajmił zebranym
fakt otwarcia i poświęcenia w Nałęczowie
kąpieli ludowych im. Bolesława Prusa,
urządzonych wzorowo kosztem około
3,000 rubli. Kąpiele te zyskały prawdziwe
uznanie wśród okolicznych włościan. Poza
tem odczytał przewodniczący, w zastępstwie
chorego obłożnie d-ra Wernica, referat o wy-
stawach ruchomych i instruktorach hygie-
nicznych, w którym pragnie autor jak naj-
szerszego rozszerzenia działalności Towa-
rzystwa hygienicznego na prowincyi. Mię-
dzy innymi proponuje on następujące środ-
ki: utworzenie przy oddziałach prowineyo-
nalnych sekcyi w małych miasteczkach dla
urządzania odczytów, rozdawania broszurek
i t. p. Do mniejszych miejscowości, gdzie
890
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 46
nie można byłoby urządzić takich sekcyi,
należałoby wysyłać prelegentów, którzy
rozszerzaliby wśród ludności okolicznej naj-
niezbędniejsze wiadomości z zakresu hy-
gieny. Koszt takich ruchomych odczytów
wyniósłby około 300 rubli rocznie na od-
dział. Nadto przyjęto z uznaniem projekt
d-ra Macieszy z Płocka w sprawie utworze-
nia przy urządzanej we wrześniu r. p. wy-
stawie Towarzystwa rolniczego oddziału
hygienicznego, oraz powzięto myśl założe-
nia muzeum hygienicznego wystawowego
ze stałym punktem oparcia w Warszawie, o
ZMAHLI.
Ks. Maryan Dmochowski, kapłan z dye-
cezyi płockiej, zmarł w Warszawie, prze-
żywszy lat 39. o
Józefa z Tronowskich Krastiodębska,
wdowa, zmarła w Warszawie d. 4 b. m o
Julia ze Święcickich Mieczysławowa
Janczewska, wdowa po doktorze medycy-
ny, zmarła dnia 5-go b. m. we wsi Mzurki,
pow. Piotrkowskiego, o
Ludwik Dzwonkowski, podpułkownik
3-go pułku strzelców, oraz wojskowy na-
czelnik na czas mobilizacyi w pow. Go-
styńskim, zmarł tragiczną śmiercią, ode-
brawszy sobie życie wystrzałem z rewol-
weru z powodu niestawienia się na okre-
śloną godzinę 26 zapasowych, którym na
osobistą odpowiedzialność pozwolił opuścić
koszary dla pożegnania rodzin i załatwie-
nia spraw domowych. Zmarły na kilka
dni przed zgonem rozdał rodzinom powo-
łanych całą znajdującą się przy nim go-
tówkę, a w przeddzień katastrofy czuł się
bardzo zdenerwowany, o
Konstancya z Zaborowskich Kowalew-
ska, wdowa po obywatelu ziemskim gub.
Kaliskiej, zmarła w Kopyści pod Łaskiem,
przeżywszy lat 66. o
Kazimierz Nowakowski, adwokat przys.,
radca prawny Rady miejskiej dóbr, pub-
licznej, zmarł w Warszawie dnia 5-go b. m.,
przeżywszy lat 46. o
Teofila z Włoczewskich Kwiatkowska,
b. obywatelka ziemska, zmarła w Warsza-
wie dnia 5-go b. m., przeżywszy lat 85. o
Walentyna Dchnel, b. przełożona pensyi
w Kaliszu, zmarła w Warszawie dnia 4-go
b. m., przeżywszy lat 80. o
Ze świata.
STULETNI JUBILEUSZ KODEKSU
Napoleona. Dnia 31 października ob-
chodzono w Paryżu świetnym bankietem
jubileusz stuletni kodeksu cywilnego Napo-
leona. W uroczystości, która się odbyła
pod przewodnictwem ministra sprawiedli-
wości, uczestniczyło około 400 osób. Po-
nieważ kodeks ten pod wielu względami
upośledza w prawach kobiety, różne stowa-
rzyszenia feministyczne założyły protest
przeciwko obchodowi.
WYM.OBDOWANIE MISYONARZY
katolickich na jednej z wysp archipelagu
Bismarka nastąpiło z przyczyn, bliżej jeszcze
niezbadanych. Stacya misyi, zwana stacyą
św. Pawła, istniała od r. 1897 i, jak się
zdawało, rozwijała się pomyślnie. Posiada-
ła dwie szkoły i dwa domy sierot dla dzie-
ci tubylców Stacyę wybudowano o dwie
godziny drogi od posterunku wojskowego,
w głębokim lesie zwrotnikowym. Misyo-
narze pobudzali tubylców do uprawy miej-
scowych roślin i, nauczając wiary Chrystu-
sowej, sieli kulturę pod każdym względem.
Dnia 26 sierpnia r. b. miało nastąpić po-
święcenie nowo wybudowanego kościoła.
Ojciec Rascher, pod którego kierunkiem
odbywały się prace misyi, oraz pięć Sióstr
Miłosierdzia, wśród których znajdowała się
Polka, Siostra Angela, dwóch jeszcze mi-
syonarzy — wszyscy dawali przykłady bez-
względnego poświęcenia i zapału. Pozna-
wali język i obyczaje dzikich Baini.igóW,
wśród których żyli, postępowali z mmi,
.SIOSTRA ANGELA.
zdawało się jak najtaktowniej, stara-
jąc się wniknąć w ich obyczaje i sposób
myślenia. Dlatego też zamordowanie (no-
żami i pałkami) 13 sierpnia misyonarzy
i Sióstr, znajdujących się w misyi, jak to
stwierdzono właśnie przez ludność okolicz-
ną, jest rzeczą dla znających stosunki miej-
scowe niepojętą, k
JOHN LOCKE. D. 28 października r. b.
upłynęło lat dwieście od śmierci znakomi-
tego filozofa angielskiego, Johna Locke’go,
(ur. 1632 r. w Wnngton pod Bristolem),
jednego z głównych twórców nowożytnej
kultury filozoficznej. W swojem słynnem
dziele „An assay conccrning human under-
standing' (Badania nad rozumem ludzkim)
starał się udowodnić teoryę, zwaną sensu-
alistyczną, w której za źródło wszelkich
pojęć i wszelkiej wiedzy uważa wrażenia
zmysłowe, lub refleksyjną obserwacyę sta-
nów własnej duszy. „Nihie est in intellectu,
quod non fuerit insensu'—było zasadą Loc-
ke’go, która później u Jana Śniadeckiego
wyraziła się tak: „Bez rzeczy zewnętrznych
niema wrażeń zmysłowych, a bez wrażeń
zmysłowych niema pojęć i myśli.' Przy-
puszczając, że poznanie polega na postrze-
ganiu tożsamości, lub różnicy, względności,
współistnienia i rzeczywistego bytu naszych
wyobrażeń, nie uwzględniał Locke zupełnie
możliwości t. zw. „idei wrodzonych.' Loc-
ke uważany jest również, dzięki swoim
badaniom nad "poznaniem, za ojca psycho-
logii doświadczalnej. Był też w Anglii
pierwszym pionerem racyonalnego wycho-
OBCHÓD SETNEJ ROCZNICY KODEKSU NAPOLEONA W SORBONIE
PARYSKIEJ.
wania, przeciwnego pedanteryi - szkolnej.
W filozofii religijnej wierzył w objawienie,
które starał się jednak utożsamić z rozu-
mem. Na dzieła jego duży wpływ wy-
warły pisma Descartes’a. W życiu odzna-
czał się prawością charakteru. Jego dzia-
łalność polityczna zaznaczyła się głównie
napisaniem książki „O tołerancyi," w któ-
rej głosi zasadę swobody przekonań i wy-
znania. k
JOHN LOCKE.
ZMARLI.
Paweł Cassagnac, słynny mówca parla-
mentarny francuski, nieubłagany bonapar-
tysta. Odznaczał się płomiennemi prze-
mówieniami i gwałtownym charakterem, co
go narażało na częste pojedynki. Ur. 1843 r.
Redagował przez dłuższy czas dziennik
Pays. Wzięty do niewoli pod Sedanem,
przebył w twierdzy Kozel dwa lata. Po
upadku cesarstwa nie przestawał pracować
dla bonapartyzmu, a nawet po śmierci mło-
dego cesarzewicza nie opuścił rąk, popełnił
jednak błąd polityczny, obwołując za głowę
partyi nie ks. Hieronima, lecz jego syna,
i sprowadzając w partyi rozdwojenie. Po
upadku Boulangera (od r. 1893) poświęcił
się już tylko publicystyce. Obecnie partya
bonapartystowska nie ma we Francyi pra-
wie żadnego znaczenia. Zmarł 6 b. m. k
Polityka.
Kampania żywiołów nacyonalistyczno-kle-
rykalnych przeciwko rządowi Combes’a,
podjęta w obronie zagrożonego konkordatu,
której pierwszą fazę streściliśmy pokrótce
w poprzedniej kroniczce, rozwinęła się
w dalszym ciągu bardzo gwałtownie i do-
szła tak wysokiego stopnia napięcia, iż
w końcu spowodowała prawdziwą burzę,
skandal parlamentarny w wielkim stylu.
Jak wiadomo, deputowany Guyot dc Ville-
neuve na podstawie dokumentów jakoby
wykradzionych z ministeryum wojny i archi-
wum Wielkiego Wschodu wolnomularskiego,
zarzucił ministrowi wojny, że w armii
istnieje system dcnuncyacyi przekonań
i protekeya wolnomyślnych republikanów
ze szkodą katolików i zachowawców. Za-
rzut ten naraził gabinet na bardzo krytycz-
ne przejście, z którego wyszedł zwycięsko
tylko niewielką większością głosów. Otóż
punkt kulminacyjny sprawa osiągnęła, gdy
generał Andre na następnem posiedzeniu
oświadczył, iż pozostanie na stanowisku
bez względu na ataki i szyderstwa opozy-
cyi: deputowany Syveton wskoczył wów
czas na trybunę i dwukrotnie uderzył 67-
letniego ministra pięścią w twarz tak, że ten,
zbroczony krwią, upadł na ziemię. To dało
pochop do zażartej bitwy na pięści, w któ-
rej wzięła udział cała izba i która trwała
kilka minut. Po przerwie kilkogodzinnej
posiedzenie rozpoczęto nanowo: izba przy-
jęła 343 głosami przeciwko 246 porządek
dzienny, wyrażający wotum zaufania dla
rządu. Skandal więc wbrew oczekiwaniom
nacyonalistów, zakończył się dla rządu
tryumfalnie, nawet gdyby generał Andre
był zmuszony ustąpić z powodu odniesio-
nego szwanku na zdrowiu. Syvctona
czeka podobno kilkoletnie więzienie. Zajście
wywołało ogólne oburzenie i liczne wyrazy
sympatyi dla gen. Andre nawet ze stro-
ny nieprzychylnych mu politycznie osób.
—We Włoszech odbywają się w obecnej
chwili wybory do parlamentu rozwiązanego
przez Giolittiego, wybory, wzbudzające wiel-
kie zainteresowanie wskutek udziału w nich
katolików zamieszkałych na terytoryum by-
łego państwa Kościelnego. Papież nie zniósł
wprawdzie ofieyalnie znanego zakazu bra-
nia udziału w życiu parlamentarnem, posta-
nowił jednak milcząco tolerować wykony-
wanie prawa wyboru czynnego; wybór bier-
ny po dawnemu pozostaje wzbroniony. Gio-
lotti rzeczywiście uzyskał dla siebie po-
myślniejszą niż dotychczas konjunkturę po-
lityczną w nowej izbie. Walka wyborcza
tak absorbuje Włochów, że nawet rozruchy
antiwłoskie w Insbruku schodzą wobec niej
na drugi plan. Mimo to rozjątrzenie jest
wielkie z tego powodu i dodajmy, zupełnie
uzasadnione. Hakatystom niemieckim w Ty-
rolu nie podobało się otwarcie włoskiego
wydziału prawniczego w stolicy prowincyi.
ze zwykłą więc „energią,' opartą na prze-
wadze liczebnej, połamali i zniszczyli całe
urządzenie wewnętrzne budynku, wywołu-
jąc przytem szereg bójek i zajść z przed-
stawicielami znienawidzonej narodowości
zarówno jak z policyą, bójek niejednokrot-
nie krwawych. Są zabici i ranni. Na uli-
cach skonsygnowano wojsko. Demonstran-
cye trwają w dalszym ciągu i wywołały
kontr-rozruchy, skierowane przeciwko Niem-
com w miastadi z przeważającą ludnością
włoską. — Zawarto dwa traktaty roz-
jemcze: sekretarz stanu Hay i p. Jusserand
ambasador francuski w Waszyngtonie, pod-
pisali układ, mocą którego nieporozumienia
między Stanami a Francyą mają być r>a
przyszłość oddawane do rozstrzygnięcie są-
dowi polubownemu. Dnia 30 z. m. zas,
traktat podobny, oparty na postanowieniach
konwencyi haskiej, podpisany został prze2
rosyjskiego ministra spraw zagraniczny^1
i nadzwyczajnego posła belgijskiego.—Admi-
rał Rożestwieński opuścił Tanger i udał się
w dalszą drogę na Daleki Wschód. Orga
nizacya międzynarodowej komisyi śledczej
w sprawie wypadku na morzu Północnem
jest w toku.
891
KSIĄŻKI 1 WYDAWNICTWA PGRYODYCZNG.
KSIĄŻKI POLSKIE.
* Jan Augustynowicz: W pryzma-
cie. (Warszawa. 1905. Nakład księgarni
G. Centnerszwcra i Ski, str. 143 w 16-ce.
Cena rub. 1.20).- Pryzmat p. Augustynowi-
cza rozszczepia życie na krwawe, ponure
Widma. Zajmują go przeważnie „sytuacye
nadzwyczajne," zapisywane w dziennikach
do kroniki wypadków i skandalów. W pre-
tekstach do tworzenia niezbyt jest wybred-
ny: śpiewak schodzi z estrady, aby po-
witać w krzesłach kobietę, którą kochał od-
dawna, a która teraz jest żoną innego; na
cmentarzu odbywa się pogrzeb „upadłej"
dziewczyny; śmierć we własnej osobie, to
jest „we fraku, białych rękawiczkach i bia-
łym krawacie", rozmawia z profesorem filo-
zofii, Małgośka, opuszczona przez hrabicza,
wiesza się na suchej gałęzi; Julię inny hra-
bicz zrujnował moralnie; nożowcy mordują
się z zazdrości; Kamil, straciwszy Amandę,
topi się z rozpaczy i t. p. „Nastroje" wy-
dobywa autor za pomocą tłumnego nagro-
madzenia wyrazów, nad którymi nie panuje
zgoła. Porusza bryły, ale nie umie ująć
ich w kształtne linie. Oto próbka jego
ideacyi: „Wtopił się znowu w ośrodki
mózgowe... Chciał wydrzeć olśnienie praw-
dy, wżarte, niby ostrza, poznania. (?) Rył
się we wspomnieniu—trud płomieniem cis-
nął mu duszę (?). Lęk odrywał go—co
chwila wracał ku temu, tryumfem miażdżo-
ny doszczętnie. Myśl biczowała go, plwa-
jąc mu w oczy."
* Dr Jan Yniliinger: Filozofia Nie-
tzschego. Z drugiego wydania oryginału
przełożył z upoważnienia autora dr. Kazi-
mierz Twardowski (Lwów. Nakładem księ-
garni H. AHenberga, str. 94 w 16-ce. Ce-
na kop. 60).—Jest to doskonały odczyt, wy-
powiedziany przez autora w tow. docentów
uniwersytetu w Halli. Rzadko kiedy Nie-
miec zdobywa się na syntezę tak jasną,
ścisłą i bezstronną. Śród raeyi powo-
dzenia Nietzschego, Vaihinger na pierw-
szym planie stawia czynnik, który nieprze-
zwyciężonym czarem działa na wszystkich,
a mianowicie —formę. Nietzsche włada ję-
zykiem z rządkiem mistrzostwem. Wiel-
kim stylistą stał się zwłaszcza od chwili,
kiedy zaczął pisać w aforyzmach. Formę
tę rozwinął świetnie od r. 1876, gdy musiał,
z powodu dręczących go bólów głowy, od-
bywać długie spaceiy, na których zapisy-
wał poszczególne myśli Z subtelnościami
stylu artystycznego wiażą się u Nietzschego
Pierwiastki: liryczny i symboliczny. Pierw-
szy objawia się u niego w wielkim tempe-
ramencie, drugi występuje zwłaszcza w je-
go głównem dziele „Tak rzekł Zaratustra,"
gdzie autor najwięcej mówi o sobie. Samo
jednak mistrzostwo formy nie wystarczy.
Olbrzymie wpływy Nietzschego na myśl
Współczesną wyjaśnić można jedynie donios-
łą treścią jego pism. Nauka Nietzschego
Jpst, podług Vaihingera, „schopenhauerya-
Uizmem," zwróconym w kierunku pozytyw-
nym, a to odwrócenie Schopenhauera doko-
nało się pod wpływem darwinizmu." Z ją-
dra tego, jako konieczne następstwo, wynik-
ła cała filozofia Nietzschego. Osobliwa
charakterystyczna treść pism Nietzschego
Polega na siedmiu znamiennych rysach,
które Vaihinger tłómaczy wewnętrznym roz-
wojem filozofa: Nietzsche jest antypesy-
nristą, antychrześcijaninem, antydemokratą,
antysocyalistą, antyfeministą, antyintelektua-
Ustą j antymoralistą. Każdy z tych rysów
Wyprowadza autor logicznie z poprzedniego
1 wiąże wszystkie w spoistą całość, która
wyjaśnia przytaczaną dzisiaj tak często na-
zwę „nadludzi."
* Geza Mnttaeliich: Pamiętniki. Kart-
ka z życia księżny Ludwiki Koburskiej.
(Warszawa. Księgarnia nakładowa Alfreda
Zonera, 1904, str. 162 in 16-o. Cena kop.
80).—Skandaliczna historya ucieczki księż-
ny Ludwiki Koburskiej z kapitanem Matta-
chichem zajmowała przez długi czas uwagę
całej bezmyślnej Europy Dziwiono się
powszechnie, że córkę króla belgijskiego
umieszczono w domu zdrowia za to, iż za-
kochała się w ułanie. Niemniej wzru-
szała wiadomość, że ułana za tę miłość
zamknięto w ciężkiem więzieniu, pod zbrod-
niczym pretekstem, iż fałszował weksle
swej królewskiej kochance. Obecnie ope-
rowa para jest już na wolności, mogłaby
więc zażywać wczasów po cichu. Szlachet-
ny ułan innego jest zdania: uważa, że po-
winien skorzystać z ogólnego zaciekawie-
nia i opowiedzieć, „jak to było"—od po-
czątku. Broni, oczywiście, najwięcej same-
go siebie, ale opowiada również szczegóły,
które słuszniej było zostawić w ukryciu.
Polski przekład tej miłosno-więziennej spo-
wiedzi wywołała pogoń za ordynarną sen-
sacyą.
* S. Posner: Japonia. Państwo i pra-
wo. Podług źródeł europejskich. (Warsza-
wa. 1905. Nakładem księgarni Naukowej,
str. 122 in 16-o). Cena kop. 80.—Śród róż-
nych wydawnictw o Japonii, ogłoszonych
z powodu wojny, książka Posnera stanowi
jedyną pracę samodzielną. Autor, wybitny
socyolog i prawnik, przygotowuje od kilku
lat dzieło, w którem rozważyć zamierza
dzieje kodyfikacyi prawa w XIX stuleciu.
Z natury, rzeczy zajął się kodeksami japoń-
kimi, które znalazł w olbrzymiej obfitości
w muzeum Brytańskiem. Wypadki chwili
obecnej pobudziły go do opowiedzenia,
„jak kraj wschodzącego słońca budował po-
dług modły europejskiej państwo swoje;
jak zwolna i rozważnie, wielekroć spraw-
dzając rezultaty, w ciągu dziesięcioleci
nic schodząc z rusztowania, próbował siły
i pożytku każdego kamienia, którego użyć
miał dla wykończenia gmachu prawa swe-
go." Chociaż ogół tak mało wiedział do
ostatnich czasów o Japonii, literatura w za-
kresie rzeczy japońskich jest olbrzymia.
Bibliografia książek europejskich za czas od
r. 1859 do 1893 obejmuje tom o 238 stro-
nicach. Uwzględniając najlepsze z tych
prac, Posner podaje zwięzłą historyę pań-
stwa japońskiego, pisze o atrybucyach mi-
kada, opowiada o organizacyi parlamentu
i prawa wyborczego, o zarządzie państwa
i administracyi wewnętrznej. Ta pierwsza
część dziełka stanowi niejako wstęp do hi-
storyi prawa japońskiego, dawnego i spół-
czesnege Rozpatruje Posner kodyfikacye
pierwotne, kodeks karny dzisiejszy (t. zw.
Kei-Ho), prawo prywatne, prawo rodzinne,
wreszcie prawo międzynarodowe. We wnios-
kach ostatecznych autor twierdzi, że po-
mimo rewolucyi, świadome życie polityczne
i społeczne tworzą dziś w Japonii samurajo-
wie; burżuazya japońska jest jeszcze mało
rozwinięta; jednostka w życiu gospodarczem
poza rodziną nic nie znaczy, bo w świado-
mości Japończyków niema miej: -a dla niej.
—Pomimo tematu nieco specyalnego, książka
Posnera napisana jest bardzo przystępnie
i zajmująco.
* Leopold Móyet: Losy pewnego pro-
jektu Stein kellcra, notatka archiwalna,
w pięćdziesiątą rocznicę zgonu Piotra Stein-
kellera. Z dwiema rycinami. (Warszawa,
H. Oberfeld, 19u4 Str. 45 w 16-ce. Ce-
na kop. 40.—Po upływie pół wieku od
śmierci dzielnego inieyatora na polu prze-
mysłu krajowego, zwróciło społeczeństwo
uwagę na męża, któremu za życia odma-
wiano należytego uznania. Smutny, ale je-
dnocześnie pocieszający to objaw dla tych,
którym nieraz w zniechęceniu opadają rę-
ce... Mieliśmy zatem i uroczystość po-
święcenia pomnika Stcinkellera, i długie
artykuły dziennikarskie, i wskrzeszoną na
scenie postać dzielnego pracownika. Przy-
bywa obecnie do owych hołdów rozprawka
Mćyeta, opisująca usiłowania—niestety, nie-
urzeczywistnione—w sprawie założenia w
kraju wielkiej tkalni wyrobów bawełnia-
nych. Przypomniał autor przy tej sposob-
ności i zasługi Antoniego Lelowskiego,
b. redaktora Izydy polskiej. Rzecz cała
napisana z pietyzmem dla pamięci czło-
wieka, któremu kraj zawdzięcza mnóstwo
pożytecznych pomysłów, dziś jeszcze ocze-
kujących urzeczywistnienia. Al. K.
PRASA POLSKA.
Tygodnik Polski: „Znajomość prawa"
przez L. V. J. — Knryer Teat> ilny: „Pa-
miętniki Adelaidy Ristori."—Pi zegląd Pe-
dagogiczny „Kursa wakacyjne w Paryżu
i w Dijon." — Czytelnia dla wszystkich:
„Szkoły ludowe w Królestwie Polskiem"
przez S. K.—Gazeta Rolnicza: „Wobec te-
gorocznego nieurodzaju* przez St. Czeka-
no wskiego.-—Gazeta Sądowa: „O odszko-
dowaniu robotników, którzy ulegli wypad-
kom przy pracy" przez Ludwika Lewinso-
na.—Naokoło świata: „W górach Kryszta-
łowych" przez Leopolda Janikowskiego. —
Prawda: „Dzieje wielkiej gospodarki rol-
nej w Anglii" przez Helenę Gumplowiczo-
wą. — Gazeta Rzemieślnicza: „Słowność."
—Ogniwo: „Hyeny" przez P. — Przegląd
Tygodniowy: „W bardzo poważnej spra-
wie."—Zorza: „Polacy w Danii."—Bluszcz:
„O zdanie mężczyzn* (kwestyonaryusz). —
Gazeta Warszawska: „Z przeszłości Swi-
słoczy" przez Marka Gozdawę.—Gomec Po-
ranny: „A umarli niech śpią w spokoju*
(nowela) przez Antoninę Sadowską.—Gaze-
ta Polska: „Syndykaty powiatowe" przez
Stanisława Kozickiego.—Knryer Warszaw-
ski: „O odczuwaniu estetycznem" przez
T. Jaroszyńskiego; „Z podróży po Mandżu-
ryi" przez d-ra G. Lewina.
ANGLIA.
* Czasopisma. Contemporary Rcoicw:
Macnamara roztrząsa sprawę „Oświaty w Ir-
landyi"; Julius pisze obszerną rozprawę
o „Monarchach absolutnych i wolnych lu-
dach." Fornightly Rcuiew: A. Lang po-
rusza nanowo kwestyę „Początków alfa-
betu," J. F. Macdonald bada „Życie fran-
cuskie", objawione w najnowszych utwo-
rach dramatycznych. Independent Rcuiew:
C. F. Keary w artykule „Krytyka krytyki"
zajmuje się między innemi literaturą nowo-
czesną, a zwłaszcza romansem i teatrem
francuskim, rosyjskim i skandynawskim.
American Monthly llcoiew of Revicws:
Baron Kentono Kaneko odpowiada na py-
tanie: „Czy finanse japońskie wystarczą na
długą wojnę?"
FRANCY A.
* Michał Corday ogłosił nowy romans
p. t.: Les frires Jolidan. Jest to historya
rywalizacyi pomiędzy dwoma braćmi, z któ-
rych jeden, Piotr Jolidan, jest skromnym
dramatopisarzem, drugi zaś, Wiktor Jolidan,
zyskuje wielką popularność, jako aktor.
Corday stara się zwrócić uwagę na nie-
słuszne wywyższenie w społeczeństwie
francuskiem aktora, na niesprawiedliwość
tłumów i kobiet, które darzą uwielbieniem
wykonawcę sztuki z krzywdą dla jej twór-
cy. Akcya rozwija się, oczywiście, na tle
skomplikowanej intrygi miłosnej, są w niej
jednak pierwiastki, występujące na pierw-
szy plan, wbrew woli autora. Piotr Jolidan
pisze sztukę p. t.: , Posag," która odgrywa
się poza głównymi wypadkami powieści,
ale pochłania uwagę czytelnika. Książka
układem swym, dekoracyami, psychologią
bohaterów sprawia wrażenie, jakby była
przerobiona z dramatu. W opowiadaniu
dużo ruchu, życia, wybornej obserwacyi,
teza jednak autora nie przekonywa. Prze-
ciwnie, gdy zamykamy romans, przychodzi
na myśl zdanie Dumasa (syna), który, gdy
go raz zapytano, czy nie zazdrości aktorom,
grającym w jego sztuce, odpowiedział:
„Czyż matki mogą być zazdrosne o mamki?"
* Nowe książki. L'Attache (powieść)
przez F. Gilette.—Memoires du duo de Choi-
senl (1719—1785).—Kolekcya sławnych miast
sztuki: Tersailles przez A. Perate; Rou-
en przez C. Enlart —Etudes sur la selec-
tion chez Thonine przez P. Jacoby.—Cours
superiettr d'educaiion physiąue przez G.
Demeny.—L’Aventure d’Hugctte (romans)
przez G. Chanpleure.—LTJtile amie (ro-
mans) przez G. Hue.—Les influences ance-
strales przez F. Le Dantec.—La peiile
fonc tionnaire (komedya w 3-ch aktach)
przez A. Capusa —Les saisons dc 1'aine
(poezye) przez H. Bretona.—La vie futurę
devant la sagesse anhąue et la science mo-
dernę przez L. Elbę.
NIEMCY.
* O. J. Móbius, znany patolog niemiecki,
który poprzednio zbadał już, „w jaki spo-
sób paliła się lampa Aladyna" w utworach
J. J. Rousseau i Goethego, zabrał się obec-
nie do dysekowania duszy F. Nietzschego.
Wydał w Lipsku olbrzymie, brutalne stu-
dyum lekarskie p. t. „Nietzsche," w któ-
rem objaśnia, że wszystko u wielkiego filo-
zofa niemieckiego było obłędem- pochodził
z chorych, napół obłąkanych rodziców
i mniej więcej wszystko, co napisał, nosi
na sobie stygmaty choroby umysłowej.
W „Zaratustrze" są już wyraźne ślady pa-
tologicznych podrażnień mózgowych, cze-
go dowodem jest „nagromadzenie wyrazów
o podobnych brzmieniach" (!!). W dalszych
utworach mnożą się, zdaniem Móbiusa,
przesłanki nowych wybuchów- choroby.
Drobiazgowo, oczywiście, opisuje autor roz-
wój paraliżu Nietzschego i żałuje, że nie
dokonano sekcyi jego zwłok. Książka ma
ostrzedz komentatorów Nietzschego oraz
jego czytelników, aby „gdy znajdą perły,
rrie sądzili, że całość jest jednym sznurem
pereł," albowiem Nietzsche był zawsze
umysłowo chory.
* Nowe książki; K. Bleibtreu Welling-
ton bei Tal a w a.—B. Bobertag Die Kentau-
rin (powieść). — R. Plóhn Wienerinnen
(opowiadanie). — A. Halbert Zionstochter
(romans).—S. Englert Fortunatus (poemat).
—F. Muller Gedichte.—O. Ewald Roman-
tik und Gegeirwart.—C. Hagemann Oskar
Wilde.—H. Landsberg Ibseir, tenże: Mbri-
ke.—H. LmAmiOnkrilische Sćinge.—E.Lind-
ner Die poetische Personifikation in der
Jugcndscltauspielen Calderons. W. Ból-
sche Weltblick (Gedanken zu Natur und
Kunst).
e
892
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 46
OD REDAKCYI.
Każdy prenumerator „Tygodnika
illustrowanego“ w r. 1904 otrzyma
bez żadnej dopłaty
Dla uniknięcia zwłoki w odbiorze
„Tygodnika*1 prosimy uprzejmie o
wczesne nadsyłanie prenumeraty,
ze względu zaś na potrzebę wczesne-
go przygotowania opraw na książ-
kowe dodatki, prosimy, dla unor-
Potop tomów powieści
Pan Wołody-I J .
jowski 14. SIENKIEWICZA
(co miesiąc tom)
„ tomów
oraz I J
14. DZIEŁ POPULARNYCH
(co miesiąc tom)
czyli ogółem (co miesiąc 2 tomy)
k W TOMY ROCZNIE
" J /, Biblioteki powieści
^T1! dzieł popularnych
NADTO
KOLOROWE PREMIUM
ARTYSTYCZNE
oraz przy każdym numerze, nie zawierają-
cym dodatku książkowego,
ARKUSZ POWIEŚCI
TŁÓMACZONEJ.
Na oprawę 12-tu tomów Pism Sienkiewi-
cza w roku bieżącym dołączać należy rb. 2;
oprawa 6 tomów kosztuje rub. 1, oprawa 3
tomów 50 kop. Ozdobna oprawa 12 tomów
dzieł popularnych wynosi także rb. 2, opra-
wa 6 tomów rub. 1, oprawa 3 tomów 50 k.
Oprawa wszystkich 24 bezpłat-
nych dodatków wynosi rb. 4, opła-
cane rocznie, półrocznie lub kwar-
talnie.
W IV-ym kwartale r. b. otrzymu-
ją prenumeratorowie „Tygodnika il-
lustrowanego" w 6-ciu dodatkach
bezpłatnych:
„Historyę ruchu
kobiecego"
w opracowaniu J. Okszy, Jeden tom.
„Życie artystyczne
ludzkości"
Alfonsa Roux (z illustracyami)
w przekładzie J. Lorentowicza, jeden tom.
„Pan Wołodyjowski**
Sienkiewicza, 4 tomy
Nadto premium kolorowe
TEODORA AXENTOW1CZA p. t.
„Zaczytana,™
będzie rozesłane w ciągu listopada
r. b. wszystkim prenumeratorom.
mowania nakładu, o wczesne nad-
syłanie zamówień. Oprawa dodat-
ków nie podnosi kosztów przesyłki.
Życzący sobie otrzymać premium koloro
we na wałku zechcą nadesłać na koszt
opakowania kop. 25.
NADESŁANE.
LEKARZ DENTYSTA
A. ZAWADZKI
Marszałkowska 108, róg Chmielnej.
Z życia wielkomiejskiego.
— Jak to? niema dziś pieczeni?
— Niema: rzeźnicy strajkują.
— To daj mi trochę chleba. '
— Piekarze strejkują.
To trochę wody.
— Wodociąg nie funkcyonuje wskutek
strajku.
— To trochę piwa.
— Browarnicy strejkują.
— To wegetaryańskie śniadanie.
— Mamy przecie strajk ogrodników.
— Wiesz co, aby się oszołomić i za-
pomnieć o głodzie, chodźmy do teatru.
— Próżne chęci: aktorzy strejkują.
— To daj mi jaki dziennik.
— Dziennikarze strejkują.
— Więc naprawdę nie można mieć nic.
— Naprawdę: nic!
— Więc wiem co zrobię: z głodu i nu
dów pozbawię się życia. Postaraj się o ład-
ny pogrzeb.
— I to się nie uda: zakłady pogrzebowe
strejkują. Life.
Jugend.
I obaj byli obrażeni.
PASTILLES
DE
Owoc przeczyszczający
PRZECIW
OBSTRUKCYI
Ś rt E
rv Cl CJ
O) o-
GRILLOM
We wszystkich składach aptecznych i aptekach.
i
4
TOWARZYSTWO UDOSKONALONEJ PERFUMERY1
A. RALLET & C<? Dostawcy Dw.
= WARSZAWA, ULICA WIERZBOWA Nr. 7
Na dworskim obiedzie w Wiedniu.
Przy starym jenerale, z którym się trudno
dogadać, bo nieco głuchy, siedzi młodsza
dama. Rozmowa rwie się, utyka- -obiad
się kończy—i starym zwyczajem wiedeń-
skiego Burgu kładą przed każdym z gości
pudełeczko cukierków dla dzieci. Jenerał
dostaje także pudełeczko, a hrabiowie Gołu-
chowski i Chołoniewski kładą mu z uśmie-
chem i swoje.
Dama (do jenerała): — Ekscelencya ma
troje dzieci?
Jenerał (patrząc na pudełeczka): — Tak
jest! Jedno moje, jedno od Gołuchowskie-
go, a jedno od Chołoniewskiego. is.
PŁŻWusunął
\ gebethner i Wolff |
| fortepiany, ALteujM |
| Pianina, Organy
N Krakowskie-Przedm. 17.
Pewność siebie.
Wół i koń, zaprzężone do jednego płu-
ga, wykonywały swą pracę z przykładną
zgodą.
Pewnego dnia jednak, w czasie odpo-
czynku w południe, pokłóciła się zgodna
para. Koń pierwszy stracił panowanie nad
sobą i zarżał wściekle: „Oj ty wole\—a wól
w odpowiedzi ryknął ze złością: „Oj ty
koniu\“
POLECA: PERFUMY, MYDŁA, WODY KOLOŃSK1E
„WRZOS”
Znakomita ordynacya.
Lokarzr. — A, ślicznie pani wygląda!
Jakże skutkowały kąpiele?
Piękna pani: — Nadzwyczajnie! nadzwy-
czajnie! Miałam cztery kapelusze, sześć blu-
zek do odmiany—wzięłam sześć kąpieli,
byłam na czterech reunionach tańcujących..
Cudownie!
Lekarz (wyjmując notesik): — Pozwoli
pani, że zanotuję tę ordynacyę kąpielową
dla innych pacycntek. f.
£ranckprix
Wystawa Powszechna 1900 r.
DENTIFR^
JUDOCTEUR PIEB$
£1ą l'ACViTpBEKśD£a^’>t
^-PARIS-®^
Słynna ze swych własności anty-
septycznych i aromatycznych.
Do nabycia wszędzie.
Chytry.
Zona (w uniesieniu): — Ty zdrajco, ty
nędzniku, podły człowieku, ty, ty, ty...
— Mąż: — Ach, jak tobie ślicznie świe*
cą się oczka, gdy się gniewasz...
— Żona (nagle łagodnie): — Czy
prawdę, mężusiu? Meggcndorfer.
Do nabycia
w Perfumeryad1
i Składach Apt
Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF
Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się-
HoaBOJieno Ilenayporo, Bapniaua, 22 OKTaóprt 1904 ro^a.
Tom 71 Pism Sienkiewicza, zawierający część drugą „PANA WOŁODYJOWSKIEGO4’, dołącza się do niniejszego numeru.
M> 47
Ogólnego zbioru Nr 2,350
19 (6) listopada 1904 roku
Tygodnik II. lustrowany
MARZENIE WŁADCY WSCHODU
GUSTAW MOREAU
Akwaforta Bracquemond’a
894
WACŁAW SOBIESKI.
WAWELSKA TRUMNA.
Ledwo wstąpisz do świątyni Wawelskiej, zaraz
ci rzuci się do oczu widok srebrnej trumny,
wzniesionej na samym środku kościoła. I kie-
dy zajrzysz do najdawniejszej kroniki naszej,
aby się przekonać, czyje to zwłoki wzniosły
się ponad groby wielkich królów, wyczytasz
tam ze zdumieniem, że w tej trumnie leży
człowiek, który swego czasu zbuntował się
przeciw „koronie," który dopuścił się zdrady
stanu; wyczytasz, że za to wprawdzie król
wówczas skazał go na rozćwiertowanie, ale na-
ród oddaje mu przez wieki bezustanną cześć
i wielbi jako swego najwyższego patrona. Co
większa, dowiesz się, że każdy z następnych
królów musiał zaraz po swej koronacyi iść
z pielgrzymką na Skałkę i kornie przepraszać
„męczennika".
Nie! na Wawelu, nie uderza nas i nie
rzuca przed sobą na kolana potęga i duma
dawnej królewskości—z murów starego zam-
czyska wyziera pognębienie władzy monarszej
i jej... nicość.
Ta cześć gorąca, składana od tylu stule-
ci przez tyle, tyle pokoleń trumnie biskupa-
skazańca, nie była bez powodu. Ta trumna
nie nadarmo stała się naszem „sanctissimum"
i stanęła w najszczytniejszem miejscu świąty-
ni narodowej, bo ten męczennik, w niej złożo-
ny, to pierwszy mąż w Polsce, który skrysta-
lizował w sobie to, co później uważał cały
naród za „źrenicę" swej duszy zbiorowej, za
osobliwe znamię w całej Europie: on pierw-
szy wszczął bunt przeciw królowi i padł za tę
butę, którą później nosił w swych piersiach
każdy poseł sejmowy, każdy rokoszanin, każ-
dy szlachcic na zagrodzie...
Tak, św. Stanisław to prawdziwy święty
narodowy, patron najpopularniejszy, uosobie-
nie Polaka.
Tu tkwi interes badania istoty owego
pierwszego konfliktu, zaszłego między królem
a poddanym, interes wzmagający się jeszcze
bardziej przez to, że brak o tem zdarzeniu
prawie zupełnie źródłowych wiadomości, i wsku-
tek tego dzieje tego sporu otoczone są nie-
przeniknioną tajemnicą.
Minęło już sto lat (od uwag Czackiego,
wypowiedzianych 1803), odkiedy dziejopisarstwo
rozpoczęło niezmordowaną i coraz bardziej go-
rączkową pracę nad wyjaśnieniem tej dziejo-
wej zagadki. Szczególnie w ostatnich latach
posypało się mnóstwo mniej lub więcej udat-
nych prób i pomysłów. Gdy i one nie roz-
proszyły ciemności, wówczas cieszono się przy-
najmniej nadzieją, że jeden z najwytrawniejszych
naszych historyków ') przygotowuje od lat
specyalne studyum nad tym zawiłym tematem,
i jeżeli już kto, to on napewno całą rzecz wy-
świetli.
Naprzód, jako zapowiedź tej pracy wy-
szło wspaniałe studyum całej katedry wawel-
skiej ze szczególnem uwzględnieniem losów
trumny św. Stanisława. A dziś właśnie wy-
') Tad. Wojciechowski.
chodzi w świat dzieło o samym owym zagad-
kowym sporze ').
Jest to przedewszystkiem nie rozprawa
jednolita, lecz wiązanka odrębnych szkiców
o różnych postaciach i rzeczach XI-go wieku.
Główny jednak zrąb dzieła poświęcony jest
i zmierza ku wyświetleniu katastrofy św. Sta-
nisława.
Książka: wygląda bardzo bezpretensyo-
nalnie: pisana stylem tak prostym, że robi wra-
żenie raczej jakiejś swobodnej pogawędki, niż
ciężkiego, wykończonego dzieła naukowego,
skreślonego piórem wypolerowanem.
Zdawna wyczekiwana książka nie zawiod-
ła nadziei i wnosi z sobą tak potężny snop
światła na poruszane zagadnienia, jak żadne
studyum poprzednie. Nie goni za oryginalno-
ścią, owszem stwierdza tylko to, czego już do-
myślił się pierwszy Czacki, wyrażając przy-
puszczenie, że św. Stanisław „miał umowy
z Czechami."
Cóż jednak przynosi nowego? Najwal-
niejszy nabytek polega na tem, że zamiast do-
mysłów posiadamy obecnie fakty stwierdzone,
a mianowicie: że sprawa św. Stanisława łączy
się bezwarunkowo z buntem, wznieconym przez
Władysława Hermana przeciw starszemu je-
go bratu, Bolesławowi Śmiałemu, i że w na-
stępstwie tego Kraków w latach 1079—1086
był pod panowaniem czeskiem.
W sprawie św. Stanisława, jak to autor
z naciskiem zaznacza, nie ścierały się z sobą
żadne interesy kościelne (Piotrowinl), ani mo-
ralne (rzekoma rozpusta Bolesława Śmiałego).
Nie było tu mowy o żadnej walce mię-
dzy państwem a Kościołem (np. gregoryańskie
prądy), niema tu śladu buntu możnowładców
polskich przeciw panującemu, ani walki obrząd-
ku słowiańskiego z łacińskim, ani sprawy o ce-
libat księży.
Cóż zatem było powodem?
Zdaniem autora, grał tu rolę wyłącznie in-
teres świecki dynastyczny, bo głównym spraw-
cą buntu był Władysław Herman, pobudzony
przeciw bratu przez cesarza i ks. czeskiego.
Dowody na to wydobył zasłużony badacz z kro-
niki Galla, rozwikłując w sposób mistrzowski
jeden niejasny dotychczas w niej ustęp * 2).
Ale—zapyta czytelnik—dlaczego w całej
tej katastrofie wysunął się na czoło biskup
krakowski? Dlaczegóż to jego właśnie Bole-
sław kazał rozsiekać? czy nie dlatego, że on
przedewszystkiem był tu czynnym winowajcą?
Ale w takim razie co było pobudką działania
u Stanisława? czy także interes dynastyczny?
Tak, dynastyczny, bo wedle mniemania
autora, żona Hermana była z tego samego ro-
du, co i Stanisław -).
') Tad. Wojciechowski. Szkice historyczne je-
denastego wieku. W Krakowie. Nakładem Akade-
mii Umiejętności. Gebethner i Wolff w Warszawie,
1904.
9 „Sed deferre Yladislao facto dolet inimi-
co. Gall. I. 28.
3) Str. 307—8.
Mojem zdaniem, to ostatnie przypuszcze-
nie autor poparł dowodami niewystarczający-
mi, a co większa, tego rodzaju hypoteza sprzeci-
wia się wyraźnemu świadectwu, spotkanemu
w kronice Wielkopolskiej, wedle którego żona
Hermana pochodziła z innego rodu (Praw-
dziców).
A nadto: gdyby moment przestępstwa
św. Stanisława tkwił tylko w tem, że Stani-
sław stanął po stronie Hermana, jako jego
„kuzyn," to pytam, czyżby w takim razie Gall,
ów nadworny kronikarz i kanclerz syna Her-
manowego (Bolesława Krzywoustego), odwa-
żyłby się napiętnować go za to jako „zdrajcę,"
a jego postępek nazwać „grzechem?"
Jakieś inne, silniejsze węzły musiały wią-
zać biskupa z wrogami Bolesława Śmiałego,
t. j. cesarza, ks. czeskiego i Władysława Her-
mana połączyło wspólne oburzenie z powo-
du koronacyi Śmiałego. Nic innego, tylko ko-
ronacya pobudziła ich do wspólnej akcyi.
Słusznie też na innem miejscu pisze au-
tor: „Wszystko zaczęło się od koronacyi Bole-
sława. Robota spiskowa zaczęła się od koro-
nacyi," i dlatego też „Gallus nie pisze o niej
ani słowem."
Ale może i czwartego działacza, św. Sta-
nisława, pchnęła do buntu jakaś niechęć do
koronacyi? Czy przez koronacyę św. Stanisław
nie poniósł jakiej straty?
Sam autor przy innej sposobności zdaje
się dawać w tym kierunku zupełnie wyraźne
wskazówki. Przypomina bowiem, że od ro-
ku 1028 stolica arcybiskupia w Gnieźnie wa-
kowała, i że tymczasem powstało inne arcy-
biskupstwo w Krakowie w osobie Arona. Na-
stępca jednak Arona w Krakowie, Suła, stracił
tytuł arcybiskupa, a to pewnie dlatego, że
właśnie w tym czasie przeniesiono arcybiskup-
stwo z Krakowa do Gniezna. „Ze strony kleru
krakowskiego mogła być przeciw temu (prze-
niesieniu) opozycya." „A jeszcze mogło być
i to, że biskup krakowski (od 1072 r.), św.
Stanisław, uchylał się z pod Gniezna, a bronił
prerogatywy krakowskiej po Aronie." ’)
• Nie z innego też podobno powodu, tylko
dlatego, że między biskupami polskimi nie
było zgody na Gniezno '-), zjeżdżają do Pol-
ski legaci papiescy (1075 r,), ustanawiają
w tym grodzie metropolię i jednocześnie
biorą udział w obrzędzie koronacyjnym Bole-
sława.
Bo też te dwie sprawy: koronacya Bole-
sława i utworzenie metropolii, łączą się z sobą
nierozerwalnie, odbywają się niemal jedno-
cześnie i przedstawić się musiały spółczesnym
jako jeden akt niezawisłości państwowej
w stosunku do zagranicy.
(DN)
') Str. 128 -132.
2) Str. 131.
895
PRELUDYUM „L0HENGR1N"
autolitograha
FANT1N
JÓZEF WEYSSENHOFF.
SYN MARNOTRAWNY.
XXXIX.
biory z pól w Chojnogórze dokonane. Ni-
gdy tylu stert nie postawiono na bujnych
ścierniskach, po których pasą się tysiące owiec,
Plamiąc płowe przestrzenie tłusto [alującemi
kupami dobytku. Łąki zazieleniły się bogatym
Potrawem między gęstymi stogami siana
z pierwszego zbioru. Przezorni ekonomowie
Już krają gdzieniegdzie ściernie dwuskibowy-
ni* pługami, przygotowując ziemię do przy-
szłych plonów. Niby błogosławione trzody
Labana, Jakóba... niby pożyteczne piękności
georgik Wirgiliusza...
Ścieżyną między polami powraca z prze-
chadzki towarzystwo pałacowe. Idzie ordyn-
kiem, według najzdrowszych zasad.
Przodem kroczą dwaj patryarchowie: Ma-
POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA
ciej i Tadeusz. Nie mają sobie już nic pra-
wie do powiedzenia: dokonali głównych zadań
żywota i trawią rozkosznie swe zadowolenie.
Jerzy zaręczony z Estellą, Romuald z Ewą
Kostkówną. Sprawa ordynacyi na najlepszej
drodze: cała Chojnogóra i kapitały pana Ma-
cieja staną się udziałem starszej linii. Dubień-
skich, od Macieja i Romualda idącej, da Bóg,
w setne pokolenia. Młodsza linia Tadeusza
zaczerpnie swe soki w fortunie tego ostatnie-
go, przechodzącej niepodzielnie na Jerzego
i Estellę, rozwinie się za granicą i powróci,
da Bóg, do rodzinnego kraju. Wszystkie te
idealne urządzenia przeszły już ze sfery po-
bożnych życzeń w dziedzinę faktów, są obwa-
rowane należytymi aktami i pieczęciami. Try-
umf zatem na obliczach dwóch protoplastów
Zastrzega się prawu przedruku. 46)
nie jest ulotnem oświetleniem, lecz trwałą
aureolą w rodzaju gloryi, wieńczącej głowy
wybranych Pańskich.
Ponieważ dróżka polna jest wązka i wy-
deptana w brózdy, reszta towarzystwa postę-
puje parami, i małżeństwo Kobryńskich zmu-
szone jest deptać też w parze; Terenia, bar-
dziej Dubieńska, odczuwa ogólny błogi na-
strój; Władzio, nie dorosły do ideałów, do-
znaje jednak zadowolenia z niektórych ułat-
wień, które mu poczyniono.
— Cudownie w tym roku w Chojnogó-
rze!—mówi Terenia do męża:—aż żal, że tylko
jeden rok taki być może. Czy kiedy w przy-
szłości zbierzemy się tutaj w tej pogodzie du-
cha i ziemi?
896
TYGODNIK ILLUSTROWANY 47
— Jeżeli dotrzymają obietnic—rzekł ci-
cho Władzio—i wszystko popłacą, będzie nam
dobrze i gdzieindziej. Tamtych gałganów za-
granicznych uregulowali, ale jest tutaj kilku
pilnych... Poczekaj... 8,000 rubli Fiszlowi z Sie-
dlec. Ten najgorszy. 3,000 temu drugiemu...
— Wstydź się, Władziu, mówić ciągle
o pieniądzach!
— Wam to łatwo kobietom: dostajecie
wszystko gotowe. Ale my musimy ciężko pra-
cować, przynajmniej głową.
— Dziecko z ciebie, mój Władziu.
— Dziecko, czy nie, miałem rok fa-
talny.
— Nic mi nie mów złego o tym roku
błogosławionym.
- No, la nie mówię; wszystko się teraz
jakoś urządza.
Panna Paulina, jeszcze krzepka, dotrzy-
mywała kroku Romualdowi w trzeciej parze. By-
ła zachwycona panną Ewą Kostkówną, narze-
czoną Romualda.
— Bierzesz prawdziwą perłę, Romciu: ci-
cha, spokojna, bardzo dużo wdzięku, tego dob-
rego wdzięku, który rzadko już się widuje.
Podobna do swej babki; sławnie była piękna
jej babka, Koniecpolska.
Czy panna Ewa przypominała babkę, trud-
no było stwierdzić, ale choć zaledwie minęła
dwudziesty rok i rysy miała regularne, było
coś zwiędłego w jej postaci, we włosach ru-
do-płowych i w twarzy białej, zlekka piego-
watej. Za to dystynkcya nie pozostawiała nic
do życzenia.
— Żeby ciocia wiedziała, jak Ewunia
umie się znaleźć w każdym przypadku! Kazała
mi do siebie pisywać na ręce swej matki, któ-
rej także moje odpowiedzi pokazuje. To ha-
muje trochę... ale jak wysoko ją stawia w mej
opinii!
— Tak, Romciu, będziesz miał idealną
żonę.
— Chciałem właśnie powiedzieć, że na
żony należy brać inne kobiety, niż... naprzy-
kład wszystkie te kobiety Jerzego. To bły-
skotliwe, upajające, ale, zamiast pomocy w ży-
ciu, tylko troska i niebezpieczeństwo.
Panna Paulina nie mogła być innego
zdania; jednak wtrąciła niepewnie:
— Masz zupełną słuszność, ale znowu
Jerzy... Są ludzie na świecie, którzy koniecznie
potrzebują rozkoszy.
— Któż jej nie potrzebuje, ciociu? Ale
trzeba ją umieć znaleźć w zupełnym spokoju
sumienia i zgodzie z zasadami.
— Święta prawda, Romciu. Ty rzeczy-
wiście stworzony jesteś na głowę naszej ro-
dziny.
— Czuję w sobie to powołanie, i Ewa
to rozumie.
Ścieżka dochodziła do młyńskiego stawu
i szła dalej groblą, której stok od strony wo-
dy ogarnęła gęsta leszczyna. Wybujałe gałę-
zie głaskały pochlebnie po ubraniu przecho-
dzące pałacowe towarzystwo. Gdy doszli do
młyna, wesoły szum wody i trajkotanie żaren
zajęło wszystkich i zatrzymało. Ktoś też za-
proponował, aby poczekać na Jerzego i Estel-
lę, którzy szli w ostatniej parze i nie 'wynu-
rzyli się jeszcze z zakrętu drogi, ocienionego
leszczyną. Tymczasem paru młynarczyków,
ubielonych mąką, zbliżyło się v celu ucało-
wania rąk władców tych włości i dostatków.
Wykonali to delikatnie i ostrożnie, ze wzglę-
du na sypiącą się z ich ubrań i twarzy mąkę.
— Niech będzie pochwalony!
— Trzeba zawsze dodawać: Jezus Chry-
stus. Koniecznie trzeba dodawać—rzekł po-
ważnie pan Maciej.
A Estella z Jerzym, opóźnieni na zielo-
nym końcu pochodu, idą weselnie w ozłoce-
niu słonecznem. Ona zebrała całe snopy
kwiatów polnych i łąkowych, on jej pomaga
nieść je do domu. Postać jej, trochę obca
wsi polskiej, stylizuje krajobraz, dając mu
pozory tej scenki z początku XIX wieku,
w której dziewczę wysoko uczesane, w wiel-
kim nakształt wydętego żagla kapeluszu,
w sukni z krótkim stanem, słucha czułych
wyznań ułana, jadącego na wojnę. Jerzy nie-
źle udaje rycerza, tylko zamiast jechać na
jakąkolwiek wojnę, właśnie powrócił. Oboje
czują się źródłem i środkiem tego szczęścia,
które promienieje, tego bogactwa, które się
dokoła roztacza. A przytem, mają najmilsze
między sobą sprawy.
— Gdym cię pierwszy raz zobaczył
w Paryżu, Stelli, miałem nagłe przeczucie tej
bezwzględnej sympatyi, która jest podstawą
wielkich i trwałych uczuć. Byłaś zupełnie
dzieckiem, jednak już takiem, że można było
odgadnąć ten dzisiejszy kwiat, tę gwiazdkę.
— A ja nie pamiętam dobrze twojej wi-
zyty. Przyjechałam z klasztoru na wakacye
i dostałam... poczekaj... broszkę ze szmarag-
dem. Czy to było wtedy?
— Tego nie wiem.
— A teraz w Chojnogórze, chcesz wie-
dzieć, co mi się w tobie odrazu podobało?
— O, powiedz, Stelli, powiedz!
— Sposób noszenia surduta. Nosisz go,
jak d’Anjorrant.
Jerzy stwierdził bystrość oka swej narze-
czonej, gdyż naśladował sposób ubierania się
margrabiego, ale oświadczenie niezupełnie go
zadowoliło.
— To są drobnostki, Stelli. Pragnąłbym
cię zająć bardziej moją... istotą wewnętrzną.
— To na później.
Chociaż ten ułamek rozmowy nie był
sam przez się poetyczny, mnóstwo było poe-
zyi dokoła: na polach złotych, na łąkach zie-
lonych i w sercach obojga młodych. Słowa
bowiem są czasem nieodpowiednie do nastro-
ju, czasem znowu bywają zdradliwe, jak dzie-
ci źle wychowane, i wyrywają się niepo-
trzebnie.
Znowu górowała w rozmowie nuta pod-
niosła:
— A jeżeli będziemy zimowali w Pary
żu, musimy koniecznie mieć swoją lożę w ope-
rze. Ty nie możesz żyć bez muzyki, Stelli.
Będziemy też urządzali posłuchania muzyczne
u siebie.
— Tak, tak, Jurku.
— Dużo artystów, pisarzów... Zapraszać
będziemy i Polaków paryskich. Trzeba coś
robić dla kraju.
— Jak chcesz, Jurku.
— Ty się przecie także poczuwasz,
Stelli, do narodowości swego ojca. Ja, co-
kolwiek mam zamiar przedsięwziąć w przy-
szłości, opierać się będę zawsze na zasadach
narodowych i chrześcijańskich.
Estella spojrzała z pod oka na Jerzego:
— Mówisz, jak twój stary.
— No... on ma często słuszność.
Do rozmawiających narzeczonych dola-
tywał coraz wyraźniej turkot młyna i ożywiał
ciszę polną pulsem, bijącym porządnie i po-
żytecznie. Jerzy zwrócił rozmowę na ten
przedmiot:
— Lubię od dzieciństwa nasz młyn. To
niby bijące serce naszych włości.
— Serce?!—zaśmiała się Estella:—chyba
żołądek?
Jerzego zastanowiła tak bardzo uwaga
narzeczonej, że aż się zatrzymał, popatrzył na
nią i otworzył usta:
— Wiesz, Stelli, żc ty masz talent
literacki.
— Ale gdzie tam!
— Prawdziwy talent, z odcieniem saty-
rycznym. Będziesz kontrolowała moje pomy-
sły—chcesz?
— Mogę.
— I tak mi będziesz pomocą dnki i sło-
dyczą...
— Powiedz: nocy, Jurku. Powiedz coś
raz poprostu.
— Stelli moja!
Leszczyna przy stawie młyńskim odgra-
dzała młodą parę od oczu reszty towarzystwa.
Wstawały wieczorne wonie krzewów i roślin
wodnych, tonących w cichej, zaledwie rucho-
mej fali; wodę całowały w przelocie jaskółki.
I usta narzeczonych połączyła konieczność wy-
nikająca z tej świeżości, z tej ciszy, z tej prze-
możnej namowy przyrody. Estella nic mówi-
ła nic, tylko Jerzy przerywał pocałunki słowa-
mi bez wyboru:
— Najsłodsza moja... dziewczynko...
gwiazdko szczęśliwa... Stelli... żono duszy
mojej!...
Przy ostatnich wyrazach drgnął i puścił
z objęć kibić Estelli, jakby posłyszał jakiś
szmer płoszący, który płynął z bardzo daleka,
zbliżył się nagle i trącił go. Ona odsunęła
się od niego z pewnym niepokojem:
— Dlaczego zadrżałeś?
Jerzy miał przez chwilę oczy dziwne, ucie-
kające do wspomnień, aleje zwrócił natychmiast
miłośnie do kobiety, która stała przy nim i była
ostatecznym celem jego nawróconego życia. Tę
pocałował raz jeszcze, poczem przywołał
pierwszy do porządku rozigrane uczucia:
— Czas nam do ojców naszych.
Ojcowie stali jeszcze przy młynie z resz-
tą towarzystwa. Gdy doczekali się narzeczo-
nych, ruszyli w dalszy pochód, tym samym
parzystym orszakiem: na czele dwaj patryar-
chowie, dalej małżeństwo Kobryńskich, Ro-
muald z ciotką Pauliną, Jerzy z Estellą. Or-
szak wyginał się po skrętach i falach wązkiej
ścieżki, a nawet gdy wszedł na wielką drogę,
sadzoną drzewami, pozostał w tym samym
układzie. Wywoływał nizkie ukłony napotka-
nych kmieci, niby jakaś ciągnąca procesya.
Ozdabiał rytmicznie krajobraz, i tylko barw-
nych strojów staroświeckich brakowało mu do
pozoru klasycznego poloneza. „Patrzcie, patrz-
cie, młodzi..."
Zapadli w milczenie, dochodząc do pa-
łacu, który wydawał się większym i wytwor-
niejszym w złagodzonem świetle wieczornem.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 47
897
Gdy doszli do drzwi głównych, stanęli |
i odwrócili się wszyscy do wspaniałego wido-
ku na rzekę, drogę i pola, który między kun-
sztownemi sadzeniami parku uciekał w dal
perspektywą coraz bardziej rozwartą. Słońce,
zbliżając się do horyzontu, nurzało się w opa-
lowym pyle, który podnosiły stada wracające
na nocleg. Na wierzchołkach drzew słońce wy-
różniało najbardziej złote kępy liści, zwiastu-
jących zbliżanie się jesieni. Pełno było złota
na dalekich, rozległych ścierniskach, i blizko,
na iskrzącej się bogato blasze pałacowego
dachu.
Ciągnące stada wyglądały syte, zadowo-
lone z dnia i łakome rozkosznego spoczynku.
I oblicza panów tej ziemi, ozłocone zorzą za-
chodnią, dyszały zadowoleniem sumień i ape-
tytów.
Pod złotem słońcem, myśli ich, i hu-
mory, i kraj cały, i niebo — były złote.
KONIEC.
ARTUR GRUSZECKI.
SŁOMIANY OGIEŃ.
17
Bawiło ją to niespodziewane spotkanie,
uczuwała pewne zadowolenie, że on me chciał
się jej narzucać, dziwiła się jego domyślności,
to znów niepokoiła się: co powie ciotka na
to pozowanie? Wprawdzie uważała siebie za
osobę dojrzałą, mogącą o wszystkiem decydo-
wać, co dotyczę jej osoby, jednak ze zdaniem
ciotki, którą szczerze kochała, zawsze się
liczyła.
Przyszedłszy na obiad do domu, opo-
wiedziała ciotce szczegółowo swoją wizytę
w schronisku.
— To wasze spotkanie — mówiła panna
Żardecka po uważnem wysłuchaniu całej hi-
storyi—świadczy dobrze o tobie i o mm. Wi-
dać, że jest dobrze wychowany, delikatny,
uważny.
— Może... ale ciocia zapomina jak pod-
stępnie zmusił mnie do pozowania.
— To prawda... chociaż z drugiej strony
usprawiedliwiam go do pewnego stopnia—
i patrząc rozkochanemi oczyma na ładną twa-
rzyczkę siostrzenicy: — wiesz, trudno znaleźć
lepsze uosobienie tej czystej, bohaterskiej
Wandy, niż właśnie w tobie.
— Niechże mnie ciocia nie psuje! — za-
wołała wesoło—bo istotnie popadnę w grzesz-
ną zazdrość o swoją znikomą powłokę, jak mi
mówił dzisiaj Dominikanin.
— Swoją drogą, Wandziu, liczę na twój
takt i twoje przekonanie co do wartości męż-
czyzn-—pamiętasz, jak napastowali ciebie?—żęty
utrzymasz tego pana w granicach odpowied-
nich. Niegrzeczną być nie potrzebujesz, za
dobrze jesteś wychowana, ale bądź z nim
zdaleka.
— Sama wiem — mruknęła niezadowo-
lona.
— I nie znasz nawet jego nazwiska?...
Trzeba było zapytać w schronisku.
— Jakże mogłam, ciociu, gdy witałam go
Jako znajomego?... i trudno mi jego pytać po
dwukrotnem spotkaniu.
— Hm... to prawda. Zresztą nie zależy
ńam na nazwisku... wystawi swój obraz, do-
wiemy się wówczas... I jeszcze jedno, moja
Wandziu: taka znajomość z mężczyzną z przy-
godnych spotkań nie jest odpowiednia dla
Panny w twoim wieku, więc gdyby on odpro-
wadził ciebie do domu, zaproś go do nas.
— Dobrze, ciociu.
X.
Dzięki niezwykłej zgodności przekonań
w kwestyi kobiecej pani Sylurskiej z Franiem,
został on wkrótce ulubieńcem ciotki i wzorem
wszystkich mężczyzn.
Dla niego zmieniła porządek dnia, gdyż
Franio wstawał późno, zmęczony pracą w róż-
nych zgromadzeniach, przeciągających się czę-
sto do północy.
Czasem napadały ją jednak wątpliwości,
zwłaszcza gdy siostrzeniec przy rannej kawie
po godzinie dziewiątej opowiadał jej o prze-
biegu posiedzeń, o których nie było wzmian-
ki w dziennikach.
— To dziwne,—mówiła—że o tak zajmu-
jącem i licznem zgromadzeniu przeciw kartom
i pijaństwu niema nic w gazetach — i utkwiła
badawcze spojrzenie w siostrzeńca.
— Nic dziwnego, ciociu — odpowiadał
z niewzruszonym spokojem, popijając kawę:—
prawie wszyscy dzienikarze piją i grają, nie
mogą też popierać usiłowań ludzi z przeciw-
nego obozu... Czyż ciocia w swem piśmie re-
klamowałaby zgromadzenie kobiet, żądające
ograniczenia swobody nauki i zajęć kobiet ze
względu na przyzwoitość form towarzyskich?
— To prawda, mój Franiu; widzę, że re-
forma dzienników jest konieczną—westchnęła.
— Wezmę to pod uwagę... A dziś wieczorem
znów wychodzisz?
— Dziś?... A tak, dziś jest zgromadzenie
ogrodników podmiejskich... chciałem postawić
wniosek uregulowania handlu jarzynami, bo
przekupnie wyzyskują w niegodny sposób pa-
nie kupujące.
— Masz zupełną słuszność... za malutki
pęczek kopru, który tak lubisz, zapłaciła Ma-
rysia trzy centy... to oburzające.
— Właśnie mój wniosek zapobiegnie te-
mu... ale jeśli ciocia chce, abym został w do-
mu, zostanę.
— Nie, mój Franiu, idź, twoja obecność
jest tain potrzebna.
— Prawdę powiedziawszy, moja ciociu,
zamęczają mnie te zgromadzenia, komitety,
posiedzenia wydziałów, ale cóż mam robić?
Nie dla siebie człowiek żyje — westchnął
ze współczuciem nad sobą.
— Tak, tak—powiedziała rozczulona: —
służba społeczna jest ciężka, ale pełnić ją trze-
ba. Czy myślisz, że ja mam mało przykro-
ści? W klubie mam dużo zawistnych o swoją
godność przewodniczącej, a niechże wybiorą
inną, zobaczymy jak pójdzie, i czy która się
zgodzi oddać salon, który zawsze zaśmiecą, po-
sadzkę powalają, meble niszczą...
— Klub stoi tylko ciocią; ja to dobrze
widzę i podziwiam wytrwałość cioci.
— A gdybyś ty wiedział o tych ciągłych
sporach, które muszę łagodzić...
— I o co im idzie, ciociu?
— Często o drobnostki... a że ta nie od-
kłoniła się na ulicy... że źle się przywitała...
że uśmiecha się złośliwie z powodu niemod-
nego kapelusza, kroju żakietu... to znów gnie-
wy o naśladownictwo fasonu... ale po co ja ci
głowę zaprzątam takiemi rzeczami?... A w ar-
chiwum będziesz jeszcze długo pracował?
— Nie mogę ściśle oznaczyć, bo archi-
wum jest otwarte tylko do trzeciej, a pracy
dużo.
• - Dlaczegóż nie wychodzisz z domu
wcześniej?
— Godziny ranne przeznaczyłem, ciociu,
na naukę do egzaminu...
— Hm... jednak tu, w czasie biurowych
godzin, przesiadujesz z nami.
— To, ciociu, jedyne chwile rozrywki
mojej; zresztą pracuję jak w kieracie... i dużo
korzystam, patrząc na doniosłą działalność
kobiet.
— Daj spokój!—zaśmiała się:— mnie nie
oszukasz. Podobała ci się Wandzia, i dla niej
przesiadufesz.
— A chociażby i tak... czy ciocia widzi
w tern co złego?
— Hm... gdybym widziała ślad czegoś
niemoralnego, potrafiłabym wszystko ukrócić...
ale szkoda, Franiu, czasu drogiego: o ile ja
widzę, nie cieszysz się jej względami i na-
próżno się wysilasz.
— Tak sądzi ciocia?—i w twarzy jego
było widać upór i obrażoną miłość własną.—
Nie takie znałem jak ona... trzeba mi tylko
czasu i sposobności.
— Widujesz ją przecież — uśmiechnęła
się.
— Przy Szarewiczowej, Żardeckiej, cio-
ci, gdzie mogę zaledwie kilka słów z nią za-
mienić... A możeby ciocia zaprosiła obie na
herbatę wieczorem.
— W jakim celu?.—i patrzała mu wprost
w oczy.
— Jak to? Czy ciocia zapomniała o na-
szym zakładzie? Jednym z warunków było
DZIŚ I WCZORAJ (AUTOAKWAFORTA)
BRACQUEMOND
wprowadzenie mnie do Żardeckiej, a gdy cio-
cia zaprosi je do siebie, one muszą się od-
wzajemnić i nas zaproszą... Ciocia spełni swój
warunek.
— Hm... jeśli chcesz, zrobię... tylko czy
nie przeszkodzi ci to w jakiem ważnem po-
siedzeniu?
— Ach, jeśli jeden wieczór opuszczę,
obejdą się bez mej osoby, znajdą sobie inne-
go part...—nagle urwał.
— Co to znaczy: innego part?- zdziwi-
ła się.
— No... innego wnioskodawcę z mojej
partyi, który mój projekt wygłosi na posie-
dzeniu.
— A wiesz, Franiu, pierwszego człowie-
ka widzę, który tak mało dba o sławę i pra-
cuje w cichości... Czy ty me masz ambicyi
własnej?
Moją ambicyą jest być pożytecznym
społeczeństwu i szerzyć ideę sprawiedliwości,
którą pierwsza ciocia podjęła w naszem bied-
nem społeczeństwie.
— Ach, jaki ty dobry! jaki dzielny! —
rozczulała się ciotka:—nigdy nie spodziewałam
się, że się tak zmienisz w Krakowie. Jakże
ucieszy się twoja matka!
— Dziwiłbym się sam, moja ciociu, gdy-
by nie to, że widzę w tern wpływ cioci na
mnie, bo niestety ulegam kobietom.
— Bądź więc ostrożny w wyborze i wy-
szukaj na żonę zacną panienkę, przejętą twe-
mi zasadami.
— Taką zdaje mi się, ciociu, jest Wan-
dzia. Jeszcze się nie zakochałem, ale nie prze-
czę, że mi się podobała, i chciałbym ugiąć jej
dumę, usunąć niedostępność, którą się sztucz-
nie otacza w stosunku do mnie.
— Nie krzywdź, Franiu, Wandzi; ona
tylko jest wierna zasadom Klubu.
— Zobaczymy, na jak długo!—uśmiech-
nął się lekceważąco.
— Przekonasz się sam... Teraz idź do
swego pokoju, muszę się ubrać.
— Czy ciocia wychodzi?—spytał, wstając
z kanapki.
— Na chwilę.
W kilka dni później pani Sylurska, ule-
gając ponownym prośbom Frania, zaprosiła
Żardecką i Wandzię na herbatę wieczorem.
Panie przyszły dopiero po ósmej, gdyż
do tej godziny salon byl zajęty przez uczest-
niczki Klubu.
Przyjęła je gospodyni z wylaną serdecz-
nością, a usadowiwszy, rozpoczęła interesującą
rozmowę o zmianie mody.
— Czy wie pani?—mówiła do panny Żar-
deckiej:—w tym roku nikt nie robi już sukni
„z drap de dame,“ w którą stroi się Lecińska:
to wyszło z mody.
— Ja zawsze trzymam się szewiotu; je-
śli i wychodzi z mody, to na czas krótki.
— No, tak... szewiot jest dobry,- powie-
działa przez grzeczność gospodyni—ale lep-
szy jest homespun. Spódnica gładka, po bo-
kach trzy kliny i żakiecik z ranwersem i epo-
letami. Widziałam onegdaj doktorową...—tu wy-
mieniła nazwisko:—suknia zrobiła dobre wra-
żenie.
— Tak, kostium taki może być dobry—
rzekła z namysłem panna Żardecka.—A wie
pani? widziałam onegdaj w teatrze suknię bar-
dzo dobrą.
— Jaką? Kto miał?
— To była przejezdna, nie umiano nii
powiedzieć kto, a suknia była z etaminy, ko-
loru jasno stalowego, z odcieniem niebieska-
wym, podszewka z niebieskiego kanausu.
— I spódnica gładka?—spytała zacieka-
wiona.
— Od góry gładka, na dole kielichowa,
naszyta w odstępach pasmanteryą jedwabną,
zakończoną grelotkami.
— O, to bardzo ładna... A jakiż stanik?
czy fałdowany?
— Nie, proszę pani. Stanik bluzkowy,
lekko nadmarszczony z przodu, ujęty w talu
paskiem z niebieskiego atłasu.
— Do takiej spódnicy nie uchodzi, mo-
jem zdaniem, stanik bluzkowy; już byłby leP"
szy z kontrfałdami, naszytemi z dwóch stron
ZŁODZIEJE KONI (AUTOAKWAFORTA)
E. VAN MUYDEN
plisami z gipiury kremowej, jak to miała oneg-
daj Szarewiczowa.
— Trzeba przyznać,—odezwała się Wan-
dzia—że ona umie się ubierać.
— Cóż dziwnego? wzruszyła ramionami
pani Syiurska:—była tak długo za granicą, na-
patrzyła się, i dostaje dwadzieścia reńskich od
męża co miesiąc na same stroje.
— Tak dużo?—zdziwiła się panna Żar-
decka — w takim razie i ja potrafiłabym się
stroić, jeszcze lepiej od niej.
— A nie rachuje pani jej oszczędności
z wiktu—dodała gospodyni.--Ona szczęśliwal
Mąż poza nią nie widzi świata i ulega wszyst-
kim jej zachceniem.
— Cóż dziwnego?—rzekła Wandzia:—to
Wykształcona i rozumna kobieta.
- Ach, moja droga panno Wando,
w małżeństwie nie idzie o wykształcenie, o ty-
tuł doktora filozofii—uśmiechnęła się ironicz-
nie:—szczęście kobiety zależy od tego, by uro-
biła sobie męża stosownie do swych wy-
magań.
— A jeszcze więcej od wyboru—dodała
surowa panna Żardecka:—bo zły syn, zanie-
dbujący narzeczony, będzie i złym mężem.
— Bardzo słusznie — potwierdziła pani
Syiurska:—pierwsza rzecz wybrać po swojej
Woli i myśli, a tymczasem kobieta jest skrę-
powana. Musi wybierać tylko pomiędzy taki-
mi, którzy o nią się starają; samej Jiie wolno
i kroku zrobić, by ten został jej mężem, któ-
rego uważa za odpowiedniego dla siebie.
— Ach, ta odwieczna niewola kobiet!—
westchnęła panna Żardecka — kiedyż ona się
skończy nareszcie?
Czas jest może bliższy,—uśmiechnęła
się pani Syiurska—aniżeli myślimy.
Obie panie spojrzały na nią z zapyta-
niem.
— Tak jest—mówiła, sadowiąc się lepiej
na fotelu,— najlepszy dowód mam na swoim
siostrzeńcu... On, jak mi mówiła siostra ped
sekretem, był przeciwnikiem równouprawnie-
nia kobiet, i wystarczyło przyjrzenie się pracy
i dążeniom naszego Klubu, aby został zapa-
lonym naszym zwolennikiem.
Obie panie wysłuchały obojętnie tych
słów, co podrażniło trochę panią Sylurską,
i mówiła żywo, hamując swój zapał:
— Powiadam paniom, że to niezwykły
młodzieniec... i nie dlatego chwalę, iż to mój
siostrzeniec... patrzę bezstronnie... ale on całe
ranki poświęca przygotowaniom do egzaminu
prawniczego... następnie idzie pracować w ar-
chiwum akt dawnych...
— Doktor Szarewiczowa mówiła mi, —
przerwała Wandzia—że archiwum zamknięte
jest od miesiąca.
— Tak?—rzekła lekko strapiona—zaraz
dowiemy się prawdy... on powinien już być.
Dziwi mnie nawet, że nie przychodzi... zapy-
tam go przy paniach, ale jestem przekonana,
że pracuje tam do trzeciej godziny.
— Zapewne tak jest, gdy pan Domnicki
mówił pani—starała się naprawić panna Żar-
decka niewłaściwe słowa Wandzi.
— I ja jestem tego pewna—potwierdziła
gospodyni.- O trzeciej obiad... a potem uczę-
szcza prawie codziennie na różne posiedzenia,
stawia wnioski, bierze żywy udział w dysku-
syi... To jest naprawdę człowiek moralny, pra-
cowity i społeczny.
— I czem zamyśla zostać po skończeniu
praw?—spytała uprzejmie panna Żardecka.
— Ja mu radzę adwokaturę... posiada
własny majątek... może zostać posłem do ra-
dy państwa, a wówczas przeprowadzi nasze
równouprawnienie w Austryi, bo ma wymowę
i rozum.
— Piękna przyszłość go czeka — rzekła
panna Żardecka.
— Świetna!—zapaliła się pani Syiurska.—
On jako prawodawca będzie znakomity... tylko
jedną ma wadę, która może być zaletą w przy-
szłości.
— Jaką?
— Sam przyznał mi się, że łatwo ulega
wpływowi kobiety wybranej przez siebie. Po-
trzebuje więc żony mądrej, któraby go umiała
900
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 47
poprowadzić—i spojrzała na Wandzię, wysłu-
chującą z miną obojętną tych pochwał.
Wtem skrzypnęły drzwi pokoju Frania,
sąsiadującego z salonem, i wszedł on sam,
ubrany z przesadną modą kroju ubrania, w koł-
nierzyku wysokim, ufryzowany, naperfumowa-
ny, i przywitawszy się z paniami, mówił słod-
kim głosem:
— Przepraszam bardzo ciocię, że się spóź-
niłem... Z wielką trudnością zdołałem się
uwolnić z posiedzenia wydziału.
— Jakiego towarzystwa?—spytała zado-
wolona ciotka.
— Zakładamy, na wzór pań, klub dob-
rych obyczajów, i pragniemy wciągnąć do
niego całą młodzież, która, niestety, często, aż
nadto często, zapomina o dobrych obyczajach.
— To projekt bardzo piękny! chwaliła
szczerze panna Żardecka. — Życzę panom po-
wodzenia... A kto zajmuje się utworzeniem tego
klubu?
— Na razie, w pracach przygotowaw-
czych, bierzemy najczynniejszy udział ja i mój
serdeczny przyjaciel, Karol Ocieski.
— Az których to Ocieskich? — spytała
panna Żardecka, gdy znów Wandzia na to
imię drgnęła, przypomniawszy sobie scenę
z ulicy Stachowskiego: — Znałam w Króle-
stwie rodzinę tego nazwiska.
— Nie wiem, proszę pani, ale dowiem
się. Karol jest naprawdę duszą tego zebrania,
taki miły, dowcipny, wesoły, i nie dlatego go
chwalę, że to mój najlepszy przyjaciel, ale
każdy mu to przyzna.
— Ilu macie już członków? — spytała
ciotka.
— Dotychczas dwudziestu, i dziś dysku-
sya nad statutem.
— A, to szkoda, że pan opuściłeś zgro-
madzenie — rzekła panna Żardecka.
— Dla towarzystwa pań, — rzucił okiem
na Wandę — niema takiego posiedzenia, któ-
regobym nie opuścił.
— Jednak sprawy publiczne są ważniej-
sze od prywatnych — zauważyła ciotka.
— Ja to rozumiem, moja ciociu, ale zo-
stawiłem godnego zastępcę, mego przyjaciela
Karola. Razem pracujemy w archiwum, ra-
zem uczęszczamy na wszelkie zgromadzenia.
— Ale, ale! — zawołała ciotka, spoj-
rzawszy porozumiewawczo na obie panie: —
mówiono mi, że archiwum aktów dawnych
zamknięte jest od miesiąca. Więc gdzie ty
Franiu chodzisz?
Chwilkę się zawahał i odpowiedział bez
zająknienia:
— My z Karolem chodzimy do archiwum
kapituły krakowskiej, bo studyujemy stosunki
ekonomiczne... sprawdzamy teraz Liber benefi-
tiorum.
— A więc to są dwa archiwa...
Tak ciociu, i my pracujemy w kapi-
tulnem.
— To bardzo dobrze — rzekła z uśmie-
chem uznania, patrząc tryumfująco na obie
panie.
Podczas wieczerzy rzekł Franio:
— Dowiedziałem się dzisiaj ciekawej
rzeczy o pam Lecińskiej.
— Cóż takiego?
— Pismo jej Znicz liczy około tysiąca
prenumeratorek i zamierza urządzić pierwszy
zjazd polskich kobiet, podobno w sprawie
wolności wychowania.
A, to niegodna reklama! to łapanie
ludzi na szlachetne hasła wolności i pedago-
gii! — oburzyła się pani Sylurska zaczerwie-
niona.
— Powiedziałabym, że to oburzający
wyzysk uczuć macierzyńskich dla celów ambi-
cyi i próżności—dodała panna Żardecka.
— Jednak zjazd będzie, i to z chłopka-
mi, — mówił dalej — a dziś lud robi dobre
wrażenie, pociąga tłumy.
— A może urządziłybyśmy coś podob-
nego, przecież na różnych jubileuszach nam
nie zabiaknie—zawołała panna Żardecka.
— Ciociu, — upomniała Wandzia — nie
możemy przecież jej naśladować.
— Słusznie, racya... — mówiła pani Sy-
lurska. — A gdybyśmy urządziły zjazd pracu-
jących kobiet!
— Teraz, wobec zbliżających się świąt,
gdy tyle roboty, a nauczycielki są zajęte
w szkołach, zjazd może być mały, albo nie
uda się wcale — zauważyła Wandzia.
— Byłbym zdania panny Wandy —
wmieszał się do rozmowy Franio, spoglądając
na Wandzię rozkochanemi oczyma: — mojem
zdaniem, należy pozwolić pani Lecińskiej na
zjazd. Zobaczymy, czy się uda, jakie będą
braki, i dopiero po tej próbie wystąpić z na-
szym projektem.
— Zawsze ona nas wyprzedzi — wes-
tchnęła pani Sylurska.
— Niechże ona urządza sobie reklamy,
a my pracujemy nad wyzwoleniem kobiet —
powiedziała z powagą panna Żardecka.
Wśród chwilowej ciszy rzuciła pani Sy-
lurska pytanie:
— Ciekawa rzecz, kto jej doradził ów
zjazd? Bo że to nie z jej głowy, ręczę.
— Słyszałam, — rzekła panna Żardec-
ka — że ona ściągnęła do Koła kilku litera-
tów czy artystów: to pewnie ich pomysł.
— Bardzo być może... i ładne to Koło
pań, w którem rej wiodą mężczyźni!—uśmiech-
nęła się gospodyni złośliwie. — Rozumiem
jeszcze dopuszczenie mężczyzn na nasze od-
czyty, pogadanki, jak to uchwalił nasz wy-
dział, ale wybierać ich do zarządu—to danie
sobie świadectwa ubóstwa umysłowego.
— Ma pani zupełną słuszność—uzupeł-
niła panna Żardecka: — co innego wpływać
na mężczyzn, a co innego im podlegać.
— Ja nie wierzę w liczbę tych prenu-
meratorów Znicza: to coś podejrzanego.
— Ani ja! — przytakiwały inne.
— Muszę rozpytać się Boreckiej; ta wypa-
ple wszystko. Nie lubię wprawdzie tej plot-
karki, ale w tym wypadku może nam oddać
przysługę—kończyła gospodyni.
Kiedy starsze panie udzielały so-
bie szczegółów o uczestniczkach Koła, bar-
dziej natury osobistej i prywatnej, nie nadają-
cych się do ogólnej rozmowy, Franio, mus-
nąwszy w górę swe modnie roztrzepane wąsy,
zwrócił się z najprzyjemniejszym swoim uśmie-
chem do Wandzi:
— Przed przybyciem do Krakowa żyłem
jak ślepiec, który nigdy nie zaznał światła.
— Poddał się pan tutaj operacyi — za-
śmiała się z lekką ironią.
— Doznałem na sobie istotnie cudu:
przejrzałem, jak Szaweł w drodze do Da-
maszku.
— Bardzo szczęśliwie dla pana. Musi
to być rzecz przykra nie widzieć.
— Tak, pani, byłem bowiem ślepy na
zasługi i pracę kobiet. Poznawszy jednak co
Klub robi, jakie doniosłe reformy wprowadza
w naszem społeczeństwie, zmieniłem swoje
przekonania co do obowiązków i celu życia.
— Niebardzo można dowierzać nagłym
takim zmianom przekonań — mówiła, koń-
cząc filiżankę herbaty.
— To moje szczęście, moje zbawienie!—
zawołał z zapałem. — Dotychczas widziałem
życie jako ciężką, nudną powinność, chodzi-
łem w mroku, nagle zajaśniało mi słońce me-
go życia — i patrzał wymownie na sąsiadkę.
— Byle nie zgasło zbyt prędko! —
uśmiechnęła się swobodnie.
— O, nie przerażaj mnie pani!... Mam
to przekonanie, że to moje słońce zawsze bę-
dzie mi przyświecało... a gdyby los — koń-
czył melancholijnie — zmusił mnie do odda-
lenia się od słońca, od tego anioła świetlane-
go, zostanie mi zawsze pamięć tego szczęścia
i będzie dla mnie gwiazdą przewodnią w smut-
nem mojem życiu.
— Dziwi mnie, jak może człowiek czy-
nić zależnem swe życie od fantazyi lub ka-
prysu czyjegoś — mówiła poważnie: — albo
sam w to nie wierzy, albo nie pojmuje suro-
wych obowiązków życia.
— Pani jest jeszcze zbyt młodą, niedo-
świadczaną i dlatego inaczej zapatruje się na
te rzeczy. Zresztą, ja nie znam kobiet prócz
matki i ciotki; może kobiety mają inne po-
glądy, ale wiem, jak mężczyźni rozumieją
i pojmują życie.
Jego słowa przypomniały Wandzi jej
pierwszą rozmowę z malarzem, i powodowana
prostą ciekawością, spytała:
— Jakże mężczyźni pojmują życie?
— Dla nas, a raczej dla mnie, życie jest
pasmem niedoli, smutków, rozczarowań... i by-
łoby przekleństwem, gdyby wśród tych ostów
i cierni nie zakwitł kwiat cudny, uroczy, prze-
piękny — patrzał w twarz Wandzi, słuchają-
cej go ze spuszczonemi oczyma: — ta uko-
chana, jedyna kobieta. Ona rozświetla noc,
ucisza burzę, prowadzi na zawrotne szczyty
sławy... jednem spojrzeniem, pocałunkiem goi
rany życia i godzi z przeznaczeniem.
— Więc kobieta jest dla pana wszyst-
kiem? — spytała po chwili.
O tak! ona może stworzyć niebo lub
piekło na ziemi, podnieść do gwiazd lub rzu-
cić na dno przepaści. Jest to siła święta lub
demoniczna, siła czynu lub apatyi, graniczącej
ze śmiercią. Sam jej widok podnieca do czy-
nu, energii, życia... a bez niej jakiż ten świat
cierpki, nudny, przykrył
W myśli porównywała Wandzia te słowa
zimne, obrachowane na efekt, z poglądem na
życie, wypowiedzianym przez malarza. Tamte
słowa żyły, drgały uczuciem, myśl łączyła się
z głosem, były szczere, ujawniały prze-
konania istotne, zdecydowane, a ta mowa była
zimna, ostrożna: tak mówią tylko Stróże przed
zamkniętą bramą raju, który znają z cudzych
opowiadań.
901
PROCESYA (AUTODRZEWORYT)
A. LEPERE
Znudzona, spojrzała na niego zimno
i rzekła nie bez cicrpkości:
— Istotnie pan posiada wymowę, jak
mówiła ciotka pana...
— Jak rozumie to pani?
— Że słów panu nie zabraknie; prawdo-
podobnie pochodzi to z częstej wprawy.
W oczach jego zamigotały błyski gnie-
wu, ale powstrzymał się i rzeki smutnym
głosem:
— W ironii pani brzmi niewiara; posta-
ram się ją rozproszyć... a na razie zechciej
pani zwrócić uwagę, iż z pełnego serca usta
moje mówią.
— O czem państwo tak rozmawiacie, że
zapomnieliście o bożym świecie? spytała
z wyrozumiałym uśmiechem gospodyni.
— Panna Wanda nie wierzy, iż celem
życia mężczyzny może być ukochana kobieta—
pośpieszył siostrzeniec z wyjaśnieniem.
— Ależ, panno Wando! — przemówiła
z wyrzutem pani Sylurska: — przecież kobieta
powinna być dla mężczyzn wzorem moralno-
ści, wytrwałej pracy i przywiązania do kraju,
a od wzoru do ideału jest tylko krok jeden.
— Zapewne, jeśli ktoś mówi o charak-
terze, rozumie, cnocie — odparła Wandzia
z prostotą. — Ale żadna z nas nie jest anio-
łem, żadna demonem... jesteśmy ludźmi.
— Wandzia ma słuszność — pośpieszyła
z pomocą panna Żardecka: — my chcemy być
tylko ludźmi, bez żadnych przywilejów szcze-
gólnych.
— Bardzo ładnie powiedziała to pani —
chwaliła gospodyni; — żądamy równych praw,
równych urzędów i oddania wychowania w na-
sze ręce, jako matkom.
— Zgadzam się z ciocią najzupełniej, •—
uderzył się w piersi — a aniołem nazwałem
jedynie kobietę, która w moich oczach jedno-
czy wdzięk piękności z niezwykłym taktem
i rozumem — spojrzał w stronę Wandzi.
— Anioł wyszedł już z mody—uśmiech-
nęła się.
— Ale ideał został, i ten będzie istniał
zawsze—odpowiedział, pochylając głowę w jej
stronę.
Wśród chwilowego milczenia przemówiła
gospodyni:
— Może panie pozwolą jeszcze herbaty.
— Dziękujemy... już dosyć późno...
Wandziu, idziemy.
— Jestem gotowa.
Pani Sylurska zapraszała szczerze gości,
by zostały, ale wobec stanowczości panny Żar-
deckiej musiała ustąpić.
Franio odprowadził panie do domu,
a wracając, uśmiechał się, rad z siebie.
— Zaimponowałem tej gąsce — rozmy-
ślał; — broniła się wprawdzie, ale tylko z oba-
wy, by nie uledz zbyt prędko... Znamy się
na tern! — i zaśmiał się, pewny zwycięstwa.
(DCN)
POEZYA.
Barwnych motyli ścigana rojem,
Owiana złoto-słoneczną mgłą,
Pajęczycli przędzy strojna zawojem,
Wzeszła Poezya z nią szczęście szło...
Z pod stóp jej smukłe wstawały kwiaty,
Blade—jak białych aniołów dar,
Składał jej ptasząt chór poematy,
Szedł przed nią grajków pustaków gwar..
Szła pod akanty greckiej arkady,
Pod palm wachlarze—i w gaje róż,
Na ciche stawy, kędy dryjady
Biel swą różowią u blasku zórz...
Szła w niedostępne wód uroczyska,
Gdzie nenufary na liściach śnią,
I pierś syrenia nocą pobłyska,
Szła... a legendy szły razem z nią...
Ukołysana w sennej gondoli,
Na róż posłaniu, królewna fal,
Ani zaznała tego, co boli,
Co oszalenia, co rwie się w dal...
Obce jej były daremne jęki,
Niewypłakane z pod powiek łzy,
I skurcze nędzą targanej ręki,
I beznadziejnej przyszłości mgły...
Aż kiedyś... kiedyś... w tęsknot godzinie,
Gdy pustych gonitw, nadszedł już kres,
Zeszła człowieka w mgławic dolinie,
Kędyś nad Styksem zmąconych łez...
] naraz z jasną zagasły zorzą
Motylne roje wśród kwietnych pól...
Poezya—wieszczką stała się bożą,
Przez łzy,., tęsknice,,, przez jęk... przez ból!
IDA PILECKA.
902
ŚWIĘTA CECYLIA
J. DE VRIENDT
Ceremoniał grzeczności
i święta chińskie.
Koresp. uulasita Tygodnika s Charbina.
Już to przyznać należy, że w dobrem wychowa-
niu dzieci Chińczycy wyprzedzili wszystkie cy-
wilizowane narody.
Już za pierwszem obcowaniem z Chińczy-
kami uderza to ich właśnie dobre wychowanie,
uprzejmość, grzeczność, delikatność w obejściu
i absolutny brak wszelkiej grubijańskości, tak nie-
stety częstej u nas.
Posłuszeństwo i poszanowanie starszych jest
dla Chińczyka pierwszą i najgłówniejszą cnotą.
Doprowadzili oni tę cnotę do doskonałości, a na-
wet do przesady, śmiesznej czasem, ale bynaj-
mniej nie szkodliwej.
Kodeks moralny Chińczyka, zawarty w księ-
gach Kun-fu-ce, opiewa: „Gdy rozmawiasz ze
starszym (zwrot do młodzieży), nie ziewaj, nie
ucieraj głośno nosa, nie pluj. Gdy rodzice przy
stole jedzą posiłek, synowie ze swemi żonami
winni usługiwać, odpowiadać tylko na pytania, nie
cedzić przez zęby, nie chrząkać, nie gapić się.
Gdy które z rodziców choruje, syn nie powinien
myśleć o goleniu głowy i zaplataniu warkocza,
powinien mieć twarz smutną, być roztargnionym,
me powinien grać na żadnym instrumencie, ani
pić wina, wszystkie potrawy winny mu me sma-
kować, nie wolno mu się śmiać, tylko uśmiechać,
nie może się gniewać."
Ten szacunek dla starszych wyrobił zwyczaj
wprost przeciwny naszemu. Gdy u nas składa się
komplementy ludziom, wmawiając w nich wygląd
nad wiek młody, szczególnie zaś stosując to do
kobiet, w Chinach dzieje się wprost przeciwnie.
Tu każdy rad jest odbierać honory przyswojone
starszemu wiekowi. Powiedzieć pannie 16-letniej,
że wygląda na lat 30 z górą—jest w Chinach naj-
wyszukańszą grzecznością.
Oto np. próbka najzwyklejszego i najbanal-
niejszego tu wstępu do rozmowy z Chińczykiem,
którego się dopiero co poznało. „Jaką też dłu-
gość ma szanowny wiek pana?"—zapytujemy
Chińczyka, dostrajając się do charakteru stylu jego
języka.—„Moj nędzny wiek nie sięga nawet mar-
nych trzydziestu lat"—brzmi odpowiedź.
„O! wykrzykujemy zdziwieni:—a ja myśla-
łem, że pan ma co najmniej 50 lat."
Najwyższa pochwała dla interlokutora i zmie-
szanie siebie z błotem jest koniecznem prawidłem
rozmowy pomiędzy Chińczykami-dżentelmenami.
„Jakie też szacowne imię pańskie?" — zapy-
tuje jeden.
„Podłe przezwisko pańskiego głupiego nie-
wolnika jest Wa niu-szyn" — brzmi odpowiedź
dżentelmena.
„A gdzie położona jest królewska siedziba
pana?"— pyta znów pierwszy.
„Psia buda, w której ja się ukrywam, leży
nad samą zatoką morza"—odpowiada inny, jakiś
milioner może, lub wysoki urzędnik.
„A ilu też mądrych i drogocennych synów
pan posiada?" ciągnie pierwszy.
„Mam tam pięcioro głupich i brudnych pro-
siąt" — mówi z ukłonem ojciec wielkomiejskich
elegantów, ubranych w jedwab od stóp do głów.
Posiadam bilet wizytowy pewnego „tuza"
z Chań-dao-che-ce, któremu zapowiedziałem wi-
zytę, z takim dopiskiem: „Bardzo rad jestem, że
drogi gość oświeci moją cuchnącą chałupę i będę
go oczekiwał 11 dnia 6 księżyca (czerwiec) o go-
dzinie 3 po południu. (Podpis:) Pański młodszy
brat, dureń, kontroler dóbr państwa" (nazwisko).
Autor tego biletu poza swym wysokim urzę-
dem (kontroler dóbr państwa) jest właścicielem
kopalni węgla i dużych przestrzeni leśnych.
Uprzejmość i grzeczność cechuje wszystkich
। bez wyjątku Chińczyków od najprzedniejszych do
niż nasz. W tym roku (1904)
n. st. Świąt religijnych Chiń-
jeżeli naturalnie nie będziemy
uroczystości „memento," któ-
odprawia za swych zmarłych
najuboższych. Za to, tak przesadzona w poję-
ciu Europejczyków ceremonialność cechuje głów-
nie klasy zamożne, i to bynajmniej nie w tym
stopniu, jak nam się to wydaje w Europie. Za je-
den z takich objawów ceremonii chińskich mogą
służyć obchody Nowego Roku oraz rocznica uro-
dzin zamożnego Chińczyka. Nowy Rok chiński
przypada później,
wypadł 16 lutego
czycy nie znają,
uważali za święto
re każda rodzina
przodków.
Święta, a raczej uroczystości chińskie, mają
charakter cywilny, właściwiej: narodowy.
Święta chińskie — to: dzień rolnictwa, jako
najbardziej szanowanej pracy, dzień smoka, jako
godła państwa, i dzień latarni symbolu „światła."
Takiem samem świętem jest dzień Nowego
Roku.
Jeżeli piszę „dzień," to tylko dla zwyczaju.
Właściwie bowiem powinnoby się pisać „mie-
siąc Nowego Roku," gdyż święto to obchodzi się
przez kilka tygodni. Przez wyraz „święto" nie
chcę powiedzieć: próżniactwo, gdyż Chińczyk pra-
cuje 365 dni na rok. Nie mamy w słowniku od-
powiedniego wyrazu, by określić to „święto,"
a wyraz ten jest mocno niestosowny, choćby przez
charakter wyłącznie chrześcijański.
Nowy Rok w Chinach to nietylko znak po-
działu czasu, to nietylko rachuba ubiegłych i ma-
jących nastąpić faktów życia. Nowy Rok dla
Chińczyka to otrząśnięcie prochów z obuwia, to
spowiedź, to odrodzenie, to przygotowanie na
śmierć.
Przed nadejściem Nowego Roku Chińczyk
kończy wszelkie interesy; godzi spory, spłaca dłu-
gi, likwiduje wszelkie zobowiązania tak moralnej,
jak materyalnej natury. Wogóle postępuje tak,
jakby jutro miał umrzeć lub też powtórnie się
narodzić. I ten fanatyzm zwyczaju jest wprost
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 47
L03
zdumiewający. Kupcy np. płacą weksle, „coute
que coute," przed Nowym Rokiem. I zwyczaj ten
stał się prawem tak surowem, że Chińczyk, postę-
pujący wbrew tym zwyczajom, uważany bywa
przez współziomków za człowieka pozbawionego
czci.
Chińczycy całą noc „Sylwestrową" nic śpią.
Przed urządzonymi uprzednio ołtarzykami, przed-
stawiającymi wyobrażenia Buddy, zapalają świece
stawiają filiżaneczki z przyrządzonymi smakoły-
kami, śp ewają modły, poczem objadają się, jak
"’y na Wielkanoc, i... grają w karty.
Nad ranem wychodzą na dwór i ze stanu
pogody wróżą, jaki będzie rok przyszły. Jeżeli
dzień pogodny, a nadewszystko jeżeli słońce
świeci jasno będzie dobrze; jeżeli pochmurno,
trzeba się spodziewać czegoś złego. Jeżeli psy
w nocy mocno ujadały będzie niechybnie wojna.
Wiatr zapowiada niepowodzenie krajowe.
Pierwszy dzień Nowego Roku jest naturalnie
najważniejszy. Odtąd zaczynają się ceremonie
nieskończonych wizyt, teatry, objadanie się; rakie-
ty całymi wieczorami i nocami napełniają powie-
trze hukiem i zapachem prochu. Jest to jedna
z najulubieńszych rozrywek noworocznych Chiń-
czyków.
Wszyscy odświętnie ubrani i starannie wy-
goleni, warkocz zapleciony wisi do kolan.
Do świątyni idą na 5 minut. W Chinach
faktycznie niema boga, nominalna zaś jego egzy-
stencya zaznaczana jest przez żółtolicych przez
rzucanie kapłanom raz na rok kilku czochów
(czoch '/10 kopiejki).
W Chinach modlą się tylko kapłani.
Ceremoniał zwyczajowy wymaga, by wizyty
noworoczne składać wszystkim, ale to dosłownie,
wszystkim znajomym. Z tego powodu operacya
ta trwa kilka tygodni. Przychodząc z wizytą,
Chińczyk wręcza jednocześnie bilet wizytowy,
a często i prezent jakiś, drobiazg, smakołyk, lub
coś podobnego. Jeżeli prezenty są liczne, lub
więcej warte, wtedy do prezentów dołącza się na
czerwonym papierze drukowany spis darowanych
Przedmiotów, na którym obdarzony kwituje dają-
cego z otrzymania prezentów.
GUSTAW OLECHOWSKI.
Z tygodnia na tydzień.
Nasze „ankiety.“
W ostatnich czasach spostrzegamy pewien
fuch znamienny i bardzo pożądany. Nasze insty-
fucye społeczne i ekonomiczne, a nawet ruchliw-
sze jednostki, dla których sprawy ogółu nie są
obojętne, starają się czynić wywiady w różnych
dziedzinach życia, celem nagromadzenia danych,
które pozwoliłyby się oryentować w położeniu,
a następnie ułatwiłyby rozpoznawanie różnych
chorób społecznych, lub nawet stosowanie środ-
ków profilaktycznych. Ruch ten sam przez się
jest wielce pocieszający; ale z drugiej strony jego
forma, a następne wyniki dają temat do bardzo
smutnych rozmyślań. Przedewszystkiem uciekanie
Sl\ do wszelkiego rodzaju ankiet przygodnych
stwierdza dotkliwy brak prawidłowej i szerokiej
organizacyi statystycznej, bez której nie może
istnieć i normalnie się rozwijać żadne społeczeń-
stwo, utrwalające byt swój na mocnych podsta-
wach.
Mamy wprawdzie warszawski komitet staty-
styczny, który rozporządza pewnymi środkami
1 zbiera wiadomości drogą urzędową; ale i ten
szwankuje, a ta właśnie droga urzędowa, obok
swych zalet, ma jeszcze strony ujemne. Do
Współpracownictwa bowiem powoływani są ludzie
ZajniująCy małe lub średnie urzędy, nie przygoto-
wani należycie do tej pracy, nie rozumiejący jej
ULICZNI MUZYKANCI CHIŃSCY. Ze zbiorów G. Olechowskiego.
znaczenia i doniosłości. Wykonywają oni zlecenia
szablonowo, a ponieważ nie mogą przekonać lud-
ności, że wdzieranie się do tajemnic gospodarki
prywatnej nie ma na celu podnoszenia stopy po-
datkowej lub czegoś podobnego, więc bardzo czę-
sto rubryki są wypełniane cyframi fikcyjnemi, na
których wstępie są budowane bałamutne wnioski.
Z drugiej strony wszystkie nasze ankiety
wykazały, jak słabo ogół jest przygotowany w tej
mierze, jak mało rozumie znaczenie tego rodzaju
poszukiwań i jak dalece lekceważy je. Zjawisko
to, niestety, daje się spostrzegać nawet w gru-
pach ludzi oświeconych, zarzucanych kwestyona-
ryuszami. To też w rezultacie wszelkie ankiety,
urządzane nawet przez najpoważniejsze nasze
instytucye, zbierają materyał urywkowy, niedokład-
ny, który skutkiem tego nie zawsze posiada siłę
przekonywającą, jako środek dowodowy w memo-
ryałach, składanych władzom ministeryalnym.
Stosunkowo lepsze wyniki dają poszukiwa-
nia osobiste, tak zwane „wywiady." Ale to śro-
dek jest nazbyt kosztowny i wymagający współ-
pracownictwa ludzi oddanych temu zadaniu i po-
siadających wysokie kwalifikacye w danym zakre-
sie. Wywiady takie nie mogą być „interwiewem"
reporterskim, lecz osobistem i gruntownem bada-
niem stanu rzeczy w tych dziedzinach, w których
dana jednostka może nietylko się oryentować, ale
także poprzeć swoje poszukiwania wiedzą odpo-
wiednią.
Bądź co bądź, pomimo trudności, należałoby
dążyć do organizowania tego rodzaju poszukiwań
osobistych, nim zdobędziemy się na właściwą
organizacyę statystyczną. Zen. P.
*
Zbawienna akcya.
Kraj nasz przeżywa obecnie ciężkie przesi-
lenie ekonomiczne, ujawniające się najgroźniej
w wielkich ogniskach przemysłu naszego, do któ-
rych w pierwszym rzędzie należy Łódź.
Kapitaliści fabrykanci radzą sobie jak mogą,
aby przetrzymać niekorzystny stan rzeczy i wyrów-
nywając zyski stracone przez chwilowe zamknięcie
szeregu poważnych rynków zbytu, ograniczają
rozmiar produkcyi swych przedsiębiorstw, lub sta-
rają się o odpowiednie zmniejszenie ich kapitału
zakładowego.
To też mówiąc o klęsce, mamy na myśli
przedewszystkiem ludność roboczą, nad którą za-
wisło obecnie złowrogie widmo głodu ze wszyst-
kiemi jego następstwami.
Dla zażegnania tego właśnie widma łódzkie
chrześcijańskie Tow. dobroczynności rozwinęło
obecnie szeroką akcyę ratunkową, organizując
energiczną pomoc dla robotników, pozbawionych
pracy.
W pięknej a płomiennej odezwie do obywa-
teli łódzkich, wzywa ich obecnie Tow. dobroczyn-
ności, aby okazali się godnymi miana dzieci tych
ojców, którzy w normalnych pod względem eko-
nomicznym okolicznościach i tylko w przewidy-
waniu chwil krytycznych wznieśli piękną humani-
tarną instytucyę.
„Dla was, panowie,—głosi zarząd, zwracając
się o współudział w akcyi do przemysłowców
i fabrykantów, którzy mimo poniesionych strat
rozporządzają jeszcze znacznem mieniem — nade-
szła chwila, kiedy w sferach ubogich wznieść sobie
możecie i powinniście pomnik trwalszy od śpiżu
i granitu."
Dalej zwraca się Towarzystwo również z proś-
bą o pomoc do kobiet łódzkich, do wszystkich
właścicieli mniejszych fabryk i domów, do kup-
ców, rzemieślników i niepozbawionych dotychczas
pracy robotników i do służących, wzywając ostat-
nio wspomnianą sferę społeczną do składania jak
najmniejszych datków na rzecz pozbawionych
pracy i chleba.
Poza tem między środkami przedsięwziętymi
w celu przeciwdziałania nędzy powołano do życia
wydział wyszukiwania pracy i zakładania sal zajęć.
Wprawdzie, jak dotychczas, wydział ten mógł za-
ledwie drobnej garstce głodnych zapewnić pracę
i pożywienie, ale zarząd Tow. dobroczynności żywi
nadzieję, że przy poparciu ogółu społeczeństwa
zdoła spełnić swe zadanie.
Na razie trudno przewidzieć, w jakim stop-
niu płomienne słowa zarządu Tow. dobroczynności
zdołają przeniknąć i rozgrzać serca zarówno kapi-
talistów, jak i szerszych sfer łódzkich, w każdym
razie, jako szczery objaw celowej i zbawiennej
akcyi społecznej zasługują na szczery i gorący
poklask. o
Jesienin.
Już serce spokojne
Nie walczy jak z młodu,
Przebyło swą wojnę
Z bólami zawodu,
Wie: nic go nie czeka
1 nic się nie zmieni,
Więc drzemie bezczynnie
W dniach cichej jesieni.
A niegdyś, gdy złotą
Maj rozpiął swą lutnię,
W dal gnane tęsknotą
Szalało rozrzutnie
I biegło na oślep,
Przez morze płomieni,
To serce drzemiące,
W dniach cichej jesieni.
904
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 47
W słonecznych skier błysku,
Wzwyż myśleć się rwały,
Spragnione w uścisku,
Ogarnąć świat cały,
I hojnie rzucało
Kaskadą promieni,
Nim w lód się zmieniło
W dniach cichej jesieni.
Ach, drogi życiowe
Tak pełne są cierni,
Sny gubią tęczowe
Szlachetni i wierni
Rycerze z kolei
Padają zmęczeni,
By zmartwieć, jak trupy,
W dniach cichej jesieni.
Jad życia zdradliwy,
Zatruwa czar wnęki,
A wody im żywej,
Nikt nie da kropelki,
Tej wody czarownej,
Co ciemność w blask zmieni—
I giną samotnie
W dniach cichej jesieni.
A jednak choć kropla
Ożywczej tej wody,
Świat zdobi urokiem,
Wiosennej pogody;
Z niej czerpią moc nową
Rycerze stęsknieni,
W dniach grozy i zgonu
W dniach cichej jesieni.
Lecz kędyż jej szukać,
Już wyschły jej źródła,
Pierś ludzka oddawna
Na kamień wychłódła,
Gdzie szukać miłości
Z tęcz, z woni, z promieni?
Umarła królewna,
W dniach cichej jesieni.
I pusto tak bez niej,
Tak ciemno i smutno,
Świat, żalem trawiony,
Wdział szatę pokutną.
Zanurzył się cały,
W toń mroków i cieni,
I zwolna zamiera
W dniach cichej jesieni... Or-ot.
EPILOGI.
Kasa literacka.
Komitet Kasy literatów i dziennikarzy war-
szawskich przyjął niedawno zapis p. Hortensyi Le-
wentalowej, wynoszący 4,500 rubli. Z odsetek od
tej sumy jedna piąta wpływać będzie na fundusz
obrotowy Kasy, jako dochód imienia Salomona
Lewentala, reszta zaś przeznaczoną została na na-
grody dla autorów wybitnych powieści i sztuk dra-
matycznych polskich: w każdem pięcioleciu połowa
z przeznaczonych na nagrody odsetek będzie przy-
znawana za powieść, druga zaś — za sztukę dra-
matyczną.
W ten sposób rzeczywiste kapitały kasy
wzrosły o 900 rubli. Od czasu założenia Kasy,
jest to czwarty zaledwie zapis na rzecz tej insty-
tucyi. Dwie sumy powstały z ofiar literatów: Jó-
zef Kenig zapisał Kasie 80C rb., L. Jenike zaś
1000 rb. Poza tern, p. Krasuski ofiarował Kasie
drewniany domek w Zielonce, wartości 1500 rubli,
a p. Drozdowski złożył na jej fundusz zapomogo-
wy 4500 rb. Ogółem tedy z ofiarności publicznej
(poza literatami) zyskała kasa dotychczas 6900
rubli. Śród szerokich kół publiczności istnieje wciąż
mniemanie, że z pieniędzy, składanych w Kasie
Literackiej, korzystają bezpośrednio dzisiejsi jej
członkawie. Tymczasem sprawy mają się zgoła inaczej.
Kasa ma podwójne zadanie: 1) udzielać po-
życzek procentowych; 2) zbierać fundusze przezor-
ności dla niezamożnych wdów i sierot, pozostałych
po członkach towarzystwa. P.erwsze z tych zadań,
oparte na zasadzie towaizystw pożyczkowych, wy-
łącza wszelką możność darowizny. Najważniejsze
jednak znaczenie w Kasie ma fundusz przezor-
ności, który, w drodze normalnej powstać może
jedynie z zapisów. Mówię: w drodze normalnej,
chociaż bowiem los literata polskiego od lat pięć-
dziesięciu polepszył się znacznie, praca jego po-
zostaje dotychczas najgorzej płatną w społeczeń-
stwie. Na literacie polskim do tego stopnia cięży
wyzysk przeważnej liczby wydawców i spekulantów
dziennikarskich, że o odkładaniu jakichś sum na
przyszłość nawet marzyć mu niewolno. Przecięt-
ne dochody najpoczytniejszych literatów naszych,
to jest ludzi, którzy wywierają na rozwój duchowy
narodu największy wpływ, nie przewyższają do-
chodów średnio zamożnego kancelisty. Ale kance-
lista, stając się urzędnikiem, ma prawo do emery-
tury, wówczas gdy literat polski może przekazać
dzieciom .. własne tylko imię.
Pomiędzy społeczeństwem a literatem niema
należytej wymiany usług: literat daje swój talent,
zdrowie, życie — otrzymuje zaś w zamian kruchą
sławę lub zapomnienie. Gdy w innem zajęciu
pracobiorca zyskuje na swym pracowniku jedną
czwartą dochodu, w literaturze stosunek najczęściej
odwraca się znamiennie, to jest na niekorzyść
literata.
Zdawało się, że założenie Kasy literackiej
zwróci uwagę publiczną na tę wielką niesprawied-
liwość, że obok tylu ofiarodawców, zapisujących
fundusze na cele dobroczynne, znajdzie się dosta-
teczna liczba obywateli, którzy postarają Się zwró-
cić wdowom i dzieciom literatów długi, jakie za-
ciągnęli wobec ich mężów i ojców. Niestety, do
takiego poczucia swych obowiązków nie dorośli-
śmy jeszcze... mp.
Nowi profesorowie i docenci
Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Dr Jan Los. Kiedy po zgonie ś. p. d-ra
Lucyana Malinowskiego opróżniła się katedra filo-
logii słowiańskiej w uniwersytecie Jagielońskim,
w niemałym kłopocie znalazło się kolegium wy-
działu filozoficznego: kogo z młodych uczonych
powołać na to odpowiedzialne stanowisko? Wybór
był tern trudniejszy, że młodzież uniwersytecka
w Galicyi niechętnie poświęca się studyom filolo-
gii słowiańskiej i języka, i powołanie następcy
nastręczało z tego powodu trudność znaczną.
W tym czasie zwracać począł na siebie uwagę
Dr JAN ŁOŚ.
świata naukowego młody lingwista-filolog, dr Jan
Łoś, docent uniwersytetu petersburskiego, którego
prace, ogłoszone w „Archiw fur slavische Philolo-
gie,“ zalecały się gruntownem przygotowaniem
i ścisłą metodą badania. Na niego też padl wy-
bór profesorskiego grona wszechnicy, usprawiedli-
wiony w zupełności stanowiskiem i działalnością
naukową kandydata. Powołany w r. 1902 jako
profesor nadzwyczajny, niebawem już, bo we dwa
lata po przeniesieniu się do Krakowa, prof. Łoś
otrzymał katedrę zwyczajną.
Dr Jan Łoś urodził się w Kielcach w r. 1860.
Do gimnazyum uczęszczał w Piotrkowie, a unr
wersytet ukończył w Petersburgu, poczem uzupeł-
niał swą wiedzę filologiczną na uniwersytetach
niemieckich. Z prac jego najważniejsze są:
„Gwara opoczyńska," Kraków, 1885, (w „Rozpra-
wach wydz. filol. Akad. um.,“ XI); „Porównanie
fonetycznych właściwości kilku gwar polskich"
(tamże); „Berichtigungen zum Reimser Evange-
lium" („Archiw fur slav. Philologie," t. IX), „Szkic
historyczny początku i rozwoju pisma" {Ateneum,
1888); „Fragmenty lubelskie pisma staroruskiego"
(Petersburg, 1900, wyd. Akad, nauk); „Wyrazy
złożone w języku polskim" (Petersburg, 1901);
„Funkcye narzędnika w języku polskim," Kraków,
1904 (Akad, um.) i inne.
W uznaniu dotychczasowej naukowej dzia-
łalności Akademia umiejętności mianowała d-ra
Łosia swoim członkiem korespondentem.
Dr Tadeusz Estreicher, syn zasłużonego
bibliografa i dyrektora biblioteki Jagielońskiej, za-
twierdzony obecnie przez ministeryum oświaty na
stanowisku docenta chemii nieorganicznej i teore-
tycznej w uniwersytecie Jagielońskim, jest jednym
z tych młodych uczonych, którzy karyerę swoją
naukową przygotowali długiemi latami poważnych
studyów, podejmowanych z gorącem umiłowaniem
obranego przedmiotu. Studya uniwersyteckie odbył
w Krakowie, skąd po otrzymaniu doktoratu filozo-
fii, udał się w dwuletnią podróż naukową najpierw
do Berlina (gdzie pracował w instytucie chemii
fizycznej prof. van ’t Hoffa), następnie do Lipska
(instytut prof. Ostwalda), w końcu do Londynu
(w University College laboratoryum Sir Will. Ram-
say^). Powróciwszy do Krakowa, został asysten-
tem przy katedrze chemii w uniw. Jagielońskim
i tu wspólnie z prof. Olszewskim pracował nad
głośnem odkryciem skraplania gazów. Praca ta
dostarczyła mu materyału do całego szeregu prac
i rozpraw z zakresu chemii, ogłaszanych częścią
w wydawnictwach krakowskiej Akademii umiejęt-
ności, częścią w czasopismach fachowych niemiec-
kich i angielskich. Poza ściśle naukowemi praca-
mi, które głównie miały za przedmiot studya nad
gazami w nizkiej temperaturze, napisał dr Estrei-
cher wiele prac popularnych w czasopismach:
]Vszechśvjiat, Kosmos, Tygodnik Illuslrowany,
oraz artykułów w pismach codziennych. Jedną
z ciekawych jego prac o charakterze historycznym
była monografia globusa z XVI wieku, znajdują-
cego się w bibliotece Jagielońskiej, w której udo-
wodnił, że nasz globus jest najstarszy ze wszyst-
kich pokolumbijskich globusów.
Dr T. Estreicher, wybrany w roku 1900
na sekretarza komisyi bibliograficznej i historyi
nauk Akademii umiejętności w Krakowie, jest
redaktorem wydawanego przez tę komisyę kwar-
talnika: „Katalog literatury naukowej polskiej."
Młody uczony krakowski dał się także po-
znać w charakterze prelegenta, między innemi
w Warszawie, którą po raz pierwszy zapoznał ze
skroplonem powietrzem w styczniu r. z., cztero-
krotnie przemawiając ąv, cathedra Muzeum rolnic-
twa i przemysłu, o czem w swoim czasie Tyg-
Iltustr. pisał obszerniej. Z dziedziny samodzieP
nych odkryć naukowych zapisał się dr Estreicher
chlubnie wynalazkiem t. zw. fluoroforty, t. j. n0'
wej metody reprodukcyi dzieł sztuki za pomocą
TYGODNIK ILLUSTROWANY Np 47
905
Dr TADEUSZ ESTREJCHER.
wygryzania rysunku na płycie działaniem kwasu
fluorowodowego. Wynalazek ten świetnie zużytko-
wał w praktyce prof. Akademii sztuk pięknych,
Leon Wyczółkowski.
Dr Stefan Ilorosakiewics, docent medycyny
sądowej w uniwersytecie Jagielonskim, pomimo
młodego wieku (urodzony w r. 1874 we Lwowie)
zapisał się w literaturze szeregiem poważnych
Prac naukowych z zakresu swej specyalności,
ogłoszonych w językach niemieckim i francuskim.
Po uzyskaniu w r. 1898 stopnia doktora wszech
nauk lekarskich na uniwersytecie Jagielonskim
w Krakowie, został asystentem przy katedrze me-
dycyny sądowej i w tym charakterze pracuje przez
'at siedm pod kierunkiem prof. d-ra Wach-
Lolza, jednej z największych powag w dziedzinie
medycyny sądowej. W r. b. po złożeniu fa-
kultetowi rozprawy „O zmianach w narządzie od-
dechowym u utopionych,“ uzyskał veniani legencti
z zakresu medycyny sądowej. Z licznych prac
d-ra Horoszkiewicza cieszyły się szczególnem
Uznaniem świata lekarskiego rozprawy: „O otru-
c'ach solami miedziowemi," „O miejscowem dzia-
łaniu arszeniku," „Ot. zw. morsthymica," „O zmia-
nach pośmiertnych" i t. d. Materyału do tych
Prac dostarczył mu pobyt w instytutach sądowo-lekar-
sldch w Wiedniu, Berlinie, Hradcu i Budapeszcie.
W. PR-
Teatr, muzyka, sztuki plastyczne.
* Teatr krakowski. Dyrekcya teatru krakow-
skiego starannym doborem repertuaru usiłuje utrzymać
zainteresowanie publiczności, żądnej zawsze nowości z za-
kresu literatury bieżącej. Taką nowością była sztuka
głośnego angielskiego dramaturga Shawa „Bohaterowie,*
będąca satyrą obyczajowo społeczną na ogólno ludzkie
pojęcie ideału bohaterstwa. Sztuka należy do słabszych
utworów Shawa, a wprowadzenie do akcyi stosunków
z wojny serbsko-bulgarskiej, traktowanych z pobłażli-
wym uśmiechem satyrycznym, obniża tu zasadniczą myśl
sztuki. „Bohaterowie* nie osiągnęli też spodziewanego
powodzenia. Nierównie bardziej interesującą była ory-
ginalna premiera Adolfa Ncuwcrt Nowaczyńskiego „Dya-
beł łańcucki,* w której szeroko podmalowane tło histo-
ryczne i doskonale uchwycony koloryt obyczajowy epo-
ki Zygmunta 111 złożyły się na całość, oddziaływającą ze
sceny silnymi efektami tężyzny staroszlachcckiej. Boha-
ter sztuki t. zw. „Dyabeł łańcucki," Stanisław Stadnicki,
znany zawadyaka i awanturnik, głośny z zatargu swego
z Opalińskim, występuje tu w pełni rysów, jako wyo-
braziciel czynnika anarchii szlacheckiej, która doprowa-
dziła kraj do rozstrojów. Rolę tego możnowładcy, na-
kreśloną wyrazistymi rysami, odtworzył w grze i cbarak-
teryzacyi doskonale p. Sosnowski, a niepohamowaną
w ambicyi i złości żoną jego—pani Wysocka. Sztuka
pomimo pewnych usterek, znamionujących niezupełne
jeszcze opanowanie przez Nowaczyńskiego nowej dzie-
dziny dramatycznego tworzenia, doznała powodzenia
i zapełniała teatr przez szereg wieczorów doszczętnie.
Głośny „Demon ziemi" (Frdgeist) Wedekinda, jednego
ze skrajnych przedstawicieli modernizmu niemieckiego,
odsłaniejący w karykaturze potworne oblicze kultury
wielkomiejskiej w jaskrawym obrazie wprowadzającym
naprzemian epizody tragedyi i farsy, zainteresował nie-
tylko błyskotliwością pomysłu autorskiego i silą efektów
scenicznych, ale także znakomitą grą p. Mrozowskiej,
która w tytułowej roli Lully, owego „demona zguby,"
dała rewelacyę swego talentu i zapewniła sztuce szereg
przedstawień. Ostatnią premierą była szara obyczajowa
komedya Najdienowa „Bogaty człowiek," po której re-
pertuar bieżący przyniesie cykl gościnnych występów
p. Gabryeli Morskiej-Popławskiej. p
* Wystawa polskiej sztuki drukarskiej. Sta-
raniem dyrekcyi Muzeum narodowego w Krakowie i To-
warzystwa „Polska sztuka stosowana," otwarta będzie
w pałacu Czapskich w Krakowie, w połowie grudnia, hi-
storyczna wystawa drukarstwa polskiego. Obiedwie te
instytucye, porozumiawszy się z sobą, pracą swą podzie-
liły się w ten sposób, że Muzeum narodowe urządzj
„dział historyczny drukarstwa w Polsce," a Towarzystwo
„Polska sztuka stosowana" urządzi dział drukarstwa współ-
czesnego. Obadwa działy stworzą całość bogatą i wy-
soce interesującą, gdyż materyały, którymi rozporządza
w tym działe muzeum Czapskich, są olbrzymie i cieka-
we. Dział współczesnego drukarstwa ma na celu przed-
stawić stopień artyzmu we współczesnem drukrstwie,
uwydatnić dążenie do nadania rzeczom drukarskim pol-
skim odrębnego charakteru i dać przegląd artystycznego
stosowania motywów swojskich. W dziale współczes-
nym poza okazami drukarstwa w ścisłem tego słowa
znaczeniu znajdą uwzględnienie litografie, drzeworyty,
afisze, artystyczne oprawy, okładki i t. d. Tow. „Sztu-
ka stosowana" zwróciło się z odezwą do drukarzy, lito-
grafów, wydawców i artystów polskich, aby poparli wy-
stawę nadesłaniem jak najliczniejszych okazów. Termin
dla dcklaracyi do 20 listopada, dla nadsyłania okazów
do 5 grudnia r b. p
* Komitet budowy Kolumny Mickiewiczowskiej
we Lwowie uczynił już prawie zadość wszelkim zobo-
wiązaniom natury finansowej. Przedstawiają się zaś one
w następujący sposób: honoraryum artysty 40,000 koron,
firmie lwowskiej Schimsera za granit i opolcrowanie
82,850 koron, firmie Serpeka za odlewy 29,000 koron,
utrwalenie gruntu 9,800 kor., ustawienie kolumny 9,5o0
koron, koszta konkursu i inne pomniejsze wydatki 5,421
koron. Razem 175,571 koron. Nie jest to wszakże kwo-
ta ostateczna, otrzyma się ją wkrótce po ostatecznem ze-
stawieniu rachunków. Jeśli dołączy się wydatek na
uporządkowanie placu, skwer, bruk i kratę, wypadnie
całkowity koszt pomnika na 200,000 koron. W kwocie
tej mieszczą się: ofiary publiczne; dochód z odczytów
i koncertów: Sienkiewicza, Modrzejewskiej, Paderewskie-
go i Michałowskiego; zasiłek Sejmu w kwocie 20,000
koron i ofiara reprezentacyi miasta Lwowa w kwocie
70,000 koron. Przyznać należy, że gospodarowano wy-
bornie. t
* We lwowskim salonie Towarzystwa sztuk pięk-
nych urządzona będzie niebawem druga wystawa
Związku artystów lwowskich. Sądząc z dotychcza-
sowych zgłoszeń, przedstawi ona okazale dorobek arty-
styczny kończącego się roku, obejmując dzieła Augusty-
nowicza, Rozwadowskiego, Popicia, Bratkowskiego i in-
nych. W tej chwili gości w Salonie wystawa zbiorowa
prac Trusza i Trębacza, c
* Nie zawsze udają się t. zw. plebiscyty arty-
styczne. Dowodem tego głosowanie publiczne na kon-
cercie Mickiewiczowskim we Lwowie, dokonane za po-
mocą oklasków i okrzyków (?). Pokrzywdzono bowiem,
jak stwierdza miejscowa krytyka, kilku poważnych auto-
rów, w tej liczbie zaś odznaczoną trzecią nagrodą panią
Leokadyę Wojciechowską, wyklaskano zaś laur wieczoru
młodziutkiej, sympatycznej zresztą panience, która uło-
żyła dyletancką muzyczkę do słów: „Gdybym się zmie-
nił w wstęgę złocistą." ski.
* Na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie stanął
w tych dniach pomnik nad mogiłą nieodżałowanego
Stanisława Szczepanowskiego. Trzymany w formie
skały, wyróżnia się korzystnie oryginalnością pomysłu
od banalnego otoczenia. Skałę ułożono z granitu zako-
piańskiego, biust stanowi dzieło rzeźbiarza Jana Kuźnie-
wicza, odlew z bronzu wyszedł z lwowskiej pracowni
Wilhelma Sknuszyla, tak więc całe dzieło wykonane jest
z materyałów krajowych i silami swojskiemi, jako godne
uczczenie pioniera przemysłu krajowego. T
WYDAWNICTWA ARTYSTYCZNE.
* Ukazał się wreszcie czterdziesty i ostatni zeszyt
istotnie pomnikowego wydawnictwa „Pomniki Krako-
wa,“ Maksymiliana i Stanisława Cerchów, z tekstem d-ra
Feliksa Kopery. Dzięki materyalnemu poparciu krakow-
skiej Akademii Umiejętności, Wydziału krajowego i Ra-
dy miasta Krakowa, a także zainteresowaniu się wielu
osób, wśród społeczeństwa naszego, dla których prze-
szłość sztuki polskiej nie jest obojętna, mogło być wy-
dane z nadzwyczajną starannością to dzieło wspaniale,
owoc olbrzymiej, długoletniej, zdumiewającej pracy ry-
sowniczej ojca i syna. Artysta malarz Maksymilian Cer-
cha, przed laty kilkudziesięciu zaczął gromadzić we
własnych, wykonanych z nadzwyczajną ścisłością i praw-
dziwem znawstwem przedmiotu, rysunkach wizerunki
wszystkich, tak obfitych w grodzie podwawelskim daw-
nych pomników, a kiedy starość osłabiła dłoń spraco-
waną, podjął tę sprawę dziedzicznie w dalszym ciągu
syn jego, również artysta malarz, p. Stanisław Cercha.
On to zbierany przez lata materyał uzupełnił, ułożył sy-
stematycznie według epok i przez energiczne zabiegi
swoje udostępnił dła ogółu w wydaniu, które, bez prze-
sady mówiąc, jest chlubą w naszym dorobku kultural-
nym. Rzeczywiście niewiele równie wielkich i dokład-
nie prowadzonych przedsięwzięć dochodzi u nas do tak
pomyślnego ukończenia „Pomniki Krakowa" są dzie-
łem kompletnem, wyczerpującem przedmiot całkowicie
pod względem artystycznym i archeologiczne™. Mógłby
ktoś utrzymywać, że wobec wysokiego rozwoju dzisiej-
szej techniki fotograficznej, żmudna praca nad kopiowa-
niem ręcznem rzeczy, które mogły być znacznie łatwiej
wykonane za pomocą aparatu fotograficznego, jest bez-
owocna i że z tego powodu najdokładniejsze wizerunki
pomników, przerysowane przez Cerchę (ojca) niegdyś
może w epoce, kiedy nie znano tego chemiczno-optycz-
nego ułatwienia, wielkiej artystycznej i dokumentalnej
wartości, dziś utraciły swoje dawne znaczenie. Otóż
byłoby to twierdzeniem zupełnie powierzchownem. Fo-
tografia z zabytków sztuki, zwłaszcza szczegółów, ty-
czących się konstrukcyi ornamenlacyjnej, nie wyrazi te-
go, co może dać artysta, obznajmiony z charakterystyką
danego stylu, umiejący ująć bieg jego linii zasadniczej.
Podkreśla on ją umiejętnie i wyciąga demonstracyjnie
w duchu obowiązującego stylu, przez co rysunki takie
posiadają znacznie wyższą zaletę dydaktyczną od naj-
lepszych odbitek fotograficznych. Wielkie to wydawnic-
two składa się z czterdziestu zeszytów in folio, zawie-
rających po kilkanaście tablic, odbitych w drukarni
W. L. Anczyca i Spółki w Krakowie, j
ZE SZTUKI STOSOWANEJ.
* Max Klein: Źródło, Jest to jedna z pięk-
niejszych rzeźb, jakie zjawiły się w ostatnich latach
w Niemczech. Swobodny, harmonijny, miękki tuch ko-
biety, opierającej się o muszlę źródlaną, piękne linie pod-
906
TYGODNIK ILLUSTROWANY .Nb 47
ŹRODŁO
tawy, na której wznosi się muszla i gdzie stoi to za-
myślone, piękne „źródło”, prostota całej kompozycyi,
świetnie modelowana postać i jej spokojnie melancho-
lijny wyraz—wszystko to czyni z owej marmurowej rzeź,
by, istotnie przeznaczonej na przechowywanie wytrysku-
jącej z ziemi wody—rzadkiej wartości dzieło sztuki,
wynoszące je znacznie ponad poziom t. zw. wiedeń-
skiej secesyi, rozpanoszonej w utworach szczególnie
sztuki stosowanej, ostatniej doby w Niemczech. „Źró-
dło* znajduje się w „Galeryi Narodowej” w Berlinie, k
* D. 23 października odsloniono w Paryżu pomnik
jednego z największych muzyków francuskich, Cezara
Franckii (ur. 1822 t 1890), którego „Młoda Francya”
w muzyce (Indy, Charpentier) uważa za swego ducho-
wego przewodnika. Pomnik, dzieło rzeźbiarza Alfreda
Lenoifa, wyobraża wielkiego twórcę muzycznego w po-
stawie siedzącej, z założonemi na piersiach rękoma, po-
grążonego w głębokiej zadumie przed klawiaturą orga-
nową. Geniusz pod postacią anioła unosi się nad nim.
zwracając ku niemu twarz i otulając go opiekuńczemi
skrzydłami. Nieuznawanemu w dostatecznym stopniu
za życia poświęca dzisiaj prasa francuska gorące arty-
kuły, sławiące jego potężne, głębokie dzieła, szczególnie
kościelne, i piękną prostotę jego charakteru. Pomnik wy-
stawiono staraniem komitetu artystycznego, któremu
prezydował genialny Wincenty d'lndy. k
Sztuki graficzne.
Wspaniała, niezmiernie bogata wystawa, bo
zawierająca przeszło 600 dzieł z zakresu akwafor-
ty, autolitografii i autodrzeworytnictwa, ze zbio-
rów G. Centnerszwera, urządzona od dłuższe-
go j’uż czasu w Pałacu sztuki, zaznajamia nas
prawie dokładnie z obecnym stanem sztuk gra-
ficznych w Europie.
Istotnie zebrano tu w najpiękniejszych i naj-
bardziej charakterystycznych okazach wszystko, co
w Anglii, Francyi i Niemczech zwróciło na siebie
uwagę oryginalnością po-
mysłu, niepospolitością
artystycznego ujęcia i
mistrzostwem wykona-
nia. Najsłynniejsi w tym
dziale twórcy doby dzi-
siejszej są tu reprezen-
towani przez utwory
pierwszorzędnej warto-
ści, spotyka się najbar-
dziej w sztuce głośne
nazwiska.
Szczególniejsze za-
miłowanie artystów i
pewnej części publiczno-
ści do sztuk graficznych
jest zresztą, jak to już
niegdyś na tem miejscu
zaznaczyliśmy, bardzo
znamienną cechą chwili,
wykładnikiem dążeń po-
wszechnych do jak naj-
szerszego udziału w
wielkich ucztach arty-
stycznych, do udostęp-
nienia rozkoszy estetycz-
nej tym wszystkim, któ-
rzy dla braku możności
obcowania z oryginal-
nemi dziełami większej
wartości, od uczt tych
byli wyłączeni. Autore-
produkcye, doprowadzo-
ne do dzisiejszej do-
skonałości technicznej,
posiadające całą bezpo-
średniość osobistego
zetknięcia się z niemi
samego artysty, zacho-
MAX KI.EJN wujące na sobie w pełni
świeżość i ciepło tchnień
jego ducha twórczego,
wprowadzają nas w równie wzniosłą atmosferę
szczerej sztuki, jak obrazy oryginalne, poczęte
w natchnieniu.
Jest to jakby demokratyzacya sztuki, w naj-
szlachetniejszem słowa tego znaczeniu, gdyż zbli-
ża ją do szerokiego ogółu, nie pozbawiając bynaj-
mniej całej arystokratycznej dostojności i powagi,
co się zazwyczaj dzieje przez demokratyzowanie
jej w złym sensie, t. j. przez wytwór-
czość niby oryginalną, lecz tanią i ba-
nalną. Dostępność, łatwość posiadania
odejmują jej majestat wielkiej pani, urok
czegoś odświętnego, niepowszedniego,
jaki koniecznie posiadać powinna.
Prawdziwe artystyczne poczęcia zja-
wiają się rzadko, niepodobna więc niemi
wszystkich obdzielić. Odbicie graficzne,
własnoręcznie wykonane przez artystę,
szersze może objąć kręgi, to też dziś
ludzie ze smakiem, wytworniejsi, subtelniej
wyrobieni estetycznie, przekładają piękną
akwafortę, lub śmiałą zamaszystą autobio-
grafię mistrza, odtłoczoną w kilku lub
kilkunastu egzemplarzach, nad pospolite
malowidła, produkowane masowo na na-
sze olbrzymie rynki pseudoestetycznych
zapotrzebowań, przez nader zręcznych
bodaj nawet wyrobników.
Ażeby mieć miarę wysokiej warto-
ści wystawionych tu utworów, należy bacz-
nie przyjrzeć się przedewszystkiem wy-
twornym, przesubtelnym akwafortom an-
gielskim. Jaka tam nadzwyczajna deli-
katność dotknięcia igły, a zarazem pew-
ność kreski i poczucie tonu! jaka dosko-
nałość skończenia i artyzm w ujęciu ca-
łości! Artyści w Anglii tak wysoko rozwinęli
technikę akwafortową, jak nigdzie zresztą w Eu-
ropie; pojęli oni nadto lepiej niż gdzieindziej ta-
jemnicę uroku starej dyskretnej tonacyi bez moc-
nych, gwałtownych efektów światłocienia, oddają
ją też swemi mistrzowskiemi kreskami z niezrów-
nanym wdziękiem i poezyą. Pełne są tej poezyi
krajobrazy, podznaczone nazwiskami. Goff, Haden,
Hall, a zwłaszcza Charlton, który sprawność ręki
doprowadził do iście zdumiewającego posłuszeń-
stwa.
Wiele jest jej w fantastycznych kompozy-
cyach A. Bauerle’go, a przedewszystkiem w mister-
nych, jakby przedelikaconych wykwintnych utwo-
rach Watsona i słynnego na świat cały Whistlera.
Do rzędu pierwszorzędnych mistrzów w tym dzia-
le zapisać jeszcze należy nazwiska: I. Thomas,
W. Monk Sloane, Bolinbroke, Bryden i oczywiście
Herkomer, który ma swoją własną, niezmiernie cie-
kawą, całkiem odmienną od innych technikę.
W dziale niemieckim wyróżnia się doskona-
ła akwatynta A. Menzla, naśladująca w łudzący spo-
sób rysunek węglowy: „Głowa starca." Znakomi-
tym akwaforcistą jest bez zaprzeczenia Maks Klin-
ger. Wydobywa on swą igłą tony nadzwyczajnej
przejrzystości, a jednocześnie siły potężnej, jednak-
że wobec wytwornych utworów angielskich, szty-
chy jego przestają imponować. Głębokie jego kom.
pozycye, pełne wzniosłych myśli i filozoficznej za-
dumy, ciężkie są w układzie i w rysunku poszcze-
gólnych figur, jak zresztą ciężkie jest wszystko, co
Niemcy tu wystawili, a zwłaszcza autobiografie
czarne i barwne, tudzież autodrzeworyty, nie mo-
gące iść w porównanie ze swobodą, polotem,
| rozmachem i fantastycznością wyrazu, jakie ce-
chują podobno utwory francuskie. A są to jednak
nazwiska wysoko cenione w sztuce niemieckiej;
M. Lieberman, Otto Ficher, Hans Thoma, Kamp-
mann, Volkmann, Langhein, Sterl, Grethe, La Ro-
che, Unger, Kalkreut, Bauer, Kalmargen, Engel,
Orlik, Meditz, Struck i inni.
Z Francuzów również są tu reprezentowani
najsłynniejsi. Przedewszystkiem jest tu wielki
akwaforcista, nieżyjący, już Felicyan Rops, biegły
rysownik, fantastyczny kompozytor, umysł głęboki
i refleksyjny, choć nieco przekorny. Z autobio-
grafiami stanęli: rozszalały w charakteryzowaniu,
drwiący filozof Weber, sentymentalno - ironiczny
Pierrot, willette, pełen paryskiej elegancyi Cheret,
wytworny karykaturzysta Lćandre i najbardziej pa-
POMNIK CEZARA FRANCKA
907
TYGODNIK ILLUSTROWANY M 47
ryscy malarze: Raffaelli, Grasset i Steinlen, który
w przepysznej, dosadnej charakterystyce daje zdu-
miewająco żywe sceny ulic i bulwarów.
Są tu Lepere, Marais, Carrióre, który wysta-
wia swe niezmiernie subtelne impresye w mgli-
stych, rozwianych zarysach; jest dziwaczny Odillon
Rćdon, ze swemi ezoterycznemi poczęciami, Fantin
Latour pełen czerstwej siły w modelowaniu ciał
•<obiecych, Rivićre z pięknie stylizowanym pejza-
żem, Lautrec, Besnard, Chahine, E. V. Muyden,
Legrand i wielu innych.
Francuzi nadto wystąpili z nowością w dzie-
dzinie sztuk graficznych. Są to mianowicie akwa-
forty kolorowe, których sposób przygotowania, jak-
kolwiek znany już u nas z kilku okazów, mało
jest dotychczas rozpowszechniony.
Wiek z prób wystawionych posiada istotnie
hardzo pełne efekty kolorystyczne, a wszystkie, co
już jest, trzeba przyznać, specyalną właściwością
Francuzów, odznaczają się wytwornym smakiem
w przeprowadzeniu kombinacyi barwnych.
tygodnik ilhistrowany dla czytelników swo-
ich z ogólnego zbioru utworów francuskich wybrał
dla reprodukcyi dwie autoakwaforty E. von Muy-
den'a: „Złodzieje koni," Bracquemonda „Dziś
* wczoraj," tudzież akwafortę tego ostatniego ze
słynnego obrazu Gustawa Moreau „Marzenie wład-
cy Wschodu." Nadto dajemy odbicie jednej z prze-
pysznych autolitografii Fantin’a „Preludyum Lo-
hengrina." J.
Z Dalekiego Wschodu.
(głęboka tajemnica pokrywa działania armii
J.1 ohlężniczej pod Portem Artura. Wieści „Chiń-
czyków z Czifu", nic poparte żadnym urzędowym
raportem, zaczynają zaprzeczać sobie nazwajem.
Jednego dnia dowiadujemy się z tego źródła, i to
ze wszelkimi szczegółami o wzięciu fortów Er-
lungszan, Kekwan i Iczan. Na drugi dzień gło-
szą telegramy o „zmuszeniu bateryi fortu Erlung-
szan do milczenia" czyli dopiero o walce artyle-
ryjskiej, poprzedzającej ogólny szturm. Jednego
dnia zapewniają nas, że gen. Stoessel broni się już
tylko na Laoteszanie i Tygrysim Ogonie, drugiego
zaś, że „żaden ze stałych fortów nie został jesz-
cze wzięty." Były nawet pogłoski o rokowaniach
w celu kapitulacyi ale i tym zaprzeczono naza-
jutrz, twierdząc, że nigdy tylu dżonkom z żywno-
ścią nie udało się jeszcze przedrzeć do Portu
Artura, jak obecnie, oraz, że wskutek tego oblę-
żeni nie cierpią braku żywności po zupełnem od-
cięciu od wszelkich komunikacyi w ciągu pięciu
Flizko miesięcy...
Niewątpliwie jednak stwierdzonem, a przy-
uajninej więcej niż prawdopodobnem jest, że usta-
wiczne bombardowanie spowodowało zarówno w
mieście, jako też w fortach i dokach poważne szko-
dy, jak zburzenie dwóch arsenałów, częściowe roz-
walenie murów w niektórych fortyfikacyacli zde-
montowanie wielu dział, zniszczenie, lub uszkodze-
n’e kilku okrętów i t. p.
Przyjąć można również za pewnik, że ataki
Japońskie działają na bardzo szerokim froncie i skie-
r°wane są jednocześnie ku różnym stronom twier-
dzy. Wywnioskować to można z przytaczanych
w telegramash nazw fortów. A więc forty Erlang
1 Kekwan leżą na północo-wschodzie od portu
1 należą do t. zw. Gór Smoczych, stanowiących
Wraz z Pajingszanem, Pantaoszanem i Złotą Górą
(na wschodzie) jądro twierdzy. Pomiędzy tymi
^°rtanii przewija się droga do Dalnego. Na wschód
°d kolei żelaznej, a bezpośrednio na północ i pół-
P°co-zachód, znajduje się Andzyszan i leszan
’ Sahoszan, wreszcie na zachód i'południe — Lao-
eszan i Ogon Tygrysi. Wszystkie te miejscowości
s4 w telegramach wymieniane; do wszystkich
wyjątkiem otoczonego morzem Tygrysiego Ogo-
GENERAŁ KUROKI W OTOCZENIU RODZINY W TOKIO.
na armia oblężnicza szturmuje bez wytchnienia:
działami oblężniczemi, armatami polowemi, kara-
binami, bagnetami, rewolwerami. W niektórych
miejscach szańce oblegających stoją zaledwie o kil-
kadziesiąt kroków od szańców oblężonych.
* *
*
Armia rosyjska — według telegramów Ag.
Ros. dosięgła nad rzeką Szacho liczby 300.000
z 1200 działami — wśród których znajduje się 60
moździerzy o kalibrze 155 milimetrów.
Armia japońska nie jest napewno mniejsza.
Posiłki napływają jej bezustannie. Liczba moździerzy
(120 milimetrowych) dosięga podobno 80.
Moździerze są to działa, przeznaczone do
wyrzucania olbrzymich bomb burzących,które strasz-
ne są szczególnie dzięki temu, że padają wprost
z góry na szańce, niszcząc je i zabijając personel.
Od pocisków tych niczem zasłonić się niepodobna.
Dotychczas artylerya rosyjska była dość sła-
bo zaopatrzoną w tę straszną broń.
Obiedwic armie zachowują wciąż postawę
wyczekującą.
*
Eskadra bałtycka, czyli II eskadra Oceanu
Spokojnego, znajdująca się już częściowo koło
Suezu w drodze na Daleki Wschód, składa się
z następującycli okrętów:
t dywisya, pancerniki: „Cesarz Aleksander III"
(okręt admiralski dowódcy floty, Rożestwienskie-
go), „Borodino," „Kniaź Suworow" i „Oreł" (zbu-
dowane w latach 1901 i 1902).
II dywisya, pancerniki, „Oslabja," „Sissoj
Wielikij," „Nawarin" i „Cesarz Aleksander II"
(zbudowane w r. 1898, 1894, 1891 i 1887).
Dywizye te uzbrojone są w 32 ciężkie dzia-
ła, 100 średnich i 400 szybkostrzelnych. Załoga
razem -5,400 ludzi.
III flotylla krążowników: „Dmitrij Don-
skoj" i „Oleg" (obadwa I klasy), „Aurora," „Żem-
czug," „Izumrud" i „Ałmaz" (II klasy), uzbrojone
razem w 92 działa średnie, 128 lżejszych. Zało-
ga—2,400 ludzi.
U flotylla torpedowców. Kontrpedowce
właściwe: krążowniki „Świetlana", „Wojewoda",
„Posadnik" i „Abrek" oraz 20 torpedowców, uzbro-
jonych w 8 torped z dwoma otworami do ich wy-
rzucania każdy i 116 dział szybkostrzelnych. Za-
łoga — razem 1620 ludzi.
1'. Okręty transportowe, których liczba nie
jest bliżej określona, Służą one do zaopatrywania
eskadry w żywność i węgiel.
Przeciwko ogromnej flocie tej zamierzają po-
dobno admirałowie Togo i Kamimura walczyć
głównie za pomocą torpedowców, a zapewne i łodzi
podwodnych, które, jak się zdaje, wyszły już
z warsztatów amerykańskich. Zagłębiają się one
na 125 stóp pod poziom morza. Kosztowały po
35.000 funtów sterlingów.
Łodzie podwodne posiada również podobno
eskadra bałtycka.
Z Petersburga.
*„* Niedawno senat rządzący rozstrzygnął ważną
w zasadzie sprawę, dotyczącą przechodzenia własności
ziemskiej w ręce ludności nieprawosławnej w guber-
niach litewskich. Według sprawozdania sądowego „Birż.
Wied.", rzecz się tak miała: Szutkiewiczowa, wła-
ścicielka ziemska w powiecie Poniewieskim gub. Ko-
wieńskiej, zapisała swój majątek ziemski włościanom
miejscowym, Litwinom Kraniewskim. Wileńska izba są-
dowa odmówiła zatwierdzenia tego zapisu na tej zasa-
dzie, że Kraniewscy, jako miejscowi włościanie-Litwini,
należą do tej kategoryi ludzi, którzy mają ograniczone
przywileje nabywania gruntów w guberniach zachodnich
(wolno nabywać maximum 60 dziesięcin). Obrońca Kra-
nicwskich, adw. przysięgły p. Olszamowski, skierował
sprawę do senatu. Obrońca dowodził, że wszystkie
przepisy, ograniczające praw'a na posiadanie ziemi w gub.
zachodnich Polaków, Żydów i cudzoziemców, wcale nic
dotyczą włościan, chociażby ci byli katolikami. Senat
rządzący skasował decyzyę izby sądowej wileńskiej na
zasadzie, iż w tym przypadku naruszono prawo z dnia 27
stycznia 1901 r.
Korespondent warszawski „Now. Wrem." wy-
stępuje stanowczo przeciwko zamiarowi oddania kas
gminnych Królestwa Polskiego pod zarząd ministeryum
skarbu. Radzi on oddać te instytucye pod zupełne za-
wiadowanie komisarzy włościańskich i nadać tym urzędni-
kom władzę dyscyplinarną nad personelem służbowym kas.
Pogląd na kwestyę polską. Pod takim tytu-
łem zamieściła gazeta „Nowosti" w N-rze 292 obszerny
artykuł, w którym zastanawia się nad kwestyą polską
i dochodzi do wniosku, że równouprawnienie wszystkich
obywateii jest konieczne w interesie samego państwa,
a jeśli przeszłość obudwu narodowości w Państwie
Rosyjskiem była odmienna, to przecież przeszłość ta
oddała już, co się każdej z nich należało; jedna z nici)
była w ciągu całego wieku uprzywilejowaną, a druga
była ciągle karana przez cały wiek cierpień. Nie można ani
nagradzać, ani karać za przeszłość wiecznie. Realny punkt
można wynaleźć tylko w dzisiejszem położeniu, a celem
powinno być przygotowanie do najlepszej przyszłości
908
BATERYA ROSYJSKA, UKRYTA W GAOLANIE POD LAOJANEM.
Nasze ryciny.
I. DE VRIENDT: ŚWIĘTA CECYLIA.
—Żywot Świętej Cecylii, panny i męczen-
niczki, dostarczył tematu do wielu dzieł
sztuki. Większość mistrzów przedstawiała
świętą patronkę muzyki w chwilach pod-
niosłej ekstazy, grającą na harfie, organach,
lub też śpiewającą hymny na cześć Stwórcy
(Van Eyck, Cavedone, Pellegrini, Tibaldi-
Rubens, Cantarini, Rafael, Dolci, Domini-
chino, Mignar Delaroche etc). Dramatyczny
moment męczeństwa odtwarzano znacznie
rzadziej (Cimabue, Dominichino, Rafael, Giu-
lio Romano). 1. de Vriendt wymalował
świętą Cecylię złożoną po śmierci na łożu.
Palma w dłoniach zamordowanej symboli-
zuje męczeństwo. Dokoła łoża stoją kwia-
ty i dymią kadzielnice. Na prawo siedzi
pobożny czciciel Świętej z twarzą pełną
mistycznego skupienia i wpatruje się w pięk-
ne oblicze zmarłej. W głębi unoszą się
chóry aniołów z instrumentami muzycznymi,
kwiatami i trybularzami. Całość utrzymana
jest w liniach równych, spokojnych Żaden
gwałtowniejszy ruch nie mąci poważnego
i łagodnego nastroju. Śmierć nie sprawia
tu wrażenia dramatycznego. Czujemy, że
to nie katastrofa, lecz prolog do nowego
życia w sferach pozamiemskich.
Kronika.
Z KOŚCIOŁA.
W dniu 10-ym b. m. w kościele św.
Katarzyny w Petersburgu odbyła się uro-
czystość konsekracyi ks. Kesslera na bisku-
pa tyraspolskiego. Cerenonii dopełnił J. E.
ks. metropolita Jerzy hr. Szembek w asy-
stencyi ks. biskupów: Zdzitowieckiego i bar.
Roppa i w obecności licznego tłumu po-
bożnych. o
SZKOLNICTWO.
Ministeryum komunikacyi zatwierdziło
ustawę szkoły majstrów warsztatowych na
kolei warszawsko-wiedeńskiej. Do rzeczo-
nej szkoły przyjmowani będą młodzieńcy
w wieku od lat 14 do 17, posiadający
świadectwa z ukończonej 2-klasowej szkoły
miejskiej. Wstęp posiadać będą wyłącznie
synowie służby, lub rzemieślników kolei
Warszawsko-Wiedeńskiej. Kurs 4-letni obej-
mie dwa oddziały: teoretyczny z wykładami
religii, języka rosyjskiego, arytmetyki, tech-
nologii i rysunków, oraz praktyczny, prze-
znaczony dla zajęć warsztatowych. Wykła-
dy teoretyczne trwać mają od 2 do 4 go-
dzin, praktyczne zaś zajęcia od 7 do 8 go-
dzin codziennie. Wykłady odbywać się
będą bezpłatnie. Wychowańcy zajmować
będą w miarę miejsc wakujących posady
majstrów kolejowych. Otwarcie szkoły przy
warsztatach głównych w Żbikowie nastąpić
ma wkrótce, o
SPOŁECZNE.
Według cyfr, podanych w jednym z ostat-
nich numerów Słowa, a zaczerpniętych
z urzędowych źródeł, Warszawa posiada
wśród mieszkańców swych 42% analfabe-
tów mężczyzn i 56% kobiet. Gorzej jesz-
cze przedstawia się pod tym względem
Łódź, gdzie liczba analfabetów męzczyzn
dochodzi do 55%, a kobiet do 66%. o
Podjęto starania o zatwierdzenie nowej
instytucyi współdzielniczej powstającej w
Warszawie pod nazwą „Związek buchalte-
rów.* Związek bierze na siebie całkowitą
odpowiedzialność za niedokładne wypełnia-
nie przez swych członków wziętych na
siebie zobowiązań i gwarantuje pokrycie
wynikających stąd strat w wysokości okreś-
lonej umową członka związku z pracodaw-
cą. Udziały członkowskie określa się do
wysokości 25 rubli, przyczem z zarobku
członka potrąca się nie więcej, niż 5% na
wydatki stowarzyszenia. Sprawami związku
zarządzać ma ogólne zebranie oraz zarząd,
złożony z przewodniczącego i 5 członków.
Warsz. Dnicwn. zamieścił w tych dniach
artykuł poświęcony pogłosce o mającej na-
stąpić reformie ustawy cenzuralnej. „Po
objęciu przez ks. Swiatopołk-Mirskiego sta-
nowiska ministra spraw wewnętrznych i po-
daniu do wiadomości szeregu rozmów jego
ze współpracownikami rosyjskich i zagra-
nicznych wydawnictw—pisze wspomniany
organ—„zjawiła się w prasie wiadomość
o mającem urzeczywistnić się wkrótce pro-
jekcie przejrzenia dotychczasowych przepi-
sów ustawy cenzuralnej. Jest to pogłoska
niezwykle radosna. To też nie można nie
przyklasnąć dobrej inieyatywie i nic życzyć
jej należnego urzeczywistnienia. Jak za-
znacza IDarsz. Dniewni/i, prasa w normal-
nych warunkach bytu staje się pomocą
władzy państwowej w rozwiązywaniu różno-
rod łych trudnych zagadnień społecznych.
Ona zaznajamia rząd z rozmaitymi niezna-
nymi mu szczegółami życia narodowego,
ona daje władzy centralnej możność kon-
troli nad działalnością podwładnych jej orga-
nów rządzących, ona wyrabia tejże władzy
konieczną popularność i t. p. Według Warsz.
Dnieun., obecna ustawa cenzuralna rosyj-
ska stanowi konglomerat różnorodnych pier-
wiastków obcych. Na jej pstrą mozaikę,
ugrupowaną bezkrytycznie, złożyło się to
wszystko, co niegdyś stworzono na zacho-
dzie Europy. Wogóle nasza ustawa cen-
zuralna, pisze Warsz. Dniewn., w celu izo-
lacyi społeczeństwa od myśli „szkodliwych”,
lub mogących zamącić spokój ogólny,
zbrojna jest w cały szereg przepisów od-
działywujących pośrednio, lub bezpośrednio
na kierunek prasy. Pierwszym czynnikiem
pod tym względem jest cenzura prewen-
cyjna, zawierająca szereg paragrafów, służą-
cych jako wskazówka dla postępowania cen-
zora, a niedostatecznie określonych z punktu
widzenia prawego. Brak miejsca nie po-
zwala na streszczenie całkowitego obszer-
nego artykułu Warsz. Dniewn., dodamy
więc tylko, że zdaniem wspomnianego or-
ganu gruntownej reformy domaga się głów-
nie część ustawy, zawierająca przepisy o
cenzurze prewencyjnej, niezgodnej w wielu
paragrafach z postępem czasu, o
Z BÓŻNYCH 8TIION.
W Wilnie z zapoczątkowania Maryi hr.
। Tyszkiewiczówny (autorki powieści „Spój-
nik”), otwiera się w grudniu r. b. Poiu
। śir. Jnilwigi dla uboższych pracownic
igły. 21 października ministeryum spraw
wewnętrznych zatwierdziło ustawę wewnę-
trzną całkowicie na warszawskim t. zw. za-
kładzie. Komitet organizacyjny stanowią:
M. hr. Tyszkiewiczówna (kasyerka), Helena
z Cywińskich—córka ś. p. dra Zenona C
Antoniowa hr. Tyszkiewiczowa (przewodni-
cząca), Jadwiga hr. Tyszkiewiczowa z Za-
troczą, M. de St. Clair, J. Lubańska, Kata-
rzyna Jeleńska, Jaroszyńska i Sznejderowa.
Przyjmowane do Domu św. Jadwigi szwacz-
ki (w wieku lat 14—30) opłacać będą 1 rub.
miesięcznic za przytułek, obiad, pomoc le-
karską, troskliwą opiekę wszelką (od wy-
zysku pracodawczyń np.). Członkowie, po-
pierający zakład plącą co najmniej 5 rub.
locznie. Zresztą, sympatyczny, ogromnie ze
względów etycznych i społeczno-ekonomicz-
nych pożądany Dom św. Jadwigi niechyb-
nie pobudzi ofiarność osób zamożnych na
Litwie; wszelka jest nadzieja, że liczba 24
internatek wzrośnie do liczby, da Bog>
kilkakroć większej. Dom św. Jadwig1
z czasem będzie ulokowany w prawdzi-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 47
909
wym domu własnym, kamienicy specyalnic
wybudowanej w tym celu, wzorowo urzą-
dzonej; jest to marzenie wileńskich pań
filantropek. u
IŁucli umysłowy we Lwowie wzmaga
się uderzająco. Dowodem tego szereg wy-
kładów i odczytów, których w porze jesien-
nej i zimowej przypada na każdy niemal
dzień kilka lub kilkanaście. Rozpoczęto
właśnie poważną seryę powszechnych wy-
kładów uniwersyteckich, organizowanych
corocznie przez grono profesorów uniwer-
sytetu. Pierwszy stanął tym razem na ka-
tedrze prof. dr Józef Kallenbach, mówiąc
>O pierwszych latach literatury emigracyj-
nej." Zaczął się też kurs czteromiesięczny
w Szkole nauk politycznych, zainaugurowa-
ny przez prof. dra Jana Pawlikowskiego
i Władysława Studnickiego. Polskie Towa-
rzystwo filozoficzne święciło dwóchsetną
rocznicę śmierci Johna Locke'go odczytami
dra Władysława Wisłockiego i Teodora
Mianowskiego. W Związku naukowo-lite-
rackirp czytali: dr Kazimierz Jarecki „O to-
wianizmie," prof. dr Wilhelm Bruchnalski
„O Konradzie Wallenrodzie “ Przedni znaw-
ca Mickiewicza rzucił tu zupełnie nowe
światło na wiele stron poematu, wywodząc
tem dłuższą, wysoce zajmującą dyskusyę.
Towarzystwo ludoznawcze zapowiada poga-
dankę Franciszka Gawrońskiego „O wilko-
łactwie." W kole literackiem znowu prof.
dr Wojciech Dzieduszycki, oderwawszy się
na chwilę od prac parlamentarnych, wypo-
wiedział wprost porywającą rzecz na temat
.Psyche i Eros," dramatu Jerzego Żuławskie-
go. Równie świetną, głęboką a bardzo
pouczającą była lekcya Dzicduszyckiego
-O romantyzmie, symbolizmie i naturaliz
mie." Przed gronem posłów sejmowych
* ekonomistów dr Karol Bertoni, wicekon-
sul austryacki w Kurytybie, przedstawił stan
obecny wycłiodztwa z Galicyjskiego w Pa-
ranie. Dla pełności obrazu dodać należy,
że jednocześnie odbywają się prelekcye
i rozprawy w kdkunastu kółkach młodzieży
uniwersyteckiej, rzemieślniczej i izraelickiej,
w licznych towarzystwach zawodowych,
wreszcie w Sodalicyi Maryańskiej, gdzie
w kółku społecznem wykładają ks. Alfred
Wróblewski, Tadeusz Czapelski i dr Adam
Konopka. T
Rostnnrncyn kościoła Maryackiego.
Przesławna świątynia Maryacka w Krakowie
zyskała świetną ozdobę przez umieszczenie
"a jej zewnętrznych skarpach dwóch no-
wych gotyckich pinakli, umocowanych tam
zamiast starych, uszkodzonych i zwietrza-
łych. Pinakle te, wykonane w pracown1
rzeźbiarskiej p. Kuleszy, według rysunków
architekta p. Zygmunta Hendla, zalecają się
stylową konstrukcyą, licującą z gotyckim
charakterem kościoła.
Pomnik Ferdynanda lir. Ilompesclin
w Itudnikii. Ferdynand hr. Hompesch
był posłem w wiedeńskiej Radzie Państwa,
gdzie przez czas pewien pełnił funkcyę
marszałka Postępowaniem swojem potrafił
°n zaskarbić sobie uznanie. Jego dziełem
było założenie szkoły koszykarskiej w Rud-
niku, która stała się matką wszystkich j>ra-
"ńe szkól tego rodzaju w kraju. Jego
dziełem założenie „Spółki wodnej" i wy-
jednanie dla niej hojnej pomocy rządowej.
Jego dziełem podniesienie kultury torfowisk,
budowa doskonałych dróg w powiecie,
utrzymywanie młodzieży okolicznej w szko-
łach przemysłowych, nie mówiąc o licznych
a szczodrych zawsze pomocach doraźnych,
•łego dziełem odbudowanie spalonego mia-
sta Rudnika. To wszystko dało pochop do
Owiązania się komitetu, mającego na celu
uwiecznić w kamieniu pamięć zacnego oby-
watela. Uroczystość odsłonienia pomni-
ka odbyła się w Rudniku nad Sanem
d- 27 października r. b, jako w rocznicę
POMNIK FERDYNANDA hr. HOMPESCHA W RUDNIKU.
zgonu ś. p. hr. Hompescha. Pomnik stci
w rynku, otoczony skwerem i przedstawia
się bardzo pięknie. Jest dziełem dłóta
artysty rzeźbiarza, profesora Juliusza Beł-
towskiego ze Lwowa, tego samego, który
jest autorem również pomnika króla Jagieł-
ły w Gródku koło Lwowa. F. S.
NAUKA.
Dra Cezara Russjana, mianowano profe-
sorem zwyczajnym mechaniki ogólnej i anali-
tycznej na Politechnice lwowskiej, c
Dr Bronisław Cubrynowics, skryptor
muzealny Ossolineum, wygłosił w ubieg-
łym miesiącu w uniwersytecie lwowskim
odczyt habilitacyjny na temat: „Poezya kon-
federatów barskich." Na mocy uchwały ko-
legium filozoficznego dr Gubrynowicz przed-
stawiony został ministeryum oświaty, jako
docent historyi literatury pclskiej. c
Prof. dr Antoni Kalina, wskutek prze-
dłużającej się uporczywej choroby wniósł
rezygnacyę z urzędu rektora Uniwersytetu
lwowskiego na rok szkolny 1904/5. Wsku-
tek tego dokonano nowego wyboru i ob-
wołano magnificencyą dra Józefa kniazia
Puzynę profesora, matematyki na wydziale
filozoficznym. Prorektorem jest, jak wia-
domo, ks. dr Jan Fijałek. c
ŚWIAT KOBIECY.
Obok chrześcijańskiego Towarzystwa opie-
ki nad upadłemi kobietami, powstało u nas
drugie pod nazwą: „Warszawskiego żydow'-
skiego Towarzystwa ochrony kobiet." Ce-
lem jego ochrona dziewcząt i kobiet od
upadku, oraz dopomaganie upadłym do po-
wrotu na drogę uczciwą. Postanowiono za-
kładać biura pośrednictwa pracy w najuboż-
szych dzielnicach i schroniska dla bezdom-
nych kobiet, a wreszcie zapobiegać jak
najenergiczniej handlowi żywym towarem.
—Warszawskie Tow. chrześcijańskie ochrony
kobiet otworzyło IV Ognisko w domu
Nr 21 w Al. Jerozolimskich. Opłata wy-
nosi 20 rub. miesięcznie za całe utrzymanie
we wspólnej sali, 35 rub. zaś w osob-
nych pokojach — Akademia wojskowo-le-
karska w Petersburgu postanowiła udzielać
kobietom stopni doktorek medycyny na
tych samych prawach, co mężczyznom.
Do egzaminów zgłosiły się dotychczas tyl-
ko trzy lekarki. — W Poznaniu ostatnimi
czasy odbył się bardzo liczny wiec kobiet
polskich, wzywający uczestniczki do prze-
ciwdziałania germanizacyi,
do podniesienia wartości
pracy, do popierania pol-
skiego przemysłu i handlu,
do walki z alkoholem i kar-
ciarstwem i t. p.—W Kra-
kowie, dzięki zabiegom i
pracy p. Felicyi Żurow-
skiej, powstało schronienie
dla 72 sierot dziewcząt,
którym zapewniono pieczę
i nauką, cw
ZMARLI.
Bolesław Raczyński, b.
dyrektor zakładu kąpielo-
wego w Ciechocinku, zmarł
w Warszawie dnia 7-go b.
m., przeżywszy lat 72.
Ludwik Gronau, apte-
karz i obywatel m. War-
szawy, zmarł w Warszawie
dnia 7-go b. m., przeżyw-
szy lat 71. o
Józef Nainiski, b. oby-
watel ziemskij i b. naczel-
nik ruchu tramwajów' war-
szawskich, zmarł dnia 8-go
b. m., przeżywszy lat 73. o
Mieczysław Gadomski,
urzędnik sądu okręgowego
warszawskiego, zmarł w
Warszawie dnia 7-go b. m.,
przeżywszy lat 55.
Anna ze Starzyńskich Chlcwicka, zmarła
w’ Kutnie dnia 1-go b. m., przeżywszy
lat 32. o
Karolina z Nowaków Golędzinowska,
b. obywatelka ziemska, zmarła w’ Warsza-
wie dnia 8-go b. m., przeżywszy lat 66. o
Ze świata.
ROOSEVELT I WYBORY AMERY-
KAŃSKIE. Wybory na prezydenta Sta-
PREZYDENT TEODOR ROOSEVELT.
nówTZjednoczonych odbywają się co cztery
lata w ten sposób, że ludność każdego
stanu dokonywa przedewszystkiem t. zw.
prawyborów, czyli upoważnienia większo-
ścią głosów kilku pełnomocników do póź-
niejszego głosowania za kandydatem na
prezydenta. Od czasów Waszyngtona nie
wybiera się nigdy tego samego człowieka
prezydentem więcej niż dwa razy z rzędu.
W obecnych prawyborach ludność Unii
rozdzieliła się na dwa obozy: demokratycz-
ny, któryjpopierał Parkera, i republikański—
Roosewelta. Fakt, że z 476 prawyborców
wybrano 300 zwolenników Roosevelta, sprzy-
jającego polityce mocarstwowej, jest tembar-
dziej znamienny, że nigdy jeszcze nie
obierano w Stanach Zjednoczonych prezy-
denta tak olbrzymią większością głosów.
Właściwe wybory odbędą się d. 6 go gru-
dnia w poszczególnych stolicach Unii. Ale
i wtedy jeszcze wynik nie będzie ogło-
szony. Nastąpi to dopiero d. 8 lutego r. p.
na wspólnem posiedzeniu‘senaty i izby repre-
zentantów. Wreszcie wybrany prezydent i
wiceprezydent obejmie uroczyście urzędowa-
nie dopiero 4 marca o godzinie 12 w polu-
dnie.Roosevelt, który zbędzie już ze wszelką
pewnością wybrany, jest człowiekiem wiel-
kiej energii, przedsiębierczości i śmiałych
poglądów politycznych, zabarwionych im-
peryalizmem. Urodzony dnia 21 paździer-
nika 1858 roku w Nowym Jorku, rozpoczął,
po ukończeniu studyów uniwersyteckich,
karyerę polityczną w roku 1880. W r. 1895
został prezesem komisyi policyjnej. Na tem
stanowisku odznaczył się bezw'zględnem tę-
pieniem łapownictwa, dzięki czemu zrobił
sobie wielu nieprzyjaciół. W roku 1897
był powołany przez prezydenta Mac Kin-
leya na pomocniczego sekretarza wydziału
marynarki. Wkrótce potem, podczas wojny
hiszpańsko-amerykańskiej, zorganizował od
dział ochotniczy, złożony z t. zw. „cow-
boyów," czyli wpół-dzikich jeźdźców stepo-
wych, na których czele odznaczył się wiel-
ką odwagą podczas ataku na wzgórze San
Juan pod Santjago de Cuba, przez co po-
zyskał sobie olbrzymią popularność. Miano-
wany po wojnie gubernatorem stanu Nowy
Jork, we dwa lata później został wice-pre-
zydentem, a po zamordowaniu Mac Kin-
leya przez Czołgosza—prezydentem Stanów
Zjednoczonych (r. 1901). Do popularności
Roosevelta przyczyniła się znacznie jego
działalność literacka. Barwnie i żywo opi-
sywał prezydent w licznych książkach swo-
je awanturnicze przygody myśliwskie oraz
dawał wyraz swoim gorącym uczuciom
amerykańsko-imperyalistycznego patryotyz-
mu. Wice-prezydentem będzie mianowany
obecnie Charles Warren Fairbanks, były se-
nator Unii w stanie Indiana, k
leczenie starości. Prof. Eliasz
Mieczników, jeden z głównych kierowni-
ków instytutu Pasteura, wydał
bardzo ciekawą książkę, w której
zastanawia się w sposób niezmier-
nie oryginalny nad naturą ludzką.
Na podstawie ścisłych roztrząsań
naukowych (głównie zaś swojej
znanej teoryi fagocytozy) przycho-
dzi do przekonania, że życie
człowieka „od początku ulega
zgubnemu wpływowi dysharmonii
natury ludzkiej." Wpływ ten z
biegiem czasu staje się coraz
mocniejszy i prowadzi do starości
chorobowej." „Dyzharmonię" tę
sprowadzają, według prof. M. po-
pierwsze nieużyteczne, szczątko-
we narządy w organizmie czło-
wieka, a podrugie — jak to nie-
dawno wykazał gdzieindziej —
choroba chroniczna, którą za-
wdzięczamy systematycznemu za-
truwaniu krwi przez niezmiernie
PARKER.
910
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 47
subtelne trucizny, toksynami zwane, a wpro-
wadzane do organizmu przez różne mikroby.
Jednakże—według Pasteura i Miecznikowa—
istnieją mikroby „złe" i .dobre," czyli za-
grażające zdrowiu, lub też sprzyjające roz-
wojowi naszych ciał, zapewne przez wytwa-
rzanie t. zw. białych ciałek krwi, które wal-
czą z mikrobami, wchłaniają je i pożerają,
decydując w ten sposób o zdrowiu orga-
nizmu. Otóż owe „dobre" mikroby znajdu-
jemy w największej ilości w mleku kwaś-
nem. Sprzyjają one zdrowiu organizmu
tak dalece, że np. w Bulgaryi znaną tam
długowieczność mieszkańców w górach wy-
wołuje właśnie to, że używają oni za po-
karm przeważnie mleka kwaśnego. (To
samo widzimy wśród naszych górali w Tat-
rach) Chcąc więc jak najdłużej utrzymać
w sobie czerstwość i zdrowie,—a więc do
pewnego stopnia — leczyć starość, należy
jak najwięcej pić kwaśnego mleka. Prof.
Mieczników stosuje już ową metodę od lat
dziesięciu i czuje się doskonale, k
„KIN-LIEN."
Tak nazywają w Chinach małe, po bar-
barzyńsku wynaturzone nóżki Chinek, które
skazane są, jak wiadomo, od dzieciństwa
na straszne tortury, aby tylko zapewnić
swoim kończynom jak najdrobniejsze wy-
miary. Wprowadzenie tego zwyczaju da-
tuje się od r. 934, ale przyczyny, które |
skłoniły Chińczyków do jego rozpowszech-
nienia, są dotychczas tajemnicą. Wprawdzie
niektórzy twierdzą, że katowanie nóg Chi-
nek miało na celu zupełne ich obezwład-
KIN-LIEN.
nienie i w ten sposób uzależnienie od sil-
niejszej połowy rodzaju ludzkiego—hypote-
za ta nie jest jednak dotychczas nale-
życie udowodnioną „Kin-lien" (Złote lilje)
zaczynają wytwarzać dziewczynkom już
w szóstym roku życia. W tym celu ban-
dażują nóżki dzieci bawełnianemi, dwume-
trowej długości pasmami tak silnie, że czę-
sto noga od tego puchnie lub podpada
poważnym chorobom, zapaleniom i t. p.
Bandaże te zaciska się coraz mocniej —
przez całe trzy lata, aż wreszcie muskuły
przyzwyczajają się do tej nienaturalnej po-
zycyi, i noga rozwija się dalej w sposób
zupełnie anormalny. Pierwsze owe trzy
lata—to szereg bezustannych cierpień nie-
szczęśliwego dziecka. Zresztą cierpienia te
trwają u Chinki podobno przez całe życie,
gdyż chodzenie nastręcza dla niej zawsze
poważne trudności. Wynaturzona w ten
sposób noga, ubrana w elegancki, dziecin-
ny pantofelek i jedwabną haftowaną poń-
czoszkę, z wierzchu przedstawia się bardzo
ładnie, bez obuwia jednakże jest wstrętna—
jak to widać na załączonej rycinie tak, że
nawet służąca, gdy obmywa nogi swojej
pani, ma wtedy obowiązek odwracania
wzroku, lub zamykania oczu. „Kin-lien"
przyjęło się, oczywiście, tylko w zamoż-
niejszych warstwach chińskich, gdyż u ludu
nie pozwalała na to konieczność: kobieta
obarczona jest tam pracą i musi mieć swo-
bodę ruchów. Od lat dwunastu nie krę-
pują też nóg księżniczkom z dynastyi pa-
nującej. Europejki, mieszkające w Chinach,
zdołały wpływami swojemi wytworzyć
wśród Chinek silną partyę, która postawiła
sobie za cel zwalczanie barbarzyńskiego
obyczaju. Partya ta wkrótce okazała się
tak silną, że wymogła na cesarzu chińskim
wydanie edyktu do gubernatorów prowin-
cyi, nakazującego im wzbraniać obywate-
lom „Państwa Środka" torturowania swych
córek. Edykt ów wydał już podobno spo-
dziewane skutki, k
J2 romanse rocznie potrafił pisy-
wać—zmarły niedawno w Bostonie „lite-
rat"—czyli właściwiej fabrykant romansów,
Prentiss Zugraham. Przez lat 31 napisał
ich wogóle 707—po 60,000 wierszy w każ-
dym. Zdarzyło mu się raz w ciągu czte-
rech dni i nocy spłodzić 12,000 wierszy.
Rok, w którym „smarował" 1 romans ty-
godniowo, był wprawdzie jedyny w życiu
tego prawdziwie amerykańskiego „twórcy",
w każdym razie można mu powinszować...
zdrowia. Umarł, mając lat 84. k
ZMNIEJSZANIE SIĘ LUDNOŚCI WE
francyi. Według obliczeń statystycz-
nych za rok 1903, zapisano we Francyi
w r. 1903 o 18,666 mniej urodzeń, niż w
r. 1902. W 36 departamentach stwierdzono
większą liczbę śmierci, niż urodzeń. Wogó-
le zaś urodzeń było więcej, niż śmierci
o 73,106, gdy nadwyżka ta w roku 1902
przedstawiała cyfrę 83,944. W stosunku do
nnych państw Francya
znajduje się w tym wzglę-
dzie w położeniu bezprzy-
kładnie niekorzystnem.Itak,
na 10,000 mieszkańców,
nadwyżka urodzeń nad
zgonami wynosiła w roku
1902: w Niemczech 153, w
Holandyi 153, w Norwegii
150, w Austryi 125, na
Węgrzech 121, w Anglii
119, w Belgii 116, we Wło-
szech 109, w Szwecyi 108,
a we Francyi—21 (!). Zau
ważono jednak we Francyi
względne zmiejszanie się
śmierteluości, wobec czego
nasuwa się wniosek, że bez
względna cyfra urodzeń ma-
leje w tern państwie jeszcze
bardziej, niż to wskazuje ów stosunek, k
EFEKTOWNY skok. W Spaa odby-1
wały się z. m. wyścigi w połączeniu z kon-
kursem na najwyższy skok. Konkurs ten
dał niepizewidziane wyniki. Ku najwięk-1
szemu zdumieniu sportsmenów i publicz-
ności jeden z jeźdźców lekko przesadził
sztuczny mur wysokości 2 metrów i 30 cen
tym. Chwilę tę wyobraża właśnie załączo-
na rycina. Jest to najwyższy skok, jaki
dotychczas zapisała historya sportu kon-
nego. k
DO CZEGO SŁUŻY
ich jad? Ba-
dacz włoski, G. di Cristi-
na, zrobił kilka ciekawych
doświadczeń nad gruczoła-
mi jadowymi u wężów.
Okazało się, że odjęcie
tych gruczołów sprowadza-
ło w krótkim czasie śmierć
wężów. Ten sam rezultat
następował, gdy przez prze-
cięcie odpowiednich kana-
łów uniemożliwiono dostęp
jadu do gruczołów. Do-
prowadziło to uczonego
włoskiego do wniosku, że
gruczoły te służą nietylko
do wytwarzania u wężów
zabójczej broni, ale zarazem
do odprowadzania trucizn, gromadzących się
w ich organizmach- -ponieważ z chwilą, gdy
jad zostaje w ciele węża, zwierzę to umiera.
Dalej p. di Cristina stwierdził, że jad tworzy
się podczas trawienia. Dowiódł tego fakt,
że ukąszenie węża wygłodniałego nie było
szkodliwe dla żab, gdy tymczasem wąż na-
jedzony ukąszeniem zabijał. Ostateczny więc
wynik badań jest następujący: Gruczoły
u wężów służą tym płazom do uwalniania
ich organizmów od substancyi toksyno-
uych, tworzących się podczas trawienia.
Dlatego też ukąszenie węza, żywionego
substaneyami lekkostrawnemi, jest mało nie-
bezpieczne. k
ZMARLI.
Dr M. Bartcls, antropolog, ctnogral
i medyk, autor znanego dzieła „Medycyna
u ludów pierwotnych," zmarł w Berlinie,
urodzony 1843 r. k
Polityka.
Unia obrała prezydenta na następujący
okres czteroletni. Jest nim dotychczasowy
prezydent Roosevelt. Udział w wyborach
był wyjątkowo liczny, gdyż stanęło przy
urnach blizko 14 milionów wyborców, mi-
mo to przebieg był dość spokojny. Więk-
szość, która ponownie osadziła na krześle
prezydyalnem Roosevelta, jest w dziejach
Stanów bezprzykładną, wynosi bowiem oko-
ło dwa i pół miliona głosów, podczas gdy
większość Mac-Kinleya z r. 1900, uważana
za jedną z najznaczniejszych, jakie kiedy-
kolwiek notowano, niewiele przewyższała
400 tysięcy. Okoliczność ta zasługuje na
wyraźne podkreślenie, jako bardzo charak-
terystyczny znak czasu ze względu na ściśle
określony charakter polityczny Roosevelta.'
Z głosowania tego wynika przedewszyst-
kiem wniosek bezpośredni, że imperyalizm,
zainaugurowany przez wojnę z Hiszpanią,
kierunek, kładący wielki nacisk na rozwój
pelityki zagranicznej, ekspansyę terytoryal-
ną i handlową, czynny udział w między-
narodowem życiu i stosunkach dyploma-
tycznych, kierunek, pociągający za sobą
kolosalne koszty uzbrojeń, zwłaszcza, jak
v danym wypadku, morskich, wiodący pań-
stwo po drodze niebezpiecznej, grożącej
niejednokrotnie zbrojnemi starciami, że kie-
runek ten zapuścił już korzenie głębokie
w duszy narodu i obecnie otrzymał jego
uroczystą, zupełną aprobatę. Jednym z naj-
główniejszych postulatów programu poli-
tycznego, ogłoszonego z okazyi wyborów
przez Roosevelta, jest budowa floty, która
ma w najbliższych latach pochłonąć 300
milionów dolarów. Po zatem prezydent
obiecuje: zaostrzenie kontroli państwowej
nad trustami, reformę taryfy bez wyrzecze-
nia się systemu protekcyjnego, bezwzględ-
ną sprawiedliwość wobec interesów robot-
niczych i szeroką opiekę nad upośledzony-
mi prawnie Murzynami. Prezydent Roose-
velt zaznaczył ostatnio działalność swoją
na niwie międzynarodowej rozesłaniem
EFEKTOWNY SKOK.
za pośrednictwem swego sekretarza sta-
nu do spraw zagranicznych, p. Haya,
okólnika do mocarstw, zapraszającego
na nową konferencyę pokojową do Hagi.
HENRYK WITBOY,
wódz powstańców w koloniach niemieckich.
—Większość państw w zasadzie zgodziła się
już na projekt, który też zapewne dojdzie
do skutku aczkolwiek, prawdopodobnie, bez
współudziału Japonii i Rosyi. Rząd Stanów
Zjednoczonych jest zdania, iż czas wojenny
nie stoi na przeszkodzie kontynuacyi prac
ostatniego kongresu, mających na celu ure-
gulowanie stosunków prawnych między na-
rodami i rozstrzyganie punktów spornych
z zakresu prawa międzynarodowego. W Pa-
ryżu nastąpiła ratyfikacya parlamentarna
ugody francusko-angielskiej, dolyczącej Ma-
roka. Jak wiadomo, to ostatnie przechodzi
w sferę wpływu francuskiego. W zakresie
polityki wewnętrznej stwierdzić należy stop-
niowe uspokajanie się niedawnej burzy, któ-
rej epilog rozegrał się w ostatnich dniach
w postaci dwóch pojedynków prawie z nie-
krwawym wynikiem. Generał Andre jesz-
cze nie przyszedł do zdrowia. Syvetona
izba wydała w ręce prokuratora, został jed-
nak chwilowo przez sąd wypuszczony na
wolność. — Sensacyjna sprawa D'autriche a
i jego trzech wspólników, obwinionych o to,
jakoby podczas procesu Dreyfusa w Rennes
mieli skraść z kasy sztabu jencralnego 25
tysięcy franków w celu przekupienia za N
sumę świadka Czernuskiego, którego zezna-
nia głównie przyczyniły się do wydania
wyroku potępiającego — została umorzona.
Podpułkownik Rabier, oskarżyciel, oświad-
czył mianowicie, iż cofa skargę z powodu,
że kilku świadków, którzy dotychczas zezna-
wali obciążające, obecnie zmieniło na ko-
rzyść podsądnych swe enuncyacye.—Z oka-
zyi zatargu anglo - rosyjskiego wywołane-
go wypadkiem na morzu Północnem, P°"
stępowe pisma francuskie wyraźnie zazna-
czyły swą niechęć do ewentualnej wojny
z Anglią po stronie Rosyi. Krytykowano
ostro organizacyę ministeryum spraw zagra-
nicznych, tajemniczy system zawierania trak-
tatów przymierza, skierowanych niewiadomo
przeciw komu i na jakie wypadki. Głosy
te znalazły oddźwięk w prasie rosyjskiej-
Mianowicie Swiet umieścił artykuł, w któ-
rym wypowiada niezadowolenie z postawy
zajętej przez Francyę od początku wojny
z Japonią, zarzuca sojuszowi franko-rosyj-
skiemu zbytni platonizm ze strony republiki,
usuwanie się przezorne na bok w wypad"
kach poważnych; wreszcie stwierdza fakt,
że w zatargu z Anglią Rosyi pomogła nie
Francya, lecz cesarz niemiecki.
911
KSIĄŻKI I WYDAWNICTWA P6RY0DYCZN6.
KSIĄŻKI POLSKIE.
* Kwartalnik teologiczny, czasopismo
poświęcone wiedzy katolickiej, wydawane
przez ks. A. Szaniawskiego. Rocznik III,
zeszyt I i II. 1904. Cenne to wydawnic-
two, liczące trzeci rok istnienia, zawiera
znowu same rzeczy oryginalne i bardzo
ciekawe. Znajdujemy tu kilka poważnych
śtudyów z dziedziny filozofii i teologii;
z nauk biblijnych ciekawe badania nad tłó-
maczenicm ks. Wujka i bardzo pracowitą
rzecz o budowie Psalmów. Uwagi liturgicz-
no-pasterskie o obowiązku zaprowadzenia
jednolitości w nabożeństwie kościelnem i
rzeczach do niego służących, o większej
punktualności i dokładności powinny być
wzięte bardzo do serca i są bardzo na do-
bie. Wielką zaletą tego wydawnictwa jest
żywe zainteresowanie czytelnika rzeczami
swojskiemi, jak rzewna historya biednych Try-
nitarzy w Orszy, lub krótki a bogaty w treść
zarys działalności kardynałów Polaków, oraz
listy znakomitych mężów z XVI w. Bardzo
ciekawe jest studyum o kodeksie Hansurabie-
go z 2250 r. przed Chrystusem, oraz tłóma-
czenie pism św. Jana od Krzyża. Artykuł
o Leibnizu jest nieco za krótki na studyum
filozoficzno-historyczne. Na uwagę zasłu-
guje rzecz polemiczna o przewadze kierun-
ku ascetycznego lub naukowego w działal-
ności kapłańskiej i wywód słuszny autora.
Dział krytyki literackiej jest prowadzony z wi-
doczną sumiennością. Całość wywiera bar-
dzo poważne wrażenie. Kwartalnik powi-
nien się znaleźć na biurku każdego księ-
dza, a i świecki człowiek religijny znajdzie
tu dla siebie obfity pokarm duchowy.
Ks. Szkopowski.
* Antoni Miecznik: Przy wtórze ful.
(Warszawa, nakładem Alfreda Zonera, 1904,
str. 115 w 16-ce. Cena kop. 60).--P. Miecz-
nik przebywał nad Bałtykiem, słyszał tam
szum morza, widział różnobarwne towa-
rzystwo, spędził więc czas pożytecznie.
Skoro jednak wrócił do Warszawy, posta-
wił sobie pytanie: jaką korzyść literacką
można wydobyć z tych wczasów letnich?
I oto p. Miecznik stracił nierozważnie
dobrą okazyę — nicnapisania książki. Bo
czyż arcy banalny romans hrabiny Zaduro-
Wiczowej wart był fatygi zawiązywania
i rozwiązywania intrygi, trudów kompozy-
cyi, tworzenia bardzo poprawnych, pate-
tycznych dyalogów? Przyjechała nad mo-
rze jako wdowa; zakochał się w niej hra-
bia von Wetzow zu Adlershorst. Hrabina
nie odda mu swej ręki, serce jej bowiem
.należy do innego," który żyje we wspom-
nieniach. Nagle ten wzgardzony-ukocha-
ny zjawia się, gwoli składności powieścio-
wej, i odrzuca miłość hrabiny i wyjeżdża,
albowiem darować jej nie chce, że dla pie-
niędzy wyszła za innego. Hrabina rozpa-
cza, ale niedługo; powieść kończy się,
chwała Bogu, taką rozmową:—„Ty kochasz
mnie, Janinko moja?'—„Kocham, ach! jak
kocham, sokole mój!"—„Jeszcze mi zajrzyj
w oczy, jam cały twoim jest..."—„Na wie-
ki będę twą!...' Znam inne książki pana
Miecznika, po których mogłem się spodzie-
wać, iż przy wtórze fal wyśpiewa nieco
głębszy hymn miłosny...
4 St. Korczak: Wieczornica Wołyń-
ska. Opowiadania i pieśni. (Warszawa,
1904, nakład autora, str. 88 w 8-ce. Ce-
na kop. 75). — Książka dzieli się na dwie
części: w pierwszej mamy „poczciwy" obraz
wieczornicy w czeladnej izbie na Wołyniu;
W drugiej — garść słabych poezyi, ożywio-
nych „dobrą wolą,' która, jak wiadomo,
n,e ma w sztuce żadnego znaczenia. „Wie-
czornica wołyńska" posiada wartość raczej
folklorystyczną, niż literacką. Szkoda tylko,
że baśniom i legendom, jakie sobie prząś-
niczki i czeladź dworska opowiadają, zby-
wa na prostocie i charakterze. P. Korcza-
kowi braknie zdolności poetyckich; w naj-
lepszych chwilach przypomina drugorzęd-
nych wierszopisów z przed lat dwustu.
* Antoni Miller: Trzy cmentarze.
Poemat fantastyczny. (Warszawa—Jan Fi-
szek, Lwów—Księgarnia Narodowa, 1905,
str. 132 w 8-ce. Cena rub. 1).—Stanisław
Przybyszewski w ciągu lat kilku wywoły-
wał u nas silne wrzenie umysłów, ale wi-
docznych wpływów bezpośrednich wywrzeć
nie zdołał. Indywidualność jego zbyt się
wyodrębniła, a potem pogmatwała i poła-
mała, aby ją umieli naśladować młodzi
wielbiciele. Naśladowca nie chce zrozu-
mieć, że forma poety wynika zawsze z
treści jego ducha. P. Antoni Miller wziął
z Przybyszewskiego pusty dźwięk, patos
wyrazów, układ graficzny zdań, kształt me-
tafory. Sądzi, że wystarczy powiązać pięk-
ne zdania w całość i nadać im tytuły, aby
stworzyć dzieło sztuki. W „Trzech cmen-
tarzach", obok kilku mętnych zarysów my-
śli, obok obrazów wzniosłych i niepo-
wszednich, mamy takie pijaństwo, taką
orgię słów, takie olśniewanie czytelnika
pożyczonenń, niekiedy pysznemi, ale zawsze
jaskrawemi i nielogicznie zestawionemi
szatami, jakby autorowi chodziło właśnie
o subtelną karykaturę. Samo rozwinięcie
pomysłu pseudo-symbolicznej podróży z lir-
nikiem po trzech cmentarzach: wiejskim,
miejskim i—samobójców, wydaje się jakąś
mistyfikacyą. Na jednym cmentarzu autor
spotyka widmo Dagny Przybyszewskiej,
która czyta „Wigilie* swego męża! Cała
lektura więcej drażni, niż zajmuje. Nie-
tzsche mówił, że należy dla swej duszy
znaleźć oswobodziciela, ale potem uwolnić
się trzeba jeszcze od tego wybawcy. Pan
Miller żyje w niewoli formy Przybyszew-
skiego, więc samoistnego żywota nie po-
siada.
* Acer: Wierszem i prozą. (Poznań,
1904. Nakładem autora. Str. 81 w 8-ce).
— Poznańskie dziwnie wyjałowiało pod
względem twórczości literackiej. Nie-
zmiernie rzadko zjawiają się tam znoś-
ne powieści, a zwłaszcza dobre poezye.
Winą tu nietylko warunki miejscowe, ale
i okoliczność, żc wielu Poznańczyków opu-
szcza swe prowineye i wyjeżdża do Gali-
cyi lub Królestwa Polskiego. W młodszej
literaturze wydało nam przecież Poznańskie
dwóch wielkich poetów: Kasprowicza i Przy-
byszewskiego. Ruch piśmienniczy jest na
miejscu tak słaby, że poezye p. Acera po-
witano jako bardzo dodatnie zjawisko.
Młodziutki autor poczuł w sobie „słoneczne
natchnienie," rozczytał się w romantykach,
Asnyku, Konopnickiej, Tetmajerze i dalejże
puszczać w świat pierwszy tomik swych
wierszy. Szczery talent poetycki winien
mu był podszepnąć pewną wobec samego
siebie surowość: z całego tomiku należało
zostawić kilka sonetów i kilkanaście strofek
z „Czterech pór," resztę zaś zamknąć w... te-
ce wspomnień młodocianych. W ten spo-
sób utworzyłoby się łatwiej przyszłe „zbio-
rowe wydanie." Niepotrzebnie również
znalazła się w tej książce proza p. Acera,
a zwłaszcza dwie ostatnie nowele—zupełnie
słabe.
PRASA POLSKA.
* Niwa Polska: „Kilka słów w sprawie
etyki wychowawczej" przez Wł. Weycher-
tównę.—Naokoło świata: „Kamieniarz" (le-
genda koreańska).—Wędrowiec: Metaloge-
nia" przez J. Siomę. — Prawda: „Człek
wesoły" przez. Posła Prawdy.—Ogniwo:
„Fragment z dramatu Juliusza Słowackiego
„Zawisza Czarny" (dotychczas nieogłoszo-
ny).—Przegląd Tygodniowy: „Przyszły oby-
watel" przez Maryana Wawrzenieckiego,—
Echo Muzyczne: „Ryszard Straus.—Sym-
fonia domestica op. 53.“—Przegląd mle-
czarski: „Jakim warunkom powinno od-
powiadać mleko dla dzieci i mleko leczni-
cze?' przez T. S.—Ziarno: „Marya Lesz-
czyńska'.—Czytelnia dla wszystkich' „Pi-
sarze gminni" przez Gminiaka. — Zorza:
„Włościanie i nauczyciele ludowi na wysta-
wie ogrodniczej w Krakowie" przez St. Brz.
- -Wędrowiec: Propaganda optymizmu" przez
Bertolda Merwina.—Przyroda: „Przyrodo-
znawstwo i pogląd na świat" przez Maxa
Verworna.—Przegląd filozoficzny (zeszyt
IV). Numer poświęcony Kantowi: P. Chmie-
lowski „Kant w Polsce'; dr J. Kodisowa
„Znaczenie Kanta w filozofii współczesnej";
A. Woroniecki „Zależność Jana Śniadeckie-
go od J. M. Dcgeranda (przyczynek do
poznania stosunku Jana Śniadeckiego do
Kanta); dr Wł. M. Kozłowski „Kant i za-
gadnienia palące wieku." (Redakcya ogła-
sza, iż nowi prenumeratorowie, którzy nade-
ślą całoroczną prenumeratę na rok 1905-ty
bezpośrednio do redakcyi, mają prawo do
otrzymania bezpłatnie rocznika Przeglądu
filozoficznego ?. roku 1904.) — Kury er
Warszawski: L. S. K. „Jelinek o Warsza-
wie."—Gazda Handlowa: „Zapasy złota
w bankach" przez G. H.
FRANCYA.
* Nakładem księgarni Firmin Didot w Pa-
ryżu wyszedł tom drugi obszernego dzieła
p. t.: Histoirc littćraire du peuple anglais
(str. 994 w 8-ce) przez J. J. Jusseranda, po-
święcony okresowi od Odrodzenia do Wojny
cywilnej. Tom pierwszy ukazał się przed
dziesięciu laty i był bardzo przychylnie oce-
niony przez krytykę. Rzadko już dzisiaj pi-
sarze francuscy pracują tak samodzielnie
i źródłowo. Autor jest wrogiem suchej, pe-
dantycznej erudycyi dotychczasowych profe-
sorów literatury. Wierzy, iż ci, którzy badać
chcą arcydzieła, muszą być obdarzeni „sta-
nem łaski," że należy pisać o literaturze
po literacku, o sztuce zaś — artystycznie.
Całe dzieło przenika duch pogody, zadzi-
wia w mem obfitość myśli, uczuć, poglą-
dów, miłość natury i wszelkiego piękna.
Jusserand łączy nieustannie życie z książ-
kami, opisuje krajobrazy, oprawia dramaty,
poezye, komedye, cuda wymowy i myśli
filozoficznej w dekoracyjne ramy natury.
Mówiąc np. o Szekspirze, przenosi nas do
hrabstwa Warwich, nad zielone brzegi
Avonu i odtwarza życie małego miasta pro-
wincyonalnego, w którem się urodził
„wielki Will." Maluje potem szczegółowo
każde środowisko, w którem Szekspir ko-
lejno przebywał. W dwustu stronicach ży-
ciorysu Szekspira autor podaje świetny
obraz podwójnego żywota genialnego poe-
ty, który był wielkim artystą w Londynie,
skromnym zaś mieszczuchem w Strattfor-
dzie. Historya zmian, zaszłych w Anglii po
Reformacyi, obraz zmierzchu średniowiecza,
upadku minstrelów i trubadurów, ruchu
umysłowego po odkryciu Ameryki i wyna-
lazku druku — wszystko to rozwinięto
w książce Jusseranda w sposób mistrzow-
ski. Aby czytelnik dobrze zrozumiał życie
w Londynie, autor prowadzi go najpierw
do Włoch i Francyi, każę się zatrzymać we
Florencyi, Wenecyi, Rzymie, nad brzegami
Loary i Sekwany, dopiero bowiem po ta-
kiej podróży zdolni będziemy napawać się
jasnem powietrzem humanizmu.
* Nowe książki. J. de la Jaline: Aqua-
rclles japonaises (opowiadania). Paweł i
Wiktor Margueritte: Histoire de la guerre
de 1870 -1871. P. Giffard: Roubles et> 011-
blards (voyage aux pays russes). Ksiądz
F. Klein Au pays de la nie intense (szkice
społeczne z życia amerykańskiego). C. Far-
rere: Futnće cTopium (romans). J. Marni:
Le liure d’une amoureuse (romans). P.
Riversdale: Netsuke (opowiadania z ży-
cia japońskiego). M Prćvost: La prin-
cesse tfErminge (romans). P. Jousset: L‘Ita-
lie illustrćc. Geraud - Bastet: • Monsieur
Combes et les siens (liczne ilustracye).
C. Ferval: T7e de Chateau (romans). P
Andró: Eimpossible liberie (romans współ-
czesny).
NIEMCY.
* Nowe książki. D. Helfft; Eine pjlichl-
uergessenc Frań. Bjórnstjerne Bjórnson:
„Dagland" (dramat). Otto Jentsch: Telegra-
phieund Telcplionie ohne Di ahl (156 figur
w tekście). B. von Suttner: Babies sieben-
te Liebe und anderes (opowiadania). Marya
Frejtag Gabriele das Nesthakchen (opowia-
dania). W. Jensen: Runcnsteine (romans).
HOLANDYA.
* W Deventer odbył się Kong: es litera-
tury i języka ki aj ów holenderskich, na
którym zwracała swą obecnością uwagę kró-
lowa Wilhelmina. Zjechali się delegaci
z Belgii, Holandyi i Afryki południowej.
Zajmowano się głównie Burami, którzy'prag-
ną pozostać Holendrami mimo wszystko,
i zdołali już wytworzyć dosyć poważne
piśmiennictwo.
* Czasopism n. Elseuiers (Amsterdam).
C. H. J. van Niftrik ogłasza piękne, gorąco
napisane studyum o Wereszczaginie (z licz-
nemi reprodukeyami jego obrazów); A. W.
Weissman rozpoczyna szereg artykułów ar-
tystycznych o kościołach w Holandyi. Gids
(Amsterdam). D. G. Jelgersma roztrząsa
doktrynę „pozytywizmu nowoczesnego,"
ustaloną w pismach niektórych filozofów
niemieckich, jak Avenarius, Mach, Schuppe,
Ziehen, Cornelius, Schubert Soldem. 17 a-
gen des Tijds (Haarlem). Cały niemal ze-
szyt zajmują artykuły Meijersa o „ruchu ro-
botniczym w Amsterdamie" oraz Vliejena
o „międzynarodowym kongresie socyali-
stycznym".
PRZEKŁADY Z POLSKIEGO.
* Prosojeta zagrzebska drukuje Fara
Wołodyjowskiego w przekładzie dra Au-
gusta Harambaszića.—Melancholia Tetma-
jera wyszła w tłómaczeniu niemieckiem,
nakładem firmy dra J. Marchlewskiego
w Monachium. Powieści tej poświęcają
bardzo pochlebne sprawozdania Neue Ham-
burger Ztg., Die Zeit oraz Bcilage zur
Allgcmcincn Zeitung.—Nakładem spółki
księgarskiej „Znanje* wyszedł przekład ro-
syjski Irydiona Zygmunta Krasińskiego.—
W Siew.-Zap. Słowie znajdujemy Mnicha
Słowackiego w tłómaczeniu p. D. Śliżenia.
—Wiener Abendpośt, ogłosił artykuł p. A.
Hajdeckiego o „Najnowszych Chopinianach."
Jest tam obszerny rozbiór „Niewydanych
dotychczas pamiątek o Chopinie" oraz fran-
cuskiego wydania tej książki p. t. „Sou-
venirs inćdits de Fredćric Chopin."
912
TYGODNIK ILLUSTROWANY 47
OD REDAKCYI.
Każdy prenumerator „Tygodnika
illustrowanego*1 w r. 1904 otrzyma
bez żadnej dopłaty
Potop Ifi tomów powieści
^o,ody-1 Z. SIENKIEWICZA
(co miesiąc tom)
tomów
oraz I x
IZ. DZIEŁ POPULARNYCH
(co miesiąc tom)
czyli ogółem (co miesiąc 2 tomy)
g TOMY ROCZNIE
*1/ Biblioteki powieści
A 4i dzieł popularnych
NADTO
KOLOROWE PREMIUM
ARTYSTYCZNE
oraz przy każdym numerze, nie zawierają
cym dodatku książkowego,
ARKUSZ POWIEŚCI
TŁÓMACZONEJ.
Na oprawę 12-tu tomów Pism Sienkiewi-
cza w roku bieżącym dołączać należy rb. 2;
oprawa 6 tomów kosztuje rub. 1, oprawa 3
tomów 50 kop. Ozdobna oprawa 12 tomów
dzieł popularnych wynosi także rb. 2, okra-
wa 6 tomów rub. 1, oprawa 3 tomów 50 k:
Oprawa wszystkich 24 bezpłat-
nych dodatków wynosi rb. 4, opła-
cane rocznie, półrocznie lub kwar-
talnie.
W IV-ym kwartale r. b. otrzymu-
ją prenumeratorowie „Tygodnika il-
lustrowanego" w 6-ciu dodatkach
bezpłatnych:
„Historyę ruchu
kobiecego**
w opracowaniu J. Okszy, jeden tom.
„Życie artystyczne
ludzkości**
Alfonsa Roux (z illustracyami)
w przekładzie J. Lorentowicza, jeden tom.
„Pan Wołodyjowski**
Sienkiewicza, 4 tomy.
Nadto premium kolorowe
TEODORA AKENTOW1CZA p. t.
„Zaczyfana/*
będzie rozesłane w ciągu listopada
r. b. wszystkim prenumeratorom.
Dla uniknięcia zwłoki w odbiorze
„Tygodnika" prosimy uprzejmie o
wczesne nadsyłanie prenumeraty,
ze w. jlędu zaś na potrzebę wczesne-
go przygotowania opraw na książ-
kowi dodatki, prosimy, dla unor-
mowania nakładu, o wczesne nad-
syłanie zamówień. Oprawa dodat-
ków nie podnosi kosztów przesyłki.
Życzący sobie otrzymać premium koloro-
we na wałku zechcą nadesłać na koszt
opakowania kop. 25.
NADESŁANE.
£
Z
ebetlmer i Wolff
S; Krakowskie-Przedm. 77.
Podróż poślubna.
— Jeżeli się nie mylę, to pan jesteś Jó-
zefem Millerem, z którym chodziłem do
szkoły.
— A tak... ja pana też poznaję... Pan
Lehman, czy tak?
Następują serdeczne uściśnicnia dwócli
kolegów z ławy szkolnej.
— A co ty tu robisz?
Jestem w podróży poślubnej.
- Przedstawisz mnie swojej żonie...
— Wiesz, to będzie trudno... Ona zosta-
ła w domu—podróż we dwoje byłaby za...
kosztowna! Jugend.
Pierwszorzędne Biuro Nauczycielskie
JASIŃSKIEJ, Włodzimierska 19, w Warszawie.
Poleca Nauczycieli, Nauczycielki,. Bony i Cu-
dzoziemki, które na żądanie sprowadza
UUU.UUUWUUUmiUUWmwmwm.UimummUW.UUimUUUlUUUUUU.UUiU
Chybiona kokieterya.
— Już dawno chciałam pana spytać, co
sądzisz o moich oczach. Pan przecież ucho-
dzi za znawcę, za spccyalistę?
— O tak, ale tylko od czarnych oczu,
a pani ma niebieskie.
Fliegende Blatter.
Metyl.
Kucharka z I pietra: Nie zazdrosz-
czę ci, żc się teraz kochasz w strażaku
z Nowego Świata.
Kucharka z II pietra: — Dlaczego?
Kucharka z I pietra: Bo to motyl,
on lata od jednego do drugiego... garnka.
Meggendorfer.
Niegrzeczne dzieci.
— Proszę Tatusia, Jaś mnie szpieguje.
— Ależ, dzieci, nie trzeba wprowadzać
zwyczajów armii do rodziny!
Journal amusant.
PASTILLES
DE
Owoc przeczyszczający
PRZECIW
i
OBSTRUKCYI
Śpieszą się.
— No, jakże podoba się panu mój zbiór?
- O bardzo ładny zresztą jut go znam.
Na tę figurkę naprzykład wypłaciłem nawet
zaliczkę jednemu z pańskich spadkobierców.
Journal amusant.
£ranćUj?rix
Wystawa Powszechna 1900 r.
Słynna ze swycn własnoóci anty-
septycznych i aromatycznych.
Do nabycia wszędzie.
INDIEN
GRILLON
Męczennik.
— ...Śniło mi się, kochany mężusiu, że
mi kupiłeś nowy piękny kapelusz.
— Baidzo dobrze, ubierz się w niego
i daj mi wreszcie spokój.
Fliegende Blatter.
*
* *
Także autor.
Krawiec (wchodząc)- — Całuję nózie pa-
nu hrabiemu. Czy pozwoli pan hrabia ofia-
rować sobie pierwszy tom moich rachun-
ków? is.
We wszystkich składach aptecznych i aptekach.
TOWARZYSTWO UDOSKONALONEJ PERFUMERYI
A. R ALLET & C« Dostawcy Dw.
= WARSZAWA, ULICA WIERZBOWA Nr. 7
POLECA. PERFUMY, MYDŁA, WODY KOLOŃSKIE
Do nabycia
w Perfumeryacli
i Składacłi Apt.
Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF
Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się-
JHoBBOJieno Ęeuaypoio, BapniaBa, 29 Oiersifipri 1904 rofla.
Do numeru dzisiejszego dołącza się premium kolorowe: Teodora Axentowicza „Zaczytana."
N° 48
Ogólnego zbioru Nr 2,351
26 (13) listopada 1904 roku
Tygodnik Ilustrowana
F. M. WYGRZYWALSKl
WIEJSCY POLITYCY
914
FRANCISZEK KOSTRZEWSKI
Rys. JÓZEF SIMMLER
JÓZEF SIMMLER
Rys FRANCISZEK KOSTRZEWSKI
Dziwnie smutny jubileusz najweselszego
z Polaków! Oto młodszy od mło-
dych, mimo sędziwego wieku, sam jeden zo-
stał ze swego pokolenia, druhów serdecznych
pogrzebał tylu — tych po krwi i duchu, któ-
rych czuł i rozumiał: buńczucznych potom-
ków księcia Panie Kochanku i poczciwców
wąsali z zapadłych kątów z energiczną ma-
gnifiką i usłużnym Jojną pachciarzem, i tych
z sercem na dłoni, do wypitki i do wybitki,
i najbliższych wreszcie artystów o tempera-
mencie zamaszystym, jowialnym, szlachetnym
i szlacheckim: Juliusz Kossak, Żółkowski, Le-
wandowski, Wilkoński, Wilczyński, Junosza,
ci wszyscy, wiodący rodowód od dwóch ge-
niuszów polskiego humoru: Fredry i Rzewu-
skiego.
Album Kostrzewskiego będzie kiedyś ko-
palnią dokumentów dla studyów obyczajo-
wych; to prawdziwa „szajne — katarynka,"
w której przedefilował cały świat Korzeniow-
skiego i Wilkońskiego, Bałuckiego, Junoszy
i Sewera, Blizińskiego i Dygasińskiego: pan,
szlachcic, Żyd i chłop od ekonoma aż do
dziada z pod kościoła, a z drugiej strony:
śniadankowicze, kantorowicze, myśliwi nie-
dzielni, monoklowi serc zdobywcy z Saskiego
Ogrodu, i eleganty z „Saskiej Kiempy," a dalej
pani aptekarzowa i konsyliarzowa z małego
GINĄCY ŚWIAT.
miasteczka, polityk zaściankowy, kompania
karciana, wieś, Warszawa i prowincya w ciągu
drugiej połowy XIX stulecia we właściwem
oświetleniu na tle zmieniających się stosun-’
ków. Kostrzewski, jako historyk swego spo-
łeczeństwa, jest dlatego tak typowy i wybitny,
że w sobie samym skrystalizował najdokład-
niej ów prototyp polskiego temperamentu,
który pulsował w ludziach jego czasów, umiał
więc wydobyć z otoczenia w sposób intuicyj-
ny wszystko charakterystyczne i trafić nieo-
mylnie w strunę śmiechu u tego czytelnika,
którego tak znał bezpośrednio i wyczuwał.
To już nie obserwacya, ale zupełnie złączenie
wewnętrzne artysty z odtwarzanym światem,
który jest jego własnym światem, jego żywio-
łem i królestwem.
Wymiera potomstwo Mikołaja Reja z Na-
głowic: sangwiniczne, poczciwe, bystre, żywe,
wymowne, pełne wad politycznych—zapewne,
ale imponujące tym gestem, jakim Sobieski
do wąsa sięgnął na Kahlenbergu. Wymiera
świat wiejskiej beztroski z zacięciem kawaler-
skiem i zawadyackiem, świat złożony w poło-
wie z oryginałów, w połowie z niedołęgów
stylowych, świat facecyi i facyendy, pańskich
fantazyi i niewoli żydowskiej, świat hucznych
zabaw i pierwotnych urządzeń, szczerej
ochoty i dziecinnej bezradności, ten stary, ko-
Z POWODU JUBILEUSZU FR. KOSTRZEWSKIEGO.
chany, ograniczony świat typowej szlachet-
czyzny, skazany na zagładę przez nieubłagany
pochód kultury, niszczącej dyluwialne prze-
żytki: i tak w oczach naszych odbywa się
pod ciśnieniem konieczności proces rozkładu
i przystosowania do nowych form życia, no-
wych warunków i zmienionych wymagań du-
cha czasu.
1 ze względów społecznych żałować tego
nie mamy powodu, cieszyć się raczej wypada,
że społeczeństwo to, tak długo prawie darmo
żywione przez ziemię, znalazło przecież
w chwili krytycznej dość siły, aby się chwy-
cić pracy zawodowej we wszystkich kierun-
kach dla uratowania egzystencyi, a z mą
możności życia w przekształconej formie, że
zdołało pokonać atawistyczne nałogi o tyle
przynajmniej, aby iść naprzód i przebijać się
przez świat w walce o chleb powszedni
i o prawo do bytu.
Nie można lekceważyć tej wielkiej a bo-
lesnej lekcyi dziejowej, którą dwa już poko-
lenia doświadczeniem codziennem przeżywają>
a której rezultaty, mimo braku przygotowania,
dają świadectwo o żywotności tych pędów,
które odrastają z korzenia spróchniałej wierz-
by, ogołoconej z gałęzi. Tak—problemat no-
wożytnego życia rozstrzygnęliśmy dostatecznie
przy pomocy generacyi pracowitszej, głębszej,
TYGODNIK ILLUSTROWANY M> 48
915
zabicgliwszcj w praktyce, rozumniejszej w za-
sadzie, ale w tej ciężkiej przeprawie zatraci-
liśmy dwie rzeczy: humor i styl.
Nowoczesny szlachcic, ten, który rachuje
i drenuje, zakłada spółki i opiera się Żydowi
skutecznie, oszczędny, porządny, nieco chci-
wy i bardzo rozsądny—nie ma w sobie ani
wesołości butnej, ani krwi gorącej, ani entu-
zyazmu ideowego, jest bezbarwny, przeciętny,
przyzwoity, bez namiętności i bez tonu: ideał
z retorty, jeśli ma same zalety, a jeśli wady,
to wady te są szare, małe, brudnawe, filister-
skie. I ten doktor, i ten adwokat, czy inży-
nier, który się dorobił pilnym trudem dobro-
bytu, znaczenia, klienteli i paranteli, w niewy-
raźnych jakoś zarysowuje się liniach: z cywi-
lizacyi zachodniej przejął wprawdzie wszystkie
zewnętrzne potrzeby, ale nie stanął duchowo
na wysokości nowej kultury, zato tradycyę
zatracił i żywy związek z treścią ducha pra-
dziadów.
Jakże ci nudni ludzie bawić się nie
umieją! jak mało przedstawiają interesu arty-
stycznego dla mistrza charakterystyki! Nie
wśród nich zaiste znalazłby model do owego
bajecznego rysunku: „Mina jest, bo była,
a pieniędzy niema, bo nie było."
O minę bez pieniędzy coraz trudniej
i o szeroki gest zawadyackiej werwy.
To też w chwili, gdy sześćdziesięciolecie
pracy pozwala nam ogarnąć całą drogę, jaką
przebył ten nieoceniony znawca swego społe-
czeństwa, czujemy pewien żal po tej barwnej
i brawurowej przeszłości, która nie wróci.
Anegdota i facecya, te dwie specyahie
formy humoru polskiego, stanowią podstawę
karykatury Kostrzewskiego, cały aparat, jakim
zdjął i utrwalił na zawsze świat, mający za-
ginąć. Z dobrodusznym zrobił to uśmiechem,
z jowialnem zacięciem i z wielką bystrością
orycntowauia się w zmianach, jakie ewolucya
społeczna wprowadzała kolejno do tonu pa-
nującego, przy tworzeniu typów okazowych
dla danego okresu. Choćbyśmy wzięli za
przykład metamorfozę owego Żydka domowe-
go: doradcy, pachciarza i faktora, czekającego
po przedpokojach, wyrzucanego za drzwi,
a wchodzącego przez okno, tego, któremu
lokaj melduje, że jaśnie pan w kąpieli. „Ny—
to ja tam nie pójdę, bo ja się strasznie go-
łych boję." Jakże on i jemu podobni prze-
kształcają się z czasem! jak w drugiem poko-
leniu hardzieją, nabierają brzuszka, pierścion-
ków na palcach! jak nosem górują i kasą na
zebraniach akcyonaryuszów! jak potrzebują
mieć synka Leosza i córkę z edukacyą dla'
zięcia utytułowanego!
Jednym z najświetniejszych dowcipów
na temat szlacheckich synków, mających szu-
kać karyery, to ten obrazek skłopotanej jej-
mości, która się pyta sąsiada:
— Co też to może znaczyć, że starszy
mój syn trzyma palec w nosie i patrzy w zie-
mię, a młodszy leży na kanapie z oczyma
w górę wzniesionemi?
— O, szczęśliwa matko! Jeden będzie
górnikiem, a drugi astronomem.
A pamiętacie tego safandułę, którego
żona do gospodarstwa wypycha: „Ady idę,
idę, idę!"
A te klasyczne oświadczyny sąsiedzkie:
— Nie wiem, kochany sąsiedzie, bo to
pański syn, słyszę, straszny prostak, a moja
Kundzia edukowana, ograna, oczytana.
— Eh! niemłoda, nieładna, nic osobli-
wego.
— No, kiedyście mi tak do serca prze-
mówili, niechże już tak będzie!
Przecież to są w całej prostocie i natu-
ralności wprost bajeczne z życia efekty... Albo
choćby taki obrazek wiejski:
— Kaśka, cego becys?
— A, bo mi ekonom chciał dać śtyry
razy w pysk.
— A skąd wis, że śtyry?
— A, bo doł.
Wkrótce może i to „dawanie w pysk" sta-
nie się legendową tradycyą, wobec coraz gor-
szych dla panów ekonomów stosunków służ-
bowych. Karykatura Kostrzewskiego pamięta
jeszcze czasy pańszczyźniane i daje chłopa
pokornego wobec pana, ale chłopa z chłop-
skim rozumem, i z chłopską filozofią racyona-
listyczną, i z chłopskim dowcipem krytycznym,
spostrzegawczym, naiwnie chytrym.
Najtrafniej ze współczesnych uchwycił
Kostrzewski chłopską racyę-fizykę, z tern wy-
bitnie klasowem pojmowaniem świata, które
tak znakomicie umie chłop wyrażać w stosun-
ku swoim do dziedzica, pana z panów, do
dziedzica parweniusza, do dziedzica Żyda, do
gości pańskich, guwernerów i ofieyalistów, do
letników zwłaszcza, tego „państwa z miasta,"
zesłanego jakoby mądremu chłopu na dziwo-
wisko i pożytek.
W czasach, kiedy oracz boży i cichy
kmiotek z podkładem rzewnego sentymentu
wjeżdżał do literatury na rosynansie demokra-
tycznych tendencyi, chłop Kostrzewskiego,
wracając oklep z pastwiska, kurzył krótką
fajkę albo i papirusa, rozdziawiał gębę i ki-
wał głową na cudackie wymysły pańskie, kal-
kulował w karczmie i rozsądzał sprawy tego
świata z typowym uśmiechem leniwej obojęt-
ności, kpił z Żyda, który go wyzyskiwał i dał
się bić swojej babie. Całą seryę znakomitych
spostrzeżeń i mądrych uwag wyprowadził
Kostrzewski w ten sposób ze stanowiska chło-
pa filozofa tak, jak w innych seryach odma-
lował świat z punktu widzenia Powiśla war-
szawskiego, tej klasycznej krainy bezintere-
sownego konceptu, żywiołowego humoru i nie-
przepartego komizmu o chłodzie i głodzie.
A i taki andrus, zbierający w rynsztoku nie-
dopałki papierosów, gwiżdżący o pustym żo-
łądku z rękoma w dziurawych kieszeniach,
staje się typem coraz rzadszym; olimpijska
wesołość tego filozofa z beczki od kapusty
jakoś zanika i nie nadaje już charakteru
owym uliczkom ciasnym i spadzistym, które
stają się terenem groźnego elementu nożow-
ców. Tak w sferach górnych humor, tryska-
jący życiem, przytłumiła zabiegliwość co-
dzienna, pilna a trudząca; na dole zaś roz-
goryczenie zabiło szczery śmiech i żart pu-
sty — przesiąkło do dna, wydobyło z ludu
ponury, dziki ton, wołający o krew przy za-
bawie.
Humoru i stylu będziemy szukali odtąd
bardzo często w starych karykaturach Ko-
strzewskiego z pewną melancholią i podziwem.
„Patrzcie, patrzcie, młodzi:
To już ostatni, co tak poloneza wodzi!"
J. OKSZA.
ARTUR GRUSZECKI.
SŁOMIANY OGIEŃ.
XI.
Pani Sylurska porządkowała swój salon,
ustawiała krzesła przy stole, układała książki
Potrzebne na posiedzenie wydziału, przygoto-
wała lampę, gdyż wprawdzie posiedzenie na-
znaczone było na czwartą godzinę po połu-
dniu, ale dzień był chmurny i ciemny.
Usłyszawszy dzwonek w przedpokoju,
Poszła sama otworzyć drzwi, dziwiąc się, która
z wydziałowych przyszła niemal na godzinę
Przed rozpoczęciem.
Zdziwiła się przyjemnie, widząc pannę
Borecką, która z głośnym, wesołym śmiechem
zawołała z progu:
— Przyszłam do drogiej pani jako poseł.
— Witam, witam kochaną panią!—i obie
zamieniły serdeczne pocałunki. — Proszę do
salonu.
— Zaraz, zaraz... tylko zdejmę kalosze,
bo wiem, jak droga pani lubi czystość...
i dlatego, mimo że błota niema, wzięłam
kalosze.
Rozebrała się z żakieta, i weszły do
salonu, gdzie jeszcze raz ucałowały się, i pan-
na Borecka rzekła z radością w głosie:
— Droga pani wygląda doskonale, od-
młodniała pani od czasu, gdy nie widziałam.
— Widać, że i pani zdrowie służy, wi-
dać to po blasku oczu i świeżej cerze — od-
wzajemniła się gospodyni.
18
— Powiedziałam już, że przychodzę jako
poseł, sama narzuciłam się z tern Lecińskiej,
bo ja jestem zawsze za solidarnością kobiet...
czyż niesłusznie?
— Że i ja jestem tego zdania, najlepszy
dowód, iż Klub nie występuje nieprzyjaźnie
przeciw Kołu, chociaż w Zniczu były za-
czepki.
— Istotnie Lecińska lubi mieszać swe
prywatne niechęci ze sprawami publicznemi,
i gdyby nie moje uwagi, przyszłoby do gor-
szych rzeczy.
— O, nie obawiamy się tego, na kryty-
kę odpowiemy krytyką po dziennikach, gdyż
916
TYGODNIK ILLUSTROWANY 48
dzięki memu siostrzeńcowi, mamy wpływ na
redakeye.
— Słyszałam, słyszałam o siostrzeńcu
pani: to przystojny, miły i elegancki młodzie-
niec, podoba się ogólnie.
— Tak, tak, ma dziwne szczęście u lu-
dzi: kto go bliżej pozna, musi go polubić —
mówiła rozpromieniona pochwałą ciotka. —
Pani wic, jak my w Klubie uważamy męż-
czyzn, oni zresztą przeważnie zasługują na
wzgardę, on jednak ujął sobie wszystkie pa-
nie, nawet Żardecką, taką zaciętą przeciw-
niczkę.
— Nie dziwię się Żardeckiej—uśmiech-
nęła się z ironią: — radaby go złapać dla
swojej Wandzi... Wszyscy mówią o tem.
— Ach! moja kochana pani, w tem, co
mówią, niema nic prawdy, — mówiła z powa-
gą gospodyni — ludzie sądzą z pozorów...
Że młody mężczyzna prawi grzeczności młodej
pannie, to są rzeczy zwykłe, ale widują się
tylko przy mnie, a ja dobrze uważam.
— I słusznie, bardzo słusznie pilnuje
pani swego siostrzeńca, — chwaliła gorąco
panna Borecka — bo z tą Żardecką i Wan-
dzią, niby jej siostrzenicą, to niewyraźna hi-
storya.
— Co też pani mówi? Czy podobna?!—
zawołała ze szczercm zdziwieniem.
— Ja ostrzegam drogą panią przez przy-
jaźń naszą... zresztą to zapewne mogą być
tylko plotki, chociaż, mojem zdaniem, na pan-
nie nawet plotki być nic powinno, bo to za-
ciemnia zawsze, plami jej jasność dziewiczą.
- - Ale cóż takiego? — spytała bardzo
zaciekawiona. — Przecież pani może im zau-
fać i powiedzieć prawdę.
— Nie mogę, wierz mi pani, że me
mogę! — położyła swą wielką rękę na sercu:
—plotek nie lubię, a to, co mówią o niej,
może być plotką. Zresztą wiem, jak pani
z nią się przyjaźni, pocóż mam siać nie-
zgodę?
Więc już przyznam się pani, — mó-
wiła tonem zwierzenia — że istotnie mój sio-
strzeniec jest cokolwiek zajęty Wandzią,
a przecież ja, jako jego ciotka i opiekunka,
nie mogę być obojętna w tej sprawie.
— Ja to rozumiem, droga pani, — wes-
tchnęła ze współczuciem — to też ostrzeg-
łam... ale nic będę powtarzała takich brudów...
chyba... chyba, że pani da mi słowo honoru
na dotrzymanie sekretu.
- Ależ daję słowo honoru! — zawołała
z gotowością, podając rękę.
- Jeszcze raz powtarzam, że mówię to
pani tylko jako ciotce i opiekunce tak miłego
i obiecującego młodzieńca i za prawdę opo-
wiadania me ręczę wcale... jakkolwiek są po-
zory, ale ileż razy pozory mylą! — wes-
tchnęła.
— Cóż się stało? co mówią?—i przysu-
nęła się bliżej, by nie stracić żadnego słówka.
— Czy pani wiadomo, że ona pochodzi
z Królestwa, gdzieś z pod Kielc?
— Tak, tak, słyszałam o tem — odpo-
wiedziała z lekką niecierpliwością.
— To jednak dziwne, proszę drogiej
pani, — mówiła z uśmiechem złośliwym —
że te kobiety, które w naszym Krakowie naj-
bardziej krzyczą za cnotą, moralnością, rów-
nouprawnieniem, pochodzą z Królestwa?! Im
FRAGMENT Z PALATYNIJ
JÓZEF RAPACKI I
się zdaje, iż skoro wyjechały ze stron swoich,
już ludzie zapomnieli o ich grzechach i awan-
turach... czy nie tak, droga pani? — spytała,
ciesząc się z niecierpliwego wyczekiwania pa-
ni Sylurskiej.
— Istotnie, pani ma słuszność... Więc
Żardecka...
— Otóż do Krakowa przyjechała jej nie-
gdyś sąsiadka, i dziwiła się, że tu tę Żardec-
ką wszędzie przyjmują, gdyż ona, jak mówiła
jej niegdyś przyjaciółka, ma niewyraźną prze-
szłość... My w Krakowie powinnyśmy na-
prawdę być ostrożniejsze w przyjmowaniu
tych obcokrajowych kobiet... chyba droga pani
zgodzi się na to?
— Ależ zgadzam się! — zawołała.—I coż
ta przyjaciółka mówiła o Żardeckiej?
— Opowiadała, że tam kochała się w ja-
kimś niby inżynierze... pewno nawet inżynie-
rem nie był, bo u nich każdego z fabryki ty-
tułują zaraz inżynierem. On nazywał się Sta-
nisław Petrycki... kto wie, czy to Polak nawet,
bo nazywałby się Pietrzycki, nic Petrycki.
Otóż panna romansowała z nim przez długi
czas, pomijam już schadzki, niby niespodziane
spotkania na ustroniu... i ten Petrycki wyje-
chał nagle pewnego dnia, gdzieś do Rosyi
niby to na lepszą posadę... i słuch o nim za-
ginął. Widocznie zmiarkował, że romans za
daleko posunął i uciekł...
Tak, tak, to zwykła taktyka tych pod-
łych mężczyzn, i czy nie mamy prawa bronić
się przeciw nim? — mówiła z oburzeniem.
— Bronić się zawsze trzeba, — potwier-
dziła panna Borecka — ale z drugiej strony
panna nic powinna się narażać... po cóż cho-
dziła na schadzki?!
— I cóż zrobiła Żardecka?
— Naturalnie zachorowała, i rodzina,
unikając skandalu, wywiozła ją za granicę.
W jakiś czas wróciła, ale już krótko mieszkała
w swoich stronach... Potem sprzedała pu-
ściznę po matce, zamieszkała u nas, i nagle,
niewiadomo skąd, zjawia się u niej Wandzia,
siostrzenica... Czy to nie jest dziwny zbieg
okoliczności? Czy nic daje to pola do do-
mysłów?... I ta jej miłość dla Wandzi, trosk-
liwość macierzyńska o stroje, wygląd, za-
bawy...
— To mi rozjaśnia wiele wątpliwości —-
mówiła chmurna pani Syiurska. — Narzuciła
nam tę swoją Wandzię na sekretarkę, sama
płaci jej pensyę... i pilnuje jej, jak oka
w głowie.
A teraz rozumie pani — uśmiechnęła
się złośliwie — tę jej nienawiść do mężczyzn,
nawoływanie do moralności... i posiada nic-
lada odwagę, by należeć do wydziału Klubu.
— To prawda — westchnęła, widząc jed-
nak rozjaśnioną twarz swego gościa, powzięła
podejrzenie, czy nie jest to upianowany po-
mysł Lecińskiej, by Klub zdyskredytować.
Otrząsnęła się więc szybko z przygnę
bienia, nic mogła bowiem ^pozwolić na tryumf
Koła, i kończyła swobodnym głosem:
— Te jednak plamy na życiu Żardeckiej
mogą mieć za sobą tylko pozory, dowodów
niema... A jak nazywa się ta przyjaciółka
Żardeckiej?
— A! tego nic wolno mi powiedzieć—
Jednak jaka pani szlachetna, zacna... i ja rów-
nież nie wierzę w te plotki, nic chciałam
przecież mówić, uległam tylko prośbom pani—
Powiem nawet, że Żardecka nic wyglada wcale
na matkę Wandzi, prawic niema żadnego po-
dobieństwa.
TYGODNIK ILLUSTROWANY 48
917
— I nazwiska są różne — dodała go-
spodyni.
No, prawdziwość nazwiska—uśmiech-
nęła się panna Borecka — rozstrzyga metryka
chrztu, i gdyby przyszło do ślubu z sio-
strzeńcem pani, metryka wszystko wyjaśni —
kończyła z miną niewinną, dokuczając za oka-
zany brak wiary w jej słowa.
Ach! o ślubie mowy niema! — za-
śmiała się pani Sylurska: — on za młody, nie
ukończył swoich studyów.
— W każdym razie prosiłam o wielki
sekret — powiedziała panna Borecka z na-
ciskiem.
—- Wiem i pamiętam; ja nigdy nie zdra-
dzam powierzonych mi tajemnic — mówiła
z godnością.
— Ani ja, — potwierdziła panna Borecka
—i gdyby tę plotkę o Źardcckicj powierzono
tylko mnie, milczałabym jak grób.
Po tym ostatnim strzale umilkła, śledząc
wrażenie, i miała tę przyjemność, iż jej słu-
chaczka zaniepokoiła się na krótką chwilę.
Zadowolona, uśmiechnęła się przyjaźnie i rzek-
ła tonem wesołym:
— Z panią drogą tak miło czas schodzi,
że zapomniałam, iż przyszłam w interesie.
— W jakim?—spytała bardzo uprzejmie.
— Wiadomo pani, że Koło urządza
zjazd kobiet w sprawie wyjaśnienia stanowiska
kobiet w rodzinie i społeczeństwie, oraz dla
naradzenia się nad wychowaniem.
— Wiem, wiem... A kto podał ten
projekt?
— To tajemnica Lccińskiej, nie mogę
powiedzieć tego.
— Przecież kochana pani—mówiła czule
pani Sylurska wie tak dobrze, jak i ja, że
ona nic mogła pomyśleć o tem, więc kto?
Domyślam się, że mężczyzna, ale który?
— Pani droga jest dziwnie przenikliwa,
ale naprawdę nazwiska nic mogę wymienić.
— Hm... niech i tak będzie... Cóż tedy
z tym wiecem?
— Nie chcąc zrywać solidarności kobiet,
Koło zaprasza Klub... i może która z pań ze-
chce wygłosić odczyt.
— Ach! rozumiem! -zaśmiała się z tryum-
fem: — nic macie w Kole sił odpowiednich,
więc w prośby do nas.
— Ależ nie... — broniła dość słabo Koła
uśmiechnięta panna Borecka — naprawdę to
mój pomysł, by pani zcchciała przemówić
i Szarewiczowa.
— Względy z konieczności, — uśmiech-
nęła się ironicznie — ale ze względu na soli-
darność nic odrzucam zaproszenia i zawiado-
mię swój wydział.
— Dziękuję pani... i prosiłabym o wczes-
ne zawiadomienie, kto będzie przemawiał, bo
program musi być przygotowany przed wiecem.
— Co do mnie, bardzo wątpię, bym mó-
wiła... jestem przecież przewodniczącą Klubu
i nic mogę swych zapatrywań nagiąć do wy-
magań Lecińskiej, co zaś do Szarcwiczowej,
nie wiem, ani co do Żardeckicj.
— Jakto?!—zawołała z nictajoncm zdzi-
wieniem:—Żardccka miałaby przemawiać pub-
licznie? szerzyć swe teoryc?
— Jej zasady są zasadami Klubu,—mó-
wiła z powagą, ciesząc się skrycie z porażki
i kłopotów Lccińskiej—i jeśli nas zaproszono,
sądzę, że nie zrobiono żadnych zastrzeżeń. To
byłoby ubliżeniem dla nas.
Panna Borecka chwilę się namyślała,
a zrozumiawszy intcncyę Sylurskiej, by za-
szkodzić Kołu tym wyborem przemawiającej,
odrzekła z uśmiechem wyrozumiałym:
— Koło nie myśli sprzeciwiać się wybo-
rowi Klubu; przecież Żardccka będzie przed-
stawicielką pań, nie Koła... i słusznie się jej
to należy, jako zadosyćuczynienic za krążące
o niej plotki.
„O, zręczna ta Borecka!" — pomyślała
sobie pani Sylurska, a głośno:
Wobec zasług i zasad Żardeckiej ja-
kieś niejasne podejrzenia nie liczą się wcale...
i jeśli tylko zcchce, będzie publicznie prze-
mawiała.
Naturalnie, ona ma nawet przyjemny
organ głosu i przyjmie z ochotą ten zaszczyt,
gdy do innego, trwałego, napróżno wzdycha
i tęskni.
— Do jakiego? — spytała zaciekawiona.
— To już nie żadna plotka, ale prawda
—uśmiechnęła się z godnością:—chciało się jej
zostać przewodniczącą Klubu... sama skarżyła
się przede mną.
Ach, nie ona jedna wzdycha do tego!
—zaśmiała się gospodyni lekceważąco, ukry-
wając starannie, że ta wiadomość dotknęła ją
niemile, jako zamach na jej godność.
— Widzę, że stół jest przygotowany...
oczekuje droga pani kogo?
— Mamy posiedzenie wydziału.
— Ach, to nie przeszkadzam!... i tak się
zasiedziałam u drogiej pani.
Pożegnały się czułymi pocałunkami, obie-
cując wkrótce się zobaczyć.
„Więc to taka ta Żardecka!—rozmyślała po
odejściu znajomej: - chodząca cnota, oburzają-
ca się na cień niemoralności, nawet na nie-
winny flirt, a sarna!?"
Uśmiechnęła się z goryczą, a zarazem
owładnęło nią to słodkie przekonanie, o ile
ona jest wyższ.a, moralniejsza, czystsza, ani-
żeli inne kobiety... Napewno, dobrze poszu-
kawszy, znalazłoby się coś nietylko na Żar-
deckicj, lecz i na Szarewiczowcj, chociaż pozu-
je na niedostępną. Ona jedna nic nie ma so-
bie do wyrzucenia: była wierną żoną, moral-
ną wdową.
Jakaś wrażliwsza cząsteczka sumienia
szepnęła, iż w życiu zabrakło jej pokus i spo-
sobności, ale z oburzeniem nakazała milcze-
nie nieproszonemu świadkowi i wyprostowała
się z poczuciem dumy i godności własnej, bo
przecież gdyby zechciała zgrzeszyć, kobiecie
nigdy nic zabraknie sposobności,
Nieproszony świadek wspomniał jej o ład-
nym młodzieńcu, w którym się podkochiwała,
widząc go codziennie przez okno, gdy szedł
do biura... gdyby on?... ależ ona tę swoją pla-
toniczną miłość głęboko ukryła, nikt się nie
domyślił nawet, tak dalece była czysta i mo-
ralna. Uśmiechnęła się z dumą.
Ciekawa rzecz co się z nim stało?... Pew-
no zestarzał się, ociężał, ożenił się...
Ale ta Żardecka!?
Ona -jednak musi dojść prawdy, bo
wprawdzie każdej pannie zdarzy się zakochać
w pewnym wieku... ale Żardccka kochała się
niewłaściwie, grzesznic, bez taktu, bez wzglę-
du na pozory i przyzwoitość... Jakieś schadz-
ki, spotykania się na odludziu...
Może to jednak plotki... może to jakiś
mężczyzna wymyślił i puścił w obieg, by zgu-
bić Żardecką w opinii.
Od mężczyzn wszystkiego można się
spodziewać: to są mściwi i podstępni plotka-
rze, czyhający na sławę kobiety.
Pewną jest, że Lecińska umyślnie z tą
nowiną przysłała do niej Borecką: chciała Klub
upokorzyć... no, nie udało się, dzięki jej prze-
zorności. A jaką minę miała ta Borecka, do-
wiedziawszy się, że Żardecka przemówi na
zjeździe! Uśmiechnęła się rada z siebie.
Jednak z tą Żardecką trzeba coś zrobić...
Jeśli to prawda, co mówią, nie można cierpieć
tego rodzaju kobiety, jako wydziałowej Klubu.
A z drugiej strony ona dopłaca do utrzy-
mania Klubu, trzyma się dumnie, daleko od
wszystkich, nieprzystępna, i naprawdę robi
wrażenie czystej i niewinnej... To napewno
oszczerstwo mężczyzny!
Lecz gdyby na jej życiu nic nie ciążyło,
czy gadanoby coś podobnego? Dlaczego
o niej, o Sylurskiej, nikt nie śmie powiedzieć
czegoś ubliżającego?
Muszę się dowiedzieć prawdy, dziś jesz-
cze wypytam się o jej przeszłość...
Wtem otwarły się drzwi z pokoju przy-
ległego, zajrzał Franio do salonu.
— Do widzenia, ciociu... wychodzę, by
nie przeszkadzać paniom.
— Możesz się przecież zamknąć w swym
pokoju; nam nic nie przeszkadzasz.
— Kiedy słyszę niemal każde słowo...
Cóż ciocia taka zafrasowana?
Postanowiła zasięgnąć rady siostrzeńca
i rzekła:
— Chodź bliżej, Franiu... zależy mi na
tem, by dowiedzieć się bliższych szczegółów
o Żardeckiej i Wandzi...
— A to w jakim celu?
— Mam ważne powody, powiem ci póź-
niej. Poradź mi w jaki sposób, ale bardzo
delikatny, mogłabym się wywiedzieć: skąd ona?
kiedy się urodziła?
— Hm... ona z Królestwa... musi mieć
pasport... niech ciocia powie, że polieya za-
żądała wykazu członków Klubu... i rzecz skoń-
czona.
— Prawda, że roi też to na myśl nie
przyszło! Ty jednak jesteś sprytny... dziękuję ci,
kochany Franiu, zdjąłeś mi kamień z serca.
— I dlaczego teraz cioci, po tak długiej
znajomości, przyszło to na myśl? Czy ma cio-
cia jakie podejrzenie?
— Ach nie, tylko z pewnych względów...
— Domyślam się—śmiał się głośno: za-
leży cioci na rodowodzie Wandzi, bo ja się
nią interesuję... ale ciociu, ja nie tak łatwo
tracę głowę, o wiele łatwiej serce.
Zadzwoniono w przedpokoju, Franio po-
szedł pośpiesznie do siebie, a do salonu we-
szła panna Żardecka z Wandzią.
Po przywitaniu rozpoczęła się ogólniko-
wa rozmowa o pogodzie, nowinach miejskich,
wreszcie pani Sylurska oświadczyła, że poli-
eya zażądała szczegółów, dotyczących osób wy-
działu Klubu.
(DCN)
Z Muzeum
OD POWIETRZA, GŁODU, OGNIA 1 WOJNY...!
z Muzeum
IGNACY G1ERDZIEJEWSKI
OD POWIETRZA, GŁODU, OGNIA 1 WOJNY...!
^Wic.
IGNACY GIERDZ1EJEWSKI
920
WACŁAW SOBIESKI.
WAWELSKA TRUMNA.
Albowiem „aby być królestwem, — pisze
autor ')—do tego trzeba było wedle ów-
czesnych pojęć, jeszcze i samodzielności ko-
ścielnej. Nie można było mieć pretensyi do
korony, jeżeli się nie było osobną, t. j. samo-
dzielną prowincyą kościelną, podległą samej
tylko stolicy apostolskiej. “
Tymczasem wskutek utworzenia metro-
polii w Gnieźnie, z koronacyi przez arcybisku-
pa gnieźnieńskiego dokonanej — biskup kra-
kowski i kler jego dyecezyi czuli się po-
krzywdzonymi w swych prawach i pretensyach
do tytułu arcybiskupiego. Na ruinach uro-
szczeń Krakowa wzrosła stolica gnieźnieńska.
Koronacya gnieźnieńska to było podkopanie
powagi i znaczenia biskupstwa krakowskiego.
Wszak w czasie aktu koronacyjnego musiało
boleć biskupa krakowskiego, że jego rywal,
arcybiskup gnieźnieński, pomazywał i wkładał
koronę na skronie „Śmiałego/ kiedy on
musiał stać na uboczu śród licznej (właśnie
teraz pomnożonej aż do 13) rzeszy bisku-
pów ), a przecież on miał też prawo do ty-
tułu arcybiskupiego, do pierwszeństwa...
Z tego to powodu mógł św. Stanisław
przystać do malkontentów, a przedewszystkiem
złączyć się z temi potęgami, które również
były przeciwne koronacyi gnieźnieńskiej, z ce-
sarzem, z księciem czeskim i Władysławem
Hermanem.
Toby dopiero tłómaczyło ten ostry epi-
tet Galla — traditor, jako nazwa tego czło-
wieka, który wystąpił przeciw „koronie," prze-
ciw samoistności i niezawisłości państwowej,
który wywołał swem wystąpieniem ostatecznie
to, że nie monarcha polski, lecz obcy, cudzo-
ziemski, bo książę czeski, dostał na synodzie
mogunckim 1085 r. tytuł króla, a przy na-
stępnej koronacyi praskiej lud czeski okrzyk-
nął go królem czeskim i polskim...
Tego rodzaju przypuszczenie przedstawił
podpisany w rozprawce, naszkicowanej przed
laty (za czasów studenckich z powodu ukaza-
nia się prac M. Gumplowicza). ’) Dziś milo
') Str. 147.
2) Widocznie, że w pamięci kleru szczegól-
nie utkwiła ta krzywdząca go organizacya gnieź-
nieńska, bo w rocznikach dodano o Bolesławie
Śmiałym: „qui constituit episcopatus per Polo-
niam."
’) Św. Stanisław a św. Piotr, Ateneum,
r. 1880, str. 58 66. Tam też kilka innych dowo-
dów. Dr St. Kętrzyński wystąpił przeciw tego
rodzaju przypuszczeniu w krytyce mej rozprawki
(Kwart, tiist.). Jego wątpliwości wprawdzie starał
się usunąć dr Krotoski („Przewód, nauk, i literac-
ki," 1903, str. 913), ale mimo to tę moją hypotezę
uważa za „z palca wyssaną/ „z powietrza chwy-
coną/ gdyż utworzenie metropolii gnieźnieńskiej
„mogło być tylko na rękę“ św. Stanisławowi („Św.
Stanisław w świetle historyografii nowożytnej/ To-
ruń, 1902, 90 91). Jak wskazałem, Wojciechow-
ski nie podziela pod tym względem zdania p. Kro-
toskiego (str. 132), a na str. 250 zaznacza, że
wogóle dr Krotoski broni „sprawy św. Stani-
sława, wedle swego widzenia rzeczy straconej."
mi zauważyć, że hypoteza ta (choć po części
i ubocznie) była przez badacza tej miary, co
Wojciechowski, uwzględniona. Dziś jednak
zdaje mi się takie wyjaśnienie całego tego
konfliktu jako konieczne i najprawdopo-
dobniejsze. Za tem nietylko przemawia
fakt, źc w katalogach swych kler krakowski
takie ostre zarzuty czyni poprzednikowi św.
Stanisława za to, że nie upomniał się o tytuł
metropolity. Ale co większa, zdaniem samego
Wojciechowskiego, w chwili, kiedy kler kra-
kowski zaczął wzbudzać kult św. Stanisła-
wa (jako obrońcy swych praw i przywilejów),
wówczas to Pełka, arcybiskup gnieźnieński,
zamierzał podnieść kult Bogumiła, arcybiskupa
gnieźnieńskiego, tego samego, który trzymał
z Bolesławem Śmiałym i razem z nim upadł. ')
Między temi dwoma arcybiskupstwami—
jak jeszcze w XVI wieku mówią — „zawżdy
emulacya była." ) Tego rodzaju cmulacya
nie była zresztą czemś wyjątkowem w Pol-
sce—wszak w Europie podobny zatarg o udział
przy koronacyi toczył się między biskupem
mogunckim a kolońskim.
A wreszcie, czy nawet sam późniejszy
obrządek koronacyjny, ów zwyczaj udawania
się króla zaraz po koronacyi na Skałkę, czy
nie zdaje się wskazywać, że zabójstwo tego
świętego związane było z tym właśnie aktem
koronacyi?
* *
*
Muszę zastrzedz, że sam autor ten opór
św. Stanisława przeciw podwyższeniu Gniez-
na traktuje jako fakt uboczny, nie mający
bliższego związku z samą katastrofą. Zdaje
mi się też, że właśnie stąd, iż autor nie uwy-
datnił owego antagonizmu Krakowa do Gniez-
na, wynikła w dziele autora pewna sprzecz-
ność. Raz bowiem zaznacza wyraźnie, że
uroczystość koronacyi „odbyła się zapewne
w archikatedrze gnieźnieńskiej," :i) a wkrótce
potem natrąca, że tylko Kraków mógł być
stolicą koronacyjną, i że dlatego też Herman
koronować się nie mógł (po śmierci Bolesława
Śmiałego), bo Kraków był w ręku Czechów.
Wiadomo jednak, że w następnych wiekach
Przemysław II, znalazłszy się w podobnem
) Str. 125.
'-) Teodor Wierzbowski: Uchansciana (De
primatu regni), IV, str. 273.
•) Str. 207.
') Str. 271, 318. Zresztą przypuszczam, że
w latach 1079—1086 Kraków nie był wcielony do
państwa czeskiego, ale był w rękach Hermana
jako lenno czeskie wraz z całą Małopolską „aż
po Bug i Styr." Stąd Węgrzy 1086 r. (według
Kroniki Marka) zdobywają Kraków na Polakach,
nie na Czechach. Czy z tych lat (1079—1085) nie
pochodzi wezwanie katedry wawelskiej św. Wacła-
wa? Trudno przypuścić, aby tego patrona Prze-
myślidów nadawano kościołom w państwie ich ry-
walów Piastów. Nadał ten tytuł, według kronikar-
skiej wiadomości, sam Herman, mógł zaś nadać
tylko w czasie, kiedy był ożeniony z córką Wła-
dysława ks. czeskiego, to jest właśnie przed ro-
kiem 1086, w którym umarła.
2
położeniu (t. j. nie posiadając Krakowa),
umiał przypomnieć sobie, że i Gniezno było
stolicą koronacyjną. Mojem zdaniem, Her-
man nie koronował się dlatego, bo oparł się
na partyi zbuntowanej przeciw koronacyi
„Śmiałego," poprzestając na „małej" Polsce.
X *
Z całego szeregu szkiców Wojciechow-
skiego wspominam tu tylko o kwestyi św. Sta-
nisława, bo nie sposób wprost w tem krót-
kiem sprawozdaniu rozwieść się nad wszyst-
kimi zdobyczami i odkryciami, jakie co krok
spotykamy w tem pomnikowem dziele. Trze-
ba być, jak autor, medyewistą, trzeba wraz
z autorem przebywać te same szlaki, aby do-
strzedz, ile w najdrobniejszych nieraz uwa-
gach złożono mozołów, ile genialnych pomy-
słów. W tej prastarej Polsce autor jest jak
u siebie w domu, rozmawia z ludźmi XI w.,
jak ze swymi dobrymi znajomymi, z którymi
przecież obcuje przez całe swe życie. Co
chwila uchyla zasłony i przed okiem czytel-
nika ukazuje światy tak odległe, tak niedzi-
siejsze, horyzonty wieków tak dalekie, a opo-
wiada przytem o rzeczach, dotyczących nie-
tylko naszej Polski, lecz wogóle Europy, bo
jak wszystkie prace zasłużonego badacza, tak
samo i ta polega na dokładnej znajomości
i zestawieniu stosunków powszechno-curopcj-
skich, tak, że autor nie pominie najdrobniej-
szych związków, jakie mogły łączyć Polskę
choćby z najbardziej odległemi ogniskami
kultury w owoczesnej Europie.
Stąd dzieło to urasta w takie rozmiary,
że nazwać je można z zupełnem przeświad-
czeniem arcydziełem medyewistyki europej-
skiej.
Autor nietylko rozjaśnia tysiące zagadek,
ale wprost pokazuje w tom dziele nowe spo-
soby i drogi badań. Tak spccyalnością auto-
ra, w której okazał się takim mistrzem w roz-
prawie o rocznikach ’) — jest odkrywanie no-
wych faktów przez chronologiczne ugrupowa-
nie i kunsztowne godzenie z sobą cyfr lat;
tej sztuki dwukrotnie zażywa w niniejszeni
dziele. * 2 *) Tu poznać niemylną rękę mistrza.
Misternie używa tu i innej jeszcze drogi
(zresztą bardzo niebezpiecznej): — prostuje
skrzywioną tradycyę późniejszą i przywraca
do formy pierwotnej, dobywając z niej ziarna
prawdy. Tak z fikcyjnej postaci Bogumiła
wieku XII wyrasta prawdziwy arcybiskup
wieku XI.
Jako wytrawny badacz, autor doskonale
świadomy jest, że stąpa po drodze bardzo
niepewnej, i dlatego zastrzega się niejednokrot-
nie, że przytoczone przez niego dowodzenia
są to raczej „poszlaki" — podnosi, że praca
jego to raczej „studyum możliwości historycz-
nej," usprawiedliwia się, że musi budować
„konstrukcyę, opartą na samych niewiado-
mych," że przedstawia nie lak dowody, jak
raczej—„postulaty."
') Pamiętnik wydz. hist. fil. IV, 1880.
) Str. 76 i 126 -8.
TYGODNIK ILLUSTROWANY M 48
921
„Postulaty!"—ależ jak one się dopraszają,
je uznać, jak one są konieczne! Postu-
laty! Wszak cały nasz sposób myślenia — to
rusztowanie zbudowane na najprostszych lo-
gicznych „postulatach," na takiem uzupełnie-
niu luk i niejasności, aby w świecie, nas ota-
czającym, wszystko się zgodnie „składało."
Tym postulatom, wskazanym w pomie-
nioncni dziele tom więcej można zaufać, bo
układał je człowiek przepełniony jedynie
gorącem uczuciem, a tern jest bezwzględ-
ne umiłowanie prawdy; ta nuta miłości,
to zupełne przejęcie się samem badaniem
przedmiotu bez względu na wyniki, ta niepo-
kalana czystość kapłaństwa wiedzy bez żadnej
domieszki adwokackiej namiętności, drga pod
niejednym, spokojnym zwrotem, a wybucha la-
wą w takiem zakończeniu, którem dzieło swo-
je zawiązał:
„Możnaby spierać się o to, czy idea ta-
kiego biskupa, jakim sobie wyobrażano Stani-
sława w trzynastym wieku, nie była wtedy po-
trzebna dla dalszego rozwoju duszy polskiej.
Byłaby to głębsza racya kanonizacyi. Ale trud-
no mówić o tern dowodnie, zwłaszcza, że
w dziejach trzynastego wieku nic widać, iżby
ta kanonizacya była przyniosła jakąkolwiek ko-
rzyść moralną czy polityczną. Żywoty Stani-
sława, spisane przez Kieleckiego, rozważone ja-
ko produkt dziejopisarski, to istotna nędza
umysłowa. Ale gorzej, bo nietylko umysło-
wa. Żeby przedstawić Stanisława świętym,
trzeba było wymyślać na Bolesława potwarze
takie obrzydliwe, że równie szpetnych nie
spotkać w naszej historyografii. Taką myśl
przewrotną wypowiadali autorowie kanoni-
zacyi uroczyście i śmiało: chociaż cała ich
rzecz polegała od początku na zaniedbaniu
i pomyleniu faktycznej prawdy. Przy grobie
Stanisława jest o czem pomyśleć."
Kto chce te myśli, snujące się przy trum-
nie św. Stanisława pogłębić, niech weźmie do
ręki wprzód dzieła Nestora naszego dzisiej-
szego dziejopisarstwa o katedrze wawelskiej
i o św. Stanisławie, a przekona się, że można
calem sercem kochać nasze prastare legendy,
ale i znać prawdę.
Użyteczność balonów ze sterem
na wojnie.
Odkicdy Leonardo da Vinci wynalazł i określił
motor, któryby można zastosować do podróży
napowietrznej, a we dwieście lat później Fontenelle,
a potem bracia Montgolfierowie zużytkowali w tym
celu balony, poszukiwacze rozwiązania kwestyi że-
glugi ponad ziemią rozdzielili się na dwa obozy:
jedni twierdzą, że ów cel da się osiągnąć za pomocą
motoru, cięższego od powietrza, inni zaś są zwo-
lennikami balonu, którymby można sterować
a więc motoru lżejszego od powietrza.
Obiedwie „szkoły" zrobiły już wiele dla swo-
’cli teoryi. Nie wdając się w opisy wszystkich cięż-
szych od powietrza „aeroplanów", których z więk-
szem lub mniejszem powodzeniem próbowano
W ostatnich czasach, stwierdziwszy, stosownie do
Wyjaśnień, udzielonych w tej kwestyi paryskiej
"Academie des Sciences" przez Ch. Renarda że
Wskutek zbyt jeszcze ciężkich w stosunku do ich
s'ly motorów, zużytkowanie ich praktyczne a szcze-
gólnie w celach wojennych jeszcze nie jest moż-
liwe.
Inaczej przedstawia się kwestya użyteczności
balonów. Wiadomo po-
wszechnie, jak wielkie
usługi oddały one już
podczas oblężenia Pary-
ża w r. 1870- 71. Pod-
czas kampanii chińskiej
w r. 1900 Francuzi ro-
bili z balonami różne
doświadczenia, przeważ-
nie uwieńczone powo-
dzeniem. Puszczali ba-
lony swobodnie i na
sznurach (balon captif),
przewozili z miejsca na
miejsce wszelkimi sposo-
bami i zużytkowywali
wybornie w celach wy-
wiadowczych.
Jednakże brak moż-
ności sterowania nimi
dał się uczuwać bardzo dotkliwie. Np. jeżeli ba-
lon był na uwięzi pole obserwacyi musiało być
z konieczności ściśle ograniczone jeżeli zaś pusz-
czono go swobodnie, niełatwo było przewidzieć,
w którą stronę go wichry zaniosą. Balon ze ste-
rem, któryby działał pewnie i nieomylnie, byłby
na wojnie nabytkiem nieocenionym. Byłaby to
najlepsza komunikacya z oblężonemi fortecami,
najświetniejsza komunikacya wywiadowcza, najlep-
sza nieraz kontrola nad czynnościami tego rodzaju,
jak np. mobilizacya.
Pierwsze usiłowanie kierowania balonami by-
ło dokonane już przed pół wiekiem, z balonem
objętości 3,000 metrów sześciennych o motorze
z siłą trzech koni, przez Henryka Giffard’a (r. 1852
i 1855). W r. 1872 Dupuy de Lóme potrafił
osiągnąć pewną niezależność balonu od kie-
runku wiatru. W r. 1883 i 4 bracia Tissandierowie,
posługując się motorem elektrycznym, poszli jesz-
cze dalej w kierunku owego uniezależnienia. Rok
1884 jest ważną datą w historyi balonu ze sterem.
Dnia 19 sierpnia owego roku udało się dwom ka-
pitanom w wojsku francuskiem, Renardowi i Kreb-
sowi zakreślić w balonie o motorze elektrycznym
ważącym 400 klgr. o sile 8 koni zamknięte koło
to znaczy wyjechać i wrócić na żądane miejsce,
przebiegłszy pewną przestrzań jak wtedy dwie
mile we 23 minuty. Kwestya ciężkości motoru
w stosunku do jego siły i tu, jak w machinach
cięższych od powietrza, okazała się rzeczą pierwszo-
rzędnej wagi.
Dalszym krokiem w tym kierunku były dwa
motory księcia Zeppelina, wypróbowane w r. 1900,
przyczepione do olbrzymiego balonu, o 128 met-
rach długości i 11,65 szerokości (objętość 11,000
metrów sześciennych). Motory te, przy sile 16
koni każdy, ważyły już tylko po 325 klgr. Ba-
lon Santos Dumonta z r. 1901 miał motor (naf-
ciany) jeszcze lepszy: ważąc tylko 80 klgr., dawał
również siłę 16 koni. Rok 1902 zaznaczył się
dwiema nieszczęśliwemi próbami: Brazylijczyka
Severo i ex-oficera saksońskiego, Bradsky’ego, któ-
rzy ponieśli śmierć przy doświadczeniach
Wreszcie w r. 1903 zbudowano balon „Le-
baudy", zwany „Le Jaune" z powodu swego ko-
loru. Balon ten, przypominający formą cygaro,
ma 97 metrów długości i 9,80 m. szerokości.
Wewnątrz głównego balonu znajduje się drugi
mniejszy. Aerostat posiada jakby rodzaj nierucho-
nych skrzydeł. Są to platformy z nieprzemakal-
nej materyi, ułatwiające z całym systemem ste-
rów trzymanie się na powietrzu we wszelkich
kierunkach, oraz sterowanie. Cała machina, razem
z powłoką balonu i zapasami waży 2,530 klgr.
Szybkość biegu wynosiła 62 kilometry na godzi-
nę i 41 minut. Najdłuższa przebieżona przestrzeń
mierzyła 98 klmtr. Wicher, który wtedy zwyciężał
„Le Jaune", miał siłę 10 mętrów pą sekundę.
MASZYNA DZIAŁAJĄCA BALONU LEBAUDY
Według zdania Rcvuc des Oueslions Scicntifi-
i/ues, balon ów możnaby już użytkować do celów
wojennych. Ale do systematycznego użytku w tym
celu nie nadaje się jeszcze. Ma jeszcze zbyt małą
szybkość i zbyt małą silę motoryczną pomimo
że „Lebaudy" posiada motor benzynowy, porusza-
jący aż dwie śruby aluminiowe, dające 2,000 obro-
tów na minutę. Tymczasem stwierdzono, że aby
otrzymać zamiast 10 metrów na sekundę, szybkość
16 na sek., potrzeba powiększyć siłę motoru aż
trzy razy. Przed kilku tygodniami wypróbowano
nowy, ulepszony typ statku „Lebaudy". Wyniki
były podobno świetne. Przewyższyły wszystkie
próby dawniejsze. Podobiznę tego najnowszego
balonu podajemy w niniejszym numerze Tygo-
dnika.
K.
WIKTOR GOMULICKI:
TY WIERZYŁEŚ...
Ty wierzyłeś, Słoneczny! że wstęgą z płomienia
Wykreśli się na ziemi ślad twego przelotu;
Że słowo twoje każde zbudzi, nakształt grzmotu,
Silne duchy z gnuśności, słabe z odrętwienia;
Że ziemia, po twem przejściu, jak po przejściu
wiosny,
Cała wzdrygnie się wielkim zmartwychwstania
dreszczem;
Że zaszumią za tobą i palmy i sosny,
Że spadniesz kwiatów, pieśni i błyskawic
deszczem...
Ty wierzyłeś, Słoneczny! że w ostatniej chwili
Z hukiem burzy po ciebie zjedzie wóz Eljasza;
Że wstanie wicher wielki, co góry przenasza,
I porwie cię, i puszcze przed tobą pochyli;
Że niesionego w niebo z chmurnego padołu
Przeprowadzą przez błękit dwa potężne chóry:
Rozdzierający serce płacz żegnania z dołu,
Budzący echa światów hymn witalny z góry.
Oto konasz... I gdzież są twoje chorowody?
Nuda o sowich ślepiach siadła przy twem łożu,
Myśl twoja w strzępy zdarta, serce na rozdrożu,
Przed tobą - niewiadomość, za tobą zawody.
Wytężasz słuch: zgiełk jakiś rozlega się blizko.
Może tłum się rozżalił i płacze po tobie?
Niel to szczeka i wyje ludzkie targowisko...
Wyło przy twej kolebce—wyć będzie na grobie!
łjfSf
922
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 48
Uśmiech
Japończyka.
Cudzoziemcy, przybywający do
Japonii, nie mogą oswoić się
z wiecznym i- jak mówią—przyros-
łym do warg, uprzejmym uśmie-
chem Japończyka. Drażni on ich,
wywołuje podejrzenie nieszczerości,
zdumiewa i niepokoi. Japończycy,
z kolei, dziwią się „gniewnemu"
wyrazowi obcych przybyszów. Z te-
go powodu wypowiadano nawet
wiele szumnych uwag o „powa-
dze" Europejczyków i „lekkości"
usposobienia narodów Wschodu.
Przychodziło też nieraz do ostrych
nieporozumień pomiędzy mieszkań-
cami a „gośćmi" państwa Mikada
- jedynie wskutek różnic w pojmo-
waniu znaczenia tego uśmiechu.
Lafcadio Hearn, ') profesor
literatury angielskiej na uniwersy-
tecie w Tokio, miał sposobność
sprawę tę zbadać bliżej, a nawet
jak pisze w pięknej, subtelnej, bar-
dzo interesującej książce p. t.
„Glimpses of unfamiliar Japan" —
sam nabrał w Japonii podobnego
przyzwyczajenia, które go skłoniło
właśnie do głębszych studyów
nad owym szczególnym nabytkiem
kultury.
Przedewszystkiem przytacza
on kilka charakterystycznych przy-
kładów.
„Pewnego dnia, — opowiada
jeden z jego znajomych—gdy je-
chałem powozem, ujrzałem na swo-
jej drodze pustą „kurumę", -) podążającą w tę |
samą stronę. Nie mogłem wstrzymać konia. Za-
cząłem więc krzyczeć po japońsku na prowadzą-
cego wózek, aby się usunął. Ten jednak, zamiast
mnie usłuchać, oparł kurumę o mur w ten sposób,
że oba jej dyszle wystawały ku środkowi ulicy.
W jednej chwili koń mój wpadł na nie i silnie
uderzony, począł krwawić. Wściekłość mnie ogar-
nęła. Drzewcem swojego bata uderzyłem ciągną-
cego kurumę po głowie. I cóż się stało? Czło-
wiek ten patrzy mi prosto w oczy, uśmiecha się
i kłania. Jeszcze dzisiaj pamiętam ten uśmiech,
pełen uniżoności. Zmieszałem się najokropniej,
i nagle cała moja wściekłość stopniała. Jak to
zrozumieć? Co za dyabeł kazał temu człowiekowi
uśmiechnąć się tak dziwnie?"
A oto co Hearn słyszał od pewnej osoby
z Jokohamy: „Służąca moja przychodzi do mnie
raz tak uśmiechnięta, jakby zdarzyło się jej coś
niesłychanie przyjemnego; tymczasem ciągle z tym
samym uśmiechem—opowiada mi, że właśnie mąż
jej umarł. Prosi mnie o pozwolenie pójścia na
jego pogrzeb. Poszła. Nad wieczorem wraca i po-
kazuje mi urnę, zawierającą jego popioły (wśród
których można było jeszcze rozróżnić jeden ząbl)
i—śmiejąc się już tym razem zupełnie — rzecze:
„Oto mój mąż!" Może pan sobie wyobrazić coś
równie cynicznego?"
') Lafcadio Hearn urodził się w Lencade z matki
Grcczynki i ojca Irlandczyka. Przebywał kolejno w wie-
lu krajach Europy i Ameryki, wreszcie dostał się do
Japonii, gdzie stale zamieszkał, przybrawszy nazwisko
Koizumi Jakumo. Większą część swoich niezwykle cie-
kawych poetycznych dzieł zaczerpnął z życia Japonii.
a) Mały wózek o dwóch kołach, ciągniony przez
posługacza.
POWITANIE JAPOŃSKIE. Ze zbiorów Leopolda Meyeta.
Trudno było wytłómaczyć oburzonej damie,
że służącą japońską mogły powodować w tym ra-
zie pobudki bardzo szlachetne nawet heroiczne
że śmiech jej nie oznaczał bynajmniej duszy niz-
kiej i cynicznej. Ale oto coś jeszcze ciekaw-
szego:
Kupiec europejski T. pozostawał w zażyłych
stosunkach z jednym ze starych samurajów zna-
komitego rodu. T. wyświadczył nawet raz samura-
jowi poważną przysługę. Niewiadomo z jakiego
powodu wynikła w domu T. pomiędzy nimi kłótnia.
T. uniósł się, ale starzec odpowiedział mu tylko
uśmiechem i ukłonami. To rozgniewało kupca
jeszcze bardziej. Podniósł głos—posypały się na
samuraja grubiańskie wymysły. Nowe uśmiechy
i ukłony. Wreszcie T. rozkazuje mu opuścić swój
dom. Jeszcze jeden uśmiech... Kupiec stracił pano-
wanie nad sobą i uderzył starca. Ale wtedy nagle
stało się coś nieoczekiwanego. Ponad głową prze-
rażonego kupca zalśnił ostry miecz samuraja, któ-
rego twarz zmieniona była nie do poznania. Chwi-
la wahania. Starzec schował miecz do pochwy,
odwrócił się i szybko wyszedł. Kupiec w jednej
chwili opamiętał się — uczuł, że czerwienieje ze
wstydu. Jednakże starał się usprawiedliwić przed
sobą samym: jakie prawo miał ten Japończyk do
wyśmiewania się z niego? Postanowił go przepro-
sić przy najbliższej sposobności. Dziwnego musiał
doznać wrażenia, dowiedziawszy się, że samuraj
tego samego wieczora popełnił „harakiri", pozosta-
wiając list następującej treści: „Być niesłusznie
uderzonym i nie zemścić się—to plama na honorze
samuraja." W każdym innym przypadku nie darował-
by tej obelgi, ale okoliczności były szczególnie
delikatnej natury w tym wypadku. Honor nie po-
zwalał mu na użycie broni przeciwko człowiekowi,
który wyświadczył mu przysługę
w ciężkiej chwili życia. Nie pozo-
stało mu więc nic innego, tylko
zaszczytne samobójstwo. T. wy-
nagrodził wprawdzie hojnie rodzi-
nę zmarłego, ale nigdy nie zrozu-
miał, dlaczego starzec się uśmie-
chał.
Aby wytłómaczyć tajemnicę
uśmiechu japońskiego, Hearn po-
czął badać lud, czyli tę warstwę
mieszkańców Japonii, na której
wpływy cywihzacyi europejskiej
najmniej pozostawiły śladów —
i doszedł do przekonania, że jest
to jedną z najbardziej charaktery-
stycznych cech kultury japońskiej.
W Japonii od dzieciństwa
uczą się uśmiechać, jak się uczą
ukłonów i wogóle wszelkich praw
starożytnej uprzejmości.
Uśmiech jest obowiązkiem
towarzyskim i społecznym wobec
każdego wyższego lub równego
sobie człowieka. Należy to do „sa-
voir-vivre’u“ — szczególnie wobec
rodziców, przyjaciół, przełożonych,
którym zawsze trzeba pokazywać
twarz wesołą, aby budzić w nich
równie wesołe myśli. Czy serce
masz rozdarte? Uśmiechaj się męż-
nie. Strzeż się wtedy okazywać
smutek, nawet poprostu powagę
wobec swoich najbliższych. Mog-
łoby to u nich wywołać niepokój,
lub zmartwienie; dałoby może nie-
jednemu powód do niepotrzebnej
ciekawości. A jeżeli masz kogo za-
wiadomić o jakim ciężkim, nie-
przyjemnym wypadku — czyń to
z uśmiechem. Im rzecz jest poważ-
niejsza, tem bardziej się uśmiechaj -a jeśli jest ona
wprost straszna- -uśmiech może się zmienić chwi-
lami w cichy, łagodny śmiech. Wszystko ma swój
czas mówi Ekklezyasta:—jest czas radości i czas
gniewu, czas śmiechu i czas płaczu... Przyczyna
uśmiechu jest więc zarówno moralna, jak estetycz-
ną. Pierwsze słowa człowieka, któryby wybuchnął
płaczem w towarzystwie, będą, skoro się tylko uspo-
koił: „Proszę mi wybaczyć mój egoizm i nie-
grzeczność".
Dzieci japońskie, skoro tylko wyjdą z naj-
młodszego wieku, znoszą wymierzaną im karę (ale
słuszną!) z uśmiechem, który zdaje się mówić:
„Nie uczuwam wcale gniewu wobec waszego postę-
powania: wina moja zasługiwała na znacznie więk-
szą karę." Z tego samego powodu uśmiechał się
prowadzący „kurumę" w wyżej opisanem zdarze-
niu, skoro go uderzono. A „śmiech" służącej, któ-
ra opowiadała swojej pani o śmierci męża, ozna-
czał zapewne: „Niech pani czcigodne serce nie
wzrusza się cierpieniem mojej nędznej osoby; czu-
ję się głęboko winną, mówiąc pani o rzeczy tak
marnej, jak mój smutek."
Jednakże nigdy Japończyk nie przebaczy ża-
dnej zniewagi. Nie trzeba też sobie wyobrażać,
aby ów uśmiech był istotnie wieczną maską na
twarzy Japończyka jak to sobie wyobrażają Euro-
pejczycy. Etykieta nie nakazywała dawnym samu-
rajom uśmiechać się przy każdej sposobności. Obo-
wiązywało to ich jedynie wobec wyżej postawio-
nych i przyjaciół. Wobec niższych zachowywali
się z jak największą powagą—a wspaniała, pełna
godności podstawa szyntoistycznego duchowieństwa
stała się przysłowiową. Ale życie prywatne nie
podlegało tym prawom, a dzisiaj z małymi wyjął'
kami ludzi „rozpaczliwie zmodernizowanych"—naj-
923
ARBY Z KAMIENIAMI W CHARBINIE.
PROSPEKT SUNGARYJSKI W CHARBINIE.
Pot. inżyniera Ed. Ossera.
wyżsi dygnitarze, szlachta, ministrowie, sędziowie,
oficerowie zachowali wszystkie prawidła starożyt-
nej uprzejmości. Obyczaj uśmiechu, wpajany od
dzieciństwa, staje się w końcu instynktownym obo-
wiązkiem.
Ma on jednakże jeszcze głębsze znaczenie:
jest symbolem całego systemu postępowania w spo-
łeczeństwie. Jeżeli komu mówi Hearn zdarzyło
się pozyskać w wykształconym Japończyku przy-
jaciela, ten mógł swobodnie obserwować u niego
w formie jak najbardziej subtelnej społeczne
właściwości tego ciekawego ludu. O sobie mówi
jak najmniej i to tylko wobec kategorycznych
pytań, które zbywa zresztą najkrótszemi, najmniej
znaczącemi zdaniami w ukłonach i podziękowa-
niach.
Za to najdrobniejsze szczegóły życia przyja-
ciela zdają się go interesować w najwyższym stop-
niu. Nic go tak nie zajmuje, jak przekonanie i my-
śli przyjaciela.
Nie zapomni przytem napewno niczego z tych
szczegółów, któreśmy mu powierzyli. Jednakże
ciekawość jego ma granice, których nigdy nie prze-
kracza.
Nie dojrzy on napewno żadnych śmiesz-
ności i małych oznak słabości. Nie mówi nigdy
źle o nikim, co najwyżej ośmieli się krytykować
czyjeś postępowanie w stosunku do skutków, jakie
ono sprawi.
Zapytany o zdanie co do naszego dzia-
łania lub projektu, lub myśli, wyraża swój po-
gląd w sposób najbardziej delikatny, starając się
najczęściej podać inny projekt, tłómacząc jego ko-
rzyści, nigdy wprost nie krytykując naszego.
Żaden naród na świecie nie posiada tak sze-
roko zrozumianej zasady szczęśliwego życia. Żad-
na rasa nie pojęła tak głęboko tej prawdy, że
szczęście nasze na świecie zależy od szczęścia
łych, którzy nas otaczają to znaczy od naszej
cierpliwości i poświęcenia własnego egoizmu.
Ich bóstwa zresztą mają ten sam niewinny,
wpółdziecinny uśmiech. Jest to wykuty w bron-
zach i kamieniach symbol, który tłómaczy uśmiech
M pogodnej rasy. „Nawet bóstwo nie może za-
mienić w porażkę zwycięstwa człowieka nad sobą
samym" czytamy w świętej księdze Dammikka-
sutta. J. K.
Stosunki w Mandżuryi.
Koresp. własna Tyg. illustr. z Charbina.
Parotygodniowy pobyt w Charbinie może czło-
wieka przyprowadzić do rozpaczy. Już po
przednio zaznaczyłem: kurz, piasek, obłokami całymi
rzucany w twarz wiatrami z pustyni Gobi; hotele,
wołające o pomstę do nieba, istne kurniki z grzy-
bami wilgoci i rojem robactwa, szczurów i myszy;
drożyzna, przekraczająca siły wyobraźni najbujniej-
szej; ogólna gorączka życia; brak absolutny wszel-
kiej cywilizowanej rozrywki, jeżeli nie liczyć licz-
nych cąfć-chantants, gdzie nadobne „puchy mar-
ne" „operują" z wielkiem powodzeniem.
Nie czekając więc dłużej, uciekam z tej wieży
Babel z Mandżuryi—z Chin- -dalej do Syberyi,
do Władywostoku nad morze Japońskie nad
Pacyfik, by potem na dłużej powrócić do Mand-
żuryi.
Na stacyi „Stary Charbin" mam możność
oglądania ciekawego widowiska: przed pociągiem,
dla zarobku, rzecz prosta, jakiś mały Chińczyk
10-letni popisuje się tańcem narodowym. Przygry-
wa mu do tańca inny Chińczyk, znacznie starszy.
Instrument, na którym wygrywa strasznie mono-
tonny śpiew, to najpopularniejszy w Chinach in-
strument, podobny z formy do mandoliny, z tą
jednakże różnicą, że korpus jest tu znacznie
mniejszy, szyja zaś o wiele dłuższa, i gra się na nim
smyczkiem, nie palcami. Włos smyczka nie cho-
dzi po strunach z góry jak w naszych skrzyp-
cach, lecz jest przeciągnięty pomiędzy struny—tak,
że smyczka nie odejmuje się od strun: stanowi on
jedną całość z instrumentem.
Co się tycze tańca, nie znalazłem wcale, aby
taniec ten był estetyczniejszy od wielu tańców
europejskich, choćby „dżyga" angielskiego, lub
„kozaczka" rosyjskiego; pełen rytmu i harmonii
w ruchach, polega on na wykonywaniu miarowych
ruchów, naśladujących bieg w koło, lecz bez zmia-
ny kierunku frontu tak, że tańczący, zataczając
koło, zawsze jest zwrócony do widza twarzą. Tań-
czący śpiewa przytem tę samą melodyę, którą wy-
konywa grający. Najcharakterystyczniejszą jednak
rzeczą w tym tańcu jest to, że tancerz trzyma
w lewej ręce drążek, długości metra, z bambusu,
a więc lekki, opatrzony z obudwu końców w
dzwonki. Podczas tańca, trzymając ów drążek
dłonią w samym środku, tancerz uderza to jednym
to drugim końcem o rękę, o ramię jedno i drugie,
o kolana wreszcie, i w ten sposób wybija takt
dzwonkami i urozmaica taniec. Taniec ten wogóle
zrobił na mnie wrażenie czegoś bardzo harmonij-
nego i miłego w swoim spokoju, aczkolwiek mało
dekoracyjnego.
We dwie godziny po wyjeździe z Charbina
przejeżdżamy przez miasto A-że-che. Warto się
tu zatrzymać, by poznać misyę katolicką, francu-
ską, jedną z niewielu w Mandżuryi. Francuskie
inisye katolickie w Chinach są bardziej czynnikiem
। politycznym niż religijnym. Chińczyk, będąc ate-
uszem i indyferentem religijnym, nie interesuje się
temi sprawami i z pewną pogardą patrzy na tych
swych współbraci, którzy przyjęli chrześcijaństwo.
Dzieje się to dla tej prostej przyczyny, że gdy
Chińczyk tak nabroi, że mu grozi utrata głowy
pod katowskim mieczem, idzie on do misyonarza,
przyjmuje katolicyzm i zdobywa w ten sposób
protektorat misyi, konsula, ambasadora i wogóle
Europy, co go do pewnego stopnia broni od za-
głady. Stąd pochodzi główny kontyngens neofi-
tów, i dlatego chrześcijaństwo nie cieszy się w Chi-
nach powodzeniem. Tem się da objaśnić, że acz-
I kolwiek misye katolickie operują tu już bardzo
। dawno, liczą dziś w Mandżuryi nie więcej niż
26,000 wiernych na 15 z górą milionów mieszkań-
ców Mandżuryi. Jest to procent arcy mały.
Wogóle zaś w całych Chinach liczono
w 1900 roku 1,254,068 chrześcijan na pięćset kilka-
dziesiąt milionów ludności, przy działalności 1,700
księży.
* *
*
Pozostawiwszy Charbin za sobą i dążąc ku
granicy rosyjskiej, przejeżdżamy już lepiej upraw-
ną i ładniejszą okolicę Mandżuryi. Wiosna po
dość mroźnej zimie zaczyna się tu w połowie mar-
ca. Temperatura w zimie spada często do 30° R
przy silnych wiatrach północno-zachodnich, przyno-
szących suche i chłodne powietrze z Gobi. Zima
prawie bez śniegu. Dzięki temu wiosna budzi tu
naturę z nadzwyczajną szybkością, i już w kwiet-
niu wszystkie zboża są zasiane.
Lato upalne kończy się w lipcu strasznemi
ulewami, które bez przerwy panują przez lipiec
i sierpień. Ulewy te, „fu-cian“, są tu istnym ży-
wiołem: zalewają pola, na szczęście już do tego
czasu uprzątnięte, na kilka stóp wysokości, i tam,
gdzie rolnik chiński w czerwcu zbierał żniwo,
w lipcu łapie ryby, które wtedy stanowią jeden
924
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 48
z najważniejszych artykułów jego pokarmu. Owe
fu-ciany dochodzą czasem do bajecznych rozmia-
rów. Tak np. w 1897 r. prawie cała linia kolei
Usuryjskiej była pod wodą, a podczas ostatniej
wojny chińsko-europejskiej fu-cian przerwał atak
pod Cian-cinem.
Najpiękniejszą porą roku jest tu jesień, bo
ciepła i sucha. Upały i wilgoć latem rodzą prze-
pyszną roślinność.
Angielski misyonarz James opowiada nastę-
pującą legendę mandżurską:
„Gdy wielki Budda stworzył wszystko, co
żyje, zapomniał o ziemi Mandżuryi, i gdy mu przy-
pomnieli, że cały ogromny kraj pozostał jeszcze
pustynią, Budda zebrał okazy wszelkich zwierząt
i roślin i darował je Mandżuryi, powiedziawszy:
Niech każdy kto, tu przyjdzie, znajdzie znane sobie
rośliny i zwierzęta".
1 rzeczywiście, obok cedrów i sosen rosną
tu dęby i orzechy greckie, obok brzozy—kasztany.
W lasach niedźwiedzie i sobole mieszczą się
w sąsiedztwie tygrysów i antylop. Ziemia, nad-
zwyczaj pracowicie uprawiana, rodzi pszenicę, proso,
kukurydzę, ryż, mak (na opium) i tytuń. Pszenica
daje od 20—30 ziarn. Do Mukdenu, rynku zbo-
żowego Mandżuryi, przywożą Chińczycy z całego
kraju rok rocznie około miliona pudów pszenicy.
Jak wśród dzikiej fauny, tak i wśród domowej
rozmaitość ogromna: konie, muły, osły, kozy, by-
dło i świnie. Konie są mało zdatne do zaprzęgu
i pod wierzch; muły i osły znakomite do pracy;
woły i krowy tęgiej bardzo budowy; świnie wszyst-
kie czarne. Rolnictwo i wogóle kultura ziemi zaj-
muje najwybitniejsze stanowisko wśród wszyst-
kich sposobów pracy Chińczyka i cieszy się nawet
wielką opieką rządu. W rolnictwie, ogrodnictwie
i hodowli roślin t. zw. przemysłowych doszli Chiń-
czycy do kolosalnych rezultatów. Dowodem her-
bata i jedwab, dwa produkty, które stanowią pod-
stawę ekonomicznego bytu całych Chin.
Co się tycze ściśle Mandżuryi, dziś zale-
dwie piąta część ziemi znajduje się w kulturze.
W prowincyi Hej-lun-cian, największej z 3 dziel-
nic administracyjnych Mandżuryi, zaledwie nie-
znaczna część pól jest obrócona na pożytek lu-
dzi. W drugiej, prowincyi Giryńskiej, nie więcej
niż połowa gruntów jest pod uprawą. Co się ty-
cze prowincyi Szen-cian, to jeszcze co najmniej 2/6
przestrzeni oczekują na pług. Do obrobienia tych
pól przyjeżdża rok rocznie cala armia robotników
z prowincyi chińskich Czi-li i Sian-dun, na miej-
scu bowiem jest ogromny brak rąk.
Najważniejszem zbożem Mandżuryi jest bez
wątpienia gaolan, Holeus sorghtan. Gaolan to
rodzaj prosa bardzo wysokiego. Daje on główną
potrawę na wszystkie stoły chińskie i służy za toż
samo dla zwierząt domowych. Po zwykłych ope-
racyach młocki i wiania, przez jakie przechodzi
każde ziarno, przeznaczone do spożycia, gaolan,
nim zostaje spreparowany jako posiłek, musi być
zmoczony w zimnej wodzie, aby trochę napęczniał,
a później dopiero bywa gotowany, przyczem na
cztery części wody sypie się 1 część gaolanu.
Gotuje się koło godziny, bardzo mocno pęcznieje
i bywa spożywany w filiżaneczkach z domieszką
owoców, świeżych lub suszonych. W gotowaniu
nie bywa solony, i nie dodaje się do niego żad-
nych korzeni. Dwa funty takiej kaszy dziennie
żywi zupełnie dostatecznie Chińczyka. Ale nietyl-
ko ziarno gaolanu ma dla Chińczyka wartość: sło-
ma służy mu na materyał budowlany, gdy jest
zmieszana z zie-mią, czy gliną; Chińczyk buduje
z niej ściany i dach, nakształt ptaka. Tam, gdzie
brak drzewa, słoma gaolanu idzie na opał. Wy-
dajność gaolanu jest wielka: dosyć zasiać 12 fun-
tów tego ziarna na mórg, by otrzymać od 85 do
100 pudówsprzętu.
Oprócz gaolanu sieją w Mandżuryi jeszcze
dwa gatunki prosa: tszu-mi-za — setaria italica
i huan-mi panicum miliaceum. Te dwa ostatnie
zboża już są daleko mniej wydajne: osiąga się
z nich nie więcej niż 50 -55 ziarn. Cena gao-
lanu wynosi tu mniej więcej 3 4 diao za pud
(diao = 15 kop.).
Chińczycy nie znają zupełnie chleba; nawet
w języku swym nie mają tego wyrazu. Ze zbóż
swoich robią tylko: pierożki, placki i torciki.
Mandżurya posiada wprost idealne warunki
kultury pszenicy i jęczmienia (jęczmień idzie na
pokarm dla koni). Pszenicę sieją głównie wzdłuż
rzeki Sungari; karmi ona cały kraj Usuryjski w Sy-
beryi. Ludność miejscowa spożywa tylko niewiel-
ką ilość pozostałości w postaci plew zboża. Cena
pszenicy prawie 3 razy przewyższa cenę jęczmie-
nia i waha się około 3U diao za pud. Kultura
ryżu (tin-mi) w Mandżuryi południowej nie prze-
wyższa innych kultur. Ulewy'jednak tego kraju
sprzyjają ryżowi ogromnie. Już w środku marca
rozpoczynają go siać w brózdach nie zaś na za-
gonach,—a zbierają we wrześniu. Urodzaj od 50
—150 ziarn. Cena waha się koło 4 diao za pud.
Niemałą rolę gra też uprawa kukurydzy.
GUSTAW OLECHOWSKI.
Z tygodnia na tydzień.
Niepossanowcmie cudzych nerwów.
Obok wysiłku umysłowego lub fizycznego,
który wywołuje w organizmie dające się wyraźnie
zauważyć znużenie i potrzebę spoczynku, czło-
wiek pracujący podlega również wyczerpaniu, je-
żeli znajdzie się w warunkach, wytwarzających
przykrą atmosferę moralną.
Jest to fakt stwierdzony, ale dotychczas nie-
brany prawie w rachubę przez zwierzchników,
pryncypałów, oraz chlebodawców, którzy jeżeli
zapewnią podwładnym pewne minimum wypo-
czynku, sądzą, że zrobili już wszystko, co zrobić
należy. Masz pracować przez tyle a tyle godzin,
spełniając to, co do ciebie należy, a jeśli się da,
to i coś ponadto, a potem wolno ci się bawić, lub
spać — oto maksyma, jaką się rządzą, w najlep-
szym razie, pracodawcy względem pracowników
we wszystkich sferach działalności, poczynając od
najpierwotniejszych, a kończąc na bardzo subtel-
nych, umysłowo-emocyonalnych.
Czy to będzie warsztat, czy biuro, czy fa
bryka, czy redakcya, czy teatr —wszędzie przykła-
da się ten stary szablon, w którym nie uwzględ-
niono owego doniosłego czynnika życia i pracy,
jakim jest stan duchowy człowieka.
Tymczasem obserwacye wykazały, że czło-
wiek mniej się zużywa nerwowo, pracując w oto-
czeniu pogodnem, przyjemnem, wesołem, spokoj-
nem, niżeli w środowisku, gdzie panuje nieufność,
podejrzliwość, intrygi, nieumotywowane niezadowo-
lenie, brak rozsądnej organizacyi i t. p.
Przykry w stosunkach zwierzchnik, który
sądzi, że swoją brutalnością, gwałtownością, lekce-
ważeniem i brakiem taktu osiągnie większe rezul-
taty praktyczne, myli się grubo. Nieprzyjemna
atmosfera moralna, jaką dokoła siebie wytwarza,
nietylko osłabia wydajność pracy podwładnych,
lecz ich zniechęca i demoralizuje.
Prócz tego o co nam głównie w danym
przypadku chodzi- postępowanie podobne wyrządza
ludziom, skazanym na zależność, krzywdę, i to
nietylko duchową, lecz i fizyczną, gdyż ich powoli,
a napozór niedostrzegalnie, łamie i kruszy.
Bolesne wrażenia psychiczne odbijają się
z czasem na organizmie, wywołując znane dziś
aż nadto dobrze stany rozdrażnień nerwowych,
które często kończą się smutnemi katastrofami...
Naprawdę wiedzą o tern wszyscy, ale wielu
interesowanych wiedzieć o tern nie chce, bo im
z tern dogodniej.
Czem jest targanie nerwów ludzkich wobec
przyjemnego poczucia wyższości materyalnej?
A ostatecznie, jak się zużyje jeden pracownik, to
za pieniądze dostanie się innego!
Otóż sądzę, że należałoby zwrócić na tę
sprawę baczniejszą uwagę i pamiętać, że prócz
wynagrodzenia pieniężnego, uważanego zwykle za
jądro stosunku pomiędzy pracodawcą a pracowni-
kiem, ten ostatni ma prawo do tego, żeby szano-
wano i oszczędzano jego stan psychiczny, jego
nerwy i zdrowie moralne.
Nie wątpię, że nadejdzie czas, kiedy spra-
wą tą zajmować się będą nietylko psychologowie
teoretycy, lecz i działacze praktyczni, czyniąc
z niej jeden z ważniejszych postulatów hygicny
społecznej. 1A
Kolo polskie.
Ze zgonem „starego regimentarza," Apolina-
rego Jaworskiego, który, urągając czasowi i jego
burzom, runął, jak dąb piorunem strzaskany, nic
się pozornie w Kole polskiem austryackiej Rady
państwa nie zmieniło. Ubyła wprawdzie potężna
postać, ale został „system." Dokonane zaś przed
kilku dniami wybory prezydyum są najwymow-
niejszem słów naszych potwierdzeniem: powołano
bowiem na prezesa i jego pierwszego zastępcę
długoletnich towarzyszów i najbardziej zaufanych
powierników p. Apolinarego...
Stało się to jakby drogą awansu! Wojciech
hr. Dzieduszycki posunął się na pierwsze miejsce,
Dawid Abrahamowicz awansował na miejsce
drugie, na dotychczasowym wreszcie posterunku
utrzymał się nadal dr Władysław Dulęba. Nowym
jest tylko Michał Bobrzyński, który wszedł do
arcy ważnej Komisyi parlamentarnej, a w izbie za-
siadł na opróżnionym przez Jaworskiego fotelu.
To jest, bądź co bądź, znaczące, choć może być
tylko przypadkowe...
Dzieduszycki to jeden z najpopularniejszych
u nas ludzi, znany zarówno z... dziwactw, jak
i z genialności. Człowiek zadziwiająco wszech-
stronny: encyklopedya chodząca, filozof, poeta,
powieściopisarz, dramaturg, estetyk, profesor i sta-
tysta. Chadza po ziemi jakby przypadkowo, gdyż
szybuje stale w obłokach; rzekłbyś: „nie ciałem,
lecz żyje myślą." Oślepia często wprost genial-
nymi błyskami, uniesiony polotem, porywa za so-
bą wsłuchanych, zarówno parlamentarzystów, jak
przygodnych słuchaczów, lub rzesze studentów,
do których rad mówi z uniwersyteckiej kater .
Przysłowiowo czysty charakter, dusza złota,
w życiu codziennem niepoprawny idealista. Gdy
pół senny kroczy ulicami, zda się, że się złamie,
iż nie ma dość siły, by podnieść zwieszonej na
piersi, zadumanej głowy. Sława zaś jego zanie-
dbanej powierzchowności doszła już z Europy do
Ameryki, gdzie jednak kapelusze i obuwie „hr.
Wojtka" nie gorszyłyby chyba żadnego z Jan-
kesów.
W polityce też, jakby na przekorę osławio-
nemu zdaniu Niemca (Politik verdirbt den Cha
rakter), również czysty i szlachetny. Zajęła ona
kapitalną część jego znojnego pro publico bono
żywota. Pewny jest, i można na nim polegać
bezpiecznie. Nie zabiega o honory, bo honoru
ma sam podostatkiem, nie dba też o rozgłos
i poklask, znając ich wartość. Żyłkę miłości włas-
nej wypruł ze swego organizmu doszczętnie.
Włodzimierz Kozłowski takie daje mu świa-
dectwo: „Wojciech Dzieduszycki to statysta o grun-
townem filozoticznem, politycznem i społecznem
wykształceniu, pojęciu bystrem, wnioskowaniu
śmiałem. Jest to człowiek, obdarzony niepospolitą
siłą umysłu i pióra, żywe uosobienie politycznego
sumienia i ducha publicznego. Umysł krzepki
i dzielny, w przekonaniach nieugięty, wyznawca
zasad ładu i karności, opiekun interesów klas pra-
TYGODNIK ILLUSTROWANY N° 48
925
DAWID ABRAHAMOWICZ. WOJCIECH lir DZIEDUSZYCKI. WŁADYSŁAW DULĘBA
cującycb, orędownik warstw społecznych, moralnie
wydziedziczonych."
Do tarczy swej przydał hr. Wojciecli godło
„obowiązek", (tradycyjny zresztą w zasłużonym
jego rodzie) i temu godłu wierny jest, święcie
Ztęd ma w pogardzie prywatę, sobkostwo, ma-
teryalizm. To wielkie poczucie obowiązku paso-
wało go też między innemi zaletami na speakera
Koła, który potrafi grzmieć piorunami, być bardzo
gorącym, a przecież wytwornym i co najważniejsza,
roztropnym (mowa wrzesieńska). Słuchany jest
często z nabożeństwem, zawsze z zajęciem. Impo-
nuje Dowiem rozległymi ducha swojego horyzonty
i przednią kulturą. Nie zaszkodziła mu nawet
jego... oryginalność!
„Uzupełnieniem" Dzieduszyckiego będzie Da-
wid Abrahamowicz, człowiek też rąk czystych,
ale wręcz odmiennego pokroju. Z rodzaju „przy-
ziemnych," szaloną pracowitością i systematycz-
cią wyrósł na wybitnego parlamentarzystę; poznał
ten teatr dokładniej, aniżeli ktokolwiek inny, za-
przyjaźnił się z suflerem, wie co się dzieje i dziać
tr ze za ciemnemi i niedostępnemi dla wielu kuli-
sami. Towarzysze jego działalności powiadają
o nim, że jest „mistrzem w politycznym targu"’
a dowody dyplomatycznych uzdolnień dawał w po-
średnictwie pomiędzy Niemcami a Węgrami, pomię-
dzy którymi ma jedynie popularność! Mówca pe-
łen ironii, rozdrażnia nietylko przeciwników, lecz
i [stojące za nimi tłumy; tych się wszakże nie
ulęknie, acz jest zdecydowanym oporynistą, od-
kryje nawet pierś swoją na strzały (literalnie!), aby
za chwilę ukłonić się wrogowi z najsłodszym na
ustach uśmiechem. Wyrobił się na dzielnego eko-
nomistę, zna potrzeby kraju, chociaż nie zawsze
bywa bezwzględny, często i krótkowidz. Ale za-
wsze gracz parlamentarny przedni!
Dr Władysław Dulęba piastuje drugą wice-
prezesurę jako przedstawiciel stronnictwa demokra-
tycznego. Z rodziny bardzo bujnej pod względem
artystycznym, a znanej dobrze i w Warszawie,
wysunął się na czoło lwowskiej palestry, dosko-
nały obrońca, dodajmy, zawsze i we wszystkiem
szczęśliwy. Posłuje z miasta Tarnopola, rzecz zaś
swoją pełni vcry correct, bez przymieszki prywa-
ty, statecznie, z przekonania. Znamionują go takt
i miara, spokój i gładkie maniery.
Oto najnowsze trifolium przezesowskie Kola
polskiego w austryackiej Radzie państwa. C
EPILOGI.
Teorya i praktyka.
Pokój powszechny, zgoda, solidarność, mi-
łość, wyrozumiałość i t. p. -oto teoretyczne hasła
epoki, która w praktyce rządzi się zupełnie od-
wrotnemi zasadami.
Przeczytajmy uczone dzieła szlachetnych mę-
żów, artykuły wstępne poważnycli gazet, sprawo-
zdania z posiedzeń różnych towarzystw etycznych,
antywojennych, lub poświęconych opiece nad nę-
dzarzami, upadłymi i więźniami i t. p., posłuchaj-
my mów natchnionych ideologów, a w każdym
głosie odczujemy nietylko szczerą tęsknotę do po-
godniejszej przyszłości, lecz i wiarę w jej możli-
wość.
Nie mówię tu o naszych drobnych, zaścian-
kowych stosunkach, ale o tem, co dzieje się w ca-
łym świecie. Wszędzie ideą przewodnią, przynaj-
mniej pozornie, jest dążenie do zbratania ludzi, do
wyrównania krzywd, wyrządzonych przez los, sło-
wem: do ukształtowania stosunków wzajemnych na
gruncie rozumu i sprawiedliwości.
Gdyby jakiś mieszkaniec Marsa poznał tylko
tę stronę działalności istot ziemskich, mógłby dojść
do przekonania, że na naszym świecie zapanują
niedługo stosunki rajskie, że lew pozwoli paść się
obok siebie bezbronnemu jagnięciu, tygrys stępi
dobrowolnie swe groźne pazury o skałę, a grze-
chotnik podda się z rozkoszą operacyi wyrwania
jadowitych zębów.
Niestety, praktyka na każdym kroku przeczy
teoryi.
Rzućmy okiem na telegramy i wiadomości
bieżące, sprawozdania sądowe tych samych gazet,
które na czele pisma proponują podniosłe idee,
przeczytajmy agitacyjne broszury różnych stron-
nictw i posłuchajmy brutalnych mów przedstawi-
cieli większości partyi politycznych w parlamen-
tach poza parlamentami, przypatrzmy się wre-
szcie samemu życiu, a przekonam}' się, że marzyć
dzisiaj o błogosławionym stanie rajskiego spokoju
i szczęścia byłoby poprostu dzieciństwem.
Wyższe umysły, opierając się na czynnikach
ideowo-abstrakcyjnych, budują, kojarząc logikę
z wyobraźnią, wspaniałe gmachy, „pełne—jak po-
wiada Słowacki —- „anielskich głosów i blasku."
Tłum przypatruje się tym pięknym tworom i w chwi-
lach podniecenia zachwyca się nimi. Cóż z tego,
kiedy rzeczywistość jest o wiele zawilsza, niż logi-
ka, i nieskończenie bogatsza w niespodzianki, niż
najpotężniejsza wyobraźnia!
Obok rozumnych i jasnych myśli bujają tam
najdziwaczniejsze i najciemniejsze przesądy, obok
uczuć dobrych najohydniejsze chuci i wstręty, obok
potrzeb racyonalnych, irracyonalne, a mimo to po-
tężne popędy.
Wskutek takiego stanu rzeczy człowiek po-
dobny jest do okrętu wśród burzy, który sam nie
wie dokąd zapłynie, pomimo że posiada ster i bu-
solę w porządku.
Marząc więc o szczęściu, doskonałości i zgo-
dzie, człowiek nie idzie, bo nie może iść za gło-
sem rozumu, który mu wskazuje drogę najprost-
szą, lecz ulega podmuchom afektów, pchających
go do walki z równie podnieconymi przeciwni-
kami.
Gdzie rzucić okiem, wszędzie odbywają się
zajadłe zapasy: kobieta walczy z mężczyzną o pra-
wa, nędzarz spogląda z zawiścią na bogacza, któ-
ry odpłaca mu podejrzliwością; warstwy, klasy, na-
rody, rasy, wyznania, państwa, partye i t. p. —
wszystko to walczy z sobą, jeżeli nie orężem lub
dyplomatycznemi podejściami, to słowem, piórem,
potwarzą, podejrzeniem, intrygą i t. p.
A mimo to, powtarzamy, w gabinetach uczo-
nych, w uczciwej prasie, na katedrach uniwersyte-
tów, w działalności pewnych stowarzyszeń wre ciąg-
le praca, której celem właśnie jest podniesienie
świadomości ludzkiej do wyższego poziomu, a co
za tem idzie i ukrócenia potęgi niebezpiecznych
afektów.
Teorya wyprzedza .zawsze życie praktyczne.
Lekceważona z początku, wsiąka powoli w umy-
słowość ludzką, przekształcając do pewnego stopnia
jej stan, umożliwia urzeczywistnienie rzeczy, uwa-
żanych w stadyum pierwotnem za chimeryczne.
Tak było w przeszłości; dlaczego w przy-
szłości ma być inaczej?
Czas i myśl—to potęgi, które niewątpliwie
zrobią swoje. Niet rzeba więc tracić nadziei. M
ZŁOTE LISTKI.
Panu Bogu i boso służyć można; ale moż-
nym: w butach z wysokiemi podkówkami, aby
piętą wiercić, na łyżwach, aby w lot spełniać ich
rozkazy, i w pantoflach, bo wobec panów cicho
stąpać trzeba.
J. Zamoyski.
Jedno słowo z ust pięknych więcej ma potęgi,
Niżli wielotomowe filozofów księgi.
A. E. Odyniec.
926
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 48
1ELICYA ROMANOWSKA
Rys. ZYGMUNT ANDRYCH1EW1CZ
Teatr, muzyka, sztuki plastyczne.
* Z Filharmonii. Parsifal Wagnera będzie
wykonany na koncercie symfonicznym Filharmonii
w d. 2 grudnia. Obsadę stanowią najwybitniejsi soliści
z Bayreuthu. Parsifalem będzie Eryk Schmedes—Kun-
dry: Felia Litvinne—Amfortasem: Kaschman —Garne-
minsem: dr K. Zawiłowski. Koncert ten wzbudził w sfe-
rach naszych melomanów wyjątkowe zajęcie.
* Towarzystwo Sztuk Pięknych w Krakowie
postanowiło, po zamknięciu wystawy jubileuszowej,
która potrwa do końca grudnia r. b., urządzić wystawę
zbiorową obrazów Józefa Krzesza, wystawę/Tow. „Sztu-
ka,” a następnie kolejno po sobie kilka wystaw dziel
artystów nieżyjących, między innymi: Podkowińskiego,
Simmlera, Maksa Gierymskiego, Kotsisa i Sidorowicza.
Jako premium roczne dla członków wyda Towarzystwo
w chromolitograficznej reprodukcyi obraz Jacka Mal-
czewskiego „Szal artysty." Urzędowe zakupy dzieł
sztuki na wystawie jubileuszowej odbędą się w pierw-
szej połowie grudnia r. b. W dziale Tow. „Sztuka”
niemal wszystkie wystawione obrazy (ogółem było ich
tylko 29) znalazły nabywców prywatnych. Przy spo-
sobności jubileuszu Towarzystwa, zasłużony jego sekre-
tarz, p. Seweryn Bóhm, otrzymał order Franciszka
Józefa, p
* Wystawa ceramiczna w Krakowie. Ruchli-
wy i pełen inieyatywy zarząd Muzeum Narodowego
w Krakowie nie ustaje w doprowadzaniu do skutku swo-
ich zamiarów szerzenia zamiłowania do sztuki we wszel-
kich jej objawach. Po wystawie zabytków cechowych
i retrospektywnej wystawie przemysłu metalowego otwar-
to świeżo w pałacyku Czapskich wystawę starego cera-
micznego przemysłu artystycznego. W pięciu salach pa-
łacyku zgromadzono ogółem przeszło 2,000 okazów
i zabytków od XVI wieku aż do połowy wieku XIX.
Pobieżny przegląd tej wystawy każę zdumiewać się nad
mnogością i historyczno-archeologiczną wartością zgroma-
dzonych tu przedmiotów. Okazuje się, że dzisiejszy
zwrot upodobań w kierunku sztuki stosowanej jest bla-
dem odbiciem tego stanu, jaki panował u nas w XVII
i XVIII wieku, zaszczepiony na wzorach zagranicznych,
a ""dopełniony wzorami swojskiej
twórczości i rodzimego przemysłu.
Krakowska wystawa ceramiczna
mogłaby śmiało stawać do współ-
zawodnictwa z tego rodzaju wy-
stawami zagranicznemi. Mamy
tu cenne majoliki włoskie i per-
skie, dalej salę porcelany niemiec-
kiej, francuskiej i włoskiej, salę
porcelany wiedeńskiej, chińskiej
i japońskiej, salę szkła obcego,
gdzie uderzają nas przepyszne
okazy kryształów weneckich, szkla-
nek i puharów, szklane wyroby
czeskie, angielskie i francuskie,
zdumiewające bogactwem rysun-
kowej ornamentyki. W osobnej
sali pomieszczono wyroby daw-
nych polskich fabryk porcelany,
majoliki i szkła w Korcu, Bara
nówce, Ćmielowie, Lubartowie,
Białotynie, Horodnicy Glińsku
i Belwederze warszawskim. Tło
wystawy jest również niezmiernie
interesujące: wszystkie sale przy-
brano w odpowiedni sposób sty-
lowemi historycznej wartości ma-
katami i meblami, a jedna z sal
urządzoną jest według wzoru
z pałacu hr Kińskych w Pradze
około r. 1820. Dodaje to wysta-
wie niemało wdzięku i orygi-
nalnego charakteru. Cały materyał
zgromadzony na wystawie ce-
ramicznej pochodzi wyłącznie z
Krakowa. Pewnej części dostar-
czyły: Muzeum Narodowe, miej-
skie muzeum techniczno przemy-
słowe i muzeum Czapskich. Wię-
cej niż połowa okazów jednak
jest własnością osób przywatnych
i po raz pierwszy ukazuje się
na widok publiczny. Wystawa
obudziła zainteresowanie za gra-
nicą, a fachowe pisma Antiquitdten Rundschau i An-
tiąuitaten Ztg. poświęciły jej wyczerpujące wzmianki.
Urządzeniem wystawy zajął się kustosz muzeum na-
rodowego Julian Pagaczewski. p
Z SALONÓW ARTYSTYCZNYCH.
* IIwór polski. Z inieyatywy grona artystów
malarzy i architektów powstała rzecz niezmiernie ciekawa
i pouczająca. Zgromadzono mianowicie obfity materyał,
tyczący się dworów polskich pod względem ich achitek-
tury i malowniczości. Zbiory rozpadają się na trzy dzia-
ły. Pierwszy to przegląd retrospektywny dawnych bu-
dowli wiejskich, przedstawiony w rysunkach, szkicach,
starych sztychach i fotografiach, zdjętych z pozostałych
dotychczas zabytków w tym rodzaju. Są tu wizerunki
staroświeckich romantycznych dworców modrzewiowych,
długich, nizkich z zapadłym dachem, odwieczne kolebki
wielu rodów szlacheckich; są małe dworki chudopalskie,
kładzione polską modą na zamek, pod gontem, albo
i pod strzechą, ale są też wspaniałe rezydeneye wielko-
pańskie, murowane zamki i pałace, słynne z ozdobności
swej i bogactw w przeszłości, i takie, które dziś impo-
nują wytwornością swego wyglądu zewnętrznego. Prze-
gląd taki jest tembardziej zajmujący, iż dowiadujemy się
tu, jak piękne dzieła architektury kryją się nieraz gdzieś
po wsiach ustronnych, zdała od szerokich gościńców po-
wszednich wędrówek ludzkich. W dziale drugim groma-
dzono plany i rysunki do nowych budowli. Są tu usiło-
wania wytworzenia własnego oryginalnego budownictwa,
na zasadzie rodzimych pierwiastków struktury i zdobnic-
twa. Więc przedewszystkiem panowie: Józef Witkiewicz,
i Porccyński występują z projektami wytwornych, bardzo
ozdobnych dworów w stylu zakopiańskim. Pan Otto,
artysta rzeźbiarz, daje pełne fantazyi rysunki oparte na
motywach staropogariskiej Słowiańszczyzny; pan Noakow-
ski, architekt i profesor szkoły Strogonowskiej, nadesłał
szereg doskonałych, rdzennie w duchu tradycyi dawnego
polskiego dworu pojętych szkiców, tudzież panowie:
Heurich, Tański, Gawiński i Popowski (model plastyczny)
przedstawili jeszcze ciekawe pomysły swoje, które mogą
być kiedyś z pożytkiem wyzyskane na nowe rezydeneye
wiejskie. Dział trzeci—to dwór polski w ujęciu malow-
niczem. Tu p. Piątkowski ma obraz olejny o pięknym
nastroju, wystawiający dworek wiejski z wizerunkiem
Matki Boskiej, świecącej mistycznie wśród nocnych ciem-
ności. Obraz nosi tytuł: „Pod Twoją obronę.” Dużo
charakteru'posiadają rysunki węglowe p. Antoniego Ka-
mieńskiego; ciekawe są utwory panów: Tańskiego, Ba-
gieńskiego, Kostrzewskiego i Perlego, najbardziej jednak
szczęśliwą w pomyśle jest kompozycya p. Kędzierskiego
„Po parcelacyi.” Stary, niegdyś szeroko otwarty dla
miłych gości dwór wiejski, którego drewniane ściany roz-
brzmiewały'radością i weselem, gdzie rozlegał się śmiech
i huczne toasty, stoi dziś zaniedbany i opuszczony.
Okna ma zabite deskami i zasnute pajęczyną i tylko pod
ścianą krzak zdziczałej róży zakwitł niespodzianie, jakby
Smętne przypomnienie dawnej świetności dziedziców,
których zabrakło po parcelacyi. Cały ciekawy ten ma-
teryał, świadczący o estetyce naszych siedzib wiejskich,
tudzież o stanie tego działu budownictwa, wystawiono
od niedzieli zeszłego tygodnia w Salonach p. Krywulta
przy Nowym Świecie. J.
ZE SZTUKI STOSOWANEJ.
Do najpiękniejszych sposobów ozdabiania gma-
chów publicznych i prywatnych należą witraże, czyli
obrazy, utworzone z mozaiki szkieł barwnych, umiesz-
czanych w oknacli pałaców, kościołów, mieszkań, klatek
schodowych i t. p. Witraż, którego podobiznę podajemy
w numerze niniejszym, znajduje się obecnie na wystawie
Tow. Szt. Pięknych w Warszawie. Zrobiono go w fabryce
Białkowskiego i S-ki w Warszawie (dotychczas jedyny
w kraju) z przeznaczeniem dla pałacu hr. Tyszkiewicza
w Spiczyńcach pod Berdyczowem. Ciekawa ta praca łą-
czy w sobie zarówno zalety artystycznego wykonania,
jako też pięknego, pełnego smaku pomysłu, ilustrującego
(lewa strona witrażu) starodawną legendę treści następu-
jącej: W końcu XIII wieku, podczas zaciętej bitwy
z przemagającą nawałą Tatarów w okolicach dzisiejszego
Berdyczowa,'jeden z przodków dzisiejszych hr. Tyszkie-
wiczów uczynił ślub, że wybuduje na miejscu tej bitwy
kościół, jeżeli wyjdzie cało ze strasznej rzezi. Zaledwie
to pomyślał, 'anioł chwycił go za czuprynę i wyniósł
wysoko ponad głowy zdumionej tłuszczy pohańców.
Gdy jednak hr. Tyszkiewicz o ślubie zapomniał, za karę
ołysiał, a przypomniawszy sobie o przyrzeczeniu, istotnie
kościół" w Berdyczowie wystawił. Prawa strona obrazu
wyobraża właśnie ów wystawiony w Berdyczowie ko-
ściół. Ponad_tem umieszczono obraz Matki Boskiej. Na
zbrojach walczących widzimy herb Tyszkiewiczów, Le-
liwa. Ubiór hrabiego składa się z barw złotej i niebie-
skiej (herbowych hr. T.) oraz delii purpurowej. Dal krajo-
brazu ginie w świetnej fijoletowej perspektywie, k
WITRAŻ BIAŁKOWSKI
927
ATAK NA POZYCYĘ ROSYJSKĄ POD LAOJANEM
Z Dalekiego Wschodu.
Wojna rosyjsko-japońska przedstawia tę
szczególną właściwość — wśród tysiąca
okoliczności, odróżniających ją od wszelkich in-
nych, — że składa się ona z całego szeregu poje-
dynczych kampanii, przygotowanych ze strony
atakującej z niebywałą dokładnością, - rzecz moż-
na: pedanteryą. Ani jednego ryzykownego kroku,
ani jednej fantastycznej zachcianki. Długo, w ci-
szy przygotowywane operacye kończą się olbrzy-
miemi bitwami, po których znów następują cisze,
wieszczące jeszcze potężniejsze burze, cisze, za-
mieniające zajęty teren nietylko że w nieprzy-
stępną twierdzę, lecz i w zagospodarowaną krainę.
Istotnie, można śmiało twierdzić, że Państwo
Wschodzącego Słońca nie straciło dotychczas ani
jednego dnia czasu na bierne czekanie. W ciągu
9-ciu już blizko miesiący zdołali Japończycy poza
akcyą czysto wojenną przebudować kolej od Dal-
nego do Laojanu na wązkotorową, przystępną dla I
sprowadzonych różnych lokomotyw japońskich,
zdołali przeprowadzić na całej linii drugi tor kole-
jowy, po którym kursuje dziennie 30 pociągów
z wojskiem i amunicyą, założyli w Inkou olbrzy-
mie magazyny, zajmujące 100,000 stóp kwadrato-
wych gruntu, wreszcie przeprowadzili kolej żelazną
1’uzan Seul, dzięki której podróż z Tokio do sto-
icy Korei wynosi obecnie—wraz z kilkugodzinnym
Przejazdem parostatkami—zaledwie dwa dni.
Jest to okoliczność nader ważna ze względu
na zabezpieczenie wojsk, stojących obecnie w Man-
dżuryi w razie porażki, oraz ze względu na ewen-
tualną obronę Korei. Gdyby nawet Port Artura
utrzymał się, a flota bałtycka zwyciężyła japońską,
to—dzięki łatwej do ufortyiikowania wyspie Cuszi-
ma, leżącej na wprost Fuzanu w wązkim przesmy-
ku morskim połączenie Japonii z Koreą, a co za
tem idzie z teatrem wojny, nie byłoby, jeszcze
Przerwane. Z Seulu wykończaną jest dalej dro-
ga do Widżu, stąd do Fynchuanczenu i Laojanu.
Z faktu, że obiedwie armie rosyjska i ja-
pońska, używają tej samej linii kolejowej dla spro-
wadzania wojska, że wojna obecna jest właściwie
walką o tę linię komunikacyjną, wynikło jedynie
w swoim rodzaju położenie strategiczne:
W jednym punkcie tej linii, mianowicie nad
rzeką Szacho, skoncentrowano dotychczas z każdej
strony już do 300,000 wojska, a że posiłki napły-
wają nieustannie, grozi to niesłychanem w dziejach
rozlewem krwi, walką blizko miliona ludzi, której
wyników nie byłby zdolny przewidzieć najgenial-
niejszy strategik. I dlatego to zapewne gene-
rałowie Kuropatkin i Ojama czekają, dlatego nie
chcą przyjąć na siebie odpowiedzialności za przy-
szłe wypadki rozpoczęciem bitwy.
W Rusi, w liście do hr. Tołstoja, znajduje się
następujący opis fortyfikacyi rosyjskich pod Muk-
denem:
WILCZE DOŁY urządzane przed fortyfikacyami na
Dalekim Wschodzie.
Każdy fort otoczony jest długim wałem,
w którym ludzie chowają się podczas walki arty-
leryi. Jeżeli pociski zaczną padać do rowu, żoł-
nierze przechodzą podziemnymi korytarzami do
podziemnego wnętrza fortu, gdzie składają pocis-
ki i proch pod dachem z łoziny. W razie ataku
nieprzyjaciela, strzelcy strzelają z ukrycia. Przed
rowami znajdują się „wilcze jamy," t. j. doły, któ-
rych otwór szerszy jest u góry niż na dnie, gdzie
wbite są zaostrzone pale. Przed wilczemi jamami,
które wykopują się w szachownicę, stoją kołki,
oplecione kolącą siatką drucianą. Tu znajdują się
również miny podziemne, fugasy. Ale to jeszcze
nie wszystko. Przed temi przeszkodami leżą wbite
w ziemię drzewa, zwrócone wierzchołkami w stro-
nę nieprzyjaciela, również oplecione drutami kol-
czastymi. Wszystkie te przeszkody zatrzymują na-
padającego i pozwalają na jego wystrzelanie, nim
dobiegnie do rowów. Pomiędzy takiemi forty-
fikacyami stoi artylerya, która broni od szturmów,
biorąc napastników w krzyżowy ogień.
Z Petersburga.
* * Ruś poświęciła artykuł stosunkom ro-
syjsko-polskim, biorąc za punkt wyjścia myśli Swojaka,
wypowiedziane w broszurze p t. „Wobec wojny." „Wo-
limy ściągnąć na siebie sławę niewdzięcznych względem
przyjaciół, aniżeli narazić się na niebezpieczeństwo łącz-
ności z jednem stronnictwem polskiem, zamiast z całym
narodem. Stronnictwo ugodowe to nie nasze, lecz pol-
skie, i dlatego niech stają po jego stronie Polacy, nie
my, choćby program tego stronnictwa był dla nas naj-
sympatyczniejszy. Jeżeli mamy mówić o stosunku do
stronnictw polskich, najważniejszem dla nas byłoby to,
które w pewnej mierze reprezentuje ogół społeczeństwa
polskiego, a więc rzesze ludzi „neutralnych," „obojęt-
nych “ Niech większość polska przyłączy się do ugo-
dowców, lub jeżeli tego nie chce, niech się ich wyrzek-
nie, niech utworzy nowe stronnictwo umiarkowane, lub
wogóle rozsądne, ale niech stanie w stosunku czynnym
do życia bieżącego."
928
TYGODNIK ILLUSTROWANY .Nb 48
szego komentarza
nie wymaga U góry
w powietrzu bujają
alegoryczne figury
klęsk: pożogi, woj-
ny, głodu i zarazy.
U dołu widzimy sto-
sy zabitych i umar-
łych, opustoszałe po-
la, palące się domy
i t. p. Na lewo szu-
bienica. Na prawo
krzyż i gromadka
ludzi w wieśniaczych
strojach z kapłanem
zakonnikiem na cze-
le wznosi do Boga
modły o ratunek. Ar-
tysta nowoczesny
wydobyłby z tego
tematu więcej efek-
tów drastycznych,
starałby się „sięg-
nąć do wnętrza na-
szych trzewiów i za-
targać niemi." Gier-
dziejewski nie prze-
ciąga struny, nie
drażni nerwów, lecz
Nasze ryciny.
F. N. WYGRZYWALSKI: WIEJSCY
politycy —W Gaiicyi i Poznańskiem
polityka przestała być dla chłopa mętnym |
tematem do rozmów, prowadzonych w chwi-
lach wolnych od pracy, lecz weszła w jego
życie, jako czynnik poważny, realny Chłop
jest wyborcą, posiada swoje własne interesy 1
i troszczy się o nie. Typy, przedstawione
przez Wygrzywalskiego, traktowane są nie
humorystycznie, lecz poważnie. Sądząc z
wyrazu twardy mówcy, stojącego na lewo
i wykładającego coś towarzyszom, można
wnosić, że idzie tu o sprawę, która ob-
chodzi go żywo. Jeden ze słuchaczów I
przejął się gorąco słowami sąsiada i wpa-
truje się w niego z wielkiem skupieniem.
Drugi chłop z fajką w zębach słucha
uważnie ale me okazuje wzruszenia. Ko-1
bieta w głębi nastawia ucha, żeby coś i
usłyszeć z rozmowy mężczyzn. Tak się
przedstawia obraz ze stanowiska anegdo-
tycznego. W robocie artystycznej uderza
doskonały rysunek i siła ckspresyi.
GIEBDZIEJEWSKI IGNACY: OD
POWIETRZA, GŁODU, OGNIA I WOJ-
NY. Nie jest to obraz nowy: autor jego
ur. 1825, umarł w 1860 r. Po odbyciu stu-
dyów w Warszawskiej szkole sztuk pięk-
nych bawił pewien czas w Dreźnie, a póź-
niej w Monachium, gdzie poddał się wpły-
wowi słynnych malarzy: Bonawentury Gene-
lego i Maurycego Schwinda, którzy lubo-
wali się w odtwarzaniu scen i epizodów
fantastycznych, zwracając się już to do świata
legend i baśni ludowych, już to do mito-
logii i t. p. Gierdziejewski zasmakował
w tym kierunku, ale nie był ślepym naśla-
dowcą swoich mistrzów, lecz próbował prze-
szczepić fantastyczność na grunt rodzimy,
i wiele jego rzeczy wiąże się ściśle z wie-
rzeniami i gusłami ludu wiejskiego (Dżuma
i Topielec, Strachów żadnych się nie lękaj,
Twardowski rozmawiający z dyabłem, Bo-
lesław Śmiały i Duch św. Stanisława i t. p ).
Obraz, którego reprodukcyę dajemy obec-
nie, znajduje się w Warszawskiem muzeum
miejskiem i jest ilusiracyą do jednego z ustę-
pów modlitwy, zwanej suplikacyami, a śpie-
wanej przez lud chórem po mszy św. Kto
z nas nie słyszał błagalnego hymnu „Świę-
ty Boże," w którym wierni proszą pokornie
Stwórcę, by ich zachował od różnych nie-
szczęść, a między innemi od „powietrza,
głodu, ognia i wojny"! Otóż z tych kilku
prostych, a mimo to wzruszających słów
wysnuł Gierdziejewski swoją kompozycyę,
która przedstawia się tak jasno, że dłuż-
traktuje tragiczny te-
mat ze względnym spokojem. Niema tu
gwałtownych ruchów, kompozycya posiada
charakter symetryczny, harmonijny, a mimo
to obraz ten posiada dużo wyrazu i prze-
mawia do duszy widza wprawdzie językiem
nieco archaicznym, ale szlachetnym i pod-
niosłym.
Kronika.
Z KOŚCIOŁA.
W Tyflisie założone ma być wkrótce se-
minaryum katolickie obrządku ormiańskiego,
w celu kształcenia kapłanów dla czterech
dekanatów ormiańskich, wchodzących w
skład dyecezyi tyraspolskiej. Do tej pory
aspiranci do stanu duchownego obrządku
ormiańskiego otrzymywali święcenia ka-
płańskie w Konstantynopolu. Taki stan
rzeczy uznał J. E. ks. biskup bar. Ropp za
niewłaściwy i, po objęciu rządów dyecezyi
tyraspolskiej, zwrócił się do Stolicy Apo-
stolskiej z prośbą o zezwolenie na otwarcie
seminaryum ormiańskiego w swej dyecezyi.
Uzyskawszy na to zgodę Kuryi Rzymskiej,
rozpoczął J. E. obecnie odpowiednie stara-
nia u rządu, które odnieść mają wkrótce
pożądany skutek. Rektorat nowego semi-
naryum objąć ma ks. Sergiusz Ter-Abraa-
WAGONY Z AMUNICYĄ, CIĄGNIONE PRZEZ KULISÓW, DLA ARMII JAPOŃSKIEJ
mian, wychowanicc kolegium ormiańskiego
w Rzymie, o
PEDAGOGIA.
„Reforma szkolna." Pod powyższym ty-
tułem ukazały się w dużym tomie dwa
pierwsze zeszyty zapowiadanego oddawna
w prasie galicyjskiej organu „Towarzystwa
zreformowanego wychowania i nauczania."
Towarzystwo to postawiło sobie za zadanie
szerzyć wśród ogółu głębsze i szersze po-
jęcie wychowawcze i przygotowywać ogół
do niezbędnej reformy wychowania i nau-
czania Wśród rozlicznych dróg, jakienu
Towarzystwo to dążyć zamierza do zreali-
zowania swych zamysłów, jednym z naj-
ważniejszych jest wydawanie organu włas-
nego. Ogłoszony świeżo tom kwartalnika
„Reforma szkolna," którego redaktorem jest
znany pisarz i nowelista, p. Adam Szymań-
ski, przedstawia typ pisma, dla którego
wzorów szukaćby należało w najbogatszych
literaturach. O wartości zawartego tam ma-
teryału i przyczynków świadczy wyszcze-
gólnienie nazwisk autorów i ich prace:
Chmielowski P. „Początki reformy wycho-
wania za czasów Wielopolskiego," St Wit-
kiewicz „Chrześcijaństwo i katechizm," T
Korzon „O podręcznikach historyi po-
wszechnej T. Korzona" (autoreferat). M. Hor-
nowskiej „Nauczanie religii w polskiej lite-
raturze pedagogicznej," Kanta „O pedago-
gice," A. Szymańskiego „Najlepszy elemen-
tarz świata. Znakomity elementarz Konrada
Prószyńskiego," W. Henri „Stan współcze-
sny pedagogii doświadczalnej, jej metody
i zadania," R. Centncrszwerowa „O współ-
czesnem obu płci kształceniu w Polsce,"
J. Ciembrowicza „Jak zreformować naukę
pedagogiki wscminaryach nauczycielskich,"
A. Szymańskiego „Domy ludowe. Część I,
Pilna potrzeba głębszej oświaty wśród lu-
du," Anieli Szycówny „Przegląd literatury
francuskiej i angielskiej." />.
SPOŁECZNE.
Jak donosi Tydsień piotrkowski, w dniu
23 z. m. we wsi Karowicach zebrani para-
fianie uchwalili jednomyślnie, aby w parafii
nie było żadnych sklepów z trunkami, ani
monopolowych, ani piwiarni, ani karczem-
Uchwałę, wciągniętą do ksiąg gminy, prze-
słano naczelnikowi powiatu Łódzkiego, o.
Zmarły w Baku Płocczanin, ś. p. Witold
Zglenicki, zapisał 5,000 rub. jednorazowo
dla płockiego Tow. Dóbr katolickiej,
15,000 rub. na założenie szkoły rzemieślni-
czej w Płocku, tudzież 2,000 rub rocznie
w ciągu łat dziesięciu, jako subsydyum dla
rzeczonej szkoły. Poza łem zapisał zmarły
dla każdego z miast gubcrnialnych takież
kwoty, o ile starczy sumy spadkowej na
założenie i otwarcie szkól rzermr Mniczo-
artystycznych. Hojny dar otrzymała rów-
WNĘTRZE KOŚCIOŁA W SMARDZEWICACH.
KOŚCIÓŁ W SMARDZEWICACH.
Fot. S. Malinowski.
TYGODNIK ILLUSTROWANY 48
929
ZAKŁAD DLA OPUSZCZONYCH SIEROT IM. FELICYTY ŻUROWSKIEJ.
GRUPA WYCHOWANEK ZAKŁADU IM. FELICYTY ŻUROWSKIEJ W KRAKOWIE.
nież Kasa im. Mianowskiego, na której
rzecz przeznaczył zmarły dochód z połowy
majątku w pow. Bakińskim, z warunkiem,
aby Kasa nie sprzedawała praw swych na
dochód lecz korzystała z niego po wieczne
czasy. Nadto przekazuje ś. p. Zglenicki
Kasie im. Mianowskiego pozostałość fun-
duszu, jakaby się okazała po spieniężeniu
różnych innych posiadłości i praw nabytych
przez zmarłego z tym warunkiem, aby Kasa
wydawała nagrody pieniężne w rodzaju
Nobla za dzieła sławy europejskiej z za-
kresu nauk, sztuk i literatury, o
Księgarnia polska w Petersburgu. Do-
tychczasowy od lat kilkunastu właściciel
księgarni polskiej nad Newą, p. K. Grendy-
szyński, opuszcza Petersburg, a księgarnię
przy ulicy Jekaterynińskiej objęła z dniem
1-go listopada r. b spółka udziałowa, któ-
ra powierzyła zarząd nowej udziałowej
„Księgarni Polskiej" długoletniemu współ-
pracownikowi p. Grcndyszyńskiego, panu
Ferd. Heidcnreichowi. Do spółki przystą-
pili dotychczas: pani Marya Kozielł-Po-
klewska, Wincenty i Stanisław Koziell-Po-
klewscy, Eugeniusz Zieliński, Henryk
Święcicki, Ludomir Dymsza, Bolesław Ja-
łowiecki, Władysław Żukowski, Leopold
Czechowicz, Konrad Niedźwiedzio, Stani-
sław i Konstanty Jastrzębscy, Franciszek
Osiecki, Edmund Nowicki, Paweł Klecz-
kowski, Henryk Nowakowski, Włodzi-
mierz Spasowicz, Gebethner i Wolff. Insty-
tucya ta ma wszelkie widoki powodzenia,
to też niewątpliwie potrzebny jeszcze kapi-
tał będzie wkrótce skompletowany przez
zapisy nowych wspólników. Pełnomocni-
kiem spółki wybrany został na rok pierw-
szy p. Henryk Nowakowski, który wespół
z adwokatem Pawłem Kleczkowskim, nie
szczędził zabiegów dla utrwalenia bytu
księgarni polskiej w Petersburgu, i
Z WARSZAWY.
Ministeryum komunikacyi zatwierdziło
niedawno projekt kosztorysu na budowę
nowego mostu kolejowego na Wiśle. Most
ten, przeznaczony na pomieszczenie dwóch
torów, dla wagonów rosyjskich i zagranicz-
nych, zbudowany będzie przy linii obwo-
dowej obok cytadeli. Długość mostu obli-
czono na 220 sążni, koszt budowy zaś—
n<i 1,700,000 rubli, na co asygnowano obec-
nie 800,000 rub. Po ukończeniu budowy
nowego mostu, co nastąpi przypuszczalnie
Z1* 2‘/2 lat, obecny most służyć będzie wy-
tycznie dla ruchu kołowego, o
W dniu 16-ym b. m. odbyło się w War-
szawie poświęcenie nowego gmachu cen-
tralnej stacyi telefonów systemu „Ceder
grcn.“ Uroczystego aktu dokonał ks. ka-
nonik Chelmicki w obecności przedstawi-
cieli władz, prasy, naczelników instytucyi
finansowych i przemysłowych, inżynierów
miejskich i in o
UNIWERSYTET LUDOWY IMIENIA
Mickiewicza ogłosił sprawozdanie
z działalności swojej w r. 1903/4. Rzut
oka na cyfry tego sprawozdania wykazuje,
że instytucya ta w niedługim okresie swe-
go istnienia zdobyła sobie trwale podwali-
ny bytu i spełnia zadanie swe w szerokim
zakresie, rozszerzając wpływ swój na coraz
szersze warstwy społeczne W r. 1903/4 od
były się w Krakowie 132 wykłady, przy
udziale 23,493 słuchaczów. Oprócz wykła-
dów urządził zarząd 4 wieczorki literackie,
na których prelegenci charakteryzowali zna-
komitych autorów, uproszone zaś artystki
teatru miejskiego odczytywały ich utwory.
Pomysł urządzenia letnich kursów w Zako-
panem w roku bieżącym okazał się bardzo
szczęśliwym i przysporzył towarzystwu do-
chodu, a ideę uniwersytetu ludowego spo-
pularyzował. p
NAUKA.
Ogłoszony w swoim czasie przez radę
gospodarczą warszawskiego Stowarzyszenia
techników z inieyatywy inż. F. Kucharzew-
skiego, konkurs na pracę z zakresu słow-
nictwa technicznego polskiego został obec-
nie rozstrzygnięty. Sąd konkursowy, zło-
żony z pp.: inż. S. Bobińskiego, inż. A
Podworskiego, arch. J. Heuricha, inż. M.
Piechowskiego, inż. H. Kondratowicza, chem.
T Rutkowskiego i inż. Ruśkiewicza na po-
siedzeniu z dnia 14-go b. m. postanowił
przyznać dwie nagrody po 150 rub każda
pp : Adamowi Trojanowskiemu — za pracę
p. t. „Słowniczek przędzalniczy” i Bolesła-
wowi Kamieńskiemu—za pracę p. t. „Wy-
razy techniczne w walcownictwie żelaza
używane.” o
Z RÓŻNYCH STRON.
Wskutek ogłoszonego niedawno prawa
o drukach litewskich złożono obecnie do
głównego zarządu prasy kilkanaście podań
o udzielenie pozwolenia na wydawnictwa
w języku litewskim. Trzy podania od-
niosły pożądany skutek, przyczem jedna
gazeta litewska wychodzić będzie w Peters-
burgu, a dwie w Wilnie. Jedna z tych
ostatnich, pod nazwą Wilniaus Zinios
(Wiadomości wileńskie), redagowana przez
inżyniera Wiłejszysa, wydać ma pierwszy
numer w grudniu r. b. o
Dziennikarstwo galicyjskie przypomniało
znowu sprawę przeprowadzenia kolei prze-
mysłowej z Zakopanego na Świnicę.
Budowa jej staje się teraz bardziej prawdo-
podobną ze względu na obfitość na Świ-
nicy wybornego granitu, który potrzebny
będzie już rychło w wielkiej ilości do śluz
i portów galicyjskich (podobno za 4,000,000
koron!) W sąsiedztwie tych łomów grani-
towych leżą też pokłady rudy żelaznej wy-
sokoprocentowej, surowca zaś, jak wiadomo,
brak bardzo Galicyi. Zbyteczna zaś chyba
dodawać, ile zyskałby na tej linii kolejowej
ruch turystyczny. T
Do Sejmu galicyjskiego zapukano też
między innemi w sprawie katedry <>r-
niiańsko-kntoliekiej we Lwowie. Bu-
dowla ta, bardzo charakterystyczna, sięga-
jąca początkiem swoim wieku XIV, została
skutkiem nieumiejętnych przeróbek silnie
uszkodzona, nie w tym wszakże stopniu,
iżby powrót jej do pierwotnego stanu był
niemożliwy. Według uskutecznionych koszto-
rysów, odnowa pochłonie około 100,000
koron, które mają być zebrane ze skła-
dek. Sejm, ile wiadomo, wyznaczy ze
swojej strony zasiłek w kwocie 20,000 ko-
ron. Niezwykle oryginalny i malowniczy
obok katedry podwórzec kościelny, wyło-
żony płytami nagrobkowemi starych miesz-
czan lwowskich wyznania ormiańskiego,
uledz ma też pewnemu przekształceniu.
Podjęcie całej sprawy zawdzięczać na-
leży ks. arcybiskupowi Józefowi Teodoro-
wiczowi. C
Uniwersytet jngielouski. Statystyka
frckwencyi na uniwersytecie krakowskim
zapisuje z otwarciem zimowych kursów
1816 studentów i studentek. I tak: na wy-
dziale teologicznym 72, prawniczym 655,
lekarskim 153, filozoficznym 662. Na stu-
dyum rolnicze zapisało się 45 zwyczajnycłi
i 51 wolnych słuchaczów, na farmacyę
tylko 4 słuchaczów. Z ogłoszonych pre-
lekcyi ciekawsze są następujące: Doc. dr
Kutrzeba: „Wieś w Polsce pod względem
prawniczym i ekonomicznym od XIII do
XVIII wieku.” Dr Leo „O kredycie pu-
blicznym i finansach związków autonomicz-
nych.” Dr Straszewski: „Filozofia w litera-
turze polskiej XIX stulecia.” Ks. dr Pawlicki:
„O filozofii Herberta Spencera.” Dr Smol-
ka: „Dzieje Polski od drugiego rozbioru
do kongresu wiedeńskiego.” Dr Sokołow-
ski M.: „Historya sztuki średniowiecznej.”
Dr Zdziechowski: „Idee przewodnie . litera-
tury XIX wieku,” St. hr. Tarnowski: „Poe-
ci drugiego rzędu 1822 1863.” Dr Win-
dakiewicz: „Liryka polska od czasów Mic-
kiewicza.” Rektorem uniwersytetu na rpk
1904/5 jest prof. dr Napoleon Cybulski,
prorektorem prof. dr E. Krzymuski, dzieka-
nami: Ks. dr Gromnicki (teologia), dr J. Mi-
lewski (prawo), dr H. Jordan (medycyna),
dr L. Sternbach (filozofia). Ogółem liczy
uniwersytet jagieloński 59 profesorów zwy-
czajnych, 17 nadzwyczajnych, 9 nadzwy-
czajnych tytularnych, 30 docentów prywat-
nych i lektorów. Biblioteka jagielońska
posiada obecnie 269,165 dzieł w 365,432
tomach, oprócz atlasów, rycin i rękopisów.
Muzeum narodowo w Krakowie po-
siada do sprzedania cenne dzieło sztujri,
utwór dłóta zmarłego świeżo artysty-rzeź-
biarza, Mikołaja Brodzkiego, główkę „Plą-
czącego Bachusa” w marmurze kararyjskim.
Dzieło t.', będące zdaniem znawców jedną
z najcelniejszych prac artysty, ofiarował
ś. p. Brodzki na rzecz domu Matejki jako
fant, którego nie wylosowano. Obecnie jest
to dzieło do nabycia za bardzo nizką cenę
300 koron, które będą przelane do fundu-
szu muzealnego, p
Dnia 14-go b. m. obchodził związek ha-
katystyczny w Poznaniu dziesiątą rocznicę
swego założenia. W odpowiedzi na tele-
gramy, wysłane z tego powodu do cesarza
Wilhelma i kanclerza Biilowa, otrzymali
hakatyści od obudwóch adresatów depesze
ze słowami gorącego uznania dla dotych-
czasowej działalności związku. W imieniu
cesarza Wilhelma odpowiedział szef jego
kancelaryi Lucanus, dziękując hakatystom
za prace nad obroną żywiołu niemieckiego
i życząc im gorąco powodzenia w przy-
szłości. Kanclerz Biilow wyraża pragnienie,
aby hakatyści postępowali dalej dotychcza-
sową drogą z ufnością do polityki rządu,
który pie ustanie w popieraniu sprawy nie-
mieckiej na wschodnich kresach państwa.
Fakt ten, będący smutnem świadectwem
ubóstwa kulturalnego, ujawniającego się co-
raz bardziej w życiu i polityce junkrów
pruskich, obejdzie się chyba bez komen-
tarzy. o
Kościół i klasztor św. Anny w Smar-
dzewicach. Na północno-wschodnim skra-
ju gruntów wsi Smardzewicze w gub. Radom-
skiej, wznosi się okazały kościół wraz
z przylegającym do niego budynkiem klasz-
tornym. Do genezy tych budowli przywią-
zane jest następujące podanie: W r. 1620
włościanin, niejaki Wojciech Głowa, wiózł
tędy . drzewo. Nagle woły zaprzężone do
furki stanęły i żadną miarą nie chciały iść
dalej. Rozgniewany tym niezrozumiałym
930
TYGODNIK ILLUSTROWANY Np 48
uporem, Głowa począł biedne zwierzęta tak
zawzięcie smagać biczem, że je oślepił.
Wtedy zrozpaczonemu włościaninowi uka-
zała się w promieniu słonecznym św. An-
na. Woły natychmiast odzyskały wzrok,
a uszczęśliwiony Głowa zrzucił w tem miej-
scu drzewo, ofiarowując je na kaplicę. We
dwa lata później biskup kujawski i pomor-
ski Paweł Wołudzki wystawił o 300 kro-
ków od tego miejsca kościół drewniany
pod wezwaniem św. Anny, wyposażony
potem przez następcę jego, biskupa Macieja
Lubieńskiego, a w r. 1863 biskup warmiń-
ski Stanisław ze Zbączyny Zbąski drewnia-
ny kościół polecił rozebrać, a na jego miej-
scu wystawić murowany. W r. 1726 biskup
Krzysztof ze Słupowa Szembek zbudował
tu klasztor murowany, przeznaczony na
siedzibę o.o. Franciszkanów. Obecnie ko-
ściół nie jest bogaty w kosztowne pamiąt-
ki, które, jak głosi podanie, poginęly w cza-
sie najazdu szwedzkiego w r. 1657 o
SCHRONISKO DLA OPUSZCZONYCH
DZIECI IMIENIA FELICYTY ŻUROW-
SKIEJ W KRAKOWIE.
Wśród wielu zakładów i instytucyi dobro-
czynnych, któremi się chwali Kraków, zwró-
cił odniedawna na siebie uwagę najmłod-
szy w ich szeregu, poświęceniem jednej ofiar-
nej matrony krakowskiej założony i utrwa-
lony, zakład opuszczonych dzieci imienia
Felicyty Żurowskiej. Niedawne są zakładu
tego dzieje. Oto przed dwoma niespełna
laty spotkała p. Żurowska na ulicy bez-
domną dziewczynkę, której stan opłakany,
zupełne zaniedbanie moralne i nędza skło-
niły ją do zaopiekowania się opuszczoną.
W krótkim czasie do tej jednej przybyło
kilka innych dziewczątek, równie biednych,
opuszczonych i zaniedbanych. Pani Żurow-
ska, pozbawioną będąc środków na utrzy-
manie tych dzieci, a odczuwając ich niedolę,
postanowiła odwołać się do miłosierdzia
społeczeństwa i z jego pomocą utworzyć
przytułek dla tego rodzaju opuszczonych
istot. Dzieło, ofiarnie i z poświęceniem
znpełnem szlachetnej inieyatorki podjęte, po-
wiodło się. Odezwa ks. kanonika Bandur-
skiego wzywająca ogół do dania pomocy
p Żurowskiej w jej szlachetnem przedsię-
wzięciu, nie chybiła celu, i oto po dwóch
latach ciężkich początków, myśl pani Żu-
rawskiej przyoblekła się w ciało. W ustron-
Z TEKI HUMORYSTYCZNEJ FR. KOSTRZEWSKIEGO.
NERWY.
— Słuchaj-no ty, jędzo: jak nie przestaniesz mi cięgiem
wymyślać, to cię zaskarżę do sądu!... rozumiesz?!
— To co mi zrobią?... dostanę świadectwo od doktora,
żem na nerwy chora, i basta!...
nej uliczce na przedmieściu Zwierzyniec
stanął domek wzniesiony z ofiar i składek,
postawiony na gruncie, zakupionym przez
obywatelkę p. Józefę Rylską za 16,000
koron, a w nim znalazło pomieszczenie
„Schronisko dla opuszczonych dzieci.” Dziś
w zakładzie znajduje przytułek 72 opuszczo-
nych dzieci lub sierot, przeważnie na ulicy
zebranych, nędzy i zgubie wydartycłi. Za-
kład udziela wychowankom swoim oprócz
przytułku i pożywienia naukę elementarną
w zakresie planu szkół początkowych, nad-
to wychowanki uczą się tu zajęć praktycz-
tycznych, szycia, gotowania sprzątania, haf-
towania, prania i przysposabiają do objęcia
obowiązków służących, szwaczek i hafcia-
rek. Jak dotychczas, humanitarny ten za-
kład nie posiada żadnych funduszów sta-
łych i wydatki swe pokrywa ze składek
publicznych. Celem zapewnienia mu trwa-
łych podstaw egzystencyi utworzyło się
„Towarzystwo opieki nad schroniskiem F.
Żurowskiej,” które wzięło sobie za cel do-
starczanie zakładowi funduszów. Członko-
wie stali płacą 100 koron jednorazowo, |
wspierający 5 koron rocznie. Ten jeden
zgoła niezaopatrzony zakład więcej dobrego
robi dla społeczeństwa od całego szeregu
innych, obfitujących w środki, ale niewłaści-
wie administrowanych. Tu żaden grosz nie
idzie na marne, opłaca się plonem obfi-
tym, a choć pani Żurowska nie wie z dnia
na dzień, co jutro da na obiad swoim pen-
syonarkom, można się spodziewać, że dzieło
jej, zainteresowawszy ogół i zdobywszy
sympatyę, nie upadnie, lecz nadal pomyślnie
rozwijać się będzie. Uroczyste poświęcenie
nowego domu i zakładu odbyło się w dniu
28 z m. />
ZMARLI.
Kazimierz Miczyński, wybitny ziemia-
nin z Nowosandeckiego, gdzie dobrze za-
służonego zażywał imienia, zmarł w swej
rodzinnej Przetakówce. c
Konstanty Pierożyński, radca Namiest-
nictwa galicyjskiego i członek Rady szkol-
nej krajowej, wzorowy urzędnik, prawy oby-
watel, obdarzony talentem poetyckim, prze-
żywszy lat 47, przeniósł się do wieczności
we Lwowie, c
Tadeusz Zadurowicz literat i dzienni-
karz, długoletni współpracownik pism
lwowskich i war-
BERTEAUX.
szawskich, redaktor
głośnego przed kil-
ku laty tygodnika
Trybuna, zmarł w
dniu 12 b. m. we
Lwowie, przeżywszy
lat 42. Ś. p. Zadu-
rowicz był także
przez szereg lat ko-
respondentem pe-
tersburskiego Kraju
ze Lwrowa pod pseu-
donimem Nota. We
lwowskich kołach li-
terackich cieszył się
wielką sympatyą dla
swej uczynności i
zalet charakteru. Fe-
lietony literackie
zmarłego, razem ze-
brane w książce, u-
kazać się mają nie-
bawem staraniem ro-
dziny. p
Stanisław Min-
ter, obywatel ziem-
ski, zmarł w Warsza-
wie dnia 14 b. m.,
przeżywszy lat 53. o
Melchior Danow-
ski, b. obywatel
ziemski z gub. Łom-
rej zadaniem było uregulowanie administra-
cyi publicznej (postanowione w r. 1885),
był na prośbę kolegów pracy mianowany
kawalerem legii honorowej. Deputowanym
jest od r. 1893. Na tem stanowisku był
już generalnym sprawozdawcą budżetu pań-
stwa oraz budżetu wojennego. Cieszy się
wielką sympatyą sfer radykalnych. Posiada
znaczny majątek i jest maklerem giełdy.
ŚWIAT KOBIECY.
Bardzo liczne grupy kobiet saskich
(przeszło 100,000) podpisały pozostawioną
dotychczas bez skutku prośbę o powołanie
na dwór hrabiny Montignoso i przywrócenie
jej praw królewskich.- Dnia 29-go paździer-
nika obchodzono w Paryżu stulecie kode-
ksu Napoleona Pod koniec mowy mini-
stra sprawiedliwości panna Kaufmann, czło-
nek zarządu ligi feministycznej, zawołała
z galeryi: „Precz z kodeksem, który znie-
waża Rzeczpospolitą i ujarzmia kobiety!”
Jednocześnie przedstawicielki różnych pary-
skich towarzystw kobiecych zaczęły rozda-
wać przed gmachem Sorbony odezwy i bro-
szury, protestujące przeciw obchodowi stu-
lecia kodeksu, cw
Polityka.
Najwybitniejsze chwilowo miejsce w „dzie-
jach” politycznych ostatnich dni przypadłe
w udziale Węgrom, wstrząśniętym do głębi
przez ryzykowne przedsięwzięcie hr. Tiszy.
Jak wiadomo, polityk ten, stojący obecnie
na czele węgierskiego ministeryum, miał
w swoim czasie ciężkie przejścia natury ob-
strukcyjnej z izbą budapeszteńską z powo-
du akcyi nacyonalistów, domagającej się
utworzenia oddzielnej armii węgierskiej oraz
znanego rozkazu dziennego cesarza do wojsk.
Krytyczna ówczesna sytuacya, z trudem
przez Tiszę wylatana przy pomocy znacz-
nych bądź co bądź ustępstw, wzbudziła
w nim widocznie myśl zapobieżenia ewen-
tualnemu powtórzeniu się jej w przyszłości,
skoro tylko nastręczy się ku temu jakakol-
wiek sposobność. Środkiem zapobiegawczym
miało być obostrzenie regulaminu obrad
w izbie, za chwilę zaś stosowną uznano
obecną. Aby przygotować grunt dla uła-
godzenia nacyonalistycznej opozycyi, pod-
sunął jej naprzód prezes gabinetu słod-
żyńskiej, zmarl w Białej Siedleckiej, dnia
16-go b. m o
Ze świata.
berteaux, nowy minister wojny we
Francyi, liczy lat 52. W liceum uważano
go za świetnego ucznia. W uznaniu jego
nadzwyczajnych zasług na stanowisku spra-
wozdawcy komisyi cxtra-par1amentarnej, któ-
kie, smaczne i zdawna upragnione cia-
steczko—własną artyleryę dywizyjną dla
honwedów (armia terytoryalna węgierska),
zaprojektowaną przez rząd przy okazyi
nowej ustawy o dwuletniej służbie woj-
skowej. Propozycya ministeryalna, przy-
jęta entuzyastycznic, nie osiągnęła jed-
nak celu, nie chwyciła na wędkę stron-
nictw nacyonalistycznych, które wobec za-
powiedzi zmiany regulaminu zajęły sta-
nowisko wrogie mimo podarunku artyleryi.
Dnia 18 b. m. wieczorem wreszcie osiąg-
nął fisza, mocno co prawda podejrzane co
do swej istotnej wartości, zwycięstwo, izba
bowiem śród wielkiego roznamiętnienia,
hałasu i gwałtu uchwaliła na wniosek posła
Daniela bardzo ostry regulamin prowizo-
ryczny na przeciąg jednego roku, co po-
winno w zasadzie dać jej możność wpro-
wadzenia potem regulaminu stałego, jaki
się będzie większości podobał. Wszystko
zdaje się przemawiać za tem, iż burza,
która w izbie dosięgła wysokiego stopnia
napięcia, przeniesie się, lub już się przeniosła,
na miasto i kraj. Cały szereg posłów ogłosi!
już wystąpienie z liberalnej partyi rządowej,
która głosowała za wnioskiem Daniela.
W Budapeszcie zapowiedziano demonstra-
cye i zgromadzenia protestujące, hr. Tiszę
zdążono już obrzucić na ulicy śniegiem
i błotem, opozycya zaś zapowiada, iż po
ponownem zwołaniu sesyi, którą na kry-
tyczncm posiedzeniu natychmiast reskryp-
tem królewskim odroczono, nie puści wcale
prezesów gabinetu i izby do sali. Wysła-
no też protest do króla z powodu gwałtu
i naruszenia konstytucyi. Wobec podob-
nych objawów pozycya ministeryum i losy
„zwycięstwa” zdają się być mocno nie-
pewne, zwłaszcza iż niedawne dzieje Cis-
litawii pouczają, że w analogicznym przy-
padku, wskutek właśnie bardzo groźnej pre-
syi „ulicy,” up.-.dł gabinet Badeniego, i cof-
nięto już uchwaloną „lex Falkenhayn,” obo-
strzającą radykalnie regulamin. Wszystko
zależy od tego, czy namiętności politycz-
ne w Budapeszcie rozpalą się równic
silnie, jak ongi w Wiedniu. Co do te-
go przesądzać niepodobna, sytuacya wę-
gierska bowiem jest o tyle lepsza, że nie
gra w niej roli ferment narodowościowy-
Sprawa Tiszy jest jednak zła z punktu wi-
dzenia zasadniczego, albowiem pretensyc
do ostrego regulaminu, zapobiegającego ob-
stiukcyi (vide: izba francuska) mieć może
tylko parlament, w którym piastująca dyk-
taturę większość jest naprawdę reprezenta-
cyą większości narodu, t. j. parlament, wy-
brany na mocy głosowania powszechnego
i równego dla wszystkich; w przeciwnym
razie izba jest tylko polem działania dla
stronnictw, z których każde jest tak dobre,
jak inne, nie wiadomo bowiem, które wyra-
ża w istocie wolę przeważającej liczby wy-
borców, wolę ludu.—We Francyi Andre po-
dał się do dymisyi, motywując ją tem, iż
nie chce wywoływać rozłamu w stronni-
ctwach postępowo-rcpublikańskich. Następca
jego został radykalista, deputowany Bcr-
teaux, były makler giełdowy, który jednak-
że doskonale jest obeznany ze sprawami
wojskowemi i uchodzi nawet za powagę
w tym dziale. W roku 1902 referował
budżet wojskowy w izbie. Zapowiedział
on zniesienie systemu denuncyacyi i pod-
danie na przyszłość kontroli nad prawomyśl-
nością oficerów tylko przełożonym. Opo-
zycya nie zaniechała dalszej walki przeciw-
ko rządowi; krążą też pogłoski o możli-
wych jeszcze innych zmianach w składzie
osobowym gabinetu.—Austrya i Holandya
wyraziły zgodę na propozycye Roosevelta,
dotyczącą nowej konferencyi pokojowej’,
Francya nie dała dotychczas odpowiedzi-
Z Austryą toczą się też rokowania o za"
warcie traktatu rozjemczego.
931
KSIĄŻKI I WYDAWNICTWA PGK^ODYCZNG.
KSIĄŻKI POLSKIE.
* M. Srokowski: Epigoni. Powieść.
(Warszawa. Nakładem Alfreda Zonera. 1904.
Str. 163 w 16-ce. Cena rub. 1).—P. Sro-
kowski doszedł do wniosku, że ostatni
przedstawiciele starych rodów, „epigoni,"
morUuri, jako wyodrębnione ogniwa wiel-
kiej całości, mają jakąś tragiczną samowie-
dzę swego upadku. Pomysł autora niezbyt
dojrzał w teoryi, w wykonaniu przeto roz-
winięty jest dość mętnie. Istnieje podobno
w epigonach „tęsknica za czemś, co nigdy
nie wróci, tęsknica zimna i jednostajna,
bez najmniejszego promyczka światła lub
barwy, biała pustka, po której wicher za-
wodzi, przeraźliwa cisza, ogrom." Każdy
ma w' duszy „królestwo ruin, zwalisk, gru-
zów, cmentarzysk i śmiertelnie kamienny
sen o tym gmachu, któremu przeszłość na
imię." „Jest coś wspólnego w tych koń-
czących się jednostkach," wskutek czego
jedna osoba może kochać drugą, chociaż
jej nigdy w życiu nie oglądała. Groza nie-
dalekiego kresu budzi w nich jakoby po-
trzebę gwałtownego użycia, a zarazem lek-
ceważenie dla swego bytu ziemskiego.
Jednostka czuje się do tego stopnia zwią-
zaną z przodkami i tak nie wierzy w przy-
szłość swego rodu, że traci do reszty grunt
pod nogami, wpada w mistyczną jakąś re-
zygnacyę. Teoryi swej nie zdołał autor
potwierdzić akcyą powieściową. Jedną tyl-
ko postać zbudował p. Srokowski oryginal-
nie: jest to młoda dziewczyna, którą autor
obudził do życia uczuć i zmysłów w’ spo-
sób nieco książkowy i nadmiernie wyiu-
bieźniony, ale nie pozbawiony dość subtel-
nej psychologii i śmiałego rysunku. Po-
za tem, fabuła powieści jest banalna i nikła.
Jeden z epigonów, Wyrwicz, po kilkunastu
latach używania rozkoszy w Paryżu, wy-
biera się do swego majątku, Ostrowic.
Po drodze zatrzymuje się we Lwowie, od-
bija przyjacielowi narzeczoną i wyjeżdża
do Wiednia. Postacie, otaczające Wyrwicza,
odmalował autor zręcznie, ale w' charakte-
rystyce ich nie zdobył się na silniejsze tony.
* Tadeusz Jaroszyński: Różni ludzie.
Nowele. (Warszawa. Nakładem Alfreda Zo-
nera. 1904. Str. 188 w 16-ce. Cena rub. 1).
—W panoramie różnych ludzi, którym się
autor przypatrywał, niezmiernie mało zaj-
mowała go anegdotyczna strona ich życia.
Poza faktami, zazwyczaj bardzo pospolity-
mi, a niekiedy nawet tendencyjnie upro-
szczonymi, szuka on owych znaczących
błysków duszy, które ukazują istotę życia
jednostki ludzkiej w świetle pośpiesznem,
ale niez.miernie wyrazistem. Poprzez rea-
lizm akcyi dostrzegamy w dziewięciu se-
ryach „Różnych ludzi" wciąż ten sam nie-
co smutny, to znów gorzki uśmiech autora.
Raz zagląda Jaroszyński w duszę samobój-
ców („Pamiętnik" i „Dla użycia"), aby
uwydatnić, jak błahą i nikłą jest racya
niektórych istnień. To znów odsłania bo-
lesne tajemnice twórczości artystycznej
(.O zachodzie"), albo pokazuje, jakie dziw-
ne kształty przybiera ironia życiowa, ta
wielka ironia, ukryta na dnie wszystkich
niemal czynów naszych, gdy się objawia
W żywotach prostych, roślinnych niemal
(Paweł Gamoń). Jako sceptyk z natury,
nie ufa Jaroszyński maskom ludzkim, spo-
strzega łatwo twarze brzydkie („Esteci"),
Wyczuwa apetyty zwierzęce („Curriculum
vitae“), a w doskonałym obrazku „Tani
obiad" ujawnia przedziwne grymasy bestyi
ludzkiej, która na dnie nędzy stroi się
w świetne dzwonki błazeńskie. Niekiedy
nutora zanadto bawi antyteza, zbyt wielkie
znaczenie przypisuje drobiazgom, osłabiając
przez to barwy i tony swego stylu: ale
metoda taka wynika z natury jego wrażli-
wości, głębokiej, czujnej i subtelnej.
* Michał Synoradzki: Jaksa z Mie-
chowa. Powieść historyczna. (Warszawa.
Nakład synów St. Niemiery, 1904, str. 131
in 16-o. Cena kop. 40).—Kto chce wiedzieć,
jak wygląda trylogia Sienkiewicza w kary-
katurze, niechaj przeczyta „Jaksę z Miecho-
wa." Znajdzie tam wprawdzie karykaturę
mimowolną, ale przez to właśnie dosad-
niejszą i... smutniejszą. P. Synoradzki osnuł
powieść na tle wyprawy krzyżowej księcia
sandomierskiego Henryka—do Ziemi Świę-
tej, w roku 1154. Przeczytał kilka kronik,
powiązał wypadki wątłą nicią miłości Jaksy
do Hanny, jako spiritus mozens akcyi wsa-
dził „czarny charakter"—Stańkę, który rów-
nież kocha Hannę i dla zdobycia jej nie
cofa się przed całym szeregiem nikczem-
nych zdrad; dodał następnie słaby opis
wjazdu krzyżowców do Konstantynopola
i jeszcze słabszą historyę ich walki z Sara-
cenami i—powieść gotowa. Gwoli delikat-
nej charakterystyki epoki, pokazał nam p.
Synoradzki w zakończeniu cud: oto w tur-
nieju pojedynkowym Jaksy ze Stańkiem,
pod murami Jerozolimy, „sąd Boży" roz-
strzyga się tak, iż w stanowczej chwili pio-
run uderza w Stańkę... W calem opowiada-
niu nie zdobył się autor ani razu na obraz
żywszy, postać plastyczną, sytuacyę zajmu-
jącą, język indywidualny. Pomimo wysił-
ków archaizowania, gawęda to szara, bez-
barwna, napisana bez stylu i talentu.
* Gr. F.—t: Jak poznać charakter
człowieka! Szkic popularno-naukowy, z 36
rysunkami Z trzeciego wydania przełożył
i wstępem poprzedził Mieczysław Rości-
szewski. (Warszawa. Nakładem A. Dubow-
skiego, 1905, str. 156 in 16-o. Cena kop. 90).
P. Mieczysław Rościszewski założył fabrykę
książek dla domowego użytku, fabrykę
z produkcyą niezmiernie obfitą. W ostat-
nich czasach nauczył publiczność polską, jak
się ma zachować w każdej życia okazyi
„pani domu," jaką winna być „panna doro-
sła w rodzinie i społeczeństwie," jak ludzie
„chcący się podobać" winni prowadzić roz-
mowę, jak trzeba pisać listy, jak uczyć się
na pamięć różnych rzeczy i t. p. Wszystkie
te podręczniki skombinowane pośpiesznie ze
źródeł obcych, obliczone są na pokup u szero-
kich warstw ogółu, tych warstw, co już prze-
stały badać senniki egipskie, a nie nauczyły
się jeszcze myśleć samodzielnie. Do tej
samej kategoryi należy nauka: „Jak poznać
charakter człowieka?" P. Rościszewski prze-
łożył ją z niemieckiego i próbuje wmówić
w czytelnika, że mu daje do ręki książkę
„popularno-naukową." Autor, jak każdy
dyletant, usiłowania uczonych poczytuje za
pewniki naukowe, tłómacz zaś, w pogoni
za sensacyą, przyklaskuje mu chciwie.
Książka p. Gr. F—ta nie zawiera żadnych
nowych szczegółów, ani uogólnień; stanowi
jednak dość zręczną kompilacyę utartych
już, pseudo-naukowych wskazówek fizyogno-
miki, frenologii i chiromancyi.
PRASA POLSKA.
Okólnik rolniczo - handlowy: „Handel
i sklepikarstwo w spółkach włościańskich"
(referat p. Stefana Jankowskiego, wypowie-
dziany na posiedzeniu sekcyi rolnej w dniu
11 stycznia r. b.). — Tygodnik Polski:
„Garść spostrzeżeń z siedzib letnich" przez
L. V. J. — Niwa Polska: „Nasze społecz-
no-filantropijne instytucye. I. Wydział wy-
szukiwania pracy przy W. T. Dob." przez
Józefa Muklanowicza. — Naokoło świata:
„Miasta Dalekiego Wschodu. I. Charbin"
przez d-ra Antoniego Grosglika.—Wszech-
świat: „Morski początek życia zwierzęcego"
przez d-ra Feliksa Przypkowskiego.—Ogni-
wo'. „O wynalazkach niedonoszonych" przez
S. Kramsztyka.—Gazeta Domowa: „Chopin
i George Sand" przez E. Hubbarda. —
Wędrowiec: „Na pochyłości." — Prawda:
„Klucz Wschodu" (szkic historyczny) przez
W. Sieroszewskiego.—Przegląd Tygodnio-
wy: „Na piasku" (odpowiedź na pytanie:
dlaczego najtrafniejsze u nas pomysły nie
dochodzą do skutku)? — Biblioteka War-
szawska (listopad): „Filozofia spółczesna
w Polsce w końcu XVIII i początku XIX
wieku" przez Stefana Czarnowskiego; „Prze-
miany" (powieść) przez Kazimierza Zdzie-
chowskiego; „Jean Lahor" (dr Henry Ca-
salis, dokończenie) przez Adama Krasiń-
skiego; „Senae Triplices" (Uwagi o sztuce
syeneńskiej i florentyńskiej z powodu „Sie-
ny" Kazimierza Chłędowskiego) przez prof.
Jana Bołoza-Antoniewicza; „C. A. Sainte-
Beuve“ (człowiek i dzieło) przez Wł.
Jabłonowskiego. — Knryer Warszawski:
„Duch nowożytny" przez Jana Bezziemi;
„Nasza ankieta." — Goniec Wieczorny:
„Formalności przy zakładaniu fabryk i war-
sztatów" przez Mak.—Gazeta Handlowa:
„7. dziedziny sztuki" przez Scholasticusa —
Gazeta Polska: JL Mandżuryi" przez Mie-
czysława Jankowskiego.
ANGLIA.
* Siedemdziesięcioletni A. C. Swinburne
ogłosił nowy zbiór swych poezyi p. t.
A Channel Passage and other poems.
Znakomity poeta nie zestarzał się duchem:
zawsze jest tym samym, wiecznie młodym,
płomiennym lirykiem, jakim zna go Anglia
od lat pięćdziesięciu. Nie osłabła w nim
wcale potęga uczucia, siła wyrazu, przepych
obrazów i stylu. W najdłuższym poemacie
książki „The Altar of Rightousness" wy-
kłada Swinburne przemiany, jakim uległa
idea sprawiedliwości we wszystkich for-
mach religijnych.
* Ostatni romans fantastyczny H. G. Well-
sa p. t. The Food of the Gods and How
it came to Eai th cieszy się wielkiem powo-
dzeniem w Londynie. Wykazał tu Wells
jeszcze większe, niż w romansach poprzed-
nich bogactwo wyobraźni. Autor opowiada
pełną niespodzianek, bardzo zabawną hi-
storyę dwóch olbrzymów’ (każdy ma 40
stóp wysokości), którzy są niejako symbo-
lami wielkich marzeń ludzkości. Olbrzymy,
dążąc do harmonii powszechnej, walczą
z pigmejami, którzy usiłują bronić złych
praw. Walka ta jest symbolem zmagania
się idei wolności, światła i sprawiedliwości
z siłami niewolnictwa, przemocy i fawory-
tyzmu.
* Nowe książki. B. Spencer i F. J. Gil-
len The natwes Tribes of central Austra-
lia.—Ci sami autorowie: The northern Tri-
bes of central Austi alia.—W. Barry He-
ralds of Rezolt.—A, A. Jack „Shelley, an
essay."—Morris The Pagarfs Progress.—
G. Goddard Kin: Comedies and Legends
for Marioncttes.—J. Walker: The Silences
of the Master.—Miss A. Repplier: Compro-
mises (studya kiytyczne).—F. Starr: Rca-
dings from Modern Mexican Authors.—
F. W. Me Vey: Modern Industrialism.—
L. Gowans: Best English Poems.—Lillian
S. Hyde: Faworite Greek Myths.
* Czasopisma. W amerykańskim Re-
vtcw of Reuiews znajdujemy artykuł „Wal-
ka ekonomiczna pomiędzy Polakami a Niem-
cami." Autor opiera się na informacyach
Przeglądu polskiego.-—W Ouartcrly llcziew
p. M. H. Dziewicki, lektor języka angiel-
skiego przy uniwersytecie Jagielońskim,
pomieszcza artykuł o „Narodzie polskim."
— W new-jorskiem czasopiśmie Forum
Ossian Lang zdaje sprawę z sekcyi wycho-
wawczej na wystawie w' Saint-Louis.—He-
niów of Beziews (londyński) drukuje pracę
W. Lutosławskiego o „Rzeczypospolitej Pol-
skiej."—Brander Matthews charakteryzuje
w North Amei ican Hcidew literaturę przy-
szłego wieku; autor przepowiada dwa w niej
główne kierunki: pogłębienie ducha nauko-
wego i szersze uwzględnienie ruchu demo-
kratycznego.
FRANCYA.
* Nowe książki. C. de Coynart: Les
malheurs (Punc grandę danie sous LouisNY
(historya hrabiny de Montboissier). — Pani
M. d’Albert: liobert Schumann (o jego
dziełach fortepianowych)—H. Pellier: La
philosophie de Ticior Hugo. — J. Kont:
Un poite hongrois: Jean Arany. — M.
Vaucaire: Le masąue de sablc (histoire
vćritable du Grand Sphinx).—Saint-George
de Bouhćlier: Des passions de 1’amour
(powieść).—E. Haraucourt: Les Benoit (ro-
mans). — A. Lichtenberger: Les Centaures
(powieść). Noris: Ames Neuzes (romans).—
G. Weill: Histoire du motwement social
en France (1852—1902).—H Gutjahr: La
Suisse intime.
* Czasopisma. Paryski Bulletin polo-
nais drukuje rozprawę Gabryela Sarrazina
o życiu i pismach Juliusza Słowackiego.—
W czasopiśmie La Renaissance Latinc
znajdujemy ciekawy artykuł Henryka Bor-
deaux p. t.: „Balzac et M-me de Hańska."
—J. Renaud pisze w Grandę Remie o tea-
trze Szekspira we Francyi. -— W Nounelle
lleuiie Marceli Dumoret podaje ciekawe
dane o chorobie snu w Ugandzie; w ciągu
osiemnastu miesięcy umarło z powodu niej
20,000 osób.—F. Brunetiere roztrząsa w Re-
vue des deux mondes dzieła Ronsarda —
W liczne de Paris P. Guiraud oblicza lud-
ność starożytnej Grecyi.
SKANDYNAWIA.
* W Kopenhadze, (nakładem Gyldendala)
wyszła z druku powieść Troens magt (Po-
tęga wiary) Johana Bojera, autora wielu
romansów społecznych. Temat przypomina
nieco sprawę Dreyfusa. Stary, szanowany
we wsi chłop wierzy w zbrodnię, o którą
niesłusznie posądził innego. Wypowiedział
najpierw kilka luźnych zdań do sąsiadów,
potem zaczyna je rozwijać szczegółowo,
wreszcie stawia formalne oskarżenia u sę-
dziego śledczego. Cala wieś dzieli się na
dwa obozy, co jeszcze bardziej rozzuchwala
oskarżyciela. W obronie oskarżonego staje
syn oskarżyciela, ale nie może świadczyć
w sądzie, gdyż choroba zwala go z nóg.
Sprawa staje się bardzo jasną dla sędziów,
tembardziej, że oskarżony, dla obrony swej,
w ostatniej instancyi popełnia fałszerstwo
tak widoczne, że opuszcza go własna żona.
Sąd wydaje bardzo surowy wyrok; jedyny
świadek, któryby mógł powiedzieć prawdę,
umiera; oskarżycielowi sumienie żadnej winy
nie wyrzuca. Ale przesilenie moralne, które
przeszedł, zmienia go do gruntu: jest teraz
lepszy, mniej brutalny. Na bankiecie, który
na jego cześć wydają sąsiedzi, aby mu wy-
nagrodzić niesłuszne posądzenia, proponuje
składkę na rzecz dzieci skazanego. W ro-
dzinie jego płynie życie spokojne, serdeczne.
Autor rozwinął psychologię uczuć swych
bohaterów z wielką subtelnością, i pokazał
przedziwne oddziaływanie złudnej sprawied-
liwości ludzkiej. Książka posiada znaczne
zalety literackie.
932
TYGODNIK ILLUSTROWANY N<> 48
OD REDAKCYI.
Każdy prenumerator „Tygodnika
illustrowanego* w r. 1904 otrzyma
bez żadnej dopłaty
□la uniknięcia zwłoki w odbiorze
„Tygodnika" prosimy uprzejmie o
wczesne nadsyłanie prenumeraty,
ze względu zaś na potrzebę wczesne-
go przygotowania opraw na książ-
kowe dodatki, prosimy, dla unor-
Potop tomów powieści
ŁY°łody \ć> SIENKIEWICZA
(co miesiąc tom)
tomów
oraz I V
IZ. DZIEŁ POPULARNYCH
(co miesiąc tom)
czyli ogółem (co miesiąc 2 tomy)
TOMY ROCZNIE
Biblioteki powieści
i dzieł popularnych
NADTO
mowania nakładu, o wczesne nad-
syłanie zamówień. Oprawa dodat-
ków nie podnosi kosztów przesyłki.
Życzący sobie otrzymać premium koloro-
we na wałku zechcą nadesłać na koszt
opakowania kop. 25.
NADESŁANE.
randr ńx
Wystawa Powszechna 1900 r.
KOLOROWE PREMIUM
ARTYSTYCZNE
oraz przy każdym numerze, nie zawierają
cym dodatku książkowego,
ARKUSZ POWIEŚCI
TŁÓMACZONEJ.
Na oprawę 12-tu tomów Pism Sienkiewi-
cza w roku bieżącym dołączać należy rb. 2;
oprawa 6 tomów kosztuje rub. 1, oprawa 3
tomów 50 kop. Ozdobna oprawa 12 tomów
dzieł popularnych wynosi także rb. 2, opra-
wa 6 tomów rub. 1, oprawa 3 tomów 50 k .
Oprawa wszystkich 24 bezpłat-
nych dodatków wynosi rb. 4, opła-
cane rocznie, półrocznie lub kwar-
talnie.
W IV-ym kwartale r. b. otrzymu-
ją prenumeratorowie „Tygodnika il-
lustrowanego" w 6-ciu dodatkach
bezpłatnych:
„Historyę ruchu
kobiecego**
w opracowaniu J. Okszy, jeden tom.
„Życie artystyczne
ludzkości**
Alfonsa Roux (z illustracyami)
w przekładzie J. Lorentowicza, jeden tom.
„Pan Wołodyjowski**
Sienkiewicza, 4 tomy.
Nadto premium kolorowe
TEODORA AXENTOWICZA p. t.
„Zaczytana,“
będzie rozesłane w ciągu listopada
r. b. wszystkim prenumeratorom.
Sebethner i Wfl w~
fortepiany,
g Pianina, Organy
N Krakowskie-Przedm. 17.
Modne małżeństwo.
— Ale ja go nie kocham, mamo...
— To nic nie szkodzi—on jest jedyna-
kiem, a jego ojciec jest bardzo bogaty.
— Ale jego ojciec jest wdowcem i bar-
dzo łatwo być może, że się ożeni po raz
drugi.
— A prawda, masz słuszność... to lepiej je-
żeli wyjdziesz za... ojca Pćlc-Mćle.
Zatwier. przez Ministr. Skarbu
WIECZORNE PÓŁROCZNE
KURSY HANDLOWE
Gust. Chwat-Czyoskiego
profesora szkół handlowych
7PnclriP w P°nieclziałki, środy i piąt-
Z.CI10K 1C ki od godz. 5 do 7 wiecz.
moc|z;o wtorki, czwartki i soboty od
IIiębKIC g do 10.
Programy bezpłatnie NOWY-ŚWIAT Nr 4.
PASTILLES
DE
INDIEN
GRILLOM
Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF
Czemu niema takiej... bajki.
— Mamusiu, ty mi zawsze opowiadasz
takie bajki, w których bogaty, piękny ksią-
żę bierze za żonę ubogą dziewczynę. Cze-
mu ty mi, mamusiu, nie opowiesz kiedy ta-
kiej bajki, w której młody porucznik żeni
się bez... posagu? Fliegende Blatter.
EGZYSTUJE OD 1874 ROKU
ZEGARMISTRZ
Słynna ze swych własności anty-
septycznych i aromatycznych.
Do nabycia wszędzie.
Nic bidzie go nudziła
— Moje drogie dziecko, wracam właśnie
z biura asekuracyi, gdzie na wypadek mo-
jej śmierci zabezpieczyłem dla ciebie 50,000
franków.
— O jakiś ty dobry, jaki kochany!., teraz
już nie będę musiała powtarzać ci aż do
znudzenia: „Uważaj na siebie, nie zaziębiaj
się!" Petit Parisien.
Owoc przeczyszczający
PRZECIW
OBSTRUKCYI
We wszystkich składach aptecznych i aptekach.
TOWARZYSTWO UDOSKONALONEJ PERFUMERYI
A.RALLET&C? Dostawcy Dw.
= WARSZAWA, ULICA WIERZBOWA Nr. 7
|5| MARSZAŁKOWSKA jfil
Telefon 2NI1S
Chronometry i zegarki precyzyjne. Duży
wybór słynnej fabryki genewskiej (złotycli
i srebrnych).
Patek, Philippe & C. w Gene-
wie i Ch. E. Tissot w Loele
Repetyery kieszonkowe, chronometry
doktorskie; kieszonkowe budziki bardzo
praktyczne i trwałe, srebrne i stalowe. Ze-
gary stołowe, gabinetowe, ścienne budzi-
ki etc. -Łańcuchy i dewizki męskie
i damskie, złote, srebrne etc.
Wybór ogromny, Ceny umiarkowane,
Gwaraneya poważna.
Grzeczna odmowa.
— Pożycz mi luidora.
— Bardzo chętnie, tylko wrócę z Lon-
dynu.
— A kiedy jedziesz do Londynu?
Na ślub mojej kuzynki Janiny.
— A kiedy jej ślub?
— O, to jeszcze nie tak prędko: ona ma
dopiero 11 lat. Pelc Mele.
LEKARZ DENTYSTA
A. ZAWADZKI
Marszałkowska 108, róg Chmielnej.
POLECA: PERFUMY, MYDŁA, WODY KOLOŃSKIE
„WRZOS”
Do nabycia
w Perfumeryach
i Składacli Apt.
Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów
Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF
Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się.
JloaBoJieno IJeiiaypoio, Bapmana, 3 Hoaópa 1904 rofla.
Tom 11 Biblioteki popularnej, zawierający dzieło: „Życie artystyczne ludzkości", dołącza się do niniejszego numeru.
•Nb 49
Ogólnego zbioru Nr 2,352
3 grudnia (20 listopada) 1904 roku
Tygodnik Illustrowany
NAPOLEON I
LITOGRAFIA CARPIERE’A
Ze zbiorów Eugeniusza Phulla
934
„CHŁOPI” REYMONTA.
1
Chłop w literaturze polskiej przechodził
różne koleje. Początkowo był to raczej
dekoracyjny motyw, niżeli człowiek. Malow-
niczy kostium, odrębność gwary i obyczajów,
naiwność poglądów na życie — wszystko to
razem sprawiało wrażenie czegoś nowego,
egzotycznego prawie i nęciło zarówno auto-
rów, jak i czytelników, oraz widzów teatral-
nych.
Zwłaszcza długo utrzymał się chłop
w tym charakterze na scenie, gdzie błyszczał
w dziarskim tańcu lakierowanemi cholewami
butów, dzwonił pasem z kółeczkami, bawił
oko barwną sukmaną, czy kierezyą, śpiewał
ochocze wyrwasy, lub sentymentalne piosenki,
i wygłaszał „zabawne," albo szlachetne fra-
zesy. Pod wpływem realistycznych prądów
w piśmiennictwie porcelanowy kmiotek pier-
wotnej doby zbliżył się więcej do rzeczywi-
stości, ale szablonowa dekoracyjność typu
„Wesela w Ojcowie" pozostała na długo ży-
wiołem zasadniczym w sztukach, odtwarzają-
cych rzekomo życie ludu.
Drugim poważniejszym czynnikiem, który
dołączył się do dekoracyjności, były pewne
teudeneye moralne i społeczne, wplatane nie-
kiedy dość zręcznie we wzorzystą tkaninę
scenicznego obrazu. Próby charakterystyki
czysto psychologicznej z usunięciem zewnętrz-
nego szychu dekoracyjnego na plan drugi,
należą do czasów najnowszych.
W powieści ewolucya motywów, czerpa-
nych z życia chłopskiego, odbywała się w spo-
sób, mniej więcej podobny, z tą różnicą, że
romansopisarze, nic potrzebując się z natury
rzeczy troszczyć o kolorowe kostiumy i lśniące
podkówki, zaczęli kłaść wcześniej nacisk na
duchową stronę przedstawianych figur i sy-
tuacyi.
Ponieważ bieg dziejów wysuwał chłopa ,
naprzód i zniewalał inteligencyę do zajęcia się
jego znaczeniem i rolą społeczną, więc — na-
wet w utworach pozbawionych tendencyjnego
zabarwienia — traktowano lud z pewnego
specyalnego stanowiska, wybierając i akcentu-
jąc silniej te zwłaszcza momenty życia wiej-
skiego, które budziły w duszy autorów, a po-
średnio i czytelników, mocniejszą reakcyę prze-
ciwko obojętności ogółu na losy i charakter
włościan.
Wchodzić w szczegółowy rozbiór tych
dzieł, wyróżniających się niekiedy pierwszo-
rzędnemi zaletami artystycznemi, nie mamy
zamiaru, zaznaczymy tylko, że Reymont, bio-
rąc się do opracowania tematu ze sfery ludo-
wej, nie idealizował życia i charakterów chło-
pów w sposob właściwy epoce dawniejszej,
ani też nie rzucał społeczeństwu w twarz
lirycznych skarg i gorzkich protestów, lecz
wybrał odmienną drogę. Odtworzył on świat
chłopski nie ze stanowiska wyrafinowanego
„inteligenta," patrzącego na lud przez pry-
zmat pewnych teoryi społecznych, czy aspira-
cyi uczuciowych, lecz ze stanowiska samego
chłopa. Nie wydawał sądów i nie sugestyo-
nował pomiędzy wierszami jakichś postulatów,
nie wskazywał specyahiie palcem tego, lub
owego, co należałoby ze względu na dobro po-
wszechne usunąć lub zmienić, lecz wszedł po-
prostu w samo jądro życia chłopskiego i przed-
stawił je w niebywałej dotychczas plastyce
i pełni. Dzięki takiej metodzie, popartej
olbrzymim talentem, powieść Reymonta stała
się do pewnego stopnia unikatem, gdyż nikt
przed nim w podobny sposób nie traktował
tego właśnie przedmiotu.
Ze słów naszych nie należy wyciągać
ujemnych wniosków co do działalności wszyst-
kich poprzedników Reymonta: każda metoda
i każde stanowisko jest dobre, skoro opiera
się na szczerych potrzebach ducha i odpowia-
da naturze danego talentu.
w X-
*
Jeżeli w powieści naszej z ostatniej do-
by Żeromski jest najwybitniejszym reprezen-
tantem nastrojowości lirycznej, to Reymont
nie ma równego sobie, jako przedstawiciel
typu twórczości epiczno-plastycznej.
Otóż niepodobna zaprzeczyć, że w pier-
wotnem a ujętem w pewne skrystalizowane
od wieków formy życiu chłopów można zna-
leźć o wiele więcej elementów epickich w sze-
rokim stylu, niżeli w gorączkowem życiu inte-
ligencyi wielkomiejskiej, która, zerwawszy ze
staremi tradycyami, nie zdołała wytworzyć
sobie nowych, karmi się więc wrażeniami
chwili, wiecznie niespokojna, zdenerwowana
i łaknąca nowych bodźców i wzruszeń. Prze-
czytajmy jednym ciągiem „Próchno" Berenta
i „Chłopów" Reymonta, a zobaczymy, jak róż-
nica obrabianych motywów odbiła się na stylu
i charakterze utworów.
Dzieło Berenta składa się z szeregu wy-
razistych scen, epizodów, momentów, oświetlo-
nych niepokojącymi płomykami, których blask
pozwala nam zapuścić ciekawe oko do wnę-
trza dusz, rozbitych przez wiry nowoczesnej
cywilizacyi; powieść Reymonta płynie silnie,
lecz równo, niby potężna rzeka wśród staro-
dawnych lasów i wzgórz, chlebodajnych pól
i wonnych łąk. Są chwile, w których fala
wzbiera wysoko i bije z gniewnym pomru-
kiem o brzegi, ale główny nurt rzeki nie opu-
szcza łożyska, wyżłobionego przed wiekami.
Ostatni utwór Reymonta—to obraz życia,
które, zmieniając się w szczegółach, pozostaje
jednak i w zewnętrznych formach, i w we-
wnętrznej swojej istocie jednakicm i stałem.
* «
-ję.
Autor, który w początkowych swoich
pracach pozwalał pojedynczym figurom i epi-
zodom rozrastać się nadmiernie kosztem ca-
łości, stworzył tym razem dzieło, mogące słu-
żyć za wzór syntezy artystycznej. A osiągnął
ten rezultat środkami bardzo prostymi; ale
środki proste, jak wiadomo, to nie znaczy
bynajmniej środki łatwe.
Przedewszystkiem — jak zaznaczyliśmy
wyżej — starał się Reymont patrzeć na świat
chłopski oczyma chłopa. W pracy mniejszych
rozmiarów, odtwarzającej jakiś nastrój, czy
scenę, nie byłaby to rzecz trudna dla autora,
obdarzonego intuicyą i darem spostrzegaw-
czym. Nie zapominajmy jednak, że „Chłopi"
to dzieło zakrojone na szeroką skalę i ogar-
niające nie poszczególny moment, lecz cało-
kształt bytu włościańskiego. Takiego utworu
niepodobna utrzymać w tonie „chłopskim,"
opierając się na jednej nucie czy to naiwnego
komizmu, czy bolesnego tragizmu, bez fałszo-
wania nietylko rzeczywistości, lecz i proporcyi
artystycznej. Otóż Reymont osiągnął niezwyk-
łą jednolitość stylu i nie popadł mimo to
w monotonność, gdyż traktował chłopa nie
jako interesującą abstrakcyę psychologiczną,
lecz jako jedno z ogniw w łańcuchu życia
naszej przyrody. Bohaterami powieści są nic-
tylko ludzie, lecz i słońce, powietrze, rośliny,
zwierzęta, a zwłaszcza i przedewszystkiem
ziemia, z którą chłop zrósł się i którą uko-
chał, jako swoją karmicielkę.
Ziemia wraz z całą przyrodą przechodzi
przez zmiany, powracające peryodycznie, a zwią-
zany z nią żywot chłopa stosuje się do tych
przekształceń. Stąd wynikł prosty i naturalny
podział powieści na cztery części, odpowiada
jące czterem porom roku.
Autor zaczyna od jesieni. Z pól sprzą-
tają resztę darów ziemi i sypią w jej rozdarte
żelazem łono zaczątki przyszłych zbiorów.
Robota wre: „wóz zaturkotał, albo pług zgrzyt-
nął o kamienie... to włóczono rolę, i tuman
szarego kurzu podnosił się za bronami, wy-
dłużał i pełzał aż na wzgórze, i opadał,
a z pod niego, niby z obłoku, wychylał się
bosy chłop z gołą głową, przewiązany płach-
tą — szedł wolno, nabierał ziarna z płachty
i siał ruchem monotonnym, nabożnym i bło-
gosławiącym ziemi..."
W porze gwałtownych i absorbujących
zajęć rolnych, chłop nie ma czasu zajmować
się sprawami osobistemu ziemia go trzyma na
uwięzi. Trzeba nietylko orać, siać, bronować,
ale i sprzedawać na jarmarku to, co się uro-
dziło, a kupować to, czego brak, i przygoto-
wywać się do przebycia zimy.
Im' bliżej zimy, tem bardziej chłop unie-
zależnia się od tyranii ziemi, zapadającej w sen
głęboki, i tem więcej zaczyna żyć życiem włas-
nem, wewnętrznem.
.„Zima toć szła,— powiada autor — naród
oderwał ręce spracowane od matki ziemi, to
i podnosił przygięte karki, podnosił zafraso-
wane dusze, prostował się, rozrastał i równał
jeden z drugim w wolności, w odpoczywaniu
i w tej myśli swobodnej, że każdy człowiek
widniał z osobna i wyraźnie — jako ten bor,
z którego nie wydzielisz drzewin latem, ko
w jednakim równo zielonym gąszczu stoi
przywarty do rodnej ziemi, a niech jeno śnieg
spadnie, ziemia się przysłoni, a wnet każde
drzewo dojrzysz z osobna i w ten mig r°zC
znasz: dąbek li to, grabek li to, osiczyna
li to."
IGNACY MATUSZEWSKI.
935
Z GALERYI WODZÓW
NAPOLEOŃSKICH
Hr. DROUOT
Ks. JÓZEF
CAMBRONNE
Ks. MURAT
Gen. GOURGAUD
LITOGRAFIA CARRIERE’A
Z ROKU 1835
Ze zbiorów Eugeniusza Phulla
BONAPARTE.
Wszechmogący, nieśmiertelny Boże,
Któryś dał władzę nad Syryą Ha-
zaelowi i uczyniłeś królem Izraela Jehu, obja-
wiwszy im swoją wolę głosem proroka Elia-
sza; Któryś za pośrednictwem proroka Samuela
dał pomazanie królewskie głowom Saula i Da-
wida — zlej przez ręce moje skarby Twych
łask i błogosławieństw na sługę Twego, Na-
poleona, którego mianujemy dzisiaj w Twem
Imieniu cesarzem."
Oto formuła, którą Papież Pius VII wy-
powiedział lat temu sto—2 grudnia 1804 r.—
Rad głowami Napoleona Bonapartego i Józefiny
Tascher w katedralnym kościele Notre-Dame,
w mieście, które odrzuciło 15 lat przedtem
wiarę chrześcijańską, ogłosiło religię Rozumu
* zdeptało we krwi królewskiej monarchię.
A były porucznik armii zamordowanego
króla, zwycięski generał wojsk Rewolucyi,
człowiek, którego wielki szeryf Mekki nazywał
»protektorem Kaaby," a Papież—swoim „dro-
gim synem," od lat czterech właściwie już
Samowładny pan i prawodawca Francyi, wziął
z iiłk Piusa VII podaną mu koronę i sam wlo-
ty! ją sobie na głowę, sam ukoronował potem
sWoją żonę.
Chwila ta była zapowiedzią epoki, nie
widzianej w dziejach świata od czasów Kaiola
Wielkiego. Odtąd przez lat osiem losy więk-
szej części Europy zależały od postanowień
jednego człowieka. Z jego woli elektorowie
Bawaryi, Wirtembergii i Saksonii zostali kró-
lami; on darował koronę Neapolu szwagrowi
swojemu, Muratowi, koronę Hiszpanii bratu
Józefowi, koronę Holandyi—Ludwikowi, West-
falii — Hieronimowi; siostra jego, Eliza Bac-
chiochi, została księżną Lukki; sam ogłosił się
królem Włoch, do których należały: Wenecya,
Toskania, Parma; przyłączył do Francyi Pie-
mont; jednemu z generałów, Bernadottemu,
za to, że był mężem Eugenii Clary, która ongi,
mając lat 16, kochała mało jeszcze znanego
generała Bonapartego szczerą, naiwną, dziew-
częcą miłością, pozwolił panować w Szwecyi;
zdeptał potęgę Prus; utworzył W. Księstwo
Warszawskie; był zwierzchnikiem Związku
szwajcarskiego; zaprowadziwszy t. zw. system
kontynentalny, zamknął okrętom angielskim
wszystkie nieledwie porty Europy.
Są to może wszystko fakty zbyt znane,
aby o nich wspominać. Przywodząc je na
pamięć w setną rocznicę powstania owego
tak krótkotrwałego, świetnego i tragicznie za-
kończonego cesarstwa, trudno nie odczuć sza-
tańskiaj ironii, jaka tkwiła w losie owych zdo-
byczy Napoleona. Wrażenie to świetnie scha-
rakteryzował ów mały, śmieszny w swej cho-
robliwej chełpliwości człowiek, a wielki pisarz,
zawsze mówiący o Bonapartem z nieświado-
mem uwielbieniem i bezradną, drobiazgową
nienawiścią —Chateaubriand: „Bonaparte zdzi-
wiłby się bardzo, gdyby mu podczas której
kampanii powiedziano, że zdobywa Wenecyę
dla Ąpstryi, Neapol dla Burbonów, Genuę dla
Piemontu, Hiszpanię dla Anglii, Polskę dla
Rosyi, Westfalię dla Prus..."
W owej piekielnej iście uwadze, wypo-
wiedzianej li tylko z chęcią zrobienia złośli-
wego dowcipu, mieści się cała głęboka tra-
giczność olbrzymiej postaci tego człowieka,
który z rozdawcy koron zeszedł na jeńca na
odludnej wyspie, jeńca tak całkowicie opusz-
czonego od świata, że nic nie skłoniło jego
własnej żony Maryi Ludwiki, nawet do napi-
sania do niego jednego chociaż listu *)> nie mó-
wiąc już o odwiedzinach.
Nie widziano jeszcze nigdy potężniejsze-
go lotu i gwałtowniejszego upadku. Można-
by istotnie uwierzyć, że ten jedyny w świecie
geniusz, który dokładniej znał każdą ze spraw
*) Masson: Napoleon et lesfemmes.—Dodaj-
my, że Marya Ludwika była jedną z niewielu ko-
biet, które Napoleon kochał naprawdę. Józefina,
Walewska).
936
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ke 49
swego państwa, niż każdy minister z osobna;
to wielkie serce, które umiało być wdzięczne
po królewsku, a spotykało się w chwili upad-
ku z potwornie rozrosłą zdradą i chciwością
ludzi przez siebie wyniesionych i osypanych
łaskami; ten marzyciel, idący z Egiptu na pod-
bój Wschodu z garstką żołnierzy, nie wystar-
czającą nawet na zdobycie St-Jean d’Acre’u;
ów umysł wiecznie świeży i silny, niezmordo-
wany w pracy twórczej nawet tam, gdzie inni
mdleli na posiedzeniach; ów wielki wódz i po-
tężny cesarz, który—jak to stwierdził Askena-
zy — chcąc panować w swojem olbrzymiem
państwie w spokoju i szczęśliwości, unikając
wojen, musiał jednak prowadzić najkrwawsze,
jakie zna historya-człowiek ów istotnie wy-
daje się chwilami, jak w to wierzyli romanty-
cy nasi, nadprzyrodzoną, ślepą siłą, którą prze-
znaczenie wyniosło ponad śmiertelnych dla ta-
jemniczych celów, Królem Duchem, budzącym
ludy z uśpienia (Włosi, Niemcy, Hiszpanie), le-
gendowym Popielem, który je hartuje na stal
w ogniu walk nadludzkich, w wizyach upaja-
jących do szału nadziei, w pogardzie śmierci—
dla uwielbienia wielkich celów życia.
Starano się nieraz wytłómaczyć dążenia
tej potężnej, twórczej duszy łatwą etykietką—
bezprzykładną pychą i ambicyą. Wygrzebano
z pyłu bibliotek dokumenty, stwierdzające, że
do roku 1793, nieznany porucznik artyleryi za-
sypywał swoimi projektami, pisanymi pod
swojem lub cudzem nazwiskiem, ministerya
francuskie i różne wybitne osobistości. Pisał
do abbe Raynala, do Neckera. Pisał o orga-
nizacyi Korsyki, o obronie twierdz, o sposo-
bach rzucania bomb z armat. Będąc już
generałem, skoro znalazł się w niepew-
nem położeniu wobec władz (w roku 1794),
rzuca istotnie szalony projekt, aby go wy-
słano do Turcyi, „gdzie potrafi być rów- |
nież użytecznym Francyi, czyniąc armię sułta-
na potężniejszą w Europie." Taine, który
daje tysiące dowodów jego dumy; który twier-
dzi, że egoizm tego człowieka nie znał gra-
nic; który obrzuca Bonapartego plotkami, opo-
wiadanemi przez osoby mu wrogie; który są-
dzi! go ze stanowiska gospodarskiej moralno-
ści—wystawił mu jednak największy pomnik,
nazywając go wielkim duchem twórczym
o olbrzymim polocie poetyckim, pokrewnym
najpotężniejszym geniuszom Odrodzenia, Dan-
temu i Michałowi Aniołowi.
Istotnie, z tego tylko stanowiska można
do pewnego stopnia zrozumieć, co pchało
tę nadmiarem energii przepełnioną naturę,
dla której bezczynność równała się śmierci,
na ową drogę „kreślenia swoich dziel nie na
papierze, lecz na skóize ludzkiej, na owym
wrażliwym, łaskotliwym inateryale," na ową
najwspanialszą drogę nieustannej twórczości,
jaką daje władza nad ludźmi. Nie wystarcza
tłómaczyć pieniącą się ambicyą dzieł człowie- ,
ka, który dał tyle—choćby tylko Francyi—jak
nie wystarcza to dla pojęcia ducha żadnego
wielkiego artysty. Zresztą skoro przypomni-
my sobie, że Napoleon, dla którego każdy
cel bezpośredni wydawał się zbyt błahym,
idąc na Moskwę, myślał o podboju Indyi
i pragnął uczynić Paryż stolicą świata,
zbledną przed tym kolosalnym projektem gi-
gantycznej wyobraźni wszelkie drobne, śmiesz-
nie naiwne „zarzuty" najwykwintniejszych pi-
sarzów.
Niepodobna stosować mozaikowej, w dro-
biazgach ginącej charakterystyki, jaką nam
przekazali jedynie zewnętrzność rzeczy widzą-
cy biografowie, względem mocarza, którego
każdy czyn, każde słowo, każdy gest wypły-
wał z takiego napięcia tysiąca uczuć, myśli,
namiętności, jakiego pojąć nie sposób.
Niepodobna stosować niepewnego, mozolnie
kreska za kreską klejonego rysunku, wzglę-
dem kolosu, którego linie wyryte są w kształ-
tach piramid. Mówiono tyle o jego bru-
talności i „dzikich uczuciach Hunna" dla
kobiet. Tymczasem cóż wyrówna bezmier-
nej pobłażliwości, dobroci i delikatności te-
go „bezwzględnego egoisty" względem Jó-
zefiny, tej Kreolki o ptasim mózgu i instynk-
tach kurtyzanty, którą cesarz Francyi już po i
rozwodzie napróżno błagał, aby nie wydawała
rocznie więcej nad trzy miliony; a czyż na-
miętne jego słowa, pisane do niej dzień
w dzień podczas kampanii włoskiej, kiedy
w r. 1796 w przeciągu dni piętnastu odniósł
sześć piorunujących zwycięstw, można pomó-
wić o „aktorstwo i kłamstwo?*' „Przyjedziesz
do mnie, nie prawdaż? Będziesz tu przy mnie,
przy moim boku, na sercu mojem, w ramio-
nach moich! Na skrzydłach przyleć! Przyjdź,
przyjdź!"
A jednocześnie tak pisał do brata Józefa:
„Muszę ją zobaczyć, przycisnąć do ser-
ca, kocham ją do szaleństwa, nie mogę być
od niej daleko. Gdyby mnie ona nie kocha-
ła, nie miałbym już co robić na świecie. Och,
przyjacielu mój, polecam ją tobie. Zrób tak,
aby mój goniec nie zostawał w Paryżu dłużej
nad sześć godzin, aby powrócił co rychlej
przywrócić mi życie!" A gdy Józefina przy-
jechać nic chciała, groził opuszczeniem wszyst-
kiego, wzięciem dymisyi, nawet opuszczeniem
pola walki i powrotem do niej. Człowiek, któ-
rego przeżera ambieya, nie pisze tak do kobie-
ty u progu nieśmiertelnej chwały.
Brutalnym bywał tylko wobec tych, któ-
re lub którzy nie warci byli innego postępo-
wania. Nie zranił nigdy Walewskiej; poważał
i szanował wszelkie uczucia tej wyjątkowej
duszy. Rodzina wyzyskiwała go w sposób
najbezczelniejszy. Z bratem Józefem dzielił
się wszystkiem jeszcze wtedy, gdy sam przy-
mierał głodem. A że dawał się unosić niena-
wiści i popełniał czyny, któtych mu historya
wybaczyć nie chce (książę d’Enghien), na
to tylko powiedzieć można: „Był człowie-
kiem..."
Jeżeli umiał działać świadomie porywają-
cemi słowami, to silniej jeszcze nierównie dzia-
łał niesłychanymi czynami. Jeżeli stawiał lu-
dziom wymagania nad siły, jeżeli żądał od
swoich żołnierzy ich krwi, bohaterstwa i życia,
to stawiał im przed oczy przykłady własnych
nadludzkich bohaterstw i celów nadludzkich.
Zmuszał ludzi do zużytkowania wszystkich sił
i zdolności, do kładzenia całej duszy w to, do
czego dążyli. Uczył świat wielkości—wielko-
ści pragnień i poświęceń, wielkości uczuć
i myśli.
Nikt się już teraz nie dziwi szałowi
uniesień, jaki wzbudzał jego widok, morzu
krwi, jakie przelał, milionom serc, które do
niego przylgnęły. Szedł, jak burza, jak na-
wała rzek, wezbranych na wiosnę, pchany
siłą żywiołu, fatalizmem losu. I cóż w tem
dziwnego, że burza połamała jedne krzewiny,
a odrodziła drugie, że namul wód wiosennych
wyjałowił jedne pola, a użyźnił takie, które
dość miały i tak sił żywotnych? Bo cesarz
Francuzów brał dla swych celów nietylko siły
ciała i zdolności mózgu. Brał on i dusze
ludzkie i to tak dalece, że, jak twierdzi Wy-
spiański, wyczerpał entuzyazm niektórych lu-
dów, aż go im dla nich samych nie starczyło.
Ale i w tym poglądzie łatwo znaleźć
przesadę. Eluragan, jaki odświeżył zgniłe powie-
trze Europy, odrodził też duszę tych, o których
mówił Wyspiański. Geniusz-bohater kazał prze-
mówić bohaterom, zbudził wielkich poetów i wiel-
kich myślicieli, wydobył z dna dusz i serc ludz-
kich groźne, niewypowiedzianie piękne tajem-
nice, wiecznie trwałe skarby kultury narodowej,
i to nietylko u nas.
JAN KLECZYŃSKI
OR-OT: LEGENDA CESARSKA.
I.
Uderza legjon spienionych fal
O skalne brzegi Korsyki,
Płomienny wicher polata w dal,
A górą orzeł mknie dziki.
Swobodny orzeł błękitem mknie
Z swobodnym wiatrem w zapędy,
Niezwyciężony wspaniały ptak
Napoleońskiej legendy.
On jeden dumę zachował swą,
Rycerski zapał i siłę,
Gdy dookoła skarlały ród,
A wielcy poszli w mogiłę.
Z przegniłej ziemi ulata wzwyż,
Ludzka go podłość przeraża,
Z bojowym krzykiem oblata wkrąg
Skaliste gniazdo cesarza!
II.
Na ziemi cisza i noc. Na sklep
Ciemnego niebios błękitu
Wzeszedł księżyca bladawy sierp
I martwo patrzy z zenitu.
Na ziemi cisza i noc. Świat śpi,
Żadne go widmo nie budzi,
Ciężko, bezmyślnie śpi ludzki ród,
I drzemią duchy tych ludzi.
TYGODNIK ILLUSTROWANY N? 49
937
I coś się staje, czyni się coś,
Moc jakaś światem przelata,
Niezwyciężona ogromna moc,
Poezyą czynu skrzydlata.
Drgnął w swych posadach uśpiony świat,
Wzdrygły się duchy człowiecze -
Czy to zakrakał cesarski ptak?
Czy brzękły lance i miecze?
III.
Dobosze werbel biją; na gwałt
Trąbią cesarscy trębacze,
Wszczyna się bitwa, kruków i wron,
Czerni się staja i kracze.
Dobosze werbel biją; na gwałt
Konnicy trąbka uderza,
Na ono granie bije, jak dzwon,
Waleczne serce żołnierza.
Jeszcze nie widać rycerskich wojsk,
Ni lśniących armat, ni koni,
Li przeraźliwy pobudki dźwięk
Dzwoni i dzwoni- i dzwoni!
Jeszcze nie widać rycerskich wojsk,
We mgle ukryte ich twarze,
Lecz przerażony u czuwa świat,
Że wódz się wkrótce ukaże.
IV.
U Inwalidów uderzy] dzwon,
Rozległ się echem ponurem,
Sława w wawrzynach stanęła tam,
1 targa ręką swą sznurem.
U Inwalidów uderzył dzwon,
Sarkofag pęka kamienny,
I brzękła szpada i wstaje on,
Milczący groźny —niezmienny!
Zielony mundur na sobie ma
I szarą swoją kapotę,
Trnmniane orły do jego stóp
Schylają głowy swe złote.
Kędyś w przestrzenie wpatrzony hen
Śni krew- zwycięstwa- pożogę
I od początku zaczyna znów
Swą dawno przebytą drogę.
V.
Skromny porucznik piersi swych żar
Ukrywa pilnie przed światem,
A świat wziął w ręce żagiew a nóż
I krwi się poi szkarłatem.
Pada w ruiny odwieczny gmach,
Z karków tysiące głów zlata,
Słoneczne jutro już w chmurach lśni,
Lecz dziś należy do kata!
I kiedyś rankiem zbiera się tłum,
Pijaną wrzawą wybucha,
W wózku skazańców modli się król,
Do tronu Boga śle ducha.
Królewska głowa runęła w pył,
Pobladły motłochu twarze...
O czemś ty myślał, na głowę tę
Patrząc, jutrzejszy cezarze?
VI.
Już padły Włochy do jego stóp,
Już kraj go Wschodu urzeka,
Z szczytu piramid patrzy na świat,
Bóg wojny w ciele człowieka.
Z szczytu piramid patrzy na świat,
Na jego drogi i dzieje —
Od dni początku któż równy mu?
Pigmeje! same pigmeje!
Goreje słońce, palmowy gaj
Do marzeń wodza kołysze;
Hannibal, Cezar jemu się śnią,
On przy nich imię swe pisze.
On przy nich pisze imię swe! Ach!
Świat swem wypełnia imieniem,
Morza i lądy słuchają go
Z pokorą, lękiem i drżeniem!
J
VII.
I na swe skronie koronę wziął,
I burzą ziemię przelata,
A za nim wierny, waleczny huf,
Armja zwycięstwem skrzydlata.
Z krańca po kraniec przygniata świat
Potężna tytana stopa.
On trony wali i wznosi je!
I gnie się przed nim Europa!
Sto wielkich zwycięstw! Dziesięć po sto
Zdobytych w boju sztandarów
I miljon trupów w kałużach krwi, -
W szkarłatnej łunie pożarów.
Na bojowiskach przejeżdża on.
Blask żywiołowy zeń bije,
A konający podnoszą skroń:
Niech żyje Cesarz! Niech żyje!
VIII.
Szli na armaty, na pewną śmierć,
Szli i ginęli za niego,
Tam, gdzie pomarańcz zakwita gaj,
Gdzie srebrne śniegi w dal biegą.
Szli na armaty, w objęcia tej
Straszliwej, ponurej pani,
W bezmiernych stepach północnych stron,
W skalnych wąwozach Hiszpanji.
Dość było skinąć, dość było mu
Cisnąć im słówko gorące
Ułańskie kity rozwiewał wiatr,
I lance lśniły, jak słońce.
Ułańskie kity rozwiewał wiatr,
Ułańska lańca szaleje
I rozwiewała czujna wciąż śmierć
Życie i złotą nadzieję.
IX.
Pęka pomału cesarski gmach,
W gruzy się wielkie rozpada;
Nienawiść ludów wstrząsnęła nim
I gorsza od on ej zdrada!
Knują marszałki zdradę! Hej wy,
Na tron wzniesione książęta,
Własnemi dłońmi pragniecie go
W haniebne ujarzmić pęta!
Patrzcie! tam obcy umiera wódz,
Jaśnieje słońcem twarz blada,
Rzuca się w nurty i ginie w nich:
On śmierć nad hańbę przekłada!
X.
Uderza legjon spienionych fal
O Świętej Heleny skały,
Płomienny wicher polata w dal,
Górą mknie orzeł w lot strzały.
I przyszedł orzeł nad sławny grób,
I zniżył skrzydła skrwawione,
Blademu widmu przypadł do stóp,
U stóp mu złożył koronę.
APOTEOZA NAPOLEOŃSKA (AKWAFORTA)
Ze zbiorów Eugeniusza Phulla
HORACY VERNE F
SZTAB
STANISŁAW BAGIEŃSKI
ę.4O
ARTUR GRUSZECKI.
SŁOMIANY OGIEŃ.
Podałam już wykaz innych wydziałowych,
brakuje mi tylko pani i panny Wandy.
Panie są z Królestwa, więc nic łatwiejszego
niż wykazać się przed policyą pasportami.
— Niestety, nasze pasporty musiałyśmy
złożyć w magistracie, ale ja podyktuję pani
potrzebne szczegóły, a policya może je spraw-
dzić w magistracie.
— Tak, to będzie najlepiej—uśmiechnęła
się uprzejmie przewodnicząca.—Potrzebne jest
dokładne podanie miejsca i roku urodzenia,
nazwisko rodziców i sposób utrzymania—usiad-
ła przy stole, wzięła arkusz papieru i przy-
gotowała się do zapisywania.
— Czy nie będzie pani ciemno?—spyta-
ła Wandzia:—zapalę lampę.
— 1 owszem, jeśli pani łaskawa.
Po zapaleniu lampy, wszystkie trzy usiad-
ły przy stole, i panna Żardecka wymieniła
miejscowość w Piotrkowskiem, datę urodzenia,
imiona zmarłych rodziców, a jako sposób
utrzymania: procent od kapitału.
Z kolei Wandzia powiedziała wieś w Ra-
domskiem, rok urodzenia, imię zmarłego ojca
i matki żyjącej w Warszawie.
— Więc różnica wieku pań wynosi pięt-
naście lat—mówiła przewodnicząca, cokolwiek
rozczarowana: — pani ma trzydzieści cztery,
a panna Wanda dziewiętnaście lat.
— Czy wyglądam starzej?—uśmiechnęła
się panna Żardecka.
— Ależ nie, przeciwnie... sądziłam, że pa-
ni młodsza—odpowiedziała, chowając zrobio-
ną notatkę.
I rozmyślała, że opowiedziana plotka nie
ma związku z Wandzią, istnieje bowiem do-
kument, pasport; bądź co bądź, pozostaje je-
dnak romans Żardeckiej z Petryckim, ale i ten
wydobędzie od niej przy zdarzonej sposob-
ności.
Tymczasem weszła doktor Szarewiczowa,
uprzedzając, że przyszła na czas krótki, bo ma i
ważne zajęcia domowe.
— Rozpoczęłybyśmy natychmiast, gdyby I
tylko zjawiły się Egermannowa i Zbyłowiczo-
wa—mówiła przewodnicząca.
— Pani Egermannowa dzisiaj przyjść nie
może—odezwała się Wandzia;—spotkałam ją
dzisiaj na rynku.
— Zbyłowiczowa pewno także nie przyj-
dzie—powiedziała doktor Szarewiczowa, po-
prawiając swe ciemno blond włosy przed lu-
strem—gdyż dwa posiedzenia opuściła z po-
wodu gości; dzisiejsze dla oddania wizyty; na
czwarte będzie chora, i t. d., i t. d. — śmiała
się ironicznie, i siadając przy stole:—Zdaje mi
się, że możemy zaczynać... Co jest na porząd-
ku dziennym?
— Sprawa budżetu, niezałatwiona na po-
przedniem posiedzeniu — rzekła Wandzia, pa-
trząc w książkę.
— Uczestniczki zalegają w opłacie —
przemówiła przewodnicząca; — nie chcę robić
nacisku, bo gotowe się wypisać, jak to dosyć
zrobiło... Że też u nas zawsze ten słomiany
ogień... zrazu zapał, ochota, przyrzeczenia,
a potem zniechęcenie, unikanie klubu, ż po-
czątku wieczorami ten stół był zbyt mały, dziś
zjawia się kilka, i prędko odchodzą.
— To naturalne następstwo — odezwała
się panna Żardecka;—już dawniej proponowa-
łam, by urządzić pogadanki, odczyty...
— Nie na wiele się przydadzą—uśmiech-
nęła się doktor Szarewiczowa; - chcąc ożywić
nasze zebrania, ściągnąć większą liczbę kobiet,
rozruszać śpiące, wzmódz energię... widzę je-
den, jedyny sposób... dopuścić do Klubu męż-
czyzn!
Wszystkie trzy panie powitały tę propo-
zycyę okrzykiem zgrozy i oburzenia.
— To niemożliwe! to przeciwne statutom
naszym! — zawołała przewodnicząca. — Jeśli
mężczyźni do swoich klubów nie przyjmują
kobiet, dlaczegóż my mamy robić podobne
ustępstwa!?
— Najpierw — mówiła spokojnie doktor
Szarewiczowa—prócz klubów przeznaczonych
do gry, wszystkie inne przyjmują kobiety ja-
ko swych gości; następnie mężczyźni będą
u nas tylko gośćmi, których należy nam zjed-
nywać na zwolenników naszych idei; wresz-
cie bez mężczyzn Klub będzie świecił pustka-
mi... Wniosek swój utrzumuję.
— Sprzeciwiam się dopuszczeniu męż-
czyzn,— zaczęła zarumieniona panna Żardecka
—gdyż w takim razie nasz Klub, który ma
poważne i szlachetne cele, przemieni się na
salon flirtu i zabawy... Znam podobne stowa-
rzyszenia kobiet w Warszawie, i żaden męż-
czyzna do nich nie należy. Dlaczegóż my ma-
my się wyróżniać?
— Co innego Galicya, co innego War-
szawa—odezwała się nie bez słuszności prze-
wodnicząca;—co kraj, to obyczaj. Jak mi mó-
wiono, mężczyźni w Warszawie są znacznie
gorsi od naszych... Koło, mówiąc prawdę, ma
znacznie więcej członków od nas, a nie za-
wdzięcza tego przecież Lecińskiej,—uśmiechnę-
ła się lekceważąco—lecz wprowadzeniu męż-
czyzn.
— Jak to? I pani jest za tym wnioskiem?
—zdziwiła się Wandzia.
— Znane są moje przekonania o męż-
czyznach,—odpowiedziała z godnością- i tych
nie zmieniam, ale godzę się z koniecznością...
Wolę, by Klub istniał z mężczyznami jako
gośćmi, aniżeli by przestał istnieć zupełnie...
i dlatego popieram wniosek doktora Szarewi-
czowej.
Zgodziłabym się wreszcie na dopusz-
czenie mężczyzn, ale pod warunkiem, by przy-
chodzili tylko na odczyty, na pogadanki—mó-
wiła nie bez wewnętrznego żalu panna Żar-
decka.
— Przyjmuję poprawkę—zawołała weso-
ło doktor Szarewiczowa—i pragnę tylko tego,
by udało się nam tu ich ściągnąć.
— A! co do tego — oburzyła się prze-
wodnicząca—niema żadnych obaw. Siostrze-
niec mi opowiadał, że wszyscy jego znajomi,
a są to ludzie napewno moralni i wykształce-
ni, prosili go kilkakrotnie o możność odwie-
dzenia naszego Klubu.
— Tem lepiej dla nas—zaśmiała się dok-
tor Szarewiczowa. — Boję się tylko, czy na
długo starczy ich ciekawości.
— Pani zechce zapisać przyjęcie wnios-
ku—spojrzała na Wandzię.
— Natychmiast.
— Następnie muszę panie zawiadomić,
że Klub został zaproszony przez panią Leciń-
ską do wzięcia udziału w pierwszym zjeździe
kobiet.
Spojrzały trochę zdziwione po sobie,
a doktor Szarewiczowa spytała:
— Do jakiego udziału?... Czy mamy
przyjść i bić brawo pani Lecińskiej?—uśmiech-
nęła się drwiąco.
— Koło prosi, by która z nas zechciała
wygłosić odczyt na zjeździe.
— Ach, tak! — zawołała doktor Szarewi-
czowa ironicznie: na zjeździe niema kto prze-
mawiać, więc do nas w prośby.
— To samo powiedziałam Boreckiej, któ-
ra przyszła z zaprosinami... ale sądzę, że
ze względu na solidarność, nie należy nam
odmawiać współudziału.
— I ja tak myślę,—skinęła głową panna
Żardecka—zwłaszcza, iż w tym przypadku nie
można Lecińskiej odmówić pewnej zasługi.
— To nie jej zasługa, oburzyła się prze-
wodnicząca—tylko doradcy... mężczyzny, sa-
ma Borecka to przyznała.
— Ostatecznie mogę przemawiać —rzekła
doktor Szarewiczowa—w sprawie ekonomicz-
nej niezależności kobiet.
— Podobno dużo będzie wieśniaczek —
wtrąciła panna Żardecka.
— Tem lepiej, byłam kilka razy na let-
niem mieszkaniu, na wsi pod Skawiną, i przy-
patrywałam się chłopskiemu gospodarstwu...
A pani dokąd wyjeżdża?—zwróciła się doktor
Szarewiczowa do przewodniczącej.
— W tym roku byłam pod Myślenicami
i zarzekłam się. Drożyzna, nie można było
dokupić się masła, kurcząt, i drogo. Za pokój
z kuchnią trzydzieści guldenów na miesiąc.
— O tak, nasi chłopi poczciwi umieją
zdzierać, za każdą usługę, za każdą jarzynkę
płać i płać, i niczego nie można dostać. Jeśli
chciałam przyjąć gości, musiałam wszystko
z Krakowa sprowadzać.
— Zupełnie jak u mnie — westchnęła
przewodnicząca.
Byłam z Wandzią w Zakopanem
wtrąciła panna Żardecka:—ależ drożyzna1
— O, to nasze Zakopane zupełnie nam
popsuli Królewiacy!—zawołała przewodnicząca-
—dawniej można tam było mieszkać, a teraz
lada głupi góral pyta najpierw: a skąd pocho-
dzę? Jak dowie się, że z Galicyi, już kręci
nosem, bo wie, że my w Galicyi oszczędni,
941
Z EPOPEI NAPOLEOŃSKIEJ: ROK 1812
KSAWERY P1LLATI
nic tacy rozrzutni i lekkomyślni, jak Warsza-
wiacy.
— Jednak Zakopane odkrył Chałubiński,
Warszawiak—broniła Wanda.
— Gdyby nie on, byłby inny zwrócił
uwagę na Zakopane — rzekła z ironią doktor
Szarewiczowa.
— Pierwsi Warszawiacy przyjechali gro-
madnie do Zakopanego!—zawołała panna Żar-
decka.
— Ale Zakopane należy do nas, nie do
Warszawy,—rzekła z gniewem przewodnicząca
i nie pozwolimy odebrać go sobie.
— Do tego przedmiot należy, kto go
używa—zapalała się panna Żardecka.
Spór zaogniał się, oczy pań błyszczały
zawziętością i uporem. Pierwsza spostrzegła
to Wandzia i zwróciła się do przewodni-
czącej:
— Czy mam zapisać do uchwał wydzia-
łu, że doktor Szarewiczowa będzie przemawia-
ła na zjeździe?
To pytanie przywróciło spokój i harmo-
nię. Przewodnicząca, ułożywszy fałdy swej
twarzy do łagodności, odpowiedziała:
— Owszem, proszę zapisać... Zdaje mi
się, że nie wypada mi, jako przewodniczącej
Klubu, zabierać głosu na zjeździe.
— Ależ przeciwnie!
— To pożądane! - zawołały panie.
— Hm... namyślę się... może i powiem
kilka słów, bo przecież na zjeździe nie będą
sanie zwolenniczki Koła... A pani nie przemó-
wiłaby?—-zwróciła się do panny Żardeckiej.
— Ja... hm... sama nie wiem... ale jaki
jest cel zjazdu?
— Otóż to! — zawołała przewodnicząca,
składając ręce — zapomniałam powiedzieć pa-
niom... zaraz... już wiem! Zjazd ma obrado-
wać nad stanowiskiem kobiet w rodzinie
i w społeczeństwie, oraz nad wychowaniem...
Naturalnie Lecińskiej system wylezie... miłość,
wiara, przebaczenie... znamy to — śmiała się
ironicznie.
— Mogłabym powiedzieć słów kilka
o społecznych dążeniach dzisiejszych kobiet.
— Bardzo dobrze... zapisz pani—rozpo-
rządziła przewodnicząca, ciesząc się, że doku-
czy Lecińskiej.
— A pani o czem będzie mówiła?—-spy-
tała doktor Szarewiczowa.
•— Wogóle nie wiem, czy będę przema-
wiała... namyślę się, rozważę... To jednak cie-
kawe, skąd ta Lecińska bierze pieniądze na
„Znicz"?
— Podobno ma swój posag — objaśniła
panna Żardecka.
— Ależ—uśmiechnęła się przewodniczą-
ca—czy rozsądny mąż pozwoli trwonić posag,
który należy się prawnie córce?... a podobno
ma córkę.
— Nie; zdaje mi się, że ma trzech sy-
nów... i mówią na mieście, iż on podał się
do emerytury, ma podobno z nią mieszkać.
— Co pani mówi!?—zawołała przewod-
nicząca—a to nowa historya!... Ale w takim
razie Kolo się rozwiąże, bo on nie będzie ta-
ki głupi, by jeszcze dopłacał do Koła!?
— Nic nie wiem więcej... ale dopytam
się—mówiła doktor Szarewiczowa, zadowolo-
na, że pierwsza powiedziała tak ważną no-
winę.
— No, no, ktoby się tego spodziewał! —
nie mogła się uspokoić przewodnicząca:—zda-
wało się, że rozstali się na dobre, mówiono
o rozwodzie, nagle już razem, już dobrze..
ach, ci mężczyźni, w niczem nie są stali, kon-
sekwentni, logiczni... istne chorągiewki!
— Boże, jak późno!—zawołała nagle do-
ktor Szarewiczowa spóźnię się.. już idę., że-
gnam panie.
— Niechże pani podpisze uchwały wy-
działu...
— Na drugi raz... teraz nie mogę, —
i naciągając rękawiczki, rzekła: — dziś ma
I przyjść do nas jedno młode małżeństwo z po-
dróży poślubnej, ciekawa jestem jej wrażeń.
— Ach, zwykłe rzeczy — powiedziała
pani Sylurska lekceważąco: — na razie za-
chwyty, a potem przyjdzie smutek i płacz.
— O, nie u niej! -— zaprzeczyła doktor
I Szarewiczowa: — to dzielna, energiczna dziew-
czyna, i da sobie radę z mężem.
— Tak się to mówi, — powiedziała pan-
na Żardecka — ale jedna na tysiąc zostaje po
ślubie taką, jak była.
— Trudno, proszę pani... nowe obowiąz-
ki, nowe życie... — mówiła pani Sylurska.
— O, nie, ja np. nie zmieniłam się
wcale po ślubie, — zaczęła doktor Szarewi-
czowa — przeciwnie, rozwinęłam i pogłębiłam
swoje zasady... Panno Wando, pamiętaj pani
moją naukę: wszystko zależy od pierwszej
chwili... trzeba nauczyć męża, iż musi ciągle
dbać o względy i łaski żony.
— Nie myślę iść za mąż.
— Tak się mówi, — zaśmiała gię głoś-
943
BRONISŁAW GEMBARZEWSKI
• które w tych dniach opuści prasę)
NAPOLEON I-szy i Ks. JÓZEF
(Z dzieła Br. Gembarzewskiego
p. t. .Wojsko polskie. Księstwo Warszawskie (1807—1815),
tknąwszy się, i szedł obok niej, mówiąc
z ironią: — Cóż za szczególna wytrwałość!
Jeszcze nie znudziły się lekcye?
— Właśnie idę do schroniska — odpo-
wiedziała lekko zmieszana.
— A mnie to właśnie dziwi — obrzucił
ją wzrokiem. — Sądziłem, że pani dosyć ma
tej sukni miłosierdzia... Kobiety, widzi pani,
naprawdę nie lubią nic prócz strojów... Jedna
ubiera się w malarstwo, druga w naukę, trze-
cia w dobroczynność... i noszą dopóty ten
strój, póki trwa moda i jest do twarzy.
— Myli się pan... kobiety są wytrwałe,
a zarzut pana można zastosować równie dob-
rze do. mężczyzn—powiedziała dość szorstko.
— Pani ma siebie na myśli, — zaśmiał
się — ale wyjątek nie stanowi reguły... i na-
wet mimo zaprzeczenia pani utrzymuję, że
przeważnie dbają kobiety więcej o formę ze-
wnętrzną, aniżeli o treść.
— W Polsce wolno, jak kto chce — za-
śmiała się z ironią: — wolno panu mieć takie
zdanie o kobietach, a ja mam inne.
Szli dalej w milczeniu, wtem gęstsza
chmura zasłoniła blask słońca.
— Jak nagle zrobiło się — mówiła —
szaro, brudno, niemile!
— Jak zwykle na ziemi, — uśmiechnął
się — i trzeba sobie stworzyć słońce własne,
uwierzyć w nie, by życie było jasne i miłe.
— Stworzyć? — spytała wątpliwie.
— Tak jest, i częściej takie słońce wy-
twarzamy siłą uczucia, aniżeli na drodze ro-
zumu i woli; ale jedno i drugie słońce za-
równo świeci... naturalnie, o ile go chmury
nie zakrywają. A chmury bywają różne:
zwątpienia, smutku, bezsilności...
— I pan ma takie sztuczne słońce?
— Miałem jedno, to sztukę, dziś się
zdwoiło... lecz to zjawisko znane jest w astro-
nomii, są bowiem konstelacye o podwójnem
słońcu.
— To musi być dziwne.
— Takie zjawisko można obserwować
i na ziemi; oczywiście, u ludzi, którzy napraw-
dę dążą i wierzą w słońce, nie zadowalając
się gwiazdami.
— Nie lubi pan gwiazd?
— Gwiazdy i próchna potrzebują nocy,
by świecić, a ja chcę światła, słońca, życia...
Widzi pani, — wskazał białą płaszczyznę za
Dębnikami — jak teraz w słońcu wszystko się
tam skrzy, drga światłem, migoce, pali się
błyskami... to mój świat, to panowanie słońca!
I takiem chcę mieć życie.
Zapomina pan o jednem prawie na-
tury, ale wszechwładnem... za chwilę ten jasny
świat zniknie, bo słońce zakryją chmury lub
noc nastanie.
— Ależ pani szanowna, nigdy nie na-
leży pytać róż, kiedy zbledną, fali o mróz,
światła o noc... dość szczęścia dla nas, że są,
że je widzimy i czujemy. Życie tak krótkie, po-
cóż psuć je sobie wspomnieniem nicestwa?
— 1 panu dobrze z takiem złudzeniem?—
spytała z lekkiem zdziwieniem.
— Tylko złudzenie jest coś warte w ży-
ciu, rzeczywistość bywa zwykle smutna i sza-
ra. Iw tej chwili jestem szczęśliwy złudzeniem.
— Jakiem?
— Wyobrażam sobie, że jesteśmy gdzieś
na odludziu, bo naprawdę nikogo niema w tej
chwili, i jesteśmy tylko we dwoje. Idziemy
w kraj światła i słońca, rozmawiamy bez słów,
odczuwamy bez dotyku, widzimy siebie, nie
patrząc... i nic ziemskiego niema w nas i z na-
mi, upajamy się powietrzem, światłem, obra-
zami... i to trwa wieczność całą. Czyż to złu-
dzenie nie przewyższa o całe niebo rzeczywi-
stości?... Pani naprawdę idzie na lekcyę
z dzieciakami... ja po chwilowem podnieceniu
wracam do pustki... i szare życie wlecze się
za nami jak cień.
— Złudzeniami żyć nie można — starała
się być trzeźwą i rozważny.
— Ależ, proszę pani,—uśmiechnął się—
to rzecz obojętna, czy czas wypełnia się męką,
czy rozkoszą, bo czas minąć musi i zawsze
czeka nas grób; a w każdym razie wolę roz-
kosz złudzenia, aniżeli mękę życia.
— Czyż życie pana jest zawsze męką?—
uśmiechnęła się z niedowierzaniem.
— Życie?... To ciągłe pragnienie, to
nieustanne dążenie dalej i wyżej, a już samo
chcieć jest bezkresną przepaścią, której nic
nie może zapełnić. Wzrok może się zatrzy-
mać na krańcach widnokręgu, ale myśl, chce-
nie, fantazya idzie dalej w bezmierną nie-
skończoność; w tem wielkość, w tem słabość
człowieka.
Jakiś czas milczeli, i spytała:
— Czy pan wystawił swój obraz?
— Dziś oddałem na wystawę, ale nie
„Wandę," tylko inny, który bardziej przemawiał
do mego usposobienia.
— A cóż będzie z „Wandą"?
— Może kiedyś wykończę.
— Dlaczego pan — mówiła po chwili
z pewnem wahaniem—tak nagle przerwał pra-
cę swoją nad obrazem?
— Dlaczego?... Hm... bo treść brała górę
nad formą... a pani rozumie, że jako malarz
muszę panować nad treścią i naginam ją
do wymagań sztuki. W tym przypadku zamiast
być obserwatorem dramatu Wandy, zostałem
aktorem i dlatego obraz zarzuciłem.
— I nie żal panu tyle pracy?
— Żal?... Cóż mi on pomoże?... Trzeba
się otrząsnąć i iść dalej.
Gdy byli już blizko schroniska, spytał
z pewną nieśmiałością:
— Czy nie mogłaby mi pani powiedzieć,
w jakim stosunku do pani zostaje ów wyele-
gantowany młodzieniec, który odprowadzał
panią?
— To mój znajomy, pan Domnicki.
— Narzeczony?
— Wcale nie.
— Naprawdę? Szczerze?
—- Jak najszczerzej.
— To dobrze, to bardzo dobrze!—zawo-
łał:—dziękuję pani. (DCN)
944
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 49
Z tygodnia na tydzień.
Rada na ciężkie czasy.
Najpopularniejszy to dziś temat do rozpraw
zarówno w kółkach popularnych, jak na forum
publicznem. Nawet wojna, nużąca zbyt długo-
trwałem napięciem oczekiwania jakichś decydują-
cych wyników, poza którymi możnaby było doj-
rzeć jej upragniony koniec, ustępuje pierwszeństwa
w zainteresowaniu powszechnem swej nieodrodnej
córce—biedzie.
I nie dziw: wojnę odczuwamy pośrednio, trud-
ności zaś budżetowe każdemu wprost dają się
we znaki.
Dobrze więc utrafił w aktualność chwili
Kurrer Warszawski, urządzając w_ sferze czytelni-
ków swoich ankietę na temat: jakie mogą być środ-
ki i sposoby przystosowania budżetów rodzin nie-
majętnych do trudnych warunków obecnego prze-
silenia?
Jak widzimy z nadsyłanych odpowiedzi,
ten wiec publicystyczny pociągnął wielu chętnych
do zabrania głosu.
Oczywiście, rezultatów całkiem pozytywnych
w szerszym zakresie, nikt stąd nie oczekuje, po-
nieważ sytuacya nie wynikła z jakiegoś przypad-
kowego nieporozumienia, które potrzeba tylko
wyświetlić należycie, aby usunąć przyczynę złego.
W dzisiejszem położeniu ujawniają się następstwa
czynników zewnętrznych, zbyt silnych, aby można
było myśleć o zwalczeniu ich sposobami, które
znajdują się w rezerwie, tylko były zapomniane.
Takich sposobów niema i niema też radykalnego
środka na trudności, dopóki nie ustanie działać sa-
ma ich przyczyna.
Z takiego stanu rzeczy zdają sobie dobrze
sprawę i redakcya, i uczestnicy ankiety; niemniej
przeto sądzimy, że okaże się ona użyteczną, jako
dobra rada dla jednych, jako podnieta do obrony
dla drugich. Nie ulega bowiem wątpliwości, że
w ramach praktycznej możliwości jedno i drugie
będzie osiągnięte.
Głosy, które czytaliśmy dotychczas, zalecają
przedewszystkiem oszczędność, ale pojętą i stoso-
waną rozsądnie. To znaczy, że każdy, kto ciężar
przesilenia lub drożyzny uczuwa na swoim bud-
żecie, powinien z niego wykreślić wszystko, co wy-
kracza poza granicę niezbędnej potrzeby. Waru-
nek przytem konieczny: trzeba budżet mieć i trze-
ba ścisłą rachunkowość prowadzić.
Całkiem słuszne są głosy, które podnoszą,
że ludzie, łaskawie uposażeni od losu, powinni
w czasach, jak dzisiejsze, stosować system wprost
odwrotnie, niż szeroka masa pasierbów fortuny.
Powinni ci wybrańcy wydawać więcej, niż zwykle,
aby wzmocnić obieg kapitału krwi w wycieńczo-
nym organizmie, — ale w wydatkach tych należy
mieć na uwadze produkcyę krajową. s
*
Pomnik Mickiewicza w Poznaniu.
Stał w zaciszu kościoła św. Marcina od lat
czterdziestu pomnik Mickiewicza, wykonany przez
Wł. Oleszczyńskiego z nietrwałego piaskowca.
Przez znawców dzieło to uważane było za naj-
lepsze dotychczas odbicie postaci wieszcza, który
stal cichy, zakryty, otoczony ciemnymi murami
w głębi zarosłego ogródka. Ząb czasu bezkarnie
rył na nim ślady swego biegu. Nikt nie dbał o to,
aby odświeżyć go, wyplenić chwasty, zasadzić
kwiat lub drzewko, posypać szary muł piaskiem;
w długich przerwach czasu tylko nieznana ręka
składała u stóp pomnika skromny wieniec, który
wiądł samotny, aż go deszcz lub wiatr rzucił po-
między spadłe liście. Przechodzień spojrzał w roz-
AUTOGRAF „GRAŻYNY."
Własność Biblioteki hr Przezdzieckich w Warszawie. (Ob. art. na str. 948 w Kronice).
targnieniu i poszedł dalej; obcemu, który zawitał
do Poznania i zwiedzał jego pamiątki, nikt go nie
pokazał, bo nie było też z czem się chwalić.
I byłby pomnik runął i zniszczał, a niktby się
o niego nie upomniał, boby o zgrozo!—przyszło
jeszcze dać składkę na odnowienie i zająć się
sprawą, która „nic nie przyniesie i chleba nie dd.“
Ale na szczęście, znalazł się rodak dobro-
czynny, który nazwisko swe pragnie zachować
w ukryciu, zakrzątał się, znalazł chętnych wyko-
nawców swej woli, i dzisiaj Poznań nie potrzebuje
się wstydzić, bo i on w swych murach posiada udat-
ne i artystyczne odbicie naszego wieszcza. Na co
gdzieindziej zbierano latami składki od możnych
i ubogich, na co zwoływano komitety i komisye,
tutaj zdziałał jeden ofiarny człowiek. Wedle
dawnego wzoru odlał znany rzeźbiarz wielkopolski
nową figurę Mickiewicza z bronzu. Plan podał
i zajął się jego wykonaniem p. Roger Sławski,
dawniej budowniczy rządowy w Berlinie, dziś oby-
watel naszego miasta.
W porównaniu z dawnym pomnikiem nowy
przedstawia się bardzo okazale. Figura wieszcza
wysunięta ku ulicy, otoczona cokółem, przykuwa
mimowoli uwagę przechodnia. Dwie figury ale-
goryczne wyobrażają dziewczynę wielkopolską,
która ku wieszczowi wyciąga dłoń z kwiatami,
i pacholę, podtrzymujące znicz.
Gdy tło pomnika wypełnią drzewa świerkowe
i po zniwelowaniu bardzo niedogodnego terenu,
odgrodzą go od ulicy nowe kraty, całość przynie-
sie zaszczyt ofiarodawcy, a mieszkańcom grodu
Przemysława przypomni może starą prawdę, że
„nietylko samym chlebem żyje człowiek."
. Icer.
EPILOGI.
„ Czterościanoivość.“
Wyraz nowy... ukuliśmy go w kuźni przyja-
cielskiej, rozmawiając o życiu społecznem u nas.
Zacieśnia się ono, zwęża, jałowieje. O tem wie-
my wszyscy. Nasze instytucye nie mają człon-
ków, nasze stowarzyszenia więdną, ludzi z inicya-
tywą, ludzi, zdolnych do czynu, obdarzonych zmy'
słem organizacyjnym coraz mniej. Żyjemy w roz-
sypkę. Jeszcze starsze pokolenie ratuje honor
w klubach przy wincie, ale my? młodsi? kwaśnie-
jemy po domach i—narzekamy.
Nie jest to partykularyzm, me jest to za-
ściankowość- to typowe dla Warszawy współczes-
nej, „zamknięcie się w czterech ścianach."
Znam ludzi młodych, inteligentnych, wy
kształconych, którzy w 30 roku życia, a wKc
w dobie największego rozkwitu swoich sił już się
cofnęli w zacisze domowe i żyją w zupełnej iz°'
lacyi od społeczeństwa. Znam „filistrów," którzy
przetrawili wiele rzeczy i sięgnęli w głąb niejed-
nej kwestyi, a więc mieliby coś do powiedzenia
społeczeństwu—a milczą. Znam także takich, któ-
rzy narzekają na apatyę, na gnuśność, na odręt-
wienie, a ani jednem drgnieniem własnej duszy mc
przyczynią się do obudzenia śpiących.
Dziwne społeczeństwo—powiedziałby °b"
cy obserwator:— rozpoznaje swoją chorobę, czuje
astmę, skarży się na krótki oddech, a nie nabiera
w płuca powietrza.
1 miałby słuszność, bo naprawdę stajetny si?
społeczeństwem dziwnem. Wytrwale, konsekwentnie,
a prawie nieświadomie posuwamy się ku zupełne
mu bezwładowi. Ogarnia nas śpiączka, która Pr°
wadzi do zaniku instynktów życia zbiorowego
obywatelskiego,
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ale 49
945
To zooii politikoii przestaje u nas istnieć.
Rozdrabniamy się coraz bardziej, różniczkujemy
się coraz wyraźniej, indywidualizujemy się do gra-
nic ostatecznych, poza któremi zaczyna się już
całkowite rozluźnienie więzi społecznej i — proces
rozkładowy.
A człowiek potrzebuje obcowania z ludźmi,
potrzebuje wymiany myśli, starcia się poglądów,
atmosfery podniecającej, bodźców do pracy. Po-
trzebuje tego i uczony, i artysta, i technik każdy
w swojej dziedzinie. Inaczej rutynizuje się, wpa
da w manierę lub w banalność, przestaje dążyć
naprzód.
U nas tymczasem wszyscy narzekają na brak
tych bodźców i narzekają słusznie. Narzekają na
brak atmos/ery i nie mylą się, bo jej niema na-
prawdę.
Dlaczego?
Bo jeden człowiek atmosfery takiej nie wy-
tworzy, może ona powstać tylko w gronie szero-
kiein i wówczas szerokie także kola ogarnie. Ale
do tego trzeba świadomego współdziałania sobie,
trzeba zbiorowego wysiłku i zbiorowej emaiuicyi
ducha.
W „czterech ścianach" możemy wzniośle
czuć, pięknie myśleć, gorąco pragnąć, ale te uczu-
cia, myśli i pragnienia nie zamieniają się nigdy
w żywą energię, jeżeli ich nie wyniesiemy poza
obrąb naszych czterech ścian. Będą tam one jak
drzewa cieplarniane, które wydają nikły i karłowa-
ty owoc.
Inteligencya nasza, zamknięta w dobrowol-
nym klasztorze, musi to sobie uświadomić i pa-
miętać, że:
„Der Mensch rnuss hinaus *)
Ins weltliche Leben,
Muss diirjeu und streben*
gdyż inaczej grozi nam gnuśność zupełna.
A już niedaleko do niej.. Z. Z>.
*) Człowiek powinien wnikać duszą
W życiowe wiry świata,
Powinien módz i dążyć!...
Teatr, muzyka, sztuki plastyczne.
W Odesie wystawiono kilkakrotnie z wielkicm
powodzeniem sztuki St. Przybyszewskiego: „Dla szczę-
ścia," „Złote Runo" i „Goście." Sprawozdawca teatral-
ny Odes. List, zwraca uwagę na głęboko filozoficzną
treść wspomnianych dramatów, zachwyca się artystyczną
ich budową i podkreśla szczególnie talent sceniczny
autora, ujawniający się w przykuwaniu uwagi widzów
do toczącej się przed nimi akcyi. Obecnemu na przed-
stawieniu twórcy urządzono gorącą owacyę. o
* Mieczysław Karłowicz. Dnia 28 listopada
odbył się koncert młodego kompozytora, który wstępnym ,
M1LCZYSŁAW KARŁOWICZ i STANISŁAW BARCEW1CZ.
bojem zdobył entuzyazm szerszej publiczności i głębokie
uznanie zawodowych muzyków Zjawienie się p. Mie-
czysława Karłowicza wśród plejady kompozytorów pol-
skich ostatniej doby-—należy uważać jako fakt doniosłego
znaczenia dla muzyki i sztuki polskiej w ogólności
Trudno dziś przewidzieć, do jakiego stopnia rozwoju
i blasku dojść może twórczość młodego kompozytora,
który dziś liczy zaledwie lat 28; wszakże do obecnej
chwili złożył już tak wybitne dowody talentu, obszernej
wiedzy, intcligencyi, wreszcie szlachetnego stylu i szczyt-
nych aspiracyi, że zasługuje na baczną uwagę i gorące
poparcie ze strony społeczeństwa. Podkreślamy to z tem
większą skwapliwością, że p. Karłowicz, pomimo rozgło-
su, jaki już zdobyć potrafił, jest zdaniem naszem, oso-
bistością w kraju mniej ocenioną, niż na obczyźnie, jego
kompozycye zaś mało znane, bo rzadko kiedy wykony-
wane. Co do przyczyn—pomijamy tu dysonanse natury
prywatnej, bez których, niestety, w naszym światku mu-
zycznym obejść się nie może, pomijamy skromność mu-
zyka, nie lubiącego reklamy, narzucania się, a przechodzi
my do względów rzucających zarazem światło na indy-
widualność kompozytora. Wśród kierujących u nas opi-
nią powag muzycznych pannie przekonanie, że polski
kompozytor powinien tworzyć wyłącznie na podstawie te-
matów polskich. Dzieło, wyłamujące się z pod tego na-
kazu, bywa narażone na krytykę, której ton obniża jego
wartość i znaczenie. Podług artystycznego credo p. Kar-
łowicza, nim twórca otworzy encyklopedyczny zbiór mo-
tywów polskich Kolberga, powinien przedewszystkiem
zajrzeć w głąb własnej duszy i pójść za głosem tych
potrzeb, które mu natchnienie wskazuje. Umieć się od-
naleźć i wypowiedzieć—pozostanie zawsze największym
tryumfem artysty. Jeśli w sercu muzyka śpiewa nuta
swojska, niech zostanie pieśniarzem narodowym, ale
większą jeszcze chwałą współziomków może być ten,
kto w arcydziełach zaklął pierwiastki wszechczłowiecze
Szczerość, poryw uczucia i głębia myślenia—cechują
utwory p. Karłowicza; opracowanie ich znamienuje wy-
trawnego muzyka, który wszystkie gałęzie swego fachu
poznał gruntownie i w zupełności owładnął instrumen
tacyą. Niezależnie od talentu jest to rezultat długich
i sumiennych studyów w kraju i za granicą. Naukę mu-
zyki rozpoczął od gry na skrzypcach w Heidelbergu
w r. 1885 pod kierunkiem kapelmistrza Rosenkruza. Od
r. 1887 osiadł z rodzicami w Warszawie, gdzie ukończy!
gimnazyum i pracował dalej nad skrzypcami pod kierun-
kiem prof. Jakowskicgo, a od r. 1891 do 1895—prof.
Barccwicza. Od roku 1890 rozpoczął studya teoretyczne
muzykalne, naprzód u Noskowskiego, potem u Maszyń-
skiego, wreszcie najdłużej u prof. RoguSkiego; jedno-
cześnie chodził na wydział przyrodniczy uniwersytetu
W r. 1895 wyjechał na studya do Berlina i tam do
r. 1900 przeszedł cały kurs teoryi muzycznej pod kie-
runkiem prof St. Urbana, a jednocześnie uczęszczał do
uniwersytetu, słuchając na wydziale filologicznym wykła-
dów historyi muzyki i filozofii. Od r. 1900 mieszka
przeważnie w Warszawie. Od r. 1903 jest jednym z naj-
dzielniejszych członków komitetu w Tow. Muzycznem,
gdzie stworzył orkiestrę smyczkową. Dwa koncerty kom-
pozytorskie, które p. Karłowicz dał w Wiedniu i Berli-
nie przy współudzale Stanisława Barccwicza, uwieńczone
zostały prawdziwem po-
wodzeniem, wywołały kry-
tyki bardzo pochlebne. Do
najwybitniejszych dzieł p.
Karłowicza należy zaliczyć
jego pieśni, symfonię „Od-
rodzenie", muzykę za sceną
do dramatu „Biała gołąbka"
Nowińskiego, koncert na
skrzypce z towarzyszeniem
orkiestry i poemat symfo-
niczny: „Powracające fale."
rg
ZE SZTUKI
STOSOWANEJ.
* Piękny kielich
w stylu zakopiańskim,
roboty braci Łopieńskich,
jest dowodem, że w, stylu
tym, umiejętnie, z pomy-
słowością prawdziwego ar-
tysty zastosowanym, moż-
na tworzyć prawdziwie
estetyczne przedmioty, ma-
KIFIJCH W STYLU ZAKOPIAŃSKIM.
Ofiarowany do kościoła w Ciechocinku.
jące tę wyższość nad innymi wytworami zbanalizowa-
i.ych form, że są swojskimi i oryginalnymi nabytkami
kultury czysto polskiej. Kielich jest przeznaczony dla
WNĘTRZE KOŚCIOŁA W CIECHOCINKU.
kościoła w Ciechocinku. Ofiarowali go mieszkańcy Cie-
chocinka księdzu Felicyanowi Lutosławskiemu w dniu
17-m września, na pamiątkę 50-letniego jubileuszu kapłań-
stwa. k
Z SALONÓW ARTYSTYCZNYCH.
4 Profesor Leon Wyczółkowski w jednym z salo-
nów Pałacu Sztuki wystawił cykl obrazów, osnutych
na motywach tatrzańskich. Powiadamy: osnutych na
motywach, nie zaś widoków z Tatr, gdyż rzeczywiście,
włączając nawet znajdujący się tu portret Stefana Że-
romskiego i studya portretowe „gazdów," nie są to by-
najmniej, ściśle biorąc, zwyczajne pejzaże, lecz utwory
skomponowane na nastrój, złączone z sobą organicznie
jednym owiewającym je duchem jakiejś bajecznej, le-
gendowej opowieści o skamieniałych rycerzach, o dzi-
wach i cudach, których poetyczne tradycye lud w uko-
chanych swych górach przechowuje. A portret Żerom-
skiego, jakiś wyolbrzymiony i jakby epiczny, gdzie pi-
sarz na tle tej przyrody romantycznej i surowej pogrąża
się w górnej swej zadumie, dziwnie właśnie harmonijnie
zlewa się z całością tych dzikich złomów skalnych „Ry-
cerzy," uśnieżonych wierzchołków „Mnicha," tajemniczej
głębi Czarnego Stawu i grozie poświstów wiatru halne-
go. Jest to jakby jeden wielki poemat o wielu pieś-
niach. Wystawę urządzono z nadzwyczajną starannością
i wielkim smakiem artystycznym. Dyskretne, szare obi-
946
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ks 49
cie ścian i szare z wązką złotą obwódką ramy obrazów,
spokojem swoim nie mącą w niczem skupionej harmo-
nijnej wartości kolorystycznej utworów. Pamiętano, aże-
by najmniejszy szczegół uboczny jaskrawszym, brutal-
niejszym połyskiem nie rozrywał ogólnego tonu, nie ,
obniżał natężenia połysków na obrazach i tem samem
nie psuł wrażeń, jakie winniśmy od nich otrzymywać.
Staranność ta w urządzeniach jest objawem postępu na
naszych wystawach, i należy ją przyjąć z prawdziwem
uznaniem. W technice i sposobie malarskiego ujęcia
przedmiotu u profesora Wyczółkowskiego witamy znowu
nową fazę. Pod wpływem zapewne grafiki, której arty-
sta ten w ostatnich czasach oddaje się z wielkiem zami-
łowaniem, doszedł on do ostatecznych prawie granic
w uproszczeniach. Nadzwyczaj małymi środkami wydo-
bywa pełne, całkowite efekty zarówno kolorystyczne,
jako też rysunkowe przedstawienie kształtu. Pastele je-
go, wykonane kilku zaledwie kolorami, w kilku śmia-
łych, energicznych rzutach, które przecież przedziwnie
dokładnie utrzymują formę, są, zda się, najwyższym wy-
razem syntezy malarskiej. J.
T Dalekiego Wschodu.
Pomimo panujących w Mandżuryi mrozów, do-
chodzących do 29 stopni, potyczki nad Sza-
cho przybierają coraz większe rozmiary. Celem
ich bywa przeważnie akcya wywiadowcza—co do-
wodziłoby już samo przez się, że wodzowie stron
obydwu nie wyłączają możliwości poważniejszej
bitwy. Istniały nawet pogłoski, zwiastujące obec-
ność wojsk gen. Kurokiego o kilka zaledwie kilo-
metrów od Mukdenu—i choć ta wiadomość dotych-
czas nie sprawdziła się, nie ulega wątpliwości, że
taki manewr oskrzydlający jednej z armii jedynie
dałby możność wyprowadzenia przeciwnika z po-
zycyi obronnej, która w ataku frontowym jest pra-
wie że nie do zdobycia.
Z drugiej strony łatwo dostrzedz niedogod-
ności tak śmiałego manewru. Po pierwsze, armia,
idąc manowcami aż poza pozycyę nieprzyjaciela,
cierpiałaby przez, cały czas drogi na brak wody
gdyż dostarczanie jej z lodu rzek jest połączone
z wielkiemi trudnościami, a zresztą oddziały, któ-
reby opuściły brzegi zamarzłych rzek byłyby po-
zbawione i tego nawet sposobu jej zdobywa-
nia, gdyż śniegi padały dotychczas w Mandżuryi
w ilości bardzo nieznacznej. Nie dosyć na tem.
Armia oskrzydlająca, przyjąwszy bitwę w otwartem
polu, nie mogłaby otoczyć się szańcami ziemnymi,
tą jedyną ochroną przed morderczym ogniem ar-
mat i karabinów, gdyż zamarzła ziemia przypo-
mina twardością kamienie i nie nadaje się w chwili
obecnej do kopania. Pozostają więc jedynie próby
nocnych ataków na nieprzygotowanych żołnierzy,
którym ręce kostnieją z zimna (co znacznie osła-
bia celność strzałów). Do takich prób zapewne
należały walki dni ostatnich, walki, które oprócz
kilkuset trupów i rannych nie dały żadnych wy-
ników.
ąe *
*
Istnieją pogłoski o rozkazach głównego szta-
bu japońskiego, wzywających armię oblężniczą do i
zdobycia Portu Artura za wszelką cenę w dniach
najbliższych. Pogłoski te o tyle zasługują na
uwagę, że prace inżynieryi wojskowej pod tą
twierdzą postępują systematycznie krok za kro-
kiem, że bombardowanie wzbudza ustawiczne po-
żary po arsenałach, i że nowy szturm generalny
do pozostałych fortów już się rozpoczął.
Ciekawą jest jedna okoliczność w telegra-
mach, które nas dochodzą o losach Portu Artura.
Oto zdają się one wyprzedzać wypadki na co naj-
mniej dwa tygodnie—lub też odwrotnie—przycho-
dzą spóźnione. Naprzykład, już dawno mówiono
o zdobyciu kontr-skarpów fortów Erlunszan, Ke-
kwan i Szuszan. W tych dniach ogłoszono to
jako nowość. Gdyby poprzednia wiadomość była
WALKA NA KAMIENIE POD PORTEM ARTURA W MIEJSCU, GDZIE NIE DZIAŁAŁY STRZAŁY KARABINOWE.
blagą, to możebyśmy wtedy dowiedzieli się o in-
nem jakiem powodzeniu armii oblężniczej, a nic
właśnie o zdobyciu kontr-skarpów, co obecnie nie
ulega już wątpliwości. Wobec tego, trudno wie-
dzieć, co się tam dzieje naprawdę.
Ciekawą też jest chęć generała Stessla, któ-
ry jest raniony (podobno lekko) rykoszetem kuli,
do przesłania z Czifu wiadomości do głównego
sztabu rosyjskiego kosztem aż całego torpedowca
„Rastoropnyj." W kilka dni później dwa statki,
naładowane amunicyą, jeden angielski, a drugi
niemiecki, usiłowały napróżno przerwać blokadę.
Dostały się one w ręce Japończyków. Stąd po-
wstało przypuszczenie, że torpedowiec wysłano
w celu sprowadzenia żywności do twierdzy za
wszelką cenę.
* *
*
Nowoje Wretnia twierdzi, że oprócz będącej
w drodze do Japonii eskadry bałtyckiej (II eskadry
Oceanu Spokojnego), niezbędną będzie tam jeszcze
eskadra III. Utworzenie jej dziennik ten proponuje
z pancernika „Sława," kilku! starszych pancerni-
ków, jak: „Aleksander 1“ i „Mikołaj I,“ krążowni-
ków: „Pamiaf Azowa" i „Władimir Monomach,"
oraz 15 nowych torpedowców. Zadaniem jej by-
łoby w razie zwycięstwa II eskadry—rozciągnięcie
blokady nad portami Mozampo, Genzanem, Fuza-
nem, Mokpo i Czemulpo. Do powyższych okrę-
tów, gdyby nie traktat, wiążący flotę czarnomorską
do obrębu Morza Czarnego, możnaby dołączyć
okręty tamtejsze: „Tri Swiatitiela," „Kniaź Potiem-
kin," „Rostisław," „Oczakow" i „Kaguł."
$ *
Eskadra, płynąca na Daleki Wschód, spala
dziennie 3,140 tonn węgla, czyli 194,680 pudów.
Na przebycie każdego tysiąca mil trzeba zużyć
16,969 tonn, czyli 1,052,078 pudów, co na 18,060
mil wynosi około 20 milionów pudów. Podczas
postoju w portach eskadra zużywa na opał i świat-
ło 423 tonny, czyli 26,226 pudów na dobę.
Z cyfr tych łatwo można nabrać wyobrażenia
o trudnościach zaopatrzenia w węgiel owej eska-
dry, która nie ma na swojej drodze ani jednego
własnego portu do rozporządzenia.
*
Z załączonego w numerze niniejszym sche-
matu można łatwo pojąć siłę odporną reduty po-
towej. Schemat ów wyobraża typ fortów, które
Japończycy zdobywali pod Laojanem. Forty owe
były doskonale ukryte. Siatki i wilcze doły osła-
niała wyrosła nad niemi trawa.
948
TYGODNIK ILLUSTROWANY JVe 49
Nasze ryciny.
W roku bieżącym upływa 100 lat od cza
su, kiedy pierwszy konsul, Bonaparte, wło-
żył na swoje skronie koronę i ogłosił się
cesarzem pod imieniem Napoleona I. W ięk-
sza część ryc:n podanych w numerze obec-
nym łączy się pośrednio, lub bezpośrednio
z pamięcią genialnego wodza i władcy.
Na czele należy postawić pełen wyrazu Por-
tret Cesarza według litografii Carriere’a (z r.
1836). Drugim zasługującym na uwagę
utworem jest akwaforta Horacego Verneta
(1789 1863), który unieśmiertelnił swoje
nazwisko, odtwarzając sceny z epoki Napo-
leońskiej. Apoteoza Napoleona, której re-
produkćyę podajmy, należy do niewielu
alegorycznych kompozycyi Verneta. Arty-
sta nie przedstawia cesarza w chwili try-
umfu, lecz w sytuacyi tragicznej, jako wy-
gnańca na dzikiej skale, o którą łamią się
wzburzone fale oceanu. Twarzy i postaci
złamanego losem wojownika i monarchy
nie widać dobrze, zasłaniają ją bowiem fi-
gury osób, należących do najbliższego oto-
czenia ukoronowanego niewolnika. Na pra-
wo, jakby we mgle, stoi korowód wodzów,
bohaterów, żołnierzy, pi zypatrujących się
z głębokiem współczuciem swemu byłemu
wodzowi i składających mu hołd. Nad
nimi unoszą się figury poetów i rapsodów,
opiewających przy akompaniamencie harf
dzieje jego zwycięstw. W głębi majaczy
diugi szereg grenadjerów w bojowym or-
dynku. Na reprodukcyi z litografii Carrie-
rc’a (1835) widzimy portrety pięciu wybit-
niejszych wodzów Napoleońskich, wśród któ-
rych, obok ks. Józefa Poniatowskiego za-
sługuje na uwagę marsowe oblicze Cam-
bronne’a, który jako dowódca „starej gwar-
dyi" pod Waterloo wsławił się zarówno
walecznością, jak słynną a energiczną od-
powiedzią na propozycyę 'łożenia broni.
Dwie drobniejsze ryciny są reprodukeyami
dzieł artystów polskich starszego pokolenia.
Jedna, .Odwrót', wyszła w r. 1854 z pra-
cowni Franciszka Kostrzewskiego. który za-
pisał się w pamięci ogółu głównie jako nie-
porównany humorysta, chociaż w ciągu swe-
go długiego żywota wymalował sporą licz-
bę obrazów poważnej treści. „Odwrót" nie
wymaga komentarza. Obraz Pilattiego p. t.
.Rok iXt2.“ przedstawia również moment
z dziejów krwawej kampanii rosyjsko-fran
cuskiej. Na pustem białem polu stoi arma-
ta, a obok niej leży skostniały trup przysy-
pany śniegiem. W głębi stado wilków,
z których jeden zbliża się do zwłok żołnie-
rza, ale zaniepokojony widokiem działa za-
trzymuje się w biegu. Za pomocą środków
niewyszukanych zdołał jednak autor wywo-
łać silne wrażenie grozy. Kompozycyi Sta-
nisława Bagieńskiego p. t. „Sztab" nie
można nazwać historyczną w ścisłem zna-
czeniu tego wyrazu, gdyż artysta nie od-
twarza specyalnego momentu dziejowego,
mimo to jednak rycina dzięki swemu cha-
rakterowi wiąże się ściśle z epoką Napole-
ońską Treść obrazu nie jest zawiła. W dali
toczy się bitwa, na przedzie oficerowie
sztabowi oglądają mapę miejscowości i na
radzają nad dalszym planem działań. Na
specyalną uwagę zasługują wyraziste typy
wojaków, oraz doskonale oddane kostiumy
żołnierskie i oficerskie z początku XIX w.
Kronika.
GBY PEDAGOGICZNE.
Tygodnik Dobra Matka rozpoczął wy-
dawnictwo tanich gier pedagogicznych dla
młodzieży i pewne z nich wypuszcza już
na nadchodzącą Gwiazdkę. Są to: „Złoty
zegarek" pomysłu i układu Ed. Bogdano-
wicza, „Zagłoba" ułożony przez Jerzego
Orwicza i znane z numeru okazowego „Sa-
mochody", ubrane tylko w pudełko, kostki
i małe samochodziki do gry. Na szczegól-
ne wyróżnienie zasługuje gra „Złoty zega-
rek" ze względu na nowość motywu. Do-
tychczas wszystkie gry towarzyskie dla
młodzieży obierały zwykle tematy: literac-
kie, historyczne, przyrodnicze lub geogra
ficzne- były gry kombinacyjne, łamigłówki
i gry cierpliwości t zw. „Geduldspiele", me
było jednak ani jednej, któraby zaczerpnęła
motyw z dziedziny hygieny, lub życia prak-
tycznego, lub motyw społeczny. „Złoty
zegarek" porusza dwa takie motywy, łączą
się z nim bowiem dwie gry: 1) „Jak zega-
rek" — wykładająca normalnie-hygieniczny
przebieg dnia (obok przepisów gry dołączo-
no jako nowość, broszurkę o hygienie dnia
przez dra W Chodeckiego) i „Bądźmy
punktualni!"—z mottem „Kto traci czas—
traci życie". Na uwagę wreszcie zasługuje
tekst, usiłujący usunąć możliwie z gry mło-
dzieży pierwiastek hazardu. Inicyatywa
wjdawnictwa Dobrej Matki w tym wzglę-
dzie zasługuje na poparcie.
ODCZYTY.
W Kole artystyczno-literackiem w Krako-
wie wygłosił p. Tadeusz Smarzewski dwa
odczyty p. t.: „Rok 1848 " Prof. dr K. Pot-
kański miał na posiedzeniu wydziału hi-
storyczno-filozoficznego Akademii umiejęt-
ności odczyt p. t.: „Konstanty i Meto-
dyusz." p
AUTOGRAF GRAŻYNY.
W końcu ubiegłego miesiąca zjawiła się
w dziennikach tutejszych odezwa Konstan-
towej hr. Przezdzieckiej z zawiadomieniem
o tajemniczem zniknięciu z biblioteki hr.
Przezdzieckich w Warszawie rękopisu „Gra-
żyny" i prośbę do niewiadomego posiada-
cza o zwrot cennej pamiątki. Rękopis ten
niebawem odnaleziono. Okazało się, że
w swoim czasie wywiózł go był do Kra-
kowa i wypożyczył bibliotece Jagielonskiej
sam ś. p. Konstanty hr. Przezdziecki i nie
zgłaszał się następnie po odbiór. Obecnie
zwróciła biblioteka cenną pamiątkę hr.
Przezdzieckim za pośrednictwem p. Jana
Gebethnera. Wzmiankę niniejszą uzupeł-
niamy podobizną fragmentu rękopisu, o
SPOŁECZNE.
Władza zatwierdziła ustawę powstającego
w Warszawie związku buchalterów Osoby,
pragnące zapisać się na członków, winny
nadsyłać tymczasowe deklaracye pod adre-
sem p. Aleksandra Morozewicza, ul. Złota
Z TEKI HUMORYSTYCZNEJ FR. KOSTRZEWSKIEGO.
— Gdzie ty, łobuzie, cięgiem się włóczysz?.. Cały dzień nie było cię w domu!
— Bo w domu nud..o: chciałem się trochę rozerwać.
— A to ładnie się cały porozrywałeś, nicponiu jeden!
nr. 32. Do związku należeć mogą osoby,
bez różnicy płci i wyznania, posiadające
kwalifikacye do zajmowania samodzielnych
posad buchalterów, korespondentów, kasye-
rów i t. p. Zebranie komisyi organizacyj-
nej naznaczono na dzień 2 grudnia u adw.
przys. Kronenblecha-Krońskiego.
z WARSZAWY.
Na wzór paryskiej „morgi" pozyska rów-
nież Warszawa trupiarnię, w której wysta-
wiane będą na widok publiczny celem roz-
poznawania zwłok osób, zmarłych nagłą
śmiercią na ulicy. Sprawą otwarcia morgi
warszawskiej zająć się ma wkrótce specyal-
na komisya przy udziale przedstawicieli
policyi i zarządu miejskiego.
Projekt przebudowy sieci tramwajów kon-
nych w Warszawie na elektryczne uzyskał
zatwierdzenie władzy. Przeprowadzenie bu-
dowy według planów zasadniczych wyko-
nanych przez firmę Siemensa i Halskego,
tudzież dalsze administrowanie przedsiębier-
stwem powierzono obecnemu zarządowi
tramwajów, o
Z RÓŻNYCH STRON.
Jak donosi Dziennik poznański, w gi-
mnazyum św. Maryi Magdaleny w Pozna-
niu zaprowadzony zostaje dla dzieci o na-
zwiskach brzmiących po niemiecku i dla
dzieci wszystkich urzędników państwowych
wykład religii, przygotowujący do pierwszej
spowiedzi, w języku niemieckim, o
Ubogi i opuszczony kościół w Szk łowię,
stanowiącym ongi posiadłość Chodkiewi-
czów, uległ częściowej restauracyi. Odno-
wieniem świątyni, dokonanem dzięki stara-
niom ks. proboszcza A. Kurowskiego, para-
fian i obywatela miejscowego p. Mauro,
który na cel ten ofiarował znaczny zasi-
łek pieniężny, kierowali pp.: Tomkiewicz,
Plejewski, Morawiec i Kimont. Ostatecz-
nemu odnowieniu kościoła staje na prze
szkodzie brak funduszów. W kaplicy w
Szkłowie leżą zwłoki jednegu z Chodkie-
wiczów; podobno są to szczątki hetmana
wielkiego litewskiego, Karola. Spoczywają
one w rozbitej drewnianej trumnie pod
drewnianą podłogą ubogiej kaplicy, co
wszystko zda się urągać świetnej przeszło-
ści znakomitego męża i wodza, o
ŚW [AT KOBIECY.
Sekretarka Koła pracy kobiet (b. Delega-
cyi pracy kobiet) przy Muzeum p. p. i h.,
p. J. Bojanowska, na pierwszem powaka-
cyjnem zebraniu przedstawiła uczestnicz-
kom sprawozdanie z 10-letniej działalności
tej sekcyi, której głównym celem jest organi-
zacya i pomoc w zawodowej pracy kobiet.
Dzięki zabiegom delegacyi, powstały pierw-
sze u nas niedzielne kursy rysunku dla
szwaczek, haftarek i t. p. Korzystało z nicłi
już dotyczczas kilkaset pracownic, odniósł-
szy poważne korzyści. Zorganizowanie
wakacyi szwaczek, zaprowadzenie kursów
kroju z opłatą 10 rub. zaledwie za całą
naukę, stałe udzielanie wskazówek w za-
kresie zawodowego wykształcenia, zorgani-
zowanie kilku wspólnych wycieczek i po-
gadanek dopełniają dzieje zabiegów Koła.—
W ubiegłym tygodniu odbyło się poświę-
cenie sali zajęć dla dziewcząt, otworzonej
za staraniem pani H Wereszczakowej. Za-
kład mieści się w trzech dużych pokojach
i przygarnął już dotychczas 50 dziewcząt,
które poza nauką religii, czytania i pisania,
mogą wyćwiczyć się zawodowo w wyro-
bie koronek, szyciu maszynowem i ręcz-
nem, kroju bielizny i sukni, hafcie i tka-
niu na krosnach kilimków. W przyszłości
projektowane jest wypalanie na skórze, mo-
zaika cementowa i t. p. — Grono pań war-
szawskich przesłało odpowiednim władzom
projekt z prośbą o zatwierdzenie zakładu
dla dzieci przestępców, karanych więzie-
niem. Towarzystwo ma na celu zapewnie-
nie im opieki moralnej i materyalnej. —
W Petersburgu otwarto kursy gospodarstwa
wiejskiego, stanowiące poniekąd ostatni
etap do stworzenia instytutów gospodar-
stwa wiejskiego dla kobiet. Kursy te—
dwuletnie—podzielone są na cztery seme-
stry: dwa zimowe i dwa letnie Program
obejmuje wycieczki latem i zimą, uzupeł-
niające zajęcia praktyczne. — Ministeryum
oświaty zatwierdziło regulamin dla słucha-
czek odeskich kursów pedagogicznych, na
które wstępować mogą kobiety, posiadające
świadectwa gimnazyalne. Dyrektorem kur-
sów mianowano p. Lange, prof. odeskiego
uniwersytetu, cw
ZMARLI.
Witold Wejchert, artystamalarz, zmarł
w Świdrze pod Warszawą dnia 23-go z. m.,
przeżywszy lal 38. Urodzony dnia 27-go
października 1867-go roku z ojca Feliksa
i matki Leokadyi z Teplickich, ś. p. W. po
ukończeniu szkół w Warszawie, kształcił się
w zawodzie artystycznym w Krakowie i Mo-
nachium, poczem osiadł w mieście naszem,
malując z zamiłowaniem i talentem szeregi
dobrze odczutych scen myśliwskich. Ostał
nie dzieło zmarłego stanowi nadesłane
obecnie na wystawę do Zachęty płótno p. t.
„Tryptyk." Zmarły pozostawia po sobie
dobre imię w dziejach sztuki polskiej i sym-
patyczne wspomnienie wśród kolegów, o
Law a z Rutkowskich Garbowska, wdo-
wa, b. obywatelka ziemska, zmarła w War-
szawie dnia 22-go z. m., przeżywszy lat 58.
Michał Zakrzewski, dyrektor opery >
operetki teatrów rządowych warszawskich,
zmarł w Warszawie dnia 22-go z. m., prze-
żywszy lat 60. o
Aleksander Trębicki, obywatel ziemski,
b. sędzia gminny, zmarł w Warszawie dnia
19-go z. tn., przeżywszy lat 80. Zmarły
był synem Antoniego Trębickiego, posła
inflanckiego na sejm czteroletni, prawo-
znawcy i uczestnika prac Kołłątaja. Był
właścicielem dóbr Łomna, gdzie gospodaro-
wał przez całe życie, jednając sobie szacu-
nek sąsiadów i miłość ludu okolicznego, o
Larta O dromęcka, zmarła w Warszawie
dnia 22-go z. m. o
Stanisław Rutkowski, inżynier, zmarł
w Tomaszowie rawskim dnia 23-go z. m..
przeżywszy lat 39. o
Józefa z Radziszewskich Reczko, eme-
rytka, zmarła w Warszawie dnia 23-go z. m-,
przeżywszy lat 70. o
Kazimierz Wojno, zmarł w Wawrzc
d. 24 z. m., przeżywszy lat 68. o
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 49
949
Wacław Sioiatopcłk-Zawadzki, syn ś. p.
Piotra i Michaliny z ks. Radziwiłłów, zmarł
w Kruszynie, gub. Mińskiej, dnia 11 z. m
przeżywszy lat 29. o
Józef Janowski, jeden z ostatnich już
żołnierzy b. wojsk polskich, dokonał sędzi-
wego żywota w Ćwitowej w Galicyi wschod-
niej. c
Matylda ze Schmidtów Sawicka, żona
wicedyrektora Banku Handlowego w War-
szawie, zmarła w Warszawie d. 17 z. ni. o
Antonina z Oi łoiuskich Emilowa Prze-
irdzka, obywatelka ni. Warszawy, zmarła
dnia 24-go z. m., przeżywszy lat 48. o
Emilia z Czajczyńskich Szmagier,
b. obywatelka ziemska, zmarła w Warsza-
wie dnia 12-go z. m., przeżywszy lat 75. o
Antoni lir. Gi abowski, zmarł w War-
szawie dnia 13 z. m., przeżywszy lat 64. o
Antoni Zieliński, emeryt, b. profesor
instytutu agronomicznego w Marymoncie
i Nowo-Aleksandryi, zmarł w Warszawie
dnia 17-go z. m., przeżywszy lat 81. o
Aleksander Feliks lir. Ostrowski, wia-
ściciel dóbr Korczew, znany i ceniony wśród
szerokich sfer rolniczych gospodarz, wyna-
lazca szluzy automatycznej, odznaczonej za-
szczytnie na wystawach krajowych i za-
granicznych, zmarł w Warszawie dnia 14
z. m., przeżywszy lat 38. o
Ze świata.
KONGRES KATOLIKÓW W LILLE.
Pod przewodnictwem arcybiskupa Sonnois
z Cambrai odbył się w połowie listopada
w Lille kongres „Katolików Północy", w
którym Touchet, biskup Orleanu, wypowie-
dział mowę o wychowaniu początkowem,
żądając w tej kwestyi swobody zupełnej dla
ojców rodzin, prawa zakładania szkół nie-
zależnych i swobody religii w szkołach
publicznych. W razie przeprowadzenia zu-
pełnego rozdziału Kościoła i państwa bi-
skup proponował założenie po całej Francyi
stowarzyszeń religijnych w celu odrodzenia
Kościoła w łonie ludu, coby skłaniało do
rozwiązania wszelkich zagadnień socyalnych
w duchu chrześcijańskim, k
PEEVOST o krytyce. Na bankie-
cie związku krytyków literackich w Paryżu
prezes-owego związku, Marcel Prevost, wy-
głosił zabarwioną humorystyką mowę prze-
ciwko krytykom, w której, między innemi
znajdował się ustęp następujący: „Niech
nas sądzą! Dobrze, ale niech wiedzą o
tem, że ów sąd ich jest ważny i cieka-
wy tylko dlatego, że daje wyraz ich uspo-
sobieniu, jak nasze dzieła wyrażają to, co
w nas tkwi. Taką jest głęboka różnica
pomiędzy sądem krytyka a sądem sę-
dziego. W ten sposób krytyka staje się
dziełem sztuki, co bardzo rzadko znów da
się powiedzieć o wyrokach sądu. Np. St.-
Beuve interesuje nas tylko jako artysta,
psycholog myśliciel, nie jako sędzia kry-
tyczny, którego sądy nieraz były mylne.
Interesuje nas nie jego dogmatyzm, lecz
jego indywidualność." k
USKUTECZNIENIE ZAPISU RHODE-
sa w Oksfordzie. Jak wiadomo,
słynny działacz w imię idei brytańskiego
imperyalizmu, były minister Kaplandu, któ-
ry samodzielnymi wysiłkami wywołał pod-
bój Rzeczypospolitej Transwalu, projekto-
dawca kolei od Kairu do Kapsztadtu, zmar-
ły przed kilku laty, Cecil Rhodes, zapisał
cały swój olbrzymi majątek, wynoszący
4 miliony funtów sterlingów, na utworze-
nie 200 stypendyów po 300 f. stcrl. na
uniwersytecie oksfordzkim dla młodzieży
rasy anglo-saskiej zarówno z kolonii, jako
też z Ameryki (Stanów Zjednoczonych).
W zapisie owym ten genialny finansista,
który, będąc z pochodzenia Izraelitą, prze-
jął się duchem brytanizmu, jak mało klo-
ry Anglik i marzył o domi-
nującem stanowisku rasy an-
glo-saskiej na świecie, miał
na celu umożliwienie uboż-
szym Anglikom studyów na
starożytnej wszechnicy angiel-
skiej, gdzie wykształcenie wraz
z utrzymaniem pochłania po-
kaźną sumę 300 f. st. (3,000
rubli) rocznie, a więc do
pewnego stopnia zdemokra-
tyzowanie tego uniwersytetu,
w którym kształcić się mogła
tylko zamożniejsza młodzież
angielska. Stypendya przezna-
czone są w liczbie 90 dla ro-
dowitych Anglików, w liczbie
100 dla młodzieży amerykań-
skie, wreszcie w liczbie 15
dla Niemców, a to jako u-
przejmy ukłon w stronę cesa-
rza Wilhelma. W roku bieżą-
cym nastąpiło właśnie otwar-
cie kursów oksfordzkich dla
nowych stydendystów, którzy
napłynęli ze wszystkich stron
świata. Cecil Rhodes spodziewał się bar-
dzo doniosłych skutków ze zbliżenia się
tych przedstawicieli rasy brytańakicj na ko-
leżeńskiej ławie uniwersytetu, który zacho-
wał do dziś dnia tradycyjne, dawne urzą-
dzenia. k
SETNA BOCZNICA ŚMIERCI SCHIL-
LERA przypada d. 5 maja 1905 roku.
Całe Niemcy powinnyby przygotowywać się
do uroczystego obchodu tego dnia, w któ-
rym umarł ów idealista,' piewca wolności,
szlachetny rywal Goethego. Tymczasem,
jak to stwierdza Berlinei Tageblatt, nie
uczyniono dotychczas nic, coby kazało
wnioskować jakiekolwiek zajęcie się owem
przyszłem uświęceniem bolesnej dla nie-
mieckiego ludu pamiątki, k
PROTEST PRZECIWKO ZAKAZOWI
walki byków w Hiszpanii założyło
niedawno zgromadzenie ludowe w „Jordi-
nes del Buen Rctiro" w Madrycie. Słyn-
nych krwawych przedstawień broniono wszel-
kimi, możliwymi sofizmatami, jak to, że
walki na arenie kształcą męską odwagę
i zręczność, że gorsze daleko rzeczy gdzie-
indziej są uwzględniane, np. bokserstwo, że
to daje wielu ludziom zarobek i t. p.
Władze nie przerywały energicznie, ale
znacznie spokojniej niż w parlamencie hisz-
pańskim prowadzonych obrad, k
JAK FOTOGRAFOWAĆ ZWIERZĘ-
TA?
Do najtrudniejszych zdjęć fotograficznych
należą fotografie zwierząt. Niedawno
dwóch Anglików wzięło sobie za zadanie
sfotografowanie różnych okazów fauny
ze wszystkich części świata. Zaczajali się
tedy na nie, jak przy polowaniach, kryjąc
się po pieczarach, na drzewach—gdzie się
dało. W ten sposób zdołali zebrać wspa-
niałą kolekcyę. Istnieje jednak prostszy
sposób fotografowania —- bez niebezpie-
czeństw i ukrywania się: za pomocą elek-
trycznego aparatu automatycznego. Rycina,
którą załączamy, przedstawia jeden z mniej-
szych aparatów tego rodzaju. Urządzenie
jego jest bardzo proste. Skoro zwierzę
wbiegnie na płaszczyznę przed aparatem,
wtedy ugina się ona pod jego ciężarem,
odkrywając jednocześnie otwór objektywu
i zamykając chwilowo prąd elektryczny,
który porusza soczewkę, robiąc momentalne
zdjęcie, i natychmiast wprowadza je na
dawne miejsce. Skoro zwierzę zejdzie
z platformy, płaszczyzna się podnosi napo-
wrót, druga klisza wchodzi na miejsce zu-
żytkowanej i aparat gotów jest do drugie-
go zdjęcia. W ten sposób różne drobne
zwierzątka: ptaki, koty, zające fotografują
się same, k
FOTOGRAFOWANIE PTAKÓW.
ZMARLI.
I alentin Prinsep-, malarz i dramaturg
angielski, autor obrazu „Bianca Capella"
i sztuki „Monsieur le duc", urodzony w r
1839 w Kalkucie.
Polityka.
Źródło utrapień p. Koerbera, osławiony
parlament austryacki otwarty, nanowo nie
sprzeniewierzył się tradycyi. Spełzły bło-
gie nadzieje prezesa ministrów, który, wy-
latawszy jakoś sytuacyę od strony Czechów
w ostatnich czasach dzierżących berło
obstrukcyi, łudził się widocznie, iż ten je-
go sukces na coś się przyda. Niestety, za-
pomniał, że jeszcze istnieją w Austryi
wszechniemcy, i że ich głowa w tern,' by
nie dopuścić do chwilowego nawet polep-
szenia w skołatanym chorobą organiz-
mie państwowym. I nic dziwnego: wszak
celem, do którego dąży wymienione stron-
nictwo, jest albo hegemonia Niemców
w Austryi, albo oderwanie prowincyi nie-
mieckich od państwa i przyłączenie ich do
cesarstwa Wilhelma II. Pierwsza nie może
się udać, gdyż panowanie mniejszości nad
większością to absurd konstytucyjny, nawet
przy reakcyjnej austryackiej ustawie wybor-
czej; drugie — to zdrada. Takie dążenia
u jakiejkolwiek grupy ludności państwa są
chorobą bardzo ciężką, dającą się leczyć
tylko za pomocą ryzykownej zawsze meto-
dy chirurgicznej: użycia siły. Jeżeli zaś sił
niema dosyć dla zgniecenia wrogich aspira-
cyi, to pozostaje tylko smutna konieczność
wegetacyi z nieuleczalnem cierpieniem,
absurdem lub zdradą w łonie. Pochop do
powitania niezbyt uprzejmego d-ra Koerbe-
ra w parlamencie wzięli wszechniemcy
z powodu sprawy insbruckiej, którą uczuli
się „pokrzywdzeni," i to tak mocno, że
przyszło nawet do antydynastycznych wy-
nurzeń. Ponieważ ani na uniwersytet wło-
ski w Tryeście lub gdziekolwiek indziej,
ani na wydział prawny w łnsbruku patryo-
tyzm niemiecki pozwolić nie może, przeto
p. Koerber przez usta swojego ministra
oświaty próbuje prześlizgnąć się drogą po-
średnią: mianowicie założyć wydział włoski
w mieście prowincyonalnem poza obrębem
Tyrolu, prawdopodobnie w Roveredo. Ten
projekt jest obecnie na porządku dziennym.
Wydział insbrucki ma być zamknięty. Wąt-
pić jednak można, czy wobec zasadniczego
uprzedzenia wszechniemców pomogą co-
kolwiek schorowanemu parlamentowi drogi
pośrednie. Zdaje się, że dalej nie będzie
p. Koerber miał z niego pociechy. Tym-
czasem dla dokładności zanotować jeszcze
należy, że stronnictwa słowiańskie i umiar-
kowane wniosły protest przeciwko tolerowa-
niu w izbie antydynastycznych przemówień.
W Wiedniu toczą się też od dłuższego
czasu rokowania między austryackimi
i węgierskimi ministrami a hr. Posa-
dowsky’m o traktat handlowy z Niemcami.
Jak dotychczas, porozumienie przychodzi
bardzo ciężko, i trudno jeszcze przewidzieć
rezultat. Przeszkody z powodu wysokich
wymagań niemieckich są tak wielkie, że
podobno był nawet osobisty list cesa-
rza Franciszka do cesarza Wilhelma, je-
żeli ma się rozumieć telegramy nie mylą,
co im się często zdarza. Paryskie życie
parlamentarne nie toczy się trybem zbyt
spokojnym, aczkolwiek z okresu burzy już
wyszło. Jedno z gorętszych posiedzeń by-
ło poświęcone sprawie tajnego funduszu
dyspozycyjnego dla ministeryum. Zarzu-
cano rządowi, iż pozycya ta istnieje głównie
w celu jednania mu przyjaciół. Ostatecz-
nie fundusz uchwalono z obniżeniem o
200,000 franków, na co Combes się zgo-
dził. Z wybitniejszych momentów działal-
ności izby podnieść wypada odrzucenie
znaczną większością głosów wniosku, zdą-
żającego do wykreślenia budżetu wyznań.
Combes był przeciwny temu wykreśleniu,
oświadczył jednak, że jeśli izba je uchwali,
będzie to uważał za wskazówkę, iż należy
przyśpieszyć wzięcie pod obrady kwestyi
rozdziału Kościoła od państwa, i przedstawi
tedy parlamentowi jeszcze przed świętami
kilka najważniejszych punktów ustawy, któ-
re gdyby były przyjęte, umożliwią roz-
poczęcie w krótkim czasie akcyi praktycz-
nej. Budżet państwa w Watykanie izba depu-
towanych skreśliła.—Rada związkowa Rzeszy
Niemieckiej roztrząsa obecnie budżet pań-
stwowy, który wkrótce ma być przedsta-
wiony także parlamentowi. W wydatkach
na wojsko zwyczajnych projekt preliminuje
464 miliony, w nadzwyczajnych i jednora-
zowych 98 milionów. W porównaniu z tego-
rocznym wynosi to więcej o 46 milionów.
Koszty marynarki obliczono na 105 milio-
nów, t. j o 6 milionów więcej niż dotych-
czas. Jednorazowy zaś budżet na powięk-
szenie floty ma dosięgnąć sumy 111 milio-
nów, z których 70 milionów na budowę
nowych okrętów. Cyfry te są w związku z
nowem powiększeniem armii i floty.—Traktat
rozjemczy o rozstrzyganiu sporów drogą
sądu polubownego podpisany został w Wa-
szyngtonie przez sekretarza stanu do spraw
zagranicznych Hay’a i ambasadora niemiec-
kiego barona v. Sternburg.
952
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 49
Dla PAŃ — na Gwiazdkę
WYKWINTNE UPOMINKI
poleca
telefonu
1530
Rok
założenia
1868
SUKNIE -- KOSTIUMY
BLUZKI
NEGLIŻE - HALKI
z „LAINE des PYRENEES"
Ciepłe Spódniczki . • od Rb. 3.—
Kaftaniki ranne „ „ 6.—
Nowość: Szlafroczki . „ „ 15.—
Ciepłe BLUZKI włóczkowe . . . . „ „6 —
WEŁNY
-lEDWiBlE AKSAMITY
PIĘKNE ADAMASZKI CZARNE od
KORONKI
KORONKOWE SUKNIE ODPASOWANE
KORONKOWE CHUSTECZKI I SZALE
KORONKI PRAWDZIWE
NOWOCZESNE i STAROŻYTNE
HAFTY WSTĄŻKI
PRZYBRANIA
GALONY TAŚMY
OKRYCIA
LISY
BIAŁE, NIEBIESKIE, SREBRNE
CZARNE, KRZYŻAKI i t. d.
GRONOSTAJE — SZENSZYLE
FOKI „SEAL"
KARAKUŁY, WYPORKI, KASZTANKI.
FUTRA W BŁAMACH
DUŻY WYBÓR
GOTOWEJ KONFEKCYI FUTRZANEJ-
ŻAKIETY - BOLERA
DACHY — PŁASZCZE
BOA
KRAWATY
E T O L E
PELERYNY
MUFKI
KAPELUSZE
WOALKI
BOA Z PIÓR STRUSIC11
RĘKAWICZKI
duńskie — marka „B. HERSE“ . Rb. 1.35
kozłowe „ „B. HERSE“. „ 1.50
duńskie— „ „JOUV1N&C'’“ „ 2.50
WYŁĄCZNA SPRZEDAŻ—KRÓJ FRANCUSKI
WACHLARZE
W PIĘKNYM DOBORZE.. od Rb.
PASKI w NOWYCH FASONACH
PARASOLE
KOŁNIERZE, KRAWATY
SAKIEWKI I TOREBKI „RETICULE“
METALOWE, SKÓRZANE,
JEDWABNE — HAFTOWANE
KAPTURKI CZEPECZKI
ŻABOTY
POŃCZOCHY GORSETY
---- I D , d Tl “U f -
1P fi AB K B <1 » tS b. g.—
W SKLEPIE DOLNYM ----------
Sir » E fil K A ® W I¥ j[ fi» ® W A K IH -- U Wl <1 T IB fi
___________________________________,______________________________________
®» IB UJ. 5.— K ® łL a® IB V_
PRZEZ GRUDZIEŃ ------------- TANIA SPRZE D AŻ GWIAZD K OWA
Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF__________________ Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów Redaktor: Dr JÓZEF WOLFp
Redaktor przyjmuje codzien*- le, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadesłanych do redakcyi. nie zwraca s
/toaBoneno Lfeusyporo, Bapmaua, 10 Hofiópsi 1904 ro/i,a.
Ogólnego zbioru Nr 2,353
10 grudnia (27 listopada) 1904 roku
Ne 50
Tygodnik I lustrów anv
PODRÓŻNA
ANTONI KAMIEŃSKI
954
„CHŁOPI” REYMONTA.
II.
Zaznaczyć wypada, że jakkolwiek silnie
zadzierzgną! Reymont węzły, spajające
wieśniaka z przyrodą, nie roztopił jednak in-
dywidualności ludzkiej bez śladu w potężnem,
ale pozbawionem wyższych pierwiastków psy-
chicznych życiu natury. Chłop Reymonta to
z jednej strony typ, wyhodowany w pew-
nych warunkach i posiadający wskutek tego
wielką ilość cech wspólnych całej grupie „sy-
nów ziemi, “ z drugiej strony jednak to sa-
moistna jednostka, obdarzona ponadto pewny-
mi właściwymi tylko sobie instynktami i po-
trzebami duchowemi i fizycznemi.
Są chwile, kiedy związek z gromadą wy-
stępuje mocniej i pcha całą wieś do zbioro-
wego działania; są i takie, kiedy osobnik wy-
odrębnia się, a nawet przeciwstawia towarzy-
szom doli i niedoli, broniąc własnych, upraw-
nionych, czy nieuprawnionych etycznie prag-
nień i interesów.
Na wspaniałem tle epicznem więc, które
kojarzy się zupełnie z przyrodą, snuje się dra-
mat ludzki, związany wprawdzie tysiącem nici
z naturalnem podścieliskiem chłopskiego bytu,
ale swobodniejszy, żywszy i bogatszy w ży-
wioły duchowe.
Ponieważ Reymont opublikował dotych-
czas tylko dwa tomy swojej powieści (Jesień
i Zima), a następne dwa (Wiosna i Lato) wy-
drukuje później, nie możemy wchodzić w szcze-
gółowy rozbiór akcyi dramatycznej, której roz-
wiązania nie znamy, zatrzymamy się więc
obecnie nad epiczno-opisową stroną utworu.
Mamy więc obrazy chłopa przy robocie
na roli, w stodole, chałupie, stajni, oborze, le-
sie, tartaku i t. d., a wszystko przedstawione
niezwykle żywo, barwnie i prawdziwie.
Ale sama praca nie może wypełnić życia
nawet najpierwotniejszego człowieka, Reymont
więc maluje, w doslownem niemal tego sło-
wa znaczeniu, chłopa wśród jarmarcznego
zgiełku, hucznej pohulanki karczemnej, na po-
siedzeniu sądu gminnego, na naradzie doty-
czącej interesów gromady, na weselu, obcho-
dzonem według starych tradycyonalnych form
i t. p.
Trzecią kategoryę obrazów stanowią zna-
komicie odczute i oddane sceny z życia we-
wnętrznego, kiedy chłop, zwolniony od wysił-
ków fizycznych, szuka osłody i rozkoszy este-
tycznych w poezyi legend i baśni. Najmą-
drzejszy opowiada, a reszta słucha w skupie-
niu i dziwuje się, i cieszy, i drży, stosownie
do tego, o jakie struny serca i wyobraźni po-
trąca słowo wiejskiego Demodoka czy Ho-
mera.
„Cichość ogarnęła izbę, że jeno wrze-
ciona warczały, czasem ogień trzasnął na ko-
minie, albo czyjeś westchnienie zaszemrało —
a Rocho powiadał cudeńka różne i historye
o królach, o wojnach srogich, o górach
o krajach, gdzie ludzie kiej drzewa, gdzie
mocarze, co górami rzucają, gdzie ptaki-
żary, gdzie Madcje; a one południce,
upiory, strachy, a drugie jeszcze insze,
a cudne i wprost nie do wiary, że wrzeciona
z rąk leciały, a dusze się niesły w zaczaro-
wane światy, oczy gorzały, łzy ciekły z nieo-
powiedzianej lubości i serca dziw nie wysko-
czyły z piersi z utęsknienia i podziwu. Baś-
niowy świat ich otoczył, baśniowe życie obję-
ło tęczami, baśniowe marzenia stawały się rze-
czywistością umierali prawie z zachwytów,
zmartwychwstając zarazem tam w tom życiu
jasnem, wielkiem, mocarnem, bujnem, a świę-
tem, i cudownościami poprzerastanem, kieby
dojrzałe zboże wyczką i makami, gdzie wszyst-
ko splatało się w nierozerwalny łańcuch ma-
rzeń i życia, cudów i pragnień, w czarodziej-
ski korowód wyśnionego istnienia, do którego
wciąż, przez całą nędzę bytowania ziemskiego
rwały się im strudzone, okaleczałe dusze."
# X-
.v.
Ważniejszą jeszcze rolę, niżeli świat swo-
bodnych rojeń fantastycznych odgrywa w ży-
ciu chłopa religia, którą pojmuje naiwnie, po
swojemu, t. j. antropomorficzuie i animistycz-
nie, którą jednak odczuwa głęboko i silnie.
To też sceny, rozgrywające się podczas obrząd-
ków i uroczystości religijnych należą do naj-
bardziej wzruszających w powieści, pomimo
że traktowane są bez sztucznej nastrojowości,
lecz prosto, realistycznie, przedmiotowo.
Zwróćmy uwagę tylko na parę momen-
tów. Witek, chłopak do pasania bydła, idzie
wraz z innymi w dzień zaduszny dawać na
t. z w. „wypominki." Widzi mnóstwo gospo-
darzy i gospodyń, wójta, kowala, bogatą mły-
narzową „w kapeluszu kiej dziedziczka" i t. p.
Wszyscy dają organiście „za dusze zmarłe,"
przypominają sobie w głos dusze różne i po
dziesięć i po dwadzieścia imion podają za ca-
łą familię, za ojców, dziadów, pradziadów.
A on co? Wie to kto jego mać? kto ojciec?
Wie? Ma to dać za kogo? Jezu mój, Jezusicz-
ku! to ino gębę szeroko otworzył i te oczy
modre, i stojał nieruchomy, jako ten głupi...
i serce mu się skurczyło z bolenia, że ledwie
zipał... i tak się trząsł w sobie, tak dygotał
każdą kosteczką, że ani zębów zawrzeć nie
mógł, ani ustoić prosto; przysiadł w kącie, od
oczu ludzkich i płakał rzewnemi łzami."
Wreszcie, zdjęty „ambitem," porwał się
znagła, „wytarł oczy i począł iść do stołu...
tak i on poda imiona... co to mają wiedzieć,
że nie ma nikogo?... po co?... sierota to la sie-
bie... znajda to znajda. Zadzierżysto powiódł
oczyma i pewnym głosem podał imiona: Jó-
zefy, Maryanny i Antoniny, te, co mu pierw-
sze przyszły na pamięć."
Inny charakter posiada scena, kiedy
ksiądz wyklina i wzywa do pokuty Antka Bo-
rynę, który zawiązał stosunek miłosny z mło-
dą macochą i porywał się na własnego ojca.
„Struchlał ci cały naród, przycichł rap-
tem, tając dech w piersiach, wszystkie oczy,
kiej grad piorunowy, padły na Antka, boć ro-
zumieli, kogo ksiądz wypomina, a on stał wy-
prostowany, pobladły kiej płótno i ledwie dy-
chający, gdyż słowa te leciały z hukiem, jak-
by cały kościół się walił; obejrzał się jeno za
ratunkiem, ale luz się robił dookoła, dojrzał
zalękłe i groźne twarze, odwracające się mi-
mowoli, kiej od zapowietrzonego... Antek od-
wrócił się nagle i wolno szedł do wyjścia, lu-
dzie mu się usuwali z drogi, że kieby ulicą
z nagła uczynioną przechodził, a głos księdza
biegł za nim i smagał go do żywej krwie."
* X-
«
Wszystkie te obrazy w których Reymont
odmalował różne strony materyalnego i ducho-
wego życia włościan, nie są szeregiem luźnych
epizodów, lecz wiążą się w całość organiczną.
Czy autor zaprowadzi nas do karczmy, czy na
jarmark, czy do kościoła, czy przedstawi iście
homerycki bój chłopów z drwalami i służbą
dworską o sporny szmat lasu-—zawsze pamię-
ta o tem, żeby opis ożywić pierwiastkami psy-
chicznymi, posunąć naprzód akcyę, splątać lub
rozwikłać jakiś konflikt dramatyczny.
Chłopi—to nie studyum etnograficzne,
lecz romans, czyli dzieło sztuki, w którem bar-
dzo dokładna obserwacya i znajomość przed-
miotu jest tylko środkiem, nie celem. Autoro-
wi nie idzie o to, żeby zapoznać nas „poglą-
dowo" ze wsią i chłopem, lecz żeby nas znie-
wolić do wewnętrznego przeżycia tego, co
przeżywa wieś i chłop polski. To też, jeżeli
pojedyńcze ustępy ostatniej powieści Reymon-
ta nazywamy „opisami," to wyraz ten w da-
nym wypadku ma znaczenie konwcncyonal-
ne. Ściśle biorąc, Reymont nie opisuje, lecz
tworzy coś niesłychanie plastycznego i ży-
wego.
Zachowując możliwą objektywność tonu,
autor zespala się całkowicie z tem, co wycho-
dzi z pod jego pióra: razem z chłopem orze
i sieje, raduje się i -cierpi, hula i pije gorzał-
kę, bije kłonicą ciarachów, kinie, śmieje się
z uciesznych a swobodnych konceptów i przy-
powiastek, słucha ze wzruszeniem legend
i baśni, modli się i wzdycha w kościele i—po-
żąda ziemi...
X -X-
.v.
To zespolenie się autora z wiejską przy-
rodą i chłopem przebija nawet w zewnętrznej
' szacie utworu. Nietylko w dyalogach, lecz
i wtedy, kiedy przemawia we własnem imie-
niu, używa Reymont, nie języka książkowego,
lecz gwary chłopskiej, stylizując ją bardzo
umiejętnie, ale o tyle jedynie, ile tego wyma-
ga konieczność artystyczna.} Dzięki temu ję-
zyk powieści nabrał jakiejś żywiołowej jędrno-
ści i siły. Niema tam miejsca na bezcielesne
abstrakeye, dyskretne domyślniki, sztuczne
omówienia; pozostała za to barwność, żywość,
prostota, krzepkość i szczerość, która może ra-
zić hypokrytów i głupców, ale musi działać
orzeźwiająco na każdego, kto czuje piękno ro-
dzimej mowy. Pomimo pozorów pierwotno-
ści, język Reymonta w „Chłopach" jest tak bo-
gaty w wyrazy i zwroty, że zainteresował i ZY"
skał uznanie specyalistów-filologów (Briickner)-
W porównaniach i przenośniach nie wy-
biega autor również poza sferę wsi, lasu, p°
la, chałupy i kościoła wiejskiego. Topole
przydrożne, poruszane wiatrem, „gwarzą i miH{
ną kiej te kumy, co na podniesienie oczy
956
Z wystawy jubileuszowej w Krakowie
JESIEŃ
E. DĄBROWA
różnić jęki i narzekania. Sygnaturka ta, od-
mienna od innych, wzywała do modlitwy za
utopionych, więc żartem powiedział:
— To dzwonią po mojej Wandzie.
Wspomnienie tej rozmowy uprzytomniło
jej dzisiejsze spotkanie.
Dlaczego on nie dokończył rozpoczętego
obrazu? Co miały oznaczać te jego słowa,
że został aktorem w tym dramacie z Wandą?
Jak on to rozumiał?
Chciała dojść przez porównanie do roz-
wiązania tej zagadki... Wyobraziła sobie, że
pisze dramat; już jest prawie gotowy, jak je-
go obraz, ale nie podoba się jej jedna z osób
i podstawia siebie, zostaje aktorką we włas-
nym dramacie... wówczas albo dramat nabiera
większej prawdy, albo punkt ciężkości z in-
nych osób przenosi się na nią i musi zmienić
cały utwór.
Uśmiechnęła się, rada z rozwiązania
słów jego. Tak, nie podobała mu się cała
kompozycya obrazu, teraz jest już wszystko
w porządku.
A ten nowy obraz, co może przedsta-
wiać?... przemawia bardziej do niego... Pocóż
sobie tem głowę zaprzątać? Jutro i tak zoba-
czy go na wystawie.
Jednak ona go interesuje, i taki zabaw-
ny był z tem niezręcznem pytaniem o Dom-
nickiego, a potem, gdy usłyszał jej odpowiedź,
rozpromieniły mu się oczy, i dziękował jej za
to, co nie jest jej zasługą.
Czyżby on był zazdrosny? i to o kogo?
o takiego Domnickiego? Prawda, że go nie
zna, nie wie, że taki komedyant, i że napraw-
dę ona go nie lubi...
Więc on o nią zazdrosny!—zaśmiała się
wesoło: takiego zaszczytu nie spodziewała się
nigdy... Ale z drugiej strony, gdyby podo-
bała mu się naprawdę, czyżby mówił jej, że
ona ubiera się w suknię miłosierdzia i odzy-
wał się tak lekceważąco o kobietach wogóle?
Takie podejrzenie jej dobrej woli w jego
ustach jest wprost oburzające... A to powitanie
po tak długim czasie!... ledwie raczył podać
rękę... „Trzeba być tak głupią, jak ja, by za-
pomnieć o tem i nie oddać mu tego przy po-
żegnaniu... piękne za nadobne... tak należało
zrobić, bo naprawdę nic mi na nim nie zależy,
a jeśli teraz myślałam o nim, to tylko dlate-
go, że nie miałam innego przedmiotu... Tak
samo mogę myśleć o koniach, mieście,
śniegu...
Przeszła już przez mały rynek, gdy od
strony poczty głównej spotkała się z mala-
rzem, który ją przywitał z przyjemnem zdzi-
wieniem:
— Ach, to pani! Tak późno? — i uścis-
nął serdecznie podaną rękę.
— Musiałam zostać na modlitwie w schro-
nisku; a teraz idę do domu.
— Wiem, — uśmiechnął się — gdyż po
pierwszem naszem spotkaniu byłem w kamie-
nicy—i szedł dalej obok niej.
Wandzia przypomniała sobie opowiada-
nie Kasi o dopytywaniu się o nią jakiegoś
pana i z pewnem zadowoleniem stwierdziła,
że jej domysł był słuszny.
— Dlaczego pan nie zaszedł do nas?
— Dowiedziawszy się, że pani mieszka
z ciotką, wiedziałem, że moja prośba pozo-
stanie bez skutku.
— Jaka prośba?—zdziwiła się.
— Chciałem prosić o pozowanie...
— Jak to? już wówczas?!
— Widziałem panią przy wsiadaniu do
dorożki... to mi wystarczyło.
Wandzia, przypomniawszy sobie polece-
nie ciotki, by zaprosiła malarza do mieszkania,
powiedziała uprzejmie:
—• Może zechce pan zajść do nas na
chwilę...
— Bardzo chętnie... tylko z góry prze-
praszam za niestosowne ubranie.
— To nie jest przeszkoda—uśmiechnęła
się i szła pierwsza, rozważając, w jaki sposób
uniknie zdradzenia się, iż nie zna jego na-
zwiska.
Najlepiej będzie, gdy poprosi go do
saloniku, a sama zatrzyma się chwilkę
w kuchni.
Otworzyła drzwi przedpokoju i, rzuciw-
szy okiem na szaragi, poznała okrycie pani
Sylurskiej, a obok męskie palto, pewno Dom-
nickiego. Spochmurniała: radaby była, by
malarz nic wszedł, tak niemile dotknęła ją
bytność pana Domnickiego, który napewno
będzie jej nadskakiwał swoim zwyczajem.
Teraz jednak za późno było cofnąć się, stało
się, do gości musi go sama wprowadzić.
Rozebrawszy się z futerka, zarumieniona
z niepokoju i wzruszenia, otworzyła drzwi,
i zaraz w progu przywitał ją radosny okrzyk
Frania:
— Nareszcie pani zjawiła się!... zaniepo-
kojony miałem już iść na spotkanie, gdy
wtem... — lecz urwał nagle, spostrzegłszy sto-
jącego mężczyznę tuż za wchodzącą.
TYGODNIK ILLUSTROWANY M 50
957
Wandzia, zaczerwieniona z gniewu, uda-
jąc, że nic słyszy słów Frania, podeszła na
środek pokoju i, zwracając się do siedzącej,
rzekła:
— Ciociu, przedstawiam cioci znanego
już z mych opowiadań artystę malarza, pa-
na...—zająknęła się.
— Petrycki — skłonił się malarz i wysu-
nął rękę ku wyciągniętej dłoni panny Żardec-
kiej, która, po usłyszeniu nazwiska, przyblad-
ła, mimowolnie zrobiła ruch cofnięcia, lecz
w tej chwili, uśmiechając się z przymusem,
wyciągnęła rękę sztywnie, mówiąc tonem zim-
nej grzeczności:
— Bardzo mi przyjemnie, iż mam spo-
sobność podziękowania panu za przysługę,
oddaną mej siostrzenicy.
— O jakiej przysłudze mówi pani? —
zdziwił się szczerze. — Nie wiem o żadnej.
— O tej na ulicy Stachowskiego — po-
śpieszyła Wandzia z wyjaśnieniem, dziwiąc
się niezmiernie zachowaniu ciotki i zgorszona
jej zimnemi słowami.
— Ach! o tej drobnostce jeszcze pani
pamięta? — uśmiechnął się przyjaźnie do
Wandzi.
— Pozwoli pan, że przedstawię pana
pani Sylurskiej —i panna Żardecka wymieniła
z lekkim przymusem jego nazwisko. — Pan
Domnicki — prezentowała dalej.
Mężczyźni podali sobie ręce. Petrycki
z pewną ciekawością spojrzał w bladawą,
podniszczoną twarz młodzieńca, a ten z uśmie-
chem łaskawym podał swą wydelikaconą rękę,
gdyż już zauważył znoszony, wytarty na łok-
ciach garnitur marynarkowy malarza, niemod-
ny kołnierzyk i wyszarzany krawat.
Może pan zechce usiąść — zaprosiła
gospodyni, wpatrując się badawczo w twarz
gościa, dziwiącego się, dlaczego ściąga na
siebie uwagę nietylko gospodyni, lecz i pani
Sylurskiej, której żywe, małe oczka nie prze-
stawały go śledzić, zarówno jak i panny Żar-
deckiej, niepokojącej się tym wzrokiem.
Z pewną obawą pomyślała: czyżby Sy-
lurska znała moją tajemnicę? bo dlaczego
od chwili jego przyjścia nie spuszcza oczu ze
mnie?
Postanowiła przemódz wzruszenie, wy-
wołała na twarz przyjemny uśmiech i zaczęła:
— Wandzia opowiadała mi o obrazie
pana... czy jest już na wystawie?
— Nie będzie prawdopodobnie.
— Czy zakupił go kto w pracowni
jeszcze? Żałowałabym bardzo, gdyż pragnę-
łam go zobaczyć.
— Nikt nie kupił, proszę pani.
— Czy wolno wiedzieć, co ten obraz
przedstawia?—spytała słodko pani Sylurska.
— Śmierć królowej Wandy—pośpieszyła
Wandzia, widząc chmurną twarz artysty.
— Wandy?!—powiedział Franio i z miną
znawcy i z półuśmiechem ironicznym: — Nie
dziwię się wcale, że pan rozmyślił się i nie
Wystawia tego obrazu. To temat taki oklepa-
ny, stary, zwietrzały...
Wandzia zarumieniła się z oburzenia,
a pani Sylurska z uśmiechem pochwalającym
rzekła:
— Franio ina zupełną słuszność... nawet
widziałam sama obraz, przedstawiający Wan-
dę rzucającą się do wody...
Wandzia z pewnego rodzaju współczu-
ciem spojrzała na malarza, i zdziwiła ją wesoła
twarz jego.
Petrycki zwrócił swe błyszczące, rozwe-
selone oczy na Frania:
— Czy nie byłby pan łaskaw wytłóma-
czyć mi, jaki temat uważa się za nowy, świe-
ży, silny?
— Jak to, pan nie wie? Przecież to leży
w fachu pana.
— W moim fachu?... Nie, panie łaska-
wy, moim fachem jest umieć dobrze malować,
znać się na płótnie, rozrobieniu farb, na pendz-
lach... Co innego temat, ten wymaga innych
zdolności, i będę wdzięczny, gdy mi pan wy-
jaśni różnicę tematów jako człowiek inteligent-
ny i wykształcony.
W tonie słów jego tylko jedna Wandzia
odczuła zjadliwą, szyderską ironię, i uśmiech-
nęła się, rada z porażki nielubionego gościa.
Pan Domnicki wziął dosłownie powie-
dzenie malarza, a widząc, jak niepozornie jest
ubrany, domyślił się, że jest ubogi, nieznany,
może więc wobec niego odegrać rolę znawcy
i mecenasa sztuki, co go podniesie jeszcze
wyżej w oczach pań i Wandzi.
Więc z miną protektora, który zniża się
do poziomu słuchacza, mówił, strojąc się
w powagę:
— To jest wadą szkół i akademii ma-
larskich, że jednostronnie kształcą swych wy-
chowanków. Każą przerysowywać zaśniedziałe
wzory greckie, lichych modelów, zamęczają
naturą... a nie rozwijają inteligencyi uczniów
w kierunku nowych prądów literatury i sztuki.
Czyż nie mam słuszności?
— Tak, tak... cóż dalej?—spytał z wiel-
ką powagą malarz.
— Teraz w całej Europie panuje tylko
jedna szkoła, inne przeżyły się zupełnie, nikt
o nie nie dba.
I jaka to szkoła? — mówiła pani Sy-
lurska, dumna ze swego siostrzeńca.
— Szkoła,—nauczał Franio, któremu na-
der schlebiała uwaga zgromadzonych—naka-
zująca wgłębiać się w swoją duszę, czyhać na
każde drgnienie, na każdą momentalną wizyę,
i te obrazy, te uczucia naszej prąd uszy oddawać
wiernie w literaturze czy w sztuce. Dlatego
też, taki naprzykład obraz jak królowa Wanda,
należy do anachronizmów, nikogo nie wzruszy,
nie zaciekawi, i dlatego bardzo dobrze pan
zrobił, ukrywając go w swej pracowni, jako
studyum bez znaczenia.
— Dziękuję panu za wyjaśnienie,—rzeki
malarz swobodnie — ale zechce pan może mi
powiedzieć, co ma robić literat lub artysta,
który nie ma wcale duszy? — kończył z miną
niewinną.
Franio zmarszczył brwi, jak Jowisz,
i rzeki z miną dumną:
— Ja mówiłem seryo, poważnie, a pan
uznał za stosowne żartować.
Czyż jest człowiek bez duszy?—obu-
rzyła się pani Sylurska: — to sprzeciwia się
pierwszym zasadom psychologii.
— Ależ łaskawi państwo, — usprawiedli-
wiał się Petrycki z miną pokorną — może źle
się wyraziłem, tyle jednak razy zdarzyło mi
się słyszeć: bezduszny człowiek, bezduszna
lalka, i to o panach bardzo elegancko ubra-
nych, więc sądziłem, że jeśli o nich tak mó-
wią, można to zastosować też do niemodnie
i licho ubranych malarzy.
Ta mina i ton pokorny udobruchały
Frania i rzekł z łaskawym uśmiechem:
— Zacytowane przez pana wyrażenie
jest tylko obrazowe, figuryczne, wcale nie do-
tyczę braku duszy.
— Dziękuję za objaśnienie,—skłonił gło-
wę — ale zgodzi się pan na to, że pewni lu-
dzie mają duszę płaską, marną, sobkowatą...
ich dusza zajmuje się naprzykład strojem,
modą, nizkiem zadowalaniem swych namięt-
ności jedzenia, picia... I co wypatrzy, co wy-
słucha taki malarz, czy literat ze swej duszy,
chociażby wiek cały w nią się wpatrywał?
— Pan mówi o wyjątkach, a ja mam na
myśli ogół.
— Ależ pan sam twierdził, że nasze
szkoły nie rozwijają inteligencyi, więc ogół
ma duszę prostacką.
— Jeśli kto jednak podniesie się do wy-
żyn dzisiejszej szkoły,—zawołał Franio—temu
nie zabraknie tematów pięknych, porywają-
cych...
Petrycki, gładząc wąsy, patrzał z ironią
na mówiącego, co drażniło jego ciotkę i rzekła
porywczo:
— W każdym razie musi pan przyznać,
że temat gra wielką rolę w sztuce i piśmien-
nictwie.
— Każdy temat jest dobry, jeśli jest
dobrze wykonany i leży w granicach zdolno-
ści indywidualnej. Wogóle niema złych te-
matów, tylko są źli wykonawcy.
— Zatem dla pana — zaśmiał się Franio
ironicznie — obraz historyczny jest tyle wart,
co obraz wystawiający przekupkę? A to
doskonałe!
— Kto czuje dosyć siły i ma talent po
temu, by dać obraz dramatu historycznego,
niech maluje historyę, a kto za małe ma
skrzydła, takie wróble, i prze, jak orzeł w gó-
rę, ten jest tylko śmieszny.
— Czy pan istotnie — wmieszała się do
rozmowy panna Żardecka — nie uznaje nowej
szkoły, o której wspomniał pan Domnicki?
— Nie lubię i nie uznaję żadnej szkoły,
a zresztą, proszę pani, sztuka jest tak wielka,
tak wspaniała, że w niej mogą pomieścić się
bez ujmy dla siebie nietylko wszystkie szko-
ły, ale najwięksi geniusze nie są zdolni
objąć jej całej i wypełnić sobą. I nie zaszko-
dzą też jej głupstewka, o których ten pan
wspomniał—kończył z powagą i innym tonem,
aniżeli przemawiał do Frania.
Te słowa, zwłaszcza ostatni frazes, do-
tknął do żywego próżność Frania, zwłaszcza,
że zauważył uśmiech tryumfu na twarzy Wan-
dzi. Wyprostował się na krześle, zmierzył ma-
larza lekceważąco i rzekł tonem wyzywa-
jącym:
— Takie odezwanie się świadczy o nie-
zrozumieniu wyższych porywów duszy... po-
mijając gruby materyalizm i brak formy.
I gospodyni i Wandzia poruszyły się nie-
spokojnie, a ostatnia z obawą śledziła wyraz
twarzy Petiyckiego, lecz wkrótce rozjaśniła się,
bo malarz spojrzał na Frania i, śmiejąc się
serdecznie, powiedział tonem swobodnym bez
cienia goryczy lub obrazy:
— To trudno, łaskawy panie, nie każdy
rodzi się paradyerem powozowym i nie każdy
CMENTARZ KLASZTORNY
EDWARD LOEVY
I SZEDŁ ZA NIM WIELKI LUD
FR. MULLER MUNSTER
960
TYGODNIK ILLUSTROWANY 50
słucha bata woźnicy; są i „rozhukane ruma-
ki," których, jak mówi Słowacki, sam Bóg nic
kiełzna. Zresztą dyskusya staje się nudną...
Możebyśmy zaczęli rozmawiać o bardziej inte-
resujących tematach, np. o pogodzie, śniegu,
nowych modach...
Wandzia zaśmiała się półgłosem, skarco-
na natychmiast wzrokiem ciotki, która zauwa-
żyła niezadowoloną i chmurną minę innych
gości.
Pani Sylurska, mierząc Petryckiego zło-
śliwem okiem, powiedziała z przekąsem:
— Panowie malarze mają dziwny spo-
sób rozmawiania... i czem to wytłómaczyć?
— Przyzwyczajeniem, łaskawa pani —
uśmiechnął się.
— Brakiem ogłady—mruknął Franio.
— Istotnie, ma pan słuszność co do
mnie, gdyż nie stosuję się niestety do prze-
pisów dobrego tonu pani d’Alq, ale jestem
sobą.
— To największa zaleta i jedynie god-
na człowieka—rzekła Wandzia z uznaniem.
Zaperzony Franio, przeczuwając, że do
niego pił Petrycki, już miał odpowiedzieć, gdy
w progu zjawiła się służąca, mówiąc:
— Herbata gotowa.
Malarz wstał i począł żegnać gospody-
nię, która, pragnąc dowiedzieć się bliższych
szczegółów o rodzinie Petryckich, usilnie go
zapraszała do pozostania, a gdy się zgodził,
zwróciła się do siostrzenicy:
— Wandziu! Nakryj do stołu!
Petrycki spojrzał zdziwiony na wezwaną
i rzekł:
— Więc pani Wanda?... to szczególne.
— Dlaczego, proszę pana?—podchwyciła
pani Sylurska.
To sprawa osobista — odpowiedział
niechętnie.
— Jednak co?—dopytywała się z uśmie-
chem złośliwym.
— Obraz pański, „Wanda," ma zdaje się
związek z panną Wandą - zaśmiał się Franio.
— Domyślność pańska przynosi panu
zaszczyt skłonił się malarz.
— To niesmaczny żart — wydął Franio
usta wzgardliwie.
— Daruje pan,—ukłonił się Petrycki—ale
zbyt mało się znamy, abym mógł pozwalać
sobie na żarty... i wysoko Cenię domyślność
pana co do utajonego związku pomiędzy
Wandą kiolową a panną Wandą Popielską.
I wypowiedział to z taką poważną
i przejętą szacunkiem miną, że ani pan Dom-
nicki, ani pani Sylurska nie umieli znaleźć od-
powiedzi; jedna tylko Wandzia, krzątając się
około stołu, zwróciła na niego wesołe spoj-
rzenie, tak była rada przygnębieniu para
Domnickiego.
Usiedli do herbaty. I pani Sylurska, i jej
siostrzeniec bacznie śledzili zachowanie się
malarza, pragnąc z całego serca podpatrzyć ja-
kiś ruch niewłaściwy, jakieś uchybienie przy-
jętym formom.
Wbrew jednak oczekiwaniom, malarz za-
chowywał się tak wykwintnie, tak umiał uży-
wać noża i widelca, miarkował ruchy rąk, że
Franio powziął podejrzenie, iż chyba ten nie-
pozornie ubrany malarz jest jednym z głoś-
nych i bardzo wziętych artystów.
Żałował nawet swej poprzedniej poryw-
czości i silił napróżno swą pamięć, by w niej
odnaleźć jego nazwisko.
Interesując się przygodnie treścią obra-
zów, nie znał i nie umiał doceniać nazwisk.
Ale nietylko na pani Sylurskiej i Fra-
niu zrobiła wrażenie jego wytworność; ujął so-
bie nawet pannę Żardecką, i po kilku banal-
nych frazesach spytała uprzejmie:
— Za moich młodych lat znałam jedne-
go z panów Petryckich: może to krewny
pana?
— My pochodzimy z Łomżyńskiego, a jest
nas dosyć rozrzuconych po świecie.
— I pan Stanisław Petrycki pochodził
z tych samych stron... Czy pan go znał?
— Stanisław? Inżynier?
w — Tak jest. Ten sam — odpowiedziała
zarumieniona, gdy pani Sylurska przestała jeść
wędliny z wielkiego zaciekawienia.
— To stryj mój rodzony.
— I wie pan co o nim? Gdzie jest obec-
nie?
— Coś przed piętnastu laty wyjechał na
Kaukaz, przez jakiś czas pisywał listy, potem
słuch o nim zaginął... i dopiero przed pięciu
laty czy czterema dał znać o sobie. Jest gdzieś
we Władywostoku, czy w Mandżuryi... został
z konieczności argonautą—uśmiechnął się.
— Czy pan go znałeś?
— Dzieckiem będąc, przypominam go so-
bie, gdy przyjeżdżał z Piotrkowskiego do swej
matki, a mojej babki na święta. Lubiłem go
bardzo, bo był dzielny i wesoły. Czy pani
go znała?
— Tak... cokolwiek... bywał u nas... —
mówiła z widocznem wahaniem.
— To dla mnie prawdziwa niespodzian-
ka—zawołał uradowany:—bardzo lubię i sza-
nuję stryja Stanisława, to człowiek zdecydo-
wanych zasad i przekonań, można go złamać,
ale nie ugiąć... Pamiętam, gdy przed moim
wyjazdem za granicę przyszedł list jego poraź
pierwszy po wielu latach... Ileż to radości,
uciechy, łez było, a pisał z Władywostoku,
gdzie dostał miejsce na kolei Syberyjskiej.
Wśród chwilowego milczenia, gdy pan-
na Żardecka drżącą ręką mieszała herbatę,
spytała pani Sylurska:
— Czy stryj pana się ożenił?
— Nie wiem... bardzo być może, iż z nu-
dów związał się z jakąś Tunguzką, Oraczan-
ką, Manzówną, Ajówną, i jak się tam nazy-
wają te dzikie plemiona.
— Bardzo wątpię—mówiła, patrząc z pod
oka na pannę Żardecką: — jeśli w kraju miał
narzeczoną, obowiązki... nie powinien był im
się sprzeniewierzyć.
— Nie przypuszczam, żeby był tak sen-
tymentalny—zaśmiał się:—lat piętnaście na ob-
czyźnie!... Można zapomnieć języka rodzime-
go, a cóż dopiero jakąś miłostkę przelotną!
— Jednak wy, mężczyźni,—gromiła pani
Sylurska — jesteście obrzydliwi i wstrętni...
Zmieniacie kobiety jak rękawiczki, gdy my,
wierne ideałom pierwszej miłości, pamiętamy
o tym jednym i jedynym do grobowej deski.
— O ile nie trafi się lepszy, potem jesz-
cze lepszy, wreszcie najlepszy! — śmiał się
wesoło.
— Ależ to okropna herezya! — zawołała
oburzona—to przeciwne prawdzie... Czyż nie
mam słuszności?—zwróciła się do panny Żar-
deckiej.
— No tak... zapewne... — odpowiedziała
z pewnem ociąganiem się, nie chcąc brać
udziału w dyskusyi.
— Bo to widzi pani,—zawołał Petrycki—
na stałość w miłości niema żadnych praw, re-
guł, przepisów, żadnej różnicy płci... Jeden
oddaje siebie całego, swoje ja całkowite...
i ten jest stały, wierny, niewzruszony... Inny
oddaje nazwisko, czasem ćwierć lub ćwierć
ćwierci z siebie: ten musi zostać niewiernym
czy niestałym, bo ta reszta domaga się życia
własnego, oddzielnego.
— Uczciwy człowiek—rzekł Franio zgod-
nością — jest zawsze wierny swej miłoścr to
obowiązek i prawo.
— Prawda!
- — Słusznie!—zawołały starsze panie.
Petrycki spojrzał na niego z uśmiechem
ironicznym i spytał:
Ile też razy pan już się kochał?...
— Ja? To naprawdę dziwne pytanie —-
odparł z miną obrażoną.—Nic kochałem się
ani razu, ani na chwilę.
— Tak?... To szczerze żałuję pana.
— Współczucie zbyteczne—mruknął.
— A pan kochał się? i ile razy?—spyta-
ła pani Sylurska z miną niewinną.
— Trudno mi zliczyć -zaśmiał się.- Naj-
pierw, jako piętnastoletni chłopak, kochałem
małą kuzynkę Ewcię: ona zawsze była panią,
ja niańczyłem jej lalki i wykradałem dla niej,
no i dla siebie, przysmaki z ogrodu... Potem
kochałem naszą sąsiadkę: dawała mi zawsze
dużo konfitur i doskonałych pierników, ale
i ten romans minął, gdy z jej synem polowa-
liśmy po lasach...
— I nikogo więcej? — spytała Wandzia
rozbawiona opowiadaniem.
— O pani! Nie jestem przecież bez ser-
ca—uśmiechnął się przyjaźnie:—szalałem jakiś
czas, nawet dość długo za Wenus z Milo, po-
tem za Madonną Raracla i Murilla, to były
chwile wielkiej rozterki i niepewności...
— 1 na tem koniec? — spytała pani Sy-
lurska.
— O nie, miałem dużo przelotnych mi-
łostek z kobietami Tycyana, Werończyka, Rem-
brandta, a nawet Rubensa... aż wreszcie zako-
chałem się na czas dłuższy w jednej Polce...
— W jakiej?—spytała pośpiesznie.
— W królowej Wandzie... niegodnym te-
macie, według zdania pana.
- Pan sobie z nas żartuje—rzekła obra-
żona pani Sylurska.
— Mówię szczerą prawdę. Królowa Wan-
da jest dla mnie uosobieniem wiosny, życia,
słońca, światła... i tak jestem o nią zazdrosny,
że to studyum bez znaczenia dla znawców
spojrzał ironicznie na pana Domnickiego—za-
chowałem dla siebie, jako najmilszą pa'
miątkę.
— Zwierzenia pana nadają się do pisma
humorystycznego—rzekła z dumą pani Sylm-'
ska, wstając z kanapki.
— Jedynem mojem pragnieniem było
ubawić łaskawą panią—skłonił się głęboko.
— Idziemy, Franiu—zwróciła się do na-
chmurzonego siostrzeńca.
— Służę cioci.
Gdy goście wyszli i Kasia posprzątała ze
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 50
961
stołu, panna Żardecka usiadła przy biurku
i, wskazując krzesło Wandzi, przemówiła:
— Chcę z tobą szczerze i poważnie po-
mówić, nie jako ciotka, ale jak przyjaciółka
starsza i doświadczona.
— Bardzo chętnie, moja ciociu... Czy za-
chowałam się niewłaściwie?—spytała, siadając
naprzeciw ciotki.
— Nie o tom chcę z tobą mówić... Czy
pamiętasz, co ci opowiadałam, gdy wróciłaś
taka rozżalona napaścią tych dwu nicponiów
na ujicy?
— Tak jest... ciocia mówiła o tym nie-
godnym człowieku, który, pozyskawszy pod-
stępnie... przyjaźń cioci, nic dotrzymał przy-
rzeczenia, złamał dane słowo...
Ciotka, patrząc wprost w oczy dziewczy-
ny, mówiła zwolna:
— To nie była przyjaźń... Kochałam go.
Byłam wówczas w twoim wieku, jedyna u ro-
dziców, pieszczona i kochana, bo mama two-
ja, gdy byłam prawie dzieckiem, wyszła za
mąż... Mieszkaliśmy niedaleko huty żelaznej,
bywało u nas dużo osób, młodzieży, a po-
między nimi i on. Spotkaliśmy się przypad-
kowo przy pożarze chat wiejskich... i on za-
czął u nas bywać. Był młody, entuzyastycz-
ny, marzył o szerokiej pracy społecznej, dążył
do wielkich celów, i słuchając go... zakocha-
łam się.
Twarz jej przybladła, już nie patrzała na
Wandzię, i w rysach jej, w wyrazie oczu po-
znać było, że z gromady wspomnień wybiera
tylko pewne szczegóły. Przez chwilę milczała
i zaczęła cichym, urywanym głosem:
-— Rodzice byli mu niechętni, ale tyle
wymogłam... że wreszcie zgodzili się... Jego
środki utrzymania były tak małe, że nie mog-
liśmy się pobrać... i on po zaręczynach wy-
jechał na korzystną posadę, na Kaukaz... Te
przejścia z rodzicami, z krewnymi, rozstanie
się, brak wiadomości, spowodowały moją
dłuższą chorobę, i lekarze kazali mi wyjechać
dla poratowania zdrowia za granicę. Tak mi-
nął rok.
— Czy on pisywał często do cioci?
— Miałam od niego kilka listów, ale je-
go zajęcia przy budowie kolei wymagały czę-
stej zmiany miejsca pobytu... listy ginęły w da-
lekiej drodze, nie zawsze dochodziły.
— I kiedyż obiecywał wrócić?
— Czasu stałego nie określał, pisał za-
wsze warunkowo...
— A ciocia czekała na niego, mimo ta-
kiej niepewności?—dziwiła się.
— Czekałam, bo mu wierzyłam. Inni
starali się o mnie, i mimo rozkazu, próśb, za-
klinali rodziców, pozostałam mu wierną. I tak
minął drugi rok, a w trzecim roku na jesień
obiecał wrócić. Ale jesień minęła i zima...
i nowa jesień przyszła, a jego nie było. Listy
nadchodziły coraz krótsze... wreszcie ustały. Są-
dziłam, że może zachorował, że może wraca,
że zatrzymały go gdzieś niespodzianie inte-
resy...
— Ach, ciociu, jakże można było tak się
łudzić?—zawołała zgorszona Wandzia—i to po
czterech latach daremnego wyczekiwania! Nie!
ja nie pojmuję cioci...
— Byłam tak głupia, — uśmiechnęła się
z goryczą—że uwierzyłam w słowa mężczyzny,
a dosyć upartą, by na swojem postawić...
Wreszcie obrzydł mi cały świat, stałam się
drażliwą, nerwową, odstręczałam wszystkich
od siebie... chciałam wstąpić do klasztoru tu
w Krakowie. Powstrzymała mnie najpierw
śmierć ojca, potem choroba mamy... i wśród
tych cierpień przyszłam do równowagi... A tak
wstrętne stały mi się wszelkie wspomnienia
o nim, że po śmierci mamy przeniosłam się
najpierw do Warszawy, a następnie do Kra-
kowa.
— Należało cioci wcześniej się rozmy-
ślić—mówiła Wandzia z powagą doświadczo-
nej osoby.—Nigdy nie można ślepo ufać je-
dnej osobie, i całego szczęścia stawiać na je-
dną kartę... Ale nic straconego — pocieszała—
ciocia taka ładna, miła, rozumna, że ze wszel-
ką pewnością wyjdzie ciocia za mąż, jeśli tyl-
ko zechce.
Wysłuchała spokojnie tych słów, uśmiech-
nęła się łagodnie i mówiła, ożywiając się stop-
niowo:
— Bardzo słusznie rozumujesz, moja
Wandziu, i pamiętaj nie zaufać zbytecznie, nie
stawiać życia na jedną kartę... A co do mnie
już skwitowałam zupełnie z tak zwanego, chy-
ba przez ironię, szczęścia rodzinnego. Mam
wstręt do wszystkich mężczyzn, bo kłamią,
oszukują, depcą najświętsze uczucia... a potem
chlubią się swem haniebnem i podlem postę-
powaniem.
— Ma ciocia zupełną słuszność... I ja ni-
gdy za mąż nie pójdę. Mogę ich znać, nawet
być w przyjaźni do pewnego stopnia, ale
wiązać się na całe życie z obcym człowie-
kiem—nie, nigdy, przenigdy!
— Wandziu, mówisz to szczerze?
— Jak najszczerzej, przecież nie jestem
dzieckiem. Ciocia ma mnie za naiwną —
uśmiechnęła się—a ja wiem wszystko. Najle-
piej i najdokładniej określiła Konopnicka sto-
sunek mężczyzny do kobiety. Pamięta ciocia
ten jej wiersz: „Na progu raju“? Jak ona tam
pisze—mówiła rozpromieniona:
„Jego się śladów dzierż i jego cienia,
Choć gnana biczem!
Wszystko mu oddaj do tchu, do imienia,
On będzie osią twojego istnienia,
Ty — niczem!"
I ja, ja miałabym zostać żoną, niewolni-
cą, patrzeć mu w oczy jak pies i słuchać!?
— Hm... a gdyby Petrycki...
— On!?—zarumieniła się-—ależ, ciociu, on
poza swoją sztuką nic nie widzi... i mnie
zauważył tylko, jako modelkę dobrą, sam mi
to dziś mówił.
— Ale, gdyby...
— Nie, ciociu, to niemożliwe... Ale gdy-
by się nawet starał o mnie, obrzydłby mi zu-
pełnie. Teraz lubię go i szanuję za jego ory-
ginalność, ale gdyby chciał ze mną się oże-
nić, straciłabym dla niego sympatyę i sza-
cunek.
— Bardzo dobrze, moja Wandziu... Wra-
cając jednak do mojej historyi, nie wiesz jak
on się nazywał.
— Nazwiska takich podłych nie powin-
ny być nigdy wymieniane; ale jeśli to cioci
robi przyjemność... jakże się nazywał?
— Stanisław...—i patrząc jej w oczy do-
dała po chwili:—Petrycki!
— To niemożliwe!—zerwała się z krze-
sła i natychmiast usiadła.—On, Petrycki?! ten
stryj jego!?
— Tak jest.
— 1 to on miał tak podłego stryja, któ-
rego w dodatku lubi i szanuje!— mówiła, nie
mogąc się jeszcze uspokoić.
— Z całym rozmysłem opowiedziałam ci
historyę swego życia, aby cię ostrzedz, moja
Wandziu, i uchronić przed nieszczęściem.
— Zdaje mi się, ciociu, że to była trosk-
liwość zbyteczna: nie kocham go i nie my-
ślę o tem. Zanadto cenię godność swoją
i swobodę, abym dobrowolnie szła w jarzmo.
•— Bardzo być może, ale ja odpowiadam
za ciebie przed twoją mamą i chciałam cię
przestrzedz przed nierozważnym krokiem. Za-
uważyłam dzisiaj, że nadto i zbyt pochopnie
podzielasz jego zdania i poglądy.
— A czy były niesłuszne? fałszywe?
— O tem nie mówię, ale panna w twoim
wieku powinna być powściągliwsza... Niepo-
trzebnie naraziłaś sobie Sylurską i jej siostrzeń-
ca... Na przyszłość trzeba więcej uważać na
ludzi.
— Ależ ciocia sama uśmiechała się, słu-
chając, jak on drwił, szydził i zgniótł tego
zarozumiałego paniczyka.
(DCN)
JAN LEMAŃSKI:
Z CYKLU: „MIŁOSIERDZIE."
Błogosławieni miłosierdzie czyniący.
RES SACRA MISER.
Pan na Res sacra miser
Dal raz większą kwotę.
Dał pan, bo w „Kuryjerze"
Drukuje się o tem.
Dał, bo res sacra miser.
Dał, i (bagatelka)
Podwyższył lokatorom
Swym najm o rubelka
Na miesiąc, bo—powiada
Fronton wam odświeżę
Na modern (wszakże o tem
Piszą w „Kuryjerze").
OPIEKUN.
Ckliwe dobra początki
Są, lecz koniec słodki.
Pewien pan opiekował
Się dolą sierotki.
Z ckliwością jej dostarczał
Wychowawczej manny,
Aż z sierotki dochował
Się nadobnej panny.
I tu się z nią zaręczył,
Mniemając, rzecz prosta,
Iż w sercowej tkliwości
Jemu nikt nie sprosta.
A kiedy ręce ksiądz im
Owiązywał stułą.
Myślał pan: „Jakąż ja mam
Tkliwą duszę, czułą!
Sam siałem skarb, sam zjem go:
Młody-by roztrwonił..."
Tak myślał pan. Ksiądz ręce
Wiązał. Organ dzwonił.,.
952
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 50
List lekarza z Dalekiego
Wschodu.
4 października 1904, Mukden.
Kochany Mieczku!
Nie wiem, czy otrzymałeś ostatni mój list,
pisany na imię stryja do Warszawy, gdyż nie wie-
działem, czy jesteś w tym czasie w Nałęczowie.
Od tego czasu dużo się zmieniło: już nie stoję na
frontowych pozycyach, lecz obecnie pułk mój znaj-
duje się pod Mukdenem, a mój batalion od dwóch
dni w samym Mukdenie. Już trzy tygodnie od-
poczywamy tu po laojańskim boju.
Po bitwie pod Chajczenem, którą ci opisy-
wałem w poprzednim liście, szliśmy długim i uciąż-
liwym pochodem, cierpiąc rozmaite braki, jak np.
chleba, mięsa etc., znosząc głód i zwalczając zmę-
czenie, aż dotarliśmy nareszcie pod Laojan, do
wsi Cofanduń, gdzie zatrzymaliśmy się na dłuższy
postój i zaczęliśmy żyć lepiej i wypoczywać.
Wkrótce jednak rozbito nasz pułk na bataliony,
wyznaczając każdemu inne zadanie. Na mój ba-
talion wypadło zająć Laojan garnizonem, bronić
składów intendentury, bram i wyłomów w murach
chińskiego miasta i czuwać nad jego spokojem.
Zamieszkaliśmy więc wewnątrz murów chińskiego
miasta bardzo wygodnie, w lokalu, przypominają-
cym europejski, przerobionym z chińskiej świąty-
ni, czy też zamożnego domu, gdzie była i podło-
ga, i białe tapety, i drzwi, i okna częścią oszklo-
ne; brakło, co prawda, kilku szyb, ale było to
w myśl zasady, że wentylacya zawsze jest potrzebna.
Zaledwie jednak zaczęliśmy się otrząsać po tru-
dach pochodu i mieć nadzieję dłuższego w Laoja-
nie odpoczynku, gdy pewnego poranku odezwały
się okoliczne wzgórza znanym już nam dobrze od-
głosem wystrzałów, i „zaczęły grać armaty," jak
powiada Sienkiewicz. Wybiegliśmy w kilku na
mury chińskiego miasta, żeby ze szczytów baszt
patrzeć na bitwę.
Jak białe kulki śniegu, pokazywały się na
wzgórzach okrągłe obłoczki-wybuchy pękających
pocisków — tak piękny, łagodny mające wygląd,
a jednak tak zdradzieckie, tylu wyrokami śmier-
ci brzemienne! Huk wystrzałów i wybuchów głu-
chem echem rozlegał się po wzgórzach, i widać
było dokładnie błyski ogni, wyrzucanych z paszcz
działowych, przebiegających jak pod naciskiem kla-
wisza, wzdłuż całej linii bateryi. Tak się zaczął
pierwszy dzień bitwy pod Laojanem.
Następnych dni szło crescendo. Straszny był
wieczór drugiego dnia: Około godziny 6 wieczo-
rem ogień nieprzyjacielski wzmógł się na prawem
skrzydle rosyjskiem od strony południowo-zachod-
niej, i powstała w tem miejscu szalona kanonada,
TRON CESARSKI W MUKDENIE. Ze zbiorów Z. Kalinowskiego.
tak, że trudno pojąć, jak z tego piekła mogła wyjść
choć jedna żywa dusza.
Powodowany ciekawością, gdyż nie miałem
w tym razie obowiązku, udałem się w tę stronę
na opatrunkowy punkt; spotkałem tam kilku zna-
jomych kolegów Polaków i mogłem, pomagając im,
z blizka przyjrzeć się bitwie i dowiedzieć się cze-
goś od rannych o jej przebiegu.
Chodziło Japończykom o zajęcie w tem miej-
scu ważnych wzgórz, na których znajdowali się
Rosyanie. Słońce już miało się ku zachodowi,
i zaczął powoli zapadać mrok, tem groźniejszy
więc widok przedstawiała bitwa. Już nie białe
obłoczki, lecz kule ogniste zasypywały wzgórza
i całą przestrzeń przed niemi; trwał już nie huk,
lecz nieustanny, szalony ryk dział. Miało się wra-
żenie, jakby jakiś szalony orkan, jakiś huragan
piekielny zerwał się gdzieś na krańcach widnokrę-
gu i z pustyń afrykańskich na skrzydłach pioru-
nów i błyskawic przyleciał i spadł na głowy sza-
rej, lichej jak mrowie i jak mrowie drobnej masy
żołnierzy. Coraz więcej zaczęto nam znosić ran-
nych. Wkrótce napełniły się nimi długie szeregi
wózków ambulansowych i pociągnęły nieskończo-
nym prawie sznurem do głównego posterunku na
stacyę, gdzie stały szpitale połowę.
Ranni oficerowie, którzy jeszcze mogli mó-
wić, opowiadali o strasznych pociskach, jakie za-
sypywały ich pozycyę, tak, że nie podobna się by-
ło na nich utrzymać. A tam, na wzgórzach wzma-
gał się ogień piekielny, coraz głośniej rozlegał się
huk armat, świst lecących w powietrzu pocisków,
trzask pękających granatów; widmo śmierci zawis-
ło nad placem boju. Tu zaś, w dolinie, przy bla-
skach zachodzącego słońca, cicho ciągnęły biało
pokryte ambulanse, ginął wśród przeraźliwego świ-
stu pocisków cichy jęk rannych, poobwiązywanych
białemi szmatami, i miarowy rytm kół toczących się
po drodze, tak, że ta cicha i biała procesya robiła
wrażenie jakiegoś tajemniczego korowodu mar,
wyratowanych z tego szalonego odmętu śmierci,
który huczał i kipiał za niemi. Na stacyi wre ruch
gorączkowy; każde wolne miejsce, każdy placyk są
zamienione na posterunek opatrunkowy. Dookoła,
rzędami, jak spojrzeć szeroko, widać gęsto usta-
wione białe wielkie namioty polowych szpitali; le-
karze w białych fartuchach, często krwią zabryz-
ganych, biegają od rannego do rannego; siostry
miłosierdzia śpieszą z pomocą nieszczęśliwym; jęk
rannych rozlega się tu coraz głośniej, i białe ban-
daże, zbroczone purpurą, migają co chwila przed
oczyma, jak biało-szkarłatne, symboliczne kwiaty.
Coraz częściej rozlega się świst lokomotywy,
coraz pośpieszniej wnoszą na noszach i ładują do
wagonów rannych i odsyłają w sanitarnych, z kom-
fortem urządzonych pociągach do Mukdenu, Tjeli-
na i Charbina.
Wtem kanonada stop-
niowo milknie, i na wzgó-
rzach powiewa biały sztan-
dar narodowy japoński z
ponsowem słońcem po-
środku...
Sześć dni i nocy
trwał bez przerwy bój za-
cięty. Wciąż coraz bliżej
padały pociski i coraz głoś-
niej grzmiały wystrzały,
coraz ciaśniejszym ogni-
stym pierścieniem ściskał
nieprzyjaciel obrońców lao-
jańskich pozycyi. We dnie
trwała nieustanna kanonada
armatnia. Z zapadnięciem
mroków wszystko na razie
ścichało, i zapanowywała
ogromna, niezgłębiona ci-
sza, przepełniona groźną
tajemniczością w oczekiwaniu rzeczy nadzwyczaj-
nych; cisza zdradliwa. Około godziny 10 wieczo-
rem nieprzejrzane ciemności rozproszył srebrny
blask księżyca, ale ledwie promienie jego rozpę-
dziły mroki, gdy straszliwy huk karabinowych salw
wstrząsnął powietrzem, i nakształt szalonej nawał-
nicy rozpoczęła się strzelanina. Nad ranem, o świ-
cie, znowu rozległy się strzały armatnie. I tak co-
dziennie. Ale najgorsze były dwa dni ostatnie.
Japończycy przysunęli już wtedy swoje dzia-
ła tak blizko, że rosyjskie baterye musiały siać
pod samymi murami; odgłos wystrzałów głuszył
mowę naszą, a pociski wpadały do miasta, czyniąc
szkodę budynkom i ofiary w ludziach. Chińskie
miasto z ruchliwego i rojnego mrowiska zaczęło
się przeistaczać w pusty jakiś, prędzej cmenterz
niż gród przez ludzi zamieszkany. Domy poza-
mykane, na ulicach ani żywej duszy. Czasem tyl-
ko lękliwie i pośpiesznie przebiega, pod osłoną
ścian murowanych, oddzielny przechodzień.
Panowało tam bóstwo zniszczenia i śmierć
zbierała swe żniwo. Tylko rezerwy wojsk i opa-
trunkowe posterunki czaiły się gdzieniegdzie pod
murami lub nasypami ziemnymi; kiedy niekiedy
przemknął konny ordynans, czasem z turkotem
przegalopował szereg jaszczów artyleryi, lub prze-
sunęła się grupa wartowników poza tern pustka,
jakby ludzie wymarli. Ale oni nie wymarli, tyl-
ko uciekli. Zabili okna i drzwi domów i uciekli,
zostawiając mionie i dobytek na pastwę losu. Rze-
czywiście ogień był tak wielki, że niepodobna by-
ło tam wytrzymać choć przez chwilę. Co sekun-
da prawie rozlega się wybuch pocisku. Słyszysz
z początku rodzący się z niczego świst, zrazu nie-
znaczny, lecz z wielką szybkością wzrastający do
przeraźliwości, po nim natychmiast huk straszny
i trzask. Rzucasz wzrokiem w tę stronę i widzisz
snop lecących w górę kamieni, cegieł i brunatną
chmurę ziemnego kurzu. To granat wpadł w ja-
kiś mur czy ścianę, lecz ledwieś tu spojrzał, jak
znowu trzask w innej stronie, to z boku, to za to-
bą, słowem: dostałbyś zawrotu głowy, chcąc widzieć
skutek każdego pocisku. A w przestworze nad
głową nieustanny świst, przerywany hukiem wy-
strzałów, przed tobą zaś zapadają się w gruzy
domy, z trzaskiem runą dachy, dym szary i kurzu
tumany unoszą się nad tym obrazem zniszczenia,
a na to, jakby przez zasłonę z łez, przegląda smut-
ne oko słońca.
W kilku miejscach wybucha pożar i potęgu-
je grozę.
Wróciłem do lokalu, zajmowanego przez nasz
batalion, ale i tam już sięgały pociski, i kilka gra-
natów wpadło do podwórza. Kule karabinowe,
świszcząc jak stado ptaków skrzydłami w przelo-
cie, leciały nad naszemi głowami i odbijając się
o dachówkę spadały na ziemię. Jeden żołnierz zo-
stał zraniony, siedząc w mieszkaniu: kula karabi-
nowa wpadła mu w usta i wybiła dwa zęby.
Obok nas kiedy niekiedy w chińskie mieszkania
z ogromnym trzaskiem waliły granaty; widzieliśmy
niesionych ulicą rannych Chińczyków; byli i za-
bici.
W sobotę 3-go września Rosyanie nie mogli
się już utrzymać pod Laojanem, pod naciskiem
armii Oku. Oprócz tego z północo-wschodu zbli-
żał się Kuroki i mógł łatwo przeciąć od-
wrót armii walczącej pod Laojanem, nakazano więc
całej armii odwrót z nadejściem nocy. Mój bata-
lion odchodził ostatni i przez cały czas przecho-
dzenia wojsk przez rzekę bronił mostu na łodziach.
Wtedy dopiero nad brzegiem rzeki rozłożyłem swój
własny opatrunkowy posterunek i przy świetle ma-
łej latarki opatrywałem rannych.
Gdy wojsko cicho i pośpiesznie przeszło,
osłanialiśmy jeszcze zwodzenie tego mostu. Ładny
był widok: cicha noc, przed nami za ciemnemi kę-
pami drzew podmiejskich świecą łuny pożarow
Laojanu; u stóp naszych szybko pędzi nurt rzeki,
TYGODNIK ILLUSTROWANY .Nb 50
963
w lukach między drzewami na jaskrawem tle wi-
dać ciemne sylwetki przesuwającej się japońskiej
kawaleryi. Wtem trzask na lewo od nas na rze-
ce: snop ognia i iskier wylatuje w powietrze, cały
most drewniany, znajdujący się wyżej od nas, sta-
je w płomieniach... i znowu cisza, tylko syczą wę
żowate, ogniste języki palącego się mostu i wzno-
szą się prosto ku niebu. Wkrótce spalono inne mo-
sty drewniane i wysadzono most kolejowy, który
miał przeszło dwie wiorsty długości i kosztował 3
miliony rubli. Obraz był wspaniały.
Najpierw ze strasznym hałasem wybuchnęły
miny, most oblany wpierw naftą, cały w oka
mgnieniu stanął w płomieniach, a potem długo je-
szcze jedna za drugą wybuchały miny i leciały
w powietrze iskry i płomienie, a szczątki mostu
z sykiem wpadały w wodę. W kilku miejscach
w ten sposób zapłonęły jasne łuny pożarów
i oświetliły cofanie się armii na północ. Ze drże-
niem oczekiwano pościgu, ale cisza zalegała w da-
lekim obozie japońskim. Nie mają oni zwyczaju
gonić nieprzyjaciela; w tym przypadku zresztą po
spaleniu mostów nie mogli się tak prędko przepra-
wić przez wezbraną od deszczów rzekę, a może
to nie leżało w ich planie; słowem, dzięki za-
niechaniu przez nich pościgu, uciążliwe cofanie się
po złych i nieprzygotowanych drogach udało się
całkiem pomyślnie.
Szliśmy dwie noce bez wytchnienia, dopóki
nie minęła cała armia, a szczególnie ładowne,
ogromne tabory i artylerya, niebezpiecznego miej-
sca około stacyi Jantaj, gdzie ze strony wschód
niej groziła znajdująca się już niedaleko armia ge-
nerała Kurokiego. Grzęzły koła armat, zastrzęgały
w błocie ogromne wozy pontonów, krzyk woźni-
ców i hałas pomagających wyciągać wozy żołnie-
rzy, odgłosy komendy, zmieszane z turkotem kół
i krokami ludzkimi, tworzyły zamęt, chaos. Miej-
scami robił się na węższych przejściach lub u prze-
praw przez rowy i strumienie kompletny zator z lu-
dzi, koni, wozów, i ścisk i tłok tworzył się ogromny.
Po dwóch dobach ogromnie uciążliwej i mę-
czącej podróży, prawie zupełnie o głodzie, doszli-
śmy do stacyi Szache, odległej o 45 wiorst od La-
ojanu, a o 15 od Mukdenu, gdzie całkiem już by-
ło od nieprzyjaciół bezpiecznie.
Tam dopiero dano nam trochę wytchnienia
i już powoli, nocując i zatrzymując się po parę dni
w wioskach, szliśmy pod Mukden. Tu zaczęło się
spokojne życie, pełne wszelkiego dostatku. Wychu-
dzone i wygłodzone nasze i końskie ciała zaczęły
nabierać pełności i okrągłości, gdyż blizkość mia-
sta pozwalała zaopatrywać się we wszelką spyżę,
a oprócz tego na stacyi Mukden stoi wciąż kilka
wagonów ekonomicznego Towarzystwa oficerów
z Petersburga, gdzie można dostać wszystkiego,
czego dusza zapragnie. Ale już kończą się dni
spokoju i odpoczynku, bo dziś, jutro ruszamy na-
przód. Postanowiono odebrać Laojan i iść do Por-
tu Artura. Zobaczymy, jak to się uda.
Przez czas pobytu w okolicach Mukdenu
zwiedziłem zabytki miejscowej architektury. Naj-
pierw zwiedziłem znajdujące się około Mukdenu
groby cesarzów mandżurskiej dynastyi.
Kiedy się skończy wojna, nie mamy tu żad-
nych danych do sądzenia; nic nie wiemy, jaki
obrót wezmą dalsze sprawy.
Tymczasem tak się naprzykrzyło, tak się chce
Wracać do domu, i koniecznie trzeba nawet wracać,
że nie wiem jak sobie poradzę i jakich sposobów
się chwycę, jeżeli wojna przeciągnie się na dłużej.
Przygotowania do zimowania tu robią się
w całej armii. I nowa armia idzie z Rosyi, zimę
więc napewno wypadnie tu spędzić. Ale żeby
ehoć wrócić na wiosnęl *)
___ Twój Jerzy Gliński.
) List niniejszy zawdzięczamy uprzejmości d ra
Mieczysława Glińskiego, stryjecznego brata d-ra Jerzego
Glińskiego.
Z tygodnia na tydzień.
Aozoe „Kolo."
W tych dniach ostatecznie powołano już do
życia Koło przemysłowców warszawskich, które
stanowi organizacyę nietylko bardzo pożyteczną,
lecz i niezbędną. Ma ono na celu skupić wybra-
nych zdolnych rzeczoznawców z różnych dziedzin,
którzy czuwać będą nad interesami danych • gałęzi
przemysłu i w razie potrzeby będą ich przedstawi-
cielami na zjazdach lub też w różnych zorganizo-
wanych zabiegach.
Jest to niesłychanie ważne. Dotychczas liczne
przykłady z życia wykazały wielki brak takich lu-
dzi, upełnomocnionych przez daną grupę, stano-
wiącą odłam interesów ekonomicznych. W wypad-
kach nadzwyczajnych, gdy np. należało oświetlić
interesy kraju, podnieść jego potrzeby nieodzowne,
wskazać niedomagania, wyświetlić tę lub inną stro-
nę ujemną pewnych reform, systemów, rozporzą-
dzeń, uzupełnień prawno-reglamentacyjnych, gdy
należało rzucić stosowne światło na dany prąd po-
lityki ekonomicznej, która mimo woli faworyzo-
wała jednych, pomijała innych, albo niekiedy na-
wet stała wprost w sprzeczności z interesami pew-
nej dzielnicy, w takich przypadkach rozglądano się
gorączkowo śród ogółu, powoływano przygodnych
przedstawicieli, bądź nieodpowiednich, bądź nie-
przygotowanych do wypełnienia doniosłych żądań,
bądź wreszcie zdolnych a niewymownych, przeję-
tych dobremi chęciami, ale nie rozporządzających
czasem.
Tacy ludzie, pośpiesznie obeznani ze spra-
wą, najczęściej w ostatniej chwili, po krótkich po-
wierzchownych porozumieniach, brali na siebie mi-
syę ważną, opracowywali referaty lub zabierali
głos na zjazdach i oczywiście w rezultacie przy-
wozili... porażkę.
Tak było podczas zjazdu młynarskiego, tak
było przed wprowadzeniem nowego prawa o ochro-
nie leśnej, nie przystosowanego w zupełności do
warunków kraju i jego kultury, jedynie dzięki te-
mu, że narady w tej sprawie zwołano w Warsza-
wie za późno i nie umiano opracować odpowied-
niego memoryału, któryby przedstawił istotne po-
trzeby w tej mierze. To samo było podczas re-
formowania taryf, wprowadzania taryfy różniczko-
wej, mającej na celu ułatwienie przewozu towarów
z Cesarstwa transita Królestwo Polskie za grani-
cę. Dzięki temu, iż nie potrafiono zawczasu wy-
świetlić sprawy w taki sposób, ażeby pewne uzu-
pełnienia i zastrzeżenia w nowej reformie zharmo-
nizowały interesy ekonomiczne, taryfy różniczko-
we oddziałały fatalnie: towary, stanowiące wytwór
taniej produkcyi w dzielnicach o gospodarce na-
turalnej, idąc przez Królestwo Polskie za granicę,
więzły na rynkach naszych, przepełniały je, wra-
cały z zagranicy do nas, uciskając przemysł miej-
scowy.
Niemniej mizernie zarysowały się nasze za-
biegi podczas narad traktatowych, gdzie chodziło
o kwestyę bytu ekonomicznego wielotysięcznych
rzesz ludności. Albo nie umiano wyzyskać chwili,
należycie poprzeć sprawy, albo wyzyskiwano ją
jednostronnie, egoistycznie, w interesach niewiel-
kiej grupy, stojących w sprzeczności z interesami
innych szerokich grup. Tak było z popieraniem
interesów handlu mącznego ze szkodą przemysłu
młynarskiego w kraju.
W przyszłości niewątpliwie będziemy mieli
coraz więcej takich spraw, które wymagają regula-
cyi i należytego przedstawienia w sferach właści-
wych. Dlatego też jest rzeczą wielce pożądaną,
ażeby „Koło" przemysłowe możliwie najbardziej
się rozszerzyło, ażeby do swych szeregów powo-
łało ludzi zdolnych, światłych, ze wszystkich dzie-
dzin życia ekonomicznego. Zen. P.
Dr. JóseJ Puzyna.
Przedłużające się niezdrowie prof. dr. Anto-
niego Kaliny zniewoliło go do złożenia zaszczyt-
nego wielce urzędu rektora uniwersytetu lwow-
skiego. Dokonano tedy nowego wyboru. Tytuł
Magnificericyi i szkarłatna, bramowana gronostaja-
mi toga przypadły na bieżący rok szkolny prof-
dr. Józefowi Kniaziowi Puzynie.
Puzyna, urodzony w r. 1856 w Martynowic
w Galicyi, uczęszczał do gimnazyum Franciszka
Józefa we Lwowie i na wszechnicy lwowskiej też
ukończył wydział filozoficzny, słuchając głównie
wykładów głośnego wówczas prof. Żmurki.
W r. 1882 składa egzamin nauczycielski do
szkół średnich, w rok później osiąga doktorat
filozofii. Następne lata, 1883 i 1884, spędza na
uniwersytecie berlińskim, studyując matematykę
u Weierstrassa, Kroneckera i Fuchsa. Powróciw-
szy do kraju, habilituje się w r. 1885 na docenta
matematyki, a w r. 1892 zostaje jej zwyczajnym
profesorem. Tworzy i prowadzi seminaryum ma-
Dr JÓZEF PUZYNA.
tematyczne, mogąc się pochlubić szerokiem już gro-
nem uzdolnionych uczniów. W r. 1900 Akademia
Umiejętności w Krakowie mianuje go swoim człon-
kiem korespondentem.
Poza nauczycielską, wyczerpującą siły dzia-
łalnością, Puzyna pracuje i pisze sporo, a w rze-
czach swych posuwa zawsze naprzód umiłowaną
gorąco naukę. Szereg licznych prac jego ogłosiły i
ogłaszają dotychczas: Akademia Umiejętności w „Pa-
miętniku wydziału matematyczno-przyrodniczego,"
Muzeum, Kosmos, („Prof. Wawrzyniec Żmurko,
jego życie 1 dzieła"), warszawskie „Prace matema-
tyczno-fizyczne" i wiedeńskie MonatMiejte Jur Ma-
thematik and Physik. Kapitalnem dziełem Puzyny,
które wsławiło wśród matematyków jego imię, jest
„Teorya funkcyi analitycznych", tomów 2, Lwów
1898 1900.
Pedagog z przekonania, obdarzony darem
słowa, bywa Puzyna zawsze chętnie słuchany
i cieszy się w świecie studenckim wielkim mirem
i popularnością. to.
Dom św. Zyty.
W dniu 4-ym b. m. pozyskała Warszawa
nową instytucyę społeczną, której brak dawał się
odczuwać oddawna.
Jest to tak zwany „Dom św. Zyty," podda-
ny pod opiekę miejskiej dobroczynności publicz-
nej, a przeznaczony na wychowywanie pożytecz-
nych pracowników w zakresie gospodarstwa do-
mowego, t. j. dobrych, wzorowych sług.
964
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 50
Przedewszystkiem zakład powyższy kształcić
ma „służące do wszystkiego," poszukiwane przez
znaczną większość naszych gospodarstw domowych,
a następnie, stosownie do okazywanego przez nie
uzdolnienia, specyalizować je na kucharki, poko-
jówki, młodsze i t. p.
Wstęp do „domu św. Zyty" mieć będą dziew-
częta od lat 15 do 30, z pierwszeństwem dla sie-
rot lub pozbawionych opieki, przyczem przyjmo-
wane być mogą bezpłatnie w miarę wakansu, lub
za opłatą, która jednak w żadnym razie nie może
przewyższać 12 rub. miesięcznie, wliczając w to
naukę i koszt całkowitego otrzymania.
Poza tem wstęp do zakładu mieć będą
w przyszłości także dziewczęta przychodnie.
W celu produkcyjnego zużytkowania pracy
wychowanek zakład urządził jadłodajnię, która wy-
dawać będzie na miejscu i na miasto obiady tu-
dzież przyjmować zamówienia na kolacye i od-
dzielne potrawy. Nadto zas dla nauczenia wycho-
wanek służby pokojowej zakład wynajął kilka po-
kojow lokatorkom. które będą obsługiwane przez
miejscowe dziewczęta.
Jak Widzimy z powyżej przytoczonych szcze-
gółów, zakres pracy pedagogicznej ’ kierowniczek
domu św. Zyty zarysowuje się bardzo szeroko,
a gdy nadto dodamy, że na mozolną stronę wy-
chowania swych uczennic zakład zwracać będzie
szczególną uwagę, to zrozumiemy łatwo, że
nowa instytucja odegrać może i powinna pierwszo-
rzędną rolę w prawidłowem ukształtowaniu się
wzajemnych stosunków pomiędzy pracodawczynia-
mi a pracującemi w zakresie naszego gospodarstwa
domowego.
To wysoce społeczne znaczenie „domu św.
Zyty" zapewni mu niewątpliwie należną pomoc
i poparcie wśród szerokich kół ludzi dobrej myśli.
Aktu poświęcenia pożytecznej instytucyi do-
pełnił ks. rektor Gralewski w obecności p. Broni-
sławy Kuczyńskiej, głównej inicyatorki i założyciel-
ki zakładu, p. redaktorowej Janowej Gadomskiej,
członkini zarządu, p. Heleny Kryńskiej, sekretarki,
oraz licznie zgromadzonych pań protektorek i or-
ganizatorek zakładu. o
*
*
Ś. p. Maurycy Orgelbrand.
Dnia 4-go b. m. pod wpływem silnej roz-
terki wewnętrznej rozstał się z tym światem jeden
MAURYCY ORGELBRAND.
z wybitniejszych przedstawicieli księgarstwa nasze-
go, ś. p. Maurycy Orgelbrand.
Urodzony w Warszawie w r. 1826-ym, po-
czątkowo założył zmarły w r. 1853-im księgarnię
w Wilnie, a we dwanaście lat potem w Warszawie,
dokąd następnie przeniósł się na stałe, zajmując
się ruchliwie szeregiem różnorodnych wydawnictw,
cieszących się pokupem i poczytnością w szero-
kich kołach społeczeństwa naszego.
Między innemi wydał: „Dzieje rozwoju umy-
słowego Europy", .Słownik języka polskiego".
I „Żywoty świętych Pańskich" (Ojca Prokopa), „Geo-
grafię powszechną illustrowaną", „Wojnę polsko-
rosyjską 1830 1 r.“ (generała Puzyrewskiego),
„Historyę literatury polskiej" M. Dubieckiego
i wiele innych.
W r. 1873-im stał się ś. p. Orgelbrand ini-
cyatorem i współzałożycielem „Spółki wydawniczej
księgarzy", a sprzedawszy po kilkudziesięciu latach
pracy księgarnię sortymentową, zatrzymał nakłady,
którymi zajmował się do ostatnich dni życia.
Ś. p. Maurycy Orgelbrand pozostawia po so-
bie pamięć zasłużonego i prawego członka spo-
łeczeństwa. o
EPILOGI.
Dlaczego?
Kolega Z. D. w poprzednim numerze zwró-
cił uwagę na niebezpieczeństwo warszawskiej
„czterościanowości," to jest dobrowolnego usuwa-
nia się ludzi inteligentnych od życia szerszego, to-
warzyskiego.
Nie przeczymy faktowi, ani jego możliwym
a niepożądanym skutkom, ale musimy zwrócić
uwagę na przyczyny, ktOre skłaniają ludzi do izo-
lowania się w czterech ścianach domu.
Jedną z najważniejszych jest brak rozsądnej
organizacyi życia w naszem mieście. Słusznie po-
wiedział dr Zygmunt Kramsztyk w swoim odczycie
„O •wadach naszego sposobu życia,“ że w War-
szawie „każdy żyje swoim trybem; gdy jeden pra-
cuje, drugi je obiad albo tańczy! Nikt więc nie
jest pewny, czy mu obiadu nie odwlecze, nie
przerwie jego najlepszy przyjaciel, czy go od naj-
ważniejszej nie oderwle pracy. Jak sami życie
pędzimy bez planu, tak sposobu życia innych nie
potrafimy uszanować, jesteśmy bezwzględni i nie-
litościwi. Człowiek, chcąry szczerze pracować, mu-
si zerwać ze •wszystkimi i wyrzec się świata to-
warzyskiego, bo inaczej to życie wleje się do je-
go gabinetu i rozproszy myśli w chwili najlepszej1
pracy."
Otóż, niestety, słowa te zawierają prawdę.
Człowiek pracy musi uciekać od towarzystwa nie
dlatego, że jest mizantropem, lecz poprostu dla-
tego, żeby uratować od ruiny swoje nerwy i zdrowie-
Gdybyśmy ujęli życie nasze w pewien sys-
temat, gdybyśmy umieli podzielić czas, przezna-
czony na pracę i na rozrywkę w sposób logiczny
a obowiązujący wszystkich, wtedy niewątpliwie
większość dobrowolnych więźniów domowych wy-
szłaby chętnie ze swoich czterech ścian, by się
zespolić z całością. \
Teatr, muzyka, sztuki plastyczne.
* W „Rozmaitościach” wystawiono trzyaktową
komedyę J. I. Kraszewskiego p. t. „Gościna Radziwiłła".
Sztuka ta była napisana w r. 1862, dość więc późno
zjawiła się na scenie warszawskiej. Jest to anegdota
historyczna, zręcznie uscenizowana i w dość malowniczej
akcyi wyłożona. Radziwiłł, po powrocie z Węgier, za-
trzymuje się na popas w jednej ze swych karczem. Tu
zastaje kniazia Kurcewicza, ubogiego właściciela wioski,
ale jeszcze butniejszego, niż sam „Panie Kochanku."
Jeden drugiemu ustąpić nie chce: trafił frant na franta.
Po przerwanym pojedynku, obmyśla Radziwiłł zemstę
w swoim stylu. Zaprasza Kurcewicza „na barszcz" do
Nieświeża; w odpowiedzi otrzymuje zaproszenfe „na
zrazy" do Wólki. Zwołuje więc swój sławetny senat
nieświeski i zasięga rady, jak za zniewagę zapłacić. Po-
stanawia zjechać do Wólki z całym dworem i z 400
ludźmi jazdy, ztmierza bowiem dłuższą gościną zrujno-
wać materyalnie Kurcewicza. Jakoż butny kniaź zasta-
wia całą swą wioskę u chytrego sąsiada Duplowicza,
który oddawna czyha na tę zdobycz. Zemsta zawziętego
„Panie Kochanku" przybiera, ]ak zwykle u niego, spodzie-
wany obrót: dowiedziawszy się o tranzakcyi z Duplowi-
czem, nietylko nie dopuszcza do jej wykonania, ale
z całą świ*ą j z ułaskawionym Kurcewiczem zajeżdża
w gościnę do Duplowicza. Główne role powierzono
Leszczyńskiemu (Kurcewicz) i Rapackiemu („Panie Ko-
chanku"). Grali je obadwaj bardzo starannie. Sztuka zy-
skała wielkie powodzenie.
* „W małym dnmkutrzyaktowa sztuka Ta-
deusza Rittnera, wystawiona w Rozmaitościach, stanowi
dość znaczny postęp w zawodzie dramatopisarskim auto-
ra. Mamy tu ponowne nadużycie procederów literackich,
zbytnią wiarę w robotę techniczną, a za mało samorzut-
ności twórczej; ale tu i owdzie nie brak iskier szczerego
talentu. Fabuła sztuki jest rozwinięciem wypadku dość
brutalnego: doktor małego miasta w Galicyi ożenił się
z prostą dziewczyną, z którą żył w konkubinacie za
czasów uniwersyteckich. Nie zajmuje się nią wcale, zo-
stawia ją na pastwę własnych instynktów. Marya zdra-
dza męża z inżynierem, który przyjechał z Wiednia dla
budowania mostu, a zdrady swej do tego stopnia ukryć
nie potrafi, że sama sprowadza katastrofę: mąż, obrażo-
ny w swej ambicyi męskiej (bo już nie kocha), zabija
ją dwoma wystrzałami rewolweru. Uwolniły go sądy,
ale nie otrzymał rozgrzeszenia od własnego sumienia:
nęka go świadomość popełnionej zbrodni, aż sam wy-
mierza sobie sprawiedliwość samobójstwem. W całej
sztuce jest jedna postać oryginalna: to Marya. Przecha-
rakteryzował ją p. Rittner w szczegółach, ale w całości
postawił dobrze. Takiego gatunku naiwności nie mie-
liśmy jeszcze na scenie. Inne figury nie wychodzą
z granic szablonu, dosyć zresztą inteligentnego. Sztukę
grano—z wyjątkiem bardzo niepospolitego Frenkla—zu-
pełnie fałszywie. Jedni aktorzy podnosili nadmiernie
ton, inni obniżali go zanadto. P. Przybyłko-Potocka
(jako Marya) raziła karykaturalną jaskrawością.
* Jubileusz artysty. Znany i ceniony w sze-
rokich kołach świata artystycznego Krakowa, sekretarz
teatru miejskiego i artysta dramatyczny, p. Hipolit Wój-
cicki, obchodził w dniu 6 b. m. jubileusz 35-letniej pra-
cy na deskach teatrów polskich. Warszawianin z urodze-
nia i wycho-
wanek war-
sz a w s k i e j
szkoły dra-
mat y c z n e j,
wcześnie, bo
w 20 roku ży-
cia, rozpoczął
zawód arty-
styczny w tru-
pie prowin
cyonalnej Mo-
dzelewskiego
w Łowiczu w
r. 1869. Rola
kapelana w
„Damach i hu-
zarach" Fre-
d ry była
pier w s z y m
większym sce-
nicznym suk-
cesem Wój-
cickiego, któ-
rym zachęco-
ny wytrwał na obranej drodze i, pracując kolejno w trupach
Ortyńskiego, Stobińskiego, Łobojki, Ratajcwicza, Trapszy,
wyrobił się na jednego z najużyteczniejszych pracowników
scen polskich i szeregiem znakomicie odtwarzanych ról
kontuszowo-charakterystycznych, zapisał się chlubnie na
kartach naszej sztuki aktorskiej Między r. 1878 a 1882
prowadził sam teatr w Królestwie i jako dyrektor celo-
wał w wyszukiwaniu i torowaniu drogi młodym talen-
tom aktorskim, które później stać się miały chlubą tea-
tru polskiego. Dość wymienić nazwiska Solskiego,
Knake-Zawadzkiego, Antoniewskicgo, Wernera, Radwa-
na, aby zrozumieć, że teatr Wójcickiego był w ciągu
krótkiego istnienia swego wzorową szkołą dramatyczną.
W r. 1882 przybył Wójcicki do Krakowa i tam pod
światłem kierownictwem Koźmiana rozpoczął płodną
i owocną pracę już jako artysta, już to jako sekretarz
dyrekcyi. Wielkie umiłowanie zawodu i poszanowanie
HIPOLIT WÓJCICKI
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 50
965
obowiązków uczyniły go niezbędnym dla każdej dyrek-
cyi późniejszej. Był kolejno sekretarzem za Gliksona
i Pawlikowskiego, a obecnie jest prawą ręką dyrekcyi
Kotarbińskiego, która, ceniąc jego zdolności i takt w po-
stępowaniu, a zarazem popularność, jaką się cieszy
w gronie kolegów i wśród publiczności, polega ślepo na
jego doświadczeniu i talencie administracyjnym. W uro-
czystem przedstawieniu jubileuszowem, którem teatr kra-
kowski uczcił w dniu 6 b. m. swego zasłużonego tylo-
letniego pracownika wziął udział cały Kraków Dawano
„Damy i huzarów" sztukę, w której Wójcicki przed 35
laty zawód rozpoczynał. Od licznych kolegów i kole-
żanek jubilata, pracujących na różnych scenach polskich,
nadeszło kilkadziesiąt telegramów i listów gratula-
cyjnych. p
* Teatr miejski lwowski sypie w bieżącym se-
zonie nowościami, jak z rękawa. Co dziwniejsza: wszyst-
kie mają powodzenie! Świetne zwycięstwo odniósł Pe-
rzyński swoją „Lekkomyślną siostrą." Komedya to, ja-
kiej nie widziano na scenach polskich od lat wielu.
Szczęśliwy autor okazał się w niej satyrykiem pierwszej
wody; ironia jego nadzwyczajna, humor przedni, subtel-
ny. Rzecz przytem cała (acz nadto pesymistyczna) zro-
biona pewną, zadziwiająco doświadczoną ręką. „Tkacze"
Hauptmana były znowu tryumfem reżyseryi, sprawiając
wprost wstrząsające wrażenie. Dawano ich 8 razy z ko-
lei przy zapełnionej szczelnie sali. Pawlikowski rozwi-
nął tu niezawodne zawsze swoje mistrzowstwo, do którego
publiczność lwowska tak przywykła, iż nawet nadzwy-
czajnych wysiłków w osiągnięciu zespołu domyślić się
nie zdołała. Przesunął się nadto przez deski stary (tak
powiedziano!) Mussct ze swojem „Ostrożnie z ogniem,"
a na najbliższe dni zapowiedziano „eksperyment arty-
styczny": „Terakoję, czyli wiejską szkółkę," dramat hi-
storyczny Tekeda kumo w przekładzie Żuławskiego.
Znoją się nad tem od miesiąca reżyserya, dekorator
i artysta malarz Dębicki, znawca i zbieracz japońszczy-
zny. Jest to fragment wielkiej całości „Sugewara Denju
Tenaraj Kaganii," rozgrywa się zaś w IX wieku naszej
ery. W przygotowaniu także jest „Legion" Wyspiańskiego
z udziałem p. Siemaszkowej, która ma występować przez
czas dłuższy, tc
* Z Filharmonii. Na najbliższym piątku sym-
fonicznym dnia 16 grudnia popisywać się będą: znako-
mity pianista Mark Hombourg i prymadonna Opery dre-
zdeńskiej (Szwajcarka) Eryka Wedekind. Orkiestra wy-
kona symfonię Czajkowskiego „Manfred" pod batutą
Czelańskicgo.
Budowa teatru rusińskiego wo Lwowie roz-
pocznie się z wiosną roku przyszłego. Powierzono ją,
w braku sił swojskich, firmie... niemieckiej Helnier i Fell-
ner, która według utartych szablonów wzniosła już kil-
kadziesiąt gmachów teatralnych. Przybytek rusińskiej
sztuki ma być oddany do użytku w jesieni roku 1906,
zajmować zaś go będą kolejno trupy: niemiecka, włoska,
a czasami też i rusińska. T
* Sienkiewicz w Paryżu. W N-rze 45 Tygo-
dnika w rubryce „Z tygodnia na tydzień1' podaliśmy
OGNIEM MIECZEM NA SCENIE W PARYŻU HELENA KURCEWICZÓWNA (GABR)ELA ROBINA E).
obszerniejsze sprawozdanie z przedstawienia przeróbki
„Ogniem i mieczem," wystawionej w teatrze Sary Ber-
nhardt w Paryżu. Obecnie dajemy siedem ilhistracyi,
przedstawiających sceny i typy dramatu według fotografii
zdjętych na miejscu. Jak wiadomo, „Ogniem i mie-
czem" doznało w Paryżu niezwykłego powodzenia.
ZŁOTE LISTKI.
Słabe charaktery potrzebują ułatwień i usu-
nięcia przeszkód w działaniu; tylko silne dusze
znajdują w oporze bodziec i nietylko się nie zra-
żają, lecz tem mocniej trzymają, co raz uchwyciły.
Zygmunt. Kaczkowski.
OGNIEM I M1EC/EM NA SCENIE PARYSKIEJ: OBRAZ X, POD ZBARAŻEM.
Patrz artykuł w N-rze 45.
* *
*
Jak wiatr mierzyć, czas gonić, groch na ścianę
miotać—
Próżno, tak o to, co się nie wróci, kłopotać.
II 'espa-ya u Kochowski.
Z Dalekiego Wschodu.
Ostatnie sprawozdania z pod Portu Artura do-
wodzą raz jeszcze wbrew bezustannym,
naiwnym doniesieniom z Czifu (w których daje się
zauważyć skłonność ku dodawaniu zawsze jedne-
go, lub więcej nawet zer do cyfry poległych
w szturmach) — jak przezornie i systematycznie
postępują roboty armii oblężniczej. Japończycy,
którzy od początku oblężenia stracili dotychczas
i stosunkowo niewielką liczbę 25,000 żołnierzy w po-
ległych i rannych, zdobywali powoli szaniec za
szańcem, redutę za redutą, stanąwszy zaś żelaz-
nym pierścieniem przed główną wewnętrzną linią
fortów, rozpoczęli uwieńczone powodzeniem ataki
do zewnętrznych ich obwarowań, aż wreszcie skie-
rowawszy od strony Erlunszanu i Kikwanu (forty
966
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 49
wschodnie) pozorne ataki, przypuścili główny
szturm do t. zw. Wysokiej Góry (203 metry),
którą po całodziennej walce i kilku odpartych
szturmach zdobyli 30 listopada.
Pozycya ta, stanowiąca ostry kant, wysunięty
ku północo-zachodowi twierdzy, należy już do
obwarowań wewnętrznych, czyli do grupy właści-
wych fortów. Broniły jej działa 15-centymetrowe
systemu Canet, wiele dział szybkostrzelnych 4-cen-
tymetrowych, siatki druciane, miny, wreszcie
WOŁODYJOWSKI (Sclieler).
będą wkrótce zmuszone
pozycye opancerzone.
Dział tych oczywiście
obrońcy góry zabrać
z sobą nie mogli.
Zdobycie Wyso-
kiej Góry ma pierw-
szorzędne znaczenie
ze względu na jej po-
łożenie strategiczne,
panujące nad są-
siednimi fortami,
znacznie niższymi od
mej, a mianowicie nad
Anczanem (74 me-
trów), Iczanem (135
metrów fort ten leży
już nad samem mia-
stem), Japishanem
(112 metrów), a przy-
tem z pozycyi tej
można będzie ostrze-
liwać skrzy d łowy m
ogniem nietylko wy-
żej wymienione forty,•
które prawdopodobnie
do milczenia, ale też
dalsze, wschodnie i południowe (Tygrysi Ogon).
Niektóre dzienniki rosyjskie, na zasadzie da-
nych, udzielonych im przez oficera, przebywające-
go przed oblężeniem w twierdzy, Sacharowa,
twierdzą, że skoro nawet Japończycy wezmą Iczan,
Erlunszan, Kekwan i Złotą Górę, to obrona Laote-
szanu i Tygrysiego Ogona przetrwać może kilka
miesięcy.
Patrząc na mapę portu, widzimy, że grupę
Laoteszanu tworzą olbrzymie masy granitu, gdzie-
niegdzie przysypane cienką warstewką ziemi,
wznoszące się przy głównym szczycie na 461 me-
trów nad poziom morza. Skały te są istotnie nie-
dostępne, ale właśnie dlatego, pomimo iż uzna-
wano dawno konieczność ich ufortyfikowania, przez
ustawienie na ich szczytach szeregu bateryi z dział
HELENA KURCEWICZÓWNA (Jane Mea).
największego kalibru, nie poczyniono jeszcze aż
do kwietnia żadnych usiłowań w tym kierunku.
Według obliczeń fachowców, uzbrojenie Laotesza-
nu według wszelkich wymagań techniki wojen-
nych, utworzenie tam osłonionych pozycyi dla ar-
tyleryi, zajęłoby co najmniej pięć lat czasu i po-
chłonęłoby miliony rubli.
Jeżeli, jak utrzymują, generałowi Kondratien-
ko udało się ustawić na Laoteszanie kilka bateryi,
to i tak dokonano wiele. Trudno jednak uwierzyć,
aby baterye te wytrzymały—w razie zajęcia za-
chodnich i północnych fortów skoncentrowany
ogień kilkuset armat japońskich. Trudno też przy-
puścić, aby szczególnie wobec zajęcia Góry Wy-
sokiej'—można było przeprowadzić dostateczną
ilość pozostałej amunicyi i żywności na te nagie
skały pod ogniem przeciwnika, wreszcie skoncen-
trować tam powstałe wojsko, co musianoby po-
łączyć z opuszczeniem w porcie przeszło 20,000
rannych i chorych, oraz okrętów wojennych.
Taki więc plan przeniesienia całej obrony Por-
tu Artura na Laoteszan wydaje się prostą mrzon-
ką, której urzeczywistnieniu przeszkadzają jeszcze
wysadzone na ląd w zatoce Gołębiej świeże
wojsko japońskie.
Twierdza bronić się więc będzie dopóty,
dopóki nie upadną forty, otaczające port, a przede-
wszystkiem Iczan, leżący wprost nad portem. Ge-
nerał Nogi wypowiedział podobno przekonanie,
że uda mu się zapewne dokonać tego dzieła do
dnia 10 b. m.
Z Petersburga.
*** W ostatnim tygodniu zapanowało znaczne
ożywienie w prasie rosyjskiej. Poruszono kilka kwe-
styi zasadniczych, dotyczących organizacyi wewnętrz-
nej, reform społecznych, administracyjnych i praw-
nych. Ruś wystąpiła w kwestyi zabezpieczenia praw
osobistych. Pismo powołuje się na to, że przed laty
czterdziestu istniał zarodek rosyjskiego Habeas corpus
acfu; ie. na mocy prawa, istniejącego dotychczas, nikt nie
może być aresztowany inaczej, tylko w wypadkach okreś-
lonych przez prawo. .Prawo swobody osobistej, prawo
niepodlegania aresztowi bez odpowiedniego postanowie-
nia niezależnej władzy sądowej jest jedną z zasadniczych
podstaw naszego porządku prawnego; to jest elementar-
ne prawo obywatela. Pomimo że prawo z roku 1864
SKRZETUSKI (Decceur)
OGNIEM I MIECZEM NA SCENIE PARYSKIEJ.
ZAGŁOBA (Huguenet).
przez następne postanowienia senatu i okólniki tnini-
steryalne doprowadzono niemal do zupełnego uchyle-
nia, pomimo że sędziowie rosyjscy nic posiadają tej nie-
zależności, jaka bezwarunkowo jest niezbędna dla sta-
nowczego zastosowania gwarancyi nietykalności osobi-
stej, społeczeństwo rosyjskie widzi, iż jest pozbawione
najbardziej zasadniczych podstaw prawa istnienia ludz-
kiego. W ukazie senatu z 4 września roku 1881 władza
wyższa nazywa wprowadzenie praw wyjątkowych „smut-
ną koniecznością” i uspokaja społeczeństwo, że owe
środki będą tylko natury przejściowej, że są tymczaso-
we. Czyż dotychczas nie zbliżyliśmy się jeszcze do tego
zwykłego czasu? czyż jeszcze nieprędko nastąpi tak po-
żądana i oczekiwana chwila przywrócenia zupełnej mocy
praw obowiązujących?”
Jlirż. Wied., poświęcając obszerny artykuł
sprawom samorządu, mówią: „Ogólnem pragnieniem
ziemstwa i miast jest przywrócenie zasadniczych pod-
staw praw pierwotnych, ziemskich i miejskich z roku
1864 i 1870. Sformułowanie z pozoru jest dziwne, jak
gdyby Rosya teraz dopiero czuła potrzebę tycłi praw,
które opracowano przed trzydziestu pięciu i czterdziestu
laty. Ale jeżeli będziemy mieli na względzie wyłącznie
potrzeby samorządu miejscowego, to takie sformułowanie
jest całkiem słuszne, gdyż ziemstwo powinno być bez-
klasowe, a samorządy ziemskie i miejskie powinny być
wolne od udziału administracyi w rozstrzyganiu spraw
miejscowych.”
BASIA (Cerda).
957
ATAK NA OKOP PRZED JEDNYM Z FORTÓW W PORCIE ARTURA.
Nasze ryciny.
ANTONI KAMIEŃSKI: PODRÓŻNA.
Bo licznego szeregu postaci kobiecych,
stworzonych przez Kamieńskiego, przybyła
nowa. Jest to typ tajemniczy. Podróżna
z twarzą ćnergiczną i smętną zarazem. Czy
boleje nad tem, co minęło, by nic wrócić?
czy czeka na coś, co nadejść może? czy
ucieka przed przykremi wspomnieniami?
odgadnąć trudno. Pomimo catej wyrazi-
stości rysunku nie wahamy się nazwać „Po-
dróżnej" Kamieńskiego upostaciowanym na-
strojem, ujętem w plastyczne kształty wra-
żeniem. Każdy z nas spotykał na dwor-
cach kolejowych, na wybrzeżach morskich,
w hotelach wielkomiejskich, na pokładach
parostatków i t. p., analogiczne, niepoko-
jące, a -zarazem pociągające postaci niewie-
ście. Osoba realna nikła nam z oczu, ale
wrażenie ciekawości i tkliwego zaintereso-
wania pozostawało w wyobraźni na za-
wsze. Czujemy, że kolo nas przesunęło«się
coś zagadkowego, odmiennego od zwykłe-
go toku życia. Otóż ten nastrój, to wraże-
nie utrwali! Kamieński węglem na papierze.
Wyraz twarzy, oczu, oryginalny kostium
z kapturem, upozowanie figury—wszystko
to zmierza ku jednemu, a mianowicie, żeby
obudzić w nas przekonanie, że kobieta, na
którą patrzymy, nic jest istotą codzienną,
że zewnętrzne, czy wewnętrzne jej życic
było, czy jest bogatym w pierwiastki drama-
tyczne poematem.
ER. MULLER-MUNSTER: I SZEDI.
Za nim wielki lud. Franciszek Miil-
Icr-Miinster (ur. 18G7 r.) odznacza się wielo-
stronnością w wyborze i traktowaniu moty-
wów. Malował obrazy na tle romantyczno-
sredniowiccznem, bajki w stylu nastrojo-
wym, utwory rodzajowo-kostiumowe z za-
dęciem realistycznem (Rodzina Landskncch-
ta), obrazy naiwno-rcalistyczne w typie sta-
rych mistrzów (Ucieczka do Egiptu) i t. p.
Wszystko to świadczy z jednej strony o zdol-
nościach, z drugiej o pewnej skłonności do
eklektyzmu, do poddawania się wpływom
obcym Obraz, którego reprodukcyę da-
jemy w numerze niniejszym, trzymany jest
w stylu głośnego malarza Uhdego. Widzi-
my tu Chrystusa w otoczeniu ludu, ale nie
w Palestynie, lecz na ulicy nowoczesnego
miasteczka niemieckiego. Lud, podążający
za mistrzem- to nie rybacy i wieśniacy
galilejscy, lecz proletaryat dzisiejszy: rze-
mieślnicy, robotnicy, proste kobiety z dzieć-
mi i t. d. Pomimo że pomysł nie jest
oryginalny, wykonanie odznacza się wyso-
kicmi zaletami. Modelując niewątpliwie z
natury, artysta ożywił postaci współ nem
tchnieniem tęsknoty do czegoś lepszego.
Zwłaszcza dobrze wyszły figury kobiece,
oraz robotnik, idący tuż przy Chrystusie
i zasłuchany w jego słowa. Najsłabsze
wrażenie, niestety, sprawia posiać główna.
Oblicze Chrystusa jest nieco za chłodne;
nic widać tam przejęcia się własnetni sło-
wami. Mistrz zdaje się wykładać spokoj-
nie, jak nauczyciel, nie jak Mcsyasz, gło-
szący dobrą nowinę światu. Mimo to ca-
łość, dzięki sumiennej i artystycznej robo-
cie, oraz bardzo dobrej kompozycyi i wy-
bornej charakterystyce typów, należy do
dziel nietuzinkowych.
EDWARD LOEVY: CMENTARZ KLA-
SZTORNY.—Obrazy Loeveg<> reproduko-
waliśmy niejednokrotnie w Tygodniku.
Artysta ten, mieszkający stale w Paryżu, jest
Warszawianinem z urodzenia. Ur. 1857 r.,
kształcił się w Petersburgu i Monachium,
a w r. 1880 przeniósł się nad Sekwanę,
gdzie odznaczył się jako illustrator, portre-
cista i twórca obrazów, wśród których wy-
różnia się „Zadżumiona" etc. Obraz, którego
reprodukcyę dajemy obecnie, należy do typu
nastrojowego. Figury ludzkie: stara, zgar-
biona mniszka, siedząca na kamieniu, oraz
druga, młodsza, z pękiem kwiatów w ręku,
służą tylko do ożywienia całości, ale nie
biorą udziału w jakiejś akcyi. Postaci te
jednak w upozowaniu i ruchu łączą się
ściśle z ogólnym nastrojem kompozycyi,
potęgując wrażenie, jakie artysta dziełem
swojem wywołać pragnął. Malowidło przed-
stawia cmentarz klasztorny. W głębi ry-
sują się mury starodawnego opactwa, a całą
przestrzeń od ścian klasztoru aż do pierw-
szego planu obrazu wypełniają pomniki,
krzyże, mogiły i płyty grobowe, oraz drzewa
i krzewy Nie jest to nasz cmentarz pół-
nocny, zaniedbany, ponury, dziki, lecz mia-
sto umarłych z okolic bliższych Południa,
o wyrazie łagodniejszym i pogodniejszym.
W całości panuje nastrój elegijny ale nie
tragiczny, smętny ale nie przygnębiający.
Wykonanie odznacza się delikatnością oraz
bardzo staranną techniką. Malarz zharmoni-
zował motywy, składające obraz, w sposób
bardzo umiejętny. Architektura, roślinność,
a nawet figury zakonnic, utrzymane są w
tonie jednolitym i zgodnym z charakterem
oraz celem artystycznym całej kompozycyi,
w której niema ani jednej nuty krzykliwej
i ostrej.
E. dąbrowa: jesień.—„Krajobiaz
jest wyrazem stanu duszy"—powiedział sub-
telny myśliciel Amiel. Aforyzm ten szybko
zyskał uznanie w świecie artystów i bada-
czów sztuki. Zapomniano, kto był twórcą
tego orzeczenia, ale powtarzano je przy
lada okazyi. A dlaczego? Bo rzeczywiście
Amiel, określając istotę pejzażu w sposób
zacytowany powyżej, wygłosił jedną z nie-
licznych prawd psychologiczno-cstetycznych.
Naturalnie, możliwy jest krajobraz, który się
wyłamie z ram słynnego określenia Amiela,
ale zdarzy się to tylko wtedy, kiedy malarz,
zamiast odtwarzać naturę w sposób własny,
indywidualny, pocznie kopiować niewolni-
czo widoki przyrody, lub, co gorsza, wpad-
nie w manierę i będzie naśladował jakiegoś
mistrza, albo też samego siebie, pracując
na zimno, jak rzemieślnik. Obraz E. Dą-
browy p. t. „Jesień", pomimo doskonałego
wykończenia technicznego, nie jest tylko
wytworem chłodnej reflcksyi i umiejętności
władania pędzlem. Nie. To poemat, w któ-
rym artysta utrwalił silne wzruszenie na
płótnie. To nie fotograficzna podobizna
kącika przyrody, lecz „wyraz stanu duszy",
albo, jak się u nas zwyklo mówić: „nastrój"
duchowy twórcy, oddany nie za pomocą
słów, lecz za pomocą barw, świateł i linii.
Pługa aleja drzew, ogołoconych z liści;
środkiem po błocie idzie jakaś kobiecina,
której szaty szarpie wicher. Oto cała ze-
wnętrzna treść obrazu. Ale wszystko to
owiał artysta tchnieniem głębokiego i szcze-
rego uczucia. Ten obraz bez treści anegdo-
tycznej posiada jednak olbrzymią silę wy-
razu, mówi do nas i wzrusza bezmiarem
smutku i melancholii. Drzewa z powykrę-
canymi konarami, rozmokła od deszczów zie-
mia, skulona postać ludzka i t. d. wszyst-
ko to boleje i cierpi. Obraz Dąbrowy, wy-
borny, jako dzieło sztuki malarskiej, jest
przesiąkły nawskroś nastrojem lirycznym.
Nietylko widzimy tu jesień, ale czujemy
ducha tej żałosnej i przygnębiającej pory
roku.
Kronika.
KOŚCIÓŁ.
W dniu 4-ym b. m. odbył się w Płocku
uroczysty ingres J. E. ks. biskupa Apolina-
rego Wnukowskiego do prastarej katedry
tamtejszej, o
968
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 50
W dniu 14-ym z5m. w Sobotnikach w po-
wiecie Oszmiańskim odbyła się uroczystość
poświęcenia nowego kościoła parafialnego.
Świątynię zbudowano w stylu gotyku fran-
cuskiego, według projektu inżyniera Klejna
z Wilna, wyłącznym kosztem pp. Wł.
Umiastowskich z Żemłosławia. Ceremonii
poświęcenia dopełnił w asystencyi probosz-
cza miejscowego ks. Mikielunasa i kilku
księży z parafii sąsiednich, oraz w obecno-
ści tłumu pobożnych, ks. Lubianiec'z Wil-
na. o
WYSTAWY.
Główny naczelnik kraju zezwolił Juliu-
szowi hr. Ostrowskiemu na urządzenie w
Warszawie, z powodu 50-ej rocznicy ogło-
szenia dogmatu Niepokalanego Poczęcia N.
Maryi Panny, wystawy, obejmującej wszyst-
ko, co związane jest z imieniem Matki Bo-
skiej. Wystawa ta odbyć się ma w maju,
lub czerwcu r p , w salach Muzeum prze-
mysłu i rolnictwa. W skład komitetu wy-
stawowego wejdą zarówno osoby duchowne,
jak i przedstawiciele świata literackiego,
artystycznego i zbieracze dawnych pamią-
tek. o
SPOŁECZNE.
P. Wojciech Sawicki, znany w szerokich
kołach tutejszych wicedyrektor Banku Han-
dlowego, dla uczczenia pamięci zmarłej nie-
dawno małżonki swojej, ś. p. Matyldy ze
Schmidtów, złożył na ręce prezesa warszaw-
skiego szpitala dla dzieci dra Sikorskiego
kwotę rb. 5,000 z przeznaczeniem jej jako fun-
duszu wieczystego na utrzymanie łóżka imie-
nia ś. p. Matyldy ze Schmidtów Sawickiej.
Jak świadczy sprawozdanie za m. listc-
pad z działalności oddziału wyszukiwania
pracy W. T. D., w czasie tym udzieliło rze-
czone biuro pracy 865 osobnikom przy zgło-
szeniu się o nią 1009. Liczba ta świadczy,
że mimo wielkich trudności, z jakiemi wal-
czyć musi wspomniane biuro, osiąga ono
w 'swej działalności wyniki dodatnie, o
Z RÓŻNYCH STRON.
Dnia 22-go z. m., jako w dzień św. Ce-
cylii, patronki muzyki, odbył się w Często-
chowie w lokalu „Lutni" tamtejszej drugi
z kolei koncert, objęty kalendarzykiem To
warzystwa na sezon 1904 5 r. Szczelnie
zapełniona sala darzyła wykonawców szcze-
rymi oklaskami, na które zasłużył sobie
szczególnie p. Wł. Powiadowski, dyrektor
chórów i orkiestry „Lutni" częstochowskiej.
Ogłoszony w swoim czasie konkurs na
projekt'gmachu szkoły handlowej w Lodzi
został obecnie rozstrzygnięty. Pierwszą na-
grodę przyznano projektowi pod godłem
„Minerwa" (autorowie: pp. F. Lilpop i K-
Jankowski z Warszawy), drugą nagrodę—
projektowi pod godłem „Trud" (autor p Ar-
tur Newiger z Łodzi), a trzecią projektowi
pod godłem „Wiedza" (autor M. Grodzień-
ski z Warszawy). Oprócz tego sąd konkur-
sowy wskazał do zakupu jeszcze 4 projek-
ty, oraz odznaczył zaszczytnemi wzmian-
kami 2 projekty, o
Z początkiem bieżącego roku szkolnego
w akademii rolniczej w Dublanacli
zaszły następujące poważne zmiany: Na
profesora chemii ogólnej powołano dra Jana
Zaleskiego, dawniej asystenta i współpra-
cownika ś. p. prof. Maksymiliana Nenckie-
go, ostatnio kierownika instytutu dla chemii
lekarskiej w Petersburgu. Dotychczasowy
profesor chemii, zasłużony dr Roman Wa-
wnikiewicz, mianowany został przez Wy-
dział Krajowy krajowym konsulentem go-
rzelniczym. Katedrę inżynieryi wiejskiej,
mechaniki rolniczej, budownictwa i miernic-
twa objął starszy inżynier, były docent
uniwersytetu Jagielońskiego, Kazimierz Aj-
dukiewicz. Wreszcie wskutek ustąpienia
p. Stanisława Chaniewskiego rozpisano kon-
kurs na opróżnioną katedrę hodowli zwie-
PODNÓŻE FORTU TAKUSZAN, W DRUGIM PIERŚCIENIU FORTYFiKACYI,
Z WIDOKIEM W KIERUNKU WNĘTRZA TWIERDZY.
rząt domowych (z płacą 4,800 koron, dodat-
kiem 720 koron, prawem do 5-ciu pięcio
leci po 600 koron i wolnem pomieszka-
niem). Do środków naukowych tej katedry
należą: muzeum hodowlane, obory folwarcz-
ne, mleczarnia. C
Nowy dom dla sierot, pod egidę Towa-
rzystwa opieki nad wdowami i sierotami
imienia św. Salomei, stanie wkrótce we
Lwowie. Ofiarność miasta i osób prywat-
nych dały już podwalinę temu użytecznemu
dziełu. Gmina odstąpiła na ten cel dom
przyległy do kościoła św. Anny, gdzie po-
mieści się kilkadziesięcioro dzieci, na poczet
zaś niezbędnych funduszów złożyła pani
Marya Wiśniewska kilka tysięcy koron.
Z hojnym datkiem też pośpieszyła p. Fe-
heya Romanowska, odstępując dochód ze
swego koncertu na to piękne przedsięwzię
cie C
Z Poznaniu. Dwa koncerty tego sa-
mego towarzystwa w przeciągu czterech
dni przy pełnej sali są chyba dostatecz-
nym dowodem niezwykłego talentu orga-
nizatorskiego, jak i potrzeby duchowej roz-
rywki, jeżeli mowa będzie o Poznaniu
Zwłaszcza skoro program nie zawiera żad-
nych pierwszorzędnych głośnych nazwisk,
ale toruje drogę utalentowanym jednostkom,
które na wdzięcznej naszej estradzie pró-
bują dopiero swych sił do szczytnych lo-
tów. „Lutnia" poznańska tylko takie, a
więc skromne postawiła sobie zadanie, a mi-
mo to ryzykowną drogę przeszła szczęśli-
wie. Zawdzięcza to w przeważnej części
swej energicznej i zabiegliwej przewodni-
czącej, p. radczyni Cichowiczowej. W p.
Ostessie, jako wiceprezesie, znalazła dziel-
nego współpracownika, umiała pozyskać
w p. Mieczysławie Eichsłaedtcie sumienne-
go i zdolnego dyrygenta i przy tej częścio-
wej zmianie zarządu wystawiła przy pomo-
cy trzech warszawskich gości dwa koncer-
ty. Atrakcyę wieczorów stanowił młodziutki
skrzypek Franio Szpanowski, który na swój
wiek zdumiewającą posiada technikę. Oprócz
Szpanowskiego popisywały się uczennice
szkoły Sobolewskiej, pp. Bursendorfowa
i Szymańska. Z miejscowych sił pełne
uznanie należy się p. M. Eichstaedtowi za
umiejętne prowadzenie chórów i dyskretny
akompaniament. Pomimo niekorzystnych
warunków, „Lutnia" poznańska rozwija się
pomyślnie i dzięki poświęceniu się jej preze-
sowej zjednywa sobie coraz szersze uznanie.
— Wystawione w teatrze naszym „Zmar-
twychwstanie" Tołstoja w przeróbce dra-
matycznej Francuza Bataille'a tak tematem,
jak wykonaniem głównycli ról przez p. Pod-
górską i p. Prochaskę zachwyca i ściąga
liczną publiczność. Acer.
PRZEMYŚL.
Znany przemysłowiec tutejszy, p. A. Wod-
niakowski, zamierza wygłosić odczyt pu
bliczny o sposobie wyrabiania przedmiotów
kauczukowych i gutaperkowych, co do któ-
rych powstawania panuje w szerszych war-
stwach społeczeństwa naszego zupełna nie-
świadomość. Streszczenie ciekawej pracy
p. Wodniakowskiego zamieścił w swoim
czasie Przegląd Techniczny.
ZMARLI.
Ks. Kazimierz Stefański T. J., rektor
zakładu wychowawczego w Chyrowie,
zmarł tamże, przeżywszy lat 42. Wycho-
wanicc szkół niemieckich, uniwersytetów
we Wrocławiu i w Monasterze, następnie
uczeń prof. Creizenacha w Krakowie, otrzy-
mawszy dyplom nauczycielski szkół śred-
। nich, poświęcił się zawodowi pedagogicz-
nemu w zakładzie chyrowskim. Zrazu jako
profesor, następnie dyrektor i rektor, poło-
ży) tu wielkie zasługi około wychowa-
nia młodzieży i podniesienia tego coraz
wzorowszego zakładu. Nadmierna pra-
ca stargała siły znakomitego pedagoga ka-
płana. Cześć jego pamięci! tc
Ks. Jan Radziejewski, proboszcz parafii
św. Wojciecha w Chicago, zmarł tamże,
przeżywszy lat 60. o
ITaclaw Tracewski, jeden ze zdolniej-
szych przedstawicieli malarstwa naszego
ostatniej doby, zmarł dnia 5-go b. m , prze-
żywszy lat 39. Charakterystyczną cecłią
twórczości zgasłego przedwcześnie artysty
był przedewszystkiem wykwintny rysunek
i głębokie odczucie świetnej epoki wojsko-
wej z początków ubiegłego stulecia, na
której osnuł większość dzieł swoich. Poza
tem malował również z powodzeniem sce-
ny myśliwskie, a także celował w rysun-
kach humorystycznych, którymi dość często
przyozdabiał szpalty Kolców, o
Kazimierz Łempicki, student lV-go kur-
su politechniki tutejszej, zmarł w Warsza-
wie dnia 3-go b. m., przeżywszy lat 34. o
Helena z Osińskich Szawłowska, wdo-
wa po obywatelu ziemskim, długoletnia
współpracowniczka Dziennika dla wszyst-
kich. Ś. p. Szawłowska, urodzona w Sarno-
wej Górze w pow. Przasnyskim, była córką
St. Osińskiego, b. pułkownika b. wojsk pol-
skich, adjutanta generała Dąbrowskiego.
Po owdowieniu zmarła poczęła pracować na
niwie łiteracko-dziennikarskiej, zasilając arty-
kułami i przekładami Kolce, Ziarno, Ty-
godnik Polski, Gazetę Kaliską, Romans
i powieść i t. p. Śmierć ś. p. Szawłow-
skiej wywołała w licznem gronie jej towa-
rzyszów pracy żal szczery i ogólny, o
lialbina z Puchalskich Święcka, wdowa
po ś. p. Janie, obywatelu m. Warszawy,
zmarła dnia 30-go z. m., przeżywszy lat 74.
Jan Zaleszczyński, kupiec i przemysło-
wiec, zmarł w Warszawie dnia 1-go b. ni.,
przeżywszy lat 74. o
Konstancya z Dobieckich Czaplicka,
zmarła dnia 28-go z. ni., przeżywszy lat 82.
Antela z Bułhakow Bronowska, zmarła
w Sałaszynie w gub. Smoleńskiej, przeżyw-
szy lat 62. o
Leon Grosglik, redaktor Izraelity, se-
kretarz zarządu tutejszej gminy żydowskiej,
zmarł w Warszawie dnia 25-go z. m. Był
stanowczym przeciwnikiem separatystycz-
nego syonizmu, który zwalczał stale w
swych artykułach, pisanych jędrnie i treści-
wie. o
Ze świata.
FRANCUSKIE MISYE KATOLICKIE’.
W izbie francuskiej nanow’o omawiano nie-
dawno kwestyę, czy misye katolickie na
bliższym i dalszym Wschodzie mają w dal-
szym ciągu być subweneyonowane przez
rząd, czy nie. Wprawdzie prezes ministrów
Combes zaznaczył, że nic wydawał jeszcze
żadnego rozporządzenia w duchu dla misy'
niekorzystnym, jednakże Temps widzi w po-
lityce rządu ukrytą dążność do wyp0'
wiedzenia im walki i ostrzega przed
skutkami, jakieby walka ta wywołać mog-
ła. Przedewszystkiem zaś, pomiędzy arg':"
mentami dziennika francuskiego zwraca
uwagę jeden, dość przekonywający, natury
czysto praktycznej. Okazuje się nowiem,
że działalność misyi silniej wpływa na roz-
szerzenie się wpływów Francyi, niżby teg°
dokonać mogły szkoły świeckie, tam urzą-
dzane dla nauki języka francuskiego i Ran"
cuskiego ducha, a przytem kosztuje
znacznie taniej. I tak, jeżeli zasiłek 490,0<W
fr. rocznie wystarcza misyonarzom do kszta -
cenią aż 100,000 uczniów, to zasiłek 107,000
fr. dla szkół świeckich wystarczył zaledwie
na naukę 2,000 uczniów. Gorzej jeszcze
było we Włoszech, gdzie w 1897 r. 900,000
fr. kosztowały 32 szkoły świeckie, zapro-
wadzone w miejscu misyjnych, tak,
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 50
969
po ustąpieniu Crispiego musiano, aby ura-
tować szkoły, napowrót wprowadzić zapo-
mogi dla misyi. Nie dosyć na tem. Misye,
którym wstrzymuje się zapomogi, wynara-
dawiają się. Było tak z zakonem Kapucy-
nów. W r. 1860 wszystkie misye tego za-
konu składały się z Włochów. Ale od
r. 1863 do 1889 Kapucyni innych narodo-
wości, skorzystawszy z polityki wewnętrz-
nej Włoch, odebrali Włochom większość
ich misyi. W r. 1860 było w misyach 272
Kapucynów Włochów i 12 obcych. W r. 1889
było Włochów 241, a obcych, przeważnie
Francuzów, 148. Temps twierdzi, że w ra-
zie zaniedbania opieki nad misyami Francyi,
skorzystają z nich Włosi z kolei.
towiańczyk włoski. Tankred Ca-
nonico został prezydentem Senatu włoskie-
go, na miejscu p. Saracco, ustępującego
z powodu podeszłego wieku. Niezwykle
sympatyczna postać senatora Canonico po-
siada dla nas tem większy interes, że dzi-
siejszy prezydent jest Towiańczykiem, go-
rącym wielbicielem _ Andrzeja Towiańskiego
TANKRED CANONICO.
i że z nim Włochów oddawna już zapo-
znał. J. Eks. Tankred Canonico skończył
już 76 lat, urodził się w Piemoncie, był pro-
fesorem prawa karnego wturyńskiej wszech-
nicy, następnie prezesem Trybunału we Flo-
rencyi, a dziś zasiada na jednej z najwyż-
szych godności, jakiemi Królestwo Włoskie
rozporządza. Jest on wierzącym katolikiem
i cieszy się zupełnie wyjątkowym szacun-
kiem, w czasach, kiedy, jak i we Włoszech,
do wysokich godności dostają się nieraz
ludzie, nie odpowiający wewnętrzną warto-
ścią zaufaniu, jakie w nich kraj pokłada,
jak tego przykładem jaskrawym stał się
świeżo właśnie minister oświaty Nasi, dziś
ścigany sądownie za złodziejstwa, oszustwa
i nadużycia władzy. Tem więcej zatem we
Włoszech cenią ludzi, jak Canonico, nie-
złomnej prawości i uczciwości, rozumu
i energii. A jak sam Canonico przyznajc,
zawdzięcza on moralną podstawę swego
życia Polakowi, owemu Polakowi, żyjącemu
niegdyś w Paryżu i Zurychu, na emigracyi,
który tak silne, magnetyczne wrażenie
świątobliwości wywierał na tych wszyst-
kich, którzy go bliżej poznali. Niedawno,
bo w r. 1899, wydał p. Wilhelm Jasinko-
wicz w Rzymie broszurę p. t. Akty i do-
kumenty do Andrzeja Towiańskiego (część
U- Główny skład u Gebethnera i Wolffa).
Canonico pisał o Towiańskim w broszurze
p. t. I tempi atiuali e la missione di
Andrea Towtański (Czasy obecne i po-
słannictwo Andrzeja Towiańskiego), wyda-
nej nasamprzód w Turynie w r. 1866, a po-
tem, w drugiem wydaniu, w r. 1895. Prócz
tego, zwracał uwagę arcybiskupa turyńskie-
go na naszego emigranta już w r. 1855,
potem, w tej samej myśli, zwracał się do
Piusa IX, w r. 1865 i 1869, na prywatnej
audyencyi, jaką miał u Papieża na rok
przedtem, nim wojska włoskie wkroczyły
do Rzymu. W pismach tych, jak w ogóle
we wszystkiem, co dzisiejszy prezydent se-
natu napisał, czy to o Erneście Renanie, czy
o kwestyi religijnej we Włoszech (pisał tak-
że i w kwestyach prawa karnego, będąc
profesorem w Turynie), przebija się jegó re-
ligijność, idealizm człowieka szlachetnego.
Dlatego gorąco zaświadcza o dobrodziej-
stwach otrzymanych za pośrednictwem A.
Towiańskiego, mówiąc, że jemu zawdzięcza
zmartwychwstanie duszy swojej, odzyskanie
wiary i życia na ziemi. Ruch narodowy
w sp-awie zjednoczenia Włoch, w czasie
od r. 1848 d« r. 1870, nie odjął mu wi-
dzenia trudności i niebezpieczeństw, jakie
z sobą przynosił. Czuł, że Włochy prze-
ślizgują się po najważniejszych kwestyach
i ubolewał nad upadkiem uczciwości i roz-
luźnieniem obyczajów. Wtedy — jak po-
wiada—znalazł się pomiędzy dwiema osta-
tecznościami, mając z jednej strony tych,
którzy usiłowali odbudować włoską ojczyznę,
niewiele dbając o Boga, z drugiej tych, któ-
rzy w imię Boże potępiali wszelkie dążenia
do politycznego przewrotu wobec instytu-
cyi Papiestwa. W tym to czasie, około r.
1851, zbliżył się do Towiańskiego, o któ-
rym doszła go wiadomość z Zurychu, i od-
tąd „o nim bez uczucia wdzięczności, czci
i miłości, wspomnieć nawet nie może...*
Został też z nim odtąd w stosunkach piś-
miennych i osobistych, dlatego też potem
publicznie, w odczycie i broszurze, starał się
przedstawić go ziomkom swoim, jako męża
„pomocy opatrznościowej", ognisko ciepła
i życia, wiary, nie tak dalece mistyka, jak
chcą niektórzy, gdyż od niego zaczerpnął
także rad i co do tego, co ma związek
z życiem realnem i praktycznem. Zapewne,
że myślą przewodnią u Canonico była, aby
Wiochy nie popadły w niedowiarstwo i ma-
teryalizm, aby znalazły drogę do miłości
i ofiary, bez wizyonerstwa i bigoteryi.
Bo i sam Towiański żywił zawsze nadzie-
ję, że Włochom przeznaczone jest rozpo-
cząć nowy pochód ku wielkiej przyszło-
ści świata, 'stać się narodem, to-
rującym ścieżki na drodze wolno-
ści i postępu, na drodze odro-
dzenia do życia chrześcijańskiego
prywatnego i publicznego. Idzi
siaj właśnie, w chwili, kiedy za-
nosi się, pierwszj raz od r. 1870,
na złagodzenie stosunków między
monarchią Włoch Zjednoczonych
a Papiestwem, i co za tem idzie
w przyszłości, na zgodę między
Tyarą a Koroną, Tankred Canonico
zostaje prezesem Senatu, jak gdy-
by na znak nowej epoki w życiu
wewnętrznem Włoch i posłannic-
twa, jakie sobie przypisują.
Rzym, w listopadzie. A. D.
NAJWIĘKSZA W ŚWIECIE
eotoGKaEia. Neapol, ów o-
krzyczany Neapol, doczekał się
fotografii nielada. Na wystawie w
Saint Louis widzimy obraz foto-
graficzny miasta razem z nieodłącz-
nym Wezuwiuszem, spowitym w
obłok dymu; obraz ten mierzy
ni mniej ni więcej tylko 12-cie
metrów wzdłuż, a półtoia
wszerz. Fotografia ma wymiary
takie, że możnaby nią wytapetować niedu-
ży pokój na wysokość prawie człowieka.
Zdjęcia dokonano na sześciu kliszach for-
matu 13 X 18 cm., używanego powszech-
nie w praktyce amatorskiej. Każda klisza
obejmuje część panoramy, a wszystkie ra-
zem przystosowują się ściśle do całości
obrazu. Z każdej kliszy, czyli negatywu, zro-
biono powiększenie do wymiaru 150 X 200
cm. na wstędze papierowej, kolejno w całej
jej długości; czynność ta zajęła tylko 25 mi-
nut. Trudniejsza sprawa była z wywołaniem.
Wiadomo, iż powiększenia robi się zwykle
na papierach bromo-srebrnych, na których,
podobnie jak na kliszy fotograficznej, obra-
zu nie widać, dopóki nie będzie wywołany
chemicznie. Papier nawinięto na kolo
w rodzaju młyńskiego, o 6 metrach średni-
cy, i dolnym brzegiem zanurzono do kadzi
z cieczą wywołującą, której poszło 150
litrów. Czynność, wykonana szczęśliwie
w czasie ciemnej nocy, w oświetleniu kilku
amp o czerwonym kloszu, ukazała obraz,
iście wspaniały. Utrwalanie i plókanie od-
było się w sposób podobny. Koszt takiej
odbitki fotograficznej jest wcale niewielki,
a w każdym razie daleko niższy od ceny
ysunku lub obrazu, zrobionego przez arty-
stę najskromniejszych wymagań. Sam pa-
piei fotograficzny kosztuje około 20 rubli,
płyny do otrzymania obrazu jakieś 25 rub.,
zapłata 14 pracownikom 30 rub.; nadto re-
tusz, konieczny do zatarcia połączeń sze-
ściu odbitek oraz zaprawienia plam nieu-
n.knionych kilkanaście rubli; razem wypada
niespełna 100 rub., jeśli s.ę nie liczy rusz-
towania, które może służyć do dalszych
odbitek, a kosztuje około 120 rub. Nie
tak dawno, na wystawie w Chicago r. 1893,
podziwiano jako osobliwość fotografię
6-metrową; obecnie mamy 12-metrową. Kto
wie, czy Amerykanie wkrótce nie zechcą
zastąpić kosztownej panoramy, jak np. na-
sze „Tatry" lub „Golgota," przez zdjęcia
fotograficzne. Nie wydaje się to dziś nie-
możliwem, a niezawodnie okaże się... prak-
tycznem. ks
ZAMKNIĘCIE WYSTAWY W ST.
LOUIS nastąpiło dnia 1-go grudnia.
ZMA .ILI.
Książę Ferdynand Hohenzollern, brat
króla niemieckiego, w wieku lat 59.
Dr Karol Stellwag v. Carion, wybitny
oftalmolog, prof. uniwersytetu w Wiedniu,
autor znakomitego dzieła p. t.: „Oftalmolo-
gia z przyrodniczego punktu widzenia,*
zmarł, urodzony w r. 1823. k
NAJWIĘKSZA W ŚWIECIE FOTOGRAFIA
Polityka.
Świeżo wybrany parlament włoski roz-
począł pierwszą swą sesyę w dn. 30-ym li-
stopada od wysłuchania mowy tronowej
króla Wiktora Emanuela, zasługującej na
uwagę jako zapowiedź politycznego kierun-
ku rządów podczas rozpoczynającej się ka-
dencyi. Jak wiadomo, rządy te otrzymały
w rezultacie ostatnich wyborów silny fun-
dament w izbie dzięki przewadze żywiołów
umiarkowanych i konserwatywnych nad ra-
dykalnymi. Mimo to, a może właśnie dla-
tego, wynurza się monarcha włoski wobec
reprezentantów swego ludu w duchu libe-
ralnym i społecznym. Obiecuje mianowicie
wziąść za wdową podstawę działalności rzą-
du wiarę w dobroczynne skutki jak najszer-
szego stosowanie zasady wolności w wę-
wnętrznem życiu politycznem Włoch, zwra-
ca uwagę ciał ustawodawczych na to, iż po-
winny pieczołowitością szczególną otaczać
interesy warstw pracujących, jako słabszych
w walce ekonomicznej, przyczem projek-
tuje jako krok ważny ku pokojowemu
rozstrzygnięciu zatarga między kapitałem
a najemnikami—sądy rozjemcze. Poza tem
mowa tronowa zapowiada wniesienie do
parlamentu ustaw, dotyczących upaństwo-
wienia kolei, szersze rozwinięcie i lepsze
przystosowanie do wymagań chwili obec-
nej systemu szkolnictwa i stwierdza za-
warcie traktatów handlowych z Niemcami,
Szwajcaryą i Austryą.—W Kwirynale odbył
się chrzest nowo narodzonego królewicza na-
stępcy tronu w obecności członków rodzi-
ny królewskiej, dygnitarzy, przedstawicieli
państw i gości zagranicznych. Młody ksią-
żę Piemontu otrzymał imię Humberta.—
Układy między Auslryą a Niemcami o trak-
tat handlowy zosłały zerwane na razie po-
mimo osobistych konferencyi między mini-
strami Austro-Węgier i specyalnie w tym
celu do Wiednia wydelegowanym ministrem
niemieckim, hr. Posadowskym. Zresztą
prasa obu stron, pomimo wielkiego nieza-
dowolenia z fiasca, wypowiada niejedno-
krotnie nadzieję, iż sprawę będzie jeszcze
można załatwić pomyślnie.—W Niemczech
otwarto sesyę parlamentu, któremu zaraz na
pierwszych posiedzeniach przedstawiono
projekt budżetu wojskowego i sprawę po-
większenia armii. To ostatnie ma nastę-
pować częściowo w ciągu najbliższych lat pię-
ciu i w r. 1909 dojść ma do 10 tysięcy
żołnierzy, tak, iż etat pokojowy armii wzroś-
nie z 495 do 505 tysięcy.
970
KSIĄŻKI I WYDAWNICTWA PGKYODYCZN6.
Książki gwiazdkowe.
11.
* Róża Erzepki: Książeczka Heli
(Poznań. Własnym nakładem. 1905. Str.
40 w 16-ce. — .Gwiazdka" książkowa,
wydana w Poznaniu, do rzadkich na-
leży wyjątków. W zbiorku pani Erzepki
pełno treści. Są tu wierszyki, wysnute
z życia małych dzieci, krakowiaki, kołysan-
ki, króciutkie powiastki prozą, a w zakoń-
czeniu 46 zagadek wierszowanych oraz
odpowiedzi. Wierszom zbywa, oczywi-
ście na wytworności, ale zaleca je szczere
ciepło rodzime i myśl szlachetna.
* Miła Koliskóuna: Z dawnych cza-
sów. Powiastki z historyi polskiej Dla
dzieci od lat 8-miu. Z illustracyami L.
Illinicza. (Warszawa. Nakładem M. Arcta.
1905. Str. 162 w 16-ce. W oprawie
kartonowej. Cena kop. 60). — Do nau-
ki historyi potrzeba zazwyczaj bardzo
wytrawnego pedagoga; bez jego nie-
ustannej czujności, wykład najprzystępniej-
szy i najbardziej zajmujący, układa się
w schematy nużące umysł dziecka. Przy
obciążaniu pamięci datami wojen i pano-
wań, historya obyczajów schodzi na drugi
plan, albo też wcale uwzględnianą nie by-
wa. Dobrego dzieła dokonała p. Kolisków-
na, podając dziatwie systematyczny szereg
obrazów Obyczajów polskich od czasów
przedhistorycznych aż do Jagiellonów’.
Pożyteczna książeczka zawiera razem 13 po-
wiastek: trzy z czasów przedhistorycznych
(.Sławko," „Śmierć królowej" i „Syn Pia-
sta"), .Mały obrońca" (czasy Mieszka I),
„Szczerbiec Chrobrego," „Odnowiciel,"
„W drodze do króla" (czasy Bolesława
Śmiałego), „Psie pole" (czasy Bolesława
Krzywoustego), „Kmieca dola" (czasy Ka-
zimierza Sprawiedliwego). „Sen Leszka
Białego," „Branka Tatarska" (czasy Bole-
sława Wstydliwego), „Na pobojowisku"
(Władysław Łokietek) i „Żak krakowski"
(Kazimierz Wielki). Na czele każdej po-
wiastki pomieściła autorka krótką charakte-
rystykę odpowiedniego panowania. Wybór te-
matów—bardzo pomysłowy, ale sam spo-
sób opowiadania — miejscami zbyt suchy.
Rysunki p. Illinicza dość niedbale.
* Eligiusz Berthct: Młodzież w pięciu
częściach swiatn. Wydanie II, ozdobione
40 rysunkami. (Warszawa. Nakładem M.
Arcta. 1905. Str. 141 w 16-ce. W oprawie
kartonowej. Cena kop. 60).—Układ książki
—bardzo dobrze pomyślany. Ojciec Felu-
sia, małego Paryżamna, niegdyś lekarz
okrętowy, posiadał całe pęki zeszytów, za-
pisanych w różnych czasach, na coraz
innym papierze. Wydobył raz dla swego
syna pięć takich zeszytów, które nosiły na-
pisy: Adam Smith,—mały Amerykanin; Lao,—
mały Chińczyk; Hans,—mały Eskimos; Sam-
ba,—mały Afrykanin; Kędzierzawa Głowa,—
mały Australczyk. Feluś zajał się gorliwie
odczytaniem tych zeszytów i znalazł w nich
pięć niezmiernie zajmujących opowiadań.
Każdy z małych bohaterów, mówiąc o swo-
jem wychowaniu, kreśli jednocześnie obraz
życia plemienia, do którego należy. Ksią-
żeczka przeto, poza żywą stroną anegdo-
tyczną, posiada jeszcze wartość dobrego,
podręcznika etnograficznego. Czytać ją
mogą z wielkim pożytkiem nawet starsze
dzieci.
* Mnrya Julia Zaleska: Listki i
ziarnka. Powiastki, opowiadania i roz-
mówki, zawierające najpotrzebniejsze wia-
domości, do pojęcia dzieci zastosowane.
Wydanie nowe z 8 rycinami. (Warszawa.
' Nakład Gebethnera i Wolffa. Kraków. G.
Gebethner i Spł. 1905. Str. 272 w 16-ce.
W oprawie kartonowej. Cena rub. I). —
Kilkadziesiąt opowiadań dydaktycznych,
które podzielić można na dwie kategorye:
jedne dotyczą bezpośrednio codziennego
życia dzieci i zalecają różne cnoty i dobre
uczucia (oszczędność, praktyczność, litość,
dobroczynność, odwaga); w drugich autorka
pomieściła dobrze opracowaną „naukę o rze-
czach." Ta właśnie druga kategorya powiastek
stanowi właściwy cel książki. Poucza w nich
autorka o życiu mrówek, o fabrykacyi
cukru, okowity i- piwa, o oświetleniu gazo-
wem, świecach, węglu kamiennym, o życiu
roślin, o chmurach i deszczu, o jedwabni-
kach, szkle, balonach, o formacyach geolo-
gicznych, pszczołach i miodzie, gwiazdach,
papierze, druku i rycinach, o ogniu, o daw-
nych ludziach, kamieniach. Wykład uroz-
maicają zazwyczaj dyalogi dzieci ze star-
szymi. Sądzę, że książeczkę czytanoby
z większym pożytkiem, gdyby niektóre
sprawy rozwinięto obszerniej i nie nagro-
madzono odrazu tyle materyału. Bądź co bądź,
praca to poważna i zasługująca na uznanie.
* Teresa Jadwiga: Biała gołąbka.
(Księżniczka Czerska). Powieść historyczna
dia młodzieży. Z 6-u rysunkami Antonie-
go Kamieńskiego. (Warszawa. Nakład Ge-
bethnera i Wolffa. Kraków. G. Gebethner
i Spł. 1905. Str. 210 w 16-ce. W oprawie
karton, rub. 1.20, w ozdob. opr. rub. 1.50).
—Historyczne opowiadania Teresy Jadwigi
mają już oddawna ustaloną sławę. Zasłu-
żona pisarka przez długie lata wszczepiała
w młode pokolenia zamiłowanie dziejów
ojczystych, budziła uczucia męstwa, poświę-
cenia, wiarę w szczytne ideały. „Biała go-
łąbka," jak cały zresztą tegoroczny dorobek
literacki Teresy Jadwigi, świadczy, że fan-
tazya jej nie psłabła, a długie doświadcze-
nie nauczyło ją dobrego wyboru tematów,
zręcznego wiązania wypadków i stopniowa-
nia wrażeń. „Biała gołąbka" — to córka
Konrada II, księcia na Czersku, syna Zie-
mowita mazowieckiego, prawnuka Kazimie-
rza Sprawiedliwego. Jesteśmy w XIII wie-
ku, w epoce wojny o tron krakowski.
Konrad walczy z Leszkiem Czarnym, który
wzywa pomocy dzikich Litwinów. Najście
Litwinów, pod dowództwem Trojdena, na
zamek czerski, porwanie „białej gołąbki"—
Hanny do niewoli, powrót Konrada z niepo-
myślnej wyprawy, wreszcie ślub Hanny
z Trojdenem—oto główne wypadki powie-
ści. Pomnąc o swym czytelniku, wprowa-
dziła autorka do powieści, oprócz młodziut-
kiej Hanny, dwoje dzieci chłopskich, Ma-
rysię i Grzesia, przyliołubionych przez Han-
nę i dzielących burzliwe losy swej pani.
Akcya rozwija się zajmująco, a historya walki
o tron krakowski, zarysowana jasno i dobitnie.
* Jerzy Lnskarys: Przygody Jana
Chryzostoma Paska. Według jego pa-
miętników, opowiadanie dla młodzieży. Wy-
danie nowe z 8-u rysunkami. (Warszawa.
Nakład Gebethnera i Wolffa. Kraków. G. Ge-
bether i Ska. 1905, str. 239 w 16-ce. W
oprawie kartonowej. Cena rub. 1, w ozd.
płóciennej oprawie rub. 1 30). — Pamięt-
niki Paska, owego Reja siedemnastego
Wieku, zawierają w sobie takie skarby ma-
teryału obyczajowego, tyle humoru staro-
polskiego i tak świetne koncepty, że mu-
siały na siebie zwrócić uwagę wychowaw-
ców, jako rzecz o wybitnie swojskim cha-
rakterze. Dokładna, staranna, językowo czy-
sta przeróbka Laskarysa, oddawna już sta-
ła się popularną a zasługuje na to, aby
zyskiwała coraz nowe koła młodych czytel-
W Puławach. Rysunek K. Górskiego do powieści „Klementyna."
ników. Szkoda, że zamiast opowiadania
w trzeciej osobie, me użył Laskarys for-
my oryginału, to jest opowiadania od au
tora. Większa obfitość objaśnień przydała-
by się w następnych wydaniach
* Teresa Jadwiga: Z przeszłości Po-
wieść historyczna, skreślona dla młodzieży
Wydanie nowe, z 4 rycinami rysunku Woj-
ciecha Gersona. (Warszawa. Nakład Ge-
bethnera i Wolffa. Kraków. G. Gebethner
i Spł. 1905. Str. 267 w 16-ce. W opr. kart,
rb. 1, w ozd. płóciennej oprawie rub. 1.30).
—Ponowne wydanie tych pięknych powie-
ści dowodzi najlepiej ich popularności.
W krótszych zarysach zdobywa się Teresa
Jadwiga na większą plastykę i doskonalszą
budowę. W czterech opowiadaniach „Z prze-
szłości-' uwzględniła autorka głownie pier-
wiastek obyczajowy. Wypadki historyczne
zarysowała lekko, usiłując jedynie pobudzić
do głębszego ich poznania. W „Jakóbie
Zyndramie" mamy garść zajmujących szczegó-
łów z życia pierwszych naszycli promotorów
medycyny, za czasów Zygmunta Augusta.
W „Mojem spotkaniu pod Byczyną" łączy
autorka znane dzieje i walki z zajmującemi
przygedami biednego młodzieńca, pasowa-
nego na rycerza. W „Rogalińskich" pozna-
jemy śliczną bohaterkę polską, młodziutką
Hannę, która się wybiera na walkę z wro-
giem, jak Joanna d’Arc. „Oczerniony"
wreszcie—to charakterystyka stosunków ry-
cerskich na tle żywota Kalinowskiego i jego
męstwie, przy próbach odebrania Kamieńca
Podolskiego od Turków. We wszystkich
obrazach, które zresztą może czytać i mło-
dzież dorastająca, autorka zachowała wybor-
nie miarę, żywość opowiadania i staranność
w dokładnem malowaniu epoki.
* Zofia Mrozowieku: Powiastki dla
najmłodszy cli. Z 16-u obrazkami. (War-
szawa. Nakładem M. Arcta. 1905, str. 148
w 16-ce. W oprawie kartonowej. Cena
kop. 50). Kilkana-
ście króciutkich po-
gawędek, nacecho-
wanych wyborną
znajomością i odczu
ciem świata dziecię-
cego, a napisanych
bardzo sympatycz-
nie. Autorka, pamię-
tając dobrze, że naj-
drobniejsze wrażenia
codzienne nabierają
u dzieci cechy wiel-
kich wypadków, za-
niechała wszelkich
nadzwyczajności; o-
powiada wydarzenia,
nie mające na pozór
żadnego znaczenia,
ale poch w y c o n e
wiernie, odmalowa-
ne bardzo żywo i z
talentem.
* Teresa Jadwi-
ga: Klementyna.
Powieść dla dora-
stających panien, o-
snuta na tle życia
Klementyny z Tań-
skich Hoffmanowej.
Z 6-u illustracyami
Konstantego Gór-
skiego. (Warszawa.
Nakład Gebethnera
i Wolffa. Kraków.
W opr. kart. rb. 1.50,
w ozdob. płóc. opr. rb. 1.80).—O zasługach
Klementyny z Tańskich Hoffmanowej
opowiada, naturalnie, swym uczniom każdy
polski wychowawca. Ale żywot jej upły-
wał w takiej ciszy, że trudno szukać w nim
momentów nadzwyczajnie dramatycznych.
Zamiast tedy pisać suchą biografię wielkiej
Klementyny, Teresa Jadwiga osnuła na tle jej
żywota powieść, w której odmalowała różne
wypadki współczesne oraz pokazała wybitniej-
szych ludzi, z którymi jej bohaterka miała
styczność. W ten sposób czytelniczka le-
piej zrozumie wpływy, którym Klementyna
ulegała, jednocześnie zaś zobaczy żywą ga-
leryę typów niedawnej przeszłości. Mamy
w „Klementynie" obrazy życia w Puławach,
historyę przyjazdu Napoleona do Warszawy,
wjazd Fryderyka Augusta, przedstawienie
w teatrze warszawskim, najście Austryaków,
powrót niedobitków wojny 1812 r., stosun-
ki Klementyny z Brodzińskim i Niemcewi-
czem w kraju, a z Mickiewiczem, Zaleskim,
Gorczyńskim, Ujejskim i Szopenem w Pa-
ryżu. Akcyę wiążą troski i prace Klemen-
tyny, historya jej stosunków domowych,
wreszcie ostatnie jej chwile i zgon. Au-
torka uniknęła szczęśliwie pokusy cytat
i wykładów pedagogicznych Opowiadanie
jej żywe i naturalne od początku do końca.
* Antonina Domańska. Opowiadaniu
babimi dla kochanych wnucząt. Podług
Berty Schuman. Z rysunkami. (Warszawa.
Nakładem i drukiem M. Arcta. 1904, sti
141 w 16-ce. W oprawie kartonowej. Ce-
na kop. 50).—Pani Domańska nie wyjaśniła,
gdzie w „Opowiadaniach babuni" zaczyna
się oryginalna jej praca. Przypuszczam,
że polega ona głównie na spolszczeniu na-
zwisk, imion i miast oraz lekkiem, a nieco
forsownem zabarwianiu lokalnem. Przerób-
kom tego rodzaju braknie prawdy: niepo-
dobna obyczajów domowych niemieckich
asymilować z polskimi. Powiastkom mc
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 50
971
brak po za tem zalet narracyjnych. Te
zwłaszcza, które opisują stosunki dzieci ze
zwierzętami, odznaczają się miłym tonem
gawędy. Niesłusznie jednak zachowała p.
Domańska taką powiastkę, jak „Złe figle,"
gdzie pedagog zachwala barbarzyńską racyę
używania na psotne dziecko „pręcika brzq-
zowego".
Sfcł?
PRASA POLSKA. i „O ewolucyi organizmów" przez W. Jezier-
Wędrowicc: „Zwroty" przez Antoniego skiego.—Przegląd Tygodniowy: „Dziesię-
Gawińskiego.—Niwa polska: „W kwestyi ciolecie hakaty."—Tygodnik Polski: „San-
zmateryalizowania wśród studentów" przez domierz."—Gazeta Domowa: „W sprawie
T. R. Przegląd katolicki: „Katolicyzm wyzysku nauczycielek" przez Eugenię Ży-
w Japonii dzisiejszej" przez ks. Wł. Dębic- 1 powską.—Bluszcz: W jaki sposób należy
kiego. Czytelnia dla wszystkich: „Znie- dzieci hartować?"—Zorza: „Kto da opie-
sienie szachownicy" przez Z. Kościuszkę- kę?“ przez M. Brzezińskiego. — Ogniwo:
Walużynicza. — Prawda: „Stefan George" „Emancypacya a miłość" przez P. Kuczal-
przcz Zbigniewa Brodzkiego.—Przyroda: ską-Reinschmitową. — Słowo: „Nowożytna
twierdza."—Gazeta Polska: „Zbiory pe-
dagogiczne ś. p. Blocha" przez J. Muklano-
wicza.—Gazeta Handlowa: „Banki inwes-
tycyjne na tle ogólnem kredytu długotermi-
nowego" przez J. Szyc.—Goniec Wieczor-
ny: „Dziecko—przestępca" przez Mieczy-
sława Szacińskiego.—Kury er Warszawki:
„W rocznicę zgonu Adama Mickiewicza"
przez Władysława Korotyńskiego.
rn
NADESŁANE.
TYGODNIK ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILI USTROWYNY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROW YNY
TYGODNIK
illustrowany
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
illustrowany
daje w 1905 r. 52 numery
zawierające około 1000 ko-
lumn tekstu z 1200 rysim
kami, kopiami obrazów, illu-
Od Nowego Roku rozpoczynamy
druk dalszego cyklu powieściowego
WŁADYSŁAWA REYMONTA
stracyami chwili bieżącej, t \1/ — —
okładką ogłoszeniową T l („WIOSNA")
=......24 dodatki bezpłatne
zawierające 12 tomów SIENKIEWICZA i „DZIEJÓW
— POKOZBIOROWYI H NARODU POLSKIEGO**
oraz 12 łomów DZIEŁ POPULARNO-NAUKOWYCH.
M । -- Tom styczniowy (74-y) Sienkiewicza
Jako pierwsze tomy dzieł popularn. pójdą:
„LISTY Z JAPONII" Kiplinga
„HISTORYA SZTUKI POLSKIEJ"
T. JAROSZYŃSKIEGO
„MONOGRAFIA O NAPOLEONIE IYM"
„GRY I ZABAWY DZIECIĘCE"
„LITERATURY SKANDYNAWSKIE"
„O STYLU W SZTUCE"
„NA MARNE**
PREMIUM KOLOROWE
na grubym welinie
L. Wyczółkowskiego p. t
„jtf orskie Oko”.
W dodatku arkuszow. Hall Caine
▼YTTYTYYYTTYYYYYYTYYYYTYYYYYYTYYTYYYYYYYYYYYTYYTYTYYTTTTYYTTYTTTTYTYTYTTTYYYTTTYYYYYYYYYY-TTTTYTYrTYTTTTT
Zapatrywania sic zmieniają.
Spotkałem swojego przyjaciela Iksa i za-
pytałem: — Cóż twój stary wuj, ten waryat,
po którym masz dziedziczyć, żyje jeszcze?
— O, żyje, ale to bynajmniej nie waryat:
co najwyżej trochę ekscentryczny, jak wszy-
scy bogaci.
W kilka tygodni spotkałem znowu Iksa,
ale tym razem, pytając o wuja, nazwałem
go „ekscentrycznym." Na to Iks rzekł z obu-
rzeniem: — Dlaczego go nazywasz „eks-
centrycznym"?.. on bynajmniej nie ekscen-
tryczny, ale waryat, zupełny waryat: zapi-
sał cały swój majątek na... cele dobro-
czynne .. Pele Mele.
q u i I la =
czeskie wyborowe pastylki likiero-
we sprzed, wszyst. składy apteczne
| Gebethner i WolJJWaruawa %
| fortepiany, ĆłMMfc z
> Pianina, Organy15y^t
J Krakowskie-Przedm. 17. J,.
WZWZiZZ '“'Z WZZ-Z
Miedzy myśliwymi.
— ..Ja, panie dobrodzieju, nie potrzebuję
psuć nabojów: i bez strzelania mam codzień
6 lub 8 zajęcy.
Nasi „ najserdeczniejsi. “
— Słyszałeś?., ten wielki blondyn, nasz
przyjaciel, umaił.
— Ct ty mówisz?., to bardzo przykre...
Jestem mu winien 20 franków, a miał mi
w tym tygodniu pożyczyć jeszcze 10.
Journal amusant.
£ranćk?rix
Wystawa Powszechna 1900 r.
SYN MARNOTRAWNY**
ŚRODKI do ZĘBÓW
ELIKSIR, PROSZEK i PASTA
Ojców
BENEDYKTYNA
Opactwa SOULAC
WAŻNA UWAGA :
Flakony eliksiru Benedyktynów nie
opatrzone plomba komory celnej rossyjs-
kiej powinny być uważane za podrobione.
KOBEI FLAKONU
— Jakże to pan robi?
— Bardzo łatwo, panie dobrodzieju! Mam
pod lasem duży kamień młyński. W śro-
dek kamienia kładę główkę kapusty, a na
kamieniu rozsypuję tabakę. Przychodzi, pa-
nie dobrodzieju, szarak, bierze się do kapu-
sty, niuchem zmiata tabakę, kicha, panie
dobrodzieju, uderza łbem o kamień i leży...
Rano jest zwykle cały wianek szaraków
naokoło kamienia. is.
Warszawska Spółka Wydawnicza
(Mazowiecka 16)
poleca następujące książki:
Anima vagans, powieść W. Grot-Bęczkow-
skiej rub. 1 kop. 60.
Koledzy, powieść H. St. Pytlińskiego rb. 1.20.
Komedya miłości, poradnik dla panien
E. Baval’a kop. 40.
Łabędzia woda, nowela A. Dygasińskiego k.50
Ojciec, powieść Arne Garborga kop. 80.
Straceńcy, powieść M. Czernego rb. 1 k. 20.
Z prądem życia, powieść A.Miecznikarb. 1.50.
Do nabycia we wszystkich księgarniach.
PASTILLES
DE
GRILLOM
Słynna ze swych własności anty-
septycznych i aromatycznych.
1)0 nabycia wszędzie.
Owoc przeczyszczający
PRZECIW
OBSTRUKCYI
We wszystkich składach aptecznych i aptekach.
«_ nDDA7V artystów polskich Sprzedaż i kupno. Wystawa otwarta ąr
UUlwłłAŁ do godziny 8. Marszałkowska Nr 129. Salon Sztuki.
X..X V X X ’» X X X X X
LEKARZ DENTYSTA
A. ZAWADZKI
Marszałkowska 108, róg Chmielnej.
Zatwier. przez Ministr. Skarbu
WIECZORNE PÓŁROCZNE
KURSY HANDLOWE
Gust. Chwat-Czyńskiego
profesora szkół handlowych
w poniedziałki, środy i sobo-
ZłdloKlC ty ocj godz. 5 do 7 wiecz.
rriAclriA wtorki, czwartki i soboty od
Illt£oKlC 8 do 10.
Programy bezpłatnie NOWY-ŚWIAT Nr 4.
972
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 50
Dla PAŃ —===z= na Gwiazdkę
WYKWINTNE UPOMINKI
poleca
telefonu
1530
Rok
założenia
1868
OKRYCIA
SUKNIE ----- KOSTIUMY
BLUZKI
NEGLIŻE ----- HALKI
z „LAINE des PYRENEES"
Ciepłe Spódniczki . od Rb. 3.—
Kit tamki ranne . „ „ 6.—
Nowość: Szlafroczki ... „ „ 15.—
Ci< ple BLUZKI włóczkowe ... „ „ 6 —
WEŁNY
•IRDWAB1E AKSAMITY
PIĘKNE ADAMASZKI CZARNE od
KORONKI
KORONKOWE SUKNIE ODPASOWANE
KORONKOWE CHUSTECZKI I SZALE
KORONKI PRAWDZIWE
NOWOCZESNE i STAROŻYTNE
HAFTY WSTĄŻKI
PRZYBRANIA
GALONY TAŚMY
LISY
BIAŁE, NIEBIESKIE, SREBRNE
CZARNE, KRZYŻAKI J t. d.
GRONOSTAJE — SZENSZYLE
FOKI „SEAL”
KARAKUŁY, WYPORKI, KASZTANKI.
FUTRA W BŁAMACH
KAPELUSZE
WOALKI
BOA Z PIÓR STRUSIC U
RĘKAWICZKI
duńskie - marka „B. HERSE“ . Rb. 1.35
kozłowe „ „B. HERSE“. „ 1.50
duńskie— „ „JOUVIN&C'’“ „ 2.50
WYŁĄCZNA SPRZEDAŻ —KRÓJ FRANCUSKI
WA C I i LARZE
WP1ĘKMM DOBORZE.. od Rb. 1.60
DUŻY WYBÓR
GOTOWEJ KONFEKCYI FUTRZANEJ:
ŻAKIETY BOLERA
DACHY — PŁASZCZE
BOA
KRAWATY
E T O L E
PELERYNY
MUFKI
PASKI w NOWYCH FASONACH
PARASOLE
KOŁNIERZE, KRAWATY
SAKIEWKI I TOREBKI „RETICULE“
METALOWE, SKÓRZANE,
JEDWABNE — HAFTOWANE
KAPTURKI CZEPECZKI
ŻABOTY
POŃCZOCHY GORSETY
---- ff> Ł E D Y --------------
IF I B A M W 1 o jo 1B. i3,.—
W S K LEP I E DOLNYM ------------
11® ’dl U EŁ M A 1F ® W J! Ili O W A » E - C IH II TT K 1--_
® » EKre. 5.— K (fe JL Jli> Ili W
PRZEZ GRUDZIEŃ --------- TANIA SPRZEDAŻ GWIAZDKOWA
Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów _____ Redaktor: Dr JÓZEF WOLFĘ
“Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w^biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i mateiyałów f.t .ikowyclT, r Ir lanych do redakcyi, nie zwraca się.
JJoBBOJieno IJenaypoK). Bapmaua. 18 Ilotiópjr 1904 ro^a.
Tom 72 Pism Sienkiewicza, zawierający część trzecią „PANA WOŁODYJOWSKIEGO", dołącza się do niniejszego numeru.
Ns 51
Ogólnego zbioru Nr 2,351
17 (4) grudnia 1904 roku
Tygodnik I wstro w anp
Z wystawy sezonowej r. b. w Monachium.
ANIOŁ SMUTKU
KAROL J. BARTH
974
O KULTURĘ KOBIECĄ.
Z chaosu napoły uświadomionych porywów,
haseł, żądań i zagadnień, jakiemi zawrzał
świat kobiecy w połowie XIX stulecia, wyło-
niły się wkrótce wyraźnie dwa prądy, wpraw-
dzie na wspólnym gruncie emancypacyi zro-
dzone, ale z odmiennych wychodzące założeń
i bardzo znacznie różniące się z sobą na punk-
cie celu wyzwolenia.
Wolność indywidualna na tle powszech-
nej sprawiedliwości, głoszona przez najwymow-
niejszego rzecznika sprawy kobiecej w czasie
rewolucyi francuskiej, Condorceta, zdaje się
być podstawą jednego odłamu; drugi zaś
opiera się na instynkcie kobiecym, na altruiz-
mie, stanowiącym piętno i potrzebę kobieco-
ści, a wyrazem jego w dobie tworzenia pro-
gramów były pisma Maryi Wollstonecraft.
Pierwszy z tych prądów ma na celu zu-
pełne równouprawnienie kobiety z mężczyzną,
na zasadzie jej człowieczeństwa, najważniej-
szym więc jego postulatem jest jednakowe
wychowanie dla płci obojej, wolność pracy
na wszystkich polach w jednakowych warun-
kach, a co za tem idzie zrównanie praw, tak
pod względem cywilnym, jak politycznym.
Dla urzeczywistnienia tych .ideałów winny się
wszystkie kobiety zorganizować w rodzaj kor-
poracyi i stworzyć partyę, konsekwentnie wal-
czącą w imię wspólnego interesu, w imię
sprawiedliwości, przeciw porządkowi rzeczy,
ustalonemu przez władzę męską.
Poczucie solidarności między kobietami
jest zatem silnie zaakcentowane, a walka kon-
kurencyjna, oraz zdobywanie coraz ważniej-
szych pozycyi, stanowi jeden z najgłówniej-
szych punktów programu.
Drugi prąd, o jedno pokolenie młodszy,
wysuwa na pierwszy plan macierzyństwo ko-
biety; w tym celu chce ją mieć również przy-
gotowaną do życia, a nawet fachowo wy-
kształconą, ale głównie dla rozumnego wy-
chowania dziecka i ułatwienia mu przyszłości.
Dlatego występuje reakcya przeciw for-
sownej pracy kobiecej, wyczerpującej siły
fizyczne, dlatego w kwestyi równouprawnienia
na drugi plan schodzą żądania co do stano-
wisk społecznych i praw politycznych, a na
pierwsze miejsce wybijają się sprawy obycza-
jowe, dotyczące macierzyństwa, dlatego walka
z mężczyzną przeniosła się z pola ekonomicz-
nego na grunt psychologiczny i sentymental-
ny, zarazem jednak naprawienie krzywd i re-
windykowanie praw kobiecych mniej zajmuje
miejsca w programie, niż zaznaczanie obo-
wiązków kobiety wobec siebie i wobec przy-
szłego pokolenia.
Mimo bardzo zasadniczych różnic w po-
glądzie na życie i cele kobiety, łączą się oba
te kierunki w żądaniu stanowczych reform,
tak co do wychowania, jak i co do stanowiska
społecznego kobiety współczesnej; mają więc
istnieć obok siebie bez ostrej walki, ścierając
się jedynie na niektórych punktach (np. spra-
wa ograniczenia i ochrony pracy kobiet), kon-
trolując i dopełniając nawzajem. Są to w roz-
woju ideowym sprawy kobiecej koniecznie po
sobie następujące etapy: przedewszystkiem bo-
wiem, w chwili przebudzenia z wiekowego
spętania, musiała odezwać się w kobiecie ta
struna ludzkiej godności, najbardziej sponie-
wierana, przyduszona, zaprzeczona, to dążenie
do zamanifestowania zdolności umysłowych
i niepospolitej energii dla poparcia czynem
buntowniczych żądań.
W następstwie jednak, gdy egzamin wy-
padł pomyślnie, dając poważne rezultaty teo-
retyczne i praktyczne, oprócz tego motywu
bojowego, zagrała nuta zasadnicza natury ko-
biecej z większą siłą: macierzyństwo, pojmo-
wane ideowo przez kobietę, która się stała
człowiekiem, nabrała wielkiej wagi, zwłaszcza
że przyszły czasy gorącego ruchu etycznego
i wychowawczego. Nie jest to reakcya prze-
ciw dążeniom emancypacyjnym, ale raczej po-
głębienie pewnych stron kwestyi kobiecej, któ-
ra musi przekształcać się nawewnątrz, aby nie
zastygnąć w uparłem doktrynerstwie.
Człowieczeństwo i macierzyństwo nie
wyczerpało jednak wszystkich tonów: pozo-
stała jeszcze żądna wypowiedzenia się kobie-
cość, cała dusza kobieca, związana tajemni-
czymi węzłami z naturą, z życiem u jego pra-
podstaw, z dzieckiem i dzieciństwem, trawio-
na ciekawością rzeczy bajecznych i tęsknotą
do nadzwyczajności, dusza łaknąca i łakoma,
nieświadoma a widząca, chciwa poświęceń aż
do ekstazy, aż do zatracenia siebie, dla odna-
lezienia siebie w mistycznem uniesieniu, w za-
pamiętaniu się miłosnem—w służbie dla idei.
Z tego źródła wypływały po wszystkie
wieki natchnione porywy i ciche ofiary; dwa
razy dwa — rosło w milion: w zaświatowych
widzeniach Joanny d’Arc, w zamodleniu św.
Teresy, w rewolucyjnym krzyku Teroięue de
Mericourt, w czynie Charlotty Corday, w nie-
strudzonym żywocie Pauliny Mink, w odważ-
nym zgonie wielu współczesnych.
Ale ta kobiecość miłosna i bohaterska,
wcielona w życie jednostek, nie wycisnęła
wybitnego piętna na ogólnym charakterze ru-
chu kobiecego: wszędzie tam, gdzie chodzi
o manifestacyę twórczości, o rodzaj umysło-
wości i naturę talentu, występuje bardzo wy-
raźnie wpływ męski, i dlatego budzić się musi
pytanie: czy wykształcenie to, jakie kobieta
od lat pięćdziesięciu walką zdobywa, a które
z niej zrobiło znakomitą uczennicę i fachowo
uzdolnionego człowieka, nie zabiło w niej
wielu pierwiastków odrębności duchowej,
z której wytrysnąćby mogła twórczość samo-
dzielna, owa dopełniająca a nie naśladowcza
kultura.
Nie jest to jednak wpływ szkoły, wpływ
edukacyi we właściwem znaczeniu; od najdaw-
niejszych czasów, ilekroć kobieta poczęła się
oddawać pracy umysłowej i twórczości arty-
stycznej, zawsze ideałem jej było doścignięcie
męskich wzorów, a najwyższym tytułem do
sławy: posiadanie „męskiego umysłu." Szczy-
ciły się tem i owe renesansowe doktorki praw,
teologii i filozofii, profesorki matematyki—jak
Magdalena Buonsignori, Cassandra Fedele,
Hipolita Sforza, Emilia Brembeti, których
„męska siła i bystrość" zadziwiały współczes-
nych, i niemieckie „uczone niewiasty" z XVIII
wieku, sławione przez Gottscheda za pilne
studya i „męską wiedzę," i pani Roland, i pa-
ni de Stael, która wszakże pierwsza akcen-
tuje tragizm kobiety o „męskim rozumie"
i wiele rzeczy sama czuje po kobiecemu.
„Męskość", jednoznaczna tu ze wszelką
uczonością i perfekcyą umysłową, musiała
imponować wybitniejszym kobietom niepospo-
licie, tak, że starały się nią przejąć, zaniedbu-
jąc pierwszodrzędnych zalet własnego umysłu,
które umiejętnie rozwijane mogły były zajaś-
nieć z równą siłą. W sposobie przyjmowania
wrażeń ze świata zewnętrznego, w stosunku
do natury, do miłości, do pojęć abstrakcyjnych
miała kobieta ton własny, który mężczyzna
odczuwał jako „das ewig Weibliche" i czcił
w niem tajemnicze piękno; z tego tonu mogła
była wyprowadzić swą twórczość. Ale nad-
zwyczajna jej zdolność asymilacyjna, nieśmia-
łość pierwszych kroków na drodze umysłowej,
przewaga olbrzymia męskiej uczoności — po-
pchnęły ją w innym kierunku.
Nie jest to zresztą objaw odosobniony
i charakterystyczny jedynie dla twórczości ko-
biecej: powtarza się on zawsze, ilekroć na
młodociany rozwój duchowy pierwotnej orga-
nizacyi narodowej poczną działać wpływy
wyższej kultury, posiadającej wielką tradycyę
i bogaty dorobek umysłowy. Wtedy to
wszystkie zarody odrębności i samoistności
kulturalnej, poczynające dopiero kiełkować,
w zetknięciu z gotowem już objawieniem
obcego ducha, przyduszone, wzgardzone, zani-
kają prawie, a raczej kryją się gdzieś pod
ziemię, aby kiedyś, z pod napływowej i na-
śladowczej kultury wystrzelić własnym kwia-
tem na glebie przygotowanej przez nabytki,
przejęte ze starszej cywilizacyi. Im tęższa
i bardziej rozwinięta była pierwotna indywi-
dualność narodowa, tem prędzej wybija się
ponad wpływy, przeszczepione z obcego du-
cha; ale jeżeli wpływ był zbyt silny i przy-
szedł za wcześnie, to już nigdy od jego piętna
uwolnić się nie zdoła i nigdy się w zupełnej
czystości pierwotnego typu nie objawi.
Wymownym tego przykładem jest dzia-
łanie łacińskiej kultury Kościoła na ludy ger-
mańskie, które po dwóch wiekach zależności
odżyły w wielkiej poezyi narodowej, i na Bo-
lesławowską Polskę, gdzie ślady pierwiastków
ludowych, zgnębione zupełnie, w tysiąc lat
blizko przychodzi odnajdować i wskrzeszać,
a piętna pseudo-klasycznego z ducha narodu
zetrzeć niepodobna.
Cała technika objawiania się życia
umysłowego — stworzona przez mężczyznę,
była już gotowa i doskonała w chwili, gdy
kobieta zaczynała stawiać pierwsze kroki
w twórczości, odrazu więc, zamiast dla wyra-
żenia własnego świata szukać form własnych,
przyjęła z łatwością obcą puściznę — i ta łat-
wość zgotowała jej niebezpieczeństwo zatraty.
Pierwiastek kobiecy odegrał jednak nie-
wątpliwie wielką rolę w duchowym rozwoju
ludzkości, przenikał życie i pośrednio wcho-
dził w twórczość geniuszów, znajdował wyraz
975
PANTEON
B. BUJKO
B BUJKO MONTMARTRE
Z Salonu paryskiego.
symboliczny w formach sztuki, a w wielkich
ideach dziejowych odzywał się swym macie-
rzyńskim i entuzyastycznym głosem. I przez
kobiety genialne w swej prostocie kobiecość
przemówiła kilkakrotnie w sposób twórczy:
glosy św. Teresy, listy pani de Sevigne, poe-
zye pani Debordes-Valmore, buntownicze pro-
testy George Sand, tęsknoty ducha Narcyzy
Żmichowskiej, bolesny uśmiech Eleonory Du-
se — to z jednego źródła wybuchające żywio-
łowo objawy Psyche kobiecej.
W ostatnich czasach współzawodnictwo
z mężczyzną i chęć dorównania mu w jego
stylu i sposobie zaczyna znacznie słabnąć,
a na pierwszy plan we wszystkich teoretycz-
nych wskazaniach występuje kobiecość kobie-
ty, jako prawo, cecha istotna i najgłębsza po-
trzeba jej duszy. Poczucie obowiązku dania
własnego dorobku, poczucie odrębności, a za-
razem dojrzałości własnego intelektu, coraz się
wzmaga, nie dozwalając kobietom pysznić się
zbytecznie ze zdobytych doktoratów, oraz
z licznych, a tanio płatnych posad; te rzeczy
dla rozwoju istotnego działalności kobiecej
będą miały kiedyś znaczenie podrzędne, przej-
ściowe, kto wie czy nie negatywne ze wzglę-
du na swój naśladowczy charakter i oportunizm
w ustępstwach na korzyść panującego kapita-
lizmu. Dopiero po przejściu tego stopnia
Hiożna będzie mówić o twórczości kobiecej,
1 od tego, jaką ona pozycyę zajmie w bilansie
' ludzkości, zależy bardzo wiele: cała przyszłość
sprawy.
Że w bezsensownym, rujnującym zdrowie
i przyrodzone zdolności wyścigu o dyplomy
kobieta potrafi wziąć rekord, niewielki w tem
zaszczyt, ale jeżeli przez wytrwały protest
i gorące zwalczanie rutyny potrafi się przy-
czynić skutecznie do zasadniczej reformy wy-
chowania, jeżeli swój instynkt macierzyński
wydoskonali i twórczym uczyni, jak męż-
czyzna wydoskonalił żądzę władzy, jeżeli
wpłynąć zdoła na kształtowanie się nowego
porządku rzeczy, to będzie jej zasługą i praw-
dziwym dorobkiem. W tej samej mierze
wszędzie, gdzie rozum praktyczny i dobroć
stanąć mogą do walki z konwencyonalnym sza-
blonem i pełną sceptycyzmu inercyą obecnego
ustroju społecznego, wszędzie, gdzie głównym
czynnikiem może być miłość i silna wola
w przeciwstawieniu do racyi stanu i egoizmu,
tam musi kobieta współczesna zaznaczyć się
czynem, wnosząc pierwiastek dobrej wiary,
ludzkości, poświęcenia—do fundamentów two-
rzącej się dopiero kultury moralnej.
Ale, aby się w sposób godny i poważny
do tej pracy przygotować mogła, zwalczać
musi w sobie sentymentalizm rozlewny i nie-
praktyczny, z drugiej zaś strony powstrzymy-
wać w młodem pokoleniu rozwijanie się wy-
bujałego intelektualizmu na tle osobistych pre-
tensyi i sceptycznej ironii. Dość skarg, roz-
żaleń, zawodów—do roboty!—nie do tej ma-
chinalnej pracy przy biurku, przy telefonie,
przy kasie lombardowej i okienku pocztowem
—lecz do wewnętrznej pracy nad sobą, do wy-
dobycia z siebie całej kobiecości energicznej,
rządnej i obywatelskiej, opartej o dobroć ser-
deczną i miłość wytrwałą. Zadanie ogromne
przekazuje nam chwila obecna—nie ustawajmy
w dążeniu, nie dajmy się łudzić łatwymi
tryumfami: nieprędko jeszcze nadejdzie dzień
żniwa, na które teraz rozorywać poczynamy
ugory.
J. OKSZA.
ZŁOTE LISTKI.
Mąż karać z występku żonę, który sam czy-
ni, nie może: ani się to z rozumem zgadza, ani
z Bogiem, ani z jakiem prawem, żeby wolniej by-
ło mężowi występować, niżli żonie.
Paradoxa koronne z 1603 r.
* *
*
Błędu lepiej poprawić, aniżeli bronić,
Bo go coraz to większym przychodzi zasłonić.
Ogniwo do ogniwa wiążąc, łańcuch będzie,
Co uwikła: toż i błąd, snując się po błędzie.
J. Ul. Fredro.
*
* *
Wierzajcie, jest i tutaj nieśmiertelność druga:
Człowiek zniknie, lecz żyje cnota i zasługa.
K. Brodziński.
976
ARTUR GRUSZECKI.
SŁOMIANY OGIEŃ.
21
— Co innego uśmiech, co innego słowa,
a ty we wszystkiem zgadzałaś się z malarzem.
— Bo też to było takie zabawne! — za-
śmiała się, przypomniawszy sobie rozmowę.
— Wszystko to dobre, ładne, śmieszne...
ale nie będę spokojna, póki mi nie przyrzek-
nicsz...
— Co takiego?
— Że nie będziesz rozmyślała nad... ma-
larzem twoim, nie będziesz go kochała, a gdy-
byś uczuła jakąś żywszą sympatyę, powiesz
mi o tem... a znajdę sposób wyleczenia ciebie.
— Ach, moja ciociu!—zawołała ze szcze-
rym śmiechem -co za tragiczne przypuszczenia
i obawy!... Przedewszystkiem on wcale o mnie
się nie stara, a ja nie będę mu się narzucała,
to raz. Następnie, gdyby został takim filistrem
i chciał się ze mną żenić, to samo wystarczy,
aby mnie wyleczyć ze wszelkich miłości raz
na zawsze. Jeszcze, gdyby mi Domnicki się
oświadczył, uważałabym to za naturalne: w ta-
kiej głowie może postać taka myśl, ale aby
on... nie, nie wierzę.
-— Wszystko to pięknie... jednak nie da-
łaś mi przyrzeczenia...
— I owszem, ciociu, przyrzekam i świę-
cie dotrzymam, że ani chcę, ani pragnę, ani
myślę się zakochać w nim... a gdybym po-
wzięła podejrzenie jakiekolwiek, natychmiast
uwiadomię swoją najlepszą opiekunkę — mó-
wiła, śmiejąc się wesoło, swobodnie, z rozjaś-
nioną twarzą.
— Wołałabym, abyś tę sprawę traktowała
poważniej,—westchnęła ciotka — ale niech już
i tak będzie... Widzisz, Wandziu, jestem już
stara, więc przesądna, i przerazdam się bardzo,
usłyszawszy jego nazwisko. Jeden z nich
złamał mi życie, zmarnował młodość, a teraz
znów zjawia się drugi... i tak drżę, tak boję
się o ciebie, moja Wandziu, bo nie można
zaprzeczyć, że jest rozumny, miły, dowcipny,
dobrze wychowany... ale to Petrycki, Wan-
dziu... a Petryccy przynoszą nam nieszczęście.
— Nie wierzę, ciociu, w
przesądy, — zaśmiała się — i nie
zakocham się ani w Petryckim,
ani w innym.
— Dałby to Pan Bóg!
— Zobaczy ciocia, że wszyst-
ko będzie jak najlepiej... a teraz
pójdziemy spać, już późno.
W chwili, gdy rozbierały się
do snu, odezwała się Wandzia:
— A wie ciocia?... jego obraz
jest na wystawie.
— Ty zawsze myślisz o nim
—powiedziała tonem nagany.
— Nie o nim, lecz o obra-
zie — zaśmiała się.
— Jakiż to obraz?
— Nie wiem, ale jestem
bardzo ciekawa, bo mówił, że ten
na wystawie przemawia bardziej
do niego, aniżeli poprzedni z Wandą... Jutro
pójdziemy, dobrze?
— Niech i tak będzie, — westchnęła —
a teraz spać!
XIII.
Na drugi dzień Wandzia umiała tak
przynaglić ciotkę, że wyszły wcześnie z domu
i przyszły na wystawę w chwili, gdy woźny
otwierał drzwi.
W sali większej Wandzia pobieżnie
przejrzała znane sobie zresztą obrazy i, zosta-
wiwszy ciotkę, przeszła do drugiej. Stanąwszy
na progu, zawołała dość głośno:
— Aa!—i szybko poszła dalej.
Ten wykrzyknik mimowolny posłyszała
panna Żardecka i, już nie patrząc na rozwie-
szone obrazy, pośpieszyła do drugiej, mniej-
szej sali.
I ona stanęła w progu, i z brwiami
zmarszczonemi, z niezadowoleniem na twarzy,
patrzała w obraz zawieszony wprost niej na
ścianie.
Obraz dość dużych rozmiarów wyobra-
żał wnętrze pracowni malarskiej. Artysta, bo-
kiem zwrócony do widza, z profilem straco-
nym, siedział przed stalugami, na których
był oparty blejtram czysty, przygotowany do
malowania, oświetlony światłem dziennem
przez wielkie okno pracowni.
W przeciwnym rogu od malarza, po le-
wej stronie, w gęstej, brudnej mgle, przewa-
lającej się po podłodze, zarysowywały się po-
stacie nędzarzy, ohydnie pokaleczonych i ze-
szpeconych żebraków i żebraczek; zgłodniałe,
suche szkielety ludzi; zbiedniałe, łachmanami
okryte dzieci; obrzękłe twarze pijaków; wisiel-
cy ze stryczkiem na szyi, zbrodniarze z po-
krwawionemi rękoma... cała nędza ludzka, ca-
łe piekło cierpienia i męki, które im wyżej się
wznosiło, tem bardziej niknęło, rozpływało się
w świetle, i dalsze postacie stawały się wesel
sze, począwszy od dziecka wiejskiego, bosego,
w koszulinie przepasanej krajką. aż do chłopa
KRAJOBRAZ
Z Salonu paryskiego.
B. BUJKO
w parcianem ubraniu, orzącego jałowe piachy.
A wyżej wychylały się jasne i ciemne
główki dzieci, z błyszczącemi oczyma, z uśmie-
chem na świeżych ustach, rozigrane, swawolne,
zda się każdej chwili gotowe wybuchnąć śmie-
chem wesołym, srebrzystym.
I ponad tem wszystkiem... ponad nędzą
i nieszczęściem ludzkiem; ponad brudną mgłą
oparzelisk namiętności i zbrodni; ponad dzie-
ciakami rozradowanemi życiem, stała świetlana
nostać kobiety, z twarzą spokojną, pogodną,
nie zmąconą ni smutkiem, ni radością. Cała
przepojona światłem, rozpływająca się w niem,
wznosiła w górę swą głowę, a bujne, złotawe,
rozpuszczone włosy zdawały się tworzyć au-
reolę około niej, tak były promienne i świetli-
ste. Na głowie miała wianek z róż polnych
i bławatów; oczy ciemno-błękitne utkwiła
gdzieś w dal, w przestrzeń bezkresną, nic
zwracając uwagi na mrowiące się pod nią
postacie.
Twarz tej świetlanej pani była idealizo-
wanym portretem Wandzi.
Panna Żardecka zbliżyła się do obrazu
i odczytała tytuł: „W pracowni."
Następnie zwróciła się do Wandzi
i chmurna, spytała:
— Cóż ty na to? — wskazała obraz.
Ona, rozpromieniona, uradowana, mówiła
szybko:
— Wie ciocia, te dziewczynki, tam wy-
żej, to są moje uczennice. Ta na prawo
z ciemnymi włosami, z miną, udającą nadąsa-
me, to Basia, bardzo zdolne dziecko, a dalej
Julcia, Stasia, Władzia... a tam w rogu ta ma-
lutka Stefcia... ach, jaka podobna, jak żywa!
Chciałabym, ciociu, mieć talent taki, chociażby
talencik, zaraz sportretowałabym ciocię, ale
nie taką chmurną, jak teraz, lecz wesołą, dob-
rą, pogodną...
— Wandziu,—przerwała suchym tonem—
a o niej co powiesz? — wskazała jasną po-
stać, unoszącą się nad dziećmi — to przecież
twój portret... I jak on śmiał bez
pozwolenia umieszczać ciebie w
swej pracowni, i z rozpuszczo-
nymi włosami, i ludzie mogą
pomyśleć, żeś mu pozowała w tej
jakiejś sukni mocno wyciętej—
Nie, to zupełny brak taktu, deli-
katności, wychowania... to obu-
rzające!
Wandzia milczała przez chwi-
lę, przypatrując się ze ściągnięte-
mi brwiami obrazowi, a głównie
swemu portretowi, i rzekła z po-
wagą:
— Nie podzielani zapatry-
wań cioci i oburzenia. Trzeba
wejść w inteneye artysty... Czy
on chciał mnie obrazić? podać
na pośmiewisko? Wcale nie. Oto
on siedzi przed blejtramem, bo
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 51
977
to on, i zastanawia się, co ma namalować; to
przecież jasne?
— Dobrze... cóż dalej?
— I w myśli przesuwa mu się cała nę-
dza życia, lecz im bardziej wzrok natęża, wi-
dzi jaśniejsze obrazy, chłopów, pastuchów,
dzieciaki wesołe... a ponad całcm życiem
wznosi się zagadkowa postać przepięknej
natury... Wandy, bo on tak pojmuje Wandę.
— Skądże ty jesteś tak dobrze poinfor-
mowana?—spytała ironicznie.
— Ciocia wie najlepiej,—mówiła podraż-
niona — że wcale nic widziałam obrazu, i nie
wiedziałam co przedstawia... Rozmawialiśmy
o Wandzie, gdy w schronisku malował swój
obraz i Iłómaczył, jak on pojmuje naturę.
— I jakże?—spytała z ironią.
— Natura jest obojętna, wszechwładna
pani, której nie obchodzą bole, cierpienia, ra-
dości jednostek. Jej zależy tylko na bycie
gatunku, nie zaś na dobrobycie. I ta postać
wyobraża właśnie naturę. Czy ciocia nie wi-
dzi, jaki ona ma wyraz obojętności, spokojnej
powagi, nawet nie raczy spojrzeć na snujące
się pod nią rzesze ludzkie... Mojem zdaniem,
obraz ten jest bardzo ładny, wyraża myśl
głęboką, filozoficzną... i nawet pan Domnicki—
zaśmiała się—znajdzie ten temat modnym.
— Ach, jakaś ty dziwna, aż rozpacz bie-
rzel — mówiła zgorszona. — Tu idzie o ciebie,
o twoją sławę, o twój honor, a ta rozprawia
o obrazie. Co mnie obchodzą wszystkie obra-
zy wobec ciebie?
I tyle było żalu, skargi w jej głosie, że
Wandzia wzruszona powiedziała łagodnym
głosem:
— Ciocia niepotrzebnie się martwi... tak
mało mamy znajomości, i czy kto mnie po-
zna w tej idealnej postaci?
— Każdy, kto cię raz widział. Spójrz
tylko: twoje włosy, czoło, oczy, usta... ależ to
ty, jak żywa!
— Nie sądziłam, że jestem tak piękna—
uśmiechnęła się.
To nic czas na żarty, — powiedziała
surowo—i najgorsza rzecz, że wczoraj wpro-
wadziłaś do nas tego malarza... Dopiero jak
Syiurska i Domnicki zobaczą ten obraz... ład-
nie będziesz wyglądała... choć uciekaj z Kra-
kowa.
— Co jednak mogą powiedzieć? — obu-
rzyła się — że pozowałam? Wielkie rzeczy!
niech sobie mówią!
— Ty, Wandziu, nie znasz krakowskich
plotek... Z tego podobieństwa — wskazała
obraz — urośnie bardzo szybko, że chodziłaś
do jego pracowni, że pozowałaś dekoltowana,
źc prowadziłaś romans poza mojemi plecami,
że miewałaś schadzki... alboż ja wiem, co wy-
myślą na ciebie?
— To i cóż z tego? Jest się też czem
martwić, ciociu?—podniosła z dumą głowę.—
Pogadają, pogadają i przestaną.
— Tak... dobrze ci mówić, ale plama
zostanie plamą, chociażby najprzezroczystszą.
I ja odpowiadam przed twoją matką: to stało
się przy mnie!
— Niechże się ciocia uspokoi... któżby
śmiał, ktoby mógł podejrzewać ciocię?!
Na twarzy panny Żardeckiej widać było
niepokój i cierpienie; po chwili rzekła gło-
1 sem niebardzo pewnym, jak gdyby pytała
o radę:
— Moja Wandziu, a gdyby tak napisać
do Petryckiego, by ten obraz wycofał... co
myślisz?
To niemożliwe... niepodobna tego żą-
dać od malarza. Żądanie takie równałoby się
wprost oświadczeniu, że uważamy za hańbę
i ubliżenie, iż on do pewnego stopnia mnie
sportretował... Nie, ciociu, wszystko inne, tyl-
ko nie to... Zresztą on żyje z pracy: jakiem
prawem wytrącać mu chleb z ręki?!
— A wiesz, Wandziu? — zawołała ucie-
szona—dowiemy się jaka cena i kupimy ten
obraz... Chodźmy do kasyerki.
Przeszły salę, i panna Żardecka spytała
o cenę.
— Obraz nie jest jeszcze do sprzedania;
pan Petrycki nie podał ceny—brzmiała odpo-
wiedź.
Panna Żardecka spochmurniała, i wkrótce
wyszły z gmachu wystawy.
Na ulicy, po namyśle dłuższym, powie-
działa:
— Wandziu, proszę cię usilnie, byś była
jak najgrzeczniejsza dla Sylurskiej i pana Dom-
nickiego... postaram się naprawić twe błędy
wczorajsze i wytłómaczyć zjawienie się ma-
larza.
— Dobrze, ciociu... dla pani Sylurskiej
mogę być najbardziej uprzejmą, zresztą mam
dla niej szacunek, ale dla pana Domnic-
kiego?...
— I dla niego—rzekła głosem stanow-
czym: — on ma wpływ na ciotkę. Naprawdę
nie rozumiem twoich uprzedzeń względem
pana Domnickiego... przystojny, młody, wy-
kształcony, moralny... co masz mu do zarzu-
cenia?
— Ja, nic tak dalece... prócz zarozumia-
łości i udawania. Mam to przekonanie, że
blaguje ze swoją nauką, pracą w towarzy-
stwach, przekonaniem o kobietach... Nie lu-
bię go.
— Tylko bardzo cię proszę, nie okazuj
mu tego... Dla mnie i dla innych to porząd-
ny młodzieniec, pracowity, przytem zamożny,
z dobrej rodziny...
— Czy ciocia zamyśla mnie z nim swa-
tać?—zawołała wesoło.
— A wiesz, Wandziu,—mówiła rozdraż-
niona — już gdybyś miała wychodzić za mąż,
pewniejsza byłabym twego szczęścia z nim,
aniżeli z innym.
— Ja mam inne przekonanie.
— Jak się zastanowisz dobrze, przyznasz
mi słuszność.
Wandzia miała wielką ochotę przypom-
nieć ciotce ową epokę, gdy inni starali się
o nią, a jednak wbrew radom wszystkich po-
została wierną Petryckiemu, ale widząc zde-
nerwowanie ciotki, powstrzymała się i rzekła
tonem obojętnym:
— Może, ciociu,
Weszły do salonu pani Sylurskiej,
która je przywitała bardzo czule i serdecznie.
Po ogólnikowej rozmowie o pogodzie, Klu-
bie... powiedziała panna Żardecka:
— Wczoraj to nagłe zjawienie się mala-
rza nie pozwoliło mi rozmówić się z panią...
— Istotnie, chciałam panią zapytać, w ja-
ki sposób poznała go panna Wanda?
— Wandziu, może opowiesz..
— Bardzo chętnie, ciociu. Daję lekcye
w schronisku, jak pani wiadomo — mówiła
głosem równym, dźwięcznym. — Pan Petrycki
używał tam dzieci, a moich uczennic, jako
modelów. Z konieczności nastąpiło poznanie
i stosownie do życzenia cioci, gdy on mnie
odprowadził po raz pierwszy pod nasz dom,
zaprosiłam go do nas.
— Ach, więc to przypadkowa znajo-
mość!—zawołała z przyjaznym uśmiechem.
— Najzupełniej,—dodała panna Żardec-
ka—i Wandzi nie wypadało znać kogoś bez
mojej wiedzy, więc kazałam go zaprosić.
-— Bardzo słusznie, — chwaliła pani Sy-
lurska—z tego mogłyby urosnąć jakieś plotki,
a panna powinna strzedz się tego, jak ognia.
— To samo mówiłam Wandzi.
— Już to przyznam się kochanej pani,—
mówiła pani Syiurska — ten malarz wcale nie
grzeszy dobrem wychowaniem... i gdyby nie
Frania takt, mogłoby było przyjść do awan-
tury.
— O, pan Franciszek nigdy nie dopu-
ściłby do tego: jest zanadto dobrze wycho-
wanym człowiekiem.
— Ja też mówię, że gdyby na miejscu
Frania był inny... kłótnia gotowa.
— Pana Franciszka niema w domu? —
spytała uprzejmie.
Pani Syiurska spojrzała na zegar wiszą-
cy i odpowiedziała z odcieniem dumy.
— Franio jest obecnie w archiwum ka-
pitulnem.
-— Jakiż on pracowity! — chwaliła panna
Żardecka, spojrzawszy znacząco na Wandzię,
by nie miała drwiącej miny.
— O, to wyjątek wśród dzisiejszej mło-
dzieży, i szczęśliwa ta, którą on wybierze! —
spojrzała z ukosa na Wandzię obojętną. —Ale
to dziwne, że obecnie wcale nie zgłaszają się
do naszego biura. Dawniej tłumy całe, teraz
nikogo, chyba zamkniemy, bo nawet Szarewi-
czowa przestała przychodzić.
— Widziałam ją przed chwilą na mie-
ście—objaśniła panna Żardecka.
— Tak?... Panie były na rynku?
— Wracamy z wystawy obrazów — mó-
wiła panna Żardecka.—Jest tam obraz Petryc-
kiego: i jaki to talent, kilka razy spotkał Wan-
dzię i prawie ją sportretował.
— Tak? A to muszę zobaczyć!—zawoła-
ła pani Syiurska — pójdę z Franiem... I jak
przedstawił pannę Wandę?
— Jako boginię wiosny i życia, trochę
nadto pochlebił—spuściła oczy skromnie—ale
zawsze to przyjemnie, gdy siostrzenica jest
boginią szczęścia.
— O, panna Wanda najzupełniej się na-
daje na boginię... To samo mówił mi Franio.
— Takie jawne pochlebstwo niezawsze
jest miłe... ale w tym przypadku, gdy znany
i ceniony artysta nadaje bogini rysy twarzy
zwykłej śmiertelniczki, robi to pewną przyjem-
ność.
Wandzia patrzała z wielkiem zdumieniem
na ciotkę mówiącą; wkrótce zrozumiała takty-
kę, że chwalenie się obrazem wywoła krytykę
i zazdrość. Wobec takiej dyplomacyi uznała
siebie za nieudolną uczennicę, i uśmiechnęła
się wesoło, jak gdyby istotnie stwierdzała sło-
wa swej ciotki.
BŁĘDNE KOŁO
BŁĘDNE KOŁO
JACEK MALCZEWSKI
980
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 51
Fani Syiurska domyśliła się również, iż
te panie przyszły jedynie do niej, by pochwa-
lić się obrazem; nie zaniedbała też dolać nieco
goryczy do ich radości, i z miną współczują-
cą rzekła:
— Byłabym zupełnie zapomniała zawia-
domić panią kochaną o dzisiejszym liście Le-
cińskiej.
— Cóż pisze?
— Donosi, że zjazd- odbędzie się sta-
nowczo w oznaczonym terminie... ale z powo-
du konieczności skrócenia programu, nie mo-
że pomieścić na liście pogadanki pani.
— Mojej?... Mogła wyrzucić inną! — za-
wołała zaczerwieniona z gniewu.
— 1 ja jestem tego zdania—potwierdziła
pani Syiurska;—cokolwiek domyślam się przy-
czyny, ale nie jestem pewną.
— Jakaż?
— Przypuszczam, że to są złośliwe plot-
ki, którym uwierzyła Lecińska.
—- Plotki!? O mnie!?
— Tylko domyślam się... czyż zresztą my
będziemy dbały o nie? Niech sobie ludzie
mówią!., kto ma czyste sumienie, ten nie oba-
wia się plotek.
— Ach, jeśli to plotki... niechże sobie
ludziska gadają!—rzekła z lekceważeniem pan-
na Żardecka.
— Doszły one i do mnie... Naturalnie,
nie uwierzyłam, gdyż znam drogą panią, i ży-
cie jej może posłużyć za wzór czystości.
— Pani zechce ze swej łaski zaoszczę-
dzić mi tych wstrętnych oszczerstw i plotek
krakowskich—mówiła chmurna panna Żardec-
ka.—Takiego plotkarskiego gniazda, jak Kra-
ków, nie znałam dotychczas.
— Wszędzie są plotki, droga pani, nie-
ma co wyróżniać Krakowa pod tym wzglę-
dem—powiedziała z lekką urazą pani Sylur-
ska, będąca Krakowianką.
— Zgadzam się z panią, wszędzie są
plotki... ale w moich kołach, wśród moich dal-
szych lub bliższych znajomych, albo osób na-
leżących do nich wykształceniem, stanowi-
skiem, fortuną. Ale tu w Krakowie, w tej
mieścinie prowincyonalnej, pl<-tki o mnie bę-
dą robiły nietylko osoby równe mi, lecz stróż,
sklepikarz, subjekt, szewc, posłaniec... Wystar-
cza, bym zaszła do krawcowej, do sklepu, do
wędlarni, aby moja ulica, moi znajomi, cały
Kraków wiedział, że tam coś kupiłam, ów-
dzie się targowałam, a na rogu ulicy kich-
nęłam.
Pani Syiurska wysłuchała tych słów
z uśmiechem ironicznym, wreszcie rzekła:
— Droga pani trochę za pośpiesznie są-
dzi Kraków. To, co pani nazywa plotką, to jest
opinia publiczna... My żyjemy w państwie kon-
stytucyjnem, i wolno każdemu wyrażać swe
zapatrywania.
Panna Żardecka z irytacyi poruszyła się
niespokojnie na fotelu i odpowiedziała ostrym
tonem:
— Owa opinia krakowska, owe zapatry-
wania krakowskie, kręcą się zawsze około
garnków w kuchni, sporów rodzinnych, skan-
dalów wymyślonych, domysłów hańbiących...
Dziękuję za takie pojmowanie konstytucyi
i wolności.
Pani Syiurska poczęła podejrzewać, że
ktoś prawdopodobnie uwiadomił jej przyjaciół-
kę o krążącej plotce i rzekła smutnym
głosem:
— Czy istotnie znalazł się ktoś, który
zakłócił spokój pani i rozpowiedział jej plot-
kę krążącą?
— Nie chcę nic ani słyszeć, ani wie-
dzieć—odpowiedziała stanowczym głosem.
— To najlepszy sposób, zazdroszczę pa-
ni tego filozoficznego spokoju... Czy pani bę-
dzie na zjeździe kobiet?
— Skoro odrzucono moje przemówienie,
nie będę obecna.
— A panna Wanda?
— Ani ja.
- Przeciwnie, Wandziu, prosiłabym cię,
byś poszła... Klub nasz nie powinien zrywać
solidarności, zwłaszcza ty, jako sekretarka, masz
nawet obowiązek pokazać się na zjeździe.
— Bardzo słusznie — dodała pani Sy-
lurska.
— Jeśli ciocia chce, to pójdę na ten
zjazd; czy już dają bilety?
— Franio może się wystarać o bilet dla
pani—pośpieszyła pani Syiurska.
— Dziękuję pani. Tak często jestem
w mieście, że sama kupię... wybiorę sobie
miejsce odpowiednie.
— Podobno dużo osób przybyło, mech
się pani pośpieszy—doradzała pani Syiurska.
— Za trzy dni zjazd, prawdopodobnie
dostanę bilet.
Obie panie żegnały się serdecznie z pa-
nią Sylurską, a gdy wyszły:
— Ależ z cioci przebiegła dyplomatka!—
zaśmiała się.
— Tej sztuki nauczyło mnie życie. Za-
wsze korzystniej uprzedzić napad, lub zmylić
pogoń—uśmiechnęła się zadowolona.
— Może to prawda, ale w naszych sto-
sunkach kobiecych smutna prawda.
XIV.
Zebranie pierwszego zjazdu kobiet miało
się odbyć po rannej mszy w kościele Panny
Maryi, o godzinie dziesiątej w sali hotelu Sa-
skiego.
Delegatki i uczestniczki koła miały wstęp
wolny; publiczność wchodziła za biletami płat-
nymi, a panie komitetowe pilnowały porządku.
Już od rana wieśniacy i wieśniaczki z okolic
Krakowa przechadzali się w swych barwnych
strojach po ulicy św. Jana, zwracając uwagę
różnych gapiów miejskich.
W sali przystrojonej wieńcami panował
tłok i nieporządek. Pań komitetowych nie
można było odszukać, i niebardzo miały czas
pilnować porządku, gdyż były nadzwyczaj za
jęte witaniem się ze znajomemi, uwiadamia-
niem ich, iż pani Lecińska v ystąpi dziś
w sukni nowej, koloru gris perle, doktor zaś
Szarewiczowa w sukni vert de mer, obszytej
koronkami, w staniku nowego fasonu, nie wi-
dzianego jeszcze w Krakowie, a najważniejszą
wiadomością, która elektryzowała wszystkie
panie, to fakt, który miał się spełnić w ich
oczach: oto sam- radca Leciński wprowadzi
swoją żonę na estradę.
Różne komentarze i domysły poczęły krą-
żyć po sali, wszczął się gwar i hałas, gdyż
wieśniaczki i niektóre delegatki domagały się
głośno wskazania im miejsc.
W chwili takiego zamieszania i tłoku
u wejścia, przyszła Wandzia. Napróżno stara-
ła się kilkakrotnie przecisnąć do sali, stłoczo-
ny tłum odpychał ją, i już miała się wyrzec
uczestniczenia w zjeździe, gdy posłyszała obok
znajomy głos Petryckiego:
—- Nie może pani wejść... spróbujemy
wspólnemi siłami—i podał jej ramię.
— Wątpię, czy nam się uda.
— Zobaczymy uśmiechnął się, i prowa-
dząc Wandzię pod rękę, zawołał głośno:
— Panowie! Miejsce dla delegatki!
Co bliżsi rozstąpili się; znów powtórzył
te słowa, pomagając sobie ręką do utorowa-
nia drogi, i weszli na salę, gdzie już było
przestronniej.
— Który numer ma pani?
— Czwarty rząd, sześćdziesiąt jeden.
— Bardzo dobrze, siedzimy obok siebie;
mam sześćdziesiąty drugi.
Zaledwie dotarli do swych miejsc, gdy
z estrady rozległ się głośny dzwonek na znak
rozpoczęcia obrad.
W sali rozległ się jeszcze większy gwar,
słychać było często cienkie głosy kobiet:
— Ach, moja suknial
— Mój kapelusz!
— Proszę mnie nie cisnąć!
A dzwonek nie ustawał, wreszcie sala
uspokoiła się jako tako, przebrzmiało dzwo-
nienie, i na estradę weszła majestatycznym
krokiem inieyatorka zjazdu, pani Lecińska,
wsparta na ręku męża, nizkiego, przygarbio-
nego z pracy biurowej, niepozornego wobec
wysokiej i modnie ubranej żony.
Po sali przeszedł szmer ciekawości, do-
syć pań podniosło się z krzeseł, by przypa-
trzyć się sukni i mężowi pani Lecińskiej, a tuż
uczestniczki Koła poczęły bić brawo, co wi-
dząc delegaci i delegatki wiejscy klaskali za-
wzięcie, z wielkiem zadowoleniem, i dopiero
głośne nawoływania uciszyły ten entuzyazm
do gorliwego robienia hałasu.
Pani Lecińska, puściwszy ramię męża,
który dyskretnie się cofnął, przemówiła z czu-
łym patosem:
— Siostry moje! Najwyższa pochwała,
jaką można było oddać dawnej kobiecie, za-
mykała się w słowach: „W domu zostawała,
len i wełnę przędła." 1 tam przy ognisku ro-
dzinnem świeciłyśmy przykładem cnoty i mi-
łości... Nadszedł jednak czas, żeby owe blaski
promienne wyszły poza próg domu, i aniel-
skiemi skrzydły mają chronić kraj cały od
kłótni, waśni, sporów. Dotychczas, siostry
moje, byłyście jako lilie boże, jak mówi poe-
ta, co rosną, nic nie wiedząc o własnych bar
wach i woniach. Oto nadszedł dzień, w któ-
rym się każda z was w myślącą różę prze-
mieniła...— wstrzymała się, popijając wodę.
Niedawne lilie, dzisiejsze róże, spojrzały
z politowaniem na swe przeciwniczki i szuka-
ły wrażenia tych słów wzniosłych na twarzach
mężczyzn, którzy z ciekawości przybyli dość
licznie na salę.
— Siostry moje!—zaczęła znów—naszym
obowiązkiem jest przenieść nasze cnoty, mo-
ralność, miłość na arenę szerszą życia pu-
blicznego...
I dalej mówiła czułym głosem o miłości
bliźnich, dzieci, wychowanek i wychowańców,
a zakończyła swe przemówienie słowami:
— Miłująca i oświecona kobieta jest pod-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 51
9S1
stawą idealnej rodziny i bezmiernego szczęścia
społecznego. Oto nasze hasło, pod którem
zgromadziłyśmy się, i nasza jasna droga, po
której rnamy kroczyć. Bądźmy wierne trady-
cyi, i niechże to nasze kobiece drzewko wigi-
lijne, oświecone całym bukietem blasków, roz-
płonie miłością i ciepłem nietylko w naszych
niewieścich sercach, lecz i w męskich.
Jeszcze nie domówiła słów ostatnich, gdy
z pierwszego rzędu krzeseł wstała szybko pan-
na Borecka i podała wielki bukiet przemawia-
jącej.
Zagrzmiały ogłuszające brawa, okrzyki,
a rozochoceni delegaci wiejscy wrzeszczeli:
„Hurra!" co w pcwnycli wytworniejszych daniach
wywołało grymas niesmaku.
Wandzi to przemówienie nieszczególnie
się podobało, jakkolwiek czuła pewną dumę,
że kobietę przyjmują tak owacyjnie, i zwróci-
ła się do sąsiada:
— Jak podobała się panu ta mowa?
Osłodzona lukrecya — odpowiedział
z uśmiechem lekceważenia.—A kto przemawia
następnie?
— Pani Sylurska, którą pan poznał
u nas, będzie mówiła o roli kobiety w prze-
myśle społecznym i w sztuce.
— Hm... tytuł wielce obiecujący, ale...
— Jakie ale?
— Wydała mi się zbyt jednostronną
w pojęciu o swym siostrzeńcu—zaśmiał się.—
A cioci pani niema tutaj?
— Jest niezdrowa.
Na estradę weszła pani Sylurska, ubrana
w ciężką, wełnianą suknię koloru kawowego,
z długim trenem. Zasiadła przy stoliku. Tu
i owdzie odezwały się nieśmiałe oklaski, ale
umilkły, nie znajdując poparcia.
— Kobiety!—zaczęła głosem, który miał
być donośny, a był tylko krzykliwy. — Ko-
rzystając z zaproszenia na tak liczne zebranie,
poruszę ważną kwestyę kobiecą, a mianowicie
rolę kobiety w przemyśle i sztuce. Mężczyźni
zaprzeczają nam ducha wynalazczości, uważa-
jąc nas tylko za matki swoich dzieci, a tym-
czasem bez nas, kobiet, społeczeństwo ludz-
kie byłoby zbiorowiskiem istot bez żadnej kul-
tury i cywilizacyi.
Słuchaczki i słuchacze z pewnem niedo-
wierzaniem spojrzeli na prelegentkę, odezwały
się nawet pokaszliwania bardziej wątpiących,
ale pani Sylurska, wypiwszy szklankę wody,
mówiła dalej:
— Oto jesteśmy wśród gromady pół-
dzikich, trudniących się myśliwstwem. Pan
i mąż rzucił zabite zwierzę przy progu lepian-
ki, i dumny, leniwy, jak każdy mężczyzna —
w audytoryum odezwały się ciche chichoty pa-
nien—poszedł naturalnie odpoczywać. Tym-
czasem kobieta ostrzy krzemień, którego uży-
wa zamiast noża, i oto mamy pierwszą nożow-
niczkę, poprzedniczkę fabryk w Sheffieldzie...
Nożem tym ściąga skórę zwierzęcia, stając się
patronką przyszłych rzeźników...
Tu i owdzie zaśmieli się mężczyźni,
a niektóre damy zrobiły minę obrażoną.
— Potem zwija skórę, suszy ją, obrabia,
dopóki nie zostanie pierwszym garbarzem...
Igłami z ości, nićmi z żył sporządza odzienie
dla siebie, męża, dzieci. Niema szyldu na
cłiacie, ale w niej mieszka pierwszy krawiec.
Z odpadków pięknej skóry zszywa stroik dla
siebie, którym przyozdobiwszy głowę, idzie na
święto tańca. Kobieta, jak widzimy, jest przed-
stawicielką kilkunastu zawodów, fabrykantką
zabawek, modmarką, kucharką, jest matką
prządników, tkaczów, rymarzy...
Panowie zaczęli szeptać złośliwe objaś-
nienia, zabawne komentarze. Panie niektóre
sykały na znak niezadowolenia. Prelegentka
z uśmiechem wyższości mówiła:
— Prawda kole w oczy dzisiejszych pa-
nów naszych, a jednak kobieta jest pionierką,
wynalazczynią, twórczynią wszystkich rzemiosł,
całej cywilizacyi... Jej stary kij do wygrzeby-
wania korzonków pożywnych stał się pługiem:
rzemień utrzymujący na głowie jej ciężar,
przeobraził się w pociąg kolejowy, jej łódź
w statek parowy, jej żarna w skomplikowane
młyny. Nawet alkohole są wynalazkiem ko-
biet, bo legenda północna kobiecie przypisuje
wynalazek piwa.
Audytoryum, zwłaszcza męskie, było roz-
bawione, a panie nie mogły sobie jeszcze
zdać sprawy, czy prelegentka mówi seryo i do
jakich wniosków zdąża.
Pani Sylurska, otarłszy nos batystową
chusteczką, odkaszlnęła, uśmiechnęła się przy-
jaźnie do zapełnionej sali i mówiła:
— Widzimy, jaką była kobieta i jaką jest
jej rola w dziejach cywilizacyi, a w zamian
znosi ohydną niewolę. Kobieta, gdyby nie
macierzyństwo, byłaby ze wszelką pewnością
wyspecyalizowała wszystkie wynalezione przez
nią zawody. Zadanie to podjął, niestety, męż-
czyzna w chwilach wolnych od zabawy, pijań-
stwa, wojny, polowania i drzemki; on skorzy-
stał z wynalazków kobiety i sobie przypisuje
wyłączną zasługę twórczości i inieyatywy... Ale
dosyć nam, kobietom, tej niewoli, społeczeń-
stwo, którego kobieta jest odnowicielką, po-
winno unormować warunki jej pracy, ażeby
nie potrzebowała zadawać gwałtu instynktom
swoim, gdyż tylko wolna, silna, zdrowa ko-
bieta może odrodzić ludzkość i wyleczyć z me-
lancholii złych stosunków... To pierwsza część
mego przemówienia.
Mężczyźni klaskali, wołając ze śmiechem
brawo; skłoniło to i wiejskie delegacye do
burzliwych dowodów swego zadowolenia.
Pani Sylurska uśmiechem rozradowanym
dziękowała za oklaski i, odpocząwszy, mó-
wiła:
— Tylko kobieta umie odczuć dzieła
sztuki, bo ona ma serce współczujące, a ma-
teryahiy mężczyzna zwraca uwagę na robotę,
ocenia wartość zużytej siły fizycznej czy mo-
ralnej. Kobieta, chociażby uczucie miało po-
razić jej nadto wyczuloną duszę, wczuwa się
w dzieło sztuki. Dlatego my, kobiety, stwo-
rzymy nową sztukę. I chwila ta nadejdzie
wkrótce, skoro zgnieciemy jarzmo niewoli.
Wówczas kobieta, spokojna o prawa swoje czło-
wieka, o godność swej wolności cielesnej i du-
chowej, zabezpieczona od wyzysku, powie:
„A teraz, duchu mój, rozwiń skrzydła! idź
w krainę serdecznego piękna!"
Gdy pani Sylurska wstała, zerwała się
prawdziwa burza oklasków. Mężczyźni bili
brawo, szpetnie zadowoleni z argumentacyi
o wyższości kobiet. Paniom podobał się
ostatni ustęp o roli uczucia w sztuce i wzmian-
ka o duchu niewieścim, lecącym w krainę „ser-
decznego piękna." Delegaci wiejscy znudzeni
klaskali w twarde dłonie, ciesząc się, że nad-
szedł już czas picia piwa w nagrodę za re-
prezentacyę uczuć ludowych.
A zapal ten wzmógł się niesłychanie,
gdy pani Lecińska, przewodnicząca Koła, po-
deszła majestatycznie do pani Sylurskiej, prze-
wodniczącej Klubu, i gdy one nietylko uściskały
sobie bratnie dłonie, ale nawet ucałowały się,
nie dotykając swych twarzy.
Wandzia słyszała już poprzednio niektó-
re frazesy z tej mowy, i wydawały się jej słusz-
nymi i sprawiedliwymi, ale dzisiaj uczuła nie-
smak dla tego rodzaju dowodzeń o wyższości
i zasługach kobiet w cywilizacyi. Spojrzała
też z pewną nieśmiałością na swego sąsiada,
obawiając się zbyt surowej krytyki.
Dostrzegł ten trwożliwy wzrok i rzekł
z wyrozumiałością:
— Początki bywają trudne. Ta pani
przez zbyteczną gorliwość wpadła w krańco-
we uwielbienie każdej czynności kobiecej. Na-
gromadziła taką kopicę głupstw, że udusiła
rzetelną prawdę.
— A jaką?—spytała z widoczną ulgą, bo
obawiała się ostrzejszej krytyki.
— Że kobieta i mężczyzna wspólncmi
siłami stworzyli dzisiejszą cywilizacyę i kultu-
rę. Przeciwstawianie zasług, spór o pierw-
szeństwo—to jałowa gra słów. Dla ludzkości
wszystko jedno, czy pani, czy ja, usuniemy
przeszkodę, byle jej nie miała w swym po-
chodzie do szczęścia.
Wandzia uznawała całą słuszność tych
słów, i chciała to wyrazić, gdy na estra-
dę wstąpiła doktor Szarewiczowa w pięknej
sukni z etaminy, koloru vcrt de mer. Stanik
miał kołnierz stojący, podobnie jak pasek
i mankiety u rękawów, przybrany pasmante-
ryą i złotymi guziczkami, naszytymi na ma-
łych, jedwabnych pałeczkach, Zarzutka z bia-
łej gipiury, otoczona czarną, skarbowaną ga-
zą, naszytą wstążeczkami, zakończona długi-
mi końcami, dopełniała eleganckiej tualety.
Spojrzała śmiało na salę, podniosła w górę
głowę z piękną i skomplikowaną fryzurą buj-
nych włosów:
— Panie i panowie! — zaczęła równym,
dźwięcznym głosem.—Zaproszona przez komi-
tet, będę mówiła o potrzebie ekonomicznej
niezależności kobiet... Ruch kobiecy jest pro-
testem istoty myślącej i czującej, której dzieje
się krzywda. Jest to walka o godność ludzką,
o prawa człowieka. Mężczyźni wyzyskują nas,
to jest fakt stwierdzony, i przeciw temu trze-
ba przeciwdziałać, tworząc między sobą
związki ochronne, i przedewszystkiem musimy
zacząć reformę od siebie samych... Oto dotych-
czas naszym celem życia było „podobanie się"
mężczyznom. Dla nich ubierałyśmy się, upięk-
niałyśmy twarz, ściskały się w pasie, rozsze-
rzały ramiona dodatkami... i taka kobieta,
w sukni do pracy nieodpowiedniej, wychodzi
i szuka zarobku. Musimy więc rozpocząć
walkę przeciw gorsetom, przeciw długim spód-
nicom, przeciw barwnym tkaninom, długim
włosom, bo one są zabytkami czasów „podo-
bania się." Naszem hasłem powinno być:
„Precz z kłamstwem!" Precz z rozmyślnem
fałszowaniem form ciała kobiecego, precz z gu-
zikami, które nie zapinają, sprzączkami, klam-
rami, patkami, klapkami, kokardami, szarfami,
które nie wiążą. Fałszywa spódnica, fałszywy
982
TYGODNIK ILLUSTROWANY M> 51
obrąbek, fałszywy rękaw... pełno tych fałszów
prezentuje kobieta z naiwną minką światu,
a ukrywa najstaranniej wszelkie istotne części
ubrania, jakby wstydem było, iż tasiemki, nie
zaś moce nadziemskie trzymają spódnice, że
chustka i portmonetka wymagają kieszeni!
I mężczyźni i panie spoglądali z pewne-
go rodzaju szacunkiem na śmiałość prelegent-
ki, ubranej bardzo modnie, z przeróżnemi nie-
potrzebnemi dodatkami, z kunsztowną fryzurą,
trzymającą chusteczkę w ręku.
— Kobiety muszą zająć się pracą do-
chodową, a w pierwszym rzędzie są do tego
powołane nasze siostry z pod strzechy wieś-
niaczej. Za granicą chłop z trzech morgów
utrzymuje siebie, rodzinę, kształci dzieci i skła-
da kapitały.
— To ci majster!—zawołał jeden z wiej-
skich delegatów, ku rozweseleniu sali.
— Ale tam kobiety pracują. Robią śmie-
tankowe masło, wyborne sery, uprawiają ja-
rzyny, hodują kwiaty, a w ten sposób przy-
sparzają majątku dla siebie i kraju.
— Słyszysz, babo? — rzekł dość głośno
delegat do dalej stojącej żony, co wywołało
śmiech ogólny.
— Więc my, tu zebrane kobiety, powin-
nyśmy zawiązać towarzystwo, któreby zachę-
ciło nasze siostry-wieśniaczki do produkcyjnej
pracy, przez hodowlę drobiu, uprawę warzyw,
pieczarek, trufli, przez pielęgnowanie sadu,
sprzedaż nabiału. Jeżeli włościanka potrafi
wprowadzić gospodarstwo na nowe tory, przy-
niesie to korzyść nietylko jej blizkim, ale
całemu krajowi.
Doktor Szarewiczowa, obdarzona oklaska-
mi, cofnęła się, a pani Lecińska, wystąpiwszy
na brzeg estrady rzekła:
— Może która z delegatek zechce głos
zabrać? (DN)
Co to jest mobilizacya?
U nas jest to obecnie wybitna aktualność
chwili, prowadząca za sobą rozliczne
troski, chociaż występuje tylko w rozmiarach
częściowych. Skoro zaś myśli i rozmowy na-
sze, siłą faktu, tak często obracają się około
tego przedmiotu, może będzie rzeczą „na cza-
sie" przypomnieć sobie, jak ten dział umiejęt-
ności wojennych przedstawia się w swej isto-
cie zasadniczo i teoretycznie. Za podstawę
służą nam materyały, skoncentrowane ze źró-
deł fachowych w głośnem dziele Jana Blocha
p. t.: „Przyszła wojna."
Tłem, na którem najdobitniej występuje
nadzwyczajna zawiłość czynności mobilizacyj-
nych, jest liczebność armii współczesnych.
Niestety, ścisłych cyfr, określających tę stronę
sprawy, nie posiada wogóle nikt, nie wyłącza-
jąc prawdopodobnie sztabów i ministeryów
wojny.
Wielkość armii, zwłaszcza na stopie wo-
jennej, oblicza Bloch — również tylko teore-
tycznie—z większem zresztą zapewne przybli-
żeniem do prawdy, niż ktokolwiek inny.
Bloch cytuje więc cały szereg zaczerpniętych
z wydawnictw fachowych obliczeń, których
poszczególne pozycye nieraz różnią się mię-
dzy sobą poważnie, pozwalają jednakże dojść
do pewnych wniosków,
ZABAWA DZIEWCZĄT JAPOŃSKICH
Ze zbiorów L. Mćyeta
Najpewniejszemu wydają się dane o eta-
tach na stopie pokojowej, czyli stałych kontyn-
gensach wojsk, utrzymywanych przez państwa
europejskie.
W tej mierze na pierwszem miejscu stoi
Rosya, którą olbrzymie terytoryum, stosunko-
wo słabe środki komunikacyjne, nierówno-
mierność zaludnienia i t. p. okoliczności, utrud-
niające i przewlekające mobilizacyę, zmuszają
w czasach normalnych do skupienia niezwykle
wielkich mas zbrojnych na zachodniej grani-
cy. Wynika stąd nadzwyczajne powiększenie
ogólnej liczby żołnierzy, stojących pod bronią
w czasie pokoju, liczby prawdopodobnie nie
niższej od 800 tysięcy, chociaż niektórzy po-
dają ją nawet na 900 kilkadziesiąt.
Po Rosyi następuje Francya i Niemcy,
których armie w czasie pokoju wynoszą każda
przeszło po 500 tysięcy, przyczem elat fran-
cuski jest nieco wyższy od niemieckiego. Od-
powiednie pozycye dla Austryi i Włoch po-
dają: pierwsza—300 kilkadziesiąt tysięcy, dru-
ga - 200 kilkadziesiąt.
W razie wojny, według dnnuaire. mili-
taire z r. 1893, Rosya wystawić może ludzi
wyćwiczonych wojskowo, licząc okrągło, do
4 milionów, Francya—3, Niemcy—2 miliony
i 800 tysięcy, Austrya—1 milion 300 tysięcy,
Włochy — 920 tysięcy! Sądząc z wysokości
tych danych, wnosić należy, że w Rosyi poli-
czono tutaj i część pospolitego ruszenia wy-
ćwiczoną wojskowo, gdyż zdaniem innych
źródeł poważnych, „zapas," czyli właściwa re-
zerwa armii, złożona z ludzi najwyżej 39-let-
nich, którzy służyli regularnie w wojsku, wy-
nosi „tylko" około 2 milionów. Wogóle jed-
nak wykaz powyższy nie obejmuje wojsk te-
rytoryahiych, przeznaczonych wyłącznie do
akcyi obronnej, co nie przeszkadza, że i bez
nich daje sumę „pokaźną"—12 milionów.
Cyfry te są, ma się rozumieć, wszystkie
ściśle teoretyczne, zwłaszcza u szczytów, nie
wiadomo bowiem, jaką liczbę obywateli pań-
stwa byłyby zdolne powołać w istocie do
szeregu po dłuższym okresie walki, wobec
straszliwego wyczerpania finansowego i dezor-
ganizacyi społecznej. Z tego względu pozor-
na przewaga sił dwuprzymierza nad przymie-
rzem potrójnem jest problematyczna i mogła-
by chyba wystąpić na jaw jedynie przy akcyi
obronnej Rosyi.
Na tej to wątpliwości, a więc na praw-
dopodobieństwie równania politycznego 5 mi-
lionów = 7 mil. wspiera się gmach, w któ-
rym żyjemy, gmach pokoju europejskiego,
pokoju „zbrojnego."
Przytoczona garść szczegółów dostatecz-
nie przypomina charakter tła liczbowego, na
którem zarysowuje się proces mobilizacyjny,
i nie wiem, czy właściwie potrzeba uzupełniać
ją wzmianką, z konieczności ogólnikową wo-
bec braku danych odpowiednich—o tysiącach
dział, milionach karabinów, miliardach pocisków,
kolosalnych ilościach odzieży, uprzęży, wozów,
żywności, które spoczywają w olbrzymich skła-
dach, oczekując w nieustannem pogotowiu na
hasło mobilizacyjne.
Czemże jest ów wir tytaniczny, który po-
twornem koliskiem ogarnąć ma świat, zamie-
szać, wzburzyć do najdalszych głębin i w dni
kilkanaście wyłonić z siebie i potoczyć naprze-
ciw bezmierne cielska, pokryte stalową szcze-
ciną? Czem jest mobilizacya?
Jest funkcyą niezmiernej wagi w ogól-
nym mechanizmie wojny. Jest funkcyą przy-
gotowawczą, której zadaniem jest, „postawić na
nogi" milionową armię i pchnąć ją w pochód
ku granicy. Ona to określa faktycznie pod-
stawę operacyjną i linie operacyjne całej kam-
panii. Może być wykonana tak, że zapewni
zwycięstwo bez walki i naodwrót, jak mówi
Moltke, wykonana błędnie może byc nie do
powetowania w ciągu całej kampanii. Ona to
ma na celu wprowadzenie w życie zasady,
żeby przewaga liczebna nad przeciwnikiem
nietylko istniała wogóle, lecz miała możność
wystąpić na każdeni miejscu i zu każdym
czasie.
Mobilizacya więc jes fun’'rvą zależ-
ną od: 1) własności ger graficznych teryto-
TYGODNIK ILLUSTROWANY No 51
983
OGÓLNY WIDOK WŁADYWOSTOKU Ze zbiorów G. Olechowskiego.
ULICA WE WŁADYWOSTOKU.
ryum, 2) gęstości zaludnienia wogóle i roz-
mieszczenia terytoryahiego ludności, 3) od
konjunktury politycznej, wskazującej wroga,
4) od sił przeciwnika i przypuszczalnych jego
planów, 5) od okoliczności natury ekonomicz-
nej. Mobilizacya wymaga zatem ułożenia
szczegółowego planu, wyznaczającego po-
pierwsze: punkty zborne, w których stawiać
się mają rezerwiści, co stoi w bezpośrednim
związku z 1-ym i 2-im z powyżej wymienio-
nych warunków, oraz z rozkładem, ilością
i jakością środków komunikacyjnych, będą-
cych do rozporządzenia; podrugie: punkty,
w których podczas pokoju nagromadzone być
muszą w dostatecznej ilości wszelkiego ro-
dzaju zapasy, służące do wyekwipowania i po-
stawienia na stopie bojowej zmobilizowanych
mas i, rozmieszczenie tych punktów zależy od
warunków geograficznych, politycznych i stra-
tegicznych, gdyż w nich musi być przedsię-
wzięta koncentracya wojsk ku niedalekiej za-
zwyczaj granicy. Niedość na tom, plan mo-
bilizacyjny obejmować musi także i przede-
wszystkiem jak najdokładniejsze, jak najbar-
dziej drobiazgowe obliczenie czasu, w ciągu
którego każdy poszczególny oddział w wy-
znaczonem sobie miejscu jest zdolny stanąć
na stopie bojowej. Głównodowodzący musi
wiedzieć, gdzie, w jakim dniu, jaki rodzaj
wojsk i w jakiej liczbie przyłącza się do armii,
gdyż wtedy tylko wydać może rozporządzenie,
aby każdy oddział znalazł w danej miejsco-
wości wszystko, co mu jest potrzebne. Wszyst-
kie czynności mobilizacyjne muszą być wyko-
nane z możliwie największym pośpiechem.
W roku 1870, jak mówi jeden z cytowanych
przez Blocha autorów, wojsku niemieckiemu
oznajmiono mobilizacyę w nocy z 15-go na
16-ty lipca, 4-go sierpnia zaś już armia prze-
kroczyła granicę francuską i odniosła pierwsze
zwycięstwo. Dziś ma się odbywać wszystko
jeszcze prędzej.
Na to wszakże potrzeba nietylko staran-
nej, systematycznej pracy podczas pokoju, lecz
również ostatecznego, bajecznego wytężenia
energii w chwili wykonania, trzeba działalno-
ści prawidłowej, niemniej atoli gorączkowej,
Wyczerpującej siły wykonawców. Ten gorącz-
kowy nastrój udziela się całej ludności. Mobi-
lizacya wstrząsa wszystkimi stosunkami pry-
watnymi i wywołuje silne wzburzenie w całym
narodzie. Stanowi ona rodzaj próby dla całe-
go organizmu państwowego i ducha lud-
ności.
Dalej tenże autor tak charakteryzu-
je czynności mobilizacyjne: „Żaden oddział nie
jest zdolny wyruszyć natychmiast na nie-
przyjaciela z miejscowości, gdzie był na kwa-
terze. Przedewszystkiem musi oczekiwać na
swych urlopowanych i zapasowych. Tym spo-
sobem nagle się powołuje do szeregów setki
tysięcy, a nawet milion ludzi w jednym kraju,
których dostawić trzeba szybko, to też w tym
ruchu wszystko oznaczone być musi naprzód,
aby uniknąć zamieszania. Uzupełnianie puł-
ków liniowych odbywa się prosto, lecz głów-
ne trudności nastręcza ta okoliczność, że pod-
czas mobilizacyi powstają w jednej chwili no-
we części wojsk, nowe organy administracyj-
ne. Oddziały rezerwowe, zapasowe, pospolite
ruszenie, tymczasowa administracya wojskowo-
miejscowa, inspekeya zapasowa, wszystko to
wyrasta nagle od chwili ogłoszenia mobiliza-
cyi. Tabory i pułki kompletują się, a w czę-
ści tworzą nanowo. Wojsko otrzymuje odzie-
nie i amunicyę, do każdego oddziału dostar-
cza się dostatecznej ilości koni, tworzą się róż-
ne składy i komisye, przygotowują zapasy
i ich dowóz. Znajdujące się w okręgu dzia-
łania twierdze fortyfikują się, dodatkowo otrzy-
mują powiększoną załogę, zaopatrują się
w środki różnego rodzaju i odpowiednie or-
gany. Powstaje wydział kancelaryjny w ar-
mii, gdy tymczasem w całym kraju powołani
powierzają swoje interesa innym osobom lub
je likwidują; z miejscowości zagrożonych wy-
wozi się archiwa i registratura różnego rodza-
ju. Koleje żelazne muszą z możliwą szybko-
ścią przewieźć wojsko, konie, działa i mate-
ryaty-
Belgijski generał Brialmont twierdzi, że
w razie wojny z Francyą, korpusy niemieckie
zmobilizowane będą w ciągu dni pięciu,
szóstego zaś dnia rozpocznie się koncentracya
tych wojsk ku granicy francuskiej; jeżeli Niem-
cy zdecydowałyby się wystąpić zaczepnie z si-
łą 630 tysięcy ludzi, będzie to dla nich moż-
liwe po dniach 14 od chwili rozpoczęcia mo-
bilizacyi, jeżeli zaś, co jest prawdopodobne,
zechcą zgromadzić w Alzacyi i Lotaryngii siły
większe, wówczas termin przedłuży się jesz-
cze o kilka dni. W stosunku więc do roku
1870 jest to znaczny postęp.
Wynalazcą nowożytnego systemu militar-
nego, a zatem i mobilizacyi, są Prusy; począt-
kowo też utrzymywały one organizacyę tę
w ścisłej tajemnicy; dziś jednak, gdy sekret
został odkryty i zastosowany przez wszystkie
państwa, liczba tylko i skład poszczególnych od-
działów po mobilizacyi, oraz ich rozmieszcze-
nie i przeznaczenie pozostają tajemnicą każ-
dego rządu. Natomiast zwrócono uwagę, że
wobec niesłychanej zawiłości procesu uru-
chomienia armii, pożądanem jest, ażeby wszy-
scy, biorący w nim udział, obeznani byli z jej
przebiegiem. Klasycznym wyrazem tej dążno-
ści są ogłoszone w roku 1889 we Włoszech
przepisy, zawierające dokładne i drobiazgowe
wskazówki co do każdej części armii, a prze-
znaczone dla wszystkich jej członków, od ge-
nerała począwszy, a na żołnierzu-rezerwiście
kończąc. ESTES.
O przemyśle krajowym
w Mandźuryi.
DROGA DO WŁADYWOSTOKU.
Koresp. własna Tyg. illustr. z Charbina.
le myliłby się, ktoby myślał, że Mandżurya
nie posiada innych przemysłów oprócz rol-
nego. Tak nie jest. Egzystuje tu i przemysł fa-
bryczny, nie na taką, naturalnie, stopę postawiony,
jak w kapitalistycznej Europie, lecz bądź co bądź
warto go poznać. Przez wyraz „przemysł" nie
trzeba rozumieć europejskiego, korzystającego
z usługi machin, których tutaj nie mają. Do pro-
dukcyi towarów Chińczyk używa przeważnie siły
rąk ludzkich, często siły wołu lub muła,—no i na-
rzędzi mało skomplikowanych. Przemysł ich przy-
tem ma przeważnie charakter domowy, warsztato-
wy. Tak np. młynów Chińczycy nie posiadają.
Każdy gospodarz rolny miele mąkę u siebie w po-
dwórzu na kamieniach. To też w każdej wsi np.
każdy zamożniejszy wieśniak ma „fabryki" maka-
ronu lub oleju. Już zasługującym na nazwę „fab-
ryczny"—jest przemysł farbierski. Ameryka i Anglia
dostarczają tu materyałów białych na ubrania, które
Chińczycy .sami farbują na swój ulubiony niebie-
ski wyłącznie kolor. Niebieską farbę otrzymują
oni z rośliny „tan-dian," obficie w Chinach uprawia-
984
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 51
nej. Farbowanie odbywa się przez zwykłe zanu-
rzanie kawałków materyi w wielkie naczynia z go-
rącą wodą, rozczynioną farbą tan-dian i następnie
poddawanie materyi działaniu pary. Gdy materya
nabiera już błękitnego koloru, prasują ją w prasach,
suszą na słońcu i sprzedają. Dużym stosunkowo
jest także przemysł papierniczy.
Chodzi tu głównie o papier... szybowy, gdyż
Chińczycy nie używają szkła w oknach, lecz prze-
tłuszczonego papieru. Papier to gruby i bardzo
mocny. Garbarstwo też prowadzi się na sposób
domowy Czysto już chińskim przemysłem jest
wyrób świec do świątyń z trocin zgniłych drzew,
szczególnie korzeni. W każdej wsi znaleźć moż-
na „fabryki" wojłoków, wyrabianych z szerści do-
mowych zwierząt. Ale jest jeden rodzaj przemy-
słu, który gra ogromną rolę w życiu społecznem
Mandżuryi, nie przez swój przedmiot, nie przez
sumy obrotu, lub liczbę rąk zajętych, lecz przez
wpływ ekonomiczno-społeczny, a nawet polityczny,
jaki wywiera każda z tych właśnie fabryk na swą
okolicę.
Mówię tu o gorzelniach. Chińczycy są naro-
dem najmniej pijącym, ale jednakże Chińczycy piją.
I choć procentowo, w stosunku do olbrzymiej ilo-
ści narodu, liczba gorzelni jest śmiesznie mała,
jednak ogólna ich liczba jest bardzo znaczna, co
jeszcze łatwiej zrozumieć, gdy się pomyśli, że wy-
twórczość każdej z tych gorzelni jest niewielka.
Otóż gorzelnie takie wyrabiają wódkę, przez Euro-
pejczyków zwaną chauszynem, po chińsku zaś
szao-dziu; przedstawia się ona jako żółtawy płyn,
mocno przypominający siwuchę. Pije się chauszyn
zawsze gorący, a przynajmniej ciepły, do czego
ma się tu specyalne imbryczki, a do picia filiżanki.
Gorzelnia chińska zewnętrznie przypomina ja-
kąś naszą forteczkę kresową z czasów napadów
hajdamackich. Otoczona wałem i rowem, po ro-
gach ma baszty i strzelnice. Brama, na noc za-
ryglowana na Bóg wie ile spustów, strzeżona jest
przez psy półdzikie, rzucające się, jak wściekłe,
na każdego przybysza, szczególnie białego. Stró-
że czuwają dzień i noc. Gorzelnie służą za miej-
sce obronne dla całej wsi na wypadek zbrojnego
napadu chunchuzów, co się tu powtarza zbyt czę-
sto. To pierwszy już przywilej i punkt wyjścia
wpływu chińskiej gorzelni na otoczenie. Ale są
jeszcze ważniejsze wpływy ekonomiczne. Oto przy
każdej gorzelni jest sklepik uniwersalny, gdzie
wszyscy mało wymagający i mało potrzebujący
zaopatrują się we wszelkie życiowe potrzeby. To
drugi plus wpływów gorzelni. Ale to jeszcze
nie wszystko. Na „fabryce" znajduje się i lom-
bard, który wydaje pożyczki na wszystko, omal
że nie na stare pantofle, co niezmiernie zwiększa
obroty zarówno sklepiku, jak i samej gorzelni.
To trzeci łańcuszek, na którym gorzelnia
trzyma okolicę. Jeżeli do tego dodamy, że każda
gorzelnia posiada aptekę, doktora, że jest bankiem,
wydającym zaliczki na zboże i nieraz wypusz-
czającym nawet własne obligacye, mające kurs
naturalnie tylko w obrębie swej wsi—to zrozumie-
my, jaką powagą cieszą się w kraju gorzelnie.
Jak wogóle w Chinach, przy niezmiernej
solidarności ludzi i ogromnym wzajemnym kre-
dycie, zwyczaj spółek handlowych przybrał ogromne
rozmiary i znalazł bardzo szerokie zastosowanie,—
tak w szczególności w gorzelniach zwyczaj ten
stał się prawem. Gorzelnia dla tutejszego miesz-
kańca jest poważną instytucyą, by mogła znajdo-
wać się w rękach jednego tylko właściciela. Jest
ich zwykle kilku, często kilkunastu, jak w naszych
towarzystwach akcyjnych. Robotników z kantorzy-
stami licży zwykle przeciętna gorzelnia 200—300
ludzi. Płaca robotnika rozpaczliwa 4—5 rub. mie-
sięcznie, ale i to wystarcza Chińczykowi, by ro-
bić oszczędności i po kilkunastu latach pracy dojść
choćby do jednej „akcyi" w gorzelni, lu*p otwo-
rzywszy jakiś sklepik, stać się maj-maj-żenem, t. j.
kupcem.
Według zdania tych, którzy już zdążyli za-
jąć się zbadaniem Mandżuryi pod względem bo-
gactw mineralnych, kraj ten posiada pod tym wzglę-
dem zapasy dość poważne: węgiel, żelazo, nafta,
złoto, marmury - to chyba dosyć, by przyszłość
kraju była zapewniona. Pomiędzy Mu-dan-zian-
em i Chaj-linem widziałem sam biały marmur na
bardzo znacznej przestrzeni.
O tyle tylko takie miasta, jak Charbin, będą
mogły egzystować i wznosić się o ile napłyną
do Mandżuryi kapitały europejskie i amerykańskie
i przy pomocy taniego chińskiego robotnika zaczną
wyzyskiwać kopalniane dary natury.
*
* *
Choć kolej Wschodnio-Chińska jest już niby
ukończona, tu i owdzie jednak spotyka się grupy,
Chińczyków robotników, kończących jeszcze różne
szczegóły nasypów, pod eskoitą żołmerzy, stano-
wiących obronę przed ciągłymi napadami miejsco-
wych chun-chu-ce. Cała ta olbrzymia linia kole-
jowa zbudowana jest przez robotników Chińczy-
ków tak dalece, że na 100,000 Chińczyków wypad
ło zaledwie 5,000 Rosyan.
Ktoby nie znał geografii Mandżuryi, mógłby
pomyśleć, jadąc koleją, że kraj ten jest zupełnie
pozbawiony miast czy wogóle jakichkolwiek cen-
tralnych punktów ludzkich ognisk. Zatrzymujemy
się wprawdzie na licznych stacyach, ale są to albo
wioski chińskie, albo koszary ochronnego kolejo-
wego wojska pogranicznego.
A miast ani widać.
Tymczasem tak bynajmniej nie jest. Prze-
jeżdżamy koło całego szeregu znacznych i ożywio-
nych punktów handlowych: Chaj-lar, Ci-ci-kar,
Chu-łań-czeń, Nin-gu-ta. Z nieznanych mi jed-
nakże powodów linia kolejowa pozostawiła te mia-
sta o kilkanaście kilometrów z boku. Z innych
miast Mandżuryi najważniejszemi są: Mukden, ma-
jący około 200 tysięcy mieszkańców, centrum han-
dlu zbożem i skórami, otoczony murem, sięgającym
XVII stulecia; Gi-rin, na rzece Sun-ga-ri, także
z murem chińskim, fortecą, arsenałem, fabrykami
prochu, nie mniejszy od Mukdenu, a prowadzący
znaczny handel tytuniem i węglem kamiennym;
wreszcie Ku-en-czen-dze 1 A-że-che, miasta mniej-
sze od poprzednich, ale bardzo ruchliwe i han-
dlowe.
Administracyjnie Mandżurya dzieli się na
3 prowincye, na których czele stoją ciań-ciuniowie:
Chej-łuń-cian z głównem miastem Ci-ci-kar, Gi-rin
ze stolicą tegoż nazwiska—i Szeń-ciń z Mukdenem.
Prowincye dzielą się na „fu"—coś w rodzaju gu-
bernii, te znów na „czou“- powiaty, a te ostatnie
na „sia-ni“ — czyli gminy. Wszyscy naczelnicy
okręgów, daotaje i ciańciunie mają jednocześnie
z administracyjną i władzę sędziów,—co ich czyni
panami życia i śmierci swych poddanych. Kara
śmierci jest tu bardzo pospolita karą i w większych
miastach niema dnia bez takiej ofiary,—a już przed
Nowym Rokiem, gdy wszystko przyprowadza się
do „porządku", a więc i więzienie „oczyszcza się"
lecą chińskie głowy dziesiątkami dziennie. Chiń-
czyk ma dwa wyjścia, by uniknąć dekapitacyi:
albo przyjąć chrześcijaństwo, co go oddaje pod
opiekę misyonarzy — ergo Europy, lub... zostać
chunchuzem.
Chunchuzami nazywają tu bandy opryszków,
którzy, doskonale uzbrojeni, pod wodzą doświad-
czonych zbójów, terrorem władz wyrobili sobie
tak poważne stanowisko, że usłyszawszy wyraz
„chunchuz," mieszkaniec Mandżuryi, czy to Chiń-
czyk, czy „biały", truchleje, wyjmuje z kieszeni
wszystkie pieniądze i błaga o darowanie mu życia.
Śmiałość ich doszła do tego, że napadają oni na
urzędy (chińskie). Strach przed chunchuzami jest
jednym z rzadkich punktów łączenia się solidar-
nego Chińczyków z „jan-guj-za’mi,“ t. j. zamor-
skimi dyabłami, jak nas synowie nieba nazywają.
Pomiędzy stacyami Chań-dao-che-za i Sia-suj-fun
przejeżdżamy kilka sporych tunelów, poczem do-
jeżdżamy do granicy chinsko-rosyjskiej, gdzie
w „pograniczu" rewiduje nas dość łaskawie urzęd-
nik celny. W Grodekowie opuszczamy pociąg
chiński i siadamy do wagonów usuryjskich, które
nas dowiozą w niespełna 8 godzin do Władywo
stoku.
GUSTAW OLECHOWSKI
Starodawne
pieczęcie polskie.
XV.
WITOSŁAW DZIEKAN KATEDRALNY
POZNAŃSKI. 1218-1243.
W archiwum rządowem we Wrocławiu wisi
u dokumentu z r. 1238 pieczęć Witosława,
dziekana katedralnego poznańskiego. Jest zaś ten
Witosław dziekanem katedralnym poznańskim już
w roku 1218, a jeszcze i w roku 1243.
Nic zresztą szczególnego o tym Witosławie
nie jest nam Wiadome, ale pieczęć jego ma w tern
WITOSŁAW, DZIEKAN KATEDRALNY POZNAŃSKI-
niezwykłą wagę, iż wykazuje nam, jak odprawiano
mszę św. w dobie Piastowskiej, mianowicie, ig
mensa ołtarza nie była tak, jak dzisiaj, przysunięta
do ściany, lecz stała dokoła wolno, kapłan zaś
odprawiał przy niej mszę św. obrócony twarzą do
wiernych, co było o wiele właściwsze, niż dziś,
gdy kapłan tyłem do wiernych jest odwrócony.
F. P.
985
SAl A N1EPOKA1 ANEGO POCZI CIA W WATYKANIE Z BIURKIEM KOSZTOWNEM, PRZENIESIONEM OBECNIE NA WYSTAWĘ MARYAŃSKĄ DO LATERANU,
A ZAWIERAJĄCEM TŁOMACZENIA BULLI „INEFFABILIS," NA WSZYSTKIE JĘZYKI- (Ob. art. na str. 989).
Z tygodnia na tydzień.
Michał Michalski.
Dr Godzimir Małachowski, prezydent miasta
Lwowa, syt już się zdawał oddawna rządów
„stolicą." Tedy pewnego listopadowego wie-
czoru, bez rzymskiego cale gestu, ale austryackim
MICHAŁ MICHALSKI.
porządkiem, podał się dr Małachowski „o urlop aż
do końca bieżącej kadencyi," gdyż został wybrany
przez Izbę handlowo-przemysłową do Rady Pań-
stwa. W kilka zaś dni później pierwszy wicepre-
zydent miasta, p. Michał Michalski, obwieścił, iż
obejmuje zastępczo „kierownictwo magistratu i urzę-
dów miejskich."
Zastępczość ta potrwa do kwietnia lub maja
roku przyszłego, w którym to miesiącu rozegra się
walka o „łaniec" prezydenta miasta.
Michał Michalski, długoletni rajca, prawa
ręka d-ra Małachowskiego, człowiek obrotny, ruch-
liwy, pracowity, jak ongi mawiano: z głową na
karku, miły senatorom i trybunom ludu, a nawet
wrzącemu plebsowi- jest podobno upatrzonym dra
Godzimira następcą. Bywają wprawdzie na forum
niespodzianki, komilitonowie jednak p. Michalskie-
go umieją je uprzedzać. Mają po temu szkołę...
lwowską, przewyższającą poniekąd rzymską! tc.
Sędzia Lutostański.
Świat nasz prawniczy poniósł dotkliwą stratę.
Z najwyższego sądu w Królestwie z Izby Sądo-
wej—ustąpił p. Seweryn Lutostański.
Po ukończeniu studyów uniwersyteckich w
roku 1860, młody prawnik poświęcił się głównie
kryminalistyce i zajmował kolejno posady asesora
przy sądzie poprawczym, podprokuratora przy tymże
sądzie, podprokuratora przy sądach kryminalnym
i apelacyjnym, a nakoniec podpisarza przy by-
łym dziesiątym departamencie Rządzącego Senatu.
W sferze kolegów znany był p. Lutostański jako
inkwirent i oskarżyciel niezłomnych zasad, surowy
dla innych, ale też nieubłagany i dla siebie.
SEWERYN LUTOSTAŃSKI
986
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 51
Przy zaprowadzeniu reformy w roku 1876
p. Lutostański mianowany został członkiem sądu
okręgowego w Radomiu, a po upływie lat ośmiu
otrzymał awans na członka Izby Sądowej. Tutaj
urzędował on z początku w wydziale kryminalnym,
a następnie przeszedł do Iii-go departamentu cy-
wilnego, gdzie pozostawał do chwili, gdy zmożo-
ny pracą, chcąc zdrowie nadwątlone ratować, zmu-
szony był podać się do dymisyi.
Cywiliści nasi czynili nieraz zarzuty sędzie-
mu Lutostańskiemu, że w każdej sprawie cywilnej
prowadzi—śledztwo. Trudno zaprzeczyć, że for-
malnie zarzut ten jest słuszny. Pod względem
życiowym jednak jest on najwyższą pochwałą.
Dla sędziego Lutostańskiego nie istniała maksy-
ma: qtiod non est in actis, non est in mundo,
w każdej sprawie starał się dotrzeć do jej szpiku
i wymierzyć sprawiedliwość nietylko na zasadzie
papierowych, częstokroć zwodniczych danych, lecz
w myśl tego istotnego stosunku, jaki wiązał strony.
Najtrudniejsze, najzawilsze kwestye powie-
rzane mu były do referatu.
Prawnicy całego kraju, chcąc uczcić człowie-
ka nieskazitelnego charakteru i olbrzymiej pracy,
wręczyli mu w tych dniach wspaniały album z fo-
togramami wszystkich, którzy żałować nie przesta-
jj, że opuścił placówkę tak wcześnie.
Hen. Ced.
EPILOGI.
„Dwie dusze."
Pod takim tytułem wydał niedawno w Gali-
cyi niewielką, ale ciekawą książkę znany poseł lu-
dowy, Jakób Bojko.
Dwie dusze— to dusza pańszczyźniana i du-
sza obywatelska—mówi on. Pierwsza w nas po-
kutuje, druga dojrzewa dopiero, tłumiona przez
pierwszą.
Obie te dusze emulują się nieustannie,
i kiedy jedna objawia się za pośrednictwem po-
czucia godności osobistej i świadomości praw oby-
watelskich, druga — płaszczy się w służalstwie
i wiesza u klamki pańskiej.
KORONA BRYLANTOWA Z DWUNASTU GWIAZD, którą Pius X-ty
ukoronował obraz N. M. Panny w d. 8 grudnia w Bazylice Ś-go Piotra.
POMNIK Ks ARCYBISKUPA ISSAKOWICZA
na cmentarzu we Lwowie. (Art. na str. 988).
Takie jest mniej więcej tło, na którem osnuł
swoje uwagi Bojko. Uwagi te dotyczą ludu gali-
cyjskiego. Ale, czytając książkę, mimowoli zwra-
camy oczy na całe nasze społeczeństwo i rozsze-
rzamy wnioski autora na wszystkie dziedziny na-
szego życia zbiorowego, bo wszędzie dostrzega-
my... dwie dusze.
Tak. Rozejrzyjmy się tylko bacznie. Jeste-
śmy społeczeństwem, którego ogromna większość
hołduje ideom demokratycznym, a mimo to nasz
demokratyzm wygląda w życiu jakoś dziwnie. Je-
steśmy narodem, który oddawna już przyswoił so-
bie hasła, głoszone przez apostołów XVIII i XIX
wieku.
Wiemy, że o wartości człowieka nie sta-
nowi ani jego urodzenie, ani majątek, ale praca
i nauka, cnota i sumienne dźwiganie wyznaczo-
nych mu obowiązków. Nie wątpimy, że ludzie są
równi sobie i że mają je-
dnakowe prawa.
Wszystko to są dla
nas kanony, i nikomu nie
przyjdzie do głowy oba-
lać ich i zastępować in-
nymi.
A przecież w ży-
ciu tak często sprzenie-
wierzamy się własnym
zasadom. Dlaczego?
Bo mamy także
dwie dusze. Jedna z nich
jest duszą człowieka
współczesnego, którego
umysł przyswoił sobie
ostatnie zdobycze socyo-
logii i filozofii społecz-
nej; druga obraca się w
ciasnem kole przeżyt-
ków, przesądów i drob-
nych ambicyi, odziedzi-
czonych po naszych szla-
checkich przodkach.
Duch Nardzewskich, tak
świetnie odmalowany w
Popiołach, pokutuje w
nas, wikłając się z na-
leciałościami nowożytnej
znikczemniałości i płytkiego, burżuazyjnego poj-
mowania życia.
Stąd te kontrasty, które tak często występu-
ją na jaw i nadają nam nieprzyjemne cechy py-
szałkowatości z jednej, a służalstwa z drugiej strony.
Iluż bo jest u nas ludzi, którzy wobec niż-
szych i słabszych nie umieją zdobyć się nawet na
przyzwoitą uprzejmość, którzy podwładnych trak-
tują z góry i szorstko, nie szanując w nich ani
godności, ani praw ludzkich, którzy, czując swą
domniemaną wyższość, potrafią sponiewierać bliź-
niego, jeśli nie słowami, to dając mu wyraźnie do
zrozumienia, że zniżają się do niego, że wyświad-
czają mu łaskę, przypuszczając go do rozmowy
7. sobą! Ileż jest bufonady, czczej próżności, na-
iwnej chęci zaimponowania innym, strojenia się
w pawie i papuzie pióra w tych nawet sferach,
które uważają się za demokratyczne! A obok tego
ileż to razy można zauważyć, jak taki pan, który
niższemu od siebie w hierarchii społecznej poda-
je przysłowiowe „dwa palce," zamiast ręki do uści-
sku, zgina się w kabłąk przed kimś, kto jest jesz-
cze potężniejszy i możniejszy od niego, kto ma
albo większy majątek, albo tytuł dźwięczny i na-
zwisko historyczne?
O, jak wówczas surowe i nadęte twarze top-
nieją w łagodnym i miłym uśmiechu! Jak dokoła
„wybranego" tłoczą się ci, którym najwidoczniej
zależy na tem, aby widziano, że rozmawiali z księ-
ciem X., z hrabią Z., z milionerem Y.l
Słabostki ludzkie?
Nie. To te same dzuie dusze, o którycli mó-
wi Bojko. Jedna jest dla małych i słabych, dru-
ga dla silnych i postawionych wysoko.
A dusza trzecia, nowa, prawdziwie demokra-
tyczna przygląda się temu wszystkiemu z za ko-
tary teoryjek, które umiemy na pamięć, ale które
nie weszły jeszcze w kość i w krew społeczeń-
stwa. Stopniowo, powoli uchyla ona jednak zasło-
ny i ukazuje swoje młode i piękne oblicze, z któ-
rego bije szczerość i prawda.
Czekajmy, aż się objawi całkowicie. Z. D.
Sztuki plastyczne.
* Salon polski. Taką nazwę możnaby przyjąć
z całą słusznością dla wystaw dorocznych, które dzięki
inicyatywie i zabiegom pewnej grupy artystów plasty-
ków mają być urządzane w Towarzystwie Zachęty Sztuk
Pięknych w określonym raz na zawsze terminie. Właś-
nie ukończono organizowanie pierwszej takiej wystawy,
i Pałac Sztuki w sobotę d. 10 b. m. uchylił swych po-
dwojów dla ściślejszego grona osób zaproszonych, nazajutrz
zaś, w niedzielę, otwarto je naścieżaj dla szerokiej pu-
bliczności. Wyraziwszy tu mimochodem coś jakby zdzi-
wienie, że Towarzystwo Artystyczne, jako ciało zbiorowe,
zespolone, bądź co bądź, ideą służby dla dobra sztuki
rodzimej, pozwoliło ubiedz się w inicyatywie tego rodzaju
przedsięwzięcia kilku jednostkom- zaczynam przegląd
jego plonów, które istotnie przedstawiają się bardzo
interesująco. Zgromadzono tu 234 dzieła malarskie, 37
rzeźb i kilkanaście kartonów z działu architektury. Ogól-
ny poziom utworów wystawionych jest dość stosunkowo
wysoki i, że tak powiem: względnie równy. Nic tu nie
wyróżnia się wyjątkową potęgą natchnienia, ale też z dru-
giej strony nic nie razi zbytnicm niedociągnięciem arty-
stycznem. Przytem całość sprawia wrażenie pewnej świe-
żości, czegoś nowego, nieznanego, pełnego niespodzia-
nek. Rzeczywiście, rozejrzawszy się bliżej w katalogu,
spotykamy mnóstwo nazwisk, jeżeli nie zupełnie nowych,
to przynajmniej znanych zaledwie z drobnych, nieśmia-
łych debiutów, które dotychczas nie mogły dać miary
talentu i siły twórczej. Obecnie młodzi ci, wchodzący
w świat artyści wystąpili z pracami poważniejszerm,
z których sądząc, z radością stwierdzić można, że świeże,
ożywcze soki przenikają organizm sztuki naszej i zapo-
wiadają jej dzielny rozwój. Nieobecność na wystawie
utworów wielu najsłynniejszych naszych mistrzów pendzla
i dłóta, od których mamy prawo wymagać zawsze
dzieł niepospolitych, ogromnych, jest poniekąd okolicz-
nością sprzyjającą wybiciu się na wierzch talentów P0'
czynających, które jednak mają w sobie zadatki świetnej
może przyszłości. Przepotężne sąsiedztwo słynnych mi-
987
KORESPONDENCI WOJENNI POD PORTEM ARTURA.
WYSADZANIE MINAMI PŁOTÓW KOLCZASTYCH POD PORTEM ARTURA
strzów nie przygniata tu swym ogromem skromniejszych
prac młodych twórców, co daje możność spokojnego zba-
dania, czy tkwi w nich istotna iskra szczerego natchnie-
nia, czy zasługuj.-) na to, ażeby je zapisać w ogólnej
księdze dorobku naszego artystycznego. Rzeczywiście
nie nadesłała na .wystawę doroczną* prac swych więk-
szość członków arystokratycznej „Sztuki* krakowskiej;
świecą też nieobecnością dawni wychowańcy akademii
petersburskiej, którzy na warszawskim bruku tworzą
grupę do pewnego stopnia wyodrębnioną, a w której
łonie jest naprawdę kilka indywidualności wybitniej-
szych. Nie idzie za tern, ażeby w „Salonie* nie było
zgoła dziel wysoce artystycznych, pierwszorzędnej war-
tości. Wystarczy wymienić tylko „Śnieg* Juliana Fałata,
pejzaż zimowy pełen blasku, siły, lub doskonałe portre-
ty Lentza i Lauransa. W dziale portretowym zwłaszcza
malarze warszawscy występują wprost imponująco. Por-
tret starożytnika, trzymającego na kolanach stary dzban
porcelanowy, a w ręku wielką lupę, namalowany przez
Lentza, jest bardzo żywy i posiada, jak wszystkie
zresztą utwory tego artysty, dużą siłę charakterystyki.
Nie podobna ocenić szczegółowo wszystkich prac, wy-
stawionych w tym dziale. Oryginalnością traktowa-
nia zwracają uwagę portrety pani Maryi Koźniewskicj.
Dalej wymienić jeszcze należy prace p. M. Wasilkow-
skicj, Gerson-Dąbrowskiej, Mordasewicza i innych. Jeszcze
trudniej załatwić się z działem pejzażowym, reprezento-
wanym tu najobficiej. Poza „Śniegiem* Fałata, bijącym
nieco siłą swych barw i blasków cale sąsiedztwo swoje,
trzymane w dyskretnych tonach półmroków, na wyróż-
nienie zasługują: pełne nastroju, oblane światłem księży-
cowem „Na pustyni* Stefana Popowskiego i bardzo har-
monijnie przeprowadzone w tonach „Na nowiu* Teodora
Ziomka. W dziedzinę fantazyi bajecznej wkroczyli nie
bez poczucia poezyi p. Korzeniowski i Bohusz-Siestrzcń-
cewicz. Z wielu utworów symbolicznych zwraca uwagę
°ryginalny rysunek iluminowany Kazimierza Purzyckiego
!’• L: „Złamany lot." Z kompozycyami rodzajowemi
wystąpili pp.: Andrychewicz, Jasiński Zdzisław, Trzebiń-
ski Maryan i inni. Przedziwną siłą blasków biją „Zło-
cienie* p. Romualda Witkowskiego. „Biała dama* tego
artysty równie silnie gra białością swej szaty, ale nie-
stety osiągnięto to kosztem twarzy, która ginie całkowi-
cie w zbyt ciężkich nieco mrokach. Oto są impresye naj-
ogólniejsze, zebrane z wędrówki po pięciu salonach pa-
łacu sztuki, w których rozwieszono nadesłane na wysta-
wę doroczną obrazy. Rzeźby znalazł}' się tu również.
W tym dziale nie mam wahań. Pierwszeństwo należy
się wykwintnemu marmurowi p. Edwarda Wittiga, wyob-
rażającemu „Lęk.* Niezmiernie subtelne, miękkie,
a pięknie uogólnione modelowanie ciała kobiecego świad-
czy o smaku i wysokiej kulturze artystycznej autora.
Poza tern zwracają uwagę dobre kompozycye pp.: Ja-
gmina „W jutro,* Chrzanowskiego „Głowa z płowemi
oczyma,* Gazdeckiego fantastyczne pomysły i dobre
studyum głowy p. Kuny. W dziale architektury wysta-
wili plany i fotografie z gotowych już budowli architekci
pp.: Kozłowski, Nieniewski i Stefan Pomianowski. Fran-
ciszek Bruzdowicz, artysta malarz, nadesłał oryginalne
projekty malowań dekoracyjnych, a architekt p. Tomasz
Pajzderski bardzo ciekawe modele meblowe i projekty
urządzeń wewnętrznych mieszkań współczesnych J.
® Wystawa rzeźb prof. Dimikowskiejro. W naj-
bliższym czasie będzie otwarta w Salonie Krywulta
wystawa rzeźb p. Ksawerego Dunikowskiego, prof. Szko-
ły Sztuk Pięknych w Warszawie. Wystawa obejmie sze-
reg portretów oraz cykl kompozycyi, niezmiernie orygi-
nalnie pomyślanych p. t. „Człowiek*.
Z Dalekiego Wschodu.
W prasie rosyjskiej zaczynają się odzywać
glosy, oceniające eskadrę admirała Rożestwien-
skiego, jako słabszą od japońskiej, z którą jej
przyjdzie walczyć na wodach Japonii. Kapitan
Klado pisał o tem w Nowoje Wremia, przyczem
oznaczył w sumie ogólną siłę floty bałtyckiej
cyfrą 334, a floty japońskiej cyfrą 613. Odesskij
Listok powtarza zaś za Russk. Wierl. dalsze
ostrzeżenia, przypominając, że raz już, podczas
próby wypłynięcia okrętów rosyjskich z Portu
Artura, przypuszczano, że wskutek zatonięcia kilku
japońskich pancerników, flota japońska jest znacz-
nie osłabiona, a tymczasem statki owe wyrosły
nagle przed oczyma eskadry rosyjskiej i zadały
jej klęskę. Z tego względu ponieważ flota bał-
tycka może się okazać zbyt słabą, należałoby wy-
słać na Daleki Wschód jeszcze trzecią eskadrę.
* *
*
Ostatnie, nierozstrzygnięte potyczki na wschod-
nim froncie olbrzymich armii, rozlokowanych pod
Mukdenem, toczyły się pomiędzy częścią wojska
Kurokiego a 2 dywizyami i kilku batalionami po-
mocniczymi generała Rennenkampfa o przełęcz Ta-
lińską. Należy przypuszczać, że celem tych walk by-
ła przedewszystkiem akcya wywiadowcza, przedsię-
wzięta na większą skalę. Chodziło o to, aby wy-
śledzić, czy Kuroki obchodzi wielkim lukiem po-
zycye rosyjskie od wschodu. Ponieważ przeciwko
gen. Rennenkampfowi Japończycy wysunęli stosun-
kowo słabe siły, można mniemać, że główne od-
działy gen. Kurokiego istotnie posunęły się już
dalej na wschód i zamierzają przypuścić atak od
strony Tjelinu.
Jednocześnie zaś starania, jakie czyni armia
rosyjska nad utrzymaniem przełęczy Talinu w swej
mocy, mogą mieć inne znaczenie. Dnia 6 grudnia
nadszedł telegram agencyi, zawiadamiający o za-
jęciu Girina (leżącego o 400 kilometrów na półno-
co-wschód od Mukdenu) przez 50,000 wojska ro-
syjskiego. Ponieważ wszystkie siły z Europy
skierowane są drogą żelazną do Mukdenu, więc
wojska, które doszły do Girina, są to zapewne
oddziały, przybyłe z Władywostoku, gdzie strażo-
wanie ich z powodu zamarznięcia portów (wskutek
czego niemożliwem stało się tam ewentualne wylą-
dowanie wojsk japońskich) już nie jest potrzebne.
Zużytkowanie tych świeżych wojsk do obej-
ścia jednego ze skrzydeł japońskich jest rzeczą
bardzo prawdopodobną. A ponieważ jedna z dróg,
988
J. E. METROPOLITA lir. SZEMBEK W OTOCZENIU DUCHOWIEŃSTWA,
podczas poświęcenia kościoła w Wołczkiewiczach.
KOŚCIÓŁ W WOŁCZKIEWICZACH PODCZAS POŚWIĘCENIA
w dniu 22 listopada r. b.
prowadzących z Girina przez dolinę
Hunho, zmierza ku przełęczy Talińskiej,
a stamtąd przez Czinhoczou wprost w
prawe skrzydło generała Ojamy, można
więc przypuścić, że walki generała Ren-
nenkampfa miały na celu utorowanie
tej właśnie drogi dla nadchodzących
wojsk władywostockich.
Tak więc obiedwie strony zamy-
ślają o obejściu wschodniego skrzydła
armii nieprzyjacielskiej. Tam więc roze-
gra się zapewne pierwsza poważniej-
sza akcya, co zresztą nie nastąpi
jeszcze w najbliższym czasie, zważyw-
szy odległość, jaką z Girina do Muk-
denu przebyć mają owe nowe, po-
ważne posiłki dla armii generała Kuro-
patkina.
Ile posiłków przybywa Japończy-
kom w armatach i ludziach tego wie-
dzieć nie sposób, gdyż sztab gen. istny, nie oglądając się na żadne wzory, nie
Ojamy trzyma te wiadomości w naj-, słuchając cudzych podszeptów, lecz czer-
ściślejszej tajemnicy. piąć natchnienie z własnego serca i myśli.
POMNIK hr. CZAPSKIEJ na cmentarzu w Wołczkic-
wiczach. Podług projektu inżyniera Henryka Gaya.
i Dla armii rosyjskiej wysłano z Se-
wastopola działa największego kalibru.
Skoro wszystkie wysłane z Europy ba-
terye nadejdą nad Szache, armia gen.
Kmopatkina liczyć będzie podobno
ogółem 1,860 dział.
* *
*
Eskadra, złożona z trzech krążowni-
ków i 15 torpedowców, pod wodzą ad-
mirała Uriu, wyruszyła z Japonii na po-
łudnie, prawdopodobnie chcąc oczekiwać
na eskadrę rosyjską w labiryncie wysp
Malajskich.
Nasze ryciny.
Główne miejsce bieżącego numeru zajął
genialny twórca wielu cenionych wysoko
dzieł sztuki, Jacek Malczewski. Jego Bł<;d-
zie koło należy do lypu malarstwa fanta-
stycznego, które b. profesor akademii kra-
kowskiej uprawia w sposób nawskroś samo-
„Błędne koło", poza swoją
niezwykłą wartością este-
tyczną, posiada do pewnego
stopnia cechy dokumentu
psychologicznego. Malarz
uplastycznił tutaj niejako
początkowe stadyum proce-
su twórczego, jaki odbywa
się w wyobraźni każdego
artysty, mm zdoła utrwalić
swoje wizye wewnętrzne na
papierze, płótnie, w śpiżu,
czy marmurze. Na szczycie
drabiny siedzi młody chło-
pak, jakiś malarczyk poko-
jowy, o bardzo inteligent-
nym i skupionym wyrazie
twarzy. Dokoła niego w
przestrzeni buja wieniec
najróżnorodniejszych figur,
splecionych w „błędne ko-
ło". Eigury te—to tkwiące
w mózgu chłopca, ale nie-
zmateryalizowane jeszcze,
nie ujęte w kształty do-
tykalne i widzialne dla
wszystkich, bohaterowie i
bohaterki przyszłych dzieł
przyszłego artysty. To wi-
zya czysto subjektywna,
rodzaj halucynacyi, która
rozwieje się i przepadnie w
chwili, kiedy młodzieniec ocknie się z za-
dumy. W ten sposób, jak sądzimy, można
najprościej wytłumaczyć treść obrazu Mal-
czewskiego. Nie jest to jednak tłómacze-
nie jedyne. „Błędne kolo", wijące się do-
koła zamj słonego chłopca, może być także
symbolem życia z jego bólami i rozko-
szami, pokusami i zawodami. ...Czy tak,
czy owak atoli zrozumiemy fantazyę wiel-
kiego malarza krakowskiego, musimy przy-
znać, że mamy przed sobą niepospolite
dzieło sztuki, które sprawia na widzu po-
tężne i niezatarte wrażenie. Nietylko ca-
łość, ale każda pojedyncza postać, każdy
ruch, uśmiech, skrzywienie, skurcz i t. p.—
wszystko to coś mówi, wyraża, interesuje,
wzrusza. O czysto malarskich zaletach ob-
razu wspominać me mamy petrzeby, bo
wiadomo powszechnie, że Malczewski jest
równie wielkim poetą w pomysłach, jak
mistrzem w ich wykonywaniu technicznem.
Jego fantazyę, nie przestając być fantazyami,
posiadają jednak całą pełnię życia plastycz-
nego.- W inną krainę przenoszą nas obrazy
B. Buy ki, które w paryskim salonie jesien-
nym r b. zwróciły uwagę publiczności
i krytyki. Przedstawiają one labirynt gwar-
nych uliczek paryskich. Na końcu jednej
wznosi się pod niebo kopuła Panteonu, na
drugiej widać kościół Sacre Coeur, zbu-
dowany na szczycie wzgórza Montmartre.
Trzeci obraz jest bardzo pięknym fragmen-
tem krajobrazu wodnego. Wszystkie roboty
Buyki odznaczają się doskonałą techniką
rysunkową i malarską, oraz śmiałością i
pewnością w obrabianiu obranych motywów.
—Rzeźba K- J. Baitha p. t. Anioł smutku,
traktowana jest dekoracyjnie, ale posiada
dużo wyrazu. Pochylenie głowy, linie rąk
oraz upozowanie figury tworzy całość bar-
dzo harmonijną pod względem plastycznym,
a współcześnie wywołuje wrażenie bolesnej
rezygnacyi i melancholii.
Kronika.
Z KOŚCIOŁA.
Dnia 8 go b. m. w salonach J. E. ks.
biskupa Kazimierza Ruszkiewicza odbyło się
pierwsze zebranie osób zaproszonych do
zajęcia się sprawą przyszłej wystawy Ma-
ryańskiej w Warszawie, mającej objąć to
wszystko, co dotyczę czci Matki Boskiej
w Polsce. Na wystawę tę nadają się przed-
mioty, mające związek ze czcią Bogarodzi-
cy, przyczem pod względem formy i treści
utworzą one następujące działy: 1) obrazy >
olejne, akwarele, sztychy, rysunki i t. p.;
2) rzeźby, płaskorzeźby, figury, statuetki;
3) aparaty kościelne i hafty z wyobrażc-
nicm Bogarodzicy; 1) ozdobne wydawnic-
twa, poświęcone Matce Boskiej, i 5) staro-
żytności pamiątkowe, jak oto: ryngrafy,
szable, napierśniki z wyobrażeniem Matki
Boskiej i t. p. Odpowiednio do powyżej
wyszczególnionych pięciu działów, komitet
ma posiadać pięć odrębnych sckcyi, kwali-
fikujących nadsyłane okazy, a nadto zawie-
rać będzie jeszcze sckcyę szóstą, gospodar-
czą, której obowiązkiem będzie zajęcie się
stroną praktyczną urządzenia wystawy. Do
tej ostatniej sekcyi weszli obecnie pp : Ju-
liusz hr. Ostrowski, dyrektor J. Leski, Ur-
bański, Janikowski, Pawłowski, Bisier i księ-
ża: Skimborowicz, Siewierski i Szaniawski.
Fundusz, osiągnięty z wystawy, użyty ma
być na rzecz pierwszej świątyni, jaka po-
wstanie w przyszłości w Warszawie pod
wezwaniem Niepokalanego Poczęcia N. Ma-
ryi Panny. Termin ostateczny nadsyłania
okazów pod adresem kancelaryi komitetu
w mieszkaniu J. E. ks biskupa Ruszkiewi-
cza, przy ulicy Krak. Przedmieście Nr 1,
upływa w dniu 15-ytn stycznia r. p o
KONKURSY.
Rozwój łódzki obchodził w dniu 1-ym
b. ni. siódmą rocznicę swego istnienia
i pragnąc upamiętnić ową uroczystość, ogło-
sił w dwudziestopięciolecie „Placówki" Bo
leslawa Prusa konkurs na nowelę imienia
znakomitego naszego powieściopisarza Na
gród wyznaczono dwie: 100 rub. i 50 rub.;
rozmiaru i tematu noweli nie ograniczono,
a za ostateczny termin nadsyłania prac przy-
jęto dzień 1-y czerwca r p. Bliższych
szczegółów udziela redakeya Rozwoju łódz-
kiego o
GROBOWIEC Ks. ARCYBISKUPA
IS SAKOWICZ A.
Na cmentarzu lwowskim poświęcono pom-
nik, wzniesiony na mogile nieodżałowanego
ks. Izaaka Issakowicza, arcybiskupa ormiań-
sko-katolickiego. W czasie żałobnej uroczy-
stości złożono pomiędzy innemi wieniec
z napisem: „Pamięci tego, który był samą
miłością!"—a napis ten jest może najdosko-
nalszą charakterystyką zmarłego. Kochał
on bowiem Boga, kraj, ludzi, wszystkie
warstwy i stany. Kapłan żarliwy i ofiarny,
kaznodzieja porywający, mąż potężnego
wpływu i szerokiego zakresu działania,
śpieszący wszędzie, gdzie go wzywało po
wołanie lub obowiązek obywatelski, stał się
ks. Issakowicz iście legendową postacią
i najświetniejszą niewątpliwie ozdobą epi-
skopatu ormiańskiego. Ceremonii poświę-
cenia jego grobowca dokonał godny następ-
ca ś. p. Issakowicza, głęboki myśliciel, pi-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 51
989
sarz i płomienny mówca kościelny, ks. ar-
cybiskup Józef Teodorowicz. Nagrobek
skromny, z piaskowca, według porządku
romańskiego, wyszedł z pod dłóta Juliusza
Beltowskiego, profesora szkoły przemysło-
wej, twórcy pomnika Władysława Jagiełły
w Gródku jagielońskim i wielu innych, c
U RÓŻNYCH STRON.
Dnia 22-go z. in. J. E. ks. arcybiskup
metropolita Jerzy hr. Szembek dokonał
uroczystego aktu konsckracyi nowej świą-
tyni katolickiej, wzniesionej w Wolezkie-
wiezncli w gub. Mińskiej, folwarku, nale-
żącym do dóbr Jerzego hr Hutten Czap-
skiego. Inicyatorami i głównymi fundato-
rami rzeczonego kościoła są: Jerzy hr.
Czapski i zmarła przed rokiem małżonka
jego, ś. p Józefina z hr. Thunów. Nadto
do wzniesienia pięknego dzieła przyczyniła
się również ofiarność ziemian okolicznych
i drobnej szlachty. Świątynia jest zbudowana
w stylu gotyku angielskiego z cegły bez
tynku z cokółem z kamienia polne
go, według projektu i pod kierunkiem
inżyniera Henryka Gaya z Warszawy.
Jednocześnie z uroczystością konsckracyi
świątyni odbyła się także smutna ceremo-
nia poświęcenia pomnika jej fundatorki,
ś. p. hr. Józefiny Czapskiej. Pomnik ten,
którego wizerunek podajemy przy niniej-
szym artykuliku, posiada przeszło 5 metrów
wysokości, modelowany w glinie podług
rysunku inż. H. Gaya, przez pp. Otto i By-
lewskiego, a wykonany z granitu szwedzkie-
go w pracowni warszawskiej Pruszyńskiego.
Ozdoby bronzowe są dziełem pracowni
braci Łopieńskich. o
ZMARLI.
Marcin Olszyński, b. kierownik arty-
styczny Kłosów, założyciel jednego z naj-
poważniejszych zakładów fotograficznych
MARCIN OLSZYŃSKI.
w Warszawie, kustosz Muzeum przemysłu
i mecenas sztuki Zmarł w Warszawie.
Obszerniejszą sylwetkę nieboszczyka, pióra
Henryka Piątkowskiego, podamy w następ-
nym numerze.
Edward Kratisse, prezes Kasy przemy-
słowców lubelskich, przemysłowiec i oby-
watel, zmarł w Lublinie dnia 9-go b. m.,
przeżywszy lat 64. o
Kazimierz Łukowski, b. agronom,
Z-Hiarl w Warszawie dnia 8-go b. m., prze-
żywszy lat 87. o
Ze świata.
UROCZYSTOŚCI JUBILEUSZOWE
°gloszenia dogmatu niepoka-
lanego POCZĘCIA N. M. PANNY,
Pfzed laty pięćdziesięciu przez Piusa IX
(W r. 1854), zaznaczyły się w Rzymie Kon-
gresem Maryańskim powszechnym, wysta-
Wą Maryańską w pałacu Lateraneńskim
l
i uroczystościami w bazylice watykańskiej.
Na wystawie w Lateranie ustawiono, mię-
dzy innemi, wspaniałe biurko-szafę, znaj-
dującą się zwykle w sali Niepokalanego
Poczęcia w pałacu watykańskim. W sali
tej, położonej w sąsiedztwie Stanz Rafaela
i sali, w której zawieszony jest obraz
J. Matejki „Sobieski pod Wiedniem," daro-
wany Leonowi XIII w r. 1884, uwieczniona
została proklamacya dogmatu Niepokalanego
Poczęcia przez bulę Jncffabilis. Ubierają
ją też freski pendzla malarza Franciszka
Podestfego, ściągające się do owej chwili,
a wyobrażające Piusa IX-go, kiedy
ogłasza dogmat, którego jubileusz świat
katolicki dzisiaj obchodzi. Na środku sali
widzimy wspaniałą szafkę, artystycznie
rzeźbioną, pokrytą malowaniami, w której
znajdują się za szkłem tłómaczenia buli
Incffabilis na wszystkie języki. Szafka
ta jest darem katolików francuskich. Salę
tę zdobi także starożytna mozaika, znale-
ziona w Ostyi, wprawiona w posadzkę.
Na wystawie Maryańskiej ukazała się prze-
lotnie także i korona brylantowa, którą
w d. 8 grudnia Pius X ukoronował uroczy-
ście mozaikowy obraz N. M. Panny w ka-
plicy Chóru w bazylice Watykanu. Składa
się ona z dwunastu wielkich gwiazd bry-
lantowych, ogółem wartości 150 tys. fran-
ków. Średnica złotej obręczy, na której
przytwierdzone są gwiazdy, wynosi 80 cen-
tymetrów. Brylanty stanowią dar katoli-
ków całego świata. Kongres Maryański
zamknął już swoje obrady. Wystawa w La-
teranie potrwa sześć miesięcy. Punktem
kulminacyjnym obchodu jubileuszewego
był dzieli 8-y grudnia, kiedy wieczorem
kopuła św. Piotra była po raz pierwszy
od r. 1870 oświecona tak, jak i kolumna
pamiątkowa Niepokalanego Poczęcia, stojąca
na placu Hiszpańskim. D.
Rzym.
REFORMA KONKORDA-
TU W Hiszpanii. W senacie
hiszpańskim przyjęto w tych
liniach projekt reformy konkor-
datu między Stolicą Apostol-
ską a Hiszpanią. Główne po-
stulaty owej reformy są na-
stępujące: zakony i kongrega-
cye nie będą już miały prawa
do żadnych subsydyów ze
strony rządu; kanonicznie bę-
dą one zależne od prałatów,
cywilnie zaś od ogólnych
praw Królestwa; podlegać bę-
dą opodatkowaniu na równi z
innemi instytucyami Hiszpanii;
żaden zakon, ani żadna kon-
gregacya nie będzie mogła
być założona bez zatwierdze-
nia swojej dyecezyi i króla;
kongregacyc, składające się
z mniej niż dwunastu członków, będą
rozwiązane i przyłączone do zakonów
tego samego wezwania—z wyjątkiem dob-
roczynnych; stowarzyszenia religijne, któ-
rych członkowie nie żyją wspólnie i nie
mają określonych dążeń, będą podporząd-
kowane pod ogólne prawa o stowarzysze-
niach. k
zmarli.
Kardynał Moccnni, urodzony w r. 1823
w miasteczku Montefiascone, były nun-
cyusz w Chili, Peru, Boliwii i Brazylii,
mianowany kardynałem w r. 1893. Dłuższy
czas zarządzał finansami watykańskimi
i świętopietrzem, w końcu zaś piastował
stanowisko prefekta pałaców watykańskich.©
Teresa Milanello, słynna w swoim cza-
sie wiolinistka, której gra entuzyazmowala
tłumy głębokiem zrozumieniem muzyki
i nadzwyczajną techniką, żona oficera fran-
cuskiego Parnientier, zmarłą w wieku lat 77
w Paryżu, k
Prof. J. Ca>o. Na akademii Umiejętno-
ści w Krakowie powiewa od środy ubiegłej
czarna chorągiew jako znak żałoby po zmar
łym w dniu 11 b. m. w mieście Wrocła-
wiu, profesorze historyi tamecznego uni-
wersytetu, drze Jakóbie Caro. Utrwalił on
na zawsze w historyografii ojczystej nazwi-
Prof. J. CARO.
sko swoje i zasługi kilkotomowem dzie-
łem: Geschichte Polens, stanowiącem kon-
tynuacyę historyi Roeppla. Urodzony w
Gnieźnie 1836 r., nauki początkowe i uniwer-
syteckie odbył w Niemczech. Był począt-
kowo docentem historyi w Jenie, od roku
zaś 1878 objął katedrę we Wrocławiu.
Oprócz Historyi Polski średniowiecznej pi-
sał o bezkrólewiu po Stefanie Batorym,
o Długoszu, o Beacie i Halszce, o Ostro-
rogu, o pisarzach z epoki Odrodzenia. Po-
glądy jego odznaczały się spokojnym i spra-
wiedliwym sądem o sprawach Słowiańszczy-
zny. Zgon prof. Caro stanowi wielką i nie-
odżałowaną stratę dla nauki historycznej. A
Alfons SitibeJ, podróżnik, etnograf i geo-
log, wsławiony szczególnie pracami nad
wulkanologią, autor wielkich dzieł w tym
przedmiocie,napisanych do współki z Reissem
i Uhlem, ur. w r. 1835. W Muzeum „Gras-
si“ w Lipsku jedna z sal nazywa się salą
Stiibela, który w niej złożył swoje cenne
zbiory, zachowane z podróży po Ameryce
Północnej i Południowej.
RndolJ Ribarz, znany malarz krajobra-
zów, Wiedeńczyk, w wieku lat 56. W
ostatnich latach zajmował posadę profesora
Szkoły Sztuk Pięknych w Wiedniu. Oprócz
świetnych krajobrazów, tworzył Ribarz wie-
le w dziedzinie sztuki stosowanej.
Alcan Leny, znany wydawca w Paryżu,
w wieku lat 78.
Polityka.
W dniu 6-ytn b. m. prezydent Stanów
Zjednoczonych, p. Teodor Roosevelt, ogło-1
sił orędzie do kongresu, które zwróciło na
siebie uwagę świata politycznego, jako
pierwsza od chwili ponownego wyboru
urzędowa enuncyacya kierownika rządów
Unii. Treść tej inauguracyjnej dla nowego
okresu prezydentury „mowy tronowej* wije
się, jak zwykle, koło licznych zagadnień
polityki wewnętrznej i zagranicznej, z któ-
rych przytoczymy tu kilka bardziej wybit-
nych. W kwestyach więc stosunku kapitału
do pracy skarży się p. Roosevelt na niedo-
godny dla rządu centralnego podział kom
petencyi pomiędzy tym ostatnim a rządami
poszczególnych państw związku. Podział
ten w znacznej części paraliżuje usiłowania
władzy waszyngtońskiej, bez względu na
to, czy skierowane są one ku dobrze zro-
zumianej obronie pracy, czy ku ogranicze-
I ni u nadużyć organizacyi robotniczych. Orę-
dzie potwierdza mimo to prawo robotników
do troskliwej opieki państwa. Co do wiel-
kich stowarzyszeń kapitalistycznych, to uzu
pełnienie praw, regulujących ich działalność,
nie powinno być kierowane nienawiścią,
lecz rozumnym względem na dobro publicz-
ne. W sprawie emigracyi Roosevelt sądzi,
iż należy przyjmować chętnie żywioły
zdrowe i pożyteczne społecznie, jednakże
trzeba unikać wprowadzania w środowisko
robotnicze amerykańskie wielkich obcych
mas ludowych, które niełatwo dostrajałyby
| się do obyczajów i trybu życia miejscowe-
go. Część orędzia, poświęcona polityce
zagranicznej, zajmuje się przedewszystkiem
uzasadnieniem i poparciem uzbrojeń mor-
skich, uzasadnieniem, które odpowiada cał-
! kowicie przyjętemu w takich razach w Eu-
ropie szablonowi parlamentarnemu. Prasa
europejska podkreśla okoliczność, że w mo-
wie ani jedną wzmianką nie jest zaszczy-
cona rewizya taryfy celnej, zaprowadzona
przez Roosevelta w czasie wyborów. Po-
wód ma tkwić w tem, iż osobiste do-
bre w tym kierunku chęci prezydenta
były obracane wniwecz wskutek postawy
większości reprezentantów i senatorów re-
publikańskich, którzy wcale słuchać nie
। chcą o jakiejkolwiek zmianie obecnego,
skrajnie protekcyjnego systemu.—Po roz-
szalałych burzą opozycyi falach życia
parlamentarnego Francyi łódź żaglowa
p. Combes’a miotana jest ciągle z jednego
niebezpieczeństwa w drugie. Rozpaczliwa
walka dotychczas zawsze jeszcze kończy
się zwycięstwem, czasami jednak nazbyt
już kruchem: na jednem z posiedzeń ubieg-
łego tygodnia wrogi rządowi wniosek Col-
lina (wciąż sprawa denuncyacyi) izba od
rzuciła większością dwóch głosów. A było
to przed sensacyjną śmiercią Syvetona, któ-
ra znowu zapewne przyczyni gabinetowi
kłopotów tak licznych i bez niej w obec-
nym czasie. Sprawca napadu na ministra
Andrć’go rzeczywiście nie mógł bardziej w
porę (z opozycyjnego punktu widzenia) za-
czadzić się gazem w swej pracowni. Na
tychmiast po fakcie Intransigeant i inne
dzienniki wrogie rządowi wystąpiły z nie-
zliczonymi gwałtownymi artykułami na
temat: mord polityczny. Niestety jednak,
(zawsze Iz opozycyjnego punktu widzenia)
taka piękna okazya podniecenia namiętno-
ści szerokich mas wkrótce usunęła się,
SYYETON.
gdyż stwierdzono niezbicie, że Syveton,
który przygotowywać miał jakieś nowe „za-
bójcze* dla ministeryum odkrycia w celu
ogłoszenia ich podczas oczekującego go
procesu, padł ofiarą wypadku lub własnej
nieostrożności, lecz nigdy zamachu morder-
czego. Podobno nie jest wyłączone, według
ostatnich wiadomości, także samobójstwo.
Manifestacye ludowe, które zdążyły już
przyjść częściowo do skutku, zostały takim
obrotem sprawy zabite niemal w zarodku
99Q
KSIĄŻKI I WYDAWNICTWA PGK^ODYCZNG.
KSIĄŻKI polskie.
Teodor Jesko-Clioiński: Neofici pol-
scy. Materyały historyczne, (Warszawa.
190-1, str. 28 9 + XX w 8-ce. Cena
rub. 2.) — Jest to słownik Żydów, którzy
przyjęli w Polsce religię katolicką, ewan-
gelicką lub kalwińską od r. 1500 do cza-
sów ostatnich. Dla dokonania tej... nie-
zmiernie pożytecznej pracy, p. Choiński nie
żałował czterech lat trudów „w różnych kan-
celaryach kościelnych, warszawskich i nie
warszawskich', wertowania konstytucyi, her-
barzów, pamiętników, różnych dzieł histo-
rycznych. Owoc tych poszukiwań wyjaśni
podobno .przyszłemu psychologowi roz-
woju i przemian naszej duszy narodowej
niejedną zagadkę — powie mu, dlaczego
pewne poglądy i zapatrywania, wierzenia,
pewne -ideały”, których przeszłość polska
nie znała, wysunęły się na czoło naszej cy-
wilizacyi*. W jaki sposób się to stanie—
autor zamilcza; natomiast stawia czytelni-
nikowi drugie zagadnienie, silniej z treścią
książki związane, a mianowicie: dlaczego
mamy tyle luk w spisie, który ma być
.rzeczywistem źródłem historycznem"? Nie-
podobna bowiem wziąć na seryo tłumacze-
nia, że autor uwzględnił tylko neofitów,
których metryki widział na własne oczy.
Pomimo zapewnienia p. Choińskiego, że
neofita nie powinien się .wstydzić swego
źródła żydowskiego," że .żyd jest człowie-
kiem, jak każdy inny, i może, jeżeli tylko
zechce, być tak samo użytecznym, uczci-
wym, zacnym, jak każdy inny*- książkę
poczytywać trzeba za objaw dosyć po-
spolitego antysemityzmu. Na czele objaś-
nienia wstępnego znajdujemy takie zdanie:
.Zdarza się często, iż dochodzi się do celu
zupełnie innego, aniżeli się zamierzało*.
Otóż nie ulega kwestyi, że p. Choiński je-
den tylko miał cel: poczytność książki
oprzeć na skandalu.
* M. Brzeziński: Gospodarz polski.
Kalendarz na rok zwyczajny 1905. (War-
szawa. Nakład księgarni polskiej, str. 192
30 w 8-ce. Cena kop. 20) M. Brzeziński,
świetny badacz i znawca naszego ludu,
układa od lat czterech kalendarze, które
ze wszystkich wydawnictw tego rodzaju
najlepiej odpowiadają swemu celowi. Każ-
da rubryka obmyślona tu została poważnie,
a wszystkie zestawione tak, aby stanowiły
podręczną encyklopedyę rolnika nietylko
w roku bieżącym, lecz i w następnych. Po
za działem ściśle kalendarzowym redaktor
zorganizował najpierw wyborne .czytania
miesięczne* z zakresu gospodarstwa domo-
wego. Na styczeń podaje p. K. Dulęba
artykuł o .obchodzeniu się z obornikiem
w zimie*, na luty ma czytelnik informacye
o .przygotowaniu ziarna do siewu*, na
marzec wskazuje p. S Brzósko .roboty wio-
senne w ogrodzie warzywnym* i t. d
W dziale literackim oprócz dobrze wybra-
nych wierszy pomieszczono między innemi
.Modlitwę Łucki* A. Dygasińskiego. We
wskazówkach praktycznych p. S. Kozicki
informuje o towarzystwach wspomagania
ubogich, p. Brzeziński—o organizacyi stra-
ży ogniowych ochotniczych, p. S. Brzósko
—o pielęgnowaniu drzew owocowych w
młodym sadzie i t. d. Wysoce pożyteczną
nowością w kalendarzu jest doskonały prze-
wodnik po Warszawie, pomysłu i układu
p. Brzezińskiego p. t. „Co ciekawego moż-
na widzieć w Warszawie?*.—Kalendarz ten
zasługuje wogóle na gorliwe rozpowszech-
nianie go pośród ludu.
* Ks. Józef Londzin: Bibliografia
druków polskich w księstwie Cieszyń-
skieni od roku 17 IG do rokit 1994. Cie-
szyn, 1904, nakładem autora, str. 38 in8-o.
Ksiądz Józef Londzin, jeden z naj-
dzielniejszych działaczów odrodzenia ślą-
skiego, gromadzi oddawna druki polskie,
wydane na Śląsku lub dla Śląska, i po-
mieszcza je albo w swojej prywatnej biblio-
tece, albo też w Muzeum Śląskiem w Cie-
szynie. Liczba diuków z lat od 1716 do
1848 wynosi tam zJedwie 20, z których
połowy nie zapisał Estreicher. W ostatniem
pięćdziesięcioleciu ruch książkowy śląski
rozrósł się tak, że ks. Londzin zebrał do tej
pory około tysiąca druków śląskich. Wykaz
bibEograficzny, który sporządził niedawno,
sta..owi najlepsze świadectwo przebudzenia
się ducha narodowego na Śląsku. Razem
z książkami polskiemi połączył autor bro-
szury i książki niemieckie, Śląska dotyczące.
Racyi takiej metody, zapożyczonej zresztą
od Estreichera, uznać niepodobna. Byłoby
słuszniej wydrukować oddzielnie wykaz
książek obcych (nietylko niemieckich)
o Śląsku.
* Erazm Majewski: Profesor Przed-
potopowi icz. Dzieło ozdobione 140-tu ry-
sunkami. Wydanie drugie. (Warszawa. Skład
główny w księgarni Gebethnera i Wolffa.
Kraków G. Gebethner i Ska. 1905, str.
308 w 8-ce. Cena rub. 1.20).—Drugie wy-
danie tej wybornej książki, jednej z najory-
ginalniej pomyślanych i najlepiej wykona-
nych śród wszystkich naszych wydawnictw
pedagogicznych, powitane będzie równie
przychylnie, jak wydanie pierwsze. Zawrzeć
dokładny zarys geologii i paleontologii w
utworze literackim—trud to nielada. .Dać
— mówi autor — harmonijny i żywy sze-
reg obrazów przeszłości mógłby tylko ol
brzymi talent pisarski, wsparty na rozległej
wiedzy przyrodnika, łączącego w sobie za-
lety głębokiego myśliciela z wyobraźnią
poety*. Autor utrzymuje skromnie, że nie
„rozporządza! potrzebnymi środkami*. Zda-
nia tego podzielić nie możemy, chociaż bo-
wiem „Profesor Przedpotopowicz* zyskałby
wiele na większej lotności opowiadania, jest
to książka bardzo zajmująca i dobrze po
literacku napisana.
* Michał Tyszkiewicz: Idea demokra-
tyczna i jej krytycy w Rzeczypospolitej.
Uwagi i notatki. Kraków. 4-o min str. 180.
Cena rub. 4.—Niewątpliwie, temat służący
za kanwę rozprawy powyższej, jest ży-
wotny, ciekawy i do dyskusyi zasadniczej,
w gronie ludzi poważnych a oczytanych,
w zupełności się nadaje. Inna sprawa z kry-
tyką przewodniej idei książki w piśmie I
niespccyalnem. Autor wystąpił z aparatem
źródłowym, wprawdzie z drugiej ręki, dla
stwierdzenia zasadności .tego ustępu kazań
sejmowych Skargi, w których Złotousty, gro-
miąc zakusy demokratyzmu szlacheckiego,
uważa je „w rządach ludzkich* za rzecz
.najgorszą i najszkodliwszą*. Z tych sa-
mych wszelako źródeł, przez autora po-
wołanych, możnaby wyprowadzić wniosek
wprost odmienny. Wszystko zależy od me-
tody i punktu zapatrywania się na objaw,
który się wydarzył przed wiekami, przez pry-
zmat teraźniejszości. Metody takiej za od-
powiednią uważać nie podobna. Niewła-
ściwą jest w ogóle w badaniach historycz-
nych metoda dedukcyjna. Zarówno jak
w naukach przyrodniczych, tak też i histo-
ryczno-socyologicznych, a przedewszystkiem
—politycznych jedyną właściwą, do poznania
prawdy wiodącą jest metoda indukcyjna.
Od faktów sprawdzonych można dopiero
przechodzić do wnioskowań ogólnych, nie
odwrotnie. Przesłanki autora niedosta-
tecznie są usprawiedliwione, wynik też sy-
logizmu wypad! niedomówiony i wadliwy.
Poza tą uwagą zasadniczą chętnie oddaje-
my autorowi należną dań uznania za obfi-
tość poglądów, przytoczonych w książce,
pobudzających do myślenia, a dowodzących
jednocześnie dużego oczytania autora w
dziedzinie historyografii nowoczesnej pol-
skiej. Al. K.
* Kalendarz kieszonkowy dlnknpłanów
unrok 191)5. Wydawnictwo Biblioteki dzieł
rhrześcijański-h. Ill-ci rok wydawnictwa.
Cena rb. 1.—Książeczka ta w formie kalen-
darza-notatnika może być bardzo dogodna
dla kapłanów, zawiera bowiem wiele rzeczy
ciekawych, jak hierarchię całego świata,
oraz potrzebnych, jak benedykeye najko-
nieczniejsze, kalendarz, najważniejsze prze-
pisy o mszach wotywnych i żałobnych,
miejsce do zapisywania intencyi oraz kata-
log szkolny dla prefektów (trochę za mały).
.Zapowiedzi i śluby* są chyba zbyteczne,
bo miejsce ich we właściwej księdze ko-
ścielnej. Niestety, ogłoszenia dołączone wo-
bec ceny „Kalendarza* niepotrzebnie „roz-
pierają kieszeń.* Ks. Szkopowski.
PRASA POLSKA.
Zorza: .Kruszynek* przez M. Malinow-
skiego (o wzorowych warsztatach tkactwa,
nauce szycia, kroju i gospodarstwa domo-
wago w Kruszynku, urządzonych przez
Sekcyę przemysłu domowego).—Bluszcz:
„Precz z szablonem* przez J. Zielińskiego.
—Przyroda: .Plemię Bororów* przez K.
Stolyhwę.—Niwa Polska: „Kultura a zwy-
rodnienie* przez Stanisława Krauza.—Prze-
gląd Tygodniowy: „Przystosowanie”; tam-
że .Służba domowa” przez A. Halperna. -
Ogniwo: „Pierwiastki psychiczny i fizycz-
ny* przez J. Kodisową; tenże „Dziesięcio-
lecie pracy* (Delegacyi pracy kobiet) przez
J. Bojanowską.—Wszechświat: „O meta-
fizyce w przyrodoznawstwie* przez H. Hoy-
crsena.—Czyblnia dla wszystkich: ,Hy-
giena naszych wiosek* przez Ziemiankę;
tamże „Jędrzej Śniadecki* przez dra Stani-
sława Łagowskiego — Gazeta Domozoa:
„Kobieta-robotnica we Francyi* przez Eu-
genię Żypowską.— Wędrowiec: .O Botti-
cellim* przez A. G.—Słowo: „Mieczysław
Karłowicz* przez J. B. — Gazeta Polska
z d 1 grudnia znacznie rozszerzyła swe
łamy. Zamiast jednego, jak dotychczas,
arkusza, pismo to wychodzi obecnie w
dwóch arkuszach. Układ Gazety zmienio-
no zupełnie, wprowadzono cały szereg no-
wych rubryk. Pośród wielu nowych współ-
pracowników zaangażowano między innemi:
pp. K- Bartoszewicza (felieton społeczny).
S. Brzozowskiego („Wolna trybuna*) i J.
Lorentowicza (krytyka literacka). Pismo
ma wygląd bardzo poważnego organu co-
dziennego.
NIEMCY.
* Nakładem firmy A. Junker w Sztutgar-
dzie wyszedł romans p. A. Henningsen p. t.
Polens Tóchter. Jest to najlepszy utwór
utalentowanej autorki. Zyskuje on zwłasz-
cza na wartości, gdy go się porówna z nie-
udolnymi obrazami stosunków polskich w
powieści Klary Viebig. Autorka nieco za
pochlebnie sądzi o naszej arystokracyi; wy-
nika to najwidoczniej z jej życzliwego
usposobienia dla naszego narodu. Właści-
wą bohaterką romansu jest Marya Mańkow-
ska, wielka intrygantka z gorącem sercem;
nie cofa się ona przed najniższą komedyą,
a jednak jest bezbronną wobec egoisty,
którego kocha. Wśród różnorodnych, bar-
dzo dobrze malowanych postaci opowia-
dania, spotykamy także znanego duńskiego
profesora literatury, to jest Brandesa. Au-
torka przedstawia go jako człowieka, w któ-
rym kochają się wszystkie kobiety; ideali-
zuje też nadmiernie jego sympatyc dla
Polaków.
* August Nieman napisał książkę p. t.
Der Weltiricg (Wojna światowa)—marze-
nia niemieckie. Treść tego utworu można-
by określić wyrazami: azyatycko-europejskie
miny i kontrminy. Ze względu na fanta-
styczność opowiadania, książka cieszyć się
zapewne będzie takicm powodzeniem, jak
utwory historyczne Medinga, chociaż wy-
bitnych zalet artystycznych nie posiada.
Autor pisze zbyt rozsądnie. Często do
tego stopnia rozprasza się w drobiazgach,
że zaciera karty wojny indyjskiej, którą tak
proroczo przepowiada. Jest tu dużo awan-
turniczości a la Jules Verne. Polityczna
strona opowiadania także nie świadczy
o zdolności obejmowania szerszych hory-
zontów.
* Nowo książki. E. Borman Hutno-
resken.—C. Doorman Ihr I.ied der Lieder.
- J. Dose Der Mutlersohn (romans). —
R. Gottschall Neue Erzdhlungen. F Grill-
parzer Sainmtl. We>ke.—N Harder Irdi-
sche und himmlische Liebe.- -W. Jenscn
Tanims Gar ten (romans) —F. Muller Leben
und Tod (opowiadania).—M. Nordau Mor-
ganatisch (romans).- L. Westkirch Kónig
Hass.
IRANCYA.
* Ostatni romans M. Prevosta La Prin-
cessc d’Erminge maluje sfery wielkiego
świata francuskiego w sposób dramatyczny,
modny dziś u wszystkich powicściopisarzów
francuskich, którzy piszą o arystokracyi.
Mamy tu zdrady małżeńskie, kochanków
i kochanki, pojedynki, dzieci nieprawe i
powrót do rozwagi i skupienia. Autor opo-
wiada, jak zwykle, gładko i zajmująco i roz-
koszuje się w dawnej swej (przed roman-
sami feministycznymi) metodzie lubieżnych
woalów.
* Wizytki z Annecy w Sabaudyi wydają
obecnie kompletne, krytycznie opracowane
wydanie dzieł św. Franciszka Salezego.
Wyszło dotychczas trzynaście tomów; trzy
ostatnie zawierają niezmiernie ciekawą ko-
respondencyę świętego kaznodziei. Pisa!
on po francusku i po włosku; obu językami
władał płynnie. Trzy wydane dotychczas
tomy korespondencyi zawierają listy Świę-
tego od r. 1590 do 1604 (św. Franciszek
Salezy umarł w r. 1622). Jest to więc
obraz duchowego życia świętego od dwu-
dziestego trzeciego do trzydziestego siódme-
go roku jego życia, dotyczą więc epoki
najgorętszej działalności Świętego. Najpięk-
niejsze są listy do pani Bourgeois, Brńlart,
do zakonnic, do baronowej Chantal i wogóle
do osób, których sumieniem św. Franciszek
kierował. Przemawia do nich jak brat do
braci, łagodnie, pokornie i czarująco. Żył
pośród gór i cudownych jezior, styl więc
jego iskrzy się od wspaniałych metafor,
z obrazów natury zapożyczonych.
♦ Nowe książki. G. Bonnamour Ac
vent eniporte la poussicre (romans).—A. So-
rel L'Europę et la Revolntion franęaisc.-—
G. Ferrero Grandeur et dćcadence de Ro-
nie (toni I).—E. Schurć „Leonard de Vind“
(dramat). F. Funck-Brentano Les noiwelh-
stes.—E. Rapin Histoirc du piano et des
pianistes.- L. Rosenthal „David“ (studyum)-
—G. Hanotaux Histoire de la France con-
temporaine.—L. Lefćvre L'Italic antiąuc
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 51
991
NADESŁANE.
TYGODNIK ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
tygodnik
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
tygodnik
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY'
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
tygodnik
ILLUSTROWANY'
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
daje w 1905 r. 52 numery
zawierające około 1000 ko-
lumn tekstu z 1200 rysun-
kami, kopiami obrazów, illu-
stracyami chwili bieżącej, |
okładką ogłoszeniową yjrl
Od Nowego Roku rozpoczynamy
druk dalszego cyklu powieściowego
WŁADYSŁAWA REYMONTA
- - -
(„WIOSNA")
=. 24 dodatki bezpłatne
zawierające 12 tomów SIENKIEWICZA i „DZIEJÓW
=.:•=.= : POROZBIOROWYCH NARODU POLSKIEGO"
oraz 12 tomów DZIEŁ POPULARNO-NAUKOWYCH.
Aq u i I la =
czeskie wyborowe pastylki likiero-
we sprzed. wszyst. składy apteczne.
EGZYSTUJE OD 1874 ROKU
ZEGARMISTRZ
Jako pierwsze tomy dzieł populara, pójdą:
„LISTY Z JAPONII" Kiplinga
„HISTORYA SZTUKI POLSKIEJ"
T. JAROSZYŃSKIEGO
„MONOGRAFIA O NAPOLEONIE DM“
„GRY I ZABAWY DZIECIĘCE".
„LITERATURY SKANDYNAWSKIE"
„O STYLU W SZTUCE"
Tom styczniowy (74-y) Sienkiewicza
„NA MARNE**
PREMIUM KOLOROWE
na grubym welinie
L. Wyczółkowskiego p. t.
„jłlorskie Oko”.
| fIebethner i Wolff |
fortepiany,
Pianina, Organy
Krakowskie-Przedm. 17.
W dodatlfiiarkuszow. Hall Calne
„SYN MARNOTRAWNY"
Indywidualne zapatrywania.
Pijak (widząc, jak automobilista do swe-
go wozu wlewa spirytus): — Boże! jaki ten
człowiek... głupi! PI. Blatter.
grandę)?rix
Wystawa Powszechna 1900 r.
Słynna ze swych własności anty-
septycznych i aromatycznych.
Do nabycia wszędzie.
Pierwszorzędne Biuro Nauczycielskie
JASIŃSKIEJ, Włodzimierska 19, w Warszawie.
Poleca Nauczycieli, Nauczycielki, Bony i Cu-
dzoziemki, które na żądanie sprowadza.
Ulica Czysta Ns 2. Telefonu Jfs 2077. Zakład egzystuje od 1866 r.
F. WORONIECKI Zegarmistrz
•WOthi P°leca: decyzyjne— Uregulowane ZEGARKI
Własnej Firmy, „Omega**, Patek Philippe, Ch. E.
Tissot i innych Pierwszorzędnych Fabryk. Gatunki Naj-
wyższe oraz średnie, bardzo regularnie idące i trwale -
Wielka Rozmaitość NOWOŚCI. Wielki Wybór.
ŁAŃCUCHY SZYJNE ifDEWIZKl
złote—Krel»i*ne—stal owe—14 oiupozy <*yj»e.
K> ' r TT A TOPY ZEGARY PODRÓŻNE,
L\ ! r U > 1> ł ł\ I . SALONOWE, BIURKOWE.
Ceny istotnej wartości = realne. Odpowiedzialność poważna.
Okazyjnie: Garnitur Zegarowy—Bronz z Sewrskiemi ozdobami za 3000 Rb.
2 upcwaiiieaia Urzędu Lekarskiego m. Warsiawy i d. 29 Listopada 1896 r. N° 5152
A. SEGU1N
BORDO (Francya) |k
Członek Jury
Po za Konkursem 7 ** - -
'WysiawaPowszschna/y
l
WSZyStkiCh .afty
। * ^^j^naczniejszych f ,
• Perfumeriach,
[ APTEKACH •MM
wv‘flOS^ i Składach Aptecznych,
PASTILLES
DE
INDIEN
GRILLOM
Owoc przeczyszczający
PRZECIW
OBSTRUKCYI
9 i E / ? /
r c. o r / '
o> TŁ I J /
We wszystkich składach aptecznych i aptekach.
artystów polskich. Sprzedaż i kupno. Wystawa otwarta «a
UDIIiiIfc do godziny 8. Marszałkowska Nr 129. Salon Sztuki,
|fi| MARSZAŁKOWSKA IRI
Telelon 28OS
Chronometry i zegarki precyzyjne. Duży
wybór słynnej fabryki genewskiej (złotych
i srebrnych).
Patek, Philippe & C. w Gene-
wie i Ch. E. Tissot w Loele
Repetyery kieszonkowe, chronometry
doktorskie; kieszonkowe budziki bardzo
praktyczne i trwałe, srebrne i stalowe. Ze-
gary stołowe, gabinetowe, ścienne budzi-
ki etc. Łańcuchy i dewizki męskie
i damskie, złote, srebrne etc.
Wybór ogromny, (Jeny umiarkowano,
Gwarancja poważna,
Wszystko jedno.
— Panie bankierze, czy mogę prosić
o chwilę rozmowy?
— Pan pewnie chce—pieniędzy.
— Nie—ale chciałem prosić o rękę pań-
skiej córki.
— To wszystko jedno.
FI. Blatter.
-ĘIJIHH lir :
i
Brosze
Pierścionki
Kolczyki
Medaliony
Łańcuchy damskie na szyję
Breloki
Spinki, Szpilki
WYRÓB WŁASNY—WYBÓR WIELKI
CENY FABRYCZNE u
A. Oraczewskiego
Nowy-Świat 20, w Warszawie.
992
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 51
f’la PAŃ — na Gwiazdkę
WYKWINTNE UPOMINKI
poleca
telefonu
1530
Rok
założenia
1868
SUKNIE ------ KOSTIUMY
BLUZKI
NEG1 .1Ż.E --- 11ALKI
z „LAINF des PYRENEES“
Ciepłe Spódniczki . - ud Rb. 3. -
Kaftaniki ranne „ „ 6.—
Nowość: Szlafroczki . „ » 15 —
Ciepłe BLUZKI włóczkowe . . „ „ p —
WEŁNY
J E D WAB IE AKSAMITY
PIĘKNE ADAMASZKI CZARNE od jg. ŁggL
KORONKI
KORONKOWE SUKNIE ODPASOWANE
KORONKOWE CHUSTECZKI I SZALE
KORONKI PRAWDZIWE
NOWOCZESNE i STAROŻYTNE
HAFTY WSTĄŻKI
PRZYBRANIA
GALONY TAŚMY
OKRYCIA
LISY
BIAŁE, NIEBIESKIE, SREBRNE
CZARNE, KRZYŻAKI i t. n.
GRONOSTAJE -- SZENSZYLE
SOBOLE
FOKI .,S E A L”
KARAKUŁY, WYPORKI, KASZTANKI.
FUTRA W BŁAMACH
---- 11® Ł B » Y ---
F I IB A H K I Oi’ JB B.
w S K LE PTe dolnym
KAPELUSZE
WOALKI
B< )A Z PIÓR STRUSICH
RĘKAWICZKI
duńskie — marka „B. HFRSE" . Rb. 1 35
kozłowe „ „B. HERSE“. „ 1.50
duńskie— „ „JOUVIN&C”“ „ 2.50
WYł ĄCZNA SPRZEDAŻ- KRÓJ FRANCUSKI
WACHLARZE
W PIĘKNYM DOBORZE.. od Rh. 1 .GO
PASKI w NOWYCH FASONACH
PARASOLE
KOŁNIERZE, KRAWATY
SAKIEWKI I TOREBKI „RETICULE“
METALOWE, SKÓRZANE,
duży wybór
GOTOWEJ KONFEKCYI FUTRZANEJ:
ŻAKIETY — BOLERA
DACHY — PŁAS Z CZ E
JEDWABNE — HAFTOWANE
p*oleY KAPTURKI CZEPECZKI
PELERYNY , ŻABOTY
MUFKI POŃCZOCHY GORSETY
H» » 23 Ł IK A F ® IR H I Ili J) W A » U - l’ TIU 31 8 T K 1
® 1» Idiifs. 5.— K O ffj JD 'R Y
PRZEZ GRUDZIEŃ ------- TA NIA SPRZEDAŻ G W I A Z D K O W A
Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów______________ Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF
Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się.
TosBOJieno Ęeusypoio, Baprnana, 25 HosiCpa 1904 ro/ra.
N° 52
Ogólnego zbioru Nr 2,355
24 (11) grudnia 1904 roku
Tygodnik Iilustrowani
MADONNA Z DZIECIĄTKIEM JEZUS
Muzeum Darmsztadzkie i Drezdeńskie
HANS HOLBEIN
094
Madonna w malarstwie Odrodzenia.
Moźnaby zbudować całą historyę malar-
stwa przynajmniej wieków średnich
i Odrodzenia, opierając studya jedynie na dzie-
łach, poświęconych Najświętszej Pannie z Dzie-
ciątkiem Jezus na ręku.
Od niedołężnych prób najwcześniejszego
niemowlęctwa sztuki chrześcijańskiej, od sztyw-
nych, ponurych wizerunków bizantyjskich, gdzie
więcej było złoceń i ozdób kosztownych, niż
sentymentu religijnego i szczerego uczucia,
do prześlicznych, pełnych miłości i wiary krea-
cyi epoki Odrodzenia, Dziewica z Dzieciąt-
kiem była najgłówniejszym przedmiotem na-
tchnienia wszystkich szkół malarskich w Euro-
pie, które też ustaliły swoje ideały w sprawie
pojmowania tego tematu.
W zaraniu epoki chrześcijańskiej sztuki
plastyczne przechodziły istotnie bardzo ciężkie
dla swego żywota chwile. Po srogim ciosie,
jaki zadały im obrazoburcze zamachy orto-
doksów, wpadły pod surowy rygor kanonów,
kutych arbitralnie przez mnichów na górze
Atos, a potem z zaparciem się siebie poszły
w pokorną służbę surowego ascetyzmu, skąd
wszelkie piękno, jako rzecz szatańska, musiało
być niemiłosiernie wygnane. Ale powiał nad
ludzkością ożywczy duch humanizmu, duch
szerokiej, wolnej myśli, umiłowania życia i na-
tury, i pojęcia zmieniać się zaczęły po trosze,
aż nastąpiło słynne w dziejach sztuki qninto-
ceulo—epoka najwyższego jej rozkwitu, kiedy
pod włoskiem niebem rozpalała się do naj-
wyższej potęgi sława Rafaela, Michała Anioła,
Andrzeja del Sarto, Correggia, Mantegni, a na
Północy płonęły wielką gloryą nazwiska: Van
Dycka, Memlinga i Holbeina. Matka Boska
w przedstawieniu tych artystów jaśnieje pięk-
nością, słodyczą i dobrocią. Otaczający ją
Święci są ludzcy, również piękni, dobrzy, łas-
kawi. Dziecię Jezus, wesołe, figlarne, uśmie-
cha się do aniołków, wyciąga do nich rączki,
to bawi się z nimi razem swobodnie, jak gro-
madka dzieci zwykłych śmiertelników.
Nie jest to już Bogarodzica gotycka,
która pod fałdami bogatej draperyi nie ma
własnego ciała; mały Jezus, drobny i niefo-
remny, nie błogosławi już ludzkości poważ-
nym gestem mędrca; Święci nie są to bynaj-
mniej wychudzeni przez posty i inne praktyki
religijne asceci, wyglądający, jak gdyby byli
z grobu wywleczeni. Malarstwo to nie mówi
nam, jak sztuka prymitywów, że życie jest
nędzne, że należy modlić się tylko i czynić
pokutę, ażeby uniknąć potępienia wiecznego.
Przeciwnie, Święci mistrzów Odrodzenia zdają
się zapewniać, że życie jest dobre, że świat
jest piękny, że Pan Bóg jest litościwy, że
modlitwa nie jest tylko wołaniem strachu
i przerażenia do miłosierdzia Boskiego, lecz
jest także pieśnią dziękczynną, hymnem ra-
dosnym za wszelkie Jego dobrodziejstwa
i łaski.
Świat zmienił się całkowicie, ponieważ
spojrzał za siebie i ujrzał nagle wspaniałą
przeszłość starożytną, kiedy człowiek kochał
swoje życie doczesne. Zrozumiano nareszcie,
źeśmy stworzeni do życia i wesela, nie do
śmierci i utrapień, że natura, przepotężny
twór Boży, jest piękna i zasługuje na zachwyt.
Pod wpływem przebudzenia się tego, po-
kochano piękne formy, które dotychczas były
w najwyższej pogardzie. Starożytna sztuka
klasyczna, którą odgrzebano z pyłu zapom-
nienia, dostarczyła wzorów najpiękniejszych.
Szczera wiara i wielka miłość do Matki Zba-
wiciela świata stała się dźwignią przedziwnych
natchnień, cudownych wizyi i uniesień. Twór-
czość artystyczna, tryskająca z tych nowych
źródeł, popłynęła szeroko wezbraną, szumiącą
falą. Pierzchają mroki groźnej, ponurej ta-
jemniczości katedr gotyckich; natomiast w jas-
nych blaskach słońca wznoszą się proszalne
dłonie z ufnością i nadzieją do Madonny, peł-
nej wdzięku niewieściego, pojętego po ludzku,
macierzyńskiej czułości, właściwej każdej mat-
ce, do Madonny łaskawej, przystępnej tak po
ludzku, tkliwej i dobrej niewyczerpanie, ażeby
była pośredniczką i protektorką u Boga.
Niezmiernie ciekawa jest serdeczność,
z jaką ludzie ówczesnej epoki wyobrażali so-
bie stosunek swój do tej niebieskiej Orędow-
niczki, jak Ją poprostu i naturalnie malowali
w otoczeniu osób spółczesnych, interesującą
się ich radością lub troskami. Kompozycye
takie znane są w historyi sztuki pod nazwą
zabaw świętych (sacre conucrsazioni). Święci
poufale łączą się w grupy ze śmiertelnymi,
nadziemska zaś ich istota wyraża się przez
spotęgowaną siłę uczucia, piękność i szlachet-
ność postaw.
Najbezpośredniej zaznacza to w swych
utworach Wenecyanin, Giovanni Bellini. Na-
strój szczerej pobożności panuje tu w całej
sile. W Madonnach swych odtwarza on typ
dojrzałej pięknej kobiety weneckiej, a scenie
całej nadaje charakter ludzki, jakkolwiek od-
czuwa się tu jeszcze w pewnej mierze trady-
cye czasów dawniejszych. Rzeczywiście stoi
on na przełomie dwóch prądów (1427—1516 r.).
Wyzwoliwszy się wprawdzie bardzo prędko
z pod surowego i poważnego kierunku mi-
strza i ojca swego Jakóba, opanowawszy cał-
kowicie nową wówczas technikę malowania
olejnego, przyniesioną do Wenecyi przez An-
tonella da Messina, zachował niektóre cechy
właściwe prymitywom. Możemy się tego łatwo
dopatrzyć w nieco twardem załamywaniu się
fałdów draperyi, przypominającem gotycyzm;
przytem w pewnem unieruchomieniu twarzy
Dziewicy i Dziecięcia widoczne jest jeszcze
dążenie do wyrażenia idei w dawnem rozu-
mieniu tych rzeczy. Natomiast prawda i siła
kolorytu, indywidualny charakter figur i jędrne
traktowanie ciał żywych oznajmia nową erę
sztuki, zwrot stanowczy do natury i piękna.
Giovanni Bellini nie cieszył się zbytnią
popularnością, jakkolwiek tradycya czyni go
mistrzem trzech największych malarzy wenec-
kich: Giorgiona, Palmy Vecchia i Tycyana.
Jeżeliby jednak nawet właściwy stosunek nau-
czyciela do uczniów wcale nie istniał, to
w każdym razie sława Belliniego pozostaje
niezaprzeczoną pod tym względem, że on
pierwszy wytknął kierunek, po którym dążyło
młodsze pokolenie.
Współcześnie w Padwie wykwita talent,
który przez studya nad antykami i naturą posu-
nął się jeszcze dalej w ujęciu życia na gorą-
cym uczynku. Nadto rozwija on w sobie
skłonność do rozwiązywania zadań matema-
tyczno-perspektywicznych, w czem, jak się
zdaje, nie bez wpływu pozostał stosunek jego
z Jakóbem Bellinim. Jest to Andrea Man-
tegna (1431—1506 r.). Bierze on większość
postaci wprost z natury, a niektórym głowom
nadaje tyle wdzięku i świeżości, źc nic rów-
nego nie spotyka się więcej w wieku XV.
W plastyce malarskiej, dzięki uważnej nad-
zwyczaj obserwacyi, dochodzi do wywoływania
złudzeń zmysłowych, co zauważono naprzy-
kład we freskach na suficie w Castello di
Corte. Lubuje się nadto w bogatym układzie
tła, które zdobią wieńce kwiatów i owoców,
misternie rzeźbione pilastry i rozety. Takie
też tło ma „Madonna della Vittoria,“ obraz
zamówiony przez margrabiego Mantui jako
hołd dziękczynny dla Madonny za zwycięstwo
pod Formie. W obrazie tym tkwi gorzka iro-
nia histoiyczna. Właściwie zwycięzcą tam był
Karol VIII, król Francyi, a margrabia Mantui
uciekł z pola bitwy, pozostawiając wśród po-
ległych stryja swego, Rudolfa Gonzagę, na-
czelnego wodza armii włoskiej. No, ale wia-
domości wojenne w owym czasie nie docho-
dziły drogą telegraficzną, i rząd mógł robić
historyę. jak mu było wygodniej.
Niemniej przecież nic ta okoliczność nie
ujmuje obrazowi, jako dziełu sztuki. Odnaj-
dujemy tam poważny styl tego artysty w so-
lennem ugrupowaniu osób, między któremi
współczesna postać klęczącego u nóg Madon-
ny Gonzagi miesza się dziwnie z mistyczną
wizyą Świętych. Z drugiej strony doskonale
studyum nagiego ciała Dziecięcia Jezus i św.
Jana wskazuje zwrot studyów w kierunku
antyków. Te małe ciałka dzieci mają czystość
i jędrność marmuru greckiego. W tym sa-
mym duchu namalowany jest św. Michał, św.
Jerzy, św. Andrzej, św. Longin, tudzież pięk-
na postać św. Anny.
Andrea d’Angolo, przezwany: del Sarto
(1486—1581 r.), jeden z najwybitniejszych mi-
strzów florenckich, lubuje się w kompozycyach
zwartych, urozmaiconych lekkimi kontrastami.
Postaciom nadaje kształty pełne, jędrne, i ubie-
ra je w kostiumy idealne, malowniczo udra-
powane. Odzwierciedla on świat zewnętrzny
w całym blasku piękna i siły, nie daje jednak
głębszego wyrazu wewnętrznego wzruszenia.
Jako kolorysta, pod względem zwłaszcza har-
monii i bogactwa barw, Andrea del Sarto nie
miał równego sobie wśród spółczesnych Flo-
reńczyków. Obraz jego „Madonna i św. Fran-
ciszek" odznacza się wielką szerokością form,
wytwornością ujęcia kompozycyjnego i poczu-
ciem malowniczości w układzie.
W połowie wieku XV prowincyotialna
Szkoła umbryjska wysuwa się na plan pierw-
szy. Tu pracuje nauczyciel Rafaela, Piętro Va-
nucci, zwany Peruginem (1446—1523).
995
MADONNA—TRYPTYK
Ze zbiorów księcia Dcvonshirc
MEMLING
Perugino wcześniej od innych włoskich
nialarzy wyzyskał tajemnicę malarstwa olejne-
go i zdobył koloryt ciepły, głęboki i harmo-
nijnie stonowany. Życic Matki Boskiej, zresz-
tą jak dla większości Włochów, było dla niego
tematem ulubionym i najczęściej podejmowanym.
Madonny jego łączą ziemską słodycz
z jakimś zaziemskim mistycyzmem wyrazu.
„Najświętsza Panna" z obrazu, znajdującego
się obecnie w Luwrze, posiada wdzięk aniel-
ski raczej niż niewieści. Trzyma Ona swe
Dziecię nie jak matka, lecz jak starsza siostra,
jak czuła opiekunka i towarzyszka aniołów, do
których jest tak podobna.
I dziwna—z tej właśnie pracowni wyjdzie
mistrz, który w piersi czystej Dziewicy obudzi
serce, bijące całą potęgą miłości macierzyńskiej.
I jeszcze jedna szczególna sprzeczność
zestawień: Perugino, który tak idealnie w
twórczości swej odrywał się od ziemi, który
skomponował tyle pełnych natchnienia religij-
nego obrazów, w życiu religijnością się nie
odznaczał i wogóle byl człowiekiem pozbawio-
nym delikatniejszych uczuć, a jako malarz pro-
wadził formalne fabryki obrazów jednocześnie
w Perugii i Florencyi.
Zresztą było to poniekąd zgodne z du-
chem czasu. Współpracownictwo wielu mi-
strzów, lub poprostu uczniów przy jednem dzie-
fa> według pojęć ówczesnych, nie uwłaczało
bynajmniej godności artystycznej, aż dopiero
Oprotestował przeciw temu wielki pan w sztu-
Ce> dumny Michał Anioł, który ostro wyrzucał
Peruginowi, a nawet samemu Rafaelowi, ich
fabryczną produkcyę.
Typowym w tym rodzaju wytwórcą był j
^inturicchio (Bernardino di Betto, 1455—1513)
dawny pomocnik, chociaż zdaje się bynaj-
mniej nie uczeń Perugina. Uzbrojony we
wszystkie środki techniczne, jakich ówczesna
sztuka dostarczyć mogła, bezwzględny pan
własnej ręki, z najwyższą swobodą łączył re-
zultaty dawnych momentów rozwojowych w
całość, olśniewającą wirtuozostwem wykonania
i bogactwem szczegółów dekoracyjnych.
Wystarczały mu przepych i nęcąca wzrok
strona zewnętrzna. Nowych dróg nie szukał,
lecz malował zawzięcie jak najwięcej przy po-
mocy całej rzeszy współpracowników.
Sztuka tych ludzi stanęła wobec niebez-
pieczeństwa stoczenia się w niziny zwykłego
przemysłu artystycznego, ale powstali twórcy
pełni ambicyi i odwagi, którzy ją znowu pod-
nieść do wyżyn potrafili. Powstają: Raffael
Santi i potężny Michał Anioł.
Współcześnie we Włoszech północnych
zupełnie samodzielnie Antonio Correggio (1494
—1534) tworzy „Zaślubiny św. Katarzyny".
Obdarzony wielką wrażliwością, umie on
wznieść się w przedstawieniu radości życia
aż do stanów uduchowienia i świętości.
Ale nietylko we Włoszech kult dla Matki
Boskiej zapładnia tak wyobraźnie artystów, że
tworzą dzieła wiekopomne. Szkoła flamandz-
ka poszczycić się może arcydziełem, namalo-
wanem przez mistrza, urodzonego jeszcze
w wieku XIV, a które zdumiewa doskonało-
ścią form, a przedewszystkicm szczerością uczu-
cia. Uczucie to zresztą, ta bezpośrednia erup-
cya nurtujących duszę ludzką namiętności,
jest właściwie jedynym sprawdzianem istotnej
wartości dzieła. Dlatego też, mimo pewnej
niedojrzałości technicznej, w historyi sztuki zja-
wiają się utwory wysoko cenione artystycznie
tak bardzo wcześnie. Ale Van Eyck, twórca
„Matki Boskiej z kanclerzem Rollinem" i wy-
nalazca malarstwa olejnego jest już nietylko
na swój czas technikiem znakomitym i mala-
rzem, który wiedzę swoją oparł na poważnych
studyach z natury.
Z tej szkoły pochodzi wspaniały tryptyk
Memlinga (1435’— 1494): „Rodzina Glifforda
u stóp Najświętszej Panny."
W szkole niemieckiej tej epoki, jak wiel-
ki brylant czystej wody, siłą przedziwnego rea-
lizmu świeci „Madonna burmistrza Meyera"
przez Hansa Holbeina (1497—1543).
T. JAROSZYŃSKI.
ZŁOTE LISTKI.
Kto wyrzekł prawdę o swoim lub cudzym
uczynku—już skończył sprawę; kto zaś skłamał,
ten się nabawił ciągłej bojaźni, żeby kłamstwo na
। wierzch nie wyszło.
1. P. Legatowi.cz.
* *
*
Chcieć zapomnieć—to nonsens, bo zapomina
się—tylko nie chcąc.
Tadeusz Rittner.
* *
*
Są tacy, którzy proszą o przepisanie lekar-
stwa, a potem je wyrzucają; inni znów proszą
o radę, a za nią nie idą. Jedni i drudzy cierpią
na nieuleczalną chorobę.
1. P. Legatowicz.
* *
*
Cnota jest to nałóg, usposabiający nas do
czynienia dobrze.
Paweł Woronicz.
* *
*
Miłość tworzy wszystkie rozkosze, czas je
niszczy—któreż mocniejsze?
A. Żółkowski.
*
* *
Najlepszą pokutą za grzechy są dobre
uczynki.
Ludwik Jenike.
996
ŚWIĘTA RODZINA
Muzeum Uffizi, Florencya
MICHAŁ ANIOŁ
MADONNA Z DZIECIĄTKIEM
Muzeum Luwru
PERUGINO
ARTUR GRUSZECKI.
SŁOMIANY OGIEŃ.
Wśród ciszy odezwał się ktoś:
— Chyba powiem i ja.
Wszyscy spojrzeli na gromadę wieśnia-
czek, skąd głos pochodził, i popychana na-
przód wysunęła się chłopka z okolic Krakowa,
a skłoniwszy się, rzekła:
— Chciałabym pokornie coniebądź po-
wiedzieć wedle nas.
— Jakże się siostra nazywa? — spytała
słodko pani Lecińska.
— Toć ją znam—zawołał jeden z dele-
gatów:—to Barbara Miętusowa z Woli!
— Możecie mówić, siostro—powiedziała
łaskawie pani Lecińska.
W sali zrazu były tłumione śmiechy, ale
wkrótce uciszyli się wszyscy, zdjęci ciekawo-
ścią.
— To było tak—zaczęła Barbara: — do
chałupy przyjechał wójt i nuż prosić i nama-
wiać, abym poszła do miasta, jako mają ra-
dzić, jakby pomódz biednemu narodowi. I tak
kusił, obiecował różności, że się przywlokłam.
Nijakiej rady i pomyślenia nie widzę, tylko
puste gadanie, chociaż mądre i piękne, a jak-
że! Szkoda mi dnia tracić, tak chciałam spy-
tać: czy jest jaka rada, aby nam potok nie za-
lewał ogrodów, nie niszczył pola, jako nanosi
piasku i kamienia? Aby był tylko spokój we-
dle wody, już my bez niczyjej rady zrobimy
co się patrzy w babskiem gospodarstwie. Co
prawda, nabiału nie sprzedam, bo dzieckom
trzeba, a i chłopu, kiej się narobi, trzeba toto
omaścić, bo na to człowiek pracuje, aby miał
co jeść. A wedle drobiu, po naszemu: gadzi-
ny, to jak mieszczki dobrze płacą, sprzeda się
im. I każda z nas na wsi jest sobie gospo-
dynią i panią w chałupie, a chłop wedle roli,
tak Pan Bóg przykazał i tak będzie na wieki
wieków. Zaś proszę pokornie wielmożną pa-
nią,—skłoniła się przed stojącą panią Leciń-
ską—aby tylko poradziła coś na ten potok,
albo uprosiła wielmożnego starosty, aby nam,
jako skrzywdzonym, darował albo umniejszył
podatek... Tyle słów moich, i polecam się pa-
mięci wielmożnej pani.
Rozległy się szalone oklaski, tak, że od-
powiedzi pani Lecińskiej już nie dosłyszano.
Chciała przemawiać i druga wieśniaczka, za-
chęcona powodzeniem poprzedniczki, ale za-
krzyczeli ją delegaci wiejscy, którzy zniecier-
pliwieni oczekiwaniem poczęstunku, hałaso-
wali tak zawzięcie, iż pani Lecińska z trudno-
ścią przyszła do głosu, i podziękowawszy pre-
legentkom i licznym współuczestnikom za
udział, zamknęła pierwszy zjazd kobiet.
Wandzia wyszła z sali w towarzystwie
Petryckiego, nie zważając na złośliwe uśmie-
chy pani Sylurskiej i Frania.
Gdy wyszli na ulicę, spytała:
Cóż pan sądzi o tym zjeździe?
— Zabawka bez znaczenia—uśmiechnął
się—ale ta ostatnia Miętusowa była doskona-
ła: ona sprowadziła zjazd na pole właściwe.
— Istotnie, ona trzeźwo patrzy, jakkol-
wiek zbyt jednostronnie, bo interesuje ją tyl-
ko jej potok.
— Nim się przystąpi do takiej refor-
my, należy mieć zwolenników, rozwinąć agi-
22
tacyę, poszukać współczujących, a nie brać
pierwszych lepszych bab z brzegu.
— Robi się to, co można w danym ra-
zie—powiedziała Wandzia tonem stanowczym
—i bądź co bądź pani Lecińska rozbudza du-
cha kobiet.
— Hm... to... uważa pani, jest letnia wo-
da: nikomu nie pomoże, nikomu nie zaszko-
dzi, a co najwyżej sprowadzi nieszkodliwe
nudności.
— A pani Syiurska?
Ta była wyborna—zaśmiał się—i ża-
łuję, że nie jestem karykaturzystą...
— Nie o to mi chodzi, ale jej poglądy?
— Zdaniem mojem, są szkodliwe. Po co
siać sztuczną niechęć i przeciwieństwa pomię-
dzy kobietą a mężczyzną, stworzonymi do mi-
łości? Zwłaszcza u nas jest obowiązkiem iść
zgodnie, karnie, posłusznie, razem, ręka w rę-
kę. Nikt z rozsądnych mężczyzn nie odma-
wia kobiecie równości praw, nauki, konkurcn-
cyi w przemyśle czy handlu, byle pracowały
uczciwie, bez fuszerki, wybiegów, chytrości,
zasłaniając się ciągle swoją kobiecością, ner-
wami, chorobami...
Wandzia miała ochotę powtórzyć zasły-
szane frazesy o niewoli, ucisku, nierówności
praw, przywilejów męskich... ale wobec jas-
nych słów malarza, nic umiała czy nic chcia-
ła prowadzić dalszego sporu o kobietach. Na-
tomiast czuła, iż należało coś Pctryckiemu po-
wiedzieć o jego obrazie, o którym z nią mó-
wił na Zwierzyńcu. Wahała się chwilę, wresz-
cie rzekła:
997
MADONNA
Z katedry S-t Scverino
PINTORECHIO
MADONNA Z DZIECIĄTKIEM
Z galeryi narodowej w Londynie
CIOVANNI BELLINI
— Widziałam obraz pana na wystawie.
Spojrzał na nią z pewną wdzięcznością,
ale odpowiedział żartobliwie:
Ponieważ, zdaniem pani Sylurskiej,
tylko kobieta umie się wczuwać uczuciem
w dzieło sztuki, co pani wyczuła?
— Podobał mi się obraz pana. Każdy
zrozumie, że pan nietylko widzi, ale wspćł-
czuje z nędzą ludzką... Dziewczynki są do-
skonałe, tylko... zawahała się.
— Co tylko?
— Ta zimna, obojętna, bezlitosna Przy-
roda mrozi poprostu widza.
— Bo taką jest ona, a tylko jedna mi-
łość staje z nią do walki i czasem zwycięża.
Miłość macierzyńska, wszystko jedno, kwoki,
lwicy, matki, ratuje dzieci. Miłosierdzie i współ-
czucie chroni biednych i opuszczonych, a mi-
łość dwojga kochanków bywa tak silna, iż gdy
nie mogą się połączyć, giną dobrowolnie,
wbrew dążeniu natury, która ich wybrała, by
uwiecznić gatunek. Pierwiastku miłości nie
wprowadziłem do obrazu, bo moja miłość
sprowadziła mi więcej niepokoju, troski, oba-
wy, aniżeli harmonii i siły.
— Sprzeciwia się pan sam sobie, —
uśmiechnęła się z lekką ironią — bo dawniej
Pan mówił, że sztuka sama w sobie jest cało-
ścią i nie może być zależną od kaprysu lub
sympatyi przelotnej.
— Nie znałem wówczas miłości. Na ra-
zie przedstawia się ona niewinnie. Spojrze-
nie, spotkanie chwilowe, rozmowa obojętna,
ceremonialny uścisk ręki i pewnego dnia znaj-
dujemy się bezbronni, skrępowani, bezwolni.
Ona staje się osią mego mózgu, woli, uczu-
cia; idę w jej ślady, szukam jej spojrzenia;
czekam jej głosu... i jak to męczy, dręczy,
niepokoi!., a już nie mam siły złamać tego za-
czarowanego koła, zerwać tych więzów, i krą-
żę około niej, nie mając odwagi się zbliżyć,
a bezsilny, by uciec.
A mówił to z takiem przejęciem, żalem,
szczerością, spoglądał na obok idącą tak błysz-
czącemi oczyma, że Wandzia zrozumiała, iż on
o niej mówi, ją ma na myśli.
Na razie miała zamiar wydrwić go, ale
wsłuchując się w jego słowa, w dźwięk jego
głosu, doznała uczucia zadowolenia, radości,
rozkoszy, jak przy słuchaniu ulubionej muzy-
ki. Otrząsnęła się jednak wkrótce z tego wra-
żenia i powiedziała uprzejmie z odcieniem ser-
deczności:
— Pan zbyt szanuje i kocha sztukę, by
podobny nastrój trwał długo... I znów powtó-
rzę słowa pana, że należy wstać, otrząsnąć się
i iść dalej.
Spojrzał na nią przenikliwie, spochmur-
niał i rzekł tonem uprzejmości towarzyskiej:
— Dziękuję za radę... zastosuję się do
niej.
Szli dalej w milczeniu, a Wandzia uczu-
ła dziwny smutek i żal, jak gdyby komuś ko-
chanemu wyrządziła krzywdę i przykrość.
Spojrzała z ukosa na niego, i zdawało
się jej, że w rysach jego twarzy, w oczach
maluje się cierpienie. Podziałało to na nią
jeszcze bardziej przygnębiająco.
Tak bez słowa przyszli pod kamienicę
na ulicy Starowiślnej.
— Prosiłabym pana na górę,—przemówi-
ła nieśmiałym głosem—ale ciocia...
— Pani zbyt łaskawa, — odpowiedział
z nadzwyczajną grzecznością tonem formali-
sty—i przykro mi bardzo, że ciocia pani jest
chora. Mam nadzieję, że wkrótce wyzdrowie-
je, i raczy pani złożyć jej wyrazy mego sza-
cunku.
— Dziękuję panu—odpowiedziała głosem
bezdźwięcznym, tak dotknął ją ton jego gło-
su i jego zachowanie.
Skłonił się głęboko i bez podania ręki
poszedł.
Wandzia, z gniewu czy z żalu omało się
nie rozpłakała; chciała zawołać na niego, by
wrócił; chciała wytłómaczyć się przed nim ze
MADONNA ŚW. FRANCISZKA
Uffizi we Florencyi
ANDREA DEL SARTO
swoich słów, iż nie miała zamiaru obrazić go,
dokuczyć mu... Nie miała jednak siły wydo-
być głosu z siebie i smutna, zgnębiona, po-
szła wolno do mieszkania.
XV.
— Wandziu, należałoby dzisiaj iść już
do Klubu. Dawniej pilnowałaś się godzin,
a teraz po kilka dni ani zajrzysz do biura na-
szego.
— Jeśli ciocia uważa to za potrzebne,
pójdę—odpowiedziała obojętnie.
— Co ci jest, moje dziecko? — zbliżyła
się do siedzącej przy biurku—możeś ty cho-
ra?... W ostatnich dniach zmizerniałaś, utraci-
łaś żywość, wesołość... co się stało?
— Ależ nic, ciociu, jestem zdrowa zu-
pełnie... przecież nie opuściłam ani jednej lek-
cyi w schronisku.
— Może to jednak za daleko dla ciebie...
męczy cię taka droga... bierz dorożkę do ro-
gatki, nie będzie znów koszt zbyt wielki.
— Nie, ciociu, taka przechadzka sprawia
mi nawet przyjemność.
— Dlaczegóż do Klubu nie chodzisz?
— Bo nie widzę celu. Słowa, tylko
słowa; wieczne kręcenie się w kółko, bez ża-
dnego rezultatu, bez usiłowań przejścia od na-
rzekań i skarg na drogę czynu i pracy.
— Zapominasz, że utworzyłyśmy wyższą
szkołę średnią, przygotowującą do wstąpienia
na uniwersytet — powiedziała z wymówką
w głosie.
— Tak jest, ale to nie zasługa Klubu,
lecz prywatnego grona pań, do których nale-
żało kilka z Klubu, jak ciocia i Szarewiczo-
wa; a sam Klub prócz trochy hałasu nic nie
zrobił i prawdopodobnie nie zrobi.
— Krytyka jest łatwa—powiedziała roz-
goryczona.—Ciekawa rzecz: jakbyś ty poczyna-
ła? — i oparłszy głowę na dłoni, patrzała na
nią ironicznie.
— Nie siałabym niezgody pomiędzy ko-
bietami a mężczyznami, jak Sylurska. Nie brak
na świecie mężczyzn, którzyby poparli dąże-
nie kobiet do wyzwolenia się z ograniczeń
prawnych i społecznych. I w Rewolucyi Wiel-
kiej nie chłopi i poddani przeprowadzili uzna-
nie praw człowieka, lecz właśnie arystokracya.
— No, no, cóż za gwałtowną przemianę
przeszłaś w tak krótkim czasie! — uśmiechała
się drwiąco.—I kto wpłynął tak na ciebie?
CORREGGIO
MAŁŻEŃSTWO MISTYCZNE ŚW. KATARZYNY
Muzeum Luwru
— Nikt, ciociu—zarumieniła się. — Ten
zjazd z przed kilku tygodni otrzeźwił mnie.
— I złośliwa krytyka tego malarza—do-
dała z przekąsem.
— W tom, co mówił, miał dużo słusz-
ności.
— A ty powtarzasz za nim—zaśmiała się.
— Wcale nie -odpowiedziała cierpko.
Po chwili milczenia spytała ciotka łagod-
nym głosem:
— Wandziu, pamiętasz coś mi przyrze-
kła owego wieczoru... po wizycie malarza?
— Pamiętam... Gdybym go kochała, po-
wiedziałabym cioci, jak zresztą przyrzekłam;
ale nie kocham go... byłam nim zajęta przez
czas jakiś, ale to już minęło.
— To dobrze, moje dziecko—pocałowa-
ła ją w czoło:—ze mną powinnaś być szczera.
A do Klubu pójdziesz?
— Tylko się ubiorę.
W salonie Klubu pani Syiurska przywi-
tała Wandzię z przyjemnem zdziwieniem:
— Nareszcie pani przyszła! Obawiałam
się, że pani lub ciocia są chore, i miałam za-
miar odwiedzić panie.
— Zawsze będzie nam przyjemnie, ale
na razie byłam bardzo zajęta i nie przycho-
dziłam, przypuszczając, że i tak niema nic do
roboty.
— O, jest tu zajęcie dla pani... Trzeba
rozpisać komunikaty do dzienników, że w Klu-
bie odbędzie się mój odczyt p. t. „Podwójna
moralność," i że zapraszamy członków i gości.
— Dobrze... napiszę... a kiedy odczyt?
— Od dziś za tydzień, będzie środek
wielkiego postu... powinni się zgromadzić,
zwłaszcza, że sam tytuł odczytu jest interesu-
jący.
Zasiadła do stołu, i uporządkowawszy pa-
piery, zaczęła pisać.
— A wie pani nowinę, panno Wando?—
mówiła pani Syiurska, która z robótką w rę-
ku siedziała na kanapie: — Lecińska mieszka
z mężem. Przeniesiono go z Jarosławia do
Krakowa; prosił o to. Ona jednak sprytna! Te-
raz Koło rozwinie się dobrze; jego stosunki,
jako radcy sądowego, podniosą znaczenie Koła.
— Tem lepiej dla ogółu kobiet; będą
mogły gromadzić się i naradzać.
— Nad szerzeniem miłości i przebacze-
nia!—zaśmiała się ironicznie.
Wandzia pisała dalej, gdy ze strony po-
koju, zajmowanego przez Frania, dał się sły-
szeć trzask drzwi otwieranych i wesołe słowa
powitania, z których tylko luźne wyrazy do-
latywały do salonu.
1C00
MADONNA
Muzeum Luwru
VAN EYCK
— Pewno któryś z przyjaciół—objaśniła
Wandzię pani Sylurska.
Franio z nowo przybyłym spacerowali
po pokoju, prowadząc głośną rozmowę, a gdy
przechodzili pode drzwiami, łączącemi salon
z pokojem, wyraźniej słychać było niektóre
słowa.
Wandzi, piszącej przy stole, głos obcego
wydawał się jakiś znany: gdzieś, niegdyś już go
słyszała; nie mogła jednak przypomnieć sobie,
ani kto, ani gdzie. Usilnie natężała pamięć,
ale napróżno.
Do salonu weszła doktor Szarewiczowa
i zaraz z progu, po słowach przywitania, spy-
tała:
— Jest co nowego? Był kto w biurze?
— Nikt się nie zgłaszał; może jednak
zechce pani odpocząć chwilę — odezwała się
pani Sylurska.
— Bardzo mało mam czasu... mam kil-
ka sprawunków do załatwienia.
— Będzie czas jeszcze... Chciałabym się
poradzić w pewnej sprawie.
Doktor Szarewiczowa podeszła i usiadła
na kanapie:
— A panna Wanda co pisze?—spytała.
— Komunikaty do dzienników o odczy-
cie moim.
— Prawdopodobnie przyjdzie dosyć osób,
1 i należałoby wyraźnie zaznaczyć, że i mężczy-
znom wstęp dozwolony.
— W komunikacie napisałam ogólniko-
wo o gościach,—objaśniła pani Sylurska —ale
myślę do redaktorów posłać osobne zaprosze-
nia, i Franio ma przyprowadzić swych przy-
jaciół.
— Będą mieli się z pyszna, gdy usłyszą
rejestr swych grzechów! — zaśmiała się doktor
Szarewiczowa.
Już skończyłam—odezwała się Wan-
dzia.
— Dziękuję pani.
Wtem otworzyły się drzwi od pokoju
pobocznego, stanął w nich Franio, i skłoniw-
szy się paniom, rzekł:
— Może ciocia i panie pozwolą, że przed-
stawię im mego najlepszego przyjaciela, który
prosi o pozwolenie wstępu na zapowiedziany
odczyt.
Pani Sylurska spojrzała na siedzącą obok
sąsiadkę, doktora Szarewiczową, a otrzymaw-
szy przyzwalające skinienie, rzekła:
— 1 owszem, Franiu, poproś pana.
— Karolu, proszę cię — odstąpił Franio
od drzwi.
Do salonu wszedł szatyn, młody jeszcze,
ale z przeżytą twarzą, modnie ubrany, i skło-
nił się głęboko paniom.
Franio wziął go pod rękę, mówiąc tonem
wesołym:
— Ciociu, oto przyjaciel Karol Ocieski,
o którym tyle mówiłem.
Wandzia spojrzała na wchodzącego i obla-
ła się purpurą.
Teraz przypomniała sobie ton znanego
głosu, wpatrzyła się w twarz, i zdawało się jej,
że prezentowany posiada te same rysy twarzy,
co ów Karol, który ją tak bezwstydnie napa-
stował na ulicy Stachowskiego. Ależ tak! to
on jest napewno! Spojrzała.
Pan Karol Ocieski z głębokim ukłonem
zbliżył się do pani Sylurskiej, i ucałowawszy
jej rękę, rzekł:
— Dawno pragnąłem dostąpić tego za-
szczytu. Pani szanowna wpłynęła tak dodat-
nio na Frania, że to oddziałało i na mnie, ja-
ko jego przyjabiela.
— Nietylko moja w tem zasługa, —-
uśmiechnęła się najuprzejmiej—ale widać, że
u was obu grunt dobry, gdy tak łatwo lep-
sze skłonności wzięły górę.
— W każdym razie niezmiernie jestem
wdzięczny szanownej pani dobrodziejce—znów
ucałował jej rękę.
Franio zwrócił się do sąsiadki ciotki:
— Pani doktor Szarewiczowa pozwoli—
mój przyjaciel Karol Ocieski.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 52
1001
Pani podała rękę, którą uścisnął
z szacunkiem, mówiąc:
— Nieznany, znam panią z dzia-
łalności i prac ekonomicznych... za-
wsze podziwiałem ogromną erudycyę
i przenikliwość pani w rzeczach wątpli-
wych.
— Napisałam stosunkowo tak ma-
ło...—spuściła oczy skromnie, zarumie-
niona z zadowolenia- nie mogę się,
niestety, poświęcić nauce wyłącznie.
A czytał pan ostatnią rozprawę mojej
koleżanki z uniwersytetu o „wartości
pracy kobiecej"?
— Zdaje się, że ona zbyt dużo
korzystała z obcych materyałów.
— Sąd bardzo słuszny—potwier-
dziła.
Przez ten czas Wandzia przyszła
do przekonania, że zachowanie się te-
go pana na ulicy Stachowskiego nie
powinno mu ujść bezkarnie, zwłaszcza
tu, w Klubie kobiet, który był pro-
testem wobec wszelkich nadużyć mę-
skich.
Gdy Franio z kolei przedstawił
Wandzi gościa, i ten wyciągnął rękę na
powitanie, ona, prostując się w krześle,
spojrzała mu w twarz z taką pogardą,
że to zwróciło uwagę wszystkich,
a Franio, chcąc śmiałością, ratować sy-
tuacyę, rzek) wesoło:
— Panno Wando, to nie wróg,
ale wielbiciel Klubu i zasługuje na po-
danie ręki.
— Istotnie, proszę pani... — za-
czął gość.
Ale Wandzia wstała z krzesła
i rzekła głosem dobitnym:
— Takim ludziom, jak pan, nikt
z uczciwych nie może podawać ręki.
Pani Sylurska była oburzona letni sło-
wami, doktor Szarewiczowa zaciekawiona,
a dwaj młodzieńcy pobledli z gniewu, i Fra-
nio rzekł z miną dumną:
— Powiedziałem, że Karol jest moim
przyjacielem, tern samem człowiekiem uczci-
wym i honorowym.
— To bardzo dziwny sposób przyjmo-
wania moich gości!—zawołała z gniewem pani
Sylurska.
— Nie jestem w salonie pani, lecz
w Klubie — odpowiedziała pobladła dziew-
czyna.
— Zapomina pani, — wstała z kanapy
rozgniewana przewodnicząca—że mój siostrze-
niec ma prawo wprowadzać do mnie swego
przyjaciela.
— W takim razie zostawiam swobodę
pani, siostrzeńcowi i zacnemu przyjacielowi —
uśmiechnęła się drwiąco i poszła do przedpo-
koju, gdzie szybko ubrała się w futerko.
— To wstrętna impertynencya — rzekła
pani Sylurska, siadając.
— Piękna nagroda za przyjaźń cioci, —
zaśmiał się Franio z ironią — a ciebie, mój
przyjacielu, najserdeczniej przepraszam — ścis-
kał jego rękę.
— Czy pan zna pannę Popielską?—spy-
tała doktor Szarewiczowa.
— Widziałem pierwszy raz w życiu —
odpowiedział blady z oburzenia.
MADONNA ZWYCIĘSTWA
Muzeum Luwru
MANTEGNA
Poczęto obrażonego pocieszać, przesa-
dzając się w grzecznościach i wyrazach współ-
czucia.
Wandzia wyszła na ulicę, zimny wiatr
podziałał kojąco na wzburzenie, i po wybuchu
chwilowej energii nastąpiła reakcya.
Czuła się osłabioną, znękaną, opuszczo-
ną, zwątpiałą.
A może w tym wypadku zaszła omyłka?...
Bywają przecież łudzące podobieństwa... I ona
może skrzywdziła człowieka niewinnego, odmó-
wiła podania ręki, nazwała go nieuczciwym i na
ukoronowanie swej niesprawiedliwości obraziła
panią Sylurską, Szarewiczową i pana Domnic-
kiego...
Niepewność co do osoby napastnika
wzrastała. Przecież wówczas było ciemno,
niemal noc, nie przyglądała się twarzy napa-
stującego, widziała ją przelotnie... a że głos
podobny, że to samo imię Karol, to jeszcze
nie dowody, iż nie popełniła fatalnej po-
myłki i zamiast winnego nie ukarała niewin-
nego.
Uczuła się nieszczęśliwą.
Teraz nadpłynęła fala następstw tego
kroku. Jeśli się pomyliła, musi przeprosić
Sylurską, Szarewiczową, pana Domnickiego,
a przedewszystkiem posądzonego niewinnie...
Trzeba będzie opowiedzieć całe zajście
na ulicy Stachowskiego...
Słuchać słusznych wymówek za
swoją porywczość i brak zastano-
wienia...
A ciotka? Ileż razy wypomni jej
brak taktu... pośpieszność sądzenia lu-
dzi i rzeczy... gwałtowność charakte-
ru!... ale ciotka ją kocha, zapomni
o tern, przebaczy...
Ale ten pokrzywdzony?... On ma
teraz prawo i ją zelżyć, napiętnować
publicznie... zrobić afront przy spotka-
niu...
I tak się zagłębiła w tych smut-
nych rozmyślaniach, iż zamiast z Grodz-
kiej ulicy skręcić na Dominikańską,
ocknęła się dopiero w rynku koło ko-
ścioła Panny Maryi, a podniósłszy
oczy, ujrzała przed sobą malarza Pe-
tryckiego, który przywitał ją z uśmie-
chem radosnej niespodzianki.
Ten jego uśmiech, uścisk ręki
dodał jej sił, pobudził energię.
— Szła pani jak zahypnotyzowa-
na. Co się stało?
Nagle przyszła myśl Wandzi, że
jeden tylko Petrycki może rozstrzygnąć
jej wątpliwość co do osoby napast-
nika, i skręcając przez Szpitalną ku
plantom, zaczęła z wielkiem ożywie-
niem:
— Pan pamięta to zajście na
ulicy Stachowskiego?
— Dokładnie.
— Otóż dziś w Klubie kobiet...
pan wie, przy ulicy Poselskiej...
— Znam adres Klubu.
— Ja jestem sekretarką Klubu,
i dziś wprowadzony przez pana Dom-
nickiego wchodzi jeden z tych, przed
którymi pan mnie obronił... nazywa
się Karol Ocieski... i miał odwagę
podać mi rękę... słyszy pan? - spojrzała mu
w oczy.
— Cóż pani zrobiła? Przypuszczam, że
pani go skarciła—rzekł poważnie, domyślając
się z jej wzburzenia, że coś zaszło niezwyk-
łego.
— Tak jest... nie podałam ręki i powie-
działam, że jest nieuczciwy.
— Hm... cóż dalej?
— Wyszłam, i teraz bardzo się boję, iż
zbłądziłam: a może to nie on?... może tylko
podobny? A pan poznałby go?
— Zdaje mi się, że tak... widziałem go
dość dokładnie w świetle latarni.
Po krótkiem milczeniu przemówiła z pew-
ną nieśmiałością, zaróżowiona:
— Czy mogłabym pana prosić o jedną
wielką przysługę?
— Jestem na rozkazy... Czy mam spraw-
dzić jego osobistość?... Bardzo chętnie, tylko
wskaż mi pani miejsce i czas...
— On napewno jest jeszcze w Klubie,
i gdyby pan tam poszedł?... teraz są godziny
urzędowania biura informacyjnego dla kobiet.
— Już idę... Gdzie panią spotkam?
Wandzia zawahała się... ze względu na
ciotkę nie mogła zaprosić go do mieszkania...
a gdzie ma go spotkać?
— Będę na wystawie obrazów.
— Zgoda—podał rękę i wsiadł do prze-
jeżdżającej dorożki, dając adres Klubu.
1002
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 52
Wandzia na wystawie stanęła
znów przed obrazem Petryckiego. Wy-
dał się jej równie pięknym, jak daw-
niej, ale dziś, wiedząc, źe on ją ko-
chał, zdawało się jej innem znacze-
nie figur.
W pracowni siedzi Petrycki i snu-
je pasmo przeżytych wrażeń życia...
Oto widzi nędzę, ból, rozpacz, i głę-
boko odczuwa tę niedolę świata, bo
on jest szlachetny i współczujący.
I stopniowo szuka jaśniejszych pro-
mieni, któreby tę gęstą mgłę nieszczęść
mogły rozproszyć, a w sercu wznie-
cić nadzieję, iż na świecie nie wszyst-
ko jest cierpieniem i rozpaczą. Chłop,
pastuszek, nie są tak przygnębieni
nędzą życia, a te dzieciaki ze schroni-
ska, chociaż opuszczone i sieroty,
śmieją się i patrzą w przyszłość we-
soło—to już promienie jasne padają
na duszę artysty. A ta postać w gó-
rze jest blaskiem szczęścia i nadziei—
z dusznych mroków nędzy wszedł on
w kraj słońca, i to ona go wywiodła.
Zarumieniła się, dostrzegłszy
w sobie tyle próżności, dumy, zaro-
zumialstwa.
Nie, ona fałszywie tłómaczy ten
obraz, i to przez pychę, przez miłość
własną.
Posłyszała odgłos kroków, obró- Muzeum drezdeńskie
cita się: to był Petrycki, który zbliżył
się z uśmiechem, mówiąc:
— Nie omyliła się pani: to był on.
— Jesteś pan pewny?
— Najzupełniej.
— Dziękuję, serdecznie dziękuję panu...
Tak się bałam, że skrzywdziłam niewinnego.
— Cieszy mnie, źe usunąłem niepokój
pani—uśmiechnął się.—Pani już zwiedziła wy-
stawę?
— Tak jest... idę do domu, bo ciocia
czeka.
— Więc pójdziemy razem... pozwoli
pani?
— Dobrze.
Szli obok siebie plantami. Wandzia
uznała potrzebę rozpoczęcia rozmowy, okaza-
nia się uprzejmą po oddanej przysłudze i, nie
chcąc mówić ani o sobie, ani o nim, spytała:
— U pani Sylurskiej była doktor Szare-
wiczowa. Pan ją poznał?
— Widziałem jakąś szczupłą, przystojną
osobę; nie byłem jej przedstawiony, ale znam
ją ze zjazdu.
— Prawda... A on zawstydził się, zoba-
czywszy pana?
— Tacy ludzie nic wstydzą się, lecz bo-
ją; zdaje się, że mnie poznał, gdyż cofnął się.
Znów szli w milczeniu; wreszcie on po
pewnem wahaniu zaczął:
— Starałem się, panno Wando, przepro-
wadzić w życiu radę pani.
Spojrzała na niego z lekkiem zdziwie-
niem.
— Już zapomniała pani?—mówił z od-
cieniem żalu.—Po zjeździe, gdy odprowadza-
łem panią, i byłem szczerszy w rozmowie,
aniżeli z kimkolwiek, powiedziała mi pani:
„Trzeba wstać i iść dalej!"
Zarumieniła się lękko, spuściła oczy,
MADONNA SYKSTYŃSKA
RAFAEL SANZIO
dziwiąc się swej śmiałości, że takiemu nie-
zwykłemu człowiekowi ona dawała rady.
— Otóż próbowałem, panno Wando..
unikałem starannie wszelkich myśli o pani,
wszelkich wspomnień, marzeń... i sprawdziła
się na mnie zasada, obowiązująca wszystkich:
im większy ucisk, tem silniejsza reakcya. Za-
miast wstać, otrząsnąć się i iść dalej,—zapalał
się zwolna—stałem na miejscu, przejęty, prze-
pojony jedną myślą, zwalczony miłością... Jak
malarzowi oczy, tak pani potrzebna mi w ży-
ciu. Myśl moja, jak ptak około gniazda, krą-
ży koło pani... Ileż razy, spłoszona obawą,
trudnościami, zwątpieniem, odlatywała w inny
kraj, w inne światy, a zawsze wracała znęka-
na, smutna, zbiedzona i szukała pociechy we
wspomnieniach o pani... Niechże raz skończy
się ta męka... Kocham panią... Czy mogę mieć
nadzieję pozyskania wzajemności?... Nic dla
mnie nie będzie trudnego, ciężkiego, niemoż-
liwego, gdy przyświecać mi będzie nadzieja
mego szczęścia.
Na razie ogarnął ją wielki niepokój przy
słuchaniu słów jego i obawa, co i jak mu
odpowie. Zwolna począł ją upajać ton szcze-
rości, odczuwała znaczenie każdego słowa,
odgadywała przeżyte przez niego cierpienia
i nadzieje, a gdy posłyszała wymówione sło-
wo: kocham, serce zabiło tak gwałtownie, że
nie mogła odetchnąć...
Gdy skończył, milczała przez chwilę
i miała uczucie, jak gdyby nagle zaskoczyło
ją coś niezwykłego, przed czem musi się bro-
nić. I skupiwszy w tym momencie swe siły,
mówiła z powagą:
— Wierzę w szczerość uczuć pana...
i gdybym miała wyjść za mąż... wybrałabym
pana. Mam jednak stałe postanowienie pozo-
stać zawsze wolną, mieć własne prze-
konania, nie wyrzekać się swego na-
zwiska, nie krępować się obowiązka-
mi względem męża i dzieci, bo wiem
i czuję, iż lada cień niewoli, a zerwa-
łabym najświętsze zobowiązania, nie
uwzględniając nic i nikogo.
— Ależ, panno Wando, — rzekł
szybko — przecież połączymy się jak
równy z równym. Pani zostanie pa-
nią swej woli, swych czynów... ani
na chwilę i niczem nie będzie pani
krępowana... I ja wobec pani i całej
jej rodziny zobowiążę się, iż zosta-
wiam pani zupełną swobodę zerwania
ze mną każdej chwili, ubezpieczywszy
jej byt, i że w podobnym przypadku
żadnych praw nie będę rościł do pani.
— Tak mówi się zawsze przed
ślubem uśmiechnęła się z ironią.
— Niechże pani mi ufa: jestem
uczciwym człowiekiem i zobowiązań
dotrzymuję — powiedział z odcieniem
wyrzutu w głosie.
Żal zrobiło się jej poprzednich
słów i rzekła łagodnie:
— Wierzę w prawdziwość słów
pana... ale swoich przekonań o mał-
żeństwie nie mogę zmienić...
— Pozwoli mi jednak pani mieć
nadzieję, że z czasem zapatrywania
pani ulegną zmianie, a wówczas...
— Chociażby moje przekonania
o małżeństwie—przerwała mu—okazały
się błędnemi, w co bardzo wątpię, pozostaje
druga przyczyna nie do usunięcia.
— Druga? Jakaż?
— Bardzo szczerze kocham swoją ciotkę,
gdyż zawdzięczam jej dużo, bardzo dużo.
Ona od pięciu lat zastępuje mi matkę, która
musi się opiekować dziećmi mego brata,
wdowca. Pan rozumie, że nie mogę okazać
się niewdzięczną i nic słuchać rad cioci, przy-
prawiać jej o zmartwienie.
Słuchał zdziwiony, nie wiedząc, w jakim
celu to mówi, ale przeczuwając z tonu głosu
coś niemiłego, gdy na chwilę przestała mówić,
spytał:
— Czy ciocia pani ma coś przeciw mej
osobie?
— Tak jest.
— Ale co? Prawic mnie nie zna, więc
skąd uprzedzenie?
— Jest to dawna historya, która dużo
zmartwień i łez kosztowała moją ciocię... Stryj
pana, pan Stanisław Petrycki, starał się nie-
gdyś o rękę cioci, zaręczył się, i bez żadnych
wiadomych powodów zerwał... Pojmuje pan,
jakie wspomnienia i uczucia budzi w sercu
cioci samo nazwisko pańskie... i gdybym się
nawet sprzeniewierzyła swym osobistym prze-
konaniom, ze względu na ciocię nie mogła-
bym nigdy zostać żoną pana.
— Wiadomość o tym nieznanym mi po-
stępku stryja zmartwiła mnie, bo szanowałem
tego człowieka... ale co ja jestem temu wi-
nien? Skąd ja przychodzę do tego, by poku-
tować za winy cudze?... Jestem przecież jako
jednostka kimś zupełnie różnym od swoich
sióstr i braci, a cóż dopiero od stryja? To
jest niesłuszne i niesprawiedliwe, i postaram
się przekonać o tem pannę Żardecką.
1003
M. B. OSTROBRAMSKA. M. B. CZĘSTOCHOWSKA. M. B. BERDYCZOWSKA.
— O, co to, to nie! — zawołała z żywo-
ścią.—Jeśli mamy być z sobą w zgodzie, to
pan tego nic zrobi. Powierzyłam panu tajem-
nicę cioci, a pan chce poruszać dawny ból,
przeżyte cierpienia... Czyż pan nie czuje, że
każde dotknięcie boli?
— Dobrze, będę posłuszny pani... ale
jakim sposobem usunę tę przeszkodę?... Stryj?!..
Przebywa tak daleko... kto wie, czy nie oże-
nił się?... Z moim ojcem, a jego bratem, były
zawsze chłodne stosunki, dlatego nie znam
bliższych szczegółów jego życia... Poradź mi
pani, pomóż... czyż pani nic czuje, że cierpię?...
Ja muszę przełamać wszelkie przeszkody, dzie-
lące mnie od pani, muszę walczyć, bo tu idzie
o moje życic, o moje szczęście.
Tyle prawdziwego bólu, cierpienia, głu-
chej rozpaczy było w jego głosie, że Wandzia,
do głębi wzruszona, powiedziała tonem ser-
decznym, bardzo łagodnym:
— Niechże pan się uspokoi... kto wie, co
nam przyszłość przynieść może?
— Jaka pani dobra i kochana!—zawołał:
więc pozwala mi pani mieć nadzieję?
Ta jego radość bardziej ją rozczuliła,
aniżeli poprzedni żal i ból. Czuła się roz-
brojoną, uległą... jeszcze chwila, a zgodzi się
na jego prośby, zapomni o swem postanowie-
niu, zapomni o ciotce. I zdjął ją dziwny lęk
Przed człowiekiem, który posiada na nią
wpływ tak wielki, wytężyła resztki sił i rzekła:
— Proszę pana, ja nic nie wiem, nie
n,ogę nic powiedzieć, a te pytania tak innie
nięczą... — skarżyła się głosem dziecka. — Nie
niówmy teraz... dobrze?
— Przepraszam panią, nie wiedziałem,
że rozmowa ze mną jest tak przykra dla pa-
111—odpowiedział z odcieniem żalu.
— Niech się pan tylko nie obraża, —
Podała mu rękę — nic złego nie miałam na
niyśli... i do widzenia.
— Już?
— Tu przecież mieszkam — uśmiech-
nęła się.
— Prawda... zatem do widzenia.
Spojrzała na niego tak dobrcmi, współ-
। czującemi oczyma, iż poczuł dziwną radość,
a zarazem niedowierzał sobie, wziął jej rękę
i w milczeniu ucałował.
Gdy weszła do przedpokoju, dojrzała na
szaragach wiszące okrycie doktora Szarewiczo-
wej, a w saloniku przywitała ją ciotka zgryźliwie:
— Nareszcie jesteś!
— Umyślnie tu zaszłam,—mówiła doktor
Szarewiczowa z przyjaznym uśmiechem — by
dowiedzieć się o przyczynie postępowania pa-
ni... Jestem pewna, że pani ma zupełną
słuszność.
— Skąd znasz pana Ocicskicgo? Co
znaczy to twoje znalezienie się tak wyzywa-
jące, nietaktowne?—gromiła ciotka.
— I ciocia zna tego pana,—uśmiechnęła
się, siadając na krześle—a ja poznałam go na
ulicy Stachowskiego... Pamięta ciocia?
— To on był? — zawołała zdziwiona
on?! i jesteś tego pewna?
— Najpewniejsza... mam nawet świadka
w razie wątpliwości.
— Co się stało?... Nic nie rozumiem
przemówiła doktor Szarewiczowa.
Panna Żardecka opisała szczegółowo za-
chowanie się dwóch młodzieńców z Wandzią
i użyczenie jej pomocy przez nieznajomego.
— Pani miała zupełną słuszność napięt-
nować bezecne jego postępowanie niepoda-
nicm ręki!—zawołała Szarewiczowa - a Sylur-
ska nie miała racyi podkreślać: mój salon,
mój gość... 1 ten Domnicki należy do tej sa-
mej bandy!... podejrzewałam go już dawno.
— Dopóki pani Sylurska nie przeprosi
Wandzi, — powiedziała z odcieniem zaciętości
panna Żardecka—nie pozwolę jej chodzić do
Klubu.
— Naturalnie. Byłyśmy obie w naszym
salonie, i tylko od panny Wandy zależało, czy
chce kogoś znać lub nie. Narzucanie znajo-
mości, robienie uwag nie należy do Sylur-
skiej; dość, że znosimy jej przechwalonego
siostrzeńca.
— Będziemy też czekały decyzyi pani
Sylurskiej — rzekła stanowczym tonem gospo-
dyni. (DN)
AVE MARIA!
Ave Maria!...
Niech po wszystkie czasy,
W każdej dnia chwili pośpiesznej godzinie
Pieśń Pozdrowienia kn niebiosom płynie
Niech chóry rozdzwonionemi,
Na ziemi tej i poza obrębem tej ziemi,
Ekstaza modlitw się wzbija,
Hymn nad hymnami,
Pieśń nad pieśniami:
Ave Maria!...
Szumcie pola wody lasy...
Szumcie!
Dzwońcie harfy cytry gęśle...
Dzwońcie!
Zakołysz się, lanie cały,
Uroczystym szmerem zbóż
Dzwony jutrzniane.
Dzwony nieszporne,
Bijcie!...
Niech głos wasz nieuśmierzony
Niczem hymn chwały
Gra...
Dzwony!...
Ave Maria!...
Pani nieba!... Królowo ziemi i mórz!...
Okryta łaską Bożą,
Nazwana Gwiazdą Ranną...
Dziewico!... Matko!... Panno!...
Najpiękniejsza z zórz
Wszystkich Zorzo!
Stojąca
Na złotym sierpie
Miesiąca-
Z gwiazdami u stóp, z gwiazdami nad głową,
Pocieszycielkol... Zbawczyni!... Królowo!...
Patrz cierpię!...
Ja co w Twej mocy moc czerpię,
Przeciwko niewierze świata
Mówiłem; Wierzę!...
Ja w prochu leżę
I cierpię!...
Bądź pozdrowiona
Maryjo!...
Tym jękiem, co łka w mej duszy,
Bólem, którego żaden balsam nie zagłuszy,
Gromami, co w pierś mą bija,
Rozdarciem mojego łona...
Bądź pozdrowiona
Maryjo! KAZIMIERZ GLIŃSKI.
1004
TYGODNIK ILLUSTROWANY 52
Marcin Olszyński.
SYLWETKA POŚMIERTNA.
Wżyciu potocznem Warszawy niedawny
zgon Marcina Olszyńskiego przeszedł bez
wrażenia. Przez trzy dni nazwisko jego w czarnej
obwódce banalnej klepsydry odczytywali przechod-
nie, pisma brukowe w pomieszczonych nekrolo-
gach zaznaczyły śmierć jednostki użytecznej dla
społeczeństwa, wreszcie niewielkie grono bliższych
przyjaciół odprowadziło ciało na wieczny spoczy-
nek. I koniecl Tryb życia wielkiego miasta dal-
szym potoczył się biegiem, aktualność wczorajsza
ustąpiła miejsca aktualności chwili obecnej.
W tych krótkich wzmiankach, które miałem
sposobność w pismach warszawskich napotkać, ude-
rzyła mnie jedna rzecz. Czuć było, że ci, którzy
je pisali, wiedzieli o Olszyńskim bardzo mało,
prawie, że nic; napomykano o jego zacnem sercu,
o trudach dla ogółu podjętych, ale kogośmy wła-
ściwie w Olszyńskim stracili—nikt nie wykazał. Ci
wszyscy, którzy o nim pisali, coś niecoś słyszeli o je-
go działalności może w ostatnich latach widywali
go nawet przy* pracy w kancelaryi Muzeum, ale
stanowczo człowieka takim, jakim był, nie znali.
I znać zresztą me mogli, gdyż grunt, na któ-
rym pracował, rola, której skiby orał, nie przez jed-
no już pokolenie przeorane były. Z Olszyńskim
wchodzi do grobu część życia duchowego tej
garstki pionierów sztuki naszej, którzy, ująwszy
kilof artystycznej pracy przed pięćdziesięciu laty,
wyszli dawno już z koła gorączkowej aktualności
i ze spokojem spełnienia szlachetnych zadań swej
młodości legli już w grobie, lub w zapomnieniu
dożywają resztek dni swego żywota.
W Olszyńskim nietylko charakteryzuje się,
lecz poniekąd koncentruje wspaniale już w historyi
sztuki naszej zajmujący miejsce okres jej pierwot-
ny— okres przebudzenia się myśli o pięknie nie
w jednostkach wyjątkowych, lecz w pewnej licz-
niejszej grupie młodzieży, która działalnością swoją,
podjętą w imię jedynie miłości dla sztuki rodzi-
mej, stała się podwaliną obecnego jej rozwoju.
Jeżeli prowodyrami ruchu tego, jego najpoważniej-
szymi przedstawicielami, pozostaną tacy, jak: Ger-
son, Kossak, Kostrzewski, Simmler lub Pillati, ar-
tyści, to z pewnością duszą tego ruchu, łącznikiem
spajającym w pewną całość oddzielne usiłowania
był Marcin Olszyński.
Trudno było rzeczywiście o organizacyę du-
chową bardziej odpowiednią zadaniu, jakie miała
spełnić: wielki zapal do wszystkiego, co piękne,
co szlachetne, serce gorące, miłością dla kraju
i dla współbraci przepełnione, umysł szeroko
otwarty na wszelkie objawy myśli, kiełkującej
w społeczeństwie.
Takim przedstawia się nam Olszyński w
pierwszem zaraniu swego życia, w pierwszych kro-
kach, które samodzielnie stawiać zaczyna.
Urodzony w 1830 r., jako syn zamożnej szla-
checkiej rodziny, po ukończeniu nauk ogólnych,
zapisuje się do nowo powstałej naówczas b. szkoły
sztuk pięknych. Czyni to impulsywnie, wbrew
tradycyi, która, szczególnie w owych latach, pracę
na zagonie praojcowskim jako jedyny cel dla
szlachcica stawiała. Olszyński młodzieńcem prze-
niewierzył się tradycyi: z obywatela ziemskiego
stał się obywatelem kraju, dla jego dobra, dla
przyszłej jego sławy pracując.
Szkoła nie przyniosła mu wyrobienia facho-
wego — dyletantem pozostał wyrobiła natomiast
zmysł artystyczny, pociągnęła ku ukochaniu sztuki,
której, nie będąc nigdy fachowym malarzem, do
końca życia służył. W szkole Olszyński zetknął
się z generacyą, której zadaniem stała się regene-
racya polskiej sztuki. Pod wpływem znakomitego
w jej dziejach pedagoga, Feliksa Piwarskiego, mło-
de to pokolenie zaczęło wspólną pracę bez
środków, bez poparcia, bez stosownej dla rozwoju
ich usiłowań atmosfery, bez tradycyi dziejowej,
któraby mogła ich usiłowania w pewnym prowa-
dzić kierunku. Istna mrówcza praca na pustyni!
W szeregu tym widzimy: Gierdziejewskiego, Ko-
strzewskiego, Gersona, Pillatiego, Sypniewskiego,
Szermentowskiego, Lerue, Bakalowicza, Tegazza,
Święckiego, Ceglinskiego, Maleszewskiego, Brodow-
skiego i tylu innych. Po latach kilku grupa się
zwiększyła; przybyli do niej z zagranicy: Simmler
i Kossak, przybył z Litwy Marszewski. Szkołę
co rok kończyło kilku lub kilkunastu artystów.
Powiedziałem wyżej, że kierunku tego Olszyński
był duszą; był on również i sercem jego, gdyż
stał się ogniskiem życia wspólnego, węzłem łączą-
cym w jednolitą całość te wszystkie młode serca,
na jedną nutę bijące.
Gdym spotkał w dniu pogrzebu Marcina Ol-
szyńskiego jego starego przyjaciela i towarzysza
Kostrzewskiego, powiedział mi frazes dobitnie cha-
rakteryzujący zmarłego: „Myśmy wszyscy wisieli
przy Olszyńskim, on nas karmił, pomagał nam,
on pierwszy w Polsce kupował nasze obrazki".
Czy może być coś bardziej przemawiającego do
duszy nad to szczere uznanie sędziwego mistrza?
Środki materyalne, które posiadał, pozwalały
mu czynić dobrze całemu gronu kolegów. Wspo-
magał, zachęcał do pracy, podnosił ducha, pchał
ku wyżynie całą tę drużynę, która znowu pchała
coraz wyżej ideę czystej sztuki. Pokoik studenta
zamienia się po wyjściu ze szkoły na obszerne
mieszkanie, pełne na ścianach obrazów, a w swo-
jem wnętrzu przyjaciół. Mieszkanie Olszyńskiego,
w szóstem dziesięcioleciu ubiegłego stulecia staje
się ogniskiem nietylko towarzyskiem, lecz i du-
chowem—tu powstają projekty przyszłej kolektyw-
nej pracy, urządzają instytucye, wiele też obra-
zów początek tu bierze.
Dwa kapitalne obrazy Henryka Pillatiego:
„Turniej" i „Rozejście się narodów" nawiasem
mówiąc, nie znajdujące się jeszcze dotychczas
w Muzeum przy Towarzystwie Zachęty były wy-
konane u Olszyńskiego i na jego zamówienie.
Czyż nie są one dziś już historycznymi przyczyn-
kami do poznania epoki, tak niedawnej napozór,
a tak zapomnianej?
Olszyński nigdy nie był mecenasem sztuki,
lecz był szczerym druhem artystów. Zbiory jego
powstały same przez się nie zbierał ich, groma-
dziły się one same, z konieczności.
1 trwało to poty, póki trwać mogło. Olszyń-
ski na ołtarzu sztuki złożył nietylko samego sie-
bie, swoje życie, swoje serce poświęcił on na
nim cały swój byt materyalny.
Naówczas zaczyna się drugi okres w dzia-
łalności niepospolitej tej organizacyi. Zaczyna
pracować dla chleba, nie opuszczając jednak tere-
nu przeszłej działalności. Zakłada do spółki
z Brandlem jeden z pierwszych poważnych za-
kładów fotograficznych. On pierwszy w swym
zakładzie zużytkowuje sztukę w granicach foto-
grafii. Któż nie pamięta owych rokrocznie wyda-
wanych kalendarzów ściennych z fotografiami
znanych osobistości? owych humorystycznych grup
wszystkich redaktorów pism i t. p., okolicznościo-
wych wydawnictw, które rozchwytywane przez
publiczność, do rzadkości bibliograficznych należą?
Winiety do wydawnictw tych, kompozycye całości
i szczegółów robili artyści, jak: Kossak, Pillati,
Kostrzewski. W zakładzie swoim, do spółki
z Brandlem prowadzonym, fotografował również
wszystkie cenniejsze obrazy z wystaw.
Nowe pole działalności Olszyńskiego od-
kryło się z chwilą założenia czasopisma Kłosy.
Po bardzo krótkiem kierownictwie artystycznem
Bronisława Kamińskiego, Olszyński obejmuje
ten dział i prowadzi go przez lat kilkanaście, wle-
wając swoją pomysłowość i rzutkość w sferę, dość
szablonowo poprzednio traktowaną.
Iluż to artjstów z młodszego już nieco po-
kolenia Olszyński pierwszy na szerszą widownię
wyprowadził! Był on idealnym kierownikiem pisma
obrazkowego.
Ostatnim etapem publicznej pracy Olszyń-
skiego było stanowisko kustosza w Muzeum prze-
mysłu. Skołatany życiem, ale pełen zawsze we-
wnętrznego ognia, pracował i tu z pożjtkiem dla
instytucyi. Ale nie był to już dawny pan Marcin,
ten, którego cała intelektualna Warszawa czciła
ucztą składkową w 1875 r. Czasy się zmieniły,
otoczenie stało się innem — wśród wymierającego
pokolenia swych wspóltowarzyszów pracy, czynu
i nadziei, pozostał osierociały, jakby do innego
należąc już świata.
Człowiek ten, który, formalnie to rzec moż-
na, przez lat kilkadziesiąt stał na wybitnym poste-
runku, który przodował zawsze, gdy chodziło o cel
szlachetny, którego życie tak jest związane ze
sztuką polską, jak szabla ze swą pochwą schodz.i
do grobu—zapomniany.
Piszę tę słowa z niewymownym żalem po
stracie prawdziwie szlachetnego człowieka, z ża-
lem po czasach, których on był jednym z ostat-
nich przedstawicieli.
HENRYK PIĄTKOWSKI.
Z tygodnia na tydzień.
Szkoła dziennikarska.
W łonie Czytelni akademickiej lwowskiej,
za podnietą p. Stefana Górskiego, powstało w lu-
tym r. 1904 Kółko dziennikarskie. Nowy i orygi-
nalny pomysł wieńczy odrazu zupełne powodze-
nie, gęsty bowiem zastęp młodzieży, zamierzającej
poświęcić się publicystyce, uczęszczał pilnie na
odczyty, rozprawiał żywo a z zapałem, pouczał
się o szlachetnej, dziennikarskiej sztuce, którą wie-
lu niepowołanych ściągnęło dziś do poziomu „busi-
nessu" lub rzemiosła. Na jedenastu posiedzeniach,
oprócz dziennikarzy z zawodu, zabierali głos do-
brze przygotowani i władający poprawnie słowem
studenci: Stefan Górski (przewodniczący Kółka),
Henryk Mościcki (jego zastępca), Maryan Dienstl
(sekretarz), Jan Załuska, Julian Ejnejgler, Kazi-
mierz Baranowski, Jan Dąbrowski.
Tak sformowane, przejęte pięknym dla umi-
łowanej rzeczy zapałem, zwróciło się obecnie Kół-
ko to do Szkoły nauk politycznych we Lwowie,
składając na ręce jej przewodniczącego, b. rektora
uniwersytetu, dra Władysława Ochenkowskiego,
memoryał, żądający założenia Szkoły dziennikar-
skiej.
...„Dziennikarstwo powiadają w piśmie tom
przyszli polscy publicyści nie może być trakto-
wane jako robota, której ktoś poświęca się w chwi-
lach wolnych od zajęć. Dziennikarz pracy swej
oddać się musi całą duszą, poświęcić jej wszystkie
siły swoje i zdolności, stać wytrwale na posterun-
ku, śledząc z uwagą pulsujące życie społeczeństwa.
Dziennikarstwo to zawód, zawód szczytny, choć
ciężki".
Uzasadniając w dalszym ciągu potrzebę szko-
ły przygotowawczej do publicystyki, powołują się
młodzi projektodawcy na istniejące już szkoły
dziennikarskie w Berlinie, Paryżu, Lille, Nowym
Jorku (instytucya taka powstać ma wkrótce i W
Moskwie), na ich rozwój wprost świetny, na widocz-
ne za granicą usiłowań tych owoce. Szkoły
wszakże nie mogą wytwarzać i kształcić naszych
publicystów. „Dziennikarz powinien wczuwać się
w swoje społeczeństwo, jeśli służyć mu chce god-
nie i uczciwie." Dlatego założenie szkoły dzienni-
karskiej u nas jest istotną koniecznością.
1105
TYGODNIK ILLUSTROWANY N? 52
Podniósł już za nią głos śmiały, wymowny,
s'łą i przekonaniem brzmiący, dr Władysław Rab-
ski w Kuryerse Warszawskim. P. Zdzisław Dę-
bicki cenne w tej sprawie podał wskazówki na ła-
niach Gazety Polskiej. Oświadczyła się też za
Szkołą szanowna Biblioteka Warszawska, a na-
wet chwilowy szkoły przeciwnik, p. Bolesław Kos-
mowski, poznawszy uczelnię berlińską, uznał nieza-
przeczony pożytek jej i doniosłość kulturalną.
.. „Lwowska szkoła nauk politycznych po-
wiada w końcu memoryal jest właśnie instytucyą,
w której łonie powstaćby mógł snadnie zawiązek
przyszłej szkoły dziennikarskiej. Program wykła-
dów powinienby mieć charakter, uzupełniający po-
ważną wiedzę, nabytą w uniwersytecie. Kładziemy
nacisk na to, że sprawa jest na dobie, i że już
w przyszłem półroczu należałoby rozpocząć wykła-
dy: o historyi prasy naszej, o metodzie w dzienni-
karstwie, o administracyi czasopism, o technice
dziennikarskiej, o etyce i prawodawstwie prasowem
i t. p., i t. p.“
Tak mówi młodzież, ożywiona gorącem, a
uznania chyba godnem pragnieniem podniesienia
dyapazonu umysłowego, podupadającego, mimo
wzrost i blask pozorny, dziennikarstwa, ski.
y V i
Z życia.
Siedzi przy stole drobny, wątły, skulony nad
książką. Uczy się.
Mała lampka z polłuszczonym kloszem
oświeca szczupłą twarzyczkę, podkrążone oczy
i blade, przezroczyste niemal skronie, pokryte sie-
cią drobniutkich, sinych żyłek.
Od kilku godzin siedzi już tak nieruchomo,
przerabia zadania arytmetyczne, kuje gramatykę,
powtarza historyę. Kurteczkę szkolną zdjął, bo
szkoda, i owinięty w starą chustkę, poważny, uro-
czysty, robi wrażenie małego, dorosłego człowieka.
Kiedy niekiedy tylko podnoszą się schylone po-
wieki i wielkie, smutne oczy biegną w ciemny kąt
pokoju, gdzie leży na łóżku młoda kobieta. Nie
leży właściwie, tylko siedzi, o poduszki wsparta.
Szybki, nierówny oddech podnosi jej pierś za-
padłą; na twarzy płoną gorące wypieki. Włosy,
rozrzucone w nieładzie, płową falą zakrywają po-
duszki.
Mijają godziny. Późno już. Spojrzenia
uczącego się dziecka stają się coraz bardziej smut-
ne. Wreszcie złożył książki, zsunął się z krzeseł-
ka i spytał cichutko:
Może mamusi czego potrzeba?
Była w tem pytaniu troskliwa czułość, ale
było prócz tego jeszcze coś, niewypowiedziane
słowami, nieuchwytne niemal, niby prośba nieśmiała
i przypomnienie.
Kobieta zrozumiała, poruszyła się gwałtownie
na łóżku, załamała ręce, aż palce trzasnęły w sta-
wach i ruchem strasznej rozpaczy zarzuciła je nad
głowę...
Mnie nie... mnie nie... ale ty, Józiu,
jeszcze dzisiaj nie...
Coś. niby jęk, niby łkanie wydarło się z za-
padłej piersi.
A dziecko szepnęło cicho i słodko:
Niech mamusia nie płacze, niech się ma-
musia uspokoi. Ja wcale nie jestem głodny, ani
troszeczkę...
Glos mu się załamał i uwiązł w boleśnie
ściśniętem gardle.
Podszedł do okna i stanął przy niem cichut-
ki, w swojej wielkiej, starej chustce. Mróz wy-
cisnął na szybach cudne kwiaty o dziwnych, fan-
tastycznych kształtach.
— Skąd one? szepnął to z mrozu?...
wczoraj nie było... dzisiaj nie było... może jaka
dobra wróżka... taka z bajki... jakie one śliczne...
•>iby zaczarowane paprocie...
Pochylił ciemną główkę i patrzał, patrzał...
patrzał.. a z pod schylonych powiek głodnego
dziecka zaczęły płynąć łzy wielkie, gorzkie, i spa-
dały cicho na zaczarowane paprocie...
Janina Glogerówn.t.
liudolj Othnan, kustosz biblioteki Jagieloń-
skiej, autor cennych studyów z zakresu literatury
polskiej, zmarł w Krakowie w dniu 14 b. m., prze-
żywszy lat 60.
Urodzony w roku 1844 we Lwowie, tamże
studya uniwersyteckie ukończył i tamże wstą-
pił do służby rządowej przy bibliotece uniwer-
syteckiej. W roku 1876 mianowany byl skryp-
RUDOL1- OTTMAN.
torem biblioteki Jagiclońskiej, a po śmierci zasłu-
żonego bibliografa, ś. p. d-ra Władysława Wisłoc-
kiego, objął stanowisko kustosza.
Miłośnik piśmiennictwa ojczystego, w młod-
szych latach pracował na polu literackiem i ogłosił
kilkanaście studyów i rozpraw z zakresu historyi
literatury polskiej, opierając je przeważnie na
nieznanych i niewyzyskanycli materyałach biblio-
tecznych.
Z prac tych, ogłaszanych częścią oddziel-
nie, częścią w czasopismach, najcelniejsze są:
„Erazm Gliczner Skrzetuski" (Przewodnik nau-
kowy i literacki, 1886 r.). „Stefan Witwicki, ży-
cie i pisma/ 1879 r.; „Julian Korsak, jego ży-
cie i dzieła", Przegląd Polski, 1882; „Dyaryusz
Taszyckiego z drogi tureckiej", Kłosy, 1883; „Jan
Paweł Woronicz", Kraków, 1893; „Adam z Brusi-
siłowa Kisiel", Kraków, 1886; „Słów kilka o nauce
języka niemieckiego", Kraków, 1885; „Postacie nie-
wieście w „Panu Tadeuszu"; „Beitrage zur Kid-
lurgeschichte der Polnischen Frauen im XVI
XVII Jahrlnindertc", Kraków, 1884; „Zur Eman-
zipation der polnischen Fraticnwclt,“ Wien, 1883;
„O hetmanie Rzewuskim" (w Czasie). p.
('hoinla.
Obrazy czarodziejskie
Przed okiem mojem płyną,
I marzę tak uroczo,
Że jestem znów dzieciną.
W ojcowskim starym domu,
Jak niegdyś, widzę siebie,
W okienko patrzę pilnie,
Czy gwiazdka lśni na niebie.
Ta gwiazdka, co zwiastuje,
Że Chrystus Pan się rodzi,
Tak długo, ach, tak długo
Na niebie dziś nie wschodzi!
Błysnęła wreszcie... oto
Otwarto drzwi... ach, Boże!
Choinka stoi cudna,
Światłości całe morze.
Lśnią kolorowe świeczki,
Zabawki błyszczą zdała:
Koniki, pałasiki,
Ogromna śliczna lala.
Najulubieńsze książki
U stóp choinki widzę—
I łzy mi płyną z oczu,
Lecz łez się tych nie wstydzę.
Obrazy czarodziejskie
Przed mojem suną okiem
1 duszę napawają
Świetlanym swym urokiem.
O, ojcze, matko moja!
Znów jestem z wami, z wami!
Dziękuję wam, dziękuję
Tęsknotą, żalem, łzami. ao.
©a
EPILOGI.
Wstręt do pióra.
Obok straszliwie wzrastającej grafomanii,
która stała się klęską wszystkich redakcyi i ogar-
nęła wielkie zastępy ludzi różnego wieku, zaczy-
nając niemal od dzieci, jednocześnie tkwi w nas
stara, odwieczna cecha wstręt do pióra — która
dziś większe niż kiedykolwiek wyrządza szkody.
Wogóle nie lubimy odpowiadać natychmiast na
listy, a w przeważnej liczbie nawet wcale nie od-
powiadamy, co jest chyba świadectwem niższej
kultury naszej w stosunku do innych narodów cy-
wilizowanych. Cecha ta sprowadza niekiedy bar-
dzo smutne skutki nietylko w stosunkach prywat-
nych, lecz i społecznych.
Oto np. niedawno p. Henryk Radziszewski,
prezes oddziału poszukiwania pracy przy warszaw-
skiem Towarzystwie dobroczynności, na posiedze-
niu sekcyi rolnej użalał się, iż ziemianie wcale
nie chcą odpowiadać na listy z zapytaniami pouf-
nemi w sprawie kandydatów na posady wiejskie,
że na mnóstwo takich listów, rozesłanych po ca
łym kraju, nadeszło odpowiedzi... 16! Oczywiście,
wobec takiego stanu rzeczy pośrednictwo chroma,
z wielką krzywdą dla rzesz, poszukujących pracy.
Znając tę smutną cechę naszego ogółu,
zwłaszcza wiejskiego, wiele instytucyi ułatwia
adresatom korespondencyę przez drukowanie sche-
matów listów i nawet adresów; ale i te środki nie-
wiele są skuteczne.
Ten wrodzony, dziedziczny wstręt nietylko
do listów, lecz i rachunków, częstokroć bywa przy-
czyną chaosu, nieładu w budżetach, których rol-
nik nie umie ani prowadzić, ani zamknąć, a skut-
kiem tego często, nie mogąc określić planu wy-
datków, popełnia dotkliwe błędy rachunkowe.
Oczywiście, mówimy tu o rolnikach średnich, któ-
rzy nie mają buchalterów.
To samo, niestety, robi znaczna większość
naszych pań, które albo nie prowadzą rachunków
wcale, albo też piszą je na świstkach, wrzucanych
natychmiast do kosza lub pieca. Nic też dziwne-
go, że w budżetach częstokroć zdarzają się luki
dotkliwe i niespodziane, jedynie dlatego, że wy-
datki są prowadzone na oślep, że niema materyału
do porównania budżetu przeszłorocznego z prze-
widywanym na rok następny.
Rzecz wielce znamienna, że w jednej war-
stwie społeczeństwa, dotychczas „drzemiącej"
i „ciemnej," spostrzegamy objaw w tej mierze do-
datni i nawet pouczający... dla „inteligencyi" śród
1006
TYGODNIK II LUSTROWANY Ne 52
RZEŹBY DEKORACYJNE WACŁAWA BĘBNOWSKIEGO NA WYSTAWIE W SALONIE KRYWULTA.
włościan naszych. Od kilku lat sekcya rolna
urządza konkursy gospodarstw włościańskich.
Z materyału owych konkursów, który mieliśmy
sposobność przejrzeć skrupulatnie, widzimy, że
chłopi nasi umieją i lubią prowadzić rachunki, że
bardzo starannie układają swoje budżety, w któ-
rych nawet są pozycye wydatków na książki i pis-
ma po kilkanaście rubli rocznie. Oczywiście są
to chłopi wyjątkowi, ale takich wyjątków z każ-
dym rokiem mnoży się coraz więcej na dobro
ogólne społeczeńswa i... ku wstydowi „warstw
przodujących.“ Zen. P.
Teatr, muzyka, sztuki plastyczne.
* Teatr lwowski wystawił fragment ze starego
dramatu pióra Tekedy Iztima p t. „Terrnkoja, czyli
szkółka wiejika”. Rzecz wprost niezwykła i dosko-
nale wystawiona. Uderzono tu w nutę tak podniosłą
potężną, iż widzowie długo nie zdołali otrząsnąć się
z uczuć zgrozy i podziwu, wywołanych zarówno prze-
wodnią ideą utworu (szlachetne, bohaterskie poświęcenie),
jak wykonaniem ze strony współpracowników Pawlikow-
skiego. „Wiejską szkółkę' przełożył i opatrzył wdzięcz-
nym prologiem Żuławski, znalazłszy w p. Kwiatkiewiczu
doskonałego słów swoich tłómacza. Z „Terrakoją' mog-
liby artyści nasi wystąpić na pierwszorzędnych scenach
świata i wszędzie niewątliwie zbieraliby słusznie im na-
leżne wawrzyny, tc
* Związek artystów polskich we Lwowie otwo-
rzył już, jak pokrót-
ce wspominaliśmy,
drugą wystawę
prac swoich człon-
ków. Tegoroczny do-
robek nadpełtwiań-
skiej kolonii arty-
stycznej przedstawia
się pod względem
liczebnym imponują-
co; wystawione też
są tutaj dzieła o rze-
telnem piętnie arty-
sty cznem. Na czoło
drużyny wybił się,
jak zwykle, przewod-
niczący Związku,
Rozwadowski. Pod-
kreślić także należy
utwory Augustyno-
wicza, Trusza, Gaw-
likowskiego i Win-
terowskiego. N i e
brak rzeczy: Batow-
skiego, Reichami,
Rcyznera, Harasimo-
RZEŹBY DEKORACYJNE WACŁAWA BUJNOWSKIEGO NA WYSTAWIE W SALONIE KRYWULTA.
wicza, Rybkowskicgo i innych „tutejszych'. Rzeźbę
przedstawiają Popiel i Wojtowicz; nie widzimy natomiast
Ostrowskiego. Z 91 zgromadzonych tu dzieł wiele zna-
lazło tym razem nabywców; kupowało też i ministeryum
oświaty. C
Z SALONÓW ARTYSTYCZNYCH.
* Jak wiadomo, z urządzoną w tych czasach w sa-
lonie Krywulta wystawą pod nazwą „Dwór Polski' łą-
czyły się dwa oddzielne konkursy: jeden, ogłoszony
przez wspomniany salon sztuki, drugi zaś przez redak-
cyę „Tygodnika ilustrowanego." Obecnie konkursy tc
rozstrzygnięto, przyczem jury wystawowe przyznało dwie
równoznaczne nagrody po 50 rubli każda: pp. Stanisła-
wowi Witkiewiczowi (za projekt architektoniczny dworu
w Łancuchowie) i Noakowskiemu (za szkice architekto-
niczne). Redakcya „Tygodnika ilustrowanego" natomiast
uznała za najodpowiedniejsze do wykonania reproduk-
cyi w łamach swego pisma prace: p Zofii Stankiewi-
czówny (akwatynta) i p. Apoloniusza Kędzierskiego (dwa
obrazy olejne, osnute na temacie dworu polskiego), prze-
znaczając swoim laureatom, ze względu na wysoce arty-
styczną wartość danych prac, również dwie jednakowe
nagrody po 50 rubli każda, o
ZE SZTUKI STOSOWANEJ.
* Przybyła nam nowa gałąź przemysłu. Dotych-
czas sprowadzano do nas figurki na choinki, ozdobne
flakony i wogóle różne stawiane na biurkach, toaletach
ozdoby—prawie wyłącznie z zagranicy. Zdarzało się
wprawdzie czasem znaleźć u ludzi o wykwintniejszym
smaku estetycznym wyroby, wykonane ręką naszych
ludowych artystów, a więc- najczęściej z drzewa wystru
gane zręczne postaci, domki zakopiańskie, w których
przechowywano papierosy, popielniczki, noże do rozci-
nania kartek (również przeważnie zakopiańskie), ale były
to objawy odosobnione. Produkcya ta nie przybierała
szerszych rozmiarów (obecnie już w tym kierunku daje
się zauważyć zwrot ku lepszemu), a ozdób z terakoty
nie mieliśmy wcale. Kupowano więc banalne, ciężkie
w pomyśle i prostackie wyroby tandetnych fabryk zagra-
nicznych. Od nawały obcego przemysłu w tym kierun-
ku może wyratuje nas teraz fabryka p. Wodzińskiego
w Służewie, której wyroby zasługują na szczególną uwa-
gę ze względu na artystyczne, bardzo interesujące po-
mysły wykonanych tam figurek i flakonów. Fotografie,
które załączamy w numerze dzisiejszym, to podobizny
rzeźb dekoracyjnych p. Wacława Bębnowskiego, wysta-
wionych w Salonie Krywulta, a wykonanych we wspo-
mnianej fabryce. Rzeźby te odznaczają się doskonaleni
modelowaniem postaci, pełnych wyrazu, wykwintnym
ich układem oraz świetnem zużytkowaniem kształtów,
branych zupełnie samodzielnie wprost z natury o
WYDAWNICTWA ARTYSTYCZNE.
* Jak wiadomo, piśmiennictwo nasze nie posiada
dotychczas nawet pobieżnego katalogu ani miejscowości
słynnych w dziejach naszych, ani pamiątkowych budowli
historycznych, rozsianych obficie po kraju. Czas nieubła-
gany zmienia z dniem każdym wygląd tych zabyt-
ków, niszcząc je i ścierając stopniowo z powierzchni zie-
mi ojczystej. To też każda praca, podjęta w celu prze-
chowania ich śladu, przyszłym pokoleniom, zasługuje
na szczególne podkreślenie. Taką właśnie pracę, choć
w szczupłym zakresie, stanowi świeżo wydane album
p. Jana Olszewskie-
go p. t. Miłośni kom
pamiątek. W wy-
dawnictwie tem, opa-
trzonem na wstępie i
na końcu dwoma
pięknymi wierszami
Or-Ota, znajdujemy
najważniejsze zabyt-
ki Warszawy, Bielan,
Łowicza, Czerska,
Łęczycy, Kalisza,
Pyzdr, Koła, Uniejo-
wa, Radomia, Janow-
ca, Iłży, Ossolina,
Sandomierza, Piotr-
kowa, Częstochowy,
Będzina, Koniecpola,
Nowogródka, Lubli-
na, Zamościa i t. P-
Na każdej karcie po-
daje autor nadto por-
tret sławnego męża,
którego imię związa-
ne jest z nazwą da-
nej miejscowości.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 52
1007
Z Dalekiego Wschodu.
Główna część floty admirała Roźestwienskie-
go, złożona z najcięższych pancerników, w poło-
wie b. m. dosięgła, okrążając Afrykę, portu Mo-
ssamedes, należącego do Portugalii. Od tego punk-
tu do Przylądka Dobrej Nadziei oddzielają ją jeszcze
2,000 kilometrów. Mossamedes jest portem nie
nadającym się do uskuteczniania naprawek na
okrętach. Można tam tylko zaopatrzyć się w wę-
giel i wodę. Mossamedes jest odległy od Swa-
kopmundu (posiadłości niemieckie), o 800 kilo-
metrów.
Jak powoli płynąć musi eskadra bałtycka
wzdłuż Afryki, dowodzi fakt, że podróż jej z Da-
karu (Senegambia) do Mossamedes trwała całe
cztery tygodnie. Prawdopodobnie w roku bieżą-
cym eskadra nie dopłynie jeszcze do Kaplandu.
Druga część II floty oceanu Spokojnego pod
dowództwem admirała Folkershama (krążowniki
i torpedowce), przeszła już przez Morze Czerwo-
ne i wpłynęła na Ocean Indyjski, który w obec-
nym czasie podobno dogodnym jest do żeglugi.
Od tej chwili zapewne nieprędko usłyszymy coś
o tej części eskadry.
Wreszcie tak zwana flota dopełniająca, sta-
nowiąca aryergardę wyprawy admirała Rożestwien-
skiego, wkrótce przepływać zacznie przez kanał
Sueski.
W jakim punkcie połączą się wszystkie owe
trzy części floty bałtyckiej, niewiadomo.
S: *•
*
Z nad Szacho, oprócz nic nie znaczących
telegramów o potyczkach, nadeszła do „Central
News" wiadomość (powtórzona przez Ros. Ag.
Teł.), która mogłaby mieć głębsze znaczenie: „Od-
dział ochotników (ze strony japońskiej), liczący
3,000 ludzi, pod dowództwem Chaotena, napad!
niespodziewanie (d. 15 b. in.) na wojsko rosyjskie
w chwili, gdy starało się wykonać dywersyę w kie-
runku Chejszancho. Rosyanie cofnęli się do Muk-
denu."
Zastanawia w tym telegramie jego zakończe-
nie: Niema tam mowy o cofnięciu się Rosyan na
główne pozycye nad Szacho, lecz wprost do Muk-
denu. Ponieważ niedawno właśnie donoszono do
pism niemieckich o okrążeniu przez armię Oku
części pozycyi rosyjskich wraz z zajęciem miasta
Chuanszan, nasuwa się więc przypuszczenie, czy
Chejszancho i Chuanszan nie są to miejscowości
PORT ARTURA ZEWNĄTRZ: WAI.KA NA BAGNETY W OKOPACH.
PORT ARTURA WEWNĄTRZ: 1NSPEKCYA FORTU ICESZAN.
identyczne. W takim razie armia Oku znajdowała-
by się wprost przed Mukdenem, poza linią obron-
ną Rosyan nad Szacho, co mogłoby oczywiście po-
ciągnąć za sobą skutki pierwszorzędnej wagi. Do-
tychczas jednak niema urzędowego potwierdzenia
tych wieści, ani ze strony rosyjskiej, ani z ja-
pońskiej.
Generał Stocssel potwierdza w ostatnich swo-
ich raportach (które przywiozło do Czifu siedmiu
wysłańców na dżonce) wiadomość o zdobyciu
przez armię oblężniczą góry Wysokiej (203 rn.)
i o ciężkich uszkodzeniach okrętów.
Jak wiadomo, na górze Wysokiej Japończycy
w niezmiernie krótkim przeciągu czasu zdołali
umieścić ciężkie działa, które obrócili przede-
wszystkiem przeciwko stojącym w Porcie Artura
okrętom rosyjskim, z których silnie uszkodzili
„Bojana" (przewrócił się na bok), zatopili „Retwi-
zana" i „Połtawę," uszkodzili „Palladę," „Pobie-
dę,“ „Pereswiet" i dwa torpedowce, tak, że nie
będą już zdolne wypłynąć z portu, tylko „Sewa-
stopol" zdołał jeszcze ujść w czas, stanąwszy tuż
przed wejściem do cieśniny pomiędzy Tygrysim
ogonem a Złotą górą. Tam atakowały go torpe-
dowce japońskie.
Oprócz tego, dzięki bateryom owego zdo-
bytego wzgórza armia generała Nogi zajęła wzgó-
rze Akazaka, dwa inne w pobliżu Iczanu, wreszcie
zburzyła kilka składów z prochem, a wśród nich
skład torped na Tygrysim Ogonie.
* *
*
Jeden z korespondentów pisma Abw. Wrein.
opisuje w jaki sposób grzebie się trupy poległych
w Mandżuryi:
„W długich, wspólnych mogiłach układa się
ciała rzędami. Pierwszą tę warstwę trupów przy-
krywa się warstwą gaolanu, a na nią nakładają no-
we rzędy poległych. Oficerowie leżą tam obok
prostych żołnierzy. Zbiorowe te grobowce docho-
dzą do ogromnycli rozmiarów. W jednym z nich
pochowano 60 trupów. Na powstałym nad śpią-
cymi wiecznie kurhanie stawiają prosty, drewnia-
ny krzyż."
Ros. Ag. Tel. zaprzecza wiadomościom po-
mieszczanym w pismach rosyjskich, o niedosta-
tecznym dowozie żywności dla wojsk armii man-
dżurskiej, oraz o tern, jakoby tam panowały wiel-
kie mrozy, wskutek których mogłyby nastąpić od-
mrożenia. (Pisma rosyjskie donosiły między inne-
mi o zaginięciu na kolei syberyjskiej 380 wago-
nów z żywnością, odzieżą i obuwiem, a p. Mien-
szikow zamieścił artykuł, w którym zaznaczał li-
chy stan obuwia dla wojska. Obuwie to, według
tego autora, zdzierać się ma już po siedmiu dniach,
a i tak nowe transporty butów dopiero nadejdą
w marcu. P. Menszikow przeciwstawiał temu sta-
nowi rzeczy schludne, mocne, ciepłe odzienie Ja-
pończyków).
Jednakże łatwo zauważyć, że poprzednie
wiadomości o wielkich 29-stopniowych mrozach,
panujących nad Szacho, nadchodziły do Rosyi
europejskiej telegraficznie.
1008
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 52
Nasze ryciny.
w adwencie (z Polesia mazurskiego).
Na prawej stronie "Wisły pod samą War-
szawą dają ,się jeszcze odnaleźć niejakie
pozostałości Jadźwingów, którzy to „nic
schodzili z pola, aż zwyciężyli lub pomor-
dowani zostali;-' są tu wsie: Jaźwiny, Ja-
ćwież, Mingosy, Katbiel (od lit. Kalba—
mowa). Otóż długie trąby litewskie z drze-
wa, korą brzozową owijane, a używane
dawniej jako instrument muzyczny podczas
świąt (zdaje się i na wojnie), a teraz przez
pastuchów do zwoływania stada, no i uprzy-
jemniania czasu, na t. zw. Polesiu mazo-
wieckiem (pow Nowo-Miński) zachowały
się jako jedyny instrument muzyczny
w adwencie. W każdej wsi jakiś parobek
młody (powiadają, źe u tego gospodarza
będzie najlepszy urodzaj) ku wieczorowi
wychodzi z trąbą na dziedziniec i gra od-
wieczne melodye.
Kronika.
Z KOŚCIOŁA.
Według wiadomości, podanej przez Wil.
Wiestn., minister spraw wewnętrznych upo-
ważnił J. E. ks. biskupa bar. Roppa do
przyjęcia w r. b. na koszt własny do wileń-
skiego seminaryum katolickiego 15 u alum-
nów ponad ustanowioną normę, o
Plany budowy nowego kościoła w Kiel-
cach zostały ostatecznie zatwierdzone przez
ministeryum spraw wewnętrznych. Składki
na budowę rzeczonej świątyni, powstającej
pod wezwaniem Zbawiciela, napływają do-
tychczas dość skromnie. Obecnie zebrano
na ten cel zaledwie 4,622 rub. 55 kop. o
W dniu 11-ym b. m. odbyła się uroczy-
stość poświęcenia kaplicy szpitalnej w Skier-
niewicach. Aktu konsekracyi dopełnił wo-
bec licznie zebranych przedstawicieli władz
i obywatelstwa miejscowego J. E. ks. bi-
skup Kazimierz Ruszkiewicz. o
URZĘDOWE.
Jak donosi Warsz. Dniem., wykłady
i zajęcia w tutejszym instytucie politech-
nicznym uległy z dniem 14 ym b. ni. za-
wieszeniu. Ponowne otwarcie instytutu na-
stąpić ma dnia 15-go stycznia r. p o
Niektórzy właściciele domów otrzymali
w ubiegłym tygodniu od magistratu m.
Warszawy wezwanie w sprawie zajmowania
kwater dla żołnierzy i koni w razie mobi-
lizacyi wojska załogi warszawskiej. Liczba
żołnierzy stosowana jest do wielkości do-
mów, przyczem tam, gdzie niema stajni,
pomieszczenie dla koni nie jest żądane, o
KS. PASTOR BUBSCHE.
Opróżnione po śmierci ś. p. Ka-
rola Gustawa Manitiusa stanowisko
jeneralnego superintendenta parafii
i kościołów ewangelicko-augsburskich
w Królestwie Polskicm, obejmuje
obecnie znany publicysta i redaktor
jedynego pisma protestanckiego w ję
zyku polskim, ks. pastor Juliusz
Bursche. Stanowisko pastora zajmu-
je ks. Bursche od r. 1884-go,*w któ
rym to czasie po ukończeniu stu-
dyów teologicznych i filozoficznych
w uniwersytecie juryewskim ordyno-
wany został do Warszawy w cha-
lakterzc wikaryusza przy ówczesnym
jenerałnym superintendencie, ś. p.
Waldemarze Ewercie. Następnie przez
lat cztery był pastorem w Wiskit-
kach, poczem przybywszy znów do
Warszawy, był pastorem dyakonem
II, a potem objął urząd pastora I-go,
którego obowiązki pełnić ma w dal-
szym ciągu* o
W ADWENCIE (na Polesiu mazurskiem)
Eot. H. Wiricza
SPOŁECZNE.
Wobec długotrwałego strasznego zastoju
w przemyśle naszym, rzemiosłach i handlu,
spotęgowanego jeszcze w roku bieżącym
przez toczącą się obecnie wojnę i skazują-
cego dziesiątki tysięcy ubogiej ludności
tutejszej na głód i bezrobocie, zawiązała się
pod egidą Warsz. Tow. Dóbr, specyalna
instytucya filantropijna pod nazwą „Tymcza-
sowego Komitetu ratunkowego dla głodnych
i potrzebującycli pracy," który zwraca się
obecnie do wszystkich warstw społeczeń-
stwa naszego, z gorącą prośbą o poparcie
i umożliwienie przez upragnioną ofiarność
akcyi jego w walce z klęską nędzy i głodu.
Do grona członków rzeczonego komitetu
weszli pp.: Henryk Sienkiewicz, Z. ks. Lu-
bomirski, A. hr. Krasiński, mecenas A.
Osuchowski, S. ks. Czetwertyński, dr Karol
Benni, M. ks. Radziwiłł (syn), St. Pfeiffer,
ks. prałat Dudrewicz, M. hr. Zamoyski, M.
Berson, E. Geisler, P. Drzewiecki, ks. T.
Matuszewski, ks. St. Gąsowski, Michał ks.
Woroniccki, H. Radziszewski, M Lewan-
dowski, J. Ostrowski, K. Czajkowski, Wł.
Mazurowski, L. Brauman, Fr. Rydzykowski.
J. Rzętkowski, R. Sędziuk, J. Szlenkier, H.
Martens, B Hałaczkiewicz, H. Piaszczyński,
St Brun, S. Brandel i St. Gołcz. Ofiary
przyjmują: kasa Warsz. Tow. Dóbr. Kra-
kowskie Przedmieście Nr 62, Bank Handlo-
wy w Warszawie, redakeye pism, oraz każ-
dy z członków komitetu, o
W dniu 15-ym b. m odbyła się uroczy-
Ks PASTOR BURSCHE.
stość poświęcenia sklepu z wyrobami prze-
mysłu ludowego, otwartego przy ulicy Mo-
kotowskiej nr. 68 staraniem sekcyi tego
przemysłu, a w szczególności dzięki nie-
strudzonym zabiegom i staraniom jej prze-
wodniczącego, dra Karola Benniego. Sklep,
urządzony w trzech pokoikach, obejmuje
najrozmaitsze okazy wytwórczości rękodziel-
niczej włościan naszych, jak oto: samodziały,
płótna, kilimki kurpiowskie, wyroby cera-
miczne, dywany, wyroby koszykarskie, haf-
ty podolskie, przetykane srebrem i złotem,
zabawki dla dzieci i t. p Aktu poświę-
cenia tej wysoce pożytecznej pierwszej pla-
cówki przemysłu ludowego dokonał ks.
Szmidt z parafii św. Aleksandra w obecno-
ści: H. Sienkiewicza z małżonką, ordynato
wej ks. Krasińskiej, Bolesława Prusa, p.
Weyssenhoff owej, Zdzisława ks. Lubomir-
skiego i kilku redaktorów czasopism miej-
scowych. o
W dniach: 16, 17, 18 i 19-ym b. m.
odbyła się w tutejszym gmachu ratusza do-
roczna „Gwiazdka" na rzecz głodnych, po-
zostających pod opieką Warszawskiego To-
I warzysiwa Dobroczynności, o
NAJNOWSZE WYDAWNICTWA
LWOWSKIE.
Towarzystwo popierania nauki polskiej
we Lwowie, rozwijające się coraz poważ-
niej, ogłosiło obecnie swoim sumptem na-
stępujące uwagi godne dzieła: „Studya
z zakresu administracyi wychowania pub-
licznego (Szkolnictwo ludowe)" przez prof.
dra Józefa Buzeka i „Stanisław August
i Józef ks. Poniatowski w świetle własnej
korespondencyi" prof. dra Bronisława Dem-
bińskiego. — Archiwum miejskie lwowskie
drukuje 111-ci tom „Pomników dziejowych
Lwowa," zawierający „Księgę przychodów
i wydatków miasta z czasów króla Włady-
sława Jagiełły z lat 1114 —1428," oraz
przygotowuje tom następny z „Księgą kon-
traktów i zapisów miejskich z czasów króla
Władysława Warneńczyka (1441 — 1444)
i króla Kazimierza Jagielończyka do ro-
ku 1448."—Ukazał się też zeszyt I „Ency-
1 klopedyi Macierzy Polskiej." Pierwsze wy-
danie rzeczy tej w liczbie 5,000 egzempla-
rzy wyczerpane zostało w ciągu roku, obec-
ne, rozszerzone i bogato illustrowane znaj-
। dzie niewątpliwie drugie tyle odbiorców.
| Kierunek użytecznego wielce wydawnictwa
1 spoczywa w ręku energicznego i zasłużo
nego już prezesa tej instytucyi, prof. dra
Ludwika Finkla. r
WYKŁADY I ODCZYTY WE ŁWO-
wie toczą się nieprzerwanym ciągiem strantów, został przez nicłi poważnie pora-
W Szkole nauk politycznych wygło- niony. Nim wezwana telefonicznie straż
sił cykl pouczających, z zapałem wypo-
wiedzianych odczytów ks. kanonik Adam
książę Sapieha „O historyi Kościoła katolic-
kiego w Polsce od r. 1772.* Świetną też,
błyskotliwą, iście francuską, niemniej opartą
na głębokiej wiedzy i studyach konferencyę
p. t: .O rzymskiej narzeczonej" miał prof.
dr Stanisław Szachowski w Kole literac-
kiem, W Związku naukowo literackim prof.
dr Kazimierz Jarecki zagaił uwagi godną
dyskusyę „O nowych prądach pedagogicz-
nych,“ a to z powodu pierwszego zeszytu
Reformy szkolnej Adama Szymańskiego.
Wreszcie w Sodalicyach Maryańskich ukoń-
czył szereg wykładów ,,O współczesncm
dziennikarstwie polskicm" p. Tadeusz Cza-
pelski. ski.
PIELGRZYMKA BZYMBKA.
J. E. ks. arcybiskup metropolita lwowski,
dr Józef Bilczewski, postanowił urządzić
w czasie świąt Wielkiejnocy r. 1905 piel-
grzymkę młodzieży galicyjskich szkół śred-
nich do Rzymu. Organizacyę pielgrzymki
powierzył ks. arcybiskup dyrektorom szkół
realnych lwowskich: drowi Teofilowi Gerst-
manowi i Michałowi Lityńskiemu, którzy
rozpoczęli już w tej mierze przygotowania.
Młodzi pątnicy wyruszą d. 15 kwietnia, za-
bawią w Rzymie dni 7, a d. 1-go maja
znajdą się w kraju z powrotem. Dłuższe
I postoje przypadną tylko we Florencyi
i w Wenecyi, pół dnia w Wiedniu. Kilku
nastu uczniów najuboższych, przez władze
szkolne galicyjskie poleconych, wyprawi
ks. arcybiskup swoim kosztem. Obok
głównego celu pielgrzymki, t. j. złożenia
hołdu Ojcu Św. i uzyskania jego błogo-
sławieństwa, młodzież szkolna pod prze-
wodnictwem osób starszych, duchownych
i świeckich pozna Wieczne miasto i naj-
główniejsze ogniska kultury i sztuki kla-
sycznej i chrześcijańskiej we Włoszech t
KONKURSY.
W tych dniacli rozstrzygnięto we Lwowie
konkurs na projekty zabawek dla dzieci,
I ogłoszony przez tameczne ruchliwe Mu-
zeum przemysłowe. Z 22 projektów wy-
brano i nagrodzono: „Pastwisko wiejskie"
pomysłu p. Pawła Perediatkiewicza (200 ko-
ron); tegoż „Szóstkę koni" (100 koron):
p. Marcelego Janikowskiego „model chaty,"
wreszcie w dziale trzecim nagrodami po 75
koron odznaczono projekty pp. Leonii
Bierkowskiej (figury kostiumowane), Tadeu-
sza Kołomłockiego (kręgle), Stanisława Dę-
bickiego (rysunek) i Pawła Perediatkiewi-
cza (typy), t
Ks. Włodzimierz Kalba, proboszcz w So-
kolówce (Galicya, p. Złoczów) ogłasza za
pośrednictwem „Związku studentów archi-
tektury we Lwowie" konkurs na budowę
cerkwi rusińskicj. Nagród wyznaczono
dwie: 200 i 100 koron, termin zaś nadsy-
łania projektów upływa w dniu 10 marca
r p. Bliższych szczegółów udziela wymię
niony powyżej Związek studentów archi-
tektury we Lwowie, o
NAUKA.
Nagjodę im. Chojnackiego w kwocie
rub. 900, wskutek ogłoszonego przez radę
uniwersytetu warszawskiego konkursu na
pracę z dziedziny medycyny lub chirurgii
przyznano d rowi Jerzemu Gubtyszewskie-
mu za dzieło p. t. „Bakteryologia lekar-
ska." o
Z RÓŻNYCH STRON.
Jak donosi korespondent Warsz. DnieW-
z Sosnowca, dnia 11-go b. m., około go-
dziny 1-ej w południe, grupa robotników,
złożona mniej więcej ze 100 osób, wyszedł-
szy po skończeniu nabożeństwa z miejsco-
wego nowego kościoła, ruszyła przez ulicę
Modrzejewską, niosąc czerwone sztandary.
Strażnik, który usiłował zatrzymać demon-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 52
1009
pograniczna przybyła na miejsce, tłum zdo-
łal się rozproszyć, o
Ogólna liczba uczniów, uczęszczający cli
do szkół średnich w Galicji (w roku
szkolnym 1902 3), wynosiła 23,769. W tej
liczbie 20,014 Polaków (84.2 proc.) i 3.341
Rusinów (14.5 proc). Do czterech gimna-
zyów rusińskich uczęszczało 1,951 Rusinów,
reszta zaś uczy się w gimnazyach polskich.
Z gimnazyów rusińskich jedno tylko lwow-
skie, t. zw. akademickie, ma liczbę uczniów
ponad 500 (694); natomiast polskich szkól
średnich, w których liczba uczniów prze-
kraczała normalną cyfrę 500, było 24. /
We, Lwowiu powstał w ubiegłym tygo-
dniu Związek wynalazców polskich. Celem
nowego towarzystwa będzie: pielęgnowanie
twórczej myśli w dziedzinie techniki, prze-
mysłu i rękodzieł; popieranie rozwoju wy-
nalazków i ulepszeń technicznych wogóle;
dopomaganie wynalazcom ku urzeczywist-
nieniu zdrowych pomysłów wynalazczych.
Członkami Związku mogą być nietylko wy-
nalazcy, lecz wogóle ci przemysłowcy, rę-
kodzielnicy, kupcy i przedsiębiorcy, którzy
pod ochroną modelu, a ewentualnie także
marki ochronnej, wprowadzają w bieg hand-
lowy nowości własnego pomysłu, c
Na dorocznem, walncm zgromadzeniu
Związku naukowo-literackiego we Lwowie
powołano na przewodniczącego Jana Kas-
prowicza, na jego zastępcę zaś Zygmunta
Wasilewskiego. Liczba członków Związku
wzrosła znacznie, zwiększyły się też i środki
materyalne. Odczytów odbyto w roku
sprawozdawczym 31 (prelegentów 25, słu-
chaczów 3,000, dyskutujących 130). Biblio-
teka „Wiedzy i życia* rozwija się również
pomyślnie; wydawnictwa tego rozpoczęto
już seryę trzecią. W ostatnich dniach prze-
mawiali z katedry Związku: dr Edmund
Biernacki („Medycyna jako składnik wy-
kształcenia ogólnego*), Bronisława Ostrow-
ska („O Tadeuszu Micińskim*), Konstanty
Srokowski („Dziennik i dziennikarstwo*). /
WYNALAZKI POLSKIE.
W Oranienbaumie odbywały się niedawno
próby z nowym pancerzem kulochronnym
wynalazku rodaka naszego, p. Żeglenia.
Próby, dokonane w obecności wyższych
oficerów, wypadły pomyślnie. Pancerze p.
Żeglenia składają się z grubej tkaniny jed-
wabnej, pokrytej warstwą blachy stalowej.
Wyrabiane są w Ameryce, gdzie wynalazca
posiada własną fabrykę, o
ŚWIAT KOBIECY.
Nowe pole pracy dla kobiet stanęło obec
nic otworem w Galicyi. Oto Wydział kra-
jowy postanowił przypuszczać kobiety na
równi z mężczyznami do egzaminu kwalifi-
kacyjnego na urzędników gminnych, jak se-
kretarki, kasyerki i kontrolerki, pod tym
wszakże warunkiem, iż wykażą się austryac-
kiem obywatelstwem, znajomością języków
krajowych, nienaganną konduitą i odpo-
wiednicm stopniem wykształcenia. Egza-
min kwalifikacyjny odbywać się będzie
w Wydziale krajowym, potrzebne zaś są
wiadomości ustaw krajowych i gminnych
(na sekretarkę); rachunkowość, znajomość
Prowadzenia ksiąg, układania budżetu i in-
wentarza, oraz zasadniczych ustaw krajo-
wych (na kasyerkę lub kontrolerkę). Podob-
no spore grono kandydatek pójdzie już
w najbliższym czasie na pierwszy ogień
egzaminowy, c
OSOBISTE.
W sądzie cywilnym lwowskim, jak do-
nosi Knryer Lw., odbył się niedawno pro-
ces separacyjny artysty-malarza, p. St. Ja-
nowskiego, i znanej powieściopisarki p. Ga-
bryel! Zapolskiej-Janowskicj. P. Janowski
uzyskał na własną prośbę zupełną sepa-
racyę. 0
ZMABLL
Ks. Julian Perza-
nowski, proboszcz
parafii Rzeczyca
Ziemska pod Kraś-
nikiem, zmarł tamże
dnia 6-go b. m.,
przeżywszy lat 79.
Zmarły kapłan od-
dawał się z zamiło-
waniem studyom le-
karskim i zdobytą w
(ym zakresie wiedzę
stosował z powo-
dzeniem śród ludu.
Położył nadto nicpo-
żytc zasługi około
umoralnienia para-
fian swoich. <>
Antoni Dobrzań-
ski, jeden z najczyn-
nicjszych członków
Tow. rolniczego kie-
leckiego, właściciel
majątku Budziszewi-
ce w Skalbmier-
skiem. o
Dr Bonifacy Ła-
zai cwicz, jeden z
PRZEJŚCIE FLOTY BAŁTYCKIEJ PRZEZ SUEZ.
wybitnych pedago-
gów polskich i naj-
czynniejszych człon-
ków zarządu Towa-
rzystwa pomocy naukowej im. Marcinkow-
skiego, zmarł w Poznaniu, o
Ks. Antoni Radziwiłł. Jeden z najwięk-
szych posiadaczów ziemskich na Litwie, ś. p.
Antoni ks. Radziwiłł, XIII-ty ordynat nie-
świeski i XI-ty kiecki, generał-adjutant wojsk
niemieckich, zmarł nagle w Berlinie, skut-
kiem apoplcksyi dnia 16 b. m. Urodzony
dnia 31 lipca 1833 roku z ojca Wilhelma
i matki Matyldy z hrabiów Clary-Aldringen,
zmarły książę poświęcił się wcześnie woj-
skowości i jako wnuk ks. Ludwiki pruskiej,
a zatem blizki krewny domu panującego,
szedł szybko po szczeblach hierarchii.
Należąc do najbliższego otoczenia króla
Wilhelma, a późniejszego cesarza, utrwalił
książę nazwisko swoje w dziejach, słyn-
nym faktem odpowiedzi, udzielonej w roku
1870 w Ems, jako fligel-adjufant, w imieniu
panującego, ambasadorowi francuskiemu, hr.
Benedettiemu. Jak wiadomo, odpowiedź ta,
w której Radziwiłł oświadczył, że król
przyjąć posła nie może, słała się powodem
wojny prusko-francuskiej i pośredniem za-
początkowaniem zjednoczenia Niemiec pod |
berłem Hohenzollernów. Tej bezwiednej
usługi, oddanej domowi pruskiemu, nie za-
pomniał Wilhelm I-szy ks. Antoniemu do
końca życia, darząc go szczcią przyjaźnią
i nicograniczonem zaufaniem. Ożeniony
z Maryą-Dorotą-Elżbietą, margrabianką de
Castellane, zmarły ordynat pozostawia czwo-
ro dzieci: ks. Jerzcgo-Fryderyka-Wilhelma-
Pawła-Mikołaja, ożenionego z Maryą hr.
Branicką, Elżbietę Romanową hr. Potocką,
Helenę Józefową hr. Potocką i ks. Stani-
sława. o
Władysław Marynowski, emerytowany 1
radca namiestnictwa, sumienny urzędnik 1
i prawy obywatel, człowiek cieszący się !
powszechnym szacunkiem, zmarł, przeżyw- :
szy lat 75, we Lwowie, c
Longin Strzeszewski, właściciel dóbr
Bolkowa, zmarł w Warszawie dnia 12-go
b. m., przeżywszy lat 65. o
Bi ouisław Zwolski, urzędnik w biurze
warsz. Tow. ubezpieczeń, b. oficer armii
niemieckiej, uczestnik w oblężeniach Metzu
i Paryżu, zmarł w Warszawie dnia 13-go nyCh, przestronnych mieszkań, systematycz-
b. m. o
Helena z Szymkiewiczów Rapacka, zmar- nie—a to dzięki wybudowaniu nowych do-
la w Nervi dnia 28 go z. m. o
i rzystw sportowych, muzykalnych i czytelnia-
• I nych, teatrów ludowych i t. p.; przez udzie-
lanie ciepłej kawy i herbaty w okolicach
chłodnych i wilgotnych. Przez zupełne za-
twierdzenie święcenia niedzieli i oddawanie
znacznej części dnia robotnikom w sobotę
dla załatwiania spraw osobistych, kupowa-
nia towarów i t. p., aby umożliwić w
niedzielę zupełne zamknięcie sklepów, na
wzór urządzeń angielskich; słowem, cho-
dzi o to, aby przywiązać sfery robocze do
ich własnych domów i rodzin i zapewnić
im szereg rozrywek, odpowiednich indywi-
dualnym usposobieniom i wymaganiom kul-
tury. Jednocześnie zaś proponowane są
wykłady po szkołach, wskazujące młodzieży
szkodliwe skutki nadużyć alkoholicznych,
przyuczanie dzieci od lat najmłodszych w
zakładach naukowych do unikania nad-
użyć pod każdym względem, szanowania
innych, słowem: systematyczne kształcenie
woli i charakteru. Poza tem, jako środków
bezpośredniego oddziaływania przeciw alko-
holizmowi, komisya żąda kontroli rządo-
wej nad trunkami, wreszcie utworzenia spe-
cyalnych przytułków, w których piclęgno-
wanoby alkoholików, chcących się leczyć,
jako też nałogowych, aresztowanych za na-
dużywanie napojów wyskokowych.
KOSZT WYBORU PREZYDENTA
STANÓW ZJEDNOCZONYCH obliczają,
według wiadomości korespondenta amery-
kańskiego Berlincr Tageblattn na przeszło
pięć milionów rubli —ze strony Rooseyelta
i Parkera. Wybór Lincolna kosztował w swo-
im czasie znacznie mniej, bo „tylko* 200,000
dolarów, czyli około 400,000 rubli. Dziwnie
wyglądają wobec tych cyfr zdania o „wolnych*
nitarny i kulturalny charakter za sługuj c'na j wyborach wo,nych obywateIi w Ameryce.
Marya z Janiszewskich Zaleska, żona
adwokata przysięgłego, zmarła w Peters-
burgu. o
Dr nied. Ludwik Wolberg, lekarz szpi-
tala żydowskiego, zdolny popularyzator wie-
dzy lekarskiej, autor pracy p. t. „Psycho-
logia dziecka* oraz szeregu artykułów facho-
wych, pomieszczanych w czasopismach tu-
tejszych, zmarł w Warszawie w wieku lat 47.
Marya z Józefowiczów Bauerfeindowa,
założycielka I sali zajęć, w której ubodzy
chłopcy przygotowywali się do zajęć, gor-
liwa opiekunka ubogich, zmarła dnia 10-go
b. m., przeżywszy lat 73. W uznaniu za-
sług filantropijnych ś. p. Bauerfeindowej
Warsz. Tow. Dóbr, mianowało ją w swoim
czasie „Matką ubogich*, o
Ze świata.
ZNIESIENIE „VETO“ PRZY WYBO-
RACH papieŻów. Jak donosi rzymski
korespondent Corriere delta sera, papież
Pius X, w porozumieniu ze św. Kolegium,
opracował nową konstytucyę apostolską,
którą zabrania przyszłemu konklawe korzy-
stania z prawa „veto“ i zapowiada surowe
kary kanoniczne na tych kardynałów, któ-
rzyby dawali podczas wyborów papieża
wyraz żądaniom którego z mocarstw. Nowe
to postanowienie nie jest jeszcze ogło-
szone podobno ze względu na Austryę,
która, jak wiadomo, uczyniła na ostatniem
konklawe użytek z tego prawa.
WALKA Z ALKOHOLIZMEM WE
FRANCYI. Kornisya pozaparlamentarna
dla badań nad alkoholizmem we Francyi
postawiła szereg wniosków do zatwier-
dzenia w Izbie, wniosków, których huma-
I szczególną uwagę. Komisya, w szeregu
środków zapobiegawczych przeciwko sze-
rzeniu się alkoholizmu, proponuje przede-
wszystkiem zaprowadzenie szeregu reform
ekonomicznych i socyalnych, mających na
celu ułatwienie życia warstwom ludzi pracy
przez odpowiednie urządzenia hygieniczne
i sanitarne, zapewnienie zdrowego pożywie-
nia (przez rozciągnięcie ścisłej kontroli nad
produktami spożywczymi), zdrowych, wid-
nie przewietrzanych, zaopatrzonych w laź-
mów robotniczych, przez popieranie towa-
zwłoki KRUGERA po przybyciu z Ho-
landyi do Kapsztadu mają być przez ośm
dni wystawione na widok publiczny, po-
czerń dopiero będą sprowadzone do Trans-
walu. Król Edward VII polecił przy-
jąć zwłoki b. prezydenta zwyciężonej Rze-
czypospolitej z honorami, należnymi mo-
narchom.
POMNIK ARMANDA SILVESTBE'A
odsłoniono w tych dniach w Tuluzie. Pom-
nik wykonał rzeźbiarz Teodor Riyiere. Przy
uroczystości wygłosił na cześć słynnego
poety entuzyastyczną mowę Catullc Men-
des. k
1010
TYGODNIK ILLUSTROWANY N> 52
olbrzymie oszustwo. Niejaka
Chadwick, kobieta znana z awanturniczego
życia, zdołała—niby druga Humbertowa—wy-
ciągnąć z banków amerykańskich pokaźną
sumę 5 milionów dolarów, podając się za
córkę naturalną słynnego miliardera amery-
kańskiego, Carnegiego. Oszustka tak zręcz-
nie podrabiała jego podpisy na czekach,
a przytem potrafiła tak silnie sugestyono-
wać bankierów, że wierząc jej, sypali dla
niej pieniędzmi bez rachuby. Niektórych
przekupowała, ułatwiając sobie w ten spo-
sób „operacye finansowe" z innymi bankie-
rami. Zamierzała w ten sposób .zarobić"
jeszcze 20 milionów dolarów. Aresztowa-
nie jej sprowadziło liczne bankructwa. Po-
mimo najkategoryczniejszych zaprzeczeń Car-
negiego, pani Chadwick uporczywie obstaje
przy swej niewinności.
ZM 5 RLI
Francissęk Andrzej Hofer, prawnuk
Andrzeja Hofera, literat i dziennikarz ame-
rykański. Urodzony w r. 1821 w ks. Ba-
denskiem, udał się w r. 1848 do Ameryki,
gdzie w stanic Jowa został redaktorem Ti
mesa.
Felix Deltom. honorowy inspektor gene-
ralny wychowania publicznego we Francyi,
ur. w r. 1822, autor historyi literatury grec-
kiej i rzymskiej, oficer legii honorowej.
De K irol Koester, prof. anatomii patalo-
gicznej w Bonn, zasłużony w badaniach
nad tuberkulozą i chorobami naczyń krwio-
nośnych.
Adeluta Sergeanf, powieściopisarka an-
gielska, w 53 roku życia.
Hektor Giacomellt, znany malarz fran-
cuski, z pochodzenia Włoch, zmarł w 84 roku
życia Słynął jako malarz ptactwa i illu-
strator dzieł botanicznych, k
Hr. Luigi Palma di Cesnola, archeolog,
urodzony roku 1832 w Turynie, od
r. 1860 obywatel Stanów Zjednoczonych,
dla których czynił poszukiwania archeo-
logiczne na Cyprze i wydał o wyko-
paliskach tamtejszych ciekawe dzieło. Za-
łożył w Nowym Jorku „Metropolitan Mu-
seum of art." k
Dr Emil Schlagintwcit, słynny oryenfa-
lista, autor cenionych dzieł: „Buddyzm
w Tybecie," „Królowie Tybetu," „Indye
w słowach i obrazach" i innych, tlómacz
wielu dzieł z języka tybetańskiego. Uro-
dził się r. 1835. k
Jan v. Hopfen, znany w Niemczech po-
eta i powieściopisarz, urodzony w r. 1835
w Monachium.
Lord Northbrook, były vice-król Indyi
(od r. 1872 -1876) oraz b. minister mary-
narki w drugim gabinecie Gladstone’a od
r. 1880 do 1885 W r. 1876 otrzymał ty-
tuł księcia Northbrook.
Senałor Wallon, znany pod nazwą , Ojca
konstytucyi francuskiej," były minister tpra-
wiedliwości, sekretarz Akademii. Stosownie
do jego wniosku, prezydenta Francyi obie-
rają stale co lat 7.
Prof. dr Henryk Hiles, znany kompo-
zytor angielski, w Worthing pod Londynem,
w 78 roku życia.
Generał Ottolenghi, były włoski minister
wojny, w Turynie, licząc lat 60.
Ga •lOti Serpetle, kompozytor francuski,
autor licznych utworów, pełnych wdzięku
i finezyi.
Polityka.
Przewidywany dla świeżo zwołanej sesyi
sejmu węgierskiego skandal dosięgnął roz-
miarów bodaj bezprzykładnych w dziejacli
parlamentaryzmu. Opozycya zgromadziła
się w lokalu klubowym jednego ze stron-
nictw, stamtąd udała się gremialnie do
gmachu sejmowego, wtargnęła do izby
przed rozpoczęciem posiedzenia, wyparła
z niej kilkudziesięciu woźnych, postawio-
nych przez prezydyum na straży, poczem
zniszczyła i połamała wszystkie sprzęty,
obsadziła zwartą masą prezydyum, sło-
wem, za pomocą fizycznej siły nic dopu-
ściła dnia tego do otwarcia posiedzenia.
Hr. Tisza przez chwilę tylko znajdował się
na sali, usunął się zaś natychmiast, zdawszy
sobie sprawę z sytuacyi. Następnego dnia
udało mu się jednak sesyę otworzyć przez
odczytanie odpowiedniego reskryptu królew-
skiego, ale ustępstwo to ze stronj opozy-
cyi zdobył za cenę poświęcenia prezesa
izby Perczela, szczególnie znienawidzonego
od chwili przeprowadzenia przez niego na
poprzedzającej sesyi uchwały obostrzającej
prowizorycznie regulamin. Obecnie po
upływie dni kilku, spędzonych przez par
lament w sposób niewiele produkcyjniej-
szy, niż ów dzień pamiętny łamania sprzę-
tów i bójki z woźnymi, znowu „udało
się" hr. Tiszy odczytać reskrypt królewski,
odraczający sesyę. Niezawodnie nastą-
pi rozwiązanie sejmu i nowe wybory.
Hr. Tisza zaklina się, że nie ustąpi
i opozycyę zgniecie, jeśli tylko, jak o tein
nie wątpi, naród stanie po jego stronie. Po-
dobno król obdarza prezydenta ministrów
zupełnem zaufaniem i zdawna już podpisał
dla niego dekret rozwiązujący izbę Zobaczy-
my co dalej będzie.—W Hiszpanii ustąpił od
steru rządów ściśle konserwatywno-klery-
kalny gabinet Matry. Powód pozorny ustą-
pienia był dość błahy, w gruncie rzeczy zaś
Maura był do kroku tego zniewolony zbyt
silną opozycyą liberalną w kortezacli. No-
we ministeryum zorganizował już dotych-
czasowy prezes senatu Arcarrage. Barwa
tego rządu jest bardziej umiarkowana niż
poprzedniego; pomimo to nie rokują mu
zbyt długotrwałej karyery. Podobno król
udzielił Maurze dymisyi ze swej własnej,
nie zaś z tego ostatniego inieyatywy; stron-
nictwo liberalne uważa to za ciężkie naru-
szenie konstytucyi i ma zamiar podnieść
sprawę w izbie. Chcąc uniknąć lub przy-
najmniej oddalić od -siebie ten pierwszj
KAPITAN CLADAU.
Autor artykułów o flocie bałtyckiej w „No-
woje Wremia."
kielich goryczy, Arcarraga zamierza odro-
czyć kortezy do stycznia. —Zmianę gabine-
tu zanotować należy także w Serbii, gdzie
po dość krytycznem przesileniu do władzy
przeszedł Mikołaj Pasicz na czele rządu
umiarkowanie radykalnego. W skupczynie
ma przyizeczone poparcie ze strony wszyst-
kich grup radykałów, dotychczas nic bar-
dzo z sobą zgodnych, ale w razie współ-
działania reprezentujących poważną więk-
szość.
KSIĄŻKI I WYDAWNICTWA PGRYODYCZNG.
kM)ZKl POLSKIE.
* Stanisław Brzozowski: O Stefanie
Żeromskim. Studyum. (Nakład G. Cent-
nerszwera i Ski. 1905, str. 112 w 16.
Warszawa. Cena kop. 50).— Niema w kry-
tyce literackiej płodniejszego, cenniejszego
pierwiastka, niż miłość, uwielbienie dla dzie-
ła i wielkiego autora. Otwiera ona oczy
duszy na niezmiernie dalekie horyzonty,
budzi nietylko odczucia, lecz i przeczucia,
tworzy nowe wartości, buduje nowe światy.
Z gorącą miłością zagląda p. Brzozowski do
duszy Żeromskiego i odsłania najtajniejsze
jci głębie Wyjaśnia, iż Żeromski w swej
twórczości pragnie „cofnąc myśl świadomą
i przekształcającą i ujrzeć, co zostanie wte-
dy w głębi nas i świata, w głębi, w której
my jesteśmy jeszcze światem, a on nami."
Utwory Żeromskiego mają byt tak odrębny,
że nie dadzą się ująć w typowe kategorye.
Niesłuszne też są, zdaniem autora, zarzuty,
jakie się u nas zazwyczaj stawia Żerom-
skiemu co do rzekomych wad jego kompo-
zycyi. Każde duchowe przeczucie—traktuje
Żeromski jako jedyne, jako coś, co ma w
sobie samem bezwzględne znaczenie. To
też cała twórczość jego jest „walką powieś-
ci, jako szeregu widzeń, objawień ducho-
wych, zestrojonych w jeden zasadniczy
akord,—z powieścią, jako ciągłem opowia-
daniem". Wrażenia swe zapisuje p. Brzo-
zowski nieco bezładnie, troszcząc się o ich
szczerość i bezpośredniość. To też jego pra-
ca może niesłusznie nazwaną została „stu-
dyum"; jest to raczej piękny, pełen talentu
poemat.
* M. Arjn: Nowelle. (Warszawa, 1904,
str. 86 w 16-cc. Cena kop. 50).—Pięć ga-
węd nieco lekkomyślnie puszczonych w
świat. A tak łatwo było nie drukować
i tej „Próby" rozstania się dwojga młodych
małżonków, próby okraszonej garścią czczych
cytat z poetów; i tego błahego „Wspo-
mnienia" z lat dziecinnych; i tych „Kartek
samotnika", zgoła treści pozbawionych;
i owej pseudo-nastrojowej „Macochy", mo-
wą małoruską zaprawionej. Jedyne opo-
wiadanie „Na drodze" mieści w sobie źdźbło
talentu, ale zasypane świadomością „zro-
bienia" noweli. Całość—szara, pretensyo-
nalna i pusta.
* Michał Raw i cz-lVita.no liski: kłodami
i jej okolice pod względem historyczno-
ludoznawczym. Z rysunkami oryginalnymi
Jana Olszewskiego. (Warszawa Wydanie
z udziałem Kasy Mianowskiego. 1904, str.
285 w 8 ce. Cena rub. 1.50)—Sumiennie
opracowana książka p. Wilanowskiego składa
się z trzech części: zarys dziejów miasta
Kłodawy, strony Kłodawskit pod względem
etnograficznycm, dyplomataryusz miasta Kło-
dawy. Takie połączenie historyi z etno-
grafią, niestety, bardzo często u nas prak-
tykowane, nie wytrzymuje krytyki. Daleko
słuszniej było wydać dwa oddzielne dziełka,
tembardziej, że historyczna część pracy
p. Witanowskiego znacznie większą posiada
wartość, niż jego zbiory etnograficzne, po-
dane surowo, usystematyzowane podług
schematów banalnych, nic opracowane nau-
kowo. P. Wilanowski wydał już cały szereg
dobrych monografii etnograficznych, winien
był przeto dojść do wniosku, że dosyć już
mamy bezkrytycznego gromadzenia materya-
łów folklorystycznych. Historycy kultury
swojskiej w „zarysie dziejów miasta Kło-
dawy" znajdą nie jeden cenny dokument.
* Br. Karol JRozenfeld: Marzenia sen-
ne. (Odbitka z Biblioteki Warszawskiej).
(Warszawa. 1904, str. 32 w 8-ce).
Zwięzły wykład historyi badań nauko-
wych o snach czyli nauki zwanej przez
lekarzy i psychologów onejrologią. Ujaw-
niły się w tej sprawie dotychczas dwie
metody: podmiotowa i przedmiotowa. Twór-
cą pierwszej jest Maury, który na podsta-
wie materyału zebranego z auto-obserwacyi
doszedł do wniosku o istnieniu ścisłego
związku pomiędzy marzeniami sennemi a
okolicznościami, które zaszły przed snem.
Każda zmiana w trybie życia odbijała się
w treści i charakterze marzeń. W myśl tej
metody próbowano różnycli doświadczeń,
sporządzano kwestyonaryusze i t. p. Me
toda przedmiotowa opiera się na mniemaniu,
że pewne zmiany, spostrzegane u śpiących
w wyrazie twarzy i układzie członków,
mogą służyć za oznakę zewnętrzną marzenia
sennego i odzwierciedlać poniekąd jego
ogólną barwę uczuciową. Dr Rozenfeld od-
rzuca te metody i bada sny na zasadzie ich
gatunku. Rozbiera więc"sny podług wieku
śpiących, ich rozwoju zmysłowego, stopnia
wykształcenia, rodzaju zajęcia; roztrząsa
przeistoczenia, jakim we śnie ulega świado-
mość, tłómaczy obrazy wzrokowe i słucho-
we we śnie, analizuje pierwiastki uczuciowe
i udział wrażeń zmysłowych w powstawa-
niu marzeń sennych. Autor dochodzi do
wniosku, że jedyną mistrzynią snu jest wy-
obraźnia śpiącego; ona go tworzy i organi-
zuje. Książeczka- -napisana jasno i przy-
stępnie.
Kalendarze.
W rzędzie tegorocznych naszych wydaw-
nictw kalendarzowych miejsce przodujące,
tak pod względem treści, jak i rozmiarów,
zajmują: Kalendarz illustrowany JózeJa
Ungra, obchodzący obecnie 60-tą rocznicę
istnienia, tudzież wydawany od lat 5-ciu
Kalendarz Pogotowia. W pierwszem z rze
czonych wydawnictw na szczególne pod-
kreślenie zasługuje, obok działu ściśle ka-
lendarzowo-informacyjnego, ułożonego dc
kładnie i starannie, dział literacki, przedsta-
wiający się bogato i wartościowo. W roku
bieżącym złożyły się nań prace: T. Jcske-
Choińskiego, Kazimierza Glińskiego, Wik-
tora Gomulickiego, -Witolda Koszutskiego,
Or-Ota, Adama Siedleckiego, Leona Ry-
giera, Fr. Rcinsteina, Antoniny Sadowskiej,
Jadwigi Balińskiej, Jul Bandrowskiego,
W. Szatkowskiego, W. Grot Bęczkowskiej
i wielu innych. Nadto w końcu działu te-
go znajdujemy szereg pożytecznych rad
i wskazówek dla gospodyń pióra P. Szum-
lańskiej. Co się tyczy Kalendarza Pogoto-
wia, wydawnictwo to posiada charakter
wyłącznie informacyjno - encyklopedyczny
' Pod tym względem kalendarz postępuje
widocznie, naprzód, działy bowie.m w nim
zawarte nie stanowią przedruków z roczni-
ków dawniejszych, lecz są opracowane
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 52
1011
Majewski „Nasze sześciolecie" (1897—1904);
B. Malewski „Próba charakterystyki ubio-
rów ludowych"; K. Stolyhwo „Mózg a
uzdolnienia rasowe"; A. Lang „Początek
nazwisk i wierzeń totemowych“;dr F. Krezek
„Na marginesie „Księgi przysłów" S. Adal-
berga”; Z. Kibort „Istoty mityczne na Żmuj-
dzi. II”; Jan Magiera.Wilia w Sandeczyźnie”;
M. Parczewska „Zwyczaje, zachowywane
podczas świąt i obchodów śród ludu pol-
skiego na Górnym Śląsku"; Witowt „Dwie
bajki żartobliwe"; A. Rumelówna „Zabawy
w Masiach"; R. Lilientalowa „Pieśni ludowe
żydowskie”.—Gazeta Handlowa: „Kapitał
angielski” przez J. Br.—Słowo: „Samorząd
ziemski” przez B. Bouffała.—Gazeta Polska:
„Zmiana syndykatów na towarzystwa rol-
nicze” przez Stanisława Kozickiego; „Prze-
ciwieństwa" przez B. Lutomskiego.—Goniec:
„Kronika tygodniowa" B. Prusa.—Kuryer
Warszawski: „Pamiętniki Rupiecia* przez
Ignacego Grabowskiego; „Salony warszaw-
skie” przez—skiego.
ANGLIA.
* A. A. Jack ogłosił piękne studyum
o Shclley'u. „Czar dla Shelley’a—mówi
autor mieści się w tajemnicy rzeczy, nie
zaś w rzeczach samych.” To punkt wyjścia
rozprawy Jacka. Wrażliwość Shelley’a jest
jedyna w swoim rodzaju. Różni się np.
zasadniczo od wrażliwości Wordswortha.
W ziemi i niebiosach, drzewach i kwiatach,
nocy i dniu, wietrze i chmurach, gwiazdach
i nieskończoności wielbi Shelley przede-
wszystkiem to, że budzą w nim pojęcia
metafizyczne. Aby był wzruszony, musi
poza przejściowemi formami natury widzieć
żywioły stałe, niezmienne, wieczne. Wiel-
biciele genialnego poety odczytają studyum
Jacka z prawdziwą rozkoszą.
* W. L. Courtncy, wydawca czasopisma
„Fortnightly Rcview,“ napisał seryę stu-
dyów pod ogólnym tytułem: The Fcminine
Notę in Finction. Podług autora, „kobiety
wprowadzają w romansach swój własny
punkt widzenia i dochodzą do wniosków
zgoła odmiennych od wniosków powieścio-
pisarzów—mężczyzn." Założenie to potwier-
dza Courtncy szczegółowym rozbiorem
z uwzględnieniem zmian, jakie zaszły w cią-
gu roku. Oprócz dawnych, znajdujemy
w bieżącym roczniku Pogotowia nowy dział
—kobiecy, opracowany przez p. Zofję Seid-
lerową („Pani domu w kuchni”, „Pokój
dziecka”, „Hodowla kwiatów pokojowych”,
„Ze świata mody"), oraz uzupełnienie działu
lekarskiego pod postacią szeregu przepisów
z zakresu gimnastyki szwedzkiej. Poży-
teczny dodatek do tegorocznego kalendarza
stanowi mapa okolic Warszawy, zawierająca
wszystkie letniska okoliczne, tudzież okolice
Prądnika i Nałęczowa, jako najwięcej od
wiedzanc przez letników. Co się tycze
innych tegorocznych wydawnictw kalen-
darzowych, notujemy tu Kalendarz Lu-
belski, liczący obecnie 38-y rok istnienia,
oraz Kalendarz dla ewangelików. Poza
tem, jak w latach ubiegłych, tak i obecnie,
wystąpiła firma Władysława Bednawskie-
go z szeregiem kalendarzy ściennych na
rok 1905. Szczególnie wykwintną szatą
odznacza się z pośród nich kalendarz z
symbolicznetni postaciami handlu, przemysłu
i wiedzy. Na wyróżnienie zasługuje także
praktyczna i gustowna podkładka do pisa-
nia z kalendarzem terminowym.—Notujemy
tu wreszcie znany pochlebnie ogółowi ka-
lendarzyk ścienny do zdzierania />. Pauliny
Sutinlańskiej, zawierający szereg trafnie
ułożonych przepisów obiadowych, uwzględ-
niających należycie sezonowe materyały
spożywcze, o
PRASA POLSKA.
Przegląd Tygodniowy: „7. kraju” (o po-
trzebie odczytów na prowincyi).— Czytelnia
dla wszystkich: „Ilu mamy analfabetów”
przez M. Brzezińskiego (ankieta). -Niwa
Polska: „Miłość we wszechświecie” przez
Sickicrz-Cichińską; tamże „Liga kupujących”
przez Z. Grotowskiego. —Ziarno: „Perła
Dzikich pól” (Zofiówka) przez S.T.— Wszech-
świat: „O wpływie układu nerwowego na
procesy twórcze w organizmie”. Prawda:
„Ruchy ciał żywych” przez Kazimierza Kul-
wiecia.—Bluszcz: „O zabawkach” przez
Zofię Seidlerową.—Ogniwo: „Jeszcze o za-
robkowej pracy kobiet" przez T. Męczkow-
ską. Wisła (listopad — grudzień) Erazm
utworów wybitnych, współczesnych powie-
ściopisarek angielskich: Humphry Ward,
J. O. Hobbes, L. Malet, G. Atherton,
Words, Voynich, Robins, M. Wilkins. Szu-
ka także „akcentów kobiecych" w listach
miłosnych Heloizy, Doroty Osborne, F.
Burney, panny de Lespinase, hrabiny Kra-
sińskiej, M. Fuller. Wogóle, podług L.
Courtney’a, kobieta zna siebie samą mało
lub też nie wyjawia swej duszy, żadna zaś
nie stworzyła typów kobiecych takiej np.
głębokości, jak te, które spotykamy w ro-
mansach G. Mereditha.
* A. Symons, wybitny poeta i świetny
krytyk współczesny, ogłosił tom wybornych
szkiców literackich p. t.: Studies in Prose
and Ycrse. Do najlepszych w tym zbiorze
należą prace o następujących pisarzach: Bal-
zac, Merimće, T. Gauticr, Quincey, Pater,
W. Morris, Stevenson, Daudet, O. Wilde,
d’Annunzio, Meredith, Zola, Tołstoj, Campo-
amor, Yeats.
* Czasopisma. Edinburgh Reuicw po-
święca ciekawy artykuł o „papiestwie
i konkordacie,” z powodu ostatnich zatar-
gów rządu z Kościołem we Francyi. — Ni-
netecnih Century: F. Harisson porównywa
sztukę rozmowy przy obiedzie u Francu-
zów i Anglików; W. Crewdson stwierdza
nagły wzrost liczby Japończyków za grani-
cą: w roku 1889 było ich poza krajem
16,688, a w dziesięć lat później—123,971.—
North American Reuiew: W. H. Lawton
roztrząsa statystykę samobójstw i ubezpie-
czeń na życie. Ameryka, podług autora,
przypomina czasy rzymskie, gdy sobie za-
dawano śmierć dla zabawy. Liczba samo-
bójstw w Stanach Zjednoczonych wynosiła
w r. 1894 około 3,500; w r. 1903 wzrosła
już do 8,600. W ciągu dziewięciu lat licz-
ba samobójstw w Chicago podwoiła się.
* Nowe książki. W. S. Lilly: Studies
in Jłeligiou and Literaturę. — T. Sturge
Moore: To Leda and Othcr Odes. — H.
Strang: Kobo, A Story oj the Russo-Ja-
panese War. — N. Alliston: Ratronale of
Art.—N C. Swinburne: Poems (tom IV);—
W Sharp: Litcrary Geography. — S. Phi-
lips: The Sin of Daniel.
FRANCYA.
* G. d' Avenel, zdolny badacz współczes-
nego życia obyczajowego we Francyi wy-
dał książkę p. t. Les Franęais de mon
temps. Mamy tu rozbiór stosunków poli-
tycznych i społecznych w Paryżu. Autor
chce traktować swe spostrzeżenia pamiętni-
kowe, aby jednak uniknąć osobistych dys-
kusyi, przedstawia różne wybitne postacie
pod przybranemi nazwiskami. Czytelnika
drażni nieco ta dyskretna metoda; pragnąłby
mieć klucz owych „charakterów”, wzo-
rem La Bruyere’a i Teofrasta kreślo-
nych.
* Akademia Goncourta wyznaczyła w tym
roku zwykłą nagrodę za najlepszy utwór
literacki — p. Trapić za romans Matcrnellc.
* W ostatnim swym romansie Le linre
(Time amoureuse pani Marni opisuje życie
biednej nauczycielki, zaślubionej ojcu swej
uczennicy. Posiada ona córkę, Henrykę,
która strzeże dobrych, szlachetnych instynk-
tów matki, ale nie zdołała jej ocalić od
wiarołomstwa. Matka postanawia rozwieść
się z mężem, gdy jednak dowiaduje się,
że jest zrujnowany, pozostaje przy nim
i przy córce. Treść—dość nikła, ale wy-
bitnie utalentowana autorka rozwinęła ją
niezwykle subtelnie i delikatnie; zwłaszcza
w dyalogach pani Marni jest mistrzynią.
* Czasopisma. Grandę Revue". Piotr
Lalande pisze o portrecistach XVIII wieku.
—Nounelle Iłeuue: L. Jadot informuje
o partyi robotniczej -angielskiej. — Renais-
sance Latiw. Ciekawy artykuł P. Louisa
o handlu krajów łacińskich. — Remie des
deux mondes: Generał Hardy de Perini
drukuje listy oficerów, którzy brali udział
w oblężeniu Sewastopola. — Remie gei ma-
iiiąue: E. Lichtenbergcr studyum o „Fau-
ście" Goethego.
* Nowe książki. M. Fontane: Ilistoire
uninerselle des croisades.— P. Audebrand:
Romanciers et nineurs du XIX silcie.—
A. Capus: Kotrc jcunesse (komedya). G.
Tarde: Fragments dTlistoire futurę. — E.
Bourges: La nef (poemat prozą). — G. De-
noinville: La Marictte (romans). — F. La-
fargue: La Fiancće veuve (romans).
NADESŁANE.
HRDA7V artystów polskich. Sprzedaż i kupno. Wystawa otwarta «•
<|0 godziny 8. Marszałkowska Nr 129. Salon Sztuki.
i m 1 ,iC|
Miłe zajęcie.
Baron (do swojego byłego służącego,
który obecnie ma miejsce u jakiegoś parwe-
niusza): — No, jakże się Janowi podoba
jego nowa służba?
Jan: — O bardzo, teraz właśnie uczę
swojego nowego pana, jak się je... ostrygi.
Fliegende Blatter.
NA POGOTOWIE RATUNKOWE
w Warszawie
KALENDARZ na.1905 rok
INFORMACYJNO-ENCYKLOPEDYCZNY
W oprawie, cena rub. 1.20.
Skład główny w księgarni Gebethnera i Wolffa.
< »u i * w 1i >i i » m ^ < > 1 i* —* i**l
Zanadto konserwatywna.
— Jakże się pani hrabinie podobała jej
Przyjaciółka, po dwóch Jatach niewidzenia?
— Wcale nie. Miała jeszcze ten sam
kapelusz, tę sarnę suknię i tego samego...
męża. Fliegende Blatter.
| ’................" *
i
i
ebethner i Wolff Wo~%
I fortepiany,
Pianina, Organy
Krakowskie-Przedm. 17.
KSIĘGARNIA GEBETHNERA l WOLFFA
poleca WŁADYSŁAWA SMOLEŃSKIEGO:
Pisma historyczne. 3 duże torny-tom po rub- 3-
n,- • .. Wykład popularny. Wydanie II przejrzane,
Dzieje Narodu Polskiego. w oprawie rub. 3.20.
Konfederacya Targowicka. Rubli 3 6°-
Ostatni rok Sejmu Wielkiego, wydanie 2-gie rub. 3.40.
Do nabycia wc wszystkich księgarniach.
Z powodu krążą-
cych pogłosek, ja-
\ koby moja
FABRYKA
POWOZÓW
z przyczyny pożaru
w Hotelu Polskim
nie była czynna, ni-
niejszem mam honor zawiadomić JW. Panów, że tak w robocie, jak
w sprzedaży, żadna przerwa nie nastąpiła.
Katalogi illustrowane na żądanie wysyłam.
Z poważaniem
Długa 29, telefon 2221 Ą. HERTEL.
1012
TYGODNIK ILLUSTROWANY N? 52
TYGODNIK ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
daje w 1905 r. 52 numery Od Nowego Roku rozpoczynamy
zawierające około 1000 ko- - - - -
lumn tekstu z 1200 rysun-
kami, kopiami obrazów, illu-
stracyami chwili bieżącej,
druk dalszego cyklu powieściowego
WŁADYSŁAWA REYMONTA
stracyami chwili bieżącej, f | 4/ ~
oktadk, ogtoszeota, „CnŁUri („WIOSNA")
=. 24 dodatki bezpłatne
zawierające 12 tomów SIENKIEWICZA i „DZIEJÓW
~- rOIŁOZBIOROWYCH NAIŁODU POLSKIEGO"
oraz 12 tomów DZIEŁ POPULARNO-NAUKOWYCH.
Tom styczniowy (74-y) Sienkiewicza
Jako pierwsze tomy dzieł populara, pójdą;
„LISTY Z JAPONII" Kiplinga
„HISTORYA SZTUKI POLSKIEJ"
T. JAROSZYŃSKIEGO
„MONOGRAFIA O NAPOLEONIE IYM"
„GRY I ZABAWY DZIECIĘCE".
„LITERATURY SKANDYNAWSKIE"
„O STYLU W SZTUCE"
„NA MARNE"
PREMIUM KOLOROWE
na grubym welinie
L. Wyczółkowskiego p. I.
„górskie Oko”.
W dodatku arkuszow. Hall Calne
„SYN MARNOTRAWNY1'
{sranckj?rix
Wystawa Powszechna 1900 r.
Brosze
Pierścionki
Kolczyki
Medaliony
Łańcuchy damskie na szyję
Breloki
Spinki, Szpilki
WYRÓB WŁASNY WYBÓR WIELKI
CENY FABRYCZNE u
A. Oraczewskiego
Nowy-Świat 29, w Warszowic.
WARUNKI
PRENUMERATY
w Warszawie:
rocznie
z odnoszeniem
Rb. 5 kop. 50.
bez odnoszenia
Rb. 5.
NA PROWINCY1:
rocznie Rb. <>.
ZA GRANICĄ:
w Austrji rocznie
IG koron,
w Niemczech
rocznie
15 marek
lub walutą
rosyjską rb. 7.
Reprezentantami
naszego pisma są:
NA LWÓW
pan *S. Sokołowski
Pasaż
Hausmana 9.
NA KRAKÓW
Księgarnia Ge-
bethnera i S-ki.
Adres Redakcyi
i Adniinistracyi
Kurjera =
Świątecznego
WARSZAWA
Nowy-Świat 26.
Telefon ha 656,
Redaktor i właściciel
ROMAN KRECZMER
Wobec niepospolitego ł Nowa konccsya nasza
rozrostu powszechnie już I obejmuje takie działy życia
znanego „Kuryera Swią- | spółczesncgo, które dotych-
tecznego" od Nowego Ro- j czas nie znalazły gościny na
ku dodajemy 4 strony, po | szpaltach żadnego pisma
większamy format, zmienia- i polskiego, a po części rozwi-
my druk i rozszerzamy zna-1 nie i takie gałęzie, które by-
cznie zakres jego działalno-1 ły dotychczas wyłączną wła
ści literacko-towarzyskiej.
snością pism spccyalnych.
Obok istniejących już stałych rubryk:
Życie i Salon, Kronika towarzyska, Kronika po-
wszechna, Savoir łirre, Ron ton, Strój i dobre
ułożenie, Światek kobiecy. Światek dziecięcy,
Heraldyka i Genealogia, Widz i artysta, Zimowi-
ska, Letniska, Sporty i Myśtiwstwo, Sekrety pięk-
ności, Kosmetyka, Osobliwości, Liry i zabawy,
Humor i satyra, Mody damskie, męskie i dzie-
cinne, Powieści,
wprowadzamy od I stycznia 1905 r. nowe ważne działy, jak:
Niwa pań i panien domu pod redakcją Stefanji
baronowej Harthing:a) umeblowanie pokojów, b) dekora-
cye i zastawy stołów, c) układanie różnych przyjęć,
d) dział kulinarny z dyspozycyami obiadów, śniadań etc.
z illustracyami, e) rady i przepisy dla służby domowej;
Hygicnę w szerokiem znaczeniu z poradami lekar-
skiemi pod redakcją D-ra Jana Sierzpowskiego;
Filatelistykę dla lubowników marek i kart poczt.
Najnowsze utwory muzyczne (nuty);
Wiadomości o nowych wynalazkach i wskazywanie
dróg, gdzie można kupić patent na ich eksploatacyę;
Wiadomości o spadkach i zmianach majątkowych;
G mitologię;—Dział meteorologiczny;
Tablice wysranych loteryi klas, i premiówek;
Rozkłady pociągów i parostatków.
Takie to działy obejmować będzie w dal-
szym rozwoju tygodnik illustrowany;
KORJER ŚWIĄTECZNY
Słynna ze swycn własności anty
septycznych i aromatycznych.
I)o nabycia wszędzie.
LEKARZ DENTYSTA
Marszałkowska los, róg Chmielnej.
vy x x x x x x x x x x x x
Zatwier. przez Ministr. Skarbu
WIECZORNE PÓŁROCZNE
KURSY HANDLOWE
Gust. Chwat-Czyńskiego
profesora szkól handlowych
7At1QlriP w poniedziałki, środy i sobo-
Z ClIoKlC ty od godz. 5 do 7 wiccz.
mnclzin wtorki, czwartki i soboty od
lliębKlt g do 10.
Programy bezpłatnie NOWY-ŚWIAT Nr 4.
x^x^.x vx-xrx^ xu
ŚRODKI do ZEBOW
ELIKSIR, PROSZEK i PASTA
BENEDYKTYNÓW
Opactwa SOULAC
WAŻNA UWAGA :
Flakony eliksiru Benedyktynów nie
opatrzone plomba komory celnej rossyja-
kiej powinny by c uważane za podrobione.
PASTILLES
DE
i
INDIEN
GRILLOM
MODEL FLAKONU
Owoc przeczyszczający
PRZECIW
OBSTRUKCYI
We wszystkich składach aptecznych i aptekach.
Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF
Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się-
jJosBOJieno Renaypoio, BapmaBa, 30 HojiÓpa 1904 ro^a.
Tom 73 Pism Sienkiewicza, zawierający część czwartą „PANA WOŁODYJOWSKIEGO44, dołącza się do niniejszego numeru.
Ogólnego zbioru Nr 2,356
31 (13) grudnia 1904 roku
M> 53
Tygodnik Illustrowanv
Petersburg, 11 (271 grudnia (Tri. Ag. Pet.)
IMIENNY UKAZ NAJWYŻSZY
do Senatu Rządzącego
O PROJEKTACH UDOSKONALENIA USTROJU PAŃSTWOWEGO.
Według świętych tradycyi Naszych uko-
ronowanych Przodków nieustannie myśląc
o szczęściu powierzonego Nam przez Boga
mocarstwa, My, przy stanowczem zachowaniu
nienaruszalności zasadniczych praw Państwa,
z obowiązku rządzenia otaczamy czujną tros-
ką potrzeby kraju, odróżniając wszystko to,
co rzeczywiście odpowiada interesom rosyj-
skiego narodu od błędnych nieraz i przej-
ściowymi warunkami wywołanych dążności.
Kiedy jednak konieczność tej lub innej
zmiany okazuje się dojrzałą, to do spełnienia
jej My uważamy za konieczne przystąpić,
chociażby zamierzona zmiana wymagała
wprowadzenia do ustawodawstwa istotnie no-
wych rzeczy.
Nie wątpimy, że urzeczywistnienie takich
zamiarów napotka uznanie wśród dobrze
myślącej części Naszyci, poddanych, która
widzi rzeczywisty postęp naszej ojczyzny
w utrzymaniu spokoju państwowego i w nie-
ustannem zadosyć czynieniu istotnym potrze-
bom narodowym.
Stawiając myśl o najlepszem urządzeniu
bytu najliczniejszego u Nas stanu włościań-
skiego na czele trosk Naszych, My uważamy,
że zgodnie z Naszemi wskazówkami sprawa
ta już podlega roztrząsaniu.
Na równi ze szczegółowem rozpatrzeniem
miejscowem pierwotnych projektów ministerjum
spraw wewnętrznych, obecnie umyślna rada,
złożona z najdoświadczeńszych osób z wyż-
szych władz bada ważniejsze sprawy urzą-
dzenia życia włościańskiego, na zasadzie
wiadomości i odezw, zgłoszonych podczas
badania, w miejscowych komitetach ogólnych
potrzeb przemysłu rolniczego.
Rozkazujemy, ażeby prace te doprowa-
dziły prawa o włościanach do ujednostajnienia
z ogólnem ustawodawstwem państwa, ułatwiw-
szy zadanie trwałego zabezpieczenia praw ko-
rzystania przez osoby tego stanu z przyzna-
nego im przez Cesarza Oswobodzicicla poło-
żenia „posiadających pełne prawa wolnych
obywateli rolników11.
Obejmując wzrokiem w dalszym ciągu
szeroki zakres innych potrzeb narodowych,
My dla utrwalenia prawidłowego w ojczyźnie
Naszej biegu życia państwowego i społeczne-
go uznajemy za konieczne:
Przedsięwziąć środki istotne ku zacho-
waniu w całej rozciągłości prawa, najważniej-
szej w państwie samowładczem podpory Tronu,
ażeby nienaruszone i jednakowe dla wszyst-
kich stosowanie go uważane było za najpierw-
szy obowiązek wszystkich podległych nam
władz i instytucyi, niezachowanie go zaś po-
ciągało nieuniknienie prawną odpowiedzialność
za każdy czyn samowolny, i w ten sposób
ułatwić pokrzywdzonym wskutek takich postęp-
ków osobom środki do otrzymania wymiaru
sprawiedliwości;
Przyznać instytucyom ziemskim i miej-
skim możliwie szeroki udział w zarządzaniu
różnemi gałęziami urządzeń miejscowych, na-
dając im w tym celu niezbędną w prawnym
zakresie samodzielność, i powołać do działal-
ności w tych instytucyach na warunkach je-
dnakowych przedstawicieli wszystkich warstw
interesowanych sprawami miejscowemi ludnoś-
ci. W celu zaś pomyślniejszego zadosyćuczy-
nienia jej potrzebom oprócz istniejących obecnie
ziemskich zarządów powiatowych i gubernial-
nych utworzyć w najściślejszym z nimi związku
instytucye społeczne dla kierowania sprawami
urządzeń miejscowych w niewielkich pod wzglę-
dem przestrzeni okręgach;
Dla zachowania równości wobec sądu
osób wszystkich stanów wprowadzić potrzebną
jedność w urządzeniu sądownictwa w Państwie
i zabezpieczyć ustawami sądowemi wszystkich
kategoryi niezbędną samodzielność;
W dalszcm rozwinięciu przedsięwziętych
już przez Nas środków zabezpieczenia losu
robotników w fabrykach, zakładach przemysło-
wych i przedsiębierstwach postarać się o wpro-
wadzenie państwowego ich ubezpieczenia;
Przejrzeć wydane w czasach bezprzykład-
nego ujawniania się występnej działalności
wrogów porządku publicznego wyjątkowe usta-
wy, których stosowanie połączone jest ze znacz-
nem rozszerzeniem kompetencyi władz admini-
stracyjnych, i postarać się przytem zarówno
o możliwe zmniejszenie granic miejscowości, na
które się one rozciągają, jak o stosowanie
wskazanych przez nie ograniczeń praw osób
prywatnych tylko do tych przypadków, które
rzeczywiście zagrażają bezpieczeństwu pań-
stwowemu.
Dla umocnienia wyrażonego przez Nas
w Manifeście z dn. 26 lutego r. 1903 nieza-
chwianego życzenia duchowego zachowywać
uświęconą zasadniczemi prawami państwa to-
lerancję religijną poddać rewizji ustawy o pra-
wach raskolników, tudzież osób, należących
do wyznań innosławnych i innowierczych. Nie-
zależnie od tego już teraz przedsięwziąć w po-
rządku administracyjnym odpowiednie środki
dla usunięcia z życia ich religijnego wszelkie-
go wyraźnie przez prawa nie ustanowionego
ograniczenia.
Dokonać rewizji obowiązujących posta-
nowień, ograniczających prawa obcoplemień-
ców i osób, pochodzących z oddzielnych miej-
scowości państwa w tym celu, by z liczby po-
stanowień tych na przyszłość zachować jedy-
nie te, które są wywołane przez istotne inte-
resy państwa z jawną korzyścią dla narodu
rosyjskiego;
Usunąć z obowiązujących obecnie ustaw
prasowych ograniczenia zbyteczne, postawić sło-
wo drukowane w warunkach ściśle określo-
nych przez prawo, ułatwiając w ten sposób
prasie ojczystej, odpowiednio do postępów
oświaty i należnego jej wskutek tego znacze-
nia, możność godnie wypełniać wysokie posłan-
nictwo prawdziwej wyrazicielki rozumnych dą-
żeń na korzyść Rosji.
Przewidując szereg mających nastąpić na
tych zasadach w najbliższej przyszłości wiel-
kich przekształceń wewnętrznych, których część
według danych już poprzednio przez Nas wska-
zówek podlega przygotowawczemu zbadaniu,
jednocześnie z niniejszem, z powodu róż-
norodności i ważności przekształceń powyższych,
My uznajemy za dobre ustanowić sam porzą-
dek omówienia sposobów najszybszego i naj-
pełniejszego ich urzeczywistnienia. W szeregu
Naszych instytucyi państwowych zadanie do-
kładniejszego zjednoczenia poszczególnych czę-
ści zarządu należy do komitetu ministrów.
Wskutek tego rozkazujemy komitetowi
ministrów co do każdej z przytoczonych po-
wyżej spraw rozpocząć zbadanie sprawy co do
najlepszego sposobu wprowadzenia w życie
Naszych zamiarów i przedstawić Nam w naj-
krótszym czasie swoje wywody co do dalsze-
go skierowania odpowiednich zarządzeń w po-
rządku przepisanym.
O przebiegu prac w sprawach oznaczonych
komitet ma składać Nam sprawozdania.
Na oryginale Własną Jego Cesarskiej Mości ręką
podpisano:
„MIKOŁAJ".
W Carskiem Siole, 12 grudnia 1904 r.
1014
ŚMIECH CZY ZGRZYT?
W artykule p. t. „Ginący świat, z po-
wodu jubileuszu Fr. Kostrzewskicgo"
w Tygodniku illustrowanym (J. Oksza, w Nr 48)
poruszono sprawę niezmiernie ważną, prawdzi-
wą bolączkę dnia, mianowicie zanik humoru
w dzisiejszcm życiu i twórczości naszej, illu-
strując to zjawisko przykładami z historyi sztu-
ki polskiej.
Słuszne zupełnie postrzeżenie. Pisząc się
w zupełności na wywody autora, dodamy ze
swej strony jeszcze słów kilka. Chodzi nam
o oświetlenie tego zjawiska z innego jeszcze
punktu widzenia, o wykazanie, że i w dzie-
dzinie literatury dajc się spostrzedz ten sam
objaw, który przez to nabiera znaczenia praw-
dziwego signum temporis.
Do niedawna byliśmy najweselszym na-
rodem pod słońcem. Humor, złoty, prawdzi-
wy humor szlachecki, przewija się barwną,
iskrzącą się wesołymi płomykami wstęgą przez
całe tysiącolecie naszego piśmiennictwa i ży-
cia narodowego. Od pierwszych przebłysków
humoru satyrycznego w XV w. śmieliśmy się,
śmieli do łez. Inni budowali miasta i pań-
stwa, pławili się w potokach krwi, tworzyli no-
we umiejętności, torowali nowe kierunki
w sztuce, myśmy mimo tych wszystkich wy-
siłków myśli i woli ludzkiej przechodzili ze
śmiechem. Śmiano się wszędzie i bez ustan-
ku. Na dworach królewskich i wielkopańskich
rozbrzmiewał dyskretnie subtelny, wytworny
śmieszek, miarkowany wysoką kulturą huma-
nistyczną; bawiono się cenzurą obyczajów, za-
kładano wykwintne i dowcipne rzcczypospolite
Babińskie; ogół szlachecki bawił się hucznie
na chrzcinach, weselach, kuligach i sejmikach,
wybuchał homerycznym śmiechem, słuchając
anegdotek i dykteryjek chętnie wszędzie wi-
dzianych naratorów i gawędziarzy, zaczytywał
do cna wszelkie facecye i figliki, tłómaczone
i oryginalne, Reja i innych; lud miejski miał
też swoją rozkosz duchową w uciesznych inter-
medyach i komedyach rybałtowskich, o humo-
rze niewybrednym i gruboskórym, raczył się
literaturą sowizdrzalską, bawił się trefnymi żar-
tami błaznów, wesołków, wił, igtców, szpil-
manów...
Był czas, że śmiech ten zdrowy był i ro-
zumny: karcił złe obyczaje, wyszydzał śmiesz-
nostki, gromił zarazem i prostował ścieżki
szlacheckie; ale potem, od końca XVI stulecia
rozbrzmiewa on coraz donośniej, a zarazem
coraz bezmyślniej, staje się symbolem krótko-
widztwa politycznego i hulaszczej uciechy, któ-
ra niepomna jutra, dzisiaj sprawia sobie orgię
rozkoszy bezprzykładnej w myśl zasady: Za
króla Sasa, jedz, pij i popuszczaj pasa. Hu-
mor satyryczny odzywa się zrzadka, coraz
mniej śmiało, wreszcie milknie, zgłuszony fan-
farą hucznych wiwatów.
Od połowy XVIII wieku obudzono się
z tego snu na kwiatach, obudzono za późno.
Satyra i teraz, jak przed dwoma wiekami, sta-
nowi punctum salitus literatury; ale starym
zwyczajem nie gromi, nie wyklina wyrodnych
synów, lecz wyśmiewa, żartuje, docina wesoło
i zabawnie, czy w bajkach Krasickiego, czy
w Zabłockiego komedyach, do głębokich to-
nów sarkazmu i goryczy sięga rzadko.
A i później, w XIX stuleciu, pomimo iż
poezya romantyczna tak daleka była wesoło-
ści hulaszczej i bezmyślnej, mimo odmiennych
warunków bytu społecznego, nic pozbyliśmy
się tej naczelnej cechy naszego charakteru: hu-
moru. Napróżno gromił Słowacki „czerepy
rubaszne,“ nakazując zrzucić „te płachty ohyd-
ne, tę Dejaniry palącą koszulę," napróżno
smagał nas biczem sarkazmu płomiennego,
wołając, że jesteśmy „z .kraju, gdzie rozpacz
nie sypie kurhanów," napróżno! Szlachecka
rubaszność zbyt głęboko utkwiła w duszy na-
rodowej, przybierając coraz to inne postacie
i twarze. Ona nawet jest jednym z czynni-
ków składowych najwspanialszego wcielenia
tej duszy, „Pana Tadeusza," który rozjaśniony
jest czarownym blaskiem przedziwnego uśmie-
chu przez łzę rozczulenia i miłości.
A cóż dopiero mówić o gawędziarzach
w rodzaju Pola, Kondratowicza, Rzewuskie-
go, Kaczkowskiego, których zadaniem było
wskrzeszenie tej tężyzny wesołej naszych
przodków, tej larwy szkaradnej, ryczącej z ucie-
chy wśród ruin i grobów? Tymczasem na
scenie zdobywa laury Fredro, typowy przed-
stawiciel jowialności szlacheckiej wieków ubieg-
łych, obdarzony żywiołową siłą komizmu
i werwy scenicznej.
Ludzie przedostatniego pokolenia umieli
się jeszcze śmiać czasami, chociaż śmiech to
był odmienny zgoła od pustej swawoli daw-
niejszych czasów. Sienkiewicz celuje dowci-
pem w kreśleniu postaci komicznych, Zagło-
by, Chilona Chilonidesa, czy Maćka z Bogdań-
ca; Prus rozjaśnia nam duszę przedziwną po-
godą swego gołębiego serca; Orzeszkowa, Dy-
gasiński, Sewer, Konopnicka w różnych stop-
niach celują tym serdecznym humorem angiel-
skim, który przez łzy na świat patrzy z litością
i umiłowaniem; przedstawiciele komedyi spo-
łecznej z Blizińskim na czele odziedziczyli po
Fredrze siłę komiczną w kreśleniu postaci
ujemnych, chociaż i w ich utworach podzwania
złowróżbne echo nowych czasów, rozpaczli-
wych zagadek społecznych i psychologicz-
nych.
Ale dzisiaj jakaż odmiana! Śmiało po-
wiedzieć można, że między naszymi najmłod-
szymi pisarzami niema ani jednego humory-
sty. Spójrzmy na scenę: Wesoła, lekka, do-
wcipna komedya znika zupełnie, staje się oka-
zem kopalnianym; natomiast występują przed
rampę ponure „sztuki" i „dramaty," pełne
zagadnień ciemnych i bolesnych, szarpiących
nerwy bezlitośnie. Gdzie się podziały zabaw-
ne farsy Przybylskiego, Bałuckiego, Dobrzań-
skiego, Zalewskiego i innych? gdzie tłuste kon-
cepty i dowcipy? gdzie pikantne scenki ze
światka i półświatka? gdzie groteskowe posta-
cie bankierów, pachciarzy, gamoniów-loka-
jów, ekonomów i wszelaki rodzaj naszych ro-
dzimo-polskich gracioso? Znikli, rozwiali się,
jak senne mary przed nadchodzącym dniem.
Ojcowie nasi, idąc do teatru, wiedzieli,
że i uśmicją się do łez, i nauczą czegoś, i po-
słyszą jakieś jedno drugie mądre powiedzenie;
my, jeżeli chcemy się „ubawić," musimy ucie-
kać się do operetki lub cyrku.
Nie chcemy przez to obniżać wartości
wychowawczej i estetycznej dzisiejszego dra-
matu. Przedcwszystkiem bowiem teatr nic
jest pensyą dla panienek z rodzin obywatel-
skich, a potem wiadomo powszechnie, że obec-
na nasza twórczość dramatyczna przechodzi
o całe niebo dawniejszą pod względem pogłę-
bienia filozoficznego i artyzmu; o tern dwóch
zdań być nie może. Ale chodzi nam jedynie
o stwierdzenie znamiennego objawu we współ-
czesnem naszem piśmiennictwie: zaniku hu-
moru. .
Dramatów typowego przedstawiciela tego
kierunku, Przybyszewskiego, nie rozświeca ani
jeden promyk przelotnego bodaj uśmiechu:
wszystko dostraja się do wspólnego tonu, któ-
ry dźwięczy-tęsknotą i lękiem.
Wyspiański należy też do ludzi, którzy
nie lubią się śmiać, bo duszę mają pełną gory-
czy; u Kisielewskiego rozlega się czasem
śmiech, ale śmiech to chory, nerwowy, jado-
wity, nie okrzyk to hulaszczy, lecz syk nienawi-
ści ku filistrom, „mydlarzom," którzy obcinali-
by chętnie skrzydła geniuszom, aby nie wylaty-
wali ponad poziom miernoty. Niema w tym
śmiechu dzisiejszych naszych dramaturgów
wesołości, jeno ból, i rozpacz, i lęk nerwowy
przed czemśnieświadomem, lęk, który stereoty-
powo wyraża się w gardłowych „ha! ha! ha!"
u bohaterów Przybyszewskiego.
Nie będziemy mnożyli przykładów. Ale
zwrócimy jeszcze uwagę na jeden szczegół
znamienny. Mamy tu na myśli ewolucyę
t. zw. dramatu ludowego. Od czasów Woj-
ciecha Bogusławskiego i Jana Nepomucena
Kamińskiego, do niedawna nie ulegał on pra-
wic zmianie: chłop na scenie po dawnemu cu-
dacznie mazurzył, pil wódkę na umór, kłócił
się z arendarzem, śpiewał i tańczył krakowia-
ka: były to wesołe, pogodne krotochwilc. Dziś
komedye ludowe przeradzają się w posępne
dramaty, o barwach ognistych i jaskrawych,
o mclodramatyczncm niemal napięciu sytuacyi,
pełne są tragizmu i groźnych powikłań psy-
chologiczno-obyczajowych; w dramatach Se-
wera („Marcin Luba"), Kasprowicza, Niemo-
jowskiego, Wyspiańskiego („Klątwa"), Orkana-
Smreczyńskicgo, Rydla, Sawiczewskiego, Gor-
czyńskiego, przedstawia się dziwny, nieznany
zgoła świat utajonych pod sukmaną chłopską
potęg żywiołowych, groźnych i fatalnych. Na
wesołe piosenki i dziarskie wyrwasy niema
dziś już miejsca na scenie.
I powieść nasza dzisiejsza ma teraz bó-
lem wykrzywioną twarz, której nie rozpromie-
nia ani jeden uśmiech pogody. Za przedsta-
wicieli humoru i satyry w najmłodszej naszej
beletrystyce uchodzą powszechnie dwaj auto-
rowie: A. Ncuwert-Nowaczyński i J. Lemań-
ski. Ale dziwnie smutny to humor, jak prze-
zdrowia na stypie. Nowaczyński - szyderca,
Nowaczyński, plujący zapamiętale śliną, żół-
cią, krwią, w jaszczurcze gniazdo „zwartej
większości," nic ma nic wspólnego z beztro-
ską i pogodą naszych przodków.
1015
LĘK
Z Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie.
E. W1TTIG
Lemański jest jeszcze jednym dowodem,
źc humor jowialny u nas przeżył się: pisze
bajki, wcale nie wesołe, humoreski, przesiąk-
ać goryczą, satyry nie lekkie i puste, lecz
sarkazmu pełne i szyderstwa a nienawiści do
świata, gdzie królują fałsz i żądza zysku.
A zresztą, gdzież szukać śmiechu w dzisiej-
szej naszej powieści? Prawdziwie, można po-
siedzieć za poetą:
Jest trosków, kolców, bólów niemało w tem życiu,
I więcej, niż na jawie, płynie łez w ukryciu,
A kto się hucznym śmiechem śród jęków odzywa,
Jak szalony w szpitalu, szczęsnym się nazywa.
W samej rzeczy śmiech u naszych mło-
dych beletrystów robi wrażenie niezdrowego,
Nerwowego wybuchu, po którym zalega duszę
jeszcze większa, żrąca tęsknota i ból, ból ży-
c*a. Nie brak epizodów humorystycznych na-
Set w powieściach Żeromskiego, który słusz-
nie może uchodzić za najbardziej typowego
Przedstawiciela dzisiejszych nastrojów literac-
kich; ale przelotna to wesołość, wymuszona,
Poprostu smutna.
Jak dawniej żyliśmy wesołością i humo-
rem, tak teraz oddychamy atmosferą bólu
i beznadziejności. Różne są tego bólu źródła
i drogi, ale wszystkie sprowadzają się do je-
dnego: bezsilność woli ludzkiej wobec zła.
Dzisiejsza twórczość piśmiennicza to jedna
wielka kolizya dramatyczna, z której wyjścia
niemasz, ni ratunku; a fatalność losu, mus ży-
cia popycha człowieka wciąż naprzód, na no-
we ofiary, o których bezskuteczności z góry
jest przeświadczony.
Gdzież szukać humoru w dzisiejszej po-
wieści? Czy u Żeromskiego, którego twórczość
przepojona jest bólem i rozkoszą bólu, aż to
cierpienie stało się istotą człowieka-twórcy,
wcieleniem jego najskrytszych objawów du-
chowych? czy u Reymonta, przez którego utwo-
ry przewiewa łkający wicher jesienny mrocz-
nych głębin życia, który w „Chłopach" pokazał
nam groźną, żywiołową, dramatyczną jaźń
chłopską? czy może u Sirki, zadumanego me-
lancholijnie nad niedolą człowieka? czy wresz-
cie u Berenta, który rzuca na nas posępny cień
nierozwikłanych zagadek stosunku twórcy do
tłumu?
I wszyscy oni, nawet najmłodsi z pomię-
dzy nich, Daniłowski, Orkan-Smreczyński, Żu-
ławski, Augustynowicz, Irzykowski, zginają się
pod ciężarem „smutku," czoła noszą pochylo-
ne ku ziemi.
Co za przyczyna tego przygnębienia?
Jestże ono wynikiem mody? naśladownictwa?
bezmyślnego przedrzeźniania? czy humor uwa-
ża się za jakiś niższy rodzaj nastroju literac-
kiego, niezgodny z powagą poety i literata,
który z urzędu musi być szczelnie osłoniony
w czarny płaszcz grozy i rozpaczy, jak nie-
gdyś w Manfredowskie zniechęcenie i pogardę
życia?
Może tak jest w istocie. Ale tylko w pew-
nej, nieznacznej części. W samej rzeczy przy-
czyna tego objawu tkwi nierównie głębiej,
w samym charakterze życia społecznego, w ewo-
lucyi, którą społeczeństwo nasze przeszło
w ciągu ostatnich lat trzydziestu.
Dawniej też nie było bardzo wesoło, ale
nie czuło się tak bardzo tego smutku. Szlach-
cic siedział, jak u Pana Boga za piecem, orał,
siał i zbierał, jak się patrzy, hukał na chło-
1016
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ke 53
pów, psami szczuł Żydów, do
miasta zjeżdżał zabawić się i po-
weselić. Do niedawna cała na-
sza literatura piękna była ze wsi
rodem i wiejską oddychała po-
godą.
Teraz zmieniło się wszyst-
ko. Szlachcic coraz mniej ma po-
wodów do wesołości, rad, że ko-
niec z końcem zwiąże, na chło-
pów już nie huka, bo w chłopie
znalazł nieufnego, często niena-
wistnego sąsiada, pachciarz po-
rósł w pierze, w syonistycznem
zrzeszeniu znalazł podstawę mo-
ralną, tu i owdzie zasiadł na
miejscu „jasnego dziedzica*1 na
ganku. Komu teraz do śmiechu?
A jednocześnie punkt cięż-
kości życia społecznego prze-
niósł się ze wsi do miasta.
Wyczerpująca pogoń za groszem, życie go-
rączkowe kroci, skupionych na przestrzeni kil-
ku wiorst kwadratowych, natężenie nerwów,
pozbawiające równowagi ducha, przemysł fa-
bryczny i płynące z niego skutki, sutereny nę-
dzarzy obok pałacu miliardera, zaostrzenie kon-
trastów społecznych aż do potworności, a prze-
dewszystkiem, i raz jeszcze—pogoń za groszem,
pogoń straszliwa, wyczerpująca, bez tchu, bez
wypoczynku, z pominięciem wszelkich innych
celów życia: dobra, prawdy
i piękna —oto w krótkich sło-
wach smutny obraz teraźniej-
szości, którego cień kładzie się
gęstym mrokiem na literaturze
współczesnej.
A ostatni wyraz tej ewo-
lucyi to- proletaryat. Proletaryat
ducha i proletaryat pracy fizycz-
nej.
Bo mieszczaństwo, które
obecnie nadaje ton życiu spo-
łecznemu, w pogoni za złotym
cielcem, odrzuca precz, za na-
wias społeczny, zarówno tych, któ-
rzy przerośli duchem swój czas i
• szydzi z ich porywów wzniosłych,
jak i tych upośledzonych od lo-
E. WITTIG su, co w nierównej walce o byt
padają, znacząc tysiącami ciał
szlaki postępu...
I czy dziw, że wobec tego zapomnieli-
śmy się śmiać, że śmiech nasz brzmi tak dziw-
nie, jak wybuchy wesołości „szalonego
w szpitalu"?...
HENRYK GALLE.
ARTUR GRUSZECKI.
SŁOMIANY OGIEŃ.
--- 23
Porozmawiawszy jeszcze chwilę o tym
przedmiocie, doktor Szarewiczowa wyszła.
W czasie obiadu spytała ciotka:
— O jakim świadku wspominałaś?
— Jeden był tylko, pan Petrycki.
— Skądże przyszedł ci na myśl?
— Wyszedłszy z Klubu po tej scenie,
obawiałam się, że może posądziłam niewinne-
go, i spotkałam właśnie jedynego człowieka,
który mógł usunąć moje wątpliwości...
— To jednak dziwne, że spotykasz go
tak często—powiedziała z przekąsem.
— Nie szukałam go przecież, ani z nim
się nie umawiałam—mruknęła gniewnie.
— Jeszcze tego brakowało! — zawołała
ciotka zgorszona. — No, cóż mu powiedziałaś?
— Poprosiłam, by zaszedł do Klubu
i przekonał się, czy mam słuszne podejrze-
nia... i on potwierdził moje przekonanie.
— Czekałaś na niego? — spytała zanie-
pokojona.
— Tak jest. Na wystawie obrazów.
— A! tego nie spodziewałam się po to-
bie!—zawołała oburzona:—wyznaczać schadz-
kę?!... To źle, bardzo źle... Dlaczego nie wy-
znaczyłaś mu naszego mieszkania?
— Nie chciałam robić cioci przykrości—
odpowiedziała skromnie i cicho.
— Zrobiłaś mi większą, spotykając się
z nim w innem miejscu.
— Nie wiedziałam o tem.
— Na przyszłość proszę cię i zakazuję
wyznaczania jakichś miejsc na rozmowę z męż-
czyznami—powiedziała surowo.
Słowa te podnieciły gniew dziewczyny
i rzekła opryskliwie:
— Wyrażanie: „z mężczyznami" jest nie-
właściwe. Nikomu nigdy nie naznaczałam
schadzek, a że z nim mówiłam, uważam za
rzecz naturalną i logiczną. Obawiałam się
popełnienia krzywdy, jest ktoś, co może roz-
strzygnąć niepewność, proszę go o to, i spra-
wa załatwiona.
Spojrzały sobie w oczy, Wandzia rozpło-
mieniona, ciotka surowa i poważna.
Milczały przez chwilę, wreszcie ciotka
przemówiła łagodniej:
— Może zbyt ostro się wyraziłam...
w każdym razie postąpiłaś sobie niewłaściwie.
— To ja przepraszam ciocię, że się
MACIERZYŃSTWO
E WITTIG
uniosłam—wstała z krzesła i z uczuciem uca-
łowała rękę ciotki.
— Moja Wandziu, na przyszłość unikaj
tego—mówiła rozczulona.
— Dobrze, ciociu, nigdy nie zrobię.
Usiadła i spojrzała z pewnem wahaniem
na ciotkę, czy teraz ma jej zwierzyć się z oświad-
czyn Petryckiego.
Ciotka jednak, dostrzegłszy jej wzrok, za-
częła z żywością:
— Wiesz, Wandziu, nigdy nie spodzie-
wałam się po Sylurskiej takiego braku taktu:
zamiast stanąć w twej obronie, ona pozwala
sobie na wymówki...
I obie rozpoczęły ożywioną rozmowę
o Sylurskiej.
XVI.
Wiadomość o Wandzi, która nadzwyczaj-
nie zainteresowała i poruszyła do głębi panią
Sylurską, przyniosła jej najpierw krawcowa:
— Czy wie pani nowinę?—mówiła kraw-
cowa przy braniu miary na stanik: — wczoraj
była u mnie panna Żardccka ze swoją sio-
strzenicą... pani je zna?
— Tak jest... i cóż?
— Na jutro mam przygotować żałobną,
bardzo elegancką suknię... z kaszmiru piękne-
go i suto ubraną krepą angielską... będzie
cacko, nie suknia... Już to bez zarozumiałości
muszę sobie przyznać, że w żadnym magazy-
nie nie robią lepiej i taniej, aniżeli u mnie.
— I suknia ta dla Żardeckiej?
— Ależ nie... dla tej siostrzenicy, Po-
pielskiej, którą z łaski wychowuje przy sobie.
I jak tu nie podziwiać Opatrzności Boskiej?—
westchnęła z oczyma w górę wzniesionemi:—
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ks 53
1017
taka była uboga, nieznana, zarabiała na życie
lekcyami, gdzieś aż na Zwierzyniec dreptała,
a teraz pani... pani całą gębą.
— Co pani mówi?—zawołała zdziwiona,
załamując ręce: — ona? ta Wandzia?! To nie-
możliwe! Kto pani powiedział?
— Wiadomość najpewniejsza. Jedna
z moich panien magazynowych mieszka na
Starowiślnej, i mówiła jej sklepikarka, u któ-
rej Żardecka bierze bułki, że spadł na nią du-
ży majątek.
— I ile odziedziczyła?
— Liczą na ruble, bo to z Królestwa,
ale na nasze pieniądze coś do stu tysięcy
reńskich.
— Co też pani mówi?! A to koniec
świata! Ta Wandzia... sto tysięcy... to chyba
przesada. Zaledwie mogę uwierzyć... I po kim
odziedziczyła? Nie wie pani?
— To już wiem, bo mi mówiła sama
Żardecka, że żałoba po stryju.
— I jadą na pogrzeb?
— Nie... Wiadomość przyszła po po-
grzebie.
Bardzo szybko załatwiła się z krawcową
i co prędzej poszła do domu, pragnąc podzie-
lić się z Franiem tą wiadomością i naradzić
się, jak teraz postąpić z Żardecką i Wandzią,
od których do tej pory wyczekiwała pierw-
szych kroków pojednania.
Frania zastała w domu, wybierającego
się właśnie do archiwum, i zdyszana, wzru-
szona, opowiedziawszy nowinę, dodała:
— Teraz poradź mi, jak zrobić, abym
bez ujmy swej godności mogła się pogodzić
z niemi. Widzisz, Żardecka ma coś pienię-
dzy, Wandzia dużo, mogłyby dać na Klub,
założymy pismo, i Lecińska poszłaby w kąt
ze swoim Zniczem.
Franio uśmiechnął się lekceważąco
i rzekł:
— Moja ciociu, w sprawy klubowe nie
wchodzę; idzie mi o to, aby naprawić naszą
wspólną niezręczność.
— Że też ty wprowadziłeś tego Karola!—
westchnęła z żałością.
— Stało się, ciociu. Już mówiłem, że
on wlazł w tę sprawę całą, jak Piłat w Credo.
Chciał pomódz swemu przyjacielowi Julkowi,
z którym obaj zerwaliśmy, do nawiązania
stosunku uczciwego i zababrał się niepo-
trzebnie.
— Zawsze jednak jest w tern trochę
i jego winy—utrzymywała.
— Hm... nie przeczę, ale nie o to idzie,
lecz o Wandzię... Czy wiadomość o spadku
jest pewna?
— Sądzę, że tak... Zresztą możnaby
kogoś posłać na wywiady... Szarcwiczowej
nie dowierzam, ale Egermannowa dosyć
sprytna...
— Nie, ciociu... żadnego pośrednictwa.
— Więc co robić?
— Pójdę sam do nich... przeproszę... po-
wiem, że zerwałem z Karolem...
— I ty zerwiesz z nim?—zdziwiła się.
— Czy Wandzia nie lepsza od Karola?—
zaśmiał się.
— Już przez to samo, ze kobieta, jest
więcej warta—mówiła z głębokiem przekona-
niem. — Ale z drugiej strony jest porywcza,
impetyczka... widzieliśmy sami... no i te prze-
chadzki po plantach z Petryckira to nie bar-
dzo zachęcające, zwłaszcza że ty masz cha-
rakter taki łagodny, uległy...
— E, moja ciociu, po ślubie ona się
zmieni, ustatkuje, a z tym Petryckim to sobie
niewinny flirt.
— Jednak, Franiu...
— Ależ, ciociu, w Galicyi trzeba ze
świecą w ręku szukać panny posażnej... sam
los mi podsuwa, trzeba korzystać... i tak ma-
ma mi skąpi: już dwa razy pisałem o pienią-
dze i przysyła mi marne trzydzieści gul-
denów.
— A na cóż tobie więcej? Bój się Bo-
ga, Franiu: masz u mnie mieszkanie, jedzenie,
światło, opał... i na co ci pieniędzy tyle?
— A, moja ciociu! a tytuń, cygara, składki
po różnych towarzystwach, woźnym, posłań-
com... Chcąc odegrać rolę społeczną, nie mo-
gę skąpić.
— Jednak zawsze w miarę, a ty...
Idę, ciociu, przebrać się i zaraz na
Starowiślną, nim przypuszczą, że wiem co-
kolwiek.
— Dobrze, Franiu... a pamiętaj ostrożnie,
grzecznie, boś ty zanadto prawdomówny
i szczery.
— Już ja się postaram! — zaśmiał się,
idąc do swego pokoju.
W godzinę później przyszedł z twarzą
rozpromienioną, a na gorączkowe pytania
ciotki odpowiedział z wielkim spokojem:
— Ciociu, znam przecież Lwów i Wie-
deń, bywałem w towarzystwach, i dziwi mnie
bardzo, że ciocia wątpiła, abym dał sobie
z niemi rady.
— Cóż zrobiłeś? Mów!
— Całą winę zwaliłem na Karola...
— I słusznie, bardzo słusznie—przytaki-
wała.
— Opowiedziałem nasze zerwanie, rów-
nież z Julkiem... to pochlebiło im bardzo.
Następnie mówiłem o obrazie Petryckiego, za-
znaczyłem niewłaściwość portretowania znanej
osoby, a z drugiej strony usprawiedliwiałem
go zachwytem, który ta osoba budzi we
wszystkich. Przyjęły to mile, zwłaszcza Żar-
decka, więc dodałem, że na coś podobnego
nie pozwoliłby sobie malarz, gdyby wiedział,
że nie są bez opieki... Dość, że mojem zda-
niem, wizyta ta powinna mi się opłacić. Tylko
kwestya posagu niepokoi mnie.
— Jeśli o to idzie,—uśmiechnęła się—
to możesz być spokojny. W czasie twojej
nieobecności była Szarewiczowa i opowie-
działa mi rzecz całą. Bardzo szczęśliwie się
złożyło, że ty przedtem poszedłeś; przekonają
się, iż jesteś bezinteresowny... Ale cóż mó-
wiłeś o mnie?
— Że ciocia czekała sprawdzenia winy
Karola, nic wierząc, bym się mógł przyjaźnić
z takim człowiekiem.
— Jak to?! Więc niby nie wierzyłam
Wandzi?— zawołała zdziwiona i zgorszona.
— I owszem, w:erzyła po pierwszej wia-
domości od Szarewiczowej; jednak chciała
ciocia dać jej zupełną satystakcyę.
— Ho, ho, ale ty mądry!—chwaliła bar-
dzo szczerze.
— To już w naszej rodzinie,- uśmiech-
nął się - a teraz wypada, aby ciocia poszła dr
nich i przy sposobności spytała, czy mogę
starać się o Wandzię.
— Hm... pójść pójdę... ale jak ty się
rozmyślisz?... a jeśli ona nie tak bardzo ci się
podobała?... Jakaż ona dzisiaj?
— Zawsze ładna i do twarzy jej w ża-
łobie; trochę mizerna, pewno tęskni do Klu-
bu—uśmiechnął się.
— Raczej powiedz: ze zmartwienia po
śmierć krewnego—rzekła surowo
— Po nim? po stryju? — zaśmiał się. —
Ależ to był stary dziwak, nikogo nie chciał
znać z rodziny... umarł nagle, i na podstawie
praw spadkowych majątek cały przeszedł na
Wandzię i jej brata.
— Ta Wandzia ma jednak szczęście —
westchnęła.
— Po ślubie będę jej wspólnikiem—za-
śmiał się.
— Byłeś nie ulegał jej zbytecznie.
— Cóż powiedziałyby panie z Klubu,—
śmiał się—gdyby słyszały rady cioci!
Ach! mój kochany, wszystko ma swo-
ją miarę. Jeśli mężczyzna chce rządzić swym
rozumem we wszystkich sprawach; zabrania
żonie myśleć i mówić inaczej, aniżeli mu się
podoba; krępuje jej wolność; poniża w niej
człowieka... przeciw takiemu, chociażby to był
mój syn rodzony, wystąpiłabym otwarcie...
Ale ty, Franiu, masz serce z wosku, ciebie
trzeba raczej ochraniać i bronić.
— Ciocia jest najlepszą i najukochań-
szą,—ucałował jej ręce—a teraz może ciocia
obmyśli sposób utrwalenia mego szczęścia
przez połączenie z Wandzią.
— W tern już moja głowa—uśmiechnęła
się, pewna siebie. — Nie sądzę, aby ona była
tak naiwna, a ciotka tak niedbała, iżby odrzu-
ciły taką partyę.
— Zawsze jednak ostrożnie, ciociu!—upo-
minał siostrzeniec.
— Już ty mnie nie ucz... Idź do swojej
roboty, a resztę zostaw mnie, poradzę sobie
sama.
Na drugi dzień, ubrawszy się w odświęt-
ną suknię, poszła do panny Żaideckiej, i za-
raz przy powitaniu bardzo serdecznem z jej
strony, zawołała tonem wesołym:
— Nie przyszła góra do Mahometa, mu-
siał Mahomet przyjść do góry.
— Proszę, niechże pani spocznie—wska-
zała gospodyni kanapkę.
— Nigdy nie przypuszczałam, panno
Wando,—mówiła, sadowiąc się—aby pani, tak
młodziutka, wzięła za złe uniesienie się ko-
biety w moim wieku. Mogłabym być matką,
a może i babką pani, więc niech już pani za-
pomni.
— Tylko na razie było mi przykro, ale
dziś już minęło. Czy dużo osób bywa w Klu-
bie? Zgłaszają się do biura?
— Na moim odczycie było pełno,
a zresztą po staremu mało kto zagląda, i do
biura nikt się nie zgłasza... Tak to zawsze
u nas — westchnęła: — słomiany ogień, i przez
to giniemy.
— Należałoby jednak coś poradzić na tę'
apatyę—odezwała się gospodyni.--W zasadzie
Klub taki jest potrzebny i pożądany... możeby
odczyty tygodniowe, rauty, koncerty...
— Mówiłyśmy o tern na ostatniem po-
siedzeniu wydziału... żałowałyśmy niezmiernie,
• PROCESYA
F. M. WYGRZYWALSKI
PRZECZUCIE
F. H. LUCAS
1020
TYGODNIK ILLUSTROWANY M> 53
a szczególnie ja, że pań nie było, gdyż pa-
nie ożywiacie cały Klub.
— O, pani sądzi zbyt łaskawie! — odpo-
wiedziała z przyjemnym uśmiechem panna
Żardecka: — zapomina pani o sobie i Szarewi-
czowej.
— Ach! ja, droga pani, — wzruszyła ra-
mionami—ja jestem tylko od wypełniania po-
leceń wydziału, a Szarewiczowej zawsze
Spieszno do męża, albo za sprawunkami —
uśmiechnęła się ironicznie.—Zostają tylko panie.
— Cóż uradził wydział? — spytała Wan-
dzia.
— Mówiłyśmy głównie o paniach... ach!
zapomniałam, że panie poniosły tak bolesną
stratę, ale zdawało mi się, że już powiedzia-
łam... Tak współczułam boleści pań, dowie-
dziawszy się o tern nieszczęściu!..—westchnęła
głęboko i serdecznie uścisnęła ręce pań obu.
— Zmarły Popielski był rodzonym stry-
jem Wandzi, a moim tylko powinowatym; nie
znałyśmy go prawie.
— Zawsze to jednak smutno powiedzieć
sobie: Już nigdy go nie obaczymy!
— Istotnie śmierć jest bardzo przykra
właśnie dla tego jednego słowa: nigdy! — mó-
wiła Wandzia szczerze.
— A jednak każdego z nas to czeka!—
westchnęła pani Sylurska. — Ale póki żyjemy,
trzeba pełnić swe obowiązki.
— Tak jest, i spełnianie ich jest osłodą
życia—dorzuciła sentencyonalnie gospodyni.
— I ja też przyszłam dziś spełnić obo-
wiązek miły — uśmiechnęła się: — przeprosić
pannę Wandę. Byłabym natychmiast pośpie-
szyła do pań, ale czekałam ukarania winnego,
by pani miała zupełną satysfakcyę. Tymcza-
sem główny winowajca Julian... nazwiska za-
pomniałam... zląkł się odpowiedzialności przed
Franiem i uciekł. Został mniej winny Ocieski,
i z tym Franio zerwał.
— A tak, słyszałyśmy o tern — powie-
działa dość chłodno panna Żardecka.
— Franio ma złote serce, a taki spra-
wiedliwy, odważny, szczery!—mówiła z praw-
dą w głosie.—Jak tylko panna Wanda wyszła,
powiedział: „W tern musi być prawda, kiedy
panna Wanda tak utrzymuje; muszę zbadać
i ukarzę winnego." Przez troskliwość chciałam
go powstrzymać, ale ani dał sobie wspomnieć
o tern i powtarzał: „Muszę ukarać, muszę po-
mścić zniewagę, jakiej ona doznała." Takiego
wielbiciela ma pani w nim!...—uśmiechnęła się
słodko.
— Pan Domnicki—przemówiła poważnie
i chłodno panna Żardecka spełnił tylko swój
obowiązek. Każdy uczciwy człowiek powi-
nien piętnować takie oburzające postępowanie
mężczyzn wobec kobiet samotnych.
— To prawda, święta prawda, —potwier-
dziła z pośpiechem pani Sylurska—ale jak
mało takich uczciwych!... — westchnęła. — Ze
wszystkich znanych mi mężczyzn on jeden
bez wahania pragnął ukarania winnych. I cho-
ciaż to mój siostrzeniec, ale muszę przyznać,
że mało ludzi dorówna mu pod względem
pracy, zdolności, honoru i moralnego prowa-
dzenia się.
— Może pani być dumna z takiego sio-
strzeńca — powiedziała gospodyni z odcieniem
ironii.
— Teraz jednak mam z nim kłopot nie-
lada! — westchnęła: — nie je, nie dosypią, zmi-
zerniał, i wreszcie po długich dopytywaniach
przyznał mi się pod sekretem, że jest zako-
chany.
— Całe szczęście pani, — zaśmiała się
sztucznie panna Żardecka— że takie zakochanie
prędko mija u młodych ludzi.
— O, nie u Frania. Pani go nie zna,
ale to charakter ze stali, na niego można
zawsze liczyć, i nikt się nie zawiedzie... Gdy
wymienił mi osobę, nie zdziwiłam się wcale
jego miłości, bo ona jest ideałem panien, taka
rozumna, taktowna, wykształcona... — spojrzała
z uwielbieniem na Wandzię, siedzącą obojętnie
przy biurku.—Ale co będę owijała w bawełnę,
gdy wszyscy o tern mówią? On się kocha
w pannie Wandzi.
Spodziewała się jakiejś zachęty, uśmie-
chu, błysku zadowolenia; tymczasem obie
panie siedziały milczące ze spuszczonemi
oczyma.
Nie zrażona tern, mówiła dalej, zwracając
się do panny Żardeckiej:
— Wiedząc o mej przyjaźni dla pani,
prosił mnie Franio tak usilnie, że w końcu
uległam i przyszłam zapytać drogiej pani:
czy może on bywać w domu pań?
— Nie mamy żadnego powodu zrywać
stosunków towarzyskich z panem Domnic-
kim—odpowiedziała z chłodną grzecznością.
— Ależ, droga pani,—uśmiechnęła się—
idzie o to, czy może bywać jako starający się
o rękę panny Wandy.
Po krótkiem milczeniu rzekła panna Żar-
decka:
— W tej sprawie sąd do mnie nie nale-
ży; tu rozstrzyga tylko Wandzia.
— Panno Wando!—zawołała z rozczule-
niem—niechże mu pani pozwoli bywać... tylko
na próbę... tylko, żeby go bliżej poznać... prze-
cież nikt nie może wymagać, by pani zaraz
się decydowała...
— Uznając zaszczyt, jaki mnie spotkał
ze strony pana Domnickiego, muszę wyraźnie
oświadczyć, że nie mam wcale zamiaru wyjść
za mąż, a tern samem starania pana Domnic-
kiego byłyby bezcelowe—odpowiedziała grzecz-
nie, ale tonem stanowczym.
— Ach, każda z nas, póki młoda, tak mó-
wi!—zaśmiała się—pozwól pani, że to zmienia
się, skoro swój trafi na swego. Wcale nie na-
mawiałabym pani do przyjęcia Frania, gdyby
on był taki, jak inni. Ale on zgadza się na
wszystkie warunki, podyktowane przez panią
w myśl zasad naszego Klubu, a że będzie dob-
ry i posłuszny, ja ręczę pani... Cóż, panno
Wanio?
— Mogę tylko powtórzyć swoje poprzed-
nie słowa. Nie chcę wyjść za mąż i nie wyjdę.
— Jakże to być może?!—zawołała.—I pa-
ni, jako ciotka, pozwala na to? Przecież to
dziecinne urojenie!
— Zostawiam Wandzi zupełną swobodę
postępowania: chce—niech idzie w jarzmo mał-
żeńskie; nie chce—niech zostanie wolną i nie-
zależną.
— Więc i pani sama przypuszcza możli-
wość zmiany w zapatrywaniu panny Wandy?
— Wszystko jest możliwe—westchnęła.
— Zdtem pozwólcie panie, aby Franio
oczekiwał tej fortunnej zmiany.
— Nie, proszę pani—odezwała się Wan-
dzia.—Poco ma się łudzić pan Domnicki? Ja
nigdy nie zostanę jego żoną.
Pani Sylurska sponsowiała z gniewu
i wstydu. Jak to?... odrzucają Frania, gdy ona
upewnia ich o jego zaletach? gdy on, przyszły
poseł i zapewne minister, zniża się do prośby?!
Czy dlatego, że odziedziczyła jakiś tam posag,
myśli, iż królewicz po nią przyjdzie? A może
zawróciła sobie głowę tym malarzem, i Fra-
nio, jej siostrzeniec, otrzymuje tak stanowczą
odmowę? Tego jeszcze brakuje, by jakiś ma-
larz, przymierający głodem, miał pierwszeń-
stwo przed Franiem!
I taki gniew, takie oburzenie owładnęło
nią, że nie licząc się ze słowami, powiedziała
ze zjadliwym uśmiechem na swej twarzy sze-
rokiej, z grubemi zmarszczkami:
— Teraz odrzuca pani człowieka zasłu-
gującego ze wszech miar na szacunek, a póź-
niej różni hołysze będą się umizgali do posa-
gu pani.
Wandzia sponsowiała, ale przygryzła usta
i milczała.
Natomiast panna Żardecka pobladła z gnie-
wu i, spojrzawszy piorunująco na swego go-
ścia, powiedziała tonem mroźnym:
— Może pani zechce zwracać więcej uwa-
gi na swe słowa... I tak dosyć zniosła Wan-
dzia od pani.
— To trudno — powiedziała, podnosząc
się majestatycznie z kanapy: — obowiązkiem
starszych jest uczyć młodszych grzeczności
i taktu... Żegnam panie...—skłoniła głową—ża-
łuję swej pomyłki, a przyszłość pokaże kto
jest lepszy: Domnicki czy Pctrycki?
Rzuciwszy z progu ten ostatni strzał, wy-
szła, trzasnąwszy drzwiami.
— Ach, moja ciociu, co ja jej złego zro-
biłam?—zawołała Wandzia ze łzami.
— Uspokój się, moje dziecko; to nie ty,
lecz twój posag narobił tyle złego.
XVII.
Na posiedzeniu wydziału Klubu pani Sy-
lurska, jako przewodnicząca, zajęła fotel; inne
wydziałowe panie: Szarewiczowa, Egermanno-
wa, Zbyłowiczowa, siadły obok przy stole, cze-
kając niecierpliwie rozpoczęcia narad.
— Czy będziemy czekały na Żardecką
i Popielską? —spytała doktor Szarewiczowa.—
Może zaczniemy, bo mi śpieszno.
— Zaraz, proszę pani... a co do nich,
wątpię bardzo, czy przyjdą — uśmiechnęła się
przewodnicząca:—podobno otrzymały spadek,
więc z obozu rewolucyjnego kobiet przeszły
do błogiego stanu bezmyślności filisterskiej.
— Czy istotnie ta Wandzia Popielską
odziedziczyła taki wielki majątek?—spytała pa-
ni Zbyłowiczowa ciekawie.
— Tak mówią. Jednak bardzo być mo-
że, że to coś w rodzaju spadków amerykań-
skich—objaśniała przewodnicząca—albo dóbr
ukraińskich: nie trzeba zbyt blizko badać, bo
znikną.
— Czyż pani przypuszcza, że to blaga?
- zdziwiła się pani Egermannowa.
— Po królewiankach można wszystkiego
oczekiwać. Nie ręczę, czy ten spadek, tak
hucznie rozgłoszony, nie jest fintą, by złapać
dobrą partyę.
— O, co to, to nie! — zawołała doktor
Szarewiczowa.—Żardecka jest za uczciwa i nad-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ab 53
1021
to lekceważy mężczyzn, nawet ich nie cierpi, by
uciekała się do takich wybiegów.
— Hm... nienawidzi mężczyzn, powiada
pani,—uśmiechnęła się złośliwie—bo też za-
wiodła się boleśnie na nich... I my walczymy
z mężczyznami, ale w imię wyzwolenia kobiet
z upadlającej niewoli... a ona z osobistych za-
wodów miłosnych... to wielka różnica.
— Zaczynajmy! nagliła Szarewiczowa.
— Co pani mówi?!—zawołała pani Zby-
łowiczowa:—to taka historya Żardeckiej?
— Jaka? jaka? bo nie dosłyszałam spy-
tała doktor Szarewiczowa, przysuwając się
z krzesłem bliżej przewodniczącej.
— Mówią, że miała romans nieszczegól-
ny z jakimś inżynierem Petryckim, i on pew-
nego dnia, może z obawy przed ślubem, uciekł
i nie pokazał się więcej.
— A, podły człowiek!—oburzyła się pani
Egermannowa: pasy darłabym z takiego.
— I ja zrobiłabym to samo, jeśli kobieta
jest bez winy i pada ofiarą wyzysku męskiego
potwierdziła przewodnicząca.
— Czy sądzi pani, że w tym razie by-
ło coś podejrzanego? — spytała pani Zbyło-
wiczowa.
— Nic nie twierdzę... ale ta sprawa da-
je dużo do myślenia.
— Ach, teraz rozumiem—zawołała doktor
Szarewiczowa—sympatyę Popielskiej dla ma-
larza Petryckiego!.. to dziedziczne.
— Oby się tylko z nią tak smutnie nie
skończyło, jak z jej ciotką!...—westchnęła prze-
wodnicząca—ale dość o tem. Zaczynamy, mo-
je panie. Na porządku dziennym: załatwienie
deficytu Klubu...
— Jak wysoki?
— Dziś wynosi już dwadzieścia pięć
guldenów... należałoby go ściągnąć z naszych
członków.
— Ale czy dadzą?—wątpiła doktor Sza-
rewiazowa. — Zdaje mi się, źe wszystkie są
zniechęcone, bo Klub nie przynosi im żadnej
korzyści, żadnej przyjemności.
— Robię, co mogę, — oburzyła się prze-
wodnicząca—ale sama nie jestem zdolna za-
radzić wszelkim brakom.
— Nikt też pani wyrzutów nic robi—od-
powiedziała z chłodną miną Szarewiczowa. —
Stwierdzam tylko fakt ubywania członków, zale-
ganie składek i zupełną apatyę Klubu. Temu
musimy jakoś zaradzić, trzeba zwołać walne
zgromadzenie, przedstawić stan rzeczy, wy-
słuchać rad i wskazówek...
— Wszystko to dobre,—uśmiechnęła się
przewodnicząca w poczuciu swej wyższości—
ale to nie pokryje deficytu, który będzie się
zwiększał, jeśli Żardecka cofnie swój miesięcz-
ny wkład, a Popielska ustąpi z sekretaryatu.
Kogoś musimy wziąć na sekretarkę i bibliote-
karkę, a bezpłatnie wątpię czy znajdzie się
ktokolwiek.
Pocóż mamy płacić? — wmieszała się
pani Egermannowa:- obowiązki sekretarki i bi-
bliotekarki rozbierzmy między siebie, dziś ta,
jutro druga, a zawsze się coś oszczędzi.
— To niemożliwe! — zawołała przewodni-
cząca.—Każde towarzystwo, nawet Koło Leciń-
skiej, ma stałego sekretarza... tylko jeden nasz
Klub nie miałby swego?.. Zresztą niech i tak
będzie. Która z pań zechce w tym tygodniu
być sekretarką?
Wszystkie spojrzały po sobie z pewnem
wahaniem, wreszcie doktor Szarewiczowa po-
wiedziała:
— Ja nie mogę, mam dużo zajęcia...
wiosna, muszę porządkować, przygotować
ubranie, bo pewno wyjedziemy na święta.
— Pani zawsze trzyma się tej samej
krawcowej?—spytała pani Egermannowa — bo
ostatnią suknię zepsuła mi zupełnie. Zamiast
falbany wyciętej w zęby, zrobiła mi gładką,
a medaliony z gipiury na spódnicy są nierów-
ne. Nie wiem, jak pani z nią wytrzyma?
— Sama dopilnowuję kroju i roboty;
zresztą ona mnie zna i nie pozwoli sobie na
żadne zmiany—uśmiechnęła się zadowolona.
— Ciekawa rzecz, — mówiła pani Zby-
łowiczowa—czy epolety będą jeszcze w mo-
dzie?
— Sądzę, że nie, bo w ostatnich żurna-
lach staniki są przeważnie z draperyą— powie-
działa przewodnicząca.
— Właściwie te odcienie mody — rzekła
doktor Szarewiczowa—należy ostrożnie stoso-
wać, bo np. draperya, dobra dla szczupłej, mo-
że być niestosowną do pełnego biustu. W tym
wypadku rozstrzyga albo gust własny, albo
zręczna i dbała krawcowa.
— Czy jednak są takie?—westchnęła pa-
ni Egermannowa: — każda byle zedrzeć i po-
zbyć się roboty.
— Należy trzymać się jednej,—doradzała
przewodnicząca—jak pani Szarewiczowa.
Z przedpokoju wszedł posłaniec z listem,
pytając z progu:
— Czy tu Klub?
— Tak jest, co macie?
— List, i proszę o pokwitowanie.
Wszystkie panie spojrzały zaciekawione
na przewodniczącą, która, odebrawszy list, pi-
sała potwierdzenie odbioru.
Gdy posłaniec wyszedł, przewodnicząca
zwolna rozcięła kopertę, rzuciła okiem na pod-
pis i rzekła:
— To od Żardeckiej—a patrząc na list:—
Tego się spodziewałem, oto co ona pisze:
„Szanownym paniom wydziałowym mam
zaszczyt donieść, iż z dniem dzisiejszym ustę-
puję z godności wydziałowej, a moja siostrze-
nica, panna W. Popielska, przestaje pełnić
obowiązki sekretarki i bibliotekarki. Zarazem
prosimy obie o wykreślenie nas z listy człon-
ków Klubu."
— Co się stało?
— Dlaczego?^
— To dziwne!—zawołały panie.
Tylko jedna przewodnicząca milczała, u-
śiniechając się złośliwie.
— A o pani ani słowa?! — rzekła pani
Egermannowa.
— Tak, tak—potwierdziły.
— 1 to dla mnie jest zrozumiałe—powie-
działa tonem lekceważącej wyrozumiałości: —
jest to akt zemsty osobistej, i bardzo żałuję, iż
Klub na tem traci pewną ilość pieniędzy... ale
na to nie poradzę.
— Może pani zechce nas objaśnić w tej
zagadkowej sprawie — nalegała doktor Szare-
wiczowa.
— I owszem, uważam to za obowiązek,
ale zarazem proszę panie o dotrzymanie se-
kretu, bo plama jednej wydziałowej, chociaż-
by nią być przestała, rzuca cień na inne.
— Naturalnie, my też nie będziemy roz-
głaszały—zapewniała pani Zbyłowiczowa:—cóż
się stało? Zdawało się nam, że panie były
z sobą w przyjaźni...
— Ona też stała się powodem naszego
zerwania—westchnęła przewodnicząca. —Tym
paniom uroiło się, źe mój siostrzeniec, Franio,
ma obowiązek żenienia się z Popielską, dla-
tego, że jej prawił niewinne grzeczności, jak
zwykle każdy dobrze wychowany młodzieniec
młodej pannie... Żardecka zrobiła mi tak wy-
raźną aluzyę, że tylko z przyjaźni dla niej, by
biedaczki nie łudziły się dłużej pod tym wzglę-
dem, powiedziałam jej, że on jest zbyt młody,
nie skończył studyów, nie zdał doktoratu, i jak
umiałam, tak osłodziłam jej tę przykrą wiado-
mość.
— Więc to tak jest!?—powiedziała pani
Egermannowa ze zdziwieniem.
Doktor Szarewiczowa uśmiechała się je-
dnak z pewną wątpliwością, wreszcie rzekła:
— To jednak dość dziwne, że pan Dom-
nicki nie zdecydował się. Panna ładna, dobra,
wcale posażna...
-— Zraził go do niej ten malarz Petryc-
ki—wyjaśniała pani Syiurska:—bo do czegóż
to podobne, by on ją odprowadzał, chodził
z nią po mieście, wreszcie publicznie głosił
o swym stosunku z nią, portretując ją na
swym obrazie?... Jestem przekonana, że w tem
niema nic złego, źe to flirt tylko, ale męż-
czyznom to się nie podoba.
-— Czyż mamy być wiecznie zależne od
mężczyzn? — oburzyła się doktor Szarewi-
czowa.
— To słuszne,—potwierdziła przewodni-
cząca—i ja mówiłam to Franiowi: cóż, gdy on
się uparł? „Ja jestem moralny i pracowity—po-
wiada—i takiej chcę żony." Zasada sprawiedli-
wa, przyznacie panie same, a on istotnie mo-
ralny i nic traci czasu, tylko pracuje i uczy
się pilnie.
— Wracając do Klubu,—przemówiła dok-
tor Szarewiczowa -— jestem zniechęcona do
niego, zwłaszcza po ustąpieniu Żardeckiej.
Któż będzie teraz dopłacał? Ja nie mam na
to... może panie?
— Ani ja!—Ani ja!—zawołały dwie wy-
działowe.
— Tein mniej ja nie mogę ponosić cię-
żarów nad siły—-rzekła surowo przewodniczą-
ca.—I tak oddałam salon, służącą do sprząta-
nia, na różne posyłki, za marne dwadzieścia
guldenów. I dni, i noce jestem zajęta, za-
wsze na usługi Klubu.
— Mojem zdaniem,—mówiła doktor Sza-
rewiczowa—musimy się zastanowić, czy nie
należałoby zmienić statutów Klubu... Wprowa-
dzić jakieś ulepszenia, dogodności, np. herba-
ty wieczorne, prosić wybitne osobistości...
Wtem odezwał się dzwonek. Służąca
poszła otworzyć, ponie nasłuchiwały, i do sa-
lonu wszedł, z przesadną trochę elegancyą
ubrany, młodzieniec i ukłonił się zbyt uni-
żenie:
— Czy tu mieszka pan Domnicki?
— Tutaj, ale nieobecny.
— A pani Syiurska w domu?
— Ja nią jestem... Czego pan sobie
życzy?
Trochę zmieszany, spojrzał na siedzące
panie i mówił nieśmiało:
1022
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 53
— Przyszedłem w
interesie... może przeszka-
dzam?... to do pana Dom-
nickiego.
Ciotka, przeczuwa-
jąc, że to nowy tryumf
Frania, pragnąc, by usły-
szały panie, powiedziała
z naciskiem:
— Może pan mó-
wić śmiało!
— Dobrze... Otóż
pan Domnicki bywał u
nas w handlu codziennie
i płacił rachunki miesięcz-
nie. Teraz, gdy winien
za śniadania dość znaczną
kwotę, bo sto ośmdziesiąt
ośm koron, nietylko że
się nie pokazuje, ale prze-
niósł się od nas do Wenc-
la, i tam jada.
— To sprawa pana
Domnickiego — zawołała
zaczerwieniona: — proszę
się zgłosić do niego, on
Z teki pośmiertnej ARTURA GROTTGERA
zapłaci. napad Szwedów
Ton rozkazujący
ubódł subjekta, wypro-
stował się i rzekł z uśmiechem:
— Pan Domnicki powoływał się u nas
w handlu na swoją ciocię, panią dobrodziejkę,
i pryncypał żąda na razie tylko akceptu pani
dobrodziejki. Od tego nie mogę odstąpić,
firma nie może być stratna.
Pani Sylurska, chcąc zakończyć niemiłą
sprawę, rozkazała:
— Daj pan, podpiszę.
— Służę pani dobrodziejce — podał ra-
chunek.
Przejrzała go starannie i rzekła:
— To niemożliwe. Mówił pan śniada-
nia, a tu kolacye, wino...
— Tak bywało. Czasem przychodził do
gabinetu z artystkami, w towarzystwie.
— To chyba nie on! — zawołała z obu-
rzeniem szczerem—to jakiś imiennik!—i odsu-
nęła rachunek.
— Oto bilet pana Domnickiego, po-
twierdzający należność.
Wzięła w rękę. Na bilecie wyraźnie wy-
pisane było nazwisko: Franciszek Ksawery na
Domnach Domnicki.
— Tak, to jego bilet—powiedziała gło-
sem złamanym i podpisała rachunek, obowią-
zując się do zapłacenia całej sumy w ciągu
miesiąca.
Subjekt wyszedł.
I ta kobieta, zwykle szorstka, porywcza,
złośliwa, rozpłakała się, a na wielkiej jej twa-
rzy było widać ból i cierpienie.
— Nie martw się pani — pocieszała ją
doktor Szarewiczowa.—Tacy są wszyscy męż-
czyźni: w oczy słodki jak cukierek, a wyrwie
się, już hula.
— Każdy inny,—jęknęła wśród łez— ale
Franio, ten Franio!
XVIII.
Nastały słoty jesienne.
Wiatr przeganiał tabunami szare, to znów
popielate chmury, które się kłębiły, zasuwały
jedne za drugie, opadały i wznosiły, czasem
leciały bez pamięci, gnane ostrym wiatrem, lub
jak gdyby zmęczone stawały, zniżały się, iż
ledwie nicledwie zaczepiały o smukłe wieże
kościołów, a wszystkie rzucały zimny, drobny,
przenikliwy deszcz, który zdawało się, że prze-
nika przez mury, wdziera się do mieszkań,
przesącza się przez ubrania, przenika ciało na-
wskroś.
Planty krakowskie odstraszały wilgocią
ziemi, którą plamiły brunatne, żółtawe, czer-
wonawe liście, pomięte, zbrudzone, walające
się na mokrych drogach, ścieżkach i na bla-
dej, smutnej murawie. Drzewa oślizgłe, posęp-
ne, stały niezaradne, brudne, a przy każdym
podmuchu wiatru traciły resztki liści, zwarzo-
nych mrozem. Obnażone gałęzie, wyginając
się, tłukły o siebie z głuchym łoskotem, a od-
głos ten ginął w poświście szarugi, która
chwilami cichła, by z podwojoną siłą znów
uderzyć na miasto opustoszałe mimo wczesnej
pory, gdyż zegary wydzwoniły trzecią go-
dzinę.
Malarz Petrycki szedł w kierunku Staro-
wiślnej dość śpiesznie, niebardzo zważając
na wiatr i zacinający deszcz, który kroplami
osiadał na twarzy, gromadził się na szerokiem
rondzie kapelusza czarnego i przy lada pochy-
leniu spływał cieniutką strugą na ziemię.
Wreszcie dopadł numeru dwunastego, i strzep-
nąwszy w sieniach wodę z kapelusza i wierzch-
niego ubrania, szybko wszedł na schody i za-
dzwonił do mieszkania panny Żardeckiej.
Nasłuchiwał; wtem posłyszał zbliżające
się kroki, na twarzy jego energicznej odbił się
wyraz radości, oczy i usta uśmiechały się,
szybko otarł chustką wilgoć z wąsów, a gdy
drzwi napół się uchyliły, zawołał wesołym
głosem:
— Dzień dobry pani.
— Ach, to pan! — powiedziała zarumie-
niona Wandzia.
•— Sam we własnej osobie!—zaśmiał się.
- Może pani zechce mnie
wpuścić, bo deszcz sie-
cze nielitościwie.
— Proszę—mówiła
zmieszana, odstępując od
drzwi.
— Czy panna Żar-
decka w domu? — pytał,
zdejmując palto.
— Niema.
— Tem lepiej, za-
czekam na nią—i podał
rękę na powitanie, ścis-
kając serdecznie jej dłoń.
— Pan... pan zaczeka
na ciocię? — zdziwiła się,
wysuwając swą rękę.
— Tak jest, ale nie
w przedpokoju odpowie-
dział tonem swobodnym,
jak gdyby mówił o rzeczy
bardzo zwykłej.
— Ach, przepraszani
pana, ale przyszedł pan
tak niespodziewanie... —
i szła do saloniku.
— Czyż to możli-
we?—zdziwił się.- W ta-
kim razie cała teorya o sugestyi traci dla
mnie swoją wartość—rnowił, siadając na krze-
śle obok Wandzi: — od samego rana starałem
się usilnie myślą uprzedzić panią o naszem
spotkaniu... I pani nic nie odczuła?
— Ja?...—zarumieniła się lekko—napraw-
dę to dziś myślalam o panu, o obrazach
pana...
— A więc sugestya istnieje, tylko nic
w tych rozmiarach, jak myślałem. Jeśli bo-
wiem istnieje możliwość telegrafowania bez
drutów, byłem pewny, że i myśl musi się
udzielać bez innych przyrządów, tylko na mo-
cy wspólnego nastroju.
— Może pan ma słuszność... nie znam
się na tem.
— A kiedy ciocia powróci?
— Obiecała przyjść na czwartą.
— Czy ciocia pani jest punktualną
osobą?
— Tak jest.
— Tem lepiej... mam więc chwilę wol-
nego czasu, nim wróci panna Żardecka.
— I pan naprawdę chce widzieć się
z ciocią?—spojrzała mu w oczy zdziwiona.
— Zaraz pani wytłómaczę konieczność,
która mnie zmusza narzucać się z prośbą pan-
nie Żardeckiej.
Znów spojrzała na niego, i zdziwiła ją
jakaś radość, wesołość, która przeświecała
z jego oczu, z twarzy, jak światło z lampy
alabastrowej. Nigdy nie widziała go takim,
ale zamiast zdziwienia i nieufności, i jej udzie-
liła się ta promieniejąca energia życia i rado-
ści. To też z uśmiechem zwróciła się ku ma-
larzowi:
— I jakaż to prośba do cioci?
— Może pani pamięta, a może już za-
pomniała, że przy ostatniem naszem widzeniu
się powiedziała mi pani, iż są dwie przeszko-
dy do osiągnięcia mego szczęścia. Pierwsza,
to niechęć pani do małżeństwa wogóle; a gdy-
by pani nawet uległa prośbom i zmieniła swe
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 53
1023
zapatrywanie, pozostaje zawsze
druga przeszkoda: ciocia i mo-
je nazwisko wstrętne dla niej.
Czy tak, proszę pani?
— Istotnie tak powiedzia-
łam — szepnęła z pewną nie-
śmiałością.
— Teraz niech mi pani
pozwoli omówić oddzielnie te
dwie przeszkody, nie łącząc ich
razem; jedna bowiem jest wy-
rozumowana, a druga odczuta.
Czy zgadza się pani?
— Nie rozumiem celu,
gdyż obie istnieją, jak istniały...
ale mogę się zgodzić na żąda-
ny podział.
— Otóż, panno Wando, na
rozumowane przyczyny znajdą
się zawsze rozumowane argu-
menty. Obawia się pani o swą
swobodę, wolność, prawa... ja
nietylko gwarantuję ich niety-
kalność, ale w razie żądania
podpiszę cyrograf, opisujący
mnie |ak węża... a te przyczy-
ny odmowy stracą racyę bytu.
Ale mnie nie oto idzie... Miłość
opiera się przecież nie na doku-
mentach, umowach, kontrak-
tach... to głupstwo!... W szczę-
ściu jednostek miłość jest
wszystkiem, co piękne, jasne, słoneczne. Bo-
leść i tęsknota nadaje jej blask i trwałość bry-
lantu. Wiem o tern, bo sam tęskniłem, cier-
piałem, rozpaczałem za panią. Bladły dla mnie
promienie słońca, woda traciła blask i żywość,
kwiaty swe barwy i wonie... wszystko przesła-
niała rai mgła, za którą wiedziałem, że pani
jest, ale nie mogłem dojrzeć blasku oczu pa-
ni, promiennej dobroci i życzliwości. Kocham
panią nietylku dla piękności, która mnie upa-
ja, ale kocham ducha pani, który promienieje
prawdą, dobrocią, szczerością, umiłowaniem
wszystkiego, co piękne, szlachetne, współczu-
jąco z biednymi i opuszczonymi. Wierzyłem
i wierzę, że to moje uczucie musiało oddzia-
łać na panią, że pani wie, iż we mnie ma pa-
ni więcej niż przyjaciela, więcej niż brata. Czy
omyliłem się?—spytał, widząc, jak słucha go
drżąca, blada, ze spuszczonemi oczyma.
Z pewnym wysiłkiem podniosła oczy,
spojrzała na niego i rzekła, podając mu rękę:
— Pan powiedział prawdę—i poczuwszy
jego uściśnienie, zarumieniona, szybko cofnęła
rękę, dodając ze smutkiem:—jednak minio to...
— O, nie kończ pani—zawołał, ukląkłszy
przed nią—pozwól mi chwilę być szczęśliwym,
cieszyć się przyszłością jasną. Ja tak bardzo,
tak szczerze kocham, a tyle wycierpiałem mę-
ki i zwątpień, że naprawdę należy mi się ta
chwila szczęścia. Kocham, kocham...—szeptał
całując jej ręce, których mu nie broniła —
i wszystko na świecie: promień słońca, szmer
deszczu, poświst wiatru, szum morza, chciał-
bym zamienić na dźwięki, w którychbyś sły-
szała: „Kocham ciebie..."
— Wstań pan... — przemówiła łagodnie,
z uśmiechem na rozpromienionej twarzy—po-
mówmy rozsądnie.
— Cały wodospad rozsądku nie zaszko-
dzi nam teraz!—zawołał uszczęśliwiony.—I kto
AMOR I PSYCHE
Z teki pośmiertnej ARTURA GROTTGERA
ma zacząć ten odwrót do rozsądku, pani
czy ja?
— Nie wiedziałam, że pan taki lekko-
myślny—mówiła z powagą.
— Ależ pani się myli!—zaśmiał się:- je-
stem bardzo praktyczny, i to od chwili, gdy
panią pokochałem. Wiera, że i największa mi-
łość potrzebuje stosownych warunków mate-
ryalnych do istnienia. Jestem bogaty, proszę
pani: sprzedałem dwa obrazy w Monachium,
mam dziesięć tysięcy marek, i na dwa dru-
gie mam zamówienie... możemy kąpać się
w zlocie.
— Nie o tem mówię — przerwała mu:—
ale... ale co powie ciocia?
— Czy mam jak uczeń wydać lekcyę
przed panią?—śmiał się wesoło.
— Niechże pan przestanie żartować—na-
chmurzyła się. —Ja ciocię bardzo kocham,
i wbrew jej woli nigdy, ale to nigdy nie
Pójdę.
— Hm... hm... — a z nczu tryskała mu
radość i szczęście—może ja i ułagodzę ciocię.
Zrozumie i przekona się, że co innego Stani-
sław, a co innego Zygmunt Petrycki.
— Pan jednak zapomina o swem przy-
rzeczeniu, że nie będzie pan mówił z ciocią
o przeszłości tak bolesnej dla niej.
— Pamiętam, proszę pani, i nie będę
mówił, upewniam panią, gdyż...
Wtem zabrzmiał dzwonek, a Wandzia
pobladła, zerwała się z fotela, by otworzyć
drzwi, służąca bowiem była nieobecna.
Wkrótce potem do saloniku weszła pan-
na Żardecka z Wandzią, i w odpowiedzi na
ukłon malarza, rzekła tonem zimnego zdzi-
wienia:
— A, to pan! Sądziłam, że pan za grani-
cą... tak donosiły dzienniki—i usiadłszy na ka-
napce, dodała:—Wandziu, jesz-
cze Kasia nie przyszła?
Nim zdołała odpowiedzieć,
znów odezwał się dzwonek
w przedpokoju. Wandzia chcia-
ła iść, ale wstrzymał ją malarz:
— Pozwoli pani, że ją
wyręczę.
Po chwili wszedł do sa-
loniku z nieznajomym mężczy-
zną, szczupłym, ze szpakowa-
rym zarostem, i zwracając się
do panny Żardeckiej:
— Mam zaszczyt przed-
stawić pani mego stryja, Stani-
sława Petryckiego.
Panna Żardecka zbladła,
ledwo mogła utrzymać się pro-
sto, i patrzała na zbliżającego
się oczyma, powiększonemi
strachem i przerażeniem, a gdy
on ucałował jej rękę, szepnęła
blademi ustami:
— To pan? pan?
— Nie poznaje mnie pa-
ni, panno Romano?—spytał dość
dźwięcznym głosem—co praw-
da, postarzałem się... Ale jaka
pani młoda!... a jednak tyle lat,
tyle lat!... nawet nie prosi mnie
pani usiąść,—mówił, przysuwa-
jąc sobie krzesło — a przecież
mamy tyle do pomówienia.
Do Wandzi, która stała nieruchomo, pa-
trząc to na ciotkę, to na przybysza, rzekł
malarz:
— Panno Wando, nie przeszkadzajmy
rozmowie dwojga dawnych przyjaciół... Może
przejdziemy dc drugiego pokoju... — dotknął
jej ręki, a ona, oprzytomniawszy ze zdumie-
nia, poszła odruchowo za jego radą.
Weszli do pokoju jadalnego, skromnie,
ale gustownie umeblowanego dębowym kre-
densem, krzesłami i stołem owalnym z dębo-
wego drzewa.
— Zdawało mi się, że dawniej był tu
pokój sypialny— powiedział, rozglądając się.
— Tak, ale ciocia donajęła trzeci po-
kój, a teraz... — i siadając przy stole, mówiła
z wyizutem w głosie:—Dlaczego pan mnie nie
uprzedziłeś?
— Zabrakło mi czasu, właśnie ciocia pa-
ni nadeszła.
— Ale jakim sposobem on tu przyje-
chał?—dziwiła się.
— Najzwyklejszym... koleją, — uśmiech-
nął się, siadając przy niej—a dlaczego?—zaraz
pani powiem. Uprzedzałem, że będę walczył
o panią, bo tu idzie o moje życie, a nie chcia-
łem tak młodo umierać... musiałem wpierw
połączyć się z panią.
— Dorzeczy,panie, dorzeczy...—uśmiech-
nęła się.
— Natychmiast... Otóż dowiedziawszy się
dokładnego adresu, napisałem do stryja, pro-
sząc go, by mi otwarcie powiedział co zaszło
pomiędzy nim a panną Żardecką. W odpowie-
dzi na mój list przyjechał sam.
— I co mówił? Jak się tłómaczył?
— Co?...
Z saloniku doleciał do nich głos jego
1024
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 53
— Wreszcie trzy lata długie, ciężkie,
smutne...
— Słyszała pani?—szepnął malarz.
— Nie można podsłuchiwać, usiądźmy
dalej—przeszła bliżej okna.
— Pani jest dobrze wychowanem dziec-
kiem—uśmiechnął się.
Nie zwróciła uwagi na jego słowa i spy-
tała:
— Więc pan Stanisław był tam aż trzy
lata, tak daleko...
— I to minęło... Potem, jako inżynier
pracował w różnych miastach Syberyi, aż
wreszcie doszedł go mój list.
— Ale dlaczego nie pisał?
— ...Wiedziałem, że pani ma je w przecho-
waniu...—brzmiał głos z saloniku—nie mogłem
pisać, bo to równałoby się...
— Niechże pan coś mówi—rzekła roz-
drażnionym głosem Wandzia.
Silny powiew wiatru wstrząsnął szybami
okna, zadzwonił w nie deszcz.
— Wie pani, lubiłem takie szarugi, gdy
byłem smutny, bo zdawało mi się, że natura
współczuje ze mną i niebo płacze, a dziś lu-
bię, jako kontrast. Tam dmie i sroźy się,
a w sobie mam słońce, kwiaty, pogodę, bo
kocham panią i jestem szczęśliwy.
— Jaki pan egoista!... tam oni oboje prze-
żywają cierpienie...
—...a ja myślałam, żeś mnie porzucił, za-
pomniał, a ty...—i głośno zatkała.
— Burza skończyła się deszczem jak
zwykle, — rzekł malarz półgłosem — a teraz...
słońce!—zaśmiał się.
Spojrzała na niego z wyrzutem:
— Nieznośny pan ze swym śmiechem!
— Czy mam płakać nad ich szczęściem?
Te łzy cioci spłókują gorycz i żal, nagroma-
dzone przez tyle lat.
— Nie mów pan—mruknęła.
—...zawsze cię kochałem i kocham, jak za
pierwszych dni... i jestem przy tobie i tak
szczęśliwy...
—...daruj mi, Stasiu, to moja wina... —
i głośniejsze łkanie świadczyło o żalu i płaczu,
— Czy oni nigdy się nie uspokoją? —
spytał tonem żartobliwym, ale spojrzawszy
na zapłakaną Wandzię, mówił miękkim, piesz-
czotliwym głosem:—Uspokój się pani, nie
płacz... oni są tak szczęśliwi!
— Biedna ciocia, ile ona przecierpiała!—
szepnęła wśród łez—teraz rozumiem...
— Chwała Bogu, że pani zrozumiała,—
całował jej ręce—bo przestanie pani płakać.
Uśmiechnęła się przez łzy i spojrzała
mu w oczy, pełna wiary i zaufania.
— Wandziu! Wandziu!—zawołała panna
Żardecka.
A gdy Wandzia ocierała oczy z łez, od-
powiedział malarz:
— Idziemy!—a wchodząc do pokoju: —
Myśmy się porozumieli, a państwo?
— Wandziu! Co to znaczy?—zawołała.
Ona podeszła do ciotki i, całując ją ser-
decznie, szepnęła:
— Kocham go.
— Przeczuwałam to—westchnęła.
— Panno Romano,—rzekł wesoło inży-
nier—gdy ta jedyna przyczyna zwłoki—wska-
zał Wandzię — usunięta, nic nie stoi na
przeszkodzie do przyśpieszenia ślubu naszego
—podszedł bliżej i całując ją w rękę, prosił
gorąco oczyma.
— Sama nie wiem... to wszystko tak na-
gle, tak niespodziewanie...
— Na klęczkach będę błagał, prosił —
nalegał pan Stanisław, nie puszczając ręki.
— Dobrze, już dobrze, tylko bez klęka-
nia—zaśmiała się rozczulona.
— O, przepraszam! — zawołał malarz
z powagą, a gdy wszyscy ze zdziwieniem pa-
trzali na niego, mówił:—Wpierw, stryju, musimy
pójść obaj do notaryusza i stosownie do wyma-
gań Klubu kobiet podpisać zobowiązanie, iż
nigdy nie będziemy krępowali wolności przy-
szłych żon naszych, swobody ich przekonań...
Wszyscy roześmieli się serdecznie, na co
malarz z miną obrażoną zawołał:
— Lekceważycie sobie państwo moje zo-
bowiązanie, więc i bez niego ożenię się z pan-
ną Wandą!
KONIEC.
JAN LEMAŃSKI:
Z CYKLU: „MIŁOSIERDZIE."
Błogosławieni miłosierdzie czyniący.
PIESZCZOTA.
Wypadł z gniazdka wróbelek,
A iż był bez lotek,
Snadnie pojmać go pies mógł
I zjeść, albo kotek.
Co widząc, młode dziewczę
Tkliwe (jak kobićty),
Wzięło go i nuż pieścić:
—„Moje, moje ty, ty,
Maleństwo, ja cię nie dam
Zjeść! ja cię obronięl...*'
To mówiąc, coraz bardziej
Ściska z wróblem dłonie.
I wróbelek, choć pies go
Ni kot nie złupieżył,
Chociaż tkliwie gnieciony
W dłoniach—zdechł, i nie żył.
WOLNOŚĆ NĘDZARZA.
Litościwiec, nad biednym
Miłosierdzie czyniąc,
Nietylko, że mu wielki
(Miedziany) dał pieniądz,
Lecz nadto, przed maluczkim
Wstrzymał się maluczko
I wielce go moralną
Strofował nauczką.
—„Masz tu—mówi—na zupę,
Bracie, w taniej kuchni."
Ale żebrak zuchwale
Rzekł:—„Pan, panie, spuchnij!
Cokolwiek sobie kupię:
Czy sznapsa, czy ziółek,
Czy chleba, czy machorki,
Czy kwit na przytułek,
Czy babie nienajstarszej
Funda (i to mogę)...
Pańska jest rzecz: jałmużnę
Dać—i z Panem Bogiem!"
ROZTROPNY HUMANISTA.
Widząc bogacz, że biedny
Wsparł nędzarza centem,
Rzekł zdumiony:—„Wszak cent ten
Jednym jest procentem
Od zarobku biedaka!
Hojnie to jest, hojnie!
A gdybym dał dwa centy?
Byłoby podwójnie...
Ale nie chcąc się zaćmić
Dać przez tego hetkę
Winienbym nędzarzowi
Dać odsetku—setkę."
To rzekł i wraz od ziemi
Podniósł w górę pedał
Jeden, drugi, i odszedł.
Odszedł i nic nie dał.
„Jedna kreska.”
(Epizod z walki klasyków z romantykami, 1830 r.)
W numerze 22 Tygodnika Ittnstrowanego
z roku 1898 opisałem był okoliczności,
towarzyszące w roku 1830 wyborowi Goethego na
członka Towarzystwa Warszawskiego przyjaciół
nauk, przyczem nadmieniłem, że wybór ten odbył
się jednomyślnie. Szczegół ten wymaga sprosto-
wania. Podaję je tem skwapliwiej, iż rzuca ono
pewne światło na poglądy niektórych przedsta-
wicieli twórczości rodzimej na rolę, jaką Goethe,
zdaniem ich, zajmował w toczącym się podówczas
sporze klasyków z romantykami. Otóż, rozejrze-
nie się w wybitniejszych czasopismach polskich
LUDWIK OSIŃSKI.
z r. 1830 przekonywa, że przeciwko wyborowi
Goethego podniósł się głos w imię obrony twór-
czości rodzimej przeciw „szkodliwym" wpływom pi-
sarza, „którego szkoła romantyczna uważała za
swego patryarchę", jeden, jedyny głos, i że kreska
owego przeciwnika Goethego wywołała swego cza-
su polemikę wielce charakterystyczną, której tu
właśnie słów kilka poświęcić się godzi.
Z góry zaznaczam, że mimo dosyć skrupu-
latnych poszukiwań, nie udało się wykryć nazwi-
ska „protestanta". Wątpliwość w tej mierze waży
się między nazwiskami dwóch wybitniejszych rymo-
twórców epoki 1830 roku: Osińskiego i Koźmiana;
wymienił ich bowiem Juljusz Słowacki w jednym
z listów do matki, ujawniających niechęć do grona
Towarzystwa Przyjaciół nauk, że wybierając wielu
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 53
1025
niepowołanych do nieśmiertelności, jego, Słowac-
kiego, pozostawiło—na uboczu...
W dniu 5 grudnia 1829 r. Kazimierz Bro-
dziński przedstawił Towarzystwu wniosek wymoty-
wowany w sprawie zaproszenia Goethego do gro-
na członków.
Nim nastąpiły wybory, już Knryer Polski
w numerze 82 z 25 lutego zawiadomił, że jeden
z członków Towarzystwa zamierzył odczytać na
posiedzeniu grona rozprawę, w której „wyłoży grun-
towne i klasyczne powody, usprawiedliwiające to
jego zdanie, że Goethe nie godzien takiego za-
szczytu." „Słyszeliśmy także,— nadmienił Knryer
—że inny członek tegoż Towarzystwa gotuje re-
plikę, udowadniającą, że Goethe ze wszech miar
wart być członkiem naszego Towarzystwa. Cie-
kawa dysputa!”
W kilka dni później, dnia 3 marca 1830 r.,
w Ab 88 tenże Knryer Polski powrócił do tej
sprawy i zamieścił o niej artykuł tej osnowy:
„Donosząc o tem, nie mieliśmy żadnego in-
nego celu, prócz uwiadomienia czytelników o wy-
padku, który zdawał się nam tak ważnym, iż
uwiadomić o nim publiczność poczytaliśmy za po-
winność dziennikarską. Gdy wszakże później do-
wiedzieliśmy się, że wiadomość ta potrzebuje spro-
stowania, przeto pośpieszamy z udzieleniem obja-
śnienia, pochodzącego z najpewniejszego źródła.
Rzecz się tak miała. Poeta Gete podany był na
członka Towarzystwa Przyjaciół nauk. Wszyscy
zgodzili się na jego wybór. Jeden tylko członek
zwrócił na to uwagę kolegów, że gdy oddawna
Towarzystwo nie przybierało do grona swego po-
etów zagranicznych, również teraz nie należałoby
zaczynać od wyboru pisarza, którego nowa szko-
ła romantyczna, uważa za swego patryarchę;
inaczej bowiem, okaże Towarzystwo dążność, któ-
raby się szkodlizoą stać mogła dla naszej litera-
tury. Z tego tylko punktu przeciwny wyborowi
Getego, nie utrzymywał bynajmniej, iżby Gete To-
warzystwa naszego nie byt godzien. Szanując
zdanie każdego, (nadmienia od siebie dalej Kn-
ryer Polski), a tem bardziej Męża, zaszczytnie
z nauk i zasług w kraju położonych znanego,
tem chętniej prostujemy dawniejszą wiadomość, iż
zdanie, o którem dziś donosim, w niczem nie
ubliża ani Towarzystwu, ani jego Członkowi,
owszem, okazuje samodzielność i szlachetność po-
budek, przymioty, które nawet w osobach od-
miennie od nas przekonanych winniśmy szanować.”
Echa tej sprawy przeniosły się i na łamy
Tygodnika Petersburskiego, który, według wersyi
Kuryera Polskiego (Ab 137, z 23 kwietnia 1830 r.),
w ten sposób przekonania swoje w tej mierze
wygłosił:
„Przy obudzonem, mocniejszem życiu naszej
literatury, nie wypadało się lękać, aby dążność
Towarzystwa, choćby i w ważniejszych niż wy-
bory pracach wyrażana, stała się dla niej szkodli-
wą. Owszem, byłoby to podobno z jej szkodą,
gdyby w rozwijaniu się swojem na różnych punk-
tach, miała się tak podług Towarzystwa kierować,
jak się nastawiają zegarki podług ratuszowych ze-
garów. Podobny sposób widzenia narzuca Towa-
rzystwu jakąś naukową dyktaturę, zapewne zamia-
rom jego przeciwną. Jeżeli wreszcie z powodu
trwającej w Polsce roku 1830 szkoły romantycznej,
wybór Getego, jako poety, mógł stać się szkodli-
wym, toć należało zaufać publiczności, że wie
o tylu innych prawach, jakie ma Gete, do jedno-
myślnego wyboru na Członka Towarzystwa przy-
jaciół nauk. Wdawać się dziś w ocenianie zasług
Getego jest już nieco za późno, bo okrągłe pół
wieku tym sądem zatrudniała się Europa.”
O dyspucie zapowiedzianej żadnego śladu
w aktach Towarzystwa niema, natomiast pozostał
ślad, że na 21 członków czynnych, którzy mieli
prawo głosu na posiedzeniu wyborczem, dwu-
dziestu oświadczyło się za wyborem Goethego,
jedna zaś kreska była przeciwna. O rezultacie
głosowania doniosła Gazeta Polska w N° 6 z 8
stycznia 1830 roku bez żadnych komentarzy. Po-
dał go, jak wspomnieliśmy, Juliusz Słowacki, w li-
ście do matki, z Warszawy d. 6 stycznia 1830 r.
w słowach: „Romantyczność przemaga już u nas.
Goethe obrany został na członka Towarzystwa
przyjaciół nauk, i jedna tylko kreska, zapewne
Koimiana lub Osińskiego, była przeciwna temu
obiorowi. Obrano także na Członka Towarzystwa
Korzeniowskiego, autora Prób dramatycznych,
a spodziewam się, że niezadługo i pannę Korze-
niowską obiorą.” (Księga pamiątkowa na uczcze-
nie setnej rocznicy urodzin Adama Mickiewicza.
Warszawa, t. I, str. 280).
Tajemnica wyborów zachowaną została.
Oprócz domysłów i podejrzeń, skierowanych ku
KAJETAN KOŹMIAN.
dwom wybitniejszym arystarchom epoki ówczesnej,
niema dotychczas podstawy do wskazania jednego
z nich, jako istotnego autora protestu. Z Obozu
klasyków Siemieńskiego można wyprowadzić wnio-
sek, że owym autorem—Koźmian prawdopodobnie
nie był; natomiast wszystko zdaje się przemawiać
za tem, że jedynie prof. Ludwik Osiński, zdeklaro-
wany przeciwnik romantyzmu i jego przedstawi-
cieli obcych i swojskich, mógł upatrywać szkodę
dla literatury rodzimej w powołaniu do zachowaw-
czego grona Towarzystwa patryarchy poetów euro-
pejskich. '
Czas wszakże zrobił swoje. Niezadługo po
owym pamiętnym wyborze, roinantyzm swojski
odniósł zwycięstwo, a dnia 3 maja 1831 ogłoszono
z trybuny Towarzystwa przyjaciół nauk wybór
najgłośniejszego jego przedstawiciela—Adama Mic-
kiewicza.
ALEXANDER KRAUSHAR.
Z tygodnia na tydzień.
Poprawa losu służących.
Wszelki wysiłek do poprawienia doli ludzi ska- ।
zanych na ciężką pracę zasługuje na uznanie. Koło
pracy kobiet zajęło się losem służących i posta-
wiło szereg postulatów, które wywołały w prasie
dość nieprzychylną ocenę.
Zwrócono zwłaszcza uwagę na ten punkt, że
wprowadzenie 8-miogodzinnego dnia pracy dla
służących, oraz zapewnienie im wielu wygód, jest
poprostu niewykonalne, gdyż większość rodzin,
utrzymujących służące, należy do klasy względnie
ubogiej i musi sama pracować znacznie dłużej niż
ośm godzin dziennie, obywając się bez „oddziel-
nych pokojów” i innych pożądanych, ale niedo-
stępnych „przyjemności,” a nawet potrzeb życio-
wych.
Niepodobna zaprzeczyć, że fakt ten jest
prawdziwy. Biedny ofieyalista, pobierający rocz-
nie 1200—1500 rubli, z których musi wyżywić
nieraz czworo albo i sześcioro członków rodziny,
nie może, pomimo najlepszych chęci, wprowadzić
w czyn postulatów Koła pracy kobiet. To trudno;
z próżnego i Salomon nie naleje.
Ta trudność jednak nie powinna zniechęcać
nas do poprawy tego, co poprawy wymaga. Są-
dzimy atoli, że należy szukać rozwiązania na in-
nej drodze, niż ta, po której poszło „Koło pracy
kobiet. “
Służąca w wielkich miastach Europy i Ame-
ryki północnej stała się dzisiaj zbytkiem, dostęp-
nym tylko dla ludzi bogatych. Klasa średnio za-
można obchodzi się zupełnie prawie bez służby
domowej, zastępując ją przychodnią, najmowaną
na pewną określoną liczbę godzin.
Naturalnie, że podobna reforma możliwą jest
tylko tam, gdzie życie jest zorganizowane w spo-
sób odpowiedni, gdzie każdy lokal posiada nie-
zbędne urządzenia techniczne, ułatwiające pracę do-
mową (kanalizacya, woda, ogrzewanie, uproszczo-
ny system kuchni gazowych czy elektrycznych,
pralnie i t. p.), gdzie wszystkie produkty dostar-
czane są przez wytwórców do mieszkania w for-
mie, jeżeli nie gotowej do spożycia, to przynaj-
mniej nawpół przygotowanej, etc.
Otóż z chwilą, kiedy Warszawa zaprowadzi
u siebie udoskonalenia, które ograniczą wewnętrz-
ną pracę domową do minimum, sprawa stosunku
pań do służących ulegnie sama przez się radykal-
nej zmianie, na której obie strony zyskają. Z
*
* *
Paląca sprawa.
Grono, złożone z 35 adwokatów tutejszych,
wnoszących bezinteresownie obrony za nieletnimi,
zapoczątkowało niedawno szeroko zakreśloną akcyę
społeczną, zasługującą bez względu na swe skutki
już w samym swoim zawiązku na najgorętsze uzna-
nie i poparcie.
Jak wiadomo, spory zastęp dzieci, rzuconych
na bruk wielkomiejski, a pozbawionych opieki mate-
ryalnej i moralnej, dopuszcza się nieraz przewinień,
grożących karą sądową.
Przy pierwszym zatargu takich nieletnich z ko-
deksem karnym, prawo nie jest dla nich zbyt suro-
we i, chroniąc dzieci od ostatecznego zepsucia, nie
wtrąca je do więzienia, lecz pozwala sędziemu od-
dawać je pod dozór rodzicom, lub osobom obcym,
godnym zaufania.
Ale bywa także, że małoletni przestępca nie
ma rodziców, lub też,' że oni właśnie dodają mu
bodźca do złych uczynków. Wtedy prawo nakazuje
szukać dla niego umoralnienia w więzieniu, które sta-
je się z czasem jego ostatecznym życiowym etapem.
Otóż, wyłuszczając powyżej przytoczone
szczegóły, wspomniani adwokaci wysłali do pro-
boszczów parafii pozamiejskich odezwy, z prośbą
o współudział w akcyi, mającej na celu wyrwanie
małoletnich przestępców ze złego otoczenia.
„Wiadomo nam,- brzmi odezwa — iż drobni
gospodarze wiejscy, osobliwie bezdzietni, szukają
siły roboczej do pracy w gospodarstwie i że dla po-
zyskania siły takiej gotowi są nieraz ponieść pewne
ofiary. Dla chłopca, będącego bez opieki, nieraz
zbawiennem będzie wyrwanie go ze złego otocze-
nia, ze zgiełku wielkomiejskiego i przeniesienie do
cichej pracy na wsi.”
W tym celu autorowie odezwy proszą ks. pro-
boszczów o zjednanie w parafiach i wskazanie moż-
liwie rychło—gospodarzy, godnych zaufania a go-
towych dać u siebie przytułek i pracę chłopcom, dla
których brak opieki moralnej na bruku warszawskim
stać się może przyczyną ostatecznej zguby.
1026
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 53
Nie ulega chyba wątpliwości, że szlachetna
odezwa nie przebrzmi bez echa i trafi do serc tych,
których pierwszem zadaniem jest leczyć chore dusze
ludzkie.
Po podjęciu zaś zbawiennej akcyi przez du-
chowieństwo i gospodarze okoliczni nie poskąpią
z pewnością w tym względzie potrzebnej pomocy, o
*
* V
Kapliczki.
Ktoby spogląda, tylko powierzchownie na
toczące się fale naszego życia ogólnego, ten mógł-
by dojść łatwo do błędnego wniosku, że pomimo
niezaprzeczonych węzłów, łączących wszędzie sztu-
kę danego narodu z ogólnem tętnem jego życia,
nigdzie puls spraw społecznych nie uderza do tego
stopnia zgodnie w takt biegu różnorodnych dodat-
nich i ujemnych wydarzeń z życia artystyczno-lite-
rackiego, jak obecnie u nas.
Fakt ten mógłby sam przez się dawać nam
na pozór chlubne świadectwo wysokiej kultury
estetycznej, jakiejś przesubtelnionej wrażliwości
w sprawach piękna, gdyby, niestety, nie ta okolicz-
ność, że zapominając najzupełniej o koniecznem
oddzielaniu rzeczy cennych od mniej wartościo-
wych, ujawniamy w tych razach niejednokrotnie
dziwny bezkrytycyzm, przeradzający się częstokroć
w prawdziwy wandalizm społeczno-narodowy.
Bywa nieraz, że przejąwszy się pewnem no-
wem zjawiskiem w dziedzinie sztuki czy literatury,
na to tylko burzymy jakąś dawną granitową świą
tynię, aby na jej miejscu postawić inną—nową
kapliczkę chwilowych upodobań, choćby z terako-
ty, lub „papier-mache".
Tłoczymy się wówczas do wnętrza owej ka-
pliczki, a widząc, że nie może ona nas pomieścić,
nie zdajemy sobie bynajmniej sprawy z jej minia-
turowych rozmiarów, lecz stajemy u progu, aby bić
pokłony, nie wiedząc komu, za co i poco. Zupeł-
nie jak tłum maryonetkowych artystów.
„C’est a la model “ nie mówimy o tern głoś-
no, ale odczuwamy tu hasła w głębi duszy i szu-
kamy w niem usprawiedliwienia.
Niewątpliwie z jednej strony sztuka i litera-
tura nasza wzbogaciła się w ostatnich czasach sze-
regiem potężnych twórców, a z drugiej społeczeń-
stwo nasze posiada dziś już spory zastęp osób
odczuwających subtelnie i szczerze to wszystko, co
dzieje się i dokonywa pod wiecznie świeżem has-
łem piękna.
Ale nie mówimy tu o wyjątkach, nie mają-
cych nic wspólnego z poruszonym przez nas ob-
jawem „kapliczkowości“.
Na pozór jednak, przy powierzchownej obser-
wacyi życia naszego owe wyjątki giną w mózgu
ogólnego snobizmu, niby brylantowe krople rosy
w ciężkiej, duszącej mgle. o
EPILOGI.
„ Szczęście".
Oto wyraz, który przechodzi z ust do ust,
dzwoni przy ucztach, rozpromienia twarze, nadzie-
jami karmi serca...
Łamiąc opłatek, życzyliśmy sobie Szczęścia,
na Nowy rok życzymy sobie Szczęścia, pragnie-
my szczerze dla siebie i dla wszystkich Szczęścia.
Czy tylko szczerze?
Niewątpliwie, chociaż, głębiej biorąc, nie bar-
dzo wierzymy w spełnienie tych życzeń, bo Szczę-
ście uważamy za jedno z naszych złudzeń, za
królewnę z bajki, za kwiat, który rośnie za dzie-
wiątą górą, za dziesiątą rzeką...
Tak. Szczęście wydaje nam się czemś nie-
zwykle skomplikowanem, nieosiągniętem. Człowiek
współczesny nie rozumie go inaczej, tylko w połą-
czeniu z całym szeregiem dóbr, zwycięstw, korzy-
ści, uposażeń.
Sztuki plastyczne.
Z SALONÓW ARTYSTYCZNYCH.
* Rzeźby Wittiga. Już to wogóle marmur, jako
zbytek, ukazujący się tak rzadko w naszych Salonach
sztuki, witany jest zazwyczaj ze szczególnymi wzglę-
dami, więc też i „Lęk" pana Wittiga, wykuty nadzwy-
czaj misternie w tym szlachetnym materyale, zwrócił
przedewszystkiem uwagę zwiedzających otwartą obecnie
„Wystawę doroczną", czyli tak słusznie zwany nasz „Sa-
lon" warszawski. Ale utwór pana Wittiga poza prze-
wagą, jaką ma nad całym szeregiem wystawionych współ-
cześnie odlewów gipsowych, pozbawionych z natury
rzeczy owej dyskretnej bieli i przesubtelnej przejrzystości
marmuru, nadającej postaciom rzeźbionym jakby pozory
życia, nie boi się oceny bezwzględnej. Rzecz jest wy-
modelowana z wielkim smakiem i poczuciem koloru, co
w pracach rzeźbiarskich dowodzi już wyższych dążności
artystycznych. Umiejętne zastosowanie uogólnień w za-
znaczeniu kształtów dowodzi znacznej kultury i wyrobie-
nia w dobrej szkole. Całość, wyobrażająca skuloną po-
stać niewieścią z twarzą ukrytą lękliwie wśród ramion,
przedstawia się bardzo estetycznie. Miękkie traktowanie
płaszczyzn sprawia, że się wyczuwa jakoby tętnienie
ciepłej krwi pod przedziwnie delikatną skórą. Wygięty
zwłaszcza grzbiet kobiety, gdzie z pod cienkiej powłoki
mięśni, zarysowują się ostrzejsze kształty kości, wymo-
delowany jest z prawdziwą finezyą i odczuciem ciała
niewieściego. Podając reprodtikcyę tego ze wszech miar
artystycznego utworu, załączamy odbicia dwóch innych
prac tegoż autora Pierwsza to lichtarz bronzowy, wy-
tworne cacko artystyczne, pięknie i oryginalnie pomyśla-
ne w zastosowaniu do użytku; druga jest kompozycyą
w płaskorzeźbie i wyobraża „Macierzyństwo". Oba-
dwa te utwory odznaczają się bardzo właściwym, odpo-
wiadającym rodzajowi, sposobem rzeźbiarskiego ujęcia.
* Wystawa obrazów i rzeźb w salonie p. Kry-
wulta wyjątkowo w obecnej chwili jest urozmaicona i z
tego względu bardzo ciekawa. Przedewszystkiem wysta-
wiono tu szereg, jeżeli nie nadzwyczajnych z punktu
widzenia czysto malarskiego, to w każdym razie nader
niezwyczajnych pod względem fantastyczności koncepcyi,
rysunków czeskiego symbolisty Alfreda Kubina. Arty-
sta ten za granicą, zwłaszcza w Monachium, dzięki swej
dziwacznej pomysłowości doszedł do znacznego rozgłosu.
Nazywają go tam Ktinslłerphilosoph i Osterreichischer
Goya. Ściśle biorąc, nie ma on gorącego temperamentu
hiszpańskiego malarza, jego pasyi, bezpośredniości, a tak-
że plastyki w wypowiedzeniu się; kompozycye Kubina
są bardziej literackie i nieco chłodne, ale słuszność każę
przyznać, że zdobywa się na wizye pełne grozy, zdumie-
wające fantastycznością zestawień, tudzież bardzo nie-
pospolitego a szczerego patosu, który mu zjednywa sza-
cunek, mimo szalonych ekstrawagancyi, na jakie sobie
pozwala w rysunkowem przedstawieniu kształtu. W każ-
dym razie takie pomysły, jak „Praca", „Epidemia," „Woj-
na", „Noe", „Narodziny" i inne zasługują na baczniejszą
uwagę. Niezmiernie ciekawe obrazy ma w tym salonie
pan Gawiński. Zwłaszcza „Pasya", przypominająca przez
ścisłą symetryczność układu i dobór barw najdawniejsze
utwory prymitywów średniowiecznych, uderza siłą kolo-
rytu i charakteru Piękne i mocne w kolorze jest rów-
nież „Mauzoleum" tego artysty. W dalszym ciągu zwra-
ca uwagę szereg płócien, przedstawiających pełne wyrazu
i sentymentu sceny z życia żydowskiego p. Weinlesa.
Dalszy ciąg wystawy stanowi zbiór portretów i studyów
dziecięcych p. Leokadyi Łempickiej, wreszcie przeszło
70 piać artysty malarza Czesława Pełczyńskiego z Mo-
nachium.
ZE SZTUKI STOSOWANEJ.
* Kto chce żyć estetycznie, ten dba nietylko o to,
aby kiedy niekiedy oglądać dzieła sztuki, ale też
otacza się wytworami przemysłu artystycznego i mieszka
I w urządzonych jak najpiękniej pokojach. Niezawsze to
bywa połączone z większymi wydatkami -jak o tern
pouczają nasze chaty chłopskie, pełne oryginalnych
ozdób. Pokoje ozdobne, które podajemy w niniejszym nu-
merze, są wytworami innego rodzaju. Są to kompozy-
cye artystów, którzy w ten sposób dają wyraz swoim
gustom indywidualnym. Same przez się są bardzo pięk
I ne—można tu jednak zrobić uwagę, że nie każdy, kto
I ma np. oryginalne odrębne upodobania, zgodziłby się
że tak powiemy, otaczać się indywidualnością innego
człowieka. Model pokoju niewieściego Kriigera wy
stawiono w Monachium w r. b. Jest to z wielkim sma-
Przedewszystkiem—twierdzi on trzeba mieć
dużo, ogromnie dużo pieniędzy.
To warunek nieodzowny. Następnie trzeba
posiadać stanowisko społeczne, wpływy, talent,
piękność, zdrowie i t. d. Bez tego ani rusz.
Na możliwość szczęścia Hamletowskiego
w „łupinie od orzecha"—nikt się nie godzi, chyba
dziwak, mizantrop, fantasta.
A jednak...
A jednak są ludzie szczęśliwi na świecie
i bez tych warunków, bez których my sobie szczę-
ścia wyobrazić nie umiemy.
Jak je osiągają?
Odpowiedziała na to niedawno Helena Keller
w swojej słynnej książce „Historya mojego życia".
? ?
Helena Keller jest dwudziestoczteroletnią
dziewczyną, nie widzi i nie słyszy. Kalectwo za-
trzasnęło przed nią dwoje najwspanialszych drzwi
duszy, przez które „;<r“ każdego człowieka wydo-
staje się na świat zewnętrzny, uczy poznawać
i wielbić przyrodę.
Helena Keller nie widzi i nie słyszy, a mó-
wi o sobie, że jest szczęśliwa. W dziewiętnastym
miesiącu życia utraciła wzrok i słuch. Jako sie-
dmioletnie dziecko dostała się pod opiekę szlachet-
nej wychowawczyni, miss Anny Sulliwm, i ta cu-
dów z nią dokonała. Rozwinęła umysł, serce i du-
szę biednej istoty i rozwinęła do granic najwyż-
szych bez współudziału dwóch zasadniczych zmy-
słów.
Jak się to stało? — zagadka, którą sama p.
Keller tak tłómaczy:
„Zdaje mi się, mówi ona, że w każdym
z nas tkwi zdolność do reprodukowania wrażeń,
które ludzkość odbierała od początku swego ist-
nienia, że każde indywiduum posiada poza obrę-
bem świadomości ukryte wspomnienia zielonej
ziemi i szemrzących ruczajów, i ani ślepota, ani
głuchota nie mogą nam odebrać tego daru, odzie-
dziczonego po dalekich przodkach. Ta zdolność
odziedziczona jest niejako szóstym zmysłem na-
szym—zmysłem duszy, który jednocześnie widzi,
słyszy i czuje"...
Nie dotykam podstaw naukowych tej hypo-
tezy—to rzecz niemoja.
Schylam natomiast głowę przed tą duszą,
która ma odwagę powiedzieć sobie i innym, że
posiadła ów skarb, o którym miliony śnią napróż-
no, za którym gonią tysiące istnień, o który wal-
czą ludzie i narody.
Szczęście...
A może to rezygnacya? pogodzenie się z lo-
sem? brak pożądań i równowaga duszy, wynika-
jąca z jej bierności?
Nie.
Helena Keller jest naprawdę szczęśliwa.
Szczęście jej płynie z głębokiego zadowole-
nia, z odczuwania rozkoszy, którą przynosi jej
świat zewnętrzny w postaci każdego tchnienia
wiatru, pieszczoty powietrza, zapachu kwiatów.
Szczęście jej — to poczucie bezgranicznej
mocy tworzenia królestw w swojej wyobraźni, to
obcowanie z największymi mocarzami ducha, to
wchłanianie w siebie arcydzieł poezyi, to rozkosz
poznawania. Ale nasz świat, pełen zgrzytów i wal- ।
ki, pędzący w szalonym wirze pożądań i zapal-
czywości, wołający o chleb, o miłość i o władzę,
rzucający się konwulsyjnie ku mirażom, które sam
sobie stwarza, trawiony gorączką pośpiesznego
użycia nie uznaje takiego szczęścia.
Może dlatego, że posiada on wszystkie pięć
zmysłów, a brak mu tylko owego szóstego -zmy-
słu duszy?... Może z innych przyczyn?—to wszyst-
ko jedno. Helena Keller będzie dla niego zawsze
nieszczęśliwą, upośledzoną istotą. Z. D.
TYGODNIK ILLUSTROWANY N« 53
1027
kiem urządzony apartament z drzewa polisandrowego
z ozdobami z mosiądzu Nad kominkiem umieszczono
piękny krajobraz. Kominek z czytelni w bibliotece
diisseldorfskiej Piotra Behrensa w modelu wysta-
wiono w St. Louis. Jest to pomysł iście monumentalny,
gdzie wszystko jest utrzymane w stylu pełnym powagi
i siły, a każdy drobny szczegół dostraja się do całości,
Sufit i ściany .Czytelni" pokrywają ciekawe ozdoby
z drzewa cedrowego, piękne w swojej prostocie jasno
się tłómaczących linii. Na podstawie tak prostej, jak
linie kwadratu, zbudowano tu piękną, jednolitą i bogatą
kompozycyę. Sam komin jest z czerwonego marmuru
i służy zarazem za podstawę do ogromnego zegara. Po
bokach tej podstawy stoją dwie postaci: .Noc"—z zamk-
niętemi i .Dzień" z otwartemi oczyma. Jest to utwór
bardzo samodzielny, dający wyraz silnej indywidualności.
Kilka pięknych i interesujących wyrobów ceramicznych
to pomysły Wilhelma Liixa z Karlsruhe. Cdnaczają się
subtelnie stylizowanym rysunkiem, pełnym smaku kolo-
rytem i ciekawą formą ogółu, k
NA GŁODNYCH.
Jak wiadomo, niebywały dotychczas zastój
w przemyśle naszym, rzemiosłach i handlu,
pozbawił dziesiątki tysięcy tutejszej ludności ro- I
boczej pracy i chleba.
Nieszczęśliwi ci, skazani na głód i brak
wszelkiego przytułku, łakną dziś w ciężkiej
porze zimowej więcej jeszcze pomocy ze stro-
ny społeczeństwa, niż kiedykolwiek.
Otóż, pragnąc społeczeństwu naszemu
ułatwić konieczną akcyę filantropijną, otwiera-
my z dniem dzisiejszym w piśmie naszem
specyalny dział pod nagłówkiem: „Na głod-
nych," gdzie zaznaczać będziemy najdrobniej-
sze nawet ofiary, składane na ów cel pod ha-
słem miłości bliźniego.
Z zebranego tą drogą funduszu udzielać
będziemy zapomóg osobom i rodzinom, po-
trzebującym istotnie pomocy.
Na początek notujemy w rubryce tej na-
stępujące ofiary:
Zamiast powtnszoieań noworocznych.
Jan Gebethner z żoną rub. 5.
Józef Holewiński z żoną rub. 3.
Ignacy Matuszewski z żoną rub. 3.
Józef Ostroróg rub. 1.
Robert Wolff z żoną rub. 10.
Józef Wolff z żoną rub. 5.
MODEL POKOJU NIEWIEŚCIEGO.
Dla najuboższych.
Ignacy Mroczkowski rub. 3.
Na chleb dla głodnych.
F. K- zebrane w Resursie Obywatelskiej rb. 40.
Rotmistrz Głębocki z Peterhofu rub. 2.60.
Żywimy niepłonną nadzieję, że odezwa
nasza znajdzie szczery oddźwięk nietylko w ser-
cu miłosiernej Warszawy, lecz i w jak najszer-
szych kołach prowincyonahiych społeczeństwa
naszego. Red.
Z Dalekiego Wschodu.
Działania pod Portem Artura, jak zresztą ca-
ła wojna japońska-—rozwijają się ze spokojem i nie-
błaganą konsekwencyą homeryckiego eposu.
Od czasu pierwszych bombardowań twierdzy
w lutym, bohaterskich prób zamknięcia floty ro-
syjskiej w porcie przez zatapianie branderów
w wązkiin przesmyku, stanowiącym wejście po-
między Złotą Górą a Tygrysim Ogonem, od sztur-
mów Kiuczou w końcu maja, zdobycia Dalnego
i rozpoczęcia regularnego oblężenia w czerwcu, aż
do ataków głównego jądra twierdzy obecnie—wal-
DON1CZKA DO KWIATÓW z fabryki w Karlsruhe.
ki o Port-Artura to cały szereg nadludzkich po-
święceń, systematycznego podążania krok za kro-
kiem, zużytkowywanie coraz to nowych pomysłów
ochrony przed morderczym ogniem dział i karabi-
nów, olbrzymia, mozolnie obliczona praca, pochła-
niająca miliony jenów i tysiące ludzi.
Szturmy ostatnich tygodni zaznaczyły się
szczególną gwałtownością, rozlewem krwi i zasto-
sowaniem środków, któ-
rych skuteczności trudno
było przewidzieć wobec
dalekonośnej broni
współczesnej. Oddziały
japońskie idą do ataku
zaopatrzone w duże
drewniane tarcze, z heł-
mami na głowacn. Tar-
cze te utrudniają celowa-
nie obrońcom, a w bi-
twach na białą broń od-
dają nieobliczone usługi.
O losach fortu rozstrzy-
ga najczęściej broń bia-
ła. Szturm przygotowu-
je oczywiście straszliwe
bombardowanie z dział
wielkiego kalibru, oraz
jak to było przj' zdoby-
ciu fortu Tunkikwan-
szan—podkopy, w któ-
rych wybuchają założo-
ne miny. Osuwająca
KOMINEK W BIBLIOTECE DUSSELDORFSKIEJ.
się ziemia pogrzebała około 60 atakujących Japoń-
czyków.
Z chwilą zdobycia Góry Wysokiej (203 me-
try) i Tunkikwanszanu, który należy do głównych
fortów, stanowiących jądro twierdzy, oblężenie za-
czyna, jak się zdaje, dobiegać do końca. Codzien-
ne telegramy donoszą o zdobywaniu nowych po-
zycyi, których obrona wysila się na wynajdowanie
równie pomysłowych sposobów, jakich używa atak.
I tak, fort „Bordi" otoczono szerokim rowem, na-
pełnionym słomą i drzewem, polanem naftą. Z
chwilą, gdy Japończycy rzucili się do ataku, ma-
teryały te podpalono. O ich ilości może świad-
czyć fakt, że płonęły one przez całą noc i część
następnego dnia. Pomimo to Japończycy, pono-
wiwszy atak,’ zdobyli te okopy.
Przy szturmach na górę Wysoką ogień i dym
zastosowano nie do obrony, lecz do ataku. Japoń-
czycy, przygotowawszy stosy palnych materyałów,
rzucili się do ataku od strony, z której wiał wiatr,
i zapaliwszy je, wywołali tumany gryzącego dy-
mu, który szedł wprost na obrońców. Jeden z ko-
respondentów twierdzi, że zdobycie tej pozycyi
jest czynem niesłychanym w dziejach wojen.
Wreszcie w ostatnich dniach armia generała
Nogi zdobyła kilka ważniejszych pozycyi, których
nazwy brzmią: Haosangantao, Sidfaczun i Joliunszan-
tun. Są to zapewne wzgórza, znajdujące się po-
między Wysoką Górą a Laoteszanem.
Pogłoska o odebraniu przez Rosyan Góry
Wysokiej okazała się nieprawdziwą. Fort za for-
tem przechodzi w ręce armii oblegającej.
Ogólny szturm projektowany jest podobno
w dzień wigilijny według starego stylu. Zapewne
zamierzone jest zdobycie Iczanu.
* *
*
Ataki na okręt „Sewastopol", stojący przed
Portem Artura, zostały uwieńczone powodzeniem.
Pancernika dosięgło 10 torped, poczem statek ten
pogrążył się w fale do połowy. Japończycy stra-
cili przytem 1 torpedowiec, drugi zaś został cięż-
ko uszkodzony.
*
Eskadra admirała Rożestwienskiego minęła
Kapsztadt.
Jednocześnie eskadra admirała Togo, po-
zostawiwszy strażowanie nad dowozem żywności
1028
POZYCYE JAPOŃSKIE POD PORTEM ARTURA.
do Portu Artura uzbrojonym statkom handlowym,
udała się na południe. Eskadra admirała Kamimu-
ry podążyła przodem. Przestrzeń pomiędzy For-
mozą a Kulingo założono minami.
* *
*
Nad Szache zaostrzają się codzienne potycz-
ki. Poza tem jednak nie odbywają się tam żadne
działania wojenne na większą skalę.
Książki i pisma polskie
dla ofiar wojny.
(Art. nad.).
Szanowny Redaktorze!
Jako zapasowy oficer („praporszczyk") w stycz-
niu r. b. byłem wzięty do wojska i obecnie je-
stem w mieście Wierchnieudińsku zawiadującym
gospodarką 8-go Wschodnio-syberyjskiego zapaso-
wego batalionu. Przy naszym batalionie urządzo-
no osobną rotę, zwaną: „słabosilnaja komanda";
do tej roty wstępują ze szpitalów miejscowych ra-
nieni żołnierze, którzy już nie potrzebują ciągłej
opieki lekarskiej, ale są osłabieni; po zupełnem
wyzdrowieniu znowu są wyprawiani do swoich puł-
ków na pozycye.
Między tymi żołnierzami bywa kilkunastu,
czasami i kilkudziesięciu Polaków.
Niekiedy taki chory całymi miesiącami musi
siedzieć bez zajęcia, i czytanie byłoby dla niego
pożyteczną rozrywką, ale tu o polską książkę bar-
dzo trudno.
Ja miałem Tygodnik Illustrowany z kilku
lat i jeszcze kilka książek, zresztą dla ludu niesto-
sownych—i to oddałem, ale tego mało.
Książek w języku rosyjskim jest sporo — te
nam przysyłają z Petersburga.
Otóż w imieniu chorych i rannych rodaków,
udaję się do Szanownego Pana z prośbą: czyby
nie można za pośrednictwem Tygodnika zebrać
cokolwiek książek i przysłać ich pocztą dla żoł-
nierzy, i to, jeżeli można, przysłać nietylko do
Wierchnieudińska, lecz i do Czyty i Charbina?
Pozostaję z prawdziwym szacunkiem
Stanisław Korsak.
Adresy:
1) g. Wierchnieudińsk Zab. Obł. 8-j Wo-
stoczno-Sibirskij Zapasnyj Batalion, Zawiedywaju-
szczemu Choziajstwom Praporszcziku Korsaku.
SZPITAL JAPOŃSKI W DALNYY
2) g. Czyta. Nastojatielu Rimsko-Katolicze-
skago Kostieła.
3) Charbin. Gławnoupołnomoczennomu Kra-
snago Krcsta.
P. S. Byłoby bardzo pożądane nadesłanie
obrazków (niewielkich), przedstawiających Matkę
Boską Częstochowską, gdyż niejednokrotnie zwra-
cano się do mnie z prośbą o nie.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 53
1029
Nasze ryciny.
Obraz malarza francuskiego, Feliksa Hipo-
lita Lucasa, p. t. Przeczucie, wymaga ob-
jaśnienia, gdyż treść jego stanowi illustracyę
do mało znanych u nas wierzeń ludu francu-
skiego. Na brzegach Bretanii i Normandyi, za-
ludnionych przez rybaków, utrzymała się wia-
ra w to, że jeżeli jakiś marynarz znajduje się
w niebezpieczeństwie, wtedy któraś z naj-
bliższych mu osób dostrzega tajemnicze
światełka, zapowiadające śmierć. Malarz
przedstawił brzeg morski ze wzburzonemi
falami oceanu w głębi; na lewo wznosi się
oryginalnie ozdobiony krucyfiks, na prawo
młoda kobieta wpatruje się z przerażeniem
w tajemnicze połyski, unoszące się ponad
ziemią. Całość dopełniają figury modlą-
cych się rybaczek. Obraz posiada dużo
nastroju: groźny charakter krajobrazu potę-
guje wrażenie mistycznego strachu, odbija-
jące się w rysach kobiety, przewidującej
nagły zgon męża, brata, czy ojca.—Inne,
bliższe nam sprawy przedstawił Wygrzy-
walski na rysunku p. tt Procesy a, który
komentarzy nie wymaga. Każdy z nas wi-
dział podobne obchody w naszych kościół-
kach wiejskich. Na uwagę zasługuje dob-
rze uchwycony i oddany charakter oraz
rozmaitość typów kobiecych i męskich.
Dwa rysunki z teki pośmiertnej Artura
Grottgera różnią się bardzo od późniejszej
twórczości tego znakomitego artysty, który
umiał ujmować w doskonałe formy plastycz-
ne tematy o szerokim zakroju ideowym.
Napad Szwedów wyobraża moment z epoki
krwawych wojen Rzeczypospolitej w wie-
ku XVII. Szkic posiada dużo ruchu, ale
interesuje więcej jako dokument do dziejów
ewolucyi artystycznej Grottgera, niżeli jako
dzieło samoistne. Amor i Psyche świadczy,
że w pewnym okresie rozwoju autor .Woj-
ny" robił wycieczki w krainę klasycyzmu
i zauważyć należy, że stosował styl do te-
matu. Szkic „Amor i Psyche" traktowany
jest w sposób nawskroś klasyczny. Amor
o pięknem młodzieńczem obliczu śpi, Psy-
che z kagankiem w ręku przygląda się ta-
jemniczemu kochankowi Linie rysunku
odznaczają się antycznym spokojem i har-
monią.
Kronika.
KOŚCIÓŁ.
J. E. ks. arcybiskup warszawski Wincenty
Chościak-Popiel polecił kapłanom, aby pod-
czas Mszy św. odmawiali obowiązkowo
modlitwę o pokój. Kopię modlitwy w ję-
zyku łacińskim przesłano wszystkim para-
fiom. Również J. E. ks. biskup Zwierowicz
wydał takie samo rozporządzenie do ducho-
wieństwa swej dyccezyi, nakazując odma-
wianie dodatkowej modlitwy kościelnej o
pokój, o
Dla uczczenia 50-lecia dogmatu o Niepo-
kalanem Poczęciu N. Matyi Panny alumni
seminatyum warszawskiego zamówili medal
pamiątkowy. Na medalu tym znajduje się
z jednej strony wizerunek Matki Boskiej
Niepokalanego Poczęcia i napis: .Maria sine
labę concepta, pro nobis ad Te recurrenti-
bus ora", a na drugiej odbite są podobizny
papieży: Piusa IX i X-go. o
NAUKA.
Komitet Kasy im. Mianowskiego w wy-
konaniu woli ś. p. Z. Pileckiego, lekarza,
który na rzecz Kasy zapisał fundusz wie-
czysty z przeznaczeniem odsetek na corocz-
ne nagradzanie autorów prac wybitnych
z dziedziny dziejów narodu polskiego, jego
języka, piśmiennictwa i prawa, oraz z za-
kresu matematyki i nauk przyrodniczych,
przyznał z odsetek za rok 1903 nagrody:
p. Bronisławowi Gembarzewskicmu za pra-
cę p. t. .Wojsko Polskie' i p. Władysła-
wowi Smoleńskiemu za pracę p. t. „Konfe-
deracya Targowicka'. o
KONKUBSY.
Z zapoczątkowania rady opiekuńczej szko-
ły handlowej w Lublinie koło architekto-
niczne ogłasza konkurs na budowę gmachu
w temże mieście. Nagród wyznaczono trzy:
500, 300 i 200 rubli, a nadto rada opiekuń-
cza zastrzega sobie prawo zakupu na włas-
ność jednego lub więcej projektów z po-
między nagrodzonych po rub. 150 za każ-
dy. Termin nadsyłania prac upływa w dniu
15-ym lutego 1905 roku. Bliższe warunki
ogłoszono w P' zcglądzie Technicznym, o
OSOBISTE.
W dniu 21-ym b m. trzej przedstawiciele
włocławskiego Tow. wioślarskiego, p.p.: No-
wacki, Jan Garlikowski i Sulistrowski, wrę-
czyli Henrykowi Sienkiewiczowi dyplom na
członka honorowego tegoż Towarzystwa, o
ŚWIAT KOBIECY.
P. Marya Dunin-Sulgustowska została od
niedawna wizytatorką sal zajęć Tow. dobro-
czynności. Wyłącznej pieczy jej powierzo-
no starania o rozwój slojdu, który p. D.
studyowała przez dłuższy czas w Szwecyi.
Otworzywszy przed trzema laty zakład, po-
święcony wyłącznie tej gałęzi pracy, która
polega na „harmonijnem współdziałaniu
umysłu i rąk ludzkich", p. D. stała się od-
tąd najgorliwszą, niezmordowaną jej orę-
downiczką i zdołała wykształcić już kilka
doskonale zawodowo wyćwiczonych uczen-
nic, mogących prowadzić dzieło jej bez po-
trzeby wyjazdu po naukę do Szwecyi. Za-
daniem p. D. jest wpojenie w inteligentny
nasz ogół przekonania, że dla ludzi, pracu-
jących mózgowo, roboty ręczne w drzewie
lub plecionce stanowią zbawienny wypo-
czynek, a w nerwowych cierpieniach przy-
noszą nawet ulgę pożądaną. W pracowni
jaj spotykamy osoby, które po całym dniu
myślowych wysiłków przy pilniku lub ukła-
daniu plecionki znajdują wytchnienie i roz-
rywkę. Dwie godziny dziennie—od 5-ej
do 7-ej—szkoła p. D. otwarta jest dla dzie-
ci ubogich, i tu aż nadto uwidocznia się
cywilizacyjny wpływ prowadzonych zajęć.
Kilka miesięcy starczy, by brutalny i leni-
wy malec przemienił się w miłego, szcze-
rze robotą swoją przejętego chłopca, którego
ręka i oko, kształcone na wzorach estetycz-
nych, nabierają pewnej delikatności, co
wpływa dodatnio na całe usposobienie
dziecka. Poza zawodem pedagogicznym
p. D. poświęca każdą chwilę swobodną
wypracowywaniu wzorów slojdu. Z pod
palców jej wychodzą śliczne ramy i półki
rzeźbione, kosze, krzesła z plecionki i t. p
Ostatnim celem p. D. jest zastosowanie
slojdu do wyrobu zabawek dziecinnych
u nas i postawienie tej gałęzi przemysłu
na stopie, która z czasem pozwoliłaby
uniknąć współzawodnictwa zagranicznego.
Pierwsze próby wypadły doskonale: mamy
nasze prawdziwe studnie z żórawiem, przy-
pominające smętek wsi polskiej, mamy wo-
zy drabiniaste, wiatraki, taczki i t. p.,
wszystko z drzewa — proste, tanie a wy-
tworne cw.
HANDEL, ROLNICTWO I PRZEMYSŁ.
Dnia 21-go b. m. odbyło się w sali Tow.
wioślarskiego pierwsze zebranie założycieli
Ill-go warsz. Tow. wzajemnego kredytu.
Do rady wybrano pp.: Wł. Fróhlicha, Ed.
Gessnera, L. Jankiewicza, M.JJCarstensa, J.
Kernbauma, H. Kotłubaja, K. Małeckiego,
H. Pietraszkiewicza i J. H. Temlera; do za-
rządu powołano pp.: A. Daaba, W. Kry-
sińskiego i S. Kurdelskiego. o
ZMABLI.
Kazimierz Dobrowolski, lekarz szpitala
dla robotników w Kijowie, zmarł tamże
dnia 14-go b. m., przeżywszy lat 31. Ś. p.
Dobrowolski padł ofiarą swego zawodu, |
pielęgnując bowiem tyfoidafnych, zaraził się
tyfusem plamistym w nader ciężkiej formie.
Pozostawia po sobie pamięć zdolnego leka-
rza i wzorowego człowieka, o
Bolesław Chojecki, właściciel ziemski
z gub. Kijowskiej, zmarł w Policzyńcach
dnia 14-go b. m., przeżywszy lat 78. o
Józef Łuniewski, właściciel dóbr Rad-
goszcz, radca dyrekcyi szczegółowej Tow.
Kred, ziemskiego w Łomży, zmarł dnia
19-go b. m., przeżywszy lat 38. o
Marya z Kownackich Kruszewska, b.
obywatelka ziemska, znarła w Warszawie
dnia 20-go b. m., przeżywszy lat 75. o
Teresa z Milewskich Korwin-Milewska,
emerytka, zmarła w Warszawie dnia 21-go
b. m., przeżywszy lat 74. o
Ze świata.
NAJWIĘKSZY KOŚCIÓŁ KATOLIC-
KI na świecie będzie wybudowany
w Nowym Jorku. Będzie on mógł pomie-
ścić 60,000 osób. Długość przybytku wy-
niesie 167 metrów, kiedy katedra św.
Pawła ma tylko 152 metry; wysokość
dosięgnie 145 metrów, kiedy katedra
św. Piotra liczy 132, a londyńska—110 m.
Nowy kościół—pod wezwaniem św. Zofii—
będzie kosztował 125 milionów franków.
Będzie to najwyższy budynek Nowego
Jorku, k
TESTAMENT POLITYCZNY KRUGE-
RA. Podczas pogrzebu Krugera w Preto-
ryj, generał Botha odczytał testament poli-
tyczny zmarłego prezydenta. Jest to list,
napisany w odpowiedzi na odezwę kongre-
su Burów do Krugera, przebywającego już
wówczas w Europie. Tekst testamentu, ogło-
szony przez South African Press Bureau,
zawiera między innemi ustępy następujące:
„Kto chce wyobrazić przyszłość, nie powi-
nien zapominać o przeszłości. Szukajcie
więc w przyszłości wszystkiego, co tylko
tam można znaleźć z dziedziny piękna i dob-
ra, abyście utworzyli sobie z tego ideał,
który próbujcie urzeczywistnić. Nie zapo-
minajcie nigdy o przestrodze, zawartej
w słowach: „Divide et impera", i baczcie,
aby słowa te nigdy nie mogły być zasto-
sowane do ludu Afrykandrów. A wtedy
zachowa się i zakwitnie nasza narodowość
i nasz język... Nie chcę umierać pod sztan-
darem brytańskim—ale nauczyłem się zno-
sić gorzką myśl, że będę musiał zamknąć
oczy na obcej ziemi, na wygnaniu, prawie
że zupełnie sam, zdała od rodziny
i przyjaciół, których zapewne już nigdy nie
zobaczę, zdała od tej ziemi afrykańskiej,
na której zapewne już nie postanie moja
noga, zdała od kraju, któremu poświęciłem
życie, aby dla niego otworzyć wrota cywiliza-
cyi, gdzie widziałem, jak rozwija się nasz na-
ród. Chwilę śmierci osłodziłoby tylko prze-
konanie, że rozpoczęte dzieło rozwijać się
będzie i nadal, gdyż wtedy podtrzymałaby
mnie nadzieja, że koniec tego dzieła będzie
dobry. Oby tak było!"
POSIADŁOŚCI MOCARSTW EURO-
PEJSKICH w AFRYCE rozdzielić moż-
na, według prof. Supana w piśmie Die
BeuSlkfrung der Erde, na trzy „sfery wpły-
wów": Afrykę północno-wschodnią, gdzie
przeważają wpływy angielskie, Afrykę pół-
nocno-zachodnią, gdzie dominuje Francya,
wreszcie Afrykę Południową (od Północnej
granicy Kongo aż do Kaplandu), gdzie wpły-
wy Europy są podzielone. Na mapach
Afryki spotyka się jeszcze wiele niedokład-
ności, a „sfera wpływów" nie da się nie-
raz oznaczyć ściśle w ilości mil kwadra-
towych, więc prof. Supan, zbierając da-
ne szczegółowsze co do rozległości ob-
szarów, zajętych przez państwa kolonialne
Europy, zadowalał się cyframi jedynie przy-
bliżonemi, według których Anglia posiada
w całej Afryce 2,126,375 ang. mil. kwa-
dratowych, a oprócz tego sfera jej wpły-
wów zajmuje przestrzeń 1,547,800 m. kw.
Do Francyi należy 3,937,450 m. kw. (w tern
jednak obliczono 1,942,420 m. kw. na t. zw.
„Saharę Francuską"), do Niemiec—907,000
m. kw., do Portugalii, 799,400 m. kw.,
wreszcie do Włoch—188,950 m. kw. Mila
angielska = 1609 metrom, k
NOWY KANAŁ PRZEZ AMERYKĘ
środkową zamierza podobno budować
rząd chilijski w porozumieniu z Kolumbią,
a to na granicy Kolumbii i Panamy, przy
zużytkowaniu rzek Atrato, wpływającej do
Atlantyku i San Juan—do Oceanu Spokoj-
nego. Odległość pomiędzy temi rzekami
wynosi zaledwie 5 kilometrów. Projekto-
dawcy przypuszczają z powodu względnie
dogodnego położenia dla budowy, że przy-
szły kanał byłby rychło ukończony i zro-
biłby poważną konkurencyę kanałowi Pa-
namskiemu. k
GRÓB Hamleta. W Danii istnieje
a raczej istniał—kamień, pod któiym, we-
dług tradycyi, spoczywa Hamlet, królewicz
duński. Przyjeżdżający Anglicy rozebrali
pierwotny grobowiec po kawałku doszczęt-
nie, więc ludność okoliczna, która ciągnie
z grobowca znaczne zyski, kilkakrotnie
ustawiała na tern miejscu złomy kamieni na-
nowo, aż wreszcie wpadła na pomysł utrzy-
mywania tam stale pewnej ilości drobnych
kamyków, które Anglicy natychmiast rozbie-
rają. Gdy ostatnimi czasy rząd duński chciał
przeprowadzić przez „grobowiec* linię ko-
lejową, co zniszczyłoby zabytek, ludność
oparła się temu stanowczo.
TRZĘSIENIE ZIEMI NA FORMOZIE,
które wydarzyło się dnia 6-go b. m., zbu-
rzyło 150 domów mieszkalnych, a uszko-
dziło 33, zginęło przytem 78 ludzi, rannych
jest 23, a wśród nich jeden Europejczyk.
straszliwy HURAGAN szalał nie-
dawno na wyspach Talaoet, leżących na
północ od Celebesu. Nawał fal morskich
zalał cały dobytek mieszkańców, zburzy!
ich domy i zdruzgotał okręty i łodzie.
30 ludzi zginęło. Reszta w liczbie 30,000
znajduje się w położeniu beznadziejnem.
sprawa szczepienia ospy w
Brazylii wywołała w Rio Janeiro po-
ważne zaburzenia. Paryski Temps, komen-
tując tę dziwną sprawę, nie może wyjść
z podziwienia nad opozycyą ludności prze-
ciwko kulturalnym urządzeniom i twier-
dzi z ironią, że Brazylijczycy stoją zapew-
ne dotychczas na poziomie cywilizacyi z
epoki, gdy Ameryka nie była jeszcze odkryta.
Należy przypuszczać, że wytłómaczenie za-
burzeń musi leżeć gdzieindziej, a rozkaz
rządowy co do ospy był tylko powodem
pośrednim, k
RZEKA — ZDOBYWCĄ.
Wylewy rzeki Rio Grandę del Norte wy-
tworzyły jedyną w swoim rodzaju sytuacyę.
Rzeka ta, stanowiąca granicę pomiędzy
Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem, wy-
tworzyła sobie podczas wylewów drugie
koryto (niedaleko Hidalgo w stanie Texas),
biegnące w odległości kilku mil od daw-
niejszego, zajmując w ten sposób na ko-
rzyść Stanów Zjednoczonych znaczny obszar
pastwisk, należących do Meksyku. Tysiące
kóz i owiec pasą się na owem terytoryum.
Jak na ową „aneksyę" zapatruje się rząd
meksykański — niewiadomo, k
zmarli.
Norman Maccoll, wieloletni redaktor an-
gielskiego pisma literackiego, Alheneum.
Andre Lejiure, profesor w szkole antro-
pologii, autor pierwszorzędnych prac z dzie-
dziny literatury i wiedzy, jak: „Grecya sta-
rożytna", „Religia", „Rasy i języki". Był
redaktorem Rćpubliquc franraise Gambetty.
1030
KSIĄŻKI I WYDAWNICTWA P€RYODYCZNe.
KSIĄŻKI POLSKIE.
* Leopold Staff: Skarb. Tragedya w
trzech aktach (Nakładem księgarni pol-
skiej B. Połonieckiego we Lwowie. War-
szawa. E. Wende i Ska, str. 156
w 8-ce). — Piękny poemat dramatycz-
ny, natchniony myślą głęboką i oryginal-
ną. Autor, panując silnie nad formą, za-
pragnął dać na scenie widowisko syntetycz-
ne w wielkim stylu, to jest takie, aby
akcya była przedewszystkiem wykładnią
symbolów, aby wypadki dramatu działy się
.może nigdy i nigdzie, a może w nas i co-
dzień“. Skarbu strzegą jedno po drugiem
całe pokolenia, strzegą z nieustanną czuj-
nością, męstwem i poświęceniem, aż do
chwili, gdy znajda się tacy, którzy Zv-
chcą wiedzieć, czy .nie za dużo już ofiar*,
czy warto tracić tyle dla rzeczy, której
się nigdy nie widziało, która może na-
wet nie istnieje. Tragedyę przeżywa dwo-
je strażników niezłomnych; nie stracili oni
poczucia świętości skarbu, a nie chcąc do
ohydnej profanacyi dopuścić, wolą i skarb
ten i siebie zgładzić ze świata.—Tak, to
wszystko dzieje się .w nas samych*. Jest
to wyłożony w świetnych dyalogach i me-
taforach obraz naszego stosunku do Ide-
ału, naszych kompromisów, walk i ukła-
dów z sumieniem. Postacie Staffa nie ma-
ją powszedniej wypukłości realistycznej, do
której przywykliśmy w dramatach. Są to
raczej ucieleśnione idee, niż żywe orga-
nizmy. Ale każda skupia w sobie tak sil-
nie pewną specyalną władzę ducha, że ca-
łość tworzy niezmiernie intensywny świat
wewnętrzny. Niema w poemacie mistycz-
nych cieni, bo każda figura posiada wyraź-
ną funkcyę i w dobitnych objawia ją ge-
stach. Staff od pierwszej swej książki .Sny
o potędze* zwróci! na siebie uwagę, jako
poeta szczery, wielkie rokujący nadzieje.
.Skarb* nie jest może utworem doskonałym,
ale w rozwoju talentu autora stanowi wiel-
ki krok naprzód.
Pamiętnik Fizyograficzny. Tom XVIII.
(Warszawa. 1904. Druk Rubieszewskiego.
Str. 598 w 4-ce w. Cena rub. 5).—Rocznik
ten, poświęcony .Pamięci Władysława
Kwietniewskiego,* miał 62 prenumeratorów,
a treść ma następującą: .Spostrzeżenia me-
teorologiczne, dokonane w ciągu czterolecia
1897—1900 na stacyach meteorologicznych
Sieci Warszawskiej* (których jest 41),
.Sprawozdanie z badań geologicznych, do-
konanych wzdłuż drogi żelaznej Warszaw-
sko-Kaliskiej* przez Jana Lewińskiego,
»O faunie warstw podredenowskich Dąb-
rowskiego zagłębia węglowego' przez Sta-
nisława Karczewskiego (z tablicą litogra-
ficzną), .Rozbiory mechaniczne gleb Opi-
nogórskich w pow. Ciechanowskim gub.
Płockiej* przez Sławomira Miklaszewskiego
(z tablicą analiz), .Gleby typowe gub. Kie-
leckiej* przez tegoż (z tablicą), .Materyały
do gleboznawstwa polskiego' przez Kon-
stantego Malewskiego, b. profesora Instytu-
tu agronomiczno-leśnego w Nowej Ale-
ksandry! (Puławach), .Rozbiory ziem Kró-
lestwa Polskiego* przez d-ra A. Sempołow-
skiego, .Przyczynek do flory grzybów oko-
lic Międzyrzecza* przez B. Eichlera, ,Przj-
czynek do flory Kowieńskiego* przez Bo-
lesława Hryniewieckiego, .Krótki rys bota-
niczny pow. Kaliskiego i sąsiednich* przez
A. Matuszewskiego, .Przyczynek do sprawy
jedno- lub wielogatunkowości jemioły, z do-
datkiem: O jemiole na dębach w Polsce*
przez Franciszka Błońskiego, .Spis roślin
zebranych w okolicach Kijowa i stacyi Bo-
jarki pow. Kijowskiego" przez Witolda Ja-
kubowskiego, .Jaskinie i schroniska na gó-
rze Smardzewskiej na lewym brzegu Prąd-
nika pod Ojcowem" przez Stanisława Jana
Czarnowskiego (z pięciu rysunkami), .Ma-
teryały do fizyografii jeziora Wigierskiego"
przez Kazimierza Kulwiecia (z wielu wido-
kami i mapami). Treść, jak widzimy,
szczerze swojska: różni poważni badacze
składają się w niej na gruntowne poznanie
naturalnych właściwości kraju. Naturalnie,
62 prenumeratorów nie mogło pokryć kosz-
tów wydania tego olbrzymiego i wykwint-
nego tomu: wyszło ono z zapomogi Kasy
imienia rektora Mianowskiego. xl
* Wydawnictwo „Strażaka”. Pożytecz-
ny miesięcznik Strażak, wychodzący od
lat czterech w Warszawie, wydał swym na-
kładem dwie książeczki: .Praktyczny prze-
wodnik dla straży ogniowych ochotniczych",
przejrzany i uzupełniony przez .Starego
strażaka* A. O., oraz .Dziesięcioro przyka-
zań prawego strażaka*, zestawione przez
L. Szyller-Rackiego. W pierwszym pod-
ręczniku autor nie wdaje się wcale w roz-
prawy teoretyczne, uważa bowiem, że .ra-
townictwo ogniowe wzrosło w czasach obec-
nych do rozmiarów nauki ścisłej, której sy-
stematyczne wyczerpanie mogłoby zająć
kilka semestrów*. P. A. O poprzestaje na
koleżeńskich wskazówkach praktycznych,
dotyczących dobierania ludzi, podziału dru-
żyny, mustry, komendy, różnych ćwiczeń,
pożarów na wsi, nauki o ratowaniu stodół.
Podaje następnie regulamin dla straży ognio-
wych miejskich, ustawę normalną dla straży
ogniowych ochotniczych w Królestwie Pol-
skim. Obie broszury cechuje myśl pożytku
społecznego.
KSIĄŻKI GWTAZIIKOWE.
III. (Dokończenie).
* Wacław Gąsior-owski: Ilurairan. Po-
wieść historyczna z epoki Napoleońskiej,
w przeróbce dla młodzieży, dokonanej przez
autora. Z 28 illusł. (Warszawa. Nakład K.
Treptego, str. 512, w 8. Cena rub. 2.10, w
oprawie 2.70).—Jeszcze jedna próba mecha-
nicznej metody przerabiania powieści dla
młodzieży. P. Gąsiorowski napisał trzy gru-
be tomy opowiadania na tle wojen Napole-
ońskich, które zyskały powodzenie u nie-
wykształconej artystycznie publiczności, za-
wierały bowiem mnóstwo szczegółów z epo-
ki, świetnemi legendami wypromienionej.
Przerobić taką powieść dla młodzieży nie-
zbyt było trudno, ale należało napisać całą
nową książkę. Zamiast tego, autor wykroił
nożycami połowę z tego, co zawierał ory-
ginał i zakwalifikował te wycinki dla czy-
tania przez młodzież. Złagodzenie niektó-
rych wyrażeń i spojenie rozdziałów luźnemi
wiązadłami nie nadało urworowi charakteru
odrębnej lektury. Styl i sposób opowiada-
nia nie zmieniły się przez to zgoła.
* Jadwiga Warnkówna: Na skrzyd-
łach fantazyi. Opowiadania dla młodzieży.
(Warszawa. Nakł. księg. E. Wendego. 1905,
str. 159 w 8-ce. W opr. karton, rub. 1.20).
—Wśród całego tegorocznego plonu gwiazd-
kowego jest to może jedyna książka, ma-
jąca na celu kształcenie wyobraźni dziecka.
Tytuł brzmi nieco pretensyonalnie, ale treść
—bardzo urozmaicona i w znacznej części
wartościowa. Stworzyć ładną i dobrą bajkę
rzecz nie łatwa. P. Warnkówna ma ku te-
mu niezbędne warunki, to jest- -talent. Szko-
da jednak, że nie zniżyła nieco lotu, że
nadto zapominała o prostocie wyrażeń, że
wpadała niekiedy w abstrakcye zbyt skom-
plikowane (np. „Rigi*, .Królowa stepu*,
.Kto to?*) Za to takie bajki, jak „Plama
szara”, .Suknia balowa*, „Śpiewające jezio-
ro* i .Dobra dola* zyskają niezawodnie
śród dziatwy popularność.
* Jadwiga Chrziiszczewska: Iłfri cie-
bie. Powiastki i opowiadania przyrodnicze
dla młodszych dzieci. (Warszawa. Nakła-
dem księgarni E. Wendego i Ski. 1905,
str. 163 w 8-ce. Cena rub. 1.20).—Książka
składa się z dwóch części, niejednakowej
wartości. W pierwszej mamy dziesięć krót-
kich opowiadań z żyda dziecięcego, prze-
ważnie niezajmujących i błahych, pomimo
wyraźnych wskazówek dydaktycznych. Są
tu tematy banalne, wielokrotnie już wyzyska-
ne z większem powodzeniem. Za to w czę-
ści drugiej doświadczona pracowniczka na
niwie pedagogii wykazała bardzo niepospo-
lite zdolności popularyzowania wiedzy przy-
rodniczej. Barwne opowiadania o obycza-
jach zwierząt, ożywione licznemi rycinami,
zajmą umysł dziecka i nauczą go wiele.
Szkoda, że autorka nie zmieniła planu książ-
ki, to jest, iż nie zamknęła w niej samych
tylko opowiadań przyrodniczych.
* Włodzimierz Trąinpczy liski: Oblę-
żenie Paryża. Powieść historyczna dla
młodzieży. Z 20 rysunkami Illinicza. War-
szawa. (Nakł. K. Treptego, str. 234 w 16.
W opr. karton, rub. 1.20). —Wojna fran-
cusko-niemiecka, ów wielki dramat dziejowy,
płodny w tyle następstw olbrzymiej donios-
łości, a sam przez się pełen malowniczej
grozy,—nadaje się doskonale do różnych
opowiadań powieściowych. Znacznie jed-
nak trudniej zbudować z tych motywów
przystępną powiastkę dla młodzieży. Trze-
ba traktować przedmiot bardzo powierzchow-
nie, by uniknąć wielu drażliwych kwestyi.
Pamiętając o tem, p. Trąmpczyński obrazy
wojny i oblężenia pomieszcza w tle, na
czoło zaś powieści wysuwa historyę rodzi-
ny emigranta polskiego, pułkownika Brzo-
zowskiego, który zamieszkał w maleńkim
dworku w Neuilly, pod Paryżem, wraz ze
swymi wnukami i starym sługą, b. sierżan-
tem Barnabą. Wcjna i oblężenie wyrzuca
całą tę rodzinę na bruk paryski. Jeden
wnuk, Kazimierz, odbywa kampanię, dostaje
się do niewoli pruskiej, a potem znajduje
gościnę i schronienie u krewnych w Poznań-
skiem; drugi, młodziutki Tadeusz, przebywa
ciężkie dni głodu i spustoszeń w oblężo-
nym Paryżu. Akcya rozwija się składnie,
ale obrazom braknie barw żywszycłi i sil-
nego rysunku. Samo „oblężenie Paryża"
zajmuje w powieści cząstkę niewielką, pod-
rzędną. Słusznie, oczywiście, postąpił au-
tor, nie podnosząc żadnych zagadnień poli-
tycznych, z tymi strasznymi wypadkami
związanych. Ale należało dla informacyi
dziecka podać nieco historycznych komen-
tarzy. Jest ich w „Oblężeniu Paryża* za
mało.
* Róża Erzepki: Na gwiazdkę. Wier-
szyki dla małych dzieci. Z rysunkami T. P.
Poznań. Własnym nakładem. 1904. Str. 47
w 16-ce. W oprawie kartonowej —
Kilkadziesiąt drobnych wierszyków, kra-
kowiaków, bajeczek, powiastek, ułożo-
nych już to w formie żartu, już to za-
gadki, w której dziecko dorabiać musi sa-
mo rym. Podobnie, jak .Książeczka Heli*
tej samej autorki, zbiorek ,Na gwiazdkę"
zaleca serdeczny, naturalny ton i dobra
znajomość umysłu dziecięcego. Rysunki -
bardzo słabe.
PRASA POLSKA.
Ogniwo: „Siły rozproszone* przez Ze-
nona Pietkiewicza; „Filozofia Nietzschego*
przez Władysława Spasowskiego. — Czytel-
nia dla wszystkich: .Ziemstwa" przez K.
Stachowskiego. — Gospodarz i Lokator:
„Urządzenie mieszkań" przez Edwarda
Goldberga. — Prawda: .Bóle bezimienne
i bezprzyczynowe* przez Posła Prawdy.—
Przegląd Bankowy: „Bankierstwo w Pol-
sce* przez C. Łagiewskiego. — Naokoło
świata: .Rzeczpospolita mnichów* przez
J. Cz.—Bluszcz: „Kobieta w życiu geniu-
szów" przez Arasa.—Gazeta Rzemieślnicza:
„Organizacya cechowa.* — Niwa Polska:
„Galicya i Czechy wobec konstytucyi au-
stryackiej* przez Jerzego Kurnatowskiego.—
Wędrowiec: .Kary główne Japonii* przez
W. Doroszewicza.—Gazeta Domowa: „Hy-
giena oświetlenia* przez dra S. L.—Biblio-
teka Warszawska: „Przemiany* (powieść)
przez Kazimierza Zdziechowskiego; „Ame-
rykański filozof-poeta* przez Maryę Ziele-
wiczównę; „Z wrażeń berlińskich* przez
Walerego Gostomskiego; .Subjektywizm
w nowoczesnej twórczości muzycznej* przez
Henryka Opieńskiego; „Rene a Werther*
(studyum porównawcze) przez Henryka
Reinholda; C. A. Sainte-Beuve (człowiek
i dzieło)—przez W. Jabłonowskiego. -Ga-
zeta Handlowa: .Brak publicystów, brak
opinii" przez Deltę.—Gazeta Polska: .Le-
genda czy rzeczywistość* (sprawa bojkotu);
„Concordia res parvae crescunt;" ,Po czter-
dziestu latach" przez S. Kozickiego. -Go-
niec świąteczny: „Nieznany utwór T. Le-
nartowicza" przez K. Pollacka. — Kuryer
Warszawski: „Popierajmy przemysł ludo-
wy* przez J.; .Fałszywe wnioski* przez
W. R.
FRANCYA.
* Nakładem księgarni towarzystwa „Mer-
cure de France" wyszła książka p. t. Cor-
respondance infdite de Saintc-Beuve avcc
M. et M-me Justc Olivier.tt W korespon-
dencyi tej znajdujemy bardzo częste, nie-
kiedy dość długie wzmianki o Adamie Mic-
kiewiczu. Sainte-Beuve poznał poetę nasze-
go w Lozannie, u J. Oliviera, profesora hi-
storyi w tamtejszym uniwersytecie. Odrazu
powziął do Adama głęboki szacunek i u-
wielbienie i zajmował się żywo sprawą ofia-
rowania mu katedry w Lozannie, a potem
w „College de France." W korespondencyi
z państwem Olivier, którzy byli serdeczny-
mi przyjaciółmi Mickiewicza, opowiada
Sainte-Beuve głównie o tych dwócłi kate-
drach, a zwłaszcza o powołaniu poety na-
szego na katedrę literatur słowiańskich.
Sainte-Beuve informował Cousina o zasłu-
gach literackich i zdolnościach profesorskich
Mickiewicza i tem przyczynił się niemało
do decyzyi rządu francuskiego co do jego
nominacyi.
* G. Lafenestre ogłosił dwa piękne,
ozdobione licznemi illustracyami dzieła: Les
primitives a Brugcs et a Paris i L’Expo-
sition des primitifs franęais. Pierwsze
informuje o rozwoju sztuki prymitystów,
ujawnionej na wystawach w Paryżu (w ro-
ku 1900), w Bruges (w r. 1902) i znowu
w Paryżu (w r. 1904); drugie mówi o te-
gorocznej wystawie wiosennej w Paryżu.
Kto rozważa historyę prymitystów fla-
mandzkich, spostrzeże natychmiast, że ni-
gdzie sztuka narodowa nie utworzyła się
tak szybko, jak w Niderlandach, dzięki ge-
niuszowi Huberta i Jana Van Eycka. Roz-
wiązali oni odrazu wszystkie problematy
techniczne, określili cel malarstwa i wska-
zali jego środki. Nie przewyższył ich nikt
ani we Flandryi, ani w Holandyi. Prymi-
tyści francuscy, mniej zręczni, skłaniają się
odrazu ku realizmowi. Podczas wojny Stu-
letniej, żadne z ognisk artystycznych, po-
zostających pod opieką jakiego oświeconego
księcia, nie staje się tak silnem, aby stwo-
rzyć trwałą tradycyę. Istnieją jedynie moc-
ne indywidualności, jak Jan Fouquet, Ni cc-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 53
1031
las, Froment, Engucrrand Charonton i Je
Maitre dc Moulins" nieznany nawet bliżej
z nazwiska.
NIEMCY.
* W Berlinie wyszła powieść barona
Omptcdy p. t. „Heimat des Herzens". Omp-
teda był w ostatnich latach pośrednikiem
pomiędzy kulturą niemiecką a francuską.
Nowa jego powieść—to obraz silnie zako-
rzenionych sprzeczności i różnic między
niemieckim a francuskim sposobem odczu-
wania i życia. Autor opowiada subtelną
historyę dwóch istot, które się żenią z mi-
łości. On jest rasowym Niemcem północ-
nym, typowym szlachcicem o ciasnym hory-
zoncie żołnierza; ona zaś uroczą córą sło-
necznej ziemi prowansalskicj. Odczuwa ona
nieustanną tęsknotę za wesołym trybem ży-
cia swej pięknej ojczyzny, nie może się
czuć dobrze w rozpaczliwie chłodnej atmo-
sferze małego niemieckiego garnizonu.
Rzecz napisana z niemałym talentem.
* Hugo Riesenfeld, jeden z pierwszych
skrzypków opery wiedeńskiej, napisał balet,
w którym główną osobą jest... Chopin!
* W sztutgardzkiem czasopiśmie „Auf
frcmdcn Zungen" znajdujemy krótką syl-
wetkę literacką Adama Szymańskiego, auto-
ra .Szkiców" syberyjskich. Krytyk stawia
wysoko talent tego polskiego „poety tęsk-
noty."
* W Sztutgardz.ie wyszia obszerna roz-
prawa A W. Ernsta p t. „Lessiiigs Lcbcn
und Werlic." Autor nie zdobywa się na
nowy jakiś pogląd o znakomitym pisarzu,
ale zebrał skrzętnie w jedną całość różne
dotychczasowe o nim studya. Rezultat pra-
cy Ernsta niezupełnie odpowiedział jej ce-
lowi: książka nie przekonywa o wielkości
Lessinga. Biograf nic odczul improwizator-
skiego charakteru twórczości Lessinga;
przedstawia go jako człowieka mądrego,
rozumnego, a o jego namiętnych, przesad-
nych sądach zapomina zupełnie.
* Czasopismu Deutsche Rundschau:
Generał Blume wykazuje, czem się staje
„Państwo i społeczeństwo podczas wielkiej
wojny." Wojna 1870roku kosztowała Niem-
cy 1551 milionów marek, oprócz 1750 mi-
lionów marek, jakie wypłacono inwalidom
i rodzinom zabitych żołnierzy. W ciągu
trzynastu lat ludność rolnicza Niemiec
zmniejszyła się po wojnie o 724,000 ludzi.
—Nord und Siid: C. Noerup poświęca cie-
kawe studyum Amalii Skrain, powieściopi-
sarce norweskiej.—Zcit: E. Jaloux stawia
na czele powicściopisarstwa w Europie
. współczesny romans angielski."
WŁOCHY.
* Edward Sonzogno, wydawca w Medyo-
ianic, ma wkrótce ogłosić konkurs na wier-
szowane libreto operowe. Pierwsza nagro-
da wynosić będzie 25,000 franków, druga
10,000 fr.
* A. Bosis wydał w bardzo pięknej sza-
cie ostatni tom swych poezyi, p. t. ,Amo-
ri ac silentio sacrum." Bosis jest samot-
nikiem. „Bądź samotny, a wtedy cały do
siebie należeć będziesz"—mówił Leonardo
da Vinci Ta maksyma stanowi dla Bosi-
sa główną zasadę jego stosunku do ładzi,
natury i całego życia. Patrzy on z daleka
na wir namiętności i próżnych zabiegów,
wir, z którym walczy wszelka estetyka
i wszelkie marzenie estety. W poezyach
jego brzmią tony smutne, melancholijne,
brzmi w nich nieustanna tęsknota za wszel-
kiemi pięknemi rzeczami, które życie w ma-
rzeniu zostawiło. Sztuka Bosisa składa się
z dwóch wielkich sił lirycznych: wielkiego
cierpienia i żalu, oraz wielkich, nieokreślo-
nych nadziei.
NADESŁANE.
NA POGOTOWIE RATUNKOWE
ffll I l|7V artystów polskich. Sprzedaż i kupno. Wystawa otwarta ••
•£« 1 I -1 -Ł do godziny 8. Marszałkowska Nr 129. Salon Sztuki.
w Warszawie
KALENDARZ na 1905 rok
INFORMACYJNO-ENCYKLOPEDYCZNY
W oprawie, cena rub. 1.20.
Skład główny w księgarni Gebethnera i Wolffa.
PASTILLES
DE
i
INDIEN
GRILLOM
We wszystkich składach
aptecznych i aptekach.
TOWARZYSTWO UDOSKONALONEJ PERFUMERYI
A. RALLET & C° Dostawcy Dw.
_ WARSZAWA, ULICA WIERZBOWA Nr. 7
POLECA: PERFUMY, MYDŁA, WODY KOLOŃSK1E
Restauracya
Automatyczna
UTOMAT auisiŚANA
Właściciel Stefan Samoliński, Warszawa, Marszałkowska Ne 137
BEZ OBSŁUGI
Owoc przeczyszczający
PRZECIW
OBSTRUKCYI
Zatwier. przez Ministra Skarbu
KURSY HANDLOWE
Gust. Chwat-Czyńskiego
żeńskie j o 2 i l
' c c O o
i oddzielne / o .$> | 2 £
męskie ’ * ° S |
Programy bezpłatnie NOWY-ŚWIAT Nr 4.
2 stypendya po 500 rubli na wy-
jazd za granicę.
Mćdisancc.
— ...Ależ, Emmo, o nieobecnych albo się
nic nie mówi, albo tylko rzeczy najpochleb-
niejsze.
— No tak, ja właśnie mówię o niej tyl-
ko to, co jest najpochlebniejsze.
Fliegende Bldtter.
Do nabycia
w Perfumeryach
i Składach Apt.
KSIĘGARNIA
GEBETHNERA i WOLFFA
pośredniczy w
PRENUMERACIE PISM
krajowych i zagranicznych
katalogi szczegółowe na żądanie gratis
i franco!
MIODOSYTNIA WYSOCKIEGO
w Warszawie, Podwale 25. Teief.
Wielkie zapasy Miodów Wystalych. Wina
krajowe i zagraniczne od 35 k. butelka.
Sprzedaż wyłącznie do domów.
W Filii: Mazowiecka3,teief. 3G92.
Miody i wina krajowe i zagraniczne od 35
kop. butelka. Szklanka Miodu 10 kopiejek.
| Szklanka wina (łagodne, wytrawne, czerwo-
ne) 10 kop. Szklanka Polewki 15 kopiejek.
Szklanka Gliihwejnu 15 kop.
Nowość! Kuracyjny Ekstrakt jałowcowy
(pólbiitclki)
Sprzedaż: w Kijowie—Paszkow; w Wil-
nie—Dawidowski, Veritas“; w Charkowie—
Żewierżejew; w Berdyczowie—Książę Gie-
droyć; w Elizawetgradzie -Kambar i Pe-
nerdżi; w Kamieńcu Podolskim—Stowa-
rzyszenie Spożywcze; w Pińsku — Basie-
wicz; w Nikolajewie—Razumów, w Pe-
tersburgu—Kazańska Nr 20,
ALFRED GRODZKI
V.. Najwięcej zaoszczędza się paszy przez parowanie jej
fcnnii< 1 I
yenrzisiego
Pasza staje się zdrowszą, strawniejszą i posilniejszą.
przedstawiciel ALFRED GRODZKI
Warszawa, 33 Senatorska. Cenniki i katalogi przesyłam na żądanie darmo.
1032
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 53
TYGODNIK ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODN1K
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
TYGODNIK
ILLUSTROWANY
daje w 1905 r. 52 numery
zawierające około 1000 ko-
lumn tekstu z 1200 rysun-
kami, kopiami obrazów, illu-
stracyami chwili bieżącej,
Od Nowego Roku rozpoczynamy
druk dalszego cyklu powieściowego
WŁADYSŁAWA REYMONTA
~=
, („WIOSNA")
acyami chwili bieżącej, r”' I
okładką ogłoszeniową J
=. 24 dodatki bezpłatne
zawierające 12 tomów SIENKIEWICZA i „DZIEJÓW
— POROZBIOIŁOWYCH NARODU POLSKIEGO"
oraz 12 tomów DZIEŁ POPULARNO-NAUKOWYCH.
Tom styczniowy (74-y) Sienkiewicza
NA MARNE”
Jako pierwsze tomy dzieł popularn. pójdą:
„LISTY Z JAPONII" Kiplinga
„HISTORYA SZTUKI POLSKIEJ"
T. JAROSZYŃSKIEGO
„MONOGRAFIA O NAPOLEONIE D'M“
„GRY I ZABAWY DZIECIĘCE".
„LITERATURY SKANDYNAWSKIE"
„O STYLU W SZTUCE"
PREMIUM KOLOROWE
na grubym welinie
L. Wyczółkowskiego p. t.
„jtf orskie Oko”.
W dodatku arkusze w. Hall Calne
„SYN MARNOTRAWNY"
WARUNKI
PRENUMERATY
w Warszawie:
rocznie
z odnoszeniem
Rb. 5 kop. 50,
bez odnoszenia
Rb. 5.
NA PROWINCYE
rocznie Rb. G.
ZA GRANICĄ:
w Austrji rocznic
IG koron,
w Niemczech
rocznie
15 marek
lub walutą
rosyjską rb. 7.
Reprezentantami
naszego pisma są:
NA LWÓW
pan S. Sokoloirnki.
Pasaż
Hausmana 9.
NA KRAKÓW
Księgarnia Ge-
bethnera i S-ki.
Adres Redakcyi
I Administracji
Kurjera =
Świątecznego
WARSZAWA
Nowy-Świat 26.
Telefon Jfe 656.
Redaktor i właściciel
ROMAN KRECZMER
Wobec niepospolitego | Nowa koncesya nasza
rozrostu powszechnie już i obejmuje takie działy życia
znanego „Kuryera Swią-1 spólczesnego, które dotych-
tecznego" od Nowego Ro-1 czas nie znalazły gościny na
ku dodajemy 4 strony, po-1 szpaltach żadnego pisma
większamy format,zmienia-1 polskiego, a poczęści rozwi-
my druk i rozszerzamy zna | nie i takie gałęzie, które by-
cznie zakres jego działalno-1 ły dotychczas wyłączną wła-
ści literacko-towarzyskiej. | snością pism specyalnych.
Obok istniejącycli już stałych rubryk:
Życie i Salon, Kronika towarzyska. Kronika, po-
wszechna, Sałoir vivre, Bon ton. Strój i dobre
ułożenie, Światek kobiecy. Światek dziecięcy,
Heraldyka i Genenlegin, Widz i artysta, Zimow i-
sku, Letniska, Sporty i Myśli wstwo. Sekrety pięk-
ności, Kosmetyka, Osobliwości, Gry i zabawy,
Humor i satyra, Mody damskie, męskie i dzie-
cinne, Powieści,
wprowadzamy od I stycznia 1905 r. nowe ważne działy, jak:
Niwa pań i panien domu:
a) umeblowanie pokojów, bjdekora-
cye i zastawy stołów, c) układanie różnych przyjęć,
d) dział kulinarny z dyspozycyami obiadów, śniadań etc.
k z iilustracyami, e) rady i przepisy dla służby domowej;
Hygienę w szerokiein znaczeniu z poradami lekar-
skiemi pod redakcją D-ra Jona Sierzpowskiego;
Filatelistykę dla lubowników marek i kart poczt.
Najnowsze utwory muzyczne (nuty);
Wiadomości o nowych wynalazkach i wskazywanie
dróg, gdzie można kupić patent na ich cksploatacyę;
Wiadomości o spadkach i zmianach majątkowych;
Grafolog! ę;—1>z i al m eteorologiczny;
Tablice wygranych loteryi klas, i premiówek;
Rozkłady pociągów i parostatków.
Takie to działy obejmować będzie w dal-
szym rozwoju tygodnik illustrowany:
Z cfcw-iaienia Urzęda Lekarskiego m. Warsrawj z d. 29 Listopada 1896 r. H° 5152
KURJER ŚWIĄTECZNY
U N
>-
ceru
aZQ
U n n
& O£ u
Warszawie
<z>Z
Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF
sw
CO
o
-J toin
BrandsJ?rix
Wystawa Powszechna 1900 r.
KSIĘGARNIA GEBETHNERA I WOLFFA
poieca WŁADYSŁAWA SMOLEŃSKIEGO:
Pisma historyczne. 3 duże tomy, tom po rub. 3.
Dzieje Narodu Polskiego, ’b 2™’
Konfederacya Targowicka. Rubli 3.60.
Ostatni rok Sejmu Wielkiego, wydanie 2-gie rub. 3.40.
Do nabycia we wszystkich księgarniach.
DENTIFRltt
,DuDOCTEUR fierbe |
,''El^CVLTE^MHD^
PARIS
Słynna ze swych własności anty-
septycznych i aromatycznych.
Do nabycia wszędzie.
Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF
Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów
fi
OMtCk
Pierwszorzędne Biuro Nauczycielskie
JASIŃSKIEJ, Włodzimierska 19, w Warszawie.
Poleca Nauczycieli, Nauczycielki, Bony i Cu-
dzoziemki, które na żądanie sprowadza.
ebethner i Wolff i
fortepiany,
Pianina, Organy
3 Krakowskie-Przedm. 17.
Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadesł do redakcyi, nie zwraca się.
/JoaBOJieno Ilenaypoio, Bapmasa, 9 JleKaópsi 1904 rosa.
> u^z