Текст
                    Ogólnego zbioru Nr 2,344
8 października (25 września) 1904 roku
Xs41
Tygodnik Ilwstrowanp
WIEŚNIACZKA
WINCENTY
WODZINOWSKI

774 JÓZEF WEYSSENHOFF. SYN MARNOTRAWNY. POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA. Zastrzega się prawo przedruku. 41) XXXIV. ie chcą mnie, nie chcą, Fabiuszu! —mó- wiła, łkając, pani Anna:—nawet Kobryńscy nie byli dotąd u mnie, a od trzech dni wie- dzą o zaręczynach! Ojciec Jerzego nie chce, a ten stryj nie wiem co powiedział... Siedziała obok dawnego przyjaciela na małej kanapce w swojem mieszkaniu i garnę- ła się do niego, jakby chciała zapłakane oczy ukryć na jego ramieniu. Ale Fabiusz trzymał jej dłonie i ściskając je, miarkował zarazem jej oddalenie. Był bardzo blady, i oczy mu błyszczały gorączkowo. — Proszę mi wszystko wytłómaczyć, bo inaczej nie znajdę nietylko rady, ale nawet zdania o postępowaniu pana Dubieńskiego. O czem miał się rozmówić z owym stryjem? — Spodziewał się, że mu stryj pomoże w razie, gdyby ojciec odebrał wszelkie środki... Ten stryj bywał dobry dla niego i ma podob- no łatwiejszy charakter niż tamci ludzie. — Czy był wezwany, czy sam pojechał na statek? — Był wezwany. Obiecał przyjść do mnie wczoraj, zaraz po rozmowie ze stryjem, i to mi się należało, zamiast tego nadzwyczajnego listu... Fabiusz odczytał list, który już znał, gdyż dowiedział się naraz o zaręczynach i o wyni- kających komplikacyach, a teraz chciał tylko uporządkować te wyznania i wyciągnąć z nich wnioski. Jerzy w liście, zresztą bardzo czułym, prosił o dwa dni do namysłu nad przyszło- ścią. — Co to znaczy: do namysłu? rzekł Fabiusz, marszcząc brwi groz'nie. — Gdybym wiedziała?.... — Czy w rozmowach uprzednich posta- wiła pani jakie warunki co do obecnego mał- żeństwa? — Ja?... żadnych nie stawiałam... Fabiu- szu! Nazywaj mnie jak dawniej! nie odbieraj mi swego oparcia teraz, kiedy najbardziej... najgorzej... Rozpłakała się znowu, a Oleski przymk- nął oczy, opanował kurcz swej twarzy i rzekł gorąco, lecz spokojnie: — Dobrze... jak zechcesz. Wiesz, że mo- ja przyjaźń nie zawiera się w wyrazach, ale w głębi serca. Zatem pan Dubieński prosi jeszcze teraz o namysł nad swojem własnem postanowieniem?... To... niewłaściwe. To okropne! można zwątpić o wszyst- kiem! — Wszak wasze zaręczyny były bezwa- runkowe? Ogłosiliście je przecie? Anna wzdrygnęła się, spuściła oczy i rzekła: — Były najuroczystsze. Fabiusz spojrzał na nią, otworzył usta, jak do zapytania, i dech wstrzymał. Po chwili niemego zapatrzenia rzekł niestanowczo: —- Nie śmiem radzić... od początku nie rozumiałem wahania pana Dubieńskiego. Nad urzeczywistnieniem swego własnego szczęścia można się namyślać, ale skoro cudzy los wzięło się w rękę, skoro się za cudze szczę- ście jest odpowiedzialnym?... Tutaj nie umiem nic powiedzieć, bo nie znam twego uczucia... — Kochałam go bardzo. — Kochałaś? w czasie przeszłym? a cóż teraz? — Teraz cierpię strasznie. W tym kra- ju niema spokojnego szczęścia. — Ha! w tym kraju! Fabiusz zacisnął pięść, jakby mu teraz dopiero wspomniano o osobistym nieprzyja- cielu. — Tak tu wszystko nęci, upaja...—mówi- ła dalej Anna boleśnie—tak mieszają się po- jęcia co dozwolone, a co nie... Z początku panowałam nad sobą i nad nim; wiedziałam, że trzeba było jasno określić nasze stosunki i przyszłość przewidzieć, zanim... zajdziemy zbyt daleko... — Anno! — przerwał Fabiusz z widocz- nym niepokojem - mówisz o zaręczynach swych, jak o... lekkomyślnym postępku. Przecie to nie zabawka, nie byle rozmowa. Czyżbyś przypuszczała możliwość zerwania waszych zo- bowiązań? — Nie chcę przypuszczać... ale co zna- czy ten „namysł nad przyszłością" teraz, kie- dy już rzecz się stała nieodwołalną? — Jeżeli pan Dubieński jest uczciwym człowiekiem, namysł jest tylko przewidywa- niem, jakie stanowisko macie zająć oboje względem jego rodziny, albo... Bóg go tam wie, jednak przypuszczam, że namyśla się tyl- ko nad najlepszem urządzeniem przyszłego ży- cia we dwoje. — Gdyby tak było!... gdyby tak było, miałabym spokój. — Więc niedowierzasz mu? Anna podniosła na przyjaciela oczy pro- szące. — Jak poznać człowieka w tutejszym chaosie? Żebym miała twój rozum i doświad- czenie, żebym wszystko ci mówiła jak daw- niej, możeby nie doszło wcale do zaręczyn, do tego strachu, do tego wstydu... Patrz, ci jego krewni odrywają go ode mnie, jak od niebez- pieczeństwa, jak od poniżenia! To przecie okrutne! Na to nie zasłużyłam. — Oczywiście—rzekł Fabiusz z gorzkiem ust skrzywieniem.—Ci ludzie nie ocenią cię ni- gdy, bo nie znają odpowiedniej wagi ani mia- ry. Dla nich jest za tanie to, co może być najdroższe dla innych. Ale przecie on, ten wybrany, miał nie być do swej rodziny po- dobny? — A jeżeli jest... z nich? i w głębi taki sam? — To—nieszczęście. Anna spojrzała z niemym przestrachem w oczy Fabiusza, pałające dumą i przekona- niem. •X- * * Właśnie o tej porze księstwo Kobryńscy i Romuald Dubieński mknęli pośpiesznym po- ciągiem w kierunku Ventimiglii i Wiednia. Opuścili Nizzę nagle, bez pożegnań. Książę obiecał wprawdzie głównemu swemu wierzy- cielowi zapłacić w przyszłym tygodniu w Niz- zy, ale zmienił postanowienie, zmuszony oko- licznościami, i wyjechał. Księżna doznała w ostatnich dniach tylu moralnych wstrząśnień, popadła w taką wątpliwość o przyszłości i o utrzymaniu swego stanowiska w rodzinie, że obrzydły jej ponęty i pokusy Riviery; nie pożegnawszy nawet Granowskich, nawet Słusz- ki, wyjechała. Romuald, po zastosowaniu swe- go ultimatum, po paru wizytach u pani de Sertonville „dla dokładnego zbadania kwestyi,“ wyjeżdżał również, z fotografią Fernandy w pu- gilaresie, nienasycony wrażeniami, nie mogąc jednak niczem upozorować dłuższego tutaj po- bytu. Powracali więc we troje prosto do Choj- nogory, gdyż dalsza zwłoka była niemożliwa. Zresztą było już za gorąco na Rivierze. Krótkie wieżyce Kasyna, tarasy, palmy, wieńczące barwne wzgórze montekarhjskie, migały jeszcze przy zakrętach drogi — coraz dalej. Pociąg grzmiał potężnie w tunelach, wiercących przylądki, to znowu sunął ciszej nad samem morzem, które przychodziło miej- scami prawie pod szyny z miłosnym szmerem fal różnobarwnych: przejrzystych błękitem, rudo- fioletowych na mieliznach, albo klasycznych, ze srebrną pianą na szafirowych wałach. Mo- rze łaskotało, zapraszało, oburzało się wresz- cie na odjeżdżających. Nasi znajomi byli przeważnie posępni'- Romuald udawał pogardliwą obojętność, ale zerkał na uciekające wieżyce Kasyna; Władzio był stanowczo ponury i nie chciał patrzeć: wlepił oczy w gazetę bezmyślnie. Księżna Teresa zaś łowiła błękit morza i nieba w swe niewielkie, skromniej błękitne oczy, jakby na zapas, na przyszłość smutniejszą i niewy- raźną. Dopiero po Ventimiglii, na wybrzeżu włoskiem, trochę się rozgadano. Zaczęło się od kilku mimowolnych westchnień, aż wes- tchnienie księżny oblekło się w formę lite' racką: Gdyby można panować nad tym kra- jem, byłby to raj ziemski!... Et!—machnął ręką niecierpliwie Wła- dzio, dzisiaj znowu nerwowy i krnąbrniejszy- Romuald sprowadził rozmowę na grunt praktyczny: — Bilet Jerzego się zmarnował. Tu okazał cztery bilety kolejowe z Nizzy do Wiednia, podczas gdy potrzeba było tylko trzech. Widocznie Jerzy obiecał wyjechać ra- zem, ale się rozmyślił w ostatniej chwili.
TYGODNIK ILLUSTROWANY No 41 775 On może nigdy stąd nie wyjedzie? — rzeki gorzko Kobryński. — Wyjedzie i wróci do nas — odparła księżna z zaufaniem i spokojem. — Taak. Dużo już obiecywaliśmy sobie po nim. Dużośmy też wskórali. — Tym razem mam w Bogu nadzieję. Bóg dopuścił zbieg okoliczności, które odda- dzą nam Jerzego. Stryj także stanowczo od- mówił mu swej pomocy. Prawda, Romciu? — Mam to wyraźnie od stryja na piś- mie. Takich obietnic nie cofa się. Uderzył się w pugilares, gdzie obok fo- tografii Fcrnandy leżał list własnoręczny Ta- deusza Dubieńskiego, zawierający stanowczą naganę projektów małżeńskich Jerzego i obiet- nicę nie wspomagania pieniędzmi zabłąkanego synowca. — Jerzy taki waryat,— powątpiewał jeszcze Kobryński—że gotów jeszcze trwać w swych zamiarach. Może pożyczy tu pieniędzy? mo- że wygra? kto go wie?... Z jego „weną"... Wątpię—odpowiedział Romuald, po- rozumiewając się krótkim uśmiechem z sio- strą, która przybrała wyraz swój misterny. — Jerzy ma talent urządzania sobie sy- tuacyi dramatycznych. — Dramatycznych...—powtórzył Władzio z przekąsem.—Leci zawsze, gdzie go ciągnie, a Potem napisze wiersz i chcc, żeby się nad 11101 rozrzewniano. Poezya! — Poeci są na osobnych prawach. — Dobrze. Ja także zacznę pisać wiersze. — Zdawałoby się, że zazdrościsz Jerze- mu — rzeki Romuald. — Niema czego; on się teraz znajdzie w bardzo trudnem położeniu. Przyszedł czas pokuty. — Taki zawsze da sobie radę. Ale rodzeństwo zaczęło naprzemian wy- kładać Władziowi, na czem zawisło szczęście człowieka: nie na dogadzaniu zachciankom, lecz na spokoju sumienia. Spokój zaś taki Osiągnąć można tylko przez zamiłowanie swych przyrodzonych obowiązków, które są w pracy dla ogółu, przedewszystkiem dla _°gólu najbliższego, a ten jest w gnieździe, mnemi słowy: w Chojnogórze. Praca ma swoje słodycze, swój smak, którego nigdy nie skosztowali ludzie, pozbawieni poczucia obo- Wiązku, a jednak ten „smak zadowolonego su- niienia“ (wyrazy to były księżny) należy do rzędu rozkoszy. Praca pomnaża też środki Wateryahie i jedynie pieniądze zarobione, nte zaś pochodzące z jakowejś „weny," są cen- ^e> bo „małe parta do czarta" (to zacytował W°muald). Środki zaś niateryalne w ręku cnotliwyCh i rozumnych są siłą ogromną... Władzio słuchał najprzód z wytrzeszczo- nemi oczyma, potem zaczął uśmiechać się nie- wyraźnie, aż się nareszcie zdrzemnął. Roz- mowa trwała jeszcze chwilę między rodzeń- Wem, ale ponieważ oboje byli jednego zda- nia> a nawet przewidywali wzajemnie, co które P°wie, wkrótce ucichli. Z rozmyślań obudziło ich zbliżanie się W!elkiej stacyi: kilka torów, sznury wagonów, Wielkie domy, pałace, w oddaleniu maszty. Gcnova!—zawołał konduktor, gdy po- C14g stanął. ~- Ach! już Genua! — westchnęła Tere- -—Nie pożegnaliśmy się nawet z morzem... KRÓL JAN 111 i KRÓLOWA MARYSIEŃKA. Według oryginału, ofiarowanego przez Al Rembowskiego Bibliotece ordynacyi hr. Krasińskich. Oczy jej zwilżyły się żalem za krajem, I w którym choć bankrutuje cnota, żyć tak milo! Romuald zapatrzył się także w szybę wagonu, i twarz mu się rozprężyła, złagodniała. — Przypomniałeś mi dziecinne lata, Rom- ciu; tak jakoś wyglądasz... — rzekła Terenia i pocałowała brata. — Tak, tak, Tereniu. Cokolwiek się mówi, życie nasze jest twarde. — Ale szczytne — poprawiła niezłomna siostra. Władzio zaś spał już na dobre. (DCN) Prawda czy plotka historyczna? O zamachu na życie Jana Sobieskiego i Ma- ryi Kazimiery nigdy nie słyszałem. W dzie- łach, poświęconych panowaniu oswobodziciela Eu- ropy od nawały tureckiej, niema najmniejszej wzmianki, ażeby parę królewską zamierzano zgła- dzić ze świata. Z największem też zdziwieniem odczytałem w pracy, zatytułowanej „Poisons et sortileges", książce poważnej, opartej na badaniach źródłowych wydanej przez pp. Cabanes’a i L. Nass’a ustęp na- stępujący, który w dosłownem tłómaczeniu przy- taczam: „W dniu 21 września 1677 roku w skutek denuncyacyi anonimowej, Louvois (minister Lud- wika XIV) nakazał aresztować Vaneus’a, oskarżo- nego o usiłowanie otrucia króla. Wkrótce jednak- że stało się jawnem, że polieya w osobie Vaneus’a ujęła herszta bandy złoczyńców, zajmujących się fabrykowaniem fałszywej monety i przygotowywa- niem tajemniczych a strasznych trucizn. Do bandy tej należeli alchemicy: Bachimont, Vaneus i inni towarzysze kunsztów zbrodniczych. Nie byli to zwykli handlarze trucizn, jak np. taka la Voisin, która za opłatą dostarczała każdemu klientowi proszków tajemniczych, zwanych pospo- licie „poudre de succession"; uprawiali oni zawód bardziej zyskowny: pracowali po dworach zagra- nicznych, kręcili się koło królów i książąt, którym śmierci życzyła zemsta jednych, ambieya innych. We Francyi nie udał się zamach na króla: Colbert i Louvois zamysły ich udaremnili. W Anglii zato dobrze widziani byli na dwo- rze; Karol II oddawał się namiętnie okultyzmowi i praktykom alchemicznym; spiskowcy skorzystali z tego i przy protekcyi królewskiej dokonali nie- jednego zbrodniczego czynu. W Polsce usiłowali otruć króla Jana Sobie- skiego i królowę Maryę Kazimierę. P. Bethune, poseł francuski, w liście do Ludwika XIV, datowa- nym z Gdańska w dniu 6 listopada 1677 roku, tak opisuje szczegóły zamachu: „Król i królowa co rano pijają kawę, a do napoju tego ze względu na jego gorycz dosypuje się cukru. Ranny ten posiłek przygotowywano zazwyczaj w pokoju przy- ległym do komnat ich Królewskich Mości, gdzie stał zawsze cukier w proszku. Otóż do cukiernicz- ki nasypano znaczną ilość mieszaniny sublimafu i arszeniku. Chłopiec usługujący pokosztował tro- chę cukru, ale w tejże chwili dostał tak strasznych boleści, że zaledwie można go było uratować. Ba- dania szczegółowe wykazały, że nigdy nie miano do czynienia z trucizną silniejszą i w bardziej zbrodniczych zamiarach przygotowaną. Przed kró- lową polską stała już kawa, gdy rzecz całą wykry- to. Zmusi to zapewne ich Królewskie Moście do przedsięwzięcia na przyszłość należytych środków ostrożności". A więc tylko dzięki przypadkowi, dzięki ła- komstwu małego służącego, król i królowa polscy uniknęli śmierci z rąk truciciela. Wiadomość o zamachu wzruszyła bardzo Ludwika XIV-go. „Pani siostro,—pisze on do Maryi Kazimiery w dniu 2 grudnia 1677 roku—dziękuję Bogu za szczęśliwe wykrycie trucizny, dosypanej do cukru, którym chciano Was uraczyć... Zaklinam Cię, aże- byś zdarzenie to poczytała za przestrogę, którą niebo zsyła w celu zachowania Twojej osoby i oso- by Króla polskiego, brata mego." Później Vaneus przyznał się, iż żywił złe zamiary względem Sobieskiego. Nie uznano za stosowne rzeczy tej wyjaśnić; dzisiaj można naj- wyżej domniemywać się, że z jego to poduszczenia wsypano truciznę do cukiernicy."
776 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 41 SZAMAN WYPĘDZAJĄCY ZŁE DUCHY Z JURTY. Fot. z natury. Tyle pp. Cabanes i Nass (tom II, strona 158 161). Pod relacyą tą pozwolimy sobie postawić parę znaków zapytania. Wiemy, że w sierpniu 1677 roku król Jan III w świetnem otoczeniu senatorów przybył do Gdańska, gdzie toczyły się obrady tajemne między Francyą, Szwecyą i Polską, kierowane głównie przeciwko kurfirstowń Ale w listopadzie tegoż roku króla już w Gdańsku nie było. Gdzież więc zamach nastąpił: w Warszawie, czy w Gdańsku? Markiz de Bethune pisze z Gdań- ska, a choć nie podaje kiedy i gdzie zbrodnicza ręka dosypała trucizny do cukru, domyślać się na- leży, że fakt ten stał się na krótko przed wysła- niem listu i w miejscu, gdzie raport ambasadora był zredagowany. Dlaczegóż jednak milczą o nim kroniki współ- czesne? W kraju, gdzie królobójstwo było niezna- ne, zamach na życie monarchy musiałby wywo- łać wybuch oburzenia powszechnego. Dlaczego wreszcie nie uznano za stosowne rzeczy tej wyjaśnić? Czy nie wchodziły przypad- kiem w grę czyniki polityczne, jak np. intryga brandeburska? Wszystkie te pytania domagają się odpowiedzi historyków. W końcu pozwolimy sobie nadmienić, że ów Veneus, domniemany instygator zbrodni, skazany był we Francyi na galery dożywotnie, wspólnika zaś jego La Chaboissiere a stracono na placu pub- licznym. HEN. CED. Z podróży po ziemi 2) Uryanchów. Szaman, tyłem odwrócony do widzów, za- żądał noża z żółtym trzonkiem rogowym... Nie było takiego... Dano mu inny. Schwycił go, rę- kę w tył zarzucił, z ogniska duży, żarzący się wę- giel wygrzebał, przysunął go do siebie, na kawał- ki rozrąbał i jeden kawałek do ust włożył. Obecni oniemieli z podziwu... Szaman znowu okręcił się dokoła i przez pomocnika swego zapytał mnie, co ma mi wróżyć: o przyszłych zyskach, pomyślności, czy też o zdro- wiu najbliższych? Poprosiłem go, by mi wywróżył, czy się dobrze ekspedycya skończy. Czarownik zadumał się chwilkę, w bęben zwolna uderzył, i ciche, jednostajne jak fale rzeki dźwięki zapełniły jurtę. Czasy stają się gorszymi, a papier cień- szym. Czyż mogę ja, biedny szaman, wywróżyć ci to wszystko, czego ode mnie żądasz?... Jednak- że tyś przyjechał z dalekiej krainy, ja również przybyszem tu jestem... Czyż mogę ci odmówić? Czyż mogę nie czynić wysiłków, by ci wywróżyć? Na chwilę umilkł, poczem znów zaczął: — Zadanie, dla któregoś do naszej zawitał krainy, ukończysz pomyślnie, wiele jednak trudno- ści i przeszkód będziesz miał do zwalczenia. Pomocnik zapytał mię: czy mam rodziców, braci i siostry, żonę i dzieci? SZAMAN Z BĘBNEM. Fot. z natury. Odpowiedziałem. Szaman znowu w bęben uderzył. Do dzisiejszego wieczoru wszyscy twoi krewni byli w dobrem zdrowiu i zupełnej po- myślności, dziś jednak zapisz sobie tę datę dla pamięci coś się z jednym z nich stało- -dobrego czy złego, powiedzieć nie umiem... Jeżeli ci skła- małem, możesz mi przy spotkaniu twarz sadzą wy- smarować. Szaman znowu przerwał i zapytał mnie: czy matka moja miewa ataki? Odpowiedziałem prze- cząco. Czarownik, jakby nie czując w danym ra- zie twardego gruntu pod nogami, powrócił do po- przedniego tematu: — Masz przedmiot, który już w drodze od Ro- syan nabyłeś, czworograniasty... Dużo będziesz miał z nim kłopotu; wiele ci on będzie przeszka- dzał w nabywaniu przedmiotów. Mówiąc to, szaman badawczo na mnie spo- glądał i, widząc zdziwienie na mej twarzy, zapytał: — Nie przypominasz sobie?.. Czyż być może? — Ot, patrz! Bijakiem od bębna narysował na ziemi znak taki:------i znowu na mnie przenikliwie spoj- rzał. Gubiłem się w domysłach: co to za przed- miot? Nie szerszy od bijaka—dodał po chwili- Nie posiadałem takiego przedmiotu, a przynaj- mniej nie przypominałem go sobie. Wyraziwszy pewność, że przypomnę sobie, szaman rozpoczął czary nad chorą szamanką. — Dwaj „erenie" (duchy nieczyste) gnie- wają się na ciebie: jeden z twego kraju rodzinnego, drugi miejscowy, z własnej twej jurty. Obraziłaś ich, i nie mają dla ciebie miłosierdzia... Należy ich przebłagać. Mówiąc to, narysował na ziemi szereg kresek i figurkę ludzką i kazał to uszyć z jedwabnej ma- teryi. — Brak ci wiary, wątpisz, szarpiesz się: to stan twój pogarsza. Szamanka, klęcząc ze złożonemi pobożnie rękoma, z namaszczeniem słuchała go. — Andykturu! Andykturu! (Prawda, słusz- nie)—szepnęła z pokorą. Szaman zbliżył się ku szamance, bęben nad nią rozpostarł i mocno weń kilkakrotnie z góry
TYGODNIK ILLUSTROWANY N° 41 777 uderzył. Nagle odwrócił bęben i czyniąc ruch, jakby chwytał niewidzialnych dla otoczenia duchów 1 w bęben siłą je wtłaczał, w pogoni za jednym na środek jurty skoczył i, schwyciwszy opornego du- cha, lotem błyskawicy z jurty wyskoczył. Bum! bum! bum! -dolatywały do nas zzewnątrz dźwię- ki bębna, którym szamanka na klęczkach z wiel- kiem przysłuchywała się skupieniem. Po chwili czarownik znowu do jurty wsko- czył... Obecni zdumieli... Bęben był krwią zbro- czony. Nic była to krew. Na czerwonawem tle bębna w ten sposób przeświecała woda deszczowa, obecni byli jednak przekonani, że to krew, i wstrząś- niQci, wzburzeni, z zabobonnym strachem patrzali na czarownika... A on, jakby czując, jaką władzę ma nad nimi, pogodnie spoglądał dokoła, wielki przez swą wiarę, spokojny przez swą nieświado- mość... — Możeście zmęczeni?—zapytał nas szaman po chwili. Teraz już można wyjść z jurty... (Ry- tuał podczas czarów zabrania tego). Nie! Zostaliśmy. Szaman, wypaliwszy fajkę, wstał, wyprostował się, uderzył w bęben i zwolna, ma- jestatycznie kroki swe ku lewej stronie jurty skie- r°wał. Jest to tak zwana kobieca połowa. Po Prawej stronie jurty ja siedziałem, dalej siedział mój tłómacz i inni Rosyanie. Zaczynał się końcowy akt czarów: wypędze- nie z jurty duchów, na początku czarów zwoła- nych... Było im tu dobrze, rozpanoszyły się w jurcie zupełnie, i to wypędzanie było niełatwem dla szamana zadaniem. Czarownik uderzył w bęben, natężył słuch, krzyknął, gwizdnął, machnął w powietrzu bijakiem, złapał ducha, do bębna go wpakował, i z jurty wyniósł. Powtórzyło się to kilkakrotnie, ale nie wiem dlaczego wszystkich duchów na kobiecej po- łowie chwytał. Być może, że duchy więcej lgnęły do swoich, a z prawej siedzieli nie-Sojoci. Nie- kiedy bardziej harde i krnąbrne duchy stawiały mu opór, zaczynało się szamotanie, duch odrzucał z progu szamana z powrotem wewnątrz jurty, czarownik borykał się z nim, wszyscy z trwogą przyglądali się tej walce, pomocnik, jak zawsze w krytycznej chwili, kropił masłem i kadził wrzosem, dopóki duchy opiekuńcze szamana nie zjawiły się z po- mocą, a wówczas czarownik z bębnem i upar- tym duchem, jak bomba, wylatywał z jurty. Coraz mniej duchów pozostaje w jurcie. Niesforna ich tłuszcza z rozkazu czarownika rusza w świat... Ale oto ostatni duch już odleciał, szaman wraca, rozgląda się, staje, uderza kilkakrotnie w bęben i rzuca bijak pierwszemu z kolei. -„Terek!" (po- myślnie)—krzyczą wszyscy, kiedy bijak pada we- wnętrzną stroną do góry.—„Ujgu!“ (niepomyślnie), —kiedy upadnie odwrotnie. Wówczas czarownik bierze bijak, znowu bije w bęben, w szerść z zewnętrznej strony bijaka, gwiżdże i rzuca znowu... Tym razem rzucony bijak wróży pomyśl- nie... Czarownik pokonał wrogie sobie duchy... Czary zbliżają się ku końcowi. Pomocnik podaje szamanowi imbryk z zimną mongolską herbatą z mlekiem. Szaman jedną miseczkę wylewa na ognisko, drugą w otwór dymowy, a następnie sie- dem z kolei miseczek sam wypija. Tymczasem pomocnik i gospodarz jurty stoją na pogotowiu z 'dwiema żerdziami i z naprężeniem śledzą każ- dy ruch szamana. Widzowie też wyczekują z trwo- gą. Ma nastąpić najniebezpieczniejsza dla czarow- nika chwila: przeskok ze świata mar i czarów do rzeczywistości... Szaman błędnym wzrokiem spogląda dokoła; rzekłbyś, że nie ma odwagi i waha się. Nagle, jak- by się zdecydował, przeskakuje przez ognisko i z krzykiem pada na ręce pomocnika... Obecni rzucają się na pomoc, trzymają go, by nie upadł na ognisko, zakładają mu żerdzie z tyłu na plecy... Zesztywniałe ręce zwieszają się, jak u trupa, gło- wa opada w tył, ze zdławionego gardła wyrywają się łkania.—„Ardżan! Ardżan!“ krzyczy pomoc- nik. Gospodyni kropi masłem. Szaman powraca powoli do przytomności, obecni zdejmują z niego czarodziejski kaftan i czapkę, odbierają bęben i bi- jak i zwolna, ostrożnie, jak niebezpiecznie, chorego sadzają przed ogniskiem. Szaman wzdycha, ziewa; czkawka częsta i głośna dusi go. Ktoś mu podaje fajkę. Szaman namiętnie zaciąga się... Wśród obecnych zaczyna się rozmowa, chłop- cy i dziewczęta wylatują z jurty, i na dworze roz- lega się młody śmiech swawolników, czaty znika- ją ostatecznie; rzeczywistość, chłodna a twarda, chwyta do rąk wypuszczone cugle. Trzecia go- dzina w nocy. Żegnamy szamana i wracamy do namiotu. FELIKS C.OHN ARTUR GRUSZECKI. SŁOMIANY OGIEŃ. — Bardzo wątpię, czy znajdziesz odpo- wiednie pole do popisów. — Przy dobrej woli nie zabraknie mi Przedmiotów do miłych eksperymentów. — To nie Lwów, ani Warszawa, kochan- ku: to Kraków. — Tern większa sława dla mnie! — za- śmiał się, wstając od stołu, a podziękowawszy Za obiad, rzekł: — Pójdę na miasto, mam tu dobrego przyjaciela, Karola Ocieskiego... może S° znajdę, a przez ten czas zechce mama Omówić z ciocią kwestyę mego mieszkania, sPania, prania, bo przecież ja nie mogę się tcm zająć: to kwestye czysto kobiece. -— O, przepraszam! — zawołała ciotka: — 1 mężczyźni powinni się tern zajmować. — To już mama mnie tak zepsuła, że nie troszczę się o podobne drobnostki, jak Wogólc my wszyscy, mężczyźni. Ucałował rękę ciotki, matki i, poprawiw- szy ubranie przed lustrem, wyszedł. — I co z niego będzie? — jęknęła pani Sylurska. — Ach, moja droga, ileż nocy bezsen- nYch on mnie kosztował!... Byle zdał egzamin, Potem wstąpi do sądu albo namiestnictwa, °zeni się bogato, i wreszcie się ustatkuje. Czy z jaką Żydówką? — powiedziała zc złośliwym uśmiechem. On!? Domnicki!? Przecież inna go nie zechce... mojem aniem, tylko cnotliwy mężczyzna może że- nic się z cnotliwą panną... a on? — Już to przesadzasz, moja droga. We Lwowie trafiały mu się bardzo dobre partye, ale nie pozwalałam, bo i co za przyszłość dla niego? Być mężem bogatej żony to żadna karyera. — Cóż myślisz? — We Lwowie miał towarzystwo, różne znajomości, był rozrywany... i jako młody, ładny, dowcipny, bogaty, stał się zbyt pożą- danym... Powiem ci szczerze, że nie było ulicy, aby nie miał kochanki, znajomej bliższej lub dalszej. I z powodu romansów nie zdał egzaminu. Chcę go oddać pod twoją opiekę i jestem pewna, że u ciebie on się ustatkuje. — Ale jakim sposobem? Przecież nie będę chodziła ślad w ślad za nim... zresztą u mnie ciasno. Salon należy do Klubu, a nie będę z nim spała w jednym pokoju, sama to rozumiesz. — Poradzi się jakoś... musisz jednak przyjąć opiekę nad nim: to dobre dziecko, da się powodować, i prędzej kobieta dojdzie z nim do ładu, aniżeli mężczyzna. — Ty wiesz, kochana, dla ciebie zrobi- łabym wszystko, ale nie wiem, czy poradzę jemu, czy potrafię spełnić swe obowiązki. — Znam twoją sumienność i poczucie obowiązku: jak zechcesz to zrobisz, a myślę, że w tych moich ciężkich przejściach nie opu- ścisz mnie. — Ależ najdroższa,—ucałowała pani Sy- lurska swoją siostrę—dla ciebie zrobię wszystko, bądź pewna. 11 — Dziękuję ci—mówiła pani Domnicka ze łzami w oczach: — wiedziałam, że nie za- wiodę się na tobie. Bardzo mi zależy na tern, aby on był krępowany tobą, twoim domem, musiał pilnować się godzin... Narazie będzie tu ciasno, ale wyszukamy inne mieszkanie obszerniejsze. — Hm... gospodarz chciał mi koniecznie wynająć oboczny pokój — wskazała drzwi salonu zasunięte szafą: — może jest wolny, to obeszłoby się bez przeprowadzki. — Ach! to byłoby doskonale: on miałby swój pokój, a jednak byłby z tobą... 1 nie po- zwalaj mu na hulanki, na pokątne romanse: sama widziałaś, jaki on mizerny. — Zrobię, co będę mogła, i u mnie on musi być moralny. — Wiesz, najdroższa, najlepiej dla jego zdrowia i dla mego spokoju byłoby, gdyby on naprawdę się zakochał w jakiejś porządnej pannie, to powstrzymałoby go od wybryków.. Czy ty nie znasz takiej panny? — Hm... na razie nie znam — odpowie- działa z pewnym przymusem, bo propozycya siostry sprzeciwiała się jej dotychczasowym zasadom. — Ale czy nie obawiasz się, że on zechce się z nią ożenić? — O, on jest nadto trzeźwy, doświad- czony; zresztą ja mam wielki wpływ na niego. Idzie mi o to, żeby się on zaszanował i zdał nareszcie ten egzamin... Jeszcze lepiej i bez- pieczniej byłoby dla niego, gdyby rozkochał
ZMIERZCH JESIENNY
JÓZEF RAPACKI
PRZERWANA PODRÓŻ E. BOUTIGNY
780 TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 41 się w mężatce; wtedy byłabym o niego spo- kojna. Pani Sylurska zmieniła się na twarzy> przygryzła wielkie usta, aby nie wybuchnąć- przemogła się jednak i odpowiedziała ze sztucz- nym uśmiechem: — Wątpię, czy Franio zechce się zako- chać na rozkaz... Zostawmy to przyszłości. — To prawda, zawsze jednak można zwrócić jego uwagę, podniecić go... Ale po co ja to mówię, kiedy ty sama wiesz najlepiej, jak postępować z mężczyznami!... A kiedy zbie- ra się klub u ciebie? — Rano od jedenastej do pierwszej; po południu od szóstej do ósmej. — Hm... za pięć godzin zajęcia salonu bierzesz piętnaście guldenów: to wcale nieźle', nie licząc zysków z nafty, węgla, usługi... Czy nie mogłybyśmy dziś jeszcze pójść do gospo- darza o ten pokój? — Jeśli chcesz, to i owszem. VII. O zwykłej godzinie Wandzia zadzwoniła do mieszkania pani Sylurskiej. Otworzyła je Marysia i po przywitaniu opowiadała: — Pani kazała przeprosić panienkę, że dziś przyjdzie później... — Dobrze, a pani Szarewiczowa jest? — Dopiero jedenasta... pewno nadejdzie... tylko jedna panienka przyszła tak wcześnie... A do mojej pani przyjechała siostra, i obie wyszły za sprawunkami. — Siostra? i szła do salonu. — Starsza od pani mojej i bogata, ma kamienicę... i z nią przyjechał jej syn, panicz jeszcze nieżonaty, młody i wesoły. On tu będzie mieszkał. — Gdzie? U pani Sylurskiej? — spytała obojętnie, porządkując książki, dotyczące biura informacyjnego. — Tak, proszę panienki, tutaj... Z kuchni przez drzwi otwarte doleciał charakterystyczny szum płynu, padającego na rozgrzaną płytę, i Marysia, nie dokończywszy zdania, wybiegła. Wandzia, ułożywszy książki, rozejrzała się po salonie. Dostrzegła pewien nieład, odsuniętą sofę, dwa kufry w rogu, niedopałki papierosów na popielniczce, laseczkę w kącie. Przez chwilę zastanawiała się, gdzie po- mieści pani Sylurska swego siostrzeńca: prze- cież nie w salonie Klubu?... I przypomniała się jej dziewczyna, z prowincyi przybyła, którą wzięła do siebie Szarewiczowa, bo pani Sy- lurska nie mogła się zdecydować na użyczenie salonu, ale dla krewnych oddała bez pytania. Gorzko się uśmiechnęła... A może wczoraj spytała wieczorem panie z wydziału, bo nie były z ciotką w Klubie. Dowie się później, i z nudów chciała prze- czytać dzienniki, które zwalone razem leżały na drugim końcu stołu. Wstała, by wziąć dziennik, a w Przecho- dzie spojrzała w lustro wiszące, które od- biło jej smukłą, zgrabną postać, delikatne, jakby rzeźbione rysy twarzy, myślące, poważ- ne oczy i bujne blond włosy z odcieniem sta- rego złota. Poprawiła fałdy granatowej sukienki, ko- kardkę gazową pod szyją, i krokiem elastycz- nym, miarowym, podeszła do pliki gazet. Wróciła na swe miejsce i zaledwie za- częła czytać, gdy w przedpokoju rozległy się ciężkie kroki, i do salonu weszła kobieta, ubrana z miejska, w czarnej chusteczce na głowie, pytając z progu: — Niech będzie pochwalony... Proszę pani, a czy tu biuro dla kobiet? — Tak jest, proszę bliżej. — Ależ się zmęczyłam! — głośno odsap- nęła, prostując swą grubą postać: — bo to ze Zwierzyńca kawał drogi, a śpieszno mi... Przy straganie zostawiłam córkę... małe to, ale ro- zumne i sprytne... zawsze jednak bezpieczniej, jak sama sprzedaję. — No tak, zapewne... proszę, siadaj pani. — Krztynkę odpocznę, i owszem, bo mi już nogi niebardzo służą — spojrzała na swe wielkie nogi:—nie dziwota, całymi dniami sto- ję; tyle odpoczynku, co w nocy i w święta. Mam wprawdzie wyrękę z Teklusi, niby mo- jej córki, ale zawsze oszczędzam dziecka, bo przecież matką jestem, nie macochą. — Prawda, prawda... Cóż panią sprowa- dza do biura? — Co? — zwróciła swą wielką ogorzałą I twarz na Wandzię: — a to cała histotya. Bo trzeba pani wiedzieć, że ja mieszkam u Zięby, wie pani, ten dom przy klasztorze... — Nie. Nie wiem. — O, ten Zięba bogaty ma wielką po- sesyę, i tam mieszka różne też biedactwo, i także kątem siedzi Honorka, taka niecnota, najmitka do szorowania podłóg, i ma dziew- czynkę trzyletnią, bez ojca, jak to bywa u ta- kich kobiet. I ta szelma znęcała się nad dzieckiem, biła bez żadnej przyczyny, tłukła głową o ziemię, o kufer, i odgrażała się, że raz musi ją uśmiercić... Czy słyszana to hi- storya!—załamała wielkie, czerwone ręce.—Su- ka byłaby lepsza i litościwsza: czy nie tak? — Prawda... Cóż z tą dziewczynką? — Uradziłyśmy odebrać od niej dziecko, a jej w to graj! Powiada: „Bierzcie, niech i dziś przepadnie!... sama nie mam co do gęby wło- żyć, a ten bachor mnie objada." A powiedz pani, jaka u tej kobiety niesprawiedliwość: czy to dziecko prosiło się na świat? — Hm... tak, tak... Cóż dalej? — Zaraz, niech odetchnę — poprawiła - chusteczkę na głowię:—bo to od zeszłej zimy miewam zadyszkę, ale to przechodzi. Biorę napar z ziół poświęcanych, i to mi pomaga... O czemże ja to mówiłam? — Odebrały panie tę dziewczynkę... — Bogaćtam „panie"!—zaśmiała się szcze- rze:—jakie tam panie? Ubogie my wszystkie, ja jeszcze z nich najbogatsza, a i u mnie się nie przelewa, grosz grosza goni. Dawniej, co prawda, było lepiej, ale teraz namnożyło się tych sklepów, kramów, a miejscy wciąż pchają się do nas, ledwie wyżyć mogę... tylko mnie znają i wiedzą, żem rzetelna... Aha, tę dziew- czynkę zaprowadziłyśmy do ochronki... Pani ją zna? — Nie. — O, to źle, to bardzo źle! — mówiła nachmurzona: — już to wy, miejskie, tylko o sobie macie pomyślenie. Otóż jest u nas, na Zwierzyńcu, schronisko dla dziewcząt opu- szczonych. Trzeba koniecznie, aby pani tam poszła. — Dobrze. - Nic powiadaj pani: „dobrze," tak sobie, na wiatr, aby się mnie pozbyć, tylko przyjść trzeba koniecznie, nie dziś, to jutro... Cóż? przyjdzie pani? Ja tam mam stragan przy drodze i obaczę. — Przyjdę napewno. — To i dobrze... Otóż schronisko to utrzymuje święta kobieta, chociaż uboga. Trochę wyprosi, trochę złożą się państwo bo- gaci, i karmi te sieroty nieszczęśliwe. Opo- wiadała mi ta pani, że musi skąpić dzieciom, bo brakuje tego i owego, jak zwyczajnie w ubogim stanie... Usłyszałam ja, że bogate panie chcą pomódz potrzebującym, przyszłam więc do miasta, do biura... ledwiem się dopy- tała. Macie wy komu pomagać, to najpierw temu schronisku... to nietylko katolicki obo- wiązek, ale macierzyński. Pani młoda, pewno panna jeszcze, ale jak wyjdzie pani za mąż, to i pozna pani, że ratować dzieci to nasz najpierwszy obowiązek. Cóż? przyjdzie pani: — Będę ze wszelką pewnością. — A na Zwierzyńcu pytaj pani o Ma- dejową, to niby o mnie: wszyscy mnie tam znają, a już pani wskażę schronisko. — Dobrze, — a widząc, że wstaje do odejścia, dodała: — i dziękuję pani za wia- domość. — Niema czego dziękować, moja pani, toż trzebaby mieć serce z kamienia, aby nie pomódz sierotom, kiedy można... Zmarnowa- łam, co prawda, trochę czasu, nabiegałam się, ale nie żałuję, bom swego dopięła. A teraz Panu Bogu zostawiam. — Niech Pan Bóg prowadzi. Do wi- dzenia! — A rychłego! — zawołała, zamykając drzwi. Po jej wyjściu uczuła się Wandzia dziw- nie przyjemnie podnieconą, prawie szczęśliwą; zdawało się jej, że jakiś jasny promień roz- świetlił w niej mroki, że niespodziewana ra- dość wstąpiła w jej serce, i świat, i ludzie, i wszystko dokoła wydało się jej dobrem, za- cnem, miłem, szlachetnem! Prawda, że ta niegodna matka znęcała się nad niewinnem dzieckiem, ale to mały, nikły cień wobec ogromu słońca dobroci i współczucia tych ubogich kobiet, zapracowa- nych od świtu aż do wieczora, nękanych prawdopodobnie niedostatkiem, żyjących wy- siłkiem dzień po dniu... A jednak tak głęboko odczuły niedolę dziecka, nie wahały się podjąć trudu, starań, opieki, by dziecko uwolnić, i współczując niedoli sierot, wyszukały jeJ biuro, wzywając do niesienia pomocy. (DCN)
781 O WIZERUNKU N. P. OSTROBRAMSKIEJ. PRZYCZYNEK HISTORYCZNY OBRAZ N. M. P. OSTROBRAMSKIEJ. W księgozbiorze kreślącego ten artykuł, w liczbie druków, poświęconych czci N. Panny Maryi, tudzież dziejom wsławionych Jej wizerunków krajowych, znajduje się bardzo rzadka broszura teologiczna karmelicka. Rzecz łacińska, z XVIII w., o ośmiu stronicach, łącznie z tytułem frontispicium obrazowem, w 4-ce, w Wilnie wy- tłoczona. Składa się: z całostronicowego tytułu, ryciny — podobizny N. P. Ostrobramskiej na od- wrocie, przedmowy (Praęfatio) o dwu stronicach i Wniosków — Conclusiones Theologicae Menti D. Thomae ingelici Doctoris Conformes. Wszystkie części podpisane przez słuchaczów wileńskiego zgro- madzenia Karmelitów Bosych F. F. Carmelitis Discalceatis Sacrae Theologicae \uditoribns. Broszura, nie ze względu na wykaz tez obroń- czych, jest przedewszystkiem interesująca, lecz dla 'Ilustrującego ją miedziorytu oraz podanego w przed- mowie szczegółu historycznego, nie zużytkowane- go dotychczas przez autorów rozmaitych rozpraw, studyów, opisów i przyczynków dziejowych, z obrazem Ostrobramskim się wiążących. Sztych szeroko kreskowanego cięcia—mało •artystyczny, wyobraża Matkę Bożą, jak była wówczas na obrazie nie ukoronowaną jeszcze 1 bez szaty metalowej (gdańskiej), później spo- rządzonej; blacha, odciśnięta na całej stronicy, z wyrytym podpisem: „Wizerunk Cudownego Obrazu Nayswietszey Panny MARYEY u Ostrcy Bramy w Wilnie przy Kościele Karmelitów Bos- sych. Ni(kodem? imię rytownika nie wyraźnie odbite) Czapliński sc...“ Jest to więc sztych Os'robrainski jeden z najpierwszych, bez ochyby zaś wcześniej był reprodukowany od miedziorytów: załączonego tu w kopii (jednego z najlepszych), Ofaz ks. Karęgi, nie mówiąc już o pracach Maur- Bczyckiego Karmelity, prof. F. Lchmana i A. Per- 'eB°; pochodzi więc z tych mniej więcej czasów, z połowy XVIII w., co rycina Franciszka Balcewicza; wymienione sztychy posiadamy. Obrazek ów, identyczny z opisanym szcze- gółowo przez Helenę Bielińską w wybornem studyum p. t.: „Kilka słów o obrazie i ka- plicy Najśw. Panny Ostrobramskiej w Wil- nie" (Kraków, 1892) podany jest jako praca Karęgi. Prawie na wszystkich rycinach z wizerunkiem Ostrobramskim sztycharze kładli podpisy, które odbijały się niedość wyraźnie, często zupełnie nieczytelnie; w da- nym razie stwierdzamy, że omawiany obra- zek nosi nazwisko Balcewicza, jako autora; podobnego sztychu Karęgi nie zdarzyło się nam oglądać. Obraz N. Panny Ostrobram- skiej kopiowało farbami olejnemi wielu arty- stów; z tych najwybitniejsi: Szymon Czecho- wicz (znany malarz XVIII w., którego pięk- nymi obrazami szczycą się kościoły War- szawy i Wilna); Karol Rafałowicz (znany w latach 1857 1861, jako świetny kopista arcydzieł Murilla, wykonał N. P. Ostro- bramską dla ks. Ant. Zaleskiego); Kanut Ru- siecki (ojciec p. Bolesława, również art. ma- larza, obaj wysoce zasłużeni dla sztuki i jej dziejów w Wilnie). Podobiznę twa- rzy cudownej M. B. Ostrobramskiej podług Czechowicza (zaznaczmy, że tego samego nazwiska był w Wilnie doskonały fotograf widoków miasta—ś. p. Józef Czechowicz; wszakże jego kopia obrazu Ostrobramskie- go nie należy do najlepszych: najudatniejszą wykonał p. Hryniewicz przed czterema laty) załączamy; przyznać trzeba, że jest głęboko odczuta, o wyrazie oblicza, który tak wzru- sza ogromnie w oryginale Ostrobramskiego rzew- nego wizerunku. Wracając do wspomnianej broszury karmelic- kiej, zasługujący na uwagę historyków obrazu Ostrobramskiego, tudzież akademii wileńskiej, przy- czynek znajdujemy w przedmowie, wśród gorących uniesień hołdowniczych dla N. Panny Ostrobram- skiej i frazeologii scholastycznej potoku. W tłó- maczeniu polskiem, tak brzmi ów ustęp: „Już daw- no uznała mądrość Maryi Matki Ostrobramskiej DZIAD Z POD OSTREJ BRAMY S. W1ŃCZA I wszechnica litewska—Akademia Wileńska, która w 1671 r., a w 50 od założenia naszego klasztoru, obrała ją sobie za opiekunkę i orędowniczkę. Czcigodny Ojciec Karol od Ducha św. przepro- wadził obraz Maryi Dziewicy do kaplicy nad Ostrą Bramą. Obraz nieśli: Michał Pac, wódz wojsk W. Ks. Lit., Krzysztof Pac, Kanclerz W. Ks. L. i Hilary Połubiński, Marszałek W. Ks. L. Wów- czas 12 mówców najmędrszej wszechnicy wileń- skiej wygłosiło pochwały na cześć Boskiej Pallady." Szczegół ważny a nowy, nigdzie nie przyto- czony. Ostatniem słowem badań naukowych, tyczą- cych się pochodzenia obrazu Ostrobramskiego, po- partych logiką, przy intencyach uczciwie najbez- stronniejszych, jest nader cenna rozprawa Anto- niego Wysłoucha p. t. „Łodziata i Hilaryon" wy- drukowana w książce zbiorowej Z ziemi pagór- ków leśnych, z ziemi lak zielonych (jubileuszo- wej Mickiewiczowskiej. Warsz. Gebethner i Wolfi, 1899 r.); ustala ona fakty niezbite co do ob- GŁOWA N. PANNY Z OBRAZU W OSTREJBRAMIE. razu. Obraz tedy N. P. Ostrobramskiej, posiada- jący wszelkie cechy malarstwa włoskiego, był wy- konany w połowie XVI wieku, więc już tern sa- mem nie mógł być przywieziony przez Olgierda (bajka panegiryczna Łodziaty) z rzekomej wy- prawy na Chersonez, o której żaden z nowoczes- nych historyków polskich i rosyjskich nie wspo- mina, lub też weń nie wierzy (Stadnicki, Anto- nowicz, Daszkiewicz, Sołowjew, Bestużew - Riu- min i in). Historyczny początek obrazu zupełnie jest nieznany, jak to jasno wykazali niebałamutni bada- cze; w XVIII w. nietylko o. Hilaryon Karmelita to stwierdził, lecz również autor nieznany dziełka p. t. „Uczęstnictwo y yedność Duchowna pod opieką Nayświętszey Maryi Panny i t. d. (z przy- łączeniem rozmaitego nabożeństwa y Relacyi. W Wilnie, w drukarni akademickiey (powtórne zr. 1797 wydanie). Ów Karmelita pisze za Hilaryonem: „Co do początku i dawności tego Cndownego ob- razy, skądby się wziął i od którego czasu wierny lud swoje do Niego Nabożeństwo powziął, żadney znikąd pewney wiadomości nie mamy." A dalej: „To jednak pewna, że przed fundacyą Konwentu naszego, ten święty obraz zupełnej czci i powin- nego uszanowania nie miał..." Klasztor i kościół św. Teresy ufundowano dla Karmelitów Bosych 1626 r. (Stefan Pac pod- kanclerzy Lit. i Dubowiczowie, burmistrzowie wil.). W tym czasie i obraz łaskami słynąć począł, choć Karmelici weszli we władanie obrazem dopiero
782 TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 41 w 16S8 r. Przedtem obraz N. Panny należał do miasta; ulokowany na bramie Ostrej (Miednickiej), nie będąc w należytej opiece, nie miał nawet do r. 1671 kaplicy, a mieścił się w murze; zaledwie drzwiczki drewniane go przysłaniały!.. Ani zna- komity uczony Wojciech Kojałowicz, wyliczający w „Miscellaneach" z 1650 r. wszystkie miejsca cu- downe na Litwie, ani O. Jacek Pruszcz w „Morzu łaski Bożej" (1661), nikt zgoła o obrazie Ostro- bramskim nie wspomina. Kaplicę dzisiejszą, mu- rowaną na Ostrej Bramie, wznieśli Karmelici w 1744 r. i przyozdobili w 1829 rl ładną ma atykę renesanso- wą. A. Wysłouch przypuszcza, że obraz Zbawiciela, znajdujący się w katedrze wileńskiej, jak wiadomo, pochodzący z XVI w. i tego samego pędzla co wizerunek Ostrobramski, mieścił się przedtem we 1 framudze wspomnianej Bramy miejskiej- z przeciw- nej jej strony (południowej), gdzie dotychczas za- chowało się puste miejsce tej samej wielkości, co i framuga N. Panny Ostrobramskiej; nadto przy- puszcza, że dawniej mogły być tu freski. Domysł na wielkiem prawdopodobieństwie oparty. LUC. UZIĘBŁO. Pięćdziesięciolecie krakowskiego Towarzystwa przyjaciół sztuk pięknych. Poł wieku istnienia instytucyi, która .stanęła na wybitnym posterunku życia duchowego na- rodu, to kawał historyi cywilizacyi. Jedną z ta- kich pięknych kart illustrujących postęp i rozwój kultury w zakresie sztuki, odsłaniają 50- letnie dzie- je ki akowskiego Towarzystwa przyjaciół sztuk pięk- nych. Sztuka polska wiąże z tym jubileuszem garść najpiękniejszych wspomnień swej wielkiej przeszłości, bo krakowskie Towarzystwo było prze- szłości tej częścią me najmniejszą, ważnym etapem jej dróg rozwojowych. W jego łonie rozgrywały się najważniejsze jej sprawy, ono było tej kiełku- jącej sztuki, w jej niemowlęcym rozwoju patronem i opiekunem. Gdy w drugiej połowie ubiegłego stulecia przodownictwo myśli przeniosło się z dziedzi- ny poezyi w inne dziedziny pracy ducha, jed- nym z wybitniejszych punktów programu pracy organicznej stała się sztuka. I zaczęła ta sztuka, istniejąca dotychczas tylko ofiarnością, lub kapry- sem sfer uprzywilejowanych, dobijać się prawa obywatelstwa, w szerszym niż dotychczas zakresie, zaczęła szukać oparcia w społeczeństwie, uciekać się pod opiekę liczniejszej części narodu i jego zbiorowej życzliwości i poparcia. Wyrazem tej dążności było powołanie do życia Towarzystwa, które miało wziąć na siebie obowiązek patrono- wania sztuce polskiej i otworzenia naścieżaj wrót jej rozwojowi. Działo się to w r. 1854. Kraków, dotknię- ty pamiętnym pożarem z r. 1850, zwolna dźwigać się począł z ruiny. Katastrofa, która dotknęła mia- sto, obracając w perzynę najludniejsze jego części i grzebiąc pod gruzami resztę średniowrecznych pamiątek, ocknęła ogół z uśpienia. Żal ogarnął mieszkańców Krakowa na widok zrujnowanych ko- ściołów i pomników. Uczucie bolesnej klęski ogarniało miłośników starego grodu, gdy rzucali GMACH TOW. PRZYJACIÓŁ SZTUK PIĘKNYCH W KRAKOWIE. okiem na gruzy, zalegające ulicę Grodzką, gdy spoglądali na odmienną frzyognomię miasta. Ta główna arterya komunikacyjna, szczycąca się do ntedawna architekturą średniowieczną, przypora.mają- cą zabytki Norymbergi, przedstawiała się po pożarze jako zwalisko starych murów. Znikły bezpowrot- nie śliczne wieżyce ostrołukowe, zdobiące szczyty domów i oryginalne, średniowieczne, pełne charak- teru ich facyaty, i stylowe kamienne obramowania okien, i znamienne na domach godła. Drobną cząstkę tego uratowano, szczątkami zdobiąc nowe mury, lub przenosząc na inne miejsca, ale zewnętrz- ny wygląd całej części miasta stracił bezpowrotnie dawny swój średniowieczny charakter. Ale pod gruzami zaczęło wykwitać nowe życie. Jednym z pierwszych plonów było zawią- zane w r. 1854 Towarzystwo przyjaciół sztuk pięk- nych w Krakowie. Kraków, w którym kamienie opowiadają dzieje, słusznie uważał za swój przywilej być punktem środkowym i metropolią sztuki. Że nie stało się to wcześniej, przypisać trzeba opłakanym wa- runkom, w jakich Galicya podówczas się znajdo- wała. Że zaś teren miasta i warunki, w których ro- dziła się cała akcya zakładania Towarzystwa, nie były łatwe i sprzyjające, o tern świadczą słowa pierwszego sprawozdania, zaznaczające, że „wśród obfitości środków i materyałów, sztuka piękna le- żała w gruzach, a artyści umierali z głodu i nędzy w szpitalach." W niezbyt zachęcających okolicznościach gro- no miłośników sztuki powzięło zamiar założenia Towarzystwa akcyonaryuszów, któreby dostarczy- ło środków na poparcie sztuki i popularyzowa- nie jej wśród ogółu. Przesiany władzom projekt statutu rychło uzyskał zatwierdzenie, zaczem i wpro- wadzenie w życie nowej instytucyi nie napotkało przeszkód. Do grona pierwszego zarządu powo- łane były te same osoby, które wcho- dziły w skład ko- mitetu przygoto- wawczego, a mia- nowicie: Książę Władysław Czarto- ryski, wybrany na prezesa Dyrekcyi, Henryk hr. Wo- dzicki, Walery Wie- logłowski, Adam hr. Potocki, Euge- niusz hr. Dziedu- szycki, Wincenty Siemiński, Franci szek Paszkowski, Władysław Dąb- ski, Adam Gor- czyński, Michał Łuszczk ie wic z, Karol K r e m e r, Ambroży Grabow- ski, doktor Ra- PRZEDSIONEK GMACHU T. P. S. P W KRAKOWIE, dziwoński, Wincenty Kirchmajer i 'Hilary Meci- szewski. Tak ukonstytuowana Dyrekcya wydała do publiczności odezwę, wzywającą do popierania ce- lów Towarzystwa. Odpowiedzią na ten apel było przystąpienie 916 członków, którzy rozebrali po- między siebie 1137 sztuk akcyi. Zgodnie wyma- ganiem statutu urządziła dyrekcya zaraz w pierw- szym roku ogólną wystawę obrazów, która aczkol- wiek nie zdołała jeszcze zgromadzić prac wszyst- kich artystów krajowych, była przecież zajmującym przeglądem sił współczesnego malarstwa. Z kilku- dziesięciu zgromadzonych na niej obrazów prze- konać się mogła publiczność, że w gronie wysta- wiających nie brak prawdziwych i godnych popar- cia talentów, „które dotychczas pozbawione po- mocy, zachęty kierunku i krytyki, rozwijały się samopas na jałowym gruncie niedostatku." Pierwsza wystawa powiodła się w zupełności. Prócz tej pierwszej ogólnej wystawy urządziło To- warzystwo stałą, nieustającą wystawę pod nazwą „Salonu gościnnego" dla tych artystów którzyby przed ogólną roczną ekspozycyą prace swoje chcieli publiczności przedstawić ku ocenieniu ino dla zakupu. Uchwalono też rozdawać członkom premium rocz- ne w postaci litograficznej reprodukcyi jednego z celniejszych obrazów krajowych. Przegląd 50-letniej działalności Towarzystwa przypomina także zasługi i pracę całego szeregu wybitnych i wsławionych na wielu polach publicz- nej i obywatelskiej działalności mężów, któizy jako członkowie dyrekcyi mieli Towarzystwu swą po- moc ofiarować. Oto najważniejsze ich nazwiska: Adam hr. Potocki, Henryk hr. Wodzicki, Eugeniusz hr. Dzieduszycki, Franciszek Paszkowski, Włady- sław Dąmbski, Adam Gorczyński, Michał Łuszcz- kiewicz, Karol Kremer, Ambroży Grabowski, Win-
TYGODNIK ILLUSTROWANY .Nb 41 783 EDWARD hr RACZYŃSKI- Prezes krakowskiego T. S. P. Ś. p. HENRYK RODAKOWSKI. Były Prezes krakowskiego T. S. P. SEWERYN BOEHM. Sekretarz krakowskiego T. S. P. centy Kirchmayer, Hilary Meciszewski, Paweł Po- Piel, ks. kan. Scipio, Lucyan Siemieński, Józef Kre- n'er, Eustachy Januszkiewicz, Maurycy Mann, Jó- zef Friedlein, Stanisław Tarnowski, Henryk Lisicki, F1ron. Abramowicz, Walery Gadomski, Juliusz Kos- sak, Leopold Lóffler, Mieczysław Pawlikowski, Maryan Sokołowski, Karol Estrejcher, Henryk Jor- dan, Floryan Cynk, Ludwik Michałowski, Marceli Jawornicki, Kazimierz Pochwalski, Teodor Rygier. Obowiązki sekretarzy spełniali: Walery Wielogłow- ski, Franciszek Kołosowski, Aleksander Makowski, Antoni Zaleski, Piotr Umiński, Zygmunt Cieszkow- ski, Konstanty Górski, Seweryn Boehm. W roku jubileuszowym skład dyrekcyi jest następujący: Prezes: Edward hr. Raczyński, I wice- prezes: dr Stanisław Tomkowicz, II wiceprezes Piotr Stachiewicz, sekretarz: Seweryn Boehm. Człon- kowie zarządu: Feliks Kopera, Konstanty Laszczka, Józef Kotarbiński, Jacek Malczewski, dr Józef Mucz- kowski, Jerzy hr. Mycielski, dr Józef Rostafiński, Władysław Prokesch, Włodzimierz Tetmajer, Win- centy Wodzinowski i Jan Zawiejski. Jubileuszowa wystawa, która w dniu dzisiej- szym otworzy swe podwoje w nowym pałacu sztuki, będzie popisem przeważnie współczesnego Pokolenia, hołdem młodych, złożonym pamięci po- przedników, i wspomnieniem pięknej niedawnej Przeszłości sztuki polskiej. A jubileusz półwieko- wego istnienia Towarzystwa, które tej sztuce drogi forowało, będzie dopełnieniem tego łańcucha og- niw, w jakie stężała w swoich fazach rozwojo- wych sztuka lat ostatnich, jeden z najświetniej- szych czynników naszego kulturalnego rozwoju. Trwałą zaś tego obchodu pamiątką będzie piękna księga pamiątkowa Krakowskiego Towarzy- stwa sztuk pięknych, którą dyrekeya pragnie utrwa- lić półwiekowe swoje istnienie. W księdze tej, obok materyałów i wspomnień historycznych, znajdzie się także niepośledniego znaczenia dla historyi sztuki przyczynek, imienny spis nazwisk i prac wszystkich artystów, których prace w ciągu lat 50 znajdowały się na wystawie krakowskiej. Spis ten, będący poniekąd bibliografią naszego malar- stwa, zestawił dr Karol Estreicher, dyrektor biblio- teki Jagielońskiej. Daje on przejrzysty i nad wszelkie wywody wymowniejszy obraz tej pięknej i pożytecznej działalności, jaką się zapisało Kra- kowskie Tow. Sztuk pięknych na kartach historyi sztuki polskiej. W. PR. Prof. NIEL F1NSEN. Leczenie światłem Finsena. W ubiegłym tygodniu zamknął powieki je- den z tych dobroczyńców ludzkości, któ- rzy nie hojnym datkiem, ani jednorazowem po- święceniem, lecz ofiarą całego życia na przynosze- nie ulgi cierpiącym zasługują na jej cześć i wdzięcz- ność. Umarł profesor Finsen, któremu niedawno przyznano jednocześnie z Becąuerellem i pp. Curie nagrodę Nobla za nowy sposób leczenia chorób skórnych za pomocą światła. Król duński, sędziwy Krystyan, osobiście złożył powinszowania uczo- nemu rodakowi. Uczony lekarz, jakkolwiek zapadał od lat wielu na zdrowiu, a wieszcie większą część dnia musiał spędzać w łóżku, nie ustawał do końca w badaniach leczniczych własności światła, które prowadził od roku 1890. Badania te, z początku czysto naukowe, wydały wkrótce zadziwiające owoce w zastosowaniach praktycznych. Na razie promienie światła okazały się bar- dzo skutecznymi w leczeniu ospy, mianowicie czer- wone promienie widma słonecznego, światło zaś skoncentrowane i promienie pozafijoletowe dzielnie leczyły wilka. W Kopenhadze powstał „Instytut fototerapeutyczny“ imienia Finsena, przeznaczony do zwalczania w Danii okropnej choroby, a zarazem do badań fizyologicznych w tym kierunku. Od roku 1395 do 1903 leczyło się tu przeszło 800 osób, dotkniętych wilkiem, i znaczna ich liczba osiągnęła uzdrowienie. Metoda Finsena polega na zdolności pro- mieni fijoletowych i pozafijoletowych do zabijania SALA OPATRUNKOWA. WIELKI APARAT FINSENA DO NAŚWIETLANIA CHORYCH.
784 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 41 bakteryi, zwłaszcza skoro te promienie będą sku- pione za pomocą soczewek. Promienie mogą po- chodzić bądź ze światła słonecznego, bądź elek- trycznego (łukowego). Chemiczne te promienie działają na zdrowa skórę, sprowadzając zapalenie, i przenikają tkanki powierzchowne. Przy użyciu światła słonecznego, całe trak- towanie wymaga tylko dużej soczewki płasko wy- pukłej, 20 do 40 cm. średnicy, złożonej z szyby płaskiej i kulistej skorupki, pomiędzy któremi znaj- duje się woda (właściwie roztwór, pochłaniający promienie czerwone i poblizkie o własnościach grzejących). Słońce jednak kapryśnym bywa gościem, a w stolicy Danii zresztą niezbyt częstym. Mu- siano je zastąpić sztuką, potężnym tukiem elek- trycznym. Przyrząd, wyobrażony na rycinie, składa się z łampy łukowej o 50 lub 60 amperach i czterech wysuwanych rurach mosiężnych. Każda z rur mieści soczewki kwarcowe, które, jak wiadomo, przepuszczają daleko lepiej, niż szkło, promienie chemiczne, zwłaszcza zas pozafijoletowe. Dla pro- mieni słonecznych kwarc nie jest konieczny, ponie- waż atmosfera pochłania światło pozafijoletowe o naj- krótszych falach; dochodzą tylko promienie o fali dłuższej, które łatwo przenikają szkło. Pomiędzy soczewkami jest woda przekroplo- na, pochłaniająca ciepło (promienie pozaczerwone); woda krąży ustawicznie, ażeby uniknąć jej ogrzania. Opisany aparat pozwala na traktowanie odrazu czterech pacyentów Oprócz niego, Finsen uży- wał podobnych narzędzi pojedyńczych. Promienie, wychodzące z rury, są jeszcze zbyt gorące, aby ie można skierować wprost na skórę. Dla uniknięcia oparzeń, stosuje się do ciała urządzenie chłodzące, złożone z tabliczki i soczew- ki płasko wypukłej z kwarcu, spojonych brzegami i posiadających obieg wody. W ten sposób pro- mienie o 150" ciepła stają się nieszkodliwymi. Aparat ten ma zarazem usunąć krew ze skóry, przez silny jej ucisk; promienie bowiem bakteryo- bójcze nie przenikają tkanek, obfitujących w krew. Zaraz po takiej czynności skóra jest zaog- niona i nabrzmiała. Zapalenie dochodzi najwyż- szego stopnia po upływie 12 do 24 godzin; two- rzą się czasem pęcherze, ale nigdy nie bywa zni- szczenia tkanek. Leczenie trwa kilka tygodni; zdarzają się recydywy, wymagające powtórnych zabiegów. Wymowną jest statystyka zakładu Finsena; od listopada roku 1895 do początku 1902 roku 804 chorych przedstawiało stan następujący: Wyleczonych całkowicie 412 a) bez recydywy w ciągu 2—6 lat 124 b) „ „ przed upływem 2 lat 288 Wyleczonych prawie zupełnie (zostały ślady choroby) 192 Inne zabiegi świetlne dały wyniki niemniej korzystne: na 117 chorych uleczono zupełnie lub częściowo 91 osób. Nadmienić wypada, że wielu pacyentów miało chorobę bardzo zadawnioną, da- tującą od lat dziesięciu, dwudziestu, a nawet pięć- dziesięciu; nawet ci ostatni, ludzie, którzy przeszli rozmaite kuracye i uważali się za nieuleczalnych osiągali nieraz znaczne polepszenie. Wogóle przy- padki uzdrowienia lub widocznego złagodzenia choroby dochodzą 94°.'o; tylko w 6% światło nie wydało żadnego skutku. Szczególnie zbawienny wpływ ma fototerapia na odmianę wilka hipus vul- garis, bardzo rozpowszechnioną, jakkolwiek nie wydaje się taką, ponieważ chorzy po wielu pró- bach daremnych, zrozpaczeni, dają za wygraną i pędzą żywot w ukryciu. Profesor Finsen ocenia całkowitą liczbę cho- rych na wilka w Danii na 1,200 lub 1,300 osób, co stanowi 0,6 na 1.000 ludności. Niepodobna przypuścić, aby chorobę udało się zwalczyć do- szczętnie w jakimbądź kraju; póki istnieje gruźlica, dopóty występować muszą objawy wilka. Metoda Finsena, wprowadzona niedawno do Anglii, dała skutki równie pomyślne. Można się dziwić, że dotychczas inne kraje tak mało stosują jeszcze po- mysł duńskiego lekarza, któremu setki zeszpeco- nych i skazanych na śmierć powolną, zawdzięczają ulgę lub uzdrowienie. K. S. Profesor Kallenbach. WSPOMNIENIE Z FRYBURGA Do niedawna Fryburg w Szwajcaryi posiadał dwie osobliwości: most wiszący, nader śmia- łym inżynierskim pomysłem przerzucony z jedne- go brzegu Saryny na drugi, a następnie w miej- scowej katedrze organy, przez Fryburczyków, oczy- wiście, za najpiękniejsze w świecie uważane. Prof. JÓZEF KALLENBACH. Fot. A. Karoli. Od lat kilkunastu sława Fryburga znalazła dla siebie trzeci punkt oparcia, kiedy mianowicie założono w tern mieście uniwersytet „kato- licki." Środki młodej instytucyi były bardzo skąpe i w czasach, o których chcę mówić, posiadała ona tylko wydział teologiczny i prawny, a poza tern parę luźnych katedr, w ich rzędzie katedrę li- WIDOK OGÓLNY FRYBURGA. (W środku Katedra, na prawo na wzgórzu Uniwersytet). teratury polskiej, którą zajmował wówczas prof. Kallenbach. Głośne imiona kilku profesorów-zakonników (oo. Dominikanów), którzy w świetny sposób wy- kładali między innemi filozofię mistrza swego św. Tomasza z Akwinu, „Doctoris angelici," jak wielkie- go myśliciela tego nazywano, a z drugiej strony istnienie katedry literatury polskiej sprawiły, że wśród studentów fryburskich znajdowała się zwyk- le liczba dość znaczna Polaków. ...Późnym już wieczorem przywiózł mnie po- ciąg do Fryburga; byłem wtedy młodym jeszcze chłopcem i z niecierpliwą ciekawością wyszedłem rano na ulicę, kierując swe kroki do uniwersytetu. Jeden z przechodniów, spotkany wkrótce przeze- mnie, wydał mi się do prof. Kallenbacha ogromnie podobnym, z fotografii bowiem, którą gdzieś, kie- dyś u jednego z kolegów widziałem, znałem już przyszłego swego profesora. Sympatyczna i po- godna twarz przechodnia skłoniła mnie, że pod- szedłem do niego, i gdyśmy zaczęli rozmowę, przekonałem się, że nie byłem w błędzie. Wyraz twarzy jego nie omylił mnie także, bo oto sza- nowny profesor, nie zważając na swe interesy, z drogi zwrócił i z całą uprzejmością poprowadził mię do czytelni uniwersyteckiej, gdzie, jak mówił, z pewnością kilku Polaków-studentów znajdziemy- Tak się stało, i w ten sposób wszedłem odrazu do naszej kolonii; przytem nie trudno było dostizedz, że profesor odgrywa w niej rolę pierwszorzędną- Na pewnej organizacyi oparta, tworzyła ona „kół- ko," do którego należeli wszyscy studenci Polacy, we Fryburgu obecni, z wyjątkiem tych, którzy miesz- kali w konwikcie przy uniwersytecie. Koleżeńskie zebrania „Kółka," każdym ra- zem w mieszkaniu innego z członków, połączone zawsze były z jakimś referatem, przeważnie treści naukowej albo literackiej, opracowanym przez jed- nego z kolegów. Po każdym takim referacie wy- wiązywała się dyskusya, w której zwykle brał udział i obecny zawsze na zebraniach naszych prof. Kallenbach. Skończywszy „urzędową" część posiedzenia, zasiadaliśmy do skromnego posiłku, nie używając przytem alkoholu pod żadną postacią, a następnie parę godzin jeszcze spędzaliśmy na miłej gawę- dzie, przeplatanej czasami muzyką, ale nigdy kar- tami. Jakkolwiek elementy, wchodzące w skład „Kółka", były bardzo różne, ponieważ wśród pol- skich nazwisk studentów fryburskich można było nierzadko spotkać tytuły hrabiowskie i mitry ksią-
łVi> U WYLOTU PLACU MARYACKIECO. POŚWIĘCENIE STUDNI Z POSĄGIEM M. BOSKIEJ NIEPOKALANEGO POCZĘCIA Fot. dla Tygodnika Kordyan. *ęce, jednakże nie przypominam sobie, by na ze- braniach naszych zdarzyło się kiedy jakieś niepo- rozumienie, jakieś przykre zajście. Wówczas wydawało mi się to wszystko ta- Uc-naturalne! Dzisiaj, gdy, zdobywszy pewne do- świadczenie życiowe, patrzę w przeszłość, dzisiaj. Powtarzam, zdaję sobie sprawę, że nasze studenc- kie życie we Fryburgu nie samo z siebie przy- brało takie dodatnie formy i charakter, lecz że ukształtowało się ono w ten sposób pod kierun- kiem, pod wpływem czcigodnego profesora, który był duszą i moralnym przewodnikiem „Kółka.“ To wybitne stanowisko wśród młodzieży pol- skiej, rzuconej na bruk jednego z miast szwajcar- skich, zawdzięczał prof. Kallenbach nietylko za- letom swego charakteru, wielkiemu taktowi w obej- śc'u i szczerej a jednakiej wobec wszystkich ucz- uiów uprzejmości, lecz w niemniejszej mierze i wy- sokiemu uzdolnieniu swemu i tej staranności, z któ- '>1 prowadził wykłady. Pełen prostoty, przygotowany doskonale, zja- ui;ił się prof. Kallenbach w sali pierwszego pię- ba, gdzieśmy się zbierali zawsze punktualnie; po- lem, wyjąwszy rękopis, głosem spokojnym i rów- nJ’In, a pięknym językiem rozpoczynał wykład, ktcrego jasna treść, w barwną ubrana formę, mu- szla na długo pozostać w pamięci każdego słu- ehacza. Kreśląc to wspomnienie, szczerze winszuje- my lwowskiej młodzieży zdobycia prof. Kallenba- cha do swojego grona i nie wątpimy, że okaże 1,111 °ua takież zaufanie serdeczne, jakiem czcigod- llc£O profesora otaczali zawsze uczniowie fry- burscy. K. Przed trzema laty witaliśmy na tern miejscu starego druha naszego pisma, Józefa Kallenbacha. Tęsknota do kraju rodzinnego przywiodła go wów- czas do swoich, dla których i wśród których pra- cować pragnął. Niezależnie od odpowiedzialnych swych obo- wiązków w bibliotece Krasińskich, Kallenbach, J. E. Ks. ARCYBISKUP dr JÓZEF B1LCZEWSKI, inicyator kongresu Matyańskiego. człowiek niewyczerpanej energii, w ciągu tych lat spędzonych w Warszawie, wzbogacił literaturę pol- ską kilku cennemi studyami. Mając dostęp do nieznanych dotychczas źró- deł, tyczących się życia i dzieł Zygmunta Krasiń- skiego, wydał w roku 1901 Korespondencyę Zy- gmunta z Reeuem (dwa wielkie tomy), a w roku bieżącym ogłosił drukiem cenną pracę dwutomową p. t. Zygmunt Krasiński, życie i twórczość lat młodych. Nadto zasilał swemi pracami Bibliotekę Warszawską („Antoni Małecki," sylwetka jubileu- szowa, „Kraj lal dziecinnych" (Nowogródek), „Ku- ratorya wileńska"), oraz nasz Tygodnik („Młode lata Zygmunta Krasińskiego," „ O Lenartowiczu," „Kalendarz Jana Sobieskiego"), któremu, nawia- sem mówiąc, przyrzekł i nadal swe stałe współpra- cownictwo. Dzisiaj wstępuje Kallenbach na szerszą are- nę swej działalności: przyzywa go w swe progi Alma Mater lwowska, gdzie dane mu będzie siać zdrowe ziarno wśród licznego grona młodzie- ży, dążącej do poznania piękna i prawdy. Wdzięczna to praca, to też choć z żalem żeg- namy w Warszawie Kallenbacha, witamy go z ra- dością na nowym, tak zaszczytnym posterunku. II'. Z tygodnia na tydzień. Jubileusz Maryańśki we Lwowie. W dniu 28-ym z. m. w murach prastarego Lwowa rozpoczął się uroczysty obchód pięćdzie- sięcioletniego jubileuszu ogłoszenia dogmatu o Nie- pokalanem Poczęciu Najświętszej Maryi Panny.
786 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 41 POCZĄTEK PROCESYI MARYAŃSK1EJ U WYJŚCIA Z ULICY KAROLA LUDWIKA. Fot. Kordyan. Od wczesnego ranka wygląd miasta zmienił się niezwykle, przystroiło się ono bowiem bogato w różnobarwne flagi, chorągiewki, gustowne ko- bierce, godła, festony i t. p. dekoracye. Na tern uroczystem, prawdziwie świątecznem tle, snuły się od kilku dni po ulicach starożytne- go grodu tłumy publiczności, zgromadzonej tu ze wszystkich zakątków kraju. Uroczystości obchodu i połączonego z nim kongresu Maryańskiego rozpoczęły się we wskaza- nym powyżej dniu, o godzinie 9 wieczorem, powi- talnem zebraniem uczestników w salach kasyna miejskiego. Na raut przybyło przeszło dwa tysiące osób, które witali u wejścia członkowie komitetu i soda- lisi z artystycznie wykonanymi ryngrafami na pier- siach. W raucie tym, zakończonym po godzinie 12 w nocy, wzięli między innymi udział: J. E. ks. ar- cybiskup Bilczewski, księża biskupi: Pelczar i Fi- scher, ks. kanonik Dawidowicz, ks. prałaci Komo- rowski, Smoczyński i Trzopiński z Kochawiny, ks. infułat Schmidt z Czerniowiec, ks. kan. Sapieha, O. Stefan Bratkowski T. J., ks. Okoniewski redak- tor Przeglądu Katolickiego z Poznania, ks. Nie- siołowski proboszcz z Pleszowa i inni. Z osób świeckich wzięli nadto udział: J. E. P. Marszałek krajowy Stanisław hr. Badeni z licz- nem gronem posłów sejmowych, członkowie Rady miasta Lwowa z prezydentem d-rem Małachowskim na czele, bardzo wielu gości ze wszystkich ziem polskich, oraz reprezentanci arystokracyi, szlachty, mieszczaństwa i stanu włościańskiego. Nazajutrz rozpoczęto pierwszy dzień kongre- su Maryańskiego uroczystem nabożeństwem, od- prawionem w kościele archikatedralnym przez J. E. ks. arcybiskupa Bilczewskiego, w otoczeniu ks. in- fułatów Zabłockiego i Lewickiego, oraz kanoników kap. rzymsko-katolickiej ks. Zajchowskiego, Sapie- hy i Lubomęskiego. Kazanie wygłosił ks. biskup przemyski Pel- czar, a świątynia przepełniona była tłumem poboż- nych, wśród których znajdowali się liczni dygni- tarze krajowi, duchowni i świeccy oraz wiele osób wybitnych w społeczeństwie, jak oto: J. E. ks. Metropolita hr. Szeptycki, ks. Arcy- biskup Teodorowicz, ks. Arcybiskup Weber, bisku- pi: ks. Pelczar, ks. Wałęga, ks. Fischer i ks. No- wak; dalej E. J. P. Namiestnik Andrzej hr. Po- tocki, J. E. P. Marszałek krajowy Stanisław hr. Badeni, Prezes Akademii Umiejętności J. E. Stani- sław hr. Tarnowski, liczne grono posłów do Rady państwa i na Sejm krajowy, członkowie rady m. Lwowa, przedstawiciele władz rządowych i autono- micznych, komendant m. Lwowa generał-porucz- nik Pomianowski z generalicyą, cechy lwowskie i stowarzyszenia ze sztandarami i in. Po nabożeństwie odbyło się pierwsze posie- dzenie Kongresu w sali Filharmonii miejscowej, gdzie na miejsce ustępującego Komitetu przygoto- wawczego wybrano na przewodniczącego p. Wła- dysława Kraińskiego. Przemawiali: J. E. arcybiskup Bilczewski, J. E. arcybiskup Teodorowicz, marszałek krajowy Stanisław hr. Badeni, prezydent miasta dr Godzi- mir Małachowski oraz p. Przygodzki. Po odczytaniu licznych depesz z kraju i za PIERWSZE POSIEDZENIE UROCZYSTE KONGRESU MARYAŃSKIEGO W SALI FILHARMONII. J. E. ks. arcybiskup dr Bilczewski zagaja Kongres od stołu prezydyalnego, mając za sobą episkopat galicyjski i dostojników. granicy i wysłaniu telegramów do Ojca Św. i ce- sarza Franciszka Józefa, odbył się następnie obiad na 130 nakryć u arcybiskupa Bilczewskiego, po- czerń rozpoczęto prace w poszczególnych sekcyach Kongresu. Zapowiedziano tam wiele odczytów, w szczególności odczytów kobiecych. Prawdziwą wspaniałością odznaczała się pro- cesya przez ulice miasta, w której uczestniczyło kilkadziesiąt tysięcy osób, z siedmiu arcybiskupa- mi i bisku- pami, trzema infułatami i dwoma mi- tratami grec- ko-katolicki- ini na czele. Cudowny o- braz nieśli, między in- nymi: mar- szałek hr. Badeni i pre- zydent Ma- łachowski. Na rynku wystąpił z gorącą prze- mową do tłu- mu ks. arcy- WŁADYSŁAW KRAIŃSK1, biskup Bil- prezes Tow. kred, ziems., prezydujący czewski. kongresu. Obrady Kongresu, zakończone błogosławieństwem bisku- pów, zamknięto wieczorem w sali Filharmonii, przy- czem przemawiali: Stanisław hr. Tarnowski, ks. bi- skup Pelczar i jeden z włościan. * 7. toru mokotowskiego. Dwie atrakcye: wspaniała pogoda przy dniu świątecznym i wyścig International (I) o wielką nagrodę warszawską. Dawniej w takich warunkach, pole Mokotow- skie bywało przepełnione, przelewały się fale róż- nobarwnej publiczności, „cała Warszawa11 stawiała się w komplecie. Jakże daleko od tego obrazu odbiega mee- ting teraźniejszy 1
TYGODNIK ILLUSTROWANY .Nb 41 787 Na placu i w trybunach luźno, w lożach, gdzie w kulminacyjnych dniach sezonu lśnił barw- ny kwiat towarzystwa, dziś rezyduje pustka. Ton 1 charakter nadaje zgromadzeniu wyłącznie ów szary tłum graczów, którego fizyognornia nietylko nic pociąga, ale nawet odpycha— wyrazem namięt- ności hazardu. Specyalna ta sfera bywała zawsze na torze, odkąd istnieje totalizator, lecz stanowiła tylko część ogółu, dość urozmaiconego w swoim składzie; te- raz pozostała ona prawie sama na placu. Prze- ciętna publiczność, na równi z „towarzystwem," coraz więcej usuwa się od wyścigów, a wyniow- nem stwierdzeniem tego zjawiska była właśnie ubiegła niedziela. Narzuca się, oczywiście, pytanie: jakie są Przyczyny tego faktu, bądź co bądź, bardzo inte- resującego? Naszem zdaniem, są one różnorodne, ale główną rolę grają tu dwa motywy: ogólne przesi- anie ekonomiczne i zniechęcenie do wyścigów konnych, w obecnej ich postaci. Nie jest to już ani popis sportowy, ani próba hodowlana, ani na- wet „zabawa pańska." Jest to publiczna instytu- cya gry, dla której konie są jedynie formą, narzę- dziem akcyi. O ich doskonałość, o „klasę" nie idzie tu wcale; pożądaną jest liczba. Im więcej koni w biegu, chociaż najmarniejszych, tern gra żywsza. Warunki współzawodnictwa zmieniły się też zupełnie. Opanowała je spekulacya, z którą stajnie hodownicze nie mogą konkurencyi wytrzy- mać i stopniowo znikają z widowni. Usuwa się wraz z niemi i publiczność, a w re- zultacie ostatecznym upada samo przedsiębiorstwo, Ponieważ tylko zawodowi gracze utrzymać go nie mogą. Bądź co bądź, będzie pamiętną chwila w ży- ciu Warszawy, zapisana w kronice ubiegłego ty- godnia. .Jesienne derby zawiodło zupełnie, a cały sezon idzie tak słabo, że zredukowano liczbę kas totalizatora. Znamienna stagnacya! s * * DO PROFESORA KALLENBACHA. Wiersz pożegnalny, wygłoszony przez Ignacego Baliń- skiego w dniu 29 września r. b. Syreny gdy opuszczasz łono I rzucasz się w paszczękę lwa, Słusznie, że musi być sławioną Zasługa i działalność twa. Lecz gdy ci jasne znicze płoną Słyszysz: żal w naszych głosach drga, Syreny że opuszczasz łono 1 rzucasz się w paszczękę lwa. Syrena, chociaż po pas w wodzie, Nie po rybiemu kocha cię, 1 wierzaj, chętnie w swoim grodzie Miałaby też porywy lwie. Więc gdy cię czasem co ubodzie, Wspomnij spędzone z nami dnie!... Syrena, co jest po pas w wodzie Na inne wody żegna cięl EPILOGI. Nicusprawiedliroiona obojętność. Dziwne zaiste dzieją się u nas rzeczy, jednej strony narzeka się na obojętność ogółu Wzg1ędem rozwoju wiedzy i sztuk; z drugiej ja- kieś niewytłumaczone, niemal karygodne niedo- ?stwo, czy obojętność nie pozwala wyzyskiwać ^r°dków dostępnych i pożytecznych, nawet wprost Przeznaczonych na cele wyżej wspomniane. P. H. S. w Kur. War. poruszył już po raz wtóry kwestyę zapisu ś. p. Kuryerowa, który po- zostawił w r. 1883 zapis w sumie rub. 3,000 na nagrody konkursowe dzieł artystycznych i nauko- wych. Otóż co do nagród za dzieła artystyczne, Tow. Zachęty Sztuk Pięknych i Tow. Muzyczne, o ile pamiętamy, robiło kilkakrotnie użytek z tego zapisu. Nagród za dzieła treści beletrystycznej i naukowej nie udzielono od śmierci zapisodawcy, t. j. od lat 18, nikomu.' Dlaczego? Bo egzekutorowie testamentu nie troszczyli się o to. Obecnie zebrała się w depozycie, jak podaje Kur. War., suma rub. 540 na konkurs beletry- styczno-naukowy, oraz 1080 rub. na konkurs dra- matyczny. Są to sumy stosunkowo poważne, i grzechemby było dać im pleśnieć dalej w ciem- ności kas bankowych, kiedy praca naukowa, bele- trystyczna i dramatyczna wre dzisiaj większem, niż kiedykolwiek tętnem. Wychodzą książki, zja- wiają się na scenie dobre dramaty, z pod tłoczni drukarskiej wychodzą studya, powieści, poema- ty i t. p. Dlaczegóż więc nie zrobić użytku z fundu- szu, który już istnieje, którego więc nie trzeba zbierać drogą składek, i który wolą zapisodawcy jest przeznaczony na cele bardzo ważne? Egzekutorami testamentu są w myśl zapiso- dawcy redaktorowie Gazety Warszawskiej i Bib- lioteki Warszawskiej, którzy mają obowiązek do- bierać do kompletu sądu i inne osoby kompe- tentne. Zapewne, że urządzenie konkursu pociąga za sobą pewne trudności i kłopoty — ale to nie racya. Zresztą dzisiaj, kiedy mamy organizacye po- dobne, jak Kasa Mianowskiego lub Kasa Literacka, można się z niemi porozumieć, a nie wątpimy, że komitety tych pożytecznych i skorych do działania instytucyi nie odmówią swego współdziałania egze- kutorom testamentu i ułatwią sprawę. Pamiętajmy ciągle o tern, że ludzie, pracu- jący głową, jak literaci i uczeni, nie opływają w dostatki, i że pozostawienie ich bez poparcia, które im zresztą z urzędu należy, jest grzechem społecznym. y. Teatr, muzyka, sztuki plastyczne. * Teatr miejski w Krakowie wskrzesił w dniach ostatnich tradycye dawnych swych artystycznych sukce- sów, dzięki gościnie p. Wincentego Rapackiego, który odtworzy! szereg najwybitniejszych swoich kreacyi, a przedewszystkieni umożliwił scenie krakowskiej wzno- wienie cyklu komedyi Fredry, p * Rada miasta uchwaliła w sprawie dzierżawy teatru krakowskiego na dalsze sześciolecie wybrać komisyę do zrewidowania dotychczasowej umowy dzier- żawnej i ułożenia warunków konkursu dzierżawnego, który będzie rozpisany w przyszłym miesiącu. Warunki te żywe budzą zainteresowanie w kolach artystycznych i wśród ogółu miłośników teatru. /> * Teatr miejski lwowski przygotowuje się gorli- wie do zimowej kampanii, w której ujrzeć mamy, między innymi, cykl utworów Wyspiańskiego i konkur- sową „Lilith" Germana. Przedtem uporano się z „Ta- jemnicą publiczną" Wolffa, graną bardzo składnie. W tej chwili artyści dramatu zajęci są zapowiedzianeni na ko- niec września przedstawieniem uroczystem Maryańskiem układu Rydla. Reżyseryę objął p. Solski, lllustracyę muzyczną skomponował Sołtys. Niemałe do pokonania zadanie ma tu też dekorator p. Jasiński. Rzecz cała za- powiada się nader pociągająco, c * Występy Aleksandra Myszugi w operze war- szawskiej cieszą się wielkicm powodzeniem. Z SALONÓW ARTYSTYCZNYCH. * W dziedzinie sztuk plastycznych stanowczo weszliśmy ostatnio w okres grafiki. Obok wspaniałej wystawy, urządzonej przez p. Mortkowicza w Towarzy- stwie Zachęty Sztuk Pięknych, p. Krywult rozwiesił zno- wu w swych salonach przepyszną, bardzo bogatą kolek- cyę akwafort angielskich. Wszyscy prawie najzna- komitsi mistrzowie działu tego w Anglii, w kraju, gdzie bez zaprzeczenia akwaforta sięgnęła najwyższego swego rozwoju, są tu reprezentowani przez dzieła najpoważ- niejsze. Niezależnie od tego, w tym Salonie wystawio- no olbrzymie płótno młodego Baska Berges’a, zatytuło- wane „Wśród bomb." Obraz ten należał do sensacyi ostatniego „Salonu paryskiego" w „Societe des artistes franęais," a przedstawia wysoce dramatyczny epizod z wojen hiszpańskich. Bomba wybucha wśród grupy walczących, unosząc w powietrze jedną z dzielnych obrończyń, których stanęło wtedy wiele obok mężów, braci i ojców z bronią w ręku, aby stawić mężny opór najezdcy. Dzieło to do najwykwintniejszych pod wzglę- dem malarskim może nie należy, odznacza się natomiast nadzwyczajną śmiałością pomysłu i zgoła niepospolitym rozmachem kompozycyjnym. Poza tern Salon p. Kry- wulta wystawia 20 obrazów monachijskiego malarza na- zwiskiem Kadinsky. Czy są to rzeczy piękne? To sprawa gustu—w każdym razie utwory te przedstawiają się bardzo ciekawie ze względu na fakturę i sposób artystycznego ujęcia przedmiotu. J. * W Krakowie założono w tych dniach salon artystyczny, którego zadaniem będzie pośredniczyć w sprzedaży obrazów i rzeźb polskich artystów. Nowy salon posiada już kilkadziesiąt dzieł sztuki najwybitniej- szych polskich artystów wszystkich szkół i kierunków, częścią nabytych, częścią w komis uzyskanych. Kierow- nikiem i współwłaścicielem salonu jest znany literat, p. Zygmunt Sarnecki, p Z Petersburga. %* W Zbiorze Praw ogłoszono uchwałę Rady państwa o zmianach w ustawie Towarzystwa kredyto- wego ziemskiego. Oto ich treść zasadnicza: Udzielanie pożyczek na grunty włościańskie, uwłaszczone z mocy Najwyższego ukazu (19 lutego 1864 roku) jest możliwe tylko w takich razach, jeżeli posiadłości te wraz z grun- tami, otrzymanymi po zmianie serwitutów, obejmują naj- mniej 90 morgów ziemi uwłaszczonej, mają uregulowa- ne granice, nie są w szachownicy i mają ogólną hypo- tekę przy sądach okręgowych. Przy sprzedaży przez in- stytucyę kredytową zadłużonych w niej posiadłości, nie- zależnie od czasu ich zastawienia, stosowane będą ogra- niczenia o wywłaszczeniu posiadłości włościańskich, usta- nowione przez Najwyżej zatwierdzoną uchwałę Rady Państwa (11 czerwca 1901 roku). Powyższe zmiany w ustawie mają doniosłe znaczenie dla własności wło- ściańskich. *** Poruszono sprawę założenia w Żytomierzu Katolickiego Towarzystwa dobroczynności. Według wyjaśnienia Senatu, winni nauczania dzieci żydowskich religii, czytania i pisania w gub. Za- chodnich, podlegają nie wyrokom administracyjnym, lecz sądowi. Korespondent Now. Wrem. z Warszawy, mó- wi z wielkiem uznaniem o pracy intensywnej ziemian w Królestwie Polskiem, podkreśla to, iż mieszkają w ma- jątkach, sami prowadzą gospodarkę i biorą żywy udział w swych instytucyach. To też dziesięć tutejszych To- warzystw rolniczych, powstałych tak niedawno, liczy oko- ło czterech tysięcy członków. * * * Zbyt powolna machina biurokratyczna, ha- mująca życie społeczne i ekonomiczne, ma obecnie w państwie Rosyjskicm licznych krytyków, którzy wypowiadają trzeźwe poglądy na istniejący stan rzeczy. Bodźcem do tej krytyki stał się ogłoszo- ny w tych dniach następujący napis Najjaśniejsze- go Pana na raporcie: „Pragnę widzieć większą szybkość w poro- zumiewaniu się pomiędzy sobą wydziałów wogóle, a szczególnie ilekroć chodzi o wykonanie uwag moich na sprawozdaniach gubernatorów." Z tego powodu Birż. Wied, piszą: „Niedaw- no właśnie byliśmy świadkami wykonania rozkazu Najwyższego o poprawie warunków bytu nauczy- cielek elementarnych, które częstokroć znajdują się w położeniu bez wyjścia. Rozkaz Najwyższy za- padł jeszcze przy b. ministrze oświaty r. t. Zen-
788 WCIĄGANIE DZIAŁ NA POZYCYE POD PORTEM ARTURA. gerze, i potrzeba było pół roku na to, ażeby spra- wę tę pchnąć z ministeryum do okręgów nauko- wych. Niewątpliwie i tam sprawa ta odrazu nie posunie się naprzód. Zasadniczą przyczynę tej po- wolności biurokratycznej Bir.i. Wied. upatrują w nadmiarze spraw, tudzież w rozroście instytucyi centralnych. „Wzrost ludności i rozwój życia oby- watelskiego wywołały tyle interesów, potrzeb i spraw, że już stare instytucye, wszystko w so- bie skupiające, są niemożliwie obarczone. Z dale- kiego powiatu posyłają podanie do zarządu głów- nego, w którym spoczywa ono całe miesiące, a kiedy przyjdzie na nie kolej, okazuje się, że chodziło tylko o podpis. Tak bywa w najlepszym razie, w większości atoli podpis nie może być po- łożony, gdyż nie wyjaśniono pewnych szczegółów. Wtedy podanie z taką samą powolnością wraca do dalekiego powiatu, ażeby znów zawędrować pod sukno zarządu głównego.“ O ile już wiemy z licznych uwag w prasie rosyjskiej, nowy minister spraw wewnętrznych jest zwolennikiem decentralizacyi. Można więc przy- puszczać, że będzie dążył do reform w tym za- kresie. Zresztą owa dążność do centralizacyi daje się już od kilku lat spostrzegać w życiu. P. Z Dalekiego Wschodu. Dnia 26 z. m., minister komunikacyi, ks. Chił- kow, przejechał pierwszym pociągiem na ukończonej części kolei obwodowej Bajkalskiej: Bajkał —Kułtuk. Wraz z otwarciem całej linii tej kolei, które ma nastąpić w pierwszych dniach listo- pada, będzie dokończone olbrzymie dzieło: kolej żelazna syberyjska, łącząca Petersburg z Włady- wostokiem i Mandżuryą—oraz zachodnio-europej- skie wybrzeża Atlantyku ze wschodnio azyatyckie- mi portami Oceanu Spokojnego. Otwarcie kolei obwodowej znacznie uprości dowóz wojska rosyjskiego na plac boju. Jak wia- domo, ogromne jezioro Bajkał stanowiło dotychczas jedyną przerwę w linii komunikacyjnej z Dalekim Wschodem. Przerwę tę musiano wypełniać przez stosowanie specyalnych środków przewozowych. Mianowicie w zimie trzeba było kłaść szyny na grubym lodzie jeziora i ciągnąć po nich wagony końmi, a gdy lód stawał się kruchym, wagony przejeżdżały na potężnym statku do rozbijania lo- dów. Oczywista, przy tych czynnościach strata czasu wpływała na opóźnienie w dostawie wojska i zapasów. W przewidywaniu tych trudnośei zaczęto już w r. 1899 budować linię kolejową wokoło jeziora celem bezpośredniego połączenia stacyi kolei sybe- ryjskiej Listwienicznoje (leżącej na jego północno- zachodnim brzegu) ze stacyą kolei zabajkalskiej Mysowaja (na brzegu pohid.-wschodnim). Długi czas trwania tej budowy tłómaczy się niezmier- nemi trudnościami, jakie przy robotach napotkano. Wydawało się prawie niemożliwem przepro- wadzić kolej po przestrzeni zupełnie bezludnej, porosłej odwiecznym lasem, nietkniętym stopą czło- wieka, po nieprzebytych tundrach lub skałach, ota- czających Bajkał na wysokości średnio 420 met- rów ponad poziomem morza. Trzeba było prze- bić na przestrzeni 244 wiorst 19 tunelów, ustawić 189 mostów i dziesięć wiaduktów. To też ułożenie każdej wiorsty tej kolei kosz- towała 219,777 rubli, kiedy wiorsta kolei zachod- nio-syberyjskiej pochłaniała tylko 38,483 ruble, a wiorsta kolei Zabajkalskiej 77,170 rubli. Koszt całej ludowy nowej odnogi obliczają na 53,625,745 rubli. Obwodowa kolej nad Bajkałem będzie mogła przewozić dziennie 14 par pociągów wojskowych, 2 pary—pasażerskich 4 pary towarowych i 1 parę — roboczych. Że około Mukdenu będzie stoczona prędzej czy później bitwa równie krwawa, jak pod Lao- janem — to zdaje się być pewnem. Tymczasem obie strony zbierają siły, fortyfikują podstawy operacyjne: Laojan i Tielin, Japończycy zaś, prze- robiwszy kolej Inkou Daszicao Laojan oraz Dalny -Daszicao na wązkotorową, zdołali uczynić ją dogodną dla lokomotyw japońskich, które już zaczęły kursować w znacznej liczbie. Sprowadzo- no podobno wiele parowozów opancerzonych. Oczywiście, że otwarcie tej ważnej arteryi komu- nikacyjnej powiększy szybkość i liczbę dostarcza- nych posiłków i amunicyi dla wojsk japońskich. Dotychczas używały one do przewozu przeważnie ludzi, którzy ciągnęli wagony zarówno na kolei Inkou Laojan, jako też na wązkotorowej przenoś- nej kolejce z pod ujścia Jalu na Fynchuenczen do Lanszauguania. O działaniach armii, gotujących się do boju podawano przez ostatni tydzień wiadomości tak sprzeczne, wzajemnie znoszące się, że nic pewne- go, a nawet prawdopodobnego nie da się powie- dzieć ani o działaniach wojsk rosyjskich, których fortpoczty doszły aż pod Jantaj, ani o wysunię- tych na wschód od Tielinu oddziałach Kurokiego, ani o armii Oku (podobno obchodzącej prawe skrzydło rosyjskie), ani też o tern, gdzie obecnie znajdują się główne siły obu armii. * $ * Z Portu Artura donoszą o coraz ściślejszej blokadzie, oraz o pomyślnym ataku Rosyan, celem odbicia fortu Kuropatkina, panującego nad wodo- ciągami. Japońskie działa oblężnicze ostrzeliwają całą przystań i forty, które uległy podobno znacznym uszkodzeniom. W fortecy jest coraz mniej miejsc, zabezpieczonych przed japońskimi pociskami. R°" zeszła się pogłoska o nowej próbie wypłynięć*3 floty rosyjskiej z portu i stoczonej bitwie morskiej-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 41 789 • Nasze ryciny. WINCENTY WODZINOWSKI: WIEŚ- NIACZKA, — Artysta wyobraził nam tu wyborny typ wieśniaczki polskiej, która, przerwawszy na chwilę robotę, spogląda z uśmiechem przez okno. Treść obrazu tłómaczy się sama przez się, dodamy więc tylko, że dzieło niniejsze zaleca się zarów- no doskonałym rysunkiem, jak i znakomi tem oświetleniem. JÓZEF RAPACKI: ZMIERZCH JE- SIENNY.—Jest to motyw nawskroś swoj- ski. Na samotnej, pustej drodze wiejskiej, świecącej gdzieniegdzie drobnemi kałużami błota, snują się zmierzchy wieczorne. Na dalekim widnokręgu gasną ostatnie promie nie słońca, a na zmartwiałą ziemię spływa cicha melancholia nocy jesiennej. Ta właś me melancholia, przemawiająca wyraźnie z ram obrazu, stanowi główną artystyczną cechę płótna Rapackiego. E. BOUTIGNY: PRZERWANA PO- DRÓŻ. — Rzecz dzieje się we Włoszech, a przytem, jak widzimy z kostiumów osób, wystawionych na obrazie, w epoce, gdy Podróże pod niebem słonecznej Italii nie należały do przedsięwzięć nazbyt bezpiecz- nych. W skalistym wąwozie stoi gromadka Podróżnych, otoczona przez bandę rozbój- ników, którzy napadli ich niespodziewanie. Na pierwszym planie widzimy herszta ban- dy, siedzącego na ławce z fajką w dłoni 1 rozmawiającego najspokojniej z młodą, Piękną turystką, na której obliczu maluje się tajony gniew i oburzenie. Całość, peł- na ruchu i wyrazu, sprawia wrażenie efek- towne. Kronika. Z KOŚCIOŁA. Na radzie kardynałów, zebranej pod prze- wodnictwem Ojca Św., zapadło postanowie- nie przewiezienia zwłok Leona XIII do La- merami w listopadzie r. b. Kardynał wika- riusz ma poczynić w tej sprawie odpowied- nie kroki u ministra spraw wewnętrznych, o Prefekt szkoły handlowej i gimnazyum żeńskiego w Radomiu, ks. Paweł Kubicki, obejmuje stanowisko wiceregensa semina- ryutn duchownego w Sandomierzu, o Wakujące dotychczas po otrzymaniu przez J E- ks. Szembeka katedry arcybiskupio- me- tropolitalnej mohylowskiej, biskupstwo płoc- kie objąć ma nowy biskup-nominat, ks. Apo- linary Wnukowski. Konsekracya nowego dostojnika Kościoła odbędzie się w Peters- burgu dnia 23-go b. m., poczem w począt- ka< h listopada nastąpi uroczysty ingres J E. ks. Wnukowskiego do katedry płockiej, o SZKOŁY I PEDAGOGIA. W seminaryach nauczycielskich: w Sien- n*cy, Łęczycy, Solcu i Jędrzejowie wprowa- ' zony zostaje wykład języka polskiego, ja- 0 przedmiotu obowiązującego. Co do se- nunaryów nauczycielskich: wymyślińskiego wejwerskiego, to w pierwszem wykłada- ny już jest język polski jako osobny przed- nnot, drugie zaś przeznaczone jest dla Li- winów, i dlatego wykłady języka polskie- ٰ Wprowadzone w nich nie będą. Jcdno- cześnie ininistcryuin oświaty poleciło, aby wychowańców seminaryum w Wcjwerach Przeznaczać na posady w szkołach nie poi s 'eh lecz litewskich, o Narząd m. Warszawy ogłosił konkurs na Projekt drugiego domu dla szkół miejskich Początkowych, który ma stanąć przy ulicy ^eszno, kosztem 180,000 rubli. Nagród wy- baczono dwie: 700 rubli i 350 rubli. Tcr- s,lrl nadsyłania prac upływa w dniu 2-im la 1 nia f P” ^tiźszych szczegółów udzie- iuro wydziału budowlanego magistratu rzJ ulicy Senatorskiej, o Jak donosi IParsz. Dniem., w gronie członków Towarzystwa żydowskiego „Po- moc Bratnia" podjęto projekt wystarania się u władzy wyższej o pozwolenie na otwar- cie w Warszawie specyalnej czytelni rosyj- skiej i żydowskiej na tej zasadzie, że czy- telnie Warsz. Tow. Dobroczynności wypo- życzają jedynie książki polskie, gdy tym- czasem, jak motywują projektodawcy swą prośbę, liczba młodzieży przybywającej rok rocznic z Cesarstwa wciąż wzrasta, a oso- by te, nie znając języka polskiego, pozba- wione są pokarmu dla ducha i nie mogą nigdzie dostać książek doczytania. Wpraw- dzie—pisze dalej wspomniany organ książ- ki wszystkie znajdują się we wszystkich czytelniach prywatnych, ale tam oprócz abo- namentu miesięcznego należy składać pew- ną kwotę na zastaw, co nie dla wszystkich jest dostępne. W razie urzeczywistnienia się projektu czytelni, członkowie towarzy- stwa żydowskiego „Pomoc Bratnia" otrzy- mywać mają książki bezpłatnie, o ŻYCIE SPOŁECZNE W KRAKOWIE. Walka stronnictw krakowskich, której are- ną jest w znacznej części rada miasta, we- szła w nowe stadyum z chwilą wyboru nowego prezydenta miasta, dra Juliusza Leo. Stronnictwo konserwatywne, które przepro- wadziło ten wybór, zbiera obecnie owoce swych zabiegów, obsadzając wszystkie wy- bitniejsze stanowiska swymi zwolennikami. Jednym z ostatnich epizodów tej radykal- nej przemiany ustroju miasta in capite et in membris jest wybór p. Michała Chyliń- skiego, redaktora Czasu, na pierwszego pre- zydenta miasta. Stronnictwo demokratyczne będące w znacznej mniejszości, zadowalać się musi w tym stanie rzeczy bierną opo- zycyą i krytyką. Przed trybunałem przy- sięgłych toczy się obecnie sensacyjny pro- ces urzędników Towarzystwa Kredytowego rękodzielników i przemysłowców o sprze- niewierzenie 373,000 koron. Główni oskar- żeni: buchalter Maksymilian Muller, dyrek- tor Roman Chmurski i kasyer Walla popeł- nili te nadużycia, korzystając z braku kon- troli urzędowej. Z RÓŻNYCH STRON. Na mocy uchwały radnych miejskich na- zwa starodawnego polskiego Inowrocławia ma być zmieniona na „Hohensalza." Jak donosi Dziennik Kujawski, w posiedzeniu, na którcm uchwałę tę powzięto, uczestni- czyło 25 radnych: 7 polskich, 10 niemiec- kich i 8 żydowskich. Wszyscy prawie Niemcy i Żydzi w zwartym szeregu głoso- wali za zmianą nazwy, jedynie kupiec p. Rosenberg przyłączył się do radnych WYBRZEŻE WEWNĘTRZNEGO REJDU W PORCIE ARTURA. Fot. Edwarda Ossera. polskich przeciwnych wnioskowi. Więk- szość pism hakatystycznych przyjęła Wia- domość o uchwale z radością, jedynie tylko Germania nazwała ją dzieciństwem, a Pos. n. Nachr. potraktowały całe posiedzenie w sposób wysoce ironiczny. „Teraz więc już uratowano nasze stare dobre miasto po wieczne czasy! Prześlicznie! — pisze ostatnio wspomniany organ: — nam jednak nic imponują podobne drobiazgi bynaj- mniej. Nagłe przemianowanie Inowrocła- wia na Hohensalza świadczy o płytkości umysłów radnych." Zdaniem Pos. n. N., wobec teraźniejszej, rozgorączkowanej tem- peratury politycznej irudno spodziewać się, aby władze, mające nadzór nad działalno- ścią rad miejskich, wystąpiły przeciw uchwale. ROLNICTWO, HANDEL I PRZE- MYSŁ. Tegoroczna kampania gorzelnicza rozwija się wyjątkowo anormalnie, wskutek bowiem nieurodzaju kartofli i konieczności zastą- pienia ich kukurydzą, której cena podniosła się na Besarabii znacznie, właściciele go- rzelni znajdują się w przykrem położeniu. O wiele lepiej od besarabskiej kalkuluje się wprawdzie kukurydza kaukaska, poza tem jeszcze pozostaje jako surogat dla go- rzelni żyto, ale pizewidywane są różnorod- ne opóźnienia w dostawach produktu suro- wego z przyczyn wyjątkowych. Nieuro- dzaj kartofli i wskutek tego wysokie ich ceny wstrzymują również rozpoczęcie kam- panii w wielu krochmalniach Królestwa. Krochmalnie te, biorąc pod uwagę slaby po- pyt na krochmal, nie rozpoczynają dotych- czas kampanii i wyprzedają dawniejsze za- pasy kartofli. Surogatem dla krochmalni ma być w r. b. sieczka ryżowa, o której prawo przewozu bez opłaty cła starają się niektóre fabryki u ministeryum skarbu, o osobiste. W dniu 29-ym z. m. grono literatów i przyjaciół podejmowało w restauracyi ho- telu Europejskiego składkową ucztą poże- gnalną prof Józefa Kallenbacha, kustosza biblioteki ordynacyi Krasińskich, opuszcza- jącego, jak wiadomo, Warszawę dla objęcia katedry literatury polskiej w uniwersytecie lwowskim. Przyjęcie miało charakter nie- zwykle serdeczny i stanowiło wymowny wyraz gorącej sympatyi, jaką prof. Kallen- bach potrafił zaskarbić sobie w sferze inte- ks. kanonik Chełmicki i w. i. P. Henryk Opieński, znany zaszczytnie kompozytor i krytyk muzyczny, opuścił Warszawkę, o DR STANISŁAW KĘTRZYŃSKI. Biblioteka ordynacyi Krasińskich zyska- ła nowego kierownika. Po zaszczytnem powołaniu dotychczasowego bibliotekarza, dra Józefa Kallenbacha, na katedrę litera- tury polskiej w uniwersytecie lwowskim, zajął właśnie jego stanowisko dr Stanisław Kętrzyński. Syn znakomitego historyka i zasłużonago dyrektora Ossolineum we Lwowie, dr St. K. urodził się w tem mieś- cie w r. 1876 i tu też ukończył uniwersy- tet. Doktoryzował się w Krakowie. Po- , tem jako stypendysta Akademii umiejętno- ści w archiwach watykańskich, słuchał za- razem wykładów paleografii i dyplomatyki w uniwersytecie rzymskim. Rezultatem tych studyów było przyznanie Kętrzyńskiemu dyplomu archiwaryusza i pajeografa Stolicy apostolskiej. Następnie uczęszczał w Pa- ryżu do Ecole des Chartes. Po powrocie z nad Sekwany zajęty był krótko w Osso- lineum, dalej w Bibliotece Jagielońskiej, ostatnio zaś w Archiwum dawnych aktów grodzkich w Krakowie. Z pism jego, umie- szczanych głównie w „Rozprawach wydzia- łu filozoficznego Akademii umiejętności", w Kwartalniku historycznym i „Wielkiej Encyklopedyi powszechnej", zasługują na większą uwagę: „Gall Anonim i jego Kro- nika"; „Kazimierz Odnowiciel"; „O paliu- szu biskupów polskich XI wieku"; „O za- ginionym żywocie św. Wojciecha"; „Ze studyów' nad Gerwazym z Tylbury". Ra- zem z prof. uniwersytetu lwowskiego, dr Ludwikiem Finklem, wydał „Kronikę Galla". W chwili wezwania go na posterunek w Warszawie zajęty był dr Kętrzyński wykoń- czeniem większej pracy habilitacyjnej. C. ZMARLI. Siostra Angela, urodzona w r. 1875 w Zaleszczykach w Galicyi, została wraz z czterema innemi siostrami zamordowaną przez krajowców na Nowej Gwinei. Siostra Angela była z powołania nauczycielką. Do Towarzystwa misyjnego wstąpiła w r. 1901. Eufemia z Gałkowskich Danielewska. córka właściciela i redaktora Nadwiślanina, pierwszego pisma polskiego w Prusiech Kró- lewskich, żona Ignacego Danielewskiego, redaktora i wydawcy Przyjaciela i Gaze- ty Toruńskiej, zmarła d. 13 b. m. w 84-m roku życia. Stanisław Czachórski, właściciel dóbr Białowody w pow. Hrubieszowskim, zmarł w Warszawie dnia 29-go z. m., przeżywszy lat 49. o , Michał Niepokojczycki, obywatel gub. Grodzieńskiej, zmarł w majątku Buchowiczc dnia 28-go z. m., przeżywszy lat 82. o Juljan Tołłoczko, uczeń gimnazyum ge- nerała Chrzanowskiego, zmarł w Warszawie dnia 25-go z. m., przeżywszy łat 15. o Tadeusz hr. Czacki, właściciel dóbr Po- rycka i Ryżowiec na Wołyniu, brat znanego w szerokich kołach towarzyskich i przemy- słowych hr. Feliksa Czackiego, zmarł nagle w Żytomierzu dnia 28-go u. m. skutkiem anewryzmu serca, o Roman Mieczkowski, obywatel ziemski, zmarł w Gęsinic pod Aleksandrowem, dnia 21-go z. m., przeżywszy lat 54. o Stanisław Sumowski, obywatel ziemski gub. Wołyńskiej, zmarł w Warszawie dnia 26-go z. m. o Józef Sokołowski, emeryt, zmarł w Ło- wiczu dnia 26 z. m., przeżywszy lat 80. o Roman Jankowski, przemysłowiec i oby- watel m. Warszawy, zmarł w Warszawie dnia 26-go u. m„ przeżywszy lat 59. o Ludwika z Nochów Minchcjnierowa, wdowa po zasłużonym muzyku, zmarła dnia 25-go z. m., przeżywszy lat 64. o Jerzy Goldman, b. współwłaściciel dru- karni. członek redakcyi Gazety Handlowej, zmarł w Warszawie dnia 21-go z. m., prze- żywszy lat 71. Zmarły urodził się w War-
790 TYGODNIK ILLUSTROWANY N° 41 sza wie, gdzie ukończył szkoły średnie, po- czerń kształcił się w uniwersytecie kijow- skim na wydziale lekarskim. Po powrocie do Warszawy objął początkowo, jako wspól- nik, zarząd prowadzonych przez ojca swego zakładów drukarskich, a następnie, po roz- wiązaniu firmy, poświęcił się publicystyce. Pracował w Gazecie Handlowej, Ekonomi- ście, Gazecie Losowań, Gazecie Warszaw- skiej i wielu innych pismach, pomiesz- czając tam artykuły treści ekonomicznej, odznaczające się zawsze gruntowną znajo- mością przedmiotu. Zmarły pozostawia po sobie pamięć utalentowanego i sumiennego pracownika na niwie dziennikarskiej, oraz wzorowego człowieka, o Ze świata. GŁOS OJCA ŚW. O KONGRESIE WOLNOMYŚLNYCH W RZYMIE. Osser- natore Romano, pismo uważane za organ Watykanu, ogłosiło znamienny, pisany do kardynała Respighi list Ojca Św., w którym Pius X wyraża „wielki smutek z powodu zebrania się t. zw. wolnomyślnych w Rzy- mie”, a dalej pisze: „Echo ich dysput po- twierdziło ich niecne zamysły, które wyczy- tać już było można z samego zwołania kongresu. Intcligencya, która stara się wy- łamać z pod zależności od Boga, popełnia świętokradztwo. Manifestacya ta staje się nieskończenie silniejszą, jeżeli pomyśleć, że odbyła się w Rzymie, otoczona zewnętrzną świetnością, a chociaż siły piekielne nie przemogą Kościoła, jednakże zebranie się jego w jednym międzynarodowym kon- gresie wolnomyślnych ma zawsze charakter zniewagi i prowokacji, a w Rzymie, owem spokojnem, czczonem mieście Namiestnika Chrystusowego, uważamy, że jest ona obra- zą przeciwko Bogu i przeciwko nam.” W końcu listu Ojciec Św. poleca kardynałowi Respighi rozkazać odmawianie w kościo- łach Rzymu modlitw pokutnych, k KONGRES WOLNOMYŚLNYCH, otwar- ty w Rzymie dnia 20 z. m., zgromadził 1,500 delegatów z Włoch i tyluż przedsta- wicieli innych narodowości. Z Francuzów zapisało się do uczestniczenia w kongresie około 1,000 osób, z których przybyła jednak liczba znacznie mniejsza. Na ulicach Rzy- mu zauważono dnia tego ogromny ruch, przedstawiciele Kościoła nie zjawiali się jednak wśród przechodniów. Pierwszym tematem posiedzeń była kwestya dogma- tów religijnych wobec wiedzy. Stowarzy- szenia liberalne urządziły pochód z cho- rągwiami do Kapitolu i pomnika Garibal- diego. Prof. Marceli Berthelot, sekretarz Akademii nauk w Paryżu, nie mogąc z po- wodu choroby przybyć na kongres, wysto- sował do prezesa kongresu, Ferdynanda Buissona, ciekawy list, który przeczytano na jednem z posiedzeń. W liście tym, w którym znakomity chemik wyraża prze- konanie, że zebranie się tego rodzaju kon- gresu właśnie w Rzymie jest znamienne dla naszych czasów, Berthelot, nie lekce- waży jednak dobrodziejstw, „które zawdzię- cza świat kulturze chrześcijańskiej.” „Nau- ka, którą głosimy, powstała z nowego du- cha tołerancyi, opartej na swobodzie myśli i dokładnej znajomości praw natury.” „Nau- ka, którą reprezentujemy, nadaje kierunek wszelkim dziedzinom życia: handlowi, po- lityce, wojskowości, pedagogii i moralno- ści, opierając się jedynie na prawach natu- ry, stwierdzonych a posteriori przez obser- wacye i doświadczenia uczonych wszelkie- go rodzaju: fizyków i mechaników, jak również historyków i ekonomistów, chemi- ków, lekarzy i przyrodników, psychologów i socyologów.” „W ten sposób utwierdzi- my na świecie panowanie rozumu.” k doktorat ze znajomości bi- blii. Komisya biblijna, ustanowiona przez Papieża Piusa X, o- trzymała prawo u dzielania stopnia do- ktorskiego ze znajo- mości Pisma św. Oj- ciec Św. w osobnym liście, wystosowa- nym do komisyi, wy- szczególnia przed- mioty, z których skła- dane mają być egza- miny ustne i piśmien- ne. Zgłoszenia w ce- lu zdawania owego egzaminu należy nadsyłać na imię se- kretarza Komisyi Bi- blijnej w Rzymie, k ZE ŚWIATA KOBIECEGO. W Stanach Zjednoczo- nych istnieje — jak donosi jedno z pism niemieckich—53 du- chownych kobiet, mianowicie wśród ł. zw. Kongregacyoni- stów. Co dziwniej- sza, w Anglii zaczy- na się dziać coś po- dobnego. Niejaka Pctzold została... pro- boszczem sekty uni- taryuszów w Lancester. Kobiety zaczynają chwytać się takich sposobów zarobkowania, o których nikt nigdy nie przypuszczał, aby „słabsza” płeć mogła im podołać. W Bre- tanii istnieje np. około 300 kobiet w służ- bie marynarskiej. Francuskie ministeryum marynarki pozwoliło oprócz tego 60 kobie- tom pełnić podobne obowiązki na łodziach rybackich. W Danii istnieją sternicy—ko- biety. W Norwegii, Szwecyi i Finlandyi również wiele niewiast poświęca się temu samemu rzemiosłu. Wreszcie w Kanadzie stwierdzono urzędownie istnienie 70 kobiet, które są właścicielkami lub kierowniczkami parowców, a 56—właścicielkami okrętów ża- glowych. WYPRAWA do bieguna połu- dniowego NA STATKU „DISCOVE- RY“ powróciła zdrowo i cało, po trzech latach przebywania wśród lodów, doszedł- szy najdalej ze wszystkich dotychczaso- wych wypraw, bo do 82°17' szerokości po łudniowej. Nazywają ją w Anglii najlepiej prowadzoną i najbardziej owocną ze wszyst- kich ekspedycyi — zarówno do północnego, jak i do południowego bieguna. Z odkryć geograficznych ważne jest znalezienie nowe- go lądu, który nazwano Ziemią króla Ed- warda VII. Ląd ów znajduje się na wschód od południowej Ziemi Wiktoryi. Kapitan Scott, dowódca wyprawy, oraz jego towa- rzysze, cierpiąc na oczy od bezmiernych przestrzeni śnieżnych, źle się odżywiając, robili nieraz awanturnicze wyprawy z okrę- tu uwięzionego w lodach. W jednej z ta- kich wypraw stracili nagle z oczu jednego z uczestników wycieczki, Hare’a. Śnieg padał tak gęsty, że o kilka kroków nie można było nic widzieć. Szukano go przez 2 dni i dwie noce napróżno. Przypusz- czano, że wpadł w przepaść. Tymczasem okazało się, że znużony majtek, oddzieliw- szy się od towarzystwa, wpadł w niegłę- boką rozpadlinę, nie miał siły na razie, aby się wydostać, i zasnął, a śnieg go zlekka przysypał. Obudziwszy się, gdy już śnieg przestał padać, Hare znalazł sam drogę do okrętu, na szczęście niezbyt odległego. Ry- cina, którą podajemy, illustruje właśnie ra- dosną chwilę powitania zaginionego, k ZMARLI. Rudolf Amandus Philippi, profesor zoo- logii i botaniki w Santjago (Chili), członek Z WYPRAWY DO BIEGUNA POŁUDNIOWEGO NA STATKU „DISCOYERY.” 57 towarzystw naukowych w Europie. Dzie- ła swoje, wybitnej wartości, ogłaszał w ję- zykach hiszpańskim i niemieckim. Prze- żył lat 79. Hrabia Gwido Thun-Hohensiein, pro- wineyał zakonu Maltańskiego, przeżywszy lat 81. Do zakonu wstąpił w r. 1859, pro- wineyałem (dla Austryi i- Czech) został w r. 1887. Jednocześnie poświęcał się dy- plomacyi. Między innemi posłował do Mek- syku i był członkiem Izby Panów w Wied- niu. Prof. Niels Fiusen, znany dermatolog, wynalazca leczenia za pomocą światła (każda barwa inaczej oddziaływa na chore- go), zmarł w Kopenhadze, przeżywszy lat 44. k Emil Thomas, słynny komik berlińskie- go „Kóniglicher Schauspielhaus,” zmarł w wieku lat 68. Wszystkie pisma niemiec- kie poświęcają mu zaszczytne wspomnie- nia. k Sir Wiliam Harcourt, wybitny polityk, mąż stanu i publicysta angielski. Dwa ra- zy był ministrem spraw wewnętrznych, a potem kanclerzem skarbu. Urodził się w roku 1827. k Polityka. Od dłuższego już czasu stosunki anglo- niemieckie na tle ogólnej sytuacyi dyplo- matycznej stanowią jeden z głównych przed- miotów zainteresowania. Skoro tylko w ak- cyi wojennej na azyatyckim Wschodzie na- stępuje przerwa, a dzienniki zaczynają trak- tować kombinacye dyplomatyczne, zawsze powraca na porządek dzienny temat anglo- niemiecki. Prasa niemiecka, zwłaszcza pół- urzędowa, stale utyskuje na dyplomacyę i prasę angielską, która jej zdaniem usilnie stara się nadwyrężyć dobre stosunki, panu- jące między Niemcami a Rosyą. W tym celu ma być jakoby prowadzona stale intry- ga nietylko na miejscu, w Londynie, lecz także w Paryżu: intryga, mająca w Rosyi zbudzić podejrzenie względem niemieckiej przyjaźni. Rosya — mówią pisma niemiec- kie — jest dla Anglii główną współzawod- niczką w Azyi, mianowicie w Indyach i w Chinach, musi więc Anglii zależeć na tern, by Rosya przegrała wojnę z Japonią. Po glębszem jednakże zastanowieniu, intry- ganci dyplomatyczni w Londynie i Paryżu przyszli widocznie do przekonania, że mi- mo wszystko, możnaby się jeszcze z Rosyą porozumieć, a nawet sprzymierzyć. Doszło do skutku porozumienie anglo-francuskic pomimo sojuszu Francyi z Rosyą; dlacze- góżby nie miało być możliwem doprowa- dzenie do ugody anglo-rosyjskiej, zwłaszcza wobec tego, iż Rosya, zajęta wojną, na ra- zie przestała faktycznie być dla Anglii groźną w Azyi. Mogłoby wówczas po- wstać w Europie nowe trójprzyniierze: Anglii z Francyą i Rosyą, które na miejscu starego mogłoby decydować o pokoju i woj- nie nietylko na lądzie, lecz i na morzu. Prasa niemiecka nie posiada się ze wściek- łości wobec tych podejrzewanych przez siebie projektów. Prasa niemiecka zdaje też sobie najzupełniej sprawę z okoliczno- ści, że wszystko to przedewszystkicm wy- mierzone jest przeciw Niemcom. Oto jaki plan kryje się rzekomo poza intrygami An- glików. Początek wojny na Dalekim Wschodzie wypadł dla Rosyi niepomyślnie. Trudno odgadnąć, jaki będzie dalszy ciąg- Zbliża się zima, i wojna może się przewlec długo, a wtedy Rosya, choćby nie była po- konana orężnie, będzie finansowo tak wycieńczona, że może skłonić się ku za- warciu pokoju. Wówczas nadejdzie chwila odpowiednia dla interwencyi dyplomatycz- nej mocarstw, które będą miały główny głos przy zawieraniu traktatu rosyjsko-ja- pońskiego. Rosya będzie potrzebowała po- parcia, ażeby warunki traktatu wypadły dla niej korzystnie, a spodziewać się go może od Francyi i—Niemiec. Otóż Anglia, licząc się już teraz z taką chwilą w przyszłości, chce zawczasu zapobiedz temu i zamiast Niemiec siebie ofiarować Rosyi na sprzy- mierzeńca. Wówczas Niemcy na przyszłym kongresie, regulującym interesy między Rosyą a Japonią, pozostałyby osamotnione. Dominujące stanowisko przypadłoby w u- dziale Francyi i Anglii. Prasa niemiecka pisze o całej tej aferze z wielkiem rozdraż- nieniem. Berlińska Post, organ dyploma- cyi, twierdzi, że wszystkie zabiegi i intryg1 w Londynie i Paryżu dowodzą tylko, jak wielki wpływ na losy polityki światowej wywierają Niemcy i Rosya do spółki, mimo wojny w Mandżuryi. Post kończy, wyra- żając nadzieję, że Petersburg nie pójdzie na lep angielski.
791 KSIĄŻKI 1 WYDAWNICTWA P€RYODYCZNe. KSIĄŻKI POLSKIE. Stanisław Brzozowski: Jan Śniadec- ki. Życie i dzieła. („Książki dla wszyst- kich"). Wydawnictwo M. Arcta. Cena kopiejek 25. — Doskonała rzecz o astrono- mie polskim, mężu „jasnej głowy," o czło- wieku, który „mierzył osnowę dni swoich na paśmie korzyści publicznych." W nie- wielkiej tej książce, napisanej jasno, zwięźle • przystępnie, zdołał autor pomieścić nic- tylko wszystko, co dotyczę działalności JAN ŚNIADECKI społecznej, naukowej i literackiej wielkiego męża, ale też wzbogacił małe dziełko ccn- nemi uwagami filozoficzncmi, odmalował w dosadnych rysach tło epoki, w której Pracował Śniadecki, i udowodnił, dlaczego można uważać naszego znakomitego uczo- nego i filozofa za rdzennic polski umysł, Za .jednego z budowniczych nowoczesnej kultury polskiej"; nic zapomniał też zazna- czyć szlachetności i prawości jego charak- teru. Śniadecki należał do tych niewielu, którzy mieli zanikające u nas poczucie -ciągłości cywilizacyjnej", „przeświadczenie, że wszystkie prace, dla dobra ogółu doko- nywane, są tylko dalszym ciągiem prac pokoleń poprzedzających". Przytoczywszy Ważniejsze szczegóły z życia Śniadeckiego, autor roztrząsa jego prace i niepożytc za- sługi naukowe. Osobny rozdział poświęca P- Brzozowski poglądom literackim Śnia- deckiego i jego talentowi pisarskiemu, za- znacza mistrzowską jasność i piękną pro- stotę jego stylu i tlómaczy stanowisko tego Pozytywisty wobec romantyzmu; wreszcie wyraża podziw dla tego wielostronnego umysłu, który do tylu zasług dodał jeszcze t°. że był „mistrzem krzewicielem i wiel- kim teoretykiem mowy ojczystej". Książek tak pożytecznych, jak niniejsza—informują- cych, a jednocześnie oświetlonych jędrnym 1 światłym poglądem, potrzeba nam jaknaj- Więcej. ‘ Jan KI. Kazimierz WoyczjTiski. Poezye, tom Kraków, nakładem księgarni D. E. Fricd- teina; 1904, str. 192 w 12-cc. — W wier- szu programowym: „Do młodych poetów", Położonym na czele zbiorku, p. Woyczyń- ski Występuje jako rzecznik hartu, męstwa, Potęgi w przeciwstawieniu do niemocy du- cha, apatyi, niewiary filozoficznej i życio- wej. Kiech z naszych piersi, o młodzi poeci, Potęgi, Mocy, Zapału pieśń płynie— Niech ugór nędzny, jałowy rozkwieci, Słońce rozpali ludzkich serc krainie. Wszystko co podłe niech burzy, niech niszczy, -Bielone groby" niech w gruzy przemienia, A Potem budzi życic pośród zgliszczy Nowa potęga natchnienia i t. p. Podobne nastroje przeważają w pierwszym cyklu p. t.: „W jutrzniowym blasku", zwła- szcza w wierszach: „Mam wiarę", „Do bo- ju", „Wezwanie", „Do lotu", „Potęgo, zejdź do mnie!", „Jabym was chciał..." i inne. Z pośród innych cyklów wyróżnia się „Z serca": mamy tu szereg poezyi erotycz- nych, w których wszakże więcej smutku, żalu i melancholii, niż upojenia, szczęścia i radości. Zasługuje też na uwagę cykl wcale zręcznych i poprawnych „Sonetów" o treści różnorodnej. Mamy wreszcie kilka utworów prozą pisanych, jak „Ostatnia wizya", „Samobójca", „Niedola1', te jed- nak mniej się udały autorowi, g K. Lasswitz. Gustaw Teodor Fech- ner, z drugiego powiększonego wydania przełożyła dr Regina Maliniak. Wydaw- nictwo Przeglądu Filozoficznego'. Kla- sycy filozofii, V. Warszawa, str. 256 w 8-ce. Cena rub. 1.20.—Piąty, tom wydawnictwa „Klasyków filozofii" zawiera charaktery- stykę Gustawa Teodora Fechnera pióra K- Lasswitza. Fechner nie jest postacią zbyt popularną; chociaż nie upłynęło jeszcze 20 lat od jego śmierci (f 1887), zaginął w nie- pamięci, przyćmiony sławą wszechświatową swoich następców, właściwych twórców psy- chologii nowoczesnej. A jednak imię jego nic powinno zatonąć w zupełnem zapomnie- niu, bo chociaż jego nauka filozoficzna nie ostała się przed późniejszą krytyką, chociaż późniejszy rozwój nauk doświadczalnych obrócił w perzynę jego teorye, jednak Fcch- ner zasłużył się nam niepoślednio. Można go bowiem uważać za ojca dyscypliny na- wskroś nowoczesnej psychologii doświad- czalnej, opartej na pewnej podstawie po- strzeżeń i obliczeń. A wiadomo, jakie nie- obliczonc usługi oddała ta metoda nauce psychologii i oddawać jeszcze będzie w przyszłości. Wyczerpująca monografia p. Lasswitza dzieli się na dwie części: w pierw- szej mamy obraz życia i działalności Fcch- nera, ułożony w sposób chronologiczny, w drugiej zaś mamy przedstawiony cało- kształt poglądów jego filozoficznych. W za- kończeniu p. Lasswitz daje ogólny, krytycz- ny rzut oka na filozofię Fechnera i jego zasługi. Przekład p. Reginy Maliniak nie nie jest wolny od usterek językowych, g Maurycy Maetcrlinck; Joyzelln, prze- łożył A. L. Wydawnictwo M. Arcta: „Książ- ki dla wszystkich". Cena kop. 20.—Sztukę tę w pięciu aktach możnaby właściwie na- zwać piękną rozprawą psychologiczno-poe- tyczną na temat miłości. Do nazwy takiej upoważnia założenie i budowa utworu, w którym na jakiejś tajemniczej wyspie sta- rzec Merlin, grający tu rolę Przeznaczenia, poddajc przeróżnym, coraz straszniejszym próbom miłość dwojga istot: Joyzelli i włas- nego syna Lanccora. Miłość okazuje się tak silną i czystą, że zwycięża wszystko— a czytelnik dowiaduje się w ten sposób, jaką prawdziwa, wzniosła miłość być po- winna. Trzeba oddawać się drugiej istocie całą duszą, być dla niej kryształowo-prze- zroczystym, trzeba umieć ponieść śmierć samemu, trzeba nawet zabić tych którzyby w drogę wchodzili temu świętemu szczęściu, trzeba być silnym — a miłość przemoże wszystko. Akcya rozwija się według sche- matu piętrzących się doświadczeń z logiką traktatu naukowego, z podobną jasnością i uwidocznieniem przyczyn i skutków Ta- jemnicza postać Aryclli, która jest ucieleś- nieniem zwyciężonych instynktów i prze- czucioywch, nieuświadomionych popędów człowieka, jest w sztuce potężną, niewidzial- ną służebnicą Mcrlina. W sztuce są miej- sca przecudne, pisane językiem pierwszo- rzędnego poety. Pełno bogatych, niespo- dzianych porównań i pięknych pomysłów artystycznych (np. fantastyczny ogród, wi- dziany w sennem, rozkosznem widzeniu) Tłómaczenie wzorowe. J. K. PRASA POLSKA. Czytelnia dla wszystkich: „Loterya czy walka?" przez J. Gościckiego.—Przyroda: „Kartki z podróży po Wschodzie" przez Wacława Kossowskiego.—Wędrowiec: „Gra- fika współczesna" przez J. Muszyńskiego.— Niwa Polska: „Lekarze na prowincyi" przez W. K- — Zorza: „Na naukę — do Pszczelina" przez M. Brzezińskiego (opis szkoły rolniczej w Pszczelinie, z illustra- cyami).— Wszechświat: „Historya pierwiast- ków" przez E. Trepkę.—Naokoło Świata: „Łęczyca" (praca zalecona do druku na 2-im konkursie geograficznym tygodnika Naokoło Świata) przez E. Piotrowskiego.— Gazeta Świąteczna: „Spisy kandydatów na urzędy gminne."—Ogniwo: „Ignacy Ma- tuszewski" przez A. Drogoszewskiego; „Nad otchłanią" przez S. P. — Przegląd Tygo- dniowy: „Szkoły rzemieślnicze w Warsza- wie" przez Zygmunta Lipko.—Ktityer War- szawski rozpoczął druk romansu Kazimie- rza Przerwy-Tctmajera p. t.: „Zatracenie;" artykuł: „Niemcy w Państwie Rosyjskiem." —Kuryer Codzienny: „Czytelnictwo mło- dzieży szkolnej" M. Rudnickiego. -Gaze- ta Polska: artykuł Wł. Jabłonowskiego o „Wczasach historycznych."—Słowo: arty- kuł d-ra St. Zdziarskiego o „Pismach kry- tycznych" Aleksandra Tyszyńskiego.—Go- niec wieczorny drukuje powieść obyczajo- wą z XVIII wieku p. t.: „Szlachcic na za- grodzie" przez Kazimierza Glińskiego. ANGLIA. * William Heineman w Londynie wydał wielkich rozmiarów' dzieło p. t.: Japan by the Japanesc (Japonia przez Japończyków). Książka jest dedykowana cesarzowi japoń- skiemu. Skompilował ją i obszernym wstępem opatrzył Alfred Stead, jeden z najlepszych europejskich znawców Dalekiego Wschodu. Poszczególne rozdziały napisane są przez różnych wybitnych specyalistów japońskich: „Rodzina cesarska" przez barona Samnomiya, głównego mistrza dworu cesarskiego; „Kon- stytucya" przez margrabiego Ito; „Zycie parlamentarne" przez barona Kaneko Ken- taro; „Armia" przez margrabiego Ojamę, szefa sztabu generalnego; „Marynarka" przez admirała Saito, wiceministra; „Wychowanie szkolne" przez br. Okumę; „Finanse" przez Sakataniego, wiceministra; „Bank" przez Jamamoto, dyrektora Banku Japońskiego; „Handel" przez br. Szibusaura, prezydenta Związku Izb handlowych. Następują dalej rozdziały o prasie, kolejach żelaznych, pocz- tach, policyi i t. d. * Ryszard Streatfeild zebrał z pietyzmem rozproszone po pismach dziewięć wybor- nych szkiców i artykułów zmarłego przed dwoma laty Samuela Butlera i wydal je w tomie p. t.: Essay on Life. Art and Science. * W seryi wydawnictw „English Men of Lettcrs" wyszło pośmiertne dzieło Sir Les- lie Stephena, poświęcone Tomaszowi Hob- bcs’owi. Książka dzieli się na cztery części: życiorys wielkiego filozofa, oraz świat, czło- wiek i państwo, podług poglądów Hob- bes’a. * Edmund G. Gardncr, doskonały znaw- ca włoskiego średniowiecza, ogłosił świeżo wspaniale illustrowaną historyę Ferary p. t.: The Dukcs and Poets in Lerrara (wy- dawca Constable w Londynie). Nowe książki. Stephen Gwynn: Masters of English Literaturę— H. Belloc: Anril, bcing essays on the Poctry of the French Renaissance.—H. Ingram: Christophcr Mar lowe and his associates.—W. L. Courtney: The Deuclopmcnt of Maurice Maetcrlinck and other Sketchcs of foreign writers.— H. O. Wells: Scepticism of the Instru- ment. H. Wallace: Walt Whitnian. Wil- liam H Prcscot: History of the Reign of Ferdinand and Isabella the Catholic. Czasopisma. Contcmporary Renicw: Sidney Whitman roztrząsa działalność Teo- dora Herzla, zmarłego niedawno przywódcy syonistów; O. Eltzbacher informuje o „or- ganizacji czerwonego krzyża w Japonii." Fornightly Reuiew: A. Symons pisze o poecie Tomaszu Campbellu; W. Knight— o malarzu Watts’ie; M. F. Sandars—o H. Balzaku. — Independent Reidew: F. Tocn nieś — o „partyach politycznych w Niem- czech; Laura Gripallo—o kilku romansopi- sarzach włoskich (Annunzio, Fogazzaro, Se- rao).—Monthly Reniew: L. Jerrold — o za- targu Francyi z Watykanem; Pepita San Carl os- o poezyi ludowej w Hiszpanii. FRANCYA. * Głośny reporter Juliusz Huret zwiedził w przeciągu ostatnich dwóch lat bardzo szczegółowo północną Amerykę. Obser- wacye swoje drukował najpierw w felieto- nach Figara, obecnie zaś wydała je w od dzielnej książce firma Fasquelle’a p. i. „Dc New-York a la Nouuelle Orleans." Naj- ciekawsze, chociaż nieco powierzchowne są uwagi Hureta o życiu towarzyskiem w Sta- nach Zjednoczonych. Przeglądając poszcze- gólne gałęzie przemysłu amerykańskiego, autor stwierdza, że przemysł francuski ma w Ameryce dwa wielkie rynki zbytu: na pierwszem miejscu stoją jedwabie liońskie; następnie pod względem automobilizmu Francya nie ma dotychczas poważnych kon- kurentów HISZPANIA. * Francisco Sicardi, doktor argentyński, wydał tom bardzo ciekawych nowel p. t : liacia la Justicia („Ku sprawiedliwości"). Zbiór ten kończy czterotomową seryę wysoce oryginalnych opowiadań p. t: El libro cx- trano (.Dziwna książka"), zawierających niejako historyę obyczajową kraju, obser- wowanego przez autora. Sicardi posiada bardzo silny temperament, tworzy postacie dzikie, smutne, nadzwyczajne. Płomienny styl, głęboki symbolizm postaci czyni z tych nowel niepoślednie poematy. Nie- które typy pogłębia autor tak subtelną i ścisłą analizą, że książka, nie tracąc zna- czenia literackiego, ma też i naukową war- tość. Tajemniczością, bogactwem fantazyi, potęgą nastrojów przypomina Sicardi Edga- ra Poe i Whitmana. * Ostatnia komedya Linarcsa Rivas Ast- ray’a nosi tytuł: El Abolcngo („Duma ro- dowa"). Jest to historya dziewczyny, wy- chowanej w klasztorze arystokratycznym, dumnej ze swego nazwiska, a wydanej za mąż za człowieka dzielnego, prawego, nie- nawidzącego kłamstwa, kokieteryi i płyt- kości. Czasopisma. Espańa Moderna: Ignotus „Romantyzm w armii" (satyra na organiza- cyę wojskową w Hiszpanii).—Lectura dru- kuje powieść pani Pardo Bazan p. t.: „Chi- mera."—Nuestro Tiempo: E. Gonzales-Blan- co „O eksploatacyi występku" (wałka z nie- moralnością płciową).
792 TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 41 NA WYSTAWIE OBRAZOW W WOYTKIEWICZ NADESŁANE. ^randsPrix Wystawa Powszechna 1900 r. Albo jedno, albo drugie. Szef (zauważywszy, że do pieca nałożono bardzo dttżo węgla): — Na miłość Boską, pa- nie buchalterze, powiedz mi pan, czy pan jesteś buchal- terem firmy Seligman i Spół- ka, czy też palaczem w... kreniatoryum. (Fliegende Blatter). OD REDAKCYI. Każdy prenumerator „Tygodnika ilustrowanego" w r. 1904 otrzyma bez żadnej dopłaty Potop 10 tomów powieści jowskYołodyJ/. SIENKIEWICZA (co miesiąc tom) tomów oraz I V DZIEŁ POPULARNYCH (co miesiąc tom) czyli ogółem (co miesiąc 2 tomy) TOMY ROCZNIE Z A BtolfoteW powieści i dzieł popularnych NADTO KOLOROWE PREMIUM ARTYSTYCZNE oraz przy każdym numerze, nie zawierają- cym dodatku książkowego, ARKUSZ POWIEŚCI TŁÓMACZONEJ. Na oprawę 12-tu tomów Pism Sienkiewi- cza w roku bieżącym dołączać należy rb. 2; oprawa 6 tomów kosztuje rub. 1, oprawa 3 tomów 50 kop. Ozdobna oprawa 12 tomów dzieł popularnych wynosi także rb. 2, opra- wa 6 tomów rub. 1, oprawa 3 tomów 50 k. Oprawa wszystkich 24 bezpłat- nych dodatków wynosi rb. 4, opła- cane rocznie, półrocznie lub kwar- talnie. W IV-ym kwartale r. b. otrzyma- ją prenumeratorowie „Tygodnika il- lustrowanego" w 6-ciu dodatkach bezpłatnych: „Historyę ruchu kobiecego0 w opracowaniu J. Okszy, jeden tom. „Życie artystyczne ludzkości0 Alfonsa Roux (z illustracyami) w przekładzie J. Lorentowicza, jeden tom „Pan Wołodyjowski0 Sienkiewicza, 4 tomy. V Nadto premium kolorowe TEODORA AXENTOW1CZA p. t. „Zaczytana,“ będzie rozesłane w ciągu listopada r. b. wszystkim prenumeratorom. Dla uniknięcia zwłoki w odbiorze „Tygodnika" prosimy uprzejmie o wczesne nadsyłanie prenumeraty, ze względu zaś na potrzebę wczesne- „o przygotowania opraw na książ- kowe dodatki, prosimy, dla unor- mowania nakładu, o wczesne nad- syłanie zamówień. Oprawa dodat- ków nie podnosi kosztów przesyłki. Życzący sobie otrzymać premium koloro- we na wałku zechcą nadesłać na koszt opakowania kop. 25. Słynna ze swych własności anty- septycznych i aromatycznych. Do nabycia wszędzie. Groźny dyrektor. — Słyszałeś? kancelista Skobski o mało się nie utopił. — A! wiem, wiem: ujrzał w kąpieli swe- go przełożonego i ukłoni! się tak nizko, że omal nie poszedł pod wodę. (Fliegende Blatter). Epigram. Bajecznie śmieszne pytania Stawiają czasem dzieci. Naprzykład pyta raz Mania: Czy „jasna" pani się ...świeci? if. eWthńer iWo® | fortepiany, Pianina, Organy Krakowskie-Przedm. 17. PASTILLES DE INDIEN GRILLOM Wielkie Medale, złoty w Paryżu, srebrny w Łodzi. L MSlf-fll najlepszy proszek dozę- Ł bów poleca Laborat. Górskiego, Leszno 4. Cena 35, 20 kop. Na zgromadzeniu wyborczem. — Powiedz mi pan, dlaczego właściwie rwałeś się do głosu, nie mając nic do po- wiedzenia? — Wie pan, na mównicy stała, jak zwyk- le, karafka z wodą, a ja konałem z prag- nienia. (Journal). Pierwszorzędne Biuro Nauczycielskie JASIŃSKIEJ, Włodzimierska 19, w Warszawie. Poleca Nauczycieli, Nauczycielki, Bony i Cu- dzoziemki, które na żądanie sprowadza. Owoc przeczyszczający PRZECIW OBSTRUKCYI We wszystkich składach aptecznych i aptekach. i Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów Redaktor; Dr JÓZEł- WOLFF Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych,nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się. floaBOJieiio IJ,eii3ypoio, Bapmaua, 17 CeriTHópn 1904 TOfla.
Ns42 Ogólnego zbioru Nr 2,345 15 (2) października 1904 roku Tygodnik I ij. ustko w anp NAMOWA WACŁAW PAWLISZAK
794 RASA I NARÓD. W niewielkiej liczbie egzemplarzy prze- ślicznie wydane nakładem autora „Al- bum etnograficzne Zygmunta Glogera" (War- szawa, 1904 r., str. 40 w 8-ce w.) z pewnych względów jest u nas rzadkością bibliograficz- ną i dlatego zasługuje na obszerniejsze omó- wienie. Zaszczytnie znany etnograf i autor „En- cyklopedyi Staropolskiej", p. Zygmunt Gloger, wystąpił na ten raz z absolutną negacyą od- rębności antropologicznej ludów, zamieszkują- cych dziś obszar dawnej Polski. Wprawdzie, według p. Zygmunta Glogera, „zdaje się nie ulegać wątpliwości, że w dobie Piastowskiej plemiona, zdawna zasiedziałe w swoich zie- miach gniazdowych, jak: Polanie, Mazowsza- nie, Pomorzanie, Ślężanie, Lachowie małopol- scy, Prusowie, Żmudzini (winno być: Żmuj- dziui od litewsk. „Żemajtija" i „Żemajtis"), Litwini, Łotysze, Drewlanie, Krywicze i Drego- wicze, musiały przedstawiać rozmaite typy fi- zyologiczne i antropologiczne różnice. Z na- staniem atoli rządów książęcych i ciągłych wojen, między władcami tych plemion prowa- dzonych, głównie dla najcenniejszego łupu, ja- kim był w małoludnych ziemiach człowiek ro- boczy—nastąpiło zupełne pomieszanie się krwi plemion, zamieszkujących serce prastarej Sło- wiańszczyzny, to jest ziemie położone pomię- dzy Karpatami, Bałtykiem i Dnieprem" (str. 3). Szczególnie ścisły amalgamat różnic fi- zycznych utworzył się — zdaniem autora— pośród plemion tak biegunowo sobie obcych, jak Polacy i Litwini. „Sami Litwini, uprowa- dzając tłumy ludu polskiego za Niemen, skrzyżowali tym sposobem całą swą rasą do szpiku kości z krwią polską już za doby Pia- stów" (str. 30). „A to skrzyżowanie się dwóch ras odbiło się etnograficznie (na to zgoda bez zastrzeżeń) i antropologicznie wiekuistem pięt- nem na obyczaju, mowie i typie fizyologicz- nym ludu litewskiego" (str. 19), tak dalece, że dziś pod względem antropologicznym „prze- ciętny wygląd ludności z nad Wisły i Narwi nietylko że się nie różni niczem od ludności nadniemeńskiej, ale typ ten ludowy udziela się jeszcze bardzo mocno Łotyszom, urywa się zaś nagle na granicy gubernii Witebskiej z Pskowską" (str. 19). Autor „Albumu" przez czas długi dokonywał badań „fizyognomii" podczas zebrań gromadnych ludu litewskiego w kościołach i na jarmarkach, a rezultatem tych studyów był wniosek, że „na Litwie np. i na Żrnujdzi, w Liszkowie, Olicie, Wielonie, Szawlach i Retowie, lud, nie mówiący po pol- sku, nie różnił się niczem ani w rysach i wy- razie twarzy, ani w przeciętnym kolorze wło- sów od ludu polskiego i podlaskiego z nad Narwi" (str. 21). Słowem, zdaniem p. Z. Glogera, żaden antropolog w dobie dzisiejszej nie zdoła wy- kryć Litwina niemieszańca, na którego miejsce powstał przez szereg wieków typ fizyczny nowy, który nazwaćby można „litewsko-pol- skim," a powstał ze skrzyżowania się „do szpiku kości" całej rasy litewskiej z krwią polską. Przypomnieć należy, że podobną opi- nię o skrzyżowanym „Litwo-Rusie" słyszeli śmy jeszcze do niedawna z ust historyków i etnografów rosyjskich, i dlatego tern zna- mienniejsze jest słowo p. Zygmunta Glogera. Zresztą równy los spotkał i starożytnego Rusa, którego kolebką, według Nestora i Ka- ramzina, ma być dolina Wisły, a którego cza- sowe zróżniczkowanie się nanowo zniwelował dopływ ludności polskiej za czasów Jagielo- nów (str. 30), a nawet, według przytoczonej przez p. Z. Glogera opinii d-ra Olechnowicza, dzisiejsza „twarz polska jest twarzą mieszań- ca dwóch co najmniej typów zasadniczych, a często i trzech" (str. 23). „I szukajźe teraz, naiwny antropologu!— woła na zakończenie p. Z. Gloger—cech raso- wego plemienia, gdy niemasz w kraju czło- wieka, w którymby nie krążyła krew zbiorowa wszystkich zaludniających go plemion..." (str. 38). Pozostawiam na boku zupełny brak w dobie dzisiejszej czystości rasy narodu pol- skiego, o którą prawdopodobnie kto inny się upomni; jako etnografa litewskiego, obchodzi mnie tu wyłącznie naród litewski, i dlatego przy nim zatrzymam się nieco dłużej. Jakkolwiek niewątpliwą jest pewna część domieszki „krwi" polskiej, płynącej w żyłach współczesnego nam Litwina, tern niemniej je- dnak trudno się zgodzić na to, że zdołała ona wywrzeć na właściwości fizyczne ludu litew- skiego wpływ tak dalece potężny, że dziś już nawet „ani rysy, ani wyraz twarzy" u niego nie są inne, niż u Polaka. Przeciwnie, na- wet podane przez p. Z. Glogera ryciny „Al- bumu" wskazują wyraźnie tę odrębność fizyologiczną już nietylko „rysów" i „wyrazu," lecz nawet budowy twarzy litewskiej i żmujdz- kiej z pośród mieszkańców dawnej Rzeczypo- spolitej. I zresztą inaczej stać się nie mogło. Wprawdzie kronikarze wspominają nie- kiedy o całych tysiącach brańców i bra- nek polskich, importowanych do Litwy, ale liczba ta stosunkowo była za szczupła, by za pomocą spółżycia fizycznego wpłynąć mogła na budowę cielesną Litwina. Wspomniana przez p. Z. Glogera zdolność narodu polskie- Typ pastucha z p. Dzisicńskiego na Litwie, fot. H. Wińcza. go napływowego, mocą której, „osiedlając się różnoczasowo wśród ludności tubylczej na Li- twie i Rusi, nietylko nie narzucał nikomu swe- go języka, obyczaju i ubioru, ale bardzo szyb- ko przyjmował sam wszystkie cechy narodo- we tubylców" (str. 35)—da się, zdaniem mojem, rozciągnąć i na stosunek fizyczny jego z lud- nością litewską. Polacy, rozproszeni rzadko wśród autochtonów Litwy, w warunkach kli- matycznych i fizycznych obcych i znacznie trudniejszych—wsiąkali nieznacznie w ludność litewską wieśniaczą. Zastrzegam się, że ciągle mam na myśli dzisiejszego włościanina-Litwi- na, osiadłego na roli i na miejscu z dziada pradziada. Chcąc bowiem doszukiwać się wśród mieszkańców Litwy cech antropologicz- nych polskich, należy się zwrócić do szlachty, która w znacznej części przybyła tu za Ja- gielonów z Polski i odświeżała stale swą krew przez związki małżeńskie ze szlachtą w Polsce pozostałą. Natomiast kmieć litew- ski, a zwłaszcza żmujdzki, przechował aż do dnia dzisiejszego odrębność fizyczną. I wię- cej niż gdzieindziej wybitną jest ona nad Niewiażą, Dubisą, Jurą i Minią. I tu też po- za wskaźnikami czaszki, wzrostem i barwą włosów i oczu, uderza dotychczas każdego ten charakterystyczny, tylko Żmujdzinowi właściwy „wyraz nieuchwytny dla cyrkla i miarki antro- pologa," jak się wyraził dr Olechnowicz. A ten właśnie „wyraz" jest częścią nierozerwalną „ty- pu," po nim też, obok budowy czaszki, wzro- stu i t. p. cech fizycznych, poznaje się ra- sowego Żmujdzina, odbijającego wypukłe na tle współmieszkańców kraju, zarówno, jak po wpatrzeniu się w „rysy fizyognomii ziom- ków"—wedle słów p. Z. Glogera—poznaje się „swego ziomka wśród obcych, mówiącego ja- kimkolwiek dyalektem i różnie przebranego, byleby pochodził z rodziców, urodzonych nad Wisłą, Wartą, Niemnem, Bugiem lub Sanem" (str. 38). Nie można oczywiście tego powiedzieć o mieszkańcach granic Litwy i Rusi litew- skiej. Tam tysiącletnie sąsiedztwo i ścisłe obcowanie dwóch plemion zmieszało je na tej przestrzeni tak dalece, że już tylko zdała, w głębi od dawnej linii demarkacyjnej, spo- tkać można Litwina lub Rusina krwi pełnej. Że wpływ polski na etnografii litewskiej wyrył głęboko swe piętno—o to sprzeczać się nie będę, gdyż każdy, kto tylko tej dziedziny wiedzy się dotknął, na każdym kroku natra- fiał na ten splot guseł, wierzeń, podań, pieś- ni, a nawet obrzędów polskich i litewskich. Klasycznym dowodem w tym względzie jest opowiedziany przez pana Zygmunta Glogera szczegół, iż we wsi Dajnowie nad Wilią, między Wilnem a Kownem, usłyszał on 75 procent pieśni ludowych, zebranych przez sie- bie na Mazowszu i Podlasiu. Prawdopodobnie „Album" p. Z. Gloge- ra zwróci na siebie uwagę zawodowych an- tropologów i wywoła ożywioną dyskusyę. Ży- czyć tego należy tak ze względu na szanow- ne imię autora jego, jak też na aktualność kwestyi przezeń poruszonej. MICHAŁ BRENSZTEJN,
795 DZIŚ I WCZORAJ. Z WĘDRÓWKI NA OŚLEP. Dwa ogromne kościoły w gruzach — wielki gmach liceum drohiczyńskiego w gruzach — Paręset domków drewnianych w gąszczach ligustru wszystko to na ogromnej glinianej górze nad Bugiem to Drohiczyn straszliwy upadek cywi- lizacyi, która była. Dziwno nam, że upadła Palmira, stubramne Teby, Babilon i Nimwa, a w naszych oczach idzie w gruz niedawna cywilizacya. Co minuta niemal obrywa się jedno sklepie- nie, wzniesione trudem wielu pokoleń, świadek zdrowych dążeń kulturalnych. Pokrzywa i łopian porasta gruzy wspaniałych gmachów, z których Pokolenie naszych dziadów czerpało wiedzę. Żyd kupuje cegły ze świątyń do budowy domu, który •noże będzie rozsadnikiem wstecznictwa, brudu i za- razy moralnej. Słońce oświeca spokojnie i maje- statycznie tę nędzę, tak samo, jak oświecało po- Rgę, tylko zamiast uwydatniać czyste kontury, po- tężnych murów, oświeca kałuże smrodliwego biota * nędzne osty. Płynęliśmy po przeczystej wodzie Bugu; ry- bitwy białe, jak skrawki papieru, kapryśnie pławiły S|ę w czystym błękicie nieba. Po prawej stronie rzeki wysokie obrywy żółtej gliny lodowcowej, z dziurami pieczar, po lewej płaski brzeg ze wstąż- ką sinych lasów na horyzoncie. Łódka cicho sunie. — Czy to waryat?- pytam przewoźnika, wska- zując mu jakiegoś człowieka, który szuflą drew- nianą wylewał wodę na brzeg. — Nie, panie, to nie jest waryat: on szuka starożytności! odpowiedział przewoźnik. Podjeżdżamy, wysiadamy. Jakiś człowiek, stary już, opalony, z sympatyczną i inteligentną głową po kostki w wodzie, czerpie ciągle wodę szuflą i z góry chlusta nią na brzeg rzeki, pokryty drobnymi kamykami. —- Przepraszam pana... co pan robi?— zapyta- jmy się. Człowiek, który wylewał wodę z rzeki, prze- stał pracować, sięgnął do kieszeni i podał nam na dłoni kilka drobnych, okrągławych, płaskich przed uiiotów. Były to handlowe plomby ołowiane. Pan Feliks Kochański podał nam szkło powiększające, Przez które dostrzegliśmy na tych małych krążkach delikatne rysunki tajemniczych znaków. Pan Kochański wydobył na przestrzeni 120 KANAL AUGUSTOWSKI. W ZWIERZYŃCU BIAŁOWIESKIM. kroków wzdłuż, a 6 na szerokość, kilka tysięcy plomb, na których p. Bołsunowski wyodrębnił 700 zupełnie odmiennych rysunków. Było to pod wieczór, więc pan Kochański zaprosił nas do siebie. Szliśmy długo wzdłuż po- tężnych murów, ścieżką pomiędzy kwiatami. Przez ruiny bramy cmentarza kościelnego weszliśmy do ruin kościoła fundacyi Ostrowskich. Boczne nawy leżą już jak bezładne kupy cegły i wapna pięliśmy się po piętrowych zwałach skle- pienia i murów na których jeszcze nie miała cza- su porosnąć pokrzywa. Jak gdyby padły z jękiem wczoraj... Wreszcie, przez wązkie drzwi bez obramie- nia, weszliśmy z p. Kochańskim do jakiejś nory ciemnej i wilgotnej: to było mieszkanie zbieracza starożytności. Mieszka on w ruinach kościoła. Po- prostu w tych dwóch izbach nagich i brudnych czyha po ciemnych kątacli chłód śmierci i jakiegoś dra- matycznego końca. Pan Kochański wydobył ze zbutwia- łego kuferka kilka małych pudełek od zapałek szwedzkich. W tych pudełkach za- warta była najświet- niejsza prze s z ł o ś ć Drohiczyna. Plomby ołowia- ne—to olbrzymi han- del tranzytowy; mo- nety różnych krajów, czasów — to bogac- two; ciężarki do wrze- cion, których tu mnóstwo — to miej- scowy przemysł; wreszcie paciorki i o- zdoby delikatne złote - to dorobek i kul- tura. Dwie kultury: jedna wczorajsza, druga daw- na—znalazły się razem pod jednem spękanem skle- pieniem. Z kątów izby wydobywał p. Kochański szczątki urn grzebalnych i dziwnego kształtu ce- giełki polewane—a pod naszemi nogami dudniało sklepienie grobów. Pani Kochańska, z wielkim trudem spraco- wanych nóg, zaprowadziła nas przez nieprawdo- podobnie wysokie kupy gruzów, do świątyni, odar- tej z ołtarzy—nagiej—spękanej, która lada chwila runie. Przez otwór blizko drzwi bez wrzeciądza weszliśmy do grobów. Świętokradzkie ręce wywlekły dziewicze członki zakonnic ze zmurszałych trumien, zdarły szczątki welonów święconych, i pozostały z tych cichych i świętych dziewic ohydne, postrzępione, zeschłe łachmany ciał o barwie ziemi. - „Proszę panów, te mniszeczki uczyły mnie czytać... Pewnego razu chcieli rozbić mur—tam jest kilkadziesiąt trumien zamurowanych—ale jeden z ra- busiów obciął sobie palec i z bólu zemdlał, więc dali pokój..." Wyszliśmy z tych sprofanowanych grobów z uczuciem dziwnego ucisku w piersiach. Najlepiej dla duszy nie widzieć mc prócz ziemi i nieba, to też odetchnęliśmy, znalazłszy się za miastem. Gościniec z Drohiczyna do Bielska— to też historya: nazywa sią Napoleońskim, szeroki na 50 kroków, wysadzony czterema rzędami brzóz, dębów, sosen i świerków. Wokoło nieprzejrzane łany żytnie, przetykane złotym lnem i zielonym owsem. Kraski zmykają przed nami z drzewa na drzewo, wrzeszcząc chrapliwie. Chleba dość—ale nie samym Chlebem żyje człowiek. Ani jednej nuty pieśni, ludzie pracują tu ciężko a smutno: dzieci nieufne, jak zwierzątka zmykają przed obcym. Na pozdrowienie nikt nie odpowiada. Homo homini lupus. Deszcz zmusił nas szukać schronienia w naj- bliższej od drogi chacie—była to kuźnia żydowska. Pomału, przez ciekawość, zeszło się kilku włościan przypatrywali się nam w milczeniu, wresz- cie jeden spytał: co na świecie słychać? — „...Bo my tu nic nie wiemy, my nie- „PRZEPUST" NA KANALE AUGUSTOWSKIM
796 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 42 DROHICZYN NAD BUGIEM. czytający i niepiszący—pracujemy tylko jak bydło, z nosem ku roli." W Boćkach bezmyślne gapienie się osłab- łych z gorąca kupców żydowskich i spasłych brud- nych Żydówek. Pod wieczór dobiliśmy, zmęczeni fatalną dro- gą, do Bielska. W hotelu, oczywiście żydowskim, bo innych niema myszures zrobił nam na wstępie propozycyę za którą staiite pede wyleciał za drzwi. Nazajutrz, skoro świt, pomknęliśmy koleją do Białowieży. Od Hajnowszczyzny zaczyna się las niby puszcza. Las taki, jak wszystkie lasy — tylko porządniejszy. Jeżeli chodzi o puszczę, wi- działem lepsze. Regle pod Wołoszynem w Tatrach albo pod Krzywaniem -to dopiero puszcze. Patrzymy przenikliwie w las z okien wagonu czy nie dojrzymy jakiej zwierzyny. Pusto i głucho. W Białowieży jedna prosta ulica, brukowana drobnym polnym kamieniem. W głównym zarządzie dóbr zaopatrzyliśmy się w pozwolenie zwiedzenia tego, co widzieć można i pięknie utrzymaną szosą pojechaliśmy do Zwierzyńca. Przez pięć bram drewnianych dostaliśmy się tam, gdzie jest zamkniętych 18- 20 żubrów. Las ciągle pusty minęło nas tylko stadko... krów, powracających pod strażą małego pastuszka, do południowego udoju. Po długiem błądzeniu spotkaliśmy wreszcie gajowego ze strzelbą i w mundurze. Wyraziliśmy mu chęć zobaczenia żubrów. Po parogodzinnem chodzeniu po lesie zresz- tą bardzo zwyczajnym gajowy kazał nam pocze- kać spokojnie i zaszył się w las. Nudne było oczekiwanie wreszcie gajowy powrócił i zawiadomił nas, że żubry są. Jeszcze pół godziny drogi przez las, szeroką ścieżką, wreszcie wskazał nam palcem. O jakie 80 kro- ków od nas stało stado żubrów, złożone z 16 do 18 sztuk. Pod słońce grzbiety ich połyskiwały jak ciemny bronz; krótkie, czarne rogi, wypukłe oczy i czarniawe grzywy. ARMATA ZNALEZIONA POD KOBRYN1EM Żubry patrzały na nas, oganiając się ogo- nami od owadów leśnych; między nimi było kilka sztuk jeleni. Zbliżyliśmy się jeszcze na jakie 50 kroków; żubry ciągle stały, patrząc na nas upor- czywie. Gajowy nie radził podchodzić bliżej. Napatrzywszy się do woli co prawda, bez wielkiego wrażenia pożegnaliśmy ostatniem spoj- rzeniem żubry i zaczęliśmy odwrót. Ani puszcza, ani żubry nie zrobiły spodzie- wanego wrażenia mitnowoli przypomina mi się ogród aklimatyzacyjny. Wolę puszczę, łosie i żu- bry Juliusza Kossaka w „Roku Myśliwca." Żubry, pomimo starań pieczołowitych, wymie- rają. Maluczko, a żubr stanie w szeregu z niedź- wiedziem jaskiniowym, olbrzymim jeleniem w kostnicach muzeów historyi naturalnej, jako zwierzę wymarłe. Gdy rankiem chodziliśmy do głównego za- rządu puszczy po pozwolenie, zauważyłem pod ścianą domu, kilka armat; po południu postano- wiłem rzecz bliżej zbadać i podaję tutaj wyniki tego badania. Armaty te znaleziono w miejscowości nie- określonej bliżej powiatu Kobryńskiego w wodzie jakiejś rzeczki. Zabrano sztuk pięć podobno jest ich w owej miejscowości więcej. Te, które badałem, są poprze,amywane naj- częściej przez pół; kaliber wszystkich duży i dłu- gość znaczna, tak, że to są najprawdopodobniej armaty forteczne lub oblężnicze. I tak: Nr. 1. Armata Jerzego Rakoci z r. 1461. ułamana przy czopach; grubość przy panewce 46 cm., długość odłamu 1.10 cent. Nr. 2. Armata niewiadomego pochodzenia, odłam od wylotu długi na 1.20 cent., grubość 40. Nr. 3. Armata Króla Zygmunta III z r. 1631, długość 88, grubość 40. Nr. 4. Armata bardzo pięknie rzeźbiona, bez napisów na części wylotowej (reszta ułamana), 1.10 cent, długa, 40 cent, gruba. Nr. 5. Armata gładka bez panewki i tylca; bez napisów, długość 1.50. Może istnieją gdzie w zbiorach po- dobne? Przez Białystok, Grodno, stamtąd wyborną szosą na Ło- sośnę i Lipsk, poje- chaliśmy do Augu- stowa. Po drodze wi- dzieliśmy śluzy kana- łu Augustowskiego i jezioro Białe. W Au- gustowie nie było wcale sielaw, których zażądaliśmy. Po krót- kim odpoczynku, ru- szyliśmy do Suwałk, j a d ą c przeważnie przez lasy. Od Grod- na do Suwałk mieliśmy jednem prawic pasmem 57 wiorst drogi przez las. Do Wigier zajechali- śmy pod wieczór. Trudno było dostać nocleg i pożywienie- wreszcie jedno i drugie znalazło się, ale w naj- bardziej pierwotnej formie napół kwaśnego mleka i grubego razowca. Na nocleg ofiarowano nam obórkę która pod swoim dachem miała nieco świeżego siana. Przezorna właścicielka kwaskowatego mle- ka i świeżego siana zażądała od nas pasportów. Śmiesznie dość wyglądała w roli policyanta była bowiem w bardzo posuniętym stanie błogosła- wieństwa. Po bardzo sielankowej nocy na drobnein sianie zaświecił nad jeziorem cudowny poranek ale pozycya nasza była nad wyraz smutna, bo mieliśmy przed sobą ogromny obszar wody ale nie mie- liśmy... łódki. Posiadać łódek - mieszkańcom Wi- gier nie wolno. Cel podróży był więc chybiony. Jedną rzecz wolno nam było zrobić to jest wykąpać się, co też z rozkoszą uczyniliśmy. Miej- scowi rybacy zastępują łodzie przenośncmi tra- tewkami z sitowia. Za jakie lat... nie wiem ile, może na Wi- gicrskiem jeziorze się zmieni może będą łódki może będą hotele tak, jakby to już było, gdyby Wigry były gdzieindziej, ale tymczasem pozostaje tylko cierpliwie czekać. Ogólne wrażenie z włóczęgi to cofanie się wstecz cywilizacyi i kultury po wsiach, a niezdro- wy, brudny, demoralizujący niby-posfęp po mia- stach fabrycznych. No, i wzrost niepomierny wpływu na wszyst- kie objawy życia rasy semickiej. A. P. ZŁOTE LISTKI. Gdy ideały twe świat błotem zbrudzi, Zamknij je w sobie, ale kochaj ludzi. Piotr Par\'lak. * * * Wolność sama najlepiej goi rany, które za- daje. Emilia Puffke. * * * Być kochaną już jest czemś przedziwnie blo- giem, choćby się wzajem nie kochało. Gzem mu- si być wzajemna miłość? To nie dla ludzi, to pewnie istnieje tylko w imaginacyi poetów. Esteja. * * * Wspólna to jest poetom i muzykom wada: Jeden czasem gra nadto, drugi nadto gada. Ignacy Krasicki. * :i: * Owoc doświadczenia jest gorzki, ale zdrowy- Konstanty Gaszyński. PAN KOCHAŃSKI POSZUKUJE PI 0MB NAD BUGIEM
797 ARTUR GRUSZECKI. SŁOMIANY OGIEŃ. 12 Postanowiła dziś jeszcze pójść do schroni- ska sierot, i gdy tak siedziała zamyślona, z twarzą rozpromienioną przekonaniem o dob- roci i współczuciu ludzi, posłyszała cichy skrzyp drzwi, a sądząc, że to doktor Szarewi- czowa, podniosła oczy z uśmiechem przyjaźni, i we drzwiach ujrzała młodego, bardzo staran- nie ubranego mężczyznę, który, skłoniwszy się, rzekł tonem swobodnym: — Jestem Domnicki, siostrzeniec pani Sylurskiej... przepraszam panią za nagłe zjawie- nie się, ale sądziłem, że zastanę tutaj moją ciotkę i matkę... Pani pozwoli, że chwilę od- pocznę—i odstawiwszy kapelusz, począł zwol- na ściągać rękawiczki, przypatrując się z uśmie- chem zadowolenia zmieszanej Wandzi. — Wprawdzie...—zaczęła, chcąc mu po- wiedzieć, że salon należy do Klubu, ale na- myśliła się i dokończyła tonem obojętnym, drażnił ją bowiem jego wzrok pewny siebie:— Proszę odpocząć, pani Sylurska ma wkrótce Wrócić, jak mnie objaśniła służąca. — Dziękuję pani, — znów się skłonił i usiadł na krześle przy stole. — Wiem, że wdzieram się w tajemnice klubowe,—uśmiech- nął się ale zmęczyłem się, zwiedzając miasto. — Pan pierwszy raz w Krakowie?—spy- tała, aby nic okazać się niegrzeczną. — Byłem niegdyś, ale co innego widzi dziecko, na co innego patrzy dojrzały czło- wiek. Dawniej zajmowały mnie budynki, pa- miątki, kościoły... dziś ludzie. Szukam pięk- ności w ludziach, by nie popaść w pesymizm na tym nędznym świccie. Wandzia, mając świeżo w pamięci Ma- ciejową ze Zwierzyńca i jej dobroć, uśmiech- nęła się, słysząc ostatnie słowa, i rzekła z lek- kięm ożywieniem: — Świat wcale nie jest nędzny, byle się nie ślizgać po wierzchu, lecz sięgnąć głębiej do serc i uczuć ludzkich. Spojrzał na nią cokolwiek zdziwiony jej zdaniem, i przybierając melancholijny wyraz twarzy, rzekł: — Nie dziwię się wcale ufności pani do świata, do ludzi, gdyż jest to zupełnie w po- rządku, mówię bez fałszywych komplemen- tów... Kto jest tak piękny, jak pani, ten wszędzie widzi piękność... ale my zwykli lu- dzie odmiennie widzimy. Pochlebne słowa były zbyt surowo po- dane, by sprawiły na Wandzi dobre wrażenie. ^Poważniała i rzekła tonem zimnym, biorąc dziennik do ręki: — Każdy ma swe zapatrywania. Zauważył i on swój błąd, zrobiony ze zbytniego pośpiechu. „Pojechałem za obceso- wo—pomyślał. —Sądziłem, że złapie się na ładne słówka; trzeba zacząć z innej strony, bo ona Warta zachodu: i ładna, i dumna... Jeśli wszystkie klubowe, chociażby w połowie, są takie ładne i eleganckie, to inam dyabelne szczęście, dzięki troskliwości mamy.“ Siedział jakiś czas w milczeniu, wreszcie odezwał się skromnie: — Daruje paili mej śmiałości, ale jako człowiek, interesujący się ruchem społecznym, pragnąłbym wiedzieć: jakie zadanie ma Klub kobiet? Ujęta jego tonem grzecznej prośby, od- powiedziała poważnie, nie patrząc na niego: — Zadaniem Klubu jest uzyskanie praw politycznych i społecznych, należnych kobie- tom, jako obywatelkom kraju. — Dążność bardzo słuszna i pożytecz- na! — zawołał ze sztucznym zapałem: — i ja mam to przekonanie, że póki nie nastąpi zrównanie praw mężczyzn i kobiet, świat bę- dzie zawsze przedstawiał obraz złego pożycia małżeńskiego... Małżeństwem nazywam w tym przypadku konieczność wspólnego życia na tej planecie. — Poglądy pana ucieszą panią Sylurską. — Przekonania moje są stale, i nie zmie- niam ich dla przypodobania się innym. Ko- bieta, mojem zdaniem, to kwiat ziemi, to bó- stwo, które nas wiedzie do nieba, lub pogrąża w otchłanie, i aby zapewnić jej panowanie, na- leży usunąć wszelkie przeszkody prawne i po- lityczne. Ton fałszywego zapału odczuła Wandzia w jego słowach, a okazywany zachwyt wydał się jej podejrzanym, odpowiedziała też tonem uprzejmości towarzyskiej: — Zapatrywania pana znalazłyby zapew ne uznanie w Klubie. — Tylko w Klubie? — zdziwił się—czyż pani nie znajduje ich dobremi? — Nie jestem kwiatem, nie chcę być bóstwem — uśmiechnęła się z lekką ironią: — jestem człowiekiem, i jako człowiek żądam równych praw dla wszystkich. Może użyłem niewłaściwego porów- nania, ale Kraków... cale otoczenie — patrzał wymownie na mą — podnieciło moją wyo- braźnię. Wtem weszła doktorka Szarewiczowa, a widząc młodzieńca, rozmawiającego z Wan- dzią, uśmiechnęła się kącikami ust, i wprost szła na swe zwykłe miejsce, mówiąc: -— Spóźniłam się dzisiaj — podała rękę sekretarce. — Czy były klientki? — Jedna ze Zwierzyńca, w sprawie schroniska sierot, i zażądała pomocy. Czyż tam jest schronisko? Słyszę po raz pierwszy. — Podobno utrzymuje je jakaś kobieta | własnymi zabiegami... — Bardzo wątpię: napewno posiada ja- kieś fundusze, lub pomaga jej gmina. Nale- żałoby zbadać na miejscu. — I ja tak myślę. Franio czekał tylko chwili sposobnej, by się przedstawić, domyślał się bowiem w zgrab- nej, szczupłej, szykownie ubranej pani, człon- ka Klubu. W odpowiedzi na zaprezentowanie się skinęła mu głową obojętnie i zaczęła z Wan- dzią rozmowę: — Przez cały ranek dzisiejszy — mówiła dźwięcznym 'głosem, uważając, by każdy jej ruch był przyjemny — chodziłam po więk- szych sklepach, aby umieścić tę nowo przy- byłą z prowincji. I znalazła pani? — Obiecano mi tylko w jednym sklepie... ale jaki wyzysk! jakie marne wynagrodzenie! — Ileż? — spytała Wandzia. — Utrzymanie bardzo skromne bez mieszkania i dziesięć guldenów na miesiąc... a przecież dziewczyna musi ubierać się przy- zwoicie, gdzieś mieszkać... Tak nadużywa się pracy kobiet! — Pani ma zupełną słuszność — wmie- szał się Domnicki do rozmowy: — wyzysk dzieci i bezbronnych kobiet jest wstrętny. — I nie my, kobiety, go praktykujemy, lecz mężczyźni - powiedziała doktorka z od- cieniem dumy. — Bo też kobiety mają zawsze więcej uczucia, serca, nie są tak chciwe pieniędzy — rzekł z udaną szczerością. — Mojem zdaniem, stosunki społeczne powinny być regulowane ze współudziałem kobiet, a wówczas uniknie się hańbiącego wyzysku. — Z wygłaszanych poglądów zaraz po- znać siostrzeńca pani Sylurskiej - uśmiechnęła się przyjaźnie doktor Szarewiczowa. — Mówię nie jako siostrzeniec,—zaczął z powagą—lecz z praktyki życia przekonałem się dowodnie, że tylko mężczyźni wyzyskują kobiety i traktują je jako niewolnice. W tej chwili weszła pani Sylurska z siostrą. Odłożywszy pakunki, po zaprezento- waniu pani Domnickiej, gospodyni poszła do kuchni. — O czem rozmawialiście państwo? — spytała pani Domnicka, przyglądając się bacz- nie obu paniom, a zwłaszcza Wandzi. — O wyzysku pracy kobiet przez męż czyzn,—odpowiedziała Szarewiczowa — a po- glądy, wygłoszone przez syna pani, przy- noszą zaszczyt nietylko jemu, lecz i pani jako matce. Na razie zmieszała się pani Domnicka, sądząc, że pani Szarewiczowa przemawia iro- nicznie, znała bowiem lekceważące i niemal pogardliwe zapatrywania syna na kobiety; bąknęła więc nieśmiało: — Cóż ty powiedziałeś? — Że w dzisiejszych warunkach—mówił głosem pewnym- mężczyzna uważa kobietę za niewolnicę, której praca, czas i... inne za- lety należą do pana, wypłacającego jej zaro- bione pieniądze. — To prawda—westchnęła matka. — Ale to się zmieni: dość już tyranii mężczyzn!—zawołała z ogniem doktorka Szare- wiczowa. Do pokoju weszła pani Sylurska, a na jej wielkiej twarzy znać było ślady gniewu i oburzenia. — Co się stało, Maniu? — spytała sio- stra.
PRZED PAŁACEM DOŻOW ALEKSANDER GIERYMSKI
KU IDEAŁOM EDGAR MANENCE -— A to z tą wstrętną służącą!—odpowie- działa z powstrzymywanym gniewem: — wyo- braź sobie, kazałam jej zrobić bite kotlety, jak ty lubisz, a ona aby nie żyłować i zmniejszyć sobie roboty, już posiekała mięso... Ach, jaki leń! nicpoń!... Płać, proś, obchodź się jak z dzieckiem, a ona wszystko zrobi na przekór. — Tak, tak, to płatne wrogi— westchnę- pani Domnicka.- To dobrze, że ze mną. ja- ko siostrą, nie potrzebujesz robić sobie cere- monii, ale gdyby to był kto inny!? — Na miejscu pani rzekła doktor Sza- rewiczowa -skarciłabym ją porządnie i kazała natychmiast przynieść kotlety. Nie można po- zwalać służącej na jej fantazye. —- Byłabym i ja to samo zrobiła, — po- w>odziała gospodyni — ale już późno. Zapo- W1odziałam jej jednak, że za karę straciła wy- chodne w niedzielę po południu, a to ją bar- dziej boli, aniżeli gdyby poszła po kotlety — uśmiechnęła się ze złośliwem zadowoleniem. — Czy ona często ma wychodne?—spy- tała siostra. — Co drugą niedzielę. — To tak, jak moja—dodała doktor Sza- reWiczowa. — Sposób pani zabronienia wy- chodnego jest dobry na ukrócenie ich fanta- zyi; zastosuję go u siebie. Umilkły panie, gdyż do pokoju weszła dziewczyna młoda, w sukni wyszarzanej, bla- da, i zmieszana na widok tylu osób stanęła w progu. — Czy do biura? — spytała pani Sy- lurska. — Tak jest. — Proszę bliżej... siadaj... pani... W czem możemy pomódz? Dziewczyna zbliżyła się niepewnym kro- kiem, zaczerwieniła się lekko i bąknęła nie- śmiało: — Mnie wysłały koleżanki w sprawie na- szej. — Usiądź pani i proszę mówić śmiało, szczerze—spojrzała porozumiewawczo na sio- strzeńca, który usunął się do drugiego po- koju. — Nas pracuje piętnaście w magazynie strojów damskich pani... — tu wymieniła na- zwisko—i bardzo nam źle. Przyszłyśmy o ra- dę do biura, to jest mnie delegowano, bo wy- szłam za sprawunkami. — Bardzo dobrze... O co idzie? — Pani właścicielka płaci nam bardzo mało: za dziesięć godzin dziennie, tygodnio- wo po trzy, cztery, najwyżej pięć guldenów, i to już biegłym i wykwalifikowanym. Kilka razy na tydzień przetrzymuje nas po dwie, trzy godziny dłużej bez żadnej dopłaty, a prócz tego płacimy za złamane igły, zepsuty mate- ryał, za najmiejsze opóźnienia się... — O, to źle! — zmarszczyła brwi doktor Szarewiczowa: należy porzucić magazyn. — Porzucić?—podniosła swe zmęczone oczy na mówiącą—przecież żyć trzeba, a gdzie- indziej bywa gorzej. Właścicielka używa do posług, gotowania i płaci tygodniowo po dwa guldeny, czasem więcej. Więc dokąd pój- dziemy? — A jakie utrzymanie? — spytała Wan- dzia. Szwaczka o mało że nie parsknęła śmie- chem i, uspokoiwszy się, rzekła: — Ależ proszę pani, właścicielka nigdy nie daje utrzymania, chyba że całą noc musi- my pracować, to wydziela nam szklankę cien- kiej herbatki i bułkę centówkę.
800 Piramida Menkara. Piramida Chefresa Sfinks. Piramida Cheopsa. Hotel Menahouse. WIDOK NA PIRAMIDY Z BALONU, z podróży aeronauty Speltriniego. —_ Ależ to okropny wyzysk i niewola!— zawołała pani Sylurska—zwłaszcza, że tak drą z nas za każdą suknię, bluzkę, poprawkę... — Czy wie pani,—mówiła doktor Szare- wiczowa—że za tę bluzkę, co miałam ostatnim razem w Klubie... — Wiem, wiem, ta jedwabna z pliskami —uzupełniła pani Sylurska. — Ta sama... Za samą tylko robotę za- płaciłam pięć guldenów... Trzeba zaagitować w Klubie, żeby albo krawcowe obniżyły cenę, albo będziemy brały szwaczki do domu. — Wziąć do domu szwaczkę to naj- praktyczniej—radziła pani Sylurska:—gdy skoń- czy wcześniej spódnicę czy bluzkę, może za- wsze coś naprawić, połatać. — Ja zawsze biorę szwaczkę do siebie mówiła pani Domnicka: — płacę trzydzieści centów i wikt, a co najmniej o połowę wy- pada mi taniej aniżeli u krawcowej. Wśród chwilowego milczenia odezwała się przybyła nieśmiało: — Jaką mam dać odpowiedź koleżan- kom? Spieszno mi, bo zapłacę karę za spóź- nienie się. Panie spojrzały z pewnem wahaniem po sobie, wreszcie rzekła doktor Szarewiczowa: — Sprawę tę weźmiemy pod uwagę na najbliższem posiedzeniu wydziału. Dziękujemy za powiadomienie nas o panujących stosun- kach pomiędzy pracodawczyniami a robotni- cami... Sądzę, że z czasem zmusi się właści- cielki do ustępstw. —- Dziękuję paniom — mówiła, wstając z krzesła: a ja myślałam...—zawahała się. — Proszę otwarcie... cóż takiego? —- Że panie wstawią się za nami u pani właścicielki, bo i ona należy do Koła pań... i że wpłyną na nią. — My nie mamy nic wspólnego z Ko- łem, powiedziała surowym tonem pani Sylur- ska—a swoją drogą będziemy pamiętały o po- trzebach pracownic. Ukłoniła się w milczeniu i wyszła przy- śpieszonym krokiem. — Ładne uczestniczki liczy to Koło!—za- śmiała się złośliwie pani Sylurska: głoszą mi- łość, przebaczenie, a żyją wyzyskiem dziew- cząt! — Gdyby u nas podobna pani się zna- lazła,—rzekła surowo doktor Szarewiczowa— postawiłabym natychmiast wniosek wyłącze- nia jej z Klubu. Z pokoju sypialnego wyszedł Franio, spojrzał ironicznie po zebranych i z powagą na twarzy usiadł przy stole. Matka śledziła go z pewnym niepoko- jem, obawiając się, by nie powiedział czegoś złośliwego i przykrego o kobietach, wysłu- chawszy skargi szwaczki. Wandzia, która z wielką przykrością do- wiedziała się o wyzysku pracownic, przemówi- ła z westchnieniem: — Nie przypuszczałam, że kobiety mo- gą tak wyzyskiwać zależne od siebie pracow- nice, również kobiety. — Tak, tak... To smutne... To źle—szep- tały panie, wzdychając. — To nie jest winą kobiet—przemówił Franio ze smutkiem w głosie: — ze wstydem muszę przyznać, że i ten wyzysk szwaczek ma swe źródło w pierwotnym wyzysku męż- czyzn. Wszystkie panie spojrzały na niego z pewnem zdziwieniem, gdyż w tym przypad- ku wyzysk pracodawczym był najwidocz- niejszy. Po tej rozmyślnej pauzie mówił: — Tego rodzaju smutne i bolesne nad- używanie pracownic jest wynikiem konku- rcncyi. Mężczyzna, wyzyskując, oddaje klien- towi swą robotę taniej; kobieta, chcąc konku- rować z męskim magazynem strojów, musi wbrew swym uczuciom i woli zastosować się do ceny męskiej i na wzór jego wyzyskiwać pracownice. (DCN)
801 WIDOK PUSTYNI LIBIJSKIEJ Z BALONU. Z podróży aeronauty Speltriniego. Z teki pośmiertnej TADEUSZA PIETRASZKIEWICZA Gdyby mi Dante, z powodu mych wierszy, Powinszowania list przysłał najszczerszy; Gdyby mi Patti głosu, Skromności kwiat lotosu, A Antinous zazdrościł urody; Gdyby Wisły wody, Chcąc ujrzeć mnie, skręciły w biegu ku mnie, Albo żórawie od nas nadleciały tłumnie; Lub gdyby nadszedł, pewnym rankiem mglistym, Ow koniec świata, co go się tak boim — Mniejbym się zdziwił, niż ostatnim twoim Listem. Nie, że na więcej jest niż na pól stronie, Nie, że nie bawisz się już z nim w ironję, Nie, że myśl gładka, język potoczysty, Lecz, że ci miłe były moje listy, dawne naszych pisanin wspomnienia Jeszcze niestarte, I że chcesz, bym ci przysłał z oddalenia Szerokie wieści, nie zaś lichą kartę. Zsyłam więc, lecz „illustracyi masą“ Nie zdobię listu- chciałem nadaremnie: Widać Rafael gaśnie wtedy we mnie, Gdy płonie Tasso. Niechaj więc pieśń ma złoży się tem piękniej Liro ma, dżwięknijl Niech nad melodji barwnością bogatą Czuwa Erato, 1 niech mi myśli misternie układa Boska Pallada! Nie będę mówił, co robię, z kim żyję: Już to na pamięć pewnie umiesz dawno; Nie będę bawił się w formę wytrawną, W naśladownictwo nie wpadnę niczyje, Nie ujmę myśli w sonet lub akrostych, Wszelkiej tkliwości strzedz się obiecuję; Lecz powiem w słowach jak najbardziej prostych: Co czuję. Oto zleciała gdzieś z gwiazdy polarnej Nieznana pani. Olbrzymie fałdy ciężkiej szaty czarnej Zwisają na niej, Rękę wciąż w jedną wyciągniętą trzyma Stronę, i smutek patrzy jej oczyma. A tak nieznaną była mi jej głowa, Jak śmierci treść lub liści leśna mowa, Albo myśl orla, co nad wiatry wdarł się, Albo jak zimna kraina na Marsie. Rękę wciąż w jedną wyciągniętą trzyma Stronę, i smutek patrzy jej oczyma. A kiedy wzrok swój zwrócę za jej dłonią. To mi się zdaje, Że widzę jakieś znajome błękity I znane kraje; W uszach mi dźwięki dobrze znane dzwonią, Wszystko poznaję; i W piersiach się budzi cichy żal ukryty, Serce się kraje... I w chwilę taką, bywa często, z cicha Nadchodzi rozum z twarzą zimną mnicha, Co to się nigdy nie kieruje gniewem, A glos ma taki, jakby stukał drzewem, 1 te mi słowa nad głową kołacze: „Tam znów do licha! Dla kobiet jęki, dla poetów płacze, Dla ciebie algebra; A gdy ci kiedy wlezie żal pod żebra, Weź się czemprędzej do swoich pisanin I rzeknij cicho: Wszak rok to chwila. Tak chciał los poganin! Więc pal go licho!" Tak, lecz ta czarna, ta smutna, nieznana, Nieubłagana! Zdziwisz się pewno Taką nutą rzewną W zwyczajnym liście, Nie wiedząc wcale, Skąd te gorzkie żale, Jakby w artyście, 1 kto mi smutnie Tak nastroił lutnie? Myśl w dłóto zamień, Moje słowa w kamień, A ujrzysz snadnie, jak z pod twego dłóta Wyjdzie Tęsknota wykuta, Łićgc, 1901.
802 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 42 BANK ROSYJSKO-CHIŃSKI W CHARBINIE. Fot. inżynier Edward Osser. DOM STRAŻY POGRANICZNEJ W CHARBINIE. Kupcy chińscy. Koresp. własna Tyff. illustr. z Charbina. Charbin jest jedynem może na kontynencie Azyi miastem o charakterze amerykańskim. Wyrósł on w lat parę. Tu, gdzie 7 lat temu była pustynia w całem i dosłownem znaczeniem tego wyrazu, dziś buduje się i żyje już miasto o tak niezwykle silnie bijącym pulsie, jakiego się w na- szej starej Europie nigdzie nie da zaobserwować. Tu życie już nie wre, nie kipi, ale poprostu gwałt zadaje wszelkiemu stworzeniu, i czy chcesz, czy nie chcesz musisz wpaść w ten odmęt szalony. Jak zawsze i wszędzie, każdy z ludzi przede- wszystkiem jest prorokiem, każdy więc, kto choć z okna wagonu ujrzał Charbin, z zupełnie pewną miną przepowiada temu miastu szaloną przyszłość handlową. Ode mnie czytelnik niewiele się do- wie o przyszłości Charbinu, acz mieszkam tam stale. Natomiast postaram się dać obraz jego te- raźniejszości. Przedewszystkiem zaznaczyć muszę fakt pier- wszorzędnej doniosłości. Oto jedyną przyczyną która wywołała powstanie i rozrost Charbinu jest fakt wydzierżawienia przez Rosyę od Chin pro- wincyi Kwantunu z Portem Artura. Aby na pro- wincyę tę wywrzeć wpływ silny, rząd rosyjski po- stanowił wybudować wśród tego par cxcellencc chińskiego kraju miasto rosyjskie Dalny. Kon- cesya na budowę Wschodniej kolei Chińskiej jest prostem następstwem wydzierżawie- nia jej prowincyi Kwantunu, losy zaś Charbina i losy kolei Chińskiej to jedno. A więc życie Charbina zapoczątkowane jest na tle natury politycznej, nie zaś ekonomicznej. Cała kolej Wschodnio-Chińska gra dziś rolę jakiegoś kurytarza, łączą- cego 2 ogniska życia: z jednej strony Kwantunu, z drugiej — Sy- beryi i Rosyi. Ten charakter podkładu egzy- stencyi miasta może się radykalnie zmienić wtedy tylko jeżeli będą powołane do życia bogactwa natural- ne Mandżuryi, których tu pono tak dużo, a których gwałtownie poszu- kują Chińczycy, Rosyanie i wszel- kie inne narody. Handel Charbina i całej Man- dżuryi warunkuje się dziś jednym potężnym faktem, t. j. portofranco Portu Artura. Wszelkie towary przychodzą do Charbina bez cła ze wszystkich końców świata, a głównie z Amery- ki północnej, Niemiec i Japonii. Kto zwiedził Charbin, tego uderzył szcze- gólniejszy fakt, że tak pomiędzy sklepami, należą- cymi do Chińczyków, jak „białych", nieznana jest zupełnie specyalizacya towaru, lecz że wszystkie magazyny są tu uniwersalne. W każdym sklepie wszystkiego dostać można. Każdy sklepikarz ma u siebie narzędzia ślu- sarskie obok koniaku, siodła obok cygar, samo- wary obok zegarków i rury żelazne obok zapałek. Ten bigos w sklepach da się łatwo objaśnić. Pierwsi sklepikarze, którzy pootwierali swe składy w pierwszych dniach istnienia miasta, musieli mieć u siebie wszystko, gdyż jeden jakiś towar nie mógłby jeszcze utrzymać interesu; zresztą byli oni tak nieliczni, że nie wystarczyłoby ich na wszystkie gałęzie handlu. Na wszystkiem się tu doskonale zarabiało, nie chciało się więc kupcom pozbywać jakiegoś towaru, gdyż dawał on dobry dochód. Dziś jesz- cze idzie tu handel poomacku, i żaden ze skład- ników nie wie dobrze czego się trzymać. Ta uni- wersalność jest przyczyną zupełnego dyletantyzmu kupiectwa. Nie znają oni towaru, a cóż dopiero mówić o taryfach! Gdy taki składnik usłyszy cenę loco War- szawa, (Jdesa, Londyn, lub San-Francisco nic nie MAJ-MAJ-ŻEN. KUPCY CHIŃSCY. Ze zbiorów G. Olechowskiego. rozumie i nie wie, czy to tanio, czy drogo. Dla- tego to każdy kupiec tutejszy najchętniej kupuje towar loco Port Artura, lub Charbin. To samo zauważyć się daje w sklepach chiń- skich. Znaleźć tu można wszystko, począwszy od traw leczniczych i jedwabiu, kończąc na szao-diu (wódka) i chlebie. Wszystkie sklepy chińskie - jednakowe, tak pod względem wyglądu zewnętrz- nego, jak i zawartości w towarach. Pochodzi to stąd, że wszyscy tu kupują z tych samych źró- deł w Szanhaju lub łnkou; pod nazwą zagra- nicznych towarów idą tu towary manufaktur an- gielskich w Szanhaju. Najbardziej „courrant" artykułem jest, rzecz prosta, uniwersalnie używany przez 550 milionów Chińczyków błękitny dreliszek bawełniany, na miejscu farbowany, lub też biały, jeszcze nie farbowany. C.ena tego rzeczywiście wielkiego artykułu waha się od 17 do 20 kopie- jek za arszyn. Cały kostium letni chiński z ta- kiego materyału kosztuje 5 rubli. Czysto chińskim towarem o dużych obrotach jest tu: jedwab w postaci tak zwanej cze-suj-czy, dalej różne przedmioty do stroju ciała czy miesz- kania ręcznie wyszywane jedwabieni, dalej farba niebieska i wyroby ze srebra, bardzo misterne, ale drogie. Takie są ogólne warunki handlu w Charbi- nie. Dodajmy do tego, że Charbin jest fantastycz- nie drogi, że klimat tu przykry, bo bardzo zmien- ny i krańcowy, że grunt bagnisty, że dmie tu tajfun, wiatr z pustyni Gobi, ostry i oślepiający kurzem, a przynoszący z sobą całe chmury piasku, że na wiosnę i w jesieni leje tu fu-tsian, ulewa kilkotygod- niowa, zamieniająca miasto w potop błota, że pozbawionym się tu jest wszelkiej cywilizowanej rozrywki czy przyjemności, że o życiu utny- słowem zorganizowanem niema jeszcze wcale mowy a będzie- my mieli w przybliżeniu obraz teraMniejszości Charbina. Jaka będzie przyszłość? Niech każdy wnioskuje, jak umie. <2>11 vivra, verra. GUSTAW OLECHOWSKI-
TYGODNIK ILLUSTROWANY M- 42 803 NOWY DWORZEC KOLEI MANDŻURSKIEJ W CHARBINIE. Fot. inżyniera WIADUKT PONAD DROGĄ ŻELAZNĄ W CHARBINIE, ŁĄCZĄCY PRZYSTAŃ Edwarda Ossera. Z MIASTEM. Z Poznania. \ iema u nas sprawy, któraby obyła się bez -L N polityki. Wścibska ta pani wszędzie wsadzi swój nos węszący, wszędzie zaczepi o cokolwiek 1 wszędzie znajdzie kwasy, na których zaraz bujnie SK plenią rozsadniki rozmaitych pasorzytów na Niekorzyść pnia rzeczy samej. Polityka ta jest dwojakiego rodzaju: obca i rodzima. Obca wtrąca się do wszystkiego, do spraw ekonomicznych, religijnych, szkolnych, towarzy- skich, a w ostatnim czasie nawet do rodzinnych. Słynny przecież jest ostatni zakaz używania polskiego języka w prywatnych domach nauczy- cieli wiejskich. Nie ustępuje mu również fakt obdarcia członka polskiego Towarzystwa gimna- stycznego z jego odznak, i to w dzień biały na ulicy. Cóż dopiero mówić o kolonizacyi, zakazie kupowania ziemi, bojkocie banków polskich, roz- wiązywaniu zebrań i towarzystw i t. p. Ta poli- tyka pruska zaborcza chodzi, jak zmora, po kraju, dusi, niszczy i zabija, ani się pyta o konstytucyę, •dii dba o prawo, ani zważa na etykę ogólno- ludzką! Ale ta polityka ma głowę Janusową, więc oprócz tej twarzy nieubłaganej, mściwej i twardej, Posiada jeszcze drugie oblicze, na którem maluje się to bezradność, to determinacya, to obo- jętność, to zaciekłość, ale czego nie posiada, to Jasności i stanowczości. Bezradność w zasadni- czych kwestyach, połączona z niezgodą; ślepa de- terminacya, przeholowująca nieraz i wiodąca nama- nowce; obojętność tuż zatem dla spraw najżywot- niejszych, o ile tylko na cal przekraczają codzien- ny horyzont, wymagają więcej niż instynktu sa- mozachowawczego i wzrok kierują ku przyszłości; zacickłość i zawziętość w zwalczaniu przeciwnika Politycznego, posądzanie go o zamiary i kon- szachty, w które samemu się nie wierzy, ot tak tylko pony ćcraser Tc piętna wystę- P,Jją teraz zwłaszcza jaskrawię, gdy na seryo par- tya zachowawcza przedśmiertną rozpoczęła walkę z Postępową. Jedną i drugą prowadzi szlachta Przy pomocy biernego ludu za pomocą dwojakiej taktyki. Jedni mu mówią: „Tyś biedny, opuszczo- ny, nieświadom rzeczy; do tej pory myśmy czu- wali za ciebie, i jakoś istniałeś; powierz nam na- dal swe losy, a sam śpij spokojnie!“ Drudzy zaś Prawią: „Tyś wielki, potężny, uświadomiony i pan kraju. Pozwól, abyśmy ci służyli i dbali o byt woj a ty śpij spokojnie!" Ugodowców, ludow- ców, Sullów i Maryuszów niebardzo jakoś dopa- trzyć się można. Istnieje tylko arystokracya stara i młoda, obie przejęte szczerą chęcią prowadzenia ludu, tej śpiącej potęgi, jedni spokojnie, wygodnie i cicho, drudzy z rozgłosem i hałaśliwie, obie w rękawiczkach i lakierkach. Z czasem może wyjdą mężowie prawdziwi z ludu, wyrośli w nim i z nim współczujący; do tej pory ich niema. Agitacya, często bardzo niezdrowa w swych skutkach, wre gorączkowo podczas wyborów; po- za tem o lud mało kto się troszczy. Odwieczna nieufność pomiędzy dworem a chatą istnieje nadal, zwłaszcza gdy lud byt swój ekonomiczny widzi zagrożony przez niecną szacherkę ziemi dziedzi- ców. Tam zaś, gdzie właściciel trzyma się ziemi i dba o nią, przeoczą zazwyczaj, jak ważnym czyn- nikiem społecznym jest właśnie to uświadomia- nie ludu, o którym tyle się mówi, a dla którego tak mało się robi. Zwołanie wiecu i wygłoszenie mniej lub więcej treściwej mowy nie stanie za mniej rozgłośną a tak znacznie skuteczniejszą pracę przeistaczania gorliwych katolików Polaków w narodowo dojrzałych obywateli kraju. Zespo- lenie powszechne u naszego ludu tych dwóch po- jęć: katolicki i polski ratuje go na razie od za- głady i jego przywódcom silną broń daje do ręki; ale co się stanie, jeżeli rząd nauczy się germani- zować po katolicku? Wtedy oprze mu się tylko narodowo dojrzała jednostka, nie potrzebując przy- tem mc utracić ze swojego katolicyzmu. A że są jednostki pomiędzy duchowieństwem wrogie polskości, na to wystarczy przytoczyć tylko dwa nazwiska: ks. Krzesiński i ks. Jeske. Czemuby nie miało znaleźć się ich więcej, zwłaszcza gdyby bezpośrednia ich władza duchowna popierała te zgubne dążności? Na razie niema o to obawy, ale co będzie w przyszłości, tego nawet najbys- trzejszy umysł przewidzieć nie może. DR TADEUSZ JAWORSKI. Wiktor Brodzki. Od kilku lat już chory, więcej zamknięty w sobie, niż kiedykolwiek, sędziwy nasz rzeźbiarz Wiktor Brodzki, jak donosi telegram z Rzymu, zamknął powieki. Razem z nim znikła oryginalna, a nadzwy- czajnie sympatyczna postać z czasów Starego Rzymu, papieskiego, z czasów, kiedy wieczne mia- sto nie było tą hałaśliwą stolicą, pełną gwaru, go- rączkowego życia politycznego, umysłowego, jaką jest od r. 1870. Jakim był Rzym z roku 1855, kiedy Brodzki zawitał do niego, aby w nim stale się osiedlić? Dziś już mało kto pamięta te czasy, Rzym pa- tryarchalny, niewielki, tani i — niechlujny, ale pe- łen zawsze artystycznego kolorytu, zabytków i ci- szy, która tak miłą była artystom, malarzom czy rzeźbiarzom. Skończywszy Akademię Sztuk Pięknych w Petersburgu, Wiktor Brodzki otrzymał złoty medal i stypendyum rządowe na sześć lat, bo młodzieniec zapowiadał wybitny talent rzeźbiarski. Pierwszą jego większą pracą był „Amor gaszący pragnienie," a po nim poszły „Śpiący amor" dla Adama hr. Rzewuskiego, „Zefir huśtający się," i inne mniejsze rzeczy, znajdujące się częścią w Ermitażu petersburskim, częścią w miejscowej Akademii Sztuk Pięknych. Od chwili, kiedy zamieszkał nad Tybrem, Brodzki, w ciągu czterdziestoletniej działalności, wyrzeźbił mnóstwo posągów, rozproszonych po całym świecie, a wiele z nich jeszcze zostało w pracowni na ulicy Corso, znanej rodakom na- szym, którzy go tam odwiedzali. Niektóre z jego rzeźb zjednały mu rozgłos w świecie artystycznym. I tak, na cmentarzu rzymskim Cantpo ucrano, w grobowej kaplicy ro- dziny baronów Giordano, znajduje się ładny pom- nik pani ’ Giordano, którą rzeźbiarz przedsta- wi! na łożu boleści już zmarłą, gdy jej małe dziecię budzi matkę, ciągnąc za kołdrę. Myśl była ładna, poetyczna, czuła, i oddana też ze sta- rannością, cechującą utwory Brodzkiego. W Czar- nym Ostrowiu, na Podolu, znajduje się jego pom- nik dla zmarłej w kwiecie lat hrabianki Laury Przezdzieckiej. W Raperswilu, w Szwajcaryi, Muzeum przechowuje „Kopernika" (w chwili, kie- dy mu przychodzi myśl o krążeniu ziemi naokoło słońca.) Tam także jest „Wenera upojona miłością,"
804 ULICA GŁÓWNA Z BRAMĄ MIASTA W MUKDENIE. Według szkicu korespondenta rys. St. Bagieński. patrząca na parę gruchających gołębi, podarunek autora. Jeden z polskich bogaczów, Ksawery hr, Branicki, zakupił dawniej bronzową grupę „Uciecz- kę z Pompei," według Pliniusza, której powtórze- nie znajduje w zbiorach warszawskiego Towarzy- stwa Przyjaciół Nauk. Do lepszych rzeczy zaliczyć trzeba popiersie Adama Mickiewicza na Kapitolu w sali Senator- skiej. Muzeum krakowskie w Sukiennicach posia- da kilka jego rzeczy, zapisanych przez ś. p. Se- fera Paszę Kościelskiego, które niegdyś zdobiły jego zamek Berchtoldstein w Styryi. W Szwajca- cyi pod Lozanną stoi nad grobem ś. p. Krassow- skiego pomnik jego roboty. Obok prac, wykonanych dla kraju, najwięcej może zadowolenia przyniósł mu Chrystus z bronzu z dwoma aniołkami, ofiarowany Piusowi IX, kopia grupy nabytej do Anglii. Papież ofiarował go po- tem księciu Torlonii, właścicielowi wspaniałej (dziś całkiem niedostępnej) wili Albani w Rzymie, gdzie przechowują się bardzo piękne utwory greckiego i rzymskiego starożytnego dłóta. Polski rzeźbiarz cieszył się, że jego posąg sąsiaduje się z „Amo- rem napinającym łuk“ Lizyppa, „Atletą" Stefano- sa, bronzowym sławnym „Apollinem," „Ezopem" i tylu innymi sławnymi marmurami, czy też bron- zami. Piotr Brodzki, jego ojciec, herbu Łodzią, dał mu na chrzcie św. imiona Wiktor Polearch, i tak się rzeźbiarz czasem podpisywał. Nie wiem, czy dlatego, że mu przylepiono greckie imię, ale zo- stał rzeczywiście klasykiem przez całe życie. Grecki spokój, akademicka poprawność, staranne wykończenie—cechują jego utwory. Mało w nich polotu może, rnało ciepła i oryginalności, którą częściowo przelał na życie prywatne. Zachował jednak do zgonu gorące przywiązanie do kraju i rad był bardzo, kiedy go dawniejsi znajomi, wracający do wiecznego miasta, lub nowi przyby- sze odwiedzali. Wtedy, póki był zdrów, prowa- dził do pracowni i lubił rozmawiać. Jego przy- wiązanie do ojczyzny objawiało się także, i to spe- cyalnie, w ofiarności rzeczy polskich dla publicz- nych zbiorów krajowych, gdzie też z niemi spo- WIKTOR BRODZKI tkać się można. To też człowiek ten nie miał nieprzyjaciół, nie mógł ich mieć, tak był poczci- wy i zacny, mało wymagający dla siebie, skromny. Wieczorami można było spotkać go na obie- dzie w małej restauracyjce Fiorellego niedaleko Corso, mieszkania i studyum, w osterii bocznej uliczki, więcej niż restauracyi, dokąd uczęszczała młódź artystyczna. Tutaj przesiadywał ongi z nim malarz Stankiewicz z cyganeryi rzymskiej, jeśli nie czekał na kogo w kawiarni Greco Antico na via Condotti; tutaj także osacza Brodzkiego zmar- ły kilka lat temu artysta Henryk Cieszkowski, ma- lujący wiecznie te same zachody słońca nad ko- pułą św. Piotra, Kampanię z ruinami wodociągów, pinie parasolowe i połamane kolumny, kobiety z ludu, t. zw. ciucciary, niezmordowanie, mecha- nicznie, po kilkaset razy, aby je sprzedawać ma- łym handlarzom prócien zabarwionych. Do Fio- rellego, gdzie było tanie i względnie niezłe je- dzenie, uczęszczał również ś. p. Aleksander Gie- rymski i inni polscy młodzi artyści. Był 1° w swoim rodzaju, mimo pewnego zmodernizowa- nia, także zabytek Starego Rzymu, z białemi ścia- nami, ubranemi w nieudolne freski rzymskie, tro- chę duszny, niebardzo czysty, ale z tem wszyst- kiem dość estetyczny, jak wszystko, co żyje i od- dycha w Rzymie, nawet cyganerya pendzla i dłóta. Gościem bywał tutaj dawniej Roman Postępski, wysłany do Rzymu kosztem hr. Branickich, Ale- ksandra i Anny z Hołyriskich, którym też dedy- kował portret Adama Mickiewicza, malowany we- dług paryskiej fotografii wieszcza. Poza rzeźbą i małemi stosunkowo potrzeba-
TYGODNIK ILLUSTROWANY JVe 42 805 nu życia — Wiktor Brodzki miał tylko jedną myśl, pielęgnowaną przez długie lata, zdaje się czy nie trzydzieści, aż do końca życia, nawet wtedy, kiedy już przestał rzeźbić, a było nią wynalezienie spo- sobu sterowania balonami. To była jego irlóe fixe. Kiedy zachorował niedawno, sparaliżowany skut- kiem ataku apoplektycznego, największą jego tros- ką zapewne było, iż wynalazku do skutku nie do- prowadzi, i że balon, sporządzony do prób nad powierzchnią, spoczywał bezczynnie razem z apa- ratem własnego pomysłu w wozowni najętej za bramą del Popolo. Ile prób odbył w ciągu szere- gu lat? ile pomysłów przesunęło się przez jego głowę?- -sam pewno nie zliczył. Dość, że marzeniem było jego przelecieć na balonie własnego pomysłu z placu del Popolo i spuścić się na Forum Ro- manum... W pracowni jego został pomnik grobowy, który sam sobie wykuł z marmuru: Anioł Zmar- twychwstania, a pod nim płyta z medalionem i portretem własnym. Nieznaczny fundusik, który po nim został, przeznaczony jest z mocy testa- mentu, sporządzonego na kilka lat przed śmiercią, na fundacyę z rękojmi krakowskiej Akademii Umiejętności dla niezamożnego rzeźbiarza, kształ- cącego się w Rzymie. Cześć jego zacnej pamięci! A. D. Rzym. Finanse Japonii. Aby zrozumieć wagę przygotowań finanso- wych do wojny, dość przyjrzeć się kilku cy- from: mobilizacya, według Jana Blocha, kosztuje w każdem z mocarstw pierwszorzędnych od 500 milionów do miliarda franków; koszt utrzymania stałej armii i żołnierzy tylko z pierwszego powo- łania wynosi, według tegoż autora, we Francyi 25 milionów franków dziennie, w Rosyi 7 milio- nów rubli; do owych wydatków zasadniczych na- leży dodać olbrzymie sumy, jakie pochłania każda bitwa: wynagrodzenia dla rodzin poległych żoł- nierzy; wypadki takie, jak zniszczenie żywności, amunicyi, okrętów przez nieprzyjaciela; zastój w dochodach państwowych wskutek tego, że naj- zdrowsza, najczynniejsza część ludności walczy w szeregach; nieregularności w życiu wewnętrz- nem, wywołane przez zmienione warunki do- wozu najniezbędniejszych produktów: głody, cho- roby i t. d., i t. d. Wojna jest więc przedewszystkiem wstrząśnie- niem ekonomicznem. Ponieważ zaś wskutek no- wożytnych metod prowadzenia wojny szybki re- zultat działań jest prawie niemożliwy, trwanie każdej kampanii oblicza się co najmniej na dwa lata wojna sprowadza się ostatecznie do pojedynku ekonomicznego, do pytań: czyj organizm państwo- wy wcześniej wyczerpie swe środki? która ze stron walczących więcej zgromadziła wszelkiego rodzaju zapasów i pieniędzy? kto zdołał sobie na dłuższy czas zabezpieczyć kredyt na wszyst kich rynkach? czyja administ icya krajowa lunk- cyonuje sprawniej? Wojna rosyjsko-japońska jest dla stron obu szczególnie kosztowna. Oddalony teren womy, trudność dowozu niezbędnych materyałów, ciężkie Warunki klimatyczne wszystko to powiększa jesz- cze ogrom wysiłków finansowych. Japonia jest krajem ekonomicznie bardzo młodym. Z tego powodu niejednokrotnie wygła- szano pogląd, że nie podoła ona nadmiernym wy- datkom wojny obecnej. Przyjrzyjmy się zdaniu, które w tej Sprawje wygłaszają powagi tej miary, co prof. R. Rathgen z Heidelberga (Die Woche), Alfons Millet (Journal des Economistes), Piotr eroy-Beaulieu (Revue des Deux Mondes) i Eltz- acher (The Nineteenth Century And After). Wy- STUDN1A Z POSĄGIEM MATKI BOSKIEJ NIEPOKALANEGO POCZĘCIA WE LWOWIE. borne resume ich poglądów daje ostatni zeszyt Reiuc des Questions Scieutifu/ues, skąd czerpie- my obliczenia następujące: Historya finansowa Japonii dzieli się na trzy okresy: Pierwszy, od rewolucyi r. 1868 do r. 1881, zaznaczył się trzema wydarzeniami, zorganizowa- niem i administracyą dochodów, zamianą podatku w naturze, stanowiącego 80 do 90% ogólnych do- chodów państwowych, na podatek w pieniądzach; wprowadzenie pieniędzy papierowych, które, przy- jęte na razie przychylnie, spadły potem do 65% wartości nominalnej. Drugi okres, od r. 1881 aż do wojny chiń- skiej, można nazwać okresem utrwalania się no- wych sposobów gospodarki finansowej. Ilość kur- sujących pieniędzy papierowych spadła ze 140 milionów jenów do 13 milionów w r. 1894. Za- prowadzono stopniowo nowe podatki, mianowicie TRON PRZYGOTOWANY NA PRZYJĘCIE CUDOWNE- GO OBRAZU M. B. ł ASKAWEJ, podczas obchodu Maryańskiego wc Lwowie. Fot. Górale wieża. od napojów alkoholicznych. Pomimo rozwoju kolei żelaznych, dług państwowy powiększył się w tym okresie z 247 mil. jenów w r. 1880 zaledwie do 261 mil. w r. 1893, a jeżeli wziąć pod uwagę zmniejszenie się ilości pieniędzy papmrowych, można uważać, że właściwie dług ten znacznie się zmniejszył. Po tym spokojnym okresie nastąpił, wskutek wojny z Chinami, okres gwałtownego rozwoju i działania na wielką skalę. Wojna kosztowała 235 mil. jenów. Wydatki te pokryto pożyczką 125 mil. jenów, 82 milionami indemnizacyi chińskiej, oraz zwykłymi dochodami. Nawet biorąc pod uwagę koszt pożyczki, wynoszący 6'Ą miliona rocznie, oraz 57 milionów wj danych na okupacyę Formozy, nie można uważać, aby wojna chińska wywołała w budżecie japońskim jakieś wielkie wstrząśnienie. Skutek jej był innego rodzaju: obu- dził poczucie dumy narodowej, samowiedzę sił własnych, dał życie obszernemu programowi roz- woju ekonomicznego i wojskowego, według któ- rego postanowiono przeznaczyć na armię 81,680,827 jenów, na marynarkę 213,100,959, na koleje że- lazne 107,818,184, na inne roboty publiczne 28,694,692 razem 431,294,672 jenów. Z cyfr tych można nabrać wyobrażenia o ogromie przygotowali wojennych do wojny z Rosyą. Od r. 1896 wydano 242 miliony ponad zwykłą normę na armię i marynarkę, a w r. 1903 wydatki wojenne podnoszą się z 18 milionów do 61 milionów jenów. Poza tern trzeba jeszcze wziąć pod uwagę wydatki na rozszerzanie sieci kolei żelaznych, na okręty handlowe wielkiej obję- tości co wszystko razem zmierzało do wytworze- nia potężnych środków transportowych na przypa- dek wojny. Wszystko to powiększyło dług państwowy, który doszedł w r. 1903 do 500 mil. jenów. Jed- nakże, pomimo innych jeszcze trudności finanso- wych, które spowodowało obniżenie wartości sre- bra -wskutek czego cena wielu towarów zdwoiła się pomimo wichrzenia mnóstwa spekulantów, Japonia wyszła z tego przesilenia zwycięsko, i do- chody państwa wzrosły odpowiednio do wielkości wydatków. I tak: w r. 1883 i 4 (rok finansowy japoński liczy się od 1 kwietnia do 31 marca) dochody wyniosły 83,106,858 jenów, rozchody 83,106,858, w r. 1893 i 4 113,769,380 i 84,581,872, wreszcie w r. 1903 i 4—251,681,961 i 244,752,346 mil. jenów. Szczególną uwagę zwrócono na powiększe- nie podatków pośrednich: powiększono je we czwór- nasób, gdy tymczasem podatki bezpośrednie zdwoiły się tylko. Wydano prawa patentów, zorganizo- wano cła, wreszcie obciążono podatkami miasta, dotychczas zbyt faworyzowane na niekorzyść in- nych części kraju, tak, że podatki rozłożyły się równomierniej na wszystloch warstwach ludności. Pozwalał na to znaczne istotnie powiększenie cię- żarów publicznych jak świadczy wielu ludzi zna- jących stosunki miejscowe, odpowiedni wzrost bogactwa narodowego, a teraźniejszy stan finan- sów Japonii nie przeszkadzał jej bynajmniej w roz- poczęciu wojny, której prowadzenie nie przekracza też bynajmniej jej sił ekonomicznych. Piotr Le- roy Beaulieu jest zdania, że zasoby finansowe Japonii wyczerpią się nieprędko. „Chociaż Ja- ponia pisze Beaulieu—nie jest tak bogata, jak państwa Europy zachodniej, a nawet jak jej olbrzy- mi przeciwnik- Rosya, jednakże niema wątpliwości, że Japonia potrafi zebrać poważne fundusze". Można będzie przedłużyć termin pięcioletni, postanowiony dla pobierania zwiększonego podatku gruntowego. Gdy podatek ten płacono w naturze, (przed laty 30-tu), przedstawiał on wartość 143 mil. jenów. Widzimy go w budżecie w r. 1903 i 4 jako sumę 46,996,212 jenów. Należy zauwa- być, że od lat trzydziestu wartość produkcyjna
806 TYGODNIK ILLUSTROWANY .Nb 42 ziemi wzrosła w trójnasób. Możnaby też, mówi prof. Rathgen, zwiększyć podarek budowlany. Było- by to w dalszym ciągu usiłowanie ustanowienia równowagi pomiędzy ciężarami, nałożonymi na wsie i miasta. Możnaby też zamienić monopol państwowy tytuniu surowego na monopol, dotyczący tytuniu, przeznaczonego na handel detaliczny. Moż- naby też ustanowić nowe prawa względem nafty. Według prof. Rathgena, wszystko to, w połącze- niu z innemi operacyami finansowemi mniejszego znaczenia, dałoby w rezultacie od 20 do 30 milio- nów dochodu rocznego, co pokryłoby koszt pięcio- procentowej pożyczki wojennej w sumie 400 do 000 milionów jenów. „Jeżeliby zaszła potrzeba zaciągnięcia znacz- nie wyższych nawet pożyczek, Japonia, jak się zdaje, otrzymałaby je z łatwością, mówi Leroy- Beaulieu. „Jeżeli potrzeba dużo pieniędzy dla przygotowań wojennych i wielkich sum dla zapłace- nia kosztów po jej ukończeniu i w czasie jej pro- wadzenia, znajdzie się zawsze takich, którzy po- życzą choćby na licłiwę; znajdzie się też dostawców, którzy poczekają z zapłatą do ukończenia wojny.“ Na pytanie: ile ostatecznie będzie kosztowała Japonię wojna obecna, prof. Rathgen odpowiada, że wystarczy na to pożyczka od 400 do 600 milio- nów jenów (jen około rubla) czyli 1 do 2 mi- liardów franków. Leroy-Beaulieu oblicza jej koszt znacznie niżej na 700 lub 800 milionów franków najwyżej do miliarda, przytem twierdzi, że wy- starczy to Japonii na prowadzenie wojny przez rok, a nawet dłużej. Wreszcie nieznany autor ob- licza w I.e Correspondaut, że przez sześć miesięcy wojny wydatki japońskre dojdą do 713,172,000 franków (około 300 mil. jenów). Jak wiadomo, Japonia, poza wydatkami przed wybuchem wojny, zaciągnęła w lutym r. b. pożyczkę wewnętrzną 100 milionów jenów, dnia 14 maja pożyczkę w bankach angielskich i amery- kańskich 10 milionów funtów sterhngów, a wkrót- ce potem drugą pożyczkę wewnętrzną również 100 milionów jenów, razem około 300 milionów jenów. Jako obliczenie dodatkowe można przytoczyć tu jeszcze zdanie barona Okujamy, wypowiedziane w rozmowie z korespondentem berlińskiego Local- tiizeigern. Twierdzi on, że jeśli zajdzie potrzeba powołania na plac boju landwery, wydatki wzrosną o 2 miliony jenów czyli o 700 mil. jenów rocz- nie. Baron Okujama pewny jest, że dzięki pa- tiyotyzmowi Japończyków suma ta znajdzie dosta- teczne pokrycie. .1. K. Z tygodnia na tydzień. Oliwcie wystawy jubileuszowej. Przed gmachem krakowskiego Tow. sztuk pięknych z olbrzymiego słupa spływają barwne flagi, obwieszczając światu jubileuszową uroczystość. W południe 8 b. m., po uroczystem posie- dzeniu dyrekcyi, na którem proklamowano wybór nowych członków honorowych, mianowanych z oka- zyi 50-lecia istnienia Towarzystwa, i wręczenia dyplomów prezesowi Edwardowi hr. Raczyńskiemu i Jackowi Malczewskiemu, nastąpiło otwarcie jubi- leuszowej wystawy sztuki, na którą ogół z nietajo- uem oczekiwał zaciekawieniem. Przybyli na tę uroczystość delegaci ze Lwo- wa i Warszawy, przybyli dostojnicy krajowi i rzą- dowi, zaproszeni goście i świat sztuki i literatury, aby złożyć hołd pracy i zasłudze lat pięćdziesięciu... Na środku sali stanął prezes hr. Raczyński i w pięknych słowach skreślił obraz półwiekowej działalności Towarzystwa. Zaznaczył, że z dumą spoglądać ono może na przebieżoną drogę, bo było pieiwszem, a przez długi czas jedynem, które na ziemiach polskich kult sztuki szerzyć poczęło. „Dosyć spojrzeć na długi spis artystów, którzy dzieła swoje u nas przez te pół wieku wystawili, lub przyjrzeć się sumom, jakie za pośrednictwem Towarzystwa do rąk artystów polskich przeszły, aby zasługę tę ocenić. Dowodem użyteczności naszej było mnożenie się podobnych instytucyi naprzód w Warszawie, następnie we Lwowie i Poznaniu, a nawet przemijające w Wilnie, i chociaż skutkiem tych nowych kreacyi było zmniejszenie się liczby nowych członków, jednak z zadowoleniem i po- ciechą na te instytucye spoglądamy, okiem starsze- go brata, który cieszy się z rozwoju i powodzenia młodszego rodzeństwa. Wystawa, którą dziś otwie- ramy, ma dla nas wielkie znaczenie, jest bowiem ozdobą naszego jubileuszu, jest dowodem stosun- ków, jakie nas ze światem artystycznym z jednej, PIOTR STACHIEWICZ. Wiceprezes krakowskiego T. S. P. a publicznością z drugiej strony zawsze łączyły i da Bóg i nadal zawsze łączyć będą. Będziemy się starali na tej drodze kroczyć dalej, z nieusta- jącą dobrą wiarą w przyszłość, tak, by o nas słusz- nie kiedyś powiedziano, że krakowskie Tow. przy- jaciół sztuk pięknych obowiązków swoich wzglę- dem sztuki i społeczeństwa dopełniło uczciwie." Opadły czerwone sznurki, zamykające wejście do sal wystawowych, i publiczność tłumnie zalała wszystkie ubikacye wspaniałego przybytku sztuki. Wystawa, obejmująca w pięciu salach 230 dzieł sztuki, jeśli nie imponuje zjawiskiem nadzwy- czajnego bijącego w oczy talentu, to przedstawia się w każdym razie niezwykle interesująco. Już sama zewnętrzna dekoracya sal, dokonana przez arty- stów malarzy, pp. Dąbrowę, Procajłowicza i Uzię- błę, oraz urządzenie całego planu wystawowego, dzieło Piotra Stachiewicza, świadczy o chwaleb- nem usiłowaniu naśladowania zagranicy w metodzie urządzania i dekoracyjnych części wystawy. Malo- wania fryzów na ścianach każdej z sal mają za wzór swojskie motywy ludowej sztuki, zaczerpnię- te z wycinanek, całość zaś dekoracyi sprawia wra- żenie wykwintnego poczucia estetycznego. Wszystkie niemal najgłośniejsze nazwiska ar- tystów polskich znalazły się na kartach ozdobnie wydanego katalogu jubileuszowej wystawy. Obok przedstawicieli dawnej szkoły, jak Szerner, Eliasz, Styka, Benedyktowicz, Tondos, obok tych, którzy stoją u szczytu powodzenia, jak: J. Malczewski, W. Kossak, Wodzinowski, Kozakiewicz, Augustyno- wicz, Lenc, Stachiewicz, Hirszenberg, cała falanga młodych: Dąbrowa, Procajłowicz, Uziębło, Kamoc- । ki, Filipkiewicz, Koenig, Szczygliński. Gdyby chodziło o wskazanie dzieł najcelniejszych, trze- baby wymienić Malczewskiego „Dwaj Tobiasze," , 1 „Perseusza," „Pokusę fortuny;" Wodzinowskiego „Wesele idzie;" Tetmajera „Czepiny" i „Wesele;" Stachiewicza cykl kartonów „Widma pracowni;" Dąbrowy „Jesień," Janowskiego „Z Florencyi," Pochwalskiego „Portret F. Zaleskiego," Lenca „Por- tret p. Roberta Wolffa," Myrton Michalskiego „Portret p. Gauthier-Villars,“ studya Boznańskiej. Osobne państwo w państwie stanowi sala „Sztuki." Króluje tu myślą swą twórczą Wyspiań- ski, którego projekt dekoracyi ścian tej sali jest sam w sobie niepośledniem świadectwem jego ge- nialnej fantazyi. Wchodzimy tu jakby do jakiejś średniowiecznej świetlicy Bolesławowskiej. Drzwi i ściany sali pokryte są drewnianem obramowaniem, wycinanem i malowanem we wzo- rzysty a pełen prostoty deseń. Ściany sali pokry- te suknem szarem, w którem jaskrawo odbija pe- łen żywych barw fryz kwiatowy. Na środku sali siedzenia zastosowane pomysłem do dekoracyi sali i z tego samego sporządzone stylowego wzoru. Na ścianach towarzystwo artystów dobrane: Axentowicz, Fałat, Laszczka, Mehoffer, Stanisław- ski i Wyczółkowski, jako reprezentanci Akademii sztuk pięknych, dalej Weiss, Ruszczyć, Czajkow- ski i Trojanowski. Ogółem dzieł sztuki 30. Wśiód plonu malarskiego Wyczółkowski ze swoimi wi- dokami i studyami tatrzańskiemi, malowanemi no- wą zupełnie metodą, i Laszczka ze wspaniałą figu- rą „Wodnika," wysuwają się na czoło wystawy „Sztuki." Dawni wybitni jej koryfeusze, jak Rusz- czyć, Stanisławski i Axentowicz, zadowolili się drobiazgami, utrzymanymi na poziomie dotychcza- sowej ich twórczości. Wystawa potrwa do końca grudnia b. r. Wieczorem odbył się w salach resursy Szla- checkiej bankiet, wydany przez dyrekcyę Towarzy- stwa na uczczenie prezesa i członków honorowych. Wśród wesołego nastroju biesiady wygłoszono sze- reg pięknych toastów na pomyślność prezesa, członków honorowych, sztuki i artystów. Najzna- mienniejszyni wszelako był gorącem uczuciem na- cechowany toast Włodz. Tetmajera na pomyślność jedności i miłości w sztuce, skierowany w ręce najgodniejszego przedstawiciela idei pojednania, Jacka Malczewskiego. II'. I‘r. * * * Wystawa ogrodnicza w Krakowie. Krakowskie Towarzystwo ogrodnicze, prag- nąc uczcić rocznicę 10-letniego istnienia swego, urządziło w Parku d-ra Jordana, pod protektoratem namiestnika Andrzeja hr. Potockiego, wystawę ogrodniczą. Celem jej jest przedstawienie praw- dziwego stanu naszej produkcyi ogrodniczej i po- stępów, w tej dziedzinie działalności Towarzystwa krakowskiego wywalczonych. Przedsięwzięcie powiodło się nadspodziewa- nie pomyślnie. Otwarta uroczyście w dniu 1 b. m. wystawa, podzielona na systematyczne działy, obejmujące pewne określone dziedziny wiedzy i pracy ogrodniczej, przedstawia się niezmienne interesująco i chlubnie świadczy o postępach kraju w tym kierunku. Są tu nietylko produkeye sztuki ogrodniczej, ale także narzędzia i przedmioty po- mocnicze do ulepszenia ogrodniczej uprawy ziemi i starannego pielęgnowania roślin. Główną część wystawy pomieszczono w Sali gimnastycznej Parku. Tu znajduje się dział na- sion, warzyw, roślin kwiatowych, przetworów owo- cowych, narzędzia gospodarskie i ogrodnicze, dział teoretyczny, plany urządzeń ogrodowych, parków, wyroby koszykarskie i pszczelnictwo. Osobne pa- wilony otrzymały krajowe szkoły ogrodnicze w 1 ar- nowie, Zaleszczykach, Czernichowie i Suchodo- łach, osobny także pawilon dział szkolny, a mia- nowicie produkty ogrodów szkolnych, pielęgnowa- nych przez nauczycieli ludowych. Dział handlowy, szkółki wzorowe, ogrodnictwo ozdobne i t- P-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 42 807 wszystko to znalazło szerokie uwzględnienie na wystawie. Przy uroczystem otwarciu wystawy przema- wiał prezes Tow. ogrodniczego prof. uniw. Jag. dr Edward Janczewski. Dyrektorem wystawy jest p. Bolesław Małecki, ogrodnik m. Krakowa. Wy- stawa otwarta była przez dni ośm, a zakończył ją festyn z tonibolą, na której rozlosowano okazowe kwiaty i owoce />. * * Październik. Mgły szare zawisły Nad ziemią senną, Świat ciężko oddycha Troską bezdenną, Tęsknota paląca W powietrzu drży . Ach! kwiatów! ach! słońca!... Deszcz mży... deszcz mży... Ostatnie już liście Opadły z drzew, W dal niesie je wiatru Jęczący wiew, Zabija, roztrąca, Jak młode sny... Ach! kwiatów! ach! słońca!... Deszcz mży... deszcz mży... OTWARCIE WYSTAWY OGRODNICZEJ W KRAKOWIE. Fot. E. Pierzchalskiego. Nad grobem otwartym DucTi waż.y się, Tam spokój, tam cisza Na wieczne dnie! Tam drzemka kojąca, Tam osclmą łzy... Ach! kwiatów! ach! słońca!... Deszcz mży... deszcz mży!... Już nigdy! już nigdy Nic wróci maj! Pójdź maro jesienna! Truciznę daj! Żal, boleść piekąca W sercu i w krwi... Ach! kwiatów! ach! słońca! Deszcz mży... deszcz mży... ()r ot. EPILOGI. Do, ul des. Niejednokrotnie stwierdzano, że w Warsza- wie bardzo trudno założyć wspólnemi silami jakąś ńową a ważną instytucyę społeczną. Za to drobna ofiarność publiczna kwitnie u nas ogromnie. Chcąc s'ę o tem przekonać, wystarczy przejrzeć listy składek na różne cele, ogłaszane przez dzienniki. Od dziesięciu lat rosną zwłaszcza datki na opła- canie wpisów niezamożnej młodzieży. „Fatalna Cztcrnastka“ stała się już hasłem, które budzi od- głos w sercu każdego Warszawianina. Szybki roz- r°st miasta, wzmożone potrzeby oświaty, nie idące w parze z powiększeniem bogactwa mieszkańców stawiają całe zastępy młodzieży szkolne] w ko- ńieczności korzystania z pomocy ogółu. Rzecz to całkiem naturalna. Ale jest w tej sprawie pewien, niesłychanie ważny punkt, na który n'e zwraca się u nas najmniejszej uwagi. Nikt n'e zapyta: w jaki sposób uczniowie lub studenci taktują tę pomoc? Każdy przecież młodzieniec Pamiętać powinien, że przyjmując od bezimiennego ofiarodawcy, to jest od społeczeństwa opłatę, swego Wpisu szkolnego, zaciąga dług, który prędzej czy Później spłacić należy. Wyrobiły się u nas pod tym względem fałszywe zgoła pojęcia. Młod.: .- ńiec przyjmuję ofiarę w gimnazyum i ani pomyśli, ze to nie jest zwyczajna darowizna. To samo ózieje się, niestety, pośród studentów uniwersytetu. Iluż to dzisiaj mamy już w kraju ludzi dobrze uposażonych, adwokatów, doktorów, przemysłow- ców, którzy czerpali niegdyś zasiłki ze źródeł pub- licznych i dotychczas ich nie oddali? Wiedzą, że nikt przeszłości nie wypomni, więc godzą się z fak- tem, iż pobierali zapomogi dobroczynne. Trudno oczywiście żądać od ofiarodawcy, aby, dając pieniądze, zadawał sobie trud śledzenia, czy dobrze były użyte. Sama jednak młodzież powinna zorganizować stałą kontrolę moralną nad swymi kolegami, aby wpoić w nich właściwe rozu- mienie natury zapomogi tymczasowej. W rozwa- żaniu rezultatów takiej kontroli wysuwa się na czoło etyczna strona kwestyi, to jest wyrobienie w młodzieży wysokiego poczucia godności własnej. Obok tego są i praktyczne poglądy niemałego znaczenia: z obowiązkowego zwrotu długów „wpi- sowych" urośnie co rok bardzo znaczny fundusz zapomogowy, który pozwoli całej może młodzieży uniknąć dzisiejszego zabijania się lekcyami. mp. Teatr, muzyka, sztuki plastyczne. * I’. Siomaszkown, artystka teatru Rozmaitości, z początkiem przyszłego roku ustępuje ze sceny warszaw- skiej. Ustąpienie to nie jest, oczywiście, dobrowolne. Wypływa z niezdrowych stosunków, jakie od pewnego czasu zapanowały w Rozmaitościach. Pierwsza lepsza kombinacya reżyserska wystarcza, aby zlekceważyć ar- tystkę, pracującą dla sceny sumiennie i pożytecznie. * Filharmonia warszawska, niezależnie od dzie- sięciu piątków symfonicznych, ogłosiła abonament na dwanaście wieczorów fil harmonijnych. Repertuar za- wiera szereg cennych „premier koncertowych", dając nie- znane u nas arcydzieła literatury wszechświatowej oraz popisy wybitnych solistów. Forządek wieczorów nastę- pujący: Pierwsza środa d. 9 listopada: Jarosław Kocjan i tenor Gandolfi; d. 23 listopada pp. Artot-Padilla i Hen- ryk Griinfeld;- d 7 grudnia: Myszuga, Wierzbilowicz, Sarzyński; d. 4 stycznia 1905 r Henryk Marteau i Ma- rya Langie; 18 stycznia: Michałowski, Tivader Naclicz, Paweł Kleczkowski (uczeń Cotogni’ego); 1 lutego: Arigo Serato i Katarzyna Jaczynowska;—15 lutego: amerykań- ski organista Wrigth i młoda wiolonczelistka włoska Giulcrmina Suggia oraz p. Solska ze Lwowa, 1 marca: Klotylda Kleeberg i prof. Juliusz Klcngel;—15 marca: Paweł Kochański i Emma Raabe (utalentowana uczennica Kochańskiej);—26 marca: soliści z Bayreuth, baronowa Osborne i dr Kraus;—d. 5 kwietnia: Alfred Reisenauer i Gustaw Bordes z Paryża; 12 kwietnia ostatni wieczór: Slabat Mater Rossiniego w wykonaniu solistów z me- dyolańskicgo teatru La Scala. * Koncert inauguracyjny w Filharmonii od- będzie się 15 b. m.— pierwszy popularny 16—koncert kasy literackiej 17—popisy miss Duncan w d. 18 (Idylla taiicaj i 20 „Wieczór plastyczny Chopina* W d. 19 i 21 odbędą się dwa koncerty popularne, którycłi program wypełni Parsiwal w słowie muzyce i obrazie. * Ostatnie dwie nowości w teatrze miejskim we Lwowie: „Medor" i sensacyjny „Capstrzyk" Beyerlci- na cieszyły się niezwykłem powodzeniem. W pierwszej z tych rzeczy, (szytej staremi nićmi wirtuozostwa fran- cuskiego), odznaczył się przed innymi utalentowany ak- tor charakterystyczny p. Nowacki. Efektowny „Cap- strzyk", pełen dramatycznych epizodów z życia „małego garnizonu", był znowu świetnero do popisu polem dla p. Bednarzewskiej (wyborna Klara), szczerego jak mało kto p. Romana, Solskiego i Feldmana, tc * Nowy dramat Bluinenthala p. t. „Zgon Iwa" (Der tote Lówe) zabroniony został przez cenzurę teatral- ną berlińską. * Pomnik Taimy, znakomitego tragika francu- skiego, odsłoniono w Poix-du-N.rd, we Francyi. W uro- czystości brali udział, oprócz władz, wybitniejsi człon- kowie Komcdyi Francuskiej. * Otello po tatarska. W mieście kaukaskiem Szusza odegrano niedawno „Otella", w tłómaczeniu tatar- skiem, dokonanem przci Haszim-Bek-Wlejrowa. Rolę ty- tułową grał sam tłómacz. Przedstawienie zrobiło na na- iwnej publiczności ogromne wrażenie; w scenie mordo- wania Dczdcmony większość widzów płakała głośno. * Kongres dramatyczny. W Nancy odbył się międzynarodowy kongres autorów dramatycznych. Obra- dom przewodniczył znany komedyopisarz, Alfred Capus. Porządek dzienny kongresu zawierał następujące punkty: I) Teatr ludowy, 2) Młodzi i teatr w Paryżu, 3) Bada- nie środków praktycznych, mających na celu pomoc mło- dym autorom dramatycznym, 4) Decentralizacya teatralna za granicą. WYDAWNICTWA. * Krakowskie pismo Hlustracya Polska zmie- niło wydawcę i redaktora. Nabył je od p. Ludwika Szczepańskiego p. Józef Ujejski.—Jednocześnie powstało także drugie konkurencyjne pismo p. t.: Nowości Jllu- strowane, wzorowane według typu wiedeńskiego Inlc- rcssantes Blatt. Pierwszy numer, w tycli dniach wy- dany, przynosi materyał wyłącznie z sensacyjnych no- wości złożony, ale natomiast pozbawiony zgoła wartości artystycznej i literackiej, p
808 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 42 Z Petersburga. *,* Biii. Wied, podają: „Chociaż w sferach rzą- dowych zamierzono wprowadzić reformę gubernialną w calem państwie, jednak Rada Państwa uznała, iż moż- na ją wprowadzić tylko do 49 gubernii środkowych, gdyż dla Królestwa Polskiego byłaby przedwczesna z uwagi na warunki miejscowe, a na Kaukazie i w okrę- gu stepowym skutkiem nieuksztaltowania się jeszcze ży- cia publicznego. *»* Korespondent Now. Wreni. zamieścił nastę- pujące dane o szkołach w Królestwie Polskiem: Według obliczenia prof. Simonenki, liczba uczniów w naszych szkołach początkowych w ciągu dwudziestolecia 1874— 1894 spadła z 31 do 27 w miastach i z 21 do 19 po wsiach, na tysiąc mieszkańców. Inne dane (okręgu nau- kowego) stwierdzają, iż w roku 1899 istniało w Króle- stwie ogółem 4,571 szkół, z których 1,178 wiejskich 1,510 gminnych. Na 993,000 dzieci w wieku szkolnym uczyło się tylko 177,000, czyli 17 proc. Według danych komisarzów włościańskich, którzy dostarczyli materyału ko- misyi osobnej, badającej położenie ludu naszego, lud- ność włościańska w Królestwie pragnie szkół, obowiąz- kowego wykładu języka polskiego, tudzież religii kato- lickiej z ust księdza. Korespondent Now. Wrem. pod- kreśla, że za czasów Apuchtina życzenia te nie były spełnione. W końcu korespondent wyraża życzenie, aże- by przygotowano odpowiedni personel nauczycielski i użyto części podatków ziemskich na cele oświaty ludu. Departament oświaty ludowej wyjaśnił, że osoby, które skończyły kurs średnicłi szkół rolniczych, mają prawo na otrzymanie sto/mia nauczyciela szkoły elementarnej bez egzaminu osobnego, po jednej tylko lekcyi próbnej. * * * Wojna, jak wiadomo, wywarła bardzo do- tkliwy wpływ na położenie ekonomiczne ludności w całem Państwie, a szczególnie w Królestwie Polskiem. Torgowo-promyssl. gazeta, roztrząsając obecny stan rzeczy, poświęca sporo uwagi także naszym stosunkom. Mianowicie organ ten stwier- dza, że położenie w Królestwie Polskiem znacznie się pogorszyło w ostatnich tygodniach. Niepo- myślne zjawiska dały się spostrzegać od wiosny. Już w maju 210 fabryk, zatrudniających 60,000 ro- botników, skróciło czas roboczy o 30—50 proc. Przemysł drobny również znalazł się w fatalnych warunkach. Warszawski oddział Towarzystwa po- pierania przemysłu i handlu zebrał dane, dotyczą- ce 38-miu cechów: wszędzie zmniejszono liczbę ro- botników lub dzień roboczy o 20—50 proc. Poło- żenie szewców naszych bodaj jest najgorsze. W sierpniu przeszło 400 pozostało bez zajęcia w jednej tylko Warszawie. Przesilenie w tej ga- łęzi rzemiosła prawdopodobnie będzie najdotkliw- sze. W ostatnich latach znaczną ilość obuwia wy- syłano z Warszawy na Daleki Wschód. Obecnie, jak stwierdza Torg.-prom. gaz., Amerykanie, ko- rzystając z utrudnień handlu rosyjskiego w Azyi, zwrócili się do usług szewców-emigrantów z War- szawy i zajęli rynek wschodnio-azyatycki. Po skoń- czeniu wojny zapewne trudno będzie szewcom warszawskim zdobyć na nowo rynki utracone. Jak wiadomo, próbowano w ostatnich czasach dostar- czyć zarobków szewcom warszawskim za pośred- nictwem intendentury. Dowiadujemy się jednak, że próba ta spełzła na niczem, gdyż szewcy nasi nie mogli dać rzetelnej pracy za nizką cenę. Utrzy- mali się tylko wytwórcy towaru maszynowego. P. ZŁOTE LISTKI- Zbyt wielka boleść zabija sama siebie, bo odrętwia i czyni nieczułem serce ludzkie. H. Sienkiewicz. * * * Czemu ubodzy zdrowi, a bogaci chorzy? Bo ubogich praca leczy, bogatych doktorzy. K'. Kochowski. ;GOL1BRODA ULICZNY W MUKDEN1E. Fot. Z. Kalinowski. Z Dalekiego Wschodu. W dniu 2 b. m. generał Kuropatkin wydał do wojsk armii mandżurskiej znamienną odezwę (ogłoszoną w Praw. Wiesiu. d. 8 b. m.), w któ- rej zapowiada, że okres cofania się w stronę nad- chodzących z Europy posiłków już się skończył, a nastał czas rozpoczęcia akcyi zaczepnej. „Siły armii mandżurskiej — głosi odezwa — dostateczne są teraz, aby przejść do ataku. Mu- sicie jednak wciąż pamiętać, że, aby otrzymać zwycięstwo nad silnym i mężnym przeciwnikiem, niezbędnem jest, prócz liczebności wojsk, nie- złomne postanowienie wszystkich stopni armii, od najmniejszego do największego, otrzymania zwy- cięstwa, bez względu na jakiekolwiek ofiary." Z odezwy tej można wnosić, że w najbliż- szym czasie zajdą na mandżurskim teatrze wojny wypadki pierwszorzędnej doniosłości. * * * Położenie na mandżurskim teatrze wojny na całej przestrzeni pomiędzy Telinem a Laoja- nem—wciąż jeszcze nie wyjaśnione. Odbywa się tam pojedynek strategiczny dwóch olbrzymich armii, którego rezultat okaże się dopiero w dniu stanowczej bitwy. Miejsca jej bliżej określić nie- podobna pewnem jest tylko to, że działania obu armii mają na razie na celu: ze strony japońskiej opanowanie, ze strony rosyjskiej uporczywą obro- nę linii rzeki Hunho. Rzeka ta, mająca 340 km. długości, płynie aż do Jupanu, miejscowości leżącej o jakie 70 do 80 km. na wschód od Mukdenu, w wązkiej, bo liczącej zaledwie kilometr szerokości dolinie. W części tej jest ona najwyżej do 100 metrów szeroka i do 0.75 metra głęboka. Od Jupanu do Hubopu (leżącego wprost na południe od Mukde- nu) dolina rzeki się rozszerza, dochodząc przy Funszunszenie do 7 km., a przy Hunhopu do 22 km. szerokości—przyczem sama rzeka dochodzi do 160 metrów szerokości i 2.60 metra (najwyżej) głębokości. Wreszcie aż do samego ujścia rzeka Hun płynie wśród równin, które u ujścia mają przeważnie błotnisty charaktar wyżej zaś — od wioski Hokutai (50 km. na południo-zachód od Hunhopu i Mukdenu, a więc już w obrębie dzia- łań wojennych) piaszczysty, przyczem rzeka jest pełna mielizn i brodów. Szerokość i głębia rzeki tej jest ściśle zależ- na od pory roku. Jeżeli np. w porze deszczów (od maja do września lub na wiosnę, w marcu) dochodziła ona pod Funszunczenem do 400 m- szerokości i 2 i pół metra głębokości, to podczas suszy wysychała ona pod tern miastem do tego stopnia, że nie było w jej korycie ani kropli wo- dy. Zwykle zaś można ją — od źródeł aż do Mukdenu bezpiecznie przejeżdżać w każdem pra- wie miejscu. Jeżeli więc armia Kurokiego istotnie prze- była rzekę Hun pod Jupanem, to przejście to nie natrafiło na żadne poważne przeszkody, a ewentu- alny odwrót owego obchodowego skrzydła armii gen. Ojamy (lub też nadesłanie Kurokiemu posił- ków) mógłby się odbyć z łatwością. Jest to waż- na okoliczność, przemawiająca na korzyść teraź- niejszej pozycyi japońskiej w porównaniu z po- zycyą pod Laojanem, gdzie wezbrana rzeka Taicy- ho, jak wiadomo odcięła chwilowo armię Kurokie- go od komunikacyi z główną kwaterą. Rzeka Hun zamarza w końcu listopada i aż do kwietnia pokrywa się skorupą lodową, po któ- rej swobodnie przejeżdżać mogą najcięższe wozy i armaty. Zima zmieni więc zupełnie warunki prowa- dzenia kampanii. Rzeki i błota przestaną stano- wić jakąkolwiek przeszkodę w ruchach artyleryi, a ponieważ śniegów pada w Mandżuryi bardzo niewiele, cały plac operacyi strategicznycli zamieni się w jedną równinę. Będzie to okoliczność na- der dogodna dla strony, która zdecyduje się na atak, tembardziej, że w stwardniałej ziemi trudno będzie sypać szańce ochronne. Powodzenie armii zależeć będzie jedynie od zaopatrzenia w ciepłą odzież, wodę, którą dobywa się z lodu rzek, i amunicyę. * * * Jłusskija Wiedomosti, przytoczywszy fakt, że w ciągu siedmiu miesięcy zdołano za pomocą kolei syberyjskiej zgromadzić na placu boju 240,000 lu- dzi, t. j. średnio po 35,000 miesięcznie, tak po- tem pisze: „Chociaż ukończenie budowy obwodowej ko- lei Bajkalskiej i urządzenie nowych rozjazdów po- winno znacznie powiększyć zdolność przewozową wielkiej drogi syberyjskiej, jednak ten nadda- tek pochłonie w zupełności dostawa materyału wojennego i żywności dla dwa razy większej ar- mii, ewakuacya chorych i ranionych i przewóz sze- regowców zapasu w celu pokrycia strat w szere- gach armii czynnej. Natomiast środki przewozowe Japonii, będącej panią na morzu, są o wiele do- skonalsze od naszych, jak to stwierdziła praktyka: w ciągu 7 miesięcy Japonia przerzuciła na azya- tycki ląd stały 460,000 ludzi, t. j. prawie dwa razy więcej, niż Rosya przewiozła za Bajkał. A więc Japonia w ciągu najbliższych ośmiu miesięcy, t. j- do maja -mogłaby doprowadzić liczebność swojej armii do miliona żołnierzy, a my w tym samym cza- sie będziemy mogli zgromadzić za Bajkałem naj- wyżej 600 do 650 tysięcy ludzi." Jednakże liusskija Wiedomosti nie wierzą, aby Japonia potrafiła wystawić armię milionową (które to przypuszczenie powtórzyliśmy w swoim czasie za Russkim Inwalidem), i twierdzą, że armia japońska dosięgnie najwyżej 600 do 700 ty- sięcy dobrze wyćwiczonych żołnierzy (razem z częścią poboru grudniowego z r. 1903) — reszta zaś składaćby się mogła ze źle wymustrowanego kon- tyngensu rekrutów—z t. zw. „gwardyi narodowej. * * * W ostatnich dniach wysłano z Chicago przeZ Nowy Jork pięć łodzi podwodnych- według wszel- kiego prawdopodobieństwa dla Japonii.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 42 809 Nasze ryciny. WACŁAW PAWLI8ZAK: NAMOWA. —Jest to illustracya do jednej z bajek z Ty- siąca i Jednej nocy, przedstawiająca chwilę, w której stara czarownica namawia mło- dzieńca do czynów, które wzbudzają w nim jednocześnie zachwyt i niedowierzanie w ich skuteczność. Wyraz twarzy starej kobiety, chytry i przekonywający, subtelne skrzywie- nie ust u jej słuchacza, doskonale oddają nastrój tej chwili, która poprzedzi nieszczę- ście Majaczące w dali postaci, oryginalna architektura ulicy, w której się ta scena od- bywa, wszystko to oddane jest z tym ar- tyzmem i znajomością rzeczy, która zawsze charakteryzuje utwory naszego znakomitego malarza Wschodu, p. Pawliszaka. EDGAR MAXENCE: KU IDEAŁOM. —Obraz niniejszy osnuł autor pod wzglę dem treści wewnętrznej na tle podania biblijnego o wypędzeniu Adama i Ewy z raju, przyczem, jak widzimy, popełnił tu Maxence rozmyślny anachronizm, przeno- sząc daną akcyę na grunt epoki Odrodzenia. Jak przedstawiona na płótnie para zakocha- nych, tak niegdyś i pierwsi rodzice ludz- kości mtisieli iść w świat obcy, tajemniczy a nęcący ku nieznanym mglistym ideałom, Pełni podziwu, trwogi i tęsknoty. Całość, zalecająca się świetnym rysunkiem i dosko- naleni zharmonizowaniem tła z figurami, posiada w sobie wiele poezyi. ALEKSANDER GIERYMSKI: PRZED pałacem dożów.—Jak wiadomo, słyn- ny pałac dożów w Wenccyi należy do najwspanialszych pomników architektury wszechświatowej i w tego rodzaju dziełach sztuki stanowi poniekąd unikat. Część tego Pałacu, traktowaną z niezwykłą sumienno- ścią i z niezrównanym wprost pietyzmem, Przedstawił nam zmarły mistrz na niniej- szem płótnie. Ustawione przed pałacem postaci w średniowiecznych strojacli stano- wią tu motyw drugorzędny, służą bowiem tylko do przeniesienia całości na grunt epo- ki Odrodzenia. Jak zwykle u Gierymskiego, odtworzenie motywów architektonicznych, w danym razie niezwykle pięknych i intere- sujących, stanowi punkt ciężkości obrazu. O zaletach wykonania ze względu na zna- ne mistrzostwo zmarłego malarza wspo- minać nie potrzebujemy. . |XfX Ali H ERR1CHTET i ,1 <. uf.xsLs 11\irmi bom heii “IfAiliFIEF L.3 Hi lir/i .Ul'.PM Al L HMPFANGŁR HAT . KORALU 1H M’.T .LIMEM ..Hl.i.1itr. MEHł l.U. <l.ND.... । itW „ ,i'i i>,ADCN UNO ;lh i.: iŁTE iNDDADLk.i .-rur NVJ MUN IMOtR B I OT !'•>(. . 'RCITE U*WElWMrH DCM C.ŁSAWIN Ktiwrn M eurch-a 5(III 1 / . SKlIIRHEIT GŁWAllRTl. . I » andznKen -. ... X . r BEGLUCRTEN u s; I i t iBŁR I6A5 i .Wlill ‘ "LR 1>OHI.EMKUMG JAN SOBIESKI IX .. 1X1 b Ł.DRR TORKENWŁlTH . , ivRT M A1RCHF • .ALDULCNSŁR NA PAMIĄTKĘ ONI A JE WRZEŚNIA IP83 R W KTÓRYM ZA LASKA-DOZA KRÓL POLSKI JAN SOBIESKI postawił ołtarz W ZNISZCZONYM PRZEZ ZACIEKŁĄ DZICZ TURECKA , KOŚCIELE KAMEDULÓW na.kahłenbercu NA KTÓREGO STOPNIACH wysłuchawszy. mszySw i przyjąwszy komunię >w WYRUSZYŁ Na mephzyjacioi KTÓRYCH na czele SWEGO DZIELNEGO WOJSKA POBIŁ I ZMUSIŁ DO UCIECZKI I FEM NIETYLKO WIEDEŃ I 00 OBŁOŻENIA UWOLNIŁ LECZ TAKŻE CĄLEJ < ItŻKO UCIŚNIONEJ EUROPIE OPIEKŁ i icCZEAS l WO ZAPEWNIŁ. TABLICA PAMIĄTKOWA SOBIESKIEGO, W KOŚCIELE K^MEDUŁÓW NA KAHLENBERGU. mistrza na uroczystość, otrzymał od niego । odpowiedź z przyrzeczeniem przybycia do Wiednia. Na razie jednak nie mógł mistrz i ściśle oznaczyć czasu swego przyjazdu, i dlatego do tej chwili dzień uroczystości nie mógł być ostatecznie ustanowiony. W każdym razie ze względu na porę roku odbędzie się uroczystość albo 16 albo 23 października. Kazanie w kościele kahlen- | berskim wygłosi arcybiskup Teodorowicz. Spodziewani są goście. G. S. OSOBISTE. Inżynier Stefan Jabłoński mianowany zo- stał przedstawicielem przemysłu żelaznego Królestwa Polskiego w istniejącym w Pe- tersburgu przy ministeryum skarbu komi- tecie doradczym fabrykantów żelaza, w któ- rym zasiada po dwóch reprezentantów każ- dego okręgu przemysłowego, o Panna Marya Kucharzewska, córka rad- nego magistratu m. Radomia, ukończyła nie- dawno z odznaczeniem wydział lekarski w Genewie, o ZMARLI. Ks. Konstanty Księski, kanonik hono- rowy kolegiaty kaliskiej, rektor kościoła po-Bcrnardyriskiego w Kaliszu, zmarł tamże dnia 4-go b. m , przeżywszy lat 63. Zmar- ły, jako kapłan pełen cnót chrześcijańskich i jako opiekun duchowny maluczkich, za- skarbił sobie wśród Kaliszan serdeczną wdzięczność i pamięć, o Joanna z Pomianowskich Bdejowska, wdowa po ś. p. Konstantym Belejowskim, zasłużona autorka i jedna z najzdolniej- szych w swoim czasie tłómaczek z języków obcych, zmarła dnia 5-go b. m. we wsi Wilczyska, w gub. Siedleckiej, przeżywszy lat 80. W swoim czasie łączyły ją przyja- zne stosunki z Kraszewskim, Lenartowi- czem i Odyńcem. W czasie pobytu swego Kronika. z KOŚCIOŁA. Staraniem ks. J. B. Pronajtisa zbudowany ma być w Taszkencie kościół katolicki, Przyczem wobec niezamożności parafian tamtejszych, władze zezwoliły na zbieranie ofiar na budowę poza obrębem parafii. Składki na ten cel wnosić można na ręce Proboszczów i do redakcyi czasopism. Moż- na wysyłać je również bezpośrednio na rę- ce ks. Pronajtisa w Taszkencie. o ŻYCIE SPOŁECZNE. zajęć dla chłopców i dziewcząt, których wyroby były przedstawione szerszej pub- liczn iści w czasie ostatniej wystawy we Frascati, nie jest zdolne własnymi środ- kami utrzymać tych zakładów i w roku bieżącym wykazuje deficyt w kwocie rubli 14,831. Wskutek tego Tow. odwołuje się do szerszych kół społeczeństwa z prośbą o pomoc, wierząc głęboko, iż filantropijny nasz ogół poprze usiłowania Tow. w kie- runku sprawy tak doniosłej, jak wychowa- nie biednej dziatwy m. Warszawy. Ofiary od wspaniałomyślnych ofiarodawców przyj- muje Kasa Tow. codziennie od godziny 11 do 1 i pół pp. (Krak. Przedm. 62). o Z RÓŻNYCH STRON. Książę biskup wrocławski, kardynał Kopp, podpisał również między innymi protest przeciw rozporządzeniu rządu wiedeńskie- go, nakazującemu otwarcie w Opawie i Cie- szynic równoległych klas, tam czeskich, a tu polskich. To wystąpienie kardynała Koppa nie podobało się nawet Niemcom au- W dniu 1-ym b. m. odbyło się w Lu- blinie pierwsze przedstawienie trupy ope- retkowo-dramaiycznej pod dyrekcyą p. Fe- lińskiego. Trupa ta, złożona z 40 artystów oraz orkiestry własnej, gościć ma w Lubli- nie przez cały bieżący sezon zimowy. Re- pertuar obejmuje: operetki, komedye i naj- nowsze wodewile. o UROCZYSTOŚĆ NA KAHLENBERGU. Polska kolonia w Wiedniu czyni skrzętne przygotowania do wielkiej uroczystości na Kahlenbergu pod Wiedniem, poświęconej pamięci odsieczy Wiednia w r. 1683 przez króla Jana Sobieskiego na czele rycerstwa polskiego dokonanej. Rzeźbiarz krakowski p. Kulesza ofiarował wykonaną przez siebie tablicę pamiątkową, jako dar dla kościoła kahlenberskiego, w którym król Jan So-1 bieski, wysłuchawszy nabożeństwa, przyjął Komunię św., a następnie bezpośrednio ude- rzył na czele walecznych swych wojaków na Turczyna. Komitet, utworzony z wysłanni- ków miejscowycli polskich stowarzyszeń, w Warszawie przełożyła zmarła, między inne- mi, na język polski „Historyę Kościoła" Alzo- ga, „Bibliotekę dla młodocianego wieku," „Ekonomię polityczną" Baudrillarta, tudzież szereg powieści i utworów scenicznych. Szcze- gólnie dla młodzieży przyswoiła zmarła literaturze naszej sporą liczbę dzieł warto- ściowych. Prócz tego wydała ś. p. Bele- jowska w r. 1859 oryginalnie napisaną, a popularną w swoim czasie książkę do Spadkobiercy ś. p. Józefy Sierakowskiej, zmarłej w r. 1876, przeznaczyli na włas- ność Kasy im. Mianowskiego kwotę rubli b,600, od której odsetki obracane być mają na zapomogi naukowe dla synów podupad- łych właścicieli ziemskich, wyznania rzym- sko-katolickiego, z gub. Płockiej, a w razie ,ch braku dla innych osób, według uznania ^asy. Komitet wzywa zatem osoby inte- resowane, aby składały w biurze Kasy (Niecała 7), lub na ręce jednego z człon- ków komitetu stosowne podanie z wyszcze- gólnieniem podjętych prac naukowych 1 miejsca stałego zamieszkania. Zapomogi otrzymywać mogą tylko poddani rosyjscy. Bliższych szczegółów udziela biuro komi- tetu Kasy, o • Warszawskie Tow. Dóbr., mając w swej Pieczy 157 zakładów, a między nimi 28 sal stryackim, którzy widzą w nim nielegalne^tóry urządza uroczystość odsłonienia tab- mieszanie się biskupa obcego państwa do ! licy pamiątkowej, zajął się wmurowaniem spraw wewnętrznej polityki austryackicj. Ks. dr Kopp, pisze półurzędowa wiedeńska Rcichsioehr, należy wprawdzie do sejmu tablicy pamiątkowej w zewnętrzną ścianę kościoła nad wejściem do tak zwanej „ka- plicy Sobieskiego", znajdującej się po pra- śląskiego, ale jego głos ma właśnie na cclu danie mu sposobności zaznaczenia zda- nia własnego i zdania ludności katolickiej Śląska jedynie we wszystkich sprawach re- ligijnych. Zaznaczenie przez kardynała sta- nowiska stronniczego w sprawach narodo- wych musi wywołać pewne nieprzyjemne zdziwienie. Inne organy prasy oświadcza- ją, że ks. kardynałowi Koppowi wolno być patryotą pruskim, ale do walk narodowo- ściowych w Austryi mieszać mu się nie wolno. Omawiając powyżej opisane wy- stąpienie ks. Koppa, gazety galicyjskie żą- dają ponownie utworzenia dla katolików na Śląsku austryackim osobnej dyecezyi, wy- łączonej z pod władzy pruskiego biskupa, o wej stronie nawy kościelnej. Tu bowiem kazał król polski śród gruzów zniszczonego przez Turków kościoła wystawić ołtarz, przy którym w dzień odsieczy z rana odprawio- no mszę św. Tablica pamiątkowa jest pięknem, stylowem dziełem sztuki, wyko- nanem w czarnym i białym marmurze, z ozdobami płaskorzeźbionemi, a u góry popiersiem króla Jana Sobieskiego uwień- czona. Rozmiary jej są ckazałe, a główną zaletą prostota artystyczna kompozycyi, wolna od wszelkiego przeładowania. Uro- czystość zapowiada się świetnie. Spodzie- wany jest przyjazd mistrza Henryka Sienkie- wicza, który ma wygłosić na uroczystości odczyt. JOANNA BELEJOWSKA. nabożeństwa p. t.: „Panie, wysłuchaj mo- dlitwę moją," a w r. 1892 ogłosiła drukiem ostatnią swą pracę p. t: „Grafologia." W zakresie studyów grafologicznych ucho- dziła zmarła za powagę; udzielała też chęt- nie i bezinteresownie wszelkich wskazówek i wyjaśnień, dotyczących tego zakresu ba- dań. o Konstanty Miktiliński, inżynier, naczel- nik robót regulacyjnych w pogranicznych częściach rzeki Wisły i Sanu, zmarł w San- domierzu dnia 3-go b. m., przeżywszy lat 51. Jako wysoce uzdolniony inżynier i doświadczony hydrotechnik, ś. p. inż. Mi- Komitet urządzający, zaprosiwszy I kuliński brał udział we wszystkich komi-
810 TYGODNIK ILLUSTROWANY M> 42 syach międzynarodowych zarówno z inży- nierami austryackimi, jako też pruskimi, w charakterze delegata warszawskiego okrę- gu komunikacyi. o Zofia z Osieckich Olchowiczowa, wdo- wa po ś. p. Aleksandrze, matka pp. Kon- rada i Zygmunta Cichowiczów, członków redakcyi i administracyi Kuryera Wprszais)- skiego, zmarła w Warszawie dnia 4 b. m , przeżywszy lat 74. o Dyonizy Trzciński, właściciel dóbr Lescc, zmarł tamże dnia 5-go b. m., przeżywszy lat 88. o Ze świata. z kościoła, we francyi. Kar- dynał Richard i cate duchowieństwo Paryża przesłało Ojcu Św. adres, w którym „w tak ciężkich dla Kościoła we Francyi czasach, jak obecne,” zapewniają o swem zupełnem posłuszeństwie i niewzruszonem przywiąza- niu do Stolicy Apostolskiej, k , BILONEM PONAD PIRAMIDAMI. Śmiały aeronauta, kapitan Spelterini, któ- ry r. z. odbył podróż balonem ponad naj- wyższymi szczytami Alp, przepłynął nie dawno w swoim statku napowietrznym ponad piramidami i częścią pustyni Libij- skiej, zdjąwszy kilka niezwykle ciekawych fotografii z wysokości 400—500 metrów. Pierwszy to raz owe odwieczne pomniki kultury zobaczono w takich warunkach, pierwszy raz także odtworzono ich wize- runki, unosząc się ponad nimi. A jednak i tutaj wyglądają one imponująco. Piramidy Cheopsa (137 m. wysokości), Chefresa i Menkary widać jasno, jak na dłoni. Poni- żej środkowej z nich da się odróżnić wize- runek Sfinksa, a na lewo od mego dwie palmy, stojące u wrót arabskiego cmenta rza. Na prawo od piramid, u brzegów pu styni, widać błyszczące w słońcu białe za- budowania: to hotel Menahouse i wieś Kafr, której pola uprawne można rozróżnić jako mniej lub więcej ciemne, nieregularne pla- my. Widok pustyni przypomina falujące morze, a niektóre części bardziej skaliste krajobraz księżycowy. Jasność tych odbitek fotograficznych jest zdumiewająca, wobec tego, że zdejmowało się je z balonu, które- go nigdzie w zupełnym spokoju nie moż- na było utrzymać. Ale kapitan Spelterini jest specyalistą, jest fachowym aeronautą- fotografem. Każda z jego wycieczek miała na celu nie bezmyślną przejażdżkę, lecz al bo badania geologiczne, albo wyjątkowo zajmujące wrażenia artystyczne. Spelterini zrobił wogóle 532 wyprawy z 1200 pasaże- rami. Umiejętność i zręczność jego jest tak wielka, że miał kilka zaledwie wypadków przy wylądowaniu, raz jeden zaś wpadł w morze. W Egipcie Spelterini wznosił się kilka razy ponad Kairem i jego okoli- cami; wylądowanie musiało się odbywać w warunkach bardzo niekorzystnych, bo kotwica balonu nie miała w piaskach żadne- go punktu oparcia. Spelterini nie jest wy- nalazcą. Balonem jego kierować nie można. Oblicza on tylko mniej więcej r kierunek wiatru. wybuchy Wezuwiusza. W ostat- nich tygodniach Wezuwiusz zaczął objawiać bardzo ożywioną działalność. Lawa nagro- madziła się w nowym jego kraterze w ta- kiej ilości, że krater groził pęknięciem, co- by mogło spowodować poważną katastrorę Komunikacyę koleją zębatą z wierzchoł- kiem góry przerwano. Ludność okoliczna z trwogą patrzała na coraz groźniejsze kłę- by dymu, wydobywające się z krateru. Widok wybuchu podajemy w niniejszym numerze, k CESARZ WILHELM I NASTĘPSTWO TRONU W KSIĘSTWIE lippe-det- MOLD. W drażliwem położeniu postawił ce- sarz Wilhelm Rzeszę Niemiecką, protestując przeciwko objęciu regencyi jednego z mniej- szych księstw, Lippe-Detmold, przez pra- wowitego następcę tronu, księcia Leopolda hr. Lippe-Biesterfeld, i usiłując w ten spo- sób naruszyć konstytucyę Związku. Począ- tek tej ważnej sprawy datuje się od r 1895, t. j. od śmierci ostatniego regenta księstwa w prostej linii, ks. Waldemara. Wtedy już cesarz Wilhelm—pomimo iż sąd polubowny Rzeszy, złożony z kilku panujących (mię- dzy innymi: króla saskiego), uznał za pra- wowitego następcę księcia Ernesta Lippe- Biesterfield (zmarłego właśnie przed kilku- nastu dniami) — twierdził, iż nie uzna w przyszłości jego syna (przeciwko które- mu protestuje obecnie), i wyraził życzenie osadzenia na tronie swego krewnego, ks. Lippe-Schaumburg. Nieuznawanie syna ks. Ernesta motywują jego przeciwnicy tem, że popełnił mezalians, żeniąc się z hr. von Wartensleben, nie pochodzącą z krwi ksią- żąt panujących. Ponieważ na proteście ce- sarza Wilhelma niema podpisu kanclerza Rzeszy, hr. Biilowa, protest więc ma cha- rakter raczej prywatny — choć jest pisany w kwestyi państwowej — nie odpowiada więc, według Berlbicr Tageblattu, konsty- tucyi Cesarstwa Niemieckiego. Sprawa ta wywołała zaniepokojenie wśród innych państewek Rzeszy. Beri. Tagb. przewiduje podanie się do dymisyi Biilowa. Na podkre- ślenie w tem wszystkiem zasługuje fakt, że ks. Schaumburg-Lippe jest krewnym Wilhel- ma 11. Wyradza się stąd przypuszczenie, ERNEST hr. LIPPE BISTERFELD. LEOPOLD hr. LIPPE-BISTERFELD. że cesarz wyraził w swym niefortunnym proteście nie tyle dążenia absolutystyczne, ile prywatne zupełnie pożądania- dla swo- jego domu. W Niemczech oczekują z na- prężeniem rozwiązania drażliwego zatargu, w który wplątana jest nietykalna osoba ce- sarza k CZŁOWIEK, ŻYJąCY TBAWĄ. W Nowym Jorku—jak donosi francuski Tcmfis — istnieje pewien mieszkaniec Kuby, Eu- sebio Santes, któremu udało się pozyskać wielu zwolenników dla swojej teoryi, we- dług której człowiek powinien karmić się wyłącznie trawą. Jeden z nawróconych — niejaki Frank Taylor, liczy obecnie 62 lata i jest zachwycony nowym rodzajem pokar- mu, cierpiał bowiem przez 8 lat na katar żołądka i wyleczył się dopiero wtedy, gdy zaczął jeść—trawę. Niektórzy twierdzą, że wielu Amerykanów nawrócenie to skłoniło jedynie do wytworzenia nowego gatunku zupy, robionej z trawy. ZMARLI. Dr Jerzy Mohl, profesor literatury łaciń- skiej w uniwersytecie czeskim w Pradze. Pozostawił wysokiej wartości dzieło o two- rzeniu się języków romańskich. Liczył lat 35. k Hr. Libpe-Bicstcrfield, regent księstwa Lippe-Detmold, w wieku lat 62. k August Bartholdi, słynny rzeźbiarz fran- cuski, twórca wspanialej statuy: „Wolność, oświecająca świat" (w Nowym Jorku) i kolo- salnego, w skale wykutego „Lwa Belforc- WYBUCH WEZUWIUSZA, podług ostatniego zdjęcia fotograficznego. kiego," którego spiżowy model znajduje się w Paryżu, zmarł w wieku lat 70. Był to artysta potężny, dążący w monumentalnych, patetycznych liniach do wzniosłości i peł- nej prostoty wielkości. Słynął też jako twórca projektów architektonicznych, z któ- rych najsławniejszym jest „Palais dc I.ong- champs" w Marsylii, wykonany przez bu downiczcgo Esperandicu. Urodził się w ro- AUGUST BARTHOLDI ku 1834. Oprócz wyżej wymienionych, znana jest bardzo jego rzeźba, przedsta wiająca Vcrcingetorixa na koniu, k Polityka. Wybór uzupełniający do sejmu Królestwa Pruskiego z okręgu Pszczyny- Rybnik na Górnym Śląsku ukończono. Głosowano dwa razy, ponieważ pierwsze skrutynium nic wydało wymaganej większości. Ostatecznie zwyciężył kandydat partyi rządowej, kon- serwatysta pruski Rzcsnitzek. Nazwisko świadczy, że przodkowie pana posła mu- sieh pisać się Rzeźniczek. Tu jeszcze raz przypomnieć musimy, że wybory do sejmu pruskiego odbywają się według systemu pośredniego. Wyborcy, podzieleni na trzy klasy, według stanów, mianują delegatów (Wahlmanów), ci dopiero oddają glos na posła. Tym sposobem wybór nigdy nic odpowiada rzeczywistym stosunkom liczeb- nym wyborców. W okręgu pszczyńsko-ryb- nickim, który jest najbardziej polski w Państwie Pruskicm, bo ma 95% ludno- ści polskiej, wyborcy Polacy zdołali prze- prowadzić zaledwie 84 delegatów, podczas gdy centrum miało ich 319, a partya rzą- dowa 343. Liczby te wyjaśniają, że pierw- sze głosowanie nie mogło wydać rezultatu, i że w głosowaniu ściślejszem dccyzya za- leżała wyłącznic od wyborców polskich. Gdyby oni oddali swoje głosy kandydato- wi centrum, ten zwyciężyłby niewątpliwie. Wyborcy polscy jednakże wstrzymali się od głosowania, a uczynili to w myśl postano- wienia centralnego komitetu wyborczego. Komitet ten ofiarował centrowcom przed wyborem pszczyńskim kompromis, który centrowcy odrzucili. Pomimo że komitet polski wybrał na swego kandydata księdza Pędziałka, więc liczył się z religijnymi względami partyi katolickiej, centrum wy- stawiło przeciw niemu innego księdza, ale jakby rozmyślnie wyszukanego gwoli zra- żenia Polaków. Kandydat centrowy, ks. Stephan, to kameleon polityczny: to podaje się za Polaka, to znów manifestuje się jako szowinista pruski pierwszej wody. Na Ślą- sku’ jako redaktor centrowej Gazety kato- lickiej, gorliwie zwalcza ruch polski naro- dowy. W tych warunkach obojętną jest rzeczą dla sprawy polskiej, czy w sejmie pruskim będzie zasiadał ks. Stephan, czy p. Rzcsnitzek, a wyborcy polscy musich zaznaczyć swoją samodzielność, i namacal- nie przekonać centrum, że lekceważyć się nie dadzą. SJHJł
811 KSIĄŻKI 1 WYDAWNICTWA 1’GRS’ODYCZNG. KSI4ŻKI POLSKIE. Lekcje i ewangelie na wszystkie nie- dziele i święta całego roku. Wydaw- nictwo Biblioteki dzieł chrześcijańskich. 1904 r. Cena rb.1.60.—Z inieyatywy redak- tora Biblioteki, ks. Z. Chełmickiego ks. Antoni Szlagowski, profesor seminaryum warszawskiego, z p. Józefem Kallenbachem dokonali poprawienia t. zw. popularnie „ewangeliczki*. Zmiany są znaczne. Uży to pisowni i form gramatycznych współ- czesnych, znaki pisarskie i wielkie litery dano podług „Mszału Rzymskiego*, który się trzyma porządku raczej logicznego niż gramatycznego. W kilku miejscach popra- wiono tłómaczenie ks. Wujka, w innych zaś na nowo przywrócono. Zmieniono zwroty i słowa, które nabrały znaczenia drastycznego. Usunięto samowolne po- prawki dawnego tłómaczenia, dokonane Przez poprzednich; wydawców „ewange- liczek.* W „Komunale* wskazano Msze, z których wzięta jest ewangelia. Na nowe święta wydano inne wyjątki podług nowo Wydanych mszy. Zakończono dokładnym spisem alfabetycznym. Komisya, wyznaczo- na przez J. E. Arcypastcrza warszawskiego, złożona z J. E. ks. Biskupa Ruszkiewicza 1 grona kanoników, sądziła o przyjęciu lub odrzuceniu poprawek. Rzecz całą, jako do- konaną z ogromnym nakładem pracy i zna- jomością przedmiotu, należy uważać za wiel- ce pożyteczną i najzupełniej udatną Ks. Szkopowski. Maryn Konopnicka. Poozye w nowym "kładzie. V. Przekłady. Warszawa, nakład Gebethnera i Wolffa; Kraków, G. Gebeth- ner i Ska. 1904, w 12-ce, str. 276. Cena rub. 1—Szósty tomik „Poezyi w nowym "kładzie* dopełnia pierwszych pięciu, wy- czerpując jednocześnie treść czterech seryi •.Poezyi* w pierwotnym układzie. Mamy t" więc wszystkie przekłady, zamieszczone w tamtych tomach, a więc Roberta Hamer- ’,nga „Łabędzi śpiew romantyzmu*, liczne Poezye Jarosława Vrclilickiego, Pawła Hey- seg° „Dziecię wieszczek*, oddzielne utwory Ludwiki Ackerman, Swinburn’a, Sully-Prud- hommea, Platona Kosteckiego, Eugeniusza Tupego (Jabłońskiego), Juliusza Wolffa, ^ominięto, oczywiście, przekłady utworów większych rozmiarów, jak Attę Trolla i in- ne dzieła Heinego, Cyrano de Bergcrac Rostanda lub Hanusię Hauptmanna. Tak w’ęc do Vll-go i dalszych tomów „Poezyi w nowym układzie* pozostają Prometeusz 1 Syzyf Pan Balzer w Brazylii—który °by już był jak najprędzej ukończony!— 1 liryki najpóźniejsze, jak Stolica i Dro- biazgi z podróżnej teki. Micjmy nadzie- lę. że tomiki te ukażą się niezadługo, g Kazimierz Gliński. Borutn, powieść z lat dawnych. Warszawa, nakład Gebeth- nera i Wolffa; Kraków, G. Gebethner i S-ka. 904, w 8-ce, str. 555. Cena rub. 2. -Za- chęcony powodzeniem pierwszych swoich Powieści historycznych, p Gliński zwrócił znowu po przedmiot do przeszłości , dał tym razem powieść z wieku XVII, stłślej mówiąc: z czasów rokoszu Zebrzy- dowskiego. Mamy tu dzieje miłości ubo- Elego szlachcica do córki magnata, miłości Po wielu perypetyach uwieńczonej wreszcie Pomyślnym skutkiem. Nie szukajmy tu n^Iegłego obrazu tła historycznego, nie szu- njmy wielkich wypadków dziejowych, o rych zaledwie się wspomina, ani też wier- ] °sciw odtworzeniu obyczajów i życia ów- esnego. „Boruta* jest gawędą zręcznie ^Powiedzianą, a czyta się z dużem zacieka- niem, które nie osłabnie aż do ostatniej należy, że akcyę urozma- postać tytułowa podanio- stronicy. Dodać ica fantastyczna wego dyabła Boruty, który pod piórem p. Glińskiego dziwnie się uszlachetnił i spo- tężniał: Boruta to wcielenie pierwiastka prywaty, cynizmu, przeniewierstwa, warchol- ! stwa, słowem tego wszystkiego, co było ! najgorsze w obyczajowości i ustroju spo- . łecznym Rplitej. Powieść niniejsza należy do lekkiej lektury, która może być czytana z przyjemnością, a nawet pewnym pożytkiem, przez liczne koła czytelników, g Pniiliiin Sziimlańskn: 555 rad i do- świadczeń gospodarskich.Warszawa. Skład główny w księgarni Gebethnera i Wolffa. 1905. Str. 83, cena 45 kop Książeczka ta zawiera szereg alfabetycznie ułożonych, praktycznych wskazówek, pożytecznych dla każdego gospodarstwa domowego, o Sofokles: Antygona. Przekład K. Mo- rawskiego (Wydawnictwo M. Arcta: „Książ- ki dla wszystkich*). Cena kop. 15. Nowy ten przekład odznacza się harmonijnym i melodyjnym wierszem białym i sza pod względem doskonałości nej poprzednie tłómaczenia PRASA POLSKA. Ogniwo: „Ćwicz serce!*, przez Ludwika Krzywickiego; „Reporter domesticus* (pró- ba charakterystyki psychologicznej), przez L. Belmonta;—Prawda: „Klucz Wschodu*, przez W. Sieroszewskiego. — Wędrowiec: „Rozdźwięki*, przez C. W.—Gazeta Rolni- cza: „Ochrona sadów i ogrodów warzyw- nych*, przez J. D. K.—Przyroda: „Przez progi Dnieprowe", przez Antoniego Suj- kowskiego; w temże piśmie: „Mamidła czyli miraże* przez Stanisława Krarnsztyka. — Kttryer Teatralny: „Kilka słów o kry- tyce*, przez Juliusza Wettheima.—Przegląd pedagogiczny: „Słówko o pewnej sprawie szkolnej* (o wyższem wykształceniu kobiet), przez Estewę; w temże piśmie: dobry arty- kuł informacyjny o „Muzeum pcdagogicz- nem w Paryżu*, przez R. W.—Przegląd Bankowy rozpoczął druk większej pracy p. C. Łagiewskicgo p t. Bankierstwo w Polsce.*—Gazeta Sądowa: „Koło obrony nieletnich podsądnych*, przez Mikołaja Ko- renfelda; w temże piśmie: „Herman Staub* (wspomnienie pozgonne), przez S. Posnera. -—Przegląd górniczo-hutniczy: „Przemysł górniczo hutniczy w Galicyi w r. 1903“, przez Zdzisława Kamińskiego.—Czytelnia dla wszystkich: „Drogowskazy na wsiach*, przez S. D.—Tygodnik Polski: „Bitwy pod Chocimem*.— Gazeta Polska do trzech dotychczasowych premiów, ofiarowywanych swym abonentom („Opis ziem zamieszka- łych przez Polaków," „Historya sztuki* oraz znaczna zniżka na Bibliotece dzieł wyborowych} dodaje obecnie „Encyklopedyę staropolską* Z. Glogera, z ustępstwem trzech rubli od ceny księgarskiej i na roz- płaty dowolne; w temże piśmie: artykuł „Wysiłki germanizacyjne*, przez Cz.—Ga- zeta Handlowa: „Kultura dworków wiej- skich*, przez Boi. Gor.—Wiek: „Obyczaje się psują!*, przez ks. Szkopowskiego.— Kttryer Warszawski: „Pamiętnik Zako- piański", przez Władysława Rabskiego.— Kuryer Codzienny: „Zaniedbanie* przez F. Rudnicką. FKANCYA. * Fabuła ostatniego romansu braci Rośny p. L La Lttciole ma silne zabarwienie melo- dramatyczne. Malarz paryski Jan Savigny zakochał się nad jeziorem Lugano w pięk- nej Desolinie Preda, żonie kontrabandzisty. Mąż, Giovanni, kupił ją niegdyś za kilkaset przewyż- artystycz- franków, więc też traktuje małżonkę jak nie- wolnicę. Savigny maluje portret Dcsoliny, pod okiem wuja jej męża, A. Palmierego. Losem zakochanych zainteresował się Gen- naro, „dziarski* chłopiec z nad jeziora: za- bija on Giovanniego i ułatwia miłosnej pa- । rze ucieczkę do Paryża. Dzika Desolina upaja się pięknem i rozkoszami życia pary- skiego. Nagle staje przed nią pełen po- święcenia Gennaro i ostrzega, że wuj Pal- mieri przyjechał do Paryża i szuka zemsty. Savigny żeni się z Desoliną. Pewnego pięknego poranku dowiaduje się, że szczęś- cie swe zawdzięcza dwom morderstwom: Gennaro zabił Predę, zepchnął zaś do Se- kwany starego Palmierego. Młoda para ucieka przed wyrzutami sumienia do Algie- ru. „Jan—mówią w zakończeniu autorowie— poświęcił swe potomstwo ziemi pełnej so- ków żywotnych, poświęcił je dzikiej i głę- bokiej Afryce, gdzie się tworzy wielka cy- wilizacya przyszłości.* Frazes ten nie po- głębia, oczywiście, wartości bajki. * O Ameryce północnej napisał bar- dzo poważną pracę Piotr Leroy-Beaulieu. Ty tuł jej: Les Etats-Unis au XX silcie11 (wy- dawca A. Colin). Autor zastanawia się głę- boko nad sprawą murzynów, zwłaszcza po- łudniowych. Jest ich obecnie około dzie- więciu milionów; zmuszeni do życia odręb- nego, wracają do barbarzyństwa. W rolnic- twie uderzyła autora przewaga drobnej własności oraz nizkie koszty uprawy ziemi; zawdzięczają to Amerykanie świetnej orga- nizacyi pracy, wielkiej liczbie zwierząt do- mowych i doskonałym narzędziom.—Pod względem rozwoju przemysłu Ameryka wy- przedza wszystkie inne kraje; to też stro- nice książki Leroy-Beaulieu, omawiające ten ' nadzwyczajny jące. * W roku Francyi 9,674 historyę i życiorysy 1,291; medycynę 1,226; książki szkolne i wychowawcze 1,218; róż- ne utwory literackie 1,757 (w tern po- wieści i romanse 591); książki religijne 788. * Nowe książki. M. Macterlinck „Le double jardin." Gabriel Giroud „Popula- tion et subsistances* (wyd. Schleicher). J. No- vikow „La possibilite du bonheur* (wyd. Girard et Briere). G. Richard „Manuel de Morale et notions de Socjologie*. E. Four- niere „Les theories socialistes au XIX sićcle de Babeuf a Proudhon.* M. Pottecher „La passion de Jeanne d’Arc“ (dramat lu- dowy w 5 aktach). * Czasopisma. La France de demain: „Wojna rosyjsko-japońska*, przez Ardouin- Dumazeta; tamże: „Ankieta angielska o ame- rykańskich metodach wychowawczych.*— La Remie de Parts: „Le serpent noir,* romans Pawła Adama; „Uniwersytety mu- zułmańskie w Egipcie*, przez P. Arminjo- na.—Retme musicale: numer październiko- wy poświęcony w całości Mcyerbeerowi.— Rewie lTiilosopique: A. Godfernaux: O pa- ralcliźmie psycho-fizycznym i jego następ- stwach*; Dr Jankelevitch „O naturze uczu- cia miłosnego*; L. Dugas „Psychologia egzaminów*. Mercure de France: Remy de Gourmont: „Źródła idealizmu*; M. Reja „H. G. Wells i cudowność naukowa*; K. Mo- rice „Fantin-I.atour*; M. A. Leblond „Ma- larze ziemi belgijskiej*; L. Belugou „Wła- dze wyobraźni u dzieci*. NIEMCY. * Nakładem firmy J. Otto w Pradze wy- szła książka B. Bogatyna p. t.: Polnische Er- zdhler (Polscy opowiadacze). Jest to antologia współczesnych polskich noweli- rozwój, zeszłym książki. są bardzo poucza- wydrukowano we Z tego wypada na: stów, poprzedzona bardzo powierzchownym, słabo napisanym wstępem. P. Bogatyn snadź nieszczególnie zna piśmiennictwo polskie, dokonał bowiem wyboru niezbyt szczęśliwego. Z Michała Bałuckiego za- czerpnął aż cztery opowiadania („Biblio- man,“ „Naturalizm na scenie,* „Skąpiec* i „W starym domu*). Następnie dał: „Świadka* B. Czernedy, „Ostatnie spotka- nie* i „Inseparables* M. Cawalewicza, „Kaftan* W. Gomulickiego, „Kwiaty nie- wierności* i „Znasz li ten kraj?* Hajoty, „Po drodze* Klemensa Junoszy, „Wesele* i „Coś męskiego* Orzeszkowej, „Nieprzy- jaciel* Ostoi, „Ocalenie* i „W głębiach* W. St. Reymonta, „Noc* i „Bocznemi drzwiami* Rodziewiczówny, pięć nowel Sienkiewicza z „Jankiem muzykantem (oczy- wiście!) na czele, „W ofierze bogom* W Sieroszewskiego, „Przebrzmiałe tony* B. Prusa i „W drodze* Żeromskiego. Prze- kład dosyć luźny, daleki od oryginałów. * Wydawnictwo niemieckie Ans fremden Zungen zamieszcza dłuższy artykuł o Sien- kiewiczu, w którym autor zajmuje się, mię- dzy innemi, sposobem pracy naszego pi- sarza. Nowe książki. I. Hirn: Der Ursprwtg der Kunst', A. Perfall: Miinchttcr Kittdeln (romans); L. Lbwenstein: Geschichtc der Judetr, Otto Bierbaum: Die uernante Prinzcss-, A. Bartels: Gesamwelte Dich- tungeir, K. Frankhauser: Prinsipicn der Asthetilr, R. Richter: Der Skeptizismus in der Philosophie-, M. Walleser: Die Intddhi- stische Philosophie. WŁOCHY. * Ugo Ojetti, znany krytyk i powieścio- pisarz, ogłosił tom nowel pod tytułem II Ccwallo di Troja (Koń trojański). Autor ulega wyraźnemu wpływowi Maupassanta i M. Prevosta. Jest wogóle zajmującym i dowcipnie cynicznym. Żałować należy, że Ojetti zbyt goni za efektem, a więc za powodzeniem u czytelnika. * Giovanni Pascoli, jeden z najwybitniej- szych współczesnych poetów włoskich ogło- sił przed kilku dniami nowy tom poezyi p. t. I poemi conviviali. Najpiękniejsze w tym zbiorze utwory osnute są na tle ży- cia starożytnego. Pascoli, wykształcony głę- boko na wzorach klasycznych, napisał już cały szereg poematów łacińskich. Poeta, (urodzony w roku 1855), dość późno, gdyż dopiero w roku 1892, wydał pierwsze swe dzieło „Myricae.* Z lat młodzieńczych ma tragiczne wspomnienia: ojciec jego został zamordowany, gdy wracał pewnego wieczo- ru do domu; matka zaś z rozpaczy umarła wkrótce potem. Echo tego mordu brzmi często w poezyach Pascolego. Jako arty- sta, głęboko uczuciowy i wrażliwy, Pascoli opiewa najchętniej ciche, łagodne czary na- tury. Te smutne, niezmiernie delikatne idyle wsławiły imię poety tyleż, co jego świetne poematy klasyczne. Nowe książki. Storia e rivelazioni std couclave del 1903 przez G. Bertheleta; G. Francesconi II Fascino (zbiór nowel, pisaanych w tonie monotonnego sensualiz- mu); A. Chiapelli La rosa mi sit ca del „Pa- radiso* di Dante'1 studyum estetyczne o XXXI pieśni „Raju* z Boskiej komedyi); księgarnia B. Seebera poczęła wydawać we Florencyi nową bibliotekę filozoficzną pod ogólnym tytułem „Scienza dell’ Anima*; prof. Rosolino Colella ogłosił pracę p. t. Ncruo- sismo e Cinilth.
812 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 42 OD REDAKCYI. NADESŁANE. Każdy prenumerator „Tygodnika illustrowanego" w r. 1904 otrzyma bez żadnej dopłaty PRACOWNIA wyrobów złotych i z brylantami J. RUSZCZYŃSKIEGO Wystawa Powszechna 1900 r. Chluba rodzica. — A twój syn co robi? — Jest kelnerem, jak ja. I pomyśl sobie, ma chłopak talent, już puścił między ludzi 12... fałszywych franków. Echos par d‘Aurian. Potop *1/) tomów powieści ^ołody'lć SIENKIEWICZA (co miesiąc tom) tumów oraz I V 14. DZIEŁ POPULARNYCH (co miesiąc tom) czyli ogółem (co miesiąc 2 tomy) TOMY ROCZNIE Biblioteki powieści i dzieł popularnych NADTO KOLOROWE PREMIUM ARTYSTYCZNE z dniem 15 września r. b. przeniesioną została na ulicę SENATORSKĄ Nr 22. X X JX:X. XAsUX X X \ Tchórze. Narzeczony: — Nie mam odwagi powie- dzieć twojemu ojcu, ile mam długów. Narzeczona: — Mój ojciec również nie ma odwagi powiedzieć ci, że ma także długi. Dorjbarbier. x jx*x„x ”xsxix xw&x a — znakomita sucha i słonecz- lUlLDllM na stacya górska jesienno-zi- IVlLnHll "10WaHZ',LpAA STEFANIA D-ra BINDERA, pierwszo- rzędny zakład dyetetyczno-wodoleczniczy, z wielkim komfortem urządzony. Kuracye tuczące, wodo-, elektro- i fizykolecznicze, ja- ko też winogradowe i terenowe. Medal złoty w Paryżu PUDER WENUS nieszkodliwy, subtelny, hygieniczny, po- leca Laborat. Górskiego, Leszno 4, | Aebetfaner i Wolffw— | | jf fortepiany, | j Pianina, Organy | Krakowskie-Przedm. 17. Uświadomiony. — Czy wiecie dlaczego właściwie wy- buchnął strejk? —• Nic, nie wiem nic—niech pan pójdzie się spytać do... komitetu strajkowego L'illuslration—llenriot. EGZYSTUJE OD 1874 ROKU ZEGARMISTRZ oraz przy Każdym numerze, nie zawierają- cym dodatku książkowego, ARKUSZ POWIEŚCI TŁÓMACZONEJ. Na oprawę 12-tu tomów Pism Sienkiewi- cza w roku bieżącym dołączać należy rb. 2; oprawa 6 tomów kosztuje rub. 1, oprawa 3 tomów 50 kop. Ozdobna oprawa 12 tomów dziel popularnych wynosi także rb. 2, opra- wa 6 tomów rub. 1, oprawa 3 tomów 50 k. Oprawa wszystkich 24 bezpłat- nych dodatków wynosi rb. 4, opła- cane rocznie, półrocznie lub kwar- talnie. W IV ym kwartale r. b. otrzyma- ją pienumeratorowie „Tygodnika il- lustrowanego" w 6-ciu dodatkach bezpłatnych: „Historyę ruchu kobiecego" w opracowaniu J. Okszy, jeden tom. „Życie artystyczne ludzkości" Alfonsa Roux (z illustracyami) w przekładzie J. Lorentowicza, jeden tom. „Pan Wołodyjowski" Sienkiewicza, 4 tomy. Nadto premium kolorowe TEODORA AXENTOW1CZA p. t. „Zaczytana/1 będzie rozesłane w ciągu listopada r. b. wszystkim prenumeratorom. LEKARZ DENTYSTA A. ZAWADZKI Marszałkowska 10S, róg Chmielnej. Słynna ze swych własności anty- septycznych i aromatycznych. Do nabycia wszędzie. Zarząd Filharmonii Warszawskiej ogłasza abonament na 10 wieczorów filharnionij- nyeh, które w sezonie 1904/5 dawane będą co drugą środę w porządku następującym: i środa g listopada 1904. Soliści: skrzypek Jarosław Kocjan i śpiewak H. (andolli. 2 środa 24 listopada 1904. Soliści: śpiewaczka Lilia Artót Pudilla, pianista Alfred Griiufeld. 4 środa 7 grudnia 1904. Soliści: Aleksander Mysziiga, prof. Aleks. Wierzbiłowicz (wiolon.), prof. M. Sarzyński (organy). 4 środa 4 stycznia 1904. Soliści: Marya Langie (śpiew), prof Henryk Martean (skrzypce), y środa 18 stycznia. Soliści Paweł Kleezkonski (śpiew), prof. Alek. Michałowski (fortep), Tivadar Nachez (skrzypce). 6 środa t lutego. Soliści Katarzyna Jnczynowska (fortepian), Arigo Serato (skrzypce). 7 środa 14 lutego. „Bergliot" melodram. Griega, soliści: Guiliermina Suggia (wioloncze- la), Gustaw Wright (organy), Irena Solska (deklamacya melodramu). 8 środa 1 marca. „Tak rzekł Zaratustra" R. Straussa, soliści: Klotylda Kleeberg (fortep.), Jul. Klengel (wiolonczela). 9 środa 14 marca, soliści: Emma Raabe-Biirg (śpiew), Paweł Kochański (skrzypce). 10 środa 29 marca, soliści: Adryanna Kraiis-Osboruc, dr. Feliks Kraus (śpiew), prof. A. de Greef (fortepian). u środa y kwzelnia. Soliści: Gustaw Bordo (śpiew), Alfred Keisenaiier (fortepian). 12 wieczór (piątek) 14 kwietnia. Stabat Muter Rossiniego z orkiestrą, z chórami Fil- harmonii, Lirą, chórami konserwatoryum i czworgiem solistów włoskich. Bilety w abonamencie o 10% tańsze. Ceny miejsca na wszystkie 12 koncertów od 4 rub. 80 kop. do rub. 19 kop. 35. -•.•.♦•♦♦♦•♦O. _ PASTILLES DE Owoc przeczyszczający PRZECIW GRILLOM We wszystkich składach OBSTRUKCYI aptecznych i aptekach. TOWARZYSTWO UDOSKONALONEI PERFUMERYI A.RALLET&C? Dostawcy Dw. ===== WARSZAWA, ULICA WIERZBOWA Nr. 7 IR! MARSZAŁKOWSKA [5I Tclclon 2S9K Chronometry i zegarki precyzyjne. Duży wybór słynnej fabryki genewskiej (złotych i srebrnych) Patek, Philippe & C. w Gene- wie i Ch. E. Tissot w Loele Repetyery kieszonkowe, chronometry doktorskie; kiesa inkowe budziki bardzo praktyczne i trwałe, srebrne i stalowe Ze- gary stołowe, gabinetowe, ścienne budzi- ki etc. Łańcuchy i dewizki męskie i damskie, złote, srebrne etc. Wybór ogromny, Ceny umiarkowane, Gwaraneya poważna. Modnie. Om Pani! serce pani wolne? Ona: — Nie—ale wolna moja ręka. Dorjbai bici Jan Wdziękoński dentysta powrócił NOWOGRODZKA 3, miesz. 1. I to zaleta. — Znakomity wynalazek automobil. — O tak! Dzięki memu można zmie- niać widoki tak szybko, jak... przyjaciół- Journal anuisaiit. POLECA: PERFUMY, MYDŁA, WODY KOLOŃSKIE „WRZOS” Do nabycia w Perlumcryacli i Składach Apt- Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych,nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się. jjo3BOJieuo JJensyporo, Papinami, 24 CcuiaópJi 1904 ro/i,a. Tom 10 Biblioteki popularnej, zawierający dzieło: „Historya ruchu kobiecego", dołącza się do niniejszego numeru.
•NŚ43 Ogólnego zbioru Nr 2,346 22 (9) października 1904 roku Tygodnik Ilustrowana POWRÓT Z POLA BITWY SHERIDON KNOWLES HONOR I ETYKA ZIELONEGO STOŁU. Pojęcie: dług honorowy, stosowane spe- cyalnic i jedynie nawet do długów, za- lęgniętych podczas gry w karty, wydaje mi s*S czemś bardzo nielogicznem, niepełneni 1 oparłem na pomyłce dziwnego nabożeństwa, niestety powszechnie przyjętej i utartej. Honor, zaszczyt, to poczucie delikatne, czułe, stosuje się do spraw natury niemate- ryahiej. Stoi obok i poza etycznem, moralnem Pojmowaniem życia. Naprzykład, człowiek uczci- wy i prawy, moralny, jeszcze tern samem nie staje się człowiekiem honorowym, chociaż, od- wrotnie, nic może być człowiekiem honoro- wym człowiek nieuczciwy, nieprawy. Honor to piękno gestu, to wyniosłe po- czucie godności ludzkiej, godności człowieka po- nad godnością jego stanu, klasy lub zawodu, to pojęcie bezinteresowne, niemal nieuzasadnio- ne, nie opierające się na dowodach lub spraw- dzaniach: ponieważ źródłem honoru jest rozu- miejące się samo przez, odruchowe jego po- czucie i wrodzone uczucie. Kupiec, jako kupiec, nie może być w czyn- nościach swoich honorowy lub niehonoro- wy: jest uczciwy lub nieuczciwy, pew- ny (solidny) lub niepewny, wypłacalny lub niewypłacalny. I zawsze, gdzie w grę wcho- dzi interes, zysk, zobowiązanie, umowa, opie- rające się na wymienności, nic może być mowy o honorze, który otacza blaskiem swym czynności dobrowolne, wychodzące poza obo- wiązek lub zawód, ponad materyalny interes egoistyczny. A zatem dług nie może być nigdy ho- norowy ani niehonorowy — dług pieniężny. Rzecz inna oczywiście, z długami lub zobo- wiązaniami natury niemateryalnej, nie objęte- mi ustawą, nie bronionemi przez kodeks cy- wilny, a określonemi mniej lub więcej dokład- nie przez prawa obyczajowe—oddanemi z zau- faniem pod pieczę osobistego poczucia hono- ru umysłów szlachetnych.
814 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 43 I tak, niehonorową rzeczą jest wyzyski- wanie (choćby uprawnione ustawą) położenia istoty słabszej; natomiast honorową sprawą jest wywiązanie się piękne i delikatne z umo- wy milczącej, która rozumie się sama przez się. Do tego rodzaju spraw, oddanych w opie- kę honorowi, t. zw. honorowi mężczyzny, na- leży wszelki stosunek do kobiet na tle ero- tycznem. Niehonorowem jest tchórzostwo, honoro- wą odwaga; honorową jest umiejętność do- chowania tajemnicy, niehonorowemi plotkar- stwo, oszczerstwo lub meskinerya. Źle spra- wowana opieka nad małoletnimi jest czynem niehonorowym, a nadto jeszcze nieuczciwym i niemoralnym. Dług pieniężny—staje się honorowym długiem wtedy tylko, gdy jego wypłacenie za- ręcza się jedynie prostem słowem; lecz—jest to nadużycie honoru do posług materyalnych, złe, jak wszelkie nadużycie, którego należy unikać. Nie wolno zastawiać swojego hono- ru, chyba tylko w sprawach honorowych; uży- cie go do spraw pieniężnych jest pomyłką oby- czajową, o której wspomniałem u wstępu. Dłużnik, nie spłacający długu w oznaczo- nym terminie, nie staje się przez to niehono- rowym, lecz tylko chwilowo lub stale niewy- płacalnym. Niewypłacalność, we wszelkiego rodzaju długach, nie zawsze wypływa z nieuczciwości, a już nigdy z niehonorowości. I oto anoma- lia: dług karciany, niewiadomo dlaczego, uczy- niono długiem honorowym, szyllokowską ce- ną funta mięsa żywego. Dlaczego nieszczęśliwy gracz staje się człowiekiem niehonorowym, gdy nie może w przeciągu doby zapłacić przegranej, dlacze- go w następstwie powinien odebrać sobie ży- cie— pozostanie dla ludzi logicznie myślących maniackim kaprysem kodeksu honorowego. Mogłoby nie być tak, gdyby gra w kar- ty uważana była (w pewnych razach), z gó- ry, jako pojedynek o najostrzejszych wa- runkach, rozgrywający się na zielonem polu, jak pojedynek amerykański, gdzie w grę ha- zardu rzuca się dwie głowy, i los rozstrzyga, która ma paść. Ale pocóż w takim razie du- katy? Po co to ciche wycie psów chciwości? ten blady niepokój bandytów, czyhających na niebezpieczny i niepewny łup? Co ma wspól- nego z jakiemkolwiek pojęciem honoru żądza zysku o małym zachodzie? żądza ograbienia przeciwnika—przecież nie zżycia, bo to tylko nadprogramowe następstwa fatalnej gry—lecz z jego mienia? Gdzież jest ten element za- szczytny, szlachetny, bezinteresowny, dla ge- stu niemateryalnego, dla honoru? Czy też przy- padkiem ten honor zielonego stołu nie jest okrutnie śmieszną pułapką cynicznego lichwia- rza, którego bierze biała wściekłość na widok niezyskanych sum —a więc żąda funta mięsa ludzkiego: głowy lub honoru?! Trojaką jest psychologia gracza i gry w karty: zabawa, przemysł lub pojedynek na majątki. Gra w karty jest zabawą, sportem wtedy tylko, gdy nie idzie o pieniądz. 1 wtedy tyl- ko jest grą honorową, i w takiej tylko grze podstępne, niedozwolone podsunięcie kart zna- czonych, albo dobranych potajemnie, jest czy- nem niehonorowym. Chodzi o to, kto ma większe szczęście, lub kto w grze niehazardo- wej okaże większą inteligencyę kombinowania. Oszukiwać dla zdobycia zaszczytu (przy- jemności) wygranej jest rzeczą niehonorową i fa- talnie świadczy o charakterze gracza. Ale niestety, takie drobne oszustwo (wszak tu nikt nic nie traci materyalnie!) ośmie- sza tylko i gniewa na kilka godzin, czasem sprzeczkę wywoła i wymianę słów ironicz- nych. To bardzo źle świadczy o naturze ludzi grających i o ich pojęciu honoru; a szkoda, gdyż ostre i stanowcze traktowanie przewinień w takiej zabaicie nadałoby jej więk- sze znaczenie (choćby tylko negatywne) i mog- łoby może zastąpić tę nieczystą, nizką na- miętność wygrywania pieniędzy. Ale praw- da—któżby oszukiwał, gdyby z tego nie miał mieć żadnego zysku? Cóż to zresztą za gra, w której nie można nic stracić, nic zyskać, prócz zielonego honoru? Takie pojęcie gry-zabawy jest płaskie, nizkie, nieczyste i trywialne—czyżby dlatego było powszechne? Pieniądz jest czasem złem koniecznem, zazwyczaj upokarzającym tyranem; charakter szlachetny brzydzi się zyskiem: cóż powiedzieć o zysku, ciągniętym z zabawy? Jak to nazy- wa się ten rodzaj kobiet, które z zabawy zysk ciągną? ze smutnej zabawy smutnych wesoł- ków? Przejdźmy obok ich honoru... A oto drugi rodzaj gry, uprawianej sys- tematycznie, zabronionej przez ustawę, oto- czonej publiczną tajemnicą, często praktyko- wanej zawodowo. To gra hazardowa, to rze- miosło, przemysł, praca pasyi, to — heroiczna walka giełdziarzy. Tamten wygrywa; co gorsza—ja przegry- wam... Kto wie, skąd mu idzie ta karta? Ach, oczywiście: nikczemność, fałszerstwo, truci Pfuj! A więc—sąd honorowy, najpoważniejszy, obywatelski, szlachecki. Truć giełdowicza plami honor giełdowi- cza; giełda to pałac zbudowany na honorze giełdowych graczów—niechaj starsi sądzą, czy honorowi zielonej giełdy stało się zadość! Dla ludzi logicznie myślących oszustwo w grze o pieniądze na giełdzie, czy u zielone- go stolika, jest najbanalniejszem, najtrywial- niejszem oszustwem. Nie nadaje się przed sąd honorowy, lecz przed sąd kryminalny; i ten wydaje wyrok, który raz na zawsze zabija pra- wość, a w swojem następstwie honor jedne- go z dwóch — oszusta lub oszczercy. Jeżeli wogóle można mówić o honorze w grze gieł- dziarskiej, która z honorem nie ma nic wspól- nego-jej podwaliną jest nieszlachetny dyzho- nor, żądza zysku ze sprzyjającego hazardu, z przypadku. Z okazyi, z przypadku ciągnie korzyść handlarz tandety i licytant zakładów zastaw- niczych. Ci są, którzy korzystają z losu. Cóż chcecie? Logika zestawień, filozofia analogii, to w tym razie nieprzebłagany instrument. Dla tych, którzy nie mają odwagi wziąć go w ręce, pozostaje gest strusia. To bardzo od- ważny i mądry ptak. Nie chciałbym być zrozumianym fałszy- wie: nie potępiam, nie wyzywam, lecz na- zywam. A trzeci rodzaj gry—to dziwny, jak zmo- ra zmęczonego mózgu, bezlitośny pojedynek... na majątki! Dziwny pojedynek; szary, banalny, wy- blakły a beznadziejny. Zastąpił turnieje, za- stąpił wyścig: „Panowie jadą!“—zastąpił nawet rozprawę wrogów, którym świat pewnego ran- ka okazał się za ciasnym—dla dwóch! Nie wrogowie, nie rywale, lecz najlepiej (chciejmy wierzyć, iż najlepiej...) dobrani zna- jomi, przyjaciele — zasiedli do walki rycerze zielonego stołu. Starli się raz i drugi, dzie- siąty... karta igra z nimi... płoną — a nagle zbledli i spojrzeli po sobie, zimno, z zacięto- ścią, tępo. Ten, który pierwszy wstanie od stołu, odejdzie chwiejny, i może już nigdy nie zasiądzie do walki o swoje mienie i ży- cie... Cóż innego mu pozostało?... Wszak jest człowiekiem—honoru! Ot, ten młody człowiek, w ciągu siedmiu godzin przestał być panem pięknego klucza, potem posag żony... Wstał: nie gra już dzi- siaj, odegra się jutro. W tej chwili zobaczył lekki uśmiech tryumfatora. Wtedy ściął wargi, ujął pod ramię stojącego obok gospodarza: „Mój drogi, daj mi 100 dukatów!" Gdy siadł powtórnie, karta odrazu zwró- ciła się ku niemu. Wtedy oszalał! I na ten to moment czekał jego partner. Bo kiedy kar- ta powróciła do przeciwnika, nie umiał już wstać po raz drugi! Głuchy i ślepy—on mu- si odegrać się, lub... Rozpoczęła się gra ba- jecznie zajmująca, o honor lub życie. Na trzecie miejsca zabrakło. Była 11 rano, gdy tamten rzekł: — No, odpoczniemy trochę, co? Jestem fatalnie zmęczony. Do wieczora, mój drogi, nie prawdaż? Tak, wieczorem. I któżby wątpił, że nim wieczór zapadnie, zwróci dług... dziwnie ho- norowy! We trzy lata później dwóch młodych męż- czyzn zatrzymało się na chwilę przed stołem „koników" w nieznanej, cichej plaży St. Lu- naire. — Jakież to ordynarne, jarmarczne! — rzekł jeden. — Przypatrz się temu krupierowi... Po- znajesz? Zapytany spojrzał, szybko odwrócił gło- wę do towarzysza i rzekł twardo: Nie poznaję! Nie rozumiem cię! A ty znasz?... — Nie znam. Chodźmy, bo się spóź- nimy. To był jego stryjeczny brat. Ten sam. Przed trzema laty... nie umiał sobie strzelić w łeb! Wszystko jest piękne, co jest wielkie, trudne, niezwykłe, niebezpieczne, szlachetne w geście. Piękną jest odwaga, wyzwanie lo- su, piękny jest hazard rycerski. Ale hazard zielonego stołu i jego rycerzy zbrukał pie- niądz, ta nizka żądza i gra na instynkcie naj- trywialniejszym. Dlatego przegrywający życie lub honor i brzydota jego tragedyi nie budzi nic ponad odrazę. W takiej śmierci jest coś upokarza- jąco nieczystego: zgrał się w karty i strzelił sobie w łeb! Spojrzyjcie na twarz mówiące- go te słowa: zawsze znajdziecie na ustach wy- raz niesmaku. Jest to jedyny rodzaj śmierci, który budzi bezlitosną obojętność.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 43 815 Niema na świecie rzeczy bardziej de- prawującej, niż taka gra, i to dlatego, iż bez- potrzebnie, nieprawnie i nielogicznie wmiesza- no w nią pojęcie honoru. Instynkt godności ludzkiej wzdryga się na myśl o tern zlepieniu zwyrodniałem uczucia wyniosłego i płaskiej żądzy. Łowca łupu, bandyta z zawodu czy amatorstwa, nie ma nigdy żadnego honoru. Dawny rycerz-rozbójnik, lub dzisiejszy kapi- tan piratów, może mieć honor swój; jego dzie- ło jest sprawą przemocy, gwałtu i własnego niebezpieczeństwa, wymaga siły i zuchwal- stwa, brawury i walki — zysk stoi tutaj na ostatniem miejscu. Inaczej w grze w karty, tern starciu szarem, o dekoracyi banalnej, po- spolitej: tutaj zysk jest motywem i celem, źró- dłem i wynikiem. Kto do takiej zasiądzie zabawy^ niechaj pierwej odłoży na bok swój honor i zachowa go dla spraw innych. Tutaj zawsze traci ten, kto zyskuje. J.-A. KISIELEWSKI. MARYA KONOPNICKA. „ad astra. Przybywa nam książka niezwykła. *) Nie dlatego niezwykła, że obok jasnego mienia autorki widzimy na niej drugie jeszcze mię, imię nieznanego współtwórcy, ale dlate- go, że przychodzi do nas z takich wyżyn myśli i uczucia, z jakich rzadkie tylko książki są rodem. Książki bowiem chętnie trzymają się przeciętności życia. Jego codziennych zabie- gów, jego współczesnych upodobań, jego do- raźnych celów, jego powszedniej etyki, jego najbliższych i najogólniej uczuwanych potrzeb, co wszystko razem wzięte tworzy tak zwaną praktyczność książki. O praktyczności książki nie stanowi treść. Stanowi o niej skala ducha, poziom ducha książki. Najzawilszy, najsymboliczniejszy i naj- bardziej wykrzyknikowy poemat równie prak- tycznym być może, jak podręcznik tej lub owej umiejętności, jeśli, jak on, w punkt za- stosowań i popytu chwili utrafia. Może tak i powinno być. Może tak na- wet być musi. Może książka, od czasu, gdy stała się potrzebą mas, musi do kroku mas tych stosować krok własny, aby nie uro- nić nic z wpływu swego na nie. Prawda, idzie książka przed masami zwykle. Trzyma się przed niemi, prowadzi je, Wyprzedza. O krok, o dwa, o dziesięć, o pół kroku nawet, ale—wyprzedza. Nie opuszcza przecież drogi, którą prą się masy. Owszem, sama parciu ich w bardzo znacznym stopniu ulega. Jest jak gdyby naj- dalej wysuniętą czatą armii, walącej gościń- cem czasu. Czatą, która sama z armii wyszła ’ w każdej chwili w armię wsiąknąć może. Duch jej bowiem elementarny, silnie 1 przyczynowo z duchem mas związany, nie sprzeciwia się zgoła ani takiemu wyjściu, ani takiemu wsiąknięciu. Z równą tedy łatwością wypromieniowany, jak i wchłonięty być może. Idą tak książki i masy idą, blizkie jedne drugim wzajemnym wpływem i oddziaływa- łem; idą w ścisłej, każdorazowo dowieść się dającej zależności. Idą albo tam, gdzie już jest gościniec, bity przed wiekami i przez wieki, jak owe Wielkie cezarowe drogi, po dziś dzień ludom z Pod rumowisk widne; albo tam, gdzie łoży- sko gościńca takiego łatwo daje się samem Parciem mas wyżłobić. Idą ku dobru, którego pojęcie i pożąda- już tkwi w masach i już im kierunek na- *) Id -astra. Dwugłos Elizy Orzeszkowej ’ Juljusza Romskiego, Warszawa 1904. Nakład ebethnera i Wolfa, str. 324 w 8-ce, cena rub. 2.40. daje; idą ku pięknu, o którem wiedzą, że w danej chwili znajdzie ołtarze i wyznawców; idą ku prawdzie, ku jakiemuś promykowi prawdy, dla którego ujrzenia nie tak znów bardzo głowy od spraw codziennych podnosić potrzeba. Idą, jako zjawiska, ruchowi prze ciętnej umysłowości poufałe, pokrewne, i w naj- wyższym stopniu — względnie do czasu, w ja- kim się ukazują logiczne, nie przeciwstawiają- ce się ogółowi czytelników swoich niczem innem, jak tylko miarą natężenia, rozświetle- nia, skoncentrowania i wyzwolenia czynników, tkwiących w psychice mas, jako mniej więcej uświadomione postulaty obyczajowe, estetycz- ne i społeczne. Owszem, są zwierciadłami zbie- rającemi promienie ducha mas w danym mo- mencie i odbijającemi je znowu na masy. Idą naprzód. A mówię tu o książkach dobrych, naj- lepszych. O tych, które mają prawo stawać na czele ruchu mas i krok przed niemi trzy- mać, już to jako narzędzia i pomoce ruchu, już jako doradcy, przyjaciele, towarzysze we- seli, czy smutni, już jako Cyrenejczyki, poma- gające dźwigać krzyżowe brzemiona życia. Ale iść naprzód znaczy to iść dalej, przed siebie. Iść tak, jak padnie droga, jak prąd niesie, porywa, jak ciśnie parcie chwili— byle dalej. O wyżej—zgoła mowy niema. Wyżej - znaczyłoby w obce jakieś światy, w których książka, oderwana od poziomu przeciętności i wymagań chwili, kto wie, czy nie zostałaby osamotnioną. A tego właśnie lęka się ona, jak ognia. Jej duch gromadny, z potrzeb gromady poczęty, żywiołowo opiera się temu. Ona może nie być. Ale skoro jest, musi stać w samym ścisku na Agorze życia. Musi mieć zastosowalność pewną, przybliżenie wy- liczoną i doraźną. Musi czuć się wartością popytną, ruchomą, płynną, rozlewną, w obiegu innych wartości chwili żywy swój udział mającą. Musi mieć znajomych, przyjaciół, klien- tów, swoich „familiares" w rozległych, szeroko zakreślonych kolach. Jest-że to metoda? Jest-że to instynkt? Jest-że to biologiczna, że tak powiem, koniecz- ność większości książek? Mniejsza. Dość, że stanowi tajemnicę ich wnikania w umysłowość mas, stawania się mas tych pokarmem albo narkotykiem, stano- wi zasadę praktyczności książek. A jednak, niezaprzeczoną jest rzeczą, iż najbardziej znamiennemi, najpotężniejszemi, najgłębszemi, bywały po wszystkie czasy książ- ki—niepraktyczne. Takie, które przychodziły nie wiedzieć skąd, a szły drogą nie wiedzieć jaką, podobnie jak wiatr i jak płomień. Ta- kie, które ci, co śpieszą na Agorę życia spotykali wręcz przeciwnie idące, i albo stawali, dziwiąc się, albo je potrącali i biegli przed siebie. Otóż te książki nie liczyły się nigdy, a i dziś się nie liczą z przeciętnością chwili, nie zabiegają o przywództwo tłumom, nie wią- żą się w logiczne ogniwo z łańcuchem poprzed- niości, nie szeregują w kierunki, nie uginają głowy pod żadne strychulce czasu. Poprostu, nie rodzą się na gruncie uprawnym cierpliwą współpracą tych wszystkich czynników, które poza duchem twórcy—tkwić mogą w ludziach, w rzeczach i stosunkach. Nie płaczą, nie śmieją się, nie smucą i nie cieszą z nami. Ale są płomieniem, za- niecającym w sercach moc weselenia się w smutkach, i święty dar smutku wśród wesela. Nie wstępują na katedrę, na trybunę, ni na kazalnicę. Nie są doradcami tłumów. Głos ich nie jest kuszący, ni nauczający. On ma głęboki, pierworodny ton tego wewnętrznego nakazu, który przemawia do zamyślonych, w chwilach uciszenia życiowego zgiełku, a ten z nich wyczerpnie całą moc i słodycz, kto „siędzie sam, i zamilknie, i wzniesie się nad siebie. “
816 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 43 Nie biegną też za ruchem i falą życia tu to tam. Nie powiększają wrzawy jego i jego zamętu. Beznamiętne, gorące a ciche, i w walce nawet całe są spokojem. Jak Jan na puszczy trwają, a przecież dają natchnienie narodom. Nie karmią powszednim Chlebem i nie poją czarą odurzenia, ale są krwią i żółcią społeczeństw. Nie z instynktów masowych się rodzą i nie z posiewu wesołych dolin wyrastają, ale poczęte są w samotności i skupieniu szczytów. Gdzieś, jakieś Patmos ducha mniejsza gdzie i jakie—w orłowych szumach myśli i w Orło- wem biciu skrzydeł daje im początek. Nie idą przed żadnym tłumem naprzód, ani o krok, o dwa, ani o sto nawet. Odrazu wzbijają się wysoko nad gościniec życia i nad jego pyły. Mają skrzydła. Często niezastosowalne w bezwzględności polotu swojego, posilają świat anielskim Chle- bem ideału. Dają mu święte pragnienie i świę- ty głód ducha. Czy wieszczą ludzkości całej, czy mówią językiem najświętszych tajemnic jednego na- rodu, czy są arcydziełem wieków i geniuszów, czy prostym wybuchem natchnionego serca, zawsze godzą w szczyty ducha, zawsze noszą znamię niepokalanych i samotnych wyżyn, zawsze przychodzą ze sfer górnych i czystych. Zawsze też porywają ku gwiazdom, choć- by nie nosiły napisu: „Ad Astra." Gdy noszą, nie dziwimy się. Wiemy, że to ich znak rodowy, że stamtąd właśnie przy- szły ku nam, zadumane i pokój czyniące. Nie przyszły ku nam tak, jak inne książ- ki przychodzą, iżby pozostać z nami, gdzie jesteśmy, ale iżby nas porwać, unieść tam, gdzie są zrodzone. Książki takie były zawsze i są rzadkiemi książkami. Dziś może rzadszemi niż kiedy. Aby je ^tworzyć, zapomnieć trzeba o wy- dawcach, księgarniach, krytykach, o czytelni- kach nawet. Trzeba mieć wzrok gdzieś w gó- rę lecący, a słuch u pulsów ziemi. Trzeba mieć „serce na niewidzianą, niesłychaną mia- rę," „serce spalone od uczuć wiecznych" *). Trzeba mieć krzyk bólu w duszy, krzyk, na który nie odpowiada nikt, nic, tylko przepaść wiecznego milczenia. Trzeba być nie na Ago- rze życia, nie na Forum jego i nie na Gol- gocie nawet, ale na wielkiej, cichej Tebaidzie ducha. (DCN) *) Żeromski o Orzeszkowej. JÓZEF WEYSSENHOFF. SYN MARNOTRAWNY. XXXV. We trzy dni później Jerzy Dubieński opu- ścił Rivierę. Nie przepadł wprawdzie bez wieści: listem zrozpaczonym oznajmiał pa- ni Annie, że chwycił się ostatecznych środków dla przekonania swej rodziny. Bez tej sank- cyi nie ma prawa narażać osoby ukochanej na niepewną przyszłość. Jedzie więc do Rzymu, do Ojca Melchiora, licząc na pomoc tego krew- nego i świętobliwego kapłana. Ojciec Mel- chior może wstawi się listownie do pana Ma- cieja, a także uspokoi sumienie Jerzego, za- trwożone tak bardzo, że nawet kiełkuje w nim zamiar wstąpienia do zakonu, gdyby rozterka wewnętrzna i familijna nie dała się inaczej ukoić. Tutaj następowała cytata z dzieła Huys- manns’a „En route..." Wiadomości, zawarte w tym liście, nie spadły na panią Annę jak piorun, lecz raczej jak pożądana jasność dzienna po gorączkowej nocy. Jasność ta oblewała ją wprawdzie wsty- dem, ale zarazem obudziła w niej dumny gniew i postanowienie. Poprosiła natychmiast do siebie Fabiusza. Gdy Oleski przeczytał list, spojrzał ze zgrozą w oczy Anny, ale napotkał oczy jej suche, pałające i pełne już tego przekonania, którego on nabrał oddawna. Mierzyli się tak przez chwilę wzrokiem, bez słów, równi mię- dzy sobą oburzeniem i pogardą. Tylko te ciemne błyski, skierowane pozornie ku sobie, stosowały się do kogo innego: do człowieka, który im obojgu zabrał i zmarnował szczęście. — Mam do ciebie ostatnią prośbę, Fa- biuszu: odeślij temu panu pierścionek i zażą- daj mojego. — Dobrze. — A teraz, Fabiuszu, przebacz mi... Wyciągnęła do niego ramiona sztywne, bez słodyczy, poważnie patrząc mu w oczy. Fabiusz zaś brwi podniósł i zapytał z pewną wyniosłością: — Co mam przebaczyć? — Żem zapomniała o twem dobrem i szlachetnem przywiązaniu, któreby mogło POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA. przecie zmienić się w gorętsze uczucie... nie prawdaż? — Zmienić się?!...—powtórzył Oleski, ra- mionami i głową wyrażając wyrzut tak boles- ny, że pani Annie twarz zadrgała rozpaczli- wym żalem. — Więc jeszcze gorzej, bom mogła liczyć na wszystko w tobie, a poszłam myślą gdzie- indziej. — Miałaś prawo. — Miałabym, gdyby wybierać mi wypad- ło między twojem uczuciem a innem rów- nem... Alem ja wiedziała, że tamten kocha ina- czej... i podlej. — Oskarżasz się, Anno, boś bardzo pod- niecona. Nie mogłaś wiedzieć. — Mogłam... wiedziałam. Czułam, że to nikczemnik! Nerwowa jej energia złamała się nagle. Z rozdzierającym płaczem upadła Anna do ko- lan Fabiusza. Podniósł ją silnie i posadził na krześle; sam przypadł do jej kolan: — Uspokój się, Anno! uspokój się, na miłość Boską! Pomówmy... wszak ja żyję... wszak jam ci całem sercem oddany! — Nie, nie! ja nie chcę! ja nie mogę! jam już ciebie niegodna! -— Poczekajmy — jeszcze kochasz tamte- go—poczekajmy, Anno! — Nienawidzę go! — A zatem? — Fabiuszu! Ja ci tego nie wyznam! ja tego nie wymówię!... — Co?!... więc doszło do...? Oleski powstał tak sprężyście, że ode- pchnął Annę, aż się zachwiała. Opuściła gło- wę, ręką drżącą broniąc się, jakby od blasku, lub od przewidywanego razu; potem zaczęła uporczywie, zajadle potakiwać: — Tak, tak... doszło do tego... tak, tak... Fabiusz załamał ręce: — Mój Boże! wszelka piękność... wszel- ka wiara... Zastrzega się prawo przedruku. 4'2) We dwa tygodnie później Jerzy Dubień- ski, bawiąc już w Wenecyi (gdyż Ojciec Mel- chior, coraz słabszy, nie chciał się mieszać do niczego), otrzymał spóźniony i przeadresowa- ny list od Fabiusza Oleskiego następującej treści: „Mości panie Dubieński! „Z polecenia i rozkazu pani Anny Ole- skiej odsyłam panu zaręczynowy pierścionek i żądam w zamian zwrotu danego przez nią panu. Pani Anna Oleska doszła do przekona- nia, że zamiary małżeńskie, które między nią a panem powstały, są raczej uwieńczeniem zabawnego sezonu w Nizzy, niż postanowie- niem, opartem na wzajemnym szacunku i skłonności. Nadto krewna moja poleciła mi panu donieść, że nie zgodziłaby się nigdy być przyczyną popsucia harmonii, istniejącej mię- dzy panem a jego rodziną, o którą pan wi- docznie dba najbardziej. Zasady działania ro- dziny pańskiej są do pewnego użytku dosko- nałe, mianowicie do użytku tejże rodziny; pro- simy zatem pozostać przy nich. To, co się u państwa nazywa cnotą i obowiązkiem, u zwykłych ludzi zowie się interesem. Jednak to, co pan przeciwstawia zapatrywaniom ro- dziny w swych buntowniczych przeciwko niej porywach, jest czemś jeszcze dalszem od Do- bra i Piękna,—nie poezyą w każdym razie. Gdziekolwiek więc pan skieruje swe kroki i zamiary, proszę starannie unikać pani Anny Oleskiej i mnie, który po raz ostatni przema- wiam dzisiaj w jej imieniu. Krewna moja po- wróciła do kraju, aby tam przywdziać osta- teczną żałobę i oddać się posłudze bliźnich, jeszcze od niej nieszczęśliwszych; nie zamyśla jednak o wstąpieniu do zakonu, gdyż ma na celu przyrodzone swe obowiązki, nie zaś poe- tyczne rozrzewnienia nad samą sobą. Ze wzglę- du jednak na swe dobro osobiste, o które człowiek nie jest zdolny pozbyć się całkowi- cie troski, pani Anna Oleska zakazuje panu przeze mnie pisać do siebie lub szukać spo- tkania. Nadto żąda i wymaga, aby bolesna sprawa zerwania jej zaręczyn doszła do wia-
817 Zuzanna Fukierowa (Bogusławska) Fu ki er (Frenkiel) Kasia Paweł Oleszn Stef;*n Nałęcz Kacper, kiper Trznadel, służący Prosper Kozic Nałęcz (Irena Trapszo) (Roland) (Śliwicki) (Szobert) (Fertner) (Wolski) (Wostrowski) „POD OKRĘTEM" ST WISŁAWA KOZŁOWSKIEGO. Zdjęcie dla „Tygodnika" A Karolego. (Ob. ad. na str. 825). domości świata w tej formie, że ona, dobro- wolnie i po namyśle, odmówiła panu swej rę- ki- Wreszcie oświadcza, że kwituje pana ze wszelkich zobowiązań, do jakichby pan się względem niej poczuwał, oprócz zwykłych i mi- nimalnych wymagań honoru, których, ufa, że Pan się nie pozbędzie. „W tej nadziei i ja żegnam pana, życząc niu zastanawiać się rozważnie w przyszłości nad losem ludzi, przypadkowo od działań pań- skich zależnych. 1‘abntsz Oleski. „PS. Adres mój jest na Śląsku...... Tam oczekuję przesyłki pierścionka. Odpowiedzi listownej nie spodziewam się.“ Po otrzymaniu listu Jerzy wyjechał z We- necyi. Jak w nim jęczała, dokąd go zaniosła kurza jego przeznaczeń, nie dowiemy się już dokładnie. Chyba odbiyski znajdziemy kiedyś w jego poezyach, jeżeli będą ogłoszone, blade błyskawice dalekiej burzy na lekkich chmurach. Według utartego mniemania, bły- skawice takie zwiastują pogodę. Riviera wyludnia się w lecie, jak scena Po przedstawieniu; nikną kosztowne dekora- oye, aktorowie rozpierzchają się. W tym ro- ku jednak to zwijanie manatków bardziej niż kiedykolwiek wyglądało na popłoch, przynaj- mniej w gronie naszych znajomych. Byliśmy świadkami niepysznego odwrotu książąt Ko- rzyńskich i Romualda; wyjazd Jerzego miał niektóre pozory ucieczki; powrót Oleskich, każ- dpgo z osobna, równał się powrotowi po cięż- ej, niezupełnie opanowanej chorobie, do sniutnego zdrowia. Nawet Słuszka, udzielny P3'1 Rudery, wyjeżdżał w tym roku znużony i zamyślony; zamiast do Paryża, skierował się prosto przez Warszawę do swej posiadłości wiejskiej. Lekarze winniby z wielką ostroż- nością zalecać polskim pacyentom kuracyę na Ruderze, chyba pani Granowskiej, dla której kąpiele słoneczne są warunkiem istnienia, a in- ne wpływy nie są zdolne dosięgnąć jej sta- nowiska. Nawet plotki, zwykle przesadne, ostatecznie... gminne, odbijają się od jej wy- sokich progów. To też pani Granowska obie- cuje sobie powrócić z dziećmi do Nizzy. Gdy- by pani de Sertonville bawiła tu w przyszłym sezonie, można będzie stosunki z nią trochę oziębić. Zresztą... zobaczymy. Kwiat międzynarodow ego towarzystwa trochę mniej był zadowolony z tegorocznego pobytu, niż zazwyczaj. Nie mówiąc już o pięk- nej Fernandzie, której należność do wyższych sfer była w tym roku nadto dyskutowana,— przedstawiciel najlepszej Francyi, margrabia d’Anjorrant, czuł niesmak po swym pojedyn- uu, z powodu niektórych wieści, rozsiewanych o jego korzystnem przymierzu z Rubensonem... Ale to wszystko da się naprawić... postawą. Przedewszystkiem postawa. Powróci też do Nizzy dlatego, że nigdy nie zmienia swych przyzwyczajeń. Za d’Anjorrant’em podążą Rubensonowie, państwo de Nielles, lady Cosway. Powróci księżna della Robbia, bo zdołała w tym roku z gry opłacić wszystkie tutaj wydatki i wy- wieźć kapitalik obrotowy. Powróci Schwind, z zegarową dokładnością, dnia 15 grudnia. Nie zabraknie też na Rivierze koronnej pozło- ty w osobie księcia Filipa XIII go. Jego Kró- lewska wysokość nigdzie tak dobrze się nie czuje, jak w Nizzy i w Venezueli. A do Ve- nczueli wiócić już nie może!... Zabłyśnie więc Riviera w przyszłym ro- ku zwykłym blaskiem, nie utraci żadnej ze swych istotnych ozdób. Tymczasem mieszka tu upał przemożny i niepokojący ludzi, którzy zapóźnili się w tym kraju. Na pustych szosach i ulicach, na bla- dych ścianach domów leży nieubłagane, białe światło. Pozamykane główne domy i hotele szerzą martwotę po krainie; zaledwie trochę mrowia ożywionego wypełza z kątów na groź- ne słońce: mężczyźni pod parasolami, nawet konie w słomianych na łbach kapeluszach, po- dobne do starych Angielek. Nieruchome, na- tężone i podgniłe leżą w powietrzu wonie, bu- dząc instynktowną obawę chorób zakaźnych. Apetyty i żądze mrą w tej atmosferze, pozo- staje jedyna gorączka złota. Ta jedna może się tu jeszcze żywić, bo dom gry w Montecarlo otwarty nawet podczas największych upałów lata. Czasem liczba gra- jących jest dość znaczna, czasem topnieje do kilkudziesięciu na dzień. W wyludnionym kra- ju, w pustem i przeważnie zamkniętem mie- ście, gra tych niedobitków nie jest już wcale zabawą, tylko cyniczną funkcyą namiętności, w pocie czoła. Gracz zrozpaczony wychodzi na puste tarasy Kasyna i patrzy ponuro na martwe, sza- firowe morze. Kamienie palą mu stopy, słoń- ce cięży na mózgu, gmachy i ogrody niena- wistnie milczą wokoło. Wtedy człowiek ten popada w obłąd: mniema, że mury te, i ogro- dy, i morze—to jego serdeczna ojczyzna, z którą rozstać mu się trzeba; że gorączka ta, i łaskotliwa lubość, i szał miniony, a już nie- dostępny—to życie. I wtedy człowiek ten po- żąda śmierci. (DCN)
PENTUER UŚMIERZAJĄCY^ BURZĘ ILLUSTRACYA DO .FARAONA' BOLESŁAWA PRUSA JAN HOLEWIŃSKI
FARAON PRZED ŚWIĄTYNIĄ ASTORETH 1LLUSTRACYA DO .FARAONA* BOLESŁAWA PRUSA JAN HOLEWIŃSKI
820 ARTUR GRUSZECKI. SŁOMIANY OGIEŃ. To świetna i logiczna obrona,—chwa- liła doktor Szarewiczowa gdyż istotnie nie- zdrowa konkurencya musi rodzić opłakane sto- sunki pracujących sił. Nim kobiety wzięły się do pracy, 3o przemysłu, już mężczyźni wytworzyli te okropne nadużycia robotnicze... My, kobiety, samą siłą faktu byłyśmy wciąg- niąte w to koło wyzysku, i ręczę, że nieje- dna pracodawczym boleje nad tern, a musi je- dnak stosować się do stosunków ogólnych. Prawda, święta prawda!—potwierdziła z wielkiem zadowoleniem pani Sylurska.—A ty, kochany Franiu, powinieneś zostać adwokatem, tak szybko się oryentujesz i masz zawsze pod ręką niezbite dowody słuszności swego zda- nia—kończyła, patrząc z rozczuleniem na sio- strzeńca, który skromnie spuścił oczy. — Ciocia przecenia moje zdolności,—mó- wił miękkim głosem—a swoją drogą czuję, że mógłbym służyć dobrej sprawie i przynieść ko- rzyść społeczeństwu, gdybym w życiu swojem spotkał kobietę zacną, szlachetną, przejętą ideałami równości i braterstwa — spojrzał na Wandzię wymownie i szybko, i niby zawstydzo- ny swą śmiałością, spuścił oczy, kończąc: — i gdyby ona umocniła chwiejącego się, nie pozwoliła na wybryki lekkomyślne, którymi, niestety, grzeszę. Tyle żalu, skruchy było w jego głosie, że matka omal się nie rozpłakała z rozczule- nia, a wszystkie panie ujął tern uznaniem wielkiej i wspaniałej roli kobiety w życiu męż- czyzny. — Nie trać odwagi, Franiu — pocieszała go ciotka:—w dzisiejszych warunkach takie ko- biety, o których marzysz, nie należą, Bogu dzięki, do wyjątków. — Ale czy ona mnie zechce?!—westchnął głęboko. Ten jego smutek niezwykły wydał się Wandzi podejrzanym; spojrzała bacznie na twarz jego i dojrzała leciutki uśmiech ironii. Ale inne panie przyjęły bez zastrzeżeń jego słowa, patrzały ze współczuciem na młodzień- ca, ciotka zaś rzekła z uśmiechem dobroci i tkliwości: — Staraj się tylko, Franiu, być godnym tej kobiety; bądź moralny, czysty, pracowity, a wszystko dobrze będzie. - Daj Boże, cioteczko—spojrzał na pa- nie z rozczuleniem, dostrzegł jednak uśmiech niedowierzania na ustach Wandzi i zachmu- rzył czoło, a w zagięciu ust jego zjawił się upór.—„Czekaj, panno, pomyślał, jeszcze ty bę- dziesz mnie błagała o łaskawe słówko, o je- dno spojrzenie! “ — W tak milem towarzystw e straciłam miarę czasu—zawołała doktor Szarewiczowa, wstając:—już dobrze po pierwszej... Idziemy, panno Wando. Po ich wyjściu gospodyni zajrzała do kuchni, a wróciwszy do salonu, zastała matkę siedzącą na kanapie, a syna spacerującego po pokoju z papierosem w ustach. — Moja Maniu, jak się nazywa ta Wan- dzia? — Popielska, mieszka u swej ciotki Źar- deckiej... Jakże ci się podobała? — Ładna i ma dużo wdzięku... Czy to panna posażna? — Prawdopodobnie ma niewielki posag, i odziedziczy trochę też po ciotce. — A ciotka młoda? stara? — Trzydzieści kilka lat, ale trzyma się bardzo dobrze. — To może się jeszcze wyda? — Bardzo wątpię. Jest wielką przeciw- niczką mężczyzn, zwłaszcza oburza ją całkiem słusznie ich niemoralność — mówiła, patrząc porozumiewawczo na siostrę. — Ma słuszność, bo i co z takiego męża, który zniszczy przedtem zdrowie i siły?—wes- tchnęła, patrząc na syna.—A lobie, Franiu, jak się podobała ta panna? — Mnie? — przystanął, trzymając jedną rękę w kieszeni, drugą wyjął z ust papiero- sa i wzruszył ramionami: — Tak sobie, nicze- go... Tylko za dużo o sobie trzyma, zanadto doświadczona i przebiegła — uśmiechnął się dwuznacznie. — Ależ, Franiu, co ty wygadujesz?—obu- rzyła się ciotka:—znam ją nie od dziś; to bar- dzo przyzwoita panna, inteligentna, praco- wita. — Może, ciociu, może... ale spostrzegłem jej ironiczny wyraz, gdy mówiliśmy o pracy społecznej, o równości... — Pewno ci się zdawało—wmieszała się matka. — Widziałem na własne oczy, gdy bro- niłem pracodawczyń. — To możliwe — rzekła z namysłem ciotka, zakładając ręce na piersiach i rozsiadł- szy się wygodniej: — bo musicie wiedzieć, że my w Klubie, zwłaszcza Żardecka i Wandzia, nie lubimy przywilejów mężczyzn, ich preten- syi do pierwszeństwa, ich lekceważenia kobiet, wogóle jesteśmy wrogami krzywd i niespra- wiedliwości, na które kobiety są skazane. — Czy ja, ciociu, nie broniłem kobiet?— zawołał z wyrzutem w głosie. — Tak, ale mężczyźni są wogóle pod- stępni; nie można im dowierzać. Niby to upewnia, przysięga, a co innego ma na myśli. My, kobiety, naturalnie i Popielska, wiemy o tern; cóż dziwnego, że twoje słowa bez- stronności, tak rzadko spotykane u mężczyzn, wzbudziły w niej niedowierzanie? — A, już co do Frania, to była niespra- wiedliwa... On taki szczery, jak dziecko; na- wet szkodzi tern sobie, ale udać nic nie po- trafi... Taką już ma naturę — broniła matka szczerze. — Dobrze, to my, którzy go znamy, wiemy o tern, ale Popielska widziała go po raz pierwszy. — Hm... to prawda,—westchnęła matka— bo nawet mnie zadziwił jego pogląd na ko- biety i ich prawa. Dawniej... 13 - Ależ, moja mamo,—przerwał szybko, nie chcąc tracić dobrej opinii u ciotki—nigdy nie słyszała mnie mama mówiącego w poważ- nem i rozumnem towarzystwie, a moje pod- żartowywania brała mama na seryo. — W istocie tak jest — skinęła głową. Franio przeszedł się kilka razy po salo- nie i, stając przed ciotką, rzekł: — Czy sądzi ciocia, że i ona ma stałe postanowienie niewyjścia za mąż? — Wiem, że nie lubi mężczyzn, a w każ- dym razie, powiem wam pod sekretem, że prawie zobowiązała się słowem, iż nie wy|- dzie za innego, tylko równie moralnego, jak ona. — Cha... cha... cha!...— śmiał się szczerze i głośno: — na takiego ananasa będzie musiała długo czekać, bodaj czy nie do końca życia! I znów śmiał się. — Nie widzę w tern nic śmiesznego — oburzyła się ciotka, -moralność powinna i mu- si być jednakowa tak u mężczyzn, jak u ko- biet. — No, no, pozwól, kochana Maniu, że zawsze jest różnica pomiędzy kobietą a męż- czyzną zauważyła siostra:—nie od dziś żyję i patrzę na świat. — Tak było, ale niema żadnej racyi, aby coś podobnego miało trwać zawsze! -— A wie ciocia, że to wyborne, dosko- nałe!... I czy nie może ciocia mnie objaśnić, w jaki sposób panna będzie dochodziła mo- ralności swego starającego się? — śmiał się. W jaki... w to nie wchodzę... Gdy- bym była panną, wiedziałabym... a zresztą kobiety nie są znów tak naiwne, i każda znaj- dzie swój sposób dowiedzenia się prawdy. — Maniu, unosisz się! — uspokajała siostra. — Wcale się nie unoszę... My w Klu- bie jesteśmy wszystkie tego samego zdania, a zresztą przekonamy się o tern, może nie- zadługo... — W jaki sposób, ciociu? — A chociażby o taką Popielską będzie się prawdopodobnie ktoś starał... i zoba- czymy. Po dobrej chwili milczenia spytał Franio bardzo poważnie: — Czy dać cioci dowód, że postawiona przez kobiety zasada równej moralności jest fałszywa i utrzymać się nigdy nie da? Dobrze, ciociu? — Jeśli faktami mi udowodnisz, uwierzę, a słowa to wiatr. — Dam fakt; oto ta sama Popielska zgodzi się chętnie na małżeńskie połączenie z mężczyzną, który nie grzeszył moralnością i nie uciekał od Putyfar. — Nieprawda! — zawołała z gniewem, ale wnet się uspokoiła i dodała spokojnie: — zresztą ty nie znasz nikogo w Krakowie, a królewicza nie sprowadzisz dla niej. Nie potrzebuję nikogo, bo sam będę się o nią starał.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 43 821 GRÓB CESARSKI W MUKDENIE. Fotografie Z. Kalinowskiego. GROBOWIEC CESARSKI W MUKDENIE. główna brama prowadząca do grobowca CESARSKIEGO W MUKDENIE. — Ty!?—zdziwiła się i spojrzała badaw- czo na siostrę, która mrugnęła przytakująco. — Ja! Ale pod warunkiem: pannie ani słowa o mojej przeszłości, o moich zamia- rach, i ciocia wprowadzi mnie do nich. Zgo- dzi się ciocia na moje warunki, a ja dam dowód. — Wiesz, jestem tak pewna Popielskiej i twego niepowodzenia, że przyjęłabym cięższe warunki uśmiechnęła się. — A więc zgoda! — zawołał wesoło. — A ciocia, gdy dowiodę słuszności mych zapa- trywań, da mi kosz szampana. — Ja sama go postawię — rzekła matka Ucieszona. VIII. Wandzia, zasięgnąwszy rady swej ciotki, wyszła dość wcześnie z domu, by odwiedzić schronisko sierot na Zwierzyńcu. Dzień był jasny, pogodny, tą pogodą jesieni, gdy słońce i niebo wydają się powle- czone jakimś smutkiem bez nazwy, melancho- lią, w której więcej jest spokojnej rezygnacyi, aniżeli bólu i rozczarowania. Ubrana w popielaty kostium z angiel- skiego sukienka, w kapelusiku filcowym, po- pielatym, z szerokiem rondem, przybranem w Pióra i niebieską gazę, promieniejąca mło- dością, szła dość pośpiesznie w kierunku Zwierzyńca. Spotykane kobiety przyglądały się bacz- llle jej sukni i kapeluszowi; natomiast męż- czyźni z nietajonem zadowoleniem spoglądali na wytworne kształty ciała, na rytmiczny jej chód, piękną twarz i bujne blond włosy. — Jaki szyk!...—mruczeli:—pewno War- szawianka. Spostrzegłszy, że zwraca na siebie uwa- £?> Wandzia, patrząc wprost przed siebie, Przyśpieszała kroku, rozmyślając z pewną go- tyczą, że z porady ciotki ubrała się w ten ostium, zamiast pójść w swej zwykłej, gra- ntowej sukni. Weszła w ulicę Zwierzyniecką, nudną, smutną, z jednostajnym szeregiem kamienic, bez żadnej indywidualnej cechy, z licznemi szynkowniami, z których wychodzili z miną butną jaskrawo ubrani żołnierze, przypatrując się jej ciekawie. Dopiero na moście nad Rudawą ode- tchnęła swobodniej i spojrzała na Dębniki, leżące po drugiej stronie Wisły, które tonęły wśród licznych drzewin, ubarwionych złotymi i purpurowymi liśćmi. Z pomiędzy tych drzew koralowych i bursztynowych przeświecały białe ściany dworków i domków, stojących w szeregu, wy- ciągniętym nad brzegiem płowej Wisły. A poza nimi rozciągał się daleki widno- krąg, przerwany ostremi Krzemionkami, nakry- ty bladem niebem. Ta niebieskawa mleczność kopuły pod- niebnej kazała myśleć, że poza nią jest świat- ło, słońce, bezmierna pogoda, przepojona blaskami i barwami, i odruchowo, bezwiednie budziło się pragnienie, by ulecieć na skrzy- dłach, skąpać się w tej świeżej, powiewnej bladości nieba i wznieść się w kraj światła i słońca. I Wandzia uczuwała tę nieokreśloną tęsk- notę bez goryczy, bez żalu, bez celu, ogar- niającą nas, gdy piękne i barwne marzenia niedoznanych rozkoszy i szczęścia zasnuwa szara mgła rzeczywistości. Szła, niepamiętna na otoczenie, na ludzi, gdy zbudził ją z zamyślenia gruby głos Ma- ciejowcj: — A, to panienka!... Bardzo pięknie!... To odezwanie się przypomniało jej rze- czywistość i, zwracając się uprzejmie, rzekła: — Idę właśnie do schroniska... — Chwali się panience, że dotrzymała przyrzeczenia,.. A oto moja córka Teklusia— wskazała ładną, uśmiechniętą dziewczynkę: — ona zaprowadzi panienkę. Sama muszę zostać, bo czekam towaru. — Bardzo dobrze... Chodźmy, Teklusiu— uśmiechnęła się do dziecka, które spojrzało na matkę z zapytaniem. — Idź, a nie baw długo, bo może mi wypadnie gdzie pójść. Już Wandzia miała odejść, gdy Ma- dejowa zawołała: — Jakże panienka pokaże się wśród sie- rot z pustemi rękoma? Te biedactwa nie wi- dzą nic prócz Chleba i kartofli. — Dziękuję za przypomnienie. Wyciągając z kieszeni pugilaresik, spoj- rzała na stragan. Czerwieniły się na nim jabłka, złociły gruszki, barwiły się fijoletowo śliwki, a po- między niemi w ponętnych kupkach wabiły oczy jaskrawo kolorowane cukierki, lukrowane pierniki, posypane kolorowym makiem, kręgi fig okrągłych, przyrumienione obwarzanki, bla- de bułki. Trudno było Wandzi decydować się wśród tego bogactwa łakotek, i z pewnem wahaniem rzekła do straganiarki: — Może pani wybierze coś z tego za pięćdziesiąt centów. — A i owszem... dlaczego nie!?... Teklu- siu, daj-no większą torebkę, poniesiesz za pa- nią... Dam oto śliwek: słodkie, jak cukier, niech panienka spróbuje, nie policzę tego... — Dziękuję, ale... nie jadam owoców. — To źle... Sam Pan Bóg to stworzył, i nikomu nie może zaszkodzić... Dam i cu- kierków sierotkom, niech się ucieszą... i wagę daję dobrą, bo ja nie taka, abym miała ko- rzystać z sierot... inna możeby zrobiła, ale nie ja. Powierzywszy wreszcie Teklusi zakupio- ne przysmaki, zaleciła jej odprowadzenie pa- nienki i prędki powrót. Idąc po nierównym trotuarze z krągla- ków, spytała Wandzia: — Chodzisz, Teklusiu, do szkoły? — Różnie bywa... jak dużo roboty, nie- ma czasu myśleć o szkole. (DCN)
822 TYGODNIK ILLUSTROWANY N? 43 Język polski w Chinach, hieroglify chińskie i potęga Chin. Kores. -własna Tygodnika z Charbina. Pewnego dnia doznałem w Charbinie niespo- dzianki tak nieoczekiwanej i miłej, że nie mogę się powstrzymać, by jej nie opowiedzieć. Włóczyliśmy się z jednym z moich znajo- mych Polaków z Tomska, który był na krótko do Charbina przyjechał, po ulicach przystani Sungari, przyglądając się życiu chińskiej ulicy, ergo chiń- skiemu życiu, gdyż Chińczyk, jak Paryżanin, żyje na ulicy. Co chwila, to ja swemu towarzyszowi, to on mnie zwracał uwagę na jakieś ciekawe chiń- skie curiosum, mówiliśmy więc głośno. Przystanę- liśmy przed jakimś Chińczykiem, młodym chłopcem lat 16, który siedział na stołeczku, a którego war- kocz czesał uliczny fryzyer, jakich się tu na każ- dym kroku spotyka, niosących w dwóch skrzynecz- kach, przewieszonych na drążku przez ramię, wszel- kie narzędzia, niezbędne do operacyi golenia głów i zaplatania warkoczów. Chodząc po ulicach, oznaj- miają o swojej egzystencyi za pomocą dźwięku ka- mertonu, którym uderzają o trójkąt żelazny. Balwierz skończył właśnie zajęcie i tłukł kli- enta pięściami po plecach, dla odprowadzenia krwi, nabiegłej do głowy podczas całego trwania operacyi golenia jej, czesania i zaplatania długiego, ciężkiego warkocza, wogóle operacyi, połączonych z irytacyą skóry głowy i korzeni włosów, a który to masaż jest z tego powodu niezbędny, gdyż zapobiega osłabieniu porostu włosów. — Patrz, — rzekłem do swego towarzysza — z jaką precyzyą i rytmem muzycznym ten goli- broda wytłukuje na plecach chłopca, jak dobosz marsza na bębnie! Młody Chińczyk wsłuchywał się w moje słowa z widocznem zadowoleniem, wyszczerzył zęby, i gdy go fryzyer przestał opukiwać, wstał i coś do nas powiedział gardłowymi i nosowymi dźwiękami, właściwymi swej rasie, a czego ja zu- pełnie nie zrozumiałem. Mój towarzysz, bliżej niego stojąc, zrobił naraz taką minę, jakby zobaczył królestwo niebie- skie, lub przekonał się, że Chińczyk, który stał przed nim, nie jest właściwie Chińczykiem, lecz jakiemś zjawiskiem. Zbliżam się i pytam: co się stało? — Ależ ten Chińczyk powiedział coś po pol- sku!- odpowiada mój towarzysz. Teraz ja znów tak wytrzeszczyłem oczy, jak FRYZYER CHIŃSKI. Ze zbiorów G. Olechowskiego. gdybym na ciele murzynki miał szukać „grain de beautć". — Moja mówi polski!—głośno i dobitnie za- deklamował Chińczyk. Spojrzałem na towarzysza swego; porozumie- liśmy się. Gdyby nie obawa, że nas Chińczycy okrążą, zwiążą, zakują w kajdany, wtrącą do lo- chów i utną głowy, wziąwszy nas za szkodliwych waryatów, bylibyśmy się rzucili na Chińczyka, wy- całowali go i trzymali bez końca albo z pół go- dziny w gorącym uścisku. Nareszcie zdobyłem się na zapytanie: — Co? Ty mówisz po polsku? — Dobrze jest. Moja kitajski mówi polski. Moja służy jest bojka, polski kapitan, kitajski ko- lej jest. Dwa rok jest. Dobry jest. Moja mó- wi polski mało mało. Moja rozumiesz wszystko. Moja pisz umi jest. Moja czytaj umi jest polski. Polski madama naucz moja jest. Trzeba było wprzód poznać chiński sposób mówienia obcymi językami, trzeba było wiedzieć, że Chińczyk nie używa w obcych językach: „ja“, „ty“, lecz „moja", „twoja", „nasza" „wasza", — i to zawsze w rodzaju żeńskim, że nie uznaje on w europejskich językach innego trybu oprócz roz- kazującego, że każdego cudzoziemca nazywa „ka- pitana", a jego żonę czy córkę „madama", że du każdego czasownika twierdzącego dodaje: jest, tak, —by módz z tego zbiorowiska przytoczonych wyra- zów Chińczyka zrozumieć, że jest on lokajczykiem (bojka, z angielskiego „boy"—chłopiec) w domu Polaka, inżyniera przy kolei chińskiej, i że jego pani nauczyła go nietylko mówić, lecz i czytać i pi- sać po polsku. Długo jeszcze szliśmy z nim razem i dowie- dzieliśmy się, że takich fenomenów, jak on, sporo jest w Charbinie dzięki poważnej liczbie zamiesz- kałych tu Polaków, że po chińsku nie umie ani czytać, ani pisać,—ale za to po polsku czyta ga- zety, otrzymywane z Warszawy przez inżyniera, że pochodzi z Szanhaju. Pożegnał nas wreszcie, śpiesząc do domu, a myśmy jeszcze długo rozmawiali na temat „wszechświatowości" naszego języka. * * * Aczkolwiek młody Chińczyk mógł się z nami rozmówić po polsku, i choć Chińczycy wogóle uczą się łatwo obcych języków, jednakże mówią nimi haniebnie, jeżeli rzecz prosta, nie kształcą się w tym kierunku specyalnie, w Pekinie, lub też w Europie. Z jednej strony Chińczykowi niezmiernie łatwo przychodzi wymawiać obce mu dźwięki, gdyż sam posiada w swym języku takie karkołomne, jeżeli się tak można wyrazić, sylaby i wyrazy, że wymawianie najtrudniejszego języka, dajmy na to polskiego lub angielskiego, nie stanowi dla niego trudności. Z drugiej znów strony nie może się on zo- ryentować w naszych europejskich gramatykach, jego język bowiem, jak on sam, jest szczególnem dziwem. Oto wyrazy języka chińskiego nie podlegają żadnym odmianom, i niema tu ani deklinacyi, ani konjugacyi, ani liczb, ani trybów, ani czasów. Ale to jeszcze nie wszystko. Oto każdy wyraz może być zarówno rzeczownikiem, jak przymiotnikiem, jak czasownikiem. Tak np. czi-fan znaczy: jeść, je- dzenie, jadalny; wyraz zo-sja znaczy: siedzieć i sie- dzenie—zależnie od tego, jak wyraz jest wypowie- dziany i jakie miejsce w zdaniu zajmuje. O ile więc w językach aryjskich cieniujemy wypowiadane myśli nasze przez odmiany, stop- niowania i t. d.,— Chińczyk może rozwijać myśl tylko za pomocą liczbowego powiększania słow- nika. Dla cudzoziemca zaś nauka języka chińskie- go jest bardzo mozolna. Nie mam nawet na my- śli pisowni, gdyż ta jest dla nas wprost niedostęp- ną. Chińczycy uczą się jej po kilkanaście lat. Dość powiedzieć, że słownik chiński posiada 44,000 wyrazów, a więc 44,000 znaków, wiadomo bowiem, że język ten nie posiada ani liter, ani sylab nawet, lecz każdemu wyrazowi odpowiada na piśmie inny hieroglif. Ale mówiąc tylko o nauczeniu się roz- mowy chińskiej, trzeba przyznać, że jest to jeden z najtrudniejszych w mowie języków dla następu- jąch powodów: Przedewszystkiem egzystuje w ję- zyku chińskim akcent majorowy i minorowy, jak w muzyce tony. Tak np. wyraz „maj" wymówio- ny z akcentem, czy tonem majorowym, znaczy: ku- pić. Ten sam literalnie wyraz „maj", wypowiedzia- ny z akcentem minorowym znaczy sprzedać. Ak- cent ten jest bardzo trudny dla europejskiego ucha. Dalej, język chiński posiada cały zastęp wyrazów, nie mających ani jednego dźwięku samogłoskowego, jak np. wyraz „hr"—co znaczy: małpa, lub wy- raz „cr“—co znaczy: kopiejka. Również dźwięk r jest szczególny, że nie przypomina żadnego z naszych, tak rozmaitych r-ów europejskich, ani twardego polskiego, ani paryskiego, ani niemieckiego, ani głuchego angiel- skiego, co dało powód, zresztą zupełnie niesłusz- ny, utrzymywać, jakoby Chińczycy nie posiadali zupełnie dźwięku r. Spotykamy następnie w chińskim języku ta- kie spółgłoskowe dźwięki, jakich próżnoby szu- kać w Europie. Istnieje np. dźwięk pośredni po- między kit. W nazwisku stolicy chińskiej Pe- kin słychać właśnie ten dźwięk, który jest wprost nie do naśladowania. Wymówienie angielskiego the jest fraszką w porównaniu z tem k-t. Następnie trudność języka stanowi masa dja- lektów. Wyrazy tworzą się nieraz za pomocą proste- go łączenia 2—3 i więcej już istniejących wyrazów- Tak np. wyżej wspomniane wyrazy: maj—kupić i maj sprzedać, z wyrazem żen — człowiek, tworzą razem wyraz maj-maj-żen, co znaczy: ku- piec, czyli literalnie: kupić - sprzedać człowiek —- i t. d. Poza tem są wyrazy, które mają po 40—60 znaczeń. Wszystko to razem nastręcza ogromne trud- ności dla cudzoziemca. Swoją drogą wszyscy Europejczycy uczą się potrosze i jakoś dochodzą do możności porozu- mienia się z synami Państwa Środkowego. Co się zaś tycze pisowni chińskiej, jak po- wiedziałem wyżej, składa się ona z 44 tysięcy znaków. Rzecz prosta, że znajomość wszystkich tych znaków daje możność rozumienia wszystkich dzieł chińskich; jednakże do czytania potocznych druków, jak dzienniki np., dość jest znać parę lub kilka tysięcy tych znaków. Do tego, by rozumieć afisze teatralne, rozlepiane co dnia na ulicy, wy-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 43 823 starczy znać kilkaset hieroglifów. Niema Chińczy- ka, który nie umiałby przeczytać choć paruset zna- ków, czy to na szyldach, czy na świątyniach i bu- dynkach publicznych. Dlatego to można powie- dzieć, że w Chinach niema analfabetów. Nie można jednak tego rozumieć w europejskiem zna- czeniu tego wyrazu, gdyż u nas każdy, kto zna 24 litery, może zarówno czytać litanię do św. Genowefy, jak dzieła Hegla, Wrońskiego lub Trę- towskiego, gdy w Chinach każdy zakres myśli ludzkiej ma inne znaki. Wogóle dla poznania zupełnego własnego języka Chińczyk poświęca 15 20 lat pracy, stąd pochodzi fakt bardzo małego wykształcenia kobiet w Chinach. Dzieje się tak, że dziewczyna w 14 15 roku życia wychodzi za mąż. Przed zamążpój- ściem więc nie może ona ukończyć nauk, a potem obowiązki żony i matki nie pozwalają jej zaczy- nać studyów. Chinka więc rozumuje tak, że wogó- le nie warto zaczynać tej hecy i... pozostaje anal- fabetką. Zarzuty ciemnego konserwatyzmu, robione Chińczykom przez Europę a propos ich pisowni, i rady co do adoptowania łacińskiego alfabetu, do- wodzą tylko bezkrytycznego zaślepienia Azya w swej wyższości i wszystkowiedzy. Ja mogę tylko z całą pewnością powiedzieć, że pismo chińskie jest wynikiem warunków ich życia i w dniu, kiedy Chiny przyjmą od Europy łaciński alfabet, co, nawiasem mówiąc, nigdy nic nastąpi, i czego im wcale nie życzę, podpiszą one jednocześnie wyrok swojej narodowej i literackiej śmierci, a kto wie czy i nie politycznej. A jak się to może stać opowiem. W Chinach każda niemal prowineya, a jest 'eh 19, mówi innem narzeczem, które aczkolwiek mają wspólne cechy, z jednego powstają korzenia > jeden jest ich charakter; jednakże Chińczyk z Szań-chuń bardzo słabo rozumie swego rodaka z Fu-cian, a współobywatel tego ostatniego z Gań- su inaczej się wyraża, niż kuzyn jego z Jun-nan. Wszyscy ci panowie jednak mają jedną, Wspólną i jedyną literaturę piśmienną, wyrażaną za Pomocą ogólnych i jedynych znaków. Każdy więc utwór literacki, czy nawet list zwykły, jednakowo lapiszą wszyscy ci czterej wyżej wymienieni oby- watele, każdy z nich wszakże głośno inaczej go przeczyta, stosownie do swego narzecza. Z chwilą więc usunięcia znaków, odpowiada- jących całym wyrazom i wprowadzenia liter odpo- wiadających poszczególnym dźwiękom, w Chinach zjawiłoby się tyleż literatur, ile jest narzeczy, i od- tąd Chińczyk z Jun-nau nie miałby żadnego spo- sobu porozumienia się z Chińczykiem z Fu-cian, gdy dziś robi to z łatwością za pomocą pisma. P°ŚW1ĘCEN1E KAMIENIA WĘGIELNEGO POD KOŚCIÓŁ Ś-tej ELŻBIETY WE LWOWIE. Chiny rozpadłyby się w ten sposób na kilkanaście zupełnie odrębnych narodów, gdy dziś tworzą jedną wielką całość, dzięki właśnie tym „dzikim, głupim“ hie- roglifom. GUSTAW OLECHOWSKI. Z tygodnia na tydzień. Dobry prsyklatl. Trzeba społeczeństwu naszemu od- dać sprawiedliwość, że w ciężkich czasach, które obecnie przeżywamy, usiłuje stanąć na wysokości zadania i cel ten, według sił i środków, osiąga ze skutkiem wzglę- dnie dobrym. Stosuje się to głównie do zabiegów około ulżenia smutnej doli tych licznych zastępów, które zastój ekono- miczny pozbawił pracy, a z nią środków do życia. Akcya w tym kierunku rozwinęła się dość poważna. Zmierza ona słusznie prze- dewszystkiem do wyszukiwania zarobków, ale z konieczności nie może obyć się i bez czystej filantropii, polegającej na udzielaniu wsparć pod różnemi postaciami. Owóż w tym właśnie zakresie zaszedł no- wy fakt, który ma zasadnicze znaczenie i jako do- bry przykład zasługuje na uznanie i rozgłos jak najszerszy. Pracownicy cukrowni Dziuńków w gubernii Kijowskiej wystąpili do warszawskiego Komitetu pomocy dla ludzi pozbawionych zarobku, z listem tej treści: „Czytamy i słyszymy wciąż o bajecznej dro- żyżnie kartofli w Królestwie, tymczasem u nas kar- tofle, chwała Bogu, obrodziły dobrze. Każdy z nas ma malutki kawałek ziemi, na którym sadzi karto- fle. Otóż moglibyśmy chętnie posłać do Warsza- wy, każdy po kilka worków, co mogłoby wynieść jakieś sto kilkadziesiąt, a może i więcej pudów kartofli, na użytek bezpłatnych obiadów. Przewóz do kolei opłacilibyśmy sami, tylko frachtu kolejo- wego nie moglibyśmy opłacić. Gdyby komitet bezpłatnych obiadów przyjął na siebie koszta frach- tu kolejowego od stacyi kolei południowo-zachod- niej Pohrebyszcze do Warszawy, to ofiarujemy bezpłatnie kartofle i przewóz od nas do kolei." Szczególne znaczenie nadajemy temu fakto- wi nie dla samej ofiary, lecz z uwagi na sferę, z której pochodzi. Dotychczas nasza dobroczyn- ność publiczna opiera się na fałszywej zasadzie, według której do ofiarności po- woływana jest tylko kategorya ludzi „zamożnych," którzy, o ile odpowiadają na to we- zwanie, czynią to w charak- terze jałmużny dla biedaków. Tak jednakże być nie powin- no. Podtrzymanie w ciężkich chwilach przesilenia ludzi naj- srożej dotkniętych nie jest aktem miłosierdzia, lecz po- winnością społeczną, którą peł- nić mają wszyscy w miarę po- siadanych środków. Każdy, w ten sposób działając, zwiększa dobro po- wszechne i tern samem osiąga korzyść indywidualną; klasy robotnicze, uczestnicząc w bratniej pomocy bezpośrednio, dokumentują zarazem poczu- cie solidarności swego stanu i dowodzą uświadomienia spo- łecznego, które stanowi po- PROJEKT KOŚCIOŁA Ś-tcj ELŻBIETY WE LWOWIE. ważną siłę. To są ogólnikowe argumenty, które każą nam podnieść z naciskiem przykład, dany przez pracowników dziuńkowskich, jako rzecz godną roz- głosu i naśladowania. Komitet pomocy ofiarę przyjął z wdzięcz- nością. s * -! -I- Kościół św. Elżbiety we Lwowie. Doniosła dla Lwowa sprawa budowy nowego kościoła weszła z końcem ubiegłego miesiąca z dziedziny projektów w fazę czynu. Na rozleg- łym, jakby ku temu wymarzonym placu Solami, w obecności ks. arcybiskupa Józefa Bilczewskiego, po jego błogosławieństwie i prostej, jak zazwyczaj, pełnej zaś miłości Boga i ludzi przemowie, ruszo- no wreszcie ziemię pod fundamenty. Tak więc w ruchliwej dzielnicy Gródeckiej, kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców liczącej, a niemal całkowicie świątyni pozbawionej, wzniesie się dom Pański pod wezwaniem św. Elżbiety, co do rozmiarów niewątpliwie największy we Lwowie. Orędownikiem sprawy tej, jak prawie wszyst- kich w Galicyi Wschodniej dzieł katolicko-społecz- nych ostatnich czasów, jest ks. arcybiskup Józef Bilczewski. On to rzuconej przed laty zbożnej i szczęśliwej myśli nie pozwolił zwiędnąć; on za- krzątnął się około przeprowadzenia konkursu; on wreszcie dalszy bieg rzeczy ujął w niestrudzone dłonie swoje, sam niejako wyhodował wschodzący dziś tak pięknie projekt, potrafiwszy jednocześnie przyczynić się do zgromadzenia potrzebnych, a niemałych zaiste funduszów. Jak wiadomo, na turnieju konkursowym przed półtora rokiem zdobył nagrodę laureat licz- nych zapasów, znakomity i rozgłośny wielce archi- tekt Teodor Talowski. Wyróżniono wtedy i prace trzech innych projektodawców, zastrzegając wszak- że, iż przeprowadzenie dzieła ma być poruczone przed innymi Talowskiemu. Ze względu na to, iż dzielnica Gródecka ma już kilka budowli mo- numentalnych z kopułami, tudzież ze względu na to, że ostateczne oferty na budowę w stylu go- tyckim wypadły korzystniej, aniżeli się spodzie- wano, postanowiono wykonać odmienny nieco pro- jekt Talowskiego wczesno-gotycki z trzema wie- życami. „Poeta kamienia i cegły," jak go w Kra- kowie nazywano, poświęcił się od lat kilku wyłącz- nie budowie kościołów, zaprojektował ich dziesiąt-
824 TYGODNIK ILLUSTROWANY N> 43 GRUPA UCZESTNIKÓW TEATRU LUDOWEGO W KRAKOWIE. Fot. M. Olma. ki, w tej chwili zaś buduje wspaniałą farę w Tar- nopolu i oddał właśnie drugą pod służbę Bożą w Kaczyce na Bukowinie. W kościele św. Elżbiety jednak zyska archi- tektura polska monumentalnej wartości dzieło, przy- noszące chlubę twórcy i lwowskiej szkole politech- nicznej, której uczniem był, a obecnie, jest wybit- nym profesorem Talowski. Według umowy, zawartej pomiędzy ks. arcy- biskupem Bilczewskim a kierownikiem i przedsię- biercą budowy, inżynierem p. Karolem Richtmanem, w r. b. wyprowadzone będą fundamenty i mury aż pod cokół. Budowa trwać ma lat trzy, t. j. do sierpnia r. 1907. Kierownictwo artystyczne, rzecz prosta, objął sam autor planu. Ryciny nasze wyobrażają: projekt świątyni, oraz chwilę poświęcenia miejsca przed prowizo- ryczną kaplicą, dla personelu robotniczego posta- wioną. Na środku fotogramu: ks. arcybiskup Bil- czewski. Z prawej jego strony: Talowski, inżynier Richtman, dalej wiceprezydent miasta Michalski, inspektor budowy Noworyta. Z lewej zaś (od pa- storału): prezydent miasta dr Małachowski, ks. ka- nonik Ziemiański oraz przedstawiciele Sodalicyi Maryańskiej: prof. Łyskowski, br. Dormus i radca miejski Rawski. (' * * * Zwycięstwo operetki. Rzecz szczególna, że pomimo dążenia ludz- kości do celów wyższych, do uszlachetnienia po- trzeb i gustów, w życiu codziennem zjawiska mniej wartościowe biorą prawie zawsze górę nad donioślejszemi i poważniejszemu Pamiętamy wszyscy w Warszawie walkę operetki z dramatem i komedyą. W rezultacie, pomimo protestów i narzekań prasy, operetka wzięła górę i pociągnęła ku sobie większość pub- liczności. Obecnie podobny proces powtarza się i na prowincyi. W artykule Kaprysa p. t.: „Proletaryat aktorski" (Kur. Warss.) czytamy, że do tej pory repertuar trup prowincyonalnych składał się niemal wyłącznie z dramatu, komedyi i krotochwili; co najwyżej kiedy niekiedy dawano jakiś wodewil, lub sztukę ludową ze śpiewami. Od chwili jed- nak, kiedy zjawiła się operetkowa trupa Mysz- kowskiego, publiczność prowincyonalna dała się porwać urokowi „muzy podkasanej" i nie chce podobno słyszeć o dramacie i komedyi. Mówimy „podobno," gdyż autor artykułu, opierając się na informacyach, udzielanych przez aktora, nie po- dziela jego pesymizmu. W każdym razie roz- wielmożenie się operetki na prowincyi kosztem dramatu i komedyi byłoby objawem bardzo smutnym. Warszawa, obok przybytków sztuki lekkiej, posiada, bądź co bądź, teatry o charakterze po- ważnym, które mogą neutralizować ujemny wpływ płaskiej komiki operetkowej. Prowincya takiego antydotu estetycznego nie posiada, więc tryumf operetki może tam przy- nieść o wiele większą szkodę. Z. EPILOGI. Przestańcie, bo się źle bawicie! Nigdy nie zapomnę, jak przed laty, przyje- chawszy po raz pierwszy do Warszawy, poszedłem oglądać Stare Miasto. Był to jesienny, księżyco- wy wieczór, pełen przedziwnego czaru melancholii niewysłowionej i tęsknoty przejmującej. Po nie- bie płynął miesiąc niepełny, przesłaniany postrzę- pionemi skrzydłami przelotnych obłoków i oto- czony różową obrączką mgły, która snuła się w po- wietrzu, jakby przejrzysta srebrna tkanina. Nie zacierała ona obrazu, który się roztaczał dokoła, tylko leciuchno i miękko otulała kształty architektoniczne tych wysokich a wązkich domów, mrugających złotawemi światłami okien. W ciasnych uliczkach dogorywało wieczorne życie, zamykały się jedne po drugich małe sklepiki, ginęli w pół- mrocznych bramach przechodnie i tylko z gar- kuchni przez białe firanki padały na bruk jasne płaty światła. Latarnie uliczne, okolone tęczowym pierścieniem promieni, grały we mgle jakby oczy piór pawich. Szliśmy we dwóch, z Or-Otem, poetą Stare- go Miasta. Zatrzymywał mnie co kilka kroków, zwracając uwagę na malownicze zaułki, na rzeź- bione fryzy, wykwitające wzdłuż starych murów, na posążki Świętych, które z ciemnych framug spo- glądały w poważnej zadumie, na godła kute ponad ślicznymi portalami bram kamienicznych, na po- tężne, szeroko rozkraczone szkarpy, które podpierały mury, nadając im poważny, średniowieczny cha- rakter. Wszystko składało się na uroczy, jedyny w swoim rodzaju obraz, w którym każdy szczegół, każdy drobiazg nabierał życia i prze- mawiał do wyobraźni. Długo w noc błądziliśmy po labiryncie krętych uliczek, gwarząc o dawnych czasach i dawnych ludziach, którzy mieli tyle szla- chetnego poczucia piękności. Czasami zno- wu milkliśmy obaj, upojeni dziwnym, tajem- niczym nastrojem tej ślicznej, „starej Warsza- wy" i zasłuchani w ciszę, przerywaną tylko odgłosem własnych naszych kroków. Późno już było, gdyśmy zawracali ku nowemu miastu. Po drodze zatrzymała nas jeszcze kamieniczka Pod Okrętem, jedna z najbardziej charakterystycznych i najlepiej zachowanych. Dzieje zabiegliwej, zamożnej, a przytem bardzo kulturalnej mieszczańskiej rodziny stają przed wyobraźnią, jak żywe, na widok tego pięknego domu. Podziwialiśmy każdy jego szczegół ar- chitektoniczny, zwłaszcza zaś ów ciosany po- nad bramą korab z wydętymi żaglami, wspi- nający się na spiętrzone wały morskie, i tę śliczną żelazną kratę, zamykającą wejście. Nielada mistrzem w swoim zawodzie był ten ślusarz warszawski, z którego rąk wyszła ta kunsztowna kratal Nacieszyć się nią nie mogłem i po dziś dzień została mi w oczach... Gdy znowu przyjadę do Warszawy, już jej nie znajdę na miejscu. A szkodal Nie ona jedna ginie tak marnie: znikają jedne po drugich arty- styczne zabytki nietylko na Starem Mieście war- szawskiem, lecz wogóle wszędzie, a na ich miej- sce wchodzą graty bez żadnej wartości. Co dawne pokolenia zostawiły nam w puściźnie, tego uszano- wać nie umiemy, choćby było najpiękniejsze. I dlaczego? Czy cieszy nas brzydota? Czy przyjemność sprawia nam zniszczenie? Jeśli tak dalej pójdzie, co zostawimy naszym następcom? Zapewne, właścicielowi wolno robić ze swo- ją własnością, co mu się żywnie podoba; wolno mu ją i oszpecić lub zniszczyć, jeśli w tern znaj- dzie upodobanie. Ale też i naodwrót, wolno mo- że tym, którzy piękne, stare rzeczy kochają, smu- cić się z ich zaguby; kto wie, wolno może nawet wyrazić nieśmiałe zdanie, że źle robi właściciel, który nie umie, czy nie chce uszanować i zacho- wać tego, co szanowne pięknością i sędziwym wie- kiem. Gdyby wszyscy tak postępować chcieli, do czegóżby doszło? Byliśmy od wieków społeczeń- 1 stwem cywilizowanem, a dowody tej cywilizacyi nietylko zapisane są w dziejach naszych i na kar- tach polskiej nauki i poezyi. Ta cywilizacya zo- I stawiła swoje ślady we wszystkiem, co do naszych czasów przetrwało, w każdym pięknym budynku, w każdym artystycznym sprzęcie, w każdym rze- mieślniczym wyrobie, o ile nosi charakter epoki, w której powstał, czyli: o ile ma styl, jak owa śliczna krata. Cywilizacya ta, co najważniejsze, powinna była odbić się i w duszach naszych, ja- ko poczucie estetyczne, po dawnych pokoleniach w spadku odebrane. Kto zaciera jej ślady, grzeszy podwójnie: raz przez to, że niszczy jeden z widomych znaków i śladów polskiej cywilizacyi, jego pieczy powie- rzony, a drugi raz przez to, że sam okazuje się jednostką niekulturalną i drugich swoim przykła- dem do barbarzyństw podobnych zachęca. Nie idzie tu już o jeden artystyczny zaby- tek, choćby tak piękny, jak owa krata w kamieni- cy Pod Okrętem, lecz o napiętnowanie tej nieszczęs- nej wandalskiej manii niszczenia, która przeszłość naszą obraża, teraźniejszości wstyd przynosi, a przeszłości szkodę niepowetowaną wyrządza. O ile wdzięczność należy się publiczna tym oby- watelom Starego Miasta, którzy swoje kamienice
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 43 825 umiejętnie odnawiają i od zagłady zachowują, o ty- le niszczycielom trzeba głośno powiedzieć za ks. biskupem warmińskim: „Przestańcie, bo źle się bawicie!" Lucyan Rydel. * * st- O.i redakcyi. Dla najbliższego dodatku powieściowego na- szego pisma zyskaliśmy przekład najnowszej po- wieści jednego z najznakomitszych dzisiaj powieścio- pisarzów angielskich, Hall Caine’a, pod tytułem »The Prodigal Son" („Syn marnotrawny"). Bibliograficzne czasopismo angielskie The Publishers Circitlar w numerze z dnia 15 b. m. stwierdza, że utwór ten ukaże się prawie jedno- cześnie w przekładach na ośm języków europej- skich. Fakt ten dostatecznie maluje, jak wszech- światową jest sława autora Chrześcijanina, który w r. z. zyskał sobie takie uznanie wśród czytel- ników Tygodnika Illnstrowanego. Teatr, muzyka, sztuki plastyczne. * Pod Okrętem, nowa czteroaktowa koinedya Sta- nisława Kozłowskiego, wystawiona w Rozmaitościach, stanowić będzie w dorobku literackim autora utwór prze- łomowy; odsłania ona całkowicie szczupłe zasoby jego fantazyi i zakreśla wyraźnie granice jego twórczości. Pan Kozłowski jest pisarzem ludowym, umiejącym kombino- wać zręcznie historyczną fotografię dekoracyi z naiwną, napoły melodramatyczną, napoły pedagogiczną fabułą Obrazy, skopiowane z natury i połączone luźnie, zajmu M dziewięć dziesiątych widowiska „Pod Okrętem," za- ledwie zaś jedna dziesiąta przypada na akcyę. Takie ustosunkowanie wynikło ze słusznej wiary, że najbłah szą prawdę podać należy ludowi tak, aby go morał tea- tralny nic znużył. Rzecz dzieje się w roku 1834, wy stępują przeto na scenie ludzie niedawno zmarli, posia- dający dzieci lub wnuków w Warszawie. Wybór tematu naraził p. Kozłowskiego na pretcnsyc rodzin jego boha- terów: jedna zażądała usunięcia z komedyi Sotera Roz- bickiego, druga—Piotra Steinkellcra. Sztuka dzieli się na cztery obrazy: pierwszy i czwarty odtwarza sławną winiarnię Fukiera, gdzie od wieków wisi u sufitu mały okręt, jako godło stosunków zamorskich; w drugim—ko- piuje autor gospodę warszawskiego cechu bednarskiego * odtwarza scenę wyzwolenia nowego towarzysza; w trzecim wreszcie skopiowano wnętrze „białego dom- ku“ w parku Łazienkowskim. Te różnorodne kopie, opracowane z wielką starannością, nie mają oczywiście nie wspólnego ze sztuką, chociaż stanowią główną przy- nętę utworu. Akcya jest tu bajecznie prosta: dwóch cze- ladników bednarskich, jeden Paweł mieszczanin, drugi Gaweł, a właściwie Stefan—szlachcic, „z bardzo dobrej rodziny"—walczą o pannę Kasię, chrzestną córkę Fukic- 'a. Panienka plącze, bo jest przekonana, że kocha obu- dwu, ale w końcu „serce się odzywa", i Paweł narze- czoną odzyskuje. Gwoli komplikacyi mclodramatycznej, Paweł (nieumyślnie!) skaleczył w rękę Stefana i został za to skazany na wieżę. Przykry ten wypadek wywo- łał racyę ukazania się na scenie trzech ludzi: Nałęcza, referendarza stanu, Floryana Fukiera i Piotra Steinkellc- ra, znakomitego przemysłowca. Dwaj ostatni udają się do pierwszego o wstawiennictwo za skazanym. Podczas wizyty swej pomagają autorowi w wypowiedzeniu głów- ”ego morału sztuki: Ftikier popisuje się długą, sławną genealogią swej prastarej rodziny i wyjaśnia referenda- rzowi, dlaczego „praca nie hańbi nikogo;" Steinkellcr zaś tłumaczy, że „dziś dla przemysłu otwiera się pole, a tę Wielką placówkę, co nam jest oporą, jeśli nic zajmą swoi, to obcy zabiorą." Podobnie, jak w utworach po- przednich, napisał p Kozłowski „Pod Okrętem" gładkim, fredrowskim, trzynastozgloskowym wierszem. Aktorzy Rozmaitości, nic przyzwyczajeni do sztuk wierszowanych, nie umieli sobie poradzić z rymem i rytmem. Grali na °gół dość poprawnie, odczuwali jednak, że im przezna- czono rolę barwnych jedynie plam dekoracyjnych, więc '1'c tworzyli samodzielnych postaci. I * Teatr Indowy w Krakowie. Po kilkomie- S1ęcznej przerwie, spowodowanej niepowodzeniem i roz- biciem się trupy Adama Mullera, który nie umiał utrzy- n,ać się przy przedsiębiorstwie teatru ludowego, powie- lonego mu przez krak. Towarzystwo oświaty ludowej, teatr ludowy otwarł w dniu 15 września nano- wo swe podwoje w bu dynku teatralnym przy ulicy Krowoderskiej. Kie- rownictwo teatru objął w drodze konkursu p. Kazi- mierz Gabryelski, młody talcntowany artysta dra- matyczny ze szkoły G Zapolskiej. Personel tea- tru skompletowany skła- dają panie: Clirapczyńska, Dulębianka, Dunin Fro- niówna, Fligiel, Kolman, Linkowska, Muszyńska, Milska, Malińska, Stra- diot i Sznage, panowie: Czermański, Czerski, Fli- giel, Gabryelski, Kiciński, Konarski, Konrad, Lip- czyński, Mohr, Olski, Rembowski, Robech, Wą sowicz, Węgrzyn, Wyr- wowicz, Zapalowicz i Zygmuntowicz. W pięk nie odnowionej, z malo- widłami na motywach krakowskich ludowych wzorowanemi, sali roz- począł teatr ludowy se- zon jesienny „Karpacki- mi Góralami," po któ- rych wystawiono z o- gromnem powodzeniem dramat ludowy Kaspro- wicza „Świat się kończy," a następnie „Małkę Szwarcenkopf" i „Jojnę Firulkcsa" Zapolskiej. Pierw- sze przedstawienia zalecały się starannem przygoto- waniem i stwierdziły, że nowy kierownik poważnie pojmuje swe zadanie i rozwija pochwały godną usilność w kierunku pozyskania sympatyi ogółu dla teatru lu- dowego. p * Teatr miejski we Lwowie rozpoczął już przy- gotowania do wystawienia nagrodzonego na konkursie krajowym dramatu p. Germana p. t. „Lilith." Rzecz otrzyma wjjątkowo świetną i kosztowną wystawę, zaan- gażowano umyślnie dla niej p. Tarasiewicza, reżyseryę wreszcie prowadzi osobiście p. Pawlikowski, który miał zawsze tak szczęśliwą rękę w wyprowadzaniu na jaw tylu głośnych później pisarzów. Po Germanie pójdzie niewątpliwie Wyspiański ze swoją „Legendą." W ocze- kiwaniu tych premier publiczność lwowska przyklasnęla gorąco wznowieniu „Nitki jedwabiu" Sardou, tembar- dziej, iż zabłysnął tu w nowem świetle bogaty talent p. Solskiej i Adwentowicza, wkraczającego bardzo szczę- śliwie w dziedzinę ról charakterystycznych, t * Teatr polski w Poznaniu czyni na razie prze- gląd nielicznych swych sil, dobiera aktorów i czeka na odpowiedniejszą porę, aby wystąpić z nowościami i poważnymi utworami starszej daty. O wznowieniu zainaugurowanej w zeszłym sezonie operetki dotychczas cicho jakoś; zatarg dyrektora z Towarzystwem Muzycz- nem, zapoczątkowany w roku zeszłym, zaostrzył się do tego stopnia, że polska kapela przestała grywać w an- traktach, a miejsce jej zajęła zbieranina po części obcych żywiołów. Publiczność ma wszakże nadzieję, że zatarg zakończy się zgodą stron poróżnionych, widownia zapełni się po brzegi i niesmak ustąpi miejsca dawnej życzli- wości dla sceny polskiej. Acer. * Jubileusz Dylińskiego. W dniu 15-ym b. m. święcił 25-lccie pracy scenicznej artysta opery naszej, p. Hilary Dyliński. Rozpocząwszy swój zawód sceniczny w r. 1874-yni we Lwowie za dyrekcyi Stanisława Dob- rzańskiego, w tok później ukazuje się Dyliński w par- tyach barytonowych w Krakowie, skąd znów powraca do Lwowa, ale wkrótce opuszcza Galicyę i zjeżdża na stałe do Warszawy. Początkowo występował tu Dyliński w chó- rach operowych, lecz uzyskawszy w r. 1880-ym debiut w „Lindzie z Chamounix“ w roli prefekta i wykazawszy w rzeczonym występie zarówno szeroki, piękny głos ba- rytonowy, jak i niezwykłą inteligencyę artystyczną, wszedł na stałe w skład artystów opery, a przez pewien czas i operetki warszawskiej. Grywając przez długie lata na obudwu scenach, występował dzisiejszy jubilat po 375 AFISZ KRAKOWSKIEJ WYSTAWY JUBILEUSZOWEJ. Według rysunku i pomysłu Piotra Stachiewicza. razy na rok, traktując mimo nadmiaru pracy powierzane sobie role z wysoką sumiennością i prawdziwie artystycz- nym zapałem. Do wybitniejszych kreacyj Dylińskiego na deskach sceny warszawskiej zaliczyć należy: Zbigniewa i Macieja w „Strasznym Dworze", Bartłomieja w „Verbum nobilc", Janusza ' Dziemby w „Hal- ce", Walentego w „Fauście", Ama- natra w „Aidzie", Grosa w „Man- ru“, Bartola w „Cyruliku Sewil- skim", Podcza- szyca w „Hrabi- nie" — z reper- tuaru zaś operet- kowego: Kalcha- sa w„Pięknej He- lenie", Podesty w „Gasparone", hr. Rogera w „Pier- ścieniu rodzin- nyni" i t. p Od r. 1898 porzucił jubilat operetkę scenie, na której H1LARY DYLIŃSKI. i poświęcił się wyłącznie wielkiej tak w roli wykonawcy, jak i w charakterze pomocnika reżysera zdobył sobie zasłużone uznanie publiczności i żywą sympatyę kolegów, o Z SALONÓW ARTYSTYCZNYCH. Organizowana w Salonie Krywulta wystawa: „Dwór polski”—będzie otwarta w pierwszych dniach przyszłego miesiąca, a zebrany dotychczas materyał przed- stawia się bardzo obficie. Inicyatorowie upraszają za na- szem pośrednictwem o łaskawe nadsyłanie rysunków, rycin i fotografii pod adresem Salonu Sztuk pięknych Kry- wulta, polecając gorąco sprawę wystawy wszystkim arty- stom, miłośnikom, zbierającym odpowiedni materyał, i wła- ścicielom dworów. W dzisiejszych czasach rozpowszech- nienia fotografii amatorskiej przypuszczać należy, że zbie- rze się w ten sposób nader obfity materyał nawet z naj- odleglejszych zakątków kraju (gdzie właśnie przechowują się pewno najcharakterystyczniejsze cechy dawnego dworu.) Dla pp. artystów i architektów nieobojętna bę- dzie przytem zapewne wiadomość, że w dziale twórczym i usiłowań współczesnych będą przeznaczone cztery na
826 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 43 grody po 50 rubli, dwie ze strony Salonu Krywulta, dwie ze strony Tygodnika lllustrowanego. * W lewym, bocznym Salonie Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych p. Stanisław Masłowski wy- stawił szereg prac swoich, wykonanych przeważnie wod- nemi farbami. Rzeczywiście, jest jeden tylko niewielki obrazek olejny, przedstawiający rybaków, naprawiających sieci, i kilka rzeczy gwaszowanych, najświetniejsze są jednak, pełne lekkości i swobody akwarele czyste i te właśnie zasługują na szczególną uwagę. Są to studya i szkice, pozbierane wprost z natury w wędrówkach po kraju i z podróży do Włoch. Spotykamy tu widoki sta- rych, klasycznych zabytków architektonicznych Romy, romantycznych zakątków wdzięcznej Fiesoli, fragmenty bogactw zdobniczych Florencyi, ale są też malownicze wizerunki Trok w gub. Wileńskiej z ruinami starożyt- nego zamku i nasz szary, płaski krajobraz z pod War- szawy—z Woli Rafalowskiej, gdzie p. Masłowski spędzał kilkakrotnie letnie miesiące. Dziwna szczerość, prostota i bezpośredniość odczucia natury cechuje te utwory, co zjednywać musi dla nich ogólną sympatyę widzów, cha- rakterystyczny przytem, bardzo samoistny i bardzo ory- ginalny sposób malarskiego ujęcia stawia je nader wy- soko pod względem artystycznym. Jest w tej lekkości i pewności rzutów, w wirtuozostwie uproszczeń, tudzież jasneni, nieco plaskiem modelowaniu coś z japońszczy- zny, ale w odczuciu natury p. Masłowski jest malarzem nawskroś swojskim, czego dowodem być muszą owe właśnie tak nadzwyczajnie prawdziwe w tonie i charak- terze, tak szare i pełne jakieś zadumy widoki z Woli Rafałowskiej. Prócz krajobrazów i fragmentów architek- tonicznych, studyowanych ze szczcgólncm zamiłowaniem, znajduje się tu większa kompozycya, zatytułowana: „Cy- ganka" akwarela pełna siły i wyrazu, zresztą znana już z wystaw dawniejszych. J. * Sztuki graficzne rekrutują wśród artystów na- szych coraz szersze zaciągi, co, jako objaw nader pożą- dany dla rozwoju sztuki, należy skwapliwie zanotować. W Salonach p. Krywulta p. Otton Bauer, Łodzianin, wy- stawił świeżo bardzo oryginalnie traktowaną autolito- grafię „Portret Szopena." Artysta ten ma tu jeszcze kilka rysunków barwnych. Chodziło o wydobycie jak najmniejszymi środkami, możliwie najpełniejszych wrażeń kolorystycznych, i istotnie próby wystawione wypadły pomyślnie- rzeczy te są smaczne i efektowne. J. * Wystawa jubileuszowa w krakowskicni To- warzystwie Sztuk Pięknycli cieszy się stałem powodze- niem. Niektóre z wybitnych, znajdujących się tam dzieł sztuki, jak Wojciecha Kossaka „Wiosna 1813 r.,“ Stan. । Lentza „Wilki morskie," Piotra Stachiewicza cykl obrazów: „Widma pracowni," były już reprodukowane, w naszem piśmie; z pozostałych zyskaliśmy dotychczas dla Tygodnika: Dąbrowy Eug. „Jesień," Malczewskie- go Jacka „Tobiasz," Okttnia Edw. „Grajek," Szczep- kowskiego Jana „Dziewki," rzeźba, Tetmajera Włods. „Taniec" i „Czepiny," Wodsinowskiego Winc. „Wesele idzie!", Wyczółkowskiego Leona „Morskie Oko," pa- stel—do reprodukcyi kolorowej. * Wystawa obrazów w Poznaniu mieści się w trzech pokojach dość obszernych przy Alejach, we względnie korzystnem nawet miejscu, a mimo to nic cieszy się łaskami naszej publiczności, którą możnaby podzielić na dwie części: taka, która wogóle nie widzi po- trzeby oglądania obrazow i uważa to za najsroższą po- kutę za swe filisterskie usposobienie, i taką, która żąda odrazu nadzwyczajności, a zapomina, że bez poparcia finansowego trudno odrazu sprowadzać dzieła pierwszo- rzędnych mistrzów, ile niożncści nigdzie jeszcze nie wystawiane. A przecież watto obejrzeć sobie „Thanatos" Jacka Malczewskiego, „W słońcu" W. Tet- 1 majera, bardzo oryginalne prace górnośląskiego artysty J. Kasparka, krajobrazy Lisieckiego i Skoczylasa, akwa- relę Pociechy—i poczynić uwagi krytyczne nad pracami D. Mukulowskiej, Z. Sieniawskiej, Korzeniewskiego, Ku- rylasa i innych. Pozostałe od lata płótna Wywiórskiego i „Piasta" Pruszkowskiego nie każdy jeszcze oglądał, a na to nikt jakoś czasu nie ma. Wina tutaj leży także po stronie Towarzystwa Sztuk Pięknych, które słabe tylko daje znaki swej żywotności. Acer. WYDAWNICTWA ARTYSTYCZNE. ' Zasługa Towarz. Polskiej Sztuki Stosowanej I w zbieraniu i wydawaniu tego, czego dokonał nasz i lud na polu zdobnictwa, jest podwójna. Po pierw- sze, ma wartość jako przyczynek do naszej historyi kultury, podrugic jest dążeniem do znalezienia ja- KOŚC1ÓL WE WSI KAMIENICY POD BIELSKIEM. kichś wspólnych, najbardziej charakterystycznych, indy- widualnie polskich rysów we wszystkich ornamenta- cyach, którcmi pokrywa nasz lud swoje domy, stoły, skrzy- nie, aż do najprostszych narzędzi i sprzętów domowych (np. łyżki, krosna i t. p.). Czwarty zeszyt tego wydaw- nictwa poświęcony jest w znacznej części pisankom i przeróżnym ozdobom ściennym fnp. wycinanki z pa- pieru). Ozdoby te, zarówno jak i te, które widzieliśmy w poprzednich zeszytach, są nader umiejętnie dobrane Widać w nich te same cechy, co i w poprzednich, mia- nowicie stylizacyę w tym samym zupełnie duchu—co daje prawo do przypuszczenia, że nasi artyści potrafią z tych samych danych odnaleźć właściwy „styl polski", stworzyć w tym duchu nowe dzieła, wzbogacić i roz- szerzyć naszą sztukę w tym kierunku Takiem nowem dziełem jest np. okładka do ostatniego zeszytu, pomysłu młodego malarza p. Henryka Uziembły. Jest to najlep- sza, najbardziej indywidualnie zrobiona z dotychczaso- wych okładek w tern wydawnictwie. Odznacza się szczęśliwem i swobodnem zużytkowaniem motywów lu- dowych i wykwintnym smakiem. W zeszycie widzimy oprócz tego podobiznę dwóch ciekawych kościółków, których budowa (nadzwyczaj oryginalne dachy i wieżycz- ki—takie, jak budowano w dawnej Polsce) zasługują na szczególną uwagę. Rcprodukcyę jednego z tych koś- ciółków (obecnie już zburzonego), wiernie i artystycznie odrysowanego przez p. Józefa Czajkowskiego, podajemy w dzisiejszym numerze. K. Z Dalekiego Wschodu. Już oddawna dochodziły z placu boju głu- che wieści, że generał Liniewicz wyruszył z Wła- dywostoku i ciągnie na południe. Ponieważ atak na Koreę byłby obecnie mało prawdopodobny, po większej części przyjmowano ową wiadomość z niedowierzaniem. Tymczasem okazuje się z ostatnich telegra- mów Reutera i Ag. Ros. że armia władywostocka (zapewne 50.000), lub może tylko jej część, prze- była około (>00 wiorst, dzielących ją od Sincintinu, aby obejść prawe skrzydło japońskie i zagrozić liniom komunikacyjnym, łączącym Laojan z Niu- czwangiem i Fynchuanczenem, co w razie pobicia armii gen. Ojamy uniemożliwiłoby odwrót jego wojskom. Przedsięwzięty więc ogólny atak armii gen. Kn- ropatkina ustawione na „w półksiężyc" na północ od Laojanu (na przestrzeni około 100 kilom.) wojsko gen. Ojamy, zrozumiały jest tylko łącznie z owym ruchem oskrzydlającym gen. Liniewicza. Japończycy, jak się zdaje, wiedzieli o owym ruchu wojsk władywostockich. Na południe od rzeki Tajcyche, a na wschód od Laojanu ustawili silne oddziały, nie dopuszczające oskrzydlenia. Na północ zaś od Tajcyche przyjęli bitwę z wojska- mi głównodowodzącego armią rosyjską. Przebieg tej bitwy jeszcze straszniejszej i krwawszej niż pod Laojanem był w ogólnych zarysach następujący. Armia rosyjska rozdzieliła się na trzy części: Jedna z nich, wschodnia (lewe skrzydło rosyjskie) rzuciło się we dwa lub trzy korpusy na prawą (gen. Kuroki) armię japońską, zagrożoną jednocześnie obejściem przez korpus władywostocki, przeciwko zaś oddziałom generałów Oku i Nodzu (armie ja- pońskie: lewa i środkowa) wystawiono po kilka dy- wizyi z celem raczej osłony od ewentualnych ata- ków z tej strony. Celem bezpośrednim więc gen. Knropatkiua było zgniecenie Kurokiego i otworzenie w ten spo- sób dróg, prowadzących do południowej Mandżuryi, coby spowodowało bardzo ciężkie warunki dla po- zostałych armii japońskich Oku i Nodzu. Początek bitwy zaznaczył się w dniach 8, 9 i 10 października cofaniem się Japończyków na sil- nie obwarowane pozycye, broniące dostępu do bro- dów na Tajcyche i dróg prowadzących do Laojanu od strony północno-zachodniej. Gdy lewe skrzydło rosyjskie posunęło się za ustępiijącem wojskiem Kurokiego aż poza linię kopalni Jantajskich, wtedy armie zachodnia (lewa) i środkowa gen. Ojamy wykonały szereg uwień- czonych powodzeniem ataków na centrum i prawe skrzydło Rosyan, zmuszając ich do odstąpienia na północ i pozostawienia na placu boju kilkudziesię- ciu armat. Wtedy wysunięte ku południowi oddziały le- wego skrzydła rosyjskiego znalazły się w niebez- pieczeństwie okrążenia, gdyż nie przełamawszy sil- nych pozycyi Kurokiego, mogłyby mieć łatwo od- wrót odcięty ku północy. To spowodowało ogólny odwrót rosyjskiej armii Mandżurskiej w stronę Muk- denu. Tymczasem generał Miszczenko, połączywszy się z korpusem Liniewicza, znalazł się odciętym od głównej armii na południc od rzeki Tajcyche. Jak z niejasnych telegramów wnioskować można, udał się wraz z zagrożonym oddziałem tego gene- rała drogą w stronę Fynchuanczenu lub Władywo- stoku — przez drogi górskie. Manewr oskrzydla- jący, przedsięwzięty przez Liniewicza, nie udał się w znacznej części zapewne dzięki temu, że Japoń- czycy na rzece Tajcyche wybudowali tamę i w od- powiedniej chwili spowodowali wylew rzeki, co uniemożliwiło korpusowi władywostockiemu i gen. Miszczence wpaść na tyły Kurokiego. Bitwa—w chwili gdy to piszemy nie jest jeszcze ukończona. Dwa oddziały wojska rosyj- skiego nad rzeką Szaclie i pod Szachopu (16 do 20 kil. na południe od Mukdenu) bronią się zawzięcie. Niektóre oddziały japońskie przeszły już rzekę Hun i idą ruchem flankowym na Mukden... Ze swojej strony Kuroki dąży tam również od wschodu. Straty w ludziach olbrzymie. U Japończy- ków wielkości ich jtszcze nie stwierdzono. Straty Rosyan obliczano w dniu 15 z. ni. na przeszło 30,000. Straty późniejsze muszą być również znacz- ne, szczególnie w odwrocie. Epizody tej straszliwej bitwy są wstrząsające. Ginęły całe pułki, płonęły wsie, od niebywałego grzmotu dział i chmur dymu, z pękających pocis- ków powstała straszliwa burza i ulewa, od której wylały wszystkie rzeki. Koło gen. Kuropatkina pękło kilka granatów. * * * Z Portu Artura donoszą o nieustającem bom- bardowaniu, które uszkodziło okręty „Retwizan" i „Pereswiet". Góra „Wysoka", którą Rosyanie napowrót od- bili Japończykom, leży w południowej stronie za- toki, tuż nad miastem i panuje bezpośrednio nad Portem. Wzięcie jej stanowiło o wzięciu twierdzy. Japończycy ponowili gwałtowne ataki na twierdzę ze wszystkich stron. Wynik dotychczas niewia- domy.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 43 827 WARSZAWSKO-ŁÓDZKI ODDZIAŁ SANITARNY Ś-go WINCENTEGO A PAULO W CHARBINIE. DOJAZD DO DWORCA KOLEJOWEGO W CHARBINIE. Fot. inżyniera Edwarda Ossera. Z Petersburga. *** Senat wyjaśnił, iż Rozkaz Najwyższy z dnia 4 marca 1899 roku, nadający ministrowi spraw we- wnętrznych prawo zezwalania katolikom na nabywanie gruntów w gub Zachodnich, stosuje się nie do gruntów skarbowych, lecz tylko prywatnych. Jak wiadomo, pra- wo to służy tylko tym katolikom, którzy prowa- dzą włościański tryb życia. Mogą oni nabywać najwy- żej GO dziesięcin ziemi. * * * - Nawoje Wretnia, zastanawiając się nad po- trzebami zwiększenia dochodów skarbowych, po- daje projekt zniżenia ceny spirytusu, nabywanego przez skarb Państwa w Królestwie Polskieni o 10 kop. od wiadra. Pismo motywuje swój projekt tern, że gorzelnie w Królestwie Polskieni znajdują się w warunkach wyjątkowych, znacznie lepszych niż w Cesarstwie. Wniosek taki może powstać tylko pod wpływem zupełnej nieznajomości stosunków ekonomicznych wewnętrznych, a nawet polityki ekonomicznej i finansowej. Gorzelnictwo w Kró- lestwie Polskieni, zwłaszcza gorzelnie, które sta- nowią ważne poparcie rolnictwa, są obecnie w po- łożeniu niezbyt pomyślnem. Wiemy, że wielu zie- mian naszych utyskuje na zbyt nizką cenę płaco- ną za spirytus przez skarb, tak nizką, że nawet niektórym gorzelniom wprost nie opłaca się produkowanie okowity. Wiemy także, iż z tego powodu pewne grupy ziemian za pośrednic- twem swoich instytucyi zamierzały wystąpić do władzy ministeryalnej z umotywowanym nieinoryalem, do- wodzącym potrzeby podniesienia ceny spirytusu, nabywanego przez rząd. Gdyby nierozważny wniosek Now. Wreni. był istotnie urzeczy- wistniony, natenczas gorzelnictwo w Królestwie Polskieni znalazłoby się w fatahiem położeniu, co na- stępnie wpłynęłoby na znaczne po- gorszanie warunków ekonomicznych rolnictwa, które już i tak nadmiernie siły natęża, ażeby utrzymać swe podstawy. Nie należy zapominać, że w kraju o wyższej kulturze rolnej produkeya jest droższa, że nadto Kró- lestwo wogóle ponosi wielkie cięża- ry podatkowe. Wtrącanie więc tego kraju w gorsze warunki przez zni- żanie cen produktu może wywołać opłakane następstwa. P. Farby Raffaellego. (Odpowiedź od Rcdakcyi). Wynalazek Raffaellego zasadza się na przygotowaniu past kolorowych z olejem, które mogą być użyte jak pastele lub kredki—celem jego jest wyłączenie z malowidła nad- miaru oleju, co zapewnić ma obrazom większą świeżość i trwałość kolorytu. Wielka ilość oleju, która jest ko- nieczna do malowania wiotkim pendzlem na płótnie, żół- knie, starzejąc się, i mąci czystość barw żądanych; nad- to konieczność używania przy rzadkich farbach siccati- wów sprowadza szybko czernienie i pękanie się malo- widła. Wszystkim tym złym stronom olejnego malowa- nia mają jakby zapobiedz nowe farby Raffaellego. Są one przygotowane do wcierania ręką, więc mogą być dość twarde i gęste, zawierają zatem tyle tylko oleju, ile tego niezbędnie potrzeba. Następnie są względnie suche, a raczej szybko schnące, używanie więc siccati- wów jest zbyteczne, a zatem i wszelkie niebezpieczeń- stwa dla obrazu z nimi połączone są usunięte. Wyna- lazca zapewnia również, że używanie farb jego wyłącza wszelkie niebezpieczeństwa, jakie wyniknąć mogą z re- akcyi chemicznych przy zmieszaniu farb o różnych pier- wiastkach, gdyż właściwie pasty jego przy kombinowa- niu tonów nie mieszają się z sobą, lecz układane są jedne przy drugich, lub jedne na drugich. O ile wyna- lazek ten zabezpiecza istotnie dzieła sztuki od wan- dalskich zamachów czasu, przyszłość dopiero okaże, na istotę twórczości artystycznej jednak wpływ jego oczy- JEDYNA FOTOGRAFIA CESARZOWEJ WDOWY (1) 1 ŻONY CESARZA CHIŃSKIEGO (2). wiście może być zaledwie bardzo nieznaczny. Można mieć piękne farby i nie być malarzem, można być dob- rym malarzem, a nie być artystą, jak z drugiej strony, według słów Whistlera: .inżynier i chemik nic nie do- dadzą arcydziełu.” Naszemu Orłowskiemu, który wy- kwit! tak nagle na dziewiczej przedtem niwie sztuki polskiej, w chwilach furyi rysowniczej, które często zja- wiały się u niego niespodzianie, w braku innego mate- ryału, wystarczały zwyczajna świeczka—szabasówka i ka- wałek patyka. Knot upalony dostarczał czerni na cienie najmocniejsze, łój roztopiony służył do rozprowadzania półtonów, i na bibule, w handelku, przy szklance wina, powstawały bajeczne szkice, które dziś stanowią dumę kolekcyonistów. R. JAN LEMAŃSKI: Z CYKLU: „MIŁOSIERDZIE. “ Błogosławieni miłosierdzie czyniący- DAMA I ŻEBRAK. Dama, chcąc żebrakowi Raz dać nieco grosza Na ulicy, stanęła I dobyła trzosa. Już-już-już miał się dobry Czyn stać na ulicy... Gdy wtem cisi przybiegli Żebraka wspólnicy, Trzos damie odebrali I w pędy najprędsze Do szynkowni przepijać Razem trzosa wnętrze! Miłosierdzie gdy czynić Chce szlachetna dama: Lepiej jeśli pić idzie Do cukierni—sama. PTAK RANNY. Podjął ptaka rannego Człek. Zagoił ranę I rzekł: „Zostań przez wdzięczność." A ptak:—„Nie zostanę. Wdzięczność? tyś mi ją winien, Bowiem gdyby nie ja, Nie mógłbyś się dowodnie Mieć za dobrodzieja."
828 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 43 Nasze ryciny. SHEBIDAN KNOWLES: POWRÓT z POLA BITWY-. — Znany malarz scen rodzajowych, Sheridan Knowles, dał w mi- łym obrazku pod powyższym tytułem skromne, ale bardzo prawdziwe i pełne wyrazu dzieło, przedstawiające chwilę po- wrotu z pola bitwy ranionego żołnierza, którego może rodzina już odżałowała. Swo- bodny ruch kobiety, która nie wierzy swoim oczom, widząc powracającego, jest pełen wyrazu. Obraz trzymany w jasnych, spo- kojnych barwach. JAN HOLEWIŃSKI: PENTUEB, U- ŚMIERZAJĄCY BURZĘ. - Gdy młody następca tronu, przyszły faraon Egiptu (w powieści Prusa), w zwycięskiej bitwie nad Libijczykami zapędził się w pogoni za ich wodzem Tebeuną w pustynię, zerwał się straszliwy tyfon, który groził zasypa- niem zarówno schwytanemu Tebeunie, jak i ścigającym Egipcyanom. Ale święty kapłan Pentuer wezwał pomocy sił niebieskich i potężnego maga, Beroesa, i sprowadził grzmoty i ulewę. „Beroes, Beroes!" — po- wtarzał wielkim głosem kapłan. Następca ujrzał ciemną figurę ludzką z podniesionemi rękoma. „Z głowy, z palców, nawet z odzie- nia tej figury co chwila wyskakiwały jasno- błękitne iskry." A żołnierze egipscy i Li- bijczycy wpadli w omdlenie, nie wiedząc, co się z nimi dzieje. Fantastyczną tę sce- nę w świetny sposób oddał młody, bardzo utalentowany artysta, dając obrazowi odpo- wiedni nastrój niejasnego, ciekawego oświet- lenia, znakomicie rysując figury i trzymając całą przejrzyście skomponowaną chwilę w pełnym smaku, tajemniczym kolorycie. JAN HOLEWIŃSKI: FARAON PRZED ŚWIĄTYNIĄ ASTORETH.—Jest to z du- żym talentem skomponowana scena ze wspa- niałej powieści Prusa p. t.: „Faraon." Przed- stawia ona chwilę, w której młody następ- ca tronu ujrzał po raz pierwszy Asyryjczy- ków. Przysłali oni wspaniałe dary na sło- niach i koniach dla faraona, a jednocześnie też dla świątyni Astoreth, gdzie znajdowała się piękna Kama, do której poseł asyryjski Sorgon zalecał się właśnie w chwili, gdy młody następca zakradł się w przebraniu oficera pod świątynię, marząc o tej tajem- niczej i zdradliwej kobiecie. „Na widok tych cudzoziemców, silnych, niezgrabnych, śmiejących się ordynarnie, cuchnących ło- jem i gadających nieznanym a twardym językiem, w księciu zagotowało się," „krew uderzyła mu do głowy, i sięgnął po miecz..." Kronika. Z KOŚCIOŁA. Były proboszcz w Żyrmunach w powiecie Lidzkim, ks. Henryk Bolcewicz, uzdolniony publicysta, znany ze swych występów, w prasie, otrzymał od J. E. ks. biskupa Roppa zezwolenie na wyjazd na wyższe studya teologiczne za granicę. Ks. Bolce- wicz wyjechał obecnie do Insbruku, a opu- szczone przez niego probostwo w Żyrmu- nach objął ks. Bolesław Sperski, b. kapelan J. E. ks. biskupa Zwierowicza. o W dniu 13-ym p. m. odbędzie się w Pe- tersburgu w kościele św. Katarzyny uro- czysta konsekracya J. E. biskupa płockiego, ks. Apolinarego Wnukowskiego, o W tych dniach w Słomczynie odbyło się poświęcenie miejscowego kościoła świeżo odnowionego i znacznie rozszerzonego Aktu poświęcenia dopełnił ks. Leopold Łyszkowski, prałat kapituły metropolitalnej warszawskiej w asystencyi ksks. prałatów: । L. Dąbrowskiego i Z. hr. Łubieńskiego, tu- dzież licznie zebranego duchowieństwa, o Jego świątobliwość Papież Pius X obda- rzył niedawno ks. d-ra Sarzyńskiego, pro- boszcza w Kościanie w W. Ks. Poznan- skiem, za zasługi, położone około podnie- sienia muzyki kościelnej, orderem „Pro ecclesia et pontifice." o Ks. szambelana Stanisława Galla, dotych- czasowego kanonika honorowego i wice- regensa seminaryum duchownego, miano- wano kanonikiem kapitulnym. Uroczyste wprowadzenie nowego dostojnika do stal archikatedry warszawskiej nastąpiło w bie- żącym tygodniu, o Ks. kanonik Józef Kwiatkowski, dziekan dekanatu miechowskiego i podkomorzy Ojca Św., obchodził w dniu 26-ym z. m. dwudziestopięciolecie swego dziekaństwa. o SZKOŁY I PEDAGOGIA. Kurator okręgu naukowego warszawskie- go otrzymał z ministeryum oświaty zawia- domienie o konieczności wyłączenia z użyt- ku szkolnego „Historyi Świętej" Szustra, W zamian za to ministeryum uznało za rzecz pożyteczną zezwolić na używanie w szkołach elementarnych, jako podręcznika przy wykładzie religii rzymsko-katolickiej, książki p. t: „Krótka historya starego i no- wego testamentu z dodatkiem ważniejszych modlitw i krótkiego katechizmu dla mło- dzieży szkolnej wyznania rzymsko-katolic- kiego." Podręcznik ten wyszedł z pod pióra ks. J. Małyszewicza z Wilna, o SPOŁECZNE. Do walki z gruźlicą, która szerzy tak straszliwe w Galicyi spustoszenia, przystą- piło z inieyatywy wybitnych lekarzy: drów Gluzińskiego, Janiszewskiego (z Zakopane- go) i Strojnowskiego poważne grono osób Zebrało się ono w ubiegłym tygodniu we Lwowie i z ks. arcybiskupem Teodorowi- czem na czele wysłuchało dłuższego wy- wodu prof. dra Gluzińskiego. Zaczem uchwa- lono założenie Towarzystwa przeciwgruźli- czego, które za pierwszy krok swój uwa-1 źać będzie utworzenie wzorowego sana- toryum ludowego dla chorych, gruźlicą do- tkniętych. Do wydziału tymczasowego, ma- jącego zająć się wprowadzeniem w życie stowarzyszenia, powołano pp. posła Barwiń- skiego, prof. Gluzińskiego, posła Hudeca, drów: Jordana, Janiszewskiego, Legieżyń- skiego i Piaseckiego, członka rady miej- skiej dra Liliena i hr. Wodzickiego. T Z RÓŻNYCH STRON. Dnia 8-go b. m. dokonano w Częstocho- wie aktu poświęcenia lokalu towarzystwa śpiewaczego „Lutnia," i w tym dniu odbył się tam pierwszy inauguracyjny koncert ŚLADEM ISADORY DUNCAN SZKIC H NOWODWORSKIEGO Program działalności Towarzystwa w sezo- nie 1904/5 r. obejmuje koncerty, wieczorni- ce, podwieczorki, teatry amatorskie i bale, o Dnia 6-go b. m. otwarto uroczyście nową politechnikę w Gdańsku. Uczestniczący w akcie otwarcia cesarz Wilhelm dał z tej okazyi upust swym oratorskim upodoba- niom i wystąpił z przemową, jak zwykle, nie pozbawioną jaskrawych zwrotów, w któ- rej zaznaczył między innemi, że nowy za- kład wzniesiony na ziemi, którą niegdyś dzielność niemiecka zdobyła dla kultury, stać ma i działać, jak wieża niezłomna, z której wiedza, pracowitość i duch nie- miecki rozlewać się ma na wszystkie stro- ny. Cudzoziemcy mogą uczęszczać na po- litechnikę jedynie po przedstawieniu świa- dectwa z ukończenia 9-klasowego zakładu średniego niemieckiego, lub na mocy spe- cyalnego pozwolenia kuratora politechniki, albo ministra oświaty, o W dniu 10-ym bież, miesiąca katedra na Wawelu święciła uroczyście pamięć i za- sługi bł. Wincentego Kadłubka, swego nie- gdyś biskupa i pierwszego narodowego dzie- jopisarza Ruch umysłowo-artystyczny w Poznaniu, o ile wogóle słabym jego objawom tak konkretne nadać można miano, objawia się niemal wyłącznie w naszej stolicy, starym grodzie Przemysława, któremu Niemcy za- mierzają podobno dać nazwę: „Warthburg." Już z tego samego zestawienia unaoczni wam się odrazu fakt, że jak we wszystkiem, tak i w pracy idealno-duchowej dwa równo- ległe idą u nas prądy, wrogo względem siebie usposobione. Na tem cierpi oczy- wiście i nauka i sztuka. Niemcy odgrani- czają się od nas na każdem polu, w nowo otwarłem wszakże muzeum Fryderyka III nie mogli nie zapełnić jednej dużej sali 1 słowiańskimi zabytkami ery przedhistorycz- nej, tak licznemi u nas wykopaliskami urn, broni i narzędzi z epoki paleolitycznej, neolitycznej i—sit venia verbo—halsztackiej. Zbiór, ułożony z niemiecką sumiennością i dokładnością, opatrzony napisami nie ze wszystkiem jeszcze pozbawionych polskiego brzmienia miejscowości, tak dla znawcy, jak lubownika przedstawia się bardzo zajmująco. Od niedołężnie obrobionych młotów ka- miennych do misternie zdobionych śpil bronzowychj od prostych grubych popielnic do kielichów kadzielnych, urn maskowych i najróżniejszych miseczek i ozdób glinia- nych mamy tu wszystkie pierwotne dzieła szorstkiej dłoni naszych praojców o 2,500 lat wstecz od dzisiejszej daty. Nadmieniam przytem, że oddawna już nasze Towarzy- stwo Przyjaciół Nauk o wiele jeszcze rzad- sze i cenniejsze posiada zbiory, tylko tak ze względu na opłatę wstępu, jak i inne niedogodności mało dostępne. Miejmy na- dzieję, że w nowym gmachu Towarzystwa dział wykopalisk równem cieszyć się bę- dzie zainteresowaniem młodzieży polskiej, jak to miałem sposobność zauważyć w mu- zeum niemieckiem. Zbiór obrazów Raczyń- skiego, ofiarowany niegdyś miastu i prze- niesiony następnie do Berlina, wrócił znów do Poznania, i teraz Czarnecki w narodo- wym stroju przysłuchuje się w niemieckich murach niemieckiej gwarze, na swojej ziemi, naszych najserdeczniejszych. Acer. Polskie Muzeum szkolne we Lwowie staje się ze śmiałego, jak mniemano, projektu już rzeczywistością Rzecz obu- dziła nader żywe zajęcie w szerokich kołach nauczycielskich i w gronie osób, zajmujących się sprawą wychowania. Do- wodem tego coraz liczniejsze dary, wpływa- jące bądź do komisyi lwowskiej, zarządzają- cej Muzeum, bądź też do komitetu pomoc- niczego w Krakowie, który popiera gorliwie tak wysoce użyteczną i potrzebną instytu- cyę. Darami tymi są: dzieła z dziedziny wychowawczej, dawne podręczniki szkolne, dokumenty, modele, obrazy i t. p. Nie brak również datków pieniężnych. Ogło- szone właśnie sprawozdanie komisyi wyka- zuje 1074 pozycye darów, złożonych do d. 1 maja r. b. Po wymienionym już czasie zniesiono nowe ofiary, za które komisya dziękuje najgoręcej, polecając tak ważną sprawę dalszej pamięci społeczeństwa. C Budowa kolumny Mickiewicza na pla- cu Maryackim we Lwowie zbliża się już ku końcowi. Ogłoszono nawet ter- min jej odsłonienia, a to na dzień 30-ty października r. b. Ustawioną kolumnę gra- nitową widać wśród obsłonek rusztowania z daleka, pozostajc zaś jeszcze do umiesz- czenia śpiżowa postać poety z geniuszem i „znicz" na szczycie pomnika, sięgającego wysokością swoją dachów przyległych ka- mienic. Cała akcya, jak od początku, tak i teraz, spoczywa w rękach wielce tu zasłu- żonych- przewodniczącego komitetu prof. dr Bronisława Radziszewskiego i jego za- stępcy Adama Krechowieckiego, którzy w ostatnich dniach uformowali sekcyę, mającą zająć się programem uroczystości i jego na- leżytem przeprowadzeniem. Do komisyi pochodowej powołano wytrawnych „cercmo- niarzy". Jest podobno w planie iluminacya, kantata, widowisko w teatrze miejskim. Dwa tylko przemówienia wygłoszą: odda- jący kolumnę prezes komitetu i odbierający ją prezydent miasta. Niewątpliwie rzecz odbędzie się godnie a z okazałością, ('. NAUKA. W sprawie orycuializmu. Znany po- dróżnik i oryentalista, p. Jan Grzegorzewski, którego jedną z ostatnich prac ogłosiła w Sprawozdaniach swoich austryacka Aka- demia umiejętności, wystosował w tych dniach list otwarty do Stanisława hr. Bade- niego, marszałka Sejmu galicyjskiego. W li- ście tym, powtórzonym przez wszystkie dzienniki, porusza p. Grzegorzewski sprawę oryentalizmu i oryentalistyki odłogiem u nas leżącą, u nas, gdzie przecież Wschód wy- warł wpływ tak potężny, przebijający się dotychczas w zwyczajach, tradycyach, języ- ku i t. p. Anglia, Francya, Niemcy, Rosya posiadają znakomite instytuty oryentalne, nawet Belgia, Holandya i Dania zajmują się poważnie oryentalizmem, nasze tylko społeczeństwo, znajdujące się jakby u wrót Wschodu, a liczące niegdyś wielu pierwszo- rzędnych badaczów oryentalizmu, stoi w rze- czy tej na boku. Mnóstwo cennych mate- ryałów, bądź ściągających się do historyi kraju, bądź też wysoce wartościowych dla
829 GRUPA CZŁONKÓW TOWARZYSTWA DRAMATYCZNEGO IMIENIA IGN. PADEREWSKIEGO W MILWAUKEE. Holografia J. Cieślaka ze zbiorów Józefa Zawodnego, reżysera Towarzystwa. literatury polskiej, są dziś wprost niedo-' stąpnę. Przed laty zamyśla! o poruszeniu tej doniosłej kwestyi nieodżałowany Ludwik hr. Krasiński, który wzywał nawet p Grze- gorzewskiego do zorganizowania katedr ję zyków wschodnich, przyrzekając swoją po- moc moralną i materyalną. Skoro zgon jego przerwał, niestety! te rozległe plany, kołace autor listu do p. marszałka krajowe- go z prośbą, iżby myśl ś. p. Krasińskiego Podjął teraz i przedstawił Sejmowi w celu utworzenia instytutu oryentalnego lub przy- najmniej (w braku funduszów) założenia katedr filologii wschodniej na wszechnicach w Galicyi. c | Uniwersytet lwowski otrzymać ma wkrót- ce nową katedrę, mianowicie w myśl wnio- sku wydziału filozoficznego utworzona bę- dzie katedra literatury niemieckiej, r Dr Adam Szelągowski, docent uniwer sytetu, mówił w tych dniach w Związku aukowo-literackim we Lwowie „o meto- dzie historycznej i krytyce literackiej.” W dyskusyi zabierał też glos między inny- *” Aleksander Bruckner, bawiący zazwy- czaj w tym czasie na studyach w swem nieście rodzinnem. i Dr Konstanty Wojciechowski, profesor, Żydówek. Z ogólnej cyfry 76,548 pra- gitnnazyalny, zatwierdzony został jako do- cownic trzecia część prawie, zajmuje cent prywatny historyi literatury polskiej । się krawiectwem, modniarstwem, ponczosz- na uniwersytecie lwowskim, c nictwem, a reszta — innemi rzemiosłami. Pkzemysł. rolnictwo i han- Własne warsztaty posiada 29,911, do wy- DEL. Niedawno powstała w Warszawie nowa in 21,893 zapisane są jako uczennice Zarobek stytucya pod nazwą rolnej delegacyi współ dzielnej, mającej na celu zjednoczenie dzia- łalności handlowej poszczególnych towa- rzystw rolniczych. Na przewodniczącego delegacyi wybrano—p. Ignacego Jórskiego, yrektora Tow. rolniczego gub. Warszaw- skiej, na zastępcę jego—p. Stanisława Bą- zyńskicgo, obywatela ziemskiego z gub. edleckiej, na sekretarza zaś—p. Stefana Kozłowskicgo. Tymczasowo sprawy dele- gacyi, do której należeć mogą wyłącznic tylko towarzystwa rolnicze, wydziały han- dlowe towarzystw rolniczych, tudzież spółki i kółka rolnicze włościańskie, załatwiać bę- dzie pory szeń W Warszawskie Tow. rolnicze. Do tej przystąpiło do delegacyi 16 stowarzy- rolniczych. o dniu 15-ym b. m. w domu dochodo- wym teatrów rządowych warszawskich przy ul. Wierzbowej Nr 8 odbyło się poświęce- nie lokalu powstającego w Warszawie czwartego Towarzystwa wzajemnego kre- dytu. o ŚWIAT KOBIECY. Do jednego z adwokatów przysięg- łych w Warszawie zwróciło się grono poslugaczek przychodnich z prośbą o ułożenie ustawy, która, mając na celu udzielenie pracodawcom pewnej gwarancyi co do ich osób, przyczyniłaby się do roz- woju służby przychodnie} u nas. Ustawa ma objąć również zakres dostarczania zaję- cia kobietom, potrzebującym pracy, i od- dzielnym paragrafem żądać utrzymywania kasy chorych.—Gazeta Der Frajnd podaje dokładny wykaz liczebny rzcraieślniczck robnic zaliczyć należy 24,744, pozostałe kobiet niższy jest znacznie od zarobku mężczyzn rzemieślników. Szwaczki kraw- cowe w dużych miastach mają stosunkowo dochody największe, bo 6 8 rub. tygo- dniowo (na prowincyi tylko 2 — 3); poń- czoszarki, pracując przy własnych maszy- nach po 15 godzin dziennie, zarobić mogą najwyżej 3 rub. tygodniowo, w magazy- nach zaś tylko 2 rub. Inne rzemiosła przy- noszą za 14-godzinną pracę zaledwie 1—2 rubli na tydzień. HIGIENA. Na ostatniem posiedzeniu członków wy- działu hygieny zdrojowisk wygłosił dr Alfred Sokołowski odczyt p. t: „Z wyciecz- ki klimatologicznej do Danii i Szwajcaryj,” w którym roztrząsał szczegółowo dodatnie rezultaty, osiągane w Danii w walce z gru- źlicą. Opisawszy sanatorya tamtejsze, za- znaczył prelegent fakt niezwykle troskliwe- go traktowania w nich chorych, którzy nie ulegają tam żadnym klasyfikacyom, ani pod względem swej zamożności, ani też sfery, z której pochodzą, a nadto zwrócił uwagę słuchaczów na wysoce kulturalne zachowa- nie się obywateli tamtejszych, którzy nie skąpią ofiar materyalnych na cele walki z tak strasznym wrogiem ludzkości, jak gruźlica, o SPORT. Słowo donosi, że w dniu 6-ym b. m. przed rejentem Wasiutyńskim spisano akt zawiązania się „Warszawskiej Spółki My- śliwskiej,” założonej z kapitałem 150,000 rubli przez znanych w kraju naszym miłoś- ników myśliwstwa, jak oto: Ksawerego hr. Branickiego, St. Lilpopa, dr St. Zaborow- skiego, Jana Sztolcmana, Wł. Słonczyńskie- go, Józefa Zarcmbskiego, St. Rostkowskie- go, d-ra A. Rostkowskicgo i innych. Spół- ka postawiła sobie za zadanie zaopatrywać myśliwych we wszelkie przedmioty w wy- borowym gatunku, związane z danym spor- tem, po cenach możliwie najprzystępniej- szych. o OSOBISTE. Ojciec Św. Pius X Obdarzył adw. przys. Maryana Śmiarowskiego nominacyą na ka- walera orderu „Pro Ecclesia et Pontifice.” ZMARLI. Jan Goldsfand, jeden z wybitnych finan- sistów, współwłaściciel znanego domu ban- kowego pod firmą Leon Goldstand, zmarł w Warszawie dnia 12-go b. m., przeżywszy lat 68. Urodzony w Warszawie, zmarły, po ukończeniu szkół tutejszych, kształcił się za granicą, skąd powrócił dla objęcia wspól- nie z bratem kierownictwa domu bankowe- go p. f. „Leon Goldstand.” Na stanowisku tern jednak nie pozostawał ś. p. Goldstand zbyt długo, wkrótce bowiem opuści! War- szawę, aby na życzenie założyciela i pre- zesa Banku handlowego, ś. p. Leopolda Kronenberga, stanąć na czele filii petersbur- skiej tego banku. Z instytucyi tej prze- szedł następnie zmarły do dyrekcyi mię- dzynarodowego Banku handlowego w Pe- tersburgu i na tern stanowisku pozostawał przez lat 25 dbając o rozwój wielkiego przemysłu metalurgicznego i zapoczątkowu- jąc liczne przesiębierstwa kolejowe i finan- sowe. o Melania z Kossowiczów Janoioa hr. Lc- dóchowska, zmarła w Warszawie dnia 7-go b. m., przeżywszy lat 69. o Józef Monkiewicz, doktor medycyny, rz. r. st., obywatel ziemski gub. Kowień- skiej i m. Warszawy, zmarł w Warszawie dnia 11-go b. m., przeżywszy lat 74. o J. Kukiewicz, wybitny obywatel m. Miń- ska gub., zmarł tamże dnia 9-go b. m. Ś. p. Kukiewicz zajmował przez szereg lat stanowisko dyrektora Tow. wzajemnego kredytu w Mińsku, a nadto był prezesem resursy tamtejszej i zastępcą radnego ziem- skiego na powiat Borysowski. o Władysław Habdank Korzybski, rz. r. st., b. inspektor komunikacyi lądowych i wodnych, obywatel ziemski i m. Warsza- wy, zmarł w majątku własnym Rudniki, w gub. Piotrkowskiej, dnia 14-go b. m., przeżywszy lat 66. Zmarły był autorem kilku rozpraw z dziedziny gospodarstwa wiejskiego, między innemi wydał „Melio- racye rolne.” o
830 TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 43 WEZUWIUSZ W CZASIE SPOKOJNYM. WYBUCH WEZUWIUSZA WE WRZEŚNIU r. b. Zdjęcia fotograficzne R. V. Mattcucciego, dyrektora obserwatoryum na Wezuwiuszu. Ze świata. Z KOŚCIOŁA WE WŁOSZECH. Jak donosi półurzędowy organ Watykanu, Osser- vatore Romano, Ojciec Św. nic zniesie t. zw. „non expcdit,“ czyli nie pozwoli katolikom włoskim brać czynnego udziału w zbliżających się wyborach do porlamentu. KBÓLOWA włoska—jak donoszą do Tcm/>sa—sama karmi swojego syna, wło- skiego następcę tronu. Jest to fakt, zasługu- jący na szczególną uwagę ze względu na to, że tak wiele matek naszych wstrzymuje się od pełnienia tego obowiązku—ze szko- dą dziecka, a często i własną Chrzest na- stępcy tronu odbędzie się w połowie listo- pada, w Rzymie, w kaplicy Kwirynału. Z powodu narodzenia się syna otrzymali królestwo włoscy około 800,000 listów, k KONGRES PRZECIWKO NIEMORAL- ności w literaturze otwarto d. 4 b. m. w Kolonii. Kongres, w którym biorą udział przedstawiciele różnych narodowości, zastanawiając się nad sposobami walki z niemoralnością w literaturze, powołał di działania ustawy prawne, prasę, księgarnie, biblioteki i czytelnie—zwłaszcza ludowe, k PRZYSZŁY KONGRES POKOJU. Na posiedzieniu instytutu prawa międzynarodo- wego, którego obrady, odbywające się w Edymburgu, ukończono z. m_, nadesłał prezydent Roosevelt propozycyę zwołania drugiej konferencyi pokojowej w Hadze. Projekt przyjęto z żywem uznaniem, k KONGRES PRZYRODNIKÓW W NIEMCZECH WOBEC SZKÓŁ SBED- nich. Na odbywającym się we Wrocła- wiu kongresie przyrodników i lekarzy od- czytano kilka referatów w sprawie koniecz- ności udzielania nauk przyrodniczych w szkołach średnich, a w szczególności biolo- gii, chemii i geologii. Zwracano uwagę na wielką doniosłość tych nauk dla ogólnego rozwoju umysłowego i spostrzegawczości młodzieży gimnazyalnej. k PISMA hakatystyczne. Pisma ha- katystyczne robią wrażenie, jakby w swo- jej bezmyślnej agitacyi wpadły w jakiś „trans", w którym starają się, wrzeszcząc na całe gardło, przelicytować się wzajemnie w pomysłach środków „tępienia Polakow". Zaciekłość ich tak często wpada w śmiesz- ność, że aż te krzyki przestają być niebez- piecznymi. Tak np. Hamburger Nachrich- ien żądają ni mniej ni więcej tylko skasowa- nia wszystkich gazet polskich, rozwiązania wszystkich związków i towarzystw, zgerma- nizowania wszystkich polskich nazw miej- scowości (!) i spolonizowanych nazwisk ro- dzin polskich (!), przesiedlania polskich urzęd- ników, zakazu noszenia ubiorów sokolskich, kokard, oznak i t. p. Inne pisma podają jeszcze dziwniejsze rady, np. „wolnomyślna" Saals/g. prosi usilnie, aby pozwolono Ży- dom walczyć z Polakami, i użala się gorzko, że niektóre partye wciąż jeszcze bronią się przeciwko żydowskiemu współpracownic- twu na polu narodowem. Z powodu zja- wienia się owych „kwiatków" hakatyzmu Kttryer Poznański twierdzi, że dowodzą one bezradności partyi polakożerczej. „Kto wie,—pisze Knryer—czy Koln. Yolksztg nie ma słuszności, prorokując, że chwila likwidacyi się zbliża! Pewnem jest, że z chwilą, gdy polska kwestya zniknie z po- rządku dziennego spraw pruskich, Prusy od- zyskają spokój i zdrowie. Pod tym wzglę- dem kwestya polska jest najdonioślejszą sprawą obecnej wewnętrznej polityki monar- chii. k SPRAWA MORDERSTWA HR. BON- MORTINI. Przed sądem przysięgłych w Turynie rozpoczął się niedawno proces, któ- rego przebieg elektryzuje wszystkie sfery włoskiego społeczeństwa — proces morder- ców Bonmartinicgo, zasztyletowanego d. 28 sierpnia 1902 r w swojem własnem miesz- kaniu w Bolonii. Sprawców tej niezwykle śmiałej i zadziwiająco zręcznie dokonanej zbrodni długi czas szukano napróżno. Wy- kryto ich wreszcie dzięki profesorowi Murri, kloty o udział w zbrodni oskarżył własne- go syna, Tullia, szwagra ofiary. Jak to wykazało śledztwo—cała banda łotrów od- dawna czyhała na życic hrabiego. Czekano tylko na chwilę, w której on będzie miał przy sobie pieniądze. Kluczów do mieszka- nia Bonmartinicgo dostarczyła jego własna żona, Linda, która wyszła za niego w r. 1893 dla jego bogactw i stanowiska społecznego, porzucała dwa razy i w końcu postanowiła go zabić. Czynu tego dokonali: Dr. Naldi, Murri i Rosina Bonctti, dawna służąca Mur- rich. W krwawej tej sprawie, w której kry- je się jeszcze wiele tajemnic, powołano 350 świadków, k wybuch Wezuwiusza. We wrze- śniu Wezuwiusz dał się znowu we znaki najbliższej okolicy, mieszkańcom Portici, Torre Anunziata, Torre del Greco, Bosco Tre Casc i t. d. Szczyt wulkanu, który tak sielankowo, pogodnie rysuje się na tle sza- firowego nieba, zaczął wyrzucać kłęby gę- stego dymu, a razem z nimi i rozpalone odłamy lawy; nad kraterem utworzyła się ciemna chmura, w nocy oświecona czerwo- nym odblaskiem ognia, wydobywającego się z krateru. Jednocześnie też odzywały się głuche, podziemne grzmoty, które sły- chać było z najbliższej ckolicy wulkanu, i dały odczuć się lekkie trzęsienia ziemi. Wogóle jednak, obserwacye tych zjawisk są bardzo utrudnione. O wyjeździć ko- leją linową, pod wierzch wulkanu mowy być wtedy nic może, a nawet zbliżanie się ku rozpalonej lawie, która ognistymi stru- mieniami spływa z boków krateru, byłoby nadzwyczaj niebezpieczne, gdyż w da- nej chwili, niespodzianie, może otworzyć się szczelina i lawa wytrysnąć. Lat temu dwadzieścia kilka, kilku turystów angiel- skich znalazło w ten sposób śmierć na Wezuwiuszu. Najwspanialszym zaś jest wi- dok w nocy, kiedy — fotografować nie I- JERZY, KRÓL SASKI- można. Obecnie Wezuwiusz wrócił już do dawnego spokoju, i tylko z wierzchołka krateru wznosi się słup białego dymu, jak- by kadzidło z wielkiego ołtarza ofiarnego. Najsilniejszy wybuch przypadł dnia 24 września, zniszczył górną stacyę kolejki linowej, uszkodził relsy, tak, że dopiero za trzy miesiące wycieczka t. zwaną funicolarc będzie możliwa, bo tyle czasu potrzeba do naprawy. ZE Polityka. Ponieważ wojna wschodnio-azyatycka ciężarem swoich wpływów pośrednich przy- gniata—mniej lub więcej cały świat nie dziw, że po każdym wybitnym jej momen- cie, politycy wracają do kwestyi pośrednic- twa pokojowego. Owóż w kwestyi tej Journal de St. Petersbourg ogłosił komu- nikat treści następującej: „Prasa różnych krajów często omawia kwestyę pośrednic- twa pokojowego, które miałoby jedno z mo- carstw zaofiarować stronom wojującym. Na- leży stwierdzić fakt, że głosy te obecnie umilkły. Widocznie zrozumiano wszędzie, iż usiłowania w tym kierunku byłyby da- remną stratą czasu. Jakichkolwiek użyłoby form pochlebstwa, nic one nie zdziałają, i nie należy się dziwić, że rząd rosyjski zachował się tak obojętnie wobec kampanii, prowadzonej ostatnimi czasy przez prasę na rzecz pośrednictwa. Milczenie rosyj- skiego ministeryum spraw zagranicznych jest zupełnie zrozumiałe. Ministeryum stanow- czo oświadczyło, że nie dopuści do żadnej intcrwcncyi państw obcych. Forma tej de- klaracyi była całkiem wyraźna i bezwzględ- na Byłoby przeto rzeczą najzupełniej zby- teczną powtarzać ją przy każdej najbaga- telniejszej sposobności."—Zmiana tronu od- była się w Saksonii. Król Jerzy, po krót- kiem panowaniu, zakończył życic, a koronę po mm odziedziczył syn, obecnie już król Fryderyk August. Politycznego znaczenia zmiana ta nie ma, a jeśli w prasie mówi się o niej stosunkowo dużo, to głównie z powodu nowej królowej. Pamiętna jest katastrofa rodzinna, która przed rokiem do- prowadziła do wygnania księżny następ- czyni z dworu drezdeńskiego. Utrzymują niektórzy, że teraz, skoro nieprzejednany król Jerzy umarł, nastąpi między małżon- kami zgoda; wydajc się to jednakże nic- prawdopodobnem, wobec skandalicznego rozgłosu, jaki sprawa miała w swoim cza- sie.—Na ważną zmianę polityczną zanosi się we Włoszech. Tworzy się tam wielkie stronnictwo katolickie, które weźmie udział w wyborach i w akcyi parlamentarnej Do- tychczas, jak wiadomo, stronnicy Państwa Kościelnego nie uczestniczą w życiu pol<- tyczncm zjednoczonego królestwa, w myśl zasady pf eletlori ni eleili, wydanej przez Piusa IX Obecny Papież zasady tej for- malnie nic odwoła, lecz udzielić ma na zmianę jej milczącego przyzwolenia. FRYDERYK AUGUST, NASTĘPCA TRONU SASKIEGO.
831 KSIĄŻKI 1 WYDAWNICTWA P6RY0DYCZNG wiele miejsca. „Przegląd roczny" p. W. | Stodolnickicgo jest odręczną notatką, dość : miernie informującą o życiu lubelskiem. Dr W. Tołwiński rozważa trzydziestoletnią działalność lubelskiego Tow. Lekarskiego, dr A. Pułaski zaś pisze historyę dwudzie- stu pięciu sezonów kuracyjnych w Nałęczo- wie. Ciekawą wiadomość o „Grobach przedhistorycznych pod Nałęczowem" po- daje p. H. Wiercieński. Te cztery prace oraz pomieszczona dalej sylwetka Mikołaja Reja, wyczerpują całą racyę wydawniczą „Pamiętnika." Kronika wojny rosyjsko-ja- pońskiej oraz błahy „dział literacki" nie warte wzmianki. * Henryk Strure: liiinianiiol Kant oraz dziejowa doniosłość jego kry- tycyzmu. (Warszawa, 1904, skład w księgar- ni E. Wende i Spł., str. 39 w 8-ce. Ce- na rub. 1.50).—Popularny i zwięzły wykład doktryny kaniowskiej oraz wpływów jej na epokę dzisiejszą. Autor twierdzi, że nawet takie kierunki filozoficzne, które nie mogą być nazwane kaniowskimi w ścisłem zna- czeniu, znajdują się jednak wyraźnie pod wpływem rozlicznych czynników jego kry- tycyzmu. Wyjaśniwszy doskonale treść i waż- ność obu „Krytyk" („czystego rozumu" i „praktycznego rozumu"), prof. Struve roz- trząsa rezultaty filozofii Kanta w ciągu ca- łego ubiegłego wieku, nie zatrzymując się przed argumentami nieco luźno sformuło- wanymi. Bądź co bądź, uważny czytelnik zrozumie z książeczki epokowe znaczenie kantyzmu oraz istotę wniosku Struvego, brzmiącego tak: „Gdy myślicielom uda się dualizm poznawczy Kanta zastąpić harmo- nijnym, syntetycznym monizmem, dopiero wtedy krytyka spełni w zupełności owo propedeutyczne zadanie, o którem mówił sam Kant. Ale też dopiero wtedy rozpocz- nie się na dobre dojrzała praca konstruk- cyjna umysłu ludzkiego nad wzniesieniem świątyni prawdy. A za nią pójdą świątynie piękna i dobra!" * Włodzimierz Lewicki: O inne ży- cie. (Kraków, nakładem autora, 1904, str. 92 w 8-ce). — Po nieudatnych pró- bach karyery politycznej, Włodzimierz Le- i wieki, jeden z najdzielniejszych nie- gdyś studentów uniwersytetu krakowskie- . go, zatęsknił do „innego życia." Obu- ) dzone w duszy „pragnienie czynu, nadzieja lepszego jutra, wiara w lot ku słońcu" po- budziły go do napisania czterecłi poematów dramatycznych: „Pieśń," „Południca," „Vi- gilando" i „Ku szczytom." Niestety, tęsk- nota pozostała jedynie tęsknotą: głosy szczere, oryginalne pomilkły w odmętach Stojałowszczyzny, w której autor pełnił rolę adjutanta, a do poematów wciskają się gwałtownie reminescencye książkowe. Wyrazom Lewickiego nie braknie tu i ow- dzie siły, ale operować symbolami nie umie, a interes dramatyczny gubi w nad- miernej frazeologii. * Wacław Żmudzki: Z pamiętnika psychopaty. (Lwów. Księgarnia polska. 1904. Str. 223 w 16-ce. Cena rub. 1.30.)— Pomyli się, kto w tytule opowieści p. Żmudzkiego szukać będzie przenośni iro- nicznej: należy go brać dosłownie. Autor analizuje chorobliwy wypadek niemocy płcio- wej, wypadek tak rzadki i tak bar- dzo... kliniczny, że i czytelnik i krytyk muszą mu wierzyć na słowo. Zarówno w kombinacyi czynów, jak w ogólnym układzie sytuacyi panuje tu dowolność, która podnosi może interes naracyjny po- wieści, ale wrażenia artystycznego nie wy- wołuje. Literackie zalety p. Żmudzkiego KSIĄŻKI POLSKIE. * Z. głośnik: Japonia. (Nakładem Tow. Wydawniczego we Lwowie, 1904, str. 278 1 w 16-ce. Cena rub. 1.30).—Wojna wywołała 1 u nas szczególne zjawisko. Niektórzy lu- ' dzie, po przeczytaniu trzech książek o Ja- ponii, dowiedzieli się odrazu tak wiele nie- : Znanych rzeczy, iż zabierają się do pisania czwartej o tym samym przedmiocie. Takiej pokusie uległ, między innymi, p. Kłośnik. •*ogo „Japonia" składa się: 1) z wolnego przekładu książki Weulersse’a, wydanej przez Tygodnik IIlustrowany; 2) ze streszczenia broszury francuskiej o armii i flocie japoń- skiej; 3) wreszcie z przekładu jednego roz- działu „Literatury japońskiej" Astona. Ca- łość—skompilowana starannie i z dobrą wiarą w użyteczność podobnej roboty. * Edmund Zcelienter: Szkice i na- stroje. (Lwów, Nakładem Towarzystwa Wyd. 1904. str. 232 w 16-ce)—Osiemna- ście opowiadań nierównej wartości. Naj- słabsze są tu „nastroje"; polegają głównie na sztucznem nagromadzeniu patetycznych Wyrazów. O wiele wyżej stoi p. Zachen- ter w siedmiu prostych, barwnych i plastycz- nych obrazkach z życia chłopskiego. Po- mimo sentymentalnych tonów, niektóre no- wele (jak „Osierocona", „Hanusina wigilia" ' »W zimowy czas") zapowiadają nowy ta- lent. * I). Moreżkołłski: Leon Tołstoj i Do- stojewski juko ludzie. Przekład. (Lwów. 1904. Polskie Tow. Nakład. Str. 247 w 16-ce.. Cena rub. 1.35). — Autor postanowił zbadać, o ile sam Tołstoj jest... „tołstoistą". Po długiej, niezmiernie subtelnej analizie icgo prywatnego życia, doszedł do wniosku, że istnieje olbrzymia sprzeczność między wyznaniem wiary a czynami tego, kto de- maskuje sprzeczności całej kultury ludzkiej; że Tołstoj „potrafił połączyć najsubtelniejszą rozkosz i dogadzanie ciału z ostatnieni sło- wem rozkoszy i hibieży myśli—sławą;" że Ewangeliczny hrabia „wynalazł nowy, naj- wyrafinowańszy sposób rozkoszowania się aromatami: po zapachu gnoju -zapach kwia- tu i perfum." Takie rezultaty badania są, oczywiście, zupełnie jasne i stanowcze. Mc- reżkowski innego jest zdania: w drugiej Części książki próbuje powiększyć wartość swych argumentów psychologicznym roz- biorem życia... Dostojewskiego. Paralelizm ten, wybrany dość nieszczególnie, wniósł do książki fałsz i zamęt. Kto zna bio- grafię Dostojewskiego, ten niełatwo przyj- cie takie twierdzenie: „Calem życiem swo- Jetn dowiódł Dostojewski, że, jak bohatera- mi wieków minionych mogli być królowie, Prawodawcy, wojacy, prorocy, pustelnicy 1 asceci, tak samo we współczesnej cywi- Uzacyi ostatecznym typem bohatera stać S‘Ę może bohater słowa -literat". W koń- cn rozprawy zląkł się Mereżkowski włas- nycli wniosków, zwłaszcza tych, które wy- prowadził na niekorzyść Tołstoja; zamknął książkę licznemi zastrzeżeniami i poctycz- nemi uogólnieniami dosyć miernego ga- tunku. Pamiętnik Lubelski. Kalendarz illu- slrowany. (Warszawa—Lublin, 1905, wy- dawnictwo Władysława Stodolnickicgo, ®lron 120 w 4-ce). — Śród wszystkich alendarzy naszych „Pamiętnik Lubel- 1 ma najstaranniejszą szatę zewnętrz- n4- ładny papier, druk jasny i czytel- ny oraz nienajgorsze illustracye. Treść za Niezupełnie odpowiada oczekiwaniom. Wydawnictwie podobnem największe to W baczenie ma dokładna kronika miejscowa. Otóż w „Pamiętniku" udzielono jej nie- i angielskich; Reniew of Reviews (Nowy Jork): artykuły: o wystawie w Saint-Louis, o hodowli bydła w Kalifornii, o dzienikar- stwie włoskiem. FRANCYA. * Kazimierz Stryjeński napisał nową mo- nografię historyczną p. t. Le gendre dc Louis AT. Jest to historya don Fi- , _ lipa, infanta hiszpańskiego, syna Elżbie- ................ „Ulgi dla ty Farnczyjskiej, a męża Ludwiki Elżbiety Żydów" przez J. Gościckiego.—Tygodnik I francuskiej. Ulegał on przez całe życie tym polski: „W sprawie służby domowej."— , dwom kobietom, które, domagały się dla Zorza: „Czy warto wyjeżdżać ze wsi do i Warszawy dla poprawy losu?"—Biblioteka j Warszawska: „Jan Lahor"—studyum przez I Adama Krasińskiego; „Przemiany", powieść < Kazimierza Zdziechowieckiego; „Nad Tyb- < rem" przez Stanisława Smolkę; „Proces ! kryminalny Karola Szajnochy" przez dra ' Bronisława Łozińskiego; „Stanisław Wit- kiewicz jako budowniczy polski" przez Ka- zimierza Mokłowskiego; „Dramat i opera" przez W. Bogusławskiego.—Słowo: „Wiel- ki przemysł w Galicyi" przez W. L.; „Li- sty z podróży po Grecy i" przez Adama Sie- rakowskiego.—Goniec Poranny: „Jubileusz sztuki" przez Kazimierza Bartoszewicza.— Kurycr Codzienny: ,7. wędrówki" przez A. L. Szymańskiego.—Kurycr Warszaw- ski: „Na dobrej drodze" przez W. R.; „Pamiętniki Rupiecia" (Jesień) przez Igna- cego Grabowskiego. ANGLIA. * Księgarnia Chatto i Windus w Londy- nie wydaje obecnie kompletne, sześcioto- mowe wydanie poezyi Swinburnda. Do- tychczas wyszły z druku dwa tomy: pierw- szy zawiera „Pocms and Ballads", drugi— „Songs before Sunrise" i „Songs of two Nations." Wydawnictwo to powitają radoś- nie wszyscy wielbiciele znakomitego poety. Znaczna część jego utworów była wyczer- pana, oddzielne zaś poematy sprzedawano po niezmiernie wygórowanej cenie. W zbio- rowej edycyi mieścić się będą wiersze, które Swinburne ogłosił poprzednio w dwu- dziestu dwóch pojedyńczych tomikach. Na czele pierwszego tomu znajdujemy piękne słowo wstępne od autora. * Arnold Bennet, jeden ze zdolniejszych młodych pisarzów angielskich, ogłosił wy- borny romans p. t. A greal Man. Autor opowiada z werwą i prostotą, w jaki spo- sób Henryk Shakespeare Knighl stał się ' romansopisarzem i dramaturgiem, „ulubień- cem publiczności." Niema w tej powieści ani cienia karykatury, a przecież pobudza 1 do nieustannego śmiechu. Bennett jest za- f wsze ogromnie dyskretny i skupiony. Histo- I rya „great Man’a" zbudowana jest dosko- nale, a napisana świetnym stylem. * Nowe książki. John Oliver Hobbes The Fineyard (romans); Dr William Tur- ner History of Philosophy, prof. J. M. Baldwin Denclopmcnt and Evolution\ H. W. Boynton Journalism and Litera- turę; R. R. Wilson New England in Lel- fers; George Bernard Shaw Man and Su- perman (dramat); George P. Huntington Comments of Ruskin on the Dinina Cotn- media. * Czasopisma. Niuetcenth Century: C. Elliot—o Afryce wschodniej; T. Mann— o wetowaniu kobiet w Australii.—North American Reniew. Cortissoz pisze pane- giryk dla malarza Watts’a; Review of Rc- vicws (Londyn): W. T. Stead w dalszym ciągu swych „wrażeń teatralnych" odpowia- da na artykuły M. Prćvosta i panny Emilii Lerou o moralności aktorek francuskich (barwność stylu, subtelność, siła nastroju) zwracają uwagę czytelnika, ale racyi pod- jętego zadania nie ocalają. PRASA POLSKA. Przegląd Tygodniowy: „Tryumf techni- ki"; — Niwa Polska: „Ogrody zarobko- we" przez W. Wojciechowskiego. Ziarno: „Wnuczka Jana Ill-go“ (Marya Klementyna Sobieska).—Ogniwo: „Kelnerki" przez p. —Czytelnia dla wszystkich: , niego królestwa lub księstwa. Ludwik XV, po pokoju akwizgrańskim, ofiarował mu księstwo parmeńskie. Krytyka francuska ocenia książkę Stryjeńskiego bardzo po- chlebnie, podnosząc zalety jego metody hi- storycznej i umiejętności przyjemnego opo- wiadania. * Znany krytyk Emil Faguet napisał książkę p. t. En lisant Nietzsche. Autor próbuje wytłómaczyć, w jaki sposób Nie- tzsche budował swój system i określa znacze- nie jego filozofii. Nietzsche był —mówi Faguet—Grekiem; opiewał piękno życia i je- go rozkosze. Prawdziwy optymizm pochła- nia złe i usuwa je. Trzeba żyć śród nie- bezpieczeństw, aby korzystać z całej pełni życia. W dążeniu jednak do istnienia cał- kowitego spotyka człowiek liczne przeszko- dy; strach przed poszukiwaniem prawdy, religie, wreszcie naukę. Człowiek jest zwie- rzęciem wyjątkowem, nie—rozsądnem, nie —mistycznem, nie—moralncm, ale silnem i pięknem, przeznaczonem do tworzenia siły i piękna. Namiętności pozwalają żyć ludziom życiem płomiennem i wyższem. Ta maksyma życia zbudowana jest przecież dla arystokracyi duchowej, dla wybrańców. Nietzsche jest arystokratą. Podług Fagueta, nie był Nietzsche wielkim, oryginalnym myślicielem; można go odnaleźć całego w pismach La Rocłiefoucaulda, Renana, Goethego i Schopenhauera. Główna jego zasługa polega na tem, że był prawdziwie radykalny. NIEMCY. * Dr Emil Lóbl ogłosił pracę p. t.: Kul- tur und Presse. Autor roztrząsa charakte- rystyczne cechy prasy współczesnej ze sta- nowiska politycznego i partyjnego, omawia technikę dziennikarską, zastanawia się nad stanowiskiem zawodowych dziennikarzy wśród społeczeństwa, pisze o wpływie dziennikarstwa na życie publiczne i na ży- cie umysłowe, bada kwestyę stosunku po- między dziennikami a polityką, oraz po- między prasą a władzą państwową. Zwró- ciwszy uwagę na to, że w Ameryce dzien- niki stają się poprostu dyaryuszami infor- macyjnymi, dr Lóbl wyraża przekonanie, że w Europie Środkowej dzienniki zachowają nadal, obok informacyjnego charakteru, tak- że posłannictwo swoje jednego z pierwszo- rzędnych czynników życia umysłowego i duchowego. SKANDYNAWIA. i * Czasopisma. Dansk Tidsskrift (Ko- penhaga) A. Tomsen, z powodu setnej rocz- nicy urodzin Ludwika Feuerbacha, rozważa . rolę jego w historyi myśli religijnej; Ord och Bild (Sztokholm): M. Montgomery, pa- miętniki do epoki Gustawa IV Adolfa; S. Hoegstroem—pisze o technice gimnastyki szwedzkiej, a zwłaszcza o metodzie braci Kellgrcn; Caria (Sztokholm) M. Berger i A. Ruhe: o teatrze Antoine’a; artykuł o „Historyczncm Muzeum muzyki w Sztok- holmie."
832 TYGODNIK ILLUSTROWANY Np 43 OD REDAKCYI. Każdy prenumerator „Tygodnika illustrowanego" w r. 1904 otrzyma bez żadnej dopłaty Potop 1 f\ tomów powieści ŁY°łody Ić SIENKIEWICZA (co miesiąc tom) •f O tomów oraz I / 14. DZIEŁ POPULARNYCH (co miesiąc tom) czyli ogółem (co miesiąc 2 tomy) W TOMY ROCZNIE /1. Biblioteki powieści f i dzieł popularnych NADTO KOLOROWE PREMIUM ARTYSTYCZNE oraz przy każdym numerze, nie zawierają- cym dodatku książkowego, ARKUSZ POWIEŚCI TŁÓMACZONEJ. Na oprawę 12-tu tomów Pism Sienkiewi- cza w roku bieżącym dołączać należy rb. 2; oprawa 6 tomów kosztuje rub. 1, oprawa 3 tomów 50 kop.' Ozdobna oprawa 12 tomów dzieł popularnych wynosi także rb. 2, opra- wa 6 tomów rub. 1, oprawa 3 tomów 50 k. Oprawa wszystkich 24 bezpłat- nych dodatków wynosi rb. 4, opła- cane rocznie, półrocznie lub kwar talnie. W IV-ym kwartale r. b. otrzyma- ją prenumeratorowie „Tygodnika il- lustrowanego" w 6-ciu dodatkach bezpłatnych: „Historyę ruchu kobiecego** w opracowaniu J. Okszy, jeden tom. „Życie artystyczne ludzkości** Alfonsa Roux (z illustracyami) w przekładzie J. Lorentowicza, jeden tom. „Pan Wołodyjowski** Sienkiewicza, 4 tomy. Nadto premium kolorowe TEODORA AXENTOW1CZA p. t. „Zaczytana," będzie rozesłane w ciągu listopada r. b. wszystkim prenumeratorom. Dla uniknięcia zwłoki w odbiorze „Tygodnika" prosimy uprzejmie o wczesne nadsyłanie prenumeraty, ze względu zaś na potrzebę wczesne- go przygotowania opraw na książ- kowe dodatki, prosimy, dla unor- mowania nakładu, o wczesne nad- syłanie zamówień. Oprawa dodat- ków nie podnosi kosztów przesyłki. Życzący sobie otrzymać premium koloro- we na wałku zechcą nadesłać na koszt opakowania kop. 25 X...X...X .X X“.X X X X X X X NADESŁANE. Złoty medal w Paryżu ADĄ Ci O stynr,y ze sweJ skuteczno- rVl\rlvl vzści na wyniszczenie ODCI- SKÓW, poleca Laboratoryum Górskiego, I Leszno 4. Cena 30 i 50 k. O, ja zawsze taki! — Bardzo ładnie z pańskiej strony, panie Beaurot, źc pan pamiętał dać mojej córce na imieniny ładny podarek, ale czemu pan zapomniał oderwać karteczki, na której była napisana cena i to ledwie 1 frank 75 cen- tymów... — O proszę pani, ja zawsze jestem taki: gdy mam zrobić komu przyjemność, to nie zważam na cenę. Journal pour tous. XSXWX X X Już tak lucześnie. Poeta dyletant: Mój najstarszy synek zaczyna już pisać wiersze. Przyjaciel:—Co ty mówisz?... to on już dojrzały do... kosza! Dorfharbier. PASTILLES DE INDIEN GRILLOM We wszystkich składach aptecznych i aptekach. TOWARZYSTWO UDOSKONALONEJ PERFUMERYI A.RALLET&C? Dostawcy Dw. = WARSZAWA, ULICA WIERZBOWA Nr. 7 POLECA: PERFUMY, MYDŁA, WODY KOLOŃSKIE Po amerykańsku. Master Weekly: — Weil, my boy! Znam pijaka, który ma nos tak podobny do mie- dzi, że nie wychodzi z domu, gdy deszcz pada, żeby mu się grynszpan na nos nie rzucił. Master Smart: — Indeed!... A ja znam pana, który ma nos do tego stopnia mie- dziany, że go już nawet me czyści chustką, lecz proszkiem do czyszczenia rondli. Jttgend. Wystawa Powszechna 1900 r. Słynna ze swych własności anty- septycznych i aromatycznych. Do nabycia wszędzie. 71/y go przewyższymy. Bella (z grymasikicm zazdrości)'. — Tatusiu, słyszałeś?... konsul Goldberg kupił swej córeczce pałac hrabiego X. Dorobkowicz: — No, no, nie martw się, my go prze- wyższymy: ja ci kupię pałac razem z hra- bią. (Fliegende Bldtter). Owoc przeczyszczający PRZECIW OBSTRUKCYI Obawy księżyca. Księżyc (przechodząc koło Portu Artura do gwiazd): — Jak tak dalej pójdzie, to oni temi minami gotowi wysadzić w po- wietrze moją starą przyjaciółkę ziemię. Henriot-rHlustration. •t * .1.- Dumny. — Panie poruczniku, to chyba musi być bardzo trudno mówić, trzymając monokl w oku? — O pani, to bagatela: ja, trzymając mo- nokl w oku, mogę nawet kichać. Dorjbarbier. l pebełhner i Wolf/ w~ f fortepiany, l | Pianina, Organy | 7 Krakowskie-Przedm. 17. Z Z Z Z'" Z z zx xB Także logika. — Więc pan swego syna nic posyła do szkoły. — Na co, proszę pana? Jeśliby nie miał nic do jedzenia, to mu i wykształcenie nic nie pomoże, a jeśli będzie miał co do je- dzenia, to na co mu wykształcenie? Fliegende Bldtter. PRACOWNIA wyrobów złotych i z brylantami J. RUSZCZYŃSKIEGO z dniem 15 września r. b. przeniesioną została na ulicę SENATORSKĄ Nr 22. Bohater pantojlowy. X (w winiarni): — To dziwne, że Majer i teraz, choć jego żona wyjechała, ucieka do domu przed zamknięciem bramy. Y: — Ja to rozumiem: jego żona nic po- wiedziała mu, którego dnia wraca i o któ- rej godzinie. Meggcndorfcr. * . * * Życzenie. — Naprawdę jak się czyta i czyta, źc ten i ów zapisał krocie na „Towarzystwo ochro- ny zwierząt", to ma człowiek ochotę prze- mienić się w konia! Journal amusanl. Pierwszorzędne Biuro Nauczycielskie JASIŃSKIEJ, Włodzimierska 19, w Warszawie. Poleca Nauczycieli, Nauczycielki, Bony i Cu- dzoziemki, które na żądanie sprowadza. Małżeństwo. „Ty mnie już nic kochasz—mówił wró- bel z płaczem do swojej żony. — Do nie- znośnego słowika rzucasz zalotne spojrze- nia, ile razy on ci coś zaśpiewa. Czy ty myślisz, że ja nie umiem śpiewać? Umiem, tylko nie mam czasu; muszę gniazdko dla ciebie budować i starać się o ziarna dla naszych dzieci. Gdybym się był z tobą nie ożenił, byłbym z pewnością stał się także... słowikiem," Jngend. Do nabycia w Perfumeryacli i Składacli Apt. Wydawcy; GEBETHNER i WOLFF Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych,nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się. JfosBoneno Ęenayporo, BapmaBa, 30 CenTHÓpn 1904 ro^a.
Ns 44 Ogólnego zbioru Nr 2,347 29 (16) października 1904 roku Tygodnik Iwstrowanp SMUTEK TEODOR AXENTOW1CZ
834 MARYA KONOPNICKA. „AD ASTRA” II. tóż książka, która nam przybyła, jest jedną z takich niezwykłych, z takich wysokie- go rodu książek. Przychodzi do nas z dzie- dziny gwiazd wiecznych, czystych, i od gwiazd tych, których znak na czole nosi, do ducha naszego poselstwo sprawuje. Jakoż, pierwszem wrażeniem, jakie nam dają jej wstępne zaraz karty, jest wrażenie gwałtownego wzlotu nad poziomy życia. Wra- żenie oderwania się od powszedniości jego, rozokolenia się w czystej atmosferze spraw ducha. Rzecz bowiem cała postawiona jest odrazu tak, jakby się odbywała na skrawku wieczności. Mniejsza, iż skrawkowi temu imię jest „Alpy,“ lub też imię „Puszcza." I puszcza i Alpy są tylko nagłcm rozwarciem się kąta, pod którym dano nam patrzeć na walkę nie- śmiertelnych potęg, w duchu człowieka zło- żonych. Bo istotnie chodzi tu o walkę. O jedną z tych walk, w których „za błękitami jest bój i zwycięstwo." O wieczną walkę myśli i uczucia. Przesłona błękitów nie odejmuje nic z tragicznej bezpośredniości tego odwiecznego starcia. Tragiczność zaś walki polega na tern, iż wrogo przeciwstawiające się sobie potęgi są doskonałą jednością, i że dopiero w czło- wieku przychodzą do rozłamu i toczą bój za- cięty. Acz i w boju nierozdziclne, nieśmier- telne i nieskazitelne, zniszczyć się wzajem i unicestwić nie mogąc, niweczą tylko sam teren walki, serce człowieka, czyniąc z niego bojowisko, ruin i popiołów pełne. Zaczem oddawszy śmierci co było śmier- telnem, przebóstwiają się i do jedności przy- chodzą w ostatnim tchu zabitego szczęścia, aż do nowego wcielenia, i nowej, nieodzownej walki. O taką właśnie walkę chodzi w naszej książce. Tym razem rozgrywa się tragedya walki w dwóch sercach, które—i to ją zaostrza,— walczą z sobą przeciw sobie. Gwałtownie przyciągane wiecznym gło- dem dopełnień, serca te szarpią się i ponoszą wzajem, każde zamknięte w twierdzy swoich ideałów. Mężczyzna w bezwzględnem uwiel- bieniu dla potęgi myśli, wiedzy, nauki; ko- bieta w bolesnej, szalenie dotkliwej, prawie że ekstatycznej uczuciowej sferze. I oto jedno na drugie usiłuje wywrzeć moc swoją. Jedno drugie pożąda wciągnąć w krąg swoich ukochań, swoich nadziei, ce- lów i wysiłków. Jedno drugiemu chce na- rzucić świat swojego ducha. Myśl męska, w nadmiernej, jednostron- nej wybujałości swojej prawie że kaleka, za- tapia ostry, zimny szpon w niewieściem uczu- ciu i chce je porwać na swoje świetne, skrzą- ce, lecz obce, lodowe szczyty. Ale uczucie stanęło na mocnej kotwicy. Na kotwicy za- tkwionej tak potężnie, że kiedy przyjdzie chwila, w której samo przeciw sobie zbunto- wane, targnie się ze śmiertelną siłą pożądania szczęścia, krwawy szmat oderwie się od serca, ale kotwica nie puści. Wrosła ona w umiło- waną ziemię i rozkorzenia się w niej oboim ościeniem swoim z tą samą potęgą, z jaką odwieczne pnie dębów i sosen rozkorzeniają się w macierzystej puszczy. Ta postać niewieścia to Seweryna Zdro- jewska, to arcytwór -— nie pióra, lecz ducha. Znamy ją, widzimy, czujemy żywą. Nie dlatego, że Orzeszkowa już nas z nią zapoznała w innem swojem dziele, ale dlatego, że w Sewerynie wyjawia się nam coś więcej, niż pomysł literacki. Że w niej właś- nie odgadujemy, niekiedy nawet wyraźnie czu- jemy bicie owego serca „na niewidzianą, nie- słychaną miarę," serca „spalonego od uczuć wiecznych." Uczucia Seweryny Zdrojewskiej są nie- tylko bardzo żywe i bardzo głębokie: one są mądre i świadome siebie. Wiedzą, że są siłą. Wiedzą, że przy czemś stoją, o coś bojują, czegoś bronią, czegoś nie dopuszczają, coś trzymają żywem. Wiedzą, że są płomieniem stygnących piersi; słowem i krzykiem ust niemych, ruchem rąk opuszczo- nych, bezwładnych, tchem nadziei tych, którzy zmęczeni nadmiar będąc, mówią: Chcemy się skończyć. Stan uczuć tego potężnego serca, które „krew swoją przemienia na miód i wino dla serc innych," jest stanem w najwyższym stopniu wibrującym i nieutrudzenie czynnym. Owszem, one same, uczucia te, są czynem. Czynem są, bo są ratunkiem, żarzewiem, ogniskiem, bo są odwagą i mocą, radą i na- tchnieniem, bo tworzą prąd żywy skroś mar- twoty i zniechęcenia, bo nie abdykują, nie re- zygnują, nie poddają się, ale walczą, walczą, walczą... „Kocham, więc powinnam." — Oto na czem stoi to serce. Oto jest sąd i waga, któ- remi sądzi i waży swe sprawy. Przesłanka mocna, jak śmierć, wniosek nieśmiertelny, jak życie. I tutaj właśnie, na tym gruncie niezbitej logiki tego wielkiego serca, załamuje się szpon, który mniemał zatapiać się w marzycielstwo i bierny sentymentalizm, a zaś je szarpnąć, rozerwać i unieść we własne swoje światy. Tutaj też zachodzi cały szereg pomyłek przed- stawiciela pysznej i tryumfującej myśli, czci- ciela potęgi, sławy, blasku i radości życia. Pomyłek wielostronnych, do koniecznej klęski wiodących. I więcej nawet — do kapitulacyi zupełnej. Pomyłka bowiem w walce zawsze jest przegraną. Przedewszystkicm myli się Rodowski co do samej istoty sfery tej, w której się życie duchowe Seweryny obraca. Bierze on bo- wiem ten niezmiernie bogaty i silny, niezmier- nie żywotny i rzeczywistością dyszący świat uczuciowy za błękitne rusztowania, obwieszo- ne błyszczącemi cackami „tak zwanych idea- łów," za zgoła bezużyteczną służbę przy ołta- rzach wspomnień, za brak inieyatywy, zacofa- nie i parafiańszczyznę. Mniema też, że byle unieść tę duszę kobiecą na szerszy świat myśli, pokazać jej nowe widnokręgi życia, dostarczyć jej nowych wrażeń, dać jej uczuć, choćby zdaleka, potęgę wiedzy, nauki, błękit- ne rusztowania upadną, błyszczące cacka po- gasną, a ta czarująca istota, która dobrowolnie zamyka się w puszczy, będzie przywrócona życiu, szczęściu, swobodzie, miłości. Nade- wszystko miłości. Tymczasem nie spostrzegł się, że bier- ność, z jaką Seweryna trwa na posterunku swoim, w okopach swej uczuciowości, pozor- ną jest tylko. Że to nie inereya, lecz wola. Wola, wywierająca się na samą siebie, samej sobie nakładająca pęta i brzemiona. Mniemając tedy trafić w słabość, trafia w siłę, na której broń mu się wyszczerbia, kruszy. A potem, myli się także Rodowski co do miary i wartości tych szczytów, na które Sewerynę wzywa i unieść pożąda. Bo nie o same alpejskie szczyty chodzi tu, rzecz prosta. Chodzi mu o te wyżyny myśli i wiedzy, o których sądzi, że są jej niedostępne i obce, poczyna też sobie zrazu tak, jakby miał do czynienia z całkiem ubożuchną w duchu isto- tą, nad której poziom myślenia wyniesionym się czuje na zgoła niewymierną wysokość. Tymczasem znowu nie spostrzega, a przy- najmniej bardzo długo nie spostrzega, że duch ten niewieści trwa i przebywa na takiem podniesieniu najwyższych intuicyi i najsubtel- niejszych percepcyi, na jakie on sam nigdy wstąpić nie zdoła. Nie zdoła, bo niema tam drogi, wiodą- cej krok za krokiem, od badania do badania, od pewnika do pewnika, od formuły do for- muły. Jest bezmiar, bezkres, jest widnokręż- ność nieskończoności, w którą na skrzydłach trzeba. Otóż Rodowski skrzydeł nie ma. Jest to umysł wyostrzony kulturą, bogaty wiedzą, prawdopodobnie bystry i analityczny, ale nie obdarowany tą pierworodną potęgą syntezy, która najpierw wie, a potem sprawdza, scho- dząc ze swoich synajskich szczytów po szczeb- lach dedukcyi, i która jest prawdziwem na- tchnieniem, prawdziwą siłą twórczą wiedzy. Raz jeden puszcza się Rodowski na Ika- rowych lotach swojej hypotezy w wysokie sfery spekulacyi filozoficznej, i — jak Ikar — spada. Moment ten, przesilający psychiczne sprawy jego, jest momentem raczej zaćmienia myśli, niżli jej rozjarzeniem najwyższem. Upojony sam sobą do szału, zdradza Rodowski w owym paroksyzmie samoubóstwie- nia dużo swej słabości. Zdradza nadewszyst- ko, że mu szczyty, te, co to słońcu oko w oko bez zmrużenia patrzą, zgoła poufałymi nie są, i że nad przepaściami myśli doznaje zawrotu głowy.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 44 835 Gdy zaś dodamy, że owa Ikarowa hy- poteza Rodowskiego: jedność w człowieku, w przyrodzie, we wszechświecie nie jest tak bardzo nową hypotezą, że już ją uzasadniał monizm, i już się w niej szańcował, to ów zawrót głowy, o jaki ona przyprawia młodego badacza, tern mniej przemawia na korzyść je- go umysłowej potęgi, a także znacznie nam pomniejsza w oczach owe szczyty, na które chce on unieść Sewerynę. I ta jest druga wielka pomyłka Rodow- skiego, która niechybną katastrofę za sobą prowadzić musi. Ale jest jeszcze i trzecia. Myli się mianowicie Rodowski co do ilościowego stosunku swojej trzeźwości, swego racyonalizmu, jednem słowem, co do stosunku swego mózgu i swego serca. Wyznaje on wprawdzie,—a czyni to z zawstydzeniem pew- nem—że jakieś marzycielstwo, jakiś niedorzecz- ny sentymentalizm, jakaś nieukojona tęsknota bróździ mu w życiu przy tej lub owej okazyi, wnioskuje nawet, że są to szczątkowe objawy plemiennej dziedziczności, których fakt, że się na obcej wyhodował ziemi, zatrzeć i wygła- dzić nie może. Sądzi przecież, że to marzy- cielstwo, ten głód serca, drobiazgiem jest w porównaniu do naczelnych linii umysłowości, jakie w nim rozwinęło kosmopolityczne oto- czenie i naukowa karyera. Ale człowiek nigdy nie jest w zupełno- ści tern, co do niego zzewnątrz przylega, a „zimny wiatr kosmopolityzmu" nie może wywiać faktu, że w sercu coś płonie, coś boli, coś krzyczy. Takie to serce, krzyczące w piersiach za szczęściem cichem i gorącem, obnosi Rodow- ski po świetnych, skrzących tysiącem blasków lodowcach alpejskich, i niezawsze udaje mu się krzyk ten stłumić, zdławić. Tłumi i dławi jednak, gdyż tajemnica jedności myśli i uczucia nie wyjawiła mu się w całej swej prostocie. A tak, w rozterce sam z sobą, nie zo- ryentowany co do istoty siły przeciwnika i te- renu walki, wychodzi w szranki z ułomną bronią w ręku przeciw niewieściemu duchowi, który dlatego właśnie o całe niebo wyższy jest od niego i silniejszy, iż ma widzenie, ma czucie jedności takiej w sobie i we wszechświecie. Przez nie—zwycięża. Czy Rodowskiego? Nie. Seweryna zwycięża samą siebie. Żądzę szczęścia w sobie. Ale zwycięstwo nad sobą jest najfatal- niejszem ze zwycięstw, z których każde zresz- tą ma fatalność swoją. Sama już potrzeba takiego zwycięstwa jest klęską. W tym przy- padku także. Bo razem z walką urodziła się w tych dwojgu miłość, i tak się z nią zrosła, splątała, że kiedy się spostrzegli, było już za późno. Oręże wprawdzie wypadły im z ręki, ale szczęście zabitem zostało. Szczęście tej, która zwyciężyła. Jej to bowiem serce uczyniło się po tra- gedyi walki krwawem bojowiskiem, na którem zapalono wielki stos ofiary. Ale wobec stosu ofiary, buchnął hymn ży- cia, nie śmierci. Strzeliste akty miłości i wiary serca „na niewidzianą, niesłychaną miarę," serca, w któ- rem żądza osobistego szczęścia momentem tylko być mogła. — Z tobą... Przy tobie... Dla ciebie...— tego serce to nie mówi Rodowskiemu. Mówi to—ziemi. A tak, prawo ofiary, najwyższe z praw świata, dopełniło się nad tern wielkiem i do- stojnem sercem. (DN) „DZIADY” NA LITWIE. Piękny a rzewny obchód „dziadów," tak poe- tycznie opisany przez naszego wieszcza — jeszcze bywa obchodzony w zakątkach Litwy. Uległ on już silnie wpływom kościelnym, ale za- chował jeszcze sporo pierwiastków tradycyjnych. Odbywa się około Zaduszek, bo w sobotę (cza- sem, ze względu na post, w niedzielę) w trzecim ty- godniu po Różańcowej, więc 22—27 października. Jesień późna. Minęły już nadzieje i trwogi wiosenne, ucichły pracowite gwary lata; nie rozle- gają się już śpiewy koło rosnącego żyta, umilkły żniwa, tłoki; nie brzęczą kosy po łąkach kwieci- stych... i derkacz porzucił łąki i pola... Żegnaj latol żegnaj słońce letnie! żegnaj!... I ściele się żółty kobierzec liści na ziemi, nasiąkając powietrze wonią jesienną... Czasem 1 poskoczy wiewiórka po gałęzi, czasem zaszeleści W paprociach lis lub borsuk, śpie- szący na leże zimowe -do ziemi. I cisza, spokój wielki. Człowiek po trudach odpo- czywa: w gumnach i puniach peł- no, bydło syte, obfitość najwięk- sza w roku. Wartoby, zebrawszy się z całą rodziną, ucztując i uży- wając hojnie plonów, a dziękując ich Dawcy, pożegnać piękne lato > słonko letnie, pracowite, które wespół z matką ziemicą wyho- dowało i kwiaty, i zboża, i jarzy- ny. i owoce, zapewniając ludziom byt w ciągu surowej zimy. A kiedy zbierają się żywi na to doroczne święto jesienne, wspomnienie leci ku zmarłym dro- gim krewnym, ojcom i praojcom, którzy na tejże kochanej ziemi żyli przed nami. Idą więc ludzie na mogiłki, po- prawiają zapadłe, okładają świeże *) *) Odtąd kończy się żałoba po z,narłych w ciągu roku. darnią, kamieniami, albo wreszcie beleczkami lub deskami (ongi zapewne dla zabezpieczenia zwłok od zwierząt); stawiają krzyże większe, a na pamiąt- kę najświeżej zmarłego robi się, podług zwyczaju odwiecznego, deska gruba, łupana z kłody i ocio- sana, wyrzyna na niej niby ślad stopy zmarłego (mały lub wielki), poszłego w świat „tamten," i kładzie gdzieś przez strumyk lub rów ku wygo- dzie ludzkiej; a każdy przechodzący, widząc ślad wyrżnięty, westchnie za duszę zmarłego. Robota skończona. Przychodzą i kobiety na mogiły zbiera się rodzina; pomodliwszy się, zasiadają przy mogiłkach do obiadu; nalewa się trunek; ale jak tu pić zacząć? Zachowując więc kolej starszeństwa, najpierw wylewa się na mo- giłkę: To wam! dziady! pradziady!—potem dopiero pije się wkoło, nareszcie je: miłta (mąka z owsa parzonego z wodą), kiełbasy, mięsiwo; co spadme, tego się nie podnosi, bo to już dla zmarłych. Jeżeli umarł ostatni mężczyzna, to przynosi się w kaszy (jęczmiennej) warzonego koguta, je- żeli kobieta - kurkę; zjadłszy, trzeba coś przecie i dla zmarłych zostawić jeszcze: przy mogiłkach zostają więc, u głowy, najczęściej garnuszki gli- niane z jadłem „dla nich." Powróciwszy do domu, trzeba wypalić w łaź- ni i umyć się, ale i tu najpierw niech wejdzie najstarszy, głowa rodziny, i stawiając wodę na półkach, a kładąc „wiennik," poprosi praojców myć się („Dziady! pradziady! myć się przychodźcie, je- den drugiego za rękę przywodźcie!") -poczem do- piero idą żywi mężczyźni, potem kobiety. Po łaźni—wieczerza doroczna, najważniejsza, na którą przecie przodków zaprosić i chce się, PRZYBYCIE NA MOGIŁKI W DNIU DZIADÓW. i wypada. Już o zmroku nikt ży- wy nie wychodzi na ulicę wsi. W chatach z grzęd, rozchodzą- cych się pod stołowaniem od słu- pa, podpierającego róg pieca, a służących do rozwieszania i suszenia odzienia — zdejmuje się wszystko, by nic nie wisia- ło, nie zawadzało; psa wypędzić na dziedziniec; trzeba odemknąć „wierzch," czyli dymnik nade drzwiami, aby ułatwić przodkom wejście, a jeżeli chata z komi- nem, nie kurna, to uchylić nie- co drzwi do sieni. Stół nakrywa gospodyni obrusem i ustawia na nim 7 potraw; między niemi ko- nieczna jest głowa (z polewką warzona i wyjęta) świńska; wresz- cie kluski, kasza, mięsa różne, ja- jecznica. Na rogu stołu od kąta znaj- duje się kwas chlebowy w kubku, na innych trzy bochenki (dwa żyt- nie, trzeci pszenny) osobne, któ-
836 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 44 rych się nie je, a nazajutrz ubogim oddaje. Zgro- madzili się już wszyscy żywi członkowie rodziny, klękają, prócz łuczywa zapala się świecę woskową, i nim przystąpią do uczty obfitej, mówią „Anioł Pański" za zmarłych, poczem najstarszy, trzyma- jący świecę, naprzód ją koło swej głowy obno- si, potem trzykroć okrąża nią w kierunku biegu słońca głowę swińską, nareszcie stawia na stole palącą się. Sam zaś, gdy wszyscy otoczą stół uroczy- ście, wymówiwszy formułę pewną, słowa, dziś ni- komu nie zrozumiałe (których nie wolno wszystkich napróżno wymawiać), zaprasza praszczurów: „Dzia- dy, pradziadyl babki, prababki! proszę do nas na dziady! i sami przychodźcie, i dziatek małych przy- wodźcie!" *) A nalawszy trunku, najpierw wylewa się na róg kątowj’ stołu (ten, przy którym nikt nie siada), jako najpocześniejszy: „To dla was, dziady!" Dopiero znowu nalewa i pije sam, siada, i wszyscy piją koleją. Wziąwszy pierwszy kawałek potrawy (od głowy poczynając), kładzie na ten róg stołu, a potem dopiero sobie i innym kraje. Wszyscy nie oglądają się za siebie i zacho- wują ciszę przystojną, boć dusze wszystkich przod- ków są obecne, patrzą na swoich prawnuków. Gdy kwas w kubku drgnie ktoś go pije widocz- nie. Każdy czuje za sobą dusze. Wielką tu po- ciechę i przyjemność uczuwają ci, którym ktoś drogi świeżo umarł: jest on tuż, patrzy i widzi nas, a my go czujemy. Pietrula jeszcze w roku zeszłym siedziała tu z nami! Staniul już od kilku lat na „tamtym świecie," inni jeszcze dawniej, a przecież co rok obcują tu z nami, widzą nas... I ich możnaby wi- dzieć: dość za słupem przy piecu na „pole" umie- ścić się i patrzeć przez chomąt oromy, kleszczami go na chatę trzymając **). Przyszli wszyscy, odziani (bez względu w czem pochowani) biało, w lnia- nych narodowych żupanach (szuszpanach), od ostatniego aż do prastarych, od setek lat zmar- łych, w rysich czapach, z kamiennymi toporkami chowanych! Ale żywy z trudnością zniesie widok ich, z tamtego świata: odrazu umrzeć może; dość więc wiedzieć, że wszyscy drodzy są obecni. Niektóre kobiety przemawiają np. do męża niedawno zmarłego, żałośliwie; inni pocieszają: „Jemu tam lepiej, a póki żyjem, będzie choć co rok z nami na dziadach." *) Zależnie od miejsca, słowa zaprosin trochę się zmieniają, ale myśl ta sama, np.: „Dziady, pradziady, przychodźcie k’nar"! i sami przychodźcie, i dzieci przy- wodźcie1" **) Tak samo widać przez dudkę dzięgielowego badyla, albo mając pas z nici „odchodnych" z krosien. KŁADKA Z WYRŻNIĘTYM ŚLADEM STOPY ZMARŁEGO. Ale oto uczta skończona. Przeżegnawszy się więc, wstają od stołu, a gospodarz kłania się, dziękuje dziadom-pradziadom, że przyszli i prosi, by szli w spokoju do siebie. Trzy bułki ustawiają jedną na drugiej „na kącie," wszystko pozosta- je na stole, tylko przykrywa się rogiem obrusa, i ludzie idą spać pogodnie. Nazajutrz dopiero zbierają ze stołu i chatę zamiatają, ostatki, które przez noc nie znikły—kurom oddając. H. WIŃCZA. ZŁOTE LISTKI. [zali też to nie jest wielkie szaleństwo, gdy kto, będąc powabiony na rękę leda od kogo i o le- da co, niesie gardło na ostatnie niebezpieczeństwo, nie uważywszy pierwej statecznie przyczyny po- wabienia i osoby powabiającej? Bogaci od ubogich i tem się różnią, że bo- gatych gospodarz domu odprowadza aż do bramy, ubogim zaś tę grzeczność zwykle psy wyświad- czają. /. P. Legatowicz. * * ł Głupiec, co na mnie rozwarł zjadliwą swą paszczę, Mniej mnie trwoży, niż głupiec, co mnie niby głaszcze. Jan Gorczyc .ewski * Różnica między gniewnym a szaleńcem jest tylko ta, że tamten utracił rozum na krótko, a ten na zawsze. J. Ił7. Bychowiec. * * I: Ostatnim to jest stopniem kłamstwa, gdy kłamca sam sobie wierzy. Ignacy Krasicki. * * Kto ma babę w zaprzęgu, a u dyszla złoto Czego dyabeł nie może, niech się kusi o to. Wacław Potocki. PASTEL Zmierzch... po złocistych ścianach sali Snuje się szczęścia wizya złudna, Zaklęta w zblakły pastel stary Spogląda ku mnie główka cudna Gdzie jesteś?... o czem śnisz samotna, Wtulona w ram zczerniałych złoto?.. Czy ci śród gwiezdnych szlaków smutno, Że biegniesz duszą w świat z tęsknotą? Wszystkie ci dawno zwiędły kwiaty I wszystkie zorze zgasły w dali, Więc o czem dumasz — nie ożyje, Co raz na popiół śmierć przepali. Po szybach cichy deszcz jesienny Melancholijnym szeptem spływa, Uderza w serce wspomnień falą I złotych rojeń rwie przędziwa... Jako pożółkłe zwiędłe liście, Leci w dal szczęścia wizya złudna... Zaklęta w zblakły pastel stary Spogląda ku mnie główka cudna. JÓZEF OSTRORÓG Paradoxa NACZYNIE Z JADŁEM PRZY MOGILE. koronne (z r. 16 03). KURHAN STAROŻYTNY.
837 ARTUR GRUSZECKI. SŁOMIANY OGIEŃ. 14 — Jaką masz robotę? A mało ma też człowiek kłopotu z towarem?...—mówiła z powagą.—Trzeba lu- dzi zachęcić, wystawić co ładniejsze... a i w iz- bic pozamiatać, zmyć naczynie... Nieraz tak się narobię, że rąk i nóg nie czuję; tyle spoczyn- ku, co w nocy i w święta — westchnęła nad sobą. — Każdy, moje dziecko, musi praco- wać... — Ej-że!—zaśmiała się: — albo to oczu nie mam?... Ewka, proszę pani, i Staszek i Kazia, nawet wszystkich nie policzę... te ba- wią się po całych dniach, im aby wyrwać się z domu, zaraz do zabawy! — To niedobre dzieci, nie pomagają ro- dzicom. — Iii... nie to, ale nie mają kramu z to- warem, jak moja matusia— powiedziała z du- mą; — a jak niema majątku, nie mają też zajęcia. — A ty byłaś w schronisku? — spytała po chwili. — Raz z matusią, ale ja się nie wdaję z lakiem i wydęła usta wzgardliwie. — Dlaczego? — Alboż one mi równe?... Ojca rodzo- nego wcale nie mają, a matki oddały ich do schroniska, bo były niedobre, płaksiwe, nie chciały pracować. — Zawsze jednak one sieroty. — Same sobie winne: a trzeba było tak dokazywać?!... Jak będą dobre, to matki za- biorą je znów do siebie. Obok nich przeszła dziewczynka lal mo- że dziesięciu, w jasnej, świeżej sukience >. spojrzawszy na Teklusię, odwróciła oczy. — Widziała pani tę, która przeszła? — Któż ona? — Córka piekarki, Antosia: wystroiła się jak krakowska lala, i myśli, że do niej Zwie- rzyniec należy. A jaka ona dumna, wygada- na! a chwali się wciąż, jak kura, która jajo zniesie! — Znasz ją? — Dawniej przyjaźniłyśmy się, ale wczo- raj pogniewałyśmy się. — O cóż wam poszło? — Ona powiedziała, że jej matka pra- cuje ciężko, bo sama robi bułki i obwarzanki, a moja matusia ma lekką pracę, bo dostaje towar gotowy, bo przecież Pan Bóg daje jabłka, gruszki, śliwki... Powiedz pani, czy nie jest ona głupia? — Tak, tak... i twoja matusia, i jej pra- cują ciężko. — O, co to, to nie!...—zawołała zaczer- wieniona. — Co mi to za praca zamiesić cia- sto, w piec włożyć, i już po kłopocie! A z na- szym towarem?!... Niech ręka Boska broni, ile zachodu!... — Prawda, prawda... Gdzież schronisko? — Jak to? nie widzi pani?—zaśmiała się. To przecież tutaj. Wskazała nizki, parterowy dom, prze- dzielony od ulicy małym ogródkiem kwiato- wym, pełnym astrów, georginii, nagietek. Pożegnawszy Teklusię, weszła przez furtkę sztachetową na podwórze, gdzie kilka nieletnich dziewcząt rozwieszało mokrą bie- liznę na sznurach. Obaczywszy ją, zaprze- stały roboty i z ciekawością przyglądały się przybyłej. Wandzia, nie mogąc sobie po- radzić z torebkami, skinęła na najbliższą, mówiąc: - Pomóż mi, mała! Dziewczynka, może ośmioletnia, ubrana w kolorową spódniczkę i kaftanik, w bucikach za obszernych na jej małe nóżki, podeszła szybko, a chcąc na powitanie ucałować rękę pani, z takim zapałem za rękę schwyciła, że przytrzymywane torebki upadły na ziemię, i na murawę rozsypały się owoce. — Ach, co ja zrobiłam?!... zawołała przerażona. To nic, moje dziecko, pozbieramy — uśmiechnęła się Wandzia przyjaźnie. Ale nim się schyliła, podbiegły inne dziewczątka i ze śmiechem zbierały jabłka, gruszki, śliwki, pokrzykując z radością. Patrz, jakie czerwone jabłko! — To jeszcze ładniejsze! — A gruszki!... o, jedna stłuczona! — Możecie wziąć sobie po jabłku i gruszce rzekła Wandzia, rozweselona ich radością. Wszystkie wstrzymały się ze zbieraniem, spojrzały na Wandzię, potem po sobie i wes- tchnęły. Widać było na ich młodych twa- rzyczkach ciężką walkę pomiędzy pokusą za- trzymania owoców a przepisem schroniska. Wreszcie najstarsza z nich, dziesięciolet- nia, rzekła smutnym głosem: — Nie wolno nam brać... musimy wszyst- ko odnieść pani — westchnęła, a za nią inne, patrząc pożądliwie na owoce. — Zanieście więc za mną, a ja popro- szę pani, by wam dała. — Chodźmy, chodźmy!—nagliły. W otwartych drzwiach domu zjawiła się kobieta szczupła, z ascetyczną twarzą, ubrana ciemno, w czarnej chusteczce na głowie, i wyblakłemi, niebieskiemi oczyma mierzyła badawczo zbliżającą się Wandzię. — Niech będzie pochwalony! Usłyszawszy to powitanie, surowa twarz ochroniarki przybrała wyraz łagodniejszy i, schylając głowę pokornie, odpowiedziała: — Na wieki wieków, amen! — Dowiedziawszy się o istnieniu tego schroniska, przyszłam dowiedzieć się bliższych szczegółów. — I owszem, chętnie opowiem... A kto pani powiedział o schronisku? — Maciejowa... straganiarka... — Wiem, wiem... proszę bliżej—zrobiła chudą, spracowaną ręką gest zapraszający. „A jabłka!11—usłyszała Wandzia szept ża- łosny za sobą i, przypomniawszy sobie o dziew- czynkach, rzekła: — Przyniosłam dla dzieci trochę owo- ców. Pozwoli pani tym małym po jabłku i gruszce? — Według przepisu, wszystko idzie do równego podziału — odpowiedziała dość su- rowo. Wandzia, widząc żal na twarzach dzieci, rzekła tonem prośby: — Może na ten raz zrobi pani wyjątek... przyrzekłam im. Chwilę się wahała, wreszcie przemówiła: — Dobrze... weźcie, dzieci, kiedy pani wam przyrzekła... i kończcie bieliznę. Z pośpiechem zabrały owoce dla siebie, resztę wsypały w fartuch pani i pobiegły uradowane. — Proszę pani!—zapraszała ochroniarka, puszczając gościa przodem. Dom składał się z sześciu pokojów, z tych cztery były przeznaczone na sypialnie, jeden na szkołę, a najpiękniejszy i największy na salę modlitwy z małym ołtarzykiem, w któ- rym był umieszczony obraz Najświętszej Ma- ryi Panny. Wandzia zwiedzała każdy pokój kolejno. W sypialniach stały łóżeczka rzędem, jak w koszarach, żelazne, nakryte szarym kocem. — Ile dzieci w schronisku? Czterdzieści. Tak dużo?... Gdyby było więcej miejsca, byłoby ich znacznie więcej... Dużo odprawiam z ni- czem, bo niema pomieszczenia westchnęła żałośnie. — Ma pani i chłopczyków? A niech Bóg broni!...—zawołała, obu- rzona samem przypuszczeniem; -— same tylko dziewczynki... Od kiedy pamiętam, miałam zawsze intencyę wychowywania samych tylko dziewcząt. Pan Bóg mi pobłogosławił, trochę ludzie pomogli, i oto mam schronisko sierot. —-Tu bardzo czysto—chwaliła Wandzia. — Wśród takiej gromady dzieci musi być porządek... A oto nasza szkoła. Otworzyła drzwi pokoju. Kilkanaście główek to jasnych, to ciem- nych, zwróciło się na skrzyp drzwi. — Przywitajcie panią!—rozkazała. Dziewczynki, biegnąc jedna przed drugą, dopadły rąk Wandzi. — I ja! i ja! — zawołał mały dzieciak trzyletni, rozpychając innych rączkami. Wandzia nachyliła się do tego maleń- stwa i wzięła na ręce. — To Stefcia, — objaśniła przełożona — podrzucono mi ją niemowlęciem. — Bardzo miła — chwaliła Wandzia, pa- trząc na tłuściutką twarz i wesołe oczy dziecka. — To najmłodsza i wszystkie jej doga- dzają—uśmiechnęła się. — A najstarsza ile ma lat? — Urszulko!—zawołała przełożona. Dziewczyna szczupła, ze smutną twarzą,
CMENTARZ W NOC .DZIADÓW": DUCHY ŚPIESZĄ DO RODZIN (art. na str. 835) Rys. STANISŁAW BAGIEŃSKI według matcryałów H. Wińczy zbliżyła się szybko i machinalnie ucałowała rękę Wandzi. — To najstarsza, ma trzynasty rok—re- cytowała ochroniarka: — matka chciała się jej pozbyć... strąciła z drugiego piętra i dziew- czynie złamała rękę. Odsłoniła fartuszek, i pod rękawem kaftanika widać było uschłą, bezwładną rękę. — Biedna!—szepnęła Wandzia z żalem. — O, my tu mamy inne, które cudem tylko uszły śmierci... Są to zwykle dzieci na- turalne, ojca nie znały... Uczcie się! — zawo- łała, zamykając drzwi, i prowadziła gościa do modlitewni, służącej zarazem jako salon dla odwiedzających. Wandzia i przełożona usiadły przy ma- łym stoliku naprzeciw siebie. Salka była ci- cha, pusta, tylko za oknami świegotały wró- ble, a z ołtarza patrzały załzawione oczy Mat- ki Boskiej Bolesnej i Chrystus cierpiący na krzyżu nad ołtarzykiem. Panował tu spokój surowy, klasztorny, oderwany od ziemi grzesz- nej, a pełen trwogi o życie przyszłe, o los duszy po śmierci. Nagie, zimne ściany mó- wiły o pustce życia, a jaśniał jedynie boleją- cy Chrystus na krzyżu i zbolała Przenaj- świętsza Marya, oboje jako uosobienie boleści i cierpienia nadludzkiego. Usiadła na krześle i przez chwilę pa- trzała na siwiejące blond włosy przełożonej, na ascetyczną jej twarz i wyblakłe, zmęczone oczy. Przypomniała sobie wyraz oczu wy- chowanek, pełen szacunku i trwogi na widok przełożonej, i żal się jej zrobiło tych dzieci, nie znających uśmiechu i łagodności matki. Wkrótce otrząsnęła się z niemiłych wrażeń i spytała: — Czy pani dawno ma to schronisko? — Już od pięciu lat... Najpierw przy- jęłam dwoje, potem pięcioro, i tak rosła, rosła liczba, aż doszłam do czterdziestu. — I pani sama zajmuje się dziećmi? — Sama. Byłam niegdyś w klasztorze, ale modlitwy i rozmyślania pobożne nie dały mi spokoju i szczęścia. Łaska Boska wska- zała mi właściwą drogę: zajęłam się dziew- czynkami opuszczonemi... A pani z Krakowa? — Należę do biura informacyjnego dla kobiet i dlatego przyszłam. — A! pani z biura? Słyszałam o niem... — Skąd pani czerpie fundusze na schro- nisko? — Skąd?... Pan Bóg pomaga i czuwa nad sierotami... Oto jedna pani z Ukrainy zapłaciła całoroczny czynsz za ten dom... inna z Warszawy dała dwieście rubli na utrzyma- nie... zresztą dobrzy ludzie pomagają mi, i ja- koś idzie. — I dzieci uczą się tutaj? — Sama udzielam im lekcyi czytania, pisania, rachunków, a nasz spowiednik kate- chizmu trzy razy tygodniowo. — Nie chodzą też starsze do szkoły? — A nicch-że Bóg broni! W szkołach uczą obojętności dla religii, dla świętej wiary, to sam stek złego! Moich wychowanie, po- wierzonych mi przez Opatrzność, muszę strzedz i pilnować sama. — Starsze jednak potrzebowałyby trochę nauki historyi, geografii... — Sama nie podołam—westchnęła. — Podjęłabym się dawać im lekcye trzy razy tygodniowo. — Pani?... Hm... dziękuję za dobre chę- ci, ale wpierw muszę się poradzić księdza spowiednika. — Kto nim jest? — O, bardzo świętobliwy kapłan, Ojciec Dominikanin Piotr. Jutro rano przyjdzie na ka- techizmowanie od godziny ósmej do dziesią- tej, i wówczas spytam. — Dobrze... przyjdę więc jutro po po- łudniu. — A ja dam odpowiedź... Czy pani tu- tejsza? — Nie, pochodzę z pod Częstochowy. — O Jezu!... To przecież cudowny obraz. — Tak jest... Proszę pani, czy one wszystkie sieroty? — Gorzej jeszcze, — zaczęła ze smut- kiem — bo ich matki żyją... ale jedna, jak Urszuli matka, strąciła ją z drugiego piętra... inne porzuciły na ulicach... inne męczyły dzie- ci... Jedna, Rózia, siedziała miesiąc w piwni-
WIECZERZA OFIARNA—„STAURY—HAM! „DZIADY, PRADZIADY, PRZYCHODŹCIE K’NAM!“ (art. na str. 835) Rys. STANISŁAW BAGIEŃSKI według materyałów H. Wińczy cy, i jakaś Żydówka dała mi o niej znać... Jeśli nawet Żydówka ulitowała się, trudno było nie wziąć dziecka katolickiego. — Prawda... ale jakie to wszystko smut- ne!—westchnęła Wandzia. — Smutne? — zawołała. — Ależ tu każde dziecko jest ofiarą zbrodni, i tylko modlitwą, skruchą, pokorą, mogą przebłagać gniew Pana Boga za grzech rodziców. — Ale~cóż one biedne winne?—oburzyła się Wandzia. — One?... Jeśli drzewo było złe, owoce będą także złe... więc trzeba, by ciągłą poku- tą zmazały swój grzech. Jakiś czas milczały, wreszcie przełożona rzekła uprzejmie: — Może pani chce zwiedzić kuchnię 1 nasz ogród? — I owszem... proszę. Przeszły do kuchni, gdzie troje małych dziewcząt obierało kartofle. Na widok wcho- dzących porwały się skwapliwie i ucałowały rękę Wandzi. — Jaki wikt mają dzieci?—spytała. — Mój Boże! to zależy od litości ludz- kiej. Jeśli znajdą się litościwe serca, to daję ]m rano kawę żytnią z jedną bułką; na obiad zuPę i kluski, albo pierogi, kaszę; a o piątej kolacya... zwykle kartoflanka. Po modlitwie, 0 godzinie szóstej, idą spać najmłodsze, a starsze o godzinie ósmej. — To dosyć skromnie—zauważyła Wan- dzia. — Nie stać mnie na więcej, i za to, co mają, powinny być wdzięczne Panu Bogu. — Tak... tak...—westchnęła Wandzia na widok tej biedy, smutku, opuszczenia. Przypomniała sobie swe dzieciństwo, pełne blasków wesela, radości; swoją matkę, której miłość opromieniała wszystko, i w jej blasku ginęły zmartwienia i nieszczęścia dzie- cięce. Porównywała ze swojem dzieciństwem życie tych biednych dziewczątek, zostających pod dozorem ascetycznej kobiety, naznaczo- nych od urodzenia plamą grzechu, jeśli nie zbrodni. I wielki żal ogarnął ją na widok tej nę- dzy ludzkiej. Z przełożoną wyszła do małego ogrodu za domem. Stało tam kilka drzew sennych, cichych, osypanych purpurowymi i złotymi liśćmi, błyszczącymi w zachodzie słońca. W ogrodzie stało kilkoro dzieci w pro- mieniach słońca, a w głębi jakiś malarz po- śpiesznie szkicował, wołając: — Rozalko! głowa na prawo!... więcej jeszcze! Ach! Jagusiu! kręcisz się, jak wrze- ciono! Stój spokojnie, patrz na mnie!... Teraz dobrze, cicho, dostaniecie cukierków... Bardzo dobrze! Dźwięk głosu przypominał Wandzi kogoś znajomego, ale na razie nie mogła sobie przy- pomnieć: kogo? Idąc za przełożoną schroni- ska, stanęła za dziećmi w promieniach słońca, sama jasna i piękna, wśród tego otoczenia na tle barwnych drzew i pogodnego nieba, a pa- trząc pod słońce, nie mogła dojrzeć rysów twarzy malarza. Nagle on, zostawiając obraz na sztalu- dze, z paletą w jednej, z pendzlem w dru- giej ręce, podszedł do niej i zawołał głosem, w którym czuć było miłą niespodziankę: — A, to pani! Tutaj?... Poznała go: to był jej obrońca z ulicy Stachowskiego, i cała zarumieniona podała mu rękę. — Ależ to cudownie się składa—mówił uradowany: — zupełnie jak w bajce! Trzeba mi było królowej, i oto zjawia się na za- wołanie. — Nie rozumiem pana — mówiła zmie- szana. — Zaraz wytłómaczę pani... proszę spoj- rzeć na szkic—i podprowadziwszy do obrazu na sztalugach, tłómaczył: — To Wanda, zstę- pująca do Wisły... ale nie owa Wanda, córka Kraka, czy królowa, lecz ta piękna, słoneczna, boska Wanda, która z ostatnimi błyskami barw życia, wiosny, ożywczych promieni słoń- ca, kładzie się do zimnej Wisły, by znów na wiosnę wyjść z niej nieśmiertelną, piękną, rzucającą hojne dary szczęścia, radości, roz-
840 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ks 44 koszy nowego życia... Rozumie pani?—koń- czył z błyszczącemi oczyma. — Zdaje mi się, że tak— odpowiedziała z lekkiem wahaniem. — Ależ tu niema żadnego „zdaje mi się"—rzekł zgorszony:—uważa pani, w duszy każdego człowieka jest coś, jakieś przeczucie, że wiosna, piękno, miłość nie może i nie po- winna ginąć z obumarciem form zewnętrz- nych, ze skostniałą od zimna ziemią, z prze- mijającym wdziękiem młodości, lecz trwa wiecznie i wiecznie się odnawia... I przed nami była wiosna, kwiaty, miłość, i po nas znów nastanie wiosna nowa, przynosząc z so- bą nowe upojenia, rozkosze, radości. I ten odwieczny porządek świata symbolizuje moja Wanda... Ona zwyciężyła Rytygiera, ducha zniszczenia i ciemności, stanęła u szczytu wśród blasków, woni, barw... i dobrowolnie kładzie się do Wisły, by z nową wiosną za- siąść znów na tronie. (DCN) JÓZEF WEYSSENHOFF. SYN MARNOTRAWNY. POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA. Zastrzega się prawo przedruku 43) XXXVI. to bywał w Chojnogórze i zna poważne wdzięki tej siedziby, zadziwiłby się, znaj- dując w niej dzisiaj, dość późną nocą, towa- rzystwo rozbawione, możnaby prawic rzec: lek- komyślne. Jakichś czarów dokonała noc lip- cowa, oblewająca wonną świeżością park i ta- ras pałacu. Na tarasie, słabo oświetlonym, trzej mężczyźni rozmawiają głośno przy stole, na którym obok przyrządu do herbaty jest i wino. Góruje głos jeden, już niemłody, ale silny i widocznie wymowny, gdyż budzi za- dowoloną aprobacyę. W parku zaś rozlega się, pomieszany z innymi głosami, wesoły szczebiot francuski, autentycznie francuski i tak melodyjnie ujmujący, że każdy pobiegłby w tamtą stronę z ciekawości, jaka tam wabi się wesoła i śliczna kobieta. Ktoby pobiegł, nie zawiódłby się: mię- dzy Romualdem a Terenią postępowała w isto- cie bardzo zajmująca postać kobieca, zupełnie nowa w Chojnogórze. — Estello!—mówiła właśnie księżna — jak to miło odnaleźć w dopiero co poznanej osobie tyle fibr sympatycznych, tyle duchowe- go pokrewieństwa! — Jednak więzy krwi to mocna spójnia —dodał sentencyonalnie Romuald. — Jak to powiedziałeś? więzy krwi?... Oh, ęa ne mćtouffe pas!—zawołała panna Du- bieńska—ale jesteście mili ludzie. Romeo! weź mój kapelusz; zasłania mi gwiazdy. Oddała Romualdowi kapelusz i potrząsnęła żywo lokami, które, modą pierwszego Cesar- stwa, spadały z wysokiego uczesania po obu stronach twarzy, czarne jak jej oczy, ruchliwe jak cała zgrabna postać. — Czy u was są te same gwiazdy? — zapytała, patrząc w niebo. — Dlaczegóżby nie?—rzekł Romuald. — Jesteśmy na tej samej półkuli co Francya i nic tak znowu od niej daleko. — A, dziękuję. Jechaliśmy bez końca. Papa to przywykł do wędrówek, ale ja pierw- szy raz byłam tak długo w wagonie. A ta droga od kolei! Ale wszystko jedno, kraj bar- dzo zabawny. — Kraj rodzinny Dubieńskich. A prawda, zaczynam go lubić. Kiedy przyjeżdża kuzyn Jerzy? — Podobno pojutrze—odpowiedział Ro- muald zimno. — Już nie pamiętam—włosy ma ciemne? — Tak. — A wąsy? — Także ciemne. A oczy takie, jak wy dwoje? Żywa dziewczyna przy tem zapytaniu mimowolnie pokazała palcami oddalenie oczu, właściwe Dubieńskiro. — Oczy wziął po matce, oczy ma tro- chę nie nasze odrzekła księżna z odcieniem dumy, którą Estella wzięła za urazę. — Jesteś taka ładna! - zawołała, biorąc wpół i całując Terenię. Pocałujmy się wszy- scy! No, Romeo!...—dodała, zbierając loki za ucho i nadstawiając policzek Romualdowi. Romuald przysunął się blizko do ponęt- nej twarzy, ale pocałował kuzynkę tylko w rękę. Tak sprzymierzeni zbliżyli się do tarasu, gdzie Tadeusz Dubieński rozprawiał wobec potakującego Macieja i pełnego uszanowania Władzia Kobryńskiego. Pomimo siwych włosów i brody, twarz dyszała jeszcze młodą siłą, mięśnie jej ryso- wały się energicznie, a podobieństwo rodzin- ne było, rzec można, przetlómaczone na obcy język. Tadeusz mówił po francusku, bez na- maszczenia, za to z pewnym cynizmem, któ- ry cechuje wielkich ludzi, gdy zniżają się do prostoty i swobody. Ujrzawszy córkę wcho- dzącą na taras, uśmiechnął się do niej z pod brwi, oczyma drapieżnemi i poufałemi, ale opowiadania nie przerwał: ...Jak mi więc powiedział, że wojny nie będzie, i że moje kapitały chce zaangażo- wać w Rosyi, pomyślałem odrazu: musi być właśnie przeciwnie. Trzeba znać tych Holen- drów. Puściłem wszystkie, jakie miałem walo- ry rosyjskie, a nabyłem inne... To was nie in- teresuje; słowem, że zamiana przyniosła mi pół miliona. — Owszem, owszem, stryju, to bardzo zajmujące, jakie stryj nabył walory—pytał roz- płomieniony Władzio. — Kochany przyjacielu! nabyłem różne; mam i akcye Kasyna w Montecarlo. Graliśmy z sobą tej wiosny. Och, tak... bez różnicy. A od tego Holendra kupił stryj jacht, który widzieliśmy pod Nizzą? — Tak jest. Ten statek ma już swą hi- storyę: zbudowany był dla Filipa XIII, ale że ten nie miał go czem zapłacić, przeszedł w rę- ce owego bankiera z Amsterdamu. Nazywali- śmy go wtenczas „latającym Holendrem." Kie- dy znów bankier się zachwiał, kupiłem jacht od niego i przerobiłem na swój użytek. Na- zywa się teraz „Herb Dąb." Przekręcają mi tę nazwę: „Erb Dab, Herb Drab," ale wszyst- ko jedno, niech się nauczą. — To bardzo pięknie, Tadeuszu — rzekł pan Maciej.—Mamy jednak nadzieję, żeś już zawinął do portu na czas dłuższy, że przywy- kasz do stałego lądu. Jakże się czujesz w kra- ju rodzinnym? Serca przynajmniej odnalazłeś niezmienione. że zwykłą powagą, jednak z mniejszym, niż go w rodzinie używał, majestatem, wyciąg- nął pan Maciej prawicę do stryjecznego brata, a wyrazisty nos drgał mu od wzruszenia. Ro- muald, Teresa, Kobryński poczuli się też w obowiązku raz jeszcze uściskać stryja, któ- rego ściskali już od kilku godzin, od przy- jazdu. Ale Tadeusz w walce z życiem po ob- cych krajach, utracił przyrodzony wdzięk Du- bieńskich równie w stosowaniu zasad, jak w obejściu. Nabrał szorstkości i szyderczej swa- dy starego żołnierza. Nie lubił się też roz- rzewniać. I teraz skorzystał z nowego wyle- wu uczuć rodzinnych, aby powiedzieć dobra- noc towarzystwu. Nie obeszło się bez paru jeszcze gorących oświadczeń, bez paru dowci- pów Tereni. Jeden z nich nie udał się. Wi- dząc, jak wszyscy odprowadzali stryja do je- go pokoju: ci ze świecami, tamten z jego ka- peluszem w ręku, a sam pan Maciej jak go prowadził pod ramię, niby księdza przy proce- syi, Terenia zawołała: — Prawdziwy powrót stryja marnotraw- nego! Nikt nie odpowiedział ani słowem, ani śmiechem; nawet pan Maciej spojrzał na cór- kę rozszerzonemi oczyma. Sen, przychodzący zazwyczaj na zawo- łanie w Chojnogórze, sen spokojnych sumień, dzisiaj także musiał zaczekać z powodu wy- jątkowego zamieszania i święta. O północy nie spała jeszcze panna Paulina, choć dawno już poszła do swego pokoju, bojąc się nocne- go chłodu. Czekała na Terenię, która obie- cała przyjść na rozmowę z ciotką, na podzie- lenie się pierwszemi wrażeniami. . Jakoż zjawi- ła się w szlafroku niebieskim, powiewnym, fi- glarnym, ukrywającym skarby wdzięków i ser- ca, gotowe jednak do wynurzeń. Ciotka Paulina była gorzej ubrana, a tak- że gorzej usposobiona od Tereni. •— Wytłómaczcież mi, co wy upatrujecie w tej Francuzeczce?—rzuca się, kręci, chicho- cze... ani wielkich manier, ani uszanowania dla starszych. Czegóż tam uczą we francuskich klasztorach? — Ach, bo ciocia zagniewała się za tę „mumię." Ona nie powiedziała tego o cioci, tylko gdy zobaczyła nieznajomą starszą oso- bę, przyszło jej takie głupie porównanie do głowy, a że to dziecko i bardzo żywe... — Nie gniewam się, moja Tereniu, za
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 44 841 mumię. Stara jestem i mało o to dbam, jak wyglądam. Ale to nie są maniery dla panny Dubieńskiejl... Albo któż tak trzaska fortepia- nem i nazywa go „muzealnym łomotem"?! Wogóle ten jej śpiew mi się nie podoba. Sie- demnastoletnia panna nie powinna takich rze- czy śpiewać, ani tak... he... he... dyszeć. Ciotka Paulina spróbowała udać namięt- ny, gorący głos Estelli, która śpiewała już prawie koncertowo, odziedziczywszy razem z urodą, talent po matce. Terenia roześmiała się: — Niepodobna, ciociu, mierzyć wszyst- kich naszą miarą. — Jednak, kiedy ta panna myśli o wstą- pieniu do naszej rodziny, musi być do nas jakoś dobrana. — Jest przecie córką stryja; nawet po- dobna do niego. — Gdzie tam podobna! Zupełnie obca jakaś... Ja zupełnie inaczej wyobrażałam sobie żonę dla Jerzego. Terenia spoważniała i zaczęła rozwijać przed ciotką swe konsyderacye: — To dopiero projekt. Zobaczymy, jak się sobie spodobają, a następnie... zobaczymy wiele jeszcze rzeczy. Dotąd papa nie mówił zupełnie otwarcie ze stryjem. Ale za to stryj nie mówi nic takiego, coby było w sprzecz- ności z tym projektem. Owszem... Wie ciocia, ile stryj ma majątku? — No, naprzykład? — Osiem do dziesięciu milionów fran- ków! — Ee, czyż tyle? — Z pewnością. A jedyną po nim spad- kobierczynią jest Estella. To niby wzgląd mniej idealny, jednak poważny. Dlaczegóżby te miliony miały pójść gdzie na bok, do Fran- cyi, a nie pozostać w rodzinie?—A przytem „z Dubieńskich Dubieńska"—i to coś warte. Naturalnie, jeżeliby panna była ułomna, albo ze złymi instynktami!... Ale to przecie śliczne dziecko, trochę niesforne, żywe, jednak łatwe do poprowadzenia, gdy się zakocha. A już się kocha w Jerzym, wie ciocia? — To znają się? — Prawie nie. Alem zmiarkowała... Zre- sztą Jerzy jest tak irrćsistibleJ — Przecież Jerzy kocha się w tej wdo- wie, jest zaręczony. — To właśnie trudność. Tylko jeżeli przyjeżdża do nas, musiał jakoś to wszystko załatwić. Inaczej tu-by się nie pokazał. — Dziwni, dziwni teraz ludzie!.. Bardzo ciekawam przyszłości. Zaczęły powtarzać w kółko swe wrażenia 0 stryju, o Estelli, o wypadkach i o projek- tach, wyciągając wróżby rozmaite: ciotka Pesymistyczne, siostrzenica różowe. Kiedy Terenia przewidywała, że wszystko się zagoi, załagodzi, urządzi, panna Paulina odpowia- dała wątpliwie wznosząc ręce: — Daj Boże! daj Boże! Powoli jednak wymowa Tereni zaczęła działać na wyobraźnię ciotki, i stara panna z rosnącem zaufaniem jęła się przyglądać ozło- conym obrazom przyszłości: -— Ja nigdzie nie wyjeżdżam. Ty za- pewne znasz lepiej świat i ludzi... no, daj Boże. Gdyby Stwórca Dubieńskich nie przeni- kał serc, a chciał uważać tylko na słowa mo- dlitwy, nie wiedziałby co ma dać: zadowole- nie sumień, czy pieniądze. Ale Stwórca Du- bieńskich wie zapewne, że to jedno i to samo. Nie spano i w innej części pałacu. Do Romualda, nawpół rozebranego, wszedł szwa- gier, również w bieli, i usiadł, objawiając chęć do rozmowy. — Cóż stryj? tęgi? — Aha. — Jak się ta hestya trzyma, to zadziwia- jące! Gada, chodzi jak młody. Gotów się drugi raz ożenić. — Mój Władziu! poco mówić o stra- chach po nocy—lepiej mówmy o tern, co jest. Pozwolisz, że ci zwrócę na jedną rzecz uwagę? — No, co takiego? — Stryj zgodził się tu przyjechać na wielką i stanowczą radę familijną. Trzeba go ugościć, zachęcić do upodobania kraju, z któ- rego pochodzi, dać mu udział w cieple do- mowego ogniska, a nie gadać mu ciągle o pieniądzach. — Któż gada? — Ty. A to jakie stryj kupił walory? — a ile ten majątek w Normandyi ma przestrzeni na nasze morgi? — a taki dom w Paryżu ile przynosi? Zapewne... dobrze to wiedzieć, ale ciągłe dopytywanie się wygląda prawie cy- nicznie. Władzio nie obraził się, tylko sposępniał. Po chwili rzekł boleśnie: Dobrze to wam, bo w każdym razie zrobicie kapitalny interes, jeżeli który z was ożeni się z Estellą. Ale jaki stąd zysk dla mnie?... to jest dla Tereni i dla naszych bied- nych dzieci? Posag jest skromny, moje inte- resy w nieładzie... Romuald spojrzał na szwagra, jak w kon- gresie minister wielkiego państwa na przed- stawiciela mniejszej potencyi, której jednak trzeba dać odczepne, aby nie bróździła: — Czy sądzisz, że nie myśleliśmy o to- bie? Jeżeli wszystkie zamiary dojdą pomyśl- nie do skutku, posag Tereni będzie zaokrąg- lony w stosunku do powiększenia naszej ogólnej fortuny. Za wcześnie mówić o szcze- gółach, ale to wchodziło w rachubę. — A moje długi osobiste? — Może i na nie znajdzie się rada. Wszystko zależy od toku spraw, bardzo dla nas ważnych, które się właśnie rozpoczęły. Nie trzeba im przeszkadzać. Ty baw tylko stryja, mów mu dobrze o nas, o pieniądzach bądź łaskaw nie wspominać mu wcale. Ra- dzę ci szczerze, w twoim własnym interesie. Kobryński, nieco ugłaskany, czuł jednak ciągle palące tortury ciekawości. — Powiedz mi przynajmniej, który z was zamierza starać się o rękę Estelli? Jerzy do- tychczas niby zaręczony z Oleską, a o tobie chodzą wieści, że rozpoczęto kroki co do mał- żeństwa twego z panną Ewą Kostkówną. Więc cóż będzie? Ja się przecie nie mogę ożenić z Estellą, niestety, to jest... oczy- wiście. — Trzeba oczekiwać logicznego rozwoju wypadków. Jcszcześmy prawie nie rozma- wiali z naszymi gośćmi, jeszcze nie przyje- chał Jerzy, a tybyś już chciał... A podoba ci się Estella? — Zdaje się! dziewczyna jak złoto — i na zlocie siedzi. — No, — rzekł Romuald po namyśle — panna Ewa jest także godna uwagi. Dadzą jej w posagu majątek ziemski, graniczący pra- wie z Chojnogórą — ładny majątek. Ona sama także ładna, i wielkie nazwisko, dobre gniazdo... — Estella przecie jest Dubieńska! No taak... Może posądzasz, że nie? — Mój Władziu! miewasz koncepty ta- kie, że uszy więdną. Dość spojrzeć na stryja i Estellę, aby się upewnić, że to jedna krew, a przytem jacy do siebie przywiązani! jak się rozumieją! Stryj przyjechał do nas tylko ze względu na przyszłość córki. — Nie wątpię, że chciałby ostatecznie uregulować tę pozycyę. — Co uregulować?! jaką pozycyę?! Te- raz ty, przyjaciel i członek rodziny, będziesz rozgłaszał plotki?! — Nie rozgłaszani; mówimy przecie naj- poufniej między braćmi. — Są rzeczy, o których trzeba zapom- nieć absolutnie wobec wyższych celów. — Jakże się to robi, aby zapomnieć? — Zapomina się, i tyle. Romuald był naprawdę rozdrażniony, Władzio zaś nie życzył sobie wcale tego skut- ku rozmowy. Począł więc naprawiać swą nie- rozwagę i zapewniał, że nie ma żadnych uprze- dzeń prawnych co do adoptowania własnych dzieci per subseguens matrimonium. Estella jest oczywiście rodzoną córką stryja, ma z nim nawet pewne wspólne cechy fizyczne: tak, coś w nosie... nie, ale jakby coś w uśmiechu... Romuald nie chciał jednak już słuchać. — Idźmy spać. Muszę być jutro wypo- częty i gotów na ważne rozmowy. A pamię- taj, com ci mówił. — Dobrze, dobrze. Książę Kobryński wracał do siebie przez ciemne pokoje, niezadowolony. Zbyt pod- rzędną grał rolę w tej rodzinie. — Jedno mam pamiętać, o drugiem znów zapomnieć... popychają mną, jak swoim. A wszystko dlatego, że oni mają pieniądze, a ja pecha... Głupstwo palnąłeś, Władziu, żeś się ożenił! Żenić się z Dubieńską, to przy- najmniej z Estellą... Albo trzeba było urzą- dzić się niezależniej od tyranii ojca, żony, na- wet takiego Romualda. Inne powinien byłem zająć tu stanowisko. Ostatecznie Dubieńscy to prosta szlachta; jestem między nimi trochę jak zabłąkany... Czasem nerwowe podniecenie nocy bu- dzi w naturach nawet biernych rewolucyjne porywy i łudzące poczucie siły. Władzio, po- stępując z lichtarzem w ręku, rozebrany do bielizny, przez ciemne pokoje, nie nastraszyłby wprawdzie nikogo, gdyż nie był podobny ani do ducha, ani do bohatera. Ale w głębi wzburzonego jestestwa gotowały się ambieye, projekty reform, nawet nieokreślona chęć do pracy. Przypomniał sobie jasno kim jest, i czuł się księciem Kobryńskim. Drogę za- stąpili mu przodkowie, zapragnął z nimi po- mówić... Poczucie takie siły nocnej jest tern roz- koszniejsze, że działać wypada dopiero jutro, a tymczasem można się przespać. (DCN)
842 WYCHODŹCY W BREMIE. Brema, w październiku. PRZED DWORCEM W BREMIE. nowi charakterystyczną ich cechę, lecz te liczne, różnorodne rzesze, którym służą one za chwilowy przytułek. Bywają chwile, że sala taka staje się jakąś nowo- żytną wieżą Babel. Wyrazy węgierskie krzyżują się tu raz w raz z polskimi, fryzyjskie z rosyjskimi, ru- skie z niemieckimi, żargonowe żydowskie z holen- derskimi i t. d., tworząc iście kalejdoskopową mo- zaikę dźwięków, hałasu i szwargotu. Wrażeniom słuchu nie ustępują pod tym względem i wrażenia wzroku. Obok banalnych, nie nazbyt wykwintnie skrojonych i nieco podniszczonych, zwykłych ubio- rów kobiecych i męskich, przesuwają się tu także przed oczyma widza różnorodne charakterystyczne stroje narodowe włościańskie, a więc: krótkie kurt- ki Słowaków i Węgrów obok świt chłopskich pol- skich i rusiriskich, obok chałatów żydowskich i t. p. Rzecz prosta, że różnorodności w strojach odpowiada także i różnorodność typów danych osobników. Ogólne wrażenie, odnoszone z obserwacyi owych tłumów, jeśli już nie goniących za szczę- ściem, to szukających gdzieś w odległej krainie po- lepszenia nazbyt ciężkiej doli, jest niezwykle Starożytne miasta hanzeatyckie, jak: Brema, Hamburg, a w szczególności pierwsza, ode- grały i odgrywają dotychczas w dziejach wychodz- twa europejskiego rolę nader wybitną. Przypominają one poniekąd jakieś olbrzymie zbiorniki, ku którym zmierza bezustannie fala emi- gracyi, aby zatrzymawszy się w nich na pewien krótki przeciąg czasu, odpływać dalej ku nęcącym obszarom nowego świata. Odpływ taki następuje wtedy, gdy zbiornik, zasilany drobnymi, ale bezustannie ruchliwymi strumykami wychodztwa, wypełni się po brzegi. Wówczas wylewa się z niego szeroko gwarna, różnolita fala ludzka i ginie w bezpowrotnej dali. Taki oto charakter zbiornika fal wychodź- czych ze środkowej i wschodniej Europy posiada w najwyższym stopniu Brema. Każdy niemal pociąg kolei żelaznej przywozi tam codziennie większe lub mniejsze partye emigrantów, którzy zatrzymują się w Bremie na dłuższy lub krótszy przeciąg czasu zarówno dla załatwienia wymaganych formalności, jak i w oczekiwaniu na okręt, mający przewieźć ich za ocean. Raz w raz tedy ciągną od dworca gromadki podróżnych, ubranych przeważnie skromnie, z wa- lizkami w rękach, z tobołkami na plecach, podąża- jąc ku skromnym zajazdom, położonym tuż obok wspaniałych eleganckich hotelów. Na zajazdach, przeznaczonych dla wychodź- ców, widać zdała ogromne znaki z napisami, że tam właśnie znajduje się biuro jednego z najwięk- szych agentów emigracyjnych, gdzie wydawane są świadectwa na przejazd. Dla nieumiejących czytać najwymowniejszy szyld stanowią gromadki ludzi, wyczekujących swej kolei na schodach lub pod oknami mieszkania pana agenta. Interes emigracyjno-agenturowy daje pokaźne zyski, a polega nietylko na wydawaniu wychodź- | ćom kart przejazdu. Agentura emigracyjna to jednocześnie i kantor wekslarski, i hotel. Jedna z większych agentur w Bremie sprawia najzupeł- niej wrażenie poważnej instytucyi bankowej. Biura, w którem wydawane są karty przejazdu, mieszczą się tam w kilku salach, gdzie zebrani emigranci w pokornej postawie oczekują cierpliwie na swą kolej. i Karta przejazdu... — napozór mówi to tak mało!.. Czczy wyraz, martwy skrawek papieru—zda | się—i nic więcej; a jednak poza suchem formalnem znaczeniem kryje się tu coś głębszego, coś, co wstrząsa i przeraża. Karta taka to jakby cyrograf z ponurej średniowiecznej legendy, którym zaprze- daje się człowiek na śmierć i na życie jakiejś ta- jemniczej, złowrogiej potędze. Odtąd staje się ona jego jedynym, wszechwładnym panem. Ileż ogniw przeszłości rozrywa taki marny skrawek papierul... Mimo to jednak większość tych, którzy go pożądają, nie zdaje sobie sprawy z tragiczności sytuacyi; przeciwnie: uważają go za prolog nowej, szczęśli- wej ery życia. Poza właściwem biurem ciekawe wrażenie sprawiają pokoje, przeznaczone na pomieszczenie emigrantów. Sale sypialne mieszczą się zazwyczaj na górnych piętrach i urządzone są skromnie, ale czysto. Szeregi żelaznych łóżek pod ścianą, zao- patrzonych w materace i wełniane kołdry w płó- ciennych poszewkach — oto całość umeblowania, monotonna i nie zaciekawiająca. Ale nie urządzenie owych pomieszczeń sta- SALA JADALNA EMIGRANTÓW ŻYDOWSKICH W BREMIE. przykre. Większość tych ludzi mogłaby i powinna niewątpliwie poświęcić pracę rąk swoich własnemu społeczeństwu z pożytkiem dla siebie i dla kraju, a oto dzieje się inaczej. Czyja wina?—Na to w dorywczym artykule odpowiedzieć niełatwo, kwestya ta bowiem wiąże się z całym szeregiem najpoważniejszych zagad- nień natury ekonomicznej i socyalnej. Najmniej zastanawiają się nad tern wychodź- cy sami. W czasie postoju swego w Bremie zdają się nie odczuwać najmniejszej tęsknoty za krajem, a uśmiechnięte oblicza ich świadczą o niekłama- nem zadowoleniu wewnętrznem z nowych warun- ków życia. Ów szczególny nastrój ducha da się zresztą łatwo wytłómaczyć. Oto może po- raz pierwszy w życiu opuściła ich troska o jutro. Dzięki mozolnie uzbieranej gotowiźnie mają na czas jakiś zapewnione pożywienie i dach nad głową; o reszcie nie myślą jeszcze zbyt jasno.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 44 843 WSTĘPOWANIE NA POKŁAD OKRĘTU. Wiedzą tylko, że tam, za oceanem, czeka ich zno- wu praca, ale, jak sądzą, popłatniejsza, niż w kra- ju ojczystym, i ta właśnie nadzieja przyszłych ko- rzyści materyalnych rozpogadza im oblicza. Owa pogoda ducha nie opuszcza ich rów- nież, ani w czasie podróży przez ocean, ani nawet w chwili odjazdu. Podróżni wykwintnych kajut I-ej klasy, na widok niknących powoli brzegów, ocierają łzy Wzruszenia i tęsknoty, cisnące się im mimowol- nie do oczu, niektórzy powiewają chustkami, inni znów biegną myślą gdzieś w dalekie strony, do swych drogich i kochanych, od których oddzielać ich będzie coraz bardziej, coraz nieprzystępniej zdradny a potężny żywioł; natomiast skupiony na Przednim pokładzie tłum wychodźców przygląda się spokojnie mgle oddalenia, przysłaniającej stop- niowo wybrzeże. Myśl o dalekim kraju rodzinnym legła w głębokim letargu i jakby rozwiała się w przeszłości, która uśmiecha się i nęci. Po opuszczeniu jednakże pokładu i wstąpie- niu na ziemię obiecaną sen pryska. Każdego z emi- TYP POLSKIEGO ŻYDA WYCHODŹCY. grantów poddają władze amerykańskie, zaniepo- kojone wzrastającym u- stawicznie ruchem wy- chodźczym, szczegóło- wej i surowej kontroli. Kto nie wylegitymuje się z posiadania co naj- mniej 30 dolarów go- tówką, lub nie wskaże krewnych w Ameryce, mogących poręczyć za nim, że nie będzie cię- żarem dla społeczeństwa, do którego się wdziera, a nadto kto nie odpo- wie wymaganiom prze- p i s ó w amerykańskich pod względem stanu zdrowia swego, ten mu- si powracać do Europy. Ale nie na tem koniec. Nie wszyscy, któ- rym udało się spełnić wymagania władzy ame- rykańskich, wkraczają przez to samo w szczę- śliwą fazę życia. Wobec wzrastającej ustawicznie podaży rąk roboczych, zdobycie zarobku stałe- go w miastach Unii nie należy do zadań łatwych. Niektórzy, jak wyrobnicy i rolnicy, wyjeżdżają dalej w poszukiwaniu pracy do odleglejszych ferm i fabryk, inni, mniej zaradni, włóczą się po ulicach Nowego Jorku, i nie wie- dząc dokąd się zwrócić, wy- czerpują powoli swe skromne fundusze, aby w końcu stoczyć się w otchłań nędzy i rozpaczy. J. DZ. Z tygodnia na tydzień. Książki naukowe. Uskarżano się u nas nieje- dnokrotnie na słaby rozwój czy- telnictwa, a względnie i popytu na książki poważniejszej treści. Skargi te były słuszne nie- wątpliwie, rzecz szczególna je- dnak, że podobne zupełnie za- rzuty robią społeczeństwom, któ- re dosięgły wyższego stopnia kultury, pisarze nietuzinkowi, obznajmieni dokładnie ze stosun- kami swojego narodu i kraju. H. G. Wells np. twierdzi, że w Anglii „literat, który nie jest współcześnie dobrym geszef- ciarzem, prędzej czy później popadnie w nędzę, gdyż wyda- wanie książek stało się handlem nie różnym bynaj- mniej od handlu masłem i wieprzowiną." Ten sam autor opowiada fakt niewiarogodny prawie, a mianowicie, że przełomowego dzieła amerykańskiego profesora W. Jamesa „Zasady psychologii" nie spotkał w księgarniach londyń- skich!" Fakt ten jednak nabierze prawdopodobień- stwa, jeżeli go oświetlimy cyframi. Otóż, jak wiadomo z opublikowanych po śmierci Spencera dokumentów i listów, dzieła tego filozofa rozcho- dziły się niezmiernie wolno. Tak np. „Statyki społecznej" rozprzedano w ciągu lat czternastu zaledwie 750 egzemplarzy, a „Zasad psychologii" w ciągu lat trzynastu 500 egzemplarzy! We Francyi normalna edycya książki nauko- wej nie przekracza 500 egzemplarzy, a prócz tego księgarz francuski nie zaryzykuje pieniędzy na wydawnictwo mało poczytne, nie zapewniwszy so- bie poprzednio poparcia rządu, lub którejkolwiek z licznych instytucyi, popierających wiedzę. W Niemczech prawie wszyscy pisarze nau- kowi zajmują jakieś stanowiska, dające utrzymanie (katedry uniwersyteckie i t. p.) i nie liczą na do- chód z prac literackich. W Szwecyi i Norwegii król oraz parlament wyznacza wybitnym pracowni- kom pióra stypendya albo stałe pensye roczne. Słowem, nietylko u nas, ale wszędzie praca naukowa nie cieszy się zbyt wielkiem poparciem czytającego ogółu. Świadczy to, że publiczność europejska nie dorosła jeszcze do wyżyn, odpowiadających stop- niowi kultury, jaki przyjmujemy powszechnie za normalny. Gdyby nauka sięgnęła naprawdę w głąb społeczeństwa, a nie pływała tylko po jego powierzchni, kto wie, czy wiele powikłanych spraw i kwestyi życiowych nie dałoby się łatwiej rozwiązać. Kultura naukowa, rozszerzając hory- zont myślowy większości, zmieniłaby stosunek mas do różnych zagadnień i haseł, które dzisiaj przed- stawiają się ludziom w świetle jednostronnem i fałszywem. y. * * * Jeszcze jedna potrzeba. Późnym wieczorem obchodziłem sale szpital- ne. Większość chorych już spała. Kiedy nie- kiedy mroczną ciszę przerywały ataki suchotników, GRUPA WYCHODŹCÓW RUSIŃSKICH W BREMIE. jęki świeżo operowanych lub bredzenia nieprzy- tomne gorączkujących. Wtem zdało mi się, że słyszę poza sobą jakby tłumione łkania. Zbliży- łem się do łóżka. Przy słabem świetle nocnej lampy ujrzałem niestarą jeszcze, ale bardzo wy- nędzniałą kobietę o zapadłych policzkach i spalo- nych wargach Spojrzałem na tabliczkę: zapalenie rdzenia, połączone z paraliżem nóg, oraz gruźlica płuc. — Czego plączesz, moja kobieto? — Nic mi nie lepiej, proszę pana doktora;
844 TYGODNIK ILLUSTROWANY.’Ne 44 leżę tu już czwarty miesiąc, a jeszcze nogami nic a nic ruszać nie mogę; teraz znowu ten kaszel ani na chwilę nie daje mi się zdrzemnąć. Bądźcie cierpliwi: macie bardzo ciężką chorobę, ale powoli przyjdziecie do zdrowia. Po- proszę siostry dyżurnej, aby wam dała kropli na uspokojenie kaszlu. — Jak ja mam być cierpliwą, proszę pana doktora, kiedy w domu zostawiłam troje małych dzieci! Starszy synek już chodził do roboty do fabryki pudełek, zarabiał trochę i żywił młodsze- go. Przed dwoma tygodniami odprawili go dla braku obstalunków. Małą Stasię przygarnęła na razie sąsiadka, także praczka i wdowa, ale i jej ciężko, bo ma czworo swoich. Od tygodnia nie wiem, co się z niemi dzieje... może z głodu po- marli, a ja taka chora... Uspokoiłem ją obietnicą, że się dowiem o dzieciach, i jeżeli będę mógł, zajmę się umiesz- czeniem na stałe najmłodszego dziecka. Przed kilku dniami znowu byłem świadkiem równie bolesnej sceny. Tym razem skarżyła się trzydziesto kilkoletnia nauczycielka, podobnie jak tamta, suchotnica. — Wiem o tern, że żyć nie będę. Namę- czyłam się tak bardzo w mojem życiu, że śmierć przyjęłabym w innych warunkach jako wyzwolenie, jako wypoczynek, do którego od tak dawna już tęsknię. Ale ja mam synka ośmioletniego... nie umrę spokojnie, dopóki losu jego nie ustalę. Po- łowę życia przemordowałam się na uczeniu cu- dzych dzieci, a dziś, śmiertelnie chora, nie mam nikogo, coby się mojem chciał zająć. — A krewni? znajomi?- -spytałem. — Rodziny bliższej nie mam zupełnie. Zna- jomi zrazu nawiedzali mnie dość często, przyno- sili owoce, lepszy posiłek, do szpitalnego bowiem trudno mi było się przyzwyczaić. Powoli, widząc zapewne, że stan mój się me poprawia, poczęli za- pominać; dziś, zdaje się, że przeszli już zupełnie nade mną do porządku dziennego.—„I tak jej nic nie pomoże"—rozumowali. Rok szkolny się roz- począł, Janek wałęsa się z ulicznikami; widzę, że nabiera brzydkich przyzwyczajeń, widzę dobrze opuszczenie straszne swego dziecka, i tak mi cięż- ko, że jako matka, już nic na to poradzić nie mo- gę... Rozpłakała się głośno. W istocie, jakże smutną bezbrzeżnie, jak bezlitośną jest dola tych wydziedziczonych! Czyż- by się nie znalazła na to jaka rada? Otóż, zda- WYCHODŹCY NA POKŁADZIE. niem mojem, założenie Towarzystwa opieki nad chorymi szpitalnymi i ich rodzinami mogłoby w dużym stopniu ulżyć sieroctwu tych biedaków, Rzeczone towarzystwo mogłoby powstać w łonie oddziału W. T. D. wyszukiwania pracy, znajdującego się pod przewodnictwem ks. Kirch- nera. Społeczeństwo nasze posiada bardzo dużo ludzi ofiarnych, gorąco współczujących niedoli bliźnich, nie wątpimy też, że sprawę powyższą wezmą do serca. Dr L. Lorentowicz. * * * Klub kobiecy. Pod powyższym tytułem nie zamyślam by- najmniej pisać rozprawy na temat t. zw. eman- cypacyi. Projekt, który podaję, dotyczę kwestyi znacznie skromniejszej. Wielokrotnie słyszałem od kobiet—szczegól- nie w poważniejszym wieku — pozbawionych ro- dziny, lub wogóle żyjących samotnie, nie mówiąc już nawet o nauczycielkach, że koniecznością jest utworzenie w Warszawie czegoś w rodzaju klubu niewieściego, gdzieby można znaleźć pisma pe- ryodyczne, książki, fortepian, możność jakiejś gry towarzyskiej, słowem: ucieczkę wobec widma cięż- kich godzin samotności, grożącej w doniu, a nie- raz wobec nudy i pustki. Myśl ta wydała mi się ze wszech miar god- ną uznania. My, mężczyźni, mamy kluby i cu- kiernie, do których możemy chodzić w każdej po- rze, dla kobiety zaś pójść wieczorem samej do cukierni—szczególnie w godzinach późniejszych— jest niepodobieństwem. Istniejące w Warszawie czytelnie nie zaspokajają wszystkich wymagań to- warzyskich, do znajomych nie zawsze można pójść po rozrywkę; zresztą często przychodzą chwile, w których pożąda się ludzkiego towarzy- stwa nie dlatego, aby czas przeszedł na konwe- cyonalnej rozmowie, uczonej dyskusyi, lub grze „w cenzurowanego" i „sekretarza," lecz poprostu, aby odczuwać ludzi koło siebie, aby módz, dajmy na to, czytać, grać, lub nawet pisać, nie zmusza- jąc się do żadnych towarzyskich obowiązków, wchodząc i wychodząc kiedy się podoba, tworząc sobie w ten sposób dom wprawdzie nie rodzinny, ale też nie próżny, nie tak rozpaczliwie samotny. Nie wątpię ani na chwilę, że myśl tę roz- szerzą, uzupełniając szczegółowo, opracują strony interesowane. Przypuszczam, że sprawa zebrania na ten cel dostatecznych funduszów nie powinna napo- tkać szczególnych trudności. Na początek nie trzeba znowu tak wiele. Kilka energicznych jednostek mogłoby np. na własne ryzyko nająć lokal, złożony z kilku pokojów, a można ręczyć, że nie zawiodą się, licząc na szersze poparcie. Podawano już projekt urządzenia restauracyi wyłącznie dla kobiet. Myśl wytworzenia dla nich miejsca zebrań towarzyskich powinnaby — jak się zdaje — spotkać się ze znacznie żywszem uzna- niem. k. * S. p. Apolinary Jaworski. W dniu 24-ym b. m. rozstał się z tym świa- tem jeden z najżarliwszych bojowników sprawy pol- skiej w Wiedniu, b. minister dla spraw Galicy! f APOLINARY JAWORSKI. w gabinecie księcia Alfreda Windischgraetza ś. p. Apolinary Jaworski. Nieboszczyk urodzony w r. 1825, po ukoń- czeniu studyów prawniczych w uniwersytecie lwow- skim i wiedeńskim, wstąpił początkowo do służby państwowej, wkrótce jednak, przeniósłszy się na wieś, do rodzinnego majątku Skowrzany, w po- wiecie Złoczowskim, oddał się z całą gorli- wością zawodowi ziemiańskiemu, prowadząc owoc- ną gospodarkę na roli i podporządkowując w dzia- łalności swej stale i niejednokrotnie sprawy korzy- ści osobistej potrzebom dobra publicznego. Ten właśnie wysoce dodatni rys charakteru ś. p. Jaworskiego zjednał mu wkrótce gorące uznanie wśród obywatelstwa okolicznego, które w roku 1870-ym wybrało zmarłego na posła "lo sejmu galicyjskiego we Lwowie, a niezadługo po- tem powołało go i do rady państwa w Wiedniu. Na obu wspomnianych posterunkach potrafił ś. p. Jaworski zjednać sobie, dzięki wysoce tak- townemu postępowaniu swemu, szacunek wszyst- kich stronnictw parlamentarnych, zajmując jedno- cześnie wybitne stanowisko w tak zwanej „frakcyi podolskiej stronnictwa zachowawczego. Wybrany w dniu 12-ym grudnia 1888 roku na prezesa koła polskiego, zaznaczył ś. p. Jawor- ski dobitnie, że instytucya ta powinna bronić in- teresów całej prowincyi i dewizie tej pozostał wier- ny do końca życia, kierując w tym właśnie duchu polityką koła. Żywioły radykalne spoglądały wprawdzie nie- chętnie na umiarkowanie i przezorność, objawia- jącą się wyraźnie w programie szerokiej działalno- ści publicznej zmarłego, dzięki temu jednakże cha- rakterowi polityki jego, zdobyło sobie Koło pol- skie z czasem stanowisko jednego z najpotężniej-
TYGODNIK ILLUSTROWANY N° 44 845 szych stronnictw parlamentarnych w Austryi i sta- ło się czynnikiem rozstrzygającym w zakresie róż- norodnych zawiłych spraw wewnętrznej polityki państwa. Nie ulega kwestyi, że podeszły wiek ś. p. Jaworskiego uniemożliwiał może czasami energicz- niejszą akcyę Koła tam, gdzie żywsze wystąpienie byłoby pożądane, mimo to wszakże, tern właśnie postępowaniem swojem zjednał zmarły dla Koła nieograniczone zaufanie rządu, zdobywając przez to dla reprezentacyi galicyjskiej możność uzyska- nia dla kraju całego szeregu koncesyi ekonomicz- nych. Obecnie otwiera się kwestya pierwszorzędnej wagi; kto obejmie po zmarłym to trudne i odpo- wiedzialne stanowisko, wymagające zarówno do- brej woli, jak i niezmordowanej energii, tudzież szerokiego, a zarazem praktycznego umysłu? o EPILOGI. Konanie Totalizatora. Są instytucye, których nagły, czy powolny upadek budzi powszechny żal, gdyż powstrzymu- je normaluy rozwój życia społecznego; są niestety i takie, z których zaniku można się tylko ra- dować. O demoralizującym wpływie totalizatora pi- sano już tyle, że powracać do tego tematu nie po- trzebujemy. To kwestya rozstrzygnięta i zamknię- ta w dziedzinie rozumowania teoretycznego. Prak- tyka stała przez długi czas w sprzeczności z teo- retycznymi postulatami, ale ostatecznie nadeszła chwila, kiedy zaczęto od słów przechodzić do czy- nu. Najpierw obłożono totalizator wyścigowy po- datkiem na rzecz instytucyi dobroczynnych. Był to półśrodek, który jednak nie podobał się Towarzystwu wyścigowemu. Zaczęły się targi. Procent z 5 zmniejszono na 2 procent. Ale tym- czasem w bieżącym sezonie sama publiczność czy to wskutek ogólnej stagnacyi, czy innych przy- czyn, przestała się interesować wyścigami, albo ra- czej grą hazardowną, która stanowi główną przy- nętę tej rzekomo poważnej zabawy. Ponieważ może to być tylko objaw przej- ściowy, nie zawadzi przypomnieć graczom, że we- dług orzeczenia senatu, wydanego w październiku r- b. „totalizator nie podlega opiece prawa, a po- wództwa wynikłe z gry w totalizatora nie mogą być rozstrzygane przez sądy.“ SALON „SZTUKI” NA WYSTAWIE JUBILEUSZOWEJ W KRAKOWIE. SALA WEJŚCIOWA NA KRAKOWSKIEJ WYSTAWIE JUBILEUSZOWEJ. Znaczy to po prostu, że jeżeli — jak to się już zdarzało niejednokrotnie—totalizator wskutek jakichś powikłań sportowych nie wypłaci graczowi, czy graczom należnej im kwoty, osoby poszkodo- wane nie będą miały sposobu zmuszenia Towarzy- stwa wyścigów konnych do załatwienia rachunku. Przypuszczamy, że poczucie bezsilności wobec instytucyi, ciągnącej zyski z hazardu, a nie- odpowiedzialnej, zniechęci publiczność do totali- zatora i sprowadzi nareszcie jego upadek. Z Teatr, muzyka, sztuki plastyczne. * Teatr Towarzystwa Artystycznego wystawił na scenie „Elizeum” trzy jednoaktówki: „Prawo mimiery" A. N. Nowaczyńskiego, „Sytuacya z dramatu” B. Gor- czyńskiego, i „Pośredniczka” Korzeniowskiego. Wszyst- kie sztuki grano dobrze, a zwłaszcza krotochwilę Korze- niowskiego, wystudyowaną wzorowo pod kierunkiem Ta- deusza Jaroszyńskiego. „Prawo mimiery”— to nowy, z wielkim talentem naszkicowany obraz walki „młodych” ze „starymi,” ideału—z egoizmem filisterskim. Rzecz wyło- żona z pamfletową zaciętością, jak wszystko, co wyszło z pod pióra Nowaczyńskiego. „Sytuacya z dramatu”— zawiodła oczekiwania, chociaż nie brak w niej wyraź- nych cecli talentu. Autor wymyślił sobie nadzwyczajne, patologiczne położenie i usiłował powiązać sztuczne wypadki środkami analizy psychologicznej. „Literatu- ry!,“ to jest książkowa całkiem kombinaca odjęła akcyi szczerość i siłę. I * Występy słynnej tancerki Izadory Iłiniean w Filharmonii nie wywołały w Warszawie—ani w prasie, ani śród publiczności—zbytniego entuzyazmu. Zacieka- wienie było olbrzymie, ale najbardziej nawet zapaleni jej zwolennicy musieli przyznać, że pod wielu wzglę- dami doznali rozczarowania. Izadora Duncan ma jedną, bezsprzecznie wielką zasługę: przez niezmiernie staranne studya nad rzeźbą grecką i malarstwem Odrodzenia zdo- łała ona wprowadzić do sztuki tanecznej miękkie, harmo- nijne ruchy, piękne, wdzięczne, pełne wyrazu pozy, a przedewszystkiem starała się stworzyć z tańca praw- dziwą sztukę, polegającą na swobodnej interpretacyi w tańcu tekstu muzycznego, śledząc nietylko rytm, [lecz starając się też oddawać tańcem całe frazesy muzycz- ne. W wykonaniu tej myśli—zasadniczo zupełnie słusz- nej—artystka amerykańska okazała jednak mało pomysło- wości, a przytem poszła za daleko: zdawało się jej, że tańcem wyrazić można nietylko proste w wyrazie kom- pozycye starożytnych, lub lżejsze, mało sk implikowane utwory współczesne, ale [też głębię, wielkość i po- wagę Chopina i Beethovena. To też taniec do „polo- neza as dur” i „Sonaty księżycowej” okazał jej niezmier- nie naiwne, dziecinne, bardzo powierzchowne pojmowa- nie tych kolosalnie potężnych kompozycyi i robił chwi- lami pomimo bardzo pięknych ruchów tancerki - wraże- nie wprost niesmaczne. Przytem okazało się, że Duncan powtarza wciąż te same ruchy przy różnych kompo- zycyach — co szybko nużyło patrzących. Na niektóre „prehidya” stworzyła sobie schematy ruchów pantomi- micznych, niezawsze nawet ładnych, i przy bisowaniu nie odstępowała od tych schemetów ani na jotę. Nie zrozu- miała też, że z „Mazurków” Chopina tylko kilka nadaje się do wesołego tańca. O ile jednak oddawała sceny z klasycznego świata lub z niezrównaną lekkością tań- czyła wdzięczne tańce, wtedy była istotnie owem, ory- ginalnem zjawiskiem artystycznem, tancerką o technice nowej i świetnej, o ruchach swobodnych i cudnych, utrzymanych w powściągliwej harmonii i dziewiczej czystości wyrazu. J. KI. * Nowa sztuka Bjornsona p. t. „Daglanuet” wystawioną będzie najpierw w Kopenhadze w teatrze Ludowym, z panną Betty Nansen w roli tytułowej. Z początkiem przyszłego roku sztuka ta wejdzie do re- pertuaru norweskiego Teatru Narodowego /
846 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 44 * Ruchliwe Towarzystwo polskiej sztuki stosowanej w Krakowie otwiera w dniu 15 grudnia r. b. w ystawę arty- styczuo-drukarsksi i zwraca się niniej- szem do drukarzy, litografów, wydawców i artystów polskich z prośbą o udział w wystawie. Ostateczny termin dla nadsy- łania deklaracyi—20 listopada, dla nadsy- łania okazów -5 grudnia r. b Adres dla deklaracyi— Tow. „Polska Sztuka stosowa- na," Wolska nr. 14, w Krakowie; dla oka- zów—Muzeum Czapskich, Wolska nr. 12, w Krakowie. * Przy ocenie prac osób, ubiega- jących się o stypendya, komitet Tow. Zaeli. Sztuk Pięknych przyznał: stypen- dyum im. Józefa Simmlera p. Bronisła- wowi Raczyńskiemu, stypendyum imienia Kopernika—p. Stanisławowi Rzecznikowi, stypendyum zaś z zapisu Korwin-Szy- tnanowskiej — p. Janowi Biernackiemu. Nadto przyznano rzeźbiarzowi A. Lepią stypendyum z zapisu Olszewskiego, oraz wybrano do reprodukcyi kolorowej jako premium dla członków Towarzystwa za rok 1905-ty płótno Chełmońskiego p. t. „Sprawa przed wójtem." o * Otwarcie Salonu Jesiennesro w Paryżu. W 20 przeszło salach pa- ryskiego „Salonu," którego otwarcie nastą- piło w połowie b. m., zgromadzono, jak to bywa pra- wie zawsze, wiele dzieł sztuki pierwszorzędnej war- tości. Szczególną uwagę zwracają dzieła Eugeniusza Carriere’a (piękna kompozycya „Maternite"), Pawła Dupuis, impresyonistów Moreta i Madeline’a, Seyssan- da, odznaczające się wielką miękkością, subtelnością, wdziękiem, bogactwem kolorytu obrazy i akwaforty (szczególnie jego senne wizye) Odilon-Redona, Henryka Renault (jednego z najciekawszych uczniów Gustawa Moreau—szczególnie jego wieczorne pejzaże), wreszcie chwalone przez prasę francuską dzieła młodego Polaka, Bujki. k TROSKA TADEUS7 BŁOTNICKI Z wystawy jubileuszowej w Krakowie. CZĘŚĆ SALONU „SZTUKI" UDEKOROWANEGO PRZEZ ST. WYSPIAŃSKIEGO na wystawie jubileuszowej w Krakowie. Z Dalekiego Wschodu. Po bitwie pod Jantajem wojska rosyjskie cofnęły się o 20 kil. na północ za rzekę Szache i zajęły silnie obwarowane pozycye pomiędzy rze- kami Chunche i Szache, o 16 do 20 kil. na po- łudnie od Mukdenu. Wojska generała Ojamy następowały tuż za niemi. Podczas ustawicznie wywiązujących się walk pomiędzy awangardą ja- pońską a aryergardą rosyjską, generał Jamada odo- sobnił się chwilowo od głównej armii, zajmując ważną pozycyę nad rzeką i zabierając dwie armaty. Wkrótce jednak jego 2,000 żołnierzy były otoczo- ne przez 12,000 świeżych posiłków rosyjskich. Dzielny generał zdołał przebić się z częścią woj- ska, musiał jednak pozostawić w ciężkiem błocie mandżurskiem 14 armat, których niepodobna było uprowadzić. Drobny ten epizod, drobny w porównaniu z wynikiem walk pod Jantajem i morderczym przebiegiem poprzednich walk nad Szache o inne pozycye nadbrzeżne, był zakończeniem olbrzymiej jedenastodniowej bitwy, w której ze stron obu ubyło z szeregów 80,000 żołnierzy. Obecnie potężne armie, wyczerpane tym strasznym bojem, stoją naprzeciwko siebie tak blizko, że oddziały wywiadowcze walczą z sobą prawie bez przerwy, do bitwy jednak nie przycho- dzi -— obie strony czekają na posiłki i fortyfikują się w zajętych pozycyach. Przypuszczalny front armii rozciąga się na przestrzeni 100 kilometrów. Znowu więc — jak przed tą bitwą — za- czynają się manewry strategiczne, o których żad- nych pewnych wiadomości mieć nie można; znowu lada chwila zagrzmią działa ze stron obu, i znowu pole Mandżuryi pokryje kilkadziesiąt tysięcy ciał. A potem nadejdą świeże posiłki: z Rosyi i z Japonii, krew poleje się na białe śniegi stru- mieniami, lazarety i szpitale rozbrzmiewać będą jękami rannych i umierających, zdobywane bę- dą nowe pozycye, bronione dawne — wojska dojdą do niebywałej w dziejach liczby walczących ze stron obu—i—kiedy się to skończy? * * * Podróż floty bałtyckiej na Daleki Wschód należeć będzie do najtrudniejszych przedsięwzięć w marynarce wojennej. Od Libawy do Przylądka Dobrej Nadziei — którędy właśnie uda się eskadra rosyjska—trzeba będzie przebyć 7,800 mil morskich, a ztamtąd do Portu Artura 10,400 — razem 18,200. Szybkość, z jaką eskadra po- suwać się będzie, nie przeniesie za- pewne 12 do 14 mil morskich na godzinę, choćby z tego względu, że większa szybkość wpłynęłaby zgubnie na stan kotłów, których wy- trzymałość ma przecież swoje granice. Gdyby eskadra płynęła w takiem tem- pie bez przestanków, zdołałaby prze- być tę olbrzymią przestrzeń w 54 dni. Jednakże oczyszczanie kotłów, nabieranie węgla i t. p. czynności zmuszą eskadrę do zatrzymywania się, których, według przypuszczeń fachow- ców, będzie co najmniej 10 po 4 dni, razem 40 dni, czyli że cała podróż przeciągnie się do 94 dni co najmniej, jeżeli nie zajdą jakie szczególne przy- czyny opóźnienia, jak uszkodzenia wskutek burz i zużycia machin, ka- tastrofy i t. p. Wprawdzie droga przez kanał Sueski byłaby znacznie krótsza, pra- wie o połowę, ale nowe pancer- niki floty bałtyckiej, jak „Orzeł," „Borodino," „Książę Suworow" zagłębiają się więcej niż 8 me- trów w wodę, co czyni przejście ich przez kanał Sueski niemożliwem. Na wodach angielskich eskadra bałtycka przez pomyłkę zaczęła strzelać do angielskich ło- dzi rybackich, biorąc je za japońskie, i kilka z nich zatopiła. Wypadek ten nie ma poważniejsze- go znaczenia. * * * Według Echo de Paris, Nowosti przytaczają następujące obliczenie sił armii, walczących pod Jantajem i nad rzeką Szache. Na lewem skrzydle armii rossyjskiej były cztery korpusy, cała zaś armia generała Kuropat- kina składała się z dziewięciu korpusów: sześciu syberyjskich, 1-go, 10-go i 17-go korpusów armii i dywizyi kozackich, ogółem z 270 batalionów, 21 szwadronów, 124 bateryi po 8 dział i czterech ba- teryi Maxime’a, t. j. 226,748 piechoty, 30 tys. kawa- leryi i 900 dział. PROF. EMIL SAUER, znakomity skrzypek, wystąpi w dniu 4 listopada w Filharmonii warszawskie.!
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 44 847 Siły japońskie składały się: z 10-ciu dywi- zyi liniowych, 9 rezerwowych, 2 brygad kawaleryi, L j- 190 batalionów, 65 szwadronów, 846 dział i 64 dział Maxima. Z Petersburga. *„* Peterb. Wied, w korespondencyi własnej z Warszawy podkreślają brak ziemstw w Królestwie Polskiem, które niejednokrotnie mogłyby przedsiębrać skutecznie środki zaradcze w razie klęsk i niepowodzeń. Korespondent radzi, ażeby braku tak ważnych organów, zarządy ministeryum dóbr państwa i rolnictwa przyszły obecnie z pomocą ludności włościańskiej w Królestwie, która dotkliwie cierpi skutkiem nieurodzaju paszy. *** Pisma petersburskie zapewniają, iż wkrótce ma być dokonana rewizya ustawy ccnsuralnej. * * * Z powodu nieurodzaju tegorocznego w Kró- lestwie Polskiem, sekeya rolna warszawskiego od- działu Towarzystwa popierania przemysłu i handlu udała się za pośrednictwem zarządu tej instytucyi do ministeryum skarbu z podaniem o ustanowie- nie taryfy ulgowej na przewóz do Królestwa Pol- skiego otrąb, makuch, kukurydzy, siana i sło- my. Obecnie, jak donoszą pisma petersburskie, departament kolejowy wysłał odpowiedź odmowną, motywując ją tern, źe niedobór w plonach Króle- stwa Polskiego, wynikły z tegorocznej posuchy i nieurodzajów, może być zaliczony tylko do klęsk częściowych, które w rozległem Państwie muszą s>ę powtarzać corocznie, a więc nie zasługują na stosowanie środków szczególnych. Przypuszczamy, że bez otrąb, makuch i kukurydzy mogą się jeszcze obywać i zastąpić je czem innem. Nawet co do otrąb, to na paź- dzierników em posiedzeniu sekcyi rolnej były gło- sy przeciwne ulgom z tej racyi, że ucierpiałoby na tern młynarstwo krajowe. Inaczej rzecz się ma z sianem i słomą. Chodzi tu nietylko o gospo- darstwa folwarczne, lecz także o włościańskie, któ- re już dziś są w ciężkiem położeniu; a cóż dopie- ro będzie na przednówku! Przypuszczamy, że rol- nicy nasi popełnili pewien błąd w zabiegach swoich, że zapewne niedostatecznie umotywowali swoje Podanie, nie poparli starań odpowiednią sumą fak- tów, illustrujących ciężkie położenie ekonomiczne rzesz wielotysięcznych. Zebraniem i zestawieniem tych szczegółów z różnych okolic kraju powinny były się zająć nasze Towarzystwa rolnicze. P. * * * Drukowane w Zbiorze urzędowym wyroki senatu Rządzącego mają znaczenie juryspru- dencyjne; stanowią one tłómaczenie niejasnych lub Wątpliwych przepisów prawa. A że życie codzień nastręcza tysiące kwestyi, które przez prawodawcę CZĘŚĆ TARASU W MUKDENIE. Ze zbiorów Z. Kalinowskiego. nie mogły być przewidziane, więc i sądowi kasa- cyjnemu nigdy nie brak roboty. Rozszerza on nie- raz szczupłe ramy artykułu kodeksu, ażeby módz pomieścić w nie szeroko rozlewające się fale wiecz- nie naprzód postępującego życia. W lutym roku bieżącym na wokandzie Se- natu znalazła się sprawa, mająca znaczenie nietylko prawne, lecz i dziejowe. Podolski konsystorz. duchowny wytoczył pro- ces przeciwko pp. Emilii Dowiakowskiej i Smaran- dzie Butmi-de Katzman, właścicielkom majątku Pi- sarewki-Wołoskie, położonego w powiecie Jampol- skim. Szło o bezpłatne mielenie zboża w młynie dworskim. Prawo to nadał przed stu z górą laty, bo roku 1781, ówczesny właściciel folwarku Kaje- tan Sobański, proboszczowi miejscowego kościoła. Nikt nigdy nie przeszkadzał parochom mleć żyta i pszenicy w Pisarewkach, aż naraz w roku 1891 dziedzice oświadczyli kategorycznie, że nadal dar- mo mleć nie pozwolą.—Albo za pieniądze, powie- dzieli, albo wcale. Z uwagi, że odmowa ta sprze- ciwia się woli spadkobiercy, wyrażonej w akcie erekcyi z dnia 20 marca 1781 r., konsystorz do- magał się przywrócenia status quo antę. Pozwane broniły się treścią aktu erekcyjnego, który wymaga ażeby kościół we wsi Pisarewki- Wołoskie niezachwianie szczerze dochowywał unii wyznania grecko-łaciriskiego z wyznaniem rzymsko- katolickiem, że zaś ten sam proboszcz Towsticki, na którego rzecz darowizna była dokonaną przy- łączył się w kilkanaście lat później do wiary prawosławnej, więc tern samem zrzekł się w imie- niu swojem i następców praw służących mu z aktu erekcyjnego. Izba sądowa w Odesie, dokąd sprawa prze- szła po przegraniu jej przez konsystorz w sądzie okręgowym w Kamieńcu, ustaliła, że akt erekcyi, przez Sobańskiego w r. 1781 zdziałany, udziela prawa bezpłatnego mielenia zboża w młynach dworskich proboszczowi ówczesnemu i następcom jego pod warunkiem, ażeby tak proboszcz ten, Piotr Towsticki, jak i wszyscy następcy jego, utrzy- mywali po wsze czasy niezachwianą a szczerą unię z kościołem rzymsko-katolickim, przyczem niewykonanie warunków tych pociągnie za sobą, jak powiedziano w akcie, odwołanie darowizny. W ten więc sposób prawo bezpłatnego mielenia mąki było darowizną, zawisłą od spełnienia pew- nych warunków, że zaś pierwszy zaraz proboszcz warunku tego nie dopełnił, więc postradał prawo do darowizny. Straciwszy je sam, nie mógł na następców swych przelać tego, czego nie posiadał. Zarzut władzy duchownej, iż warunek, za- mieszczony przez Sobańskiego w akcie erekcyjnym, nie jest ważny, jako sprzeciwiający się prawu i po- rządkowi państwowemu, Izba odrzuciła, gdyż „dla oceny, czy dany warunek nie sprzeciwia się prawu, trzeba zwrócić się do daty jego powstania, a w owym czasie (w r. 1781) warunek ten był zupełnie legalny." I Izba odrzuciła apelacyę konsystorza. Na tem nie skończył się przewód sądowy i, jak wyżej powiedziano, sprawa doszła do naj- wyższej magistratury sądowej, do Senatu Rzą- dzącego. „Jeżeli darowizna, orzekł sąd najwyższy uczyniona została pod warunkiem spełnienia przez obdarowanego pewnych zobowiązań, to sam fakt niewykonania zobowiązań daje darczyńcy prawo żądać albo zwrotu darowizny, o ile stanowiła ona majątek ściśle określony, albo też przerwać wypła- ty lub wykonywanie usług. Przyczyna, dla której obdarzony zobowią- zania nie wykonał, nie ma znaczenia; decydującym jest sam fakt niewykonania warunku, nie zaś przy- czyny, które udaremniły wykonanie. Dlatego też Izba Sądowa, ustaliwszy, iż proboszcz nie dopeł- nił warunku, przez Sobańskiego wymaganego, mia- ła słuszną zasadę tak rozstrzygnąć sprawę, jak ją osądziła." Z tych zasad Senat Rządzący wyrok sądu appelacyjnego w Odesie w mocy utrzymał, a skar- gę kasacyjną konsystorza duchownego odrzucił. HEN. CED. GROBOWIEC CESARSKI W MUKDENIE. TYPY ULICZNE W MUKDENIE. Ze zbiorów Z. Kalinowskiego.
848 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 44 POMNIK NA CMENTARZU W LITANCE POD ZAMOŚCIEM. Rzeźba W Gruberskiego. Nasze ryciny. TEODOR AXENTOWICZ: SMUTEK. —Artyście chodziło tu przedewszystkiem o wyraz wewnętrzny, o wywołanie silnego nastroju, i udało mu się to wybornie, wszystko bowiem zmierza ku temu właśnie celowi, zarówno świetnie narysowane po- staci kobiet nachylonych ku ziemi pod brze- mieniem jakiegoś nieokreślonego smutku, jak i tło krajobrazowe, przepojone cichą melancholią zmierzchu. Na szczególną uwa- gę zasługuje strona techniczna naszej re- produkcyi, będącej niezwykle starannie i artystycznie wykonanym drzeworytem p. W. Klejna. W. GRUBERSKI: POMJSIKNA CMEN- TARZU W LITANCE POD ZAMOŚCIEM, i —Dzieło to uderza przedewszystkiem bra- kiem szablonu, rażącego zazwyczaj w wielu pomnikach cmentarnych. Całun, pod któ- rym rysują się doskonale wyczute kształty postaci ludzkiej, unoszącej się nad złomem skalistym, rzuca do wnętrza silny cień. Z pod całunu wydobywają się ręce, prawa dzierży kosę, lewa zaś, wyciągnięta nad zniczem—zda się tłumić płomień bólu tych, którzy cierpią. Całość stanowi potężny symbol śmierci i wywołuje silny nastrój w widzu. P. Gruberski, autor rzeczonego dzieła, jest bratem ks. Gruberskiego z Płoc- ka, głośnego znawcy i reformatora muzyki kościelnej. Młody artysta kształci się obec- nie w Paryżu, rokując świetne nadzieje na przyszłość. Kronika. KOŚCIELNE. W dniu 16-ym b. m J. E. biskup Kazi- mierz Ruszkiewicz dopełnił aktu poświęce- nia nowo wzniesionej świątyni we wsi Za- wadach, w powiecie Sochaczewskim. o Do seminaryum płockiego zapisało się w roku bieżącym 10 kandydatów do stanu duchownego, o NAUKA. Ogłoszony w swoim czasie przez redak- 1 cyę Gazety Sądowej konkurs z nagrodą rub. 500, na monografię prawną z zakresu ustaw robotniczych włościańskich, kodeksu polskiego z r. 1825, prawa o małżeństwie z r. 1836-go, lub ustaw hipotecznych, od- roczono do dnia 1 paździer- nika 1905-go r. o OZNACZONA PRZEZ SĄD POLUBOWNY GRA- NICA GALICYJSKO- WĘGIERSKA MOB SKIEGO oka nie odpo- wiada, jak wiadomo, tak zwanej „linii pretensyjnej* zarówno Galicyi, jak i Wę- gier. Stąd też od lat dwu blizko toczą się nowe spo- ry, na czem cierpi głów- nie właściciel obszarów przy spornym punkcie, a niemniej pokrzywdzonymi czują się włościanie biał- kańscy. Rzecz tę ujęło w ręce namiestnictwo galicyj- skie, delegując ze swej strony geometrę ministe- ryum skarbu, p. Agenora Lewickiego, zaczem i Wę- gry wyznaczyli geometrę w osobie p. Zoltana Vu- kiesa. Obaj ci urzędnicy uskut cznili w ubiegłym miesiącu pomiar szczegó- łowy nowo wytkniętej gra- nicy, a to w myśl,rznanego wyroku sądu polubowne- go. Ostatnim też aktem tej długotrwałej „zemsty o mur granicz- ny" będzie wypracowana wspólnie przez pp. Lewickiego i Vukicsa mapa szczegóło- wa, na której podstawie nastąpi ostateczne sprostowanie granicy w mapach kadastral- nych i w księdze gruntowej. Tu nie od rzeczy będzie wspomnieć, iż głośny nasz uczony profesor uniwersytetu lwowskiego, dr Oswald Balcer, opublikował w ostatnim numerze Przewodnika iiaukoiocgo i lite- rackiego słynną swoją obronę, wypowie- dzianą przed sądem w Hradcu, dając jej ty- tuł: „O Morskie Oko, wywód praw pol- skich.* T. Z RÓŻNYCH STBON. Przełożona Domu św. Józefa w Pozna- niu, Siostra Irena Łuszczewska, święciła niedawno 50-tą rocznicę wstąpienia swego do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia. W 1. Gustaf Rudolf, rekwizytor. 2. Neuman Goliński, członek Ii-go oddziału. 3. Edward Dreszer, pomocnik dyrektora. 4. Józef Chrzanowski, członek rady. 5. j Wilhelm Fulde, były dyrektor straży. 6. )• Mieczysław Grąbczewski, były dyrektor straży. 7. j- Robert Pusch, założyciel straży. 8. Emil Reppchan, były dyrektor, obecnie prezes. 9. Floryan Harnisz, obecny dyrektor straży. 10. Bronisław Hindemith, obecny dyrektor straży. 11. Fabian Goliński, topornik. 12. Ferdynand Kuttner, ogniomistrz straży. 13. j Oswald Schner, były dyrektor straży. GRUPA JUBILEUSZOWA STRAŻY OGNIOWEJ OCHOTNICZEJ W KALISZU. ocenie tyloletniej, niezmordowanej i wysoce owocnej dla społeczeństwa pracy Jubilatki, składały jej życzenia wszystkie instytucye katolickie Poznania z ks. biskupem łukow- skim na czele, o Jak donosi korespondent Warsz. Dnieui- nika, „tłum rzemieślników, uzbrojonych w kije i noże, wyszedłszy z jednej z restau- racyi na Starym Rynku w Łomży, wyruszył przez ul. Dworną do środka miasta i spo- tkawszy tam w pobliżu soboru jakiegoś szeregowca—służącego, począł go bić. Na hałas i krzyk nadbiegł przechodzący w po- bliżu kapitan ołonieckiego pułku piechoty Cz., a potem nadbiegło kilku jeszcze ofice- rów z poblizkiego klubu oficerskiego drago- nów. Przywódcę bandy pochwycono; resz- ta uczestników napadu i awantury rozbieg- ła się. Wśród rannych znajduje się oficer Cz., który otrzymał ranę kijem czy nożem w głowę, o Kur. Sosnowiecki podkreśla ciekawy fakt przeczulonej wrażliwości hakatystycznej. Do niedawna pociąg, kursujący pomiędzy Katowicami a Sosnowcem, obsługiwany był przez konduktorów-Polaków ze Śląska. Uważając tę styczność Polaków-Slązaków z Polakami z Królestwa za niewłaściwą, zarząd kolei pruskiej przeniósł dawną służ- bę pociągową aż poza Berlin, a natomiast na wspomniany dystans przeznaczył rodo- witych Niemców, nie rozumiejących ani słowa po polsku, o W Łodzi powstaje komitet sanitarny, ma- jący na celu przedsiębranie środków zarad- czych na wypadek powstania tam epidemii. W tych dniach, jak donosi Rozwój, odbyło się w gmachu magistratu pod przewodnic- twem prezydenta i przy współudziale leka- rzy i grona obywateli łódzkich posiedzenie w celu zorganizowania wspomnianego ko- mitetu. o Rok bieżący jest 40-tyin od chwili założe- nia straży kaliskiej. Jakie ona przez czas ten przechodziła koleje i złe i dobre chwile, opisać trudno; to tylko powiedzieć można, że straż od pierwszej chwili jej założenia do dnia dzisiejszego pozostała na wysokości swego zadania. W 1864 roku założył i zorganizował straż kaliską ś. p. , Robert Pusch. Ciężkie to były czasy, bo gdy wtedy przeważnie w straży był prąd niemiecki, a ludzie dobrej woli po war- sztatach werbowali członków, złe osob- niki nazywały to „zabawką w fajerwere*. Po śmierci Roberta Puscha bardzo krótko był jej dyrektorem Oswald Schner, a po śmierci jego objął ster Emil Repphan. Na- wał pracy zniewolił Repphana zrzec się tego stanowiska, a miejsce jego zajął ś. p. Wilhelm Fulde, gdy zaś ten z powodu nad- wątlonego zdrowia ustąpił, obowiązki te objął ś. p. Mieczysław Grąbczewski. Gdy tego powołano na prezydenta miasta, miej- sce jego w straży zajął p. Bronisław Hin- demith, który podał się do dymisyi, ale straż dymisyi nie przyjęła, dając dyrektorowi urlop do listopada, t. j. do ogólnych wy- borów. Straż liczy obecnie 260 członków. ŚWIAT KOBIECY. Pani Marya Zaremba-Słupska, znana arty- stka malarka, otworzyła szkolę rysunków i malarstwa, w której obok sztuki czystej wykładana będzie sztuka zdobnicza, oparta na kompozycyi dekoracyjnej. Pani S skoń- czyła szkołę dekoracyjną w Paryżu i od lat kilku prowadzi kurs rysunku i malarstwa w warszawskiem Muzeum p. p. i h. — P. Stefania Karpowiczowa otworzyła przy pro- wadzonym przez siebie zakładzie gimna- stycznym pierwszą u nas szkołę masażu i gimnastyki leczniczej dla kobiet. Kurs trwać będzie rok i zapewnia uczennicom patent, upoważniający do praktyki na mie- ście.—Pani M. z Lublina otrzymała na Kró- lestwo Polskie reprezentacyę koksu zagłębia Donieckiego i jest pierwszą u nas kobietą, która podjęła pracę w tym kierunku. — Agronomiczne studya ukończyły w tym ro- ku: p. Cybulska i p. Zofia Sawicka. Pierw- sza — akademię rolniczą w Hali, druga — wydział rolniczy w Zurychu. Zgromadze- nie Panien Urszulanek w Tarnowie otwiera zatwierdzone przez Radę szkolną krajową i ministeryum oświaty liceum żeńskie, które wypełni brak żeńskiej szkoły średniej w mieście i pozwoli uczennicom wstępo- wać do uniwersytetu w charakterze słucha- czek zwyczajnych. Kandydatka z patentem licealnym ma pierwszeństwo na posady nauczycielek w szkołach wydziałowych przed kandydatkami, które ukończyły semi- naryum. W nowem liceum udzielać będą nauk profesorowie miejscowych szkół śred- nich.—Koło pań im. Sienkiewicza we Lwo- wie otworzyło kurs dla analfabetek, prze- znaczony przedewszystkiem dla sług, cw WYSTAWA FOTOGRAFICZNA W KRAKOWIE. Krakowskie Tow. Fotografów amatorów wystąpiło po raz trzeci z rzędu z wystawą prac amatorskich. Tym razem wystawa ta, urządzona w pięknym lokalu prywatnym przy ul. św. Jana 13, zajmuje pięć sal, w których znalazło pomieszczenie 1,000 przeszło okazów kunsztu amatorskiego, i jest najokazalszą i najciekawszą ze wszystkich dotychczasowych. Wystawa rozpada się na cztery działy: fotografię amatorską, fotogra- fię zawodową, dział fotografii naukowej i dział przemysłowy. Najbardziej interesu- jącym jest z natury rzeczy dział prac ama- torskich. Tu na pierwszem miejscu wymie- nić należy zdjęcia Reginy i Henryka Miko- laschów ze Lwowa, Gabryela Hablińskiego z Krakowa (gumowe druki) i Jana Czernec- kiego z Wieliczki. Cykl zdjęć z niezna- nych utworów A Grottgera, które p. Czer- mecki z wielkiem zamiłowaniem komple- tuje, posłużyć ma za meteryał illustracyjny do przygotowywanej większej monografii o Arturze Grottgerze. Z innych okazów za- sługują na uwagę zdjęcia p. Tadeusza Rżący z Krakowa (pejzaże), Stanisława hr Kossakow- skiego z gub. Kowieńskiej, Pawła Benescha z Hradca. W dziale fotografii zawodowej prawdziwemi dziełami sztuki są portrety
TYGODNIK ILLUSTROWANY JMb 44 849 nadesłane przez fotografa Oskara Sucka z Karlsruhe. Nowością, budzącą największe zaciekawienie, są próby fotografii barwnej, dokonane sposobem chemicznym przez p. C. Miszewskiego z Cliarlottenburga. hygiena. Jak wiadomo, pieniądze, w szczególności zaś miedziane monety obiegowe, stanowią niewątpliwy rozsadnik różnorodnych chorób zakaźnych. Nie wiedzą jednak o tem wi- docznie zgoła nic właściciele wędliniarni Warszawskich, polecając pannom sklepowym, sprzedającym wędliny, przyjmować jedno- cześnie od kupujących należne za towar brudne pieniądze. Tą drogą zarazki znajdu- jące się na powierzchni monet przedostają się do organizmów osób kupujących wędli- ny- Otóż dla zaradzeuia złemu zarząd le- karski m. Warszawy zwrócił się niedawno do Towarzystwa Hygienicznego z prośbą 0 stosowne oddziaływanie na opinię pu- bliczną w celu zmuszenia właścicieli akle- Pów z wędlinami do ustanowienia specyal- nych posad kasyerek. W niektórych ma- sarniach posady takie już od pewnego cza- su zaprowadzono, o KOŚCIÓŁ W OPATÓWKU. W kaliskiej ziemi leży piękna osada — Opatówek wśród Jasów i wód w malowni- czej i zdrowej okolicy. Opatówek wraz z rozległemi włościami należał do pryma- sów polskich, którzy tu niekiedy przemiesz- kiwali. W w. XlV-yni prymas Jarosław Bogorya Skotnicki wzniósł tu okazały pałac 1 niewielki kościółek dla siebie i swojego dworu; z czasem, gdy Opatówek na znacz- ną urósł osadę, kościółek ten powiększono * na użytek parafialny oddano. Po upadku Rzeczypospolitej Polskiej, już za czasów Księstwa Warszawskiego, Napoleon 1 na- dał Opatówek księciu Józefowi Zajączkowi (w 1807-ym r.), a Aleksander I donacyę tę Potwierdził w r. 1815-ym. Zajączek wiele zrobił dla zagospodarowania i ozdobienia Opatówka: ozdobił dawny pałac pryma- sów, uporządkował wspaniały park, wzniósł Piękne budowle dla ofieyalistów, otoczył gotyckim murem ogrody, a przedewszyst- kiem odnowił i upięknił kościół, który sobie obrał na wieczny spoczynek i dokąd w 1826-ym r. sprowadzono z Warszawy z wielką okazałością jego zwłoki. Po zmar- K'ni bezpotomnie ks. Namiestniku Józefie Pajączku, Opatówek przeszedł w posiada- ni6 rodziny Radoszewskich, od którycli nabył go później baron von Dukley, a od J6go ostatniego kupił Opatówek p. Karol Sehlosser. Niestety, kościół chyli się do Spadku i blizki jest zupełnej ruiny. Wpraw- 70. W ciągu 35-letniej pracy duszpa- sterskiej na probostwie kozienickiem zjed- nał sobie zmarły, dzięki wyjątkowym zale- tom charakteru swego, głęboki szacunek i niekłamaną miłość swych licznych para- fian. o Ks. Bernard Grotowski, z zakonu O.O. Kapucynów w Nowem Mieście nad Pilicą, zmarł tamże w wieku lat 77. o Ignacy Wdowiński, b. nauczyciel, zmarł w Warszawie dnią 18-go b. m., przeżywszy lat 77. o Wiktor Stołyhwo, b. naczelnik dyrekcyi dr. żel. warsz.-wiedeńskiej, zmarł w War- stawie dnia 19-go b. m., przeżywszy lat 81. Emma z Bohtów Bełczykiewiczowa, obywatelka m. Warszawy, zmarła dnia 22-go b. m., przeżywszy lat 62. o . _____,_____,____, ____j. . f___ ! Adam Ciborowski, właściciel domu ko- dzie nowo mianowany proboszcz Opatówka, misowego i biura ogłoszeń w Paryżu, zmarł KOŚCIÓŁ W OPATÓWKU OD STRONY ABSYDY. ks. dr A Marczewski, zabrał się energicznie do dźwignięcia tej starej i pięknej pamiątki lepszych czasów, ale brak środków stoi na przeszkodzie uskutecznieniu jego zabiegów. A szkodaby była dać zniknąć temu zabyt- kowi! ZMARLI. Ks. Józef Khaun, długoletni proboszcz i dziekan kozienicki, oraz kanonik honoro- wy kapituły sandomierskiej, zmarł w Ko- zienicach dnia 8-go b. m., przeżywszy lat |-£Ks. JÓZEF KHAUN. tamże, przeżywszy lat 81. Ś. p. Ciborowski, cieszący się opinią człowieka ogromnej energii i nieposzlakowanego charakteru, za- silał niokiedy pisma polskie koresponden- cyami z Paryża, o Teodor Panccr, jeden z najstarszych in- żynierów naszych, brat Feliksa Pancera, twórcy zjazdu do Wisły pod Zamkiem, zmarł w Warszawie w wieku lat 89. o He:.ryk Maurach, b. urzędnik general- nego konsulatu niemieckiego w Warszawie, zmarł dnia 14-go b. m. w Land- furcie pod Gdańskiem, przeżyw- szy lat 48. Ożeniony z córką ś. p. W. E. Raua, zmarły brał ży- wy udział w fundacyach, które rodzina żony jego poczyniła na rzecz Warszawy, o Zofia z Doruchowskich Try- uiszewska, wdowa po obywate- lu ziemskim, zmarła w Kaliszu, przeżywszy lat 46. o Seweryn Prawdzię Ciemniew- ski, były właściciel dóbr ziem- ieskich w Królestwie Polskiem, zmarł we Lwowie pod dachem swojego syna, znanego pisarza, ks. dra Jana Ciemniewskiego. Uro- dzony w r. 1817 w rodzinnej Czerwonce z ojca Jana, prezesa Rady wojewódzkiej, kształcił się w Warszawie poczem osiadł w Płockiem. Wzorowy ziemianin, poszukiwany był i poważany w Przasnyskiem i Ciechanowskiem, gdzie uciekano się często o po- moc do jego gorącego serca i o poradę jako obywatelskiego roz- jemcy. W chwilach katastrof ży- wiołowych rozwijał zmarły sze- działalność jako organizator akcyi ra- roką tunkowej; kilkakrotnie też wybierano go na sędziego gminnego. C. Szczepan Jan Brzeski, obywatel m. Warszawy i Mokotowa, zmarł dnia 5 b. m., przeżywszy lat 62. o Anastazya ze Stankardw Mutniańska, wdowa, zmarła dnia 4-go b m., przeżywszy lat 88. o Edward Olszewski, jeden z najwybit- niejszych artystów dramatycznych młodsze- go pokolenia, zmarł w Łodzi, przeżywszy lat 33. Obdarzony talentem niepośled- nim, tudzież wiel- ' kiem zamiłowaniem do sztuki, ś p. Ol- szewski rozpoczął zawód aktorski pod kierunkiem dyrekto- ra Pawlikowskiego w Krakowie, skąd przeszedł następnie na scenę łódzką za dyrekcyi ś. p. Mi- chała Wołowskiego i scenie tej pozostał wierny do końca ży- cia, oddalając się tyl- ko na krótki prze- ciąg czasu do Po- znania i Warszawy, gdzie zbierał zasłu- żone laury na de- skach teatrów ogród- kowych. Aczkolwiek zmarły słynął ze znakomitych swych kreacyi w rolach ko- micznych, posiadał jednakże również o- gromną zdolność do odtwarzania ról cha- rakterystycznych i dramatycznych. To też rokowano mu słusznie dużą i świetną przyszłość. Niestety, nadzieje zawiodły, a nurtująca od lat kilku organizm artysty choroba przecięła przedwcześnie pasmo dni jego, o Łazarz Brodzki, jeden z najgłośniej- szych przemysłowców i finansistów połu- dniowych gubernii Rosyi, zmarł w Bazylei dnia 2-go b. m., przeżywszy lat 56. Zmar- ły powołał do życia wiele instytucyi nau- kowych i filantropijnych. Pozostawił po sobie majątek, oceniony na kilkadziesiąt milionów rubli, o Ze świata. Z KONGRESU HISTORYI RELIGII. Na kongresie historyi religii, który odby- wał się w Bazylei z. m., podano mnóstwo niezmiernie ciekawych szczegółów zarówno o religiach ludów żyjących, jako też już wymarłych. Między innymi, misyonarz ka- tolicki z Kongo, Allegret, zbadał wyznanie Fanów, plemienia ludożerczego jeszcze z rodziny Bantu. Fanowie odbywają różne praktyki fetyszystyczne, boją się duchów, czczą przodków na zasadzie wiary w nie- śmiertelność duszy, wierzą w obcowanie zmarłych z żyjącymi. Najwyższa Istota, Nzame, jest wszechpotężnym sędzią, kró- lem królów, ojcem ojców. Nzame żył ongi wśród ludzi, ale opuścił ich z powodu ich uporczywego nieposłuszeństwa. Inny lud, również z rodziny Bantu, Ba-Ronga, z Afry- ki Wschodniej, zyjący niedaleko Lourenęo- Marąues, według świadectwa misyonarza Berthous z Neufchatelu, czci duchy zmar- łych ojców rodzin i modli się do nich. Ba-Rongowie ofiarują im żywność, napoje, tytuń i ubiory, aby nie szkodzili żyjącym, a nawet aby nie zabijali ich. Chrystyanizm wpłynął na nich znacznie, ale według zda- nia misyonarzów, dużo wysiłków trzeba jeszcze będzie zrobić, nim zdołają oni podnieść się do wyżyn duchowego pojmo- wania chrześcijaństwa. Ciekawcmi są też bardzo wierzenia Todów, ludu, czczącego około 1,600 do 1,800 bogów. Rivers mó- wił o nich, że czczą słońce i światło, które jest dla nich uosobieniem żywej, potężnej istoty, czczą przodków i bohaterów. Warto na tem miejscu przypomnieć, że jedną z głównych zasad szyntoizmu, najbardziej KOŚCIÓŁ W OPATÓWKU.
850 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 44 narodowej religii japońskiej, jest właśnie cześć przodków i bohaterów. Z innych re- feratów, odczytanych na kongresie, wywo- łały ogólne zainteresowanie: studyum prof. Rohlhacha z Kaposvaru (Węgry) o wpływie sztuk plastycznych na religię w Egipcie, badania d-ra Poertnera z Mulhuzy o kul- cie gwiazd i zwierząt u starożytnych Egip- cyan, odczyty o religii w Persyi, Chinach, o buddyzmie, bramanizmie (słynnego tłó- macza Wed, Deussena) i wiele innych, k KONGRES LIGI NAUCZANIA WE francyi. Na kongresie „Ligi Naucza- nia,* który odbywał się w ostatnich dniach września i pierwszych dniach b. m. w Amiens pod przewodnictwem Buissona, przyjęto jednomyślnie kilka ważnych oświadczeń w kwestyach wychowawczych. Wyrażone np., między innemi, życzenie, aby wyłącznie i powszechnie w szkołach stosowana była metoda, polegająca na nie- dopuszczaniu do umysłu dzieci ani jednej idei, któraby poprzednio nie była spraw- dzona przez rozum. Moralność zaś określił kongres, jako zasadę postępu. Dzięki stopniowemu jej doskonaleniu, stawać się ona będzie coraz bardziej naukową, nieza- leżną od wszelkich doktryn. Wynika ona z stosunków wzajemnych pomiędzy ludźmi i narodami stosownie do praw rozumu i da- nych, zebranych przez wiedzę. Wyrażono również pragnienie stosowania bardziej „po- kojowego* systemu nauczania, a więc np., aby w historyi zwracać więcej uwagi na rozwój cywilizacyjny narodów, niż na hi- storyę ich wojen, więcej na prace wielkich dobroczyńców ludzkości, niż na biografie wodzów i zdobywców; aby wskazywać przy udzielaniu nauk ścisłych, że dzię- ki odkryciom naukowym zacieśniają się węzły sympatyi pomiędzy narodami; aby występować przeciwko szowinizmowi; aby w programach urzędowych znalazło się miejsce dla wykładów, mających na celu wpajanie idei powszechnego pokoju k MIĘDZYNARODOWY KONGRES "W BAZYLEI DLA LEGALNEJ OCHRONY ROBOTNIKÓW zajmował się między in- nemi sprawą pracy robotników nad trują- cemi substancyami (np. fosforem, ołowiem) i nad pracą nocną. Postanowiono wyzna- czyć osobną komisyę, któraby starała się zwalczać niebezpieczeństwo pracy nad tymi materyałami, lub też trucizny owe zupełnie z przemysłu usunąć. Pewna osoba wyzna- czyła 25,000 fr. nagrody za projekt, któryby uczynił zadość wymaganiom w tym wzglę- dzie. Osobnej sekcyi powierzono zbadanie wpływu praw protekcyjnych dla robotników w poszczególnych krajach. Kardynał Merry de Val nadesłał, w imieniu Ojca Św., do ks. Solderini, przedstawiciela Stolicy Apo- stolskiej na Kongresie, depeszę w wyraże- niem sympatyi dla uchwał kongresu, k PRZECIWKO BRUTALNOŚCI OFI- CERÓW pruskich postanowiono na ostatnim kongresie socyalistów w Bernie rozpocząć jak najszerszą agitacyę Po- stanowiono donosić wyższym władzom woj- skowym w Niemczech o każdym akcie spo- niewierania żołnierza na służbie i domagać się od nich jak najenergiczniejszych wystą- pień przeciwko nadużywającym swej władzy brutalom. Była to najważniejsza uchwała na owym kongresie, który odbył się w zu- pełnym spokoju i porządku, k CHLOROFORM PRZECIW PORAŻE- NIOM. Częste wypadki porażenia słonecznego, które w ciągu bieżącego lata dało się we znaki szczególnie pośród manewrów woj- skowych, zmusiły lekarzy i fizyologów do poszukiwania środków zaradczych. Przede- wszystkiem chodzi o zbadanie, co za zmia- ny wywołuje w ciele nadmierna tempera- tura, mianowicie zaś promienie słońca; ob- jawy te do niedawna były zagadką dla medycyny. Obecnie wiadomo, że najcięż- sza postać insolacyi, tak zwany udar, w któ- rym niema prawie ratunku, nie jest wyni- kiem nagłego paraliżu splotów sercowycli (węzłów nerwowych serca), ani stężenia mięśnia sercowego skutkiem gorąca, jak to przypuszczano dotychczas, lecz poprostu zachodzi w skutek nadmiernej pracy serca. Gorąco pobudza do skurczów organ, któ- rego nerwy są bardzo wrażliwe na tempera turę; ztąd wzrasta częstość i siła uderzeń pulsu, aż serce, wyczerpane gwałtownem biciem, zostaje sparaliżowane. Nadto krew przegrzana drażni ośrodki nerwowe. Przy- jąwszy takie źródło choroby, łatwo pojąć skuteczność chloroformu, który tłumi wraż- liwość splotów sercowych i tern samem osłabia działalność serca. Zarazem chloro- form oddziaływa na węzły korowe, zapobie- gając kurczom ogólnym, a także ochładza cały organizm. Chloroform zadaje się bądź wewnętrznie, w nasyconej wodzie chloro- formowej, bądź do wdychania, jak zwykle przy usypianiu, ks. MURZYNKA — MÓWCĄ POLITYCZ- NYM. Narodowy komitet republikański w Stanach Zjednoczonych powołał w ce- lach propagandy politycznej Murzynkę, pa- nią Lenę Mason, która wypowie szereg od- czytów politycznych w stanach Colorado, Utah, Montana i Idaho, gdzie kobiety mają prawo głosowania przy wyborze przy- szłego prezydenta, k LICZBA CHORYCH UMYSŁOWO zwiększa się w Irlandyi z roku na rok. W r. 1880 liczono ich na 100,000 miesz- kańców 250, kiedy w roku 1903 było ich już 516. Przyczyny tego opłakanego stanu rzeczy dotychczas jeszcze nie stwierdzono, k LICZBA OFIAR WYPADKÓW KO- LEJOWYCH wynosi w Stanach Zjedno- czonych, według świeżo ogłoszonej staty- styki: 10,000 zabitych lub zmarłych z ran i 76,553 zranionych. Są to cyfry, równają- ce się nieledwie wynikom wojny. Staty- styka r. b. jest podobno jeszcze strasz- niejsza. k WYSTAWA KARAWANIARZY. W Manczesterze otwarto jedyną w swoim ro- dzaju wystawę. W „Cooperative-Hall“ zgro- madzili karawaniarze z Anglii północnej wszystko, co dotyczę ich smutnego rzemio- sła. Są tam ulepszone karawany, urządze- nia dezynfekcyjne, nawet—karty pocztowe. ze świata kobiecego. Przyszły międzynarodowy kongres kobiecy odbędzie się w roku przyszłym w Medyolanie. Mię- dzy innemi rozważana tam będzie spra- wa chorób robotniczych i środków zapo- biegawczych przeciwko nim.—W Tyrolu roznoszeniem listów na pocztach miejsco- wych zajmuje się wiele kobiet, k OSKARŻENI W SPRAWIE HR. BON- MRTINI stanęli przed sądem w Turynie PROCES BONMARTINI-MURRI W TURYNIE w grobowej ciszy, mając surowo zakazane wzajemne porozumiewanie się z sobą. Do klatki dla przestępców, którą wyobraża załączona rycina, oskarżone kobiety wpro- wadzono nawpół omdlałe. Sprawa rozwija się powoli. Zakończenie jej nastąpi za- pewne jeszcze nieprędko z powodu mnó- stwa świadków i zawikłanego charakteru procesu, k GERTRUDA PETZOLD, pierwszy duchowny angielski wolnego kościoła chrześcijańskiego. HYGIENA SZKOLNA. Angielskie mi- nisteryum oświaty (Board of Edukation) ogłosiło nader ważne rozporządzenie, w któ- rem domaga się od wszystkich przyszłych profesorów szkół i liceów specyalnych egza- minów w kwestyach, dotyczących zdrowia uczniów. „Niedostateczną jest—głosi ów okólnik — książkowa znajomość fizyologii i hygieny. Nauka, którą w tym względzie otrzymują przyszli profesorowie, powinna obejmować szereg doświadczeń, któreby można nazwać klinicznemi. Potrzeba uczy- nić uczniów zdolnymi do praktycznego roz- różniania zdrowych i niezdrowych pokar- mów, określenia ilości dostatecznego i nie- dostatecznego odżywiania się, oraz zabu- rzeń w narządach wzroku i słuchu, które wymagałyby interwencyi lekarza. Uwaga ich zwrócona być powinna szczególnie na wszystko, co dotyczę fizycznego lub umy- słowego zmęczenia.* k przeciwko sportom. Lekarze an- gielscy zauważyli ciekawy fakt. Po ukoń- czeniu wakacyi mają oni zawsze więcej pacyentów, chorych przeważnie na bronchi- tis, choroby piersiowe, gardlane i inne. Jako przyczynę tych chorób podają ogólnie nadmierne zamiłowanie Anglików do spor- tów. Po wytężonej pracy rocznej, zamiast odpocząć, oddają się oni utrudzającym za- bawom na świeżem powietrzu. Wynikiem tego zmęczenia bywają właśnie powyższe choroby. Z tego powodu w Anglii daje się zauważyć zwrot przeciwko zabawom sportowym, k ZMARLI. Gustaw Ratzenhofer, austryacki feldmar- szałek-porucznik i znany filozof, zmarł w 63 roku życia, k Izabela Bishop, z domu Bird, słynna autorka angielska Jako opisująca pełne wartości naukowej swoje podróże z wschod- niej, środkowej i zachodniej Azyi, była w r. 1892 wybrana w poczet członków „Royal Geographical Society* w Londynie. Zmarła 7-go października r b., urodziła się 1832 roku, k B. S. Lemstrbm, prof. uniwersytetu w Helsingforsie, wsławiony badaniami nad magnetyzmem ziemskim i elektrycznością powietrza, członek wyprawy polarnej Nor- denskjólda do Szpicbergu w r. 1868 i póź- niejszych wypraw, urządzanych przez Fiń- skie Towarzystwo Umiejętności, zmarł z. m. w Helsingforsie k Dr Klemens Winkler, prof. chemii na uniwersytecie we Fryburgu, odkrywca pier- wiastka „Gcrmanium,* wsławiony wynale- zieniem nowej metody analizy gazów, zmarł w 64 roku życia, k Księżniczka Marya dc las Mercedes dc Bourbon, ks. Asturyi, córka zmarłego kró- la hiszpańskiego Alfonsa XII i królowej Krystyny Habsburskiej, siostra panującego obecnie Alfonsa XIII, urodzona w r. 1880, zmarła w ostatnich dniach października. W r. 1901 wyszła za ks. Karola de Bourbon. Renaut, prof. w Muzeum historyi natu- ralnej w Paryżu, pierwszorzędny uczony, znany ze znakomitych prac na polu paleon- tologii i geologii, w wieku lat 68. k Alfred Nehring, znany uczony, profesor profesor zoologii w Berlinie, wsławiony szczególnie badaniami w dziedzinie paleon- tologii. Najciekawszem jego dziełem jest: „Przez tundry i stepy czasów historycznych i przedhistorycznych". Nehring urodził się r. 1845 w Gandersheim w ks. Brunświc- kiem. k Karol Tauera, autor licznych dzieł z dzie- dziny wojskowości, urodzony w r. 1849 w Ba wary i. k Lafeadio Hearn, profesor literatury an- gielskiej na uniwersytecie w Tokio, autor wielu, pierwszorzędnej wartości dzieł lite- rackich w językach- angielskim i japońskim, traktujących przeważnie o Japonii, o jej re- ligii, filozofii, zwyczajach i psychologii, zmarł w Tokio b m. Hearn był synem Irlandczyka i Greczynkf. Zawód literacki rozpoczął od dziennikarstwa. Został oby- watelem japońskim, przyjąwszy nazwisko Koizumi Jakumo. Jeden z piękniejszych ustępów jednej z najciekawszych jegoksią- żek poznają w streszczeniu czytelnicy „Ty- godnika" w artykule p. t. „Uśmiech Japoń- czyka". k Karol Lotz, znany malarz węgierski, twórca wielu obrazów z życia włościan, autor fresków, pokrywających niury wielu gma- chów publicznych w Budapeszcie. Freski te są dużej wartości artystycznej. Przed- stawiają przeważnie epizody z historyi Wę- gier. k Clarence Daily, pomocnik prac laborato- ryjnych Edisona, zmarł podobno wskutek działania promieni X, z którymi wciąż miał do czynienia. Z początku zabójcze ich działanie objawiło się w dłoni, potem gan- grena objęła stopniowo całe ciało. Ampu- towano mu na razie lewą rękę, polem palec wskazujący u prawej, w końcu całą rękę prawą. Umarł w strasznych męczarniach- Chorował od r. 1897. Na jego ciele nali- czono przeszło 150 ran.
851 KSIĄŻKI 1 WYDAWNICTWA P€RYODYCZNe. KSIĄŻKI POLSKIE. * Henryk Zbicrzcliowski: Nn złotej przełęczy. Scherzo powieściowe. Lwów. 1904. (Nakład księgarni polskiej B. Poło- nieckiego, str. 240 w 16-ce. Cena rub. 1 ) —-Trzy współrzędne pierwiastki walczą w powieści p. Zbierzchowskiego o pierwszeń stwo: historya płomiennej miłości; opisy natury; nastroje i tęsknoty osobiste. Wszyst- kie skojarzone są umiejętnie, ale zyskałyby na większem skupieniu i zwięzłości. Ak- cya odbywa się na tle egzotyczno-ope- rowem (Hiszpania, Norwegia, morze, rybacy, .chatka na wierzchołku góry", wyszukane krajobrazy, tajemnicze kobiety). Poczucie niiary poetyckiej uchroniło autora od banal- ności. P. Zbierzchowski krajobrazy maluje Pięknie, stany duszy podpatruje subtelnie, w psychologii miłości miewa niepospolite spostrzeżenia. Szkoda tylko, że uległ po- kusie przeplatania prozy poezyą rymowaną: zepsuł wrażenie całości dosyć słabymi wier- szami. * Tadeusz Sierzputowski: Pierwsza próba reformy politycznej w Polsce. Szkic historyczny z końca XVII stulecia. (Warszawa, nakładem księgarni Jana Fisze- ra, 1905, str. 95 w 16-ce. Cena kop. 60). —Autor, gotując większą pracę o stosun- kach polsko-litewskich w pierwszej połowie XVIII w., odnalazł przypadkiem w archi- wum nieświeskiem ogromnie ciekawy do- kument, który podaje niezwłocznie do wia- domości publicznej. Wywołały go niesły- chane swawole hetmana Sapiehy. Magnat ten gnębił najazdami szlachtę litewską, drwił sobie z Sobieskiego, co rok wkraczał zbrojnie w ziemie koronne, wreszcie rozpo- czął formalne układy z cesarzem i innymi monarchami o oderwanie Litwy. Gwałtami doprowadził do uformowania szlacheckiej konfedcracyi, która napada na dobra het- mańskie, pali je i rujnuje. W r. 1700 woj- sko Sapicżyńskie spotkało się z konfede- rackiem pod Olkicnikami. Po sześciogo- dzinnej walce udało się szlachcie pochwy- cić Michała Sapiehę, koniuszego W. Ks. Litewskiego, a syna hetmańskiego, i kilku Wybitniejszych członków party! Sapieżyń- skiej. Koniuszego porąbano na sztuki, Wszystkich zaś jeńców po barbarzyńsku rozsiekano. Po bitwie szlachta zebrała się w Wilnie i wydała wysoce znamienne „Po- stanowienie litewskie po rozgromionych •L PP. Sapiehach i rozsiekaniu J. O. Sapie- hy, koniuszego W. Ks. Litewskiego." Auto- rowie tego aktu twierdzą, że przyczyną uPadku i kurczenia się Litwy była prze- szczepiona z Polski „słodka i nikczemna Wolności libido,“ oraz wypływające stąd Prawo liberum vcto. Chcą tedy wrócić do formy rządów przedjagiclońskiej, czyli do samowładztwa. Oddają nieograniczoną wła- dzę Augustowi II, składają przysięgę wy- rzeczenia się wszelkich praw i przywilejów, służących; szlachcie polskiej, odrzucają pra- Wo clekcyi, słowem pragną, aby król pano- 'Vał „jako niegdy dziedziczni książęta litew- ScY. Gedyminowie, Olgierdowie, Jagiełło- wie absolutnie panowali." P. Sierzputow- ski informuje, że ten wielki akt prawodaw- cy skazany był na haniebne spalenie na rynku warszawskim (1). Zamiast przekona- na czytelnika o autentyczności „Postano- wienia," autor szkicu buduje różne, dosyć Płytkie hypotezy co do możliwych następstw °derwania się Litwy od Korony. Na razie przeto, dopóki „Postanowienie" nic Podlegnie gruntownej analizie historycznej, Poczytywać je należy za przedwczesną sen- * Życie i praco Jana Karłowicza (1836 — 1903). Książka zbiorowa (wydana staraniem i nakładem redakcyi Wisły, War- szawa, 1904, str. 379 w 8-ce. Cena rub. 2). —P. Erazm Majewski, redaktor Wisły, przedsięwziął i doprowadził do celu dzieło, godne ze wszech miar uznania. Oto, stwierdziwszy fakt, że niezmiernie płod- na, obfita, a w dziejach umyslowości naszej ważna działalność Karłowicza roz- proszyła się niezmiernie w różnych kierun- kach, i obraz jej nie wyszedłby dość do- kładnie, gdyby był malowany przez jedne- go biografa—podzielił zadanie na kilka mo- nograficznych zarysów. Ze zbiorowej pra- cy koleżeńskiej powstała wielka księga, po- dzielona na dwie części: życiorysową i bi- bliograficzną. Organizator wydawnictwa na czele książki roz- waża w wyrazach serdccz n y c h a podniosłych szczegóły piękne- go, cichego, pra- cowitego żywota Karłowicza, pod- kreślając znacze- nie jego usiło- wań kulturalnych w życiu warszaw- skiem, jego za- sługi w redak- cyt Wisły i nie- zmordowanej pracy nad słownikami polskimi. Jako dopełnienie tego życiorysu, pomieści- ła redakeya mowy, wypowiedziane na po- grzebie Karłowicza, oraz liczne „wspomnie- nia" osobiste różnych pisarzów polskich i ob- cych o naszym uczonym Dział bibliogra- ficzny zawiera rozbiór kilkuset dzieł Karło- wicza oraz artykułów jego, rozproszonych po czasopismach. Tadeusz Korzon ocenia prace historyczne Karłowicza; A. A. Kryń- ski—jego zasługi językoznawcze; A. Bruckner rozważa prace słownikowe; J. Łoś—„Słownik gwar polskich"; J. Baudouin de Courtenay analizuje „Słoworód ludowy" oraz dziełko „O języku litewskim"; Hieronim Łopaciń- ski roztrząsa sumiennie i wyczerpująco (101 stronic druku) iczprawy z dziedziny hidoznawstwa, mitologii i kultury pierwot- nej; o działalności muzycznej Karłowicza pisze p. F. Starczewski; zarys podróży, ko- respondencyi i sprawozdań ze zjazdów po- daje p. S. Demby; prace literackie i peda- gogiczne wylicza p. Łopaciński; wreszcie Massonius roztrząsa studya filozoficzne Kar- łowicza, L. Włodek zaś—jego publicystykę. Całość księgi podwójne ma znaczenie: sta- nowi ważny przyczynek do historyi polskiej nauki, z drugiej strony zaś—ułatwienie wy- boru pism Karłowicza, który zapewne uj- rzymy wkrótce w handlu księgarskim. * C. Loinhrosó: Podręcznik grafolo- gii. Przełożył z włoskiego S. T. (Warsza- wa, księgarnia nakładowa Alfreda Zonera, 1904, str 99 w 16-ce. Cena kop. 50.) — Niebezpieczna książka, bo podpisana na- zwiskiem człowieka, który śród szerokiej publiczności uchodzi za „poważnego uczo- nego," chociaż prawdziwi uczeni oddawna już wyrzucają mu szarlatanizm. Tylko pierwsze jedenaście stronic „Podręcznika grafologu" poczytywać można za objektywną notatkę naukową. Mówi tu autor o dzie- jach grafologu i o psychologii pisma. Cała zaś dalsza „nauka grafologii" oparta jest na intuicyi, czyli na domysłach osobistych. Charakterystykę wszystkich znaków w alfa- becie podaje Lombroso gołosłownie, bez żadnych motywów naukowych. Taką samą wartość ma jego rwierdzenie, że „cechą pisma ludzi genialnych jest forma druko- wana dużych liter, wyrobione, uproszczone pismo, ostrość i wyiazistość linii, ostatnie litery słów mniejsze od pierwszych, szero- ko rzucone rysy." PRASA POLSKA. Prawda: „Autorytety" przez Artura Śli- wińskiego.—Gazeta Świąteczna: „O usu- waniu urzędników gminnych" przez Pisarza Gazety Świątecznej.— Przyroda: „Jezioro Osynskie" przez Karola Biskego. Rolnik i Hodowca: „Żywienie zwierząt gospodarskich wobec klęski posuchy" przez A. Śniegoc- kiego.—Ziarno: „Dziwna historya" przez Elizę Orzeszkową -Czytelnia dla wszyst- kich: „O pańszczyźnianej duszy" przez Antoniego Sadzewicza. (Autor omawia świe- żo wydaną we Lwowie książeczkę p. t. „Dwie dusze", napisaną przez Jakóba Boj- kę, galicyjskiego posła ludowego).—Nao- koło świata: „7. wycieczek botanicznych" przez Jadwigę Wodzyńską.- -Tygodnik pol- ski: „Z wycieczki do morza Martwego i Jordanu." Ogniwo: „Emil Verhaeren“ (studyum) przez F. Mirandollę; „Geniusz i talent" przez F. Jablczyńskiego (replika na artykuł 1. Matuszewskiego, pomieszczony w Tygodniku Ilhistrowanym). — Niioa Polska: „Filantropia i dzieci" przez Uł. Weychertównę. Przegląd Tygodniowy: „Dziedziczność w świetle prac Mendla" przez Annę Drzewinę.—Wędrowiec: „Na Skalnem Podhalu" (ocena książki K. Tet- majera) przez Wł. Jabłonowskiego. Goniec wprowadził od 1-go października stałe do- datki tygodniowe; każdego dnia ostatnie dwie stronice tygo dziennika zajmują różne tygodniki: rolniczy, prowincyonalny, literacki, świąteczny (illustrowany) i t. d. Gazeta Polska: „Kultura gospodarstw’ włościań- skich" przez St. Kozickiego.—Słowo: „Po- dolski komitet ziemski"; tamże: „Niemiec- kie muzeum w Poznaniu." Kuryer War szawśki: „Towarzystwo przeciwgruźlicze" przez dra H. Dobrzyckiego. FRANCYA. * Pani Gyp, znużona intrygami i walką polityczną, wraca znowu do powieściopisar- stwa. Ostatni jej romans, Pcrnenche, nie przypomina wcale dawniejszej autorki „pi- kantnych" dyalogowanych powieści. „Per- venche"—to prawie idylla. Rzecz dzieje się w małem mieście bretońskiem. Żyją tam pod skrzydłem opiekuńczem starej babki trzy siostry: Clairetfe i Wonne, — zalotnice i najmłodsza Pervenche, która pilnuje skrom- nie chudoby domowej. Ona to, oczywiście, jak wszystkie piękne kopciuszki, wzbudza miłość w „prince Charmant" i wychodzi za niego za mąż. Nagroda cnocie nastąpiła po licznych przygodach, które pani Gyp opisuje ze zwykłą swobodą i delikatnością rysunku. * Nowe książki. Peladan: La dernie- re leęon de Leonard de Vinci a son aca- deinie de Milan. Henri de Regnier: Les 1 en contrcs de M. de Brśot (romans). H. d’Almeras i G. d’Estrees: Les theatres libei tins au XVIII silcie. J. Aicard: Le pl-re Lcbonnard (dramat w 4 aktach, wier- szem). O. d’Esparb6s: Le tumulte (ro- mans). * W ostatnich tygodniach wydano w Pa- ryżu cały szereg dobrze napisanych studyów artystycznych, a mianowicie: Chardin przez Gaston Schefera; Fi agonard przez C. Mau- claira; La Tour przez M. Toumeux; Les frerts Nain przez A. Valabregue’a; Les successeurs de Donatello przez P. de Bou- chaud. । * Czasopisma. W dzienniku Le Gil Blas, pp. G. Le Cardonne! i C. Vellay ogłaszają od pewnego czasu rezultaty bardzo cieka- wej ankiety o współczesnej literaturze fran- cuskiej, jej rozwoju, dążnościach i prawdo- podobnej przyszłości. Dotychczas wydru- kowano odpowiedzi następujących autorów: M. Barres, A. France, F. Coppee, P. Louys, R. Boylesve, J. Moreas, P. Adam i F. Viele- Griffin. NIEMCY. * Paweł Wicgler, w świeżo wydanej książ- ce p. t. Iraiizoesische Rcbcllen kreśli „szkic historyi entuzyazmu we Francyi." Całość składa się z ośmiu rozdziałów: Bar- res jako reporter, kulty Stendhala, fazy ro- mantyzmu. Ernest Rcnan, jako pielgrzym marzenia, Hipolit Taine i jego wszechświat umysłowy, synowie trzeciej Republiki (Bour- get, Barres, Laforgue, zadania entuzya- zmu (analiza „Dcracines" Barresa), Barrezyzm i Nietzscheanizm. Autor wykazuje subtel- nie, w jaki sposób marzenia tych różnych pisarzów kojarzą się wzajemnie. * Nowe książki. 11'. von Humboldt's gesammelte Schriftcn (wyd. pruskiej Aka- demii Nauk). H. Dimmler: Aristotelische Metaphysik. V. R. Deutscher: Kapitała (romans amerykański). P. O. Hocker: Frith- lingstilrme (romans). E. Moser: Vcrga<t- genheit (romans). H. Ostwald: Zwei Gc- sellen (romans). G. Bormann: Die Erb- grafin (romans). G. Witkowski: Das den- łschc Drama des ncuzclmtcn Jahrundcrts. WŁOCHY. * Pierwszy tom nowej „Biblioteki badań politycznych i społecznych," wydawanej na- kładem firmy „Casa editrice modernę" w Medyolanie, zawiera dzieło Cezarego Lombrosa p. t. II momento alluale. Roz- trząsa tu głośny kryminolog różne proble- maty wewnętrznej i zewnętrznej polityki włoskiej (wolność prasy, reforma systemu peniteneyarnego, organizacya policyi, wy- chowania publicznego etc). Autor jest wro- giem militaryzmu i awantur kolonialnych. Jeden rozdział książki, dotyczący sprawy duchowieństwa we Francyi, nosi tytuł: „Czarne niebezpieczeństwo we Francyi." * Gabryel d’Annunzio obchodzić będzie w roku bieżącym jubileusz ćwierćwiekowej pracy literackiej. Pierwsza jego nowela zjawiła się w druku w 1879 roku. * Nowe książki. Księgarnia Hoepli roz- poczęła druk ponownej edycyi dzieł Kajeta- na Negri. Pierwszy tom zawiera seryę pro- filów historycznych p. t.: Nel presente e nel passata.—D. Tumiati napisał dramat w trzech aktach p. t.: Rodia. Sztukę grać będzie E. Duse z początkiem zimy. — M. Valgi- migli: La trilogia di Prometeo (studyum). —A. Messen: Galeotto Manjredi.—D. An- geli: Oratoria d'amore (poezye). PRZEKŁADY Z POLSKIEGO. * Adolf Dygasiński: „Lebensfreuden." Tłómaczenie M. Sutrama; okładkę rysował Jan Bukowski, ozdoby—E. Dąbrowa (wyd. d-ra J. Marchlewskiego w Monachium). — Stefan Żeromski: „In Schutt und Asche," historischer Roman aus der Napoleonische Zeit. Tłom. R. Schapire, 2 tomy (wydał dr J. Marchlewski). — „Tragedya myśli" A. Nossiga wyszła w przekładzie niemiec- kim z przedmową prof. A. Brucknera (wyd. księgarni „Concordia Deutsche Verlags- Anstalt").—Nowela Gustawa Daniłowskie- go, nagrodzona na konkursie Tygodnika Illustrowanego, ukazała się w rosyjskim przekładzie, w miesięczniku Russkaja Mysi (wrzesień).
852 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 44 OD REDAKCYI. Każdy prenumerator „Tygodnika illustrowanego“ w r. 1904 otrzyma bez żadnej dopłaty Potop 1A tomów powieści SIENKIEWICZA (co miesiąc tom) i O tomów oraz I V DZIEŁ POPULARNYCH (co miesiąc tom) czyli ogółem (co miesiąc 2 tomy) W TOMY ROCZNIE *] j Biblioteki powieści i dzieł popularnych NADTO KOLOROWE PREMIUM ARTYSTYCZNE oraz przy każdym numerze, nie zawierają- cym dodatku książkowego, ARKUSZ POWIEŚCI TŁÓMACZONEJ. Na oprawę 12-tu tomów Pism Sienkiewi- cza w roku bieżącym dołączać należy rb. 2; oprawa 6 tomów kosztuje rub. 1, oprawa 3 tomów 50 kop. Ozdobna oprawa 12 tomów dzieł popularnych wynosi także rb. 2, opra- wa 6 tomów rub. 1, oprawa 3 tomów 50 k. Oprawa wszystkich 24 bezpłat- nych dodatków wynosi rb. 4, opła- cane rocznie, półrocznie lub kwar- talnie. W IV-ym kwartale r. b. otrzyma- ją prenumeratorowie „Tygodnika il- lustrowanego" w 6-ciu dodatkach bezpłatnych: „Hisioryę ruchu kobiecegi <c w opracowaniu J. Okszy, jeden tom. „Życie artystyczne ludzkości11 Alfonsa Rout (z illustracyami) w przekładzie J. Lorentowicza, jeden tom. „Pan Wołodyjowski11 Sienkiewicza, 4 tomy Nadto premium kolorowe TEODORA AXENTOW1CZA p t. 9,Zaczytana,“ będzie rozesłane w ciągu listopada r. b. wszystkim prenumeratorom. Dla uniknięcia zwłoki w odbiorze „Tygodnika" prosimy uprzejmie o wczesne nadsyłanie prenumeraty, ze względu zaś na potrzebę wczesne- go przygotowania opraw na książ- kowe dodatki, prosimy, dla unor- mowania nakładu, o wczesne nad- syłanie zamówień. Oprawa dodat- ków nie podnosi kosztów przesyłki. Życzący sobie otrzymać premium koloro- we na wałku zechcą nadesłać na koszt opakowania kop. 25. NADESŁANE. Sebethner i Wolff t fortepiany, | | Pianina, Organytf^ g . Krakowskie-Przedm. 17. Sztuka dla sztuki. Ogromną półkę biblioteczną, zapełnioną skarbami literatur wszystkich narodów za- snuł pająk misterną siatką. Muchy zapląty- wały się w kunsztownie powikłanych nit- kach, a pająk zjadał je z wielkim apety- tem. Pewnego jednak dnia powrócił uczony, do którego biblioteka należała, z podróży i rozkazał służbie zburzyć sieć pajęczą. „A to filister! krzyczał pająk:—niszczyć sieć tak przedziwnie pięknie utkaną, tak dokładnie i symetrycznie powiązaną, pełną artystycznych inwencyi i indywidualności! To przecie barbarzyństwo! Słowo daję, mu- chy to może jeszcze jedyne stworzenia, które ujawniają nieco zamiłowania do praw- dziwej sztuki. Jugend. * * & Między politykami. — Austrya reprezentuje w trójprzymie- rzu... sprawiedliwość. — Dlaczego? — Jej kanclerz śpi snem sprawiedliwego. Humoristische Blatter. PASTILLES DE i GRILLOM We wszystkich składach aptecznych i aptekach. TOWARZYSTWO UDOSKONALONEJ PERFUMERYI A.RALLET&C" Dostawcy Dw. ___= WARSZAWA, ULICA WIERZBOWA Nr. 7 POLECA: PERFUMY, MYDŁA, WODY KOLOŃSKIE „WRZOS” Co nosi z sobą stary inżynier. — Piasek w nerkach, kamienie w wątro- bie, wapno w żyłach, wodę w głowie, ce- ment w zębach. St. * * * Jeżeli... Czuła manta (do córeczki przed jej wyj- ściem na spacer z boną): — Jeżeli będziesz grzeczna, jeżeli cię automobil nie przeje- dzie, to ci dam dwa sous na cukierki. Journal amusant. {orancl*Prix Wystawa Powszechna 1900 r. Słynna ze swych własności anty- septycznych i aromatycznych. Do nabycia wszędzie. IV pracowni na Montmartre. — Jakże tam teraz z kasą mistrza? — Nieźle, fabrykuję całą seryę Velasque- zów dla amerykańskiego „kiinsthendlera". Heiiriot-rillustration Owoc przeczyszczający PRZECIW OBSTRUKCYI ś « E Dobra. — Zosiu, popatrz: służąca znowu mi roz- biła jedną z moich figurek japońskich. — Jaka ona dobra!... od kiedy wymiarko- wała, że u nas źle z kasą, codziennie coś tłucze, abym jej mogła z pensyi odtrącić. bliegende Blatter. znakomita sucha i słonecz- na stacya górska jesienno-zi- mowa WILLA STEFANIA D-ra BINDERA, pierwszo- MERAN rzędny zakład dyetetyczno-wodoleczniczy, z wielkim komfortem urządzony. Kuracye tuczące, wodo-, elektro- i fizykolecznicze, ja- ko też winogradowe i terenowe. Między ludożercami Dziki (do swego dowódcy): — Czemu .Niebieska Głowa" tak się przeraźliwie krzy- wi? Brr, brr... Dowódca: — Zjadłem wczoraj automo- bilistę, i strasznie mi się odbija benzyna. Uber Land und Meer. LEKARZ DENTYSTA A. ZAWADZKI Marszałkowska 108, róg Chmielnej. Wróg małżeństw. — Więc pan baron polował także na ty- grysy?.. to musi być bardzo niebezpieczne! — O nie; przynajmniej człowiek jest pew- ny. że g° na poczekaniu nie... ożenią. Meggendorfer. Wielkie Medale, złoty w Paryżu, srebrny w Łodzi. najlepszy proszek dc xę- bów poleca Laborat. Górskiego, Leszno 4. Cena 35, 20 kop. Audyencya u Buddhy Buddha: — Kto śmie przeszkadzać mi w boskiem używaniu Nirwany? Dalaj Lama: — To ja, wielki. Buddha: — Co za ,’ja“, nędzny robaku ziemski? Dalaj Lama: — Jestem twojem ucieleś- nieniem na ziemi, jestem Dalaj Lama. Buddha: — A to co innego, bardzo cię przepraszam Czego chcesz? Dalaj Lama: — Rady, pomocy! Bezczel- ni synowie Albionu zdetronizowali mnie... Czy w ogóle bogów można detronizować? Buddha: — Mnie się zdaje, że tam u was, na ziemi, teraz, niejedna rzecz jest możliwa, o której się nawet nie śniło dawnym bo- gom Indów... Dalaj Lama: — Cóż tedy mam czynić? Buddha (po długiej chwili, przez którą był zatopiony w nicości): Słuchaj rady, Dalaj Lamo: Wnieś podanie do ministeryum spraw zagranicznych w Londynie, aby ci wyznaczyli stosowną rentę roczną i zabez- pieczenie na starość. Jeśli ci nędznicy śmieją bóstwo detronizować, to niech mu przynajmniej zapewnią porządną pensyę. Jugend. Do nabycia w Perfumeryach i Składach Apt- Wydawcy GEBETHNER i WOLI F Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych.nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się. .Hoauo.Teno Lfcirayporo. Bapmana, 8 (JKWiópri 1904 rofla. Tom 70 Pism Sienkiewicza, zawierający część pierwszą „PANA WOŁODYJOWSKIEGO'4, dołącza się do niniejszego numeru.
Xs45 Ogólnego zbioru Nr 2,343 5 listopada (23 października) 1904 roku Tygodnik I ilustrowana WIDZENIE DANIELA REMBRANDT VAN RYN W SPRAWIE ZAMKU WAWELSKIEGO. W ostatnich dniach września zjawił się w krakowskim Czasie artykuł nie- zmiernej doniosłości, podpisany nazwiskiem St Tomkowicza, zasłużonego badacza sztuki, a zarazem konserwatora jej zabytków. Poru- szył on, zawczasu już, ważną sprawę zbliża- jącej się restauracyi Zamku Wawelskiego 1 podniósł cały szereg zagadnień, wiążących SK z tern wielkiem artystycznem przedsię- wzięciem. Najbardziej zajmujące są pytania: c° ma się stać z mnóstwem budynków woj- skowych, wzniesionych w drugiej połowie XIX w.? Czyją własnością ze stanowiska prawniczego, stanie się Zamek Królewski? Ja- kie ma być jego przeznaczenie po odno- wieniu? Dr Tomkowicz otworzył na ten te- mat dyskusyę, którą podjąć warto i należy. Na pierwsze z tych pytań odpowiedź zdaje się łatwa i prosta: budynki wojskowe, nie posiadające najmniejszej artystycznej ani historycznej wartości — zburzyć. Wszak prawda? To przecie każdemu od pierwszej chwili przyjść musi na myśl. A jednak warto zastanowić się nad tern bliżej, co się ma stać z olbrzymią przestrzenią pustą, uzyskaną po zburzeniu szpitalów wojskowych, zajmuje ona bowiem razem z dzisiejszym placem mustry prawie trzy czwarte części płaskiego szczytu góry, gdy katedra i pałac królewski wznoszą się na pozostałej części. W różnych czasach stały na tej przestrzeni różne budowle: kościo- ły, skrzydła i poboczne przyległości rezydencyi królewskiej, a wszystko to razem z ogrodami
854 'TYGODNIK ILLUSTROWANY M 45 królewskimi nie dotrwało nawet do XVIII stu- lecia. Pożary, oblężenia, po części sam czas, zrobiły swoje — tak, że dziś wyobrażenia do- kładnego nie mamy, jakie zmiany przecho- dziła ta przestrzeń historycznego wzgórza. Zburzyć gmachy wojskowe to znaczy opusto- szyć Wawel, zmienić jego sylwetę nie do po- znania: na północno-wschodniej stronie góry wznoszą się wszystkie pamiątkowe budynki— strona południowo-zachodnia będzie wyglądała nago i bezludnie, a imponująca masa murów, która dziś oko uderza, zmaleje i skurczy się rażąco. Wojskowe budowle, acz bezstylowe i szpetne, mają milionową wartość i dałyby się przerobić i przyozdobić tak, że wytrzymałyby sąsiedztwo ze starodawnymi, czcigodnymi mu- rami Zamku, a pomogłyby do zachowania okazałej sylwety. Takie jest zdanie d-ra Tom- kowicza, z którem po dojrzałej rozwadze trud- no się nie zgodzić, a przynajmniej w rachubę brać je trzeba koniecznie, gdyż poparte jest nader poważnymi wywodami. Drugie pytanie, dotyczące prawa włas- ności Zamku, nie podlega właściwie dyskusyi. Zamek stał się własnością rządową od czasu zajęcia Krakowa przez Austryę, to też ani miasto, ani kraj nie miały prawa darowywać go cesarzowi Franciszkowi Józefowi, jak to ogłoszono. Dopiero z wybudowaniem koszar na Prądniku kosztem miasta i kraju rząd ustępuje własności Wawelu. Cesarz darowizny nie przyjął, lub raczej przyjąwszy, przekazał Wawel na własność krajowi, przyrzekając za- razem uznać Zamek za jedną ze swych rezy- dencyi, a tern samem przywraca mu znaczenie siedziby monarszej. Zdawałoby się, że po tern wyjaśnieniu stanu prawnego, bezprzedmiotowem staje się dalsze pytanie, dotyczące przyszłego przezna- czenia Wawelu. Tak przynajmniej wynika z artykułu d-ra Tomkowicza. Tymczasem sam fakt założenia rezydencyi cesarskiej w Zamku ńie rozstrzyga jeszcze sprawy całkowicie. Gmachy wawelskie są na- prawdę ogromne i składają się niemal z setki mniejszych i większych komnat. Jak w każ- dej rezydencyi panującego, tak i tu rozróżnić trzeba osobiste mieszkanie monarchy, dworzan i służby, od sal, które mają nieledwie publicz- ny charakter. I zwykle tak bywa, że pod nieobecność koronowanego mieszkańca dostęp do sal takich otwarty jest każdemu, kto je zwiedzić pragnie. Zapełnione drogocennymi starymi sprzętami, obrazami i dziełami sztuki plastycznej wogóle, są one poniekąd muzea- mi, a tylko w dniach wyjątkowych uroczysto- ści służą do wspaniałych przyjęć. Tak jest wszędzie, w każdej historycznej rezydencyi monarszej — tak musi być i w odnowionym Zamku Wawelskim. Cesarz Franciszek Józef, jak nie będzie właścicielem Wawelu, tak też i niekoniecznie meblować może tę olbrzymią liczbę sal recepcyjnych. Bo i czemżeby je w końcu umeblował? Najwspanialsze nawet urządzenie raziłoby właśnie swoją no- wością; takiej zaś liczby stylowych antyków i dzieł sztuki, godnych Wawelu, nikt, choćby cesarz—nie ma na zawołanie. Jest natomiast w Sukiennicach Muzeum Narodowe, które przez ćwierć wieku od swego założenia wzrosło do bardzo poważnych roz- miarów, tak, iż obecnie większość zabytków i dzieł sztuki nie ma w niem pomieszczenia i czeka w składach na lepsze czasy. Dyrektor dr Feliks Kopera wyraził się niedawno w roz- mowie, że gdyby miał do rozporządzenia bu- dynek trzy razy tak obszerny, jak Sukiennice, to zaledwie wystarczyłoby miejsca na Mu- zeum, a już po kilku latach okazałby się nowy brak pomieszczenia dla napływających z każdym rokiem nowych darów i depozytów. Myśl przeniesienia Muzeum na Wawel nie jest nowa. Zjawiała się już niejednokrotnie w dziennikach, a i dr Tomkowicz bierze ją - w rachubę w swoim artykule, uważa ją jed- nak za niewykonalną z trzech powodów: naprzód, że skoro Wawel ma być rezyden- cyą cesarską, już tern samem nie może służyć na Muzeum; powtóre, że nie można urządzać Muzeum w Zamku, gdzie oczywiście niema i nie może być światła górnego; po- trzecie dlatego, że uważa Zamek za zbyt od- dalony od środka miasta, a przez to za nie- dogodny dla zwiedzających. Pierwszy zarzut znika wobec tego, co wyżej powiedziano. Franciszek Józef mógłby sobie wybrać cały szereg komnat na prywatne swoje apartamenty, sale zaś recepcyjne dosko- nale nadawałyby się na lokal muzealny, zwłaszcza że przerobione z gruntu i archi- tektonicznie ozdobione budynki po-wojskowe mogłyby także na ten cel służyć. Trzeba zwłaszcza pamiętać o tern, że dyrektor Kopera urządził Muzeum w sposób zupełnie nowo- żytny, w niczem niepodobny do dawnego ty- pu muzeów. Gdy dawniej ustawiano przed- mioty schematycznie, według gatunków, nie dbając o wytworzenie obrazu żadnej epo- ki, dziś, przeciwnie; dyrekeya postarała się o urządzenie stylowych wnętrzy, gromadząc w każdem z nich sprzęty, obrazy, rzeźby, broń, wyroby przemysłu artystycznego z jednej epoki. Zamek Wawelski składa się z architekto- nicznych części bynajmniej nie współczesnych: są w nim partye średniowieczne, jak np. słynna Kurza Stopa; inne noszą charakter XVI, inne XVII wieku. Jakże pięknie wyglądałyby gotyckie sale, zapełnione autentycznymi średniowiecznymi zabytkami! Barokowa kaplica Zygmunta III z zachowanemi po dziś dzień sztukateryami dałaby się zapełnić sprzętami kościelnymi z pierwszej połowy XVII w.; sale z epoki Odro- dzenia umeblowanoby przedmiotami artystycz- nymi z tego właśnie czasu. Zyskałyby na tern zarówno ściany Zamku, jak i muzealne okazy, które wtedy dopiero znalazłyby się na właściwem tle i w odpowiedniem otoczeniu architektonicznem. W razie przyjazdu cesarza Muzeum by- łoby oczywiście zamknięte, a w jego salach odbywałyby się przyjęcia dworskie—słowem, pogodzić można jedno z drugiem najdosko- nalej. Czy potrzebaby w takiem Muzeum świat- ła górnego? Światła takiego wymagają prze- dewszystkiem wielkie nowożytne obrazy, ma- lowane już w pracowniach z górnem oświet- leniem. Drobniejsze historyczne portrety, obrazy religijne nieznacznych rozmiarów, miniatury i t. p. dałyby się doskonale oświet- lić przez umiejętne rozwieszenie. Sprzęty, broń, wyroby artystycznego przemysłu nic chyba na świetle górnem nie zyskają. Nale- żałoby zatem rozdzielić Muzeum Narodowe, pozostawiając malarstwo i rzeźbę nowoczesną w Sukiennicach, gdzie mają odpowiednie gór- ne oświetlenie, wszystkie zaś historyczne za- bytki przenieść na Wawel i urządzić nimi stylowo recepcyjne komnaty cesarskie. Byłby to podział zupełnie taki, jak w Paryżu Musie Cluny i Masce ilu Luxcmhourg. Wszak i dziś już Muzeum Narodowe nie mieści się całe pod jednym dachem, odkiedy w skład jego we- szło Muzeum sfragistyczno - numizmatyczne im. Czapskich w pałacyku przy ul. Wolskiej. Zresztą, gdyby już koniecznie szło o centrali- zacyę Muzeum, możnaby galeryę obrazów pomieścić w budynkach po-wojskowych, urzą- dziwszy w nich przy gruntownej przebudowie oświetlenie górne. Pozostaje jeszcze punkt trzeci: zbytnia odległość Wawelu i połączona z tern niewy- goda dla zwiedzających. Otóż nie ulega najmniejszej wątpliwości, że z pomiędzy zwiedzających nieliczną tylko mniejszość stanowią miejscowi, a ogromną większość przyjezdni. Tak jest wszędzie, tak jest i w Krakowie. Kto zwiedza Kraków, ten oczywiście w pierwszym rzędzie zwiedza Wa- wel. To też umieszczenie Muzeum na Zamku nietylko nie byłoby utrudnieniem, ale raczej ogromnem udogodnieniem dla przeważnej czę- ści zwiedzających. Za jednym zamachem oglądaliby przyjezdni — a o nich przecie naj- bardziej chodzi- katedrę ze skarbcem, z gro- bami królewskimi, Zamek sam i mieszczące się w nim Muzeum Narodowe. Na razie są to wszystko rzeczy dalekiej przyszłości, ale, jak słusznie zauważył dr Tom- kowicz w swej cennej, obywatelskim duchem natchnionej odezwie — należy je zawczasu obmyślić i przedyskutować publicznie, sprawa to bowiem nader ważna i cały nasz ogół obcho- dząca. Z artykułu w Czasie podniosłem tu i roztrząsnąłem kilka tylko punktów, na które odmiennie się zapatruję, wszystkie zaś inne, dotyczące stylu przyszłej restauracyi Zamku, funduszów na ten cel potrzebnych i t. p., bez żadnych zastrzeżeń trafią chyba wszystkim do przekonania. LUCYAN RYDEL.
855 PORTRET REMBRANDT VAN RYN MARYA KONOPNICKA. „AD ASTRA.” ni. akcśniy przywykli do jednej tylko, acz roz- maicie kombinowanej sfery zatargów po- między kobietą a mężczyzną w naszym po- wieściowym świecie, a i w realnym także, iż walka ich na duchy, walka o ideały narodowe ' ogólno-ludzkie, jest dla nas czemś nowem * zgoła niezwykłem. Wychodzimy z banalności. Jesteśmy wol- ni od wszelkiego książkowego kramu. Ta treść psychicznie wysoka, odkryta Przcd nami do najgłębszych uczuciowych po- kładów, rozsnuta na subtelnych motywach intelektualnych, trzyma nas nad poziomem Wszelkiej przeciętności, w ożywczej atmosferze mchu własnych naszych myśli i rozbudzonej Wrażliwości własnych naszych uczuć. Kobieca zwłaszcza postać malowana jest z przedziwną delikatnością i siłą. Z delikat- nością, jakiej wymaga żywe, drgające, poło- żne na dłoni serce; z siłą gorącego pożąda- nia mocnych węzłów, zaciskających wiele rąk około jednego sztandaru, i wiele piersi około jednego ukochania. Ale i miłość jest w książce tej niezwykła. Ma ona w sobie dotkliwy, przejmujący patos rzeczy dalekich, rzeczy niewymownych, i które się nie stały, chociaż stać się mogły. Patos ten wibruje w dziele całem, jak trącona sfera głosów echowych, niepochwytnych, rozwia- nych. W Rodowskim rodzi się miłość wprost z głodu serca, okarmianego dotychczas przy- smakami tylko, nektarem coraz innych kwia- tów. W Sewerynie, z zadumy nad tern ser- cem, „nieszczęsnem a górnem," z wiecznie czynnej, wiecznie żywej w kobiecej duszy— idei wybawienia. Wpatruje się ona w wizerunek tej mło- dej twarzy, na której niema „ani szczęścia, ani dobroci," i pyta: „Kim jesteś? Skąd ude- rza źródło twego bólu?" Od tego to wizerunku krzesze myśl jej 1 „gorącą iskrę niewiadomego pochodzenia," od której płomień ogarnia jej serce. Gwałtownie przyciągani ku sobie, ta ko- bieta i ten mężczyzna nie ujrzeli się w rze- czywistości nigdy, i nigdy nie wynurzyli sobie swojego kochania. A tak miłość ich stała się jedną z gwiazd wysokich i niedosiężonych. Niezwykłej tej treści odpowiada tło też nadzwyczajne. Pod te rojenia bowiem, pokusy, pożąda- nia i tęsknoty, pod zapał i pod ironię, pod wzloty i pod porażki, pod tragiczną walkę dwóch duchów i ich przesmutne zjednanie, rzucono dwa światy odrębnej potęgi, odrębne- go piękna. Świat gór i świat puszczy, oba- dwa malowane z przedziwnem mistrzostwem. Takiego groźnego majestatu szczytów, takiego szumu i huku wód, takiej tęczowej powiewności rozpylonych kaskad, takich kolo- rów i blasków, palących się na wieczystych śniegach, takich beznadziejnych kamienistych moren, takich złowróżbnie sino świecących
856 TYGODNIK ILLUSTROWANY 45 lodowców, takich zatraconych w śmiertelnej mgle pustaci, dawno nam nikt nie pokazał w książce. A i w naturze nie każde oko tak widzieć je potrafi. Co do Puszczy, ta jest raczej wyśpiewa- na, niżli malowana, raczej objawiona, niżli opisana. Jest to wielka symfonia wszechgło- sów, wszcchbarw, wszechkształtów, wszechzja- wisk jej życia. Rozkrycie, roztajemniczenie jej głębi, jej tajni, jej duszy. Jest to nade- wszystko wielka nasza duchowa własność od tej chwili. Orzeszkowa wykuła złote ogniwo, łączące nas z prastarymi rodami jej dębów, jej sosen, jej wód, jej budników. Taką, jaką ją nam w książce tej oddała, Puszcza zostanie z nami. Poszumy jej olbrzymów, przeloty wichrowych duchów, ciche świtania jezior, ka- linowe zorze zachodów, tajemne westchnienia i poryki zwierza, podania, uroczyska, budnicze osady- wszystko. A jest ta Puszcza nietylko osobnym świa- tem w sobie, ale tak dalece indywidualnym, barwnym, pełnym własnego życia i własnego ruchu, że—i to jest zarzut jedyny niezawszc w roli tła wytrwać i pomieścić się może, lecz sama nagle staje się obrazem—co mówię^ -oso- bą, bohaterką nawet, i wypełnia cały hory- zont widzenia. Ale te potężne nawy pierworodnego go- tyku, na kolumnach olbrzymów starowiecz- nych wsparte, te zasieki i zawały, pełne po- ległych z chwałą pokoleń dębów i sosen, to nietylko krajobraz, to i świątynia i twierdza ducha Seweryny. Stąd myśli jej o sobie, o ziemi, o świę- cie, o ludziach, o szczęściu, ulatują na takie wyżyny, że dostają tam archanielskich jasno- ści i skrzydeł i czynią się modlitwą. Tutaj też czerpie ona swe natchnienia i przywdzie- wa swoje jasne zbroje. Więc wchodzimy w zielone zmierzchy tych kopuł, w potężne szańce i okopy tych uroczysk, jak do kościoła i warowni razem. Jak do jednej z tych pra- starych inkastelizowanych świątnic, z których suplikacye i hakownice naprzemian grzmiały. Tu się też odprawuje wielka msza du- chów, począwszy od wspaniałego, modlitew- nego hymnu pierwszych kart książki, hymnu, który jest godnem „Introit" przed ołtarze wy- sokich ideałów, i dalej, przez wielkie „Confi- teor“ życia, przez „Credo“ mocne, jak śmierć, przez cudnie prostą Ewangelię wspomnień, opowiadaną pogańskiej trochę duszy Rodow- skiego; przez Ofiarowanie kielicha męki za najwyższe, bo powszechne dobro; przez czy- stą Komunię duchów, ku gwiazdom lecących, aż do ostatniej skargi zabitego szczęścia, do przesmutnego „Consummatum est,“ na które Puszcza głębokim, uroczystym dźwiękiem swych organów odpowiada: „Amen!“ Zaczem—staje się cisza. Niepodobna zaprzeczyć, że jest jeszcze jeden powód, dla którego książka ta zacieka- wia w sposób wyjątkowy. Powodem tym jest współpracownictwo nieznanego nam dotych- czas pisarza. Śledzimy z zajęciem, jak się też ten „Dwugłos" dostraja, i jak ów nieznany nam pisarz dotrzymuje kroku genialnej autorce? Otóż „Dwugłos" dostraja się znakomicie. Może nawet chwilami dźwięczy nadto miisono. Może przystalibyśmy na pewne dysonanse, na wybitniejszą różność w kolorycie tonu, na jaskrawsze, bardziej natężone uwydatnienie indywidualności głosu męskiego. Na większą partyi tej wstrzemięźliwość, na wykonanie jej surowsze, dające głębsze tło, silniejszy pod- kład, bardziej akcentowany odskok harfianym dźwiękom głosu niewieściego. Co do psychologii, co do rysunku samej postaci Rodowskiego, autor niezawodnie z góry i z premedytacyą przystał na pewne jej braki i pewne wybujałości. Zdaje się na- wet, że przystał na pewną jej słabość, jako strony przegrywającej wysoką swą sprawę. Bądź jak bądź, nie ma Rodowski tej bardzo pewnej, bardzo prostej, bardzo arty- stycznej linii, jaką jest narysowana postać Se- weryny. Nie jest ani tak głęboki, ani tak konsekwentny. Że zaś operuje przeważnie negacyami w sferze rozumowań swoich i swoich dowo- dzeń, stoi tedy na podstawie prawie że chwiej- nej, w porównaniu do niezbitych afirma- tyw uczuciowych Seweryny, z których każdą przekuć można na czyste złoto trzeźwej i spo- kojnej myśli. Chwiejność ta, ten brak ustalonego filo- zoficznego gruntu pod nogami, podstawy po- zytywnej, wypróbowanej, przeżytej, odczutej, która samej nawet negacyi coś z siły twier- dzenia użycza, ten brak uderza szczególnie w kulminacyjnym wybuchu samoubóstwienia, kiedy Rodowski, upojony wizyą hipotezy swo- jej, wpada w szał zgorączkowanej i delirują- cej pychy. Otóż w wybuchu tym wydaje nam się, że Rodowski za mało jest sobą. Wydaje nam się, że nadto ulega atrakcyi Nietzscheańskiej sfery. W Nietzschem atoli takie wybuchy mają cały szereg filozoficznych, mocnych na swój sposób poprzedniości, tworzących nierozerwal- ny łańcuch, w którym od świstu pogardy, do ryku wściekłości, nie brak ani jednego ogniwa, przygotowującego z szaloną logiką potężne wyładowania się tej gromowej duszy, która nawet w spokoju grzmi i błyska, nawet w ci- szy—jest wielką, samotną chmurą, tajemniczy- mi wichrami po niebie myśli noszoną. W Ro- dowskim zaś wybuch ma cechy paroksyzmu i przypadkowości. Chociaż więc silny, a na- wet porywający w rozkiełznaniu swojem, nie odpowiada w pożądanej mierze temu, co by- ło, i temu, co będzie. W dużej też sprzeczności z wybuchem tym stoją niektóre poczynania sobie Rodow- skiego, a już w największej owa spowiedź, jaką ze swych przelotnych zapałów dla spo- tkanej panienki przed Seweryną czyni. Spowiedź ta, dla konstrukcyi powieścio- wej niezbędna zresztą, zyskałaby niemało na wyrzeczeniu się zbytecznej swej drobiazgo- wości, ozdobności swojej. Bo jeśli główna linia charakteru obo- wiązywała autora, w szczegółach drugoplano- wych mógł on niezawodnie zostawić bohate- rowi swojemu nieco więcej swobody. Niespodzianką też jest dla nas nadzwy- czajna kwiecistość i obrazowość stylu młodego uczonego. Chętnie otrząsnęlibyśmy język jego z wielu blasków i z wielu kolorów, tak, aby mógł się wyjawić w bardziej męskiej suro- wości. Uboższym, suchszym nawet—zgoda!— ale więcej indywidualnym. Odnosimy bowiem niekiedy wrażenie, że mu ten przepych po- równań, przenośni, to bogactwo określeń — zawadza jakby. Zwłaszcza że chodzi tu o listy. Bo są to listy. Forma niezawodnie krępująca i narzuca- jąca wymagania swoje, często trudne, minio pozornej prostoty. „Oto jest list! — pisze Słowacki do Kra- sińskiego.—Oto jedna z kar piekielnych: litera martwa, papier martwy, pomiędzy duchem a duchem." Tutaj wszakże, pomiędzy duchem a du- chem umiano stworzyć prąd niezmiernie ży- wy. Prąd tak silnie elektryzujący, że się od męgo iskra miłości zatliła. Kto wic zresztą, czy jakaś inna forma była dla książki tej do wyboru i rozporzą- dzalna. Bo jednak chwilami zdaje się, że ten „Dwugłos" to była może najpierw rzeczywistość, a potem dopiero książka. Że jej pierwotny zarys, pierwotną osnowę, stanowiły właśnie jakieś prawdziwe, istotnie wymieniane listy. Że jej genezą było życie, nie literatura. Że kiedy jeszcze o książce mowy nie było, listy te nawiązały wątek jej psycholo- gicznych perypetyi, stworzyły samą więź dzieła, sam rdzeń jego: walkę pomiędzy żądzą szczęścia, blasku, radości, użycia, a wysokim, w rodzaju kapłaństwa podjętym obowiązkiem; pomiędzy „zimnym wiatrem kosmopolityzmu" a gorącym tchem szeptu: „Z tobą... Przy to- bie... Dla ciebie!" Snując dalej to przypu- szczenie, mniemaćby można, że dopiero po wielokrotnej listów tych wymianie, kiedy już wybitnie zarysowała się sfera myślenia i czu- cia piszących, pomysł dzieła powstał nagle, sam przez się, z natchnienia tej, która wie, iż „hajcięższem z brzemion jest brzemię nieod- danych nikomu klejnotów duszy." Kto wie nawet, czy w którym z listów, z tych od strony Puszczy, nie padło wezwa- nie „Ad Astra," dając tytuł dziełu? Bo są między listami Seweryny takie, które się po Dantejsku imieniem gwiazd kończą. Taka jest ta niezwykła książka, i taka jest ta dusza. Dusza pełna utajonego żaru głębo- kich ukochań, która po nizinach pióra swe jasne powleka, aby z nich otrzeć łez rosę. Dusza żywa, mocna, skrzydlata, ulatująca ku światłom czystym, których stale i z upragnie- niem namiętnem pożąda dla „pól ziemi i dla mrowisk ludzkich, dla wszystkiego, co jest kochane, i co jest cierpiące." Taka jest ta książka, i takie jest to serce. Serce wierne, zaprzysięgłe, u trzykroć świę- tych ognisk żywota na straży stojące, iżby je własnym płomieniem podsycać. Serce, które z bólów własnych wykuwa ogniwa, łączące ludzi z ziemią. Taka jest ta książka, i takie są te oczy. Oczy mądre, zadumane, gorące od samotnego wpatrywania się w wyżyny, na których świecą gwiazdy czyste, wieczne.
857 JÓZEF WEYSSENHOFF. SYN MARNOTRAWNY. POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA. Zastrzega się prawo przedruku. 44) XXXVII. dyby pan Maciej był pospolitym ojcem, a cała rodzina Dubieńskich pospolitą ro- dziną, wyszliby wszyscy na spotkanie powra- cającego Jerzego, i scena klasyczna mogłaby s>ę odbyć, w razie sprzyjającej pogody, przed drzwiami domu. Ale rodzina bardzo daleka była od pospolitości, więc i powrót Jerzego do Chojnogóry odbył się inaczej. Przyjechał w nocy. Wyraźny był zakaz pana Macieja, aby kto, oprócz służby, oczeki Wał na jego przybycie. Gdy przestąpił dawno opuszczone progi, zastał tylko kamerdynera, skromną kolacyę i przygotowany pokój. Jednak Terenia zdołała ukazać się bratu w korytarzu, dramatycznie tkliwa, w niebieskim szlafroku, z włosem rozwianym. Rzuciła mu się w objęcia i dobrze zo- stała przyjęta nawzajem przez Jerzego, który ze sztywnego pozoru uśpionego „gniazda" wyprowadzał wątpliwe wróżby. — Jurek w Chojnogórze! co za radość! — Jak się masz, kochana Tereniu! Jesz- cze nie śpisz? — Dla ciebie, Jurku. Z radości usnąć nie mogłam. — Poczciwa jesteś. A dużo osób śpi pod tym gościnnym dachem? — Stryj Tadeusz, Estella, wszyscy, wszy-’ scy... — Jakież humory? — Dotychczas najlepsze. — Ale przypuszczasz, że od mego przy- jazdu będą gorsze? — To zależy od usposobienia, w którem ty się znajdujesz. — Ach! ja tyle wycierpiałem przez dwa miesiące, że... no, wesół być nie mogę. Terenia, choć pełna otuchy, zajrzała bra- tu przenikliwie w oczy. — Ale zrezygnowany;., prawda? przy- wrócony nam, przychodzący dzielić nasze życie? — Ostatecznie, po wielu walkach we- wnętrznych, doszedłem do przekonania, że obejść się bez was me mogę. — To pięknie i mądrze, Jurku. Wszyscy odtąd będziemy szczęśliwi. — Pięknie, lub niepięknie. Może mnie kto posądzić, że pod wpływem jakiejś ra- chuby... — Nie mów tego, Jurku! Jesteś ideali- stą. Wszystkie twoje pokusy pochodzą ze szlachetnego idealizmu, który cię jednak czę- sto prowadził na manowce. Teraz zdobyłeś s*ę na odwagę, więc wytrwaj. Będziemy zresz- tą o tem mówili jutro. — Ach, czy dużo będziemy mówili?... Możeby sam fakt, że przyjechałem, wystar- czył? Jerzy powiedział te słowa głosem dziec- ka, które się skarży, lub wstydzi. Siostra od- '-uła to sympatycznie: — Masz racyę; zdaje mi się nawet, że papa będzie wołał... Ja w każdym razie wszyst- kiemi siłami starać się będę, aby cię jak naj- mniej nudzono. — Dziękuję ci, Tereniu, ty to rozu- miesz. — No, dobranoc, mój Jurku. Rozchodząc się cicho w uśpionym do- mu, parę razy skinęli jeszcze do siebie gło- wami, posyłali sobie oczyma uśmiechy, usta- mi drobne pocałunki, jak para kochanków po schadzce. Jerzy spędził niespokojnie resztę nocy, wstał i ubrał się bardzo wcześnie, gotując się do nieuniknionego przejścia, do rozmowy z ojcem. Rozmowę tę przewidywał oddawna i ułożył sobie wstęp do niej. Wydobył z ku- fra przedmiot starannie zawinięty, odwinął i za- migotał do światła złoconą blachą w kształcie małej tarczy. Eył to ów ryngraf polski, wy- kupiony z rąk niewiernych w Montecarlo. Je- rzy kazał go umiejętnie odświeżyć. Tem wy- raźniej zatem widniała Matka Boska Często- chowska nad herbem Nałęcz i data odsieczy Wiedeńskiej; na odwrocie Męka Pańska. Ryn- graf przeznaczył Jerzy na upominek dla ojca, taki niby mały dowód pamięci, z podróży. Przyszła chwila wręczenia podarku. Ale po- nieważ ofiarodawca nie był pewien, jak sam będzie przyjęty, wolal oddać dary przez posły. Wpatrzył się długo w wizerunek na ryn- grafie, jakby udawał się pod opiekę święconej tarczy; potem zawołał służącego, kazał zanieść ryngraf ojcu i zapytać, kiedy może się z nim widzieć. Pan Maciej nie spał już i natychmiast polecił prosić Jerzego do gabinetu. Jerzy spostrzegł zdaleka, przez drzwi otwarte, ojca siedzącego przy stole, z ręką na ryngrafie. Stwierdził zaraz, że się nie zmie- nił, że ma ten sam szlafrok i że wygląda po- tężnie. Gdy się zbliżył, stwierdził nadto, że spojrzenie ojca, choć wyraża namiętną cieka- wość, jest przedewszystkiem ciężkie do wy- trzymania. Przygotowane zdania uwięzły Je rzemu w. gardle; przychylił się do ramienia ojcowskiego, dość niezgrabnie, potem wypro- stował się i stał, milcząc. Pierwszy do niego Maciej zwrócił Jowi- szowe słowo: — Co znaczy ta blacha? — Znalazłem ten ryngraf w poniewierce za granicą i kupiłem z myślą ofiarowania go ojcu. Pan Maciej oparł ręce o kolana, łokcia- mi skierowanymi na zewnątrz rozszerzył swój majestat, pokiwał nerwowo głową, mlasnął pa- rę razy językiem, aż przemówił: — Panie Jerzy! chwila jest ważna. Trze- ba się dzisiaj pozbyć wszelkich wybiegów, aby się ze mną rozmówić. Nie pomogą tu ani frazesy, ani jakieś podarunki! Trącił blachę odwrotem ręki, aż zadzwo- niła, posuwając się po stole; ale przyszła mu natychmiast rozwaga, że przedmiot jest go- dzien poszanowania, więc go przygarnął; je- dnak tonu nie zmienił; — List twój, który otrzymałem w prze- szłym tygodniu, jest bardzo pięknie napisany, jednak nie zawiera żadnych stanowczych od- powiedzi na nasze zapytania. — Zapytania? - zadziwił się Jerzy — nie dostałem żadnego listu, ani zapytań... — Jednak zapytania moje znasz, bo są niezmienne. Nazwijmy więc to żądaniami. Je- steś pod pewnym względem dość wyrobiony; zrozumiesz więc, że całe twe życie przyszłe zależy od postanowień, które teraz poweź- miesz. Ja cofać się nie zwykłem. Jeżeli więc jakikolwiek z twych zamiarów stoi w sprzecz- ności z zasadami rodziny naszej, powiedz mi to odrazu. Już czasu niema do namysłu. Wszyscy jesteśmy tu w komplecie i czekamy na twe zapewnienia. Stiyj Tadeusz jest z na- mi; ja już dziś ręczę za niego. Choć późno, dojrzał. Czekamy. Jerzy ujął czoło dłonią, tłumiąc jakieś burzliwe myśli, czy skrupuły, czy tylko wspom- nienia. Gdy odsłonił oczy, spojrzał nareszcie prosto na ojca, starając się wytrzymać jego wzrok zapalony. — Wzywa mnie ojciec do rozmowy zu- pełnie szczerej ze względu na ważność chwili. Jestem zupełnie szczery. Rozumiem, dlacze- go ojciec potępiał mój sposób życia, choć nie wiem, czy znał go dokładnie. Rozumiem, że chce mnie zmusić do trybu, który sam wypró- bował i uznał za dobry. Ale dlaczego ojciec oparł się stanowczo moim zamiarom małżeń- skim, zamiarom uczciwym, chrześcijańskim, na- turalnym?... — Poczekaj. Nie unoś się retoryką. Wiesz dobrze, dlaczegom się oparł. — Może źle zgaduję? — Dobrze zgadujesz. Ten projekt stoi mniej w sprzeczności z zasadami, niż z inte- resem rodziny. Ale interes rodziny to nie in- teres kupiecki; może być raczej porównany do „raison d’etat.“ W tym przypadku jest tak ważny, że wkracza w sferę względów moral- nych. — Ha! może ojciec ma słuszność... Ale obowiązki moralne moje względem pani Oleskiej? — Nie prowadzi się do ołtarza osoby, z którą się miało romans. — Ależ, ojcze! tego nie było! Kłamiesz, mój kochany. Znam cię dobrze, i znam się na tem. — Jednak jakże ojciec może taki zarzut czynić jej i mnie?! — Było tak, lub równoznacznie. Mam o tem lepsze wiadomości, niż się spodziewasz. Powinieneś zaprzeczać i zaprzeczaj. Ale roz- mowa nasza dzisiejsza jest wyjątkowa i, daj Boże, ostatnia o tem. Dzisiaj mówimy sobie całą prawdę. Jerzy patrzał przez chwilę na ojca roz-
WALKA JAKÓBA Z ANIOŁEM Z wystawy A. Krywulta. REMBRANDT VAN RYN szerzonemi oczyma: „Jednak to człowiek im- ponujący..." Potem twarz zanurzył w dłonie i usiadł gwałtownie na krześle. Nastała chwila ciszy, w której milczenia ojca i syna rozmawiały z sobą, co jest, we- dług Maeterlinck’a, najskuteczniejszym sposo- bem porozumienia się dwóch dusz. Wpraw- dzie te dwie dusze powiedziały już sobie uprzednio dużo słowami. Jerzy rozmyślał nad tern, że ojciec ma jednak bardzo wyrobione pojęcia o życiu i o pożytku rodziny; poczuł wyraźnie swój udział w tym pożytku, do którego rady ojca były najkrótszą drogą—może i najlepszą?... Pan Maciej zaś zrozumiał z milczenia syna, że syn jest już nawrócony, że mu tylko ułat- wić trzeba dramatyczną chwilę powrotu na łono rodziny. Odezwał się miększym głosem: — Przyczyniłeś nam dużo boleści. I urwał. Wtem Jerzy powstał, na- tchniony: — Ojcze! Boleść, której byłem przyczy- ną, goniła za mną wszędzie. Odpychałem od siebie ten wyrzut sumienia, bom zapragnął żyć nowymi pomysłami, stworzyć sobie swój świat i swoje drogi. Ale zawsze słyszałem głos twój, ojcze, i w gniewie twym nawet bolała mnie twoja boleść. Dla tego uczucia, dla tej czci i miłości, głęboko tkwiących we mnie, po- święciłem ostatecznie wszystkie inne pragnie- nia i przychodzę... Tu Jerzy zbliżył się do ojcowskiego fo- telu, pochylony, gotów do zgięcia kolana. Pa11 Maciej ujął go za oba ramiona. — I przychodzę... naprawić... powetować przyszłem życiem...
PORTRET Z wystawy A. Krywulta. REMBRANDT VAN RYN — Zatem przeszłość nie istnieje dla cie- bie?—zapytał ojciec, blizko patrząc w oczy syna. — Oderwana ode mnie... — To jest: zaręczyny, pierścionki?... bez Możliwego powrotu? — Poświęcam wszystko, wszystko! —- Słowo honoru? Jerzemu drgnęły nieco powieki opusz- czone. — Słowo honoru. — Ano, tak mi gadaj! — zagrzmiał pan Maciej z głębi piersi i porwał w objęcia ko- rzącego się przed nim syna. Tylko do ryku lwa można było porów- nać ten wybuch, w którym dźwięczały tryumf i potęga, a jednak i drapieżna czułość Iwa- ojca. Chwilę trwało rozrzewnienie, bez dekla- macyi. Po chwili pan Maciej powstał, po- łożył rękę na ramieniu Jerzego i rzekł: — No, mój chłopcze, daj mi się ubrać. Chcę cię jak najprędzej zobaczyć na twojem miejscu, w naszem gronie. Wcześniej 'niż zazwyczaj dążyli dzisiaj mieszkańcy Chojnogóry na zachodnią weren- dę pałacu, gdzie z powodu ślicznej pogody przygotowano pierwsze śniadanie. Na wyprzódki zbiegali się wszyscy, aby powitać Jerzego. Jeszcze przed jego zjawie- niem się przyszła panna Paulina i, usiadłszy w fotelu, czekała. Wonne wyziewy śniadania mieszały się z zapachami kosodrzewin i po- wojów, przychodzącymi z leniwym powiewem, zwiastunem dziennego upału. Dyszkanty pta- ków rzucały lekkie melodye staccato na tło
861 ZGON BARBARA RADZIWIŁŁÓWNY JÓZEF SIMMLER Z wystawy dziel J. Simmlera w T. Z. S. P. w Warszawie. — Idziemy w jedną stronę — rzeki ma- larz: — za chwilę będę gotów. — Śpieszę się do domu odpowiedziała z lekkiem zmieszaniem, nie chcąc wracać w jego towarzystwie. On nie zrozumiał jej intencyi i powie- dział wesoło: — Śpieszno mi także do miasta, bom głodny - i zwracając się do przełożonej: — Obraz zechce pani schować, przyjdę jutro. Oto za modelki,—wręczył pieniądze- a wam dzieciaki cukierki — wyjął z kieszeni ciemnej marynarki garść słodyczy i, wręczając najstar- szej, rzekł: — Podzielcie się. Wandzia, ze względu na usługę, oddaną Jej przez niego, zdecydowała się iść z nim do miasta. — A rąk pan nie umyje?—spytała prze- łożona przyjaźnie. Spojrzał na swe ręce, powalane farbą, d 'Hiiechnąl się, mówiąc: — Nie, dziękuję... Dziś wyjątkowo za- chowam te naoczne cechy mego rzemiosła... Oo widzenia!—skłonił się jej i dzieciom. Idąc ulicą, spytał: — Pani pierwszy raz w schronisku? — Tak jest. Podziwiam i szanuję tę ko- bietę, która z taką wytrwałością i poświęce- niem stworzyła ten zakład. — To był jedyny cel jej życia, i musiała go osiągnąć lub zginąć. Bo to, proszę pani, w życiu trzeba być maniakiem, a wówczas zawsze dojdzie się do celu. Powtarzam to so- bie często, i poza malarstwem nie chcę nic widzieć, nic czuć. — A jeśli ktoś nie cierpi na manię? — uśmiechnęła się. — Rozproszy się... Rozmienia na drob- ne miedziaki złoto swego uczucia i umysłu, i w końcu stracił złoto, wydał miedziaki i zo- stała pustka. — Nie każdy jest artystą — szepnęła. — Ależ tu nie idzie o artyzm!... Można zwaryować na matematyce, fizyce, agronomii, na różnego rodzaju sportach... i wypełnić tą manią życie całe Szli jakiś czas w milczeniu. Wandzia, widząc w ogródku za sztachetami bawiące się dzieci, rzekła: — Jakie te są szczęśliwe, radosne, we- sołe... a tamte?... — Nie zmarniały, nie poginęły, dzięki tej zacnej kobiecie... żyją, czegóż chcą więcej od świata? — 1 sądzi pan, że to powinno im wy- starczyć? — spytała ironicznie. — Naturalnie... Jedna chwila szczęścia, rozkoszy, a zbledną i znikną wszystkie nędze i przykrości minione. Dla tej jednej chwili, w której całe moje ja wchłania w siebie ocean szczęścia, warto żyć i cierpieć. — Mało pan wymaga od życia. — O, przeciwnie!—zawołał z żywością:— ja dużo, bardzo dużo żądam i pragnę. Dla pijaka wystarcza kieliszek, dla matki dziecko, dla skąpca złoto, a ja swoje szczęście chcę czuć wszystkimi nerwami, objąć wszystkimi zmysłami, muszę je mieć w głowie, w sercu, w duszy, w każdem tchnieniu. — Zdaje mi się,—mówiła z lekkiem wa- haniem — że ten rodzaj szczęścia jest zbyt egoistyczny, tak samo, jak zachwalana przez pana mania, — uśmiechnęła się ironicznie -— gdyż ona robi człowieka nieczułym na otoczę-
862 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 45 ULICA TECHNICZNA W CHARBINIE. Fot. inżynier E. Ossera. GMACH SZTABU STRAŻY POGRANICZNEJ W CHARBINIE. nie, społeczeństwo: zapatrzony w swoją ideę, idzie przed siebie, nie oglądając się, czy kogo potrącił, zdeptał, zranił. — Ach, pani jest społeczniczką! — za- drwił. — Być może — odparła tonem obojęt- nym, chociaż zarumienienie świadczyło, że dotknął ją niemile ton jego. -— Bądź co bądź, uznaję i uwielbiam słowa Mickiewicza: „Szczę- ścia w domu mc znalazł, bo go nie było w ojczyźnie!" — Któż pani powiedział,—rzekł nie bez irocii — że nie pracuję na swój sposób dla kraju?... — O tein nic nic wiem — powiedziała tonem zimnym; — na poglądy pana odpowie- działam swojem zapatrywaniem. W milczeniu wyszli na Zwierzyniec z bocznej ulicy. Tu panował stosunkowo większy ruch i gwar. Na ulicy przed szyn- kami stały wozy miejskie ze smutnymi końmi, pomiędzy którymi przewijały się kury. W ryn- sztokach bawiły się dzieci rozchlapywaniem wody. Na chodnikach pod małymi partero- wymi domkami snuli się przechodnie, szwar- gotali Żydzi, nawoływali się chłopi... — Tak blizko miasta i taka prowineya! — uśmiechnęła się Wandzia. — Oryginalniejsza jednak, barwniejsza ubiorami chłopów i chłopek, bawiącemi się dziećmi i tymi sennymi końmi. — Panu to się podoba?—zdziwiła się. — Tak jest. Niech tylko pani spojrzy na ten drewniany dom z dachem poczernia- łym. Jaki on zmęczony życiem!., połysiał, boki mu zapadły, nosi różne blizny i ślady przeszłych niedoli. Tam wiatr wyrwał kilka gontów, ówdzie z rany, zadanej mrozem i śniegiem, sączy się woda, tu poblakło jego ciało, zmyte szarugą jesienną... I stoi taki in- walida, kryjąc w sobie dramaty, komedye, roz- pacze i rozkosze mieszkańców. Historya ta- kiego domu jest przecież bardziej dramatyczna i interesująca, aniżeli czułostkowa historya dwojga mdłych kochanków. — Mogłaby nią być, gdyby ktoś umiał ją napisać i odczuć. — Ależ proszę pani, to tylko od nas, czytelników, zależy, by tylko ci pisali, którzy umieją pisać i patrzeć! A teraz nastała dziw- na moda zamiłowania do życia, odbijającego się w kropelce wody. Pisarze, wpatrując się w nią, widzą świat odbity tak mały, marny, nikły, a siebie tak wielkimi, potężnymi, wspa- niałymi... wobec kropli wody. — Zdaje mi się, że krytyka pana jest zbyt jednostronna. Nie można ciągle opisy- wać tylko świata zewnętrznego, gdyż jak Rus- kin powiada: „Powinno nas obchodzić samo życie danej istoty, nie to, co się jej wydarzyć może." — Nie wiedziałem, że moje poglądy zgadzają się ze słowami Ruskina!... - - zaśmiał się wesoło — bo widzi pani, „samo życie istoty" opisać to znaczy oddać wiernie wra- żenia i uczucia, które przepełniają jednostkę na widok cudów przyrody, tajemnic natury, zagadek psychologicznych, a jakież są cuda, tajemnice, zagadki w kropli wody? Muszą być płaskie, nikłe, małostkowe... Zostawili most kolejowy na prawo i we- szli w zakręt z otwartym brzegiem nad Wisłą, skąd widać było Dębniki za rzeką, dalej spię- trzone kamienice Stradomia, wstęgę Wisły, Wawel z katedrą i miedzianą kopułę kościoła Wszystkich Świętych. Petrycki przystanął i rzeki z zapałem: — Niech pani teraz spojrzy!... Tam na skale, na Wawelu, legł smok, płomienny w zachodzie słońca. Ten mur czerwony jest jakby cielskiem jego, przesiąkłem krwią ofiar, i smok patrzy na nas ślepiami ognistemi, — wskazał okna rozświetlone purpurowo — a te wieże katedralne sterczą, jak zębce po- tworu... Czy to nie jest piękne? Widzi pani te błyski i odbicia na kopułach, na krzyżach, na dachach... jak to wszystko drga życiem, mieni się barwą, gra, płomieni, pali się... Te- go nie ujrzy nikt w kropli wody. — Prawda, jakie to piękne! —zawołała ze szczerością w głosie. — Bo to, widzi pani, chcąc odczuć na- turę i jej piękność, trzeba się pozbyć z myśli wszelkich głupstw i nieprzyjemności życia co- dziennego, otrząsnąć się z naleciałości zwierzę- cego bytu i stanąć czystym wobec czystej przyrody. — I pan tak robi?—zdziwiła się. Nic mówiłbym, gdybym me wypró- bował tego na sobie... Dlatego leż kochani Wandę, bo ona czysta, piękna, nieśmiertelna. Zrodziło ją słońce wiosenne, pogrąża w sen mróz iskrzący. W pierwszej chwili, słysząc wymienione swe imię ze słowem „kocham," wbrew woli zarumieniła się, ale wkrótce zawstydziła się sama przed sobą, iż mogła na chwilę przypu- ścić, iż on imał ją na myśli. I rozmyślając nad tradycyjną Wandą, rzekła: — Pańska legenda o Wandzie jest ładna. — To się pokażc w obrazie...—uśmiech- nął się. —A teraz, jeśli pani ma chwilę czasu, zejdźmy nad Wisłę. Dobrze? —- Nic mogę... Czekają na mnie. — Szkoda!... Fala Wisły prześlicznie załamuje światło zachodu. (DCNi WIKTOR G0MULICK1: ZE ZBIORU: „PAX.“ Na wątłej krze, Wierzchem otchłani, Przepływa człowiek to życie; Współludzie z nim, Równie znękani, O byt trwożący się skrycie. Z dreszczem wśród ciał, Ze śmiercią w duszy, Płynie skazańców gromada; Co chwila kra Z jękiem się kruszy, Co chwila w otchłań ktoś wpada... Gdy taki los Śmiertelną trwogą Zespoli dzikie zwierzęta, Już one wyć I gryźć nie mogą: Ból wspólny dzikość ich pęta. A człowiek cóż? Morduje ludzi, Współwięźniów, współmęczenników— Ach! kiedyż Bóg Mądrość w nim wzbudzi Wilków, szakali i dzików?...
TYGODNIK ILLUSTROWANY ,Nb 45 863 Z tygodnia na tydzień. Smutny .zastój. Wróciliśmy z Powązek, oddawszy cześć zmarłym. Może to będzie chwila stosowna do wypowiedzenia kilku uwag o naszych porządkach na warszawskiem Campo Santo. Faktem jest, że postęp wciska się tu bardzo powoli. Śmierć jest konserwatywna w swem pań- stwie. A jednakże hasło: „Trzeba z żywymi na- przód iść!"—posiada moc swoją nawet w zastoso- waniu do cmentarzy. Spróbujmy więc skreślić niektóre desiderata. Zapewne są one nienowe; ale starymi są i braki, o których mówić chcemy. Przedewszystkiem idzie tu o utrzymanie w porządku mogił. Jak wiadomo, stanowi to „fach" specyalnej kategoryi przedsiębierców, głównie kobiet, które wespół z dziewczętami branemi do pomocy podej- mują się czyszczenia i pilnowania grobów wza- mian za bardzo rozmaitej wysokości wynagrodze- nie, od 50 kop. do 3 rubli, zależnie od stopnia okazałości grobu, oraz uzdolnień i chęci do targo- wania się ze strony wynajmującego. Nie liczę, ma s>’ę rozumieć, napiwków dla pomocnic, ani opłaty za dodatkowe roboty, co wszystko razem wynosi dość dużo. Z drugiej strony usługi, jakie się w za- mian otrzymuje, są nader wątpliwej wartości. Mó- wiąc otwarcie, w wielu przypadkach są te usługi żadne; często bowiem zastaje się grób nieoprząt- nięty i zaniedbany. Kto się upomni, musi za- zwyczaj coś płacić, jeśli się nie chce narazić na niegrzeczną odpowiedź. A jednak rada na to tak prosta, że dziw, iż dotychczas nie jest przez administracyę cmentarza uwzględniona, pomimo tak dawnych skarg i na- woływań. Dziw tern większy, że tu, u nas, w War- szawie, tylko na jednym cmentarzu, mianowicie ewangelickim, kwcstyę oddawna rozwiązano w spo- sób zupełnie zadowalający: oto zarząd cmenta- rza objął tam we własne ręce dozór nad grobami, za który płaci się oddzielnie w kancelaryi, tak, iż wiadomo przynajmniej, kto jest za porządek odpo- wiedzialny i do kogo zwracać się z ewentualną Pretensyą. Taka organizacya pozwoliłaby usunąć jeszcze jedną złą stronę Powązek, mianowicie to opuszcze- nie, w jakiem toną liczne mogiły, pozbawione opie- ki prywatnej. O korzyściach ofieyalnej organizacyi i kon- troli nad spełnianiem obowiązków przez stróżów— mówić nie trzeba. Żądania to stare, proste— cze- mu dotychczas nie uwzględnione? s * * * Uczczenie pamięci E. Jelinka. Wczoraj, dnia 4-go b. m., gdy numer niniej- szy Tygodnika wychodził już z pod pras drukar- skich, w Pradze czeskiej tameczne „Ognisko pol- skie" święciło dziesięciolecie swego istnienia, a w szczęśliwie powziętej myśli połączyło ten ob- chód z uczczeniem pamięci swego przyjaciela i po- bratymca, Edwarda Jelinka, zmarłego dnia 15-go marca 1897 roku. Jelinek urodził się w Pradze dnia 6 czerw- ca 1855 roku, przeżył więc zaledwie 42 lata, po- konany przez chorobę piersiową. Całe to jego niedługie życie wypełniły pra- ce i wycieczki w celu poznania Słowiańszczyzny ’ nawiązania przyjaznych stosunków pomiędzy po- bratymcami. Oprócz dat tych wycieczek, oraz tytułów książek i broszur, mających zawsze ten sam cel na oku, do życiorysu jego da się bodaj wciągnąć tylko ten jeszcze szczegół, że ukończył w mieście rodzinnem kurs szkoły realnej i że był adjunktem kancelaryi statystycznej w magistracie praskim. Leży przed nami pogrobowe wydanie części jego „Wspomnień" (Yzpominki Eduarda Jelinka, ogłoszone staraniem Adolfa Czernego w Pradze w r. b.). Widać z nich, jak w Jelinku powstawa- ła i rozwijała się „idea wzajemności słowiańskiej," jak później przybrała niemal wyłącznie charakter „wzajemności polsko-czeskiej." Prawie wszystkie wydawnictwa czeskie Je- linka bezpośrednio lub bardzo blizko nas dotyka- ły. Świadczą o tern choćby same tytuły: „Polskę pani a divky," ,.Damy starszich salonó polskych," „Czrty varszavske,“ ,.Z posledniho polskeho hnu- ti,“ „Zakopane w polskych Tatrach," „Honorata z Wiśniowskich Zapov;i,“ „Zapomenuty kout slo- vansky“ (o Kaszubach), „Pro shodu czesko-pol- sku," „Vieci polskć," „Czrty kozacke," „Czrty li- tevske,“ „Ukrajinske durny," „Pohledy do Litvy,“ „Vzpominka na Boleslava Jablonskeho pośledni navrat do vlasti“ i inne. Ogłoszone obecnie „Wspomnienia" przeważ- nie również nas dotyczą. Dowiadujemy się z nich EDWARD JELINEK. że pierwsze w życiu swojem honoraryum (w po- staci książek) otrzymał za przekład czeski jedno- aktówki polskiej pióra Pauliny Wilkońskiej („Svaty obrazek"). Opisuje dalej szczegółowo wycieczki swoje do Warszawy, wrażenia doznane, znajomości i sto- sunki pozawiązywane. Rzewna i tragiczna jest opo- wieść o Feliksie Sójkowskim, zmarłym w Pradze w lutym 1877 roku. Osobne rozdziały są poświęcone we Wspo- mnieniach „Dwom przyjaciółkom narodu czeskie- go na Litwie"—Elizie Orzeszkowej i Wili Kościał- kowskiej, oraz „Aloizemu Żółkowskiemu." Jelinek szczerze i rozumnie kochał Słowiań- szczyznę; czynami, na jakie go stać było—i sło- wo bywa czynem — dowodził tego ukochania, a z biegiem czasu coraz większą nasz właśnie na- ród otaczał sympatyą i mianem „przyjaciela Pola- ków" się chlubił. Obchód „Ogniska polskiego" w Pradze cze- skiej jest jednym z dobrych skutków działalności Jelinka i nowem ogniwem w łańcuchu przyjaznych stosunków między pobratymcami. xl Sienkiewicz w Paryżu. W teatrze Sary Bernhard! odegrano zapowia- daną oddawna przeróbkę sceniczną epopei Sienkie- wiczowskiej „Ogniem i mieczem". Dramat wykroił Maurycy Bernha.rdt, przygodny autor, i nie stwo- rzył, oczywiście, dzieła wartościowego. Ciężar gatunkowy sztuki przeniesiono do strony dekoracyjnej, która wypadła pod każdym względem świetnie. Wzorów udzielił p. Strzałecki oraz Biblioteka polska w Paryżu. Stroje odtwo- rzono podług albumów Matejkowskich i innych ściśle historycznych dokumentów. Całość dzieli się na jedenaście obrazów, skombinowanych z nie- słychanym przepychem. Tylko fantazya Sary Bern- hard! zdobyć się umie w dzisiejszych teatrach pa- ryskich na taką zbytkowność. W akcie pierwszym dano wyborną karczmę w Czehrynie oraz step ukraiński z brzegami Dniepru. W drugim Rzę- dzian spotyka się w karczmie zBohunem. Potem Bohun wyrusza z Zagłobą do Rozłogów, gdzie । trafiają na wieczerzę. Widzimy tu izbę stołową, zbudowaną podług opisu Sienkiewicza. W obrazie szóstym jesteśmy znowu na stepie, oglądamy prze- cudny krajobraz. W dalszych obrazach, znacznie już krótszych od poprzednich, przenosimy się do obozu polskiego, a potem do futoru ukraińskiego- W akcie czwartym Wołodyjowski i Zagłoba spoty- kają się w zajeździe z Bohunem, który jedzie do króla w poselstwie od Chmielnickiego. Niezmier- nie malowniczy, piękny obraz tworzy dalej oblę- żenie Zbaraża. Wreszcie, na zakończenie, w zna- komicie odtworzonym zamku toporowskim, Skrze- tuski, wracający do zdrowia, otrzymuje za swoje trudy nagrodę. Publiczność francuska, dla której wszystkie te cuda dekoracyjne były jednocześnie informacyą historyczno-obyczajową, przyjęła sztu- kę entuzyastycznie. Krytycy, nawet najsurowsi, chwalą malowniczość układu. P. Guy Launay w „Matin" pisze między innemi: „Szkoda, że „Ogniem i mieczem" wystawiono nieco za późno, w końcu października, po powrocie uczniów do szkół, a może nieco za wcześnie, bo przed waka- cyami noworocznemi. Pomimo to, ponieważ akcya nie zatrzymuje się na wyjaśnianiu charakteru, po- nieważ mamy jedenaście obrazów bardzo zwięzłych, malowniczych i bohaterskich, sądzę, że stare dzie- ci bawić się będą doskonale na tern widowisku. „Ogniem i mieczem" jest rodzajem zajmującego albumu dramatycznego." Adolf Brisson, sprawo- zdawca dziennika „Temps," utrzymuje, że obrazy sztuki, pomimo całej swej świetności, byłyby nieco zimne, gdyby ich nie wiązała żywa fabuła. „Łącznikiem tym jest Zagłoba. Patrzcie na tę postać. Jest bardzo czcigodna i stara. Za cza- sów starego Dumasa nazywał się Chicot, Coconas i d’Artagnan. Miał obowiązek zapychać dziury dramatu, prowadzić go wesoło do rozwiązania, a po drodze bawić konceptami. Zagłoba nie po- siada odwagi Chicota, chociaż w ostatnim akcie zdobywa się na wybuch bohaterski; ale ma prze- biegłość d’Artagnana, werwę Coconasa, a w do- datku posiada okrąglutki brzuch, który go zbliża do Falstaffa." W „Gaulois" prócz krytyki sztuki znajduje- my artykuł Stanisława Rzewuskiego o Sienkiewi- czu i dramacie polskim w ogólności. Wszystkie zresztą dzienniki podają krótki zarys działalności literackiej Sienkiewicza. Sprawozdawca „Gaulois" pisze, że Sienkie- wiczowskie opisy bitew przypominają malownicze obrazy z „Jerozolimy wyzwolonej" Tassa. Catul- le Mendćs zachwyca się dekoracyami sztuki i wró- ży jej długie powodzenie. Wszyscy zresztą spra- wozdawcy twierdzą jednomyślnie, że tak wspania- łych kostiumów i dekoracyi dawno nie widziano na scenach paryskich. mp. Na grobach. Na grobach lampki płoną W jesienny szary zmrok; Tęsknotą wzbiera łono, Opływa łzami wzrok, I sercu tak żałośnie, Taki w niem ból i żal Po szczęścia złotej wiośnie, Co uleciała w dal!
854 Z WYSTAWY SIMMLERA W T. Z. S. P. W WARSZAWIE. Na grobach leżą kwiaty: Miłości żywycłi znak I ślą swe aromaty W niebiosów szarych szlak; Tym kwiatom na mogiłach Tak smutno i tak źle, Jak duszy, gdy wspomina Niepowrócone dnie. Na grobach klęczą ludzie, Rozbitki życia burz, O wskrzeszeń marzą cudzie, O zmartwychwstaniu dusz, O tern, że kiedyś, lecąc Do zaświatowych bram, Straconych ukochanych Odnajdą znowu tam. Na grobach, w sennej ciszy, Płynącej z górnych sfer, Stęsknione ucho słyszy Tajemny jakiś szmer, 1 serce we łzach taję, Śniąc blaski zgasłych zórz, Głos znany rozpoznaje, Co dawno ucichł już. Na grobach ludzką postać Przybiera szara mgła, Twarz droga się wyłania, Z jej źrenic płynie łza, I szept cichutki wzlata, Ból krwawy kojąc wraz: „Tam w sferach pozaświata, Najdrożsi, czekam wasl“ Or-ot. EPILOGI. Sstucsnn potrzeba. Jak wiadomo, wszystkie warstwy społeczeń- stwa naszego odczuwają w chwili obecnej cały ciężar wielkiego przesilenia ekonomicznego, które w ostatnich czasach doszło do punktu kulminacyj- nego skutkiem wojny rosyjsko-japońskiej. Niema dnia, ażeby nie ogłoszono jakiego bankructwa; nie- ma dnia, ażeby tu i owdzie nie zmniejszono liczby rąk roboczych z powodu ograniczenia lub zupeł- nego zawieszenia produkcyi. Zdawałoby się, iż na takiem ponurem tle życia ekonomicznego musi obumierać wszelka inicyatywa w dziedzinie nowych organizacyi. Tymczasem w naszych stosunkach spostrzegamy znamienne, wręcz przeciwne fakty. Oto w chwili, kiedy nietylko przedsiębior- stwa przemysłowe, lecz nawet domy bankierskie bankrutują, to jest takie przedsiębierstwa, które, jak kapitan okrętu, toną ostatnie, pod ciężarem ban- kructw innych, — w chwili takiej powstają u nas nowe instytucye finansowe. Przed kilku tygodnia- mi otwarto czwarte Towarzystwo wzajemnego kre- dytu w Warszawie, a oto za parę dni będzie otwarte jeszcze piąte! Co to jest? Wszakże instytucye tego typu dotkliwie od- czuwają przesilenie, ograniczyły kredyt swoim człon- kom i bokami robią, ratują się redyskontowaniem weksli, pomimo iż jest to kategorya obrotów, przy- nosząca najmniej zysków. Jakież więc czynniki pobudzają ludzi do tworzenia nowych instytucyi tego rodzaju? Zajrzyjmy głębiej w nasze życie i stosunki, a łatwo znajdziemy rozwiązanie tej zagadki. W spo- łeczeństwie naszem rozwija się znamienna i nie- bezpieczna choroba; gorączkowa dążność do wy- twarzania nowych posad. Pewna grupa ludzi, któ- rym się nie opłaca poprzedni sposób bytu, posta- nawia zdobyć sobie posady: prezesów, wice-preze- sów, dyrektorów, buchalterów i t. d. Ponieważ trudno zdobyć stanowiska już zagrzane, trzeba więc stworzyć nowe placówki. Nic łatwiejszego! Wy- jednywa się zatwierdzenie nowego Towarzystwa wzajemnego kredytu, zbiera się grupę członków z pośród znajomych i otwiera się towarzystwo. Posady są, ale jakie mogą być skutki spo- łeczne i ekonomiczne takiej gorączki organizacyj- nej? Przedewszystkiem zawsze się znajdzie pewna grupa niezadowolonych członków dawniejszej insty- tucyi, którzy przejdą do nowej. Ale ponieważ ci wraz z członkami założycielami jeszcze nie dadzą mocnych podstaw nowemu Towarzystwu, rozpocz- nie się więc łapanie członków bez wyboru, którzy w rezultacie mogą zarwać instytucyę i narazić ją na upadek. Dawniejsze zaś, podkopane robotą kon- kurencyjną, również stracą grunt pod sobą. Przydałoby się więcej rozwagi i przezorności w naszem życiu społecznem. Zen. 1'. Teatr, muzyka, sztuki plastyczne. * Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych otworzyło w pałacu swym zbiorowi) wystawę prac ś. p. Józefa Himmlera. Króluje tu przedewszystkiem prześliczna, wzniosła, pełna uczucia i poezyi kompozycya „Zygmunt August u zwłok Barbary Radziwiłłówny". Obok tego zgromadzono wszystko, co tylko udało się wśród pry- watnych posiadaczów odnaleźć. Nie jest to jeszcze by- najmniej całkowita puścizna po tak twórczym i pracowi tym artyście, ale w każdym razie zbiór przedstawia się poważnie i imponująco. Prócz obrazów historycznych, są tu w znacznej bardzo liczbie doskonale, pełne wdzię- ku i wyrazu portrety tego pierwszego z naszych kolo- rystów; są także kompozycyc, studya i rysunki, wyko- nane w różnych epokach jego działalności artystycznej. Wystawę taką trzeba uważać jako hołd należny, złożony pamięci artysty, który tak wysokie w sztuce polskiej za- jął stanowisko i wielkie u budowy jej podstaw położył zasługi. J. * Komitet Tow. Zach. Sztuk Pięknych ogłosił konkurs artystyczny im Józefa Kuryerowa z nagrodą rub. 360, która przeznaczona będzie autorowi dzieła z zakresu malarstwa, hib rzeźby, uznanego za najlepsze, a osnutego na temacie polskim. W konkursie mogą wziąć udział tylko artyści narodowości polskiej. Termin nadsyłania dzieł upływa w dniu 15-ym marca r. p., r°z' strzygnięcie zaś konkursu nastąpi w dniu 19-ym marca r. p. Bliższych szczegółów udziela kancclarya Towa- rzystwa. o * Wydział Towarzystwa „Polska sztuka stoso- wana” w Krakowie ogłasza XIII-ty z kolei konkurs, tym razem na projekt urządzenia gabinetu męskiego- Projekt winien być artystyczny i mieć charakter polski. Charakter ten może być nadany zarówno przez użycie motywów swojskich, jak i przez utworzenie rzeczy oryg1' nalnej, t. j. przez wypowiedzenie się artysty polskiego w swój własny sposób, bez zastosowania stylów histo- rycznych i współczesnych obcych. Projekt składa się z dwóch części: z umeblowania i z dekoracyi pokoju. Nagroda za całość wynosi 900 koron. Termin nadsyła nia projektów upływa w dniu 15-ym lutego 1905 roku. Bliższych szczegółów udziela kancelarya Towarzystwa (ul. Wolska 14 w Krakowie), o
Kolumna Mickiewiczowska we Lwowie. Lwów, 30 października. W chwili, kiedy część numeru naszego pis- ma oddajemy już pod prasę, odbywa się we Lwowie uroczyste odsłonienie kolumny_Mickie- wiczowskiej. Dźwignięto ją na placu Maryackim, zwanym dawniej Ferdynanda. Plac ten, położony w samem śródmieściu, zdobiła przedtem studnia z wdzięczną statuą M. B. Niepokalanego Poczęcia, którą teraz przesunięto na róg Wałów Hetmańskich, co umożliwiło wzniesienie na okazałej tej prze- strzeni Mickiewiczowskiej kolumny. Projekt pomnika wyszedł z łona Towarzy- stwa imienia Adama Mickiewicza, utworzonego przez Władysława Bełzę. Inicyatywę podjęło w ro- ku 1897 liczne grono obywateli, na pierwszem ich wszakże zebraniu, mimo gorące przemówienie Adama Krechowieckiego, tak mało miano ufności w pomyślność przedsięwzięcia, iż przewodniczący, Władysław Łoziński, usunął się nazajutrz. Teraz przystąpił do akcyi prof. uniw. dr Ludwik Ćwi- kliński. Zakrzątnięto się około gromadzenia fun- duszów, rozpisano już konkurs z wyrażnem żąda- niem (na wniosek Krechowieckiego) pomnika o motywach kolumny. Nadesłane po roku 28 projektów konkurso- wych roztrząsał sąd, złożony z 13-u estetów i po- wag na polu architektury, rzeźby i malarstwa. Wy- rokował też tutaj i Cypryan Godebski. Uchwała w grudniu roku 1898 zapadła jednomyślnie: pierw- szą nagrodę otrzymał Antoni Popiel, i jemu też postanowiono powierzyć wykonanie pomnika. Z ustąpieniem prof. Ćwiklińskiego rzecz znowu utknęła. Utworzono więc nowe prezydyum w osobach: prof. uniw. d-ra Bronisława Radzi- szewskiego, znakomitego chemika i honorowego obywatela m. Lwowa, dalej prof. uniw. d-ra Ro- mana Piłata i głośnego powieściopisarza Adama Krechowieckiego, jako zastępców przewodniczącego. Obowiązki sekretarza objął p. Michał Rolle, dzien- nikarz, skarbnika p. Kazimierz Zieliński, sekretarz bankowy. Nowe to prezydyum przystąpiło do pracy nietylko z dobrą wiarą, lecz z wytężoną energią oraz chwalebną gorliwością. Jeśli dziś kolumna na- pawa dumą Lwowianina i stać się może godnym objawem hołdu dla wieszcza, jest to w najwięk- szej mierze zasługą prof. Radziszewskiego, które- mu też sekundował wytrwale Krechowiecki. Ra- dziszewski pomyślał przedewszystkiem o stronie finansowej. W społeczeństwie ubogiem, „prze- składkowanem,“ rzecz to zawsze najważniejsza. Zdołał przecież prof. Radziszewski benedyktyńską cierpliwością, boduenowskimi nieraz zabiegami uzyskać od miasta kilkudziesięciotysięczny zasiłek, reszty zaś dokonały ofiary publiczne, z różnych źró- deł i w różnych formach płynące. Sam Krecho- wiecki ukwestował do 25,000 koron. Uzyskawszy nervus rerum, dopełnił Radzi- szewski drugiej części zadania: przeprowadził układ z artystą; wybra- no i wywalczono plac; wzięto się do wstęp- nych robót. Były w tej imprezie chwile ja- sne, częściej wszakże ponure, przygnębiają- ce. Nieraz sądzono, iż rzecz blizka już jest upadku, i wówczas wpływ Radziszewskie- go kierował ją na po- myślne tory, a gdy po- święcono nareszcie ka- KOLUMNA MICKIEWICZOWSKA WE LWOWIE. mień węgielny, gdy sprowadzać poczęto mate- ryały, gdy na miejscu budowy zaroiło się od nie- bieskich bluz robotniczych, ród niewiernych lwow- skich Tomaszów po pięciu latach swego nieza- szczytnego istnienia przepadł bez śladul Kolumna mierzy wysokości 21 metrów od ziemi do szczytu świecznika (znicza). Wziesiono ją z granitu medyolańskiego z Baveno, obrobienia zaś jej z surowego i opolerowania dokonała lwow- ska stara pracownia Schimsera. Bronzy odlewała czeska firma Scrpeka z Wiednia. Kolumna spo- czywa na fundamencie systemu Hennebicque’a na 13 tu pilotach i dwu ławach betonowych, które to roboty uskutecznili dobrze znani przedsiębiorcy: Zacharjewicz i Sosnowski. Do piedestału prowadzą 3 stopnie; kolumna jest w porządku jońskim; kapitel, świecznik ubrany bronzem też jońskie. Grupa wyobraża Geniu- sza, zsuwającego się po kolumnie i podającego lut- nię Mickiewiczowi. Poeta stoi zwrócony twarzą do Geniusza. Jedną ręką podtrzymuje płaszcz, drugą sięga po lutnię. Figura Mickiewicza mierzy 3 metry 30 centymetrów. Tu dodać należy, iż plac Maryacki pojęto jako trójkąt i do jednego z jego boków, najbardziej przez przechodniów odwiedzanego (Hotel Europejski, Francuski), zwró- cono front pomnika. Jeszcze słowo o twórcy kolumny. Antoni Sulima Popiel urodził się w roku 1865 w Szczako- wej. Nauki gimnazyalne ukończył we Lwowie, po- czem udał się do Krakowa do Szkoły Sztuk pięk- nych, gdzie mu rękę do dłóta układał słynny Ga- domski. Studyował następnie Popiel w Wiedniu pod Hellmercm i w tamecznem Muzeum sztuk i przemysłu pod prof. Koenigiem. Powróciwszy w r. 1892 do Lwowa, objął w tutejszej Politechnice asystenturę przy katedrze rysunków i modelowania, na której stał wówczas późniejszy teść naszego artysty znany rzeźbiarz, Warszawianin, Leonard Marconi. Popiel wyruszał też niejednokrotnie do Włoch pod niebo rzeźbiarzy. Ostatnio zatrzymał się dłużej we Florencyi w pra- cowni Manziniego. Lwów liczy sporo prac jego dłóta. Więc: Justitia w pałacu sprawiedliwości; figury alego- ryczne, karyatydy i tympanon w teatrze miejskim; pomniki Śniadeckiego i Ujejskiego; grupy na fron- tonie nowego dworca i w Muzeum. Jego rzeźbą jest piękny ołtarz w grobowcu Potockich w Łań- cucie oraz pomnik Korzeniowskiego w Brodach. W tej chwili kończy model pomnika Mickiewicza dla Krynicy, około którego wzniesienia od lat kil- ku krząta się Krechowiecki. Lwów, jak wiadomo, jest miastem pesymi- stów z zasady i krytyków a priori. Mimo to wi- doczne z poza rusztowania fragmenty kolumny powitał wyjątkowo sympatycznie. Sąd o rzeczy całej należy zachować do ostatecznego opuszcze- nia zasłony, z fragmentów bowiem trudno wyroko- wać o dziele. Jest jednak nadzieja, iż rzecz sta- nie się rzetelnym aktem pietyzmu wobec poety, piękną ozdobą miasta i chlubą dla swego twórcy. TC. ZŁOTE LISTKI- „Niemasz już cnoty, wiaryl fałsz dmie z każdej strony! “ Zawołał z gorzkim ża- lem złodziej okradziony- A. Fredro. Cnota sławą się płaci- Jan Kochanowski.
869 ALE TARGOWE NA PI ACH WITKOWSKIEGO EASADA BOCZNA WEDŁUG PROJEKTU INŻYNIERA HENRYKA GAYA lainandzkiemu, Janowi van Eyck. O nim wszystkie encyklopedye, uwzględniając daw- ne tradycye, opowiadają, że jemu przypada usługa wynalezienia farb olejnych, więc •mnory w całej pełni zasłużone. A jednak n,e- Najnowsze badania wykazały, że tra- dycya była niedokładna. Ceniony badacz historyi sztuki, M. Ch. Dalbon, w najnow- szej swej książce, p. t.: Les Procćdćs cl les origines de la peinture h 1’huile, wy- kazuje, popierając swe twierdzenia dowo- dami, znalezionymi w różnych archiwach, Ze na długo przed zjawieniem się braci Eycków farby olejne były już znane i uży- wane. Dalbon zamieszcza odpisy dwóch dokumentów, których autentyczność nie ule- ga podejrzeniom. Pierwszy dokument to kontrakt, zawarty w r. 1320 między hr. Alahaut d'Artois a malarzem Piotrem z Bruk- seli. W kontrakcie tym, normującym wa rnnki wykonania obrazów dla pałacu hra- biny w Conflans, znajduje się między in- nynii następujący ustęp: Obrazy te mają być wykonane „w najlepszy sposób, w ja- ki mogą być sporządzane malowidła—i wszystkie te rzeczy powinny być malowane arbami olejnemi." Drugi dokument ma datę roku 1356. Jest to polecenie księcia biormandyi, aby w jego zamku w Vau- dreuil namalowano obrazy „delikatnemi far- bami olejnemi." Wymowne dowody, że nie byckowie byli pierwszymi, którzy inalowa- nie n tempera porzucili, a chwycili za far- by olejne. Twórca „Adomcyi mędrców", ab znajdującej się obecnie w I uwrze »Dziewicy u Rolin'a“ farby olejne według albona tylko ulepszył, nie zaś wynalazł, adacz francuski prostuje swoją książką anowu jedną z historycznych pomyłek, rzykre jest obdzieranie z nimbu tych, 1 Ofzy w jego blaskach jaśnieli, nawet ^pdy, gdy chodzi o fakt tak drobny, jak kwestya: kto pierwszy zaczął malować far- ratni olejnemi? lub wtedy, gdy korekcie Podlega sąd o człowieku, który już dawno nie żyje. (n.) ZE ŚWIATA KOBIECEGO. W Lon- Ynm zawiązało się stowarzyszenie pod na- „Domestic Service Union", do któ- pg° należą zarówno panie, jako też służące. anie stanowią jeden oddział stowarzysze- nia, służące—drugi. Każdy oddział wybie- a komitet, którego przedstawicielki obra uJą wspoinje Złe panie i złe służące by- s wP'sywane na czarną listę. Stowarzy- j nie cz,lw.a też nad unormowaniem płac Warunków pracy oraz nad dawaniem za- °móg służącym bez pracy.—W Stanach Zjednoczonych zajmowało posady urzędowe —od roku 1870 do r. 1890—414 kobiet. Obecnie jest ich 4,875. Liczba dziennikarek jest również znaczna: 888 (dawniej 35); pracujących w sztuce stosowanej: 10,810 (w poprzednich latach 412); buchalterek: 27, 777 (dawniej- -9). k Na kierowniczkę i zwierzchniczkę wiel- kiego szpitala wojskowego wyznaczono Amerykankę, dr Mac Gea. — Dr Ewa Robertson została lekarzem przytułku ubo- gich w Craiglockhardt, mimo iż o miejsce to ubiegało się razem z nią dwóch lekarzy mężczyzn. Zwycięstwo zapewnił p. R. wyższy stopień naukowy.—P. Klara Zetkin z Berlina wystąpiła z wnioskiem zupełnego oddzielenia szkoły od kościoła i wykreśle- nia wykładów religii z programu szkół lu- dowych, a także z żądaniem wyswobodze- nia tych szkół z pod przewagi klas rzą- dzących, które wyciskają na nich piętno służalczości.—Scottish liberał wanien's ma- gazin podaje sprawozdanie o działalności inspektorek sanitarnych w Dundee. W cią- gu 1903 r. zwiedziły one 12,828 mieszkań ubogiej ludności, zaprowadzając wszędzie czystość i ucząc gospodynie przewietrzania mieszkań. Inspektorki zajmują się również dziećmi. Szkoły zawdzięczają im wyrobie- nie w uczniach i uczennicach nawykniema do porządku. Dla zaprzeczenia dowodze- niom, że kobieta nie może być nurkiem z powodu zbyt uciążliwych warunków tego zajęcia, ogłaszają pisma angielskie nekrolog zmarłej przed 40-u laty żony pewnego HALE TARGOWE NA PLACU WITKOWSKIEGO. FASADA GŁÓWNA. Według projektu inżyniera Henryka Gaya. nurka, której życie całe przeszło na pracy w głębinach morskich wraz z mężem. Raz tylko dobyto ją stamtąd zemdloną, ale po dwóch dniach przyszła do siebie i w dal- szym ciągu oddawała się ulubionemu za- wodowi. cw FIZYCZNA PODSTAWA SNU. Badania nad istotą zmęczenia i następnej potrzeby snu doprowadziły do ciekawych wyników. Jeżeli zastrzyknąć wypoczętemu psu krwi psa zmęczonego, to pies zdrowy zaczyna natychmiast uczuwać potrzebę snu. Z tego powodu przypuszczają, że potrzebę snu można połączyć z powstawaniem pew- nych substancyi we krwi wskutek zmęcze- nia. Ale nie dosyć na tern. Pewnem jest, że komórki nerwowe mózgu inaczej wyglą- dają w organizmie wypoczętym i wyczer- panym. U zmęczonego zwierzęcia komórki nerwowe są formy nieregularnej, ośrodki ich większe niż zwykle, a oprócz tego można w nich zauważyć puste przestrzenie. Wreszcie—odkrycia tego dokonano w ostat- nich czasach—u organizmów wypoczętych znajdują się w komórkach nerwowych spe- cyalne okrągławe ciałka, zwane od nazwiska ich odkrywcy ciałkami Nissla. Ciałka te u zmęczonego zwierzęcia zanikają. Na ich miejscu zjawia się coś w rodzaju drobne- go pyłu. Jedna z nowszych teoryi wsku- tek tego twierdzi, że ciałka te, będące jak- by zbiornikami energii życiowej, niszczeją wskutek czynności ciała. Wytwarzają się one podczas wypoczynku, podczas snu, a zmęczenie byłoby skutkiem ich zanikania. Ale tu nastręcza się pytanie: czy nastanie snu ma swoją przyczynę w zanikaniu ciałka Nissla, czy też w zjawieniu się pewnych substancyi toksynowych we krwi? czy też zanikanie ciałek Nissla znajduje się w pew- nym związku ze zjawieniem się owych substancyi toksynowych? Na pytania te nauka jeszcze nie dała odpowiedzi, k ZAPRZĄG ELASTYCZNY, Przed trzydziestu laty wykazał uczony francuski J. Marey, że ciągnąc jakiś przed- miot ruchomy, np. wóz, za pomocą ciała sprężystego, zaoszczędza się do 25% pracy Zdawałoby się, że takie odkrycie powiąno odrazu zdobyć sobie szerokie zastosowania. Bynajmniej. Ludzie nie lubią najmniejszego kłopotu i kosztu; to też nie myślą używać sprężyny lub sznura gumowego de ciągnię- cia pojazdów i wozów, skoro można je ciąg nąć sznurem zwykłym. Że zaś koń, a cza- sem i człowiek, ponosi przez to większy wysiłek, nikt się nie troszczy. Dopiero nie- dawno przypomniano sobie odkrycie Ma reya, i to dzięki... wojnie. W artyleryi, gdzie przewożenie armat stanowi sprawę poważną, a szybkość jego decydować może o losach rozprawy, żadnego ułatwienia lek- ceważyć nie można. Rządy: duński, szwedz ki, niemiecki, austryacki, a świeżo i fran- cuski, zaprowadziły sprężyste zaprzęgi do armat. Wyniki okazały się tak praktyczny- mi,że obecnie pomyślano wreszcie o ciągnie- niu sprężynowem przy wozach, powozach, tramwajach, a nawet przy holowaniu stat- ków. Zaprzęgi sprężyste nietylko oszczę dzają 20 do 25% siły pociągowej, lecz nad- to usuwają niemiłe szarpanie przy rusza- niu z miejsca i wstrząśnienia w czasie jazdy, ks. WYSYCHANIE AFRYKI. Jezioro Ngami, odkryte przez Livingsto- ne’a, jak wiadomo, znikło z powierzchni ziemi. Jak pisze Science, zostało już także tylko kilka kałuż z jeziora Shirwa, odkry- tego przez tegoż podróżnika w r. 1859. Jezioro to miało 46 kilometrów długości i 16 do 20 kil. szerokości. Z faktów tych Science wyprowadza wniosek, że Afryka środkowa wysycha, k proces matyldy sera o, obwi- nionej o nadużycie wpływowego stanowi- ska męża swojego w celu wyłudzania od różnych osób pieniędzy wzamian za obie- cywane posady miejskie, skończył się zu- pełnem uniewinnieniem głośnej włoskiej autorki, której obecna w sali sądowej pub- liczność urządziła po ogłoszeniu wyroku gorącą owacyę. cw
870 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ni? 45 NAJDŁUŻSZĄ LINIĄ TELEFONICZ- NĄ na świecie będzie projektowana obec- nie pomiędzy Nowym Jorkiem a San Fran- cisko. Liczyć ona będzie 5,000 kilometrów, podczas gdy linia Berlin-Paryż ma tylko 1,200 kil., Paryż-Rzym— 1,600 kil. (linia ta jeszcze nie jest ukończona), a Berlin-Marsylia via Paryż—2,100 kil. Rozmowa pomiędzy San Francisko a Nowym Jorkiem koszto- wać będzie 60 franków za trzy minuty, k PÓŁ MILIARDA NA SAMOJAZDY I ROWERY. Według obliczeń jednego z pism francu- skich, w dniu 31 grudnia r. 1903 było we Francyi: 1,310,223 rowery, 19,816 motocyk- lów i 19,886 samojazdów, czyli że na 10,000 mieszkańców wypada 336 rowerów, 5 motocyklów i 5 samojazdów, lub inaczej: 1 rower na 30 mieszkańców, 1 motocykl na 1,966, Licząc rower średnio po 175 franków, motocykl po 700 fr., a samochody: 14,340 większych po 10,000, a 5,546 mniej- szych po 5,000, otrzymany stąd wynik, że na owe sposoby lokomocyi wydano we 414,291,975 franków—blizko pół miliarda! k eoo.ooo rozwodów naliczono w r. z. w Stanach Zjednoczonych, czyli 1 rozwód na 4 małżeństwa. Z tego p.wodu ducho- wieństwo amerykańskie postanowiło poczy- nić energiczne kroki przeciwko rozwedom, których głównym powodem bywały zwykle —nowe związki małżeńskie. ZMARLI. Lady Dilke, znana literatka angielska, autorka cenionej we Francyi książki „Histoi- re de la Renaissance artistiąue en France" oraz licznych artykułów treści krytycznej w czasopismach angielskich. Uchodziła też za pierwszorzędnego mówcę. Krytyki jej odznaczały się logiką, trafnością spostrze- żeń i pięknym, jasnym językiem k Polityka. Na horyzoncie politycznym ubiegłego ty- godnia prawie niepodzielnie, ze znacznym uszczerbkiem nawet wojny na Dalekim Wschodzie, panował sensacyjny zatarg ro- syjsko-angielski. Wedle relacyi angielskich, zajście miało przebieg tego rodzaju: w no- cy na sobotę 22-go z. m. okręty eskadry rosyjskiej, płynącej do Azyi Wschodniej, przeglądając przy pomocy reflektorów morze, oświetliły znajdującą się w pobliżu i zaję- tą połowem flotylę małych parowców ry- backich angielskich, poczem zaczęły do nich strzelać z armat. Rybacy sądzili z po- czątku, że to strzały ślepe, lecz wkrótce rze- czywistość wyprowadziła ich z błędu: dwa statki bowiem miały pójść na dno, kilka innych odniosło mniejsze lub większe uszkodzenia, z ludzi zaś kilku zabito, lub raniono. Po dwudziestominutowem strze- laniu eskadra popłynęła dalej. Admirał Rożestwieński w urzędowym raporcie twier- dzi, że strzelać był zmuszony, ponie- waż dwa torpedowce nieznanej flagi pod osłoną ciemności szły do ataku na główny okręt jego oddziału. Inne drobne statki, dostrzeżone w obrębie światła reflektorów, starano się oszczędzać, jeżeli zaś mimo to poniosły one straty, to admirał wyraża głębokie ubolewanie, ale sądzi, że speł- nił to, co mu nakazywał obowiązek. Pra- sa i opinia publiczna angielska w pierw- szych dniach po zajściu była silnie rozją- trzona i wzburzona, postawa rządu groźna. Admiralicya wydała rozkaz pogotowia mo- bilizacyjnego, z kanału La Manche, z różnych okolic morza Śródziemnego zaczęto ściągać eskadry i koncentrować je pod Gibraltarem. Temperatura polityczna przez jakiś czas była mocno podniecona, umysły w napię- ciu. Równolegle szły rokowania dyploma- tyczne. Rząd rosyjski natychmiast w zasa- dzie oświadczył się z gotowością zadość- uczynienia, a dziś już mamy zupełnie wiaro- godne doniesienia o tern, że porozumienie między obu mocarstwami jest faktem. Ma być mianowicie na podstawie konwencyi łiaskiej zwołana komisya międzynarodowa, której zadaniem będzie określenie istoty faktu przez sformułowanie odpowiedzi na następujące trzy pytania: 1) czy istniał jaki- kolwiek powód do strzelania? 2) czy po- wód ten był dany przez angielskie lodzie? 3) czy była jakakolwiek podstawa do po- dejrzewania obecności torpedowców japoń- skich? Komisya nie wyda żadnego wyroku, gdyż rząd angielski poza zadaniem ściśle śledczem zastrzega sobie swobodę postano- wień dalszych. —W Austryi nastąpiła czę- ściowa zmiana gabinetu, połączona z wido- kami tymczasowego zapewne „uruchomienia" parlamentu. Koerberowi udało się zawrzeć z Czechami kompromis, na mocy którego obiecują oni zaprzestać obstrukcyi w radzie państwa wzamian za mianowanie mini- stra czeskiego, za ustępstwa natury ekono- micznej, np. upaństwowienie kolei północ- no-zachodniej, przejęcie pasywów czeskich kolei wązkotorowych przez państwo, budo- wa kanału między Dunajem a Mołdawą. rc- gulacya rzek i t p Jak dotychczas, wido- mym znakiem istnienia tego projektu ugo- dy, jest tylko fakt mianowania d-ra Jana Kandy ministrem czeskim. Z dotych- czasowych ministrów ustąpili: minister skarbu Bohm-Bawerk i minister rol- nictwa Giovanelli. Następcami ich są: Manswet Kozel, dotychczas szef sekcyi, oso- bistość politycznie neutralna (finanse) i hr, Boucquoy, agronom niemiecki z Czech (rolnictwo). W sposób interesujący zaryso- wała się sytuacya wewnętrzna we Francyi. Zaraz po otwarciu jesiennej sesyi parlamen- tu, stanęła na porządku dziennym sprawa kościelna. Liczne interpclacye domagają się od gabinetu Combes’a, aby politykę swoją, wyłuszczył otwarcie, rząd ze swej strony przygotował się także z akcyą, mającą być dalszym ciągiem poprzedniej, w perspekty- wie więc ukazała się znowu zacięta walka obozów o zasadę rozdziału Kościoła od państwa. Aliści zaraz na początku sesyi zabrał głos przewódca umiarkowanych re- publikanów, Deschanel, i wypowiedział mo- wę, którą ugodził wprost p. Combcs’a i je- go gabinet, a pośrednio postawił swoją kandydaturę do steru rządu. P. Deschanel uznaje, że konkordat jest przestarzały, żc nie odpowiada stosunkom dzisiejszym, a przeto wymaga rewizyi; mówca nie od- rzuca nawet zasady oddzielenia spraw ko- ścielnych od państwa, czyni wszelako jed- no zastrzeżenie: taka drażliwa : keya musi być przeprowadzona z całą subtelną lojal- nością, z uszanowaniem wszysłki: i.cz”ć i przyzwyczajeń, a przeto nie moż. by powierzona rządowi, który bezwzględnością postępowania sam zaognił stosunki. Li- kwidacyę stosunku kościelno-państwowego musi przeprowadzić gabinet umiarkowany. Centrum i prawica izby oklaskiwały mowę Deschancla, jakby chciały zamanifestować, że przyjmują kandydaturę ministeryal- ną byłego prezesa izby deputowanych, Tym sposobem stan rzeczy przybrał ta- ką postać, że program Combes’a ma byc wykonany, ale bez Combcs’a. Naturalnie, prezes gabinetu będzie się bronił, ale wi- doczne jest, że zręczna taktyka przeciwni- ków utrudniła mu pozycyę. Na teraz izba uchwaliła mu jeszcze wotum zaufania, lecz większością nieznaczną, opozycya zaś nie ustaje w akcyi. Nacyonaliści zdobyli zno- wu materyał do napadu na ministra wojny, któremu zarzucają protegowanie prądów ra- dykalnych w armii. I tu minister, z któ- rym gabinet zsolidaryzował się, zwyciężył w izbie, ale tylko 4 głosami większości. KSIĄŻKI 1 WYDAWNICTWA PG.RYODYCZNG, KSIĄŻKI POLSKIE. * Listy, które go nie doszły. Z 55 wydania niemieckiego tłom. A. Powojczyk. (Warszawa. Nakł. A. Zonera. 1904. Str. 171 w 8-ce. Cena kop. 50). — Ta sama książka w tłómaczeniu Jadwigi Miczyńskiej, (nakł. księgarni H. Altenberga we Lwowie, str. 232 w 16-ce. Cena rub. 1). —Przyzwy- czajono nas do wiary, że prawda życia co- dziennego jest brzydka, i dlatego kocha- my tak bardzo prawdę poetycką. Szcze- gólnie jednak wzrusza nas opowieść, która mieści w sobie szczerą poezyę, a stanowi jednocześnie zbiór faktów rzeczywistych. Takim szczerym a mimowolnym poematem są „Listy, które go nie doszły"—niewielka książka, głośna dziś w całej Europie. Pi- sała je wytworna, uczuciowa, szlachetna Niemka, bez myśli, iż kiedykolwiek dru- kiem będą ogłoszone. Jako osieroconą cór- kę arystokraty, wydano ją za mąż za boga- tego kupca który wkrótce dostał obłędu. Umieściwszy męża w domu zdrowia, młoda małżonka wyjechała z bratem, przedstawi- cielem wielkiej firmy przemysłowej w da- leką podróż. Przez jakiś czas, prawdopo- dobnie podczas wojny japońskiej, mieszkała w Pekinie i tam, na obiedzie w jednem z poselstw, poznała człowieka, do którego głębokiem a niezmiernie subtelnem zapała- ła uczuciem. Po wyjeździć z Pekinu pisy- wała do niego listy z Vancouveru, a potem z Nowego Jorku. Żaden z tych listów nie doszedł do rąk właściwych. Przyjaciel od- bywał przez cały rok naukowo-artystyczne podróże po Chinach, korespondencyę zaś swoją kazał odsyłać do Szanhaju. Tym- czasem rozruchy bokserskie znagliły go do powrotu do Pekinu. Zapisał się w szeregi ochotników i brał czynny udział w obro- nie Suwangfu, gdzie zginął razem z 3,000 ukrywających się chrześcijan - Chińczyków Przyjaciółka w tej samej chwili pisywała do niego listy z Boy-View, żyła w śmier- telnej trwodze i umarła, nie doczekawszy się żadnej od przyjaciela wieści. „Listy, które go nie doszły" odebrał z poczty brat zmarłej i do druku oddał. Niema w nich, oczywiście, jakiejś spoistej całości. Są to dokumenty autentyczne, więc mają całkiem przypadkową budowę. Wrażenia z podróży i wyborne obserwacye z życia obyczajo- wego w Nowym-Jorku mieszają się w li- stach ze wspomnieniami osobistemi, ogrom- nie delikatnie opisanemi. Książka wyszła w dwóch polskich przekładach, co stanowi jeszcze jeden przykład naszych smutnych nieporządków wydawniczych. * Helena Witkowska: Komisya Edu- kaeyi Narodowej. (Warszawa. Nakładem Księgarni Naukowej. 1905, str. 57 w 12-ce. Cena kop. 40).—Zwięzła, doskonale napisa- na historya instytucyi wychowawczej, która, jak mówił jeden z naszych historyków, „wzorową swą organizacyą, systemem szkol- nym, skierowanym ku rozwojowi nietylko umysłu, lecz i pierwiastków etycznych i hu- manitarnych w młodcm pokoleniu", przy- nosi chlubę naszym działaczom z drugiej połowy osiemnastego wieku, była bowiem „pierwszem w świecie cywilizowanym mi- nisteryum oświaty". W krótkim czasie swej działalności (od r. 1773 do 1794), Komisya Edukacyjna zdołała przeprowadzić tak wiel- ką i gruntowną przemianę całego systemu wychowawczego w Polsce, że odczuwano ją potem przez całe dziesiątki lat. Rozej- rzawszy zasoby materyalne Komisyi oraz programy szkolne, zaprowadzone przez nią, autorka wyjaśnia znaczenie wybornie po- myślanego „Towarzystwa do ksiąg elemen- tarnych," istniejącego przy komisyi. * Wł. Reymont: Komurasnki. Żałos- na historya o pękniętem porcelanowem sercu japońskiem. (Wydawnictwo redakcyi Chimery. Warszawa. 1904, str. 21 w 4-ce. Cena kop. 50) Reymont porzucił na chwi- lę swych świetnych, potężnie żywiołowych chłopów i zabawił się w sztukę syntetyczną. Stworzył „dla Hality Lutosławskiej" szcze- gólną bajkę o lalce japońskiej, zamkniętej w witrynie sklepu paryskiego. Nie wiem, czy Kalita zrozumiała istotę strasznej hi- storyi pękniętego serca porcelanowego, opo- wiedzianej wymuszonym stylem eklektycz- nym; za to uważny czytelnik dozna przy czytaniu „Komurosaki" niemałej uciechy: zabawią go wszystkie płonne wysiłki wy- rafinowania, wyrazy rozegrzane w... chłod- nym ogniu, całe wreszcie gwałtowne wpę- dzanie się w nastrój. Reymont posiada, oczywiście, zbyt wielki talent, aby mógł napisać rzecz złą, więc też i to dziwne „somnium vigilantis" zawiera piękne stro nice. Książka, jak wszystkie nakłady Chi- mery—wydana wytwornie; zdobią ją winie- ty Stanisława Dębickiego i rysunki zaczer- pnięte z albumów Hokusaia. * («uy dc Mniipnssnnt: Nowollc. (Te- stament. — Normandzki figiel.- Mędrzec. Parasol.—Order). (Przekład A. Strzeleckiego, Warszawa. Nakładem A. G. Dubowskiego. 1905, str. 96 w 16-ce. Cena kop. 30) Jeszcze jeden przekład całkiem zbyteczny- Minęły już czasy, kiedy takie figle i takie błahe, łobuzerskie gawędy zaliczano do literatury. Maupassant, za życia i po śmier- ci, posiadał śród szerokich kół naszej Pu‘ bliczności opinię pisarza nieprzystojnego- Pracowali nad tern wszyscy tłómacze, wy- bierając z jego utworów rzeczy najsłabsze- Dziwić się trzeba, że p. Strzelecki, pisarz poważny, dziś jeszcze, po latach, pomaga do utrwalenia tej niesłusznej opinii. * Jubileusz Niepokalanego l’oczęcJ« Najświętszej Maryi Panny. Podręcznik dla wiernych do korzystania w czasie nad- zwyczajnego jubileuszu) Napisał ks. St B- Warszawa. (Nakładem Dubowskiego, l-^14- Cena kop. 15).—Książeczka ta może służyć jako dobry przewodnik dla chcących korzy- stać z jubileuszu. Zaleca ją dobry ukła i styl. Są niewielkie braki: łaska (Niepo- kalanego Poczęcia) nazywa się tu zaletą (?)• Zbyteczna jest wzmianka w popularnej ksią żeczce o materyalistach, racyonalistach i atc uszach. Post, nie objęty spisem kościel nym, nazywa się tu niewłaściwie dobrowo nym. Dobre są „myśli pokorne", ale raZ* zestawienie pojęć w wyrażeniu, że „Bot ma nieubłaganą nienawiść do grzechu, łość zupełnie odpowiada swojemu celowi- Ks. Szkopowski-
Tygodnik ilustrowany 45 8h całą historyę margrabiego de la Frcsnay, który wyemigrował niegdyś do Anglii, wal- czy z Francuzami pod Waterloo i spotyka się na polu bitwy z własnym synem. Po przejściu Berezyny, starzy „grognards' wra- cają do Francyi i żyją wspomnieniami. Tu ich poznajemy najlepiej; opowiadają wszy- scy malowniczo i jędrnie. „La Grogne* nie jest wybitnem dziełem sztuki, ale czyta się bardzo przyjemnie. * L. X. de Ricard ogłosi ciekawą Histoi- re mondaine du second Empire, podług notat „pewnej panny z Saint-Denis*. Rzad- ko kiedy znaleźć można w pamiętnikach tyle werwy i bezpośredniości wrażeń, co w tej książce. Autorka żyła w blizkich stosunkach z wielką damą dworu, miała więc sposobność przyjrzeć się w jednym głośnym salonie epoki, potem w Senacie, w Palais-Royal, u króla Hieronima—całemu towarzystwu pierwszych lat drugiego cesar- stwa. Opowiada więc „wszystko, co usły- szy, pochwyci lub czego się domyśli, za- równo w święcie, któiy ją otacza, jak w półświecie, o który się ociera.* Niektóre stronice pamiętnika są ogromnie zabawne, zwłaszcza te, które dotyczą rodziny cesarza i jego narzeczonej. * Nowe książki. H. de. Noussane: Lc ueritable Guillaumc II. C. Dalbon: Lcs ongmes dc la pctnlure h 1’huile. F. Bru- netiere: Sur lcs chemins de la croyance (premiere etape: 1'Utilisation du posivitisme). J. Claretie: Projils du thćatre. T. Gom- perz: Les penseurs de la Grece.—Le lwie des Mille Nuits et wie nint (pierwsze do- słowne tłómaczenie dra J. C. Mardrusa), tom XV. L. Jailhade: Poeines aristo- phrtncsgues (poezye). R. Bazin: Conles de PRASA POLSKA. Prawda: „Tołstoj i tołstoizm* przez Po- sła Prawdy. — Ogniwo: „Żywe spoidła zycia zbiorowego" przez L. Krzywickiego. —Pizegląd Tygodniowy: „Co z nimi po- cząć?* (próba wandalskiego burzenia poe- tyckich legend) przez Ludwika Stasiaka.— Pluszcz: „Obrazy z przeszłości niewiast* przez Maryę Łopuszańską.—Przyroda-. Hen- ryka Arctowskiego badania lodów antarktycz- nych* przez Wacława Nałkowskiego.—Ni- Polska-. „Filozofia czynu* przez Jerze- 8° Kurnatowskiego. — Gazeta rzemieślm- CZa: „Pogadanki prawnicze* przez Józefa Połczyńskiego. - -Wędrowiec: „Rabunkowa Sospodarka* (o repertuarze teatru Rozmaito- ści) przez J. A. Kisielewskiego.—Czytelnia dla wszystkich: „O strażach ogniowych* Przez Jana Wałcza.— Kurycr Warszawski: »0 znaczeniu historyi literatury* (wykład Wstępny prof. Józefa Kallenbacha w uni- wersytecie lwowskim, d. 18 października 1904 r.). —Gazeta Polska- „Jeszcze Kor- fanty* przez Cz.—Gazeta Handlowa: „Ile dopłacamy za nasze spożycie* przez Kaz. Kasp.—Goniec-. „Z drogi" przez A Sygie- tyńskiego — Słowo'. „Dach nad głową* nap. Tentam. FRANCYA. ł G. d’Esparbes opiewał już w całym szeregu powieści czasy wojen Napoleoń- skich. Ostatni jego romans „La Grogne" opisuje ostatnie dni świetnej epopei. Au- tor przesuwa przed czytelnikami różne typy starych wiarusów, którzy odbyli już kam- panie Republiki i Cesarstwa. Napoleon zria każdego z nazwiska i zwraca się ku nirn na polu bitwy. Tu i owdzie wtrąca d Esparbes dramatyczną opowieść, jak np. Bomie Perrettc (romans). J. Aicard: La legende du coeur (dramat w 4-ch aktach). A. Savine: Rooseuelt intime. G. Lafene- stre: Lcs primitifs a Bruges et a Paris 1900—1902—1904 * Czasopism ń. La reuue de Fart an- cien et moderne: „Les graveurs du ving- tieme siecle—Abel Truchet* przez H. Be- raldi. W temże czasopiśmie znajdujemy obchodzące nas bliżej studyum p. t. „Les peintres de Stanislas Augustę: Norblin de la Gourdaine* przez Fournier—Sarloveze. Revue de Syntlrsc histoi ique: „L’enseigne- ment superieur de 1’histoire* (ankieta re- dakcyi); w temże piśmie—ocena nowej książki Żyromskiego (profesora francuskiego) p. t. „L’orgueil humain.* La Revue-. „Le thćatre des marionnettes a Antinoe* przez A. Gayeta; „Psychologie amoureuse* przez Saint Georges de Bouhćlier. Noiwelle Ranie-. „Bibliotheąue Nationale* przez E. Morela. Ouinzaine: G. Blondel w artykule o współczes- nym handlu francuskim stwierdza między innemi, że Francya otrzymuje corocznie z zagranicy 900,000 kilogramów zabawek Reuue des deux niondes-. „Les fausses con- seąuences morales et sociales du darwini- sme" przez A. Fouillee; „Un nouveau vo- lume d’Ada Negri (Maternitć)* przez E. Roda. ANGLIA. * Pani Robins ogłosiła niepospolitą po- wieść p t. The Magnetic North Jest to malownicza, pełna grozy historya kilku po- szukiwaczów złota, którzy przedsięwzięli po- dróż z Inkou do Klondyke. Za dużo tu może szczegółów, ale ułożone są wszystkie zajmująco i oryginalnie. W pierwszej czę- ści, opis zimowania w kraju nocy podbie- gunowej, w któiym autorka odsłania po- nure tajemnice dusz swych bohaterów, wy- wiera silne wrażenie. Wyczerpały się za- pasy, dwóch więc z podróżników puszcza się w dalszą drogę po lodach i śniegach. Od tej pory opowiadanie staje się szczerze dramatycznem, eposowem niemal. Wszyst- kie ruchy, rozmowy, nawet chwile milcze- nia podróżników—nabierają wielkiego zna- czenia. Po tysiącu przygód, opisanych pro- sto i surowo, podróżnicy przybywają do Klondyke i—złota już nie znajdują. Nie- ma złota dla tych, którzy się spóźnili... Po- szukiwaczów nie zraża ten zawód—pójdą, jak wszyscy poszukiwacze szczęścia, do in- nego Eldorado. * W Londynie wyszły niedawno z druku dwa tomy komentarzy do Ewangelii, napi- sane przez Sri Parananda, jednego z najwy- bitniejszych współczesnych Hindusów. Au- tor nazywa Chrystusa „mistrzem mądrości*, w hinduskiem pojęciu wyrazu. Książki te pobudziły grupę propagandystów do prze- łożenia na hinduski Ewangelii św. Mateu- sza i św. Jana, aby je rozszerzyć pośród ludów Indyi. * Nowe książki. E. Stratmeyer: Ame- rican 'Myths and Legends. Lightner Wit mer; Analitical Psychology. S G. Willi- ams: History of Ancient Education; te- goż autora: History of Mediaenal Edu cation. A Roeder: Symbol Psychology. W Londyme wydano: Rew Letters of Tho- mas Carlyle. Duncan: Doktor Lukę oj the Labrador (romans). J. Delaire: A- round a Distand Star (romans naukowo- fantastyczny). A. de Benyowsky: Memoirs and Trauels (Londyn, 1904, str. 672 w 8-ce). A Dictionary of the Bibie (wyd. przez J. Hastings’a). NADESŁANE. EGZYSTUJE OD 1874 ROKU ZEGARMISTRZ! 151, marszałkowska 151 „ Telefon 2.S9S Ph wvh°nom,etry ' zegarki precyzyjne. Duży 3 °r słynnej fabryki genewskiej (złotych i srebrnych). ^®tek, Philippe & C. w Gene- * Ch. E. Tissot w Loele kieszonkowe, chronometry praktvSk,P’ łt*esjEOnlt<»’*e budziki baid’,0 9arv iC ’ trwałc- srebrne i stalowe. Ze- ki st°łovve, gabinetowe, ścienne budzi- C • J"a*’cuchy i dewizki męskie Wyli,-1. °arnsKie, złote, srebrne etc. ł r ogromny, Ceny umiarkowano, Gwarancya poważna. Medal złoty w Paryżu ni PUDER WENUS leroi* slJbtelny, hygieniczny, po- J^b£raL^Górskiego, Leszno 4. Aforyzm. Niejedna „fantazya* straciła dlatego swe siły, bo chciała się... wspierać... rozumem. Sirius. Pierwszorzędne Biuro Nauczycielskie JASIŃSKIEJ, Włodzimierska 19, w Warszawie. 1 Poleca Nauczycieli, Nauczycielki, Bony i Cu- dzoziemki, które na żądanie sprowadza. | gtteflmer i Wolff "'“j £ | J fortepiany, | Pianina, Organy Krakowskie-Przedm. 17. £ranćkprix Wystawa Powszechna 1900 r. Bohater. — Wczoraj dawano nowy dramat. — Kto był bohaterem? — Publiczność, bo wysiedziała na sztuce do końca. Fliegende Blatter. PASTILLES DE INDIEN GRILLOM Owoc przeczyszczający PRZECIW OBSTRUKCYI We wszystkich składach aptecznych i aptekach. Słynna ze swych własności anty- septycznych i aromatycznych. Do nabycia wszędzie. i
872 TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 45 WYDAWNICTWO TOW. AKCYJNEGO S. ORGELBRANDA SYNÓW WARSZAWA ZGODA Nb 7. WARUNKI PRZEDPŁATY: Dzieło „WSZECHŚWIAT i CZŁOWIEK” wy- dane będzie w 100 zeszytach, obejmują- cych po 2 do 3 arkuszy tekstu, obfi- cie iłlustrowanego. Do zeszytów tych dołączane będą liczne ta- blice kolorowe, oraz podo- bizny rysunków z dzieł dawnych. Ogółem około 2000 illustracyi. Zeszyty ukazywać się będą 1-go i 15-go każdego mie- siąca. Aby udostęp- nić nabycie wspania- łego tego dzieła jak najszerszym kołom społeczeństwa, ozna- czamy w przedpła- cie cenę zeszytu na kop. —.40 z przesyłką pocz- tową kop. — .50 Za nadesłaniem kop. 50, przesyłamy zeszyt okazowy WARUNKI PRZEDPŁATY: Pp. Prenumeratorowic zprowincyi, dla których przesyłanie nalcżytości na każdy zeszyt osobno byłoby niedogodne i zbyt ko- sztowne, prenumerować mogą całe dzieło w dziesięciu seryncli po 10 zeszytów Cena jednej se- ry i 4 rb., z przes. pocztową rb. 4 kop. 50. Nadto ogła- szamy jednocześnie pre- numeratę na tomy. Tom objętości około 20-tu zeszytów, zbroszuro- wany rb 8. oprawny w płótno ze złocenia- mi rb. 9. w ozdobny półskórek rb. 9.50. (Ogółem będzie 5 tomów). Zamówienia i należytość na zeszy- ty, serye i tomy upra- szamy nadsyłać pod adresem księgarni JANA FISZERA w Warszawie, Nowy Świat 9. PROSPEKT. TREŚĆ Z początkiem października r. b. rozpoczęliśmy wy- dawnictwo wielkiego, wspaniałego dzieła p. t. Wszechświat i Człowiek które objąć ma dokładny obraz stosunków rodu ludzkie- go do wszechświata i sił jego, oparty na historyi walk bezustannych człowieka z przemożnemi potęgami przy- rody, począwszy od pierwszych śladów, jakie pozostawił w czasach przedhistorycznych, aż do czasów obecnych. Jest to przekład głośnego wydawnictwa niemiec- kiego p. t. „WELTALL und MENSCHHEIT", złożonego z prac znanych w nauce i piśmiennictwie autorów, pod redakcją Hansa Kremera w Berlinie. WSZECHŚWIAT i CZŁOWIEK zaleca się wybor- nem opracowaniem przedmiotu, a samą wytworu ością i obfitością rycin, zwłaszcza tablic barwnych, uwagę czytelnika przykuwa i zajęcie ciągłe podtrzymuje. Szcze- gólną wartość przedstawiają liczne podobizny rysunków dzieł dawnych, które przechowały się dotąd w niewiel- kiej tylko liczbie egzemplarzy i dla ogółu zupełnie są niedostępne. Wydanie dzieła tak okazałego stało się możliwetn jedynie przy dzisiejszem udoskonaleniu spo- sobów reprodukcyi rysunków i obrazów kolorowych. Książka tworzy zarazem album artystyczne. Przekład, dokonany przez p. Stanisława Kram- sztyka, pozostanie wierny oryginałowi. Unikać będzie- my wszelkich skróceń i przeinaczeń. Gdzie będzie po- trzeba bliższych wyjaśnień lub uzupełnień, tyczących się krajowych naszych stosunków, podamy je w przy- pisach oddzielnych. BADANIA SKORUPY ZIEMSKIEJ. Powstanie ziemi. Wulkanizm i tworzenie się gór. Skamieniałości i historya ziemi. Działal- ność geologiczna wody i wiatrów. Geologia stosowana, poszukiwanie źródeł i górnictwo. SKORUPA ZIEMSKA I CZŁOWIEK- Zasoby mineralne ziemi. FIZYKA KULI ZIEMSKIEJ. Pogląd historyczny. Magnetyzm i elektryczność ziemi. Przypływ i odpływ oceanu. Powloką atmosferyczna ziemi. Objawy meteorologiczne. POWSTANIE I ROZWÓJ RODU LUDZKIEGO. Historya pierwotna i antropologia. Łączność człowieka ze światem zwierzęcym. Panowanie smoka i ukazanie się zwierząt ssących. Małpy i ich stosunek do człowieka. Początek rodu ludzkiego, jego rozprzestrzenianie się i technika krzemienia. Okresy lodowe i najdawniejsze ślady kultury ludzkiej. Mieszkanie człowieka pierwotnego i początki techniki w okresie re- nifera i mamuta. Szczątki kopalne szkieletu ludzkiego i wyróżnianie się plemion. Rozmaitość plemion ludzkich w czasach obecnych. POWSTANIE I ROZWÓJ ŚWIATA ROŚLINNEGO. POWSTANIE I ROZWÓJ ŚWIATA ZWIERZĘCEGO. BADANIA WSZECHŚWIATA. Początki astronomii u narodów wschodnich. Astronomia Greków. Rozwój astronomii w wie- kach średnich. Astrologia. Przekształcanie pojęć naszych o świecie przez badania Kopernika, Galileusza. Keplera. Wpływ Newtona na badania dalsze wszechświata. Badania nowe i ich środki pomocnicze. Wpływ rozumienia budowy świata na człowieka. BADANIE SIŁ PRZYRODY. Fizyka i chemia u najdawniejszych narodów oświeconych Wschodu. Fizyka i chemia u sta- rożytnych narodów europejskich. Fizyka i chemia w wiekach średnich. Alchemiści. Fizyka od Newtona do Watta, Galvaniego i Volty. Fizyka w okresie pary i elektryczności. Chemia do czasów Lavoisiera. Chemia w wieku dziewiętnastym. ROZWÓJ ZNAJOMOŚCI POWIERZCHNI ZIEMI. Starożytność — Babilonczycy, Egipcyanie, Fenicyanie, Hindusowie, Chińczycy. Wpływ odkryć geograficznych na kulturę czasów starożytnych. Badania w wiekach średnich. Czasy nowo- żytne. Odkrycie Ameryki. Podróże morskie dokoła ziemi. Wyprawy do bieguna północnego i południowego. Poznanie Afryki, Australii, Azyi środkowej, Azyi wschodniej, lądu północno- amerykańskiego i południowo-amerykańskiego. Wpływ badań geograficznych na kulturę człowieka. BADANIA MORZA. Badania w starożytności i wiekach średnich. Wpływ okresu odkryć geograficznycli na znajomość morza. Badania czasów nowyclt. Własności morza, rośliny i zwierzęta morskie, głębokość morza. METODY KREŚLENIA KART GEOGRAFICZNYCH. ZUŻYTKOWANIE SIŁ PRZYRODY NA USŁUGI CZŁOWIEKA. Technika od czasów najdawniejszych aż do chwili obecnej, od najprostszych narzędzi człowieka pierwotnego aż do potężnych i zdumiewających prac dzisiejszych, dokonywanych przy pomocy pary i elektryczności. WPŁYW ZNAJOMOŚCI PRZYRODY NA CIAŁO CZŁOWIEKA. WPŁYW ZNAJOMOŚCI PRZYRODY NA UMYSŁ CZŁOWIEKA. Ostatnie te działy dopiero w całej pełni dać mają miarę tej pracy olbrzymiej, jaką spełnił ród ludzki przez pokonanie nieprzyjaznych potęg przyrody, którym w młodości swej bezsilnie ulegał, a którym teraz rozkazuje i niemi rozporządza. Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się. JJo3BOJieHo Ęenaypoio, Bapmaisa, 15 OicTnCpa 1904 ro^a.
<Nb 46 Ogólnego zbioru Nr 2,349 12 listopada (30 października) 1904 roku Tygodnik IhsUStrowanp JÓZEF CHEŁMOŃSKI RYS. LEON WYCZÓŁKOWSKI Pismo, które przez pół wieku blizko istnie- je, ciesząc się wzrastającern poparciem czytelników, nie ma potrzeby mówić o swoim charakterze, kierunku i zadaniach. Rozpoczynając nowy okres działalności literacko-wydawniczej, pragniemy tylko poin- formować naszych przedpłacicieli o tern, co w roku przyszłym dla podniesienia wartości Pisma zrobić zamierzamy. Dział powieściowy będzie utrzymany na- dal w dawnych rozmiarach i na dotychczaso- wym poziomie. Z prac, które posiadamy w te- ce, wymienimy „CHŁOPÓW” Władysława Reymonta. Dwie części tej pracy (Jesień i Zima), uznanej jednogłośnie przez krytykę za arcydzieło, dru- kowaliśmy na szpaltach naszego pisma; od Nowego Roku rozpoczniemy druk dalszych ogniw cyklu, w którym autor odtworzył z nie- porównaną plastyką i barwnością życie na- szego ludu. Prócz tego, obiecali nam swoje najnow- sze prace: Bolesław Prus, Teodor Choiński, Gustaw Daniłowski, Marya Rodziewiczówna, Wacław Sieroszewski, Kazimierz Tetmajer, Ste- fan Żeromski. Z utworów poetycznych pomieścimy dzieła: J. Balińskiego, K. Glińskiego, W. Gomulickiego, Jana Kasprowicza, M. Konopnickiej, Miriama, Orkana, Or-ota, Selima, L. Staffa, K. Tetma- jera etc. W dziale historycznym, literackim, kry- tycznym, mamy zapewniony dalszy współ- udział szeregu najwybitniejszych pisarzów pol- skich, jak: S. Askenazy, W. Czermak, M. Du- biecki, A. Kraushar, J. Kochanowski, W. Sobieski, W. Tokarz, Ig. Chrzanowski, H. Galie, Józef Kal- lenbach, Jan Lorentowicz, Ig. Matuszewski, Ksaw. Sporzyński. Rozszerzyliśmy też znacznie dział Książek i wydawnictw peryodycznych, informujący o ruchu piśmienniczym w kraju i za granicą, a z rokiem przyszłym wydawać będziemy miesięczne wykazy wszystkich no- wych książek polskich, dające czytelnikowi ścisły materyał bibliograficzny. Oprócz artykułów wstępnych, w których wytrawni publicyści będą omawiali zagadnienia ogólno - społeczne, rozszerzyliśmy znacznie
874 TYGODNIK ILLUSTROWANY 46 dział, poświęcony ważniejszym objawom chwili bieżącej u nas i u obcych, dążąc do tego, by informacye słowne illustrować ile możności reprodukcyami rysunków lub fotografią. W każdym niemal numerze dajemy ko- respondencye Z Dalekiego Wschodu z illustracyami Z pola wojny rosyjsko-japońskiej. Zespolony ściśle z pismem, a zarazem ważny dział stanowią dodatki książkowe, zawie- rające beletrystykę oraz popularne, ale pou- czające monografie, w których różne sprawy donioślejszego znaczenia mogą być traktowane szerzej niżeli w samym Tygodniku. Dodatki nasze rozpadają się na dwie serye. W pierwszej, niezależnie od DALSZEGO CIĄGU UTWORÓW SIENKIEWICZA, rozpoczniemy niezwykle cennej wartości wy- dawnictwo, jakiego literatura nasza dotychczas nie posiada, a mianowicie: Serya druga dodatków, niezależna od pierwszej, złożona z 12 tomów rocznie, zawrze DZIEŁA TREŚCI już to oryginalne, już tłómaczone, z dziedzi- ny sztuki, literatury, nauk społecznych, peda- gogii i wychowania, nauki, filozofii i psycho- logii, historyi, podróżnictwa, słowem ze wszyst- kich prawie pól wiedzy i myśli ludzkiej. Jako pierwsze tomy tej seryi pójdą: „Listy z Japonii" r. Kiplinga. „Historya sztuki polskiej" napisana oryginalnie przez T. Jaroszyńskiego. © „Monografia o Napoleonie." „Współczesna literatura skandynawska." „0 styiu w sztuce" Juglara. „Kłamstwo" Duprata. „Logika uczuć" T. Ribota. © „Gry i zabawy dziecięce" F. Queyrata. etc. Co do działu artystycznego, to w szere- gu prac oryginalnych zamieścimy niebawem między innemi szereg rysunków, przedstawia- jących: „Tańce narodowe" St. Batowskiego, ,.Ave Maria" i „Głowa rococo" Al. Gierym- skiego, szereg typów kobiecych A. Kamień- skiego, „Dziewczyna" i „Nimfy" Koeniga, „Błędne koło," „Etap" i „Tobiasz" J. Mal- czewskiego, „Śmierć Tęczyńskiego" i „Ko- chanowski" Jana Matejki, „Judasz," „Grajek" i „Rozpacz" E. Okunia, „Rysunki charakte- rystyczne" St. Siestrzeńcewicza, „Taniec" i „Czepiny" W. Tetmajera, „Wesele idzie" Winc. Wodzinowskiego, „Kaiwarya," „Wiejscy politycy," „Niedziela" i „Złudzenia" F. M. Wygrzywalskiego. Tygodnik illustrozvany będzie i nadal pismem zapoznającem ogół ze sztuką polską, i w tym kierunku stale idziemy naprzód, ze- środkowując w naszej tece artystycznej wszyst- ko, co szłuka polska wydaje. Prócz tego przy- gotowaliśmy cykl rysunków, zapoznających na- szych czytelników z najnowszymi prądami sztu- ki europejskiej. Reprodukcye kolorowe artystów polskich będziemy pomieszczali zarówno w samym tekście pisma, jak i na oddzielnych arkuszach. Jako PREMIUM BEZPŁATNE damy w r. p. reprodukcyę pięknego pastelu L. Wyczółkowskiego „Morskie Oko” odbitą kolorami na grubym welinie. „Dzieje porozbioruwe narodu polskiego w żywem słowie,” zawierające obraz wypadków dziejowych, opi- sanych przez najwybitniejszych świadków na- ocznych w formie wspomnień i pamiętników, połączonych z sobą zwięzłą rozumową wy- kładnią. Wydawnictwo to oprze się na materya- łach, zupełnie szerokiemu ogółowi dotychczas niedostępnych, przyczem będzie uwzględniona zarówno strona epizodyczna, jak i obyczajowa i społeczna naszych dziejów z doby ostatniej. Wybór, zestawienie i połączenie w jedną nieprzerwaną całość tego wydawnictwa wziął na siebie historyk, Henryk Mościcki, poświę- cający się specyalnie badaniom nad epoką porozbiorową. Cenne uzupełnienie seryi pamiętników stanowić będą monografie historyczne, z któ- rych jedną, o Adamie ks. Czartoryskim i jego działalności, pióra znanego historyka Uniwersytetu Wileńskiego, d-ra Leona Bieliń- skibp.', damy w I-ym kwartale r. 1905. <r ' Na rok przyszły przygoto- L waliśmy do obu seryi dodat- ków wytwornsi oprawę w płótno angielskie, w ce- nie rubli czterech za oprawę 24 tomów. Słowem, prenumerator Tygodnika otrzy- ma w roku 1905: O Około 1000 kolumn tekstu z 1200 illustracyami. 2) A > DODATKI BEZPŁATNE zawierające <2 tomów SIENKIEWICZA i „PAMIĘTNIKÓW" oraz tomów dzieł POPULARNO- NAUKOWYCH. 3) Dodatek powieściowy w arkuszach. 4) Premium kolorowe. Czyli każdy prenumerator Tygodnika otrzy- muje za stosunkowo nizką cenę rubli ośmiu rocznie przeszło 130 arkuszy tekstu i illustrgj cyi, oraz przeszło 260 arkuszy wydawnictw książkowych. Styczniowe dodat i książkowe za r. 1905 zawierać będą: Tom 74 H. Sienkiewicza „Na marne." Rudyarda Kiplinga ,. isty z 11 ponii" (jeden tom)- W dodatku aikusz^wym: Ha Caine „Syn marnotrawny."
875 ZAUŁEK PARYSKI ALJTOAKWAFORTA EDGAR CHAHINE JÓZEF WEYSSENHOFF. SYN MARNOTRAWNY. POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA. Zastrzega się prawo przedruku. XXXVIII. płynęło od tych wypadków dziesięć dni czarodziejskich. Dobry jakiś urok padł na Chojnogórę i przemienił usposobienia jej mieszkańców, nastroił do harmonii ich ideały, Przeczarował całą atmosferę. Pan Maciej stał pobłażliwym; pan Tadeusz kochał się we V/£i polskiej; dowcip Tereni trochę przycichł; Władzio znalazł dobrą partyę w pikietę ze stryjem, który grał nieuważnie i przegrywał. Romuald zbliżył się do Jerzego, zawarł z nim 'lawet domniemany traktat, zapewniający obu gaciom osobne i niesprzeczne udziały w wiel- kich widokach na przyszłość. Ponieważ zaś 1 Panna Paulina zaczęła stwierdzać zbawienny wpływ Chojnogóry na charakter Estclli, wszyscy byli zadowoleni. Takie niezamącone harmonie między członkami dość licznej ro- dziny, że są rzadkie i przelotne, dodawać nie potrzeba. Najtrudniej było określić, jak się czuje w nowem życiu Jerzy. Poeta!... ten zawód jest z natury swej pełen tajemnic. Można było zmiarkować po niektórych słowach, po- stawach i błyskach twarzy Jerzego, że pije tutaj balsamy, które wkrótce bogatą jego du- szę uzdrowią: odbywał kuracyę balsamów. Często, gdy wieczór złocił niebo, a dzwony gdzieś biły na Anioł Pański, a woda gdzieś szemrała w młyńskich zastawach, a żaby... ale ' nas to nie doprowadzi do jasnego zrozumie- nia, co właściwie działo się w dtiszy Jerzego. On był poetą zupełnie nowego gatunku. Te- raz te wszystkie kojące zjawiska przyrody może nie zdołałyby odgoryczyć jego zatrutego serca, gdyby na ich tle nie stanęła nowa i na- der zajmująca postać Estelli. Estella miała jedną wadę: była nietylko dozwolonym, ale nawet niejako wskazanym Jerzemu przez ro- dzinę celem życia i zapałów. Z drugiej zaś strony była tak ponętna sama przez się, że dramat poświęcenia dla niej dawniejszych uczuć i pragnień stawał się łatwym, następnie porywającym, a wreszcie i zupełnie poetycz- nym.
876 TYGODNIK ILLUSTROWANY M 46 Estella śpiewa. Fortepian sprowadzono nowy z miasta dla zastąpienia „muzealnego łomotu.“ Jerzy słucha, patrzy i rozumie, że kobieta, mająca głos tak dźwięczny i gorący, musi mieć i piękną duszę. — Słuchałbym cię tak całe życie. — A nie! i ty musisz mi śpiewać, jeżeli już mowa o całem życiu. Nie pierwszy to raz Jerzy zadawał sobie w duchu pytanie, jakiego tonu ma użyć w roz- mowach z piękną kuzynką: czy zalecać się do niej żartobliwie, grać na półsłówkach, na dwu- znacznikach, czy też mówić o uczuciach wzniosłych i demonicznych. Z Estellą próbo- wał już trochę obu sposobów, i oba nie do- pisywały mu tak, jak zazwyczaj. Musiał się nawet dobrze pilnować, aby dorównać werwie kuzynki, która każde słowo skierowane do niej odrzucała wprawnie i łatwo, zarówno drobną piłkę żartu, jak wielki balon, napeł- niony mglistem uczuciem. Czasami nawet balon pękał ku uciesze Estelli, a z mniejszem zadowoleniem Jerzego. Ale te drobne niepo- wodzenia taktyczne bynajmniej go nie zrażały, owszem budziły w nim coraz szczerszy zapał do podboju. - Jakaś ty nowa, Stelli! Czy giest, czy słowo, wszystko nowe w tobie. Tyle mam wspomnień, a nigdy nie przywodzisz mi na mvśl porównań. — Oh! pas de cotnparaisons! je vous en prie, lourkoii! Mieli już nazwy dla siebie udzielne: on jej mówił: „Stelli;" ona w rozmowie, oczywi- ście francuskiej, nazywała go po polsku: „Jurku." — Właśnie mówię, że cię nie równam z nikim. A jednak zdaje mi się, że cię znam oddawna; jest coś blizkiego w tobie. — Związki krwi, jak deklamuje Ro- muald. — Coś więcej. Zresztą jam do rodziny nie podobny, ani ty także; więc jeżeli istnieje między nami coś takiego, jest tylko nam obojgu właściwe. Estella już znowu brząkała akordy na fortepianie, nie chcąc się widocznie zapuszczać w metafizykę związków takich lub owakich. Ale myśl jej, zajęta przedmiotem, dążyła swo- jemi drogami do wniosków, szybko, po ko- biecemu. Zwróciła się żywo do Jerzego: — Słuchaj, Jurku: gdzie my będziemy mieszkali? Jerzy uśmiechnął się rozkoszme. Projekt małżeństwa, choć wszystkim wiadomy, choć wiszący, jak zapach w powietrzu, nie był dotychczas przez młodą parę sformułowany. Nagły zwrot Estelli ad rem uradował Jerzego, dowodził mu bowiem, że dziewczyna myśli o nim, a nadto, że jego sposoby przypodo- bania się, choć nie zawsze efektowne, są na ogół skuteczne. Odpowiedział skwapliwie: — Mieszkać będziemy gdzie tylko ze- chce twój ojciec, a przedewszystkiem ty. — Naprawdę? Nie w Chojnogórze? — Nigdy! Ja tu oddawna nie bywam. — I naprawdę nie jesteś do nich po- dobny? — Sama osądź. Spojrzeli sobie zblizka w oczy. Twarz Estelli powlekła się bladością i wyraziła na- miętny pęd do zapalających się szybko w głów- ce zamiarów. Ten pęd odrazu stał się poto- kiem słów gorących: — Więc pojedziemy jesienią do Biarritz. — Z prawdziwą rozkoszą. — A potem trochę do Paryża, do papy. Potem na Rivierę. — Jak rozkażesz. — Albo... pojedziemy odrazu przez Kair do Indyi. — Oddawna tam się wybieram. Cóż dopiero z tobą, Stelli! — A nie chcialbyś polować na lwy? — Jak to? także razem? — Naturalnie. Ja umiem strzelać. — Dobrze więc. Tylko... nie powiedzie- liśmy sobie jeszcze, jakiem prawem we dwoje podróżować będziemy... — A prawda! — zaśmiała się ponętnie Estella. Odwróciła się do fortepianu i znów za- częła śpiewać. Jerzy siedział bardzo blizko przy niej. Mrok zapadał klasyczny. I stało się, że się melodya urwała, ż.e śmiechy zniżyły się do gorących szeptów, a Estella skłoniła posłuszną głowę na ramię Jerzego. — Jeszcze, Jurku, jeszcze... Opiekuńcze duchy Chojnogórskie uśmie- chały się do tych zalotów, otaczały je cichem, przychylnem wspólnictwem. Gdy jednak po- rozumienie się dwojga młodych przybrało charakter zbyt poetyczny, troskliwe duchy za- trzepotały skrzydłami, zlatywały się po dwa, po trzy lub wszystkie razem, na narady. Wkrótce wynikła następująca stanowcza roz- mowa. Stryj Tadeusz znalazł się z Jerzym w par- ku, w miejscu ocienionem i zacisznem. — No, Jerzy, nic mi jakoś nie mówiłeś dotychczas o swych sprawach sercowych. Jerzy oczyma i ustami wykonał taką ja- kąś gamę zadziwień, tłumionych boleści, uśmiechów do słońca, że nawet stryj, znawca serc ludzkich i rodzinnych, nic nie zrozumiał. — Cóż? nie chcesz ze mną gadać? Po- winienbyś wiedzieć, że my dwaj możemy z sobą rozmawiać swobodnie. Jam dużo przeżył i dużo rozumiem; ty jesteś najzdol- niejszy z młodego pokolenia. — Mam też do stryja nieograniczone zaufanie. — A więc... — Więc poszedłem za jego radą, daną mi wówczas na jachcie przed odjazdem z Nizzy. — Poszedłeś?... hm... Opowiedz mi to trochę bardziej szczegółowo. — Błąkałem się po świecie... walczyłem z porywami, które po namyśle uznałem za niewczesne i nie do urzeczywistnienia. Ale odkąd przezwyciężyłem swoje uprzedzenia i wszedłem znowu w ten dom, opromieniony teraz jakby nową zorzą, czuję się tak dziw- nie... tak mi jakoś młodo i zdrowo na sercu. Stryj Tadeusz patrzał na Jerzego z u- śmiechem przyjaznym; dawał głową i oczyma lekkie znaki potakujące, wesołe, trochę iro- niczne. Aż przerwał mu wymowę: — Mój kochany, przywykłeś rozmawiać z kobietami; nieźle mówisz. Ale ja, widzisz, jestem stary praktyk i wiem, że o rzeczach prostych najlepiej mówić poprostu. Słucham stryja - rzekł Jerzy ceremo- nialnie. — Nie potrzebujesz przystępować do mnie, jak do ołtarza, ani jak do sędziego, ani jak do ojca. Jestem poprostu twym przyja- cielem i mam ci do przedstawienia układ, który nas obu żywo obchodzi. Ale nim się porozumiemy, pozwolisz, że ci postawię kilka zapytań. Najprzód: jak zakończyłeś swe obra- chunki z wdową? — Ona sama zerwała. — Tem lepiej. A nie starałeś się odtąd o nawiązanie z nią stosunków? — Nie mogłem nawet. Rozstaliśmy się ostatecznie. Stryj wpatrzył się przez chwilę w Jerze- go i doznał zadowolenia z przeglądu jego twarzy. Nabrał humoru. - No, a cóżeś począł z całym twym serajem? Piękna Fernanda dużo cię koszto- wała? — Nic wcale, stryju. Przegrała mi kilka tysięcy franków w ruletę, to wszystko. — E?... Zawsze tam jakieś upominki, kwiaty?... — Tak, trochę kwiatów. — Toś ćwik, mój chłopcze. A pani dc Nielles? — Pani de Nielles?! — Mówiono mi, żeś i ją sprowadzał do jakiejś kryjówki w Monte Carlo. Ani mi się śniło. Najprzód, nieładna. — Owszem, ładna kobietka z rodzaju nerwowych, z odmiany tych, które stworzone są na brunetki, a wykończone na blondynki— Więc nie? A tamta dawna... jak-że się nazy- wała?... Karolina, zdaje się? Jerzy zmarszczył się i oczy przymrużył, jakby się wpatrzył w coś bardzo oddalonego- Potem niby westchnął, niby coś przełknął i pokiwał głową z rezygnacyą. Tadeusz rzeki szorstko i poufale: — Ej, przyznaj się, że nie wiesz, co się z nią stało. Po krótkim namyśle Jerzy zaśmiał się serdecznie. — Ze stryjem to warto gadać! — A widzisz. Teraz jednak posłyszysz trochę morałów—o! nie z tych, którymi cię tutaj karmią od dziecka—morały moje są na- tury praktycznej. — Wszystko, co stryj mówi i radzi, trafia mi łatwo do przekonania. — A zatem—czas, mój chopcze, abyś swój sposób życia uregulował, pomyślał o po- żytku, nietylko o przyjemności. Czas się żenić. Jerzy doznał olśnienia. Rada niezależ- nego od rodziny stryja była identyczna z za- sadniczymi pomysłami reszty rodziny, doga- dzała przytem wszystkim na teraz pragnie' niom Jerzego. Różne i sprzeczne dotychczas
DZIEWECZKA ŚREDNIOWIECZNA
DZIEWECZKA ŚREDNIOWIECZNA
STANISŁAW PSTROKOŃSKI
STANISŁAW PSTROKOŃSKI
880 ARTUR GRUSZECKI. SŁOMIANY OGIEŃ. 16 Spojrzał na nią. Szła przyśpieszonym kro- kiem, a na jej wyrazistej twarzy malował się niepokój; drażniła ją bowiem myśl, że on będzie jej towarzyszył przez miasto, aż do domu. — Niech pani daruje mej gadatliwości, ale żyję tak samotny, że mogę zapomnieć mówić... i dzisiaj pozwoliłem sobie nadużyć cierpliwości słuchu pani. — Ależ nie! — odpowiedziała tonem uprzejmym: — dowiedziałam się ciekawych rzeczy. — Gdym zaspokoił ciekawość pani, — uśmiechnął się — pozwoli pani, że ją pożeg- nam. Pani idzie na Starowiślną, ja w inną stronę. Wyciągnął rękę, podała mu swoją, a gdy zniknął na zakręcie bocznicy, pomyślała: — Pamięta mój adres... Dlaczego jed- nak nie odprowadził mnie? Czy chciał mi tern dać dowód swej de i- katności, czy znudził się ze mną? To nie jest jednak pospolity zjadacz chleba, chce czegoś w życiu, pragnie, ma jasno wytknięty cel. Jaka szkoda, źe nie mam zdolności arty- stycznych!... mogłabym zapełnić sobie życie ca- łe, podobnie jak on... Czy też w rozmowie z nim okazałam się bardzo głupią?... W myśli przeszła treść wygłaszanych zdań, i przyszła do przekonania, że jej słowa były banalne, najzwyklejszy szablon towarzy- skiej rozmowy... On był taki oryginalny, jak prawdziwy pan, nie dbający o wydatki: rzucał hojnie świetne myśli, dźwięczne frazesy... I taki jednolity w swem umiłowaniu sztuki... Jaki był zabawny, gdy chciał ją poprowadzić nad Wisłę, by widziała grę światła!.. Uśmiech- nęła się. Jednak jaki on inny, różny, lepszy od spotykanych mężczyzn! Ani słowa, nawet spojrzenia na jej twarz, oczy, ubiór, tylko wówczas, gdy mówił o swym obrazie, powie- dział, że ona nadaje się na królowę. To byłoby jednak przyjemnie, gdyby na jego obrazie, a pewno będzie bardzo piękny, była ona sportretowana, jako Wanda legen- dowa. Jednak nigdy pozować mu nie będzie, chociażby ją prosił najusilniej... I jak błyszczały jego oczy, twarz szla- chetniała, głos miał tony szczere i głębokie, gdy mówił o sztuce, o Wandzie, pokazywał krajobraz i Wawel! On musi być wielkim artystą... To dziwne, że dotychczas nie spotkała się z jego nazwi- skiem... Zaśmiała się cichutko, przypomniawszy sobie, że nazwiska jego nie zna, wie tylko imię: Zygmunt. Jutro on będzie malował dzieci w schro- nisku, i ona również przyrzekła przełożonej przyjść po południu, i znów mogą się spotkać. Nie, to niemożliwe... to będzie wyglądało na rozmyślne szukanie jego towarzystwa, na jakąś chęć schadzki. Aż się zarumieniła, bo gdzieś bardzo głęboko i niewyraźnie zamigo- tała w niej chęć ujrzenia go i porozmawiania. Z oburzeniem odtrąciła tę myśl i postanowiła pójść rano przed jedenastą do schroniska, by dowiedzieć się, czy ksiądz spowiednik ze- zwolił doroślejszym dziewczynkom na pobie- ranie od niej lekcyi historyi i geografii. Uspokojona co do spotkania się z nim, będąc blizko domu swego, pomyślała z uśmie- chem zadowolenia: — Co też ciocia powie, że spotkałam swego obrońcę? IX. Na drugi dzień Wandzia w zwykłej, gra- natowej sukni wyszła dość wcześnie z domu, by zdążyć ze Zwierzyńca na godzinę jedena- stą do biura kobiet. Rozmyślała w drodze, w jaki sposób możnaby pomódz schronisku temu: możeby zarządzić składkę, może ogłosić w dzienni- kach, albo dać seryę odczytów na ten cel? 1 zakłopotana temi myślami, weszła na po- dwórze schroniska, ciche i puste o tej porze. Zaledwie uszła kilka kroków, gdy z za węgła domu od ogrodu wyszedł malarz, i kłaniając się nizko kapeluszem, zawołał wesoło: — I pani tutaj? — Ach, to pan!?— mówiła zaczerwienio- na, podając mu rękę:—sądziłam, że pan ma- luje dzieci po południu. — A ja miałem to przekonanie, że pani przyjdzie tu również dopiero po południu — uśmiechnął się. — Czy mogę widzieć się z przełożoną zakładu?—spytała, by przerwać tę rozmowę. — Obecnie zakonnik katechiznmje dzieci, i przełożona jest niewidzialna. I ja czekam również na swoje modelki. — I długo to potrwa? — mówiła z lek- kim niepokojem w głosie. — Nie wiem, może kilka minut, może kwadrans... Dla zabicia czasu możemy space- rować. Szli obok siebie w milczeniu, które on przerwał, mówiąc swobodnym tonem: — To jednak zabawne, że oboje chcie- liśmy uniknąć spotkania i oboje zeszliśmy się o jednej porze. — Tak, to prawda,—powiedziała cicho - ale nie spodziewałam się...—zawahała się za- czerwieniona. — Że i ja nie chciałem spotkać pani?...— zaśmiał się wesoło. — A jednak tak jest. Spojrzała z zapytaniem w pięknych oczach. — Uważa pani, wczoraj przy pożegnaniu spostrzegłem, że moje towarzystwo robi pani przykrość... więc wołałem się wyrzec własnej przyjemności, byle te dzieciaki mogły oglądać panią. Dla nich zjawienie się gościa jest nic- tylko milą przerwą jednostajności, ale pani zaznajamia je z innym światem, eleganckim, bogatym, wytwornym... i jakże tu było po- zbawiać je tej przyjemności?... — Więc pan lubi te dzieci, myślał pan o nich... poza swem malarstwem—uśmiechnę- ła się. — Któżby nie lubił takich stworzonek małych, głupiutkich, wesołych!... — Czy wesołe? wątpię. Tu panuje ry- gor klasztorny, i ona wydaje mi się dość su- rową—mówiła ważąc każde słowo. — „Wielkie pomylenie," jak mówi jedna z poetek—śmiał się, gestykulując''żywo ręko- ma:—tę kobietę opętała mania życia, musiała ratować sieroty, i to z dobrego, współczujące- go serca, bez śladu jakiegokolwiek interesu osobistego, tylko w myśl religii wyznawanej przez siebie. I oto przyszły na nią wątpliwo- ści, jakieś urojone obowiązki surowej poboż- ności... i widzę, jak jej dobre serce walczy z naleciałościami bezwzględnego potępienia grzechu... To najlepsze, że o ile widziałem, za- wsze serce bierze u niej górę. — Tak? A wie pan, nic spodziewałam się tego—aż przystanęła zdziwiona. — Ona je kocha, pieści, radaby im nie- ba przychylić, i te swoje uczucia „samolub- stwa i słabości“ potępia... lecz niech które za- choruje, poskarży się, wówczas giną restryk- cye i biedzi się, martwi, żałuje, jak prawdzi- wa matka. — Ależ to bardzo zacna i szlachetna ko- bieta!—rzekła z uznaniem. — Tak, tylko jej dwoistość wprowadza w błąd chwilowy. Ona, jak zwykle każda ko- bieta,rnie umie pogodzić wymagań rozumowa- nych z uczuciowemi. — O, przepraszam! — powiedziała dość cierpko:—uogólniania są zwykle fałszywe; przy- najmniej w tym wypadku. Znam kobiety zu- pełnie zrównoważone. — Może... może... ale ja nie spotkałem dotychczas takiej—uśmiechnął się ironicznie. — To nie dowód, że takie nic istnieją. — Hm... zapewne... chociaż... — A co pan sądzi o kwestyi kobiecej?— spytała z żywością, patrząc mu w oczy śmia- ło, poczuła się bowiem nagle członkiem Klu- bu, walczącą o prawa kobiece. — Co ja myślę o kwestyi kobiecej? — spojrzał na nią, chwilę się wstrzymał i rzekł: —Kwestya kobieca dla mnie to albo taka Wan- da, symbol piękna, czystości, uroku i wdzię- ku wiosny; albo wiedźmy z Makbeta, a za- wsze są to plamy w obrazie, jasne lub ciemne, stosownie do kompozycyi. — Pan chyba żartuje!?—zawołała podraż- niona:—nie pytam o obrazy pana, ale z punk- tu społecznego. — A wie pani...—powiedział tonem szcze- rości nigdy nic zastanawiałem się nad tern. Patrzę się na nic, czasem podobają mi się, czasem nie... hm... a w gospodarstwie spo- łecznem są równie potrzebne i konieczne, jak mężczyźni.
881 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 46 — Nie idzie o gospodarstwo społeczne,— uśmiechnęła się lekceważąco—lecz o prawa ko- biece. — Prawa?—spojrzał na nią zdziwiony— ależ ja znam jedno prawo, najwyższe dla mnie: obraz musi być dobrze skomponowany, lo- gicznie oświetlony, zharmonizowany i wyra- żać jasno myśl artysty... a wszystkie inne pra- wa zostawiam adwokatom, sądom, trybunałom > jak się tam nazywają. Patrzała na niego badawczo, podejrzewa- jąc, że on z niej żartuje, ale z twarzy jego bila taka szczerość dziecinna, że uśmiechnęła się i rzekła: — Z pana jednak dziwny człowiek. — Dziwny? Niby jakiś dziwoląg, czy potwór?... 1 znów myli się pani, podobnie jak względem przełożonej schroniska: jestem tylko sobą i wypowiadani szczerze swoje ja. 1 pana naprawdę nie obchodzi walka kobiet o swoje prawa społeczne i polityczne? -spytała z niedowierzaniem. — Nic a nic, proszę pani, przynajmniej do chwili, póki padają słowa i frazesy... Po- trzebuję, proszę pani, faktów i np. przed taką przełożoną schylam czoło, bo ona jest czło- wiekiem czynu. Po chwilowem milczeniu spytał: — Czy pani przyszła dziś znów z od- wiedzinami do schroniska. — Nie... Chciałam uczyć podrastające dziewczyny... ale to ma zdecydować zakonnik. — A, ma pani uczyć?! To dobrze, bar- dzo dobrze, należy tej kobiecie pomódz... Pochwała ta ucieszyła Wandzię minio- Woii i spojrzała na niego z pewną wdzięcz- nością. — Jeśli pani będzie przyjęta za nau- czycielkę, z konieczności będziemy się spoty- kali, bo muszę korzystać z pogody, by na- szkicować swoje małe modelki. Drzwi domu otwarły się ze skrzypem, wybiegły dziewczątka z hałasem, a tuż za nie- mi wyszedł zakonnik, Dominikanin w białym habicie, z twarzą łagodnie uśmiechniętą, i prze- łożona schroniska, mniej sztywna, aniżeli Wczoraj, przyglądająca się bacznie stojącej Wandzi i malarzowi. Po przywitaniu Dominikanin spytał to- nom uprzejmym: — Państwo znacie się z sobą? — Tak jest— pospieszył malarz: pani mieszka ze swoją ciotką, na Starowiślnej nu- mer 12. — A, to w pobliżu naszego klasztoru — 1 jakby dla utrwalenia w pamięci powtórzył Posłyszany adres. Następnie zwrócił się do Wandzi pytając z uśmiechem łagodnym: — Zatem pani raczy ofiarować kilka go- dzin tygodniowo naszym sierotkom? — Tak jest... pragnęłabym być uży- tcczną. — Bardzo pięknie... czy nie zna pani... ' tu wymienił nazwiska kilku pań, wśród któ- rYch dwie były jej znajome. Zakonnik, dowiedziawszy się o tem, prze- mówił łagodnie: — Jeśli pani ma intcncyę stałą, niech Pani spróbuje uczyć te sieroty. Będzie to chrześcijański uczynek, ale spełniać go trzeba ty myśl naszej świętej wiary i Kościoła. — Dziękuję ojcu dobrodziejowi za ten dowód zaufania- powiedziała zarumieniona.— Ja mogę tylko trzy razy tygodniowo udzielać po godzinie. — To już do mnie nie należy, nie mie- szam się do tego... pani zechce się ułożyć z przełożoną—a zwracając się do Petryckiego, rzekł: —Cóż, panie malarzu, obraz postępuje? — Zwolna, ale idzie. — A, to chwała Bogu... bo widzi dobro- dziej my z przełożoną mamy wielką prośbę. — Pan już taki łaskaw na nasze sierot- ki,—mówiła miękkim głosem przełożona — że chyba nie odmówi... — O cóż idzie?—spytał zdziwiony. — To schronisko — rzekł zakonnik—zo- staje pod szczególną opieką patrona na- szego zakonu, św. Dominika. Z powodu ubó- stwa mamy tylko niewielki obrazek, zawieszo- ny w sali modlitw, a nasze sierotki powinny mieć szczególniejsze nabożeństwo do swego Patrona. Prosilibyśmy tedy, i w naszem imie- niu, i tych biednych sierotek, by pan malarz ofiarował dla schroniska obraz olejny, wy- stawiający św. Dominika. — Hm... o to idzie... mogę uczynić za- dość życzeniu państwa, ale wpierw muszę skończyć obraz rozpoczęty. — A kiedy pan skończy?—dopytywała się przełożona. Jeśli idzie o sierotki nasze, to bę- dą panu pozowały rano i po południu. Petrycki spojrzał na Wandzię, słuchającą cierpliwie rozmowy, by ułożyć się z przełożo- ną co do godzin lekcyi, w oczach jego za- błysła wesołość i rzekł: — Małe moje modelki skończę wkrótce, ale brak mi Wandy... Znam jedną osobę, któ- ra gdyby zechciała mi poświęcić dwie trzy godziny pozowania... św. Dominik za dwa tygodnie będzie wisiał w schronisku, w sali modlitwy, i olejny, w ramach złoconych. — O Matko Przenajświętsza!—złożyła rę- ce przełożona:—jakież to szczęście dla nas! Bardzo panu dziękuję. W umyśle Wandzi zbudziło się niejasne podejrzenie, że to o nią idzie, postanowiła je- dnak odmówić, i mimowoli poróżowiała lekko. — Za wcześnie pani dziękuje—przemówił malarz:—obraz św. Dominika zależy od przy- zwolenia na pozowanie trzeciej osoby. — Cóż my na to możemy poradzić? — rzekł zakonnik zafrasowany. — Czy przynaj- mniej znamy tę osobę? — Tak jest, gdyż właśnie jest tu obec- na—skłonił się Wandzi. — Ach, jeśli to pani!—zawołała przeło- żona—w takim razie nic odmówi swej pomo- cy dla tak świętobliwego celu, jak otrzymanie św. patrona dla schroniska. Wandzia stała zaczerwieniona, patrząc z wyrzutem niemym na Petryckiego. — 7e wszystkich osób, które znam, je- dynie pani może być moją Wandą... I gdyby pani raczyła poświęcić mi tylko trzy, cztery scansy, obraz skończę. — Nic, to niemożliwe — odpowiedziała rozdrażnionym głosem. — A to dlaczego?—zdziwił się zakonnik, patrząc w jej oczy badawczo: - przecież tu nie- ma grzechu, ani obrazy Boskiej... Przeciwnie, pani przyczynia się do większej chwały Pana Boga i naszego Patrona. Mojem zdaniem, bę- dzie większą zasługą pani, gdy tę przeznaczo- ną już godzinę na lekcye poświęci pani na intencyę św. Dominika. — Ależ pani zrobi tę ofiarę dla naszego schroniska!..—prosiła z pokorą przełożona:—po- myśl pani, że te biedne sierotki będą miały swego świętego Patrona w ramach złoconych... W swoich modlitwach będą zawsze pamiętały o panu malarzu i pani! Na te słowa Petrycki się uśmiechnął, a Wandzię podrażniło to zestawienie jej i je- go. Zaczerwieniona, chmurna, stała niezdecy- dowana. Zakonnik, który ją obserwował, nie do- puścił do jej odpowiedzi i spytał malarza: — A w jaki sposób ma pani pozować? — Idzie mi tylko o twarz i włosy... to robota na kilka godzin. — A, proszę pani, nie pojmuję wzdra- gania się pani przemówił z powagą: — więc dla sierot ofiaruje pani kilka godzin tygodnio- wo, a na większą chwałę św. Dominika żału- je pani czasu?... Powiedziałbym nawet otwar- cie, że to jest grzeszna zazdrość o znikomą powłokę. — Jak to?—zawołała przełożona z hamo- wanem oburzeniem—nawet słowa kapłana, oj- ca Piotra, nie wzruszą pani? Wandzia w czasie tych przemówień zau- ważyła, że ostatecznie sportretowanie jej twa- rzy w niczem jej nie ubliża, a jeśli tem do- godzi zakonnikowi i przełożonej, będzie wresz- cie pozowała. Jednak nie bez wysiłku zdoby- ła się na tę decyzyę, bo sprzeciwiała się jej poprzednim postanowieniom, i drażniło ją, że malarz osiągnął swój cel bez szczególniejszej prośby, skierowanej do niej. Po chwili milczenia rzekła poważnym głosem, nie patrząc na malarza: — Zrobię to ustępstwo, ale tylko dla państwa. Uprzedzam wszakże, że ranki mam zajęte i że będę pozowała tylko tutaj, w schro- nisku. — Dzięki pani! — zawołała uradowana przełożona. — Wiem, że pani nie zrobiła tego ustępstwa dla nas,—powiedział zakonnik- lecz dla większej chwały świętego naszego Patro- na... A co do czasu i miejsca pozowania, to rzecz państwa - spojrzał na nią i na niego. -— Zastosuję się zupełnie do woli pani —skłonił się malarz głęboko. — Kiedyż mam dawać lekcye dziew- czynkom?—zwróciła się do przełożonej. — Po południu mają czas wolny. — Zatem od trzeciej do czwartej będę pozowała panu—powiedziała zimno. — Bardzo dobrze, dziękuję pani. Czy za- czynamy od dziś? — Niech i tak będzie. — A teraz, panie malarzu! —zawołał za- konnik wesoło:—liczymy na twój obraz nasze- go patrona. — I będzie z pewnością... A moje małe modelki?—zwrócił się do przełożonej. — Już stoją... nawet obraz wyniosły. — A więc do roboty!—i skłonił się wszyst- kim na pożegnanie. Wandzia, idąc ze Zwierzyńca do biura, nie mogła pozbyć się myśli o młodym ma- larzu. (DCN)
882 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ks 46 Prowincya Mandżurska. Koresp. własna Tyg. illustr. z Charbina. Charbin jest osadą nową, i trudno tu przyjrzeć się rzeczywistym Chinom, a raczej rzeczywi- stej Mandżuryi. Aby poznać bliżej ten kraj, trzeba się zapuścić w miasta prowincyonalne: choćby do takiego Chu-lań-czeń, jednego z miast Mandżuryi środkowej. Chu-lań-czeń — typowe mandżursko- chińskie miasto, założone w 13-ym roku panowa- nia Jun-czen (chińskiej ery), a więc w 1735 roku naszej ery, na miejscu egzystującej tu bardzo daw- no wioski Chu-lań-che-da, założonej przez De-ri-bu- che-ma-fa-da-chu-an-di. Dlatego cytuję to, przy- długie trochę, nazwisko, że należało ono do proto- plasty mandżurskiej dynastyi, panującej obecnie w Chinach. W mieście tern, które może posłużyć za typ miast całej Mandżuryi, ludność składa się z Mandżurów i Chińczyków. Do roku mniej wię- cej 1870-go wszyscy Chińczycy uważani tu byli za chwilowo zamieszkałych; nie wolno im było np. nabywać nieruchomości, ani w mieście samem, ani po wsiach okolicznych. Mandżurowie do tego stopnia zleli się z Chiń- czykami, że dziś zwykły podróżnik europejski nie odróżni jednego od drugiego. Tak samo wy- glądają, tak samo się ubierają, jednakowo mówią, mają te same zwyczaje. Ale bliżej obserwując tych ludzi, spostrzega się pewne różnice. Przedewszystkiem w rysach twarzy Mandżura jest pewna ściągłość, nos wy- datniejszy, niż u Chińczyka, oczy mniej skośne, prawie proste. Dalej, Mandżurowie używają w ję- zyku chińskim niektórych jeszcze wyrazów języka mandżurskiego. Pomiędzy dwoma tymi językami niema zgo- ła nic wspólnego. Język mandżurski jest dziś martwy i odgrywa tu tę sarnę rolę, co łaciński w Europie, jest mianowicie językiem urzędowym, prawniczym, czasem dyplomatycznym. W pisowni zachodzi tu także ogromna różnica. Język chiński, jak wiadomo, wyraża się piś- miennie za pomocą znaków, odpowiadających wyra- zom, pojęciom, ideom, gdy mandżurski posiada litery, jak języki europejskie. Poza tern Mandżurowie zachowali w zwy- czajach weselnych i pogrzebowych niektóre odręb- ności. Łatwiej odróżnić kobietę mandżurską od Chin- ki. Gdy ta ostatnia ma, lub przynajmniej stara się mieć, stopę tak maleńką, jak stopa najmniejszego rocznego dziecka, Mandżurka stóp nie krępuje; jest przytem ładniejsza, bielszej cery i bardziej rosła. Mandżurowie, niegdyś władcy tego kraju, mając dziś jeszcze swego rodaka na tronie pekińskim, uważają się za coś wyższego od Chińczyków i gdzie mogą, zawsze to zaznaczają. Jeszcze dziś jest między ni- mi pewien ferment polityczny, dążą- cy do „wyrwania" jak się wyrażają —cesarza z Pekinu, przyprowadze- nia go do Mukdenu, starej stolicy, i niewpuszczania do siebie z granic muru chińskiego ani jednego Chiń- czyka. Wielka idea starożytnych cesarzy mandżurskich, idea podboju Chin, skończyła się zagładą ich włas- nego narodu. Przy pierwszem zbliżeniu się z Chińczykami najbardziej uderza przybysza z Europy stosunek gospo- darza do swych służących. Nie sły- szałem nigdy ani krzyku, ani wymy- ślania; rozkazy wydaje się tu spokoj- nie, z uśmiechem, tonem rady, nie rozkazu. MANDŻURKA. Ze zbiorów G. Olechowskiego. Wobec tego dziwnym się musi wydać fakt, że aczkolwiek w Chinach wszyscy są równi przed prawem, niema kast, i wczorajszy pastuch może być jutro kanclerzem, jeśli zda odpowiedni egza- min i przejdzie pewną hierarchię urzędniczą, że chociaż niema w Chinach ani szlachty, ani chło- pów, jednak istnieje tu niewolnictwo. Nie ma ono jednakże nic wspólnego z ohy- dą praktykowaną w Afryce i dawniej w Ameryce, 1 z katowaniem i polowaniem z psami na ludzi; w Chinach niewolnik ma się lepiej moralnie niż u nas w Europie wygalonowany kamerdyner: jest on tu prawie członkiem rodziny, a niewolnictwo jego polega na obowiązku pozostawania przy osobie swego nabywcy i na pozbawieniu go prawa zda- wania państwowych egzaminów. W Mandżuryi atoli trudno kupić człowieka, dlatego, jak mówią Chińczycy, że tu ludzi wogóle mało. W innych dzielnicach Chin każdy bogaty Chińczyk ma kilku, czasem kilkudziesięciu nie- wolników. Ciekawa jest historya niewolnictwa w Chinach. Początkowo niewoli podpadały tylko kobiety. Do- wodzi tego najlepiej hieroglif oznaczający „niewol- nika." Składa się on mianowicie z dwóch innych, ŚWIĄTYNIA LAO-JE-M1AO. Ze zbiorów Gustawa Olechowskiego z których jeden oznacza „kobietę", a drugi „rękę". Wnosić stąd można, że pierwotnie niewolnikami były .tylko kobiety, wzięte do niewoli podczas wojny. Dziś jednakże niewolników dostarcza nędza, głód, powódź, zarazy, które zmuszają ojców ro- dzin do wyprowadzania swych córek i synów na rynek. W Pekinie obecnie można kupić dziew- czynę za 30 50 taelów, kobietę zaś dojrzałą za 250 300 taelów (tael — około 3 rub.). Niewolnika czy niewolnicę kupuje się zwykle na próbę. Gdy się okaże jakiś brak, towar podlega zwrotowi. Jest także zwyczaj dawania sobie prezentów w postaci żon. Tak np., obecna chińska cesarzowa regentka, nim doszła do tronu, była wiele razy w swem życiu „prezentem." Wogóle jednak poło- żenie niewolników w Cłiinach jest bardzo dobre. Stosunek ich do gospodarstwa jest prawie familij- ny; szczególnie stosunek niewolnic do pań jest zwykle bardzo poufały, dzięki nizkiemu stopniowi umysłowego wykształcenia dam chińskich. Wracając do opisu miasta Chu-lań-czeń, jako typowego okazu tutejszych ognisk ludzkich, za- cznę od ulicy. Ulica ma formę żłobkowatą, zlekka wklęs- łą w środku; cała pokryta grubą warstwą czarnego, smrodliwego pyłu, który przy ciągłych wiatrach unosi się i stoi w powietrzu, zatruwając kompletnie życie nieprzywykłemu do tego człowiekowi. Pod- czas deszczu pył ten tłusty zamienia się w ta- kie błoto, jakie się nie śniło najbardziej nawet lubującym się w błocie ludziom, a wtedy wszelka komunikacya, czy piesza, czy kołowa, staje się wprost niemożliwą. Do dwukołowych arb zaprzęgają wtedy Chiń- czycy po 7—8 koni, osłów, mułów, ale i takie stado nie jest zdolne wyciągnąć masywnych kół z błota. Wówczas zdejmują Chińczycy towar z platformy i zanoszą go na rękach. Następnie zdejmują z osi platformę i także wloką ją siłą rąk- Koła zaś pozostają w błocie, aż do czasu, gdy słońce wysuszy ulicę i pozwoli łopatą wykopać koła. Z dwóch stron ulicy—sklepy, wszystkie jed- nakie. Z frontu sklep ma zupełnie otwartą ścianę > wygląda nakształt werendy. Tu się znajdują zwyk- le małej wartości towary, ułożone na ławkach i stołach. W bogatych sklepach na tylnej ścianie znajdują się szuflady, a w nich towary droższe- W niektórych sklepach załatwiają się bankierskie operacye. Łatwo to poznać po wywieszonym przed sklepem sznurze czochów. Najbardziej popularny**1 szyldem są 2 deski długie i wązkie, wiszące na kroksztynach z jednej i drugiej strony wejścia, z£ złotymi napisami na czarnem tle. Oprócz nich, za szyldy służą tu zwykłe wiechy, wetknięte w ziemię przed sklepem, na których powiewają chorągiewk1 z napisami. W sklepach chińskich uderza mnóstwo subjektów, sprzedawców, sklepowych chłopców na posyłki i in- nych pracowników. Pracują oni ta' nio, więc jeden prowadzi kasę, dru- gi siedzi w sklepie nad księga*1” buchalteryjnemi, które Chińczycy pr°" wadzą z wielką starannością, inny oblicza rachunki na narzędziu, zwa- nem som-pan-dze, a u nas znane*” pod nazwą rosyjską: „szczoty." Sompandze chińskie tern S1Ę tylko różnią od znanych u nas, zP są praktyczniejsze pozv dają bowie*11 mnożyć i dziel \ i nie, dko liczby całe, lecz i ułam, Na mpandzac Chińczycy rachuą już < d wieków, jest to ich wynala ek. Do przedsięb *rstw handlowy0'1
883 ODSŁONIENIE POMNIKA MICKIEWICZA WE LWOWIE. Fot. dla Tygodnika Lissa. należą też tu łaźnie. Łaźnia chińska jest to chałupa, ^pianka, składająca się z kilku izb. Środkowa duża lzba jest podzielona przedródkami na loże, czy ko- niórki jednoosobowe, w których można się rozebrać. P°środku izby operują fryzyerzy. W izbie przylega- jącej do środkowego „salonu“, znajduje się jama, in< iąca 5 łokci w kwadrat, napełniona gorącą wodą, z której uderza silny zapach siarkowodoru. W wo- di-ie pluska się kilku Chińczyków. Zapytuję usłu- gującego tu Chińczyka: dokąd spuszczają wodę?— »Jakto dokąd? — odpowiada pytająco Chińczyk:— *° pan nie wie, że woda zawsze paruje -w gó- (O— A więc wody tu się nigdy nie zmienia. Woda gorąca paruje. W miarę jak paruje, ubywa jej. W miarę ubywania dolewają świeżej, gorącej. Ta znów paruje. No, i tak dalej. Przy akich warunkach hygienicznych śmiertelność wśród 1 'ności wielka. Widzi się mnóstwo Chińczyków w białych pantoflach, w białej szarfie, z białym sznureczkiem w warkoczu lub białym węzełkiem na czapeczce: to żałoba. Rezydencya mieszkalna Chińczyka, jeżeli nie Jest przeznaczona na eksploatacyę handlową, urzą- zona jest w sposób następujący: Cała rezyden- C^a otoczona jest murem z cegły lub poprostu gkny, zmieszanej ze słomą. W wielu rezyden- tach p0 rogach muru urządzono wieżyczki; po uku jednej strony czworoboku znajduje się głów- a brama, urządzona z wielką starannością i kun- ern, a upiękniona napisami. Nad bramą daszek. a bramą obszerny dziedziniec, otoczony ze wszyst- t stron fanzami, t. j. chatami mieszkalnemi, tak, Wszystkie dizwi i okna wychodzą do środka na ogólny podwórzec. W jednej fanzie mieszka gospodarz i rodzina, w drugiej służba, dalej mie- ści się kuchnia, śpiżarnia i oddzielna chata dla gości, domowa kaplica i t. d. Wszędzie ponale- piane kartki z hieroglifami: są to aforyzmy z ksiąg Kun-fu-ce. Wszędzie brudno, kupy śmieci, gnoju i błota. W ruchu ulicznym spotyka się bardzo mało WŁADYSŁAW MICKIEWICZ. Fot. T. Bahrynowicz. i kobiet. Chinki siedzą przeważnie w domu. Prę- dzej spotkać można Mandżurki. Dzieci chińskie różnią się bardzo od euro- pejskich. Ciche, grzeczne, biegają i bawią się bez krzyku, bez hałasu, bez bijatyk i bez płaczu. Wierni już z dzieciństwa tradycyjnej i ceremonial- nej grzeczności swego narodu, witają ukłonem każdego starszego i są posłuszni aż do przesady. Każdy rozkaz starszego, choćby nieznanego sobie i obcego człowieka, chiński dzieciak spełnia bez względu. GUSTAW OLECHOWSKI. Odsłonienie kolumny Mickiewiczowskiej. Uroczystość Mickiewiczowska we Lwowie roz- poczęła się godnie już w wigilię odsłonie- nia kolumny krótką, ale gorącą i znamienną prze- mową, wygłoszoną w Sejmie przez marszałka kra- jowego, Stanisława hr. Badeniego. Niecierpliwie oczekiwany ranek niedzielny zasępił nieco twarze tysięcy: mżył bowiem nie- poczciwy deszcz jesienny, dokuczało przenikliwe zimno. Nie zdołało to jednak powstrzymać niko- go od wyruszenia wprost z domu na okazale przy- strojony lasem chorągwi i zielenią plac Maryacki, lub do kościoła Katedralnego, gdzie odprawiał so- lenne nabożeństwo, otoczony przez biskupów, in- fułatów i kapitułę, najprzewielebniejszy ks. arcybi- skup Józef Bilczewski. Wnętrze prastarej świątyni
884 TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 46 SEKRETARZ KOMITETU BUDOWY POMNIKA MICKIEWICZA WYGŁASZA MOWĘ. Fot. dla Tygod. Lissa. rym na kolumnę, i postać poety, i na geniusza po- dającego mu lutnię, i na złoty znicz u szczytu, skierowano strugi elektrycznego światła, tak, iż błyszczało to wszystko w srebrze, to znowu mie- niło się żywym amarantem, lub jakby tonęło w ta- jemniczych, blado-zielonych tonach. Tymczasem ucztowano w kasynie miejskiem sumptem kół obywatelskich, wznoszono ciepłe toa- sty ku czci Władysława Mickiewicza, twórcy ko- lumny Antoniego Popiela, coraz cieplejsze i nowe toasty aż do sandomierskiego „Kochajmy się!" Mówcy: Adam Krechowiecki, wiceprezydent Michał Michalski, posłowie: Gustaw Roszkowski, Tadeusz Rutowski, Stanisław Głębiński, Platon Kostecki- - zdawali się niestrudzeni. Wieczorem „na ratuszu," na pokojach pre- zydenta miasta i w przyległych apartamentach, znowu przyjęcie, z którego wymykano się do tea- tru miejskiego na galowe przedstawienie o iście szlachetnym nastroju, spotęgowane jeszcze uro- kiem żywego słowa piewcy „Dziadów" i „Pana Tadeusza," Nazajutrz bankiet w Kole literackiem dla An- toniego Popiela i tegoż dnia korona powszechne- go hołdu: pamiętne posiedzenie sejmowe, na któ- rem, na wniosek posła Michała Michalskiego, uchwalono wśród burzy oklasków jednomyślnie (oprócz głosów nieobecnych) stałą dotacyę hono- rową w sumie 4,000 koron rocznie dla syna Ada- ma Mickiewicza. C. Kazimierzowskiej wypełniały tłumy; prezbiteryum zajęli posłowie sejmowi in corpore z marszałkiem swoim na czele, rada miejska, strojna i buńczucz- na, przedstawiciele władz, senaty akademickie w asystencyi pedeli z berłami, członkowie Sodali- cyi Maryariskiej, dzierżący wieniec z napisem: „Ku czci twórcy hymnu na Zwiastowanie N. M. Pan- ny," wreszcie zaproszeni a przybyli z wielu stron goście. Tu też, po odśpiewaniu wzruszającej za- wsze strofy „Boga Rodzico," wypowiedział podnios- łe, pełne niepospolitych myśli kazanie wikaryusz katedralny, ks. dr Adam Głąb. Była godzina blizko 12 w południe, gdy na placu Maryackim, jakby nabitym wielotysięczną rzeszą, stanął Komitet budowy pomnika, szkarła- tem zaś obite trybuny zasiedli co najprzedniejsi i najzasłużeńsi w społeczeństwie. Zabrzmiały po- ważne tony kantaty Stanisława Niewiadomskiego, wykonywanej przez wszystkie towarzystwa śpie- wackie, zaczem u stopni kolumny zabrał głos nie- znużony, pełen zasług prezes komitetu pomniko- wego i jego spiritus mouens, prof. dr Bronisław Radziszewski. Proste, szczere słowa sędziwego mówcy po- ruszyły wszystkich do głębi, obnażono głowy, na- stała cisza przejmująca, ta wielka, niewypowiedzia- nie uroczysta cisza tłumów, i nagle po opadnięciu zasłony ukazała się tak oddawna wyglądana wspa- niała kolumna! Oklaski, okrzyki, kilka taktów pieśni. Drugim mówcą był odbierający urzędowo pomnik, prezydent miasta dr Godzimir Małachow- ski, po nim pracowity sekretarz komitetu p. Michał Rolle, przedstawił dzieje powstania pomnika w Lwim grodzie. Teraz szły mowy jedna za dru- gą, tłum jednak coraz mniej zwracał na nie uwagi, oczekując hołdowniczego pochodu. Już na najwyższym stopniu kolumny sta- nął wprowadzony przez prezydenta miasta syn Adama Mickiewicza, Władysław, jakby w koronie z białych włosów, bardzo wielkiego ojca swojego przypominający; już zagrzmiała komenda; już dało się uczuć ogólne poruszenie i zakołysanie wśród zbitych szeregów, gdy oto wynurzył się ze wszyst- kich ulic śródmieścia płynący ów potężny, prze- malowniczy pochód, trwający blizko dwie go- dziny! Rozpoczynały go konne zastępy, młódź nie- wieścia i szkolna, dalej zaś postępowały nieprze- rwanym ciągiem deputacye coraz liczniejsze, coraz goręcej witane. Nie brakło zda się nikogo: kro- czyły Towarzystwa naukowe, literackie, społeczne, redakcye, pedagogowie, rady miast prowincyonal- nych, reprezentacye powiatowe, kupiectwo, rzemio- sła, włościanie, rzekłbyś: przesunęła się tu cała Ga- licya w miniaturze. A z każdej grupy odrywał się co chwila delegowany umyślnie ku temu oddział, który w ręce syna poety i prezydyum Komitetu składał z pokłonem wieńce wawrzynowe, z żywe- go kwiecia, srebrne, żelazne, snopy zbóż, wszela- kie emblemata, wszystko to imponujące, barwne, „bajecznie kolorowe." Cokół kolumny zatapiał się już w kwiatach i zieleni, gdy poczet towarzystw gimnastycznych, sunąc prawie biegiem, zamknął na- reszcie tę świetną defiladę hołdowniczego legionu. Liczni widzowie nie chcieli wszakże opusz- czać placu, doczekali się tu zmroku, o któ- SKŁADANIE WIEŃCÓW POD POMNIKIEM MICKIEWICZA WE LWOWIE. Fot. dla Tygodnika Lissa. Z tygodnia na tydzień. Ostatni romantyk. Ubiegłej soboty zmarł we Lwowie ostatni poeta Mickiewiczowskiego okresu, Karol Brzo- zowski, starzec czcigodny, obarczony wiekiem i trudami długiego żywota, mąż silny i wiecznie młody duchem, człowiek wielkiego, nieskazitelne- go charakteru. Brzozowski nie był literatem w dzisiejszem słowa znaczeniu. Tworzył z głębokiej potrzeby duszy, po napisaniu zaś, a raczej zanotowaniu poematu, nigdy nie dbał o to, co się z nim dalej stanie. Najpiękniejsze jego utwory ginęły w ma- nuskryptach, pośród długich lat malowniczej a uciążliwej tułaczki. W utworach, które ocalały, krytycy i historycy literatury podziwiali zawsze
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 46 885 ogromny polot poetycki, wyobraźnię bujną i pło- mienną: podkreślali jednak nierówności formy. Brzozowski nie miał nigdy czasu na wygła- dzanie rymów, posłuszny jedynie głosowi rytmu wewnętrznego. Pochłaniały go przygody tak poe- tyczne, że marzenie nie kłóciło się w nim z rze- czywistością, poemat pisany był jedynie słabym tłómaczem poematu przeżywanego. Chociaż tedy tworzył przez lat sześćdziesiąt pięć, Brzozowski jest u nas rodzajem mitu literackiego, jest jedy- nym z poetów większej miary, który do końca życia nie doczekał się zbiorowego wydania swych dzieł. Dzisiejsze pokolenie korzystać może za- ledwie z drobnej, niemal wyczerpanej edycyi jego poezyi w „Bibliotece najcelniejszych utworów." Brzozowski umiał tylko systematycznie gubić ma- nuskrypty, a sławę traktował zawsze jako naj- złudniejszą z mar. Gdy przed pięciu laty obcho- dzono we Lwowie jubileusz poety, ktoś obliczył, że w ciągu swej 60-letniej „karyery literackiej" (jeżeli to karyerą nazwać można), Brzozowski otrzymał 1,800 reńskich honoraryum autorskiego za wszystko, co napisał, to jest za sztuki, wysta- wiane na kilku scenach, za poematy i felietony. „Literatura" więc dawała mu rocznie okrągłe 30 reńskich dochodu. Warto przypomnieć żywot tak szczególnego Poety. Urodzony w Warszawie w r. 1821, jako syn oficera wojsk Napoleońskich, uczył się Karol w szkołach pijarskich we Włocławku, a następnie w Sejnach, Suwałkach i Marymoncie. Pod wpły- wem ballad Mickiewicza, pisał wiersze już w szko- łach. Prawdziwy jednak poeta obudził się w nim w puszczach litewskich, gdzie ojciec otrzymał posadę leśniczego. Karol włóczył się ze strzelbą po lasach i pokochał głęboko naturę, jednocześnie zaś zbliżył się do ludu. Nad brzegami Niemna zebrał tom pieśni ludowych i przełożył je na ję- zyk polski (wyszły w r. 1844 u Żupańskiego w Poznaniu). W r. 1848 wyjechał w Poznańskie, a wkrótce potem osiadł w Dreźnie, gdzie się za- brał do przekładu „Osmanidy" Gundulicza, do czego zachęcał go listami Mickiewicz, któremu poeta częściowo pracę swą posyłał w manuskryp- cie. Wyjeżdżając do Paryża, zostawił Brzozowski przekład „Osmanidy" gospodyni drezdeńskiej, a ta... wrzuciła rękopis do ognia. Z takiego lek- komyślnego traktowania swej pracy twórczej nie wyleczył się Brzozowski przez całe życie. W Paryżu zetknął się z Mickiewiczem i pod jego wpływem wyjechał w r. 1855 na Wschód. W Stambule zachorował, gdy zaś wyzdrowiał, za- mieszkał na wybrzeżu azyatyckiem, gdzie w ciągu trzynastu miesięcy żył ze zwierzyny, upolowanej w lasach. Stworzył wówczas poemat „Noc strzel- ców w Anatolii," zapisując strofy w lasach na świstkach papieru, na mankietach i na kołnierzy- kach. Po idylli anatolijskiej, wstąpił Brzozowski do przedsiębiorstwa zakładania telegrafów i prze- biegł jako technik Bulgaryę, Macedonię, Tesalię i Albanię. Pisał bardzo wiele, pomieszczał swe prace w lwowskim Tygodniku Literackim i do- datku miesięcznym do Czasu. W poezyach swoich był zawsze mistrzem krajobrazu i wzruszającym lirykiem. Losy zapędziły go do Syryi, gdzie w roku 1862 ożenił się i objął stanowisko konsula hisz- pańskiego. Niedługi miał spokój. W roku na- slępnym został ciężko ranny w bitwie pod Kostan- galią, w Rumunii, po powrocie zaś do zdrowia Przyjął w roku 1864 urząd dyrektora misyi leśnej W Turcyi. Przez sześć lat zwiedzał Bałkany i gó- ry rodopskie i posyłał z drogi utwory swoje pol- skim pismom peryodycznym. Z owych czasów po- chodzą poematy: „Lew ognisty,“ opisujący walki ludów kaukaskich, „Sen w Bałkanach," świetny Przekład księgi Hioba i „Pieśni nad pieśniami," „Sąd Boży," „Deli Petko," oraz liczne a piękne ne poezye liryczne. Dla wychowania dzieci przeniósł się w roku 1870 na stałe do kraju i zamieszkał we Lwowie. Tu twórczość jego objawiła się w kierunku dra- matycznym. W roku 1883 wystawiono w teatrze Skarbkowskim z wielkiem powodzeniem pięcioak- tową tragedyę Brzozowskiego „Małek," osnutą na tle niedawnych walk Tatarów krymskich. Następnie napisał kolejno „Joannę Neapolitańską" (drukowa- ną w Ateneum), „Eryka X1V“ (druk, w Tygodni- ku il/nstrowanym), „Bojomira" (niedokończonego), „Karola Levittoux,“ fraszkę „Do tarczy o pannę," KAROL BRZOZOWSKI. wreszcie dramat „Oblężenie Lwowa," grywany przez długi czas w teatrze Skarbkowskim. Obok wspomnianych przekładów, tłómaczył Brzozowski Herwegha, Schillera, Goethego, Uhlan- da, Wiktora Hugo, Lenau’a, oraz wielu poetów perskich i arabskich. Poezye jego nie zdołają może zadowolić wy- bredniejszych amatorów kunsztownej formy; mają jednak w sobie tyle jeszcze świeżości, tyle ognia, tyle miłości natury, taki przepych barw wschod- nich, że nie powinny zaginąć w spisach historyi literatury. Brzozowski wniósł bądźcobądź do piśmien- nictwa naszego prawdziwy Wschód, który malo- wał z męską, obrazową siłą i energią. Śmierć autora „Maleka" winna pobudzić do niezwłocznego zorganizowania dobrego wyboru je- go pism; będzie to słuszne oddanie hołdu temu gorącemu poecie czynu, temu ostatniemu romanty- kowi, który ze wszystkich poetów polskich był i jest najmniej znany. mp * * * Ważna koncesya. W tych dniach spełnił się fakt, który odegra prawdopodobnie pierwszorzędną rolę w rozwoju sto- sunków ekonomicznych Warszawy i jej okolic. Oto w końcu ubiegłego miesiąca dyrekcya Towarzystwa Kredytowego m. Warszawy otrzyma- ła pomyślną wiadomość o udzielonym przywileju rozszerzenia działalności Towarzystwa na Skiernie- wice, Łowicz, Włocławek. Jednocześnie zatwier- dzono także przepisy, dotyczące udzielania przez Towarzystwo pożyczek na nieruchomości we wspo- mnianych miejscowościach. Nie ulega chyba wątpliwości, że odtąd dzięki otwarciu w rzeczonych miasteczkach nowego źró- dła taniego kredytu hypotecznego, ogólny tryb życia tamtejszego zacznie się zmieniać stopniowo na lepsze. Wzmożenie się ruchu budowlanego, napływ ludności i rozkwit handlu oto korzyści, wypływające dla omawianych trzech miast z przy- wileju, udzielonego naszej instytucyi kredytowej. Po okresie mizernej wegetacyi i drzemki nastanie okres ruchu, rozwoju i dobrobytu. Naturalnie—pisze p. Z. D. w jednym z ostat- nich numerów Gazety Polskiej—obchodzą nas w tym względzie przedewszystkiem Skierniewice i Łowicz, jako sąsiadujące niemal z Warszawą i powołane do tego, aby stać się poniekąd jej przedmieściami. Oba te miasta, dzięki wygodnej komuni- kacyi z Warszawą mogą w razie rozkwitu swego wchłonąć w siebie z czasem niezliczone zastępy tej ludności warszawskiej, dla której twarde miej- scowe warunki bytu, jak np. drożyzna mieszkań i brak pracy, czynią ją dziś istną Gehenną życiową. Łatwo pojąć, że odpływ taki ku nowym og- niskom osiedlenia wywoła również i dokoła nich, t. j. w sferze okolicznej ludności wiejskiej, znacz- ne wzmożenie się ruchu handlowo - przemysło- wego. Takie mniej więcej korzyści zapewnia w przy- szłości nowy przywilej Towarzystwa Kredytowego m. Warszawy ubogiej ludności naszego miasta. Jednocześnie i dla kapitalistów nie jest on obojętny, dając im możność lokowania swych ka- pitałów w przyszłych nieruchomościach Skierniewic i Łowicza. Okres gorączki budowlanej minął w Warsza- wie oddawna, ruch ten możnaby jednak wskrzesić obecnie na gruncie wspomnianych wyżej miejsco- wości. Szersza akcya w tym kierunku, podjęta przez kapitalistów naszych, zapewniłaby im nietylko ob- fite zyski, ale również i sporą dozę tego wewnętrz- nego zadowolenia, jakie wzbudza w nas każdy czyn natury filantropijnej i społecznej, o * * * Post festum. Nie zajmowaliśmy się nim podczas jego ży- wota, lecz z chwilą, gdy przeszedł do historyi, należy mu się wspomnienie. Mówimy o jesiennym sezonie mokotowskich wyścigów konnych, który zaznaczył się kilku zna- miennymi rysami, rzucającymi nowe oświetlenie na tę starą bolączkę. Naprzód co do samego stanu rzeczy: Obrót w „interesie" totalizatorowym był znacznie słab- szy w porównaniu z niedawną przeszłością; stara- no się wynagrodzić sobie ubytek nadmiernem przedłużeniem kampanii, bo aż do 6 listopada; niewiele to jednakże pomogło. Finanse stoją tak źle, że wypłatę nagród za biegi wygrane rozłożyć musiano na raty, w ciągu lat 3. Jakie mogą być tego faktu przyczyny? Czy ludzie zmądrzeli? czy zubożeli? Zdaje się, że je- dno i drugie potrosze. Właściwej atoli przyczyny upadku przedsiębiorstwa totalizatora szukać trzeba gdzieindziej. Jak na stosunki warszawskie, zanad- to wyciągnięto strunę. Wyścigi rozpoczynają się z wiosną, na początku maja i z niedużą przerwą w lipcu i sierpniu trwają do późnej jesieni. Prze- ciętna publiczność, ta, która odwiedza wszelkie pu- bliczne zebrania i widowiska, nie może stałego dostarczyć kontyngensu wyścigom, bo na to jest jej za mało, a poza tern i nie chce, ponieważ zby- tek ją nudzi. Dotrzymują więc kroku Towarzystwu wyści- gowemu tylko zagorzali gracze, a to znów w lo- gicznem następstwie prowadzi za sobą zmianę fi- zyognomii „mityngów." Zapanowała tu sfera nad wszelką miarę mieszana, wśród której ludzie pod względem towarzyskim wrażliwsi czują się wprost zawstydzeni. I niechaj nikt nie wyprowadza tu
886 LIL1TH (p Bednarzcwska). LILITH I STUDENT (p. Bednarzcwska i p Tarasiewicz). Fot. dla Tygodnika T. Bahrynowicz. KRÓLEWICZ Z BAJKI (p. Solski). w sprawki argumentów demokratycznych, bo ten tłum, roznamiętniony, który tu harcuje, z pracują- cemi sferami miasta nie ma nic wspólnego. Zresztą do poziomu tego dostraja się wszyst- ko na torze i na placu. Dwa szczegóły przyto- czymy tylko dla charakterystyki: Publiczne zbiera- nie śliny koniom po głównych biegach, w celu do- chodzenia za pomocą analizy, czy nie stosowano t. zw. dopingu, przyzwyczaiło już widzów do prze- konania, że lojalny sposób współzawodnictwa mię- dzy gentlemanami został podany w wątpliwość przez własną ich instytucyę; budujący widok przedstawiają także nieustanne łowy, urządzane przez urzędników Towarzystwa i policyę na po- kątnych „bookmakerów," którzy stanowią dla tota- lizatora groźną konkurencyę. Cóż dziwnego, że publiczność, złożona z ży- wiołów niebardzo niewyszukanych pod względem etycznym, urządza także „spektakle?" Nie trzeba być prorokiem, aby przewidzieć, że w takim stanie rzeczy, „interes wyścigowy" będzie dalej upadał. Zachodzi przeto kwestya: czy to jest zjawisko zasadniczo ujemne dla sprawy społecznej, mianowicie dla gospodarstwa krajowe- go, czy nie? Powiemy śmiało, że nie. Owszem, jest to fakt w sumie rezultatów dodatni. Jeżeli bowiem hodowla koni, jako czynnik gospodarczy potrze- buje wyścigów, jako próby—co zresztą także prze- stało być pewnikiem—to spełniają tę rolę tory pro- wincyonalne; tor warszawski, na którym stajnie ho- dowlane utrzymać się nie mogą wobec stajni spe- kulacyjnych, jest li tylko przybytkiem gry. A skoro tak, jego losy, jako instytucyi pu- blicznej, przestają interesować ogół. s * * * Zawodne wędrówki. W najcięższej obecnej chwili przesilenia eko- nomicznego w całym kraju daje się spostrzegać znamienne zjawisko: wzmożony napływ ludności z prowincyi do Warszawy celem poszukiwania za- robków. Zastój w przemyśle i handlu, ciężkie warunki w rolnictwie — wszystko to się odbiło w sposób dotkliwy nietylko w mniejszych lub większych ogniskach produkcyi i wymiany, ale także w kątach zapadłych. Wszędzie brak zarob- ków, wszędzie redukcya rąk roboczych, zwijanie posad lub zmniejszenie płacy. Wytworzyły się z tego powodu liczne rzesze ludzi bez pracy i chleba, którzy postanowili szukać zarobku w większych miastach, a głównie w Warszawie. Ściągają więc tutaj na oślep całe tłumy nietylko ludzi, zajmujących się wyrobnictwem i rzemiosła- mi, ale wszelkiego rodzaju półinteligencya i inte- ligencya, poszukująca posad w biurach, kantorach, sklepach, bankach, kolejach, w zawodzie nauczy- cielskim i t. d. Znaczna większość przyjeżdża tutaj, nie mając najmniejszego wyobrażenia o sto- sunkach i położeniu, nie posiadając żadnych zna- jomości i poparcia. Pewien procent tych ludzi dostaje się oczywiście w ręce różnych wyzyski- waczów i oszustów, którzy wyłudzają obietnicami grosz ostatni, inni przejadają resztki swoich oszczędności w próżnem oczekiwaniu i pozostają na bruku zupełnie bez środków do życia. Dopiero teraz wobec takiego stanu rzeczy dotkliwie daje się odczuwać brak organizacyi po- średnictwa pracy, która pomimo akcyi zbiorowej wszystkich sekcyi Towarzystwa przemysłu i han- dlu, dotychczas nie przyszła jeszcze do skutku. Istnieją wprawdzie biura takie (np. przy sekcyi rolnej) na mniejszą skalę, które jednak są bez- radne w danym wypadku. Należałoby jednak zarządzić jakąś akcyę zbiorową, chociaż dorywczą, mającą na celu ostrze- ganie mieszkańców prowincyi, że dążenie do wiel- kich miast obecnie może ich tylko na ciężki za- wód narazić. Do pewnego stopnia ten obowiązek powinny wziąć na siebie towarzystwa i syndykaty rolnicze. Zen. P. EPILOGI. Ambicye i ambicyjki. Jako czynnik psychologiczny, ambicya gra w życiu jednostkowem i społecznem rolę potężną, ale nie zawsze korzystną. Dopóki celem ambit- nych dążeń jest chęć stworzenia czegoś doskona- łego w jakimkolwiek zakresie działalności ludzkiej, dopóty ambicya ma charakter szlachetny i daje re- zultaty niewątpliwie dodatnie. Z chwilą jednak, kiedy popędy twórcze będą podporządkowane pragnieniom niższego typu, kiedy człowiek przy- słoni swoją osobą dzieło i zacznie dbać o siebie samego, o zdawkowy poklask tłumu, o tanią popu- larność, z tą chwilą ambicya z czynnika dodatnie- go przeradza się w ujemny. Otóż jeżeli rzucimy okiem na to, co się u nas dzieje, to dostrzeżemy bardzo smutny objaw: Am- bicya w wielkim szlachetnym stylu należy u nas do rzadkości, gdy rozmaite drobne, zabarwione osobistym interesem ambicyjki rozrosły się bujnie, jak chwast na niepielonych zagonach. Patetyczne deklamacye, pełne namaszczenia wywody moralistów, gorączkowa ruchliwość wielu działaczów, zacięte polemiki de lana caprina — wszystko to stanowi najczęściej środek do zwróce- nia uwagi nie na sprawę, o której się mówi, lub pisze, lecz na osobę mówcy, agitatora, pisarza i t. p- Jednym z wielu ujemnych skutków takiego stanu rzeczy jest coraz większa nieufność ogółu do tych, którzy podjęli rolę kierowników opinii— Ludzie słuchają, czytają, ale nie biorą do serca górnolotnych frazesów, gdyż nie czują poza nimi żywego tętna szczerości i prawdy. Z nieufności rodzi się sceptycyzm, obojęt- ność, apatya, które wprowadzają do życia społecz- nego zastój i martwotę. Z. Teatr, muzyka, sztuki plastyczne. * „U|»iory“ Ibsena wystawiono w teatrze Wiel- kim na drugie przedstawienie abonamentowe. Warsza- wa oczekiwała tej sztuki na scenie od lat dwudziestu trzech, należało się przeto spodziewać, że teatr szczelnie będzie zapełniony. ' Tymczasem droższe miejsca świe- ciły pustkami. „Upiory" (a raczej „Widma")—wstrząsa- jący dramat dziedziczności, najdojrzalsze i najlepiej zbu- dowane dzieło Ibsena, należy do tych utworów drama- tycznych, które w czytaniu nasuwają mnóstwo refleksy', niepokoją i grozą napełniają duszę. Sztuka musi być grana idealnie, aby można wydobyć z niej wszystkie efekty, którymi autor tak hojnie ją wyposażył. ArtysO Rozmaitości opracowali całość bardzo sumiennie i, P°" mimo licznych usterek interpretacyi, stworzyli całość P°’ ważną. Końcowa scena obłędu Oswalda wywołała silne wrażenie. Żałować jedynie należy, że pomiędzy w,e' kiem głównych wykonawców a wiekiem odtwarzanych postaci był stosunek zbyt nieprawdopodobny. Zmień' się przeto zasadniczy ton utworu. Personel Rozmaitość' należy nieco odnowić, a przedewszystkiem dopuszczać częściej do wielkich ról artystów młodszych. * „Lilitli" (» Ormana nu scenie. W dniu 22-i"1 października r. b. witano piękny, rokujący świetną PrzV szłość, talent pisarski, i uczczono jednocześnie wielbi
887 ATAK GENERAŁA KONDRATOWICZA NA POZYCYE KUROKIEGO POD LAOJANEM. zasługę w dziedzinie sztuki dramatycznej. Zdarzyło się bowiem tak, iż premiera „Lilithy* Juliana Gcrmana zbieg- ła się z datą dziesięcioletniej działalności Tadeusza Pa- wlikowskiego w teatrze polskim. Już samo nazwisko Pawlikowskiego mówi u nas tak wiele, że zbyteczna tu niemal analiza jego owocnej dekady. W traktowa- nie bajki p. Gcrmana Pawlikowski zabłysnął znowu jako niezrównany mettenr en scene, którego pozazdro- ściłby nam mogły pierwszorzędne teatry europejskie. Nie oglądający się, na nic gdy idzie o osiągnięcie celu, dał Przedewszystkiem niebywale wspaniałą oprawę. Tem olśnił ’ Przykuł oko widza. Następnie „ustawieniem“ ról dopo- wiedział słuchaczowi to, co dla niego być mogło zanadto sytnbolicznem i niejasnem. Wreszcie wydobył i nakazał niejako nastrój, pchnąwszy całość zdecydowanie artystycz- ną, pewną ręką. Tak przewinęła się bajka, jak baśń cza- rna ku pożytkowi sceny i autora. Mówimy: „ku po- ży(kowi autora,” bo jeśli trudził się znojnie i ofiarnie Pa- wlikowski, czynił to niewątpliwie w tern przekonaniu, iż Po „Lilicie” p. Germana da teatrowi „Samsona...” Just to stałe rozumowanie artysty i obywatela, który nieraz dla jednej, rzuconej z talentem sceny poświęca szereg kosztownych wieczorów. Nie sposób mówiąc o dziele, jego utalentowanym twórcy i współtwórcy niejako, nie wspomnieć i o wykonawcach „Lilithy.” Głów- n* 2 nich sportretowani są w dołączonych rycinach. । *ęc p. Bednarzewska, która w „Lilith rudowłosą” przę- dą cały powab niewieści i bogaty swój liryzm. Więc Ujmująco młodzieńczy i recytujący doskonale Studenta P- Tarasiewicz. Wreszcie Solski, który z trudnej bardzo r°H Królewicza z bajki wykrzesał arcydzieło. Jak przej- tnującc był0 zjawienie się Postaci (p. Solska)! jakie sylwety wyborne pp. Chmielińskiego, Feldmana, Jawor- iego, którzy wszyscy mieli z symbolami do czynienia! iak znowu dostrojeni p. Stachowiczowe, Kwiatkiewicz, lerowski, Nowacki, Janusz (obiecujący debiutant) i in- yuh legion! Część dekoracyjna przyniosła rzetelny za- Zczyt p. Jasieńskiemu, który i jako maszynista z naj- ardziej fantastycznymi pomysłami autora gładko się uP°ral, tc • ( . * W-dniu 28-ym z. m., rozstrzygnięto konkurs '“•mii# Konstantego Wolodkowieza na operę, osnutą lug życzenia ofiarodawcy na tle poematu Malczew- skiego „Marya”. Z pośród czterech nadesłanych party- tur przyznano nagrodę rub. 5,000 pracy pod godłem „Czucia jędrne a serdeczne.” Autorem opery nagrodzo- nej jest p. Roman Siatkowski, twórca „Filenis.” Sąd konkursowy, zgromadzony w mieszkaniu bar. Kronen- berga, składali p.p.: L. bar. Kronenberg, Emil Młynarski, Z. Noskowski, Jan Reszke i Wł. Żeleński, o * Drugi koncert symfoniczny odbędzie się d. 18 b. m. Batutę dzierży Zygfryd Wagner, który pokie- ruje wykonaniem dzieł genialnego ojca, znakomitego dziada i swoimi utworami. Program obejmuje pomię- dzy innemi słynną Idyllę „Zygfryd,” napisaną na cześć mło- dego Zygfryda. * Zygmunt Noskowski rozpoczyna pogadanki z dziedziny muzyki wokalnej i instrumentalnej. Odczyty odbywać się będą stale w każdą niedzielę. * Dr Alfred Nossig wygłosi w d. 18 b. m. w Filharmonii odczyt zatytułowany: Muzyka na tle sa- lonów zagranicznych. Pogadankę uświetnią popisy 1 solowe Barcewicza, Myszugi i K. Jaczynowskiej, którzy wykonają utwory polskie, ciesząc się największą popu- larnością w salonach zagranicznych. * Will) Hamacher, wzięty pejzażysta niemiecki, cieszy się też szczególnem szczęściem do medalów i odznaczeń. Zebrał ich podobno niesłychanie wielką liczbę na wystawach wszystkich krajów świata—istny kolekcyonista. W tych dniach salon p. Krywulta, wysta- wił szereg jego większycłi i mniejszych obrazów, co dajc możność sprawdzenia, jak wygląda twórczość tak ogólnie honorowanego za górami artysty. Krajobrazy jego tu obecne świadczą rzeczywiście, iż jest to mistrz bardzo świadomy swych środków, doskonały technik, malarz pełen siły i subtelności w odczuciu tych najtrud- niejszych, przemijających efektów kolorystycznych, któ- rych bezpośrednio z natury notować nie podobna, jak dajmy na to pewne wrażenia nocy księżycowych, nadto jest on wybornym rysownikiem kształtów zmiennych, nie dających się zmusić do trwałego pozowania, jakiemi są fale wód morskich. Są to zatem nietylko wyłącznie sumienne studya pejzażowe, ale syntezy artystyczne du- cha twórczego i umiejętnej obserwacyi, co nadaje dzie- łom tym moc głębszego zainteresowania widza. Zrozu- mienie wody w jej kształtach, barwach i połyskliwości czy- ni z niego przedewszystkiem wybornego marynistę. Jest ona zawsze w tych obrazach przejrzysta, wilgotna, nad- zwyczajnie żywa i ruchliwa. Najlepsze są też te miano- wicie, których woda jast głównym tematem jak: „We- necya,” „Łódki rybackie,” „Topniejący lodowiec” i inne. Z Dalekiego Wschodu. Dzień urodzin mikada (3-go b. m.) miał być— według oddawna obiegających w prasie po- głosek—dniem generalnego szturmu do Portu Ar- tura. O ile z nadchodzących ustawicznie telegra- mów sądzić można—szturm taki nastąpił rzeczywi- ście i miał charakter decydującego. Niejednokrotnie przedtem pisano już o „osta- tecznych" szturmach—była to jednak pomyłka, wy- nikająca z niedokładnej u korespondentów znajo- mości siły odpornej twierdzy. Nieraz pisano o zdo- bywaniu „fortów"—jak się okazuje jednak, były to tylko wysunięte przez fortami, silne pomocnicze pozycye. Zdobywanie właściwych fortów, czyli obwarowań zbudowanych z betonu i zaopatrzonych w niezmiernie trudne do przebycia przeszkody, nastąpiło dopiero w ostatnich tygodniach, t. j. wte- dy, gdy rozpoczęto burzenie obwarowań murowa- nych z olbrzymich dział największego kalibru. Najważniejszą przeszkodą do ręcznego ataku na fort murowany, jest -oprócz znajdujących się przed nim w pewnej odległości sieci drutów kol- czastych, wilczych dołów, min i t. p.—olbrzymia fosa, czyli rów murowany dochodzący do 50 stóp głębokości, bardzo szeroki najeżony na dnie ostry- mi kolcami z żelaza. Atakujących śmiałków, któ- rzyby bez uprzednich przygotowań znaleźli się w takim rowie, czeka śmierć niechybna. Krzyżo- wy ogień, skierowany na nich z poza murów i spe- cyalnie urządzonych skrytek dla strzelców, zmiecie
888 DWORZEC TYMCZASOWY W CHARBINIE. Fot. inżyniera Ed. Ossera. WOZY OCZEKUJĄCE ŁADUNKU W CHARBINIE. ich co do jednego. Dlatego też, zanim się zaata- kuje fort białą bronią, trzeba go „rozmiękczyć/ czyli zamienić w kupę gruzów za pomocą dział oblężniczych, których pociski, wymierzane z mate- matyczną dokładnością, działają wprost z demonicz- ną potęgą. Skoro już gruzy zwalonych murów napełnią olbrzymie fosy, armaty fortowe są zdemontowane, a składy z prochem wysadzone w powietrze, na pozostałą w forcie przerażoną dziełem straszliwego zniszczenia załogę rzucają się pułki oblegających i—rzadko kiedy chybia ten efekt szalonej odwagi atakujących z pogardą śmier- ci napastników. Zresztą od natury miejscowości zależy, czy obrońcy po zburzeniu murów mają jeszcze jakie naturalne zasłony, z za których mogą bezpiecznie strzelać do szturmujących, czy też po- zostaje im tylko walka na bagnety, noże i pięści. Port Artura leży, jak wiadomo, na stromych skałach. Po najstraszniejszem bombardowaniu po- zostanie więc tam zawsze skąd się bronić. Temu więc przedewszystkiem należy przypisać trud- ność zdobycia tej twierdzy. Jakie są wyniki generalnego szturmu — na- pewno jeszcze nie wiadomo. * * * Generał Kuropatkin wciąż jeszcze oczekuje na większą ilość posiłków, generał Ojama zas — prawdopodobnie na rozstrzygnięcie losów Portu Artura. Żadna z olbrzymich armii nad Szacho nie ośmiela się atakować pozycyi przeciwnika, leżących wprawdzie na odległość strzału, ale zamienianych z dnia na dzień w coraz silniejsze twierdze. Wrą tylko drobne walki. Przewidują jednak, że naprę- żona ta sytuacya zakończy się straszliwą bitwą, jeszcze krwawszą niż poprzednie... Dowódcą pierwszej armii mandżurskiej zo- stał mianowany generał Liniewicz, dowódcą trze- ciej armii mandżurskiej—generał Kaulbars. Dotychczasowe koszty wojny oblicza japońskie ministeryum skarbu na 576 milionów jenów. Stąd 411 piil. pokryto przez pożyczki, a 165milj. przez przeniesienie innych „conto“ na „conto“ budżetu wojennego. Z przeszłorocznego budżetu pozostała nadwyżka 48 milionów. Z różnych nowo zaprowadzonych podatków osiągnięto62 mil., które posłużą do pokrycia pożyczek. Bilans r. 1904/5 zamknięto nadwyżką 6,7 milionów. W budżecie roku przyszłego, który już wy- gotowano, figuruje pozycya kosztów wojny w su- mie 770 milionów. Pokryją ją podatki nadzwyczajne w sumie 90 mil., oszczędności na administracyi 70 milj., wreszcie pożyczki 610 milionów. Z Petersburga. Pisma petersburskie podały wiadomość o za- biegach towarzystw rolniczych w Królestwie Polskiem, które zwróciły się do władz właściwych z prośbą o zor- ganizowanie i rozpoczęcie robót publicznych, celem na- prawy położenia ekonomicznego ludności włościańskiej, przebywającej obecnie ciężkie chwile. W zakres owych robót publicznych wchodzi: oczyszczanie lasów skarbo- wych, kopanie w nich rowów, budowa i naprawa szos. %* Na mocy Manifestu Najwyższego pozwolono wrócić pewnej liczbie skazańców politycznych z gub. Archangielskiej. Na ogólną liczbę 760-ciu, miało prawo skorzystać z tego pozwolenia 60-ciu nieletnich i 75-ciu pełnoletnich. *** .Torg-Promyszl. Gazeta* donosi, iż postano- wiono podnieść w całem państwie kolejową taryfą oso- bową: pierwszej klasy o 20 proc., arugiej o 33 proc, a trzeciej o 25 kopiejek na odległość 400 wiorst. Po- wodem reformy mają być podobno straty na ruchu oso- bowym, obliczane na 39 milionów rb. Zdaje się, iż istnieje tu nieporozumienie w obliczaniu dochodów i strat. Ruch osobowy sam przez się rzadko kiedy daje dochód kolejom. Tutaj jednak w obliczeniu dochodów i strat należałoby wziąć pod uwagę co innego: przede- wszystkiem zbadać, o ile uprzystępnienie jazdy wpłynęło na ożywienie interesów ekonomicznych, a więc i ruchu towarowego. Zdaje się, że wychodząc z tego stanowiska, można byłoby dojść do wyników wręcz przeciwnych i... do utrzymania taryf dotychczasowych. * * * Wojna, wyczerpująca finanse państwowe, nie- wątpliwie przyczyni się do nowych zarządzeń fi- skalnych, celem wzmożenia dochodu i wyrównania luk. Już dziś z tego powodu mówią o wprowa- dzeniu podatku od dochodów. Ten najracyonal- niejszy system podatkowy istnieje już oddawna w kilku państwach zachodnio-europejskich z Do- wodzeniem i jeżeli będzie wprowadzony w Rosyi, to niewątpliwie oprze się na zasadach już wypró- bowanych gdzieindziej. Nowości tej boi się wie- lu większych płatników, a jednak uniknąć tego nie można, i niewątpliwie podatek ten wejdzie w ży- cie, jeżeli nie podczas wojny, to natychmiast po wojnie. Najtrudniejszą jest rzeczą określić istotne do- chody danej jednostki. Dochód przemysłowy, a poniekąd i handlowy, da się mniej więcej w przy- bliżeniu określić przez inspekcyę podatkową; ale o wiele trudniej będzie z dochodem zarobkowym różnych profesyi. Tutaj chyba będzie brana pod uwagę stopa życiowa, mieszkanie i t. d. Reforma zapewne będzie wzorowana na sy- stemie angielskim lub pruskim, gdzie podatek do- chodowy jest pobierany od pewnej minimalnej wy- sokości. W Anglii np. zaczyna się od 500 fun. st. (1,500 rub.), w Prusiech- -od 900 marek. Dalej zaś następuje stopniowy wzrost procentowy podatku w stosunku do wysokości dochodów. Dodajmy, że za granicą podatek dochodowy wprowadzono prze- ważnie pod wpływem nadwątlenia finansów przez wojnę. W Rosyi po roku 1812 wprowadzono również pewnego rodzaju podatek dochodowy (od dobrowolnie określonych dochodów), ale na krót- ko. Następnie kilka razy tę sprawę poruszano i odkładano. Obecnie jednak można przypuszczać, iż wejdzie ona w życie. P. ZŁOTE LISTKI. Niejedno gospodarskie są prawa, jako się mają przeciwko gościom zachować, ale też jako goście przeciwko gospodarzowi. Paradoxa koronne, 1603 r. * * * Wyżej stoi, kto dziwi, bliżej—kto nas wzrusza; Najpełniej na ton duszy odpowiada dusza. Józ. Ep. Mutasowicz. * & * Duch ludzki jest jak magnes: z początku le- dwo sztabkę dźwignie, potem centnary w górę podnosi. J. I. Kraszewski. * * * Dusza z ciałem odprawia ustawiczne wojny; Rzadko kiedy ta para miewa czas spokojny. J. J. Zahtski. * * * Niegdyś było więcej gwałtu, dziś więceJ zdrady i fałszu; z dwojga złego wolę wilka, rii^ lisa lub węża. A. Fredro. * * * Czas jest to wiatr: on tylko małą świecę zdmuchnie. Wielki pożar od niego tern mocniej wybuchnie. Adam Mickiewicz.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 46 889 Nasze ryciny. LEON WYCZÓŁKOWSKI: PORTBET Józefa Chełmońskiego. Portrety Wyczółkowskiego odznaczają się zawsze °ryginalncm ujęciem odtwarzanej na płótnie postaci. Wśród licznych a doskonałych prac tego rodzaju reprodukowany w bieżą- cym numerze portret znakomitego artysty naszego, J. Chełmońskiego, wyróżnia się szczególnie nietylko pod względem czysto malarskim, lecz i pod względem psycholo- gicznym. W tej twarzy pełnej charakteru, W tych oczach patrzących przed siebie ze spokojem i pewnością, a zarazem z serdecz- nem rozmarzeniem, dostrzegamy coś więcej nad zwyczajne podobieństwo portretowe. To niejako uosobiona synteza twórczości Wielkiego malarza, który odczuł i utrwalił na płótnie poezyę naszych pól, łąk, lasów, słowem: naszej przyrody. Kto zna obrazy Chełmońskiego i spojrzy na ten portret, ten dostrzeże odrazu pokrewieństwo duchowe: łączące duszę artysty z duszą jego dzieł. Praca Wyczółkowskiego- to więcej niż por- tret: to plastyczny symbol działalności jed- nego z największych mistrzów sztuki pol- skiej. Edgar chahin: zaułek pary- ski.—W ostatnich czasach wielu artystów zaczęło uprawiać sztuki graficzne nie w cha- rakterze odtwórców, lecz twórców. Zamiast reprodukować na miedzi, drzewie czy ka- mieniu cudze obrazy lub rysunki, sztycharz sam wykonywa kompozycyę na odpowied- niej płycie, sam ją rytuje, trawi i t. p. * sam odbiia na papierze, miarkując odpo- wiednio siłę tonów. Metoda ta—a właści- wie cały szereg samodzielnych, ale dających się z sobą łączyć metod — ma tę wyższość nad zwykłem malowaniem, czy rysowaniem, Ze zamiast jednego egzemplarza daje kilka- dziesiąt, a nawet i więcej dzieł, posiadają- cych do pewnego stopnia charakter orygi- nałów. Krótko mówiąc, jest to szlachetny sposób demokratyzacyi sztuki, gdyż udo- stępnia dzieła wartościowe nawet warstwom niezamożnym. Dzieło Chahina, którego re- Produkcyę dajemy obecnie, jest autoakwa- fortą. Autor przedstawi! na niej szmat ży- cia paryskiego. Nie jest to ów Paryż kos- mopolityczny, pełen olśniewającego i ku- szącego zbytku, lecz Paryż, ukryty przed °czyma turystów, Paryż, gdzie gnieździ się Proletaryat. W pracy Chahina dążność do oddania charakteru odtwarzanych figur 1 Przedmiotów panuje nad potrzebą łącze- n'a linii w piękne kombinacye. Chahin nie stylizuje życia, lecz odtwarza je w ca- łej prawdzie. Pomimo pospolitości, a na- wet brzydoty figur, kompozycya sprawia "'rażenie interesujące i estetyczne, dzięki Przepysznemu i pełnemu wyrazu, a zarazem bezmiernie subtelnemu rysunkowi, oraz JjLrytej pod pozornym bezładem symetryi. 'a dwóch krańcach rysunku stoją dwie Pfzekupki, różne w typie i liniach, ale od- powiadające sobie wzajemnie pod wzglę- dem czysto plastycznym. Środek zajmuje góipa trzech osób, tworząc główne ognisko obrazu. W głębi roją się żywe i doskonałe 'v ruchu sylwetki biedaków, handlarzy handlarek. Perspektywa linijna i po- ^'etrzna świadczy o wyczulonem oku i zna- Omitej technice artysty. Stanisław pstrokoński: dzie- w^czka ŚREDNIOWIECZNA. Potni- ' 0,0 że na obrazie tym nie widzimy dramatycz- nej sceny, tylko wdzięczną i wyrazistą głów- ’ młodego dziewczęcia na tle drzew i liści, ^Wor Pstrokońskiego zasługuje w zupełności miano doskonałej kompozycyi malarskiej. Oralnie, że wyraz „kompozycya" należy w szerszem znaczeniu, niż się u nas ac zwykło. Spokojne linie twarzy i fi- gury dzieweczki tworzą bardzo efektowny kontrast z powikłanemi liniami gałęzi, przez które prześwieca jasne niebo. Obraz Pstro- końskiego jest kompozycyą nawskroś de- koracyjną. Wartość jej polega przedewszyst- kiem na umiejętnem zharmonizowaniu linii oraz plam barwnych, które wiążą się w ca- łość niezwykle pociągającą i piękną. Kronika. SPOŁECZNE. W dniu 2-im b. m. odbyło się posiedze- nie komitetu Kasy literackiej pod przewod- nictwem p. Juliana Adolfa Święcickiego. W toku obrad postanowiono, stosownie do porozumienia się z ofiarodawczynią sumy wieczystej rub. 4,500, p. Hortensyą Lewen- talową, że 20% z odsetek od rzeczonej kwoty wpływać będzie na fundusz obroto- wy i ma być wykazywane jako część do- chodu od fundacyi imienia Franciszka Sale- zego Lewentala, 80% zaś przeznaczone bę- dą na nagrody dla autorów wybitnych po- wieści i sztuk dramatycznych, wystawia- nych na scenie warszawskiej. W każdem pięcioleciu połowa przeznaczonych na na- grody odsetek będzie przyznawana za po- wieść, a druga — za sztukę dramatyczną. Przyznawać i wypłacać nagrody ma zawsze komitet Kasy literackiej albo też grono sę- dziów, przez komitet Kasy zaproszonych, z udziałem każdorazowo jednego z człon- ków redakcji Kuryera Warszawskiego, lub literata wskazanego przez wspomnianą redakcyę. o Jak donoszą dzienniki tutejsze, projekt reformy dyrekcyi szczegółowych Tow. Kred. Ziemskiego, wypracowany na żądanie mini- steryum skarbu przez specyałną komisyę w temże Towarzystwie, stracił obecnie wi- doki urzeczywistnienia się. Motywem za- wieszenia w tej sprawie odpowiedniej de- cyzyi ministeryum jest obecne położenie ekonomiczne, przy którem wprowadzenie podobnej reformy w łonie jedynej u nas instytucji kredytowej ziemskiej wpłynęłaby niezwykle ujemnie na prawidłowy bieg spraw rolniczych, o ROCZNIK. P. Henryk Mintowt-Juszkiewicz, redaktor wydawnictwa zbiorowego p. t.: „Jcdnorocz- nik naukowo-literacki akademików war- szawskich,' uprasza młodych autorów, pra- cujących na niwie naukowej, literackiej Stół przystrojony na kursach 5-ciodniowych zdobnictwa kwiatowego, urządzonych po raz pierwszy przez Towarzystwo pszczelniczo-ogrodnicze we wrześniu r. b. Do deko- racyi użyto łodyg szparagu ozdobnego, gron jagodowych, jarzębiny i głogu wielko- owocowego, oraz georgini ciemno-ponsowych, trytom i storczyków. Fot. J. Moszczyński. i artystycznej, uczęszczających do uniwer- sytetu warszawskiego, o nadsyłanie prac, przeznaczonych do „Jednorocznika" pod adresem: Henryk Juszkiewicz, Marszałkow- ska Nr 62. Termin nadsyłania utworów upływa w dniu 31-ym marca r. p W celu unormowania objętości wydawnictwa auto- rowie proszeni są o przysłanie w czasie możliwie najkrótszym deklaracyi, zawierają- cych dane co do przypuszczalnych rozmia- rów i treści pracy, o PRZEMYSŁ, ROLNICTWO I HAN- DEL. Obecny ogólny zastój przemysłowy w Królestwie zniewolił niektóre towarzystwa fabryczne do starania się u odpowiedniej władzy o pozwolenie zmniejszenia kapitału zekladowcgo. Obecnie pozwolono uczynić to dwom towarzystwom akcyjnym, miano- wicie towarzystwu zakładów „Skarżysko" zmniejszyć kapitał z 750,000 rubli do 450,000 i towarzystwu warszawskiej fabryki koronek i firanek Fajnkinda z 2,000,000 do 1,000,000 POLACY ZA GRANICĄ. Dnia 4-go b. m. otwarto w Paryżu w ga- leryi malarzy współczesnych przy ul. Cau- martin Nr 19 wystawę obrazów pendzla Jana Chełmińskiego, osnutych na tle dzie- jów Księstwa Warszawskiego. Cykl składa się z dziesięciu dzieł, opatrzonych poni- żej wymienionymi tytułami: „Poświęceni!* Lipsk 1813 r. (śmierć ks. Józefa Poniatow- skiego), „Szwadron Napoleona na Elbie,* „Pod Berezyną* 1812 r., „W Hiszpanii 1810 r.,“ „Ks. Józef Poniatowski, wódz armii polskiej," „Generał Jan Henryk Dą- browski," „Szef szwadronu 7-go pułku ułanów Nadwiślańskich,* „Adjutant ks. Jó- zefa Poniatowskiego," „Przewodnik ks. Jó- zefa" i „Odbudowanie armii polskiej Ks. Warszawskiego." Seryę tę, złożoną z 48 obrazów wydaje księgarnia paryska Plon, Neurrit i S-ka. Tekst pióra Wacława Gą- siorowskiego przełożył na język francuski Bronisław Kozakiewicz, o ŚWIAT KOBIECY. Ogłoszone za ubiegłe półrocze sprawo- zdanie Tow. ochrony kobiet wykazuje roz- wijającą się wciąż działalność instytucyi. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy zdołała ona umieścić w istniejących zakładach dob- roczynnych 10 małoletnich dziewcząt, za- pewnić pracę 65-iu kobietom, otoczyć opie- ką 6 młodych podróżnych, wyrwać z rąk pośredniczek dwie dziewczyny, przeznaczo- ne na handel żywym towarem, zająć się 110-ma choremi po wypisaniu ich ze szpi- tala, oddać do zakładów poprawczych na koszt Tow. 12 dziewcząt upadłych, zaofia- rować 35-iu bezdomnym wyrobnicom tym- czasowe schronienie, a 27-iu stałe. Cyfry to, jak na półmilionowe miasto, drobne, świadczą jednak o ruchliwości stowarzysze- nia i dobrem zrozumieniu podjętych zadań. —W mieście naszem przy ulicy Nowo- grodzkiej Nr 21 powstaje zakład pod na- zwą „Domu św. Zyty" (patronki sług), któ- rego celem wytworzenie typu wzorowej służącej we wszystkich rodzajach służby domowej. Nauka obejmować ma: kuchar- stwo, służbę pokojową, pranie i prasowa- nie, szycie, cerowanie, łatanie, znaczenie. Najdłuższy kurs dwuletni. Zdolne uczen- nice otrzymają świadectwa i wypuszczane będą wcześniej. Prócz stałych dziewcząt w internacie, przyjmowane będą i przy- chodnie. Projektowany jest również kurs kucharstwa dla panien. Przy zakładzie bę- dzie zaprowadzona jadłodajnia z wydawa- niem obiadów codziennie od 1-ej do 3-ej w cenie 40 kop. Dom św. Zyty wynajmu- je kilka pokojów dla stałych lokatorek, aby wyćwiczyć w usłudze wychowanki; przyj- muje również bieliznę do prania, szycia i naprawy z miasta. Roczna składka zwy- czajnych członków wynosi 3 rub., nadzwy- czajnych 6 rubli. Członkowie honorowi wnoszą jednorazowo przynajmniej 100 rub. —Ministeryum oświaty zawiadomiło kurato- ra warsz. okręgu naukowego, że procent wolnych słuchaczek wyższych kursów żeń- skich w Petersburgu pozostaje bez zmiany. Liczbę słuchaczek Żydówek powiększono o 5% z utrzymaniem wszakże prawa, za- braniającego im uczęszczania na kursy, ja- ko wolne słuchaczki.—Konfercncya akade- mii lekarskiej wojskowej w Petersburgu uznała za możliwe dopuszczanie kobiet le- karzy do egzaminów na stopień doktora medycyny, cw HYGIENA. Po porozumieniu się z prezesem war- szawskiego Tow. hygienicznego, urząd le- karski wypracował obecnie projekt ustawy, powołanej do życia przez rzeczone Towa- rzystwo opieki sanitarnej w Warszawie, ma- jącej na celu obznajmienie się i przygoto- wanie opisu miasta pod względem sanitar- nym oraz współdziałanie z władzami sani- tarnemi i miejskiemi w zakresie polepsza- nia warunków hygienicznych Warszawy. Członkami opieki będą rzeczjrwiści człon- kowie Towarzystwa hygienicznego, lekarze i technicy, wybrani przez radę Towarzy- stwa i zatwierdzeni przez oberpolicmajstra m. Warszawy na czas nieograniczony. Członkowie opieki, czyli tak zwani opieku- nowie sanitarni, działać będą w wyznaczo- nej każdemu z nich części miasta, w razie jednak stwierdzenia jakichkolwiek niedo- kładności gdzieindziej, mogą oni działal- ność swą rozszerzyć i poza granice powie- rzonych im okręgów. Projekt ustawy przed- stawiono do zatwierdzenia władzy wyższej, o Na ostatniem posiedzeniu Tow. hygie- nicznego przewodniczący oznajmił zebranym fakt otwarcia i poświęcenia w Nałęczowie kąpieli ludowych im. Bolesława Prusa, urządzonych wzorowo kosztem około 3,000 rubli. Kąpiele te zyskały prawdziwe uznanie wśród okolicznych włościan. Poza tem odczytał przewodniczący, w zastępstwie chorego obłożnie d-ra Wernica, referat o wy- stawach ruchomych i instruktorach hygie- nicznych, w którym pragnie autor jak naj- szerszego rozszerzenia działalności Towa- rzystwa hygienicznego na prowincyi. Mię- dzy innymi proponuje on następujące środ- ki: utworzenie przy oddziałach prowineyo- nalnych sekcyi w małych miasteczkach dla urządzania odczytów, rozdawania broszurek i t. p. Do mniejszych miejscowości, gdzie
890 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 46 nie można byłoby urządzić takich sekcyi, należałoby wysyłać prelegentów, którzy rozszerzaliby wśród ludności okolicznej naj- niezbędniejsze wiadomości z zakresu hy- gieny. Koszt takich ruchomych odczytów wyniósłby około 300 rubli rocznie na od- dział. Nadto przyjęto z uznaniem projekt d-ra Macieszy z Płocka w sprawie utworze- nia przy urządzanej we wrześniu r. p. wy- stawie Towarzystwa rolniczego oddziału hygienicznego, oraz powzięto myśl założe- nia muzeum hygienicznego wystawowego ze stałym punktem oparcia w Warszawie, o ZMAHLI. Ks. Maryan Dmochowski, kapłan z dye- cezyi płockiej, zmarł w Warszawie, prze- żywszy lat 39. o Józefa z Tronowskich Krastiodębska, wdowa, zmarła w Warszawie d. 4 b. m o Julia ze Święcickich Mieczysławowa Janczewska, wdowa po doktorze medycy- ny, zmarła dnia 5-go b. m. we wsi Mzurki, pow. Piotrkowskiego, o Ludwik Dzwonkowski, podpułkownik 3-go pułku strzelców, oraz wojskowy na- czelnik na czas mobilizacyi w pow. Go- styńskim, zmarł tragiczną śmiercią, ode- brawszy sobie życie wystrzałem z rewol- weru z powodu niestawienia się na okre- śloną godzinę 26 zapasowych, którym na osobistą odpowiedzialność pozwolił opuścić koszary dla pożegnania rodzin i załatwie- nia spraw domowych. Zmarły na kilka dni przed zgonem rozdał rodzinom powo- łanych całą znajdującą się przy nim go- tówkę, a w przeddzień katastrofy czuł się bardzo zdenerwowany, o Konstancya z Zaborowskich Kowalew- ska, wdowa po obywatelu ziemskim gub. Kaliskiej, zmarła w Kopyści pod Łaskiem, przeżywszy lat 66. o Kazimierz Nowakowski, adwokat przys., radca prawny Rady miejskiej dóbr, pub- licznej, zmarł w Warszawie dnia 5-go b. m., przeżywszy lat 46. o Teofila z Włoczewskich Kwiatkowska, b. obywatelka ziemska, zmarła w Warsza- wie dnia 5-go b. m., przeżywszy lat 85. o Walentyna Dchnel, b. przełożona pensyi w Kaliszu, zmarła w Warszawie dnia 4-go b. m., przeżywszy lat 80. o Ze świata. STULETNI JUBILEUSZ KODEKSU Napoleona. Dnia 31 października ob- chodzono w Paryżu świetnym bankietem jubileusz stuletni kodeksu cywilnego Napo- leona. W uroczystości, która się odbyła pod przewodnictwem ministra sprawiedli- wości, uczestniczyło około 400 osób. Po- nieważ kodeks ten pod wielu względami upośledza w prawach kobiety, różne stowa- rzyszenia feministyczne założyły protest przeciwko obchodowi. WYM.OBDOWANIE MISYONARZY katolickich na jednej z wysp archipelagu Bismarka nastąpiło z przyczyn, bliżej jeszcze niezbadanych. Stacya misyi, zwana stacyą św. Pawła, istniała od r. 1897 i, jak się zdawało, rozwijała się pomyślnie. Posiada- ła dwie szkoły i dwa domy sierot dla dzie- ci tubylców Stacyę wybudowano o dwie godziny drogi od posterunku wojskowego, w głębokim lesie zwrotnikowym. Misyo- narze pobudzali tubylców do uprawy miej- scowych roślin i, nauczając wiary Chrystu- sowej, sieli kulturę pod każdym względem. Dnia 26 sierpnia r. b. miało nastąpić po- święcenie nowo wybudowanego kościoła. Ojciec Rascher, pod którego kierunkiem odbywały się prace misyi, oraz pięć Sióstr Miłosierdzia, wśród których znajdowała się Polka, Siostra Angela, dwóch jeszcze mi- syonarzy — wszyscy dawali przykłady bez- względnego poświęcenia i zapału. Pozna- wali język i obyczaje dzikich Baini.igóW, wśród których żyli, postępowali z mmi, .SIOSTRA ANGELA. zdawało się jak najtaktowniej, stara- jąc się wniknąć w ich obyczaje i sposób myślenia. Dlatego też zamordowanie (no- żami i pałkami) 13 sierpnia misyonarzy i Sióstr, znajdujących się w misyi, jak to stwierdzono właśnie przez ludność okolicz- ną, jest rzeczą dla znających stosunki miej- scowe niepojętą, k JOHN LOCKE. D. 28 października r. b. upłynęło lat dwieście od śmierci znakomi- tego filozofa angielskiego, Johna Locke’go, (ur. 1632 r. w Wnngton pod Bristolem), jednego z głównych twórców nowożytnej kultury filozoficznej. W swojem słynnem dziele „An assay conccrning human under- standing' (Badania nad rozumem ludzkim) starał się udowodnić teoryę, zwaną sensu- alistyczną, w której za źródło wszelkich pojęć i wszelkiej wiedzy uważa wrażenia zmysłowe, lub refleksyjną obserwacyę sta- nów własnej duszy. „Nihie est in intellectu, quod non fuerit insensu'—było zasadą Loc- ke’go, która później u Jana Śniadeckiego wyraziła się tak: „Bez rzeczy zewnętrznych niema wrażeń zmysłowych, a bez wrażeń zmysłowych niema pojęć i myśli.' Przy- puszczając, że poznanie polega na postrze- ganiu tożsamości, lub różnicy, względności, współistnienia i rzeczywistego bytu naszych wyobrażeń, nie uwzględniał Locke zupełnie możliwości t. zw. „idei wrodzonych.' Loc- ke uważany jest również, dzięki swoim badaniom nad "poznaniem, za ojca psycho- logii doświadczalnej. Był też w Anglii pierwszym pionerem racyonalnego wycho- OBCHÓD SETNEJ ROCZNICY KODEKSU NAPOLEONA W SORBONIE PARYSKIEJ. wania, przeciwnego pedanteryi - szkolnej. W filozofii religijnej wierzył w objawienie, które starał się jednak utożsamić z rozu- mem. Na dzieła jego duży wpływ wy- warły pisma Descartes’a. W życiu odzna- czał się prawością charakteru. Jego dzia- łalność polityczna zaznaczyła się głównie napisaniem książki „O tołerancyi," w któ- rej głosi zasadę swobody przekonań i wy- znania. k JOHN LOCKE. ZMARLI. Paweł Cassagnac, słynny mówca parla- mentarny francuski, nieubłagany bonapar- tysta. Odznaczał się płomiennemi prze- mówieniami i gwałtownym charakterem, co go narażało na częste pojedynki. Ur. 1843 r. Redagował przez dłuższy czas dziennik Pays. Wzięty do niewoli pod Sedanem, przebył w twierdzy Kozel dwa lata. Po upadku cesarstwa nie przestawał pracować dla bonapartyzmu, a nawet po śmierci mło- dego cesarzewicza nie opuścił rąk, popełnił jednak błąd polityczny, obwołując za głowę partyi nie ks. Hieronima, lecz jego syna, i sprowadzając w partyi rozdwojenie. Po upadku Boulangera (od r. 1893) poświęcił się już tylko publicystyce. Obecnie partya bonapartystowska nie ma we Francyi pra- wie żadnego znaczenia. Zmarł 6 b. m. k Polityka. Kampania żywiołów nacyonalistyczno-kle- rykalnych przeciwko rządowi Combes’a, podjęta w obronie zagrożonego konkordatu, której pierwszą fazę streściliśmy pokrótce w poprzedniej kroniczce, rozwinęła się w dalszym ciągu bardzo gwałtownie i do- szła tak wysokiego stopnia napięcia, iż w końcu spowodowała prawdziwą burzę, skandal parlamentarny w wielkim stylu. Jak wiadomo, deputowany Guyot dc Ville- neuve na podstawie dokumentów jakoby wykradzionych z ministeryum wojny i archi- wum Wielkiego Wschodu wolnomularskiego, zarzucił ministrowi wojny, że w armii istnieje system dcnuncyacyi przekonań i protekeya wolnomyślnych republikanów ze szkodą katolików i zachowawców. Za- rzut ten naraził gabinet na bardzo krytycz- ne przejście, z którego wyszedł zwycięsko tylko niewielką większością głosów. Otóż punkt kulminacyjny sprawa osiągnęła, gdy generał Andre na następnem posiedzeniu oświadczył, iż pozostanie na stanowisku bez względu na ataki i szyderstwa opozy- cyi: deputowany Syveton wskoczył wów czas na trybunę i dwukrotnie uderzył 67- letniego ministra pięścią w twarz tak, że ten, zbroczony krwią, upadł na ziemię. To dało pochop do zażartej bitwy na pięści, w któ- rej wzięła udział cała izba i która trwała kilka minut. Po przerwie kilkogodzinnej posiedzenie rozpoczęto nanowo: izba przy- jęła 343 głosami przeciwko 246 porządek dzienny, wyrażający wotum zaufania dla rządu. Skandal więc wbrew oczekiwaniom nacyonalistów, zakończył się dla rządu tryumfalnie, nawet gdyby generał Andre był zmuszony ustąpić z powodu odniesio- nego szwanku na zdrowiu. Syvctona czeka podobno kilkoletnie więzienie. Zajście wywołało ogólne oburzenie i liczne wyrazy sympatyi dla gen. Andre nawet ze stro- ny nieprzychylnych mu politycznie osób. —We Włoszech odbywają się w obecnej chwili wybory do parlamentu rozwiązanego przez Giolittiego, wybory, wzbudzające wiel- kie zainteresowanie wskutek udziału w nich katolików zamieszkałych na terytoryum by- łego państwa Kościelnego. Papież nie zniósł wprawdzie ofieyalnie znanego zakazu bra- nia udziału w życiu parlamentarnem, posta- nowił jednak milcząco tolerować wykony- wanie prawa wyboru czynnego; wybór bier- ny po dawnemu pozostaje wzbroniony. Gio- lotti rzeczywiście uzyskał dla siebie po- myślniejszą niż dotychczas konjunkturę po- lityczną w nowej izbie. Walka wyborcza tak absorbuje Włochów, że nawet rozruchy antiwłoskie w Insbruku schodzą wobec niej na drugi plan. Mimo to rozjątrzenie jest wielkie z tego powodu i dodajmy, zupełnie uzasadnione. Hakatystom niemieckim w Ty- rolu nie podobało się otwarcie włoskiego wydziału prawniczego w stolicy prowincyi. ze zwykłą więc „energią,' opartą na prze- wadze liczebnej, połamali i zniszczyli całe urządzenie wewnętrzne budynku, wywołu- jąc przytem szereg bójek i zajść z przed- stawicielami znienawidzonej narodowości zarówno jak z policyą, bójek niejednokrot- nie krwawych. Są zabici i ranni. Na uli- cach skonsygnowano wojsko. Demonstran- cye trwają w dalszym ciągu i wywołały kontr-rozruchy, skierowane przeciwko Niem- com w miastadi z przeważającą ludnością włoską. — Zawarto dwa traktaty roz- jemcze: sekretarz stanu Hay i p. Jusserand ambasador francuski w Waszyngtonie, pod- pisali układ, mocą którego nieporozumienia między Stanami a Francyą mają być r>a przyszłość oddawane do rozstrzygnięcie są- dowi polubownemu. Dnia 30 z. m. zas, traktat podobny, oparty na postanowieniach konwencyi haskiej, podpisany został prze2 rosyjskiego ministra spraw zagraniczny^1 i nadzwyczajnego posła belgijskiego.—Admi- rał Rożestwieński opuścił Tanger i udał się w dalszą drogę na Daleki Wschód. Orga nizacya międzynarodowej komisyi śledczej w sprawie wypadku na morzu Północnem jest w toku.
891 KSIĄŻKI 1 WYDAWNICTWA PGRYODYCZNG. KSIĄŻKI POLSKIE. * Jan Augustynowicz: W pryzma- cie. (Warszawa. 1905. Nakład księgarni G. Centnerszwcra i Ski, str. 143 w 16-ce. Cena rub. 1.20).- Pryzmat p. Augustynowi- cza rozszczepia życie na krwawe, ponure Widma. Zajmują go przeważnie „sytuacye nadzwyczajne," zapisywane w dziennikach do kroniki wypadków i skandalów. W pre- tekstach do tworzenia niezbyt jest wybred- ny: śpiewak schodzi z estrady, aby po- witać w krzesłach kobietę, którą kochał od- dawna, a która teraz jest żoną innego; na cmentarzu odbywa się pogrzeb „upadłej" dziewczyny; śmierć we własnej osobie, to jest „we fraku, białych rękawiczkach i bia- łym krawacie", rozmawia z profesorem filo- zofii, Małgośka, opuszczona przez hrabicza, wiesza się na suchej gałęzi; Julię inny hra- bicz zrujnował moralnie; nożowcy mordują się z zazdrości; Kamil, straciwszy Amandę, topi się z rozpaczy i t. p. „Nastroje" wy- dobywa autor za pomocą tłumnego nagro- madzenia wyrazów, nad którymi nie panuje zgoła. Porusza bryły, ale nie umie ująć ich w kształtne linie. Oto próbka jego ideacyi: „Wtopił się znowu w ośrodki mózgowe... Chciał wydrzeć olśnienie praw- dy, wżarte, niby ostrza, poznania. (?) Rył się we wspomnieniu—trud płomieniem cis- nął mu duszę (?). Lęk odrywał go—co chwila wracał ku temu, tryumfem miażdżo- ny doszczętnie. Myśl biczowała go, plwa- jąc mu w oczy." * Dr Jan Yniliinger: Filozofia Nie- tzschego. Z drugiego wydania oryginału przełożył z upoważnienia autora dr. Kazi- mierz Twardowski (Lwów. Nakładem księ- garni H. AHenberga, str. 94 w 16-ce. Ce- na kop. 60).—Jest to doskonały odczyt, wy- powiedziany przez autora w tow. docentów uniwersytetu w Halli. Rzadko kiedy Nie- miec zdobywa się na syntezę tak jasną, ścisłą i bezstronną. Śród raeyi powo- dzenia Nietzschego, Vaihinger na pierw- szym planie stawia czynnik, który nieprze- zwyciężonym czarem działa na wszystkich, a mianowicie —formę. Nietzsche włada ję- zykiem z rządkiem mistrzostwem. Wiel- kim stylistą stał się zwłaszcza od chwili, kiedy zaczął pisać w aforyzmach. Formę tę rozwinął świetnie od r. 1876, gdy musiał, z powodu dręczących go bólów głowy, od- bywać długie spaceiy, na których zapisy- wał poszczególne myśli Z subtelnościami stylu artystycznego wiażą się u Nietzschego Pierwiastki: liryczny i symboliczny. Pierw- szy objawia się u niego w wielkim tempe- ramencie, drugi występuje zwłaszcza w je- go głównem dziele „Tak rzekł Zaratustra," gdzie autor najwięcej mówi o sobie. Samo jednak mistrzostwo formy nie wystarczy. Olbrzymie wpływy Nietzschego na myśl Współczesną wyjaśnić można jedynie donios- łą treścią jego pism. Nauka Nietzschego Jpst, podług Vaihingera, „schopenhauerya- Uizmem," zwróconym w kierunku pozytyw- nym, a to odwrócenie Schopenhauera doko- nało się pod wpływem darwinizmu." Z ją- dra tego, jako konieczne następstwo, wynik- ła cała filozofia Nietzschego. Osobliwa charakterystyczna treść pism Nietzschego Polega na siedmiu znamiennych rysach, które Vaihinger tłómaczy wewnętrznym roz- wojem filozofa: Nietzsche jest antypesy- nristą, antychrześcijaninem, antydemokratą, antysocyalistą, antyfeministą, antyintelektua- Ustą j antymoralistą. Każdy z tych rysów Wyprowadza autor logicznie z poprzedniego 1 wiąże wszystkie w spoistą całość, która wyjaśnia przytaczaną dzisiaj tak często na- zwę „nadludzi." * Geza Mnttaeliich: Pamiętniki. Kart- ka z życia księżny Ludwiki Koburskiej. (Warszawa. Księgarnia nakładowa Alfreda Zonera, 1904, str. 162 in 16-o. Cena kop. 80).—Skandaliczna historya ucieczki księż- ny Ludwiki Koburskiej z kapitanem Matta- chichem zajmowała przez długi czas uwagę całej bezmyślnej Europy Dziwiono się powszechnie, że córkę króla belgijskiego umieszczono w domu zdrowia za to, iż za- kochała się w ułanie. Niemniej wzru- szała wiadomość, że ułana za tę miłość zamknięto w ciężkiem więzieniu, pod zbrod- niczym pretekstem, iż fałszował weksle swej królewskiej kochance. Obecnie ope- rowa para jest już na wolności, mogłaby więc zażywać wczasów po cichu. Szlachet- ny ułan innego jest zdania: uważa, że po- winien skorzystać z ogólnego zaciekawie- nia i opowiedzieć, „jak to było"—od po- czątku. Broni, oczywiście, najwięcej same- go siebie, ale opowiada również szczegóły, które słuszniej było zostawić w ukryciu. Polski przekład tej miłosno-więziennej spo- wiedzi wywołała pogoń za ordynarną sen- sacyą. * S. Posner: Japonia. Państwo i pra- wo. Podług źródeł europejskich. (Warsza- wa. 1905. Nakładem księgarni Naukowej, str. 122 in 16-o). Cena kop. 80.—Śród róż- nych wydawnictw o Japonii, ogłoszonych z powodu wojny, książka Posnera stanowi jedyną pracę samodzielną. Autor, wybitny socyolog i prawnik, przygotowuje od kilku lat dzieło, w którem rozważyć zamierza dzieje kodyfikacyi prawa w XIX stuleciu. Z natury, rzeczy zajął się kodeksami japoń- kimi, które znalazł w olbrzymiej obfitości w muzeum Brytańskiem. Wypadki chwili obecnej pobudziły go do opowiedzenia, „jak kraj wschodzącego słońca budował po- dług modły europejskiej państwo swoje; jak zwolna i rozważnie, wielekroć spraw- dzając rezultaty, w ciągu dziesięcioleci nic schodząc z rusztowania, próbował siły i pożytku każdego kamienia, którego użyć miał dla wykończenia gmachu prawa swe- go." Chociaż ogół tak mało wiedział do ostatnich czasów o Japonii, literatura w za- kresie rzeczy japońskich jest olbrzymia. Bibliografia książek europejskich za czas od r. 1859 do 1893 obejmuje tom o 238 stro- nicach. Uwzględniając najlepsze z tych prac, Posner podaje zwięzłą historyę pań- stwa japońskiego, pisze o atrybucyach mi- kada, opowiada o organizacyi parlamentu i prawa wyborczego, o zarządzie państwa i administracyi wewnętrznej. Ta pierwsza część dziełka stanowi niejako wstęp do hi- storyi prawa japońskiego, dawnego i spół- czesnege Rozpatruje Posner kodyfikacye pierwotne, kodeks karny dzisiejszy (t. zw. Kei-Ho), prawo prywatne, prawo rodzinne, wreszcie prawo międzynarodowe. We wnios- kach ostatecznych autor twierdzi, że po- mimo rewolucyi, świadome życie polityczne i społeczne tworzą dziś w Japonii samurajo- wie; burżuazya japońska jest jeszcze mało rozwinięta; jednostka w życiu gospodarczem poza rodziną nic nie znaczy, bo w świado- mości Japończyków niema miej: -a dla niej. —Pomimo tematu nieco specyalnego, książka Posnera napisana jest bardzo przystępnie i zajmująco. * Leopold Móyet: Losy pewnego pro- jektu Stein kellcra, notatka archiwalna, w pięćdziesiątą rocznicę zgonu Piotra Stein- kellera. Z dwiema rycinami. (Warszawa, H. Oberfeld, 19u4 Str. 45 w 16-ce. Ce- na kop. 40.—Po upływie pół wieku od śmierci dzielnego inieyatora na polu prze- mysłu krajowego, zwróciło społeczeństwo uwagę na męża, któremu za życia odma- wiano należytego uznania. Smutny, ale je- dnocześnie pocieszający to objaw dla tych, którym nieraz w zniechęceniu opadają rę- ce... Mieliśmy zatem i uroczystość po- święcenia pomnika Stcinkellera, i długie artykuły dziennikarskie, i wskrzeszoną na scenie postać dzielnego pracownika. Przy- bywa obecnie do owych hołdów rozprawka Mćyeta, opisująca usiłowania—niestety, nie- urzeczywistnione—w sprawie założenia w kraju wielkiej tkalni wyrobów bawełnia- nych. Przypomniał autor przy tej sposob- ności i zasługi Antoniego Lelowskiego, b. redaktora Izydy polskiej. Rzecz cała napisana z pietyzmem dla pamięci czło- wieka, któremu kraj zawdzięcza mnóstwo pożytecznych pomysłów, dziś jeszcze ocze- kujących urzeczywistnienia. Al. K. PRASA POLSKA. Tygodnik Polski: „Znajomość prawa" przez L. V. J. — Knryer Teat> ilny: „Pa- miętniki Adelaidy Ristori."—Pi zegląd Pe- dagogiczny „Kursa wakacyjne w Paryżu i w Dijon." — Czytelnia dla wszystkich: „Szkoły ludowe w Królestwie Polskiem" przez S. K.—Gazeta Rolnicza: „Wobec te- gorocznego nieurodzaju* przez St. Czeka- no wskiego.-—Gazeta Sądowa: „O odszko- dowaniu robotników, którzy ulegli wypad- kom przy pracy" przez Ludwika Lewinso- na.—Naokoło świata: „W górach Kryszta- łowych" przez Leopolda Janikowskiego. — Prawda: „Dzieje wielkiej gospodarki rol- nej w Anglii" przez Helenę Gumplowiczo- wą. — Gazeta Rzemieślnicza: „Słowność." —Ogniwo: „Hyeny" przez P. — Przegląd Tygodniowy: „W bardzo poważnej spra- wie."—Zorza: „Polacy w Danii."—Bluszcz: „O zdanie mężczyzn* (kwestyonaryusz). — Gazeta Warszawska: „Z przeszłości Swi- słoczy" przez Marka Gozdawę.—Gomec Po- ranny: „A umarli niech śpią w spokoju* (nowela) przez Antoninę Sadowską.—Gaze- ta Polska: „Syndykaty powiatowe" przez Stanisława Kozickiego.—Knryer Warszaw- ski: „O odczuwaniu estetycznem" przez T. Jaroszyńskiego; „Z podróży po Mandżu- ryi" przez d-ra G. Lewina. ANGLIA. * Czasopisma. Contemporary Rcoicw: Macnamara roztrząsa sprawę „Oświaty w Ir- landyi"; Julius pisze obszerną rozprawę o „Monarchach absolutnych i wolnych lu- dach." Fornightly Rcuiew: A. Lang po- rusza nanowo kwestyę „Początków alfa- betu," J. F. Macdonald bada „Życie fran- cuskie", objawione w najnowszych utwo- rach dramatycznych. Independent Rcuiew: C. F. Keary w artykule „Krytyka krytyki" zajmuje się między innemi literaturą nowo- czesną, a zwłaszcza romansem i teatrem francuskim, rosyjskim i skandynawskim. American Monthly llcoiew of Revicws: Baron Kentono Kaneko odpowiada na py- tanie: „Czy finanse japońskie wystarczą na długą wojnę?" FRANCY A. * Michał Corday ogłosił nowy romans p. t.: Les frires Jolidan. Jest to historya rywalizacyi pomiędzy dwoma braćmi, z któ- rych jeden, Piotr Jolidan, jest skromnym dramatopisarzem, drugi zaś, Wiktor Jolidan, zyskuje wielką popularność, jako aktor. Corday stara się zwrócić uwagę na nie- słuszne wywyższenie w społeczeństwie francuskiem aktora, na niesprawiedliwość tłumów i kobiet, które darzą uwielbieniem wykonawcę sztuki z krzywdą dla jej twór- cy. Akcya rozwija się, oczywiście, na tle skomplikowanej intrygi miłosnej, są w niej jednak pierwiastki, występujące na pierw- szy plan, wbrew woli autora. Piotr Jolidan pisze sztukę p. t.: , Posag," która odgrywa się poza głównymi wypadkami powieści, ale pochłania uwagę czytelnika. Książka układem swym, dekoracyami, psychologią bohaterów sprawia wrażenie, jakby była przerobiona z dramatu. W opowiadaniu dużo ruchu, życia, wybornej obserwacyi, teza jednak autora nie przekonywa. Prze- ciwnie, gdy zamykamy romans, przychodzi na myśl zdanie Dumasa (syna), który, gdy go raz zapytano, czy nie zazdrości aktorom, grającym w jego sztuce, odpowiedział: „Czyż matki mogą być zazdrosne o mamki?" * Nowe książki. L'Attache (powieść) przez F. Gilette.—Memoires du duo de Choi- senl (1719—1785).—Kolekcya sławnych miast sztuki: Tersailles przez A. Perate; Rou- en przez C. Enlart —Etudes sur la selec- tion chez Thonine przez P. Jacoby.—Cours superiettr d'educaiion physiąue przez G. Demeny.—L’Aventure d’Hugctte (romans) przez G. Chanpleure.—LTJtile amie (ro- mans) przez G. Hue.—Les influences ance- strales przez F. Le Dantec.—La peiile fonc tionnaire (komedya w 3-ch aktach) przez A. Capusa —Les saisons dc 1'aine (poezye) przez H. Bretona.—La vie futurę devant la sagesse anhąue et la science mo- dernę przez L. Elbę. NIEMCY. * O. J. Móbius, znany patolog niemiecki, który poprzednio zbadał już, „w jaki spo- sób paliła się lampa Aladyna" w utworach J. J. Rousseau i Goethego, zabrał się obec- nie do dysekowania duszy F. Nietzschego. Wydał w Lipsku olbrzymie, brutalne stu- dyum lekarskie p. t. „Nietzsche," w któ- rem objaśnia, że wszystko u wielkiego filo- zofa niemieckiego było obłędem- pochodził z chorych, napół obłąkanych rodziców i mniej więcej wszystko, co napisał, nosi na sobie stygmaty choroby umysłowej. W „Zaratustrze" są już wyraźne ślady pa- tologicznych podrażnień mózgowych, cze- go dowodem jest „nagromadzenie wyrazów o podobnych brzmieniach" (!!). W dalszych utworach mnożą się, zdaniem Móbiusa, przesłanki nowych wybuchów- choroby. Drobiazgowo, oczywiście, opisuje autor roz- wój paraliżu Nietzschego i żałuje, że nie dokonano sekcyi jego zwłok. Książka ma ostrzedz komentatorów Nietzschego oraz jego czytelników, aby „gdy znajdą perły, rrie sądzili, że całość jest jednym sznurem pereł," albowiem Nietzsche był zawsze umysłowo chory. * Nowe książki; K. Bleibtreu Welling- ton bei Tal a w a.—B. Bobertag Die Kentau- rin (powieść). — R. Plóhn Wienerinnen (opowiadanie). — A. Halbert Zionstochter (romans).—S. Englert Fortunatus (poemat). —F. Muller Gedichte.—O. Ewald Roman- tik und Gegeirwart.—C. Hagemann Oskar Wilde.—H. Landsberg Ibseir, tenże: Mbri- ke.—H. LmAmiOnkrilische Sćinge.—E.Lind- ner Die poetische Personifikation in der Jugcndscltauspielen Calderons. W. Ból- sche Weltblick (Gedanken zu Natur und Kunst). e
892 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 46 OD REDAKCYI. Każdy prenumerator „Tygodnika illustrowanego“ w r. 1904 otrzyma bez żadnej dopłaty Dla uniknięcia zwłoki w odbiorze „Tygodnika*1 prosimy uprzejmie o wczesne nadsyłanie prenumeraty, ze względu zaś na potrzebę wczesne- go przygotowania opraw na książ- kowe dodatki, prosimy, dla unor- Potop tomów powieści Pan Wołody-I J . jowski 14. SIENKIEWICZA (co miesiąc tom) „ tomów oraz I J 14. DZIEŁ POPULARNYCH (co miesiąc tom) czyli ogółem (co miesiąc 2 tomy) k W TOMY ROCZNIE " J /, Biblioteki powieści ^T1! dzieł popularnych NADTO KOLOROWE PREMIUM ARTYSTYCZNE oraz przy każdym numerze, nie zawierają- cym dodatku książkowego, ARKUSZ POWIEŚCI TŁÓMACZONEJ. Na oprawę 12-tu tomów Pism Sienkiewi- cza w roku bieżącym dołączać należy rb. 2; oprawa 6 tomów kosztuje rub. 1, oprawa 3 tomów 50 kop. Ozdobna oprawa 12 tomów dzieł popularnych wynosi także rb. 2, opra- wa 6 tomów rub. 1, oprawa 3 tomów 50 k. Oprawa wszystkich 24 bezpłat- nych dodatków wynosi rb. 4, opła- cane rocznie, półrocznie lub kwar- talnie. W IV-ym kwartale r. b. otrzymu- ją prenumeratorowie „Tygodnika il- lustrowanego" w 6-ciu dodatkach bezpłatnych: „Historyę ruchu kobiecego" w opracowaniu J. Okszy, Jeden tom. „Życie artystyczne ludzkości" Alfonsa Roux (z illustracyami) w przekładzie J. Lorentowicza, jeden tom. „Pan Wołodyjowski** Sienkiewicza, 4 tomy Nadto premium kolorowe TEODORA AXENTOW1CZA p. t. „Zaczytana,™ będzie rozesłane w ciągu listopada r. b. wszystkim prenumeratorom. mowania nakładu, o wczesne nad- syłanie zamówień. Oprawa dodat- ków nie podnosi kosztów przesyłki. Życzący sobie otrzymać premium koloro we na wałku zechcą nadesłać na koszt opakowania kop. 25. NADESŁANE. LEKARZ DENTYSTA A. ZAWADZKI Marszałkowska 108, róg Chmielnej. Z życia wielkomiejskiego. — Jak to? niema dziś pieczeni? — Niema: rzeźnicy strajkują. — To daj mi trochę chleba. ' — Piekarze strejkują. To trochę wody. — Wodociąg nie funkcyonuje wskutek strajku. — To trochę piwa. — Browarnicy strejkują. — To wegetaryańskie śniadanie. — Mamy przecie strajk ogrodników. — Wiesz co, aby się oszołomić i za- pomnieć o głodzie, chodźmy do teatru. — Próżne chęci: aktorzy strejkują. — To daj mi jaki dziennik. — Dziennikarze strejkują. — Więc naprawdę nie można mieć nic. — Naprawdę: nic! — Więc wiem co zrobię: z głodu i nu dów pozbawię się życia. Postaraj się o ład- ny pogrzeb. — I to się nie uda: zakłady pogrzebowe strejkują. Life. Jugend. I obaj byli obrażeni. PASTILLES DE Owoc przeczyszczający PRZECIW OBSTRUKCYI Ś rt E rv Cl CJ O) o- GRILLOM We wszystkich składach aptecznych i aptekach. i 4 TOWARZYSTWO UDOSKONALONEJ PERFUMERY1 A. RALLET & C<? Dostawcy Dw. = WARSZAWA, ULICA WIERZBOWA Nr. 7 Na dworskim obiedzie w Wiedniu. Przy starym jenerale, z którym się trudno dogadać, bo nieco głuchy, siedzi młodsza dama. Rozmowa rwie się, utyka- -obiad się kończy—i starym zwyczajem wiedeń- skiego Burgu kładą przed każdym z gości pudełeczko cukierków dla dzieci. Jenerał dostaje także pudełeczko, a hrabiowie Gołu- chowski i Chołoniewski kładą mu z uśmie- chem i swoje. Dama (do jenerała): — Ekscelencya ma troje dzieci? Jenerał (patrząc na pudełeczka): — Tak jest! Jedno moje, jedno od Gołuchowskie- go, a jedno od Chołoniewskiego. is. PŁŻWusunął \ gebethner i Wolff | | fortepiany, ALteujM | | Pianina, Organy N Krakowskie-Przedm. 17. Pewność siebie. Wół i koń, zaprzężone do jednego płu- ga, wykonywały swą pracę z przykładną zgodą. Pewnego dnia jednak, w czasie odpo- czynku w południe, pokłóciła się zgodna para. Koń pierwszy stracił panowanie nad sobą i zarżał wściekle: „Oj ty wole\—a wól w odpowiedzi ryknął ze złością: „Oj ty koniu\“ POLECA: PERFUMY, MYDŁA, WODY KOLOŃSK1E „WRZOS” Znakomita ordynacya. Lokarzr. — A, ślicznie pani wygląda! Jakże skutkowały kąpiele? Piękna pani: — Nadzwyczajnie! nadzwy- czajnie! Miałam cztery kapelusze, sześć blu- zek do odmiany—wzięłam sześć kąpieli, byłam na czterech reunionach tańcujących.. Cudownie! Lekarz (wyjmując notesik): — Pozwoli pani, że zanotuję tę ordynacyę kąpielową dla innych pacycntek. f. £ranckprix Wystawa Powszechna 1900 r. DENTIFR^ JUDOCTEUR PIEB$ £1ą l'ACViTpBEKśD£a^’>t ^-PARIS-®^ Słynna ze swych własności anty- septycznych i aromatycznych. Do nabycia wszędzie. Chytry. Zona (w uniesieniu): — Ty zdrajco, ty nędzniku, podły człowieku, ty, ty, ty... — Mąż: — Ach, jak tobie ślicznie świe* cą się oczka, gdy się gniewasz... — Żona (nagle łagodnie): — Czy prawdę, mężusiu? Meggcndorfer. Do nabycia w Perfumeryad1 i Składach Apt Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się- HoaBOJieno Ilenayporo, Bapniaua, 22 OKTaóprt 1904 ro^a. Tom 71 Pism Sienkiewicza, zawierający część drugą „PANA WOŁODYJOWSKIEGO4’, dołącza się do niniejszego numeru.
M> 47 Ogólnego zbioru Nr 2,350 19 (6) listopada 1904 roku Tygodnik II. lustrowany MARZENIE WŁADCY WSCHODU GUSTAW MOREAU Akwaforta Bracquemond’a
894 WACŁAW SOBIESKI. WAWELSKA TRUMNA. Ledwo wstąpisz do świątyni Wawelskiej, zaraz ci rzuci się do oczu widok srebrnej trumny, wzniesionej na samym środku kościoła. I kie- dy zajrzysz do najdawniejszej kroniki naszej, aby się przekonać, czyje to zwłoki wzniosły się ponad groby wielkich królów, wyczytasz tam ze zdumieniem, że w tej trumnie leży człowiek, który swego czasu zbuntował się przeciw „koronie," który dopuścił się zdrady stanu; wyczytasz, że za to wprawdzie król wówczas skazał go na rozćwiertowanie, ale na- ród oddaje mu przez wieki bezustanną cześć i wielbi jako swego najwyższego patrona. Co większa, dowiesz się, że każdy z następnych królów musiał zaraz po swej koronacyi iść z pielgrzymką na Skałkę i kornie przepraszać „męczennika". Nie! na Wawelu, nie uderza nas i nie rzuca przed sobą na kolana potęga i duma dawnej królewskości—z murów starego zam- czyska wyziera pognębienie władzy monarszej i jej... nicość. Ta cześć gorąca, składana od tylu stule- ci przez tyle, tyle pokoleń trumnie biskupa- skazańca, nie była bez powodu. Ta trumna nie nadarmo stała się naszem „sanctissimum" i stanęła w najszczytniejszem miejscu świąty- ni narodowej, bo ten męczennik, w niej złożo- ny, to pierwszy mąż w Polsce, który skrysta- lizował w sobie to, co później uważał cały naród za „źrenicę" swej duszy zbiorowej, za osobliwe znamię w całej Europie: on pierw- szy wszczął bunt przeciw królowi i padł za tę butę, którą później nosił w swych piersiach każdy poseł sejmowy, każdy rokoszanin, każ- dy szlachcic na zagrodzie... Tak, św. Stanisław to prawdziwy święty narodowy, patron najpopularniejszy, uosobie- nie Polaka. Tu tkwi interes badania istoty owego pierwszego konfliktu, zaszłego między królem a poddanym, interes wzmagający się jeszcze bardziej przez to, że brak o tem zdarzeniu prawie zupełnie źródłowych wiadomości, i wsku- tek tego dzieje tego sporu otoczone są nie- przeniknioną tajemnicą. Minęło już sto lat (od uwag Czackiego, wypowiedzianych 1803), odkiedy dziejopisarstwo rozpoczęło niezmordowaną i coraz bardziej go- rączkową pracę nad wyjaśnieniem tej dziejo- wej zagadki. Szczególnie w ostatnich latach posypało się mnóstwo mniej lub więcej udat- nych prób i pomysłów. Gdy i one nie roz- proszyły ciemności, wówczas cieszono się przy- najmniej nadzieją, że jeden z najwytrawniejszych naszych historyków ') przygotowuje od lat specyalne studyum nad tym zawiłym tematem, i jeżeli już kto, to on napewno całą rzecz wy- świetli. Naprzód, jako zapowiedź tej pracy wy- szło wspaniałe studyum całej katedry wawel- skiej ze szczególnem uwzględnieniem losów trumny św. Stanisława. A dziś właśnie wy- ') Tad. Wojciechowski. chodzi w świat dzieło o samym owym zagad- kowym sporze '). Jest to przedewszystkiem nie rozprawa jednolita, lecz wiązanka odrębnych szkiców o różnych postaciach i rzeczach XI-go wieku. Główny jednak zrąb dzieła poświęcony jest i zmierza ku wyświetleniu katastrofy św. Sta- nisława. Książka: wygląda bardzo bezpretensyo- nalnie: pisana stylem tak prostym, że robi wra- żenie raczej jakiejś swobodnej pogawędki, niż ciężkiego, wykończonego dzieła naukowego, skreślonego piórem wypolerowanem. Zdawna wyczekiwana książka nie zawiod- ła nadziei i wnosi z sobą tak potężny snop światła na poruszane zagadnienia, jak żadne studyum poprzednie. Nie goni za oryginalno- ścią, owszem stwierdza tylko to, czego już do- myślił się pierwszy Czacki, wyrażając przy- puszczenie, że św. Stanisław „miał umowy z Czechami." Cóż jednak przynosi nowego? Najwal- niejszy nabytek polega na tem, że zamiast do- mysłów posiadamy obecnie fakty stwierdzone, a mianowicie: że sprawa św. Stanisława łączy się bezwarunkowo z buntem, wznieconym przez Władysława Hermana przeciw starszemu je- go bratu, Bolesławowi Śmiałemu, i że w na- stępstwie tego Kraków w latach 1079—1086 był pod panowaniem czeskiem. W sprawie św. Stanisława, jak to autor z naciskiem zaznacza, nie ścierały się z sobą żadne interesy kościelne (Piotrowinl), ani mo- ralne (rzekoma rozpusta Bolesława Śmiałego). Nie było tu mowy o żadnej walce mię- dzy państwem a Kościołem (np. gregoryańskie prądy), niema tu śladu buntu możnowładców polskich przeciw panującemu, ani walki obrząd- ku słowiańskiego z łacińskim, ani sprawy o ce- libat księży. Cóż zatem było powodem? Zdaniem autora, grał tu rolę wyłącznie in- teres świecki dynastyczny, bo głównym spraw- cą buntu był Władysław Herman, pobudzony przeciw bratu przez cesarza i ks. czeskiego. Dowody na to wydobył zasłużony badacz z kro- niki Galla, rozwikłując w sposób mistrzowski jeden niejasny dotychczas w niej ustęp * 2). Ale—zapyta czytelnik—dlaczego w całej tej katastrofie wysunął się na czoło biskup krakowski? Dlaczegóż to jego właśnie Bole- sław kazał rozsiekać? czy nie dlatego, że on przedewszystkiem był tu czynnym winowajcą? Ale w takim razie co było pobudką działania u Stanisława? czy także interes dynastyczny? Tak, dynastyczny, bo wedle mniemania autora, żona Hermana była z tego samego ro- du, co i Stanisław -). ') Tad. Wojciechowski. Szkice historyczne je- denastego wieku. W Krakowie. Nakładem Akade- mii Umiejętności. Gebethner i Wolff w Warszawie, 1904. 9 „Sed deferre Yladislao facto dolet inimi- co. Gall. I. 28. 3) Str. 307—8. Mojem zdaniem, to ostatnie przypuszcze- nie autor poparł dowodami niewystarczający- mi, a co większa, tego rodzaju hypoteza sprzeci- wia się wyraźnemu świadectwu, spotkanemu w kronice Wielkopolskiej, wedle którego żona Hermana pochodziła z innego rodu (Praw- dziców). A nadto: gdyby moment przestępstwa św. Stanisława tkwił tylko w tem, że Stani- sław stanął po stronie Hermana, jako jego „kuzyn," to pytam, czyżby w takim razie Gall, ów nadworny kronikarz i kanclerz syna Her- manowego (Bolesława Krzywoustego), odwa- żyłby się napiętnować go za to jako „zdrajcę," a jego postępek nazwać „grzechem?" Jakieś inne, silniejsze węzły musiały wią- zać biskupa z wrogami Bolesława Śmiałego, t. j. cesarza, ks. czeskiego i Władysława Her- mana połączyło wspólne oburzenie z powo- du koronacyi Śmiałego. Nic innego, tylko ko- ronacya pobudziła ich do wspólnej akcyi. Słusznie też na innem miejscu pisze au- tor: „Wszystko zaczęło się od koronacyi Bole- sława. Robota spiskowa zaczęła się od koro- nacyi," i dlatego też „Gallus nie pisze o niej ani słowem." Ale może i czwartego działacza, św. Sta- nisława, pchnęła do buntu jakaś niechęć do koronacyi? Czy przez koronacyę św. Stanisław nie poniósł jakiej straty? Sam autor przy innej sposobności zdaje się dawać w tym kierunku zupełnie wyraźne wskazówki. Przypomina bowiem, że od ro- ku 1028 stolica arcybiskupia w Gnieźnie wa- kowała, i że tymczasem powstało inne arcy- biskupstwo w Krakowie w osobie Arona. Na- stępca jednak Arona w Krakowie, Suła, stracił tytuł arcybiskupa, a to pewnie dlatego, że właśnie w tym czasie przeniesiono arcybiskup- stwo z Krakowa do Gniezna. „Ze strony kleru krakowskiego mogła być przeciw temu (prze- niesieniu) opozycya." „A jeszcze mogło być i to, że biskup krakowski (od 1072 r.), św. Stanisław, uchylał się z pod Gniezna, a bronił prerogatywy krakowskiej po Aronie." ’) • Nie z innego też podobno powodu, tylko dlatego, że między biskupami polskimi nie było zgody na Gniezno '-), zjeżdżają do Pol- ski legaci papiescy (1075 r,), ustanawiają w tym grodzie metropolię i jednocześnie biorą udział w obrzędzie koronacyjnym Bole- sława. Bo też te dwie sprawy: koronacya Bole- sława i utworzenie metropolii, łączą się z sobą nierozerwalnie, odbywają się niemal jedno- cześnie i przedstawić się musiały spółczesnym jako jeden akt niezawisłości państwowej w stosunku do zagranicy. (DN) ') Str. 128 -132. 2) Str. 131.
895 PRELUDYUM „L0HENGR1N" autolitograha FANT1N JÓZEF WEYSSENHOFF. SYN MARNOTRAWNY. XXXIX. biory z pól w Chojnogórze dokonane. Ni- gdy tylu stert nie postawiono na bujnych ścierniskach, po których pasą się tysiące owiec, Plamiąc płowe przestrzenie tłusto [alującemi kupami dobytku. Łąki zazieleniły się bogatym Potrawem między gęstymi stogami siana z pierwszego zbioru. Przezorni ekonomowie Już krają gdzieniegdzie ściernie dwuskibowy- ni* pługami, przygotowując ziemię do przy- szłych plonów. Niby błogosławione trzody Labana, Jakóba... niby pożyteczne piękności georgik Wirgiliusza... Ścieżyną między polami powraca z prze- chadzki towarzystwo pałacowe. Idzie ordyn- kiem, według najzdrowszych zasad. Przodem kroczą dwaj patryarchowie: Ma- POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA ciej i Tadeusz. Nie mają sobie już nic pra- wie do powiedzenia: dokonali głównych zadań żywota i trawią rozkosznie swe zadowolenie. Jerzy zaręczony z Estellą, Romuald z Ewą Kostkówną. Sprawa ordynacyi na najlepszej drodze: cała Chojnogóra i kapitały pana Ma- cieja staną się udziałem starszej linii. Dubień- skich, od Macieja i Romualda idącej, da Bóg, w setne pokolenia. Młodsza linia Tadeusza zaczerpnie swe soki w fortunie tego ostatnie- go, przechodzącej niepodzielnie na Jerzego i Estellę, rozwinie się za granicą i powróci, da Bóg, do rodzinnego kraju. Wszystkie te idealne urządzenia przeszły już ze sfery po- bożnych życzeń w dziedzinę faktów, są obwa- rowane należytymi aktami i pieczęciami. Try- umf zatem na obliczach dwóch protoplastów Zastrzega się prawu przedruku. 46) nie jest ulotnem oświetleniem, lecz trwałą aureolą w rodzaju gloryi, wieńczącej głowy wybranych Pańskich. Ponieważ dróżka polna jest wązka i wy- deptana w brózdy, reszta towarzystwa postę- puje parami, i małżeństwo Kobryńskich zmu- szone jest deptać też w parze; Terenia, bar- dziej Dubieńska, odczuwa ogólny błogi na- strój; Władzio, nie dorosły do ideałów, do- znaje jednak zadowolenia z niektórych ułat- wień, które mu poczyniono. — Cudownie w tym roku w Chojnogó- rze!—mówi Terenia do męża:—aż żal, że tylko jeden rok taki być może. Czy kiedy w przy- szłości zbierzemy się tutaj w tej pogodzie du- cha i ziemi?
896 TYGODNIK ILLUSTROWANY 47 — Jeżeli dotrzymają obietnic—rzekł ci- cho Władzio—i wszystko popłacą, będzie nam dobrze i gdzieindziej. Tamtych gałganów za- granicznych uregulowali, ale jest tutaj kilku pilnych... Poczekaj... 8,000 rubli Fiszlowi z Sie- dlec. Ten najgorszy. 3,000 temu drugiemu... — Wstydź się, Władziu, mówić ciągle o pieniądzach! — Wam to łatwo kobietom: dostajecie wszystko gotowe. Ale my musimy ciężko pra- cować, przynajmniej głową. — Dziecko z ciebie, mój Władziu. — Dziecko, czy nie, miałem rok fa- talny. — Nic mi nie mów złego o tym roku błogosławionym. - No, la nie mówię; wszystko się teraz jakoś urządza. Panna Paulina, jeszcze krzepka, dotrzy- mywała kroku Romualdowi w trzeciej parze. By- ła zachwycona panną Ewą Kostkówną, narze- czoną Romualda. — Bierzesz prawdziwą perłę, Romciu: ci- cha, spokojna, bardzo dużo wdzięku, tego dob- rego wdzięku, który rzadko już się widuje. Podobna do swej babki; sławnie była piękna jej babka, Koniecpolska. Czy panna Ewa przypominała babkę, trud- no było stwierdzić, ale choć zaledwie minęła dwudziesty rok i rysy miała regularne, było coś zwiędłego w jej postaci, we włosach ru- do-płowych i w twarzy białej, zlekka piego- watej. Za to dystynkcya nie pozostawiała nic do życzenia. — Żeby ciocia wiedziała, jak Ewunia umie się znaleźć w każdym przypadku! Kazała mi do siebie pisywać na ręce swej matki, któ- rej także moje odpowiedzi pokazuje. To ha- muje trochę... ale jak wysoko ją stawia w mej opinii! — Tak, Romciu, będziesz miał idealną żonę. — Chciałem właśnie powiedzieć, że na żony należy brać inne kobiety, niż... naprzy- kład wszystkie te kobiety Jerzego. To bły- skotliwe, upajające, ale, zamiast pomocy w ży- ciu, tylko troska i niebezpieczeństwo. Panna Paulina nie mogła być innego zdania; jednak wtrąciła niepewnie: — Masz zupełną słuszność, ale znowu Jerzy... Są ludzie na świecie, którzy koniecznie potrzebują rozkoszy. — Któż jej nie potrzebuje, ciociu? Ale trzeba ją umieć znaleźć w zupełnym spokoju sumienia i zgodzie z zasadami. — Święta prawda, Romciu. Ty rzeczy- wiście stworzony jesteś na głowę naszej ro- dziny. — Czuję w sobie to powołanie, i Ewa to rozumie. Ścieżka dochodziła do młyńskiego stawu i szła dalej groblą, której stok od strony wo- dy ogarnęła gęsta leszczyna. Wybujałe gałę- zie głaskały pochlebnie po ubraniu przecho- dzące pałacowe towarzystwo. Gdy doszli do młyna, wesoły szum wody i trajkotanie żaren zajęło wszystkich i zatrzymało. Ktoś też za- proponował, aby poczekać na Jerzego i Estel- lę, którzy szli w ostatniej parze i nie 'wynu- rzyli się jeszcze z zakrętu drogi, ocienionego leszczyną. Tymczasem paru młynarczyków, ubielonych mąką, zbliżyło się v celu ucało- wania rąk władców tych włości i dostatków. Wykonali to delikatnie i ostrożnie, ze wzglę- du na sypiącą się z ich ubrań i twarzy mąkę. — Niech będzie pochwalony! — Trzeba zawsze dodawać: Jezus Chry- stus. Koniecznie trzeba dodawać—rzekł po- ważnie pan Maciej. A Estella z Jerzym, opóźnieni na zielo- nym końcu pochodu, idą weselnie w ozłoce- niu słonecznem. Ona zebrała całe snopy kwiatów polnych i łąkowych, on jej pomaga nieść je do domu. Postać jej, trochę obca wsi polskiej, stylizuje krajobraz, dając mu pozory tej scenki z początku XIX wieku, w której dziewczę wysoko uczesane, w wiel- kim nakształt wydętego żagla kapeluszu, w sukni z krótkim stanem, słucha czułych wyznań ułana, jadącego na wojnę. Jerzy nie- źle udaje rycerza, tylko zamiast jechać na jakąkolwiek wojnę, właśnie powrócił. Oboje czują się źródłem i środkiem tego szczęścia, które promienieje, tego bogactwa, które się dokoła roztacza. A przytem, mają najmilsze między sobą sprawy. — Gdym cię pierwszy raz zobaczył w Paryżu, Stelli, miałem nagłe przeczucie tej bezwzględnej sympatyi, która jest podstawą wielkich i trwałych uczuć. Byłaś zupełnie dzieckiem, jednak już takiem, że można było odgadnąć ten dzisiejszy kwiat, tę gwiazdkę. — A ja nie pamiętam dobrze twojej wi- zyty. Przyjechałam z klasztoru na wakacye i dostałam... poczekaj... broszkę ze szmarag- dem. Czy to było wtedy? — Tego nie wiem. — A teraz w Chojnogórze, chcesz wie- dzieć, co mi się w tobie odrazu podobało? — O, powiedz, Stelli, powiedz! — Sposób noszenia surduta. Nosisz go, jak d’Anjorrant. Jerzy stwierdził bystrość oka swej narze- czonej, gdyż naśladował sposób ubierania się margrabiego, ale oświadczenie niezupełnie go zadowoliło. — To są drobnostki, Stelli. Pragnąłbym cię zająć bardziej moją... istotą wewnętrzną. — To na później. Chociaż ten ułamek rozmowy nie był sam przez się poetyczny, mnóstwo było poe- zyi dokoła: na polach złotych, na łąkach zie- lonych i w sercach obojga młodych. Słowa bowiem są czasem nieodpowiednie do nastro- ju, czasem znowu bywają zdradliwe, jak dzie- ci źle wychowane, i wyrywają się niepo- trzebnie. Znowu górowała w rozmowie nuta pod- niosła: — A jeżeli będziemy zimowali w Pary żu, musimy koniecznie mieć swoją lożę w ope- rze. Ty nie możesz żyć bez muzyki, Stelli. Będziemy też urządzali posłuchania muzyczne u siebie. — Tak, tak, Jurku. — Dużo artystów, pisarzów... Zapraszać będziemy i Polaków paryskich. Trzeba coś robić dla kraju. — Jak chcesz, Jurku. — Ty się przecie także poczuwasz, Stelli, do narodowości swego ojca. Ja, co- kolwiek mam zamiar przedsięwziąć w przy- szłości, opierać się będę zawsze na zasadach narodowych i chrześcijańskich. Estella spojrzała z pod oka na Jerzego: — Mówisz, jak twój stary. — No... on ma często słuszność. Do rozmawiających narzeczonych dola- tywał coraz wyraźniej turkot młyna i ożywiał ciszę polną pulsem, bijącym porządnie i po- żytecznie. Jerzy zwrócił rozmowę na ten przedmiot: — Lubię od dzieciństwa nasz młyn. To niby bijące serce naszych włości. — Serce?!—zaśmiała się Estella:—chyba żołądek? Jerzego zastanowiła tak bardzo uwaga narzeczonej, że aż się zatrzymał, popatrzył na nią i otworzył usta: — Wiesz, Stelli, żc ty masz talent literacki. — Ale gdzie tam! — Prawdziwy talent, z odcieniem saty- rycznym. Będziesz kontrolowała moje pomy- sły—chcesz? — Mogę. — I tak mi będziesz pomocą dnki i sło- dyczą... — Powiedz: nocy, Jurku. Powiedz coś raz poprostu. — Stelli moja! Leszczyna przy stawie młyńskim odgra- dzała młodą parę od oczu reszty towarzystwa. Wstawały wieczorne wonie krzewów i roślin wodnych, tonących w cichej, zaledwie rucho- mej fali; wodę całowały w przelocie jaskółki. I usta narzeczonych połączyła konieczność wy- nikająca z tej świeżości, z tej ciszy, z tej prze- możnej namowy przyrody. Estella nic mówi- ła nic, tylko Jerzy przerywał pocałunki słowa- mi bez wyboru: — Najsłodsza moja... dziewczynko... gwiazdko szczęśliwa... Stelli... żono duszy mojej!... Przy ostatnich wyrazach drgnął i puścił z objęć kibić Estelli, jakby posłyszał jakiś szmer płoszący, który płynął z bardzo daleka, zbliżył się nagle i trącił go. Ona odsunęła się od niego z pewnym niepokojem: — Dlaczego zadrżałeś? Jerzy miał przez chwilę oczy dziwne, ucie- kające do wspomnień, aleje zwrócił natychmiast miłośnie do kobiety, która stała przy nim i była ostatecznym celem jego nawróconego życia. Tę pocałował raz jeszcze, poczem przywołał pierwszy do porządku rozigrane uczucia: — Czas nam do ojców naszych. Ojcowie stali jeszcze przy młynie z resz- tą towarzystwa. Gdy doczekali się narzeczo- nych, ruszyli w dalszy pochód, tym samym parzystym orszakiem: na czele dwaj patryar- chowie, dalej małżeństwo Kobryńskich, Ro- muald z ciotką Pauliną, Jerzy z Estellą. Or- szak wyginał się po skrętach i falach wązkiej ścieżki, a nawet gdy wszedł na wielką drogę, sadzoną drzewami, pozostał w tym samym układzie. Wywoływał nizkie ukłony napotka- nych kmieci, niby jakaś ciągnąca procesya. Ozdabiał rytmicznie krajobraz, i tylko barw- nych strojów staroświeckich brakowało mu do pozoru klasycznego poloneza. „Patrzcie, patrz- cie, młodzi..." Zapadli w milczenie, dochodząc do pa- łacu, który wydawał się większym i wytwor- niejszym w złagodzonem świetle wieczornem.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 47 897 Gdy doszli do drzwi głównych, stanęli | i odwrócili się wszyscy do wspaniałego wido- ku na rzekę, drogę i pola, który między kun- sztownemi sadzeniami parku uciekał w dal perspektywą coraz bardziej rozwartą. Słońce, zbliżając się do horyzontu, nurzało się w opa- lowym pyle, który podnosiły stada wracające na nocleg. Na wierzchołkach drzew słońce wy- różniało najbardziej złote kępy liści, zwiastu- jących zbliżanie się jesieni. Pełno było złota na dalekich, rozległych ścierniskach, i blizko, na iskrzącej się bogato blasze pałacowego dachu. Ciągnące stada wyglądały syte, zadowo- lone z dnia i łakome rozkosznego spoczynku. I oblicza panów tej ziemi, ozłocone zorzą za- chodnią, dyszały zadowoleniem sumień i ape- tytów. Pod złotem słońcem, myśli ich, i hu- mory, i kraj cały, i niebo — były złote. KONIEC. ARTUR GRUSZECKI. SŁOMIANY OGIEŃ. 17 Bawiło ją to niespodziewane spotkanie, uczuwała pewne zadowolenie, że on me chciał się jej narzucać, dziwiła się jego domyślności, to znów niepokoiła się: co powie ciotka na to pozowanie? Wprawdzie uważała siebie za osobę dojrzałą, mogącą o wszystkiem decydo- wać, co dotyczę jej osoby, jednak ze zdaniem ciotki, którą szczerze kochała, zawsze się liczyła. Przyszedłszy na obiad do domu, opo- wiedziała ciotce szczegółowo swoją wizytę w schronisku. — To wasze spotkanie — mówiła panna Żardecka po uważnem wysłuchaniu całej hi- storyi—świadczy dobrze o tobie i o mm. Wi- dać, że jest dobrze wychowany, delikatny, uważny. — Może... ale ciocia zapomina jak pod- stępnie zmusił mnie do pozowania. — To prawda... chociaż z drugiej strony usprawiedliwiam go do pewnego stopnia— i patrząc rozkochanemi oczyma na ładną twa- rzyczkę siostrzenicy: — wiesz, trudno znaleźć lepsze uosobienie tej czystej, bohaterskiej Wandy, niż właśnie w tobie. — Niechże mnie ciocia nie psuje! — za- wołała wesoło—bo istotnie popadnę w grzesz- ną zazdrość o swoją znikomą powłokę, jak mi mówił dzisiaj Dominikanin. — Swoją drogą, Wandziu, liczę na twój takt i twoje przekonanie co do wartości męż- czyzn-—pamiętasz, jak napastowali ciebie?—żęty utrzymasz tego pana w granicach odpowied- nich. Niegrzeczną być nie potrzebujesz, za dobrze jesteś wychowana, ale bądź z nim zdaleka. — Sama wiem — mruknęła niezadowo- lona. — I nie znasz nawet jego nazwiska?... Trzeba było zapytać w schronisku. — Jakże mogłam, ciociu, gdy witałam go Jako znajomego?... i trudno mi jego pytać po dwukrotnem spotkaniu. — Hm... to prawda. Zresztą nie zależy ńam na nazwisku... wystawi swój obraz, do- wiemy się wówczas... I jeszcze jedno, moja Wandziu: taka znajomość z mężczyzną z przy- godnych spotkań nie jest odpowiednia dla Panny w twoim wieku, więc gdyby on odpro- wadził ciebie do domu, zaproś go do nas. — Dobrze, ciociu. X. Dzięki niezwykłej zgodności przekonań w kwestyi kobiecej pani Sylurskiej z Franiem, został on wkrótce ulubieńcem ciotki i wzorem wszystkich mężczyzn. Dla niego zmieniła porządek dnia, gdyż Franio wstawał późno, zmęczony pracą w róż- nych zgromadzeniach, przeciągających się czę- sto do północy. Czasem napadały ją jednak wątpliwości, zwłaszcza gdy siostrzeniec przy rannej kawie po godzinie dziewiątej opowiadał jej o prze- biegu posiedzeń, o których nie było wzmian- ki w dziennikach. — To dziwne,—mówiła—że o tak zajmu- jącem i licznem zgromadzeniu przeciw kartom i pijaństwu niema nic w gazetach — i utkwiła badawcze spojrzenie w siostrzeńca. — Nic dziwnego, ciociu — odpowiadał z niewzruszonym spokojem, popijając kawę:— prawie wszyscy dzienikarze piją i grają, nie mogą też popierać usiłowań ludzi z przeciw- nego obozu... Czyż ciocia w swem piśmie re- klamowałaby zgromadzenie kobiet, żądające ograniczenia swobody nauki i zajęć kobiet ze względu na przyzwoitość form towarzyskich? — To prawda, mój Franiu; widzę, że re- forma dzienników jest konieczną—westchnęła. — Wezmę to pod uwagę... A dziś wieczorem znów wychodzisz? — Dziś?... A tak, dziś jest zgromadzenie ogrodników podmiejskich... chciałem postawić wniosek uregulowania handlu jarzynami, bo przekupnie wyzyskują w niegodny sposób pa- nie kupujące. — Masz zupełną słuszność... za malutki pęczek kopru, który tak lubisz, zapłaciła Ma- rysia trzy centy... to oburzające. — Właśnie mój wniosek zapobiegnie te- mu... ale jeśli ciocia chce, abym został w do- mu, zostanę. — Nie, mój Franiu, idź, twoja obecność jest tain potrzebna. — Prawdę powiedziawszy, moja ciociu, zamęczają mnie te zgromadzenia, komitety, posiedzenia wydziałów, ale cóż mam robić? Nie dla siebie człowiek żyje — westchnął ze współczuciem nad sobą. — Tak, tak—powiedziała rozczulona: — służba społeczna jest ciężka, ale pełnić ją trze- ba. Czy myślisz, że ja mam mało przykro- ści? W klubie mam dużo zawistnych o swoją godność przewodniczącej, a niechże wybiorą inną, zobaczymy jak pójdzie, i czy która się zgodzi oddać salon, który zawsze zaśmiecą, po- sadzkę powalają, meble niszczą... — Klub stoi tylko ciocią; ja to dobrze widzę i podziwiam wytrwałość cioci. — A gdybyś ty wiedział o tych ciągłych sporach, które muszę łagodzić... — I o co im idzie, ciociu? — Często o drobnostki... a że ta nie od- kłoniła się na ulicy... że źle się przywitała... że uśmiecha się złośliwie z powodu niemod- nego kapelusza, kroju żakietu... to znów gnie- wy o naśladownictwo fasonu... ale po co ja ci głowę zaprzątam takiemi rzeczami?... A w ar- chiwum będziesz jeszcze długo pracował? — Nie mogę ściśle oznaczyć, bo archi- wum jest otwarte tylko do trzeciej, a pracy dużo. • - Dlaczegóż nie wychodzisz z domu wcześniej? — Godziny ranne przeznaczyłem, ciociu, na naukę do egzaminu... — Hm... jednak tu, w czasie biurowych godzin, przesiadujesz z nami. — To, ciociu, jedyne chwile rozrywki mojej; zresztą pracuję jak w kieracie... i dużo korzystam, patrząc na doniosłą działalność kobiet. — Daj spokój!—zaśmiała się:— mnie nie oszukasz. Podobała ci się Wandzia, i dla niej przesiadufesz. — A chociażby i tak... czy ciocia widzi w tern co złego? — Hm... gdybym widziała ślad czegoś niemoralnego, potrafiłabym wszystko ukrócić... ale szkoda, Franiu, czasu drogiego: o ile ja widzę, nie cieszysz się jej względami i na- próżno się wysilasz. — Tak sądzi ciocia?—i w twarzy jego było widać upór i obrażoną miłość własną.— Nie takie znałem jak ona... trzeba mi tylko czasu i sposobności. — Widujesz ją przecież — uśmiechnęła się. — Przy Szarewiczowej, Żardeckiej, cio- ci, gdzie mogę zaledwie kilka słów z nią za- mienić... A możeby ciocia zaprosiła obie na herbatę wieczorem. — W jakim celu?.—i patrzała mu wprost w oczy. — Jak to? Czy ciocia zapomniała o na- szym zakładzie? Jednym z warunków było
DZIŚ I WCZORAJ (AUTOAKWAFORTA) BRACQUEMOND wprowadzenie mnie do Żardeckiej, a gdy cio- cia zaprosi je do siebie, one muszą się od- wzajemnić i nas zaproszą... Ciocia spełni swój warunek. — Hm... jeśli chcesz, zrobię... tylko czy nie przeszkodzi ci to w jakiem ważnem po- siedzeniu? — Ach, jeśli jeden wieczór opuszczę, obejdą się bez mej osoby, znajdą sobie inne- go part...—nagle urwał. — Co to znaczy: innego part?- zdziwi- ła się. — No... innego wnioskodawcę z mojej partyi, który mój projekt wygłosi na posie- dzeniu. — A wiesz, Franiu, pierwszego człowie- ka widzę, który tak mało dba o sławę i pra- cuje w cichości... Czy ty me masz ambicyi własnej? Moją ambicyą jest być pożytecznym społeczeństwu i szerzyć ideę sprawiedliwości, którą pierwsza ciocia podjęła w naszem bied- nem społeczeństwie. — Ach, jaki ty dobry! jaki dzielny! — rozczulała się ciotka:—nigdy nie spodziewałam się, że się tak zmienisz w Krakowie. Jakże ucieszy się twoja matka! — Dziwiłbym się sam, moja ciociu, gdy- by nie to, że widzę w tern wpływ cioci na mnie, bo niestety ulegam kobietom. — Bądź więc ostrożny w wyborze i wy- szukaj na żonę zacną panienkę, przejętą twe- mi zasadami. — Taką zdaje mi się, ciociu, jest Wan- dzia. Jeszcze się nie zakochałem, ale nie prze- czę, że mi się podobała, i chciałbym ugiąć jej dumę, usunąć niedostępność, którą się sztucz- nie otacza w stosunku do mnie. — Nie krzywdź, Franiu, Wandzi; ona tylko jest wierna zasadom Klubu. — Zobaczymy, na jak długo!—uśmiech- nął się lekceważąco. — Przekonasz się sam... Teraz idź do swego pokoju, muszę się ubrać. — Czy ciocia wychodzi?—spytał, wstając z kanapki. — Na chwilę. W kilka dni później pani Sylurska, ule- gając ponownym prośbom Frania, zaprosiła Żardecką i Wandzię na herbatę wieczorem. Panie przyszły dopiero po ósmej, gdyż do tej godziny salon byl zajęty przez uczest- niczki Klubu. Przyjęła je gospodyni z wylaną serdecz- nością, a usadowiwszy, rozpoczęła interesującą rozmowę o zmianie mody. — Czy wie pani?—mówiła do panny Żar- deckiej:—w tym roku nikt nie robi już sukni „z drap de dame,“ w którą stroi się Lecińska: to wyszło z mody. — Ja zawsze trzymam się szewiotu; je- śli i wychodzi z mody, to na czas krótki. — No, tak... szewiot jest dobry,- powie- działa przez grzeczność gospodyni—ale lep- szy jest homespun. Spódnica gładka, po bo- kach trzy kliny i żakiecik z ranwersem i epo- letami. Widziałam onegdaj doktorową...—tu wy- mieniła nazwisko:—suknia zrobiła dobre wra- żenie. — Tak, kostium taki może być dobry— rzekła z namysłem panna Żardecka.—A wie pani? widziałam onegdaj w teatrze suknię bar- dzo dobrą. — Jaką? Kto miał? — To była przejezdna, nie umiano nii powiedzieć kto, a suknia była z etaminy, ko- loru jasno stalowego, z odcieniem niebieska- wym, podszewka z niebieskiego kanausu. — I spódnica gładka?—spytała zacieka- wiona. — Od góry gładka, na dole kielichowa, naszyta w odstępach pasmanteryą jedwabną, zakończoną grelotkami. — O, to bardzo ładna... A jakiż stanik? czy fałdowany? — Nie, proszę pani. Stanik bluzkowy, lekko nadmarszczony z przodu, ujęty w talu paskiem z niebieskiego atłasu. — Do takiej spódnicy nie uchodzi, mo- jem zdaniem, stanik bluzkowy; już byłby leP" szy z kontrfałdami, naszytemi z dwóch stron
ZŁODZIEJE KONI (AUTOAKWAFORTA) E. VAN MUYDEN plisami z gipiury kremowej, jak to miała oneg- daj Szarewiczowa. — Trzeba przyznać,—odezwała się Wan- dzia—że ona umie się ubierać. — Cóż dziwnego? wzruszyła ramionami pani Syiurska:—była tak długo za granicą, na- patrzyła się, i dostaje dwadzieścia reńskich od męża co miesiąc na same stroje. — Tak dużo?—zdziwiła się panna Żar- decka — w takim razie i ja potrafiłabym się stroić, jeszcze lepiej od niej. — A nie rachuje pani jej oszczędności z wiktu—dodała gospodyni.--Ona szczęśliwal Mąż poza nią nie widzi świata i ulega wszyst- kim jej zachceniem. — Cóż dziwnego?—rzekła Wandzia:—to Wykształcona i rozumna kobieta. - Ach, moja droga panno Wando, w małżeństwie nie idzie o wykształcenie, o ty- tuł doktora filozofii—uśmiechnęła się ironicz- nie:—szczęście kobiety zależy od tego, by uro- biła sobie męża stosownie do swych wy- magań. — A jeszcze więcej od wyboru—dodała surowa panna Żardecka:—bo zły syn, zanie- dbujący narzeczony, będzie i złym mężem. — Bardzo słusznie — potwierdziła pani Syiurska:—pierwsza rzecz wybrać po swojej Woli i myśli, a tymczasem kobieta jest skrę- powana. Musi wybierać tylko pomiędzy taki- mi, którzy o nią się starają; samej Jiie wolno i kroku zrobić, by ten został jej mężem, któ- rego uważa za odpowiedniego dla siebie. — Ach, ta odwieczna niewola kobiet!— westchnęła panna Żardecka — kiedyż ona się skończy nareszcie? Czas jest może bliższy,—uśmiechnęła się pani Syiurska—aniżeli myślimy. Obie panie spojrzały na nią z zapyta- niem. — Tak jest—mówiła, sadowiąc się lepiej na fotelu,— najlepszy dowód mam na swoim siostrzeńcu... On, jak mi mówiła siostra ped sekretem, był przeciwnikiem równouprawnie- nia kobiet, i wystarczyło przyjrzenie się pracy i dążeniom naszego Klubu, aby został zapa- lonym naszym zwolennikiem. Obie panie wysłuchały obojętnie tych słów, co podrażniło trochę panią Sylurską, i mówiła żywo, hamując swój zapał: — Powiadam paniom, że to niezwykły młodzieniec... i nie dlatego chwalę, iż to mój siostrzeniec... patrzę bezstronnie... ale on całe ranki poświęca przygotowaniom do egzaminu prawniczego... następnie idzie pracować w ar- chiwum akt dawnych... — Doktor Szarewiczowa mówiła mi, — przerwała Wandzia—że archiwum zamknięte jest od miesiąca. — Tak?—rzekła lekko strapiona—zaraz dowiemy się prawdy... on powinien już być. Dziwi mnie nawet, że nie przychodzi... zapy- tam go przy paniach, ale jestem przekonana, że pracuje tam do trzeciej godziny. — Zapewne tak jest, gdy pan Domnicki mówił pani—starała się naprawić panna Żar- decka niewłaściwe słowa Wandzi. — I ja jestem tego pewna—potwierdziła gospodyni.- O trzeciej obiad... a potem uczę- szcza prawie codziennie na różne posiedzenia, stawia wnioski, bierze żywy udział w dysku- syi... To jest naprawdę człowiek moralny, pra- cowity i społeczny. — I czem zamyśla zostać po skończeniu praw?—spytała uprzejmie panna Żardecka. — Ja mu radzę adwokaturę... posiada własny majątek... może zostać posłem do ra- dy państwa, a wówczas przeprowadzi nasze równouprawnienie w Austryi, bo ma wymowę i rozum. — Piękna przyszłość go czeka — rzekła panna Żardecka. — Świetna!—zapaliła się pani Syiurska.— On jako prawodawca będzie znakomity... tylko jedną ma wadę, która może być zaletą w przy- szłości. — Jaką? — Sam przyznał mi się, że łatwo ulega wpływowi kobiety wybranej przez siebie. Po- trzebuje więc żony mądrej, któraby go umiała
900 TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 47 poprowadzić—i spojrzała na Wandzię, wysłu- chującą z miną obojętną tych pochwał. Wtem skrzypnęły drzwi pokoju Frania, sąsiadującego z salonem, i wszedł on sam, ubrany z przesadną modą kroju ubrania, w koł- nierzyku wysokim, ufryzowany, naperfumowa- ny, i przywitawszy się z paniami, mówił słod- kim głosem: — Przepraszam bardzo ciocię, że się spóź- niłem... Z wielką trudnością zdołałem się uwolnić z posiedzenia wydziału. — Jakiego towarzystwa?—spytała zado- wolona ciotka. — Zakładamy, na wzór pań, klub dob- rych obyczajów, i pragniemy wciągnąć do niego całą młodzież, która, niestety, często, aż nadto często, zapomina o dobrych obyczajach. — To projekt bardzo piękny! chwaliła szczerze panna Żardecka. — Życzę panom po- wodzenia... A kto zajmuje się utworzeniem tego klubu? — Na razie, w pracach przygotowaw- czych, bierzemy najczynniejszy udział ja i mój serdeczny przyjaciel, Karol Ocieski. — Az których to Ocieskich? — spytała panna Żardecka, gdy znów Wandzia na to imię drgnęła, przypomniawszy sobie scenę z ulicy Stachowskiego: — Znałam w Króle- stwie rodzinę tego nazwiska. — Nie wiem, proszę pani, ale dowiem się. Karol jest naprawdę duszą tego zebrania, taki miły, dowcipny, wesoły, i nie dlatego go chwalę, że to mój najlepszy przyjaciel, ale każdy mu to przyzna. — Ilu macie już członków? — spytała ciotka. — Dotychczas dwudziestu, i dziś dysku- sya nad statutem. — A, to szkoda, że pan opuściłeś zgro- madzenie — rzekła panna Żardecka. — Dla towarzystwa pań, — rzucił okiem na Wandę — niema takiego posiedzenia, któ- regobym nie opuścił. — Jednak sprawy publiczne są ważniej- sze od prywatnych — zauważyła ciotka. — Ja to rozumiem, moja ciociu, ale zo- stawiłem godnego zastępcę, mego przyjaciela Karola. Razem pracujemy w archiwum, ra- zem uczęszczamy na wszelkie zgromadzenia. — Ale, ale! — zawołała ciotka, spoj- rzawszy porozumiewawczo na obie panie: — mówiono mi, że archiwum aktów dawnych zamknięte jest od miesiąca. Więc gdzie ty Franiu chodzisz? Chwilkę się zawahał i odpowiedział bez zająknienia: — My z Karolem chodzimy do archiwum kapituły krakowskiej, bo studyujemy stosunki ekonomiczne... sprawdzamy teraz Liber benefi- tiorum. — A więc to są dwa archiwa... Tak ciociu, i my pracujemy w kapi- tulnem. — To bardzo dobrze — rzekła z uśmie- chem uznania, patrząc tryumfująco na obie panie. Podczas wieczerzy rzekł Franio: — Dowiedziałem się dzisiaj ciekawej rzeczy o pam Lecińskiej. — Cóż takiego? — Pismo jej Znicz liczy około tysiąca prenumeratorek i zamierza urządzić pierwszy zjazd polskich kobiet, podobno w sprawie wolności wychowania. A, to niegodna reklama! to łapanie ludzi na szlachetne hasła wolności i pedago- gii! — oburzyła się pani Sylurska zaczerwie- niona. — Powiedziałabym, że to oburzający wyzysk uczuć macierzyńskich dla celów ambi- cyi i próżności—dodała panna Żardecka. — Jednak zjazd będzie, i to z chłopka- mi, — mówił dalej — a dziś lud robi dobre wrażenie, pociąga tłumy. — A może urządziłybyśmy coś podob- nego, przecież na różnych jubileuszach nam nie zabiaknie—zawołała panna Żardecka. — Ciociu, — upomniała Wandzia — nie możemy przecież jej naśladować. — Słusznie, racya... — mówiła pani Sy- lurska. — A gdybyśmy urządziły zjazd pracu- jących kobiet! — Teraz, wobec zbliżających się świąt, gdy tyle roboty, a nauczycielki są zajęte w szkołach, zjazd może być mały, albo nie uda się wcale — zauważyła Wandzia. — Byłbym zdania panny Wandy — wmieszał się do rozmowy Franio, spoglądając na Wandzię rozkochanemi oczyma: — mojem zdaniem, należy pozwolić pani Lecińskiej na zjazd. Zobaczymy, czy się uda, jakie będą braki, i dopiero po tej próbie wystąpić z na- szym projektem. — Zawsze ona nas wyprzedzi — wes- tchnęła pani Sylurska. — Niechże ona urządza sobie reklamy, a my pracujemy nad wyzwoleniem kobiet — powiedziała z powagą panna Żardecka. Wśród chwilowej ciszy rzuciła pani Sy- lurska pytanie: — Ciekawa rzecz, kto jej doradził ów zjazd? Bo że to nie z jej głowy, ręczę. — Słyszałam, — rzekła panna Żardec- ka — że ona ściągnęła do Koła kilku litera- tów czy artystów: to pewnie ich pomysł. — Bardzo być może... i ładne to Koło pań, w którem rej wiodą mężczyźni!—uśmiech- nęła się gospodyni złośliwie. — Rozumiem jeszcze dopuszczenie mężczyzn na nasze od- czyty, pogadanki, jak to uchwalił nasz wy- dział, ale wybierać ich do zarządu—to danie sobie świadectwa ubóstwa umysłowego. — Ma pani zupełną słuszność—uzupeł- niła panna Żardecka: — co innego wpływać na mężczyzn, a co innego im podlegać. — Ja nie wierzę w liczbę tych prenu- meratorów Znicza: to coś podejrzanego. — Ani ja! — przytakiwały inne. — Muszę rozpytać się Boreckiej; ta wypa- ple wszystko. Nie lubię wprawdzie tej plot- karki, ale w tym wypadku może nam oddać przysługę—kończyła gospodyni. Kiedy starsze panie udzielały so- bie szczegółów o uczestniczkach Koła, bar- dziej natury osobistej i prywatnej, nie nadają- cych się do ogólnej rozmowy, Franio, mus- nąwszy w górę swe modnie roztrzepane wąsy, zwrócił się z najprzyjemniejszym swoim uśmie- chem do Wandzi: — Przed przybyciem do Krakowa żyłem jak ślepiec, który nigdy nie zaznał światła. — Poddał się pan tutaj operacyi — za- śmiała się z lekką ironią. — Doznałem na sobie istotnie cudu: przejrzałem, jak Szaweł w drodze do Da- maszku. — Bardzo szczęśliwie dla pana. Musi to być rzecz przykra nie widzieć. — Tak, pani, byłem bowiem ślepy na zasługi i pracę kobiet. Poznawszy jednak co Klub robi, jakie doniosłe reformy wprowadza w naszem społeczeństwie, zmieniłem swoje przekonania co do obowiązków i celu życia. — Niebardzo można dowierzać nagłym takim zmianom przekonań — mówiła, koń- cząc filiżankę herbaty. — To moje szczęście, moje zbawienie!— zawołał z zapałem. — Dotychczas widziałem życie jako ciężką, nudną powinność, chodzi- łem w mroku, nagle zajaśniało mi słońce me- go życia — i patrzał wymownie na sąsiadkę. — Byle nie zgasło zbyt prędko! — uśmiechnęła się swobodnie. — O, nie przerażaj mnie pani!... Mam to przekonanie, że to moje słońce zawsze bę- dzie mi przyświecało... a gdyby los — koń- czył melancholijnie — zmusił mnie do odda- lenia się od słońca, od tego anioła świetlane- go, zostanie mi zawsze pamięć tego szczęścia i będzie dla mnie gwiazdą przewodnią w smut- nem mojem życiu. — Dziwi mnie, jak może człowiek czy- nić zależnem swe życie od fantazyi lub ka- prysu czyjegoś — mówiła poważnie: — albo sam w to nie wierzy, albo nie pojmuje suro- wych obowiązków życia. — Pani jest jeszcze zbyt młodą, niedo- świadczaną i dlatego inaczej zapatruje się na te rzeczy. Zresztą, ja nie znam kobiet prócz matki i ciotki; może kobiety mają inne po- glądy, ale wiem, jak mężczyźni rozumieją i pojmują życie. Jego słowa przypomniały Wandzi jej pierwszą rozmowę z malarzem, i powodowana prostą ciekawością, spytała: — Jakże mężczyźni pojmują życie? — Dla nas, a raczej dla mnie, życie jest pasmem niedoli, smutków, rozczarowań... i by- łoby przekleństwem, gdyby wśród tych ostów i cierni nie zakwitł kwiat cudny, uroczy, prze- piękny — patrzał w twarz Wandzi, słuchają- cej go ze spuszczonemi oczyma: — ta uko- chana, jedyna kobieta. Ona rozświetla noc, ucisza burzę, prowadzi na zawrotne szczyty sławy... jednem spojrzeniem, pocałunkiem goi rany życia i godzi z przeznaczeniem. — Więc kobieta jest dla pana wszyst- kiem? — spytała po chwili. O tak! ona może stworzyć niebo lub piekło na ziemi, podnieść do gwiazd lub rzu- cić na dno przepaści. Jest to siła święta lub demoniczna, siła czynu lub apatyi, graniczącej ze śmiercią. Sam jej widok podnieca do czy- nu, energii, życia... a bez niej jakiż ten świat cierpki, nudny, przykrył W myśli porównywała Wandzia te słowa zimne, obrachowane na efekt, z poglądem na życie, wypowiedzianym przez malarza. Tamte słowa żyły, drgały uczuciem, myśl łączyła się z głosem, były szczere, ujawniały prze- konania istotne, zdecydowane, a ta mowa była zimna, ostrożna: tak mówią tylko Stróże przed zamkniętą bramą raju, który znają z cudzych opowiadań.
901 PROCESYA (AUTODRZEWORYT) A. LEPERE Znudzona, spojrzała na niego zimno i rzekła nie bez cicrpkości: — Istotnie pan posiada wymowę, jak mówiła ciotka pana... — Jak rozumie to pani? — Że słów panu nie zabraknie; prawdo- podobnie pochodzi to z częstej wprawy. W oczach jego zamigotały błyski gnie- wu, ale powstrzymał się i rzeki smutnym głosem: — W ironii pani brzmi niewiara; posta- ram się ją rozproszyć... a na razie zechciej pani zwrócić uwagę, iż z pełnego serca usta moje mówią. — O czem państwo tak rozmawiacie, że zapomnieliście o bożym świecie? spytała z wyrozumiałym uśmiechem gospodyni. — Panna Wanda nie wierzy, iż celem życia mężczyzny może być ukochana kobieta— pośpieszył siostrzeniec z wyjaśnieniem. — Ależ, panno Wando! — przemówiła z wyrzutem pani Sylurska: — przecież kobieta powinna być dla mężczyzn wzorem moralno- ści, wytrwałej pracy i przywiązania do kraju, a od wzoru do ideału jest tylko krok jeden. — Zapewne, jeśli ktoś mówi o charak- terze, rozumie, cnocie — odparła Wandzia z prostotą. — Ale żadna z nas nie jest anio- łem, żadna demonem... jesteśmy ludźmi. — Wandzia ma słuszność — pośpieszyła z pomocą panna Żardecka: — my chcemy być tylko ludźmi, bez żadnych przywilejów szcze- gólnych. — Bardzo ładnie powiedziała to pani — chwaliła gospodyni; — żądamy równych praw, równych urzędów i oddania wychowania w na- sze ręce, jako matkom. — Zgadzam się z ciocią najzupełniej, •— uderzył się w piersi — a aniołem nazwałem jedynie kobietę, która w moich oczach jedno- czy wdzięk piękności z niezwykłym taktem i rozumem — spojrzał w stronę Wandzi. — Anioł wyszedł już z mody—uśmiech- nęła się. — Ale ideał został, i ten będzie istniał zawsze—odpowiedział, pochylając głowę w jej stronę. Wśród chwilowego milczenia przemówiła gospodyni: — Może panie pozwolą jeszcze herbaty. — Dziękujemy... już dosyć późno... Wandziu, idziemy. — Jestem gotowa. Pani Sylurska zapraszała szczerze gości, by zostały, ale wobec stanowczości panny Żar- deckiej musiała ustąpić. Franio odprowadził panie do domu, a wracając, uśmiechał się, rad z siebie. — Zaimponowałem tej gąsce — rozmy- ślał; — broniła się wprawdzie, ale tylko z oba- wy, by nie uledz zbyt prędko... Znamy się na tern! — i zaśmiał się, pewny zwycięstwa. (DCN) POEZYA. Barwnych motyli ścigana rojem, Owiana złoto-słoneczną mgłą, Pajęczycli przędzy strojna zawojem, Wzeszła Poezya z nią szczęście szło... Z pod stóp jej smukłe wstawały kwiaty, Blade—jak białych aniołów dar, Składał jej ptasząt chór poematy, Szedł przed nią grajków pustaków gwar.. Szła pod akanty greckiej arkady, Pod palm wachlarze—i w gaje róż, Na ciche stawy, kędy dryjady Biel swą różowią u blasku zórz... Szła w niedostępne wód uroczyska, Gdzie nenufary na liściach śnią, I pierś syrenia nocą pobłyska, Szła... a legendy szły razem z nią... Ukołysana w sennej gondoli, Na róż posłaniu, królewna fal, Ani zaznała tego, co boli, Co oszalenia, co rwie się w dal... Obce jej były daremne jęki, Niewypłakane z pod powiek łzy, I skurcze nędzą targanej ręki, I beznadziejnej przyszłości mgły... Aż kiedyś... kiedyś... w tęsknot godzinie, Gdy pustych gonitw, nadszedł już kres, Zeszła człowieka w mgławic dolinie, Kędyś nad Styksem zmąconych łez... ] naraz z jasną zagasły zorzą Motylne roje wśród kwietnych pól... Poezya—wieszczką stała się bożą, Przez łzy,., tęsknice,,, przez jęk... przez ból! IDA PILECKA.
902 ŚWIĘTA CECYLIA J. DE VRIENDT Ceremoniał grzeczności i święta chińskie. Koresp. uulasita Tygodnika s Charbina. Już to przyznać należy, że w dobrem wychowa- niu dzieci Chińczycy wyprzedzili wszystkie cy- wilizowane narody. Już za pierwszem obcowaniem z Chińczy- kami uderza to ich właśnie dobre wychowanie, uprzejmość, grzeczność, delikatność w obejściu i absolutny brak wszelkiej grubijańskości, tak nie- stety częstej u nas. Posłuszeństwo i poszanowanie starszych jest dla Chińczyka pierwszą i najgłówniejszą cnotą. Doprowadzili oni tę cnotę do doskonałości, a na- wet do przesady, śmiesznej czasem, ale bynaj- mniej nie szkodliwej. Kodeks moralny Chińczyka, zawarty w księ- gach Kun-fu-ce, opiewa: „Gdy rozmawiasz ze starszym (zwrot do młodzieży), nie ziewaj, nie ucieraj głośno nosa, nie pluj. Gdy rodzice przy stole jedzą posiłek, synowie ze swemi żonami winni usługiwać, odpowiadać tylko na pytania, nie cedzić przez zęby, nie chrząkać, nie gapić się. Gdy które z rodziców choruje, syn nie powinien myśleć o goleniu głowy i zaplataniu warkocza, powinien mieć twarz smutną, być roztargnionym, me powinien grać na żadnym instrumencie, ani pić wina, wszystkie potrawy winny mu me sma- kować, nie wolno mu się śmiać, tylko uśmiechać, nie może się gniewać." Ten szacunek dla starszych wyrobił zwyczaj wprost przeciwny naszemu. Gdy u nas składa się komplementy ludziom, wmawiając w nich wygląd nad wiek młody, szczególnie zaś stosując to do kobiet, w Chinach dzieje się wprost przeciwnie. Tu każdy rad jest odbierać honory przyswojone starszemu wiekowi. Powiedzieć pannie 16-letniej, że wygląda na lat 30 z górą—jest w Chinach naj- wyszukańszą grzecznością. Oto np. próbka najzwyklejszego i najbanal- niejszego tu wstępu do rozmowy z Chińczykiem, którego się dopiero co poznało. „Jaką też dłu- gość ma szanowny wiek pana?"—zapytujemy Chińczyka, dostrajając się do charakteru stylu jego języka.—„Moj nędzny wiek nie sięga nawet mar- nych trzydziestu lat"—brzmi odpowiedź. „O! wykrzykujemy zdziwieni:—a ja myśla- łem, że pan ma co najmniej 50 lat." Najwyższa pochwała dla interlokutora i zmie- szanie siebie z błotem jest koniecznem prawidłem rozmowy pomiędzy Chińczykami-dżentelmenami. „Jakie też szacowne imię pańskie?" — zapy- tuje jeden. „Podłe przezwisko pańskiego głupiego nie- wolnika jest Wa niu-szyn" — brzmi odpowiedź dżentelmena. „A gdzie położona jest królewska siedziba pana?"— pyta znów pierwszy. „Psia buda, w której ja się ukrywam, leży nad samą zatoką morza"—odpowiada inny, jakiś milioner może, lub wysoki urzędnik. „A ilu też mądrych i drogocennych synów pan posiada?" ciągnie pierwszy. „Mam tam pięcioro głupich i brudnych pro- siąt" — mówi z ukłonem ojciec wielkomiejskich elegantów, ubranych w jedwab od stóp do głów. Posiadam bilet wizytowy pewnego „tuza" z Chań-dao-che-ce, któremu zapowiedziałem wi- zytę, z takim dopiskiem: „Bardzo rad jestem, że drogi gość oświeci moją cuchnącą chałupę i będę go oczekiwał 11 dnia 6 księżyca (czerwiec) o go- dzinie 3 po południu. (Podpis:) Pański młodszy brat, dureń, kontroler dóbr państwa" (nazwisko). Autor tego biletu poza swym wysokim urzę- dem (kontroler dóbr państwa) jest właścicielem kopalni węgla i dużych przestrzeni leśnych. Uprzejmość i grzeczność cechuje wszystkich । bez wyjątku Chińczyków od najprzedniejszych do niż nasz. W tym roku (1904) n. st. Świąt religijnych Chiń- jeżeli naturalnie nie będziemy uroczystości „memento," któ- odprawia za swych zmarłych najuboższych. Za to, tak przesadzona w poję- ciu Europejczyków ceremonialność cechuje głów- nie klasy zamożne, i to bynajmniej nie w tym stopniu, jak nam się to wydaje w Europie. Za je- den z takich objawów ceremonii chińskich mogą służyć obchody Nowego Roku oraz rocznica uro- dzin zamożnego Chińczyka. Nowy Rok chiński przypada później, wypadł 16 lutego czycy nie znają, uważali za święto re każda rodzina przodków. Święta, a raczej uroczystości chińskie, mają charakter cywilny, właściwiej: narodowy. Święta chińskie — to: dzień rolnictwa, jako najbardziej szanowanej pracy, dzień smoka, jako godła państwa, i dzień latarni symbolu „światła." Takiem samem świętem jest dzień Nowego Roku. Jeżeli piszę „dzień," to tylko dla zwyczaju. Właściwie bowiem powinnoby się pisać „mie- siąc Nowego Roku," gdyż święto to obchodzi się przez kilka tygodni. Przez wyraz „święto" nie chcę powiedzieć: próżniactwo, gdyż Chińczyk pra- cuje 365 dni na rok. Nie mamy w słowniku od- powiedniego wyrazu, by określić to „święto," a wyraz ten jest mocno niestosowny, choćby przez charakter wyłącznie chrześcijański. Nowy Rok w Chinach to nietylko znak po- działu czasu, to nietylko rachuba ubiegłych i ma- jących nastąpić faktów życia. Nowy Rok dla Chińczyka to otrząśnięcie prochów z obuwia, to spowiedź, to odrodzenie, to przygotowanie na śmierć. Przed nadejściem Nowego Roku Chińczyk kończy wszelkie interesy; godzi spory, spłaca dłu- gi, likwiduje wszelkie zobowiązania tak moralnej, jak materyalnej natury. Wogóle postępuje tak, jakby jutro miał umrzeć lub też powtórnie się narodzić. I ten fanatyzm zwyczaju jest wprost
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 47 L03 zdumiewający. Kupcy np. płacą weksle, „coute que coute," przed Nowym Rokiem. I zwyczaj ten stał się prawem tak surowem, że Chińczyk, postę- pujący wbrew tym zwyczajom, uważany bywa przez współziomków za człowieka pozbawionego czci. Chińczycy całą noc „Sylwestrową" nic śpią. Przed urządzonymi uprzednio ołtarzykami, przed- stawiającymi wyobrażenia Buddy, zapalają świece stawiają filiżaneczki z przyrządzonymi smakoły- kami, śp ewają modły, poczem objadają się, jak "’y na Wielkanoc, i... grają w karty. Nad ranem wychodzą na dwór i ze stanu pogody wróżą, jaki będzie rok przyszły. Jeżeli dzień pogodny, a nadewszystko jeżeli słońce świeci jasno będzie dobrze; jeżeli pochmurno, trzeba się spodziewać czegoś złego. Jeżeli psy w nocy mocno ujadały będzie niechybnie wojna. Wiatr zapowiada niepowodzenie krajowe. Pierwszy dzień Nowego Roku jest naturalnie najważniejszy. Odtąd zaczynają się ceremonie nieskończonych wizyt, teatry, objadanie się; rakie- ty całymi wieczorami i nocami napełniają powie- trze hukiem i zapachem prochu. Jest to jedna z najulubieńszych rozrywek noworocznych Chiń- czyków. Wszyscy odświętnie ubrani i starannie wy- goleni, warkocz zapleciony wisi do kolan. Do świątyni idą na 5 minut. W Chinach faktycznie niema boga, nominalna zaś jego egzy- stencya zaznaczana jest przez żółtolicych przez rzucanie kapłanom raz na rok kilku czochów (czoch '/10 kopiejki). W Chinach modlą się tylko kapłani. Ceremoniał zwyczajowy wymaga, by wizyty noworoczne składać wszystkim, ale to dosłownie, wszystkim znajomym. Z tego powodu operacya ta trwa kilka tygodni. Przychodząc z wizytą, Chińczyk wręcza jednocześnie bilet wizytowy, a często i prezent jakiś, drobiazg, smakołyk, lub coś podobnego. Jeżeli prezenty są liczne, lub więcej warte, wtedy do prezentów dołącza się na czerwonym papierze drukowany spis darowanych Przedmiotów, na którym obdarzony kwituje dają- cego z otrzymania prezentów. GUSTAW OLECHOWSKI. Z tygodnia na tydzień. Nasze „ankiety.“ W ostatnich czasach spostrzegamy pewien fuch znamienny i bardzo pożądany. Nasze insty- fucye społeczne i ekonomiczne, a nawet ruchliw- sze jednostki, dla których sprawy ogółu nie są obojętne, starają się czynić wywiady w różnych dziedzinach życia, celem nagromadzenia danych, które pozwoliłyby się oryentować w położeniu, a następnie ułatwiłyby rozpoznawanie różnych chorób społecznych, lub nawet stosowanie środ- ków profilaktycznych. Ruch ten sam przez się jest wielce pocieszający; ale z drugiej strony jego forma, a następne wyniki dają temat do bardzo smutnych rozmyślań. Przedewszystkiem uciekanie Sl\ do wszelkiego rodzaju ankiet przygodnych stwierdza dotkliwy brak prawidłowej i szerokiej organizacyi statystycznej, bez której nie może istnieć i normalnie się rozwijać żadne społeczeń- stwo, utrwalające byt swój na mocnych podsta- wach. Mamy wprawdzie warszawski komitet staty- styczny, który rozporządza pewnymi środkami 1 zbiera wiadomości drogą urzędową; ale i ten szwankuje, a ta właśnie droga urzędowa, obok swych zalet, ma jeszcze strony ujemne. Do Współpracownictwa bowiem powoływani są ludzie ZajniująCy małe lub średnie urzędy, nie przygoto- wani należycie do tej pracy, nie rozumiejący jej ULICZNI MUZYKANCI CHIŃSCY. Ze zbiorów G. Olechowskiego. znaczenia i doniosłości. Wykonywają oni zlecenia szablonowo, a ponieważ nie mogą przekonać lud- ności, że wdzieranie się do tajemnic gospodarki prywatnej nie ma na celu podnoszenia stopy po- datkowej lub czegoś podobnego, więc bardzo czę- sto rubryki są wypełniane cyframi fikcyjnemi, na których wstępie są budowane bałamutne wnioski. Z drugiej strony wszystkie nasze ankiety wykazały, jak słabo ogół jest przygotowany w tej mierze, jak mało rozumie znaczenie tego rodzaju poszukiwań i jak dalece lekceważy je. Zjawisko to, niestety, daje się spostrzegać nawet w gru- pach ludzi oświeconych, zarzucanych kwestyona- ryuszami. To też w rezultacie wszelkie ankiety, urządzane nawet przez najpoważniejsze nasze instytucye, zbierają materyał urywkowy, niedokład- ny, który skutkiem tego nie zawsze posiada siłę przekonywającą, jako środek dowodowy w memo- ryałach, składanych władzom ministeryalnym. Stosunkowo lepsze wyniki dają poszukiwa- nia osobiste, tak zwane „wywiady." Ale to śro- dek jest nazbyt kosztowny i wymagający współ- pracownictwa ludzi oddanych temu zadaniu i po- siadających wysokie kwalifikacye w danym zakre- sie. Wywiady takie nie mogą być „interwiewem" reporterskim, lecz osobistem i gruntownem bada- niem stanu rzeczy w tych dziedzinach, w których dana jednostka może nietylko się oryentować, ale także poprzeć swoje poszukiwania wiedzą odpo- wiednią. Bądź co bądź, pomimo trudności, należałoby dążyć do organizowania tego rodzaju poszukiwań osobistych, nim zdobędziemy się na właściwą organizacyę statystyczną. Zen. P. * Zbawienna akcya. Kraj nasz przeżywa obecnie ciężkie przesi- lenie ekonomiczne, ujawniające się najgroźniej w wielkich ogniskach przemysłu naszego, do któ- rych w pierwszym rzędzie należy Łódź. Kapitaliści fabrykanci radzą sobie jak mogą, aby przetrzymać niekorzystny stan rzeczy i wyrów- nywając zyski stracone przez chwilowe zamknięcie szeregu poważnych rynków zbytu, ograniczają rozmiar produkcyi swych przedsiębiorstw, lub sta- rają się o odpowiednie zmniejszenie ich kapitału zakładowego. To też mówiąc o klęsce, mamy na myśli przedewszystkiem ludność roboczą, nad którą za- wisło obecnie złowrogie widmo głodu ze wszyst- kiemi jego następstwami. Dla zażegnania tego właśnie widma łódzkie chrześcijańskie Tow. dobroczynności rozwinęło obecnie szeroką akcyę ratunkową, organizując energiczną pomoc dla robotników, pozbawionych pracy. W pięknej a płomiennej odezwie do obywa- teli łódzkich, wzywa ich obecnie Tow. dobroczyn- ności, aby okazali się godnymi miana dzieci tych ojców, którzy w normalnych pod względem eko- nomicznym okolicznościach i tylko w przewidy- waniu chwil krytycznych wznieśli piękną humani- tarną instytucyę. „Dla was, panowie,—głosi zarząd, zwracając się o współudział w akcyi do przemysłowców i fabrykantów, którzy mimo poniesionych strat rozporządzają jeszcze znacznem mieniem — nade- szła chwila, kiedy w sferach ubogich wznieść sobie możecie i powinniście pomnik trwalszy od śpiżu i granitu." Dalej zwraca się Towarzystwo również z proś- bą o pomoc do kobiet łódzkich, do wszystkich właścicieli mniejszych fabryk i domów, do kup- ców, rzemieślników i niepozbawionych dotychczas pracy robotników i do służących, wzywając ostat- nio wspomnianą sferę społeczną do składania jak najmniejszych datków na rzecz pozbawionych pracy i chleba. Poza tem między środkami przedsięwziętymi w celu przeciwdziałania nędzy powołano do życia wydział wyszukiwania pracy i zakładania sal zajęć. Wprawdzie, jak dotychczas, wydział ten mógł za- ledwie drobnej garstce głodnych zapewnić pracę i pożywienie, ale zarząd Tow. dobroczynności żywi nadzieję, że przy poparciu ogółu społeczeństwa zdoła spełnić swe zadanie. Na razie trudno przewidzieć, w jakim stop- niu płomienne słowa zarządu Tow. dobroczynności zdołają przeniknąć i rozgrzać serca zarówno kapi- talistów, jak i szerszych sfer łódzkich, w każdym razie, jako szczery objaw celowej i zbawiennej akcyi społecznej zasługują na szczery i gorący poklask. o Jesienin. Już serce spokojne Nie walczy jak z młodu, Przebyło swą wojnę Z bólami zawodu, Wie: nic go nie czeka 1 nic się nie zmieni, Więc drzemie bezczynnie W dniach cichej jesieni. A niegdyś, gdy złotą Maj rozpiął swą lutnię, W dal gnane tęsknotą Szalało rozrzutnie I biegło na oślep, Przez morze płomieni, To serce drzemiące, W dniach cichej jesieni.
904 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 47 W słonecznych skier błysku, Wzwyż myśleć się rwały, Spragnione w uścisku, Ogarnąć świat cały, I hojnie rzucało Kaskadą promieni, Nim w lód się zmieniło W dniach cichej jesieni. Ach, drogi życiowe Tak pełne są cierni, Sny gubią tęczowe Szlachetni i wierni Rycerze z kolei Padają zmęczeni, By zmartwieć, jak trupy, W dniach cichej jesieni. Jad życia zdradliwy, Zatruwa czar wnęki, A wody im żywej, Nikt nie da kropelki, Tej wody czarownej, Co ciemność w blask zmieni— I giną samotnie W dniach cichej jesieni. A jednak choć kropla Ożywczej tej wody, Świat zdobi urokiem, Wiosennej pogody; Z niej czerpią moc nową Rycerze stęsknieni, W dniach grozy i zgonu W dniach cichej jesieni. Lecz kędyż jej szukać, Już wyschły jej źródła, Pierś ludzka oddawna Na kamień wychłódła, Gdzie szukać miłości Z tęcz, z woni, z promieni? Umarła królewna, W dniach cichej jesieni. I pusto tak bez niej, Tak ciemno i smutno, Świat, żalem trawiony, Wdział szatę pokutną. Zanurzył się cały, W toń mroków i cieni, I zwolna zamiera W dniach cichej jesieni... Or-ot. EPILOGI. Kasa literacka. Komitet Kasy literatów i dziennikarzy war- szawskich przyjął niedawno zapis p. Hortensyi Le- wentalowej, wynoszący 4,500 rubli. Z odsetek od tej sumy jedna piąta wpływać będzie na fundusz obrotowy Kasy, jako dochód imienia Salomona Lewentala, reszta zaś przeznaczoną została na na- grody dla autorów wybitnych powieści i sztuk dra- matycznych polskich: w każdem pięcioleciu połowa z przeznaczonych na nagrody odsetek będzie przy- znawana za powieść, druga zaś — za sztukę dra- matyczną. W ten sposób rzeczywiste kapitały kasy wzrosły o 900 rubli. Od czasu założenia Kasy, jest to czwarty zaledwie zapis na rzecz tej insty- tucyi. Dwie sumy powstały z ofiar literatów: Jó- zef Kenig zapisał Kasie 80C rb., L. Jenike zaś 1000 rb. Poza tern, p. Krasuski ofiarował Kasie drewniany domek w Zielonce, wartości 1500 rubli, a p. Drozdowski złożył na jej fundusz zapomogo- wy 4500 rb. Ogółem tedy z ofiarności publicznej (poza literatami) zyskała kasa dotychczas 6900 rubli. Śród szerokich kół publiczności istnieje wciąż mniemanie, że z pieniędzy, składanych w Kasie Literackiej, korzystają bezpośrednio dzisiejsi jej członkawie. Tymczasem sprawy mają się zgoła inaczej. Kasa ma podwójne zadanie: 1) udzielać po- życzek procentowych; 2) zbierać fundusze przezor- ności dla niezamożnych wdów i sierot, pozostałych po członkach towarzystwa. P.erwsze z tych zadań, oparte na zasadzie towaizystw pożyczkowych, wy- łącza wszelką możność darowizny. Najważniejsze jednak znaczenie w Kasie ma fundusz przezor- ności, który, w drodze normalnej powstać może jedynie z zapisów. Mówię: w drodze normalnej, chociaż bowiem los literata polskiego od lat pięć- dziesięciu polepszył się znacznie, praca jego po- zostaje dotychczas najgorzej płatną w społeczeń- stwie. Na literacie polskim do tego stopnia cięży wyzysk przeważnej liczby wydawców i spekulantów dziennikarskich, że o odkładaniu jakichś sum na przyszłość nawet marzyć mu niewolno. Przecięt- ne dochody najpoczytniejszych literatów naszych, to jest ludzi, którzy wywierają na rozwój duchowy narodu największy wpływ, nie przewyższają do- chodów średnio zamożnego kancelisty. Ale kance- lista, stając się urzędnikiem, ma prawo do emery- tury, wówczas gdy literat polski może przekazać dzieciom .. własne tylko imię. Pomiędzy społeczeństwem a literatem niema należytej wymiany usług: literat daje swój talent, zdrowie, życie — otrzymuje zaś w zamian kruchą sławę lub zapomnienie. Gdy w innem zajęciu pracobiorca zyskuje na swym pracowniku jedną czwartą dochodu, w literaturze stosunek najczęściej odwraca się znamiennie, to jest na niekorzyść literata. Zdawało się, że założenie Kasy literackiej zwróci uwagę publiczną na tę wielką niesprawied- liwość, że obok tylu ofiarodawców, zapisujących fundusze na cele dobroczynne, znajdzie się dosta- teczna liczba obywateli, którzy postarają Się zwró- cić wdowom i dzieciom literatów długi, jakie za- ciągnęli wobec ich mężów i ojców. Niestety, do takiego poczucia swych obowiązków nie dorośli- śmy jeszcze... mp. Nowi profesorowie i docenci Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dr Jan Los. Kiedy po zgonie ś. p. d-ra Lucyana Malinowskiego opróżniła się katedra filo- logii słowiańskiej w uniwersytecie Jagielońskim, w niemałym kłopocie znalazło się kolegium wy- działu filozoficznego: kogo z młodych uczonych powołać na to odpowiedzialne stanowisko? Wybór był tern trudniejszy, że młodzież uniwersytecka w Galicyi niechętnie poświęca się studyom filolo- gii słowiańskiej i języka, i powołanie następcy nastręczało z tego powodu trudność znaczną. W tym czasie zwracać począł na siebie uwagę Dr JAN ŁOŚ. świata naukowego młody lingwista-filolog, dr Jan Łoś, docent uniwersytetu petersburskiego, którego prace, ogłoszone w „Archiw fur slavische Philolo- gie,“ zalecały się gruntownem przygotowaniem i ścisłą metodą badania. Na niego też padl wy- bór profesorskiego grona wszechnicy, usprawiedli- wiony w zupełności stanowiskiem i działalnością naukową kandydata. Powołany w r. 1902 jako profesor nadzwyczajny, niebawem już, bo we dwa lata po przeniesieniu się do Krakowa, prof. Łoś otrzymał katedrę zwyczajną. Dr Jan Łoś urodził się w Kielcach w r. 1860. Do gimnazyum uczęszczał w Piotrkowie, a unr wersytet ukończył w Petersburgu, poczem uzupeł- niał swą wiedzę filologiczną na uniwersytetach niemieckich. Z prac jego najważniejsze są: „Gwara opoczyńska," Kraków, 1885, (w „Rozpra- wach wydz. filol. Akad. um.,“ XI); „Porównanie fonetycznych właściwości kilku gwar polskich" (tamże); „Berichtigungen zum Reimser Evange- lium" („Archiw fur slav. Philologie," t. IX), „Szkic historyczny początku i rozwoju pisma" {Ateneum, 1888); „Fragmenty lubelskie pisma staroruskiego" (Petersburg, 1900, wyd. Akad, nauk); „Wyrazy złożone w języku polskim" (Petersburg, 1901); „Funkcye narzędnika w języku polskim," Kraków, 1904 (Akad, um.) i inne. W uznaniu dotychczasowej naukowej dzia- łalności Akademia umiejętności mianowała d-ra Łosia swoim członkiem korespondentem. Dr Tadeusz Estreicher, syn zasłużonego bibliografa i dyrektora biblioteki Jagielońskiej, za- twierdzony obecnie przez ministeryum oświaty na stanowisku docenta chemii nieorganicznej i teore- tycznej w uniwersytecie Jagielońskim, jest jednym z tych młodych uczonych, którzy karyerę swoją naukową przygotowali długiemi latami poważnych studyów, podejmowanych z gorącem umiłowaniem obranego przedmiotu. Studya uniwersyteckie odbył w Krakowie, skąd po otrzymaniu doktoratu filozo- fii, udał się w dwuletnią podróż naukową najpierw do Berlina (gdzie pracował w instytucie chemii fizycznej prof. van ’t Hoffa), następnie do Lipska (instytut prof. Ostwalda), w końcu do Londynu (w University College laboratoryum Sir Will. Ram- say^). Powróciwszy do Krakowa, został asysten- tem przy katedrze chemii w uniw. Jagielońskim i tu wspólnie z prof. Olszewskim pracował nad głośnem odkryciem skraplania gazów. Praca ta dostarczyła mu materyału do całego szeregu prac i rozpraw z zakresu chemii, ogłaszanych częścią w wydawnictwach krakowskiej Akademii umiejęt- ności, częścią w czasopismach fachowych niemiec- kich i angielskich. Poza ściśle naukowemi praca- mi, które głównie miały za przedmiot studya nad gazami w nizkiej temperaturze, napisał dr Estrei- cher wiele prac popularnych w czasopismach: ]Vszechśvjiat, Kosmos, Tygodnik Illuslrowany, oraz artykułów w pismach codziennych. Jedną z ciekawych jego prac o charakterze historycznym była monografia globusa z XVI wieku, znajdują- cego się w bibliotece Jagielońskiej, w której udo- wodnił, że nasz globus jest najstarszy ze wszyst- kich pokolumbijskich globusów. Dr T. Estreicher, wybrany w roku 1900 na sekretarza komisyi bibliograficznej i historyi nauk Akademii umiejętności w Krakowie, jest redaktorem wydawanego przez tę komisyę kwar- talnika: „Katalog literatury naukowej polskiej." Młody uczony krakowski dał się także po- znać w charakterze prelegenta, między innemi w Warszawie, którą po raz pierwszy zapoznał ze skroplonem powietrzem w styczniu r. z., cztero- krotnie przemawiając ąv, cathedra Muzeum rolnic- twa i przemysłu, o czem w swoim czasie Tyg- Iltustr. pisał obszerniej. Z dziedziny samodzieP nych odkryć naukowych zapisał się dr Estreicher chlubnie wynalazkiem t. zw. fluoroforty, t. j. n0' wej metody reprodukcyi dzieł sztuki za pomocą
TYGODNIK ILLUSTROWANY Np 47 905 Dr TADEUSZ ESTREJCHER. wygryzania rysunku na płycie działaniem kwasu fluorowodowego. Wynalazek ten świetnie zużytko- wał w praktyce prof. Akademii sztuk pięknych, Leon Wyczółkowski. Dr Stefan Ilorosakiewics, docent medycyny sądowej w uniwersytecie Jagielonskim, pomimo młodego wieku (urodzony w r. 1874 we Lwowie) zapisał się w literaturze szeregiem poważnych Prac naukowych z zakresu swej specyalności, ogłoszonych w językach niemieckim i francuskim. Po uzyskaniu w r. 1898 stopnia doktora wszech nauk lekarskich na uniwersytecie Jagielonskim w Krakowie, został asystentem przy katedrze me- dycyny sądowej i w tym charakterze pracuje przez 'at siedm pod kierunkiem prof. d-ra Wach- Lolza, jednej z największych powag w dziedzinie medycyny sądowej. W r. b. po złożeniu fa- kultetowi rozprawy „O zmianach w narządzie od- dechowym u utopionych,“ uzyskał veniani legencti z zakresu medycyny sądowej. Z licznych prac d-ra Horoszkiewicza cieszyły się szczególnem Uznaniem świata lekarskiego rozprawy: „O otru- c'ach solami miedziowemi," „O miejscowem dzia- łaniu arszeniku," „Ot. zw. morsthymica," „O zmia- nach pośmiertnych" i t. d. Materyału do tych Prac dostarczył mu pobyt w instytutach sądowo-lekar- sldch w Wiedniu, Berlinie, Hradcu i Budapeszcie. W. PR- Teatr, muzyka, sztuki plastyczne. * Teatr krakowski. Dyrekcya teatru krakow- skiego starannym doborem repertuaru usiłuje utrzymać zainteresowanie publiczności, żądnej zawsze nowości z za- kresu literatury bieżącej. Taką nowością była sztuka głośnego angielskiego dramaturga Shawa „Bohaterowie,* będąca satyrą obyczajowo społeczną na ogólno ludzkie pojęcie ideału bohaterstwa. Sztuka należy do słabszych utworów Shawa, a wprowadzenie do akcyi stosunków z wojny serbsko-bulgarskiej, traktowanych z pobłażli- wym uśmiechem satyrycznym, obniża tu zasadniczą myśl sztuki. „Bohaterowie* nie osiągnęli też spodziewanego powodzenia. Nierównie bardziej interesującą była ory- ginalna premiera Adolfa Ncuwcrt Nowaczyńskiego „Dya- beł łańcucki,* w której szeroko podmalowane tło histo- ryczne i doskonale uchwycony koloryt obyczajowy epo- ki Zygmunta 111 złożyły się na całość, oddziaływającą ze sceny silnymi efektami tężyzny staroszlachcckiej. Boha- ter sztuki t. zw. „Dyabeł łańcucki," Stanisław Stadnicki, znany zawadyaka i awanturnik, głośny z zatargu swego z Opalińskim, występuje tu w pełni rysów, jako wyo- braziciel czynnika anarchii szlacheckiej, która doprowa- dziła kraj do rozstrojów. Rolę tego możnowładcy, na- kreśloną wyrazistymi rysami, odtworzył w grze i cbarak- teryzacyi doskonale p. Sosnowski, a niepohamowaną w ambicyi i złości żoną jego—pani Wysocka. Sztuka pomimo pewnych usterek, znamionujących niezupełne jeszcze opanowanie przez Nowaczyńskiego nowej dzie- dziny dramatycznego tworzenia, doznała powodzenia i zapełniała teatr przez szereg wieczorów doszczętnie. Głośny „Demon ziemi" (Frdgeist) Wedekinda, jednego ze skrajnych przedstawicieli modernizmu niemieckiego, odsłaniejący w karykaturze potworne oblicze kultury wielkomiejskiej w jaskrawym obrazie wprowadzającym naprzemian epizody tragedyi i farsy, zainteresował nie- tylko błyskotliwością pomysłu autorskiego i silą efektów scenicznych, ale także znakomitą grą p. Mrozowskiej, która w tytułowej roli Lully, owego „demona zguby," dała rewelacyę swego talentu i zapewniła sztuce szereg przedstawień. Ostatnią premierą była szara obyczajowa komedya Najdienowa „Bogaty człowiek," po której re- pertuar bieżący przyniesie cykl gościnnych występów p. Gabryeli Morskiej-Popławskiej. p * Wystawa polskiej sztuki drukarskiej. Sta- raniem dyrekcyi Muzeum narodowego w Krakowie i To- warzystwa „Polska sztuka stosowana," otwarta będzie w pałacu Czapskich w Krakowie, w połowie grudnia, hi- storyczna wystawa drukarstwa polskiego. Obiedwie te instytucye, porozumiawszy się z sobą, pracą swą podzie- liły się w ten sposób, że Muzeum narodowe urządzj „dział historyczny drukarstwa w Polsce," a Towarzystwo „Polska sztuka stosowana" urządzi dział drukarstwa współ- czesnego. Obadwa działy stworzą całość bogatą i wy- soce interesującą, gdyż materyały, którymi rozporządza w tym działe muzeum Czapskich, są olbrzymie i cieka- we. Dział współczesnego drukarstwa ma na celu przed- stawić stopień artyzmu we współczesnem drukrstwie, uwydatnić dążenie do nadania rzeczom drukarskim pol- skim odrębnego charakteru i dać przegląd artystycznego stosowania motywów swojskich. W dziale współczes- nym poza okazami drukarstwa w ścisłem tego słowa znaczeniu znajdą uwzględnienie litografie, drzeworyty, afisze, artystyczne oprawy, okładki i t. d. Tow. „Sztu- ka stosowana" zwróciło się z odezwą do drukarzy, lito- grafów, wydawców i artystów polskich, aby poparli wy- stawę nadesłaniem jak najliczniejszych okazów. Termin dla dcklaracyi do 20 listopada, dla nadsyłania okazów do 5 grudnia r b. p * Komitet budowy Kolumny Mickiewiczowskiej we Lwowie uczynił już prawie zadość wszelkim zobo- wiązaniom natury finansowej. Przedstawiają się zaś one w następujący sposób: honoraryum artysty 40,000 koron, firmie lwowskiej Schimsera za granit i opolcrowanie 82,850 koron, firmie Serpeka za odlewy 29,000 koron, utrwalenie gruntu 9,800 kor., ustawienie kolumny 9,5o0 koron, koszta konkursu i inne pomniejsze wydatki 5,421 koron. Razem 175,571 koron. Nie jest to wszakże kwo- ta ostateczna, otrzyma się ją wkrótce po ostatecznem ze- stawieniu rachunków. Jeśli dołączy się wydatek na uporządkowanie placu, skwer, bruk i kratę, wypadnie całkowity koszt pomnika na 200,000 koron. W kwocie tej mieszczą się: ofiary publiczne; dochód z odczytów i koncertów: Sienkiewicza, Modrzejewskiej, Paderewskie- go i Michałowskiego; zasiłek Sejmu w kwocie 20,000 koron i ofiara reprezentacyi miasta Lwowa w kwocie 70,000 koron. Przyznać należy, że gospodarowano wy- bornie. t * We lwowskim salonie Towarzystwa sztuk pięk- nych urządzona będzie niebawem druga wystawa Związku artystów lwowskich. Sądząc z dotychcza- sowych zgłoszeń, przedstawi ona okazale dorobek arty- styczny kończącego się roku, obejmując dzieła Augusty- nowicza, Rozwadowskiego, Popicia, Bratkowskiego i in- nych. W tej chwili gości w Salonie wystawa zbiorowa prac Trusza i Trębacza, c * Nie zawsze udają się t. zw. plebiscyty arty- styczne. Dowodem tego głosowanie publiczne na kon- cercie Mickiewiczowskim we Lwowie, dokonane za po- mocą oklasków i okrzyków (?). Pokrzywdzono bowiem, jak stwierdza miejscowa krytyka, kilku poważnych auto- rów, w tej liczbie zaś odznaczoną trzecią nagrodą panią Leokadyę Wojciechowską, wyklaskano zaś laur wieczoru młodziutkiej, sympatycznej zresztą panience, która uło- żyła dyletancką muzyczkę do słów: „Gdybym się zmie- nił w wstęgę złocistą." ski. * Na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie stanął w tych dniach pomnik nad mogiłą nieodżałowanego Stanisława Szczepanowskiego. Trzymany w formie skały, wyróżnia się korzystnie oryginalnością pomysłu od banalnego otoczenia. Skałę ułożono z granitu zako- piańskiego, biust stanowi dzieło rzeźbiarza Jana Kuźnie- wicza, odlew z bronzu wyszedł z lwowskiej pracowni Wilhelma Sknuszyla, tak więc całe dzieło wykonane jest z materyałów krajowych i silami swojskiemi, jako godne uczczenie pioniera przemysłu krajowego. T WYDAWNICTWA ARTYSTYCZNE. * Ukazał się wreszcie czterdziesty i ostatni zeszyt istotnie pomnikowego wydawnictwa „Pomniki Krako- wa,“ Maksymiliana i Stanisława Cerchów, z tekstem d-ra Feliksa Kopery. Dzięki materyalnemu poparciu krakow- skiej Akademii Umiejętności, Wydziału krajowego i Ra- dy miasta Krakowa, a także zainteresowaniu się wielu osób, wśród społeczeństwa naszego, dla których prze- szłość sztuki polskiej nie jest obojętna, mogło być wy- dane z nadzwyczajną starannością to dzieło wspaniale, owoc olbrzymiej, długoletniej, zdumiewającej pracy ry- sowniczej ojca i syna. Artysta malarz Maksymilian Cer- cha, przed laty kilkudziesięciu zaczął gromadzić we własnych, wykonanych z nadzwyczajną ścisłością i praw- dziwem znawstwem przedmiotu, rysunkach wizerunki wszystkich, tak obfitych w grodzie podwawelskim daw- nych pomników, a kiedy starość osłabiła dłoń spraco- waną, podjął tę sprawę dziedzicznie w dalszym ciągu syn jego, również artysta malarz, p. Stanisław Cercha. On to zbierany przez lata materyał uzupełnił, ułożył sy- stematycznie według epok i przez energiczne zabiegi swoje udostępnił dła ogółu w wydaniu, które, bez prze- sady mówiąc, jest chlubą w naszym dorobku kultural- nym. Rzeczywiście niewiele równie wielkich i dokład- nie prowadzonych przedsięwzięć dochodzi u nas do tak pomyślnego ukończenia „Pomniki Krakowa" są dzie- łem kompletnem, wyczerpującem przedmiot całkowicie pod względem artystycznym i archeologiczne™. Mógłby ktoś utrzymywać, że wobec wysokiego rozwoju dzisiej- szej techniki fotograficznej, żmudna praca nad kopiowa- niem ręcznem rzeczy, które mogły być znacznie łatwiej wykonane za pomocą aparatu fotograficznego, jest bez- owocna i że z tego powodu najdokładniejsze wizerunki pomników, przerysowane przez Cerchę (ojca) niegdyś może w epoce, kiedy nie znano tego chemiczno-optycz- nego ułatwienia, wielkiej artystycznej i dokumentalnej wartości, dziś utraciły swoje dawne znaczenie. Otóż byłoby to twierdzeniem zupełnie powierzchownem. Fo- tografia z zabytków sztuki, zwłaszcza szczegółów, ty- czących się konstrukcyi ornamenlacyjnej, nie wyrazi te- go, co może dać artysta, obznajmiony z charakterystyką danego stylu, umiejący ująć bieg jego linii zasadniczej. Podkreśla on ją umiejętnie i wyciąga demonstracyjnie w duchu obowiązującego stylu, przez co rysunki takie posiadają znacznie wyższą zaletę dydaktyczną od naj- lepszych odbitek fotograficznych. Wielkie to wydawnic- two składa się z czterdziestu zeszytów in folio, zawie- rających po kilkanaście tablic, odbitych w drukarni W. L. Anczyca i Spółki w Krakowie, j ZE SZTUKI STOSOWANEJ. * Max Klein: Źródło, Jest to jedna z pięk- niejszych rzeźb, jakie zjawiły się w ostatnich latach w Niemczech. Swobodny, harmonijny, miękki tuch ko- biety, opierającej się o muszlę źródlaną, piękne linie pod-
906 TYGODNIK ILLUSTROWANY .Nb 47 ŹRODŁO tawy, na której wznosi się muszla i gdzie stoi to za- myślone, piękne „źródło”, prostota całej kompozycyi, świetnie modelowana postać i jej spokojnie melancho- lijny wyraz—wszystko to czyni z owej marmurowej rzeź, by, istotnie przeznaczonej na przechowywanie wytrysku- jącej z ziemi wody—rzadkiej wartości dzieło sztuki, wynoszące je znacznie ponad poziom t. zw. wiedeń- skiej secesyi, rozpanoszonej w utworach szczególnie sztuki stosowanej, ostatniej doby w Niemczech. „Źró- dło* znajduje się w „Galeryi Narodowej” w Berlinie, k * D. 23 października odsloniono w Paryżu pomnik jednego z największych muzyków francuskich, Cezara Franckii (ur. 1822 t 1890), którego „Młoda Francya” w muzyce (Indy, Charpentier) uważa za swego ducho- wego przewodnika. Pomnik, dzieło rzeźbiarza Alfreda Lenoifa, wyobraża wielkiego twórcę muzycznego w po- stawie siedzącej, z założonemi na piersiach rękoma, po- grążonego w głębokiej zadumie przed klawiaturą orga- nową. Geniusz pod postacią anioła unosi się nad nim. zwracając ku niemu twarz i otulając go opiekuńczemi skrzydłami. Nieuznawanemu w dostatecznym stopniu za życia poświęca dzisiaj prasa francuska gorące arty- kuły, sławiące jego potężne, głębokie dzieła, szczególnie kościelne, i piękną prostotę jego charakteru. Pomnik wy- stawiono staraniem komitetu artystycznego, któremu prezydował genialny Wincenty d'lndy. k Sztuki graficzne. Wspaniała, niezmiernie bogata wystawa, bo zawierająca przeszło 600 dzieł z zakresu akwafor- ty, autolitografii i autodrzeworytnictwa, ze zbio- rów G. Centnerszwera, urządzona od dłuższe- go j’uż czasu w Pałacu sztuki, zaznajamia nas prawie dokładnie z obecnym stanem sztuk gra- ficznych w Europie. Istotnie zebrano tu w najpiękniejszych i naj- bardziej charakterystycznych okazach wszystko, co w Anglii, Francyi i Niemczech zwróciło na siebie uwagę oryginalnością po- mysłu, niepospolitością artystycznego ujęcia i mistrzostwem wykona- nia. Najsłynniejsi w tym dziale twórcy doby dzi- siejszej są tu reprezen- towani przez utwory pierwszorzędnej warto- ści, spotyka się najbar- dziej w sztuce głośne nazwiska. Szczególniejsze za- miłowanie artystów i pewnej części publiczno- ści do sztuk graficznych jest zresztą, jak to już niegdyś na tem miejscu zaznaczyliśmy, bardzo znamienną cechą chwili, wykładnikiem dążeń po- wszechnych do jak naj- szerszego udziału w wielkich ucztach arty- stycznych, do udostęp- nienia rozkoszy estetycz- nej tym wszystkim, któ- rzy dla braku możności obcowania z oryginal- nemi dziełami większej wartości, od uczt tych byli wyłączeni. Autore- produkcye, doprowadzo- ne do dzisiejszej do- skonałości technicznej, posiadające całą bezpo- średniość osobistego zetknięcia się z niemi samego artysty, zacho- MAX KI.EJN wujące na sobie w pełni świeżość i ciepło tchnień jego ducha twórczego, wprowadzają nas w równie wzniosłą atmosferę szczerej sztuki, jak obrazy oryginalne, poczęte w natchnieniu. Jest to jakby demokratyzacya sztuki, w naj- szlachetniejszem słowa tego znaczeniu, gdyż zbli- ża ją do szerokiego ogółu, nie pozbawiając bynaj- mniej całej arystokratycznej dostojności i powagi, co się zazwyczaj dzieje przez demokratyzowanie jej w złym sensie, t. j. przez wytwór- czość niby oryginalną, lecz tanią i ba- nalną. Dostępność, łatwość posiadania odejmują jej majestat wielkiej pani, urok czegoś odświętnego, niepowszedniego, jaki koniecznie posiadać powinna. Prawdziwe artystyczne poczęcia zja- wiają się rzadko, niepodobna więc niemi wszystkich obdzielić. Odbicie graficzne, własnoręcznie wykonane przez artystę, szersze może objąć kręgi, to też dziś ludzie ze smakiem, wytworniejsi, subtelniej wyrobieni estetycznie, przekładają piękną akwafortę, lub śmiałą zamaszystą autobio- grafię mistrza, odtłoczoną w kilku lub kilkunastu egzemplarzach, nad pospolite malowidła, produkowane masowo na na- sze olbrzymie rynki pseudoestetycznych zapotrzebowań, przez nader zręcznych bodaj nawet wyrobników. Ażeby mieć miarę wysokiej warto- ści wystawionych tu utworów, należy bacz- nie przyjrzeć się przedewszystkiem wy- twornym, przesubtelnym akwafortom an- gielskim. Jaka tam nadzwyczajna deli- katność dotknięcia igły, a zarazem pew- ność kreski i poczucie tonu! jaka dosko- nałość skończenia i artyzm w ujęciu ca- łości! Artyści w Anglii tak wysoko rozwinęli technikę akwafortową, jak nigdzie zresztą w Eu- ropie; pojęli oni nadto lepiej niż gdzieindziej ta- jemnicę uroku starej dyskretnej tonacyi bez moc- nych, gwałtownych efektów światłocienia, oddają ją też swemi mistrzowskiemi kreskami z niezrów- nanym wdziękiem i poezyą. Pełne są tej poezyi krajobrazy, podznaczone nazwiskami. Goff, Haden, Hall, a zwłaszcza Charlton, który sprawność ręki doprowadził do iście zdumiewającego posłuszeń- stwa. Wiele jest jej w fantastycznych kompozy- cyach A. Bauerle’go, a przedewszystkiem w mister- nych, jakby przedelikaconych wykwintnych utwo- rach Watsona i słynnego na świat cały Whistlera. Do rzędu pierwszorzędnych mistrzów w tym dzia- le zapisać jeszcze należy nazwiska: I. Thomas, W. Monk Sloane, Bolinbroke, Bryden i oczywiście Herkomer, który ma swoją własną, niezmiernie cie- kawą, całkiem odmienną od innych technikę. W dziale niemieckim wyróżnia się doskona- ła akwatynta A. Menzla, naśladująca w łudzący spo- sób rysunek węglowy: „Głowa starca." Znakomi- tym akwaforcistą jest bez zaprzeczenia Maks Klin- ger. Wydobywa on swą igłą tony nadzwyczajnej przejrzystości, a jednocześnie siły potężnej, jednak- że wobec wytwornych utworów angielskich, szty- chy jego przestają imponować. Głębokie jego kom. pozycye, pełne wzniosłych myśli i filozoficznej za- dumy, ciężkie są w układzie i w rysunku poszcze- gólnych figur, jak zresztą ciężkie jest wszystko, co Niemcy tu wystawili, a zwłaszcza autobiografie czarne i barwne, tudzież autodrzeworyty, nie mo- gące iść w porównanie ze swobodą, polotem, | rozmachem i fantastycznością wyrazu, jakie ce- chują podobno utwory francuskie. A są to jednak nazwiska wysoko cenione w sztuce niemieckiej; M. Lieberman, Otto Ficher, Hans Thoma, Kamp- mann, Volkmann, Langhein, Sterl, Grethe, La Ro- che, Unger, Kalkreut, Bauer, Kalmargen, Engel, Orlik, Meditz, Struck i inni. Z Francuzów również są tu reprezentowani najsłynniejsi. Przedewszystkiem jest tu wielki akwaforcista, nieżyjący, już Felicyan Rops, biegły rysownik, fantastyczny kompozytor, umysł głęboki i refleksyjny, choć nieco przekorny. Z autobio- grafiami stanęli: rozszalały w charakteryzowaniu, drwiący filozof Weber, sentymentalno - ironiczny Pierrot, willette, pełen paryskiej elegancyi Cheret, wytworny karykaturzysta Lćandre i najbardziej pa- POMNIK CEZARA FRANCKA
907 TYGODNIK ILLUSTROWANY M 47 ryscy malarze: Raffaelli, Grasset i Steinlen, który w przepysznej, dosadnej charakterystyce daje zdu- miewająco żywe sceny ulic i bulwarów. Są tu Lepere, Marais, Carrióre, który wysta- wia swe niezmiernie subtelne impresye w mgli- stych, rozwianych zarysach; jest dziwaczny Odillon Rćdon, ze swemi ezoterycznemi poczęciami, Fantin Latour pełen czerstwej siły w modelowaniu ciał •<obiecych, Rivićre z pięknie stylizowanym pejza- żem, Lautrec, Besnard, Chahine, E. V. Muyden, Legrand i wielu innych. Francuzi nadto wystąpili z nowością w dzie- dzinie sztuk graficznych. Są to mianowicie akwa- forty kolorowe, których sposób przygotowania, jak- kolwiek znany już u nas z kilku okazów, mało jest dotychczas rozpowszechniony. Wiek z prób wystawionych posiada istotnie hardzo pełne efekty kolorystyczne, a wszystkie, co już jest, trzeba przyznać, specyalną właściwością Francuzów, odznaczają się wytwornym smakiem w przeprowadzeniu kombinacyi barwnych. tygodnik ilhistrowany dla czytelników swo- ich z ogólnego zbioru utworów francuskich wybrał dla reprodukcyi dwie autoakwaforty E. von Muy- den'a: „Złodzieje koni," Bracquemonda „Dziś * wczoraj," tudzież akwafortę tego ostatniego ze słynnego obrazu Gustawa Moreau „Marzenie wład- cy Wschodu." Nadto dajemy odbicie jednej z prze- pysznych autolitografii Fantin’a „Preludyum Lo- hengrina." J. Z Dalekiego Wschodu. (głęboka tajemnica pokrywa działania armii J.1 ohlężniczej pod Portem Artura. Wieści „Chiń- czyków z Czifu", nic poparte żadnym urzędowym raportem, zaczynają zaprzeczać sobie nazwajem. Jednego dnia dowiadujemy się z tego źródła, i to ze wszelkimi szczegółami o wzięciu fortów Er- lungszan, Kekwan i Iczan. Na drugi dzień gło- szą telegramy o „zmuszeniu bateryi fortu Erlung- szan do milczenia" czyli dopiero o walce artyle- ryjskiej, poprzedzającej ogólny szturm. Jednego dnia zapewniają nas, że gen. Stoessel broni się już tylko na Laoteszanie i Tygrysim Ogonie, drugiego zaś, że „żaden ze stałych fortów nie został jesz- cze wzięty." Były nawet pogłoski o rokowaniach w celu kapitulacyi ale i tym zaprzeczono naza- jutrz, twierdząc, że nigdy tylu dżonkom z żywno- ścią nie udało się jeszcze przedrzeć do Portu Artura, jak obecnie, oraz, że wskutek tego oblę- żeni nie cierpią braku żywności po zupełnem od- cięciu od wszelkich komunikacyi w ciągu pięciu Flizko miesięcy... Niewątpliwie jednak stwierdzonem, a przy- uajninej więcej niż prawdopodobnem jest, że usta- wiczne bombardowanie spowodowało zarówno w mieście, jako też w fortach i dokach poważne szko- dy, jak zburzenie dwóch arsenałów, częściowe roz- walenie murów w niektórych fortyfikacyacli zde- montowanie wielu dział, zniszczenie, lub uszkodze- n’e kilku okrętów i t. p. Przyjąć można również za pewnik, że ataki Japońskie działają na bardzo szerokim froncie i skie- r°wane są jednocześnie ku różnym stronom twier- dzy. Wywnioskować to można z przytaczanych w telegramash nazw fortów. A więc forty Erlang 1 Kekwan leżą na północo-wschodzie od portu 1 należą do t. zw. Gór Smoczych, stanowiących Wraz z Pajingszanem, Pantaoszanem i Złotą Górą (na wschodzie) jądro twierdzy. Pomiędzy tymi ^°rtanii przewija się droga do Dalnego. Na wschód °d kolei żelaznej, a bezpośrednio na północ i pół- P°co-zachód, znajduje się Andzyszan i leszan ’ Sahoszan, wreszcie na zachód i'południe — Lao- eszan i Ogon Tygrysi. Wszystkie te miejscowości s4 w telegramach wymieniane; do wszystkich wyjątkiem otoczonego morzem Tygrysiego Ogo- GENERAŁ KUROKI W OTOCZENIU RODZINY W TOKIO. na armia oblężnicza szturmuje bez wytchnienia: działami oblężniczemi, armatami polowemi, kara- binami, bagnetami, rewolwerami. W niektórych miejscach szańce oblegających stoją zaledwie o kil- kadziesiąt kroków od szańców oblężonych. * * * Armia rosyjska — według telegramów Ag. Ros. dosięgła nad rzeką Szacho liczby 300.000 z 1200 działami — wśród których znajduje się 60 moździerzy o kalibrze 155 milimetrów. Armia japońska nie jest napewno mniejsza. Posiłki napływają jej bezustannie. Liczba moździerzy (120 milimetrowych) dosięga podobno 80. Moździerze są to działa, przeznaczone do wyrzucania olbrzymich bomb burzących,które strasz- ne są szczególnie dzięki temu, że padają wprost z góry na szańce, niszcząc je i zabijając personel. Od pocisków tych niczem zasłonić się niepodobna. Dotychczas artylerya rosyjska była dość sła- bo zaopatrzoną w tę straszną broń. Obiedwic armie zachowują wciąż postawę wyczekującą. * Eskadra bałtycka, czyli II eskadra Oceanu Spokojnego, znajdująca się już częściowo koło Suezu w drodze na Daleki Wschód, składa się z następującycli okrętów: t dywisya, pancerniki: „Cesarz Aleksander III" (okręt admiralski dowódcy floty, Rożestwienskie- go), „Borodino," „Kniaź Suworow" i „Oreł" (zbu- dowane w latach 1901 i 1902). II dywisya, pancerniki, „Oslabja," „Sissoj Wielikij," „Nawarin" i „Cesarz Aleksander II" (zbudowane w r. 1898, 1894, 1891 i 1887). Dywizye te uzbrojone są w 32 ciężkie dzia- ła, 100 średnich i 400 szybkostrzelnych. Załoga razem -5,400 ludzi. III flotylla krążowników: „Dmitrij Don- skoj" i „Oleg" (obadwa I klasy), „Aurora," „Żem- czug," „Izumrud" i „Ałmaz" (II klasy), uzbrojone razem w 92 działa średnie, 128 lżejszych. Zało- ga—2,400 ludzi. U flotylla torpedowców. Kontrpedowce właściwe: krążowniki „Świetlana", „Wojewoda", „Posadnik" i „Abrek" oraz 20 torpedowców, uzbro- jonych w 8 torped z dwoma otworami do ich wy- rzucania każdy i 116 dział szybkostrzelnych. Za- łoga — razem 1620 ludzi. 1'. Okręty transportowe, których liczba nie jest bliżej określona, Służą one do zaopatrywania eskadry w żywność i węgiel. Przeciwko ogromnej flocie tej zamierzają po- dobno admirałowie Togo i Kamimura walczyć głównie za pomocą torpedowców, a zapewne i łodzi podwodnych, które, jak się zdaje, wyszły już z warsztatów amerykańskich. Zagłębiają się one na 125 stóp pod poziom morza. Kosztowały po 35.000 funtów sterlingów. Łodzie podwodne posiada również podobno eskadra bałtycka. Z Petersburga. *„* Niedawno senat rządzący rozstrzygnął ważną w zasadzie sprawę, dotyczącą przechodzenia własności ziemskiej w ręce ludności nieprawosławnej w guber- niach litewskich. Według sprawozdania sądowego „Birż. Wied.", rzecz się tak miała: Szutkiewiczowa, wła- ścicielka ziemska w powiecie Poniewieskim gub. Ko- wieńskiej, zapisała swój majątek ziemski włościanom miejscowym, Litwinom Kraniewskim. Wileńska izba są- dowa odmówiła zatwierdzenia tego zapisu na tej zasa- dzie, że Kraniewscy, jako miejscowi włościanie-Litwini, należą do tej kategoryi ludzi, którzy mają ograniczone przywileje nabywania gruntów w guberniach zachodnich (wolno nabywać maximum 60 dziesięcin). Obrońca Kra- nicwskich, adw. przysięgły p. Olszamowski, skierował sprawę do senatu. Obrońca dowodził, że wszystkie przepisy, ograniczające praw'a na posiadanie ziemi w gub. zachodnich Polaków, Żydów i cudzoziemców, wcale nic dotyczą włościan, chociażby ci byli katolikami. Senat rządzący skasował decyzyę izby sądowej wileńskiej na zasadzie, iż w tym przypadku naruszono prawo z dnia 27 stycznia 1901 r. Korespondent warszawski „Now. Wrem." wy- stępuje stanowczo przeciwko zamiarowi oddania kas gminnych Królestwa Polskiego pod zarząd ministeryum skarbu. Radzi on oddać te instytucye pod zupełne za- wiadowanie komisarzy włościańskich i nadać tym urzędni- kom władzę dyscyplinarną nad personelem służbowym kas. Pogląd na kwestyę polską. Pod takim tytu- łem zamieściła gazeta „Nowosti" w N-rze 292 obszerny artykuł, w którym zastanawia się nad kwestyą polską i dochodzi do wniosku, że równouprawnienie wszystkich obywateii jest konieczne w interesie samego państwa, a jeśli przeszłość obudwu narodowości w Państwie Rosyjskiem była odmienna, to przecież przeszłość ta oddała już, co się każdej z nich należało; jedna z nici) była w ciągu całego wieku uprzywilejowaną, a druga była ciągle karana przez cały wiek cierpień. Nie można ani nagradzać, ani karać za przeszłość wiecznie. Realny punkt można wynaleźć tylko w dzisiejszem położeniu, a celem powinno być przygotowanie do najlepszej przyszłości
908 BATERYA ROSYJSKA, UKRYTA W GAOLANIE POD LAOJANEM. Nasze ryciny. I. DE VRIENDT: ŚWIĘTA CECYLIA. —Żywot Świętej Cecylii, panny i męczen- niczki, dostarczył tematu do wielu dzieł sztuki. Większość mistrzów przedstawiała świętą patronkę muzyki w chwilach pod- niosłej ekstazy, grającą na harfie, organach, lub też śpiewającą hymny na cześć Stwórcy (Van Eyck, Cavedone, Pellegrini, Tibaldi- Rubens, Cantarini, Rafael, Dolci, Domini- chino, Mignar Delaroche etc). Dramatyczny moment męczeństwa odtwarzano znacznie rzadziej (Cimabue, Dominichino, Rafael, Giu- lio Romano). 1. de Vriendt wymalował świętą Cecylię złożoną po śmierci na łożu. Palma w dłoniach zamordowanej symboli- zuje męczeństwo. Dokoła łoża stoją kwia- ty i dymią kadzielnice. Na prawo siedzi pobożny czciciel Świętej z twarzą pełną mistycznego skupienia i wpatruje się w pięk- ne oblicze zmarłej. W głębi unoszą się chóry aniołów z instrumentami muzycznymi, kwiatami i trybularzami. Całość utrzymana jest w liniach równych, spokojnych Żaden gwałtowniejszy ruch nie mąci poważnego i łagodnego nastroju. Śmierć nie sprawia tu wrażenia dramatycznego. Czujemy, że to nie katastrofa, lecz prolog do nowego życia w sferach pozamiemskich. Kronika. Z KOŚCIOŁA. W dniu 10-ym b. m. w kościele św. Katarzyny w Petersburgu odbyła się uro- czystość konsekracyi ks. Kesslera na bisku- pa tyraspolskiego. Cerenonii dopełnił J. E. ks. metropolita Jerzy hr. Szembek w asy- stencyi ks. biskupów: Zdzitowieckiego i bar. Roppa i w obecności licznego tłumu po- bożnych. o SZKOLNICTWO. Ministeryum komunikacyi zatwierdziło ustawę szkoły majstrów warsztatowych na kolei warszawsko-wiedeńskiej. Do rzeczo- nej szkoły przyjmowani będą młodzieńcy w wieku od lat 14 do 17, posiadający świadectwa z ukończonej 2-klasowej szkoły miejskiej. Wstęp posiadać będą wyłącznie synowie służby, lub rzemieślników kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Kurs 4-letni obej- mie dwa oddziały: teoretyczny z wykładami religii, języka rosyjskiego, arytmetyki, tech- nologii i rysunków, oraz praktyczny, prze- znaczony dla zajęć warsztatowych. Wykła- dy teoretyczne trwać mają od 2 do 4 go- dzin, praktyczne zaś zajęcia od 7 do 8 go- dzin codziennie. Wykłady odbywać się będą bezpłatnie. Wychowańcy zajmować będą w miarę miejsc wakujących posady majstrów kolejowych. Otwarcie szkoły przy warsztatach głównych w Żbikowie nastąpić ma wkrótce, o SPOŁECZNE. Według cyfr, podanych w jednym z ostat- nich numerów Słowa, a zaczerpniętych z urzędowych źródeł, Warszawa posiada wśród mieszkańców swych 42% analfabe- tów mężczyzn i 56% kobiet. Gorzej jesz- cze przedstawia się pod tym względem Łódź, gdzie liczba analfabetów męzczyzn dochodzi do 55%, a kobiet do 66%. o Podjęto starania o zatwierdzenie nowej instytucyi współdzielniczej powstającej w Warszawie pod nazwą „Związek buchalte- rów.* Związek bierze na siebie całkowitą odpowiedzialność za niedokładne wypełnia- nie przez swych członków wziętych na siebie zobowiązań i gwarantuje pokrycie wynikających stąd strat w wysokości okreś- lonej umową członka związku z pracodaw- cą. Udziały członkowskie określa się do wysokości 25 rubli, przyczem z zarobku członka potrąca się nie więcej, niż 5% na wydatki stowarzyszenia. Sprawami związku zarządzać ma ogólne zebranie oraz zarząd, złożony z przewodniczącego i 5 członków. Warsz. Dnicwn. zamieścił w tych dniach artykuł poświęcony pogłosce o mającej na- stąpić reformie ustawy cenzuralnej. „Po objęciu przez ks. Swiatopołk-Mirskiego sta- nowiska ministra spraw wewnętrznych i po- daniu do wiadomości szeregu rozmów jego ze współpracownikami rosyjskich i zagra- nicznych wydawnictw—pisze wspomniany organ—„zjawiła się w prasie wiadomość o mającem urzeczywistnić się wkrótce pro- jekcie przejrzenia dotychczasowych przepi- sów ustawy cenzuralnej. Jest to pogłoska niezwykle radosna. To też nie można nie przyklasnąć dobrej inieyatywie i nic życzyć jej należnego urzeczywistnienia. Jak za- znacza IDarsz. Dniewni/i, prasa w normal- nych warunkach bytu staje się pomocą władzy państwowej w rozwiązywaniu różno- rod łych trudnych zagadnień społecznych. Ona zaznajamia rząd z rozmaitymi niezna- nymi mu szczegółami życia narodowego, ona daje władzy centralnej możność kon- troli nad działalnością podwładnych jej orga- nów rządzących, ona wyrabia tejże władzy konieczną popularność i t. p. Według Warsz. Dnieun., obecna ustawa cenzuralna rosyj- ska stanowi konglomerat różnorodnych pier- wiastków obcych. Na jej pstrą mozaikę, ugrupowaną bezkrytycznie, złożyło się to wszystko, co niegdyś stworzono na zacho- dzie Europy. Wogóle nasza ustawa cen- zuralna, pisze Warsz. Dniewn., w celu izo- lacyi społeczeństwa od myśli „szkodliwych”, lub mogących zamącić spokój ogólny, zbrojna jest w cały szereg przepisów od- działywujących pośrednio, lub bezpośrednio na kierunek prasy. Pierwszym czynnikiem pod tym względem jest cenzura prewen- cyjna, zawierająca szereg paragrafów, służą- cych jako wskazówka dla postępowania cen- zora, a niedostatecznie określonych z punktu widzenia prawego. Brak miejsca nie po- zwala na streszczenie całkowitego obszer- nego artykułu Warsz. Dniewn., dodamy więc tylko, że zdaniem wspomnianego or- ganu gruntownej reformy domaga się głów- nie część ustawy, zawierająca przepisy o cenzurze prewencyjnej, niezgodnej w wielu paragrafach z postępem czasu, o Z BÓŻNYCH 8TIION. W Wilnie z zapoczątkowania Maryi hr. । Tyszkiewiczówny (autorki powieści „Spój- nik”), otwiera się w grudniu r. b. Poiu । śir. Jnilwigi dla uboższych pracownic igły. 21 października ministeryum spraw wewnętrznych zatwierdziło ustawę wewnę- trzną całkowicie na warszawskim t. zw. za- kładzie. Komitet organizacyjny stanowią: M. hr. Tyszkiewiczówna (kasyerka), Helena z Cywińskich—córka ś. p. dra Zenona C Antoniowa hr. Tyszkiewiczowa (przewodni- cząca), Jadwiga hr. Tyszkiewiczowa z Za- troczą, M. de St. Clair, J. Lubańska, Kata- rzyna Jeleńska, Jaroszyńska i Sznejderowa. Przyjmowane do Domu św. Jadwigi szwacz- ki (w wieku lat 14—30) opłacać będą 1 rub. miesięcznic za przytułek, obiad, pomoc le- karską, troskliwą opiekę wszelką (od wy- zysku pracodawczyń np.). Członkowie, po- pierający zakład plącą co najmniej 5 rub. locznie. Zresztą, sympatyczny, ogromnie ze względów etycznych i społeczno-ekonomicz- nych pożądany Dom św. Jadwigi niechyb- nie pobudzi ofiarność osób zamożnych na Litwie; wszelka jest nadzieja, że liczba 24 internatek wzrośnie do liczby, da Bog> kilkakroć większej. Dom św. Jadwig1 z czasem będzie ulokowany w prawdzi-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 47 909 wym domu własnym, kamienicy specyalnic wybudowanej w tym celu, wzorowo urzą- dzonej; jest to marzenie wileńskich pań filantropek. u IŁucli umysłowy we Lwowie wzmaga się uderzająco. Dowodem tego szereg wy- kładów i odczytów, których w porze jesien- nej i zimowej przypada na każdy niemal dzień kilka lub kilkanaście. Rozpoczęto właśnie poważną seryę powszechnych wy- kładów uniwersyteckich, organizowanych corocznie przez grono profesorów uniwer- sytetu. Pierwszy stanął tym razem na ka- tedrze prof. dr Józef Kallenbach, mówiąc >O pierwszych latach literatury emigracyj- nej." Zaczął się też kurs czteromiesięczny w Szkole nauk politycznych, zainaugurowa- ny przez prof. dra Jana Pawlikowskiego i Władysława Studnickiego. Polskie Towa- rzystwo filozoficzne święciło dwóchsetną rocznicę śmierci Johna Locke'go odczytami dra Władysława Wisłockiego i Teodora Mianowskiego. W Związku naukowo-lite- rackirp czytali: dr Kazimierz Jarecki „O to- wianizmie," prof. dr Wilhelm Bruchnalski „O Konradzie Wallenrodzie “ Przedni znaw- ca Mickiewicza rzucił tu zupełnie nowe światło na wiele stron poematu, wywodząc tem dłuższą, wysoce zajmującą dyskusyę. Towarzystwo ludoznawcze zapowiada poga- dankę Franciszka Gawrońskiego „O wilko- łactwie." W kole literackiem znowu prof. dr Wojciech Dzieduszycki, oderwawszy się na chwilę od prac parlamentarnych, wypo- wiedział wprost porywającą rzecz na temat .Psyche i Eros," dramatu Jerzego Żuławskie- go. Równie świetną, głęboką a bardzo pouczającą była lekcya Dzicduszyckiego -O romantyzmie, symbolizmie i naturaliz mie." Przed gronem posłów sejmowych * ekonomistów dr Karol Bertoni, wicekon- sul austryacki w Kurytybie, przedstawił stan obecny wycłiodztwa z Galicyjskiego w Pa- ranie. Dla pełności obrazu dodać należy, że jednocześnie odbywają się prelekcye i rozprawy w kdkunastu kółkach młodzieży uniwersyteckiej, rzemieślniczej i izraelickiej, w licznych towarzystwach zawodowych, wreszcie w Sodalicyi Maryańskiej, gdzie w kółku społecznem wykładają ks. Alfred Wróblewski, Tadeusz Czapelski i dr Adam Konopka. T Rostnnrncyn kościoła Maryackiego. Przesławna świątynia Maryacka w Krakowie zyskała świetną ozdobę przez umieszczenie "a jej zewnętrznych skarpach dwóch no- wych gotyckich pinakli, umocowanych tam zamiast starych, uszkodzonych i zwietrza- łych. Pinakle te, wykonane w pracown1 rzeźbiarskiej p. Kuleszy, według rysunków architekta p. Zygmunta Hendla, zalecają się stylową konstrukcyą, licującą z gotyckim charakterem kościoła. Pomnik Ferdynanda lir. Ilompesclin w Itudnikii. Ferdynand hr. Hompesch był posłem w wiedeńskiej Radzie Państwa, gdzie przez czas pewien pełnił funkcyę marszałka Postępowaniem swojem potrafił °n zaskarbić sobie uznanie. Jego dziełem było założenie szkoły koszykarskiej w Rud- niku, która stała się matką wszystkich j>ra- "ńe szkól tego rodzaju w kraju. Jego dziełem założenie „Spółki wodnej" i wy- jednanie dla niej hojnej pomocy rządowej. Jego dziełem podniesienie kultury torfowisk, budowa doskonałych dróg w powiecie, utrzymywanie młodzieży okolicznej w szko- łach przemysłowych, nie mówiąc o licznych a szczodrych zawsze pomocach doraźnych, •łego dziełem odbudowanie spalonego mia- sta Rudnika. To wszystko dało pochop do Owiązania się komitetu, mającego na celu uwiecznić w kamieniu pamięć zacnego oby- watela. Uroczystość odsłonienia pomni- ka odbyła się w Rudniku nad Sanem d- 27 października r. b, jako w rocznicę POMNIK FERDYNANDA hr. HOMPESCHA W RUDNIKU. zgonu ś. p. hr. Hompescha. Pomnik stci w rynku, otoczony skwerem i przedstawia się bardzo pięknie. Jest dziełem dłóta artysty rzeźbiarza, profesora Juliusza Beł- towskiego ze Lwowa, tego samego, który jest autorem również pomnika króla Jagieł- ły w Gródku koło Lwowa. F. S. NAUKA. Dra Cezara Russjana, mianowano profe- sorem zwyczajnym mechaniki ogólnej i anali- tycznej na Politechnice lwowskiej, c Dr Bronisław Cubrynowics, skryptor muzealny Ossolineum, wygłosił w ubieg- łym miesiącu w uniwersytecie lwowskim odczyt habilitacyjny na temat: „Poezya kon- federatów barskich." Na mocy uchwały ko- legium filozoficznego dr Gubrynowicz przed- stawiony został ministeryum oświaty, jako docent historyi literatury pclskiej. c Prof. dr Antoni Kalina, wskutek prze- dłużającej się uporczywej choroby wniósł rezygnacyę z urzędu rektora Uniwersytetu lwowskiego na rok szkolny 1904/5. Wsku- tek tego dokonano nowego wyboru i ob- wołano magnificencyą dra Józefa kniazia Puzynę profesora, matematyki na wydziale filozoficznym. Prorektorem jest, jak wia- domo, ks. dr Jan Fijałek. c ŚWIAT KOBIECY. Obok chrześcijańskiego Towarzystwa opie- ki nad upadłemi kobietami, powstało u nas drugie pod nazwą: „Warszawskiego żydow'- skiego Towarzystwa ochrony kobiet." Ce- lem jego ochrona dziewcząt i kobiet od upadku, oraz dopomaganie upadłym do po- wrotu na drogę uczciwą. Postanowiono za- kładać biura pośrednictwa pracy w najuboż- szych dzielnicach i schroniska dla bezdom- nych kobiet, a wreszcie zapobiegać jak najenergiczniej handlowi żywym towarem. —Warszawskie Tow. chrześcijańskie ochrony kobiet otworzyło IV Ognisko w domu Nr 21 w Al. Jerozolimskich. Opłata wy- nosi 20 rub. miesięcznie za całe utrzymanie we wspólnej sali, 35 rub. zaś w osob- nych pokojach — Akademia wojskowo-le- karska w Petersburgu postanowiła udzielać kobietom stopni doktorek medycyny na tych samych prawach, co mężczyznom. Do egzaminów zgłosiły się dotychczas tyl- ko trzy lekarki. — W Poznaniu ostatnimi czasy odbył się bardzo liczny wiec kobiet polskich, wzywający uczestniczki do prze- ciwdziałania germanizacyi, do podniesienia wartości pracy, do popierania pol- skiego przemysłu i handlu, do walki z alkoholem i kar- ciarstwem i t. p.—W Kra- kowie, dzięki zabiegom i pracy p. Felicyi Żurow- skiej, powstało schronienie dla 72 sierot dziewcząt, którym zapewniono pieczę i nauką, cw ZMARLI. Bolesław Raczyński, b. dyrektor zakładu kąpielo- wego w Ciechocinku, zmarł w Warszawie dnia 7-go b. m., przeżywszy lat 72. Ludwik Gronau, apte- karz i obywatel m. War- szawy, zmarł w Warszawie dnia 7-go b. m., przeżyw- szy lat 71. o Józef Nainiski, b. oby- watel ziemskij i b. naczel- nik ruchu tramwajów' war- szawskich, zmarł dnia 8-go b. m., przeżywszy lat 73. o Mieczysław Gadomski, urzędnik sądu okręgowego warszawskiego, zmarł w Warszawie dnia 7-go b. m., przeżywszy lat 55. Anna ze Starzyńskich Chlcwicka, zmarła w’ Kutnie dnia 1-go b. m., przeżywszy lat 32. o Karolina z Nowaków Golędzinowska, b. obywatelka ziemska, zmarła w’ Warsza- wie dnia 8-go b. m., przeżywszy lat 66. o Ze świata. ROOSEVELT I WYBORY AMERY- KAŃSKIE. Wybory na prezydenta Sta- PREZYDENT TEODOR ROOSEVELT. nówTZjednoczonych odbywają się co cztery lata w ten sposób, że ludność każdego stanu dokonywa przedewszystkiem t. zw. prawyborów, czyli upoważnienia większo- ścią głosów kilku pełnomocników do póź- niejszego głosowania za kandydatem na prezydenta. Od czasów Waszyngtona nie wybiera się nigdy tego samego człowieka prezydentem więcej niż dwa razy z rzędu. W obecnych prawyborach ludność Unii rozdzieliła się na dwa obozy: demokratycz- ny, któryjpopierał Parkera, i republikański— Roosewelta. Fakt, że z 476 prawyborców wybrano 300 zwolenników Roosevelta, sprzy- jającego polityce mocarstwowej, jest tembar- dziej znamienny, że nigdy jeszcze nie obierano w Stanach Zjednoczonych prezy- denta tak olbrzymią większością głosów. Właściwe wybory odbędą się d. 6 go gru- dnia w poszczególnych stolicach Unii. Ale i wtedy jeszcze wynik nie będzie ogło- szony. Nastąpi to dopiero d. 8 lutego r. p. na wspólnem posiedzeniu‘senaty i izby repre- zentantów. Wreszcie wybrany prezydent i wiceprezydent obejmie uroczyście urzędowa- nie dopiero 4 marca o godzinie 12 w polu- dnie.Roosevelt, który zbędzie już ze wszelką pewnością wybrany, jest człowiekiem wiel- kiej energii, przedsiębierczości i śmiałych poglądów politycznych, zabarwionych im- peryalizmem. Urodzony dnia 21 paździer- nika 1858 roku w Nowym Jorku, rozpoczął, po ukończeniu studyów uniwersyteckich, karyerę polityczną w roku 1880. W r. 1895 został prezesem komisyi policyjnej. Na tem stanowisku odznaczył się bezw'zględnem tę- pieniem łapownictwa, dzięki czemu zrobił sobie wielu nieprzyjaciół. W roku 1897 był powołany przez prezydenta Mac Kin- leya na pomocniczego sekretarza wydziału marynarki. Wkrótce potem, podczas wojny hiszpańsko-amerykańskiej, zorganizował od dział ochotniczy, złożony z t. zw. „cow- boyów," czyli wpół-dzikich jeźdźców stepo- wych, na których czele odznaczył się wiel- ką odwagą podczas ataku na wzgórze San Juan pod Santjago de Cuba, przez co po- zyskał sobie olbrzymią popularność. Miano- wany po wojnie gubernatorem stanu Nowy Jork, we dwa lata później został wice-pre- zydentem, a po zamordowaniu Mac Kin- leya przez Czołgosza—prezydentem Stanów Zjednoczonych (r. 1901). Do popularności Roosevelta przyczyniła się znacznie jego działalność literacka. Barwnie i żywo opi- sywał prezydent w licznych książkach swo- je awanturnicze przygody myśliwskie oraz dawał wyraz swoim gorącym uczuciom amerykańsko-imperyalistycznego patryotyz- mu. Wice-prezydentem będzie mianowany obecnie Charles Warren Fairbanks, były se- nator Unii w stanie Indiana, k leczenie starości. Prof. Eliasz Mieczników, jeden z głównych kierowni- ków instytutu Pasteura, wydał bardzo ciekawą książkę, w której zastanawia się w sposób niezmier- nie oryginalny nad naturą ludzką. Na podstawie ścisłych roztrząsań naukowych (głównie zaś swojej znanej teoryi fagocytozy) przycho- dzi do przekonania, że życie człowieka „od początku ulega zgubnemu wpływowi dysharmonii natury ludzkiej." Wpływ ten z biegiem czasu staje się coraz mocniejszy i prowadzi do starości chorobowej." „Dyzharmonię" tę sprowadzają, według prof. M. po- pierwsze nieużyteczne, szczątko- we narządy w organizmie czło- wieka, a podrugie — jak to nie- dawno wykazał gdzieindziej — choroba chroniczna, którą za- wdzięczamy systematycznemu za- truwaniu krwi przez niezmiernie PARKER.
910 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 47 subtelne trucizny, toksynami zwane, a wpro- wadzane do organizmu przez różne mikroby. Jednakże—według Pasteura i Miecznikowa— istnieją mikroby „złe" i .dobre," czyli za- grażające zdrowiu, lub też sprzyjające roz- wojowi naszych ciał, zapewne przez wytwa- rzanie t. zw. białych ciałek krwi, które wal- czą z mikrobami, wchłaniają je i pożerają, decydując w ten sposób o zdrowiu orga- nizmu. Otóż owe „dobre" mikroby znajdu- jemy w największej ilości w mleku kwaś- nem. Sprzyjają one zdrowiu organizmu tak dalece, że np. w Bulgaryi znaną tam długowieczność mieszkańców w górach wy- wołuje właśnie to, że używają oni za po- karm przeważnie mleka kwaśnego. (To samo widzimy wśród naszych górali w Tat- rach) Chcąc więc jak najdłużej utrzymać w sobie czerstwość i zdrowie,—a więc do pewnego stopnia — leczyć starość, należy jak najwięcej pić kwaśnego mleka. Prof. Mieczników stosuje już ową metodę od lat dziesięciu i czuje się doskonale, k „KIN-LIEN." Tak nazywają w Chinach małe, po bar- barzyńsku wynaturzone nóżki Chinek, które skazane są, jak wiadomo, od dzieciństwa na straszne tortury, aby tylko zapewnić swoim kończynom jak najdrobniejsze wy- miary. Wprowadzenie tego zwyczaju da- tuje się od r. 934, ale przyczyny, które | skłoniły Chińczyków do jego rozpowszech- nienia, są dotychczas tajemnicą. Wprawdzie niektórzy twierdzą, że katowanie nóg Chi- nek miało na celu zupełne ich obezwład- KIN-LIEN. nienie i w ten sposób uzależnienie od sil- niejszej połowy rodzaju ludzkiego—hypote- za ta nie jest jednak dotychczas nale- życie udowodnioną „Kin-lien" (Złote lilje) zaczynają wytwarzać dziewczynkom już w szóstym roku życia. W tym celu ban- dażują nóżki dzieci bawełnianemi, dwume- trowej długości pasmami tak silnie, że czę- sto noga od tego puchnie lub podpada poważnym chorobom, zapaleniom i t. p. Bandaże te zaciska się coraz mocniej — przez całe trzy lata, aż wreszcie muskuły przyzwyczajają się do tej nienaturalnej po- zycyi, i noga rozwija się dalej w sposób zupełnie anormalny. Pierwsze owe trzy lata—to szereg bezustannych cierpień nie- szczęśliwego dziecka. Zresztą cierpienia te trwają u Chinki podobno przez całe życie, gdyż chodzenie nastręcza dla niej zawsze poważne trudności. Wynaturzona w ten sposób noga, ubrana w elegancki, dziecin- ny pantofelek i jedwabną haftowaną poń- czoszkę, z wierzchu przedstawia się bardzo ładnie, bez obuwia jednakże jest wstrętna— jak to widać na załączonej rycinie tak, że nawet służąca, gdy obmywa nogi swojej pani, ma wtedy obowiązek odwracania wzroku, lub zamykania oczu. „Kin-lien" przyjęło się, oczywiście, tylko w zamoż- niejszych warstwach chińskich, gdyż u ludu nie pozwalała na to konieczność: kobieta obarczona jest tam pracą i musi mieć swo- bodę ruchów. Od lat dwunastu nie krę- pują też nóg księżniczkom z dynastyi pa- nującej. Europejki, mieszkające w Chinach, zdołały wpływami swojemi wytworzyć wśród Chinek silną partyę, która postawiła sobie za cel zwalczanie barbarzyńskiego obyczaju. Partya ta wkrótce okazała się tak silną, że wymogła na cesarzu chińskim wydanie edyktu do gubernatorów prowin- cyi, nakazującego im wzbraniać obywate- lom „Państwa Środka" torturowania swych córek. Edykt ów wydał już podobno spo- dziewane skutki, k J2 romanse rocznie potrafił pisy- wać—zmarły niedawno w Bostonie „lite- rat"—czyli właściwiej fabrykant romansów, Prentiss Zugraham. Przez lat 31 napisał ich wogóle 707—po 60,000 wierszy w każ- dym. Zdarzyło mu się raz w ciągu czte- rech dni i nocy spłodzić 12,000 wierszy. Rok, w którym „smarował" 1 romans ty- godniowo, był wprawdzie jedyny w życiu tego prawdziwie amerykańskiego „twórcy", w każdym razie można mu powinszować... zdrowia. Umarł, mając lat 84. k ZMNIEJSZANIE SIĘ LUDNOŚCI WE francyi. Według obliczeń statystycz- nych za rok 1903, zapisano we Francyi w r. 1903 o 18,666 mniej urodzeń, niż w r. 1902. W 36 departamentach stwierdzono większą liczbę śmierci, niż urodzeń. Wogó- le zaś urodzeń było więcej, niż śmierci o 73,106, gdy nadwyżka ta w roku 1902 przedstawiała cyfrę 83,944. W stosunku do nnych państw Francya znajduje się w tym wzglę- dzie w położeniu bezprzy- kładnie niekorzystnem.Itak, na 10,000 mieszkańców, nadwyżka urodzeń nad zgonami wynosiła w roku 1902: w Niemczech 153, w Holandyi 153, w Norwegii 150, w Austryi 125, na Węgrzech 121, w Anglii 119, w Belgii 116, we Wło- szech 109, w Szwecyi 108, a we Francyi—21 (!). Zau ważono jednak we Francyi względne zmiejszanie się śmierteluości, wobec czego nasuwa się wniosek, że bez względna cyfra urodzeń ma- leje w tern państwie jeszcze bardziej, niż to wskazuje ów stosunek, k EFEKTOWNY skok. W Spaa odby-1 wały się z. m. wyścigi w połączeniu z kon- kursem na najwyższy skok. Konkurs ten dał niepizewidziane wyniki. Ku najwięk-1 szemu zdumieniu sportsmenów i publicz- ności jeden z jeźdźców lekko przesadził sztuczny mur wysokości 2 metrów i 30 cen tym. Chwilę tę wyobraża właśnie załączo- na rycina. Jest to najwyższy skok, jaki dotychczas zapisała historya sportu kon- nego. k DO CZEGO SŁUŻY ich jad? Ba- dacz włoski, G. di Cristi- na, zrobił kilka ciekawych doświadczeń nad gruczoła- mi jadowymi u wężów. Okazało się, że odjęcie tych gruczołów sprowadza- ło w krótkim czasie śmierć wężów. Ten sam rezultat następował, gdy przez prze- cięcie odpowiednich kana- łów uniemożliwiono dostęp jadu do gruczołów. Do- prowadziło to uczonego włoskiego do wniosku, że gruczoły te służą nietylko do wytwarzania u wężów zabójczej broni, ale zarazem do odprowadzania trucizn, gromadzących się w ich organizmach- -ponieważ z chwilą, gdy jad zostaje w ciele węża, zwierzę to umiera. Dalej p. di Cristina stwierdził, że jad tworzy się podczas trawienia. Dowiódł tego fakt, że ukąszenie węża wygłodniałego nie było szkodliwe dla żab, gdy tymczasem wąż na- jedzony ukąszeniem zabijał. Ostateczny więc wynik badań jest następujący: Gruczoły u wężów służą tym płazom do uwalniania ich organizmów od substancyi toksyno- uych, tworzących się podczas trawienia. Dlatego też ukąszenie węza, żywionego substaneyami lekkostrawnemi, jest mało nie- bezpieczne. k ZMARLI. Dr M. Bartcls, antropolog, ctnogral i medyk, autor znanego dzieła „Medycyna u ludów pierwotnych," zmarł w Berlinie, urodzony 1843 r. k Polityka. Unia obrała prezydenta na następujący okres czteroletni. Jest nim dotychczasowy prezydent Roosevelt. Udział w wyborach był wyjątkowo liczny, gdyż stanęło przy urnach blizko 14 milionów wyborców, mi- mo to przebieg był dość spokojny. Więk- szość, która ponownie osadziła na krześle prezydyalnem Roosevelta, jest w dziejach Stanów bezprzykładną, wynosi bowiem oko- ło dwa i pół miliona głosów, podczas gdy większość Mac-Kinleya z r. 1900, uważana za jedną z najznaczniejszych, jakie kiedy- kolwiek notowano, niewiele przewyższała 400 tysięcy. Okoliczność ta zasługuje na wyraźne podkreślenie, jako bardzo charak- terystyczny znak czasu ze względu na ściśle określony charakter polityczny Roosevelta.' Z głosowania tego wynika przedewszyst- kiem wniosek bezpośredni, że imperyalizm, zainaugurowany przez wojnę z Hiszpanią, kierunek, kładący wielki nacisk na rozwój pelityki zagranicznej, ekspansyę terytoryal- ną i handlową, czynny udział w między- narodowem życiu i stosunkach dyploma- tycznych, kierunek, pociągający za sobą kolosalne koszty uzbrojeń, zwłaszcza, jak v danym wypadku, morskich, wiodący pań- stwo po drodze niebezpiecznej, grożącej niejednokrotnie zbrojnemi starciami, że kie- runek ten zapuścił już korzenie głębokie w duszy narodu i obecnie otrzymał jego uroczystą, zupełną aprobatę. Jednym z naj- główniejszych postulatów programu poli- tycznego, ogłoszonego z okazyi wyborów przez Roosevelta, jest budowa floty, która ma w najbliższych latach pochłonąć 300 milionów dolarów. Po zatem prezydent obiecuje: zaostrzenie kontroli państwowej nad trustami, reformę taryfy bez wyrzecze- nia się systemu protekcyjnego, bezwzględ- ną sprawiedliwość wobec interesów robot- niczych i szeroką opiekę nad upośledzony- mi prawnie Murzynami. Prezydent Roose- velt zaznaczył ostatnio działalność swoją na niwie międzynarodowej rozesłaniem EFEKTOWNY SKOK. za pośrednictwem swego sekretarza sta- nu do spraw zagranicznych, p. Haya, okólnika do mocarstw, zapraszającego na nową konferencyę pokojową do Hagi. HENRYK WITBOY, wódz powstańców w koloniach niemieckich. —Większość państw w zasadzie zgodziła się już na projekt, który też zapewne dojdzie do skutku aczkolwiek, prawdopodobnie, bez współudziału Japonii i Rosyi. Rząd Stanów Zjednoczonych jest zdania, iż czas wojenny nie stoi na przeszkodzie kontynuacyi prac ostatniego kongresu, mających na celu ure- gulowanie stosunków prawnych między na- rodami i rozstrzyganie punktów spornych z zakresu prawa międzynarodowego. W Pa- ryżu nastąpiła ratyfikacya parlamentarna ugody francusko-angielskiej, dolyczącej Ma- roka. Jak wiadomo, to ostatnie przechodzi w sferę wpływu francuskiego. W zakresie polityki wewnętrznej stwierdzić należy stop- niowe uspokajanie się niedawnej burzy, któ- rej epilog rozegrał się w ostatnich dniach w postaci dwóch pojedynków prawie z nie- krwawym wynikiem. Generał Andre jesz- cze nie przyszedł do zdrowia. Syvetona izba wydała w ręce prokuratora, został jed- nak chwilowo przez sąd wypuszczony na wolność. — Sensacyjna sprawa D'autriche a i jego trzech wspólników, obwinionych o to, jakoby podczas procesu Dreyfusa w Rennes mieli skraść z kasy sztabu jencralnego 25 tysięcy franków w celu przekupienia za N sumę świadka Czernuskiego, którego zezna- nia głównie przyczyniły się do wydania wyroku potępiającego — została umorzona. Podpułkownik Rabier, oskarżyciel, oświad- czył mianowicie, iż cofa skargę z powodu, że kilku świadków, którzy dotychczas zezna- wali obciążające, obecnie zmieniło na ko- rzyść podsądnych swe enuncyacye.—Z oka- zyi zatargu anglo - rosyjskiego wywołane- go wypadkiem na morzu Północnem, P°" stępowe pisma francuskie wyraźnie zazna- czyły swą niechęć do ewentualnej wojny z Anglią po stronie Rosyi. Krytykowano ostro organizacyę ministeryum spraw zagra- nicznych, tajemniczy system zawierania trak- tatów przymierza, skierowanych niewiadomo przeciw komu i na jakie wypadki. Głosy te znalazły oddźwięk w prasie rosyjskiej- Mianowicie Swiet umieścił artykuł, w któ- rym wypowiada niezadowolenie z postawy zajętej przez Francyę od początku wojny z Japonią, zarzuca sojuszowi franko-rosyj- skiemu zbytni platonizm ze strony republiki, usuwanie się przezorne na bok w wypad" kach poważnych; wreszcie stwierdza fakt, że w zatargu z Anglią Rosyi pomogła nie Francya, lecz cesarz niemiecki.
911 KSIĄŻKI I WYDAWNICTWA P6RY0DYCZN6. KSIĄŻKI POLSKIE. * Kwartalnik teologiczny, czasopismo poświęcone wiedzy katolickiej, wydawane przez ks. A. Szaniawskiego. Rocznik III, zeszyt I i II. 1904. Cenne to wydawnic- two, liczące trzeci rok istnienia, zawiera znowu same rzeczy oryginalne i bardzo ciekawe. Znajdujemy tu kilka poważnych śtudyów z dziedziny filozofii i teologii; z nauk biblijnych ciekawe badania nad tłó- maczenicm ks. Wujka i bardzo pracowitą rzecz o budowie Psalmów. Uwagi liturgicz- no-pasterskie o obowiązku zaprowadzenia jednolitości w nabożeństwie kościelnem i rzeczach do niego służących, o większej punktualności i dokładności powinny być wzięte bardzo do serca i są bardzo na do- bie. Wielką zaletą tego wydawnictwa jest żywe zainteresowanie czytelnika rzeczami swojskiemi, jak rzewna historya biednych Try- nitarzy w Orszy, lub krótki a bogaty w treść zarys działalności kardynałów Polaków, oraz listy znakomitych mężów z XVI w. Bardzo ciekawe jest studyum o kodeksie Hansurabie- go z 2250 r. przed Chrystusem, oraz tłóma- czenie pism św. Jana od Krzyża. Artykuł o Leibnizu jest nieco za krótki na studyum filozoficzno-historyczne. Na uwagę zasłu- guje rzecz polemiczna o przewadze kierun- ku ascetycznego lub naukowego w działal- ności kapłańskiej i wywód słuszny autora. Dział krytyki literackiej jest prowadzony z wi- doczną sumiennością. Całość wywiera bar- dzo poważne wrażenie. Kwartalnik powi- nien się znaleźć na biurku każdego księ- dza, a i świecki człowiek religijny znajdzie tu dla siebie obfity pokarm duchowy. Ks. Szkopowski. * Antoni Miecznik: Przy wtórze ful. (Warszawa, nakładem Alfreda Zonera, 1904, str. 115 w 16-ce. Cena kop. 60).--P. Miecz- nik przebywał nad Bałtykiem, słyszał tam szum morza, widział różnobarwne towa- rzystwo, spędził więc czas pożytecznie. Skoro jednak wrócił do Warszawy, posta- wił sobie pytanie: jaką korzyść literacką można wydobyć z tych wczasów letnich? I oto p. Miecznik stracił nierozważnie dobrą okazyę — nicnapisania książki. Bo czyż arcy banalny romans hrabiny Zaduro- Wiczowej wart był fatygi zawiązywania i rozwiązywania intrygi, trudów kompozy- cyi, tworzenia bardzo poprawnych, pate- tycznych dyalogów? Przyjechała nad mo- rze jako wdowa; zakochał się w niej hra- bia von Wetzow zu Adlershorst. Hrabina nie odda mu swej ręki, serce jej bowiem .należy do innego," który żyje we wspom- nieniach. Nagle ten wzgardzony-ukocha- ny zjawia się, gwoli składności powieścio- wej, i odrzuca miłość hrabiny i wyjeżdża, albowiem darować jej nie chce, że dla pie- niędzy wyszła za innego. Hrabina rozpa- cza, ale niedługo; powieść kończy się, chwała Bogu, taką rozmową:—„Ty kochasz mnie, Janinko moja?'—„Kocham, ach! jak kocham, sokole mój!"—„Jeszcze mi zajrzyj w oczy, jam cały twoim jest..."—„Na wie- ki będę twą!...' Znam inne książki pana Miecznika, po których mogłem się spodzie- wać, iż przy wtórze fal wyśpiewa nieco głębszy hymn miłosny... 4 St. Korczak: Wieczornica Wołyń- ska. Opowiadania i pieśni. (Warszawa, 1904, nakład autora, str. 88 w 8-ce. Ce- na kop. 75). — Książka dzieli się na dwie części: w pierwszej mamy „poczciwy" obraz wieczornicy w czeladnej izbie na Wołyniu; W drugiej — garść słabych poezyi, ożywio- nych „dobrą wolą,' która, jak wiadomo, n,e ma w sztuce żadnego znaczenia. „Wie- czornica wołyńska" posiada wartość raczej folklorystyczną, niż literacką. Szkoda tylko, że baśniom i legendom, jakie sobie prząś- niczki i czeladź dworska opowiadają, zby- wa na prostocie i charakterze. P. Korcza- kowi braknie zdolności poetyckich; w naj- lepszych chwilach przypomina drugorzęd- nych wierszopisów z przed lat dwustu. * Antoni Miller: Trzy cmentarze. Poemat fantastyczny. (Warszawa—Jan Fi- szek, Lwów—Księgarnia Narodowa, 1905, str. 132 w 8-ce. Cena rub. 1).—Stanisław Przybyszewski w ciągu lat kilku wywoły- wał u nas silne wrzenie umysłów, ale wi- docznych wpływów bezpośrednich wywrzeć nie zdołał. Indywidualność jego zbyt się wyodrębniła, a potem pogmatwała i poła- mała, aby ją umieli naśladować młodzi wielbiciele. Naśladowca nie chce zrozu- mieć, że forma poety wynika zawsze z treści jego ducha. P. Antoni Miller wziął z Przybyszewskiego pusty dźwięk, patos wyrazów, układ graficzny zdań, kształt me- tafory. Sądzi, że wystarczy powiązać pięk- ne zdania w całość i nadać im tytuły, aby stworzyć dzieło sztuki. W „Trzech cmen- tarzach", obok kilku mętnych zarysów my- śli, obok obrazów wzniosłych i niepo- wszednich, mamy takie pijaństwo, taką orgię słów, takie olśniewanie czytelnika pożyczonenń, niekiedy pysznemi, ale zawsze jaskrawemi i nielogicznie zestawionemi szatami, jakby autorowi chodziło właśnie o subtelną karykaturę. Samo rozwinięcie pomysłu pseudo-symbolicznej podróży z lir- nikiem po trzech cmentarzach: wiejskim, miejskim i—samobójców, wydaje się jakąś mistyfikacyą. Na jednym cmentarzu autor spotyka widmo Dagny Przybyszewskiej, która czyta „Wigilie* swego męża! Cała lektura więcej drażni, niż zajmuje. Nie- tzsche mówił, że należy dla swej duszy znaleźć oswobodziciela, ale potem uwolnić się trzeba jeszcze od tego wybawcy. Pan Miller żyje w niewoli formy Przybyszew- skiego, więc samoistnego żywota nie po- siada. * Acer: Wierszem i prozą. (Poznań, 1904. Nakładem autora. Str. 81 w 8-ce). — Poznańskie dziwnie wyjałowiało pod względem twórczości literackiej. Nie- zmiernie rzadko zjawiają się tam znoś- ne powieści, a zwłaszcza dobre poezye. Winą tu nietylko warunki miejscowe, ale i okoliczność, żc wielu Poznańczyków opu- szcza swe prowineye i wyjeżdża do Gali- cyi lub Królestwa Polskiego. W młodszej literaturze wydało nam przecież Poznańskie dwóch wielkich poetów: Kasprowicza i Przy- byszewskiego. Ruch piśmienniczy jest na miejscu tak słaby, że poezye p. Acera po- witano jako bardzo dodatnie zjawisko. Młodziutki autor poczuł w sobie „słoneczne natchnienie," rozczytał się w romantykach, Asnyku, Konopnickiej, Tetmajerze i dalejże puszczać w świat pierwszy tomik swych wierszy. Szczery talent poetycki winien mu był podszepnąć pewną wobec samego siebie surowość: z całego tomiku należało zostawić kilka sonetów i kilkanaście strofek z „Czterech pór," resztę zaś zamknąć w... te- ce wspomnień młodocianych. W ten spo- sób utworzyłoby się łatwiej przyszłe „zbio- rowe wydanie." Niepotrzebnie również znalazła się w tej książce proza p. Acera, a zwłaszcza dwie ostatnie nowele—zupełnie słabe. PRASA POLSKA. * Niwa Polska: „Kilka słów w sprawie etyki wychowawczej" przez Wł. Weycher- tównę.—Naokoło świata: „Kamieniarz" (le- genda koreańska).—Wędrowiec: Metaloge- nia" przez J. Siomę. — Prawda: „Człek wesoły" przez. Posła Prawdy.—Ogniwo: „Fragment z dramatu Juliusza Słowackiego „Zawisza Czarny" (dotychczas nieogłoszo- ny).—Przegląd Tygodniowy: „Przyszły oby- watel" przez Maryana Wawrzenieckiego,— Echo Muzyczne: „Ryszard Straus.—Sym- fonia domestica op. 53.“—Przegląd mle- czarski: „Jakim warunkom powinno od- powiadać mleko dla dzieci i mleko leczni- cze?' przez T. S.—Ziarno: „Marya Lesz- czyńska'.—Czytelnia dla wszystkich' „Pi- sarze gminni" przez Gminiaka. — Zorza: „Włościanie i nauczyciele ludowi na wysta- wie ogrodniczej w Krakowie" przez St. Brz. - -Wędrowiec: Propaganda optymizmu" przez Bertolda Merwina.—Przyroda: „Przyrodo- znawstwo i pogląd na świat" przez Maxa Verworna.—Przegląd filozoficzny (zeszyt IV). Numer poświęcony Kantowi: P. Chmie- lowski „Kant w Polsce'; dr J. Kodisowa „Znaczenie Kanta w filozofii współczesnej"; A. Woroniecki „Zależność Jana Śniadeckie- go od J. M. Dcgeranda (przyczynek do poznania stosunku Jana Śniadeckiego do Kanta); dr Wł. M. Kozłowski „Kant i za- gadnienia palące wieku." (Redakcya ogła- sza, iż nowi prenumeratorowie, którzy nade- ślą całoroczną prenumeratę na rok 1905-ty bezpośrednio do redakcyi, mają prawo do otrzymania bezpłatnie rocznika Przeglądu filozoficznego ?. roku 1904.) — Kury er Warszawski: L. S. K. „Jelinek o Warsza- wie."—Gazda Handlowa: „Zapasy złota w bankach" przez G. H. FRANCYA. * Nakładem księgarni Firmin Didot w Pa- ryżu wyszedł tom drugi obszernego dzieła p. t.: Histoirc littćraire du peuple anglais (str. 994 w 8-ce) przez J. J. Jusseranda, po- święcony okresowi od Odrodzenia do Wojny cywilnej. Tom pierwszy ukazał się przed dziesięciu laty i był bardzo przychylnie oce- niony przez krytykę. Rzadko już dzisiaj pi- sarze francuscy pracują tak samodzielnie i źródłowo. Autor jest wrogiem suchej, pe- dantycznej erudycyi dotychczasowych profe- sorów literatury. Wierzy, iż ci, którzy badać chcą arcydzieła, muszą być obdarzeni „sta- nem łaski," że należy pisać o literaturze po literacku, o sztuce zaś — artystycznie. Całe dzieło przenika duch pogody, zadzi- wia w mem obfitość myśli, uczuć, poglą- dów, miłość natury i wszelkiego piękna. Jusserand łączy nieustannie życie z książ- kami, opisuje krajobrazy, oprawia dramaty, poezye, komedye, cuda wymowy i myśli filozoficznej w dekoracyjne ramy natury. Mówiąc np. o Szekspirze, przenosi nas do hrabstwa Warwich, nad zielone brzegi Avonu i odtwarza życie małego miasta pro- wincyonalnego, w którem się urodził „wielki Will." Maluje potem szczegółowo każde środowisko, w którem Szekspir ko- lejno przebywał. W dwustu stronicach ży- ciorysu Szekspira autor podaje świetny obraz podwójnego żywota genialnego poe- ty, który był wielkim artystą w Londynie, skromnym zaś mieszczuchem w Strattfor- dzie. Historya zmian, zaszłych w Anglii po Reformacyi, obraz zmierzchu średniowiecza, upadku minstrelów i trubadurów, ruchu umysłowego po odkryciu Ameryki i wyna- lazku druku — wszystko to rozwinięto w książce Jusseranda w sposób mistrzow- ski. Aby czytelnik dobrze zrozumiał życie w Londynie, autor prowadzi go najpierw do Włoch i Francyi, każę się zatrzymać we Florencyi, Wenecyi, Rzymie, nad brzegami Loary i Sekwany, dopiero bowiem po ta- kiej podróży zdolni będziemy napawać się jasnem powietrzem humanizmu. * Nowe książki. J. de la Jaline: Aqua- rclles japonaises (opowiadania). Paweł i Wiktor Margueritte: Histoire de la guerre de 1870 -1871. P. Giffard: Roubles et> 011- blards (voyage aux pays russes). Ksiądz F. Klein Au pays de la nie intense (szkice społeczne z życia amerykańskiego). C. Far- rere: Futnće cTopium (romans). J. Marni: Le liure d’une amoureuse (romans). P. Riversdale: Netsuke (opowiadania z ży- cia japońskiego). M Prćvost: La prin- cesse tfErminge (romans). P. Jousset: L‘Ita- lie illustrćc. Geraud - Bastet: • Monsieur Combes et les siens (liczne ilustracye). C. Ferval: T7e de Chateau (romans). P Andró: Eimpossible liberie (romans współ- czesny). NIEMCY. * Nowe książki. D. Helfft; Eine pjlichl- uergessenc Frań. Bjórnstjerne Bjórnson: „Dagland" (dramat). Otto Jentsch: Telegra- phieund Telcplionie ohne Di ahl (156 figur w tekście). B. von Suttner: Babies sieben- te Liebe und anderes (opowiadania). Marya Frejtag Gabriele das Nesthakchen (opowia- dania). W. Jensen: Runcnsteine (romans). HOLANDYA. * W Deventer odbył się Kong: es litera- tury i języka ki aj ów holenderskich, na którym zwracała swą obecnością uwagę kró- lowa Wilhelmina. Zjechali się delegaci z Belgii, Holandyi i Afryki południowej. Zajmowano się głównie Burami, którzy'prag- ną pozostać Holendrami mimo wszystko, i zdołali już wytworzyć dosyć poważne piśmiennictwo. * Czasopism n. Elseuiers (Amsterdam). C. H. J. van Niftrik ogłasza piękne, gorąco napisane studyum o Wereszczaginie (z licz- nemi reprodukeyami jego obrazów); A. W. Weissman rozpoczyna szereg artykułów ar- tystycznych o kościołach w Holandyi. Gids (Amsterdam). D. G. Jelgersma roztrząsa doktrynę „pozytywizmu nowoczesnego," ustaloną w pismach niektórych filozofów niemieckich, jak Avenarius, Mach, Schuppe, Ziehen, Cornelius, Schubert Soldem. 17 a- gen des Tijds (Haarlem). Cały niemal ze- szyt zajmują artykuły Meijersa o „ruchu ro- botniczym w Amsterdamie" oraz Vliejena o „międzynarodowym kongresie socyali- stycznym". PRZEKŁADY Z POLSKIEGO. * Prosojeta zagrzebska drukuje Fara Wołodyjowskiego w przekładzie dra Au- gusta Harambaszića.—Melancholia Tetma- jera wyszła w tłómaczeniu niemieckiem, nakładem firmy dra J. Marchlewskiego w Monachium. Powieści tej poświęcają bardzo pochlebne sprawozdania Neue Ham- burger Ztg., Die Zeit oraz Bcilage zur Allgcmcincn Zeitung.—Nakładem spółki księgarskiej „Znanje* wyszedł przekład ro- syjski Irydiona Zygmunta Krasińskiego.— W Siew.-Zap. Słowie znajdujemy Mnicha Słowackiego w tłómaczeniu p. D. Śliżenia. —Wiener Abendpośt, ogłosił artykuł p. A. Hajdeckiego o „Najnowszych Chopinianach." Jest tam obszerny rozbiór „Niewydanych dotychczas pamiątek o Chopinie" oraz fran- cuskiego wydania tej książki p. t. „Sou- venirs inćdits de Fredćric Chopin."
912 TYGODNIK ILLUSTROWANY 47 OD REDAKCYI. Każdy prenumerator „Tygodnika illustrowanego*1 w r. 1904 otrzyma bez żadnej dopłaty Potop Ifi tomów powieści ^o,ody-1 Z. SIENKIEWICZA (co miesiąc tom) tomów oraz I x IZ. DZIEŁ POPULARNYCH (co miesiąc tom) czyli ogółem (co miesiąc 2 tomy) g TOMY ROCZNIE *1/ Biblioteki powieści A 4i dzieł popularnych NADTO KOLOROWE PREMIUM ARTYSTYCZNE oraz przy każdym numerze, nie zawierają cym dodatku książkowego, ARKUSZ POWIEŚCI TŁÓMACZONEJ. Na oprawę 12-tu tomów Pism Sienkiewi- cza w roku bieżącym dołączać należy rb. 2; oprawa 6 tomów kosztuje rub. 1, oprawa 3 tomów 50 kop. Ozdobna oprawa 12 tomów dzieł popularnych wynosi także rb. 2, okra- wa 6 tomów rub. 1, oprawa 3 tomów 50 k: Oprawa wszystkich 24 bezpłat- nych dodatków wynosi rb. 4, opła- cane rocznie, półrocznie lub kwar- talnie. W IV-ym kwartale r. b. otrzymu- ją prenumeratorowie „Tygodnika il- lustrowanego" w 6-ciu dodatkach bezpłatnych: „Historyę ruchu kobiecego** w opracowaniu J. Okszy, jeden tom. „Życie artystyczne ludzkości** Alfonsa Roux (z illustracyami) w przekładzie J. Lorentowicza, jeden tom. „Pan Wołodyjowski** Sienkiewicza, 4 tomy. Nadto premium kolorowe TEODORA AKENTOW1CZA p. t. „Zaczyfana/* będzie rozesłane w ciągu listopada r. b. wszystkim prenumeratorom. Dla uniknięcia zwłoki w odbiorze „Tygodnika" prosimy uprzejmie o wczesne nadsyłanie prenumeraty, ze w. jlędu zaś na potrzebę wczesne- go przygotowania opraw na książ- kowi dodatki, prosimy, dla unor- mowania nakładu, o wczesne nad- syłanie zamówień. Oprawa dodat- ków nie podnosi kosztów przesyłki. Życzący sobie otrzymać premium koloro- we na wałku zechcą nadesłać na koszt opakowania kop. 25. NADESŁANE. £ Z ebetlmer i Wolff S; Krakowskie-Przedm. 77. Podróż poślubna. — Jeżeli się nie mylę, to pan jesteś Jó- zefem Millerem, z którym chodziłem do szkoły. — A tak... ja pana też poznaję... Pan Lehman, czy tak? Następują serdeczne uściśnicnia dwócli kolegów z ławy szkolnej. — A co ty tu robisz? Jestem w podróży poślubnej. - Przedstawisz mnie swojej żonie... — Wiesz, to będzie trudno... Ona zosta- ła w domu—podróż we dwoje byłaby za... kosztowna! Jugend. Pierwszorzędne Biuro Nauczycielskie JASIŃSKIEJ, Włodzimierska 19, w Warszawie. Poleca Nauczycieli, Nauczycielki,. Bony i Cu- dzoziemki, które na żądanie sprowadza UUU.UUUWUUUmiUUWmwmwm.UimummUW.UUimUUUlUUUUUU.UUiU Chybiona kokieterya. — Już dawno chciałam pana spytać, co sądzisz o moich oczach. Pan przecież ucho- dzi za znawcę, za spccyalistę? — O tak, ale tylko od czarnych oczu, a pani ma niebieskie. Fliegende Blatter. Metyl. Kucharka z I pietra: Nie zazdrosz- czę ci, żc się teraz kochasz w strażaku z Nowego Świata. Kucharka z II pietra: — Dlaczego? Kucharka z I pietra: Bo to motyl, on lata od jednego do drugiego... garnka. Meggendorfer. Niegrzeczne dzieci. — Proszę Tatusia, Jaś mnie szpieguje. — Ależ, dzieci, nie trzeba wprowadzać zwyczajów armii do rodziny! Journal amusant. PASTILLES DE Owoc przeczyszczający PRZECIW i OBSTRUKCYI Śpieszą się. — No, jakże podoba się panu mój zbiór? - O bardzo ładny zresztą jut go znam. Na tę figurkę naprzykład wypłaciłem nawet zaliczkę jednemu z pańskich spadkobierców. Journal amusant. £ranćUj?rix Wystawa Powszechna 1900 r. Słynna ze swycn własnoóci anty- septycznych i aromatycznych. Do nabycia wszędzie. INDIEN GRILLON Męczennik. — ...Śniło mi się, kochany mężusiu, że mi kupiłeś nowy piękny kapelusz. — Baidzo dobrze, ubierz się w niego i daj mi wreszcie spokój. Fliegende Blatter. * * * Także autor. Krawiec (wchodząc)- — Całuję nózie pa- nu hrabiemu. Czy pozwoli pan hrabia ofia- rować sobie pierwszy tom moich rachun- ków? is. We wszystkich składach aptecznych i aptekach. TOWARZYSTWO UDOSKONALONEJ PERFUMERYI A. R ALLET & C« Dostawcy Dw. = WARSZAWA, ULICA WIERZBOWA Nr. 7 POLECA. PERFUMY, MYDŁA, WODY KOLOŃSKIE Do nabycia w Perfumeryacli i Składacłi Apt. Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się- JHoBBOJieno Ęeuaypoio, BapniaBa, 29 Oiersifipri 1904 rofla. Do numeru dzisiejszego dołącza się premium kolorowe: Teodora Axentowicza „Zaczytana."
N° 48 Ogólnego zbioru Nr 2,351 26 (13) listopada 1904 roku Tygodnik Ilustrowana F. M. WYGRZYWALSKl WIEJSCY POLITYCY
914 FRANCISZEK KOSTRZEWSKI Rys. JÓZEF SIMMLER JÓZEF SIMMLER Rys FRANCISZEK KOSTRZEWSKI Dziwnie smutny jubileusz najweselszego z Polaków! Oto młodszy od mło- dych, mimo sędziwego wieku, sam jeden zo- stał ze swego pokolenia, druhów serdecznych pogrzebał tylu — tych po krwi i duchu, któ- rych czuł i rozumiał: buńczucznych potom- ków księcia Panie Kochanku i poczciwców wąsali z zapadłych kątów z energiczną ma- gnifiką i usłużnym Jojną pachciarzem, i tych z sercem na dłoni, do wypitki i do wybitki, i najbliższych wreszcie artystów o tempera- mencie zamaszystym, jowialnym, szlachetnym i szlacheckim: Juliusz Kossak, Żółkowski, Le- wandowski, Wilkoński, Wilczyński, Junosza, ci wszyscy, wiodący rodowód od dwóch ge- niuszów polskiego humoru: Fredry i Rzewu- skiego. Album Kostrzewskiego będzie kiedyś ko- palnią dokumentów dla studyów obyczajo- wych; to prawdziwa „szajne — katarynka," w której przedefilował cały świat Korzeniow- skiego i Wilkońskiego, Bałuckiego, Junoszy i Sewera, Blizińskiego i Dygasińskiego: pan, szlachcic, Żyd i chłop od ekonoma aż do dziada z pod kościoła, a z drugiej strony: śniadankowicze, kantorowicze, myśliwi nie- dzielni, monoklowi serc zdobywcy z Saskiego Ogrodu, i eleganty z „Saskiej Kiempy," a dalej pani aptekarzowa i konsyliarzowa z małego GINĄCY ŚWIAT. miasteczka, polityk zaściankowy, kompania karciana, wieś, Warszawa i prowincya w ciągu drugiej połowy XIX stulecia we właściwem oświetleniu na tle zmieniających się stosun-’ ków. Kostrzewski, jako historyk swego spo- łeczeństwa, jest dlatego tak typowy i wybitny, że w sobie samym skrystalizował najdokład- niej ów prototyp polskiego temperamentu, który pulsował w ludziach jego czasów, umiał więc wydobyć z otoczenia w sposób intuicyj- ny wszystko charakterystyczne i trafić nieo- mylnie w strunę śmiechu u tego czytelnika, którego tak znał bezpośrednio i wyczuwał. To już nie obserwacya, ale zupełnie złączenie wewnętrzne artysty z odtwarzanym światem, który jest jego własnym światem, jego żywio- łem i królestwem. Wymiera potomstwo Mikołaja Reja z Na- głowic: sangwiniczne, poczciwe, bystre, żywe, wymowne, pełne wad politycznych—zapewne, ale imponujące tym gestem, jakim Sobieski do wąsa sięgnął na Kahlenbergu. Wymiera świat wiejskiej beztroski z zacięciem kawaler- skiem i zawadyackiem, świat złożony w poło- wie z oryginałów, w połowie z niedołęgów stylowych, świat facecyi i facyendy, pańskich fantazyi i niewoli żydowskiej, świat hucznych zabaw i pierwotnych urządzeń, szczerej ochoty i dziecinnej bezradności, ten stary, ko- Z POWODU JUBILEUSZU FR. KOSTRZEWSKIEGO. chany, ograniczony świat typowej szlachet- czyzny, skazany na zagładę przez nieubłagany pochód kultury, niszczącej dyluwialne prze- żytki: i tak w oczach naszych odbywa się pod ciśnieniem konieczności proces rozkładu i przystosowania do nowych form życia, no- wych warunków i zmienionych wymagań du- cha czasu. 1 ze względów społecznych żałować tego nie mamy powodu, cieszyć się raczej wypada, że społeczeństwo to, tak długo prawie darmo żywione przez ziemię, znalazło przecież w chwili krytycznej dość siły, aby się chwy- cić pracy zawodowej we wszystkich kierun- kach dla uratowania egzystencyi, a z mą możności życia w przekształconej formie, że zdołało pokonać atawistyczne nałogi o tyle przynajmniej, aby iść naprzód i przebijać się przez świat w walce o chleb powszedni i o prawo do bytu. Nie można lekceważyć tej wielkiej a bo- lesnej lekcyi dziejowej, którą dwa już poko- lenia doświadczeniem codziennem przeżywają> a której rezultaty, mimo braku przygotowania, dają świadectwo o żywotności tych pędów, które odrastają z korzenia spróchniałej wierz- by, ogołoconej z gałęzi. Tak—problemat no- wożytnego życia rozstrzygnęliśmy dostatecznie przy pomocy generacyi pracowitszej, głębszej,
TYGODNIK ILLUSTROWANY M> 48 915 zabicgliwszcj w praktyce, rozumniejszej w za- sadzie, ale w tej ciężkiej przeprawie zatraci- liśmy dwie rzeczy: humor i styl. Nowoczesny szlachcic, ten, który rachuje i drenuje, zakłada spółki i opiera się Żydowi skutecznie, oszczędny, porządny, nieco chci- wy i bardzo rozsądny—nie ma w sobie ani wesołości butnej, ani krwi gorącej, ani entu- zyazmu ideowego, jest bezbarwny, przeciętny, przyzwoity, bez namiętności i bez tonu: ideał z retorty, jeśli ma same zalety, a jeśli wady, to wady te są szare, małe, brudnawe, filister- skie. I ten doktor, i ten adwokat, czy inży- nier, który się dorobił pilnym trudem dobro- bytu, znaczenia, klienteli i paranteli, w niewy- raźnych jakoś zarysowuje się liniach: z cywi- lizacyi zachodniej przejął wprawdzie wszystkie zewnętrzne potrzeby, ale nie stanął duchowo na wysokości nowej kultury, zato tradycyę zatracił i żywy związek z treścią ducha pra- dziadów. Jakże ci nudni ludzie bawić się nie umieją! jak mało przedstawiają interesu arty- stycznego dla mistrza charakterystyki! Nie wśród nich zaiste znalazłby model do owego bajecznego rysunku: „Mina jest, bo była, a pieniędzy niema, bo nie było." O minę bez pieniędzy coraz trudniej i o szeroki gest zawadyackiej werwy. To też w chwili, gdy sześćdziesięciolecie pracy pozwala nam ogarnąć całą drogę, jaką przebył ten nieoceniony znawca swego społe- czeństwa, czujemy pewien żal po tej barwnej i brawurowej przeszłości, która nie wróci. Anegdota i facecya, te dwie specyahie formy humoru polskiego, stanowią podstawę karykatury Kostrzewskiego, cały aparat, jakim zdjął i utrwalił na zawsze świat, mający za- ginąć. Z dobrodusznym zrobił to uśmiechem, z jowialnem zacięciem i z wielką bystrością orycntowauia się w zmianach, jakie ewolucya społeczna wprowadzała kolejno do tonu pa- nującego, przy tworzeniu typów okazowych dla danego okresu. Choćbyśmy wzięli za przykład metamorfozę owego Żydka domowe- go: doradcy, pachciarza i faktora, czekającego po przedpokojach, wyrzucanego za drzwi, a wchodzącego przez okno, tego, któremu lokaj melduje, że jaśnie pan w kąpieli. „Ny— to ja tam nie pójdę, bo ja się strasznie go- łych boję." Jakże on i jemu podobni prze- kształcają się z czasem! jak w drugiem poko- leniu hardzieją, nabierają brzuszka, pierścion- ków na palcach! jak nosem górują i kasą na zebraniach akcyonaryuszów! jak potrzebują mieć synka Leosza i córkę z edukacyą dla' zięcia utytułowanego! Jednym z najświetniejszych dowcipów na temat szlacheckich synków, mających szu- kać karyery, to ten obrazek skłopotanej jej- mości, która się pyta sąsiada: — Co też to może znaczyć, że starszy mój syn trzyma palec w nosie i patrzy w zie- mię, a młodszy leży na kanapie z oczyma w górę wzniesionemi? — O, szczęśliwa matko! Jeden będzie górnikiem, a drugi astronomem. A pamiętacie tego safandułę, którego żona do gospodarstwa wypycha: „Ady idę, idę, idę!" A te klasyczne oświadczyny sąsiedzkie: — Nie wiem, kochany sąsiedzie, bo to pański syn, słyszę, straszny prostak, a moja Kundzia edukowana, ograna, oczytana. — Eh! niemłoda, nieładna, nic osobli- wego. — No, kiedyście mi tak do serca prze- mówili, niechże już tak będzie! Przecież to są w całej prostocie i natu- ralności wprost bajeczne z życia efekty... Albo choćby taki obrazek wiejski: — Kaśka, cego becys? — A, bo mi ekonom chciał dać śtyry razy w pysk. — A skąd wis, że śtyry? — A, bo doł. Wkrótce może i to „dawanie w pysk" sta- nie się legendową tradycyą, wobec coraz gor- szych dla panów ekonomów stosunków służ- bowych. Karykatura Kostrzewskiego pamięta jeszcze czasy pańszczyźniane i daje chłopa pokornego wobec pana, ale chłopa z chłop- skim rozumem, i z chłopską filozofią racyona- listyczną, i z chłopskim dowcipem krytycznym, spostrzegawczym, naiwnie chytrym. Najtrafniej ze współczesnych uchwycił Kostrzewski chłopską racyę-fizykę, z tern wy- bitnie klasowem pojmowaniem świata, które tak znakomicie umie chłop wyrażać w stosun- ku swoim do dziedzica, pana z panów, do dziedzica parweniusza, do dziedzica Żyda, do gości pańskich, guwernerów i ofieyalistów, do letników zwłaszcza, tego „państwa z miasta," zesłanego jakoby mądremu chłopu na dziwo- wisko i pożytek. W czasach, kiedy oracz boży i cichy kmiotek z podkładem rzewnego sentymentu wjeżdżał do literatury na rosynansie demokra- tycznych tendencyi, chłop Kostrzewskiego, wracając oklep z pastwiska, kurzył krótką fajkę albo i papirusa, rozdziawiał gębę i ki- wał głową na cudackie wymysły pańskie, kal- kulował w karczmie i rozsądzał sprawy tego świata z typowym uśmiechem leniwej obojęt- ności, kpił z Żyda, który go wyzyskiwał i dał się bić swojej babie. Całą seryę znakomitych spostrzeżeń i mądrych uwag wyprowadził Kostrzewski w ten sposób ze stanowiska chło- pa filozofa tak, jak w innych seryach odma- lował świat z punktu widzenia Powiśla war- szawskiego, tej klasycznej krainy bezintere- sownego konceptu, żywiołowego humoru i nie- przepartego komizmu o chłodzie i głodzie. A i taki andrus, zbierający w rynsztoku nie- dopałki papierosów, gwiżdżący o pustym żo- łądku z rękoma w dziurawych kieszeniach, staje się typem coraz rzadszym; olimpijska wesołość tego filozofa z beczki od kapusty jakoś zanika i nie nadaje już charakteru owym uliczkom ciasnym i spadzistym, które stają się terenem groźnego elementu nożow- ców. Tak w sferach górnych humor, tryska- jący życiem, przytłumiła zabiegliwość co- dzienna, pilna a trudząca; na dole zaś roz- goryczenie zabiło szczery śmiech i żart pu- sty — przesiąkło do dna, wydobyło z ludu ponury, dziki ton, wołający o krew przy za- bawie. Humoru i stylu będziemy szukali odtąd bardzo często w starych karykaturach Ko- strzewskiego z pewną melancholią i podziwem. „Patrzcie, patrzcie, młodzi: To już ostatni, co tak poloneza wodzi!" J. OKSZA. ARTUR GRUSZECKI. SŁOMIANY OGIEŃ. XI. Pani Sylurska porządkowała swój salon, ustawiała krzesła przy stole, układała książki Potrzebne na posiedzenie wydziału, przygoto- wała lampę, gdyż wprawdzie posiedzenie na- znaczone było na czwartą godzinę po połu- dniu, ale dzień był chmurny i ciemny. Usłyszawszy dzwonek w przedpokoju, Poszła sama otworzyć drzwi, dziwiąc się, która z wydziałowych przyszła niemal na godzinę Przed rozpoczęciem. Zdziwiła się przyjemnie, widząc pannę Borecką, która z głośnym, wesołym śmiechem zawołała z progu: — Przyszłam do drogiej pani jako poseł. — Witam, witam kochaną panią!—i obie zamieniły serdeczne pocałunki. — Proszę do salonu. — Zaraz, zaraz... tylko zdejmę kalosze, bo wiem, jak droga pani lubi czystość... i dlatego, mimo że błota niema, wzięłam kalosze. Rozebrała się z żakieta, i weszły do salonu, gdzie jeszcze raz ucałowały się, i pan- na Borecka rzekła z radością w głosie: — Droga pani wygląda doskonale, od- młodniała pani od czasu, gdy nie widziałam. — Widać, że i pani zdrowie służy, wi- dać to po blasku oczu i świeżej cerze — od- wzajemniła się gospodyni. 18 — Powiedziałam już, że przychodzę jako poseł, sama narzuciłam się z tern Lecińskiej, bo ja jestem zawsze za solidarnością kobiet... czyż niesłusznie? — Że i ja jestem tego zdania, najlepszy dowód, iż Klub nie występuje nieprzyjaźnie przeciw Kołu, chociaż w Zniczu były za- czepki. — Istotnie Lecińska lubi mieszać swe prywatne niechęci ze sprawami publicznemi, i gdyby nie moje uwagi, przyszłoby do gor- szych rzeczy. — O, nie obawiamy się tego, na kryty- kę odpowiemy krytyką po dziennikach, gdyż
916 TYGODNIK ILLUSTROWANY 48 dzięki memu siostrzeńcowi, mamy wpływ na redakeye. — Słyszałam, słyszałam o siostrzeńcu pani: to przystojny, miły i elegancki młodzie- niec, podoba się ogólnie. — Tak, tak, ma dziwne szczęście u lu- dzi: kto go bliżej pozna, musi go polubić — mówiła rozpromieniona pochwałą ciotka. — Pani wic, jak my w Klubie uważamy męż- czyzn, oni zresztą przeważnie zasługują na wzgardę, on jednak ujął sobie wszystkie pa- nie, nawet Żardecką, taką zaciętą przeciw- niczkę. — Nie dziwię się Żardeckiej—uśmiech- nęła się z ironią: — radaby go złapać dla swojej Wandzi... Wszyscy mówią o tem. — Ach! moja kochana pani, w tem, co mówią, niema nic prawdy, — mówiła z powa- gą gospodyni — ludzie sądzą z pozorów... Że młody mężczyzna prawi grzeczności młodej pannie, to są rzeczy zwykłe, ale widują się tylko przy mnie, a ja dobrze uważam. — I słusznie, bardzo słusznie pilnuje pani swego siostrzeńca, — chwaliła gorąco panna Borecka — bo z tą Żardecką i Wan- dzią, niby jej siostrzenicą, to niewyraźna hi- storya. — Co też pani mówi? Czy podobna?!— zawołała ze szczercm zdziwieniem. — Ja ostrzegam drogą panią przez przy- jaźń naszą... zresztą to zapewne mogą być tylko plotki, chociaż, mojem zdaniem, na pan- nie nawet plotki być nic powinno, bo to za- ciemnia zawsze, plami jej jasność dziewiczą. - - Ale cóż takiego? — spytała bardzo zaciekawiona. — Przecież pani może im zau- fać i powiedzieć prawdę. — Nie mogę, wierz mi pani, że me mogę! — położyła swą wielką rękę na sercu: —plotek nie lubię, a to, co mówią o niej, może być plotką. Zresztą wiem, jak pani z nią się przyjaźni, pocóż mam siać nie- zgodę? Więc już przyznam się pani, — mó- wiła tonem zwierzenia — że istotnie mój sio- strzeniec jest cokolwiek zajęty Wandzią, a przecież ja, jako jego ciotka i opiekunka, nie mogę być obojętna w tej sprawie. — Ja to rozumiem, droga pani, — wes- tchnęła ze współczuciem — to też ostrzeg- łam... ale nic będę powtarzała takich brudów... chyba... chyba, że pani da mi słowo honoru na dotrzymanie sekretu. - Ależ daję słowo honoru! — zawołała z gotowością, podając rękę. - Jeszcze raz powtarzam, że mówię to pani tylko jako ciotce i opiekunce tak miłego i obiecującego młodzieńca i za prawdę opo- wiadania me ręczę wcale... jakkolwiek są po- zory, ale ileż razy pozory mylą! — wes- tchnęła. — Cóż się stało? co mówią?—i przysu- nęła się bliżej, by nie stracić żadnego słówka. — Czy pani wiadomo, że ona pochodzi z Królestwa, gdzieś z pod Kielc? — Tak, tak, słyszałam o tem — odpo- wiedziała z lekką niecierpliwością. — To jednak dziwne, proszę drogiej pani, — mówiła z uśmiechem złośliwym — że te kobiety, które w naszym Krakowie naj- bardziej krzyczą za cnotą, moralnością, rów- nouprawnieniem, pochodzą z Królestwa?! Im FRAGMENT Z PALATYNIJ JÓZEF RAPACKI I się zdaje, iż skoro wyjechały ze stron swoich, już ludzie zapomnieli o ich grzechach i awan- turach... czy nie tak, droga pani? — spytała, ciesząc się z niecierpliwego wyczekiwania pa- ni Sylurskiej. — Istotnie, pani ma słuszność... Więc Żardecka... — Otóż do Krakowa przyjechała jej nie- gdyś sąsiadka, i dziwiła się, że tu tę Żardec- ką wszędzie przyjmują, gdyż ona, jak mówiła jej niegdyś przyjaciółka, ma niewyraźną prze- szłość... My w Krakowie powinnyśmy na- prawdę być ostrożniejsze w przyjmowaniu tych obcokrajowych kobiet... chyba droga pani zgodzi się na to? — Ależ zgadzam się! — zawołała.—I coż ta przyjaciółka mówiła o Żardeckiej? — Opowiadała, że tam kochała się w ja- kimś niby inżynierze... pewno nawet inżynie- rem nie był, bo u nich każdego z fabryki ty- tułują zaraz inżynierem. On nazywał się Sta- nisław Petrycki... kto wie, czy to Polak nawet, bo nazywałby się Pietrzycki, nic Petrycki. Otóż panna romansowała z nim przez długi czas, pomijam już schadzki, niby niespodziane spotkania na ustroniu... i ten Petrycki wyje- chał nagle pewnego dnia, gdzieś do Rosyi niby to na lepszą posadę... i słuch o nim za- ginął. Widocznie zmiarkował, że romans za daleko posunął i uciekł... Tak, tak, to zwykła taktyka tych pod- łych mężczyzn, i czy nie mamy prawa bronić się przeciw nim? — mówiła z oburzeniem. — Bronić się zawsze trzeba, — potwier- dziła panna Borecka — ale z drugiej strony panna nic powinna się narażać... po cóż cho- dziła na schadzki?! — I cóż zrobiła Żardecka? — Naturalnie zachorowała, i rodzina, unikając skandalu, wywiozła ją za granicę. W jakiś czas wróciła, ale już krótko mieszkała w swoich stronach... Potem sprzedała pu- ściznę po matce, zamieszkała u nas, i nagle, niewiadomo skąd, zjawia się u niej Wandzia, siostrzenica... Czy to nie jest dziwny zbieg okoliczności? Czy nic daje to pola do do- mysłów?... I ta jej miłość dla Wandzi, trosk- liwość macierzyńska o stroje, wygląd, za- bawy... — To mi rozjaśnia wiele wątpliwości —- mówiła chmurna pani Syiurska. — Narzuciła nam tę swoją Wandzię na sekretarkę, sama płaci jej pensyę... i pilnuje jej, jak oka w głowie. A teraz rozumie pani — uśmiechnęła się złośliwie — tę jej nienawiść do mężczyzn, nawoływanie do moralności... i posiada nic- lada odwagę, by należeć do wydziału Klubu. — To prawda — westchnęła, widząc jed- nak rozjaśnioną twarz swego gościa, powzięła podejrzenie, czy nie jest to upianowany po- mysł Lecińskiej, by Klub zdyskredytować. Otrząsnęła się więc szybko z przygnę bienia, nic mogła bowiem ^pozwolić na tryumf Koła, i kończyła swobodnym głosem: — Te jednak plamy na życiu Żardeckiej mogą mieć za sobą tylko pozory, dowodów niema... A jak nazywa się ta przyjaciółka Żardeckiej? — A! tego nic wolno mi powiedzieć— Jednak jaka pani szlachetna, zacna... i ja rów- nież nie wierzę w te plotki, nic chciałam przecież mówić, uległam tylko prośbom pani— Powiem nawet, że Żardecka nic wyglada wcale na matkę Wandzi, prawic niema żadnego po- dobieństwa.
TYGODNIK ILLUSTROWANY 48 917 — I nazwiska są różne — dodała go- spodyni. No, prawdziwość nazwiska—uśmiech- nęła się panna Borecka — rozstrzyga metryka chrztu, i gdyby przyszło do ślubu z sio- strzeńcem pani, metryka wszystko wyjaśni — kończyła z miną niewinną, dokuczając za oka- zany brak wiary w jej słowa. Ach! o ślubie mowy niema! — za- śmiała się pani Sylurska: — on za młody, nie ukończył swoich studyów. — W każdym razie prosiłam o wielki sekret — powiedziała panna Borecka z na- ciskiem. —- Wiem i pamiętam; ja nigdy nie zdra- dzam powierzonych mi tajemnic — mówiła z godnością. — Ani ja, — potwierdziła panna Borecka —i gdyby tę plotkę o Źardcckicj powierzono tylko mnie, milczałabym jak grób. Po tym ostatnim strzale umilkła, śledząc wrażenie, i miała tę przyjemność, iż jej słu- chaczka zaniepokoiła się na krótką chwilę. Zadowolona, uśmiechnęła się przyjaźnie i rzek- ła tonem wesołym: — Z panią drogą tak miło czas schodzi, że zapomniałam, iż przyszłam w interesie. — W jakim?—spytała bardzo uprzejmie. — Wiadomo pani, że Koło urządza zjazd kobiet w sprawie wyjaśnienia stanowiska kobiet w rodzinie i społeczeństwie, oraz dla naradzenia się nad wychowaniem. — Wiem, wiem... A kto podał ten projekt? — To tajemnica Lccińskiej, nie mogę powiedzieć tego. — Przecież kochana pani—mówiła czule pani Sylurska wie tak dobrze, jak i ja, że ona nic mogła pomyśleć o tem, więc kto? Domyślam się, że mężczyzna, ale który? — Pani droga jest dziwnie przenikliwa, ale naprawdę nazwiska nic mogę wymienić. — Hm... niech i tak będzie... Cóż tedy z tym wiecem? — Nie chcąc zrywać solidarności kobiet, Koło zaprasza Klub... i może która z pań ze- chce wygłosić odczyt. — Ach! rozumiem! -zaśmiała się z tryum- fem: — nic macie w Kole sił odpowiednich, więc w prośby do nas. — Ależ nie... — broniła dość słabo Koła uśmiechnięta panna Borecka — naprawdę to mój pomysł, by pani zcchciała przemówić i Szarewiczowa. — Względy z konieczności, — uśmiech- nęła się ironicznie — ale ze względu na soli- darność nic odrzucam zaproszenia i zawiado- mię swój wydział. — Dziękuję pani... i prosiłabym o wczes- ne zawiadomienie, kto będzie przemawiał, bo program musi być przygotowany przed wiecem. — Co do mnie, bardzo wątpię, bym mó- wiła... jestem przecież przewodniczącą Klubu i nic mogę swych zapatrywań nagiąć do wy- magań Lecińskiej, co zaś do Szarcwiczowej, nie wiem, ani co do Żardeckicj. — Jakto?!—zawołała z nictajoncm zdzi- wieniem:—Żardccka miałaby przemawiać pub- licznie? szerzyć swe teoryc? — Jej zasady są zasadami Klubu,—mó- wiła z powagą, ciesząc się skrycie z porażki i kłopotów Lccińskiej—i jeśli nas zaproszono, sądzę, że nie zrobiono żadnych zastrzeżeń. To byłoby ubliżeniem dla nas. Panna Borecka chwilę się namyślała, a zrozumiawszy intcncyę Sylurskiej, by za- szkodzić Kołu tym wyborem przemawiającej, odrzekła z uśmiechem wyrozumiałym: — Koło nie myśli sprzeciwiać się wybo- rowi Klubu; przecież Żardccka będzie przed- stawicielką pań, nie Koła... i słusznie się jej to należy, jako zadosyćuczynienic za krążące o niej plotki. „O, zręczna ta Borecka!" — pomyślała sobie pani Sylurska, a głośno: Wobec zasług i zasad Żardeckiej ja- kieś niejasne podejrzenia nie liczą się wcale... i jeśli tylko zcchce, będzie publicznie prze- mawiała. Naturalnie, ona ma nawet przyjemny organ głosu i przyjmie z ochotą ten zaszczyt, gdy do innego, trwałego, napróżno wzdycha i tęskni. — Do jakiego? — spytała zaciekawiona. — To już nie żadna plotka, ale prawda —uśmiechnęła się z godnością:—chciało się jej zostać przewodniczącą Klubu... sama skarżyła się przede mną. Ach, nie ona jedna wzdycha do tego! —zaśmiała się gospodyni lekceważąco, ukry- wając starannie, że ta wiadomość dotknęła ją niemile, jako zamach na jej godność. — Widzę, że stół jest przygotowany... oczekuje droga pani kogo? — Mamy posiedzenie wydziału. — Ach, to nie przeszkadzam!... i tak się zasiedziałam u drogiej pani. Pożegnały się czułymi pocałunkami, obie- cując wkrótce się zobaczyć. „Więc to taka ta Żardecka!—rozmyślała po odejściu znajomej: - chodząca cnota, oburzają- ca się na cień niemoralności, nawet na nie- winny flirt, a sarna!?" Uśmiechnęła się z goryczą, a zarazem owładnęło nią to słodkie przekonanie, o ile ona jest wyższ.a, moralniejsza, czystsza, ani- żeli inne kobiety... Napewno, dobrze poszu- kawszy, znalazłoby się coś nietylko na Żar- deckicj, lecz i na Szarewiczowcj, chociaż pozu- je na niedostępną. Ona jedna nic nie ma so- bie do wyrzucenia: była wierną żoną, moral- ną wdową. Jakaś wrażliwsza cząsteczka sumienia szepnęła, iż w życiu zabrakło jej pokus i spo- sobności, ale z oburzeniem nakazała milcze- nie nieproszonemu świadkowi i wyprostowała się z poczuciem dumy i godności własnej, bo przecież gdyby zechciała zgrzeszyć, kobiecie nigdy nic zabraknie sposobności, Nieproszony świadek wspomniał jej o ład- nym młodzieńcu, w którym się podkochiwała, widząc go codziennie przez okno, gdy szedł do biura... gdyby on?... ależ ona tę swoją pla- toniczną miłość głęboko ukryła, nikt się nie domyślił nawet, tak dalece była czysta i mo- ralna. Uśmiechnęła się z dumą. Ciekawa rzecz co się z nim stało?... Pew- no zestarzał się, ociężał, ożenił się... Ale ta Żardecka!? Ona -jednak musi dojść prawdy, bo wprawdzie każdej pannie zdarzy się zakochać w pewnym wieku... ale Żardccka kochała się niewłaściwie, grzesznic, bez taktu, bez wzglę- du na pozory i przyzwoitość... Jakieś schadz- ki, spotykania się na odludziu... Może to jednak plotki... może to jakiś mężczyzna wymyślił i puścił w obieg, by zgu- bić Żardecką w opinii. Od mężczyzn wszystkiego można się spodziewać: to są mściwi i podstępni plotka- rze, czyhający na sławę kobiety. Pewną jest, że Lecińska umyślnie z tą nowiną przysłała do niej Borecką: chciała Klub upokorzyć... no, nie udało się, dzięki jej prze- zorności. A jaką minę miała ta Borecka, do- wiedziawszy się, że Żardecka przemówi na zjeździe! Uśmiechnęła się rada z siebie. Jednak z tą Żardecką trzeba coś zrobić... Jeśli to prawda, co mówią, nie można cierpieć tego rodzaju kobiety, jako wydziałowej Klubu. A z drugiej strony ona dopłaca do utrzy- mania Klubu, trzyma się dumnie, daleko od wszystkich, nieprzystępna, i naprawdę robi wrażenie czystej i niewinnej... To napewno oszczerstwo mężczyzny! Lecz gdyby na jej życiu nic nie ciążyło, czy gadanoby coś podobnego? Dlaczego o niej, o Sylurskiej, nikt nie śmie powiedzieć czegoś ubliżającego? Muszę się dowiedzieć prawdy, dziś jesz- cze wypytam się o jej przeszłość... Wtem otwarły się drzwi z pokoju przy- ległego, zajrzał Franio do salonu. — Do widzenia, ciociu... wychodzę, by nie przeszkadzać paniom. — Możesz się przecież zamknąć w swym pokoju; nam nic nie przeszkadzasz. — Kiedy słyszę niemal każde słowo... Cóż ciocia taka zafrasowana? Postanowiła zasięgnąć rady siostrzeńca i rzekła: — Chodź bliżej, Franiu... zależy mi na tem, by dowiedzieć się bliższych szczegółów o Żardeckiej i Wandzi... — A to w jakim celu? — Mam ważne powody, powiem ci póź- niej. Poradź mi w jaki sposób, ale bardzo delikatny, mogłabym się wywiedzieć: skąd ona? kiedy się urodziła? — Hm... ona z Królestwa... musi mieć pasport... niech ciocia powie, że polieya za- żądała wykazu członków Klubu... i rzecz skoń- czona. — Prawda, że roi też to na myśl nie przyszło! Ty jednak jesteś sprytny... dziękuję ci, kochany Franiu, zdjąłeś mi kamień z serca. — I dlaczego teraz cioci, po tak długiej znajomości, przyszło to na myśl? Czy ma cio- cia jakie podejrzenie? — Ach nie, tylko z pewnych względów... — Domyślam się—śmiał się głośno: za- leży cioci na rodowodzie Wandzi, bo ja się nią interesuję... ale ciociu, ja nie tak łatwo tracę głowę, o wiele łatwiej serce. Zadzwoniono w przedpokoju, Franio po- szedł pośpiesznie do siebie, a do salonu we- szła panna Żardecka z Wandzią. Po przywitaniu rozpoczęła się ogólniko- wa rozmowa o pogodzie, nowinach miejskich, wreszcie pani Sylurska oświadczyła, że poli- eya zażądała szczegółów, dotyczących osób wy- działu Klubu. (DCN)
Z Muzeum OD POWIETRZA, GŁODU, OGNIA 1 WOJNY...!
z Muzeum IGNACY G1ERDZIEJEWSKI OD POWIETRZA, GŁODU, OGNIA 1 WOJNY...!
^Wic. IGNACY GIERDZ1EJEWSKI
920 WACŁAW SOBIESKI. WAWELSKA TRUMNA. Albowiem „aby być królestwem, — pisze autor ')—do tego trzeba było wedle ów- czesnych pojęć, jeszcze i samodzielności ko- ścielnej. Nie można było mieć pretensyi do korony, jeżeli się nie było osobną, t. j. samo- dzielną prowincyą kościelną, podległą samej tylko stolicy apostolskiej. “ Tymczasem wskutek utworzenia metro- polii w Gnieźnie, z koronacyi przez arcybisku- pa gnieźnieńskiego dokonanej — biskup kra- kowski i kler jego dyecezyi czuli się po- krzywdzonymi w swych prawach i pretensyach do tytułu arcybiskupiego. Na ruinach uro- szczeń Krakowa wzrosła stolica gnieźnieńska. Koronacya gnieźnieńska to było podkopanie powagi i znaczenia biskupstwa krakowskiego. Wszak w czasie aktu koronacyjnego musiało boleć biskupa krakowskiego, że jego rywal, arcybiskup gnieźnieński, pomazywał i wkładał koronę na skronie „Śmiałego/ kiedy on musiał stać na uboczu śród licznej (właśnie teraz pomnożonej aż do 13) rzeszy bisku- pów ), a przecież on miał też prawo do ty- tułu arcybiskupiego, do pierwszeństwa... Z tego to powodu mógł św. Stanisław przystać do malkontentów, a przedewszystkiem złączyć się z temi potęgami, które również były przeciwne koronacyi gnieźnieńskiej, z ce- sarzem, z księciem czeskim i Władysławem Hermanem. Toby dopiero tłómaczyło ten ostry epi- tet Galla — traditor, jako nazwa tego czło- wieka, który wystąpił przeciw „koronie," prze- ciw samoistności i niezawisłości państwowej, który wywołał swem wystąpieniem ostatecznie to, że nie monarcha polski, lecz obcy, cudzo- ziemski, bo książę czeski, dostał na synodzie mogunckim 1085 r. tytuł króla, a przy na- stępnej koronacyi praskiej lud czeski okrzyk- nął go królem czeskim i polskim... Tego rodzaju przypuszczenie przedstawił podpisany w rozprawce, naszkicowanej przed laty (za czasów studenckich z powodu ukaza- nia się prac M. Gumplowicza). ’) Dziś milo ') Str. 147. 2) Widocznie, że w pamięci kleru szczegól- nie utkwiła ta krzywdząca go organizacya gnieź- nieńska, bo w rocznikach dodano o Bolesławie Śmiałym: „qui constituit episcopatus per Polo- niam." ’) Św. Stanisław a św. Piotr, Ateneum, r. 1880, str. 58 66. Tam też kilka innych dowo- dów. Dr St. Kętrzyński wystąpił przeciw tego rodzaju przypuszczeniu w krytyce mej rozprawki (Kwart, tiist.). Jego wątpliwości wprawdzie starał się usunąć dr Krotoski („Przewód, nauk, i literac- ki," 1903, str. 913), ale mimo to tę moją hypotezę uważa za „z palca wyssaną/ „z powietrza chwy- coną/ gdyż utworzenie metropolii gnieźnieńskiej „mogło być tylko na rękę“ św. Stanisławowi („Św. Stanisław w świetle historyografii nowożytnej/ To- ruń, 1902, 90 91). Jak wskazałem, Wojciechow- ski nie podziela pod tym względem zdania p. Kro- toskiego (str. 132), a na str. 250 zaznacza, że wogóle dr Krotoski broni „sprawy św. Stani- sława, wedle swego widzenia rzeczy straconej." mi zauważyć, że hypoteza ta (choć po części i ubocznie) była przez badacza tej miary, co Wojciechowski, uwzględniona. Dziś jednak zdaje mi się takie wyjaśnienie całego tego konfliktu jako konieczne i najprawdopo- dobniejsze. Za tem nietylko przemawia fakt, źc w katalogach swych kler krakowski takie ostre zarzuty czyni poprzednikowi św. Stanisława za to, że nie upomniał się o tytuł metropolity. Ale co większa, zdaniem samego Wojciechowskiego, w chwili, kiedy kler kra- kowski zaczął wzbudzać kult św. Stanisła- wa (jako obrońcy swych praw i przywilejów), wówczas to Pełka, arcybiskup gnieźnieński, zamierzał podnieść kult Bogumiła, arcybiskupa gnieźnieńskiego, tego samego, który trzymał z Bolesławem Śmiałym i razem z nim upadł. ') Między temi dwoma arcybiskupstwami— jak jeszcze w XVI wieku mówią — „zawżdy emulacya była." ) Tego rodzaju cmulacya nie była zresztą czemś wyjątkowem w Pol- sce—wszak w Europie podobny zatarg o udział przy koronacyi toczył się między biskupem mogunckim a kolońskim. A wreszcie, czy nawet sam późniejszy obrządek koronacyjny, ów zwyczaj udawania się króla zaraz po koronacyi na Skałkę, czy nie zdaje się wskazywać, że zabójstwo tego świętego związane było z tym właśnie aktem koronacyi? * * * Muszę zastrzedz, że sam autor ten opór św. Stanisława przeciw podwyższeniu Gniez- na traktuje jako fakt uboczny, nie mający bliższego związku z samą katastrofą. Zdaje mi się też, że właśnie stąd, iż autor nie uwy- datnił owego antagonizmu Krakowa do Gniez- na, wynikła w dziele autora pewna sprzecz- ność. Raz bowiem zaznacza wyraźnie, że uroczystość koronacyi „odbyła się zapewne w archikatedrze gnieźnieńskiej," :i) a wkrótce potem natrąca, że tylko Kraków mógł być stolicą koronacyjną, i że dlatego też Herman koronować się nie mógł (po śmierci Bolesława Śmiałego), bo Kraków był w ręku Czechów. Wiadomo jednak, że w następnych wiekach Przemysław II, znalazłszy się w podobnem ) Str. 125. '-) Teodor Wierzbowski: Uchansciana (De primatu regni), IV, str. 273. •) Str. 207. ') Str. 271, 318. Zresztą przypuszczam, że w latach 1079—1086 Kraków nie był wcielony do państwa czeskiego, ale był w rękach Hermana jako lenno czeskie wraz z całą Małopolską „aż po Bug i Styr." Stąd Węgrzy 1086 r. (według Kroniki Marka) zdobywają Kraków na Polakach, nie na Czechach. Czy z tych lat (1079—1085) nie pochodzi wezwanie katedry wawelskiej św. Wacła- wa? Trudno przypuścić, aby tego patrona Prze- myślidów nadawano kościołom w państwie ich ry- walów Piastów. Nadał ten tytuł, według kronikar- skiej wiadomości, sam Herman, mógł zaś nadać tylko w czasie, kiedy był ożeniony z córką Wła- dysława ks. czeskiego, to jest właśnie przed ro- kiem 1086, w którym umarła. 2 położeniu (t. j. nie posiadając Krakowa), umiał przypomnieć sobie, że i Gniezno było stolicą koronacyjną. Mojem zdaniem, Her- man nie koronował się dlatego, bo oparł się na partyi zbuntowanej przeciw koronacyi „Śmiałego," poprzestając na „małej" Polsce. X * Z całego szeregu szkiców Wojciechow- skiego wspominam tu tylko o kwestyi św. Sta- nisława, bo nie sposób wprost w tem krót- kiem sprawozdaniu rozwieść się nad wszyst- kimi zdobyczami i odkryciami, jakie co krok spotykamy w tem pomnikowem dziele. Trze- ba być, jak autor, medyewistą, trzeba wraz z autorem przebywać te same szlaki, aby do- strzedz, ile w najdrobniejszych nieraz uwa- gach złożono mozołów, ile genialnych pomy- słów. W tej prastarej Polsce autor jest jak u siebie w domu, rozmawia z ludźmi XI w., jak ze swymi dobrymi znajomymi, z którymi przecież obcuje przez całe swe życie. Co chwila uchyla zasłony i przed okiem czytel- nika ukazuje światy tak odległe, tak niedzi- siejsze, horyzonty wieków tak dalekie, a opo- wiada przytem o rzeczach, dotyczących nie- tylko naszej Polski, lecz wogóle Europy, bo jak wszystkie prace zasłużonego badacza, tak samo i ta polega na dokładnej znajomości i zestawieniu stosunków powszechno-curopcj- skich, tak, że autor nie pominie najdrobniej- szych związków, jakie mogły łączyć Polskę choćby z najbardziej odległemi ogniskami kultury w owoczesnej Europie. Stąd dzieło to urasta w takie rozmiary, że nazwać je można z zupełnem przeświad- czeniem arcydziełem medyewistyki europej- skiej. Autor nietylko rozjaśnia tysiące zagadek, ale wprost pokazuje w tom dziele nowe spo- soby i drogi badań. Tak spccyalnością auto- ra, w której okazał się takim mistrzem w roz- prawie o rocznikach ’) — jest odkrywanie no- wych faktów przez chronologiczne ugrupowa- nie i kunsztowne godzenie z sobą cyfr lat; tej sztuki dwukrotnie zażywa w niniejszeni dziele. * 2 *) Tu poznać niemylną rękę mistrza. Misternie używa tu i innej jeszcze drogi (zresztą bardzo niebezpiecznej): — prostuje skrzywioną tradycyę późniejszą i przywraca do formy pierwotnej, dobywając z niej ziarna prawdy. Tak z fikcyjnej postaci Bogumiła wieku XII wyrasta prawdziwy arcybiskup wieku XI. Jako wytrawny badacz, autor doskonale świadomy jest, że stąpa po drodze bardzo niepewnej, i dlatego zastrzega się niejednokrot- nie, że przytoczone przez niego dowodzenia są to raczej „poszlaki" — podnosi, że praca jego to raczej „studyum możliwości historycz- nej," usprawiedliwia się, że musi budować „konstrukcyę, opartą na samych niewiado- mych," że przedstawia nie lak dowody, jak raczej—„postulaty." ') Pamiętnik wydz. hist. fil. IV, 1880. ) Str. 76 i 126 -8.
TYGODNIK ILLUSTROWANY M 48 921 „Postulaty!"—ależ jak one się dopraszają, je uznać, jak one są konieczne! Postu- laty! Wszak cały nasz sposób myślenia — to rusztowanie zbudowane na najprostszych lo- gicznych „postulatach," na takiem uzupełnie- niu luk i niejasności, aby w świecie, nas ota- czającym, wszystko się zgodnie „składało." Tym postulatom, wskazanym w pomie- nioncni dziele tom więcej można zaufać, bo układał je człowiek przepełniony jedynie gorącem uczuciem, a tern jest bezwzględ- ne umiłowanie prawdy; ta nuta miłości, to zupełne przejęcie się samem badaniem przedmiotu bez względu na wyniki, ta niepo- kalana czystość kapłaństwa wiedzy bez żadnej domieszki adwokackiej namiętności, drga pod niejednym, spokojnym zwrotem, a wybucha la- wą w takiem zakończeniu, którem dzieło swo- je zawiązał: „Możnaby spierać się o to, czy idea ta- kiego biskupa, jakim sobie wyobrażano Stani- sława w trzynastym wieku, nie była wtedy po- trzebna dla dalszego rozwoju duszy polskiej. Byłaby to głębsza racya kanonizacyi. Ale trud- no mówić o tern dowodnie, zwłaszcza, że w dziejach trzynastego wieku nic widać, iżby ta kanonizacya była przyniosła jakąkolwiek ko- rzyść moralną czy polityczną. Żywoty Stani- sława, spisane przez Kieleckiego, rozważone ja- ko produkt dziejopisarski, to istotna nędza umysłowa. Ale gorzej, bo nietylko umysło- wa. Żeby przedstawić Stanisława świętym, trzeba było wymyślać na Bolesława potwarze takie obrzydliwe, że równie szpetnych nie spotkać w naszej historyografii. Taką myśl przewrotną wypowiadali autorowie kanoni- zacyi uroczyście i śmiało: chociaż cała ich rzecz polegała od początku na zaniedbaniu i pomyleniu faktycznej prawdy. Przy grobie Stanisława jest o czem pomyśleć." Kto chce te myśli, snujące się przy trum- nie św. Stanisława pogłębić, niech weźmie do ręki wprzód dzieła Nestora naszego dzisiej- szego dziejopisarstwa o katedrze wawelskiej i o św. Stanisławie, a przekona się, że można calem sercem kochać nasze prastare legendy, ale i znać prawdę. Użyteczność balonów ze sterem na wojnie. Odkicdy Leonardo da Vinci wynalazł i określił motor, któryby można zastosować do podróży napowietrznej, a we dwieście lat później Fontenelle, a potem bracia Montgolfierowie zużytkowali w tym celu balony, poszukiwacze rozwiązania kwestyi że- glugi ponad ziemią rozdzielili się na dwa obozy: jedni twierdzą, że ów cel da się osiągnąć za pomocą motoru, cięższego od powietrza, inni zaś są zwo- lennikami balonu, którymby można sterować a więc motoru lżejszego od powietrza. Obiedwie „szkoły" zrobiły już wiele dla swo- ’cli teoryi. Nie wdając się w opisy wszystkich cięż- szych od powietrza „aeroplanów", których z więk- szem lub mniejszem powodzeniem próbowano W ostatnich czasach, stwierdziwszy, stosownie do Wyjaśnień, udzielonych w tej kwestyi paryskiej "Academie des Sciences" przez Ch. Renarda że Wskutek zbyt jeszcze ciężkich w stosunku do ich s'ly motorów, zużytkowanie ich praktyczne a szcze- gólnie w celach wojennych jeszcze nie jest moż- liwe. Inaczej przedstawia się kwestya użyteczności balonów. Wiadomo po- wszechnie, jak wielkie usługi oddały one już podczas oblężenia Pary- ża w r. 1870- 71. Pod- czas kampanii chińskiej w r. 1900 Francuzi ro- bili z balonami różne doświadczenia, przeważ- nie uwieńczone powo- dzeniem. Puszczali ba- lony swobodnie i na sznurach (balon captif), przewozili z miejsca na miejsce wszelkimi sposo- bami i zużytkowywali wybornie w celach wy- wiadowczych. Jednakże brak moż- ności sterowania nimi dał się uczuwać bardzo dotkliwie. Np. jeżeli ba- lon był na uwięzi pole obserwacyi musiało być z konieczności ściśle ograniczone jeżeli zaś pusz- czono go swobodnie, niełatwo było przewidzieć, w którą stronę go wichry zaniosą. Balon ze ste- rem, któryby działał pewnie i nieomylnie, byłby na wojnie nabytkiem nieocenionym. Byłaby to najlepsza komunikacya z oblężonemi fortecami, najświetniejsza komunikacya wywiadowcza, najlep- sza nieraz kontrola nad czynnościami tego rodzaju, jak np. mobilizacya. Pierwsze usiłowanie kierowania balonami by- ło dokonane już przed pół wiekiem, z balonem objętości 3,000 metrów sześciennych o motorze z siłą trzech koni, przez Henryka Giffard’a (r. 1852 i 1855). W r. 1872 Dupuy de Lóme potrafił osiągnąć pewną niezależność balonu od kie- runku wiatru. W r. 1883 i 4 bracia Tissandierowie, posługując się motorem elektrycznym, poszli jesz- cze dalej w kierunku owego uniezależnienia. Rok 1884 jest ważną datą w historyi balonu ze sterem. Dnia 19 sierpnia owego roku udało się dwom ka- pitanom w wojsku francuskiem, Renardowi i Kreb- sowi zakreślić w balonie o motorze elektrycznym ważącym 400 klgr. o sile 8 koni zamknięte koło to znaczy wyjechać i wrócić na żądane miejsce, przebiegłszy pewną przestrzań jak wtedy dwie mile we 23 minuty. Kwestya ciężkości motoru w stosunku do jego siły i tu, jak w machinach cięższych od powietrza, okazała się rzeczą pierwszo- rzędnej wagi. Dalszym krokiem w tym kierunku były dwa motory księcia Zeppelina, wypróbowane w r. 1900, przyczepione do olbrzymiego balonu, o 128 met- rach długości i 11,65 szerokości (objętość 11,000 metrów sześciennych). Motory te, przy sile 16 koni każdy, ważyły już tylko po 325 klgr. Ba- lon Santos Dumonta z r. 1901 miał motor (naf- ciany) jeszcze lepszy: ważąc tylko 80 klgr., dawał również siłę 16 koni. Rok 1902 zaznaczył się dwiema nieszczęśliwemi próbami: Brazylijczyka Severo i ex-oficera saksońskiego, Bradsky’ego, któ- rzy ponieśli śmierć przy doświadczeniach Wreszcie w r. 1903 zbudowano balon „Le- baudy", zwany „Le Jaune" z powodu swego ko- loru. Balon ten, przypominający formą cygaro, ma 97 metrów długości i 9,80 m. szerokości. Wewnątrz głównego balonu znajduje się drugi mniejszy. Aerostat posiada jakby rodzaj nierucho- nych skrzydeł. Są to platformy z nieprzemakal- nej materyi, ułatwiające z całym systemem ste- rów trzymanie się na powietrzu we wszelkich kierunkach, oraz sterowanie. Cała machina, razem z powłoką balonu i zapasami waży 2,530 klgr. Szybkość biegu wynosiła 62 kilometry na godzi- nę i 41 minut. Najdłuższa przebieżona przestrzeń mierzyła 98 klmtr. Wicher, który wtedy zwyciężał „Le Jaune", miał siłę 10 mętrów pą sekundę. MASZYNA DZIAŁAJĄCA BALONU LEBAUDY Według zdania Rcvuc des Oueslions Scicntifi- i/ues, balon ów możnaby już użytkować do celów wojennych. Ale do systematycznego użytku w tym celu nie nadaje się jeszcze. Ma jeszcze zbyt małą szybkość i zbyt małą silę motoryczną pomimo że „Lebaudy" posiada motor benzynowy, porusza- jący aż dwie śruby aluminiowe, dające 2,000 obro- tów na minutę. Tymczasem stwierdzono, że aby otrzymać zamiast 10 metrów na sekundę, szybkość 16 na sek., potrzeba powiększyć siłę motoru aż trzy razy. Przed kilku tygodniami wypróbowano nowy, ulepszony typ statku „Lebaudy". Wyniki były podobno świetne. Przewyższyły wszystkie próby dawniejsze. Podobiznę tego najnowszego balonu podajemy w niniejszym numerze Tygo- dnika. K. WIKTOR GOMULICKI: TY WIERZYŁEŚ... Ty wierzyłeś, Słoneczny! że wstęgą z płomienia Wykreśli się na ziemi ślad twego przelotu; Że słowo twoje każde zbudzi, nakształt grzmotu, Silne duchy z gnuśności, słabe z odrętwienia; Że ziemia, po twem przejściu, jak po przejściu wiosny, Cała wzdrygnie się wielkim zmartwychwstania dreszczem; Że zaszumią za tobą i palmy i sosny, Że spadniesz kwiatów, pieśni i błyskawic deszczem... Ty wierzyłeś, Słoneczny! że w ostatniej chwili Z hukiem burzy po ciebie zjedzie wóz Eljasza; Że wstanie wicher wielki, co góry przenasza, I porwie cię, i puszcze przed tobą pochyli; Że niesionego w niebo z chmurnego padołu Przeprowadzą przez błękit dwa potężne chóry: Rozdzierający serce płacz żegnania z dołu, Budzący echa światów hymn witalny z góry. Oto konasz... I gdzież są twoje chorowody? Nuda o sowich ślepiach siadła przy twem łożu, Myśl twoja w strzępy zdarta, serce na rozdrożu, Przed tobą - niewiadomość, za tobą zawody. Wytężasz słuch: zgiełk jakiś rozlega się blizko. Może tłum się rozżalił i płacze po tobie? Niel to szczeka i wyje ludzkie targowisko... Wyło przy twej kolebce—wyć będzie na grobie! łjfSf
922 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 48 Uśmiech Japończyka. Cudzoziemcy, przybywający do Japonii, nie mogą oswoić się z wiecznym i- jak mówią—przyros- łym do warg, uprzejmym uśmie- chem Japończyka. Drażni on ich, wywołuje podejrzenie nieszczerości, zdumiewa i niepokoi. Japończycy, z kolei, dziwią się „gniewnemu" wyrazowi obcych przybyszów. Z te- go powodu wypowiadano nawet wiele szumnych uwag o „powa- dze" Europejczyków i „lekkości" usposobienia narodów Wschodu. Przychodziło też nieraz do ostrych nieporozumień pomiędzy mieszkań- cami a „gośćmi" państwa Mikada - jedynie wskutek różnic w pojmo- waniu znaczenia tego uśmiechu. Lafcadio Hearn, ') profesor literatury angielskiej na uniwersy- tecie w Tokio, miał sposobność sprawę tę zbadać bliżej, a nawet jak pisze w pięknej, subtelnej, bar- dzo interesującej książce p. t. „Glimpses of unfamiliar Japan" — sam nabrał w Japonii podobnego przyzwyczajenia, które go skłoniło właśnie do głębszych studyów nad owym szczególnym nabytkiem kultury. Przedewszystkiem przytacza on kilka charakterystycznych przy- kładów. „Pewnego dnia, — opowiada jeden z jego znajomych—gdy je- chałem powozem, ujrzałem na swo- jej drodze pustą „kurumę", -) podążającą w tę | samą stronę. Nie mogłem wstrzymać konia. Za- cząłem więc krzyczeć po japońsku na prowadzą- cego wózek, aby się usunął. Ten jednak, zamiast mnie usłuchać, oparł kurumę o mur w ten sposób, że oba jej dyszle wystawały ku środkowi ulicy. W jednej chwili koń mój wpadł na nie i silnie uderzony, począł krwawić. Wściekłość mnie ogar- nęła. Drzewcem swojego bata uderzyłem ciągną- cego kurumę po głowie. I cóż się stało? Czło- wiek ten patrzy mi prosto w oczy, uśmiecha się i kłania. Jeszcze dzisiaj pamiętam ten uśmiech, pełen uniżoności. Zmieszałem się najokropniej, i nagle cała moja wściekłość stopniała. Jak to zrozumieć? Co za dyabeł kazał temu człowiekowi uśmiechnąć się tak dziwnie?" A oto co Hearn słyszał od pewnej osoby z Jokohamy: „Służąca moja przychodzi do mnie raz tak uśmiechnięta, jakby zdarzyło się jej coś niesłychanie przyjemnego; tymczasem ciągle z tym samym uśmiechem—opowiada mi, że właśnie mąż jej umarł. Prosi mnie o pozwolenie pójścia na jego pogrzeb. Poszła. Nad wieczorem wraca i po- kazuje mi urnę, zawierającą jego popioły (wśród których można było jeszcze rozróżnić jeden ząbl) i—śmiejąc się już tym razem zupełnie — rzecze: „Oto mój mąż!" Może pan sobie wyobrazić coś równie cynicznego?" ') Lafcadio Hearn urodził się w Lencade z matki Grcczynki i ojca Irlandczyka. Przebywał kolejno w wie- lu krajach Europy i Ameryki, wreszcie dostał się do Japonii, gdzie stale zamieszkał, przybrawszy nazwisko Koizumi Jakumo. Większą część swoich niezwykle cie- kawych poetycznych dzieł zaczerpnął z życia Japonii. a) Mały wózek o dwóch kołach, ciągniony przez posługacza. POWITANIE JAPOŃSKIE. Ze zbiorów Leopolda Meyeta. Trudno było wytłómaczyć oburzonej damie, że służącą japońską mogły powodować w tym ra- zie pobudki bardzo szlachetne nawet heroiczne że śmiech jej nie oznaczał bynajmniej duszy niz- kiej i cynicznej. Ale oto coś jeszcze ciekaw- szego: Kupiec europejski T. pozostawał w zażyłych stosunkach z jednym ze starych samurajów zna- komitego rodu. T. wyświadczył nawet raz samura- jowi poważną przysługę. Niewiadomo z jakiego powodu wynikła w domu T. pomiędzy nimi kłótnia. T. uniósł się, ale starzec odpowiedział mu tylko uśmiechem i ukłonami. To rozgniewało kupca jeszcze bardziej. Podniósł głos—posypały się na samuraja grubiańskie wymysły. Nowe uśmiechy i ukłony. Wreszcie T. rozkazuje mu opuścić swój dom. Jeszcze jeden uśmiech... Kupiec stracił pano- wanie nad sobą i uderzył starca. Ale wtedy nagle stało się coś nieoczekiwanego. Ponad głową prze- rażonego kupca zalśnił ostry miecz samuraja, któ- rego twarz zmieniona była nie do poznania. Chwi- la wahania. Starzec schował miecz do pochwy, odwrócił się i szybko wyszedł. Kupiec w jednej chwili opamiętał się — uczuł, że czerwienieje ze wstydu. Jednakże starał się usprawiedliwić przed sobą samym: jakie prawo miał ten Japończyk do wyśmiewania się z niego? Postanowił go przepro- sić przy najbliższej sposobności. Dziwnego musiał doznać wrażenia, dowiedziawszy się, że samuraj tego samego wieczora popełnił „harakiri", pozosta- wiając list następującej treści: „Być niesłusznie uderzonym i nie zemścić się—to plama na honorze samuraja." W każdym innym przypadku nie darował- by tej obelgi, ale okoliczności były szczególnie delikatnej natury w tym wypadku. Honor nie po- zwalał mu na użycie broni przeciwko człowiekowi, który wyświadczył mu przysługę w ciężkiej chwili życia. Nie pozo- stało mu więc nic innego, tylko zaszczytne samobójstwo. T. wy- nagrodził wprawdzie hojnie rodzi- nę zmarłego, ale nigdy nie zrozu- miał, dlaczego starzec się uśmie- chał. Aby wytłómaczyć tajemnicę uśmiechu japońskiego, Hearn po- czął badać lud, czyli tę warstwę mieszkańców Japonii, na której wpływy cywihzacyi europejskiej najmniej pozostawiły śladów — i doszedł do przekonania, że jest to jedną z najbardziej charaktery- stycznych cech kultury japońskiej. W Japonii od dzieciństwa uczą się uśmiechać, jak się uczą ukłonów i wogóle wszelkich praw starożytnej uprzejmości. Uśmiech jest obowiązkiem towarzyskim i społecznym wobec każdego wyższego lub równego sobie człowieka. Należy to do „sa- voir-vivre’u“ — szczególnie wobec rodziców, przyjaciół, przełożonych, którym zawsze trzeba pokazywać twarz wesołą, aby budzić w nich równie wesołe myśli. Czy serce masz rozdarte? Uśmiechaj się męż- nie. Strzeż się wtedy okazywać smutek, nawet poprostu powagę wobec swoich najbliższych. Mog- łoby to u nich wywołać niepokój, lub zmartwienie; dałoby może nie- jednemu powód do niepotrzebnej ciekawości. A jeżeli masz kogo za- wiadomić o jakim ciężkim, nie- przyjemnym wypadku — czyń to z uśmiechem. Im rzecz jest poważ- niejsza, tem bardziej się uśmiechaj -a jeśli jest ona wprost straszna- -uśmiech może się zmienić chwi- lami w cichy, łagodny śmiech. Wszystko ma swój czas mówi Ekklezyasta:—jest czas radości i czas gniewu, czas śmiechu i czas płaczu... Przyczyna uśmiechu jest więc zarówno moralna, jak estetycz- ną. Pierwsze słowa człowieka, któryby wybuchnął płaczem w towarzystwie, będą, skoro się tylko uspo- koił: „Proszę mi wybaczyć mój egoizm i nie- grzeczność". Dzieci japońskie, skoro tylko wyjdą z naj- młodszego wieku, znoszą wymierzaną im karę (ale słuszną!) z uśmiechem, który zdaje się mówić: „Nie uczuwam wcale gniewu wobec waszego postę- powania: wina moja zasługiwała na znacznie więk- szą karę." Z tego samego powodu uśmiechał się prowadzący „kurumę" w wyżej opisanem zdarze- niu, skoro go uderzono. A „śmiech" służącej, któ- ra opowiadała swojej pani o śmierci męża, ozna- czał zapewne: „Niech pani czcigodne serce nie wzrusza się cierpieniem mojej nędznej osoby; czu- ję się głęboko winną, mówiąc pani o rzeczy tak marnej, jak mój smutek." Jednakże nigdy Japończyk nie przebaczy ża- dnej zniewagi. Nie trzeba też sobie wyobrażać, aby ów uśmiech był istotnie wieczną maską na twarzy Japończyka jak to sobie wyobrażają Euro- pejczycy. Etykieta nie nakazywała dawnym samu- rajom uśmiechać się przy każdej sposobności. Obo- wiązywało to ich jedynie wobec wyżej postawio- nych i przyjaciół. Wobec niższych zachowywali się z jak największą powagą—a wspaniała, pełna godności podstawa szyntoistycznego duchowieństwa stała się przysłowiową. Ale życie prywatne nie podlegało tym prawom, a dzisiaj z małymi wyjął' kami ludzi „rozpaczliwie zmodernizowanych"—naj-
923 ARBY Z KAMIENIAMI W CHARBINIE. PROSPEKT SUNGARYJSKI W CHARBINIE. Pot. inżyniera Ed. Ossera. wyżsi dygnitarze, szlachta, ministrowie, sędziowie, oficerowie zachowali wszystkie prawidła starożyt- nej uprzejmości. Obyczaj uśmiechu, wpajany od dzieciństwa, staje się w końcu instynktownym obo- wiązkiem. Ma on jednakże jeszcze głębsze znaczenie: jest symbolem całego systemu postępowania w spo- łeczeństwie. Jeżeli komu mówi Hearn zdarzyło się pozyskać w wykształconym Japończyku przy- jaciela, ten mógł swobodnie obserwować u niego w formie jak najbardziej subtelnej społeczne właściwości tego ciekawego ludu. O sobie mówi jak najmniej i to tylko wobec kategorycznych pytań, które zbywa zresztą najkrótszemi, najmniej znaczącemi zdaniami w ukłonach i podziękowa- niach. Za to najdrobniejsze szczegóły życia przyja- ciela zdają się go interesować w najwyższym stop- niu. Nic go tak nie zajmuje, jak przekonanie i my- śli przyjaciela. Nie zapomni przytem napewno niczego z tych szczegółów, któreśmy mu powierzyli. Jednakże ciekawość jego ma granice, których nigdy nie prze- kracza. Nie dojrzy on napewno żadnych śmiesz- ności i małych oznak słabości. Nie mówi nigdy źle o nikim, co najwyżej ośmieli się krytykować czyjeś postępowanie w stosunku do skutków, jakie ono sprawi. Zapytany o zdanie co do naszego dzia- łania lub projektu, lub myśli, wyraża swój po- gląd w sposób najbardziej delikatny, starając się najczęściej podać inny projekt, tłómacząc jego ko- rzyści, nigdy wprost nie krytykując naszego. Żaden naród na świecie nie posiada tak sze- roko zrozumianej zasady szczęśliwego życia. Żad- na rasa nie pojęła tak głęboko tej prawdy, że szczęście nasze na świecie zależy od szczęścia łych, którzy nas otaczają to znaczy od naszej cierpliwości i poświęcenia własnego egoizmu. Ich bóstwa zresztą mają ten sam niewinny, wpółdziecinny uśmiech. Jest to wykuty w bron- zach i kamieniach symbol, który tłómaczy uśmiech M pogodnej rasy. „Nawet bóstwo nie może za- mienić w porażkę zwycięstwa człowieka nad sobą samym" czytamy w świętej księdze Dammikka- sutta. J. K. Stosunki w Mandżuryi. Koresp. własna Tyg. illustr. z Charbina. Parotygodniowy pobyt w Charbinie może czło- wieka przyprowadzić do rozpaczy. Już po przednio zaznaczyłem: kurz, piasek, obłokami całymi rzucany w twarz wiatrami z pustyni Gobi; hotele, wołające o pomstę do nieba, istne kurniki z grzy- bami wilgoci i rojem robactwa, szczurów i myszy; drożyzna, przekraczająca siły wyobraźni najbujniej- szej; ogólna gorączka życia; brak absolutny wszel- kiej cywilizowanej rozrywki, jeżeli nie liczyć licz- nych cąfć-chantants, gdzie nadobne „puchy mar- ne" „operują" z wielkiem powodzeniem. Nie czekając więc dłużej, uciekam z tej wieży Babel z Mandżuryi—z Chin- -dalej do Syberyi, do Władywostoku nad morze Japońskie nad Pacyfik, by potem na dłużej powrócić do Mand- żuryi. Na stacyi „Stary Charbin" mam możność oglądania ciekawego widowiska: przed pociągiem, dla zarobku, rzecz prosta, jakiś mały Chińczyk 10-letni popisuje się tańcem narodowym. Przygry- wa mu do tańca inny Chińczyk, znacznie starszy. Instrument, na którym wygrywa strasznie mono- tonny śpiew, to najpopularniejszy w Chinach in- strument, podobny z formy do mandoliny, z tą jednakże różnicą, że korpus jest tu znacznie mniejszy, szyja zaś o wiele dłuższa, i gra się na nim smyczkiem, nie palcami. Włos smyczka nie cho- dzi po strunach z góry jak w naszych skrzyp- cach, lecz jest przeciągnięty pomiędzy struny—tak, że smyczka nie odejmuje się od strun: stanowi on jedną całość z instrumentem. Co się tycze tańca, nie znalazłem wcale, aby taniec ten był estetyczniejszy od wielu tańców europejskich, choćby „dżyga" angielskiego, lub „kozaczka" rosyjskiego; pełen rytmu i harmonii w ruchach, polega on na wykonywaniu miarowych ruchów, naśladujących bieg w koło, lecz bez zmia- ny kierunku frontu tak, że tańczący, zataczając koło, zawsze jest zwrócony do widza twarzą. Tań- czący śpiewa przytem tę samą melodyę, którą wy- konywa grający. Najcharakterystyczniejszą jednak rzeczą w tym tańcu jest to, że tancerz trzyma w lewej ręce drążek, długości metra, z bambusu, a więc lekki, opatrzony z obudwu końców w dzwonki. Podczas tańca, trzymając ów drążek dłonią w samym środku, tancerz uderza to jednym to drugim końcem o rękę, o ramię jedno i drugie, o kolana wreszcie, i w ten sposób wybija takt dzwonkami i urozmaica taniec. Taniec ten wogóle zrobił na mnie wrażenie czegoś bardzo harmonij- nego i miłego w swoim spokoju, aczkolwiek mało dekoracyjnego. We dwie godziny po wyjeździe z Charbina przejeżdżamy przez miasto A-że-che. Warto się tu zatrzymać, by poznać misyę katolicką, francu- ską, jedną z niewielu w Mandżuryi. Francuskie inisye katolickie w Chinach są bardziej czynnikiem । politycznym niż religijnym. Chińczyk, będąc ate- uszem i indyferentem religijnym, nie interesuje się temi sprawami i z pewną pogardą patrzy na tych swych współbraci, którzy przyjęli chrześcijaństwo. Dzieje się to dla tej prostej przyczyny, że gdy Chińczyk tak nabroi, że mu grozi utrata głowy pod katowskim mieczem, idzie on do misyonarza, przyjmuje katolicyzm i zdobywa w ten sposób protektorat misyi, konsula, ambasadora i wogóle Europy, co go do pewnego stopnia broni od za- głady. Stąd pochodzi główny kontyngens neofi- tów, i dlatego chrześcijaństwo nie cieszy się w Chi- nach powodzeniem. Tem się da objaśnić, że acz- I kolwiek misye katolickie operują tu już bardzo । dawno, liczą dziś w Mandżuryi nie więcej niż 26,000 wiernych na 15 z górą milionów mieszkań- ców Mandżuryi. Jest to procent arcy mały. Wogóle zaś w całych Chinach liczono w 1900 roku 1,254,068 chrześcijan na pięćset kilka- dziesiąt milionów ludności, przy działalności 1,700 księży. * * * Pozostawiwszy Charbin za sobą i dążąc ku granicy rosyjskiej, przejeżdżamy już lepiej upraw- ną i ładniejszą okolicę Mandżuryi. Wiosna po dość mroźnej zimie zaczyna się tu w połowie mar- ca. Temperatura w zimie spada często do 30° R przy silnych wiatrach północno-zachodnich, przyno- szących suche i chłodne powietrze z Gobi. Zima prawie bez śniegu. Dzięki temu wiosna budzi tu naturę z nadzwyczajną szybkością, i już w kwiet- niu wszystkie zboża są zasiane. Lato upalne kończy się w lipcu strasznemi ulewami, które bez przerwy panują przez lipiec i sierpień. Ulewy te, „fu-cian“, są tu istnym ży- wiołem: zalewają pola, na szczęście już do tego czasu uprzątnięte, na kilka stóp wysokości, i tam, gdzie rolnik chiński w czerwcu zbierał żniwo, w lipcu łapie ryby, które wtedy stanowią jeden
924 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 48 z najważniejszych artykułów jego pokarmu. Owe fu-ciany dochodzą czasem do bajecznych rozmia- rów. Tak np. w 1897 r. prawie cała linia kolei Usuryjskiej była pod wodą, a podczas ostatniej wojny chińsko-europejskiej fu-cian przerwał atak pod Cian-cinem. Najpiękniejszą porą roku jest tu jesień, bo ciepła i sucha. Upały i wilgoć latem rodzą prze- pyszną roślinność. Angielski misyonarz James opowiada nastę- pującą legendę mandżurską: „Gdy wielki Budda stworzył wszystko, co żyje, zapomniał o ziemi Mandżuryi, i gdy mu przy- pomnieli, że cały ogromny kraj pozostał jeszcze pustynią, Budda zebrał okazy wszelkich zwierząt i roślin i darował je Mandżuryi, powiedziawszy: Niech każdy kto, tu przyjdzie, znajdzie znane sobie rośliny i zwierzęta". 1 rzeczywiście, obok cedrów i sosen rosną tu dęby i orzechy greckie, obok brzozy—kasztany. W lasach niedźwiedzie i sobole mieszczą się w sąsiedztwie tygrysów i antylop. Ziemia, nad- zwyczaj pracowicie uprawiana, rodzi pszenicę, proso, kukurydzę, ryż, mak (na opium) i tytuń. Pszenica daje od 20—30 ziarn. Do Mukdenu, rynku zbo- żowego Mandżuryi, przywożą Chińczycy z całego kraju rok rocznie około miliona pudów pszenicy. Jak wśród dzikiej fauny, tak i wśród domowej rozmaitość ogromna: konie, muły, osły, kozy, by- dło i świnie. Konie są mało zdatne do zaprzęgu i pod wierzch; muły i osły znakomite do pracy; woły i krowy tęgiej bardzo budowy; świnie wszyst- kie czarne. Rolnictwo i wogóle kultura ziemi zaj- muje najwybitniejsze stanowisko wśród wszyst- kich sposobów pracy Chińczyka i cieszy się nawet wielką opieką rządu. W rolnictwie, ogrodnictwie i hodowli roślin t. zw. przemysłowych doszli Chiń- czycy do kolosalnych rezultatów. Dowodem her- bata i jedwab, dwa produkty, które stanowią pod- stawę ekonomicznego bytu całych Chin. Co się tycze ściśle Mandżuryi, dziś zale- dwie piąta część ziemi znajduje się w kulturze. W prowincyi Hej-lun-cian, największej z 3 dziel- nic administracyjnych Mandżuryi, zaledwie nie- znaczna część pól jest obrócona na pożytek lu- dzi. W drugiej, prowincyi Giryńskiej, nie więcej niż połowa gruntów jest pod uprawą. Co się ty- cze prowincyi Szen-cian, to jeszcze co najmniej 2/6 przestrzeni oczekują na pług. Do obrobienia tych pól przyjeżdża rok rocznie cala armia robotników z prowincyi chińskich Czi-li i Sian-dun, na miej- scu bowiem jest ogromny brak rąk. Najważniejszem zbożem Mandżuryi jest bez wątpienia gaolan, Holeus sorghtan. Gaolan to rodzaj prosa bardzo wysokiego. Daje on główną potrawę na wszystkie stoły chińskie i służy za toż samo dla zwierząt domowych. Po zwykłych ope- racyach młocki i wiania, przez jakie przechodzi każde ziarno, przeznaczone do spożycia, gaolan, nim zostaje spreparowany jako posiłek, musi być zmoczony w zimnej wodzie, aby trochę napęczniał, a później dopiero bywa gotowany, przyczem na cztery części wody sypie się 1 część gaolanu. Gotuje się koło godziny, bardzo mocno pęcznieje i bywa spożywany w filiżaneczkach z domieszką owoców, świeżych lub suszonych. W gotowaniu nie bywa solony, i nie dodaje się do niego żad- nych korzeni. Dwa funty takiej kaszy dziennie żywi zupełnie dostatecznie Chińczyka. Ale nietyl- ko ziarno gaolanu ma dla Chińczyka wartość: sło- ma służy mu na materyał budowlany, gdy jest zmieszana z zie-mią, czy gliną; Chińczyk buduje z niej ściany i dach, nakształt ptaka. Tam, gdzie brak drzewa, słoma gaolanu idzie na opał. Wy- dajność gaolanu jest wielka: dosyć zasiać 12 fun- tów tego ziarna na mórg, by otrzymać od 85 do 100 pudówsprzętu. Oprócz gaolanu sieją w Mandżuryi jeszcze dwa gatunki prosa: tszu-mi-za — setaria italica i huan-mi panicum miliaceum. Te dwa ostatnie zboża już są daleko mniej wydajne: osiąga się z nich nie więcej niż 50 -55 ziarn. Cena gao- lanu wynosi tu mniej więcej 3 4 diao za pud (diao = 15 kop.). Chińczycy nie znają zupełnie chleba; nawet w języku swym nie mają tego wyrazu. Ze zbóż swoich robią tylko: pierożki, placki i torciki. Mandżurya posiada wprost idealne warunki kultury pszenicy i jęczmienia (jęczmień idzie na pokarm dla koni). Pszenicę sieją głównie wzdłuż rzeki Sungari; karmi ona cały kraj Usuryjski w Sy- beryi. Ludność miejscowa spożywa tylko niewiel- ką ilość pozostałości w postaci plew zboża. Cena pszenicy prawie 3 razy przewyższa cenę jęczmie- nia i waha się około 3U diao za pud. Kultura ryżu (tin-mi) w Mandżuryi południowej nie prze- wyższa innych kultur. Ulewy'jednak tego kraju sprzyjają ryżowi ogromnie. Już w środku marca rozpoczynają go siać w brózdach nie zaś na za- gonach,—a zbierają we wrześniu. Urodzaj od 50 —150 ziarn. Cena waha się koło 4 diao za pud. Niemałą rolę gra też uprawa kukurydzy. GUSTAW OLECHOWSKI. Z tygodnia na tydzień. Niepossanowcmie cudzych nerwów. Obok wysiłku umysłowego lub fizycznego, który wywołuje w organizmie dające się wyraźnie zauważyć znużenie i potrzebę spoczynku, czło- wiek pracujący podlega również wyczerpaniu, je- żeli znajdzie się w warunkach, wytwarzających przykrą atmosferę moralną. Jest to fakt stwierdzony, ale dotychczas nie- brany prawie w rachubę przez zwierzchników, pryncypałów, oraz chlebodawców, którzy jeżeli zapewnią podwładnym pewne minimum wypo- czynku, sądzą, że zrobili już wszystko, co zrobić należy. Masz pracować przez tyle a tyle godzin, spełniając to, co do ciebie należy, a jeśli się da, to i coś ponadto, a potem wolno ci się bawić, lub spać — oto maksyma, jaką się rządzą, w najlep- szym razie, pracodawcy względem pracowników we wszystkich sferach działalności, poczynając od najpierwotniejszych, a kończąc na bardzo subtel- nych, umysłowo-emocyonalnych. Czy to będzie warsztat, czy biuro, czy fa bryka, czy redakcya, czy teatr —wszędzie przykła- da się ten stary szablon, w którym nie uwzględ- niono owego doniosłego czynnika życia i pracy, jakim jest stan duchowy człowieka. Tymczasem obserwacye wykazały, że czło- wiek mniej się zużywa nerwowo, pracując w oto- czeniu pogodnem, przyjemnem, wesołem, spokoj- nem, niżeli w środowisku, gdzie panuje nieufność, podejrzliwość, intrygi, nieumotywowane niezadowo- lenie, brak rozsądnej organizacyi i t. p. Przykry w stosunkach zwierzchnik, który sądzi, że swoją brutalnością, gwałtownością, lekce- ważeniem i brakiem taktu osiągnie większe rezul- taty praktyczne, myli się grubo. Nieprzyjemna atmosfera moralna, jaką dokoła siebie wytwarza, nietylko osłabia wydajność pracy podwładnych, lecz ich zniechęca i demoralizuje. Prócz tego o co nam głównie w danym przypadku chodzi- postępowanie podobne wyrządza ludziom, skazanym na zależność, krzywdę, i to nietylko duchową, lecz i fizyczną, gdyż ich powoli, a napozór niedostrzegalnie, łamie i kruszy. Bolesne wrażenia psychiczne odbijają się z czasem na organizmie, wywołując znane dziś aż nadto dobrze stany rozdrażnień nerwowych, które często kończą się smutnemi katastrofami... Naprawdę wiedzą o tern wszyscy, ale wielu interesowanych wiedzieć o tern nie chce, bo im z tern dogodniej. Czem jest targanie nerwów ludzkich wobec przyjemnego poczucia wyższości materyalnej? A ostatecznie, jak się zużyje jeden pracownik, to za pieniądze dostanie się innego! Otóż sądzę, że należałoby zwrócić na tę sprawę baczniejszą uwagę i pamiętać, że prócz wynagrodzenia pieniężnego, uważanego zwykle za jądro stosunku pomiędzy pracodawcą a pracowni- kiem, ten ostatni ma prawo do tego, żeby szano- wano i oszczędzano jego stan psychiczny, jego nerwy i zdrowie moralne. Nie wątpię, że nadejdzie czas, kiedy spra- wą tą zajmować się będą nietylko psychologowie teoretycy, lecz i działacze praktyczni, czyniąc z niej jeden z ważniejszych postulatów hygicny społecznej. 1A Kolo polskie. Ze zgonem „starego regimentarza," Apolina- rego Jaworskiego, który, urągając czasowi i jego burzom, runął, jak dąb piorunem strzaskany, nic się pozornie w Kole polskiem austryackiej Rady państwa nie zmieniło. Ubyła wprawdzie potężna postać, ale został „system." Dokonane zaś przed kilku dniami wybory prezydyum są najwymow- niejszem słów naszych potwierdzeniem: powołano bowiem na prezesa i jego pierwszego zastępcę długoletnich towarzyszów i najbardziej zaufanych powierników p. Apolinarego... Stało się to jakby drogą awansu! Wojciech hr. Dzieduszycki posunął się na pierwsze miejsce, Dawid Abrahamowicz awansował na miejsce drugie, na dotychczasowym wreszcie posterunku utrzymał się nadal dr Władysław Dulęba. Nowym jest tylko Michał Bobrzyński, który wszedł do arcy ważnej Komisyi parlamentarnej, a w izbie za- siadł na opróżnionym przez Jaworskiego fotelu. To jest, bądź co bądź, znaczące, choć może być tylko przypadkowe... Dzieduszycki to jeden z najpopularniejszych u nas ludzi, znany zarówno z... dziwactw, jak i z genialności. Człowiek zadziwiająco wszech- stronny: encyklopedya chodząca, filozof, poeta, powieściopisarz, dramaturg, estetyk, profesor i sta- tysta. Chadza po ziemi jakby przypadkowo, gdyż szybuje stale w obłokach; rzekłbyś: „nie ciałem, lecz żyje myślą." Oślepia często wprost genial- nymi błyskami, uniesiony polotem, porywa za so- bą wsłuchanych, zarówno parlamentarzystów, jak przygodnych słuchaczów, lub rzesze studentów, do których rad mówi z uniwersyteckiej kater . Przysłowiowo czysty charakter, dusza złota, w życiu codziennem niepoprawny idealista. Gdy pół senny kroczy ulicami, zda się, że się złamie, iż nie ma dość siły, by podnieść zwieszonej na piersi, zadumanej głowy. Sława zaś jego zanie- dbanej powierzchowności doszła już z Europy do Ameryki, gdzie jednak kapelusze i obuwie „hr. Wojtka" nie gorszyłyby chyba żadnego z Jan- kesów. W polityce też, jakby na przekorę osławio- nemu zdaniu Niemca (Politik verdirbt den Cha rakter), również czysty i szlachetny. Zajęła ona kapitalną część jego znojnego pro publico bono żywota. Pewny jest, i można na nim polegać bezpiecznie. Nie zabiega o honory, bo honoru ma sam podostatkiem, nie dba też o rozgłos i poklask, znając ich wartość. Żyłkę miłości włas- nej wypruł ze swego organizmu doszczętnie. Włodzimierz Kozłowski takie daje mu świa- dectwo: „Wojciech Dzieduszycki to statysta o grun- townem filozoticznem, politycznem i społecznem wykształceniu, pojęciu bystrem, wnioskowaniu śmiałem. Jest to człowiek, obdarzony niepospolitą siłą umysłu i pióra, żywe uosobienie politycznego sumienia i ducha publicznego. Umysł krzepki i dzielny, w przekonaniach nieugięty, wyznawca zasad ładu i karności, opiekun interesów klas pra-
TYGODNIK ILLUSTROWANY N° 48 925 DAWID ABRAHAMOWICZ. WOJCIECH lir DZIEDUSZYCKI. WŁADYSŁAW DULĘBA cującycb, orędownik warstw społecznych, moralnie wydziedziczonych." Do tarczy swej przydał hr. Wojciecli godło „obowiązek", (tradycyjny zresztą w zasłużonym jego rodzie) i temu godłu wierny jest, święcie Ztęd ma w pogardzie prywatę, sobkostwo, ma- teryalizm. To wielkie poczucie obowiązku paso- wało go też między innemi zaletami na speakera Koła, który potrafi grzmieć piorunami, być bardzo gorącym, a przecież wytwornym i co najważniejsza, roztropnym (mowa wrzesieńska). Słuchany jest często z nabożeństwem, zawsze z zajęciem. Impo- nuje Dowiem rozległymi ducha swojego horyzonty i przednią kulturą. Nie zaszkodziła mu nawet jego... oryginalność! „Uzupełnieniem" Dzieduszyckiego będzie Da- wid Abrahamowicz, człowiek też rąk czystych, ale wręcz odmiennego pokroju. Z rodzaju „przy- ziemnych," szaloną pracowitością i systematycz- cią wyrósł na wybitnego parlamentarzystę; poznał ten teatr dokładniej, aniżeli ktokolwiek inny, za- przyjaźnił się z suflerem, wie co się dzieje i dziać tr ze za ciemnemi i niedostępnemi dla wielu kuli- sami. Towarzysze jego działalności powiadają o nim, że jest „mistrzem w politycznym targu"’ a dowody dyplomatycznych uzdolnień dawał w po- średnictwie pomiędzy Niemcami a Węgrami, pomię- dzy którymi ma jedynie popularność! Mówca pe- łen ironii, rozdrażnia nietylko przeciwników, lecz i [stojące za nimi tłumy; tych się wszakże nie ulęknie, acz jest zdecydowanym oporynistą, od- kryje nawet pierś swoją na strzały (literalnie!), aby za chwilę ukłonić się wrogowi z najsłodszym na ustach uśmiechem. Wyrobił się na dzielnego eko- nomistę, zna potrzeby kraju, chociaż nie zawsze bywa bezwzględny, często i krótkowidz. Ale za- wsze gracz parlamentarny przedni! Dr Władysław Dulęba piastuje drugą wice- prezesurę jako przedstawiciel stronnictwa demokra- tycznego. Z rodziny bardzo bujnej pod względem artystycznym, a znanej dobrze i w Warszawie, wysunął się na czoło lwowskiej palestry, dosko- nały obrońca, dodajmy, zawsze i we wszystkiem szczęśliwy. Posłuje z miasta Tarnopola, rzecz zaś swoją pełni vcry correct, bez przymieszki prywa- ty, statecznie, z przekonania. Znamionują go takt i miara, spokój i gładkie maniery. Oto najnowsze trifolium przezesowskie Kola polskiego w austryackiej Radzie państwa. C EPILOGI. Teorya i praktyka. Pokój powszechny, zgoda, solidarność, mi- łość, wyrozumiałość i t. p. -oto teoretyczne hasła epoki, która w praktyce rządzi się zupełnie od- wrotnemi zasadami. Przeczytajmy uczone dzieła szlachetnych mę- żów, artykuły wstępne poważnycli gazet, sprawo- zdania z posiedzeń różnych towarzystw etycznych, antywojennych, lub poświęconych opiece nad nę- dzarzami, upadłymi i więźniami i t. p., posłuchaj- my mów natchnionych ideologów, a w każdym głosie odczujemy nietylko szczerą tęsknotę do po- godniejszej przyszłości, lecz i wiarę w jej możli- wość. Nie mówię tu o naszych drobnych, zaścian- kowych stosunkach, ale o tem, co dzieje się w ca- łym świecie. Wszędzie ideą przewodnią, przynaj- mniej pozornie, jest dążenie do zbratania ludzi, do wyrównania krzywd, wyrządzonych przez los, sło- wem: do ukształtowania stosunków wzajemnych na gruncie rozumu i sprawiedliwości. Gdyby jakiś mieszkaniec Marsa poznał tylko tę stronę działalności istot ziemskich, mógłby dojść do przekonania, że na naszym świecie zapanują niedługo stosunki rajskie, że lew pozwoli paść się obok siebie bezbronnemu jagnięciu, tygrys stępi dobrowolnie swe groźne pazury o skałę, a grze- chotnik podda się z rozkoszą operacyi wyrwania jadowitych zębów. Niestety, praktyka na każdym kroku przeczy teoryi. Rzućmy okiem na telegramy i wiadomości bieżące, sprawozdania sądowe tych samych gazet, które na czele pisma proponują podniosłe idee, przeczytajmy agitacyjne broszury różnych stron- nictw i posłuchajmy brutalnych mów przedstawi- cieli większości partyi politycznych w parlamen- tach poza parlamentami, przypatrzmy się wre- szcie samemu życiu, a przekonam}' się, że marzyć dzisiaj o błogosławionym stanie rajskiego spokoju i szczęścia byłoby poprostu dzieciństwem. Wyższe umysły, opierając się na czynnikach ideowo-abstrakcyjnych, budują, kojarząc logikę z wyobraźnią, wspaniałe gmachy, „pełne—jak po- wiada Słowacki —- „anielskich głosów i blasku." Tłum przypatruje się tym pięknym tworom i w chwi- lach podniecenia zachwyca się nimi. Cóż z tego, kiedy rzeczywistość jest o wiele zawilsza, niż logi- ka, i nieskończenie bogatsza w niespodzianki, niż najpotężniejsza wyobraźnia! Obok rozumnych i jasnych myśli bujają tam najdziwaczniejsze i najciemniejsze przesądy, obok uczuć dobrych najohydniejsze chuci i wstręty, obok potrzeb racyonalnych, irracyonalne, a mimo to po- tężne popędy. Wskutek takiego stanu rzeczy człowiek po- dobny jest do okrętu wśród burzy, który sam nie wie dokąd zapłynie, pomimo że posiada ster i bu- solę w porządku. Marząc więc o szczęściu, doskonałości i zgo- dzie, człowiek nie idzie, bo nie może iść za gło- sem rozumu, który mu wskazuje drogę najprost- szą, lecz ulega podmuchom afektów, pchających go do walki z równie podnieconymi przeciwni- kami. Gdzie rzucić okiem, wszędzie odbywają się zajadłe zapasy: kobieta walczy z mężczyzną o pra- wa, nędzarz spogląda z zawiścią na bogacza, któ- ry odpłaca mu podejrzliwością; warstwy, klasy, na- rody, rasy, wyznania, państwa, partye i t. p. — wszystko to walczy z sobą, jeżeli nie orężem lub dyplomatycznemi podejściami, to słowem, piórem, potwarzą, podejrzeniem, intrygą i t. p. A mimo to, powtarzamy, w gabinetach uczo- nych, w uczciwej prasie, na katedrach uniwersyte- tów, w działalności pewnych stowarzyszeń wre ciąg- le praca, której celem właśnie jest podniesienie świadomości ludzkiej do wyższego poziomu, a co za tem idzie i ukrócenia potęgi niebezpiecznych afektów. Teorya wyprzedza .zawsze życie praktyczne. Lekceważona z początku, wsiąka powoli w umy- słowość ludzką, przekształcając do pewnego stopnia jej stan, umożliwia urzeczywistnienie rzeczy, uwa- żanych w stadyum pierwotnem za chimeryczne. Tak było w przeszłości; dlaczego w przy- szłości ma być inaczej? Czas i myśl—to potęgi, które niewątpliwie zrobią swoje. Niet rzeba więc tracić nadziei. M ZŁOTE LISTKI. Panu Bogu i boso służyć można; ale moż- nym: w butach z wysokiemi podkówkami, aby piętą wiercić, na łyżwach, aby w lot spełniać ich rozkazy, i w pantoflach, bo wobec panów cicho stąpać trzeba. J. Zamoyski. Jedno słowo z ust pięknych więcej ma potęgi, Niżli wielotomowe filozofów księgi. A. E. Odyniec.
926 TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 48 1ELICYA ROMANOWSKA Rys. ZYGMUNT ANDRYCH1EW1CZ Teatr, muzyka, sztuki plastyczne. * Z Filharmonii. Parsifal Wagnera będzie wykonany na koncercie symfonicznym Filharmonii w d. 2 grudnia. Obsadę stanowią najwybitniejsi soliści z Bayreuthu. Parsifalem będzie Eryk Schmedes—Kun- dry: Felia Litvinne—Amfortasem: Kaschman —Garne- minsem: dr K. Zawiłowski. Koncert ten wzbudził w sfe- rach naszych melomanów wyjątkowe zajęcie. * Towarzystwo Sztuk Pięknych w Krakowie postanowiło, po zamknięciu wystawy jubileuszowej, która potrwa do końca grudnia r. b., urządzić wystawę zbiorową obrazów Józefa Krzesza, wystawę/Tow. „Sztu- ka,” a następnie kolejno po sobie kilka wystaw dziel artystów nieżyjących, między innymi: Podkowińskiego, Simmlera, Maksa Gierymskiego, Kotsisa i Sidorowicza. Jako premium roczne dla członków wyda Towarzystwo w chromolitograficznej reprodukcyi obraz Jacka Mal- czewskiego „Szal artysty." Urzędowe zakupy dzieł sztuki na wystawie jubileuszowej odbędą się w pierw- szej połowie grudnia r. b. W dziale Tow. „Sztuka” niemal wszystkie wystawione obrazy (ogółem było ich tylko 29) znalazły nabywców prywatnych. Przy spo- sobności jubileuszu Towarzystwa, zasłużony jego sekre- tarz, p. Seweryn Bóhm, otrzymał order Franciszka Józefa, p * Wystawa ceramiczna w Krakowie. Ruchli- wy i pełen inieyatywy zarząd Muzeum Narodowego w Krakowie nie ustaje w doprowadzaniu do skutku swo- ich zamiarów szerzenia zamiłowania do sztuki we wszel- kich jej objawach. Po wystawie zabytków cechowych i retrospektywnej wystawie przemysłu metalowego otwar- to świeżo w pałacyku Czapskich wystawę starego cera- micznego przemysłu artystycznego. W pięciu salach pa- łacyku zgromadzono ogółem przeszło 2,000 okazów i zabytków od XVI wieku aż do połowy wieku XIX. Pobieżny przegląd tej wystawy każę zdumiewać się nad mnogością i historyczno-archeologiczną wartością zgroma- dzonych tu przedmiotów. Okazuje się, że dzisiejszy zwrot upodobań w kierunku sztuki stosowanej jest bla- dem odbiciem tego stanu, jaki panował u nas w XVII i XVIII wieku, zaszczepiony na wzorach zagranicznych, a ""dopełniony wzorami swojskiej twórczości i rodzimego przemysłu. Krakowska wystawa ceramiczna mogłaby śmiało stawać do współ- zawodnictwa z tego rodzaju wy- stawami zagranicznemi. Mamy tu cenne majoliki włoskie i per- skie, dalej salę porcelany niemiec- kiej, francuskiej i włoskiej, salę porcelany wiedeńskiej, chińskiej i japońskiej, salę szkła obcego, gdzie uderzają nas przepyszne okazy kryształów weneckich, szkla- nek i puharów, szklane wyroby czeskie, angielskie i francuskie, zdumiewające bogactwem rysun- kowej ornamentyki. W osobnej sali pomieszczono wyroby daw- nych polskich fabryk porcelany, majoliki i szkła w Korcu, Bara nówce, Ćmielowie, Lubartowie, Białotynie, Horodnicy Glińsku i Belwederze warszawskim. Tło wystawy jest również niezmiernie interesujące: wszystkie sale przy- brano w odpowiedni sposób sty- lowemi historycznej wartości ma- katami i meblami, a jedna z sal urządzoną jest według wzoru z pałacu hr Kińskych w Pradze około r. 1820. Dodaje to wysta- wie niemało wdzięku i orygi- nalnego charakteru. Cały materyał zgromadzony na wystawie ce- ramicznej pochodzi wyłącznie z Krakowa. Pewnej części dostar- czyły: Muzeum Narodowe, miej- skie muzeum techniczno przemy- słowe i muzeum Czapskich. Wię- cej niż połowa okazów jednak jest własnością osób przywatnych i po raz pierwszy ukazuje się na widok publiczny. Wystawa obudziła zainteresowanie za gra- nicą, a fachowe pisma Antiquitdten Rundschau i An- tiąuitaten Ztg. poświęciły jej wyczerpujące wzmianki. Urządzeniem wystawy zajął się kustosz muzeum na- rodowego Julian Pagaczewski. p Z SALONÓW ARTYSTYCZNYCH. * IIwór polski. Z inieyatywy grona artystów malarzy i architektów powstała rzecz niezmiernie ciekawa i pouczająca. Zgromadzono mianowicie obfity materyał, tyczący się dworów polskich pod względem ich achitek- tury i malowniczości. Zbiory rozpadają się na trzy dzia- ły. Pierwszy to przegląd retrospektywny dawnych bu- dowli wiejskich, przedstawiony w rysunkach, szkicach, starych sztychach i fotografiach, zdjętych z pozostałych dotychczas zabytków w tym rodzaju. Są tu wizerunki staroświeckich romantycznych dworców modrzewiowych, długich, nizkich z zapadłym dachem, odwieczne kolebki wielu rodów szlacheckich; są małe dworki chudopalskie, kładzione polską modą na zamek, pod gontem, albo i pod strzechą, ale są też wspaniałe rezydeneye wielko- pańskie, murowane zamki i pałace, słynne z ozdobności swej i bogactw w przeszłości, i takie, które dziś impo- nują wytwornością swego wyglądu zewnętrznego. Prze- gląd taki jest tembardziej zajmujący, iż dowiadujemy się tu, jak piękne dzieła architektury kryją się nieraz gdzieś po wsiach ustronnych, zdała od szerokich gościńców po- wszednich wędrówek ludzkich. W dziale drugim groma- dzono plany i rysunki do nowych budowli. Są tu usiło- wania wytworzenia własnego oryginalnego budownictwa, na zasadzie rodzimych pierwiastków struktury i zdobnic- twa. Więc przedewszystkiem panowie: Józef Witkiewicz, i Porccyński występują z projektami wytwornych, bardzo ozdobnych dworów w stylu zakopiańskim. Pan Otto, artysta rzeźbiarz, daje pełne fantazyi rysunki oparte na motywach staropogariskiej Słowiańszczyzny; pan Noakow- ski, architekt i profesor szkoły Strogonowskiej, nadesłał szereg doskonałych, rdzennie w duchu tradycyi dawnego polskiego dworu pojętych szkiców, tudzież panowie: Heurich, Tański, Gawiński i Popowski (model plastyczny) przedstawili jeszcze ciekawe pomysły swoje, które mogą być kiedyś z pożytkiem wyzyskane na nowe rezydeneye wiejskie. Dział trzeci—to dwór polski w ujęciu malow- niczem. Tu p. Piątkowski ma obraz olejny o pięknym nastroju, wystawiający dworek wiejski z wizerunkiem Matki Boskiej, świecącej mistycznie wśród nocnych ciem- ności. Obraz nosi tytuł: „Pod Twoją obronę.” Dużo charakteru'posiadają rysunki węglowe p. Antoniego Ka- mieńskiego; ciekawe są utwory panów: Tańskiego, Ba- gieńskiego, Kostrzewskiego i Perlego, najbardziej jednak szczęśliwą w pomyśle jest kompozycya p. Kędzierskiego „Po parcelacyi.” Stary, niegdyś szeroko otwarty dla miłych gości dwór wiejski, którego drewniane ściany roz- brzmiewały'radością i weselem, gdzie rozlegał się śmiech i huczne toasty, stoi dziś zaniedbany i opuszczony. Okna ma zabite deskami i zasnute pajęczyną i tylko pod ścianą krzak zdziczałej róży zakwitł niespodzianie, jakby Smętne przypomnienie dawnej świetności dziedziców, których zabrakło po parcelacyi. Cały ciekawy ten ma- teryał, świadczący o estetyce naszych siedzib wiejskich, tudzież o stanie tego działu budownictwa, wystawiono od niedzieli zeszłego tygodnia w Salonach p. Krywulta przy Nowym Świecie. J. ZE SZTUKI STOSOWANEJ. Do najpiękniejszych sposobów ozdabiania gma- chów publicznych i prywatnych należą witraże, czyli obrazy, utworzone z mozaiki szkieł barwnych, umiesz- czanych w oknacli pałaców, kościołów, mieszkań, klatek schodowych i t. p. Witraż, którego podobiznę podajemy w numerze niniejszym, znajduje się obecnie na wystawie Tow. Szt. Pięknych w Warszawie. Zrobiono go w fabryce Białkowskiego i S-ki w Warszawie (dotychczas jedyny w kraju) z przeznaczeniem dla pałacu hr. Tyszkiewicza w Spiczyńcach pod Berdyczowem. Ciekawa ta praca łą- czy w sobie zarówno zalety artystycznego wykonania, jako też pięknego, pełnego smaku pomysłu, ilustrującego (lewa strona witrażu) starodawną legendę treści następu- jącej: W końcu XIII wieku, podczas zaciętej bitwy z przemagającą nawałą Tatarów w okolicach dzisiejszego Berdyczowa,'jeden z przodków dzisiejszych hr. Tyszkie- wiczów uczynił ślub, że wybuduje na miejscu tej bitwy kościół, jeżeli wyjdzie cało ze strasznej rzezi. Zaledwie to pomyślał, 'anioł chwycił go za czuprynę i wyniósł wysoko ponad głowy zdumionej tłuszczy pohańców. Gdy jednak hr. Tyszkiewicz o ślubie zapomniał, za karę ołysiał, a przypomniawszy sobie o przyrzeczeniu, istotnie kościół" w Berdyczowie wystawił. Prawa strona obrazu wyobraża właśnie ów wystawiony w Berdyczowie ko- ściół. Ponad_tem umieszczono obraz Matki Boskiej. Na zbrojach walczących widzimy herb Tyszkiewiczów, Le- liwa. Ubiór hrabiego składa się z barw złotej i niebie- skiej (herbowych hr. T.) oraz delii purpurowej. Dal krajo- brazu ginie w świetnej fijoletowej perspektywie, k WITRAŻ BIAŁKOWSKI
927 ATAK NA POZYCYĘ ROSYJSKĄ POD LAOJANEM Z Dalekiego Wschodu. Wojna rosyjsko-japońska przedstawia tę szczególną właściwość — wśród tysiąca okoliczności, odróżniających ją od wszelkich in- nych, — że składa się ona z całego szeregu poje- dynczych kampanii, przygotowanych ze strony atakującej z niebywałą dokładnością, - rzecz moż- na: pedanteryą. Ani jednego ryzykownego kroku, ani jednej fantastycznej zachcianki. Długo, w ci- szy przygotowywane operacye kończą się olbrzy- miemi bitwami, po których znów następują cisze, wieszczące jeszcze potężniejsze burze, cisze, za- mieniające zajęty teren nietylko że w nieprzy- stępną twierdzę, lecz i w zagospodarowaną krainę. Istotnie, można śmiało twierdzić, że Państwo Wschodzącego Słońca nie straciło dotychczas ani jednego dnia czasu na bierne czekanie. W ciągu 9-ciu już blizko miesiący zdołali Japończycy poza akcyą czysto wojenną przebudować kolej od Dal- nego do Laojanu na wązkotorową, przystępną dla I sprowadzonych różnych lokomotyw japońskich, zdołali przeprowadzić na całej linii drugi tor kole- jowy, po którym kursuje dziennie 30 pociągów z wojskiem i amunicyą, założyli w Inkou olbrzy- mie magazyny, zajmujące 100,000 stóp kwadrato- wych gruntu, wreszcie przeprowadzili kolej żelazną 1’uzan Seul, dzięki której podróż z Tokio do sto- icy Korei wynosi obecnie—wraz z kilkugodzinnym Przejazdem parostatkami—zaledwie dwa dni. Jest to okoliczność nader ważna ze względu na zabezpieczenie wojsk, stojących obecnie w Man- dżuryi w razie porażki, oraz ze względu na ewen- tualną obronę Korei. Gdyby nawet Port Artura utrzymał się, a flota bałtycka zwyciężyła japońską, to—dzięki łatwej do ufortyiikowania wyspie Cuszi- ma, leżącej na wprost Fuzanu w wązkim przesmy- ku morskim połączenie Japonii z Koreą, a co za tem idzie z teatrem wojny, nie byłoby, jeszcze Przerwane. Z Seulu wykończaną jest dalej dro- ga do Widżu, stąd do Fynchuanczenu i Laojanu. Z faktu, że obiedwie armie rosyjska i ja- pońska, używają tej samej linii kolejowej dla spro- wadzania wojska, że wojna obecna jest właściwie walką o tę linię komunikacyjną, wynikło jedynie w swoim rodzaju położenie strategiczne: W jednym punkcie tej linii, mianowicie nad rzeką Szacho, skoncentrowano dotychczas z każdej strony już do 300,000 wojska, a że posiłki napły- wają nieustannie, grozi to niesłychanem w dziejach rozlewem krwi, walką blizko miliona ludzi, której wyników nie byłby zdolny przewidzieć najgenial- niejszy strategik. I dlatego to zapewne gene- rałowie Kuropatkin i Ojama czekają, dlatego nie chcą przyjąć na siebie odpowiedzialności za przy- szłe wypadki rozpoczęciem bitwy. W Rusi, w liście do hr. Tołstoja, znajduje się następujący opis fortyfikacyi rosyjskich pod Muk- denem: WILCZE DOŁY urządzane przed fortyfikacyami na Dalekim Wschodzie. Każdy fort otoczony jest długim wałem, w którym ludzie chowają się podczas walki arty- leryi. Jeżeli pociski zaczną padać do rowu, żoł- nierze przechodzą podziemnymi korytarzami do podziemnego wnętrza fortu, gdzie składają pocis- ki i proch pod dachem z łoziny. W razie ataku nieprzyjaciela, strzelcy strzelają z ukrycia. Przed rowami znajdują się „wilcze jamy," t. j. doły, któ- rych otwór szerszy jest u góry niż na dnie, gdzie wbite są zaostrzone pale. Przed wilczemi jamami, które wykopują się w szachownicę, stoją kołki, oplecione kolącą siatką drucianą. Tu znajdują się również miny podziemne, fugasy. Ale to jeszcze nie wszystko. Przed temi przeszkodami leżą wbite w ziemię drzewa, zwrócone wierzchołkami w stro- nę nieprzyjaciela, również oplecione drutami kol- czastymi. Wszystkie te przeszkody zatrzymują na- padającego i pozwalają na jego wystrzelanie, nim dobiegnie do rowów. Pomiędzy takiemi forty- fikacyami stoi artylerya, która broni od szturmów, biorąc napastników w krzyżowy ogień. Z Petersburga. * * Ruś poświęciła artykuł stosunkom ro- syjsko-polskim, biorąc za punkt wyjścia myśli Swojaka, wypowiedziane w broszurze p t. „Wobec wojny." „Wo- limy ściągnąć na siebie sławę niewdzięcznych względem przyjaciół, aniżeli narazić się na niebezpieczeństwo łącz- ności z jednem stronnictwem polskiem, zamiast z całym narodem. Stronnictwo ugodowe to nie nasze, lecz pol- skie, i dlatego niech stają po jego stronie Polacy, nie my, choćby program tego stronnictwa był dla nas naj- sympatyczniejszy. Jeżeli mamy mówić o stosunku do stronnictw polskich, najważniejszem dla nas byłoby to, które w pewnej mierze reprezentuje ogół społeczeństwa polskiego, a więc rzesze ludzi „neutralnych," „obojęt- nych “ Niech większość polska przyłączy się do ugo- dowców, lub jeżeli tego nie chce, niech się ich wyrzek- nie, niech utworzy nowe stronnictwo umiarkowane, lub wogóle rozsądne, ale niech stanie w stosunku czynnym do życia bieżącego."
928 TYGODNIK ILLUSTROWANY .Nb 48 szego komentarza nie wymaga U góry w powietrzu bujają alegoryczne figury klęsk: pożogi, woj- ny, głodu i zarazy. U dołu widzimy sto- sy zabitych i umar- łych, opustoszałe po- la, palące się domy i t. p. Na lewo szu- bienica. Na prawo krzyż i gromadka ludzi w wieśniaczych strojach z kapłanem zakonnikiem na cze- le wznosi do Boga modły o ratunek. Ar- tysta nowoczesny wydobyłby z tego tematu więcej efek- tów drastycznych, starałby się „sięg- nąć do wnętrza na- szych trzewiów i za- targać niemi." Gier- dziejewski nie prze- ciąga struny, nie drażni nerwów, lecz Nasze ryciny. F. N. WYGRZYWALSKI: WIEJSCY politycy —W Gaiicyi i Poznańskiem polityka przestała być dla chłopa mętnym | tematem do rozmów, prowadzonych w chwi- lach wolnych od pracy, lecz weszła w jego życie, jako czynnik poważny, realny Chłop jest wyborcą, posiada swoje własne interesy 1 i troszczy się o nie. Typy, przedstawione przez Wygrzywalskiego, traktowane są nie humorystycznie, lecz poważnie. Sądząc z wyrazu twardy mówcy, stojącego na lewo i wykładającego coś towarzyszom, można wnosić, że idzie tu o sprawę, która ob- chodzi go żywo. Jeden ze słuchaczów I przejął się gorąco słowami sąsiada i wpa- truje się w niego z wielkiem skupieniem. Drugi chłop z fajką w zębach słucha uważnie ale me okazuje wzruszenia. Ko-1 bieta w głębi nastawia ucha, żeby coś i usłyszeć z rozmowy mężczyzn. Tak się przedstawia obraz ze stanowiska anegdo- tycznego. W robocie artystycznej uderza doskonały rysunek i siła ckspresyi. GIEBDZIEJEWSKI IGNACY: OD POWIETRZA, GŁODU, OGNIA I WOJ- NY. Nie jest to obraz nowy: autor jego ur. 1825, umarł w 1860 r. Po odbyciu stu- dyów w Warszawskiej szkole sztuk pięk- nych bawił pewien czas w Dreźnie, a póź- niej w Monachium, gdzie poddał się wpły- wowi słynnych malarzy: Bonawentury Gene- lego i Maurycego Schwinda, którzy lubo- wali się w odtwarzaniu scen i epizodów fantastycznych, zwracając się już to do świata legend i baśni ludowych, już to do mito- logii i t. p. Gierdziejewski zasmakował w tym kierunku, ale nie był ślepym naśla- dowcą swoich mistrzów, lecz próbował prze- szczepić fantastyczność na grunt rodzimy, i wiele jego rzeczy wiąże się ściśle z wie- rzeniami i gusłami ludu wiejskiego (Dżuma i Topielec, Strachów żadnych się nie lękaj, Twardowski rozmawiający z dyabłem, Bo- lesław Śmiały i Duch św. Stanisława i t. p ). Obraz, którego reprodukcyę dajemy obec- nie, znajduje się w Warszawskiem muzeum miejskiem i jest ilusiracyą do jednego z ustę- pów modlitwy, zwanej suplikacyami, a śpie- wanej przez lud chórem po mszy św. Kto z nas nie słyszał błagalnego hymnu „Świę- ty Boże," w którym wierni proszą pokornie Stwórcę, by ich zachował od różnych nie- szczęść, a między innemi od „powietrza, głodu, ognia i wojny"! Otóż z tych kilku prostych, a mimo to wzruszających słów wysnuł Gierdziejewski swoją kompozycyę, która przedstawia się tak jasno, że dłuż- traktuje tragiczny te- mat ze względnym spokojem. Niema tu gwałtownych ruchów, kompozycya posiada charakter symetryczny, harmonijny, a mimo to obraz ten posiada dużo wyrazu i prze- mawia do duszy widza wprawdzie językiem nieco archaicznym, ale szlachetnym i pod- niosłym. Kronika. Z KOŚCIOŁA. W Tyflisie założone ma być wkrótce se- minaryum katolickie obrządku ormiańskiego, w celu kształcenia kapłanów dla czterech dekanatów ormiańskich, wchodzących w skład dyecezyi tyraspolskiej. Do tej pory aspiranci do stanu duchownego obrządku ormiańskiego otrzymywali święcenia ka- płańskie w Konstantynopolu. Taki stan rzeczy uznał J. E. ks. biskup bar. Ropp za niewłaściwy i, po objęciu rządów dyecezyi tyraspolskiej, zwrócił się do Stolicy Apo- stolskiej z prośbą o zezwolenie na otwarcie seminaryum ormiańskiego w swej dyecezyi. Uzyskawszy na to zgodę Kuryi Rzymskiej, rozpoczął J. E. obecnie odpowiednie stara- nia u rządu, które odnieść mają wkrótce pożądany skutek. Rektorat nowego semi- naryum objąć ma ks. Sergiusz Ter-Abraa- WAGONY Z AMUNICYĄ, CIĄGNIONE PRZEZ KULISÓW, DLA ARMII JAPOŃSKIEJ mian, wychowanicc kolegium ormiańskiego w Rzymie, o PEDAGOGIA. „Reforma szkolna." Pod powyższym ty- tułem ukazały się w dużym tomie dwa pierwsze zeszyty zapowiadanego oddawna w prasie galicyjskiej organu „Towarzystwa zreformowanego wychowania i nauczania." Towarzystwo to postawiło sobie za zadanie szerzyć wśród ogółu głębsze i szersze po- jęcie wychowawcze i przygotowywać ogół do niezbędnej reformy wychowania i nau- czania Wśród rozlicznych dróg, jakienu Towarzystwo to dążyć zamierza do zreali- zowania swych zamysłów, jednym z naj- ważniejszych jest wydawanie organu włas- nego. Ogłoszony świeżo tom kwartalnika „Reforma szkolna," którego redaktorem jest znany pisarz i nowelista, p. Adam Szymań- ski, przedstawia typ pisma, dla którego wzorów szukaćby należało w najbogatszych literaturach. O wartości zawartego tam ma- teryału i przyczynków świadczy wyszcze- gólnienie nazwisk autorów i ich prace: Chmielowski P. „Początki reformy wycho- wania za czasów Wielopolskiego," St Wit- kiewicz „Chrześcijaństwo i katechizm," T Korzon „O podręcznikach historyi po- wszechnej T. Korzona" (autoreferat). M. Hor- nowskiej „Nauczanie religii w polskiej lite- raturze pedagogicznej," Kanta „O pedago- gice," A. Szymańskiego „Najlepszy elemen- tarz świata. Znakomity elementarz Konrada Prószyńskiego," W. Henri „Stan współcze- sny pedagogii doświadczalnej, jej metody i zadania," R. Centncrszwerowa „O współ- czesnem obu płci kształceniu w Polsce," J. Ciembrowicza „Jak zreformować naukę pedagogiki wscminaryach nauczycielskich," A. Szymańskiego „Domy ludowe. Część I, Pilna potrzeba głębszej oświaty wśród lu- du," Anieli Szycówny „Przegląd literatury francuskiej i angielskiej." />. SPOŁECZNE. Jak donosi Tydsień piotrkowski, w dniu 23 z. m. we wsi Karowicach zebrani para- fianie uchwalili jednomyślnie, aby w parafii nie było żadnych sklepów z trunkami, ani monopolowych, ani piwiarni, ani karczem- Uchwałę, wciągniętą do ksiąg gminy, prze- słano naczelnikowi powiatu Łódzkiego, o. Zmarły w Baku Płocczanin, ś. p. Witold Zglenicki, zapisał 5,000 rub. jednorazowo dla płockiego Tow. Dóbr katolickiej, 15,000 rub. na założenie szkoły rzemieślni- czej w Płocku, tudzież 2,000 rub rocznie w ciągu łat dziesięciu, jako subsydyum dla rzeczonej szkoły. Poza łem zapisał zmarły dla każdego z miast gubcrnialnych takież kwoty, o ile starczy sumy spadkowej na założenie i otwarcie szkól rzermr Mniczo- artystycznych. Hojny dar otrzymała rów- WNĘTRZE KOŚCIOŁA W SMARDZEWICACH. KOŚCIÓŁ W SMARDZEWICACH. Fot. S. Malinowski.
TYGODNIK ILLUSTROWANY 48 929 ZAKŁAD DLA OPUSZCZONYCH SIEROT IM. FELICYTY ŻUROWSKIEJ. GRUPA WYCHOWANEK ZAKŁADU IM. FELICYTY ŻUROWSKIEJ W KRAKOWIE. nież Kasa im. Mianowskiego, na której rzecz przeznaczył zmarły dochód z połowy majątku w pow. Bakińskim, z warunkiem, aby Kasa nie sprzedawała praw swych na dochód lecz korzystała z niego po wieczne czasy. Nadto przekazuje ś. p. Zglenicki Kasie im. Mianowskiego pozostałość fun- duszu, jakaby się okazała po spieniężeniu różnych innych posiadłości i praw nabytych przez zmarłego z tym warunkiem, aby Kasa wydawała nagrody pieniężne w rodzaju Nobla za dzieła sławy europejskiej z za- kresu nauk, sztuk i literatury, o Księgarnia polska w Petersburgu. Do- tychczasowy od lat kilkunastu właściciel księgarni polskiej nad Newą, p. K. Grendy- szyński, opuszcza Petersburg, a księgarnię przy ulicy Jekaterynińskiej objęła z dniem 1-go listopada r. b spółka udziałowa, któ- ra powierzyła zarząd nowej udziałowej „Księgarni Polskiej" długoletniemu współ- pracownikowi p. Grcndyszyńskiego, panu Ferd. Heidcnreichowi. Do spółki przystą- pili dotychczas: pani Marya Kozielł-Po- klewska, Wincenty i Stanisław Koziell-Po- klewscy, Eugeniusz Zieliński, Henryk Święcicki, Ludomir Dymsza, Bolesław Ja- łowiecki, Władysław Żukowski, Leopold Czechowicz, Konrad Niedźwiedzio, Stani- sław i Konstanty Jastrzębscy, Franciszek Osiecki, Edmund Nowicki, Paweł Klecz- kowski, Henryk Nowakowski, Włodzi- mierz Spasowicz, Gebethner i Wolff. Insty- tucya ta ma wszelkie widoki powodzenia, to też niewątpliwie potrzebny jeszcze kapi- tał będzie wkrótce skompletowany przez zapisy nowych wspólników. Pełnomocni- kiem spółki wybrany został na rok pierw- szy p. Henryk Nowakowski, który wespół z adwokatem Pawłem Kleczkowskim, nie szczędził zabiegów dla utrwalenia bytu księgarni polskiej w Petersburgu, i Z WARSZAWY. Ministeryum komunikacyi zatwierdziło niedawno projekt kosztorysu na budowę nowego mostu kolejowego na Wiśle. Most ten, przeznaczony na pomieszczenie dwóch torów, dla wagonów rosyjskich i zagranicz- nych, zbudowany będzie przy linii obwo- dowej obok cytadeli. Długość mostu obli- czono na 220 sążni, koszt budowy zaś— n<i 1,700,000 rubli, na co asygnowano obec- nie 800,000 rub. Po ukończeniu budowy nowego mostu, co nastąpi przypuszczalnie Z1* 2‘/2 lat, obecny most służyć będzie wy- tycznie dla ruchu kołowego, o W dniu 16-ym b. m. odbyło się w War- szawie poświęcenie nowego gmachu cen- tralnej stacyi telefonów systemu „Ceder grcn.“ Uroczystego aktu dokonał ks. ka- nonik Chelmicki w obecności przedstawi- cieli władz, prasy, naczelników instytucyi finansowych i przemysłowych, inżynierów miejskich i in o UNIWERSYTET LUDOWY IMIENIA Mickiewicza ogłosił sprawozdanie z działalności swojej w r. 1903/4. Rzut oka na cyfry tego sprawozdania wykazuje, że instytucya ta w niedługim okresie swe- go istnienia zdobyła sobie trwale podwali- ny bytu i spełnia zadanie swe w szerokim zakresie, rozszerzając wpływ swój na coraz szersze warstwy społeczne W r. 1903/4 od były się w Krakowie 132 wykłady, przy udziale 23,493 słuchaczów. Oprócz wykła- dów urządził zarząd 4 wieczorki literackie, na których prelegenci charakteryzowali zna- komitych autorów, uproszone zaś artystki teatru miejskiego odczytywały ich utwory. Pomysł urządzenia letnich kursów w Zako- panem w roku bieżącym okazał się bardzo szczęśliwym i przysporzył towarzystwu do- chodu, a ideę uniwersytetu ludowego spo- pularyzował. p NAUKA. Ogłoszony w swoim czasie przez radę gospodarczą warszawskiego Stowarzyszenia techników z inieyatywy inż. F. Kucharzew- skiego, konkurs na pracę z zakresu słow- nictwa technicznego polskiego został obec- nie rozstrzygnięty. Sąd konkursowy, zło- żony z pp.: inż. S. Bobińskiego, inż. A Podworskiego, arch. J. Heuricha, inż. M. Piechowskiego, inż. H. Kondratowicza, chem. T Rutkowskiego i inż. Ruśkiewicza na po- siedzeniu z dnia 14-go b. m. postanowił przyznać dwie nagrody po 150 rub każda pp : Adamowi Trojanowskiemu — za pracę p. t. „Słowniczek przędzalniczy” i Bolesła- wowi Kamieńskiemu—za pracę p. t. „Wy- razy techniczne w walcownictwie żelaza używane.” o Z RÓŻNYCH STRON. Wskutek ogłoszonego niedawno prawa o drukach litewskich złożono obecnie do głównego zarządu prasy kilkanaście podań o udzielenie pozwolenia na wydawnictwa w języku litewskim. Trzy podania od- niosły pożądany skutek, przyczem jedna gazeta litewska wychodzić będzie w Peters- burgu, a dwie w Wilnie. Jedna z tych ostatnich, pod nazwą Wilniaus Zinios (Wiadomości wileńskie), redagowana przez inżyniera Wiłejszysa, wydać ma pierwszy numer w grudniu r. b. o Dziennikarstwo galicyjskie przypomniało znowu sprawę przeprowadzenia kolei prze- mysłowej z Zakopanego na Świnicę. Budowa jej staje się teraz bardziej prawdo- podobną ze względu na obfitość na Świ- nicy wybornego granitu, który potrzebny będzie już rychło w wielkiej ilości do śluz i portów galicyjskich (podobno za 4,000,000 koron!) W sąsiedztwie tych łomów grani- towych leżą też pokłady rudy żelaznej wy- sokoprocentowej, surowca zaś, jak wiadomo, brak bardzo Galicyi. Zbyteczna zaś chyba dodawać, ile zyskałby na tej linii kolejowej ruch turystyczny. T Do Sejmu galicyjskiego zapukano też między innemi w sprawie katedry <>r- niiańsko-kntoliekiej we Lwowie. Bu- dowla ta, bardzo charakterystyczna, sięga- jąca początkiem swoim wieku XIV, została skutkiem nieumiejętnych przeróbek silnie uszkodzona, nie w tym wszakże stopniu, iżby powrót jej do pierwotnego stanu był niemożliwy. Według uskutecznionych koszto- rysów, odnowa pochłonie około 100,000 koron, które mają być zebrane ze skła- dek. Sejm, ile wiadomo, wyznaczy ze swojej strony zasiłek w kwocie 20,000 ko- ron. Niezwykle oryginalny i malowniczy obok katedry podwórzec kościelny, wyło- żony płytami nagrobkowemi starych miesz- czan lwowskich wyznania ormiańskiego, uledz ma też pewnemu przekształceniu. Podjęcie całej sprawy zawdzięczać na- leży ks. arcybiskupowi Józefowi Teodoro- wiczowi. C Uniwersytet jngielouski. Statystyka frckwencyi na uniwersytecie krakowskim zapisuje z otwarciem zimowych kursów 1816 studentów i studentek. I tak: na wy- dziale teologicznym 72, prawniczym 655, lekarskim 153, filozoficznym 662. Na stu- dyum rolnicze zapisało się 45 zwyczajnycłi i 51 wolnych słuchaczów, na farmacyę tylko 4 słuchaczów. Z ogłoszonych pre- lekcyi ciekawsze są następujące: Doc. dr Kutrzeba: „Wieś w Polsce pod względem prawniczym i ekonomicznym od XIII do XVIII wieku.” Dr Leo „O kredycie pu- blicznym i finansach związków autonomicz- nych.” Dr Straszewski: „Filozofia w litera- turze polskiej XIX stulecia.” Ks. dr Pawlicki: „O filozofii Herberta Spencera.” Dr Smol- ka: „Dzieje Polski od drugiego rozbioru do kongresu wiedeńskiego.” Dr Sokołow- ski M.: „Historya sztuki średniowiecznej.” Dr Zdziechowski: „Idee przewodnie . litera- tury XIX wieku,” St. hr. Tarnowski: „Poe- ci drugiego rzędu 1822 1863.” Dr Win- dakiewicz: „Liryka polska od czasów Mic- kiewicza.” Rektorem uniwersytetu na rpk 1904/5 jest prof. dr Napoleon Cybulski, prorektorem prof. dr E. Krzymuski, dzieka- nami: Ks. dr Gromnicki (teologia), dr J. Mi- lewski (prawo), dr H. Jordan (medycyna), dr L. Sternbach (filozofia). Ogółem liczy uniwersytet jagieloński 59 profesorów zwy- czajnych, 17 nadzwyczajnych, 9 nadzwy- czajnych tytularnych, 30 docentów prywat- nych i lektorów. Biblioteka jagielońska posiada obecnie 269,165 dzieł w 365,432 tomach, oprócz atlasów, rycin i rękopisów. Muzeum narodowo w Krakowie po- siada do sprzedania cenne dzieło sztujri, utwór dłóta zmarłego świeżo artysty-rzeź- biarza, Mikołaja Brodzkiego, główkę „Plą- czącego Bachusa” w marmurze kararyjskim. Dzieło t.', będące zdaniem znawców jedną z najcelniejszych prac artysty, ofiarował ś. p. Brodzki na rzecz domu Matejki jako fant, którego nie wylosowano. Obecnie jest to dzieło do nabycia za bardzo nizką cenę 300 koron, które będą przelane do fundu- szu muzealnego, p Dnia 14-go b. m. obchodził związek ha- katystyczny w Poznaniu dziesiątą rocznicę swego założenia. W odpowiedzi na tele- gramy, wysłane z tego powodu do cesarza Wilhelma i kanclerza Biilowa, otrzymali hakatyści od obudwóch adresatów depesze ze słowami gorącego uznania dla dotych- czasowej działalności związku. W imieniu cesarza Wilhelma odpowiedział szef jego kancelaryi Lucanus, dziękując hakatystom za prace nad obroną żywiołu niemieckiego i życząc im gorąco powodzenia w przy- szłości. Kanclerz Biilow wyraża pragnienie, aby hakatyści postępowali dalej dotychcza- sową drogą z ufnością do polityki rządu, który pie ustanie w popieraniu sprawy nie- mieckiej na wschodnich kresach państwa. Fakt ten, będący smutnem świadectwem ubóstwa kulturalnego, ujawniającego się co- raz bardziej w życiu i polityce junkrów pruskich, obejdzie się chyba bez komen- tarzy. o Kościół i klasztor św. Anny w Smar- dzewicach. Na północno-wschodnim skra- ju gruntów wsi Smardzewicze w gub. Radom- skiej, wznosi się okazały kościół wraz z przylegającym do niego budynkiem klasz- tornym. Do genezy tych budowli przywią- zane jest następujące podanie: W r. 1620 włościanin, niejaki Wojciech Głowa, wiózł tędy . drzewo. Nagle woły zaprzężone do furki stanęły i żadną miarą nie chciały iść dalej. Rozgniewany tym niezrozumiałym
930 TYGODNIK ILLUSTROWANY Np 48 uporem, Głowa począł biedne zwierzęta tak zawzięcie smagać biczem, że je oślepił. Wtedy zrozpaczonemu włościaninowi uka- zała się w promieniu słonecznym św. An- na. Woły natychmiast odzyskały wzrok, a uszczęśliwiony Głowa zrzucił w tem miej- scu drzewo, ofiarowując je na kaplicę. We dwa lata później biskup kujawski i pomor- ski Paweł Wołudzki wystawił o 300 kro- ków od tego miejsca kościół drewniany pod wezwaniem św. Anny, wyposażony potem przez następcę jego, biskupa Macieja Lubieńskiego, a w r. 1863 biskup warmiń- ski Stanisław ze Zbączyny Zbąski drewnia- ny kościół polecił rozebrać, a na jego miej- scu wystawić murowany. W r. 1726 biskup Krzysztof ze Słupowa Szembek zbudował tu klasztor murowany, przeznaczony na siedzibę o.o. Franciszkanów. Obecnie ko- ściół nie jest bogaty w kosztowne pamiąt- ki, które, jak głosi podanie, poginęly w cza- sie najazdu szwedzkiego w r. 1657 o SCHRONISKO DLA OPUSZCZONYCH DZIECI IMIENIA FELICYTY ŻUROW- SKIEJ W KRAKOWIE. Wśród wielu zakładów i instytucyi dobro- czynnych, któremi się chwali Kraków, zwró- cił odniedawna na siebie uwagę najmłod- szy w ich szeregu, poświęceniem jednej ofiar- nej matrony krakowskiej założony i utrwa- lony, zakład opuszczonych dzieci imienia Felicyty Żurowskiej. Niedawne są zakładu tego dzieje. Oto przed dwoma niespełna laty spotkała p. Żurowska na ulicy bez- domną dziewczynkę, której stan opłakany, zupełne zaniedbanie moralne i nędza skło- niły ją do zaopiekowania się opuszczoną. W krótkim czasie do tej jednej przybyło kilka innych dziewczątek, równie biednych, opuszczonych i zaniedbanych. Pani Żurow- ska, pozbawioną będąc środków na utrzy- manie tych dzieci, a odczuwając ich niedolę, postanowiła odwołać się do miłosierdzia społeczeństwa i z jego pomocą utworzyć przytułek dla tego rodzaju opuszczonych istot. Dzieło, ofiarnie i z poświęceniem znpełnem szlachetnej inieyatorki podjęte, po- wiodło się. Odezwa ks. kanonika Bandur- skiego wzywająca ogół do dania pomocy p Żurowskiej w jej szlachetnem przedsię- wzięciu, nie chybiła celu, i oto po dwóch latach ciężkich początków, myśl pani Żu- rawskiej przyoblekła się w ciało. W ustron- Z TEKI HUMORYSTYCZNEJ FR. KOSTRZEWSKIEGO. NERWY. — Słuchaj-no ty, jędzo: jak nie przestaniesz mi cięgiem wymyślać, to cię zaskarżę do sądu!... rozumiesz?! — To co mi zrobią?... dostanę świadectwo od doktora, żem na nerwy chora, i basta!... nej uliczce na przedmieściu Zwierzyniec stanął domek wzniesiony z ofiar i składek, postawiony na gruncie, zakupionym przez obywatelkę p. Józefę Rylską za 16,000 koron, a w nim znalazło pomieszczenie „Schronisko dla opuszczonych dzieci.” Dziś w zakładzie znajduje przytułek 72 opuszczo- nych dzieci lub sierot, przeważnie na ulicy zebranych, nędzy i zgubie wydartycłi. Za- kład udziela wychowankom swoim oprócz przytułku i pożywienia naukę elementarną w zakresie planu szkół początkowych, nad- to wychowanki uczą się tu zajęć praktycz- tycznych, szycia, gotowania sprzątania, haf- towania, prania i przysposabiają do objęcia obowiązków służących, szwaczek i hafcia- rek. Jak dotychczas, humanitarny ten za- kład nie posiada żadnych funduszów sta- łych i wydatki swe pokrywa ze składek publicznych. Celem zapewnienia mu trwa- łych podstaw egzystencyi utworzyło się „Towarzystwo opieki nad schroniskiem F. Żurowskiej,” które wzięło sobie za cel do- starczanie zakładowi funduszów. Członko- wie stali płacą 100 koron jednorazowo, | wspierający 5 koron rocznie. Ten jeden zgoła niezaopatrzony zakład więcej dobrego robi dla społeczeństwa od całego szeregu innych, obfitujących w środki, ale niewłaści- wie administrowanych. Tu żaden grosz nie idzie na marne, opłaca się plonem obfi- tym, a choć pani Żurowska nie wie z dnia na dzień, co jutro da na obiad swoim pen- syonarkom, można się spodziewać, że dzieło jej, zainteresowawszy ogół i zdobywszy sympatyę, nie upadnie, lecz nadal pomyślnie rozwijać się będzie. Uroczyste poświęcenie nowego domu i zakładu odbyło się w dniu 28 z m. /> ZMARLI. Kazimierz Miczyński, wybitny ziemia- nin z Nowosandeckiego, gdzie dobrze za- służonego zażywał imienia, zmarł w swej rodzinnej Przetakówce. c Konstanty Pierożyński, radca Namiest- nictwa galicyjskiego i członek Rady szkol- nej krajowej, wzorowy urzędnik, prawy oby- watel, obdarzony talentem poetyckim, prze- żywszy lat 47, przeniósł się do wieczności we Lwowie, c Tadeusz Zadurowicz literat i dzienni- karz, długoletni współpracownik pism lwowskich i war- BERTEAUX. szawskich, redaktor głośnego przed kil- ku laty tygodnika Trybuna, zmarł w dniu 12 b. m. we Lwowie, przeżywszy lat 42. Ś. p. Zadu- rowicz był także przez szereg lat ko- respondentem pe- tersburskiego Kraju ze Lwrowa pod pseu- donimem Nota. We lwowskich kołach li- terackich cieszył się wielką sympatyą dla swej uczynności i zalet charakteru. Fe- lietony literackie zmarłego, razem ze- brane w książce, u- kazać się mają nie- bawem staraniem ro- dziny. p Stanisław Min- ter, obywatel ziem- ski, zmarł w Warsza- wie dnia 14 b. m., przeżywszy lat 53. o Melchior Danow- ski, b. obywatel ziemski z gub. Łom- rej zadaniem było uregulowanie administra- cyi publicznej (postanowione w r. 1885), był na prośbę kolegów pracy mianowany kawalerem legii honorowej. Deputowanym jest od r. 1893. Na tem stanowisku był już generalnym sprawozdawcą budżetu pań- stwa oraz budżetu wojennego. Cieszy się wielką sympatyą sfer radykalnych. Posiada znaczny majątek i jest maklerem giełdy. ŚWIAT KOBIECY. Bardzo liczne grupy kobiet saskich (przeszło 100,000) podpisały pozostawioną dotychczas bez skutku prośbę o powołanie na dwór hrabiny Montignoso i przywrócenie jej praw królewskich.- Dnia 29-go paździer- nika obchodzono w Paryżu stulecie kode- ksu Napoleona Pod koniec mowy mini- stra sprawiedliwości panna Kaufmann, czło- nek zarządu ligi feministycznej, zawołała z galeryi: „Precz z kodeksem, który znie- waża Rzeczpospolitą i ujarzmia kobiety!” Jednocześnie przedstawicielki różnych pary- skich towarzystw kobiecych zaczęły rozda- wać przed gmachem Sorbony odezwy i bro- szury, protestujące przeciw obchodowi stu- lecia kodeksu, cw Polityka. Najwybitniejsze chwilowo miejsce w „dzie- jach” politycznych ostatnich dni przypadłe w udziale Węgrom, wstrząśniętym do głębi przez ryzykowne przedsięwzięcie hr. Tiszy. Jak wiadomo, polityk ten, stojący obecnie na czele węgierskiego ministeryum, miał w swoim czasie ciężkie przejścia natury ob- strukcyjnej z izbą budapeszteńską z powo- du akcyi nacyonalistów, domagającej się utworzenia oddzielnej armii węgierskiej oraz znanego rozkazu dziennego cesarza do wojsk. Krytyczna ówczesna sytuacya, z trudem przez Tiszę wylatana przy pomocy znacz- nych bądź co bądź ustępstw, wzbudziła w nim widocznie myśl zapobieżenia ewen- tualnemu powtórzeniu się jej w przyszłości, skoro tylko nastręczy się ku temu jakakol- wiek sposobność. Środkiem zapobiegawczym miało być obostrzenie regulaminu obrad w izbie, za chwilę zaś stosowną uznano obecną. Aby przygotować grunt dla uła- godzenia nacyonalistycznej opozycyi, pod- sunął jej naprzód prezes gabinetu słod- żyńskiej, zmarl w Białej Siedleckiej, dnia 16-go b. m o Ze świata. berteaux, nowy minister wojny we Francyi, liczy lat 52. W liceum uważano go za świetnego ucznia. W uznaniu jego nadzwyczajnych zasług na stanowisku spra- wozdawcy komisyi cxtra-par1amentarnej, któ- kie, smaczne i zdawna upragnione cia- steczko—własną artyleryę dywizyjną dla honwedów (armia terytoryalna węgierska), zaprojektowaną przez rząd przy okazyi nowej ustawy o dwuletniej służbie woj- skowej. Propozycya ministeryalna, przy- jęta entuzyastycznic, nie osiągnęła jed- nak celu, nie chwyciła na wędkę stron- nictw nacyonalistycznych, które wobec za- powiedzi zmiany regulaminu zajęły sta- nowisko wrogie mimo podarunku artyleryi. Dnia 18 b. m. wieczorem wreszcie osiąg- nął fisza, mocno co prawda podejrzane co do swej istotnej wartości, zwycięstwo, izba bowiem śród wielkiego roznamiętnienia, hałasu i gwałtu uchwaliła na wniosek posła Daniela bardzo ostry regulamin prowizo- ryczny na przeciąg jednego roku, co po- winno w zasadzie dać jej możność wpro- wadzenia potem regulaminu stałego, jaki się będzie większości podobał. Wszystko zdaje się przemawiać za tem, iż burza, która w izbie dosięgła wysokiego stopnia napięcia, przeniesie się, lub już się przeniosła, na miasto i kraj. Cały szereg posłów ogłosi! już wystąpienie z liberalnej partyi rządowej, która głosowała za wnioskiem Daniela. W Budapeszcie zapowiedziano demonstra- cye i zgromadzenia protestujące, hr. Tiszę zdążono już obrzucić na ulicy śniegiem i błotem, opozycya zaś zapowiada, iż po ponownem zwołaniu sesyi, którą na kry- tyczncm posiedzeniu natychmiast reskryp- tem królewskim odroczono, nie puści wcale prezesów gabinetu i izby do sali. Wysła- no też protest do króla z powodu gwałtu i naruszenia konstytucyi. Wobec podob- nych objawów pozycya ministeryum i losy „zwycięstwa” zdają się być mocno nie- pewne, zwłaszcza iż niedawne dzieje Cis- litawii pouczają, że w analogicznym przy- padku, wskutek właśnie bardzo groźnej pre- syi „ulicy,” up.-.dł gabinet Badeniego, i cof- nięto już uchwaloną „lex Falkenhayn,” obo- strzającą radykalnie regulamin. Wszystko zależy od tego, czy namiętności politycz- ne w Budapeszcie rozpalą się równic silnie, jak ongi w Wiedniu. Co do te- go przesądzać niepodobna, sytuacya wę- gierska bowiem jest o tyle lepsza, że nie gra w niej roli ferment narodowościowy- Sprawa Tiszy jest jednak zła z punktu wi- dzenia zasadniczego, albowiem pretensyc do ostrego regulaminu, zapobiegającego ob- stiukcyi (vide: izba francuska) mieć może tylko parlament, w którym piastująca dyk- taturę większość jest naprawdę reprezenta- cyą większości narodu, t. j. parlament, wy- brany na mocy głosowania powszechnego i równego dla wszystkich; w przeciwnym razie izba jest tylko polem działania dla stronnictw, z których każde jest tak dobre, jak inne, nie wiadomo bowiem, które wyra- ża w istocie wolę przeważającej liczby wy- borców, wolę ludu.—We Francyi Andre po- dał się do dymisyi, motywując ją tem, iż nie chce wywoływać rozłamu w stronni- ctwach postępowo-rcpublikańskich. Następca jego został radykalista, deputowany Bcr- teaux, były makler giełdowy, który jednak- że doskonale jest obeznany ze sprawami wojskowemi i uchodzi nawet za powagę w tym dziale. W roku 1902 referował budżet wojskowy w izbie. Zapowiedział on zniesienie systemu denuncyacyi i pod- danie na przyszłość kontroli nad prawomyśl- nością oficerów tylko przełożonym. Opo- zycya nie zaniechała dalszej walki przeciw- ko rządowi; krążą też pogłoski o możli- wych jeszcze innych zmianach w składzie osobowym gabinetu.—Austrya i Holandya wyraziły zgodę na propozycye Roosevelta, dotyczącą nowej konferencyi pokojowej’, Francya nie dała dotychczas odpowiedzi- Z Austryą toczą się też rokowania o za" warcie traktatu rozjemczego.
931 KSIĄŻKI I WYDAWNICTWA PGK^ODYCZNG. KSIĄŻKI POLSKIE. * M. Srokowski: Epigoni. Powieść. (Warszawa. Nakładem Alfreda Zonera. 1904. Str. 163 w 16-ce. Cena rub. 1).—P. Sro- kowski doszedł do wniosku, że ostatni przedstawiciele starych rodów, „epigoni," morUuri, jako wyodrębnione ogniwa wiel- kiej całości, mają jakąś tragiczną samowie- dzę swego upadku. Pomysł autora niezbyt dojrzał w teoryi, w wykonaniu przeto roz- winięty jest dość mętnie. Istnieje podobno w epigonach „tęsknica za czemś, co nigdy nie wróci, tęsknica zimna i jednostajna, bez najmniejszego promyczka światła lub barwy, biała pustka, po której wicher za- wodzi, przeraźliwa cisza, ogrom." Każdy ma w' duszy „królestwo ruin, zwalisk, gru- zów, cmentarzysk i śmiertelnie kamienny sen o tym gmachu, któremu przeszłość na imię." „Jest coś wspólnego w tych koń- czących się jednostkach," wskutek czego jedna osoba może kochać drugą, chociaż jej nigdy w życiu nie oglądała. Groza nie- dalekiego kresu budzi w nich jakoby po- trzebę gwałtownego użycia, a zarazem lek- ceważenie dla swego bytu ziemskiego. Jednostka czuje się do tego stopnia zwią- zaną z przodkami i tak nie wierzy w przy- szłość swego rodu, że traci do reszty grunt pod nogami, wpada w mistyczną jakąś re- zygnacyę. Teoryi swej nie zdołał autor potwierdzić akcyą powieściową. Jedną tyl- ko postać zbudował p. Srokowski oryginal- nie: jest to młoda dziewczyna, którą autor obudził do życia uczuć i zmysłów w’ spo- sób nieco książkowy i nadmiernie wyiu- bieźniony, ale nie pozbawiony dość subtel- nej psychologii i śmiałego rysunku. Po- za tem, fabuła powieści jest banalna i nikła. Jeden z epigonów, Wyrwicz, po kilkunastu latach używania rozkoszy w Paryżu, wy- biera się do swego majątku, Ostrowic. Po drodze zatrzymuje się we Lwowie, od- bija przyjacielowi narzeczoną i wyjeżdża do Wiednia. Postacie, otaczające Wyrwicza, odmalował autor zręcznie, ale w' charakte- rystyce ich nie zdobył się na silniejsze tony. * Tadeusz Jaroszyński: Różni ludzie. Nowele. (Warszawa. Nakładem Alfreda Zo- nera. 1904. Str. 188 w 16-ce. Cena rub. 1). —W panoramie różnych ludzi, którym się autor przypatrywał, niezmiernie mało zaj- mowała go anegdotyczna strona ich życia. Poza faktami, zazwyczaj bardzo pospolity- mi, a niekiedy nawet tendencyjnie upro- szczonymi, szuka on owych znaczących błysków duszy, które ukazują istotę życia jednostki ludzkiej w świetle pośpiesznem, ale niez.miernie wyrazistem. Poprzez rea- lizm akcyi dostrzegamy w dziewięciu se- ryach „Różnych ludzi" wciąż ten sam nie- co smutny, to znów gorzki uśmiech autora. Raz zagląda Jaroszyński w duszę samobój- ców („Pamiętnik" i „Dla użycia"), aby uwydatnić, jak błahą i nikłą jest racya niektórych istnień. To znów odsłania bo- lesne tajemnice twórczości artystycznej (.O zachodzie"), albo pokazuje, jakie dziw- ne kształty przybiera ironia życiowa, ta wielka ironia, ukryta na dnie wszystkich niemal czynów naszych, gdy się objawia W żywotach prostych, roślinnych niemal (Paweł Gamoń). Jako sceptyk z natury, nie ufa Jaroszyński maskom ludzkim, spo- strzega łatwo twarze brzydkie („Esteci"), Wyczuwa apetyty zwierzęce („Curriculum vitae“), a w doskonałym obrazku „Tani obiad" ujawnia przedziwne grymasy bestyi ludzkiej, która na dnie nędzy stroi się w świetne dzwonki błazeńskie. Niekiedy nutora zanadto bawi antyteza, zbyt wielkie znaczenie przypisuje drobiazgom, osłabiając przez to barwy i tony swego stylu: ale metoda taka wynika z natury jego wrażli- wości, głębokiej, czujnej i subtelnej. * Michał Synoradzki: Jaksa z Mie- chowa. Powieść historyczna. (Warszawa. Nakład synów St. Niemiery, 1904, str. 131 in 16-o. Cena kop. 40).—Kto chce wiedzieć, jak wygląda trylogia Sienkiewicza w kary- katurze, niechaj przeczyta „Jaksę z Miecho- wa." Znajdzie tam wprawdzie karykaturę mimowolną, ale przez to właśnie dosad- niejszą i... smutniejszą. P. Synoradzki osnuł powieść na tle wyprawy krzyżowej księcia sandomierskiego Henryka—do Ziemi Świę- tej, w roku 1154. Przeczytał kilka kronik, powiązał wypadki wątłą nicią miłości Jaksy do Hanny, jako spiritus mozens akcyi wsa- dził „czarny charakter"—Stańkę, który rów- nież kocha Hannę i dla zdobycia jej nie cofa się przed całym szeregiem nikczem- nych zdrad; dodał następnie słaby opis wjazdu krzyżowców do Konstantynopola i jeszcze słabszą historyę ich walki z Sara- cenami i—powieść gotowa. Gwoli delikat- nej charakterystyki epoki, pokazał nam p. Synoradzki w zakończeniu cud: oto w tur- nieju pojedynkowym Jaksy ze Stańkiem, pod murami Jerozolimy, „sąd Boży" roz- strzyga się tak, iż w stanowczej chwili pio- run uderza w Stańkę... W calem opowiada- niu nie zdobył się autor ani razu na obraz żywszy, postać plastyczną, sytuacyę zajmu- jącą, język indywidualny. Pomimo wysił- ków archaizowania, gawęda to szara, bez- barwna, napisana bez stylu i talentu. * Gr. F.—t: Jak poznać charakter człowieka! Szkic popularno-naukowy, z 36 rysunkami Z trzeciego wydania przełożył i wstępem poprzedził Mieczysław Rości- szewski. (Warszawa. Nakładem A. Dubow- skiego, 1905, str. 156 in 16-o. Cena kop. 90). P. Mieczysław Rościszewski założył fabrykę książek dla domowego użytku, fabrykę z produkcyą niezmiernie obfitą. W ostat- nich czasach nauczył publiczność polską, jak się ma zachować w każdej życia okazyi „pani domu," jaką winna być „panna doro- sła w rodzinie i społeczeństwie," jak ludzie „chcący się podobać" winni prowadzić roz- mowę, jak trzeba pisać listy, jak uczyć się na pamięć różnych rzeczy i t. p. Wszystkie te podręczniki skombinowane pośpiesznie ze źródeł obcych, obliczone są na pokup u szero- kich warstw ogółu, tych warstw, co już prze- stały badać senniki egipskie, a nie nauczyły się jeszcze myśleć samodzielnie. Do tej samej kategoryi należy nauka: „Jak poznać charakter człowieka?" P. Rościszewski prze- łożył ją z niemieckiego i próbuje wmówić w czytelnika, że mu daje do ręki książkę „popularno-naukową." Autor, jak każdy dyletant, usiłowania uczonych poczytuje za pewniki naukowe, tłómacz zaś, w pogoni za sensacyą, przyklaskuje mu chciwie. Książka p. Gr. F—ta nie zawiera żadnych nowych szczegółów, ani uogólnień; stanowi jednak dość zręczną kompilacyę utartych już, pseudo-naukowych wskazówek fizyogno- miki, frenologii i chiromancyi. PRASA POLSKA. Okólnik rolniczo - handlowy: „Handel i sklepikarstwo w spółkach włościańskich" (referat p. Stefana Jankowskiego, wypowie- dziany na posiedzeniu sekcyi rolnej w dniu 11 stycznia r. b.). — Tygodnik Polski: „Garść spostrzeżeń z siedzib letnich" przez L. V. J. — Niwa Polska: „Nasze społecz- no-filantropijne instytucye. I. Wydział wy- szukiwania pracy przy W. T. Dob." przez Józefa Muklanowicza. — Naokoło świata: „Miasta Dalekiego Wschodu. I. Charbin" przez d-ra Antoniego Grosglika.—Wszech- świat: „Morski początek życia zwierzęcego" przez d-ra Feliksa Przypkowskiego.—Ogni- wo'. „O wynalazkach niedonoszonych" przez S. Kramsztyka.—Gazeta Domowa: „Chopin i George Sand" przez E. Hubbarda. — Wędrowiec: „Na pochyłości." — Prawda: „Klucz Wschodu" (szkic historyczny) przez W. Sieroszewskiego.—Przegląd Tygodnio- wy: „Na piasku" (odpowiedź na pytanie: dlaczego najtrafniejsze u nas pomysły nie dochodzą do skutku)? — Biblioteka War- szawska (listopad): „Filozofia spółczesna w Polsce w końcu XVIII i początku XIX wieku" przez Stefana Czarnowskiego; „Prze- miany" (powieść) przez Kazimierza Zdzie- chowskiego; „Jean Lahor" (dr Henry Ca- salis, dokończenie) przez Adama Krasiń- skiego; „Senae Triplices" (Uwagi o sztuce syeneńskiej i florentyńskiej z powodu „Sie- ny" Kazimierza Chłędowskiego) przez prof. Jana Bołoza-Antoniewicza; „C. A. Sainte- Beuve“ (człowiek i dzieło) przez Wł. Jabłonowskiego. — Knryer Warszawski: „Duch nowożytny" przez Jana Bezziemi; „Nasza ankieta." — Goniec Wieczorny: „Formalności przy zakładaniu fabryk i war- sztatów" przez Mak.—Gazeta Handlowa: „7. dziedziny sztuki" przez Scholasticusa — Gazeta Polska: JL Mandżuryi" przez Mie- czysława Jankowskiego. ANGLIA. * Siedemdziesięcioletni A. C. Swinburne ogłosił nowy zbiór swych poezyi p. t. A Channel Passage and other poems. Znakomity poeta nie zestarzał się duchem: zawsze jest tym samym, wiecznie młodym, płomiennym lirykiem, jakim zna go Anglia od lat pięćdziesięciu. Nie osłabła w nim wcale potęga uczucia, siła wyrazu, przepych obrazów i stylu. W najdłuższym poemacie książki „The Altar of Rightousness" wy- kłada Swinburne przemiany, jakim uległa idea sprawiedliwości we wszystkich for- mach religijnych. * Ostatni romans fantastyczny H. G. Well- sa p. t. The Food of the Gods and How it came to Eai th cieszy się wielkiem powo- dzeniem w Londynie. Wykazał tu Wells jeszcze większe, niż w romansach poprzed- nich bogactwo wyobraźni. Autor opowiada pełną niespodzianek, bardzo zabawną hi- storyę dwóch olbrzymów’ (każdy ma 40 stóp wysokości), którzy są niejako symbo- lami wielkich marzeń ludzkości. Olbrzymy, dążąc do harmonii powszechnej, walczą z pigmejami, którzy usiłują bronić złych praw. Walka ta jest symbolem zmagania się idei wolności, światła i sprawiedliwości z siłami niewolnictwa, przemocy i fawory- tyzmu. * Nowe książki. B. Spencer i F. J. Gil- len The natwes Tribes of central Austra- lia.—Ci sami autorowie: The northern Tri- bes of central Austi alia.—W. Barry He- ralds of Rezolt.—A, A. Jack „Shelley, an essay."—Morris The Pagarfs Progress.— G. Goddard Kin: Comedies and Legends for Marioncttes.—J. Walker: The Silences of the Master.—Miss A. Repplier: Compro- mises (studya kiytyczne).—F. Starr: Rca- dings from Modern Mexican Authors.— F. W. Me Vey: Modern Industrialism.— L. Gowans: Best English Poems.—Lillian S. Hyde: Faworite Greek Myths. * Czasopisma. W amerykańskim Re- vtcw of Reuiews znajdujemy artykuł „Wal- ka ekonomiczna pomiędzy Polakami a Niem- cami." Autor opiera się na informacyach Przeglądu polskiego.-—W Ouartcrly llcziew p. M. H. Dziewicki, lektor języka angiel- skiego przy uniwersytecie Jagielońskim, pomieszcza artykuł o „Narodzie polskim." — W new-jorskiem czasopiśmie Forum Ossian Lang zdaje sprawę z sekcyi wycho- wawczej na wystawie w' Saint-Louis.—He- niów of Beziews (londyński) drukuje pracę W. Lutosławskiego o „Rzeczypospolitej Pol- skiej."—Brander Matthews charakteryzuje w North Amei ican Hcidew literaturę przy- szłego wieku; autor przepowiada dwa w niej główne kierunki: pogłębienie ducha nauko- wego i szersze uwzględnienie ruchu demo- kratycznego. FRANCYA. * Nowe książki. C. de Coynart: Les malheurs (Punc grandę danie sous LouisNY (historya hrabiny de Montboissier). — Pani M. d’Albert: liobert Schumann (o jego dziełach fortepianowych)—H. Pellier: La philosophie de Ticior Hugo. — J. Kont: Un poite hongrois: Jean Arany. — M. Vaucaire: Le masąue de sablc (histoire vćritable du Grand Sphinx).—Saint-George de Bouhćlier: Des passions de 1’amour (powieść).—E. Haraucourt: Les Benoit (ro- mans). — A. Lichtenberger: Les Centaures (powieść). Noris: Ames Neuzes (romans).— G. Weill: Histoire du motwement social en France (1852—1902).—H Gutjahr: La Suisse intime. * Czasopisma. Paryski Bulletin polo- nais drukuje rozprawę Gabryela Sarrazina o życiu i pismach Juliusza Słowackiego.— W czasopiśmie La Renaissance Latinc znajdujemy ciekawy artykuł Henryka Bor- deaux p. t.: „Balzac et M-me de Hańska." —J. Renaud pisze w Grandę Remie o tea- trze Szekspira we Francyi. -— W Nounelle lleuiie Marceli Dumoret podaje ciekawe dane o chorobie snu w Ugandzie; w ciągu osiemnastu miesięcy umarło z powodu niej 20,000 osób.—F. Brunetiere roztrząsa w Re- vue des deux mondes dzieła Ronsarda — W liczne de Paris P. Guiraud oblicza lud- ność starożytnej Grecyi. SKANDYNAWIA. * W Kopenhadze, (nakładem Gyldendala) wyszła z druku powieść Troens magt (Po- tęga wiary) Johana Bojera, autora wielu romansów społecznych. Temat przypomina nieco sprawę Dreyfusa. Stary, szanowany we wsi chłop wierzy w zbrodnię, o którą niesłusznie posądził innego. Wypowiedział najpierw kilka luźnych zdań do sąsiadów, potem zaczyna je rozwijać szczegółowo, wreszcie stawia formalne oskarżenia u sę- dziego śledczego. Cala wieś dzieli się na dwa obozy, co jeszcze bardziej rozzuchwala oskarżyciela. W obronie oskarżonego staje syn oskarżyciela, ale nie może świadczyć w sądzie, gdyż choroba zwala go z nóg. Sprawa staje się bardzo jasną dla sędziów, tembardziej, że oskarżony, dla obrony swej, w ostatniej instancyi popełnia fałszerstwo tak widoczne, że opuszcza go własna żona. Sąd wydaje bardzo surowy wyrok; jedyny świadek, któryby mógł powiedzieć prawdę, umiera; oskarżycielowi sumienie żadnej winy nie wyrzuca. Ale przesilenie moralne, które przeszedł, zmienia go do gruntu: jest teraz lepszy, mniej brutalny. Na bankiecie, który na jego cześć wydają sąsiedzi, aby mu wy- nagrodzić niesłuszne posądzenia, proponuje składkę na rzecz dzieci skazanego. W ro- dzinie jego płynie życie spokojne, serdeczne. Autor rozwinął psychologię uczuć swych bohaterów z wielką subtelnością, i pokazał przedziwne oddziaływanie złudnej sprawied- liwości ludzkiej. Książka posiada znaczne zalety literackie.
932 TYGODNIK ILLUSTROWANY N<> 48 OD REDAKCYI. Każdy prenumerator „Tygodnika illustrowanego* w r. 1904 otrzyma bez żadnej dopłaty □la uniknięcia zwłoki w odbiorze „Tygodnika" prosimy uprzejmie o wczesne nadsyłanie prenumeraty, ze względu zaś na potrzebę wczesne- go przygotowania opraw na książ- kowe dodatki, prosimy, dla unor- Potop tomów powieści ŁY°łody \ć> SIENKIEWICZA (co miesiąc tom) tomów oraz I V IZ. DZIEŁ POPULARNYCH (co miesiąc tom) czyli ogółem (co miesiąc 2 tomy) TOMY ROCZNIE Biblioteki powieści i dzieł popularnych NADTO mowania nakładu, o wczesne nad- syłanie zamówień. Oprawa dodat- ków nie podnosi kosztów przesyłki. Życzący sobie otrzymać premium koloro- we na wałku zechcą nadesłać na koszt opakowania kop. 25. NADESŁANE. randr ńx Wystawa Powszechna 1900 r. KOLOROWE PREMIUM ARTYSTYCZNE oraz przy każdym numerze, nie zawierają cym dodatku książkowego, ARKUSZ POWIEŚCI TŁÓMACZONEJ. Na oprawę 12-tu tomów Pism Sienkiewi- cza w roku bieżącym dołączać należy rb. 2; oprawa 6 tomów kosztuje rub. 1, oprawa 3 tomów 50 kop. Ozdobna oprawa 12 tomów dzieł popularnych wynosi także rb. 2, opra- wa 6 tomów rub. 1, oprawa 3 tomów 50 k . Oprawa wszystkich 24 bezpłat- nych dodatków wynosi rb. 4, opła- cane rocznie, półrocznie lub kwar- talnie. W IV-ym kwartale r. b. otrzymu- ją prenumeratorowie „Tygodnika il- lustrowanego" w 6-ciu dodatkach bezpłatnych: „Historyę ruchu kobiecego** w opracowaniu J. Okszy, jeden tom. „Życie artystyczne ludzkości** Alfonsa Roux (z illustracyami) w przekładzie J. Lorentowicza, jeden tom. „Pan Wołodyjowski** Sienkiewicza, 4 tomy. Nadto premium kolorowe TEODORA AXENTOWICZA p. t. „Zaczytana,“ będzie rozesłane w ciągu listopada r. b. wszystkim prenumeratorom. Sebethner i Wfl w~ fortepiany, g Pianina, Organy N Krakowskie-Przedm. 17. Modne małżeństwo. — Ale ja go nie kocham, mamo... — To nic nie szkodzi—on jest jedyna- kiem, a jego ojciec jest bardzo bogaty. — Ale jego ojciec jest wdowcem i bar- dzo łatwo być może, że się ożeni po raz drugi. — A prawda, masz słuszność... to lepiej je- żeli wyjdziesz za... ojca Pćlc-Mćle. Zatwier. przez Ministr. Skarbu WIECZORNE PÓŁROCZNE KURSY HANDLOWE Gust. Chwat-Czyoskiego profesora szkół handlowych 7PnclriP w P°nieclziałki, środy i piąt- Z.CI10K 1C ki od godz. 5 do 7 wiecz. moc|z;o wtorki, czwartki i soboty od IIiębKIC g do 10. Programy bezpłatnie NOWY-ŚWIAT Nr 4. PASTILLES DE INDIEN GRILLOM Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF Czemu niema takiej... bajki. — Mamusiu, ty mi zawsze opowiadasz takie bajki, w których bogaty, piękny ksią- żę bierze za żonę ubogą dziewczynę. Cze- mu ty mi, mamusiu, nie opowiesz kiedy ta- kiej bajki, w której młody porucznik żeni się bez... posagu? Fliegende Blatter. EGZYSTUJE OD 1874 ROKU ZEGARMISTRZ Słynna ze swych własności anty- septycznych i aromatycznych. Do nabycia wszędzie. Nic bidzie go nudziła — Moje drogie dziecko, wracam właśnie z biura asekuracyi, gdzie na wypadek mo- jej śmierci zabezpieczyłem dla ciebie 50,000 franków. — O jakiś ty dobry, jaki kochany!., teraz już nie będę musiała powtarzać ci aż do znudzenia: „Uważaj na siebie, nie zaziębiaj się!" Petit Parisien. Owoc przeczyszczający PRZECIW OBSTRUKCYI We wszystkich składach aptecznych i aptekach. TOWARZYSTWO UDOSKONALONEJ PERFUMERYI A.RALLET&C? Dostawcy Dw. = WARSZAWA, ULICA WIERZBOWA Nr. 7 |5| MARSZAŁKOWSKA jfil Telefon 2NI1S Chronometry i zegarki precyzyjne. Duży wybór słynnej fabryki genewskiej (złotycli i srebrnych). Patek, Philippe & C. w Gene- wie i Ch. E. Tissot w Loele Repetyery kieszonkowe, chronometry doktorskie; kieszonkowe budziki bardzo praktyczne i trwałe, srebrne i stalowe. Ze- gary stołowe, gabinetowe, ścienne budzi- ki etc. -Łańcuchy i dewizki męskie i damskie, złote, srebrne etc. Wybór ogromny, Ceny umiarkowane, Gwaraneya poważna. Grzeczna odmowa. — Pożycz mi luidora. — Bardzo chętnie, tylko wrócę z Lon- dynu. — A kiedy jedziesz do Londynu? Na ślub mojej kuzynki Janiny. — A kiedy jej ślub? — O, to jeszcze nie tak prędko: ona ma dopiero 11 lat. Pelc Mele. LEKARZ DENTYSTA A. ZAWADZKI Marszałkowska 108, róg Chmielnej. POLECA: PERFUMY, MYDŁA, WODY KOLOŃSKIE „WRZOS” Do nabycia w Perfumeryach i Składacli Apt. Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się. JloaBoJieno IJeiiaypoio, Bapmana, 3 Hoaópa 1904 rofla. Tom 11 Biblioteki popularnej, zawierający dzieło: „Życie artystyczne ludzkości", dołącza się do niniejszego numeru.
•Nb 49 Ogólnego zbioru Nr 2,352 3 grudnia (20 listopada) 1904 roku Tygodnik Illustrowany NAPOLEON I LITOGRAFIA CARPIERE’A Ze zbiorów Eugeniusza Phulla
934 „CHŁOPI” REYMONTA. 1 Chłop w literaturze polskiej przechodził różne koleje. Początkowo był to raczej dekoracyjny motyw, niżeli człowiek. Malow- niczy kostium, odrębność gwary i obyczajów, naiwność poglądów na życie — wszystko to razem sprawiało wrażenie czegoś nowego, egzotycznego prawie i nęciło zarówno auto- rów, jak i czytelników, oraz widzów teatral- nych. Zwłaszcza długo utrzymał się chłop w tym charakterze na scenie, gdzie błyszczał w dziarskim tańcu lakierowanemi cholewami butów, dzwonił pasem z kółeczkami, bawił oko barwną sukmaną, czy kierezyą, śpiewał ochocze wyrwasy, lub sentymentalne piosenki, i wygłaszał „zabawne," albo szlachetne fra- zesy. Pod wpływem realistycznych prądów w piśmiennictwie porcelanowy kmiotek pier- wotnej doby zbliżył się więcej do rzeczywi- stości, ale szablonowa dekoracyjność typu „Wesela w Ojcowie" pozostała na długo ży- wiołem zasadniczym w sztukach, odtwarzają- cych rzekomo życie ludu. Drugim poważniejszym czynnikiem, który dołączył się do dekoracyjności, były pewne teudeneye moralne i społeczne, wplatane nie- kiedy dość zręcznie we wzorzystą tkaninę scenicznego obrazu. Próby charakterystyki czysto psychologicznej z usunięciem zewnętrz- nego szychu dekoracyjnego na plan drugi, należą do czasów najnowszych. W powieści ewolucya motywów, czerpa- nych z życia chłopskiego, odbywała się w spo- sób, mniej więcej podobny, z tą różnicą, że romansopisarze, nic potrzebując się z natury rzeczy troszczyć o kolorowe kostiumy i lśniące podkówki, zaczęli kłaść wcześniej nacisk na duchową stronę przedstawianych figur i sy- tuacyi. Ponieważ bieg dziejów wysuwał chłopa , naprzód i zniewalał inteligencyę do zajęcia się jego znaczeniem i rolą społeczną, więc — na- wet w utworach pozbawionych tendencyjnego zabarwienia — traktowano lud z pewnego specyalnego stanowiska, wybierając i akcentu- jąc silniej te zwłaszcza momenty życia wiej- skiego, które budziły w duszy autorów, a po- średnio i czytelników, mocniejszą reakcyę prze- ciwko obojętności ogółu na losy i charakter włościan. Wchodzić w szczegółowy rozbiór tych dzieł, wyróżniających się niekiedy pierwszo- rzędnemi zaletami artystycznemi, nie mamy zamiaru, zaznaczymy tylko, że Reymont, bio- rąc się do opracowania tematu ze sfery ludo- wej, nie idealizował życia i charakterów chło- pów w sposob właściwy epoce dawniejszej, ani też nie rzucał społeczeństwu w twarz lirycznych skarg i gorzkich protestów, lecz wybrał odmienną drogę. Odtworzył on świat chłopski nie ze stanowiska wyrafinowanego „inteligenta," patrzącego na lud przez pry- zmat pewnych teoryi społecznych, czy aspira- cyi uczuciowych, lecz ze stanowiska samego chłopa. Nie wydawał sądów i nie sugestyo- nował pomiędzy wierszami jakichś postulatów, nie wskazywał specyahiie palcem tego, lub owego, co należałoby ze względu na dobro po- wszechne usunąć lub zmienić, lecz wszedł po- prostu w samo jądro życia chłopskiego i przed- stawił je w niebywałej dotychczas plastyce i pełni. Dzięki takiej metodzie, popartej olbrzymim talentem, powieść Reymonta stała się do pewnego stopnia unikatem, gdyż nikt przed nim w podobny sposób nie traktował tego właśnie przedmiotu. Ze słów naszych nie należy wyciągać ujemnych wniosków co do działalności wszyst- kich poprzedników Reymonta: każda metoda i każde stanowisko jest dobre, skoro opiera się na szczerych potrzebach ducha i odpowia- da naturze danego talentu. w X- * Jeżeli w powieści naszej z ostatniej do- by Żeromski jest najwybitniejszym reprezen- tantem nastrojowości lirycznej, to Reymont nie ma równego sobie, jako przedstawiciel typu twórczości epiczno-plastycznej. Otóż niepodobna zaprzeczyć, że w pier- wotnem a ujętem w pewne skrystalizowane od wieków formy życiu chłopów można zna- leźć o wiele więcej elementów epickich w sze- rokim stylu, niżeli w gorączkowem życiu inte- ligencyi wielkomiejskiej, która, zerwawszy ze staremi tradycyami, nie zdołała wytworzyć sobie nowych, karmi się więc wrażeniami chwili, wiecznie niespokojna, zdenerwowana i łaknąca nowych bodźców i wzruszeń. Prze- czytajmy jednym ciągiem „Próchno" Berenta i „Chłopów" Reymonta, a zobaczymy, jak róż- nica obrabianych motywów odbiła się na stylu i charakterze utworów. Dzieło Berenta składa się z szeregu wy- razistych scen, epizodów, momentów, oświetlo- nych niepokojącymi płomykami, których blask pozwala nam zapuścić ciekawe oko do wnę- trza dusz, rozbitych przez wiry nowoczesnej cywilizacyi; powieść Reymonta płynie silnie, lecz równo, niby potężna rzeka wśród staro- dawnych lasów i wzgórz, chlebodajnych pól i wonnych łąk. Są chwile, w których fala wzbiera wysoko i bije z gniewnym pomru- kiem o brzegi, ale główny nurt rzeki nie opu- szcza łożyska, wyżłobionego przed wiekami. Ostatni utwór Reymonta—to obraz życia, które, zmieniając się w szczegółach, pozostaje jednak i w zewnętrznych formach, i w we- wnętrznej swojej istocie jednakicm i stałem. * « -ję. Autor, który w początkowych swoich pracach pozwalał pojedynczym figurom i epi- zodom rozrastać się nadmiernie kosztem ca- łości, stworzył tym razem dzieło, mogące słu- żyć za wzór syntezy artystycznej. A osiągnął ten rezultat środkami bardzo prostymi; ale środki proste, jak wiadomo, to nie znaczy bynajmniej środki łatwe. Przedewszystkiem — jak zaznaczyliśmy wyżej — starał się Reymont patrzeć na świat chłopski oczyma chłopa. W pracy mniejszych rozmiarów, odtwarzającej jakiś nastrój, czy scenę, nie byłaby to rzecz trudna dla autora, obdarzonego intuicyą i darem spostrzegaw- czym. Nie zapominajmy jednak, że „Chłopi" to dzieło zakrojone na szeroką skalę i ogar- niające nie poszczególny moment, lecz cało- kształt bytu włościańskiego. Takiego utworu niepodobna utrzymać w tonie „chłopskim," opierając się na jednej nucie czy to naiwnego komizmu, czy bolesnego tragizmu, bez fałszo- wania nietylko rzeczywistości, lecz i proporcyi artystycznej. Otóż Reymont osiągnął niezwyk- łą jednolitość stylu i nie popadł mimo to w monotonność, gdyż traktował chłopa nie jako interesującą abstrakcyę psychologiczną, lecz jako jedno z ogniw w łańcuchu życia naszej przyrody. Bohaterami powieści są nic- tylko ludzie, lecz i słońce, powietrze, rośliny, zwierzęta, a zwłaszcza i przedewszystkiem ziemia, z którą chłop zrósł się i którą uko- chał, jako swoją karmicielkę. Ziemia wraz z całą przyrodą przechodzi przez zmiany, powracające peryodycznie, a zwią- zany z nią żywot chłopa stosuje się do tych przekształceń. Stąd wynikł prosty i naturalny podział powieści na cztery części, odpowiada jące czterem porom roku. Autor zaczyna od jesieni. Z pól sprzą- tają resztę darów ziemi i sypią w jej rozdarte żelazem łono zaczątki przyszłych zbiorów. Robota wre: „wóz zaturkotał, albo pług zgrzyt- nął o kamienie... to włóczono rolę, i tuman szarego kurzu podnosił się za bronami, wy- dłużał i pełzał aż na wzgórze, i opadał, a z pod niego, niby z obłoku, wychylał się bosy chłop z gołą głową, przewiązany płach- tą — szedł wolno, nabierał ziarna z płachty i siał ruchem monotonnym, nabożnym i bło- gosławiącym ziemi..." W porze gwałtownych i absorbujących zajęć rolnych, chłop nie ma czasu zajmować się sprawami osobistemu ziemia go trzyma na uwięzi. Trzeba nietylko orać, siać, bronować, ale i sprzedawać na jarmarku to, co się uro- dziło, a kupować to, czego brak, i przygoto- wywać się do przebycia zimy. Im' bliżej zimy, tem bardziej chłop unie- zależnia się od tyranii ziemi, zapadającej w sen głęboki, i tem więcej zaczyna żyć życiem włas- nem, wewnętrznem. .„Zima toć szła,— powiada autor — naród oderwał ręce spracowane od matki ziemi, to i podnosił przygięte karki, podnosił zafraso- wane dusze, prostował się, rozrastał i równał jeden z drugim w wolności, w odpoczywaniu i w tej myśli swobodnej, że każdy człowiek widniał z osobna i wyraźnie — jako ten bor, z którego nie wydzielisz drzewin latem, ko w jednakim równo zielonym gąszczu stoi przywarty do rodnej ziemi, a niech jeno śnieg spadnie, ziemia się przysłoni, a wnet każde drzewo dojrzysz z osobna i w ten mig r°zC znasz: dąbek li to, grabek li to, osiczyna li to." IGNACY MATUSZEWSKI.
935 Z GALERYI WODZÓW NAPOLEOŃSKICH Hr. DROUOT Ks. JÓZEF CAMBRONNE Ks. MURAT Gen. GOURGAUD LITOGRAFIA CARRIERE’A Z ROKU 1835 Ze zbiorów Eugeniusza Phulla BONAPARTE. Wszechmogący, nieśmiertelny Boże, Któryś dał władzę nad Syryą Ha- zaelowi i uczyniłeś królem Izraela Jehu, obja- wiwszy im swoją wolę głosem proroka Elia- sza; Któryś za pośrednictwem proroka Samuela dał pomazanie królewskie głowom Saula i Da- wida — zlej przez ręce moje skarby Twych łask i błogosławieństw na sługę Twego, Na- poleona, którego mianujemy dzisiaj w Twem Imieniu cesarzem." Oto formuła, którą Papież Pius VII wy- powiedział lat temu sto—2 grudnia 1804 r.— Rad głowami Napoleona Bonapartego i Józefiny Tascher w katedralnym kościele Notre-Dame, w mieście, które odrzuciło 15 lat przedtem wiarę chrześcijańską, ogłosiło religię Rozumu * zdeptało we krwi królewskiej monarchię. A były porucznik armii zamordowanego króla, zwycięski generał wojsk Rewolucyi, człowiek, którego wielki szeryf Mekki nazywał »protektorem Kaaby," a Papież—swoim „dro- gim synem," od lat czterech właściwie już Samowładny pan i prawodawca Francyi, wziął z iiłk Piusa VII podaną mu koronę i sam wlo- ty! ją sobie na głowę, sam ukoronował potem sWoją żonę. Chwila ta była zapowiedzią epoki, nie widzianej w dziejach świata od czasów Kaiola Wielkiego. Odtąd przez lat osiem losy więk- szej części Europy zależały od postanowień jednego człowieka. Z jego woli elektorowie Bawaryi, Wirtembergii i Saksonii zostali kró- lami; on darował koronę Neapolu szwagrowi swojemu, Muratowi, koronę Hiszpanii bratu Józefowi, koronę Holandyi—Ludwikowi, West- falii — Hieronimowi; siostra jego, Eliza Bac- chiochi, została księżną Lukki; sam ogłosił się królem Włoch, do których należały: Wenecya, Toskania, Parma; przyłączył do Francyi Pie- mont; jednemu z generałów, Bernadottemu, za to, że był mężem Eugenii Clary, która ongi, mając lat 16, kochała mało jeszcze znanego generała Bonapartego szczerą, naiwną, dziew- częcą miłością, pozwolił panować w Szwecyi; zdeptał potęgę Prus; utworzył W. Księstwo Warszawskie; był zwierzchnikiem Związku szwajcarskiego; zaprowadziwszy t. zw. system kontynentalny, zamknął okrętom angielskim wszystkie nieledwie porty Europy. Są to może wszystko fakty zbyt znane, aby o nich wspominać. Przywodząc je na pamięć w setną rocznicę powstania owego tak krótkotrwałego, świetnego i tragicznie za- kończonego cesarstwa, trudno nie odczuć sza- tańskiaj ironii, jaka tkwiła w losie owych zdo- byczy Napoleona. Wrażenie to świetnie scha- rakteryzował ów mały, śmieszny w swej cho- robliwej chełpliwości człowiek, a wielki pisarz, zawsze mówiący o Bonapartem z nieświado- mem uwielbieniem i bezradną, drobiazgową nienawiścią —Chateaubriand: „Bonaparte zdzi- wiłby się bardzo, gdyby mu podczas której kampanii powiedziano, że zdobywa Wenecyę dla Ąpstryi, Neapol dla Burbonów, Genuę dla Piemontu, Hiszpanię dla Anglii, Polskę dla Rosyi, Westfalię dla Prus..." W owej piekielnej iście uwadze, wypo- wiedzianej li tylko z chęcią zrobienia złośli- wego dowcipu, mieści się cała głęboka tra- giczność olbrzymiej postaci tego człowieka, który z rozdawcy koron zeszedł na jeńca na odludnej wyspie, jeńca tak całkowicie opusz- czonego od świata, że nic nie skłoniło jego własnej żony Maryi Ludwiki, nawet do napi- sania do niego jednego chociaż listu *)> nie mó- wiąc już o odwiedzinach. Nie widziano jeszcze nigdy potężniejsze- go lotu i gwałtowniejszego upadku. Można- by istotnie uwierzyć, że ten jedyny w świecie geniusz, który dokładniej znał każdą ze spraw *) Masson: Napoleon et lesfemmes.—Dodaj- my, że Marya Ludwika była jedną z niewielu ko- biet, które Napoleon kochał naprawdę. Józefina, Walewska).
936 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ke 49 swego państwa, niż każdy minister z osobna; to wielkie serce, które umiało być wdzięczne po królewsku, a spotykało się w chwili upad- ku z potwornie rozrosłą zdradą i chciwością ludzi przez siebie wyniesionych i osypanych łaskami; ten marzyciel, idący z Egiptu na pod- bój Wschodu z garstką żołnierzy, nie wystar- czającą nawet na zdobycie St-Jean d’Acre’u; ów umysł wiecznie świeży i silny, niezmordo- wany w pracy twórczej nawet tam, gdzie inni mdleli na posiedzeniach; ów wielki wódz i po- tężny cesarz, który—jak to stwierdził Askena- zy — chcąc panować w swojem olbrzymiem państwie w spokoju i szczęśliwości, unikając wojen, musiał jednak prowadzić najkrwawsze, jakie zna historya-człowiek ów istotnie wy- daje się chwilami, jak w to wierzyli romanty- cy nasi, nadprzyrodzoną, ślepą siłą, którą prze- znaczenie wyniosło ponad śmiertelnych dla ta- jemniczych celów, Królem Duchem, budzącym ludy z uśpienia (Włosi, Niemcy, Hiszpanie), le- gendowym Popielem, który je hartuje na stal w ogniu walk nadludzkich, w wizyach upaja- jących do szału nadziei, w pogardzie śmierci— dla uwielbienia wielkich celów życia. Starano się nieraz wytłómaczyć dążenia tej potężnej, twórczej duszy łatwą etykietką— bezprzykładną pychą i ambicyą. Wygrzebano z pyłu bibliotek dokumenty, stwierdzające, że do roku 1793, nieznany porucznik artyleryi za- sypywał swoimi projektami, pisanymi pod swojem lub cudzem nazwiskiem, ministerya francuskie i różne wybitne osobistości. Pisał do abbe Raynala, do Neckera. Pisał o orga- nizacyi Korsyki, o obronie twierdz, o sposo- bach rzucania bomb z armat. Będąc już generałem, skoro znalazł się w niepew- nem położeniu wobec władz (w roku 1794), rzuca istotnie szalony projekt, aby go wy- słano do Turcyi, „gdzie potrafi być rów- | nież użytecznym Francyi, czyniąc armię sułta- na potężniejszą w Europie." Taine, który daje tysiące dowodów jego dumy; który twier- dzi, że egoizm tego człowieka nie znał gra- nic; który obrzuca Bonapartego plotkami, opo- wiadanemi przez osoby mu wrogie; który są- dzi! go ze stanowiska gospodarskiej moralno- ści—wystawił mu jednak największy pomnik, nazywając go wielkim duchem twórczym o olbrzymim polocie poetyckim, pokrewnym najpotężniejszym geniuszom Odrodzenia, Dan- temu i Michałowi Aniołowi. Istotnie, z tego tylko stanowiska można do pewnego stopnia zrozumieć, co pchało tę nadmiarem energii przepełnioną naturę, dla której bezczynność równała się śmierci, na ową drogę „kreślenia swoich dziel nie na papierze, lecz na skóize ludzkiej, na owym wrażliwym, łaskotliwym inateryale," na ową najwspanialszą drogę nieustannej twórczości, jaką daje władza nad ludźmi. Nie wystarcza tłómaczyć pieniącą się ambicyą dzieł człowie- , ka, który dał tyle—choćby tylko Francyi—jak nie wystarcza to dla pojęcia ducha żadnego wielkiego artysty. Zresztą skoro przypomni- my sobie, że Napoleon, dla którego każdy cel bezpośredni wydawał się zbyt błahym, idąc na Moskwę, myślał o podboju Indyi i pragnął uczynić Paryż stolicą świata, zbledną przed tym kolosalnym projektem gi- gantycznej wyobraźni wszelkie drobne, śmiesz- nie naiwne „zarzuty" najwykwintniejszych pi- sarzów. Niepodobna stosować mozaikowej, w dro- biazgach ginącej charakterystyki, jaką nam przekazali jedynie zewnętrzność rzeczy widzą- cy biografowie, względem mocarza, którego każdy czyn, każde słowo, każdy gest wypły- wał z takiego napięcia tysiąca uczuć, myśli, namiętności, jakiego pojąć nie sposób. Niepodobna stosować niepewnego, mozolnie kreska za kreską klejonego rysunku, wzglę- dem kolosu, którego linie wyryte są w kształ- tach piramid. Mówiono tyle o jego bru- talności i „dzikich uczuciach Hunna" dla kobiet. Tymczasem cóż wyrówna bezmier- nej pobłażliwości, dobroci i delikatności te- go „bezwzględnego egoisty" względem Jó- zefiny, tej Kreolki o ptasim mózgu i instynk- tach kurtyzanty, którą cesarz Francyi już po i rozwodzie napróżno błagał, aby nie wydawała rocznie więcej nad trzy miliony; a czyż na- miętne jego słowa, pisane do niej dzień w dzień podczas kampanii włoskiej, kiedy w r. 1796 w przeciągu dni piętnastu odniósł sześć piorunujących zwycięstw, można pomó- wić o „aktorstwo i kłamstwo?*' „Przyjedziesz do mnie, nie prawdaż? Będziesz tu przy mnie, przy moim boku, na sercu mojem, w ramio- nach moich! Na skrzydłach przyleć! Przyjdź, przyjdź!" A jednocześnie tak pisał do brata Józefa: „Muszę ją zobaczyć, przycisnąć do ser- ca, kocham ją do szaleństwa, nie mogę być od niej daleko. Gdyby mnie ona nie kocha- ła, nie miałbym już co robić na świecie. Och, przyjacielu mój, polecam ją tobie. Zrób tak, aby mój goniec nie zostawał w Paryżu dłużej nad sześć godzin, aby powrócił co rychlej przywrócić mi życie!" A gdy Józefina przy- jechać nic chciała, groził opuszczeniem wszyst- kiego, wzięciem dymisyi, nawet opuszczeniem pola walki i powrotem do niej. Człowiek, któ- rego przeżera ambieya, nie pisze tak do kobie- ty u progu nieśmiertelnej chwały. Brutalnym bywał tylko wobec tych, któ- re lub którzy nie warci byli innego postępo- wania. Nie zranił nigdy Walewskiej; poważał i szanował wszelkie uczucia tej wyjątkowej duszy. Rodzina wyzyskiwała go w sposób najbezczelniejszy. Z bratem Józefem dzielił się wszystkiem jeszcze wtedy, gdy sam przy- mierał głodem. A że dawał się unosić niena- wiści i popełniał czyny, któtych mu historya wybaczyć nie chce (książę d’Enghien), na to tylko powiedzieć można: „Był człowie- kiem..." Jeżeli umiał działać świadomie porywają- cemi słowami, to silniej jeszcze nierównie dzia- łał niesłychanymi czynami. Jeżeli stawiał lu- dziom wymagania nad siły, jeżeli żądał od swoich żołnierzy ich krwi, bohaterstwa i życia, to stawiał im przed oczy przykłady własnych nadludzkich bohaterstw i celów nadludzkich. Zmuszał ludzi do zużytkowania wszystkich sił i zdolności, do kładzenia całej duszy w to, do czego dążyli. Uczył świat wielkości—wielko- ści pragnień i poświęceń, wielkości uczuć i myśli. Nikt się już teraz nie dziwi szałowi uniesień, jaki wzbudzał jego widok, morzu krwi, jakie przelał, milionom serc, które do niego przylgnęły. Szedł, jak burza, jak na- wała rzek, wezbranych na wiosnę, pchany siłą żywiołu, fatalizmem losu. I cóż w tem dziwnego, że burza połamała jedne krzewiny, a odrodziła drugie, że namul wód wiosennych wyjałowił jedne pola, a użyźnił takie, które dość miały i tak sił żywotnych? Bo cesarz Francuzów brał dla swych celów nietylko siły ciała i zdolności mózgu. Brał on i dusze ludzkie i to tak dalece, że, jak twierdzi Wy- spiański, wyczerpał entuzyazm niektórych lu- dów, aż go im dla nich samych nie starczyło. Ale i w tym poglądzie łatwo znaleźć przesadę. Eluragan, jaki odświeżył zgniłe powie- trze Europy, odrodził też duszę tych, o których mówił Wyspiański. Geniusz-bohater kazał prze- mówić bohaterom, zbudził wielkich poetów i wiel- kich myślicieli, wydobył z dna dusz i serc ludz- kich groźne, niewypowiedzianie piękne tajem- nice, wiecznie trwałe skarby kultury narodowej, i to nietylko u nas. JAN KLECZYŃSKI OR-OT: LEGENDA CESARSKA. I. Uderza legjon spienionych fal O skalne brzegi Korsyki, Płomienny wicher polata w dal, A górą orzeł mknie dziki. Swobodny orzeł błękitem mknie Z swobodnym wiatrem w zapędy, Niezwyciężony wspaniały ptak Napoleońskiej legendy. On jeden dumę zachował swą, Rycerski zapał i siłę, Gdy dookoła skarlały ród, A wielcy poszli w mogiłę. Z przegniłej ziemi ulata wzwyż, Ludzka go podłość przeraża, Z bojowym krzykiem oblata wkrąg Skaliste gniazdo cesarza! II. Na ziemi cisza i noc. Na sklep Ciemnego niebios błękitu Wzeszedł księżyca bladawy sierp I martwo patrzy z zenitu. Na ziemi cisza i noc. Świat śpi, Żadne go widmo nie budzi, Ciężko, bezmyślnie śpi ludzki ród, I drzemią duchy tych ludzi.
TYGODNIK ILLUSTROWANY N? 49 937 I coś się staje, czyni się coś, Moc jakaś światem przelata, Niezwyciężona ogromna moc, Poezyą czynu skrzydlata. Drgnął w swych posadach uśpiony świat, Wzdrygły się duchy człowiecze - Czy to zakrakał cesarski ptak? Czy brzękły lance i miecze? III. Dobosze werbel biją; na gwałt Trąbią cesarscy trębacze, Wszczyna się bitwa, kruków i wron, Czerni się staja i kracze. Dobosze werbel biją; na gwałt Konnicy trąbka uderza, Na ono granie bije, jak dzwon, Waleczne serce żołnierza. Jeszcze nie widać rycerskich wojsk, Ni lśniących armat, ni koni, Li przeraźliwy pobudki dźwięk Dzwoni i dzwoni- i dzwoni! Jeszcze nie widać rycerskich wojsk, We mgle ukryte ich twarze, Lecz przerażony u czuwa świat, Że wódz się wkrótce ukaże. IV. U Inwalidów uderzy] dzwon, Rozległ się echem ponurem, Sława w wawrzynach stanęła tam, 1 targa ręką swą sznurem. U Inwalidów uderzył dzwon, Sarkofag pęka kamienny, I brzękła szpada i wstaje on, Milczący groźny —niezmienny! Zielony mundur na sobie ma I szarą swoją kapotę, Trnmniane orły do jego stóp Schylają głowy swe złote. Kędyś w przestrzenie wpatrzony hen Śni krew- zwycięstwa- pożogę I od początku zaczyna znów Swą dawno przebytą drogę. V. Skromny porucznik piersi swych żar Ukrywa pilnie przed światem, A świat wziął w ręce żagiew a nóż I krwi się poi szkarłatem. Pada w ruiny odwieczny gmach, Z karków tysiące głów zlata, Słoneczne jutro już w chmurach lśni, Lecz dziś należy do kata! I kiedyś rankiem zbiera się tłum, Pijaną wrzawą wybucha, W wózku skazańców modli się król, Do tronu Boga śle ducha. Królewska głowa runęła w pył, Pobladły motłochu twarze... O czemś ty myślał, na głowę tę Patrząc, jutrzejszy cezarze? VI. Już padły Włochy do jego stóp, Już kraj go Wschodu urzeka, Z szczytu piramid patrzy na świat, Bóg wojny w ciele człowieka. Z szczytu piramid patrzy na świat, Na jego drogi i dzieje — Od dni początku któż równy mu? Pigmeje! same pigmeje! Goreje słońce, palmowy gaj Do marzeń wodza kołysze; Hannibal, Cezar jemu się śnią, On przy nich imię swe pisze. On przy nich pisze imię swe! Ach! Świat swem wypełnia imieniem, Morza i lądy słuchają go Z pokorą, lękiem i drżeniem! J VII. I na swe skronie koronę wziął, I burzą ziemię przelata, A za nim wierny, waleczny huf, Armja zwycięstwem skrzydlata. Z krańca po kraniec przygniata świat Potężna tytana stopa. On trony wali i wznosi je! I gnie się przed nim Europa! Sto wielkich zwycięstw! Dziesięć po sto Zdobytych w boju sztandarów I miljon trupów w kałużach krwi, - W szkarłatnej łunie pożarów. Na bojowiskach przejeżdża on. Blask żywiołowy zeń bije, A konający podnoszą skroń: Niech żyje Cesarz! Niech żyje! VIII. Szli na armaty, na pewną śmierć, Szli i ginęli za niego, Tam, gdzie pomarańcz zakwita gaj, Gdzie srebrne śniegi w dal biegą. Szli na armaty, w objęcia tej Straszliwej, ponurej pani, W bezmiernych stepach północnych stron, W skalnych wąwozach Hiszpanji. Dość było skinąć, dość było mu Cisnąć im słówko gorące Ułańskie kity rozwiewał wiatr, I lance lśniły, jak słońce. Ułańskie kity rozwiewał wiatr, Ułańska lańca szaleje I rozwiewała czujna wciąż śmierć Życie i złotą nadzieję. IX. Pęka pomału cesarski gmach, W gruzy się wielkie rozpada; Nienawiść ludów wstrząsnęła nim I gorsza od on ej zdrada! Knują marszałki zdradę! Hej wy, Na tron wzniesione książęta, Własnemi dłońmi pragniecie go W haniebne ujarzmić pęta! Patrzcie! tam obcy umiera wódz, Jaśnieje słońcem twarz blada, Rzuca się w nurty i ginie w nich: On śmierć nad hańbę przekłada! X. Uderza legjon spienionych fal O Świętej Heleny skały, Płomienny wicher polata w dal, Górą mknie orzeł w lot strzały. I przyszedł orzeł nad sławny grób, I zniżył skrzydła skrwawione, Blademu widmu przypadł do stóp, U stóp mu złożył koronę.
APOTEOZA NAPOLEOŃSKA (AKWAFORTA) Ze zbiorów Eugeniusza Phulla
HORACY VERNE F
SZTAB
STANISŁAW BAGIEŃSKI
ę.4O ARTUR GRUSZECKI. SŁOMIANY OGIEŃ. Podałam już wykaz innych wydziałowych, brakuje mi tylko pani i panny Wandy. Panie są z Królestwa, więc nic łatwiejszego niż wykazać się przed policyą pasportami. — Niestety, nasze pasporty musiałyśmy złożyć w magistracie, ale ja podyktuję pani potrzebne szczegóły, a policya może je spraw- dzić w magistracie. — Tak, to będzie najlepiej—uśmiechnęła się uprzejmie przewodnicząca.—Potrzebne jest dokładne podanie miejsca i roku urodzenia, nazwisko rodziców i sposób utrzymania—usiad- ła przy stole, wzięła arkusz papieru i przy- gotowała się do zapisywania. — Czy nie będzie pani ciemno?—spyta- ła Wandzia:—zapalę lampę. — 1 owszem, jeśli pani łaskawa. Po zapaleniu lampy, wszystkie trzy usiad- ły przy stole, i panna Żardecka wymieniła miejscowość w Piotrkowskiem, datę urodzenia, imiona zmarłych rodziców, a jako sposób utrzymania: procent od kapitału. Z kolei Wandzia powiedziała wieś w Ra- domskiem, rok urodzenia, imię zmarłego ojca i matki żyjącej w Warszawie. — Więc różnica wieku pań wynosi pięt- naście lat—mówiła przewodnicząca, cokolwiek rozczarowana: — pani ma trzydzieści cztery, a panna Wanda dziewiętnaście lat. — Czy wyglądam starzej?—uśmiechnęła się panna Żardecka. — Ależ nie, przeciwnie... sądziłam, że pa- ni młodsza—odpowiedziała, chowając zrobio- ną notatkę. I rozmyślała, że opowiedziana plotka nie ma związku z Wandzią, istnieje bowiem do- kument, pasport; bądź co bądź, pozostaje je- dnak romans Żardeckiej z Petryckim, ale i ten wydobędzie od niej przy zdarzonej sposob- ności. Tymczasem weszła doktor Szarewiczowa, uprzedzając, że przyszła na czas krótki, bo ma i ważne zajęcia domowe. — Rozpoczęłybyśmy natychmiast, gdyby I tylko zjawiły się Egermannowa i Zbyłowiczo- wa—mówiła przewodnicząca. — Pani Egermannowa dzisiaj przyjść nie może—odezwała się Wandzia;—spotkałam ją dzisiaj na rynku. — Zbyłowiczowa pewno także nie przyj- dzie—powiedziała doktor Szarewiczowa, po- prawiając swe ciemno blond włosy przed lu- strem—gdyż dwa posiedzenia opuściła z po- wodu gości; dzisiejsze dla oddania wizyty; na czwarte będzie chora, i t. d., i t. d. — śmiała się ironicznie, i siadając przy stole:—Zdaje mi się, że możemy zaczynać... Co jest na porząd- ku dziennym? — Sprawa budżetu, niezałatwiona na po- przedniem posiedzeniu — rzekła Wandzia, pa- trząc w książkę. — Uczestniczki zalegają w opłacie — przemówiła przewodnicząca; — nie chcę robić nacisku, bo gotowe się wypisać, jak to dosyć zrobiło... Że też u nas zawsze ten słomiany ogień... zrazu zapał, ochota, przyrzeczenia, a potem zniechęcenie, unikanie klubu, ż po- czątku wieczorami ten stół był zbyt mały, dziś zjawia się kilka, i prędko odchodzą. — To naturalne następstwo — odezwała się panna Żardecka;—już dawniej proponowa- łam, by urządzić pogadanki, odczyty... — Nie na wiele się przydadzą—uśmiech- nęła się doktor Szarewiczowa; - chcąc ożywić nasze zebrania, ściągnąć większą liczbę kobiet, rozruszać śpiące, wzmódz energię... widzę je- den, jedyny sposób... dopuścić do Klubu męż- czyzn! Wszystkie trzy panie powitały tę propo- zycyę okrzykiem zgrozy i oburzenia. — To niemożliwe! to przeciwne statutom naszym! — zawołała przewodnicząca. — Jeśli mężczyźni do swoich klubów nie przyjmują kobiet, dlaczegóż my mamy robić podobne ustępstwa!? — Najpierw — mówiła spokojnie doktor Szarewiczowa—prócz klubów przeznaczonych do gry, wszystkie inne przyjmują kobiety ja- ko swych gości; następnie mężczyźni będą u nas tylko gośćmi, których należy nam zjed- nywać na zwolenników naszych idei; wresz- cie bez mężczyzn Klub będzie świecił pustka- mi... Wniosek swój utrzumuję. — Sprzeciwiam się dopuszczeniu męż- czyzn,— zaczęła zarumieniona panna Żardecka —gdyż w takim razie nasz Klub, który ma poważne i szlachetne cele, przemieni się na salon flirtu i zabawy... Znam podobne stowa- rzyszenia kobiet w Warszawie, i żaden męż- czyzna do nich nie należy. Dlaczegóż my ma- my się wyróżniać? — Co innego Galicya, co innego War- szawa—odezwała się nie bez słuszności prze- wodnicząca;—co kraj, to obyczaj. Jak mi mó- wiono, mężczyźni w Warszawie są znacznie gorsi od naszych... Koło, mówiąc prawdę, ma znacznie więcej członków od nas, a nie za- wdzięcza tego przecież Lecińskiej,—uśmiechnę- ła się lekceważąco—lecz wprowadzeniu męż- czyzn. — Jak to? I pani jest za tym wnioskiem? —zdziwiła się Wandzia. — Znane są moje przekonania o męż- czyznach,—odpowiedziała z godnością- i tych nie zmieniam, ale godzę się z koniecznością... Wolę, by Klub istniał z mężczyznami jako gośćmi, aniżeli by przestał istnieć zupełnie... i dlatego popieram wniosek doktora Szarewi- czowej. Zgodziłabym się wreszcie na dopusz- czenie mężczyzn, ale pod warunkiem, by przy- chodzili tylko na odczyty, na pogadanki—mó- wiła nie bez wewnętrznego żalu panna Żar- decka. — Przyjmuję poprawkę—zawołała weso- ło doktor Szarewiczowa—i pragnę tylko tego, by udało się nam tu ich ściągnąć. — A! co do tego — oburzyła się prze- wodnicząca—niema żadnych obaw. Siostrze- niec mi opowiadał, że wszyscy jego znajomi, a są to ludzie napewno moralni i wykształce- ni, prosili go kilkakrotnie o możność odwie- dzenia naszego Klubu. — Tem lepiej dla nas—zaśmiała się dok- tor Szarewiczowa. — Boję się tylko, czy na długo starczy ich ciekawości. — Pani zechce zapisać przyjęcie wnios- ku—spojrzała na Wandzię. — Natychmiast. — Następnie muszę panie zawiadomić, że Klub został zaproszony przez panią Leciń- ską do wzięcia udziału w pierwszym zjeździe kobiet. Spojrzały trochę zdziwione po sobie, a doktor Szarewiczowa spytała: — Do jakiego udziału?... Czy mamy przyjść i bić brawo pani Lecińskiej?—uśmiech- nęła się drwiąco. — Koło prosi, by która z nas zechciała wygłosić odczyt na zjeździe. — Ach, tak! — zawołała doktor Szarewi- czowa ironicznie: na zjeździe niema kto prze- mawiać, więc do nas w prośby. — To samo powiedziałam Boreckiej, któ- ra przyszła z zaprosinami... ale sądzę, że ze względu na solidarność, nie należy nam odmawiać współudziału. — I ja tak myślę,—skinęła głową panna Żardecka—zwłaszcza, iż w tym przypadku nie można Lecińskiej odmówić pewnej zasługi. — To nie jej zasługa, oburzyła się prze- wodnicząca—tylko doradcy... mężczyzny, sa- ma Borecka to przyznała. — Ostatecznie mogę przemawiać —rzekła doktor Szarewiczowa—w sprawie ekonomicz- nej niezależności kobiet. — Podobno dużo będzie wieśniaczek — wtrąciła panna Żardecka. — Tem lepiej, byłam kilka razy na let- niem mieszkaniu, na wsi pod Skawiną, i przy- patrywałam się chłopskiemu gospodarstwu... A pani dokąd wyjeżdża?—zwróciła się doktor Szarewiczowa do przewodniczącej. — W tym roku byłam pod Myślenicami i zarzekłam się. Drożyzna, nie można było dokupić się masła, kurcząt, i drogo. Za pokój z kuchnią trzydzieści guldenów na miesiąc. — O tak, nasi chłopi poczciwi umieją zdzierać, za każdą usługę, za każdą jarzynkę płać i płać, i niczego nie można dostać. Jeśli chciałam przyjąć gości, musiałam wszystko z Krakowa sprowadzać. — Zupełnie jak u mnie — westchnęła przewodnicząca. Byłam z Wandzią w Zakopanem wtrąciła panna Żardecka:—ależ drożyzna1 — O, to nasze Zakopane zupełnie nam popsuli Królewiacy!—zawołała przewodnicząca- —dawniej można tam było mieszkać, a teraz lada głupi góral pyta najpierw: a skąd pocho- dzę? Jak dowie się, że z Galicyi, już kręci nosem, bo wie, że my w Galicyi oszczędni,
941 Z EPOPEI NAPOLEOŃSKIEJ: ROK 1812 KSAWERY P1LLATI nic tacy rozrzutni i lekkomyślni, jak Warsza- wiacy. — Jednak Zakopane odkrył Chałubiński, Warszawiak—broniła Wanda. — Gdyby nie on, byłby inny zwrócił uwagę na Zakopane — rzekła z ironią doktor Szarewiczowa. — Pierwsi Warszawiacy przyjechali gro- madnie do Zakopanego!—zawołała panna Żar- decka. — Ale Zakopane należy do nas, nie do Warszawy,—rzekła z gniewem przewodnicząca i nie pozwolimy odebrać go sobie. — Do tego przedmiot należy, kto go używa—zapalała się panna Żardecka. Spór zaogniał się, oczy pań błyszczały zawziętością i uporem. Pierwsza spostrzegła to Wandzia i zwróciła się do przewodni- czącej: — Czy mam zapisać do uchwał wydzia- łu, że doktor Szarewiczowa będzie przemawia- ła na zjeździe? To pytanie przywróciło spokój i harmo- nię. Przewodnicząca, ułożywszy fałdy swej twarzy do łagodności, odpowiedziała: — Owszem, proszę zapisać... Zdaje mi się, że nie wypada mi, jako przewodniczącej Klubu, zabierać głosu na zjeździe. — Ależ przeciwnie! — To pożądane! - zawołały panie. — Hm... namyślę się... może i powiem kilka słów, bo przecież na zjeździe nie będą sanie zwolenniczki Koła... A pani nie przemó- wiłaby?—-zwróciła się do panny Żardeckiej. — Ja... hm... sama nie wiem... ale jaki jest cel zjazdu? — Otóż to! — zawołała przewodnicząca, składając ręce — zapomniałam powiedzieć pa- niom... zaraz... już wiem! Zjazd ma obrado- wać nad stanowiskiem kobiet w rodzinie i w społeczeństwie, oraz nad wychowaniem... Naturalnie Lecińskiej system wylezie... miłość, wiara, przebaczenie... znamy to — śmiała się ironicznie. — Mogłabym powiedzieć słów kilka o społecznych dążeniach dzisiejszych kobiet. — Bardzo dobrze... zapisz pani—rozpo- rządziła przewodnicząca, ciesząc się, że doku- czy Lecińskiej. — A pani o czem będzie mówiła?—-spy- tała doktor Szarewiczowa. •— Wogóle nie wiem, czy będę przema- wiała... namyślę się, rozważę... To jednak cie- kawe, skąd ta Lecińska bierze pieniądze na „Znicz"? — Podobno ma swój posag — objaśniła panna Żardecka. — Ależ—uśmiechnęła się przewodniczą- ca—czy rozsądny mąż pozwoli trwonić posag, który należy się prawnie córce?... a podobno ma córkę. — Nie; zdaje mi się, że ma trzech sy- nów... i mówią na mieście, iż on podał się do emerytury, ma podobno z nią mieszkać. — Co pani mówi!?—zawołała przewod- nicząca—a to nowa historya!... Ale w takim razie Kolo się rozwiąże, bo on nie będzie ta- ki głupi, by jeszcze dopłacał do Koła!? — Nic nie wiem więcej... ale dopytam się—mówiła doktor Szarewiczowa, zadowolo- na, że pierwsza powiedziała tak ważną no- winę. — No, no, ktoby się tego spodziewał! — nie mogła się uspokoić przewodnicząca:—zda- wało się, że rozstali się na dobre, mówiono o rozwodzie, nagle już razem, już dobrze.. ach, ci mężczyźni, w niczem nie są stali, kon- sekwentni, logiczni... istne chorągiewki! — Boże, jak późno!—zawołała nagle do- ktor Szarewiczowa spóźnię się.. już idę., że- gnam panie. — Niechże pani podpisze uchwały wy- działu... — Na drugi raz... teraz nie mogę, — i naciągając rękawiczki, rzekła: — dziś ma I przyjść do nas jedno młode małżeństwo z po- dróży poślubnej, ciekawa jestem jej wrażeń. — Ach, zwykłe rzeczy — powiedziała pani Sylurska lekceważąco: — na razie za- chwyty, a potem przyjdzie smutek i płacz. — O, nie u niej! -— zaprzeczyła doktor I Szarewiczowa: — to dzielna, energiczna dziew- czyna, i da sobie radę z mężem. — Tak się to mówi, — powiedziała pan- na Żardecka — ale jedna na tysiąc zostaje po ślubie taką, jak była. — Trudno, proszę pani... nowe obowiąz- ki, nowe życie... — mówiła pani Sylurska. — O, nie, ja np. nie zmieniłam się wcale po ślubie, — zaczęła doktor Szarewi- czowa — przeciwnie, rozwinęłam i pogłębiłam swoje zasady... Panno Wando, pamiętaj pani moją naukę: wszystko zależy od pierwszej chwili... trzeba nauczyć męża, iż musi ciągle dbać o względy i łaski żony. — Nie myślę iść za mąż. — Tak się mówi, — zaśmiała gię głoś-
943 BRONISŁAW GEMBARZEWSKI • które w tych dniach opuści prasę) NAPOLEON I-szy i Ks. JÓZEF (Z dzieła Br. Gembarzewskiego p. t. .Wojsko polskie. Księstwo Warszawskie (1807—1815), tknąwszy się, i szedł obok niej, mówiąc z ironią: — Cóż za szczególna wytrwałość! Jeszcze nie znudziły się lekcye? — Właśnie idę do schroniska — odpo- wiedziała lekko zmieszana. — A mnie to właśnie dziwi — obrzucił ją wzrokiem. — Sądziłem, że pani dosyć ma tej sukni miłosierdzia... Kobiety, widzi pani, naprawdę nie lubią nic prócz strojów... Jedna ubiera się w malarstwo, druga w naukę, trze- cia w dobroczynność... i noszą dopóty ten strój, póki trwa moda i jest do twarzy. — Myli się pan... kobiety są wytrwałe, a zarzut pana można zastosować równie dob- rze do. mężczyzn—powiedziała dość szorstko. — Pani ma siebie na myśli, — zaśmiał się — ale wyjątek nie stanowi reguły... i na- wet mimo zaprzeczenia pani utrzymuję, że przeważnie dbają kobiety więcej o formę ze- wnętrzną, aniżeli o treść. — W Polsce wolno, jak kto chce — za- śmiała się z ironią: — wolno panu mieć takie zdanie o kobietach, a ja mam inne. Szli dalej w milczeniu, wtem gęstsza chmura zasłoniła blask słońca. — Jak nagle zrobiło się — mówiła — szaro, brudno, niemile! — Jak zwykle na ziemi, — uśmiechnął się — i trzeba sobie stworzyć słońce własne, uwierzyć w nie, by życie było jasne i miłe. — Stworzyć? — spytała wątpliwie. — Tak jest, i częściej takie słońce wy- twarzamy siłą uczucia, aniżeli na drodze ro- zumu i woli; ale jedno i drugie słońce za- równo świeci... naturalnie, o ile go chmury nie zakrywają. A chmury bywają różne: zwątpienia, smutku, bezsilności... — I pan ma takie sztuczne słońce? — Miałem jedno, to sztukę, dziś się zdwoiło... lecz to zjawisko znane jest w astro- nomii, są bowiem konstelacye o podwójnem słońcu. — To musi być dziwne. — Takie zjawisko można obserwować i na ziemi; oczywiście, u ludzi, którzy napraw- dę dążą i wierzą w słońce, nie zadowalając się gwiazdami. — Nie lubi pan gwiazd? — Gwiazdy i próchna potrzebują nocy, by świecić, a ja chcę światła, słońca, życia... Widzi pani, — wskazał białą płaszczyznę za Dębnikami — jak teraz w słońcu wszystko się tam skrzy, drga światłem, migoce, pali się błyskami... to mój świat, to panowanie słońca! I takiem chcę mieć życie. Zapomina pan o jednem prawie na- tury, ale wszechwładnem... za chwilę ten jasny świat zniknie, bo słońce zakryją chmury lub noc nastanie. — Ależ pani szanowna, nigdy nie na- leży pytać róż, kiedy zbledną, fali o mróz, światła o noc... dość szczęścia dla nas, że są, że je widzimy i czujemy. Życie tak krótkie, po- cóż psuć je sobie wspomnieniem nicestwa? — 1 panu dobrze z takiem złudzeniem?— spytała z lekkiem zdziwieniem. — Tylko złudzenie jest coś warte w ży- ciu, rzeczywistość bywa zwykle smutna i sza- ra. Iw tej chwili jestem szczęśliwy złudzeniem. — Jakiem? — Wyobrażam sobie, że jesteśmy gdzieś na odludziu, bo naprawdę nikogo niema w tej chwili, i jesteśmy tylko we dwoje. Idziemy w kraj światła i słońca, rozmawiamy bez słów, odczuwamy bez dotyku, widzimy siebie, nie patrząc... i nic ziemskiego niema w nas i z na- mi, upajamy się powietrzem, światłem, obra- zami... i to trwa wieczność całą. Czyż to złu- dzenie nie przewyższa o całe niebo rzeczywi- stości?... Pani naprawdę idzie na lekcyę z dzieciakami... ja po chwilowem podnieceniu wracam do pustki... i szare życie wlecze się za nami jak cień. — Złudzeniami żyć nie można — starała się być trzeźwą i rozważny. — Ależ, proszę pani,—uśmiechnął się— to rzecz obojętna, czy czas wypełnia się męką, czy rozkoszą, bo czas minąć musi i zawsze czeka nas grób; a w każdym razie wolę roz- kosz złudzenia, aniżeli mękę życia. — Czyż życie pana jest zawsze męką?— uśmiechnęła się z niedowierzaniem. — Życie?... To ciągłe pragnienie, to nieustanne dążenie dalej i wyżej, a już samo chcieć jest bezkresną przepaścią, której nic nie może zapełnić. Wzrok może się zatrzy- mać na krańcach widnokręgu, ale myśl, chce- nie, fantazya idzie dalej w bezmierną nie- skończoność; w tem wielkość, w tem słabość człowieka. Jakiś czas milczeli, i spytała: — Czy pan wystawił swój obraz? — Dziś oddałem na wystawę, ale nie „Wandę," tylko inny, który bardziej przemawiał do mego usposobienia. — A cóż będzie z „Wandą"? — Może kiedyś wykończę. — Dlaczego pan — mówiła po chwili z pewnem wahaniem—tak nagle przerwał pra- cę swoją nad obrazem? — Dlaczego?... Hm... bo treść brała górę nad formą... a pani rozumie, że jako malarz muszę panować nad treścią i naginam ją do wymagań sztuki. W tym przypadku zamiast być obserwatorem dramatu Wandy, zostałem aktorem i dlatego obraz zarzuciłem. — I nie żal panu tyle pracy? — Żal?... Cóż mi on pomoże?... Trzeba się otrząsnąć i iść dalej. Gdy byli już blizko schroniska, spytał z pewną nieśmiałością: — Czy nie mogłaby mi pani powiedzieć, w jakim stosunku do pani zostaje ów wyele- gantowany młodzieniec, który odprowadzał panią? — To mój znajomy, pan Domnicki. — Narzeczony? — Wcale nie. — Naprawdę? Szczerze? —- Jak najszczerzej. — To dobrze, to bardzo dobrze!—zawo- łał:—dziękuję pani. (DCN)
944 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 49 Z tygodnia na tydzień. Rada na ciężkie czasy. Najpopularniejszy to dziś temat do rozpraw zarówno w kółkach popularnych, jak na forum publicznem. Nawet wojna, nużąca zbyt długo- trwałem napięciem oczekiwania jakichś decydują- cych wyników, poza którymi możnaby było doj- rzeć jej upragniony koniec, ustępuje pierwszeństwa w zainteresowaniu powszechnem swej nieodrodnej córce—biedzie. I nie dziw: wojnę odczuwamy pośrednio, trud- ności zaś budżetowe każdemu wprost dają się we znaki. Dobrze więc utrafił w aktualność chwili Kurrer Warszawski, urządzając w_ sferze czytelni- ków swoich ankietę na temat: jakie mogą być środ- ki i sposoby przystosowania budżetów rodzin nie- majętnych do trudnych warunków obecnego prze- silenia? Jak widzimy z nadsyłanych odpowiedzi, ten wiec publicystyczny pociągnął wielu chętnych do zabrania głosu. Oczywiście, rezultatów całkiem pozytywnych w szerszym zakresie, nikt stąd nie oczekuje, po- nieważ sytuacya nie wynikła z jakiegoś przypad- kowego nieporozumienia, które potrzeba tylko wyświetlić należycie, aby usunąć przyczynę złego. W dzisiejszem położeniu ujawniają się następstwa czynników zewnętrznych, zbyt silnych, aby można było myśleć o zwalczeniu ich sposobami, które znajdują się w rezerwie, tylko były zapomniane. Takich sposobów niema i niema też radykalnego środka na trudności, dopóki nie ustanie działać sa- ma ich przyczyna. Z takiego stanu rzeczy zdają sobie dobrze sprawę i redakcya, i uczestnicy ankiety; niemniej przeto sądzimy, że okaże się ona użyteczną, jako dobra rada dla jednych, jako podnieta do obrony dla drugich. Nie ulega bowiem wątpliwości, że w ramach praktycznej możliwości jedno i drugie będzie osiągnięte. Głosy, które czytaliśmy dotychczas, zalecają przedewszystkiem oszczędność, ale pojętą i stoso- waną rozsądnie. To znaczy, że każdy, kto ciężar przesilenia lub drożyzny uczuwa na swoim bud- żecie, powinien z niego wykreślić wszystko, co wy- kracza poza granicę niezbędnej potrzeby. Waru- nek przytem konieczny: trzeba budżet mieć i trze- ba ścisłą rachunkowość prowadzić. Całkiem słuszne są głosy, które podnoszą, że ludzie, łaskawie uposażeni od losu, powinni w czasach, jak dzisiejsze, stosować system wprost odwrotnie, niż szeroka masa pasierbów fortuny. Powinni ci wybrańcy wydawać więcej, niż zwykle, aby wzmocnić obieg kapitału krwi w wycieńczo- nym organizmie, — ale w wydatkach tych należy mieć na uwadze produkcyę krajową. s * Pomnik Mickiewicza w Poznaniu. Stał w zaciszu kościoła św. Marcina od lat czterdziestu pomnik Mickiewicza, wykonany przez Wł. Oleszczyńskiego z nietrwałego piaskowca. Przez znawców dzieło to uważane było za naj- lepsze dotychczas odbicie postaci wieszcza, który stal cichy, zakryty, otoczony ciemnymi murami w głębi zarosłego ogródka. Ząb czasu bezkarnie rył na nim ślady swego biegu. Nikt nie dbał o to, aby odświeżyć go, wyplenić chwasty, zasadzić kwiat lub drzewko, posypać szary muł piaskiem; w długich przerwach czasu tylko nieznana ręka składała u stóp pomnika skromny wieniec, który wiądł samotny, aż go deszcz lub wiatr rzucił po- między spadłe liście. Przechodzień spojrzał w roz- AUTOGRAF „GRAŻYNY." Własność Biblioteki hr Przezdzieckich w Warszawie. (Ob. art. na str. 948 w Kronice). targnieniu i poszedł dalej; obcemu, który zawitał do Poznania i zwiedzał jego pamiątki, nikt go nie pokazał, bo nie było też z czem się chwalić. I byłby pomnik runął i zniszczał, a niktby się o niego nie upomniał, boby o zgrozo!—przyszło jeszcze dać składkę na odnowienie i zająć się sprawą, która „nic nie przyniesie i chleba nie dd.“ Ale na szczęście, znalazł się rodak dobro- czynny, który nazwisko swe pragnie zachować w ukryciu, zakrzątał się, znalazł chętnych wyko- nawców swej woli, i dzisiaj Poznań nie potrzebuje się wstydzić, bo i on w swych murach posiada udat- ne i artystyczne odbicie naszego wieszcza. Na co gdzieindziej zbierano latami składki od możnych i ubogich, na co zwoływano komitety i komisye, tutaj zdziałał jeden ofiarny człowiek. Wedle dawnego wzoru odlał znany rzeźbiarz wielkopolski nową figurę Mickiewicza z bronzu. Plan podał i zajął się jego wykonaniem p. Roger Sławski, dawniej budowniczy rządowy w Berlinie, dziś oby- watel naszego miasta. W porównaniu z dawnym pomnikiem nowy przedstawia się bardzo okazale. Figura wieszcza wysunięta ku ulicy, otoczona cokółem, przykuwa mimowoli uwagę przechodnia. Dwie figury ale- goryczne wyobrażają dziewczynę wielkopolską, która ku wieszczowi wyciąga dłoń z kwiatami, i pacholę, podtrzymujące znicz. Gdy tło pomnika wypełnią drzewa świerkowe i po zniwelowaniu bardzo niedogodnego terenu, odgrodzą go od ulicy nowe kraty, całość przynie- sie zaszczyt ofiarodawcy, a mieszkańcom grodu Przemysława przypomni może starą prawdę, że „nietylko samym chlebem żyje człowiek." . Icer. EPILOGI. „ Czterościanoivość.“ Wyraz nowy... ukuliśmy go w kuźni przyja- cielskiej, rozmawiając o życiu społecznem u nas. Zacieśnia się ono, zwęża, jałowieje. O tem wie- my wszyscy. Nasze instytucye nie mają człon- ków, nasze stowarzyszenia więdną, ludzi z inicya- tywą, ludzi, zdolnych do czynu, obdarzonych zmy' słem organizacyjnym coraz mniej. Żyjemy w roz- sypkę. Jeszcze starsze pokolenie ratuje honor w klubach przy wincie, ale my? młodsi? kwaśnie- jemy po domach i—narzekamy. Nie jest to partykularyzm, me jest to za- ściankowość- to typowe dla Warszawy współczes- nej, „zamknięcie się w czterech ścianach." Znam ludzi młodych, inteligentnych, wy kształconych, którzy w 30 roku życia, a wKc w dobie największego rozkwitu swoich sił już się cofnęli w zacisze domowe i żyją w zupełnej iz°' lacyi od społeczeństwa. Znam „filistrów," którzy przetrawili wiele rzeczy i sięgnęli w głąb niejed- nej kwestyi, a więc mieliby coś do powiedzenia społeczeństwu—a milczą. Znam także takich, któ- rzy narzekają na apatyę, na gnuśność, na odręt- wienie, a ani jednem drgnieniem własnej duszy mc przyczynią się do obudzenia śpiących. Dziwne społeczeństwo—powiedziałby °b" cy obserwator:— rozpoznaje swoją chorobę, czuje astmę, skarży się na krótki oddech, a nie nabiera w płuca powietrza. 1 miałby słuszność, bo naprawdę stajetny si? społeczeństwem dziwnem. Wytrwale, konsekwentnie, a prawie nieświadomie posuwamy się ku zupełne mu bezwładowi. Ogarnia nas śpiączka, która Pr° wadzi do zaniku instynktów życia zbiorowego obywatelskiego,
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ale 49 945 To zooii politikoii przestaje u nas istnieć. Rozdrabniamy się coraz bardziej, różniczkujemy się coraz wyraźniej, indywidualizujemy się do gra- nic ostatecznych, poza któremi zaczyna się już całkowite rozluźnienie więzi społecznej i — proces rozkładowy. A człowiek potrzebuje obcowania z ludźmi, potrzebuje wymiany myśli, starcia się poglądów, atmosfery podniecającej, bodźców do pracy. Po- trzebuje tego i uczony, i artysta, i technik każdy w swojej dziedzinie. Inaczej rutynizuje się, wpa da w manierę lub w banalność, przestaje dążyć naprzód. U nas tymczasem wszyscy narzekają na brak tych bodźców i narzekają słusznie. Narzekają na brak atmos/ery i nie mylą się, bo jej niema na- prawdę. Dlaczego? Bo jeden człowiek atmosfery takiej nie wy- tworzy, może ona powstać tylko w gronie szero- kiein i wówczas szerokie także kola ogarnie. Ale do tego trzeba świadomego współdziałania sobie, trzeba zbiorowego wysiłku i zbiorowej emaiuicyi ducha. W „czterech ścianach" możemy wzniośle czuć, pięknie myśleć, gorąco pragnąć, ale te uczu- cia, myśli i pragnienia nie zamieniają się nigdy w żywą energię, jeżeli ich nie wyniesiemy poza obrąb naszych czterech ścian. Będą tam one jak drzewa cieplarniane, które wydają nikły i karłowa- ty owoc. Inteligencya nasza, zamknięta w dobrowol- nym klasztorze, musi to sobie uświadomić i pa- miętać, że: „Der Mensch rnuss hinaus *) Ins weltliche Leben, Muss diirjeu und streben* gdyż inaczej grozi nam gnuśność zupełna. A już niedaleko do niej.. Z. Z>. *) Człowiek powinien wnikać duszą W życiowe wiry świata, Powinien módz i dążyć!... Teatr, muzyka, sztuki plastyczne. W Odesie wystawiono kilkakrotnie z wielkicm powodzeniem sztuki St. Przybyszewskiego: „Dla szczę- ścia," „Złote Runo" i „Goście." Sprawozdawca teatral- ny Odes. List, zwraca uwagę na głęboko filozoficzną treść wspomnianych dramatów, zachwyca się artystyczną ich budową i podkreśla szczególnie talent sceniczny autora, ujawniający się w przykuwaniu uwagi widzów do toczącej się przed nimi akcyi. Obecnemu na przed- stawieniu twórcy urządzono gorącą owacyę. o * Mieczysław Karłowicz. Dnia 28 listopada odbył się koncert młodego kompozytora, który wstępnym , M1LCZYSŁAW KARŁOWICZ i STANISŁAW BARCEW1CZ. bojem zdobył entuzyazm szerszej publiczności i głębokie uznanie zawodowych muzyków Zjawienie się p. Mie- czysława Karłowicza wśród plejady kompozytorów pol- skich ostatniej doby-—należy uważać jako fakt doniosłego znaczenia dla muzyki i sztuki polskiej w ogólności Trudno dziś przewidzieć, do jakiego stopnia rozwoju i blasku dojść może twórczość młodego kompozytora, który dziś liczy zaledwie lat 28; wszakże do obecnej chwili złożył już tak wybitne dowody talentu, obszernej wiedzy, intcligencyi, wreszcie szlachetnego stylu i szczyt- nych aspiracyi, że zasługuje na baczną uwagę i gorące poparcie ze strony społeczeństwa. Podkreślamy to z tem większą skwapliwością, że p. Karłowicz, pomimo rozgło- su, jaki już zdobyć potrafił, jest zdaniem naszem, oso- bistością w kraju mniej ocenioną, niż na obczyźnie, jego kompozycye zaś mało znane, bo rzadko kiedy wykony- wane. Co do przyczyn—pomijamy tu dysonanse natury prywatnej, bez których, niestety, w naszym światku mu- zycznym obejść się nie może, pomijamy skromność mu- zyka, nie lubiącego reklamy, narzucania się, a przechodzi my do względów rzucających zarazem światło na indy- widualność kompozytora. Wśród kierujących u nas opi- nią powag muzycznych pannie przekonanie, że polski kompozytor powinien tworzyć wyłącznie na podstawie te- matów polskich. Dzieło, wyłamujące się z pod tego na- kazu, bywa narażone na krytykę, której ton obniża jego wartość i znaczenie. Podług artystycznego credo p. Kar- łowicza, nim twórca otworzy encyklopedyczny zbiór mo- tywów polskich Kolberga, powinien przedewszystkiem zajrzeć w głąb własnej duszy i pójść za głosem tych potrzeb, które mu natchnienie wskazuje. Umieć się od- naleźć i wypowiedzieć—pozostanie zawsze największym tryumfem artysty. Jeśli w sercu muzyka śpiewa nuta swojska, niech zostanie pieśniarzem narodowym, ale większą jeszcze chwałą współziomków może być ten, kto w arcydziełach zaklął pierwiastki wszechczłowiecze Szczerość, poryw uczucia i głębia myślenia—cechują utwory p. Karłowicza; opracowanie ich znamienuje wy- trawnego muzyka, który wszystkie gałęzie swego fachu poznał gruntownie i w zupełności owładnął instrumen tacyą. Niezależnie od talentu jest to rezultat długich i sumiennych studyów w kraju i za granicą. Naukę mu- zyki rozpoczął od gry na skrzypcach w Heidelbergu w r. 1885 pod kierunkiem kapelmistrza Rosenkruza. Od r. 1887 osiadł z rodzicami w Warszawie, gdzie ukończy! gimnazyum i pracował dalej nad skrzypcami pod kierun- kiem prof. Jakowskicgo, a od r. 1891 do 1895—prof. Barccwicza. Od roku 1890 rozpoczął studya teoretyczne muzykalne, naprzód u Noskowskiego, potem u Maszyń- skiego, wreszcie najdłużej u prof. RoguSkiego; jedno- cześnie chodził na wydział przyrodniczy uniwersytetu W r. 1895 wyjechał na studya do Berlina i tam do r. 1900 przeszedł cały kurs teoryi muzycznej pod kie- runkiem prof St. Urbana, a jednocześnie uczęszczał do uniwersytetu, słuchając na wydziale filologicznym wykła- dów historyi muzyki i filozofii. Od r. 1900 mieszka przeważnie w Warszawie. Od r. 1903 jest jednym z naj- dzielniejszych członków komitetu w Tow. Muzycznem, gdzie stworzył orkiestrę smyczkową. Dwa koncerty kom- pozytorskie, które p. Karłowicz dał w Wiedniu i Berli- nie przy współudzale Stanisława Barccwicza, uwieńczone zostały prawdziwem po- wodzeniem, wywołały kry- tyki bardzo pochlebne. Do najwybitniejszych dzieł p. Karłowicza należy zaliczyć jego pieśni, symfonię „Od- rodzenie", muzykę za sceną do dramatu „Biała gołąbka" Nowińskiego, koncert na skrzypce z towarzyszeniem orkiestry i poemat symfo- niczny: „Powracające fale." rg ZE SZTUKI STOSOWANEJ. * Piękny kielich w stylu zakopiańskim, roboty braci Łopieńskich, jest dowodem, że w, stylu tym, umiejętnie, z pomy- słowością prawdziwego ar- tysty zastosowanym, moż- na tworzyć prawdziwie estetyczne przedmioty, ma- KIFIJCH W STYLU ZAKOPIAŃSKIM. Ofiarowany do kościoła w Ciechocinku. jące tę wyższość nad innymi wytworami zbanalizowa- i.ych form, że są swojskimi i oryginalnymi nabytkami kultury czysto polskiej. Kielich jest przeznaczony dla WNĘTRZE KOŚCIOŁA W CIECHOCINKU. kościoła w Ciechocinku. Ofiarowali go mieszkańcy Cie- chocinka księdzu Felicyanowi Lutosławskiemu w dniu 17-m września, na pamiątkę 50-letniego jubileuszu kapłań- stwa. k Z SALONÓW ARTYSTYCZNYCH. 4 Profesor Leon Wyczółkowski w jednym z salo- nów Pałacu Sztuki wystawił cykl obrazów, osnutych na motywach tatrzańskich. Powiadamy: osnutych na motywach, nie zaś widoków z Tatr, gdyż rzeczywiście, włączając nawet znajdujący się tu portret Stefana Że- romskiego i studya portretowe „gazdów," nie są to by- najmniej, ściśle biorąc, zwyczajne pejzaże, lecz utwory skomponowane na nastrój, złączone z sobą organicznie jednym owiewającym je duchem jakiejś bajecznej, le- gendowej opowieści o skamieniałych rycerzach, o dzi- wach i cudach, których poetyczne tradycye lud w uko- chanych swych górach przechowuje. A portret Żerom- skiego, jakiś wyolbrzymiony i jakby epiczny, gdzie pi- sarz na tle tej przyrody romantycznej i surowej pogrąża się w górnej swej zadumie, dziwnie właśnie harmonijnie zlewa się z całością tych dzikich złomów skalnych „Ry- cerzy," uśnieżonych wierzchołków „Mnicha," tajemniczej głębi Czarnego Stawu i grozie poświstów wiatru halne- go. Jest to jakby jeden wielki poemat o wielu pieś- niach. Wystawę urządzono z nadzwyczajną starannością i wielkim smakiem artystycznym. Dyskretne, szare obi-
946 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ks 49 cie ścian i szare z wązką złotą obwódką ramy obrazów, spokojem swoim nie mącą w niczem skupionej harmo- nijnej wartości kolorystycznej utworów. Pamiętano, aże- by najmniejszy szczegół uboczny jaskrawszym, brutal- niejszym połyskiem nie rozrywał ogólnego tonu, nie , obniżał natężenia połysków na obrazach i tem samem nie psuł wrażeń, jakie winniśmy od nich otrzymywać. Staranność ta w urządzeniach jest objawem postępu na naszych wystawach, i należy ją przyjąć z prawdziwem uznaniem. W technice i sposobie malarskiego ujęcia przedmiotu u profesora Wyczółkowskiego witamy znowu nową fazę. Pod wpływem zapewne grafiki, której arty- sta ten w ostatnich czasach oddaje się z wielkiem zami- łowaniem, doszedł on do ostatecznych prawie granic w uproszczeniach. Nadzwyczaj małymi środkami wydo- bywa pełne, całkowite efekty zarówno kolorystyczne, jako też rysunkowe przedstawienie kształtu. Pastele je- go, wykonane kilku zaledwie kolorami, w kilku śmia- łych, energicznych rzutach, które przecież przedziwnie dokładnie utrzymują formę, są, zda się, najwyższym wy- razem syntezy malarskiej. J. T Dalekiego Wschodu. Pomimo panujących w Mandżuryi mrozów, do- chodzących do 29 stopni, potyczki nad Sza- cho przybierają coraz większe rozmiary. Celem ich bywa przeważnie akcya wywiadowcza—co do- wodziłoby już samo przez się, że wodzowie stron obydwu nie wyłączają możliwości poważniejszej bitwy. Istniały nawet pogłoski, zwiastujące obec- ność wojsk gen. Kurokiego o kilka zaledwie kilo- metrów od Mukdenu—i choć ta wiadomość dotych- czas nie sprawdziła się, nie ulega wątpliwości, że taki manewr oskrzydlający jednej z armii jedynie dałby możność wyprowadzenia przeciwnika z po- zycyi obronnej, która w ataku frontowym jest pra- wie że nie do zdobycia. Z drugiej strony łatwo dostrzedz niedogod- ności tak śmiałego manewru. Po pierwsze, armia, idąc manowcami aż poza pozycyę nieprzyjaciela, cierpiałaby przez, cały czas drogi na brak wody gdyż dostarczanie jej z lodu rzek jest połączone z wielkiemi trudnościami, a zresztą oddziały, któ- reby opuściły brzegi zamarzłych rzek byłyby po- zbawione i tego nawet sposobu jej zdobywa- nia, gdyż śniegi padały dotychczas w Mandżuryi w ilości bardzo nieznacznej. Nie dosyć na tem. Armia oskrzydlająca, przyjąwszy bitwę w otwartem polu, nie mogłaby otoczyć się szańcami ziemnymi, tą jedyną ochroną przed morderczym ogniem ar- mat i karabinów, gdyż zamarzła ziemia przypo- mina twardością kamienie i nie nadaje się w chwili obecnej do kopania. Pozostają więc jedynie próby nocnych ataków na nieprzygotowanych żołnierzy, którym ręce kostnieją z zimna (co znacznie osła- bia celność strzałów). Do takich prób zapewne należały walki dni ostatnich, walki, które oprócz kilkuset trupów i rannych nie dały żadnych wy- ników. ąe * * Istnieją pogłoski o rozkazach głównego szta- bu japońskiego, wzywających armię oblężniczą do i zdobycia Portu Artura za wszelką cenę w dniach najbliższych. Pogłoski te o tyle zasługują na uwagę, że prace inżynieryi wojskowej pod tą twierdzą postępują systematycznie krok za kro- kiem, że bombardowanie wzbudza ustawiczne po- żary po arsenałach, i że nowy szturm generalny do pozostałych fortów już się rozpoczął. Ciekawą jest jedna okoliczność w telegra- mach, które nas dochodzą o losach Portu Artura. Oto zdają się one wyprzedzać wypadki na co naj- mniej dwa tygodnie—lub też odwrotnie—przycho- dzą spóźnione. Naprzykład, już dawno mówiono o zdobyciu kontr-skarpów fortów Erlunszan, Ke- kwan i Szuszan. W tych dniach ogłoszono to jako nowość. Gdyby poprzednia wiadomość była WALKA NA KAMIENIE POD PORTEM ARTURA W MIEJSCU, GDZIE NIE DZIAŁAŁY STRZAŁY KARABINOWE. blagą, to możebyśmy wtedy dowiedzieli się o in- nem jakiem powodzeniu armii oblężniczej, a nic właśnie o zdobyciu kontr-skarpów, co obecnie nie ulega już wątpliwości. Wobec tego, trudno wie- dzieć, co się tam dzieje naprawdę. Ciekawą też jest chęć generała Stessla, któ- ry jest raniony (podobno lekko) rykoszetem kuli, do przesłania z Czifu wiadomości do głównego sztabu rosyjskiego kosztem aż całego torpedowca „Rastoropnyj." W kilka dni później dwa statki, naładowane amunicyą, jeden angielski, a drugi niemiecki, usiłowały napróżno przerwać blokadę. Dostały się one w ręce Japończyków. Stąd po- wstało przypuszczenie, że torpedowiec wysłano w celu sprowadzenia żywności do twierdzy za wszelką cenę. * * * Nowoje Wretnia twierdzi, że oprócz będącej w drodze do Japonii eskadry bałtyckiej (II eskadry Oceanu Spokojnego), niezbędną będzie tam jeszcze eskadra III. Utworzenie jej dziennik ten proponuje z pancernika „Sława," kilku! starszych pancerni- ków, jak: „Aleksander 1“ i „Mikołaj I,“ krążowni- ków: „Pamiaf Azowa" i „Władimir Monomach," oraz 15 nowych torpedowców. Zadaniem jej by- łoby w razie zwycięstwa II eskadry—rozciągnięcie blokady nad portami Mozampo, Genzanem, Fuza- nem, Mokpo i Czemulpo. Do powyższych okrę- tów, gdyby nie traktat, wiążący flotę czarnomorską do obrębu Morza Czarnego, możnaby dołączyć okręty tamtejsze: „Tri Swiatitiela," „Kniaź Potiem- kin," „Rostisław," „Oczakow" i „Kaguł." $ * Eskadra, płynąca na Daleki Wschód, spala dziennie 3,140 tonn węgla, czyli 194,680 pudów. Na przebycie każdego tysiąca mil trzeba zużyć 16,969 tonn, czyli 1,052,078 pudów, co na 18,060 mil wynosi około 20 milionów pudów. Podczas postoju w portach eskadra zużywa na opał i świat- ło 423 tonny, czyli 26,226 pudów na dobę. Z cyfr tych łatwo można nabrać wyobrażenia o trudnościach zaopatrzenia w węgiel owej eska- dry, która nie ma na swojej drodze ani jednego własnego portu do rozporządzenia. * Z załączonego w numerze niniejszym sche- matu można łatwo pojąć siłę odporną reduty po- towej. Schemat ów wyobraża typ fortów, które Japończycy zdobywali pod Laojanem. Forty owe były doskonale ukryte. Siatki i wilcze doły osła- niała wyrosła nad niemi trawa.
948 TYGODNIK ILLUSTROWANY JVe 49 Nasze ryciny. W roku bieżącym upływa 100 lat od cza su, kiedy pierwszy konsul, Bonaparte, wło- żył na swoje skronie koronę i ogłosił się cesarzem pod imieniem Napoleona I. W ięk- sza część ryc:n podanych w numerze obec- nym łączy się pośrednio, lub bezpośrednio z pamięcią genialnego wodza i władcy. Na czele należy postawić pełen wyrazu Por- tret Cesarza według litografii Carriere’a (z r. 1836). Drugim zasługującym na uwagę utworem jest akwaforta Horacego Verneta (1789 1863), który unieśmiertelnił swoje nazwisko, odtwarzając sceny z epoki Napo- leońskiej. Apoteoza Napoleona, której re- produkćyę podajmy, należy do niewielu alegorycznych kompozycyi Verneta. Arty- sta nie przedstawia cesarza w chwili try- umfu, lecz w sytuacyi tragicznej, jako wy- gnańca na dzikiej skale, o którą łamią się wzburzone fale oceanu. Twarzy i postaci złamanego losem wojownika i monarchy nie widać dobrze, zasłaniają ją bowiem fi- gury osób, należących do najbliższego oto- czenia ukoronowanego niewolnika. Na pra- wo, jakby we mgle, stoi korowód wodzów, bohaterów, żołnierzy, pi zypatrujących się z głębokiem współczuciem swemu byłemu wodzowi i składających mu hołd. Nad nimi unoszą się figury poetów i rapsodów, opiewających przy akompaniamencie harf dzieje jego zwycięstw. W głębi majaczy diugi szereg grenadjerów w bojowym or- dynku. Na reprodukcyi z litografii Carrie- rc’a (1835) widzimy portrety pięciu wybit- niejszych wodzów Napoleońskich, wśród któ- rych, obok ks. Józefa Poniatowskiego za- sługuje na uwagę marsowe oblicze Cam- bronne’a, który jako dowódca „starej gwar- dyi" pod Waterloo wsławił się zarówno walecznością, jak słynną a energiczną od- powiedzią na propozycyę 'łożenia broni. Dwie drobniejsze ryciny są reprodukeyami dzieł artystów polskich starszego pokolenia. Jedna, .Odwrót', wyszła w r. 1854 z pra- cowni Franciszka Kostrzewskiego. który za- pisał się w pamięci ogółu głównie jako nie- porównany humorysta, chociaż w ciągu swe- go długiego żywota wymalował sporą licz- bę obrazów poważnej treści. „Odwrót" nie wymaga komentarza. Obraz Pilattiego p. t. .Rok iXt2.“ przedstawia również moment z dziejów krwawej kampanii rosyjsko-fran cuskiej. Na pustem białem polu stoi arma- ta, a obok niej leży skostniały trup przysy- pany śniegiem. W głębi stado wilków, z których jeden zbliża się do zwłok żołnie- rza, ale zaniepokojony widokiem działa za- trzymuje się w biegu. Za pomocą środków niewyszukanych zdołał jednak autor wywo- łać silne wrażenie grozy. Kompozycyi Sta- nisława Bagieńskiego p. t. „Sztab" nie można nazwać historyczną w ścisłem zna- czeniu tego wyrazu, gdyż artysta nie od- twarza specyalnego momentu dziejowego, mimo to jednak rycina dzięki swemu cha- rakterowi wiąże się ściśle z epoką Napole- ońską Treść obrazu nie jest zawiła. W dali toczy się bitwa, na przedzie oficerowie sztabowi oglądają mapę miejscowości i na radzają nad dalszym planem działań. Na specyalną uwagę zasługują wyraziste typy wojaków, oraz doskonale oddane kostiumy żołnierskie i oficerskie z początku XIX w. Kronika. GBY PEDAGOGICZNE. Tygodnik Dobra Matka rozpoczął wy- dawnictwo tanich gier pedagogicznych dla młodzieży i pewne z nich wypuszcza już na nadchodzącą Gwiazdkę. Są to: „Złoty zegarek" pomysłu i układu Ed. Bogdano- wicza, „Zagłoba" ułożony przez Jerzego Orwicza i znane z numeru okazowego „Sa- mochody", ubrane tylko w pudełko, kostki i małe samochodziki do gry. Na szczegól- ne wyróżnienie zasługuje gra „Złoty zega- rek" ze względu na nowość motywu. Do- tychczas wszystkie gry towarzyskie dla młodzieży obierały zwykle tematy: literac- kie, historyczne, przyrodnicze lub geogra ficzne- były gry kombinacyjne, łamigłówki i gry cierpliwości t zw. „Geduldspiele", me było jednak ani jednej, któraby zaczerpnęła motyw z dziedziny hygieny, lub życia prak- tycznego, lub motyw społeczny. „Złoty zegarek" porusza dwa takie motywy, łączą się z nim bowiem dwie gry: 1) „Jak zega- rek" — wykładająca normalnie-hygieniczny przebieg dnia (obok przepisów gry dołączo- no jako nowość, broszurkę o hygienie dnia przez dra W Chodeckiego) i „Bądźmy punktualni!"—z mottem „Kto traci czas— traci życie". Na uwagę wreszcie zasługuje tekst, usiłujący usunąć możliwie z gry mło- dzieży pierwiastek hazardu. Inicyatywa wjdawnictwa Dobrej Matki w tym wzglę- dzie zasługuje na poparcie. ODCZYTY. W Kole artystyczno-literackiem w Krako- wie wygłosił p. Tadeusz Smarzewski dwa odczyty p. t.: „Rok 1848 " Prof. dr K. Pot- kański miał na posiedzeniu wydziału hi- storyczno-filozoficznego Akademii umiejęt- ności odczyt p. t.: „Konstanty i Meto- dyusz." p AUTOGRAF GRAŻYNY. W końcu ubiegłego miesiąca zjawiła się w dziennikach tutejszych odezwa Konstan- towej hr. Przezdzieckiej z zawiadomieniem o tajemniczem zniknięciu z biblioteki hr. Przezdzieckich w Warszawie rękopisu „Gra- żyny" i prośbę do niewiadomego posiada- cza o zwrot cennej pamiątki. Rękopis ten niebawem odnaleziono. Okazało się, że w swoim czasie wywiózł go był do Kra- kowa i wypożyczył bibliotece Jagielonskiej sam ś. p. Konstanty hr. Przezdziecki i nie zgłaszał się następnie po odbiór. Obecnie zwróciła biblioteka cenną pamiątkę hr. Przezdzieckim za pośrednictwem p. Jana Gebethnera. Wzmiankę niniejszą uzupeł- niamy podobizną fragmentu rękopisu, o SPOŁECZNE. Władza zatwierdziła ustawę powstającego w Warszawie związku buchalterów Osoby, pragnące zapisać się na członków, winny nadsyłać tymczasowe deklaracye pod adre- sem p. Aleksandra Morozewicza, ul. Złota Z TEKI HUMORYSTYCZNEJ FR. KOSTRZEWSKIEGO. — Gdzie ty, łobuzie, cięgiem się włóczysz?.. Cały dzień nie było cię w domu! — Bo w domu nud..o: chciałem się trochę rozerwać. — A to ładnie się cały porozrywałeś, nicponiu jeden! nr. 32. Do związku należeć mogą osoby, bez różnicy płci i wyznania, posiadające kwalifikacye do zajmowania samodzielnych posad buchalterów, korespondentów, kasye- rów i t. p. Zebranie komisyi organizacyj- nej naznaczono na dzień 2 grudnia u adw. przys. Kronenblecha-Krońskiego. z WARSZAWY. Na wzór paryskiej „morgi" pozyska rów- nież Warszawa trupiarnię, w której wysta- wiane będą na widok publiczny celem roz- poznawania zwłok osób, zmarłych nagłą śmiercią na ulicy. Sprawą otwarcia morgi warszawskiej zająć się ma wkrótce specyal- na komisya przy udziale przedstawicieli policyi i zarządu miejskiego. Projekt przebudowy sieci tramwajów kon- nych w Warszawie na elektryczne uzyskał zatwierdzenie władzy. Przeprowadzenie bu- dowy według planów zasadniczych wyko- nanych przez firmę Siemensa i Halskego, tudzież dalsze administrowanie przedsiębier- stwem powierzono obecnemu zarządowi tramwajów, o Z RÓŻNYCH STRON. Jak donosi Dziennik poznański, w gi- mnazyum św. Maryi Magdaleny w Pozna- niu zaprowadzony zostaje dla dzieci o na- zwiskach brzmiących po niemiecku i dla dzieci wszystkich urzędników państwowych wykład religii, przygotowujący do pierwszej spowiedzi, w języku niemieckim, o Ubogi i opuszczony kościół w Szk łowię, stanowiącym ongi posiadłość Chodkiewi- czów, uległ częściowej restauracyi. Odno- wieniem świątyni, dokonanem dzięki stara- niom ks. proboszcza A. Kurowskiego, para- fian i obywatela miejscowego p. Mauro, który na cel ten ofiarował znaczny zasi- łek pieniężny, kierowali pp.: Tomkiewicz, Plejewski, Morawiec i Kimont. Ostatecz- nemu odnowieniu kościoła staje na prze szkodzie brak funduszów. W kaplicy w Szkłowie leżą zwłoki jednegu z Chodkie- wiczów; podobno są to szczątki hetmana wielkiego litewskiego, Karola. Spoczywają one w rozbitej drewnianej trumnie pod drewnianą podłogą ubogiej kaplicy, co wszystko zda się urągać świetnej przeszło- ści znakomitego męża i wodza, o ŚW [AT KOBIECY. Sekretarka Koła pracy kobiet (b. Delega- cyi pracy kobiet) przy Muzeum p. p. i h., p. J. Bojanowska, na pierwszem powaka- cyjnem zebraniu przedstawiła uczestnicz- kom sprawozdanie z 10-letniej działalności tej sekcyi, której głównym celem jest organi- zacya i pomoc w zawodowej pracy kobiet. Dzięki zabiegom delegacyi, powstały pierw- sze u nas niedzielne kursy rysunku dla szwaczek, haftarek i t. p. Korzystało z nicłi już dotyczczas kilkaset pracownic, odniósł- szy poważne korzyści. Zorganizowanie wakacyi szwaczek, zaprowadzenie kursów kroju z opłatą 10 rub. zaledwie za całą naukę, stałe udzielanie wskazówek w za- kresie zawodowego wykształcenia, zorgani- zowanie kilku wspólnych wycieczek i po- gadanek dopełniają dzieje zabiegów Koła.— W ubiegłym tygodniu odbyło się poświę- cenie sali zajęć dla dziewcząt, otworzonej za staraniem pani H Wereszczakowej. Za- kład mieści się w trzech dużych pokojach i przygarnął już dotychczas 50 dziewcząt, które poza nauką religii, czytania i pisania, mogą wyćwiczyć się zawodowo w wyro- bie koronek, szyciu maszynowem i ręcz- nem, kroju bielizny i sukni, hafcie i tka- niu na krosnach kilimków. W przyszłości projektowane jest wypalanie na skórze, mo- zaika cementowa i t. p. — Grono pań war- szawskich przesłało odpowiednim władzom projekt z prośbą o zatwierdzenie zakładu dla dzieci przestępców, karanych więzie- niem. Towarzystwo ma na celu zapewnie- nie im opieki moralnej i materyalnej. — W Petersburgu otwarto kursy gospodarstwa wiejskiego, stanowiące poniekąd ostatni etap do stworzenia instytutów gospodar- stwa wiejskiego dla kobiet. Kursy te— dwuletnie—podzielone są na cztery seme- stry: dwa zimowe i dwa letnie Program obejmuje wycieczki latem i zimą, uzupeł- niające zajęcia praktyczne. — Ministeryum oświaty zatwierdziło regulamin dla słucha- czek odeskich kursów pedagogicznych, na które wstępować mogą kobiety, posiadające świadectwa gimnazyalne. Dyrektorem kur- sów mianowano p. Lange, prof. odeskiego uniwersytetu, cw ZMARLI. Witold Wejchert, artystamalarz, zmarł w Świdrze pod Warszawą dnia 23-go z. m., przeżywszy lal 38. Urodzony dnia 27-go października 1867-go roku z ojca Feliksa i matki Leokadyi z Teplickich, ś. p. W. po ukończeniu szkół w Warszawie, kształcił się w zawodzie artystycznym w Krakowie i Mo- nachium, poczem osiadł w mieście naszem, malując z zamiłowaniem i talentem szeregi dobrze odczutych scen myśliwskich. Ostał nie dzieło zmarłego stanowi nadesłane obecnie na wystawę do Zachęty płótno p. t. „Tryptyk." Zmarły pozostawia po sobie dobre imię w dziejach sztuki polskiej i sym- patyczne wspomnienie wśród kolegów, o Law a z Rutkowskich Garbowska, wdo- wa, b. obywatelka ziemska, zmarła w War- szawie dnia 22-go z. m., przeżywszy lat 58. Michał Zakrzewski, dyrektor opery > operetki teatrów rządowych warszawskich, zmarł w Warszawie dnia 22-go z. m., prze- żywszy lat 60. o Aleksander Trębicki, obywatel ziemski, b. sędzia gminny, zmarł w Warszawie dnia 19-go z. tn., przeżywszy lat 80. Zmarły był synem Antoniego Trębickiego, posła inflanckiego na sejm czteroletni, prawo- znawcy i uczestnika prac Kołłątaja. Był właścicielem dóbr Łomna, gdzie gospodaro- wał przez całe życie, jednając sobie szacu- nek sąsiadów i miłość ludu okolicznego, o Larta O dromęcka, zmarła w Warszawie dnia 22-go z. m. o Stanisław Rutkowski, inżynier, zmarł w Tomaszowie rawskim dnia 23-go z. m.. przeżywszy lat 39. o Józefa z Radziszewskich Reczko, eme- rytka, zmarła w Warszawie dnia 23-go z. m-, przeżywszy lat 70. o Kazimierz Wojno, zmarł w Wawrzc d. 24 z. m., przeżywszy lat 68. o
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 49 949 Wacław Sioiatopcłk-Zawadzki, syn ś. p. Piotra i Michaliny z ks. Radziwiłłów, zmarł w Kruszynie, gub. Mińskiej, dnia 11 z. m przeżywszy lat 29. o Józef Janowski, jeden z ostatnich już żołnierzy b. wojsk polskich, dokonał sędzi- wego żywota w Ćwitowej w Galicyi wschod- niej. c Matylda ze Schmidtów Sawicka, żona wicedyrektora Banku Handlowego w War- szawie, zmarła w Warszawie d. 17 z. ni. o Antonina z Oi łoiuskich Emilowa Prze- irdzka, obywatelka ni. Warszawy, zmarła dnia 24-go z. m., przeżywszy lat 48. o Emilia z Czajczyńskich Szmagier, b. obywatelka ziemska, zmarła w Warsza- wie dnia 12-go z. m., przeżywszy lat 75. o Antoni lir. Gi abowski, zmarł w War- szawie dnia 13 z. m., przeżywszy lat 64. o Antoni Zieliński, emeryt, b. profesor instytutu agronomicznego w Marymoncie i Nowo-Aleksandryi, zmarł w Warszawie dnia 17-go z. m., przeżywszy lat 81. o Aleksander Feliks lir. Ostrowski, wia- ściciel dóbr Korczew, znany i ceniony wśród szerokich sfer rolniczych gospodarz, wyna- lazca szluzy automatycznej, odznaczonej za- szczytnie na wystawach krajowych i za- granicznych, zmarł w Warszawie dnia 14 z. m., przeżywszy lat 38. o Ze świata. KONGRES KATOLIKÓW W LILLE. Pod przewodnictwem arcybiskupa Sonnois z Cambrai odbył się w połowie listopada w Lille kongres „Katolików Północy", w którym Touchet, biskup Orleanu, wypowie- dział mowę o wychowaniu początkowem, żądając w tej kwestyi swobody zupełnej dla ojców rodzin, prawa zakładania szkół nie- zależnych i swobody religii w szkołach publicznych. W razie przeprowadzenia zu- pełnego rozdziału Kościoła i państwa bi- skup proponował założenie po całej Francyi stowarzyszeń religijnych w celu odrodzenia Kościoła w łonie ludu, coby skłaniało do rozwiązania wszelkich zagadnień socyalnych w duchu chrześcijańskim, k PEEVOST o krytyce. Na bankie- cie związku krytyków literackich w Paryżu prezes-owego związku, Marcel Prevost, wy- głosił zabarwioną humorystyką mowę prze- ciwko krytykom, w której, między innemi znajdował się ustęp następujący: „Niech nas sądzą! Dobrze, ale niech wiedzą o tem, że ów sąd ich jest ważny i cieka- wy tylko dlatego, że daje wyraz ich uspo- sobieniu, jak nasze dzieła wyrażają to, co w nas tkwi. Taką jest głęboka różnica pomiędzy sądem krytyka a sądem sę- dziego. W ten sposób krytyka staje się dziełem sztuki, co bardzo rzadko znów da się powiedzieć o wyrokach sądu. Np. St.- Beuve interesuje nas tylko jako artysta, psycholog myśliciel, nie jako sędzia kry- tyczny, którego sądy nieraz były mylne. Interesuje nas nie jego dogmatyzm, lecz jego indywidualność." k USKUTECZNIENIE ZAPISU RHODE- sa w Oksfordzie. Jak wiadomo, słynny działacz w imię idei brytańskiego imperyalizmu, były minister Kaplandu, któ- ry samodzielnymi wysiłkami wywołał pod- bój Rzeczypospolitej Transwalu, projekto- dawca kolei od Kairu do Kapsztadtu, zmar- ły przed kilku laty, Cecil Rhodes, zapisał cały swój olbrzymi majątek, wynoszący 4 miliony funtów sterlingów, na utworze- nie 200 stypendyów po 300 f. stcrl. na uniwersytecie oksfordzkim dla młodzieży rasy anglo-saskiej zarówno z kolonii, jako też z Ameryki (Stanów Zjednoczonych). W zapisie owym ten genialny finansista, który, będąc z pochodzenia Izraelitą, prze- jął się duchem brytanizmu, jak mało klo- ry Anglik i marzył o domi- nującem stanowisku rasy an- glo-saskiej na świecie, miał na celu umożliwienie uboż- szym Anglikom studyów na starożytnej wszechnicy angiel- skiej, gdzie wykształcenie wraz z utrzymaniem pochłania po- kaźną sumę 300 f. st. (3,000 rubli) rocznie, a więc do pewnego stopnia zdemokra- tyzowanie tego uniwersytetu, w którym kształcić się mogła tylko zamożniejsza młodzież angielska. Stypendya przezna- czone są w liczbie 90 dla ro- dowitych Anglików, w liczbie 100 dla młodzieży amerykań- skie, wreszcie w liczbie 15 dla Niemców, a to jako u- przejmy ukłon w stronę cesa- rza Wilhelma. W roku bieżą- cym nastąpiło właśnie otwar- cie kursów oksfordzkich dla nowych stydendystów, którzy napłynęli ze wszystkich stron świata. Cecil Rhodes spodziewał się bar- dzo doniosłych skutków ze zbliżenia się tych przedstawicieli rasy brytańakicj na ko- leżeńskiej ławie uniwersytetu, który zacho- wał do dziś dnia tradycyjne, dawne urzą- dzenia. k SETNA BOCZNICA ŚMIERCI SCHIL- LERA przypada d. 5 maja 1905 roku. Całe Niemcy powinnyby przygotowywać się do uroczystego obchodu tego dnia, w któ- rym umarł ów idealista,' piewca wolności, szlachetny rywal Goethego. Tymczasem, jak to stwierdza Berlinei Tageblatt, nie uczyniono dotychczas nic, coby kazało wnioskować jakiekolwiek zajęcie się owem przyszłem uświęceniem bolesnej dla nie- mieckiego ludu pamiątki, k PROTEST PRZECIWKO ZAKAZOWI walki byków w Hiszpanii założyło niedawno zgromadzenie ludowe w „Jordi- nes del Buen Rctiro" w Madrycie. Słyn- nych krwawych przedstawień broniono wszel- kimi, możliwymi sofizmatami, jak to, że walki na arenie kształcą męską odwagę i zręczność, że gorsze daleko rzeczy gdzie- indziej są uwzględniane, np. bokserstwo, że to daje wielu ludziom zarobek i t. p. Władze nie przerywały energicznie, ale znacznie spokojniej niż w parlamencie hisz- pańskim prowadzonych obrad, k JAK FOTOGRAFOWAĆ ZWIERZĘ- TA? Do najtrudniejszych zdjęć fotograficznych należą fotografie zwierząt. Niedawno dwóch Anglików wzięło sobie za zadanie sfotografowanie różnych okazów fauny ze wszystkich części świata. Zaczajali się tedy na nie, jak przy polowaniach, kryjąc się po pieczarach, na drzewach—gdzie się dało. W ten sposób zdołali zebrać wspa- niałą kolekcyę. Istnieje jednak prostszy sposób fotografowania —- bez niebezpie- czeństw i ukrywania się: za pomocą elek- trycznego aparatu automatycznego. Rycina, którą załączamy, przedstawia jeden z mniej- szych aparatów tego rodzaju. Urządzenie jego jest bardzo proste. Skoro zwierzę wbiegnie na płaszczyznę przed aparatem, wtedy ugina się ona pod jego ciężarem, odkrywając jednocześnie otwór objektywu i zamykając chwilowo prąd elektryczny, który porusza soczewkę, robiąc momentalne zdjęcie, i natychmiast wprowadza je na dawne miejsce. Skoro zwierzę zejdzie z platformy, płaszczyzna się podnosi napo- wrót, druga klisza wchodzi na miejsce zu- żytkowanej i aparat gotów jest do drugie- go zdjęcia. W ten sposób różne drobne zwierzątka: ptaki, koty, zające fotografują się same, k FOTOGRAFOWANIE PTAKÓW. ZMARLI. I alentin Prinsep-, malarz i dramaturg angielski, autor obrazu „Bianca Capella" i sztuki „Monsieur le duc", urodzony w r 1839 w Kalkucie. Polityka. Źródło utrapień p. Koerbera, osławiony parlament austryacki otwarty, nanowo nie sprzeniewierzył się tradycyi. Spełzły bło- gie nadzieje prezesa ministrów, który, wy- latawszy jakoś sytuacyę od strony Czechów w ostatnich czasach dzierżących berło obstrukcyi, łudził się widocznie, iż ten je- go sukces na coś się przyda. Niestety, za- pomniał, że jeszcze istnieją w Austryi wszechniemcy, i że ich głowa w tern,' by nie dopuścić do chwilowego nawet polep- szenia w skołatanym chorobą organiz- mie państwowym. I nic dziwnego: wszak celem, do którego dąży wymienione stron- nictwo, jest albo hegemonia Niemców w Austryi, albo oderwanie prowincyi nie- mieckich od państwa i przyłączenie ich do cesarstwa Wilhelma II. Pierwsza nie może się udać, gdyż panowanie mniejszości nad większością to absurd konstytucyjny, nawet przy reakcyjnej austryackiej ustawie wybor- czej; drugie — to zdrada. Takie dążenia u jakiejkolwiek grupy ludności państwa są chorobą bardzo ciężką, dającą się leczyć tylko za pomocą ryzykownej zawsze meto- dy chirurgicznej: użycia siły. Jeżeli zaś sił niema dosyć dla zgniecenia wrogich aspira- cyi, to pozostaje tylko smutna konieczność wegetacyi z nieuleczalnem cierpieniem, absurdem lub zdradą w łonie. Pochop do powitania niezbyt uprzejmego d-ra Koerbe- ra w parlamencie wzięli wszechniemcy z powodu sprawy insbruckiej, którą uczuli się „pokrzywdzeni," i to tak mocno, że przyszło nawet do antydynastycznych wy- nurzeń. Ponieważ ani na uniwersytet wło- ski w Tryeście lub gdziekolwiek indziej, ani na wydział prawny w łnsbruku patryo- tyzm niemiecki pozwolić nie może, przeto p. Koerber przez usta swojego ministra oświaty próbuje prześlizgnąć się drogą po- średnią: mianowicie założyć wydział włoski w mieście prowincyonalnem poza obrębem Tyrolu, prawdopodobnie w Roveredo. Ten projekt jest obecnie na porządku dziennym. Wydział insbrucki ma być zamknięty. Wąt- pić jednak można, czy wobec zasadniczego uprzedzenia wszechniemców pomogą co- kolwiek schorowanemu parlamentowi drogi pośrednie. Zdaje się, że dalej nie będzie p. Koerber miał z niego pociechy. Tym- czasem dla dokładności zanotować jeszcze należy, że stronnictwa słowiańskie i umiar- kowane wniosły protest przeciwko tolerowa- niu w izbie antydynastycznych przemówień. W Wiedniu toczą się też od dłuższego czasu rokowania między austryackimi i węgierskimi ministrami a hr. Posa- dowsky’m o traktat handlowy z Niemcami. Jak dotychczas, porozumienie przychodzi bardzo ciężko, i trudno jeszcze przewidzieć rezultat. Przeszkody z powodu wysokich wymagań niemieckich są tak wielkie, że podobno był nawet osobisty list cesa- rza Franciszka do cesarza Wilhelma, je- żeli ma się rozumieć telegramy nie mylą, co im się często zdarza. Paryskie życie parlamentarne nie toczy się trybem zbyt spokojnym, aczkolwiek z okresu burzy już wyszło. Jedno z gorętszych posiedzeń by- ło poświęcone sprawie tajnego funduszu dyspozycyjnego dla ministeryum. Zarzu- cano rządowi, iż pozycya ta istnieje głównie w celu jednania mu przyjaciół. Ostatecz- nie fundusz uchwalono z obniżeniem o 200,000 franków, na co Combes się zgo- dził. Z wybitniejszych momentów działal- ności izby podnieść wypada odrzucenie znaczną większością głosów wniosku, zdą- żającego do wykreślenia budżetu wyznań. Combes był przeciwny temu wykreśleniu, oświadczył jednak, że jeśli izba je uchwali, będzie to uważał za wskazówkę, iż należy przyśpieszyć wzięcie pod obrady kwestyi rozdziału Kościoła od państwa, i przedstawi tedy parlamentowi jeszcze przed świętami kilka najważniejszych punktów ustawy, któ- re gdyby były przyjęte, umożliwią roz- poczęcie w krótkim czasie akcyi praktycz- nej. Budżet państwa w Watykanie izba depu- towanych skreśliła.—Rada związkowa Rzeszy Niemieckiej roztrząsa obecnie budżet pań- stwowy, który wkrótce ma być przedsta- wiony także parlamentowi. W wydatkach na wojsko zwyczajnych projekt preliminuje 464 miliony, w nadzwyczajnych i jednora- zowych 98 milionów. W porównaniu z tego- rocznym wynosi to więcej o 46 milionów. Koszty marynarki obliczono na 105 milio- nów, t. j o 6 milionów więcej niż dotych- czas. Jednorazowy zaś budżet na powięk- szenie floty ma dosięgnąć sumy 111 milio- nów, z których 70 milionów na budowę nowych okrętów. Cyfry te są w związku z nowem powiększeniem armii i floty.—Traktat rozjemczy o rozstrzyganiu sporów drogą sądu polubownego podpisany został w Wa- szyngtonie przez sekretarza stanu do spraw zagranicznych Hay’a i ambasadora niemiec- kiego barona v. Sternburg.
952 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 49 Dla PAŃ — na Gwiazdkę WYKWINTNE UPOMINKI poleca telefonu 1530 Rok założenia 1868 SUKNIE -- KOSTIUMY BLUZKI NEGLIŻE - HALKI z „LAINE des PYRENEES" Ciepłe Spódniczki . • od Rb. 3.— Kaftaniki ranne „ „ 6.— Nowość: Szlafroczki . „ „ 15.— Ciepłe BLUZKI włóczkowe . . . . „ „6 — WEŁNY -lEDWiBlE AKSAMITY PIĘKNE ADAMASZKI CZARNE od KORONKI KORONKOWE SUKNIE ODPASOWANE KORONKOWE CHUSTECZKI I SZALE KORONKI PRAWDZIWE NOWOCZESNE i STAROŻYTNE HAFTY WSTĄŻKI PRZYBRANIA GALONY TAŚMY OKRYCIA LISY BIAŁE, NIEBIESKIE, SREBRNE CZARNE, KRZYŻAKI i t. d. GRONOSTAJE — SZENSZYLE FOKI „SEAL" KARAKUŁY, WYPORKI, KASZTANKI. FUTRA W BŁAMACH DUŻY WYBÓR GOTOWEJ KONFEKCYI FUTRZANEJ- ŻAKIETY - BOLERA DACHY — PŁASZCZE BOA KRAWATY E T O L E PELERYNY MUFKI KAPELUSZE WOALKI BOA Z PIÓR STRUSIC11 RĘKAWICZKI duńskie — marka „B. HERSE“ . Rb. 1.35 kozłowe „ „B. HERSE“. „ 1.50 duńskie— „ „JOUV1N&C'’“ „ 2.50 WYŁĄCZNA SPRZEDAŻ—KRÓJ FRANCUSKI WACHLARZE W PIĘKNYM DOBORZE.. od Rb. PASKI w NOWYCH FASONACH PARASOLE KOŁNIERZE, KRAWATY SAKIEWKI I TOREBKI „RETICULE“ METALOWE, SKÓRZANE, JEDWABNE — HAFTOWANE KAPTURKI CZEPECZKI ŻABOTY POŃCZOCHY GORSETY ---- I D , d Tl “U f - 1P fi AB K B <1 » tS b. g.— W SKLEPIE DOLNYM ---------- Sir » E fil K A ® W I¥ j[ fi» ® W A K IH -- U Wl <1 T IB fi ___________________________________,______________________________________ ®» IB UJ. 5.— K ® łL a® IB V_ PRZEZ GRUDZIEŃ ------------- TANIA SPRZE D AŻ GWIAZD K OWA Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF__________________ Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów Redaktor: Dr JÓZEF WOLFp Redaktor przyjmuje codzien*- le, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadesłanych do redakcyi. nie zwraca s /toaBoneno Lfeusyporo, Bapmaua, 10 Hofiópsi 1904 ro/i,a.
Ogólnego zbioru Nr 2,353 10 grudnia (27 listopada) 1904 roku Ne 50 Tygodnik I lustrów anv PODRÓŻNA ANTONI KAMIEŃSKI
954 „CHŁOPI” REYMONTA. II. Zaznaczyć wypada, że jakkolwiek silnie zadzierzgną! Reymont węzły, spajające wieśniaka z przyrodą, nie roztopił jednak in- dywidualności ludzkiej bez śladu w potężnem, ale pozbawionem wyższych pierwiastków psy- chicznych życiu natury. Chłop Reymonta to z jednej strony typ, wyhodowany w pew- nych warunkach i posiadający wskutek tego wielką ilość cech wspólnych całej grupie „sy- nów ziemi, “ z drugiej strony jednak to sa- moistna jednostka, obdarzona ponadto pewny- mi właściwymi tylko sobie instynktami i po- trzebami duchowemi i fizycznemi. Są chwile, kiedy związek z gromadą wy- stępuje mocniej i pcha całą wieś do zbioro- wego działania; są i takie, kiedy osobnik wy- odrębnia się, a nawet przeciwstawia towarzy- szom doli i niedoli, broniąc własnych, upraw- nionych, czy nieuprawnionych etycznie prag- nień i interesów. Na wspaniałem tle epicznem więc, które kojarzy się zupełnie z przyrodą, snuje się dra- mat ludzki, związany wprawdzie tysiącem nici z naturalnem podścieliskiem chłopskiego bytu, ale swobodniejszy, żywszy i bogatszy w ży- wioły duchowe. Ponieważ Reymont opublikował dotych- czas tylko dwa tomy swojej powieści (Jesień i Zima), a następne dwa (Wiosna i Lato) wy- drukuje później, nie możemy wchodzić w szcze- gółowy rozbiór akcyi dramatycznej, której roz- wiązania nie znamy, zatrzymamy się więc obecnie nad epiczno-opisową stroną utworu. Mamy więc obrazy chłopa przy robocie na roli, w stodole, chałupie, stajni, oborze, le- sie, tartaku i t. d., a wszystko przedstawione niezwykle żywo, barwnie i prawdziwie. Ale sama praca nie może wypełnić życia nawet najpierwotniejszego człowieka, Reymont więc maluje, w doslownem niemal tego sło- wa znaczeniu, chłopa wśród jarmarcznego zgiełku, hucznej pohulanki karczemnej, na po- siedzeniu sądu gminnego, na naradzie doty- czącej interesów gromady, na weselu, obcho- dzonem według starych tradycyonalnych form i t. p. Trzecią kategoryę obrazów stanowią zna- komicie odczute i oddane sceny z życia we- wnętrznego, kiedy chłop, zwolniony od wysił- ków fizycznych, szuka osłody i rozkoszy este- tycznych w poezyi legend i baśni. Najmą- drzejszy opowiada, a reszta słucha w skupie- niu i dziwuje się, i cieszy, i drży, stosownie do tego, o jakie struny serca i wyobraźni po- trąca słowo wiejskiego Demodoka czy Ho- mera. „Cichość ogarnęła izbę, że jeno wrze- ciona warczały, czasem ogień trzasnął na ko- minie, albo czyjeś westchnienie zaszemrało — a Rocho powiadał cudeńka różne i historye o królach, o wojnach srogich, o górach o krajach, gdzie ludzie kiej drzewa, gdzie mocarze, co górami rzucają, gdzie ptaki- żary, gdzie Madcje; a one południce, upiory, strachy, a drugie jeszcze insze, a cudne i wprost nie do wiary, że wrzeciona z rąk leciały, a dusze się niesły w zaczaro- wane światy, oczy gorzały, łzy ciekły z nieo- powiedzianej lubości i serca dziw nie wysko- czyły z piersi z utęsknienia i podziwu. Baś- niowy świat ich otoczył, baśniowe życie obję- ło tęczami, baśniowe marzenia stawały się rze- czywistością umierali prawie z zachwytów, zmartwychwstając zarazem tam w tom życiu jasnem, wielkiem, mocarnem, bujnem, a świę- tem, i cudownościami poprzerastanem, kieby dojrzałe zboże wyczką i makami, gdzie wszyst- ko splatało się w nierozerwalny łańcuch ma- rzeń i życia, cudów i pragnień, w czarodziej- ski korowód wyśnionego istnienia, do którego wciąż, przez całą nędzę bytowania ziemskiego rwały się im strudzone, okaleczałe dusze." # X- .v. Ważniejszą jeszcze rolę, niżeli świat swo- bodnych rojeń fantastycznych odgrywa w ży- ciu chłopa religia, którą pojmuje naiwnie, po swojemu, t. j. antropomorficzuie i animistycz- nie, którą jednak odczuwa głęboko i silnie. To też sceny, rozgrywające się podczas obrząd- ków i uroczystości religijnych należą do naj- bardziej wzruszających w powieści, pomimo że traktowane są bez sztucznej nastrojowości, lecz prosto, realistycznie, przedmiotowo. Zwróćmy uwagę tylko na parę momen- tów. Witek, chłopak do pasania bydła, idzie wraz z innymi w dzień zaduszny dawać na t. z w. „wypominki." Widzi mnóstwo gospo- darzy i gospodyń, wójta, kowala, bogatą mły- narzową „w kapeluszu kiej dziedziczka" i t. p. Wszyscy dają organiście „za dusze zmarłe," przypominają sobie w głos dusze różne i po dziesięć i po dwadzieścia imion podają za ca- łą familię, za ojców, dziadów, pradziadów. A on co? Wie to kto jego mać? kto ojciec? Wie? Ma to dać za kogo? Jezu mój, Jezusicz- ku! to ino gębę szeroko otworzył i te oczy modre, i stojał nieruchomy, jako ten głupi... i serce mu się skurczyło z bolenia, że ledwie zipał... i tak się trząsł w sobie, tak dygotał każdą kosteczką, że ani zębów zawrzeć nie mógł, ani ustoić prosto; przysiadł w kącie, od oczu ludzkich i płakał rzewnemi łzami." Wreszcie, zdjęty „ambitem," porwał się znagła, „wytarł oczy i począł iść do stołu... tak i on poda imiona... co to mają wiedzieć, że nie ma nikogo?... po co?... sierota to la sie- bie... znajda to znajda. Zadzierżysto powiódł oczyma i pewnym głosem podał imiona: Jó- zefy, Maryanny i Antoniny, te, co mu pierw- sze przyszły na pamięć." Inny charakter posiada scena, kiedy ksiądz wyklina i wzywa do pokuty Antka Bo- rynę, który zawiązał stosunek miłosny z mło- dą macochą i porywał się na własnego ojca. „Struchlał ci cały naród, przycichł rap- tem, tając dech w piersiach, wszystkie oczy, kiej grad piorunowy, padły na Antka, boć ro- zumieli, kogo ksiądz wypomina, a on stał wy- prostowany, pobladły kiej płótno i ledwie dy- chający, gdyż słowa te leciały z hukiem, jak- by cały kościół się walił; obejrzał się jeno za ratunkiem, ale luz się robił dookoła, dojrzał zalękłe i groźne twarze, odwracające się mi- mowoli, kiej od zapowietrzonego... Antek od- wrócił się nagle i wolno szedł do wyjścia, lu- dzie mu się usuwali z drogi, że kieby ulicą z nagła uczynioną przechodził, a głos księdza biegł za nim i smagał go do żywej krwie." * X- « Wszystkie te obrazy w których Reymont odmalował różne strony materyalnego i ducho- wego życia włościan, nie są szeregiem luźnych epizodów, lecz wiążą się w całość organiczną. Czy autor zaprowadzi nas do karczmy, czy na jarmark, czy do kościoła, czy przedstawi iście homerycki bój chłopów z drwalami i służbą dworską o sporny szmat lasu-—zawsze pamię- ta o tem, żeby opis ożywić pierwiastkami psy- chicznymi, posunąć naprzód akcyę, splątać lub rozwikłać jakiś konflikt dramatyczny. Chłopi—to nie studyum etnograficzne, lecz romans, czyli dzieło sztuki, w którem bar- dzo dokładna obserwacya i znajomość przed- miotu jest tylko środkiem, nie celem. Autoro- wi nie idzie o to, żeby zapoznać nas „poglą- dowo" ze wsią i chłopem, lecz żeby nas znie- wolić do wewnętrznego przeżycia tego, co przeżywa wieś i chłop polski. To też, jeżeli pojedyńcze ustępy ostatniej powieści Reymon- ta nazywamy „opisami," to wyraz ten w da- nym wypadku ma znaczenie konwcncyonal- ne. Ściśle biorąc, Reymont nie opisuje, lecz tworzy coś niesłychanie plastycznego i ży- wego. Zachowując możliwą objektywność tonu, autor zespala się całkowicie z tem, co wycho- dzi z pod jego pióra: razem z chłopem orze i sieje, raduje się i -cierpi, hula i pije gorzał- kę, bije kłonicą ciarachów, kinie, śmieje się z uciesznych a swobodnych konceptów i przy- powiastek, słucha ze wzruszeniem legend i baśni, modli się i wzdycha w kościele i—po- żąda ziemi... X -X- .v. To zespolenie się autora z wiejską przy- rodą i chłopem przebija nawet w zewnętrznej ' szacie utworu. Nietylko w dyalogach, lecz i wtedy, kiedy przemawia we własnem imie- niu, używa Reymont, nie języka książkowego, lecz gwary chłopskiej, stylizując ją bardzo umiejętnie, ale o tyle jedynie, ile tego wyma- ga konieczność artystyczna.} Dzięki temu ję- zyk powieści nabrał jakiejś żywiołowej jędrno- ści i siły. Niema tam miejsca na bezcielesne abstrakeye, dyskretne domyślniki, sztuczne omówienia; pozostała za to barwność, żywość, prostota, krzepkość i szczerość, która może ra- zić hypokrytów i głupców, ale musi działać orzeźwiająco na każdego, kto czuje piękno ro- dzimej mowy. Pomimo pozorów pierwotno- ści, język Reymonta w „Chłopach" jest tak bo- gaty w wyrazy i zwroty, że zainteresował i ZY" skał uznanie specyalistów-filologów (Briickner)- W porównaniach i przenośniach nie wy- biega autor również poza sferę wsi, lasu, p° la, chałupy i kościoła wiejskiego. Topole przydrożne, poruszane wiatrem, „gwarzą i miH{ ną kiej te kumy, co na podniesienie oczy
956 Z wystawy jubileuszowej w Krakowie JESIEŃ E. DĄBROWA różnić jęki i narzekania. Sygnaturka ta, od- mienna od innych, wzywała do modlitwy za utopionych, więc żartem powiedział: — To dzwonią po mojej Wandzie. Wspomnienie tej rozmowy uprzytomniło jej dzisiejsze spotkanie. Dlaczego on nie dokończył rozpoczętego obrazu? Co miały oznaczać te jego słowa, że został aktorem w tym dramacie z Wandą? Jak on to rozumiał? Chciała dojść przez porównanie do roz- wiązania tej zagadki... Wyobraziła sobie, że pisze dramat; już jest prawie gotowy, jak je- go obraz, ale nie podoba się jej jedna z osób i podstawia siebie, zostaje aktorką we włas- nym dramacie... wówczas albo dramat nabiera większej prawdy, albo punkt ciężkości z in- nych osób przenosi się na nią i musi zmienić cały utwór. Uśmiechnęła się, rada z rozwiązania słów jego. Tak, nie podobała mu się cała kompozycya obrazu, teraz jest już wszystko w porządku. A ten nowy obraz, co może przedsta- wiać?... przemawia bardziej do niego... Pocóż sobie tem głowę zaprzątać? Jutro i tak zoba- czy go na wystawie. Jednak ona go interesuje, i taki zabaw- ny był z tem niezręcznem pytaniem o Dom- nickiego, a potem, gdy usłyszał jej odpowiedź, rozpromieniły mu się oczy, i dziękował jej za to, co nie jest jej zasługą. Czyżby on był zazdrosny? i to o kogo? o takiego Domnickiego? Prawda, że go nie zna, nie wie, że taki komedyant, i że napraw- dę ona go nie lubi... Więc on o nią zazdrosny!—zaśmiała się wesoło: takiego zaszczytu nie spodziewała się nigdy... Ale z drugiej strony, gdyby podo- bała mu się naprawdę, czyżby mówił jej, że ona ubiera się w suknię miłosierdzia i odzy- wał się tak lekceważąco o kobietach wogóle? Takie podejrzenie jej dobrej woli w jego ustach jest wprost oburzające... A to powitanie po tak długim czasie!... ledwie raczył podać rękę... „Trzeba być tak głupią, jak ja, by za- pomnieć o tem i nie oddać mu tego przy po- żegnaniu... piękne za nadobne... tak należało zrobić, bo naprawdę nic mi na nim nie zależy, a jeśli teraz myślałam o nim, to tylko dlate- go, że nie miałam innego przedmiotu... Tak samo mogę myśleć o koniach, mieście, śniegu... Przeszła już przez mały rynek, gdy od strony poczty głównej spotkała się z mala- rzem, który ją przywitał z przyjemnem zdzi- wieniem: — Ach, to pani! Tak późno? — i uścis- nął serdecznie podaną rękę. — Musiałam zostać na modlitwie w schro- nisku; a teraz idę do domu. — Wiem, — uśmiechnął się — gdyż po pierwszem naszem spotkaniu byłem w kamie- nicy—i szedł dalej obok niej. Wandzia przypomniała sobie opowiada- nie Kasi o dopytywaniu się o nią jakiegoś pana i z pewnem zadowoleniem stwierdziła, że jej domysł był słuszny. — Dlaczego pan nie zaszedł do nas? — Dowiedziawszy się, że pani mieszka z ciotką, wiedziałem, że moja prośba pozo- stanie bez skutku. — Jaka prośba?—zdziwiła się. — Chciałem prosić o pozowanie... — Jak to? już wówczas?! — Widziałem panią przy wsiadaniu do dorożki... to mi wystarczyło. Wandzia, przypomniawszy sobie polece- nie ciotki, by zaprosiła malarza do mieszkania, powiedziała uprzejmie: —• Może zechce pan zajść do nas na chwilę... — Bardzo chętnie... tylko z góry prze- praszam za niestosowne ubranie. — To nie jest przeszkoda—uśmiechnęła się i szła pierwsza, rozważając, w jaki sposób uniknie zdradzenia się, iż nie zna jego na- zwiska. Najlepiej będzie, gdy poprosi go do saloniku, a sama zatrzyma się chwilkę w kuchni. Otworzyła drzwi przedpokoju i, rzuciw- szy okiem na szaragi, poznała okrycie pani Sylurskiej, a obok męskie palto, pewno Dom- nickiego. Spochmurniała: radaby była, by malarz nic wszedł, tak niemile dotknęła ją bytność pana Domnickiego, który napewno będzie jej nadskakiwał swoim zwyczajem. Teraz jednak za późno było cofnąć się, stało się, do gości musi go sama wprowadzić. Rozebrawszy się z futerka, zarumieniona z niepokoju i wzruszenia, otworzyła drzwi, i zaraz w progu przywitał ją radosny okrzyk Frania: — Nareszcie pani zjawiła się!... zaniepo- kojony miałem już iść na spotkanie, gdy wtem... — lecz urwał nagle, spostrzegłszy sto- jącego mężczyznę tuż za wchodzącą.
TYGODNIK ILLUSTROWANY M 50 957 Wandzia, zaczerwieniona z gniewu, uda- jąc, że nic słyszy słów Frania, podeszła na środek pokoju i, zwracając się do siedzącej, rzekła: — Ciociu, przedstawiam cioci znanego już z mych opowiadań artystę malarza, pa- na...—zająknęła się. — Petrycki — skłonił się malarz i wysu- nął rękę ku wyciągniętej dłoni panny Żardec- kiej, która, po usłyszeniu nazwiska, przyblad- ła, mimowolnie zrobiła ruch cofnięcia, lecz w tej chwili, uśmiechając się z przymusem, wyciągnęła rękę sztywnie, mówiąc tonem zim- nej grzeczności: — Bardzo mi przyjemnie, iż mam spo- sobność podziękowania panu za przysługę, oddaną mej siostrzenicy. — O jakiej przysłudze mówi pani? — zdziwił się szczerze. — Nie wiem o żadnej. — O tej na ulicy Stachowskiego — po- śpieszyła Wandzia z wyjaśnieniem, dziwiąc się niezmiernie zachowaniu ciotki i zgorszona jej zimnemi słowami. — Ach! o tej drobnostce jeszcze pani pamięta? — uśmiechnął się przyjaźnie do Wandzi. — Pozwoli pan, że przedstawię pana pani Sylurskiej —i panna Żardecka wymieniła z lekkim przymusem jego nazwisko. — Pan Domnicki — prezentowała dalej. Mężczyźni podali sobie ręce. Petrycki z pewną ciekawością spojrzał w bladawą, podniszczoną twarz młodzieńca, a ten z uśmie- chem łaskawym podał swą wydelikaconą rękę, gdyż już zauważył znoszony, wytarty na łok- ciach garnitur marynarkowy malarza, niemod- ny kołnierzyk i wyszarzany krawat. Może pan zechce usiąść — zaprosiła gospodyni, wpatrując się badawczo w twarz gościa, dziwiącego się, dlaczego ściąga na siebie uwagę nietylko gospodyni, lecz i pani Sylurskiej, której żywe, małe oczka nie prze- stawały go śledzić, zarówno jak i panny Żar- deckiej, niepokojącej się tym wzrokiem. Z pewną obawą pomyślała: czyżby Sy- lurska znała moją tajemnicę? bo dlaczego od chwili jego przyjścia nie spuszcza oczu ze mnie? Postanowiła przemódz wzruszenie, wy- wołała na twarz przyjemny uśmiech i zaczęła: — Wandzia opowiadała mi o obrazie pana... czy jest już na wystawie? — Nie będzie prawdopodobnie. — Czy zakupił go kto w pracowni jeszcze? Żałowałabym bardzo, gdyż pragnę- łam go zobaczyć. — Nikt nie kupił, proszę pani. — Czy wolno wiedzieć, co ten obraz przedstawia?—spytała słodko pani Sylurska. — Śmierć królowej Wandy—pośpieszyła Wandzia, widząc chmurną twarz artysty. — Wandy?!—powiedział Franio i z miną znawcy i z półuśmiechem ironicznym: — Nie dziwię się wcale, że pan rozmyślił się i nie Wystawia tego obrazu. To temat taki oklepa- ny, stary, zwietrzały... Wandzia zarumieniła się z oburzenia, a pani Sylurska z uśmiechem pochwalającym rzekła: — Franio ina zupełną słuszność... nawet widziałam sama obraz, przedstawiający Wan- dę rzucającą się do wody... Wandzia z pewnego rodzaju współczu- ciem spojrzała na malarza, i zdziwiła ją wesoła twarz jego. Petrycki zwrócił swe błyszczące, rozwe- selone oczy na Frania: — Czy nie byłby pan łaskaw wytłóma- czyć mi, jaki temat uważa się za nowy, świe- ży, silny? — Jak to, pan nie wie? Przecież to leży w fachu pana. — W moim fachu?... Nie, panie łaska- wy, moim fachem jest umieć dobrze malować, znać się na płótnie, rozrobieniu farb, na pendz- lach... Co innego temat, ten wymaga innych zdolności, i będę wdzięczny, gdy mi pan wy- jaśni różnicę tematów jako człowiek inteligent- ny i wykształcony. W tonie słów jego tylko jedna Wandzia odczuła zjadliwą, szyderską ironię, i uśmiech- nęła się, rada z porażki nielubionego gościa. Pan Domnicki wziął dosłownie powie- dzenie malarza, a widząc, jak niepozornie jest ubrany, domyślił się, że jest ubogi, nieznany, może więc wobec niego odegrać rolę znawcy i mecenasa sztuki, co go podniesie jeszcze wyżej w oczach pań i Wandzi. Więc z miną protektora, który zniża się do poziomu słuchacza, mówił, strojąc się w powagę: — To jest wadą szkół i akademii ma- larskich, że jednostronnie kształcą swych wy- chowanków. Każą przerysowywać zaśniedziałe wzory greckie, lichych modelów, zamęczają naturą... a nie rozwijają inteligencyi uczniów w kierunku nowych prądów literatury i sztuki. Czyż nie mam słuszności? — Tak, tak... cóż dalej?—spytał z wiel- ką powagą malarz. — Teraz w całej Europie panuje tylko jedna szkoła, inne przeżyły się zupełnie, nikt o nie nie dba. I jaka to szkoła? — mówiła pani Sy- lurska, dumna ze swego siostrzeńca. — Szkoła,—nauczał Franio, któremu na- der schlebiała uwaga zgromadzonych—naka- zująca wgłębiać się w swoją duszę, czyhać na każde drgnienie, na każdą momentalną wizyę, i te obrazy, te uczucia naszej prąd uszy oddawać wiernie w literaturze czy w sztuce. Dlatego też, taki naprzykład obraz jak królowa Wanda, należy do anachronizmów, nikogo nie wzruszy, nie zaciekawi, i dlatego bardzo dobrze pan zrobił, ukrywając go w swej pracowni, jako studyum bez znaczenia. — Dziękuję panu za wyjaśnienie,—rzeki malarz swobodnie — ale zechce pan może mi powiedzieć, co ma robić literat lub artysta, który nie ma wcale duszy? — kończył z miną niewinną. Franio zmarszczył brwi, jak Jowisz, i rzeki z miną dumną: — Ja mówiłem seryo, poważnie, a pan uznał za stosowne żartować. Czyż jest człowiek bez duszy?—obu- rzyła się pani Sylurska: — to sprzeciwia się pierwszym zasadom psychologii. — Ależ łaskawi państwo, — usprawiedli- wiał się Petrycki z miną pokorną — może źle się wyraziłem, tyle jednak razy zdarzyło mi się słyszeć: bezduszny człowiek, bezduszna lalka, i to o panach bardzo elegancko ubra- nych, więc sądziłem, że jeśli o nich tak mó- wią, można to zastosować też do niemodnie i licho ubranych malarzy. Ta mina i ton pokorny udobruchały Frania i rzekł z łaskawym uśmiechem: — Zacytowane przez pana wyrażenie jest tylko obrazowe, figuryczne, wcale nie do- tyczę braku duszy. — Dziękuję za objaśnienie,—skłonił gło- wę — ale zgodzi się pan na to, że pewni lu- dzie mają duszę płaską, marną, sobkowatą... ich dusza zajmuje się naprzykład strojem, modą, nizkiem zadowalaniem swych namięt- ności jedzenia, picia... I co wypatrzy, co wy- słucha taki malarz, czy literat ze swej duszy, chociażby wiek cały w nią się wpatrywał? — Pan mówi o wyjątkach, a ja mam na myśli ogół. — Ależ pan sam twierdził, że nasze szkoły nie rozwijają inteligencyi, więc ogół ma duszę prostacką. — Jeśli kto jednak podniesie się do wy- żyn dzisiejszej szkoły,—zawołał Franio—temu nie zabraknie tematów pięknych, porywają- cych... Petrycki, gładząc wąsy, patrzał z ironią na mówiącego, co drażniło jego ciotkę i rzekła porywczo: — W każdym razie musi pan przyznać, że temat gra wielką rolę w sztuce i piśmien- nictwie. — Każdy temat jest dobry, jeśli jest dobrze wykonany i leży w granicach zdolno- ści indywidualnej. Wogóle niema złych te- matów, tylko są źli wykonawcy. — Zatem dla pana — zaśmiał się Franio ironicznie — obraz historyczny jest tyle wart, co obraz wystawiający przekupkę? A to doskonałe! — Kto czuje dosyć siły i ma talent po temu, by dać obraz dramatu historycznego, niech maluje historyę, a kto za małe ma skrzydła, takie wróble, i prze, jak orzeł w gó- rę, ten jest tylko śmieszny. — Czy pan istotnie — wmieszała się do rozmowy panna Żardecka — nie uznaje nowej szkoły, o której wspomniał pan Domnicki? — Nie lubię i nie uznaję żadnej szkoły, a zresztą, proszę pani, sztuka jest tak wielka, tak wspaniała, że w niej mogą pomieścić się bez ujmy dla siebie nietylko wszystkie szko- ły, ale najwięksi geniusze nie są zdolni objąć jej całej i wypełnić sobą. I nie zaszko- dzą też jej głupstewka, o których ten pan wspomniał—kończył z powagą i innym tonem, aniżeli przemawiał do Frania. Te słowa, zwłaszcza ostatni frazes, do- tknął do żywego próżność Frania, zwłaszcza, że zauważył uśmiech tryumfu na twarzy Wan- dzi. Wyprostował się na krześle, zmierzył ma- larza lekceważąco i rzekł tonem wyzywa- jącym: — Takie odezwanie się świadczy o nie- zrozumieniu wyższych porywów duszy... po- mijając gruby materyalizm i brak formy. I gospodyni i Wandzia poruszyły się nie- spokojnie, a ostatnia z obawą śledziła wyraz twarzy Petiyckiego, lecz wkrótce rozjaśniła się, bo malarz spojrzał na Frania i, śmiejąc się serdecznie, powiedział tonem swobodnym bez cienia goryczy lub obrazy: — To trudno, łaskawy panie, nie każdy rodzi się paradyerem powozowym i nie każdy
CMENTARZ KLASZTORNY EDWARD LOEVY
I SZEDŁ ZA NIM WIELKI LUD
FR. MULLER MUNSTER
960 TYGODNIK ILLUSTROWANY 50 słucha bata woźnicy; są i „rozhukane ruma- ki," których, jak mówi Słowacki, sam Bóg nic kiełzna. Zresztą dyskusya staje się nudną... Możebyśmy zaczęli rozmawiać o bardziej inte- resujących tematach, np. o pogodzie, śniegu, nowych modach... Wandzia zaśmiała się półgłosem, skarco- na natychmiast wzrokiem ciotki, która zauwa- żyła niezadowoloną i chmurną minę innych gości. Pani Sylurska, mierząc Petryckiego zło- śliwem okiem, powiedziała z przekąsem: — Panowie malarze mają dziwny spo- sób rozmawiania... i czem to wytłómaczyć? — Przyzwyczajeniem, łaskawa pani — uśmiechnął się. — Brakiem ogłady—mruknął Franio. — Istotnie, ma pan słuszność co do mnie, gdyż nie stosuję się niestety do prze- pisów dobrego tonu pani d’Alq, ale jestem sobą. — To największa zaleta i jedynie god- na człowieka—rzekła Wandzia z uznaniem. Zaperzony Franio, przeczuwając, że do niego pił Petrycki, już miał odpowiedzieć, gdy w progu zjawiła się służąca, mówiąc: — Herbata gotowa. Malarz wstał i począł żegnać gospody- nię, która, pragnąc dowiedzieć się bliższych szczegółów o rodzinie Petryckich, usilnie go zapraszała do pozostania, a gdy się zgodził, zwróciła się do siostrzenicy: — Wandziu! Nakryj do stołu! Petrycki spojrzał zdziwiony na wezwaną i rzekł: — Więc pani Wanda?... to szczególne. — Dlaczego, proszę pana?—podchwyciła pani Sylurska. To sprawa osobista — odpowiedział niechętnie. — Jednak co?—dopytywała się z uśmie- chem złośliwym. — Obraz pański, „Wanda," ma zdaje się związek z panną Wandą - zaśmiał się Franio. — Domyślność pańska przynosi panu zaszczyt skłonił się malarz. — To niesmaczny żart — wydął Franio usta wzgardliwie. — Daruje pan,—ukłonił się Petrycki—ale zbyt mało się znamy, abym mógł pozwalać sobie na żarty... i wysoko Cenię domyślność pana co do utajonego związku pomiędzy Wandą kiolową a panną Wandą Popielską. I wypowiedział to z taką poważną i przejętą szacunkiem miną, że ani pan Dom- nicki, ani pani Sylurska nie umieli znaleźć od- powiedzi; jedna tylko Wandzia, krzątając się około stołu, zwróciła na niego wesołe spoj- rzenie, tak była rada przygnębieniu para Domnickiego. Usiedli do herbaty. I pani Sylurska, i jej siostrzeniec bacznie śledzili zachowanie się malarza, pragnąc z całego serca podpatrzyć ja- kiś ruch niewłaściwy, jakieś uchybienie przy- jętym formom. Wbrew jednak oczekiwaniom, malarz za- chowywał się tak wykwintnie, tak umiał uży- wać noża i widelca, miarkował ruchy rąk, że Franio powziął podejrzenie, iż chyba ten nie- pozornie ubrany malarz jest jednym z głoś- nych i bardzo wziętych artystów. Żałował nawet swej poprzedniej poryw- czości i silił napróżno swą pamięć, by w niej odnaleźć jego nazwisko. Interesując się przygodnie treścią obra- zów, nie znał i nie umiał doceniać nazwisk. Ale nietylko na pani Sylurskiej i Fra- niu zrobiła wrażenie jego wytworność; ujął so- bie nawet pannę Żardecką, i po kilku banal- nych frazesach spytała uprzejmie: — Za moich młodych lat znałam jedne- go z panów Petryckich: może to krewny pana? — My pochodzimy z Łomżyńskiego, a jest nas dosyć rozrzuconych po świecie. — I pan Stanisław Petrycki pochodził z tych samych stron... Czy pan go znał? — Stanisław? Inżynier? w — Tak jest. Ten sam — odpowiedziała zarumieniona, gdy pani Sylurska przestała jeść wędliny z wielkiego zaciekawienia. — To stryj mój rodzony. — I wie pan co o nim? Gdzie jest obec- nie? — Coś przed piętnastu laty wyjechał na Kaukaz, przez jakiś czas pisywał listy, potem słuch o nim zaginął... i dopiero przed pięciu laty czy czterema dał znać o sobie. Jest gdzieś we Władywostoku, czy w Mandżuryi... został z konieczności argonautą—uśmiechnął się. — Czy pan go znałeś? — Dzieckiem będąc, przypominam go so- bie, gdy przyjeżdżał z Piotrkowskiego do swej matki, a mojej babki na święta. Lubiłem go bardzo, bo był dzielny i wesoły. Czy pani go znała? — Tak... cokolwiek... bywał u nas... — mówiła z widocznem wahaniem. — To dla mnie prawdziwa niespodzian- ka—zawołał uradowany:—bardzo lubię i sza- nuję stryja Stanisława, to człowiek zdecydo- wanych zasad i przekonań, można go złamać, ale nie ugiąć... Pamiętam, gdy przed moim wyjazdem za granicę przyszedł list jego poraź pierwszy po wielu latach... Ileż to radości, uciechy, łez było, a pisał z Władywostoku, gdzie dostał miejsce na kolei Syberyjskiej. Wśród chwilowego milczenia, gdy pan- na Żardecka drżącą ręką mieszała herbatę, spytała pani Sylurska: — Czy stryj pana się ożenił? — Nie wiem... bardzo być może, iż z nu- dów związał się z jakąś Tunguzką, Oraczan- ką, Manzówną, Ajówną, i jak się tam nazy- wają te dzikie plemiona. — Bardzo wątpię—mówiła, patrząc z pod oka na pannę Żardecką: — jeśli w kraju miał narzeczoną, obowiązki... nie powinien był im się sprzeniewierzyć. — Nie przypuszczam, żeby był tak sen- tymentalny—zaśmiał się:—lat piętnaście na ob- czyźnie!... Można zapomnieć języka rodzime- go, a cóż dopiero jakąś miłostkę przelotną! — Jednak wy, mężczyźni,—gromiła pani Sylurska — jesteście obrzydliwi i wstrętni... Zmieniacie kobiety jak rękawiczki, gdy my, wierne ideałom pierwszej miłości, pamiętamy o tym jednym i jedynym do grobowej deski. — O ile nie trafi się lepszy, potem jesz- cze lepszy, wreszcie najlepszy! — śmiał się wesoło. — Ależ to okropna herezya! — zawołała oburzona—to przeciwne prawdzie... Czyż nie mam słuszności?—zwróciła się do panny Żar- deckiej. — No tak... zapewne... — odpowiedziała z pewnem ociąganiem się, nie chcąc brać udziału w dyskusyi. — Bo to widzi pani,—zawołał Petrycki— na stałość w miłości niema żadnych praw, re- guł, przepisów, żadnej różnicy płci... Jeden oddaje siebie całego, swoje ja całkowite... i ten jest stały, wierny, niewzruszony... Inny oddaje nazwisko, czasem ćwierć lub ćwierć ćwierci z siebie: ten musi zostać niewiernym czy niestałym, bo ta reszta domaga się życia własnego, oddzielnego. — Uczciwy człowiek—rzekł Franio zgod- nością — jest zawsze wierny swej miłoścr to obowiązek i prawo. — Prawda! - — Słusznie!—zawołały starsze panie. Petrycki spojrzał na niego z uśmiechem ironicznym i spytał: Ile też razy pan już się kochał?... — Ja? To naprawdę dziwne pytanie —- odparł z miną obrażoną.—Nic kochałem się ani razu, ani na chwilę. — Tak?... To szczerze żałuję pana. — Współczucie zbyteczne—mruknął. — A pan kochał się? i ile razy?—spyta- ła pani Sylurska z miną niewinną. — Trudno mi zliczyć -zaśmiał się.- Naj- pierw, jako piętnastoletni chłopak, kochałem małą kuzynkę Ewcię: ona zawsze była panią, ja niańczyłem jej lalki i wykradałem dla niej, no i dla siebie, przysmaki z ogrodu... Potem kochałem naszą sąsiadkę: dawała mi zawsze dużo konfitur i doskonałych pierników, ale i ten romans minął, gdy z jej synem polowa- liśmy po lasach... — I nikogo więcej? — spytała Wandzia rozbawiona opowiadaniem. — O pani! Nie jestem przecież bez ser- ca—uśmiechnął się przyjaźnie:—szalałem jakiś czas, nawet dość długo za Wenus z Milo, po- tem za Madonną Raracla i Murilla, to były chwile wielkiej rozterki i niepewności... — 1 na tem koniec? — spytała pani Sy- lurska. — O nie, miałem dużo przelotnych mi- łostek z kobietami Tycyana, Werończyka, Rem- brandta, a nawet Rubensa... aż wreszcie zako- chałem się na czas dłuższy w jednej Polce... — W jakiej?—spytała pośpiesznie. — W królowej Wandzie... niegodnym te- macie, według zdania pana. - Pan sobie z nas żartuje—rzekła obra- żona pani Sylurska. — Mówię szczerą prawdę. Królowa Wan- da jest dla mnie uosobieniem wiosny, życia, słońca, światła... i tak jestem o nią zazdrosny, że to studyum bez znaczenia dla znawców spojrzał ironicznie na pana Domnickiego—za- chowałem dla siebie, jako najmilszą pa' miątkę. — Zwierzenia pana nadają się do pisma humorystycznego—rzekła z dumą pani Sylm-' ska, wstając z kanapki. — Jedynem mojem pragnieniem było ubawić łaskawą panią—skłonił się głęboko. — Idziemy, Franiu—zwróciła się do na- chmurzonego siostrzeńca. — Służę cioci. Gdy goście wyszli i Kasia posprzątała ze
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 50 961 stołu, panna Żardecka usiadła przy biurku i, wskazując krzesło Wandzi, przemówiła: — Chcę z tobą szczerze i poważnie po- mówić, nie jako ciotka, ale jak przyjaciółka starsza i doświadczona. — Bardzo chętnie, moja ciociu... Czy za- chowałam się niewłaściwie?—spytała, siadając naprzeciw ciotki. — Nie o tom chcę z tobą mówić... Czy pamiętasz, co ci opowiadałam, gdy wróciłaś taka rozżalona napaścią tych dwu nicponiów na ujicy? — Tak jest... ciocia mówiła o tym nie- godnym człowieku, który, pozyskawszy pod- stępnie... przyjaźń cioci, nic dotrzymał przy- rzeczenia, złamał dane słowo... Ciotka, patrząc wprost w oczy dziewczy- ny, mówiła zwolna: — To nie była przyjaźń... Kochałam go. Byłam wówczas w twoim wieku, jedyna u ro- dziców, pieszczona i kochana, bo mama two- ja, gdy byłam prawie dzieckiem, wyszła za mąż... Mieszkaliśmy niedaleko huty żelaznej, bywało u nas dużo osób, młodzieży, a po- między nimi i on. Spotkaliśmy się przypad- kowo przy pożarze chat wiejskich... i on za- czął u nas bywać. Był młody, entuzyastycz- ny, marzył o szerokiej pracy społecznej, dążył do wielkich celów, i słuchając go... zakocha- łam się. Twarz jej przybladła, już nie patrzała na Wandzię, i w rysach jej, w wyrazie oczu po- znać było, że z gromady wspomnień wybiera tylko pewne szczegóły. Przez chwilę milczała i zaczęła cichym, urywanym głosem: -— Rodzice byli mu niechętni, ale tyle wymogłam... że wreszcie zgodzili się... Jego środki utrzymania były tak małe, że nie mog- liśmy się pobrać... i on po zaręczynach wy- jechał na korzystną posadę, na Kaukaz... Te przejścia z rodzicami, z krewnymi, rozstanie się, brak wiadomości, spowodowały moją dłuższą chorobę, i lekarze kazali mi wyjechać dla poratowania zdrowia za granicę. Tak mi- nął rok. — Czy on pisywał często do cioci? — Miałam od niego kilka listów, ale je- go zajęcia przy budowie kolei wymagały czę- stej zmiany miejsca pobytu... listy ginęły w da- lekiej drodze, nie zawsze dochodziły. — I kiedyż obiecywał wrócić? — Czasu stałego nie określał, pisał za- wsze warunkowo... — A ciocia czekała na niego, mimo ta- kiej niepewności?—dziwiła się. — Czekałam, bo mu wierzyłam. Inni starali się o mnie, i mimo rozkazu, próśb, za- klinali rodziców, pozostałam mu wierną. I tak minął drugi rok, a w trzecim roku na jesień obiecał wrócić. Ale jesień minęła i zima... i nowa jesień przyszła, a jego nie było. Listy nadchodziły coraz krótsze... wreszcie ustały. Są- dziłam, że może zachorował, że może wraca, że zatrzymały go gdzieś niespodzianie inte- resy... — Ach, ciociu, jakże można było tak się łudzić?—zawołała zgorszona Wandzia—i to po czterech latach daremnego wyczekiwania! Nie! ja nie pojmuję cioci... — Byłam tak głupia, — uśmiechnęła się z goryczą—że uwierzyłam w słowa mężczyzny, a dosyć upartą, by na swojem postawić... Wreszcie obrzydł mi cały świat, stałam się drażliwą, nerwową, odstręczałam wszystkich od siebie... chciałam wstąpić do klasztoru tu w Krakowie. Powstrzymała mnie najpierw śmierć ojca, potem choroba mamy... i wśród tych cierpień przyszłam do równowagi... A tak wstrętne stały mi się wszelkie wspomnienia o nim, że po śmierci mamy przeniosłam się najpierw do Warszawy, a następnie do Kra- kowa. — Należało cioci wcześniej się rozmy- ślić—mówiła Wandzia z powagą doświadczo- nej osoby.—Nigdy nie można ślepo ufać je- dnej osobie, i całego szczęścia stawiać na je- dną kartę... Ale nic straconego — pocieszała— ciocia taka ładna, miła, rozumna, że ze wszel- ką pewnością wyjdzie ciocia za mąż, jeśli tyl- ko zechce. Wysłuchała spokojnie tych słów, uśmiech- nęła się łagodnie i mówiła, ożywiając się stop- niowo: — Bardzo słusznie rozumujesz, moja Wandziu, i pamiętaj nie zaufać zbytecznie, nie stawiać życia na jedną kartę... A co do mnie już skwitowałam zupełnie z tak zwanego, chy- ba przez ironię, szczęścia rodzinnego. Mam wstręt do wszystkich mężczyzn, bo kłamią, oszukują, depcą najświętsze uczucia... a potem chlubią się swem haniebnem i podlem postę- powaniem. — Ma ciocia zupełną słuszność... I ja ni- gdy za mąż nie pójdę. Mogę ich znać, nawet być w przyjaźni do pewnego stopnia, ale wiązać się na całe życie z obcym człowie- kiem—nie, nigdy, przenigdy! — Wandziu, mówisz to szczerze? — Jak najszczerzej, przecież nie jestem dzieckiem. Ciocia ma mnie za naiwną — uśmiechnęła się—a ja wiem wszystko. Najle- piej i najdokładniej określiła Konopnicka sto- sunek mężczyzny do kobiety. Pamięta ciocia ten jej wiersz: „Na progu raju“? Jak ona tam pisze—mówiła rozpromieniona: „Jego się śladów dzierż i jego cienia, Choć gnana biczem! Wszystko mu oddaj do tchu, do imienia, On będzie osią twojego istnienia, Ty — niczem!" I ja, ja miałabym zostać żoną, niewolni- cą, patrzeć mu w oczy jak pies i słuchać!? — Hm... a gdyby Petrycki... — On!?—zarumieniła się-—ależ, ciociu, on poza swoją sztuką nic nie widzi... i mnie zauważył tylko, jako modelkę dobrą, sam mi to dziś mówił. — Ale, gdyby... — Nie, ciociu, to niemożliwe... Ale gdy- by się nawet starał o mnie, obrzydłby mi zu- pełnie. Teraz lubię go i szanuję za jego ory- ginalność, ale gdyby chciał ze mną się oże- nić, straciłabym dla niego sympatyę i sza- cunek. — Bardzo dobrze, moja Wandziu... Wra- cając jednak do mojej historyi, nie wiesz jak on się nazywał. — Nazwiska takich podłych nie powin- ny być nigdy wymieniane; ale jeśli to cioci robi przyjemność... jakże się nazywał? — Stanisław...—i patrząc jej w oczy do- dała po chwili:—Petrycki! — To niemożliwe!—zerwała się z krze- sła i natychmiast usiadła.—On, Petrycki?! ten stryj jego!? — Tak jest. — 1 to on miał tak podłego stryja, któ- rego w dodatku lubi i szanuje!— mówiła, nie mogąc się jeszcze uspokoić. — Z całym rozmysłem opowiedziałam ci historyę swego życia, aby cię ostrzedz, moja Wandziu, i uchronić przed nieszczęściem. — Zdaje mi się, ciociu, że to była trosk- liwość zbyteczna: nie kocham go i nie my- ślę o tem. Zanadto cenię godność swoją i swobodę, abym dobrowolnie szła w jarzmo. •— Bardzo być może, ale ja odpowiadam za ciebie przed twoją mamą i chciałam cię przestrzedz przed nierozważnym krokiem. Za- uważyłam dzisiaj, że nadto i zbyt pochopnie podzielasz jego zdania i poglądy. — A czy były niesłuszne? fałszywe? — O tem nie mówię, ale panna w twoim wieku powinna być powściągliwsza... Niepo- trzebnie naraziłaś sobie Sylurską i jej siostrzeń- ca... Na przyszłość trzeba więcej uważać na ludzi. — Ależ ciocia sama uśmiechała się, słu- chając, jak on drwił, szydził i zgniótł tego zarozumiałego paniczyka. (DCN) JAN LEMAŃSKI: Z CYKLU: „MIŁOSIERDZIE." Błogosławieni miłosierdzie czyniący. RES SACRA MISER. Pan na Res sacra miser Dal raz większą kwotę. Dał pan, bo w „Kuryjerze" Drukuje się o tem. Dał, bo res sacra miser. Dał, i (bagatelka) Podwyższył lokatorom Swym najm o rubelka Na miesiąc, bo—powiada Fronton wam odświeżę Na modern (wszakże o tem Piszą w „Kuryjerze"). OPIEKUN. Ckliwe dobra początki Są, lecz koniec słodki. Pewien pan opiekował Się dolą sierotki. Z ckliwością jej dostarczał Wychowawczej manny, Aż z sierotki dochował Się nadobnej panny. I tu się z nią zaręczył, Mniemając, rzecz prosta, Iż w sercowej tkliwości Jemu nikt nie sprosta. A kiedy ręce ksiądz im Owiązywał stułą. Myślał pan: „Jakąż ja mam Tkliwą duszę, czułą! Sam siałem skarb, sam zjem go: Młody-by roztrwonił..." Tak myślał pan. Ksiądz ręce Wiązał. Organ dzwonił.,.
952 TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 50 List lekarza z Dalekiego Wschodu. 4 października 1904, Mukden. Kochany Mieczku! Nie wiem, czy otrzymałeś ostatni mój list, pisany na imię stryja do Warszawy, gdyż nie wie- działem, czy jesteś w tym czasie w Nałęczowie. Od tego czasu dużo się zmieniło: już nie stoję na frontowych pozycyach, lecz obecnie pułk mój znaj- duje się pod Mukdenem, a mój batalion od dwóch dni w samym Mukdenie. Już trzy tygodnie od- poczywamy tu po laojańskim boju. Po bitwie pod Chajczenem, którą ci opisy- wałem w poprzednim liście, szliśmy długim i uciąż- liwym pochodem, cierpiąc rozmaite braki, jak np. chleba, mięsa etc., znosząc głód i zwalczając zmę- czenie, aż dotarliśmy nareszcie pod Laojan, do wsi Cofanduń, gdzie zatrzymaliśmy się na dłuższy postój i zaczęliśmy żyć lepiej i wypoczywać. Wkrótce jednak rozbito nasz pułk na bataliony, wyznaczając każdemu inne zadanie. Na mój ba- talion wypadło zająć Laojan garnizonem, bronić składów intendentury, bram i wyłomów w murach chińskiego miasta i czuwać nad jego spokojem. Zamieszkaliśmy więc wewnątrz murów chińskiego miasta bardzo wygodnie, w lokalu, przypominają- cym europejski, przerobionym z chińskiej świąty- ni, czy też zamożnego domu, gdzie była i podło- ga, i białe tapety, i drzwi, i okna częścią oszklo- ne; brakło, co prawda, kilku szyb, ale było to w myśl zasady, że wentylacya zawsze jest potrzebna. Zaledwie jednak zaczęliśmy się otrząsać po tru- dach pochodu i mieć nadzieję dłuższego w Laoja- nie odpoczynku, gdy pewnego poranku odezwały się okoliczne wzgórza znanym już nam dobrze od- głosem wystrzałów, i „zaczęły grać armaty," jak powiada Sienkiewicz. Wybiegliśmy w kilku na mury chińskiego miasta, żeby ze szczytów baszt patrzeć na bitwę. Jak białe kulki śniegu, pokazywały się na wzgórzach okrągłe obłoczki-wybuchy pękających pocisków — tak piękny, łagodny mające wygląd, a jednak tak zdradzieckie, tylu wyrokami śmier- ci brzemienne! Huk wystrzałów i wybuchów głu- chem echem rozlegał się po wzgórzach, i widać było dokładnie błyski ogni, wyrzucanych z paszcz działowych, przebiegających jak pod naciskiem kla- wisza, wzdłuż całej linii bateryi. Tak się zaczął pierwszy dzień bitwy pod Laojanem. Następnych dni szło crescendo. Straszny był wieczór drugiego dnia: Około godziny 6 wieczo- rem ogień nieprzyjacielski wzmógł się na prawem skrzydle rosyjskiem od strony południowo-zachod- niej, i powstała w tem miejscu szalona kanonada, TRON CESARSKI W MUKDENIE. Ze zbiorów Z. Kalinowskiego. tak, że trudno pojąć, jak z tego piekła mogła wyjść choć jedna żywa dusza. Powodowany ciekawością, gdyż nie miałem w tym razie obowiązku, udałem się w tę stronę na opatrunkowy punkt; spotkałem tam kilku zna- jomych kolegów Polaków i mogłem, pomagając im, z blizka przyjrzeć się bitwie i dowiedzieć się cze- goś od rannych o jej przebiegu. Chodziło Japończykom o zajęcie w tem miej- scu ważnych wzgórz, na których znajdowali się Rosyanie. Słońce już miało się ku zachodowi, i zaczął powoli zapadać mrok, tem groźniejszy więc widok przedstawiała bitwa. Już nie białe obłoczki, lecz kule ogniste zasypywały wzgórza i całą przestrzeń przed niemi; trwał już nie huk, lecz nieustanny, szalony ryk dział. Miało się wra- żenie, jakby jakiś szalony orkan, jakiś huragan piekielny zerwał się gdzieś na krańcach widnokrę- gu i z pustyń afrykańskich na skrzydłach pioru- nów i błyskawic przyleciał i spadł na głowy sza- rej, lichej jak mrowie i jak mrowie drobnej masy żołnierzy. Coraz więcej zaczęto nam znosić ran- nych. Wkrótce napełniły się nimi długie szeregi wózków ambulansowych i pociągnęły nieskończo- nym prawie sznurem do głównego posterunku na stacyę, gdzie stały szpitale połowę. Ranni oficerowie, którzy jeszcze mogli mó- wić, opowiadali o strasznych pociskach, jakie za- sypywały ich pozycyę, tak, że nie podobna się by- ło na nich utrzymać. A tam, na wzgórzach wzma- gał się ogień piekielny, coraz głośniej rozlegał się huk armat, świst lecących w powietrzu pocisków, trzask pękających granatów; widmo śmierci zawis- ło nad placem boju. Tu zaś, w dolinie, przy bla- skach zachodzącego słońca, cicho ciągnęły biało pokryte ambulanse, ginął wśród przeraźliwego świ- stu pocisków cichy jęk rannych, poobwiązywanych białemi szmatami, i miarowy rytm kół toczących się po drodze, tak, że ta cicha i biała procesya robiła wrażenie jakiegoś tajemniczego korowodu mar, wyratowanych z tego szalonego odmętu śmierci, który huczał i kipiał za niemi. Na stacyi wre ruch gorączkowy; każde wolne miejsce, każdy placyk są zamienione na posterunek opatrunkowy. Dookoła, rzędami, jak spojrzeć szeroko, widać gęsto usta- wione białe wielkie namioty polowych szpitali; le- karze w białych fartuchach, często krwią zabryz- ganych, biegają od rannego do rannego; siostry miłosierdzia śpieszą z pomocą nieszczęśliwym; jęk rannych rozlega się tu coraz głośniej, i białe ban- daże, zbroczone purpurą, migają co chwila przed oczyma, jak biało-szkarłatne, symboliczne kwiaty. Coraz częściej rozlega się świst lokomotywy, coraz pośpieszniej wnoszą na noszach i ładują do wagonów rannych i odsyłają w sanitarnych, z kom- fortem urządzonych pociągach do Mukdenu, Tjeli- na i Charbina. Wtem kanonada stop- niowo milknie, i na wzgó- rzach powiewa biały sztan- dar narodowy japoński z ponsowem słońcem po- środku... Sześć dni i nocy trwał bez przerwy bój za- cięty. Wciąż coraz bliżej padały pociski i coraz głoś- niej grzmiały wystrzały, coraz ciaśniejszym ogni- stym pierścieniem ściskał nieprzyjaciel obrońców lao- jańskich pozycyi. We dnie trwała nieustanna kanonada armatnia. Z zapadnięciem mroków wszystko na razie ścichało, i zapanowywała ogromna, niezgłębiona ci- sza, przepełniona groźną tajemniczością w oczekiwaniu rzeczy nadzwyczaj- nych; cisza zdradliwa. Około godziny 10 wieczo- rem nieprzejrzane ciemności rozproszył srebrny blask księżyca, ale ledwie promienie jego rozpę- dziły mroki, gdy straszliwy huk karabinowych salw wstrząsnął powietrzem, i nakształt szalonej nawał- nicy rozpoczęła się strzelanina. Nad ranem, o świ- cie, znowu rozległy się strzały armatnie. I tak co- dziennie. Ale najgorsze były dwa dni ostatnie. Japończycy przysunęli już wtedy swoje dzia- ła tak blizko, że rosyjskie baterye musiały siać pod samymi murami; odgłos wystrzałów głuszył mowę naszą, a pociski wpadały do miasta, czyniąc szkodę budynkom i ofiary w ludziach. Chińskie miasto z ruchliwego i rojnego mrowiska zaczęło się przeistaczać w pusty jakiś, prędzej cmenterz niż gród przez ludzi zamieszkany. Domy poza- mykane, na ulicach ani żywej duszy. Czasem tyl- ko lękliwie i pośpiesznie przebiega, pod osłoną ścian murowanych, oddzielny przechodzień. Panowało tam bóstwo zniszczenia i śmierć zbierała swe żniwo. Tylko rezerwy wojsk i opa- trunkowe posterunki czaiły się gdzieniegdzie pod murami lub nasypami ziemnymi; kiedy niekiedy przemknął konny ordynans, czasem z turkotem przegalopował szereg jaszczów artyleryi, lub prze- sunęła się grupa wartowników poza tern pustka, jakby ludzie wymarli. Ale oni nie wymarli, tyl- ko uciekli. Zabili okna i drzwi domów i uciekli, zostawiając mionie i dobytek na pastwę losu. Rze- czywiście ogień był tak wielki, że niepodobna by- ło tam wytrzymać choć przez chwilę. Co sekun- da prawie rozlega się wybuch pocisku. Słyszysz z początku rodzący się z niczego świst, zrazu nie- znaczny, lecz z wielką szybkością wzrastający do przeraźliwości, po nim natychmiast huk straszny i trzask. Rzucasz wzrokiem w tę stronę i widzisz snop lecących w górę kamieni, cegieł i brunatną chmurę ziemnego kurzu. To granat wpadł w ja- kiś mur czy ścianę, lecz ledwieś tu spojrzał, jak znowu trzask w innej stronie, to z boku, to za to- bą, słowem: dostałbyś zawrotu głowy, chcąc widzieć skutek każdego pocisku. A w przestworze nad głową nieustanny świst, przerywany hukiem wy- strzałów, przed tobą zaś zapadają się w gruzy domy, z trzaskiem runą dachy, dym szary i kurzu tumany unoszą się nad tym obrazem zniszczenia, a na to, jakby przez zasłonę z łez, przegląda smut- ne oko słońca. W kilku miejscach wybucha pożar i potęgu- je grozę. Wróciłem do lokalu, zajmowanego przez nasz batalion, ale i tam już sięgały pociski, i kilka gra- natów wpadło do podwórza. Kule karabinowe, świszcząc jak stado ptaków skrzydłami w przelo- cie, leciały nad naszemi głowami i odbijając się o dachówkę spadały na ziemię. Jeden żołnierz zo- stał zraniony, siedząc w mieszkaniu: kula karabi- nowa wpadła mu w usta i wybiła dwa zęby. Obok nas kiedy niekiedy w chińskie mieszkania z ogromnym trzaskiem waliły granaty; widzieliśmy niesionych ulicą rannych Chińczyków; byli i za- bici. W sobotę 3-go września Rosyanie nie mogli się już utrzymać pod Laojanem, pod naciskiem armii Oku. Oprócz tego z północo-wschodu zbli- żał się Kuroki i mógł łatwo przeciąć od- wrót armii walczącej pod Laojanem, nakazano więc całej armii odwrót z nadejściem nocy. Mój bata- lion odchodził ostatni i przez cały czas przecho- dzenia wojsk przez rzekę bronił mostu na łodziach. Wtedy dopiero nad brzegiem rzeki rozłożyłem swój własny opatrunkowy posterunek i przy świetle ma- łej latarki opatrywałem rannych. Gdy wojsko cicho i pośpiesznie przeszło, osłanialiśmy jeszcze zwodzenie tego mostu. Ładny był widok: cicha noc, przed nami za ciemnemi kę- pami drzew podmiejskich świecą łuny pożarow Laojanu; u stóp naszych szybko pędzi nurt rzeki,
TYGODNIK ILLUSTROWANY .Nb 50 963 w lukach między drzewami na jaskrawem tle wi- dać ciemne sylwetki przesuwającej się japońskiej kawaleryi. Wtem trzask na lewo od nas na rze- ce: snop ognia i iskier wylatuje w powietrze, cały most drewniany, znajdujący się wyżej od nas, sta- je w płomieniach... i znowu cisza, tylko syczą wę żowate, ogniste języki palącego się mostu i wzno- szą się prosto ku niebu. Wkrótce spalono inne mo- sty drewniane i wysadzono most kolejowy, który miał przeszło dwie wiorsty długości i kosztował 3 miliony rubli. Obraz był wspaniały. Najpierw ze strasznym hałasem wybuchnęły miny, most oblany wpierw naftą, cały w oka mgnieniu stanął w płomieniach, a potem długo je- szcze jedna za drugą wybuchały miny i leciały w powietrze iskry i płomienie, a szczątki mostu z sykiem wpadały w wodę. W kilku miejscach w ten sposób zapłonęły jasne łuny pożarów i oświetliły cofanie się armii na północ. Ze drże- niem oczekiwano pościgu, ale cisza zalegała w da- lekim obozie japońskim. Nie mają oni zwyczaju gonić nieprzyjaciela; w tym przypadku zresztą po spaleniu mostów nie mogli się tak prędko przepra- wić przez wezbraną od deszczów rzekę, a może to nie leżało w ich planie; słowem, dzięki za- niechaniu przez nich pościgu, uciążliwe cofanie się po złych i nieprzygotowanych drogach udało się całkiem pomyślnie. Szliśmy dwie noce bez wytchnienia, dopóki nie minęła cała armia, a szczególnie ładowne, ogromne tabory i artylerya, niebezpiecznego miej- sca około stacyi Jantaj, gdzie ze strony wschód niej groziła znajdująca się już niedaleko armia ge- nerała Kurokiego. Grzęzły koła armat, zastrzęgały w błocie ogromne wozy pontonów, krzyk woźni- ców i hałas pomagających wyciągać wozy żołnie- rzy, odgłosy komendy, zmieszane z turkotem kół i krokami ludzkimi, tworzyły zamęt, chaos. Miej- scami robił się na węższych przejściach lub u prze- praw przez rowy i strumienie kompletny zator z lu- dzi, koni, wozów, i ścisk i tłok tworzył się ogromny. Po dwóch dobach ogromnie uciążliwej i mę- czącej podróży, prawie zupełnie o głodzie, doszli- śmy do stacyi Szache, odległej o 45 wiorst od La- ojanu, a o 15 od Mukdenu, gdzie całkiem już by- ło od nieprzyjaciół bezpiecznie. Tam dopiero dano nam trochę wytchnienia i już powoli, nocując i zatrzymując się po parę dni w wioskach, szliśmy pod Mukden. Tu zaczęło się spokojne życie, pełne wszelkiego dostatku. Wychu- dzone i wygłodzone nasze i końskie ciała zaczęły nabierać pełności i okrągłości, gdyż blizkość mia- sta pozwalała zaopatrywać się we wszelką spyżę, a oprócz tego na stacyi Mukden stoi wciąż kilka wagonów ekonomicznego Towarzystwa oficerów z Petersburga, gdzie można dostać wszystkiego, czego dusza zapragnie. Ale już kończą się dni spokoju i odpoczynku, bo dziś, jutro ruszamy na- przód. Postanowiono odebrać Laojan i iść do Por- tu Artura. Zobaczymy, jak to się uda. Przez czas pobytu w okolicach Mukdenu zwiedziłem zabytki miejscowej architektury. Naj- pierw zwiedziłem znajdujące się około Mukdenu groby cesarzów mandżurskiej dynastyi. Kiedy się skończy wojna, nie mamy tu żad- nych danych do sądzenia; nic nie wiemy, jaki obrót wezmą dalsze sprawy. Tymczasem tak się naprzykrzyło, tak się chce Wracać do domu, i koniecznie trzeba nawet wracać, że nie wiem jak sobie poradzę i jakich sposobów się chwycę, jeżeli wojna przeciągnie się na dłużej. Przygotowania do zimowania tu robią się w całej armii. I nowa armia idzie z Rosyi, zimę więc napewno wypadnie tu spędzić. Ale żeby ehoć wrócić na wiosnęl *) ___ Twój Jerzy Gliński. ) List niniejszy zawdzięczamy uprzejmości d ra Mieczysława Glińskiego, stryjecznego brata d-ra Jerzego Glińskiego. Z tygodnia na tydzień. Aozoe „Kolo." W tych dniach ostatecznie powołano już do życia Koło przemysłowców warszawskich, które stanowi organizacyę nietylko bardzo pożyteczną, lecz i niezbędną. Ma ono na celu skupić wybra- nych zdolnych rzeczoznawców z różnych dziedzin, którzy czuwać będą nad interesami danych • gałęzi przemysłu i w razie potrzeby będą ich przedstawi- cielami na zjazdach lub też w różnych zorganizo- wanych zabiegach. Jest to niesłychanie ważne. Dotychczas liczne przykłady z życia wykazały wielki brak takich lu- dzi, upełnomocnionych przez daną grupę, stano- wiącą odłam interesów ekonomicznych. W wypad- kach nadzwyczajnych, gdy np. należało oświetlić interesy kraju, podnieść jego potrzeby nieodzowne, wskazać niedomagania, wyświetlić tę lub inną stro- nę ujemną pewnych reform, systemów, rozporzą- dzeń, uzupełnień prawno-reglamentacyjnych, gdy należało rzucić stosowne światło na dany prąd po- lityki ekonomicznej, która mimo woli faworyzo- wała jednych, pomijała innych, albo niekiedy na- wet stała wprost w sprzeczności z interesami pew- nej dzielnicy, w takich przypadkach rozglądano się gorączkowo śród ogółu, powoływano przygodnych przedstawicieli, bądź nieodpowiednich, bądź nie- przygotowanych do wypełnienia doniosłych żądań, bądź wreszcie zdolnych a niewymownych, przeję- tych dobremi chęciami, ale nie rozporządzających czasem. Tacy ludzie, pośpiesznie obeznani ze spra- wą, najczęściej w ostatniej chwili, po krótkich po- wierzchownych porozumieniach, brali na siebie mi- syę ważną, opracowywali referaty lub zabierali głos na zjazdach i oczywiście w rezultacie przy- wozili... porażkę. Tak było podczas zjazdu młynarskiego, tak było przed wprowadzeniem nowego prawa o ochro- nie leśnej, nie przystosowanego w zupełności do warunków kraju i jego kultury, jedynie dzięki te- mu, że narady w tej sprawie zwołano w Warsza- wie za późno i nie umiano opracować odpowied- niego memoryału, któryby przedstawił istotne po- trzeby w tej mierze. To samo było podczas re- formowania taryf, wprowadzania taryfy różniczko- wej, mającej na celu ułatwienie przewozu towarów z Cesarstwa transita Królestwo Polskie za grani- cę. Dzięki temu, iż nie potrafiono zawczasu wy- świetlić sprawy w taki sposób, ażeby pewne uzu- pełnienia i zastrzeżenia w nowej reformie zharmo- nizowały interesy ekonomiczne, taryfy różniczko- we oddziałały fatalnie: towary, stanowiące wytwór taniej produkcyi w dzielnicach o gospodarce na- turalnej, idąc przez Królestwo Polskie za granicę, więzły na rynkach naszych, przepełniały je, wra- cały z zagranicy do nas, uciskając przemysł miej- scowy. Niemniej mizernie zarysowały się nasze za- biegi podczas narad traktatowych, gdzie chodziło o kwestyę bytu ekonomicznego wielotysięcznych rzesz ludności. Albo nie umiano wyzyskać chwili, należycie poprzeć sprawy, albo wyzyskiwano ją jednostronnie, egoistycznie, w interesach niewiel- kiej grupy, stojących w sprzeczności z interesami innych szerokich grup. Tak było z popieraniem interesów handlu mącznego ze szkodą przemysłu młynarskiego w kraju. W przyszłości niewątpliwie będziemy mieli coraz więcej takich spraw, które wymagają regula- cyi i należytego przedstawienia w sferach właści- wych. Dlatego też jest rzeczą wielce pożądaną, ażeby „Koło" przemysłowe możliwie najbardziej się rozszerzyło, ażeby do swych szeregów powo- łało ludzi zdolnych, światłych, ze wszystkich dzie- dzin życia ekonomicznego. Zen. P. Dr. JóseJ Puzyna. Przedłużające się niezdrowie prof. dr. Anto- niego Kaliny zniewoliło go do złożenia zaszczyt- nego wielce urzędu rektora uniwersytetu lwow- skiego. Dokonano tedy nowego wyboru. Tytuł Magnificericyi i szkarłatna, bramowana gronostaja- mi toga przypadły na bieżący rok szkolny prof- dr. Józefowi Kniaziowi Puzynie. Puzyna, urodzony w r. 1856 w Martynowic w Galicyi, uczęszczał do gimnazyum Franciszka Józefa we Lwowie i na wszechnicy lwowskiej też ukończył wydział filozoficzny, słuchając głównie wykładów głośnego wówczas prof. Żmurki. W r. 1882 składa egzamin nauczycielski do szkół średnich, w rok później osiąga doktorat filozofii. Następne lata, 1883 i 1884, spędza na uniwersytecie berlińskim, studyując matematykę u Weierstrassa, Kroneckera i Fuchsa. Powróciw- szy do kraju, habilituje się w r. 1885 na docenta matematyki, a w r. 1892 zostaje jej zwyczajnym profesorem. Tworzy i prowadzi seminaryum ma- Dr JÓZEF PUZYNA. tematyczne, mogąc się pochlubić szerokiem już gro- nem uzdolnionych uczniów. W r. 1900 Akademia Umiejętności w Krakowie mianuje go swoim człon- kiem korespondentem. Poza nauczycielską, wyczerpującą siły dzia- łalnością, Puzyna pracuje i pisze sporo, a w rze- czach swych posuwa zawsze naprzód umiłowaną gorąco naukę. Szereg licznych prac jego ogłosiły i ogłaszają dotychczas: Akademia Umiejętności w „Pa- miętniku wydziału matematyczno-przyrodniczego," Muzeum, Kosmos, („Prof. Wawrzyniec Żmurko, jego życie 1 dzieła"), warszawskie „Prace matema- tyczno-fizyczne" i wiedeńskie MonatMiejte Jur Ma- thematik and Physik. Kapitalnem dziełem Puzyny, które wsławiło wśród matematyków jego imię, jest „Teorya funkcyi analitycznych", tomów 2, Lwów 1898 1900. Pedagog z przekonania, obdarzony darem słowa, bywa Puzyna zawsze chętnie słuchany i cieszy się w świecie studenckim wielkim mirem i popularnością. to. Dom św. Zyty. W dniu 4-ym b. m. pozyskała Warszawa nową instytucyę społeczną, której brak dawał się odczuwać oddawna. Jest to tak zwany „Dom św. Zyty," podda- ny pod opiekę miejskiej dobroczynności publicz- nej, a przeznaczony na wychowywanie pożytecz- nych pracowników w zakresie gospodarstwa do- mowego, t. j. dobrych, wzorowych sług.
964 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 50 Przedewszystkiem zakład powyższy kształcić ma „służące do wszystkiego," poszukiwane przez znaczną większość naszych gospodarstw domowych, a następnie, stosownie do okazywanego przez nie uzdolnienia, specyalizować je na kucharki, poko- jówki, młodsze i t. p. Wstęp do „domu św. Zyty" mieć będą dziew- częta od lat 15 do 30, z pierwszeństwem dla sie- rot lub pozbawionych opieki, przyczem przyjmo- wane być mogą bezpłatnie w miarę wakansu, lub za opłatą, która jednak w żadnym razie nie może przewyższać 12 rub. miesięcznie, wliczając w to naukę i koszt całkowitego otrzymania. Poza tem wstęp do zakładu mieć będą w przyszłości także dziewczęta przychodnie. W celu produkcyjnego zużytkowania pracy wychowanek zakład urządził jadłodajnię, która wy- dawać będzie na miejscu i na miasto obiady tu- dzież przyjmować zamówienia na kolacye i od- dzielne potrawy. Nadto zas dla nauczenia wycho- wanek służby pokojowej zakład wynajął kilka po- kojow lokatorkom. które będą obsługiwane przez miejscowe dziewczęta. Jak Widzimy z powyżej przytoczonych szcze- gółów, zakres pracy pedagogicznej ’ kierowniczek domu św. Zyty zarysowuje się bardzo szeroko, a gdy nadto dodamy, że na mozolną stronę wy- chowania swych uczennic zakład zwracać będzie szczególną uwagę, to zrozumiemy łatwo, że nowa instytucja odegrać może i powinna pierwszo- rzędną rolę w prawidłowem ukształtowaniu się wzajemnych stosunków pomiędzy pracodawczynia- mi a pracującemi w zakresie naszego gospodarstwa domowego. To wysoce społeczne znaczenie „domu św. Zyty" zapewni mu niewątpliwie należną pomoc i poparcie wśród szerokich kół ludzi dobrej myśli. Aktu poświęcenia pożytecznej instytucyi do- pełnił ks. rektor Gralewski w obecności p. Broni- sławy Kuczyńskiej, głównej inicyatorki i założyciel- ki zakładu, p. redaktorowej Janowej Gadomskiej, członkini zarządu, p. Heleny Kryńskiej, sekretarki, oraz licznie zgromadzonych pań protektorek i or- ganizatorek zakładu. o * * Ś. p. Maurycy Orgelbrand. Dnia 4-go b. m. pod wpływem silnej roz- terki wewnętrznej rozstał się z tym światem jeden MAURYCY ORGELBRAND. z wybitniejszych przedstawicieli księgarstwa nasze- go, ś. p. Maurycy Orgelbrand. Urodzony w Warszawie w r. 1826-ym, po- czątkowo założył zmarły w r. 1853-im księgarnię w Wilnie, a we dwanaście lat potem w Warszawie, dokąd następnie przeniósł się na stałe, zajmując się ruchliwie szeregiem różnorodnych wydawnictw, cieszących się pokupem i poczytnością w szero- kich kołach społeczeństwa naszego. Między innemi wydał: „Dzieje rozwoju umy- słowego Europy", .Słownik języka polskiego". I „Żywoty świętych Pańskich" (Ojca Prokopa), „Geo- grafię powszechną illustrowaną", „Wojnę polsko- rosyjską 1830 1 r.“ (generała Puzyrewskiego), „Historyę literatury polskiej" M. Dubieckiego i wiele innych. W r. 1873-im stał się ś. p. Orgelbrand ini- cyatorem i współzałożycielem „Spółki wydawniczej księgarzy", a sprzedawszy po kilkudziesięciu latach pracy księgarnię sortymentową, zatrzymał nakłady, którymi zajmował się do ostatnich dni życia. Ś. p. Maurycy Orgelbrand pozostawia po so- bie pamięć zasłużonego i prawego członka spo- łeczeństwa. o EPILOGI. Dlaczego? Kolega Z. D. w poprzednim numerze zwró- cił uwagę na niebezpieczeństwo warszawskiej „czterościanowości," to jest dobrowolnego usuwa- nia się ludzi inteligentnych od życia szerszego, to- warzyskiego. Nie przeczymy faktowi, ani jego możliwym a niepożądanym skutkom, ale musimy zwrócić uwagę na przyczyny, ktOre skłaniają ludzi do izo- lowania się w czterech ścianach domu. Jedną z najważniejszych jest brak rozsądnej organizacyi życia w naszem mieście. Słusznie po- wiedział dr Zygmunt Kramsztyk w swoim odczycie „O •wadach naszego sposobu życia,“ że w War- szawie „każdy żyje swoim trybem; gdy jeden pra- cuje, drugi je obiad albo tańczy! Nikt więc nie jest pewny, czy mu obiadu nie odwlecze, nie przerwie jego najlepszy przyjaciel, czy go od naj- ważniejszej nie oderwle pracy. Jak sami życie pędzimy bez planu, tak sposobu życia innych nie potrafimy uszanować, jesteśmy bezwzględni i nie- litościwi. Człowiek, chcąry szczerze pracować, mu- si zerwać ze •wszystkimi i wyrzec się świata to- warzyskiego, bo inaczej to życie wleje się do je- go gabinetu i rozproszy myśli w chwili najlepszej1 pracy." Otóż, niestety, słowa te zawierają prawdę. Człowiek pracy musi uciekać od towarzystwa nie dlatego, że jest mizantropem, lecz poprostu dla- tego, żeby uratować od ruiny swoje nerwy i zdrowie- Gdybyśmy ujęli życie nasze w pewien sys- temat, gdybyśmy umieli podzielić czas, przezna- czony na pracę i na rozrywkę w sposób logiczny a obowiązujący wszystkich, wtedy niewątpliwie większość dobrowolnych więźniów domowych wy- szłaby chętnie ze swoich czterech ścian, by się zespolić z całością. \ Teatr, muzyka, sztuki plastyczne. * W „Rozmaitościach” wystawiono trzyaktową komedyę J. I. Kraszewskiego p. t. „Gościna Radziwiłła". Sztuka ta była napisana w r. 1862, dość więc późno zjawiła się na scenie warszawskiej. Jest to anegdota historyczna, zręcznie uscenizowana i w dość malowniczej akcyi wyłożona. Radziwiłł, po powrocie z Węgier, za- trzymuje się na popas w jednej ze swych karczem. Tu zastaje kniazia Kurcewicza, ubogiego właściciela wioski, ale jeszcze butniejszego, niż sam „Panie Kochanku." Jeden drugiemu ustąpić nie chce: trafił frant na franta. Po przerwanym pojedynku, obmyśla Radziwiłł zemstę w swoim stylu. Zaprasza Kurcewicza „na barszcz" do Nieświeża; w odpowiedzi otrzymuje zaproszenfe „na zrazy" do Wólki. Zwołuje więc swój sławetny senat nieświeski i zasięga rady, jak za zniewagę zapłacić. Po- stanawia zjechać do Wólki z całym dworem i z 400 ludźmi jazdy, ztmierza bowiem dłuższą gościną zrujno- wać materyalnie Kurcewicza. Jakoż butny kniaź zasta- wia całą swą wioskę u chytrego sąsiada Duplowicza, który oddawna czyha na tę zdobycz. Zemsta zawziętego „Panie Kochanku" przybiera, ]ak zwykle u niego, spodzie- wany obrót: dowiedziawszy się o tranzakcyi z Duplowi- czem, nietylko nie dopuszcza do jej wykonania, ale z całą świ*ą j z ułaskawionym Kurcewiczem zajeżdża w gościnę do Duplowicza. Główne role powierzono Leszczyńskiemu (Kurcewicz) i Rapackiemu („Panie Ko- chanku"). Grali je obadwaj bardzo starannie. Sztuka zy- skała wielkie powodzenie. * „W małym dnmkutrzyaktowa sztuka Ta- deusza Rittnera, wystawiona w Rozmaitościach, stanowi dość znaczny postęp w zawodzie dramatopisarskim auto- ra. Mamy tu ponowne nadużycie procederów literackich, zbytnią wiarę w robotę techniczną, a za mało samorzut- ności twórczej; ale tu i owdzie nie brak iskier szczerego talentu. Fabuła sztuki jest rozwinięciem wypadku dość brutalnego: doktor małego miasta w Galicyi ożenił się z prostą dziewczyną, z którą żył w konkubinacie za czasów uniwersyteckich. Nie zajmuje się nią wcale, zo- stawia ją na pastwę własnych instynktów. Marya zdra- dza męża z inżynierem, który przyjechał z Wiednia dla budowania mostu, a zdrady swej do tego stopnia ukryć nie potrafi, że sama sprowadza katastrofę: mąż, obrażo- ny w swej ambicyi męskiej (bo już nie kocha), zabija ją dwoma wystrzałami rewolweru. Uwolniły go sądy, ale nie otrzymał rozgrzeszenia od własnego sumienia: nęka go świadomość popełnionej zbrodni, aż sam wy- mierza sobie sprawiedliwość samobójstwem. W całej sztuce jest jedna postać oryginalna: to Marya. Przecha- rakteryzował ją p. Rittner w szczegółach, ale w całości postawił dobrze. Takiego gatunku naiwności nie mie- liśmy jeszcze na scenie. Inne figury nie wychodzą z granic szablonu, dosyć zresztą inteligentnego. Sztukę grano—z wyjątkiem bardzo niepospolitego Frenkla—zu- pełnie fałszywie. Jedni aktorzy podnosili nadmiernie ton, inni obniżali go zanadto. P. Przybyłko-Potocka (jako Marya) raziła karykaturalną jaskrawością. * Jubileusz artysty. Znany i ceniony w sze- rokich kołach świata artystycznego Krakowa, sekretarz teatru miejskiego i artysta dramatyczny, p. Hipolit Wój- cicki, obchodził w dniu 6 b. m. jubileusz 35-letniej pra- cy na deskach teatrów polskich. Warszawianin z urodze- nia i wycho- wanek war- sz a w s k i e j szkoły dra- mat y c z n e j, wcześnie, bo w 20 roku ży- cia, rozpoczął zawód arty- styczny w tru- pie prowin cyonalnej Mo- dzelewskiego w Łowiczu w r. 1869. Rola kapelana w „Damach i hu- zarach" Fre- d ry była pier w s z y m większym sce- nicznym suk- cesem Wój- cickiego, któ- rym zachęco- ny wytrwał na obranej drodze i, pracując kolejno w trupach Ortyńskiego, Stobińskiego, Łobojki, Ratajcwicza, Trapszy, wyrobił się na jednego z najużyteczniejszych pracowników scen polskich i szeregiem znakomicie odtwarzanych ról kontuszowo-charakterystycznych, zapisał się chlubnie na kartach naszej sztuki aktorskiej Między r. 1878 a 1882 prowadził sam teatr w Królestwie i jako dyrektor celo- wał w wyszukiwaniu i torowaniu drogi młodym talen- tom aktorskim, które później stać się miały chlubą tea- tru polskiego. Dość wymienić nazwiska Solskiego, Knake-Zawadzkiego, Antoniewskicgo, Wernera, Radwa- na, aby zrozumieć, że teatr Wójcickiego był w ciągu krótkiego istnienia swego wzorową szkołą dramatyczną. W r. 1882 przybył Wójcicki do Krakowa i tam pod światłem kierownictwem Koźmiana rozpoczął płodną i owocną pracę już jako artysta, już to jako sekretarz dyrekcyi. Wielkie umiłowanie zawodu i poszanowanie HIPOLIT WÓJCICKI
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 50 965 obowiązków uczyniły go niezbędnym dla każdej dyrek- cyi późniejszej. Był kolejno sekretarzem za Gliksona i Pawlikowskiego, a obecnie jest prawą ręką dyrekcyi Kotarbińskiego, która, ceniąc jego zdolności i takt w po- stępowaniu, a zarazem popularność, jaką się cieszy w gronie kolegów i wśród publiczności, polega ślepo na jego doświadczeniu i talencie administracyjnym. W uro- czystem przedstawieniu jubileuszowem, którem teatr kra- kowski uczcił w dniu 6 b. m. swego zasłużonego tylo- letniego pracownika wziął udział cały Kraków Dawano „Damy i huzarów" sztukę, w której Wójcicki przed 35 laty zawód rozpoczynał. Od licznych kolegów i kole- żanek jubilata, pracujących na różnych scenach polskich, nadeszło kilkadziesiąt telegramów i listów gratula- cyjnych. p * Teatr miejski lwowski sypie w bieżącym se- zonie nowościami, jak z rękawa. Co dziwniejsza: wszyst- kie mają powodzenie! Świetne zwycięstwo odniósł Pe- rzyński swoją „Lekkomyślną siostrą." Komedya to, ja- kiej nie widziano na scenach polskich od lat wielu. Szczęśliwy autor okazał się w niej satyrykiem pierwszej wody; ironia jego nadzwyczajna, humor przedni, subtel- ny. Rzecz przytem cała (acz nadto pesymistyczna) zro- biona pewną, zadziwiająco doświadczoną ręką. „Tkacze" Hauptmana były znowu tryumfem reżyseryi, sprawiając wprost wstrząsające wrażenie. Dawano ich 8 razy z ko- lei przy zapełnionej szczelnie sali. Pawlikowski rozwi- nął tu niezawodne zawsze swoje mistrzowstwo, do którego publiczność lwowska tak przywykła, iż nawet nadzwy- czajnych wysiłków w osiągnięciu zespołu domyślić się nie zdołała. Przesunął się nadto przez deski stary (tak powiedziano!) Mussct ze swojem „Ostrożnie z ogniem," a na najbliższe dni zapowiedziano „eksperyment arty- styczny": „Terakoję, czyli wiejską szkółkę," dramat hi- storyczny Tekeda kumo w przekładzie Żuławskiego. Znoją się nad tem od miesiąca reżyserya, dekorator i artysta malarz Dębicki, znawca i zbieracz japońszczy- zny. Jest to fragment wielkiej całości „Sugewara Denju Tenaraj Kaganii," rozgrywa się zaś w IX wieku naszej ery. W przygotowaniu także jest „Legion" Wyspiańskiego z udziałem p. Siemaszkowej, która ma występować przez czas dłuższy, tc * Z Filharmonii. Na najbliższym piątku sym- fonicznym dnia 16 grudnia popisywać się będą: znako- mity pianista Mark Hombourg i prymadonna Opery dre- zdeńskiej (Szwajcarka) Eryka Wedekind. Orkiestra wy- kona symfonię Czajkowskiego „Manfred" pod batutą Czelańskicgo. Budowa teatru rusińskiego wo Lwowie roz- pocznie się z wiosną roku przyszłego. Powierzono ją, w braku sił swojskich, firmie... niemieckiej Helnier i Fell- ner, która według utartych szablonów wzniosła już kil- kadziesiąt gmachów teatralnych. Przybytek rusińskiej sztuki ma być oddany do użytku w jesieni roku 1906, zajmować zaś go będą kolejno trupy: niemiecka, włoska, a czasami też i rusińska. T * Sienkiewicz w Paryżu. W N-rze 45 Tygo- dnika w rubryce „Z tygodnia na tydzień1' podaliśmy OGNIEM MIECZEM NA SCENIE W PARYŻU HELENA KURCEWICZÓWNA (GABR)ELA ROBINA E). obszerniejsze sprawozdanie z przedstawienia przeróbki „Ogniem i mieczem," wystawionej w teatrze Sary Ber- nhardt w Paryżu. Obecnie dajemy siedem ilhistracyi, przedstawiających sceny i typy dramatu według fotografii zdjętych na miejscu. Jak wiadomo, „Ogniem i mie- czem" doznało w Paryżu niezwykłego powodzenia. ZŁOTE LISTKI. Słabe charaktery potrzebują ułatwień i usu- nięcia przeszkód w działaniu; tylko silne dusze znajdują w oporze bodziec i nietylko się nie zra- żają, lecz tem mocniej trzymają, co raz uchwyciły. Zygmunt. Kaczkowski. OGNIEM I M1EC/EM NA SCENIE PARYSKIEJ: OBRAZ X, POD ZBARAŻEM. Patrz artykuł w N-rze 45. * * * Jak wiatr mierzyć, czas gonić, groch na ścianę miotać— Próżno, tak o to, co się nie wróci, kłopotać. II 'espa-ya u Kochowski. Z Dalekiego Wschodu. Ostatnie sprawozdania z pod Portu Artura do- wodzą raz jeszcze wbrew bezustannym, naiwnym doniesieniom z Czifu (w których daje się zauważyć skłonność ku dodawaniu zawsze jedne- go, lub więcej nawet zer do cyfry poległych w szturmach) — jak przezornie i systematycznie postępują roboty armii oblężniczej. Japończycy, którzy od początku oblężenia stracili dotychczas i stosunkowo niewielką liczbę 25,000 żołnierzy w po- ległych i rannych, zdobywali powoli szaniec za szańcem, redutę za redutą, stanąwszy zaś żelaz- nym pierścieniem przed główną wewnętrzną linią fortów, rozpoczęli uwieńczone powodzeniem ataki do zewnętrznych ich obwarowań, aż wreszcie skie- rowawszy od strony Erlunszanu i Kikwanu (forty
966 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 49 wschodnie) pozorne ataki, przypuścili główny szturm do t. zw. Wysokiej Góry (203 metry), którą po całodziennej walce i kilku odpartych szturmach zdobyli 30 listopada. Pozycya ta, stanowiąca ostry kant, wysunięty ku północo-zachodowi twierdzy, należy już do obwarowań wewnętrznych, czyli do grupy właści- wych fortów. Broniły jej działa 15-centymetrowe systemu Canet, wiele dział szybkostrzelnych 4-cen- tymetrowych, siatki druciane, miny, wreszcie WOŁODYJOWSKI (Sclieler). będą wkrótce zmuszone pozycye opancerzone. Dział tych oczywiście obrońcy góry zabrać z sobą nie mogli. Zdobycie Wyso- kiej Góry ma pierw- szorzędne znaczenie ze względu na jej po- łożenie strategiczne, panujące nad są- siednimi fortami, znacznie niższymi od mej, a mianowicie nad Anczanem (74 me- trów), Iczanem (135 metrów fort ten leży już nad samem mia- stem), Japishanem (112 metrów), a przy- tem z pozycyi tej można będzie ostrze- liwać skrzy d łowy m ogniem nietylko wy- żej wymienione forty,• które prawdopodobnie do milczenia, ale też dalsze, wschodnie i południowe (Tygrysi Ogon). Niektóre dzienniki rosyjskie, na zasadzie da- nych, udzielonych im przez oficera, przebywające- go przed oblężeniem w twierdzy, Sacharowa, twierdzą, że skoro nawet Japończycy wezmą Iczan, Erlunszan, Kekwan i Złotą Górę, to obrona Laote- szanu i Tygrysiego Ogona przetrwać może kilka miesięcy. Patrząc na mapę portu, widzimy, że grupę Laoteszanu tworzą olbrzymie masy granitu, gdzie- niegdzie przysypane cienką warstewką ziemi, wznoszące się przy głównym szczycie na 461 me- trów nad poziom morza. Skały te są istotnie nie- dostępne, ale właśnie dlatego, pomimo iż uzna- wano dawno konieczność ich ufortyfikowania, przez ustawienie na ich szczytach szeregu bateryi z dział HELENA KURCEWICZÓWNA (Jane Mea). największego kalibru, nie poczyniono jeszcze aż do kwietnia żadnych usiłowań w tym kierunku. Według obliczeń fachowców, uzbrojenie Laotesza- nu według wszelkich wymagań techniki wojen- nych, utworzenie tam osłonionych pozycyi dla ar- tyleryi, zajęłoby co najmniej pięć lat czasu i po- chłonęłoby miliony rubli. Jeżeli, jak utrzymują, generałowi Kondratien- ko udało się ustawić na Laoteszanie kilka bateryi, to i tak dokonano wiele. Trudno jednak uwierzyć, aby baterye te wytrzymały—w razie zajęcia za- chodnich i północnych fortów skoncentrowany ogień kilkuset armat japońskich. Trudno też przy- puścić, aby szczególnie wobec zajęcia Góry Wy- sokiej'—można było przeprowadzić dostateczną ilość pozostałej amunicyi i żywności na te nagie skały pod ogniem przeciwnika, wreszcie skoncen- trować tam powstałe wojsko, co musianoby po- łączyć z opuszczeniem w porcie przeszło 20,000 rannych i chorych, oraz okrętów wojennych. Taki więc plan przeniesienia całej obrony Por- tu Artura na Laoteszan wydaje się prostą mrzon- ką, której urzeczywistnieniu przeszkadzają jeszcze wysadzone na ląd w zatoce Gołębiej świeże wojsko japońskie. Twierdza bronić się więc będzie dopóty, dopóki nie upadną forty, otaczające port, a przede- wszystkiem Iczan, leżący wprost nad portem. Ge- nerał Nogi wypowiedział podobno przekonanie, że uda mu się zapewne dokonać tego dzieła do dnia 10 b. m. Z Petersburga. *** W ostatnim tygodniu zapanowało znaczne ożywienie w prasie rosyjskiej. Poruszono kilka kwe- styi zasadniczych, dotyczących organizacyi wewnętrz- nej, reform społecznych, administracyjnych i praw- nych. Ruś wystąpiła w kwestyi zabezpieczenia praw osobistych. Pismo powołuje się na to, że przed laty czterdziestu istniał zarodek rosyjskiego Habeas corpus acfu; ie. na mocy prawa, istniejącego dotychczas, nikt nie może być aresztowany inaczej, tylko w wypadkach okreś- lonych przez prawo. .Prawo swobody osobistej, prawo niepodlegania aresztowi bez odpowiedniego postanowie- nia niezależnej władzy sądowej jest jedną z zasadniczych podstaw naszego porządku prawnego; to jest elementar- ne prawo obywatela. Pomimo że prawo z roku 1864 SKRZETUSKI (Decceur) OGNIEM I MIECZEM NA SCENIE PARYSKIEJ. ZAGŁOBA (Huguenet). przez następne postanowienia senatu i okólniki tnini- steryalne doprowadzono niemal do zupełnego uchyle- nia, pomimo że sędziowie rosyjscy nic posiadają tej nie- zależności, jaka bezwarunkowo jest niezbędna dla sta- nowczego zastosowania gwarancyi nietykalności osobi- stej, społeczeństwo rosyjskie widzi, iż jest pozbawione najbardziej zasadniczych podstaw prawa istnienia ludz- kiego. W ukazie senatu z 4 września roku 1881 władza wyższa nazywa wprowadzenie praw wyjątkowych „smut- ną koniecznością” i uspokaja społeczeństwo, że owe środki będą tylko natury przejściowej, że są tymczaso- we. Czyż dotychczas nie zbliżyliśmy się jeszcze do tego zwykłego czasu? czyż jeszcze nieprędko nastąpi tak po- żądana i oczekiwana chwila przywrócenia zupełnej mocy praw obowiązujących?” Jlirż. Wied., poświęcając obszerny artykuł sprawom samorządu, mówią: „Ogólnem pragnieniem ziemstwa i miast jest przywrócenie zasadniczych pod- staw praw pierwotnych, ziemskich i miejskich z roku 1864 i 1870. Sformułowanie z pozoru jest dziwne, jak gdyby Rosya teraz dopiero czuła potrzebę tycłi praw, które opracowano przed trzydziestu pięciu i czterdziestu laty. Ale jeżeli będziemy mieli na względzie wyłącznie potrzeby samorządu miejscowego, to takie sformułowanie jest całkiem słuszne, gdyż ziemstwo powinno być bez- klasowe, a samorządy ziemskie i miejskie powinny być wolne od udziału administracyi w rozstrzyganiu spraw miejscowych.” BASIA (Cerda).
957 ATAK NA OKOP PRZED JEDNYM Z FORTÓW W PORCIE ARTURA. Nasze ryciny. ANTONI KAMIEŃSKI: PODRÓŻNA. Bo licznego szeregu postaci kobiecych, stworzonych przez Kamieńskiego, przybyła nowa. Jest to typ tajemniczy. Podróżna z twarzą ćnergiczną i smętną zarazem. Czy boleje nad tem, co minęło, by nic wrócić? czy czeka na coś, co nadejść może? czy ucieka przed przykremi wspomnieniami? odgadnąć trudno. Pomimo catej wyrazi- stości rysunku nie wahamy się nazwać „Po- dróżnej" Kamieńskiego upostaciowanym na- strojem, ujętem w plastyczne kształty wra- żeniem. Każdy z nas spotykał na dwor- cach kolejowych, na wybrzeżach morskich, w hotelach wielkomiejskich, na pokładach parostatków i t. p., analogiczne, niepoko- jące, a -zarazem pociągające postaci niewie- ście. Osoba realna nikła nam z oczu, ale wrażenie ciekawości i tkliwego zaintereso- wania pozostawało w wyobraźni na za- wsze. Czujemy, że kolo nas przesunęło«się coś zagadkowego, odmiennego od zwykłe- go toku życia. Otóż ten nastrój, to wraże- nie utrwali! Kamieński węglem na papierze. Wyraz twarzy, oczu, oryginalny kostium z kapturem, upozowanie figury—wszystko to zmierza ku jednemu, a mianowicie, żeby obudzić w nas przekonanie, że kobieta, na którą patrzymy, nic jest istotą codzienną, że zewnętrzne, czy wewnętrzne jej życic było, czy jest bogatym w pierwiastki drama- tyczne poematem. ER. MULLER-MUNSTER: I SZEDI. Za nim wielki lud. Franciszek Miil- Icr-Miinster (ur. 18G7 r.) odznacza się wielo- stronnością w wyborze i traktowaniu moty- wów. Malował obrazy na tle romantyczno- sredniowiccznem, bajki w stylu nastrojo- wym, utwory rodzajowo-kostiumowe z za- dęciem realistycznem (Rodzina Landskncch- ta), obrazy naiwno-rcalistyczne w typie sta- rych mistrzów (Ucieczka do Egiptu) i t. p. Wszystko to świadczy z jednej strony o zdol- nościach, z drugiej o pewnej skłonności do eklektyzmu, do poddawania się wpływom obcym Obraz, którego reprodukcyę da- jemy w numerze niniejszym, trzymany jest w stylu głośnego malarza Uhdego. Widzi- my tu Chrystusa w otoczeniu ludu, ale nie w Palestynie, lecz na ulicy nowoczesnego miasteczka niemieckiego. Lud, podążający za mistrzem- to nie rybacy i wieśniacy galilejscy, lecz proletaryat dzisiejszy: rze- mieślnicy, robotnicy, proste kobiety z dzieć- mi i t. d. Pomimo że pomysł nie jest oryginalny, wykonanie odznacza się wyso- kicmi zaletami. Modelując niewątpliwie z natury, artysta ożywił postaci współ nem tchnieniem tęsknoty do czegoś lepszego. Zwłaszcza dobrze wyszły figury kobiece, oraz robotnik, idący tuż przy Chrystusie i zasłuchany w jego słowa. Najsłabsze wrażenie, niestety, sprawia posiać główna. Oblicze Chrystusa jest nieco za chłodne; nic widać tam przejęcia się własnetni sło- wami. Mistrz zdaje się wykładać spokoj- nie, jak nauczyciel, nie jak Mcsyasz, gło- szący dobrą nowinę światu. Mimo to ca- łość, dzięki sumiennej i artystycznej robo- cie, oraz bardzo dobrej kompozycyi i wy- bornej charakterystyce typów, należy do dziel nietuzinkowych. EDWARD LOEVY: CMENTARZ KLA- SZTORNY.—Obrazy Loeveg<> reproduko- waliśmy niejednokrotnie w Tygodniku. Artysta ten, mieszkający stale w Paryżu, jest Warszawianinem z urodzenia. Ur. 1857 r., kształcił się w Petersburgu i Monachium, a w r. 1880 przeniósł się nad Sekwanę, gdzie odznaczył się jako illustrator, portre- cista i twórca obrazów, wśród których wy- różnia się „Zadżumiona" etc. Obraz, którego reprodukcyę dajemy obecnie, należy do typu nastrojowego. Figury ludzkie: stara, zgar- biona mniszka, siedząca na kamieniu, oraz druga, młodsza, z pękiem kwiatów w ręku, służą tylko do ożywienia całości, ale nie biorą udziału w jakiejś akcyi. Postaci te jednak w upozowaniu i ruchu łączą się ściśle z ogólnym nastrojem kompozycyi, potęgując wrażenie, jakie artysta dziełem swojem wywołać pragnął. Malowidło przed- stawia cmentarz klasztorny. W głębi ry- sują się mury starodawnego opactwa, a całą przestrzeń od ścian klasztoru aż do pierw- szego planu obrazu wypełniają pomniki, krzyże, mogiły i płyty grobowe, oraz drzewa i krzewy Nie jest to nasz cmentarz pół- nocny, zaniedbany, ponury, dziki, lecz mia- sto umarłych z okolic bliższych Południa, o wyrazie łagodniejszym i pogodniejszym. W całości panuje nastrój elegijny ale nie tragiczny, smętny ale nie przygnębiający. Wykonanie odznacza się delikatnością oraz bardzo staranną techniką. Malarz zharmoni- zował motywy, składające obraz, w sposób bardzo umiejętny. Architektura, roślinność, a nawet figury zakonnic, utrzymane są w tonie jednolitym i zgodnym z charakterem oraz celem artystycznym całej kompozycyi, w której niema ani jednej nuty krzykliwej i ostrej. E. dąbrowa: jesień.—„Krajobiaz jest wyrazem stanu duszy"—powiedział sub- telny myśliciel Amiel. Aforyzm ten szybko zyskał uznanie w świecie artystów i bada- czów sztuki. Zapomniano, kto był twórcą tego orzeczenia, ale powtarzano je przy lada okazyi. A dlaczego? Bo rzeczywiście Amiel, określając istotę pejzażu w sposób zacytowany powyżej, wygłosił jedną z nie- licznych prawd psychologiczno-cstetycznych. Naturalnie, możliwy jest krajobraz, który się wyłamie z ram słynnego określenia Amiela, ale zdarzy się to tylko wtedy, kiedy malarz, zamiast odtwarzać naturę w sposób własny, indywidualny, pocznie kopiować niewolni- czo widoki przyrody, lub, co gorsza, wpad- nie w manierę i będzie naśladował jakiegoś mistrza, albo też samego siebie, pracując na zimno, jak rzemieślnik. Obraz E. Dą- browy p. t. „Jesień", pomimo doskonałego wykończenia technicznego, nie jest tylko wytworem chłodnej reflcksyi i umiejętności władania pędzlem. Nie. To poemat, w któ- rym artysta utrwalił silne wzruszenie na płótnie. To nie fotograficzna podobizna kącika przyrody, lecz „wyraz stanu duszy", albo, jak się u nas zwyklo mówić: „nastrój" duchowy twórcy, oddany nie za pomocą słów, lecz za pomocą barw, świateł i linii. Pługa aleja drzew, ogołoconych z liści; środkiem po błocie idzie jakaś kobiecina, której szaty szarpie wicher. Oto cała ze- wnętrzna treść obrazu. Ale wszystko to owiał artysta tchnieniem głębokiego i szcze- rego uczucia. Ten obraz bez treści anegdo- tycznej posiada jednak olbrzymią silę wy- razu, mówi do nas i wzrusza bezmiarem smutku i melancholii. Drzewa z powykrę- canymi konarami, rozmokła od deszczów zie- mia, skulona postać ludzka i t. d. wszyst- ko to boleje i cierpi. Obraz Dąbrowy, wy- borny, jako dzieło sztuki malarskiej, jest przesiąkły nawskroś nastrojem lirycznym. Nietylko widzimy tu jesień, ale czujemy ducha tej żałosnej i przygnębiającej pory roku. Kronika. KOŚCIÓŁ. W dniu 4-ym b. m. odbył się w Płocku uroczysty ingres J. E. ks. biskupa Apolina- rego Wnukowskiego do prastarej katedry tamtejszej, o
968 TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 50 W dniu 14-ym z5m. w Sobotnikach w po- wiecie Oszmiańskim odbyła się uroczystość poświęcenia nowego kościoła parafialnego. Świątynię zbudowano w stylu gotyku fran- cuskiego, według projektu inżyniera Klejna z Wilna, wyłącznym kosztem pp. Wł. Umiastowskich z Żemłosławia. Ceremonii poświęcenia dopełnił w asystencyi probosz- cza miejscowego ks. Mikielunasa i kilku księży z parafii sąsiednich, oraz w obecno- ści tłumu pobożnych, ks. Lubianiec'z Wil- na. o WYSTAWY. Główny naczelnik kraju zezwolił Juliu- szowi hr. Ostrowskiemu na urządzenie w Warszawie, z powodu 50-ej rocznicy ogło- szenia dogmatu Niepokalanego Poczęcia N. Maryi Panny, wystawy, obejmującej wszyst- ko, co związane jest z imieniem Matki Bo- skiej. Wystawa ta odbyć się ma w maju, lub czerwcu r p , w salach Muzeum prze- mysłu i rolnictwa. W skład komitetu wy- stawowego wejdą zarówno osoby duchowne, jak i przedstawiciele świata literackiego, artystycznego i zbieracze dawnych pamią- tek. o SPOŁECZNE. P. Wojciech Sawicki, znany w szerokich kołach tutejszych wicedyrektor Banku Han- dlowego, dla uczczenia pamięci zmarłej nie- dawno małżonki swojej, ś. p. Matyldy ze Schmidtów, złożył na ręce prezesa warszaw- skiego szpitala dla dzieci dra Sikorskiego kwotę rb. 5,000 z przeznaczeniem jej jako fun- duszu wieczystego na utrzymanie łóżka imie- nia ś. p. Matyldy ze Schmidtów Sawickiej. Jak świadczy sprawozdanie za m. listc- pad z działalności oddziału wyszukiwania pracy W. T. D., w czasie tym udzieliło rze- czone biuro pracy 865 osobnikom przy zgło- szeniu się o nią 1009. Liczba ta świadczy, że mimo wielkich trudności, z jakiemi wal- czyć musi wspomniane biuro, osiąga ono w 'swej działalności wyniki dodatnie, o Z RÓŻNYCH STRON. Dnia 22-go z. m., jako w dzień św. Ce- cylii, patronki muzyki, odbył się w Często- chowie w lokalu „Lutni" tamtejszej drugi z kolei koncert, objęty kalendarzykiem To warzystwa na sezon 1904 5 r. Szczelnie zapełniona sala darzyła wykonawców szcze- rymi oklaskami, na które zasłużył sobie szczególnie p. Wł. Powiadowski, dyrektor chórów i orkiestry „Lutni" częstochowskiej. Ogłoszony w swoim czasie konkurs na projekt'gmachu szkoły handlowej w Lodzi został obecnie rozstrzygnięty. Pierwszą na- grodę przyznano projektowi pod godłem „Minerwa" (autorowie: pp. F. Lilpop i K- Jankowski z Warszawy), drugą nagrodę— projektowi pod godłem „Trud" (autor p Ar- tur Newiger z Łodzi), a trzecią projektowi pod godłem „Wiedza" (autor M. Grodzień- ski z Warszawy). Oprócz tego sąd konkur- sowy wskazał do zakupu jeszcze 4 projek- ty, oraz odznaczył zaszczytnemi wzmian- kami 2 projekty, o Z początkiem bieżącego roku szkolnego w akademii rolniczej w Dublanacli zaszły następujące poważne zmiany: Na profesora chemii ogólnej powołano dra Jana Zaleskiego, dawniej asystenta i współpra- cownika ś. p. prof. Maksymiliana Nenckie- go, ostatnio kierownika instytutu dla chemii lekarskiej w Petersburgu. Dotychczasowy profesor chemii, zasłużony dr Roman Wa- wnikiewicz, mianowany został przez Wy- dział Krajowy krajowym konsulentem go- rzelniczym. Katedrę inżynieryi wiejskiej, mechaniki rolniczej, budownictwa i miernic- twa objął starszy inżynier, były docent uniwersytetu Jagielońskiego, Kazimierz Aj- dukiewicz. Wreszcie wskutek ustąpienia p. Stanisława Chaniewskiego rozpisano kon- kurs na opróżnioną katedrę hodowli zwie- PODNÓŻE FORTU TAKUSZAN, W DRUGIM PIERŚCIENIU FORTYFiKACYI, Z WIDOKIEM W KIERUNKU WNĘTRZA TWIERDZY. rząt domowych (z płacą 4,800 koron, dodat- kiem 720 koron, prawem do 5-ciu pięcio leci po 600 koron i wolnem pomieszka- niem). Do środków naukowych tej katedry należą: muzeum hodowlane, obory folwarcz- ne, mleczarnia. C Nowy dom dla sierot, pod egidę Towa- rzystwa opieki nad wdowami i sierotami imienia św. Salomei, stanie wkrótce we Lwowie. Ofiarność miasta i osób prywat- nych dały już podwalinę temu użytecznemu dziełu. Gmina odstąpiła na ten cel dom przyległy do kościoła św. Anny, gdzie po- mieści się kilkadziesięcioro dzieci, na poczet zaś niezbędnych funduszów złożyła pani Marya Wiśniewska kilka tysięcy koron. Z hojnym datkiem też pośpieszyła p. Fe- heya Romanowska, odstępując dochód ze swego koncertu na to piękne przedsięwzię cie C Z Poznaniu. Dwa koncerty tego sa- mego towarzystwa w przeciągu czterech dni przy pełnej sali są chyba dostatecz- nym dowodem niezwykłego talentu orga- nizatorskiego, jak i potrzeby duchowej roz- rywki, jeżeli mowa będzie o Poznaniu Zwłaszcza skoro program nie zawiera żad- nych pierwszorzędnych głośnych nazwisk, ale toruje drogę utalentowanym jednostkom, które na wdzięcznej naszej estradzie pró- bują dopiero swych sił do szczytnych lo- tów. „Lutnia" poznańska tylko takie, a więc skromne postawiła sobie zadanie, a mi- mo to ryzykowną drogę przeszła szczęśli- wie. Zawdzięcza to w przeważnej części swej energicznej i zabiegliwej przewodni- czącej, p. radczyni Cichowiczowej. W p. Ostessie, jako wiceprezesie, znalazła dziel- nego współpracownika, umiała pozyskać w p. Mieczysławie Eichsłaedtcie sumienne- go i zdolnego dyrygenta i przy tej częścio- wej zmianie zarządu wystawiła przy pomo- cy trzech warszawskich gości dwa koncer- ty. Atrakcyę wieczorów stanowił młodziutki skrzypek Franio Szpanowski, który na swój wiek zdumiewającą posiada technikę. Oprócz Szpanowskiego popisywały się uczennice szkoły Sobolewskiej, pp. Bursendorfowa i Szymańska. Z miejscowych sił pełne uznanie należy się p. M. Eichstaedtowi za umiejętne prowadzenie chórów i dyskretny akompaniament. Pomimo niekorzystnych warunków, „Lutnia" poznańska rozwija się pomyślnie i dzięki poświęceniu się jej preze- sowej zjednywa sobie coraz szersze uznanie. — Wystawione w teatrze naszym „Zmar- twychwstanie" Tołstoja w przeróbce dra- matycznej Francuza Bataille'a tak tematem, jak wykonaniem głównycli ról przez p. Pod- górską i p. Prochaskę zachwyca i ściąga liczną publiczność. Acer. PRZEMYŚL. Znany przemysłowiec tutejszy, p. A. Wod- niakowski, zamierza wygłosić odczyt pu bliczny o sposobie wyrabiania przedmiotów kauczukowych i gutaperkowych, co do któ- rych powstawania panuje w szerszych war- stwach społeczeństwa naszego zupełna nie- świadomość. Streszczenie ciekawej pracy p. Wodniakowskiego zamieścił w swoim czasie Przegląd Techniczny. ZMARLI. Ks. Kazimierz Stefański T. J., rektor zakładu wychowawczego w Chyrowie, zmarł tamże, przeżywszy lat 42. Wycho- wanicc szkół niemieckich, uniwersytetów we Wrocławiu i w Monasterze, następnie uczeń prof. Creizenacha w Krakowie, otrzy- mawszy dyplom nauczycielski szkół śred- । nich, poświęcił się zawodowi pedagogicz- nemu w zakładzie chyrowskim. Zrazu jako profesor, następnie dyrektor i rektor, poło- ży) tu wielkie zasługi około wychowa- nia młodzieży i podniesienia tego coraz wzorowszego zakładu. Nadmierna pra- ca stargała siły znakomitego pedagoga ka- płana. Cześć jego pamięci! tc Ks. Jan Radziejewski, proboszcz parafii św. Wojciecha w Chicago, zmarł tamże, przeżywszy lat 60. o ITaclaw Tracewski, jeden ze zdolniej- szych przedstawicieli malarstwa naszego ostatniej doby, zmarł dnia 5-go b. m , prze- żywszy lat 39. Charakterystyczną cecłią twórczości zgasłego przedwcześnie artysty był przedewszystkiem wykwintny rysunek i głębokie odczucie świetnej epoki wojsko- wej z początków ubiegłego stulecia, na której osnuł większość dzieł swoich. Poza tem malował również z powodzeniem sce- ny myśliwskie, a także celował w rysun- kach humorystycznych, którymi dość często przyozdabiał szpalty Kolców, o Kazimierz Łempicki, student lV-go kur- su politechniki tutejszej, zmarł w Warsza- wie dnia 3-go b. m., przeżywszy lat 34. o Helena z Osińskich Szawłowska, wdo- wa po obywatelu ziemskim, długoletnia współpracowniczka Dziennika dla wszyst- kich. Ś. p. Szawłowska, urodzona w Sarno- wej Górze w pow. Przasnyskim, była córką St. Osińskiego, b. pułkownika b. wojsk pol- skich, adjutanta generała Dąbrowskiego. Po owdowieniu zmarła poczęła pracować na niwie łiteracko-dziennikarskiej, zasilając arty- kułami i przekładami Kolce, Ziarno, Ty- godnik Polski, Gazetę Kaliską, Romans i powieść i t. p. Śmierć ś. p. Szawłow- skiej wywołała w licznem gronie jej towa- rzyszów pracy żal szczery i ogólny, o lialbina z Puchalskich Święcka, wdowa po ś. p. Janie, obywatelu m. Warszawy, zmarła dnia 30-go z. m., przeżywszy lat 74. Jan Zaleszczyński, kupiec i przemysło- wiec, zmarł w Warszawie dnia 1-go b. ni., przeżywszy lat 74. o Konstancya z Dobieckich Czaplicka, zmarła dnia 28-go z. ni., przeżywszy lat 82. Antela z Bułhakow Bronowska, zmarła w Sałaszynie w gub. Smoleńskiej, przeżyw- szy lat 62. o Leon Grosglik, redaktor Izraelity, se- kretarz zarządu tutejszej gminy żydowskiej, zmarł w Warszawie dnia 25-go z. m. Był stanowczym przeciwnikiem separatystycz- nego syonizmu, który zwalczał stale w swych artykułach, pisanych jędrnie i treści- wie. o Ze świata. FRANCUSKIE MISYE KATOLICKIE’. W izbie francuskiej nanow’o omawiano nie- dawno kwestyę, czy misye katolickie na bliższym i dalszym Wschodzie mają w dal- szym ciągu być subweneyonowane przez rząd, czy nie. Wprawdzie prezes ministrów Combes zaznaczył, że nic wydawał jeszcze żadnego rozporządzenia w duchu dla misy' niekorzystnym, jednakże Temps widzi w po- lityce rządu ukrytą dążność do wyp0' wiedzenia im walki i ostrzega przed skutkami, jakieby walka ta wywołać mog- ła. Przedewszystkiem zaś, pomiędzy arg':" mentami dziennika francuskiego zwraca uwagę jeden, dość przekonywający, natury czysto praktycznej. Okazuje się nowiem, że działalność misyi silniej wpływa na roz- szerzenie się wpływów Francyi, niżby teg° dokonać mogły szkoły świeckie, tam urzą- dzane dla nauki języka francuskiego i Ran" cuskiego ducha, a przytem kosztuje znacznie taniej. I tak, jeżeli zasiłek 490,0<W fr. rocznie wystarcza misyonarzom do kszta - cenią aż 100,000 uczniów, to zasiłek 107,000 fr. dla szkół świeckich wystarczył zaledwie na naukę 2,000 uczniów. Gorzej jeszcze było we Włoszech, gdzie w 1897 r. 900,000 fr. kosztowały 32 szkoły świeckie, zapro- wadzone w miejscu misyjnych, tak,
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 50 969 po ustąpieniu Crispiego musiano, aby ura- tować szkoły, napowrót wprowadzić zapo- mogi dla misyi. Nie dosyć na tem. Misye, którym wstrzymuje się zapomogi, wynara- dawiają się. Było tak z zakonem Kapucy- nów. W r. 1860 wszystkie misye tego za- konu składały się z Włochów. Ale od r. 1863 do 1889 Kapucyni innych narodo- wości, skorzystawszy z polityki wewnętrz- nej Włoch, odebrali Włochom większość ich misyi. W r. 1860 było w misyach 272 Kapucynów Włochów i 12 obcych. W r. 1889 było Włochów 241, a obcych, przeważnie Francuzów, 148. Temps twierdzi, że w ra- zie zaniedbania opieki nad misyami Francyi, skorzystają z nich Włosi z kolei. towiańczyk włoski. Tankred Ca- nonico został prezydentem Senatu włoskie- go, na miejscu p. Saracco, ustępującego z powodu podeszłego wieku. Niezwykle sympatyczna postać senatora Canonico po- siada dla nas tem większy interes, że dzi- siejszy prezydent jest Towiańczykiem, go- rącym wielbicielem _ Andrzeja Towiańskiego TANKRED CANONICO. i że z nim Włochów oddawna już zapo- znał. J. Eks. Tankred Canonico skończył już 76 lat, urodził się w Piemoncie, był pro- fesorem prawa karnego wturyńskiej wszech- nicy, następnie prezesem Trybunału we Flo- rencyi, a dziś zasiada na jednej z najwyż- szych godności, jakiemi Królestwo Włoskie rozporządza. Jest on wierzącym katolikiem i cieszy się zupełnie wyjątkowym szacun- kiem, w czasach, kiedy, jak i we Włoszech, do wysokich godności dostają się nieraz ludzie, nie odpowiający wewnętrzną warto- ścią zaufaniu, jakie w nich kraj pokłada, jak tego przykładem jaskrawym stał się świeżo właśnie minister oświaty Nasi, dziś ścigany sądownie za złodziejstwa, oszustwa i nadużycia władzy. Tem więcej zatem we Włoszech cenią ludzi, jak Canonico, nie- złomnej prawości i uczciwości, rozumu i energii. A jak sam Canonico przyznajc, zawdzięcza on moralną podstawę swego życia Polakowi, owemu Polakowi, żyjącemu niegdyś w Paryżu i Zurychu, na emigracyi, który tak silne, magnetyczne wrażenie świątobliwości wywierał na tych wszyst- kich, którzy go bliżej poznali. Niedawno, bo w r. 1899, wydał p. Wilhelm Jasinko- wicz w Rzymie broszurę p. t. Akty i do- kumenty do Andrzeja Towiańskiego (część U- Główny skład u Gebethnera i Wolffa). Canonico pisał o Towiańskim w broszurze p. t. I tempi atiuali e la missione di Andrea Towtański (Czasy obecne i po- słannictwo Andrzeja Towiańskiego), wyda- nej nasamprzód w Turynie w r. 1866, a po- tem, w drugiem wydaniu, w r. 1895. Prócz tego, zwracał uwagę arcybiskupa turyńskie- go na naszego emigranta już w r. 1855, potem, w tej samej myśli, zwracał się do Piusa IX, w r. 1865 i 1869, na prywatnej audyencyi, jaką miał u Papieża na rok przedtem, nim wojska włoskie wkroczyły do Rzymu. W pismach tych, jak w ogóle we wszystkiem, co dzisiejszy prezydent se- natu napisał, czy to o Erneście Renanie, czy o kwestyi religijnej we Włoszech (pisał tak- że i w kwestyach prawa karnego, będąc profesorem w Turynie), przebija się jegó re- ligijność, idealizm człowieka szlachetnego. Dlatego gorąco zaświadcza o dobrodziej- stwach otrzymanych za pośrednictwem A. Towiańskiego, mówiąc, że jemu zawdzięcza zmartwychwstanie duszy swojej, odzyskanie wiary i życia na ziemi. Ruch narodowy w sp-awie zjednoczenia Włoch, w czasie od r. 1848 d« r. 1870, nie odjął mu wi- dzenia trudności i niebezpieczeństw, jakie z sobą przynosił. Czuł, że Włochy prze- ślizgują się po najważniejszych kwestyach i ubolewał nad upadkiem uczciwości i roz- luźnieniem obyczajów. Wtedy — jak po- wiada—znalazł się pomiędzy dwiema osta- tecznościami, mając z jednej strony tych, którzy usiłowali odbudować włoską ojczyznę, niewiele dbając o Boga, z drugiej tych, któ- rzy w imię Boże potępiali wszelkie dążenia do politycznego przewrotu wobec instytu- cyi Papiestwa. W tym to czasie, około r. 1851, zbliżył się do Towiańskiego, o któ- rym doszła go wiadomość z Zurychu, i od- tąd „o nim bez uczucia wdzięczności, czci i miłości, wspomnieć nawet nie może...* Został też z nim odtąd w stosunkach piś- miennych i osobistych, dlatego też potem publicznie, w odczycie i broszurze, starał się przedstawić go ziomkom swoim, jako męża „pomocy opatrznościowej", ognisko ciepła i życia, wiary, nie tak dalece mistyka, jak chcą niektórzy, gdyż od niego zaczerpnął także rad i co do tego, co ma związek z życiem realnem i praktycznem. Zapewne, że myślą przewodnią u Canonico była, aby Wiochy nie popadły w niedowiarstwo i ma- teryalizm, aby znalazły drogę do miłości i ofiary, bez wizyonerstwa i bigoteryi. Bo i sam Towiański żywił zawsze nadzie- ję, że Włochom przeznaczone jest rozpo- cząć nowy pochód ku wielkiej przyszło- ści świata, 'stać się narodem, to- rującym ścieżki na drodze wolno- ści i postępu, na drodze odro- dzenia do życia chrześcijańskiego prywatnego i publicznego. Idzi siaj właśnie, w chwili, kiedy za- nosi się, pierwszj raz od r. 1870, na złagodzenie stosunków między monarchią Włoch Zjednoczonych a Papiestwem, i co za tem idzie w przyszłości, na zgodę między Tyarą a Koroną, Tankred Canonico zostaje prezesem Senatu, jak gdy- by na znak nowej epoki w życiu wewnętrznem Włoch i posłannic- twa, jakie sobie przypisują. Rzym, w listopadzie. A. D. NAJWIĘKSZA W ŚWIECIE eotoGKaEia. Neapol, ów o- krzyczany Neapol, doczekał się fotografii nielada. Na wystawie w Saint Louis widzimy obraz foto- graficzny miasta razem z nieodłącz- nym Wezuwiuszem, spowitym w obłok dymu; obraz ten mierzy ni mniej ni więcej tylko 12-cie metrów wzdłuż, a półtoia wszerz. Fotografia ma wymiary takie, że możnaby nią wytapetować niedu- ży pokój na wysokość prawie człowieka. Zdjęcia dokonano na sześciu kliszach for- matu 13 X 18 cm., używanego powszech- nie w praktyce amatorskiej. Każda klisza obejmuje część panoramy, a wszystkie ra- zem przystosowują się ściśle do całości obrazu. Z każdej kliszy, czyli negatywu, zro- biono powiększenie do wymiaru 150 X 200 cm. na wstędze papierowej, kolejno w całej jej długości; czynność ta zajęła tylko 25 mi- nut. Trudniejsza sprawa była z wywołaniem. Wiadomo, iż powiększenia robi się zwykle na papierach bromo-srebrnych, na których, podobnie jak na kliszy fotograficznej, obra- zu nie widać, dopóki nie będzie wywołany chemicznie. Papier nawinięto na kolo w rodzaju młyńskiego, o 6 metrach średni- cy, i dolnym brzegiem zanurzono do kadzi z cieczą wywołującą, której poszło 150 litrów. Czynność, wykonana szczęśliwie w czasie ciemnej nocy, w oświetleniu kilku amp o czerwonym kloszu, ukazała obraz, iście wspaniały. Utrwalanie i plókanie od- było się w sposób podobny. Koszt takiej odbitki fotograficznej jest wcale niewielki, a w każdym razie daleko niższy od ceny ysunku lub obrazu, zrobionego przez arty- stę najskromniejszych wymagań. Sam pa- piei fotograficzny kosztuje około 20 rubli, płyny do otrzymania obrazu jakieś 25 rub., zapłata 14 pracownikom 30 rub.; nadto re- tusz, konieczny do zatarcia połączeń sze- ściu odbitek oraz zaprawienia plam nieu- n.knionych kilkanaście rubli; razem wypada niespełna 100 rub., jeśli s.ę nie liczy rusz- towania, które może służyć do dalszych odbitek, a kosztuje około 120 rub. Nie tak dawno, na wystawie w Chicago r. 1893, podziwiano jako osobliwość fotografię 6-metrową; obecnie mamy 12-metrową. Kto wie, czy Amerykanie wkrótce nie zechcą zastąpić kosztownej panoramy, jak np. na- sze „Tatry" lub „Golgota," przez zdjęcia fotograficzne. Nie wydaje się to dziś nie- możliwem, a niezawodnie okaże się... prak- tycznem. ks ZAMKNIĘCIE WYSTAWY W ST. LOUIS nastąpiło dnia 1-go grudnia. ZMA .ILI. Książę Ferdynand Hohenzollern, brat króla niemieckiego, w wieku lat 59. Dr Karol Stellwag v. Carion, wybitny oftalmolog, prof. uniwersytetu w Wiedniu, autor znakomitego dzieła p. t.: „Oftalmolo- gia z przyrodniczego punktu widzenia,* zmarł, urodzony w r. 1823. k NAJWIĘKSZA W ŚWIECIE FOTOGRAFIA Polityka. Świeżo wybrany parlament włoski roz- począł pierwszą swą sesyę w dn. 30-ym li- stopada od wysłuchania mowy tronowej króla Wiktora Emanuela, zasługującej na uwagę jako zapowiedź politycznego kierun- ku rządów podczas rozpoczynającej się ka- dencyi. Jak wiadomo, rządy te otrzymały w rezultacie ostatnich wyborów silny fun- dament w izbie dzięki przewadze żywiołów umiarkowanych i konserwatywnych nad ra- dykalnymi. Mimo to, a może właśnie dla- tego, wynurza się monarcha włoski wobec reprezentantów swego ludu w duchu libe- ralnym i społecznym. Obiecuje mianowicie wziąść za wdową podstawę działalności rzą- du wiarę w dobroczynne skutki jak najszer- szego stosowanie zasady wolności w wę- wnętrznem życiu politycznem Włoch, zwra- ca uwagę ciał ustawodawczych na to, iż po- winny pieczołowitością szczególną otaczać interesy warstw pracujących, jako słabszych w walce ekonomicznej, przyczem projek- tuje jako krok ważny ku pokojowemu rozstrzygnięciu zatarga między kapitałem a najemnikami—sądy rozjemcze. Poza tem mowa tronowa zapowiada wniesienie do parlamentu ustaw, dotyczących upaństwo- wienia kolei, szersze rozwinięcie i lepsze przystosowanie do wymagań chwili obec- nej systemu szkolnictwa i stwierdza za- warcie traktatów handlowych z Niemcami, Szwajcaryą i Austryą.—W Kwirynale odbył się chrzest nowo narodzonego królewicza na- stępcy tronu w obecności członków rodzi- ny królewskiej, dygnitarzy, przedstawicieli państw i gości zagranicznych. Młody ksią- żę Piemontu otrzymał imię Humberta.— Układy między Auslryą a Niemcami o trak- tat handlowy zosłały zerwane na razie po- mimo osobistych konferencyi między mini- strami Austro-Węgier i specyalnie w tym celu do Wiednia wydelegowanym ministrem niemieckim, hr. Posadowskym. Zresztą prasa obu stron, pomimo wielkiego nieza- dowolenia z fiasca, wypowiada niejedno- krotnie nadzieję, iż sprawę będzie jeszcze można załatwić pomyślnie.—W Niemczech otwarto sesyę parlamentu, któremu zaraz na pierwszych posiedzeniach przedstawiono projekt budżetu wojskowego i sprawę po- większenia armii. To ostatnie ma nastę- pować częściowo w ciągu najbliższych lat pię- ciu i w r. 1909 dojść ma do 10 tysięcy żołnierzy, tak, iż etat pokojowy armii wzroś- nie z 495 do 505 tysięcy.
970 KSIĄŻKI I WYDAWNICTWA PGKYODYCZN6. Książki gwiazdkowe. 11. * Róża Erzepki: Książeczka Heli (Poznań. Własnym nakładem. 1905. Str. 40 w 16-ce. — .Gwiazdka" książkowa, wydana w Poznaniu, do rzadkich na- leży wyjątków. W zbiorku pani Erzepki pełno treści. Są tu wierszyki, wysnute z życia małych dzieci, krakowiaki, kołysan- ki, króciutkie powiastki prozą, a w zakoń- czeniu 46 zagadek wierszowanych oraz odpowiedzi. Wierszom zbywa, oczywi- ście na wytworności, ale zaleca je szczere ciepło rodzime i myśl szlachetna. * Miła Koliskóuna: Z dawnych cza- sów. Powiastki z historyi polskiej Dla dzieci od lat 8-miu. Z illustracyami L. Illinicza. (Warszawa. Nakładem M. Arcta. 1905. Str. 162 w 16-ce. W oprawie kartonowej. Cena kop. 60). — Do nau- ki historyi potrzeba zazwyczaj bardzo wytrawnego pedagoga; bez jego nie- ustannej czujności, wykład najprzystępniej- szy i najbardziej zajmujący, układa się w schematy nużące umysł dziecka. Przy obciążaniu pamięci datami wojen i pano- wań, historya obyczajów schodzi na drugi plan, albo też wcale uwzględnianą nie by- wa. Dobrego dzieła dokonała p. Kolisków- na, podając dziatwie systematyczny szereg obrazów Obyczajów polskich od czasów przedhistorycznych aż do Jagiellonów’. Pożyteczna książeczka zawiera razem 13 po- wiastek: trzy z czasów przedhistorycznych (.Sławko," „Śmierć królowej" i „Syn Pia- sta"), .Mały obrońca" (czasy Mieszka I), „Szczerbiec Chrobrego," „Odnowiciel," „W drodze do króla" (czasy Bolesława Śmiałego), „Psie pole" (czasy Bolesława Krzywoustego), „Kmieca dola" (czasy Ka- zimierza Sprawiedliwego). „Sen Leszka Białego," „Branka Tatarska" (czasy Bole- sława Wstydliwego), „Na pobojowisku" (Władysław Łokietek) i „Żak krakowski" (Kazimierz Wielki). Na czele każdej po- wiastki pomieściła autorka krótką charakte- rystykę odpowiedniego panowania. Wybór te- matów—bardzo pomysłowy, ale sam spo- sób opowiadania — miejscami zbyt suchy. Rysunki p. Illinicza dość niedbale. * Eligiusz Berthct: Młodzież w pięciu częściach swiatn. Wydanie II, ozdobione 40 rysunkami. (Warszawa. Nakładem M. Arcta. 1905. Str. 141 w 16-ce. W oprawie kartonowej. Cena kop. 60).—Układ książki —bardzo dobrze pomyślany. Ojciec Felu- sia, małego Paryżamna, niegdyś lekarz okrętowy, posiadał całe pęki zeszytów, za- pisanych w różnych czasach, na coraz innym papierze. Wydobył raz dla swego syna pięć takich zeszytów, które nosiły na- pisy: Adam Smith,—mały Amerykanin; Lao,— mały Chińczyk; Hans,—mały Eskimos; Sam- ba,—mały Afrykanin; Kędzierzawa Głowa,— mały Australczyk. Feluś zajał się gorliwie odczytaniem tych zeszytów i znalazł w nich pięć niezmiernie zajmujących opowiadań. Każdy z małych bohaterów, mówiąc o swo- jem wychowaniu, kreśli jednocześnie obraz życia plemienia, do którego należy. Ksią- żeczka przeto, poza żywą stroną anegdo- tyczną, posiada jeszcze wartość dobrego, podręcznika etnograficznego. Czytać ją mogą z wielkim pożytkiem nawet starsze dzieci. * Mnrya Julia Zaleska: Listki i ziarnka. Powiastki, opowiadania i roz- mówki, zawierające najpotrzebniejsze wia- domości, do pojęcia dzieci zastosowane. Wydanie nowe z 8 rycinami. (Warszawa. ' Nakład Gebethnera i Wolffa. Kraków. G. Gebethner i Spł. 1905. Str. 272 w 16-ce. W oprawie kartonowej. Cena rub. I). — Kilkadziesiąt opowiadań dydaktycznych, które podzielić można na dwie kategorye: jedne dotyczą bezpośrednio codziennego życia dzieci i zalecają różne cnoty i dobre uczucia (oszczędność, praktyczność, litość, dobroczynność, odwaga); w drugich autorka pomieściła dobrze opracowaną „naukę o rze- czach." Ta właśnie druga kategorya powiastek stanowi właściwy cel książki. Poucza w nich autorka o życiu mrówek, o fabrykacyi cukru, okowity i- piwa, o oświetleniu gazo- wem, świecach, węglu kamiennym, o życiu roślin, o chmurach i deszczu, o jedwabni- kach, szkle, balonach, o formacyach geolo- gicznych, pszczołach i miodzie, gwiazdach, papierze, druku i rycinach, o ogniu, o daw- nych ludziach, kamieniach. Wykład uroz- maicają zazwyczaj dyalogi dzieci ze star- szymi. Sądzę, że książeczkę czytanoby z większym pożytkiem, gdyby niektóre sprawy rozwinięto obszerniej i nie nagro- madzono odrazu tyle materyału. Bądź co bądź, praca to poważna i zasługująca na uznanie. * Teresa Jadwiga: Biała gołąbka. (Księżniczka Czerska). Powieść historyczna dia młodzieży. Z 6-u rysunkami Antonie- go Kamieńskiego. (Warszawa. Nakład Ge- bethnera i Wolffa. Kraków. G. Gebethner i Spł. 1905. Str. 210 w 16-ce. W oprawie karton, rub. 1.20, w ozdob. opr. rub. 1.50). —Historyczne opowiadania Teresy Jadwigi mają już oddawna ustaloną sławę. Zasłu- żona pisarka przez długie lata wszczepiała w młode pokolenia zamiłowanie dziejów ojczystych, budziła uczucia męstwa, poświę- cenia, wiarę w szczytne ideały. „Biała go- łąbka," jak cały zresztą tegoroczny dorobek literacki Teresy Jadwigi, świadczy, że fan- tazya jej nie psłabła, a długie doświadcze- nie nauczyło ją dobrego wyboru tematów, zręcznego wiązania wypadków i stopniowa- nia wrażeń. „Biała gołąbka" — to córka Konrada II, księcia na Czersku, syna Zie- mowita mazowieckiego, prawnuka Kazimie- rza Sprawiedliwego. Jesteśmy w XIII wie- ku, w epoce wojny o tron krakowski. Konrad walczy z Leszkiem Czarnym, który wzywa pomocy dzikich Litwinów. Najście Litwinów, pod dowództwem Trojdena, na zamek czerski, porwanie „białej gołąbki"— Hanny do niewoli, powrót Konrada z niepo- myślnej wyprawy, wreszcie ślub Hanny z Trojdenem—oto główne wypadki powie- ści. Pomnąc o swym czytelniku, wprowa- dziła autorka do powieści, oprócz młodziut- kiej Hanny, dwoje dzieci chłopskich, Ma- rysię i Grzesia, przyliołubionych przez Han- nę i dzielących burzliwe losy swej pani. Akcya rozwija się zajmująco, a historya walki o tron krakowski, zarysowana jasno i dobitnie. * Jerzy Lnskarys: Przygody Jana Chryzostoma Paska. Według jego pa- miętników, opowiadanie dla młodzieży. Wy- danie nowe z 8-u rysunkami. (Warszawa. Nakład Gebethnera i Wolffa. Kraków. G. Ge- bether i Ska. 1905, str. 239 w 16-ce. W oprawie kartonowej. Cena rub. 1, w ozd. płóciennej oprawie rub. 1 30). — Pamięt- niki Paska, owego Reja siedemnastego Wieku, zawierają w sobie takie skarby ma- teryału obyczajowego, tyle humoru staro- polskiego i tak świetne koncepty, że mu- siały na siebie zwrócić uwagę wychowaw- ców, jako rzecz o wybitnie swojskim cha- rakterze. Dokładna, staranna, językowo czy- sta przeróbka Laskarysa, oddawna już sta- ła się popularną a zasługuje na to, aby zyskiwała coraz nowe koła młodych czytel- W Puławach. Rysunek K. Górskiego do powieści „Klementyna." ników. Szkoda, że zamiast opowiadania w trzeciej osobie, me użył Laskarys for- my oryginału, to jest opowiadania od au tora. Większa obfitość objaśnień przydała- by się w następnych wydaniach * Teresa Jadwiga: Z przeszłości Po- wieść historyczna, skreślona dla młodzieży Wydanie nowe, z 4 rycinami rysunku Woj- ciecha Gersona. (Warszawa. Nakład Ge- bethnera i Wolffa. Kraków. G. Gebethner i Spł. 1905. Str. 267 w 16-ce. W opr. kart, rb. 1, w ozd. płóciennej oprawie rub. 1.30). —Ponowne wydanie tych pięknych powie- ści dowodzi najlepiej ich popularności. W krótszych zarysach zdobywa się Teresa Jadwiga na większą plastykę i doskonalszą budowę. W czterech opowiadaniach „Z prze- szłości-' uwzględniła autorka głownie pier- wiastek obyczajowy. Wypadki historyczne zarysowała lekko, usiłując jedynie pobudzić do głębszego ich poznania. W „Jakóbie Zyndramie" mamy garść zajmujących szczegó- łów z życia pierwszych naszycli promotorów medycyny, za czasów Zygmunta Augusta. W „Mojem spotkaniu pod Byczyną" łączy autorka znane dzieje i walki z zajmującemi przygedami biednego młodzieńca, pasowa- nego na rycerza. W „Rogalińskich" pozna- jemy śliczną bohaterkę polską, młodziutką Hannę, która się wybiera na walkę z wro- giem, jak Joanna d’Arc. „Oczerniony" wreszcie—to charakterystyka stosunków ry- cerskich na tle żywota Kalinowskiego i jego męstwie, przy próbach odebrania Kamieńca Podolskiego od Turków. We wszystkich obrazach, które zresztą może czytać i mło- dzież dorastająca, autorka zachowała wybor- nie miarę, żywość opowiadania i staranność w dokładnem malowaniu epoki. * Zofia Mrozowieku: Powiastki dla najmłodszy cli. Z 16-u obrazkami. (War- szawa. Nakładem M. Arcta. 1905, str. 148 w 16-ce. W oprawie kartonowej. Cena kop. 50). Kilkana- ście króciutkich po- gawędek, nacecho- wanych wyborną znajomością i odczu ciem świata dziecię- cego, a napisanych bardzo sympatycz- nie. Autorka, pamię- tając dobrze, że naj- drobniejsze wrażenia codzienne nabierają u dzieci cechy wiel- kich wypadków, za- niechała wszelkich nadzwyczajności; o- powiada wydarzenia, nie mające na pozór żadnego znaczenia, ale poch w y c o n e wiernie, odmalowa- ne bardzo żywo i z talentem. * Teresa Jadwi- ga: Klementyna. Powieść dla dora- stających panien, o- snuta na tle życia Klementyny z Tań- skich Hoffmanowej. Z 6-u illustracyami Konstantego Gór- skiego. (Warszawa. Nakład Gebethnera i Wolffa. Kraków. W opr. kart. rb. 1.50, w ozdob. płóc. opr. rb. 1.80).—O zasługach Klementyny z Tańskich Hoffmanowej opowiada, naturalnie, swym uczniom każdy polski wychowawca. Ale żywot jej upły- wał w takiej ciszy, że trudno szukać w nim momentów nadzwyczajnie dramatycznych. Zamiast tedy pisać suchą biografię wielkiej Klementyny, Teresa Jadwiga osnuła na tle jej żywota powieść, w której odmalowała różne wypadki współczesne oraz pokazała wybitniej- szych ludzi, z którymi jej bohaterka miała styczność. W ten sposób czytelniczka le- piej zrozumie wpływy, którym Klementyna ulegała, jednocześnie zaś zobaczy żywą ga- leryę typów niedawnej przeszłości. Mamy w „Klementynie" obrazy życia w Puławach, historyę przyjazdu Napoleona do Warszawy, wjazd Fryderyka Augusta, przedstawienie w teatrze warszawskim, najście Austryaków, powrót niedobitków wojny 1812 r., stosun- ki Klementyny z Brodzińskim i Niemcewi- czem w kraju, a z Mickiewiczem, Zaleskim, Gorczyńskim, Ujejskim i Szopenem w Pa- ryżu. Akcyę wiążą troski i prace Klemen- tyny, historya jej stosunków domowych, wreszcie ostatnie jej chwile i zgon. Au- torka uniknęła szczęśliwie pokusy cytat i wykładów pedagogicznych Opowiadanie jej żywe i naturalne od początku do końca. * Antonina Domańska. Opowiadaniu babimi dla kochanych wnucząt. Podług Berty Schuman. Z rysunkami. (Warszawa. Nakładem i drukiem M. Arcta. 1904, sti 141 w 16-ce. W oprawie kartonowej. Ce- na kop. 50).—Pani Domańska nie wyjaśniła, gdzie w „Opowiadaniach babuni" zaczyna się oryginalna jej praca. Przypuszczam, że polega ona głównie na spolszczeniu na- zwisk, imion i miast oraz lekkiem, a nieco forsownem zabarwianiu lokalnem. Przerób- kom tego rodzaju braknie prawdy: niepo- dobna obyczajów domowych niemieckich asymilować z polskimi. Powiastkom mc
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 50 971 brak po za tem zalet narracyjnych. Te zwłaszcza, które opisują stosunki dzieci ze zwierzętami, odznaczają się miłym tonem gawędy. Niesłusznie jednak zachowała p. Domańska taką powiastkę, jak „Złe figle," gdzie pedagog zachwala barbarzyńską racyę używania na psotne dziecko „pręcika brzq- zowego". Sfcł? PRASA POLSKA. i „O ewolucyi organizmów" przez W. Jezier- Wędrowicc: „Zwroty" przez Antoniego skiego.—Przegląd Tygodniowy: „Dziesię- Gawińskiego.—Niwa polska: „W kwestyi ciolecie hakaty."—Tygodnik Polski: „San- zmateryalizowania wśród studentów" przez domierz."—Gazeta Domowa: „W sprawie T. R. Przegląd katolicki: „Katolicyzm wyzysku nauczycielek" przez Eugenię Ży- w Japonii dzisiejszej" przez ks. Wł. Dębic- 1 powską.—Bluszcz: W jaki sposób należy kiego. Czytelnia dla wszystkich: „Znie- dzieci hartować?"—Zorza: „Kto da opie- sienie szachownicy" przez Z. Kościuszkę- kę?“ przez M. Brzezińskiego. — Ogniwo: Walużynicza. — Prawda: „Stefan George" „Emancypacya a miłość" przez P. Kuczal- przcz Zbigniewa Brodzkiego.—Przyroda: ską-Reinschmitową. — Słowo: „Nowożytna twierdza."—Gazeta Polska: „Zbiory pe- dagogiczne ś. p. Blocha" przez J. Muklano- wicza.—Gazeta Handlowa: „Banki inwes- tycyjne na tle ogólnem kredytu długotermi- nowego" przez J. Szyc.—Goniec Wieczor- ny: „Dziecko—przestępca" przez Mieczy- sława Szacińskiego.—Kury er Warszawki: „W rocznicę zgonu Adama Mickiewicza" przez Władysława Korotyńskiego. rn NADESŁANE. TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILI USTROWYNY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROW YNY TYGODNIK illustrowany TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK illustrowany daje w 1905 r. 52 numery zawierające około 1000 ko- lumn tekstu z 1200 rysim kami, kopiami obrazów, illu- Od Nowego Roku rozpoczynamy druk dalszego cyklu powieściowego WŁADYSŁAWA REYMONTA stracyami chwili bieżącej, t \1/ — — okładką ogłoszeniową T l („WIOSNA") =......24 dodatki bezpłatne zawierające 12 tomów SIENKIEWICZA i „DZIEJÓW — POKOZBIOROWYI H NARODU POLSKIEGO** oraz 12 łomów DZIEŁ POPULARNO-NAUKOWYCH. M । -- Tom styczniowy (74-y) Sienkiewicza Jako pierwsze tomy dzieł popularn. pójdą: „LISTY Z JAPONII" Kiplinga „HISTORYA SZTUKI POLSKIEJ" T. JAROSZYŃSKIEGO „MONOGRAFIA O NAPOLEONIE IYM" „GRY I ZABAWY DZIECIĘCE" „LITERATURY SKANDYNAWSKIE" „O STYLU W SZTUCE" „NA MARNE** PREMIUM KOLOROWE na grubym welinie L. Wyczółkowskiego p. t „jtf orskie Oko”. W dodatku arkuszow. Hall Caine ▼YTTYTYYYTTYYYYYYTYYYYTYYYYYYTYYTYYYYYYYYYYYTYYTYTYYTTTTYYTTYTTTTYTYTYTTTYYYTTTYYYYYYYYYY-TTTTYTYrTYTTTTT Zapatrywania sic zmieniają. Spotkałem swojego przyjaciela Iksa i za- pytałem: — Cóż twój stary wuj, ten waryat, po którym masz dziedziczyć, żyje jeszcze? — O, żyje, ale to bynajmniej nie waryat: co najwyżej trochę ekscentryczny, jak wszy- scy bogaci. W kilka tygodni spotkałem znowu Iksa, ale tym razem, pytając o wuja, nazwałem go „ekscentrycznym." Na to Iks rzekł z obu- rzeniem: — Dlaczego go nazywasz „eks- centrycznym"?.. on bynajmniej nie ekscen- tryczny, ale waryat, zupełny waryat: zapi- sał cały swój majątek na... cele dobro- czynne .. Pele Mele. q u i I la = czeskie wyborowe pastylki likiero- we sprzed, wszyst. składy apteczne | Gebethner i WolJJWaruawa % | fortepiany, ĆłMMfc z > Pianina, Organy15y^t J Krakowskie-Przedm. 17. J,. WZWZiZZ '“'Z WZZ-Z Miedzy myśliwymi. — ..Ja, panie dobrodzieju, nie potrzebuję psuć nabojów: i bez strzelania mam codzień 6 lub 8 zajęcy. Nasi „ najserdeczniejsi. “ — Słyszałeś?., ten wielki blondyn, nasz przyjaciel, umaił. — Ct ty mówisz?., to bardzo przykre... Jestem mu winien 20 franków, a miał mi w tym tygodniu pożyczyć jeszcze 10. Journal amusant. £ranćk?rix Wystawa Powszechna 1900 r. SYN MARNOTRAWNY** ŚRODKI do ZĘBÓW ELIKSIR, PROSZEK i PASTA Ojców BENEDYKTYNA Opactwa SOULAC WAŻNA UWAGA : Flakony eliksiru Benedyktynów nie opatrzone plomba komory celnej rossyjs- kiej powinny być uważane za podrobione. KOBEI FLAKONU — Jakże to pan robi? — Bardzo łatwo, panie dobrodzieju! Mam pod lasem duży kamień młyński. W śro- dek kamienia kładę główkę kapusty, a na kamieniu rozsypuję tabakę. Przychodzi, pa- nie dobrodzieju, szarak, bierze się do kapu- sty, niuchem zmiata tabakę, kicha, panie dobrodzieju, uderza łbem o kamień i leży... Rano jest zwykle cały wianek szaraków naokoło kamienia. is. Warszawska Spółka Wydawnicza (Mazowiecka 16) poleca następujące książki: Anima vagans, powieść W. Grot-Bęczkow- skiej rub. 1 kop. 60. Koledzy, powieść H. St. Pytlińskiego rb. 1.20. Komedya miłości, poradnik dla panien E. Baval’a kop. 40. Łabędzia woda, nowela A. Dygasińskiego k.50 Ojciec, powieść Arne Garborga kop. 80. Straceńcy, powieść M. Czernego rb. 1 k. 20. Z prądem życia, powieść A.Miecznikarb. 1.50. Do nabycia we wszystkich księgarniach. PASTILLES DE GRILLOM Słynna ze swych własności anty- septycznych i aromatycznych. 1)0 nabycia wszędzie. Owoc przeczyszczający PRZECIW OBSTRUKCYI We wszystkich składach aptecznych i aptekach. «_ nDDA7V artystów polskich Sprzedaż i kupno. Wystawa otwarta ąr UUlwłłAŁ do godziny 8. Marszałkowska Nr 129. Salon Sztuki. X..X V X X ’» X X X X X LEKARZ DENTYSTA A. ZAWADZKI Marszałkowska 108, róg Chmielnej. Zatwier. przez Ministr. Skarbu WIECZORNE PÓŁROCZNE KURSY HANDLOWE Gust. Chwat-Czyńskiego profesora szkół handlowych w poniedziałki, środy i sobo- ZłdloKlC ty ocj godz. 5 do 7 wiecz. rriAclriA wtorki, czwartki i soboty od Illt£oKlC 8 do 10. Programy bezpłatnie NOWY-ŚWIAT Nr 4.
972 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 50 Dla PAŃ —===z= na Gwiazdkę WYKWINTNE UPOMINKI poleca telefonu 1530 Rok założenia 1868 OKRYCIA SUKNIE ----- KOSTIUMY BLUZKI NEGLIŻE ----- HALKI z „LAINE des PYRENEES" Ciepłe Spódniczki . od Rb. 3.— Kit tamki ranne . „ „ 6.— Nowość: Szlafroczki ... „ „ 15.— Ci< ple BLUZKI włóczkowe ... „ „ 6 — WEŁNY •IRDWAB1E AKSAMITY PIĘKNE ADAMASZKI CZARNE od KORONKI KORONKOWE SUKNIE ODPASOWANE KORONKOWE CHUSTECZKI I SZALE KORONKI PRAWDZIWE NOWOCZESNE i STAROŻYTNE HAFTY WSTĄŻKI PRZYBRANIA GALONY TAŚMY LISY BIAŁE, NIEBIESKIE, SREBRNE CZARNE, KRZYŻAKI J t. d. GRONOSTAJE — SZENSZYLE FOKI „SEAL” KARAKUŁY, WYPORKI, KASZTANKI. FUTRA W BŁAMACH KAPELUSZE WOALKI BOA Z PIÓR STRUSIC U RĘKAWICZKI duńskie - marka „B. HERSE“ . Rb. 1.35 kozłowe „ „B. HERSE“. „ 1.50 duńskie— „ „JOUVIN&C'’“ „ 2.50 WYŁĄCZNA SPRZEDAŻ —KRÓJ FRANCUSKI WA C I i LARZE WP1ĘKMM DOBORZE.. od Rb. 1.60 DUŻY WYBÓR GOTOWEJ KONFEKCYI FUTRZANEJ: ŻAKIETY BOLERA DACHY — PŁASZCZE BOA KRAWATY E T O L E PELERYNY MUFKI PASKI w NOWYCH FASONACH PARASOLE KOŁNIERZE, KRAWATY SAKIEWKI I TOREBKI „RETICULE“ METALOWE, SKÓRZANE, JEDWABNE — HAFTOWANE KAPTURKI CZEPECZKI ŻABOTY POŃCZOCHY GORSETY ---- ff> Ł E D Y -------------- IF I B A M W 1 o jo 1B. i3,.— W S K LEP I E DOLNYM ------------ 11® ’dl U EŁ M A 1F ® W J! Ili O W A » E - C IH II TT K 1--_ ® » EKre. 5.— K (fe JL Jli> Ili W PRZEZ GRUDZIEŃ --------- TANIA SPRZEDAŻ GWIAZDKOWA Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów _____ Redaktor: Dr JÓZEF WOLFĘ “Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w^biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i mateiyałów f.t .ikowyclT, r Ir lanych do redakcyi, nie zwraca się. JJoBBOJieno IJenaypoK). Bapmaua. 18 Ilotiópjr 1904 ro^a. Tom 72 Pism Sienkiewicza, zawierający część trzecią „PANA WOŁODYJOWSKIEGO", dołącza się do niniejszego numeru.
Ns 51 Ogólnego zbioru Nr 2,351 17 (4) grudnia 1904 roku Tygodnik I wstro w anp Z wystawy sezonowej r. b. w Monachium. ANIOŁ SMUTKU KAROL J. BARTH
974 O KULTURĘ KOBIECĄ. Z chaosu napoły uświadomionych porywów, haseł, żądań i zagadnień, jakiemi zawrzał świat kobiecy w połowie XIX stulecia, wyło- niły się wkrótce wyraźnie dwa prądy, wpraw- dzie na wspólnym gruncie emancypacyi zro- dzone, ale z odmiennych wychodzące założeń i bardzo znacznie różniące się z sobą na punk- cie celu wyzwolenia. Wolność indywidualna na tle powszech- nej sprawiedliwości, głoszona przez najwymow- niejszego rzecznika sprawy kobiecej w czasie rewolucyi francuskiej, Condorceta, zdaje się być podstawą jednego odłamu; drugi zaś opiera się na instynkcie kobiecym, na altruiz- mie, stanowiącym piętno i potrzebę kobieco- ści, a wyrazem jego w dobie tworzenia pro- gramów były pisma Maryi Wollstonecraft. Pierwszy z tych prądów ma na celu zu- pełne równouprawnienie kobiety z mężczyzną, na zasadzie jej człowieczeństwa, najważniej- szym więc jego postulatem jest jednakowe wychowanie dla płci obojej, wolność pracy na wszystkich polach w jednakowych warun- kach, a co za tem idzie zrównanie praw, tak pod względem cywilnym, jak politycznym. Dla urzeczywistnienia tych .ideałów winny się wszystkie kobiety zorganizować w rodzaj kor- poracyi i stworzyć partyę, konsekwentnie wal- czącą w imię wspólnego interesu, w imię sprawiedliwości, przeciw porządkowi rzeczy, ustalonemu przez władzę męską. Poczucie solidarności między kobietami jest zatem silnie zaakcentowane, a walka kon- kurencyjna, oraz zdobywanie coraz ważniej- szych pozycyi, stanowi jeden z najgłówniej- szych punktów programu. Drugi prąd, o jedno pokolenie młodszy, wysuwa na pierwszy plan macierzyństwo ko- biety; w tym celu chce ją mieć również przy- gotowaną do życia, a nawet fachowo wy- kształconą, ale głównie dla rozumnego wy- chowania dziecka i ułatwienia mu przyszłości. Dlatego występuje reakcya przeciw for- sownej pracy kobiecej, wyczerpującej siły fizyczne, dlatego w kwestyi równouprawnienia na drugi plan schodzą żądania co do stano- wisk społecznych i praw politycznych, a na pierwsze miejsce wybijają się sprawy obycza- jowe, dotyczące macierzyństwa, dlatego walka z mężczyzną przeniosła się z pola ekonomicz- nego na grunt psychologiczny i sentymental- ny, zarazem jednak naprawienie krzywd i re- windykowanie praw kobiecych mniej zajmuje miejsca w programie, niż zaznaczanie obo- wiązków kobiety wobec siebie i wobec przy- szłego pokolenia. Mimo bardzo zasadniczych różnic w po- glądzie na życie i cele kobiety, łączą się oba te kierunki w żądaniu stanowczych reform, tak co do wychowania, jak i co do stanowiska społecznego kobiety współczesnej; mają więc istnieć obok siebie bez ostrej walki, ścierając się jedynie na niektórych punktach (np. spra- wa ograniczenia i ochrony pracy kobiet), kon- trolując i dopełniając nawzajem. Są to w roz- woju ideowym sprawy kobiecej koniecznie po sobie następujące etapy: przedewszystkiem bo- wiem, w chwili przebudzenia z wiekowego spętania, musiała odezwać się w kobiecie ta struna ludzkiej godności, najbardziej sponie- wierana, przyduszona, zaprzeczona, to dążenie do zamanifestowania zdolności umysłowych i niepospolitej energii dla poparcia czynem buntowniczych żądań. W następstwie jednak, gdy egzamin wy- padł pomyślnie, dając poważne rezultaty teo- retyczne i praktyczne, oprócz tego motywu bojowego, zagrała nuta zasadnicza natury ko- biecej z większą siłą: macierzyństwo, pojmo- wane ideowo przez kobietę, która się stała człowiekiem, nabrała wielkiej wagi, zwłaszcza że przyszły czasy gorącego ruchu etycznego i wychowawczego. Nie jest to reakcya prze- ciw dążeniom emancypacyjnym, ale raczej po- głębienie pewnych stron kwestyi kobiecej, któ- ra musi przekształcać się nawewnątrz, aby nie zastygnąć w uparłem doktrynerstwie. Człowieczeństwo i macierzyństwo nie wyczerpało jednak wszystkich tonów: pozo- stała jeszcze żądna wypowiedzenia się kobie- cość, cała dusza kobieca, związana tajemni- czymi węzłami z naturą, z życiem u jego pra- podstaw, z dzieckiem i dzieciństwem, trawio- na ciekawością rzeczy bajecznych i tęsknotą do nadzwyczajności, dusza łaknąca i łakoma, nieświadoma a widząca, chciwa poświęceń aż do ekstazy, aż do zatracenia siebie, dla odna- lezienia siebie w mistycznem uniesieniu, w za- pamiętaniu się miłosnem—w służbie dla idei. Z tego źródła wypływały po wszystkie wieki natchnione porywy i ciche ofiary; dwa razy dwa — rosło w milion: w zaświatowych widzeniach Joanny d’Arc, w zamodleniu św. Teresy, w rewolucyjnym krzyku Teroięue de Mericourt, w czynie Charlotty Corday, w nie- strudzonym żywocie Pauliny Mink, w odważ- nym zgonie wielu współczesnych. Ale ta kobiecość miłosna i bohaterska, wcielona w życie jednostek, nie wycisnęła wybitnego piętna na ogólnym charakterze ru- chu kobiecego: wszędzie tam, gdzie chodzi o manifestacyę twórczości, o rodzaj umysło- wości i naturę talentu, występuje bardzo wy- raźnie wpływ męski, i dlatego budzić się musi pytanie: czy wykształcenie to, jakie kobieta od lat pięćdziesięciu walką zdobywa, a które z niej zrobiło znakomitą uczennicę i fachowo uzdolnionego człowieka, nie zabiło w niej wielu pierwiastków odrębności duchowej, z której wytrysnąćby mogła twórczość samo- dzielna, owa dopełniająca a nie naśladowcza kultura. Nie jest to jednak wpływ szkoły, wpływ edukacyi we właściwem znaczeniu; od najdaw- niejszych czasów, ilekroć kobieta poczęła się oddawać pracy umysłowej i twórczości arty- stycznej, zawsze ideałem jej było doścignięcie męskich wzorów, a najwyższym tytułem do sławy: posiadanie „męskiego umysłu." Szczy- ciły się tem i owe renesansowe doktorki praw, teologii i filozofii, profesorki matematyki—jak Magdalena Buonsignori, Cassandra Fedele, Hipolita Sforza, Emilia Brembeti, których „męska siła i bystrość" zadziwiały współczes- nych, i niemieckie „uczone niewiasty" z XVIII wieku, sławione przez Gottscheda za pilne studya i „męską wiedzę," i pani Roland, i pa- ni de Stael, która wszakże pierwsza akcen- tuje tragizm kobiety o „męskim rozumie" i wiele rzeczy sama czuje po kobiecemu. „Męskość", jednoznaczna tu ze wszelką uczonością i perfekcyą umysłową, musiała imponować wybitniejszym kobietom niepospo- licie, tak, że starały się nią przejąć, zaniedbu- jąc pierwszodrzędnych zalet własnego umysłu, które umiejętnie rozwijane mogły były zajaś- nieć z równą siłą. W sposobie przyjmowania wrażeń ze świata zewnętrznego, w stosunku do natury, do miłości, do pojęć abstrakcyjnych miała kobieta ton własny, który mężczyzna odczuwał jako „das ewig Weibliche" i czcił w niem tajemnicze piękno; z tego tonu mogła była wyprowadzić swą twórczość. Ale nad- zwyczajna jej zdolność asymilacyjna, nieśmia- łość pierwszych kroków na drodze umysłowej, przewaga olbrzymia męskiej uczoności — po- pchnęły ją w innym kierunku. Nie jest to zresztą objaw odosobniony i charakterystyczny jedynie dla twórczości ko- biecej: powtarza się on zawsze, ilekroć na młodociany rozwój duchowy pierwotnej orga- nizacyi narodowej poczną działać wpływy wyższej kultury, posiadającej wielką tradycyę i bogaty dorobek umysłowy. Wtedy to wszystkie zarody odrębności i samoistności kulturalnej, poczynające dopiero kiełkować, w zetknięciu z gotowem już objawieniem obcego ducha, przyduszone, wzgardzone, zani- kają prawie, a raczej kryją się gdzieś pod ziemię, aby kiedyś, z pod napływowej i na- śladowczej kultury wystrzelić własnym kwia- tem na glebie przygotowanej przez nabytki, przejęte ze starszej cywilizacyi. Im tęższa i bardziej rozwinięta była pierwotna indywi- dualność narodowa, tem prędzej wybija się ponad wpływy, przeszczepione z obcego du- cha; ale jeżeli wpływ był zbyt silny i przy- szedł za wcześnie, to już nigdy od jego piętna uwolnić się nie zdoła i nigdy się w zupełnej czystości pierwotnego typu nie objawi. Wymownym tego przykładem jest dzia- łanie łacińskiej kultury Kościoła na ludy ger- mańskie, które po dwóch wiekach zależności odżyły w wielkiej poezyi narodowej, i na Bo- lesławowską Polskę, gdzie ślady pierwiastków ludowych, zgnębione zupełnie, w tysiąc lat blizko przychodzi odnajdować i wskrzeszać, a piętna pseudo-klasycznego z ducha narodu zetrzeć niepodobna. Cała technika objawiania się życia umysłowego — stworzona przez mężczyznę, była już gotowa i doskonała w chwili, gdy kobieta zaczynała stawiać pierwsze kroki w twórczości, odrazu więc, zamiast dla wyra- żenia własnego świata szukać form własnych, przyjęła z łatwością obcą puściznę — i ta łat- wość zgotowała jej niebezpieczeństwo zatraty. Pierwiastek kobiecy odegrał jednak nie- wątpliwie wielką rolę w duchowym rozwoju ludzkości, przenikał życie i pośrednio wcho- dził w twórczość geniuszów, znajdował wyraz
975 PANTEON B. BUJKO B BUJKO MONTMARTRE Z Salonu paryskiego. symboliczny w formach sztuki, a w wielkich ideach dziejowych odzywał się swym macie- rzyńskim i entuzyastycznym głosem. I przez kobiety genialne w swej prostocie kobiecość przemówiła kilkakrotnie w sposób twórczy: glosy św. Teresy, listy pani de Sevigne, poe- zye pani Debordes-Valmore, buntownicze pro- testy George Sand, tęsknoty ducha Narcyzy Żmichowskiej, bolesny uśmiech Eleonory Du- se — to z jednego źródła wybuchające żywio- łowo objawy Psyche kobiecej. W ostatnich czasach współzawodnictwo z mężczyzną i chęć dorównania mu w jego stylu i sposobie zaczyna znacznie słabnąć, a na pierwszy plan we wszystkich teoretycz- nych wskazaniach występuje kobiecość kobie- ty, jako prawo, cecha istotna i najgłębsza po- trzeba jej duszy. Poczucie obowiązku dania własnego dorobku, poczucie odrębności, a za- razem dojrzałości własnego intelektu, coraz się wzmaga, nie dozwalając kobietom pysznić się zbytecznie ze zdobytych doktoratów, oraz z licznych, a tanio płatnych posad; te rzeczy dla rozwoju istotnego działalności kobiecej będą miały kiedyś znaczenie podrzędne, przej- ściowe, kto wie czy nie negatywne ze wzglę- du na swój naśladowczy charakter i oportunizm w ustępstwach na korzyść panującego kapita- lizmu. Dopiero po przejściu tego stopnia Hiożna będzie mówić o twórczości kobiecej, 1 od tego, jaką ona pozycyę zajmie w bilansie ' ludzkości, zależy bardzo wiele: cała przyszłość sprawy. Że w bezsensownym, rujnującym zdrowie i przyrodzone zdolności wyścigu o dyplomy kobieta potrafi wziąć rekord, niewielki w tem zaszczyt, ale jeżeli przez wytrwały protest i gorące zwalczanie rutyny potrafi się przy- czynić skutecznie do zasadniczej reformy wy- chowania, jeżeli swój instynkt macierzyński wydoskonali i twórczym uczyni, jak męż- czyzna wydoskonalił żądzę władzy, jeżeli wpłynąć zdoła na kształtowanie się nowego porządku rzeczy, to będzie jej zasługą i praw- dziwym dorobkiem. W tej samej mierze wszędzie, gdzie rozum praktyczny i dobroć stanąć mogą do walki z konwencyonalnym sza- blonem i pełną sceptycyzmu inercyą obecnego ustroju społecznego, wszędzie, gdzie głównym czynnikiem może być miłość i silna wola w przeciwstawieniu do racyi stanu i egoizmu, tam musi kobieta współczesna zaznaczyć się czynem, wnosząc pierwiastek dobrej wiary, ludzkości, poświęcenia—do fundamentów two- rzącej się dopiero kultury moralnej. Ale, aby się w sposób godny i poważny do tej pracy przygotować mogła, zwalczać musi w sobie sentymentalizm rozlewny i nie- praktyczny, z drugiej zaś strony powstrzymy- wać w młodem pokoleniu rozwijanie się wy- bujałego intelektualizmu na tle osobistych pre- tensyi i sceptycznej ironii. Dość skarg, roz- żaleń, zawodów—do roboty!—nie do tej ma- chinalnej pracy przy biurku, przy telefonie, przy kasie lombardowej i okienku pocztowem —lecz do wewnętrznej pracy nad sobą, do wy- dobycia z siebie całej kobiecości energicznej, rządnej i obywatelskiej, opartej o dobroć ser- deczną i miłość wytrwałą. Zadanie ogromne przekazuje nam chwila obecna—nie ustawajmy w dążeniu, nie dajmy się łudzić łatwymi tryumfami: nieprędko jeszcze nadejdzie dzień żniwa, na które teraz rozorywać poczynamy ugory. J. OKSZA. ZŁOTE LISTKI. Mąż karać z występku żonę, który sam czy- ni, nie może: ani się to z rozumem zgadza, ani z Bogiem, ani z jakiem prawem, żeby wolniej by- ło mężowi występować, niżli żonie. Paradoxa koronne z 1603 r. * * * Błędu lepiej poprawić, aniżeli bronić, Bo go coraz to większym przychodzi zasłonić. Ogniwo do ogniwa wiążąc, łańcuch będzie, Co uwikła: toż i błąd, snując się po błędzie. J. Ul. Fredro. * * * Wierzajcie, jest i tutaj nieśmiertelność druga: Człowiek zniknie, lecz żyje cnota i zasługa. K. Brodziński.
976 ARTUR GRUSZECKI. SŁOMIANY OGIEŃ. 21 — Co innego uśmiech, co innego słowa, a ty we wszystkiem zgadzałaś się z malarzem. — Bo też to było takie zabawne! — za- śmiała się, przypomniawszy sobie rozmowę. — Wszystko to dobre, ładne, śmieszne... ale nie będę spokojna, póki mi nie przyrzek- nicsz... — Co takiego? — Że nie będziesz rozmyślała nad... ma- larzem twoim, nie będziesz go kochała, a gdy- byś uczuła jakąś żywszą sympatyę, powiesz mi o tem... a znajdę sposób wyleczenia ciebie. — Ach, moja ciociu!—zawołała ze szcze- rym śmiechem -co za tragiczne przypuszczenia i obawy!... Przedewszystkiem on wcale o mnie się nie stara, a ja nie będę mu się narzucała, to raz. Następnie, gdyby został takim filistrem i chciał się ze mną żenić, to samo wystarczy, aby mnie wyleczyć ze wszelkich miłości raz na zawsze. Jeszcze, gdyby mi Domnicki się oświadczył, uważałabym to za naturalne: w ta- kiej głowie może postać taka myśl, ale aby on... nie, nie wierzę. -— Wszystko to pięknie... jednak nie da- łaś mi przyrzeczenia... — I owszem, ciociu, przyrzekam i świę- cie dotrzymam, że ani chcę, ani pragnę, ani myślę się zakochać w nim... a gdybym po- wzięła podejrzenie jakiekolwiek, natychmiast uwiadomię swoją najlepszą opiekunkę — mó- wiła, śmiejąc się wesoło, swobodnie, z rozjaś- nioną twarzą. — Wołałabym, abyś tę sprawę traktowała poważniej,—westchnęła ciotka — ale niech już i tak będzie... Widzisz, Wandziu, jestem już stara, więc przesądna, i przerazdam się bardzo, usłyszawszy jego nazwisko. Jeden z nich złamał mi życie, zmarnował młodość, a teraz znów zjawia się drugi... i tak drżę, tak boję się o ciebie, moja Wandziu, bo nie można zaprzeczyć, że jest rozumny, miły, dowcipny, dobrze wychowany... ale to Petrycki, Wan- dziu... a Petryccy przynoszą nam nieszczęście. — Nie wierzę, ciociu, w przesądy, — zaśmiała się — i nie zakocham się ani w Petryckim, ani w innym. — Dałby to Pan Bóg! — Zobaczy ciocia, że wszyst- ko będzie jak najlepiej... a teraz pójdziemy spać, już późno. W chwili, gdy rozbierały się do snu, odezwała się Wandzia: — A wie ciocia?... jego obraz jest na wystawie. — Ty zawsze myślisz o nim —powiedziała tonem nagany. — Nie o nim, lecz o obra- zie — zaśmiała się. — Jakiż to obraz? — Nie wiem, ale jestem bardzo ciekawa, bo mówił, że ten na wystawie przemawia bardziej do niego, aniżeli poprzedni z Wandą... Jutro pójdziemy, dobrze? — Niech i tak będzie, — westchnęła — a teraz spać! XIII. Na drugi dzień Wandzia umiała tak przynaglić ciotkę, że wyszły wcześnie z domu i przyszły na wystawę w chwili, gdy woźny otwierał drzwi. W sali większej Wandzia pobieżnie przejrzała znane sobie zresztą obrazy i, zosta- wiwszy ciotkę, przeszła do drugiej. Stanąwszy na progu, zawołała dość głośno: — Aa!—i szybko poszła dalej. Ten wykrzyknik mimowolny posłyszała panna Żardecka i, już nie patrząc na rozwie- szone obrazy, pośpieszyła do drugiej, mniej- szej sali. I ona stanęła w progu, i z brwiami zmarszczonemi, z niezadowoleniem na twarzy, patrzała w obraz zawieszony wprost niej na ścianie. Obraz dość dużych rozmiarów wyobra- żał wnętrze pracowni malarskiej. Artysta, bo- kiem zwrócony do widza, z profilem straco- nym, siedział przed stalugami, na których był oparty blejtram czysty, przygotowany do malowania, oświetlony światłem dziennem przez wielkie okno pracowni. W przeciwnym rogu od malarza, po le- wej stronie, w gęstej, brudnej mgle, przewa- lającej się po podłodze, zarysowywały się po- stacie nędzarzy, ohydnie pokaleczonych i ze- szpeconych żebraków i żebraczek; zgłodniałe, suche szkielety ludzi; zbiedniałe, łachmanami okryte dzieci; obrzękłe twarze pijaków; wisiel- cy ze stryczkiem na szyi, zbrodniarze z po- krwawionemi rękoma... cała nędza ludzka, ca- łe piekło cierpienia i męki, które im wyżej się wznosiło, tem bardziej niknęło, rozpływało się w świetle, i dalsze postacie stawały się wesel sze, począwszy od dziecka wiejskiego, bosego, w koszulinie przepasanej krajką. aż do chłopa KRAJOBRAZ Z Salonu paryskiego. B. BUJKO w parcianem ubraniu, orzącego jałowe piachy. A wyżej wychylały się jasne i ciemne główki dzieci, z błyszczącemi oczyma, z uśmie- chem na świeżych ustach, rozigrane, swawolne, zda się każdej chwili gotowe wybuchnąć śmie- chem wesołym, srebrzystym. I ponad tem wszystkiem... ponad nędzą i nieszczęściem ludzkiem; ponad brudną mgłą oparzelisk namiętności i zbrodni; ponad dzie- ciakami rozradowanemi życiem, stała świetlana nostać kobiety, z twarzą spokojną, pogodną, nie zmąconą ni smutkiem, ni radością. Cała przepojona światłem, rozpływająca się w niem, wznosiła w górę swą głowę, a bujne, złotawe, rozpuszczone włosy zdawały się tworzyć au- reolę około niej, tak były promienne i świetli- ste. Na głowie miała wianek z róż polnych i bławatów; oczy ciemno-błękitne utkwiła gdzieś w dal, w przestrzeń bezkresną, nic zwracając uwagi na mrowiące się pod nią postacie. Twarz tej świetlanej pani była idealizo- wanym portretem Wandzi. Panna Żardecka zbliżyła się do obrazu i odczytała tytuł: „W pracowni." Następnie zwróciła się do Wandzi i chmurna, spytała: — Cóż ty na to? — wskazała obraz. Ona, rozpromieniona, uradowana, mówiła szybko: — Wie ciocia, te dziewczynki, tam wy- żej, to są moje uczennice. Ta na prawo z ciemnymi włosami, z miną, udającą nadąsa- me, to Basia, bardzo zdolne dziecko, a dalej Julcia, Stasia, Władzia... a tam w rogu ta ma- lutka Stefcia... ach, jaka podobna, jak żywa! Chciałabym, ciociu, mieć talent taki, chociażby talencik, zaraz sportretowałabym ciocię, ale nie taką chmurną, jak teraz, lecz wesołą, dob- rą, pogodną... — Wandziu,—przerwała suchym tonem— a o niej co powiesz? — wskazała jasną po- stać, unoszącą się nad dziećmi — to przecież twój portret... I jak on śmiał bez pozwolenia umieszczać ciebie w swej pracowni, i z rozpuszczo- nymi włosami, i ludzie mogą pomyśleć, żeś mu pozowała w tej jakiejś sukni mocno wyciętej— Nie, to zupełny brak taktu, deli- katności, wychowania... to obu- rzające! Wandzia milczała przez chwi- lę, przypatrując się ze ściągnięte- mi brwiami obrazowi, a głównie swemu portretowi, i rzekła z po- wagą: — Nie podzielani zapatry- wań cioci i oburzenia. Trzeba wejść w inteneye artysty... Czy on chciał mnie obrazić? podać na pośmiewisko? Wcale nie. Oto on siedzi przed blejtramem, bo
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 51 977 to on, i zastanawia się, co ma namalować; to przecież jasne? — Dobrze... cóż dalej? — I w myśli przesuwa mu się cała nę- dza życia, lecz im bardziej wzrok natęża, wi- dzi jaśniejsze obrazy, chłopów, pastuchów, dzieciaki wesołe... a ponad całcm życiem wznosi się zagadkowa postać przepięknej natury... Wandy, bo on tak pojmuje Wandę. — Skądże ty jesteś tak dobrze poinfor- mowana?—spytała ironicznie. — Ciocia wie najlepiej,—mówiła podraż- niona — że wcale nic widziałam obrazu, i nie wiedziałam co przedstawia... Rozmawialiśmy o Wandzie, gdy w schronisku malował swój obraz i Iłómaczył, jak on pojmuje naturę. — I jakże?—spytała z ironią. — Natura jest obojętna, wszechwładna pani, której nie obchodzą bole, cierpienia, ra- dości jednostek. Jej zależy tylko na bycie gatunku, nie zaś na dobrobycie. I ta postać wyobraża właśnie naturę. Czy ciocia nie wi- dzi, jaki ona ma wyraz obojętności, spokojnej powagi, nawet nie raczy spojrzeć na snujące się pod nią rzesze ludzkie... Mojem zdaniem, obraz ten jest bardzo ładny, wyraża myśl głęboką, filozoficzną... i nawet pan Domnicki— zaśmiała się—znajdzie ten temat modnym. — Ach, jakaś ty dziwna, aż rozpacz bie- rzel — mówiła zgorszona. — Tu idzie o ciebie, o twoją sławę, o twój honor, a ta rozprawia o obrazie. Co mnie obchodzą wszystkie obra- zy wobec ciebie? I tyle było żalu, skargi w jej głosie, że Wandzia wzruszona powiedziała łagodnym głosem: — Ciocia niepotrzebnie się martwi... tak mało mamy znajomości, i czy kto mnie po- zna w tej idealnej postaci? — Każdy, kto cię raz widział. Spójrz tylko: twoje włosy, czoło, oczy, usta... ależ to ty, jak żywa! — Nie sądziłam, że jestem tak piękna— uśmiechnęła się. To nic czas na żarty, — powiedziała surowo—i najgorsza rzecz, że wczoraj wpro- wadziłaś do nas tego malarza... Dopiero jak Syiurska i Domnicki zobaczą ten obraz... ład- nie będziesz wyglądała... choć uciekaj z Kra- kowa. — Co jednak mogą powiedzieć? — obu- rzyła się — że pozowałam? Wielkie rzeczy! niech sobie mówią! — Ty, Wandziu, nie znasz krakowskich plotek... Z tego podobieństwa — wskazała obraz — urośnie bardzo szybko, że chodziłaś do jego pracowni, że pozowałaś dekoltowana, źc prowadziłaś romans poza mojemi plecami, że miewałaś schadzki... alboż ja wiem, co wy- myślą na ciebie? — To i cóż z tego? Jest się też czem martwić, ciociu?—podniosła z dumą głowę.— Pogadają, pogadają i przestaną. — Tak... dobrze ci mówić, ale plama zostanie plamą, chociażby najprzezroczystszą. I ja odpowiadam przed twoją matką: to stało się przy mnie! — Niechże się ciocia uspokoi... któżby śmiał, ktoby mógł podejrzewać ciocię?! Na twarzy panny Żardeckiej widać było niepokój i cierpienie; po chwili rzekła gło- 1 sem niebardzo pewnym, jak gdyby pytała o radę: — Moja Wandziu, a gdyby tak napisać do Petryckiego, by ten obraz wycofał... co myślisz? To niemożliwe... niepodobna tego żą- dać od malarza. Żądanie takie równałoby się wprost oświadczeniu, że uważamy za hańbę i ubliżenie, iż on do pewnego stopnia mnie sportretował... Nie, ciociu, wszystko inne, tyl- ko nie to... Zresztą on żyje z pracy: jakiem prawem wytrącać mu chleb z ręki?! — A wiesz, Wandziu? — zawołała ucie- szona—dowiemy się jaka cena i kupimy ten obraz... Chodźmy do kasyerki. Przeszły salę, i panna Żardecka spytała o cenę. — Obraz nie jest jeszcze do sprzedania; pan Petrycki nie podał ceny—brzmiała odpo- wiedź. Panna Żardecka spochmurniała, i wkrótce wyszły z gmachu wystawy. Na ulicy, po namyśle dłuższym, powie- działa: — Wandziu, proszę cię usilnie, byś była jak najgrzeczniejsza dla Sylurskiej i pana Dom- nickiego... postaram się naprawić twe błędy wczorajsze i wytłómaczyć zjawienie się ma- larza. — Dobrze, ciociu... dla pani Sylurskiej mogę być najbardziej uprzejmą, zresztą mam dla niej szacunek, ale dla pana Domnic- kiego?... — I dla niego—rzekła głosem stanow- czym: — on ma wpływ na ciotkę. Naprawdę nie rozumiem twoich uprzedzeń względem pana Domnickiego... przystojny, młody, wy- kształcony, moralny... co masz mu do zarzu- cenia? — Ja, nic tak dalece... prócz zarozumia- łości i udawania. Mam to przekonanie, że blaguje ze swoją nauką, pracą w towarzy- stwach, przekonaniem o kobietach... Nie lu- bię go. — Tylko bardzo cię proszę, nie okazuj mu tego... Dla mnie i dla innych to porząd- ny młodzieniec, pracowity, przytem zamożny, z dobrej rodziny... — Czy ciocia zamyśla mnie z nim swa- tać?—zawołała wesoło. — A wiesz, Wandziu,—mówiła rozdraż- niona — już gdybyś miała wychodzić za mąż, pewniejsza byłabym twego szczęścia z nim, aniżeli z innym. — Ja mam inne przekonanie. — Jak się zastanowisz dobrze, przyznasz mi słuszność. Wandzia miała wielką ochotę przypom- nieć ciotce ową epokę, gdy inni starali się o nią, a jednak wbrew radom wszystkich po- została wierną Petryckiemu, ale widząc zde- nerwowanie ciotki, powstrzymała się i rzekła tonem obojętnym: — Może, ciociu, Weszły do salonu pani Sylurskiej, która je przywitała bardzo czule i serdecznie. Po ogólnikowej rozmowie o pogodzie, Klu- bie... powiedziała panna Żardecka: — Wczoraj to nagłe zjawienie się mala- rza nie pozwoliło mi rozmówić się z panią... — Istotnie, chciałam panią zapytać, w ja- ki sposób poznała go panna Wanda? — Wandziu, może opowiesz.. — Bardzo chętnie, ciociu. Daję lekcye w schronisku, jak pani wiadomo — mówiła głosem równym, dźwięcznym. — Pan Petrycki używał tam dzieci, a moich uczennic, jako modelów. Z konieczności nastąpiło poznanie i stosownie do życzenia cioci, gdy on mnie odprowadził po raz pierwszy pod nasz dom, zaprosiłam go do nas. — Ach, więc to przypadkowa znajo- mość!—zawołała z przyjaznym uśmiechem. — Najzupełniej,—dodała panna Żardec- ka—i Wandzi nie wypadało znać kogoś bez mojej wiedzy, więc kazałam go zaprosić. -— Bardzo słusznie, — chwaliła pani Sy- lurska—z tego mogłyby urosnąć jakieś plotki, a panna powinna strzedz się tego, jak ognia. — To samo mówiłam Wandzi. — Już to przyznam się kochanej pani,— mówiła pani Syiurska — ten malarz wcale nie grzeszy dobrem wychowaniem... i gdyby nie Frania takt, mogłoby było przyjść do awan- tury. — O, pan Franciszek nigdy nie dopu- ściłby do tego: jest zanadto dobrze wycho- wanym człowiekiem. — Ja też mówię, że gdyby na miejscu Frania był inny... kłótnia gotowa. — Pana Franciszka niema w domu? — spytała uprzejmie. Pani Syiurska spojrzała na zegar wiszą- cy i odpowiedziała z odcieniem dumy. — Franio jest obecnie w archiwum ka- pitulnem. -— Jakiż on pracowity! — chwaliła panna Żardecka, spojrzawszy znacząco na Wandzię, by nie miała drwiącej miny. — O, to wyjątek wśród dzisiejszej mło- dzieży, i szczęśliwa ta, którą on wybierze! — spojrzała z ukosa na Wandzię obojętną. —Ale to dziwne, że obecnie wcale nie zgłaszają się do naszego biura. Dawniej tłumy całe, teraz nikogo, chyba zamkniemy, bo nawet Szarewi- czowa przestała przychodzić. — Widziałam ją przed chwilą na mie- ście—objaśniła panna Żardecka. — Tak?... Panie były na rynku? — Wracamy z wystawy obrazów — mó- wiła panna Żardecka.—Jest tam obraz Petryc- kiego: i jaki to talent, kilka razy spotkał Wan- dzię i prawie ją sportretował. — Tak? A to muszę zobaczyć!—zawoła- ła pani Syiurska — pójdę z Franiem... I jak przedstawił pannę Wandę? — Jako boginię wiosny i życia, trochę nadto pochlebił—spuściła oczy skromnie—ale zawsze to przyjemnie, gdy siostrzenica jest boginią szczęścia. — O, panna Wanda najzupełniej się na- daje na boginię... To samo mówił mi Franio. — Takie jawne pochlebstwo niezawsze jest miłe... ale w tym przypadku, gdy znany i ceniony artysta nadaje bogini rysy twarzy zwykłej śmiertelniczki, robi to pewną przyjem- ność. Wandzia patrzała z wielkiem zdumieniem na ciotkę mówiącą; wkrótce zrozumiała takty- kę, że chwalenie się obrazem wywoła krytykę i zazdrość. Wobec takiej dyplomacyi uznała siebie za nieudolną uczennicę, i uśmiechnęła się wesoło, jak gdyby istotnie stwierdzała sło- wa swej ciotki.
BŁĘDNE KOŁO
BŁĘDNE KOŁO
JACEK MALCZEWSKI

980 TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 51 Fani Syiurska domyśliła się również, iż te panie przyszły jedynie do niej, by pochwa- lić się obrazem; nie zaniedbała też dolać nieco goryczy do ich radości, i z miną współczują- cą rzekła: — Byłabym zupełnie zapomniała zawia- domić panią kochaną o dzisiejszym liście Le- cińskiej. — Cóż pisze? — Donosi, że zjazd- odbędzie się sta- nowczo w oznaczonym terminie... ale z powo- du konieczności skrócenia programu, nie mo- że pomieścić na liście pogadanki pani. — Mojej?... Mogła wyrzucić inną! — za- wołała zaczerwieniona z gniewu. — 1 ja jestem tego zdania—potwierdziła pani Syiurska;—cokolwiek domyślam się przy- czyny, ale nie jestem pewną. — Jakaż? — Przypuszczam, że to są złośliwe plot- ki, którym uwierzyła Lecińska. —- Plotki!? O mnie!? — Tylko domyślam się... czyż zresztą my będziemy dbały o nie? Niech sobie ludzie mówią!., kto ma czyste sumienie, ten nie oba- wia się plotek. — Ach, jeśli to plotki... niechże sobie ludziska gadają!—rzekła z lekceważeniem pan- na Żardecka. — Doszły one i do mnie... Naturalnie, nie uwierzyłam, gdyż znam drogą panią, i ży- cie jej może posłużyć za wzór czystości. — Pani zechce ze swej łaski zaoszczę- dzić mi tych wstrętnych oszczerstw i plotek krakowskich—mówiła chmurna panna Żardec- ka.—Takiego plotkarskiego gniazda, jak Kra- ków, nie znałam dotychczas. — Wszędzie są plotki, droga pani, nie- ma co wyróżniać Krakowa pod tym wzglę- dem—powiedziała z lekką urazą pani Sylur- ska, będąca Krakowianką. — Zgadzam się z panią, wszędzie są plotki... ale w moich kołach, wśród moich dal- szych lub bliższych znajomych, albo osób na- leżących do nich wykształceniem, stanowi- skiem, fortuną. Ale tu w Krakowie, w tej mieścinie prowincyonalnej, pl<-tki o mnie bę- dą robiły nietylko osoby równe mi, lecz stróż, sklepikarz, subjekt, szewc, posłaniec... Wystar- cza, bym zaszła do krawcowej, do sklepu, do wędlarni, aby moja ulica, moi znajomi, cały Kraków wiedział, że tam coś kupiłam, ów- dzie się targowałam, a na rogu ulicy kich- nęłam. Pani Syiurska wysłuchała tych słów z uśmiechem ironicznym, wreszcie rzekła: — Droga pani trochę za pośpiesznie są- dzi Kraków. To, co pani nazywa plotką, to jest opinia publiczna... My żyjemy w państwie kon- stytucyjnem, i wolno każdemu wyrażać swe zapatrywania. Panna Żardecka z irytacyi poruszyła się niespokojnie na fotelu i odpowiedziała ostrym tonem: — Owa opinia krakowska, owe zapatry- wania krakowskie, kręcą się zawsze około garnków w kuchni, sporów rodzinnych, skan- dalów wymyślonych, domysłów hańbiących... Dziękuję za takie pojmowanie konstytucyi i wolności. Pani Syiurska poczęła podejrzewać, że ktoś prawdopodobnie uwiadomił jej przyjaciół- kę o krążącej plotce i rzekła smutnym głosem: — Czy istotnie znalazł się ktoś, który zakłócił spokój pani i rozpowiedział jej plot- kę krążącą? — Nie chcę nic ani słyszeć, ani wie- dzieć—odpowiedziała stanowczym głosem. — To najlepszy sposób, zazdroszczę pa- ni tego filozoficznego spokoju... Czy pani bę- dzie na zjeździe kobiet? — Skoro odrzucono moje przemówienie, nie będę obecna. — A panna Wanda? — Ani ja. - Przeciwnie, Wandziu, prosiłabym cię, byś poszła... Klub nasz nie powinien zrywać solidarności, zwłaszcza ty, jako sekretarka, masz nawet obowiązek pokazać się na zjeździe. — Bardzo słusznie — dodała pani Sy- lurska. — Jeśli ciocia chce, to pójdę na ten zjazd; czy już dają bilety? — Franio może się wystarać o bilet dla pani—pośpieszyła pani Syiurska. — Dziękuję pani. Tak często jestem w mieście, że sama kupię... wybiorę sobie miejsce odpowiednie. — Podobno dużo osób przybyło, mech się pani pośpieszy—doradzała pani Syiurska. — Za trzy dni zjazd, prawdopodobnie dostanę bilet. Obie panie żegnały się serdecznie z pa- nią Sylurską, a gdy wyszły: — Ależ z cioci przebiegła dyplomatka!— zaśmiała się. — Tej sztuki nauczyło mnie życie. Za- wsze korzystniej uprzedzić napad, lub zmylić pogoń—uśmiechnęła się zadowolona. — Może to prawda, ale w naszych sto- sunkach kobiecych smutna prawda. XIV. Zebranie pierwszego zjazdu kobiet miało się odbyć po rannej mszy w kościele Panny Maryi, o godzinie dziesiątej w sali hotelu Sa- skiego. Delegatki i uczestniczki koła miały wstęp wolny; publiczność wchodziła za biletami płat- nymi, a panie komitetowe pilnowały porządku. Już od rana wieśniacy i wieśniaczki z okolic Krakowa przechadzali się w swych barwnych strojach po ulicy św. Jana, zwracając uwagę różnych gapiów miejskich. W sali przystrojonej wieńcami panował tłok i nieporządek. Pań komitetowych nie można było odszukać, i niebardzo miały czas pilnować porządku, gdyż były nadzwyczaj za jęte witaniem się ze znajomemi, uwiadamia- niem ich, iż pani Lecińska v ystąpi dziś w sukni nowej, koloru gris perle, doktor zaś Szarewiczowa w sukni vert de mer, obszytej koronkami, w staniku nowego fasonu, nie wi- dzianego jeszcze w Krakowie, a najważniejszą wiadomością, która elektryzowała wszystkie panie, to fakt, który miał się spełnić w ich oczach: oto sam- radca Leciński wprowadzi swoją żonę na estradę. Różne komentarze i domysły poczęły krą- żyć po sali, wszczął się gwar i hałas, gdyż wieśniaczki i niektóre delegatki domagały się głośno wskazania im miejsc. W chwili takiego zamieszania i tłoku u wejścia, przyszła Wandzia. Napróżno stara- ła się kilkakrotnie przecisnąć do sali, stłoczo- ny tłum odpychał ją, i już miała się wyrzec uczestniczenia w zjeździe, gdy posłyszała obok znajomy głos Petryckiego: —- Nie może pani wejść... spróbujemy wspólnemi siłami—i podał jej ramię. — Wątpię, czy nam się uda. — Zobaczymy uśmiechnął się, i prowa- dząc Wandzię pod rękę, zawołał głośno: — Panowie! Miejsce dla delegatki! Co bliżsi rozstąpili się; znów powtórzył te słowa, pomagając sobie ręką do utorowa- nia drogi, i weszli na salę, gdzie już było przestronniej. — Który numer ma pani? — Czwarty rząd, sześćdziesiąt jeden. — Bardzo dobrze, siedzimy obok siebie; mam sześćdziesiąty drugi. Zaledwie dotarli do swych miejsc, gdy z estrady rozległ się głośny dzwonek na znak rozpoczęcia obrad. W sali rozległ się jeszcze większy gwar, słychać było często cienkie głosy kobiet: — Ach, moja suknial — Mój kapelusz! — Proszę mnie nie cisnąć! A dzwonek nie ustawał, wreszcie sala uspokoiła się jako tako, przebrzmiało dzwo- nienie, i na estradę weszła majestatycznym krokiem inieyatorka zjazdu, pani Lecińska, wsparta na ręku męża, nizkiego, przygarbio- nego z pracy biurowej, niepozornego wobec wysokiej i modnie ubranej żony. Po sali przeszedł szmer ciekawości, do- syć pań podniosło się z krzeseł, by przypa- trzyć się sukni i mężowi pani Lecińskiej, a tuż uczestniczki Koła poczęły bić brawo, co wi- dząc delegaci i delegatki wiejscy klaskali za- wzięcie, z wielkiem zadowoleniem, i dopiero głośne nawoływania uciszyły ten entuzyazm do gorliwego robienia hałasu. Pani Lecińska, puściwszy ramię męża, który dyskretnie się cofnął, przemówiła z czu- łym patosem: — Siostry moje! Najwyższa pochwała, jaką można było oddać dawnej kobiecie, za- mykała się w słowach: „W domu zostawała, len i wełnę przędła." 1 tam przy ognisku ro- dzinnem świeciłyśmy przykładem cnoty i mi- łości... Nadszedł jednak czas, żeby owe blaski promienne wyszły poza próg domu, i aniel- skiemi skrzydły mają chronić kraj cały od kłótni, waśni, sporów. Dotychczas, siostry moje, byłyście jako lilie boże, jak mówi poe- ta, co rosną, nic nie wiedząc o własnych bar wach i woniach. Oto nadszedł dzień, w któ- rym się każda z was w myślącą różę prze- mieniła...— wstrzymała się, popijając wodę. Niedawne lilie, dzisiejsze róże, spojrzały z politowaniem na swe przeciwniczki i szuka- ły wrażenia tych słów wzniosłych na twarzach mężczyzn, którzy z ciekawości przybyli dość licznie na salę. — Siostry moje!—zaczęła znów—naszym obowiązkiem jest przenieść nasze cnoty, mo- ralność, miłość na arenę szerszą życia pu- blicznego... I dalej mówiła czułym głosem o miłości bliźnich, dzieci, wychowanek i wychowańców, a zakończyła swe przemówienie słowami: — Miłująca i oświecona kobieta jest pod-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 51 9S1 stawą idealnej rodziny i bezmiernego szczęścia społecznego. Oto nasze hasło, pod którem zgromadziłyśmy się, i nasza jasna droga, po której rnamy kroczyć. Bądźmy wierne trady- cyi, i niechże to nasze kobiece drzewko wigi- lijne, oświecone całym bukietem blasków, roz- płonie miłością i ciepłem nietylko w naszych niewieścich sercach, lecz i w męskich. Jeszcze nie domówiła słów ostatnich, gdy z pierwszego rzędu krzeseł wstała szybko pan- na Borecka i podała wielki bukiet przemawia- jącej. Zagrzmiały ogłuszające brawa, okrzyki, a rozochoceni delegaci wiejscy wrzeszczeli: „Hurra!" co w pcwnycli wytworniejszych daniach wywołało grymas niesmaku. Wandzi to przemówienie nieszczególnie się podobało, jakkolwiek czuła pewną dumę, że kobietę przyjmują tak owacyjnie, i zwróci- ła się do sąsiada: — Jak podobała się panu ta mowa? Osłodzona lukrecya — odpowiedział z uśmiechem lekceważenia.—A kto przemawia następnie? — Pani Sylurska, którą pan poznał u nas, będzie mówiła o roli kobiety w prze- myśle społecznym i w sztuce. — Hm... tytuł wielce obiecujący, ale... — Jakie ale? — Wydała mi się zbyt jednostronną w pojęciu o swym siostrzeńcu—zaśmiał się.— A cioci pani niema tutaj? — Jest niezdrowa. Na estradę weszła pani Sylurska, ubrana w ciężką, wełnianą suknię koloru kawowego, z długim trenem. Zasiadła przy stoliku. Tu i owdzie odezwały się nieśmiałe oklaski, ale umilkły, nie znajdując poparcia. — Kobiety!—zaczęła głosem, który miał być donośny, a był tylko krzykliwy. — Ko- rzystając z zaproszenia na tak liczne zebranie, poruszę ważną kwestyę kobiecą, a mianowicie rolę kobiety w przemyśle i sztuce. Mężczyźni zaprzeczają nam ducha wynalazczości, uważa- jąc nas tylko za matki swoich dzieci, a tym- czasem bez nas, kobiet, społeczeństwo ludz- kie byłoby zbiorowiskiem istot bez żadnej kul- tury i cywilizacyi. Słuchaczki i słuchacze z pewnem niedo- wierzaniem spojrzeli na prelegentkę, odezwały się nawet pokaszliwania bardziej wątpiących, ale pani Sylurska, wypiwszy szklankę wody, mówiła dalej: — Oto jesteśmy wśród gromady pół- dzikich, trudniących się myśliwstwem. Pan i mąż rzucił zabite zwierzę przy progu lepian- ki, i dumny, leniwy, jak każdy mężczyzna — w audytoryum odezwały się ciche chichoty pa- nien—poszedł naturalnie odpoczywać. Tym- czasem kobieta ostrzy krzemień, którego uży- wa zamiast noża, i oto mamy pierwszą nożow- niczkę, poprzedniczkę fabryk w Sheffieldzie... Nożem tym ściąga skórę zwierzęcia, stając się patronką przyszłych rzeźników... Tu i owdzie zaśmieli się mężczyźni, a niektóre damy zrobiły minę obrażoną. — Potem zwija skórę, suszy ją, obrabia, dopóki nie zostanie pierwszym garbarzem... Igłami z ości, nićmi z żył sporządza odzienie dla siebie, męża, dzieci. Niema szyldu na cłiacie, ale w niej mieszka pierwszy krawiec. Z odpadków pięknej skóry zszywa stroik dla siebie, którym przyozdobiwszy głowę, idzie na święto tańca. Kobieta, jak widzimy, jest przed- stawicielką kilkunastu zawodów, fabrykantką zabawek, modmarką, kucharką, jest matką prządników, tkaczów, rymarzy... Panowie zaczęli szeptać złośliwe objaś- nienia, zabawne komentarze. Panie niektóre sykały na znak niezadowolenia. Prelegentka z uśmiechem wyższości mówiła: — Prawda kole w oczy dzisiejszych pa- nów naszych, a jednak kobieta jest pionierką, wynalazczynią, twórczynią wszystkich rzemiosł, całej cywilizacyi... Jej stary kij do wygrzeby- wania korzonków pożywnych stał się pługiem: rzemień utrzymujący na głowie jej ciężar, przeobraził się w pociąg kolejowy, jej łódź w statek parowy, jej żarna w skomplikowane młyny. Nawet alkohole są wynalazkiem ko- biet, bo legenda północna kobiecie przypisuje wynalazek piwa. Audytoryum, zwłaszcza męskie, było roz- bawione, a panie nie mogły sobie jeszcze zdać sprawy, czy prelegentka mówi seryo i do jakich wniosków zdąża. Pani Sylurska, otarłszy nos batystową chusteczką, odkaszlnęła, uśmiechnęła się przy- jaźnie do zapełnionej sali i mówiła: — Widzimy, jaką była kobieta i jaką jest jej rola w dziejach cywilizacyi, a w zamian znosi ohydną niewolę. Kobieta, gdyby nie macierzyństwo, byłaby ze wszelką pewnością wyspecyalizowała wszystkie wynalezione przez nią zawody. Zadanie to podjął, niestety, męż- czyzna w chwilach wolnych od zabawy, pijań- stwa, wojny, polowania i drzemki; on skorzy- stał z wynalazków kobiety i sobie przypisuje wyłączną zasługę twórczości i inieyatywy... Ale dosyć nam, kobietom, tej niewoli, społeczeń- stwo, którego kobieta jest odnowicielką, po- winno unormować warunki jej pracy, ażeby nie potrzebowała zadawać gwałtu instynktom swoim, gdyż tylko wolna, silna, zdrowa ko- bieta może odrodzić ludzkość i wyleczyć z me- lancholii złych stosunków... To pierwsza część mego przemówienia. Mężczyźni klaskali, wołając ze śmiechem brawo; skłoniło to i wiejskie delegacye do burzliwych dowodów swego zadowolenia. Pani Sylurska uśmiechem rozradowanym dziękowała za oklaski i, odpocząwszy, mó- wiła: — Tylko kobieta umie odczuć dzieła sztuki, bo ona ma serce współczujące, a ma- teryahiy mężczyzna zwraca uwagę na robotę, ocenia wartość zużytej siły fizycznej czy mo- ralnej. Kobieta, chociażby uczucie miało po- razić jej nadto wyczuloną duszę, wczuwa się w dzieło sztuki. Dlatego my, kobiety, stwo- rzymy nową sztukę. I chwila ta nadejdzie wkrótce, skoro zgnieciemy jarzmo niewoli. Wówczas kobieta, spokojna o prawa swoje czło- wieka, o godność swej wolności cielesnej i du- chowej, zabezpieczona od wyzysku, powie: „A teraz, duchu mój, rozwiń skrzydła! idź w krainę serdecznego piękna!" Gdy pani Sylurska wstała, zerwała się prawdziwa burza oklasków. Mężczyźni bili brawo, szpetnie zadowoleni z argumentacyi o wyższości kobiet. Paniom podobał się ostatni ustęp o roli uczucia w sztuce i wzmian- ka o duchu niewieścim, lecącym w krainę „ser- decznego piękna." Delegaci wiejscy znudzeni klaskali w twarde dłonie, ciesząc się, że nad- szedł już czas picia piwa w nagrodę za re- prezentacyę uczuć ludowych. A zapal ten wzmógł się niesłychanie, gdy pani Lecińska, przewodnicząca Koła, po- deszła majestatycznie do pani Sylurskiej, prze- wodniczącej Klubu, i gdy one nietylko uściskały sobie bratnie dłonie, ale nawet ucałowały się, nie dotykając swych twarzy. Wandzia słyszała już poprzednio niektó- re frazesy z tej mowy, i wydawały się jej słusz- nymi i sprawiedliwymi, ale dzisiaj uczuła nie- smak dla tego rodzaju dowodzeń o wyższości i zasługach kobiet w cywilizacyi. Spojrzała też z pewną nieśmiałością na swego sąsiada, obawiając się zbyt surowej krytyki. Dostrzegł ten trwożliwy wzrok i rzekł z wyrozumiałością: — Początki bywają trudne. Ta pani przez zbyteczną gorliwość wpadła w krańco- we uwielbienie każdej czynności kobiecej. Na- gromadziła taką kopicę głupstw, że udusiła rzetelną prawdę. — A jaką?—spytała z widoczną ulgą, bo obawiała się ostrzejszej krytyki. — Że kobieta i mężczyzna wspólncmi siłami stworzyli dzisiejszą cywilizacyę i kultu- rę. Przeciwstawianie zasług, spór o pierw- szeństwo—to jałowa gra słów. Dla ludzkości wszystko jedno, czy pani, czy ja, usuniemy przeszkodę, byle jej nie miała w swym po- chodzie do szczęścia. Wandzia uznawała całą słuszność tych słów, i chciała to wyrazić, gdy na estra- dę wstąpiła doktor Szarewiczowa w pięknej sukni z etaminy, koloru vcrt de mer. Stanik miał kołnierz stojący, podobnie jak pasek i mankiety u rękawów, przybrany pasmante- ryą i złotymi guziczkami, naszytymi na ma- łych, jedwabnych pałeczkach, Zarzutka z bia- łej gipiury, otoczona czarną, skarbowaną ga- zą, naszytą wstążeczkami, zakończona długi- mi końcami, dopełniała eleganckiej tualety. Spojrzała śmiało na salę, podniosła w górę głowę z piękną i skomplikowaną fryzurą buj- nych włosów: — Panie i panowie! — zaczęła równym, dźwięcznym głosem.—Zaproszona przez komi- tet, będę mówiła o potrzebie ekonomicznej niezależności kobiet... Ruch kobiecy jest pro- testem istoty myślącej i czującej, której dzieje się krzywda. Jest to walka o godność ludzką, o prawa człowieka. Mężczyźni wyzyskują nas, to jest fakt stwierdzony, i przeciw temu trze- ba przeciwdziałać, tworząc między sobą związki ochronne, i przedewszystkiem musimy zacząć reformę od siebie samych... Oto dotych- czas naszym celem życia było „podobanie się" mężczyznom. Dla nich ubierałyśmy się, upięk- niałyśmy twarz, ściskały się w pasie, rozsze- rzały ramiona dodatkami... i taka kobieta, w sukni do pracy nieodpowiedniej, wychodzi i szuka zarobku. Musimy więc rozpocząć walkę przeciw gorsetom, przeciw długim spód- nicom, przeciw barwnym tkaninom, długim włosom, bo one są zabytkami czasów „podo- bania się." Naszem hasłem powinno być: „Precz z kłamstwem!" Precz z rozmyślnem fałszowaniem form ciała kobiecego, precz z gu- zikami, które nie zapinają, sprzączkami, klam- rami, patkami, klapkami, kokardami, szarfami, które nie wiążą. Fałszywa spódnica, fałszywy
982 TYGODNIK ILLUSTROWANY M> 51 obrąbek, fałszywy rękaw... pełno tych fałszów prezentuje kobieta z naiwną minką światu, a ukrywa najstaranniej wszelkie istotne części ubrania, jakby wstydem było, iż tasiemki, nie zaś moce nadziemskie trzymają spódnice, że chustka i portmonetka wymagają kieszeni! I mężczyźni i panie spoglądali z pewne- go rodzaju szacunkiem na śmiałość prelegent- ki, ubranej bardzo modnie, z przeróżnemi nie- potrzebnemi dodatkami, z kunsztowną fryzurą, trzymającą chusteczkę w ręku. — Kobiety muszą zająć się pracą do- chodową, a w pierwszym rzędzie są do tego powołane nasze siostry z pod strzechy wieś- niaczej. Za granicą chłop z trzech morgów utrzymuje siebie, rodzinę, kształci dzieci i skła- da kapitały. — To ci majster!—zawołał jeden z wiej- skich delegatów, ku rozweseleniu sali. — Ale tam kobiety pracują. Robią śmie- tankowe masło, wyborne sery, uprawiają ja- rzyny, hodują kwiaty, a w ten sposób przy- sparzają majątku dla siebie i kraju. — Słyszysz, babo? — rzekł dość głośno delegat do dalej stojącej żony, co wywołało śmiech ogólny. — Więc my, tu zebrane kobiety, powin- nyśmy zawiązać towarzystwo, któreby zachę- ciło nasze siostry-wieśniaczki do produkcyjnej pracy, przez hodowlę drobiu, uprawę warzyw, pieczarek, trufli, przez pielęgnowanie sadu, sprzedaż nabiału. Jeżeli włościanka potrafi wprowadzić gospodarstwo na nowe tory, przy- niesie to korzyść nietylko jej blizkim, ale całemu krajowi. Doktor Szarewiczowa, obdarzona oklaska- mi, cofnęła się, a pani Lecińska, wystąpiwszy na brzeg estrady rzekła: — Może która z delegatek zechce głos zabrać? (DN) Co to jest mobilizacya? U nas jest to obecnie wybitna aktualność chwili, prowadząca za sobą rozliczne troski, chociaż występuje tylko w rozmiarach częściowych. Skoro zaś myśli i rozmowy na- sze, siłą faktu, tak często obracają się około tego przedmiotu, może będzie rzeczą „na cza- sie" przypomnieć sobie, jak ten dział umiejęt- ności wojennych przedstawia się w swej isto- cie zasadniczo i teoretycznie. Za podstawę służą nam materyały, skoncentrowane ze źró- deł fachowych w głośnem dziele Jana Blocha p. t.: „Przyszła wojna." Tłem, na którem najdobitniej występuje nadzwyczajna zawiłość czynności mobilizacyj- nych, jest liczebność armii współczesnych. Niestety, ścisłych cyfr, określających tę stronę sprawy, nie posiada wogóle nikt, nie wyłącza- jąc prawdopodobnie sztabów i ministeryów wojny. Wielkość armii, zwłaszcza na stopie wo- jennej, oblicza Bloch — również tylko teore- tycznie—z większem zresztą zapewne przybli- żeniem do prawdy, niż ktokolwiek inny. Bloch cytuje więc cały szereg zaczerpniętych z wydawnictw fachowych obliczeń, których poszczególne pozycye nieraz różnią się mię- dzy sobą poważnie, pozwalają jednakże dojść do pewnych wniosków, ZABAWA DZIEWCZĄT JAPOŃSKICH Ze zbiorów L. Mćyeta Najpewniejszemu wydają się dane o eta- tach na stopie pokojowej, czyli stałych kontyn- gensach wojsk, utrzymywanych przez państwa europejskie. W tej mierze na pierwszem miejscu stoi Rosya, którą olbrzymie terytoryum, stosunko- wo słabe środki komunikacyjne, nierówno- mierność zaludnienia i t. p. okoliczności, utrud- niające i przewlekające mobilizacyę, zmuszają w czasach normalnych do skupienia niezwykle wielkich mas zbrojnych na zachodniej grani- cy. Wynika stąd nadzwyczajne powiększenie ogólnej liczby żołnierzy, stojących pod bronią w czasie pokoju, liczby prawdopodobnie nie niższej od 800 tysięcy, chociaż niektórzy po- dają ją nawet na 900 kilkadziesiąt. Po Rosyi następuje Francya i Niemcy, których armie w czasie pokoju wynoszą każda przeszło po 500 tysięcy, przyczem elat fran- cuski jest nieco wyższy od niemieckiego. Od- powiednie pozycye dla Austryi i Włoch po- dają: pierwsza—300 kilkadziesiąt tysięcy, dru- ga - 200 kilkadziesiąt. W razie wojny, według dnnuaire. mili- taire z r. 1893, Rosya wystawić może ludzi wyćwiczonych wojskowo, licząc okrągło, do 4 milionów, Francya—3, Niemcy—2 miliony i 800 tysięcy, Austrya—1 milion 300 tysięcy, Włochy — 920 tysięcy! Sądząc z wysokości tych danych, wnosić należy, że w Rosyi poli- czono tutaj i część pospolitego ruszenia wy- ćwiczoną wojskowo, gdyż zdaniem innych źródeł poważnych, „zapas," czyli właściwa re- zerwa armii, złożona z ludzi najwyżej 39-let- nich, którzy służyli regularnie w wojsku, wy- nosi „tylko" około 2 milionów. Wogóle jed- nak wykaz powyższy nie obejmuje wojsk te- rytoryahiych, przeznaczonych wyłącznie do akcyi obronnej, co nie przeszkadza, że i bez nich daje sumę „pokaźną"—12 milionów. Cyfry te są, ma się rozumieć, wszystkie ściśle teoretyczne, zwłaszcza u szczytów, nie wiadomo bowiem, jaką liczbę obywateli pań- stwa byłyby zdolne powołać w istocie do szeregu po dłuższym okresie walki, wobec straszliwego wyczerpania finansowego i dezor- ganizacyi społecznej. Z tego względu pozor- na przewaga sił dwuprzymierza nad przymie- rzem potrójnem jest problematyczna i mogła- by chyba wystąpić na jaw jedynie przy akcyi obronnej Rosyi. Na tej to wątpliwości, a więc na praw- dopodobieństwie równania politycznego 5 mi- lionów = 7 mil. wspiera się gmach, w któ- rym żyjemy, gmach pokoju europejskiego, pokoju „zbrojnego." Przytoczona garść szczegółów dostatecz- nie przypomina charakter tła liczbowego, na którem zarysowuje się proces mobilizacyjny, i nie wiem, czy właściwie potrzeba uzupełniać ją wzmianką, z konieczności ogólnikową wo- bec braku danych odpowiednich—o tysiącach dział, milionach karabinów, miliardach pocisków, kolosalnych ilościach odzieży, uprzęży, wozów, żywności, które spoczywają w olbrzymich skła- dach, oczekując w nieustannem pogotowiu na hasło mobilizacyjne. Czemże jest ów wir tytaniczny, który po- twornem koliskiem ogarnąć ma świat, zamie- szać, wzburzyć do najdalszych głębin i w dni kilkanaście wyłonić z siebie i potoczyć naprze- ciw bezmierne cielska, pokryte stalową szcze- ciną? Czem jest mobilizacya? Jest funkcyą niezmiernej wagi w ogól- nym mechanizmie wojny. Jest funkcyą przy- gotowawczą, której zadaniem jest, „postawić na nogi" milionową armię i pchnąć ją w pochód ku granicy. Ona to określa faktycznie pod- stawę operacyjną i linie operacyjne całej kam- panii. Może być wykonana tak, że zapewni zwycięstwo bez walki i naodwrót, jak mówi Moltke, wykonana błędnie może byc nie do powetowania w ciągu całej kampanii. Ona to ma na celu wprowadzenie w życie zasady, żeby przewaga liczebna nad przeciwnikiem nietylko istniała wogóle, lecz miała możność wystąpić na każdeni miejscu i zu każdym czasie. Mobilizacya więc jes fun’'rvą zależ- ną od: 1) własności ger graficznych teryto-
TYGODNIK ILLUSTROWANY No 51 983 OGÓLNY WIDOK WŁADYWOSTOKU Ze zbiorów G. Olechowskiego. ULICA WE WŁADYWOSTOKU. ryum, 2) gęstości zaludnienia wogóle i roz- mieszczenia terytoryahiego ludności, 3) od konjunktury politycznej, wskazującej wroga, 4) od sił przeciwnika i przypuszczalnych jego planów, 5) od okoliczności natury ekonomicz- nej. Mobilizacya wymaga zatem ułożenia szczegółowego planu, wyznaczającego po- pierwsze: punkty zborne, w których stawiać się mają rezerwiści, co stoi w bezpośrednim związku z 1-ym i 2-im z powyżej wymienio- nych warunków, oraz z rozkładem, ilością i jakością środków komunikacyjnych, będą- cych do rozporządzenia; podrugie: punkty, w których podczas pokoju nagromadzone być muszą w dostatecznej ilości wszelkiego ro- dzaju zapasy, służące do wyekwipowania i po- stawienia na stopie bojowej zmobilizowanych mas i, rozmieszczenie tych punktów zależy od warunków geograficznych, politycznych i stra- tegicznych, gdyż w nich musi być przedsię- wzięta koncentracya wojsk ku niedalekiej za- zwyczaj granicy. Niedość na tom, plan mo- bilizacyjny obejmować musi także i przede- wszystkiem jak najdokładniejsze, jak najbar- dziej drobiazgowe obliczenie czasu, w ciągu którego każdy poszczególny oddział w wy- znaczonem sobie miejscu jest zdolny stanąć na stopie bojowej. Głównodowodzący musi wiedzieć, gdzie, w jakim dniu, jaki rodzaj wojsk i w jakiej liczbie przyłącza się do armii, gdyż wtedy tylko wydać może rozporządzenie, aby każdy oddział znalazł w danej miejsco- wości wszystko, co mu jest potrzebne. Wszyst- kie czynności mobilizacyjne muszą być wyko- nane z możliwie największym pośpiechem. W roku 1870, jak mówi jeden z cytowanych przez Blocha autorów, wojsku niemieckiemu oznajmiono mobilizacyę w nocy z 15-go na 16-ty lipca, 4-go sierpnia zaś już armia prze- kroczyła granicę francuską i odniosła pierwsze zwycięstwo. Dziś ma się odbywać wszystko jeszcze prędzej. Na to wszakże potrzeba nietylko staran- nej, systematycznej pracy podczas pokoju, lecz również ostatecznego, bajecznego wytężenia energii w chwili wykonania, trzeba działalno- ści prawidłowej, niemniej atoli gorączkowej, Wyczerpującej siły wykonawców. Ten gorącz- kowy nastrój udziela się całej ludności. Mobi- lizacya wstrząsa wszystkimi stosunkami pry- watnymi i wywołuje silne wzburzenie w całym narodzie. Stanowi ona rodzaj próby dla całe- go organizmu państwowego i ducha lud- ności. Dalej tenże autor tak charakteryzu- je czynności mobilizacyjne: „Żaden oddział nie jest zdolny wyruszyć natychmiast na nie- przyjaciela z miejscowości, gdzie był na kwa- terze. Przedewszystkiem musi oczekiwać na swych urlopowanych i zapasowych. Tym spo- sobem nagle się powołuje do szeregów setki tysięcy, a nawet milion ludzi w jednym kraju, których dostawić trzeba szybko, to też w tym ruchu wszystko oznaczone być musi naprzód, aby uniknąć zamieszania. Uzupełnianie puł- ków liniowych odbywa się prosto, lecz głów- ne trudności nastręcza ta okoliczność, że pod- czas mobilizacyi powstają w jednej chwili no- we części wojsk, nowe organy administracyj- ne. Oddziały rezerwowe, zapasowe, pospolite ruszenie, tymczasowa administracya wojskowo- miejscowa, inspekeya zapasowa, wszystko to wyrasta nagle od chwili ogłoszenia mobiliza- cyi. Tabory i pułki kompletują się, a w czę- ści tworzą nanowo. Wojsko otrzymuje odzie- nie i amunicyę, do każdego oddziału dostar- cza się dostatecznej ilości koni, tworzą się róż- ne składy i komisye, przygotowują zapasy i ich dowóz. Znajdujące się w okręgu dzia- łania twierdze fortyfikują się, dodatkowo otrzy- mują powiększoną załogę, zaopatrują się w środki różnego rodzaju i odpowiednie or- gany. Powstaje wydział kancelaryjny w ar- mii, gdy tymczasem w całym kraju powołani powierzają swoje interesa innym osobom lub je likwidują; z miejscowości zagrożonych wy- wozi się archiwa i registratura różnego rodza- ju. Koleje żelazne muszą z możliwą szybko- ścią przewieźć wojsko, konie, działa i mate- ryaty- Belgijski generał Brialmont twierdzi, że w razie wojny z Francyą, korpusy niemieckie zmobilizowane będą w ciągu dni pięciu, szóstego zaś dnia rozpocznie się koncentracya tych wojsk ku granicy francuskiej; jeżeli Niem- cy zdecydowałyby się wystąpić zaczepnie z si- łą 630 tysięcy ludzi, będzie to dla nich moż- liwe po dniach 14 od chwili rozpoczęcia mo- bilizacyi, jeżeli zaś, co jest prawdopodobne, zechcą zgromadzić w Alzacyi i Lotaryngii siły większe, wówczas termin przedłuży się jesz- cze o kilka dni. W stosunku więc do roku 1870 jest to znaczny postęp. Wynalazcą nowożytnego systemu militar- nego, a zatem i mobilizacyi, są Prusy; począt- kowo też utrzymywały one organizacyę tę w ścisłej tajemnicy; dziś jednak, gdy sekret został odkryty i zastosowany przez wszystkie państwa, liczba tylko i skład poszczególnych od- działów po mobilizacyi, oraz ich rozmieszcze- nie i przeznaczenie pozostają tajemnicą każ- dego rządu. Natomiast zwrócono uwagę, że wobec niesłychanej zawiłości procesu uru- chomienia armii, pożądanem jest, ażeby wszy- scy, biorący w nim udział, obeznani byli z jej przebiegiem. Klasycznym wyrazem tej dążno- ści są ogłoszone w roku 1889 we Włoszech przepisy, zawierające dokładne i drobiazgowe wskazówki co do każdej części armii, a prze- znaczone dla wszystkich jej członków, od ge- nerała począwszy, a na żołnierzu-rezerwiście kończąc. ESTES. O przemyśle krajowym w Mandźuryi. DROGA DO WŁADYWOSTOKU. Koresp. własna Tyg. illustr. z Charbina. le myliłby się, ktoby myślał, że Mandżurya nie posiada innych przemysłów oprócz rol- nego. Tak nie jest. Egzystuje tu i przemysł fa- bryczny, nie na taką, naturalnie, stopę postawiony, jak w kapitalistycznej Europie, lecz bądź co bądź warto go poznać. Przez wyraz „przemysł" nie trzeba rozumieć europejskiego, korzystającego z usługi machin, których tutaj nie mają. Do pro- dukcyi towarów Chińczyk używa przeważnie siły rąk ludzkich, często siły wołu lub muła,—no i na- rzędzi mało skomplikowanych. Przemysł ich przy- tem ma przeważnie charakter domowy, warsztato- wy. Tak np. młynów Chińczycy nie posiadają. Każdy gospodarz rolny miele mąkę u siebie w po- dwórzu na kamieniach. To też w każdej wsi np. każdy zamożniejszy wieśniak ma „fabryki" maka- ronu lub oleju. Już zasługującym na nazwę „fab- ryczny"—jest przemysł farbierski. Ameryka i Anglia dostarczają tu materyałów białych na ubrania, które Chińczycy .sami farbują na swój ulubiony niebie- ski wyłącznie kolor. Niebieską farbę otrzymują oni z rośliny „tan-dian," obficie w Chinach uprawia-
984 TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 51 nej. Farbowanie odbywa się przez zwykłe zanu- rzanie kawałków materyi w wielkie naczynia z go- rącą wodą, rozczynioną farbą tan-dian i następnie poddawanie materyi działaniu pary. Gdy materya nabiera już błękitnego koloru, prasują ją w prasach, suszą na słońcu i sprzedają. Dużym stosunkowo jest także przemysł papierniczy. Chodzi tu głównie o papier... szybowy, gdyż Chińczycy nie używają szkła w oknach, lecz prze- tłuszczonego papieru. Papier to gruby i bardzo mocny. Garbarstwo też prowadzi się na sposób domowy Czysto już chińskim przemysłem jest wyrób świec do świątyń z trocin zgniłych drzew, szczególnie korzeni. W każdej wsi znaleźć moż- na „fabryki" wojłoków, wyrabianych z szerści do- mowych zwierząt. Ale jest jeden rodzaj przemy- słu, który gra ogromną rolę w życiu społecznem Mandżuryi, nie przez swój przedmiot, nie przez sumy obrotu, lub liczbę rąk zajętych, lecz przez wpływ ekonomiczno-społeczny, a nawet polityczny, jaki wywiera każda z tych właśnie fabryk na swą okolicę. Mówię tu o gorzelniach. Chińczycy są naro- dem najmniej pijącym, ale jednakże Chińczycy piją. I choć procentowo, w stosunku do olbrzymiej ilo- ści narodu, liczba gorzelni jest śmiesznie mała, jednak ogólna ich liczba jest bardzo znaczna, co jeszcze łatwiej zrozumieć, gdy się pomyśli, że wy- twórczość każdej z tych gorzelni jest niewielka. Otóż gorzelnie takie wyrabiają wódkę, przez Euro- pejczyków zwaną chauszynem, po chińsku zaś szao-dziu; przedstawia się ona jako żółtawy płyn, mocno przypominający siwuchę. Pije się chauszyn zawsze gorący, a przynajmniej ciepły, do czego ma się tu specyalne imbryczki, a do picia filiżanki. Gorzelnia chińska zewnętrznie przypomina ja- kąś naszą forteczkę kresową z czasów napadów hajdamackich. Otoczona wałem i rowem, po ro- gach ma baszty i strzelnice. Brama, na noc za- ryglowana na Bóg wie ile spustów, strzeżona jest przez psy półdzikie, rzucające się, jak wściekłe, na każdego przybysza, szczególnie białego. Stró- że czuwają dzień i noc. Gorzelnie służą za miej- sce obronne dla całej wsi na wypadek zbrojnego napadu chunchuzów, co się tu powtarza zbyt czę- sto. To pierwszy już przywilej i punkt wyjścia wpływu chińskiej gorzelni na otoczenie. Ale są jeszcze ważniejsze wpływy ekonomiczne. Oto przy każdej gorzelni jest sklepik uniwersalny, gdzie wszyscy mało wymagający i mało potrzebujący zaopatrują się we wszelkie życiowe potrzeby. To drugi plus wpływów gorzelni. Ale to jeszcze nie wszystko. Na „fabryce" znajduje się i lom- bard, który wydaje pożyczki na wszystko, omal że nie na stare pantofle, co niezmiernie zwiększa obroty zarówno sklepiku, jak i samej gorzelni. To trzeci łańcuszek, na którym gorzelnia trzyma okolicę. Jeżeli do tego dodamy, że każda gorzelnia posiada aptekę, doktora, że jest bankiem, wydającym zaliczki na zboże i nieraz wypusz- czającym nawet własne obligacye, mające kurs naturalnie tylko w obrębie swej wsi—to zrozumie- my, jaką powagą cieszą się w kraju gorzelnie. Jak wogóle w Chinach, przy niezmiernej solidarności ludzi i ogromnym wzajemnym kre- dycie, zwyczaj spółek handlowych przybrał ogromne rozmiary i znalazł bardzo szerokie zastosowanie,— tak w szczególności w gorzelniach zwyczaj ten stał się prawem. Gorzelnia dla tutejszego miesz- kańca jest poważną instytucyą, by mogła znajdo- wać się w rękach jednego tylko właściciela. Jest ich zwykle kilku, często kilkunastu, jak w naszych towarzystwach akcyjnych. Robotników z kantorzy- stami licży zwykle przeciętna gorzelnia 200—300 ludzi. Płaca robotnika rozpaczliwa 4—5 rub. mie- sięcznie, ale i to wystarcza Chińczykowi, by ro- bić oszczędności i po kilkunastu latach pracy dojść choćby do jednej „akcyi" w gorzelni, lu*p otwo- rzywszy jakiś sklepik, stać się maj-maj-żenem, t. j. kupcem. Według zdania tych, którzy już zdążyli za- jąć się zbadaniem Mandżuryi pod względem bo- gactw mineralnych, kraj ten posiada pod tym wzglę- dem zapasy dość poważne: węgiel, żelazo, nafta, złoto, marmury - to chyba dosyć, by przyszłość kraju była zapewniona. Pomiędzy Mu-dan-zian- em i Chaj-linem widziałem sam biały marmur na bardzo znacznej przestrzeni. O tyle tylko takie miasta, jak Charbin, będą mogły egzystować i wznosić się o ile napłyną do Mandżuryi kapitały europejskie i amerykańskie i przy pomocy taniego chińskiego robotnika zaczną wyzyskiwać kopalniane dary natury. * * * Choć kolej Wschodnio-Chińska jest już niby ukończona, tu i owdzie jednak spotyka się grupy, Chińczyków robotników, kończących jeszcze różne szczegóły nasypów, pod eskoitą żołmerzy, stano- wiących obronę przed ciągłymi napadami miejsco- wych chun-chu-ce. Cała ta olbrzymia linia kole- jowa zbudowana jest przez robotników Chińczy- ków tak dalece, że na 100,000 Chińczyków wypad ło zaledwie 5,000 Rosyan. Ktoby nie znał geografii Mandżuryi, mógłby pomyśleć, jadąc koleją, że kraj ten jest zupełnie pozbawiony miast czy wogóle jakichkolwiek cen- tralnych punktów ludzkich ognisk. Zatrzymujemy się wprawdzie na licznych stacyach, ale są to albo wioski chińskie, albo koszary ochronnego kolejo- wego wojska pogranicznego. A miast ani widać. Tymczasem tak bynajmniej nie jest. Prze- jeżdżamy koło całego szeregu znacznych i ożywio- nych punktów handlowych: Chaj-lar, Ci-ci-kar, Chu-łań-czeń, Nin-gu-ta. Z nieznanych mi jed- nakże powodów linia kolejowa pozostawiła te mia- sta o kilkanaście kilometrów z boku. Z innych miast Mandżuryi najważniejszemi są: Mukden, ma- jący około 200 tysięcy mieszkańców, centrum han- dlu zbożem i skórami, otoczony murem, sięgającym XVII stulecia; Gi-rin, na rzece Sun-ga-ri, także z murem chińskim, fortecą, arsenałem, fabrykami prochu, nie mniejszy od Mukdenu, a prowadzący znaczny handel tytuniem i węglem kamiennym; wreszcie Ku-en-czen-dze 1 A-że-che, miasta mniej- sze od poprzednich, ale bardzo ruchliwe i han- dlowe. Administracyjnie Mandżurya dzieli się na 3 prowincye, na których czele stoją ciań-ciuniowie: Chej-łuń-cian z głównem miastem Ci-ci-kar, Gi-rin ze stolicą tegoż nazwiska—i Szeń-ciń z Mukdenem. Prowincye dzielą się na „fu"—coś w rodzaju gu- bernii, te znów na „czou“- powiaty, a te ostatnie na „sia-ni“ — czyli gminy. Wszyscy naczelnicy okręgów, daotaje i ciańciunie mają jednocześnie z administracyjną i władzę sędziów,—co ich czyni panami życia i śmierci swych poddanych. Kara śmierci jest tu bardzo pospolita karą i w większych miastach niema dnia bez takiej ofiary,—a już przed Nowym Rokiem, gdy wszystko przyprowadza się do „porządku", a więc i więzienie „oczyszcza się" lecą chińskie głowy dziesiątkami dziennie. Chiń- czyk ma dwa wyjścia, by uniknąć dekapitacyi: albo przyjąć chrześcijaństwo, co go oddaje pod opiekę misyonarzy — ergo Europy, lub... zostać chunchuzem. Chunchuzami nazywają tu bandy opryszków, którzy, doskonale uzbrojeni, pod wodzą doświad- czonych zbójów, terrorem władz wyrobili sobie tak poważne stanowisko, że usłyszawszy wyraz „chunchuz," mieszkaniec Mandżuryi, czy to Chiń- czyk, czy „biały", truchleje, wyjmuje z kieszeni wszystkie pieniądze i błaga o darowanie mu życia. Śmiałość ich doszła do tego, że napadają oni na urzędy (chińskie). Strach przed chunchuzami jest jednym z rzadkich punktów łączenia się solidar- nego Chińczyków z „jan-guj-za’mi,“ t. j. zamor- skimi dyabłami, jak nas synowie nieba nazywają. Pomiędzy stacyami Chań-dao-che-za i Sia-suj-fun przejeżdżamy kilka sporych tunelów, poczem do- jeżdżamy do granicy chinsko-rosyjskiej, gdzie w „pograniczu" rewiduje nas dość łaskawie urzęd- nik celny. W Grodekowie opuszczamy pociąg chiński i siadamy do wagonów usuryjskich, które nas dowiozą w niespełna 8 godzin do Władywo stoku. GUSTAW OLECHOWSKI Starodawne pieczęcie polskie. XV. WITOSŁAW DZIEKAN KATEDRALNY POZNAŃSKI. 1218-1243. W archiwum rządowem we Wrocławiu wisi u dokumentu z r. 1238 pieczęć Witosława, dziekana katedralnego poznańskiego. Jest zaś ten Witosław dziekanem katedralnym poznańskim już w roku 1218, a jeszcze i w roku 1243. Nic zresztą szczególnego o tym Witosławie nie jest nam Wiadome, ale pieczęć jego ma w tern WITOSŁAW, DZIEKAN KATEDRALNY POZNAŃSKI- niezwykłą wagę, iż wykazuje nam, jak odprawiano mszę św. w dobie Piastowskiej, mianowicie, ig mensa ołtarza nie była tak, jak dzisiaj, przysunięta do ściany, lecz stała dokoła wolno, kapłan zaś odprawiał przy niej mszę św. obrócony twarzą do wiernych, co było o wiele właściwsze, niż dziś, gdy kapłan tyłem do wiernych jest odwrócony. F. P.
985 SAl A N1EPOKA1 ANEGO POCZI CIA W WATYKANIE Z BIURKIEM KOSZTOWNEM, PRZENIESIONEM OBECNIE NA WYSTAWĘ MARYAŃSKĄ DO LATERANU, A ZAWIERAJĄCEM TŁOMACZENIA BULLI „INEFFABILIS," NA WSZYSTKIE JĘZYKI- (Ob. art. na str. 989). Z tygodnia na tydzień. Michał Michalski. Dr Godzimir Małachowski, prezydent miasta Lwowa, syt już się zdawał oddawna rządów „stolicą." Tedy pewnego listopadowego wie- czoru, bez rzymskiego cale gestu, ale austryackim MICHAŁ MICHALSKI. porządkiem, podał się dr Małachowski „o urlop aż do końca bieżącej kadencyi," gdyż został wybrany przez Izbę handlowo-przemysłową do Rady Pań- stwa. W kilka zaś dni później pierwszy wicepre- zydent miasta, p. Michał Michalski, obwieścił, iż obejmuje zastępczo „kierownictwo magistratu i urzę- dów miejskich." Zastępczość ta potrwa do kwietnia lub maja roku przyszłego, w którym to miesiącu rozegra się walka o „łaniec" prezydenta miasta. Michał Michalski, długoletni rajca, prawa ręka d-ra Małachowskiego, człowiek obrotny, ruch- liwy, pracowity, jak ongi mawiano: z głową na karku, miły senatorom i trybunom ludu, a nawet wrzącemu plebsowi- jest podobno upatrzonym dra Godzimira następcą. Bywają wprawdzie na forum niespodzianki, komilitonowie jednak p. Michalskie- go umieją je uprzedzać. Mają po temu szkołę... lwowską, przewyższającą poniekąd rzymską! tc. Sędzia Lutostański. Świat nasz prawniczy poniósł dotkliwą stratę. Z najwyższego sądu w Królestwie z Izby Sądo- wej—ustąpił p. Seweryn Lutostański. Po ukończeniu studyów uniwersyteckich w roku 1860, młody prawnik poświęcił się głównie kryminalistyce i zajmował kolejno posady asesora przy sądzie poprawczym, podprokuratora przy tymże sądzie, podprokuratora przy sądach kryminalnym i apelacyjnym, a nakoniec podpisarza przy by- łym dziesiątym departamencie Rządzącego Senatu. W sferze kolegów znany był p. Lutostański jako inkwirent i oskarżyciel niezłomnych zasad, surowy dla innych, ale też nieubłagany i dla siebie. SEWERYN LUTOSTAŃSKI
986 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 51 Przy zaprowadzeniu reformy w roku 1876 p. Lutostański mianowany został członkiem sądu okręgowego w Radomiu, a po upływie lat ośmiu otrzymał awans na członka Izby Sądowej. Tutaj urzędował on z początku w wydziale kryminalnym, a następnie przeszedł do Iii-go departamentu cy- wilnego, gdzie pozostawał do chwili, gdy zmożo- ny pracą, chcąc zdrowie nadwątlone ratować, zmu- szony był podać się do dymisyi. Cywiliści nasi czynili nieraz zarzuty sędzie- mu Lutostańskiemu, że w każdej sprawie cywilnej prowadzi—śledztwo. Trudno zaprzeczyć, że for- malnie zarzut ten jest słuszny. Pod względem życiowym jednak jest on najwyższą pochwałą. Dla sędziego Lutostańskiego nie istniała maksy- ma: qtiod non est in actis, non est in mundo, w każdej sprawie starał się dotrzeć do jej szpiku i wymierzyć sprawiedliwość nietylko na zasadzie papierowych, częstokroć zwodniczych danych, lecz w myśl tego istotnego stosunku, jaki wiązał strony. Najtrudniejsze, najzawilsze kwestye powie- rzane mu były do referatu. Prawnicy całego kraju, chcąc uczcić człowie- ka nieskazitelnego charakteru i olbrzymiej pracy, wręczyli mu w tych dniach wspaniały album z fo- togramami wszystkich, którzy żałować nie przesta- jj, że opuścił placówkę tak wcześnie. Hen. Ced. EPILOGI. „Dwie dusze." Pod takim tytułem wydał niedawno w Gali- cyi niewielką, ale ciekawą książkę znany poseł lu- dowy, Jakób Bojko. Dwie dusze— to dusza pańszczyźniana i du- sza obywatelska—mówi on. Pierwsza w nas po- kutuje, druga dojrzewa dopiero, tłumiona przez pierwszą. Obie te dusze emulują się nieustannie, i kiedy jedna objawia się za pośrednictwem po- czucia godności osobistej i świadomości praw oby- watelskich, druga — płaszczy się w służalstwie i wiesza u klamki pańskiej. KORONA BRYLANTOWA Z DWUNASTU GWIAZD, którą Pius X-ty ukoronował obraz N. M. Panny w d. 8 grudnia w Bazylice Ś-go Piotra. POMNIK Ks ARCYBISKUPA ISSAKOWICZA na cmentarzu we Lwowie. (Art. na str. 988). Takie jest mniej więcej tło, na którem osnuł swoje uwagi Bojko. Uwagi te dotyczą ludu gali- cyjskiego. Ale, czytając książkę, mimowoli zwra- camy oczy na całe nasze społeczeństwo i rozsze- rzamy wnioski autora na wszystkie dziedziny na- szego życia zbiorowego, bo wszędzie dostrzega- my... dwie dusze. Tak. Rozejrzyjmy się tylko bacznie. Jeste- śmy społeczeństwem, którego ogromna większość hołduje ideom demokratycznym, a mimo to nasz demokratyzm wygląda w życiu jakoś dziwnie. Je- steśmy narodem, który oddawna już przyswoił so- bie hasła, głoszone przez apostołów XVIII i XIX wieku. Wiemy, że o wartości człowieka nie sta- nowi ani jego urodzenie, ani majątek, ale praca i nauka, cnota i sumienne dźwiganie wyznaczo- nych mu obowiązków. Nie wątpimy, że ludzie są równi sobie i że mają je- dnakowe prawa. Wszystko to są dla nas kanony, i nikomu nie przyjdzie do głowy oba- lać ich i zastępować in- nymi. A przecież w ży- ciu tak często sprzenie- wierzamy się własnym zasadom. Dlaczego? Bo mamy także dwie dusze. Jedna z nich jest duszą człowieka współczesnego, którego umysł przyswoił sobie ostatnie zdobycze socyo- logii i filozofii społecz- nej; druga obraca się w ciasnem kole przeżyt- ków, przesądów i drob- nych ambicyi, odziedzi- czonych po naszych szla- checkich przodkach. Duch Nardzewskich, tak świetnie odmalowany w Popiołach, pokutuje w nas, wikłając się z na- leciałościami nowożytnej znikczemniałości i płytkiego, burżuazyjnego poj- mowania życia. Stąd te kontrasty, które tak często występu- ją na jaw i nadają nam nieprzyjemne cechy py- szałkowatości z jednej, a służalstwa z drugiej strony. Iluż bo jest u nas ludzi, którzy wobec niż- szych i słabszych nie umieją zdobyć się nawet na przyzwoitą uprzejmość, którzy podwładnych trak- tują z góry i szorstko, nie szanując w nich ani godności, ani praw ludzkich, którzy, czując swą domniemaną wyższość, potrafią sponiewierać bliź- niego, jeśli nie słowami, to dając mu wyraźnie do zrozumienia, że zniżają się do niego, że wyświad- czają mu łaskę, przypuszczając go do rozmowy 7. sobą! Ileż jest bufonady, czczej próżności, na- iwnej chęci zaimponowania innym, strojenia się w pawie i papuzie pióra w tych nawet sferach, które uważają się za demokratyczne! A obok tego ileż to razy można zauważyć, jak taki pan, który niższemu od siebie w hierarchii społecznej poda- je przysłowiowe „dwa palce," zamiast ręki do uści- sku, zgina się w kabłąk przed kimś, kto jest jesz- cze potężniejszy i możniejszy od niego, kto ma albo większy majątek, albo tytuł dźwięczny i na- zwisko historyczne? O, jak wówczas surowe i nadęte twarze top- nieją w łagodnym i miłym uśmiechu! Jak dokoła „wybranego" tłoczą się ci, którym najwidoczniej zależy na tem, aby widziano, że rozmawiali z księ- ciem X., z hrabią Z., z milionerem Y.l Słabostki ludzkie? Nie. To te same dzuie dusze, o którycli mó- wi Bojko. Jedna jest dla małych i słabych, dru- ga dla silnych i postawionych wysoko. A dusza trzecia, nowa, prawdziwie demokra- tyczna przygląda się temu wszystkiemu z za ko- tary teoryjek, które umiemy na pamięć, ale które nie weszły jeszcze w kość i w krew społeczeń- stwa. Stopniowo, powoli uchyla ona jednak zasło- ny i ukazuje swoje młode i piękne oblicze, z któ- rego bije szczerość i prawda. Czekajmy, aż się objawi całkowicie. Z. D. Sztuki plastyczne. * Salon polski. Taką nazwę możnaby przyjąć z całą słusznością dla wystaw dorocznych, które dzięki inicyatywie i zabiegom pewnej grupy artystów plasty- ków mają być urządzane w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych w określonym raz na zawsze terminie. Właś- nie ukończono organizowanie pierwszej takiej wystawy, i Pałac Sztuki w sobotę d. 10 b. m. uchylił swych po- dwojów dla ściślejszego grona osób zaproszonych, nazajutrz zaś, w niedzielę, otwarto je naścieżaj dla szerokiej pu- bliczności. Wyraziwszy tu mimochodem coś jakby zdzi- wienie, że Towarzystwo Artystyczne, jako ciało zbiorowe, zespolone, bądź co bądź, ideą służby dla dobra sztuki rodzimej, pozwoliło ubiedz się w inicyatywie tego rodzaju przedsięwzięcia kilku jednostkom- zaczynam przegląd jego plonów, które istotnie przedstawiają się bardzo interesująco. Zgromadzono tu 234 dzieła malarskie, 37 rzeźb i kilkanaście kartonów z działu architektury. Ogól- ny poziom utworów wystawionych jest dość stosunkowo wysoki i, że tak powiem: względnie równy. Nic tu nie wyróżnia się wyjątkową potęgą natchnienia, ale też z dru- giej strony nic nie razi zbytnicm niedociągnięciem arty- stycznem. Przytem całość sprawia wrażenie pewnej świe- żości, czegoś nowego, nieznanego, pełnego niespodzia- nek. Rzeczywiście, rozejrzawszy się bliżej w katalogu, spotykamy mnóstwo nazwisk, jeżeli nie zupełnie nowych, to przynajmniej znanych zaledwie z drobnych, nieśmia- łych debiutów, które dotychczas nie mogły dać miary talentu i siły twórczej. Obecnie młodzi ci, wchodzący w świat artyści wystąpili z pracami poważniejszerm, z których sądząc, z radością stwierdzić można, że świeże, ożywcze soki przenikają organizm sztuki naszej i zapo- wiadają jej dzielny rozwój. Nieobecność na wystawie utworów wielu najsłynniejszych naszych mistrzów pendzla i dłóta, od których mamy prawo wymagać zawsze dzieł niepospolitych, ogromnych, jest poniekąd okolicz- nością sprzyjającą wybiciu się na wierzch talentów P0' czynających, które jednak mają w sobie zadatki świetnej może przyszłości. Przepotężne sąsiedztwo słynnych mi-
987 KORESPONDENCI WOJENNI POD PORTEM ARTURA. WYSADZANIE MINAMI PŁOTÓW KOLCZASTYCH POD PORTEM ARTURA strzów nie przygniata tu swym ogromem skromniejszych prac młodych twórców, co daje możność spokojnego zba- dania, czy tkwi w nich istotna iskra szczerego natchnie- nia, czy zasługuj.-) na to, ażeby je zapisać w ogólnej księdze dorobku naszego artystycznego. Rzeczywiście nie nadesłała na .wystawę doroczną* prac swych więk- szość członków arystokratycznej „Sztuki* krakowskiej; świecą też nieobecnością dawni wychowańcy akademii petersburskiej, którzy na warszawskim bruku tworzą grupę do pewnego stopnia wyodrębnioną, a w której łonie jest naprawdę kilka indywidualności wybitniej- szych. Nie idzie za tern, ażeby w „Salonie* nie było zgoła dziel wysoce artystycznych, pierwszorzędnej war- tości. Wystarczy wymienić tylko „Śnieg* Juliana Fałata, pejzaż zimowy pełen blasku, siły, lub doskonałe portre- ty Lentza i Lauransa. W dziale portretowym zwłaszcza malarze warszawscy występują wprost imponująco. Por- tret starożytnika, trzymającego na kolanach stary dzban porcelanowy, a w ręku wielką lupę, namalowany przez Lentza, jest bardzo żywy i posiada, jak wszystkie zresztą utwory tego artysty, dużą siłę charakterystyki. Nie podobna ocenić szczegółowo wszystkich prac, wy- stawionych w tym dziale. Oryginalnością traktowa- nia zwracają uwagę portrety pani Maryi Koźniewskicj. Dalej wymienić jeszcze należy prace p. M. Wasilkow- skicj, Gerson-Dąbrowskiej, Mordasewicza i innych. Jeszcze trudniej załatwić się z działem pejzażowym, reprezento- wanym tu najobficiej. Poza „Śniegiem* Fałata, bijącym nieco siłą swych barw i blasków cale sąsiedztwo swoje, trzymane w dyskretnych tonach półmroków, na wyróż- nienie zasługują: pełne nastroju, oblane światłem księży- cowem „Na pustyni* Stefana Popowskiego i bardzo har- monijnie przeprowadzone w tonach „Na nowiu* Teodora Ziomka. W dziedzinę fantazyi bajecznej wkroczyli nie bez poczucia poezyi p. Korzeniowski i Bohusz-Siestrzcń- cewicz. Z wielu utworów symbolicznych zwraca uwagę °ryginalny rysunek iluminowany Kazimierza Purzyckiego !’• L: „Złamany lot." Z kompozycyami rodzajowemi wystąpili pp.: Andrychewicz, Jasiński Zdzisław, Trzebiń- ski Maryan i inni. Przedziwną siłą blasków biją „Zło- cienie* p. Romualda Witkowskiego. „Biała dama* tego artysty równie silnie gra białością swej szaty, ale nie- stety osiągnięto to kosztem twarzy, która ginie całkowi- cie w zbyt ciężkich nieco mrokach. Oto są impresye naj- ogólniejsze, zebrane z wędrówki po pięciu salonach pa- łacu sztuki, w których rozwieszono nadesłane na wysta- wę doroczną obrazy. Rzeźby znalazł}' się tu również. W tym dziale nie mam wahań. Pierwszeństwo należy się wykwintnemu marmurowi p. Edwarda Wittiga, wyob- rażającemu „Lęk.* Niezmiernie subtelne, miękkie, a pięknie uogólnione modelowanie ciała kobiecego świad- czy o smaku i wysokiej kulturze artystycznej autora. Poza tern zwracają uwagę dobre kompozycye pp.: Ja- gmina „W jutro,* Chrzanowskiego „Głowa z płowemi oczyma,* Gazdeckiego fantastyczne pomysły i dobre studyum głowy p. Kuny. W dziale architektury wysta- wili plany i fotografie z gotowych już budowli architekci pp.: Kozłowski, Nieniewski i Stefan Pomianowski. Fran- ciszek Bruzdowicz, artysta malarz, nadesłał oryginalne projekty malowań dekoracyjnych, a architekt p. Tomasz Pajzderski bardzo ciekawe modele meblowe i projekty urządzeń wewnętrznych mieszkań współczesnych J. ® Wystawa rzeźb prof. Dimikowskiejro. W naj- bliższym czasie będzie otwarta w Salonie Krywulta wystawa rzeźb p. Ksawerego Dunikowskiego, prof. Szko- ły Sztuk Pięknych w Warszawie. Wystawa obejmie sze- reg portretów oraz cykl kompozycyi, niezmiernie orygi- nalnie pomyślanych p. t. „Człowiek*. Z Dalekiego Wschodu. W prasie rosyjskiej zaczynają się odzywać glosy, oceniające eskadrę admirała Rożestwien- skiego, jako słabszą od japońskiej, z którą jej przyjdzie walczyć na wodach Japonii. Kapitan Klado pisał o tem w Nowoje Wremia, przyczem oznaczył w sumie ogólną siłę floty bałtyckiej cyfrą 334, a floty japońskiej cyfrą 613. Odesskij Listok powtarza zaś za Russk. Wierl. dalsze ostrzeżenia, przypominając, że raz już, podczas próby wypłynięcia okrętów rosyjskich z Portu Artura, przypuszczano, że wskutek zatonięcia kilku japońskich pancerników, flota japońska jest znacz- nie osłabiona, a tymczasem statki owe wyrosły nagle przed oczyma eskadry rosyjskiej i zadały jej klęskę. Z tego względu ponieważ flota bał- tycka może się okazać zbyt słabą, należałoby wy- słać na Daleki Wschód jeszcze trzecią eskadrę. * * * Ostatnie, nierozstrzygnięte potyczki na wschod- nim froncie olbrzymich armii, rozlokowanych pod Mukdenem, toczyły się pomiędzy częścią wojska Kurokiego a 2 dywizyami i kilku batalionami po- mocniczymi generała Rennenkampfa o przełęcz Ta- lińską. Należy przypuszczać, że celem tych walk by- ła przedewszystkiem akcya wywiadowcza, przedsię- wzięta na większą skalę. Chodziło o to, aby wy- śledzić, czy Kuroki obchodzi wielkim lukiem po- zycye rosyjskie od wschodu. Ponieważ przeciwko gen. Rennenkampfowi Japończycy wysunęli stosun- kowo słabe siły, można mniemać, że główne od- działy gen. Kurokiego istotnie posunęły się już dalej na wschód i zamierzają przypuścić atak od strony Tjelinu. Jednocześnie zaś starania, jakie czyni armia rosyjska nad utrzymaniem przełęczy Talinu w swej mocy, mogą mieć inne znaczenie. Dnia 6 grudnia nadszedł telegram agencyi, zawiadamiający o za- jęciu Girina (leżącego o 400 kilometrów na półno- co-wschód od Mukdenu) przez 50,000 wojska ro- syjskiego. Ponieważ wszystkie siły z Europy skierowane są drogą żelazną do Mukdenu, więc wojska, które doszły do Girina, są to zapewne oddziały, przybyłe z Władywostoku, gdzie strażo- wanie ich z powodu zamarznięcia portów (wskutek czego niemożliwem stało się tam ewentualne wylą- dowanie wojsk japońskich) już nie jest potrzebne. Zużytkowanie tych świeżych wojsk do obej- ścia jednego ze skrzydeł japońskich jest rzeczą bardzo prawdopodobną. A ponieważ jedna z dróg,
988 J. E. METROPOLITA lir. SZEMBEK W OTOCZENIU DUCHOWIEŃSTWA, podczas poświęcenia kościoła w Wołczkiewiczach. KOŚCIÓŁ W WOŁCZKIEWICZACH PODCZAS POŚWIĘCENIA w dniu 22 listopada r. b. prowadzących z Girina przez dolinę Hunho, zmierza ku przełęczy Talińskiej, a stamtąd przez Czinhoczou wprost w prawe skrzydło generała Ojamy, można więc przypuścić, że walki generała Ren- nenkampfa miały na celu utorowanie tej właśnie drogi dla nadchodzących wojsk władywostockich. Tak więc obiedwie strony zamy- ślają o obejściu wschodniego skrzydła armii nieprzyjacielskiej. Tam więc roze- gra się zapewne pierwsza poważniej- sza akcya, co zresztą nie nastąpi jeszcze w najbliższym czasie, zważyw- szy odległość, jaką z Girina do Muk- denu przebyć mają owe nowe, po- ważne posiłki dla armii generała Kuro- patkina. Ile posiłków przybywa Japończy- kom w armatach i ludziach tego wie- dzieć nie sposób, gdyż sztab gen. istny, nie oglądając się na żadne wzory, nie Ojamy trzyma te wiadomości w naj-, słuchając cudzych podszeptów, lecz czer- ściślejszej tajemnicy. piąć natchnienie z własnego serca i myśli. POMNIK hr. CZAPSKIEJ na cmentarzu w Wołczkic- wiczach. Podług projektu inżyniera Henryka Gaya. i Dla armii rosyjskiej wysłano z Se- wastopola działa największego kalibru. Skoro wszystkie wysłane z Europy ba- terye nadejdą nad Szache, armia gen. Kmopatkina liczyć będzie podobno ogółem 1,860 dział. * * * Eskadra, złożona z trzech krążowni- ków i 15 torpedowców, pod wodzą ad- mirała Uriu, wyruszyła z Japonii na po- łudnie, prawdopodobnie chcąc oczekiwać na eskadrę rosyjską w labiryncie wysp Malajskich. Nasze ryciny. Główne miejsce bieżącego numeru zajął genialny twórca wielu cenionych wysoko dzieł sztuki, Jacek Malczewski. Jego Bł<;d- zie koło należy do lypu malarstwa fanta- stycznego, które b. profesor akademii kra- kowskiej uprawia w sposób nawskroś samo- „Błędne koło", poza swoją niezwykłą wartością este- tyczną, posiada do pewnego stopnia cechy dokumentu psychologicznego. Malarz uplastycznił tutaj niejako początkowe stadyum proce- su twórczego, jaki odbywa się w wyobraźni każdego artysty, mm zdoła utrwalić swoje wizye wewnętrzne na papierze, płótnie, w śpiżu, czy marmurze. Na szczycie drabiny siedzi młody chło- pak, jakiś malarczyk poko- jowy, o bardzo inteligent- nym i skupionym wyrazie twarzy. Dokoła niego w przestrzeni buja wieniec najróżnorodniejszych figur, splecionych w „błędne ko- ło". Eigury te—to tkwiące w mózgu chłopca, ale nie- zmateryalizowane jeszcze, nie ujęte w kształty do- tykalne i widzialne dla wszystkich, bohaterowie i bohaterki przyszłych dzieł przyszłego artysty. To wi- zya czysto subjektywna, rodzaj halucynacyi, która rozwieje się i przepadnie w chwili, kiedy młodzieniec ocknie się z za- dumy. W ten sposób, jak sądzimy, można najprościej wytłumaczyć treść obrazu Mal- czewskiego. Nie jest to jednak tłómacze- nie jedyne. „Błędne kolo", wijące się do- koła zamj słonego chłopca, może być także symbolem życia z jego bólami i rozko- szami, pokusami i zawodami. ...Czy tak, czy owak atoli zrozumiemy fantazyę wiel- kiego malarza krakowskiego, musimy przy- znać, że mamy przed sobą niepospolite dzieło sztuki, które sprawia na widzu po- tężne i niezatarte wrażenie. Nietylko ca- łość, ale każda pojedyncza postać, każdy ruch, uśmiech, skrzywienie, skurcz i t. p.— wszystko to coś mówi, wyraża, interesuje, wzrusza. O czysto malarskich zaletach ob- razu wspominać me mamy petrzeby, bo wiadomo powszechnie, że Malczewski jest równie wielkim poetą w pomysłach, jak mistrzem w ich wykonywaniu technicznem. Jego fantazyę, nie przestając być fantazyami, posiadają jednak całą pełnię życia plastycz- nego.- W inną krainę przenoszą nas obrazy B. Buy ki, które w paryskim salonie jesien- nym r b. zwróciły uwagę publiczności i krytyki. Przedstawiają one labirynt gwar- nych uliczek paryskich. Na końcu jednej wznosi się pod niebo kopuła Panteonu, na drugiej widać kościół Sacre Coeur, zbu- dowany na szczycie wzgórza Montmartre. Trzeci obraz jest bardzo pięknym fragmen- tem krajobrazu wodnego. Wszystkie roboty Buyki odznaczają się doskonałą techniką rysunkową i malarską, oraz śmiałością i pewnością w obrabianiu obranych motywów. —Rzeźba K- J. Baitha p. t. Anioł smutku, traktowana jest dekoracyjnie, ale posiada dużo wyrazu. Pochylenie głowy, linie rąk oraz upozowanie figury tworzy całość bar- dzo harmonijną pod względem plastycznym, a współcześnie wywołuje wrażenie bolesnej rezygnacyi i melancholii. Kronika. Z KOŚCIOŁA. Dnia 8 go b. m. w salonach J. E. ks. biskupa Kazimierza Ruszkiewicza odbyło się pierwsze zebranie osób zaproszonych do zajęcia się sprawą przyszłej wystawy Ma- ryańskiej w Warszawie, mającej objąć to wszystko, co dotyczę czci Matki Boskiej w Polsce. Na wystawę tę nadają się przed- mioty, mające związek ze czcią Bogarodzi- cy, przyczem pod względem formy i treści utworzą one następujące działy: 1) obrazy > olejne, akwarele, sztychy, rysunki i t. p.; 2) rzeźby, płaskorzeźby, figury, statuetki; 3) aparaty kościelne i hafty z wyobrażc- nicm Bogarodzicy; 1) ozdobne wydawnic- twa, poświęcone Matce Boskiej, i 5) staro- żytności pamiątkowe, jak oto: ryngrafy, szable, napierśniki z wyobrażeniem Matki Boskiej i t. p. Odpowiednio do powyżej wyszczególnionych pięciu działów, komitet ma posiadać pięć odrębnych sckcyi, kwali- fikujących nadsyłane okazy, a nadto zawie- rać będzie jeszcze sckcyę szóstą, gospodar- czą, której obowiązkiem będzie zajęcie się stroną praktyczną urządzenia wystawy. Do tej ostatniej sekcyi weszli obecnie pp : Ju- liusz hr. Ostrowski, dyrektor J. Leski, Ur- bański, Janikowski, Pawłowski, Bisier i księ- ża: Skimborowicz, Siewierski i Szaniawski. Fundusz, osiągnięty z wystawy, użyty ma być na rzecz pierwszej świątyni, jaka po- wstanie w przyszłości w Warszawie pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia N. Ma- ryi Panny. Termin ostateczny nadsyłania okazów pod adresem kancelaryi komitetu w mieszkaniu J. E. ks biskupa Ruszkiewi- cza, przy ulicy Krak. Przedmieście Nr 1, upływa w dniu 15-ytn stycznia r. p o KONKURSY. Rozwój łódzki obchodził w dniu 1-ym b. ni. siódmą rocznicę swego istnienia i pragnąc upamiętnić ową uroczystość, ogło- sił w dwudziestopięciolecie „Placówki" Bo leslawa Prusa konkurs na nowelę imienia znakomitego naszego powieściopisarza Na gród wyznaczono dwie: 100 rub. i 50 rub.; rozmiaru i tematu noweli nie ograniczono, a za ostateczny termin nadsyłania prac przy- jęto dzień 1-y czerwca r p. Bliższych szczegółów udziela redakeya Rozwoju łódz- kiego o GROBOWIEC Ks. ARCYBISKUPA IS SAKOWICZ A. Na cmentarzu lwowskim poświęcono pom- nik, wzniesiony na mogile nieodżałowanego ks. Izaaka Issakowicza, arcybiskupa ormiań- sko-katolickiego. W czasie żałobnej uroczy- stości złożono pomiędzy innemi wieniec z napisem: „Pamięci tego, który był samą miłością!"—a napis ten jest może najdosko- nalszą charakterystyką zmarłego. Kochał on bowiem Boga, kraj, ludzi, wszystkie warstwy i stany. Kapłan żarliwy i ofiarny, kaznodzieja porywający, mąż potężnego wpływu i szerokiego zakresu działania, śpieszący wszędzie, gdzie go wzywało po wołanie lub obowiązek obywatelski, stał się ks. Issakowicz iście legendową postacią i najświetniejszą niewątpliwie ozdobą epi- skopatu ormiańskiego. Ceremonii poświę- cenia jego grobowca dokonał godny następ- ca ś. p. Issakowicza, głęboki myśliciel, pi-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 51 989 sarz i płomienny mówca kościelny, ks. ar- cybiskup Józef Teodorowicz. Nagrobek skromny, z piaskowca, według porządku romańskiego, wyszedł z pod dłóta Juliusza Beltowskiego, profesora szkoły przemysło- wej, twórcy pomnika Władysława Jagiełły w Gródku jagielońskim i wielu innych, c U RÓŻNYCH STRON. Dnia 22-go z. in. J. E. ks. arcybiskup metropolita Jerzy hr. Szembek dokonał uroczystego aktu konsckracyi nowej świą- tyni katolickiej, wzniesionej w Wolezkie- wiezncli w gub. Mińskiej, folwarku, nale- żącym do dóbr Jerzego hr Hutten Czap- skiego. Inicyatorami i głównymi fundato- rami rzeczonego kościoła są: Jerzy hr. Czapski i zmarła przed rokiem małżonka jego, ś. p Józefina z hr. Thunów. Nadto do wzniesienia pięknego dzieła przyczyniła się również ofiarność ziemian okolicznych i drobnej szlachty. Świątynia jest zbudowana w stylu gotyku angielskiego z cegły bez tynku z cokółem z kamienia polne go, według projektu i pod kierunkiem inżyniera Henryka Gaya z Warszawy. Jednocześnie z uroczystością konsckracyi świątyni odbyła się także smutna ceremo- nia poświęcenia pomnika jej fundatorki, ś. p. hr. Józefiny Czapskiej. Pomnik ten, którego wizerunek podajemy przy niniej- szym artykuliku, posiada przeszło 5 metrów wysokości, modelowany w glinie podług rysunku inż. H. Gaya, przez pp. Otto i By- lewskiego, a wykonany z granitu szwedzkie- go w pracowni warszawskiej Pruszyńskiego. Ozdoby bronzowe są dziełem pracowni braci Łopieńskich. o ZMARLI. Marcin Olszyński, b. kierownik arty- styczny Kłosów, założyciel jednego z naj- poważniejszych zakładów fotograficznych MARCIN OLSZYŃSKI. w Warszawie, kustosz Muzeum przemysłu i mecenas sztuki Zmarł w Warszawie. Obszerniejszą sylwetkę nieboszczyka, pióra Henryka Piątkowskiego, podamy w następ- nym numerze. Edward Kratisse, prezes Kasy przemy- słowców lubelskich, przemysłowiec i oby- watel, zmarł w Lublinie dnia 9-go b. m., przeżywszy lat 64. o Kazimierz Łukowski, b. agronom, Z-Hiarl w Warszawie dnia 8-go b. m., prze- żywszy lat 87. o Ze świata. UROCZYSTOŚCI JUBILEUSZOWE °gloszenia dogmatu niepoka- lanego POCZĘCIA N. M. PANNY, Pfzed laty pięćdziesięciu przez Piusa IX (W r. 1854), zaznaczyły się w Rzymie Kon- gresem Maryańskim powszechnym, wysta- Wą Maryańską w pałacu Lateraneńskim l i uroczystościami w bazylice watykańskiej. Na wystawie w Lateranie ustawiono, mię- dzy innemi, wspaniałe biurko-szafę, znaj- dującą się zwykle w sali Niepokalanego Poczęcia w pałacu watykańskim. W sali tej, położonej w sąsiedztwie Stanz Rafaela i sali, w której zawieszony jest obraz J. Matejki „Sobieski pod Wiedniem," daro- wany Leonowi XIII w r. 1884, uwieczniona została proklamacya dogmatu Niepokalanego Poczęcia przez bulę Jncffabilis. Ubierają ją też freski pendzla malarza Franciszka Podestfego, ściągające się do owej chwili, a wyobrażające Piusa IX-go, kiedy ogłasza dogmat, którego jubileusz świat katolicki dzisiaj obchodzi. Na środku sali widzimy wspaniałą szafkę, artystycznie rzeźbioną, pokrytą malowaniami, w której znajdują się za szkłem tłómaczenia buli Incffabilis na wszystkie języki. Szafka ta jest darem katolików francuskich. Salę tę zdobi także starożytna mozaika, znale- ziona w Ostyi, wprawiona w posadzkę. Na wystawie Maryańskiej ukazała się prze- lotnie także i korona brylantowa, którą w d. 8 grudnia Pius X ukoronował uroczy- ście mozaikowy obraz N. M. Panny w ka- plicy Chóru w bazylice Watykanu. Składa się ona z dwunastu wielkich gwiazd bry- lantowych, ogółem wartości 150 tys. fran- ków. Średnica złotej obręczy, na której przytwierdzone są gwiazdy, wynosi 80 cen- tymetrów. Brylanty stanowią dar katoli- ków całego świata. Kongres Maryański zamknął już swoje obrady. Wystawa w La- teranie potrwa sześć miesięcy. Punktem kulminacyjnym obchodu jubileuszewego był dzieli 8-y grudnia, kiedy wieczorem kopuła św. Piotra była po raz pierwszy od r. 1870 oświecona tak, jak i kolumna pamiątkowa Niepokalanego Poczęcia, stojąca na placu Hiszpańskim. D. Rzym. REFORMA KONKORDA- TU W Hiszpanii. W senacie hiszpańskim przyjęto w tych liniach projekt reformy konkor- datu między Stolicą Apostol- ską a Hiszpanią. Główne po- stulaty owej reformy są na- stępujące: zakony i kongrega- cye nie będą już miały prawa do żadnych subsydyów ze strony rządu; kanonicznie bę- dą one zależne od prałatów, cywilnie zaś od ogólnych praw Królestwa; podlegać bę- dą opodatkowaniu na równi z innemi instytucyami Hiszpanii; żaden zakon, ani żadna kon- gregacya nie będzie mogła być założona bez zatwierdze- nia swojej dyecezyi i króla; kongregacyc, składające się z mniej niż dwunastu członków, będą rozwiązane i przyłączone do zakonów tego samego wezwania—z wyjątkiem dob- roczynnych; stowarzyszenia religijne, któ- rych członkowie nie żyją wspólnie i nie mają określonych dążeń, będą podporząd- kowane pod ogólne prawa o stowarzysze- niach. k zmarli. Kardynał Moccnni, urodzony w r. 1823 w miasteczku Montefiascone, były nun- cyusz w Chili, Peru, Boliwii i Brazylii, mianowany kardynałem w r. 1893. Dłuższy czas zarządzał finansami watykańskimi i świętopietrzem, w końcu zaś piastował stanowisko prefekta pałaców watykańskich.© Teresa Milanello, słynna w swoim cza- sie wiolinistka, której gra entuzyazmowala tłumy głębokiem zrozumieniem muzyki i nadzwyczajną techniką, żona oficera fran- cuskiego Parnientier, zmarłą w wieku lat 77 w Paryżu, k Prof. J. Ca>o. Na akademii Umiejętno- ści w Krakowie powiewa od środy ubiegłej czarna chorągiew jako znak żałoby po zmar łym w dniu 11 b. m. w mieście Wrocła- wiu, profesorze historyi tamecznego uni- wersytetu, drze Jakóbie Caro. Utrwalił on na zawsze w historyografii ojczystej nazwi- Prof. J. CARO. sko swoje i zasługi kilkotomowem dzie- łem: Geschichte Polens, stanowiącem kon- tynuacyę historyi Roeppla. Urodzony w Gnieźnie 1836 r., nauki początkowe i uniwer- syteckie odbył w Niemczech. Był począt- kowo docentem historyi w Jenie, od roku zaś 1878 objął katedrę we Wrocławiu. Oprócz Historyi Polski średniowiecznej pi- sał o bezkrólewiu po Stefanie Batorym, o Długoszu, o Beacie i Halszce, o Ostro- rogu, o pisarzach z epoki Odrodzenia. Po- glądy jego odznaczały się spokojnym i spra- wiedliwym sądem o sprawach Słowiańszczy- zny. Zgon prof. Caro stanowi wielką i nie- odżałowaną stratę dla nauki historycznej. A Alfons SitibeJ, podróżnik, etnograf i geo- log, wsławiony szczególnie pracami nad wulkanologią, autor wielkich dzieł w tym przedmiocie,napisanych do współki z Reissem i Uhlem, ur. w r. 1835. W Muzeum „Gras- si“ w Lipsku jedna z sal nazywa się salą Stiibela, który w niej złożył swoje cenne zbiory, zachowane z podróży po Ameryce Północnej i Południowej. RndolJ Ribarz, znany malarz krajobra- zów, Wiedeńczyk, w wieku lat 56. W ostatnich latach zajmował posadę profesora Szkoły Sztuk Pięknych w Wiedniu. Oprócz świetnych krajobrazów, tworzył Ribarz wie- le w dziedzinie sztuki stosowanej. Alcan Leny, znany wydawca w Paryżu, w wieku lat 78. Polityka. W dniu 6-ytn b. m. prezydent Stanów Zjednoczonych, p. Teodor Roosevelt, ogło-1 sił orędzie do kongresu, które zwróciło na siebie uwagę świata politycznego, jako pierwsza od chwili ponownego wyboru urzędowa enuncyacya kierownika rządów Unii. Treść tej inauguracyjnej dla nowego okresu prezydentury „mowy tronowej* wije się, jak zwykle, koło licznych zagadnień polityki wewnętrznej i zagranicznej, z któ- rych przytoczymy tu kilka bardziej wybit- nych. W kwestyach więc stosunku kapitału do pracy skarży się p. Roosevelt na niedo- godny dla rządu centralnego podział kom petencyi pomiędzy tym ostatnim a rządami poszczególnych państw związku. Podział ten w znacznej części paraliżuje usiłowania władzy waszyngtońskiej, bez względu na to, czy skierowane są one ku dobrze zro- zumianej obronie pracy, czy ku ogranicze- I ni u nadużyć organizacyi robotniczych. Orę- dzie potwierdza mimo to prawo robotników do troskliwej opieki państwa. Co do wiel- kich stowarzyszeń kapitalistycznych, to uzu pełnienie praw, regulujących ich działalność, nie powinno być kierowane nienawiścią, lecz rozumnym względem na dobro publicz- ne. W sprawie emigracyi Roosevelt sądzi, iż należy przyjmować chętnie żywioły zdrowe i pożyteczne społecznie, jednakże trzeba unikać wprowadzania w środowisko robotnicze amerykańskie wielkich obcych mas ludowych, które niełatwo dostrajałyby | się do obyczajów i trybu życia miejscowe- go. Część orędzia, poświęcona polityce zagranicznej, zajmuje się przedewszystkiem uzasadnieniem i poparciem uzbrojeń mor- skich, uzasadnieniem, które odpowiada cał- ! kowicie przyjętemu w takich razach w Eu- ropie szablonowi parlamentarnemu. Prasa europejska podkreśla okoliczność, że w mo- wie ani jedną wzmianką nie jest zaszczy- cona rewizya taryfy celnej, zaprowadzona przez Roosevelta w czasie wyborów. Po- wód ma tkwić w tem, iż osobiste do- bre w tym kierunku chęci prezydenta były obracane wniwecz wskutek postawy większości reprezentantów i senatorów re- publikańskich, którzy wcale słuchać nie । chcą o jakiejkolwiek zmianie obecnego, skrajnie protekcyjnego systemu.—Po roz- szalałych burzą opozycyi falach życia parlamentarnego Francyi łódź żaglowa p. Combes’a miotana jest ciągle z jednego niebezpieczeństwa w drugie. Rozpaczliwa walka dotychczas zawsze jeszcze kończy się zwycięstwem, czasami jednak nazbyt już kruchem: na jednem z posiedzeń ubieg- łego tygodnia wrogi rządowi wniosek Col- lina (wciąż sprawa denuncyacyi) izba od rzuciła większością dwóch głosów. A było to przed sensacyjną śmiercią Syvetona, któ- ra znowu zapewne przyczyni gabinetowi kłopotów tak licznych i bez niej w obec- nym czasie. Sprawca napadu na ministra Andrć’go rzeczywiście nie mógł bardziej w porę (z opozycyjnego punktu widzenia) za- czadzić się gazem w swej pracowni. Na tychmiast po fakcie Intransigeant i inne dzienniki wrogie rządowi wystąpiły z nie- zliczonymi gwałtownymi artykułami na temat: mord polityczny. Niestety jednak, (zawsze Iz opozycyjnego punktu widzenia) taka piękna okazya podniecenia namiętno- ści szerokich mas wkrótce usunęła się, SYYETON. gdyż stwierdzono niezbicie, że Syveton, który przygotowywać miał jakieś nowe „za- bójcze* dla ministeryum odkrycia w celu ogłoszenia ich podczas oczekującego go procesu, padł ofiarą wypadku lub własnej nieostrożności, lecz nigdy zamachu morder- czego. Podobno nie jest wyłączone, według ostatnich wiadomości, także samobójstwo. Manifestacye ludowe, które zdążyły już przyjść częściowo do skutku, zostały takim obrotem sprawy zabite niemal w zarodku
99Q KSIĄŻKI I WYDAWNICTWA PGK^ODYCZNG. KSIĄŻKI polskie. Teodor Jesko-Clioiński: Neofici pol- scy. Materyały historyczne, (Warszawa. 190-1, str. 28 9 + XX w 8-ce. Cena rub. 2.) — Jest to słownik Żydów, którzy przyjęli w Polsce religię katolicką, ewan- gelicką lub kalwińską od r. 1500 do cza- sów ostatnich. Dla dokonania tej... nie- zmiernie pożytecznej pracy, p. Choiński nie żałował czterech lat trudów „w różnych kan- celaryach kościelnych, warszawskich i nie warszawskich', wertowania konstytucyi, her- barzów, pamiętników, różnych dzieł histo- rycznych. Owoc tych poszukiwań wyjaśni podobno .przyszłemu psychologowi roz- woju i przemian naszej duszy narodowej niejedną zagadkę — powie mu, dlaczego pewne poglądy i zapatrywania, wierzenia, pewne -ideały”, których przeszłość polska nie znała, wysunęły się na czoło naszej cy- wilizacyi*. W jaki sposób się to stanie— autor zamilcza; natomiast stawia czytelni- nikowi drugie zagadnienie, silniej z treścią książki związane, a mianowicie: dlaczego mamy tyle luk w spisie, który ma być .rzeczywistem źródłem historycznem"? Nie- podobna bowiem wziąć na seryo tłumacze- nia, że autor uwzględnił tylko neofitów, których metryki widział na własne oczy. Pomimo zapewnienia p. Choińskiego, że neofita nie powinien się .wstydzić swego źródła żydowskiego," że .żyd jest człowie- kiem, jak każdy inny, i może, jeżeli tylko zechce, być tak samo użytecznym, uczci- wym, zacnym, jak każdy inny*- książkę poczytywać trzeba za objaw dosyć po- spolitego antysemityzmu. Na czele objaś- nienia wstępnego znajdujemy takie zdanie: .Zdarza się często, iż dochodzi się do celu zupełnie innego, aniżeli się zamierzało*. Otóż nie ulega kwestyi, że p. Choiński je- den tylko miał cel: poczytność książki oprzeć na skandalu. * M. Brzeziński: Gospodarz polski. Kalendarz na rok zwyczajny 1905. (War- szawa. Nakład księgarni polskiej, str. 192 30 w 8-ce. Cena kop. 20) M. Brzeziński, świetny badacz i znawca naszego ludu, układa od lat czterech kalendarze, które ze wszystkich wydawnictw tego rodzaju najlepiej odpowiadają swemu celowi. Każ- da rubryka obmyślona tu została poważnie, a wszystkie zestawione tak, aby stanowiły podręczną encyklopedyę rolnika nietylko w roku bieżącym, lecz i w następnych. Po za działem ściśle kalendarzowym redaktor zorganizował najpierw wyborne .czytania miesięczne* z zakresu gospodarstwa domo- wego. Na styczeń podaje p. K. Dulęba artykuł o .obchodzeniu się z obornikiem w zimie*, na luty ma czytelnik informacye o .przygotowaniu ziarna do siewu*, na marzec wskazuje p. S Brzósko .roboty wio- senne w ogrodzie warzywnym* i t. d W dziale literackim oprócz dobrze wybra- nych wierszy pomieszczono między innemi .Modlitwę Łucki* A. Dygasińskiego. We wskazówkach praktycznych p. S. Kozicki informuje o towarzystwach wspomagania ubogich, p. Brzeziński—o organizacyi stra- ży ogniowych ochotniczych, p. S. Brzósko —o pielęgnowaniu drzew owocowych w młodym sadzie i t. d. Wysoce pożyteczną nowością w kalendarzu jest doskonały prze- wodnik po Warszawie, pomysłu i układu p. Brzezińskiego p. t. „Co ciekawego moż- na widzieć w Warszawie?*.—Kalendarz ten zasługuje wogóle na gorliwe rozpowszech- nianie go pośród ludu. * Ks. Józef Londzin: Bibliografia druków polskich w księstwie Cieszyń- skieni od roku 17 IG do rokit 1994. Cie- szyn, 1904, nakładem autora, str. 38 in8-o. Ksiądz Józef Londzin, jeden z naj- dzielniejszych działaczów odrodzenia ślą- skiego, gromadzi oddawna druki polskie, wydane na Śląsku lub dla Śląska, i po- mieszcza je albo w swojej prywatnej biblio- tece, albo też w Muzeum Śląskiem w Cie- szynie. Liczba diuków z lat od 1716 do 1848 wynosi tam zJedwie 20, z których połowy nie zapisał Estreicher. W ostatniem pięćdziesięcioleciu ruch książkowy śląski rozrósł się tak, że ks. Londzin zebrał do tej pory około tysiąca druków śląskich. Wykaz bibEograficzny, który sporządził niedawno, sta..owi najlepsze świadectwo przebudzenia się ducha narodowego na Śląsku. Razem z książkami polskiemi połączył autor bro- szury i książki niemieckie, Śląska dotyczące. Racyi takiej metody, zapożyczonej zresztą od Estreichera, uznać niepodobna. Byłoby słuszniej wydrukować oddzielnie wykaz książek obcych (nietylko niemieckich) o Śląsku. * Erazm Majewski: Profesor Przed- potopowi icz. Dzieło ozdobione 140-tu ry- sunkami. Wydanie drugie. (Warszawa. Skład główny w księgarni Gebethnera i Wolffa. Kraków G. Gebethner i Ska. 1905, str. 308 w 8-ce. Cena rub. 1.20).—Drugie wy- danie tej wybornej książki, jednej z najory- ginalniej pomyślanych i najlepiej wykona- nych śród wszystkich naszych wydawnictw pedagogicznych, powitane będzie równie przychylnie, jak wydanie pierwsze. Zawrzeć dokładny zarys geologii i paleontologii w utworze literackim—trud to nielada. .Dać — mówi autor — harmonijny i żywy sze- reg obrazów przeszłości mógłby tylko ol brzymi talent pisarski, wsparty na rozległej wiedzy przyrodnika, łączącego w sobie za- lety głębokiego myśliciela z wyobraźnią poety*. Autor utrzymuje skromnie, że nie „rozporządza! potrzebnymi środkami*. Zda- nia tego podzielić nie możemy, chociaż bo- wiem „Profesor Przedpotopowicz* zyskałby wiele na większej lotności opowiadania, jest to książka bardzo zajmująca i dobrze po literacku napisana. * Michał Tyszkiewicz: Idea demokra- tyczna i jej krytycy w Rzeczypospolitej. Uwagi i notatki. Kraków. 4-o min str. 180. Cena rub. 4.—Niewątpliwie, temat służący za kanwę rozprawy powyższej, jest ży- wotny, ciekawy i do dyskusyi zasadniczej, w gronie ludzi poważnych a oczytanych, w zupełności się nadaje. Inna sprawa z kry- tyką przewodniej idei książki w piśmie I niespccyalnem. Autor wystąpił z aparatem źródłowym, wprawdzie z drugiej ręki, dla stwierdzenia zasadności .tego ustępu kazań sejmowych Skargi, w których Złotousty, gro- miąc zakusy demokratyzmu szlacheckiego, uważa je „w rządach ludzkich* za rzecz .najgorszą i najszkodliwszą*. Z tych sa- mych wszelako źródeł, przez autora po- wołanych, możnaby wyprowadzić wniosek wprost odmienny. Wszystko zależy od me- tody i punktu zapatrywania się na objaw, który się wydarzył przed wiekami, przez pry- zmat teraźniejszości. Metody takiej za od- powiednią uważać nie podobna. Niewła- ściwą jest w ogóle w badaniach historycz- nych metoda dedukcyjna. Zarówno jak w naukach przyrodniczych, tak też i histo- ryczno-socyologicznych, a przedewszystkiem —politycznych jedyną właściwą, do poznania prawdy wiodącą jest metoda indukcyjna. Od faktów sprawdzonych można dopiero przechodzić do wnioskowań ogólnych, nie odwrotnie. Przesłanki autora niedosta- tecznie są usprawiedliwione, wynik też sy- logizmu wypad! niedomówiony i wadliwy. Poza tą uwagą zasadniczą chętnie oddaje- my autorowi należną dań uznania za obfi- tość poglądów, przytoczonych w książce, pobudzających do myślenia, a dowodzących jednocześnie dużego oczytania autora w dziedzinie historyografii nowoczesnej pol- skiej. Al. K. * Kalendarz kieszonkowy dlnknpłanów unrok 191)5. Wydawnictwo Biblioteki dzieł rhrześcijański-h. Ill-ci rok wydawnictwa. Cena rb. 1.—Książeczka ta w formie kalen- darza-notatnika może być bardzo dogodna dla kapłanów, zawiera bowiem wiele rzeczy ciekawych, jak hierarchię całego świata, oraz potrzebnych, jak benedykeye najko- nieczniejsze, kalendarz, najważniejsze prze- pisy o mszach wotywnych i żałobnych, miejsce do zapisywania intencyi oraz kata- log szkolny dla prefektów (trochę za mały). .Zapowiedzi i śluby* są chyba zbyteczne, bo miejsce ich we właściwej księdze ko- ścielnej. Niestety, ogłoszenia dołączone wo- bec ceny „Kalendarza* niepotrzebnie „roz- pierają kieszeń.* Ks. Szkopowski. PRASA POLSKA. Zorza: .Kruszynek* przez M. Malinow- skiego (o wzorowych warsztatach tkactwa, nauce szycia, kroju i gospodarstwa domo- wago w Kruszynku, urządzonych przez Sekcyę przemysłu domowego).—Bluszcz: „Precz z szablonem* przez J. Zielińskiego. —Przyroda: .Plemię Bororów* przez K. Stolyhwę.—Niwa Polska: „Kultura a zwy- rodnienie* przez Stanisława Krauza.—Prze- gląd Tygodniowy: „Przystosowanie”; tam- że .Służba domowa” przez A. Halperna. - Ogniwo: „Pierwiastki psychiczny i fizycz- ny* przez J. Kodisową; tenże „Dziesięcio- lecie pracy* (Delegacyi pracy kobiet) przez J. Bojanowską.—Wszechświat: „O meta- fizyce w przyrodoznawstwie* przez H. Hoy- crsena.—Czyblnia dla wszystkich: ,Hy- giena naszych wiosek* przez Ziemiankę; tamże „Jędrzej Śniadecki* przez dra Stani- sława Łagowskiego — Gazeta Domozoa: „Kobieta-robotnica we Francyi* przez Eu- genię Żypowską.— Wędrowiec: .O Botti- cellim* przez A. G.—Słowo: „Mieczysław Karłowicz* przez J. B. — Gazeta Polska z d 1 grudnia znacznie rozszerzyła swe łamy. Zamiast jednego, jak dotychczas, arkusza, pismo to wychodzi obecnie w dwóch arkuszach. Układ Gazety zmienio- no zupełnie, wprowadzono cały szereg no- wych rubryk. Pośród wielu nowych współ- pracowników zaangażowano między innemi: pp. K- Bartoszewicza (felieton społeczny). S. Brzozowskiego („Wolna trybuna*) i J. Lorentowicza (krytyka literacka). Pismo ma wygląd bardzo poważnego organu co- dziennego. NIEMCY. * Nakładem firmy A. Junker w Sztutgar- dzie wyszedł romans p. A. Henningsen p. t. Polens Tóchter. Jest to najlepszy utwór utalentowanej autorki. Zyskuje on zwłasz- cza na wartości, gdy go się porówna z nie- udolnymi obrazami stosunków polskich w powieści Klary Viebig. Autorka nieco za pochlebnie sądzi o naszej arystokracyi; wy- nika to najwidoczniej z jej życzliwego usposobienia dla naszego narodu. Właści- wą bohaterką romansu jest Marya Mańkow- ska, wielka intrygantka z gorącem sercem; nie cofa się ona przed najniższą komedyą, a jednak jest bezbronną wobec egoisty, którego kocha. Wśród różnorodnych, bar- dzo dobrze malowanych postaci opowia- dania, spotykamy także znanego duńskiego profesora literatury, to jest Brandesa. Au- torka przedstawia go jako człowieka, w któ- rym kochają się wszystkie kobiety; ideali- zuje też nadmiernie jego sympatyc dla Polaków. * August Nieman napisał książkę p. t. Der Weltiricg (Wojna światowa)—marze- nia niemieckie. Treść tego utworu można- by określić wyrazami: azyatycko-europejskie miny i kontrminy. Ze względu na fanta- styczność opowiadania, książka cieszyć się zapewne będzie takicm powodzeniem, jak utwory historyczne Medinga, chociaż wy- bitnych zalet artystycznych nie posiada. Autor pisze zbyt rozsądnie. Często do tego stopnia rozprasza się w drobiazgach, że zaciera karty wojny indyjskiej, którą tak proroczo przepowiada. Jest tu dużo awan- turniczości a la Jules Verne. Polityczna strona opowiadania także nie świadczy o zdolności obejmowania szerszych hory- zontów. * Nowo książki. E. Borman Hutno- resken.—C. Doorman Ihr I.ied der Lieder. - J. Dose Der Mutlersohn (romans). — R. Gottschall Neue Erzdhlungen. F Grill- parzer Sainmtl. We>ke.—N Harder Irdi- sche und himmlische Liebe.- -W. Jenscn Tanims Gar ten (romans) —F. Muller Leben und Tod (opowiadania).—M. Nordau Mor- ganatisch (romans).- L. Westkirch Kónig Hass. IRANCYA. * Ostatni romans M. Prevosta La Prin- cessc d’Erminge maluje sfery wielkiego świata francuskiego w sposób dramatyczny, modny dziś u wszystkich powicściopisarzów francuskich, którzy piszą o arystokracyi. Mamy tu zdrady małżeńskie, kochanków i kochanki, pojedynki, dzieci nieprawe i powrót do rozwagi i skupienia. Autor opo- wiada, jak zwykle, gładko i zajmująco i roz- koszuje się w dawnej swej (przed roman- sami feministycznymi) metodzie lubieżnych woalów. * Wizytki z Annecy w Sabaudyi wydają obecnie kompletne, krytycznie opracowane wydanie dzieł św. Franciszka Salezego. Wyszło dotychczas trzynaście tomów; trzy ostatnie zawierają niezmiernie ciekawą ko- respondencyę świętego kaznodziei. Pisa! on po francusku i po włosku; obu językami władał płynnie. Trzy wydane dotychczas tomy korespondencyi zawierają listy Świę- tego od r. 1590 do 1604 (św. Franciszek Salezy umarł w r. 1622). Jest to więc obraz duchowego życia świętego od dwu- dziestego trzeciego do trzydziestego siódme- go roku jego życia, dotyczą więc epoki najgorętszej działalności Świętego. Najpięk- niejsze są listy do pani Bourgeois, Brńlart, do zakonnic, do baronowej Chantal i wogóle do osób, których sumieniem św. Franciszek kierował. Przemawia do nich jak brat do braci, łagodnie, pokornie i czarująco. Żył pośród gór i cudownych jezior, styl więc jego iskrzy się od wspaniałych metafor, z obrazów natury zapożyczonych. ♦ Nowe książki. G. Bonnamour Ac vent eniporte la poussicre (romans).—A. So- rel L'Europę et la Revolntion franęaisc.-— G. Ferrero Grandeur et dćcadence de Ro- nie (toni I).—E. Schurć „Leonard de Vind“ (dramat). F. Funck-Brentano Les noiwelh- stes.—E. Rapin Histoirc du piano et des pianistes.- L. Rosenthal „David“ (studyum)- —G. Hanotaux Histoire de la France con- temporaine.—L. Lefćvre L'Italic antiąuc
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 51 991 NADESŁANE. TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY tygodnik ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY tygodnik ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY' TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY tygodnik ILLUSTROWANY' TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY daje w 1905 r. 52 numery zawierające około 1000 ko- lumn tekstu z 1200 rysun- kami, kopiami obrazów, illu- stracyami chwili bieżącej, | okładką ogłoszeniową yjrl Od Nowego Roku rozpoczynamy druk dalszego cyklu powieściowego WŁADYSŁAWA REYMONTA - - - („WIOSNA") =. 24 dodatki bezpłatne zawierające 12 tomów SIENKIEWICZA i „DZIEJÓW =.:•=.= : POROZBIOROWYCH NARODU POLSKIEGO" oraz 12 tomów DZIEŁ POPULARNO-NAUKOWYCH. Aq u i I la = czeskie wyborowe pastylki likiero- we sprzed. wszyst. składy apteczne. EGZYSTUJE OD 1874 ROKU ZEGARMISTRZ Jako pierwsze tomy dzieł populara, pójdą: „LISTY Z JAPONII" Kiplinga „HISTORYA SZTUKI POLSKIEJ" T. JAROSZYŃSKIEGO „MONOGRAFIA O NAPOLEONIE DM“ „GRY I ZABAWY DZIECIĘCE". „LITERATURY SKANDYNAWSKIE" „O STYLU W SZTUCE" Tom styczniowy (74-y) Sienkiewicza „NA MARNE** PREMIUM KOLOROWE na grubym welinie L. Wyczółkowskiego p. t. „jłlorskie Oko”. | fIebethner i Wolff | fortepiany, Pianina, Organy Krakowskie-Przedm. 17. W dodatlfiiarkuszow. Hall Calne „SYN MARNOTRAWNY" Indywidualne zapatrywania. Pijak (widząc, jak automobilista do swe- go wozu wlewa spirytus): — Boże! jaki ten człowiek... głupi! PI. Blatter. grandę)?rix Wystawa Powszechna 1900 r. Słynna ze swych własności anty- septycznych i aromatycznych. Do nabycia wszędzie. Pierwszorzędne Biuro Nauczycielskie JASIŃSKIEJ, Włodzimierska 19, w Warszawie. Poleca Nauczycieli, Nauczycielki, Bony i Cu- dzoziemki, które na żądanie sprowadza. Ulica Czysta Ns 2. Telefonu Jfs 2077. Zakład egzystuje od 1866 r. F. WORONIECKI Zegarmistrz •WOthi P°leca: decyzyjne— Uregulowane ZEGARKI Własnej Firmy, „Omega**, Patek Philippe, Ch. E. Tissot i innych Pierwszorzędnych Fabryk. Gatunki Naj- wyższe oraz średnie, bardzo regularnie idące i trwale - Wielka Rozmaitość NOWOŚCI. Wielki Wybór. ŁAŃCUCHY SZYJNE ifDEWIZKl złote—Krel»i*ne—stal owe—14 oiupozy <*yj»e. K> ' r TT A TOPY ZEGARY PODRÓŻNE, L\ ! r U > 1> ł ł\ I . SALONOWE, BIURKOWE. Ceny istotnej wartości = realne. Odpowiedzialność poważna. Okazyjnie: Garnitur Zegarowy—Bronz z Sewrskiemi ozdobami za 3000 Rb. 2 upcwaiiieaia Urzędu Lekarskiego m. Warsiawy i d. 29 Listopada 1896 r. N° 5152 A. SEGU1N BORDO (Francya) |k Członek Jury Po za Konkursem 7 ** - - 'WysiawaPowszschna/y l WSZyStkiCh .afty । * ^^j^naczniejszych f , • Perfumeriach, [ APTEKACH •MM wv‘flOS^ i Składach Aptecznych, PASTILLES DE INDIEN GRILLOM Owoc przeczyszczający PRZECIW OBSTRUKCYI 9 i E / ? / r c. o r / ' o> TŁ I J / We wszystkich składach aptecznych i aptekach. artystów polskich. Sprzedaż i kupno. Wystawa otwarta «a UDIIiiIfc do godziny 8. Marszałkowska Nr 129. Salon Sztuki, |fi| MARSZAŁKOWSKA IRI Telelon 28OS Chronometry i zegarki precyzyjne. Duży wybór słynnej fabryki genewskiej (złotych i srebrnych). Patek, Philippe & C. w Gene- wie i Ch. E. Tissot w Loele Repetyery kieszonkowe, chronometry doktorskie; kieszonkowe budziki bardzo praktyczne i trwałe, srebrne i stalowe. Ze- gary stołowe, gabinetowe, ścienne budzi- ki etc. Łańcuchy i dewizki męskie i damskie, złote, srebrne etc. Wybór ogromny, (Jeny umiarkowano, Gwarancja poważna, Wszystko jedno. — Panie bankierze, czy mogę prosić o chwilę rozmowy? — Pan pewnie chce—pieniędzy. — Nie—ale chciałem prosić o rękę pań- skiej córki. — To wszystko jedno. FI. Blatter. -ĘIJIHH lir : i Brosze Pierścionki Kolczyki Medaliony Łańcuchy damskie na szyję Breloki Spinki, Szpilki WYRÓB WŁASNY—WYBÓR WIELKI CENY FABRYCZNE u A. Oraczewskiego Nowy-Świat 20, w Warszawie.
992 TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 51 f’la PAŃ — na Gwiazdkę WYKWINTNE UPOMINKI poleca telefonu 1530 Rok założenia 1868 SUKNIE ------ KOSTIUMY BLUZKI NEG1 .1Ż.E --- 11ALKI z „LAINF des PYRENEES“ Ciepłe Spódniczki . - ud Rb. 3. - Kaftaniki ranne „ „ 6.— Nowość: Szlafroczki . „ » 15 — Ciepłe BLUZKI włóczkowe . . „ „ p — WEŁNY J E D WAB IE AKSAMITY PIĘKNE ADAMASZKI CZARNE od jg. ŁggL KORONKI KORONKOWE SUKNIE ODPASOWANE KORONKOWE CHUSTECZKI I SZALE KORONKI PRAWDZIWE NOWOCZESNE i STAROŻYTNE HAFTY WSTĄŻKI PRZYBRANIA GALONY TAŚMY OKRYCIA LISY BIAŁE, NIEBIESKIE, SREBRNE CZARNE, KRZYŻAKI i t. n. GRONOSTAJE -- SZENSZYLE SOBOLE FOKI .,S E A L” KARAKUŁY, WYPORKI, KASZTANKI. FUTRA W BŁAMACH ---- 11® Ł B » Y --- F I IB A H K I Oi’ JB B. w S K LE PTe dolnym KAPELUSZE WOALKI B< )A Z PIÓR STRUSICH RĘKAWICZKI duńskie — marka „B. HFRSE" . Rb. 1 35 kozłowe „ „B. HERSE“. „ 1.50 duńskie— „ „JOUVIN&C”“ „ 2.50 WYł ĄCZNA SPRZEDAŻ- KRÓJ FRANCUSKI WACHLARZE W PIĘKNYM DOBORZE.. od Rh. 1 .GO PASKI w NOWYCH FASONACH PARASOLE KOŁNIERZE, KRAWATY SAKIEWKI I TOREBKI „RETICULE“ METALOWE, SKÓRZANE, duży wybór GOTOWEJ KONFEKCYI FUTRZANEJ: ŻAKIETY — BOLERA DACHY — PŁAS Z CZ E JEDWABNE — HAFTOWANE p*oleY KAPTURKI CZEPECZKI PELERYNY , ŻABOTY MUFKI POŃCZOCHY GORSETY H» » 23 Ł IK A F ® IR H I Ili J) W A » U - l’ TIU 31 8 T K 1 ® 1» Idiifs. 5.— K O ffj JD 'R Y PRZEZ GRUDZIEŃ ------- TA NIA SPRZEDAŻ G W I A Z D K O W A Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów______________ Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się. TosBOJieno Ęeusypoio, Baprnana, 25 HosiCpa 1904 ro/ra.
N° 52 Ogólnego zbioru Nr 2,355 24 (11) grudnia 1904 roku Tygodnik Iilustrowani MADONNA Z DZIECIĄTKIEM JEZUS Muzeum Darmsztadzkie i Drezdeńskie HANS HOLBEIN
094 Madonna w malarstwie Odrodzenia. Moźnaby zbudować całą historyę malar- stwa przynajmniej wieków średnich i Odrodzenia, opierając studya jedynie na dzie- łach, poświęconych Najświętszej Pannie z Dzie- ciątkiem Jezus na ręku. Od niedołężnych prób najwcześniejszego niemowlęctwa sztuki chrześcijańskiej, od sztyw- nych, ponurych wizerunków bizantyjskich, gdzie więcej było złoceń i ozdób kosztownych, niż sentymentu religijnego i szczerego uczucia, do prześlicznych, pełnych miłości i wiary krea- cyi epoki Odrodzenia, Dziewica z Dzieciąt- kiem była najgłówniejszym przedmiotem na- tchnienia wszystkich szkół malarskich w Euro- pie, które też ustaliły swoje ideały w sprawie pojmowania tego tematu. W zaraniu epoki chrześcijańskiej sztuki plastyczne przechodziły istotnie bardzo ciężkie dla swego żywota chwile. Po srogim ciosie, jaki zadały im obrazoburcze zamachy orto- doksów, wpadły pod surowy rygor kanonów, kutych arbitralnie przez mnichów na górze Atos, a potem z zaparciem się siebie poszły w pokorną służbę surowego ascetyzmu, skąd wszelkie piękno, jako rzecz szatańska, musiało być niemiłosiernie wygnane. Ale powiał nad ludzkością ożywczy duch humanizmu, duch szerokiej, wolnej myśli, umiłowania życia i na- tury, i pojęcia zmieniać się zaczęły po trosze, aż nastąpiło słynne w dziejach sztuki qninto- ceulo—epoka najwyższego jej rozkwitu, kiedy pod włoskiem niebem rozpalała się do naj- wyższej potęgi sława Rafaela, Michała Anioła, Andrzeja del Sarto, Correggia, Mantegni, a na Północy płonęły wielką gloryą nazwiska: Van Dycka, Memlinga i Holbeina. Matka Boska w przedstawieniu tych artystów jaśnieje pięk- nością, słodyczą i dobrocią. Otaczający ją Święci są ludzcy, również piękni, dobrzy, łas- kawi. Dziecię Jezus, wesołe, figlarne, uśmie- cha się do aniołków, wyciąga do nich rączki, to bawi się z nimi razem swobodnie, jak gro- madka dzieci zwykłych śmiertelników. Nie jest to już Bogarodzica gotycka, która pod fałdami bogatej draperyi nie ma własnego ciała; mały Jezus, drobny i niefo- remny, nie błogosławi już ludzkości poważ- nym gestem mędrca; Święci nie są to bynaj- mniej wychudzeni przez posty i inne praktyki religijne asceci, wyglądający, jak gdyby byli z grobu wywleczeni. Malarstwo to nie mówi nam, jak sztuka prymitywów, że życie jest nędzne, że należy modlić się tylko i czynić pokutę, ażeby uniknąć potępienia wiecznego. Przeciwnie, Święci mistrzów Odrodzenia zdają się zapewniać, że życie jest dobre, że świat jest piękny, że Pan Bóg jest litościwy, że modlitwa nie jest tylko wołaniem strachu i przerażenia do miłosierdzia Boskiego, lecz jest także pieśnią dziękczynną, hymnem ra- dosnym za wszelkie Jego dobrodziejstwa i łaski. Świat zmienił się całkowicie, ponieważ spojrzał za siebie i ujrzał nagle wspaniałą przeszłość starożytną, kiedy człowiek kochał swoje życie doczesne. Zrozumiano nareszcie, źeśmy stworzeni do życia i wesela, nie do śmierci i utrapień, że natura, przepotężny twór Boży, jest piękna i zasługuje na zachwyt. Pod wpływem przebudzenia się tego, po- kochano piękne formy, które dotychczas były w najwyższej pogardzie. Starożytna sztuka klasyczna, którą odgrzebano z pyłu zapom- nienia, dostarczyła wzorów najpiękniejszych. Szczera wiara i wielka miłość do Matki Zba- wiciela świata stała się dźwignią przedziwnych natchnień, cudownych wizyi i uniesień. Twór- czość artystyczna, tryskająca z tych nowych źródeł, popłynęła szeroko wezbraną, szumiącą falą. Pierzchają mroki groźnej, ponurej ta- jemniczości katedr gotyckich; natomiast w jas- nych blaskach słońca wznoszą się proszalne dłonie z ufnością i nadzieją do Madonny, peł- nej wdzięku niewieściego, pojętego po ludzku, macierzyńskiej czułości, właściwej każdej mat- ce, do Madonny łaskawej, przystępnej tak po ludzku, tkliwej i dobrej niewyczerpanie, ażeby była pośredniczką i protektorką u Boga. Niezmiernie ciekawa jest serdeczność, z jaką ludzie ówczesnej epoki wyobrażali so- bie stosunek swój do tej niebieskiej Orędow- niczki, jak Ją poprostu i naturalnie malowali w otoczeniu osób spółczesnych, interesującą się ich radością lub troskami. Kompozycye takie znane są w historyi sztuki pod nazwą zabaw świętych (sacre conucrsazioni). Święci poufale łączą się w grupy ze śmiertelnymi, nadziemska zaś ich istota wyraża się przez spotęgowaną siłę uczucia, piękność i szlachet- ność postaw. Najbezpośredniej zaznacza to w swych utworach Wenecyanin, Giovanni Bellini. Na- strój szczerej pobożności panuje tu w całej sile. W Madonnach swych odtwarza on typ dojrzałej pięknej kobiety weneckiej, a scenie całej nadaje charakter ludzki, jakkolwiek od- czuwa się tu jeszcze w pewnej mierze trady- cye czasów dawniejszych. Rzeczywiście stoi on na przełomie dwóch prądów (1427—1516 r.). Wyzwoliwszy się wprawdzie bardzo prędko z pod surowego i poważnego kierunku mi- strza i ojca swego Jakóba, opanowawszy cał- kowicie nową wówczas technikę malowania olejnego, przyniesioną do Wenecyi przez An- tonella da Messina, zachował niektóre cechy właściwe prymitywom. Możemy się tego łatwo dopatrzyć w nieco twardem załamywaniu się fałdów draperyi, przypominającem gotycyzm; przytem w pewnem unieruchomieniu twarzy Dziewicy i Dziecięcia widoczne jest jeszcze dążenie do wyrażenia idei w dawnem rozu- mieniu tych rzeczy. Natomiast prawda i siła kolorytu, indywidualny charakter figur i jędrne traktowanie ciał żywych oznajmia nową erę sztuki, zwrot stanowczy do natury i piękna. Giovanni Bellini nie cieszył się zbytnią popularnością, jakkolwiek tradycya czyni go mistrzem trzech największych malarzy wenec- kich: Giorgiona, Palmy Vecchia i Tycyana. Jeżeliby jednak nawet właściwy stosunek nau- czyciela do uczniów wcale nie istniał, to w każdym razie sława Belliniego pozostaje niezaprzeczoną pod tym względem, że on pierwszy wytknął kierunek, po którym dążyło młodsze pokolenie. Współcześnie w Padwie wykwita talent, który przez studya nad antykami i naturą posu- nął się jeszcze dalej w ujęciu życia na gorą- cym uczynku. Nadto rozwija on w sobie skłonność do rozwiązywania zadań matema- tyczno-perspektywicznych, w czem, jak się zdaje, nie bez wpływu pozostał stosunek jego z Jakóbem Bellinim. Jest to Andrea Man- tegna (1431—1506 r.). Bierze on większość postaci wprost z natury, a niektórym głowom nadaje tyle wdzięku i świeżości, źc nic rów- nego nie spotyka się więcej w wieku XV. W plastyce malarskiej, dzięki uważnej nad- zwyczaj obserwacyi, dochodzi do wywoływania złudzeń zmysłowych, co zauważono naprzy- kład we freskach na suficie w Castello di Corte. Lubuje się nadto w bogatym układzie tła, które zdobią wieńce kwiatów i owoców, misternie rzeźbione pilastry i rozety. Takie też tło ma „Madonna della Vittoria,“ obraz zamówiony przez margrabiego Mantui jako hołd dziękczynny dla Madonny za zwycięstwo pod Formie. W obrazie tym tkwi gorzka iro- nia histoiyczna. Właściwie zwycięzcą tam był Karol VIII, król Francyi, a margrabia Mantui uciekł z pola bitwy, pozostawiając wśród po- ległych stryja swego, Rudolfa Gonzagę, na- czelnego wodza armii włoskiej. No, ale wia- domości wojenne w owym czasie nie docho- dziły drogą telegraficzną, i rząd mógł robić historyę. jak mu było wygodniej. Niemniej przecież nic ta okoliczność nie ujmuje obrazowi, jako dziełu sztuki. Odnaj- dujemy tam poważny styl tego artysty w so- lennem ugrupowaniu osób, między któremi współczesna postać klęczącego u nóg Madon- ny Gonzagi miesza się dziwnie z mistyczną wizyą Świętych. Z drugiej strony doskonale studyum nagiego ciała Dziecięcia Jezus i św. Jana wskazuje zwrot studyów w kierunku antyków. Te małe ciałka dzieci mają czystość i jędrność marmuru greckiego. W tym sa- mym duchu namalowany jest św. Michał, św. Jerzy, św. Andrzej, św. Longin, tudzież pięk- na postać św. Anny. Andrea d’Angolo, przezwany: del Sarto (1486—1581 r.), jeden z najwybitniejszych mi- strzów florenckich, lubuje się w kompozycyach zwartych, urozmaiconych lekkimi kontrastami. Postaciom nadaje kształty pełne, jędrne, i ubie- ra je w kostiumy idealne, malowniczo udra- powane. Odzwierciedla on świat zewnętrzny w całym blasku piękna i siły, nie daje jednak głębszego wyrazu wewnętrznego wzruszenia. Jako kolorysta, pod względem zwłaszcza har- monii i bogactwa barw, Andrea del Sarto nie miał równego sobie wśród spółczesnych Flo- reńczyków. Obraz jego „Madonna i św. Fran- ciszek" odznacza się wielką szerokością form, wytwornością ujęcia kompozycyjnego i poczu- ciem malowniczości w układzie. W połowie wieku XV prowincyotialna Szkoła umbryjska wysuwa się na plan pierw- szy. Tu pracuje nauczyciel Rafaela, Piętro Va- nucci, zwany Peruginem (1446—1523).
995 MADONNA—TRYPTYK Ze zbiorów księcia Dcvonshirc MEMLING Perugino wcześniej od innych włoskich nialarzy wyzyskał tajemnicę malarstwa olejne- go i zdobył koloryt ciepły, głęboki i harmo- nijnie stonowany. Życic Matki Boskiej, zresz- tą jak dla większości Włochów, było dla niego tematem ulubionym i najczęściej podejmowanym. Madonny jego łączą ziemską słodycz z jakimś zaziemskim mistycyzmem wyrazu. „Najświętsza Panna" z obrazu, znajdującego się obecnie w Luwrze, posiada wdzięk aniel- ski raczej niż niewieści. Trzyma Ona swe Dziecię nie jak matka, lecz jak starsza siostra, jak czuła opiekunka i towarzyszka aniołów, do których jest tak podobna. I dziwna—z tej właśnie pracowni wyjdzie mistrz, który w piersi czystej Dziewicy obudzi serce, bijące całą potęgą miłości macierzyńskiej. I jeszcze jedna szczególna sprzeczność zestawień: Perugino, który tak idealnie w twórczości swej odrywał się od ziemi, który skomponował tyle pełnych natchnienia religij- nego obrazów, w życiu religijnością się nie odznaczał i wogóle byl człowiekiem pozbawio- nym delikatniejszych uczuć, a jako malarz pro- wadził formalne fabryki obrazów jednocześnie w Perugii i Florencyi. Zresztą było to poniekąd zgodne z du- chem czasu. Współpracownictwo wielu mi- strzów, lub poprostu uczniów przy jednem dzie- fa> według pojęć ówczesnych, nie uwłaczało bynajmniej godności artystycznej, aż dopiero Oprotestował przeciw temu wielki pan w sztu- Ce> dumny Michał Anioł, który ostro wyrzucał Peruginowi, a nawet samemu Rafaelowi, ich fabryczną produkcyę. Typowym w tym rodzaju wytwórcą był j ^inturicchio (Bernardino di Betto, 1455—1513) dawny pomocnik, chociaż zdaje się bynaj- mniej nie uczeń Perugina. Uzbrojony we wszystkie środki techniczne, jakich ówczesna sztuka dostarczyć mogła, bezwzględny pan własnej ręki, z najwyższą swobodą łączył re- zultaty dawnych momentów rozwojowych w całość, olśniewającą wirtuozostwem wykonania i bogactwem szczegółów dekoracyjnych. Wystarczały mu przepych i nęcąca wzrok strona zewnętrzna. Nowych dróg nie szukał, lecz malował zawzięcie jak najwięcej przy po- mocy całej rzeszy współpracowników. Sztuka tych ludzi stanęła wobec niebez- pieczeństwa stoczenia się w niziny zwykłego przemysłu artystycznego, ale powstali twórcy pełni ambicyi i odwagi, którzy ją znowu pod- nieść do wyżyn potrafili. Powstają: Raffael Santi i potężny Michał Anioł. Współcześnie we Włoszech północnych zupełnie samodzielnie Antonio Correggio (1494 —1534) tworzy „Zaślubiny św. Katarzyny". Obdarzony wielką wrażliwością, umie on wznieść się w przedstawieniu radości życia aż do stanów uduchowienia i świętości. Ale nietylko we Włoszech kult dla Matki Boskiej zapładnia tak wyobraźnie artystów, że tworzą dzieła wiekopomne. Szkoła flamandz- ka poszczycić się może arcydziełem, namalo- wanem przez mistrza, urodzonego jeszcze w wieku XIV, a które zdumiewa doskonało- ścią form, a przedewszystkicm szczerością uczu- cia. Uczucie to zresztą, ta bezpośrednia erup- cya nurtujących duszę ludzką namiętności, jest właściwie jedynym sprawdzianem istotnej wartości dzieła. Dlatego też, mimo pewnej niedojrzałości technicznej, w historyi sztuki zja- wiają się utwory wysoko cenione artystycznie tak bardzo wcześnie. Ale Van Eyck, twórca „Matki Boskiej z kanclerzem Rollinem" i wy- nalazca malarstwa olejnego jest już nietylko na swój czas technikiem znakomitym i mala- rzem, który wiedzę swoją oparł na poważnych studyach z natury. Z tej szkoły pochodzi wspaniały tryptyk Memlinga (1435’— 1494): „Rodzina Glifforda u stóp Najświętszej Panny." W szkole niemieckiej tej epoki, jak wiel- ki brylant czystej wody, siłą przedziwnego rea- lizmu świeci „Madonna burmistrza Meyera" przez Hansa Holbeina (1497—1543). T. JAROSZYŃSKI. ZŁOTE LISTKI. Kto wyrzekł prawdę o swoim lub cudzym uczynku—już skończył sprawę; kto zaś skłamał, ten się nabawił ciągłej bojaźni, żeby kłamstwo na । wierzch nie wyszło. 1. P. Legatowi.cz. * * * Chcieć zapomnieć—to nonsens, bo zapomina się—tylko nie chcąc. Tadeusz Rittner. * * * Są tacy, którzy proszą o przepisanie lekar- stwa, a potem je wyrzucają; inni znów proszą o radę, a za nią nie idą. Jedni i drudzy cierpią na nieuleczalną chorobę. 1. P. Legatowicz. * * * Cnota jest to nałóg, usposabiający nas do czynienia dobrze. Paweł Woronicz. * * * Miłość tworzy wszystkie rozkosze, czas je niszczy—któreż mocniejsze? A. Żółkowski. * * * Najlepszą pokutą za grzechy są dobre uczynki. Ludwik Jenike.
996 ŚWIĘTA RODZINA Muzeum Uffizi, Florencya MICHAŁ ANIOŁ MADONNA Z DZIECIĄTKIEM Muzeum Luwru PERUGINO ARTUR GRUSZECKI. SŁOMIANY OGIEŃ. Wśród ciszy odezwał się ktoś: — Chyba powiem i ja. Wszyscy spojrzeli na gromadę wieśnia- czek, skąd głos pochodził, i popychana na- przód wysunęła się chłopka z okolic Krakowa, a skłoniwszy się, rzekła: — Chciałabym pokornie coniebądź po- wiedzieć wedle nas. — Jakże się siostra nazywa? — spytała słodko pani Lecińska. — Toć ją znam—zawołał jeden z dele- gatów:—to Barbara Miętusowa z Woli! — Możecie mówić, siostro—powiedziała łaskawie pani Lecińska. W sali zrazu były tłumione śmiechy, ale wkrótce uciszyli się wszyscy, zdjęci ciekawo- ścią. — To było tak—zaczęła Barbara: — do chałupy przyjechał wójt i nuż prosić i nama- wiać, abym poszła do miasta, jako mają ra- dzić, jakby pomódz biednemu narodowi. I tak kusił, obiecował różności, że się przywlokłam. Nijakiej rady i pomyślenia nie widzę, tylko puste gadanie, chociaż mądre i piękne, a jak- że! Szkoda mi dnia tracić, tak chciałam spy- tać: czy jest jaka rada, aby nam potok nie za- lewał ogrodów, nie niszczył pola, jako nanosi piasku i kamienia? Aby był tylko spokój we- dle wody, już my bez niczyjej rady zrobimy co się patrzy w babskiem gospodarstwie. Co prawda, nabiału nie sprzedam, bo dzieckom trzeba, a i chłopu, kiej się narobi, trzeba toto omaścić, bo na to człowiek pracuje, aby miał co jeść. A wedle drobiu, po naszemu: gadzi- ny, to jak mieszczki dobrze płacą, sprzeda się im. I każda z nas na wsi jest sobie gospo- dynią i panią w chałupie, a chłop wedle roli, tak Pan Bóg przykazał i tak będzie na wieki wieków. Zaś proszę pokornie wielmożną pa- nią,—skłoniła się przed stojącą panią Leciń- ską—aby tylko poradziła coś na ten potok, albo uprosiła wielmożnego starosty, aby nam, jako skrzywdzonym, darował albo umniejszył podatek... Tyle słów moich, i polecam się pa- mięci wielmożnej pani. Rozległy się szalone oklaski, tak, że od- powiedzi pani Lecińskiej już nie dosłyszano. Chciała przemawiać i druga wieśniaczka, za- chęcona powodzeniem poprzedniczki, ale za- krzyczeli ją delegaci wiejscy, którzy zniecier- pliwieni oczekiwaniem poczęstunku, hałaso- wali tak zawzięcie, iż pani Lecińska z trudno- ścią przyszła do głosu, i podziękowawszy pre- legentkom i licznym współuczestnikom za udział, zamknęła pierwszy zjazd kobiet. Wandzia wyszła z sali w towarzystwie Petryckiego, nie zważając na złośliwe uśmie- chy pani Sylurskiej i Frania. Gdy wyszli na ulicę, spytała: Cóż pan sądzi o tym zjeździe? — Zabawka bez znaczenia—uśmiechnął się—ale ta ostatnia Miętusowa była doskona- ła: ona sprowadziła zjazd na pole właściwe. — Istotnie, ona trzeźwo patrzy, jakkol- wiek zbyt jednostronnie, bo interesuje ją tyl- ko jej potok. — Nim się przystąpi do takiej refor- my, należy mieć zwolenników, rozwinąć agi- 22 tacyę, poszukać współczujących, a nie brać pierwszych lepszych bab z brzegu. — Robi się to, co można w danym ra- zie—powiedziała Wandzia tonem stanowczym —i bądź co bądź pani Lecińska rozbudza du- cha kobiet. — Hm... to... uważa pani, jest letnia wo- da: nikomu nie pomoże, nikomu nie zaszko- dzi, a co najwyżej sprowadzi nieszkodliwe nudności. — A pani Syiurska? Ta była wyborna—zaśmiał się—i ża- łuję, że nie jestem karykaturzystą... — Nie o to mi chodzi, ale jej poglądy? — Zdaniem mojem, są szkodliwe. Po co siać sztuczną niechęć i przeciwieństwa pomię- dzy kobietą a mężczyzną, stworzonymi do mi- łości? Zwłaszcza u nas jest obowiązkiem iść zgodnie, karnie, posłusznie, razem, ręka w rę- kę. Nikt z rozsądnych mężczyzn nie odma- wia kobiecie równości praw, nauki, konkurcn- cyi w przemyśle czy handlu, byle pracowały uczciwie, bez fuszerki, wybiegów, chytrości, zasłaniając się ciągle swoją kobiecością, ner- wami, chorobami... Wandzia miała ochotę powtórzyć zasły- szane frazesy o niewoli, ucisku, nierówności praw, przywilejów męskich... ale wobec jas- nych słów malarza, nic umiała czy nic chcia- ła prowadzić dalszego sporu o kobietach. Na- tomiast czuła, iż należało coś Pctryckiemu po- wiedzieć o jego obrazie, o którym z nią mó- wił na Zwierzyńcu. Wahała się chwilę, wresz- cie rzekła:
997 MADONNA Z katedry S-t Scverino PINTORECHIO MADONNA Z DZIECIĄTKIEM Z galeryi narodowej w Londynie CIOVANNI BELLINI — Widziałam obraz pana na wystawie. Spojrzał na nią z pewną wdzięcznością, ale odpowiedział żartobliwie: Ponieważ, zdaniem pani Sylurskiej, tylko kobieta umie się wczuwać uczuciem w dzieło sztuki, co pani wyczuła? — Podobał mi się obraz pana. Każdy zrozumie, że pan nietylko widzi, ale wspćł- czuje z nędzą ludzką... Dziewczynki są do- skonałe, tylko... zawahała się. — Co tylko? — Ta zimna, obojętna, bezlitosna Przy- roda mrozi poprostu widza. — Bo taką jest ona, a tylko jedna mi- łość staje z nią do walki i czasem zwycięża. Miłość macierzyńska, wszystko jedno, kwoki, lwicy, matki, ratuje dzieci. Miłosierdzie i współ- czucie chroni biednych i opuszczonych, a mi- łość dwojga kochanków bywa tak silna, iż gdy nie mogą się połączyć, giną dobrowolnie, wbrew dążeniu natury, która ich wybrała, by uwiecznić gatunek. Pierwiastku miłości nie wprowadziłem do obrazu, bo moja miłość sprowadziła mi więcej niepokoju, troski, oba- wy, aniżeli harmonii i siły. — Sprzeciwia się pan sam sobie, — uśmiechnęła się z lekką ironią — bo dawniej Pan mówił, że sztuka sama w sobie jest cało- ścią i nie może być zależną od kaprysu lub sympatyi przelotnej. — Nie znałem wówczas miłości. Na ra- zie przedstawia się ona niewinnie. Spojrze- nie, spotkanie chwilowe, rozmowa obojętna, ceremonialny uścisk ręki i pewnego dnia znaj- dujemy się bezbronni, skrępowani, bezwolni. Ona staje się osią mego mózgu, woli, uczu- cia; idę w jej ślady, szukam jej spojrzenia; czekam jej głosu... i jak to męczy, dręczy, niepokoi!., a już nie mam siły złamać tego za- czarowanego koła, zerwać tych więzów, i krą- żę około niej, nie mając odwagi się zbliżyć, a bezsilny, by uciec. A mówił to z takiem przejęciem, żalem, szczerością, spoglądał na obok idącą tak błysz- czącemi oczyma, że Wandzia zrozumiała, iż on o niej mówi, ją ma na myśli. Na razie miała zamiar wydrwić go, ale wsłuchując się w jego słowa, w dźwięk jego głosu, doznała uczucia zadowolenia, radości, rozkoszy, jak przy słuchaniu ulubionej muzy- ki. Otrząsnęła się jednak wkrótce z tego wra- żenia i powiedziała uprzejmie z odcieniem ser- deczności: — Pan zbyt szanuje i kocha sztukę, by podobny nastrój trwał długo... I znów powtó- rzę słowa pana, że należy wstać, otrząsnąć się i iść dalej. Spojrzał na nią przenikliwie, spochmur- niał i rzekł tonem uprzejmości towarzyskiej: — Dziękuję za radę... zastosuję się do niej. Szli dalej w milczeniu, a Wandzia uczu- ła dziwny smutek i żal, jak gdyby komuś ko- chanemu wyrządziła krzywdę i przykrość. Spojrzała z ukosa na niego, i zdawało się jej, że w rysach jego twarzy, w oczach maluje się cierpienie. Podziałało to na nią jeszcze bardziej przygnębiająco. Tak bez słowa przyszli pod kamienicę na ulicy Starowiślnej. — Prosiłabym pana na górę,—przemówi- ła nieśmiałym głosem—ale ciocia... — Pani zbyt łaskawa, — odpowiedział z nadzwyczajną grzecznością tonem formali- sty—i przykro mi bardzo, że ciocia pani jest chora. Mam nadzieję, że wkrótce wyzdrowie- je, i raczy pani złożyć jej wyrazy mego sza- cunku. — Dziękuję panu—odpowiedziała głosem bezdźwięcznym, tak dotknął ją ton jego gło- su i jego zachowanie. Skłonił się głęboko i bez podania ręki poszedł. Wandzia, z gniewu czy z żalu omało się nie rozpłakała; chciała zawołać na niego, by wrócił; chciała wytłómaczyć się przed nim ze
MADONNA ŚW. FRANCISZKA Uffizi we Florencyi ANDREA DEL SARTO swoich słów, iż nie miała zamiaru obrazić go, dokuczyć mu... Nie miała jednak siły wydo- być głosu z siebie i smutna, zgnębiona, po- szła wolno do mieszkania. XV. — Wandziu, należałoby dzisiaj iść już do Klubu. Dawniej pilnowałaś się godzin, a teraz po kilka dni ani zajrzysz do biura na- szego. — Jeśli ciocia uważa to za potrzebne, pójdę—odpowiedziała obojętnie. — Co ci jest, moje dziecko? — zbliżyła się do siedzącej przy biurku—możeś ty cho- ra?... W ostatnich dniach zmizerniałaś, utraci- łaś żywość, wesołość... co się stało? — Ależ nic, ciociu, jestem zdrowa zu- pełnie... przecież nie opuściłam ani jednej lek- cyi w schronisku. — Może to jednak za daleko dla ciebie... męczy cię taka droga... bierz dorożkę do ro- gatki, nie będzie znów koszt zbyt wielki. — Nie, ciociu, taka przechadzka sprawia mi nawet przyjemność. — Dlaczegóż do Klubu nie chodzisz? — Bo nie widzę celu. Słowa, tylko słowa; wieczne kręcenie się w kółko, bez ża- dnego rezultatu, bez usiłowań przejścia od na- rzekań i skarg na drogę czynu i pracy. — Zapominasz, że utworzyłyśmy wyższą szkołę średnią, przygotowującą do wstąpienia na uniwersytet — powiedziała z wymówką w głosie. — Tak jest, ale to nie zasługa Klubu, lecz prywatnego grona pań, do których nale- żało kilka z Klubu, jak ciocia i Szarewiczo- wa; a sam Klub prócz trochy hałasu nic nie zrobił i prawdopodobnie nie zrobi. — Krytyka jest łatwa—powiedziała roz- goryczona.—Ciekawa rzecz: jakbyś ty poczyna- ła? — i oparłszy głowę na dłoni, patrzała na nią ironicznie. — Nie siałabym niezgody pomiędzy ko- bietami a mężczyznami, jak Sylurska. Nie brak na świecie mężczyzn, którzyby poparli dąże- nie kobiet do wyzwolenia się z ograniczeń prawnych i społecznych. I w Rewolucyi Wiel- kiej nie chłopi i poddani przeprowadzili uzna- nie praw człowieka, lecz właśnie arystokracya. — No, no, cóż za gwałtowną przemianę przeszłaś w tak krótkim czasie! — uśmiechała się drwiąco.—I kto wpłynął tak na ciebie?
CORREGGIO MAŁŻEŃSTWO MISTYCZNE ŚW. KATARZYNY Muzeum Luwru — Nikt, ciociu—zarumieniła się. — Ten zjazd z przed kilku tygodni otrzeźwił mnie. — I złośliwa krytyka tego malarza—do- dała z przekąsem. — W tom, co mówił, miał dużo słusz- ności. — A ty powtarzasz za nim—zaśmiała się. — Wcale nie -odpowiedziała cierpko. Po chwili milczenia spytała ciotka łagod- nym głosem: — Wandziu, pamiętasz coś mi przyrze- kła owego wieczoru... po wizycie malarza? — Pamiętam... Gdybym go kochała, po- wiedziałabym cioci, jak zresztą przyrzekłam; ale nie kocham go... byłam nim zajęta przez czas jakiś, ale to już minęło. — To dobrze, moje dziecko—pocałowa- ła ją w czoło:—ze mną powinnaś być szczera. A do Klubu pójdziesz? — Tylko się ubiorę. W salonie Klubu pani Syiurska przywi- tała Wandzię z przyjemnem zdziwieniem: — Nareszcie pani przyszła! Obawiałam się, że pani lub ciocia są chore, i miałam za- miar odwiedzić panie. — Zawsze będzie nam przyjemnie, ale na razie byłam bardzo zajęta i nie przycho- dziłam, przypuszczając, że i tak niema nic do roboty. — O, jest tu zajęcie dla pani... Trzeba rozpisać komunikaty do dzienników, że w Klu- bie odbędzie się mój odczyt p. t. „Podwójna moralność," i że zapraszamy członków i gości. — Dobrze... napiszę... a kiedy odczyt? — Od dziś za tydzień, będzie środek wielkiego postu... powinni się zgromadzić, zwłaszcza, że sam tytuł odczytu jest interesu- jący. Zasiadła do stołu, i uporządkowawszy pa- piery, zaczęła pisać. — A wie pani nowinę, panno Wando?— mówiła pani Syiurska, która z robótką w rę- ku siedziała na kanapie: — Lecińska mieszka z mężem. Przeniesiono go z Jarosławia do Krakowa; prosił o to. Ona jednak sprytna! Te- raz Koło rozwinie się dobrze; jego stosunki, jako radcy sądowego, podniosą znaczenie Koła. — Tem lepiej dla ogółu kobiet; będą mogły gromadzić się i naradzać. — Nad szerzeniem miłości i przebacze- nia!—zaśmiała się ironicznie. Wandzia pisała dalej, gdy ze strony po- koju, zajmowanego przez Frania, dał się sły- szeć trzask drzwi otwieranych i wesołe słowa powitania, z których tylko luźne wyrazy do- latywały do salonu.
1C00 MADONNA Muzeum Luwru VAN EYCK — Pewno któryś z przyjaciół—objaśniła Wandzię pani Sylurska. Franio z nowo przybyłym spacerowali po pokoju, prowadząc głośną rozmowę, a gdy przechodzili pode drzwiami, łączącemi salon z pokojem, wyraźniej słychać było niektóre słowa. Wandzi, piszącej przy stole, głos obcego wydawał się jakiś znany: gdzieś, niegdyś już go słyszała; nie mogła jednak przypomnieć sobie, ani kto, ani gdzie. Usilnie natężała pamięć, ale napróżno. Do salonu weszła doktor Szarewiczowa i zaraz z progu, po słowach przywitania, spy- tała: — Jest co nowego? Był kto w biurze? — Nikt się nie zgłaszał; może jednak zechce pani odpocząć chwilę — odezwała się pani Sylurska. — Bardzo mało mam czasu... mam kil- ka sprawunków do załatwienia. — Będzie czas jeszcze... Chciałabym się poradzić w pewnej sprawie. Doktor Szarewiczowa podeszła i usiadła na kanapie: — A panna Wanda co pisze?—spytała. — Komunikaty do dzienników o odczy- cie moim. — Prawdopodobnie przyjdzie dosyć osób, 1 i należałoby wyraźnie zaznaczyć, że i mężczy- znom wstęp dozwolony. — W komunikacie napisałam ogólniko- wo o gościach,—objaśniła pani Sylurska —ale myślę do redaktorów posłać osobne zaprosze- nia, i Franio ma przyprowadzić swych przy- jaciół. — Będą mieli się z pyszna, gdy usłyszą rejestr swych grzechów! — zaśmiała się doktor Szarewiczowa. Już skończyłam—odezwała się Wan- dzia. — Dziękuję pani. Wtem otworzyły się drzwi od pokoju pobocznego, stanął w nich Franio, i skłoniw- szy się paniom, rzekł: — Może ciocia i panie pozwolą, że przed- stawię im mego najlepszego przyjaciela, który prosi o pozwolenie wstępu na zapowiedziany odczyt. Pani Sylurska spojrzała na siedzącą obok sąsiadkę, doktora Szarewiczową, a otrzymaw- szy przyzwalające skinienie, rzekła: — 1 owszem, Franiu, poproś pana. — Karolu, proszę cię — odstąpił Franio od drzwi. Do salonu wszedł szatyn, młody jeszcze, ale z przeżytą twarzą, modnie ubrany, i skło- nił się głęboko paniom. Franio wziął go pod rękę, mówiąc tonem wesołym: — Ciociu, oto przyjaciel Karol Ocieski, o którym tyle mówiłem. Wandzia spojrzała na wchodzącego i obla- ła się purpurą. Teraz przypomniała sobie ton znanego głosu, wpatrzyła się w twarz, i zdawało się jej, że prezentowany posiada te same rysy twarzy, co ów Karol, który ją tak bezwstydnie napa- stował na ulicy Stachowskiego. Ależ tak! to on jest napewno! Spojrzała. Pan Karol Ocieski z głębokim ukłonem zbliżył się do pani Sylurskiej, i ucałowawszy jej rękę, rzekł: — Dawno pragnąłem dostąpić tego za- szczytu. Pani szanowna wpłynęła tak dodat- nio na Frania, że to oddziałało i na mnie, ja- ko jego przyjabiela. — Nietylko moja w tem zasługa, —- uśmiechnęła się najuprzejmiej—ale widać, że u was obu grunt dobry, gdy tak łatwo lep- sze skłonności wzięły górę. — W każdym razie niezmiernie jestem wdzięczny szanownej pani dobrodziejce—znów ucałował jej rękę. Franio zwrócił się do sąsiadki ciotki: — Pani doktor Szarewiczowa pozwoli— mój przyjaciel Karol Ocieski.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 52 1001 Pani podała rękę, którą uścisnął z szacunkiem, mówiąc: — Nieznany, znam panią z dzia- łalności i prac ekonomicznych... za- wsze podziwiałem ogromną erudycyę i przenikliwość pani w rzeczach wątpli- wych. — Napisałam stosunkowo tak ma- ło...—spuściła oczy skromnie, zarumie- niona z zadowolenia- nie mogę się, niestety, poświęcić nauce wyłącznie. A czytał pan ostatnią rozprawę mojej koleżanki z uniwersytetu o „wartości pracy kobiecej"? — Zdaje się, że ona zbyt dużo korzystała z obcych materyałów. — Sąd bardzo słuszny—potwier- dziła. Przez ten czas Wandzia przyszła do przekonania, że zachowanie się te- go pana na ulicy Stachowskiego nie powinno mu ujść bezkarnie, zwłaszcza tu, w Klubie kobiet, który był pro- testem wobec wszelkich nadużyć mę- skich. Gdy Franio z kolei przedstawił Wandzi gościa, i ten wyciągnął rękę na powitanie, ona, prostując się w krześle, spojrzała mu w twarz z taką pogardą, że to zwróciło uwagę wszystkich, a Franio, chcąc śmiałością, ratować sy- tuacyę, rzek) wesoło: — Panno Wando, to nie wróg, ale wielbiciel Klubu i zasługuje na po- danie ręki. — Istotnie, proszę pani... — za- czął gość. Ale Wandzia wstała z krzesła i rzekła głosem dobitnym: — Takim ludziom, jak pan, nikt z uczciwych nie może podawać ręki. Pani Sylurska była oburzona letni sło- wami, doktor Szarewiczowa zaciekawiona, a dwaj młodzieńcy pobledli z gniewu, i Fra- nio rzekł z miną dumną: — Powiedziałem, że Karol jest moim przyjacielem, tern samem człowiekiem uczci- wym i honorowym. — To bardzo dziwny sposób przyjmo- wania moich gości!—zawołała z gniewem pani Sylurska. — Nie jestem w salonie pani, lecz w Klubie — odpowiedziała pobladła dziew- czyna. — Zapomina pani, — wstała z kanapy rozgniewana przewodnicząca—że mój siostrze- niec ma prawo wprowadzać do mnie swego przyjaciela. — W takim razie zostawiam swobodę pani, siostrzeńcowi i zacnemu przyjacielowi — uśmiechnęła się drwiąco i poszła do przedpo- koju, gdzie szybko ubrała się w futerko. — To wstrętna impertynencya — rzekła pani Sylurska, siadając. — Piękna nagroda za przyjaźń cioci, — zaśmiał się Franio z ironią — a ciebie, mój przyjacielu, najserdeczniej przepraszam — ścis- kał jego rękę. — Czy pan zna pannę Popielską?—spy- tała doktor Szarewiczowa. — Widziałem pierwszy raz w życiu — odpowiedział blady z oburzenia. MADONNA ZWYCIĘSTWA Muzeum Luwru MANTEGNA Poczęto obrażonego pocieszać, przesa- dzając się w grzecznościach i wyrazach współ- czucia. Wandzia wyszła na ulicę, zimny wiatr podziałał kojąco na wzburzenie, i po wybuchu chwilowej energii nastąpiła reakcya. Czuła się osłabioną, znękaną, opuszczo- ną, zwątpiałą. A może w tym wypadku zaszła omyłka?... Bywają przecież łudzące podobieństwa... I ona może skrzywdziła człowieka niewinnego, odmó- wiła podania ręki, nazwała go nieuczciwym i na ukoronowanie swej niesprawiedliwości obraziła panią Sylurską, Szarewiczową i pana Domnic- kiego... Niepewność co do osoby napastnika wzrastała. Przecież wówczas było ciemno, niemal noc, nie przyglądała się twarzy napa- stującego, widziała ją przelotnie... a że głos podobny, że to samo imię Karol, to jeszcze nie dowody, iż nie popełniła fatalnej po- myłki i zamiast winnego nie ukarała niewin- nego. Uczuła się nieszczęśliwą. Teraz nadpłynęła fala następstw tego kroku. Jeśli się pomyliła, musi przeprosić Sylurską, Szarewiczową, pana Domnickiego, a przedewszystkiem posądzonego niewinnie... Trzeba będzie opowiedzieć całe zajście na ulicy Stachowskiego... Słuchać słusznych wymówek za swoją porywczość i brak zastano- wienia... A ciotka? Ileż razy wypomni jej brak taktu... pośpieszność sądzenia lu- dzi i rzeczy... gwałtowność charakte- ru!... ale ciotka ją kocha, zapomni o tern, przebaczy... Ale ten pokrzywdzony?... On ma teraz prawo i ją zelżyć, napiętnować publicznie... zrobić afront przy spotka- niu... I tak się zagłębiła w tych smut- nych rozmyślaniach, iż zamiast z Grodz- kiej ulicy skręcić na Dominikańską, ocknęła się dopiero w rynku koło ko- ścioła Panny Maryi, a podniósłszy oczy, ujrzała przed sobą malarza Pe- tryckiego, który przywitał ją z uśmie- chem radosnej niespodzianki. Ten jego uśmiech, uścisk ręki dodał jej sił, pobudził energię. — Szła pani jak zahypnotyzowa- na. Co się stało? Nagle przyszła myśl Wandzi, że jeden tylko Petrycki może rozstrzygnąć jej wątpliwość co do osoby napast- nika, i skręcając przez Szpitalną ku plantom, zaczęła z wielkiem ożywie- niem: — Pan pamięta to zajście na ulicy Stachowskiego? — Dokładnie. — Otóż dziś w Klubie kobiet... pan wie, przy ulicy Poselskiej... — Znam adres Klubu. — Ja jestem sekretarką Klubu, i dziś wprowadzony przez pana Dom- nickiego wchodzi jeden z tych, przed którymi pan mnie obronił... nazywa się Karol Ocieski... i miał odwagę podać mi rękę... słyszy pan? - spojrzała mu w oczy. — Cóż pani zrobiła? Przypuszczam, że pani go skarciła—rzekł poważnie, domyślając się z jej wzburzenia, że coś zaszło niezwyk- łego. — Tak jest... nie podałam ręki i powie- działam, że jest nieuczciwy. — Hm... cóż dalej? — Wyszłam, i teraz bardzo się boję, iż zbłądziłam: a może to nie on?... może tylko podobny? A pan poznałby go? — Zdaje mi się, że tak... widziałem go dość dokładnie w świetle latarni. Po krótkiem milczeniu przemówiła z pew- ną nieśmiałością, zaróżowiona: — Czy mogłabym pana prosić o jedną wielką przysługę? — Jestem na rozkazy... Czy mam spraw- dzić jego osobistość?... Bardzo chętnie, tylko wskaż mi pani miejsce i czas... — On napewno jest jeszcze w Klubie, i gdyby pan tam poszedł?... teraz są godziny urzędowania biura informacyjnego dla kobiet. — Już idę... Gdzie panią spotkam? Wandzia zawahała się... ze względu na ciotkę nie mogła zaprosić go do mieszkania... a gdzie ma go spotkać? — Będę na wystawie obrazów. — Zgoda—podał rękę i wsiadł do prze- jeżdżającej dorożki, dając adres Klubu.
1002 TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 52 Wandzia na wystawie stanęła znów przed obrazem Petryckiego. Wy- dał się jej równie pięknym, jak daw- niej, ale dziś, wiedząc, źe on ją ko- chał, zdawało się jej innem znacze- nie figur. W pracowni siedzi Petrycki i snu- je pasmo przeżytych wrażeń życia... Oto widzi nędzę, ból, rozpacz, i głę- boko odczuwa tę niedolę świata, bo on jest szlachetny i współczujący. I stopniowo szuka jaśniejszych pro- mieni, któreby tę gęstą mgłę nieszczęść mogły rozproszyć, a w sercu wznie- cić nadzieję, iż na świecie nie wszyst- ko jest cierpieniem i rozpaczą. Chłop, pastuszek, nie są tak przygnębieni nędzą życia, a te dzieciaki ze schroni- ska, chociaż opuszczone i sieroty, śmieją się i patrzą w przyszłość we- soło—to już promienie jasne padają na duszę artysty. A ta postać w gó- rze jest blaskiem szczęścia i nadziei— z dusznych mroków nędzy wszedł on w kraj słońca, i to ona go wywiodła. Zarumieniła się, dostrzegłszy w sobie tyle próżności, dumy, zaro- zumialstwa. Nie, ona fałszywie tłómaczy ten obraz, i to przez pychę, przez miłość własną. Posłyszała odgłos kroków, obró- Muzeum drezdeńskie cita się: to był Petrycki, który zbliżył się z uśmiechem, mówiąc: — Nie omyliła się pani: to był on. — Jesteś pan pewny? — Najzupełniej. — Dziękuję, serdecznie dziękuję panu... Tak się bałam, że skrzywdziłam niewinnego. — Cieszy mnie, źe usunąłem niepokój pani—uśmiechnął się.—Pani już zwiedziła wy- stawę? — Tak jest... idę do domu, bo ciocia czeka. — Więc pójdziemy razem... pozwoli pani? — Dobrze. Szli obok siebie plantami. Wandzia uznała potrzebę rozpoczęcia rozmowy, okaza- nia się uprzejmą po oddanej przysłudze i, nie chcąc mówić ani o sobie, ani o nim, spytała: — U pani Sylurskiej była doktor Szare- wiczowa. Pan ją poznał? — Widziałem jakąś szczupłą, przystojną osobę; nie byłem jej przedstawiony, ale znam ją ze zjazdu. — Prawda... A on zawstydził się, zoba- czywszy pana? — Tacy ludzie nic wstydzą się, lecz bo- ją; zdaje się, że mnie poznał, gdyż cofnął się. Znów szli w milczeniu; wreszcie on po pewnem wahaniu zaczął: — Starałem się, panno Wando, przepro- wadzić w życiu radę pani. Spojrzała na niego z lekkiem zdziwie- niem. — Już zapomniała pani?—mówił z od- cieniem żalu.—Po zjeździe, gdy odprowadza- łem panią, i byłem szczerszy w rozmowie, aniżeli z kimkolwiek, powiedziała mi pani: „Trzeba wstać i iść dalej!" Zarumieniła się lękko, spuściła oczy, MADONNA SYKSTYŃSKA RAFAEL SANZIO dziwiąc się swej śmiałości, że takiemu nie- zwykłemu człowiekowi ona dawała rady. — Otóż próbowałem, panno Wando.. unikałem starannie wszelkich myśli o pani, wszelkich wspomnień, marzeń... i sprawdziła się na mnie zasada, obowiązująca wszystkich: im większy ucisk, tem silniejsza reakcya. Za- miast wstać, otrząsnąć się i iść dalej,—zapalał się zwolna—stałem na miejscu, przejęty, prze- pojony jedną myślą, zwalczony miłością... Jak malarzowi oczy, tak pani potrzebna mi w ży- ciu. Myśl moja, jak ptak około gniazda, krą- ży koło pani... Ileż razy, spłoszona obawą, trudnościami, zwątpieniem, odlatywała w inny kraj, w inne światy, a zawsze wracała znęka- na, smutna, zbiedzona i szukała pociechy we wspomnieniach o pani... Niechże raz skończy się ta męka... Kocham panią... Czy mogę mieć nadzieję pozyskania wzajemności?... Nic dla mnie nie będzie trudnego, ciężkiego, niemoż- liwego, gdy przyświecać mi będzie nadzieja mego szczęścia. Na razie ogarnął ją wielki niepokój przy słuchaniu słów jego i obawa, co i jak mu odpowie. Zwolna począł ją upajać ton szcze- rości, odczuwała znaczenie każdego słowa, odgadywała przeżyte przez niego cierpienia i nadzieje, a gdy posłyszała wymówione sło- wo: kocham, serce zabiło tak gwałtownie, że nie mogła odetchnąć... Gdy skończył, milczała przez chwilę i miała uczucie, jak gdyby nagle zaskoczyło ją coś niezwykłego, przed czem musi się bro- nić. I skupiwszy w tym momencie swe siły, mówiła z powagą: — Wierzę w szczerość uczuć pana... i gdybym miała wyjść za mąż... wybrałabym pana. Mam jednak stałe postanowienie pozo- stać zawsze wolną, mieć własne prze- konania, nie wyrzekać się swego na- zwiska, nie krępować się obowiązka- mi względem męża i dzieci, bo wiem i czuję, iż lada cień niewoli, a zerwa- łabym najświętsze zobowiązania, nie uwzględniając nic i nikogo. — Ależ, panno Wando, — rzekł szybko — przecież połączymy się jak równy z równym. Pani zostanie pa- nią swej woli, swych czynów... ani na chwilę i niczem nie będzie pani krępowana... I ja wobec pani i całej jej rodziny zobowiążę się, iż zosta- wiam pani zupełną swobodę zerwania ze mną każdej chwili, ubezpieczywszy jej byt, i że w podobnym przypadku żadnych praw nie będę rościł do pani. — Tak mówi się zawsze przed ślubem uśmiechnęła się z ironią. — Niechże pani mi ufa: jestem uczciwym człowiekiem i zobowiązań dotrzymuję — powiedział z odcieniem wyrzutu w głosie. Żal zrobiło się jej poprzednich słów i rzekła łagodnie: — Wierzę w prawdziwość słów pana... ale swoich przekonań o mał- żeństwie nie mogę zmienić... — Pozwoli mi jednak pani mieć nadzieję, że z czasem zapatrywania pani ulegną zmianie, a wówczas... — Chociażby moje przekonania o małżeństwie—przerwała mu—okazały się błędnemi, w co bardzo wątpię, pozostaje druga przyczyna nie do usunięcia. — Druga? Jakaż? — Bardzo szczerze kocham swoją ciotkę, gdyż zawdzięczam jej dużo, bardzo dużo. Ona od pięciu lat zastępuje mi matkę, która musi się opiekować dziećmi mego brata, wdowca. Pan rozumie, że nie mogę okazać się niewdzięczną i nic słuchać rad cioci, przy- prawiać jej o zmartwienie. Słuchał zdziwiony, nie wiedząc, w jakim celu to mówi, ale przeczuwając z tonu głosu coś niemiłego, gdy na chwilę przestała mówić, spytał: — Czy ciocia pani ma coś przeciw mej osobie? — Tak jest. — Ale co? Prawic mnie nie zna, więc skąd uprzedzenie? — Jest to dawna historya, która dużo zmartwień i łez kosztowała moją ciocię... Stryj pana, pan Stanisław Petrycki, starał się nie- gdyś o rękę cioci, zaręczył się, i bez żadnych wiadomych powodów zerwał... Pojmuje pan, jakie wspomnienia i uczucia budzi w sercu cioci samo nazwisko pańskie... i gdybym się nawet sprzeniewierzyła swym osobistym prze- konaniom, ze względu na ciocię nie mogła- bym nigdy zostać żoną pana. — Wiadomość o tym nieznanym mi po- stępku stryja zmartwiła mnie, bo szanowałem tego człowieka... ale co ja jestem temu wi- nien? Skąd ja przychodzę do tego, by poku- tować za winy cudze?... Jestem przecież jako jednostka kimś zupełnie różnym od swoich sióstr i braci, a cóż dopiero od stryja? To jest niesłuszne i niesprawiedliwe, i postaram się przekonać o tem pannę Żardecką.
1003 M. B. OSTROBRAMSKA. M. B. CZĘSTOCHOWSKA. M. B. BERDYCZOWSKA. — O, co to, to nie! — zawołała z żywo- ścią.—Jeśli mamy być z sobą w zgodzie, to pan tego nic zrobi. Powierzyłam panu tajem- nicę cioci, a pan chce poruszać dawny ból, przeżyte cierpienia... Czyż pan nie czuje, że każde dotknięcie boli? — Dobrze, będę posłuszny pani... ale jakim sposobem usunę tę przeszkodę?... Stryj?!.. Przebywa tak daleko... kto wie, czy nie oże- nił się?... Z moim ojcem, a jego bratem, były zawsze chłodne stosunki, dlatego nie znam bliższych szczegółów jego życia... Poradź mi pani, pomóż... czyż pani nic czuje, że cierpię?... Ja muszę przełamać wszelkie przeszkody, dzie- lące mnie od pani, muszę walczyć, bo tu idzie o moje życic, o moje szczęście. Tyle prawdziwego bólu, cierpienia, głu- chej rozpaczy było w jego głosie, że Wandzia, do głębi wzruszona, powiedziała tonem ser- decznym, bardzo łagodnym: — Niechże pan się uspokoi... kto wie, co nam przyszłość przynieść może? — Jaka pani dobra i kochana!—zawołał: więc pozwala mi pani mieć nadzieję? Ta jego radość bardziej ją rozczuliła, aniżeli poprzedni żal i ból. Czuła się roz- brojoną, uległą... jeszcze chwila, a zgodzi się na jego prośby, zapomni o swem postanowie- niu, zapomni o ciotce. I zdjął ją dziwny lęk Przed człowiekiem, który posiada na nią wpływ tak wielki, wytężyła resztki sił i rzekła: — Proszę pana, ja nic nie wiem, nie n,ogę nic powiedzieć, a te pytania tak innie nięczą... — skarżyła się głosem dziecka. — Nie niówmy teraz... dobrze? — Przepraszam panią, nie wiedziałem, że rozmowa ze mną jest tak przykra dla pa- 111—odpowiedział z odcieniem żalu. — Niech się pan tylko nie obraża, — Podała mu rękę — nic złego nie miałam na niyśli... i do widzenia. — Już? — Tu przecież mieszkam — uśmiech- nęła się. — Prawda... zatem do widzenia. Spojrzała na niego tak dobrcmi, współ- । czującemi oczyma, iż poczuł dziwną radość, a zarazem niedowierzał sobie, wziął jej rękę i w milczeniu ucałował. Gdy weszła do przedpokoju, dojrzała na szaragach wiszące okrycie doktora Szarewiczo- wej, a w saloniku przywitała ją ciotka zgryźliwie: — Nareszcie jesteś! — Umyślnie tu zaszłam,—mówiła doktor Szarewiczowa z przyjaznym uśmiechem — by dowiedzieć się o przyczynie postępowania pa- ni... Jestem pewna, że pani ma zupełną słuszność. — Skąd znasz pana Ocicskicgo? Co znaczy to twoje znalezienie się tak wyzywa- jące, nietaktowne?—gromiła ciotka. — I ciocia zna tego pana,—uśmiechnęła się, siadając na krześle—a ja poznałam go na ulicy Stachowskiego... Pamięta ciocia? — To on był? — zawołała zdziwiona on?! i jesteś tego pewna? — Najpewniejsza... mam nawet świadka w razie wątpliwości. — Co się stało?... Nic nie rozumiem przemówiła doktor Szarewiczowa. Panna Żardecka opisała szczegółowo za- chowanie się dwóch młodzieńców z Wandzią i użyczenie jej pomocy przez nieznajomego. — Pani miała zupełną słuszność napięt- nować bezecne jego postępowanie niepoda- nicm ręki!—zawołała Szarewiczowa - a Sylur- ska nie miała racyi podkreślać: mój salon, mój gość... 1 ten Domnicki należy do tej sa- mej bandy!... podejrzewałam go już dawno. — Dopóki pani Sylurska nie przeprosi Wandzi, — powiedziała z odcieniem zaciętości panna Żardecka—nie pozwolę jej chodzić do Klubu. — Naturalnie. Byłyśmy obie w naszym salonie, i tylko od panny Wandy zależało, czy chce kogoś znać lub nie. Narzucanie znajo- mości, robienie uwag nie należy do Sylur- skiej; dość, że znosimy jej przechwalonego siostrzeńca. — Będziemy też czekały decyzyi pani Sylurskiej — rzekła stanowczym tonem gospo- dyni. (DN) AVE MARIA! Ave Maria!... Niech po wszystkie czasy, W każdej dnia chwili pośpiesznej godzinie Pieśń Pozdrowienia kn niebiosom płynie Niech chóry rozdzwonionemi, Na ziemi tej i poza obrębem tej ziemi, Ekstaza modlitw się wzbija, Hymn nad hymnami, Pieśń nad pieśniami: Ave Maria!... Szumcie pola wody lasy... Szumcie! Dzwońcie harfy cytry gęśle... Dzwońcie! Zakołysz się, lanie cały, Uroczystym szmerem zbóż Dzwony jutrzniane. Dzwony nieszporne, Bijcie!... Niech głos wasz nieuśmierzony Niczem hymn chwały Gra... Dzwony!... Ave Maria!... Pani nieba!... Królowo ziemi i mórz!... Okryta łaską Bożą, Nazwana Gwiazdą Ranną... Dziewico!... Matko!... Panno!... Najpiękniejsza z zórz Wszystkich Zorzo! Stojąca Na złotym sierpie Miesiąca- Z gwiazdami u stóp, z gwiazdami nad głową, Pocieszycielkol... Zbawczyni!... Królowo!... Patrz cierpię!... Ja co w Twej mocy moc czerpię, Przeciwko niewierze świata Mówiłem; Wierzę!... Ja w prochu leżę I cierpię!... Bądź pozdrowiona Maryjo!... Tym jękiem, co łka w mej duszy, Bólem, którego żaden balsam nie zagłuszy, Gromami, co w pierś mą bija, Rozdarciem mojego łona... Bądź pozdrowiona Maryjo! KAZIMIERZ GLIŃSKI.
1004 TYGODNIK ILLUSTROWANY 52 Marcin Olszyński. SYLWETKA POŚMIERTNA. Wżyciu potocznem Warszawy niedawny zgon Marcina Olszyńskiego przeszedł bez wrażenia. Przez trzy dni nazwisko jego w czarnej obwódce banalnej klepsydry odczytywali przechod- nie, pisma brukowe w pomieszczonych nekrolo- gach zaznaczyły śmierć jednostki użytecznej dla społeczeństwa, wreszcie niewielkie grono bliższych przyjaciół odprowadziło ciało na wieczny spoczy- nek. I koniecl Tryb życia wielkiego miasta dal- szym potoczył się biegiem, aktualność wczorajsza ustąpiła miejsca aktualności chwili obecnej. W tych krótkich wzmiankach, które miałem sposobność w pismach warszawskich napotkać, ude- rzyła mnie jedna rzecz. Czuć było, że ci, którzy je pisali, wiedzieli o Olszyńskim bardzo mało, prawie, że nic; napomykano o jego zacnem sercu, o trudach dla ogółu podjętych, ale kogośmy wła- ściwie w Olszyńskim stracili—nikt nie wykazał. Ci wszyscy, którzy o nim pisali, coś niecoś słyszeli o je- go działalności może w ostatnich latach widywali go nawet przy* pracy w kancelaryi Muzeum, ale stanowczo człowieka takim, jakim był, nie znali. I znać zresztą me mogli, gdyż grunt, na któ- rym pracował, rola, której skiby orał, nie przez jed- no już pokolenie przeorane były. Z Olszyńskim wchodzi do grobu część życia duchowego tej garstki pionierów sztuki naszej, którzy, ująwszy kilof artystycznej pracy przed pięćdziesięciu laty, wyszli dawno już z koła gorączkowej aktualności i ze spokojem spełnienia szlachetnych zadań swej młodości legli już w grobie, lub w zapomnieniu dożywają resztek dni swego żywota. W Olszyńskim nietylko charakteryzuje się, lecz poniekąd koncentruje wspaniale już w historyi sztuki naszej zajmujący miejsce okres jej pierwot- ny— okres przebudzenia się myśli o pięknie nie w jednostkach wyjątkowych, lecz w pewnej licz- niejszej grupie młodzieży, która działalnością swoją, podjętą w imię jedynie miłości dla sztuki rodzi- mej, stała się podwaliną obecnego jej rozwoju. Jeżeli prowodyrami ruchu tego, jego najpoważniej- szymi przedstawicielami, pozostaną tacy, jak: Ger- son, Kossak, Kostrzewski, Simmler lub Pillati, ar- tyści, to z pewnością duszą tego ruchu, łącznikiem spajającym w pewną całość oddzielne usiłowania był Marcin Olszyński. Trudno było rzeczywiście o organizacyę du- chową bardziej odpowiednią zadaniu, jakie miała spełnić: wielki zapal do wszystkiego, co piękne, co szlachetne, serce gorące, miłością dla kraju i dla współbraci przepełnione, umysł szeroko otwarty na wszelkie objawy myśli, kiełkującej w społeczeństwie. Takim przedstawia się nam Olszyński w pierwszem zaraniu swego życia, w pierwszych kro- kach, które samodzielnie stawiać zaczyna. Urodzony w 1830 r., jako syn zamożnej szla- checkiej rodziny, po ukończeniu nauk ogólnych, zapisuje się do nowo powstałej naówczas b. szkoły sztuk pięknych. Czyni to impulsywnie, wbrew tradycyi, która, szczególnie w owych latach, pracę na zagonie praojcowskim jako jedyny cel dla szlachcica stawiała. Olszyński młodzieńcem prze- niewierzył się tradycyi: z obywatela ziemskiego stał się obywatelem kraju, dla jego dobra, dla przyszłej jego sławy pracując. Szkoła nie przyniosła mu wyrobienia facho- wego — dyletantem pozostał wyrobiła natomiast zmysł artystyczny, pociągnęła ku ukochaniu sztuki, której, nie będąc nigdy fachowym malarzem, do końca życia służył. W szkole Olszyński zetknął się z generacyą, której zadaniem stała się regene- racya polskiej sztuki. Pod wpływem znakomitego w jej dziejach pedagoga, Feliksa Piwarskiego, mło- de to pokolenie zaczęło wspólną pracę bez środków, bez poparcia, bez stosownej dla rozwoju ich usiłowań atmosfery, bez tradycyi dziejowej, któraby mogła ich usiłowania w pewnym prowa- dzić kierunku. Istna mrówcza praca na pustyni! W szeregu tym widzimy: Gierdziejewskiego, Ko- strzewskiego, Gersona, Pillatiego, Sypniewskiego, Szermentowskiego, Lerue, Bakalowicza, Tegazza, Święckiego, Ceglinskiego, Maleszewskiego, Brodow- skiego i tylu innych. Po latach kilku grupa się zwiększyła; przybyli do niej z zagranicy: Simmler i Kossak, przybył z Litwy Marszewski. Szkołę co rok kończyło kilku lub kilkunastu artystów. Powiedziałem wyżej, że kierunku tego Olszyński był duszą; był on również i sercem jego, gdyż stał się ogniskiem życia wspólnego, węzłem łączą- cym w jednolitą całość te wszystkie młode serca, na jedną nutę bijące. Gdym spotkał w dniu pogrzebu Marcina Ol- szyńskiego jego starego przyjaciela i towarzysza Kostrzewskiego, powiedział mi frazes dobitnie cha- rakteryzujący zmarłego: „Myśmy wszyscy wisieli przy Olszyńskim, on nas karmił, pomagał nam, on pierwszy w Polsce kupował nasze obrazki". Czy może być coś bardziej przemawiającego do duszy nad to szczere uznanie sędziwego mistrza? Środki materyalne, które posiadał, pozwalały mu czynić dobrze całemu gronu kolegów. Wspo- magał, zachęcał do pracy, podnosił ducha, pchał ku wyżynie całą tę drużynę, która znowu pchała coraz wyżej ideę czystej sztuki. Pokoik studenta zamienia się po wyjściu ze szkoły na obszerne mieszkanie, pełne na ścianach obrazów, a w swo- jem wnętrzu przyjaciół. Mieszkanie Olszyńskiego, w szóstem dziesięcioleciu ubiegłego stulecia staje się ogniskiem nietylko towarzyskiem, lecz i du- chowem—tu powstają projekty przyszłej kolektyw- nej pracy, urządzają instytucye, wiele też obra- zów początek tu bierze. Dwa kapitalne obrazy Henryka Pillatiego: „Turniej" i „Rozejście się narodów" nawiasem mówiąc, nie znajdujące się jeszcze dotychczas w Muzeum przy Towarzystwie Zachęty były wy- konane u Olszyńskiego i na jego zamówienie. Czyż nie są one dziś już historycznymi przyczyn- kami do poznania epoki, tak niedawnej napozór, a tak zapomnianej? Olszyński nigdy nie był mecenasem sztuki, lecz był szczerym druhem artystów. Zbiory jego powstały same przez się nie zbierał ich, groma- dziły się one same, z konieczności. 1 trwało to poty, póki trwać mogło. Olszyń- ski na ołtarzu sztuki złożył nietylko samego sie- bie, swoje życie, swoje serce poświęcił on na nim cały swój byt materyalny. Naówczas zaczyna się drugi okres w dzia- łalności niepospolitej tej organizacyi. Zaczyna pracować dla chleba, nie opuszczając jednak tere- nu przeszłej działalności. Zakłada do spółki z Brandlem jeden z pierwszych poważnych za- kładów fotograficznych. On pierwszy w swym zakładzie zużytkowuje sztukę w granicach foto- grafii. Któż nie pamięta owych rokrocznie wyda- wanych kalendarzów ściennych z fotografiami znanych osobistości? owych humorystycznych grup wszystkich redaktorów pism i t. p., okolicznościo- wych wydawnictw, które rozchwytywane przez publiczność, do rzadkości bibliograficznych należą? Winiety do wydawnictw tych, kompozycye całości i szczegółów robili artyści, jak: Kossak, Pillati, Kostrzewski. W zakładzie swoim, do spółki z Brandlem prowadzonym, fotografował również wszystkie cenniejsze obrazy z wystaw. Nowe pole działalności Olszyńskiego od- kryło się z chwilą założenia czasopisma Kłosy. Po bardzo krótkiem kierownictwie artystycznem Bronisława Kamińskiego, Olszyński obejmuje ten dział i prowadzi go przez lat kilkanaście, wle- wając swoją pomysłowość i rzutkość w sferę, dość szablonowo poprzednio traktowaną. Iluż to artjstów z młodszego już nieco po- kolenia Olszyński pierwszy na szerszą widownię wyprowadził! Był on idealnym kierownikiem pisma obrazkowego. Ostatnim etapem publicznej pracy Olszyń- skiego było stanowisko kustosza w Muzeum prze- mysłu. Skołatany życiem, ale pełen zawsze we- wnętrznego ognia, pracował i tu z pożjtkiem dla instytucyi. Ale nie był to już dawny pan Marcin, ten, którego cała intelektualna Warszawa czciła ucztą składkową w 1875 r. Czasy się zmieniły, otoczenie stało się innem — wśród wymierającego pokolenia swych wspóltowarzyszów pracy, czynu i nadziei, pozostał osierociały, jakby do innego należąc już świata. Człowiek ten, który, formalnie to rzec moż- na, przez lat kilkadziesiąt stał na wybitnym poste- runku, który przodował zawsze, gdy chodziło o cel szlachetny, którego życie tak jest związane ze sztuką polską, jak szabla ze swą pochwą schodz.i do grobu—zapomniany. Piszę tę słowa z niewymownym żalem po stracie prawdziwie szlachetnego człowieka, z ża- lem po czasach, których on był jednym z ostat- nich przedstawicieli. HENRYK PIĄTKOWSKI. Z tygodnia na tydzień. Szkoła dziennikarska. W łonie Czytelni akademickiej lwowskiej, za podnietą p. Stefana Górskiego, powstało w lu- tym r. 1904 Kółko dziennikarskie. Nowy i orygi- nalny pomysł wieńczy odrazu zupełne powodze- nie, gęsty bowiem zastęp młodzieży, zamierzającej poświęcić się publicystyce, uczęszczał pilnie na odczyty, rozprawiał żywo a z zapałem, pouczał się o szlachetnej, dziennikarskiej sztuce, którą wie- lu niepowołanych ściągnęło dziś do poziomu „busi- nessu" lub rzemiosła. Na jedenastu posiedzeniach, oprócz dziennikarzy z zawodu, zabierali głos do- brze przygotowani i władający poprawnie słowem studenci: Stefan Górski (przewodniczący Kółka), Henryk Mościcki (jego zastępca), Maryan Dienstl (sekretarz), Jan Załuska, Julian Ejnejgler, Kazi- mierz Baranowski, Jan Dąbrowski. Tak sformowane, przejęte pięknym dla umi- łowanej rzeczy zapałem, zwróciło się obecnie Kół- ko to do Szkoły nauk politycznych we Lwowie, składając na ręce jej przewodniczącego, b. rektora uniwersytetu, dra Władysława Ochenkowskiego, memoryał, żądający założenia Szkoły dziennikar- skiej. ...„Dziennikarstwo powiadają w piśmie tom przyszli polscy publicyści nie może być trakto- wane jako robota, której ktoś poświęca się w chwi- lach wolnych od zajęć. Dziennikarz pracy swej oddać się musi całą duszą, poświęcić jej wszystkie siły swoje i zdolności, stać wytrwale na posterun- ku, śledząc z uwagą pulsujące życie społeczeństwa. Dziennikarstwo to zawód, zawód szczytny, choć ciężki". Uzasadniając w dalszym ciągu potrzebę szko- ły przygotowawczej do publicystyki, powołują się młodzi projektodawcy na istniejące już szkoły dziennikarskie w Berlinie, Paryżu, Lille, Nowym Jorku (instytucya taka powstać ma wkrótce i W Moskwie), na ich rozwój wprost świetny, na widocz- ne za granicą usiłowań tych owoce. Szkoły wszakże nie mogą wytwarzać i kształcić naszych publicystów. „Dziennikarz powinien wczuwać się w swoje społeczeństwo, jeśli służyć mu chce god- nie i uczciwie." Dlatego założenie szkoły dzienni- karskiej u nas jest istotną koniecznością.
1105 TYGODNIK ILLUSTROWANY N? 52 Podniósł już za nią głos śmiały, wymowny, s'łą i przekonaniem brzmiący, dr Władysław Rab- ski w Kuryerse Warszawskim. P. Zdzisław Dę- bicki cenne w tej sprawie podał wskazówki na ła- niach Gazety Polskiej. Oświadczyła się też za Szkołą szanowna Biblioteka Warszawska, a na- wet chwilowy szkoły przeciwnik, p. Bolesław Kos- mowski, poznawszy uczelnię berlińską, uznał nieza- przeczony pożytek jej i doniosłość kulturalną. .. „Lwowska szkoła nauk politycznych po- wiada w końcu memoryal jest właśnie instytucyą, w której łonie powstaćby mógł snadnie zawiązek przyszłej szkoły dziennikarskiej. Program wykła- dów powinienby mieć charakter, uzupełniający po- ważną wiedzę, nabytą w uniwersytecie. Kładziemy nacisk na to, że sprawa jest na dobie, i że już w przyszłem półroczu należałoby rozpocząć wykła- dy: o historyi prasy naszej, o metodzie w dzienni- karstwie, o administracyi czasopism, o technice dziennikarskiej, o etyce i prawodawstwie prasowem i t. p., i t. p.“ Tak mówi młodzież, ożywiona gorącem, a uznania chyba godnem pragnieniem podniesienia dyapazonu umysłowego, podupadającego, mimo wzrost i blask pozorny, dziennikarstwa, ski. y V i Z życia. Siedzi przy stole drobny, wątły, skulony nad książką. Uczy się. Mała lampka z polłuszczonym kloszem oświeca szczupłą twarzyczkę, podkrążone oczy i blade, przezroczyste niemal skronie, pokryte sie- cią drobniutkich, sinych żyłek. Od kilku godzin siedzi już tak nieruchomo, przerabia zadania arytmetyczne, kuje gramatykę, powtarza historyę. Kurteczkę szkolną zdjął, bo szkoda, i owinięty w starą chustkę, poważny, uro- czysty, robi wrażenie małego, dorosłego człowieka. Kiedy niekiedy tylko podnoszą się schylone po- wieki i wielkie, smutne oczy biegną w ciemny kąt pokoju, gdzie leży na łóżku młoda kobieta. Nie leży właściwie, tylko siedzi, o poduszki wsparta. Szybki, nierówny oddech podnosi jej pierś za- padłą; na twarzy płoną gorące wypieki. Włosy, rozrzucone w nieładzie, płową falą zakrywają po- duszki. Mijają godziny. Późno już. Spojrzenia uczącego się dziecka stają się coraz bardziej smut- ne. Wreszcie złożył książki, zsunął się z krzeseł- ka i spytał cichutko: Może mamusi czego potrzeba? Była w tem pytaniu troskliwa czułość, ale było prócz tego jeszcze coś, niewypowiedziane słowami, nieuchwytne niemal, niby prośba nieśmiała i przypomnienie. Kobieta zrozumiała, poruszyła się gwałtownie na łóżku, załamała ręce, aż palce trzasnęły w sta- wach i ruchem strasznej rozpaczy zarzuciła je nad głowę... Mnie nie... mnie nie... ale ty, Józiu, jeszcze dzisiaj nie... Coś. niby jęk, niby łkanie wydarło się z za- padłej piersi. A dziecko szepnęło cicho i słodko: Niech mamusia nie płacze, niech się ma- musia uspokoi. Ja wcale nie jestem głodny, ani troszeczkę... Glos mu się załamał i uwiązł w boleśnie ściśniętem gardle. Podszedł do okna i stanął przy niem cichut- ki, w swojej wielkiej, starej chustce. Mróz wy- cisnął na szybach cudne kwiaty o dziwnych, fan- tastycznych kształtach. — Skąd one? szepnął to z mrozu?... wczoraj nie było... dzisiaj nie było... może jaka dobra wróżka... taka z bajki... jakie one śliczne... •>iby zaczarowane paprocie... Pochylił ciemną główkę i patrzał, patrzał... patrzał.. a z pod schylonych powiek głodnego dziecka zaczęły płynąć łzy wielkie, gorzkie, i spa- dały cicho na zaczarowane paprocie... Janina Glogerówn.t. liudolj Othnan, kustosz biblioteki Jagieloń- skiej, autor cennych studyów z zakresu literatury polskiej, zmarł w Krakowie w dniu 14 b. m., prze- żywszy lat 60. Urodzony w roku 1844 we Lwowie, tamże studya uniwersyteckie ukończył i tamże wstą- pił do służby rządowej przy bibliotece uniwer- syteckiej. W roku 1876 mianowany byl skryp- RUDOL1- OTTMAN. torem biblioteki Jagiclońskiej, a po śmierci zasłu- żonego bibliografa, ś. p. d-ra Władysława Wisłoc- kiego, objął stanowisko kustosza. Miłośnik piśmiennictwa ojczystego, w młod- szych latach pracował na polu literackiem i ogłosił kilkanaście studyów i rozpraw z zakresu historyi literatury polskiej, opierając je przeważnie na nieznanych i niewyzyskanycli materyałach biblio- tecznych. Z prac tych, ogłaszanych częścią oddziel- nie, częścią w czasopismach, najcelniejsze są: „Erazm Gliczner Skrzetuski" (Przewodnik nau- kowy i literacki, 1886 r.). „Stefan Witwicki, ży- cie i pisma/ 1879 r.; „Julian Korsak, jego ży- cie i dzieła", Przegląd Polski, 1882; „Dyaryusz Taszyckiego z drogi tureckiej", Kłosy, 1883; „Jan Paweł Woronicz", Kraków, 1893; „Adam z Brusi- siłowa Kisiel", Kraków, 1886; „Słów kilka o nauce języka niemieckiego", Kraków, 1885; „Postacie nie- wieście w „Panu Tadeuszu"; „Beitrage zur Kid- lurgeschichte der Polnischen Frauen im XVI XVII Jahrlnindertc", Kraków, 1884; „Zur Eman- zipation der polnischen Fraticnwclt,“ Wien, 1883; „O hetmanie Rzewuskim" (w Czasie). p. ('hoinla. Obrazy czarodziejskie Przed okiem mojem płyną, I marzę tak uroczo, Że jestem znów dzieciną. W ojcowskim starym domu, Jak niegdyś, widzę siebie, W okienko patrzę pilnie, Czy gwiazdka lśni na niebie. Ta gwiazdka, co zwiastuje, Że Chrystus Pan się rodzi, Tak długo, ach, tak długo Na niebie dziś nie wschodzi! Błysnęła wreszcie... oto Otwarto drzwi... ach, Boże! Choinka stoi cudna, Światłości całe morze. Lśnią kolorowe świeczki, Zabawki błyszczą zdała: Koniki, pałasiki, Ogromna śliczna lala. Najulubieńsze książki U stóp choinki widzę— I łzy mi płyną z oczu, Lecz łez się tych nie wstydzę. Obrazy czarodziejskie Przed mojem suną okiem 1 duszę napawają Świetlanym swym urokiem. O, ojcze, matko moja! Znów jestem z wami, z wami! Dziękuję wam, dziękuję Tęsknotą, żalem, łzami. ao. ©a EPILOGI. Wstręt do pióra. Obok straszliwie wzrastającej grafomanii, która stała się klęską wszystkich redakcyi i ogar- nęła wielkie zastępy ludzi różnego wieku, zaczy- nając niemal od dzieci, jednocześnie tkwi w nas stara, odwieczna cecha wstręt do pióra — która dziś większe niż kiedykolwiek wyrządza szkody. Wogóle nie lubimy odpowiadać natychmiast na listy, a w przeważnej liczbie nawet wcale nie od- powiadamy, co jest chyba świadectwem niższej kultury naszej w stosunku do innych narodów cy- wilizowanych. Cecha ta sprowadza niekiedy bar- dzo smutne skutki nietylko w stosunkach prywat- nych, lecz i społecznych. Oto np. niedawno p. Henryk Radziszewski, prezes oddziału poszukiwania pracy przy warszaw- skiem Towarzystwie dobroczynności, na posiedze- niu sekcyi rolnej użalał się, iż ziemianie wcale nie chcą odpowiadać na listy z zapytaniami pouf- nemi w sprawie kandydatów na posady wiejskie, że na mnóstwo takich listów, rozesłanych po ca łym kraju, nadeszło odpowiedzi... 16! Oczywiście, wobec takiego stanu rzeczy pośrednictwo chroma, z wielką krzywdą dla rzesz, poszukujących pracy. Znając tę smutną cechę naszego ogółu, zwłaszcza wiejskiego, wiele instytucyi ułatwia adresatom korespondencyę przez drukowanie sche- matów listów i nawet adresów; ale i te środki nie- wiele są skuteczne. Ten wrodzony, dziedziczny wstręt nietylko do listów, lecz i rachunków, częstokroć bywa przy- czyną chaosu, nieładu w budżetach, których rol- nik nie umie ani prowadzić, ani zamknąć, a skut- kiem tego często, nie mogąc określić planu wy- datków, popełnia dotkliwe błędy rachunkowe. Oczywiście, mówimy tu o rolnikach średnich, któ- rzy nie mają buchalterów. To samo, niestety, robi znaczna większość naszych pań, które albo nie prowadzą rachunków wcale, albo też piszą je na świstkach, wrzucanych natychmiast do kosza lub pieca. Nic też dziwne- go, że w budżetach częstokroć zdarzają się luki dotkliwe i niespodziane, jedynie dlatego, że wy- datki są prowadzone na oślep, że niema materyału do porównania budżetu przeszłorocznego z prze- widywanym na rok następny. Rzecz wielce znamienna, że w jednej war- stwie społeczeństwa, dotychczas „drzemiącej" i „ciemnej," spostrzegamy objaw w tej mierze do- datni i nawet pouczający... dla „inteligencyi" śród
1006 TYGODNIK II LUSTROWANY Ne 52 RZEŹBY DEKORACYJNE WACŁAWA BĘBNOWSKIEGO NA WYSTAWIE W SALONIE KRYWULTA. włościan naszych. Od kilku lat sekcya rolna urządza konkursy gospodarstw włościańskich. Z materyału owych konkursów, który mieliśmy sposobność przejrzeć skrupulatnie, widzimy, że chłopi nasi umieją i lubią prowadzić rachunki, że bardzo starannie układają swoje budżety, w któ- rych nawet są pozycye wydatków na książki i pis- ma po kilkanaście rubli rocznie. Oczywiście są to chłopi wyjątkowi, ale takich wyjątków z każ- dym rokiem mnoży się coraz więcej na dobro ogólne społeczeńswa i... ku wstydowi „warstw przodujących.“ Zen. P. Teatr, muzyka, sztuki plastyczne. * Teatr lwowski wystawił fragment ze starego dramatu pióra Tekedy Iztima p t. „Terrnkoja, czyli szkółka wiejika”. Rzecz wprost niezwykła i dosko- nale wystawiona. Uderzono tu w nutę tak podniosłą potężną, iż widzowie długo nie zdołali otrząsnąć się z uczuć zgrozy i podziwu, wywołanych zarówno prze- wodnią ideą utworu (szlachetne, bohaterskie poświęcenie), jak wykonaniem ze strony współpracowników Pawlikow- skiego. „Wiejską szkółkę' przełożył i opatrzył wdzięcz- nym prologiem Żuławski, znalazłszy w p. Kwiatkiewiczu doskonałego słów swoich tłómacza. Z „Terrakoją' mog- liby artyści nasi wystąpić na pierwszorzędnych scenach świata i wszędzie niewątliwie zbieraliby słusznie im na- leżne wawrzyny, tc * Związek artystów polskich we Lwowie otwo- rzył już, jak pokrót- ce wspominaliśmy, drugą wystawę prac swoich człon- ków. Tegoroczny do- robek nadpełtwiań- skiej kolonii arty- stycznej przedstawia się pod względem liczebnym imponują- co; wystawione też są tutaj dzieła o rze- telnem piętnie arty- sty cznem. Na czoło drużyny wybił się, jak zwykle, przewod- niczący Związku, Rozwadowski. Pod- kreślić także należy utwory Augustyno- wicza, Trusza, Gaw- likowskiego i Win- terowskiego. N i e brak rzeczy: Batow- skiego, Reichami, Rcyznera, Harasimo- RZEŹBY DEKORACYJNE WACŁAWA BUJNOWSKIEGO NA WYSTAWIE W SALONIE KRYWULTA. wicza, Rybkowskicgo i innych „tutejszych'. Rzeźbę przedstawiają Popiel i Wojtowicz; nie widzimy natomiast Ostrowskiego. Z 91 zgromadzonych tu dzieł wiele zna- lazło tym razem nabywców; kupowało też i ministeryum oświaty. C Z SALONÓW ARTYSTYCZNYCH. * Jak wiadomo, z urządzoną w tych czasach w sa- lonie Krywulta wystawą pod nazwą „Dwór Polski' łą- czyły się dwa oddzielne konkursy: jeden, ogłoszony przez wspomniany salon sztuki, drugi zaś przez redak- cyę „Tygodnika ilustrowanego." Obecnie konkursy tc rozstrzygnięto, przyczem jury wystawowe przyznało dwie równoznaczne nagrody po 50 rubli każda: pp. Stanisła- wowi Witkiewiczowi (za projekt architektoniczny dworu w Łancuchowie) i Noakowskiemu (za szkice architekto- niczne). Redakcya „Tygodnika ilustrowanego" natomiast uznała za najodpowiedniejsze do wykonania reproduk- cyi w łamach swego pisma prace: p Zofii Stankiewi- czówny (akwatynta) i p. Apoloniusza Kędzierskiego (dwa obrazy olejne, osnute na temacie dworu polskiego), prze- znaczając swoim laureatom, ze względu na wysoce arty- styczną wartość danych prac, również dwie jednakowe nagrody po 50 rubli każda, o ZE SZTUKI STOSOWANEJ. * Przybyła nam nowa gałąź przemysłu. Dotych- czas sprowadzano do nas figurki na choinki, ozdobne flakony i wogóle różne stawiane na biurkach, toaletach ozdoby—prawie wyłącznie z zagranicy. Zdarzało się wprawdzie czasem znaleźć u ludzi o wykwintniejszym smaku estetycznym wyroby, wykonane ręką naszych ludowych artystów, a więc- najczęściej z drzewa wystru gane zręczne postaci, domki zakopiańskie, w których przechowywano papierosy, popielniczki, noże do rozci- nania kartek (również przeważnie zakopiańskie), ale były to objawy odosobnione. Produkcya ta nie przybierała szerszych rozmiarów (obecnie już w tym kierunku daje się zauważyć zwrot ku lepszemu), a ozdób z terakoty nie mieliśmy wcale. Kupowano więc banalne, ciężkie w pomyśle i prostackie wyroby tandetnych fabryk zagra- nicznych. Od nawały obcego przemysłu w tym kierun- ku może wyratuje nas teraz fabryka p. Wodzińskiego w Służewie, której wyroby zasługują na szczególną uwa- gę ze względu na artystyczne, bardzo interesujące po- mysły wykonanych tam figurek i flakonów. Fotografie, które załączamy w numerze dzisiejszym, to podobizny rzeźb dekoracyjnych p. Wacława Bębnowskiego, wysta- wionych w Salonie Krywulta, a wykonanych we wspo- mnianej fabryce. Rzeźby te odznaczają się doskonaleni modelowaniem postaci, pełnych wyrazu, wykwintnym ich układem oraz świetnem zużytkowaniem kształtów, branych zupełnie samodzielnie wprost z natury o WYDAWNICTWA ARTYSTYCZNE. * Jak wiadomo, piśmiennictwo nasze nie posiada dotychczas nawet pobieżnego katalogu ani miejscowości słynnych w dziejach naszych, ani pamiątkowych budowli historycznych, rozsianych obficie po kraju. Czas nieubła- gany zmienia z dniem każdym wygląd tych zabyt- ków, niszcząc je i ścierając stopniowo z powierzchni zie- mi ojczystej. To też każda praca, podjęta w celu prze- chowania ich śladu, przyszłym pokoleniom, zasługuje na szczególne podkreślenie. Taką właśnie pracę, choć w szczupłym zakresie, stanowi świeżo wydane album p. Jana Olszewskie- go p. t. Miłośni kom pamiątek. W wy- dawnictwie tem, opa- trzonem na wstępie i na końcu dwoma pięknymi wierszami Or-Ota, znajdujemy najważniejsze zabyt- ki Warszawy, Bielan, Łowicza, Czerska, Łęczycy, Kalisza, Pyzdr, Koła, Uniejo- wa, Radomia, Janow- ca, Iłży, Ossolina, Sandomierza, Piotr- kowa, Częstochowy, Będzina, Koniecpola, Nowogródka, Lubli- na, Zamościa i t. P- Na każdej karcie po- daje autor nadto por- tret sławnego męża, którego imię związa- ne jest z nazwą da- nej miejscowości.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 52 1007 Z Dalekiego Wschodu. Główna część floty admirała Roźestwienskie- go, złożona z najcięższych pancerników, w poło- wie b. m. dosięgła, okrążając Afrykę, portu Mo- ssamedes, należącego do Portugalii. Od tego punk- tu do Przylądka Dobrej Nadziei oddzielają ją jeszcze 2,000 kilometrów. Mossamedes jest portem nie nadającym się do uskuteczniania naprawek na okrętach. Można tam tylko zaopatrzyć się w wę- giel i wodę. Mossamedes jest odległy od Swa- kopmundu (posiadłości niemieckie), o 800 kilo- metrów. Jak powoli płynąć musi eskadra bałtycka wzdłuż Afryki, dowodzi fakt, że podróż jej z Da- karu (Senegambia) do Mossamedes trwała całe cztery tygodnie. Prawdopodobnie w roku bieżą- cym eskadra nie dopłynie jeszcze do Kaplandu. Druga część II floty oceanu Spokojnego pod dowództwem admirała Folkershama (krążowniki i torpedowce), przeszła już przez Morze Czerwo- ne i wpłynęła na Ocean Indyjski, który w obec- nym czasie podobno dogodnym jest do żeglugi. Od tej chwili zapewne nieprędko usłyszymy coś o tej części eskadry. Wreszcie tak zwana flota dopełniająca, sta- nowiąca aryergardę wyprawy admirała Rożestwien- skiego, wkrótce przepływać zacznie przez kanał Sueski. W jakim punkcie połączą się wszystkie owe trzy części floty bałtyckiej, niewiadomo. S: *• * Z nad Szacho, oprócz nic nie znaczących telegramów o potyczkach, nadeszła do „Central News" wiadomość (powtórzona przez Ros. Ag. Teł.), która mogłaby mieć głębsze znaczenie: „Od- dział ochotników (ze strony japońskiej), liczący 3,000 ludzi, pod dowództwem Chaotena, napad! niespodziewanie (d. 15 b. in.) na wojsko rosyjskie w chwili, gdy starało się wykonać dywersyę w kie- runku Chejszancho. Rosyanie cofnęli się do Muk- denu." Zastanawia w tym telegramie jego zakończe- nie: Niema tam mowy o cofnięciu się Rosyan na główne pozycye nad Szacho, lecz wprost do Muk- denu. Ponieważ niedawno właśnie donoszono do pism niemieckich o okrążeniu przez armię Oku części pozycyi rosyjskich wraz z zajęciem miasta Chuanszan, nasuwa się więc przypuszczenie, czy Chejszancho i Chuanszan nie są to miejscowości PORT ARTURA ZEWNĄTRZ: WAI.KA NA BAGNETY W OKOPACH. PORT ARTURA WEWNĄTRZ: 1NSPEKCYA FORTU ICESZAN. identyczne. W takim razie armia Oku znajdowała- by się wprost przed Mukdenem, poza linią obron- ną Rosyan nad Szacho, co mogłoby oczywiście po- ciągnąć za sobą skutki pierwszorzędnej wagi. Do- tychczas jednak niema urzędowego potwierdzenia tych wieści, ani ze strony rosyjskiej, ani z ja- pońskiej. Generał Stocssel potwierdza w ostatnich swo- ich raportach (które przywiozło do Czifu siedmiu wysłańców na dżonce) wiadomość o zdobyciu przez armię oblężniczą góry Wysokiej (203 rn.) i o ciężkich uszkodzeniach okrętów. Jak wiadomo, na górze Wysokiej Japończycy w niezmiernie krótkim przeciągu czasu zdołali umieścić ciężkie działa, które obrócili przede- wszystkiem przeciwko stojącym w Porcie Artura okrętom rosyjskim, z których silnie uszkodzili „Bojana" (przewrócił się na bok), zatopili „Retwi- zana" i „Połtawę," uszkodzili „Palladę," „Pobie- dę,“ „Pereswiet" i dwa torpedowce, tak, że nie będą już zdolne wypłynąć z portu, tylko „Sewa- stopol" zdołał jeszcze ujść w czas, stanąwszy tuż przed wejściem do cieśniny pomiędzy Tygrysim ogonem a Złotą górą. Tam atakowały go torpe- dowce japońskie. Oprócz tego, dzięki bateryom owego zdo- bytego wzgórza armia generała Nogi zajęła wzgó- rze Akazaka, dwa inne w pobliżu Iczanu, wreszcie zburzyła kilka składów z prochem, a wśród nich skład torped na Tygrysim Ogonie. * * * Jeden z korespondentów pisma Abw. Wrein. opisuje w jaki sposób grzebie się trupy poległych w Mandżuryi: „W długich, wspólnych mogiłach układa się ciała rzędami. Pierwszą tę warstwę trupów przy- krywa się warstwą gaolanu, a na nią nakładają no- we rzędy poległych. Oficerowie leżą tam obok prostych żołnierzy. Zbiorowe te grobowce docho- dzą do ogromnycli rozmiarów. W jednym z nich pochowano 60 trupów. Na powstałym nad śpią- cymi wiecznie kurhanie stawiają prosty, drewnia- ny krzyż." Ros. Ag. Tel. zaprzecza wiadomościom po- mieszczanym w pismach rosyjskich, o niedosta- tecznym dowozie żywności dla wojsk armii man- dżurskiej, oraz o tern, jakoby tam panowały wiel- kie mrozy, wskutek których mogłyby nastąpić od- mrożenia. (Pisma rosyjskie donosiły między inne- mi o zaginięciu na kolei syberyjskiej 380 wago- nów z żywnością, odzieżą i obuwiem, a p. Mien- szikow zamieścił artykuł, w którym zaznaczał li- chy stan obuwia dla wojska. Obuwie to, według tego autora, zdzierać się ma już po siedmiu dniach, a i tak nowe transporty butów dopiero nadejdą w marcu. P. Menszikow przeciwstawiał temu sta- nowi rzeczy schludne, mocne, ciepłe odzienie Ja- pończyków). Jednakże łatwo zauważyć, że poprzednie wiadomości o wielkich 29-stopniowych mrozach, panujących nad Szacho, nadchodziły do Rosyi europejskiej telegraficznie.
1008 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ns 52 Nasze ryciny. w adwencie (z Polesia mazurskiego). Na prawej stronie "Wisły pod samą War- szawą dają ,się jeszcze odnaleźć niejakie pozostałości Jadźwingów, którzy to „nic schodzili z pola, aż zwyciężyli lub pomor- dowani zostali;-' są tu wsie: Jaźwiny, Ja- ćwież, Mingosy, Katbiel (od lit. Kalba— mowa). Otóż długie trąby litewskie z drze- wa, korą brzozową owijane, a używane dawniej jako instrument muzyczny podczas świąt (zdaje się i na wojnie), a teraz przez pastuchów do zwoływania stada, no i uprzy- jemniania czasu, na t. zw. Polesiu mazo- wieckiem (pow Nowo-Miński) zachowały się jako jedyny instrument muzyczny w adwencie. W każdej wsi jakiś parobek młody (powiadają, źe u tego gospodarza będzie najlepszy urodzaj) ku wieczorowi wychodzi z trąbą na dziedziniec i gra od- wieczne melodye. Kronika. Z KOŚCIOŁA. Według wiadomości, podanej przez Wil. Wiestn., minister spraw wewnętrznych upo- ważnił J. E. ks. biskupa bar. Roppa do przyjęcia w r. b. na koszt własny do wileń- skiego seminaryum katolickiego 15 u alum- nów ponad ustanowioną normę, o Plany budowy nowego kościoła w Kiel- cach zostały ostatecznie zatwierdzone przez ministeryum spraw wewnętrznych. Składki na budowę rzeczonej świątyni, powstającej pod wezwaniem Zbawiciela, napływają do- tychczas dość skromnie. Obecnie zebrano na ten cel zaledwie 4,622 rub. 55 kop. o W dniu 11-ym b. m. odbyła się uroczy- stość poświęcenia kaplicy szpitalnej w Skier- niewicach. Aktu konsekracyi dopełnił wo- bec licznie zebranych przedstawicieli władz i obywatelstwa miejscowego J. E. ks. bi- skup Kazimierz Ruszkiewicz. o URZĘDOWE. Jak donosi Warsz. Dniem., wykłady i zajęcia w tutejszym instytucie politech- nicznym uległy z dniem 14 ym b. ni. za- wieszeniu. Ponowne otwarcie instytutu na- stąpić ma dnia 15-go stycznia r. p o Niektórzy właściciele domów otrzymali w ubiegłym tygodniu od magistratu m. Warszawy wezwanie w sprawie zajmowania kwater dla żołnierzy i koni w razie mobi- lizacyi wojska załogi warszawskiej. Liczba żołnierzy stosowana jest do wielkości do- mów, przyczem tam, gdzie niema stajni, pomieszczenie dla koni nie jest żądane, o KS. PASTOR BUBSCHE. Opróżnione po śmierci ś. p. Ka- rola Gustawa Manitiusa stanowisko jeneralnego superintendenta parafii i kościołów ewangelicko-augsburskich w Królestwie Polskicm, obejmuje obecnie znany publicysta i redaktor jedynego pisma protestanckiego w ję zyku polskim, ks. pastor Juliusz Bursche. Stanowisko pastora zajmu- je ks. Bursche od r. 1884-go,*w któ rym to czasie po ukończeniu stu- dyów teologicznych i filozoficznych w uniwersytecie juryewskim ordyno- wany został do Warszawy w cha- lakterzc wikaryusza przy ówczesnym jenerałnym superintendencie, ś. p. Waldemarze Ewercie. Następnie przez lat cztery był pastorem w Wiskit- kach, poczem przybywszy znów do Warszawy, był pastorem dyakonem II, a potem objął urząd pastora I-go, którego obowiązki pełnić ma w dal- szym ciągu* o W ADWENCIE (na Polesiu mazurskiem) Eot. H. Wiricza SPOŁECZNE. Wobec długotrwałego strasznego zastoju w przemyśle naszym, rzemiosłach i handlu, spotęgowanego jeszcze w roku bieżącym przez toczącą się obecnie wojnę i skazują- cego dziesiątki tysięcy ubogiej ludności tutejszej na głód i bezrobocie, zawiązała się pod egidą Warsz. Tow. Dóbr, specyalna instytucya filantropijna pod nazwą „Tymcza- sowego Komitetu ratunkowego dla głodnych i potrzebującycli pracy," który zwraca się obecnie do wszystkich warstw społeczeń- stwa naszego, z gorącą prośbą o poparcie i umożliwienie przez upragnioną ofiarność akcyi jego w walce z klęską nędzy i głodu. Do grona członków rzeczonego komitetu weszli pp.: Henryk Sienkiewicz, Z. ks. Lu- bomirski, A. hr. Krasiński, mecenas A. Osuchowski, S. ks. Czetwertyński, dr Karol Benni, M. ks. Radziwiłł (syn), St. Pfeiffer, ks. prałat Dudrewicz, M. hr. Zamoyski, M. Berson, E. Geisler, P. Drzewiecki, ks. T. Matuszewski, ks. St. Gąsowski, Michał ks. Woroniccki, H. Radziszewski, M Lewan- dowski, J. Ostrowski, K. Czajkowski, Wł. Mazurowski, L. Brauman, Fr. Rydzykowski. J. Rzętkowski, R. Sędziuk, J. Szlenkier, H. Martens, B Hałaczkiewicz, H. Piaszczyński, St Brun, S. Brandel i St. Gołcz. Ofiary przyjmują: kasa Warsz. Tow. Dóbr. Kra- kowskie Przedmieście Nr 62, Bank Handlo- wy w Warszawie, redakeye pism, oraz każ- dy z członków komitetu, o W dniu 15-ym b. m odbyła się uroczy- Ks PASTOR BURSCHE. stość poświęcenia sklepu z wyrobami prze- mysłu ludowego, otwartego przy ulicy Mo- kotowskiej nr. 68 staraniem sekcyi tego przemysłu, a w szczególności dzięki nie- strudzonym zabiegom i staraniom jej prze- wodniczącego, dra Karola Benniego. Sklep, urządzony w trzech pokoikach, obejmuje najrozmaitsze okazy wytwórczości rękodziel- niczej włościan naszych, jak oto: samodziały, płótna, kilimki kurpiowskie, wyroby cera- miczne, dywany, wyroby koszykarskie, haf- ty podolskie, przetykane srebrem i złotem, zabawki dla dzieci i t. p Aktu poświę- cenia tej wysoce pożytecznej pierwszej pla- cówki przemysłu ludowego dokonał ks. Szmidt z parafii św. Aleksandra w obecno- ści: H. Sienkiewicza z małżonką, ordynato wej ks. Krasińskiej, Bolesława Prusa, p. Weyssenhoff owej, Zdzisława ks. Lubomir- skiego i kilku redaktorów czasopism miej- scowych. o W dniach: 16, 17, 18 i 19-ym b. m. odbyła się w tutejszym gmachu ratusza do- roczna „Gwiazdka" na rzecz głodnych, po- zostających pod opieką Warszawskiego To- I warzysiwa Dobroczynności, o NAJNOWSZE WYDAWNICTWA LWOWSKIE. Towarzystwo popierania nauki polskiej we Lwowie, rozwijające się coraz poważ- niej, ogłosiło obecnie swoim sumptem na- stępujące uwagi godne dzieła: „Studya z zakresu administracyi wychowania pub- licznego (Szkolnictwo ludowe)" przez prof. dra Józefa Buzeka i „Stanisław August i Józef ks. Poniatowski w świetle własnej korespondencyi" prof. dra Bronisława Dem- bińskiego. — Archiwum miejskie lwowskie drukuje 111-ci tom „Pomników dziejowych Lwowa," zawierający „Księgę przychodów i wydatków miasta z czasów króla Włady- sława Jagiełły z lat 1114 —1428," oraz przygotowuje tom następny z „Księgą kon- traktów i zapisów miejskich z czasów króla Władysława Warneńczyka (1441 — 1444) i króla Kazimierza Jagielończyka do ro- ku 1448."—Ukazał się też zeszyt I „Ency- 1 klopedyi Macierzy Polskiej." Pierwsze wy- danie rzeczy tej w liczbie 5,000 egzempla- rzy wyczerpane zostało w ciągu roku, obec- ne, rozszerzone i bogato illustrowane znaj- । dzie niewątpliwie drugie tyle odbiorców. | Kierunek użytecznego wielce wydawnictwa 1 spoczywa w ręku energicznego i zasłużo nego już prezesa tej instytucyi, prof. dra Ludwika Finkla. r WYKŁADY I ODCZYTY WE ŁWO- wie toczą się nieprzerwanym ciągiem strantów, został przez nicłi poważnie pora- W Szkole nauk politycznych wygło- niony. Nim wezwana telefonicznie straż sił cykl pouczających, z zapałem wypo- wiedzianych odczytów ks. kanonik Adam książę Sapieha „O historyi Kościoła katolic- kiego w Polsce od r. 1772.* Świetną też, błyskotliwą, iście francuską, niemniej opartą na głębokiej wiedzy i studyach konferencyę p. t: .O rzymskiej narzeczonej" miał prof. dr Stanisław Szachowski w Kole literac- kiem, W Związku naukowo literackim prof. dr Kazimierz Jarecki zagaił uwagi godną dyskusyę „O nowych prądach pedagogicz- nych,“ a to z powodu pierwszego zeszytu Reformy szkolnej Adama Szymańskiego. Wreszcie w Sodalicyach Maryańskich ukoń- czył szereg wykładów ,,O współczesncm dziennikarstwie polskicm" p. Tadeusz Cza- pelski. ski. PIELGRZYMKA BZYMBKA. J. E. ks. arcybiskup metropolita lwowski, dr Józef Bilczewski, postanowił urządzić w czasie świąt Wielkiejnocy r. 1905 piel- grzymkę młodzieży galicyjskich szkół śred- nich do Rzymu. Organizacyę pielgrzymki powierzył ks. arcybiskup dyrektorom szkół realnych lwowskich: drowi Teofilowi Gerst- manowi i Michałowi Lityńskiemu, którzy rozpoczęli już w tej mierze przygotowania. Młodzi pątnicy wyruszą d. 15 kwietnia, za- bawią w Rzymie dni 7, a d. 1-go maja znajdą się w kraju z powrotem. Dłuższe I postoje przypadną tylko we Florencyi i w Wenecyi, pół dnia w Wiedniu. Kilku nastu uczniów najuboższych, przez władze szkolne galicyjskie poleconych, wyprawi ks. arcybiskup swoim kosztem. Obok głównego celu pielgrzymki, t. j. złożenia hołdu Ojcu Św. i uzyskania jego błogo- sławieństwa, młodzież szkolna pod prze- wodnictwem osób starszych, duchownych i świeckich pozna Wieczne miasto i naj- główniejsze ogniska kultury i sztuki kla- sycznej i chrześcijańskiej we Włoszech t KONKURSY. W tych dniacli rozstrzygnięto we Lwowie konkurs na projekty zabawek dla dzieci, I ogłoszony przez tameczne ruchliwe Mu- zeum przemysłowe. Z 22 projektów wy- brano i nagrodzono: „Pastwisko wiejskie" pomysłu p. Pawła Perediatkiewicza (200 ko- ron); tegoż „Szóstkę koni" (100 koron): p. Marcelego Janikowskiego „model chaty," wreszcie w dziale trzecim nagrodami po 75 koron odznaczono projekty pp. Leonii Bierkowskiej (figury kostiumowane), Tadeu- sza Kołomłockiego (kręgle), Stanisława Dę- bickiego (rysunek) i Pawła Perediatkiewi- cza (typy), t Ks. Włodzimierz Kalba, proboszcz w So- kolówce (Galicya, p. Złoczów) ogłasza za pośrednictwem „Związku studentów archi- tektury we Lwowie" konkurs na budowę cerkwi rusińskicj. Nagród wyznaczono dwie: 200 i 100 koron, termin zaś nadsy- łania projektów upływa w dniu 10 marca r p. Bliższych szczegółów udziela wymię niony powyżej Związek studentów archi- tektury we Lwowie, o NAUKA. Nagjodę im. Chojnackiego w kwocie rub. 900, wskutek ogłoszonego przez radę uniwersytetu warszawskiego konkursu na pracę z dziedziny medycyny lub chirurgii przyznano d rowi Jerzemu Gubtyszewskie- mu za dzieło p. t. „Bakteryologia lekar- ska." o Z RÓŻNYCH STRON. Jak donosi korespondent Warsz. DnieW- z Sosnowca, dnia 11-go b. m., około go- dziny 1-ej w południe, grupa robotników, złożona mniej więcej ze 100 osób, wyszedł- szy po skończeniu nabożeństwa z miejsco- wego nowego kościoła, ruszyła przez ulicę Modrzejewską, niosąc czerwone sztandary. Strażnik, który usiłował zatrzymać demon-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 52 1009 pograniczna przybyła na miejsce, tłum zdo- łal się rozproszyć, o Ogólna liczba uczniów, uczęszczający cli do szkół średnich w Galicji (w roku szkolnym 1902 3), wynosiła 23,769. W tej liczbie 20,014 Polaków (84.2 proc.) i 3.341 Rusinów (14.5 proc). Do czterech gimna- zyów rusińskich uczęszczało 1,951 Rusinów, reszta zaś uczy się w gimnazyach polskich. Z gimnazyów rusińskich jedno tylko lwow- skie, t. zw. akademickie, ma liczbę uczniów ponad 500 (694); natomiast polskich szkól średnich, w których liczba uczniów prze- kraczała normalną cyfrę 500, było 24. / We, Lwowiu powstał w ubiegłym tygo- dniu Związek wynalazców polskich. Celem nowego towarzystwa będzie: pielęgnowanie twórczej myśli w dziedzinie techniki, prze- mysłu i rękodzieł; popieranie rozwoju wy- nalazków i ulepszeń technicznych wogóle; dopomaganie wynalazcom ku urzeczywist- nieniu zdrowych pomysłów wynalazczych. Członkami Związku mogą być nietylko wy- nalazcy, lecz wogóle ci przemysłowcy, rę- kodzielnicy, kupcy i przedsiębiorcy, którzy pod ochroną modelu, a ewentualnie także marki ochronnej, wprowadzają w bieg hand- lowy nowości własnego pomysłu, c Na dorocznem, walncm zgromadzeniu Związku naukowo-literackiego we Lwowie powołano na przewodniczącego Jana Kas- prowicza, na jego zastępcę zaś Zygmunta Wasilewskiego. Liczba członków Związku wzrosła znacznie, zwiększyły się też i środki materyalne. Odczytów odbyto w roku sprawozdawczym 31 (prelegentów 25, słu- chaczów 3,000, dyskutujących 130). Biblio- teka „Wiedzy i życia* rozwija się również pomyślnie; wydawnictwa tego rozpoczęto już seryę trzecią. W ostatnich dniach prze- mawiali z katedry Związku: dr Edmund Biernacki („Medycyna jako składnik wy- kształcenia ogólnego*), Bronisława Ostrow- ska („O Tadeuszu Micińskim*), Konstanty Srokowski („Dziennik i dziennikarstwo*). / WYNALAZKI POLSKIE. W Oranienbaumie odbywały się niedawno próby z nowym pancerzem kulochronnym wynalazku rodaka naszego, p. Żeglenia. Próby, dokonane w obecności wyższych oficerów, wypadły pomyślnie. Pancerze p. Żeglenia składają się z grubej tkaniny jed- wabnej, pokrytej warstwą blachy stalowej. Wyrabiane są w Ameryce, gdzie wynalazca posiada własną fabrykę, o ŚWIAT KOBIECY. Nowe pole pracy dla kobiet stanęło obec nic otworem w Galicyi. Oto Wydział kra- jowy postanowił przypuszczać kobiety na równi z mężczyznami do egzaminu kwalifi- kacyjnego na urzędników gminnych, jak se- kretarki, kasyerki i kontrolerki, pod tym wszakże warunkiem, iż wykażą się austryac- kiem obywatelstwem, znajomością języków krajowych, nienaganną konduitą i odpo- wiednicm stopniem wykształcenia. Egza- min kwalifikacyjny odbywać się będzie w Wydziale krajowym, potrzebne zaś są wiadomości ustaw krajowych i gminnych (na sekretarkę); rachunkowość, znajomość Prowadzenia ksiąg, układania budżetu i in- wentarza, oraz zasadniczych ustaw krajo- wych (na kasyerkę lub kontrolerkę). Podob- no spore grono kandydatek pójdzie już w najbliższym czasie na pierwszy ogień egzaminowy, c OSOBISTE. W sądzie cywilnym lwowskim, jak do- nosi Knryer Lw., odbył się niedawno pro- ces separacyjny artysty-malarza, p. St. Ja- nowskiego, i znanej powieściopisarki p. Ga- bryel! Zapolskiej-Janowskicj. P. Janowski uzyskał na własną prośbę zupełną sepa- racyę. 0 ZMABLL Ks. Julian Perza- nowski, proboszcz parafii Rzeczyca Ziemska pod Kraś- nikiem, zmarł tamże dnia 6-go b. m., przeżywszy lat 79. Zmarły kapłan od- dawał się z zamiło- waniem studyom le- karskim i zdobytą w (ym zakresie wiedzę stosował z powo- dzeniem śród ludu. Położył nadto nicpo- żytc zasługi około umoralnienia para- fian swoich. <> Antoni Dobrzań- ski, jeden z najczyn- nicjszych członków Tow. rolniczego kie- leckiego, właściciel majątku Budziszewi- ce w Skalbmier- skiem. o Dr Bonifacy Ła- zai cwicz, jeden z PRZEJŚCIE FLOTY BAŁTYCKIEJ PRZEZ SUEZ. wybitnych pedago- gów polskich i naj- czynniejszych człon- ków zarządu Towa- rzystwa pomocy naukowej im. Marcinkow- skiego, zmarł w Poznaniu, o Ks. Antoni Radziwiłł. Jeden z najwięk- szych posiadaczów ziemskich na Litwie, ś. p. Antoni ks. Radziwiłł, XIII-ty ordynat nie- świeski i XI-ty kiecki, generał-adjutant wojsk niemieckich, zmarł nagle w Berlinie, skut- kiem apoplcksyi dnia 16 b. m. Urodzony dnia 31 lipca 1833 roku z ojca Wilhelma i matki Matyldy z hrabiów Clary-Aldringen, zmarły książę poświęcił się wcześnie woj- skowości i jako wnuk ks. Ludwiki pruskiej, a zatem blizki krewny domu panującego, szedł szybko po szczeblach hierarchii. Należąc do najbliższego otoczenia króla Wilhelma, a późniejszego cesarza, utrwalił książę nazwisko swoje w dziejach, słyn- nym faktem odpowiedzi, udzielonej w roku 1870 w Ems, jako fligel-adjufant, w imieniu panującego, ambasadorowi francuskiemu, hr. Benedettiemu. Jak wiadomo, odpowiedź ta, w której Radziwiłł oświadczył, że król przyjąć posła nie może, słała się powodem wojny prusko-francuskiej i pośredniem za- początkowaniem zjednoczenia Niemiec pod | berłem Hohenzollernów. Tej bezwiednej usługi, oddanej domowi pruskiemu, nie za- pomniał Wilhelm I-szy ks. Antoniemu do końca życia, darząc go szczcią przyjaźnią i nicograniczonem zaufaniem. Ożeniony z Maryą-Dorotą-Elżbietą, margrabianką de Castellane, zmarły ordynat pozostawia czwo- ro dzieci: ks. Jerzcgo-Fryderyka-Wilhelma- Pawła-Mikołaja, ożenionego z Maryą hr. Branicką, Elżbietę Romanową hr. Potocką, Helenę Józefową hr. Potocką i ks. Stani- sława. o Władysław Marynowski, emerytowany 1 radca namiestnictwa, sumienny urzędnik 1 i prawy obywatel, człowiek cieszący się ! powszechnym szacunkiem, zmarł, przeżyw- : szy lat 75, we Lwowie, c Longin Strzeszewski, właściciel dóbr Bolkowa, zmarł w Warszawie dnia 12-go b. m., przeżywszy lat 65. o Bi ouisław Zwolski, urzędnik w biurze warsz. Tow. ubezpieczeń, b. oficer armii niemieckiej, uczestnik w oblężeniach Metzu i Paryżu, zmarł w Warszawie dnia 13-go nyCh, przestronnych mieszkań, systematycz- b. m. o Helena z Szymkiewiczów Rapacka, zmar- nie—a to dzięki wybudowaniu nowych do- la w Nervi dnia 28 go z. m. o i rzystw sportowych, muzykalnych i czytelnia- • I nych, teatrów ludowych i t. p.; przez udzie- lanie ciepłej kawy i herbaty w okolicach chłodnych i wilgotnych. Przez zupełne za- twierdzenie święcenia niedzieli i oddawanie znacznej części dnia robotnikom w sobotę dla załatwiania spraw osobistych, kupowa- nia towarów i t. p., aby umożliwić w niedzielę zupełne zamknięcie sklepów, na wzór urządzeń angielskich; słowem, cho- dzi o to, aby przywiązać sfery robocze do ich własnych domów i rodzin i zapewnić im szereg rozrywek, odpowiednich indywi- dualnym usposobieniom i wymaganiom kul- tury. Jednocześnie zaś proponowane są wykłady po szkołach, wskazujące młodzieży szkodliwe skutki nadużyć alkoholicznych, przyuczanie dzieci od lat najmłodszych w zakładach naukowych do unikania nad- użyć pod każdym względem, szanowania innych, słowem: systematyczne kształcenie woli i charakteru. Poza tem, jako środków bezpośredniego oddziaływania przeciw alko- holizmowi, komisya żąda kontroli rządo- wej nad trunkami, wreszcie utworzenia spe- cyalnych przytułków, w których piclęgno- wanoby alkoholików, chcących się leczyć, jako też nałogowych, aresztowanych za na- dużywanie napojów wyskokowych. KOSZT WYBORU PREZYDENTA STANÓW ZJEDNOCZONYCH obliczają, według wiadomości korespondenta amery- kańskiego Berlincr Tageblattn na przeszło pięć milionów rubli —ze strony Rooseyelta i Parkera. Wybór Lincolna kosztował w swo- im czasie znacznie mniej, bo „tylko* 200,000 dolarów, czyli około 400,000 rubli. Dziwnie wyglądają wobec tych cyfr zdania o „wolnych* nitarny i kulturalny charakter za sługuj c'na j wyborach wo,nych obywateIi w Ameryce. Marya z Janiszewskich Zaleska, żona adwokata przysięgłego, zmarła w Peters- burgu. o Dr nied. Ludwik Wolberg, lekarz szpi- tala żydowskiego, zdolny popularyzator wie- dzy lekarskiej, autor pracy p. t. „Psycho- logia dziecka* oraz szeregu artykułów facho- wych, pomieszczanych w czasopismach tu- tejszych, zmarł w Warszawie w wieku lat 47. Marya z Józefowiczów Bauerfeindowa, założycielka I sali zajęć, w której ubodzy chłopcy przygotowywali się do zajęć, gor- liwa opiekunka ubogich, zmarła dnia 10-go b. m., przeżywszy lat 73. W uznaniu za- sług filantropijnych ś. p. Bauerfeindowej Warsz. Tow. Dóbr, mianowało ją w swoim czasie „Matką ubogich*, o Ze świata. ZNIESIENIE „VETO“ PRZY WYBO- RACH papieŻów. Jak donosi rzymski korespondent Corriere delta sera, papież Pius X, w porozumieniu ze św. Kolegium, opracował nową konstytucyę apostolską, którą zabrania przyszłemu konklawe korzy- stania z prawa „veto“ i zapowiada surowe kary kanoniczne na tych kardynałów, któ- rzyby dawali podczas wyborów papieża wyraz żądaniom którego z mocarstw. Nowe to postanowienie nie jest jeszcze ogło- szone podobno ze względu na Austryę, która, jak wiadomo, uczyniła na ostatniem konklawe użytek z tego prawa. WALKA Z ALKOHOLIZMEM WE FRANCYI. Kornisya pozaparlamentarna dla badań nad alkoholizmem we Francyi postawiła szereg wniosków do zatwier- dzenia w Izbie, wniosków, których huma- I szczególną uwagę. Komisya, w szeregu środków zapobiegawczych przeciwko sze- rzeniu się alkoholizmu, proponuje przede- wszystkiem zaprowadzenie szeregu reform ekonomicznych i socyalnych, mających na celu ułatwienie życia warstwom ludzi pracy przez odpowiednie urządzenia hygieniczne i sanitarne, zapewnienie zdrowego pożywie- nia (przez rozciągnięcie ścisłej kontroli nad produktami spożywczymi), zdrowych, wid- nie przewietrzanych, zaopatrzonych w laź- mów robotniczych, przez popieranie towa- zwłoki KRUGERA po przybyciu z Ho- landyi do Kapsztadu mają być przez ośm dni wystawione na widok publiczny, po- czerń dopiero będą sprowadzone do Trans- walu. Król Edward VII polecił przy- jąć zwłoki b. prezydenta zwyciężonej Rze- czypospolitej z honorami, należnymi mo- narchom. POMNIK ARMANDA SILVESTBE'A odsłoniono w tych dniach w Tuluzie. Pom- nik wykonał rzeźbiarz Teodor Riyiere. Przy uroczystości wygłosił na cześć słynnego poety entuzyastyczną mowę Catullc Men- des. k
1010 TYGODNIK ILLUSTROWANY N> 52 olbrzymie oszustwo. Niejaka Chadwick, kobieta znana z awanturniczego życia, zdołała—niby druga Humbertowa—wy- ciągnąć z banków amerykańskich pokaźną sumę 5 milionów dolarów, podając się za córkę naturalną słynnego miliardera amery- kańskiego, Carnegiego. Oszustka tak zręcz- nie podrabiała jego podpisy na czekach, a przytem potrafiła tak silnie sugestyono- wać bankierów, że wierząc jej, sypali dla niej pieniędzmi bez rachuby. Niektórych przekupowała, ułatwiając sobie w ten spo- sób „operacye finansowe" z innymi bankie- rami. Zamierzała w ten sposób .zarobić" jeszcze 20 milionów dolarów. Aresztowa- nie jej sprowadziło liczne bankructwa. Po- mimo najkategoryczniejszych zaprzeczeń Car- negiego, pani Chadwick uporczywie obstaje przy swej niewinności. ZM 5 RLI Francissęk Andrzej Hofer, prawnuk Andrzeja Hofera, literat i dziennikarz ame- rykański. Urodzony w r. 1821 w ks. Ba- denskiem, udał się w r. 1848 do Ameryki, gdzie w stanic Jowa został redaktorem Ti mesa. Felix Deltom. honorowy inspektor gene- ralny wychowania publicznego we Francyi, ur. w r. 1822, autor historyi literatury grec- kiej i rzymskiej, oficer legii honorowej. De K irol Koester, prof. anatomii patalo- gicznej w Bonn, zasłużony w badaniach nad tuberkulozą i chorobami naczyń krwio- nośnych. Adeluta Sergeanf, powieściopisarka an- gielska, w 53 roku życia. Hektor Giacomellt, znany malarz fran- cuski, z pochodzenia Włoch, zmarł w 84 roku życia Słynął jako malarz ptactwa i illu- strator dzieł botanicznych, k Hr. Luigi Palma di Cesnola, archeolog, urodzony roku 1832 w Turynie, od r. 1860 obywatel Stanów Zjednoczonych, dla których czynił poszukiwania archeo- logiczne na Cyprze i wydał o wyko- paliskach tamtejszych ciekawe dzieło. Za- łożył w Nowym Jorku „Metropolitan Mu- seum of art." k Dr Emil Schlagintwcit, słynny oryenfa- lista, autor cenionych dzieł: „Buddyzm w Tybecie," „Królowie Tybetu," „Indye w słowach i obrazach" i innych, tlómacz wielu dzieł z języka tybetańskiego. Uro- dził się r. 1835. k Jan v. Hopfen, znany w Niemczech po- eta i powieściopisarz, urodzony w r. 1835 w Monachium. Lord Northbrook, były vice-król Indyi (od r. 1872 -1876) oraz b. minister mary- narki w drugim gabinecie Gladstone’a od r. 1880 do 1885 W r. 1876 otrzymał ty- tuł księcia Northbrook. Senałor Wallon, znany pod nazwą , Ojca konstytucyi francuskiej," były minister tpra- wiedliwości, sekretarz Akademii. Stosownie do jego wniosku, prezydenta Francyi obie- rają stale co lat 7. Prof. dr Henryk Hiles, znany kompo- zytor angielski, w Worthing pod Londynem, w 78 roku życia. Generał Ottolenghi, były włoski minister wojny, w Turynie, licząc lat 60. Ga •lOti Serpetle, kompozytor francuski, autor licznych utworów, pełnych wdzięku i finezyi. Polityka. Przewidywany dla świeżo zwołanej sesyi sejmu węgierskiego skandal dosięgnął roz- miarów bodaj bezprzykładnych w dziejacli parlamentaryzmu. Opozycya zgromadziła się w lokalu klubowym jednego ze stron- nictw, stamtąd udała się gremialnie do gmachu sejmowego, wtargnęła do izby przed rozpoczęciem posiedzenia, wyparła z niej kilkudziesięciu woźnych, postawio- nych przez prezydyum na straży, poczem zniszczyła i połamała wszystkie sprzęty, obsadziła zwartą masą prezydyum, sło- wem, za pomocą fizycznej siły nic dopu- ściła dnia tego do otwarcia posiedzenia. Hr. Tisza przez chwilę tylko znajdował się na sali, usunął się zaś natychmiast, zdawszy sobie sprawę z sytuacyi. Następnego dnia udało mu się jednak sesyę otworzyć przez odczytanie odpowiedniego reskryptu królew- skiego, ale ustępstwo to ze stronj opozy- cyi zdobył za cenę poświęcenia prezesa izby Perczela, szczególnie znienawidzonego od chwili przeprowadzenia przez niego na poprzedzającej sesyi uchwały obostrzającej prowizorycznie regulamin. Obecnie po upływie dni kilku, spędzonych przez par lament w sposób niewiele produkcyjniej- szy, niż ów dzień pamiętny łamania sprzę- tów i bójki z woźnymi, znowu „udało się" hr. Tiszy odczytać reskrypt królewski, odraczający sesyę. Niezawodnie nastą- pi rozwiązanie sejmu i nowe wybory. Hr. Tisza zaklina się, że nie ustąpi i opozycyę zgniecie, jeśli tylko, jak o tein nie wątpi, naród stanie po jego stronie. Po- dobno król obdarza prezydenta ministrów zupełnem zaufaniem i zdawna już podpisał dla niego dekret rozwiązujący izbę Zobaczy- my co dalej będzie.—W Hiszpanii ustąpił od steru rządów ściśle konserwatywno-klery- kalny gabinet Matry. Powód pozorny ustą- pienia był dość błahy, w gruncie rzeczy zaś Maura był do kroku tego zniewolony zbyt silną opozycyą liberalną w kortezacli. No- we ministeryum zorganizował już dotych- czasowy prezes senatu Arcarrage. Barwa tego rządu jest bardziej umiarkowana niż poprzedniego; pomimo to nie rokują mu zbyt długotrwałej karyery. Podobno król udzielił Maurze dymisyi ze swej własnej, nie zaś z tego ostatniego inieyatywy; stron- nictwo liberalne uważa to za ciężkie naru- szenie konstytucyi i ma zamiar podnieść sprawę w izbie. Chcąc uniknąć lub przy- najmniej oddalić od -siebie ten pierwszj KAPITAN CLADAU. Autor artykułów o flocie bałtyckiej w „No- woje Wremia." kielich goryczy, Arcarraga zamierza odro- czyć kortezy do stycznia. —Zmianę gabine- tu zanotować należy także w Serbii, gdzie po dość krytycznem przesileniu do władzy przeszedł Mikołaj Pasicz na czele rządu umiarkowanie radykalnego. W skupczynie ma przyizeczone poparcie ze strony wszyst- kich grup radykałów, dotychczas nic bar- dzo z sobą zgodnych, ale w razie współ- działania reprezentujących poważną więk- szość. KSIĄŻKI I WYDAWNICTWA PGRYODYCZNG. kM)ZKl POLSKIE. * Stanisław Brzozowski: O Stefanie Żeromskim. Studyum. (Nakład G. Cent- nerszwera i Ski. 1905, str. 112 w 16. Warszawa. Cena kop. 50).— Niema w kry- tyce literackiej płodniejszego, cenniejszego pierwiastka, niż miłość, uwielbienie dla dzie- ła i wielkiego autora. Otwiera ona oczy duszy na niezmiernie dalekie horyzonty, budzi nietylko odczucia, lecz i przeczucia, tworzy nowe wartości, buduje nowe światy. Z gorącą miłością zagląda p. Brzozowski do duszy Żeromskiego i odsłania najtajniejsze jci głębie Wyjaśnia, iż Żeromski w swej twórczości pragnie „cofnąc myśl świadomą i przekształcającą i ujrzeć, co zostanie wte- dy w głębi nas i świata, w głębi, w której my jesteśmy jeszcze światem, a on nami." Utwory Żeromskiego mają byt tak odrębny, że nie dadzą się ująć w typowe kategorye. Niesłuszne też są, zdaniem autora, zarzuty, jakie się u nas zazwyczaj stawia Żerom- skiemu co do rzekomych wad jego kompo- zycyi. Każde duchowe przeczucie—traktuje Żeromski jako jedyne, jako coś, co ma w sobie samem bezwzględne znaczenie. To też cała twórczość jego jest „walką powieś- ci, jako szeregu widzeń, objawień ducho- wych, zestrojonych w jeden zasadniczy akord,—z powieścią, jako ciągłem opowia- daniem". Wrażenia swe zapisuje p. Brzo- zowski nieco bezładnie, troszcząc się o ich szczerość i bezpośredniość. To też jego pra- ca może niesłusznie nazwaną została „stu- dyum"; jest to raczej piękny, pełen talentu poemat. * M. Arjn: Nowelle. (Warszawa, 1904, str. 86 w 16-cc. Cena kop. 50).—Pięć ga- węd nieco lekkomyślnie puszczonych w świat. A tak łatwo było nie drukować i tej „Próby" rozstania się dwojga młodych małżonków, próby okraszonej garścią czczych cytat z poetów; i tego błahego „Wspo- mnienia" z lat dziecinnych; i tych „Kartek samotnika", zgoła treści pozbawionych; i owej pseudo-nastrojowej „Macochy", mo- wą małoruską zaprawionej. Jedyne opo- wiadanie „Na drodze" mieści w sobie źdźbło talentu, ale zasypane świadomością „zro- bienia" noweli. Całość—szara, pretensyo- nalna i pusta. * Michał Raw i cz-lVita.no liski: kłodami i jej okolice pod względem historyczno- ludoznawczym. Z rysunkami oryginalnymi Jana Olszewskiego. (Warszawa Wydanie z udziałem Kasy Mianowskiego. 1904, str. 285 w 8 ce. Cena rub. 1.50)—Sumiennie opracowana książka p. Wilanowskiego składa się z trzech części: zarys dziejów miasta Kłodawy, strony Kłodawskit pod względem etnograficznycm, dyplomataryusz miasta Kło- dawy. Takie połączenie historyi z etno- grafią, niestety, bardzo często u nas prak- tykowane, nie wytrzymuje krytyki. Daleko słuszniej było wydać dwa oddzielne dziełka, tembardziej, że historyczna część pracy p. Witanowskiego znacznie większą posiada wartość, niż jego zbiory etnograficzne, po- dane surowo, usystematyzowane podług schematów banalnych, nic opracowane nau- kowo. P. Wilanowski wydał już cały szereg dobrych monografii etnograficznych, winien był przeto dojść do wniosku, że dosyć już mamy bezkrytycznego gromadzenia materya- łów folklorystycznych. Historycy kultury swojskiej w „zarysie dziejów miasta Kło- dawy" znajdą nie jeden cenny dokument. * Br. Karol JRozenfeld: Marzenia sen- ne. (Odbitka z Biblioteki Warszawskiej). (Warszawa. 1904, str. 32 w 8-ce). Zwięzły wykład historyi badań nauko- wych o snach czyli nauki zwanej przez lekarzy i psychologów onejrologią. Ujaw- niły się w tej sprawie dotychczas dwie metody: podmiotowa i przedmiotowa. Twór- cą pierwszej jest Maury, który na podsta- wie materyału zebranego z auto-obserwacyi doszedł do wniosku o istnieniu ścisłego związku pomiędzy marzeniami sennemi a okolicznościami, które zaszły przed snem. Każda zmiana w trybie życia odbijała się w treści i charakterze marzeń. W myśl tej metody próbowano różnycli doświadczeń, sporządzano kwestyonaryusze i t. p. Me toda przedmiotowa opiera się na mniemaniu, że pewne zmiany, spostrzegane u śpiących w wyrazie twarzy i układzie członków, mogą służyć za oznakę zewnętrzną marzenia sennego i odzwierciedlać poniekąd jego ogólną barwę uczuciową. Dr Rozenfeld od- rzuca te metody i bada sny na zasadzie ich gatunku. Rozbiera więc"sny podług wieku śpiących, ich rozwoju zmysłowego, stopnia wykształcenia, rodzaju zajęcia; roztrząsa przeistoczenia, jakim we śnie ulega świado- mość, tłómaczy obrazy wzrokowe i słucho- we we śnie, analizuje pierwiastki uczuciowe i udział wrażeń zmysłowych w powstawa- niu marzeń sennych. Autor dochodzi do wniosku, że jedyną mistrzynią snu jest wy- obraźnia śpiącego; ona go tworzy i organi- zuje. Książeczka- -napisana jasno i przy- stępnie. Kalendarze. W rzędzie tegorocznych naszych wydaw- nictw kalendarzowych miejsce przodujące, tak pod względem treści, jak i rozmiarów, zajmują: Kalendarz illustrowany JózeJa Ungra, obchodzący obecnie 60-tą rocznicę istnienia, tudzież wydawany od lat 5-ciu Kalendarz Pogotowia. W pierwszem z rze czonych wydawnictw na szczególne pod- kreślenie zasługuje, obok działu ściśle ka- lendarzowo-informacyjnego, ułożonego dc kładnie i starannie, dział literacki, przedsta- wiający się bogato i wartościowo. W roku bieżącym złożyły się nań prace: T. Jcske- Choińskiego, Kazimierza Glińskiego, Wik- tora Gomulickiego, -Witolda Koszutskiego, Or-Ota, Adama Siedleckiego, Leona Ry- giera, Fr. Rcinsteina, Antoniny Sadowskiej, Jadwigi Balińskiej, Jul Bandrowskiego, W. Szatkowskiego, W. Grot Bęczkowskiej i wielu innych. Nadto w końcu działu te- go znajdujemy szereg pożytecznych rad i wskazówek dla gospodyń pióra P. Szum- lańskiej. Co się tyczy Kalendarza Pogoto- wia, wydawnictwo to posiada charakter wyłącznie informacyjno - encyklopedyczny ' Pod tym względem kalendarz postępuje widocznie, naprzód, działy bowie.m w nim zawarte nie stanowią przedruków z roczni- ków dawniejszych, lecz są opracowane
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 52 1011 Majewski „Nasze sześciolecie" (1897—1904); B. Malewski „Próba charakterystyki ubio- rów ludowych"; K. Stolyhwo „Mózg a uzdolnienia rasowe"; A. Lang „Początek nazwisk i wierzeń totemowych“;dr F. Krezek „Na marginesie „Księgi przysłów" S. Adal- berga”; Z. Kibort „Istoty mityczne na Żmuj- dzi. II”; Jan Magiera.Wilia w Sandeczyźnie”; M. Parczewska „Zwyczaje, zachowywane podczas świąt i obchodów śród ludu pol- skiego na Górnym Śląsku"; Witowt „Dwie bajki żartobliwe"; A. Rumelówna „Zabawy w Masiach"; R. Lilientalowa „Pieśni ludowe żydowskie”.—Gazeta Handlowa: „Kapitał angielski” przez J. Br.—Słowo: „Samorząd ziemski” przez B. Bouffała.—Gazeta Polska: „Zmiana syndykatów na towarzystwa rol- nicze” przez Stanisława Kozickiego; „Prze- ciwieństwa" przez B. Lutomskiego.—Goniec: „Kronika tygodniowa" B. Prusa.—Kuryer Warszawski: „Pamiętniki Rupiecia* przez Ignacego Grabowskiego; „Salony warszaw- skie” przez—skiego. ANGLIA. * A. A. Jack ogłosił piękne studyum o Shclley'u. „Czar dla Shelley’a—mówi autor mieści się w tajemnicy rzeczy, nie zaś w rzeczach samych.” To punkt wyjścia rozprawy Jacka. Wrażliwość Shelley’a jest jedyna w swoim rodzaju. Różni się np. zasadniczo od wrażliwości Wordswortha. W ziemi i niebiosach, drzewach i kwiatach, nocy i dniu, wietrze i chmurach, gwiazdach i nieskończoności wielbi Shelley przede- wszystkiem to, że budzą w nim pojęcia metafizyczne. Aby był wzruszony, musi poza przejściowemi formami natury widzieć żywioły stałe, niezmienne, wieczne. Wiel- biciele genialnego poety odczytają studyum Jacka z prawdziwą rozkoszą. * W. L. Courtncy, wydawca czasopisma „Fortnightly Rcview,“ napisał seryę stu- dyów pod ogólnym tytułem: The Fcminine Notę in Finction. Podług autora, „kobiety wprowadzają w romansach swój własny punkt widzenia i dochodzą do wniosków zgoła odmiennych od wniosków powieścio- pisarzów—mężczyzn." Założenie to potwier- dza Courtncy szczegółowym rozbiorem z uwzględnieniem zmian, jakie zaszły w cią- gu roku. Oprócz dawnych, znajdujemy w bieżącym roczniku Pogotowia nowy dział —kobiecy, opracowany przez p. Zofję Seid- lerową („Pani domu w kuchni”, „Pokój dziecka”, „Hodowla kwiatów pokojowych”, „Ze świata mody"), oraz uzupełnienie działu lekarskiego pod postacią szeregu przepisów z zakresu gimnastyki szwedzkiej. Poży- teczny dodatek do tegorocznego kalendarza stanowi mapa okolic Warszawy, zawierająca wszystkie letniska okoliczne, tudzież okolice Prądnika i Nałęczowa, jako najwięcej od wiedzanc przez letników. Co się tycze innych tegorocznych wydawnictw kalen- darzowych, notujemy tu Kalendarz Lu- belski, liczący obecnie 38-y rok istnienia, oraz Kalendarz dla ewangelików. Poza tem, jak w latach ubiegłych, tak i obecnie, wystąpiła firma Władysława Bednawskie- go z szeregiem kalendarzy ściennych na rok 1905. Szczególnie wykwintną szatą odznacza się z pośród nich kalendarz z symbolicznetni postaciami handlu, przemysłu i wiedzy. Na wyróżnienie zasługuje także praktyczna i gustowna podkładka do pisa- nia z kalendarzem terminowym.—Notujemy tu wreszcie znany pochlebnie ogółowi ka- lendarzyk ścienny do zdzierania />. Pauliny Sutinlańskiej, zawierający szereg trafnie ułożonych przepisów obiadowych, uwzględ- niających należycie sezonowe materyały spożywcze, o PRASA POLSKA. Przegląd Tygodniowy: „7. kraju” (o po- trzebie odczytów na prowincyi).— Czytelnia dla wszystkich: „Ilu mamy analfabetów” przez M. Brzezińskiego (ankieta). -Niwa Polska: „Miłość we wszechświecie” przez Sickicrz-Cichińską; tamże „Liga kupujących” przez Z. Grotowskiego. —Ziarno: „Perła Dzikich pól” (Zofiówka) przez S.T.— Wszech- świat: „O wpływie układu nerwowego na procesy twórcze w organizmie”. Prawda: „Ruchy ciał żywych” przez Kazimierza Kul- wiecia.—Bluszcz: „O zabawkach” przez Zofię Seidlerową.—Ogniwo: „Jeszcze o za- robkowej pracy kobiet" przez T. Męczkow- ską. Wisła (listopad — grudzień) Erazm utworów wybitnych, współczesnych powie- ściopisarek angielskich: Humphry Ward, J. O. Hobbes, L. Malet, G. Atherton, Words, Voynich, Robins, M. Wilkins. Szu- ka także „akcentów kobiecych" w listach miłosnych Heloizy, Doroty Osborne, F. Burney, panny de Lespinase, hrabiny Kra- sińskiej, M. Fuller. Wogóle, podług L. Courtney’a, kobieta zna siebie samą mało lub też nie wyjawia swej duszy, żadna zaś nie stworzyła typów kobiecych takiej np. głębokości, jak te, które spotykamy w ro- mansach G. Mereditha. * A. Symons, wybitny poeta i świetny krytyk współczesny, ogłosił tom wybornych szkiców literackich p. t.: Studies in Prose and Ycrse. Do najlepszych w tym zbiorze należą prace o następujących pisarzach: Bal- zac, Merimće, T. Gauticr, Quincey, Pater, W. Morris, Stevenson, Daudet, O. Wilde, d’Annunzio, Meredith, Zola, Tołstoj, Campo- amor, Yeats. * Czasopisma. Edinburgh Reuicw po- święca ciekawy artykuł o „papiestwie i konkordacie,” z powodu ostatnich zatar- gów rządu z Kościołem we Francyi. — Ni- netecnih Century: F. Harisson porównywa sztukę rozmowy przy obiedzie u Francu- zów i Anglików; W. Crewdson stwierdza nagły wzrost liczby Japończyków za grani- cą: w roku 1889 było ich poza krajem 16,688, a w dziesięć lat później—123,971.— North American Reuiew: W. H. Lawton roztrząsa statystykę samobójstw i ubezpie- czeń na życie. Ameryka, podług autora, przypomina czasy rzymskie, gdy sobie za- dawano śmierć dla zabawy. Liczba samo- bójstw w Stanach Zjednoczonych wynosiła w r. 1894 około 3,500; w r. 1903 wzrosła już do 8,600. W ciągu dziewięciu lat licz- ba samobójstw w Chicago podwoiła się. * Nowe książki. W. S. Lilly: Studies in Jłeligiou and Literaturę. — T. Sturge Moore: To Leda and Othcr Odes. — H. Strang: Kobo, A Story oj the Russo-Ja- panese War. — N. Alliston: Ratronale of Art.—N C. Swinburne: Poems (tom IV);— W Sharp: Litcrary Geography. — S. Phi- lips: The Sin of Daniel. FRANCYA. * G. d' Avenel, zdolny badacz współczes- nego życia obyczajowego we Francyi wy- dał książkę p. t. Les Franęais de mon temps. Mamy tu rozbiór stosunków poli- tycznych i społecznych w Paryżu. Autor chce traktować swe spostrzeżenia pamiętni- kowe, aby jednak uniknąć osobistych dys- kusyi, przedstawia różne wybitne postacie pod przybranemi nazwiskami. Czytelnika drażni nieco ta dyskretna metoda; pragnąłby mieć klucz owych „charakterów”, wzo- rem La Bruyere’a i Teofrasta kreślo- nych. * Akademia Goncourta wyznaczyła w tym roku zwykłą nagrodę za najlepszy utwór literacki — p. Trapić za romans Matcrnellc. * W ostatnim swym romansie Le linre (Time amoureuse pani Marni opisuje życie biednej nauczycielki, zaślubionej ojcu swej uczennicy. Posiada ona córkę, Henrykę, która strzeże dobrych, szlachetnych instynk- tów matki, ale nie zdołała jej ocalić od wiarołomstwa. Matka postanawia rozwieść się z mężem, gdy jednak dowiaduje się, że jest zrujnowany, pozostaje przy nim i przy córce. Treść—dość nikła, ale wy- bitnie utalentowana autorka rozwinęła ją niezwykle subtelnie i delikatnie; zwłaszcza w dyalogach pani Marni jest mistrzynią. * Czasopisma. Grandę Revue". Piotr Lalande pisze o portrecistach XVIII wieku. —Nounelle Iłeuue: L. Jadot informuje o partyi robotniczej -angielskiej. — Renais- sance Latiw. Ciekawy artykuł P. Louisa o handlu krajów łacińskich. — Remie des deux mondes: Generał Hardy de Perini drukuje listy oficerów, którzy brali udział w oblężeniu Sewastopola. — Remie gei ma- iiiąue: E. Lichtenbergcr studyum o „Fau- ście" Goethego. * Nowe książki. M. Fontane: Ilistoire uninerselle des croisades.— P. Audebrand: Romanciers et nineurs du XIX silcie.— A. Capus: Kotrc jcunesse (komedya). G. Tarde: Fragments dTlistoire futurę. — E. Bourges: La nef (poemat prozą). — G. De- noinville: La Marictte (romans). — F. La- fargue: La Fiancće veuve (romans). NADESŁANE. HRDA7V artystów polskich. Sprzedaż i kupno. Wystawa otwarta «• <|0 godziny 8. Marszałkowska Nr 129. Salon Sztuki. i m 1 ,iC| Miłe zajęcie. Baron (do swojego byłego służącego, który obecnie ma miejsce u jakiegoś parwe- niusza): — No, jakże się Janowi podoba jego nowa służba? Jan: — O bardzo, teraz właśnie uczę swojego nowego pana, jak się je... ostrygi. Fliegende Blatter. NA POGOTOWIE RATUNKOWE w Warszawie KALENDARZ na.1905 rok INFORMACYJNO-ENCYKLOPEDYCZNY W oprawie, cena rub. 1.20. Skład główny w księgarni Gebethnera i Wolffa. < »u i * w 1i >i i » m ^ < > 1 i* —* i**l Zanadto konserwatywna. — Jakże się pani hrabinie podobała jej Przyjaciółka, po dwóch Jatach niewidzenia? — Wcale nie. Miała jeszcze ten sam kapelusz, tę sarnę suknię i tego samego... męża. Fliegende Blatter. | ’................" * i i ebethner i Wolff Wo~% I fortepiany, Pianina, Organy Krakowskie-Przedm. 17. KSIĘGARNIA GEBETHNERA l WOLFFA poleca WŁADYSŁAWA SMOLEŃSKIEGO: Pisma historyczne. 3 duże torny-tom po rub- 3- n,- • .. Wykład popularny. Wydanie II przejrzane, Dzieje Narodu Polskiego. w oprawie rub. 3.20. Konfederacya Targowicka. Rubli 3 6°- Ostatni rok Sejmu Wielkiego, wydanie 2-gie rub. 3.40. Do nabycia wc wszystkich księgarniach. Z powodu krążą- cych pogłosek, ja- \ koby moja FABRYKA POWOZÓW z przyczyny pożaru w Hotelu Polskim nie była czynna, ni- niejszem mam honor zawiadomić JW. Panów, że tak w robocie, jak w sprzedaży, żadna przerwa nie nastąpiła. Katalogi illustrowane na żądanie wysyłam. Z poważaniem Długa 29, telefon 2221 Ą. HERTEL.
1012 TYGODNIK ILLUSTROWANY N? 52 TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY daje w 1905 r. 52 numery Od Nowego Roku rozpoczynamy zawierające około 1000 ko- - - - - lumn tekstu z 1200 rysun- kami, kopiami obrazów, illu- stracyami chwili bieżącej, druk dalszego cyklu powieściowego WŁADYSŁAWA REYMONTA stracyami chwili bieżącej, f | 4/ ~ oktadk, ogtoszeota, „CnŁUri („WIOSNA") =. 24 dodatki bezpłatne zawierające 12 tomów SIENKIEWICZA i „DZIEJÓW ~- rOIŁOZBIOROWYCH NAIŁODU POLSKIEGO" oraz 12 tomów DZIEŁ POPULARNO-NAUKOWYCH. Tom styczniowy (74-y) Sienkiewicza Jako pierwsze tomy dzieł populara, pójdą; „LISTY Z JAPONII" Kiplinga „HISTORYA SZTUKI POLSKIEJ" T. JAROSZYŃSKIEGO „MONOGRAFIA O NAPOLEONIE IYM" „GRY I ZABAWY DZIECIĘCE". „LITERATURY SKANDYNAWSKIE" „O STYLU W SZTUCE" „NA MARNE" PREMIUM KOLOROWE na grubym welinie L. Wyczółkowskiego p. I. „górskie Oko”. W dodatku arkuszow. Hall Calne „SYN MARNOTRAWNY1' {sranckj?rix Wystawa Powszechna 1900 r. Brosze Pierścionki Kolczyki Medaliony Łańcuchy damskie na szyję Breloki Spinki, Szpilki WYRÓB WŁASNY WYBÓR WIELKI CENY FABRYCZNE u A. Oraczewskiego Nowy-Świat 29, w Warszowic. WARUNKI PRENUMERATY w Warszawie: rocznie z odnoszeniem Rb. 5 kop. 50. bez odnoszenia Rb. 5. NA PROWINCY1: rocznie Rb. <>. ZA GRANICĄ: w Austrji rocznie IG koron, w Niemczech rocznie 15 marek lub walutą rosyjską rb. 7. Reprezentantami naszego pisma są: NA LWÓW pan *S. Sokołowski Pasaż Hausmana 9. NA KRAKÓW Księgarnia Ge- bethnera i S-ki. Adres Redakcyi i Adniinistracyi Kurjera = Świątecznego WARSZAWA Nowy-Świat 26. Telefon ha 656, Redaktor i właściciel ROMAN KRECZMER Wobec niepospolitego ł Nowa konccsya nasza rozrostu powszechnie już I obejmuje takie działy życia znanego „Kuryera Swią- | spółczesncgo, które dotych- tecznego" od Nowego Ro- j czas nie znalazły gościny na ku dodajemy 4 strony, po | szpaltach żadnego pisma większamy format, zmienia- i polskiego, a po części rozwi- my druk i rozszerzamy zna-1 nie i takie gałęzie, które by- cznie zakres jego działalno-1 ły dotychczas wyłączną wła ści literacko-towarzyskiej. snością pism spccyalnych. Obok istniejących już stałych rubryk: Życie i Salon, Kronika towarzyska, Kronika po- wszechna, Savoir łirre, Ron ton, Strój i dobre ułożenie, Światek kobiecy. Światek dziecięcy, Heraldyka i Genealogia, Widz i artysta, Zimowi- ska, Letniska, Sporty i Myśtiwstwo, Sekrety pięk- ności, Kosmetyka, Osobliwości, Liry i zabawy, Humor i satyra, Mody damskie, męskie i dzie- cinne, Powieści, wprowadzamy od I stycznia 1905 r. nowe ważne działy, jak: Niwa pań i panien domu pod redakcją Stefanji baronowej Harthing:a) umeblowanie pokojów, b) dekora- cye i zastawy stołów, c) układanie różnych przyjęć, d) dział kulinarny z dyspozycyami obiadów, śniadań etc. z illustracyami, e) rady i przepisy dla służby domowej; Hygicnę w szerokiem znaczeniu z poradami lekar- skiemi pod redakcją D-ra Jana Sierzpowskiego; Filatelistykę dla lubowników marek i kart poczt. Najnowsze utwory muzyczne (nuty); Wiadomości o nowych wynalazkach i wskazywanie dróg, gdzie można kupić patent na ich eksploatacyę; Wiadomości o spadkach i zmianach majątkowych; G mitologię;—Dział meteorologiczny; Tablice wysranych loteryi klas, i premiówek; Rozkłady pociągów i parostatków. Takie to działy obejmować będzie w dal- szym rozwoju tygodnik illustrowany; KORJER ŚWIĄTECZNY Słynna ze swycn własności anty septycznych i aromatycznych. I)o nabycia wszędzie. LEKARZ DENTYSTA Marszałkowska los, róg Chmielnej. vy x x x x x x x x x x x x Zatwier. przez Ministr. Skarbu WIECZORNE PÓŁROCZNE KURSY HANDLOWE Gust. Chwat-Czyńskiego profesora szkól handlowych 7At1QlriP w poniedziałki, środy i sobo- Z ClIoKlC ty od godz. 5 do 7 wiccz. mnclzin wtorki, czwartki i soboty od lliębKlt g do 10. Programy bezpłatnie NOWY-ŚWIAT Nr 4. x^x^.x vx-xrx^ xu ŚRODKI do ZEBOW ELIKSIR, PROSZEK i PASTA BENEDYKTYNÓW Opactwa SOULAC WAŻNA UWAGA : Flakony eliksiru Benedyktynów nie opatrzone plomba komory celnej rossyja- kiej powinny by c uważane za podrobione. PASTILLES DE i INDIEN GRILLOM MODEL FLAKONU Owoc przeczyszczający PRZECIW OBSTRUKCYI We wszystkich składach aptecznych i aptekach. Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadesłanych do redakcyi, nie zwraca się- jJosBOJieno Renaypoio, BapmaBa, 30 HojiÓpa 1904 ro^a. Tom 73 Pism Sienkiewicza, zawierający część czwartą „PANA WOŁODYJOWSKIEGO44, dołącza się do niniejszego numeru.
Ogólnego zbioru Nr 2,356 31 (13) grudnia 1904 roku M> 53 Tygodnik Illustrowanv Petersburg, 11 (271 grudnia (Tri. Ag. Pet.) IMIENNY UKAZ NAJWYŻSZY do Senatu Rządzącego O PROJEKTACH UDOSKONALENIA USTROJU PAŃSTWOWEGO. Według świętych tradycyi Naszych uko- ronowanych Przodków nieustannie myśląc o szczęściu powierzonego Nam przez Boga mocarstwa, My, przy stanowczem zachowaniu nienaruszalności zasadniczych praw Państwa, z obowiązku rządzenia otaczamy czujną tros- ką potrzeby kraju, odróżniając wszystko to, co rzeczywiście odpowiada interesom rosyj- skiego narodu od błędnych nieraz i przej- ściowymi warunkami wywołanych dążności. Kiedy jednak konieczność tej lub innej zmiany okazuje się dojrzałą, to do spełnienia jej My uważamy za konieczne przystąpić, chociażby zamierzona zmiana wymagała wprowadzenia do ustawodawstwa istotnie no- wych rzeczy. Nie wątpimy, że urzeczywistnienie takich zamiarów napotka uznanie wśród dobrze myślącej części Naszyci, poddanych, która widzi rzeczywisty postęp naszej ojczyzny w utrzymaniu spokoju państwowego i w nie- ustannem zadosyć czynieniu istotnym potrze- bom narodowym. Stawiając myśl o najlepszem urządzeniu bytu najliczniejszego u Nas stanu włościań- skiego na czele trosk Naszych, My uważamy, że zgodnie z Naszemi wskazówkami sprawa ta już podlega roztrząsaniu. Na równi ze szczegółowem rozpatrzeniem miejscowem pierwotnych projektów ministerjum spraw wewnętrznych, obecnie umyślna rada, złożona z najdoświadczeńszych osób z wyż- szych władz bada ważniejsze sprawy urzą- dzenia życia włościańskiego, na zasadzie wiadomości i odezw, zgłoszonych podczas badania, w miejscowych komitetach ogólnych potrzeb przemysłu rolniczego. Rozkazujemy, ażeby prace te doprowa- dziły prawa o włościanach do ujednostajnienia z ogólnem ustawodawstwem państwa, ułatwiw- szy zadanie trwałego zabezpieczenia praw ko- rzystania przez osoby tego stanu z przyzna- nego im przez Cesarza Oswobodzicicla poło- żenia „posiadających pełne prawa wolnych obywateli rolników11. Obejmując wzrokiem w dalszym ciągu szeroki zakres innych potrzeb narodowych, My dla utrwalenia prawidłowego w ojczyźnie Naszej biegu życia państwowego i społeczne- go uznajemy za konieczne: Przedsięwziąć środki istotne ku zacho- waniu w całej rozciągłości prawa, najważniej- szej w państwie samowładczem podpory Tronu, ażeby nienaruszone i jednakowe dla wszyst- kich stosowanie go uważane było za najpierw- szy obowiązek wszystkich podległych nam władz i instytucyi, niezachowanie go zaś po- ciągało nieuniknienie prawną odpowiedzialność za każdy czyn samowolny, i w ten sposób ułatwić pokrzywdzonym wskutek takich postęp- ków osobom środki do otrzymania wymiaru sprawiedliwości; Przyznać instytucyom ziemskim i miej- skim możliwie szeroki udział w zarządzaniu różnemi gałęziami urządzeń miejscowych, na- dając im w tym celu niezbędną w prawnym zakresie samodzielność, i powołać do działal- ności w tych instytucyach na warunkach je- dnakowych przedstawicieli wszystkich warstw interesowanych sprawami miejscowemi ludnoś- ci. W celu zaś pomyślniejszego zadosyćuczy- nienia jej potrzebom oprócz istniejących obecnie ziemskich zarządów powiatowych i gubernial- nych utworzyć w najściślejszym z nimi związku instytucye społeczne dla kierowania sprawami urządzeń miejscowych w niewielkich pod wzglę- dem przestrzeni okręgach; Dla zachowania równości wobec sądu osób wszystkich stanów wprowadzić potrzebną jedność w urządzeniu sądownictwa w Państwie i zabezpieczyć ustawami sądowemi wszystkich kategoryi niezbędną samodzielność; W dalszcm rozwinięciu przedsięwziętych już przez Nas środków zabezpieczenia losu robotników w fabrykach, zakładach przemysło- wych i przedsiębierstwach postarać się o wpro- wadzenie państwowego ich ubezpieczenia; Przejrzeć wydane w czasach bezprzykład- nego ujawniania się występnej działalności wrogów porządku publicznego wyjątkowe usta- wy, których stosowanie połączone jest ze znacz- nem rozszerzeniem kompetencyi władz admini- stracyjnych, i postarać się przytem zarówno o możliwe zmniejszenie granic miejscowości, na które się one rozciągają, jak o stosowanie wskazanych przez nie ograniczeń praw osób prywatnych tylko do tych przypadków, które rzeczywiście zagrażają bezpieczeństwu pań- stwowemu. Dla umocnienia wyrażonego przez Nas w Manifeście z dn. 26 lutego r. 1903 nieza- chwianego życzenia duchowego zachowywać uświęconą zasadniczemi prawami państwa to- lerancję religijną poddać rewizji ustawy o pra- wach raskolników, tudzież osób, należących do wyznań innosławnych i innowierczych. Nie- zależnie od tego już teraz przedsięwziąć w po- rządku administracyjnym odpowiednie środki dla usunięcia z życia ich religijnego wszelkie- go wyraźnie przez prawa nie ustanowionego ograniczenia. Dokonać rewizji obowiązujących posta- nowień, ograniczających prawa obcoplemień- ców i osób, pochodzących z oddzielnych miej- scowości państwa w tym celu, by z liczby po- stanowień tych na przyszłość zachować jedy- nie te, które są wywołane przez istotne inte- resy państwa z jawną korzyścią dla narodu rosyjskiego; Usunąć z obowiązujących obecnie ustaw prasowych ograniczenia zbyteczne, postawić sło- wo drukowane w warunkach ściśle określo- nych przez prawo, ułatwiając w ten sposób prasie ojczystej, odpowiednio do postępów oświaty i należnego jej wskutek tego znacze- nia, możność godnie wypełniać wysokie posłan- nictwo prawdziwej wyrazicielki rozumnych dą- żeń na korzyść Rosji. Przewidując szereg mających nastąpić na tych zasadach w najbliższej przyszłości wiel- kich przekształceń wewnętrznych, których część według danych już poprzednio przez Nas wska- zówek podlega przygotowawczemu zbadaniu, jednocześnie z niniejszem, z powodu róż- norodności i ważności przekształceń powyższych, My uznajemy za dobre ustanowić sam porzą- dek omówienia sposobów najszybszego i naj- pełniejszego ich urzeczywistnienia. W szeregu Naszych instytucyi państwowych zadanie do- kładniejszego zjednoczenia poszczególnych czę- ści zarządu należy do komitetu ministrów. Wskutek tego rozkazujemy komitetowi ministrów co do każdej z przytoczonych po- wyżej spraw rozpocząć zbadanie sprawy co do najlepszego sposobu wprowadzenia w życie Naszych zamiarów i przedstawić Nam w naj- krótszym czasie swoje wywody co do dalsze- go skierowania odpowiednich zarządzeń w po- rządku przepisanym. O przebiegu prac w sprawach oznaczonych komitet ma składać Nam sprawozdania. Na oryginale Własną Jego Cesarskiej Mości ręką podpisano: „MIKOŁAJ". W Carskiem Siole, 12 grudnia 1904 r.
1014 ŚMIECH CZY ZGRZYT? W artykule p. t. „Ginący świat, z po- wodu jubileuszu Fr. Kostrzewskicgo" w Tygodniku illustrowanym (J. Oksza, w Nr 48) poruszono sprawę niezmiernie ważną, prawdzi- wą bolączkę dnia, mianowicie zanik humoru w dzisiejszcm życiu i twórczości naszej, illu- strując to zjawisko przykładami z historyi sztu- ki polskiej. Słuszne zupełnie postrzeżenie. Pisząc się w zupełności na wywody autora, dodamy ze swej strony jeszcze słów kilka. Chodzi nam o oświetlenie tego zjawiska z innego jeszcze punktu widzenia, o wykazanie, że i w dzie- dzinie literatury dajc się spostrzedz ten sam objaw, który przez to nabiera znaczenia praw- dziwego signum temporis. Do niedawna byliśmy najweselszym na- rodem pod słońcem. Humor, złoty, prawdzi- wy humor szlachecki, przewija się barwną, iskrzącą się wesołymi płomykami wstęgą przez całe tysiącolecie naszego piśmiennictwa i ży- cia narodowego. Od pierwszych przebłysków humoru satyrycznego w XV w. śmieliśmy się, śmieli do łez. Inni budowali miasta i pań- stwa, pławili się w potokach krwi, tworzyli no- we umiejętności, torowali nowe kierunki w sztuce, myśmy mimo tych wszystkich wy- siłków myśli i woli ludzkiej przechodzili ze śmiechem. Śmiano się wszędzie i bez ustan- ku. Na dworach królewskich i wielkopańskich rozbrzmiewał dyskretnie subtelny, wytworny śmieszek, miarkowany wysoką kulturą huma- nistyczną; bawiono się cenzurą obyczajów, za- kładano wykwintne i dowcipne rzcczypospolite Babińskie; ogół szlachecki bawił się hucznie na chrzcinach, weselach, kuligach i sejmikach, wybuchał homerycznym śmiechem, słuchając anegdotek i dykteryjek chętnie wszędzie wi- dzianych naratorów i gawędziarzy, zaczytywał do cna wszelkie facecye i figliki, tłómaczone i oryginalne, Reja i innych; lud miejski miał też swoją rozkosz duchową w uciesznych inter- medyach i komedyach rybałtowskich, o humo- rze niewybrednym i gruboskórym, raczył się literaturą sowizdrzalską, bawił się trefnymi żar- tami błaznów, wesołków, wił, igtców, szpil- manów... Był czas, że śmiech ten zdrowy był i ro- zumny: karcił złe obyczaje, wyszydzał śmiesz- nostki, gromił zarazem i prostował ścieżki szlacheckie; ale potem, od końca XVI stulecia rozbrzmiewa on coraz donośniej, a zarazem coraz bezmyślniej, staje się symbolem krótko- widztwa politycznego i hulaszczej uciechy, któ- ra niepomna jutra, dzisiaj sprawia sobie orgię rozkoszy bezprzykładnej w myśl zasady: Za króla Sasa, jedz, pij i popuszczaj pasa. Hu- mor satyryczny odzywa się zrzadka, coraz mniej śmiało, wreszcie milknie, zgłuszony fan- farą hucznych wiwatów. Od połowy XVIII wieku obudzono się z tego snu na kwiatach, obudzono za późno. Satyra i teraz, jak przed dwoma wiekami, sta- nowi punctum salitus literatury; ale starym zwyczajem nie gromi, nie wyklina wyrodnych synów, lecz wyśmiewa, żartuje, docina wesoło i zabawnie, czy w bajkach Krasickiego, czy w Zabłockiego komedyach, do głębokich to- nów sarkazmu i goryczy sięga rzadko. A i później, w XIX stuleciu, pomimo iż poezya romantyczna tak daleka była wesoło- ści hulaszczej i bezmyślnej, mimo odmiennych warunków bytu społecznego, nic pozbyliśmy się tej naczelnej cechy naszego charakteru: hu- moru. Napróżno gromił Słowacki „czerepy rubaszne,“ nakazując zrzucić „te płachty ohyd- ne, tę Dejaniry palącą koszulę," napróżno smagał nas biczem sarkazmu płomiennego, wołając, że jesteśmy „z .kraju, gdzie rozpacz nie sypie kurhanów," napróżno! Szlachecka rubaszność zbyt głęboko utkwiła w duszy na- rodowej, przybierając coraz to inne postacie i twarze. Ona nawet jest jednym z czynni- ków składowych najwspanialszego wcielenia tej duszy, „Pana Tadeusza," który rozjaśniony jest czarownym blaskiem przedziwnego uśmie- chu przez łzę rozczulenia i miłości. A cóż dopiero mówić o gawędziarzach w rodzaju Pola, Kondratowicza, Rzewuskie- go, Kaczkowskiego, których zadaniem było wskrzeszenie tej tężyzny wesołej naszych przodków, tej larwy szkaradnej, ryczącej z ucie- chy wśród ruin i grobów? Tymczasem na scenie zdobywa laury Fredro, typowy przed- stawiciel jowialności szlacheckiej wieków ubieg- łych, obdarzony żywiołową siłą komizmu i werwy scenicznej. Ludzie przedostatniego pokolenia umieli się jeszcze śmiać czasami, chociaż śmiech to był odmienny zgoła od pustej swawoli daw- niejszych czasów. Sienkiewicz celuje dowci- pem w kreśleniu postaci komicznych, Zagło- by, Chilona Chilonidesa, czy Maćka z Bogdań- ca; Prus rozjaśnia nam duszę przedziwną po- godą swego gołębiego serca; Orzeszkowa, Dy- gasiński, Sewer, Konopnicka w różnych stop- niach celują tym serdecznym humorem angiel- skim, który przez łzy na świat patrzy z litością i umiłowaniem; przedstawiciele komedyi spo- łecznej z Blizińskim na czele odziedziczyli po Fredrze siłę komiczną w kreśleniu postaci ujemnych, chociaż i w ich utworach podzwania złowróżbne echo nowych czasów, rozpaczli- wych zagadek społecznych i psychologicz- nych. Ale dzisiaj jakaż odmiana! Śmiało po- wiedzieć można, że między naszymi najmłod- szymi pisarzami niema ani jednego humory- sty. Spójrzmy na scenę: Wesoła, lekka, do- wcipna komedya znika zupełnie, staje się oka- zem kopalnianym; natomiast występują przed rampę ponure „sztuki" i „dramaty," pełne zagadnień ciemnych i bolesnych, szarpiących nerwy bezlitośnie. Gdzie się podziały zabaw- ne farsy Przybylskiego, Bałuckiego, Dobrzań- skiego, Zalewskiego i innych? gdzie tłuste kon- cepty i dowcipy? gdzie pikantne scenki ze światka i półświatka? gdzie groteskowe posta- cie bankierów, pachciarzy, gamoniów-loka- jów, ekonomów i wszelaki rodzaj naszych ro- dzimo-polskich gracioso? Znikli, rozwiali się, jak senne mary przed nadchodzącym dniem. Ojcowie nasi, idąc do teatru, wiedzieli, że i uśmicją się do łez, i nauczą czegoś, i po- słyszą jakieś jedno drugie mądre powiedzenie; my, jeżeli chcemy się „ubawić," musimy ucie- kać się do operetki lub cyrku. Nie chcemy przez to obniżać wartości wychowawczej i estetycznej dzisiejszego dra- matu. Przedcwszystkiem bowiem teatr nic jest pensyą dla panienek z rodzin obywatel- skich, a potem wiadomo powszechnie, że obec- na nasza twórczość dramatyczna przechodzi o całe niebo dawniejszą pod względem pogłę- bienia filozoficznego i artyzmu; o tern dwóch zdań być nie może. Ale chodzi nam jedynie o stwierdzenie znamiennego objawu we współ- czesnem naszem piśmiennictwie: zaniku hu- moru. . Dramatów typowego przedstawiciela tego kierunku, Przybyszewskiego, nie rozświeca ani jeden promyk przelotnego bodaj uśmiechu: wszystko dostraja się do wspólnego tonu, któ- ry dźwięczy-tęsknotą i lękiem. Wyspiański należy też do ludzi, którzy nie lubią się śmiać, bo duszę mają pełną gory- czy; u Kisielewskiego rozlega się czasem śmiech, ale śmiech to chory, nerwowy, jado- wity, nie okrzyk to hulaszczy, lecz syk nienawi- ści ku filistrom, „mydlarzom," którzy obcinali- by chętnie skrzydła geniuszom, aby nie wylaty- wali ponad poziom miernoty. Niema w tym śmiechu dzisiejszych naszych dramaturgów wesołości, jeno ból, i rozpacz, i lęk nerwowy przed czemśnieświadomem, lęk, który stereoty- powo wyraża się w gardłowych „ha! ha! ha!" u bohaterów Przybyszewskiego. Nie będziemy mnożyli przykładów. Ale zwrócimy jeszcze uwagę na jeden szczegół znamienny. Mamy tu na myśli ewolucyę t. zw. dramatu ludowego. Od czasów Woj- ciecha Bogusławskiego i Jana Nepomucena Kamińskiego, do niedawna nie ulegał on pra- wic zmianie: chłop na scenie po dawnemu cu- dacznie mazurzył, pil wódkę na umór, kłócił się z arendarzem, śpiewał i tańczył krakowia- ka: były to wesołe, pogodne krotochwilc. Dziś komedye ludowe przeradzają się w posępne dramaty, o barwach ognistych i jaskrawych, o mclodramatyczncm niemal napięciu sytuacyi, pełne są tragizmu i groźnych powikłań psy- chologiczno-obyczajowych; w dramatach Se- wera („Marcin Luba"), Kasprowicza, Niemo- jowskiego, Wyspiańskiego („Klątwa"), Orkana- Smreczyńskicgo, Rydla, Sawiczewskiego, Gor- czyńskiego, przedstawia się dziwny, nieznany zgoła świat utajonych pod sukmaną chłopską potęg żywiołowych, groźnych i fatalnych. Na wesołe piosenki i dziarskie wyrwasy niema dziś już miejsca na scenie. I powieść nasza dzisiejsza ma teraz bó- lem wykrzywioną twarz, której nie rozpromie- nia ani jeden uśmiech pogody. Za przedsta- wicieli humoru i satyry w najmłodszej naszej beletrystyce uchodzą powszechnie dwaj auto- rowie: A. Ncuwert-Nowaczyński i J. Lemań- ski. Ale dziwnie smutny to humor, jak prze- zdrowia na stypie. Nowaczyński - szyderca, Nowaczyński, plujący zapamiętale śliną, żół- cią, krwią, w jaszczurcze gniazdo „zwartej większości," nic ma nic wspólnego z beztro- ską i pogodą naszych przodków.
1015 LĘK Z Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie. E. W1TTIG Lemański jest jeszcze jednym dowodem, źc humor jowialny u nas przeżył się: pisze bajki, wcale nie wesołe, humoreski, przesiąk- ać goryczą, satyry nie lekkie i puste, lecz sarkazmu pełne i szyderstwa a nienawiści do świata, gdzie królują fałsz i żądza zysku. A zresztą, gdzież szukać śmiechu w dzisiej- szej naszej powieści? Prawdziwie, można po- siedzieć za poetą: Jest trosków, kolców, bólów niemało w tem życiu, I więcej, niż na jawie, płynie łez w ukryciu, A kto się hucznym śmiechem śród jęków odzywa, Jak szalony w szpitalu, szczęsnym się nazywa. W samej rzeczy śmiech u naszych mło- dych beletrystów robi wrażenie niezdrowego, Nerwowego wybuchu, po którym zalega duszę jeszcze większa, żrąca tęsknota i ból, ból ży- c*a. Nie brak epizodów humorystycznych na- Set w powieściach Żeromskiego, który słusz- nie może uchodzić za najbardziej typowego Przedstawiciela dzisiejszych nastrojów literac- kich; ale przelotna to wesołość, wymuszona, Poprostu smutna. Jak dawniej żyliśmy wesołością i humo- rem, tak teraz oddychamy atmosferą bólu i beznadziejności. Różne są tego bólu źródła i drogi, ale wszystkie sprowadzają się do je- dnego: bezsilność woli ludzkiej wobec zła. Dzisiejsza twórczość piśmiennicza to jedna wielka kolizya dramatyczna, z której wyjścia niemasz, ni ratunku; a fatalność losu, mus ży- cia popycha człowieka wciąż naprzód, na no- we ofiary, o których bezskuteczności z góry jest przeświadczony. Gdzież szukać humoru w dzisiejszej po- wieści? Czy u Żeromskiego, którego twórczość przepojona jest bólem i rozkoszą bólu, aż to cierpienie stało się istotą człowieka-twórcy, wcieleniem jego najskrytszych objawów du- chowych? czy u Reymonta, przez którego utwo- ry przewiewa łkający wicher jesienny mrocz- nych głębin życia, który w „Chłopach" pokazał nam groźną, żywiołową, dramatyczną jaźń chłopską? czy może u Sirki, zadumanego me- lancholijnie nad niedolą człowieka? czy wresz- cie u Berenta, który rzuca na nas posępny cień nierozwikłanych zagadek stosunku twórcy do tłumu? I wszyscy oni, nawet najmłodsi z pomię- dzy nich, Daniłowski, Orkan-Smreczyński, Żu- ławski, Augustynowicz, Irzykowski, zginają się pod ciężarem „smutku," czoła noszą pochylo- ne ku ziemi. Co za przyczyna tego przygnębienia? Jestże ono wynikiem mody? naśladownictwa? bezmyślnego przedrzeźniania? czy humor uwa- ża się za jakiś niższy rodzaj nastroju literac- kiego, niezgodny z powagą poety i literata, który z urzędu musi być szczelnie osłoniony w czarny płaszcz grozy i rozpaczy, jak nie- gdyś w Manfredowskie zniechęcenie i pogardę życia? Może tak jest w istocie. Ale tylko w pew- nej, nieznacznej części. W samej rzeczy przy- czyna tego objawu tkwi nierównie głębiej, w samym charakterze życia społecznego, w ewo- lucyi, którą społeczeństwo nasze przeszło w ciągu ostatnich lat trzydziestu. Dawniej też nie było bardzo wesoło, ale nie czuło się tak bardzo tego smutku. Szlach- cic siedział, jak u Pana Boga za piecem, orał, siał i zbierał, jak się patrzy, hukał na chło-
1016 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ke 53 pów, psami szczuł Żydów, do miasta zjeżdżał zabawić się i po- weselić. Do niedawna cała na- sza literatura piękna była ze wsi rodem i wiejską oddychała po- godą. Teraz zmieniło się wszyst- ko. Szlachcic coraz mniej ma po- wodów do wesołości, rad, że ko- niec z końcem zwiąże, na chło- pów już nie huka, bo w chłopie znalazł nieufnego, często niena- wistnego sąsiada, pachciarz po- rósł w pierze, w syonistycznem zrzeszeniu znalazł podstawę mo- ralną, tu i owdzie zasiadł na miejscu „jasnego dziedzica*1 na ganku. Komu teraz do śmiechu? A jednocześnie punkt cięż- kości życia społecznego prze- niósł się ze wsi do miasta. Wyczerpująca pogoń za groszem, życie go- rączkowe kroci, skupionych na przestrzeni kil- ku wiorst kwadratowych, natężenie nerwów, pozbawiające równowagi ducha, przemysł fa- bryczny i płynące z niego skutki, sutereny nę- dzarzy obok pałacu miliardera, zaostrzenie kon- trastów społecznych aż do potworności, a prze- dewszystkiem, i raz jeszcze—pogoń za groszem, pogoń straszliwa, wyczerpująca, bez tchu, bez wypoczynku, z pominięciem wszelkich innych celów życia: dobra, prawdy i piękna —oto w krótkich sło- wach smutny obraz teraźniej- szości, którego cień kładzie się gęstym mrokiem na literaturze współczesnej. A ostatni wyraz tej ewo- lucyi to- proletaryat. Proletaryat ducha i proletaryat pracy fizycz- nej. Bo mieszczaństwo, które obecnie nadaje ton życiu spo- łecznemu, w pogoni za złotym cielcem, odrzuca precz, za na- wias społeczny, zarówno tych, któ- rzy przerośli duchem swój czas i • szydzi z ich porywów wzniosłych, jak i tych upośledzonych od lo- E. WITTIG su, co w nierównej walce o byt padają, znacząc tysiącami ciał szlaki postępu... I czy dziw, że wobec tego zapomnieli- śmy się śmiać, że śmiech nasz brzmi tak dziw- nie, jak wybuchy wesołości „szalonego w szpitalu"?... HENRYK GALLE. ARTUR GRUSZECKI. SŁOMIANY OGIEŃ. --- 23 Porozmawiawszy jeszcze chwilę o tym przedmiocie, doktor Szarewiczowa wyszła. W czasie obiadu spytała ciotka: — O jakim świadku wspominałaś? — Jeden był tylko, pan Petrycki. — Skądże przyszedł ci na myśl? — Wyszedłszy z Klubu po tej scenie, obawiałam się, że może posądziłam niewinne- go, i spotkałam właśnie jedynego człowieka, który mógł usunąć moje wątpliwości... — To jednak dziwne, że spotykasz go tak często—powiedziała z przekąsem. — Nie szukałam go przecież, ani z nim się nie umawiałam—mruknęła gniewnie. — Jeszcze tego brakowało! — zawołała ciotka zgorszona. — No, cóż mu powiedziałaś? — Poprosiłam, by zaszedł do Klubu i przekonał się, czy mam słuszne podejrze- nia... i on potwierdził moje przekonanie. — Czekałaś na niego? — spytała zanie- pokojona. — Tak jest. Na wystawie obrazów. — A! tego nie spodziewałam się po to- bie!—zawołała oburzona:—wyznaczać schadz- kę?!... To źle, bardzo źle... Dlaczego nie wy- znaczyłaś mu naszego mieszkania? — Nie chciałam robić cioci przykrości— odpowiedziała skromnie i cicho. — Zrobiłaś mi większą, spotykając się z nim w innem miejscu. — Nie wiedziałam o tem. — Na przyszłość proszę cię i zakazuję wyznaczania jakichś miejsc na rozmowę z męż- czyznami—powiedziała surowo. Słowa te podnieciły gniew dziewczyny i rzekła opryskliwie: — Wyrażanie: „z mężczyznami" jest nie- właściwe. Nikomu nigdy nie naznaczałam schadzek, a że z nim mówiłam, uważam za rzecz naturalną i logiczną. Obawiałam się popełnienia krzywdy, jest ktoś, co może roz- strzygnąć niepewność, proszę go o to, i spra- wa załatwiona. Spojrzały sobie w oczy, Wandzia rozpło- mieniona, ciotka surowa i poważna. Milczały przez chwilę, wreszcie ciotka przemówiła łagodniej: — Może zbyt ostro się wyraziłam... w każdym razie postąpiłaś sobie niewłaściwie. — To ja przepraszam ciocię, że się MACIERZYŃSTWO E WITTIG uniosłam—wstała z krzesła i z uczuciem uca- łowała rękę ciotki. — Moja Wandziu, na przyszłość unikaj tego—mówiła rozczulona. — Dobrze, ciociu, nigdy nie zrobię. Usiadła i spojrzała z pewnem wahaniem na ciotkę, czy teraz ma jej zwierzyć się z oświad- czyn Petryckiego. Ciotka jednak, dostrzegłszy jej wzrok, za- częła z żywością: — Wiesz, Wandziu, nigdy nie spodzie- wałam się po Sylurskiej takiego braku taktu: zamiast stanąć w twej obronie, ona pozwala sobie na wymówki... I obie rozpoczęły ożywioną rozmowę o Sylurskiej. XVI. Wiadomość o Wandzi, która nadzwyczaj- nie zainteresowała i poruszyła do głębi panią Sylurską, przyniosła jej najpierw krawcowa: — Czy wie pani nowinę?—mówiła kraw- cowa przy braniu miary na stanik: — wczoraj była u mnie panna Żardccka ze swoją sio- strzenicą... pani je zna? — Tak jest... i cóż? — Na jutro mam przygotować żałobną, bardzo elegancką suknię... z kaszmiru piękne- go i suto ubraną krepą angielską... będzie cacko, nie suknia... Już to bez zarozumiałości muszę sobie przyznać, że w żadnym magazy- nie nie robią lepiej i taniej, aniżeli u mnie. — I suknia ta dla Żardeckiej? — Ależ nie... dla tej siostrzenicy, Po- pielskiej, którą z łaski wychowuje przy sobie. I jak tu nie podziwiać Opatrzności Boskiej?— westchnęła z oczyma w górę wzniesionemi:—
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ks 53 1017 taka była uboga, nieznana, zarabiała na życie lekcyami, gdzieś aż na Zwierzyniec dreptała, a teraz pani... pani całą gębą. — Co pani mówi?—zawołała zdziwiona, załamując ręce: — ona? ta Wandzia?! To nie- możliwe! Kto pani powiedział? — Wiadomość najpewniejsza. Jedna z moich panien magazynowych mieszka na Starowiślnej, i mówiła jej sklepikarka, u któ- rej Żardecka bierze bułki, że spadł na nią du- ży majątek. — I ile odziedziczyła? — Liczą na ruble, bo to z Królestwa, ale na nasze pieniądze coś do stu tysięcy reńskich. — Co też pani mówi?! A to koniec świata! Ta Wandzia... sto tysięcy... to chyba przesada. Zaledwie mogę uwierzyć... I po kim odziedziczyła? Nie wie pani? — To już wiem, bo mi mówiła sama Żardecka, że żałoba po stryju. — I jadą na pogrzeb? — Nie... Wiadomość przyszła po po- grzebie. Bardzo szybko załatwiła się z krawcową i co prędzej poszła do domu, pragnąc podzie- lić się z Franiem tą wiadomością i naradzić się, jak teraz postąpić z Żardecką i Wandzią, od których do tej pory wyczekiwała pierw- szych kroków pojednania. Frania zastała w domu, wybierającego się właśnie do archiwum, i zdyszana, wzru- szona, opowiedziawszy nowinę, dodała: — Teraz poradź mi, jak zrobić, abym bez ujmy swej godności mogła się pogodzić z niemi. Widzisz, Żardecka ma coś pienię- dzy, Wandzia dużo, mogłyby dać na Klub, założymy pismo, i Lecińska poszłaby w kąt ze swoim Zniczem. Franio uśmiechnął się lekceważąco i rzekł: — Moja ciociu, w sprawy klubowe nie wchodzę; idzie mi o to, aby naprawić naszą wspólną niezręczność. — Że też ty wprowadziłeś tego Karola!— westchnęła z żałością. — Stało się, ciociu. Już mówiłem, że on wlazł w tę sprawę całą, jak Piłat w Credo. Chciał pomódz swemu przyjacielowi Julkowi, z którym obaj zerwaliśmy, do nawiązania stosunku uczciwego i zababrał się niepo- trzebnie. — Zawsze jednak jest w tern trochę i jego winy—utrzymywała. — Hm... nie przeczę, ale nie o to idzie, lecz o Wandzię... Czy wiadomość o spadku jest pewna? — Sądzę, że tak... Zresztą możnaby kogoś posłać na wywiady... Szarcwiczowej nie dowierzam, ale Egermannowa dosyć sprytna... — Nie, ciociu... żadnego pośrednictwa. — Więc co robić? — Pójdę sam do nich... przeproszę... po- wiem, że zerwałem z Karolem... — I ty zerwiesz z nim?—zdziwiła się. — Czy Wandzia nie lepsza od Karola?— zaśmiał się. — Już przez to samo, ze kobieta, jest więcej warta—mówiła z głębokiem przekona- niem. — Ale z drugiej strony jest porywcza, impetyczka... widzieliśmy sami... no i te prze- chadzki po plantach z Petryckira to nie bar- dzo zachęcające, zwłaszcza że ty masz cha- rakter taki łagodny, uległy... — E, moja ciociu, po ślubie ona się zmieni, ustatkuje, a z tym Petryckim to sobie niewinny flirt. — Jednak, Franiu... — Ależ, ciociu, w Galicyi trzeba ze świecą w ręku szukać panny posażnej... sam los mi podsuwa, trzeba korzystać... i tak ma- ma mi skąpi: już dwa razy pisałem o pienią- dze i przysyła mi marne trzydzieści gul- denów. — A na cóż tobie więcej? Bój się Bo- ga, Franiu: masz u mnie mieszkanie, jedzenie, światło, opał... i na co ci pieniędzy tyle? — A, moja ciociu! a tytuń, cygara, składki po różnych towarzystwach, woźnym, posłań- com... Chcąc odegrać rolę społeczną, nie mo- gę skąpić. — Jednak zawsze w miarę, a ty... Idę, ciociu, przebrać się i zaraz na Starowiślną, nim przypuszczą, że wiem co- kolwiek. — Dobrze, Franiu... a pamiętaj ostrożnie, grzecznie, boś ty zanadto prawdomówny i szczery. — Już ja się postaram! — zaśmiał się, idąc do swego pokoju. W godzinę później przyszedł z twarzą rozpromienioną, a na gorączkowe pytania ciotki odpowiedział z wielkim spokojem: — Ciociu, znam przecież Lwów i Wie- deń, bywałem w towarzystwach, i dziwi mnie bardzo, że ciocia wątpiła, abym dał sobie z niemi rady. — Cóż zrobiłeś? Mów! — Całą winę zwaliłem na Karola... — I słusznie, bardzo słusznie—przytaki- wała. — Opowiedziałem nasze zerwanie, rów- nież z Julkiem... to pochlebiło im bardzo. Następnie mówiłem o obrazie Petryckiego, za- znaczyłem niewłaściwość portretowania znanej osoby, a z drugiej strony usprawiedliwiałem go zachwytem, który ta osoba budzi we wszystkich. Przyjęły to mile, zwłaszcza Żar- decka, więc dodałem, że na coś podobnego nie pozwoliłby sobie malarz, gdyby wiedział, że nie są bez opieki... Dość, że mojem zda- niem, wizyta ta powinna mi się opłacić. Tylko kwestya posagu niepokoi mnie. — Jeśli o to idzie,—uśmiechnęła się— to możesz być spokojny. W czasie twojej nieobecności była Szarewiczowa i opowie- działa mi rzecz całą. Bardzo szczęśliwie się złożyło, że ty przedtem poszedłeś; przekonają się, iż jesteś bezinteresowny... Ale cóż mó- wiłeś o mnie? — Że ciocia czekała sprawdzenia winy Karola, nic wierząc, bym się mógł przyjaźnić z takim człowiekiem. — Jak to?! Więc niby nie wierzyłam Wandzi?— zawołała zdziwiona i zgorszona. — I owszem, w:erzyła po pierwszej wia- domości od Szarewiczowej; jednak chciała ciocia dać jej zupełną satystakcyę. — Ho, ho, ale ty mądry!—chwaliła bar- dzo szczerze. — To już w naszej rodzinie,- uśmiech- nął się - a teraz wypada, aby ciocia poszła dr nich i przy sposobności spytała, czy mogę starać się o Wandzię. — Hm... pójść pójdę... ale jak ty się rozmyślisz?... a jeśli ona nie tak bardzo ci się podobała?... Jakaż ona dzisiaj? — Zawsze ładna i do twarzy jej w ża- łobie; trochę mizerna, pewno tęskni do Klu- bu—uśmiechnął się. — Raczej powiedz: ze zmartwienia po śmierć krewnego—rzekła surowo — Po nim? po stryju? — zaśmiał się. — Ależ to był stary dziwak, nikogo nie chciał znać z rodziny... umarł nagle, i na podstawie praw spadkowych majątek cały przeszedł na Wandzię i jej brata. — Ta Wandzia ma jednak szczęście — westchnęła. — Po ślubie będę jej wspólnikiem—za- śmiał się. — Byłeś nie ulegał jej zbytecznie. — Cóż powiedziałyby panie z Klubu,— śmiał się—gdyby słyszały rady cioci! Ach! mój kochany, wszystko ma swo- ją miarę. Jeśli mężczyzna chce rządzić swym rozumem we wszystkich sprawach; zabrania żonie myśleć i mówić inaczej, aniżeli mu się podoba; krępuje jej wolność; poniża w niej człowieka... przeciw takiemu, chociażby to był mój syn rodzony, wystąpiłabym otwarcie... Ale ty, Franiu, masz serce z wosku, ciebie trzeba raczej ochraniać i bronić. — Ciocia jest najlepszą i najukochań- szą,—ucałował jej ręce—a teraz może ciocia obmyśli sposób utrwalenia mego szczęścia przez połączenie z Wandzią. — W tern już moja głowa—uśmiechnęła się, pewna siebie. — Nie sądzę, aby ona była tak naiwna, a ciotka tak niedbała, iżby odrzu- ciły taką partyę. — Zawsze jednak ostrożnie, ciociu!—upo- minał siostrzeniec. — Już ty mnie nie ucz... Idź do swojej roboty, a resztę zostaw mnie, poradzę sobie sama. Na drugi dzień, ubrawszy się w odświęt- ną suknię, poszła do panny Żaideckiej, i za- raz przy powitaniu bardzo serdecznem z jej strony, zawołała tonem wesołym: — Nie przyszła góra do Mahometa, mu- siał Mahomet przyjść do góry. — Proszę, niechże pani spocznie—wska- zała gospodyni kanapkę. — Nigdy nie przypuszczałam, panno Wando,—mówiła, sadowiąc się—aby pani, tak młodziutka, wzięła za złe uniesienie się ko- biety w moim wieku. Mogłabym być matką, a może i babką pani, więc niech już pani za- pomni. — Tylko na razie było mi przykro, ale dziś już minęło. Czy dużo osób bywa w Klu- bie? Zgłaszają się do biura? — Na moim odczycie było pełno, a zresztą po staremu mało kto zagląda, i do biura nikt się nie zgłasza... Tak to zawsze u nas — westchnęła: — słomiany ogień, i przez to giniemy. — Należałoby jednak coś poradzić na tę' apatyę—odezwała się gospodyni.--W zasadzie Klub taki jest potrzebny i pożądany... możeby odczyty tygodniowe, rauty, koncerty... — Mówiłyśmy o tern na ostatniem po- siedzeniu wydziału... żałowałyśmy niezmiernie,
• PROCESYA
F. M. WYGRZYWALSKI
PRZECZUCIE
F. H. LUCAS
1020 TYGODNIK ILLUSTROWANY M> 53 a szczególnie ja, że pań nie było, gdyż pa- nie ożywiacie cały Klub. — O, pani sądzi zbyt łaskawie! — odpo- wiedziała z przyjemnym uśmiechem panna Żardecka: — zapomina pani o sobie i Szarewi- czowej. — Ach! ja, droga pani, — wzruszyła ra- mionami—ja jestem tylko od wypełniania po- leceń wydziału, a Szarewiczowej zawsze Spieszno do męża, albo za sprawunkami — uśmiechnęła się ironicznie.—Zostają tylko panie. — Cóż uradził wydział? — spytała Wan- dzia. — Mówiłyśmy głównie o paniach... ach! zapomniałam, że panie poniosły tak bolesną stratę, ale zdawało mi się, że już powiedzia- łam... Tak współczułam boleści pań, dowie- dziawszy się o tern nieszczęściu!..—westchnęła głęboko i serdecznie uścisnęła ręce pań obu. — Zmarły Popielski był rodzonym stry- jem Wandzi, a moim tylko powinowatym; nie znałyśmy go prawie. — Zawsze to jednak smutno powiedzieć sobie: Już nigdy go nie obaczymy! — Istotnie śmierć jest bardzo przykra właśnie dla tego jednego słowa: nigdy! — mó- wiła Wandzia szczerze. — A jednak każdego z nas to czeka!— westchnęła pani Sylurska. — Ale póki żyjemy, trzeba pełnić swe obowiązki. — Tak jest, i spełnianie ich jest osłodą życia—dorzuciła sentencyonalnie gospodyni. — I ja też przyszłam dziś spełnić obo- wiązek miły — uśmiechnęła się: — przeprosić pannę Wandę. Byłabym natychmiast pośpie- szyła do pań, ale czekałam ukarania winnego, by pani miała zupełną satysfakcyę. Tymcza- sem główny winowajca Julian... nazwiska za- pomniałam... zląkł się odpowiedzialności przed Franiem i uciekł. Został mniej winny Ocieski, i z tym Franio zerwał. — A tak, słyszałyśmy o tern — powie- działa dość chłodno panna Żardecka. — Franio ma złote serce, a taki spra- wiedliwy, odważny, szczery!—mówiła z praw- dą w głosie.—Jak tylko panna Wanda wyszła, powiedział: „W tern musi być prawda, kiedy panna Wanda tak utrzymuje; muszę zbadać i ukarzę winnego." Przez troskliwość chciałam go powstrzymać, ale ani dał sobie wspomnieć o tern i powtarzał: „Muszę ukarać, muszę po- mścić zniewagę, jakiej ona doznała." Takiego wielbiciela ma pani w nim!...—uśmiechnęła się słodko. — Pan Domnicki—przemówiła poważnie i chłodno panna Żardecka spełnił tylko swój obowiązek. Każdy uczciwy człowiek powi- nien piętnować takie oburzające postępowanie mężczyzn wobec kobiet samotnych. — To prawda, święta prawda, —potwier- dziła z pośpiechem pani Sylurska—ale jak mało takich uczciwych!... — westchnęła. — Ze wszystkich znanych mi mężczyzn on jeden bez wahania pragnął ukarania winnych. I cho- ciaż to mój siostrzeniec, ale muszę przyznać, że mało ludzi dorówna mu pod względem pracy, zdolności, honoru i moralnego prowa- dzenia się. — Może pani być dumna z takiego sio- strzeńca — powiedziała gospodyni z odcieniem ironii. — Teraz jednak mam z nim kłopot nie- lada! — westchnęła: — nie je, nie dosypią, zmi- zerniał, i wreszcie po długich dopytywaniach przyznał mi się pod sekretem, że jest zako- chany. — Całe szczęście pani, — zaśmiała się sztucznie panna Żardecka— że takie zakochanie prędko mija u młodych ludzi. — O, nie u Frania. Pani go nie zna, ale to charakter ze stali, na niego można zawsze liczyć, i nikt się nie zawiedzie... Gdy wymienił mi osobę, nie zdziwiłam się wcale jego miłości, bo ona jest ideałem panien, taka rozumna, taktowna, wykształcona... — spojrzała z uwielbieniem na Wandzię, siedzącą obojętnie przy biurku.—Ale co będę owijała w bawełnę, gdy wszyscy o tern mówią? On się kocha w pannie Wandzi. Spodziewała się jakiejś zachęty, uśmie- chu, błysku zadowolenia; tymczasem obie panie siedziały milczące ze spuszczonemi oczyma. Nie zrażona tern, mówiła dalej, zwracając się do panny Żardeckiej: — Wiedząc o mej przyjaźni dla pani, prosił mnie Franio tak usilnie, że w końcu uległam i przyszłam zapytać drogiej pani: czy może on bywać w domu pań? — Nie mamy żadnego powodu zrywać stosunków towarzyskich z panem Domnic- kim—odpowiedziała z chłodną grzecznością. — Ależ, droga pani,—uśmiechnęła się— idzie o to, czy może bywać jako starający się o rękę panny Wandy. Po krótkiem milczeniu rzekła panna Żar- decka: — W tej sprawie sąd do mnie nie nale- ży; tu rozstrzyga tylko Wandzia. — Panno Wando!—zawołała z rozczule- niem—niechże mu pani pozwoli bywać... tylko na próbę... tylko, żeby go bliżej poznać... prze- cież nikt nie może wymagać, by pani zaraz się decydowała... — Uznając zaszczyt, jaki mnie spotkał ze strony pana Domnickiego, muszę wyraźnie oświadczyć, że nie mam wcale zamiaru wyjść za mąż, a tern samem starania pana Domnic- kiego byłyby bezcelowe—odpowiedziała grzecz- nie, ale tonem stanowczym. — Ach, każda z nas, póki młoda, tak mó- wi!—zaśmiała się—pozwól pani, że to zmienia się, skoro swój trafi na swego. Wcale nie na- mawiałabym pani do przyjęcia Frania, gdyby on był taki, jak inni. Ale on zgadza się na wszystkie warunki, podyktowane przez panią w myśl zasad naszego Klubu, a że będzie dob- ry i posłuszny, ja ręczę pani... Cóż, panno Wanio? — Mogę tylko powtórzyć swoje poprzed- nie słowa. Nie chcę wyjść za mąż i nie wyjdę. — Jakże to być może?!—zawołała.—I pa- ni, jako ciotka, pozwala na to? Przecież to dziecinne urojenie! — Zostawiam Wandzi zupełną swobodę postępowania: chce—niech idzie w jarzmo mał- żeńskie; nie chce—niech zostanie wolną i nie- zależną. — Więc i pani sama przypuszcza możli- wość zmiany w zapatrywaniu panny Wandy? — Wszystko jest możliwe—westchnęła. — Zdtem pozwólcie panie, aby Franio oczekiwał tej fortunnej zmiany. — Nie, proszę pani—odezwała się Wan- dzia.—Poco ma się łudzić pan Domnicki? Ja nigdy nie zostanę jego żoną. Pani Sylurska sponsowiała z gniewu i wstydu. Jak to?... odrzucają Frania, gdy ona upewnia ich o jego zaletach? gdy on, przyszły poseł i zapewne minister, zniża się do prośby?! Czy dlatego, że odziedziczyła jakiś tam posag, myśli, iż królewicz po nią przyjdzie? A może zawróciła sobie głowę tym malarzem, i Fra- nio, jej siostrzeniec, otrzymuje tak stanowczą odmowę? Tego jeszcze brakuje, by jakiś ma- larz, przymierający głodem, miał pierwszeń- stwo przed Franiem! I taki gniew, takie oburzenie owładnęło nią, że nie licząc się ze słowami, powiedziała ze zjadliwym uśmiechem na swej twarzy sze- rokiej, z grubemi zmarszczkami: — Teraz odrzuca pani człowieka zasłu- gującego ze wszech miar na szacunek, a póź- niej różni hołysze będą się umizgali do posa- gu pani. Wandzia sponsowiała, ale przygryzła usta i milczała. Natomiast panna Żardecka pobladła z gnie- wu i, spojrzawszy piorunująco na swego go- ścia, powiedziała tonem mroźnym: — Może pani zechce zwracać więcej uwa- gi na swe słowa... I tak dosyć zniosła Wan- dzia od pani. — To trudno — powiedziała, podnosząc się majestatycznie z kanapy: — obowiązkiem starszych jest uczyć młodszych grzeczności i taktu... Żegnam panie...—skłoniła głową—ża- łuję swej pomyłki, a przyszłość pokaże kto jest lepszy: Domnicki czy Pctrycki? Rzuciwszy z progu ten ostatni strzał, wy- szła, trzasnąwszy drzwiami. — Ach, moja ciociu, co ja jej złego zro- biłam?—zawołała Wandzia ze łzami. — Uspokój się, moje dziecko; to nie ty, lecz twój posag narobił tyle złego. XVII. Na posiedzeniu wydziału Klubu pani Sy- lurska, jako przewodnicząca, zajęła fotel; inne wydziałowe panie: Szarewiczowa, Egermanno- wa, Zbyłowiczowa, siadły obok przy stole, cze- kając niecierpliwie rozpoczęcia narad. — Czy będziemy czekały na Żardecką i Popielską? —spytała doktor Szarewiczowa.— Może zaczniemy, bo mi śpieszno. — Zaraz, proszę pani... a co do nich, wątpię bardzo, czy przyjdą — uśmiechnęła się przewodnicząca:—podobno otrzymały spadek, więc z obozu rewolucyjnego kobiet przeszły do błogiego stanu bezmyślności filisterskiej. — Czy istotnie ta Wandzia Popielską odziedziczyła taki wielki majątek?—spytała pa- ni Zbyłowiczowa ciekawie. — Tak mówią. Jednak bardzo być mo- że, że to coś w rodzaju spadków amerykań- skich—objaśniała przewodnicząca—albo dóbr ukraińskich: nie trzeba zbyt blizko badać, bo znikną. — Czyż pani przypuszcza, że to blaga? - zdziwiła się pani Egermannowa. — Po królewiankach można wszystkiego oczekiwać. Nie ręczę, czy ten spadek, tak hucznie rozgłoszony, nie jest fintą, by złapać dobrą partyę. — O, co to, to nie! — zawołała doktor Szarewiczowa.—Żardecka jest za uczciwa i nad-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ab 53 1021 to lekceważy mężczyzn, nawet ich nie cierpi, by uciekała się do takich wybiegów. — Hm... nienawidzi mężczyzn, powiada pani,—uśmiechnęła się złośliwie—bo też za- wiodła się boleśnie na nich... I my walczymy z mężczyznami, ale w imię wyzwolenia kobiet z upadlającej niewoli... a ona z osobistych za- wodów miłosnych... to wielka różnica. — Zaczynajmy! nagliła Szarewiczowa. — Co pani mówi?!—zawołała pani Zby- łowiczowa:—to taka historya Żardeckiej? — Jaka? jaka? bo nie dosłyszałam spy- tała doktor Szarewiczowa, przysuwając się z krzesłem bliżej przewodniczącej. — Mówią, że miała romans nieszczegól- ny z jakimś inżynierem Petryckim, i on pew- nego dnia, może z obawy przed ślubem, uciekł i nie pokazał się więcej. — A, podły człowiek!—oburzyła się pani Egermannowa: pasy darłabym z takiego. — I ja zrobiłabym to samo, jeśli kobieta jest bez winy i pada ofiarą wyzysku męskiego potwierdziła przewodnicząca. — Czy sądzi pani, że w tym razie by- ło coś podejrzanego? — spytała pani Zbyło- wiczowa. — Nic nie twierdzę... ale ta sprawa da- je dużo do myślenia. — Ach, teraz rozumiem—zawołała doktor Szarewiczowa—sympatyę Popielskiej dla ma- larza Petryckiego!.. to dziedziczne. — Oby się tylko z nią tak smutnie nie skończyło, jak z jej ciotką!...—westchnęła prze- wodnicząca—ale dość o tem. Zaczynamy, mo- je panie. Na porządku dziennym: załatwienie deficytu Klubu... — Jak wysoki? — Dziś wynosi już dwadzieścia pięć guldenów... należałoby go ściągnąć z naszych członków. — Ale czy dadzą?—wątpiła doktor Sza- rewiazowa. — Zdaje mi się, źe wszystkie są zniechęcone, bo Klub nie przynosi im żadnej korzyści, żadnej przyjemności. — Robię, co mogę, — oburzyła się prze- wodnicząca—ale sama nie jestem zdolna za- radzić wszelkim brakom. — Nikt też pani wyrzutów nic robi—od- powiedziała z chłodną miną Szarewiczowa. — Stwierdzam tylko fakt ubywania członków, zale- ganie składek i zupełną apatyę Klubu. Temu musimy jakoś zaradzić, trzeba zwołać walne zgromadzenie, przedstawić stan rzeczy, wy- słuchać rad i wskazówek... — Wszystko to dobre,—uśmiechnęła się przewodnicząca w poczuciu swej wyższości— ale to nie pokryje deficytu, który będzie się zwiększał, jeśli Żardecka cofnie swój miesięcz- ny wkład, a Popielska ustąpi z sekretaryatu. Kogoś musimy wziąć na sekretarkę i bibliote- karkę, a bezpłatnie wątpię czy znajdzie się ktokolwiek. Pocóż mamy płacić? — wmieszała się pani Egermannowa:- obowiązki sekretarki i bi- bliotekarki rozbierzmy między siebie, dziś ta, jutro druga, a zawsze się coś oszczędzi. — To niemożliwe! — zawołała przewodni- cząca.—Każde towarzystwo, nawet Koło Leciń- skiej, ma stałego sekretarza... tylko jeden nasz Klub nie miałby swego?.. Zresztą niech i tak będzie. Która z pań zechce w tym tygodniu być sekretarką? Wszystkie spojrzały po sobie z pewnem wahaniem, wreszcie doktor Szarewiczowa po- wiedziała: — Ja nie mogę, mam dużo zajęcia... wiosna, muszę porządkować, przygotować ubranie, bo pewno wyjedziemy na święta. — Pani zawsze trzyma się tej samej krawcowej?—spytała pani Egermannowa — bo ostatnią suknię zepsuła mi zupełnie. Zamiast falbany wyciętej w zęby, zrobiła mi gładką, a medaliony z gipiury na spódnicy są nierów- ne. Nie wiem, jak pani z nią wytrzyma? — Sama dopilnowuję kroju i roboty; zresztą ona mnie zna i nie pozwoli sobie na żadne zmiany—uśmiechnęła się zadowolona. — Ciekawa rzecz, — mówiła pani Zby- łowiczowa—czy epolety będą jeszcze w mo- dzie? — Sądzę, że nie, bo w ostatnich żurna- lach staniki są przeważnie z draperyą— powie- działa przewodnicząca. — Właściwie te odcienie mody — rzekła doktor Szarewiczowa—należy ostrożnie stoso- wać, bo np. draperya, dobra dla szczupłej, mo- że być niestosowną do pełnego biustu. W tym wypadku rozstrzyga albo gust własny, albo zręczna i dbała krawcowa. — Czy jednak są takie?—westchnęła pa- ni Egermannowa: — każda byle zedrzeć i po- zbyć się roboty. — Należy trzymać się jednej,—doradzała przewodnicząca—jak pani Szarewiczowa. Z przedpokoju wszedł posłaniec z listem, pytając z progu: — Czy tu Klub? — Tak jest, co macie? — List, i proszę o pokwitowanie. Wszystkie panie spojrzały zaciekawione na przewodniczącą, która, odebrawszy list, pi- sała potwierdzenie odbioru. Gdy posłaniec wyszedł, przewodnicząca zwolna rozcięła kopertę, rzuciła okiem na pod- pis i rzekła: — To od Żardeckiej—a patrząc na list:— Tego się spodziewałem, oto co ona pisze: „Szanownym paniom wydziałowym mam zaszczyt donieść, iż z dniem dzisiejszym ustę- puję z godności wydziałowej, a moja siostrze- nica, panna W. Popielska, przestaje pełnić obowiązki sekretarki i bibliotekarki. Zarazem prosimy obie o wykreślenie nas z listy człon- ków Klubu." — Co się stało? — Dlaczego?^ — To dziwne!—zawołały panie. Tylko jedna przewodnicząca milczała, u- śiniechając się złośliwie. — A o pani ani słowa?! — rzekła pani Egermannowa. — Tak, tak—potwierdziły. — 1 to dla mnie jest zrozumiałe—powie- działa tonem lekceważącej wyrozumiałości: — jest to akt zemsty osobistej, i bardzo żałuję, iż Klub na tem traci pewną ilość pieniędzy... ale na to nie poradzę. — Może pani zechce nas objaśnić w tej zagadkowej sprawie — nalegała doktor Szare- wiczowa. — I owszem, uważam to za obowiązek, ale zarazem proszę panie o dotrzymanie se- kretu, bo plama jednej wydziałowej, chociaż- by nią być przestała, rzuca cień na inne. — Naturalnie, my też nie będziemy roz- głaszały—zapewniała pani Zbyłowiczowa:—cóż się stało? Zdawało się nam, że panie były z sobą w przyjaźni... — Ona też stała się powodem naszego zerwania—westchnęła przewodnicząca. —Tym paniom uroiło się, źe mój siostrzeniec, Franio, ma obowiązek żenienia się z Popielską, dla- tego, że jej prawił niewinne grzeczności, jak zwykle każdy dobrze wychowany młodzieniec młodej pannie... Żardecka zrobiła mi tak wy- raźną aluzyę, że tylko z przyjaźni dla niej, by biedaczki nie łudziły się dłużej pod tym wzglę- dem, powiedziałam jej, że on jest zbyt młody, nie skończył studyów, nie zdał doktoratu, i jak umiałam, tak osłodziłam jej tę przykrą wiado- mość. — Więc to tak jest!?—powiedziała pani Egermannowa ze zdziwieniem. Doktor Szarewiczowa uśmiechała się je- dnak z pewną wątpliwością, wreszcie rzekła: — To jednak dość dziwne, że pan Dom- nicki nie zdecydował się. Panna ładna, dobra, wcale posażna... -— Zraził go do niej ten malarz Petryc- ki—wyjaśniała pani Syiurska:—bo do czegóż to podobne, by on ją odprowadzał, chodził z nią po mieście, wreszcie publicznie głosił o swym stosunku z nią, portretując ją na swym obrazie?... Jestem przekonana, że w tem niema nic złego, źe to flirt tylko, ale męż- czyznom to się nie podoba. -— Czyż mamy być wiecznie zależne od mężczyzn? — oburzyła się doktor Szarewi- czowa. — To słuszne,—potwierdziła przewodni- cząca—i ja mówiłam to Franiowi: cóż, gdy on się uparł? „Ja jestem moralny i pracowity—po- wiada—i takiej chcę żony." Zasada sprawiedli- wa, przyznacie panie same, a on istotnie mo- ralny i nic traci czasu, tylko pracuje i uczy się pilnie. — Wracając do Klubu,—przemówiła dok- tor Szarewiczowa -— jestem zniechęcona do niego, zwłaszcza po ustąpieniu Żardeckiej. Któż będzie teraz dopłacał? Ja nie mam na to... może panie? — Ani ja!—Ani ja!—zawołały dwie wy- działowe. — Tein mniej ja nie mogę ponosić cię- żarów nad siły—-rzekła surowo przewodniczą- ca.—I tak oddałam salon, służącą do sprząta- nia, na różne posyłki, za marne dwadzieścia guldenów. I dni, i noce jestem zajęta, za- wsze na usługi Klubu. — Mojem zdaniem,—mówiła doktor Sza- rewiczowa—musimy się zastanowić, czy nie należałoby zmienić statutów Klubu... Wprowa- dzić jakieś ulepszenia, dogodności, np. herba- ty wieczorne, prosić wybitne osobistości... Wtem odezwał się dzwonek. Służąca poszła otworzyć, ponie nasłuchiwały, i do sa- lonu wszedł, z przesadną trochę elegancyą ubrany, młodzieniec i ukłonił się zbyt uni- żenie: — Czy tu mieszka pan Domnicki? — Tutaj, ale nieobecny. — A pani Syiurska w domu? — Ja nią jestem... Czego pan sobie życzy? Trochę zmieszany, spojrzał na siedzące panie i mówił nieśmiało:
1022 TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 53 — Przyszedłem w interesie... może przeszka- dzam?... to do pana Dom- nickiego. Ciotka, przeczuwa- jąc, że to nowy tryumf Frania, pragnąc, by usły- szały panie, powiedziała z naciskiem: — Może pan mó- wić śmiało! — Dobrze... Otóż pan Domnicki bywał u nas w handlu codziennie i płacił rachunki miesięcz- nie. Teraz, gdy winien za śniadania dość znaczną kwotę, bo sto ośmdziesiąt ośm koron, nietylko że się nie pokazuje, ale prze- niósł się od nas do Wenc- la, i tam jada. — To sprawa pana Domnickiego — zawołała zaczerwieniona: — proszę się zgłosić do niego, on Z teki pośmiertnej ARTURA GROTTGERA zapłaci. napad Szwedów Ton rozkazujący ubódł subjekta, wypro- stował się i rzekł z uśmiechem: — Pan Domnicki powoływał się u nas w handlu na swoją ciocię, panią dobrodziejkę, i pryncypał żąda na razie tylko akceptu pani dobrodziejki. Od tego nie mogę odstąpić, firma nie może być stratna. Pani Sylurska, chcąc zakończyć niemiłą sprawę, rozkazała: — Daj pan, podpiszę. — Służę pani dobrodziejce — podał ra- chunek. Przejrzała go starannie i rzekła: — To niemożliwe. Mówił pan śniada- nia, a tu kolacye, wino... — Tak bywało. Czasem przychodził do gabinetu z artystkami, w towarzystwie. — To chyba nie on! — zawołała z obu- rzeniem szczerem—to jakiś imiennik!—i odsu- nęła rachunek. — Oto bilet pana Domnickiego, po- twierdzający należność. Wzięła w rękę. Na bilecie wyraźnie wy- pisane było nazwisko: Franciszek Ksawery na Domnach Domnicki. — Tak, to jego bilet—powiedziała gło- sem złamanym i podpisała rachunek, obowią- zując się do zapłacenia całej sumy w ciągu miesiąca. Subjekt wyszedł. I ta kobieta, zwykle szorstka, porywcza, złośliwa, rozpłakała się, a na wielkiej jej twa- rzy było widać ból i cierpienie. — Nie martw się pani — pocieszała ją doktor Szarewiczowa.—Tacy są wszyscy męż- czyźni: w oczy słodki jak cukierek, a wyrwie się, już hula. — Każdy inny,—jęknęła wśród łez— ale Franio, ten Franio! XVIII. Nastały słoty jesienne. Wiatr przeganiał tabunami szare, to znów popielate chmury, które się kłębiły, zasuwały jedne za drugie, opadały i wznosiły, czasem leciały bez pamięci, gnane ostrym wiatrem, lub jak gdyby zmęczone stawały, zniżały się, iż ledwie nicledwie zaczepiały o smukłe wieże kościołów, a wszystkie rzucały zimny, drobny, przenikliwy deszcz, który zdawało się, że prze- nika przez mury, wdziera się do mieszkań, przesącza się przez ubrania, przenika ciało na- wskroś. Planty krakowskie odstraszały wilgocią ziemi, którą plamiły brunatne, żółtawe, czer- wonawe liście, pomięte, zbrudzone, walające się na mokrych drogach, ścieżkach i na bla- dej, smutnej murawie. Drzewa oślizgłe, posęp- ne, stały niezaradne, brudne, a przy każdym podmuchu wiatru traciły resztki liści, zwarzo- nych mrozem. Obnażone gałęzie, wyginając się, tłukły o siebie z głuchym łoskotem, a od- głos ten ginął w poświście szarugi, która chwilami cichła, by z podwojoną siłą znów uderzyć na miasto opustoszałe mimo wczesnej pory, gdyż zegary wydzwoniły trzecią go- dzinę. Malarz Petrycki szedł w kierunku Staro- wiślnej dość śpiesznie, niebardzo zważając na wiatr i zacinający deszcz, który kroplami osiadał na twarzy, gromadził się na szerokiem rondzie kapelusza czarnego i przy lada pochy- leniu spływał cieniutką strugą na ziemię. Wreszcie dopadł numeru dwunastego, i strzep- nąwszy w sieniach wodę z kapelusza i wierzch- niego ubrania, szybko wszedł na schody i za- dzwonił do mieszkania panny Żardeckiej. Nasłuchiwał; wtem posłyszał zbliżające się kroki, na twarzy jego energicznej odbił się wyraz radości, oczy i usta uśmiechały się, szybko otarł chustką wilgoć z wąsów, a gdy drzwi napół się uchyliły, zawołał wesołym głosem: — Dzień dobry pani. — Ach, to pan! — powiedziała zarumie- niona Wandzia. •— Sam we własnej osobie!—zaśmiał się. - Może pani zechce mnie wpuścić, bo deszcz sie- cze nielitościwie. — Proszę—mówiła zmieszana, odstępując od drzwi. — Czy panna Żar- decka w domu? — pytał, zdejmując palto. — Niema. — Tem lepiej, za- czekam na nią—i podał rękę na powitanie, ścis- kając serdecznie jej dłoń. — Pan... pan zaczeka na ciocię? — zdziwiła się, wysuwając swą rękę. — Tak jest, ale nie w przedpokoju odpowie- dział tonem swobodnym, jak gdyby mówił o rzeczy bardzo zwykłej. — Ach, przepraszani pana, ale przyszedł pan tak niespodziewanie... — i szła do saloniku. — Czyż to możli- we?—zdziwił się.- W ta- kim razie cała teorya o sugestyi traci dla mnie swoją wartość—rnowił, siadając na krze- śle obok Wandzi: — od samego rana starałem się usilnie myślą uprzedzić panią o naszem spotkaniu... I pani nic nie odczuła? — Ja?...—zarumieniła się lekko—napraw- dę to dziś myślalam o panu, o obrazach pana... — A więc sugestya istnieje, tylko nic w tych rozmiarach, jak myślałem. Jeśli bo- wiem istnieje możliwość telegrafowania bez drutów, byłem pewny, że i myśl musi się udzielać bez innych przyrządów, tylko na mo- cy wspólnego nastroju. — Może pan ma słuszność... nie znam się na tem. — A kiedy ciocia powróci? — Obiecała przyjść na czwartą. — Czy ciocia pani jest punktualną osobą? — Tak jest. — Tem lepiej... mam więc chwilę wol- nego czasu, nim wróci panna Żardecka. — I pan naprawdę chce widzieć się z ciocią?—spojrzała mu w oczy zdziwiona. — Zaraz pani wytłómaczę konieczność, która mnie zmusza narzucać się z prośbą pan- nie Żardeckiej. Znów spojrzała na niego, i zdziwiła ją jakaś radość, wesołość, która przeświecała z jego oczu, z twarzy, jak światło z lampy alabastrowej. Nigdy nie widziała go takim, ale zamiast zdziwienia i nieufności, i jej udzie- liła się ta promieniejąca energia życia i rado- ści. To też z uśmiechem zwróciła się ku ma- larzowi: — I jakaż to prośba do cioci? — Może pani pamięta, a może już za- pomniała, że przy ostatniem naszem widzeniu się powiedziała mi pani, iż są dwie przeszko- dy do osiągnięcia mego szczęścia. Pierwsza, to niechęć pani do małżeństwa wogóle; a gdy- by pani nawet uległa prośbom i zmieniła swe
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 53 1023 zapatrywanie, pozostaje zawsze druga przeszkoda: ciocia i mo- je nazwisko wstrętne dla niej. Czy tak, proszę pani? — Istotnie tak powiedzia- łam — szepnęła z pewną nie- śmiałością. — Teraz niech mi pani pozwoli omówić oddzielnie te dwie przeszkody, nie łącząc ich razem; jedna bowiem jest wy- rozumowana, a druga odczuta. Czy zgadza się pani? — Nie rozumiem celu, gdyż obie istnieją, jak istniały... ale mogę się zgodzić na żąda- ny podział. — Otóż, panno Wando, na rozumowane przyczyny znajdą się zawsze rozumowane argu- menty. Obawia się pani o swą swobodę, wolność, prawa... ja nietylko gwarantuję ich niety- kalność, ale w razie żądania podpiszę cyrograf, opisujący mnie |ak węża... a te przyczy- ny odmowy stracą racyę bytu. Ale mnie nie oto idzie... Miłość opiera się przecież nie na doku- mentach, umowach, kontrak- tach... to głupstwo!... W szczę- ściu jednostek miłość jest wszystkiem, co piękne, jasne, słoneczne. Bo- leść i tęsknota nadaje jej blask i trwałość bry- lantu. Wiem o tern, bo sam tęskniłem, cier- piałem, rozpaczałem za panią. Bladły dla mnie promienie słońca, woda traciła blask i żywość, kwiaty swe barwy i wonie... wszystko przesła- niała rai mgła, za którą wiedziałem, że pani jest, ale nie mogłem dojrzeć blasku oczu pa- ni, promiennej dobroci i życzliwości. Kocham panią nietylku dla piękności, która mnie upa- ja, ale kocham ducha pani, który promienieje prawdą, dobrocią, szczerością, umiłowaniem wszystkiego, co piękne, szlachetne, współczu- jąco z biednymi i opuszczonymi. Wierzyłem i wierzę, że to moje uczucie musiało oddzia- łać na panią, że pani wie, iż we mnie ma pa- ni więcej niż przyjaciela, więcej niż brata. Czy omyliłem się?—spytał, widząc, jak słucha go drżąca, blada, ze spuszczonemi oczyma. Z pewnym wysiłkiem podniosła oczy, spojrzała na niego i rzekła, podając mu rękę: — Pan powiedział prawdę—i poczuwszy jego uściśnienie, zarumieniona, szybko cofnęła rękę, dodając ze smutkiem:—jednak minio to... — O, nie kończ pani—zawołał, ukląkłszy przed nią—pozwól mi chwilę być szczęśliwym, cieszyć się przyszłością jasną. Ja tak bardzo, tak szczerze kocham, a tyle wycierpiałem mę- ki i zwątpień, że naprawdę należy mi się ta chwila szczęścia. Kocham, kocham...—szeptał całując jej ręce, których mu nie broniła — i wszystko na świecie: promień słońca, szmer deszczu, poświst wiatru, szum morza, chciał- bym zamienić na dźwięki, w którychbyś sły- szała: „Kocham ciebie..." — Wstań pan... — przemówiła łagodnie, z uśmiechem na rozpromienionej twarzy—po- mówmy rozsądnie. — Cały wodospad rozsądku nie zaszko- dzi nam teraz!—zawołał uszczęśliwiony.—I kto AMOR I PSYCHE Z teki pośmiertnej ARTURA GROTTGERA ma zacząć ten odwrót do rozsądku, pani czy ja? — Nie wiedziałam, że pan taki lekko- myślny—mówiła z powagą. — Ależ pani się myli!—zaśmiał się:- je- stem bardzo praktyczny, i to od chwili, gdy panią pokochałem. Wiera, że i największa mi- łość potrzebuje stosownych warunków mate- ryalnych do istnienia. Jestem bogaty, proszę pani: sprzedałem dwa obrazy w Monachium, mam dziesięć tysięcy marek, i na dwa dru- gie mam zamówienie... możemy kąpać się w zlocie. — Nie o tem mówię — przerwała mu:— ale... ale co powie ciocia? — Czy mam jak uczeń wydać lekcyę przed panią?—śmiał się wesoło. — Niechże pan przestanie żartować—na- chmurzyła się. —Ja ciocię bardzo kocham, i wbrew jej woli nigdy, ale to nigdy nie Pójdę. — Hm... hm... — a z nczu tryskała mu radość i szczęście—może ja i ułagodzę ciocię. Zrozumie i przekona się, że co innego Stani- sław, a co innego Zygmunt Petrycki. — Pan jednak zapomina o swem przy- rzeczeniu, że nie będzie pan mówił z ciocią o przeszłości tak bolesnej dla niej. — Pamiętam, proszę pani, i nie będę mówił, upewniam panią, gdyż... Wtem zabrzmiał dzwonek, a Wandzia pobladła, zerwała się z fotela, by otworzyć drzwi, służąca bowiem była nieobecna. Wkrótce potem do saloniku weszła pan- na Żardecka z Wandzią, i w odpowiedzi na ukłon malarza, rzekła tonem zimnego zdzi- wienia: — A, to pan! Sądziłam, że pan za grani- cą... tak donosiły dzienniki—i usiadłszy na ka- napce, dodała:—Wandziu, jesz- cze Kasia nie przyszła? Nim zdołała odpowiedzieć, znów odezwał się dzwonek w przedpokoju. Wandzia chcia- ła iść, ale wstrzymał ją malarz: — Pozwoli pani, że ją wyręczę. Po chwili wszedł do sa- loniku z nieznajomym mężczy- zną, szczupłym, ze szpakowa- rym zarostem, i zwracając się do panny Żardeckiej: — Mam zaszczyt przed- stawić pani mego stryja, Stani- sława Petryckiego. Panna Żardecka zbladła, ledwo mogła utrzymać się pro- sto, i patrzała na zbliżającego się oczyma, powiększonemi strachem i przerażeniem, a gdy on ucałował jej rękę, szepnęła blademi ustami: — To pan? pan? — Nie poznaje mnie pa- ni, panno Romano?—spytał dość dźwięcznym głosem—co praw- da, postarzałem się... Ale jaka pani młoda!... a jednak tyle lat, tyle lat!... nawet nie prosi mnie pani usiąść,—mówił, przysuwa- jąc sobie krzesło — a przecież mamy tyle do pomówienia. Do Wandzi, która stała nieruchomo, pa- trząc to na ciotkę, to na przybysza, rzekł malarz: — Panno Wando, nie przeszkadzajmy rozmowie dwojga dawnych przyjaciół... Może przejdziemy dc drugiego pokoju... — dotknął jej ręki, a ona, oprzytomniawszy ze zdumie- nia, poszła odruchowo za jego radą. Weszli do pokoju jadalnego, skromnie, ale gustownie umeblowanego dębowym kre- densem, krzesłami i stołem owalnym z dębo- wego drzewa. — Zdawało mi się, że dawniej był tu pokój sypialny— powiedział, rozglądając się. — Tak, ale ciocia donajęła trzeci po- kój, a teraz... — i siadając przy stole, mówiła z wyizutem w głosie:—Dlaczego pan mnie nie uprzedziłeś? — Zabrakło mi czasu, właśnie ciocia pa- ni nadeszła. — Ale jakim sposobem on tu przyje- chał?—dziwiła się. — Najzwyklejszym... koleją, — uśmiech- nął się, siadając przy niej—a dlaczego?—zaraz pani powiem. Uprzedzałem, że będę walczył o panią, bo tu idzie o moje życie, a nie chcia- łem tak młodo umierać... musiałem wpierw połączyć się z panią. — Dorzeczy,panie, dorzeczy...—uśmiech- nęła się. — Natychmiast... Otóż dowiedziawszy się dokładnego adresu, napisałem do stryja, pro- sząc go, by mi otwarcie powiedział co zaszło pomiędzy nim a panną Żardecką. W odpowie- dzi na mój list przyjechał sam. — I co mówił? Jak się tłómaczył? — Co?... Z saloniku doleciał do nich głos jego
1024 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 53 — Wreszcie trzy lata długie, ciężkie, smutne... — Słyszała pani?—szepnął malarz. — Nie można podsłuchiwać, usiądźmy dalej—przeszła bliżej okna. — Pani jest dobrze wychowanem dziec- kiem—uśmiechnął się. Nie zwróciła uwagi na jego słowa i spy- tała: — Więc pan Stanisław był tam aż trzy lata, tak daleko... — I to minęło... Potem, jako inżynier pracował w różnych miastach Syberyi, aż wreszcie doszedł go mój list. — Ale dlaczego nie pisał? — ...Wiedziałem, że pani ma je w przecho- waniu...—brzmiał głos z saloniku—nie mogłem pisać, bo to równałoby się... — Niechże pan coś mówi—rzekła roz- drażnionym głosem Wandzia. Silny powiew wiatru wstrząsnął szybami okna, zadzwonił w nie deszcz. — Wie pani, lubiłem takie szarugi, gdy byłem smutny, bo zdawało mi się, że natura współczuje ze mną i niebo płacze, a dziś lu- bię, jako kontrast. Tam dmie i sroźy się, a w sobie mam słońce, kwiaty, pogodę, bo kocham panią i jestem szczęśliwy. — Jaki pan egoista!... tam oni oboje prze- żywają cierpienie... —...a ja myślałam, żeś mnie porzucił, za- pomniał, a ty...—i głośno zatkała. — Burza skończyła się deszczem jak zwykle, — rzekł malarz półgłosem — a teraz... słońce!—zaśmiał się. Spojrzała na niego z wyrzutem: — Nieznośny pan ze swym śmiechem! — Czy mam płakać nad ich szczęściem? Te łzy cioci spłókują gorycz i żal, nagroma- dzone przez tyle lat. — Nie mów pan—mruknęła. —...zawsze cię kochałem i kocham, jak za pierwszych dni... i jestem przy tobie i tak szczęśliwy... —...daruj mi, Stasiu, to moja wina... — i głośniejsze łkanie świadczyło o żalu i płaczu, — Czy oni nigdy się nie uspokoją? — spytał tonem żartobliwym, ale spojrzawszy na zapłakaną Wandzię, mówił miękkim, piesz- czotliwym głosem:—Uspokój się pani, nie płacz... oni są tak szczęśliwi! — Biedna ciocia, ile ona przecierpiała!— szepnęła wśród łez—teraz rozumiem... — Chwała Bogu, że pani zrozumiała,— całował jej ręce—bo przestanie pani płakać. Uśmiechnęła się przez łzy i spojrzała mu w oczy, pełna wiary i zaufania. — Wandziu! Wandziu!—zawołała panna Żardecka. A gdy Wandzia ocierała oczy z łez, od- powiedział malarz: — Idziemy!—a wchodząc do pokoju: — Myśmy się porozumieli, a państwo? — Wandziu! Co to znaczy?—zawołała. Ona podeszła do ciotki i, całując ją ser- decznie, szepnęła: — Kocham go. — Przeczuwałam to—westchnęła. — Panno Romano,—rzekł wesoło inży- nier—gdy ta jedyna przyczyna zwłoki—wska- zał Wandzię — usunięta, nic nie stoi na przeszkodzie do przyśpieszenia ślubu naszego —podszedł bliżej i całując ją w rękę, prosił gorąco oczyma. — Sama nie wiem... to wszystko tak na- gle, tak niespodziewanie... — Na klęczkach będę błagał, prosił — nalegał pan Stanisław, nie puszczając ręki. — Dobrze, już dobrze, tylko bez klęka- nia—zaśmiała się rozczulona. — O, przepraszam! — zawołał malarz z powagą, a gdy wszyscy ze zdziwieniem pa- trzali na niego, mówił:—Wpierw, stryju, musimy pójść obaj do notaryusza i stosownie do wyma- gań Klubu kobiet podpisać zobowiązanie, iż nigdy nie będziemy krępowali wolności przy- szłych żon naszych, swobody ich przekonań... Wszyscy roześmieli się serdecznie, na co malarz z miną obrażoną zawołał: — Lekceważycie sobie państwo moje zo- bowiązanie, więc i bez niego ożenię się z pan- ną Wandą! KONIEC. JAN LEMAŃSKI: Z CYKLU: „MIŁOSIERDZIE." Błogosławieni miłosierdzie czyniący. PIESZCZOTA. Wypadł z gniazdka wróbelek, A iż był bez lotek, Snadnie pojmać go pies mógł I zjeść, albo kotek. Co widząc, młode dziewczę Tkliwe (jak kobićty), Wzięło go i nuż pieścić: —„Moje, moje ty, ty, Maleństwo, ja cię nie dam Zjeść! ja cię obronięl...*' To mówiąc, coraz bardziej Ściska z wróblem dłonie. I wróbelek, choć pies go Ni kot nie złupieżył, Chociaż tkliwie gnieciony W dłoniach—zdechł, i nie żył. WOLNOŚĆ NĘDZARZA. Litościwiec, nad biednym Miłosierdzie czyniąc, Nietylko, że mu wielki (Miedziany) dał pieniądz, Lecz nadto, przed maluczkim Wstrzymał się maluczko I wielce go moralną Strofował nauczką. —„Masz tu—mówi—na zupę, Bracie, w taniej kuchni." Ale żebrak zuchwale Rzekł:—„Pan, panie, spuchnij! Cokolwiek sobie kupię: Czy sznapsa, czy ziółek, Czy chleba, czy machorki, Czy kwit na przytułek, Czy babie nienajstarszej Funda (i to mogę)... Pańska jest rzecz: jałmużnę Dać—i z Panem Bogiem!" ROZTROPNY HUMANISTA. Widząc bogacz, że biedny Wsparł nędzarza centem, Rzekł zdumiony:—„Wszak cent ten Jednym jest procentem Od zarobku biedaka! Hojnie to jest, hojnie! A gdybym dał dwa centy? Byłoby podwójnie... Ale nie chcąc się zaćmić Dać przez tego hetkę Winienbym nędzarzowi Dać odsetku—setkę." To rzekł i wraz od ziemi Podniósł w górę pedał Jeden, drugi, i odszedł. Odszedł i nic nie dał. „Jedna kreska.” (Epizod z walki klasyków z romantykami, 1830 r.) W numerze 22 Tygodnika Ittnstrowanego z roku 1898 opisałem był okoliczności, towarzyszące w roku 1830 wyborowi Goethego na członka Towarzystwa Warszawskiego przyjaciół nauk, przyczem nadmieniłem, że wybór ten odbył się jednomyślnie. Szczegół ten wymaga sprosto- wania. Podaję je tem skwapliwiej, iż rzuca ono pewne światło na poglądy niektórych przedsta- wicieli twórczości rodzimej na rolę, jaką Goethe, zdaniem ich, zajmował w toczącym się podówczas sporze klasyków z romantykami. Otóż, rozejrze- nie się w wybitniejszych czasopismach polskich LUDWIK OSIŃSKI. z r. 1830 przekonywa, że przeciwko wyborowi Goethego podniósł się głos w imię obrony twór- czości rodzimej przeciw „szkodliwym" wpływom pi- sarza, „którego szkoła romantyczna uważała za swego patryarchę", jeden, jedyny głos, i że kreska owego przeciwnika Goethego wywołała swego cza- su polemikę wielce charakterystyczną, której tu właśnie słów kilka poświęcić się godzi. Z góry zaznaczam, że mimo dosyć skrupu- latnych poszukiwań, nie udało się wykryć nazwi- ska „protestanta". Wątpliwość w tej mierze waży się między nazwiskami dwóch wybitniejszych rymo- twórców epoki 1830 roku: Osińskiego i Koźmiana; wymienił ich bowiem Juljusz Słowacki w jednym z listów do matki, ujawniających niechęć do grona Towarzystwa Przyjaciół nauk, że wybierając wielu
TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 53 1025 niepowołanych do nieśmiertelności, jego, Słowac- kiego, pozostawiło—na uboczu... W dniu 5 grudnia 1829 r. Kazimierz Bro- dziński przedstawił Towarzystwu wniosek wymoty- wowany w sprawie zaproszenia Goethego do gro- na członków. Nim nastąpiły wybory, już Knryer Polski w numerze 82 z 25 lutego zawiadomił, że jeden z członków Towarzystwa zamierzył odczytać na posiedzeniu grona rozprawę, w której „wyłoży grun- towne i klasyczne powody, usprawiedliwiające to jego zdanie, że Goethe nie godzien takiego za- szczytu." „Słyszeliśmy także,— nadmienił Knryer —że inny członek tegoż Towarzystwa gotuje re- plikę, udowadniającą, że Goethe ze wszech miar wart być członkiem naszego Towarzystwa. Cie- kawa dysputa!” W kilka dni później, dnia 3 marca 1830 r., w Ab 88 tenże Knryer Polski powrócił do tej sprawy i zamieścił o niej artykuł tej osnowy: „Donosząc o tem, nie mieliśmy żadnego in- nego celu, prócz uwiadomienia czytelników o wy- padku, który zdawał się nam tak ważnym, iż uwiadomić o nim publiczność poczytaliśmy za po- winność dziennikarską. Gdy wszakże później do- wiedzieliśmy się, że wiadomość ta potrzebuje spro- stowania, przeto pośpieszamy z udzieleniem obja- śnienia, pochodzącego z najpewniejszego źródła. Rzecz się tak miała. Poeta Gete podany był na członka Towarzystwa Przyjaciół nauk. Wszyscy zgodzili się na jego wybór. Jeden tylko członek zwrócił na to uwagę kolegów, że gdy oddawna Towarzystwo nie przybierało do grona swego po- etów zagranicznych, również teraz nie należałoby zaczynać od wyboru pisarza, którego nowa szko- ła romantyczna, uważa za swego patryarchę; inaczej bowiem, okaże Towarzystwo dążność, któ- raby się szkodlizoą stać mogła dla naszej litera- tury. Z tego tylko punktu przeciwny wyborowi Getego, nie utrzymywał bynajmniej, iżby Gete To- warzystwa naszego nie byt godzien. Szanując zdanie każdego, (nadmienia od siebie dalej Kn- ryer Polski), a tem bardziej Męża, zaszczytnie z nauk i zasług w kraju położonych znanego, tem chętniej prostujemy dawniejszą wiadomość, iż zdanie, o którem dziś donosim, w niczem nie ubliża ani Towarzystwu, ani jego Członkowi, owszem, okazuje samodzielność i szlachetność po- budek, przymioty, które nawet w osobach od- miennie od nas przekonanych winniśmy szanować.” Echa tej sprawy przeniosły się i na łamy Tygodnika Petersburskiego, który, według wersyi Kuryera Polskiego (Ab 137, z 23 kwietnia 1830 r.), w ten sposób przekonania swoje w tej mierze wygłosił: „Przy obudzonem, mocniejszem życiu naszej literatury, nie wypadało się lękać, aby dążność Towarzystwa, choćby i w ważniejszych niż wy- bory pracach wyrażana, stała się dla niej szkodli- wą. Owszem, byłoby to podobno z jej szkodą, gdyby w rozwijaniu się swojem na różnych punk- tach, miała się tak podług Towarzystwa kierować, jak się nastawiają zegarki podług ratuszowych ze- garów. Podobny sposób widzenia narzuca Towa- rzystwu jakąś naukową dyktaturę, zapewne zamia- rom jego przeciwną. Jeżeli wreszcie z powodu trwającej w Polsce roku 1830 szkoły romantycznej, wybór Getego, jako poety, mógł stać się szkodli- wym, toć należało zaufać publiczności, że wie o tylu innych prawach, jakie ma Gete, do jedno- myślnego wyboru na Członka Towarzystwa przy- jaciół nauk. Wdawać się dziś w ocenianie zasług Getego jest już nieco za późno, bo okrągłe pół wieku tym sądem zatrudniała się Europa.” O dyspucie zapowiedzianej żadnego śladu w aktach Towarzystwa niema, natomiast pozostał ślad, że na 21 członków czynnych, którzy mieli prawo głosu na posiedzeniu wyborczem, dwu- dziestu oświadczyło się za wyborem Goethego, jedna zaś kreska była przeciwna. O rezultacie głosowania doniosła Gazeta Polska w N° 6 z 8 stycznia 1830 roku bez żadnych komentarzy. Po- dał go, jak wspomnieliśmy, Juliusz Słowacki, w li- ście do matki, z Warszawy d. 6 stycznia 1830 r. w słowach: „Romantyczność przemaga już u nas. Goethe obrany został na członka Towarzystwa przyjaciół nauk, i jedna tylko kreska, zapewne Koimiana lub Osińskiego, była przeciwna temu obiorowi. Obrano także na Członka Towarzystwa Korzeniowskiego, autora Prób dramatycznych, a spodziewam się, że niezadługo i pannę Korze- niowską obiorą.” (Księga pamiątkowa na uczcze- nie setnej rocznicy urodzin Adama Mickiewicza. Warszawa, t. I, str. 280). Tajemnica wyborów zachowaną została. Oprócz domysłów i podejrzeń, skierowanych ku KAJETAN KOŹMIAN. dwom wybitniejszym arystarchom epoki ówczesnej, niema dotychczas podstawy do wskazania jednego z nich, jako istotnego autora protestu. Z Obozu klasyków Siemieńskiego można wyprowadzić wnio- sek, że owym autorem—Koźmian prawdopodobnie nie był; natomiast wszystko zdaje się przemawiać za tem, że jedynie prof. Ludwik Osiński, zdeklaro- wany przeciwnik romantyzmu i jego przedstawi- cieli obcych i swojskich, mógł upatrywać szkodę dla literatury rodzimej w powołaniu do zachowaw- czego grona Towarzystwa patryarchy poetów euro- pejskich. ' Czas wszakże zrobił swoje. Niezadługo po owym pamiętnym wyborze, roinantyzm swojski odniósł zwycięstwo, a dnia 3 maja 1831 ogłoszono z trybuny Towarzystwa przyjaciół nauk wybór najgłośniejszego jego przedstawiciela—Adama Mic- kiewicza. ALEXANDER KRAUSHAR. Z tygodnia na tydzień. Poprawa losu służących. Wszelki wysiłek do poprawienia doli ludzi ska- । zanych na ciężką pracę zasługuje na uznanie. Koło pracy kobiet zajęło się losem służących i posta- wiło szereg postulatów, które wywołały w prasie dość nieprzychylną ocenę. Zwrócono zwłaszcza uwagę na ten punkt, że wprowadzenie 8-miogodzinnego dnia pracy dla służących, oraz zapewnienie im wielu wygód, jest poprostu niewykonalne, gdyż większość rodzin, utrzymujących służące, należy do klasy względnie ubogiej i musi sama pracować znacznie dłużej niż ośm godzin dziennie, obywając się bez „oddziel- nych pokojów” i innych pożądanych, ale niedo- stępnych „przyjemności,” a nawet potrzeb życio- wych. Niepodobna zaprzeczyć, że fakt ten jest prawdziwy. Biedny ofieyalista, pobierający rocz- nie 1200—1500 rubli, z których musi wyżywić nieraz czworo albo i sześcioro członków rodziny, nie może, pomimo najlepszych chęci, wprowadzić w czyn postulatów Koła pracy kobiet. To trudno; z próżnego i Salomon nie naleje. Ta trudność jednak nie powinna zniechęcać nas do poprawy tego, co poprawy wymaga. Są- dzimy atoli, że należy szukać rozwiązania na in- nej drodze, niż ta, po której poszło „Koło pracy kobiet. “ Służąca w wielkich miastach Europy i Ame- ryki północnej stała się dzisiaj zbytkiem, dostęp- nym tylko dla ludzi bogatych. Klasa średnio za- można obchodzi się zupełnie prawie bez służby domowej, zastępując ją przychodnią, najmowaną na pewną określoną liczbę godzin. Naturalnie, że podobna reforma możliwą jest tylko tam, gdzie życie jest zorganizowane w spo- sób odpowiedni, gdzie każdy lokal posiada nie- zbędne urządzenia techniczne, ułatwiające pracę do- mową (kanalizacya, woda, ogrzewanie, uproszczo- ny system kuchni gazowych czy elektrycznych, pralnie i t. p.), gdzie wszystkie produkty dostar- czane są przez wytwórców do mieszkania w for- mie, jeżeli nie gotowej do spożycia, to przynaj- mniej nawpół przygotowanej, etc. Otóż z chwilą, kiedy Warszawa zaprowadzi u siebie udoskonalenia, które ograniczą wewnętrz- ną pracę domową do minimum, sprawa stosunku pań do służących ulegnie sama przez się radykal- nej zmianie, na której obie strony zyskają. Z * * * Paląca sprawa. Grono, złożone z 35 adwokatów tutejszych, wnoszących bezinteresownie obrony za nieletnimi, zapoczątkowało niedawno szeroko zakreśloną akcyę społeczną, zasługującą bez względu na swe skutki już w samym swoim zawiązku na najgorętsze uzna- nie i poparcie. Jak wiadomo, spory zastęp dzieci, rzuconych na bruk wielkomiejski, a pozbawionych opieki mate- ryalnej i moralnej, dopuszcza się nieraz przewinień, grożących karą sądową. Przy pierwszym zatargu takich nieletnich z ko- deksem karnym, prawo nie jest dla nich zbyt suro- we i, chroniąc dzieci od ostatecznego zepsucia, nie wtrąca je do więzienia, lecz pozwala sędziemu od- dawać je pod dozór rodzicom, lub osobom obcym, godnym zaufania. Ale bywa także, że małoletni przestępca nie ma rodziców, lub też,' że oni właśnie dodają mu bodźca do złych uczynków. Wtedy prawo nakazuje szukać dla niego umoralnienia w więzieniu, które sta- je się z czasem jego ostatecznym życiowym etapem. Otóż, wyłuszczając powyżej przytoczone szczegóły, wspomniani adwokaci wysłali do pro- boszczów parafii pozamiejskich odezwy, z prośbą o współudział w akcyi, mającej na celu wyrwanie małoletnich przestępców ze złego otoczenia. „Wiadomo nam,- brzmi odezwa — iż drobni gospodarze wiejscy, osobliwie bezdzietni, szukają siły roboczej do pracy w gospodarstwie i że dla po- zyskania siły takiej gotowi są nieraz ponieść pewne ofiary. Dla chłopca, będącego bez opieki, nieraz zbawiennem będzie wyrwanie go ze złego otocze- nia, ze zgiełku wielkomiejskiego i przeniesienie do cichej pracy na wsi.” W tym celu autorowie odezwy proszą ks. pro- boszczów o zjednanie w parafiach i wskazanie moż- liwie rychło—gospodarzy, godnych zaufania a go- towych dać u siebie przytułek i pracę chłopcom, dla których brak opieki moralnej na bruku warszawskim stać się może przyczyną ostatecznej zguby.
1026 TYGODNIK ILLUSTROWANY Nb 53 Nie ulega chyba wątpliwości, że szlachetna odezwa nie przebrzmi bez echa i trafi do serc tych, których pierwszem zadaniem jest leczyć chore dusze ludzkie. Po podjęciu zaś zbawiennej akcyi przez du- chowieństwo i gospodarze okoliczni nie poskąpią z pewnością w tym względzie potrzebnej pomocy, o * * V Kapliczki. Ktoby spogląda, tylko powierzchownie na toczące się fale naszego życia ogólnego, ten mógł- by dojść łatwo do błędnego wniosku, że pomimo niezaprzeczonych węzłów, łączących wszędzie sztu- kę danego narodu z ogólnem tętnem jego życia, nigdzie puls spraw społecznych nie uderza do tego stopnia zgodnie w takt biegu różnorodnych dodat- nich i ujemnych wydarzeń z życia artystyczno-lite- rackiego, jak obecnie u nas. Fakt ten mógłby sam przez się dawać nam na pozór chlubne świadectwo wysokiej kultury estetycznej, jakiejś przesubtelnionej wrażliwości w sprawach piękna, gdyby, niestety, nie ta okolicz- ność, że zapominając najzupełniej o koniecznem oddzielaniu rzeczy cennych od mniej wartościo- wych, ujawniamy w tych razach niejednokrotnie dziwny bezkrytycyzm, przeradzający się częstokroć w prawdziwy wandalizm społeczno-narodowy. Bywa nieraz, że przejąwszy się pewnem no- wem zjawiskiem w dziedzinie sztuki czy literatury, na to tylko burzymy jakąś dawną granitową świą tynię, aby na jej miejscu postawić inną—nową kapliczkę chwilowych upodobań, choćby z terako- ty, lub „papier-mache". Tłoczymy się wówczas do wnętrza owej ka- pliczki, a widząc, że nie może ona nas pomieścić, nie zdajemy sobie bynajmniej sprawy z jej minia- turowych rozmiarów, lecz stajemy u progu, aby bić pokłony, nie wiedząc komu, za co i poco. Zupeł- nie jak tłum maryonetkowych artystów. „C’est a la model “ nie mówimy o tern głoś- no, ale odczuwamy tu hasła w głębi duszy i szu- kamy w niem usprawiedliwienia. Niewątpliwie z jednej strony sztuka i litera- tura nasza wzbogaciła się w ostatnich czasach sze- regiem potężnych twórców, a z drugiej społeczeń- stwo nasze posiada dziś już spory zastęp osób odczuwających subtelnie i szczerze to wszystko, co dzieje się i dokonywa pod wiecznie świeżem has- łem piękna. Ale nie mówimy tu o wyjątkach, nie mają- cych nic wspólnego z poruszonym przez nas ob- jawem „kapliczkowości“. Na pozór jednak, przy powierzchownej obser- wacyi życia naszego owe wyjątki giną w mózgu ogólnego snobizmu, niby brylantowe krople rosy w ciężkiej, duszącej mgle. o EPILOGI. „ Szczęście". Oto wyraz, który przechodzi z ust do ust, dzwoni przy ucztach, rozpromienia twarze, nadzie- jami karmi serca... Łamiąc opłatek, życzyliśmy sobie Szczęścia, na Nowy rok życzymy sobie Szczęścia, pragnie- my szczerze dla siebie i dla wszystkich Szczęścia. Czy tylko szczerze? Niewątpliwie, chociaż, głębiej biorąc, nie bar- dzo wierzymy w spełnienie tych życzeń, bo Szczę- ście uważamy za jedno z naszych złudzeń, za królewnę z bajki, za kwiat, który rośnie za dzie- wiątą górą, za dziesiątą rzeką... Tak. Szczęście wydaje nam się czemś nie- zwykle skomplikowanem, nieosiągniętem. Człowiek współczesny nie rozumie go inaczej, tylko w połą- czeniu z całym szeregiem dóbr, zwycięstw, korzy- ści, uposażeń. Sztuki plastyczne. Z SALONÓW ARTYSTYCZNYCH. * Rzeźby Wittiga. Już to wogóle marmur, jako zbytek, ukazujący się tak rzadko w naszych Salonach sztuki, witany jest zazwyczaj ze szczególnymi wzglę- dami, więc też i „Lęk" pana Wittiga, wykuty nadzwy- czaj misternie w tym szlachetnym materyale, zwrócił przedewszystkiem uwagę zwiedzających otwartą obecnie „Wystawę doroczną", czyli tak słusznie zwany nasz „Sa- lon" warszawski. Ale utwór pana Wittiga poza prze- wagą, jaką ma nad całym szeregiem wystawionych współ- cześnie odlewów gipsowych, pozbawionych z natury rzeczy owej dyskretnej bieli i przesubtelnej przejrzystości marmuru, nadającej postaciom rzeźbionym jakby pozory życia, nie boi się oceny bezwzględnej. Rzecz jest wy- modelowana z wielkim smakiem i poczuciem koloru, co w pracach rzeźbiarskich dowodzi już wyższych dążności artystycznych. Umiejętne zastosowanie uogólnień w za- znaczeniu kształtów dowodzi znacznej kultury i wyrobie- nia w dobrej szkole. Całość, wyobrażająca skuloną po- stać niewieścią z twarzą ukrytą lękliwie wśród ramion, przedstawia się bardzo estetycznie. Miękkie traktowanie płaszczyzn sprawia, że się wyczuwa jakoby tętnienie ciepłej krwi pod przedziwnie delikatną skórą. Wygięty zwłaszcza grzbiet kobiety, gdzie z pod cienkiej powłoki mięśni, zarysowują się ostrzejsze kształty kości, wymo- delowany jest z prawdziwą finezyą i odczuciem ciała niewieściego. Podając reprodtikcyę tego ze wszech miar artystycznego utworu, załączamy odbicia dwóch innych prac tegoż autora Pierwsza to lichtarz bronzowy, wy- tworne cacko artystyczne, pięknie i oryginalnie pomyśla- ne w zastosowaniu do użytku; druga jest kompozycyą w płaskorzeźbie i wyobraża „Macierzyństwo". Oba- dwa te utwory odznaczają się bardzo właściwym, odpo- wiadającym rodzajowi, sposobem rzeźbiarskiego ujęcia. * Wystawa obrazów i rzeźb w salonie p. Kry- wulta wyjątkowo w obecnej chwili jest urozmaicona i z tego względu bardzo ciekawa. Przedewszystkiem wysta- wiono tu szereg, jeżeli nie nadzwyczajnych z punktu widzenia czysto malarskiego, to w każdym razie nader niezwyczajnych pod względem fantastyczności koncepcyi, rysunków czeskiego symbolisty Alfreda Kubina. Arty- sta ten za granicą, zwłaszcza w Monachium, dzięki swej dziwacznej pomysłowości doszedł do znacznego rozgłosu. Nazywają go tam Ktinslłerphilosoph i Osterreichischer Goya. Ściśle biorąc, nie ma on gorącego temperamentu hiszpańskiego malarza, jego pasyi, bezpośredniości, a tak- że plastyki w wypowiedzeniu się; kompozycye Kubina są bardziej literackie i nieco chłodne, ale słuszność każę przyznać, że zdobywa się na wizye pełne grozy, zdumie- wające fantastycznością zestawień, tudzież bardzo nie- pospolitego a szczerego patosu, który mu zjednywa sza- cunek, mimo szalonych ekstrawagancyi, na jakie sobie pozwala w rysunkowem przedstawieniu kształtu. W każ- dym razie takie pomysły, jak „Praca", „Epidemia," „Woj- na", „Noe", „Narodziny" i inne zasługują na baczniejszą uwagę. Niezmiernie ciekawe obrazy ma w tym salonie pan Gawiński. Zwłaszcza „Pasya", przypominająca przez ścisłą symetryczność układu i dobór barw najdawniejsze utwory prymitywów średniowiecznych, uderza siłą kolo- rytu i charakteru Piękne i mocne w kolorze jest rów- nież „Mauzoleum" tego artysty. W dalszym ciągu zwra- ca uwagę szereg płócien, przedstawiających pełne wyrazu i sentymentu sceny z życia żydowskiego p. Weinlesa. Dalszy ciąg wystawy stanowi zbiór portretów i studyów dziecięcych p. Leokadyi Łempickiej, wreszcie przeszło 70 piać artysty malarza Czesława Pełczyńskiego z Mo- nachium. ZE SZTUKI STOSOWANEJ. * Kto chce żyć estetycznie, ten dba nietylko o to, aby kiedy niekiedy oglądać dzieła sztuki, ale też otacza się wytworami przemysłu artystycznego i mieszka I w urządzonych jak najpiękniej pokojach. Niezawsze to bywa połączone z większymi wydatkami -jak o tern pouczają nasze chaty chłopskie, pełne oryginalnych ozdób. Pokoje ozdobne, które podajemy w niniejszym nu- merze, są wytworami innego rodzaju. Są to kompozy- cye artystów, którzy w ten sposób dają wyraz swoim gustom indywidualnym. Same przez się są bardzo pięk I ne—można tu jednak zrobić uwagę, że nie każdy, kto I ma np. oryginalne odrębne upodobania, zgodziłby się że tak powiemy, otaczać się indywidualnością innego człowieka. Model pokoju niewieściego Kriigera wy stawiono w Monachium w r. b. Jest to z wielkim sma- Przedewszystkiem—twierdzi on trzeba mieć dużo, ogromnie dużo pieniędzy. To warunek nieodzowny. Następnie trzeba posiadać stanowisko społeczne, wpływy, talent, piękność, zdrowie i t. d. Bez tego ani rusz. Na możliwość szczęścia Hamletowskiego w „łupinie od orzecha"—nikt się nie godzi, chyba dziwak, mizantrop, fantasta. A jednak... A jednak są ludzie szczęśliwi na świecie i bez tych warunków, bez których my sobie szczę- ścia wyobrazić nie umiemy. Jak je osiągają? Odpowiedziała na to niedawno Helena Keller w swojej słynnej książce „Historya mojego życia". ? ? Helena Keller jest dwudziestoczteroletnią dziewczyną, nie widzi i nie słyszy. Kalectwo za- trzasnęło przed nią dwoje najwspanialszych drzwi duszy, przez które „;<r“ każdego człowieka wydo- staje się na świat zewnętrzny, uczy poznawać i wielbić przyrodę. Helena Keller nie widzi i nie słyszy, a mó- wi o sobie, że jest szczęśliwa. W dziewiętnastym miesiącu życia utraciła wzrok i słuch. Jako sie- dmioletnie dziecko dostała się pod opiekę szlachet- nej wychowawczyni, miss Anny Sulliwm, i ta cu- dów z nią dokonała. Rozwinęła umysł, serce i du- szę biednej istoty i rozwinęła do granic najwyż- szych bez współudziału dwóch zasadniczych zmy- słów. Jak się to stało? — zagadka, którą sama p. Keller tak tłómaczy: „Zdaje mi się, mówi ona, że w każdym z nas tkwi zdolność do reprodukowania wrażeń, które ludzkość odbierała od początku swego ist- nienia, że każde indywiduum posiada poza obrę- bem świadomości ukryte wspomnienia zielonej ziemi i szemrzących ruczajów, i ani ślepota, ani głuchota nie mogą nam odebrać tego daru, odzie- dziczonego po dalekich przodkach. Ta zdolność odziedziczona jest niejako szóstym zmysłem na- szym—zmysłem duszy, który jednocześnie widzi, słyszy i czuje"... Nie dotykam podstaw naukowych tej hypo- tezy—to rzecz niemoja. Schylam natomiast głowę przed tą duszą, która ma odwagę powiedzieć sobie i innym, że posiadła ów skarb, o którym miliony śnią napróż- no, za którym gonią tysiące istnień, o który wal- czą ludzie i narody. Szczęście... A może to rezygnacya? pogodzenie się z lo- sem? brak pożądań i równowaga duszy, wynika- jąca z jej bierności? Nie. Helena Keller jest naprawdę szczęśliwa. Szczęście jej płynie z głębokiego zadowole- nia, z odczuwania rozkoszy, którą przynosi jej świat zewnętrzny w postaci każdego tchnienia wiatru, pieszczoty powietrza, zapachu kwiatów. Szczęście jej — to poczucie bezgranicznej mocy tworzenia królestw w swojej wyobraźni, to obcowanie z największymi mocarzami ducha, to wchłanianie w siebie arcydzieł poezyi, to rozkosz poznawania. Ale nasz świat, pełen zgrzytów i wal- । ki, pędzący w szalonym wirze pożądań i zapal- czywości, wołający o chleb, o miłość i o władzę, rzucający się konwulsyjnie ku mirażom, które sam sobie stwarza, trawiony gorączką pośpiesznego użycia nie uznaje takiego szczęścia. Może dlatego, że posiada on wszystkie pięć zmysłów, a brak mu tylko owego szóstego -zmy- słu duszy?... Może z innych przyczyn?—to wszyst- ko jedno. Helena Keller będzie dla niego zawsze nieszczęśliwą, upośledzoną istotą. Z. D.
TYGODNIK ILLUSTROWANY N« 53 1027 kiem urządzony apartament z drzewa polisandrowego z ozdobami z mosiądzu Nad kominkiem umieszczono piękny krajobraz. Kominek z czytelni w bibliotece diisseldorfskiej Piotra Behrensa w modelu wysta- wiono w St. Louis. Jest to pomysł iście monumentalny, gdzie wszystko jest utrzymane w stylu pełnym powagi i siły, a każdy drobny szczegół dostraja się do całości, Sufit i ściany .Czytelni" pokrywają ciekawe ozdoby z drzewa cedrowego, piękne w swojej prostocie jasno się tłómaczących linii. Na podstawie tak prostej, jak linie kwadratu, zbudowano tu piękną, jednolitą i bogatą kompozycyę. Sam komin jest z czerwonego marmuru i służy zarazem za podstawę do ogromnego zegara. Po bokach tej podstawy stoją dwie postaci: .Noc"—z zamk- niętemi i .Dzień" z otwartemi oczyma. Jest to utwór bardzo samodzielny, dający wyraz silnej indywidualności. Kilka pięknych i interesujących wyrobów ceramicznych to pomysły Wilhelma Liixa z Karlsruhe. Cdnaczają się subtelnie stylizowanym rysunkiem, pełnym smaku kolo- rytem i ciekawą formą ogółu, k NA GŁODNYCH. Jak wiadomo, niebywały dotychczas zastój w przemyśle naszym, rzemiosłach i handlu, pozbawił dziesiątki tysięcy tutejszej ludności ro- I boczej pracy i chleba. Nieszczęśliwi ci, skazani na głód i brak wszelkiego przytułku, łakną dziś w ciężkiej porze zimowej więcej jeszcze pomocy ze stro- ny społeczeństwa, niż kiedykolwiek. Otóż, pragnąc społeczeństwu naszemu ułatwić konieczną akcyę filantropijną, otwiera- my z dniem dzisiejszym w piśmie naszem specyalny dział pod nagłówkiem: „Na głod- nych," gdzie zaznaczać będziemy najdrobniej- sze nawet ofiary, składane na ów cel pod ha- słem miłości bliźniego. Z zebranego tą drogą funduszu udzielać będziemy zapomóg osobom i rodzinom, po- trzebującym istotnie pomocy. Na początek notujemy w rubryce tej na- stępujące ofiary: Zamiast powtnszoieań noworocznych. Jan Gebethner z żoną rub. 5. Józef Holewiński z żoną rub. 3. Ignacy Matuszewski z żoną rub. 3. Józef Ostroróg rub. 1. Robert Wolff z żoną rub. 10. Józef Wolff z żoną rub. 5. MODEL POKOJU NIEWIEŚCIEGO. Dla najuboższych. Ignacy Mroczkowski rub. 3. Na chleb dla głodnych. F. K- zebrane w Resursie Obywatelskiej rb. 40. Rotmistrz Głębocki z Peterhofu rub. 2.60. Żywimy niepłonną nadzieję, że odezwa nasza znajdzie szczery oddźwięk nietylko w ser- cu miłosiernej Warszawy, lecz i w jak najszer- szych kołach prowincyonahiych społeczeństwa naszego. Red. Z Dalekiego Wschodu. Działania pod Portem Artura, jak zresztą ca- ła wojna japońska-—rozwijają się ze spokojem i nie- błaganą konsekwencyą homeryckiego eposu. Od czasu pierwszych bombardowań twierdzy w lutym, bohaterskich prób zamknięcia floty ro- syjskiej w porcie przez zatapianie branderów w wązkiin przesmyku, stanowiącym wejście po- między Złotą Górą a Tygrysim Ogonem, od sztur- mów Kiuczou w końcu maja, zdobycia Dalnego i rozpoczęcia regularnego oblężenia w czerwcu, aż do ataków głównego jądra twierdzy obecnie—wal- DON1CZKA DO KWIATÓW z fabryki w Karlsruhe. ki o Port-Artura to cały szereg nadludzkich po- święceń, systematycznego podążania krok za kro- kiem, zużytkowywanie coraz to nowych pomysłów ochrony przed morderczym ogniem dział i karabi- nów, olbrzymia, mozolnie obliczona praca, pochła- niająca miliony jenów i tysiące ludzi. Szturmy ostatnich tygodni zaznaczyły się szczególną gwałtownością, rozlewem krwi i zasto- sowaniem środków, któ- rych skuteczności trudno było przewidzieć wobec dalekonośnej broni współczesnej. Oddziały japońskie idą do ataku zaopatrzone w duże drewniane tarcze, z heł- mami na głowacn. Tar- cze te utrudniają celowa- nie obrońcom, a w bi- twach na białą broń od- dają nieobliczone usługi. O losach fortu rozstrzy- ga najczęściej broń bia- ła. Szturm przygotowu- je oczywiście straszliwe bombardowanie z dział wielkiego kalibru, oraz jak to było przj' zdoby- ciu fortu Tunkikwan- szan—podkopy, w któ- rych wybuchają założo- ne miny. Osuwająca KOMINEK W BIBLIOTECE DUSSELDORFSKIEJ. się ziemia pogrzebała około 60 atakujących Japoń- czyków. Z chwilą zdobycia Góry Wysokiej (203 me- try) i Tunkikwanszanu, który należy do głównych fortów, stanowiących jądro twierdzy, oblężenie za- czyna, jak się zdaje, dobiegać do końca. Codzien- ne telegramy donoszą o zdobywaniu nowych po- zycyi, których obrona wysila się na wynajdowanie równie pomysłowych sposobów, jakich używa atak. I tak, fort „Bordi" otoczono szerokim rowem, na- pełnionym słomą i drzewem, polanem naftą. Z chwilą, gdy Japończycy rzucili się do ataku, ma- teryały te podpalono. O ich ilości może świad- czyć fakt, że płonęły one przez całą noc i część następnego dnia. Pomimo to Japończycy, pono- wiwszy atak,’ zdobyli te okopy. Przy szturmach na górę Wysoką ogień i dym zastosowano nie do obrony, lecz do ataku. Japoń- czycy, przygotowawszy stosy palnych materyałów, rzucili się do ataku od strony, z której wiał wiatr, i zapaliwszy je, wywołali tumany gryzącego dy- mu, który szedł wprost na obrońców. Jeden z ko- respondentów twierdzi, że zdobycie tej pozycyi jest czynem niesłychanym w dziejach wojen. Wreszcie w ostatnich dniach armia generała Nogi zdobyła kilka ważniejszych pozycyi, których nazwy brzmią: Haosangantao, Sidfaczun i Joliunszan- tun. Są to zapewne wzgórza, znajdujące się po- między Wysoką Górą a Laoteszanem. Pogłoska o odebraniu przez Rosyan Góry Wysokiej okazała się nieprawdziwą. Fort za for- tem przechodzi w ręce armii oblegającej. Ogólny szturm projektowany jest podobno w dzień wigilijny według starego stylu. Zapewne zamierzone jest zdobycie Iczanu. * * * Ataki na okręt „Sewastopol", stojący przed Portem Artura, zostały uwieńczone powodzeniem. Pancernika dosięgło 10 torped, poczem statek ten pogrążył się w fale do połowy. Japończycy stra- cili przytem 1 torpedowiec, drugi zaś został cięż- ko uszkodzony. * Eskadra admirała Rożestwienskiego minęła Kapsztadt. Jednocześnie eskadra admirała Togo, po- zostawiwszy strażowanie nad dowozem żywności
1028 POZYCYE JAPOŃSKIE POD PORTEM ARTURA. do Portu Artura uzbrojonym statkom handlowym, udała się na południe. Eskadra admirała Kamimu- ry podążyła przodem. Przestrzeń pomiędzy For- mozą a Kulingo założono minami. * * * Nad Szache zaostrzają się codzienne potycz- ki. Poza tem jednak nie odbywają się tam żadne działania wojenne na większą skalę. Książki i pisma polskie dla ofiar wojny. (Art. nad.). Szanowny Redaktorze! Jako zapasowy oficer („praporszczyk") w stycz- niu r. b. byłem wzięty do wojska i obecnie je- stem w mieście Wierchnieudińsku zawiadującym gospodarką 8-go Wschodnio-syberyjskiego zapaso- wego batalionu. Przy naszym batalionie urządzo- no osobną rotę, zwaną: „słabosilnaja komanda"; do tej roty wstępują ze szpitalów miejscowych ra- nieni żołnierze, którzy już nie potrzebują ciągłej opieki lekarskiej, ale są osłabieni; po zupełnem wyzdrowieniu znowu są wyprawiani do swoich puł- ków na pozycye. Między tymi żołnierzami bywa kilkunastu, czasami i kilkudziesięciu Polaków. Niekiedy taki chory całymi miesiącami musi siedzieć bez zajęcia, i czytanie byłoby dla niego pożyteczną rozrywką, ale tu o polską książkę bar- dzo trudno. Ja miałem Tygodnik Illustrowany z kilku lat i jeszcze kilka książek, zresztą dla ludu niesto- sownych—i to oddałem, ale tego mało. Książek w języku rosyjskim jest sporo — te nam przysyłają z Petersburga. Otóż w imieniu chorych i rannych rodaków, udaję się do Szanownego Pana z prośbą: czyby nie można za pośrednictwem Tygodnika zebrać cokolwiek książek i przysłać ich pocztą dla żoł- nierzy, i to, jeżeli można, przysłać nietylko do Wierchnieudińska, lecz i do Czyty i Charbina? Pozostaję z prawdziwym szacunkiem Stanisław Korsak. Adresy: 1) g. Wierchnieudińsk Zab. Obł. 8-j Wo- stoczno-Sibirskij Zapasnyj Batalion, Zawiedywaju- szczemu Choziajstwom Praporszcziku Korsaku. SZPITAL JAPOŃSKI W DALNYY 2) g. Czyta. Nastojatielu Rimsko-Katolicze- skago Kostieła. 3) Charbin. Gławnoupołnomoczennomu Kra- snago Krcsta. P. S. Byłoby bardzo pożądane nadesłanie obrazków (niewielkich), przedstawiających Matkę Boską Częstochowską, gdyż niejednokrotnie zwra- cano się do mnie z prośbą o nie.
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 53 1029 Nasze ryciny. Obraz malarza francuskiego, Feliksa Hipo- lita Lucasa, p. t. Przeczucie, wymaga ob- jaśnienia, gdyż treść jego stanowi illustracyę do mało znanych u nas wierzeń ludu francu- skiego. Na brzegach Bretanii i Normandyi, za- ludnionych przez rybaków, utrzymała się wia- ra w to, że jeżeli jakiś marynarz znajduje się w niebezpieczeństwie, wtedy któraś z naj- bliższych mu osób dostrzega tajemnicze światełka, zapowiadające śmierć. Malarz przedstawił brzeg morski ze wzburzonemi falami oceanu w głębi; na lewo wznosi się oryginalnie ozdobiony krucyfiks, na prawo młoda kobieta wpatruje się z przerażeniem w tajemnicze połyski, unoszące się ponad ziemią. Całość dopełniają figury modlą- cych się rybaczek. Obraz posiada dużo nastroju: groźny charakter krajobrazu potę- guje wrażenie mistycznego strachu, odbija- jące się w rysach kobiety, przewidującej nagły zgon męża, brata, czy ojca.—Inne, bliższe nam sprawy przedstawił Wygrzy- walski na rysunku p. tt Procesy a, który komentarzy nie wymaga. Każdy z nas wi- dział podobne obchody w naszych kościół- kach wiejskich. Na uwagę zasługuje dob- rze uchwycony i oddany charakter oraz rozmaitość typów kobiecych i męskich. Dwa rysunki z teki pośmiertnej Artura Grottgera różnią się bardzo od późniejszej twórczości tego znakomitego artysty, który umiał ujmować w doskonałe formy plastycz- ne tematy o szerokim zakroju ideowym. Napad Szwedów wyobraża moment z epoki krwawych wojen Rzeczypospolitej w wie- ku XVII. Szkic posiada dużo ruchu, ale interesuje więcej jako dokument do dziejów ewolucyi artystycznej Grottgera, niżeli jako dzieło samoistne. Amor i Psyche świadczy, że w pewnym okresie rozwoju autor .Woj- ny" robił wycieczki w krainę klasycyzmu i zauważyć należy, że stosował styl do te- matu. Szkic „Amor i Psyche" traktowany jest w sposób nawskroś klasyczny. Amor o pięknem młodzieńczem obliczu śpi, Psy- che z kagankiem w ręku przygląda się ta- jemniczemu kochankowi Linie rysunku odznaczają się antycznym spokojem i har- monią. Kronika. KOŚCIÓŁ. J. E. ks. arcybiskup warszawski Wincenty Chościak-Popiel polecił kapłanom, aby pod- czas Mszy św. odmawiali obowiązkowo modlitwę o pokój. Kopię modlitwy w ję- zyku łacińskim przesłano wszystkim para- fiom. Również J. E. ks. biskup Zwierowicz wydał takie samo rozporządzenie do ducho- wieństwa swej dyccezyi, nakazując odma- wianie dodatkowej modlitwy kościelnej o pokój, o Dla uczczenia 50-lecia dogmatu o Niepo- kalanem Poczęciu N. Matyi Panny alumni seminatyum warszawskiego zamówili medal pamiątkowy. Na medalu tym znajduje się z jednej strony wizerunek Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia i napis: .Maria sine labę concepta, pro nobis ad Te recurrenti- bus ora", a na drugiej odbite są podobizny papieży: Piusa IX i X-go. o NAUKA. Komitet Kasy im. Mianowskiego w wy- konaniu woli ś. p. Z. Pileckiego, lekarza, który na rzecz Kasy zapisał fundusz wie- czysty z przeznaczeniem odsetek na corocz- ne nagradzanie autorów prac wybitnych z dziedziny dziejów narodu polskiego, jego języka, piśmiennictwa i prawa, oraz z za- kresu matematyki i nauk przyrodniczych, przyznał z odsetek za rok 1903 nagrody: p. Bronisławowi Gembarzewskicmu za pra- cę p. t. .Wojsko Polskie' i p. Władysła- wowi Smoleńskiemu za pracę p. t. „Konfe- deracya Targowicka'. o KONKUBSY. Z zapoczątkowania rady opiekuńczej szko- ły handlowej w Lublinie koło architekto- niczne ogłasza konkurs na budowę gmachu w temże mieście. Nagród wyznaczono trzy: 500, 300 i 200 rubli, a nadto rada opiekuń- cza zastrzega sobie prawo zakupu na włas- ność jednego lub więcej projektów z po- między nagrodzonych po rub. 150 za każ- dy. Termin nadsyłania prac upływa w dniu 15-ym lutego 1905 roku. Bliższe warunki ogłoszono w P' zcglądzie Technicznym, o OSOBISTE. W dniu 21-ym b m. trzej przedstawiciele włocławskiego Tow. wioślarskiego, p.p.: No- wacki, Jan Garlikowski i Sulistrowski, wrę- czyli Henrykowi Sienkiewiczowi dyplom na członka honorowego tegoż Towarzystwa, o ŚWIAT KOBIECY. P. Marya Dunin-Sulgustowska została od niedawna wizytatorką sal zajęć Tow. dobro- czynności. Wyłącznej pieczy jej powierzo- no starania o rozwój slojdu, który p. D. studyowała przez dłuższy czas w Szwecyi. Otworzywszy przed trzema laty zakład, po- święcony wyłącznie tej gałęzi pracy, która polega na „harmonijnem współdziałaniu umysłu i rąk ludzkich", p. D. stała się od- tąd najgorliwszą, niezmordowaną jej orę- downiczką i zdołała wykształcić już kilka doskonale zawodowo wyćwiczonych uczen- nic, mogących prowadzić dzieło jej bez po- trzeby wyjazdu po naukę do Szwecyi. Za- daniem p. D. jest wpojenie w inteligentny nasz ogół przekonania, że dla ludzi, pracu- jących mózgowo, roboty ręczne w drzewie lub plecionce stanowią zbawienny wypo- czynek, a w nerwowych cierpieniach przy- noszą nawet ulgę pożądaną. W pracowni jaj spotykamy osoby, które po całym dniu myślowych wysiłków przy pilniku lub ukła- daniu plecionki znajdują wytchnienie i roz- rywkę. Dwie godziny dziennie—od 5-ej do 7-ej—szkoła p. D. otwarta jest dla dzie- ci ubogich, i tu aż nadto uwidocznia się cywilizacyjny wpływ prowadzonych zajęć. Kilka miesięcy starczy, by brutalny i leni- wy malec przemienił się w miłego, szcze- rze robotą swoją przejętego chłopca, którego ręka i oko, kształcone na wzorach estetycz- nych, nabierają pewnej delikatności, co wpływa dodatnio na całe usposobienie dziecka. Poza zawodem pedagogicznym p. D. poświęca każdą chwilę swobodną wypracowywaniu wzorów slojdu. Z pod palców jej wychodzą śliczne ramy i półki rzeźbione, kosze, krzesła z plecionki i t. p Ostatnim celem p. D. jest zastosowanie slojdu do wyrobu zabawek dziecinnych u nas i postawienie tej gałęzi przemysłu na stopie, która z czasem pozwoliłaby uniknąć współzawodnictwa zagranicznego. Pierwsze próby wypadły doskonale: mamy nasze prawdziwe studnie z żórawiem, przy- pominające smętek wsi polskiej, mamy wo- zy drabiniaste, wiatraki, taczki i t. p., wszystko z drzewa — proste, tanie a wy- tworne cw. HANDEL, ROLNICTWO I PRZEMYSŁ. Dnia 21-go b. m. odbyło się w sali Tow. wioślarskiego pierwsze zebranie założycieli Ill-go warsz. Tow. wzajemnego kredytu. Do rady wybrano pp.: Wł. Fróhlicha, Ed. Gessnera, L. Jankiewicza, M.JJCarstensa, J. Kernbauma, H. Kotłubaja, K. Małeckiego, H. Pietraszkiewicza i J. H. Temlera; do za- rządu powołano pp.: A. Daaba, W. Kry- sińskiego i S. Kurdelskiego. o ZMABLI. Kazimierz Dobrowolski, lekarz szpitala dla robotników w Kijowie, zmarł tamże dnia 14-go b. m., przeżywszy lat 31. Ś. p. Dobrowolski padł ofiarą swego zawodu, | pielęgnując bowiem tyfoidafnych, zaraził się tyfusem plamistym w nader ciężkiej formie. Pozostawia po sobie pamięć zdolnego leka- rza i wzorowego człowieka, o Bolesław Chojecki, właściciel ziemski z gub. Kijowskiej, zmarł w Policzyńcach dnia 14-go b. m., przeżywszy lat 78. o Józef Łuniewski, właściciel dóbr Rad- goszcz, radca dyrekcyi szczegółowej Tow. Kred, ziemskiego w Łomży, zmarł dnia 19-go b. m., przeżywszy lat 38. o Marya z Kownackich Kruszewska, b. obywatelka ziemska, znarła w Warszawie dnia 20-go b. m., przeżywszy lat 75. o Teresa z Milewskich Korwin-Milewska, emerytka, zmarła w Warszawie dnia 21-go b. m., przeżywszy lat 74. o Ze świata. NAJWIĘKSZY KOŚCIÓŁ KATOLIC- KI na świecie będzie wybudowany w Nowym Jorku. Będzie on mógł pomie- ścić 60,000 osób. Długość przybytku wy- niesie 167 metrów, kiedy katedra św. Pawła ma tylko 152 metry; wysokość dosięgnie 145 metrów, kiedy katedra św. Piotra liczy 132, a londyńska—110 m. Nowy kościół—pod wezwaniem św. Zofii— będzie kosztował 125 milionów franków. Będzie to najwyższy budynek Nowego Jorku, k TESTAMENT POLITYCZNY KRUGE- RA. Podczas pogrzebu Krugera w Preto- ryj, generał Botha odczytał testament poli- tyczny zmarłego prezydenta. Jest to list, napisany w odpowiedzi na odezwę kongre- su Burów do Krugera, przebywającego już wówczas w Europie. Tekst testamentu, ogło- szony przez South African Press Bureau, zawiera między innemi ustępy następujące: „Kto chce wyobrazić przyszłość, nie powi- nien zapominać o przeszłości. Szukajcie więc w przyszłości wszystkiego, co tylko tam można znaleźć z dziedziny piękna i dob- ra, abyście utworzyli sobie z tego ideał, który próbujcie urzeczywistnić. Nie zapo- minajcie nigdy o przestrodze, zawartej w słowach: „Divide et impera", i baczcie, aby słowa te nigdy nie mogły być zasto- sowane do ludu Afrykandrów. A wtedy zachowa się i zakwitnie nasza narodowość i nasz język... Nie chcę umierać pod sztan- darem brytańskim—ale nauczyłem się zno- sić gorzką myśl, że będę musiał zamknąć oczy na obcej ziemi, na wygnaniu, prawie że zupełnie sam, zdała od rodziny i przyjaciół, których zapewne już nigdy nie zobaczę, zdała od tej ziemi afrykańskiej, na której zapewne już nie postanie moja noga, zdała od kraju, któremu poświęciłem życie, aby dla niego otworzyć wrota cywiliza- cyi, gdzie widziałem, jak rozwija się nasz na- ród. Chwilę śmierci osłodziłoby tylko prze- konanie, że rozpoczęte dzieło rozwijać się będzie i nadal, gdyż wtedy podtrzymałaby mnie nadzieja, że koniec tego dzieła będzie dobry. Oby tak było!" POSIADŁOŚCI MOCARSTW EURO- PEJSKICH w AFRYCE rozdzielić moż- na, według prof. Supana w piśmie Die BeuSlkfrung der Erde, na trzy „sfery wpły- wów": Afrykę północno-wschodnią, gdzie przeważają wpływy angielskie, Afrykę pół- nocno-zachodnią, gdzie dominuje Francya, wreszcie Afrykę Południową (od Północnej granicy Kongo aż do Kaplandu), gdzie wpły- wy Europy są podzielone. Na mapach Afryki spotyka się jeszcze wiele niedokład- ności, a „sfera wpływów" nie da się nie- raz oznaczyć ściśle w ilości mil kwadra- towych, więc prof. Supan, zbierając da- ne szczegółowsze co do rozległości ob- szarów, zajętych przez państwa kolonialne Europy, zadowalał się cyframi jedynie przy- bliżonemi, według których Anglia posiada w całej Afryce 2,126,375 ang. mil. kwa- dratowych, a oprócz tego sfera jej wpły- wów zajmuje przestrzeń 1,547,800 m. kw. Do Francyi należy 3,937,450 m. kw. (w tern jednak obliczono 1,942,420 m. kw. na t. zw. „Saharę Francuską"), do Niemiec—907,000 m. kw., do Portugalii, 799,400 m. kw., wreszcie do Włoch—188,950 m. kw. Mila angielska = 1609 metrom, k NOWY KANAŁ PRZEZ AMERYKĘ środkową zamierza podobno budować rząd chilijski w porozumieniu z Kolumbią, a to na granicy Kolumbii i Panamy, przy zużytkowaniu rzek Atrato, wpływającej do Atlantyku i San Juan—do Oceanu Spokoj- nego. Odległość pomiędzy temi rzekami wynosi zaledwie 5 kilometrów. Projekto- dawcy przypuszczają z powodu względnie dogodnego położenia dla budowy, że przy- szły kanał byłby rychło ukończony i zro- biłby poważną konkurencyę kanałowi Pa- namskiemu. k GRÓB Hamleta. W Danii istnieje a raczej istniał—kamień, pod któiym, we- dług tradycyi, spoczywa Hamlet, królewicz duński. Przyjeżdżający Anglicy rozebrali pierwotny grobowiec po kawałku doszczęt- nie, więc ludność okoliczna, która ciągnie z grobowca znaczne zyski, kilkakrotnie ustawiała na tern miejscu złomy kamieni na- nowo, aż wreszcie wpadła na pomysł utrzy- mywania tam stale pewnej ilości drobnych kamyków, które Anglicy natychmiast rozbie- rają. Gdy ostatnimi czasy rząd duński chciał przeprowadzić przez „grobowiec* linię ko- lejową, co zniszczyłoby zabytek, ludność oparła się temu stanowczo. TRZĘSIENIE ZIEMI NA FORMOZIE, które wydarzyło się dnia 6-go b. m., zbu- rzyło 150 domów mieszkalnych, a uszko- dziło 33, zginęło przytem 78 ludzi, rannych jest 23, a wśród nich jeden Europejczyk. straszliwy HURAGAN szalał nie- dawno na wyspach Talaoet, leżących na północ od Celebesu. Nawał fal morskich zalał cały dobytek mieszkańców, zburzy! ich domy i zdruzgotał okręty i łodzie. 30 ludzi zginęło. Reszta w liczbie 30,000 znajduje się w położeniu beznadziejnem. sprawa szczepienia ospy w Brazylii wywołała w Rio Janeiro po- ważne zaburzenia. Paryski Temps, komen- tując tę dziwną sprawę, nie może wyjść z podziwienia nad opozycyą ludności prze- ciwko kulturalnym urządzeniom i twier- dzi z ironią, że Brazylijczycy stoją zapew- ne dotychczas na poziomie cywilizacyi z epoki, gdy Ameryka nie była jeszcze odkryta. Należy przypuszczać, że wytłómaczenie za- burzeń musi leżeć gdzieindziej, a rozkaz rządowy co do ospy był tylko powodem pośrednim, k RZEKA — ZDOBYWCĄ. Wylewy rzeki Rio Grandę del Norte wy- tworzyły jedyną w swoim rodzaju sytuacyę. Rzeka ta, stanowiąca granicę pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem, wy- tworzyła sobie podczas wylewów drugie koryto (niedaleko Hidalgo w stanie Texas), biegnące w odległości kilku mil od daw- niejszego, zajmując w ten sposób na ko- rzyść Stanów Zjednoczonych znaczny obszar pastwisk, należących do Meksyku. Tysiące kóz i owiec pasą się na owem terytoryum. Jak na ową „aneksyę" zapatruje się rząd meksykański — niewiadomo, k zmarli. Norman Maccoll, wieloletni redaktor an- gielskiego pisma literackiego, Alheneum. Andre Lejiure, profesor w szkole antro- pologii, autor pierwszorzędnych prac z dzie- dziny literatury i wiedzy, jak: „Grecya sta- rożytna", „Religia", „Rasy i języki". Był redaktorem Rćpubliquc franraise Gambetty.
1030 KSIĄŻKI I WYDAWNICTWA P€RYODYCZNe. KSIĄŻKI POLSKIE. * Leopold Staff: Skarb. Tragedya w trzech aktach (Nakładem księgarni pol- skiej B. Połonieckiego we Lwowie. War- szawa. E. Wende i Ska, str. 156 w 8-ce). — Piękny poemat dramatycz- ny, natchniony myślą głęboką i oryginal- ną. Autor, panując silnie nad formą, za- pragnął dać na scenie widowisko syntetycz- ne w wielkim stylu, to jest takie, aby akcya była przedewszystkiem wykładnią symbolów, aby wypadki dramatu działy się .może nigdy i nigdzie, a może w nas i co- dzień“. Skarbu strzegą jedno po drugiem całe pokolenia, strzegą z nieustanną czuj- nością, męstwem i poświęceniem, aż do chwili, gdy znajda się tacy, którzy Zv- chcą wiedzieć, czy .nie za dużo już ofiar*, czy warto tracić tyle dla rzeczy, której się nigdy nie widziało, która może na- wet nie istnieje. Tragedyę przeżywa dwo- je strażników niezłomnych; nie stracili oni poczucia świętości skarbu, a nie chcąc do ohydnej profanacyi dopuścić, wolą i skarb ten i siebie zgładzić ze świata.—Tak, to wszystko dzieje się .w nas samych*. Jest to wyłożony w świetnych dyalogach i me- taforach obraz naszego stosunku do Ide- ału, naszych kompromisów, walk i ukła- dów z sumieniem. Postacie Staffa nie ma- ją powszedniej wypukłości realistycznej, do której przywykliśmy w dramatach. Są to raczej ucieleśnione idee, niż żywe orga- nizmy. Ale każda skupia w sobie tak sil- nie pewną specyalną władzę ducha, że ca- łość tworzy niezmiernie intensywny świat wewnętrzny. Niema w poemacie mistycz- nych cieni, bo każda figura posiada wyraź- ną funkcyę i w dobitnych objawia ją ge- stach. Staff od pierwszej swej książki .Sny o potędze* zwróci! na siebie uwagę, jako poeta szczery, wielkie rokujący nadzieje. .Skarb* nie jest może utworem doskonałym, ale w rozwoju talentu autora stanowi wiel- ki krok naprzód. Pamiętnik Fizyograficzny. Tom XVIII. (Warszawa. 1904. Druk Rubieszewskiego. Str. 598 w 4-ce w. Cena rub. 5).—Rocznik ten, poświęcony .Pamięci Władysława Kwietniewskiego,* miał 62 prenumeratorów, a treść ma następującą: .Spostrzeżenia me- teorologiczne, dokonane w ciągu czterolecia 1897—1900 na stacyach meteorologicznych Sieci Warszawskiej* (których jest 41), .Sprawozdanie z badań geologicznych, do- konanych wzdłuż drogi żelaznej Warszaw- sko-Kaliskiej* przez Jana Lewińskiego, »O faunie warstw podredenowskich Dąb- rowskiego zagłębia węglowego' przez Sta- nisława Karczewskiego (z tablicą litogra- ficzną), .Rozbiory mechaniczne gleb Opi- nogórskich w pow. Ciechanowskim gub. Płockiej* przez Sławomira Miklaszewskiego (z tablicą analiz), .Gleby typowe gub. Kie- leckiej* przez tegoż (z tablicą), .Materyały do gleboznawstwa polskiego' przez Kon- stantego Malewskiego, b. profesora Instytu- tu agronomiczno-leśnego w Nowej Ale- ksandry! (Puławach), .Rozbiory ziem Kró- lestwa Polskiego* przez d-ra A. Sempołow- skiego, .Przyczynek do flory grzybów oko- lic Międzyrzecza* przez B. Eichlera, ,Przj- czynek do flory Kowieńskiego* przez Bo- lesława Hryniewieckiego, .Krótki rys bota- niczny pow. Kaliskiego i sąsiednich* przez A. Matuszewskiego, .Przyczynek do sprawy jedno- lub wielogatunkowości jemioły, z do- datkiem: O jemiole na dębach w Polsce* przez Franciszka Błońskiego, .Spis roślin zebranych w okolicach Kijowa i stacyi Bo- jarki pow. Kijowskiego" przez Witolda Ja- kubowskiego, .Jaskinie i schroniska na gó- rze Smardzewskiej na lewym brzegu Prąd- nika pod Ojcowem" przez Stanisława Jana Czarnowskiego (z pięciu rysunkami), .Ma- teryały do fizyografii jeziora Wigierskiego" przez Kazimierza Kulwiecia (z wielu wido- kami i mapami). Treść, jak widzimy, szczerze swojska: różni poważni badacze składają się w niej na gruntowne poznanie naturalnych właściwości kraju. Naturalnie, 62 prenumeratorów nie mogło pokryć kosz- tów wydania tego olbrzymiego i wykwint- nego tomu: wyszło ono z zapomogi Kasy imienia rektora Mianowskiego. xl * Wydawnictwo „Strażaka”. Pożytecz- ny miesięcznik Strażak, wychodzący od lat czterech w Warszawie, wydał swym na- kładem dwie książeczki: .Praktyczny prze- wodnik dla straży ogniowych ochotniczych", przejrzany i uzupełniony przez .Starego strażaka* A. O., oraz .Dziesięcioro przyka- zań prawego strażaka*, zestawione przez L. Szyller-Rackiego. W pierwszym pod- ręczniku autor nie wdaje się wcale w roz- prawy teoretyczne, uważa bowiem, że .ra- townictwo ogniowe wzrosło w czasach obec- nych do rozmiarów nauki ścisłej, której sy- stematyczne wyczerpanie mogłoby zająć kilka semestrów*. P. A. O poprzestaje na koleżeńskich wskazówkach praktycznych, dotyczących dobierania ludzi, podziału dru- żyny, mustry, komendy, różnych ćwiczeń, pożarów na wsi, nauki o ratowaniu stodół. Podaje następnie regulamin dla straży ognio- wych miejskich, ustawę normalną dla straży ogniowych ochotniczych w Królestwie Pol- skim. Obie broszury cechuje myśl pożytku społecznego. KSIĄŻKI GWTAZIIKOWE. III. (Dokończenie). * Wacław Gąsior-owski: Ilurairan. Po- wieść historyczna z epoki Napoleońskiej, w przeróbce dla młodzieży, dokonanej przez autora. Z 28 illusł. (Warszawa. Nakład K. Treptego, str. 512, w 8. Cena rub. 2.10, w oprawie 2.70).—Jeszcze jedna próba mecha- nicznej metody przerabiania powieści dla młodzieży. P. Gąsiorowski napisał trzy gru- be tomy opowiadania na tle wojen Napole- ońskich, które zyskały powodzenie u nie- wykształconej artystycznie publiczności, za- wierały bowiem mnóstwo szczegółów z epo- ki, świetnemi legendami wypromienionej. Przerobić taką powieść dla młodzieży nie- zbyt było trudno, ale należało napisać całą nową książkę. Zamiast tego, autor wykroił nożycami połowę z tego, co zawierał ory- ginał i zakwalifikował te wycinki dla czy- tania przez młodzież. Złagodzenie niektó- rych wyrażeń i spojenie rozdziałów luźnemi wiązadłami nie nadało urworowi charakteru odrębnej lektury. Styl i sposób opowiada- nia nie zmieniły się przez to zgoła. * Jadwiga Warnkówna: Na skrzyd- łach fantazyi. Opowiadania dla młodzieży. (Warszawa. Nakł. księg. E. Wendego. 1905, str. 159 w 8-ce. W opr. karton, rub. 1.20). —Wśród całego tegorocznego plonu gwiazd- kowego jest to może jedyna książka, ma- jąca na celu kształcenie wyobraźni dziecka. Tytuł brzmi nieco pretensyonalnie, ale treść —bardzo urozmaicona i w znacznej części wartościowa. Stworzyć ładną i dobrą bajkę rzecz nie łatwa. P. Warnkówna ma ku te- mu niezbędne warunki, to jest- -talent. Szko- da jednak, że nie zniżyła nieco lotu, że nadto zapominała o prostocie wyrażeń, że wpadała niekiedy w abstrakcye zbyt skom- plikowane (np. „Rigi*, .Królowa stepu*, .Kto to?*) Za to takie bajki, jak „Plama szara”, .Suknia balowa*, „Śpiewające jezio- ro* i .Dobra dola* zyskają niezawodnie śród dziatwy popularność. * Jadwiga Chrziiszczewska: Iłfri cie- bie. Powiastki i opowiadania przyrodnicze dla młodszych dzieci. (Warszawa. Nakła- dem księgarni E. Wendego i Ski. 1905, str. 163 w 8-ce. Cena rub. 1.20).—Książka składa się z dwóch części, niejednakowej wartości. W pierwszej mamy dziesięć krót- kich opowiadań z żyda dziecięcego, prze- ważnie niezajmujących i błahych, pomimo wyraźnych wskazówek dydaktycznych. Są tu tematy banalne, wielokrotnie już wyzyska- ne z większem powodzeniem. Za to w czę- ści drugiej doświadczona pracowniczka na niwie pedagogii wykazała bardzo niepospo- lite zdolności popularyzowania wiedzy przy- rodniczej. Barwne opowiadania o obycza- jach zwierząt, ożywione licznemi rycinami, zajmą umysł dziecka i nauczą go wiele. Szkoda, że autorka nie zmieniła planu książ- ki, to jest, iż nie zamknęła w niej samych tylko opowiadań przyrodniczych. * Włodzimierz Trąinpczy liski: Oblę- żenie Paryża. Powieść historyczna dla młodzieży. Z 20 rysunkami Illinicza. War- szawa. (Nakł. K. Treptego, str. 234 w 16. W opr. karton, rub. 1.20). —Wojna fran- cusko-niemiecka, ów wielki dramat dziejowy, płodny w tyle następstw olbrzymiej donios- łości, a sam przez się pełen malowniczej grozy,—nadaje się doskonale do różnych opowiadań powieściowych. Znacznie jed- nak trudniej zbudować z tych motywów przystępną powiastkę dla młodzieży. Trze- ba traktować przedmiot bardzo powierzchow- nie, by uniknąć wielu drażliwych kwestyi. Pamiętając o tem, p. Trąmpczyński obrazy wojny i oblężenia pomieszcza w tle, na czoło zaś powieści wysuwa historyę rodzi- ny emigranta polskiego, pułkownika Brzo- zowskiego, który zamieszkał w maleńkim dworku w Neuilly, pod Paryżem, wraz ze swymi wnukami i starym sługą, b. sierżan- tem Barnabą. Wcjna i oblężenie wyrzuca całą tę rodzinę na bruk paryski. Jeden wnuk, Kazimierz, odbywa kampanię, dostaje się do niewoli pruskiej, a potem znajduje gościnę i schronienie u krewnych w Poznań- skiem; drugi, młodziutki Tadeusz, przebywa ciężkie dni głodu i spustoszeń w oblężo- nym Paryżu. Akcya rozwija się składnie, ale obrazom braknie barw żywszycłi i sil- nego rysunku. Samo „oblężenie Paryża" zajmuje w powieści cząstkę niewielką, pod- rzędną. Słusznie, oczywiście, postąpił au- tor, nie podnosząc żadnych zagadnień poli- tycznych, z tymi strasznymi wypadkami związanych. Ale należało dla informacyi dziecka podać nieco historycznych komen- tarzy. Jest ich w „Oblężeniu Paryża* za mało. * Róża Erzepki: Na gwiazdkę. Wier- szyki dla małych dzieci. Z rysunkami T. P. Poznań. Własnym nakładem. 1904. Str. 47 w 16-ce. W oprawie kartonowej — Kilkadziesiąt drobnych wierszyków, kra- kowiaków, bajeczek, powiastek, ułożo- nych już to w formie żartu, już to za- gadki, w której dziecko dorabiać musi sa- mo rym. Podobnie, jak .Książeczka Heli* tej samej autorki, zbiorek ,Na gwiazdkę" zaleca serdeczny, naturalny ton i dobra znajomość umysłu dziecięcego. Rysunki - bardzo słabe. PRASA POLSKA. Ogniwo: „Siły rozproszone* przez Ze- nona Pietkiewicza; „Filozofia Nietzschego* przez Władysława Spasowskiego. — Czytel- nia dla wszystkich: .Ziemstwa" przez K. Stachowskiego. — Gospodarz i Lokator: „Urządzenie mieszkań" przez Edwarda Goldberga. — Prawda: .Bóle bezimienne i bezprzyczynowe* przez Posła Prawdy.— Przegląd Bankowy: „Bankierstwo w Pol- sce* przez C. Łagiewskiego. — Naokoło świata: .Rzeczpospolita mnichów* przez J. Cz.—Bluszcz: „Kobieta w życiu geniu- szów" przez Arasa.—Gazeta Rzemieślnicza: „Organizacya cechowa.* — Niwa Polska: „Galicya i Czechy wobec konstytucyi au- stryackiej* przez Jerzego Kurnatowskiego.— Wędrowiec: .Kary główne Japonii* przez W. Doroszewicza.—Gazeta Domowa: „Hy- giena oświetlenia* przez dra S. L.—Biblio- teka Warszawska: „Przemiany* (powieść) przez Kazimierza Zdziechowskiego; „Ame- rykański filozof-poeta* przez Maryę Ziele- wiczównę; „Z wrażeń berlińskich* przez Walerego Gostomskiego; .Subjektywizm w nowoczesnej twórczości muzycznej* przez Henryka Opieńskiego; „Rene a Werther* (studyum porównawcze) przez Henryka Reinholda; C. A. Sainte-Beuve (człowiek i dzieło)—przez W. Jabłonowskiego. -Ga- zeta Handlowa: .Brak publicystów, brak opinii" przez Deltę.—Gazeta Polska: .Le- genda czy rzeczywistość* (sprawa bojkotu); „Concordia res parvae crescunt;" ,Po czter- dziestu latach" przez S. Kozickiego. -Go- niec świąteczny: „Nieznany utwór T. Le- nartowicza" przez K. Pollacka. — Kuryer Warszawski: „Popierajmy przemysł ludo- wy* przez J.; .Fałszywe wnioski* przez W. R. FRANCYA. * Nakładem księgarni towarzystwa „Mer- cure de France" wyszła książka p. t. Cor- respondance infdite de Saintc-Beuve avcc M. et M-me Justc Olivier.tt W korespon- dencyi tej znajdujemy bardzo częste, nie- kiedy dość długie wzmianki o Adamie Mic- kiewiczu. Sainte-Beuve poznał poetę nasze- go w Lozannie, u J. Oliviera, profesora hi- storyi w tamtejszym uniwersytecie. Odrazu powziął do Adama głęboki szacunek i u- wielbienie i zajmował się żywo sprawą ofia- rowania mu katedry w Lozannie, a potem w „College de France." W korespondencyi z państwem Olivier, którzy byli serdeczny- mi przyjaciółmi Mickiewicza, opowiada Sainte-Beuve głównie o tych dwócłi kate- drach, a zwłaszcza o powołaniu poety na- szego na katedrę literatur słowiańskich. Sainte-Beuve informował Cousina o zasłu- gach literackich i zdolnościach profesorskich Mickiewicza i tem przyczynił się niemało do decyzyi rządu francuskiego co do jego nominacyi. * G. Lafenestre ogłosił dwa piękne, ozdobione licznemi illustracyami dzieła: Les primitives a Brugcs et a Paris i L’Expo- sition des primitifs franęais. Pierwsze informuje o rozwoju sztuki prymitystów, ujawnionej na wystawach w Paryżu (w ro- ku 1900), w Bruges (w r. 1902) i znowu w Paryżu (w r. 1904); drugie mówi o te- gorocznej wystawie wiosennej w Paryżu. Kto rozważa historyę prymitystów fla- mandzkich, spostrzeże natychmiast, że ni- gdzie sztuka narodowa nie utworzyła się tak szybko, jak w Niderlandach, dzięki ge- niuszowi Huberta i Jana Van Eycka. Roz- wiązali oni odrazu wszystkie problematy techniczne, określili cel malarstwa i wska- zali jego środki. Nie przewyższył ich nikt ani we Flandryi, ani w Holandyi. Prymi- tyści francuscy, mniej zręczni, skłaniają się odrazu ku realizmowi. Podczas wojny Stu- letniej, żadne z ognisk artystycznych, po- zostających pod opieką jakiego oświeconego księcia, nie staje się tak silnem, aby stwo- rzyć trwałą tradycyę. Istnieją jedynie moc- ne indywidualności, jak Jan Fouquet, Ni cc-
TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 53 1031 las, Froment, Engucrrand Charonton i Je Maitre dc Moulins" nieznany nawet bliżej z nazwiska. NIEMCY. * W Berlinie wyszła powieść barona Omptcdy p. t. „Heimat des Herzens". Omp- teda był w ostatnich latach pośrednikiem pomiędzy kulturą niemiecką a francuską. Nowa jego powieść—to obraz silnie zako- rzenionych sprzeczności i różnic między niemieckim a francuskim sposobem odczu- wania i życia. Autor opowiada subtelną historyę dwóch istot, które się żenią z mi- łości. On jest rasowym Niemcem północ- nym, typowym szlachcicem o ciasnym hory- zoncie żołnierza; ona zaś uroczą córą sło- necznej ziemi prowansalskicj. Odczuwa ona nieustanną tęsknotę za wesołym trybem ży- cia swej pięknej ojczyzny, nie może się czuć dobrze w rozpaczliwie chłodnej atmo- sferze małego niemieckiego garnizonu. Rzecz napisana z niemałym talentem. * Hugo Riesenfeld, jeden z pierwszych skrzypków opery wiedeńskiej, napisał balet, w którym główną osobą jest... Chopin! * W sztutgardzkiem czasopiśmie „Auf frcmdcn Zungen" znajdujemy krótką syl- wetkę literacką Adama Szymańskiego, auto- ra .Szkiców" syberyjskich. Krytyk stawia wysoko talent tego polskiego „poety tęsk- noty." * W Sztutgardz.ie wyszia obszerna roz- prawa A W. Ernsta p t. „Lessiiigs Lcbcn und Werlic." Autor nie zdobywa się na nowy jakiś pogląd o znakomitym pisarzu, ale zebrał skrzętnie w jedną całość różne dotychczasowe o nim studya. Rezultat pra- cy Ernsta niezupełnie odpowiedział jej ce- lowi: książka nie przekonywa o wielkości Lessinga. Biograf nic odczul improwizator- skiego charakteru twórczości Lessinga; przedstawia go jako człowieka mądrego, rozumnego, a o jego namiętnych, przesad- nych sądach zapomina zupełnie. * Czasopismu Deutsche Rundschau: Generał Blume wykazuje, czem się staje „Państwo i społeczeństwo podczas wielkiej wojny." Wojna 1870roku kosztowała Niem- cy 1551 milionów marek, oprócz 1750 mi- lionów marek, jakie wypłacono inwalidom i rodzinom zabitych żołnierzy. W ciągu trzynastu lat ludność rolnicza Niemiec zmniejszyła się po wojnie o 724,000 ludzi. —Nord und Siid: C. Noerup poświęca cie- kawe studyum Amalii Skrain, powieściopi- sarce norweskiej.—Zcit: E. Jaloux stawia na czele powicściopisarstwa w Europie . współczesny romans angielski." WŁOCHY. * Edward Sonzogno, wydawca w Medyo- ianic, ma wkrótce ogłosić konkurs na wier- szowane libreto operowe. Pierwsza nagro- da wynosić będzie 25,000 franków, druga 10,000 fr. * A. Bosis wydał w bardzo pięknej sza- cie ostatni tom swych poezyi, p. t. ,Amo- ri ac silentio sacrum." Bosis jest samot- nikiem. „Bądź samotny, a wtedy cały do siebie należeć będziesz"—mówił Leonardo da Vinci Ta maksyma stanowi dla Bosi- sa główną zasadę jego stosunku do ładzi, natury i całego życia. Patrzy on z daleka na wir namiętności i próżnych zabiegów, wir, z którym walczy wszelka estetyka i wszelkie marzenie estety. W poezyach jego brzmią tony smutne, melancholijne, brzmi w nich nieustanna tęsknota za wszel- kiemi pięknemi rzeczami, które życie w ma- rzeniu zostawiło. Sztuka Bosisa składa się z dwóch wielkich sił lirycznych: wielkiego cierpienia i żalu, oraz wielkich, nieokreślo- nych nadziei. NADESŁANE. NA POGOTOWIE RATUNKOWE ffll I l|7V artystów polskich. Sprzedaż i kupno. Wystawa otwarta •• •£« 1 I -1 -Ł do godziny 8. Marszałkowska Nr 129. Salon Sztuki. w Warszawie KALENDARZ na 1905 rok INFORMACYJNO-ENCYKLOPEDYCZNY W oprawie, cena rub. 1.20. Skład główny w księgarni Gebethnera i Wolffa. PASTILLES DE i INDIEN GRILLOM We wszystkich składach aptecznych i aptekach. TOWARZYSTWO UDOSKONALONEJ PERFUMERYI A. RALLET & C° Dostawcy Dw. _ WARSZAWA, ULICA WIERZBOWA Nr. 7 POLECA: PERFUMY, MYDŁA, WODY KOLOŃSK1E Restauracya Automatyczna UTOMAT auisiŚANA Właściciel Stefan Samoliński, Warszawa, Marszałkowska Ne 137 BEZ OBSŁUGI Owoc przeczyszczający PRZECIW OBSTRUKCYI Zatwier. przez Ministra Skarbu KURSY HANDLOWE Gust. Chwat-Czyńskiego żeńskie j o 2 i l ' c c O o i oddzielne / o .$> | 2 £ męskie ’ * ° S | Programy bezpłatnie NOWY-ŚWIAT Nr 4. 2 stypendya po 500 rubli na wy- jazd za granicę. Mćdisancc. — ...Ależ, Emmo, o nieobecnych albo się nic nie mówi, albo tylko rzeczy najpochleb- niejsze. — No tak, ja właśnie mówię o niej tyl- ko to, co jest najpochlebniejsze. Fliegende Bldtter. Do nabycia w Perfumeryach i Składach Apt. KSIĘGARNIA GEBETHNERA i WOLFFA pośredniczy w PRENUMERACIE PISM krajowych i zagranicznych katalogi szczegółowe na żądanie gratis i franco! MIODOSYTNIA WYSOCKIEGO w Warszawie, Podwale 25. Teief. Wielkie zapasy Miodów Wystalych. Wina krajowe i zagraniczne od 35 k. butelka. Sprzedaż wyłącznie do domów. W Filii: Mazowiecka3,teief. 3G92. Miody i wina krajowe i zagraniczne od 35 kop. butelka. Szklanka Miodu 10 kopiejek. | Szklanka wina (łagodne, wytrawne, czerwo- ne) 10 kop. Szklanka Polewki 15 kopiejek. Szklanka Gliihwejnu 15 kop. Nowość! Kuracyjny Ekstrakt jałowcowy (pólbiitclki) Sprzedaż: w Kijowie—Paszkow; w Wil- nie—Dawidowski, Veritas“; w Charkowie— Żewierżejew; w Berdyczowie—Książę Gie- droyć; w Elizawetgradzie -Kambar i Pe- nerdżi; w Kamieńcu Podolskim—Stowa- rzyszenie Spożywcze; w Pińsku — Basie- wicz; w Nikolajewie—Razumów, w Pe- tersburgu—Kazańska Nr 20, ALFRED GRODZKI V.. Najwięcej zaoszczędza się paszy przez parowanie jej fcnnii< 1 I yenrzisiego Pasza staje się zdrowszą, strawniejszą i posilniejszą. przedstawiciel ALFRED GRODZKI Warszawa, 33 Senatorska. Cenniki i katalogi przesyłam na żądanie darmo.
1032 TYGODNIK ILLUSTROWANY Ne 53 TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODN1K ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY TYGODNIK ILLUSTROWANY daje w 1905 r. 52 numery zawierające około 1000 ko- lumn tekstu z 1200 rysun- kami, kopiami obrazów, illu- stracyami chwili bieżącej, Od Nowego Roku rozpoczynamy druk dalszego cyklu powieściowego WŁADYSŁAWA REYMONTA ~= , („WIOSNA") acyami chwili bieżącej, r”' I okładką ogłoszeniową J =. 24 dodatki bezpłatne zawierające 12 tomów SIENKIEWICZA i „DZIEJÓW — POROZBIOIŁOWYCH NARODU POLSKIEGO" oraz 12 tomów DZIEŁ POPULARNO-NAUKOWYCH. Tom styczniowy (74-y) Sienkiewicza NA MARNE” Jako pierwsze tomy dzieł popularn. pójdą: „LISTY Z JAPONII" Kiplinga „HISTORYA SZTUKI POLSKIEJ" T. JAROSZYŃSKIEGO „MONOGRAFIA O NAPOLEONIE D'M“ „GRY I ZABAWY DZIECIĘCE". „LITERATURY SKANDYNAWSKIE" „O STYLU W SZTUCE" PREMIUM KOLOROWE na grubym welinie L. Wyczółkowskiego p. t. „jtf orskie Oko”. W dodatku arkusze w. Hall Calne „SYN MARNOTRAWNY" WARUNKI PRENUMERATY w Warszawie: rocznie z odnoszeniem Rb. 5 kop. 50, bez odnoszenia Rb. 5. NA PROWINCYE rocznie Rb. G. ZA GRANICĄ: w Austrji rocznic IG koron, w Niemczech rocznie 15 marek lub walutą rosyjską rb. 7. Reprezentantami naszego pisma są: NA LWÓW pan S. Sokoloirnki. Pasaż Hausmana 9. NA KRAKÓW Księgarnia Ge- bethnera i S-ki. Adres Redakcyi I Administracji Kurjera = Świątecznego WARSZAWA Nowy-Świat 26. Telefon Jfe 656. Redaktor i właściciel ROMAN KRECZMER Wobec niepospolitego | Nowa koncesya nasza rozrostu powszechnie już i obejmuje takie działy życia znanego „Kuryera Swią-1 spólczesnego, które dotych- tecznego" od Nowego Ro-1 czas nie znalazły gościny na ku dodajemy 4 strony, po-1 szpaltach żadnego pisma większamy format,zmienia-1 polskiego, a poczęści rozwi- my druk i rozszerzamy zna | nie i takie gałęzie, które by- cznie zakres jego działalno-1 ły dotychczas wyłączną wła- ści literacko-towarzyskiej. | snością pism specyalnych. Obok istniejącycli już stałych rubryk: Życie i Salon, Kronika towarzyska. Kronika, po- wszechna, Sałoir vivre, Bon ton. Strój i dobre ułożenie, Światek kobiecy. Światek dziecięcy, Heraldyka i Genenlegin, Widz i artysta, Zimow i- sku, Letniska, Sporty i Myśli wstwo. Sekrety pięk- ności, Kosmetyka, Osobliwości, Gry i zabawy, Humor i satyra, Mody damskie, męskie i dzie- cinne, Powieści, wprowadzamy od I stycznia 1905 r. nowe ważne działy, jak: Niwa pań i panien domu: a) umeblowanie pokojów, bjdekora- cye i zastawy stołów, c) układanie różnych przyjęć, d) dział kulinarny z dyspozycyami obiadów, śniadań etc. k z iilustracyami, e) rady i przepisy dla służby domowej; Hygienę w szerokiein znaczeniu z poradami lekar- skiemi pod redakcją D-ra Jona Sierzpowskiego; Filatelistykę dla lubowników marek i kart poczt. Najnowsze utwory muzyczne (nuty); Wiadomości o nowych wynalazkach i wskazywanie dróg, gdzie można kupić patent na ich cksploatacyę; Wiadomości o spadkach i zmianach majątkowych; Grafolog! ę;—1>z i al m eteorologiczny; Tablice wygranych loteryi klas, i premiówek; Rozkłady pociągów i parostatków. Takie to działy obejmować będzie w dal- szym rozwoju tygodnik illustrowany: Z cfcw-iaienia Urzęda Lekarskiego m. Warsrawj z d. 29 Listopada 1896 r. H° 5152 KURJER ŚWIĄTECZNY U N >- ceru aZQ U n n & O£ u Warszawie <z>Z Redaktor: Dr JÓZEF WOLFF sw CO o -J toin BrandsJ?rix Wystawa Powszechna 1900 r. KSIĘGARNIA GEBETHNERA I WOLFFA poieca WŁADYSŁAWA SMOLEŃSKIEGO: Pisma historyczne. 3 duże tomy, tom po rub. 3. Dzieje Narodu Polskiego, ’b 2™’ Konfederacya Targowicka. Rubli 3.60. Ostatni rok Sejmu Wielkiego, wydanie 2-gie rub. 3.40. Do nabycia we wszystkich księgarniach. DENTIFRltt ,DuDOCTEUR fierbe | ,''El^CVLTE^MHD^ PARIS Słynna ze swych własności anty- septycznych i aromatycznych. Do nabycia wszędzie. Wydawcy: GEBETHNER i WOLFF Druk Towarzystwa Akcyjnego S. Orgelbranda Synów fi OMtCk Pierwszorzędne Biuro Nauczycielskie JASIŃSKIEJ, Włodzimierska 19, w Warszawie. Poleca Nauczycieli, Nauczycielki, Bony i Cu- dzoziemki, które na żądanie sprowadza. ebethner i Wolff i fortepiany, Pianina, Organy 3 Krakowskie-Przedm. 17. Redaktor przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt, w biurze redakcyi, od godz. 1 do 2.—Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadesł do redakcyi, nie zwraca się. /JoaBOJieno Ilenaypoio, Bapmasa, 9 JleKaópsi 1904 rosa. > u^z