Текст
                    WJPOŁ CZEJKA
/LyjTnCWANy T<VGCDNII4
/PCŁECZNO-^L/TEDA CU!
NR. 51.
WARSZAWA, J>NIA 16 GRUDNIA 192G ROKU.
ROK II
TREŚĆ. Rueh kobiecy w Szwajoarji' Stanisłaim Adamowiczowa. Z cyklu „Wieś i miasto" K. B. Żony
— z notaitniika lekr.rki Dr. Zofja Bo.^enblttłn. Domowe Drogi M. D(0)rowaka. Strach S. Zweig. W 70-
Jetiiią rocznicę un'cdz,in Selmy La.g-eilceF St. GoryńAm. Lucia Delauio Mardius o kobiecie 40-letnicj
M. — s. Salon doroczny Zachęty N. Seniotyhowe. Wystawa Sto-warzyszcnia Wydawców Er. S. Naj¬
piękniejszy upominek Zofja Popławska. O Rycie Gnus - kompozytorce ( . Waleioska. Upoiminki
u-wiazdkowe Z. Popławska. (Jry i 'zabc.'wy dla małych dzieci C, W. Z tcatrót.y. Z. Popławska. Życie
i praca 11. C.
DODATbM: ...MOJ DOIM" (Nr. 51) wraz z tablicą robót.
"ż: POH.BKincdi fiKKCJii W f5Ai,n>N'[b; ,j:I';s![e:nnym w pary^zu
ZOFJA STRTJEASKA


Nr. 51 STANJSLAWA ADAA1()WI0Z()WA KUCH KOBIECY W SZWAJCARII NA TLE „SAF1Y“. liuch kobiecy w Szwajcarji iiio uosił nigdy iia so¬ lno znamienia rewolucyjiiości, nie wj'buclial wielkim, jasnym płomieniem. Nie odpowiadałoby to cliaraktero wi kobiety szwajcarskiej, żyjącej w odosobnieniu, zajt;- tej do niedawna wyłącznie sprawami domowemi, obec¬ nie coraz to wiqcej oddającej siq wytqżonej pracy za¬ wodowej. Nie odpowiadałoby to również, zdaniem Szwajcarek, demokratycznemu światopoglądowi iudwe- tów, budujących wszystko „na świadomości i czynie szerokich mas“. W porównania z nicheni kobiecym w imiycłi krajach ruch szwajcarski płynie spokojiiom łożyskiem, pogłębiając się stale, łecz nie wyrywając brzegów. Praw politycznych kobiety szwajcarskie nie po¬ siadają. Podczas wojny i po wojnie złożone były w cia¬ łach ustawodawczych poszczególnych kantonów (w Szwajcarji każdy kanton tworzy odrębną republi¬ kę) projekty nadania kobietom praw wyborezycli. W czterech kantonach w Neuenburgu, Bazylei, Zu- richu i Genewie projekty zostały nawet przyjęto przez Wielką lladę (Grand Conseił), cóż kiedy zostały następ¬ nie odrzucone, w powszechnem głosowaniu łudowem. Próbowano szczęścia raz jeszcze w Zurichu w 1923 roku, dążąc do otrzymania skromniejszych praw, a miano¬ wicie udziału w wyborach do gmin kościelnych i urzę¬ dów opieki nad ubogimi oraz małoletnimi, ale również bez powodzenia. W innycli kantonach już Wielkie Ra¬ dy zakładały swe Veto oszczędzając kobietom dałszycii iłuzyj. W r. 1918 przedstawiciele „rewolucyjnego" mia¬ sta Oltew wnieśli do zgromadzenia Federalnego pro¬ jekt nadania ogólnego prawa wyborczego kobietom. Ale jeszcze i po dzień dzisiejszy śpią te projekty snem zaklętej królewny w pięknym pałacu federalnym nad Aarem. Organizacje kobiece różnego typu są obecnie bar¬ dzo liczne w Szwajcarji, jednak ich zbiorowe wystଠpienia nie należą do zjawisk częstycłi. Pierwszy Kon¬ gres poświęcony sprawom kobiecym zeł)rał się w Ge¬ newie Av 189G roku z poAVodu ogólno-narodowej wysta¬ wy. Bezpośrcdniem następstwem Kongresu było zało¬ żenie związku stowarzyszeń kobiecych do którego na początku przystąpiło 17 stoAvarzyszeń, (nie należą doń ani stowarzyszenia katolickie ani socjalistyczne). Po¬ tem w ciągu 25 lat była cisza i dopiero po wojnie w 1921 roku zebrał się drugi Kongres, który obradował w roz¬ szerzonym składzie nad sprawami wychowania i kształ¬ cenia, pracy zawodowej, ubezpieczeń społecznych oraz cywilnego „bezprawia" kobiet. Już wtedy powstawała myśl urządzenia ogóliio-krajowej Avystawy pracy ko¬ biecej, doczekała się ona jednak realizacji dopiero w 1928 roku. Ze sposobu realizacji swycłi zamierzeń na wysta¬ wie Szwajcarki naprawdę mogą być dumno. Wystawa udała się zarówno nazewniątrz jak i nawewnątrz. N,i zewnątrz, bo ł)yła nadzwyczaj udanym pokazem pracy kobiecej na wszystkich polach i uwypukliła udział ko¬ biet we wszystkich dziedzinach życia; na wewnątrz, bo w pracy dookoła wystawy komitet organizacyjny po¬ trafił zespolić kobiety pochodzące ze wszystkicli części kraju, należące do najróżnorodnie.iszych warstw s])o- łecznych, mówiące różnemi językami, należące do róż- nycłi wyznań. Propaganda na rzecz Saffy była l)ardzo umiejętnie prowadzona przez okres dwu łat. (Scłiwei- zeriscłie Ausstellung fur Frauen). Postawiono sobie za cel, aby wystawa stała sii; bliską każdej kobiecie, i cel ten osiągnięto. Nie było gminy do którejl)y nie dotarły wysłanniczki Komitetu Organizacyjnego, aby niekiedy przy ogarku jaki w umyśle naszym nie łączy się nawet z pojęciem SzAvaj- carji o])owiedzieć j)i'ostym wieśniaczkom o Avielkiem współnem dziele, które się tworzy i otrzymać na celo wystawy kilkadziesiąt centymów, chociaż koszta po¬ dróży delegatki do tego ogarka wyniosły niejednokrot¬ nie kilka lub kilkanaście franków. Bo też to kilkadzie¬ siąt c(Mitymów ł)yło symltolom łączności wszystkicli w imi<; jednego celu i dlatego stawały się cenne ponad mian;. Ta cłięć uczynienia z wystawy łącznika iiomię- dzy Avszj"stkienii kobietami była przeprowadzona nie¬ zmiernie konsekwentnie. Następnym krokiem w tym kierunku było umożliwienie masowego zwiedzania wy¬ stawy. Ceny biletów kolejoAvycli były bardzo zniżone, codziennie do Berna przybywały liczne pociągi specjał ne z różnych okolic kraju i widyAvało się na wystawie kobiety, które na pewno nietylko po raz pierwszy w ży¬ ciu liyly na jakiejś w^ystawie, ale i poraź pierwszy zna¬ lazły się w środowisku miejskiem. Wystawa na pierwszy rzut oka nie przedstawiała się imponująco. Zajmowała wprawdzie duży teren (94.000 m." z czego zabudowanych 32.000 m.’*), ale jej rozplanoAvanie nie bardzo się udało architektom szwaj¬ carskim, In-ak było perspektyAvy, niektóre pawilony nie udały się, inne raziły swą brzydotą, a kwietniki liyły tak niegustowne naAvet w porównaniu z tern, co się widuje jirzy iirzeciętnych hotelach szwajcarski cdi, że odnosiło się wrażenie, iż kwiaciarstwo należy do za¬ wodów w których cechują w Szwajcarji mężczyźni. Wszystkie to jednak braki znikły całkowicie jirzy zapoznaniu się z treścią wystawy, która była tak im¬ ponująca, żo się o wyżej wymienionych niedomaganiacli zapominało odrazu. Ponieważ szczegółowy opis działÓAV wystawy był umieszczony w „Kobiecie Współczesnej" pozwolę sobie tylko na parę uwag natury ogólnej. Naj¬ bardziej charakterystyczną cechą wystawy, najwięk¬ szym triumfem jej Komitetu Organizacyjnego było, iż potrafiły w swą „Saffę" tchnąć życie. Czy zwie¬ dzało się olbrzymią halę przemysłu, gdzie huczały dzie¬
Nr. 51 siątki warsztatów fabrycznych, obsługiwanych Avylącz- nie przez kobiety, czy hale rzemiosł, gdzie mieściły siq przedstawicielki 35 gałęzi rzemiosł, wykonywujące na wystawie swą zwykłą prace, czy przyglądało sie fun¬ kcjonowaniu poczty, telegrafu, telefonu, lub pracy biura wzorowego, zaopatrzonego w najnowsze przyrzଠdy i maszyny, czy śledziło sie sprawną obsługę ku¬ chenek gazowych najrozmaitszych systemÓAv i pralek, czy najrozmaitszych form i wielkości, wreszcie wypo¬ czywało sie w wytwornej czytelni w której zgroma¬ dzono było około 7.000 dzieł napisanych przez kobiety, a obejrnującycb różne dziedziny nauki, literaturę, sztukę i publicystykę, wszędzie miało sie wrażenie, że sie nie jest na wystawie, ale że ma sie możność przy¬ glądania sie codziennemu życiu Szwajcarek we wszyst¬ kich jego przejaAvach, dzieląc jego troski, radości, przejmując sie jego dążeniami i pragnieniami. TTrządzonie niektórych dzilałów było niezmiernie pomysloAVe, pra^dot^ze tu dla przykładu! iirządzeniie stai- cji opieki nad dziieckiem. a raczej Avzoirowego domu dla dz'iieci. Z sieni wchodziło sie do pokoju, który milał służyć za wzór nieładu. Na łóżeczku, zasłanem brudną pćldartą bielilzną siedziała lalka roizmiarów kiłkołetnie- go dzilecka trzymająca w roku podartą książko, obok leżał niedźwiadek ł)oz głowy i konik. % rozpratjnn brzu¬ chem. Na środku poko.ju znajdował sie stół, na nim przeAvrócony dzbanek do kawy, a ogromna ciemna l)łama zdobiła, zmięty iii ł)rudny obrus. Obok dzbanka i-esztki .szynkil w papieiku, skorupki od jaja, kaAcałki chleba nie pokrajane, ale AUprost wyłamane z bochen¬ ka, kiłkai ołoAyianyełi żolniei-zyków — inwałiidón' i Avy- świfechtana ścieika. Podłoga nie zamiiatana. kupa- śmie¬ ci AV kąeife dopełniały obrazu. Nieład rziocyAciściio był oddany po mistrzoAysku. Z tego pokoju Accbodziło sie do ob.s7ernego korytarza. ,Tedna ze .ścian korytarza byłą szklana ii przez nią można było obserAyowa-ć avzo- roACo uiy.ądzjony dom dla dzieci. W jednym pokoju AA' czyściiiutko po.słanydli łóżeczkach spały praAA'dziiAA'e ŻA'Ave niemoAAdeta.. Można było oglądać jak .sie je prze- AA'ija, jalkl sie im Avolno od ozasn do raasn l)aAyić, użyA\'a- jąc zupełnej sAA-obody rączek i nóżek; av nastenn^nn ookoju AA'ażono niemoAAdeta i kąpano; aa' trzecim — karmiono je; av czwartym—przygotoAvyA\'ano jedzenie. Podczas ogłądaniiia znalazła sie koło mni-e jakaś kobie¬ cina z 7 — 8-letnią córeczką PrzĄ^sladała s'e AA'szA'st- kiiemu, co sie w szklanym domku działo przez dłuż.szy czas, Acreszeie zabrała sie do odejścia inÓAAÓąe do dziĆAA'- czynki „no chodźmy, AAiidziałam jnż AA'sz>'istklo, tajn — to jest ookój dziiiecka av domn, a tn jest .szpital*'. ł>/,iiał pracy społecznej i dążeń kobieo^ełi (Soziale Arl)eit nnd Pranenl)estrebnngen, grnpa X) zajTnoAA'ał stosnnkoAA'o nieAAucłe miejsca i należał podol)nie jak dział zdroAA'ia do mniej udanych części AvystaAVA'. Pa, żeniom kobiet szwajearskicb do otrzjnnania pełni praAA' nie liyło pośAAdeeono ani AAiićle iiAAngi. ani miejsca. Trocbe łiaseł, trocin; AA'yobrażeń graficzinycb i dAiży plakat; na nim różne państAA'a przedstaAAnone zapomocą dAv'u posla-ffli; me.slciej i kobiieeej aa' słrojaiob narodo- AVA'cli. Kraje które dalA' ko1)ietom praAAp AAWliorcze zo- brazoAYane l)yly zapomocą postaci jednakoAA'ycłi Avieł- kości; AA' innych krajaołi gdzie kobiety nie posiadają ])raAA' poliftycznych obok dużego mężczyzny znajdoAA'ała sSaj malutka kobieta. Nio było nuty łmijoAApj av pi-zemÓAAnenikiicłi, AA'y- głoszonych na otAya-rciu A\'ystaAA'y. „Dążymy, mÓAviła Rosa NeuenscliAVander, prze\A'odniidząca Komitetn Organizacyjnego Wj-staAA^', do zdobycia naA\'ych Avia- domości i pcgłebitenia starycłi, dążymy do AA-ydajnej pracy aa' domach naszj'ch i] aa' zajeciaob zaAA'od.oAA'yełi, dążymy do ŚAAńeżości duchoAcej pogody**. A Prezydent SźAA'ajoarji przyjmując AA'ystaAA’e z rąk Komitetu Orga¬ nizacyjnego odczAA'ał sie aa' te słOAA'a; „Witam jak naj¬ goręcej dążenia kobiet do współudzilałn av życiu dn- ełiOAA'em, ckonomśeznem i kułturalnem kraju, ale ełiciał- bym je przestrzec av imie godności icłi AA'ysokiego po- AA'ołania: in-zcd pi’zyjimoAA'aniibm udziału av zgiblkn ży¬ cia politycznego, do którego nie są one ani stAA'orzonc, ani przeznaczone**. PrzeAA'odn’ieząca, AvystaAA'y p. Gliitlli- Graf próboAA'ała AA'in-aAA'dzie zadać i'roniez.no pytanib: . czemu ua.istarsza demokracja ŚAA'iata n-b przyznała do- ta.d praAA' politycznych lAołoAAie narodu**, ale AA'yczuAA'a- jąc AA'idoczn,;o dysonans pomiedzA' saapiu pi"zomÓAAńe- niem, a nastrojem ogólnAUn pośpieszyła, dodać, że ko- l)ibty szAAnajeanskie iirzy pomooA' AA’ystaAvy mogą z du¬ mą pokazać, że istnieją ińżne drogi. abA' dojść do celu, że AA' SzAA'a,jcarji kobieta jest AAnżniejszym czAmnikiem AA' ŻA'c'u okonomicznem, niż koibietj' av innych krajacli. AV których posiadają one pełnie praAU połitycznA'cb. ..TdziemA' .snokOjnio aa' dalszą drogę, mÓAviłai p. Glatli- Graff opierając sie aa' AA'icrze w osiągniecie na.szycb dążeń na łiberałiźmie naszOgo narodu li na naturalnym rozwoju AA'jnAadlkÓAV**. -Takież są na.jl)liższe problemy do rozAA'iązanib; którycl) aa' drodze naturalnego* rozAA^oju dąży obecnie nuk kobiecy aa' SzAAujearj*!. Pi"zedeAA'szA'stkiOm są to spraAvy Aujksztaleenia 'ząAVodoAA'ego. daniia koWibcie możności zdo*bA'cia tak grnntoAAinego przA'goto*AA'ania do pracy, aby gdy AA'ejdzio aa' życie nip można l)yło jej ofiaiioAA-yAA',!^ niższego Avyna.grodzenia, motArwująe to niższemi kAAnliffikacjami;. Z tego Avypłj''AA'a troska o aatao- roAve zOrganizo*AvanilO pora.dnictAA'a zaAA'odoAVcgo. Żąda rÓAYnież meb kobiecy AA’!proAA'adzenia do szkolnictAA-a poAA'szocłinego ołwnAdlązAijącego jednorocznego kursu go- spodarstAAU domowego dla dziewcząt, aby dom był pro AA'adzony facbOAA'o. .Tak dotąd oboAAiązuje to tylko AA' kantonie fryburskim. Problemat koedukacji jest rÓAAUiież szeroko dy- skutoAYanj'. SzAA'ajcarki mają szereg zastrzeżeń tej »])raiAA’ii(e, z których najAA'ażniejszc, ich zdaniom, je.st przerabiauk av szkołach koodulkbicyjnych AA-szelkilch l)rzedmiotÓAA' i)iod kątem AA'idzenia potrzeb* mężczyzn. Z di-ugiej jednak strony poAAutają słuszne obaAA-y, że '.ozbudzenie prze.ŚAA'iadczenia, iż celem ŻA'cia i jedynem .szczleściem kobiletj' jest dom *ii rodi^bia, jest bledem, bo jak dadzą sobie rade te, które rodziny nie stAVorzą. lub któiwm małżeństAAm nie Avypołn'i/ życia, WyohoAva- iiio dzieAA'eząt oińerać nalcŻA' na poozinńu o*dpoAA"iedzial- ności za prayjete na sieb'ib oboAA'iązki; niezależnie od tego czy są to ol>OAA'iązki indzinne, znAVodoAA'e czy spo- Icezue.
Nr. 51 NastQpną dziedziną są sprawy zawodnwe. A więc dostęp kobiet do niektóryciii zamikniętych jeszcze zar wo'dów, jak to do sądoiwnietwa, riarczania w wyższyeli i iiEioktórycli śr(;dni(;h zakładach, do st;i;iiowisk hiorar- ehji kościelnej, a cjo jest jeszcze znacznite ważniejsze wywalczenie wyższych szczebli w zawo^lach, do któ¬ rych dostęp już jest uzyskany. Łączy się z tern bez¬ pośrednio zagadnienia równej płacy za równą pracę. Na uwzględnienie zasługują również talkio sprawy, jak zatrudnienie kohóet zamężnych (najbardziej pod tyrn względem są zagrożcne zawody intelektualne); wreszcie do' tej samej daiedzimy należy zasiugującc na wielkie uznanie dążenie_ kohiiet sziwajcarskich do za¬ pewnienia kobietom prowadzącym gospodarstwo do¬ mowe, wzjoirem Szwecji w drodze ristawodawczej prawa do okT-eśkmej części zarobku męża. IJhezpieczenliia spoi!e('zne to równiteż dziedzina, rcz- wojcnwiii której ruch kobiecy w Szwajcarji poświęca, du¬ żo uwagi. Obecna walka toczy się oi rozciągnięcie obo- wiązkowych ubezpieczeń od starości na kobiety za¬ mężne oraz rozszerzenie prawa ubezpieczenia macie¬ rzyństwa, i wyodrębnienie tych ubezplieczeń od uljez- pieczeń na wypadek choroby. Sj)rawa, ta jest uważana za najbardziej palip;ą, gdj^ż Łczba kol)iet ubezipieczo- nych od choroby nie jest znaczną. Mamy dalej kwestje zwilązane z wykonywaniom prawa cywilnego. Chociaż nowy kodeks cywilny roz- szei-za prawa kobdet, jednakże wielo paragrafów tego kodeksu czeka jeszcze na zmianę zarówno w ])rawie majątkowem jak i w kwestjach dotyczących wykony¬ wania prawa rodzicielskiego' oraz opieki nad małolet¬ nimi. Nawet dziwolągi w tej dziedzinie prawodawstwa dziś jeszcze nie są raadkie (w kantonie genewskim ko>- b eta zamężna winna naprzyklad otrzymać pozwolenie męża na 'otwarcie rachunku' htteżącego w banku, cho- cia,żhy sama zaroibikowata). Wreszcie poza temil wszystkiemi sprawami o cha- raktei-ze żądań „dla siebie'*, ruch kobiecy w Szwajcarji dąży do zaii)ewnienfja Ikoihietom możliwie większego wpływu na o^rganizację opóeki .społecznej looiezynając od najniiaszyoh komórek praicy w gminach, ko'ńcząc (jak dotąd w marzeniach) na szerokiej robocie na te renie ogólno - związkowym. Iie7'n w czasie wjj:duivy. WIES I MIASTO Rozwój wsi i miast odbywał się wszędzie i zawsze na różnych dro'ga'Ch; jestto jedna, z przyczyn różniey w poziomie kulturalnym wsi i miasta. W niektórych państwach Zachodu (Relgja, Danja) istnieje tendencja do zacieraira się tej różnicy, i)0'między wsią lil miastem, LI nas różnica ta jest 0'groinna; można, powiedzieć, że między życiem wsi i miasta — leży istna przepaść. Ruch pomiędzy wsią i miastem, który w tycli paii- stwaich zaichodu przedstawia się jako wymiana elemen¬ tu wiejskiego' i mi'ejs'kiego, u nas jest tylko stałym odpływom ze wsi do miasta. Co jest przyczyną tego zjawiskal Oto w tamtych państwach istnieją po wsiach licz¬ no placówki' Ikiulturalne, przycóa.gająco ludność miej¬ ską, z p'ol)udek bądź maiterjalnycb, bądź ideowych, ja¬ ko tereny stało pracy. Placówkami taldemi są różne wiejskie instytucjo krłturalno, w.spóklzieleze, ekono^ niŁczne. Podobne zjawi.i;ko' ma miejscje w Malopolsco Wschodniej, gdzie nadmiar inteligencji ukraińskiej, nie mogąc znaleźć pracy p'o miastach, odpływa na wieś i tam pracuje w iustytncjaieli wspóldzielozych i kultn- lalnych. Stąd między innemi wysoki rozwój wsi>ół- dzielności! ukrai'ńskiej w tej części Ikraju. Naogól jednak, jak już zaznaczyłem, to, oo w Da- nji i Belgji jest wymianą pomiędzy wsią i miastem, u nas przyjmuje jedo'n tylko kierunek: stałego i hez- powrotnego odpływu ze wsi' do miast. (Podobnie jak we Prancji aiczko'lwiek z innych przyczyn i w mniej¬ szym stopniu,). Przedewszystkiem owe instytucje spo*- loczne, wspóldziielcze, kulturalne, oświatowo po wsiach— są u nas jeszcze av z'ai"odku. Stąd brak tych pbncówek, tych terenów stałej pracy. Podki-eślaui: stałej, gdyż naLsz inteligiient miejski, rzucony na wieś 'zrządzeniem losu, czuje się tam jak na, wygnaimiu, i liczy dnie i gO'- dziny dzielące go od chwili, kie<ly się wyrwie znów do miiiasta. Nic dziwnego — składa się na to wiele przyczyn. Jedna z najważniejszych — to nł'eslychanie twarde wa- ruinlki życKa wsi. Rządy zaboiraów zaniedbały zupełnie stronę kulturalną i gospO'dai'ozą życia wiejskiilego, i iiti'zyma'y wieś naszą na pozimnie krdturalnym tak niskim, żo żaden inteligent miejski nie może się na ni'm dobrze (t/uć. Oo Avięcej, nic może na nim dobrze czuć się nawet człowiek wsi, o ile jnż się zdołał z niej „wyi'Wać“ do mi'asta, jakiś czas w mieście pi-zobył, i zaznał życik miejskiięgo. Tom się tlomaczy, że najzdolniejsi z synów cblop- skicb, którzy się pi-zeLstoczyli w miejskiich inteligien- tów, nigdy prawiic na wiieś nie wracają, i zrywają wszelkie nici ze wsią. K. R.
Nr. 51 Z OYKLU: „W OBRONIE KOBIETY“ ŻONY (Z notatnika lekarki) Weszła oioha, zgarbiona^ z niemoAvlQeiem szczel¬ nie otulonem w chustki. — Bardzo kaszle, grymasi i w nocy tchiiife. Słuchałam uważnie, czy w małych płuckacłi nie ma żadnego proeesui zapalnego. Nie — ani jednego rzężenia. — Niio poważnego babciu. Uamy ułepek od kaszlu. Za dzień — dwa będzie zdrowa dziew"ozyria. — To Bogu dzięki. Już niech panii doktór dobrae ją poleczy, tę moją siei'otkę jedyną. Sierotkę! Spojrzałam uwmżnie i poznałam. Przecież to z tom samem z rozbawjonem niemoiwdęciem, aż pachnącem czystością, przychodziła stale do mego gabinetu w' Ka¬ sie Chorych młoda zdrowm. matka. Ozyżby! Nile, to nie do pomyślenitu Wszak była dopilero nliledawno, może przed tygod¬ niem. — A cóż się z mamusią dzieje! — Już jej nie ma, córuchny mojej rodzonej. Już dalelkb od nas poszła. W grobie leży. Aż solei-płam. Na pytanie, zawarto w mycli oczach, odpowiedzia¬ ła cicho. — Krwotok. — Płucny! — Ale. W cilszy gabinetu wsluiohilwałyśmy się obie z pie¬ lęgniarką w jej opowdeść. Żyli sobie szczęśliwie z mężem, porządnym rze¬ mieślnikiem i chowali tę jedną dziewczynę. Promie¬ niem ich była li najwdększem uko'chaniem. Skończyła szkołę, pomagała w domu, a, do wszystkiego taka zdol¬ na, a taka chętna, miła, zarwsze z piosenką na ustacli, rozświegotana niby szczygiełek. Ojciec to taki dumny był ze sw^ej jedynaczki, że chciałby ją uczyć dalej ii na pensję posyłać i na prawdziwą pani'ą wychować. Śmiała się z niego z matką. — Na żadną pensję nie pójdę tatusiu. Dobrze mi tu z wami i z mamusią. A iKrtem poznała Józka. Wrócił był właśnie z wojska, posady nie mial, kręcił się koło fabryki, w której ojciec pracował, obie¬ cywali mu robotę. Tam się zobaczyli! po raz pierwszy. I odrazu przylgnęli, do siebie. Długo się ojciec opierał, nie chciał pozw'ołenia na ślub daAvać, że za młoda, aż mu u nóg leżała i śmierciiią groziła., jeśli nie 'zezwmli. To i uległ. Wiadomo — jedynaczka była, oczko w gło- wde. Wzięli zięcia do siebie, w'ystarał mu się ojciec o pracę, przyszło na śwnat dziecko. Szczęśłilwd byli. Niedługo! l^ó roku spotkał ikołegówę zaczął pić. Więc zarzucała chustkę na głowę, ze zbielałą z bó¬ lu twmrzą — .szła pod fabrykę w'yozekiwać męża. Nie skarżyła się nigdy, nie płakała, przed rodzi- (ami, ale ona, matka, nieraz w^ nocy — słyszała jej stłumione łkania, wiidziala coraz bai-dzicj wynilszczoną twarzyczkę. To inr się starym aż serce krajało, że swe dzieckoi jedyne na talką poniowderkę oddali. Od kilku miesięcy byto coraz gorzej. Bil ją nienrilosiernie, za wdosy szarpał, aż rrrusia'a matka sąsiadów na pomoc wpłać. Poterrr odszedł i długi czas go rrio było. Odetohrręli. Może nie wróci. — Jakoś się Bóg nad tobą córeczko ulitował; mo¬ że się dola odmieni. Nie śmiała się przyznać, że codzień Boga błagała, aby z/ęć do nich więcej nie wracał. A że córka spodaiew’ała się znown dziecka, wdęc wdeczorami szyły małą wyprawdcę, a ojciec głośno czy¬ tał im gazetę. Aż tu pr-zed tygodniem wrócił. Nie było jej w" do¬ mu, tylko młoda żona sama otwm-zyła drzwi j)ijakowd. Długo nie zatr-zymywal silę, naur-ągał, naw^ynryśła.ł i z pasją ją kopnął w' łn-zuch. Gdy matka wróciła po godzinie — już go nie było. — Nawet mi o tern nie mówiła, tylko rrri są.siadki potem powdedziały. Od tego czasu ciągłe się pokładała, łedwp się na no¬ gach tr-zymała, Wllęc uradziły, że pójdą do Kasy cho¬ rych do lekarza. Ale gdy zaczęła się r-atro ul)ierać, krwotok ją clnrycil. Zanitrr pogotowie przyjerdrało — biała już była jak clru.stka. Nic nie nrówiła. lVlko jałc ojciec ją r’ikładat na rrosze aby pi-zewieźć do szpitala prosiłai, żeby wycłrował rrrałutką, Iro już cłtyba wdęcej do donrrr nie Avróci. W szpitalu umarła ik) godzinie. Pęknięcie macicy rxl uderzenila. — tak powdedziełi doktorzy. Staruszka rrrrrilkła i długo siedzie'a niei"uchoma, patrząc przed siebie kamiennym w^zr-ekicm. Wi-eszcie wstała, otuliła szczelrrie rnaleństwo', któi-e rtsiręło i spy¬ tała głosem, jakby z oddali: — To rrłepek dawać co 3 godziny łyżeczkę f za trzy drri przyj.ść! Oo tydzierr w\suwała się do mego gabiinctu naj¬ pierw złotowłosa głowina Jasia, a, zia nim dopiero uka¬ zywała się śmiejąca tAVPr'z matki. Jaisió wuKlrował <xłrazu do stołu, w\spinal się na kraesełko i ł)ez cerernonji sięgał i>o ])owite rtrałe czer- A\pne pudełeczko dobrze mrt znarre. — Jasiek, bezWęstydniku, nie można lak. Złaź w tej chwili. — Obur-zała się mamusia. Jasio nie przeczył, że tak nie nrożna, ale złaził do- ptiero Avtedy, gdy w obydwm thrstych łapkach dusił
Nr. 51 AviQcej landrynków, niż mógł pomieścić i gdy go matka przemocą ściągnęła na, dół. — Moja ty pocieełio jedyna! Prawda pr<xszQ pani doktór — że .sip poiijnawiP? Jasio wędrował na wagQ, stwlerdziiłyśmy, że mu pr7ył)yło znowu 200 gr. i matka w uniesienilu tuliła do siebie małego gołaska, niecierpliwie wierzgającego nóż;kami. Małego Jasia znałam niemał od chwili jego przyj¬ ścia na świat, leczyłam w wszystkich ołiiorohach (a cho^ rował niestety dużo) i zadzierzgnęła sie miedzy nim, mannisią ii mną. serdeczna, pizyjaźń. — No, a pani, i)anil Majewska! łłardzo pani jesz¬ cze kaszłe! Co powiedział doktór! Spochmurniała. Nie bardzo dołjrze jiowiedział do¬ któr, wola,łail)y o tern nie mówdć ale skoro już zaczę¬ łam, to owszem, woli sie nawet mnile spytać, żeby sie X’isi)okoić, bo si(; talk strasznie, tak strasznie ł)oi 0 dz'ecko. Doktór radził sanatorjum, a właściwie nawet nic radził, tylko bezwzględnie wyjechać kazał. Zro1)ili fo- tografje płuc, są dnże zmihny i jeśli nife wyjedzie te¬ raz — to może być bardzo źle i małego Jasia napewno zarazi'. i Słyszeć nie chciał doktór o widnem łeraeniu w do¬ mu; jak tylko przysłali te fotograf je i badanie plwo¬ ciny — zaraz ją zapisał na; kortiisje. a komiisja przy¬ znała ■\\^etaz'd do .sanatoi-jum. Niechileko, do Otwocka. iMiejsce jest, mogłał)y pojecbać jutro, ale .jakże tu dzie- dko zostawić. Takii ją straełi ogarni.a., taki' lek szalony. Do to sąsiadka oł)ie(?ała, że Jasia przypilnuje, i babcia go na cały dz'eii bexlzie 1)rala do siebie i mąż przeciież Jasia, synka jedynego, kocha, ale cóż — kiedy na, meżą libzyć nie może. Cały tydzień dobry, aż do rany przy¬ łożyć, i zabawkę dziecku kui>i, i pogłaszioze i! przytuli, ale .jak sie w sobotę upije i w gni'en'' wpadnie. Aż sie wzdrygnęła. — Jednak, póki jestem w domui — dziecku krzyxv- dy zrobić nie pozwcde. — Ozy tak dirżo piije! Nie odpowiedziała; slkine^a milcząco, wzięła chłop¬ czyka za rąozike li wyszła. Po długoli namcywaoh i)rzekonałain jednak panią łNlajowsiką, że właśnie dla Jasia powinna, być zdrową 1 xvyjeohać do sanatorjum. Oddała dziecko babci, przyszła, sie ^^e mną poże¬ gnać i Acyjecbała i'ado.sna, pełna otuchy, że Acróci zdro- Ava, w pełni sił. Lecz nie upłynął miesiąc, gdy wyoliudzomi, zmie¬ niona z zapadnietemi ocmimi była znów w mym gabi¬ necie. — Przyj,ecbał raz, zaczął sie aAcanturować, krzy¬ czeć, żebym zii.raz z nim jechała; że nie po to sie żenił, żeby .sie stonować po restauracjach, że chce mićć kobie¬ to AV dranu. To i doktór mu t'omaczyl i pani piełegniar- ka i ona sarna u nóg mu łeżała i błagała, żetry pozwolił Sie wyleczyć dla dziecka. Nile — tylko zbieraj sie i jedź. Aż sie doktór rozgniewał i w pasji mu naArymyśłał. Ale to nie iromoglo. Wiec cóż milala robić. Przyjechała. . A mówiił ddktór, że gdyby pozo.stała jeszcze dwa miesiące, toby sie wyleczyła. Od tego czasu: bładła i nikła cx)raz łrardziej. W zimie mały Jaś zachoroAvał na odre i cieżikie ziapałenie płuc. Byłam wtedy codziennym gościom w małym pokoiku na jrarterze na Pawdej. Pachniała sosną choinka, jarzyły sie świecidełka av półmroku; pordiylona nad dzieckiem, popra,Avia'a mu poduszki, da- Ava’a pić. Nie skarży'a sie nigdy, tylko raz gdy było trochę lepiej — .szepnebr. mi: — Jak Jaś AA'yzdrowieje — Avezme dziecko na re ke i pójdę z domu. Dłużej nie Avyti-zymam. Jaś Avyzxlrowiał; był ł)łady jak opłatek, miiiał cie¬ niutkie nóżki jak patyczki i( nie mógł już o Avłasnej sile gramolić sie na krzesło. Raz spotkała ją av Kaśie (diorych moja, służąca. — A Avio pani doktór*, że ta Anka to była 1} lata temu śliczna dzicACczyna. Jej ojciec był zarnożirym szoAV*cem ii ona odnosiła czasem obuwie do tych p.art- stA\ia,, co u nich dawniej slużylnni. Jaka ona by^a we- .sola, i Avystrojona i elegancka. PrawdziAvio jak dobrze Avy<'jhowana panienikla. Potem ojciec urnarl, ona Avyszla za mąż i ktoś nri mówił, że jej sie niedobrze Aviedzie, no ale żeby tak zmarnieć! Dowiedziała śie Majewśka kiedyś, że ttroja służąca wyclrodzi za mąż i pr-zypadła mi do rąk: — Niech mnie pani weźmie z Jasiem, choć za uti’zymanie. — Ależ najchetniilej, T>^inil Majewska, ale czy mąż ])ozwoli! Wzruszyła, beznadziiejnio ramiionamil Rozwiała sie ostatnia nadzieja. Z domu ją Avyrzucał, bił, mailti-etował, ałe gdy od¬ chodziła — przychodził do matki, szukał po sąsiadach, rol>'t a.AA''antur*y. W Iccie Avyjechabirn na długi urłop i niejedno- krotu'10 A\’'raca'arrr trryślą do pani Majewskiej i małego Jasia. W kilka, tygodnil i)o powrocie spotkałam kiedyś na. Okopowej AA^ystrojoną dzieACczyne z ordA"narnii'e podrnaloAvaną tAvarzą, ukarrninowanemi ustami, w du-. żyrn jaskrawym kapeluszu. Ukłoniła mi sie; skinęłam machinalnie gloAA^^ą i nagle błysnęło a\* mej świiadol- rności: ' ^ MajeACska! Nie... A i ona jrrż .sie odwróciła i .stanęłyśmy obie ira Okopowej. ( * ! : j — Tak, to ona,. Zaraz po rnoiin AWyjeździe Jaś za- choroAA*al na zapalenie mózgu. Mówdla d'olkltork'a, żo gruźlica. PilnoA\mła go, jak źrenice oka. po nocach irie .spala, irie .jadła. Nawet go na trzy dni do szpiitała od¬ dała... A gdy umarł, to naAVet nie płakała, tylko po¬ sprzątana Av domu, zamkn(;ła mieszkanie, kupiła, sobie różu i .szminki i kapelusz zi ikAwiatami i| po.szłą na ulit ce. — Do jak jej .Tasih zabi*ali — to- do domri teraz nie AVróci, za żadne .skarby świata,. T po co? A bo to na ulicy źle!
Ńr. 51 Coś tam jeszcze mówiła, ale już nie słyszałam. Pa- ti załam z wytężeniem w jej twarz tQ sarną, a talk zmie¬ nioną i sznikiałam dziew-zęcydi rysów młodej mamusi Jasia. Odeszła i dopgdziła mnie: — A wie pani, ostatnim razem, to ważył dzlesieć kilo i trzysta gramów? Jeszcze długo pati"załam na jej syłwetkrj, gdy, ko¬ łysząc sie w biodi’ach, zniknęła mi na skręcie ulicy. o Nie, pani Zawadzka, tak nie możnai, wykrzyczeć dziecko, jak nie usłucha, ukarać! nawet, ałe zi-zędzić i gderać od rana do nocy — to nie ma sensu. Dziew¬ czynka pi-zyzwyczaja się do tego głędzenia, nie zwraca na to uwagi i wytwarza się w domu przykry nastrój, który powoduje usposobienie panii córki. Bo pani Zawatlzka przyszła do poradni! ipedolo- gicznej zasięgnąć mej rady co do dziwnej cłioroby, Sta- .si. Stasia poprastu nigdy się nie śmieje. W szkołę uczy się bardzo dobi-ze, jest pilna, obo- wiązkowa^ spełnia wszystko, cO' zadane, w domu matce l>ornoże, jro spi-awnmkil pójdzie, dzićcko młodsze zalrawi, ałe żacłnym sposobem nie można inzchmurzyć jej 1 wa¬ rczy. Ma stale zasępioną, nastroszoną minę, usta za¬ ciśnięte i matka nie pamięta, żeby od dzieoMstwa wi- dziiala .śmiejące się dziecko. A przecież Stasia ma dopie¬ ro 12 lat. Więc eliociiaż w domu bieda, to ją i do kina weźmie i do cyrku i ira spacer, bo to ją tak boli, że już wołalałry, żeby Staśka była bai‘dzo cliora na jakąś cho- i'obę, a potem wyzdrowiała. — A parti sarrra, pani Zawadzka — czy pani się śmieje? — Uśmiecha się z zakłopotaniem. — Mój Boże, dawniej to się tuk .serdeczrrre śmiała, że ludzie, co j;i kto słyszał, to się musieli też roześmiać, bo taki był ten śmiech zaraźliwy. Potem, wiadomo, życie — przestała się śmiać. Jest nerwowa, zrzędzi, gdera. Ałe jeśli pani doktór mówi, że nie wolno — to nie będzie wdęcej. Postanowiłyśmy, że postar-ają się obie o wesoły na.strój w domu i za tydzień przyjdą rui powitHlzieć, czy było lepiej. Przyszły w oztraczouy dzień: Stasia, może mrriej poclirnurria niż zazwyczaj, pr'zyznała, że matka nie gderała, była dla niej bardzo dobra. Nic jej zresztą nie dolega — a jeśli nie jest we¬ selsza, to dlatego, że już jest taka. Zresztą lepiej, nie trzeba się będzie odzwyczajać od śrtriechu, łro życie i tak jest złe. Życie? Co ty Stasiu wiesz o życiu? Matka przyznała zakłopotana, że trerwy poskra¬ miała, jak mogła. Złego słowa dzieciom nie powie¬ działa i poeliwaliła, gdy Irylo czego. Nawet śpiewała trochę. No, a pośmiała się parri z dzieciakami? Odwr-óci'a głowę zażeriowarta. — Ałe gdy dziew¬ czynka wyszła z pokoju — zaczęła mówić hezładrrie: — Nie, nie śmiała się i nigdy jiiż się śmiać nie będzie. Ani orta, arri Stasia, tra twarzyczce której jesz¬ cze rrie łryto promierria uśrrriechu. Bo gdy raz, KI łat temu siedziały irrzytulorre do sielrie w dlttgi zimowy wieczór i opowiadały sobie wzajeriruie bajki i tak ser¬ decznie, serdeczrrie się śrtrrał.y — rra scliodaełi rozległy się ciężkie, chwiejne kroki i wszedł pijany mąż i za ten śrnieełr zdzielił ją jrięścią w twarz, tak że aż krew buclinęla z nosa. 1 czuła, że ten śmiecli zamarł w niej na zawsze, - i z rozpaczą spojrzała w zastygłe z przerażenia oezy dziecka. Od 10 lat i ona i Stasia co wieczór, nasłucliują, ezy te kroki się nie zbliżają, czy można będzie usn.ąe spokojnie, czy też mała izdebka napełni się wrzaskiem i przekleństwem pijaka. Wie, że jeszcze wiele, wiele łat tak będą naslncdii- wały i że nigdy nie usłyszą dobrego słowa i nie ł)ędzie miała dobrego dnia. Dla siebie już nie nie pragnie, ale clieiałaby jesz¬ cze raz usłyszeć srebrzysty śmiecłi Staeliy i tuóc spoj¬ rzeć w jej oczy, l)o wciąż jej się zdaje, że widzi w nicli ten szalony strach. — Czy pani doktór teraz rozumie, dlaczego mam takie chore nerwy i nie mogę się uśmiechnąć? Dr. Zofja Rosenbluin. MARJA DĄBROWSKĄ. DOMOWE PROGI POWIEŚĆ. Niedaleko mostu, przez który szło się na Karoliń¬ ską do Ostrzeńskicli, panowie przystanęli, zapalili pa- p!ei';:isy i, rn.szywszy dalej, złiczęli nagle mówić o poli¬ tyce. Pani Barbara miała teraz utrudnione zadanie. Na- próżno coraz to zatrzymywała towarzystwo i starała się odłączyć od Ostrzeńskich, żel)y nakoniec odwieźć Agnisię i pojechać do domu. Panowie stawali, owszem, ałe tak jakl)y nie wiedzieli poco ich zatrzymano. Wuj 34) Daniel zdawał się wcale nie słyszeć, co ])ani Barbara do niego mówi. Patrzył tępo w niecierpliwiącą się twarz siostry, a jednocześnie idąc za biegiem swycli myśli mówił do Bogumiła: — Ałe co do jednego, myślę, że się nie mylę, to co <lo' tego, że Eniropie nie już 1 listo rycz no go niie grozi. To znaczy żadna wojna, żaden awanturniczy zatarg. To rzeczy mogą się jeszcze odbywać gdzieś w Azji,
Nr. 51 w Afryce, u Boerów, u Chińczyków, ostatecznie w Ja- ponji — ale nigdy u nas. Pani Barbara usłyszawszy ten wywód przycichła 1 znów szli dalej. Uzieei wysunęły się znacznie naprzód i, pochyliw¬ szy się przez iioręez mostu, patrzyły jak Żydzi zamy¬ kają stojące iia pomostaełi kramy rybne. Rzeka była malbiowa od zorzy. Nadbrzeżne domy zbiegały się z dwu stron ku sobie, tak że kominy dałe- łciego lirowaru zdawały się wyrastać wprost z wody. Cd tego krajobrazu wiało mglistą i fioletową ciszą, w której ubogi zgiełk miasta dźwięczał melodyjnie jak pieśń. Przez most nikt nie przejeżdżał. Wuj Daniel ciągnął swojo. — I przyznam się tobie — mówił, śmiejąc się sam z siebile — że cibociaż jak mnie znasz, że kooham siię w stratogji, a nawet w dyplomacji, to muszę powie¬ dzieć, że jestem koiitent z takiego stanu i‘zeczy. Zawsze wygodniej ołiserwować wielkie wypadki z odległości historycznej, a przynajmniej geograficznej. — (blyl)y wszyscy tak myśleli, toby się nigdzie nic nie działo i nie byłoby eo obserwować — wtrąciła pani Barbara krytycznie. łłognmil słnebat z przyjemnością, ucieszony, że się rozmowa jakoś toczy — nie ze wszystkiem się jednak godził. Miał on do czynienia z ziarnem i ziemią, z kup¬ nem, sprzedażą, siewem, zbiorem. Wydawało mu się, że te wszystkie potoczne sprawy życia są pełnemi ma¬ jestatu wydarzeniami historji. Według niego — to są właśnie wielkie wypadki. Wyrazić te myśli zgrabnie i gładko nie potrafił. Rzekł jednak grubo się namyśliwszy: — Jaliym jiowiedział, że wszystkie czasy są zaw¬ sze historyczne. Może nawet takie spokojne czasy, kied.v l^ażdy uczciwie robi swojo, są ważniej.sze od wo¬ jen i tam roziuaityeli awantur. Całe szczęście, że już mniej na świecie tych wielkich ludzi, co prą do wojny. Chociaż ja myślę, prawdę mówiąc, że wojna czy rewolucja, wogółe rozruch, może się zdarzyć dzi¬ siaj tak samo dolirze jak i dawniej. O ile nie z takich powodów jak dawniej to z innych, z takich tam róż- uycli powszednieli spraw gospodarskicłi. Ja wcale tego nie clicę, ale mówię, że mogą się takie rzeczy zdarzyć jeszcze i u nas. — Rewolueja? — podchwycił wuj Ostrzeński. Epoka rewolucji tembardziej już minęła. Na zacho¬ dzie iiiistynlkty rowolucyjmo mają ujście w parlamenta¬ ryzmie. Patrz no co robią socjaliści we Francji'? Polsku wogóle do rewolucji nie jest zdolna — chyba że ją Rosja w co Aveiągnie. A Rosja? Rektor Mianowski mó¬ wił w moieli młodycli łatacłi, że tam gdzie się kończy łacina, tam się zaczyniają Baszylnizuki. Co za rewolucja może być u Ba.szybiizuków? Panią Barbarę zaczęła pochłaniać ta rozmowa. — W Rosji — rzekła spiskowo — jest ciągle re¬ wolucja, tak jak jest ciągle cholera. A te u.stawicznc zamacliy, a studenckie awantury, a zamykanie uniwer¬ sytetów — czy to nie rewolucja? Wuj Daniel teraz dobrze usłyszał co mówiła. — Co do cholery, to prawda — przyznał. Dlatego ja nigdy niie mogę zrozumieć, ipooo ta Micbasdla jeździ do Petersburga i czego Anzelm tam szuka — też nie rozumiem. Rosja zginie nie przez rewolucję, tylko lirzez brak kanalizacji. — I wiesz — ty, Bogumile, masz rację — zwrócił się do Niecbeica. Masz rację kiedy mówisz, że potoczne sprawy są ważne. Kanalizacja jest ważniejsza od kon¬ certu europejskiego, od wojny Imrskiej, od powstania Cbimehuzów, nawet od sprawy Dreyfusa. Kanalizacja i antyseptyka. Przyjdą czasy, że historycznym, co ja mówię, przodującym w historji krajem będzie ten, gdzie przy dojeździe do najmniejszego miasteczka już z po¬ ciągu zdaleka widać będzie najpierw wieżę ciśnień. Dlatego ja tak szanuję Niemców. Oni to zrozumieli. — Mnie specjalnie o kanalizację nie chodziło, wię¬ cej o pracę — rzekł Bogumił dość miękko, uradowany, że wuj Daniel mniej więcej się z nim godzi. — Wszystko jedno, ale to jest punkt wyjścia •— zawyrokował Ostrzeński, również konteiit, że się jak gdyby dogadali. Rozmowa się zamknęła. Stanęli przy bramie do¬ mu, do którego dążyli. Daniel Ostrzeński rozejrzał się z przestrachem. — A gdzie Bodzio? — spytał głosem nagle jakby rozl)itym. — Dzieci weszły już na podwórze — oznajmiła pani Barbara. Ale Agnisię trza zawołać, bo owszem, odproAvadziłiśmy was, bardzo było przyjemnie, ałe już dalej stanowczo nie pójdziemy. Wuj Daniel zaczął wołać, nie Agnisię jednakże, tylko Bodzia. Chłopiec przybiegł i bez żadnych oznak zniecierpliwienia wziął ojca pieszczotliwie za rękę. — Moje dziecko, czemuż ty giniesz mi z oczu — rzekł pan Daniel i przycisnął rękę cliłopca do serca. A następnie, zwróciwszy się do siostry, teraz jej do¬ piero odpowiedział: —■ Wiecznie dalej i dalej. Kiedyż ta Basia wresz¬ cie przestanie się tak śpieszyć. Jakeścio doszli do bra¬ my, to przecież śmieszne jest, żeby nie wejść. Michasia już iiapewno jest w domu. Bogumił l)yl przejęty tern, że mu się udało roz¬ mawiać z Danielem przyjemnie i życzliwie. Ze świecą- cemi oczyma powiedział prosząco i nieśmiało. — Rzeczywiście, jakeśmy aż tu przyszli, to może jednak wejdźmy. — No to dalej — rzekła pani Barliara z gniewną determinacją. Chociaż według mojego zdania Michasi napewno w domu niema. Daniel miał takie same podejrzenie. Ale zdawało mu się, że jeżeli prowadzi gości do domu, to tern sa¬ mom odwraca jakby od siebie to smutne prawdopo¬ dobieństwo. Miał nawet niedorzeczną nadzieję, że o ile Michasi niema, obecność krewnych sprowadzi ją na¬ tychmiast do domu. Minęli bramę, nad którą wisiał oświetlony już gazowym palnikiem szy]d z napisem: TEATR LETNI W OGRÓDKU Restauracja I rzędu, A. Wylengi. Codzień orkiestra damska i atrakcje artystyczne. (D. e. n.).
Nr. 51 STEFAN ZWEIG STRACH SZKIC POWIEŚCIOWY Przekład Melanji Wasermanóvmy. Na widok łotrzycy, panoszącej się w jej własnym domu, zaw'rzało w'reszcie w pani Irenie. — Czego cłicesz ode mnie, ty szantażystko! Aż do mego domu znałazła pani drogę! Ale ja się nie dam dłużej dręczyć, o nie! Ja zawiadomię... — Proszę nie mówić tak głośno — przerwała tamta z ubliżającą poufałością — drzwi są otw'arte, służba może wszystko słyszeć. Mnie tam na tern nie zależy!... Niczego się nie wypierani! Boże drogi, ostatecznie w więzieniu nie będzie mi gorzej, niż mi jest teraz w mojem psiem życiu. Ale pani, pani Wagner, powin¬ na być trochę ostrożniejsza. Przedew^szystkiem zaniknę drzwń, jeżeli pani ma zamiar się gniewać. Tylko mu¬ szę panią uprzedzić, że wymyślania nie robią na mnie żadnego, ale to żadnego w'rażeniu. Siły pani Ireny, zdwojone wybucbem gniewu, znów się wyczerpały wobec niewzruszonej postawy tamtej osoby. Jak dziecko, które czeka na dyktando trudnego zadania, stała pokornie i bezradnie. — A więc, pani Wagner, nie będę robić długicli ceregieli. Żo mi się źle pownidzi, pani wio o tern. Już nieraz pani mówiłam. A teraz, trza mi forsy na komor¬ ne. Długi mam, nie chcą czekać. Musi mi pani pomóc, trochę grosza dostanę — no, ze czterysta koron. — Nie mogę! — Jęknęła pani Irena, przerażona Avysokością sumy, której nie posiadała — naprawdę, nie mam! Przecież dałam już pani trzysta koron w tym miesiącu. Skąd mam brać, na miłość Boską? —' No, no, znajdą się, niecli pani tyłko dobrze po¬ szuka. Taka bogaczka, jak pani. może mieć forsy jak łodu. Chcieć tylko trzeba, pani Wagner, cłicieć! — Ależ ja naprawnłę nie mam! Cliętniebym dała, gdybym miała! Tyle nie mam jednak... Może pani sto koi'on weźmie? — Powiedziałam, że potrzebuję czterysta. Rzuciła te słowm szorstko, jakby obrażona tar¬ giem. — Ależ ja nie mam! — Krzyknęła Irena zrozpa¬ czona (Mąż może łada ełiwila nadejść — przemknęło jej przez myśl). — Przysięgam pani, że nie mam!... — To ])i’oszę się wystarać! — Kiedy nie wiem skąd! „Osoba" obejrzała Irenę od stóp do głów, jakby pragnąc ją otaksować. — No... a ten pierścionek, na ten przykład? Mo- żeby go zastawić, co? Ja się na tern nie znam, nigdy świecidełek nie noszę... ale ze czterysta koron toliy chy- l)a dali... — Pierścionek! — krzyknęła pani Irena. Był to zaręczynoAvy pierścionek z pięknym drogo¬ cennym kamieniem, którego nigdy nie zdejmownnła z palca. 8) — No, a dlaczegożby nie? Przyślę kwit lombardo¬ wy, będzie go pani mogła wykupić, kiedy tylko zecłice. Ja go tam trzymać nie łiędę, na co takiej nędzarce pierścionki? — Za co pani mnie tak prześladuje? Za co? Ja już nie mam sił! Nie mogę dłużej! Proszę posłuchać: zro¬ biłam Awszystko, co mogłam! Więcej niż mogłam! Li¬ tości! — A dla mnie miał kto litość? Małoiii z głodu nie zdecłila! Co mam mieć litość — akurat dla takiej łmr- żujki? Irena zamierzała odpowiedzieć, gdy wdem usłysza¬ ła — serce w' niej zamarło — trzask zamykanych drzwi. To mąż wracał z biura. Bez namysłu ściągnęła piei- ścionek z palca i podała nieznajomej, która go spiesz¬ nie ukryła. — Niecłi się pani nie boi, już uciekam! Niewymowny lęk malował się na twarzy Ireny, gdy z natężeniem Avsłuchiwmła się w' szmery, dochodzଠce z przedpokojn, w wyraźny odgłos męskicłi kroków. „Osoha" otAYorzyła drzAvi, skinęła gloAvą na znak poAvitania AYchodzącemu małżonkoAva Ireny, który zi'esztą nie zAvrócił na nią szczególnej invagi, i znikła. — Ta pani przyszła do mnie po peAvne informac¬ je — ostatniem Avysiłkiem Avoli zdobyła się Irena na AYyjaśnienie, gdy drzAvi zaniknęły się za nieznajomą. Straszna cłiAviła minęła. Mąż, nie mÓAviąc ani słoAva, spokojnie AYszcdł do jadalni, gdzie stół już był nakryty do obiadu. ZdaAYało się Irenie, że odsłonięte miejsce na pal¬ cu płonie niby ogień i że AYSzyscy muszą dostrzegać ten znak, jak palące piętno. Podczas obiadu starała się schoAYać dłoń pod stołem, zarzucając sobie ironicz¬ nie przewn'ażłiAvienie, które jej jiodszeptyAYało uparcie.- że mąż bezustannie patrzy na jej ręce i dostrzega icłi manipulacje. Wszełkiemi siłami zadaAvała sobie tritd. Itrowadzenia rozmowy, aby przy ])omocy iiiezłiczonycli pytań odAYrócić UAYagę męża od siebie. MÓAYiła, mÓAAńła bez końcay do męża, do dzieci, do bony, podsycając pło¬ mykami ])ytań AYygasającą rozmoAYę. Tchu ay iiiersiacli jej brakło, dusiła się niemal, a jednak po cliAYiłi rozpo¬ czynała odnoAYa. UsiłoAYała być AYesołą i zarazić innycłi dobrym łiumorem, żartoAYała z dziećmi, próboAYała je poróżnić między sobą, ałe dzieci nie śmiały się i nie doAYcipko- AYały. Czuła, że \y jej AYesołości liyła fałszyAYa nuta, któ¬ ra dziwiła otoczenie. Im bardziej się AYysiłała, teni mniej udane były .jej próby. Wkońcu zmęczyła się i za¬ milkła. Milczeli i inni. Słycłiać liyło tylko dźwięk noży o talerze. Nagłe mąż zapytał: ^ A gdzie ty masz pierścionek?
10 Nr. 51 Drgnęła. Przepadło! — przefrunęło jej przez myśl, jak lodowaty wicher. Ale instynkt bronił się jeszcze. Tylko trzymać się ze wszystkich sił! Jeszcze jedno słówko — jedno zdanie — jedno małe, ostatnje kłam¬ stewko... — Oddałam... oddałam do wyczyszczenia. 1 juk gdyby umocniona wypowiedzianem zda¬ niem, dorzuciła bez wahania: — Pojutrze będzie gotów. „Pojutrze". A więc odtąd była związana, kłam¬ stwo musi się wydać w razie niedoti-zymania słowa. Określiła termin — klamka zapadła. Wraz z obłędnym strachem Aveisnęło się do duszy nowe uczucie, niepojęte, napół radosne, że oto cłnyiła rozstrzygnięcia jest tak bliska! Dziwny spokój opano- Aval nerwy. Pojutrze! Narastała w Irenie nowa siła — siła przetrzyma¬ nia życia i przetrzymania śmierci. Ustalona wreszcie świadomość zbliżającego się przesilenia zbudziła w' duszy Ireny nieoczekiwaną po¬ godę. Zdenerwowanie ustąpiło na rzecz rozwagi, a strach na rzecz niezaznanego dotychczas, kryształo¬ wego niemal spokoju, dzięki któremu wszystkie spra¬ wy jej życia stały się naraz przejrzyste w świetle icli istotnej wartości. Według tej nowej miary czuła się gotowa do podjęcia wszystkiego od początku, ale już bez dotychczasowego zakłamania, w obliczu innych, wzniośłejszycłi zasad, których wyuczyły ją dni przeży¬ tej trwogi. Lecz żyć jako rozwódka, jako wiarołomna mężatka, obryzgana błotem skandalu... — nie, na to by¬ ła za bardzo zmęczona! Zabardzo też była znękana, by ciągnąć tę niebezpieczną grę i by nadał kupować soł)io łcrótkoterminowy spokój. Czuła, że opierać się dalej niepodobna, że koniec już bliski — zdrada groziła zewsząd, ze strony męża, ze strony dzieci, nawet ze strony jej własnej Avytrzy- małości. .Jakżeż uciekać od przeciwnika, który jest wszecholjecny. A wiedziała, że po najpewniejszą pomoc zwrócić się nie można. .Jedyna więc przed nią droga stała otworem, lecz z tej drogi niemasz powrotu. Przed obiadem zniszczyła korespondencję, dopro¬ wadziła do porządku wszystkie drobiazgi, lecz unikała możliwości zobaczenia nietyłko dzieci, ale wszystkiego, co było jej drogie i miłe. Eaz jeszcze wyszła na ulicę, chcąc poraź ostatni wypróbować los — i spotkać szantażystkę. Niezmordo¬ wanie krążyła po ulicach, nie odczuwając wszakże owe¬ go podniecającego napięcia, którego ongi doznawała. Znużona, udręczona przejściami straciła ufność w moż¬ ność dalszych zmagań. Irena szła, szła — około dwóch godzin chodziła, jakl)y wypełniając nakazany obowiązek. Nigdzie nie było widać „osoby". Wkońcu przestała na to spotkanie czekać, przestała go pragnąć, w poczuciu własnej bez¬ silności. Twarze przecliodniów wydawały się jej obce i martwe, jak mumje. Wszystko było odległe, zamglone i jak nięiiależące już do tego świata. Nagle Irena drgnęła. Odwróciła głowę — przywi¬ działo jej się, że w tłumie po drugiej stronie ulicy do¬ strzega ją ów ostry, przykuwający wzrok mężowski, który znała nie oddawna. liaz jeszcze obejrzała się lęk¬ liwie lecz przejeżdżający samochód zasłoni! jej widok. Uspokoiła ją myśl, że o tej porze mąż był zawsze zajęty w sądzie. Długotrwałe oczekiwanie na ulicy przytępiło w niej poczucie miary czasu — spóźniła się na obiad. Lecz męża też jeszcze nie było, przyszedł dopiero po kilku minutacłi, trocłię wzburzony, jak się Irenie wy¬ dawało. Licząc godziny do wieczora, spostrzegła z przera¬ żeniem, jak niewiele ich było, jak mało, jak dziAvnie juało czasu trzeba na ])ożegnanie, i jak kruclią ma war¬ tość to wszystko, czego z sobą zabrać nie można. Ogar¬ nęła nią niepokonana senność. Znów meclianicznie wy¬ szła na ulicę, ot, na cłiybi! trałił, nie oglądając się, nie myśląc o niczem. Na skrzyżowaniu rucliłiwych ulic woźnica szarp¬ nięciem, cudem zatrzymał konie, gdyż dyszel pojazdu już, już dotykał piersi pani Ireny. Woźnica zaklął gru¬ bi jańsko, lecz Irena nie zwróciła na to uwagi. Szkoda! Przypadek zaoszczędziłby jej decyzji! Ospałe powlokła się dalej. .Jakże ł)łogo ł)ylo tak o niczem nie myśleć, do¬ znając nieokreślonego poczucia zł)łiżającego się końca, które opadało wolniutko, jak tuman, mgłąc i przesła¬ niając zarysy trzeźwycłi myśli. Przypadkowo rzuciła okiem na tabliczkę z nazwa, ulicy. Wdrygnęla się, bezcelowa błąkanina zaprowadzi¬ ła ją aku"at przed dom w którym mieszkał były kocłia- nek. Możj to byt właśnie znak? Może stamtąd przyjdzie pomoc!... On z pewnością liędzie znał adres owej tajem¬ niczej osoby! Irena aż zatrzęsła się z radości. Jak można było 0 tern zapomnieć, nie wpaść na najprostszy pomysł! Na¬ dzieja uskrzydliła gnuśne dotąd myśli, aż skłębiły się 1 zawirowały, żywe, ruchłiwe, połotne. — Tak... Edward pójdzie ze mną do niej! Raz bę¬ dzie koniec! Zagrozimy jej procesem o szantaż... A jak trzeba, dostanie jeszcze pieniędzy — dużo, dużo pienię¬ dzy... tyle, ile wystarczy, aby raz na zawsze opuściła miasto! Tak, tak, wszystko dobrze!! Przez cłuviłę przykro zrobiło się Irenie na myśł, że tak źle potraktowała biedaką, co nie mąciło w niej jednak pewności, iż Edward przyjdzie z pomocą. Jakie to dziwne, że ratunek przyszedł dopiero w ostatniej chwili! Spiesznie poliiegła po schodacłi i zadzwoniła. Nikt nie otwierał. Nasłucłiując, miała wrażenie, że ktoś się za drzwiami ostrożnie porusza. Zadzwoniła jeszcze raz. Znów milczenie. I cichy szmer za drzwiami. Zaliraklo jej cierpliwości: poczęła dzwonić, dzwonić liez przer¬ wy — szło wszak o życie! — To ja! zawołała Irena spiesznie. Drzwi otworzyły się naościcż. ! (D. c. n.).
Nt. 51 11 W 70-LETNIĄ ROCZNICĘ URODZIN SELMY LAGERLOEF Selma Lacjcriocf. Selma Ottiliaiia Lagorloef, wielka pisarka szwedzka i laureatka Nobla, urodziła sic; w r. 1858 w Maarbacika, wiejskiej siedzibie prowincji Warmlaiulji. Po mieczu i po kądzieli pochodzi ze starożytnych, w literaturze, AV obronie ojczyzny i w' krzewieniu słowa bożego za- slużonycb rodzin. Wpływy środowiska, z którego po- (diodzi, i tradycji rodzinnych cechują prawie w^szystkie jej utwmry. Po ukończeniu seminarjum nauczycielskie¬ go pracuje na polu pedagogicziicm w Skaiiji, najbar¬ dziej na południe wysuniętej prowincji szwedzkiej, po¬ czerń przenosi sią do Falun, w* serce Szwecji, Dałekarljc- Pierwsza jej jrowieść „Goesta Berłing“, drukoAwana w najstarszern szwedzkiern piśrrrie kobiecem „Idurr“, otrzymuje pierwszą nagrodo konkursu literackiego. Po niej ukazują sie kolejno „Niewidzialne ogniwa", „Cuda Antychrysta" osnute na tle podań sycylijskich, „Hi- storja dwmru wiejskiego". W rokir 1899 wychodzi szwedzka powieść historyczna „Królowe z Kungahaella". Światową slawe zyskuje „Jerozolima", bistorja zwiଠzana z przeżyciami religijnerni chłopów', ernigrantóiw szw'edzkicli do zieiiri świętej. Po „Pieniądzacłi Pana Arno" i „Legendach Chrystusowych" wydaje śłiczną opowieść dła dzieci o przygodach Nilsa Holgersona w wędrówce z dzikierni geśmi, służąca dziś jako podr-ecz- nik geografji w' szkołach szw'edzkich. W „Historji lir- storji" opowiada nam Selnra Lagerloef o genezie swej literackiej czynności. Dalej idą przepojone praw'dziwą miłością wszystkiego, co ojczyste „Dom Lilienkrony" i „Dziew'czyria ze Sormyr", „Woźnica"—krótkie now'ele 0 podłożu religijnern. „Cesarz Portugalji" bistorja mi¬ łości i przywiązania ojcow'skiego, zbiór opowiadali „Chochliki i ludzie", „Banita", dzieje Avalk społecznych 1 religijnych, „Zachris Topelius" biografja w'ielkiego finlandzkiego pisarza dla dzieci, „Maarbacka" o])ow'ia- danie o odzyskaniu domu ojczystego, „Pierścień Loe- yenskołdów" rów'nie jak „Charłotta Loevenskoeld“ opo¬ wiadania z Warmlaudji. Ostatnia powieść „Anna Sve- ard“ opowiada o duchownym człowieku o słabym cłia- rakterze, który żeni siQ z „dalkullą", dziewczQciem wiej- skiem z Dałekarji, i o tragicznych losach tego mał¬ żeństwa. SQdziw'a autorka szw’edzka oprócz nagrody Nobla Av ojczyźnie swojej uzyskała w'szelkie uznanie, jakiego tylko żyjący literat od swoich współczesnych spodzie¬ wać siQ może. Doktór honoris causa uniwersytetu W' Upsałi, jest członkiem naukowego i literackiego to- w'arzystw'a av Gothenburgu, posiada zloty medal Aka- demji w Stokłiolmie, jest członkiem szAvedzkiej Aka- dćmji i literackiego stowarzyszenia ,J)ziewięciu". Wszędzie zagranicą, także u nas w Polsce, p. La¬ gerloef posiada liczne grono w'ielbicieli, a jej „Podi-óż Nilsa Holgersona" należy do najpiękniejszych książek literatury dla młodzieży. Proszona temi dniami o wypowiedzenie swego zdania o kobiecie współczesnej, Selma Lagerloef od¬ powiedziała: „Zamiast opinji o kobiecie współczesnej wolała¬ bym postawić pytanie: Czy istnieje typ kobiety współ¬ czesnej! Kobieta dawnych czasów, rozwijająca się ]>rzez wieki pod naciskiem przymusu i surowego nad¬ zoru, potrafiła doprowadzić się prawie do doskonałości iiietyłko dołiroci serca i przepojonego czułością poświę¬ cenia, ale do pełnego wdzięku wyglądu i zachowania się. Kobieta nowej ery, rozwijająca się wśród niepo¬ równanie większej swobody, królowa, odpowiedzialna za swe uczynki tylko przed sobą samą jest, śmiem ])0- Aviedzieć, dopiero powstającą istotą. Powinno się jej pozostaAvić dość czasu, by mogła róść w spokoju, bes poniżania jej lub wywyższania. My starzy możemy jej tylko życzyć, by stała się tern wspaniałem stwo¬ rzeniem, o którem marzyłyśmy, gdyśmy wywalczały jej wolność". st. Goryńska.
12 Nr. 51 LUCIE DELARUE MARDRUS U KOBIECIE 40-LETNIEJ Lucie llelaiue j\iardrus jest jedną z najwybit¬ niejszych wsj)()lczesnycb francuskicii aiitoi-ok. Głęboka znajomość duszy kobiecej oraz niezAvykle piękna for¬ ma, — oto główne ualory jej lic“znycli powije.ścil. Jedną z nieli „Ta,ka soirie dziowozyiika" driikowaia „Kobieta Wsi)ói.“. Przytaczaiiny poniżej kiilka jej cickawycli retleksyj na. temat kobiety czterdziestoletniej: Niejednokrotnie już pizokoiiałani się, pisze Luicie Dalerue Mardrns, że około czterdziestki stają się kobiety znacznie bardżiej pociągająco, aniżeli były w okresie swej pierwszej miodośoi, oo zresztą tłumaczy się zupeł¬ nie prosto. Stając w obliczu Avalki obronnej, odnajdują in- stynlkito'wiiie to, rm co dotychczas nie zwracały uwagi, ti mianowieliie swój Avlasny iudywildualny styl. Ilekroć zdarzyło mi sl'ę spotkać po upływie lat piętimstn kobiety światowe lub aktorki, które straci¬ łam z oczu, gdy miały lat dwadzieścia piięć, tyle razy nie mogiani się powstrzymać od okiy.yku zdumienia i zachwytu. Ubranie icli, ucze.sanie, cbarakteryzjieja nabrały cecli prawdzhrej sztuki; nauczyły sliię w>"zyskiwać wszelkie najdrolrniejsze walory swego ty])u; odnalazły najwłaściwsze dla siebie barwy lil formy ubrania:, Avy- stiuljowaly owe delikatne pociągnięcia olówlka,, które podkreślają swoisty kształt onzu; wybrały i)iidcr naj- odpoAviedniejszy dla cery, a kolor pomadki dla Avarg,— ulożyiy włosy av .siKisób najbaidziiej ich typowil odpo¬ wiadający. W beztroskim obresie piiierwszej młodości liczyły, i słusznie zresztą, Ayylącznie tui SAvą Aciośniaiiii ŚAwie- żość. Ale z l)icgiem lat niepokój AV\'’i-ol)ił je niby Avy- tniwny mttstrz i stały się wielkiemi artystkami. iMówiąc to, nie mam na myśli swojej osol)y, gdyż mając zaledwie lat siedemna.śeie, zdaAcalaui już sobie spra.wę z tego, że młodość zar(>wno ciaia jak i ducha jest bezbarwna. Uzyż cei'a bez śladu iTrztr/yć, oczy bez praeszlości, iistii bez imc*zarowań mogą zastąpiić piękno Avyrazii doświiidczonria, ciei-pieii i r-julości oraz wszystkiego te¬ go, co życie dorzuca do twarzy kobiety] Ileż to iTii()dy(*li dziewcT/ąt zsizdroścL l)ezwiednie staiuzym ich dramatów życiowych! I tern wliuśnic tłu¬ maczy się fakt, że malnijii się bez poti'zeby, a\" sposób dżieci.linio rażący. Zmmi AV swojej Avlasnej rodzinie dziewczęta, któ¬ re, nie mając lat dwudziestu, odczuwają riotraobę czer¬ wienienia ust, różowania policzków i to w sjiosól) daleko bardziej rażący, aniżeli ja to czynię. Zależy im na tein, aby owa cliarakter>"zacja rzucała sii; w oczy i to jest Avla.śnlo cłiaralkiterystycMne dła icli Aviekri. Później łię- dą robiły wszystko oo można ..żcliy tego nie łiyło wi- dać“. I na tom właśnie polega cała różnica dwóch okre¬ sów życia kobiety. IMając łat czterdżieśoi (piv.y Avicłkicj npraojmości można, powiedzieć — iiięćdziesiąt) ma Acięe. jeszcze ko^ hieta wszelkie dane ])o temu, aby iiye piękną, musi tylko umieć opcroAvać a,tuta.uii, jakie jej pozostały i nie zaniedbać iiiczi.‘go, aby je oalkowiibio Avyzyskae. Oczy- wiściię nie ma ten, że się tak A\'yrażę, poAvtórny rozkwit przed sohą. żadnej przyszłości i iirzychodzi talki dzień, gdy, mimo Avszelkie bohaterskie wysiłki, smutne jutro staje slik> nieodAvolalnem. Koł>i(eta crzterdziestołetnia. nie iiia praAAm łiyć zmę¬ czoną, nie wolno jej oboro.wać. Gdy jest zmęczona nie wystaciziy ż>adon róż na pokrycie liladości połiezkÓAV, tusz liędzie .się rozmazywał na powiekach, a pomadka na wargacli Avygląda jak źle rozsmaroAvana konfitura. i jest każdy taki dzień smutneni ostrzeżeniem, że bliz- ką je.st cłiAC lai, gdy eala przyszłość tak, a nie inaczej, wyglądać liędzie. Go zaś do choroiiy, to av sześć miesięcy potrafi' ona dokonać zniszczenia normalnycli dziesięcin lat. Kobiety czterdziesto lub pięedziesięcio-Ietnie sza¬ nujcie się, dbajcie o .silebie! Ale gdy wybije godzina, kiiedy szminka i róż tyl¬ ko śmie.sznie na Avaszej tAcarzy Avyglądać będą, nie uiiie- rajoie się, lecz zgódźcie s.ię, że oto nadeszła starość. I starość kobiety może liyć piękna,, ale staraniia, jalGcli od was wymaga stają się coraz suliteiniejsze, bo nigdy, w /aubiyni Aviekii nie ayoIuo się zaniedliywać. Czas jest niegodziwym zdrajci\ i miisi.łny stale mieć się na baczności, by nie uioc jego niecnym podstęiMim. Nie namawiam liynajinniej do walczenia o młodość poii-CAycziasio, sprytnitej może jest udawać starą, gdy się iiio ma jeszcze do tego pełnego prawa. SiAve fryzury i czarne suknie mają też swój urok, a milej jest nsly- .szeć „jaka o'iia kiedyś musiała być piękna", aniżeli; za¬ służyć na miiiano „starej Ayiedźmy". M.-a. SALON DOROCZNY ZACHĘTY Wiosenny dzień. liafdl Malczewski. Ilość prac, składającycii się na. ten Salon dorocz¬ ny. JL'st Iniponująta. Wohcc wyiirzątiUęińa dla nldi nawet .sali IMatojkowskiej iirzejezdni nib będą mieli
Nr. 51 13 Stasiek z lalka. Pla Górska. możności zobaczenia Batorego, Skargi, Grunwaldu i in¬ nych niiiezaiprzoozetnio cennych obrazów wystawy stałej. Ilościowo przeładowany. Salon jest bardzo nierów¬ ny pod względem podiomu. Jak perły wśród obojęt¬ nych, lub w'yraźnio lichycli, tkwią tu świielnio wymo- dclowaiio, bardzo indywidualne pod względem (kolo- i-ystycznym akty i pół-akty Weis.sa, — delikatny w bar¬ wach, o ślicznym czystym rysunku akt Borueiilskiitego i jego dwlio szablonowe w ujęciu i; w kolorze, leczi jak zawsze precyzyjne w wykonaniiu głowy górali, — kraj¬ obrazy St. Czajkowskiego, — Tatry Filipkiewicza, — impresjonilstyczno, pełne światła akwarele Fałata, — ciekawe studjum matki, z dzieekbem K. Mackiewicza, — liealiistyczne, dobre w wyrazie portrety Z. Nirnstei- nav — rybaicy flamandyzująoego dzielnie i po^ swojetnu młodego Grabarza, — coraz lepsze pod względem for¬ my i bardzo nobliwe w barwie portrety i kompozycje Pia Górskiej. W tłoku obrazów, rozmiesziczoiiych ziu])elnie przy¬ padkowo — może na zasadzie doboru formatów — war¬ szawski widz, niiedzielny miłośnik sztuki, orjentuje się z trudnością, błądzi oszołomiony, wreszcie opiera swe oko na dużych płótmreh z „pseudo" — ai"tysty(®nego repertuaru, który i)rzema,wia „tematem", P'Oczem kie- nijąc swą uwagę na zaszczytne kartki: „na,gi‘(>dzony“, „wyróżniony", „medal" — c 'ja niewielkie obrazki, niepodiadająee żadnej etykietj. Nie wiem, czem kierowało się grono jurorów Za¬ chęty w przyznawaniu nagród; chyba jednak mało, albo wciile, nie brało T)od uwagę ^raględów artystycK- nyeh i, zasuggestjonowane si)OSobem „widzenia" naj- przeciętniejszego mieszczucha, zgodnie z jego gustamii ^vydawało wyroki. Nie mogę w krótkiem sprawozdaniu podnieść kwestji odpowiedzialnośoii, jaką i>onosi Zachęto wobec Sztukli polskiej praez swą lato cale trwającą nieudolną, niefadiową, zaśniedziałą, gospodarkę. Każda, wjistawa, organiizowuna przez nią., musi z, jakiegoś w^zględu wy¬ wołać sprzecilw. Stało się już np. niemal zasadą, że ])i'aee a,rtystów młodych, mającydi coś do powiedzenia, IKJszukujących i twórczydi. Znajdą się w salce malej, sJisfiiadującej z dawną bibljoteką. Możnaby AWjbec tego nazwać ją „salle d‘honnour“ Zaidięty. Tu i w przy¬ ległej; mieściło się Bractwo Ś-av Łukasza, tu — poznaii- nzycy, innym razem — moderniści. Oł)ecnie tu skupio¬ no — może praypadkowo — uajł)ardziej interesujące prace wystarry. Przedewszystklłem Riahila MałcKiewf- skiego trzy obrazy. Działają one w znijdńie szczególny sposób na emocjonalność umiejącego patraeć człowie¬ ka. Pisałam już kiedyś na tein miejseui o jego sztuce. Dziś podnieść jeszczie raz muszę nieKwykle wyniki, ja¬ kie daje rodzaj jego kompozycji pejzażowej. Składniki rzeczywistości powiązane są w niej wolą artysty w kompleksy dzawne, prawie irrealne ,i irracjonalne. Tak up. „krajobraz wiosenny": ścieżka kwietna, bieg¬ nąca wśród drogi poiżólkłydi traw, gói-ał i stadko ba- ranów, ustawifonydi równiutko jak zabawki dziecka, draewa — iw najdalszej perspdvtywiio ściana gór — a W' tern wszystJkiem pi-zestiY.eń, powietrzą szeroki dech i jaltiś ogarniający nas niepokój „ metafizyczny". ,W niedałdciem sąsiodztwile Małozewskiego znaj¬ duje silę ołirazek Roułiy, pełen nieprawdopodobieństw perspektywdcznych, lecz niezmiernie miły pod wzglę¬ dem łiarwy — i dwa z fugą i u-ykwintnile w^dtouane krajobrazy Eug. Gepperta. Pani Węgierkowa, wysta¬ wiła duży oliraz o^ zaletadi dckoracyjnydi; Wadaw' PitotrowTski dał solidnej rołioty „Kopac*za piasku". Z Wileńczyków obecni są Jamoait i mniej łuł) więcej związani ze Śłendzińsiłiim Skaiigiel i Sztorn. Hannyt- kicwicza mocny obraz „W kieracie" reprezentuje ])oznańezyków'. L. Kłopotow'^skiiego „Zwiastowanie", ładno i pełne nastroju;, powstało, zdaje się z iioszuki- w'ań kompozycyjnydi klasy iirof. Tidu'go. Ti-zy obrazy ,Jal)łoń.skiegO‘, ucznia, prof. Weissa, wnoszą do sali tej śmiało, aż ostre, łiarw'^y jasne, W’yzie- i'ające z ni/di za:miłowania kolorystyczne i delkoracyj- ne okupują pewien łirak smaku tych kompozycj. Piękne, łiardzo oiwginalne rzeźby w^ drzewie sta¬ nowią jeszcze jeden, ważny atut tej małej, łionorowej salki Zacłięty. N. Sainotyhowa. WYSTAWA STOWARZYSZENIA WYDAWCÓW KSIĄŻKA W 1’OLSCE ODRODZONEJ 1918 — 1928 R,’ Doincwnym zwyc,zva,jem, popraedzając w'ysta\\'y toalet na baladi w okresie karnaAvalowym, w’ sałonadi Resursy Ołiywatełskiej rozgościły się ksią,żki. Jak w Tóżnycłi dziedzinadi naszego samodzielnego życia, tak til w tej, wildać postęp: coraz Acięcej ks:'ążx'k szla¬ chetnych AV Avyglądzie, książek potrzebnych, — coraz mniej zliytkownydi ii z,])ytocznydi.
14 łfr. 51 Afisz wystawy zapowiada, że ma oua aobi-azować wysiłek wydawniczy dziesiQoiolooi'a niepodległego bytu pa listwo we go*. Mimo* to obecna AvystaAVa zajęła mndlej miejsca, niż podobne z lat ubiegłych. Wiele firm, nawet warsza^YskicJi, nio stanęło do przeglądu. MAi*tej wiec tłoku, wieeej ładu; piiei-wiastki piilękna i| pewnego stylu nie giną w kramarskibj zigielkliwośoi szaryoh tłumów byłejakiibh książek i demilmondyzmlite jaSkirawyeh okła¬ dek literatury *bruko*wej. Podobiro — oby! ta ostatnia już nie idzie. Na pierwszy plan wystawy wybij*ają sile najwięk¬ sze firmy — potentaci: Mortkowicz, Gebethner i Wolff, Książniiea — Atłćis i Dom Książki Polskiej, reprezen¬ tujący wydawców, zwłasacjza z iinnycli miast Polski, nie- mających w stolicy własuyeli filjii. Książnica-Atłas przei)rowadzila jasny podział o o do treści swych wydawntetw i najlepiej może pozAvala zorjentować sie w swym doro*Miu wydawni¬ czym. Są to *dzie*ła użyteczne i)oważne — solidne — pedagogiczne; wśród iiicłi płody kartograf jiii polskiej — liomerowskie atlasy. Os.solineum — zasłużona instytucja lwowska — ma wyraz dystyngowany, czego nie można powiedzieć o ekspozyturze Arota. Jest ona tak saano bez smaku, jak iii jej wystawyr macierzysto z Nowego Światu. Zasti*ze- gam sie, że nie mam tu na myśli samych wydawnictw Arcta, wśród których nie iiiało znaleźć można książek pożytecznych — mowa tu tylko o wystaAvie. Wśród zapchanych półek działu Gebetłmera i Wolf- la* zwraca w gal)locie uwagę wydanie luksusowe „Chło¬ pów" w 4-ch tomaołi in 4-o. Jest tu piękny Reymont dla niewielu, jak i wydana pi"zez Bibłjotelke Polską już da.wmiej „Lege*nda“ tegoż autora, wystawilona w Avi*el- kopaiiskliicli szklanyeJi skrzyniacłi, nil)y w opancerzo¬ nych kasach. W przeciwstawieniu do Reymonta mamy „Żerom¬ skiego dla wszij^stkicli", \vy'd. J. Moi-tkowioza^ Tzeczyw*i*- śoib ładne i tanib, — to też podobno książki te idą ma- .sowo na Polskę całą. Stoisko Mortłklowiicza cechuje naj¬ bardziej może przemyślana forma; zdradz;i ono dąże¬ nie do wytworzenia, typu książklł! w dobrym smaku; obrazuje ono ja*ko.ść rezultatów, otrzymanych przez zaslirżonego ksiegaraa, który av tych dniaełi obchodził 25-loete swej pracy wydawniczej. Kk.si)łoatujący polowanie na sensacje ruełili.wy >,R6j“ podnosi/ ro'lv roicznib zewmetrzną szatę swycłi wy¬ dawnictw'. Ołieeon, ł)y książka trafidła do dcunÓAY, jeżeli już nie dla interesującej ti-eśei, to przynajmniej jak w Paryżu, dla udelkorowania nowoczesnycłi wneti'z (patrz: „Now'ośei Literackie" Nr. 6 r. b.).. Tnne fiirmy: Księgarnia. Wo.i.skowa, Ś-ty Wojciech, Wegner — stoją ua naszym — warszaw'skim — po¬ zwem ie. Er. S. NAJPIĘKNIEJSZY UPOMINEK o WYBOIiZE KSIĄZIU. Świętom książki możnaby nazwać otkres gwiazd¬ kowy, są to bowiem jedyne dnie w Polsce (za wyjątkiem początku 1-O'ku szkolnego) klledy w księgarniach panuje iniciłi ii ożywienie i ludzie prz.ypomiuają sobib, że istnie¬ je rzecz taka, jak Książka. Nliiekażda jest ciekawa, niekaiżMa dobra, niekażda waiia -praoczytaiijila, a tembardziej o*fiąi-owana komuś, jako ogniwo, łączące poszczególne jednostki w potężny lańcucih Umiejących Czytać. A Av okresie gwiazdkow'ym najwięcej o takie Avłaś- nio książki chodżii, ho Ayiiblu jest jeszcze, na szczęście, ludzi w Polsce, którzy choćby w' tym jednym dniu pamiętają, że genjałiiy wynaJazelk Gutenberga znalazł zastosow'anie nietyiko w prasie* codziennej, drukowa¬ niu afiszów, cenników li( t. d. ale również av rozpoAvszeołi- nianiu dzieł z zakresu literatury pieknej i naukowej. Może zresztą, nie myślą nawet o* tern, ale kui)ują książ¬ ki, 1)01 pomimo oki-zyozanej drożyzny !il zachłanności Avy- daw'eów', jest ona najtańszym upominldem i naj¬ mniej kł opotlilw^y m: idzie sie poiprostu do księ¬ garni *il ma odpowSiedzialność i sumienność sprzedającego bierze to czy inne dzieło I tu leży błąd zasadniczy, gdyż, dając komuś książkę, 'określamy siebie, Avy- dajemy o sobie samych sąd, nieraz niesłuszny, gdyż ni¬ cość ofilarowanej książki może nie być wyrazem naszej diichoAYej miernoty, ale oAAWem lenistwa i. zbytniej ufności w innych. Pi-zypomnijiny sol)ie, jak często mówńmy o czy¬ imś braku kułtui-y artystycznej i smakii/ na zasadzite ofiarowanych praez ńibgo prezentów. Ja osobiście, mam wyrobione zdanie o osobadi, posiadająoycłi lul) ofiaro- wującyełi poduszki w kształcie psa, zro*bionego z av1ócz- ki. Mackartowskie bukiety ze szltuczmycli traw nie zna j¬ dą dziś ciłiyba an!il jednego obronicy, podobnie ow'e po¬ tworne gipsowe ,,'ozdo'by" ścienne z nalopionemi na nich „główkami" z pocztówelk. Dywaniki z gałgtinków, malo- AVane pi^zez ainatonki parawanlkii — czyż podobna zresz¬ tą \v'yl'iiezyć wszystkfib potAvornościi, które nie zła wola, ale brak smaku przyjaciół w najlepszych intencjach w'proA\'adza do domu? Czemże jednak są owe wszystkie ])0fcworności, Arobeo ofiai'o\viania komuś pieknio opraw¬ nej Dzikuski, niieśmiitertelnej Trędowatej w to- wmraystwie wiernego Ordynata M i e łi o r o w- s'kie go, lub kompłetui poiwieści pe*Avnego „fonomen*al- nego poAvieśeiop'isaiVja polskiego^ (który piisze 12 sensiir syjnych, i t. d.“. Sądzę, że naAvet osoby które przeczytia- łj' Zai-zj'cką, MniszkÓAVne i Mareziyńskiiiego nie byłyby szczególnie zadowolone gdyl)yśmy tydi autorów uAvia- żać chcieli za idi dudiowydi przewodników Inh przy¬ najmniej Avyrazideli ich dusz?... Niib pi-zecze, że k:.sii(ążł<il te są ł)ai-dzo* czytane, że miały wieeej wydań, niż. o wiele łei)szo dzida, nawet z zakresu literatua-y poAvieściowej i scaisacyjnoj, ale — czy nie zauAYażyłyśde, że naA\'et ta czytająca puł)ii!cz- ność ma do tego TOKlziiiju lliteraturA' stosunek pobłażlii- AVA'. że trodie... troszewJke AYstydzi sie „Dzikuski" i \\\y
Nr. 51 15 , lałaby uałiodzić za rozmiłoAvaiią w antoracłi, Ikltóryoh wielkość podświadoimile czu.ie, ohooiaiż oi autorzy uio 5ldą, I»o ta sama publiczność popiera Dekolirę, Staśka! Mam wrażenie, że żadna, z czytelniczek „Koliioty Współczesnej" nie w’Zboga'ci tomii arcydziełami ksilęgo- zliiorn swoich przyjaciół! Może natomiast popełnffi błąd inny. Np. wiełłKcileło(' łuil) wiełł)ioiiełowi Marszałka ofiarować dzieło Ołecbóiw- śkiego p. t. „Wódz". Wielbiciel czy wdellifilcielka Mar- sizałka, a nawet osołia bez.stronna, obdarzona, przecięt¬ nym smakiem, orjentująca sie av polityce ii mająoći zdroAvy pogląd na .spraAcy i łudzi, mogłaby śmiato AA^ziiąć ÓAV ko<sztoAvny podarunek za izłoślitAvy żart łul) Avyrobil- łaliy eol)ie może niezupełnie spraAAdedłiwe, ale jakże uzasadnione zdanie o osobie ofilarodaAVCzyni... Talkicłi nieimrozumień i* 1)łQ'dÓAV popcłniić można ty¬ siące, bo, niestety, Av'iecej jest na ŚAAdecie kśilążek złych niż dolirych, AAdęcoj takich, o któiToh sile zapomina, a mnitej — do* których sie AAdnca. A‘ tylko takie kslilążki posiadają istotną AAmrtość i tylko takie daAAmć traełia. Książka, Ictóra ma zostać aa" domu — nie Ikśiążka „do przecz.yt!inia". pożycjzona, za\v'sze troclie obcji — zostać ma po to, żełiy AA^yirełnić aa- nim poAvną lukę, żeby zająć AA'' 'iiiilm peAvme niezastąińone przez nile miejsce. Inaczej — po co ją było daiAA'iaćl Dająe książkę — idzie- mi, które temu ŚAviatu .są najbliższe, które on najłatAviej czyjąś diQć, bogacimj’- czyjś ŚAciat duchoiAvy elementa¬ mi, które temrj ŚAwilatn są najbl'ż.sze ,które on najłatwiej asymiluje. Chociaż to, co napisa.lam, dotyczy w’szystkich ksiଠżek, a AvfiiQo i tycli, któremi ziasilamy bibljoteki naszych młodych i najmłodszych przyjaciół, ay AA^yborze tyoli ostatnich 'kiermAYai; sie musimy ihnomi jeszcze, niemnitej AYażnemi/ AYZgledami. Książka dla dzibdkiii jest iczemś niesłyclianie AAiitel- kiom, co zoshi.AYia A\'Tażenilo nienaz na cało życie. Mali pożeracze książek łyłmją je łakomife, łul) delektują sie każdem zdaniem .jak praAA-dziAYii; smakos7>e. Znpełnib — jak doraśłi. Ramietajmy jednak, że wganizm ich .jest delikatny, mniej od naszego odporny i że in.stykt nie- zaAYSze przestraega pr'zed tom co złe i szlcodlilAYC, albo tylko bezużytecfflne. Wybór lełctnry dla dziedka jest raoczą dlatego tak trudną, że AYalrtość pedago- gi o z na książk i nie może być jedynym mo¬ mentem decydnj^ącym. Trzeha uimieć patrzeć na śwdat oczyma ozteroletnibgo hąka ii pietnastoletnieigo AATix>st.ka, aby z poAA'odzil ksiilążek AYybrać takie, iktórc {)d7)OAviadają. icłi psychologji, zainteresoAYaniom oraz pojemności duelioAYej i nmj-słoAAmi. Zupa OAYSiana jest bezPYzględnie zdroAraza od czekolady il opyelianie dzie¬ cka: czekoladą jest bezATOględniife szłvodliiAV'o. Utrzymanie złotego środka między tern co pożyteczno (z pominię¬ ciem oczyAciście, tego co złe, trudne) i tern, co tylko I>rzyjem;no — jest niełatA\'om do: rozAA-^iązanSb, ale jakż/e AYdzięcznem zadaniem dla tyeli, któray av życiu dzmdkia chcą brać udział. RM ^^^afny wybór. Radosny uśmiech obdarowanei osoby jest świadectwem,iż wybórprezentu był trafny. Nawet obok najdroższych podarunków. Kasetki Gwiazdkowe Elida wyróżniają się przez swą elegancję i praktyczność. Pamiętajcie, by znalazły się one wśrófł spisu świątecznych upominków. KASETKI ELIDA Mali ludzie majtv zamiłoAAnnila niemniej silne i- nie¬ mu ej skrystałizoAYane niż Indzie dorośli. Szanujmy je. NaAYet AYicdząc, że potrAYają niedługo. ZanriroAYanie to laka cenna i tak rzadka rzecz! umiejmy je pibłęg.:oAA'ać, uczmy się je rozAvijać przez staranny dobór straAYy du- cIioAYej miszych r)i<;«io, dziesięcio i cz)"^emastoIatkÓAY! Nie daAYajmy do iiicli dostępu siiołtizmoAYi i fałszyAYoj czułostkoAYoścl, nie lękajmy się fantazji, nie usuA\"aj- my w cień rzeczyAYiBtościil A itrzedcAwszystkiem — za¬ dajmy soł)ie trud AYyczucia. i zrozumioniiiii, czego od książki oczekują ci, którzy jiikże prędko przestaną, nie¬ stety, AA^idzieć ay nlibj przyjaciółkę! NioA\’iiiełe książtk cieszy się śród młodzieży laką pocjzytnośeitą .jak „Boczna Antena" Brunona WinaAYcra (Bibłjoteka GroszoAva) który ay szeregu ŚAYietnie uję¬ tych, dowcipnych i ściśle naukoAYycli artyknłÓAY zazna¬ jamia ttzytelnilka zi najiiioAYszemi zdobyczami! AYiedzy i tochnikli „Boczną Antenę" czyta się jak najciekaw¬ szą poAYieść, i po jej przeczytaniu jest się bogti.tszym o ojile mnóstA\'o AYiadomości' i nazAA"łKk, które ay itasz.A'ch czasach nie mogą łtyć ohcc żadnemu knlturałnemu czło- AA'itekoAYiL Blj^SikotlliKYy talent i jasny umysł Brunona WintiAYera spraAYiajti, żo najtrudniejsze zagadnienia AY jego interpretacji AYydają nam się zrozumiało. Książka ta. ma jeszcze jędrni AAńelki\ zasługę: łiudzi, czo.ść i sz;i-
16 Nr. 51 ■ cunok dla ogroirm pracy, dokonanej przez niedoceniony świat Ludzi Nauki. Pozinamy go również z dwue-h dosikonale napilsa- iiyeh książeik Dr. Fel;(ks.ii Burdeokiego (K.siążnim At¬ las). Jedna nosiii tytuł „Budowa W.szeehświata“, druga „Podróże między planetami**. M'odoeiiani miłośnicy astronomjti dowiedzą siię z ksiiiżek Felilisa Burdockie- go —. (k-siążkii są zaopatrzone w mapy, rysunki i wy¬ kresy) wielu ciiekawyoli .szcaogółów o, A\"szechświeote, którego na.sz glob jest tylko niidą cząstką. Histo-rję tego globu poznają z książki Dr. Siemk radzkiego „G czem mówią kamienie** (Książnica Atłas). Jest to, krótki/zarys dziejów i przeobra,żeń .świa.tai orga- • uiiezuego na ziemi, napi.sainy żywo i interesująoo — prawdziwy skarb bibłjotek dla młodzieży. Miłośnikom pcw‘'leś:0 fanta,styc7hycib polecamy „Tełowk/or Orkiza** Dąl)roiwy i „Wyprawę wgląb Afry¬ ki** Yernego, .która po raz pierw.szy ukazała się w języ¬ ku polskim. (Tamże). Tak zwano Ozierwone Książki Arebi — mam icb przed sobą cztery: „Jeźdźcy Purpurowego stepu** Gre- ja; „Mareilon** Barszczewskiego' „Żelazny Szeik** Beaeh*a i „Tajenrnicza Bryła Lodu** Hugliesa. nałożą do łitera- tuiy sensaciyjno-p'odróżniilczej, Iktóra ciieszy się obeeniie eoim Aviększom powodzeniem. Nie są arcydzieła, nie są to 'książki godne ofiaroWanid komu.ś — czyta się jo jednak przyjemnie, wędrując z antO'i-ami od brzegów Oceanu północnego do palących piiasków pustyni. Naj- taiiszy sposól) p'odróżowania, dla ludzlil nieza,możnyołi, a obdarzonydi wyobraźnią. Jestem szczególną wielbicielką Kiplinga i nie mo¬ gę się dość nacieszyć noAvem wycbinicm „Takich .sobiie Bajeczek** (Arct). Jest liob aż dAvie książki, razem kil¬ kanaście opowikidań, z których każde stanoAWi małe ar¬ cydzieło. Książki zdoibilą ilustracje autora. Od krajócv egzotycznych przejdziemy z p. Haber- kantówTią na rodzinne podwórko, przepraszam: „śmiet¬ nik**, gdziie dzlileją się rzeczy niOmniej ciekawe, niż V.' dżunglach Indji — o ile umie się na nie patrzeć, jak aritorka tycdi ślicznych opowdadań pi-z>Todniczycb (Książnica Atlas). Nazwisko Zof.jii Bogoszówny mócvi same za slilebie. ,.Dziecinny Dwór** (Książnica Atlas) i dla starszych dzieci: „Ko.szalki oimłki (Arct) z muzyką i! mnóstwem iłustracjil p. Gramatylklil O.stmwskioj dla najmłodszych poAVitany znaleźć się pod każdą elioilnką. Zofja Popławska. O RYCIE GNUS z POWODU KOLFD JFJ DLA MŁODZIEŻY*). RozśpieAva,ła Ryta Gnus przedszkola nasze. Masze¬ rują dzieci, kręcą się w kółeczko, przytupują, klaszczą rączkami w takt jej rytmicranycli, melodyjnych, ży¬ wych i ł)arwnycłi piosenek, do których nidkiiedy, nilekie- dy zakrad'a się polskil smętek i t(jskni’ca^ trafiająca wprost do duszyczek dziecięcych. *) Warszawa 1928. Nakładem autorki. Skład głów¬ ny L. Idzikowskiego. Rozśpiewała Ryta Gnus także i szkoły nasze. Wy¬ szło już kilka śpiewników^ dla młodzieży, obejmujących piaśni dwa, tray i czterogłosow’'e do slów' najAwybitniej- szych polskich poetów. Wnuczka Ignacego Feliksa Dobrzyńskiego, nasze¬ go wybitnego kompozytora — symfonisty z pieiwwszej połoAwy 19 Awieku — ma pani Ryta w sobie ten żywy płomień twArczych pienwilastków, któi-ych nie zdusi z'a dola i nie złamią kołczaste 'zasieklil twaiAlej powszednio¬ ści. Rodzą, się w^ pilei-ATOzem., gasną z ostatnilem tcbnie- niein, obce niekiiedy najbliższemu nawet otoczeniu. Pod¬ trzymują to bożo palenisko zazwyczaj nSb dosyt, nile l)ujdiy życia, nie mocne wdno, nie .szały wrażeń. Trwa, goreje, świieci, dopóki nie zamrze s?imo a\^ sobie. Śpieszył się Sclmbert, pisząc — w'' nieopałanej swo¬ jej izdebce cuda, Istóremil zaczaro'wa> śwńat, gdy jego .samego już nie było. Kostniały p a ł c e. Dusił kaszel, ale on tAWorzył, tAwrzył... Bo musiał... Z pałąoyełi czarnych oczóaw Ryty Gnus ł)ije ten płomień, którego nie stłumifio a,ni' AAdęzicniie bolszeAvi- dkie, ani) chłodna łzdol)tka gdzieś na podmiejskich pia- skacli i Awykrotacb. Grzeje, płonie... I śpiieAAm... Dała nam Ryta Gnus — po za drobiazgami dla dziieoi) — pieśni o głębokim uczucioAA^ym nastroju. 0 liaiTnonizyficji, toobniee i modulacji naAWsikroś noAA'0- ezosnej, z doskonałem opanowaniem glosoiAAych możli- AA''ośai, z akompanjamentem fortepilanoAvym', który gra I>ierAA’szorzędną rolę (Cień Cłiopina do sIóaz Tetmajera 1 inne). W tece ma dnżo' poAArażnycłi, nib Avydanycb do¬ tąd utAWorów. Ostatnim i"zutem tA\'órczych jej dokonań są Kolę¬ dy na 3 głosy a capełła dla młcKłzieży. PięrA\''sze 4-y do pastorałek i kolęd z 1843 r. Piąta do tekstu z Symfonii Anielskich — DuchnoAWskiego (lAilk 1631). Inne do noAV- szych jrż kraikoA\-slkich kantyczek z 1911, 1915 r. Wszyst¬ kie doskonale rozpbinoAwane na głosy oi ŚAAńteżycb, barw^- nych, utrzymanych w kolędoAvym cbaralkterzc moty- Awach. TaaAi-z, pieśniarko nasza!... Nięch nib AAygasa pa¬ lenisko tw''oje AV żelaznycli obręczach trosk i trudów l)rzyziemnych. TAwórz i — AAierz av swoje dzieło!... C. Walewska. UPOMINKI GWIAZDKOWE Najmilsze na ŚAAlibcio ŚAAÓęto, najbliższe sercu święto dzieci i Dzieciątka, kiedy dorosły człowiek roz¬ grzesza siebie a naiAATioj radości na Avidok choinki 11 gAAłilazidki z opłatka Trndye.;a każe aa’ ten dzi'eń zapi-osić pod swój dach wszystkich bezdomnych i samotnych, aby nikt nie czuł się smutny ii opuszczony. Pi-aktycznie Avyglątla to w ten sposól>, że pi-zesądne gospodynie (Iktóż nie jest przesąd¬ ny!) bojąc się z.asiadać do Avigilijnego stołu w niepa- i-zystej łilczJ)iie osób, praypominają sobib o istnieniu da- lekicli krownycli iiieżo'natych przyjacilół Awcielając iołi na ten dzień do rodzinnego grona i obdarzając drób-
Nt. 51 17 nym choćby npommkiem. Bo polska Avilja to nietyłko Icarp na szaro, maik z 'kluskami ii Aviele innych smacz¬ nych rzeczy, alo ‘ii prezenty pod choinką, dla wszystkich domoAvnilków i AVszystkiioh gości. Prezenty są poważną trosiką pani domui aV okresie przedŚAnąteoznym. Chciałoby się kupić każdemiu coś ładnego, nie przekraczając sum, przeznaczonych na ten ceł. A to nile .jest rzeczą latAA^ą, naAA'et jeśli si'ę ma zgóry ułożony plan działania, bo av ostatniej chwili zobaczysz coś ładniejszego', albo doA\’iesz się — dobrae, jeżeli wczas — że Lucia kupiła już KazioAvii szalik, wdięc po- cóż Kaziowi dAva szaliki, i t. d.! Jeżeli nie pT'zyjdzie ci do głowy nic innego — ostatocznile. skąd mam Avie- dziieć, kto co komu kupuje!! — Kazio dostanie dAva szaliki. Zdarzyć się jednak możxj, że cała rodzina po- stanoAyiła kupić KazioAń szalilk i szalikÓAV zebrało się cztery lul) pięć. Wtedy trzeba zrobić mądro przesunię¬ cia, rodzaj handłu zamiennego nie obrażając niczyich uczuć. I szalik, pi-zeznaczony dla Kazia dositanile Józio, cygarnileę Józia KaziO'. ,.Kazio nie pali!“ przypomi¬ nasz solne AA'' ostatniej ełiArili. Próbujesz innej kombi¬ nacji. Jożelil i ta się nie uda, Kazio ma śliczny zbiór szalików^ uzupełniony przezi ten, litóry kupił sobie .sa¬ memu na gAA-^iazdkę. - Tak. DaA\'ać ])rezenty jest rzeczą miłą, ale nieła- t\A’ą. Aby każdemu dogodzić, trzelia znać Avszystkie gu¬ sta; AAAszystkie zamiłoAcania-; pamiętać AA^.szJystkie nu¬ mery rękaAA^iczek; AAdledzieć, kto nali; kto jest tak bo¬ gaty AV popilelniozki), że sam AA’iidok u 'nielniezki Inidzi AA' nim AA-^ręcK nieprzyjazne uczucia; kto lubi ceramikę, a kto jej nie lubi; że ciiocia Zof.H obraża si'ę o prezent nraktyczny; a AAUij Artur UAA“aża za marnotraiAA^stAA^o i rozrzutność Arszystko, co Avychodzi i)oza granice przędniiotÓAA'' pierAA'szej jmtrzeby. Pamiętać się tóaa''- nież musi, że osobom nieznmożuAmi nie można da- AA''ać bardzo kosztoAAmych upomiinkÓAA'. lio sic lich ponie¬ kąd zmusza do AAydatkÓAV nad stan lub każe AA^stydzić (AA'styd jest fałszyAvy, ocizyAviśc(ih ale niemniej przy¬ kry!) za ich sikromne prezientA' To nih znaczy, że nor¬ muje się prezenty stanem majątkoAAwm obdairzonAreh. PrzeciAvnib! Prezenty poAA'i'>rny 1)A'ć AA-ybierane aa' ten sposób, żeby mogły nasuAA"ać myśli, żeśmy się aa' aaw- borz© ich kieroAAmli cziemś iinnem n!ż serdeczną życzli- AAmścią i chęcią zrobienia przyjemności:. Rzeczy piękne są, niestety, nrzoArażnie kosztoAA'ne. Nie sięgając jednak do AA-A^żyn 'doisikionalości ani artj'z- mu, dostępu av któiyeb lironilą nam nasze moiżłiAA'’oś(*i finansoAA’'©, możemy Arybrać rzecz gustoAArną, niedrogą, nie konmc.znie pra!kty(‘zną, ale też i nile bezUżyteiCizną, harmonizującą z wnętrzom czyjegoś domu łub odpo- AA’iadaiacą czAimś gustom i zamiłoAAmniom. Książki, ceramika, filiżanka:, perfumy poduszka na kanapę, rę- i-nT.jif.yi,-; Oto drnbilazgi, któro można, dać każdemin Bliskich sAAmich obdarza się prezentami praktycznemi (z dzieciństAva pozostał mi neAAnen niesmak do takiego rozumienia prezentu...). OczyAviście, z AVA'kłuczeniem dzieci! .leszcze d'zioAA''ozAroke ucieszy noAA^a sukienka, ale cihłoiriico jest na, te TY.oezy obojętny. Pozostaje osoba najAA'ażnie.;sza: służąca, .leżeli .1'est AV domu parę lat, należy się jej AA'iększy prezent ii praAvio niema pani, którabj' tego nie rozumiała. Przed AA^ojną'—odległe, ])rzedbi.storyczm' czasj'! — daAA'ało się na gAA'iazdkę materjał na suknię. Teraz nitekażdA'' może .sobie na to pozAA'ołić. Ale gAAÓazdka dla służącej poAA'in- na być solidna — lepiej sobie czegoś odrnÓAvić, niż kiie- TOAA'ać się w tym AA'zglQdzilę przesadną oszczędnością. Znakomita SZWEDZKA KĄPIEL PIENIĄCA OSMOS-PENG CUDOWNY i PROSTY SPOSÓB ZESZCZUPLENIA i ZACHOWANIA LINJI. £>o f^A B vc/A yysz. KS r/r/e/j' O/^OGBf^JACH iP£BrC/Afe^yAC/V '.Tp.aPiO ' I P-a. Gry i zaliawy dla małych dzieci Gzem najlepiej lubi baAvić się dziecko av Avieku l)rzedszkoliiym! Rodzice, opiekunowie, boii>', goście, za- giądającA' do dziecięcych pokojÓAv przez grzeczność dla młods'cli mateczek, aie mają o tern iiojęcia. Skupują lalki z rozczochraiiemi czuprynami, dAA'ornycłi pajaców, kosz¬ townych iduszoAA'A'cli MłsiÓAA'. Po kilkunastu diiiacli już spoczyAAuiją tc dary na śmietniku z poAvykręcaiiemi rę¬ kami, AAylupioiiemi oczami, poszarpanym pluszem. Cie¬ szy się mały dra])ieżnik pajacem-i Misiem, dopóki nie- iiasyci swoich iiiszczycielskicb iiistynktÓAV. Patrzy obojęt¬ nie, jeżeli ])ilnuje ktoś starszy, żeby nie popsuł zabawki. Tjunczasem — najmniej okazały drobiazg jest w stanie pochłonąć uwagę dziecka, jeżeli trafi na jakiś AAłaściAYj' niu kącik umiejętnie wyz>'skaiiej refleksji. Zrozumiały to AA'ychoAvaAvczynie i kierowniczki przed¬ szkoli. Badając dzieci, doszły do znakomitych Avyników na drodze kombinowania takich gier, któreby je zajmo- Avały bezpodzielnie, rozAvijająe przA'tem i kształcąc umysł bezwiednie. Nie czekała Sekcja Wychowaniu przedszkolnego Magistratu m. st. WarszaAv>', aż Avejdzio lui Avłaściwe to¬ ry nasz przemjusł zabawkarski. Na Avłasiią rękę ])odjęła już od dAAÓeh lat AvydaAvnictAvo gier i zabawek, oiu-acoAva- nA’ch AA'edług uajuoAYSzych metod pedagogicznych, a przy- tem 1). estetycznych zeAyiiętrznie i — co najAvażiiie.isze •— nie drogich. Są tutaj barAAUio domina, układanki, łami- głÓAA'ki, loteryjki, obrazki do cAA-iczeń uu)ava', gry liczbo- A\'e i t. d„ które uabA'AA’ać można aa' biurze Sekcji (llaniło- AA-iezowska 1',' teł. 276-79), gdzie z całą gotowością udziela się objaśnień i wskazówek.
18 Nr. 51 Wydawnictwa Seke.ii zdobyły uznanie już nietylko w kraju, ale i zagranicą. Demon.strowane w Locarno na Międzynar. Kongresie Wychowania (sierpień 1927 r.) wzbudziły zainteresowanie najwybitniejszych pedago¬ gów starego i nowego świata. Eksponaty zostały zabrane przez delegatów Ameryki na wystawę do Nowego Jorku i Tlio de Janeiro. Wysłano je również do Tokio, Genewy, Paryża i — na zaproszenie polsk. T-wa Emigrac. — do różnych przedszkoli polskich na obczyźnie, zwłaszcza we ITancji. C. W. Z TEATRÓW Teatr Narodowy: „Lelewel", Dramat St. Wyspiań¬ skiego w .') aktach. Nie ł)ył to pomysł najszczęśliwszy, czcić rocznicę powstania listopadowego „Lelewelem". Widmo klęski nie¬ ubłaganej, której przyczyn szukać należy nie w nierów¬ ności sił stron walczących, ale w psychice przywódców jiowstania unosi się nad sierpniem roku 1831-ego, wieje z każdego słowa członków Rządu Narodowego. Ludziom tym brak już nie wiary,' ale woli zwycięstwa, jak bra¬ kowało jej wszystkim aktoroTii listopadowej rewolucji. Może miał ją jeden Mochnacki, ale młodzieńczy jego za¬ pał załamał się przy zetknięciu z Lubeckim. Czartoryski, Nieinojowski, Barcykowski, Morawski — któż tym lu¬ dziom odmówi szlachetnego partjotyzmu? Ale ludzie ci niezdolni' byli pojąć przewrotu, jak się dokonywał w du¬ szy narodu, niezdolni byli przekuć zapału na czyn, nie¬ zdolni stać się prawdziwym rządem, który weźmie na sie¬ bie całą odpowiedzialność i kierować potrafi siłami, które do walki o niepodległość wybuchły. Najwybitniejsza in- dywńdualność w rządzie Narodowym — za wyjątkiem Le¬ lewela — książę Adam Czartoryski — wrósł korzeniami swych tradycyj w świat obcy duchowym przywódcom dni listopadowych. On i L(dewel — to T)rzecież dwa przeci¬ wieństwa dwa serca, które połączyć może marzenie, ale które nigdy nie będą biły zgodnie w momencie czynu. Naczelny bohater dramatu — Lelewel — jest bez¬ silny wobec marazmu duchowego pozostałych członków rządu. Zawiódł się na Czartoryskim, zawiódł się na mło¬ dych. Jedną ma wiarę — w przyszłość Polski. I ta wiara, ugruntowana na przeświadczeniu w konieczność istnienia Polski, w niemożność starcia z powierzchni ziemi narodu, posiadającego tak silną świadomość swojej odrębności duchowej i politycznej — podsuwa mu wizje przyszłości, jako jedyny, ratunek przed rozpaczą i klęską. „Armaty moskali", ostatnie słowa dramatu Wyspiańskiego, zapo¬ wiedź końca dzieła zrodzonego z zapału i ofiarności... Słu¬ chamy tych słów w Niepodległej Polsce inaczej, niżeśmy ich słuchali przed dziesięciu laty. Ale — czyż nie lepiejby, nie słuszniej było przypomnieć nam w' dniach listojjado- wych inne momenty! Tyle w nas wciąż jeszcze negacji, tyle niewiary w Tę, która wbrew niewierzącym przyszła, że karmić by nas należało raczej zapałem i nadzieją, niż beznadziejno.ścią, najboleśniejszą, bo tkwiącą w nas sa¬ mych!... Teatralnie biorąc, jest „Lelewel" jedną ze słab- .szvch sztuk Wyspiańskiego, aczkolwiek posiada momenty silnego napięcia dramatycznego. Grany był w Teatrze Na¬ rodowym nierówno zwłaszcza pod względem interpretacji wiersza, który jedni aktorzy mówili, inni deklamowali. Jeden Brydziński wczuł się w swoją rolę — Lelewela. Finał trzeciego aktu wyreżyserowany bardzo ciekawie (p. Chaberski). Dekoracje kłóciły się z realistycznemi kostju- mami. Teatr Polski; „Ostatnia nowość", komedja w 4 .ak- tacb E. Bourdeta. Aż dwie sztuki „Księgarskie" w Teati'aeh Szyflma- nowskich. Zestawienie tych sztuk mogłoby być bar¬ dzo ciekawe dla panów wydawców, pouczając ich, że człowiek bez inicjatywy, żerujący na cudzym do¬ robku kulturalnym — pan llertmański — ma kłopoty z niewykuj)ionemi wekslami i uratować się może tylko przyjęciem pieniędzy których wolałby nie przyjmować; zaś człowiek z inicjatywą, j). Moscat, który chciałby i sam zarobić i dać zarobić innym, który zamiast wyzyskiwać nieszczęsnych autorów i podtrzymywać w nich ŚAviado- mość swojej nicości wobec pana wydawcy — hoduje ich jak cenne kwiaty lub rasowe zwierzęta — robi pieniądze i jest pożyteczny. Panu Tournier, skromnemu ixrzędnikomi, udało się nai)isać powieść, powieść sensacyjną, rokującą najlepsze nadzieje na handlową wartość autora. Sprytny wydawca Moscat, finansuje go nie wiedząc o jego zupełnej nie¬ mocy twórczej. Powieść pana Tournier została przejjisana z dzienniczka jego żony, Żakliny, która miała przed ślu- benr romans z pewnym młodym lekarzem. Było to jedyne źródło natchnienia iiana Tourniera. Gdy się wy¬ czerpało — nie jest zdolny nic stworzyć i ])an Moscat straci dane mu ..a conto" 200.000 franków. Ale i)an Moscat nie może stracić 200 000 franków. Jest to suma zbyt poważna żeby pozwolić jej się prze¬ ślizgnąć między palcami. Pan Tournier musi mieć prze¬ życia? Pędzie je miał! od czegóż si)rytny wydawca, mło¬ dy i pełen uroku ])an Marechal — i ambitna Zaklina! To czyTiniki — i wiele innych złożą się na nowy dzienni¬ czek, to ziiiiczy nowe przeżycie pana Tourniei’, a więc nową powieść, nowe nagrody literackie, nowe tysiące zgarniane przez gonjalnego Moscata. Sztuka Bourdeta jest doskonałą satvrą nietylko na wydawców i robienie sławy, ale i na świat literacki, dla którego w e|)oce ogólnej obojętności dla książek zdoby¬ cie nagrody czasami jest naiirawdę kwcstją „być albo nie być". Sztuka grana i wyreżyserowana była znakomicie. Jerzy Leszczyński był nietylko świetnym amantem, pa¬ nem Afareclial, ale, i wytwornym dyrygientem, mistrzowsko l)rowadzącym zesnół Samborski — Modzelewska — Du¬ czyński — Bogusiński i inni. Zofja Popławska. ŻYCIE I PRACA z DZIAŁALNOŚCI ZWIĄZKU PRACY OBYWATEL- SKIEJ KOBIET. WYSTAWA PRACY KOBIET W KRAKOWIE. 4-go grudnia otwai-to wystawę pracy kobiet zorganizo¬ waną i)rzez Krakowskie Zrzeszenie wojewódzkie, w i>o- lozumieniu z Wydziałem Wytwórczości przy Zarządzie Cł. Związku. W wystawie biorą łidział placówki Związku, oraz instytucje i osoby postiauine z całego kraju. Wo¬ jewództwo Warszawskie przysłało na wystawę cały sze¬ reg bardzo pięknych i oryginalnych eksponatów: płótna, hafty, bieliznę, ozdoby- choinkowe, w których kompono¬ waniu najprostszymi środkami niewyczerpaną jest pomy¬ słowość kobieca, kilimy, szale itd. Wystawa połączona jest z wyprzedażą gwiazdkową. Można zatem mieć na¬ dzieję, że skromne warstaty pracy kobiecej uzyskają chwilowy przynajmniej, rynek zbytu. Otwarcia wystawy dokonała p. Zofja Moraczewska. BAL POLSKIEGO JEDWABIU. Celom poparcia wytwórczości krajowej, a mianowi- _eie tak doniosłej dla nas, a nowej i spornej jeszcze ga¬ łęzi przemysłu, jaką jest jedwabnictwo. Wydział wy¬ twórczości Zw, i)r. ob. kobiet wpadł na pomysł urządze¬ nia w karnawale balu p. n. ..Bal polskiego jedwabiu". Myśl zyskała uznanie Pani Prezydentowej Mościckiej, która i)rzyi'zekła i)rotektorat swój tej interesującej za¬ bawie, Bal odbędzie się w ))ołowie styczniii roku i)rzy- szłcgo, w salonach Ministerjum rolnictwa. Lista gospo-
Nr. 51 19 <lyń balu, na której znajdzie się oczywiście elita towa¬ rzystwa warszawskiego, zostanie niebawem ogłoszona, tilicjalnym, niejako, momentem balu będzie polonez, któ¬ rego uczestniczki ukażą się w toaletach z jedwabiu wy¬ hodowanego i wyrobionego w Polsce. Jedwabie krajowe zamawiać można w biurze Związku. Chmielna 49 m. 3, co- <iziennie w godzinach biurowych. Ś TADANIA DLA URZĘDNIKÓW. Oryginalną i zdaje się szczęśliwą myśl powziął. Wy¬ dział Finansowy Zw. i>r. Ob. kobiet, organizując w ea- iem mieście sprzedaż śniadań dla urzędników. Dotychczas urzędnicy musieli przynosić je z domu, albo korzystać z bufetów dorywczo organizowanych na korytarzach lo¬ kalów biurowych, przyczem warunki higjeniczne tych biesiad pozostawiały wcale do życzenia. Obecnie fabry¬ kacja śniadań odbywa się w świeżo odnowionym, błyszczą- c\m czystością, lokalu Związku przy ul. Złotej Nr. 72. 'Pam, pod nadzorem dyżurnych pań z organizacji, od g. 6 rano odbywa się przyrządzanie śniadań, które w zaklejo- n.rch, firmowych torebkach z pergaminowego papieru, rozsyłane są do zamawiających je biur i urzędów. Cena bardzo przystępna, świeży i w doskonałym gatunku ma- tfujał, bigjcniczne opakowanie zapewnią, zda się, wkrótce śniadaniom tym zasłużoną popularność. ZJAZD DELEGATEK WOJEWÓDZTWA WARSZAWSKIEGO. Wyznaczony na dzień 2-go grudnia Zjazd warszaw¬ skiego Zrzeszenia wojewódzkiego zgromadził spory zastęp tlelegatek. Województwo warszawskie należy do najlepiej zorganizowanych w całym kraju. Dwadzieścia kilka od¬ działów i przeszło 1000 członkiń liczy Związek na tym Charakterystyczną rzeczą dla poczynań związku jest si(>ganie w głąb społeczeństwa, tam. gdzie żaden promyk oświaty nie pada, gdzie nędza, ciemnota, bezdomność straszne swoje szerzą spustoszenia, gdzie grasuje bez¬ karnie agitator komunistyczny i handlarz żywym towa¬ rem... Przytaczamy tu. jako bardzo pod tym względem znamienne sprawozdanie delegatki ze Skierniewic. Oddział tamtejszy rozpoczął pracę na krańcach miasta, śród ludności najuboższej i najciemniejszej; po¬ wodowała nim myśl, że jakkolwiek posiadają Skiernie¬ wice różne organizacje, działające śród inteligencji, to j('dnak przez to nędza, ciemnota i występki nie zmniej¬ szają się wcale. Wystarano się tedy o lokal na krańcach miasta, złożony z 6-ciu pokoi. Tam otwarte zostało przed¬ szkole. urządzone wzorowo. Tam także odbywają się ze¬ brania matek celem uświadomienia ich o potrzebie istnie¬ nia takich iJacówek, jak żłobki, przedszkola, poradnie i I. p. Dalekie bowiem dziś są te matki od odczuwania potrzeb tego rodzaju. Mają one swoje systemy: spiesząc do pracy zostawiają dzieci w mieszkaniach zamknięte na cały dzień. T5y zachowywały się spokojnie poją je przed¬ tem wódką albo odwarem z niakn. Dzieci odurzone, w pół¬ śnie, siedzą luernclioino po kilka godzin na łóżkach... Zakłada też Związek sierociniec i spodziewa się, że za miesiąc będzie on już uruchomiony. Na dalszym pla¬ nie jest szkoła gospodarcza, kształcąca pomocnice w pra¬ cach domowych. Przy szkole funkcjonować będzie tania jadłodajnia. Zorganizowano już świetlicę dla kobiet — członkinie Związku pełnią dyżury. W świetlicy są pisma, można do¬ stać szklankę gorącej herbaty. Dla ożywienia życia towarzyskiego, które z powodu ciasnoty mieszkań w sforze półinteligencji zupełnie nie istnieje, urządzone będą w karnawale zabawy dla mło¬ dzieży. Chodzi o dziewczęta, by nie zawierały znajomości na ulicy, by bawiły się w sposób kulturalny, pod okiem najlcpfe) pielęgnujesz włosy użv'i*Oj<^ do mycia głowy ShQmpoona.^au którego wspaniała piana myje włosy z łatwością igruntownie Życzliwych opiekunek. Matki tych dziewcząt zajmą się zorganizowaniem przyjęcia. Związek pomyśli o atrakcjach i urozmaiceniacb. Do tych ostatnich należeć będą n. p. konkursy na najładniejszą i zarazem najtańszą sukienkę. Podobno już z góry cieszy się młodzież perspektywą tych wieczorów, które w szarość małomiasteczkowego życia wnoszą pewno rozsłonecznienie. Członkinie od. Skierniewickiego wezmą udział czyn¬ ny w akcji przeciwgruźliczej. Objazdy w tym celu po wsiach i miasteczkach powiatu dadzą im sposobność roz¬ szerzenia stosunków, i upowszechnienia informacji o za¬ mierzonej szkole gospodarczej. Istnieje plan urządzenia przy' tej szkole izby gościnnej, w której kobiety przyby¬ wające na targi, znajdą posiłek, miejsce wypoczynku i ośrodek kulturalnych wpływów. Jak wszechstronną jest działalność oddziału dowodzi fakt, że jedna z członkiń podjęła zadanie odwodzenia pewnej części miasteczka, wzniesionej na bagnach i zalewach Skierniewic. Zabie¬ gom w tym kierunku u władz współdziała organizacja. Przytoczone tu szczegółowo sprawozdanie jest nie¬ mal typowem. Wszędzie działalność Związku przybiera, mniej więcej, podobne formy. Włocławek, gdzie oddział istnieje od 30 września ma 166 członkiń, w tein koło robotnic fabrycznych, zło¬ żone z 68-n uczestniczek. Zorganizowano opiekę nad 70 najuboższemi rodzinami. Na święta Bożego Narodzenia organizuje się gwiazdkę dla 400 dzieci. Mława, gdzie oddział funkcjonuje od 26 paździer¬ nika przygotowuje się do otwarcia żłobka na 18 łóżeczek w m. styczniu r. p. Referat wytwórczości przejął zarząd nad sejinikoweini warstatami kilimów i tkanin, które dotychczas pozbawione były jakiegokolwiek kierownictwa. Wyroby ich wysłano na wystawę do Krakowa. Pułtusk otworzył już czytelnię i zakłada przed¬ szkole. Piaseczno uruchomiło wypożyczalnię książek i czy¬ telnię. Mińsk Mazowiecki, w dniach najbliższych, otwiera świetlicę dla dzieci szkolnych. W Aleksandrowie otwarto kurs haftu artystycznego i koronkarstwa. Napływ kandydatek ogromny. Nie można było przyjąć wszystkich. Na dalszym planie szkoła hotelarstwa. Otwarto już biuro pośrednictwa pracy'. Otwarto przedszkole na 80 dzieci. Pracują 2 wychowawczynie i 2 pomocnice. Są kଠpiele dla dzieci. Dzieci są dożywiane. Otrzymują śniada¬ nia i owoce, korzystają z opieki lekarskiej. Wszystko — bezpłatnie. Zachwyt matek przedszkolem jest tak wielki, iż niebawem otwarty zostanie oddział 3-ci płatny po 5 zl. miesięcznie. H. C.
20 Nr. 51 NłedosTńżegalnle; Trwale usuwa siwizną ORIENTINE NADA7E WŁOSOM POŁYAK f MIĘ,KKOSr paoSTYvv UŻYCIU bezwarunkowo nieszkodliwy- .PARPUMCRIE DORIENT • VARSGVIE • ♦cabi*. PROSZEK ^ KOGUHi DOROSŁYCH USUWA NAJUPORCZYWSZY OSTRZEŻENIE! Chcąc uabyć proszki naszego wyrobu, należy przy kuipnie akceiiłować i wyraźnie żądać oryp;!- nahiych proszków z „Kop;utkiem“ Oą- seckiego, znanych od lat trzydziestu. Zwracajcie uwagą i odrzucajcie ui)or- czywie polecane naśladownictwa w po- dohneiii do naszego opako'wan'u. CARTIER^RESSON NICIITAŚMY "Z KRZYŻEM KOLORY Firma zała/ona w roku 1825. ^ TRWA^lE „"Ł Krzyżem” do damskich robót KOLORY TRWAŁE (300 odcieni) Bawełna perlć Rawdna do haftu Monlinee Nici do koronek Kordonek Lniane nici C • B OD REDAKCJI. Drobnycli rąkopisów nic ZAvraca sią. Artykuły Avinny być nisane b. czyteliiem pismem Inb na maszynie. Redaktorka przyjmuje avc wtorki i czAvartki od 1—3-ej. Administracja czynna od 9—5 po poł. Prenumeratą „Kobiety Współczesnej * przyjmują wszystkie ksiągarnie i urządy pocztowe w kraju oraz Administracja pisma w Warszawie, ul. Górnośląska 20. Tel. 401-24. P. K. O. 14560, PRENUMERATA: w Warszawde i na prowincji Miesięcznie Kwartalnie Półrocznie ."i zł. 14 zł. 26 zł. Dla prenumeratorów w Warszawie, którzy bedą odbierać numer w naszej administracji . . 4 zł. 50 gr. Dla nauczycieli szkól powszechnych wprowadzamy wy¬ jątkowo ulgową prenumeratę . . 3 zł. 90 gr. PRENUMERATA ZA GRANICZN A: w Czechosłowacji i Węgrzech — jak w obrocie we¬ wnętrznym; w innych krajach: miesięcznie 6.50 gr. kwartalnie 18.— gr. półrocznie 35.— gr. Ceny ogłoszeń: Na wewnętrznych stronach okładki i Ogłoszenia na ostatniej stronie okładki i za tekstem 1 stronica —400 zł., str. —200 zł. K str. —100 zł. || o 50% drożej. Redaktorka: W. Pelczyiiska. Druk. „Kobiety Współczesnej". Marszałkowska 148. Wydawca: E. Groołiolska.