ISBN: 83-03-00038-1

Текст
                    

...—


ROCZNIK PRZEMYSKI
1973 A 27. Cechy istotne romantyzmu, [w;] Romantyzm. Wybór tekstów naukowych, Materiały pomocnicze dla studentów filologii polskiej WSP i WSN. Oprać. T. Nowacka. Kraków 1973, s. 27—43. Przedr. fragm. rozprawy o Romantyzmie według: Studia z zakresu teorii literatury. Wyd. 2. Lublin 1961. 28. (List do Kazimierza Andrzeja Jaworskiego z 1 III 1949). [w:] K. A. Ja- worski, Pisma. T. 7. W kręgu Kameny. Lublin 1973, s. 402. 29. Pojęcie stylu, [w:] Stylistyka polska. Wybór tekstów. Oprać. E. Miodoń- ska-Brookes, A. Kulawik, M. Tatara. Warszawa 1973, s. 74—78. Przedr. studium z 1946 r.; krótka notka o autorze. B 30. J. W. Goethe, Pieśń wędrowca w nocy. Przeł. ... [w:] L. Eustachiewicz, Wypisy z literatury powszechnej dla liceów. Wyd. 2. Warszawa 1973, s. 73. Por. poz. 21. D 66. M. Grzędzielska, Kategorie czasu i podmiotu mówiącego jako wyróż- niki rodzajów literackich w poglądach Juliusza Kleinera. Folia Societatis Scien- tiarum Lublinensis 1973 vol. 15. Hum. 2, s. 91—98. 67. St. Mękarski, (List do redakcji w sprawie daty śmierci J. Kleinera). Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza (Londyn) 1973, nr 29, s. 2. 68. J. Starnawski, Praca wydawcy. Kraków 1973. Nauka dla Wszystkich nr 205. O J. Kleinerze jako o edytorze passim. 1974 A 31. Dzieje Konrada, [w:] Dramat romantyczny. (Wybór tekstów z literatury naukowej). Materiały pomocnicze dla studentów filologii polskiej WSP. Cz. 3. Oprać. J. Jarowiecki. Kraków 1974, s. 40—65. Fragm. monografii o Mickiewiczu. 32. (Głos w dyskusji po referacie Jana Kreczmara z 1950 r.). Dialog 1974. R. 19, nr 7, s. 132—133. Przedr. z „Teatru” 1951, nr 1. 33. Istota utworu dramatycznego, [w:] Wprowadzenie do nauki o teatrze. (Materiały). Oprać. J. Degler. T. 1. Dramat — Teatr. Wrocław 1974, s. 43—47. Przedr. za: Studia z zakresu teorii literatury (1956). 34. (List do Kazimierza Wyki z 4X11 1947). [w:] K. Wyka, Z archiwum „Twórczości”. Magazyn Kulturalny 1973/1974, nr 4(8)—1(9), s. 15. 35. (List do Maryli Wolskiej z 4II 1923). iw:] Wł. Studencki, Wanda Młod- nicka z domu Monne. Przegląd Humanistyczny 1974. R. 18, nr 5, s. 150. List kondolencyjny z powodu śmierci Wandy Młodnickiej. 36. O sonetach A. Mickiewicza. [w‘] Liryka romantyczna. (Wybór tekstów z literatury naukowej). Materiały pomocnicze dla studentów filologii polskiej WSP. Cz. 1. Oprać. J. Jarowiecki. Kraków 1974, s. 173—208. Fragm. I tomu Mickiewicza. 37. Pierwszy cykl „Satyr” Krasickiego, [w:] O literaturze polskiej. Mate- riały. Oprać. A. Z. Makowiecki. Wyd. 2. Warszawa 1974, s. 109—122. Por. poz. 22. 38. Wielka Improwizacja, [w:] Dramat romantyczny, op. cit., s. 66—100. Fragm. monografii o Mickiewiczu. 39. Zarys dziejów literatury polskiej. Cz. 1—2. Przejrz. i uzup. St. Kawyn,
KRAJOWA AGENCJA WYDAWN W RZESZOWIE Recenzenci (w kolejności prac) Prof. dr hab. Jerzy Starnawski Doc. dr Jan Zaleski Dr Ryszard Szczygieł Dr Zdzisław Budzyński Dr Jerzy Motylewicz Prof. dr hab. Józef Frazik Dr Ryszard Kantor Prof. dr M. Znamierowska-Pruff er owa Prof. dr hab. Kazimierz Karczmarz Prof. dr Stanisław Marek Dr Jerzy Piórecki Doc. dr hab. Włodzimierz Oniśko © Copyright by Krajowa Agencja Wydawnicza Rzeszów 1983 Wydawnictwo zlecone przez TOWARZYSTWO PRZYJACIÓŁ NAUK w Przemyślu. Papier zleceniodawcy
TOWARZYSTWO PRZYJACIÓŁ NAUK W PRZEMYŚLU SOCIETAS SC1ENT1ARUM AC LITTERARUM P R E M I S L I E N S I S T. XXII - XXIII R. 1983 ROCZNIK PRZEMYSKI Przemyśl 1983
Komitet redakcyjny TADEUSZ BURZYŃSKI, ANDRZEJ KOPERSKI, ANTONI KUNYSZ, MIECZYSŁAW MAZUREK, JULIAN OLSZAK, JERZY PIÓRECKI, JAN PAJĄK, ANTONI RACHWAŁ Redaktor naukowy JULIAN OLSZAK Redaktor prowadzący i techniczny ZYGMUNT KLATKA Streszczenia obcojęzyczne: JANINA HEJNAR (rosyjskie) KRYSTYNA WIŚNIEWSKA (angielskie) Okładkę, obwolutę i przerywniki projektowała MARIA WITKIEWICZ Korekta MARIA NOWAK i ZOFIA PIWOWAR Wydanie I. Nakład: 800 + 100 egz. Ark. wyd. 32,65, ark. druk. 41,9 + 3 wklejki. Skład, druk i oprawa: Rzeszowskie Zakłady Graficzne. Rzeszów, ul. Marchlewskiego 19. Nr prod. KAW: 49/81. Zam: 356/82 T-6-197 Cena zł 350,—
I. MATERIAŁY I ROZPRAWY Część pierwsza Krystyna Płachcińska „KUPIEC” MIKOŁAJA REJA JAKO DZIEŁO SZTUKI SCENICZNEJ Jednym z dwóch dominujących u Reja sposobów wypowiedzi są kon- strukcje dialogowe. Jest to nazwa genologiczna o bardzo dużej pojem- ności, gdyż jedynym wyróżnikiem przedmiotów genologicznych zawiera- jących się w jej zakresie jest dialogowość, co, posługując się nomenkla- turą zastosowaną przez J. Pelca \ rozumiem jako prowadzenie perswazji poprzez starcie różnych stanowisk ukazane bezpośrednio w ustach boha- terów. Cechę tę posiadają naturalnie dialogi i one stanowią pierwszą grupę w ramach konstrukcji dialogowych Reja. Wyznacznik ten jednak nie wyklucza możliwości akcji scenicznej, przede wszystkim działania bohaterów, dlatego drugą część konstrukcji, o których mowa, mogą wy- pełnić dramaty. Mogą, ale czy wypełniają? Odpowiedź badaczy twórczości Reja była przez wiele lat negatywna. Uważano powszechnie, że Rej nie miał żadnego wyobrażenia o dramacie i o scenie, że nie dostrzegał dramatycznej rodzajowości misteriów 1 2. Cha- rakterystyczne, że o ile syntetyczne partie wypowiedzi badaczy, np. A. Brucknera, dyskredytowały kulturę sceniczną Reja, o tyle konkretne stanowisko wobec Żywota Józefa było bardziej kompromisowe, ale też bardziej skomplikowane. Twierdził mianowicie uczony, że Żywot Józefa stał się zupełnie przypadkowo misterium, że był to wynik folgowania przez Reja swemu temperamentowi 3. Znaczyłoby to, że pisarz nie miał świadomości średniowiecznego „ogrodu literackich form”4, lecz że po prostu we krwi miał poetykę, która wydaje się w tym świetle wynikać 1 J. Pelc, Dialog i wizerunek. Dwa dominujące typy konstrukcji wypowiedzi w poetyce Reja, [w:J Mikołaj Rej. W 400-lecie śmierci. Wrocław 1971, s. 129—158, „Studia Staropolskie” t. 30. 2 A. Bruckner, Mikołaj Rej. Studium krytyczne, Kraków 1905, s. 37; t e- g o ź, Mikołaj Rej. Człowiek i dzieło, Lwów 1922, s. 41; B. Gubrynowicz, „Kupiec” Mikołaja Reja. „Kurier Warszawski” 1924, nr 110, s. 10—11. 3 A. Bruckner, Mikołaj Rej. Studium krytyczne, loc. cit. 4 Pojęcie stworzone przez E. R. Curtiusa. Cyt. za: M. Adamczyk, „Żywot Józefa” Mikołaja Reja, Wrocław 1971, s. 119.
z jakiegoś średniowiecznego temperamentu. Zaznaczyć należy, że pierw- szy głos w sprawie dramatyczności Józefa pochodzi z 1895 r. od S. Win- dakiewicza. Nazwał on ten utwór misterium, ale „bladym i nudnym” 5. Wszystkie inne konstrukcje dialogowe Reja nazywane były dialogami aż do połowy XX wieku. Dotyczy to ośmiu utworów: Krótkiej rozprawy 6, Rozmowy Lwa z Kotem, która ocalała w szesnastowiecznym odpisie 7, Warwasa z Lupusem, znanego z rekonstrukcji dokonanej przez A. Bruck- nera z przekładu czeskiego i z niewielkiego fragmentu polskiego8, Kostery z Pijanicą — dialogu zachowanego w drobnym urywku 9, oraz znanych tylko z tytułu: Śmierci z Szewcem 10, Gęsi z Kurem 11 i Zatar- gnienia Fortuny z Cnotą 12. Ósmy jest w tej liczbie Kupiec 13, traktowa- ny przez badaczy na równi z innymi utworami dialogowanymi. Przypomnijmy cechy typowego dialogu i na tym tle cechy dialogów Reja 14. Poetyka tego gatunku wywodzi się z nurtu tzw. swarów, agonów, zatargnień przybierających w różnych krajach różne nazwy (np. conflic- tus, dialogus, iudicium, disputatió), a mających swe źródło w literaturze greckiej i rzymskiej. Ustalone w średniowieczu normy wymagały, by dialog był utworem wierszowanym, by rozmówcami były osoby repre- zentujące warstwy społeczne, stany, zawody lub pojęcia abstrakcyjne, by odznaczał się prostą, przejrzystą budową trójczłonową (ekspozycja- -przebieg sporu-wyrok w ustach arbitra, morał lub kwerela) oraz by każ- dy z rozmówców miał tyle samo miejsca do dyspozycji. Cechą najważ- niejszą wreszcie miał być antagonistyczny stosunek między rozmówcami. Bardzo podkreślona była rola czynnika walki, zmagania się. Jak prezentują się na tym tle utwory Reja? Oto np. w Rozmowie Lwa z Kotem akcent wybitnie przesunięty jest z abstrakcyjnych spekulacji werbalnych na wzbogacenie obrazkami rodzajowymi i anegdotami, wpro- wadzona jest mowa potoczna, maksymy i przysłowia, rozbity zostaje krępujący dystych składniowy — widać wyraźną przewagę obrazu i ży- 5S. Windakiewicz, Mikołaj Rej z Nagłowic, wyd. 3 Lublin 1922, s. 31. 6 M. Rej, Krótka rozprawa między trzema osobami: Panem, Wójtem a Ple- banem, (pierwodruk:) Kraków 1543, w drukarni M. Szarffenberga. 7 Dialog zatytułowany Kot ze lwem rozprawia o swobodzie a o niewoli odna- lazł J. Korzeniowski. Wydany pt. Nieznane polskie i łacińskie wiersze politycznej treści. 1548—1551, „Rocznik Filarecki” t. 1:1886. 8 Tekst czeski ogłosił J. Chrzanowski [w:] Z wieku Mikołaja Reja, War- szawa 1905. Ocalałe fragmenty przedrukował K. Piekarski [w:] Fragmenty dwu zaginionych dialogów M. Reja, „Przegląd Współczesny” 1923, t. 6. Próbę rekon- strukcji tekstu polskiego podał A. Bruckner [w:] Mikołaj Rej. Studium kry- tyczne, op. cit. 8 Ocalałe fragmenty przedrukował K. Piekarski, loc. cit. 10 Zanotowany pod łacińskim tytułem Mors cum sutore w inwentarzu księgar- ni M. Szarffenberga z 1547 r. Wiadomość [w:]Noivy Korbut, t. 3, Warszawa 1965, s. 158. 11 Dialog ten zaginął. 12 Zachowane fragmenty uległy zniszczeniu w 1944 r. Według Brucknera głów- ne rysy ocalały w dialogu Achizy z Zefirą w Żywocie Józefa. 13 Pierwodruk Kupca ukazał się w Królewcu w 1549 roku nakładem Jana Se- klucjana. Unikatowy egzemplarz tego wydania przechowuje Biblioteka Jagielloń- ska (sygn. Cim. 0.1520.). Na jego podstawie Kupiec wydany został w 1924 roku przez Rudolfa Kotulę i Aleksandra Brucknera w serii „Biblioteka Pisarzów Pol- skich” (nr 77). Lokalizacja cytatów w artykule opiera się na tym wydaniu. 14 Przytaczam za: E. Kotarski, Dialogi Mikołaja Reja w perspektywie tra- dycji literackiej, [w:] Studia nad Mikołajem Rejem, Gdańsk 1971, s. 79—106.
wego języka nad szablonami. W dialogu Warwas z Lupusem zakończe- nie jest typowe, gdyż pointa końcowych słów arbitra czyni satyrę obo- sieczną, a przy tym rozmówcy nie są tylko reprezentantami stanów czy postaw, gdyż ich imiona są rzeczywiste 15. Specyfika dialogów Reja wi- doczna jest najlepiej w Krótkiej rozprawie, w której antagonistyczny stosunek między rozmówcami zostaje zatarty, każda replika natychmiast staje się narracją lub opisem, akcenty polemiczne odnoszą się do pro- blemów, a nie do rozmówców, a przy tym problemy pozostają otwarte, gdyż nikt nie zwycięża. Źródeł tych przekształceń poetyki dopatrzono się we wpływie poswarków późnego średniowiecza i dialogów reforma- cyjnych. Czy, biorąc pod uwagę te cechy dialogów Reja, Kupcowi można przy- pisać miano dialogu? Czy nie posiada on struktury innej, naddanej, z punktu widzenia poetyki dialogu zbytecznej? Czy nie za wiele w tek- ście tego utworu zainteresowania światem przedstawionym kosztem świa- ta rzeczywistego, który wypełniać powinien w całości treść dialogu? Przeniesienie Kupca w obręb dramatu jest dziełem dopiero szóstego dziesiątka lat XX wieku, kiedy to J. Krzyżanowski16, podążając śladem W. Bruchnalskiego 17, przełamał tradycję deprecjonowania utworów Reja powstałych po Krótkiej rozprawie, zajmując się m. in. Kupcem. Stano- wisko uczonego wobec tego utworu było dość nowatorskie. Przyznał mu miano utworu dramatycznego, który choć nie należy do dziejów teatru, należy jednak do dziejów dramaturgii. Nazwał Kupca typowym moralitetem średniowiecznym, utworem o wyraźnej fabule, a nie trak- tatem podzielonym na dialogi. Wykolejenia ku epickości, które A. Bruck- ner uważał za „żywioł epicki” 18, wytłumaczył weną gawędziarsko-saty- ryczną i tradycją techniki dialogów. Problem stosunku Reja do źródła Kupca, czyli do utworu słynnego propagandzisty reformacyjnego Tho- masa Kirchmeyera Naogeorga, powstałego w 1539 r., zatytułowanego Tragoedia alia noua Mercator seu iudicium, rozwiązał Krzyżanowski w duchu tradycyjnym. Przyczyny zamiany formy klasycznego dramatu humanistycznego na moralitetową dopatrzył się, wzorem poprzedników, w upodobaniach średniowiecznych Reja. Następnym głosem w sprawie nadania Kupcowi nazwy dramatu był artykuł C. Backvisa zamieszczony, co znamienne, w „Pamiętniku Tea- tralnym”. Zwrócił badacz uwagę na to, że żywotność literatury polemiki ideologicznej skłaniała do poszukiwania coraz to nowych chwytów i to właśnie stało się przyczyną przyjęcia przez Reja dla Kupca formy śred- niowiecznego moralitetu 19. Zupełnie kontrowersyjnie wobec Krzyżanowskiego rozwiązał problem zmiany przez Reja kształtu gatunkowego utworu J. Pelc w swych roz- 15 W. Budka, Person cztery w Rejowym „Warwasie”, „Silva Rerum” 1927, nr 10, s. 158—159. 16 J. Krzyżanowski, Z problemów rejowskich, „Pamiętnik Literacki” 1952, s. 464—474; przedr. [w:] W wieku Reja i Stańczyka, Warszawa 1958, s. 187—198. 17 W. Bruchnalski, Rozwój twórczości pisarskiej Mikołaja Reja, [w:] Stu- dia nad literaturą polską w epoce Odrodzenia, t. 1, Kraków 1907. 18 A. Bruckner, Mikołaj Rej. Człowiek i dzieło, loc. cit. 19 C. B a c k v i s, Teatr Wyspiańskiego jako urzeczywistnienie polskiej kon- cepcji dramatu, „Pamiętnik Teatralny” 1957, z. 3/4, s. 412.
ważaniach o dialogach i wizerunkach Reja 20, twierdząc, że forma mora- litetowa wynikała nie z upodobań średniowiecznych autora, lecz po prostu najpełniej odpowiadała potrzebom, najlepiej spełniała zadanie. To samo stanowisko funkcjonalne prezentuje rozprawa J. Ziomka o Krótkiej rozprawie i o Kupcu21, w której autor uwypuklił rolę roz- winiętej w XVI wieku kultury dysputacyjnej, wpływającej na karierę form dialogowych i dramaturgicznych. W sprawie sceniczności Kupca przytoczył wiele rzeczowych argumentów: postacie Kupca są wyposażo- ne w cechy przekraczające potrzeby dialogu, kategorie estetyczne (np. komizm) odnoszą się w znacznej części do świata osób mówiących, prze- strzeń można opisać w terminach teatralnych, funkcja opowiadania i komentowania działa w dużej części dośrodkowe wyposażając świat przedstawiony w wyglądy, wreszcie łączenie sacrum (powaga tematu) i profanum (rubaszność obserwacji) jest typowym nawiązaniem do tra- dycji misteriów i moralitetów. Ostatnim, jak dotąd, głosem na ten temat jest cytowana już wypo- wiedź E. Kotarskiego 22, który argumentując swą tezę o dramatycznym statusie Kupca i Żywota Józefa stwierdza, że przekonania i stany uczu- ciowe postaci poznajemy w toku jej działań i że mamy do czynienia z akcją, często nawet skomplikowaną. W związku z tym zaś, wywodzi dalej autor, obojętne jest, czy Rej przeznaczał swe utwory na scenę, czy też nie. Są one dramatami z tytułu swych własności strukturalnych. Czy rzeczywiście w Kupcu można wychwycić, choćby delikatny, „sce- niczny gest poety”? Aby stwierdzić w tym utworze istnienie struktury dramatycznej, nałożyć trzeba na ten, żywy przecież, twór, pewną siatkę pojęć i przy jej pomocy odczytać, które elementy przylegają do oczek siatki, a które nie znajdują w niej odpowiednika, czyli nie potwierdzają się. W zakresie badania dzieła dramatycznego dostarcza owego systemu pojęć klasyczna już dziś rozprawa I. Sławińskiej23. Wynika z niej, że rozpatrując dzieło, które uważamy za dramat, badać trzeba kolejno: strukturę zdarzeń dramatycznych i postaci, strukturę czasową, prze- strzenną i słowną, świat poetycki dramatu, a wreszcie wizję teatralną w nim zawartą. Rozprawa ta przestrzega ponadto przed błędem metodologicznym, który zwiódł już na manowce wysiłki wielu badaczy dramatycznej twór- czości renesansowej. Sławińska przypomina mianowicie o konieczności dostosowania narzędzi badawczych do specyfiki badanego przedmiotu. W zakresie szesnastowiecznej twórczości teatralnej wykroczeniem prze- ciw temu postulatowi jest stosowanie miar i pojęć dostosowanych tyl- ko do regularnego dramatu humanistycznego wobec wszystkich przeja- wów działalności dramatopisarskiej, obejmującej przecież także struktury nieregularne, nie mające odpowiedniej nazwy w tradycyjnej systematyce genologicznej (gdyż ta faworyzuje dramat klasyczny). Uważna lektura Kupca każę od razu odrzucić wiele elementów struk- tur wymienionych przez Sławińską, gdyż nie ma w tekście ich śladu. Nie 20 J. Pelc, Dialog i wizerunek, loc. cit. 21 J. Ziomek, Mikołaja Reja „Krótka rozprawa’' i „Kupiec”. Problemy dia- logu i dramatu, [w:] Mikołaj Rej. W 400-lecie śmierci, op. cit., s. 65—88. 22 E. Kotarski, op. cit., s. 79—80. 23 I. Sławińska, Główne problemy struktury dramatu, [w:] Sławińska, Sceniczny gest poety. Zbiór studiów o dramacie, Kraków 1960, s. 19—34.
znajdziemy żadnej wzmianki o dekoracji, oświetleniu, kostiumach i wy- glądzie postaci. Te cztery punkty otwierają dłuższą listę faktów, które mogłyby świadczyć przeciw istnieniu tkanki dramatycznej w Kupcu. Oto wielokrotnie podkreślana budowa utworu, która przywodzi na myśl raczej dialog niż dramat (ten bowiem zwykle składa się z aktów i scen). Oto zawarta w Kupcu moc umoralniających sentencji i barwnych, epickich obrazków świata zewnętrznego. Oto rozwlekłość utworu, w którym Rej aż potroił liczbę wersów Mercatora. Oto wreszcie czterokrotnie pojawia- jące się zwroty: Nie żałujcie czasu pilno przeczytać tych książek (s. 24); Czciż ty książki (s. 26); Przemowa ku temu, co czedł (s. 157); • Ku dobremu towarzyszowi, co czedł ty książki (s. 318). Jako argument przeciw przeznaczeniu na scenę wymieniano też fakt, że Rej nie zawahał się wprowadzić bezpośrednio Chrystusa 24. Fakty te rzeczywiście mogłyby świadczyć przeciw dramatyczności Kupca, pod wa- runkiem jednak, że pojawiłyby się obok, a nie zamiast argumentów bar- dziej ważkich, a nie istniałyby przy tym niewątpliwe dowody działania nerwu dramatycznego. Oto pierwszy problem. — Wypowiedzi postaci poprzedzone są wyodręb- nionymi zdaniami, których jest 489. Nazywam je tytulikami czwartego stopnia, gdyż sześciokrotnie ponad nimi pojawiają się tytuły organizu- jące większą cząstkę tekstu — te nazwałam tytułami trzeciego stopnia. Drugi stopień — to nagłówki siedmiu zasadniczych części Kupca (Summa tych książek, Swojem wiernym słuchaczom. Pożytki tych książek, Ku do- brym naśladowcom, Prologus seu Argumentum, Persony które z sobą rozmawiają i wreszcie w połowie książki Część wtóra), a stopień pierw- szy — to tytuł utworu. Owo wyodrębnianie tytulików przed każdą wy- powiedzią stało się jednym z powodów nadania Kupcowi cechy epicko- ści 25. Potraktowano bowiem te tytuliki jako streszczenia wypowiedzi osób. Czy jednak jest tak w istocie? Streszczenie wypowiedzi postaci jest jedyną funkcją w 201 tytuli- kach26. Do tego dochodzi 13, które referują tylko część wypowiedzi 24 A. Bruckner, Mikołaj Rej. Człowiek i dzieło, loc. cit. 25 idem. 26 W następujących tytulikach: s. 32/tyt. I, 32/III, 36, 41/1, 42, 44/11, 51/11, 52/1, 52/11, 52/IV, 54/11, 56, 57, 58/1, 59, 63/11, 65/11, 66/11, 68/1, 69/11, 70/11, 71/1, 72, 74/1, 76, 79/11, 80/11, 81/1, 84/1, 85/1, 89/1, 91/11, 92/IV, 93/1, 95/11, 96/11, 98/11, 99/11, 100/1, 100/III, 101/IY, 102/1, 102/11, 104/11, 105/1, 106/1, 106/11, 107/11, 109/1, 109/IV, 110/1, 110/III, 110/IV, 112/III, 113, 114, 119/11, 123/11, 123/III, 124/11, 126/1, 126/11, 128, 130, 132, 133/1, 136/11, 140/III, 143/11, 145/11, 148/1, 150/1, 152/1, 153/1, 159, 162/1, 162/11, 168, 175/11, 176/III, 178/11, 178/III, 180/1, 180/11, 180/III, 180/IY, 183, 184/1, 185/11, 189, 191/III, 193, 194/11, 195, 203/11, 207/11, 210/1, 210/11, 212/1, 215/1, 216/1, 216/11, 221, 224/1, 225, 228/IV, 229/11, 230/11, 231, 233/11, 234/1, 235/1, 235/11, 241/1, 241/11, 241/III, 242/1, 242/11, 243/1, 244, 248/III, 249/1, 249/IH, 250/11, 251/1, 251/11, 251/III, 254/1, 254/11, 255/11, 256/II/III, 256/IV, 257/1, 257/11, 258/1, 258/11, 259/1, 260/1, 260/11, 261, 262/11, 263/11, 264/11, 265/1, 266/1, 267/11, 267/III. 267/IV, 269/11, 271/1, 271/11, 271/III, 272/1 277/11, 277/IV, 278/1, 279/1, 279/III, 279/IV, 280/1, 280/III, 281, 282, 283, 284/1, 284/11, 285/III, 285/IV, 286/1, 287/1, 288/1, 288/11, 288/HI, 289/11, 289/III, 291/11, .291/111, 292/1 292/11, 294/1, 294/11, 2'96/IV, 299, 300, 301/1, 301/11, 304/1, 306/1, 309/11, 313/1, 313/11, 313/III, 315/1, 315/11, 315/III, 317.
(a jej pozostała część nie znajduje odbicia w nagłówku) 27. Dwa streszcza- ją słowa postaci, ale po nich w ramach tego samego akapitu pojawia się fragment pochodzący nie od postaci, lecz od podmiotu autorskiego 28. Dwa tytuliki pozorują streszczenie wypowiedzi, gdy ta w rzeczywistości trak- tuje o czym innym 29. W sumie tytulików o funkcji streszczającej jest 218, ale stanowi to zaledwie ok. 45 proc, wszystkich nagłówków. Nie można nie dostrzegać funkcji innych, pełnionych przez pozostałe 55 proc, tytu- łów. Z tej liczby jeszcze jeden nagłówek można, jako popierający tezę o epickim charakterze Kupca, wyłączyć. Jest on bowiem epickim poda- niem wiadomości, nawiązującym do poprzedniej wypowiedzi. Oto on: Poseł tak każdemu tuszy, kto sobie śmierć lekko waży 30. Jak „tuszy”, wyjaśnia nie wypowiedź posła następująca po tym tytuliku, lecz poprze- dzająca go wypowiedź kupca. Jest prócz tego jeszcze osiem nagłówków, które prócz części pełniących swą zasadniczą funkcję zawierają też frag- ment zbudowany jak przytoczony tytulik 31. Mimo to pozostaje jeszcze 55,2 proc, tytulików, których roli zdecydowanie upatrywać należy w kon- wencji dramatycznej. Sześć z nich składa się tylko z nazwy postaci, która wypowiadać bę- dzie swą kwestię 32. Informacyjna intencja ich zastosowania jest niewąt- pliwa, tak jak bezsporny jest dramatyczno-teatralny rodowód tej kon- wencji. Zauważyć należy, że w owych 218 tytulikach streszczających każdorazowo na pierwszym planie pojawia się też nazwa postaci, możli- we jest więc uznanie ich za poszerzoną wersję informacji o mówiącej postaci i związanie z konwencją dramatyczną. Jakby w połowie drogi między tamtymi (referującymi, co postać mó- wi) a tymi (informującymi tylko, kto wypowiada się) umieścimy 19 ty- tulików stwierdzających, że dana postać mówi33 (np. „Chłopiec panu po- wiada” s. 79/1), a czasami też, do kogo się odzywa (np. „Pachole ku do- ktorom” s. 77/11). Następna grupa 28 tytulików informuje o czynności, którą bohater wykonuje, zanim wypowie swą kwestię 34 (np. „Tu już kupiec serop pije, co ji Kosmus przyprawił” s. 186/1). W 8 tytulikach referowaną przez nie czynność przemowa postaci dopiero zapowiada, a następna wypowiedź jest efektem tej czynności. Tytulik stanowi więc brakujące ogniwo akcji35. Dwa nagłówki natomiast informują o czynności, którą pierwsza część wypowiedzi poprzedza lub towarzyszy jej, a druga część następuje po tej czynności36. Osiemnaście tytulików składa się z dwóch członów, z których jeden 27 W następujących tytulikach: 65/1, 74/11, 78/11, 94/11, 98/1, 101/III, lll/III, 117/11, 150/11, 160, 181, 280/11, 297. 28 W tytulikach na s. 37 i na s. 45. 29 W tytulikach na s. 134 i na s. 227 (tyt. I). 30 W tytuliku II na s. 64. 31 W tytulikach: 35, 43/11, 46, 75, 154, 178/1, 277/IV, 236. 32 W następujących tytulikach: 58/III, 62/11, 62/III, 63/1, 63/III, 64/1. 33 W następujących tytulikach: 51/1, 75, 77/11, 79/1, 83/1, 91/1, 92/III, 97/11, 103/IV, 158, 178/1, 184/11, 194/1, 208/1, 243/11, 267/V, 277/III, 295/11. 34 W następujących tytulikach: 32/11, 43/1, 62/1, 73/11, 77/1, 103/11, 143/1, 157, 176/1, 186/1, 187/11, 188/11, 223, 228/11, 228/III, 240/1, 250/III, 255/IV, 270/11, 272/11, 273/1, 273/III, 274/III, 278/11, 279/11, 285/V, 286/III, 293/1. 35 W tytulikach: 35, 78/1, 81/11, 104/1, 104/III, 121, 124/1, 187/1. 36 W tytulikach: 40/1, 43/11.
streszcza wypowiedź bohatera, a drugi referuje jego czynność37 (np. „Krystus, gdy się ociągali, kazał zwać do sądu ktorego” s. 255 tyt. III). W sumie więc o działaniu, ruchu lub czynności bohatera mówi 56 ty- tulików, co stanowi 11,5 proc, wszystkich nagłówków. W 171 tytulikach (35 proc.) zasadniczą funkcją jest przekazanie in- formacji o uczuciu, o stanie świadomości, wiedzy, o intencjach osoby mówiącej. Z tego w 55 nagłówkach jest to funkcja jedyna 38 (np. „Ple- ban się przeląkł” s. 111 tyt. I), a w pozostałych łączy się ze streszczeniem wypowiedzi39 (np. „Książe się zapomniał i prosi gardyjana abo biskupa aby wystąpił” s. 255 tyt. I). Czternaście tytulików łączy zadanie przekazania informacji o czyn- ności bohatera i o jego uczuciu lub stanie świadomości40 (np. „Mnich uźrzał czarta i zlęk się” s. 238 tyt. I), a cztery dodają do tego jeszcze funkcję streszczającą 41 (np. „Chory narzeka w rozpaczy. Paweł k niemu przyszedł od Boga Ojca zesłany” s. 169). Wyraźnie widać więc w owych tytulikach chęć dopowiedzenia czegoś więcej, doinformowania odbiorcy, ale też chęć wtargnięcia autora w ewen- tualną sytuację wykonawczą. Dostarczają one sporej części tego, co zwykle niosą didaskalia. Weźmy teraz pod uwagę tytuły trzeciego stopnia (sześciokrotnie po- jawiające się nad tytulikami42) i ich rolę wobec akcji. Dwie funkcje pojawiają się w każdym z nich: informują one o czynności lub ruchu bohatera i sygnalizują ważną granicę w akcji. Przy tym cztery z nich 37 W następujących tytulikach: 58/11, 73/1, 100/11, 103/III, 172/1, 211, 214, 249/IV, 252, 255/III, 256/11, 260/III, 263/III, 272/III, 273/11, 277/1, 295/1, 316/III. 38 W następujących tytulikach: 30, 40/11, 46, 52/III, 66/1, 90/1, 92/11, 94/1, 111/1, 112/11, 118, 123/1, 127/1, 136/1, 140/11, 141, 144/1, 147, 149, 152/11, 154, 155, 156, 179, 182/1, 191/1, 207/1, 208/11, 213/1, 220, 228/11, 230/1, 230/11, 234/11, 239/11, 240/11, 248/11, 249/11, 250/1, 262/1, 263/1, 265/11, 2'69/111, 274/11, 275/11, 278/III, 285/1, 286/IV 289/1 291/1, 293/III, 296/III, 304/11, 306/11, 316/11. 39 W następujących tytulikach: 31, 41/11, 44/1, 51/III, 54/1, 68/11, 70/1, 74/11, 80/1, 81/III,/ 82/1, 82/11, 83/11, 84/11, 86, 89/1, 90/11, 93/11, 94/III, 95/1, 96/1, 97/1, 99/1, 101/1, 101/11, 103/1, 105/11, 106/III, 107/1, 109/11, 109/III, 110/11, 111/11, 112/1, 112/IV, 116, 117/1, 119/1, 124/III, 124/IV, 125/1, 125/11, 127/11, 131, 133/11, 133/III, 135, 137/1, 137/11, 138, 140/1, 144/11, 145/1, 145/III, 151, 153/11, 167, 172/11, 175/1, 176/11, 177, 182/11, 182/III, 182/IV, 185/1, 186/11, 191/11, 192, 194/III, 203/1, 206/1, 206/11, 207/III, 212, 213/11, 215/11, 218/1, 218/11, 219, 222/1, 222/11, 224/11, 226/1, 226/III, 227/11, 229/1, 232/1, 232/11, 233/1, 238/11, 239/1, 242/111, 245, 248/IV. 255/1, 259/11, 264/1, 265/III, 265/IV, 266/11, 267/1, 269/1, 270/1, 270/III, 275/1, 278/IV, 285/11, 286/11, 287/11, 293/11, 294/III, 296/1. 296/11, 310, 316/1. 40 W tytulikach: 92/1, 95/III, 129, 174, 175/III, 226/11, 236, 238/1, 247, 248/1, 256/1, 9Q?/TV ?nQ/T 919 41 W tytulikach: 148/11, 169, 188/1, 308. 42 Na s. 51: Pozwawszy tych trzech przedniejszych stanów, idzie szukać kogo pospolitego człowieka i potkał Sumnienie, żonę jednego kupca, którą dla Fortuny od siebie precz wygnał. Na s. 158: Tu już Chrystus czyniąc dosyć przyrodzeniu i obietnicam swojem, ujźrzawszy pokorę chorego, w obłędnościach jego posłał ku niemu Pawła i Kos- musa lekarza, aby go pozdrowili na ciele i na duszy. Na s. 215: Tu już ci trzej, gdy odszedł poseł po kupca, wstąpili w radę, jako się mają stroić i jako odpowiedać przed sędziem. Na s. 226: Tu już poseł wiedzie kupca ku onem trzem, którzy się już nastroili na sąd a kupiec tak bez wszech przypraw, jedno z sczerą wiarą a nadzieją o Panu swem, a Sumnienie za niem, z ochotą za niem jadą. Na s. 243: Tu już Chrystus rozprawuje z apostoły o dobrodziejstwie swem, a nie o wdzięczności człowieczej a o tych sprawach wszech ludzi, a, iżby nie miłosierdzie,
zaznaczają tylko, że odtąd pojawia się coś nowego43, a dwa nazywają tę nową sytuację, nadają następnej partii sens całości myślowej44. Do- datkowo, już nie we wszystkich tytułach, reprezentowane są też inne funkcje: informowanie o przedakcji, co wprowadza w okoliczności sy- tuacji 45, przekazanie wiadomości o przyczynach i celu postępku boha- tera 46, wprowadzenie w stan świadomości lub uczuć bohatera 47, wresz- cie, w jednym tytule, przekazanie sentencji umoralniającej48. Autor wprowadził te tytuły niewątpliwie w funkcji przede wszystkim delimi- tatywnej. Mimo iż nie zachował typowej budowy dramatu, nie zazna- czył podziału na akty i sceny, to jednak Kupiec nie jest epicką opowie- ścią rozpisaną na głosy i połączoną tylko mechanicznie kolejnością wy- powiedzi. Tytuły wydzielają większe bloki akcji, a tytuliki porządkują wydarzenia w ich ramach. Dodatkowa rola tytułów, choć niewątpliwie słabiej zarysowana, równa się roli didaskaliów w dramacie. Drugi argument przeciw zaliczeniu Kupca do grupy dialogów to kon- strukcja postaci, ku której, zgodnie z zaleceniem I. Sławińskiej, zwraca się nasza uwaga. Obserwując wypowiedzi i zachowanie się postaci spo- strzegamy, że nie są one nie zwracającymi na siebie uwagi mediami do przekazania sądów o świecie. Wręcz przeciwnie, nasze zainteresowanie łatwo zatrzymuje się na nich, gdyż każda z postaci prócz roli, jaką od- grywa w akcji, posiada specyficzne cechy. Każda jest inna, a przy tym pełna, wszechstronna. Cechy, jakimi obdarzone są dramatis personae w Kupcu, są na tyle mocno zarysowane i różnorakie, że śmiało rzec można, iż znacznie przekraczają potrzeby dialogu. W żadnym z dialo- gów nie wiemy tyle o „powiedaczach”, bo dla tego gatunku wiedza o nich jest zbędnym nadmiarem. Wręcz przeciwnie w dramacie — tu musimy zinterpretować zachowanie się postaci, zrozumieć ją, bo tylko przez to dojść możemy do sądu autora o świecie (w dramacie jest on zawarty implicite, w dialogu zaś sformułowany wprost). Gdyby Kupiec był dialogiem, to czyż potrzebowalibyśmy informacji o tym, że Chrystus żali się na idący ku zgubie świat? Niezbędna byłaby tylko wiedza, że uosabia niechybną, gniewną sprawiedliwość, a tu prze- cież zarysowaną mamy jego pełną postać: widać żal i smutek z powodu złej sytuacji i jakby wyczekiwanie na dobrą radę od kogoś. Kiedy rady tej udziela archanioł Michał, Chrystus łatwo ulega jego perswazji. Jes- teśmy tu u źródeł wszystkich późniejszych wydarzeń. Akcja, która roz- winie się dalej, ma swą przyczynę nie poza sceną, lecz tutaj właśnie (zaczyna się nawiązywać wewnętrzna przyczynowość, logika utworu). Chrystus jest gniewny z powodu ludzkich grzechów i myślenia tylko o świecie doczesnym, żali się na scenie i na scenie wysnuwa wnioski, których realizacja nada bieg akcji. Również Michał, w którego słowach czuje się respekt i strach przed majestatem Pańskim, nadaje (perswazją wedle sprawiedliwości godzienby świat znisczenia. A iż kazał ich kilka pozwać na przesłyszenie. A potem senat osądził. Na s. 295: Tu już kupiec przez Pawła postanowiony idzie pokornie na sprawę. A z tegoby przykład brać. 43 Por. s. 51, 158, 226 i 295. 44 Por. s. 215 i 243. 45 Por. s. 51, 158 i 295. 46 Por. s. 158. 47 Por. s. 226, 243 i 295. 48 Por. s. 295.
zmieniającą boskie postanowienie) konkretny bieg akcji49. Następne nasze spotkanie z Chrystusem dodaje do jego sylwetki rys miłosierdzia, chęci wybaczania, czym przeciwstawiony jest swemu współpartnerowi w tej scenie, Pawłowi, któremu cech tych brak. Paweł uważa, że ludzie tyle już otrzymali nauki, iż sami powinni wiedzieć co dobre, a co złe. Wy- raźnie zapomniał swego dawnego losu, nie chce mu się brać udziału w misji na ziemię. Tu też powtarza się zjawisko rozwoju akcji zgodnie z wewnętrzną logiką. Potoczy się ona dalej nie tak jak chcą siły nie- znane, lecz wręcz przeciwnie — jej bieg zmienia decyzja jednej z pos- taci (tu konkretnie Chrystusa), i to decyzja zaprezentowana na scenie, a na dodatek opatrzona przyczyną (Chrystusowego miłosierdzia)50. Także sylwetki trzech pozwanych przed sąd są dość bogate i zróż- nicowane. Już po pierwszym spotkaniu z nimi łatwo ich rozpoznać nawet bez pomocy tytulików. Książę jest najbardziej sympatyczny. Najpierw jawi się jako dowódca umiejący doskonale postępować z żołnierzami, a przy tym władczy i żądny władzy 51. W dalszym rozwoju wypadków najszybciej popadł w zwątpienie, w czasie sądu drży i przyjmuje wy- rok 52. Gardian jest hardy i wulgarny53, później stara się trzymać przy biskupie. Ten zaś jest postacią najbardziej niemiłą. Niegrzeczny, szor- stki dla służby, ale wobec możniejszych uniżony. Gdy nie wie, z kim ma do czynienia, krzyczy: Nu, precz łotrze, weźmiesz kijem I z odwiernem, co niepilen. Tu ledwe panie pusczają. Co tu łotrzy czynić mają? S. 41, w. 341—344 Gdy jednak dowiaduje się, że poseł przynosi mu wyrok śmierci, zmienia ton: Ba, moj namilejszy bracie! Jakoś straszno patrzyć na cię. A prawie mi się wzrok mieni; Wszytko mi się coś zieleni. S. 41, w. 351—354 Poseł jest bardzo obiektywny, spokojny, rozważny. Współczuje Sum- nieniu, ale nie pozwala jej rozgadać się po kobiecemu 54. Żałuje kupca: Tak się nieborak upętał, Prawie mi go serdecznie żal, S. 76, W. 1439—1440 ale wobec propozycji przekupstwa staje się surowy, wyrażając obowiąz- kowość wobec swego zwierzchnika 55. 49 Por. s. 30—32. 50 Por. s. 158—167. 51 Por. s. 37. 32 Por. s. 233 i in. 53 Por. s. 44. 54 Por. s. 51. 55 Por. s. 66—68 i 75—76.
Sumnienie — to sylwetka nakreślona z dużym znawstwem psychiki kobiecej i dlatego, mimo iż reprezentuje grono postaci alegorycznych, jest prawdziwa i wielowymiarowa, a przy tym dynamiczna: zmienia się pod wpływem wydarzeń. Gdy ją poznajemy pod domem kupca w roz- mowie z posłem, zdradza jednocześnie cechy rywalki zazdrosnej o wzglę- dy Fortuny u kupca i smutek porzuconej żony, która nie ma gdzie po- dziać się 56. Kiedy jednak po interwencji posła zajmuje swe dawne miej- sce w domu, nie mści się na niewiernym mężu, ale w jej słowach po- brzmiewa satysfakcja ze swego niespodziewanego wywyższenia: Już nie będzie mówił zpyszna, Kiedym k swemu stanu przyszła. S. 76, W. 1459—1460 Jest jednak lojalna wobec męża, gdy prosi posła: Ach, byś był dobrze uczynił, (Barzo się nędznik przewinił), Byś mu był co czasu przewlókł, S. 76, w. 1461—1463 Powoli coraz bardziej wchodzi w swą dawną rolę — poucza i gromi57, a wreszcie przypomina już tylko rozwrzeszczaną babę, która szuka spo- sobu zakpienia z kupca 58. W rozgrywkach z czartem i z plebanem oka- zała zajadłość i nieprzebieranie w środkach 59. Drugą postacią, która cechy swe objawia w zachowaniu elastycznym wobec zachodzących wydarzeń, jest sylwetka kupca. Przed przybyciem posła jawi się jako handlarz doświadczony, dostrzegający zysk jako głów- ny cel, znający wiele sposobów oszustw, reklamy i przekonania kupu- jących, znający wreszcie ludzką psychikę. Gdy uczy pacholę oszukiwać, przekonany jest, że przekazuje mu to, -co trzeba. Ma przeświadczenie, że czeka go uczciwie zapracowany spokój i dostatek 60. Gdy przybywa poseł, okazuje się podstępny — wysyła pacholę, by sprowadziło pomoc, ale jednocześnie zaleca: A z tym łotrem cudnie rokuj. s. 64, w. 1066 Gdy pomoc nie nadchodzi, próbuje przekupić posła, ale widząc jego siłę pokornieje. Czuje wreszcie zbliżającą się śmierć i zaczyna martwić się, że źle żył. Nie traci jeszcze nadziei, wysyła pacholę po lekarzy. Je- go stosunek do Sumnienia jest dwoisty: ma poczucie winy wobec niej („Odpuść, otoć się obmawiam” — s. 84, w. 1697), ale też nienawidzi jej, bo była dla niego zbyt surowa („Ale idź precz pokoj mi daj” — s. 84, w. 1698). Gdy wreszcie zrozumiał, że musi umrzeć, gdy zaczyna myśleć o duszy, dominuje w nim najpierw przekonanie, że bogactwo, które tu zdobył, wystarczy, by jego spadkobierca kupił mu zbawienie 61. Dopiero 5# Por. s. 52—57. 57 Por. s. 85 i 88. 58 Por. s. 89—91. 59 Por. s. 100—156. eo Por. s. 59—62. #1 Por. s. 89.
wstrząs spowodowany widokiem czarta sprawił, że wraca mu świadomość grzechu i że wreszcie przestaje myśleć kategoriami ziemskimi62. Bardzo charakterystyczna jest nakreślona z bogactwem szczegółów sylwetka plebana. Przede wszystkim rzuca się w oczy jego zamiłowanie do jedzenia i do picia. Zadaniem jego jest uleczyć duszę, a mówi ciągle o ciele. Umierającemu kupcowi nie waha się przypomnieć o datku dla siebie. Sumnieniu grozi, ale przed czartem drży. Jest postacią tego ro- dzaju, że aż diabeł powziął ochotę zająć się nim 63. Czart jest figurą pewną siebie, ale przede wszystkim ucieszną. Jego postać i igraszki wprowadzają najwięcej wesołości64. Gdyby w Kupcu chodziło tylko o wypowiedzenie przez powiedaczy sądu o świecie, to nie mielibyśmy tej olbrzymiej wiedzy o nich, gdyż by- łaby niepotrzebna. Mamy więc do czynienia z osobami dramatu. A oto następny argument. Dostarcza go rozpatrzenie struktury zda- rzeń i wypowiedzi, których rolą jest obsługa wewnętrznej logiki utworu, odnoszących się do świata przedstawionego (a więc zbędnych, gdybyśmy mieli do czynienia z dialogiem). Jest ich wiele, dlatego przytoczyć można tylko kilka najbardziej charakterystycznych. Oto na s. 32 cała wypowiedź pojawiająca się po tytuliku „Michał posła stawi” poświęcona jest zaanon- sowaniu nowej postaci i, jako taka, możliwa jest jedynie w ramach kon- wencji scenicznej: Owoż gotow poseł, panie; Jako raczysz, tak się stanie. Ten się niczym nie zabawi; Jeno, co ty każesz, sprawi. S. 32, w. 87—70 Na s. 44 wprowadzony jest bardżo teatralny, wspaniały efekt nie- spodzianki i wynikającej z niej dalszej wymiany zdań. Oto wśród iden- tycznie ubranych i ogolonych zakonników poseł nie poznał gardiana i to dało możliwość interesującego, nieszablonowego nawiązania rozmowy, a przy tym ujawnienia hardości zakonnika oraz życzliwości, obiekty- wizmu i grzeczności posła: Poseł (...) Gdzież wasz jest ociec Gardyjan; Podobno spi; snąć był pijan. Alećby się mógł obudzić, Bo się trudno mu wyłudzić. Gardyjan (...) A czego ty zufalcze, chcesz? Z małej rzeczy kijem weźmiesz. Pytasz, jakoby mię nie znał. Wczoraś też ze mną rozmawiał. A powiadasz, żem pijan był; Nie wiesz, żem ja wczora suszył? 62 Por. s. 93. 63 Por. s. 95, 101 i 128. 84 Np. na s. 91.
Poseł (...) Odpuść, ojcze, żem cię pytał; Bog wie, iżem was nie poznał, Boście w jednej barwie wszyscy; Wszytko szarzy jako wilcy; Łby też wszyscy gołe macie. Nie dziwuj, miły prałacie. S. 44, w. 433—448 Natomiast cała druga rozmowa posła z Sumnieniem na s. 51—58 po- święcona jest zreferowaniu przedakcji, opisowi stosunków w domu kup- ca i częściowemu przedstawieniu jego postaci. Sumnienie wypowiada, co prawda, sporo prawd ogólnych o ludziach i sporo sentencji umoral- niających, ale w sumie jej przemowa obsługuje przede wszystkim akcję: jest wypowiedzią o świecie kreowanym, a nie o zewnętrznym, stwarza wspaniałą sylwetkę żony zdradzonej, porzuconej, nienawidzącej rywal- ki i jej dziecka. W swych skargach i wyrzutach zaperza się tak, że po- seł musi jej przerwać, a i potem jeszcze ,,ciąży na posła, iż jej milczeć każę” (s. 57, tytulik). A oto następny fragment: wypowiedź kupca uczącego pacholę oszu- kiwać zawiera wiele odniesień do świata rzeczywistego, ale nie mówi o nim wprost, tkwiąc w świecie przedstawionym. Kupiec przekazuje swemu młodemu następcy wiedzę i doświadczenie, a przy tym dosko- nale charakteryzuje siebie (temu przede wszystkim poświęcona jest ta wypowiedź), informuje o dalszej akcji (o zamierzonym wyjeżdzie do No- remberku), a nawet więcej: wpływa na rozwój akcji. Oto w czasie prze- mowy kupiec decyduje, że jeszcze ten ostatni raz pojedzie z pacholę- ciem, by je lepiej wprawić, a potem będzie już „używał” i „odpoczy- wał”. Rozmowa przez drzwi między chłopcem a stukającym posłem (s. 62— 63) świadczy o zastosowaniu kategorii prawdopodobieństwa psychologicz- nego. Oto pacholę przekonane jest, że ten ktoś stukający pojawił się w sprawie handlowej, (widocznie tacy tylko dotąd do bohatera przy- chodzili). Słowa chłopca informują dodatkowo o akcji, jaka toczy się w domu. Już ten jeden drobiazg świadczy, że wydarzenia w Kupcu to nie schemat będący tylko pretekstem do wypowiedzenia zdań o świecie, lecz akcja dramatyczna, i to akcja nieźle przemyślana, nie stroniąca od szczegółów. Scena dyskusji kupca z posłem (s. 65—72) wykazuje wybitne zdez- orientowanie bohatera. Nie wie on, co robić, czuje się coraz gorzej; to drży przed śmiercią, to znów wydaje mu się ona niemożliwa i wówczas grozi posłowi. Jednocześnie autor uprawdopodabnia tę sytuację, każąc mówić choremu o rozdwojeniu myśli. Wdzięczna to rola dla aktora: Ach, niestetyż, coż to ma być? Barzoć mi to przykro słyszeć, Nie mogłoćby już gorzej być, By mi na to już miało przyć. Radbych też już tego użył, Com z młodu z pracą wysłużył. Teraz prawie handel wszytek
Miał mi już czynić pożytek. Aleś mi już myśl rozdwoił Z tych plotek, coś tu nabroił. Radszej precz idź a tu nie stój, Bo będziesz miał wnet niepokój. Bo chłopiec biegł po ceklarze A tu urząd takie skarżę, A srodze więc takie wodzą, Co się tu gwałtem obchodzą. s. 65, w. 1097—nu Jakież bogactwo odcieni w tym wizerunku zdezorientowanego człowieka. Najpierw grozi, potem chce posła przekupić, w końcu prosi kusząc obiet- nicą wyspowiadania się w Noremberku. Bogactwo takie nie mieści się w ramach konwencji dialogowej. Następna scena charakterystyczna dla fragmentów obsługujących tyl- ko świat kreowany utworu — to nawiązanie sprzeczki między kupcem a lekarzami, narastanie napięcia między nimi (s. 77—81). Przychodzą oni z dobrą wolą, mówią, jakie środki warto zastosować, ale zbadawszy puls nie chcą chorego oszukiwać; mówią prawdę i wołając o zapłatę szykują się do odejścia. Chory prosi ich o pomoc, obiecuje sowitą zapłatę, ale oni tłumaczą, że nic zrobić nie mogą. Nie przeszkadza im to jeszcze raz żądać zapłaty. Kupiec pomstuje na nich teraz: Boże je zaraź, ty łotry, Nie będę ich prosił w kmotry. S. 81, w. 1595—1594 Wreszcie i oni zgniewali się, odcinając się pacjentowi: Bo będzie, pewnie baczymy, Pirwej pogrzeb, niżli chrzciny. S. 81, w. 1605—1606 Po odejściu lekarzy kupiec jest wyczerpany, załamany i, straciwszy na- dzieję, posyła po plebana. W scenie rozmowy bohatera z plebanem (s. 95—104) zastosował autor efekt wybitnie teatralny. — Czart i Sumnienie z ukrycia obserwują i słuchają, dobrze bawiąc się. Kupiec wie o nich, widzi ich i żali się na to do księdza, ten jednak nic nie widzi i jeszcze łaje kupca, że kpi z nie- go. Wreszcie Sumnienie odzywa się do plebana i zaczyna się potyczka tych dwojga. Rozmowa ta, jak wszystkie dialogi w utworze, nie ma na- rzuconego z góry szablonu, rozwija się zgodnie ze swym własnym ryt- mem i możliwościami, z własną logiką (tak jest też w scenie z lekarzami, z posłem, z książęciem, z biskupem, z gardianem). Tu np. pleban przy- chodzi pełen dobrej woli, jako kumoter. Radzi, by dobrze zjeść i wypić, a na narzekania grzecznościowo odpowiada, że nic kupcowi nie będzie. Gdy jednak widzi, że z nim bardzo źle, radzi wyspowiadać się. Obrażo- odejść, ale wreszcie wysłuchuje spowiedzi, d Sumnienia. Każda wypowiedź jest efe- nie ułożonym z góry monologiem. Np.: ny yrrdźeTTiąmi chorego chce opędzając śjA jednocześnie < móm poprzedniej, ripostą, a i < ** | 1 'lu * /a • I 2^r-^Rocznik Przemyski t. 22/23
I o tom cię też spytać miał, Jeśliś ty tam co kiedy dał? S. 108, w. 2451—2452 pyta pleban, gdy przypomniało mu się o ofiarach dla kościoła. Gdy zaś diabeł dał znać o swej obecności, ksiądz zapytuje: A to zasię co nowego Tam się śmieje z kąta tego? S. 110, w, 2501—2502 A kupiec na to: Wszakem ci powiedał dawno, Iż czart stoi w kącie pewno. S. 110, w. 2503—2504 A oto jak kupiec waha się, nie wie, co zdecydować: Jakoż ja mam w to umierzyć, Komuż miedzy wami wierzyć? S. 112, W. 2551—2552 Gdy pojawia się po raz drugi Chrystus, (na s. 158—161), znów od- słania się przed nami mechanizm dalszej akcji. Jesteśmy u źródła de- cyzji, poznajemy nawet jej przyczyny. Oto Chrystus kierując się miło- sierdziem posyła św. Pawła do kupca. Jest to jakby druga strona kota- ry: zostawiliśmy grzesznika, gdy po opuszczeniu go przez wszystkich oddał się w opiekę boską, a teraz widzimy, jak przyjął jego wołanie Chrystus. Sceny rozgrywające się na Sądzie Ostatecznym (s. 248 i następne) są dokładnym odwzorowaniem świeckiego sądownictwa. Widać w nich wy- raźną tendencję Reja do przedstawienia barwnego obrazu. Jest mnóstwo szczegółów, które nie miałyby sensu w konwencji dialogowej. Widzimy lęk pozwanych, wypatrywanie przez nich patronów, czytanie dekretów, zakładanie pamiętnego, przedkładanie dowodów, pojedynki słowne, wa- żenie grzechów, wyroki Chrystusa. W całym utworze wielokrotnie pojawiają się przedmioty służące po- mocą w rozwoju wydarzeń. Np. w rozmowie posła z kupcem argumen- tem, który ma przekonać nieustępliwego posła, jest skrzynia pełna bo- gactwa. Przy uleczaniu duszy grzesznika przez plebana pomagają: syrop w słoiku, kropidło, puszka z Olejem św., stołek i świeczki. Również niebieski lekarz, Kosmus, posługuje się rekwizytami: napojem i ciemie- rzycą. Trzej pozwani niosą z sobą na Sąd „infuły, kapice, płascze, trep- ki i kaplice” (s. 212). Również w scenach Sądu „gra” wiele przedmio- tów: pamiętne, papieski list księcia, ornat, kielich i ampuły. Wiele jest też w utworze wskazówek co do ruchu postaci. Znów przy- toczyć można tylko kilka najbardziej interesujących, które dowodzą, że Kupiec może być traktowany jako dzieło dramatyczne. Oto np. wspaniała scena zbiorowa na s. 37—40, kiedy poseł przychodzi po księcia. Jest tu mnóstwo postaci, ruchu, nieskoordynowanego działania, krzyku. Na tym tle dokonuje się nieudana spowiedź i śmierć księcia. Natychmiast po- tem zaczyna się grabież dóbr zmarłego przez wszystkich obecnych. Obok dostrzegamy reakcję patrzących z boku: Sumnienia i czarta.
Podobna, choć skromniejsza, scena zbiorowa związana ze śmiercią biskupa nakreślona jest na s. 44. Równie dynamiczna jest scena przy- bycia posła do klasztoru i śmierci gardiana. — Mnisi piją piwo. W tej też scenerii umiera gardian. Wówczas kolejno trzęsą go, wzywają świę- tych, potem smutnieją, snują się, narzekają, wreszcie zapominają i wra- cają do uczty. Na tle tego ruchu stoi poseł i wygłasza mowę zbierają- cą wnioski z misji. Na s. 58—62 poseł stoi pod drzwiami, za którymi kupiec dopuszcza się najgorszego grzechu — gorszenia maluczkich. Stoi, nie przerywa i to jego stanie „gra”. Rzec można prawie, iż podsłuchuje on. Elementem ruchu scenicznego jest też to, że poseł rozmawia z pa- cholęciem przez drzwi, a potem drzwi ustępują przed gościem z nieba. Na s. 73 kupiec mdleje. Zjawia się wówczas Sumnienie, które podpo- wiada posłowi, że ocucić bohatera można tylko mową o zysku. Jeszcze poseł nie zdążył tego uczynić, a już kupiec słysząc słowo „zysk” w us- tach żony wstaje. Następnie pacholę posłane zostaje po lekarzy i w na- stępstwie tego przychodzą oni, zastając kupca nieprzytomnego. Badają puls, kłócą się z chorym (tu Rej zapomniał o utracie świadomości przez kupca, każąc mu odezwać się do lekarzy), wreszcie odchodzą. Widząc idącego diabła chory słabnie ze strachu i ponownie mdleje. Przed przyj- ściem plebana czart aranżuje wybitnie teatralną sytuację: Sumnienie chowa się w kąt, a on sam w błonę. Oboje będą podpatrywać, jak ple- ban „zabierze się” do kupca. Obiecują sobie po tym dobrą zabawę. W czasie rozmowy chorego z plebanem Sumnienie kiwa na kupca, pal- cem wskazuje plebana, a czart śmieje się i błaznuje. Mimika i gestyka Sumnienia odgrywają rolę informacyjną — dzięki nim bohater wie, jak ustosunkować się do plebana oraz do jego rad i pomocy: Lecz Sumnienie w łeb się skrobie; Głową chwieje, okiem mruga; s. 123 Bo chocia milczy Sumnienie, Lecz postawy dziwnie mieni. s. 121 Dziwne bramy swoje stroi; Prawie się na oko śmieje, S. 137 Sumnienie inaczej tuszy, Pilnie tu nakłada uszy. Szpetnie stojąc głową trząsa, Prawie z jadu wargi kąsa. S. 140 Pleban grozi Sumnieniu kropidłem, potem Olejem św., a kupcowi daje do picia syrop. W scenie Ostatniego Namaszczenia chory wyciąga ręce i nogi, a pleban je smaruje. Grzesznik klęka i trzykrotnie wymawia sło- wa modlitwy. Pacholę ustawia stołek i świeczki. Wreszcie pleban wy- chodzi. Na s. 174 św. Paweł stoi pod drzwiami i słucha wypowiedzi na- wróconego kupca. Jest to scena, rzec można, symetryczna do tej, w któ- rej poseł słuchał złych nauk udzielanych pacholęciu. Tutaj pewna nie- konsekwencja: albo Paweł i Kosmus są już pod drzwiami kupca, albo są jeszcze w niebie (i tylko wtedy mogliby zastanawiać się, jakie zabrać z sobą lekarstwa). Można to jednak wytłumaczyć prawami sceny sy-
multanicznej: na niej rzeczywiście mogą być jednocześnie i w niebie, i pod drzewami chorego. Paweł z Kosmusem weszli do kupca, Kosmus zbadał jego puls, a Paweł podał mu napój. Chory przyjrzał się, wypił, po czym dwukrotnie zwymiotował. Kusma zadał mu jeszcze ciemierzycy na kichanie, co wywołało zamierzony skutek. Gdy poseł wiódł kupca ku trzem pozwanym, oni już obserwowali to z daleka, prowadząc ich ko- mentarzami. Z kole ich wszystkich obserwuje czart, który w tym celu wyszedł na drogę. Sporo ruchu jest też w scenie Sądu Ostatecznego. Nie można chyba nazwać dialogiem utworu, w którym tak mocno roz- budowana jest akcja i w którym tyle znaczeń wyraża się przez ruch, mimikę, gestykę. Wypreparowanie samych fragmentów mówiących o ru- chu postaci już dałoby materiał do pantomimy (być może słabej, ale nośnej znaczeniowo). Również czas sceniczny nie był autorowi Kupca obojętny. Wyraźne posłużenie się nim, wykorzystanie go jako elementu współtworzącego atmosferę, widać w scenie spowiedzi księcia na s. 37—38. Odbiorca nie- cierpliwi się, siedzi z zapartym tchem, gdyż widzi, że książę umiera, a tu ksiądz zbędnymi, przedłużającymi się przemowami i czynnościami 'zajmuje to aż 30 wersów) uniemożliwia mu spowiedź. Kwintesencję tej sceny zawiera dwuwiersz. Więc się ksiądz w ornat ubiera, A książę wtenczas umiera. S. 38, w. 259—250 Niewątpliwa jest więc przynależność Kupca do rodzaju dramatycz- nego. Łatwo też przytoczyć argumenty na rzecz pokrewieństwa z kon- kretnym gatunkiem dramatycznym — z moralitetem. Na początek deklaracje autorskie: „A iż ty książki mają to imię KUPIEC, mamy wiedzieć, że każdy z nas jest na tern świecie kupiec według każdego stanu, wezwania i urzędu i inych rozmaitych darów Bożych. I handluje tern darem, jaki mu Pan Bog dał we- dług stanu a persony i wezwania jego" S. 23 Fragment ten wskazuje na typowo moralitetową cechę utworu, jaką jest przykładowość, egzemplaryczność. Bohater jest zwykłym człowiekiem, jednym z nas, „każdym” (nie darmo wyraz ten pojawia się w tym krót- kim fragmencie inicjalnym, stojącym na pozycji akcentowanej). Jest to istotne i ważne, bo wynika z programowej wypowiedzi autora. To samo zaś, przełożone na kształt artystyczny, brzmi: Bo snadź jednak prawie wszytcy Tu mieszkamy, by kupczycy; Każdy z nas swój handel wiedzie Na koniec na desce jedzie. s. 29 Dlatego nie znamy nawet imienia bohatera. Jest on dla nas po prostu kupcem. Oddajmy głos raz jeszcze autorowi:
„(...) obaczyć a jako w źwierciedle na oko ujźrzeć, w czym należy potępie- nie i zbawienie wszelkiego człowieka chrześcijańskiego.” s. 23 Z tej części deklaracji wynika następna moralitetowa cecha Kupca, ta mianowicie, że życie i sprawy ludzkie ukazane w nim są tylko środkiem pomocniczym, ilustracją do wyłożenia zasad właściwego, prawego życia religijnego. Fragment przedmowy Ku dobrym naśladowcam natomiast zapowiada, że zostaną przedstawione dwie drogi, że trzeba będzie wybierać, że za- powiada się walka złego z dobrym: Czciż ty książki, acz w nich znajdzie Statek z dworstwem na poły Rozeznajże, coś lepszego, Kiedy masz czas po woli. S. 26—21 Kolejnym argumentem na rzecz struktury moralitetowej Kupca jest występowanie postaci ponadludzkich (Chrystus, poseł, św. Paweł, św. Kosmus, św. Piotr, św. Madhał, czart) i alegorycznych (Sumnienie, Zysk), których postanowienia i działalność decydują o losach bohaterów-ludzi (kupca, księcia, biskuoa, garaiana). Tym ostatnim wyda je się, że swoim własnym działaniem budują sobie los, ale jest to działanie jak gdyby niepotrzebne, z góry skazane na nieskuteczność. Oto np. kupiec w*zywa doktorów — bezskutecznie, bo wiadomo, że umrze; usiłuje przekonać posła — bez rezultatu; wzywa plebana — ten też nic nie może mu po- móc. Wszystkie zabiegi bohatera okazały się niepotrzebne. Gdyby Chrys- tus nie posłał Pawła i Kosmusa, na nic byłyby wysiłki kupca. Co praw- da, posłanie to było wynikiem pokory grzesznika i jego wołania do Bo- ga, ale ostatecznie zależało tylko od Chrystusa. Oto bardzo znamienny fragment wypowiedzi bohatera, który doszedł do prawidłowych wnios- ków: Iż to Pan Bog sobie raczył Wszytko przy mocy zostawić; Kogo raczy, może zbawić. A insze wszytki pomocy Już nimają żadnej mocy. s. 194 W ten sposób Rej wykorzystał samą istotę utworu moralitetowego, jaką jest walka sił wyższych o biernego bohatera (którego działanie nie ma nic do rzeczy, a który może tylko poddać się jednej z dwóch mocy), dla propagandy doktryny luterskiej o wartości silnej wiary w Boga i w jego łaskę, o niemożliwości zbawienia się człowieka tylko jego własnymi u- czynkaini. Potwierdza się tu bardzo wyraźnie teza J. Pelca, że forma moralitetowa najwierniej odpowiadała potrzebom Reja, że obrana została celowo, a nie jako wynik średniowiecznych upodobań autora. Zgodne z regułami moralitetu jest też to, ze występuje duża liczba osób, że fabuła jest skomplikowana, a prób, którym poddaje się bohate-
ra, jest wiele. W dialogach występowały zaledwie trzy, czasem dwie, osoby. Sumnienie, Zysk i Fortuna są niby bohaterami świata przedstawio- nego i jest to pierwszy sposób ich odczytania, ale można też potraktować te postaci jako alegorie. Przy tym z przedstawienia sytuacji między ni- mi widać, że kreowani zostali wraz z kupcem na normalną rodzinę ma- jącą zwykłe problemy. Widać uczucia kupca do Sumnienia i odwrotnie. W dialogu byłoby to niepotrzebne, a w moralitecie jest samą jego istotą. Nie mamy pewnych wiadomości o ewentualnych wystawieniach Ży- wota Józeja i Kupca na scenie. Nie wiemy nawet, czy przeznaczone były na nią. O Kupcu jednak z pewnością można powiedzieć, że świado- mość sceny towarzyszyła jego polskiemu autorowi nie mniej niż Kirch- meyerowi. „Sceniczny gest poety” zawarty w tekście świadczy o tym najlepiej.
Stefan Jerzy Buksiński NOWY PORTRET KRASICKIEGO I. „Krasicki miał szczęście do charakterystyk krytycznych” 1 stwier- dzał przed trzydziestu laty z okładem Wacław Borowy. Sąd ten trzeba mieć na uwadze, gdy b±erze się do ręki ostatnią monografię tego pisarza opracowaną przez Zbigniewa Golińskiego 2. Księdza biskupa warmińskiego portretowano często już za życia. Czy- nili to pędzlem Mirys (?), Kraft, Stachowicz i Oleszczyński; dzieła ich przypominają ilustracje umieszczone w monografii Golmskiego. Czynili to piórem twórcy anonimowej poezji barskiej, o której pisałem w t. XIX „Rocznika Przemyskiego”. W roku śmierci Krasickiego Franciszek Ksawery Dmochowski, pierw- szy wydawca dzieł zbiorowych pisarza, pokusił się o dość wyrazisty i przy tym pochlebny portret zmarłego. Mniej łaskawi dla niego okazali się nasi wielcy romantycy. Mickiewicz w swych paryskich wykładach o literaturze słowiańskiej widział w Krasickim hrabiego, który „chaiakteru kapłańskiego nie brał na serio” i był „doskonałym wzorem pisarza żołądkowego (adomenien), gdyż „wyoorny stan tego organu dawał mu humor prawdziwy”. Przy- znając mu wybitny talent satyryczny stwierdzał z przekąsem, że „satyra jest obcą literaturze ;łow ańskiej”. Pomny zaś faktu, że Krasicki rodził się w Dubiecku nad Sanem, Mickiewicz dopatruje się w autorze Mona- chomachii — „prawdziwego Rusina południowego”, posiadającego „ży- wość kozacką ukształconą w sposób włoski” 3. Bez rewerencji traktuje Krasickiego również Juliusz Słowacki. Autor pierwszej obszerniejszej monografii Krasickiego — Józef Igna- cy Kraszewski4 — jest w swych sądach o poecie mniej apodyktyczny od wieszczów. W księciu biskupie warmińskim widzi przede wszystkim niezrównanego świadka swej epoki. Dodajmy jednak, że autor oceniał tę epokę w sposób nader surowy, czemu dał wyraz w swej trzytomowej Polsce w czasie trzech rozbiorów. 1 W. Borowy, O poezji polskiej zoieku XVIII. Kraków 1948. 2 Z. Goliński, Ignacy Krasicki. Warszawa 1979. 8 Literatura słowiańska. Lekcja XVII. 4 J. I. Kraszewski, Krasicki. Życie i dzieła. Warszawa 1879.
Bliżsi naszym czasom portreciści Krasickiego koncentrowali się głów- nie na ukazywaniu artystycznych walorów twórczości księcia poetów stanisławowskich zgodnie ze swą profesją — historyka literatury. Tak więc dla Ignacego Chrzanowskiego jest Krasicki niedoścignionym mistrzem polskiej satyry, bajki, listu poetyckiego i poematu heroikomicz- nego, doskonałym ^ymotwórcą, poetą łączącym harmonijnie wyborny gust z prostotą, piękno z naturalnością, intelekt z humorem. Szczegól- nie frapuje historyka literatury humor tego chłodnego intelektualisty: wolny całkowicie od staropolskiej wybuchowości i niewybredności, od sarma- ckiej jowialności i rubaszności, przeciwnie trzymany na wodzy refleksją za- równo, jak dobrym smakiem 5. Chrzanowski uważa za niesłuszne i tendencyjne sądy koryfeuszy roman- tyzmu, deprecjonujące twórczość Krasickiego. Pełniejszy portret Krasickiego skreślił Konstanty Wojciechowski, za- strzegając się przy tym, że łatwiej Krasickiego ocenić „jako artystę, trudniej jako człowieka 6.” Autor Wicku Oświecenia widzi w poecie re- prezentanta postawy apolitycznej, poszukiwacza złotego środka, mistrza poezji dydaktycznej, wielkiego humorystę o chłodnym temperamencie i ulubionego pisarza najszerszych kół, przyczyniającego się znakomicie do wzmożenia czytelnictwa w Polsce. Najsubtelniejszy bodajże i najwszechstronniejszy (mimo lakonicznej wprost zwięzłości) cortret Krasickiego stworzył Juliusz Kleiner. I cho- ciaż stwierdził w nim, że: „Pisarz wielkiej miary był niewielkiej miary cziowiekiem” 7 złożył przecież w swym eleganckim studium należny hołd wytwornemu, uśmiechniętemu poecie — arystokracie, rozmiłowanemu w pięknym żarcie, wiozącemu świat uproszczony i przejrzysty, włada- jącemu po mistrzowsku dwoma stylami (narracyjnym i uogólniającym), tworzącemu wycyzelowane miniatury i osiągającemu „maksimum eks- presji najmniejszymi środkami”. Dla Kleinera Krasicki to wielki klasyk poezji zintelektualizowanej, który: Doprowadził do pełni wyrazu jeden z typów twórczości: ten, któremu wiersz jest środkiem, by myśl rozumną uczynić czymś uderzającym, wbijającym się w świadomość, i estetycznie działać zwartością i ścisłością ujęcia 8. Surowszy w ocenie Krasickiego był Wacław Borowy. Negując istnie- nie „poezji zintelektualizowanej” odważył się postawić pytanie, czy czło- wiek obwołany księciem poetów w ogóle poetą był. Skrupulatna analiza utworów kazała ostatecznie badaczom Krasickiego za poetę uznać, ale bynajmniej nie za poetę wielkiego. Zdecydowała o tym wyrażona naj- wymowniej w jego utworach „radość samego istnienia” oraz „niewymu- szony styl, i jedno i drugie zgodne z dewizą: „Bądźmy sobie 9 ” 5 I. Chrzanowski, Poezja stanisławowska, [w:] Studia i szkice, rozbiory i krytyki. Kraków 1939. T. I, s. 87. 6 K. Wojciechowski, Wiek Oświecenia. Lwów 1926, s. 344. 7 J. Kleiner, Ignacy Krasicki, [w:] O Krasickim i Fredrze dziesięć rozpraw, Wrocław 1956, s. 11. 8 Ibidem, s. 27. 9 W. Borowy, op. cit. s. 102—177.
Współczesny portret „księcia poetów stanisławowskich” byłby nie do pomyślenia bez wnikliwych oświetleń Tadeusza Mikulskiego, rozproszo- nych w jego uroczych studiach, zebranych m. in. w tomie W kręgu Oświecenia (Warszawa 1960). Podsumowaniem niejako współczesnej wiedzy o Krasickim pisana jest najobszerniejsza jak dotąd jego monografia pióra Mieczysława Piszczkow- skiego 10 11. Według tego historyka literatury twórczość księcia biskupa war- mińskiego odczytana dziś na nowo nie tylko: otwiera horyzonty na epokę staropolską, na fascynującą dobę przełomu oświe- ceniowego, a poniekąd także na przyszłość narodu polskiego i ludzkości. Twórczość ta ponadto „prowokuje i niepokoi” n. Można by z tego wnio- skować, że Ignacy Krasicki pozostaje dla ludzi naszych czasów postacią mimo obfitości portretów nie dość rozpoznaną, a więc wymagającą no- wych odkrywczych oświetleń, nowego portretu, nowej monografii. Czy potrzebie tej wyszła naprzeciw najnowsza książka Zbigniewa Golińskiego i czy potrzebę tę w pełni zaspokaja? II. Zbigniew Goliński jest znanym i zasłużonym badaczem literatury polskiego Oświecenia, mającym w swym dorobku także wartościowe stu- dia o Krasickim. Ostatnia jego książka nie mieści się jednak w ramach historii literatury, gdyż wydano ją w interesującej serii PlW-owskiej Biografie sławnych ludzi. Seria ta ma profil określony dotychczas wy- danymi monografiami. Autorami ich początkowo byli biografowie anglo- sascy, do których ostatnio doszlusowali monografiści rodzimi. Bohatera- mi tych biografii byli dotąd głównie wybitni mężowie stanu (Aleksan- der W., Justynian, Ludwik XII, Danton, Napoleon II), rzadziej artyści (Krasicki, Beethoven, Hemingway). Umieszczenie w tej serii biografii Krasickiego było trochę ryzykowne, gdyż z dotychczasowych jego port- retów wynika jednoznacznie, że nie był człowiekiem czynu, ani twórcą rozdzieranym dramatycznymi namiętnościami, a więc personą, której kan- wa życia wręcz predestynuje do roli bohatera życiowego dramatu, o któ- rym czyta się z rumieńcem podniecenia na twarzy. Nie przesądzajmy jednak sprawy. Wartość biografii zależy tyleż od rzeczywistych losów postaci portretowanej, co od talentów portrecisty. Zasygnalizować na wstępie jednak należy, że Zbigniew Goliński, jako biograf Krasickiego, stanął przed niełatwym zadaniem. Książka Golińskiego składa się sponad 400 stron tekstu wypełnionego narracją autorską i bardzo licznymi cytatami, zaczerpniętymi głównie z korespondencji Krasickiego, dokumentów archiwalnych, pamiętników i utworów poetyckich. Szata zewnętrzna monografii, podobnie jak wszyst- kich książek z serii Biografie sławnych ludzi, nie "budzi zastrzeżeń este- tycznych, a liczny i starannie dobrany materiał ilustracyjny przydaje jej blasku. Osnowę książki Golińskiego stanowi curriculum nitae Ignacego Kra- sickiego rozczłonkowane w sposób tradycyjny na 18 rozdziałów. Propor- cje w ukazywaniu poszczególnych etapów życia poety wydają się nieco zachwiane na korzyść okresu młodzieńczego (do 1764 r.), nie obfitują- 10 M. Piszczkowski, Ignacy Krasicki, Kraków 19459*. 11 J. wyż., s. 516.
cego przecież w nadzwyczajne wydarzenia. Okupił to autor zbyt po- spiesznym potraktowaniem wieku dojrzałego i złotego Krasickiego, kie- dy ten był osobowością wykrystalizowaną i wywierającą znaczący wpływ na życie narodu w dobie jego doniosłych dziejowych transformacji. W rozdziale Rodowód Goliński stwierdza kategorycznie, że: „Krasiccy nie byli domem magnackim”, co budzi pewne wątpliwości. Według znaw- czyni tego problemu Teresy Zielińskiej: W pojęciu magnaterii mieści się zbiorowość rodów szlacheckich, obdarzonych dużym majątkiem, dominującą rolą w życiu politycznym, powiązanych z sobą węzłem koligacji. O majątku rodowym Krasickich biografista nie dał żadnych szczegóło- wych informacji. Nie wiemy nawet ile wsi, folwarków i łanów liczyły sobie dobra dubieckie. Godności senatorskie przodkowie księcia poetów stanisławowskich osiągali, koligacje zaś łączyły ich z największymi ro- dami Rzeczypospolitej, bo m. in. z Potockimi i Sapiehami, o czym Go- liński w swej książce często napomyka. Nie widzimy wprawdzie Krasic- kich w wykazie 33 rodów najczęściej reprezentowanych w senacie oraz wśród dygnitarzy, sporządzonym przez Zielińską 12> ale w wykazie tym nie zmieścili się również Czartoryscy, których przynależności do mag- naterii polskiej doby saskiej nie trzeby przecież udowadniać. W Rodowodzie zabrakło choćby szkicowego omówienia związków Kra- sickiego z jego najbliższą ojczyzną, usytuowaną na pograniczu dwóch ziem czerwonoruskich — przemyskiej i sanockiej, chociaż związki te ma- ją wcale bogatą literaturę 13. W tym malowniczym i ważnym dla kultury polskiej zakątku Rzeczypospolitej spędził poeta pierwsze 13 lat swo- jego życia, niezwykle ważne dla formowania każdej osobowości twór- czej, a żywych kontaktów z nim nie poniechał do śmierci. Nie trzeba być aż taine’istą, aby uznawać doniosłość wpływu środowiska regionalne- go na życie i twórczość artysty zwłaszcza w odniesieniu do Rzeczypos- politej Obojga Narodów, wielkiego konglomeratu struktur lokalnych. Zbigniew Goliński wydaje się nie doceniać siły genius loci i zapominać o dwuwierszu Goethego: Wer den Dichter will verstehen Muss in Dichters Lande gehen. Za to rozdziały drugi, trzeci i czwarty, poświęcone następnym latom Krasickiego spędzonym w szkołach lwowskich, u misjonarzy warszaw- skich i na dworach magnackich rozbudował autor chyba ponad rzeczy- wistą potrzebę, wykorzystując zresztą znakomite studium Tadeusza Mi- kulskiego 14 i cytując może zbyt gęsto Jędrzeja Kitowicza. Blado przy nich wypadł rozdział następny W Rzymie. Na dobrą sprawę nie wiemy dokładnie, co studiował i czego się nauczył młody Krasicki w Wiecznym 12 T. Zielińska, Magnateria polska epoki saskiej. Wrocław 1977, s. 194. 18 Ibidem, s. 200. 14 Z dziejów kultury i literatury ziemi przemyskiej. Przemyśl 1969. Tu m. in.: a) M. Piszczkowski, Ziemia przemyska w twórczości Ignacego Krasickiego, b) J. Olszak, Ignacy Krasicki w świetle własnej korespondencji, c) A. Ż y g a, Dubieckie spotkania .z literaturą polską.
Mieście. Uwagi autora na ten temat są tylko poszerzeniem wzmianki Henryka Barycza 15. Rzym z lat 1759—1761 wprawdzie dał się zdystanso- wać na wielu polach Paryżowi i Londynowi, lecz nie był pustynią kul- turalną i dla młodego przybysza z Polski przedstawiał się jako ognisko żywej inspiracji intelektualnej i artystycznej. Tylko w rok przed poja- wieniem się tu Krasickiego zmarł papież Benedykt XIV (1740—1758), reformator Państwa Kościelnego, wybitny tomista i pisarz kanoniczny, przyjaciel i protektor uczonych i artystów, o którym wolnomyślny An- glik Horatio Walpole miał powiedzieć: Kochany przez papistów i szanowany przez protestantów, ksiądz bez zuchwal- stwa i interesowności, książę bez faworytów, papież bez nepotów 16. Rozdział VI biografii Saskie ostatki dotyczy przełomowego momentu w życiu Krasickiego, gdyż oznacza początek jego błyskotliwej kariery. Zbiega się on z przełomowym momentem w dziejach Rzeczypospolitej — upadkiem dynastii saskiej i zamachem stanu dokonanym przez Familię, wspieraną przez Katarzynę II złotem i bagnetami, czego Goliński czy- telnikom nie prezentuje. Nie dowiemy się też od niego, kiedy i w jaki sposób młody i mało dotąd znany ksiądz Krasicki stał się przyjacielem Stanisława Poniatowskiego, który przy pomocy Katarzyny II i Familii zasiadł jako ostatni elekt na tronie polskim. Tej luki w biografii nie da się usprawiedliwić brakiem odpowiedniej dokumentacji. Zbliżenie dróg życiowych ostatniego króla Rzeczypospoli- tej i ostatniego biskupa warmińskiego tejże Rzeczypospolitej nie może być traktowane jako wynik zbiegu przypadkowych okoliczności. Zbyt wie- le łączyło podobieństw, wręcz narzucało to zbliżenie. I król, i biskup to ludzie stosunkowo młodzi, piękni, inteligentni, wykształceni, ambitni i stosunkowo ubodzy. Obydwu cechowała tzw. miękkość charakterów, epikurejska postawa wobec życia, elastyczność zasad i przedkładanie kompromisu ponad walkę. Obydwaj ze swoimi ambicjami wyrośli w cie- niu znakomitszych od własnego rodów i zmierzali latami uporczywie do radykalnej zmiany swej pozycji społecznej zapewne w przekonaniu, że natura, talenta i los przeznaczyły ich do piastowania najwyższych god- ności. Narzucająca się nieodparcie wspaniała paralela postaw i losów Sta- nisława Poniatowskiego i Ignacego Krasickiego, została przez biografistę zmarnowana. Trudno też odnaleźć w monografii Golińskiego ślady wy- zyskania obszernych pamiętników królewskich jako źródła do biografii bliskiego współpracownika i przyjaciela ostatniego elekta. Nie został też w biografii choćby naszkicowany królewski program modernizacji Rzeczy- pospolitej, na tle którego rola Krasickiego, jako dygnitarza i twórcy, rysowałaby się wyraziściej. Krótki epizod w życiu Krasickiego związany z jego prezydenturą w trybunale małopolskim rozrósł się znowu do rozmiarów dużego roz- działu m. in. na skutek przesadnej inkrustacji narracji cytatami. W peł- ni zasadne było za to dokładne wyjaśnienie okoliczności wyniesienia Kra- 15 T. Mikulski, Ignacy Krasicki, [w:] W kręgu oświeconych. Warszawa 1960 16 H. Barycz, Rola Rzymu w kulturze polskiego Oświecenia, [w:] Spojrzenie w przeszłość polsko-włoską. Wrocław 1965, s. 386—387.
sickiego na biskupstwo warmińskie oraz opis jego rezydencji heilsber- skiej. Stosunek nowo kreowanego biskupa do konfederacji barskiej (rozdz. X) i związany z tym kryzys w jego stosunkach ze Stanisławem Augustem nie został przedstawiony równie klarownie. Poglądy politycz- ne Krasickiego stanowią do dzisiaj problem nie rozwiązany, a niewiedzę przykrywa się w tym przypadku etykietką „apolityczności” dostojnika i pisarza. Sama konfederacja barska jest również zagadnieniem histo- rycznym tak skomplikowanym i budzącym namiętne spory wśród histo- ryków dziejów politycznych Polski, że trudno byłoby oczekiwać jego rozwikłania od historyka literatury, jakim jest Zbigniew Goliński17. Jedną ze słabszych stron omawianej biografii jest właśnie dość po- wierzchowne ukazanie realiów politycznych dźwigającej się i upadają- cej Polski, w które wkomponowany był żywot Ignacego Krasickiego nie- zależnie od jego rzeczywistej czy urojonej „apolityczności”. I tak wspo- minając „czterech męczenników opozycji antykrólewskiej” porwanych w Warszawie w nocy z 13 na 14 października 1767 r„ nie wymienił autor z nazwiska dwu biskupów — Sołtyka i Załuskiego — chociaż uprzednio pisał o ich związkach z księdzem Krasickim. Rozwodząc się szeroko o krzywdach doznanych przez biskupa warmińskiego od Prusa- ków, niemal przemilcza epokowe wydarzenie, jakim był I rozbiór Pol- ski. A przecież i tu narzucała się wprost paralela postawy Krasickiego z postawami innych autorów ówczesnych wydarzeń — Rejtana i Poniń- skiego. Książę biskup warmiński nie zachował się wówczas tak nikczem- nie jak cała plejada dobrze znanych mu figur, ale zachowanie jego wobec tragedii narodowej trudno uznać za szczególnie budujące. Okazja do uka- zania złożoności natury Krasickiego znowu nie została wykorzystana przez biografa. A wystarczyło tylko zestawić jego zabiegi o względy Fryderyka II z genezę Myszeidy (wg hipotezy Cazina inspirowanej antypolskim pam- fletem wielkiego Fryca), pisanej w przerwach między kolejnymi wizy- tami w Sans Souci. Dla większej pikanterii przypomnijmy, że napisa- ny poemat autor czyta i dedykuje Stanisławowi Augustowi, w którym wielu współczesnych i potomnych dopatrywało się pierwowzoru jednego z głównych bohaterów utworu króla Popiela, zjedzonego przez myszy 18. O posuniętej do perwersji elastyczności sumienia obywatelskiego i literac- kiego biskupa-poety zaświadcza ponadto umieszczenie w tym arcyko- micznym poemacie głośnego wiersza: „Święta miłości kochanej ojczyz- ny” — który, jak przypomina Goliński, stał się hymnem Szkoły Rycer- skiej. Szkoda, że w tymże miejscu biograf nie przytoczył opinii Juliusza Słowackiego o wartości moralizatorskiej tego utworu. Rozdziały Pisarz i W literackiej chwale są niewątpliwie najlepsze w całej biografii Golińskiego, co wcale nie zaskakuje, jeśli uwzględni się profesję autora. Żal tylko, że tak znakomity znawca przedmiotu o pi- sarstwie Krasickiego napisał, jak na mój gust, za mało. Przecież to ono było bodaj jedynym, ale w pełni uzasadnionym tytułem do wystawienia 17 E. Rostworowski, Historia powszechna. Wiek XVIII. Warszawa 1977, s. 58. 18 Porów. J. Michalski, Mentalność polityczna konfederatów barskich. Pró- ba charakterystyki, [w:] Przemiany tradycji barskiej. Kraków 1972.
biskupowi-poecie pomnika w postaci jego 400-stronicowej biografii. Tak sądzi m. in. Paweł Jasienica pisząc: „Krasicki, biskup warmiński, zaczął po rozbiorze zachowywać się w sposób wcale nie heroiczny (...) Postępowanie człowieka wzbudza żal i niechęć, lecz utwory Krasickiego Satyry, Listy, Bajki, poematy i powieści (...) wędrowały po Rzeczypospolitej, służyły jej dobru, nie oglądając się na postępowanie własnego autora” 19. Sporo światła na mentalność i filozofię życiową Krasickiego rzuca rozdział Pod znakiem moderacji. Intrygująca jest doprawdy postawa dostojnika kościelnego i największego pisarza polskiego epoki, a zarazem niewypłacalnego dłużnika, zasilanego z kiesy znanego ze skąpstwa króla pruskiego, biskupa — poety, będącego jednocześnie posesorem wspaniałej rezydencji i równie wspaniałych ogrodów oraz sztychów, biskupa bawi- damka (tej strony Goliński nam nie odsłania), eon amore oddającemu się zajęciom literackim, które wielu ludzi z jego sfery jeszcze długo w Pol- sce uznawać będzie za zajęcie ich stanu niegodne. Rozdział Do kraju drobiazgowo omawia zabiegi Krasickiego o najwyższe godności kościel- ne w okrojonej Rzeczypospolitej, których motorem były wyłącznie wzglę- dy finansowe, odgrywające w życiu biskupa-poety rolę nader ważną. O wiele słabiej wypadł rozdział Rewolucja. Podobnie jak w przy- padku konfederacji barskiej i I rozbioru, tak również w przypadku Sejmu Wielkiego i insurekcji kościuszkowskiej stanowisko Krasickiego jest trud- ne do określenia. Wynika to zapewne nie tylko z braku jego zaintere- sowania tymi przełomowymi wydarzeniami krajowymi, ale również z je- go ostrożności wypowiadania się na drażliwe i kłopotliwe tematy w for- mie udokumentowanej. Rewelacji nie przynosi i rozdział ostatni Arcybiskup gnieźnieński i uczony, z którego zwłaszcza o Krasickim — uczonym dowiadujemy się niewiele. Po macoszemu potraktował Goliński łowicką i skierniewicką rezydencję arcybiskupią, choć uprzednio dość dużo pisał o Lidzbarku. Nie wzmiankował także, że godność arcybiskupa przejął Krasicki po bra- cie królewskim, Michale Poniatowskim, który zmarł w tajemniczych okolicznościach w oblężonej przez Prusaków Warszawie, posądzony o zdradę Rzeczypospolitej. Milczy także biograf o ostatnich grodzień- skich i petersburskich latach Stanisława Augusta oraz o śmierci jego nad Newą. Wprawdzie stosunki Krasickiego z królem uległy wraz z la- tami rozluźnieniu, to przecież zestawienie końcowych okresów życia dwu ludzi tyle znaczących w Rzeczypospolitej narzucało się w sposób natu- ralny. Gwoli ścisłości dodajmy jednak, że i w interesującej monografii Marii Żywirskiej o ostatnich latach Stanisława Augusta brak jakiej- kolwiek o Krasickim wzmianki20. Zadziwia brak w obszernej monografii Golińskiego rozdziału bi- lansującego 71-letni żywot Ignacego Krasickiego, w którym to rozdziale czytelnik spodziewał się znaleźć ogólną charakterystykę biskupa — po- 19 J. Kleiner, Krasicki jako przeciwnik literatury dworskiej, [w:] O Kra- sickim i Fredrze, ibidem. 20 P. Jasienica, Rzeczpospolita Obojga Narodów. Część trzecia. Dzieje ago- nii. Warszawa 1972, s. 409.
ety połączoną generalną opinią autora o bohaterze jego 400-stronicowej biografii. Nie zastąpi go 5 stroniczek syntezy doczepionych jakby od niechcenia przez Golińskiego do ostatniego, wspomnianego już rozdziału o arcybiskupie i uczonym. III. Ignacy Krasicki Zbigniewa Golińskiego jest książką o dużym ładunku poznawczym. Wykorzystano w niej sumiennie cały dotychcza- sowy stan badań nad autorem Satyr i Bajek, jako pisarzem, oraz studia i przyczynki o charakterze biograficznym. Cytowano gęsto korespon- dencję i pamiętniki osiemnastowieczne. Biografia naszpikowana jest wprost faktami i fakcikami, często o znaczeniu drugorzędnym i trzecio- rzędnym. Nie wyrobionemu czytelnikowi trudno przebrnąć przez gąszcz materiałowy, zwłaszcza że autor często rezygnował z wyjaśnienia podsta- wowych pojęć z zakresu historii i kultury osiemnastowiecznej, przece- niając, jak się zdaje, kulturę historyczną współczesnego inteligenta pol- skiego. M. in. z tego powodu należy przypuszczać, że Ignacy Krasicki Golińskiego nie zyska nigdy tej poczytności co wydane w tejże samej serii biografie Aleksandra Wielkiego czy Dantona. Walory poznawcze książki podnosi i podkreśla poza wspomnianym już świetnym materia- łem ilustracyjnym także bogata bibliografia oraz sumienne indeksy. Dla ludzi dotąd nieźle obznajomionych z życiem i twórczością Kra- sickiego oraz jego epoką omawiana biografia okazuje się pożyteczna z dwu powodów. Po pierwsze uzupełnia i odświeża ich dotychczasową znajomość przedmiotu, po drugie przez swoje mankamenty wskazuje na liczne luki w stanie badań nad największym pisarzem epoki stani- sławowskiej. Niektóre z nich wzmiankowałem uprzednio. Nie najsilniejszą stroną książki jest panorama epoki Oświecenia i roz- biorów, w której osadzony został wielki poeta, miejscami malowana pewnym pociągnięciem pędzla, miejscami tylko niedbale szkicowana, pozbawiona szerszych perspektyw i wyrazistości. Poszukujący w książce Golińskiego Tesprit Oświecenia doznają zawodu, gdyż już wcześniej zna- leźli go więcej u mistrzów dawnych — Kraszewskiego, Korzona, Smo- leńskiego, Konopczyńskiego, Łozińskiego, Wasylewskiego, Mackiewicza, Borowego etc., etc. Nie wyszła też książce na dobre nadmierna ostrożność autora w fero- waniu własnych opinii o Krasickim i jego czasach, chwalebna u naukow- ca, zawodna u biografa, który winien być uczonym i artystą zarazem. Rasowemu biografowi nie wystarczy udokumentowana wiedza, gdyż w sukurs przychodzi mu intuicja twórcza, nieomylnie podszeptująca jej najodpowiedniejsze rozwinięcie w pełen obraz, tyleż wierny, co wyra- zisty. Z książki Golińskiego, z gąszczu nagromadzonych w niej faktów nie wyłania się pełne życiowej ekspresji oblicze księcia biskupa war- mińskiego, odkryte na nowo, lecz oblicze skądinąd nam już znane, o za- tartych konturach i wyblakłych barwach starego konterfektu poddane- go kosmetyce odświeżającej. Prawdziwy Krasicki pozostaje w dalszym ciągu postacią wbrew po- zorom mało znaną. W dalszym ciągu nie wiemy, co było w nim pozą, a co naturą; czy śmiech jego był wynikiem jego wrodzonego tempera- mentu żołądkowego, jak tego chciał Mickiewicz, czy był dobrze wystudio- waną maską księcia salonów; czy jego sceptycyzm wypływał z pobłażli- wości, czy wyrósł na glebie tragiczno-pesymistycznego widzenia świata.
W dalszym ciągu nie wiemy, jak Krasicki umiał godzić fiolety biskupie z rozkoszami buduarów, „świętą miłość ojczyzny” z igraszkami u Stare- go Fryca, wygodnictwo z cyzelatorską pracą nad bajką. Biografia Krasickiego jest nie tylko prezentacją wiedzy, ale i sztuki pisarskiej Golińskiego. Autor operuje nienaganną polszczyzną, pełną fi- nezji i umiaru, zbliżoną stylistycznie do języka dzieł naukowych, m. in. także w szafowaniu cytatami. Styl Golińskiego, wyważony i jakby ści- szony, nie celuje zbyt wielką plastycznością, narracja jest pozbawiona wigoru. Być może zbliża się swą tonacją do rytmu żywota Krasickiego, w którym nie dochodziły do głosu wielkie namiętności, wolnego od roz- darć i asymetrii, jak wolny był od nich plan ogrodów włosko-francus- kich epoki Oświecenia. Z tych powodów biografię Krasickiego czyta się z przyjemnością, ale nie z zapartym tchem, być może zgodnie z inten- cjami jej autora i bohatera. Niezależnie od wyrażonych poprzednio zastrzeżeń i wątpliwości Igna- cy Krasicki zaspokaja istotną potrzebę sporego kręgu czytelników pol- skich dzięki swoim niewątpliwym walorom poznawczym i artystycz- nym. W ramach serii Żywoty sławnych ludzi zajmuje pozycję osobną, nietypową. Różni się bowiem w sposób zasadniczy nie tylko od ukazują- cych się w niej biografii polityków, ale kontrastuje także z inną biogra- fią pisarza, którą jest „Ernest Hemingway” Bakera21 22. 21 M. Ż y w i r s k a, Ostatnie lata króla Stanisława Augusta. Warszawa 1978 22 C. Baker, Ernest Hemingway. Historia życia. Warszawa 1979.

Część druga Jerzy Starnawski POKŁOSIE ROCZNICY KLEINEROWSKIEJ Dnia 23 marca 1982 roku minęło 25 lat od śmierci Juliusza Kleinera. Rocznica ta przypomina o tym, co już badacze dziejów polonistyki uczynili dla przybliżenia tej postaci szerokim rzeszom historyków literatury pol- skiej, zgoła miłośnikom jej, dla upamiętnienia jednego z najbardziej za- służonych „sług wielkości”, jak sam swą misję określił. Ale przypomina i o tym, co jeszcze zrobić trzeba. Państwowe Wydawnictwo Naukowe, a więc instytucja o znaczeniu i zasięgu ogólnopolskim, wydało (1981 r.) tom wyboru najznamienitszych pism Kleinera w opracowaniu jednego z najwybitniejszych dziś żyjących wychowanków lwowskiej szkoły filolo- gicznej, Artura Hutnikiewicza. Tom ma swoje naturalne miejsce w Biblio- tece Filologii Polskiej, tak świetnie redagowanej przez Tadeusza Ule- wicza, a więc obok wyborów pism: Antoniego Małeckiego, Bronisława Chlebowskiego, Stanisława Tarnowskiego, Wilhelma Bruchnalskiego, obok wielotomowego wyboru dzieł drobnych Aleksandra Brucknera. Cegiełkę do „wiedzy o Juliuszu Kleinerze”, do poznania jego pism i osobowości, dokłada Przemyśl. Lwia część polonistów uczących w na- szym mieście do niedawna to wychowankowie Juliusza Kleinera z lat jego profesury lwowskiej (1920—1941), lubelskiej (1944—1949) i krakow- skiej (1947—1957). Zamierzenia Redakcji „Rocznika Przemyskiego” są skromne: pragniemy przyczynkami rozszerzyć zestaw znanych faktów i tekstów. Skoncentrowano się na kwestiach następujących: 1. Bibliografia podmiotowa i przedmiotowa (addenda). 2. Drobne „Kleineriana” biblioteczne z Bydgoszczy. 3. Nie opublikowana w całości rozprawa Juliusza Kleinera pt. O trwałych wartościach duchowych średniowiecza. 4. Nie opublikowana rozprawa Juliusza Kleinera pt. Lelewela pismo do przy- jaciół galicyjskich. 5. Zagubiona w codziennej gazecie rozprawa Juliusza Kleinera Teatr Wys- piańskiego. 6. Juliusza Kleinera projekt uczczenia setnej rocznicy wydania Pana Ta- deusza.
Ad. 1. Bibliografia podmiotowa i przedmiotowa Juliusza Kleinera ogłoszona została przez podpisanego w tomie pt. Juliusz Kleiner. Księga zbiorowa o życiu i działalności. Lublin 1961 s. 289—343. Od opubliko- wania tego zestawu upłynęło 29 lat. Tom w opracowaniu Artura Hut- nikiewicza przyjął ze względu na profil serii, wybór bibliografii J. Kleinera złożony zarówno z prac ogłoszonych przed 1961 rokiem, jak i z posthumów. Tu podaje się: A. Addenta do bibliografii z 1961 r. B. Kontynuację. Zmienił się opis bibliograficzny, toteż tu przyjęto opis obowiązujący dziś. W szczegółach kontynuacja dostosowuje się do swej poprzedniczki, wyodrębniając w poszczególnych latach działy: A. Prace naukowe od syntez i monografii po artykuły i studia dro- bne; B. Prace edytorskie; C. Recenzje z prac innych pisarzy i uczonych; D. Prace o Juliuszu Kleinerze; E. Prace zadedykowane J. Kleinero- wi. Stosuje się numerację: dla działów A—C jednolitą, dla D—E — osobną. Jeżeli przypomina się pozycję wymienioną w bibliografii z 1961 r. dla celu dopisania nie podanej tam recenzji o pracy J. Kleinera, opuszcza się paginację. Ad 2. Skromne znalezisko biblioteczne powiększa zasób znanej ko- respondencji uczonego. Przez osobę Adama Fischera, związanego z Prze- myślem, łączy się z dziejami kultury naszego miasta. Ad 3. Wykład Juliusza Kleinera pt. O trwałych wartościach ducho- wych Średniowiecza wygłoszony został dnia 5 października 1947 roku w sali Teatru Miejskiego w Lublinie w cyklu zorganizowanym przez Klub Literacki. Jest to w twórczości naukowej autora studium paralelne do syntetycznej charakterystyki Renesansu ogłoszonej w ,,Pracach Po- lonistycznych” (1967 Ser. 23 s. 3—25). Oba studia razem dowodzą zna- miennej dla Kleinera zdolności do szerokiego spojrzenia na dwie epoki przeciwstawne sobie; był przecież przede wszystkim badaczem Oświece- nia i Romantyzmu. Może w tym leży przyczyna, dla której obu studiów, w momencie napisania tak wartościowych, nie ogłosił stante pede, za- jęty badaniami w zakresie innych epok. O Średniowieczu pisano po 1947 roku bardzo wiele w Polsce i za granicą. Z pewnością nie we wszystkim wypadnie się z Kleinerem zgo- dzić dziś, w dziewiątym dziesiątku lat XX wieku. W studium czuje się jeszcze i dziś klasyka wśród uczonych. I to w przekonaniu wydawcy usprawiedliwia publikację. Tekst oparto na autografie zajmującym 9 kart o formacie 29X21 cm, zapisanych recto i verso, numerowanych jako stronice w liczbie 18. Fragmentarycznie wydał rozprawę J. Starnawski w tomie Średniowie- cze. Warszawa 1975, s. 172—183. Ad 4. Studium Juliusza Kleinera Lelewela pismo do przyjaciół ga- licyjskich złożone zostało przez autora do zbiorowego tomu Studia i szki- ce. Księga zbiorowa ku czci Stanisława Pigonia. Kraków 1951. Tom ofia- rowany został Jubilatowi 3 czerwca 1951 roku. Do druku Księgi pa- miątkowej ku czci Stanisława Pigonia doszło w 10 lat później (1961). Zespół osób ofiarowujących Pigoniowi prace był wówczas nieco inny. Kleiner nie żył już, wobec czego nie figurował wśród autorów. Tekst publikuje się z maszynopisu (6 s. na „dwójce”) dostarczonego wydawcy
przez Krzysztofa Pigonia, syna Stanisława. Krótkie streszczenie było opublikowane w Sprawozdaniach z czynności i posiedzeń Polskiej Aka- demii Umiejętności 1950 t. 51 z. 2 druk. 1951 s. 47—48. Ad 5. Rozprawę Teatr Wyspiańskiego przedrukowuje się z pierwo- druku w „Gazecie Lubelskiej” (1946 R. 2 nr 20 s. 5, Kultura i Sztuka nr 18). Nie jest to więc ineditum, ale ... studium zagubione w codzien- Ryc. 1. Prof. Juliusz Kleiner nej prasie i zapomniane. To uzasadnia przedruk. Zrozumiałe jest podo- bieństwo do syntetycznej charakterystyki autora Wesela, jaką odczytu- jemy z kart J. Kleinera Zarysu dziejów literatury polskiej, jednak po- dobieństwo nie jest identycznością. Wymienione pozycje 1—5 opracował Jerzy Starnawski i on wydał teksty J. Kleinera. Do kolumny dołączył się Zbigniew Jerzy Nowak opracowując pozycję nr 6. Z archiwum b. PAU wydaje on teksty J. Klei- nera dotyczące Mickiewiczowskiej rocznicy 1934.
1. Bibliografia podmiotowa i przedmiotowa Juliusza Kleinera. Addenda i konty- nuacja. Opracował Jerzy Starnawski. A. Uzupełnienia do bibliografii z 1961 r. 1907 D 1. (Wzmianka o otrzymanym w dn. 12 II 1907 stypendium Głowińskiego) Słowo Polskie 1907 nr 74. 1912 A 1. Zygmunt Krasiński. Dzieje myśli. T. 1—2. Lwów 1912. Hec. J. Lukasie- wieź, Ruch Filozoficzny 1913 R. 3 nr 5 s. 109—111. 1918 C 2. Rec.. z: L. Bernacki, Pierwsza książka polska. Studium bibliograficzne. Lwów 1918. Kurier Warszawski 1918 nr 213. 1920 a A 3. Juliusz Słowacki. Dzieje twórczości. T. 1—2. Warszawa 1919—1920. Rec. Al. Brtickner, Archin fur slauische Philologie 1923 t. 38 s. 205. 1927 A 4. Juliusz Słowacki. Dzieje twórczości. T. 1—4. Warszawa 1919—1927. Rec. i omówienia: Al. Bruckner, Zeitochrift fur Slauische Philologie 1929 t. 5 s. 290—294; I. Chrzanowski, J. Kleiner o Słowackim. Siania (Praha) 1929 s. 387—389; Al. Bruckner, Zeitschrift ..., op. cit., 1933 t. 10 s. 438; K. Górski, Juliusz Kleiner’s Słowacki Monograph. The Reniew of the Polish Academy of Sciences 1960 t. 5 nr 1 s. 18—31, nadb.; idem: Monografija Juliusza Kleinera w Słowackim. Zurnał Polskoj Akademii Nauk 1960 t. 5 nr 1 s. 16—27; idem: Monografia Kleinera o Słowackim, [w:] K. Górski, Z historii i teorii literatury. Ser. 2. Warszawa 1964 s. 190—202; M. Głowiński, Studium lektury. Słowacki czytany przez Kleinera, [w:] M. Głowiński, Style odbioru. Szkice o komunikacji literackiej. Kraków 1977 s. 138—165. 1930 A 5. Die polnische Literatur, [w:] Handbuch der Literaturwissenschaft. Hrsg. von O Walzel. Berlin 1929. T. Boy-Żeleński, List do prof. Kleinera. Wiadomości Literackie 1930 R. 7 nr 10 s. 6; przedr. [w:] T. Żeleński-Boy, Listy. Oprać. B. Winklowa. Warszawa 1972 s. 319—320; por. też: B. Winklowa, Tadeusz Żeleński (Boy). Twórczość i ży- cie. Warszawa 1967 s. 412. 651, 677. 1932 E 2. Bronisław Poletur, Polska od serca — do serca ... Poezje. Miejsce Pia- stowe 1932.
S. 6. Dedykacja dla J. Kleinera, dla Zdz. Kleszczyńskiego i dla L. Staffa; s. 7—8. Cytat z listu J. Kleinera do autora, wmontowany w przedmowę dato- waną „Krzemieniec, 17 września 1930 r.”. 1933 A 6. Mickiewicz. T. 1. Dzieje Gustawa. Lwów 1943 (antedat.). Rec. Al. Bruckner, Zeitschrift jur Slauische Philologie 1933 R. 10 s. 440, 1934 R. 11 s. 191, 408—410. B 7. J. Słowacki, Dzieła wszystkie... Pod red. ... Dział I. Utwory wydane za życia poety. T. 1—7. Dział II. Utwory wydane z puścizny rękopiśmiennej. T. 9—11. Lwów 1924—1933. Rec. Z. Ciechanowska, Przegląd Powszechny 1933 t. 197 s. 221—223. D 3. Z. Ciechanowska: Das Goethe — Jahr in Polen. Germanoslauica 1932/33 R. 2 s. 124—135. O studiach J. Kleinera nad Goethem. 1937 A 8. W kręgu Mickiewicza i Goethego. Warszawa 1938 (antedat.). Rec. Al. Bruckner, Zeitschrift fur slauische Philologie 1938 t. 12 s. 431. 1942 A 9. Zarys dziejów literatury polskiej i języka polskiego. T. 1. Bukareszt 1942. Nakładem Komisji Pomocy Uchodźcom Polskim w Rumunii. Cenzurat. Współautor: Al. Brtickner. Maszynopis powielony. Nie opisane de visu. 1944 A 10. Zarys dziejów literatury polskiej i języka polskiego. Wyd. 2. Jerozoli- ma 1944, 288 s. Przedruk części 1. podręcznika (dla I klasy licealnej). Współautor: Al. Brti- ckner. 1947 A 11. Zarys dziejów literatury polskiej i języka polskiego. Wyd. 3. Jerozo- lima 1947, 288 s. Przedr. poz. 10. 1957 D 4. Julian Krzyżanowski, Juliusz Kleiner. Głos Tygodnia 1957 nr 14 s. 2. 5. J. Krzyżanowski, Wielkość uczonego. 7 Dni w Polsce 1957 nr 6 s. 3. 1958 A 12. O „Obronie Ksantypy”. Listy Teatru Polskiego. Sezon 1957/1958 nr 11 s. 18. Przedruk fragmentu artykułu z 1948 r.
1959 D 6. W, Weintraub, Dokoła „Legendy" Krasińskiego. (Krasiński i Lamennais). [w:] Krasiński żywy. Londyn 1959 s. 175—191. O badaniach J. Kleinera nad Legendą passim. 1960 13. J. W. Goethe, Wszystko dają bóstwa nieskończone ... Przeł. ... [w:] J. W. Goethe, Poezje. T. 2. Oprać. Z. Ciechanowska. Wrocław 1960 s. 201. 1960 D 7. K. Górski, „Irydion" i „Konrad Wallenrod", [w:] Zygmunt Krasiński. W stulecie śmierci. Warszawa 1960 s. 32—51. 8. Witold Kleiner, Gdy myślę: Ojciec. Notował: Stefan Henel. Świat 1960 R. 10 nr 23 s.'14. Wywiad z synem 1961 A 14. Studia z zakresu teorii literatury. Wyd. 2. Lublin 1961. Rec. I. M., Ricerche Slauistiche 1961 t. 9 s. 197. B. Bibliografia z lat 1961—1980 1961 A 1. Uloga uremena u knjiżennim żanronima. Tłum, z angielskiego A. Spa- sić. Izraz 1961 t. 5 ks. 9 nr 4/5 s. 344—351. Przekład rozprawy Rola czasu w rodzajach literackich (1926). D 1. Juliusz Kleiner. Księga zbiorowa o życiu i działalności. Red. F. Arasz- kiewicz, J. Starnawski. Lublin 1961, 359 s., ilustr. Zawartość: Od Redakcji; Przemówienie Juliusza Kleinera wygłoszone w dniu 3 lutego 1946 r. podczas uroczystości 40-lecia pracy naukowej; Przemó- wienie Juliusza Kleinera wygłoszone w dniu 20 listopada 1949 r. podczas uro- czystości wręczania księgi pamiątkowej; K. Górski, Juliusz Kleiner jako histo- ryk literatury; St. Skwarczyńska; Juliusz Kleiner jako metodolog i teoretyk; Z. Ciechanowska, Juliusz Kleiner jako neofilolog i komparatysta; F. Araszkie- wicz, Dzieło Juliusza Kleinera. Szkic syntetyczny; Z. Niemo je wska-Gruszczyń- ska; Uwagi o krasomówstwie Juliusza Kleinera; J. Starnawski; Juliusz Kleiner — pedagog i dydaktyk; „Zdania i uwagi” Juliusza Kleinera; Juliusz Kleiner w oczach współczesnych; a. Wspomnienia, b. Listy; Kronika życia i działalności Juliusza Kleinera. Zestawił J. Starnawski, Bibliografia podmiotowa i przed- miotowa Juliusza Kleinera. Zestawił J. Starnawski. Rec. I. M., Ricerche Slauistiche 1961 t. 9 s. 195—196; P. Grzegorczyk, Rocz- nik Literacki 1961. Warszawa 1962 s. 281; H. Markiewicz, ibid. s. 203, J. E. Pło- mieński, Zeszyty Naukowe KUL 1962 R. 5 nr 3 s. 64—68; J. Susuł, Tygodnik Powszechny 1962 R. 16 nr 31 s. 5; T. Terlecki, O Juliuszu Kleinerze, Wiado- mości (Londyn) 1962 R. 17 nr 42 s. 1; T. K/łak/, Kamena 1963 R. 30 nr 2 s. 4, 10;
J. Pietrkiewicz, The Slanonic and East European Reniew (London) 1965 t. 43 nr 101 s. 489—490. 2. Z. Ciechanowska, Juliusz Kleiner jako neofilolog i komparatysta. Spra- wozdania z posiedzeń Komisji (PAN). Kraków 1961 s. 86. Streszczenie pracy opublikowanej w „księdze zbiorowej” (1961). 3. St. Pigoń, Pokąd sięga granica swobody redaktorskiej? Ruch Literacki 1962 R. 2 s. 149—155. Polemika z ustaleniem tekstu Matecznika w J. Słowackiego Dziełach wszyst- kich w wyd. J. Kleinera, t. 12 (1960). 4. St. Pigoń, Słowackiego jeden czy dwa dramaty o Zawiszy Czarnym? Pamiętnik Literacki 1961 R. 52 z. 4 s. 373—391. Polemika ze stanowiskiem J. Kleinera w 12. tomie Słowackiego Dzieł wszystkich (1960). 5. K. Wyka, Juliusz Kleiner (1886—1957). [w:] Kronika Uniwersytetu Ja- giellońskiego za rok 1956/1957. Kraków 1961 s. 211—213. Krótki biogram. 1962 B 2. Z. Krasiński, Nie-Boska komedia. Oprać. ... Wyd. 7. Wrocław 1962, LI, 155 s. BN Ser. I nr 24. D 6. J. W. Gomulicki, Oświecenie (Do r. 1815). [w:] Rocznik Literacki 1957. W’arszawa 1962 s. 185. Wzmianka o J. Kleinerze jako o badaczu Krasickiego. 7. S. Skwarczyńska, Juliusz Kleiner (1886—1957). Pamiętnik Literacki 1962 R. 53 z. 3 s. 106—113. Z fotogr. J. Kleinera. 1963 A 3. Zarys dziejów literatury polskiej. Przejrz. i uzup.: St. Kawyn, J. Spyt- kowski, T. Ulewicz, Wrocław 1963, 548 s. B 4. J. Słowacki, Dzieła wszystkie. Pod red. ... przy współudziale Wł. Florya- na. Dział II. Utwory wydane z puścizny rękopiśmiennej. T. 13. Cz. 1—2. Wyd. 1. Wrocław 1963, 424; 459 s. W 1. części autorstwa J. Kleinera początkowa partia wstępu do Samuela Zborowskiego (omówienie układu) — s. 23—51. Rec. J. Iwaszkiewicz, Zycie Warszawy 1963 R. 20 nr 185 s. 4; Z Libera, Rocznik Literacki 1963. Warszawa 1965 s. 229. D 8. Bibliografia nauki o literaturze polskiej i innych literaturach słowiań- skich za lata 1958—1962. Biuletyn Polonistyczny 1963 R. 16 nr 18 s. 59. Zestawienie prac J. Kleinera z wymienionych lat. 9. H. Elzenberg, Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu. Kraków 1963 s. 81—82, 341—342. Refleksje po lekturze monografii J. Kleinera o Krasińskim (datow. 29X11913) i o Słowackim (datow. 25 IX 1945). 10. K. Górski, Zarys rozwoju tekstologii polskiej, [w:] Tekstologia w kra- jach słowiańskich. Wrocław 1963 s. 49—52 o J. Kleinerze. 11. K. Wyka, Pan Tadeusz. (1). Studia o poemacie. (2). Studia o tekście. Warszawa 1963. Prace J. Kleinera omawiane passim.
1964 A 5. Studia inedita. Oprać. J. Starnawski. Lublin 1964, TNKUL nr 73, 451 s. Zawartość: Ignacy Krasicki i jego wiek; Krasickiego Bajki nowe; Zawiązki romantyzmu w Polsce; Zdania i uwagi i fragmenty liryki mistycznej; Satyra i humor w wierszach pisanych po Panu Tadeuszu; Jakub Jasiński, czyli Dwie Polski; Liryki lozańskie; Ideologia wykładów w College de France; Analiza Irydiona jako dzieła sztuki; Słowacki jako dramaturg. Posłowie: J. Starnawski. Rec.: M. Giergielewicz, Wiadomości (Londyn) 1964 R. 15 nr 44 (970) s. 3; W. Michalski, Słowo Powszechne 1964 R. 17 nr 202 s. 3; idem, Kleinerowskie Studia inedita, Zycie i Myśl 1965 R. 15 nr 10 s. 154—155; J. W. Gomulicki, Rocznik Literacki 1964. Warszawa 1966 s. 212—214, 216—217, 221; Z. J. Nowak, Juliusza Kleinera opera posthuma. Streszczenia odczytów publicznych Podko- misji Śląskiej w Katowicach 1966 R. 2 s. 37-38; idem, Pamiętnik Literacki 1967 R. 58 nr 1 s. 267—273. Z. Goliński, O badaniach twórczości i życia Ignace- go Krasickiego (po 1945 r.) Pamiętnik Literacki 1980 R. 71 z. 2 ,s. 13—16. 6. Z problemów romantyzmu, [w:] Romantyzm. Oprać. M. Straszewska. Warszawa 1964 s. 349—360, 435—436. Fragm. rozprawy Romantyzm [w:] Studia z zakresu literatury i filozofii, 1925; przypisy edytorki. D 12. O. Dobijanka-Witczakowa, Historia katedry germanistyki w Uniwer- sytecie Jagiellońskim, [w:] Wydział Filologiczny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Historia katedr. Kraków 1964 s. 364. Wzmianka o udziale J. Kleinera w egzaminach na filologii germańskiej w UJ. 13. K. Górski, „Irydion i „Konrad Wallenrod” (Próba rewizji pewnego utartego twierdzenia), [w:] K. Górski, Z historii i teorii literatury. Ser. 2. Warszawa 1964 s. 203—218. Przedruk rozprawy z 1960 r. 14. K. Górski, Monografia Kleinera o Słowackim, [w:] K. Górski, Z historii i teorii literatury. Ser. 2. Warszawa 1964 s. 190—202. Polska wersja rozprawy opublikowanej po angielsku w r. 1960. 15. J. Krzyżanowski, Bronisław Gubrynowicz (1870—1935). [w:] Z dziejów polonistyki warszawskiej. Warszawa 1964 s. 260—261, 263. Recenzja Br. Gubrynowicza z monografii J. Kleinera o Słowackim (1925) potraktowana jako studium. 16. Z. Libera, Romantyzm. |w:] Rocznik Literacki 1958—1960. Warszawa 1964 s. 252, 253. Wzmianki o pracach J. Kleinera dotyczących Słowackiego, obszerniejsza o studium Sztuka poetycka Słowackiego (przedr. z 1959 r.). 17. Z. Libera, Tradycje polonistyki w Warszawie, [w:] Z dziejów polonisty- ki warszawskiej. Warszawa 1964 s. 75, 76. O działalności J. Kleinera jako profesora UW. 18. Słownik Współczesnych Pisarzy Polskich. Oprać, zespół pod red. E. Ko- rzeniewskiej. T. 2. J — P. Warszawa 1964 s. 118—-131. Biogram, bibliografia w wyborze. 19. St. Pigoń, Jeden czy dwa dramaty o Zawiszy Czarnym? [w:] St. Pi- goń, Miłe życia drobiazgi. Pokłosie. Warszawa 1964 s. 197—223. Przedr. artykułu z 1961 r. 20. St. Pigoń, Pokąd sięga granica swobody redaktorskiej? Ibid. s. 295—309 Przedr. artykułu z 1961 r.
21. M. Tatara, Stan badań nad twórczością Juliusza Słowackiego w latach 1945—1960. Pamiętnik Literacki 1964 R. 55 z. 1 s. 261—310, z. 2 s. 505--559. O pracach J. Kleinera passim. 22. T Ulewicz, Dzieje Katedry Historii Literatury Polskiej w Uniwersyte- cie Jagiellońskim. (Ogólny szkic krytyczny), [w:] Wydział Filologiczny Uniwer- sytetu Jagiellońskiego. Historia katedr. Kraków 1964 s. 140—141. O J. Kleinerze jako o profesorze UJ. 23. Z kronik uniwersyteckich (1818—1944). [w:] Z dziejów polonistyki war- szawskiej. Warszawa 1964, s. 88, O wykładach J. Kleinera w latach 1916/17—1919/20. 1965 A 7. Trzy studia. Ze spuścizny rękopiśmiennej... Podał do druku J. Starnaw- ski. Prace Polonistyczne 1965, Ser. 20, s. 168—176. 1. Echo teatru paryskiego lub londyńskiego w „Podróży do Ziemi Świętej”. 2. „Zawisza Czarny” Słowackiego. 3. Pieśń miłości bez słów (na marginesie „Syzyfowych prac”). 8. Zarys dziejów literatury polskiej. Przejrz. i uzup. St. Kawyn, J. Spyt- kowski, T. Ulewicz. Nakł. 3. Wrocław 1965, s. 548. D 24. St. Eile, Legenda Żeromskiego. Recepcja twórczości pisa-za w latach 1892—1926. Kraków 1965, s. 30—31, 117, 162—163, 192, 269, 271. O J. Kleinerze jako o badaczu Żeromskiego. 25. K. A. Jaworski, W kręgu Kameny. Lublin 1965, s. 126, 232. Wzmianki o współpracy z J. Kleinerem. 26. Juliusz Kleiner, [w:] Wielka Encyklopedia Powszechna PWN. T. 5. War- szawa 1965, s. 640—641. Krótki biogram z fotogr. 27. St. Skwarczyńska, Juliusz Kleiner, [w:] Sprawozdania z czynności i po- siedzeń (Łódzkiego Towarzystwa Naukowego) 1957—1962. Łódź 1965, s. 405—407. Nekrolog członka; J. Kleiner był członkiem honorowym ŁTN od 1952. 28. J. Starnawski, Zarys dziejów polonistyki KUL w latach 1944—1964. Zeszyty Naukowe KUL 1965. R. 8, nr 3, s. 65—66. O J. Kleinerze jako o profesorze KUL. 1966 A 9. (List do Karola Borowskiego z 15 IV 1954). Kalendarz Teatru Polskiego. Sezon 1966/1967 nr 4. Warszawa (1966), s. 61—62. 10. (Zdanie o Sienkiewiczu w dziale:) Opinie. Kierunki 1966 R. 11, nr 46, s. 6. D 29. J Spytkowski, Studium historii literatury polskiej w Uniwersytecie Ja- giellońskim w latach 1910—1945. [w:] Dzieje Katedry Historii Literatury Polskiej w UJ. Zarys monograficzny. Kraków 1966, s. 205. Wzmianka o udziale J. Kleinera w ankiecie w sprawie obsadzenia katedry po Ignacym Chrzanowskim. 30. T. Ulewicz, Studium historii literatury polskiej w Uniwersytecie Jagiel- lońskim w okresie 1945—1965. [w:] Dzieje Katedry Historii Literatury Polskiej w UJ. Zarys monograficzny. Kraków 1966, s. 263, 266, 267. O J. Kleinerze jako o profesorze UJ. 31. A. Walczak: (List do redakcji). Kultura (Paryż) 1966, nr 9/227, s. 157. Wzmianka o J. Kleinerze jako o „neutralnym uczonym”.
Polemika: F. Wilk (List do redakcji). Ibid. 1966, nr 11, s. 158—159. Obrona religijności i cywilnej odwagi J. Kleinera. A 11. (Dedykacja), [w:] Rękopiśmienne dedykacje autorskie w księgozbiorze Ossolineum. Zebrał J. Długosz. (Przedm.:) J. Trzynadlowski. Wrocław 1967, s. 141. Dedykacja dla Ossolineum na nadbitce studium o Horsztyńskim (1916). 12. O trwałych i nietrwałych wartościach renesansu. Podał do druku J. Starnawski. Prace Polonistyczne 1967. Ser. 23, s. 3—25. Tekst wykładu wygłoszonego w KUL 3 marca i 1946 r. w cyklu odczytów Klubu Literackiego. Omówienie: H. Barycz, O nową koncepcję odrodzenia, [w:] H. Barycz, Z epoki renesansu, reformacji i baroku. Prądy — idee — ludzie — książki. War- szawa 1971, s. 748—753. Rozprawa syntetyczna J. Kleinera omawiana najdłużej spośród ujęć re- nesansu. 13. Reprezentatywność, symboliczność, alegoryczność. (Próba nowej kon- strukcji pojęć), [w:] Problemy teorii literatury. Oprać. H. Markiewicz. Wro- cław 1967, s. 310—313. Przedruk rozprawy z 1951 r. 14. (Znaczenie oświecenia w kulturze europejskiej), [w:] Z. Libera, Oświe- cenie. Warszawa 1967, s. 429—435. Fragm. Zarysu dziejów literatury polskiej. D J. Dętko, Historyk literatury i pisarze. Ruch Literacki 1967. R. 8, nr 3, s. 156—161. Listy do J. Kleinera: Jana Kasprowicza (1921); Juliusza Kadena Bandrow- skiego (1929, 1932); Kornela Makuszyńskiego (1931), Leopolda Staffa (1934, 1936); Wacława Sieroszewskiego (b. d.); Wacława Szymanowskiego (1927, 1928). 33. St. Skwarczyńska, Juliusz Edwin Kleiner (1886—1957). [w:] Polski Słow- nik Biograficzny t.’12, z. 4(55). Wrocław 1967, s. 580—583. Biogram. 34. B. Winklowa, Tadeusz Żeleński (Boy). Twórczość i życie. Warszawa 1967, 412, 651, 677. Sprawa listu Boya do J. Kleinera z 1930 r., literatura przedmiotu zwią- zana z tą sprawą. 1968 A 15. Persónlichkeit und Uberpersónliche Werte in Goethes „Faust”. (Tłum H. Buddensieg). Mickiewicz — Bldtter 1968. R. 13, z. 38, s. 97—107. Przekład rozprawy J. Kleinera z 1932 r. 16. Zarys dziejów literatury polskiej. Od początków do 1918 r. Przejrz. i uzup. St. Kawyn, J. Spytkowski, T. Ulewicz. Wrocław 1968, s. 567. Polemika: J. Milewski, Brzydka historia, Słowo Powszechne 1968. R. 21, nr 261, s. 3 (niesłuszna pretensja o rzekome skreślenie przez wydawców ustępu dotyczącego Skargi); T. Ulewicz, Około wznowienia „Literatury polskiej" J. Klei- nera. Zycie Literackie 1968. R. 18, nr 49, s. 13 (wyjaśnienie). B 17. J. W. Goethe, Wybór poezji. Oprać. Z. Ciechanowska. Wyd. 2. Wrocław 1968, BN Ser. II, nr 48. s. CXXXVIII notatka edytorki o J. Kleinerze — tłumaczu; s. 168, 465 przekł. J. Kleinera, Epigramat 65; Wszystko dają bóstwa... D 35. B. Karelusówna, E. Mendelska, Bibliografia nauki polskiej o literatu-
rze polskiej i innych literaturach słowiańskich za lata 1963—1967. Biuletyn Po- lonistyczny 1968. R. 11, z. 31, s. 98. Bibliografia prac J. Kleinera z wymienionych lat. 36. St. Kawyn, Juliusz Kleiner (1886—1957). Roczniki Biblioteczne 1937. R. 11, nr 1/2, druk. 1968, s. 47—54. Z fotogr. Ł ; 37. St. Kołaczkowski, Do luminarzy mojej parafii. Na marginesie mono- grafii Kleinera o Mickiewiczu. [w:j St. KołaczKowski, F sma wybrane. T. 1. Portrety i zarysy literackie. Oprać. St. Pigoń. Warszawa 1968, s. 368—371. Przedruk rec. z 1934 r. 38. M. Korolko, Dorobek filologii polskiej na KUL-U. Zycie i Myśl. 1968. R. 18. nr 10, s. 97—106. O J. Kleinerze s. 98, 99, 104, 105. 39. St. Lam, Zycie wśród wielu. Wyd. A.. Lam. Warszawa 1968, s. 28, 111— 112, 372, 381, 389. O J. Kleinerze złośliwie i nieodpowiedzialnie. Omówienie wzmianek por. E. Jankowski, Rocznik Literacki 1968. Warszawa 1970, s. 146. 1969 A 18. Słowacki. Wyd. 4. Wrocław 1969, 323 s. Wznowienie popularnej książki o Słowackim (1938). 19. Z problemów romantyzmu, [w:] M. Straszewska, Romantyzm. Wyd. 2, Warszawa 1969, s. 360—371, 437—438. . Por. poz. 6. D 40. J. Adamski, Sekrety wieku oświecenia. Esej w pięciu rozdziałach. Kra- ków 1969, s. 16 i n. W II rozdz. pt. Służąca z Domrómy polemika z pytaniami postawionymi przez J. Kleinera w analizie wolteriańskich utworów Mickiewicza w mono- grafii poety. 41. Almanach Biblioteki Narodowej. W 50-lecie wydawnictwa. 1919—1969. Wrocław 1969. W licznych wspomnieniach wzmianki o J. Kleinerze jako edytorze, po s. 44 fotogr. 42. T. Z. Bednarski, Juliusz Kleiner — twórca monografii trzech wieszczów w aspekcie patriotycznym. Zycie i Myśl 1969, nr 10, s. 96—102. 43. J. Czachowska, Ostap Ortwin. (Szkic biograficzny), [w:] O. Ortwin, O Wyspiańskim i dramacie. Oprać. J. Czachowska. Warszawa 1969, s. 6, 39, 45, 47, 48. Wzmianki dotyczące działalności J. Kleinera w lwowskim środowisku. 44 St. Fita, Udział polonistów KUL w ogólnopolskim życiu naukowym. Rocz- niki Humanistyczne 1969, t. 17, z. 1, s. 102—104. O J. Kleinerze — profesorze KUL. 45. M. Jasińska (-Wojtkowska), Dzieje teorii literatury w polonistycznym środowisku KUL. Roczniki Humanistyczne 1969, t. 17, z. 1, s. 59—61. O J. Kleinerze — profesorze KUL jako o teoretyku literatury. 46. K. Krobicki, O „Księgach Rodzaju narodu polskiego”. Pamiętnik Lite- racki 1969. R. 60, z. 3, s. 97—137. Dedykacja: „Pamięci prof. Juliusza Kleinera”. Próba rekonstrukcji utworu Słowackiego mówi o pracach J. Kleinera passim.
47. St. Kruk, Badania teatrologiczne w Katolickim Uniwersytecie Lubel- skim. Roczniki Humanistyczne 1969, t. 17, z. 1, s. 75—76. O J. Kleinerze jako o badaczu dramatu i teatru. 48. I. Opacki, Badania nad polską literaturą romantyczną w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Roczniki Humanistyczne 1969, t. 17, z. 1, s. 33—37. O profesurze J. Kleinera w KUL. Polemika: J. Starnawski, Szkice z dzie- jów polonistyki KUL. Ruch, Literacki 1971. R. 12, nr 5, s. 327—329 (wyjaśnie- nia dotyczące kilku sformułowań); I. Opacki, Odpowiedź J. Starnawskiemu. Ibid. 1972. R. 12, nr 1, s. 62—64 (odpowiedź nie wyjaśniająca niczego). 49. J. Parandowski, Juliusz Kleiner, [w:] J. Parandowski, Wspomnienia i sylwety. Wyd. 2. Wrocław 1969, s. 95—103. Przedr. wspomnienia z 1960 r. 50. M. Piszczkowski, Ignacy Krasicki. Monografia literacka. Kraków 1969. O pracach J. Kleinera passim. 1970 A 20. U wrót nowej estetyki (1929). Kultura Filmowa 1970, nr 7(143), s. 55—59. Przedr. rozprawy z 1929 r. B 21. J. W. Goethe, Pieśń wędrowca w nocy. Przeł. ... [w:] L. Eustachiewicz, Wypisy z literatury powszechnej dla liceów. Warszawa 1970, s. 63. D 51. M. Głowiński, Krytyka literacka Ostapa Ortwina. [w:] O. Ortwin, Ży- we fikcje. Studia o prozie, poezji i krytyce. Oprać. J. Czachowska. Warsza- wa 1970, s. 9, 31, 37. Wzmianki o J. Kleinerze. 52. A. Lam, Juliusz Kleiner jako teoretyk literatury, [w:] A. Lam, Pamięt- nik krytyczny. Kraków 1970, s. 157—164. Przedr. recenzji z 1957 r. 53. St. Skwarczyńska, Juliusz Kleiner jako metodolog i teoretyk literatu- ry. [w:] St. Skwarczyńska, Wokół teatru i literatury. (Studia i szkice). War- szawa 1970, s. 275—321. Przedr. rozprawy z księgi o J. Kleinerze (1961). 54. W. Weintraub, „Balladyna”, czyli zabawa w Szekspira. Pamiętnik Li- teracki 1970. R. 61, z. 4, s. 45—89. Polemika z interpretacją J. Kleinera. 1971 A 22. Pierwszy cykl Satyr Krasickiego, [w:] O literaturze polskiej. Wyb. i oprać.: A. Z. Makowiecki. Warszawa 1971, s. 99—112. Przedr. rozprawy z 1953 r. 23. U wrót nowej estetyki, [w:] Polska myśl teatralna i filmowa. Anto- logia. Pod red. T. Siverta i R. Taborskiego. Warszawa 1971, s. 650—656. Przedr. rozprawy z 1929 r. Por. poz. 20; obszerna nota wstępna. D 55. K. Górski, Juliusz Kleiner jako historyk literatury, [w:] K. Górski, Z historii i teorii literatury. Ser. 3. Warszawa 1971, s. 185—214. Przedr. rozprawy z księgi o J. Kleinerze (1961). 56. J. Iwaszkiewicz, O humanizmie, [w:] J. Iwaszkiewicz, Ludzie i książki. Warszawa 1971, s. 43—46. Przedr. artykułu z 1957 r. 57. W. Kubacki, Dziennik 1944—1958. Warszawa 1971, s. 46, 47, 125, 153, 172, 239, 260, 268, 380, 395, 423.
Wzmianki o J. Kleinerze, na ogół nieprzychylne. 58. Al. Rogalski, "Wspomnienia z prezesury okresu 1949—1952, [w:] 50 lat Poznańskiego Oddziału Związku Literatów Polskich 1921—1971. Księga jubi- leuszowa. Poznań 1971, s. 131—135. Odczyt J. Kleinera w Poznaniu (2/9 stycznia 1950) opisany z pełną doku- mentacją; przytoczone 4 listy J. Kleinera do Al. Rogalskiego. 59. J. Starnawski, Sylwetki kilku dydaktyków uniwersyteckich. Zycie Szko- ły Wyższej 1971. R. 19, nr. 10. S. 107—108 o J. Kleinerze. 60. J. Starnawski, Warsztat bibliograficzny historyka literatury polskiej (na tle dyscyplin pokrewnych). Warszawa 1971. O pracach J. Kleinera passim. 1972 A 23. Konśtruowanie celkou, a hodnotenie v literdrno-historickom badani. [w:] Słono, wyznam, dieto. Antologia pol’skej literdrnej vedy. (Oprać.) A. Po- pović. Bratislava 1972, s. 59—67. Przekład na język słowacki rozprawy pt. Kon- struowanie całości i ocena w badaniach historycznoliterackich. 24. Słowacki. Wyd. 5. Wrocław 1972, 323 s. 25. Zarys dziejów literatury polskiej. Cz. 1—2. (Od początków do 1918 r.). Przejrz. i uzup. St. Kawyn, J. Spytkowski, T. Ulewicz. Wrocław 1972, 590 s. (Cz. 3, 1918—1966, napisał Wł. Maciąg). Rec . M. Głowiński, Kleiner Maciągiem dopełniony. Literatura 1972. R. 1, nr 43, s. 4 (polem. Wł. Maciąg — M. Głowiński, ibid. 1973, nr 1 s. 15); M. Ku- rzyna, Słowo Powszechne 1972. R. 26, nr 274, s. 4; J. Termer, Trybuna Ludu 1972. R. 27, nr 349, s. 8; Z. Macużanka, Nowe Książki 1973, nr 4, s. 46—47; J. Paszek, Teksty 1973, nr 3, s. 148—155. B 26. J. Słowacki, Dzieła wszystkie. Pod red. Wł. Floryana. Dz. II. Utwo- ry wydane z puścizny rękopiśmiennej. T. 16. Król Duch. Rapsody nie wydane za życia poety. Tekst główny. Oprać. J. Kuźniar. Wyd. 1. Wrocław 1972, 679 s. Rec. J. Iwaszkiewicz, Zycie Warszawy 1973. R. 30, nr 84, s. 7. D 61. T. Zeleński-Boy: (List do J. Kleinera), [w:] T. Żeleński-Boy, Listy. Oprać. B. Winklowa. Warszawa 1972, s. 319—320. Przedr. listu z 1930 r. Por. poz. 5 w części A. 62. W. Frantz, Odłamki wspomnień przez przetak pamięci przesianych. Kra- ków 1972, s. 36, 132, 157. O J. Kleinerze jako o profesorze UJK. 63. (M. Podgórski) p, Juliusz Kleiner. W 15-lecie śmierci. Kamena 1972, nr 8(493), s. 3. Z fotogr. 64. R. Skręt, O badaniach Stanisława Pigonia nad polską literaturą roman- tyczną. [w:] Stanisław Pigoń. Człowiek i dzieło. Kraków 1972, s. 145, 147, 149, 150. Wzmianki o różnicy stanowisk pomiędzy J. Kleinerem i St. Pigoniem. 65. Z. Stefanowska, Stanisław Pigoń jako badacz Mickiewicza, [w:] Stani- sław Pigoń. Człowiek i dzieło. Kraków 1972, s. 131—135. O różnicy stanowisk pomiędzy J. Kleinerem i St. Pigoniem. 66. K. Wyka, Stanisław Pigoń. Próba rekonstrukcji osobowości, [w:] Sta- nisław Pigoń. Człowiek i dzieło. Kraków 1972, s. 31. Wzmianka o uniwersyteckiej młodości St. Pigonia i J. Kleinera.
J. Spytkowski, T. Ulewicz. (Cz. 3, 1918—1966, napisał Wł. Maciąg). Wyd. 2. Wrocław 1974, 590 s. 40. (Znaczenie oświecenia w kulturze europejskiej), [w:] Zdz. Libera, Oświe- cenie. Wyd. 2. Warszawa 1974, s. 467—473. Por. poz. 14. D 70. J. Bocheńska, Polska myśl filmowa do r. 1939. Wrocław 1974. O J. Kleinerze jako o estetyku filmu passim. 71. Juliusz Kleiner, [w:] Encyklopedia Powszechna PWN. T. 2. Warsza- wa 1974. S. 478: Krótka notka, z fotogr. 72. K. Korzon, Ludwik Bernacki. Bibliolog i edytor. Wrocław 1974. O kontaktach z J. Kleinerem passim. 73. J. Parandowski, Juliusz Kleiner, [w:] Portrety uczonych polskich. Oprać. A. Biernacki. Kraków 1974, s. 218—223. Przedr. wspomnienia z 1960 r. 74. J. Starnawski, Edytorstwo naukowe w Trzydziestoleciu 1944—1974. Ruch Literacki 1974. R. 15, nr 5, s. 276, 278, 279, 282. O pracach edytorskich J. Kleinera. 1975 A 41. (Listy do Jalu Kurka z 1927—1935 r., w liczbie 8). [w:] Materiały do dziejów awangardy. Oprać. T. Kłak. Archiwum Literackie t. 20. Wrocław 1975, s. 251—255. 42. O trwałych wartościach duchowych średniowiecza, [w:] J. Starnawski, Średniowiecze. Warszawa 1975, s. 172—183, 351—352. Wydawca opublikował z autografu tekst wykładu wygłoszonego przez J. Kleinera w cyklu Klubu Literackiego w Lublinie (październik 1947); fragm. 43. Sentymentalizm i preromantyzm. Studia inedita z literatury porozbio- rowej 1795—1822. Wyd. i oprać. J. Starnawski. Kraków 1975, 236 s. Tekst wykładów wygłaszanych przez J. Kleinera wielokrotnie, pt. Wstęp do romantyzmu polskiego, Zawiązki romantyzmu w Polsce..., lub — w ostatnich latach działalności — stanowiących część kursowego wykładu Historia literatu- ry polskiej, cz. 2. Rec. L. Kamiński, Nowe Książki 1975, nr 20, s. 30—31; I. Łossowska, Prze- gląd Humanistyczny 1975. R. 8, s. 127—130; Zdz. Libera, Rocznik Literacki 1975. Warszawa 1978, s. 203—204. 44. U wrót nowej estetyki, [w:] Polska myśl filmowa. Antologia tekstów z lat 1898—1939. Oprać. J. Bocheńska. Wrocław 1975, s. 155—160. Przedr. rozprawy z 1929; notka biograficzna, s. 297—1298. 45. Wilhelm Bruchnalski. (Konterfekt uczonego), [w:] W. Bruchnalski, Mię- dzy średniowieczem a romantyzmem. Oprać. J. Starnawski, Warszawa 1975, s. 5—18. Przedr. artykułu z 1946 r. 46. J. Słowacki, Dzieła wszystkie. Pod red. Wł. Floryana. Dz. II. Utwo- ry wydane z puścizny rękopiśmiennej. T. 17. Król — Duch. Oprać. J. Kuźniar i Wł. Floryan. Wyd. 1. Wrocław 1975, 1086 s. Omów.: Nad wielką edycją dzieł Słowackiego. Rozmowa z... Władysławem Floryanem... Wiadomości (Wrocław) 1975. R. 21, nr 20(946), s. 7 (rozmawiała E. Opoczyńska); J. Okopień, Wielka edycja dzieł Słowackiego nareszcie zakon-
czona. Przegląd księgarski i wydawniczy 1975, nr 23/24(731/732), s. 2; J. Iwasz- kiewicz, Tom XVII (w cyklu Rozmowy o książkach). Zycie Warszawy 1976, nr 121, s. 7; J. Łukasiewicz, Odra 1976, nr 5, s. 107; St. Makowski, Ostatnia korona pamiątek. Nowe Książki 1976, nr 9, s. 4—7, 63 (z fotogr. J. Kleinera, J. Kuźniara i Wł. Floryana); J. Okopień, Finał wielkiej edycji. Trybuna Ludu 1976. R. 28, nr 12, s. 8. D 75. St. Dąbrowski, Dwa Kleinerowskie schematy budowy dzieła literackie- go. Uwagi hermeneutyczne — porównania — analizy. Pamiętnik Literacki 1975. R. 66, z. 3, s. 97—146. 76. K. Górski, Tekstologia i edytorstwo dzieł literackich. Warszawa 1975. Wyd. 2, zmień., Sztuki edytorskiej (1956). W przedmowie (s. 8) o J. Klei- nerze jako o mistrzu. Uwagi o edytorskich pracach J. Kleinera passim. 77. P. Graff, O poznawaniu cudzych stanów psychicznych. Podstawy teorio- poznawcze zagadnienia ekspresji, [w:] Studia z dziejów estetyki polskiej 1918— 1939. Warszawa 1975, s. 105—121. O pracach J. Kleinera passim. 78. J. Maciejewski, Uniwersyteckie tradycje filologii polskiej w Poznaniu. Studia Polonistyczne 1975 t. 2 s. 23, 26. Wzmianki o nie zrealizowanym projekcie powołania J. Kleinera na ka- tedrę literatury polskiej w UP. 79. Z. Matracki, Biografistyka literacka Kleinera, [w:] Biografia — geogra- fia — kultura literacka. Wrocław 1975 s. 139—169. 80. M. Piszczkowski, Ignacy Krasicki. Monografia literacka. Wyd. 2. Kra- ków 1975. O pracach J. Kleinera passim. 1976 A 47. Istota utworu dramatycznego, [w:] Wprowadzenie do nauki o teatrze. Oprać. J. Degler. Wyd. 2. T. 1. Dramat — teatr. Wrocław 1976 s. 47—51. Por. poz. 33. 81. St. Eile, St. Kasztelowicz, Stefan Żeromski. Kalendarz życia i twórczości. Wyd. 2. Kraków 1976 s. 410—411, 442, 579—580. Cytaty z rozpraw J. Kleinera, o Wiernej rzece, o Walce z szatanem, o Przed- wiośniu. 82. K. Górski, O krytycznym wydaniu „Dzieł wszystkich” Juliusza Słowac- kiego. Pamiętnik Literacki 1976 R. 67 nr 1 s. 288—294. 83. Art. Hutnikiewicz, Zycie i śmierć poety. (O twórczości Jana Lechonia), [w:] A. Hutnikiewicz, Portrety i szkice literackie. Warszawa 1976 s. 149. Wzmianka o opiece J. Kleinera nad Kołem Polonistów studentów UW (1917—1920). 84. Z. Matracki, Biografistyka literacka Juliusza Kleinera. Sprawozdania Gdańskiego Towarzystwa Naukowego 1976 t. 2 s. 242—245. Streszczenie. Por. poz. 78. 85. T. Mikulski, Pożegnanie Juliusza Kleinera, [w:] T. Mikulski, Miniatury krytyczne. Warszawa 1976 s. 79—81. Przedr. artykułu z „Nowych Sygnałów” 1957 nr 14. 86. St. Treugutt, Słowacki i problemy interpretacji filologicznej. Pamiętnik Literacki 1976 R. 67 nr 1 s. 294—303. O wydaniach J. Kleinera i J. Krzyżanowskiego.
1977 A 48. Dzieje Konrada, [w:] Dramat romantyczny ..., op. cit., wyd. 2. Kraków 1977 s. 40—65. Por. poz. 31. 49. O sonetach A. Mickiewicza, [w:] Liryka romantyczna ..., op. cit., wyd. 2. Kraków 1977 s. 173—208. Por. poz. 36. 50. Samuel Zborowski w literaturze polskiej, [w:] Program Teatru im. Wę- gierki (Białystok) 1977 z. 4 s. 14—22. Przedr. artykułu ze „Sceny Lwowskiej” 1932/33. 51. Wielka Improwizacja, [w:] Dramat romantyczny ..., op. cit. Wyd. 2. Kraków 1977 s. 66—100. Por. poz. 38. 52. Z problemów romantyzmu, [w:] M. Straszewska, Romantyzm. Wyd. 3. Warszawa 1977 s. 339—350, 437—438. Por. poz. 6, 19. B 53. J. W. Goethe, Pieśń wędrowca w nocy. Przeł. ... [w:] L. Eustachie- wicz, Wypisy z literatury powszechnej dla Liceów. Wyd. 4. Warszawa 1976, druk. 1977, s. 73. Por. poz. 21, 30. D 86. St. Beylin, Wspomnienie o Juliuszu Kleinerze. Za i Przeciw 1977 nr 14 s. 18. Z fotogr. 87. M. Głowiński, Studium lektury: Słowacki czytany przez Kleinera, [w:] M. Głowiński, Style odbioru. Szkice o komunikacji literackiej. Kraków 1977 s. 138—165. 88. K. Górski, Juliusz Kleiner, [w:] 70 żywotów. Portrety. Sylwetki. Wy- wiady i wspomnienia o ludziach ... Wybrał A. Paluchowski. Kraków 1977 s. 361—370. Przedr. z Tygodnika Powszechnego 1957 nr 14. 89. J. Trzynadlowski, Juliusza Słowackiego dzieje edytorskie i wydawnicze. Ze Skarbca Kultury 1977 z. 29 s. 119—132. O J. Kleinerze passim. 91. W. Weintraub, Od Reja do Boya. Warszawa 1977 s. 203—258, 301—307. Przedr. studiów „Balladyna”, czyli zabawa w Szekspira; Dookoła „Legendy” Krasińskiego (Krasiński i Lamennais). O J. Kleinerze passim. Por. poz. 6 części A i 54 części B. 1978 D 92. St. Frybes, Literatury słowiańskie a literatura porównawcza, [w:] Z pol- skich studiów slawistycznych. Ser. 5. Literaturoznawstwo. Folklorystyka. Pro- blematyka historyczna. Prace na VIII Międzynarodowy Kongres Slawistów w Zagrzebiu 1978. Warszawa 1978, s. 6, O poglądach J. Kleinera. 93. I/reneusz/ J. Kamiński, Gorące dni kultury 1944—1948. Lublin 1978 s. 37, 162—163. Wzmianki o działalności J. Kleinera w Lublinie. 94. M. Tatara, Kazimierz Wyka jako pedagog uniwersytecki, [w:] Kazimierz Wyka. Praca zbiorowa ... Kraków 1978 s. 234—235. Zestawienie metod wykładu J. Kleinera i K. Wyki. 4 — Rocznik Przemyski t. 22/23
1979 95. St. Dąbrowski, Juliusz Kleiner o treści i formie w literaturze (1922 r.). [w:] St. Dąbrowski, Między wiedzą „pustą” a wiedzą dowolną: Analizy i kry- tyki wybranych wypowiedzi teoretycznoliterackich. Gdańsk 1979 s. 112—120. 96. K. Górski, Układ „Dzieł wszystkich” Juliusza Słowackiego w ossoliń- skim wydaniu wrocławskim (1952—1975). Pamiętnik Literacki 1979 R. 70 z. 3 s. 347—351. 97. Art. Hutnikiewicz, Polska historiografia literacka w okresie drugiej niepodległości. Pamiętnik Literacki 1979 R. 70 z. 2 s. 23—47. M. in. o Kleinerze. 98. J. Maciejewski, Losy wojenne i odbudowa polonistyki literackiej. Lata 1939—1950. Pamiętnik Literacki 1979 R. 70 z. 2 s. 61—87. M. in. o Kleinerze. 99. St. Makowski, Edytor jako współtwórca tekstu literackiego. Pamiętnik Literacki 1979 R. 70 z. 3 s. 361—364. Rozważania oparte o edycję Słowackiego „Dzieł wszystkich" pod red. J. Kleinera. 100. H. Markiewicz, Teoria literatury i badań literackich w latach 1918— 1939. Pamiętnik Literacki 1979 R. 70 z. 2 z. 49—60. M. in. o pracach J. Kleinera. 101. J. Starnawski, Praca wydawcy naukowego. Wrocław 1979, 171 s. O pracach edytorskich J. Kleinera passim. 102. J. Starnawski, Stanisław Pigoń — Juliusz Kleiner (paralela). Ruch Literacki 1979 R. 20 z. 4 (115) s. 249—258. 103. M. Tatara, Problematyka edytorska „Króla Ducha” i edycja poematu w „Dziełach wszystkich” Juliusza Słowackiego. Pamiętnik Literacki 1979 R. 70 z. 3 s. 351—361. Wydanie Króla Ducha w 16. i 17. tomie Dzieł wszystkich nie było pracą J. Kleinera, ale w poprzednich „poematach filologicznych” wypowiedział się na temat Króla Ducha, co dokładnie omówił M. Tatara. 104. J. Trzynadlowski, Autor — dzieło — wydawca. Wrocław 1979. S. 38 Fotografia J. Kleinera — edytora. 1980 A 54. (Poetycka wizyjność „Króla-Ducha”). [w:] St. Makowski, Juliusz Sło- wacki. Biblioteka „Polonistyki”. Warszawa 1980 s. 332—333 Fragment t. IV monografii o Słowackim. D 105. E. Cichla-Czarniawska, W drodze do wierchu. (O twórczości Jalu Kur- ka). Warszawa 1979, druk. 1980, s. 119. Cyt. zdanie J. Kleinera o powieści Jalu Kurka, Grypa szalaje w Naprawie w związku z nagrodą młodych PAL. Por. poz. 41. 106. St. Makowski, „Poetyczna droga” Juliusza Słowackiego, [w:] St. Ma- kowski, Juliusz Słowacki. Warszawa 1980. S. 12, 14, 15, 18, 19, 34, 50, 61, 62, 84, 92, 104, 106, 117, 120, 140, 143 144, 145, 146, 147, 149, 150 — o J. Kleinerze. 107. H. Markiewicz, Przemiany ergografii w polskich badaniach literackich do roku 1939. Pamiętnik Literacki 1980 R. 81 z. 4 s. 139—164. O J. Kleinerze passim. 108. Z. J. Nowak, Ze wspomień o Jerzym Szaniawskim, [w:] Z. J. Nowak,
Wśród pisarzy i uczonych. Szkice historycznoliterackie. Katowice 1980 s. 175. Wzmianka o J. Kleinerze jako członku PAL w opowiadaniach J. Szaniaw- skiego. 109. T. Parnicki, Historia w literaturę przekuwana. Warszawa 1980. S. 10, 25, 263, 282, 284, 294, 295, 336 — o J. Kleinerze. 1981 A 55. W kręgu historii i teorii literatury. Wyb. i oprać. A. Hutnikiewicz. Warszawa 1981. Biblioteka Filologii Polskiej. Ser. B. Literaturoznawstwo. Pod red. T. Ulewicza, 739 s. Zawartość: Słowo wstępne (A. Hutnikiewicz); I. Z historii literatury; War- tości światowe literatury polskiej; O trwałych i nietrwałych wartościach Re- nesansu; Ignacy Krasicki; Krasickiego „Bajki i przypowieści”; Lewis i jego „Tales of wonder” jako źródło ballad Niemcewicza; Powieść Marii z Czarto- ryskich ks. Wirtemberskiej; Romantyzm; Mickiewicz na tle literatury świato- wej; Kompozycja „Dziadów” części III; Problemy Improwizacji Konrada; Pro- roctwo Księdza Piotra; O „Panu 'ladeuszu” — książce budującej; Sztuka po- etycka Słowackiego; Samuel Zborowski w literaturze polskiej; Mesjanizm na- rodowy w systemie Krasińskiego; Z zagadnień bergsonizmu i romantyzmu; Lwów kolebką romantyzmu polskiego; „Śluby panieńskie” i „Zemsta” jako komedie antyromantyczne; Commedia dell’arte w „Zemście” a spór o datowa- nie akcji; W sprawie realizmu Fredrowskiego (szkic dyskusyjny); Powieść o władcy i o państwie; Pisarz wielkiego serca; Artyzm Sienkiewicza; Żeromski jako poeta powstania styczniowego; Żeromskiego walka z szatanem; Wyspiań- ski; Pod wrażeniem wojny i „Księgi ubogich”; Jan Kasprowicz. (Pod wraże- niem zgonu poety), Kazimierz Twardowski; Antoni Małecki; Jan Bołoz — An- toniewicz; Konstanty Wojciechowski jako badacz literatury polskiej; Józef Kallenbach; Józef Ujejski; Ostap Ortwin; Wacław Borowy; Tragizm dwoistego oblicza czynu w „Edypie królu”; Etyczne wyznanie wiary Goethego; Osobistość i wartości ponadosobiste w „Fauście” Goethego. II. Z teorii literatury i meto- dologu badań literackich: O typach poznania naukowego; Historyczność i poza- czasowość w dziele literackim; Treść i forma w poezji; Fikcja intelektualna w literaturze; Rola podmiotu mówiącego w epice, w liryce i w poezji drama- tycznej; Rola czasu w rodzajach literackich; Istota utworu dramatycznego; Pojęcie stylu; Tragizm; Z zagadnień komizmu; Konstruowanie całości i ocena w badaniach historycznoliterackich; U wrót nowej estetyki. Bibliografia prac Juliusza Kleinera. Wybór. Oprać. J. Starnawski. Rec. St. Skwarczyńska, „Nowe książki” 1981 nr 21 s. 24—26. D 110. M. Kotlarczyk, Reduta słowa. Londyn 1980, druk. 1981. S. 34—35, 50—51, 56—57 o J. Kleinerze i o jego działalności na rzecz utrzy- mania Teatru Rapsodycznego. 111. Z. J. Nowak, Juliusz Kleiner wśród inicjatorów Słownika Mickiewi- czowskiego. Pamiętnik Literacki 1981 R. 72 z. 2 s. 112. Wł. Próchnicki, Juliusz Kleiner, [w:] Mały słownik pisarzy polskich. Cz. 2. Warszawa 1981 s. 109—110. Biogram. 113. H. Markiewicz; Polska nauka o literaturze. Zarys rozwoju. Warszawa 1981 s. 5, 90, 117, 122, 146—147, 150, 158—160, 163, 165, 171, 176, 178—179, 194, 198—199, 203, 213—214, 220.
A 1982 114. Zdz. Łączkowski, Pan Profesor. Słowo Powszechne 1982 R. 36 nr 26 s. 9. Wspomnienie o J. Kleinerze z lat lubelskich. Z fotogr. 115. R. Popkowicz-Tajchert: Młodopolski racjonalista. Ibid. Addenda 1962 Commedia dell’arte w „Zemście” a spór o datowanie akcji, [w:] Aleksander Fredro. Oprać. T. Sivert (współpr. E. Heise). Warszawa 1962 s. 157—162. Biblio- teka „Polonistyki”. „Śluby panieńskie” i „Zemsta” jako komedie antyromantyczne. Ibid. s. 151—156, Przedr. dwu prac z tomu O Krasickim i o Fredrze (1956). 1963 (Książę Biskup Warmiński), [w:] Ignacy Krasicki. Oprać. J. Nowak-Dłużewski Warszawa 1964 s. 141—158. Biblioteka „Polonistyki”. Pierwszy cykl Satyr Krasickiego. Ibid. s. 179—204. Przedr. dwu prac z tomu O Krasickim i o Fredrze. 1971 W. Zechenter, Upływa szybko życie. Książka wspomnień. Kraków 1971 s. 153, 221, 426, 553, 613. Toż. w wyd. 2 t. 1—2. Kraków 1975 t. 1 s. 159, 235; t. 2 s. 68, 193, 201, 276. W t. 1 pomiędzy s. 256 i 257 fotogr. uczestników turnieju „Kraków-Lwów”, pośrodku J. Kleiner. 1974 T. Chabros, Kronika wydarzeń w Lublinie 21 VII 1944—1 II 1945. Lublin 1974 s. 56, 60, 78, 109, 114, 123.
Jerzy Starnawski KLEINERIANA BIBLIOTECZNE Korespondencja Juliusza Kleinera (24 IV 1886—23 III 1957) podana do druku w wyborze Feliksa Araszkiewicza i podpisanego w księdze zbiorowej o jego życiu i działalności wypełnia 56 stronic petitem \ z cze- go dosłownie pół stronicy zajmuje jedyny dostępny wówczas wydawcom przedwojenny list do Kleinera, list Witkacego. Wydawcy otrzymali od p. Marii Kleinerowej „listotekę” profesora, ale jedynie powojenną. Dro- bne addenda przybywają. W kilka lat po wydaniu księgi Jan Dętko opublikował garść przedwojennych listów do Kleinera przechowywa- nych dotąd w zbiorach lwowskich 1 2. Obecnie przybywa drugi przyczynek, głównie choć nie wyłącznie z lwowskich lat profesora. Tym razem są to jego listy i napisana przez niego sui generis recenzja wewnętrzna z tej doby, kiedy wewnętrzne recenzje wydawnicze nie były regułą. A owa recenzja wewnętrzna dotyczy pracy przemyślanina. Wszystkie trzy rękopisy pochodzą ze zbiorów Biblioteki Miejskiej w Bydgoszczy. Pozycje zgrupowane pod cyframi I i III przekazał do zbiorów Biblioteki Witold Bełza (8 V 1886—24 II 1955), kolega uniwer- sytecki Kleinera, pierwszy dyrektor Biblioteki (do 1952 roku). Pozycje zgrupowane pod cyfrą II — niewątpliwie mieszkający przez wiele lat w Bydgoszczy Adam Grzymała-Siedlecki (29 I 1876—29 I 1967). Grupa I gromadzi trzy listy Juliusza Kleinera do Witolda Bełzy. Wszystkie pochodzą z rękopisu o sygn. II 862 (k. 1 r., 2 r., 5 r. — 6 r.). Dwa pierwsze dotyczą niedoszłego udziału Juliusza Kleinera w redago- wanej przez Witolda Bełzę i Teodora Brandowskiego księdze, która uka- zała się w 200 egzemplarzach (sic!) pt. Na Dziesięciolecie Biblioteki Miej- skiej w Bydgoszczy 1920—1930 (Bydgoszcz 1931). Jak świadczą rękopisy biblioteczne, W. Bełza zaprosił do współpracy wielu znakomitych uczo- nych, uzyskał zaś prace: Aleksandra Birkenmajera, Mariana Gumowskie- 1 Por. Juliusz Kleiner, Księga zbiorowa o życiu i działalności. Lublin 1961 s. 238—264. 2 Por. J. Dętko, Historyk literatury i pisarze. Ruch Literacki 1967 R. 8 s. 156—161.
go, Wiktora Hahna, Kamila Kantaka, Adama Lewaka, Adama Łysakow- skiego, Jana Pietrzyckiego, Mariana Szyjkowskiego i Stefana Yrtela Wierczyńskiego. Spośród twórców m. in. Józefa Weyssenhoffa3. List trzeci jest podziękowaniem za życzenia jubileuszowe, jakie Bełza wysłał Kleinerowi 19 kwietnia 1946 roku4, zawiera informacje o aktualnym stanie prac nad Dziełami wszystkimi Słowackiego. Grupę II tworzą zaczerpnięte również z rękopisu II 862 (k. 7 r. — 8 r.; 9 r.) dwa listy z r. 1931—1932 do Adama Grzymały-Siedleckiego. Nazwisko adresata, którego Kleiner nazwał redaktorem, nie zostało nig- dzie zanotowane. Listy pisane były do redaktora „Kuriera Warszaw- skiego”, który w r. 1931—1932 jako „naczelni” redaktorzy podpisywali Ferdynand Hoesick i Konrad Olchowicz. Dało się wszakże ustalić, iż list drugi (z 1932 r.) pisany był do Grzymały-Siedlećkiego, autora recen- zji o książce Kleinera. Niewątpliwie do tego samego adresata skierowany był list pierwszy (z 1931 r.). Grzymała-Siedlecki nie był naczelnym re- daktorem „Kuriera Warszawskiego”, był jednak w tym czasie jego sta- łym współpracownikiem redakcji. Zgodnie ze zwyczajem tytułuje się u nas redaktorem każdego pracownika redakcji. Tekst zamieszczony w grupie III (rękopis o sygn. I 432) nie jest da- towany i na pierwszy rzut oka nie wiadomo, do kogo i dla jakich celów został napisany. Datę da się jednak, przynajmniej w przybliżeniu, usta- lić. Mowa tu o Adamie Fischerze (7 VI 1889—22 XII 1943) 5, etnologu, profesorze UJK, którego Kleiner nazywa doktorem, ale nie profesorem. Było to więc po doktoracie Fischera (1912), przed habilitacją (1921). Tę datę, dość ramowo określoną, potwierdza też pisownia: hystoryi, dysku - syi, akcyi, taka, jaką spotykał piszący te słowa w rękopisach wykładów Kleinera pt. Ignacy Krasicki i jego wiek 6, powstałych w głównym zrębie w 1916 roku. Zagadkowy dramat Fischera o Skardze, może planowany w roku rocznicowym 1912 (?), prawdopodobnie nie ujrzał światła dzien- nego w druku, może nigdy nie został wystawiony, a może i nie był na- wet ukończony. Zainteresowania uczonego widowiskami ludowymi są znane 7; o tym, że sam próbował twórczości na tym polu, nie pamięta się powszechnie. Ale nie idzie o sztuczne wydobywanie z mroku nie- pamięci szkicu dramatycznego pisanego przez znakomitego etnologa. Istotne dla nas, że krótka recenzja wewnętrzna (tak bowiem dziś należy określić tekst) Kleinera mieści niezwykle subtelne uwagi o dramacie przeznaczonym dla szerszych mas, o dramacie mającym postać histo- ryczną jako głównego bohatera. Z tych względów tekst zasługuje na publikację. 3 Księga wydana w r. 1931 pt. Na Dziesięciolecie Biblioteki Miejskiej w Byd- goszczy 1920—1930 zawiera prace osób wymienionych oraz kilku innych jeszcze. 4 Por. J. Kleiner, Księga zbiorowa ... op. cit. s. 216—217. 5 Por. A. K u n y s z, Wkład mieszkańców województwa przemyskiego do nauki i kultury polskiej, [w:] Siedemdziesiąt lat Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Prze- myślu 1909—1979. Przemyśl 1979 s. 116. 6 Por. J. Kleiner, Studia inedita. Oprać. Jerzy Starnawski. Lublin 1964 s. 5—227. 7 Por. bibliografię prac zestawioną przez Józefa Gajka w artykule: Sp. Adam Fischer. Lud 1939—1945 R. 36 druk 1946 s. 13—18.
1. 5 XI 1931 Wielce Szanowny Panie Kolego, Z prawdziwą przyjemnością napisałbym artykuł przeznaczony dla Księgi Pa- miątkowej — niestety jednak tak nadmiernie jestem już obarczony różnymi zo- bowiązaniami, że przyobiecać tego nie mogę. Przypuszczam, że nie weźmie mi Pan Kolega tego za złe, gdyż nie brak dobrej woli jest tu przeszkodą. Serdeczny uścisk dłoni łączę i wyrazy prawdziwego poważania. Juliusz Kleiner8 9 2. 31 X 1932 Kochany Kolego, Piszę na wyjezdnym do Paryża®. I w tym mieści się odpowiedź. W początkach pobytu w Paryżu, wśród pracy bardzo intensywnej, nie zdołam zdobyć się na arty- kuł. Wiem, że zrozumiecie to i że mi wybaczycie. Serdeczny uścisk dłoni i wyrazy głębokiego szacunku Juliusz Kleiner 10 11 3. Lublin, 2 V 1946 Wielce Szanowny i Kochany Panie Kolego, Jak najserdeczniej dziękuję za życzenia jubileuszowe. Chętnie cofam się wspomnieniami do czasów, gdyśmy obaj — ja jako starszy, Wy jako „stawiający pierwsze kroki” — byli studentami. Epoka baśni ... Druk tomu VIII Dzieł wszystkich zaczęty był już w r. 1939 i po wakacjach miał pójść do druku Horsztyński. Czy i kiedy możliwa będzie kontynuacja wyda- nia, trudno dziś wyprofokowaćn. Materiały do Dzieł wszystkich zostały we Lwo- wie, wśród nich przygotowany przez Was tekst Horsztyńskiego. Wszelkie rękopisy zostawiłem we Lwowie zapakowane z napisem „rzeczy najważniejsze”. Część przy- słała mi tutaj pani Stefania Skwarczyńska, reszta powinna być we Lwowie. W Osso- lineum ma być siedem worków z moimi książkami12, przypuszczam, że będą tam 8 Jest to pocztówka; verso adres: Jaśnie Wielmożny Pan Dyrektor Dr Witold Bełza, Bydgoszcz, Stary Rynek, Biblioteka Miejska. 9 W Paryżu przebywał Kleiner w I i II trymestrze r. 1932/33. 10 Jest to pocztówka; verso adres jak poprzednio, bez „Stary Rynek”. 11 Horsztyński ukazał się w VIII tomie Dzieł Wszystkich Słowackiego (Wroc- ław 1958 s. 231—378) w opracowaniu Witolda Bełzy i Kleinera (a więc obaj nie do- czekali się realizacji) przy współudziale Władysława Floryana. Wstęp filologiczny był dziełem wszystkich trzech: tekst opracował J. Kleiner, odmiany — W. Bełza. 12 Część biblioteki swej, ale część niewielką, odzyskał J. Kleiner w r. 1950.
i rękopisy, że będą zwłaszcza przygotowane do druku w dalszych tomach Dzieł obok Horsztyńskiego opracowane przez Sp. Czubka teksty Agezylausza, Zawiszy Czarnego i Zborowskiego 13 14 1S. W przyszłości będę czynił wszelkie starania, by edycja Dzieł wszystkich została podjęta na nowo; ale starania te zacząć się mogą dopie- ro wtedy, gdy możliwe będzie korzystanie z autografów14. Mam nadzieję, że uda mi się do wydanych już dziesięciu tomów dołączyć jeszcze brakującą szóstkę15. Od St. Łempickiego mam od czasu do czasu listy; zdaje się, stan jego zdrowia polepszył się trochę1*. Zasyłam Wam, Kochany Kolego, serdeczne uściśnienie dłoni i wyrazy głębo- kiego szacunku. Juliusz Kleiner 17 II 1. Lwów, Supińskiego 11 A 18X111931 Wielce Szanowny Panie Redaktorze, Przed dwoma tygodniami posłałem Panu Redaktorowi artykuł o „Redaktorce Małego Światka” i list (polecony). Ponieważ nie mam odpowiedzi, piszę ponownie. Co do artykułu bardzo proszę o umieszczenie go już teraz, w okresie przed gwiazd- ką, bo sędziwej, a zasłużonej autorce (osiemdziesięcioletniej) chciałbym na łamach „Kuriera” urządzić niby malutki gwiazdkowy jubileusz. Zasługuje na to jej pół- wiekowa działalność. O ile bym otrzymał korektę, odeślą ją zaraz 18. Jednocześnie proszę o łaskawą wiadomość, czy Pan Redaktor chciałby mieć 13 Agezylausz ukazał się w tomie XII/2 Dzieł Wszystkich Słowackiego (Wrocław 1961, s. 5—212) w opracowaniu Juliusza Kleinera i Jana Kuźniara, Zawisza Czarny tamże (s. 249—620) w opracowaniu Kleinera i Floryana przy współudziale Jerzego Pelca, Samuel Zborowski w tomie XIII/1 (Wrocław 1963, s. 23—531) w opracowaniu Kleinera i Kuźniara. Trud filologiczny Czubka przepadł. 14 Korzystanie z autografów Słowackiego stało się możliwe z chwilą zjawienia się ich w Ossolineum we Wrocławiu, a więc bardzo niedługo po napisaniu cyto- wanego listu. Dzieła wszystkie poczęły ukazywać się ponownie w 1952 roku. 15 Przed wojną J. Kleiner rozplanował edycję Dzieł wszystkich Słowackiego na 16 tomów, wydał (od r. 1924) tomy 1—7, 9—11. Edycja powojenna rozrosła się do 17 tomów, przy czym tomy XII i XIII ukazały się w dwu woluminach. Edycja za- kończona została w r. 1975; po śmierci J. Kleinera naczelnym redaktorem byl Wł. Floryan. 18 Stanisław Lempicki (25 V 1886—2X111947), przed wojną profesor historii oświaty i szkolnictwa UJK, objął w r. 1945 katedrę historii literatury polskiej starszej UJ. 17 Dołączona koperta; na niej adres: Wielce Szanowny Pan Dyrektor Dr Witold Bełza, Bydgoszcz, Biblioteka Miejska i adres zwrotny: Juliusz Kleiner, Lublin, Al. Racławickie 14, Katol[icki] Uniwersytet] Lubfelski], 18 Artykuł J. Kleinera Redaktorka „Małego Światka'’ i jej książka o polskim morzu — ukazał się w „Kurierze Warszawskim” 1931 R. 111, nr 354, s. 4—5. Była to recenzja książki A. Lewickiej, Z naszego morza i Pomorza. Opowiadania dla młodzieży z licznymi ilustracjami. Lwów 1932 (antedatowane). Gdy w kilka miesięcy potem Lewicka zmarła, upamiętnił ją J. Kleiner nekrologiem zatytuło- wanym Sp. Anna Lewicka w „Gazecie Lwowskiej” 1932 R. 122, nr 175, s. 3.
felieton o wydanych przez Instytut Literacki dramatach Andrzeja Rybickiego, czy też mam tę recenzję przeznaczyć dla innego pisma 19. Łączę ukłony serdeczne i życzenia świąt miłych i wyrazy głębokiego szacunku. Juliusz Kleiner 2. Lwów, 28 III 1932 Wielce Szanowny Panie Redaktorze, Niezmiernie miły podarek świąteczny otrzymałem od Pana Redaktora. Felieton w „Kurierze Warszawskim” sprawił mi prawdziwą wielką radość: dumny jestem z takiego sądu Pańskiego o mojej książce; dopomoże on jej też niemało w osią- gnięciu celu, w znalezieniu drogi do tych czytelników, którym chciałaby bliską uczynić dawną kulturę naszą 20. Dziękuję z głębi serca. Wiele ukłonów łączę i wyrazy głębokiego szacunku. Juliusz Kleiner ni SKARGA W DRAMACIE Pewne postacie i pewne wypadki wyodrębniają się w świadomości ogółu z całości historii i nabierają samoistnego, w znacznej mierze symbolicznego, życia, tworząc legendę dziejową. Skarga należy do polskiej legendy dziejowej. I w tym trudność główna stworzenia dramatu o Skardze. Bo dramat, który wplecie Skar- gę w tok mniej lub więcej drobiazgowo traktowanych wypadków historycznych, będzie raził nas właśnie dlatego, że przywróci Skardze historyczność, a odbierze legendarność. Trzy wobec tego otwierają się możliwości, by uczynić ze Skargi postać drama- tu, a jednak nie zatrzeć tego wyodrębnienia, jakiego doznała osobistość Skargi w naszej świadomości. Pierwsza możliwość to pojęcie Skargi jako legendarnego symbolu, jako uwarunkowanej historycznie treści naszej świadomości dzisiejszej, tej metody genialnie użył Wyspiański, wprowadzając w Weselu Stańczyka. Drugi sposób to pokazanie Skargi na tle historii jako postaci realnej wprawdzie, lecz zjawiskowej w swym działaniu; Skarga w tak skonstruowanym dramacie nie pro- wadziłby akcji, nie byłby stale na pierwszym planie, ale zjawiłby się w decydu- jącej chwili, by wieść słowo stanowcze, by wystąpieniem swym rozwiązać zawik- łanie; wielką, może niepokonalną, trudność stanowiłoby pogodzenie takiej kon- strukcji z prawdą historyczną. Wreszcie trzecia droga — to wyodrębnienie Skar- gi na tle historycznej akcji w ten sposób, że będzie on stał poza akcją jako od- cięta od reszty, wyższa nad innych postać kontrastowa; jeśli zaś w takim razie ma 19 Artykuł J. Kleinera Dramaty Andrzeja Rybickiego ukazał się w „Tygodniku Ilustrowanym” 1932 R. 74, nr 26, s. 423. Jest to recenzja z tomu A. Rybickiego Kostium arlekina. Dzień dobry. Biała sowa. Utwory dramatyczne. Warszawa 1931. 20 Mowa o artykule Adama Grzymały-Siedleckiego Dla dobra i radości każdego Polaka. „Kurier Warszawski” 1932 R. 112, nr 85, s. 5. Jest to bardzo pochlebna re- cenzja Kleinera Zarysu dziejów literatury polskiej (t. 1. Od początków do końca rządów Stanisława Augusta. Lwów 1932), recenzja nie odnotowana w Bibliografii Kleinera w wymienionej księdze z r. 1961.
wywrzeć wrażenie należyte, nie wpaść w monotonię i powtarzanie, może być tylko postacią epizodyczną. W trafnym poczuciu, że Skargę trudno uczynić bohaterem dramatu histo- rycznego, wybrał dr Adam Fischer właśnie tę ostatnią drogę. Ale i ona kryje w so- bie niebezpieczeństwo, które widoczne jest w scenariuszu dra Fischera — że epi- zodyczna postać Skargi przez zbyt silne wystąpienie przełamie harmonijną struk- turę dramatu. Co do całego szkicu dra Fischera, który to szkic mógłby być szkieletem dzieła niepospolitego, trudno mi wydać sąd stanowczy. Jest to plan, którego wykonanie nasunie dramaturgowi trudności ogromne, chociażby ze względu na to, że będzie musiał chronić się przed przewagą dyskusji, programów, oskarżeń, obron i ocen nad akcją. Jeśli autor z tych trudności wyjdzie zwycięsko, powstać może świetny dramat historyczny (który by niekoniecznie wymagał prologu i epilogu). Czy dramat dla sceny ludowej? Nie czuję się kompetentnym, by tę kwestię rozstrzygać. Ale zdaje mi się, że dramat ludowy musi dawać osobno psychikę wyrazistą a prostolinijną, akcji wielką żywość i przejrzystość, słowom bezpośred- niość uczuciową i że wymagać nie śmie od widza aparatu erudycyjnego. Czy wobec tego dramat, dający syntezę epoki historycznej, i to epoki, w której rządzi skom- plikowana osobistość Zygmunta III, może być dramatem dla sceny ludowej? — to rzecz dość wątpliwa. Juliusz Kleiner21. 21 Pieczątka: Biblioteka Miasta Bydgoszczy.
Juliusz Kleiner O TRWAŁYCH WARTOŚCIACH DUCHOWYCH ŚREDNIOWIECZA *> Jesteśmy we wsi polskiej. Idziemy szeroką drogą, która wyznacza jej strukturę. Po obu stronach drogi chaty; poza nimi w obu kierun- kach ciągną się pola uprawne, niekiedy sady i ogrody warzywne; gdzieś w środku drogi kościół lub kaplica. To struktura wsi średniowiecznej. To wieś flamandzka, której typ przyjęli Niemcy i jako osadnicy zanieśli na wschód, gdzie dano mu nazwę „wsi niemieckiej”. Jesteśmy więc we wsi naszej na terenie żywej, trwałej tradycji wie- ków średnich. W Polsce związek ów tym silniejszy, że pomimo ważnej roli miast zasadniczą formą osiedla pozostała u nas wieś. Takie zaś sta- nowisko wsi cechuje Europę średniowieczną w przeciwieństwie do sta- rożytności klasycznej, dla której głównym ośrodkiem zaludnienia jest miasto. Przecież gdy Wergiliuszowy Eneasz dla części swych towarzyszy tworzy na Sycylii osadę, to buduje od razu miasto. Idziemy do miast naszych, do Krakowa, do Lwowa, do starej War- szawy. Na środku plac wielki targów, na nim często budyńki na skład towarów przeznaczone, jak Sukiennice. We wszystkich kierunkach z pla- cu tego rozchodzą się pary ulic, proste początkowo i równoległe, potem często łamane. Na tymże placu lub niekiedy na innym ratusz, siedziba władz miejskich, z wieżą. To znowu zarys miasta średniowiecznego, a wieża ratuszowa wznosząca się ponad liczne rynki europejskie, jest przecież średniowiecznym symbolem władzy senioralnej. Wieża rycerska, donjon, była trzonem zamków pierwotnych i znakiem władania nad przestrzenią okoliczną — a gdy miasta zdobyły samodzielność — na jej znak wzniosły wieżę ratuszową. Chlubią się wielkie miasta dzisiejsze uniwersytetami. Tutaj jeszcze wyraźniejszy związek z tradycją średnich wieków trwającą w podziale na fakultety, w togach, w berłach i łańcuchach rektorskich i dziekań- *) Jest to wykład wygłoszony przez Juliusza Kleinera 5 października 1947 r. w sali Teatru Miejskiego w Lublinie, w ramach cyklu organizowanego przez Klub Literacki. Wykład ten w twórczości naukowej autora należy traktować jako stu- dium paralelne do syntetycznej charakterystyki Renesansu ogłoszonej w Pracach Polonistycznych (Ser. 23:1967, s. 3—25). Tekst oparto na autografie (9 kart forma- tu 29 X 31 cm), zapisanym recto i verso (numeracja — 18 stronic.).
skich, w uroczystych promocjach doktorskich, w formulach łacińskich. Bo ,,ciemne” wieki średnie stworzyły typ najwyższy uczelni i otoczyły go czcią ogromną: Papa et unwersitas Parisiensis duo lumina mundi. W w. XII powstaje uniwersytet boloński, od r. 1200 datuje się świetność Sorbony, a Oxford nie zadowala się nawet taką tradycją, lecz nieprzerwane swe dzieje snuje od czasu, gdy szkołę w nim założył Alfred Wielki. Atmosfera uniwersytecka, w początkach mająca wybitne piętno kul- tury międzynarodowej udzielanej słowem łacińskim, dzisiaj uzyskała silną barwę narodową. Ale i tu nie ustaje związek z wiekami, które dla uniwersytetów były kolebką. W przeciwieństwie do wielkich narodów Azji: Chińczyków, Hindusów — co ukształtowały swe oblicze w staro- żytności — i w przeciwieństwie do narodów amerykańskich, stworzo- nych przez wieki noWe i najnowsze, narody Europy skrystalizowały się w średniowieczu i ciągle ku niemu się zwracają historyczną pamięcią. Nawet Grecy i Włosi, uważający się za potomków Hellady i Romy, dzisiejszy charakter rasowy i kulturalny zawdzięczają epoce wędrówki ludów i stuleciom następnym. Wieża ratuszowa przestała być oznaką władzy — lecz ratusz nie prze- stał być siedzibą samorządu miejskiego ugruntowanego przed siedmiu, ośmiu lub dziewięciu wnękami. A na równi z miejskim i wiejskim sa- morządem z tychże czasów wywodzi swoje początki — parlamentaryzm. Starożytność znała tylko zgromadzenia wszystkich obywateli jako władzę ustawodawczą i sądowniczą; nawet rozszerzenie praw obywatelstwa (przez Karakallę) na całe imperium rzymskie nie doprowadziło do systemu reprezentacyjnego. System ten kształtuje się dopiero w nowych pań- stwach Europy chrześcijańskiej, opierając się na zasadach reprezentacji terytorialnej, stanowej i na wyborach. I aż do ostatnich czasów terytoria poszczególne wybierały posłów do parlamentu, czujących się też przed- stawicielami interesów terytorialnych; o trwałości zaś zasady stanowej wiedzą dobrze ci wszyscy, co pamiętają jeszcze austriacki system kurial- ny; przecież nawet rozszerzenie prawa wyborczego na ogół obywateli otrzymało w monarchii austro-węgierskiej charakter stworzenia nowej kurii, kurii „piątej”. Parlamentaryzm doszedł w w. XX do ostrego kryzysu (i stracił swe znaczenie w państwach totalnych). Ale gdy George Sorel wymierzy! przeciwko parlamentaryzmowi cios zabójczy, przeciwstawił mu inny system reprezentowania interesów społecznych: organizację związków zawodowych, syndykalizm. Te związki zawodowe stały się formą orga- nizowania społeczeństwa w republice sowieckiej i przyjęte zostały rów- nież przez faszyzm. A właśnie koncepcja związków opartych na formach pracy to typowa koncepcja średniowieczna. Gdy do świadomości klaso- wej dochodzi i walczyć poczyna o zrównanie z rycerstwem żywioł miej- ski, wtcdyjączą się kupcy i rzemieślnicy w korporacje zawodowe, w gil- die i w cechy. Najpotężniejsza idea rewolucyjna czasów nowych, idea Saint-Simona, by ustrój świata oprzeć na pracy i by kult pracy stał się podstawą po- glądu na świat — żyła już i działała w średniowieczu, a kult pracy zna- lazł wyraz w rzemieślniku-artyście, znamiennym tworze tej epoki. Przej- dzie rzemieślnik-artysta do renesansu — i zarówno w Norymberdze
Piotr Yischer czuć się będzie członkiem cechu rzemieślniczego — jak we Włoszech kamieniarzem czuć się będzie Michelangelo. W obrazie dzisiejszego miasta niemałą rolę mają koszary, ulicami jego przeciągają często oddziały wojskowe. Armia oparta na obowiązku powszechnej służby wojskowej i wyposażona wszelkimi zdobyczami tech- niki jest tworem młodym — ale i ona organicznie się łączy z ewolucją mediewalistycznej strategii. Właściwością średniowiecza jest silne wy- odrębnienie stanu wojskowego, zawodowość rycerstwa i żołnierzy zacię- żnych, a schyłek tej epoki przynosi zmianę zupełną w metodach wojo- wania. Ustaje typ dawny bitwy, zgodny z tradycjami starożytności, prze- de wszystkim będący szeregiem pojedynków; miejsce ścierania się ry- cerza z rycerzem zajmuje rażenie pociskami z odległości; łucznicy grają rolę naczelną, a niebawem łuk ustępuje strzelbie; wynalazek prochu strzelniczego wiedzie do stworzenia artylerii, nowa zaś strategia kon- netabla francuskiego, du Guesclina w w. XIV zmierza do zniszczenia armii przeciwnej. Olbrzymie armie współczesne, wobec których garstką wydawałyby się zastępy spod Grunwaldu, walczą o imperia światowe oparte na podsta- wach ideologicznych (bolszewizm, faszyzm, narodowy socjalizm i libe- ralizm demokratyczny — oto zmagające się w boju milionów koncepcje światowego ustroju). Imperium światowe zespolone ideologią — to idea średniowieczna. Nie zaczyna się bynajmniej tą ideą historia imperiów. Jak wielkie religie światowe, jak również imperia światowładne wywodzą się z Azji. Wielkie monarchie azjatyckie — chińska, assyryjsko-babilońska i perska — mają wspólny charakter państw kontynentalnych, dla których racją bytu i ekspansji jest jednolitość opanowywanego kontynentu. Przełamuje tę zasadę imperium perskie, nie przez zajęcie Egiptu, który łączył się lądowo z Azją, lecz przez sięgnięcia po Helladę europejską. Wojny perskie to przykłady zaborczości azjatyckiej. Były one mo- mentem zwrotnym dziejów Azji i Europy — na długie wieki położyły kres ekspansji imperializmu azjatyckiego. Hellenowie, poprzestając na obronie swej niepodległości, nie wysnuli ze zwycięstwa konsekwencji sięgających w sferę polityki światowej. Wysnuł je dopiero spadkobierca Hellady — Aleksander Macedoński. Tworzy on imperium nowego typu: nie kontynentalne już, lecz śródziemnomorskie, obejmujące kontynenty Europy, Azji i Afryki (i jeśli sięgało w głąb kontynentu azjatyckiego, to z powodu przyjęcia spuścizny perskiej). Dzieło polityczne Aleksandra Wielkiego nie przeżyło twórcy, za to stało się podstawą pierwszego ukształtowania się kultury światowej. Hellenizm sięgał od Półwyspu Apenińskiego po Indus, od Macedonii po granice południowe Egiptu, a miasto egipskie, Aleksandria, stało się jego stolicą. Wahał się potem los ówczesnego świata śródziemnomorskiego między dwiema możliwościami: chodziło o to, czy imperium światowe stworzy Kartagina — kolonia fenicka, wyrastająca ponad głowę macierzy, jak dziś wyrasta ponad głowę Anglii Ameryka Północna — czy Rzym. Zwy- ciężył Rzym (a chociaż w wojnie z Kartaginą miał długo charakter po- tęgi lądowej i chociaż wielkim jego tryumfem strategicznym było za- mienienie bitwy morskiej na pewnego rodzaju bitwę lądową) — zorga- nizował imperium śródziemnomorskie trójkontynentalne, i to w odróż-
nieniu od państwa Aleksandrowego, jednoczącego całe Morze Śródziem- ne i wszystkie jego wybrzeża. Imperium ugruntowane przez Cezara i Augusta okazało się poza mo- narchią chińską najtrwalszym tworem historycznym, bo istniało lat pół- tora tysiąca. Co prawda trwałość tę miała tylko część wschodnia; jedność imperium rozerwana została pod koniec wieku IV po Chrystusie i wkrót- ce potem pod ciosami inwazji germańskiej „wędrówki ludów” padło ce- sarstwo zachodniorzymskie. Na czas jakiś przerwała się europejska jednolita historia powszech- na — zaczęły się dzieje partykularne różnych państw plemiennych. Nie zginęła wszakże idea światowego imperium: jej strażnikami są biskupi rzymscy, papieże. A w w. V, w epoce rozkładu monarchii rzymskiej, biskup afrykański Hippony, św. Augustyn, nową koncepcję światowego państwa dał w dziele De civitate Dei, broniącym chrześcijan przed za- rzutami przeciwników. Pojmuje tu chrześcijaństwo jako zespolenie ludz- kości w rzeczpospolitą wiernych pod rządami strażników wiary i idei moralnej zmierzającą ku celowi Bożemu, będącą Królestwem Bożym na ziemi. W połowie w. VII (w jedenaście wieków po zatrzymaniu ekspansji azjatyckiej przez Hellenów), nowa potęga zaborcza wyrusza z Azji na zdobycie świata. Ekspansja zdobywcza islamu, mimo że poczynająca się w Azji, nie idzie torem monarchii kontynentalnych azjatyckich; fale jej płyną ku zachodowi — i niby spadkobierca Romy — małrometanizm arabski tworzy nowe imperium śródziemnomorskie (które po zajęciu pół- nocnej Afryki zagarnia Półwysep Iberyjski i sięgnąć chce na Pireneje). Ale powtarza się w pewnej mierze historia wojen perskich. Rolę przed- murza Europy, rolę Hellenów dawnych, obejmują barbarzyńscy, już na- wróceni na chrześcijaństwo Frankowie. Karol Martel powstrzymuje in- wazję azjatycką, chociaż nie przełamuje jej w tym stopniu, jak po stu- leciach Jan Sobieski. A u Franków rodzi się na tle zmagań poczucie misji dziejowej, misji pionierów chrześcijaństwa przeciwko naporowi wyznawców Allacha. Krystalizuje się to poczucie misji w idei politycznej Karola Wielkie- go. Wznowione ma być imperium rzymskie jako imperium chrześcijań- skie, którym zresztą stało się już imperium Konstantyna. Rok 800 po Chr., rok koronacji rzymskiej Karola, zaczyna nową historię powszech- ną Europy — ale twór polityczny wielkiego władcy frankońskiego rozpa- da się po jego śmierci. Znowu górę biorą dzieje partykularne i dopiero zbliżanie się tysiąclecia, owego oczekiwanego z lękiem i z nadzieją mille- nium wiedzie ku dalszej historii powszechnej — ku historii średniowie- cza w pełni jego rozkwitu. Niby zapowiedzią nowej ery jest podjęcie idei Karolowej przez Ottona I; koronacja jednak, która odbyła się w 962 r., dała początek tylko cieniowi rzymskiego imperium — fikcją w istocie swej pozostanie, mimo ważnej roli dziejowej, „cesarstwo rzymskie nie- mieckiego narodu”. Koncepcja istotnego zespolenia ludzkości w impe- rium jednolite innego miała znaleźć realizatora: ideę św. Augustyna wcie- lać zaczyna w rzeczywistość jeden z największych umysłów i najwięk- szych charakterów świata — kardynał Hildebrand rządzący Kościołem jako doradca papieży, a wreszcie sam zasiadający na tronie Piotrowym jako Grzegorz VII.
Jego idea polityczna góruje nad wszystkimi koncepcjami imperiów, jakie czy to przed nią się realizowały, czy miały w późniejszych wie- kach kształtować historię świata, częścią z Azji biorąc początek (państw’0 Dzyngischana, państwo Tamerlana, cesarstwo tureckie, imperialistyczne dążenia Japonii), częścią z Europy (monarchia hiszpańSko-habsburska, w której „nie zachodziło słońce”, oceaniczne imperium Wielkiej Brytanii, kontynentalne imperium rosyjskie, cesarstwo Napoleona) — aż po star- cie się czterech imperializmów w drugiej wojnie światowej. Owa res- publica Christiana, wymarzona przez św. Augustyna, w realizacji, jaką jej wytyczał Grzegorz VII, dawałaby największą rękojmię szczęścia i po- koju zjednoczonej ludzkości. Rządzić nią miał Kościół — instytucja słu- żąca najwyższym ideałom — będąca w istocie najgłębszej strażnicą etyki. Władzę zyskałaby warstwa reprezentująca najwyższą kulturę ówczesną, nie tylko chrześcijańską, lecz także wziętą w spuściźnie po cywilizacji grecko-rzymskiej, nie tylko religijną, duchową, lecz i materialną, gos- podarczą; byłyby to więc rządy elity, o jakich myśleć będzie po wiekach saintsimonizm. Dzięki celibatowi uniemożliwiającemu dziedziczenie do- stojeństw (którą to wartość jego dopiero później niszczyć będzie nepo- tyzm), została ta warstwa wyodrębniona spośród stanów, nie mogła skrze- pnąć w kastę zamkniętą, musiała nowe siły żywotne ustawicznie czer- pać ze wszystkich warstw i będąc elitą, jednocześnie urzeczywistniać ideał demokratyzacji; z tegoż powodu musiała ona dobro instytucji sta- wiać ponad żądzą bogactw i władzy, których przecież nie można było przekazać potomkom krwi własnej. A jak ponadstanowość mogła prze- ciwdziałać nadmiernemu popieraniu jednej kasty, tak internacjonalizm Kościoła byłby nie dopuszczał do zgnębienia pewnych narodów na ko- rzyść innych. Zapewne — nie byłoby i to państwo wolne od niedosko- nałości, właściwej wszelkiemu ludzkiemu realizowaniu planów, ale ze wszystkich możliwych ustrojów ludzkości ten miał wówczas najwięcej warunków, by zbliżać się do ideału. Niestety — nie tyle walka z władzą świecką, z Henrykiem IV, nad którym górował Grzegorz bezwzględnie swą potęgą — ile prąd kompro- misowy w duchowieństwie angielskim, solidarnym z ideami kluniackimi, lecz w miejsce absolutnej wyższości władzy kościelnej nad świecką prag- nącym ich harmonijnego współdziałania — nie dopuszcza do całkowitego zwycięstwa. Wielki papież umiera nie urzeczywistniwszy swej idei po- litycznej. A chociaż w sposób odmienny podjął ją Urban II i hasłem wojny krzyżowej stworzył ruch masowy europejskiego rycerstwa w służ- bie celu religijnego, mającego zarazem Wschód pozyskać dla Rzymu, od którego oderwał się Focjusz i jego następcy, i złamać moc islamu — chociaż o wiele później panem Europy był Innocenty III — nie doszło do istotnego zorganizowania reipublicae christianae. Byłaby to rzeczpospolita wolnych, solidarnych chrześcijan pod rząda- mi papieża — zrealizowanie największych walorów duchowych, do ja- kich dzięki chrześcijaństwu dochodziły czasy rozkwitu średniowiecza. Osiągnięte były walory owe w dwu dziedzinach: na terenie poszanowa- nia wolnej jednostki ludzkiej i na terenie tworzenia nowych form solidar- ności. Poszanowanie jednostki ludzkiej panowało w buddyzmie, rozszerzone na poszanowanie innych również istot żyjących — w świecie helleńsko-
-rzymskim jawiło się ono w myśli filozofów, ale w praktyce człowiekiem pełnym był tylko obywatel; nie sięgało poszanowanie człowieka poza elitą korzystającą z praw politycznych i nawet gdy ta elita dopuściła do współudziału całe imperium rzymskie, pozostała zamkniętą mniej- szością: nikomu zaś nie śniło się o tym, by człowieka uznać w niewol- niku. Stary Testament widział człowieka w każdym wyznawcy Jehowy, ale — tylko w Jego wyznawcy. Kult człowieka jako człowieka to zdo- bycz chrystianizmu. Chrystianizm uczył człowieka pokory największej: niedoskonała, grzeszna, zepsuta jest natura ludzka, prochem jest marnym w stosunku do Boga; jednocześnie wszakże wpajał chrystianizm dumę ogromną: ten proch nędzy wartością jest dla Boga; Bóg stał się człowiekiem, nie kró- lem, nie wojownikiem, nie bogaczem, nie artystą, lecz prostym, zwykłym człowiekiem — i Bóg cierpiał i konał za wszystkich ludzi — bez różnicy stanu, narodu, pochodzenia. A Ewangelia wywyższała upośledzonych nę- dzarzy ponad potentatów i bogaczy. W świetle tej koncepcji człowieczeństwa w życie wchodziły ideały, które głosić będą reformatorowie-rewolucjoniści wieków późniejszych: równość, wolność, braterstwo. Rzucane przez reformatorów hasło rów- ności musiało pozostać utopią wobec naturalnej nierówności ludzi; wszel- kie reformy społeczne mogą tylko łagodzić następstwa nierówności i mo- gą zmierzać ku temu, by nierówność naturalna nie była mącona i krzy- żowana przez stwarzanie sztucznych nierówności. Póki idzie o stosunek do życia ziemskiego, o uczestnictwo w dobrach materialnych — równość całkowita jest nieosiągalna (i chęć jej sprowadzenia za wszelką cenę mo- że tylko wieść do niszczenia warstw chwilowo uprzywilejowanych). Dopiero dystans nieskończony, jaki dzieli najpotężniejszych nawet lu- dzi od Boga, zdoła wszystkich ludzi między sobą zrównać. Ale chrześ- cijaństwo nie ogranicza się do tej równości wobec Boga, dołącza ono równość dóbr najwyższych, wiecznych: zbawienie dostępne jest każdemu człowiekowi jako człowiekowi, niezależnie od stanowiska w hierarchii ziemskiej, jest nawet według tez Ewangelii raczej utrudnione przez bo- gactwa tego świata; każdy człowiek w równej mierze uczestniczyć może w łasce Bożej. (I nawet ta materialna nierówność, która polega na więk- szej lub mniejszej skłonności do złego, zostaje zrównoważona, bo szcze- gólne wywyższenie przypada w udziale grzesznikowi nawróconemu, po- kutującemu; staje on ponad tym, któremu łatwa była droga cnoty). Owe zaś dobra najwyższe, każdemu dostępne, zdobywa człowiek wol- ny. To tylko jest zasługą wobec nieba, to tylko wiedzie ku zbawieniu, co jest bezwzględną własnością człowieka, co płynie z jego wolnej, nie- przymuszonej woli. Czyn najlepszy dokonany pod naciskiem zewnętrznym jest bez wartości. Bezwzględne uzależnienie dóbr wiecznych od wolnej istoty człowieka idzie jeszcze dalej. Etyka chrześcijańska tym się wy- różnia, że punkt ciężkości z czynów przeniosła na intencje; one są roz- strzygające. Czyn obiektywnie idealny nic nie znaczy wobec nieba, je- żeli nie wypłynął z intencji należytej. A świat intencyj — to istotnie świat własny wolnego człowieka. Przesunięcie oceny etycznej w sferę intencyj, w sferę myśli wy- olbrzymiło sferę odpowiedzialności człowieka. Ale obciążywszy go takim nieznanym dotąd brzemieniem, chrystianizm dawał mu jednocześnie ra-
tunek. Każde zło może być naprawione, największy grzesznik otwartą ma drogę skruchy i pokuty, może unicestwić wszelką swą winę. Świ- tała taka idea i w starożytności; mówiły o tym ofiary przebłagalne, mis- teria oczyszczające w Eleusis; Oresteja Aischylosa przedstawiała jak pla- mę strasznej zbrodni zmazać można przy współudziale łaski bogów. Do- piero jednak w chrześcijaństwie idea ta weszła w skład zasadniczej treści życia duchowego. Równi i wolni ludzie zbratani są w Kościele Chrystusowym. Po raz pierwszy czymś realnym .stała się ludzkość — po raz pierwszy czymś rzeczywistym stawało się ogólnoludzkie braterstwo. Nie było ono tylko składnikiem ideologii. Panowało w pierwotnej gminie chrześcijańskiej. Wróciło w instytucji wznawiającej zasady gminy chrześcijańskiej, w stworzonej przez św. Benedykta instytucji zakonu — w tej armii duchowej opartej na cudownym paradoksie: oto powstawała organizacja braci o karności takiej, jakiej nie znało wojsko żadne; ale ci bracia dobrowolnie przyjęli w imię idei jarzmo karności owej, z wolnej woli stali się poddanymi władzy absolutnej nad czynami i duszami, dali świa- dectwo swej wolności, czyniąc z tej wolności ofiarę. Gdy zaś zjawi się osobistość najcudowniej wcielająca ideał chrześcijański, św. Franciszek z Asyżu, wtedy braterstwo zakonne nie tylko rozszerzy się na świeckich, ale sięgnie w pozaludzki świat przyrody. Nie same zakony w średniowieczu urzeczywistniają postulat brater- stwa. W czasie wojen krzyżowych braterstwo spaja rycerzy całej Euro- py — i każdy rycerz poczuwa się względem rycerza z dalekich nawet obcych krain — do obowiązków szczególnych. Związki niższe znacznie odbiegają poziomem od zakonów, bractwa religijne stają się znowu wzo- rem dla rosnącego w siłę i w samopoczucie stanu miejskiego; na ich modłę organizują się gildie kupieckie i rzemieślnicze cechy. Wytwarza się solidarność klasowa i solidarność pracy; idący na wędrówkę rze- mieślnik wie, że przyjęcie braterskie znajdzie w każdym cechu swego rzemiosła. A gdy akcja polityczna wychodzi nie od książąt, lecz od mas, wtedy przybiera formę akcji związków, konfederacyj. Zrozumienie wagi, jaką ma dla osiągnięcia celów najwyższych wolna duchowość ludzka, prowadzi do systematycznego kształcenia charakte- ru, stwarza chrześcijańskie szkolenie człowieka wewnętrznego. Staro- żytność znowu znała tylko jakieś związki takiego urabiania dusz — w szkole pitagorejczyków, w praktykach mistycznych. Chrystianizm szko- łą duszy czyni nowicjat zakonny mający otrzymać formę najdoskonal- szą w w. XVI, w nowicjacie jezuickim. Wszyscy pionierzy równości przede wszystkim o jedno walczyli, co istotnie na grunt praktyczny przenosiło utopię: o równość wobec pra- wa. Otóż tę równość wprowadza Kościół: wobec obowiązków religij- nych, wobec prawa kościelnego wszyscy są równi; wszystkim grozi w jednakowej mierze kara wieczna i wszystkich też jednakowo dotknąć mogą kary kościelne. U kresu starożytności cesarz Teodozjusz uginający się pod ciężarem klątwy, w epoce pełnego średniowiecza cesarz Hen- ryk IV — to jaskrawe świadectwa, jak klątwa kościelna dosięgała i ła- mała najwyższych (jak zmuszała ich na równi ze zwykłymi ludźmi do wdziania pokutniczej szaty, do publicznego upokorzenia się grzesznika). To byłaby równość wobec prawa karnego. Kościół szedł dalej: wpro- 5 — Rocznik Przemyski t. 22/23
wadzał równość wobec prawa cywilnego, gdy przecież reformator tak śmiały jak Modrzewski nie ośmiela się w w. XVI żądat więcej ponad równość wobec karnego ustawodawstwa. Dziedziną, w ktjrej szczegól- nie silnie zaznacza się nierówność ludzi, nierówność klasowa i mająt- kowa, jest dziedzina prawa małżeńskiego Dla Kościoła małżeństwo jest tylko połączeniem dwojga wolnych chrześcijan; stają oni wobec sakra- mentu tylko jako ludzie, bez względu na stanowisko w uwarstwieniu śweckim społeczeństwa. Broniło też 'prawo kościelne wolności człowie- ka; działanie wolnej woli przeciągnęło za grób walcząc o prawo testa- mentu i przełamując stężałość dziedziczema. Zapewne — przeciwnicy Kościoła mogą w tej walce widzieć dowód jego zachłanności, dążenie do wydzierania dóbr prawym dziedzicom na rzecz instytucji. I nie ma po- wodu przeczyć, że dążność do zagarniania ziemi i bogactw kierowała bojowaniem o testament: niezależność musi być niezależnością ekono- miczną, więc musiał do niej dążyć Kościół, musiał w tym średniowieczu, w kt irym posiadanie ziemi było źródłem władzy i prawa, zdobywać dla siebie ziemię. Stawało się dziedziną walki o poszanowanie człowieka, kształtowanie prawa. Nie był to oczywiście teren nowy. Rzym w puściznie zostawił imponujący gmach prawa rzymskiego; obok mego staje jako drugie źródło prawa — corpus iuris canonici, ustalające się w w. XIII, a bu- dowane już przez szereg wieków poprzednich. Rzym wykształcił wspaniałe prawo cyw łne, o wiele niżej stało pra- wo karne. Władała w nim zasada pierwotna, że wina każda musi być pomszczona. Dążność, by przestępstwo nie zostało bez rekompensaty, powoduje stosunek wrogi do oskarżonego — jest on właściwie od razu w znacznej mierze potępiony i narażony na karę nawet w razie niewin- ności istotnej. Chrystianizm, którego etyka zmierzała do ratowania grze- szników i miała środek ocalenia w sakramencie pokuty, przenosi nowy stosunek do winowajcy i w dziedzinę prawa. Już w Helladzie i w Rzy- mie władza sądownicza zgromadzeń ludowych dopuszczających każdego obywatela do głosu doprowadziła do możliwość obrony oskarżonych czy to przez ich przemówienia własne, czy przez mówców, co od czasu sofi- stów zawodowo uprawiają prowadzenie spraw sądowych; ale nie zmie- niało to fatalnej sytuacji obwinionego. Dopiero dzięki chrześcijaństwu naprawdę w życie wchodzi zasada audiatur et altera pars, postulat, by w rozprawie równe możliwości i równe znaczenie miały argumenty pro i contra, najkonsekwentniej przecież panuje w procesie beatyfikacji i ka- nonizacji. Nie można co prawda zapominać, że lęk przed skazaniem niewinnego i płynąca stąd zasada błędna jakoby istotnym dowodem winy było jej wyznanie, spowodowały też naiciemniejszą kartę prawa średniowiecz- nego: tortury. Tortury wszakże stosowane były już przez Rzymian, i to stosowane dla wydobywania zeznań ze świadków niewolników. Dla obrony człowieka szczególnie doniosłe było współdziałanie walkx stanowej o prawa z ideami kościelnymi. Na tym tle formułuje się zasa- da najpierw w Anglii włączona do zasadniczych ustaw, a potem szerzą- ca się w innych państwach, zasada mająca być jednym z kamieni wę- gielnych polskiej myśli prawniczej: Neminem captwabimus nisi iure victum — nie wolno więzić nikogo bez potępiającego wyroku sądowego.
Solidarność stanowa i łącząca się z nią nieufność względem innych klas wywołała dążenie, by sędziami byli ludzie tego samego stanu co obwi- niony; stąd wynikło wprowadzenie do sądów elementu obywatelskiego oprócz sędziów właściwych; zrodziły się w Anglii wśród walk o prawa stanów sądy przysięgłych. Zrośnięty ze średniowieczem feudalizm, któremu i Kościół hołduje, feudalizm, tak bezwzględnie uwydatniający różność klas i ciężkie ma- jący winy ucisku i krzywdy społecznej, stanowił przecież (jak to stwier- dzają i marksiści) postęp w stosunku do niewolnictwa. Gospodarka feu- dalna czyniła pana właścicielem ziemi, ale nie właścicielem człowieka. Z wyjątkiem jeńców wojennych, człowiek przestaje być własnością. Przy tym gospodarka naturalna zmierzająca do tego, by ziemia plonami swymi wyżywiła pana i wszystkich jego lenników i poddanych, nie obliczona na zyski pieniężne, wpływała pomyślnie na los chłopa; wobec istnienia znacznych przestrzeni nie uprawianych mogła ona zwiększać plony przez zagarnianie nowych obszarów, nie siląc się na wydobycie z danego ka- wałka ziemi zysków największych, była ekstensywna, nie intensywna i skutkiem tego nie wiodła do nadmiernego eksploatowania sił robo- czych. Taką eksploatację spowodowała dopiero gospodarka pieniężna, uczynienie płodów rolnych nie środkiem wyżywienia ludzi związanych z daną ziemią, lecz towarem, źródłem zysku. A potrzebnemu na to zmu- szeniu do pomnożonej pracy i bezwzględnemu uzależnieniu pracownika od właściciela ziemi pomocy użyczyła recepcja prawa rzymskiego prze- nosząca na poddanych włościan charakter częścią niewolników, częścią przywiązanych do gleby chłopów czynszowych (coloni). Poszanowanie człowieka, w myśl koncepcji religijnej chrystianizmu występujące w średniowieczu, dochodzi do kultu osobistości tylko w sto- sunku do świętych. Święty bowiem jest najwyższym ideałem ziemskim, jest realizacją postulatów stawianych ludzkości. Wyższy nad władców podnosi on znaczenie miejsc, narodów, państw, z którymi jest związany; dla rodów królewskich uświetnieniem największym jest posiadanie świę- tego wśród swych członków. Poza świętymi i poza skupiającymi władzę w swych rękach seniorami, którym służą i za których walczą wasalo- wie — nieznany jest kult odrębnej jednostki, nieznany jest indywidua- lizm i egotyzm; rodzenie się jego będzie już początkiem innej epoki. Ów brak kultu jednostki najsilniej występuje, gdy idzie o twórcze osobistości. Ważne jest dzieło, a tworzy się je ad maiore-m Dei głoriam, nie ku chwale twórcy. Artysta bezimienny, autor bezimienny — oto zna- mienne zjawisko ascetycznego średniowiecza (tak jaskrawo różniące się od renesansowej pogoni za nieśmiertelnością sławy osobistej). Ponad jednostkę wznosi się wysoko uwielbienie Boga i kult instytu- cji. Dopiero w obrębie instytucji, w obrębie Kościoła, jednostka zdoby- wa sobie wartości — i traci je całkowicie w razie zerwania związku z tą wielką całością. Instytucją świętą, dla której pracuje się, tworzy i wal- czy, jest nade wszystko Kościół, w jego łonie zaś ofiarne działanie po- święcone jest szczególnie dobru zakonów. Działanie — bo zachodnioeu- ropejski ideał zakonnika nie ogranicza się, jak często w chrześcijaństwie wschodnim, do samej abnegacji, ascezy i kontemplacji. Wyrzeczenie się . świata stanowi punkt wyjścia dla pracy twórczej, jak to najpełniej oka- zuje życie św. Franciszka z Asyżu.
Nie jest też obcy szczytowemu średniowieczu kult narodu. We Fran- cji, w Hiszpanii, we Włoszech, w Niemczech rozwija się patriotyzm; Ro- land z pieśni epickiej w. XI nie tylko w oddaniu życia za władzę widzi obowiązek rycerza, ale i w służeniu „słodkiej Francji”, la doulce France, które to określenie przetrwa w ustach Francuzów do czasów najnow- szych. U schyłku epoki — ruch husycki ma wybitne piętno narodowe. Ale od więzi narodowej znacznie silniejsza jest więź kościelna, a przy tym ponad solidarność narodową wznosi się solidarność stanowa. W obrę- bie każdego państwa jest ona wielokrotnie podstawą przemian dokony- wanych; sięga zaś i poza granice poszczególnych terytoriów, rozszerza się w solidarność międzynarodową. Obok potężnego internacjonalizmu Kościoła staje internacjonalizm rycerstwa; zaznacza się również inter- nacjonalizm kupiecki. I antagonizmy religijne, i klasowe górę biorą nad narodowymi. Ewolucja polityczno-społeczna płynie z walki stanów o przywileje. Przywilej — to pojęcie napiętnowane przez wszystkich postępowców jako synonim reakcji. A jednak właśnie wojowanie o przywileje było istotnym źródłem średniowiecznego postępu, źródłem wolności. Z przy- wilejów średniowiecznych wyrastały swobody osobiste i zbiorowe, o wie- ki wcześniej nim rewolucja francuska ogłosi „prawa człowieka”. Usamodzielnienie mniejszych wasalów, miast i nawet gmin wiejskich dokonywało się przecież w ten sposób, że władca odstępował część swej władzy udzielając im przywilejów; wojny krzyżowe, na które rycerstwo potrzebowało gotówki zwłaszcza od miast, wiodły do udzielania takich przywilejów w zamian za świadczenia pieniężne. W związku z osadni- ctwem znowu pozostawało udzielanie praw i swobód tym, którzy two- rzyć będą zakładaną osadę. Wśród walk stanowych następowało stopnio- we zdobywanie przywilejów coraz większych od ustępującego pod naci- skiem władcy. Idealizując wieki średnie, Mickiewicz pisał w Księgach Narodu: „I wolność w Europie rozszerzała się powoli, ale ciągle i porządnie: od królów szła wolność do panów wielkich, a ci, będąc wolnymi, rozlewali wolność na szlachtę, a ze szlachty szła wolność na miasta i wkrótce miała znijść na lud, i całe chrześcijaństwo miało być wolne, a wszyscy chrześcijanie, jak bracia, równi sobie”. Ujęcie Ksiąg jest niewątpliwie idealizowaniem, bo nie dokonywał się ów rozwój jako idylla stopniowej ewolucji, lecz miał często formę walk brutalnych i bezwzględnych. Istotę jednak procesu Mickiewicz scharak- teryzował trafnie. A łączyło się z tym rozszerzeniem przywilejów jedno jeszcze zjawisko o znaczeniu doniosłym dla wolności: oto nadawanie i uzyskiwanie przywileju miało charakter umowy. Umowa zaś najdobit- niej stwierdza wolność tych, którzy ją zawierają. Umowę zna doskonale prawo rzymskie — ale pojmuje ją jako układ równych między sobą obywateli (tylko obywatel bowiem zdolny jest do pełnowartościowych aktów prawnych). Średnie wieki doprowadziły do umowy między władcą i poddanymi. Taką to umowę zawarły stany an- gielskie z królem w r. 1215; podobny charakter miały „kapitulacje wy- borcze” między elektorami niemieckimi i przyszłym cesarzem (Wahlka- pitulationen) i pacta connenta, które stąć się miały zasadniczą podstawą ustroju Polski.
Umowa z władcą była najsilniejszym potwierdzeniem wolności. Gdy Rousseau, chcąc wolność pogodzić z faktem władzy, stworzy fikcję „umo- wy społecznej”, będzie on nie tylko kontynuatorem nowożytnej myśli politycznej, która poprzez Hoblesa sięga do jezuickiej koncepcji władzy u Bellarmina, lecz także spadkobiercą idei średniowiecznych. Ta właśnie forma umowy z władcą i złączone z nią przekonanie, że jest on tylko jednym z czynników decydujących, że nie jemu jedynemu przysługuje władza, że jest primus inter pares — to źródło konstytu- cjonalizmu i parlamentaryzmu. Analogicznie do swobód angielskich ugruntowanych w „Wielkiej Karcie” ustalają się i w innych społeczeń- stwach prawa zdobyte walką stanową o przywileje: powstają francuskie Stany Generalne, Kortezy w Hiszpanii, w Polsce sejmiki i sejmy, skry- stalizowany w w. XVI ustrój „Rzeczypospolitej”, co nazwę wprawdzie brała od Rzymian, ale treść istotną z ewolucji średniowiecznej. Gdy w Polsce doszło do skrystalizowania ustroju silnie przepojonego ideą wolności, poza nią dochodziły stopniowo do kresu procesy, które pod koniec wieków średnich skierowały historię państw na inne tory. Ewolucja wiodła ku dwu możliwościom: ku terytorializmowi (reprezentowanemu u nas przez sejmiki) i ku absolutyzmowi. Ten ostatni tryumfuje w orga- nizowaniu wielkich monarchii zaczynających się w w. XIV i mającym na usługi centralizm i nowy system fiskalny. Francja ze swą izbą skarbową i Niderlandy przodują w tym procesie. A rozwój handlu międzynarodo- wego i przemiany w gospodarce stającej się pieniężną, dają siłę finan- sistom, bankierom. Wszak rodziną bankierską są Medyceusze, bankierem jest Cosimo Medici. Dokonywa się przekształcanie Europy na gruzach ideologii szczyto- wego średniowiecza. Jej upadek znamiennie zaznacza się w tym właśnie dziele, które obok Summa Theologiae św. Tomasza z Akwinu jest jej uwieńczeniem, w Boskiej komedii. Dante spełnienia swych dążeń poli- tycznych oczekuje już nie od papieża, lecz od cesarza (a zbawcę Włoch zapowiada w świeckim wodzu, w owym mężu 515 (DVX), którego miano przybierze po wiekach Mussolini). Klęska idei politycznej papiestwa da- remnie głoszonej przez ostatniego z potężnych jej rzeczników, Boniface- go VIII, zarysowała się już w starciu światowładnych dążeń Innocente- go III z Fryderykiem II; było to nie tyle starcie papieża z cesarzem, ile państwowo-prawnych idei kościelnych z legistami, z recepcją prawa rzymskiego, torującą drogi świeckiemu absolutyzmowi i niewoli warstwy pracującej. Ale i na ostatnie czasy tej epoki pada z niej nowe światło twórcze dzięki postaci realizującej ideał ludzki chrystianizmu, dzięki św. Fran- ciszkowi z Asyżu, głównemu przedstawicielowi i częściowo sprawcy owe- go pogłębienia, uduchowienia chrystianizmu, które było kontynuacją roz- machu wypraw krzyżowych i rekompensatą ich nieudania się i ustania. Czerpie z tej aureoli i w^ XIV i w. XV. I staje się św. Franciszek ogni- wem, wiodącym od sztuki średniowiecznej do nowożytnej. Realizuje on i przekracza średniowieczny ideał człowieka. Istotą tego ideału było poddanie całej osobistości, całego życia służbie Bożej — pod- danie Bogu woli, otrzymujące formę pełną w życiu zakonnym, poddanie Mu siły rozumu, czego wyrazem jest dzieło św. Tomasza z Akwinu, uczu- ciowe przepełnienie duszy doznaniem obecności Bożej, osiągające wyraz
najsilniejszy i najbardziej bezpośredni w mistyce Eckharta na początku w. XIV i jednocześnie dynamiczne pojęcie życia jako zadania, jako drogi walk i przemian wiodących do zbliżenia osobistości ku Bogu. Nad jaźnią aktualną górę bierze jaźń idealna: to, czym człowiek stać się ma i powi- nien. Owa jaźń idealna przeniesiona zostaje w wieczność zaświatów. Przezwyciężone są braki i mroki rzeczywistości ziemskiej przez potężną rzeczywistość zaziemską. Bledną ziemskie cele i zawody wobec celu naj- wyższego: zbawienia. Pragnienie szczęścia doznało niebywałej sublima- cji niwelującej pospolity egoizm: bo szczęścia pragnie się dla „ja” wyż- szego, idealnego. Służba Boża, uduchowienie i dynamizm nadaje też właściwy charak- ter wielkiej sztuce średniowiecznej, sprawia, że włada w niej żądanie potężne w miejsce statyki, od pogody i wdzięku dochodzącej do wielko- ści i potęgi, ale zawsze zharmonizowanej i zamkniętej w sobie, skończo- nej, samowystarczalnej, która imponuje i zaspokaja w sztuce Hellady i Romy. Twórczynią piękna, źródłem ożywczym sztuki i poezji jest dla od- czucia naszego Hellada i niewątpliwie nic nie odbierze jej i nie uszczupli tego dostojeństwa. Ale jeżeli ktoś twierdzi, że szczytowe nawet średnio- wiecze nie jest równie twórcze jak epoka Peryklesa, zaprzeczyć nie po- trafi przynajmniej temu, że jest ono również twórcze w najwyższym tego słowa znaczeniu i że twórczość jego jest samoistna, odrębna i dal- szym etapom sztuki ogólnoludzkiej wskazująca drogi. Twórcza potęga epok wielkich ujawni się szczególnie w tej sztuce, która najbardziej wyrasta z życia zbiorowości i najbardziej styl jego krystalizuje, w architekturze. Gdy renesans i barok pomimo rozmachu i oryginalności są wyraźną kontynuacją artyzmu grecko-rzymskiego, gotyk stanowi wobec budow- nictwa starożytnego nową równorzędną erupcję sił twórczych. Nie znaczy to, by nie istniała łączność z przeszłością klasyczną. Z niej przecież po- chodzi zawiązek planu kościoła — bazylika ze swymi nawami i absy- dami — i związany z nią problemat techniczny: stworzenie, uczłonko- wanie i pokrycie wielkiej przestrzeni zamkniętej, zdolnej do pomieszcze- nia mnóstwa ludzi. Problemat ów nie istniał dla architektów helleńskich, bo świątynia grecka była przybytkiem bóstwa, nie miejscem zgromadzeń, a budowle skupiające tłum ludzki, teatry, nie wymagały pokrycia, gdyż przedsta- wienia odbywały się pod sklepieniem niebieskim. Dopiero cesarstwo rzymskie zmierza do pomieszczenia wielkiej masy ludzi w budowli ob- szernej, a luki i kopuły zdolnością obejmowania przestrzeni tak bardzo górujące nad kolumnadami idą na usługi pragnienia wielkości i monu- mentalności. Z potrzeb zaś praktycznych rodzi się wreszcie typ gmachu- -sali, typ bazyliki i poprzez architekturę starochrześcijańską, bizantyń- ską i romańską, w postaci schrystianizowanej, zarys poziomy konstru- ującej na podobieństwo krzyża i w ten sposób dającej nowe zorganizo- wanie przestrzeni, urozmaicone i symetryczne — przechodzi w skład katedry gotyckiej. Tutaj wszakże ukształtowanie poziome przestaje być główną wytyczną. Wyłania się z postulatów duchowych nowe ustosun- kowanie kierunków, nowy schemat linii i siłę mocnego, spokojnego obej- mowania zastępuje dynamika wznoszenia się ku górze.
Piękno architektury helleńskiej i rzymskiej było konstruowaniem i kombinowaniem, i urozmaicaniem form geometrycznych w obrębie mas kamiennych i przestrzeni wolnych przy wydobywaniu cech naturalnych materiału budowlanego: jego dążenia do układu poziomego, jego cięż- kości i jego zdolności dźwigania wyższych warstw podpartych; czynniki dźwigające — kolumny i łuki — decydowały i o strukturze technicznej, i o pięknie. Gotyk dodał wyzyskanie jednej z cech naturalnych, zdolności dźwigania warstw objętościowo większych niż elementy dźwigające, dla przezwyciężenia własności materiału. W ten sposób realizował zasadni- czy rys dynamicznej duchowości chrześcijańskiej: przezwyciężenie natu- ry materialnej w myśl możliwości tkwiących istotnie w tej naturze. A jak bardzo ludzkie było mimo wszystko to zwycięstwo, jak dalekie od nienaturalności to rwanie się ponad naturę — to jasno wystąpiło w fakcie, że architektonicznym wyrazem zwycięskiej dążności stała się przewaga kierunku wyróżniającego postać ludzką, kierunku pionowego. Władztwo linii pionowej, wzmożenie wymiarów wysokości umożliwione systemem łuków ostrych, wspaniałym spotęgowaniem roli łuków bu- dowli romańskiej, nie tylko zadecydowało o zewnętrznym obrazie bu- dowli, z której organicznie wyrasta wieża, ale ukształtowało w nowy sposób przestrzeń wnętrza, wyolbrzymiło ją, napełniło ruchem, żądając wzniesienia wzroku i głowy dla ogarnięcia całości, a przy pomocy we- wnętrznych filarów i łuków zorganizowało tę przestrzeń, skomponowało ją artystycznie i dopuszczając wielkie otwory okien w murach dało jej oświetlenie należyte. W górę i w dal wiodąc spojrzenie, każąc idącemu poprzez rozczłonkowane części wnętrza mieć coraz inne widoki i łączyć je w łańcuch następujących po sobie, przepływających w siebie wzajem- nie członków architektonicznych, gotyk wprowadził wartości perspekty- wy. Linearną rozmaitością bogatą murów, sklepień, filarów, połącze- niem kamienia i miejsc otwartych, płaszczyzn ściennych i okien różno- kształtnych, tworzył kompozycje malarskie i przepajał katedry atmosferą odrębną, jaką dawał zespół mroku i przepuszczonego przez witraże barw- nego światła. Budowla imponowała z zewnątrz mocą i wyrazistością ostrą swej struktury, dopiero wnętrze jednak sugerowało poczucie wejścia w sferę odmiennego świata. Myślą i uczuciem kazała sięgać wzwyż, sięgać ku czemuś, co przerasta ogrom i wspaniałość konstrukcji architektonicz- nych. Mówiła o ludzkich dążeniach najwyższych i o zaświatach, oddawa- ła bogactwo swe i swą surowość na usługi ekspresji. Była stężałą w ka- mień i przelewającą się w światła i mroki modlitwą. Siła tej samej ekspresji emanowała z posągów o wydłużonej nad- miernie postaci, o cechach człowieka udostojnionego, uduchowionego, jakie świętym i zmarłym nadać umiała rzeźba francuska w. XIII. Wto- piony w architekturę świat plastyki daleki był od helleńskiej bujności piękna, ale i on wzbogacał sztukę nowością przemawiającą sugestywnie. Malarstwo, które miało szczyty osiągnąć w czasach nowożytnych, na wiodące ku nim drogi wstępuje dopiero w dwu ostatnich stuleciach śred- niowiecza i wtedy dopiero godne się staje gotyku w przedziwnym udu- chowieniu. Poprzednia jego oryginalność dla pokoleń późniejszych stała się obcością stężenia hieratycznego i ceremonialnego, które ze sztuki bi- zantyńskiej (nieobcej zresztą i realizmowi) przeszło do malarstwa innych
narodów. Ale i ten styl był swoistą sztuką wyrazu. Sfery boskości, aniel- stwa i świętości oderwał on od rzeczywistości ziemskiej, ukształtował jako świat dwuwymiarowy, wtop'ł w złoto atmosfery odrębnej, przeniósł w dziwy kolorowe mozaiki i uczynił sferą znaków wskazujących rzeczy- wistość religijną. Postacie nabierają rysów niezmienności dostojnej. Jeśli gest się pojawi, jeśli wkradnie się przedmiot ziemskiego świata — lilia, paima — nie należy on do anegdoty o prawdziwym zdarzeniu, lecz ma cos oznaczać, symbolizować. Takie wyzyskiwanie rzeczywistości wdziera się nawet do malarstwa radującego się bogactwem scen — do tej sztuki zdobienia rękopisów, która ze Wschodu chrześcijańskiego przeszczepiona na Zachodzie, jest całkowicie własnością średniowiecza i wraz z nim za- nika, a w harmonii z kształtowaniem artystycznym liter, z ich kolory- styczną świetnością zmienia karty jakiegoś Lwre d’heures lub jakie ś kroniki w skończone dzieła artyzmu, dzieła wykonane z pietyzmem nie mniejszym jak niezmierna obfitość plastyki ornamentacyjnej pobożnie skupionej w obrębie katedry. Przełamanie hieratycznośc i reprezentatywności dokonało się w związku wyraźnym z postacią św. Franciszka z Asyżu. On, co przyniósł radosną, zbożną afirmację całego życia, co miłość czuł dla braci-ptaszków, co bratał się ze słońcem i z wiatrem, nie mógł być na obrazie oderwany od przyrody, od codzienność4. Więc w otoczeniu rzeczywistego żywego świata, wśród rzeczywistej akcji, już nie oznaczonej, lecz przedstawio- nej — ukazał go Giotto, inicjator nowej sztuki idącej ku realistycznej wizji żywych ludzi i zdarzeń na tle prawdziwej architektury i przyrody. Jak malarstwo, tak i muzyka wyżyny osiągnie w czasach nowszych. Ale rozwój jej wyrośnie ze średniowieczne., pieśni kościelnej, ze zbioro- wego hymnicznego rozśpiewania i ze średniowiecznej kościelnej muzyki i w formach swych niejednokrotnie łączność tę zachowa wyramie. Trwale zasilana była poezja nowożytna zdrojami średniowiecznej twórczości. Mówi o tym nie tylko Shakespeare i Faust, Dziady i Parsifal Wagnera, romantyzm i ekspresjonizm; czerpie z owych zdrojów i Ariosto na szczytach renesansu i Snenser i Tasso, Don Quijote i Cyd Corneille’a Wersyfikacja nowoczesna jest bezpośrednią kontynuacją średniowiecz- nej. Prowansalski średniowieczny sonet nie przestał być jedną z form najdoskonalszych dla poetów w. XIX i XX; canzona zaś prowansalska i Petrarkowska i tercyna Boskiej Komeda świadczy, że wyrafinowany kunszt wersyfikacyjny średniowiecza panował nad największymi trud- nościami. Świeżość i samorodność twórczości ówczesnej bogaciła dzie- dziny rodzajowości literackiej, narzucała wiekom swe motywy, ustalała zarysy światów poetyckich. Powieść, najbardziej zdobywczy i zaborczy rodzaj literacki ostatnich stuleci, zrodziła się w schyłkowej fazie literatury starożytnej i wtedy już ustaliła pewne schematy akcji romansowej. Ale miłość romansowa stale miała iść torami średniowiecznego uwielbienia kobiety, bohater roman- sowy nie tracił aż po dni najnowsze pewnych rysów kochanka-rycerza, a przygoda zajmująca zachowała pokrewieństwo z przygodami rycerski- mi, jakkolwiek romansem o przygodach była już Odyssea. Przede wszystkim jednak dwie rzeczy zawdzięcza literatura świa- towa twórcom zapłodnionym przez chrześcijaństwo: zwrot ku człowie- kowi wewnętrznemu i zajęcie się dziejami jego przemian. Chrystianizm
przeniósł oś świata w sfery duchowe, w głębiach duszy umieścił punkt ciężkości życia i żądaniem, by człowiek zdawał sobie sprawę z grzechów i by łamał się z sobą, by zrzucał z siebie dawnego człowieka i stawał się nowym — ugruntował psychologizm. Na przełomie starożytności i epoki nadchodzącej powstała pierwsza autobiografia psychologiczna, pierwsze dzieje duszy — wstrząsające i porywające, pierwsze wielkie dzieło su- biektywne, odzwierciedlenie wielkiej osobistości własnej przez wielkiego pisarza: Wyznania św. Augustyna. Od nich liczyć się winno erę litera- tury nowoczesnej. Chrześcijańskie pogłębienie świadomości i skierowanie uwagi i wysiłku w kierunku przemiany wewnętrznej zespoliło się z ger- mańskim pociągiem do tragizmu, do konfliktów ostrych i z rycerskim kształtowaniem życia wśród przygód różnorodnych — i przełomy du- chowe, wyjątkowo tylko ukazywane przez poezję starożytną (w posta- ciach Telemacha lub Jona, w stosunku Edypa w Kolonie do Edypa Kró- la), urastały w wielkie tematy epickie. Ponuro i straszliwie rysowała się w krwawej i groźnej epopei o Nibelungach przemiana dziewczęcej Krym- hildy w potworną mścicielkę. Jaśniała blaskami dotarcia do św. Grala opowieść o prostym w duchu Parsifalu, ukształtowana przez Chretiena de Troyes, pogłębiona przez Wolframa von Eschenbach. Otrzymały uję- cie nieśmiertelne dzieje żaru uczuciowego, historia miłości Tristana i ja- snowłosej Yseut. Przybierają postać dramatyczną i alegoryczną dzieje nawróconego grzesznika. Zwrócenie wzroku w głąb duszy i wznoszenie go ku niebu i ku uwiel- bianej kobiecie dało liryce bogactwo niewyczerpane. Dopełniła się wiel- ka liryka psalmów hymnami chrześcijańskimi, rodzi się nowa poezja miłosna, a chociaż Petrarka był zwiastunem i pionierem odrodzenia, li- ryka sonetów i kancon stanowiła uwieńczenie liryki trubadurów i prze- niosła jej tony w dalsze wieki. Nowe formy stwarza teatr wyłaniający się z liturgii kościelnej i z udziału zbiorowości w intensywnym życiu religijnym. Tworzy się w misteriach dramatyzowanie życia całego, bio- grafia sceniczna. Tworzy się w moralitetach dramat o walkach wewnę- trznych, o ścieraniu się sprzecznych skłonności. Bujność życia rozsadza- jąca ramy wnika w tę właśnie formę poetycką, która najbardziej na- rzucała postulat zwartości i przygotowuje teren dla dramatu angielskiego i hiszpańskiego. Ale najwspanialszym darem dla przyszłych pokoleń sta- ła się epika zaświatów, wobec której zupełnie w cień się usunęła nie tylko Homerowa Nekyia, lecz i Platońska opowieść o Erze poznającym tajemnice zaświatowe, i Wergiliuszowa wędrówka Eneasza po krainie pośmiertnego bytu i preegzystencji; były zaś Dantejskie zaświaty prze- sycone pełnią życia ziemskiego, indywidualnego i politycznego, były wzo- rem poezji propagandystycznej i pamfletu, były historią duszy i wciele- niem dążeń zbiorowych, narodowych, tak że mogły płomieniem swym rozpalić włoskie risorgimento i zasilać polską poezję o martyrologii i nie- śmiertelności narodu. W dziedzinie filozofii i myślenia naukowego trwałe zdobycze wieków średnich i związki z nauką i filozofią nowożytną przesłonięte są przez ostre przeciwieństwo między średniowiecznym dogmatykiem-tradycjona- listą i konstruktorem opartym o autorytety, a typem późniejszym kry- tycznego, analitycznego badacza-empiryka ufającego tylko obserwacji, eksperymentowi i rozumowaniu, między średniowieczną czcią dla ta-
jemnicy a nowoczesną żądzą jej odsłaniania lub negowania. A mimo to nie trzeba bynajmniej sięgać do neotomizmu, by stwierdzić pokrewień- stwa ze szlakami myślicieli średniowiecznych. Bliscy są im wielcy kon- struktorzy systemów świat ogarniających. Spinoza tak wyraźnie wiążący swe koncepcje ze scholastycznym skontrastowaniem substancji i atry- butu, Hegel wracający do platońsko-średniowiecznego przekonania Uni- uersalia antę rem. Każę myśleć o scholastyce i Heglowski kult metody, i logistyka wieku XX. Ilekroć filozofia czy myśl religijna sięgnie do za- gadnień stosunku osobistości ludzkiej i absolutu, do konfliktu dobra i zła, łączyć się będzie z koncepcjami św. Augustyna; dotyczy to nie tylko wy- jaskrawienia jego idei przez Lutra i Kalwina, nie tylko jansenizmu, ale i Leibnizowskiej Teodycei. A Descartes swym Cogito ergo sum wtórować będzie rozważaniom wielkiego ojca Kościoła: Si dubito, sum — si fallor, sum. Leibniz zaś wszczepi w myśl nowoczesną spotęgowanie średnio- wiecznego pojęcia indywidualności. Jednostronność była w religijno-filozoficznym trudzie myślowym średniowiecza, jednostronnym bywał ideał, któremu się ostro przeciw- stawi bujny renesans, korzystający przecież z tego, że żyła w Kościele kultura grecko-rzymska, że dzięki Kościołowi łacina pozostała językiem światowym, że kopiowali teksty autorów klasycznych zakonnicy. Ale Dante-poeta, filozof, polityk, działacz — jaśnieje na równi z Lionardem i z Michelangelem jako uomo unwersale, ale scaleniu świata w jedność, tak rozdrobnioną potem przez czasy nowożytne, uniwersalistycznemu ogarnianiu życia nigdy nie był bliższy umysł ludzki jak na spirytuali- stycznych, religijnych wyżynach wieków średnich.
Juliusz Kleiner LELEWELA PISMO DO PRZYJACIÓŁ GALICYJSKICH Jedna z najciekawszych i najważniejszych enuncjacji politycznych Mickiewicza, memoriał Do przyjaciół galicyjskich, zyskuje znamienne, nie znane dotychczas pendant w enuncjacji Lelewela, powstałej w tych samych okolicznościach, z inicjatywy tego samego Józefa Zaleskiego, któ- rego latem r. 1833 Zaliwski wyprawił do Paryża, by zasięgnął wskazó- wek, czy Galicja przygotowywać ma powstanie h Możność poznania owego pisma zawdzięczamy tomowi I Listów emi- gracyjnych Joachima Lelewela, pozwalających z dnia na dzień niemal śledzić tok różnych spraw naszego tułactwa, a wydanych z wielką sta- rannością, z wielkim nakładem pracy, chociaż nie bez usterek, przez Helenę Więckowską 1 2. Znakomity historyk i romantyczny, porywami i złudzeniami często kierowany polityk, główny twórca ideologii emigracyjnej, którego realne posunięcia polityczne ani nie były szczęśliwe, ani owocne — spiskow- com galicyjskim rady posyła za pośrednictwem ich delegata w związku ze sprawą przegraną Zaliwskiego i jej następstwami. Pismo to zacieka- wia szczególnie ze względu na stosunek do Mickiewiczowskiego memo- riału; da je mu dopełniające, w znacznej mierze kontrastowe oświetlenie i czas napisania ustala ostatecznie. Potwierdzona zostaje teza Stanisława Pigonia, która usunęła pewne przykre wątpliwości mogące się narzucać w stosunku do wystąpienia poety. Dawniej bowiem, gdy memoriał uważano za napisany w czasie ogłoszenia artykułów Pielgrzyma Polskiego, stawiał on autora w dziw- nym świetle: zdawałoby się, że co innego głosił w Pielgrzymie jako agi- 1 Że wyprawił go Zaliwski, stwierdza Stefan Kieniewicz w studium o Konspi- racjach galicyjskich. Warszawa 1950, s. 90. Zaleski występował także w imieniu związku Wincentego Tyszkiewicza, organizatora spisku ziemiańskiego. Tyszkiewicz działał z inicjatywy Waleriana Pietkiewicza, powiernika Lelewelowego. Tamże, s. 65—68. 2 Listy Emigracyjne Joachima Lelewela, wydała i wstępem poprzedziła Helena Więckowska, tom I, 1831—1835 (nry 1—289), Kraków 1948 — tom II, 1836—1841 (nry 290—610), Kraków 1949. [Tomy 3—5. Wrocław—Kraków 1954—1956. Indeks ogólny do pięciu tomów. Wrocław—Kraków 1956. Ogółem edycja H. Więckowskiej zawiera 1 496 listów J. Lelewela. Przyp. Wydawcy].
tator, jako reprezentant propagandy emigracyjnej, co innego zaś na pod- stawie przekonania mówił jako wytrawny doradca Galiejan. Otóż Pigoń wskazał, że w chwili napisania memoriału Józef Zaleski musiał być we Francji, a ponieważ przyjechał w listopadzie 3, Mickiewicz sformułował poglądy swe w ostatnich tygodniach r. 1833 — po powrocie z Szwajcarii, w kilka miesięcy po artykułach Pielgrzyma, w chwili, gdy inaczej już patrzył na politykę emigracyjną i na niewczesną próbę Zaliwskiego. W ten sposób wyznaczył badacz memoriałowi stanowisko właściwe w dzie- jach ideologii Mickiewicza 4. Dokładne oznaczenie czasu umożliwia enuncjacja Lelewela. Autograf nie jest datowany i nie posiada też nagłówka. Wydawczyni oznaczyła go trafnie jako list do Józefa Zaleskiego i zaopatrzyła datą: Bruksela około 27 stycznia 1834 r. 5 *. Data wymaga sprostowania. W liście do przyjaciela i najbliższego po- wiernika, dawnego profesora wileńskiego — Waleriana Pietkiewicza, in- formuje uczony o swym piśmie do Zależyńskiego, jak nazywa delegata konspiratorów stosując częstą w tej korespondencji metodę przekręca- nia nazwisk (ze względu na możliwość szpiegowania ze strony policji): „Ja z mojej strony wypisywałem, jak już mówiłem, z goryczą cały arkusz. Wiem, że do niego doszedł, ale mnie nie raczył o dojściu ze swej strony za- spokoić” 8 9. Widocznie tedy przebywający w Sevres Zaleski o kilka tygodni wcze- śniej pismo otrzymał, skoro Lelewel skarży się na brak potwierdzenia odbioru, a ma już od kogoś wiadomość w tej sprawie. W samym zaś li- ście znajduje się zdanie następujące: „Przybyły od dni dwóch Wincenty Tyszkiewicz może co będzie opowiadał, co mię objaśni” 7. O przyjeżdzie tego galicyskiego współspiskowca informuje list z d. 29 grudnia: „Uwiadamiam, że od dwóch dni Wincenty Tyszkiewicz przyjechał z familią”8. Pismo przeto pochodzi z d. 29 grudnia 1833 *. 3 Korespondencja Lelewela dowodzi, że przyjechał już w październiku. W li- ście z d. 1 listopada r. 1833 znajduje się wzmianka: „Józef Zależyński [= Zaleski] że przyjechał, bardzo mię to ucieszyło, że nie ma z kim mówić, to nie dziwno. (Li- sty, T. I, s. 207). 4 St. Pigoń, Mickiewicz wobec spisków galicyjskich w r. 1833 (Myśl Narodo- wa 1926, t. 1, s. 261—264). 5 Przyjmuje tę datę Kieniewicz (1. c., s. 95). B T. I, s. 255. 7 J.w., s. 243. 8 Wydaje się to niezgodne z listem do Leonarda Chodźki, który w druku uzy- skał datę 27 grudnia i zawiera wiadomość: „Od dwóch dni przybył tu do Brukseli Wincenty Tyszkiewicz” (s. 226). Ale tenże list zaczyna się doniesieniem, że Lelewel Lafayette’owi odsyła 500 fr i pisze do niego (s. 224), list zaś do Laffayette’a ma datę 29 grudnia (s. 226). Jasne więc, iż 27 grudnia to omyłka — i poprawić należy datę. 9 W wydaniu pismo to traktowane jest jako list na równi z resztą korespon- dencji. Nie wyodrębnił go także St. Kieniewicz, jakkolwiek dodana do jego omó- wienia wzmianka łączy go z memoriałem Mickiewicza: „Tejże zimy 1833—4 Mic-
Historię jego oświetla list wymieniony z d. 27 stycznia: „Ale czego Pieczęt[arski — Pietkiewicz] żądał, zrobiłem to jedynie dla niego... Z prawdziwą goryczą pisałem do Zależ., do niego samego, dla niego samego. Są tam wymówki, moje pojęcia, życzenia, żądania. Wincentemu [Tyszkiewiczo- wi] wiele już z tego powtórzyłem. Żebyś poznał, z jakim uczuciem dopełniłem obszernego pisma, (powtarzam10 11) Ci słowa, które przed moim pisaniem Lelum [= Lelewel] odebrał od Zależyńskiego. „Szanowny Obywatelu... Musiałeś zapewne czytać mój list do Pieczęt., w nim o działaniu Jego [ = J. Zaliwskiego] i skutkach późniejszych zdawałem sprawę. Nie miałem do Ciebie żadnych komunikacji, bo nikt z przyjaciół sprawy ojczy- stej n, podzielający Twoje opinie, nie wiedział, gdzie się znajdujesz. Miałem tylko polecenie zgodne z własną moją chęcią zakomunikować Ci stan rzeczy, jeśli znajdę sposobność... Z Galicją nie wiem, co zajdzie. Od przybycia mego tutaj nie mam o niej wiadomości. My wszyscy... zwracamy ku Tobie oczy i peł- ni przekonania o Twej prawości. Radź...” Owo „radź” już 18 listopada Lelewel cytował z irytacją. Skarżył się Pietkiewiczowi: „Coś mi od niego [ = J. Zaleskiego] przysłał, to mówi o rzeczach przyszłych12, chciałbym coś rozumieć o teraźniejszych, a tego nie mogę wymagać, aby mi na- pisał. Taki mój los od dawna, że z kim mam się widzieć, z tym się nie widuję, ale krzyczę: radź” 13. Z jakim oporem psychicznym Lelewel zabierał się do udzielenia od- powiedzi Galicjanom, świadczy aż przykry w szczerości swej początek obszernego pisma 14: kiewicz... układał swój memoriał „Do przyjaciół galicyjskich” (1. c., s. 95). — Roz- prawa niniejsza przedstawiona została w Polskiej Akademii Umiejętności na po- siedzeniu Komisji Historii Literatury z d. 25 lutego 1950 przed ukazaniem się książ- ki o Konspiracjach galicyjskich (por. Sprawozdanie z czynności i posiedzeń PAU t. LI, nr 2, s. 47—48). 10 W wydaniu nieco inne uzupełnienie: pisma (mego komunikuję). 11 Prawdopodobnie aluzja do świeżo zawiązanego galicyjskiego podrzędnego związku węglarskiego, zwącego się Związkiem Przyjaciół Ludu. Kieniewicz przy- puszcza słusznie, że tytuł memoriału Mickiewicza odnosić się może do tego właśnie Związku (s. 95). 12 W wydaniu „przyszłych”, ale sens wymaga „przeszłych”. 13 S. 216. 14 Obok zmienienia mylnej daty „około 27 stycznia 1834” na datę „29 grudnia 1833” pismo to, wydrukowane w tomie I Listów na s. 239—246, wymaga kilku po- prawek w tekście: S. 240, w. 12—13: „Im więcej masa będzie poruszona tym lepiej, tym skutecz- niej, tym gwałtowniej” — powinno być „Im więcej masa będzie poruszona, tym lepiej (z przecinkiem po „poruszona”), tym skuteczniej, im gwałtowniej”. S. 241, w. 14 od dołu: „Tułactwo mogło im w tym dopomóc, ależ oni do tego tułactwa pomoc udzielić mogli”. Nie o to idzie oczywiście, że oni, tj. „miejscowi” Polacy dopomóc mieli do tułactwa, ale że winni byli do akcji pomóc (pieniężnie) tułaczom należy tedy poprawić „do tego tułactwu pomoc udzielić mogli”. S. 242, w. 5—4 od dołu: „Dziś przybył goniec; pisze mi Walerian od braci do nas: nie odpowiada goniec dla własnej ciekawości”. Przy takiej interpunkcji sens zostaje zupełnie zmieniony; czytelnik zrozumie, że Walerian Pietkiewicz pisze od braci, a goniec dla własnej ciekawości nie odpowiada. Zmiana interpunkcji zna-
„Nie znamy się z sobą osobiście i może nigdy znać nie będziemy. Może tedy nie umiem i nie potrafię zastosować się do życzenia i spodziewań się Obywate- la. Piszę nie tając, że z dużą niechęcią... Piszę, bo tego wymaga Walerian Piet- kiewicz, którego kocham więcej, niż ktokolwiek kochać może. Piszę jedynie do Ciebie, Obywatelu, i dla Ciebie i proszę Cię, aby to pismo moje nie było przed- miotem debatów; rzecz może być przez pewne osoby zgłębiona, ale niech to nie będzie moje i najlepiej uczynisz, kiedy odczytawszy i rozważywszy, zni- szczysz... Piszę i komunikuję Ci nie rady, ale myśli i wyobrażenia moje. W nie- ładzie, dorywczo.” To wszystko nieobojętne dla oznaczenia czasu, w którym powstał memoriał Mickiewicza. Skoro Lelewel dopiero przynaglony przez po- wiernika, z ociąganiem, niechętnie napisał swe wywody, gdy poeta ży- czenie Galicjan spełnił bez oporu, z gotowością — niewątpliwie memo- riał jego wcześniej był gotowy i powstał w ostatnich tygodniach r. 1833, prawdopodobnie już w listopadzie. Od rzeczowych, umiarkowanych rad poety, będących plonem rozcza- rowań roku 1833, wyrazem rezygnacji i trzeźwości, dowodem przejścia od romantyki politycznej do politycznego realizmu — różnią się bardzo wywody Lelewela. Zaczynają się od sformułowania poglądu, który na tle wypadków eu- ropejskich ustalał się w emigracji na przełomie r. 1833 i 1834, a miał ujęcie najwyrazistsze znaleźć w drugim piśmie auxerskim Mochnackiego: że Polska polegać może tylko na własnych siłach. „Pojęcie moje jest takie, że naród polski inaczej podźwignąć się nie może, chyba na miejscu własnymi siłami”. I dodaje Lelewel, że masy muszą być usposobione do działania. Ten trafny punkt wyjścia wiedzie jednak od razu do planów nad- miernie rozległych, do żądania dalszej krajowej akcji zbrojnej, nowego powstania na ziemiach spoza zaboru rosyjskiego. „Wielkopolska albo Galicja są ziemie, na które kolej, aby naród do ruchu po- wołały przez powstanie”. Pragnie Lelewel kontaktu z Węgrami, z Czechami, z Multanami, chciałby poruszenia „elementów małorosyjskich”, ale nade wszystko chciałby Prusy Wschodnie objąć siecią agitacji. Tutaj przemawia świa- domy przeszłości historyk otwierający istotnie nowe perspektywy spra- wie polskiej. Co do emigracji, chce utrzymać górującą jej powagę polityczną, mimo że rozwiewa legendę krajową o sile tułactwa: „Wystawili sobie potęgę majętną, mającą dla siebie trakty bite i na wszystkie strony na zawołanie przyjaciół. Kiedy tymczasem jest to potęga rozproszona, żebrząca w krajach nieprzyjacielskich, na wszystkich traktach, drogach i ście- czenie tych słów uczyni jasnym: Dziś przybył goniec, pisze mi Walerian, od braci do nas. „Nie” — odpowiada goniec — ,dla własnej ciekawości”. S. 243, w. ostatni — 244, w. 1: „Niechże nie będą okazją do nowych”. Poprawić trzeba na „będę”: „Niechże nie będę okazją do nowych (ofiar)”.
żynach mordowana. Jednak apostołująca, z bliska i z daleka wielką dopełnia- jąca propagandą”. Krajowi zarzuca, że materialnie nie popiera tułactwa i jego propa- gandy. „Wołałem, a nic nie zrobiono, aż zgroza”. „Z jego łona znajdziesz apostołów, gońców bojujących, ale zasil go materialną pomocą”. Wyrzuty czynione krajowi zespalają się z ostrym oskarżeniem arysto- kracji, zwłaszcza Adama Czartoryskiego. „Przysłano pieniądze książę- tom”. Brak materialnej pomocy ze strony kraju „przyczyni się do dyplo- matyczno-arystokrackich machinacji zniszczenia emigracji”. Wskazówkę najbardziej pozytywną mieszczą słowa: „Bracia z Galicji lub Wielkiej Polski powinni dostarczyć funduszów na komu- nikację, na korespondencję, na publikaty, na przejażdżkę, na podróże i wysyłki dalekie”. Po ukończeniu całości dołącza jeszcze historyk uwagę dodatkową, do dziejów XVII wieku nawiązującą, o znaczeniu jazdy. „Dopóki Czarnieckiego mieć nie będziemy, dopóty na nogach nie staniemy”. Jak stworzyć Czarnieckiego, Lelewel nie mówi. Ale idzie mu o to, by przygotowane kadry powstańcze nie były pozbawione kawalerii. Lelewel, który w chwili przyjazdu Mickiewicza do Paryża czekał na wiozący go dyliżans, Lelewel, inicjator pierwszego hołdu, jaki emigra- cja złożyła poecie, hołdu emigrantów z Besanęon 15, uważał twórcę Wal- lenroda za współpracownika; ten jednak rychło przestał solidaryzować się ze swym profesorem. Pisma dwu szermierzy emigracyjnego apostolstwa są pod niejednym względem kontrastowe. Nie chodzi tylko o różność tonu, o pewność i spo- kój enuncjacji Mickiewicza a nieufność, podejrzliwość, niepewność ja- kąś, którą tchną słowa uczonego-spiskowca, o brak zupełny akcentów osobistych w memoriale poety a silną nutę osobistą u dawnego prezesa Komitetu Emigracyjnego. Memoriał poety zrozumieniem rzeczywistości przeciwstawia się dok- trynerstwu uczonego i chociaż wierny wielkiemu celowi „gromadzenia sił i środków dla przyszłego powstania”, skłania się chwilowo ku realizmowi politycznemu i minimalizmowi pro- gramu. Do przyjaciół galicyjskich zwraca się nie jako autorytet, lecz jako powściągliwy doradca. 15 O tej nie znanej dotąd inicjatywie Lelewela informuje list jego do pułkow- nika Wincentego Matuszewicza z d. 8 paźdz. 1832 r.: „...co do pierścienia poecie na- szemu Adamowi przesłanego. Uczciliśmy słusznie Wieszcza. Mały ten dar miłym jest dla Adama symbolem, wiążącym go z rodakami ścisłym węzłem. Pośpieszyli- śmy go wręczyć jemu przy pierwszym spotkaniu”. (Listy, t. I, s. 91).
Lelewel przemawia jako wódz konspiracji, którą chciałby rozwinąć i rozszerzyć. Ale czując się wodzem — czuje także, iż brak mu danych na wodza. Przejmujący ból drga w słowach, w których daje wyraz po- czuciu odpowiedzialności wodzowskiej: „Przeżyłem pół wieku, a połowa życia mojego naznaczona jest liczbą wielką ofiar, które wokoło mnie legły, które ledwie nie sam wiodłem. Niechże nie będę okazją do nowych”.
Juliusz Kleiner TEATR WYSPIAŃSKIEGO Gdy w Krakowie, będącym wówczas stolicą polskiej sztuki i myśli polskiej, premiera Wesela stała się niezwykłą sensacją teatralną i urosła w tryumf nadzwyczajny, gdy niebawem Wesele zdobyło Polskę całą, gdy własnością ogółu zaczęły być jego postacie, gdy w rozmowach potocz- nych powtarzano jego powiedzenia — zrozumiano i uznano, że zjawił się dramaturg, co wstrząsa psychiką zbiorowości i co przynosi nową poezję godną wielkiej romantyki. W chwili premiery owej głośnej, w roku 1901, młody autor znany był już jako artysta związany z największymi tradycjami, a wyrębujący sobie nowe drogi. Był malarzem, wielbicielem Matejki, ale przeciwsta- wił się ówczesnemu smakowi wyrazistymi konturami swych twarzy, od- wróceniem się od konwencjonalnej ładuości do ekspresyjnej brzydoty, łączeniem realizmu i wizyjności, swoistą ornamentyką, w której styli- zowane osty wysuwały się na plan pierwszy. Był pionierem sztuki sto- sowanej; postać zewnętrzną książki, układ graficzny czasopisma kształ- tował jako twór artystyczny. Dzięki niemu numery „Życia” krakow- skiego, organu Młodej Polski, zdziwienie budziły nieznaną dotąd w Polsce malarską fizjonomią. Należał do tej grupy, która wówczas walczyła o nową sztukę, o nową poezję w duchu ogólnoeuropejskich dążności neoromantycznych. Ale wy- odrębniał się z nowego zespołu, którego wodzem krótkotrwałym był Przybyszewski. Przeciwstawiał się nerwowcom zmęczonym, analizują- cym mrok psychiki własnej, spragnionym rozkoszy estetom — on, żądny wielkości i mocy, męski, tragiczny, czujący się odpowiedzialnym za losy narodu. Objawił się jako potężny twórca teatru — iw ciasne ramy sceny wtłaczał zmagania o los Polski. Płonął żądzą kształtowania nowych form teatralnych i płonął żądzą kształtowania nowej Polski. Nie był piszącym dla sceny literatem. Widział życie w wymiarach teatru i teatr był mu naprawdę światem, który opanowywał siłą swą twórczą. Słowo stanowiło dlań tylko jeden ze środków ekspresji, nie je- dyny. Źe nie wystarczał mu tekst dramatyczny, że szło mu o pełnię two- ru teatralnego, dowodzi już specjalne piętno jego tekstów. Inscenizacja, dekoracja, uwagi reżyserskie są częściami poematu, ujętymi w poetycki 6 — Rocznik Przemyski t. 22/23
wyraz, który zasugerować ma rzeczywistość sceniczną. W tej zaś rzeczy- wistości rolę decydującą gra teren. Od lat młodych zżył się z murami i z pejzażem Krakowa; z tych mu- rów starych, dostojnych, z tych widoków natury wyłaniały mu się wizje, które go czarowały i prześladowały. Toteż pomniki wieków minionych nie świadectwem dziejów mu się wydawały, lecz stężałą, w kamień czy malowidło zaklętą historią, żyjącą nadal jakimś życiem cudownym czy upiornym. W terenie tkwi dla jego poczucia źródło zdarzeń; teren po- tencjalnie czy statycznie mieści to, co było kiedyś lub ma być dynamiką faktów. Tworzy Wyspiański dramaty Wawelu, Skałki, Łazienek; Wesele czyni dramatem „rozśpiewanej” chaty bronowickiej, Wyzwolenie dra- matem kulis teatru krakowskiego. W tej epoce Wagnera, Ibsena, Maeterlincka zaznaczało się silnie dą- żenie do nowego, wielkiego dramatu i do nowych form inscenizacji i gry aktorskiej, przy czym ścierały się tendencje naturalistyczne z szukaniem ekspresji i symbolu. Szło przez Europę tchnienie Wagnerowskiego dra- matu muzycznego, łączącego wszystkie sztuki: teatr, muzykę, poezję, malarstwo, taniec. I Wyspiański daje zespół sztuk — i teatralność jego jest niejednokrotnie malarskością i muzycznością, a służyć ma sztuce o społecznym i religijnym dostojeństwie tragedii greckiej. Niewątpliwie działał nań pobudzająco neoklasycyzm francuski, wskrzeszający tematy helleńskie, wracający do mitów dawnych, każący na scenie jawić się (w dramacie Leconte’a de Lisle’a) Erinniom groźnym. Wyspiański sam obdarzony wyobraźnią mitotwórczą, mit uważał za temat najwłaściwszy tragedii. Udramatyzowany mit o Kraku i Wandzie przedstawia Legenda, napisana w r. 1892, a wydana w Krakowie w r. 1897 — dramat muzyczny (w lat kilka później odmiennie opracowany) o bogactwie operowym i malarskim i o barwie prymitywu, łączącego folklor krakowski z legendarnym ujęciem zamierzchłej przeszłości he- roicznej. Tuż po niej próba wznowienia tragedii greckiej, nie dochodząca jednak do istotnego jej ożywienia: Meleager. A w ślad za nimi dzieła dramatyczne istotnie mocą twórczą podbijające: Warszawianka i Klątwa. W Warszawiance stał się nowym piewcą powstania listopadowego, w tragicznej „pieśni” o r. 1831 wyzyskując Meaterlinckowską metodę kom- ponowania tragedii z odżwięków tego, co dzieje się poza sceną. Do dzie- jów powstania wrócił jeszcze dwukrotnie: w Lelewelu, mającym sięgnąć do historycznej prawdy, i w historycznej fantastyce Nocy listopadowej. Klątwą, która imponuje zwartością i napięciem tragicznym, dał do- wód, że potrafi rywalizować z tragikami greckimi i moc przeznaczenia ukazać wstrząsająco. Stanie obok niej godnie dramat ogłoszony krótko przed śmiercią poety, Sędziowie. Ale dążenia Wyspiańskiego nie ograniczały się do sfer sztuki. Się- gał dumnie po rząd dusz, po berło Mickiewicza. Tworząc w oktawach o Kazimierzu Wielkim niby jeden jeszcze rapsod Króla-Ducha, zajął w nim wobec ówczesnej rzeczywistości polskiej postawę wieszczą i bojową. Walkę wypowiedział nienormalności polskiego życia zbiorowego. Walce tej służyć miało Wesele i Wyzwolenie. Dziwnym dziełem jest ów dramat jednej nocy, rozgrywający się w bronowickiej izbie wiejskiej z najściślejszym zachowaniem klasycznej jedności czasu i miejsca — i zrywający z wszelkim dotychczasowym poj-
mowaniem akcji dramatycznej, na pozór będący nanizaniem luźnych scen na nić jedną, a przy tym nadzwyczajnie skomponowany, prymityw- ny w jakichś formach techniki jasełkowej — i skrajnie wyrafinowany w finale, który czymś zdumiewająco nowym był w literaturze nie tylko polskiej, lecz światowej. Kiedyś Dziadów część druga była udramatyzo- waniem wiejskiego obrzędu; teraz Wyspiański dawał udramatyzowanie wiejskiego wesela i udramatyzowanie plotki krakowskiej o zaślubinach poety Lucjana Rydla z ładną wieśniaczką — i czynił to wesele nowymi Dziadami, przedziwnym groteskowym i tragicznym, satyrycznym i fan- tastycznym snem nocy listopadowej. W takt muzyki tanecznej kazał płynąć dialogom transponującym co- dzienną prozę w wiersz płynny, muzyczny, z sylabiczności, która wtedy obowiązywała; przechodzący raz po raz w toniczność. Język zwykły, o chłopskiej często dosadności, niespodzianie tryskał świetnością metafory. Tętni to wszystko prawdą, drga życiem aktualnym, chwytanym na go- rącym uczynku w migawkowych zdjęciach. I potężnieją sceny jasełkowe w nurt dramatyczny, wyłania się z zabawy dramat zbiorowości. W pod- nieceniu, które wszystkich ogarnia, aktualizuje się to, co naprawdę czy na pozór jest treścią dusz. Więc zmienia się także w zjawę konkretną sen najwyższy ówczesnych serc polskich: idea powstania, strojna w ro- mantyczne barwy. Ale nie dojrzał jeszcze ogół do czynu. Tłum zebrany, czekający cudownego znaku, zasłuchany, ogarnięty jakąś hipnozą zbio- rową — nie głosowi Złotego Rogu się podda... Przy dźwiękach skrzypek Chochoła, śmiesznego straszydła słomianego, puszczają się wszyscy w ta- niec automatyczny, bezwolny — tym straszliwszy, że tańczący nie zda- ją sobie sprawy z jego koszmarności. W owym tańcu zbiorowym Wyspiański stworzył nowy typ ekspresji teatralnej dla katastrofy gromadzkiej; nowością fenomenalną było to wyzyskanie zbiorowego, ruchowego, rytmicznego zautomatyzowania jako kształtu teatralnego tragedii. Straszna bolesność obrazu Polski śniącej o powstaniu, a tańczącej w takt muzyki Chochoła, mieściła w sobie sąd nad społeczeństwem ówcze- snym, zwłaszcza nad inteligencją. Stwierdziła wypaczenie psychiki zbio- rowej. Zdawało się Wyspiańskiemu, że wielkie walory duszy polskiej spowite są w słomę codzienności, pospolitości, i gdy się wydobędą, to w formie majaków, z których nie wiedzie droga do realnego czynu, że zro- biono z Polski rzecz pseudopoetyczną, frazesowo-odświętną, nierealną. On zaś pragnął i żądał Polski realnej, która by nie fikcją była, zdob- ną w idealne blaski, lecz — państwem żywym. O realną Polskę, o wyrwanie społeczności z kręgu frazesów mamią- cych i usypiających, toczył nadal walkę w Wyzwoleniu (1903). Znowu niezwykła, uderzająca była forma teatralna. Teatr w teatrze dla zatar- gania sumieniem — przedstawienie, kierowane przez nowego Konrada, ukazać ma i napiętnować Polskę ówczesną. Dwie części tej improwizo- wanej sztuki przedziela akt drugi będący jakby udramatyzowanym mo- nologiem ogromnym ścieranie się Konrada z różnymi fałszami i złuda- mi, przybiera postać rozmowy z szeregiem Masek. Konrad, który w tej walce wyrywa się z kręgu marzeń romantycznych, by iść ku Polsce realnej, jak inne państwa — w akcie trzecim zwycięski bój toczy z ge- niuszem romantyzmu o masce Mickiewicza. Temu Mickiewiczowi, co
w świadomości ogółu zatracił prawdziwe życie swoje i przekształcił się w maskę stężałą, przeciwstwia się jako nowy, żywy Mickiewicz, jako nowy Konrad sam autor Wyzwolenia. Ale odniósłszy zwycięstwo nad upiorami i fikcjami, uświadamia sobie, że odniósł je tylko na deskach teatru, że zwycięstwo było tylko poetycką fikcją — i straszliwe, druzgo- cące, oślepiające poczucie bezsilności jest wydźwiękiem tragicznym. Nie ma poeta mocy kształtowania historii, przekształcania rzeczywi- stości zbiorowej. Może tylko wyśnić i zwiastować upragnioną wielką przemianę. Takim zwiastowaniem jest sen-dramat o polskiej Akropolis, o Wawelu. W finale snu, w którym ożywiły się posągi wawelskie i po- stacie z wawelskich gobelinów, jawi się jako zwiastun radosny oczyszcze- nia i rozświetlenia dusz, jako zwiastun nowej Polski i nowego świata: Chrystus — Apollo. W ślad za Słowackim i Krasińskim Wyspiański Polskę zespalał z Hel- ladą. Żyły w jego wyobraźni swoiście przekształcone postacie helleń- skiej poezji. Młodzieńczy Meleager był zapowiedzią dalszych, oryginal- niejszych utworów, odnawiających mity starożytne. W nastrojowej scenie lirycznej, z motywów miłości i śmierci wysnutej, ukazały się dzieje Pro- tesilasa i Loadamii-, Achilleis szereg scen-obrazów tworzy na kanwie epo- sów Homerowych i pohomeryckiej epiki; Powrót Odysa w niesamowitą tragedię zmienia kres Odyseuszowej tułaczki. A na podobieństwo baro- kowego jednoczenia nowoczesności z mitologią Noc listopadowa, klasycz- ną atmosferą Łazienek zapłodniona, rok 1830 oddała pod władzę bóstw greckich — i oto na tle mitu o Demeter i Korze tajemniczego sensu nabrał listopad insurekcji — jakby zaciążyła nad nią wśród zamierającej przyrody klątwa upadku i zgonu, lecz przezwyciężona wiarą w wiosen- ny powrót życia. Niby historyczny to poemat, niepodobny wszakże do tego, co się usta- liło jako typ dramatu historycznego. Bo też daleko poza szlaki owego typu wybiegła twórczość poety, gdy z materiału dziejów tworzył wizje teatralne. Dla niego nie fakty minione są właściwym tematem, lecz ich trwałe odbicie w świadomości zbiorowej, zrodzona z nich, przez wieki żyjąca legenda. Więc legenda o Mickiewiczu z malarską i muzyczną wy- razistością rozwinięta zostaje w dwunastu scenach Legionu (1900); więc w potężnym dramacie o Bolesławie Śmiałym (1909) mocarz średniowiecz- ny pada pokonany przez trumnę świętego; zwycięstwo pośmiertne osią- ga zamordowany przeciwnik siłą apoteozującej go legendy. Raz jeszcze ukazał się w tym finale wielki tragik. Raz jeszcze zatryumfował czar poezji Wyspiańskiego, narzucającej wizje konkretne i zarazem skrajnie fantastyczne z nieodpartą siłą sugestywną. Miał poeta dar tworzenia własnego, odrębnego świata o rozległych perspektywach, o przykuwającej wyrazistości syntetycznych zarysów, skrótów potężnych, przepełnionych bogactwem treści. Był jednym z naj- oryginalniejszych twórców — a jednak miał w sobie również piętno epi- gonizmu i łamał się z jego brzmieniem. Umiłował wielkie tradycje, zżył się z wielką przeszłością; zstępowały u niego na scenę postacie zrośnięte z kulturą wieków, nabierały nowego, często niesamowitego życia postaci z dzieł Mickiewicza i Matejki, z fresków Watykanu, z'rzeźb Wawelu. I jednocześnie czuł krępujący ciężar tradycji, szamotał się wśród wła-
dającego jego jaźnią czasu romantyki. Toteż zdawało mu się, że walka z romantycznym czarem jest zasadniczym problemem życia narodowego. Pragnął, by to życie spotężniało i by miało piętno samodzielności i prawdy. Wróg majaków, omamień i zakłamań, wydobyć pragnął ze spo- łeczeństwa postawę czynną, twórczą, realną. Pragnął, by ujawniły się w realnym kształtowaniu polskiego życia zbiorowego, polskiego pań- stwa — siły ukryte narodu.
Przemyśl. Schody Rycerskie w Rynku Fot. J. Janiszewski
Zbigniew Jerzy Nowak JULIUSZA KLEINERA PROJEKT UCZCZENIA SETNEJ ROCZNICY „PANA TADEUSZA” 10 czerwca 1930 roku na posiedzeniu administracyjnym Wydziału Filologicznego Polskiej Akademii Umiejętności (= PAU) w Krakowie Juliusz Kleiner, jako członek czynny tej najwyższej wówczas instytucji naukowej w Polsce, rzucił myśl, aby w roku 1934 urządzić „Zjazd Mic- kiewiczowski ku czci romantyzmu, łącząc w programie naukę, literaturę i sztukę” 1 2 3 4. Kleinerowi, jak wolno się domyślać, chodziło w tym przy- padku o uczczenie nadchodzącej setnej rocznicy wydania Pana Tadeusza. Protokół z owego posiedzenia informuje ponadto o motywacji towarzy- szącej wnioskowi. Otóż Kleiner wskazał na sukces odniesiony przez Zjazd Kochanowskiego 2 oraz dodał, że tego rodzaju imprezy — obok waloru naukowego — przyczyniają się do popularyzowania nauki i Akademii. Myśl Kleinera uczestnicy posiedzenia aprobowali, choć równocześnie wy- sunęli „parę innych projektów” 3. Dyskutanci wskazywali także, iż ter- min projektowanego Zjazdu krzyżowałby się z podobnym terminem II Zjazdu Filologów Słowiańskich. Dyskusja zakończyła się uchwałą, by projektodawca, działając „w porozumieniu z szerszym gronem członków Akademii, przedstawił szczegółowszy wniosek” w marcu przyszłego roku. Już na początku 1931 roku wniosek taki był gotowy. Mianowicie Kleiner w liście ze Lwowa z dn. 16 stycznia 1931 r. do sekretarza gene- ralnego PAU (był nim wówczas Stanisław Kutrzeba)4 donosił, że zgłasza „wniosek o zorganizowanie Zjazdu Naukowego dla uczczenia setnej rocz- nicy Pana Tadeusza” — w imieniu własnym oraz w imieniu Bruchnal- skiego 5 i Pawlikowskiego 6, załączając równocześnie szkic projektu. Wnio- 1 Akta PAU, W I — 3, k. 90 verso. (Akta te znajdują się obecnie w Archiwum Oddziału Polskiej Akademii Nauk w Krakowie). 2 Obradował on w Krakowie w dn. 8 i 9 czerwca 1930 roku z okazji 400-lecia urodzin poety czarnoleskiego. 3 Zob. przypis 1. — Protokolant nie zanotował, o jakie projekty chodziło. Nie wymienił także nazwisk uczestników dyskusji. 4 Korespondencja sekretarza generalnego PAU, nr 94/31. 5 Wilhelm Bruchnalski (1859—1938), profesor literatury Uniwersytetu Jana Ka- zimierza we Lwowie, członek czynny PAU. 8 Jan Gwalbert Pawlikowski (1860—1939), badacz twórczości Słowackiego, czło- nek czynny PAU.
skodawca dodał, że z myślą tą solidaryzuje się także Ignacy Chrzanow- ski. Niezależnie od listu do Kutrzeby, Kleiner tegoż dnia wystosował list podobnej treści pod adresem Wydziału Filologicznego PAU 7. W protokole z posiedzenia administracyjnego Wydziału Filologiczne- go z 20 marca 1931 roku8 znajduje się następujący .ustęp poświęcony projektowi uczonego lwowskiego: „Dłuższą dyskusję wywołała sprawa zjazdu literackiego w r. 1934 jako w setną rocznicę ukazania się Pana Tadeusza. Referował czł[onek] Kleiner, poparty pi- smem przez członków Bruchnalskiego i Pawlikowskiego. Uchwalono wyrazić przekonanie, że zjazd taki odbyć się powinien, że urządzić go powinien Uniwer- sytet Wileński, przy czym jednak Akademia okazać powinna wszelką pomoc naukową”. Ta skąpa relacja o dyskusji na forum Wydziału Filologicznego może być dopełniona wiadomościami, które znajdujemy w liście Stanisława Kutrzeby z 2 maja 1933 roku do Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Wil- nie 9. Sekretarz generalny PAU informował instytucję wileńską o inicja- tywie Kleinera, zaznaczając równocześnie, że Zarząd PAU zatwierdził stanowisko Wydziału Filologicznego w tej sprawie. Kutrzeba ujawnił ponadto motywy owego stanowiska, które były dyskutowane w marcu 1931 roku. Po pierwsze więc — jak pisał — „PAU urządziła niedawno Zjazd im. Kochanowskiego, który ją kosztował wiele pracy i [...] na razie nie ma sił, które by nowy Zjazd odpowiednio przeprowa- dziły”. Po wtóre zaś — zaznaczał — istnieje zgodna opinia co do tego, że „Zjazd Mickiewiczowski nie może się odbyć z pominięciem Wilna, połączenie zaś Wilna z Krakowem jest ze względów technicznych niemożliwe. Toteż PAU gotowa jest udzielić komitetowi Zjazdu pomocy naukowej i moralnej; ale sama urządzenia Zjazdu podjąć się nie może”. Ponadto Kutrzeba wskazywał, że ob- chód stulecia Pana Tadeusza można by połączyć ze Zjazdem Filologów Słowiań- skich; jego sekcja literacka mogłaby podjąć „znany wszystkim a ważny temat — tym zaś mógłby być właśnie Pan Tadeusz". Odpowiedź Wilna zapewne była odmowna 10 11, bo ostatecznie nie doszło do osobnego zjazdu naukowoliterackiego poświęconego stuleciu Pana Ta- deusza. Choć oczywiście o rocznicy nie zapomniano. W Krakowie na pu- blicznym posiedzeniu PAU w dniu 16 czerwca 1934 roku Stanisław Pigoń wygłosił odczyt Sąd nad Polską w „Panu Tadeuszu” n. Uczony krakow- 7 Akta PAU, W I — 13, rok 1931, k. 1. 8 Akta PAU, W I — 3, k. 93 verso. 9 Korespondencja sekretarza generalnego PAU, nr 471/33. — Jak wynika z dzien- nika podawczego (PAU I — 213, nr 471 z dn. 2 V 1933), list podobnej treści był wysłany również do Uniwersytetu Stefana Batorego. 10 W aktach PAU nie dotarliśmy do takiej odpowiedzi. 11 Opublikowany w „Roczniku PAU” 1933/34, Kraków 1935, s. 118—130.
ski uczcił stulecie eposu Mickiewicza nie tylko akcją odczytową12: w ma- ju 1934 roku ogłosił monografię „Pan Tadeusz”. Wzrost, wielkość i sła- wa. Redakcja „Języka Polskiego” wydała zeszyt o języku Mickiewicza (nr 5 z września—października), ofiarowany uczestnikom II Międzyna- rodowego Zjazdu Slawistów, który obradował w Krakowie we wrześniu 1934 roku. W czasie obrad zjazdowych wygłoszono m. in. 14 referatów mickiewiczowskich13, dotyczących głównie recepcji twórczości poety wśród Słowian, w tym referat Józefa Gołąbka pt. „Pan Tadeusz” w prze- kładach słowiańskich. Zaś Kleiner, jako członek Polskiej Akademii Literatury, reprezento- wał ją podczas uroczystości mickiewiczowskich w Paryżu wraz z Wacła- wem Sieroszewskim, Juliuszem Kadenem-Bandrowskim i Zenonem Prze- smyckim (Miriamem). Kleinerowi też przypadł zaszczyt wygłoszenia rocz- nicowej prelekcji pt. Mickiewicz et son epopee nationale w College de France w obecności prezydenta Republiki Francuskiej w dniu 14 czer- wca 1934 roku 14. * Publikowany przez nas Projekt zorganizowania Zjazdu naukowego ku czci „Pana Tadeusza” pióra Juliusza Kleinera ze stycznia 1931 roku zasługuje na uwagę nie tylko jako przejaw recepcji Mickiewicza, ale także — a może przede wszystkim — jako interesujący dokument z dzie- jów nauki o literaturze. Otóż Kleiner-komparatysta uwydatniał świato- wą rangę eposu Mickiewiczowego, jak również podobną rangę polskiego romantyzmu. Ale ponadto Kleiner-teoretyk literatury w swym Projek- cie... dawał wyraz pewnego kryzysu, który zaznaczył się wówczas na polu metod badania literackiego. Rzecz też znamienna, że uczony lwo- wski w bogatym programie projektowanego Zjazdu bezpośrednio po twórczości Mickiewicza umieścił problematykę metodologiczną: „rozpatrywanie metod stosowanych dotąd w badaniu utworów, osobistości i bio- grafii Mickiewicza i postulatu stosowania metod nowych”. Gdyby inicjatywa Kleinera została zrealizowana, to kto wie, czy zjazd urządzony w stulecie Pana Tadeusza nie przekształciłby się w wielką 12 Poza prelekcją w PAU Pigoń wygłosił w 1934 r. w Krakowie jeszcze nastę- pujące: Stulecie „Pana Tadeusza” (16 III); Słońce nad Soplicowem (7 VI). Zob. J. Starnawski, Kronika życia i działalności Stanisława Pigonia, [w:] Stani- sław Pigoń. Człowiek i dzieło. Praca zbiorowa pod redakcją H. Markiewicza, M. Ryd- lowej, T. Ulewicza, Kraków 1972, s. 424—425. 13 Księga referatów. Sekcja 2: Historia literatury. II Międzynarodowy Zjazd Slawistów (Filologów Słowiańskich), Warszawa 1934. — Do 13 referatów pomie- szczonych w Księdze doliczyć trzeba odczyt Pigonia (Dramat dziejowy polsko-ro- syjski w ujęciu Mickiewicza), wygłoszony na zamknięcie Zjazdu w dn. 29 września. Publikacja odczytu [w:] „Przegląd Współczesny” 1934, nr 151 i w tomach Pigonia: Na wyżynach romantyzmu. Studia historycznoliterackie (Kraków 1936) oraz Zawsze o Nim. Studia i odczyty o Mickiewiczu (Kraków 1960). 14 J. Starnawski, Kronika życia i działalności Juliusza Kleinera, [w:] Ju- liusz Kleiner. Księga zbiorowa o życiu i działalności, Lublin 1961, s. 278. — Przy sposobności wypada sprostować wiadomość podaną przez Kronikę... (s. 278), że Klei- ner dopiero w r. 1932 wystąpił w PAU z projektem uczczenia rocznicy Pana Ta- deusza. Stało się to, jak wiadomo, dwa lata wcześniej.
dyskusję metodologiczną, bo takie zagadnienia interesowały żywo niema] wszystkich badaczy literatury: odczuwano wówczas powszechnie, że tra- dycyjne metody historycznoliterackie przestały wystarczać. Tego rodza- ju dyskusja (a właściwie batalia) odbyła się przy pierwszej nadarzającej się okazji: był nią Zjazd Naukowy imienia Ignacego Krasickiego w czerw- cu 1935 roku we Lwowie. Projekt... Kleinera jest więc przyczynkiem do poznania klimatu intelektualnego tamtych lat. Daje także sposobność do charakterystyki znakomitego uczonego, którego zawsze cechowała otwarta postawa wobec przemian zachodzących w dziedzinie metodologii badań literackich 15. * Projekt... Kleinera publikujemy na podstawie autografu zachowane- go w korespondencji Wydziału Filologicznego PAU (W I—13, rok 1931, k. 2—5). Tamże mieści się odpis Projektu... w formie maszynopisu. Za- chowaliśmy układ graficzny autografu Kleinera, modernizując ortografię i interpunkcję zgodnie z dzisiejszą normą. Projekt zorganizowania Zjazdu naukowego ku czci „Pana Tadeusza” Celem uczczenia setnej rocznicy „Pana Tadeusza” Polska Akademia Umie- jętności organizuje Zjazd naukowy. Data ukazania się dzieła, które i w obrębie literatury światowej, i w życiu duchowym narodu zajęło stanowisko wyjątkowe, jest jeszcze bardziej godna upamiętnienia niż rok urodzenia czy śmierci autora. Szczególne zaś powody, uzasadniające potrzebę Zjazdu takiego w chwili obecnej, tkwią w tym, że je- steśmy świadkami różnych zmian w metodach badania literackiego i że w kul- turze naszej zaznacza się konieczność ustalenia stosunku nowej generacji do tradycyj wielkiej poezji romantycznej. Liczyć się również należy z faktem, że w Europie, zwłaszcza we Francji, budzi się na tle „stulecia romantyzmu” nowe zainteresowanie wobec poezji i pierwszej połowy w. XIX. Jest rzeczą ważną, by skorzystać z tego dla zwró- cenia uwagi uczonych obcych na doniosłość światową romantyków polskich. Przedmiotem prac Zjazdu, podzielonego na sekcje, byłyby dziedziny na- stępujące: 1) twórczość Mickiewicza; 2) rozpatrywanie metod, stosowanych dotąd w badaniu utworów, osobisto- ści i biografii Mickiewicza i postulatu stosowania metod nowych; 3) rola Mickiewicza w kulturze polskiej i ewolucja stosunku społeczeństwa do jego poezji; 4) zagadnienia związane z wydaniem dzieł Mickiewicza, z przekładami, z ko- mentowaniem i popularyzowaniem; 15 O kryzysie metodologicznym, który pojawił się około roku 1930, i o postawie metodologicznej Kleinera „w duchu przymierza między dawnymi i młodszymi laty” pisał K. Górski, Przegląd stanowisk metodologicznych w polskiej historii lite- ratury do 1939 roku. W wydawn.: Zjazd Naukowy Polonistów 10—13 grudnia 1958, Warszawa 1960, s. 111 i n. Przedruk w tomie K. Górskiego, Z historii i teorii literatury, seria druga, Warszawa 1964.
J. KLEINERA PROJEKT UCZCZENIA SETNEJ ROCZ. „PANA TADEUSZA” ’ - ' -- ~ ~ ’ ---------------------------------------- ’ ’ - 5) twórczość innych polskich poetów romantycznych; 6) stosunek romantyzmu do okresów poprzednich i następnych; 7) zagadnienia ogólne romantycznego poglądu na świat i estetyki roman- tycznej; 8) filozofia, religijność i mistyka w epoce romantyzmu; 9) pierwiastki nieromantyczne w dziełach romantyków i w ich epoce; 10) rozwój języka literackiego w dobie romantyzmu; 11) wersyfikacja romantyków; 12) sztuka polska w dobie romantyzmu; 13) stosunek innych narodów do Polski w dobie romantyzmu (na ten szcze- gólnie temat pożądane byłyby referaty uczonych zagranicznych); 14) polskie życie obyczajowe w XVIII i XIX w.; 15) książka w epoce romantyzmu; 16) „moda romantyczna” poza obrębem twórczości literackiej i artystycznej; 17) literatura romantyczna w stosunku do wypadków dziejowych i do kształ- towania legendy historycznej; 18) dzieje emigracji polskiej. Celem przygotowania Zjazdu wybrany zostanie spośród członków Polskiej Akademii Umiejętności komitet z prawem kooptowania. Miejsce i termin Zjazdu ustali komitet.

Część trzecia Jerzy Starnawski JUBILEUSZOWA KSIĘGA KU CZCI STANISŁAWA PIGONIA Z 1951 R. Niecodzienna w dziejach polonistyki uroczystość odbyła się 3 czerwca 1951 roku w mieszkaniu Stanisława Pigonia przy alei Słowackiego w Kra- kowie; w czterdziestolecie pracy naukowej wręczono powszechnie sza- nowanemu jubilatowi grubą księgę „w postaci oprawnego ozdobnie ma- szynopisu”, jak zanotował bibliograf profesora h Ofiarowano Stanisławowi Pigoniowi 31 prac, w trzech cyklach. Cykl czwarty to praca trzydziesta druga: Bibliografia prac Stanisława Pigo- nia, opracowana przez Zbigniewa Jerzego Nowaka. Kartę tytułową księ- gi wykonał artysta malarz E. Waniek. W 10 lat później zrealizowano w drukowanym słowie Księgę pamiąt- kową ku czci Stanisława Pigonia (1961). Rozpoczęła ją Bibliografia prac jubilata, doprowadzona do 1959 r., pióra Zbigniewa J. Nowaka — jak poprzednio. Liczba autorów ofiarowujących jubilatowi prace wzrosła z 31 do 49; niektórzy składający prace w Studiach i szkicach (tak nazywała się księga złożona w maszynopisie) powtórzyli te same w 1961 r.; nie- którzy zmarli pomiędzy rokiem 1951 i 1961; trzej (Wacław Borowy, An- toni J. Mikulski, Karol Wiktor Zawodziński), nie doczekali nawet ,,ci- chej” uroczystości w dniu 3 czerwca 1951, zdołali jednak nadesłać na czas swoje prace; w ich szeregi podążyli pomiędzy „cichym” i głośniej- szym jubileuszem Pigonia: Stanisław Adamczewski, Juliusz Kleiner, Ta- deusz Mikulski, Ryszard Skulski, Marian Szyjkowski. Niektórzy wystą- pili po 10 latach z innymi pracami: doproszono też do współpracy osoby nie biorące udziału w „cichym” jubileuszu z 1951 roku. Ogółem więc munera litteraria Stanislao Pigoń ab amicis collegis discipulis oblata pre- zentują z górą pięćdziesiąt twórczych indywidualności: Nie każdemu profesorowi hołd składała tak duża liczba przyjaciół, kolegów i uczniów. Ów „cichy” jubileusz z 1951 roku upamiętnił opis bibliograficzny tomu Studia i szkice w Bibliografii rozpoczynającej Księgę z 1961 roku, liczący około 1V2 stronicy, upamiętniły go fotografie i wzmianka w Kro- nice życia i działalności w księdze o Stanisławie Pigoniu wydanej 1 Por. Zbigniew Jerzy Nowak, Bibliografia pism Stanisława Pigonia, [w:] Księga pamiątkowa ku czci Stanisława Pigonia. Kraków 1961 s. 111.
w 1972 roku 2. Wszystko to jednak zapiski drobne. Warto temu nie opubli- kowanemu w pełni faktowi literackiemu poświęcić nieco więcej uwagi. I. Wychodząc od opisu bibliograficznego pomieszczonego w Księdze z 1961 roku, trzeba zaznaczyć na początku, że przytoczona tam niezwyk- łej piękności dedykacja, w której autorowi wspomnieniowej książki Z Komborni w świat przypomniano arcytrafnie metaforycznie „długą skibę odwaloną ostrym pługiem badacza” jest pióra Tadeusza Ulewicza, o czym informacja zagubiła się w opisie bibliograficznym 3. Księgę wręczył Stanisławowi Pigoniowi w czasie „cichego jubileu- szu” Franciszek Bielak, który wygłosił przemówienie. Szkoda, że tekst nie dochował się. Dochował się natomiast tekst drugiego przemówienia wygłoszonego przez najmłodszego obecnego na uroczystości ucznia jubi- lata, autora Bibliografii, Zbigniewa Jerzego Nowaka. Tekst przytacza się: Czcigodny i Drogi Panie Profesorze, zebraliśmy się dzisiaj, by uczcić Twą długoletnią i świetną pracę naukową. Niezwykła to i radosna dla obecnych chwila. Oto minęło już lat przeszło czter- dzieści, gdy zacząłeś pełnić służbę na polu historii literatury polskiej, ogłaszając pierwsze młodzieńcze rozprawy. Z podziwem patrzymy na Twój tak ogromny i cenny dorobek naukowy. Ogromny liczbą, bo bibliografia odnotowała przeszło sńedemset pozycji w postaci monografii, rozpraw, artykułów i wydanych tek- stów. Cenny jakością, bo wzbogacający naukę tylu nowymi odkryciami i do- konaniami. Dzięki Twoim edycjom i monografiom powstały trwałe i niewzruszone fun- damenty wiedzy o Mickiewiczu. Oto najwspanialszy owoc tyloletniego gorącego umiłowania i badawczego trudu. Dlatego też na zawsze imię Twoje, imię wiel- kiego filologa, zapisała na swych kartach kultura polska. Ta kultura, której sercem od wieku jest nieśmiertelna twórczość autora Pana Tadeusza. Jakże ubogo i bezbarwnie wyglądałby bez Twej pracy obraz naszego ro- mantyzmu! Dzięki Tobie sylwetki Słowackiego, Norwida, Goszczyńskiego i tylu, tylu innych rysują się nam tak wyraźnie. Pionierskimi badaniami zwróciłeś uwagę na oryginalny nurt pisarstwa ludowego. Wysiłkiem edytorskim dałeś nam ostatnio do rąk nieskażone teksty Żeromskiego. Wnikliwą pracą ukazałeś twórczość Orkana. — Długo wypadłoby wyliczać zasługi naukowe dzisiejszego Jubilata: ten pośpieszny rejestr może wymienić tylko zasługi najważniejsze. Praca humanisty polega nie tylko na gromadzeniu i opisie zjawisk histo- rycznych; w drugiej fazie pracy humanista przechodzi do oceny tych zjawisk, do ukazania ich na tle świata wartości. Ta postawa aksjologiczna, wartościująca, jest znamienną cechą Twej twórczości naukowej. Albowiem ujawniasz wartości istniejące w literaturze i kulturze narodowej i. nie wahasz się pokazać własnego systemu wartości, co wymaga hartu i odwagi. Twoją zasługą pozostanie więc i to, że przypomniałeś, iż badacza — zwłaszcza humanistę — obowiązuje swoi- sty etos. 2 Stanisław Pigoń. Człowiek i dzieło. Charakterystyki. Wspomnienia. Materiały. Kraków 1972. 3 Wiadomość od Zbigniewa Jerzego Nowaka w liście do mnie z 16 czerwca 1980 r.
Czytelnika Twych książek urzeka czar sztuki pisarskiej, oryginalnego stylu, którego najznamienniejszym przejawem jest spontaniczna metaforyka rolnicza. O rzeczach pięknych piszesz w sposób piękny, zaiste polszczyzną nieskazitelną. Jesteś nie tylko człowiekiem nauki, ale i człowiekiem pióra, pisarzem. Powiada Mickiewicz: Nie ten, co wielkość całą gruntuje w dowcipie, Rad tylko, że swe imię szeroko rozsypie I że barki księgarzom swymi pismy zgarbi: Nie taki ziomków serca na wieczność zaskarbi; Ale kto i wyższością sławy innych zaćmi, I s e r c e m spółrodaka żyje między braćmi. Dzisiaj składamy hołd nie tylko Twojej twórczości naukowej, chylimy czo- ło, zwłaszcza my, uczniowie, przed Twoim wielkim sercem. Ryc. 1. Prof. Stanisław Pigoń I. Jesteś, Drogi Profesorze, niezwykłym wychowawcą: umiesz wysłuchać każ- dego studenta cierpliwie i z ogromną życzliwością; jesteś delikatny w stopniu najwyższym; dbasz o życie moralne i materialne wychowanka. Każdy z Twoich uczniów pamięta pomoc, jaką niosłeś, owe Mickiewiczowe „czyny ciche, użytecz- ne, których nikt”... Jesteś troskliwy i dobry jak ojciec. Nie wiem, czy kiedy-
kolwiek wychowankowie krakowskiej Bursy Jeruzalem istniejącej już od XV wieku mówili o swoich seniorach, tak jak o Tobie, Kochany Seniorze, mówili powojenni mieszkańcy owej prastarej Bursy: „Ojciec Pigoń”. W pracy pedago- gicznej stosujesz optymistyczną teorię: wierzysz w prymat wartości moralnych w życiu ludzkim, pokładasz nadzieję w przemianie moralnej człowieka. Toteż niejeden Lord Jim naszego czasu doczekał się rehabilitacji dzięki Twojej mą- drej cierpliwości. Gdzież bije źródło tej świetnej twórczości naukowej i tak owocnej pracy pedagogicznej? W Twojej osobowości. Oto trzeci powód naszego dzisiejszego hołdu: Twoja niezwykła osobowość, która jest rezultatem świadomego rozwoju i trudu, uporczywej walki o dobra moralne we własnym życiu, zgodnie z Two- im poglądem na świat. Wyrazem czci i wdzięczności jest księga prac, którą ofiarują Ci dzisiaj Twoi przyjaciele, koledzy i uczniowie. Życzymy Ci, Drogi Jubilacie, długich lat życia i jak najowocniejszej pracy. Z całego serca: Szczęść Boże! Na oba przemówienia odpowiedział Stanisław Pigoń. Tekst przemó- wienia dochował się jedynie w notatkach, z których piszący te słowa — mimo trudności, jaką stanowi odczytanie drobnego ołówkowego pisma jubilata utrwalonego na papierze brulionowym, zadrukowanym — pró- buje odtworzyć główne myśli. Jubilat „objął refleksją” (jak to sformułował) 30 lat zawodu na- uczycielskiego. Mówił o specificum nauczania w uniwersytecie, które nie może być w stosunku do słuchaczy przesadną opieką. Metody pracy uczą się oni sami, a zadaniem nauczyciela uniwersyteckiego jest tylko „ujawnienie sensu”, danie przykładu. Charakter, osobowość profesora więcej waży niż metoda. Pracowitość z woli — w tym był „sens mego ży- wota”, stwierdził jubilat. „Osławiono mnie jaką piłę, Piłata” — dodawał z humorem 4. I wyjaśniał, jak trzeba to „wyrozumieć”. Przypomniał swą przeszłość. Wyszedł z trudnych warunków. „Nauka była narzędziem me- go startu, przez nią wyrosłem, jej zawdzięczam wszystko. To Pani i Orę- downiczka” — takimi oto słowami charakteryzował wejście swoje w at- mosferę czci dla nauki. Przeszedł następnie do scharakteryzowania Uniwersytetu Jagielloń- skiego w pierwszych latach XX wieku. Przypomniał wielkie nazwiska: Smolka, Zakrzewski, Sternbach, Morawski, Creizenach, Godlewski, Wit- kowski — zatem nazwiska nie historyków literatury, ale sław na róż- nych kierunkach Wydziału Filologicznego. Uczony to był w tych latach „szczyt znaczenia i powagi”. Grono ich to jakaś Izba Panów. Przypom- niał, że ongiś jako fakt historycznej doniosłości przyjęto mianowanie przez rząd austriacki trzech profesorów w 1851 roku. Jakżeż to pospolite zjawisko w 100 lat dokładnie od tej daty. Na tle ówczesnych wielkich profesorów krakowskich specjalna była rola Ignacego Chrzanowskiego. Parafrazując słowa Wojskiego o ojcu Podkomorzego wypowiedział się najznakomitszy znawca Pana Tadeusza o swym mistrzu: 4 Porównanie to nasuwa podobieństwo ze zdaniem St. Pigonia powtarzanym w egzaminach studentów, utrwalonym za jego przemówieniem jubileuszowym z 1961 r. przez Izabelę Mikułę: Wspomnienia o profesorze St. Pigoniu. Zapiski z pamięci, [w:] Stanisław Pigoń. Człowiek i dzieło, op. cit., s. 389.
On mnie radą do usług publicznych sposobił Z opieki nie wypuścił, aż człowiekiem zrobił5 * 7. Oddał Pigoń nauce siły swe witalne z całą konsekwencją. Pracowi- tość, rzetelność — to cechy, które wyniósł z rodzinnego domu. Przy- pomniał jubilat, że pisał o tym w swej wspomnieniowej książce i nie ma potrzeby powtarzać. Podkreślił tylko syntetycznie, że traktuje pra- cowitość jako obowiązek prymarny młodej fali wrastającej w inteli- gencję. „To nasze szlachectwo” — dodawał. A jako że wychował się w środowisku pod pewnym względem uni- katowym, w ostatniej generacji przedwolnościowej, pragnienie niepodleg- łości było naczelnym hasłem w życiu pokolenia. Ono rodziło pracę w kon- spiracji. „Pamiętaj, żeś synem zabitej Ojczyzny” — takie przykazanie ojcowskie wyniósł z domu swego i do tej atmosfery wszedł „ jak suro- wiec” (jego sformułowanie). Uczuciu narodowemu pozwolił zapanować w sobie. Ono było przed wszystkim. Mniejsza o inne sprawy, byle spra- wa narodowa ... Na tym tle wszystko „dla solidaryzmu” (własne słowa jubilata). Nie walka, ale harmonia, hasło traktowane dziś (tzn. w 1951 r.) jako wstecznictwo. I tu przypomniał jubilat, że kiedy wydał Zarys now- szej literatury ludowej, wykpiono go za to stanowisko. Ale zarzuty, któ- re mu postawiono, ma prawo uważać za najwyższą pochwałę. Praca, rzetełna wiedza — oto postulaty, które zawsze ukazywał stu- diującej młodzieży. Przyjęcie od kolegów, przyjaciół i uczniów wręczanej mu pamiątkowej księgi traktuje jako największą nagrodę. Tak z zapisków brulionowych udało się odtworzyć niektóre myśli pięknego przemówienia jubilata. n. Autorów miała księga pt. Studia i szkice, jak już wspomniano, trzy- dziestu dwu (wraz z autorem Bibliografii jubilata). Trzech nie żyło już w chwili wręczania Księgi. Jednakże pod dedykacją zredagowaną przez Tadeusza Ulewicza widnieje 20 podpisów autorów reprezentowanych pra- cami i podpis związanego blisko z Pigoniem w owym czasie wydawcy, Mieczysława Kota. Podpisy autorów (w porządku alfabetycznym) są na- stępujące: Franciszek Bielak, Janina Garbaczowska, Konrad Górski, Ju- liusz Kijas, Juliusz Kleiner, Zenon Klemensiewicz, Tadeusz Mikulski, Zbigniew Jerzy Nowak, Mieczysław Piszczkowski, Leon Płoszewski, Mie- czysława Romankówna, Ryszard Skulski, Stefania Skwarczyńska, Irena Sławińska, Józef Spytkowski, Witold Taszycki, Tadeusz Ulewicz, Kazi- mierz Wyka, Włodzimierz Zajączkowski, Czesław Zgorzelski. Dziewięciu autorów prac nie zdołało przybyć. Dwaj z nich (Mieczysław Brahmer i Roman Pollak) usprawiedliwili w listach do jubilata swą nieobecność. Oto list Romana Pollaka: 5 Podobieństwo Pigonia do Chrzanowskiego było widoczne m. in. w trosce o wy- eliminowanie z życia wszelkiego poklasku. Jubileusz Ignacego Chrzanowskiego odbył się w dniu 12 lutego 1936 roku cicho, bez poklasku, w mieszkaniu jubilata, bo tak on sobie życzył. Księga jubileuszowa pt. Prace Historycznoliterackie była wydru- kowana. 7 — Rocznik Przemyski t. 22/23
Kochany Stachu! Nie dojrzysz mnie dziś niestety w gronie tych przyjaciół i ludzi życzliwych, którzy Cię otoczą i ręce do Ciebie z uściskiem wyciągną. Jakże im tego serdecznie zazdroszczę! W takiej zwłaszcza chwili rad bym z duszy znaleźć się przy Tobie, znów się Tobą nacieszyć. Ale twardy mus oddala mnie właśnie w ten dzień do Gdań- ska, gdzie serią wykładów muszę rok szkolny zakończyć. Wyjazdu tego abso- lutnie nie mogę przesunąć i zobowiązania muszę dotrzymać. Wybacz więc, że tylko listem przesyłam Ci mocny, braterski uścisk i naj- lepsze, serdeczne życzenia Twój Roman 3 VI1951. Z kolei list Mieczysława Brahmera: Wielce Szanowny i Drogi Panie Profesorze, Bardzo żałowałem, iż nie mogłem wziąć udziału w tak miłej i może tym wymowniejszej przez swój charakter intymny, uroczystości wręczenia pamiąt- kowej Księgi. Miałem nadzieję, że w tydzień później znajdę się na krótko w Kra- kowie i że wówczas, w postaci postscriptum, będę mógł ustnie wyrazić Panu swe najserdeczniejsze życzenia. Ale eskapada moja musi ulec zwłoce i nie mając pewności, kiedy ostatecznie nastąpi, pragnę bodaj tymi paru słowami przyłączyć się do tych wszystkich kolegów i przyjaciół, którzy w ubiegłą niedzielę skupili się dokoła Pana. A jeśli nawet volumen przez nich przyniesiony nie stanie się rychło tomem drukowanym i czekać przyjdzie na jego rozszerzone wydanie — to przyszłość oceni właściwie tę odrębną formę uznania i wdzięczności, w szcze- gólnych warunkach nawiązującą do czasów, bliższych rękopiśmiennym kodeksom. Dziękuję najuprzejmiej za wiadomość o Porębowiczu, którego książkowe wcielenie już mi sygnalizowano. (...)®. Łączę wyrazy głębokiego szacunku i bardzo serdeczne pozdrowienia MBrahmer Warszawa 10 VI 1951. Kilka osób nie uczestniczących w księdze ku czci Stanisława Pigonia zareagowało na tę uroczystość listami do jubilata, który przy końcu księ- gi włączył do niej niektóre. Oto list Karola Badeckiego: Prof. Dr Karol Badecki Kraków 10 czerwca 51 r. Kraków, ul. św. Jana 15. Wielce Szanowny Panie Profesorze i Czcigodny Jubilacie! W terminie niestety spóźnionym dowiedziałem się, że ubiegłej niedzieli w Gronie uczniów i przyjaciół obchodził Pan Profesor uroczyście 40-lecie Swo- jej pracy naukowej. • Mowa o tomie: Edward Porębowicz, Studia literackie. Przedm. M. Brah- mer. Kraków 1951. Literatura — Sztuka — Krytyka. Biblioteka Naukowa nr 15. Wydawnictwo M. Kot. W dalszym ciągu opuszcza się materię nie związaną z jubi- leuszem St. Pigonia.
Przykro mi bardzo i mogę mieć uzasadnione pretensje do Komitetu Organi- zacyjnego, że nie uznał za stosowne powiadomić mię w odpowiednim czasie o tej Uroczystości. Byłbym uczestniczył w niej z uczuciem najszczerszej życzliwości i przyjaź- ni, a zarazem czci głębokiej dla wybitnych zasług naukowych drogiego wszyst- kim polonistom Jubilata. Z tej okazji pozwalam więc sobie na tej drodze przesłać Wielce Szanowne- mu Panu Profesorowi w oktawę owych Jubileuszowych Godów najserdeczniej- sze życzenia dalszej pracy dla dobra Nauki i Narodu Polskiego, w której oby Bóg błogosławił Go przez długie lata zdrowiem nalepszym. Proszę przyjąć wyrazy mego najgłębszego szacunku i poważania wraz z go- rącym uściskiem dłoni KBadecki Oto początkowy fragment listu Tadeusza Turkowskiego: Kraków 3 czerwca 1951. Czcigodny i Drogi Panie Profesorze! Dochodziła mnie głucha wieść, że tymi czasy mają być Panu złożone ży- czenia przez uczniów i wielbicieli pracy Pańskiej. Jako jeden z nieobecnych pozwolę sobie dołączyć moje wyrazy głębokiej wdzięczności i szacunku dla wszystkiego, co w ciągu ubiegłych lat, z górą czterdziestu, dokonał Pan dla pogłębienia samowiedzy Narodu. Dziś, kiedy byt nasz uległ niebywałemu za- grożeniu, tym wydatniej zarysowuje się doniosłość pracy Pańskiej. (...)7. Wyrazy wysokiej życzliwości raczy Pan przyjąć Tad. Turkowski Na zakończenie list autora niniejszego artykułu: Lublin, dn. 2 VI1951 r. Czcigodny Panie Profesorze, Na dzień, w którym wręczona zostanie Panu Profesorowi Księga pamiąt- kowa ku Jego czci, — spieszę załączyć Dostojnemu Jubilatowi moje najlepsze, najserdeczniejsze życzenia. Uroczystość ku czci Pana Profesora, tak cicha i skromna, jest wielce do- stojna w swej prostocie. A może to właśnie lepiej, że wręczenie Księgi odbywa się w zaciszu do- mowym, bo świętują tylko ci, którzy Pana Profesora prawdziwie kochają. Więc też do tych właśnie — ultimus et minimus, mimo iż nigdy nie byłem sensu stricto uczniem Pana Profesora, pragnę zasłać i moje solidarne z prof. Zgo- rzelskim, prof. Sławińską, drem Ulewiczem, drem Nowakiem — przyjaciółmi mymi i innymi, których nie znam bliżej8 — wyrazy mego dla Dostojnego Ju- bilata szacunku, przywiązania i „uczniowskiej” prawdziwie wdzięczności. Jerzy Starnawski 7 Tu również opuszcza się dalszy ciąg nie związany z jubileuszem. 8 Autor listu nie był zorientowany co do zawartości księgi i nie znał listy współpracowników.
III. Spojrzeć wypadnie z perspektywy trzech dziesiątków lat na to, jak rozprawy złożone kiedyś do jednej nie opublikowanej księgi rozeszły się po świecie i dokąd trafiły. — A więc, z Bibliografią pióra Zbigniewa Jerzego Nowaka w ręku: 1. Tadeusz Mikulski, „Kurdesz nad kurdeszami” — zagadnienie tekstu i au- torstwa — Pamiętnik Literacki 1959 R. 50, z. 1, s. 1—49; przedr. [w:] T. Mikul- ski, W kręgu oświeconych. Studia. Szkice. Recenzje. Notatki. Warszawa 1960, s. 171—242. 2. Czesław Zgorzelski, Powieść o „czułych filozofach” — Księga pamiąt- kowa ku czci Stanisława Pigonia. Kraków 1961, s. 253—261; przedr. [w:] Cz. Zgo- rzelski, Od Oświecenia ku Romantyzmowi i współczesności. Szkice historyczno- literackie. Kraków 1978, s. 108—121. 3. Kazimierz Wyka, O Panu Geldhabie”. Pamiętnik Literacki 1951 R. 42, z. 3/4, s. 621—646. 4. Wacław Borowy, O „Ucieczce” Mickiewicza. Pamiętnik Literacki 1956 R. 47, z. specjalny (Mickiewiczowski), s. 150—168; równocześnie — Roczniki Hu- manistyczne (W setną rocznicę Mickiewiczowską) 1954/1955, t. 5, druk. 1956, s. 51— 71; przedr. [w:] W. Borowy, O poezji Mickiewicza. T. 1. Lublin 1958, s. 253—274. 5. Ryszard Skulski, Juliusz Słowacki jako uczeń. Zycie i Myśl 1952 R. 3, nr 1/6, s. 131—154 (z przedm. Juliusza Kleinera). 6. Irena Sławińska, Stygmat salonu w komediach C. K. Norwida, [w:] I. Sławińska, O komediach Norwida. Lublin 1953, s. 43—68 (wersja znacznie rozszerzona). 7. Juliusz Kijas, Źródła historyczne „Pana Wołodyjowskiego”. Pamiętnik Li- teracki 1952 R. 43, z. 3/4, s. 1137—1156. 8. Stanisław Adamczewski, Prusowskie problemy. Pamiętnik Literacki 1963 R. 54, z. 1, s. 25—31. 9. Konrad Górski, Zagadnienie wartości własnego narodu u Żeromskiego. Pomorze 1957 R. 3, nr 7; przedr. [w:] K. Górski, Z historii i teorii literatury. (Ser. 1). Wrocław 1959, s. 337—345. 10. Leon Płoszewski, Pasja teatralna St. Wyspiańskiego — druk, w roz- szerzonej wersji pt. Zagraniczne doświadczenia teatralne Wyspiańskiego. Pamięt- nik Teatralny 1957 R. 6, z. 3/4(23/24), s. 461—510. 11. Mieczysław Piszczkowski, Bajka o dwóch gołębiach. Studium porów- nawcze — druk. pt. Stanisława Trembeckiego bajka o dwóch gołębiach. Zeszyty Naukowe UJ. Filologia 1955 nr 1, s. 35—46, nadb. Kraków 1955. 12. Mieczysław B r a h m e r, Renesansowy mit poety — wieszcza — Księga pamiątkowa ku czci Stanisława Pigonia. Kraków 1961, s. 153—159. 13. Jan Janów, Polikarp na Rusi — Studia z Filologii Polskiej i Słowiań- skiej 1958, t. 3, s. 189—200. 14. Roman P o 11 a k, Nad palimpsestem przeobrażeń „Gofreda” — Pamiętnik Literacki 1952 R. 43, z. 1/2, s. 568—573. 15. Karol K. Zawodziński, „Trzech budrysów” i „Czaty” a współczesna poezja rosyjska — druk. pt. Geneza „sm”, czyli strofy „Czatów” i „Trzech budry- sów”, [w:] K. W. Zawodziński, Studia z wersyfikacji polskiej. Oprać. Janina Budkowska. Wrocław 1954, s. 454—460. 16. Witold Taszycki, Język ludowy w „Krakowiakach i Góralach” Wojcie- cha Bogusławskiego — Pamiętnik Literacki 1951 R. 42, z. 2, s. 419—429; przedr. [w:] W. Taszycki, Rozprawy i studia polonistyczne T. 2. Wrocław 1961, s. 249— 258. Ogólna liczba rozpraw i studiów ofiarowanych Stanisławowi Pigo- niowi w dniu 3 czerwca 1951 roku pokazanych światu w ciągu 30 lat z górą Izielących nas od tej daty przekroczyła połowę, ale nie tak wiele. Sprawdzenie, według opisu bibliograficznego opracowanego przez Z. J. Nowaka, jakie to prace pozostały dotąd nie udostępnione nauce, nie nastręcza trudności.
Niebłahą kwestię stanowi: czy i w jakiej mierze troszczył się o druk oddanych w jego ręce prac sam jubilat? Otóż, fakty dowodzą tego. Stu- dium Borowego. O „Ucieczce” Mickiewicza on właśnie posłał do druku do „Pamiętnika Literackiego”, przeoczywszy, że tekst został już udo- stępniony Redakcji „Roczników Humanistycznych”, stąd zjawisko współ- czesnego wydrukowania tekstu w dwu czasopismach 9. Niewątpliwie za sprawą Pigonia ukazała się w „Pamiętniku Literac- kim”, dopiero w szereg lat po śmierci autora, kapitalna rozprawa Sta- nisława Adamczewskiego; fakt, żet była to rozprawa z księgi, został za- znaczony. Niektóre osoby (Mieczysław Brahmer, Czesław Zgorzelski) doczeka- ły chwili, w której rozprawy ich ujrzały światło dzienne w druku, z ta- kim przeznaczeniem, z jakim miały się ukazać, w Księdze pamiątkowej ku czci Stanisława Pigonia o 10 lat późniejszej. Byli autorzy (Franciszek Bielak, Janina Garbaczowska, Zenon Klemensiewicz, Stanisław Kolbu- szewski, Mieczysława Romankówna, Stanisław Sierotwiński, Tadeusz Ulewicz), którzy w Księdze z 1961 roku wystąpili z pozycjami nowymi, nie troszcząc się o pozycje ofiarowane jubilatowi o 10 lat wcześniej. Niektóre osoby zatroszczyły się bardzo szybko o druk prac własnych, najczęściej na łamach „Pamiętnika Literackiego”, tu i ówdzie, np. w fi- lologicznej rozprawce Romana Pollaka, zaznaczając: Przypisane Stani- sławowi Pigoniowi. Oczywiście, skoro przekreślona została koncepcja, odbudowana po 10 latach dopiero, wydania Księgi ku czci jubilata, da- wał on zawsze placet indywidualnie na druk prac. Więcej jeszcze: do księgi włożona jest luźna kartka, na której pis- mem Stanisława Pigonia zanotowano: Można by wziąć w rachubę artykuły: Bielaka, Zgorzelskiego, Boleskiego, Sławińskiej, Spytkowskiego, Adamczewskiego, K. Górskiego, a zapewne i inne także. Notatka jest, niestety, nie datowana; niejasne, kiedy i w jakich oko- licznościach, dla jakiego celu, miały być „wzięte w rachubę” wymie- nione artykuły? Musiała być napisana nie od razu po wręczeniu księgi, gdyż nie wymienia prac stosunkowo szybko wydrukowanych. W sprawie artykułu Juliusza Kleinera podać należy szczegół nastę- pujący: po śmierci mego nie zapomnianego profesora przystąpiłem do przygotowania do druku jego ineditów. Gdy w 1964 wydałem tom pt. Studia inedita i egzemplarz posłałem Stanisławowi Pigoniowi, zaszczy- cił mię listem następującym: Kraków 1 VI 64 Szanowny i Drogi Panie, Serdecznie dziękuję za cenny tom Studia inedita. Szczególnie wzruszająca jest Pańska oddana troska o przekazanie całej spuścizny Profesora. Tak ujmu- • Por. uwagę Zofii Stefanowskiej w recenzji Mickiewiczowskiego tomu „Rocz- ników Humanistycznych” (Pamiętnik Literacki 1958 R. 49 z. 1 s. 270): „Praca o Ucieczce znana jest już z Pamiętnika Literackiego, (...) Roczniki Humanistyczne przynoszą lepszy, bardziej autentyczny jej tekst”.
jący stosunek uczniowski należy dziś do wielkich rzadkości, tym bardziej więc umiem go cenić. Żałuję bardzo, żeśmy się w czasie właściwym nie porozumieli wyczerpująco. W mojej tzw. rękopiśmiennej Księdze Pamiątkowej znajduje się maszynopis niedrukowanej chyba rozprawy Kleinera pt. J. Lelewela pismo do przyjaciół ga- licyjskich — nieduża i ścisła, ale przynosząca ustalenia nowe i cenne. Jest ona zawsze do Pańskiej dyspozycji. Łączę wyrazy wysokiego poważania i serdeczne pozdrowienia St. Pigoń Niestety, Stanisław Pigoń nie zdołał osobiście udostępnić mi maszy- nopisu, ale uczynił to syn jego, profesor Krzysztof Pigoń; dzięki jego łaskawości rozprawa Juliusza Kleinera przesłana została Redakcji „Rocz- nika Przemyskiego” do specjalnej „kolumny”, którą jako członek Towa- rzystwa Przyjaciół Nauk w Przemyślu zamierzyłem uczcić dwudziesto- pięciolecie śmierci profesora. Tu zaś, po niniejszych uwagach, ukażą się prace nieżyjących: Franciszka Bielaka, Stanisława Kolbuszewskiego, An- drzeja Boleskiego, Józefa Spytkowskiego, Antoniego J. Mikulskiego, Mie- czysławy Romankówny, Zenona Klemensiewicza — podane przez autora wstępnej rozprawy. Mogłyby one stanowić IV dział jako materiały dołączone do niniej- szej rozprawy, są jednak studiami i przyczynkami naukowymi, pozycja- mi poszczególnych autorów; publikuje się wymienione prace jako pozy- cje mające indywidualnych autorów, a cykl tworzące przez to jedynie, że w 1951 roku złożone były w darze Stanisławowi Pigoniowi.
Franciszek Bielak CZY OSTATNIA REDAKCJA „WOJNY CHOCIMSKIEJ” WACŁAWA POTOCKIEGO? *> Rozmiłowany w twórczości autora Ogrodu Fraszek, niezapomniany Aleksander Bruckner melancholijnie żalił się na tak nieliczne odpisy Wojny, jakie doszły rąk naszych i słusznie podejrzewał, iż obok znanej nam redakcji, którą sam krytycznie wydał, powinna się znaleźć inna, dokumentująca literacką płodność pana na Łużnej h Niestrudzonemu badaczowi, a szczeremu chwalcy Wacława Potockie- go nie wpadł w rękę rkp. Czartoryskich (nr 2079), którego główny trzon stanowi Wojna Chocimska o wyglądzie nieco odmiennym niż ustalony przez Brucknera tekst Transakcyji, a potwierdzającym w zupełności bys- tre domysły niepospolitego badacza i znawcy kultury polskiej. Zaciekawia nas ten foliant choćby tym drobnym, a uderzającym od razu szczegółem, że nie znajdujemy w nim ani jednego zdania prozy. Od wydawcy *) Przyczynek filologiczny Franciszka Bielaka (1892—1973) jest z całą pew- nością nie opublikowany. Przekonywają o tym oba ogłoszone przez Kaspra Swierżowskiego zestawy bibliograficzne prac autora (Ruch Literacki 1969 R. 10 z. 4 s. 214—218; Fr. Bielak, Z odległości lat. Wspomnienia i sylwetki. Kra- ków 1979 s. 27—29); nie wymienia tej pracy Stanisław Grzeszczuk w zestawie prac o W. Potockim ogłoszonych po r. 1944 [w:] St. Grzeszczuk, O potrze- bie i programie badań nad twórczością Wacława Potockiego, [w:] Wśród zagad- nień polskiej literatury barokowej. Cz. 2. Motywy. Inspiracje. Recepcja. Kato- wice 1980 s. 10—11. Interesujący przyczynek, w dalszym ciągu aktualny, publikuje się po prze- prowadzeniu bardzo drobnej adiustacji. Nie można było zachować brzmienia nazwiska Brueckner, bo nie ma tu dowolności; nie można zostawić „w wspa- niałym” i nie uzupełnić przyimka dodaniem „e”. W przypisach zmieniono „str.” na „s”. Starano się jednak wolę autora uszanować maksymalnie i na jego od- powiedzialność podaje się cytaty. Jerzy Starnawski 1 W. Potocki, Wojna Chocimska B. N. ser. I nr 75 — s. XXXIV. Cytaty odwołują się do tego wydania.
Czy było to podyktowane już całkiem prywatnym pomysłem przepisy- wacza, czy wolą autora, trudno nam dziś rozstrzygnąć, w każdym razie nie znajdujemy tu kilkudziesięciu stron prozaicznych, a suto makaroni- zowanych wywodów „Przemowy” do Jana Lipskiego. Ze wygląd owego serdecznego listu dedykacyjnego, listu do ukochanego zięcia, na tym niewątpliwie zyskał, nie trzeba nawet wspominać. A właśnie „Przemowa” największym ulega zmianom i znalazło się w niej dużo więcej osobistych wynurzeń i refleksji. Jeżeli już w zna- nej powszechnie redakcji z serdeczną pochwałą zalet i zasług zięcia mie- szało się niemało liryzmu, to w parę lat później, boleśnie zgnębiony śmiercią syna Stefana, starzejący się ojciec nie może przemilczeć ciosu, jaki go złamał. Ciesząc się sławą zięcia, dzieli się serdecznym smutkiem z jego ojcem, Andrzejem: Ach, nader nieszczęśliwa pociecha nas obu, Kiedyś w rok swego zaniósł po moim do grobu. Mój, skoro pod Chocimem swą kopiją złożył, Ledwie kilku dni, ojca nie widziawszy, dożył. Twojego przy stryjowskim znaku w Szarogrodzie, Ocaliwszy w tak wielu okazyjach, zbodzie Z konia okrutna Parka. Jakoście nas z sobą Razem cieszyli — razem tak smutną żałobą Okrywszy w żalu, który żadnej nie ma miary, W serdecznych łez żałobie grzebiecie pieczary. W poemacie swym wystawił Potocki pomnik dziadowi zięcia, Janowi Lipskiemu, tu zaś opłakuje śmierć Hieronima Lipskiego, ale nade wszyst- ko przedwczesny zgon syna, Stefana, zmarłego we Lwowie 20 grudnia 1673 2. Nie tylko tę serdeczną stratę przyniosła poecie bitwa chocimska. We wspaniałym ataku na namioty Husseima zginął szwagier sandeckiego starosty, brat jego pierwszej żony, Achacy Pisarski, starosta wolbromski: I ty, bracie nie szwagrze, Pisarski Achacy, Którego męstwu równej świat nie znajdzie płacy, I ty, nieopłakany, Stefanie mój drogi, Przepłynęliście razem Charonowe strugi. Dając folgę utrapionemu sercu, przywiązany bardzo do dzieci, pełen rodzinnych uczuć poeta cieszy się małżeństwem Jana Lipskiego ze swą córką. Cieszy się już myślą o przyszłych wnukach: Tenże Bóg zdarzyć może, skoro znowu zbierze Tenże Potok. Na tejże odmaluje sferze Wiekopomnych dzieł Twoich słońce, co się nie ćmi, Śliczną tęczę i Twymi osadzi ją dziećmi — Czegoć życząc uprzejmie i wyglądam z dusze. 2 Al. Bruckner, Spuścizna rękopiśmienna po Wacławie Potockim. Kraków 1898 s. 88.
„Przemowa”, prócz tych tak charakterystycznych wzmianek, mocniej jeszcze niż w znanej redakcji podkreśla zacność osobistą i szczery patrio- tyzm tak drogiego zięcia. Ciekawe to, jak poeta opiewający w baroko- wych Peryjodach śmierć Stefana, tu w prostej pogawędce rodzinnej krótko opowiada swe smutki i radości. Ten miły brak maniery literac- kiej ozdobi z czasem tak rzewny pomnik życia rodzinnego poety, jakim jest Smutne rozstanie z Kochaną Małżonką moją, Panią Katarzyną z Ra- ciborska ...3 i zostawi nam niepospolity utwór liryki staropolskiej. O ile „Przemowa” w swym nowym kształcie dodaje parę, drobnych zresztą, rysów do portretu życia rodzinnego pana Wacława, to dodatki w samym poemacie pozwalają nam śledzić pewne przemiany w poglądach Potoc- kiego na zalety, jakimi jaśnieć powinien król — Piast. W pierwszej redakcji razić nas mogły pochwały, jakimi Potocki ob- sypywał niedołężnego Korybuta. Trudno nam się wmyśleć w sarmacką psychikę zarówno Potockiego czy Kochowskiego, którzy po rokoszu Lubomirskiego tak gwałtownej nabrali abominacji do królów — przy- byszów, że razem z Janem Chryzostomem Paskiem w radosnym uniesie- niu witali elekcję syna Jeremiasza Wiśniowieckiego. Ten objaw pozornej ksenofobii miał jednak swe uzasadnienie, a jednak pierwszy elekt nie mógł spełnić pokładanych w nim przez szerokie masy szlacheckie na- dziei. Potocki nie zmienia swego zasadniczego poglądu na konieczność wy- boru króla — rodaka: Wszystkośmy dziś Polacy w swoim polu sobie, Co zdrowiu i co naszej należy ozdobie, Znaleźli; gdy się Panów domarodnych nie przem, Niech zginą cudzoziemcy i z królem i z pieprzem. I godniście Dymitry, Janusze, Jeremie Wiśniowieccy, prześwietnych Korybutów plemię Wdziać na mitrę koronę na odważne skronie, Za szablę krwią kurzącą złote berło w dłoni. Wspomniawszy niedawno zmarłego Michała, umocniwszy nawet jego pozycję genealogicznym wywodem syna Jeremiego i wnuka Zamoyskich, nie może jednak wskazać na zasługi, w imię których kredytowała mu brać szlachecka koronę. Przywiązanie do „Jam Lecha” (Michała) tłu- maczy przekonywająco: Czego życzy, to myśli we dnie, w nocy, to śni Człowiek. Przyzna je się do pomyłki i wyjaśnia ją: O jakżeśmy zostali żałośni, Gdy nas przeciwny skutek z nadzieje obnaży. Niech każdy z Boską wolą intencyje waży, Nie mój propozyt pisząc pod chocimskie szyki, 3 Jan Diir-Durski, Arianie polscy w świetle własnej poezji. Warszawa 1948 s. 151—156.
Którzy tę pracę wzięli wdzierać się w kroniki — Spytam tylko, jeżeli niedaleko leci Jabłko szczepu — a czemuż bohatyrskie dzieci Nie wszystkie, nie, niech się nikt nie gorszy tą mową, Bardzo często z sokoła urodzą się sową? I nasz Michał, prócz że był pobożny i cichy — Stąd pochlebcy do uczu przybrawszy wytrychy — Nie miał cery do Marsa i do wojny chęci. Mógłby był co godnego zostawić pamięci, Gdyby w domu i w polu nie na czas tak zgryzny Królem i Rządsą swej był obrany Ojczyzny. Na szczęście drugi Piast spełnił nadzieje patrioty. Szabla krwią ku- rząca i szyszak miast korony to symboliczne wróżby głęboką radością ożywiające serce patriotycznego poety. Jan III to spełnione marzenia Potockiego o królu-wodzu i dla niego ma autor Wojny głębokie uzna- nie, zwłaszcza że kontrastuje on tak szczęśliwie z Zygmuntem III: Rok dopiero polskiego świata rządzisz kręgi Królu mój! a już wielkie napisałby księgi Dzieł Twoich. Jużeś oblał koronne granice Krwią pogańską, turecką, już bledną księżyce, Już złamaną Matki swej wprawiłeś kość w tubki. I zabawiasz Długosze, Kromery, Kadłubki Sarmackie dziejopisy, byle się i siły I serca w piersi starych Polaków wróciły. Przytoczyliśmy tu najciekawsze interpolacje, jakimi Potocki uzupeł- nił swój poemat. Pod względem artystycznym nie przynoszą one nic no- wego, bo, jak widać, mają one znane nam zalety i wady stylu płodnego autora Moraliów. Ciekawią one nas jedynie jako dokument przemian w poglądach politycznych, przemian umotywowanych charakterystycz- nym dla szlachty polskiej z końca XVII w. sposobem. Zanim intrygi magnatów przyćmią blaski korony króla — Piasta, wojenne jego czy- ny jakby ozdrowieńczym wstrząsem budzą i serca, i nadzieje zdrowej, choć mocno sarmacką samowolą przesiąkniętej, szlachty. Dodatki, których ciekawsze ustępy przytoczyliśmy powyżej, nie zmie- niły zasadniczego wyglądu i „Przemowy” i poematu. Na początek drobne uzupełnienie. Wiersze od 31 do 34 w „Przemo- wie” są w wydaniu Brucknera zdefektowane. Brzmią one: Mstów i Przyłek tu leżą (Lasocice i te) Po ścianach malowane, po (wietrznikach ryte) O jakże ziemskich rzeczy (stopień bardzo śliski) Prezentują starzałej (Drużyny ogryzki) Jeśli chodzi o istotne dodatki, to najwyraźniej występują one w „Prze- mowie”. Dotychczas wierszowana część jej liczyła 544 wiersze, obecnie zaś 683. Dużo mniej przybyło wierszy w samym poemacie, bo w cz. I — 32 (ubyło tam 14), w cz. III — 6 (ubyło 8), w cz. IV tylko 3 wiersze. Najwięcej zmieniło się zakończenie cz. X, gdzie to właśnie znalazły miej-
sce refleksje na temat króla Michała i Jana III. Przybyło tam 87 wier- szy, ale też musiał poeta usunąć 32 wiersze już nieaktualne. Nie można jednak przeoczyć mniej rzucającej się w oczy, a cieka- wej pracy Potockiego podkreślającego wyraźnie, że nie jest extempo- raneus poetą. Drobnych przeróbek i przestawień redakcyjnych są setki. Nie mają one większego znaczenia, choć zdradzają raczej tendencję dla języka Potockiego niepomyślną. Np. w. 62 „Przemowy” brzmiał: Na wschód słońca, gdzie koniec pięknej Europy w. rkp. Czart. Na wschód słońca, gdzie termin sławnej Europy w. 70 Wszędy przezwiskiem polskim matki dzieci tulą. w. rkp. Czart. Wszędy tytułem polskim matki dzieci tulą. w. 87 Dziad twój, którego imię i wizerunek żywy w. rkp. Czart. Dziad twój, którego imię i konterfekt w tobie. W całości więc redakcja Wojny Chocimskiej, jaką ukazuje nam nie znany dotychczas jej odpis, nie stanowi jakiejś rewelacji. Sam poemat pozostaje właściwie taki sam; zmieniły się w nim tylko pewne dygresje, znamienne tylko dla poglądów politycznych poety. Więcej charakteru mają zmiany „Przemowy”, bo nadają one bardziej jeszcze liryczny ton prostej, poufałej rozmowie z zięciem, z jego ojcem, i dopełniają ją smut- nymi wspomnieniami z życia bliższej i dalszej rodziny. Kiedy i dlaczego Potocki zabrał się do przeróbki swej epopei? Na pierwsze pytanie sam dał nam odpowiedź w ustępie cz. X, gdzie pisze: Rok dopiero polskiego świata rządzisz kręgi, Królu mój. Sobieski wybrany został 5 czerwca 1674 r. i, jak wiadomo, odłożył uroczystości koronacyjne na później. Zajęty właśnie obroną państwa, która tak szczęśliwie się powiodła i tyle obudziła nadziei w narodzie szlacheckim, ceremonię koronacji odprawił dopiero 2 lutego 1676 r.4 Po- tocki na pewno, podobnie jak Jan III, nie uważał koronacji za początek panowania; zresztą wzmianki w cz. X mówią właśnie o odzyskaniu Ukra- iny i spędzeniu przez nowego elekta całej zimy pod namiotem. Wobec tego można powiedzenie poety wziąć dosłownie i czas nowej pracy re- dakcyjnej, zresztą niewielkiej, oznaczyć na lato 1675 roku. Dla usunięcia ewentualnych wątpliwości warto dodać, że rok od koronacji (1677) wy- padłby już po wyprawie króla pod Żórawno i wspaniałej jego obronie. Potocki tego wypadku na pewno nie mógłby przemilczeć. Że Potockiemu wprost wypadało przerobić Transakcyję Wojny Cho- cimskiej, wynika to z kilku względów. W tytule poematu zaznaczył, że oparł się przede wszystkim na Commentariorum Chotimensis belli libri tres Jakuba Sobieskiego. Jednak nie wystarczyło to poecie i w cz. I cały ustęp (od w. 291 do 324) poświęca pamięci „wielkiego Jakuba”, sławiąc przy tym poległego pod Batohem Marka i „wielkiego Sobieskie- go”, na którego „wielka spadła koronna laska i buława”: Laska — bo też twój patron marszałkowa! Bogu; Buława — żebyś przytarł bisurmanom rogu, Pomścił się śmierci bratniej ... 4 Wł. Konopczyński, Dzieje Polski nowożytnej, t. II, 1936 s. 86.
Gdy więc spełniły się marzenia poety i hetman wielki koronny przy- tarł bisurmańskiego rogu w bitwie chocimskiej, w dwóch utworach, bo w Merkuryjuszu Nowym i w Pogromie tureckim ... pod Chocimem wy- stawił pomnik wodzowi podług serca swego. Wnet też potem — już kró- lowi Janowi III — zaprezentował ,,lichą pocztę” (utwór „Poczta” na ko- ronację w Krakowie — przedruk w Wirydarzu Trembeckiego). Chociaż oba pierwsze utwory znane są nam tylko z rękopisów, trudno przypuścić, by Potocki pośrednio czy bezpośrednio nie postarał się o doręczenie swych poematów królewskiemu bohaterowi. „Poczta”, choć wydana póź- niej, dowodzi zarówno wielkiego kultu poety dla Sobieskiego, jak cał- kiem nie dziwnej u pisarza chęci zdobycia sławy. Możemy przypuszczać, iż pewien rozgłos poetyckich prac Potockiego nasunął mu myśl, że wo- bec ogromnych zmian w położeniu byłego hetmana nie można już braci szlachcie dawać do czytania czy odpisu egzemplarza Wojny, w którym Sobieski nie berło, lecz hetmańską tylko dzierży laskę. Że zaś ta zmiana nie była wcale dyktowana chęcią pochlebstwa, więc też odpowiednie przeredagowania dostały się do cz. I i cz. X poematu i przedtem już głoszącego sławę rodziny Sobieskich. Odpis Wojny w zbiorach Czartoryskich jest niewątpliwym dowodem popularności utworu. Potocki znany był braci szlachcie, skoro Kochowski wypominał mu w wierszu Poetowie polscy, że zbyt długo pieści się z Argenidą, „chociaż dziewiętne minęły jej lata”...5. Musiały krążyć jego utwory w odpisach zwłaszcza w Małopolsce, gdzie dosyć dużo wtedy Literatów znało się i nawet bliższe utrzymywało stosunki. Nasz rękopis niewątpliwie jest odpisem, i to porządnie i starannie sporządzonym. W osobny oprawny tom o wymiarach 200X280 mm dwie ręce wpisały Wojnę chocimską. Nie ma tu jednak tytułu — dopiero ktoś, już po r. 1850, dopisał na s. 5 u góry „Wojna Chocimską Lipskiego” — potem poprawione „Potockiego Wacława wydana we Lwowie 1850 pod imie- niem Lipskiego”. Bałamutna ta notatka zastępuje tytuł, i od razu czy- tamy wiersz na klejnot Drużynę, herb Lipskich. Prawdopodobnie wol- ne karty, zostawione na początku, miały pomieścić i tytuł, i rysunek her- bu, ale potem o tych szczegółach zapomniano. Bardziej zastanawia nas zupełny brak adresu do Jana Lipskiego i bez- pośrednie połączenie pochwały herbu z „Przemową” do Lipskiego. Chy- ba ktoś umyślnie zignorował adres, bo i tak wiedział, o kogo idzie, a za- leżało mu wyłącznie na zachowaniu samych wierszy Potockiego. Czy przepisywacz odrzucił na własną rękę prozaiczną, długą rozprawę o his- torii i o królach polskich, trudno dziś powiedzieć. Mógł to zrobić i Po- tocki, boć przecież zbyt wiele miejsca poświęcił tu Michałowi Korybu- towi, co przy zmianie panującego i dość krytycznej ocenie wartości pierw- szego Piasta brzmiałoby dysonansem. Pierwsza ręka przepisała wszyst- ko do w. 1021 cz. III, a od nowej stronicy 71 już do końca poematu pi- sała druga ręka. Ta sama ręka na s. 279 do 283 przepisała też wiersz Na szczęśliwy ze Śląska powrót Jaśnie Wielmożnego Jego MCI Pana Jerzego Hrabię na Wiśniczu i Jarosławiu Lubomirskiego, Hetmana Polnego i Marszałka Wielkiego Koronnego, który niewinnie obwiniony niesprawiedliwie osądzony, ża- 5 Wespazjana Kochowskiego wojskiego krakowskiego Pisma. Kraków 1859 s. 281.
łośnie z Ojczyzny rugowany: chwalebnie powróciwszy, sławną Mantewską wik- toryą w osobie swojey uciśnioną utwierdził szlachecką wolność i wiersz Dedi- catia Lidiey JWP. z Goraia Reiowey wojewodzinie lubelskiey, na s. 284. Nie chodzi o to, że wiersze dodane do Wojny pochodzą spod pióra Wacława Potockiego. Zastanawia raczej swoisty wybór i bardzo porząd- na forma odpisu, zaciekawia też pytanie, skąd taka porządna kopia zawędrowała do Biblioteki Puławskiey X. X. Czartoryskich. Zapiski proweniencyjnej nie ma żadnej, dopisków marginalnych żadnych, widać tylko w piśmie pewne wyrobienie człowieka, który musiał wiele pisać, zarówno pierwszy skrybent, jak i drugi. Rozglądając się w sąsiadach naszego manuskryptu w Bibliotece Czar- toryskich, znajdujemy zupełnie tak samo oprawny tom (rkp. 2078), obej- mujący akta dotyczące wypadków krajowych z lat 1689 do 1694, prze- pisywany widać z jakiegoś zbioru z interesującym nas dopiskiem (na s. 3) Ex libris Antoni F. Szembek F. (czy może T.?) P. V. P. C. Bez trud- ności możemy się dowiedzieć, że Antoni Felicjan Szembek to najmłod- szy syn Stanisława Szembeka, burgrabiego krakowskiego — sam też burgrabia zamku krakowskiego i podwojewodzi krakowski, z czasem woj- ski oświęcimski, starosta ujski i wreszcie podkomorzy krakowski. Ojca Antoniego Felicjana Potocki znał i jedna z fraszek Ogrodu nie tłuma- czyłaby się nam jasno, gdybyśmy nie wiedzieli z dopisku współczesne- go, że to zagadka oparta na aluzjach do herbów (m. in. do Kozłów Szem- bekowych)6. Widocznie po rządnym ojcu syn osiadł na rządcostwie zam- ku krakowskiego, a „manualistów” pod ręką miał dość, więc mógł pom- nożyć swe zbiory, (bo w książkach się kochał) i znajomka ojcowego poe- ty przepisać polecił. Tak prawdopodobnie wygląda pochodzenie naszego rękopisu, tym ciekawsze, że naprowadza nas na dość pewny ślad swoistej „powielarni”, jaka mieściła się w kancelarii burgrabiego krakowskiego w czasach, kiedy o druku większych tomów, z powodu drożyzny kosz- tów wydania i równoczesnego wojennego zubożenia szlachty, trudno było pomyśleć. Nawiasowo zaznaczyć nie umiemy, z jakiego dokładnie czasu — wo- bec wyraźnie wprawnego pisma kopisty — nasz rękopis pochodzi. Być może, że pisane to było pod koniec XVII w., a może na początku XVIII.;. 7. W każdym razie, jeżeli przed stuleciem znane były tylko dwa egzem- plarze rękopiśmienne Wojny Chocimskiej, to obecnie — wraz z zagi- nionym, ongiś przez J. I. Kraszewskiego oglądanym rękopisem cekow- skim — mamy w ewidencji pięć i to o dość rozstrzelonym pomieszcze- niu przestrzennym (mówimy tu o miejscu prawdopodobnego dłuższego przechowywania): dwa na Podolu, dwa w Małopolsce, jeden w Kalis- kiem 8. Nie jest to dużo, jednak na warunki polskich zamieci i pogorzeli dziejowych jest to dość wiele i dlatego z pewną przyjemnością pisało się komunikacik o tym, jak po strasznym huraganie dość ciekawy strzę- pek polskiej kultury wypłynął z mroku półek starej biblioteki. 6 Wacław z Potoka Potocki, Ogród fraszek t. I 1907 s. 132: Do oficyalistów zamku krakowskiego. 7 Znak wodny przedstawia herby: Topór i Łodzią — może ta wskazówka po- mogłaby do ustalenia miejsca papierni i czasu odpisu. 8 B. N. ser. I nr 75 s. XXXIV—XXXVI.
Przemyśl — miasto śpiewających dzwonów Fot. J. Janiszewski
Stanisław Kołbuszewski O PESYMIZMIE W TWÓRCZOŚCI JULIUSZA SŁOWACKIEGO DO ROKU 1840 *> Słowacki wychowywał się nie tylko w atmosferze kobiecej miękkoś- ci i subtelności, ale również w atmosferze piękna i kultury intelektual- nej, a to w sposób zdecydowany jego życie psychiczne kształtowało. Na kształcenie charakteru nie było tu miejsca; w domu nie o tym myślano, a szkoła i uniwersytet także nie dawały sposobności, aby chłopiec ura- biał się tak jak niedawno starsi jego koledzy — filareci. Od życia stał Słowacki daleko; widział je z okien swojego pokoju lub idące obok niego obojętnie ulicami miasta. Obfita, a starannie dobierana lektura także od lat najmłodszych przede wszystkim jego smak arty- styczny urabiała: Homer, Tasso, klasycy francuscy i polscy, a niebawem nowi poeci romantyczni. Ale książka stanowiła grunt dla własnych jego rojeń i ta treść tylko interesowała, którą czytany autor budził w duszy: Wyobraźnia złotymi rozkwitała farby I kładła się jak tęcza na ksiąg białej karcie. Jakby dla kontrastu z miękkością otaczającego go życia podbił go nade wszystko Byron, spodobał mu się najwięcej ponurością kolorytu utworów, niezwykłością wydarzeń i demonizmem bohaterów, a tym za- Od wydawcy •) Studium Stanisława Kolbuszewskiego (1901—1965), nie publikowane dotąd, przypomina się tu jako pracę przemyślanina z urodzenia. O autorze jako o prze- myślaninie pisał Stanisław Płaza, O Stanisławie Kolbuszewskim. Szkic do biografii naukowca, [w:] Z dziejów kultury i literatury Ziemi Przemyskiej. T. 2. Przemyśl 1973 druk. 1974 s. 331—340. Wiedza o Słowackim od 1951 r. poszła na- przód; drukuje się to studium — również następne Poleskiego — bez dokony- wania rewizji wywołanych nowszą literaturą przedmiotu. Zachowuje się wier- ność wobec przemyśleń uczonych sprzed 30 lat, które — odczytane dziś — są interesującą kartą z dziejów badań historycznoliterackich. Autor wygłosił pu- blikowany tu tekst jako odczyt pt. Słowacki jako poeta smutku, we Wrocławiu w 1951 r., o druk pracy nie zatroszczył się.
ważył na przyszłej twórczości, na upodobaniu w tematyce krwawej, zbrodniczej albo niezwykłej. Pod wpływami lektury zaczął Słowacki wytwarzać w sobie własny świat wizyjny, „karmił się marzeniami jak chlebem powszednim”, a był to chleb powszedni rzeczywiście całego jego życia. Wskutek przewagi wyobraźni i przewrażliwienia nerwowego, drażnił i męczył świat realny, a coraz więcej wabił i czarował świat imaginacji, „kraina duchów”, „natchnień myślą skrzydlatą stworzona”. Towarzy- stwo ludzi, zespół przyjaciół były mu niepotrzebne, skoro już jako chło- piec czuł swoją odrębność duchową, a przebywając coraz częściej w świę- cie fikcji nie pojmował, że może istnieć jakiś obowiązek wobec życia, a nie pojmował i nie czuł tego również jako student uniwersytetu. Gdy na taki grunt psychiczny padł siew lektury Byrona, olśniony nią i za- chwycony Słowacki, od razu odkrył w ponurych, nienawidzących świata bohaterach tego poety duszę bratnią i na ich modłę wyobraźnia kazała mu stylizować wizję poetycką siebie samego. Wyobrażał więc siebie jako nieszczęśliwego, życiem złamanego samotnika „na świat smutną patrzą- cego twarzą” i „dzikim obłąkaniem oczu”, a sam ten świat, w rzeczy- wistości nie znany mu zupełnie, w pryzmacie byrońskiej poezji przed- stawiał mu się jako „ziemia przeklęta”, której „hymnem” są „głuche cierpiących jęki, śmiech ludzki nieszczery”. Gdy młody Mickiewicz, mimo olbrzymiej różnicy, jaka zachodziła między nim a kolegami, czuł się doskonale w ich gronie, swoje życie wewnętrzne wśród nich rozwijał i wiedział po prostu, że życie ma tylko wtedy wartość, gdy człowiek pracuje dla szczęścia, tj. dla dobra innych, i że obowiązkiem jest „ze słabością łamać się za młodu”, i gdy domagał się etycznej przebudowy świata, a w dokonanie tego nie wątpił, to Sło- wacki rozkoszował się myślą o ucieczce od ludzi i świata, tęsknił za ro- mantyczną samotnością w jakimś wyimaginowanym świecie piękna i po- zował na nieszczęściami złamanego mizantropa. Tak właśnie wystylizo- wany swój autoportret duchowy nakreślił jako dziewiętnastoletni chło- piec w poemacie fantastycznym Szanfary: Są w świecie serca, które w młode lata, Straciwszy szczęście w samym życia kwiecie, Nie mogąc w niebo ulecieć ze świata, Żyją, a przecież nie żyją na świecie; Nie chcę ja raju, lecz proszę proroka: Niech da mej duszy taki step bez końca, Step dziki, pusty, bezbrzeżny dla oka, I wiecznie wrzący promieniami słońca; O takim szczęściu serce moje marzy! Ach, wtenczas będę zupełnie szczęśliwy! Niech tylko żaden, żaden człowiek żywy Tej samotności przerwać się nie waży! Rysem znamiennym dla utworów warszawskich Słowackiego była obfitość typów psychopatologicznych w galerii bohaterów. Byli to albo zbrodniarze, albo wykolejeńcy życiowi, a ich zbrodniczość w rozmaitych
odmianach była pokazana przeważnie wespół z jakąś inną cechą psy- chiczną. Lubowania się w demonizmie i zbrodniczości nauczył go Byron, więc też sztuczną była treść psychologiczna nienawiści i szału zbrodni, poznanych z lektury i nadrabianych fantazją. Z chwilą jednakże, gdy Słowacki wyzwalał się spod wpływów literackich i uwalniał od pozy, a dawał coś bardziej bezpośrednio od siebie, umiał stworzyć postaci psy- chologicznie prawdziwsze, jak tragicznego w miłości błazna Nicka i pięk- nego przez chłopięcą miłość pazia w Marii Stuart, którzy stali się rzecz- nikami tej treści duchowej, jaką Słowacki znalazł w sobie, w swej mi- łości do Ludwiki Śniadeckiej. Dwoma utworami zamieszczonymi w ostatnim tomie poezji młodzień- czych zamykał się jeden okres życia i twórczości Słowackiego: Godziną myśli rozstawał się poeta z epoką kontemplacji własnej słabości ducho- wej jako źródła piękna, Lambrem rozstawał się z byrońską formą poezji i obojętnością dla zagadnień narodowych. Tak „z odwróconym na prze- szłość obliczem” rzeczywiście rzucił się w świat tyle ciemny, ile nowy. A może nie tyle się rzucił, ile rzuciło go życie. Lambro wyrastał poza Byrona tym, że akcja miała tu znaczenie zu- pełnie podrzędne, była najwyraźniej zaniedbana, a zagadnienie główne stanowiło pokazanie duszy ludzkiej i wyrastał poza Byrona tym, że po raz pierwszy Słowacki nie samym pomysłem poetyckim się interesował, ale ideą: rozważał tu problem polski. Impuls zaś do zajęcia się psychicz- nie chorym człowiekiem znalazł Słowacki w Konradzie Wallenrodzie, ale jednocześnie chciał go przewyższyć poetycznością bohatera i nie- zwykłością: pijakowi, który alkoholem głuszy głos sumienia i rozpaczy, przeciwstawiał opiatę narkotyzującego się w sposób bardziej niezwykły i jakby poetyczniejszy. Myśl o Mickiewiczu towarzyszyła Słowackiemu stale i gdy gmatwał sztucznie kompozycję na wzór Konrada Wallenroda, i gdy stylizował rozmowę Lambra z kochanką na wzór rozmowy Konrada z Aldoną, i gdy dawał powieść Greka na wzór powieści Wajdeloty. Ale Lambro miał być przede wszystkim odpowiedzią daną Mickiewiczowi na rzucone Kon- radem Wallenrodem wezwanie do powstania. Teraz, po klęsce 1831 roku, Słowacki czuł się w prawie powiedzieć, że Mickiewicz pomylił się po- dwójnie, wierząc, że znajdzie się w Polsce człowiek w stylu Konrada Wallenroda i wierząc, że naród dorósł do wyzwolenia. Chory psychicz- nie Lambro „jest to człowiek — jak pisał Słowacki w później dodanej przedmowie do trze- ciego tomu poezji — będący obrazem naszego wieku, bezskutecznych jego usi- łowań, jest to wcielone szyderstwo losu, a życie jego jest podobne do życia wie- lu teraz mrących ludzi, o których przyjaciele piszą czym być mogli, o których nieznajomi mówią, że nie byli niczym”. W mniemaniu Słowackiego epoka i naród złożone z takich ludzi mu- szą być skazane na zagładę, a powstanie listopadowe było tej zagłady dopiero aktem pierwszym. Ilustrował to jeszcze bezowocną walką Gre- ków o niepodległość, stanowiącą tło poematu, a pomyślaną jako obraz powstania. I jeszcze raz wprost wypowiadał sąd o narodzie: Niezdolni z życia Wybić się skonaniem, Wyście odważni — lecz na pół-otrucia, 8 — Rocznik Przemyski t. 22/23
Wyście przywykli zabijać pół czucia, I zmartwychstawać lecz pół-zmartwychwstaniem, Wiecznie okuci w żelazne ogniwa. Ale pisząc te słowa, myślał już Słowacki o własnej misji w naro- dzie i wyobrażał sobie, że poezją swoją powinien uchronić naród od za- głady, a nawet powiedzieć mu „zmartwychwstania słowa”, ale ich „ta- jemną myśl” miała dopiero przyszłość zrozumieć. Na razie jednak tego zmartwychwstania słowa poezja jego nie da- wała. Na razie przynosiła tylko zapowiedź. Zdawało się, że realizacja zapowiedzi powinna była nastąpić niebawem. Stało się inaczej. Kiedy Słowacki już szukał w sobie „treściwej myśli żywotnej na- szego kraju”, wtedy w Paryżu wydał Mickiewicz III część Dziadów, a w niej wśród zdrajców kraju umieścił ojczyma Słowackiego, dra Bócu. Ten cios godzący w matkę, a pośrednio w niego, i cios drugi, że jego poezje były przyjęte obojętnym milczeniem, gdy sława wieszcza opro- mieniała Mickiewicza, były nadto bolesne, ażeby Słowacki mógł zostać w tym samym mieście i w +ym samym środowisku, w którym przebywał Mickiewicz. Wyjechał wtedy nagle do Genewy; do tego miasta niezado- wolonych — jak Genewę nazwał Machiawel —przyjeżdżał człowiek naj- bardziej chyba niezadowolony. Mimo tamtejszej samotności i ciszy po wrzaskliwym Paryżu, podrażniona ambicja, myśl o sławie, której pro- mieniami okryłby matkę, „aby ją inne ludzi pociski dojść nie mogły” i rozstrojone nerwy nie sprzyjały koncentracji duchowej, niezbędnej dla rozważenia zagadnienia narodowego. Nienawiść, jaką poczuł do Mickiewicza (jeszcze 30 listopada 1833 pisał matce: „nienawidzę go”), zrodziła w nim myśl „walki z Adamem”. W takim stanie duchowym cała ideologia Dziadów i Ksiąg zbudzić mu- siała w Słowackim niechęć i sprzeciw już dlatego, że była to ideologia Mickiewicza; a Mickiewicz jakby dla ironii „przy śmiertelnym łożu na- rodu przepowiadał zmartwychwstanie” i apoteozował emigrantów, w któ- rych Słowacki widział „zebranie głupców” i „wieżę babilońską”. Za- pragnął więc pokazać, że ten wygnaniec „do tureckiego podobny der- wisza” tylko na chwilę „gwiazdami myśli” rozbłyska, mieczem ust „za- bija ludzi głupich”, a w swych apokaliptycznych o Polsce wróżbach i pomysłach pomylił się teraz znowu, jak się już raz pomylił Konradem Wallenrodem. Prawdziwy bowiem obraz wieku, a tym samym polskiego narodu dał on, Słowacki, w Lambrze. Teraz postanowił tamte myśli roz- winąć, obrazowi stworzyć „szatę narodowych wypadków” i tak tezie Mickiewicza przeciwstawiał własną antytezę dramatem na tle czasów przedpowstaniowych pt. Kordian. Część pierwsza trylogii. Spisek Koro- nacyjny (pisany w Genewie 1833, wydany w Paryżu 1834 bezimiennie, aby była „tak równiejsza walka z Adamem”). Pogląd na naród nabrał tu barw jeszcze ciemniejszych, a rozmaite wypowiedzi i sceny zbiorowe miały w sposób przekonywający pokazać, że ten naród nie tylko jest „niezdolny z życia wybić się skonaniem”, ale — co gorsza — zasługuje na to, aby być „wiecznie okutym w że- lazne ogniwa”; tworzą go bowiem ludzie psychicznie chorzy, tchórze i podli, którzy kornie pokładli się czołem u stóp carskich; ci zaś nawet, co byli „z tłumu wysiani jak największe ziarno” — spiskowcy — „tak mali są”. Takiemu narodowi można było powiedzieć te słowa, które Kordian
rzucał spiskowcom: „gardzę wami”, a nie przypisywać mu rolę wyjąt- kową w świecie. Brak zasad etycznych i choroba woli i obojętność na sprawy narodowe sprawić muszą, że stoczy się on nieuchronnie w prze- paść zagłady i już się stacza, bo nie wiadomo, czy nawet Bóg zechce mu pomóc. Przecież Archanioł w scenie Przygotowania proszący za nim: „czas byś go podniósł, Boże, lub gromem dokonał”, raczej o to drugie się modli i chciałby tylko, aby oni, którzy tylko płakać umieją, bodaj w śmierci okazali bohaterstwo: „a jeśli Twoja dłoń ich nie ocali, spraw, by krwi więcej, niżli łez wylali”. Bóg- zaś tajemniczymi słowy: „wola Moja się stanie” nawet nadziei ocalenia takiemu narodowi dać nie chce. Na tle tak ponurego obrazu pokazywała się postać bohatera główne- go, Kordiana. Może najlepszy wśród tego zespołu, był „człowiekiem ser- ca” i tym różnił się od wszystkich; nienawidził tej rzeczywistości życia, w której inni czuli się doskonale: „gdzie ludzie oddychają, ja oddech utracam”, buntował się przeciw pospolitości, niekiedy marzył o Polsce pięknej, gorzał w nim chwilami entuzjazm i taka żądza ofiary z siebie, o jakiej właśnie mówił Mickiewicz. Był on zdolny do marzeń, a nawet do poświęcenia się dla drugich, które jednak na nic zdać się nie może. Żeby być wodzem i pchnąć ludzi na nową drogę życia — na to sił mu nie starczało, a scena w podziemiach katedry dowodnie to wykazywała. I on zresztą był człowiekiem psychicznie chorym, a w obliczu czynu strach tak samo nim owładnął, jak władał tamtymi wszystkimi. Zmę- czony życiem i sobą, o przewrażliwionym systemie nerwowym, o hiper- trofii imaginacji i ten człowiek skazany był na zagładę, jak wszyscy i ujść losowi swemu nie mógł — a nie odmieni tego fakt, czy wyrok śmier- ci, przez cara na niego wydany, będzie spełniony w ostatniej scenie, czy nie. Stylizował bowiem Słowacki sylwetkę psychiczną Kordiana na wzór własny, a skazanie go na śmierć było nie tylko artystycznym efektem końcowym dramatu, ale było koniecznością psychologiczną: zbudzony autokrytycyzm zmuszał Słowackiego do potępienia słabości i niemocy duchowej, w których się do niedawna lubował, tej „choroby wieku”, której doznawał sam. Walką, ciągłą negacją i pesymizmem zmęczona dusza Słowackiego zatęskniła za jakąś nową ideą i na chwilę przelotną dojrzał ją poeta w halucynacyjnej rozmowie Kordiana z Doktorem: była to myśl o czło- wieku-aniele, „co swe cierpienia ludom przynosi w ofierze i śmierć po- nosi”. Kiedy więc ta nowa idea anhellizmu na moment rozbłysła, Sło- wacki czuł już niewystarczalność dotychczasowego poglądu na świat i sto- sunku do życia, których wyrazicielem był Kordian. Przez skazanie go na śmierć, siebie uwalniał od tego wszystkiego, co z siebie tchnął w du- szę bohatera. I dlatego musiał umrzeć Kordian, ażeby w przyszłości mógł się narodzić Anhelli. Część zaś pierwsza zamierzonej trylogii, pojęta jako antyteza Dziadów i Ksiąg nie p.rzynosiła zapowiedzianych Lambrem słów zmartwychwsta- nia. Koncepcja bowiem, która olśniła Kordiana na Mont-Blanc: „Polska Winkelriedem narodów”, była tylko chwilową fantazją, o której sam Kordian w zetknięciu z rzeczywistością życia polskiego zapomniał (spi- skowym już tylko umie powiedzieć o postaci historycznej, słowem zaś nie wspomni o swojej utopii), wszystko zaś inne, co o Polsce mówił,
było jakby deklamacją, w którą sam nie bardzo wierzył, a może w ogóle nie wierzył. Już nurtująca Słowackiego w okresie Lambra myśl o misji poezji teraz znów się pojawiła. Czując, że nie jest stworzonym do życia aktyw- nego i że polem jego działania może być tylko wyłącznie sztuka, ustami Trzeciej Osoby Prologu znów na przyszłość zapowiadał program własnej poezji: wskrzeszenie poetyckiej wizji przeszłości narodowej, a więc rea- lizację jednego z głównych postulatów estetyki romantycznej. Wiedział Słowacki teraz, że to będzie jego właściwa służba Polsce. Do realizacji programu naszkicowanego w prologu Kordiana Słowacki natychmiast w r. 1834 przystąpił tragedią Balladyna, wydaną dopiero w r. 1839 w Pa- ryżu, być może z drobnymi zmianami. Jak pisał w liście do Krasińskie- go, dedykując mu ten utwór, z „Polski dawnej tworzył fantastyczną le- gendę”. Balladyna była dla Słowackiego nie tylko dziełem sztuki poetyckiej, ale „utworem narodowym”, o którym już wcześniej marzył, a którym teraz z „prochu lud wskrzeszał, stawiał na mogił koturnie”, obwiewał nieba polskiego błękitem i oświecał „duszy promieniami”. Cały poemat przedstawiał dzieje grzechu: upadek kobiety z wrodzo- nymi instynktami złymi, zawziętej w postępowaniu, zimnej i konsekwent- nej, ambitnej, a mimo wszystko naprawdę kobiecej. Jednak i teraz nie problem etyczny interesował go, ale zagadnienie psychologiczne i stwo- rzył z Balladyny postać rzeczywiście świetną, najwspanialszą zbrodniar- kę polskiej literatury romantycznej. Poematem lśniącym blaskami, a jednocześnie pełnym ponurych i krwawych obrazów, Słowacki wypowiadał swój pogląd nie na jedną epokę, jak to było w Lambrze, i nie na jeden naród, jak w Kordianie, ale na świat w ogóle, a był to pogląd beznadziejnie pesymistyczny: wszystko na świecie jest wynikiem tragicznie złośliwego fatum, prze- twarzającego życie w bezsensowną a ponurą igraszkę, jest urąganiem „z porządku i ładu”. Wszystko jest jakby naumyślnie tak urządzone w życiu, ażeby to, co wartościowe i piękne, było splugawione, a to co złe, żeby tryumfowało. Dlatego pijak i głupiec Grabiec zostanie królem i po- kocha go poetyczna Goplana, dlatego szlachetny Kirkor poślubi nie jasną i dobrą Alinę, ale złą Balladynę, dlatego Balladyna będzie królową, a przez nią zbrodnia spełni swoje dzieło. Takim tragicznie pesymistycznym poglądem na świat przesycając utwór o zamierzchłych dziejach narodu polskiego, stwarzał nim ponure preludium dla tych dziejów, których akord końcowy równie tragiczny rozbrzmią! niedawno w Kordianie. Wyrazem niewiary w ład i porządek w świecie moralnym i fizycz- nym i wyrazem niewiary w człowieka był także trzeci szwajcarski dra- mat (1835), z rękopisu częściowo zniszczonego wydany dopiero po śmier- ci poety, pt. Horsztyński. Jest to jedna z najpotężniejszych i najbardziej wstrząsających tragedii Słowackiego, a mimo śladów wpływów obcych, jedna z najbardziej samodzielnie pomyślanych. Chociaż materialnie zde- fektowana, choć brak jej przede wszystkim zakończenia, jednak tragedia bohaterów i tragedia ginącego narodu jest w niej cała, obie zaś są z sobą ściśle związane i tworzą nierozerwalną jedność. Skoncentrowana akcja brała się z tragicznego konfliktu między trzema głównymi postaciami męskimi, które powiązał ze sobą węzeł tragiczny.
Dla klasyków człowiek miał pełną niezależność w postępowaniu i wolność wyboru między namiętnością a powinnością. Psychologia ro- mantyczna dokonała odkrycia, że dusza ludzka posiada mechanizm skom- plikowany, że niespodzianie wybuchają w niej utajone instynkty drze- miące pod powłoką codzienności, że nieraz wespół z wielkością i szla- chetnością mogą w niej istnieć ukryte pierwiastki zła lub demonizmu, które także bieg życiu nadają. Trzy takie skomplikowane psychicznie jednostki pokazał tutaj Słowacki. Nieludzki, zbrodniczy, po byrońsku pojęty Hetman, z pasją i z jakąś satysfakcją szatańską łamiący szczęście innym i zatruwający im życie, mścił się w ten sposób za własne złamane szczęście, za to, że ongiś Hor- sztyński zabrał mu miłość żony. Ucierpiał człowiek i ucierpiała w nim pycha magnacka. Hetman, podobnie jak Bielecki, stał się zdrajcą kraju, a z premedytacją, jak Balladyna, spełniał jedną zbrodnię po drugiej. Tragiczny w swym osamotnieniu zdrajcy, mając świadomość wzgardy innych, nade wszystko wzgardy syna, był straszny, gdy chciał wszyst- kich wciągnąć na drogę upodlenia, gdy chciał ich zmusić, by własnymi rękami przyczynili się do upadku ojczyzny; jednocześnie nieuchronnie sam szedł ku tragicznemu przeznaczeniu. Nie był też bez winy Horsztyński, oślepiony przez Moskali starzec, bohater barski, aureolą męczeństwa za sprawę polską i pięknem smutku otoczony, nie miał przed laty skrupułów, gdy sięgał po żonę Hetmana. Potem, pojęte za żonę dziewczę, Sally, trzymał przy sobie zazdrośnie, gdy jednocześnie — jak romantyczny wierny kochanek — myślał o tam- tej kobiecie, już nieżyjącej. Lata nie stłumiły w nim żądzy zemsty na Hetmanie i gdy nadszedł jej moment, Horsztyński nie zawahał się przed popełnieniem na nim skrytobójstwa w swym własnym domu, nie tylko dlatego, że Hetman zdradził Polskę, ale że między nimi obu „jest wielka nienawiść i wiele do nienawiści powodów”; mając dowody zdrady Hetmana, z zemsty zgu- bi go nimi. Bo w tym człowieku, opromienionym blaskiem dawnego męczeństwa i stąd płynącym dostojeństwem, -sinieją pierwiastki złe, które Słowacki dyskretnie sugerował, a więc obok starczego egoizmu i mściwości brutalny cynizm, widoczny, gdy na udręki Hetmana powie- dział mu, że Szczęsnego, syna swej zmarłej kochanki, i Hetmana, u siebie przyjmował, gdyż on mu jej głos przypominał, a „szanując i ufając” Szczęsnemu, wydarł mu również wiarę w jego, Szczęsnego, wartość czło- wieczą i gotów był zmusić go do pojedynku, którym by własną śmierć mógł na niego rzucić: „jeżeli zabijesz mnie, będziesz zabójcą, jeżeli ja ciebie zabiję, będziesz samo- bójcą — ja będę czysty przed Bogiem”. A jednocześnie w Horsztyńskim żyła naprawdę tęsknota za pięknem mo- ralnym i wiara w to piękno, ucieleśnione w żonie, gdy zaś tę wiarę pod- cięło naraz złe słowo podejrzenia, Horsztyński złamał się tragicznie; wypełniło go już tylko jedno pragnienie, wyzwolenia przez śmierć. W domu Hetmana brud i fałsz panują otwarcie; w sercu Horsztyńskiego przyczaiły się pod poezją smutku i nieszczęścia. Mistrzostwem Słowac- kiego było stworzenie tego psychicznie skomplikowanego człowieka, nie wyznającego się w samym sobie, w motywach swego postępowania, my-
ślącego i działającego nie pod wpływem aktów świadomych tylko, ale utajonych instynktów. Typem psychicznie całkowicie odmiennym jest Szczęsny, ustawicznie analizujący własne stany psychiczne i zdający sobie z nich sprawę jak Hamlet i hr. Henryk. Szlachetny idealista, którego przewrażliwioną du- szę przeżarła choroba romantyczna: brak woli, zdolny do życia tylko w świecie piękna i poezji, a łamiący się w zetknięciu z rzeczywistością jak Kordian; jest jednak psychologicznie bardziej pogłębiony niż Kordian i jest wyposażony w bogatszą treść uczuciową i intelektualną. Jak ro- mantyczny poeta pragnąłby Szczęsny uciec od życia, ażeby uciec od de- cyzji, które podjąć trzeba, i od tragicznych powikłań życia, które czy- hają na niego. W sposób subtelny zarysował Słowacki indywidualne od- cienie jego miłości do trzech kobiet, jednoczesnej, bolesnej, pełnej czaru poezji oraz ich miłości dla Szczęsnego: nieświadoma miłość Sally, gorąca miłość Amelii, przeświadczonej, że kocha go jak brata, gdy naprawdę marzy o nim jak o narzeczonym, zmysłowa miłość Maryny. Ciężki, ponury smutek spada tu na wszystko i na wszystkich, tragizm cierpienia bezowocnego i groza. Do tego utworu, w którego bohaterach i za ich sprawą rozegrała się tragedia narodu, w pełni zastosować moż- na słowa ze Złotej Czaszki: „I usłyszycie jak puka do ściany nieszczę- ście”. W tej zdefektowanej tragedii jest także tragiczne piękno zdefek- towanego — jak rzeźby starożytnej Grecji — dzieła sztuki. W czasach bezpośredniego stykania się z polskim środowiskiem emi- gracyjnym w Paryżu, pod wrażeniem jego „potępieńczych swarów” i jakby skupionych w tym środowisku, a boleśnie rzucających się w oczy najrozmaitszych przywar polskich, wytwarzał się w Słowackim ostry krytycyzm i niechęć do całej polskiej rzeczywistości. Po kilku jednak latach oddalenia od emigracji i pod wpływem tęsknoty za krajem, a wreszcie wskutek nowych doznań w Ziemi Świętej, ostrze krytycyzmu się zacierało, a jednocześnie budziło się współczucie dla dojrzanego po raz pierwszy cierpienia narodu. To wpłynęło na modyfikację w ujęciu problemu narodowego rozważanego w Anhellim (pisanym w 1837 roku w klasztorze libańskim, wykończonym we Florencji, wydanym w Pa- ryżu w 1838). Tworząc poemat, a nie o logiczne przesłanki wsparty systemat histo- riozoficzny, myślał Słowacki obrazami, a nie konkretnymi pojęciami, poddawał się nastrojom natchnienia, rzucającego wizje poetyckie i efek- ty artystyczne. Stąd pochodzi nieścisłość lub niejasność niektórych wy- powiedzi i pewna mglistość idei poematu. Ogólny jednak ton pozwala mniemać, że całe pokolenie swoje Sło- wacki na śmierć skazywał jako pokolenie ludzi słabych; z martwych bowiem nikt z nich wstać nie może, gdy nastanie czas żywota dla ludzi silnych. Takiego cudu nawet sam Bóg nie zechce zrządzić. Ale gdy ten „czas żywota” kiedyś nastanie, czy naprawdę przyjdzie wtedy nowe po- kolenie ludzi „prostych i nieskrzywionych na ciele”? Na to odpowiedzi jasnej i zdecydowanej Słowacki nie dawał: „Bóg nie kazał nam wyjawić przyszłości” — mówią aniołowie Anhellemu. Przed uznaniem jednak bez- celowości narodu wzdrygała się teraz myśl poety. Więc gdy w poemacie ustami wygnańców pytał: „Czy męka nasza policzona nam będzie za ofiarę ... powiedz, a rozweselimy się”, wiedział, że „zmartwychwstania
słowa”, na które emigranci czekali i którego pragnęli, wiedział, że tego słowa powiedzieć im nie może, bo oni muszą odejść do grobów i tylko pocieszał ich, że te groby będą święte, a ciała ich ubrane będą „w umar- łych dumną powagę” i będą piękne. Z problemem narodowym Słowacki teraz najściślej łączy problemat osobisty, dając w postaci Anhellego swój autoportret duchowy „zideali- zowany” — jak pisał. Rola więc Anhellego w poemacie wyjaśnia, jak Słowacki pojmował swoją misję w narodzie. Był Anhelli przeznaczony na cierpienie, był wybrany spośród tłumu, ażeby dźwigał „większy cię- żar niż mogą unieść inni, aby w nim było odkupienie”. Z brzemieniem nieszczęść narodu, samotny wśród nich wszystkich i „w ciemności wiel- kiej”, był „przeznaczony na ofiarę, nawet na ofiarę serca”. Nie dla wła- snych jednak zasług misję tę uzyskał, bo zasług tych nie miał, a od wszystkich innych tym się różnił, że miał duszę anielską i był „nieska- lany żadnym grzechem podłym”. Dopiero Szaman, kapłan i przewodnik, „wlał w niego miłość serdeczną dla ludzi i litość”. Przedtem tych uczuć w nim nie było, to Słowacki silnie tu zaznaczał, stanowiły więc one dar nadprzyrodzony, łaskę, która nań nagle spłynęła. Ten komentarz artystyczny przemiany, która niedawno zaszła w sa- mym poemacie, był utworzony w wyraźnej analogii do Dziadów: prze- miana zaszła nagle, jak przemiana Gustawa w Konrada, i od tej dopie- ro chwili Anhelli — jak Konrad — „czuł cierpienia całego narodu” i „ko- chał cały naród”, i to właśnie dawało mu prawo występowania w imie- niu narodu. Ale zaznaczał Słowacki niedwuznacznie wyższość Anhelle- go nad Konradem, więc i własną wyższość nad Mickiewiczem, bo Konra- da, mimo modlitwy księdza Piotra, Bóg nie zrobił „sługą swojej wiary” po Księdzu Piotrze, gdy tymczasem Anhelli przejmował spadek po Sza- manie i Anhelli co prawda przeciw woli Bożej raz się zbuntował jak Konrad, a aniołowie dali mu poznać, że tylko od jego „spokojności” za- leży „może żywot i los milionów”. To jednak „może” sprawiało, że tym straszliwsze było jego cierpienie, bo nie miał on pewności, czy ofiara jego będzie przyjęta i nawet umiał umrzeć w niewiedzy, jaką będzie przyszłość; mógł mieć tylko nadzieję, jak z nadzieją zmartwychwstania narodu do grobu mieli schodzić wygnańcy. Ten sam akord pesymizmu, w którym na chwilę zadźwięczał blady ton nadziei, stanowił finał całego poematu. Anhelli bowiem był ostat- nim z pokolenia, a śmierć jego kończyła nie tylko dzieje wygnańców, ale dzieje Polski, i dlatego Aniołowie, którzy — aby dzieje te otworzyć przed wiekiem przyszli do chaty kołodzieja — teraz przyszli je zamknąć, „teraz przyszli zwiastować koniec i nieszczęście”. Jakie będzie to nie- szczęście, tego Bóg „nie kazał im wyjawić”, ale w samym zakończeniu Słowacki mówił, jakim ono być może. Oto po śmierci Anhellego zaczynała się dla świata nowa epoka, powszechna rewolucja przynosiła koniec rządom monarchieznym, zmartwychwstanie narodom i zwycięsto ludom — rodził się nowy ustrój demokratyczny, a sam Bóg tego żądał, sam bowiem „Bóg rzuca pioruny na głowy siwe (królów) i na obnażone z ko- ron czoła”. Czy wśród tych narodów zmartwychwstających miała się zna- leźć także i Polska? Nawet tego Słowacki nie mógł powiedzieć, bo nie miał pewności, że tak będzie. Słowa zaś Aniołów o „nieszczęściu” mog-
ły oznaczać coś wprost przeciwnego, mogły oznaczać, że nawet Bóg Pol- skę opuścił. Tym tonem niepewności, a nawet tonem tragicznym zamykał Sło- wacki poemat, o którym w liście do Kornela Ujejskiego w roku 1848 pisał: „lękaj się tego głosu rozpaczy, który w tym dziełku słychać. Ta- kiego jęku nikt nie wydał. Rozpacz Byrona jest dzieckiem w porówna- niu do rozpaczy Anhellego — bo w Anhellim jest rozpacz niby Chrys- tusa”. Jak człowiek przed śmiercią, chciał jeszcze prace swoje zaczęte pokończyć, a temu poświęcił półtoraroczny pobyt we Florencji (lipiec 1837 — grudzień 1838). Przygotował do druku Trzy poemata, przetwo- rzył tragedię Beatriz Cenci i napisał Poema Piasta Dantyszka o piekle. Poemat, artystycznie nierówny, miał kilka pięknych scen i prześliczne zakończenie, objaw przełamania po raz pierwszy pesymizmu i wyraz po raz pierwszy sformułowanej wiary w Polskę. Była to zapowiedź no-’ wego, ostatniego etapu życia i twórczości.
Andrzej Boleski DĄŻENIE DO SYNTEZY W TWÓRCZOŚCI JULIUSZA SŁOWACKIEGO *> Dnia 28 lipca 1843 r., a więc już w rok właśnie od zetknięcia się z ideami Andrzeja Towiańskiego, Słowacki, chcąc dać matce pewne o nich wyobrażenie, pisał, że w nich „wszystko to się znajduje cośmy śnili, ale logicznie powiązane, ale religijne ...”, po czym dodaje: „... i ja tam gwiazdy moje już zobaczyłem ...”. Oto jak pod osłoną poetyckiej metafory wypowiedziała się jedna z najistotniejszych właściwości myśli jego i sposobu, w jaki się ta myśl twórczo kształtowała. Śnienia (jak sam w tym liście uzupełnia) dusz, „które zwano poetycznymi lub fantastycznymi” — „gwiazdy” na błęki- cie jego myśli coraz to wybłyskające, ale rychło, jedna po drugiej, przez mrok pochłaniane — to jakby cała dotychczasowa droga. Szedł nią, po- wodowany nie zawsze samemu dość jasną potrzebą ducha, raczej pod wpływem pragnień i tęsknot chwilowych — i oto ujrzał je wreszcie Od wydawcy *) Studium Andrzeja Boleskiego (1877—1966) jest, jak podał autor w przypisku objaśniającym tytuł, „nową redakcją szkicu, którego tekst pierwotny był odczy- tany na zagajenie uroczystego zebrania Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza w Łodzi, w maju 1949 r.” Autor był wówczas profesorem UŁ, już w stanie spoczynku. W latach powojennych szczególnie zajmował się Słowackim; poświęcił poecie cztery pozycje książkowe, z których jedną wymienił w pracy: Juliusza Słowackiego liryka lat ostatnich (1842—1848). Łódź 1949. Autor był z pochodzenia przemyślaninem. O nim pisał Julian Krzyżanowski w artykule wspomnieniowym pt. Dwaj przemyscy bracia poloniści, [w:] Z dzie- jów kultury i literatury Ziemi Przemyskiej. T. 2. Przemyśl 1973 druk. 1974 s. 113—117), charakteryzując trafnie prace dotyczące Słowackiego. Ukazywał Boleski — zdaniem Krzyżanowskiego — w poecie „ascetę o psychice świętego”; studium wymienione o liryce nazwał autor wspomnienia o Andrzeju Boleskim „rzeczowym i odkrywczym”; wskazał, że i inne prace o Słowackim nie są bez znaczenia. Tekst publikuje się z maksymalną wiernością. Jerzy Starnawski
wszystkie w „nowo rozwiniętej” idei „logicznie, religijnie powiązane” ... Znaczy to (schodząc z wyżyn poezji), że droga poprzednia wydała mu się naonczas zdążaniem, często poprzez błąkanie się jakoby po omac- ku, ku przeczuwanej raczej, niż widzianej syntezie.. I nadto że miał naówczas niezachwianą pewność, iż syntezę ową osiągnął istotnie. Jak się na różnych etapach jego drogi twórczej przejawiało to zmie- rzanie ku syntezie i jakie ona w latach ostatnich zyskiwała ujęcia — pragnąłbym to w krótkim szkicu niniejszym zaznaczyć tylko, nie w pełni ukazać. O pełnię w ogóle się tu pokusić nie można. Takie jest bogactwo, taka różnorodność kierunków myśli, z których każdy w końcu zadzierzga w węzeł jedności dwa (co najmniej) elementy, zawsze aż do tego kresu rozbieżne lub nawet we wzajemnym ze sobą konflikcie. Kiedy w tym świetle rozważamy myśl i poezję Słowackiego, odnosi- my wrażenie, jak gdyby go w okresie ostatnim twórczości niepokoiła wszelka w świecie idei i uczuć napotykana wielolitość, wszelkie rozdwo- jenie — i spokój zyskiwał dopiero dzięki odnalezionej jedności nadrzęd- nej, w której się elementy dotąd niezgodne harmonijnie ze sobą mogły zespolić. Poszukiwanie syntezy jest, jak wiadomo, zjawiskiem w owych cza- sach niemal powszechnym, nie tylko w twórczości polskiej. Ale u żad- nego z poetów polskiego romantyzmu nie przejawiło się ono tak kom sekwentnie i tak wielokierunkowo. Pisma prozą, noty, epigramy, listy nawet, nie tylko wielka twórczość poetycka lat ostatnich, są świadec- twem tej stale czynnej dążności, której równe oddają usługi spokojne do- ciekania myśli, jak dalekosiężne rzuty wyobraźni poety-mistyka. Zazna- cza się to już w próbach ujęcia nowej postawy duchowej takiego, iżby dalekie było od jednostronności, z jaką się wiąże najczęściej samo poję- cie i nazwa mistyki. „Powiązanie” ma być nie tylko „r e 1 i g i j n e”, ale zarazem „1 o - g i c z n e” : „Zlanie się z Bogiem nie może być inaczej jak przez zupeł- ne przebywanie rozumu mego i uczucia mego w Bogu”. Kiedy indziej pragnie zastąpić nawet „mistykę” przez „m atematykę w i a - r y”, co mu się wydaje właściwszym określeniem istoty nowej treści. Z tej intencji uwydatnienia roli, jaką ma w kształtowaniu nowej idei odegrać myśl rozumująca, wysnuwa się określenie jej jako „w i a r y widzące j”, przy czym „widzenie” to jest oczywiście intelektualne, równa się jakoby naocznemu „wiedzeniu”. We wszystkich tych poszuki- waniach właściwej nazwy wyraźna jest wola skierowana ku ostateczne- mu usunięciu ciążącej dotąd na wierze jednostronności lub świadomej na rzecz wiary rezygnacji z innych sił poznawczych. Syntetycznym wszystkich objęciem ma być nowa idea, nie wyłączeniem którejkolwiek z nich. Synteza wiary i wiedzy jest jakby innym ujęciem owej — logicz- nej i religijnej — więzi, którą dostrzegał od razu przy wejściu na nową drogę i tak mocno uwydatnił, iż można to uważać za jeden z głównych bodźców intelektualnych dokonywa jącej się przemiany. Równocześnie kształtuje się druga synteza, w której się zamknąć miał okres rozterki i szarpaniny duchowej. Oto w pierwszym manifeście — Tak mi Boże do- pomóż — określona jest nowa idea jako „gotowa do czynu i święta”.
W liryce przed przełomem, już od podróży wschodniej, snują się te dwa szeregi motywów — „gotowości do czynu” i „świętości” —, zawsze jed- nak oddzielnie, jakby ta dwoistość tkwiła już w samej naturze ducha. (Zob. książkę moją o liryce Słowackiego lat ostatnich). Jest to sprawa bardzo istotna dla uchwycenia drogi dotychczasowej i jej zamknięcia w okresie ostatnim. W całej niemal twórczości bowiem, nie tylko w liryce, zauważyć się da to wahanie się myśli pomiędzy dwoma biegunami, które długo ciążą ku sobie, zanim się zbiegną, two- rząc nową, tak znamienną syntezę. Najwyższym wcieleniem „świętości” — „anielstwa” — jest naówczas Chrystusowa postać Anhellego. Czy możliwa, czy dostępna jest dla takich natur duchowych aktywna w ży- ciu postawa — „gotowość do czynu”? W okresie pesymizmu młodzień- czego i potem, kiedy powstają Godzina myśli, Kordian, Smutno mi Bo- że, Anhelli, przejmująca skarga w Beniowskim: Bóg sam wie tylko, jak mi było trudno Do tego życia, co mi dal, przywyknąć ... — w latach tych odpowiedź mogła być tylko negatywna. Wejście z włas- nym czynem w nurt życia powszechnego — to jako pokusa, marzenie niedostępne, wysiłek, z tych czy innych względów daremny, brzmi prze- cież już nieraz i w owych tworach wyobraźni poetyckiej, mniej lub bar- dziej mocnymi tonami, które jednak rychło przebrzmiewają. Jest też godne uwagi, że aż do przełomu postacie w dramatach aktywne, obda- rzone władczą wolą i mocą czynu, zbaczają prawie zawsze ku z b r o d - n i c z o ś c i. Wysoki tragizm jest udziałem ich losu. Na przeciwległym biegunie pojawiają się charaktery liryczne wzniosłe, o wzlotach duszy „aniel- skich”, lub co najmniej pełne ofiarnej dobroci i uległości —- i oto te istotnie ofiarami się stają bezwzględności lub okrucieństwa tamtych. Zaw- sze „biała i melancholiczna” jest twarz ich Chrystusowa — w takim zna- miennym ograniczeniu i zwężeniu idealnego pierwowzoru. I oto po przełomie w koncepcji zagadnienia tego zachodzi zmiana bardzo istotna. Postaci Chrystusowe — a są one teraz takimi w znacze- niu o wiele głębszym — stają do walki o tryumf myśli swojej, przeobra- żają się w niezłomnych bojowników sprawy, świadomych, że bój się toczy o to: aby silne duchy Boże miały na ziemi ojczyznę ... Świętość, a wraz z nią nieodłączna od niej Miłość, jednoczą się z Mocą. Oto jaka synteza staje się teraz nowym ideałem, rzec można, postulatem myśli Słowackiego. Ta zupełnie nowa postawa Mocy miłującej najpełniejszą zna- lazła wypowiedź w działaniu i wt słowach nieustępliwego obrońcy Baru, owej symbolicznej kolebki nowej Polski. Więc jeżeli w prawdę wierzysz, a Bóg ci miecza pozwolił, bić kazał — a nie uderzysz,
choćby serce władne krając, ale uderzysz igrając, jak arlekin, nie jak człowiek; jeżeli prawdy piorunem nie spalisz grzesznika powiek — nie jesteś wtedy zwiastunem Bożej powagi i chwały. Nie ma więc już teraz miejsca na wyłączną a bierną „ofiarę serca”. Anhelli „wstał z grobu”, aby z zastępem równie wskrzeszonych z mogił sybirskich prowadzić bój o sprawę. Można by wielu jeszcze przykładami zilustrować głęboką przemianę, jakiej pod wpływem tej nowej syntezy—Mocy z Miłością — uległo obli- cze psychiczne poezji Słowackiego. Ale nie przeprowadzam tu analizy utworów; uwydatniam jeden tylko, bardzo istotny rys nowej twórczości — w ścisłym związku z poruszonym zagadnieniem. Wiadomo, jak się ten rys ściśle wiąże z naczelnym postulatem ideologii towianistycznej: rea- lizacji jako podstawowej cechy epoki chrześcijaństwa wyższej. Zauważmy jednak, że się z tej syntezy wywodzi także zasadnicza koncepcja Króla—Ducha. Kolejne jego wcielenia dają przewagę albo mocy bezwzględnej, znów chylącej się ku zbrodniczości, albo Chrystu- sowego pokoju ducha i miłości, znowu biernością skażonej. Jedność ideal- na unosi się wysoko nad oboma tymi krańcami ducha, w niejednym miejscu poematu przekazywana przez „nauczycieli” — duchy jako misja na przyszły żywot. W wirze życia ziemskiego świadomość misji ulega zmąceniu i tylko chwilami niepokoi i zdumiewa kroczących już ku jed- nostronnym celom tęsknota do niedosiężnej pełni. Wszak nawet Popiel wyzna je: „... Czasem się czułem jak anioł gorący, Gotów ukochać świat i nieść w błękity Tę ziemię...” „Z dwóch teraz kwiatów masz wydać owoce I z dwóch żywotów mieć tryumfem trzeci” zapowiadają owi „nauczyciele” Bolesławowi, przed jego zejściem na zie- mię. (0. 172). „Żywot Bolesława ma być syntezą żywotów Popiela i Mieczysława, zjednoczyć ma moc ze świętością” komen- tuje J. Gw. Pawlikowski (podkr. moje). Ilekroć opowieść Króla—Ducha przechodzi w spowiedź, występuje świadomość głównego grzechu, w wy- wieraniu bezwzględnej i okrutnej siły — albo w kwietyzmie miłości i „anielstwa”. Dlatego to przecież „chata piastowska”, to najpełniejsze harmonii owej ucieleśnienie, okazała się jednak „za ciasna pomie- ścić wieczności e”. A godne uwagi, że refleksja ta zabarwiona jest wyraźnie smutkiem i żalem: „Ta chata — ach! — wieki roztrącą ...” I z drugiej strony, pęd nieokiełznany żywiołowej siły, wiadomo, ile czaru budził w wyobraźni poety, ile oddźwięku w jego uczuciowości. Ważyły się w psychice jego oba te krańce, odczuwał zaś mocno to rozdwojenie w sobie zwłaszcza u progu wielkiej przemiany. Toteż już jako wyrzut brzmi pytanie, które Atessa zadaje Poecie: „Czy-ć zawsze napi- sano w losie Nie być miłości duchem, ale siły !”. Odpowiedzią —
w twórczości i życiu — miało być nie poświęcenie jednej na rzecz dru- giej, ale właśnie harmonijne obu powiązanie. „Przez miłość wzru- szona wola w duchu, ile razy się wywrze na świat, zwycięża” — no- tuje w ostatnich już niemal miesiącach życia, dając tym wyraz raczej prawdzie myśli swoich i tęsknot, niż rzeczywistemu biegowi spraw na świecie ... Z bardzo znamiennym przejawem tego upragnienia syntezy Mocy z Miłością zetkniemy się w dramacie o Samuelu Zborowskim — ale już wysoko ponad sferą konfliktów ludzkich. Oto Lucyfer — „jeden z du- chów obłąkanej i odwróconej od Boga natury” — duch siły złej, ale prącej świat tworów wzwyż, poprzez cierpienie i mękę, tęskni za chwi- lą wyzwolenia swego w duchu miłości Chrystusowej, świadomy przecież, że położy ono kres jego władztwu: „Miłości wichru ... a wszystkie ko- lumny padną — ... oto ja sam ... serce mi pęka ...”. Z tych i innych jeszcze jego wypowiedzi, choć cechuje je nieokreślność liryczna, mógł zgodnie z intencją poety Tadeusz Miciński wyprowadzić wyraźną, a tak przedziwną syntezę: Chrystus — Lucyfer. Jest to zapewne jedna z najdalej posuniętych konsekwencji myśli Słowackiego, odczuwającej wszelki dualizm jako wrogi właściwemu sen- sowi życia, jego celowości. W tym samym dramacie przecież krwawy na ziemi konflikt między dwiema ideami narodu i państwa ma się w życiu pośmiertnym ich przedstawicieli, zdawałoby się, nieustępli- wych obrońców, zakończyć pojednaniem: „Gdzie kanclerz ... gdzie jest kanclerz ...” — woła Samuel — Jan kanclerz ... taki wielki duch, ogromny, Z serca bym wskrzesił go ...”. I brzmi odpowiedź: „Jestem przytomny” ... Za daleko by nas zaprowadziło pytanie, na jakiej wyżynie idealnej widział Słowacki zgodne zejście się tych dwóch tendencji myśli narodo- wej. Pisma prozą z lat ostatnich świadczą jednak wymownie o trudzie sformułowania idei, którą by wszyscy w narodzie ukochać mogli. Nie ulega też wątpliwości, że i ta synteza, jak wszystkie inne, wysnuwała się z owej jedynej wszechogarniającej, której misję uznał za tak doniosłą, iż porównywał ją do roli, jaką w ujęciu wszechświata odegrała myśl Kopernika: „Wszystko dla ducha i przez ducha, a nic dla celu cielesnego nie istnieje.” Istotnie stała się ona słońcem, dokoła którego krążył rozległy świat jego dociekań i wizji filozoficzno-poetyckich. A była też sama w sobie zamkniętym kręgiem, zawierając i punkt wyjścia: duch jako twórca ca- łej widzialności — i cel w nim ostateczny. Z niej się wywiodło owo „na- tury poznanie”, które mu „teraz staje za skarby i trony”. Ona mu po- zwoliła przezwyciężyć dotychczasową postawę romantycznego egotyzmu i wejść nareszcie, myślą i uczuciem, w nurt życia powszechnego — na- rodu i ludzkości. Poprzez jej tezy — „dla ducha” i „przez ducha” — sięgnął w oddalę wieków i dostrzegł w nich urzeczywistnienie ładu ostatecznego, kiedy to znikną wszelkie — poza ducho- wymi — różnice między ludźmi. Z niej czerpał, w chwilach pełnej harmonii wewnętrznej, spokój, z jakim spoglądał w najbardziej z ładem tym sprzeczną współczesność, widząc w najsroższej nawet „męce ciał” tylko drogę ku niemu wiodącą. Dlatego „żadnego nie klął ruchu” i tylko bezruch to „zaleniwienie w duchu”, był mu „grzechem”, a „fał-
szem” — tylko „niewiara”. Jest wprost zdumiewające jak ten wizjo- ner-mistyk widział bystro i trzeźwo wszystką względność konieczności dziejowych, jak swoją syntezę monospirytualistyczną ustrzec zdołał przed sztywnością dogmatu. Promienie tej syntezy przenikały nie tylko w dziedzinę zagadnień historiozoficznych, intelektualnych w najogólniejszym sensie, i moral- nych. Prześwietlały również i poetykę Słowackiego z tych lat ostat- nich. Muzyka, malarstwo, które podług własnego jego określenia two- rzyły okresy w dotychczasowym jego obrazowaniu słownym, służą w nim teraz jednemu celowi najwyższemu; „rewelatorstwu bos- ko śc i duch a”. Problem, który się na tej drodze kształtuje, nie zja- wia się podobnie jak prawie wszystkie poprzednie, teraz dopiero po raz pierwszy. „Prawda i piękno” („piękność” pisze stale Słowacki). A więc świat myśli i idei, bo to znaczy tu „prawda” — i świat wyobraź- ni, artyzmu. Doniosły ten problem sztuki słowa poetyckiego niepokoi go już od dawna. Czy piękno samo (powiedzielibyśmy dziś „czyste”) ma moc i wła- dzę oddziaływania na dusze tak, iżby je nie zachwycało tylko, ale i wzno- siło moralnie? Czy tę moc i władzę zyskuje dopiero, jako wyraz wielkiej myśli, dei? Odpowiedź wyraźną daje już Kordian, kiedy na Mont-Blanc, choć oto ma „posągu piękność”, zdaje sobie sprawę z tego, że „lampy brak” — światła, które płynie właśnie „z myśli wielkiej”, poczętej z „zie- mi lub błękitu”. I tak już się wprost, od siebie, skarży twórca Ballady- ny na zawód doznany, tym razem winę składając jednak na brak u czy- telników „platońskiej i attyckiej uwagi”. Niewątpliwie bowiem, zanim się w nim wielka dokonała przemiana, świat piękna jakoby „samego w sobie”, świat kształtów, wysnuwanych z najprzedziwniejszych nieraz śnień i rojeń, był przeważnie najbliższy jego naturze poetyckiej, jego „sercu pogania” (jak je sam nazwał, świadomy oczywiście jednostron- ności określenia). Napisano na temat tych jego „tęcz” itp. aż nadto wiele — za życia i po śmierci poety. W konflikcie z tak widzianym i tak „czczonym” pięk- nem znalazł się jednak dopiero, kiedy miało się ono stać wyrazem no- wego widzenia życia i świata, wyrazem zdobytej prawdy. Rozterka była głęboka i bolesna: „Ileż razy (pisał do Zygmunta Krasińskiego) ja sam jeszcze jęknę z największą rozpaczą myśląc, że mnie wszystkie mary tego świata odbiegły — i nie został mi jak Chrystus. Tak duch mój rzucany na różne drogi stracił prawdziwe uczu- cie nagiej prawdy i nie ubranej w złotogłowie piękności! Widzisz więc, że pod chłostą idę — i opieram się często... bo wołałbym się nie- raz odwrócić w te gaje ciemne, laurowe, gdzie świecił księżyc i wspomnienia były drzew Dryjadami. Ale już nie można! — już nie można; Nowe sumienie urodziło się z Ducha nowego — nowe cierpienie przyszło dla sfałszowanych serc — dla bohaterów świata przeszłego” (podkr. moje, A. B.). Ale to było pisane 17 stycznia 1843 r., a więc jeszcze w początkach no- wego okresu. Kształtował się wtedy właśnie pierwszy dramat o „silnym Boga robotniku”, skupiony całkowicie dokoła „nagiej prawdy”, istotnie „nie ubranej” w dawne „złotogłowie piękności”. Nieco się później
dopiero i ten pełen konfliktu dualizm — prawdy i piękna — zamknął harmonią syntezy. Oczywiście, nie zawsze synteza ta zyskiwała pełne urzeczywistnienie w twórczości. Nie zawsze poezję tych lat piastowały z równą troskliwoś- cią (żeby się posłużyć własnym obrazem poety) — ,,Prawda sło- neczna i piękność różowa”... W niejednym utworze zauważy się niepożądany przerost „prawdy” nad „pięknem”. Ale we wszystkich, tak różnorodnych — w liryce, dramacie, poematach lirycznych i epiko- -lirycznych, w prozie poetyckiej i publicystycznej, w listach nawet i za- piskach raptularzowych — jest tyle piękna nowego i niezwykłego, a ty- le prawd w nim nieprzemijających, że błędne jest mniemanie, jakoby „mistyka nadwątliła siłę geniuszu myśli jego i wyobraźni”. Co w wy- wodach i dociekaniach filozoficznych lub dla problemów życia psychicz- nego musiało pozostać tylko dążeniem i poszukiwaniem, tu — w naj- właściwszej wielkiemu poecie sferze — tak długo upragniona synteza staje się zjawiskiem wielokrotnie w pełni ucieleśnionym. Łódź, w październiku 1949

Józef Spytkowski PRUS W KRĘGU EMPIRYZMU *> Ambicje naukowe Prusa znane są dostatecznie. Wiadomo, że marzył o karierze naukowca-badacza. O swoich młodzieńczych zamiłowaniach sam później wspominał, jak to „z wielkim zapałem studiował logikę, która tłumaczyła metody dedukcyjne i in- dukcyjne, a dzięki logice i psychologię”. Idąc za powszechnym podówczas prądem wiedzy ścisłej, wyjechał w r. 1866 do Warszawy i zapisał się na wydział matematyczno-fizyczny w Szkole Głównej. Jakby echem tamtych zainteresowań była pochwała matematyki, którą wygłosił na początku swych wystąpień publicystycz- nych w r. 1872. Zachęcał do jej uczenia się, gdyż jest ona „najpiękniejszym tworem i najpotężniejszym narzędziem rozumu ... Jej prawa są najogólniejsze”. I dla celów praktycznych przydać się może jej studium: matematyka skraca proces myślenia, z jej pomocą można dokonywać obliczeń i po- miarów w jak najkrótszym czasie b Ale po wystąpieniu ze Szkoły Głów- nej, kiedy zmuszony był uzupełniać swą wiedzę drogą samokształcenia, Od wydawcy ♦) Józef Spytkowski (1907—1968) nie zatroszczył się nigdy po r. 1951 o druk swej pracy, która — należąc wprawdzie do tradycyjnych badań nad pisarzem, dostrzegających w nim bardziej myśliciela niż artystę — przynosi jednak nie- wątpliwie ważne i trafne wnioski. Ingerencje adiustacyjne ograniczono do minimum. Nazwisko Bacon pisze się nie tak, jak zapisał autor, gdyż tu dowolności nie ma. W przypiskach zmie- niano bardzo niewiele, odsyłacze do monografii Z. Szweykowskiego Twórczość Bolesława Prusa dotyczą oczywiście pierwszego wydania — i tak je pozosta- wiono. Jerzy Starnawski 1 W sprawie oświaty. „Opiekun Domowy” 1872 nr 33. B — Rocznik Przemyski t. 22/23
kiedy postanowił poświęcić się działalności publicystycznej, uświadomił sobie, że matematyka jest jednak dziedziną wiedzy zbyt abstrakcyjnej i że dopiero jako nauka stosowana może oddać korzyści. Z tych lat zapewne pochodzi jego plan napisania podręcznika „matematyki sto- sowanej”. Przełom w poglądach Prusa na matematykę jest odbiciem falowań, jakim ulegał u nas pozytywizm. Według ówczesnego rozumienia pozy- tywistą nazywano „każdego kto w twierdzeniach stanowczych opiera się na dowodach dających się sprawdzić, kto nie wyraża się bezwzględnie o rzeczach wątpliwych, a nie mówi wcale o niedostępnych”. Przez filozofię pozytywną rozumiano „system praw zjawiskowych, które rządzą światem i praw zasadniczych, które winny kierować czynami” s. Hasło „wiedza to potęga” miało więc grunt w przeświadczeniu ówcze- snych intelektualistów, że mechanizm świata ma jakieś własne prawa, tkwiące obiektywnie w naturze rzeczy; że prawa te są ustalone, a każdy przejaw świata materialnego i życia społecznego odbywa się według pewnej prawidłowości. Zadaniem uczonego jest wykrycie owych prawidłowości. Stąd pozy- tywista to badacz obdarzony umysłem twórczym, myśliciel badający fak- ty i odkrywający prawa zjawisk. Uczony odkrywca i wynalazca był więc szczytem aspiracji młodego pokolenia ,przeświadczonego, że z pomocą metod empirycznych uda się ujarzmić przyrodę i wytyczyć człowiekowi bezwzględne normy postępowania. O takich to uczonych przyszłości ma- rzył H. T. Buckie, autor popularnej podówczas Historii cywilizacji An- glii. Jak każdy silny prąd umysłowy, tak i pozytywizm stworzył sobie własną historiozofię, w której świetle ukazywała mu się przyszłość: Com- te, dzieląc historię ludzkości na trzy okresy, za zasadę tego podziału przyjął sposób objaśniania praw przez człowieka: dopiero okres, który nadejdzie, będzie prawdziwą historią ludzkości, gdyż objaśniać zacznie świat nie według bałamutnej teologii ani metafizycznych spekulacji, ale na zasadzie istotnych praw przyczynowości wewnętrznej ukrytej w zja- wiskach, a odkrytej przez uczonych-empiryków. Cel opanowania przyrody i unormowania życia społecznego przez wykrycie utajonej w nich prawidłowości przyświecał wielu teoretykom pozytywizmu. Najmocniej chyba sformułował to przeświadczenie H. Spen- cer, ówczesny autorytet Prusa. W Klasyfikacji wiedzy, wydanej u nas nakładem „Przeglądu Tygodniowego” w r. 1873, słyszymy tę samą wiarę w przyszłość i postęp: Bądźmy pewni, pisze Spencer, że ród ludzki dojdzie nareszcie kiedyś do odkrycia stałego porządku i wielkiej jedności najtajniejszych i najzłożeńszych objawów ... Wszędzie, gdzie tylko ukazują się zjawiska, których przyczyny nie 2 Niwa 1875 s. 85.
znane są jeszcze, silne i żądne wiedzy ich umysły, wiedzione niezbitym przeko- naniem o stałości praw przyrodzonych, poczynają badać, doświadczać, porówny- wać te zjawiska dla wyświetlenia ich czynności, a kiedy wreszcie przyjdą do odkrycia poszukiwanego prawa, ogólna ich wiara w powszechność stałego po- rządku nowej nabiera mocy. Potęga nauki tak jest wielką, że kto postąpił już nieco na drodze badań przyrody, niepodobna mu nie wątpić, ale nie być we- wnętrznie przekonanym, że nie istnieje we wszechświecie żaden objaw bez praw stałych. To przywyknięcie do uznania rządu praw wyróżnia nowoczesnych badaczy od dawniejszych mędrców starożytności3. Echa tych właśnie poglądów słychać u pozytywistów warszawskich 4. Nie chcąc mnożyć szczegółów znanego powszechnie prądu, któremu w różnym stopniu ulegli Krupiński, Świętochowski czy Ochorowicz, wy- starczy dla ilustracji przypomnieć J. Supińskiego Myśli ogólnej fizjolo- gii wszechświata, które miały w tym czasie aż trzy wydania. Zaraz na wstępie spotykamy się z tym samym popularnym twierdzeniem: „Zadanie umiejętności powszechnej na tym polega, by przenieść prawa zasad- nicze przyrody w łono żywota społecznego i oprzeć na nich prawa ludzkie.” Kiedy zaś autor przechodzi do omówienia szkoły manczesterskiej, prze- sadza patetycznie: „Prawa dostrzeżone przez Adama Smitha są w świecie czysto ludzkim prawami Ptolemeusza; ich przejście kiedyś w kalendarz ludowy rozpocznie dopiero nową erę ludzkości, krążącej dotąd wśród świata, którego nie zna”. Prus znalazł się za młodu w samym centrum tej atmosfery i jak jego rówieśnicy szedł zrazu z tym prądem chociaż w wielu punktach mu się przeciwstawiał. W jednym z pierwszych artykułów i on wygłosił pro- gramową pochwałę praw ogólnych. Z właściwą sobie skłonnością do po- pularyzowania wiedzy ścisłej wykładał obrazowo: „Prawa ogólne znajdują się w takim stosunku do zjawisk wszechświata, jak głoski alfabetu do całego obszaru mowy ludzkiej. Głosek jest niewiele, zaled- wie kilkadziesiąt, któż jednak policzy wszystkie wyrazy i zdania, jakie napisano i wypowiedziano po dziś dzień. Podobnież i zjawisk we wszechświecie jest nie- skończone mnóstwo, lecz praw zasadniczych niewiele i gdybyśmy wszystkie owe prawa znali dokładnie, gdybyśmy znali najogólniejsze sposoby ich kombinowa- nia się — umielibyśmy’ układać symbole wszystkich zjawisk z taką nieomal łatwością, z jaką umiejący pisać układają symbole swoich myśli”5. 3 Herbert Spencer, Klasyfikacja wiedzy. Warszawa 1873, nakł. „Przeglądu Tygodniowego”, s. 110, 107. 4 T. Jeske-Choiński w tych słowach charakteryzuje nasz kierunek: „I u nas mówiono wprawdzie dużo o naukowości pozytywizmu, o wszechmocy wie- dzy, o znaczeniu metody indukcyjnej, obserwacji i eksperymentu, dysputy te jed- nak nie przekroczyły granic rozpraw polemicznych, przygotowawczych. Filozofia pozytywnego lub chociażby popularyzatora w rodzaju Littrego nasz ruch pozytywny nie wydał.” Pozytywizm w nauce i literaturze. Warszawa 1908 s. 12. 5 W sprawie oświaty. „Opiekun Domowy” 1872 nr 33.
Podobne wypowiedzi spotykało się w ówczesnych czasopismach na każdym kroku. Kiedy Jeske-Choiński dawał syntezę pozytywizmu, tak się o tym wyraził: „Dotąd zalewa nas potop obserwacyj; zalewa nam oczy, uszy, mózg, iż nic nie słyszymy, nie widzimy, nie rozróżniamy oprócz szumu. Zewsząd szturmują nas ćwierć, pół i pełni uczeni, wołając co chwila: Oto fakt! Oto prawo! i tak stale, o metodzie, wiedzy i prawdzie ...” Dla Prusa, pozytywisty stawiającego pierwsze kroki, decydującym było zetknięcie się z Logiką J. S. Milla. Wprawdzie próby naukowego ujęcia indukcji sięgają początkami Fr. Bacona, ale dopiero Mili rozbu- dował w swej Logice metodę indukcyjną i ośrodkiem jej uczynił prawo powszechnej przyczynowości. Wprowadził więc ostry przedział między tradycyjnym sylogizmem, tj. sztuką dowodzenia a indukcją, tj. sztuką wynajdywania. Mili dowodził, że indukcja poprzedza dedukcję, że więc pierwszeń- stwo przed logiką formalną należy się indukcji jako metodzie uczącej obserwacji faktów, odkrywania przyczyn i prawidłowości zachodzącej w zjawiskach. Wykład Milla dawał podstawę naukową empirycznej me- todzie pozytywizmu. We wstępie do rozdziału o indukcji stwierdzał Mili, że „każdy fakt mający początek ma swoją przyczynę: jest prawo, że każde zja- wisko zależy od prawa; jest prawo, że dla wszystkiego prawo istnieje”. Z punktu widzenia nowoczesnej logiki indukcyjnej matematyka mu- siała się więc wydać Prusowi nauką zbyt oderwaną od życia i traktującą o prawach zbyt ogólnych. Dopiero logika w ujęciu nowoczesnym była metodą praktyczną, uczącą obserwacji faktów, odkrywania przyczyn i praw, krótko mówiąc — wynalazczości. Indukcja odwracała oczy od praw przestrzeni i liczb, a kierowała ku doświadczeniu, ku zjawiskom. Była swego rodzaju drogowskazem do wiedzy stosowanej, praktycznej. Ten empiryzm jest zresztą typową tendencją całego kierunku. Podręcznik Milla stał się rychło popularnym i w Polsce; widziano w nim postępową reakcję przeciw tradycyjnemu wykładowi sylogizmu. Zainteresowanie się logiką miało dla Prusa trwałe następstwa. Wia- domo, że w latach 1868—1872 zamierzał napisać popularny podręcznik „logiki dla dzieci w rozmowach”, że w rękopisie z r. 1871 pozostawił streszczenie Logiki Milla 6, tej samej, którą późąiej przełożył w skróce- niu A. Dygasiński, a wydał w r. 1880 „Przegląd Tygodniowy”. Dalej, w dzienniku swoim Prus zanotował: „Mam napisać pierwsze zasady sztuki myślenia” — a więc znowu podręcznik logiki. Zajęcie się, i to poważne, metodą indukcyjną wpłynęło zapewne na ostateczną zmianę kierunku jego zainteresowań. Przeszedł od matematyki ku dziennikarstwu, które pojął jako działalność naukową i społeczną. • Zeszyt ze streszczeniem Logiki Milla dokonanym przez Prusa, znany był jesz- cze pierwszemu monografiście L. Włodkowi. Żałować należy, że, jak informuje Szweykowski, zaginął ten rękopis. Charakter notatek oraz uwag byłby może do- starczył pewniejszych przesłanek niniejszym wywodom.
Tak więc tylko w początkach uległ Prus urokowi praw ogólnych i przytoczone pochwały na ich cześć miały dla autora raczej już znaczenie konwencjonalne; oddalił się już przecie od studiów matematyki i fizyki. Zamiast ogólnikowych haseł i abstrakcji wysunął teraz konkretny pro- gram naszkicowany w Listach ze starego obozu, drukowanych w „Opie- kunie Domowym” w latach 1872—1873. W tych gawędach na poły filo- zoficznych i umoralniających pokpiwał z nagminnej psychozy „nauko- wości”, bo nie wierzył w możliwość naukowego określenia norm postę- powania człowieka. A przecież z cytowanych przez Araszkiewicza (Re- fleksy literackie s. 17) notatek rękopiśmiennych widać, jak starał się określić „prawidła życia”, w myśl przeświadczenia, że „twórczość człowieka, by stać się możliwie doskonałą, podlegać musi pewnym zasadom, którymi człowiek winien się kierować, chcąc nie przejść przez życie jako dźwięk pusty”. Szweykowski stwierdza, że Prusowi nie tyle chodziło „o zdobycie metody rozumowania, lecz w równej mierze pragnął on przez swe dociekania naukowe posiąść metodę działania, metodę niezawodnego postępo- wania w życiu ... chciał opracować system wyznaczający nam stosunki względem otoczenia ... miał ambicje ustalić prawidła życia 7”. Takie gawędy Prusa jak O złudzeniach w życiu, O badaniach życia codziennego, stylizowane z rozmysłem na stare poglądy konserwatystów, drwią więc z zapędów i tupetu „naukowego” młodych. Celem ich jest wykazanie maniery: miejsce konkretnych badań zajęły teraz frazesy; ci, co tak hałaśliwie rozprawiają o prawach ogólnych natury, nic, ale to dosłownie nic nie zmienili w życiu; wręcz przeciwnie, popadli w więk- sze jeszcze błędy niż napastowani przez nich niepozytywni poprzednicy. Frazeologii pseudonaukowej przeciwstawiał Prus postulat prawdziwego pozytywizmu’ sauoir pour pr^enoir. Był to wprawdzie program minima- listyczny, bo podnosił ważność faktów małych — ale ważnych, bo przy- datnych dla życia; program ten wspierał się więc na utylitaryzmie, pod- stawowym celu etyki pozytywistycznej. Z tych założeń wychodząc ośmieszał Prus płytkie rozumienie nowego kierunku myślenia u młodych: pokpiwał z młodzieńca, który tylko umie teoretyzować i sloganami o powszechnych prawach natury posługuje się nawet przy realizowaniu celów erotycznych. W Prusie obudził się mo- ralizator i publicysta, toteż pisze, niby to parafrazując znane wystąpie- nie Świętochowskiego sprzed roku: „Wy młodzi utrzymujecie głośno, że światem, społeczeństwem i jednostką rzą- dzą nieugięte prawa: wołacie, że tylko pozytywne myślenie, że tylko postrzega- nie, doświadczenie i krytyka mogą ludzkość uchronić od błędów: lecz jakże żyjecie sami? Nasze błędy dadzą się jeszcze na upartego wytłumaczyć ogólną wiarą w przypadkowość, lecz cóż wytłumaczy was, którzy niby to od kolebki pozbywacie się złudzeń i połowę życia spędzacie nad nauką ... My starzy, mó- 7 Z. Szweykowski, Twórczość Bolesława Prusa. T. 1. Poznań 1947 s. 24.
wiąc o wypadkach życia codziennego przypisujemy je woli Bożej, albo też ka- pryśnemu losowi. Za młodu wierzyliśmy tak samo...” 8. Dla naszych dalszych wywodów interesujące jest to wyznanie wiary Prusa w przypadkowość, stwierdzenie, że naukowa metoda przewidywa- nia jest bezsilna, gdy chodzi o wyznaczenie prawideł postępowania. Prze- bija w tych wypowiedziach jakby osobisty zawód życiowy może, spowo- dowany uczestnictwem w powstaniu i niepowodzeniem w Szkole Głów- nej: „Zycie nasze ma w sobie wiele podobieństwa do gry loteryjnej, nasze plany, które wyobraźnia przedstawia nam jako pewne, są w ogóle dość wątpliwe ... jak w loterii, tak i w życiu, tylko na pewien procent biletów przypadają więk- sze wygrane” 9. Widać w tym krytycyzm Prusa: idzie on z prądem pozytywizmu, zdaje się wierzyć w skuteczność jego metod, chociaż równocześnie pa- mięta, że te metody nie są środkiem uniwersalnym w zastosowaniu do życia ludzkiego, które wymyka się tym metodom. W planach ludzkich trudno mówić o prawidłowości. Prus stwierdza wielokrotnie, że życie ludzkie jest splotem przyczyn nie dających się naukowo wydzielić. Ten sceptycyzm jest u niego trwały. Prus doszedł do tego samego co Com- te w ostatnim IV tomie swego Kursu filozofii pozytywnej. Mianowicie, że mechanistyczna prawidłowość panuje tylko w niektórych dziedzinach zjawisk, że wielu praw, zwłaszcza z dziedziny socjologii, nie poznamy nigdy. Mimo tych zastrzeżeń chciał być postępowy jako publicysta, toteż wystudiowana u Milla metoda indukcyjna stała się na długo pa- sjonującą sztuką jego wykładu. Stale zaznaczał, że „postrzeganie, doświadczenie i rozumowanie oto są narzędzia, przy pomocy któ- rych geniusz ludzki zdobył, zgromadził i uporządkował prawdy będące pod- stawą dzisiejszej cywilizacji”. Oczywiście, że i osobiście będzie się starał skorzystać z metody in- dukcyjnej. Z notatek z tego czasu cytowanych przez Araszkiewicza10 11 widać, jak młody autodydakta poddawał siebie doświadczeniom, obser- wował swoje skłonności, notował, wysnuwał wnioski, by, jak twierdził, zapobiec niedokładnościom swego postępowania. Warto przypomnieć jego Uwagi nad paleniem papierosów, ciekawe choćby z tego względu, że osobiste spostrzeżenia potraktował jako doniosłe i praktyczne odkrycie, i chciał się nimi podzielić z lekarzem specjalistą. Prus w tych latach robi wrażenie odciętego od świata naukowca-amatora, przeświadczonego, że każde, byle przydatne życiowo spostrzeżenie nadaje się do traktowania serio ze stanowiska naukowego i że z tego tytułu warte jest długiej ob- serwacji. O ważności i przydatności samodzielnych badań pisał w artykule pt. Pracownie naukowe prywatnen. Pochwałę wynalazcy dał, jak wiado- 8 Pisma B. Prusa. T. 1 s. 146. 9 Tamże, s. 160. 10 F. Araszkiewicz, Refleksy literackie. Lublin 1934 s. 14 i n. 11 „Opiekun Domowy” 1873 nr 17.
mo, w szeregu postaci takich jak Antek, Geist, Ochocki, Wokulski czy Menes. Idąc za wskazaniami S. Smiles’a, autora popularnej w Europie i u nas Pomocy Własnej, zachwalał metodę samodzielnych prywatnych doświadczeń. W pierwszym swoim artykule 12 pt. Sprawy dziecinne po- lecał wychowawcom obserwować swe dzieci, chodzić za nimi z ołówkiem w ręce, spisywać najdrobniejsze szczegóły ich zachowania, klasyfikować, sumować, ustalać dla każdego dziecka indywidualne normy pedagogiczne. Prus trzymał się ściśle wskazówek Herschela, który zalecał bada- czowi przystępować do każdego doświadczenia bez uprzedzeń i przesą- dów. Stąd przy każdej sposobności wypowiada Prus jako zasadę hasło: nie stosować reguł katechizmowych tylko empiryczne każdorazowe ba- danie zjawisk może doprowadzić do nowych odkryć. Że istotnie stosował tę zasadę w praktyce, dowodzi działalność publicystyczna. Z tego prze- cie założenia wychodził, gdy w Szkicu programu z r. 1883 zastrzegał się tak mocno, że programu społecznego nie wolno narzucać z góry: spo- łeczność należy wpierw obserwować, badać, a program odkryć tak, jak odkrywa się prawa mechaniczne, fizyczne czy chemiczne. To był powód, nawet na ówczesne czasy dość groteskowy, że podczas redagowania „No- win” zamierzał zrobić z tego pisma „obserwatorium społecznych faktów”, co mu z boku wytykano. Prus-dziennikarz starał się zawsze być w zgodzie z nowoczesną me- todą podawania czytelnikowi wiadomości. Zachwalał statystykę liczbo- wą jako niezawodną przy gromadzeniu faktów i stosował ją zawsze w artykułach, a później przeniósł do recenzji literackich, w których zesta- wiał procentowo ilość części mowy użytych przez autorów. Na szpaltach „Kronik” przytaczał długie kolumny cyfr i często pouczał czytających, że owe suche liczby są doskonałym materiałem do wykrycia przyczyn zjawisk i ich praw. Zdaje się, że Prus szedł w tym za wskazówkami Her- schela, który uczył, że samo doświadczenie jest jedynym źródłem wie- dzy. i zalecał, by spostrzeżenia zapisywać z matematyczną ścisłością. Spoza suchych Kronik Prusa przebija przekonanie, że cierpliwa, sy- stematyczna obserwacja i ścisłe obliczenia pozwolą indukcyjnie odkryć zasady i sformułować normy, że niektóre procesy życia społecznego zdają się przebiegać z rytmiczną prawidłowością, którą dziennikarz-badacz wi- nien uchwycić. Charakterystyczna byłaby pod tym względem jedna Kro- nika z „Ateneum” 13, w której Prus poczuł się w roli odkrywcy, gdy sta- tystycznie ustalił liczbę zgonów ludności. Gdy twierdził, że matema- tyczna nieomal prawidłowość panuje w zabójstwach, samobójstwach, ro- dzajach zadawanej sobie śmierci, gdy podawał, może za Buckle’m, że prawidłowość istnieje nawet w liczbie pomyłek na zaadresowanych li- stach. Obawiał się tylko, że czytelnicy nie będą mogli zasnąć, gdy się o tym dowiedzą: uspokajał ich zapewnieniem, że przecie taka prawidło- wość nie jest zaprzeczeniem wolnej woli ..., że każde zjawisko jest nie- skończenie wolne, a indywidualność ludzka jak najbardziej szanowana. Ta dbałość o nienaruszenie wolności woli przy równoczesnej skłonno- ści do gromadzenia faktów determinujących ilustruje dobrze sprzeczność metody Prusa, naukowca-pozytywisty dążącego do ustalania norm, a równocześnie humorysty znającego walor kaprysu losu. Ta dwoistość 12 Tamże, 1872 nr 19. 12 Ateneum 1877 t. 2 s. 427.
jest u niego trwała. Przy pozorach naukowości Prus jest zawsze skłonny nie tylko do podkreślenia tego co typowe, ale i tego co osobliwe, przy- padkowe i tajemnicze. Wiemy też skądinąd, że metoda naukowa spra- wiała mu duże trudności; był on przecie w głębi naturą sentymentalną i marzycielską, i owej metody myślenia dopracowywał się z wysiłkiem woli i dlatego jak na dziennikarza, stosował ją w sposób dosyć szablono- wy. Notatki rękopiśmienne, będące rodzajem dziennika, świadczą, jak zmuszał się do ścisłości. Pisał w nich: „niniejszym zobowiązuję się zbadać dokładnie swoją przeszłość, aby tym spo- sobem zrobić stanowczy krok do poznania siebie, myślenia logicznego i pano- wania nad swymi myślami” 14. Nie przychodziła mu więc łatwo metoda naukowa: rozumiał jednak, że ze swoją naturą znalazłby się na peryferiach postępowego kierunku. Trzymał więc na wodzy swoje skłonności spekulatywne, chociaż, jak się dalej okaże, wymykały mu się z rąk mimo postanowień. Prus nie poprzestał na Millu, ale w dalszym ciągu pogłębiał znajo- mość metody indukcyjnej. Zapoznawał się z Logiką A. Baina i to zapew- ne z przekładu francuskiego, bo nim się jeszcze ukazała drukiem po polsku 15 *, on ją już zapowiadał, podnosił jej wartość i zalecał jako „logikę stosowaną do różnych typów m. in. do nauk społecznych” lfl. Tom drugi Logiki Baina cały był poświęcony indukcji i zaopatrzony po- chlebnym sądem o niej J. S. Milla: „Ta analiza, albo raczej wykład, godzien stać na czele swojego kierunku, wy- obraża najdalej wysunięty punkt, do jakiego doszła filozofia a posteriori”. We wstępie do francuskiego przekładu pisał G. Compayrć: „Jak dobre zrozumienie estetyki i praw jej uchroniłoby nas od fałszywych poetów, bądź to odejmując im chętkę do pisania wierszy, bądź czyniąc ich lep- szymi, tak również gruntowne poznanie logiki zmniejszyłoby co najmniej liczbę fałszywych uczonych”. Wobec takich zaleceń nie można się dziwić, że znajomość logiki była dla Prusa równoważna z postępowością. Ilekroć mu przyszło polemizować z przeciwnikami, zawsze dobierał do pomocy metodę logiczną. Znamienny może być pod tym względem cykl artykułów Oświata i moralność, cały zbudowany według schematu aksjonatów logicznych. Miał on pokazać, że jego autor umie się posługiwać nowoczesną metodą dowodzenia 17. To trzymanie się wskazówek podręcznikowych graniczyło z pewnego rodzaju manierą i odbiło się silnie na kronikach i felietonach Prusa. Uznając bowiem związek przyczynowy faktów za jedynie nauko- we stawianie sprawy, zamiast kronik dawał często tabele cyfr, groma- 14 F. Araszkiewicz, Refleksy literackie s. 14. 15 A. Bain, Logika. T. 1—2 Warszawa 1878. i# Ateneum 1878 t. 1, s. 594. 17 „Nowiny” 1882 nr 315—317.
dził i wyliczał fakty i to punktami w paragrafach. Robił zarzuty innym, np. P. Chmielowskiemu, że nie wyjaśniają przyczyn omawianych zja- wisk kulturalnych. Do jakiego stopnia prawo przyczynowego wynikania uznawał za ważne, może świadczyć jedna z kronik z r. 1876 (a więc przed poznaniem metody Taine’a), w której prawo przyczynowego wynikania starał się zastosować do układu stoiska wystawowego: „Dwa te względy — pisał — genetyczny i historyczny są niezbędnym warun- kiem wystaw, które kształcić mają rzemieślników. Najbardziej chaotyczny zbiór przedmiotów naprzód zajmie, a potem znuży ciekawość; ale tylko porządek, w którym ujawnia się stosunek przyczynowości, pobudza umysł do poważnej a niekiedy samodzielnej pracy. Filozofia zawsze jest wyborną nauką, lecz naj- wznioślejszą wówczas, gdy wciela się choćby w najbardziej skromny łańcuch faktów”.18 Kiedy Prus około roku 1882 zaczął występować z recenzjami literac- kimi i artykułami krytycznymi, przy każdej sposobności doradzał pisa- rzom studiowanie logiki, jako sztuki robienia porządnych obserwacji i prawidłowego kierowania wyobraźnią 19. W notatkach do naukowo opra- cowanej teorii twórczości literackiej (z roku 1886) sam wprowadzał ter- minologię logiczną i wyróżniał dwa typy twórczości: indukcyjną i de- dukcyjną. Nic więc dziwnego, że i metoda Taine’a wydać mu się musiała znaną i bliską. On już znał z logiki podobne podejście do zjawisk kultu- ry. Toteż poglądy Taine’a uznał od razu za własne i popularyzował je przy każdej okazji w recenzjach. Taine stał się dla niego autorytetem w sprawach literatury, za nim częściowo powtarzał: „celem wielkiej sztuki jest przedstawianie najogólniejszych przyczyn i najistal- szych praw, jakie rządzą światem, przede wszystkim naturalnie światem ludz- kim, tudzież najogólniejszych i najstalszych cech, jakie spotykamy w zjawiskach, ale przedstawienie tego w sposób plastyczny, zrozumiały dla ogółu”20. Jak widać, spodobało się Prusowi postawienie sztuki na równi z nau- ką. Bo jak nauka odkrywa prawa przyrody, spełnia funkcję poznawczą i przyczynia się do rozwoju świadomości, tak i sztuka odkrywa prawa rządzące społecznością ludzką. Tylko że artysta uzmysławia odkryte przez siebie prawa innymi sposobami; naukowiec za pomocą formuł logicz- nych, artysta zaś zmysłowych i plastycznych. Sztuka różni się więc od nauki tylko stopniem oglądowości praw. W tych latach poglądy Prusa na rolę sztuki ulegają zasadniczej zmianie. Jeżeli przedtem twórczość literacka uchodziła w jego oczach za rodzaj igraszki, to teraz zaczął wy- raźnie wyróżniać literaturę poważną, realistyczną od groteskowej. Taine zamierzał historii sztuki dać podstawy naukowe i jego teoria nie była w zasadzie normatywna: uczył tylko, w jaki sposób historyk, i8 Ateneum 1876 t. 4, s. 222. 19 Tak np. w recenzji Onej Rodziewiczówny pisał: „Żaden fach nie musi robić tylu nowych spostrzeżeń, ile fach powieściopisarski... powieściopisarz musi odbywać jakieś specjalne studia: musi wybornie znać logikę, gdyż praca jego polega na ciągłych obserwacjach, rozumowaniach, definicjach i sprawdzaniach” („ Kurier Co- dzienny” 5 III 1890). 20 „Kraj” 1884 nr 29.
na materiale sztuk, może wykryć prawa rozwoju myśli, uczuć, ideałów ludzkich oraz przyczyny wydarzeń. Prus przeciwnie — podawał teorię Taine’a najczęściej w sposób normatywny, w formie postulatów. Była i druga, bardziej zasadnicza różnica między Prusem a Tainem, a doty- czyła ona rozumienia przyczyny. Taine, mówiąc o przyczynie, myślał o warunkach powstania pewnych typów sztuki, niby skutków rasy, kli- matu, środowiska i chwili dziejowej autora. Te warunki-przyczyny były podstawowe w teorii Taine’owskiej, gdyż one determinowały charakter twórczości. Natomiast Prus pomijał milczeniem ten determinizm i prawem przy- czynowości określał coś innego. Ponieważ w tym właśnie okresie pra- cował nad obszerniejszymi kompozycjami powieściowymi, a nadto robił notatki do podręcznika normatywnej teorii literatury, więc przez przy- czyny rozumiał mechanizm działania postaci i grup społecznych w ujęciu powieści realistycznej. Kiedy więc w recenzji Ogniem i mieczem chwalił Sienkiewicza za „mocne akcentowanie prawa przyczynowości”, to cho- dziło mu po prostu o motywację realistyczną zdarzeń i charakterów w powieści. Posługując się tym kryterium przy omawianiu cudzych utwo- rów, stale pisał o sprężynach poruszających wypadki, ludzi i akcję. Z jaką pilnością dociekał przyczynowego wiązania faktów, może po- służyć cytat z recenzji Ogniem i mieczem: „Kto wie, pisze Prus, czy, jak nas uczy powieść, Zbaraż nie poddałby się Chmielnickiemu, gdyby zrozpaczony stratą Heleny Skrzetuski nie zdecydował się na przejście przez obóz nieprzyjacielski. To mocne akcentowanie prawa przyczynowości stanowi wielką zaletę utworu Ogniem i mieczem. W całej po- wieści prawie na każdym kroku spotykamy związki przyczynowe i ten fakt, że drobne rzeczy wywołują nieraz wielkie skutki”21. Jasne jest, że Prus nie miał w tym wypadku racji. Zbaraż był sam przez się fortecą i Sienkiewicz z pewnością nie miał zamiaru wyolbrzy- mić w ten sposób roli Skrzetuskiego. Ale właśnie dlatego, że sąd Prusa nie jest słuszny, jest on wielce charakterystyczny. Przebija w nim za- ciekawienie dla łańcucha przyczyn zazębiających się wzajemnie, z któ- rych ostatnia wydaje się być drobna, przypadkowa. Niedarmo K. Tet- majer nazwał Prusa „matematykiem przyczyn” 22. Istotnie Prus lubi pod- kreślać, że w biegu spraw ludzkich drobny fakt może nieraz odegrać kolosalną rolę. W Lalce Rzecki w ten właśnie sposób rozmyśla o Wo- kulskim: „Los, Los! Gdybym przed laty nie zeszedł do piwnicy Hopfera do Machulskie- go, nie poznałbym się z Wokulskim. Gdybym jego znowu nie wyprawił do teatru, on może nie spotkałby się z panną Łęcką”. Zainteresowanie motywacją przyczyn i skutków widać w wielu utwo- rach: np. w Duszach w niewoli Ludwik ujmuje swój dramat w przyczy- nowy mechanizm zdarzeń: 21 „Kraj” 1884 nr 28. 22 K. Tetmajer, Notatki literackie. Warszawa 1916 s. 94.
„na moje nieszczęście złożyło się wiele przyczyn, między którymi jego błąd sta- nowił najmniejszą” 23. Tego rodzaju sformułowań spotkać można znacznie więcej ... Są to ślady przejęcia się metodami logiki indukcyjnej w latach młodości. O stosunkach przyczyny do skutku słyszymy wielokrotnie w publicystyce. W. tym samym artykule, w którym Prus wychwalał doniosłość praw ogólnych, mocno się zastrzegał: „wielokrotnie już się zdarzało, że najpiękniejsze teorie upadały wobec faktów na pozór niewiele znaczących” 24. W Najogólniejszych ideałach życiowych pokazywał na przykładzie mo- bilizacji, jak to nikły wiersz i na pozór sygnał może być przyczyną uru- chomienia całej aparatury społeczeństw 25. Z krytyków Wł. Bogusławski zwrócił uwagę na tę skłonność Prusa: „to kronikarz — pisał — upatrujący w najprostszych rzeczach wielkie społeczne komplikacje — drobny fakt dnia powszedniego zmierzył siłą kataklizmu”26. Bo i na terenie społecznym doszukiwał się Prus tej samej roli przyczyn drobnych, przypadkowych. Ponieważ pojmował społeczeństwo w duchu Spencerowskim, jako żywy organizm, więc przypisywał mu uczulenie w każdym punkcie, tak że najdrobniejsza zmiana w jednym czynniku odbić się musi natychmiast na całości i to nieraz w sposób katastrofalny: „Osłabmy — pisze w jednym z artykułów drukowanych w „Ateneum” — po- wagę prawa, a wnet powiększy się ilość żebraków, upadłych kobiet, dzieci nie- prawo urodzonych ... Najmniejsza zmiana w którymkolwiek czynniku życia spo- łecznego odbija się na wszystkich pozostałych”27. Mamy tu tenże sam łańcuch przyczyn, z których pierwsza powoduje w rezultacie katastrofalne skutki. Zainteresowanie problemem małych przyczyn mogło się u Prusa do- konać pod wpływem kartezjańskiego systemu przyczyn przypadkowych, którym się za młodu zajmował. Ale bliższym było, zdaje się, Novum Or- ganon Fr. Bacona, pierwszego prawodawcy metody indukcyjnej. Stre- szczenie tych poglądów znane było u nas od roku 1834, potem wznowio- ne w r. 1876 ze względu na ich aktualność w pozytywizmie28. W tym czasie pojawiły się również w obcych językach liczne omówienia i prze- kłady Novum Organon. W rozdziale, w którym Bacon analizuje obserwa- cję, uderzyły z pewnością Prusa owe instantiae persecantes, przez które Bacon rozumiał wielkie skutki sprawione przez małe przyczyny, skutki budzące nasz podziw i podniecające nasze poszukiwania. Przez instantiae 23 Pisma B. Prusa. T. 8, s. 181. 24 W sprawie oświaty. „Opiekun Domowy” 1872 nr 33. 26 Najogólniejsze ideały życiowe. Wyd. 2. Warszawa 1905 s. 42. 24 W. Bogusławski, Bolesław Prus. „Biblioteka Warszawska” 1891. 27 Ateneum 1877 t. 2, s. 427. 28 M. Wiszniewski, Bakona metoda tłumaczenia natury. Kraków 1834 Wyd. 2. Warszawa 1876.
magicae rozumiał zaś rzeczy drobne i małe w porównaniu ze zdziałanym przez nie skutkiem: rzeczy, choć pospolite na pierwsze wejrzenie, bliżej poznane w zadziwienie wprawiające; rzeczy takich natura skąpo dostar- cza 29. Prus zwrócić mógł uwagę na tę osobliwość w czasie studiów nad metodą indukcyjną, a najpewniej podczas gromadzenia materiałów do swoich Uwag nad pisaniem felietonów z r. 18 7 4 30, gdy starał się określić sytuacje dramatyczne, niespodziankę, prawa dowcipu i komizmu. W bezpośrednim związku z tym upodobaniem pozostaje u Prusa kult drobiazgów, małych realiów mogących zmienić bieg spraw człowieka niby błaha przyczyna wywołująca olbrzymie skutki. Prus przykłada uczuciową wagę do drobiazgów, a stosunek uczuciowy pisarza zmienia się, rzecz jasna, z ważnością drobiazgu: bywa poważny, nieraz żartobliwy, jak np. w Pominiętym., kiedy to na pół serio słyszymy ko- miczną pochwałę: „Guzik, panie, to wielka rzecz. A w polityce, myśli pan, że- guziki nic nie zna- czą. Kiedy Prusacy w r. 1870 we stu konwojowali cały pułk francuski ...” itd. Przedmiotem zainteresowań Prusa bywa często jakaś laska, jak w Panu Wesołowskim i jego kiju, jakiś pantofel, kamizelka itp. Kto wie, czy nie z tych upodobań do drobiazgów, tak błaha notatka w piśmie, jak proces o lalkę wpłynęła, jak przyznał sam autor, na skrystalizowanie się kompozycyjne najlepszej jego powieści. „Śmiejesz się czytelniku — pisze Prus w „Kurierze Codziennym” w r. 1893 — z naiwności człowieka, który szuka nauki w teatrze ... Nie masz racji. W ka- wałku nici, w szpilce od włosów, w ziarnie piasku możesz znaleźć niewyczerpa- ny materiał do rozmyśleń, byłeś trafił na takich przewodników, którzy dokład- nie rozumieją przedmiot i potrafią ukazać w nim prawa ogólne.” Teoretycy pozytywizmu z Comtem na czele ustawicznie zaznaczali, że chodzi im o usunięcie z obrazu świata mitologii filozoficznej, tj. głów- nie celowości i przypadkowości. Prus, wyznawca ich metody, w tych właśnie fundamentalnych tezach bardzo dyskretnie ją obchodził i sprze- niewierzał jej się. Musiał ją ominąć, gdyż chciał z pomocą metod stoso- wanych w naukach przyrodniczych określić prawidła postępowania czło- wieka: chciał je zastosować do dziedziny etyki. Dopóki więc stwierdzał fakt, że drobne i przypadkowe przyczyny wywołują nieraz olbrzymie skutki, był w zgodzie z empiryzmem, wypowiadał prawdę na podstawie obserwacji życia, stwierdzał fakt socjologiczny, który jednak nie dawał się uogólnić z pomocą tamtych metod. Zagadnieniem przypadkowości w indukcji interesowało się w tym czasie wielu teoretyków, m. in. J. S. Mili, Buckie, Spencer; sprawa ta była podówczas aktualna na warsztacie lo- gistów31. Bo skoro, jak stwierdzono, pozytywizm odznaczał się wiarą 29 Tamże, s. 88. 30 Por. F. Araszkiewicz, Refleksy literackie, s. 25. 31 Problemem przypadku zajmował się F. A. Frendelenburg w wyda- nych w r. 1862 Logische Untersuchungen. Windelband ogłosił właśnie w r. 1870 swoje Die Lehren vom Zufall, gdzie starał się określić logicznie stosunek przy- czyn niekoniecznych. W r. 1874 ogłosił swoje dzieło o przypadkowości E. Bou- t r o u x pt. De la contingence de lais de la naturę. Sprawę przypadkowości poruszył Simmel w Problemach filozofii dziejów (zob. R. Eisler, Wórterbuch der phi- losophischen Begriffe. Berlin 1910).
w powszechną prawidłowość, to, rzecz jasna, musiał się uporać z przyczy- nami przypadkowymi, które były wyjątkami wymykającymi się logiście z szeregu ogólniejszych praw przyczynowości. I Prus, przedzierając się przez ówczesne teorie naukowe, musiał napotkać zagadnienie przypadkowości. Tylko że on, mając do czy- nienia ze zjawiskiem socjologicznym, nie mógł zadowolić się logicznym komentowaniem tego zagadnienia. Owa drobna przyczyna decydująca nieraz o losie człowieka, zaczęła nabierać w jego oczach jakiejś osobliwej ważności, stawała się jedną z tajemnych zagadek życia, które zawsze tak mocno go pociągały, mimo czci, jaką żywił do nauk ścisłych. Wyolbrzymił przyczynę, która wymykała się obliczeniom i zaczął się w niej dopatry- wać celowo działającej nie znanej siły, a więc tego właśnie, przed czym ostrzegali teoretycy wiedzy ścisłej, na doświadczeniu jedynie opartej. W ten sposób metoda indukcyjna posłużyła mu za kładkę przerzuconą ku metafizyce. Gdyby pod tym kątem widzenia prześledzić wypowiedzi Prusa, można łatwo zauważyć, że z biegiem lat zmieniała się u niego treść owej przyczyny przypadkowej, mającej zdolność wywracania po- rządku prawmego w świecie ludzkim. W późniejszym okresie nazywa ją zwykle siłą psującą ludzkie zamiary, zrządzeniem losu, lub powszech- nym fatalizmem, o którym pisał: „Każdy ptak w górze i każdy człowiek na ziemi wyobraża sobie, że idzie tam, dokąd chce. I dopiero ktoś stojący z boku widzi, że wszystkich razem pcha na- przód jakiś fatalny prąd mocniejszy od ich przewidywań i pragnień” 32. Prusa najwidoczniej niepokoiło pytanie: jak to się dzieje, że byle zbieg okoliczności, wbrew woli człowueka, ma decydować o skutkach jego dą- żeń. Z chwilą gdy Prus zaczął wierzyć w wyższy porządek rzeczy, zerwał zupełnie z założeniami pozytywizmu i wszedł zdecydowanie w dziedzinę spekulacji. W publicystyce przebierał się w dalszym ciągu w naukowca mającego pod ręką na warsztacie nowoczesne metody logiczne: w dalszym ciągu starał się gromadzić fakty, obliczać, argumentować. Bo w publicystyce należało być postępowym, a więc trzeba się było ukrywać ze skłonno- ściami spekulatywnymi. Za to w twórczości artystycznej mógł być swo- bodniejszy. Swoje powieści i nowele przepoił żywiołem refleksyjnym, równym chyba u nas poezji Norwida. W powieści Prus lubi zajmować stanowisko obserwatora śledzącego koleje puszczonych w ruch postaci; komentuje ich los i dzieli się z czytelnikiem spostrzeżeniami wypowia- danymi od siebie lub przez usta osób. Postępuje więc jak badacz-obser- wator... W tych komentarzach nieraz zwraca czytelnikowi uwagę, jak dziwne i nieprzewidziane bywają koleje życia człowieka, jak nieraz marne plany i nadzieje. Często służą mu te uwagi do ironizowania niedoskonałości urządzeń tego świata; nieraz przemawia w nich bezradny moralizator, który zwątpił w skuteczność woluntaryzmu. Prus jakby nie mógł się po- godzić z faktem, że los człowieka zawisł od zbiegu przyczyn przypad- kowych, toteż przypadkowość zaczął objaśniać idealistycznie: celo- wością każdego choćby najdrobniejszego faktu w życiu ludzkim i w na- 32 Pisma B. Prusa. T. 11, s. 104.
turze; wszystko ma swój cel, nic nie jest bez znaczenia — oto prawdy często nawracające w wykładzie Prusa, który nawet cierpienia i nie- szczęścia uznał za konieczny bodziec w postępie natury ludzkiej ku do- skonałości. Ten kompromisowy wybieg godził prawidłowość z przypad- kowością, a równocześnie ambicje empiryka ze skłonnościami do pogrą- żania się w spekulacji. Takim to sposobem Prus ilustrował w swych po- wieściach poglądowo przekonanie, które wypowiedział na początku w Li- stach ze starego obozu, cytowane poprzednio. ,,Życie nasze ma w sobie wiele podobieństwa do gry loteryjnej” itd. Ta dwoistość ambicji i wrodzonych skłonności widoczna jest również w programach literackich Prusa i jego własnej twórczości. Wiadomo, że w licznych artykułach po r. 1883 starał się określić program literacki realizmu, w którym domagał się od powieściopisarzy ścisłości obserwacji, mocnego uzasadnienia charakterów i silnej konstrukcji przyczynowej zdarzeń. Sam jednak nie zawsze dbał o to. Przypadek odgrywa u niego rolę znaczniejszą, zwłaszcza w nowelach pojawia się nie tylko przy nag- łym rozwiązaniu akcji, jako pas ratunkowy głównej postaci, jak np. oca- lenie Jasia z Sierocej doli, ale i przy zawiązywaniu intrygi, jak w Du- szach w niewoli, gdzie zwykły traf decyduje o losie dwóch ludzi. Wcze- śniejsze nowele, np. Miłość ubogiego studenta, z założenia opierają się na przypadku, odpowiednio przez autora komentowanym, podobnie jak nowela Z legend dawnego Egiptu, służąca ilustracji autorskiej tezy o nie- pewności planów człowieka. Motywacja oparta na przypadku należy do najstarszych technik kom- pozycyjnych i wykazywanie zależności Prusa od jakichś wzorów byłoby niecelowe. Wiadomo, że komedia mieszczańska wiele efektów zawdzię- cza technice wprowadzenia przypadku. Od najdawniejszych czasów po- sługuje się nim nowelistyka, jako częstym węzłem zawiązywania intrygi, wielka ilość nowel, np. Maupassanta, jest zbudowana na tej zasadzie. Toteż nie może tu chodzić o wybieranie wzorów Prusa, który przecież wyrósł z upodobań mieszczańskich i komedią miał rozweselać kolegów już na ławie szkolnej. Ważniejsze wydaje się zwrócenie uwagi na fakt, że Prus nie przejął tej starej techniki w sposób naśladowczy, ale że od- czuwał potrzebę komentowania przypadku, a więc wyjaśniania go sobie i czytelnikom. W przeciwstawieniu do autorów, którzy widzieli w tym jedynie chwyt kompozycyjny, problem przypadkowości był dla Prusa kwestią głębszą i trudniejszą, która go niepokoiła, i którą zawsze odczuwał jako pewnego rodzaju niespodziankę. Bo kto starał się sformułować prawidła postępo- wania człowieka, ten musiał być rozczarowany stwierdzeniem faktu, że woluntaryzm nie może być pewną normą postępowania, gdyż o skutkach woli ludzkiej decyduje nieraz kaprys losu, przypadek. O tej właśnie prawdzie Prus poucza czytelnika w swych komentarzach. Postępuje jak badacz-pozytywista, którego uwadze podpada wszelka nieprawidłowość w życiu, i który zwykł się dzielić z czytelnikiem swymi odkryciami. Jest to więc ślad zagłębiania się w latach młodości w metodach indukcyjnych, nałóg myślenia kategoriami praw przyczynowych. Jak już powiedziano, około roku 1890 Prus oddalił się zdecydowanie od założeń szkoły pozytywistycznej i bliższy był filozofii neokantowskiej. Teraz już krytyczniej spoglądał na swoje młodzieńcze upodobania. Wspo-
minął, jak to kiedyś z wielkim zapałem studiował logikę; przyznawał, że ulubionym jego marzeniem było „sprowadzić wszystkie nauki do metod i form matematycznych, cały język do reguł algebraicznych: dziwactwem, o którym jednak myśleli bardzo przytomni ludzie”. Mimo to i wtedy nie negował wartości metody empirycznej. W Słówku o krytyce pozytywnej robił zarzuty Świętochowskiemu, że nie dotrzymał tego, co sam obiecał na początku swej kariery, że „zamiast pozytywnego badania faktów — dał namiętne pamflety, zamiast po- zytywnej krytyki, przywidzenia i kaprysy.” Przypomniał swoją rozprawkę z r. 1873 O odkryciach i wynalazkach i szczycił się swoimi osiągnięciami, pisząc: „J. S. Mili, bożek ówczesnej młodzieży, twierdził, że wynalazki są rzeczą przy- padku i nie mogą być podciągnięte pod żadne prawo. Wbrew jego zdaniu, inny kolega (Prus) napisał rozprawkę, w której dowodził, że: odkrycia i wynalazki dokonują się według pewnych praw, wyliczył te prawa, poparł je mnóstwem przykładów z historii wynalazków. Pogląd ten najzupełniej potwierdziła w kil- ka lat później Logika Baina” 33. Tak więc chociaż Prus oddalił się od założeń filozoficznych pozytywi- zmu, nie przestał cenić jego metod jako szkoły rzetelnego myślenia. 83 Prus miał zapewne na myśli twierdzenie J. S. Milla wypowiedziane we wstępnych uwagach o indukcji: „Wynalazczość nie daje się sprowadzić do reguł, chociaż daje się wykształcić: nie ma nauki, która by nauczała człowieka, jak ma sobie przypomnieć to, co jego celowi odpowiada” (por. John Stuart Mili, Logika. Warszawa 1879 s. 120). Warto dodać, że sprawą wynalazków interesował się Prus zawsze i wiele uwag ogólnych na ten temat znajdujemy w jego artykułach.
Krasiczyn. Fragment Zamku Fot. J. Janiszewski
Antoni J. Mikulski „WIESŁAW” W WERSJI NIEMIECKIEJ *> Skromna sielanka Brodzińskiego, na którą dziś spogląda się nieraz z pewnego rodzaju lekceważeniem, jest utworem, który w różnych okre- sach naszego życia poroz biurowego miał jakby jakąś misję budzenia za- interesowania wśród Niemców literaturą polską i torowania drogi do poznania przez nich innych, wybitnych polskich dzieł literackich. Większe zainteresowanie pewnych sfer niemieckich, obserwujących rozwój naszej literatury tym właśnie utworem tłumaczy się bezsprzecz- nie przede wszystkim to, że wykazywał on pokrewieństwo tematyki z popularnym w Niemczech poematem Goethego Hermann und Dorothea, jak niemniej i tym, że dawał pociągający swą fabułą i barwnym ujęciem wycinek życia ludu polskiego. Znane mi są trzy wersje niemieckie tego poematu. Cyfra to może nie rekordowa, ale w każdym razie zastanawiająca wobec niezbyt obfitych na ogół przekładów z literatury polskiej na język niemiecki, jak i nie- mniej przez to, że miejscami ich wydania są różne miejscowości Polski pod zaborami, tj. Warszawa, Poznań i galicyjski Tarnów. Najdawniejszy przekład Wiesława pochodzi z r. 1826, a więc sprzed przeszło 120 lat. Ukazał się już w 6 lat po ogłoszeniu oryginału. Prze- kładu tego dokonał mało znany szerszemu ogółowi, ale wspomniany w encyklopediach geodeta, profesor miernictwa i topografii w Uniwersy- tecie Warszawskim, członek Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Od wydawcy •) Przyczynek filologiczny Antoniego J. Mikulskiego (1878—1951) został w księ- dze opatrzony uwagą: „Praca złożona w kwielniu 1950 r.”, wpisaną przez Fran- ciszka Bielaka. Nie drukowany ani za życia, ani po śmierci autora, zasłużonego dla szkolnictwa polskiego na terenie b. Galicji i dla badań historycznoliterac- kich (głównym przedmiotem zainteresowań Mikulskiego był Asnyk), zasługuje na przjpomnienie; stanowi interesującą i wnikliwą analizę filologiczną. Podaje się tekst adiustowany z maksymalną wiernością wobec brzmienia, jakie mu nadał autor. . Jerzy Starnawski 10 — Rocznik Przemyski t. 22/23
Nauk, Juliusz Colberg (Kolberg) b ojciec trzech synów: Wilhelma, inży- niera 1 2, Antoniego, malarza3 i ... Oskara Colberga (Kolberga)4, nieoce- nionego naszego badacza na polu etnografii, a równocześnie kompozytora, autora pomnikowego dzieła pt. Lud. Jego zwycżaje, sposób życia, mowa wydawanego od r. 1857, autora kilku zbiorów Pieśni ludu polskiego5, a nawet kompozytora, prócz wielu mazurków, kujawiaków, krakowiaków i etiud, także operetki pt. Król pasterzy. Na marginesie tych wiadomości o niemieckiej rodzinie Colbergów warto zaznaczyć, że atmosfera ich domu była na wskroś polska. W domu tym nie wolno było synom, owym ,,trzem Budrysom”, używać mowy niemieckiej, za gwizdanie np. jakiejś melodii z opery niemieckiej otrzy- mywało się karę (klęczenie na grochu), a za wyrwanie się z jakimś cy- tatem czy przysłowiem niemieckim płaciło się grosz „grzywny” do skar- bonki 6. Z młodymi Colbergami przyjaźnił się serdecznie ich rówieśnik, Fry- deryk Chopin. Ojciec rodziny Colbergów, tenże geodeta i topograf, Juliusz Colberg, poza pracami związanymi ściśle ze swą dyscypliną naukową7, parał się i literaturą piękną, pisywał oryginalne poezje niemieckie i przekładał na język niemiecki polskie utwory poetyckie, i to — sądzą? z dostęp- nych kilku przekładów — wcale wiernie i zręcznie. On też dokonał pierwszego znanego przekładu Wiesława na język nie- miecki i przekład ten ogłosił w r. 1826 w czasopiśmie „Polnische Miscel- len”, wydawanym przez Augusta von Drakę. Periodyk „Polnische Miscellen” postawił sobie za zadanie dostarcze- nie Niemcom materiałów do poznania kultury polskiej przez drukowanie wyboru odpowiednich artykułów z polskiej prasy periodycznej, wyjąt- ków z wartościowych dzieł polskich, przekładów z poezji polskiej, wia- domości literackich, biograficżhych i statystycznych oraz rozprawek ory- ginalnych i oryginalnych utworów poetyckich pióra Niemców żyjących w Polsce. Pierwszy zeszyt periodyku zawiera treść zgodną z zapowiedzią wy- dawcy. Jest tam więc i 57-stronicowa rozprawka z „Dziennika War- szawskiego” na temat: O konieczności tłumaczenia babilońskiego tal- mudu w celu przeprowadzenia rejormy (?) Żydów w Polsce, są i tłu- maczenia trzech listów Jana Sobieskiego do Marysieńki (VIII—IX—X) i obfity dział poezji, tłumaczonej z polskiego, i oryginalnej. Wśród tłumaczonych z polskiego poezji znajdujemy i Kurhanek Ma- ryli 8, cztery utwory Brodzińskiego (dwa tłumaczone przez Juliusza Col- berga, a dwa przez redaktora A. v. Drakę), utwór Lipińskiego Zegar (tł. J. Colberg) i dwa wyjątki z Trenów Kochanowskiego, również w tłumaczeniu redaktora v. Drakę. 1 Ur. 1766 w Meklemburgu, zm. 1831. 2 1807—1877. 3 1816—1887. 4 1814—1890. 5 Poznań 1842, Warszawa 1856 i 1860. 6 Szczegóły te podaje, na podstawie ustnych opowiadań Oskara Kolberga, Adolt Nowaczyński w swej książce pt. Młodość Chopina. Wyd. Czytelnik 1948. 7 Atlas ośmiu województw — 1827. Karta pocztowa i podróżna Król. Polskiego i W. Ks. Poznańskiego 1817, i innych. 8 Nach Mickiewicz von H. Merzbach.
Wśród zaś pięciu oryginalnych poezji niemieckich są utwory A. S. Merzbacha, dwa naśladownictwa z serbskiego i czeskiego — pióra re- daktora — i jeden utwór Juliusza Colberga, wysławiający wynaleziony wówczas instrument muzyczny ... melodikon! Periodyku „Polnische Miscellen” wyszło w latach 1826—1828 pięć zeszytów. Redaktor periodyku, August von Drakę, ogłosił nadto w Brun- świku, z oryginalnego rękopisu niemieckiego, tłumaczenie dzieła Lele- wela pt. Geschichte Polens unter Stanislaus August i przekład Mazepy J. Słowackiego 9. Zawartość literacką drugiego zeszytu tego interesującego periodyku rozpoczyna właśnie przekład Wiesława, dokonany przez Juliusza Col- berga. Wprawdzie przekład nie jest podpisany pełnym imieniem i na- zwiskiem tłumacza, a oznaczony tylko dwiema gwiazdkami (**), lecz oso- ba tłumacza nie ulega zakwestionowaniu 10. Przekład obejmuje 26 stron małej ósemki i nosi tytuł: Wiesław, eine krakauische (?) Idylle nach Kasimir Brodziński. Przekład można by nazwać wolnym, słowo „nach” jest tu właściwie użyte, podobnie jak w wielu wolnych tłumaczeniach, ukazujących się w periodyku „Polnische Miscellen”. Tłumacz dokonał przekładu wier- szem białym, a jedenastozgłoskowiec oryginału zastąpił dziesięciozgło- skowcem. Takie zastosowanie innego, krótszego metrum, musiało odbić się na dosłowności przekładu, choć nie zaważyło na wiernym oddaniu treści. Przez zmianę metrum utracił przekład dużo wdzięku, jakim od- znacza się oryginał właśnie ze względu na rytmikę, a jakim odznacza się także jeden z omawianych niżej przekładów. Natomiast we wplecionych do poematu przyśpiewkach — krakowia- kach zachowuje tłumacz tak rytm oryginału (8a-6b-8a-6b) i tempo kra- kowiaka, jak i rymowaną formę krakowiaków. Uderza w tłumaczeniu pewien pietyzm dla imion osób, występują- cych w oryginale poematu, jak i dla nazw miejscowości. Colberg zosta- wia je w brzmieniu oryginalnym (Bronisława, Stanisław, Wiesław, Jan, der Starosta, Proszovice, Kraków, ale i raz Krakau) w przeciwieństwie do tłumaczy, którzy po nim dokonywali przekładu. Może to me pietyzm, może w owych latach tendencje przemianowywania nazw polskich na niemieckie nie były jeszcze tak silne jak później. W każdym razie fakt ten mile uderza i dobrze usposabia dla przekładu. Kilka wierszy przekładu scharakteryzuje go najlepiej: Es tritt aus seiner Kammer Stanisław, Geschafftig folgt ihm seine Hausfrau nach; Zwei volle Beutel legt er geldeschwer, Vierhundert Gulden haltend auf die Bank. „Nimm hin das Geld, spricht er zu Wiesław, nimm, Nach Krakau wandre, kauf zwei Pferde dort, Doch wahFsie paarig, darum bitfich dich! Du weisst, den einz’gen Sohn nahm mir der Krieg, 9 W IV tomie zbioru Buhnen Repertoire des Auslandes. Berlin 1846. 10 A. N o w a c z y ń s k i, op. cit., oraz Encyklopedia Orgelbranda z r. 1900. T. VIII, s. 359.
Und Gram und miihsam Alter beugt mein Haupt, Und keine Stutze hab’ich ausser dir ...” a pierwsza przyśpiewka — krakowiak brzmi. Mdg’ich hier vor dir vergehen Madchen, hołd wie keine, Wenn ich Aeuglein je gesehen Lieblicher ais deine. Reich mir freundlich deine Rechte; Gott im Himmel schaut es, Dass mein Herz zufliegen móchte, Madchen, dir, du trautes! Jakkolwiek ocenimy przekład Colberga, jednemu tak ze względu na osobę autora przekładu, jak i na charakter pisma, w którym przekład się ukazał, zaprzeczyć nie można: że były dążenia pewnego odłamu Niemców, przebywających w Polsce, do zbliżenia obu narodowości i wza- jemnego zrozumienia się jak niemniej i to, że wielka była siła asymila- cyjna płynąca z podłoża kultury polskiej, skoro pociągała Colbergów, Merzbachów, von Drakę i innych rodowitych Niemców do tego rodzaju atrakcyjnych eksperymentów. Przejdźmy z kolei do dwóch innych przekładów. Przekłady te to niewielkie broszury mogące uchodzić dziś, jeżeli nie za rzadkość, to w każdym razie za łakome dla bibliofila „ciekawostki bibliograficzne”. Brak o nich wzmianki w bogato przez G. Korbuta ze- stawionej bibliografii prac o Brodzińskim, nie wspomina o nich Broni- sław Gubrynowicz w wydanej w r. 1917 cz. I monografii o Brodzińskim, którą kończy właśnie na omawianiu Wiesława, natomiast notuje obie K. Estreicher w swej bibliografii n. Broszury te, to: 1. pierwsza o podwójnym tytule: Wiesław. Sielanka krakowska przez Kazimierza Brodzińskiego. Poznań. Nakładem J. K. 2u- pańskiego. Czcionkami N. Kamieńskiego i Spółki. 1867. Wiesław. Eine Idylle uerdeutscht von K. A. Schoenke. Posen. Verlag von J. K. Żupań- ski. Gedruckt bei N. Kamieński et Comp. in Posen. 1867. Broszura za- wiera obok siebie teksty: polski i niemiecki. 2. Wieslav. Krakauer Idylle von Kasimir Brodziński iibersetzt von Johann Kórnicki. (Sprawozdanie gimnazjum im. K. Brodzińskiego w Tarnowie za r. 1883 i odbitka). Bro- szura ma tylko tekst niemiecki. Książeczka Schoenkego, średniej ósemki z tekstem polskim i niemiec- kim, liczy obok 4 stron przedmowy 51 stron druku, broszura Kórnickie- go ma tylko dwie strony przedmowy i niecałych 17 stron druku zwykłej ósemki. Kim są tłumacze i co ich skłoniło do dokonania przekładu? Na podstawie notatek w Bibliografii Estreichera można ustalić, że K. A. Schoenke był nauczycielem, prawdopodobnie szkół średnich, w Bydgoszczy i w Poznaniu; wydał szereg podręczników szkolnych do nauki języka polskiego dla Niemców i języka niemieckiego dla Pola- * 11 T. VI/1881, s. 84 z mylnie podanym nazwiskiem tłumacza, następnie T.X/1885, s. 440 oraz T. XI/1890, s. 220.
ków 12. Był też autorem broszury Polen und seine Sympathien13 oraz tłumaczem poematu Wł. Syrokomli Stare wrota (Das alte Tor), który pozostał w rękopisie. Ujęty pięknością sielanki Brodzińskiego i stosując jedną z zarzuco- nych dziś metod nauczania języka obcego, chciał Schoenke, przy pomo- cy starannego przekładu znanego i cenionego wówczas utworu polskiej literatury, dać uczniom możność porównania właściwości języka polskie- go i języka niemieckiego i ułatwić opanowanie tego ostatniego. Schoenke dodaje nadto w swej skromności: „Ponieważ, o ile mi wiadomo, nie ma przekładów pism Brodzińskiego na in- ne języki oraz na język niemiecki, zdaje mi się, że nie podjąłem się pracy nie- potrzebnej i niepożytecznej”. Bodźcem do podjęcia tłumaczenia był tu jeszcze inny moment, cie- kawy o tyle, że podaje go Niemiec. Schoenke, powołując się na znanych sobie biografów Brodzińskiego i krytyków polskich, którzy zaznaczali, że w twórczości swej był on naśladowcą poetów niemieckich, staje w obronie autora Wiesława, stwierdzając, że „sielanka ta różni się od podobnych utworów niemieckich nie tylko odmienną formą wierszowania i jasnym, łatwo zrozumiałym przedstawieniem faktów, ale i przede wszystkim oryginalnością oraz odmiennym środowiskiem, z którego wywodzą się osoby występujące w sielance. To nie są pastorzy, nauczyciele, aptekarze i właściciele miejskich gospód, górujący swym wykształceniem nad prostym chłopem, jak to ma miejsce w utworze Goethego Hermann und Dorothea. Schoenke podkreśla z naciskiem, że bohaterami sielanki Brodzińskiego są prości chłopi, dalecy od politykowania czy politykierstwa, wykrętnego mędrkowania i wątpliwej wartości sporów o zasady”. Tak te względy, jak również i fakt, że „stosunek Wiesława do Haliny utrzymany jest na wysokim poziomie etycznym”, składają się na to — twierdzi tłumacz —• że sielanka Brodzińskiego tak bardzo chwyta za serce i tak bardzo nadaje się na lekturę szkolną. Tłu- macz miał zapewne na myśli tak młodzież polską uczącą się języka nie- mieckiego, jak i młodzież niemiecką uczącą się języka polskiego, i dla nich przeznaczał swój przekład. Z innego, ambitniejszego założenia wychodził drugi tłumacz Wiesła- wa, Jan Kórnicki, od r. 1865 nauczyciel języka niemieckiego w polskim gimnazjum im. K. Brodzińskiego w Tarnowie. Stwierdza on, że w okre- sie dokonywania przez siebie przekładu sielanki, pojawiały się coraz częściej w tłumaczeniu niemieckim poezje i utwory powieściowe z róż- 12 „Hilfsbuch zum ersten Unterricht in der polnischen Sprache” — a z nauczy- cielem J. Wolińskim, Polnisches Elementarbuch zum Schul-und Selbstunter- richt. Posen 1861, s. 238 oraz Wokabuły i rozmowy do praktycznego nauczenia się języka polskiego i języka niemieckiego metodycznie ułożone. — Methodisches Vokabel-und Gesprachbuch zur praktischen Erlernung der polnischen wie der deutschen Sprache. Poznań 1872, s. 226. 13 Bydgoszcz 1848.
nych języków słowiańskich i były mile przyjmowane, co jest dowodem, że w owych czasach wzrastało zainteresowanie czytelnika niemieckiego literaturami słowiańskimi. Jest więc przekonany, że idzie z duchem cza- su, zwiększając ilość tych tłumaczeń jeszcze jedną pozycją. Oceniając sielankę Brodzińskiego, nie przeczy tłumacz, że dla autora Wiesława wzorem był utwór Goethego. Ale tylko wzorem! Brodziński — zdaniem tłumacza — poszedł własną drogą, a tematu do swego utworu nie szukał w fikcyjnym świecie sentymentalnych motywów z Arkadii czy Sycylii, lecz wśród własnego, dobrze mu znanego, dzielnego, lecz przez los doświadczonego krakowskiego ludu, dając na tle jego zwyczajów i obyczajów oraz na tle wypadków wojennych żywy i barwny wycinek życia wsi polskiej. W ujęciu i wykonaniu swego dzieła poszedł Brodziń- ski, — zdaniem tłumacza — za wskazaniami Goethego i Herdera. Drugim, ubocznym jakby, motywem dokonania przekładu był pietyzm tłumacza, nauczyciela gimnazjum tarnowskiego, dla Brodzińskiego, on- giś ucznia tegoż gimnazjum, oraz chęć przysporzenia funduszów na usta- wienie pomnika poety przed budynkiem gimnazjalnym. Dochód z roz- sprzedaży broszurki miał iść na cele związane z tą imprezą. Pobieżna choćby analiza obu tłumaczeń wykazuje wybitne między nimi różnice. Ujawniają się one tak w ujęciu całości tłumaczenia, jak i w szczegółach. Różnica uderza już w tytule. Schoenke nie waha się dać imię bohatera sielanki w polskiej transkrypcji (Wiesław) — Kórnicki poda je imię to skorygowane na Wieslav, pisane w dodatku przez V. Ana- logicznie postępują obydwaj tłumacze z imieniem Bronisława. Schoenke podaje je w brzmieniu polskim, Kórnicki i tu wprowadza korekturę na Bronislava. Imiona Stanisława i Jana są u obu tłumaczy podane w brzmieniu niemieckim (Stanislaus, Johann) — Kórnicki przemienia nadto imię Brodzińskiego Kazimierz na Kasimir. Są to wprawdzie tylko drobne szczegóły, lecz dość charakterystyczne. Ważkie i istotne różnice leżą gdzie indziej, mianowicie w sposobie do- konania przekładu i wyborze dla niego odpowiedniego metrum. Schoenke, zasugerowany rymowanym oryginałem, obrał także ry- mowaną formę przekładu. Jedenastozgłoskowy wiersz oryginału zastąpił wierszem trzynastozgłoskowym, wzorowanym, jak się nam przyznaje, na trzynastozgłoskowym wierszu Pieśni o Nibelungach (Nibełungenłied). Nazywa go „jambisch gemessener Nibelungenvers” z amfibrachem w trzeciej stopie, a czasem i ze spondejem w pierwszej i w czwartej stopie. Zastosowanie trzynastozgłoskowca łącznie z wprowadzeniem rymów nadało tłumaczeniu dużo lekkości i wdzięku. By to stwierdzić, wystar- czy porównać którekolwiek miejsce w poemacie. Weźmy początek: Z żoną Stanisław wychodzi z komory, Wnosi do izby dwa potężne wory, Czterysta złotych ułożył na ławie, I tak powiedział: „Zgarnij to Wiesławie! Jedz do Krakowa, a za te talary Kup mi dwa konie i wybierz do pary. Syn mój jedyny na wojnie zabity, Idź do Krakowa... Kupisz dwa konie i dobierz mi pary Już jedynaka w boju mi za- bili,
Mnie schyla niemoc i wiek nieużyty, Nie mam z chudobą poufać się komu, Ty prawą ręką jesteś w moim domu, A skoro pomrę, tyś rodziny głowa, Jeśli, daj Boże, córka się uchowa, Ma lat dwanaście, nie skąpo urody, Możesz jej czekać, sameś jeszcze młody”. A mnie zgryzota i skrzętny wiek chyli. Nie mam w niemocy poufać się komu, ...stałeś mi się w domu, Po mojej śmierci... ...i twój też wiek młody.” W przekładzie Schoenkego początek ten brzmi: Es kam aus seiner Kammer der alte Stanislaus; Er brachte sammt der Gattin zwei Beutel Geld heraus. Vierhundert Gulden legt er dann zahlend auf den Tisch Und sprach zu seinem Wiesław: „Nun scharre ein es frisch Und geh damit nach Krakau und kaufe fur das Geld Ein Paar recht gute Pferde, du weisst, wie mir’s gefallt. Seit mir den Sohn den em’gen der bose Krieg geraubt Hat Kummer mir und Alter gebeugt das graue Haupt, Wem soli ich mich vertrauen, seit mir die Kraft ging aus? Du bist die Hand geworden die rechte mir im Haus. Und wenn ich einmal sterbe, wirst du des Hauses Haupt, Wenn mir der Tod die Tochter, verhiit’es Gott, nicht raubt, Sie zahlt zwólf Jahre so eben, nicht wenig schon sie ist, Du kannst auf sie wohl warten, da du ja jung noch bist.” W tym wdzięcznym i dźwięcznym tonie utrzymany jest cały przekład sielanki. Inaczej traktuje tłumacz przyśpiewki weselne Wiesława. Zmie- nia nie tylko metrum: ośmio- i sześciozgłoskowiec oryginału zastępuje wyłącznie sześciozgłoskowcem, ale nie rymuje przyśpiewek. Widocznie nie czuł się na siłach, by oddać wdzięk i lekkość tych krakowiaków. Oddaje za to wiernie ich treść. Oto przykład: Niechże ja lepiej nie żyję, Dziewczę! skarby moje! Jeśli kiedy oczka czyje Milsze mi nad twoje. Patrzajże mi prosto w oczy, Bo widzi Bóg w niebie, Ze mi ledwo nie wyskoczy Serduszko do ciebie! Lieber will ich sterben, Ais, dass andre Augen Madchen, mir gefallen Mehr ais deine Aeuglein. Schau mich an gerade! Gott im Himmel weiss es, Dass mein Herz beinahe Zu dir springt, o Madchen. Albo: Gospodarzu! nie dasz wiary, Jak konie opłacę; Wydałem ja twe talary, Moje serce stracę. Grajcie skrzypki, bo się smucę Vater, wirst nicht glauben, Was die Rossę kosten. Deine Taler gingen Wie mein Herz verloren. Geiger, jagt die Grillen
W opłakanym stanie Mir doch aus dem Herzen! Z konikami do dom wrócę, Heim bring ich die Rossę; Serce się zostanie. Lass mein Herz zurucke! Zmiana metrum i użycie formy nierymowanej w przyśpiewkach nie wpłynęły jednak na rytmikę tychże jako krakowiaków. Można je dobrze podłożyć pod melodię znanego krakowiaka Płynie, Wisła, płynie... lub pod refren innego krakowiaka — Danaż moja, dana — Ojczyzno kochana! Przytoczone próbki świadczą, że tłumaczem był człowiek dużej kul- tury i wyczuwający piękno oryginału, a nadto władający doskonale ję- zykiem niemieckim, prawdopodobnie rodowity Niemiec, zżyty ze spo- łeczeństwem polskim i kulturą polską, jeden może z tych rzadkich, obiektywnych Niemców, którzy — pełniąc służbę w Księstwie w okre- sie ucisku — nie uważali się za członków ,,Herrenvolku”, lecz za oby- wateli kraju, w którym byli mniejszością i elementem nasłanym, i któ- rzy chcieli współżyć ze społeczeństwem polskim. W przekładzie Schoenkego można jeszcze jedno zauważyć. Tekst pol- ski Wiesława nie zawsze jest zgodny z pierwodrukiem względnie z tek- stem, do którego nawykliśmy od ławy szkolnej. Albo więc tłumacz miał przy dokonywaniu przekładu tekst niekrytyczny, będący wówczas w obiegu, albo naginał posiadany oryginał do swych potrzeb, co wydaje się — biorąc miarę z bardzo dobrego przekładu — mniej prawdopodobne. Odchylenia nie są jednak zbyt wielkie i w zasadzie mniej istotne, nie zmieniające sensu odnośnych miejsc tekstu. Przekład Kórnickiego ma inny charakter. W krótkiej przedmowie wskazuje on także na wpływ poematu Goe- thego przy pisaniu przez Brodzińskiego Wiesława, przyzna je jednak, że Brodziński, mając ten wzór przed oczyma przy pisaniu swej sielanki, poszedł jednak własną drogą. Tłumacz ryzykuje nadto inny sąd. Zda- niem jego żadna inna forma, jak tylko forma sielanki, nie nadaje się le- piej dla oddania uczuć ludów słowiańskich, obcujących więcej niż inne narody z naturą i prowadzących życie sielskie, a zajmujących się głów- nie rolnictwem. W świetle tych twićrdzeń dziwny się musi wydać wybór przez tłu- macza dla przekładu sielanki tak wiersza białego, jak i metrum odbie- gającego od metrum oryginału, tj. piętnastozgłoskowego heksametru. Użycie wiersza białego oraz heksametru ułatwiało może tłumaczowi pra- cę, lecz czyniło równocześnie przekład ciężkim i zbliżało go do niemiec- kiego wzoru, co, sądząc z przytoczonych powiedzeń tłumacza o orygi- nalności sielanki, nie leżało w jego intencji. Chyba że chciał tym upo- dobnieniem skaptować sobie czytelnika niemieckiego. W tłumaczeniu Kórnickiego początek sielanki brzmi: Stanislaus kommt aus der Kammer heraus mit seiner Gemahlin, Bringt zwei Beutel ins Zimmer gefullt mit sibernen Miinzen, Zahlt und legt auf die Bank vierhundert polnische Gulden. „Wieslav 14, sagt er hierauf, dies Geld da nimm in Verwahrung, Geh nach Krakau und kaufe datur zwei Pferd, auf dem Jahrmarkt, Wahle mir aber ein Paar aus gleich an Mass und Farbę. 14 Tłumacz poleca wymawiać: Wiaslav.
Todt ist mein einziger Sohn schon langst — er fiel auf dem Schlachtfeld Miihsal und Gram hat bereits auch tief zur Erde gebeugt mich, Aller Sttitze beraubt steht kraftlos jetzo der Greis da, Dich gab Gott zum Ersatz mir, die rechte Hand in dem Haushalt, Sterbe ich, dann ist niemand ais du nur Haupt der Familie, Falls mir das Tóchterlein lebt — Gott gibst — zwólf Jahre nun zahlt sie, Schon ist die Maid und entwickelt sich rasch zur bliihenden Jungfrau, Ubrigens hast du zur Heirat noch Zeit, kaum selber ein Jungling.” Przekładowi nie można odmówić wierności i przesadnej może nieraz dokładności. Szczegółowa analiza wiersza za wierszem wykazałaby, że tłumacz tu i ówdzie pododawał szczegóły, których nie ma w oryginale (silberne Miinzen, polnische Gulden, „gleich an Mass und an Farne”, „Dich gab Gott zum Ersatz mir”), oraz że dla uwydatnienia sensu za- stępował poszczególne słowa wyrażeniami opisowymi i dodatkami („Schon ist die Maid und entwickelt sich rasch zur bliihenden Jungfrau”, „Ubrigens hast du zur Heirat noch Zeit...”). W weselnych przyśpiewkach zachowuje Kórnicki rytmikę oryginału i zdobywa się na przekład rymowany. Odbywa się to jednak kosztem wierności przekładu, także przy użyciu pewnych słownych dodatków oraz drogą opisywania pewnych stanów nastrojowych, a nie bezpośred- niego ich określenia. Porównanie tekstów da możność ich oceny: Schoenke: Kórnicki: Lieber will ich sterben, Ais dass 'andre Augen Madchen, mir gefallen Mehr ais deine Aeuglein. Schau mich an, gerade! Gott im Himmel weiss es, Dass mein Herz beinahe Zu dir springt, o Madchen. Eher mag ich, teueres Schatzchen, Nicht bestehn auf Erden Ais dass je mir andre Augen Sollten lieber werden. Schau mich an, und schliess du Holde Ob ich Scherz nur treibe, Dass es springt zu dir das Herze Fast mir aus dem Leibe. Nieco jaskrawiej uwydatnia się ta różnica w ostatniej przyśpiewce: Vater, wirst nicht glauben, Was die Rossę kosten, Deine Taler gingen Wie mein Herz verloren. Geiger, jagt die Grillen Mir doch aus dem Herzen! Heim bring ich die Rossę; Lass mein Herz zurticke! Teurer, ais du wohl vermutest Sind, o Wirt, die Pferde, Da mein Herz zu deinen Talern Ich zulegem werde. Geiger spiele, meine Lagę Lindre mir, die schwere, Denn mein Herz bleibt hier fur immer, Wahrend ich heimkehre. Podobny charakter pewnej sztuczności ma w przekładzie Kórnickie- go także pieśń nucona przez Jana i Wiesława za płotem obejścia wdowy, u której wychowywała się Halina, podczas gdy przekład Schoenkego, choć nierymowany, ale zachowujący rytmikę oryginału, jest i wierniej- szy, i naturalniejszy. Kórnicki kończy swój przekład na znanym dwuwierszu:
...Tego wam, mili moi towarzysze Jakobym pragnął, nigdy nie opiszę. Dies euch beschreiben nach Wunsch, ich gesteh es liebe Gefahrten, Ware ein Wagnis von mir, drum leg ich abseits die Feder. Schoenke dodaje do tego końcowego dwuwiersza inny, znajdujący się w pierwodruku z r. 1820 i przedruku z r. 1821: Na tym więc kończę — bo wy, co czujecie, Lepiej to sobie w sercu opiszecie. Zakończenie brzmi więc u Schoenkego: ...Das kann ich nun und nimmer, ihr Lieben, tun Euch kund, So wie es schildern móchte mein redelusfger Mund. Drum machhch hier ein Ende. Was aus dem Aug Euch strahlt, Das hat auf Euerem Antlitz sich deutlich abgemalt. Tak w najogólniejszych zarysach przedstawiają się te dwie — jak się dziś określa — „ciekawostki literackie”. Nie są one może rewelacja- mi, ale gdy się zważy, że przekładów z pism Brodzińskiego na obce ję- zyki w ogóle nie było (wyjątek stanowi notowany przez K. Estreichera przekład czeski Jańa Soukopa pt. Vieslav — sielanka z okolic Krakow- skiego w pieti śpiewach przelożil Jan Soukop. Brno 1876, oraz przekład bułgarski Wiesława dokonany przez A. Sztiplijewą z udziałem Tadeusza Stanisława Grabowskiego, a wydany w r. 1922 w Sofii jako 6 tomik Biblioteki Polskiej wydawanej w języku bułgarskim pod redakcją W. Ga- newa, Tadeusza St. Grabowskiego, Madżarowa i Penewa) — nie moż- na im odmówić wartości jako ważnych przyczynków do usiłowań zain- teresowania obcych naszą literaturą. Czy przekłady te spełniły postawione im przez tłumaczy zadania, trudno dziś stwierdzić. Może raczej tłumaczenie Schoenkego, które wy- szło jako oddzielna broszura, niż tłumaczenie Kórnickiego, które ukazało się jako odbitka ze sprawozdania gimnazjalnego i z pewnością miało skromny zasięg kolportażowy. Gdyby je tłumacz był ogłosił w popular- nej w Niemczech bibliotece Reclama (Reclams Unwersal Bibliothek), w której wydano sporo tłumaczeń z języków słowiańskich, a między nimi i z języka polskiego, spełniłoby ono może to zadanie, jakie sobie tłumacz postawił, przystępując do pracy, to jest zainteresowałoby polską sielan- ką szerszy ogół niemiecki.
Mieczysława Romankówna „MEIR EZOFOWICZ” W PRZEKŁADZIE FRANCUSKIM V. TISSOT *> W roku 1888 ukazała się w Paryżu nakładem E. Dentu „Librairie de la socićtć des gens de lettres” książka zatytułowana Meyer et Isaac, moeurs Juwes d’apres E. Orzeszka par Victor Tissot \ Nie było to pierwsze ani też ostatnie tłumaczenie Meira Ezofowicza na język obcy. Irena Butkiewiczówna w książce Powieści i nowele ży- dowskie Elizy Orzeszkowej1 2 podaje w bibliografii tłumaczeń utworów Orzeszkowej o tematyce żydowskiej 17 pozycji poświęconych Meirowi Ezofowiczowi (1 — język angielski, 3 — język czeski, 3 — język fran- cuski, 1 — język niemiecki, 1 — język litewski, 8 — język rosyjski). Do zestawienia tego dorzucić można pominięte tam przekłady na język he- brajski3, szwedzki 4 i włoski 5 oraz drugie tłumaczenie na język niemiec- Od wydawcy *) Przyczynek Mieczysławy R.omankówny (1910—1980) ogłasza się z dwu powo- dów: 1. Stanowi on odprysk badań autorki nad Orzeszkową uwieńczonych dok- toratem uzyskanym u Stanisława Pigonia w UJ (1945, ogłoszenie pracy doktor- skiej — 1948); 2. Autorka wyraziła się, że ofiarowała swemu profesorowi tę rzecz i nie ogłosi jej poza Księgą (informacja Zbigniewa Jerzego Nowaka w li- ście do mnie z 4 stycznia 1981). Jedyna okazja do publikacji to w „zmniejszonej księdze”, a więc w niniej- szym wyborze z materiałów nie opublikowanych. Tekst podaje się wiernie, po przeprowadzeniu koniecznej adiustacji. Zmo- dernizowano przypisy. Jerzy Starnawski 1 Na tym miejscu dziękuję mgr Marii Lubojemskiej-Niesiołowskiej za egzem- plarz wspomnianej książki, który umożliwił mi napisanie niniejszego artykułu. (M. R.). 2 Lublin 1937. 3 Według informacji petersburskiego „Kraju” 1891, nr 50, artykuł Przekłady dzieł Elizy Orzeszkowej na obce języki. 4 I de djupa dalarma. Tłum. Lars Hakersbergs (tytuł szwedzki zmieniony: W głębokich dolinach). 5E. Orzeszkowa, Meir Ezojowicz. Trąd, di Maritza Olivitti (II appendice) 19 aprile—12 luglio 1902. Według książki: Maria e Marina B er s ano Begey, La Polonia in Italia. Saggio Bibliografico 1799—1948. Torino 1949.
ki z r. 1916. Ostatnio zaś sygnalizowały polskie czasopisma codzienne i literacko-społeczne dalsze tłumaczenia tej powieści na język rosyjski. Przekład V. Tissota jest jednak pierwszym przekładem francuskim tego utworu. Dopiero w rok później ukazało się tłumaczenie dokonane przez Władysława Mickiewicza 6. W r. 1909 przełożył Meira popularny tłumacz Henryka Sienkiewicza — Kozakiewicz 7. Ta ostatnia praca spot- kała się z ocenami skrajnie różnymi. Polacy uważali ją za robotę mar- ną, pełną wad literackich. Ocena francuska była dodatnia. Victor Tissot drukował swoje tłumaczenie już w r. 1887 na łamach czasopisma „Voleur”. W r. 1888 ukazała się powieść w formacie książ- kowym, na pięknym bezdrzewnym papierze, z oryginalnymi drzewory- tami Andriollego. Tłumacz oparł swój przekład na tekście polskim, który drukowało w r. 1879 wydawnictwo S. Lewentala w Warszawie. Sam tytuł książki Tissota pozwala z góry przypuszczać, że tekst po- wieści Orzeszkowej wykorzystany został przez tłumacza dowolnie, ale nie bez zasadniczych założeń. Prawdopodobnie w pracy swej pragnął Tissot uwypuklić obraz życia obyczajowo-zwyczajowego środowiska ży- dowskiego tak nie znanego i obcego czytelnikowi francuskiemu. Jak wi- dać z całości przekładu, celem stało się tu przeciwstawienie dwóch po- staci, tj. Meira Ezofowicza i rabina Todrosa. Wiemy jednak, że chociaż i w oryginale powieści charakterystyka Todrosa jest bogata, szczegółowa i dość dokładna, autorce pomimo wszystko chodzi o pierwszoplanową postać Meira. Jego życie to walka nie tylko z rabinem, lecz w ogóle z całym tłumem ulegającym od wieków władzy Todrosów i przemocy wszystkich przedstawicieli formalistyki i ortodoksji religijnej żydow- skiej, biorących a lettres przepisy kabały i talmudu. Autorka w pięknym świetle przedstawia wyklętego Meira, który wbrew osobistemu bezpieczeństwu, pomimo zniewag, pogardzając dobro- bytem i spokojem, nie dla osobistych celów, nie dla zysków i stanowiska czy sławy, lecz dla dobra swego ludu walczy i — przez ten lud zostaje odrzucony, nie zrozumiany. Światło powieści skupione jest na tej postaci. Todros to tylko jeden z wielu, którzy dążą do zniszczenia takich jedno- stek, jak Meir. Dlatego też postać Todrosa w powieści potraktowana jest raczej symbolicznie, Meir natomiast to wspaniała indywidualność. Czy- telnik wyraźnie widzi epizodyczność postaci Todrosa reprezentującego tylko ciemnotę, zacofanie, ograniczenie umysłowe środowiska szybow- skiego. A tego właśnie bohatera, jak widać z tytułu, Tissot pragnie wy- sunąć jako drugą główną postać w swoim przekładzie. Jest to swobodne, śmiałe i indywidualne potraktowanie sprawy prze- kładu i jego stosunku do tekstu oryginału. Dwaj inni tłumacze powieści, tzn. Mickiewicz i Kozakiewicz, nie kusili się o zajęcie tak ryzykownego stanowiska wobec utworu Orzeszkowej. Władysław Mickiewicz kładzie nacisk na fabułę powieści, tak wiele interesu przedstawiającą dla fran- cuskiego czytelnika. Powieść traktuje jako historię życia jednostki prze- ciwstawiającej się ogółowi zgodnie zresztą z Orzeszkową, a po trosze w imię zasad ojcowskiego romantyzmu. B. Kozakiewicz pozostawia Meira 8 Histoire d’un Juif, traduite du polonais par Ladislas Mickiewicz, avec un avant-propos du traducteur. Paris 1888. 7 Meir (Meir Ezofowicz). Roman de moeurs juwes. Trąd, de B. Kozakiewicz. Paris 1909.
głównym bohaterem powieści, stara się też zwrócić uwagę na pierwiastki zwyczajowo-obyczajowe, co łatwo tłumaczy się chęcią zainteresowania obcego odbiorcy egzotyzmem tematu tego utworu. We wszystkich trzech jednak przekładach schodzą na plan dalszy lub też zostają zupełnie wy- kreślone zagadnienia społeczne, ważne tylko na gruncie polskim, wysu- nięte przez polską autorkę dla polskiego czytelnika. Tendencja, dydak- tyzm utworu społecznego w powieści tłumaczonej na język francuski zupełnie znika. Z tym jednak trudno polemizować. Przeciwstawienie Meirowi rabina Todrosa znajduje pewne uzasadnie- nie w samym oryginale powieści Orzeszkowej. Dominanta utworu, jego ciężar ideowy ulokowany bowiem został przez autorkę w ostatniej, koń- cowej partii tekstu. Pisarka wykorzystała to literacko przez podanie in extenso dwóch pism, tzn. odczytanego przez Meira „posłania” Michała Ezofowicza i oskarżenia wymierzonego przeciw Meirowi, a sformułowa- nego w dziewięciu punktach przez rabina Todrosa. Z tego punktu wi- dzenia nie można wymierzać jakichś zarzutów przeciw stanowisku tłu- macza. Orzeszkowa jednak wprowadza oba cytaty nie dla przeciwsta- wienia swych bohaterów i konfliktów, których świadkiem był czytelnik, wynikają one natomiast z doskonałej, nieskazitelnej niemal budowy for- malnej utworu. Stopniowe nasilanie tragicznej sytuacji dochodzi do ze- nitu w momencie, gdy Meir odczytuje pismo swego dziada. Fakt ten na- daje właściwą wagę zakończeniu akcji, ale dopiero na tle oskarżenia, które rzuca Todros. Powieść nie rozpływa się w ogólnikach, co tak często zdarza się mniej wytrawnym autorom nie umiejącym stosownie do całości wygrać na końcu tonu najmocniejszego. Tutaj zaś, w Meirze Ezofowiczu, autorka właśnie dochodzi do syntezy na końcu powieści (tragiczny los jednostki walczącej przeciw ogółowi — pod względem treści; formalnie — naj- większe nasilenie, najwyższy stopień tragizmu). Pole zatem do popisu dla Victora Tissot, zapowiadającego w tytule przekładu konflikt dwóch lu- dzi, było otwarte. Jak wywiązał się ze swego zadania autor francuski? Tissot nie wykorzystał końcowych mocnych akcentów powieści. Scenę odczytania pisma Michała Ezofowicza przez Meira znajdujemy wpraw- dzie w przekładzie, lecz cytowane przez autorkę owo „posłanie” do Ży- dów — Tissot tylko streszcza. To samo czyni z aktem oskarżenia wymie- rzonym przeciw Meirowi przez rabina Todrosa. Przekład więc już z punktu widzenia ściśle literackiego, tj. budowy utworu, zniekształcił po- wieść, zniweczył jej końcowe nasilenie. Jest to niewątpliwie najpoważ- niejszy błąd, który dostrzegamy w przekładzie Tissota, tym poważniej- szy, że wobec końcowego osłabienia tych dwóch epizodów, tytuł wy- brany przez tłumacza co najmniej nie jest dostatecznie uzasadniony. Chcąc bowiem przeciwstawić dwóch bohaterów, powinien był Tissot właśnie jeszcze bardziej skoncentrować uwagę czytelnika na zakończe- niu powieści, a nie odrzucać najcharakterystyczniejsze dlań fragmenty. Przyjrzyjmy się stronie innej, mianowicie obrazowi życia obyczajo- wo-społecznego, który tłumacz powinien faworyzować ze względu na za- powiedź tytułu. Przedmiotem jego troski winny stać się nie tylko te ustępy, które przedstawiają wieczerzę sabatową, ale także wierzenia, po- dania, pieśni i legendy narodu żydowskiego. W jakim więc stopniu uwzględnia Tissot tę stronę utworu, która w oryginale powieści jest bo-
gata i piękna? Tłumacz skraca, streszcza, a nawet zupełnie zmienia lub odrzuca teksty podań i pieśni cytowanych przez Orzeszkową. Dotyczy to np. pieśni śpiewanych przez Meira i jego towarzyszy. Epizody cha- rakteryzujące sposób życia środowiska szybowskiego wyodrębnionego od ogółu społeczeństwa polskiego ulegają również znacznym skrótom lub są wyeliminowane. Takim ważnym epizodem jest rozmowa ziemianina Kamieńskiego z małamedem Mosze i z rabinem Todrosem. Scenę tę Tis- sot traktuje schematycznie, skraca ją do minimum. A zatem stwierdzić musimy, że zapowiedziana przez tłumacza-w ty- tule zasada przekładu przyjęta wobec oryginału powieści uległa zmianie, a raczej zniekształceniu. Tytuł nie posiada więc odpowiedniej motywa- cji. Tissot nakreślił sobie zbyt ambitne plany, z których wywiązać się było mu trudno. Dostrzegamy również pewne błędy w przedstawieniu spraw drob- niejszych, np. weżmy pod uwagę charakterystykę środowiska Witebskich. Autorce chodziło przede wszystkim o podkreślenie snobizmu Hany Wi- tebskiej, powierzchowności jej kultury, którą ona, Hana, za wszelką cenę pragnęłaby reprezentować w Szybowie. Orzeszkowa nigdy nie na- zywa Hany „damą”, który to epitet stale stosuje wobec bołiaterki Tissot. Czasem odrzucenie drobnego szczegółu paczy sens i cel autorski. Oto w Meirze Ezofowiczu, w domu Witebskich znajduje się fortepian-grat, fakt ten już dostatecznie maluje to środowisko i dom. Tissot szczegół ten pomija. Orzeszkowa w ogóle udatnie stopniuje tu cechy rzekomej wyższej kultury — począwszy od wspomnianego snobizmu i ograniczenia pani domu poprzez ordynarność jej ciotki, brak etyki Leopolda, złotego mło- dzieńca, polującego na posag i wstydzącego się własnego pochodzenia, dalej Merę, głupią gąskę — aż po Witebskiego, który stara się być w zgodzie z całym światem z jednej strony Todrosów, z drugiej „gojów”. Czytelnik Meira Ezojowicza doznaje niesmaku, przebywając w oto- czeniu Witebskich, nie może odnosić się do nich przychylnie, z sympatią. Natomiast w przekładzie Witebscy, prócz jedynego Leopolda, zdają się w Szybowie reprezentować prawdziwie inny, lepszy świat. A więc i w tym wypadku rozminął się Tissot z powieścią Orzeszkowej. Znając po- glądy autorki, jej stosunek do kultury i kwestii znaczenia dla niej jed- nostki, wiemy, że świat Witebskich godny jest potępienia, i w istocie po- tępia go, szydzi zeń pisarka w swym utworze. Meir Ezofowicz należy na pewno do utworów, które piętrzą przed tłumaczem szczególnie wysokie i trudne do pokonania przeszkody. Tis- sot walczy z nimi więcej lub mniej pomyślnie. Czasem trudności są nie- zależne od autorki i od uzdolnień czy dyspozycji osobistych tłumacza. Na plan pierwszy wysuwa się tu w związku z treścią owa „egzotyka” utworu, która na pewno interesuje francuskiego czytelnika, utrudnia wszakże w wielu wypadkach zrozumienie fabuły utworu. Zupełna obcość życia, środowiska, jego zwyczajów i stosunków, które składają się na akcję i treść utworu, wymagają często uproszczeń. Tłumacz zmuszony jest nawet zmieniać charakterystyczne imiona osób. Nie ma u Tissota Hany — jest Anna. Żargon, którym Orzeszkowa posługuje się często i który polski czy- telnik bez trudności rozumie w tych krótkich zwrotach jedno-, dwu-, trzywyrazowych, z tekstu francuskiego znika, brzmiałby tu niezrozumia-
le; zamiast wprowadzać koloryt lokalny i środowiskowy, obniżałby pod względem literackim powieść w ocenie francuskiego odbiorcy, nie znają- cego form zniekształconej niemczyzny. Nie spotykamy więc wyrażeń żargonowych u Tissota. Inaczej radzi sobie tłumacz, gdy trafia na wy- razy hebrajskie (cheder, koszer itp.): wyjaśnia je w przypisach pod tek- stem. Jednak jakżeż wyglądałby utwór powieściowy ze zbyt wielką ilo- ścią owych notat? Trzeba było więc i wyrazami hebrajskimi operować oszczędnie. Tak też uczynił Tissot. Nie wyszło na złe przekładowi to, że Tissot skrócił lub wyeliminował częściowo albo zupełnie zbyt długie wywody z zakresu religijnej dog- matyki żydowskiej. Orzeszkowa lokuje je przeważnie w pierwszych roz- działach swej powieści. Są one niekiedy rzeczywiście przeciążone roz- prawami i wywodami. Czytelnik zapamięta z nich zapewne tylko to, że Żydzi szybowscy trzymają się liter kabały i talmudu. Tissot nie popełnia tutaj pomyłki ni rażącego błędu, wykreślając z tekstu partie nużące. Niezależnie jednak od tłumacza musi stracić tekst przekładu w in- nym wypadku. Oto w powieści pisanej po polsku, przedstawiającej prze- ważnie ludzi, którzy nie znają nawet języka polskiego, posługujących się, jak pokazuje autorka, żargonem, co zaznacza się w utworze cytowa- niem wyrażeń żargonowych i słów hebrajskich — znajdujemy się rów- nież w domu mającym pretensje do wyższej, światowej kultury. W do- mu tym dwoje młodych głuptasów, Mera i Leopold, snobistycznie rzuca kilka zwrotów francuskich (ale jakich!). Czytelnik polskiej powieści wie, że ta francuszczyzna, to nie tylko dowód liźnięcia obcej, europejskiej kultury, lecz przede wszystkim znak kontaktu z powierzchownym wpły- wem pseudofrancuszczyzny pokutującej w szkołach, na pensjach i do- mowym wychowaniu polskich środowisk. A zatem francuszczyzna Leo- polda i Mery nie jest dowodem nawiązania kontaktów z Europą, jej oświatą, sztuką, nauką, lecz zbliżenia się do snobistycznych, płytkich i powierzchownie traktujących tę sprawę środowisk polskich, które w sposób zupełnie swoisty pojmują znaczenie znajomości języka obcego, zwłaszcza zaś francuskiego. Z tą pseudokulturą francuską walczyła w zakresie wychowania i na- uczania Klementyna Tańska, lecz w czasach Orzeszkowej pokutowały nadal tamte fałszywe tradycje. Te kilka zwrotów francuskich w ustach młodego pokolenia Witebskich od razu umieszczają Merę i Leopolda na odpowiednim szczeblu w gradacji kulturowej społeczeństwa, wśród któ- rego wychowali się i żyją, one też pozwalają czytelnikowi pojąć i do- pełnić sylwetki wewnętrzne bohaterów. Oczywiście kwestia ta w tekście francuskim niezależnie od Tissota zupełnie odpada — z prawdziwą szko- dą tak dla treści, jak i charakterystyki Witebskich. A może błędnie po- jęta przez tłumacza skłonność ku francuszczyżnie rodzi w nim przychyl- ność dla jedynych w powieści ludzi, w których ustach słyszy język francuski? Jak zaś przedstawia się strona formalna przekładu? Mniej więcej do rozdziału VI tekstu polskiego stara się Tissot z ma- łymi tylko odstępstwami oprzeć tłumaczenie pod względem treściowym i językowo-stylistycznym o oryginał polski. Dopiero od rozdziału VII Meira Ezofowicza rozpoczynają się skróty, i to z każdym następnym rozdziałem coraz większe i poważniejsze. Z tego powodu polski czytelnik
francuskiego tłumaczenia odczuwa pewną nierówność, niesystematycz- ność. Znaczna część skrótów i opuszczeń dotyczy przede wszystkim partii opisów charakteryzujących temperament i cechy tłumu żydowskiego (np. scena w synagodze w czasie czytania przez Meira pisma seniora Mi- chała Ezofowicza); nie cieszą się powodzeniem tłumacza tzw. charaktery- styki bezpośrednie, które jednak ułatwiają czytelnikowi ocenę następu- jących po nich sytuacji powieściowych (np. charakterystyka Todrosa w chwili zgłoszenia się do niego pana Kamiońskiego lub charakterystyka tegoż bohatera w czasie rozmowy z Meirem i małamedem Mosze). Po- nieważ część druga powieści, tj. od rozdziału VII, opisów i charaktery- styk zawiera więcej niż pierwsza, skróty zatem w przekładzie pod tym względem siłą faktu są tutaj znaczniejsze. Prócz wykreślenia z tekstu francuskiego całych epizodów właśnie w części drugiej, a skreśleń tych można by zacytować wiele. Tissot stosuje inną metodę, i to przede wszystkim w tej drugiej części utworu —- me- todę streszczeń. Niejednokrotnie dialogi lub dłuższe monologi podaje tłumacz w formie właśnie streszczenia. W niektórych momentach tekst francuski zyskuje wtedy na przyspieszeniu tempa akcji może zbyt roz- wlekłej w oryginale. Czasem jednak odczytuje się takie streszczenie z przykrością, jak np. końcowe oskarżenie Meira, o czym już wspominali- śmy. Oskarżenie to przecież wymierzone zostało przez autorkę w powieści nie tylko przeciw Meirowi jako bohaterowi utworu, lecz przeciw ciem- nocie getta żydowskiego spowodowanej — zdaniem Orzeszkowej — se- paracją świadomą ogółu polskiego społeczeństwa, jego obojętnością i po- gardą wobec Żydów. To samo niefortunne streszczenie, jak wiemy, sto- suje Tissot wobec pisma Michała Ezofowicza. Jest jeszcze jedna cecha przekładu, która zniekształca oryginał po- wieści Orzeszkowej. Znana wszystkim skłonność pisarki do budowania zdań długich, pełnych, tworzących wspaniałe okresy — w przekładzie znikła. Tissot chętniej operuje zdaniami zwięzłymi, krótkimi. Często też zmienia tok myśli autorki, przesuwa dowolnie kolejność zdań. Dłuższe monologi czy dialogi, przerywane przez Orzeszkową opisem osoby mó- wiącej czy też otoczenia, najczęściej Tissot skraca lub odrzuca. Znajdujemy jednak w przekładzie zmiany, które wychodzą mu na dobre. Dotyczy to przede wszystkim podziału na rozdziały. Zbyt długie partie Tissot rozbija czasem na kilka nawet części. Przedstawia się to w sposób następujący: Tekst polski rozdział I rozdział II rozdział III rozdział IV rozdział V rozdział VI rozdział VII rozdział VIII rozdział IX Przekład rozdział I rozdział II i III rozdział IV rozdział V i VI rozdział VII i VIII rozdział IX i X rozdział XI rozdział XII, XIII, XIV, XV i XVI rozdział XVII i XVIII A zatem 9 rozdziałów tekstu powieści polskiej mieści się w 18 roz- działach przekładu. W jednym tylko wypadku skumulował Tissot tekst
zakończenia rozdziału i początek rozdziału następnego (rozdział VIII za- kończenie i IX jako początek rozdziału XVI przekładu). Rozbijając tekst na części drobniejsze, unika Tissot znużenia czytelnika, za co ten może być tylko wdzięczny. Do dalszych pomyślnych zmian należy wyraźne we wstępie uloko- wanie akcji utworu, co ważne jest dla odbiorcy francuskiego („Au fond de la Russie Blanche, par de la Dvina lointaine ...”) lub też umieszczenie krótkiej informacji o Szybowie („Ce coin perdu dans une des contrees les plus reculćes de 1’Europe, c’est Schybow ...”). Niezależnie od pierwowzoru polskiego, książka My er et iJaak posiada własne zalety literackie. Język dość swobodny, spokojny — z chwilą przyspieszania akcji zmienia się, staje się żywy. Duże walory posiada przeprowadzenie akcji odciążonej od zbyt długich opisów, nurt jej jest raźny, potoczysty. Czytelnik francuski znajduje tu ciekawy świat egzo- tycznego dla siebie życia. Pomimo tylu potknięć, czasem zupełnego ro- zejścia z oryginałem, powieść cieszyła się powodzeniem wśród czytelni- ków francuskich i niefrancuskich. Gdy dyskutowano kandydaturę Orze- szkowej obok Henryka Sienkiewicza do nagrody Nobla — nie inny jej utwór, lecz właśnie Meir Ezofowicz był tą powieścią pisarki, która zjed- nała jej ogólne uznanie na gruncie światowym. Były oczywiście rozmai- te przekłady tego utworu, lepsze i gorsze. Wiemy, że jedno z tłumaczeń niemieckich Meira Ezofowicza zyskało złoty medal za wybitne zalety językowe. Liczność przekładów tego utworu na język rosyjski jest zrozumiała. Świat zamknięty w powieści dostępniejszy był czytelnikowi rosyjskiemu znającemu takie getta. Jest rzeczą pewną, że powieść Orzeszkowej po- siada tak wiele i tak głębokich walorów ideologicznych, formalnych, tre- ściowych, że nawet stosunkowo niezbyt dobre jej przekłady mogły jesz- cze pociągnąć ku sobie odbiorcę. Na zakończenie zwróćmy jeszcze uwagę, że Victor Tissot, poza koń- cową apostrofą zwróconą od autorki do czytelnika, odrzucił w tłumacze- niu wszystkie wkłady o charakterze liberalno-postępowym pochodzące wprost od autorki. Czytelnikowi francuskiemu nie były one potrzebne. Dydaktyzm wobec odbiorcy polskiego stawał się zbędny we Francji. Dla- tego też skreślił tłumacz dedykację, która brzmi: „Wszystkim ziomkom moim z dobrą wiarą i wolą pragnącym światła i pokoju, bez względu na to, gdzie i jak oddają oni cześć Bogu — powieść tę poświęcam.” Dedykacja ta bowiem nie tylko nie zachęciłaby czytelnika obcego, lecz nawet wprost przeciwnie mogłaby go odepchnąć od książki, do której pociągała przede wszystkim fabuła, egzotyka, żywość akcji, splot kon- fliktów. Książki Tissota nie można nazwać tłumaczeniem, jest to przekład wolny, nie przynosi on zasadniczych zmian w treści, lecz często też nie odda je wiernie tekstu oryginału. 11 — Rocznik Przemyski t. 22/23


Zenon Klemensiewicz GWAROWE WSKAŹNIKI PRZYCZYNOWEGO STOSUNKU ZESPOLENIA *> Idzie tu o takie wypowiedzenia złożone, w których jedno z wypowie- dzeń składowych podaje przyczynę stanu rzeczy, stanowiącego treść wy- powiedzenia nadrzędnego, np. Wzdrygnął się Sędzia: poznał Gerwazego hasło (Mick.). Nie macie się czego gniewać, nic złego nie powiedziałem (Wiktor). Bądź zdrów i najmij Krotona, inaczej po raz drugi wyrwą ci Ligię (Sienk.). Józek trzepał go batem, bo chciał być jak najdalej od przeklętego miejsca (Wiktor). Słuchaj, albowiem mówię dalej (Sienk.). Jak przykłady pokazują, forma takiego stosunku przyczynowego może być bezspójnikowa i spójnikowa. Te same dwie podstawowe konstrukcje znane są także dialektom lu- dowym; przykłady, podane w uproszczonej pisowni, czerpię z Wyboru tekstów gwarowych K. Nitscha, Lwów 1929. Zaczniemy od typu bez- spójnikowego, w którym wskaźnikiem zespolenia jest czynnik intona- cyjny, otwarta melodia wypowiedzenia nadrzędnego, stojącego zawsze na pierwszym miejscu, oraz pauza krótka, rzadko średnia między obu wypowiedzeniami zespolonymi: szmiouy szie i wyscyrża^y: %óne niy mia^y starónków z chopóma (Sl. 29); i potem ociec mu powiedziou: to go chowojcie przi sobie i te piniądze, on nie rozumi temu (Młp. 49); nie bójcie sie, ja wam dopomogę (Młp. 59), coś gada: nie rus, to moje Od wydawcy •) Opublikowanie wśród kilku artykułów nie ogłoszonych dotąd drobnego przy- czynku Zenona Klemensiewicza (1891—1969) ma specjalną wymowę ze względu na stosunki łączące go ze Stanisławem Pigoniem (przewodniczył na uroczystym zebraniu jubileuszowym ku czci St. Pigonia w 1961 r.) i ze względu na Prze- myśl. Tu udzielał się często jako prelegent; tu otrzymał 31 marca 1968 po wy- głoszeniu odczytu pt. Kultura języka godność członka honorowego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. (Por. Zygmunt Zdzisław Pełczyński, Kronika Towarzy- stwa Przyjaciół Nauk w Przemyślu 1909—1979. [w:] Siedemdziesiąt lat TPN w Przemyślu. 1909—1979. Przemyśl 1979, s. 218—219, z fotogr. Z. Klemensiewi- cza). Fachowego przygotowania maszynopisu dokonała córka autora, Irena Ba- jerowa. Jerzy Starnawski n*
proso (Młp. 112); idz do tych ubodzych ludzi i ostań u niych ob noc, ubodzi muszą u ubodzych ostać (Bory 153); nie plac, yUlanijo, nad krót- kim fartuskiem, kupja jo ci kolybuska ze złotym łańcuskiem (Maz. 175), strasna buła zapieka z tą pańscyzną, od niedzieli do niedzieli trzeba buło robić (Maz. 183); „daj mi zrzeć, bo mi sie zrzeć chce” „weź sobie, ja dopieraj usiadłam" (Maz. 197); ten zyd mówi'. „Lepiej i ja daruje — nie chce zony dać" (Maz. 210); jo cebje ni moega uetrszimac, tyn król prsze- szed do mnie na ggescena (Kasz. 217). Przechodzimy do spójnikowego stosunku przyczynowego. Najczęś- ciej używanym spójnikiem jest wyraz bo; występuje on w 90,8% zdań, a każda niemal stronica Wyboru dostarcza przykładów: długo tam nie jechali, b o w głowie było (Ś1 3); dóma dostana sama Halka z pastyr- kom, b o miaua uod mamy naporynczóne nawarzić uobiod (Sl. 7); praw- da była, bo jesce pj^otrefiyl na powale plunońć (Młp. 35); chj^op guoszko za^owou, b o za niedługi cas on posed do domu (Młp. 66); nie chcioul jisc, b jz o g^o strach bro^l (Wlkp. 140); widno byuo, bo miesiunc śwyciuu jak rybie uoko (Maz. 178); nie mogę, bom przywalony wiel- kemy goremy (Maz. 204); nawouuwou ludzie do witrwanio, b o sia spo- dziewou, że Waimnijo dostanie sia do Polski (Maz — Chełm. 213); my/y- szisz co zarobić, boe jo jym bjedni (Kasz. 223). Zupełnie wyjątkowo trafia się spójnik boć; mało wiedział, co to zna- czy, boć mniał pewnie trochy w głowie (Wlkp. 163); zaro ty kobiecie sia takie duże mniejsce otworzeło, boć oni zawdy nie so, jak my (Wlkp. 166); wydaje się, że użycie tego spójnika należy do osobniczych właś- ciwości badanej osoby Z rzadziej używanych spójników przyczynowego stosunku zespole- nia trzeba na pierwszym miejscu wymienić że. Nie wydaje się on być zupełnie równoznaczny z bo lub ponieważ. Odnosi się wrażenie, że uwy- datnia on z większym naciskiem przyczynową treść zdania podrzędnego, wskazuje na to najczęściej dodatkowo obecność spójnika wynikowego w zdaniu nadrzędnym, np. więc, tedy, tak, to itp., albo też zapowiednik dlatego. Ten naciskowy charakter znajduje bardzo często swój wyiaz również w szyku: przyczynowe zdanie od że poprzedza zdanie nadrzęd- ne, czego nigdy nie ma przy użyciu spójnika bo, albowiem. Klasycznym przykładem z języka literackiego może być strofa z Hymnu o zachodzie słońca Słowackiego Z e m często dumał nad mogiła ludzi, Z e m prawie nie znał rodzinnego domu, Z e m był jak. pielgrzym, co się w drodze trudzi Przy blaskach gromu, Z e nie wiem, gdzie się w mogiłę pcłożę — Smutno mi. Boże! Spróbujmy odwrócić szyk i zastąpić ze przez bo, a dostrzeżemy wy- raźną, choć bardzo delikatną, różnicę znaczenia- Smutno mi, Boże, bom często dumał nad mogiłą ludzi itd W gwarach ludowych że pojawia się w 5% ogółu odnośnych wypad- ków. Np. z e to bó%o takie wielkie świento, to tez ludzie ^oblekli no^faj- niejse buciory (Sl. 26), z e ten był z gliny więc mu noga odpadła (Młp 55); i psysed jeden stary ch%op i chciau sie ogzać, ale mu zbónik
nie dc% z e mu mięso weżnie (Młp. 73); ale że z kuyniecznuojści musiou cpojsik podppowiedzieć, mpywiup na śleppo (Wlkp. 138); dziad- ków uociec z e kunie miau niezgorse, to go wzieni na furmankę (Maz. 179); wierę Pan Bog tu na waju przepusceł skoranie, że sta, druche, •wej przejęnie luterście weznanie (Kasz. 219). Znacznie rzadziej, bo zaledwie w 1,8 proc, zbadanych zdań, występuje wyraz co w funkcji spójnika przyczynowego, np. kędróz leci ku niemu, a bardzo rechtdp zambskoma co go chcidp roztargać (Śl. 19); pón rad, co mu pomozeme (Młp. 42); barz grzecny pan, ino juz nie do gór. Nie tak wiycie, c o b y sie bał, ino ni miał zdania (Młp. 42); kupiec sie zafra- sował, co ón esce zyje (Maz. 199); czarni bópg je rozguorżuoni, c 0 wa nie wjerżica w niepo (Kasz. 238). O innych wskaźnikach zespolenia wystarczy kilka słów. Wszystkie one pojawiają się zupełnie wyjątkowo (2,4 proc, wypadków). Tak np. po- nieważ występuje wszystkiego trzy razy w dwu tekstach tego samego informatora (Młp. 55 i 58) i można podejrzewać, że ten spójnik jest tu literackiego pochodzenia. Kilkakroć wprowadza zdanie przyczynowe kiedy, dy, np. dej jeść, kiedy nos wołos (Młp. 122); do nici prszemokli pastyrze, bo dostali na polu, d y już nie bypo czasu zawrzić krów (Śl. 10); k e wa ja wszystki chceta mniec, tedy jo musza moja córka na sztyry kawie rozerżnunc (Kasz. 221). W polszczyźnie obszaru litewskiego trafia się zwrot imiesłowowy o wartości podrzędnego zdania przyczynowego, np. biednego zajonczyka biegano, biegano po sadzawce i nie znaleziono pic’ — wszendz’e za - marszy, tzn. (ponieważ wszędzie zamarzło)(245).
Stare mury uroczego Przemyśla Fot. J. Janiszewski
Część czwarta Halina Wiśniewska CECHY REGIONALNE MOWY RZEMIEŚLNIKÓW PRZEMYSKICH (W. XVII-XVIII) Ziemie wschodnie, na których Przemyśl stanowił jedno z większych miast królewskich, winny różnić się od reszty Polski sobie tylko właści- wymi cechami językowymi na skutek położenia geograficznego h Z jed- nej strony silne wpływy na te obszary wywierało mówienie ludności napływowej z Małopolski (rozumianej w jej historycznych granicach1 2); z drugiej strony stosunkowo bliskie sąsiedztwo ludności ruskiej musiało wywierać wpływ na powstanie językowych cech występujących tylko tutaj. Zderzenie się dwu różnych systemów językowych: polskiego i ma- łoruskiego dawało w efekcie oryginalne cechy mówienia, które uzna- je się za regionalizmy, co łatwo badać na podstawie „mowy żywej”. Trudności badawcze powstają wówczas, gdy próbujemy dać opisy mó- wienia ludzi żyjących przed wiekami. Z pomocą badaniom przychodzą wtedy zapisy rękopiśmienne, tym bardziej cenne, im piszący byli mniej wprawieni w trudną sztukę pisania, dzięki czemu pisali na ogół tak jak mówili. Z sytuacją taką mamy do czynienia przy badaniu regionalnej odmia- ny polszczyzny Przemyśla w w. XVII—XVIII, gdyż w archiwum mia- sta znajduje się do dziś wiele ksiąg rzemieślników, pisanych ich nie- wprawnymi rękami3, czasem przez kilka wieków i one umożliwiają prowadzenie wspomnianych badań. 1 O cechach językowych tych ziem pisali m. in. M. Bargiel, Cechy dialek- tyczne polskich zabytków rękopiśmiennych pierwszej połowy XVI wieku, Wrocław 1969; K. Dej na, Gwary ukraińskie Tarnopolszczyzny, Wrocław 1957; W. H a r- h a 1 a, Gwara polska okolic wsi Komorna, Lud Słowiański, 1931, II, s. 55—8, 156—77; J. Janów, Błędy ortograficzne i gramatyczne w zadaniach polskich Rusinów lwowskich, JP 1934, IX, s. 12L—6; T. Lehr-Spławiński, O mowie Polaków w Galicji wschodniej, JP 1926, XI, s. 40—51; B. Rykiel, O języku Wilczków — mieszczan lwowskich, Por. J. 1963, s. 32—9; H. Wiśniewska, odbicie gwary regionu przemyskiego w błędach uczniów. Por. J. 1971, s. 618—21. 2 M. Karaś, Przegląd i charakterystyka badań językowych w Małopolsce południowej, ZNUJ, 1963, z. 5, s. 342. 3 A = księga chirurgów nr 441 (1587—1697), B = księga krawców nr 453 (1592— 1809), C = księga kowali nr 467 (1557—1563), D = księga kowali nr 469 (1631—1826), E = księga piekarzy nr 480 (XVI w.), F= księga piekarzy nr 482 (1702—1795), G =
W szkicu niniejszym na podstawie zapisów przyjęć, wyzwolin cze- ladników, protokołów cechowych schadzek, trybownej (sądzonej) cze- ladzi spróbujemy odtworzyć wnioskowaną wymowę mieszczan oraz in- ne zjawiska systemowe, które uznaje się za charakterystyczne dla mowy regionu. Pobieżna analiza pozwala podzielić je na pasywne, ekspansyw- ne oraz cytaty ruskie. I. CECHY PASYWNE Do cech pasywnych zaliczamy te, które powstały na skutek zderze- nia się dwu odmiennych np. fonetyk polskiej i ruskiej, co dało w efekcie nowe zjawisko językowe, występujące w Przemyślu, a nie znane gdzie indziej. 1. Zjawiskiem zasługującym na omówienie w pierwszej kolejności jest tzw. „zaciąganie”, które stanowi rezultat redukcji samogłosek śred- nich, pod wpływem odmiennej akcentuacji w języku małoruskim niż akcentowanie wyrazów w języku polskim. Polacy na ziemiach wschod- nich wymawiają akcentowane sylaby nieco dłużej i silniej. Z kolei zgłos- ki nie będące pod akcentem wymawia się słabiej, a to doprowadza do zwężenia artykulacji samogłosek średnich, stąd e wymawia się jak i, y, natomiast o jak u. Przykładów zapisu takiej wymowy spotykamy sporo w rzeczowni- kach, wyrazach o odmianie zaimkowo-przymiotnikowej i czasownikach. Oto kilka przykładów redukcji e w wygłosie: W. XVII — my jako rodzicy G 111, był starszym towarzyszym A 97, na boży ciało C 5, na suchydni A 39, bedzi powinien G 116; W. XVIII — chłopie D 263, panowi bracia B 44, swoi łata D 429. Redukcja e w sylabie przed akcentem: W. XVII — nawidzenie D 9, z Przyworska D 231, przymyski H 219, swintego B 12, wytyrminował D 278; W. XVIII — Aleksandra D 390, za obysłaniem D 428, po przyzwisku D 409, asykuruje sie H 186. Mniej przykładów zdradza wymowę zredukowanej samogłoski o: W XVII — Bukuwski D 389; W. XVIII — za młudzieniaszka F 38, ugołem F 78. Badania pozwalają zauważyć, że zjawisko redukcji samogłosek śred- nich jest zjawiskiem starym, istniejącym już na pewno w w. XVI, np. placki i kołaczy dał E 106, pieniądzy chował E 54. Znamienne, że ilość przykładów znacznie zwiększa się w zapisach z XIX wieku* 4, co może być wynikiem mniej sprawnego pisania. Możliwe, że z redukcją samogłoski średniej e jest połączona ekspan- sja form wołacza w miejsce mianownika w rzeczownikach męskich. Fakt ten w tekstach przemyskich jest dopiero widoczny w XIX wieku, np. Danka. D 58, Felku D 479, Józku H 72. Uważa się, że zjawisko to rozprzestrzeniło się na terenach tzw. Ga- = księga rymarzy nr 487 (1619—1731), H = księga szewców nr 490 (1487—1816). Litery zastępują numery ksiąg, z których czerpiemy przykłady, dokonując ich transkrypcji z zachowaniem pisowni oddającej wymowę zjawiska regionalnego. 4 Por.: H. Wiśniewska, Właściwości gwarowe w dziewiętnastowiecznych księgach cechowych Przemyśla, Rocznik Przemyski, Przemyśl 1975, s. 211—12.
licji właśnie w tym czasie, może pod wpływem „stołecznej wymowy lwow- skiej” 5. W księgach przemyskich zapisy takie pojawiają się późno, co potwierdza charakter ich jako innowacji. Imiona męskie w mianowni- kowej postaci Kaziu, Tomciu utrzymują do dziś swą popularność w mo- wie przemyślan, a możliwe, że przyjmowały się tym łatwiej, im częściej pojawiało się zredukowane o. 2. Innym zjawiskiem, które wyróżnia się zasięgiem i czasem trwa- nia, jest utożsamienie samogłoski e pochylonej z i, y. Samo zjawisko jest znane w dobie średniopolskiej w dialekcie kulturalnym, ale od XVIII wieku wykazuje tendencję cofania się 6. Sąsiedztwo spółgłosek półotwar- tych również powodowało, że e wymawiano jako zwężone, co w zapi- sach przejawia się w utożsamieniu z i, y. W Przemyślu w grupach ir! /yr taka wymowa utrzymuje się ciągle, gdy na innych terenach już ustępuje w wieku XVI7. Oto przykłady z wielu występujących w księgach: cycha D 428, cychmistrz H 244, świc 'świec’ F 44, tyż H 137, zygar- mistrz D 16; odbirać D 17, cztyry A 47 (częste), Kazimirz A 68, pirszy D 248; jedyn E 26, piniądze A 129. Najwięcej wyrazów spotykamy ze zwężeniem e wówczas, gdy wystę- puje w sąsiedztwie j: od zupełny zapłaty E 34, z drugi strony H 87, przy pewny sumie A 59, cechy naszy B 18, Jędrzy G 7. 3. Osobny problem stanowi pisownia, a co za tym idzie, i wymowa samogłosek nosowych. Warto przede wszystkim zwrócić uwagę na problem denazalizacji nosówki przedniej, bardzo częsty w pisowni XVI wieku, a widoczny w Przemyślu jeszcze w wieku XVIII, co w tym czasie stanowi już archa- izm, utrzymujący się może dłużej pod wpływem wymowy ruskiej, np. uczęstował B 29, wiezienie G 116; bedzie G 111, Jedrzej D 207, pieknie D 292, w urzędzie H 90. Zjawisko to jest szczególnie częste w pozycji wygłosowej. Na omó- wienie zasługuje czas zaniku rezonansu nosowego o w wygłosie, gdyż przypada na wcześniejszy okres, niż to jest w dialekcie kulturalnym. K. Nitsch uważa, że dopiero na okres stanisławowski przypada zanik rezonansu o 8, gdy tymczasem w Przemyślu przykłady spotykamy już w XVI wieku. Rękopisy, ściśle datowane, pozwalają z całą dokładnością ustalić czas tego zjawiska: W. XVI — w niedziele miesoposno E 27 (1562); W. XVII — z bracio wszystko B 17, za ugodo G 58, w drugo nie- dziele D 238, pod to datą G 160, za zgodno umową G 58; W. XVIII — z Agnisko H 121, na potrzebę cechowo F 9, za każdo schadzko pozwalajo mu D 287. Próbą innego zapisu samogłosek nosowych przed szczelinowymi spół- 5 S. H r a b e c, Elementy kresowe u niektórych pisarzy XVI wieku, Toruń 1949, s. 124; J. Zaleski, Wołacz w funkcji mianownika w imionach męskich i rze- czownikach pospolitych, JP 1959, XXXIX, s. 32—49. 8 I. Bajerów a, W sprawie zaniku samogłosek pochylonych w języku pol- skim, JP 1968, XXXVIII, s. 325. 7 M. Bargiel, op. cit. 8 K. Nitsch, Wybór pism polonistycznych, Wrocław 1954, t. I, s. 53,
głoskami są przykłady: wienzienie XVIII H 339, obowionzuje sie XIX D 120. Nastąpiła tutaj wymowa oN + S, której na ogół się nie spotyka na innych ziemiach. Zjawiskiem w pewnym sensie przeciwstawnym jest zapis -ę-, -o- w miejsce -eń-, -ej-, -on-. Wymowę odtworzoną na pod- stawie takich zapisów zaobserwował także K. Nitsch u Polaków litew- skich 9. Oto przykłady: w. XVII — z małżąką H 94; w. XVIII — mięsce F 8, młodzięstwo H 161, ninięszy H 134, małżąków D 387, zakączony F 42. Pewną odmianą cytowanej wymowy jest proces wtórnej nosowości, który w języku ogólnopolskim jest również znany 10. Warto jednak zwró- cić uwagę, że rezonans nosowy pojawia się tak w śródgłosie, jak i w wy- głosie bez uzasadnienia sąsiedztwem lub czynnikami semantycznymi: a) W. XVII — rzemięsło E 267, wytęrminował A 142, suchędniego H 35; w. XVIII — mięsiąca D 21, będnarski B 10, nieumięjący H 213; b) W. XVIII — będzię mu D 411, starsi jaką i młodsi H 141, zapisuję majster H 47, ktoren zostaję H 43. Tutaj warto też chyba zacytować przykłady wtórnej nosowości wy- stępujące konsekwentnie w zapisach u jednego cyrulika (A s. 142), który dokonał wpisu w r. 1647: Piątr, Zgartąwic, rąbiąc, Rumięnkąwic tąwa- rzyszowi, Simunąwi. Człowiek ten prawie zawsze w miejsce o pisze ą, co można uznać za hiperpoprawność w stosunku do zjawiska zaniku no- sowości. Ten różny i, wydawałoby się, zagmatwany obraz pisowni, oddający wymowę przemyślan, przejawia właściwie tylko dwie tendencje. Część ludzi pisze tak jak mówi, tzn. bez rezonansu nosowego. Unika się go w każdej pozycji: przed spółgłoskami szczelinowymi, zwartymi i zwarto-szczelinowymi oraz w wygłosie. W tej ostatniej pozycji zanik rezonansu nosowego rozpowszechnia się przynajmniej o sto lat wcześ- niej, niż to zauważa się w dialekcie kulturalnym. Jednocześnie widać drugą tendencję: zaznaczanie rezonansu noso- wego w pozycjach, w jakich nigdy w języku polskim nie występował. Wydaje się, że tak brak, jak i hiperpoprawne występowanie rezo- nansu nosowego można przypisać wpływowi języka ruskiego, w którym to zjawisko w ogóle nie występuje. 4. Sąsiedztwu wschodniemu można też przypisać istniejące do okre- su przedwojennego rozróżnianie spółgłosek h i ch (opozycja dźwięczna: bezdźwięczna). W rękopisach przemyskich mieszczan fakt ten odzwierciedla niepo- pełnianie błędów „ortograficznych” typu chańba. Pomyłek takich brak konsekwentnie przez cały badany okres. Widać jednak osłabienie tej opozycji, gdyż pojawiają się wyrazy, w których zamiast ch pisano h, np.: W. XVII — brackih D 547, ih urzendu D 5, hłopiec D 209, horągiew G 76, Mihał D 211, rahunek D 548; W. XVIII — cehu H 357, Woicieha H 98, hentnie D 396, hował H 339, starszyh H 187; 5. Do zjawisk pasywnych można zaliczyć również wymowę rz nie 9 Tamże, s. 54. 10 Tamże, s. 57—8.
utożsamioną z ż, jak to jest obecnie. O wymowie archaicznej w XVIII wieku świadczy przede wszystkim brak błędów typu żeka oraz pisow- nia rozłożona dwuznaku: rs, rsz. O ile w wiekach poprzednich jest to zjawisko ogólnopolskie, to w wieku XVIII można je uznać już za zja- wisko regionalne, może podtrzymywane wymową małoruską, w której zamiast r można spotkać r. Oto kilka przykładów zapisów oddających prawdopodobnie rozłożoną wymowę r: W. XVII — pisarsz G 85, rimars G 107; W. XVIII — Kazimirsza H 207, prszemyski G 149, prszy F 66, zwir- szchność G 133. Jednocześnie widać także, jak niektórzy piszący zamiast znaku rz piszą r, np. cechmistra G 153, Premysla D 36, skrinka i z priwilejami D 547, strelba D 549, trinasty D 18. W zapisach prowadzonych przez dwieście lat udało się znaleźć za- ledwie cztery wyrazy z „błędami”, np. zemiesło D 257, a jeden wyraz, w którym zamiast ż napisano rz: wielmorzny pojawił się dopiero w 1864 r. w księdze kowali s. 194 /D/, z której zresztą pochodzi większość przy- kładów, ujawniających omawianą wymowę. Przykłady mieszania znaków ż i rz w XVIII wieku mogą świadczyć o tym, że w połowie tego wieku zaczęto utożsamiać obie głoski, co obec- nie jest na tyle powszechne, że w szkole błędy tego rodzaju należą do najczęstszych. 6. Zjawiskiem słowotwórczym jest występowanie zdrobniałych imion męskich z formantem -ko w opozycji do formantu -ek, co uznaje się za cechę peryferyczną kresów południowo-wschodnich n. Oto przykłady: W. XVII — Iwanko D 8, Jaśko D 216, Janko D 365, Misko G 155; w. XVIII — Grześko D 428, Iwanko D 252, Jurko H 134, Michałko D 278, Staszko D 266, Wąsko D 370. Jeśli porównamy ilości formantów -ko w opozycji do -ek, to okazuje się, że pierwszy z nich wykazuje nieznaczną tendencję wzrastającą w XVIII wieku, ale nie jest to sąd bezwzględnie pewny, gdyż na fakt ję- zykowy wpływa wiele czynników, m. in. sam charakter materiału: bar- dzo wiele imion pisano w dopełniaczu, co wyklucza możliwości porów- nań. 7. Warto jeszcze zwrócić uwagę na fakt składniowy, jakim jest skład- nia rządu liczebników od dwa do cztery przy rzeczownikach nieosobo- wych, ustępująca w języku polskim w wieku XVI. W. XVII — terminowałem lat trzy A 60, pensować po złotych czte- ry H 50; w. XVIII — terminował lat trzy D 52, na niedziel cztery F 62, świc par dwie H 153. Archaizm ten należy do częstych, ale wynika to z charakteru zapi- sów: mamy tu utarte zwroty frazeologiczne, jakimi zapisywano chłop- ców do terminu. Używanie stałej konstrukcji składniowej, mającej cha- rakter formuły urzędowej, miało zapewne decydujący wpływ w utrzy- maniu starej składni, występującej w regionie. * 11 Z. Kurzowa, Staropolskie nazwy osobowe na -o, Onomastica, XII, z. 1—2.
II. WPŁYWY EKSPANSYWNE Przez zjawiska ekspansywne rozumiemy te, które wg hipotez języ- koznawców w pewnym okresie dziejów języka polskiego oddziałały na jego szczegółowe elementy mówienia. 1. Jako pierwsze zjawisko należy omówić sprawę pochylonego a, które ewentualnie winno być zapisywane przez rzemieślników piszących fonetycznie znakiem o. Okazuje się, że w badanym materiale, obejmu- jącym około 800 stron rękopisów, nie znaleźliśmy żadnego przykładu takiej pisowni. Zapis a jak o znaleźliśmy tylko w kilku wyrazach w pozycji przed N, np. Jadom D 251, Jon G 30, Gosczonka H 74, pon G 114, z matki Tureconki D 359, safionicki H 241. Ogółem 18 użyć dla wieku XVII, 4 w wieku XVIII, co hipotetycznie sugeruje silniejsze wpływy wymowy małopolskiej w wieku XVII. Ilość haseł jest niewielka, przy czym częściej występują wyrazy Jon, pon. Warto dodać, że żaden z pisarzy, u którego pojawiło się o w miej- sce a, nie jest konsekwentny. Np. jeden z rymarzy (s. 72, 73, 110, r. 1670, 1677), napisał pon pięć razy, Jon cztery razy, a obok tego a w innych pozycjach, np. Katarzyna, Zofia, na, ma czas. Fakt ten mógłby potwierdzać hipotezy językoznawców, że na zie- miach wschodnich wymawiano tylko a jasne bez względu na jego po- chodzenie i miało to wpływ decydujący na rozszerzenie się takiej wy- mowy w całej Polsce, co sugerują K. Nitsch, Z. Stieber, S. Urbańczyk, S. Rospond, różniąc się nieco w ocenie czasu ekspansji tego zjawiska 12. 2. Drugim zjawiskiem, które u rzemieślników występuje rzadko jest wymowa rozszerzona grupy iL, np. bełem A 98, kupieł H 81, prosieli H 45 (około 30 przykładów tylko z XVII wieku). Zjawisko ogranicza się w badanym materiale wyłącznie do form osobowych czasownika, przy czym autorzy zapisów stosują warianty fonetyczne bełllbył. Np. w księ- dze chirurgów w latach 1657—60 wpisało się ponad 40 czeladników (s. 50—61) i tylko siedmiu z nich pisze czasem bel, gdy postać był za- pisano 26 razy. Ten sam autor pisze robiełem, ale byłem (s. 56). Można by ostrożnie sugerować, że wymowa rozszerzona występowa- ła tylko u przybyszów z właściwej Małopolski, a nie występowała u sta- łych mieszkańców Przemyśla, co zgodnie z twierdzeniami K. Nitscha i Z. Stiebera 13, stanowiło jedną z przyczyn zaniku wymowy w dialekcie kulturalnym. 3. Kolejną sprawą, na którą warto zwrócić uwagę jest zjawisko wy- mowy pochylonego o, które dzisiaj brzmi identycznie jak dźwięk ozna- czany przez u. Z badań wiadomo, że o pochylone w pozycji przed spół- głoskami półotwartymi, szczególnie przed R zbliżało się artykulacyjnie do u już w XVI wieku, w innych zaś pozycjach jest bliższe o, o czym przekonuje brak rymów ó z o aż do XVIII wieku włącznie 14. 12 K. Nitsch, op. cit., s. 234—47; Z. Stieber, Rozwój fonologiczny języka polskiego, Warszawa 1953; S. Urbańczyk, Przyczyny zaniku samogłosek po- chylonych w języku polskim, Prace Filol. XVIII, cz. 3, s. 111—22; S. Rospond, Gramatyka historyczna jęz. poi., Warszawa 1971. 13 K. Nitsch, op. cit., s. 51; Z. Stieber, o. c., s. 35—6. 14. K. Nitsch, op. cit., s. 45—50.
Tymczasem w przemyskich rękopisach „błędy” z u zamiast ó są przez cały badany okres bardzo częste (nawet wówczas, gdy pominiemy zapisy przed R jako powszechne w całej Polsce), np. w. XVII — dwuch G 105, Juzek G 112, z Kruwnik D 218, zaniusł G 141, hłopcuw D 241, panuw A 61; w. XVIII — dopuki F 89, Juzek H 238, zrucić D 270, kruluw G 118, obarzannikuw F 61, panuw H 29. Stan taki dotyczy w równym stopniu wieku XVII, jak i XVIII, co pozwala wysuwać sąd popierający hipotezę Z. Stiebera15, że rozprze- strzenienie się wymowy ó jak u w całej Polsce jako wymowy norma- tywnej było wspierane przez przybyszów z tzw. kresów wschodnich. Wymowa typu Juzej, curka, mistrzuw jest w Przemyślu stosunkowo powszechna, co zdradzają tego typu błędy ortograficzne. 4. Mowie ziem wschodnich przypisuje się również zastąpienie przy- rostka patronimicznego w nazwach męskich -ic przez -icz. Sądzi się, że proces ten miał miejsce w wieku XVI, a wiek XVII jest już okresem panowania przyrostka -icz 16 lub proces ten miał miejsce o sto lat póź- niej, „kiedy to szlachta ruska weszła do polskiego szlacheckiego społeczeństwa, po- pularyzując nazwiska w rodzaju Chreptowicz, Czechowicz, Rafałowicz”17. Tego typu nazwiska są w Przemyślu ogromnie popularne. Zachodzi przy- puszczenie, że formant -id/icz uznawany był za mieszczański formant nobilitacyjny i jako taki dodawany do nazwisk odojcowskich lub typu przezwiskowego. Oto kilkanaście spośród setek występujących przykładów, w. XVII — Bernatowie G 19//Bernatowicz G 4, Czubkowic D 231//Czubkowicz D 229; w. XVIII — Zajęckiewicz B 39, Dereniewicz B 38, Twardowicz D58. Mimo niekonsekwencji pisarzy w używaniu zamiennie znaków lite- rowych c, cz na oznaczenie głosek c, ć widać wyraźnie, jak w wieku XVIII prawie wyłącznie pisze się zakończenia wyrazów z cz, co potwier- dza tezę Z. Klemensiewicza o rozpowszechnianiu się w Polsce w owym czasie formantu -owicz. 5. Z wymową regionu przemyskiego jako części ziem wschodnich ma związek powszechne używanie przyimka bez, jak twierdzą niektórzy ję- zykoznawcy, np. S. Urbańczyk. Uznaje on przyimek przez za rodzimy, natomiast bez za przyimek szerzący się m. in. pod wpływem języków czeskiego i ukraińskiego. Przytoczymy sąd S. Urbańczyka prawie w całości: „Drugim czynnikiem był zapewne wpływ ruski (ukraiński i białoruski). Poloni- zująca się szlachta czerwonoruska dawała oczywiście pierwszeństwo przyimkowi bez, którego używała, mówiąc po rusku, i to zadecydowało. Analizując bowiem te czeskie zapożyczenia, co na stałe weszły do naszego słownika, zauważyłem, że powiodło się to tylko tym, co miały oparcie w polskich dialektach, a czymże 15 Z. Stieber, op. cit., s. 43. 19 S. Bąk, Niektóre formacje imienne u M. Reja, [w:] Odrodzenie w Polsce, Warszawa 1960, t. III, cz. 1, s. 369. 17 Z. Klemensiewicz, T. Lehr-Spławiński, S. Urbańczyk, Gramatyka historyczna języka polskiego, Warszawa 1965, s. 55.
był wówczas język małoruski (ukraiński), jak nie dialektem języka polskiego, oczywiście dla Polaka, który był gente Ruthenus”18. W zapisach przemyskich na ogół panuje stan, jaki mamy dziś, np. bez żadnej odwłoki E 61, bez żądny zmazy D 302, ale szczególnie w XVII wieku spotykamy kilkanaście przykładów, które informują o istnieniu wariantów semantycznych przyimków bez//przez, np. ucikł przez odpu- szczenia G 149. Zapisów takich prawie brak w wieku XVIII, co potwier- dza tezę o zaniku przez w znaczeniu łacińskiego sine u przemyślan. III. CYTATY RUSKIE Osobliwością rzemieślniczych ksiąg przemyskich na tle podobnych im w innych regionach19 kraju są pojawiające się sporadycznie ślady ję- zyka ruskiego. 1. Czterokrotnie na kartach pojawiła się cyrylica, przy czym warto zauważyć, że dotyczy to wyłącznie podpisów, np. księga chirurgów: Ja Jan (wyraz nieczytelny) Moszyńskij (A s. 126, r. 1633), księga kowali: Antoni Malęzicki (D s. 10, r. 1713), księga chirurgów: podpis po polsku, a jakby omyłkowo przyimek wpisano cyrylicą: Ja Jędrzej Wajdzie iz Ro- kitnicy (A s. 57, r. 1660); księga kowali: zapis daty po polsku, ale ostat- nie słowo jakby omyłkowo wpisano cyrylicą: stało się to na świętego Pieni Pawia (D s. 261, r. 1722). Na stronach pozostałych zawsze pisze się alfabetem łacińskim, mimo wielokrotnie bardzo nieudolnych wpisów, pisanych przez ludzi ledwie umiejących trzymać pióro w ręce. 2. Natomiast częstotliwością występowania w księdze kowali i to szczególnie w XVII wieku wyróżniają się imiona i nazwiska ruskie, np. Hawriło D 245, Hwiedko D 209, Iwan Zasania ojcu Fiemka, matce Fieska D 219. Zapisy takie w wieku XVIII pojawiają się sporadycznie, ale wśród nazwisk można znaleźć takie, które informują nas o swym pochodzeniu, gdyż np. pojawia się w nazwisku zjawisko pełnogłosu: Be- rezowna G 110, Dereniowicz/ZDoroniewicz D 30, 36. Warto podkreślić, że wpływy leksykalne właściwie ograniczają się do nazw osobowych, gdy tymczasem wyrazów pochodzenia łacińskiego i nie- mieckiego w języku rzemieślników jest stosunkowo dużo 20. 3. Natomiast możemy się doszukać w księgach wpływów fonetyki małoruskiej w kilku znalezionych przykładach: a) Spotykamy kilkanaście przykładów w sześciu hasłach XVIII w. z protezą w, charakterystyczną dla dialektów zachodniej Ukrainy:21 z wojca D 82, wosondzili H 90; b) Zamiast samogłoski nosowej zapisano w jej miejsce samogłoskę w. 18 S. Urbańczyk, Szkice z dziejów języka polskiego, Warszawa 1968, s. 235—41. 19 Np. A. Kowalska, Język polski w XVI-wiecznych księgach miejskich Tarnowskich Gór, Wrocław 1965; E. Piotrowicz, Uwagi o języku Księgi Cechu Kupców miasta Piotrkowa Trybunalskiego (1670—1731), Rozpr. Kom. Jęz. ŁTN, t. XVIII, Łódź 1972, s. 159—73. 20 Por.: H. Wiśniewska, Polszczyzna przemyska wieków XVII—XVIII, Wrocław 1975, s. 102—114. 21 K. D e j n a, op. cit., s. 26—8.
beduc A 144 <będąc>, miesiuca B 17, stanuwszy B 15, z Katarzynu H 94, na cechowu potrzebę H 115; c) Czasem występuje mieszanie spółgłosek ł zamiast w, np. jest wiz- łolony D 367, uczyniłszy F 14. 4. Ze zjawisk fleksyjnych warto odnotować bardzo rzadkie przykła- dy końcówki -yj w bierniku przymiotników rodzaju męskiego, np. na świętyj Jedrzej D 357 (3 razy) oraz brak końcówek w czasownikach oso- bowych, np. my odebrali G 116. Wpływowi fleksji małoruskiej można by też przypisać kilka przykładów imiesłowu przysłówkowego tworzo- nego od czasowników niedokonanych, np. szedszy D 303, H 141, ograni- czone tylko do tego hasła występującego w stałych formułach protoko- łów elekcji rzemieślniczych. Te skąpe ślady obcego alfabetu, fonetyki i fleksji potwierdzają ba- dania przemyskich historyków o Rusinach w cechach. Brak śladów wpły- wów języka ruskiego dowodzi również, że do cechu szewskiego nie przyj- mowano czeladników wyznania greko-katolickiego, gdyż tymczasem w cechu krawieckim nie było żadnych różnic narodowościowych, a do ko- wali mogło należeć tylko dwu Rusinów22. Tutaj najwięcej przykładów dostarcza jednak księga kowali, w której pewnie w XVII wieku pisa- rzami przez dziesiątki lat byli Rusini niezbyt zresztą wprawni w pisaniu (np. s. 260 i następne). IV. WNIOSKI Zasygnalizowane tu uwagi, które czekają na bardziej wnikliwe opra- cowania dowodzą, że już trzysta lat temu przemyślanie mówili nieco inaczej niż mówiono w innych regionach Polski, bo zaciągali {na zebra- ni), wymawiali chyba częściej i, y zamiast e, ej (cycha, zupełny zapłaty), wcześniej niż gdzie indziej wymawiali u zamiast ó {curka, długuw), mieli sporo wariantów wymowy samogłosek nosowych, imionom chętnie przydawali formant -koH-ku {Jasiek, Jaśko, Jaśku). Odmienność artykulacji, odmiany wywoływała u piszących wiele kło- potów ortograficznych, dzięki którym zapisy stanowią także bardzo cenne źródło do badań kultury językowej mieszczan przemyskich, a także sta- nowią wyraźny dowód znacznej siły zjawisk regionalnych mowy. Tę odrębność i sugestywność mówienia ludzi pochodzących z kresów wschodnich dostrzegali badacze-językoznawcy, z których wielu, np. K. Nitsch, Z. Klemensiewicz, Z. Stieber, S. Urbańczyk skłaniało się do twierdzeń o oddziaływaniu cech językowych tych regionów na mówienie uznane za normatywne w dialekcie kulturalnym (zanik a pochylonego, zrównanie ó z u, był zamiast beł, -owicz zamiast -owić, bez czapki za- miast przez czapki). Księgi przemyskie dokumentują także istnienie wśród rzemieślników grupy Rusinów, z których niektórzy byli w cechach pisarzami. Okazuje się jednak, że poza znaczną ilością imion i nazwisk (szczególnie w księ- dze kowali w pierwszej połowie XVII wieku) zakres wpływów języka ruskiego jest ograniczony szczególnie frekwencyjnie. Wydaje się, jakby 22 K. Arłamo wski, Dzieje przemyskich cechów rzemieślniczych w dawnej Polsce, Przemyśl 1931, s. 101.
pisarz tylko w chwilach nieuwagi ,.zdradzał się” mimo woli ze swoją znajomością odrębnej np. fonetyki, gdyż w języku urzędowym nie do- puszczano oczywistych rutenizmów. Natomiast wobec stosunkowo niskiej kultury językowej pisarze nie ustrzegli się z ujawnianiem tych cech ję- zykowych systemu, które były na tyle swojskie, że i dziś uznajemy je za specyficzne dla mówienia regionu.
HEPTbl PEH14 nHIEM14CJIbCK14X PEMECJIbHMKOB PE3IOME Ho npMHwne reorpa(£>jiHecKoro nojioHteHMH n no coce^CTBy c MajiopyccKnM H3BIK0M nOJIBCKWił H3BIK nmeMblCJIHH 16—17 BB. BbI3bIBaOT nOHHTHblft WHTepeC y MccjieflOBaTejiefł, b kotopom mojkom bbiaojiutb oTJiwnwTejibHbie H3biK0Bbie oco- Gchhoctu. Abtop npoBeJi wccjieflOBannH na no,zjjinHHiiKax, Hur/je ne onySjiwKOBaH- Hbix, Knur, sannceił nmeMbicjibCKMX peMecjieHHMKOB: nn. KHnre xwpyproB (np. 441), nopTHbix (np. 453) Ky3HeijOB (np. 467, 469), ÓyjiOHHiiKOB (np. 480, 482), luophmkob (np. 487) w canoJKHWKOB (np. 490). npe^MCTOM MCCJieflOBaHKM BBJIHTOTCH BJIM8HMH pyCCKOTO H3bIKa, KOTOpbie MO- jKeM anajiwsMpoBaTb b pa3Hbix acneKTax. nninymaa aHąjiwswpyeT Tai< Ha3biBae- Moe SKcnaHCiiBHoe BjiMime. SKcnaHCHBHoe BjniHHne sto Ta rpynna H3biKOBbix HBJieHwif, KOTOpbie no rnnoTesaM H3biKOBeflOB nOBjiwjiJin na oSujenojibCKMif h3bik. HanpwMep npow3HomeHwe a np. pan, pannee cpaBHeHwe ó z u (mhoto sanMcen Tuna: chłopców — chłopcu w. Boctohhmm somjihm npnnwcbiBaeTCJi sKcnancwio c^op- MaHTa -icz BMecTO -ie, SKcnancwiOH npe,qjiora bez bmocto przez b SHanennw jiaTHH- ckoto sine. naccMBHbie bjikhhwh npespaTmincb b xapaKTepnbie uepTbi H3bixa 6e3 bjimhhmh CHapyjKw. BajKiibiM HBjieHneM, o kotopom cJie,ayeT cxa3aTb HBJiaeTca pe- /jyKijJiH cpeflHJix rjiacHbix (Pietrik, chłopie, panowi, Unufrik, Bukuwski itp.). OGpamaeT BiinManne mnpoKoe pacnpocTpaHenne npow3HomeHna e kok i, y w ne- pefl j. TjiacHbie hocobbio nnieMbicjibCKwe peMecjiennnKn nponanocnjin 6e3 Hocajin- 3au,MK (tmh: uczęstował, Jedrzej, z żono) mjiw npeyBejiwneHHOe npon3HomeHwe ho- coBbix: (np. Obesłanie, starsi jaką młodsi). Becb MCCJieayeMbiił nepnofl bkaho pas- JinneHMe h ot ch, ho 6biBajm w b tom oGaacTw ohimóku: phnął, rabunek. nmeMbicjiane pasjinnajin ż od rz, o neM CBKfleTejibCTByeT npon3HomeHne gorszki, trszy, BbiCTynaiomee b 3anncax. HeTbipe pasa b 3anwcHx BbiCTynaeT pw- pbijiima, b 0CTajibHbix cjiyHaax BbiCTynaeT jiaTUHCKnił ajicJjaBjiT, xoth ssynanne yKpannCKoe: np. Iwanko, Fiemko, Fiedorkiewicz. B objiacTW 4)OHeTWKn saMenaeM TaKwe npnSaBjieHna: w (wojca) r bmocto rz (tri), Ł BMecTO w (uczyniłszy). 113 flpyrnx HBjieHUM BCTpeaaeM (jjopMbi my zapisali, npMHacTWH Tima: szedszy. B saKjnoueHMM mojkho CKasaTb, hto nineMbicjiHHe He flonycKajiw Ha CTpaHmjbi cbohx Knur HBHbix pyTenn3M0B u TOjibKO Te cjiobs, KOTOpbie acCMMMjinpoBajincb.
REGIONAL FEATURES OF CRAFTSMEN’S LANGUAGE IN PRZEMYŚL CEUTURY XVII, XVIII S u m m a r y Some language differences can be expected in the Przemyśl region remem- bering the geographical position and the closeness of the Ukrainian language. This type of work can be carried out by the use of original and as yet unpublished notes madę by craftsmen e. g. in: surgeons’ books (N° 441), tailors’ books (N° 480, 482) cobllers books (N° 490) and sadlers books (N° 487). Ukrainian influences which Can be analized in different aspects were the subject of our work. As the criteria for the classification the author took the intensity and rangę which were conventionally regarded as expansive influences, passive influences and Ukrainian ąuotations. The expansive influences describe the language phenomena which according to linguists affected the language used in the whole country. Here we have to mention the pronunciation always a regardless of its derivation (e. g pan), always iL although freąuenthy found in literaturę as był: beł, comparatively early equa- lization of ó and u (a lot of notes type: chłopcuw, kruwniki) — Icz, instead of — ic, originated in the West, also naj-, instead of na-. The passive influences remained as characteristics of the region without influ- encing the language used outside. The phenomenom, which has to be discussed in the first place is the reduction of middle vowels (pietrik, chłopie, panowi, bracia, byłym, Unufrok, Bukuwski etc.) The wide rangę of the pronunciation of e instead of i, y, also draws attention. The nasal vowels were often pronounced without nasalization (type- uczęstował, Jedrzej, z żono) or with exagerated nasalization (e. g. z Mendyki, Mądyki, obęsta- nie, starsi jaką młodsi). The whole analized period shows the distinguishment between h and ch, but mistakes type — phnął, rahunek prave that this position was weakened. The distinguishment between ż and rż lasted in this region longer than in the rest of Poland, the complex pronunciation of e. g. gorszki, trszy (in spelling) pro- bably extended its existance here. As regards the morphemic phenomena it is worth noticing the varying formants -ek, -ko, in pet names. The latter is characteristic of the eastern region (e. g. Tośko, Waśko). Often to be found in syntax is syntax of consecutive numerals 2 to 4 with common nouns e. g. świc par dwie. The mentioned phenomena are morę common than the rare Ukrainian ąuota- tions. Four names in the notes are written in the Russian alphabet, the others are in the latin alphabet, although they sound Ruthenian e. g. Iwanko, Fiemko, Fiedorkiewicz. There are no other lexical borrowings, which is very in teresting. As regards phonetics often the following forms are added to some Polish words: w (wojca), r instead of rz (tri), rarely ł instead of w (uczyniłszy). From other forms the most common one is e. g. „my zapisali”, participle type „szedszy”. The periods at which the mentioned phenomena appear vary. The black-smi- ths’book N° 469 has most of the mentioned phenomena. It has to be mentioned that the inhabitants of Przemyśl olid not enter the obvions Ukrainian forms into the books, only those which were considered native.
Jerzy Motyłewicz Materiały do dziejów rzemiosła kuśnierskiego w Dubiecku (w. XVII—XVIII) I. WSTĘP Bardzo skąpy jest stan zachowania materiałów źródłowych do dzie- jów rzemiosła na Rusi Czerwonej. Dla przeważającej liczby miast, szcze- gólnie tych mniejszych — nie posiadamy żadnych przekazów źródłowych, stąd tym cenniejsze jest każde, nawet najmniejsze odkrycie źródłowe. W tym właśnie aspekcie ocenić można księgę przyjęć i wyzwolin uczniów cechu kuśnierskiego w Dubiecku, przechowywaną w Centralnym Pań- stwowym Archiwum Historycznym USRR we Lwowie x. Księga ta nie była dotychczas znana historykom zajmującym się dziejami Rusi Czer- wonej, tak jak i fakt istnienia cechu kuśnierskiego w Dubiecku. M. Hor- nowi nie udało się ustalić, mimo przeprowadzenia szczegółowej kweren- dy, zorganizowania się cechu kuśnierzy dubieckich 1 2. Stwierdzenia te stały się źródłem inspiracji i motywem opracowania dziejów tego cechu, jako przyczynku do historii rzemiosła na Rusi Czer- wonej w okresie staropolskim. Ważnym uzupełnieniem materiału zawartego w księdze jest również nieznany oryginał pierwszego, a zarazem jedynego statutu cechu z 1575 roku. Zebrano także kilka innych drobnych informacji źródłowych, które w niewielkim jednak stopniu pozwalają uzupełnić luki w rekonstrukcji całości zagadnienia. Na podstawie wspomnianego zasobu źródłowego prześledzić można 1 Centralne Państwowe Archiwum Historyczne USRR we Lwowie (dalej CPAHL), Regestr przyjmowania pacholików do ćwiczenia rzemiosła kuśnierskiego w Dubiecku, fond (f.) 30, opis (o.) 1, sprawa (sp.) 1, ss. 126. Zawiera dokładne wpi- sy imion i nazwisk uczniów, ich pochodzenie, nazwiska mistrzów — nauczycieli i miejsca ich pracy, wysokość oraz zakres świadczeń i opłat uczniowskich, a także inne informacje z działalności cechu. Wpisy rozpoczęto w 1575 roku, a zakończono w 1685. Jedyna późniejsza notatka pochodzi z 1819 roku. 2 M. Horn, Rzemiosła skórzane w miastach ziemi przemyskiej i sanockiej w latach 1550—1650, „KHKM”, R. XX, 1972, s. 71—99.
dzieje cechu w ponad stuletnim przedziale czasowym (1575—1685) —• bardzo ciekawym — przypadającym bowiem na okres znacznych ano- malii w ogólnym ciągu rozwojowym większości miast polskich. II. DUBIECKO ZA KMITÓW, STADNICKICH I KRASICKICH (UWAGI O STANIE I KIERUNKACH ROZWOJU GOSPODARCZEGO) Dubiecko, jak większość małych miast prywatnych, swoje istnienie i stopień rozwoju związało ściśle z organizacją i funkcjonowaniem go- spodarki wielkiej własności ziemskiej. W okresie, kiedy w wyniku nadań królewskich zapoczątkowanych przez Władysława Jagiełłę w 1389 roku właścicielami osady oraz zasobnej i rozległej fortuny zostali Kmitowie, było Dubiecko jeszcze wsią 3. Następcy Piotra Kmity kasztelana lubel- skiego, wojewody sandomierskiego i krakowskiego, pierwszego właści- ciela Dubiecka drogą darowizn królewskich powiększyli znacznie swoje dobra, rozlokowane w ziemi przemyskiej i sanockiej. Dubiecko stało się wkrótce centrum północno-wschodniej części tych dóbr. Zadecydowało o tym przede wszystkim położenie na uczęszczanym szlaku handlowym z Węgier, którego odcinek przebiegał przez Dubiecko do Dynowa i Pruch- nika. Awans Dubiecka znalazł pełny wyraz w podniesieniu dotychczasowej osady wiejskiej do rangi miasta, być może jeszcze w 1407 roku, kiedy tó Mikołaj Kmita, syn Piotra, otrzymał od Władysława Jagiełły przywilej wystawiony 24 sierpnia w Wiślicy, zezwalający na lokowanie miasta 4. Kmitowie byli właścicielami Dubiecka do 1531 roku, w tym to bo- wiem roku przeszło w posiadanie Stadnickich. Po dość burzliwych dzie- jach tej rodziny, zapisanych również w historię miasta, ostatni jego dziedzic, Andrzej Stadnicki, oboźny koronny, kasztelan przemyski, sprze- dał Dubiecko w 1588 roku Stanisławowi Konarskiemu. W posiadaniu tej rodziny pozostawało do początków XX wieku 5. W interesującym nas okresie, a więc w drugiej połowie XVI wieku przeżywało miasto rozkwit gospodarczy, którego źródeł szukać należy w rozwoju gospodarczym najbliższego terenu, pozostającym w związku z ogólnie korzystną koniunkturą gospodarczą Rzeczypospolitej. W tym bowiem stuleciu otrzymało miasto dwa jarmarki, a także dochody z jatek rybnych, handlu solą, folusza, wyszynku i przewoźnego6. Nie były to jednak dochody zbyt duże, skoro nie poczyniono większych inwestycji miejskich, nawet w tak ważnej sprawie jak obronność. Kierunek rozwoju gospodarczego Dubiecka ukształtowany został osta- tecznie w okresie przynależności do Stadnickich, a więc w drugiej po- łowie XVI wieku. Uczynili oni z Dubiecka centrum administracyjne, a częściowo i gospodarcze swoich dóbr. I to zadecydowało w dużym stop- 3 AGAD, MK 35, 299. Zob. też: K. Chłapowski, Z. Głębocka, Dzieje Dubiecka, Przemyśl 1972, s. 14, przypis nr 11, 12. 4 Wojewódzkie Archiwum Państwowe w Przemyślu (dalej WAPP), Archiwum Zamku Leskiego, syg. 24. 6 Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego..., t. 2, s. 187, 188. 6T. Wierzbowska, Matricularum Regni Poloniae Sumarias, t. IV, nr 5755, s. 342; M. Baliński, T. Lipiński, Starożytna Polska pod względem histo- rycznym, geograficznym i statystycznym..., Warszawa 1885, s. 82; K. Chłapow- ski, Z. Głębocka, op. cit., s. 24, 36.
niu o strukturze gospodarczej i funkcjach rynkowych miasta. Coraz mniejszą rolę odgrywała wymiana ponadregionalna, a w jeszcze mniej- szym stopniu międzynarodowa. Zasięg rynku dubieckiego w dużym za- kresie ograniczony został przez stale zmieniający się wskutek podziałów rodzinnych obszar własności ziemskiej. Ograniczenia i reglamentacje do- tyczące wsi pańszczyźnianej czyniły określone zespoły dóbr zamknięty- mi jednostkami gospodarczymi, a szczególnie w zakresie obustronnej wy- miany między miastem a wsią. Zakres wymiany handlowej o charakterze międzynarodowym, na po- łudniowo-wschodnich terenach Rzeczypospolitej, został już w XV wieku znacznie ograniczony przez bezwzględne prawo składu Lwowa, a wszel- kie przecieki tego handlu przechwytywane były przez większe miasta, jak Drohobycz, Sambor, Przemyśl, Jarosław 7. Taki układ stosunków handlowych także rzemiosłu nie stwarzał szer- szych możliwości rozwojowych mimo protekcyjnego interwencjonalizmu dominialnego. Z badań M. Horna nad rzemiosłem miejskim w ziemi przemyskiej i sanockiej i niezbyt precyzyjnie podanych danych liczbo- wych wynika, że pod względem liczby zawodów rzemiosło dubieckie w latach 1550—1650 zajmowało czwarte miejsce (29 zawodów), po Krośnie (59 zawodów), Lesku (48 zawodów), Sanoku (30 zawodów), przewyższając znacznie równe sobie pod względem liczby ludności miasteczka ziemi sa- nockiej i przemyskiej8. Nie jest to jednak najlepsze kryterium oceny rozwoju i znaczenia rzemiosła, bardziej bowiem przydatne są tu dane o ilości warsztatów lub rzemieślników w poszczególnych zawodach. Z kilku przekazów źródłowych dowiadujemy się, że na przełomie XVI i XVII wieku pracowali w Dubiecku rzemieślnicy następujących spe- cjalności: szewcy, kowale, garbarze, bednarze, krawcy, kuśnierze, pra- solowie, rzeźnicy, piekarze, murarze, strycharze, rzeźbiarze, malarze, sto- larze, safianicy, rymarze, kołodzieje, ślusarze, rusznikarze, iglarze i miecz- nicy 9. Liczba rzemieślników poszczególnych zawodów nie była wielka, wahała się bowiem od 1 do 4, natomiast aż 7 zawodów reprezentowanych było przez jednego tylko rzemieślnika. Wiadomość o tkaczach, kuśnierzach i safianikach, rzemieślnikach o wysokim stopniu specjalizacji posłużyła autorom monografii Dubiecka do wyciągnięcia wniosku o „korzystnym rozwoju dubieckiego rzemio- sła” w tym czasie 10 11. Zgadzając się z treścią uwagi o ożywieniu rozwoju rzemiosła w Dubiecku na przełomie XVI i XVII wieku, nie można uznać zasadności podstaw takiej oceny. Dawno już bowiem stwierdzono, że tkactwo należało do bardzo popularnych rzemiosł i w każdym niemal mieście spotykamy tkaczy n. To samo odnieść można do kuśnierzy, tym 7 S. Lewicki, Targi lwowskie od XIV—XIX wieku, Lwów 1921, s. 16. 8 M. Horn, Lokalizacja cechów i specjalności rzemieślniczych w miastach ziemi przemyskiej i sanockiej w latach 1550—1650, „PH”, t. 61, 1970, z. 3, s. 44. 9 Archiwum Diecezjalne w Przemyślu, Wizytacja biskupa H. W. Sierakowskie- go, ks. 159, f. 1735; WAPP, Archiwum..., nr 131, s. 5; M. Horn, Ruch budowlany to miastach ziemi przemyskiej i sanockiej w latach 1650—1750 na tle przesłanek urbanistycznych, „Zeszyty Naukowe WSP w Opolu”, Seria B, Opole 1968, s. 34—35. 10 K. Chłapowski, Z. Głębocka, op. cit. s. 35. 11 J. Małecki, Studia nad rynkiem regionalnym Krakowa w XVI wieku, War- szawa 1963, s. 128; J. Motylewicz, Przeworski ośrodek płócienniczy XVI— XIX wieku (Próba zarysu), „Rocznik Przemyski”, t. 17, 18, 1977, s. 37.
bardziej że wykonywali oni przeważnie wyroby proste z przeznaczeniem w znacznej części dla wiejskiego odbiorcy 12. Jeśli chodzi o safianika, to pracował on najpewniej na potrzeby zamku, zapewniając sobie tą drogą zbyt swoich wyrobów, a być może, jak w wielu innych miastach, nazwą tą określano szewca niecechowego, wyrabiającego także skóry. O stosunkowo szerokim zakresie występujących w Dubiecku zawodów rzemieślniczych zadecydowały, jak sądzić należy, budowa zamku i obiek- tów zamkowych, a także pobyt — przeważnie stały — rodziny możno- władczej i służby. Proces zorganizowania się rzemiosła w Dubiecku wystąpił dość późno, a jego początki sięgają najpewniej końca XVI wieku. Sprawa ta jest o tyle trudna do dokładnego ustalenia, że nie zachowały się żadne wia- domości o początkach organizacji cechowych z wyjątkiem kuśnierskiej i szewskiej13. O istnieniu innych cechów dowiadujemy się z późniejszego zapisu źródłowego o charakterze pośrednim. Wynika z niego, że były w Dubiec- ku następujące cechy: garncarski, rymarski, krawiecki, kuśnierski, bed- narski, stolarski, ślusarski, mularski14. III. POWSTANIE I ORGANIZACJA CECHU Rzemiosło kuśnierskie w Dubiecku osiągnęło w ciągu XVI wieku taki stopień rozwoju, który pozwalał na przyjęcie organizacyjnych form ce- chowych. Stało się to 12 czerwca 1575 roku w wyniku nadania kuśnie- rzom statutu przez właścicieli Dubiecka — Stadnickich, a więc braci Stanisława i Marcina oraz siostry Barbary 15. Powstanie cechu przypadło na okres wzrostu ogólnej tendencji organizowania się rzemiosła kuśnier- skiego w miastach ziemi przemyskiej i sanockiej, to jest na drugą połowę XVI wieku. W tym to bowiem półwieczu powstało 9 cechów kuśnier- skich na ogólną sumę 19, które zorganizowano w obu ziemiach w prze- ciągu dziejów 16. W uzupełnieniu tych ustaleń weryfikacji wymaga data powstania cechu kuśnierskiego w Jarosławiu. Przyjmowano bowiem, że erekcja cechu miała miejsce w 1609 roku17. Tymczasem z nieznanego do tej pory statutu cechu w Kańczudze wynika, że już w 1568 roku istniał 12 M. Horn, Rzemiosła skórzane..., s. 87. 13 Tenże, Lokalizacja cechów..., s. 417. 14 Inwentarz 'Muzealny, Archiwalny, Biblioteczny Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Przemyślu za rok 1909—1911, Przemyśl 1912, s. 32. W dziale tego inwentarza za- tytułowanym „depozyta” zawarta jest informacja, że ks. Stanisław Szpunar prze- kazał w formie depozytu do archiwum TPN, oprócz statutu cechu kuśnierskiego, także akta następujących dubieckich cechów: garncarskiego, rymarskiego, krawiec- kiego, kuśnierskiego, bednarskiego, stolarskiego, kowalskiego, ślusarskiego i murar- skiego. W następnym katalogu z 1921 roku nie ujęto już tych akt oprócz statutu cechu kuśnierskiego. Nie udało się ustalić do tej pory, co się stało z tymi rękopisami. 15 Wśród wystawców statutu, oprócz podpisanych, widnieją na dokumencie imiona pozostałych braci Stadnickich: Mikołaja, Jana, Samuela i Andrzeja. WAPP, Zbiór dokumentów pergaminowych z Archiwum TPN w Przemyślu, pergamin nr 11. 18 W XV wieku powstały 2 cechy, a w pierwszej połowie XVI wieku 4. Pozo- stałe 4 cechy założono na początku XVII wieku. M. Horn, Rzemiosła skórzane..., s. 87. 17 Tenże, Lokalizacja cechów..., s. 414; W. Grędowski, Z. Stręczak Lokacja Jarosławia na prawie magdeburskim, Jarosław 1975, s. 26.
cech w Jarosławiu, którego prawa posłużyły za wzór kuśnierzom kań- czudzkim 18. Wzorem do opracowania statutu cechu kuśnierskiego w Dubiecku były prawa kuśnierzy sanockich, które oni otrzymali jeszcze w 1530 ro- ku. Opierając się na przykładach z innych miast stwierdzamy, że już w drugiej połowie XVI wieku utarła się praktyka przyjmowania przez ce- chy z mniejszych miast wzorów statutów, przeważnie z miast większych — zwykle ośrodków władz administracyjnych. Do tego czasu sprawy te układały się różnie, choć jak wynika z badań Ł. Charewiczowej wzorce organizacyjne czerpano głównie z miast będących centrami określonej specjalizacji rzemieślniczej, wyróżniających się nie zawsze wielkością czy sprawowaną funkcją administracyjną 19, Statut kuśnierzy dubieckich nie jest wiernym odpisem praw cechu sanockiego. Został on bowiem zmodyfikowany i przystosowany do miej- scowych warunków. Tylko w zasadniczych sprawach, dotyczących za- gadnień organizacyjnych, widoczna jest duża zbieżność. Sądzić można, choć brak na to dowodów, że kuśnierze dubieccy czynić musieli starania w cechu sanockim o pozwolenie wykorzystania ich praw cechowych20. W statucie wyraźnie określono zwyczajny charakter cechu. Tymcza- sem z treści regestru przyjęć i wyzwolin uczniów wynika, że już od sa- mego początku był cechem naczelnym. Nie wiadomo, w jakich okolicz- nościach i jaką drogą doszło do nadania cechowi takiej formy organiza- cyjnej. Być może rozwiązywał to osobny akt prawny, który nie docho- wał się do naszych czasów. Fakt ten jest szczególnie godny uwagi, po- nieważ w miastach Rusi Czerwonej nie spotykamy się z tego typu formą organizacyjną cechów. Jak wynika z badań G. J. Rolbieckiego, cech naczelny obejmował swym wpływem rzemieślników zamieszkujących określony teren — zwykle całą dzielnicę21. Cech dubiecki rozciągał swoje zwierzchnictwo na kuśnierzy pracujących w dobrach Krasickich, co związane było ściśle z funkcjonowaniem latyfundium, jako samodzielnej i odrębnej jednostki gospodarczej. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy taki charakter cechu wynikał z intencji dworu, czy samych rzemieślników, a może obu stron, co jest najbardziej prawdopodobne ze względu na obopólny interes. Przynależność do cechu kuśnierzy z osad wchodzących w skład dóbr Krasickich oparta była na zasadzie przymusu. W ten sposób cech dubiec- ki podporządkował sobie całe wytwórstwo na obszarze latyfundium Kra- sickich. Na podstawie zachowanego materiału źródłowego udało się ustalić przynależność do cechu kuśnierzy z czterech miasteczek i sześciu wsi. Przypuszczać należy, że również kuśnierze z kilku innych wsi wchodzili w skład cechu, co jednak nie znajduje źródłowego udokumentowania. 18 Cech kuśnierski w Kańczudze otrzymał statut w 1568 roku. Archiwum Pań- stwowe miasta Krakowa i Województwa Krakowskiego (dalej APmK), Akta m. Kań- czugi, perg. nr 237. 19 Ł. Charewiczowa, Lwowskie organizacje zawodowe za czasów Polski przedrozbiorowej, Lwów, 1929, s. 4. 20 Zezwolenie takie otrzymał cech w Rymanowie od starszych cechu sanockie- go. M. Horn, Rzemiosła skórzane..., s. 87. 21 G. J. R o 1 b i e c k i, Prawo przemysłowe miasta Wschowy w XVIII wieku, Poznań 1951, s. 65.
\rzeszów PRZEMYŚL Ryc. 1. Miejscowości, z których kuśnierze wchodzili w skład cechu naczelnego w Dubiecku Lp Miejscowość Liczba mistrzów Notowani w latach 1 Babice 16 1619, 1621, 1623, 1625, 1627(4n), 1634(4n) 1635, 1636, 1637, 1638 2 Jawornik 1 1642 3 Krasiczyn 2 1670, 1672 4 Krzywcza 7 1625, 1635(2n), 1642, 1643, 1646, 1673 5 Sielnica 1 1638 6 Skopów 3 1618, 1619, 1627 7 Rączyna 2 1635, 1637 8 Ruszelczyce 3 1618, 1639, 1644, 1645 9 Wołodza 6 1625, 1626, 1632, 1633(2n) n- notowania Jak wynika z ryc. 1, najwięcej kuśnierzy, obok Dubiecka, mieszkało w miasteczkach Babice i Krzywcza oraz we wsiach Ruszelczyce i Sko- pów 22. Były to bezsprzecznie najznaczniejsze skupiska kuśnierzy w la- tyfundium. 22 Mapkę i zestawienie wykonano na podstawie następujących źródeł: CPAHL, f. 30, o. 1, sp. 1, ss. 1—126.
W statucie wyraźnie określono jednostkowy charakter cechu, gwa- rantując przynależność jedynie kuśnierzy. Z biegiem czasu wystąpiły jednak znaczne odstępstwa od tej zasady. Posiadamy bowiem informa- cje, z których wynika, że do cechu kuśnierskiego przyjęto kilku uczniów na naukę rzemiosła krawieckiego. Także jednego krawca widzimy wśród starszych cechu kuśnierskiego 23. Informacje te wydają się wskazywać, że już na początku XVII wieku przyjęci zostali do cechu krawcy. W ten to sposób doszło najpewniej do rezygnacji z jednostkowego charakteru i przejścia do formy łącznego ce- chu kuśniersko-krawieckiego, co jeszcze dobitniej wydaje się potwierdzać jedyny zachowany zapis z 1613 roku, mówiący o wspólnym cechu kuśnier- sko-krawieckim24. Późniejsze zapisy informują już tylko o cechu kuśnierskim, mimo iż sporadycznie wśród przyjmowanych do nauki wi- dzimy uczniów krawieckich. Trudno jest aktualnie wyjaśnić, wobec bra- ku szerszych informacji źródłowych, w jakich okolicznościach i zakre- sie doszło do współpracy obu rzemiosł. Mimo braku możliwości wyjaś- nienia tej sprawy, jedno wydaje się być pewne, a mianowicie, że próby połączenia obu rzemiosł we wspólnym cechu miały miejsce w trudnym okresie dla rzemiosła miejskiego Dubiecka, przypadającym na początek XVII wieku. Trudności te, jak sądzić można, wystąpiły po pożarze 1608 roku, w którego wyniku spłonęła niemal cała zabudowa miasta 25. Zarząd cechu tworzyli: cechmistrz, podcechmistrz i sześciu braci star- szych, wśród których byli kuśnierze z innych miejscowości. Kadencja zarządu trwała jeden rok. W skład cechu wchodzili także mistrzowie młodsi. Warunkiem uzyskania mistrzostwa było wykonanie sztuki, na którą składało się uszycie „błamy” futra ze skór gronostajowych lub króli- czych 26. Stopień trudności zawarty w sztuce nie był mniejszy niż w ce- chach innych miast, a może nawet bardziej skomplikowany. Dla porów- nania podajemy, że we Lwowie i Przeworsku sztuka polegała na wyko- naniu „darmoci z popielic”, a w Kańczudze „kożucha kapłańskiego z czar- nych szmuszów lub „kilicy białogłowskiej” 27. Nad wykonywaniem sztu- ki, będącej wyrazem i sprawdzianem zawodowych umiejętności przy- szłego mistrza, sprawowali opiekę dwaj starsi mistrzowie. Z obowiązku „robienia sztuki” zwolnieni byli czeladnicy, którzy w formie wykupu złożyli opłatę 6 zł. Dodatkowym obciążeniem, przy tej okazji, były także inne świadczenia, jak danina z wosku i zorganizowanie kolacji. Cech kuśnierski pełnił określoną rolę w obronie miasta. Sporządzo- 23 W 1613 roku przyjęty został na naukę rzemiosła kuśnierskiego Simine, syn Anny-rzeźniczki; w 1614 roku Waśko filius molitoris z Iskani; w 1687 roku Iwanko, a w 1680 — Iwanko Wasylko. W 1614 roku Iwaśko, syn pisarza ruskiego, uczył się rzemiosła u krawca Mateusza. CPAHL, f. 30..., s. 46, 47, 120, 121, 125, 126. 24 W roku 1670 starszym cechu był krawiec Iwanko Polchowski, CPAHL, f. 30..., s. 125. 25 Tamże, s. 46. 26 WAPP, Zbiór..., perg. nr 11. 27 Ł. Charewiczowa, op. cit., s. 94; Biblioteka Czartoryskich — Muzeum Narodowe w Krakowie. Kopiariusz przywilejów m. Przeworska, rkps 32, s. 114; APmK, perg. nr 237.
ny w 1578 roku inwentarz zawiera wykaz różnorodnej broni, gromadzo- nej przez cech do obrony. Nad stanem jakościowy?.i i ilościowym broni czuwał sam cechmistrz i on odpowiadał za jej właściwe utrzymanie28. IV. SKŁAD NARODOWOŚCIOWY Cech nie miał jednolitego charakteru pod względem narodowościo- wym. Jego bowiem członkami byli zarówno Polacy, jak i Rusini, a także Żydzi w okresie późniejszym. Już wśród kuśnierzy, którzy podjęli sta- rania o zorganizowanie cechu, wymienieni są w statucie oprócz Pola- ków także Rusini29. Tym samym dokumentem zagwarantowane zostało kuśnierzom ruskim pełne członkostwo w cechu, a jako uzasadnienie po- dano, że „tu jest tak wiele Rusi, jako i Polaków” i dalej — „też za ich (Rusinów) staraniem ten fundusz jest podany.” Rusini dopuszczeni zo- stali na równi z Polakami do sprawowania wszystkich funkcji w cechu 30. Takie ułożenie stosunków narodowościowych w cechach miało miejsce w niektórych tylko mniejszych miastach. Niewątpliwie przyczyn tego zjawiska szukać należy w ich nielicznym stanie osobowym i w związku z tym z potrzebą konsolidacji wszystkich rzemieślników bez względu na narodowość i wyznanie. Od początku istnienia cechu aż do lat dwudziestych XVII wieku daje się zauważyć wśród starszyzny cechowej dość duża liczba kuśnierzy o nazwiskach ruskich. W okresie następnym miał miejsce powolny przyrost w zarzą- dzie cechu kuśnierzy o nazwiskach polskich. Dubiecko zamieszkiwała na przełomie XVI i XVII wieku w przeważającej części ludność polska. Czym więc tłumaczyć tak dużą ilość Rusinów w cechu kuśnierskim. Przyczyn tego stanu rzeczy prawdopodobnie szukać należy w tradycji uprawiania przez nich tego rzemiosła. W końcu XVIII wieku przenik- nęli do cechu Żydzi. Informuje o tym dość późna wzmianka, bo dopiero z początku XIX wieku 31. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić istnienia antagonizmów i sporów narodowościowych w cechu. Opierając się jednak na przykładach z in- nych miast sądzić można, że nie udało się ich uniknąć, a nie bez zna- czenia w tych konfliktach były spory natury religijnej. Z tego to po- wodu w statucie uregulowano prawnie te sprawy. Polacy i Rusini zobo- wiązani zostali do wzajemnego uczestniczenia we wszystkich obrzędach 28 WAPP, Zbiór..., perg. nr 11. Z regestru wynika, że w cechu znajdowały się następujące przedmioty: pułhaków oprawnych 8, rusznic długich 3, rusznica krót- ka 1, bęben 1, rydel 1, łopata 1, powróz 1, szklanica malowana 1. CPAHL, f. 30..., s. 6. 29 Statut zawiera nazwiska następujących kuśnierzy założycieli cechu: Wojciech Krzeczek, Hric Krzeczek, Dinis Hiczko, Walenty Sławek, Jurek Hric, Fiedko Usie- niczek. Niektóre z wymienionych nazwisk widnieją w składzie pierwszego zarządu cechu. Oto pełny jego skład: Griczek Krzeczek, Wojciech Krazikijowicz, Jurek Iwaskowicz, Gricz Pawłokomski, Fryłko Saszenicz, Stanisław Rymisik, Fryłko Go- lonka. WAPP, Zbiór..., perg. nr 11; CPAHL, f. 30..., s. 2. 80 WAPP, Zbiór..., perg. nr 11. 31 W rejestrze przyjęć i wyzwolin uczniów zachował się zapis z 1819 roku in- formujący, że starozakonny Jacko Fiszer „nie był posłuszny cechowi”. CPAHL, f. 30..., s. 15.
religijnych, a głównie pogrzebowych. Wyjątkiem było zwolnienie Pola- ków od tych uroczystości cerkiewnych, które zwoływano „obesłaniem”, a więc przeznaczonych tylko dla Rusinów 32. V. FUNKCJE CECHU W ZAKRESIE KSZTAŁCENIA NOWYCH KADR Jedną z istotnych form działalności cechu było szkolenie nowych kadr dla rzemiosła. Ta niewątpliwie ważna społecznie funkcja wynikała w znaczniejszym stopniu z korzyści ekonomicznych, jakie przynosiła ce- chowi i poszczególnym mistrzom niż z motywacji ogólniejszych. W zakresie organizacji nauki cech pełnił rolę pośrednika między przyszłym uczniem a właściwie jego opiekunami i samym mistrzem. Ta strona działalności przynosiła cechowi znaczne korzyści, których źród- łem byli sami uczniowie, zobowiązywani do określonych świadczeń w za- mian za wyrażenie zgody na naukę rzemiosła 33. W umowie między opie- kunem ucznia a mistrzem-nauczycielem określano czas i zasady nauki. Decyzja o przydziale ucznia konkretnemu mistrzowi podejmowana była przez cały zarząd cechu. Wszystkie elementy umowy znajdowały udoku- mentowanie w księdze przyjęć i wyzwolin uczniów. Czas nauki uzależ- niony był od zasady, na jakiej, według umowy, miała się ona odbywać — jeżeli za opłatą, to wynosił maksimum trzy lata. W przypadku nauki za wysługę, okres ten wydłużano do czterech lat. Zdarzało się niekiedy, że czas nauki skracano do minimum przez podwyższenie opłaty34. Przyjęty przez kuśnierzy dubieckich czas trwania nauki nie odbiegał zasadniczo od zasad stosowanych przez cechy innych miast — głównie z terenu województwa ruskiego — i wynosił trzy lata 35. Nauka kończy- ła się wyzwoleniem ucznia, który to akt dokonywał się przed starszyzną cechową obustronnym stwierdzeniem mistrza i ucznia, że wzajemnie wy- pełnili zawarte w umowie zobowiązania. Miarą wielkości i znaczenia cechu był stopień jego aktywności w za- kresie kształcenia nowych kadr. Nie był on niski w dubieckim cechu kuśnierskim. W ciągu bowiem stu lat przyjął i skierował na naukę 137 uczniów. 32 WAPP, Zbiór..., perg. nr 11. 33 Opłata wpisowa do cechu wynosiła 15 gr. Oprócz tego zakres obowiązkowych świadczeń obejmował pół cebra piwa, funt wosku, a przy wyzwalaniu ucznia rów- nież pół cebra piwa. Wysokość i zakres wpisowego, pobieranego od uczniów ku- śnierskich w Dubiecku, nie odbiegała zasadniczo od praktyk w cechach innych miast; na przykład uczniowie cechu w Kańczudze płacili wstępnego 18 gr. CPAHL, f. 30..., s. 3, 45. APmK, perg. nr 237. 34 W 1589 roku Stecz Bródka złożył opłatę w wysokości 4 zł za naukę rzemio- sła w ciągu trzech lat. W tym samym czasie Hieronim Sawczuk z Babic odbył jeden rok nauki za opłatą 8 zł. Świadczenia w naturze na rzecz mistrza obejmo- wały: garnek masła, korzec żyta, pół korca pszenicy i sześć serów. W 1606 roku Antoni Hicko z Birczy uczył się „pół trzecia” roku u kuśnierza niecechowego we Lwowie. Po tym czasie przeniósł go ojciec do cechu w Dubiecku. CPAHL, f. 30..., s. 25, 43. 35 Trzy lata nauki obowiązywały uczniów w cechu kuśnierskim Lwowa, Prze- myśla, Sanoka i Kańczugi. Ł. C h a r e w i c z o w a, op. cit., s. 7; K. Arłamow- s k i, Dzieje 'przemyskich cechów rzemieślniczych w dawnej Polsce, Przemyśl 1931, s. 17; APmK, perg. nr 237; A. K u c z e r a, Samborszczyzna. Ilustrowana mono- grafia miasta Sambora i Ekonomii Samborskiej, Sambor 1935, t. I, s. 472; Biblio- teka PAN w Krakowie, rkps 2853.
Pochodzenie społeczne uczniów nie było jednolite. Najwięcej, bo 56%, wywodziło się z rodzin chłopskich. Dość licznie reprezentowani byli synowie mieszczan — przeważnie rzemieślników, a także przedmiesz- czan i duchownych obrządku wschodniego. Zarejestrowano także przy- padki przenoszenia do cechu terminatorów od partaczy36.' Liczny sto- sunkowo napływ młodzieży, a szczególnie wiejskiej, do nauki rzemiosła dowodzi znaczenia organizacji cechowych w procesie przemian prowa- dzących do kształtowania się nowych struktur społecznych, głównie w zakresie stratyfikacji zawodowej i klasowej ówczesnego społeczeństwa. Przebieg ogólnego rozwoju cechu oraz całego rzemiosła kuśnierskie- go pozostawał wprost proporcjonalny do stopnia aktywności w wypeł- nianiu funkcji dydaktycznych. Okresom gospodarczej koniunktury rze- miosła odpowiadał przeważnie liczbowy wzrost przyjęć uczniów. Dowo- dzi tego wykres średniej zmiennej ilości przyjęć i wyzwolin uczniów 37. Ryc. 2 Wykres średniej zmiennej przyjęć i wyzwolin uczniów w dubieckim cechu kuśnierskim Analiza zmiennych pozwala na stwierdzenie, że w pierwszym okresie działalności cechu, kończącym się w latach dwudziestych XVII wieku, ilość przyjętych i wyzwolonych uczniów uległa niewielkim, pozostają- cym w normie wahaniom. Taki stan rzeczy był rezultatem wstępnego okresu działalności cechu, w którym nie wystąpiły większe zmiany w za- sadach działania i strukturze organizacyjnej. Jeszcze przestrzegane były rygorystycznie formy średniowiecznej reglamentacji cechowej, szczegól- 39 Biblioteka PAN w Krakowie, rkps 2853. 37 Podstawa źródłowa wykresu: CPAHL, f. 30..., s. 2—126.
nie w zakresie stanu ilościowego mistrzów i uczniów. Prowadziło to do ugruntowania określonego poziomu stagnacji. Dalsza analiza średniej zmiennej prowadzi do wniosku, że już na po- czątku XVII wieku rozwinęły się wewnątrz cechu procesy, w których wyniku nastąpiło rozluźnienie zasad organizacyjnych, a przede wszyst- kim barier reglamentacyjnych. Przemiany te dokonały się jeszcze w la- tach trzydziestych, to jest w okresie korzystnej sytuacji gospodarczej Rzeczypospolitej, a szczególnie jej ziem południowo-wschodnich. Nie bez znaczenia była tu także względna stabilizacja polityczna, jaka ukształ- towała się w tym czasie na tych terenach. Wszystko to sprzyjało roz- wojowi rzemiosła i znajdowało odbicie także we wzroście liczby uczniów. Prcrces ten dokonywał się między innymi drogą powiększenia stanu oso- bowego mistrzów, choć nie bez znaczenia było tu także zwiększenie zain- teresowania rzemiosłem ze strony młodzieży, w tym głównie wiejskiej. Koniec lat czterdziestych przyniósł gwałtowny spadek zainteresowa- nia nauką rzemiosła kuśnierskiego. Wydaje się być pewnym, że zasad- niczych przyczyn tego faktu szukać należy w działaniach wojennych, które na terenie województw południowo-wschodnich były szczególnie dotkliwe ze względu na długi czas ich trwania, jak i wyjątkowo wynisz- czający charakter. Największy spadek przyjęć i wyzwolin uczniów miał Ryc. 3 Miejscowości, z których pochodzili uczniowie cechu kuśnierskiego w Dubiecku
2 1 3 Miejscowość Lata wpisu do rejestru 1 2 3 1634(3w), 1635, 1640, 1642, 1646 1 Babice 1589, 1619, 1623, 1634(2w), 1635, 1639, 1641, 1642, 1645 25 Laskówka 1625, 1627 26 Niebylec 1589 27 Nienadowa 1595 28 Pawłokoma 1588, 1590 2 Bachórz 1612 29 Polchowa 1600, 1637, 1638 3 Bachórzec 4 Biała 1595, 1596, 1604, 1608, 1614, 1616, 1619, 1624, 1629 1628, 1629, 1637, 1682 30 Pruchnik 1603 31 Przedmieście Dubieckie 1592, 1628 32 Przedmieście Dynowskie 1617, 1636 5 Bircza 1580, 1592, 1594, 1606, 1634 33 Przemyśl 1592 34 Skopów 1584, 1604, 1618 6 Czarna 1632 35 Sliwnica 1589, 1613, 1645 7 Dobra 1625 36 Sielnica 1593, 1638 8 Drohobycz 1622 37 Srogów 1631 9 Drohobyczka 1578, 1632 38 Średnica 1596 10 Dubiecko 1629(2w), 1696, 1642, 1644, 1646(2w) 39 Rączyna 1635 40 Reczpol 1593 11 Dubkowice 1633 41 Roźwienica 1611 12 Dynów 1627, 1638 42 Ruska Wieś 1576, 1579, 1694 13 Hadle 14 Harta 15 Hłudno 1635 1575 1646 43 Ruszelczyce 1589, 1627, 1632 (2w), 1636(2w), 1644, 1645, 1672 16 Iskań 17 Jawornik 1583, 1587, 1589, 1593, 1606, 1623 1638, 1639, 1643 44 Tarnawce 1643 45 Tarnawka 1612, 1619, 1623, 1638 18 Kańczuga 1597 46 Ulanicze 1640 19 Kosztowa 20 Kramarzówka 21 Krasiczyn 1615 1633, 1644 1670 47 Węgierka 1588, 1592, 1594 48 Wola Krzywiecka 1588, 1635, 22 Krosno 1629 49 Wołodź 1629, 1630 23 Krzeczkówa 1580 50 Wydrna 1632 24 Krzywcza 1587, 1594, 1604, 1618, 1625(2w), 51 Zalesie 1679 52 Żurawica 1590 w — wpisy miejsce od 1649 do 1665 roku. O znacznym kryzysie cechu w tym okre- sie świadczy fakt, że w ciągu pięciu lat, to jest od 1649 do 1654 roku, nie wyzwolono ani jednego ucznia. Lata następne nie przyniosły popra- wy, a niegasnące konflikty pogłębiły i wydłużyły regres gospodarczy przejawiający się również w upadku rzemiosła 38. Określoną wykładnią faktycznego stanu rzemiosła jest między innymi stopień aktywności w szkoleniu uczniów. Z przeprowadzonych wyliczeń wynika, że był on stosunkowo wysoki i w skali globalnej w ciągu stu lat wynosił 70 proc. Jak wynika z wykresu średniej zmiennej przyjęć 38 J. M o t y 1 e w i c z, Przeworski..., s. 48.
i wyzwolin uczniów, tylko w niektórych latach występowały mniej zna- czące i krótkotrwałe dysproporcje między obydwoma wskaźnikami. Zasięg terytorialny miejscowości, z których pochodzili uczniowie ce- chu kuśnierskiego w Dubiecku, był stosunkowo szeroki. W większości dotyczył osad wiejskich oddalonych od Dubiecka w promieniu nie prze- kraczającym 30—40 km 39. Oddziaływanie cechu w tym zakresie ograniczone było sferą wpły- wów większych miast, głównie Przemyśla, Jarosławia, Sanoka i Sambora. Między tymi miastami i obszarem ich oddziaływania rolę znacznego sku- piska kuśnierzy pełniło Dubiecko. W ciągu stulecia zdobywali tu umie- jętności rzemiosła kuśnierskiego uczniowie z 52 miejscowości, w tym tak dużych miast jak Przemyśl i Krosno. Dla kilku mniejszych miast z te- renu ziemi przemyskiej i sanockiej, a więc Birczy, Babic, Krzywczy i Pruchnika było Dubiecko kuźnią wykwalifikowanych kadr. Z tych bo- wiem miast rekrutowali się przeważnie uczniowie. VI. Z PROBLEMÓW ORGANIZACJI PRODUKCJI I ZBYTU Miarą osiągniętej przez rzemiosło specjalizacji jest między innymi stopień zapotrzebowania na jego wyroby. Rzemiosło kuśnierskie — w przeciwieństwie do czasów obecnych — było jednym z liczniej uprawia- nych zawodów. Źródeł tego szukać należy w znacznym zapotrzebowaniu na wyroby kuśnierskie. Duża chłonność rynku, szczególnie do połowy XVI wieku, wynikała z faktu, że znaczną jeszcze aktywność nabywczą wykazywała ludność wiejska. Prosty bowiem kożuch należał do pospo- litego odzienia w rodzinach chłopskich. Ludność miejska natomiast była odbiorcą szerszego asortymentu wyrobów kuśnierskich, co znajduje peł- ne potwierdzenie w zapisach testamentowych mieszczan. Podstawowym surowcem dla kuśnierzy dubieckich były skórki bara- nie, tak zwane „musze koźlęce”, skórki królicze i zajęcze, rzadziej lisie i gronostajowe. Oprócz tego używali wszystkich skór pokrytych włosem, określanych jako „kosmate” 40. W skóry zaopatrywali się przeważnie na targach i jarmarkach du- bieckich, a także innych pobliskich miast. Stałymi dostawcami skór byli również miejscowi rzeżnicy. Bardzo cenione i poszukiwane były skóry przywożone z Litwy i Moskwy. Zgodnie z obowiązującą w cechu reglamentacją nabywano skórki w równych ilościach z udziałem wszystkich mistrzów. W statucie nie określono maksymalnej ilości zakupywanego surowca. Zasada ta obo- wiązywała tylko w cechach dużych, pracujących w większych miastach, jak: Lwów, Przemyśl, a także Przeworsk i Sambor. Mimo zasad regla- mentacyjnych cech zezwalał mieszczanom zakupywać niewielką ilość skór na własne potrzeby. Kuśnierze sami wyprawiali skóry. W cechu obowiązywał zakaz wy- prawiania i szycia skór zwierząt zdechłych, nazywanych pospolicie „mar- licami”. Bardzo ostro, z wyznaczeniem wysokich kar, występowano prze- ciw wszelkim oszustwom tak w produkcji, jak i zbycie, a szczególnie przeciw „mieszaniu skór”. 39 Podstawa źródłowa: CPAHL, f. 30..., s. 1—126. 40 WAPP. Zbiór..., perg. nr 11.
Zakres wyrobów kuśnierskich nie był szeroki, a do podstawowych należały kożuchy z baraniej skóry. Rzadziej szyto futra, serdaki, czapki oraz inną galanterię. Wyroby proste: kołnierze, kożuchy, czapki, zgodnie z zapotrzebowaniem, wytwarzano przeważnie dla wiejskiego odbiorcy i sprzedawane były na miejscu lub na okolicznych jarmarkach. Niekie- dy towar wywożono na odległe nawet targowiska. Przykładem tego był jarmark w Tyczynie, na który przyjeżdżali kuśnierze z większości miast ziemi przemyskiej i sanockiej. W latach 1703—1779 przebywało na jar- markach tyczyńskich 355 kuśnierzy z wielu miast, a wśród nich 15 z Du- biecka 41. Cech starał się uzyskać pełny monopol na produkcję i zbyt wyro- bów kuśnierskich, przynajmniej na terenie Dubiecka i najbliższej oko- licy. Efektem tego było postanowienie zawarte w statucie, zakazujące sprzedaży w mieście wyrobów kuśnierzy obcych. Wyjątek stanowiły tu tylko dni targowe. Te same pobudki leżały u podstaw prowadzonej systematycznie walki z partaczami — „stularzami”, pracującymi w oko- licznych wsiach. Sprzedawali oni swój towar na przedmieściach i ulicy zamkowej42. Tradycyjnie już pewne zawodowe nieporozumienia w zakresie kon- kurencyjnego wytwarzania niektórych wyrobów występowały między kuśnierzami, krawcami i szewcami. Krawcy na przykład nie mogli pod- szywać sukien futrem, gdyż ten rodzaj pracy zagwarantowali dla siebie kuśnierze. Ponieważ statuty nie zawsze regulowały dokładnie wszelkie sprawy sporne, dlatego też odwoływano się często do postanowień kra- kowskich, które zawierały zasady układania stosunków między obydwo- ma rzemiosłami. Podobnie do zasad krakowskich odwoływali się kuśnie- rze lwowscy. Spory kuśnierzy z szewcami dotyczyły głównie nabywania i wyprawiania skór. Statut kuśnierzy regulował tę sprawę, ograniczając zakupy szewców do skór gładkich. Na „kosmate” wyłączność uzyskali kuśnierze. VII. ZAKOŃCZENIE Rekonstrukcja dziejów rzemiosła miejskiego stanowi istotny element w poznaniu całości problematyki miejskiej. Niezmiernie istotne jest, aby spojrzeć wszechstronnie na rzemiosło i cechy, mając na uwadze, oprócz strony produkcyjnej, także zagadnienia organizacyjne i społecz- ne, w tym nie mniej ważną reprodukcję zawodową. Przykład cechu du- bieckiego dowodzi, jak zdecydowanie zasadnicze znaczenie miało rze- miosło w strukturalnych przemianach społeczeństwa okresu staropol- skiego. Okazuje się bowiem, że małe miasta prywatne mimo swej całej złożonej ułomności pełniły znaczące funkcje nie tylko gospodarcze w określonym wpływami mikroregionie, ale także oddziaływały wielokie- runkowo w zakresie całokształtu rozwoju społeczno-kulturalnego zaple- cza wiejskiego. Formy organizacyjne cechu, a szczególnie jego łączny charakter są kolejnymi przykładami podporządkowania zasadniczych norm życia spo- 41 WAP w Rzeszowie, rkps 102, s. 25. Zob. też: F. Kiryk, S. Mateszew, Zarys dziejów Tyczyna do roku 1772 [w:] 600 lat Tyczyna, Rzeszów 1973, s. 36. 42 WAPP, Zbiór..., perg. nr 11.
łeczno-gospodarczego miast i wsi określonej własności ziemskiej mecha- nizmom pozostającym w związku z funkcjonowaniem całego latyfun- dium. Jakkolwiek szeroko zakrojona interwencyjna polityka dworu względem podległej własności ziemskiej w sumie ograniczała możliwości szerokiego rozwoju, to jednak niekiedy, w konkretnych przypadkach i niezbyt szerokich przedziałach czasowych, wpływała pozytywnie na przemiany społeczne, jak również aktywizację podległego terenu. 13 — Rocznik Przemyski t. 22/23
ANEKS 1. Wykaz cechmistrzów i podcechmistrzów cechu kuśnierskiego w Dubiecku Imię i nazwisko Lata sprawowania funkcji Griczek Krzeczek Wojciech Krazikijowicz 1575,1577 Dymitr Gabrost Jurek Iwaszkowicz 1577—1579 Kuźma Fiedko 1579 Dymitr Gabuś Kuźma Byczyński 1580 Kuźma Borys 1582 Kuźma Byliński 1583 Jacek Iwaszkowicz Hryćko Krzeczek 1583 Marcin Kiczman 1584 Hryćko Krzeczek Dymitr Habuś 1585—1586 Stec Ilkowicz 1587—1589 Hryćko Krzeczek Dymitr Habuś 1590—1592 Stanisław Stachura Jacek Zychorowicz 1593 Jurek Iwaszkowicz Stanisław Stachura 1594—1595 Jurek Iwaszkowicz Daniło Habuś 1596—1597 Kuźma Bielicki Iwan Smotrycz 1598—1604
Stanisław Stachura Kuźma Borys 1605—1611 Stanisław Stachura Dymitr Habuś 1602—1613 Iwan Szydłowski Iwan Wasilczuk 1614—1619 Marek Polchowski Wasyl Stateczny 1619—1620 Andrzej Skrobigarnek 1621—1G23 Iwan Wnyszak 1624—1632 Jan Borys 1633 Stanisław Stachura 1634—1635 Marek Polchowski Wojciech Sudzik 1636—1643 Antoni Polchowski 1670 Demian Polchowski 1683 Łukasz Teleśnicki 1684 2. Wykaz mistrzów cechu kuśnierskiego w Dubiecku pracujących w innych miejscowościach 43 Miejscowość Imię i nazwisko Babice Iwan Szydłowski Fedko Zawadzki alias Kurylak Ferenz Zawadzki Leskonisz Kurylak Leskonisz Bibuła Jawornik Iwan Kaczanik Notowani w latach 1619...1637 1623 1625 1634 1634...1636 1642 Krasiczyn Ferenz Sobaczik Teodor Sabatowicz 1670 1672 43 Podstawa źródłowa: wykazu nr 1, 2: CPAHL, f. 30..., s. 1—126.
Krzywcza Waśko Szydłowski 1625 Sieńko Szum 1635 Tymko Abryka 1642 Panko z Krzywczy 1643 Wasyl Czarczyk 1643 Teodor Sabatowicz 1673 Sielnica Dańko Szucharzów 1638 Skopów Fedko Kurylak 1618...1621 Wasyl Kurylak 1617 Fedko Zawadzki 1623 Rączyna Joannę de Rączyna 1635 Albert Jantoszyk 1637 Ruszelczyce Iwan Szydłowski 1618 Wasyl Fedyniak 1633...1643 Hawryło Pankowicz 1633 Wołodź Dańko Polewka 1625...1635 Wasyl de Wołodź 1638
Zdzisław Budzyński KULTURA UMYSŁOWA PRZEMYŚLA W OKRESIE STAROPOLSKIM STAN BADAŃ. INSTYTUCJONALNE WARUNKI ROZWOJU KULTURY POLSKIEJ*) Termin „kultura umysłowa” nie posiada ściśle sprecyzowanego za- kresu pojęciowego, stąd używany jest w k±lku różniących się od siebie kontekstach znaczeniowych. Do niedawna jeszcze pod tym pojęciem ro- zumiano taki dorobek określonej społeczności ludzkiej, który miał cha- rakter trwały i uniwersalny, przekraczający swoim poziomem i zasię- giem oddziaływania ramy tej społeczności. O rozwoju tak rozumianej kultury umysłowej decydowała więc aktywność twórcza elit intelektu- alnych i artystycznych oraz jakość ich wytworów w dziedzinie języka, nauki, ideologii, religii, sztuki i in. W ostatnich latach zaznaczyła się jednak wśród historyków kultury zasadnicza zmiana orientacji badawczej, polegająca na traktowaniu wszel- kich zjawisk kulturowych jako powiązanych ze sobą całości, charaktery- stycznych dla określonej społeczności i czasu. W konsekwencji przed- miotem badań stały się nie tylko najwyższe wytwory ducha ludzkiego, ale również takie zjawiska kulturowe jak wiedza potoczna, wyobraże- nia o świecie, sposób myślenia i odczuwania, wrażliwość na przekaz ustny i pisemny, gest, dzieło sztuki, a także zbiorowe zachowania i ma- nifestacje życia publicznego i religijnego L Tę grupę zjawisk określa się zwykle jako tzw. kulturę masową, przeciwstawiając ją kulturze elitarnej. Tym samym podniesiony zosiaje problem relacji między kulturą maso- wą a elitarną, natomiast na aalszy plan schodzi kwestia wartościowania zjawisk kulturowych. Sformułowany na tej podstawie kwestionariusz badawczy, w odnie- sieniu do dziejów • kultury umysłowej Przemyśla staropolskiego, może *) Artykuł niniejszy jest zmienioną wersją referatu wygłoszonego na sesji na- ukowej pt. „Kultura Przemyśla na przestrzeni dziejów”, która odbyła się w Prze« myślu w dniach 18—19 września 1'98* r. 1 Por. uwagi na ten temat zawarte w przedmowie do: Kultura elitarna a kul- tura masowa w Polsce późnego średniowiecza, pr. zbiór., Wrocław—Warszawa— Kraków—Gdańsk 1978, s. 5.
stanowić co najwyżej ambitny postulat, którego realizacja musi potrwać dłuższy okres. Dorobek historiografii w tym zakresie jest znaczny, ale ogranicza się jedynie do prac szczegółowych, traktujących o niektó- rych zjawiskach miejscowej kultury intelektualnej. Odczuwa się nato- miast wyraźny brak badań podstawowych, które mogłyby uporządkować dane szczegółowe, zweryfikować je i określić proces tworzenia się i roz- woju przemyskiego środowiska umysłowego. Dość stwierdzić, że jubileu- szowy zarys dziejów miasta, Tysiąc lat Przemyśla2, będący w istocie nie tyle monografią co zbiorem studiów, zupełnie pomija historię kul- tury w okresie staropolskim. W minimalnym zakresie zagadnienia te reprezentowane są w wyda- nych do tej pory pracach syntetycznych poświęconych dziejom miasta 3. W rezultacie historiografia Przemyśla nie posiada dotąd nawet szkico- wego zarysu dziejów swojej kultury. Tego rodzaju opracowania nie za- stąpią w żadnym razie listy najwybitniejszych przedstawicieli miejsco- wego środowiska . umysłowego: uczonych, lekarzy, prawników, pisarzy i in., zestawiane przed laty przez Aleksego Gilewicza 4, a ostatno przez Antoniego Kunysza5. Mimo że opracowania te nie wyczerpują całości zagadnienia, mogą jednak okazać się pomocne przy analizie składu spo- łecznego i potencjału elit kulturalnych Przemyśla. W przeciwieństwie do prac ogólnych, historiografia kultury przemys- kiej dysponuje wartościowymi opracowaniami niektórych zagadnień szczegółowych. Są to przede wszystkim biografie osób, które w okresie staropolskim tworzyły elitę intelektualną miasta, rzadziej natomiast spo- tyka się rozprawy poświęcone analizie ich twórczości i opracowania dzie- jów wybranych dziedzin kultury umysłowej. Początkowo zainteresowania historyków kultury koncentrowały się wokół dwóch postaci, wybitnego poety Ignacego Krasickiego 6, który jako kanonik przebywał przez pewien czas w Przemyślu, a przede wszystkim Stanisława Orzechowskiego, znakomitego pisarza politycznego XVI w., który z miastem związał niemal całe swoje życie 7. Działalność i dorobek twórczy obu luminarzy naszej kultury, nie tylko lokalnej, ale i narodo- wej, jest do tej pory przedmiotem szczegółowych badań, głównie histo- ryków literatury 8. 2 Zarys historyczny. Część pierwsza, pod red. F. Persowskiego, A. Kunysza i J. Olszaka, Rzeszów 1976 (1978). 8 L. Hauser, Monografia miasta Przemyśla, Przemyśl 1883; Przemyśl, mia- sto zabytków i kultury, Kraków 1968. Por. też: Ziemia przemyska, pr. zbiór., Kra- ków 1963 (rozdział napisany przez A. Gilewicza i J. Różańskiego, s. 11—73). 4 Wybitni uczeni ziemi przemyskiej, [w:] Sprawozdanie z posiedzeń naukowych oraz działalności TPN... w roku 1966, Przemyśl 1967, s. 61—67. 5 Wkład mieszkańców województwa przemyskiego do nauki i kultury polskiej, [w:] 70 lat Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Przemyślu 1909—1979, Przemyśl 1979, s. 111—129. Tytuł zestawienia jest mylący, gdyż pojęcie „województwo przemyskie” nie było kategorią historyczną. 8 Informacje na ten temat w: M. Klimowicz, Ignacy Krasicki (Próba zarysu monograficznego), Wrocław 1968 i M. Piszczkowski, Ignacy Krasicki, Kra- ków 1969. 7 Podstawową literaturę biograficzną dotyczącą jego osoby zestawił J. Star- nawski, wc wstępie do: Orzechowski Stanisław. Wybór pism, Wrocław—War- szawa—Kraków—Gdańsk 1972, s. LXXXIX—XCII. 8 O związkach Ignacego Krasickiego z ziemią przemyską pisał ostatnio J. 01- szak, Ignacy Krasicki — także poeta ziemi przemyskiej, „Rocznik Przemyski”, t. XV—XVI, 1975(1976), s. 159—171.
Od kilku dziesięcioleci wzrasta również zainteresowanie postaciami o mniej spektakularnych nazwiskach. Pozostaje to w związku z edycją monumentalnego Polskiego Słownika Biograficznego, wydawanego z prze- rwami od 1935 r. do dnia dzisiejszego, którego kolejne zeszyty przyno- szą m. in. biogramy osób związanych z kulturą przemyską. Podobny ma- teriał zawierają także leksykony opracowywane dla poszczególnych dys- cyplin naukowych, z bio-bibliograficznym tomem VI Historii nauki pol- skiej 9 na czele. Według posiadanych zestawień, środowisko intelektualne Przemyśla staropolskiego reprezentowane jest w tych wydawnictwach przez osoby:10 11 Jana Alojzego Aleksandrowiczan, Fryderyka Alembeka12, Antonina z Przemyśla 13, Grzegorza Arakiełowicza 14, Jakuba Arakiełowicza 15 6, Gale- azza Appianiego Giacoma Briana 17, Stanisława Bi/y/lińskiego 18, Fran- ciszka Camomilli19, Stanisława Czaplińskiego 20, Kazimierza Czyżewskie- go 21, Bernarda Domosławskiego22, Jana Drohojowskiego 23, Józefa Dro- hojowskiego24, Piotra Stanisława Dunina25, Jana z Fałkowa26, Jakuba Maksymiliana Fredrę 27, Jana Fredrę 28, Wojciecha Gizę (Ghisa) 29, Waw- rzyńca Goślickiego30, Achacego Grochowskiego31, Felicjana Grochow- skiego 32, Stanisława Grochowskiego33, Faustyna Grodzickiego34, Grze- gorza Wigilancjusza (Czuja) z Sambora35, Jana Herburta36, Mikołaja 9 Oprać. L. Hajdukiewicz, Wrocław—Warszawa—Kraków—Gdańsk 1974. 10 Wykaz pomija tych biskupów przemyskich, którzy krótko lub w ogóle nie rezydowali w Przemyślu i stąd nie mogli mieć większego wpływu na życie umy- słowe miasta. Bliższe wyjaśnienie tego problemu należy pozostawić przyszłym ba- daniom. 11 Polski Słownik Biograficzny (dalej cyt.: PSB), t. IX, s. 68. 12 PSB, t. I, s. 73—74. 18 PSB, t. I, s. 140—141. Zob. też; R. J. Loenertz, Les origines de 1’ancienne historiographie dominicaine en Pologne, I, Antonin de Przemyśl, „Archiwum Fra- trum Praedicatorum”, t. VIII, Romae 1938, s. 159—196. 14 PSB, t. I, s. 147—148; Historia nauki polskiej..., t. VI, s. 16. i® PSB, t. I, s. 148. i6 J. T. F r a z i k, Zycie i działalność Galeazza Appianiego, muratora prze- myskiego z drugiej połowy XVI i początku XVII stulecia, „Rocznik Przemyski”, t. XV—XVI, 1975, s. 31—58, aneksy, s. 59—76. ii PSB, t. II, s. 435. i8 PSB, t. III, s. 170—171. i9 PSB, t. III, s. 195—196. 20 PSB, t. IV, s. 176—177. 2i PSB, t. IV, s. 383. 22 PSB, t. V, s. 321. 28 PSB, t. V, s. 380—382. 24 PSB, t. V, s. 386; Historia nauki polskiej, ..., t. VI, s. 135. 25 PSB, t. V, s. 480. 28 PSB, t. VI, s. 360; Historia nauki polskiej, ..., t. VI, s. 153. 27 PSB, t. VII, s. 117—118. 28 PSB, t. VII, s. 119. 29 PSB, t. VIII, s. 18—19. 30 PSB, t. VIII, s. 379—382; Historia nauki polskiej, .... t. VI, s. 193. 31 PSB, t. VIII, s. 592—593. 32 PSB, t. VIII, s. 593. 38 PSB, t. VIII, s. 599. 34 PSB, t. VIII, s. 614; Historia nauki polskiej, ..., t. VI, s. 201—202. 35 PSB, t. IX, s. 85—86. •• PSB, t. IX, s. 440—442.
Herburta37, Stanisława Herburta38, Walentego Herburta39, Stanisława Józef? Hozjusza40, Hieronima Jełowieckiego41, Adama Kleina42, Jana Kowalskiego43, Fabiana Maliszewskiego44, Marcina Króla z Przemyśla (ewent. z Żurawicy)45, Stanisława Mareniusza (Twardego)46, Wojciecha Męcińskiego 47, Wojciecha Męcińskiego (juniora)48, Franciszka Ksawerego Noskowskiego49, Franciszka Orzechowskiego50, Hieronima Orzechow- skiego 51, Walentego Orzechowskiego52, Pawła Piaseckiego53, Jakuba Przyłuskiego 54, Sebastiana z Felsztyna55, Jana Sechiniego 56, Wacława Hieronima Sierakowskiego57, Piotra Skotnickiego58, Sebastiana Stryje- wieża 59, Stanisława Temberskiego 60, Bernarda Wapowskiego 61, Andrzeja Wargockiego 62, Mikołaja Wigandiego 63, a także Andrzeja Suskiego 64. Na marginesie warto dodać, że udział historyków przemyskich w tych opra- cowaniach był dotąd skromny. Np. z Polskim Słownikiem Biograficznym współpracował od początku tylko Jan Kwolek, zaś po jego śmierci — Dominik Biakc i Tadeusz Śliwa. Współpraca Aleksego Gilewicza z PSB dotyczyła zupełnie innej problematyki. Pewne ożywienie w zakresie badań nad kulturą umysłową wniosła sesja naukowa pt. „Kultura Przemyśla i ziemi przemyskiej w przeciągu tysiąclecia”, zorganizowana w 1966 r65. Jej pokłosiem były nie tylko 87 PSB, t. IX, s. 447—449. 88 PSB, t. IX, s. 450—452. 8» PSB, t. IX, s. 453—454. 48 PSB, t. X, s. 46—47. 42 PSB, t. XI, s. 164. « PSB, t. XII, s. 573—574. 43 PSB, t. XIV, s. 551—552. 44 PSB, t. XIX, s. 377—378; J. Woroniecki, Ojciec Fabian Maliszewski z Przemyśla, dominikanin, Lwów 1936, Polonia Dominikana, t. I. 45 PSB, t. XIX, s. 580—581; Historia nauki polskiej, ..., t. VI, s. 400. 48 PSB, t. XIX, s. 631—632; Historia nauki polskiej, ..., t. VI, s. 402—3. r 47 PSB, t. XX, s. 495—496. 48 PSB, t. XX, s. 501. 49 PSB, t. XXIII, s. 223—224. 80 PSB, t. XXIV, s. 278. 84 PSB, t. XXIV, s. 278—279. 82 PSB, t. XXIV, s. 296—298. 83 Historia nauki polskiej, ..., t. VI, s. 508; A. Szelągowski, Paweł Pia- secki, historyk polski XVII w. Studium nad kroniką i życiem jej autora, „Prze- wodnik Naukowy i Literacki”, t. XXVI, 1898, s. 724—733, 827—38, 951—964, 1064— 1075, 1172—1208, 1299—1316. 84 Historia nauki polskiej, ..., t. VI, s. 545; B. Ulanowski, Jakub Przyłu- ski i jego statut, „Reformacja w Polsce”, t. II, 1923, s. 241—255. 88 Historia nauki polskiej, ..., t. VI, s. 605; A. Chybiński, Biografia Seba- stiana z Felsztyna, „Myśl Muzyczna”, r. I, 1928, s. 57—59, r. II, s. 929, s. 1—3. 88 Historia nauki polskiej..., t. VI, s. 605—606. 87 J. Ataman, Wacław H. Sierakowski i jego rządy w diecezji przemyskiej, Warszawa 1936. 88 Historia nauki polskiej..., t. VI, s. 621. 59 Tamże, s. 657. 80 Tamże, s. 693—694; W. C z e r m a k, Wstęp (do:) Temberski Stanisław, Rocz- niki 1647—56, Kraków 1897, s. I—LXXXVI. 81 Historia nauki polskiej..., t. VI, s. 724—725. 62 Tamże, s. 725. 63 A. Gilewicz, Wielcy uczeni..., s. 61. 64 Tamże, s. 63. 68 Sesję zorganizowały wspólnie towarzystwa naukowe i społeczno-kulturalne działające na terenie Przemyśla, m. in. TPN, Oddział PTH, Towarzystwo Literackie im. A. Mickiewicza i Towarzystwo im. Marii Konopnickiej.
wygłoszone wówczas referaty: A. Gilewicza66, Jerzego Starnawskiego67, Józefa T. Frazika 68, Józefa Szczepańca 69, Kaspra Świerzowskiego 70, Mie- czysława Piszczkowskiego71 i innych. Zaowocowała ona później szere- giem artykułów, szkiców, nawet mniejszych wydawnictw źródłowych, ogłaszanych przez niektórych z wymienionych wyżej autorów w Rocz- niku Przemyskim oraz w zbiorze Z dziejów kultury i literatury ziemi przemyskiej72. Niezależnie od tych inicjatyw, prowadzone były intensywne badania nad dziejami polszczyzny przemyskiej oraz innymi zagadnieniami języ- koznawczymi. Szereg systematycznych opracowań na ten temat zawdzię- czamy Halinie Karaibskiej i Halinie Wiśniewskiej73. Rozpoczęto też ba- dania nad dziejami drukarń i bibliotek przemyskich74, życiem muzycz- nym miasta w okresie staropolskim 75 oraz mecenatem kulturalnym 76. Oddzielną, ale nieliczną jeszcze grupę tworzą prace poświęcone za- bytkom kultury umysłowej staropolskiego Przemyśla, w tym szczególnie takiemu dokumentowi kultury religijnej, jakim jest zachowany tekst „Rozmyślania przemyskiego”. Badania nad tym apokryfem mają już swo- ją historię, sięgającą początków naszego stulecia i osoby Aleksandra Brii; cknera77. Dość intensywnie kontynuowano je po ostatniej wojnie78. Ostatnio znalazł swojego badacza także inny dokument kultury prze- myskiej, prawnicze dzieło o charakterze kompilacyjnym, tzw. Liber le- gum 79. Już z tego pobieżnego przeglądu opracowań widać, że szereg podsta- 60 Wybitni uczeni..., pr. cyt. 67 Najdawniejsi pisarze ziemi przemyskiej w świetle najstarszego historyka li- teratury polskiej. 98 Rozwój twórczości artystycznej w ziemi przemyskiej do połowy XIX w., (streszczenie), [w:] Sprawozdanie z posiedzeń naukowych oraz działalności TPN... w r. 1966, Przemyśl 1967, s. 68—77. 99 Drukarstwo przemyskie w kulturze polskiego Oświecenia. 70 „Rozmyślanie przemyskie” jako apokryf z przełomu XV i XVI w., (streszcze- nie), [w:] Sprawozdanie z posiedzeń..., s. 77—83. 71 Ignacy Krasicki jako pisarz ziemi przemyskiej, (streszczenie), [w:] Sprawo- zdanie z posiedzeń..., s. 83—84. 72 Por. „Rocznik Przemyski”, t. XIII—XIV (1970)—XIX—XX (1978); „Z dziejów kultury i literatury ziemi przemyskiej”. Zbiór szkiców, opracowań i utworów lite- rackich, pod red. S. Kostrzewskiej-Kratochwilowej, t. (I)—III, Przemyśl 1969— 1973—1978. 73 H. Kamińska, Nazwy osobowe mieszkańców Przemyśla w świetle za- pisów z XVI i XVII w„ [w:] Z problemów humanistyki regionu rzeszowskiego, pr. zbiór., Rzeszów 1976, s. 119—143 (z braku miejsca pominięto kilkanaście innych prac autorki); H. Wiśniewska, Polszczyzna przemyska wieków XVII—XVIII, Wrocław 1975. 74 L. Włodek, 222 lata przemyskich bibliotek publicznych (przewodnik po wystawie), Przemyśl 1976; Dziejami drukarń przemyskich zajmował się Z. Peł- czyński, jego prace pozostają dotąd w rękopisie. 75 Z. Pełczyński, Z dziejów życia muzycznego Przemyśla, „Rocznik Prze- myski”, t. XIII—XIV, 1970(1973), s. 471—517. 70 Z. Budzyński, Fundacje stypendialne z terenu ziemi przemyskiej i sa- nockiej dla studentów Akademii Krakowskiej w XVI—XVIII w., „Rocznik Prze- myski”, t. XXI (w druku). 77 Rozmyślanie o żywocie Pana Jezusa..., wyd. A. Bruckner, Kraków 1907. 78 K. Swierzowski, pr. cyt.; S. Vrtel- Wierczyński, Średniowiecz- na proza polska, Wrocław 1959, s. 128—310. 79 A. Wójcik, Liber legum — analiza kodykologiczna źródła, referat na se- sji naukowej „Kultura Przemyśla na przestrzeni dziejów”.
wowych pytań dotyczących kultury umysłowej Przemyśla staropolskie- go pozostaje bez odpowiedzi. Nawet tak zdawałoby się „wyeksploatowa- ny” temat jak działalność Stanisława Orzechowskiego pozostawia duże pole do domysłów. Uderza np. brak głębszego osadzenia jego twórczości w miejscowym środowisku intelektualnym, a tym samym traktowanie jego działalności jako izolowanego fenomenu kulturalnego. W rzeczy- wistości pogląd taki nie znajduje oparcia w źródłach; wręcz przeciwnie, działalność Orzechowskiego daje się uzasadnić wpływami przemyskiego środowiska intelektualnego, które wówczas miało za sobą blisko dwu- wiekowy okres rozwoju. Przyszłe badania powinny więc określić podsta- wowe kierunki rozwoju tego środowiska, uwzględniając przy tym takie zagadnienia, jak: źródła i formy przemyskiej kultury umysłowej, jej spo- łeczny zasięg i recepcję przez społeczność lokalną i regionalną oraz wza- jemne związki między kulturą polską a rozwijającą się równolegle kul- turą ruską i żydowską. W dalszej kolejności na opracowanie oczekuje problem związków śro- dowiska przemyskiego z innymi ośrodkami życia umysłowego. Dopiero systematyczne przebadanie wskazanych zagadnień, a także tych, które zapewne wyłonią się w trakcie badań, może dać podstawę do sformuło- wania wniosków o faktycznej roli przemyskiego ośrodka intelektualne- go w XIV—XVIII w. W tego rodzaju badaniach zabiegiem wyjściowym powinno być od- tworzenie warunków, w jakich mogła rozwijać się kultura polska, co można sprowadzić do ustalenia instytucji i środowisk o charakterze kul- turotwórczym. Kolejny problem, który się z tym wiąże, to określenie ich potencjału intelektualnego, decydującego bezpośrednio o poziomie kultury umysłowej w danym ośrodku. Przyjęcie takich założeń ograni- czałoby jednak zanadto przedmiot badań, sprowadzając je jedynie do rozważań nad tzw. kulturą elitarną. Aby tego uniknąć, przyjęto dla po- trzeb niniejszej pracy robocze założenie, że przedmiotem badań będą nie tylko zjawiska twórczości, lecz także odtwórczości. W praktyce ozna- cza to rozszerzenie kwestionariusza badawczego na zagadnienia upo- wszechniania wiedzy i idei, np. przez szkolnictwo, kaznodziejstwo, dzia- łalność bibliotek, stowarzyszeń religijnych itp. Opierając się na powyższych założeniach oraz zebranych materiałach źródłowych, można pokusić się o ustalenie listy instytucji, które two- rzyły swego rodzaju geografię życia umysłowego staropolskiego Przemy- śla. Obejmuje ona kilka różniących się od siebie środowisk, które można uszeregować — proporcjonalnie do roli, jaką odegrały w życiu umy- słowym miasta — w następujący sposób: 1. Kapituła katedralna ob. łacińskiego wraz z własną biblioteką, kancelarią i szkołą katedralną; 2. Zakony ob. łacińskiego, jezuickie kolegium szkolne oraz seminarium diece- zjalne prowadzone przez misjonarzy; 3. Kolegia niższego duchowieństwa oraz bractwa religijne istniejące przy ka- tedrze ob. łac.; 4. Kuria biskupia ob. łacińskiego wraz z urzędem i kancelarią oficjała gene- ralnego; 5. Urząd oraz sąd grodzki i ziemski z własną kancelarią; 6. Urząd rady miejskiej i sąd ławniczo-wójtowski z kancelarią miejską.
Porównując tę listę z topograficznym planem miasta, łatwo stwier- dzić, że życie umysłowe Przemyśla koncentrowało się w jego głównych punktach: wokół katedry ob. łac,, w klasztorach, na zamku i w ratu- szu miejskim. Próbę charakterystyki wymienionych wyżej instytucji należałoby poprzedzić ogólniejszą uwagą o istnieniu znacznych różnic pomiędzy gru- pą instytucji umieszczonych na trzech pierwszych miejscach listy a ty- mi, które oznaczone zostały cyframi od 4 do 6. Różnice te można okre- ślić w relacji do celów, które miały one zrealizować. I tak, o ile zada- niem kapituły katedralnej, zakonów, kolegiów niższego duchowieństwa, bractw religijnych, a po części i szkoły katedralnej było szerzenie i uma- cnianie doktryny religijnej, o tyle działalność kurii biskupiej, a tym bardziej pozostałych urzędów wiązała się z ich funkcjonowaniem jako ośrodków kontrolno-zarządzających. W rezultacie odmienna była orien- tacja życia umysłowego w obu grupach instytucji. W pierwszej nasta- wiano się na rozwijanie kultury ogólnej, choć o silnym zabarwieniu re- ligijnym; polegała ona głównie na przyswajaniu i szerzeniu wiedzy, idei i wzorów moralnych. Druga grupa instytucji sprzyjała natomiast roz- wojowi kultury opartej na znajomości prawa w różnych jego formach i zasad jego stosowania w praktyce. Nie ulega wątpliwości, że największą rolę kulturotwórczą w Prze- myślu staropolskim odgrywała kapituła katedralna ob. łacińskiego. Wnio- sek powyższy wspierają co najmniej dwie przesłanki; po pierwsze, ka- pituła dysponowała wówczas największym potencjałem intelektualnym, a po drugie, posiadała ona bardzo rozbudowane środki społecznego i umy- słowego oddziaływania. Zaliczyć do nich należy szkołę katedralną, bi- bliotekę kapitulną, monopol na działalność kaznodziejską w centralnym miejscu diecezji, w katedrze, oraz pewien wpływ na seminarium du- chowne. Dla rozwoju kultury umysłowej nie bez znaczenia był fakt, że kapituła cieszyła się faktyczną niezależnością od innych instytucji i władz kościelnych. Kapituła przemyska została zorganizowana przez biskupa Eryka z Winsen w latach osiemdziesiątych XIV w. Jej istnienie w tym okresie poświadczają imiona kanoników, występujących w roli świadków na do- kumentach biskupich z r. 1385 (Jan, dziekan przemyski)80 i 1386 (Miko- łaj Rydburg i Jan) 81. W literaturze przyjmuje się jednak, że oficjalny akt instalacji kapituły nastąpił dopiero w 1390 r., równocześnie lub wkrót- ce po wydaniu przez biskupa Eryka rozporządzenia regulującego jej or- ganizację 82. W rozporządzeniu znalazło się szereg postanowień dotyczą- cych kanoników, m. in. nałożono na nich obowiązek ciągłej nauki oraz obrony praw i przywilejów katedry (pkt. 3 i 20 ) 83. Wszystkie późniejsze statuty kapitulne nawiązują do tej części rozporządzenia biskupa Eryka. Od końca XIV w. do 1772 r. następował stopniowy rozwój kapituły, szczególnie intensywnie przebiegał on w XV, a po dłuższej przerwie, 80 Akta grodzkie i ziemskie z czasów Rzeczypospolitej Polskiej..., t. VIII (1352— 1759), wyd. O. Pietruski i X. Liske, Lwów 1880, s. 30. 81 Tamże, s. 41. 82 J. Federkiewicz, Kapituła przemyska ob. łac., „Kronika Diecezji Prze- myskiej ob. łac.”, r. VIII, 1908, s. 53—55. 83 Tamże, s. 53.
w XVIII w. Zewnętrznym objawem tego procesu było powstawanie no- wych kanonii: 4 stalle utworzył król Władysław Jagiełło (1421)S4, dwie dalsze, archidiakonię i kustodię erygował biskup Piotr Chrząstowski (1442—1444), zaś scholasterię ufundował najpierw Krzysztof Wolski (1630), a po upadku pierwotnej fundacji — Krzysztof Zielonka (170 0 ) 84 85. W pierwszej połowie XVIII w. utworzono kilka kanonii tzw. familijnych, uposażonych przez szlacheckie rody Drohojowskich, Snopków, Fredrów, Witosławskich i in., jednak nie wszystkie z nich okazały się fundacjami trwałymi. W 1750 r. kapituła liczyła 7 prałatur i 11 kanonii gremial- nych 86. Z zestawień dokonanych przez ks. Franciszka Pawłowskiego wynika, że w okresie od powstania do 1772 r. w kapitule zasiadało ogółem 326 kanoników 87. Bliższych wskazówek, które mogłyby bliżej określić to gre- mium, może dać zbadanie poziomu ich wykształcenia. Jest to możliwe w stosunku do tych kanoników, którzy posiadali jakieś stopnie akade- mickie. Można przyjąć, na podstawie danych F. Pawłowskiego oraz in- nych zestawień osobowych członków kapituły 88, że stopnie akademickie (doktora praw, filozofii, medycyny, magistra, licencjata) posiadało co najmniej 82 kanoników. Wynika stąd, że przeciętnie co czwarty kanonik (25,1 proc.) legitymował się cenzusem akademickim. Brak stopni nau- kowych u pozostałych nie oznacza przy tym braku studiów lub innego wykształcenia. Ze wzmianek źródłowych, rozsianych po księgach kapi- tulnych, można wnosić, że pozostali kanonicy albo ukończyli kolegia zakonne, albo otarli się o studia w Akademii Krakowskiej. Zdecydowana większość kanoników „akademickich” zajmowała dwie kanonie kaznodziejskie, uposażone dochodami ze wsi Buszkowice i Piku- lice Dolne. Początkowo prawo patronatu i prezenty do kanonii buszko- wickiej należały do króla polskiego. W 1497 r. Jan Olbracht scedował ten przywilej na rzecz Akademii Krakowskiej, stawiając jednak w akcie donacyjnym warunek, aby kandydat prezentowany przez uniwersytet posiadał stopień doktorski z teologii lub prawa kanonicznego oraz odpo- wiednie kwalifikacje do pełnienia obowiązków kaznodziei katedralnego 89. Prawa do kanonii fundi Pikulice Dolne przekazał Akademii Zygmunt August w 1559 r 90. Obaj kanonicy uniwersyteccy zyskali z czasem duże wpływy, i to nie tylko w kapitule. Biskupi przemyscy powierzali im często, jako ludziom wykształconym, a przy tym obrotnym, funkcje wi- kariuszy i oficjałów generalnych. Niejednokrotnie też pełnili oni w cza- sie wakansów na stolcu biskupim funkcje administratorów diecezji. Rola obu kaznodziei katedralnych w środowisku przemyskim była tym większa, że w przeciwieństwie do innych kanoników, obowiązani byli do stałej rezydencji przy katedrze, nie mogąc w kaznodziejstwie 84 Akta grodzkie i ziemskie..., t. VIII, s. 58. 85 J. Federkiewicz, Kapituła przemyska..., r. VIII, 1908, s. 108. 8# Tamże, s. 108—109. 87 Liber memorandorum Capituli Cathedralis Premisliensis, opera et studio F. X. Pazołowski, ..., a. D. 1853, rękopis w Archiwum Kapitulnym w Przemyślu, sg. LVII, s. 403—651. 88 M. K o c i u b i ń s k i, Księża Diecezji Przemyskiej ob. łac. Seria I—II (ręko- pis w posiadaniu autora, za jego udostępnienie składam w tym miejscu serdeczne podziękowanie). 89 Liber merriorandorum..., s. 109—110 oraz 111, przyp. 4. 90 Tamże, s. 110 i 111, przyp. 6.
wyręczyć się wikariuszami. Zachowane źródła świadczą, że niejednokrot- nie sprowadzali oni z Krakowa do Przemyśla swoje księgozbiory i tu na miejscu kontynuowali prace naukowe, rozpoczęte jeszcze na uniwersy- tecie. Przykładem może być prof. Stanisław Temberski, historyk i przez pewien czas sekretarz królewski, który w 1658 r. zrezygnował z kariery uniwersyteckiej i przeszedł na kanonię buszkowicką. Temberski aż do śmierci w 1679 r. pełnił obowiązki kaznodziei, a równocześnie kontynuo- wał pisanie Roczników, dzieła historiograficznego rozpoczętego jeszcze w Krakowie 91. Równie aktywni w środowisku przemyskim byli profe- sorzy: Albert z Pilzna, Stanisław Biliński, Marcin Kurkowicz, Tomasz Małyszko, Stanisław Mieszkowski, Walenty z Urzędowa, Andrzej Ustrzyc- ki i Andrzej Żędzianowski92. Poza kaznodziejami katedralnymi w kapitule przemyskiej znajdowali się też inni kanonicy, związani bezpośrednio z krakowską uczelnią, w tym m. in. byli jej rektorzy: Mikołaj Bylina, Maciej z Błędowa, Jan z Fałko- wa i Jakub z Szadka 93. Wobec powszechnego wówczas zwyczaju kumu- lowania beneficjów nie odgrywali oni w Przemyślu takiej roli, jak przed- stawiciele obu kanonii kaznodziejskich. Nie dotyczyło to jedynie tych kanoników, którzy z miejscem w kapitule łączyli mniejszą prebendę. Pozostawali oni zwykle przy katedrze, jak np. dr Fryderyk Alembek, autor kilku opracowań i zbiorów źródłowych do dziejów biskupstwa i ka- pituły przemyskiej94. Tradycyjne związki kapituły przemyskiej z Akademią Krakowską utrzymały się w całym omawianym okresie. Wyrażały się one w pro- mowaniu osób pochodzących z krakowskiego środowiska uniwersyte- ckiego na różne stanowiska w urzędach diecezjalnych95, w popieraniu Akademii na sejmach oraz w jej sporze z jezuitami 96. Rzuca to ciekawe światło na problem źródeł przemyskiej kultury umysłowej, nie należy jednak do tematu niniejszego opracowania. Tak poważna rola kapituły przemyskiej wynikała w dużym stopniu z posiadanej pozycji w kościele i społeczeństwie; sprzyjała jej ponadto duża niezależność kanoników w stosunku do biskupów ordynariuszy. Swobodnej działalności kanoników, ich nieskrępowanej aktywności in- telektualnej sprzyjała okazywana przez biskupów tolerancja, a ponadto częsta ich nieobecność i krótkotrwałe rządy w diecezji, sprawowane w dodatku za pośrednictwem pełnomocników. Znany konflikt kanonika Stanisława Orzechowskiego z biskupem Janem Dziaduskim stanowił wy- jątek od tej reguły, ale też jego przedmiotem były sprawy o zasad- niczym znaczeniu dla Kościoła. Niezależność i samodzielność członków kapituły opierała się na prze- świadczeniu o posiadanym autorytecie i poczuciu własnego znaczenia w diecezji. Niebagatelną rolę odgrywało przy tym szlacheckie pochodze- nie większości kanoników 97 *. Być może w takiej symbiozie pochodzenia, 91 Historia nauki polskiej..., t. VI, s. 693—694. 92 Liber memorandorum..., s. 405—651 (Syllabus alphabeticus...). 93 Tamże. 94 J. Kwolek, Alembek (Alnpech) Fryderyk, PSB, t. I, s. 73—74. 95 Zob. dalsze uwagi na temat szkoły parafialnej i jej profesorów. 96 Liber memorandorum..., s. 158. 97 W 1514 r. wprowadzono restrykcje, które na pewien czas ograniczały dostęp plebejów do kapituły, uchylono je w 1564 r. Por. Liber memorandorum..., s. 126—127.
autorytetu i wykształcenia należałoby upatrywać źródeł odwagi, jaka cechowała działalność Stanisława Orzechowskiego, który nie wahał się sprzeciwiać uznanym autorytetom Kościoła, jeśli uznał, że ma za sobą racjonalne argumenty. Aktywność kapituły rozciągała się również na działalność przemyskiej szkoły katedralnej, która jej organizacyjnie podlegała. Czas powstania szkoły wyznacza z jednej strony powstanie kapituły (1390 r.), a z drugiej pierwsza wzmianka źródłowa o istniejącej już instytucji, datowana na r. 143 2 98. W latach trzydziestych i czterdziestych XV w. jest to już w pełni zorganizowana placówka szkolna, posiadająca własny budynek, na- uczyciela i uczniów ", wolno więc sądzić, że powstała na przełomie XIV/ /XV lub — co bardziej prawdopodobne — na początku XV w. Później- sze losy szkoły układały się rozmaicie. W XV i pierwszej połowie XVI w. przeżywała ona okres świetności, stanowiąc jedyną w diecezji szkołę wyżej zorganizowaną. W latach sześćdziesiątych XVI w. jej pozycji za- groziły szkoły różnowiercze, powołane wówczas w Łańcucie i Dubiec- ku * 10°, które reprezentowały wyższy poziom nauczania i realizowały pro- gram mniej tradycyjny, za to bardziej zbliżony do życia. Kolejnych uczniów odebrało szkole kolegium zakonne, założone przez jezuitów w Jarosławiu (1571—74), co było tym łatwiejsze, że własny bu- dynek, nie naprawiany od lat, popadł w ruinę. Wprawdzie kapituła po- stanowiła się dobrowolnie opodatkować na naprawę budynku i dopro- wadziła do jego częściowej restauracji101, ale dawnego znaczenia nie uda- ło się szkole przywrócić. W pierwszej połowie XVII w. przybył szkole nowy konkurent, kolegium szkolne jezuitów w Przemyślu. Początkowo kapitule udawało się skutecznie przeciwdziałać staraniom jezuitów o za- łożenie kolegium w stolicy diecezji; dwukrotnie kanonikom udało się doprowadzić do likwidacji rozpoczętego nauczania w klasach podstawo- wych. Ostatecznie kolegium z niepełnym programem nauczania, bo tyl- ko z klasami poetyki i gramatyki, powstało w 1654 r. i kapituła nie zdo- łała się temu przeciwstawić 102. Wbrew sądom wyrażanym w literaturze przedmiotu, nie oznaczało to jeszcze likwidacji szkoły katedralnej. Przeczą temu poświadczone źródłowo nazwiska jej nauczycieli z drugiej połowy XVII i pierwszej połowy XVIII w.: Andrzeja Wojnarowicza, Alberta Klimaszewskiego, Sebastiana Stopskiego, Andrzeja Koreckiego, Mireckiego, Jacka Dąbrow- skiego, Łopackiego, Praszkiewicza, Romana Hermanowskiego i Kazimie- rza Czubicza 103. W tym czasie nastąpiło jednak obniżenie jej rangi do sS Wzmianka w dokumencie króla Władysława Jagiełły, w którym nadawał wikariuszom katedralnym plac i ogród „...circa campanile ex opposito scholae ibidem iacen(te)...”, Zbiór dokumentów małopolskich, cz. VII, wyd. I. Sułkowska-Kuraś i S. Kuraś, Wrocław—Warszawa—Kraków—Gdańsk 1975, s. 378. > 09 Archiwum Kapitulne w Przemyślu, rps I, Conclusiones Capituli Premislien- sis rit. lat. 1438—1512, k. 23v. ioo Annulus Canonicalis... concinnatus per Fridericum Alembek (1644—1649), rę- kopis w Archiwum Kapitulnym w Przemyślu, sg. LI, k. 320. 101 Tamże, k. 319v—320; R. Frazikowa, Budynek przy ul. Orzechowskiego 2, zwany dawną szkołą katedralną w Przemyślu, „Rocznik Przemyski”, t. XIX—XX, 1978, s. 49, aneksy, dok. nr 1. 102 Annulus Canonicalis..., k. 319V. 103 J. F e d e r k i e w i c z, Kapituła przemyska..., r. XII, 1912, s. 205.
poziomu szkoiy parafialnej; uchwała kapituły z 1721 r. nazywa ją szkołą trywialną 104. W najlepszym okresie funkcjonowania szkoły, tj. do połowy XVI w., jej obsada nauczycielska składała się z dwóch osób, kierownika, zwane- go też rektorem lub prefektem 105, oraz bakałarza. Decyzją kapituły oba stanowiska zajmowali absolwenci lub studenci Akademii Krakowskiej. Uchwała kapituły podjęta w tej sprawie w 1565 r. wskazuje, że i przed tą datą był to zwyczaj powszechnie przestrzegany106. Dopiero upadek materialny szkoły i obniżenie jej rangi spowodowały, że zrezygnowano z tej zasady i przyjmowano na nauczycieli miejscowych duchownych. Wobec braku materiałów źródłowych dotyczących bezpośrednio szko- ły, trudno jest zestawić dokładną listę jej nauczycieli. Posiadane dane potwierdzają istnienie w okresie do połowy XVIII w. 33 nauczycieli, w tym głównie rektorów szkoły. Luki w zestawienie dotyczą w zasadzie tylko XV w., szkoła jest reprezentowana wówczas tylko przez dwóch jej rektorów, magistra Stefana „de Wansosche” (1443, 1444) 107 108 i Pawła, wzmiankowanego w Przemyślu od 1485 r.10S. Od początku XVI w. na- zwiska nauczycieli pojawiają się w źródłach w dość regularnych odstę- pach czasowych; dłuższe przerwy, obserwowane w połowie i pod koniec tego stulecia, wiążą się prawdopodobnie z odnawianiem budynku i cza- sowym zawieszeniem działalności szkoły 109. W porównaniu do kapituły katedralnej grono nauczycielskie szkoły było o wiele mniej stabilne, znacznie gorzej uposażone i traktowane na równi z niższym klerem diecezjalnym. Biografie niektórych nauczycieli zdają się sugerować, że obejmowali oni stanowiska profesorskie w szkole głównie po to, aby poprawić swoją nienadzwyczajną sytuację material- ną. Stąd też traktowali oni posadę w szkole jako przejściowy etap w swojej kar~erze życiowej, po czym starali się o jakieś drobne prebendy w diecezji lub kontynuowali studia, które dawały im szansę kariery uniwersyteckiej lub duchownej. Pomimo tych niekorzystnych okoliczności, w gronie nauczycieli szko- ły katedralnej zdarzały się jednostki wybitne, które wyraźnie zaznaczy- ły swoją obecność w środowisku przemyskim. Za takich należy niewąt- pliwie uznać: Andrzeja z Plizna, Szymona Mareniusza (Twardego), a zwłaszcza Grzegorza Wigilancjusza z Sambora. Ten ostatni znany był w Przemyślu jako organizator publicznych popisów uczniów szkoły przed władzami miasta oraz autor okolicznościowych mów i drukowanych ele- gii na cześć miejscowych dostojników kościelnych i miejskich oraz przed- stawicieli okolicznej szlachty110 111. Pozostawił też wiersz sławiący uroki nadsańskiego grodu 1U. 104 Tamże, s. 208. 105 Archiwum Diecezjalne w Przemyślu, rps 48, Acta officialia, s 1816; rps 49, s. 699. 108 Annulus Cunonicalis..., k. 320. 187 Akta grodzkie i ziemskie..., t. VIII, s. 116, 122. 108 M. K o c i u b i ń s k i, Książa..., seria I, t. IV, s. 121. 109 Tamże, seria II, t. IV (hasło Przemyśl — szkoła katedralna). 110 B. N a d ols k i, Grzegorz z Sambora (Czuj, Vig antius), PSB, t. IX, s. 85— 86; Vigilantii Gregorii Samboritani, Ecloga I,..., Cracovi. ? a. 1566 (zwłaszcza piąta); tenże, Elegiae et Epigrammata, b.r.m. 111 Vigilantii Gregorii Samboritani, Ecloga I,..., Cracoyiae a. 1566.
Biblioteka kapituły przemyskiej ma równie starą metrykę, co sama kapituła. Podstawowy zrąb księgozbioru powstał i powiększał się w re- zultacie przekazywania bibliotece książek przez poszczególnych kanoni- ków. Zachowała się informacja źródłowa o przekazaniu jej bogatych zbiorów przez Mikołaja Wigandiego, doktora praw i pierwszego dziekana kapituły (od 1398 r.)112: podobnie postąpił półtora wieku później archidia- kon Walenty z Urzędowa 113. Stopniowo narastający zasób biblioteki wy- magał uporządkowania i inwentaryzacji. W tym celu kapituła podejmo- wała wielokrotnie uchwały o wyznaczeniu ze swego grona delegatów do tej pracy 114. Zbiory biblioteki były w zasadzie udostępniane tylko kanonikom. Pierwszą bibliotekę publiczną utworzył w połowie XVIII w. biskup Wac- ław Hieronim Sierakowski. Zamierzał on utworzyć kurs teologii schola- stycznej, prowadzony przez jezuitów i dający księżom lepsze wykształ- cenie niż dwuletnie seminarium duchowne. W tym celu postarał się w pierwszym rzędzie o odpowiednią bibliotekę, kompletując księgozbiór w części z własnych książek, ale głównie przejmując zbiory kapituły. Kanonicy wyrazili na to zgodę na posiedzeniu w czerwcu 1754 r. 115. Księ- gozbiór biblioteki kapitulnej został ponownie uporządkowany, oprawiony i przeniesiony na nowe miejsce. W 1759 r. został on udostępniony pu- bliczności116. Z chwilą kasaty zakonu jezuickiego w 1773 r. biblioteka została przejęta przez władze austriackie i przekazana uniwersytetowi we Lwowie. Kapituła przemyska, jako rzeczywisty gospodarz katedry, sprawowa- ła nadzór nad instytucjami i stowarzyszeniami, jakie przy niej istniały, a więc nad kolegiami niższego duchowieństwa, pojedynczymi prebendami i bractwami religijnymi. Najwcześniej z nich powstało kolegium wika- riuszy, powołane oficjalnie przez biskupa Piotra Chrząstowskiego w 1447 r.117, choć niezorganizowani w korporację wikariusze występują przy katedrze znacznie wcześniej118. Kolegium składało się z 9 księży, prezentowanych i utrzymywanych przez kapitułę; posiadało też podobną strukturę organizacyjną jak ona. Zadaniem wikariuszy było zastępowanie kanoników lub udzielanie im pomocy w zajęciach liturgicznych. Z ze- stawień dokonanych przez ks. Mieczysława Kociubińskiego wynika, że od momentu powstania do 1772 r. do kolegium przyjęto ogółem 531 księży119. Przy katedrze istniały ponadto 3 inne kolegia: mansjonarzy, które erygował biskup Maciej Drzewicki w 1510 r., psałterzystów, ufundo- wane przez Jana i Katarzynę Humnickich i zatwierdzone przez biskupa Stanisława Siecińskiego w 1618 r. oraz pasjonalistów, ufundowane przez sufragana przemyskiego Pawła Dubrawskiego, a erygowane w 1715 r.120 112 Ann ulus Canonicalis..., k. 27. 113 Tamże. 114 Delegatów wyznaczano m. in. w 1644, 1669, 1672 i 1680 r. Zob. J. Feder- kiewicz, Kapituła przemyska..., r. XII, 1912, s. 235. 4« Tamże, s. 235—236. n® L. Włodek, por. cyt., s. 6. 117 M. K o c i u b i ń s k i Księża..., seria I, t. III, s. 209, t. IV, s. 152. 148 Liber memorandorui .., s. 109. 419 M. K o c i u b i ń s k Księża..., seria II, t. IV (Przemyśl—wikariusze). 420 W. Sarn a, Dzieje liecezji przemyskiej ob. łac., cz. I, Episkopat przemyski ob. łac., Przemyśl 1902, s. 77.
Ich stan osobowy był mniejszy niż kolegium wikariuszy. Do 1772 r. li- czyły one odpowiednio: kolegium mansjonarzy — 270, psałterzystów — 60, a pasjonalistów — 31 księży 121. Obok kolegiów utworzono przy katedrze kilkanaście pojedynczych prebend. Obejmujący je duchowni zobowiązani byli do obsługi konkret- nego ołtarza (altarie) lub do pełnienia określonej funkcji, np. promoto- ra bractwa, popołudniowego kaznodziei. Część z utworzonych prebend okazała się wkrótce efemerydami; najdłużej istniały altarie Bożego Cia- ła, św. Krzyża, św. Mikołaja, Nawiedzenia NMP, św. Stanisława, św. Wa- wrzyńca i św. Anny 122. Instytucjonalne ramy dla rozwijania różnych form aktywności inte- lektualnej stwarzały bractwa religijne. Jako kościelne stowarzyszenia ludzi świeckich, odgrywały one ważną rolę w upowszechnianiu idei i chrześcijańskich wzorców moralnych w społeczności parafialnej. Jeśliby sądzić z ilości stowarzyszeń erygowanych przy katedrze, życie brackie wyglądało tu skromniej niż w stolicach innych diecezji polskich. Przy katedrze przemyskiej funkcjonowały przez dłuższy czas tylko 4 kor- poracje brackie: Bożego Ciała, św. Trójcy, Ubogich i Literatów NMP 123. Trzy pierwsze stowarzyszenia miały charakter dewocyjno-cha- rytatywny; ich zadaniem było szerzenie pobożności i dobroczynności wśród konfratrów. Prowadzenie pogłębionego życia religijnego przez bra- ctwa zakładało też lepszą od ogółu wiernych znajomość Pisma św., z czym wiązało się upowszechnianie jego treści wśród członków bractwa. Sto- warzyszeniem wyspecjalizowanym w rozwijaniu kultury duchowej było bractwo Literatów, zwane też bractwem Najświętszej Marii Panny. Po- pularne w większych miastach, zwłaszcza u schyłku średniowiecza, sze- rzyły one umiejętność czytania (stąd fratres literati) i śpiewu kościel- nego 124. Wszystkie bractwa posiadały własną administrację, na czele której stał starszy (senior, prowizor). Opiekę duszpasterską sprawował zwykle oddzielny duchowny, zwany promotorem, który równocześnie pełnił obo- wiązki altarzysty brackiego, o ile konfraternia posiadała własny ołtarz. Bractwa religijne wytwarzały silne więzi społeczne, a poprzez wspólny udział w nabożeństwach i zebraniach także więzi duchowe. Zostały znie- sione przez władze austriackie w latach osiemdziesiątych XVIII w. W formowaniu kultury umysłowej społeczeństwa przemyskiego zna- czenie nie mniejsze niż miała kapituła katedralna posiadały zakony. W stosunku do ogółu wiernych cel ten realizowały przez organizowanie wielodniowych misji, kazań powiązanych w dłuższe cykle tematyczne, nabożeństw i innych praktyk religijnych, a także poprzez działalność bractw afiliowanych przy klasztorach 125. Wyspecjalizowani w nauczaniu 121 M. K o c i u b i ń s k i, Księża..., seria II, t. IV, (Przemyśl — psałterzyści, pa- sjonaliści i mansjonarze). 122 Tamże, (Przemyśl — pod nazwami poszczególnych altarii); Schematismus Dioecesis rit, lat. Premisliensis, pro anno 1909, s. 45. 123 Archiwum Diecezjalne w Przemyślu, rps 163, Status et uisitatio ecclesiae cathedralis Premisliensis... a. D. 1744/—1747/, k. 221v. 124 Tamże; B. Kumor, Kościelne stowarzyszenia świeckich na ziemiach pol- skich w okresie przedrozbiorowym, „Prawo Kanoniczne”, r. X, 1967, nr 1, s. 332 i n. 125 J. K ł o c z o w s k i, Zakony w diecezji przemyskiej obrządku łacińskiego w XIV—XVIII w., „Nasza Przeszłość”, t. XLIII, Kraków 1975, s. 66. 14 — Rocznik Przemyski t. 22/23
jezuici prowadzili ponadto kolegium szkolne, zaś misjonarze — semina- rium duchowne (zob. niżej). W wielokierunkowej działalności przemyskich zakonów były to nurty ważne, ale nie jedyne. Nie mniejsze znaczenie przywiązywano do rozwi- jania kultury umysłowej wewnątrz klasztorów przez sprawnie zorgani- zowany system kształcenia nowicjuszy, kleryków i kapłanów, w tym także kleru diecezjalnego, oraz indywidualne studia zakonników, kon- tynuowane niejednokrotnie w innych klasztorach lub za granicą. Przemyśl stanowił największe skupisko klasztorów i zakonników w diecezji. Najwcześniej, bo w drugiej połowie XIV w., zainstalowali się w mieście dominikanie i franciszkanie, którzy już od połowy XIII w. prowadzili tu dorywczą akcję misyjną. Pierwsza wzmianka o klasztorze dominikańskim pochodzi z 1375 r. Mniej pewna jest natomiast infor- macja o wystawieniu murowanego domu zakonnego dla franciszkanów przez biskupa Eryka z Winsen (1377—1391) 126. Nowa fala fundacji kla- sztorów objęła Przemyśl dopiero pod koniec XVI i w pierwszej połowie XVII w. W latach 1610—13 biskup Stanisław Sieciński, z materialną po- mocą starosty przemyskiego i wojewody bełskiego Adama Stadnickiego, osadził w mieście jezuitów. W kilkanaście lat później, w 1625 r., ufun- dował klasztor karmelitom bosym wojewoda podolski Marcin Krasicki, zaś w latach 1619—37 kilkoro ofiarodawców (Piotr Cieciszowski, Szczęsna Stadnicka, Hermolaus Ty rawski) umożliwiło wybudowanie klasztoru i kościoła pod wezw. św. Antoniego dla reformatów. Pojawiły się również klasztory żeńskie, dominikanek (przed 1591 r.) i benedyktynek (1618), sprowadzonych do Przemyśla z Jarosławia. Fun- datorem tego ostatniego klasztoru był ks. Maciej Wołkowicz. Do końca Rzeczypospolitej szlacheckiej powstały w Przemyślu jeszcze dwa domy zakonne. W połowie lat sześćdziesiątych XVII w. sprowadził się do mia- sta wyspecjalizowany w szpitalnictwie zakon bonifratrów i założył szpi- tal na 12 łóżek. Fundatorem klasztoru i szpitala był pisarz ziemski prze- myski Paweł Mniszek. Niedługo potem biskup Jan Zbąski osiedlił przy katedrze misjonarzy. Prowadzili oni seminarium duchowne, erygowane oficjalnie 7 lutego 1687 r. W sumie przed rozbiorami istniało w Przemy- ślu 7 klasztorów męskich i 2 żeńskie 127. Pod względem liczebności zakonnicy i zakonnice znacznie przewyż- szali duchowieństwo świeckie. W r. 1772/73, dla którego posiadamy do- kładne dane, w klasztorze dominikanów przebywało 32 zakonników, u reformatów — 25, jezuitów i karmelitów bosych — po 18, franciszka- nów — 9, zaś placówki bonifratrów i misjonarzy miały tylko po 4 człon- ków zakonu. W tym samym czasie w obu klasztorach żeńskich przeby- wało około 40 zakonnic. Stan osobowy wszystkich 9 klasztorów przemy- skich kształtował się na poziomie 150 ludzi128. Wewnętrzne studia zakonne były najlepiej postawione u dominikanów 129 Tamże, s. 32. 127 Tamże, s. 30, tab. 2, s. 37, tab. 3, s. 46, tab. 4; W. Sarna, Dzieje diecezji..., cz. I, s. 246; 128 Stan liczebny klasztorów przemyskich był stabilny, np. w 1605 r. u domi- nikanów było 30 zakonników. Zob. J. Kłoczowski, Wielki zakon XVII-wiecznej Rzeczypospolitej u progu swego rozwoju, „Nasza Przeszłos'ć”, t. XXXVIII, 1972, s. 122.
i reformatów. W obu klasztorach działały kilkunastoosobowe komplety kierowane przez profesorów teologii lub filozofii. Na przełomie 1772 i 1773 r. dominikanie przemyscy mieli 4 profesorów, a reformaci — 2. W pozostałych klasztorach prowadzone były szkoły konwentualne, kiero- wane przez profesorów — lektorów. Uczestniczyli w nich codziennie obecni w klasztorze kapłani zakonni, niekiedy również duchowieństwo diecezjalne 129 130 131. Seminarium duchowne prowadzone przez misjonarzy miało charakter uzupełniający; przygotowywało ono praktycznie do pełnienia funkcji kapłańskich. Personel nauczający i wychowujący seminarium był nie- liczny. Według aktu erekcyjnego z 1687 r., w seminarium powinno prze- bywać 2—3 profesorów oraz kleryk z 2 braćmi laikami lub służącymi 13°. Profesorzy udzielali jedynie nauki religii, podczas gdy samo nauczanie prowadził bakałarz, którym był przeważnie jeden z absolwentów semi- narium 181. Program nauczania obejmował filozofię, teologię moralną i spekulatywną, naukę śpiewu gregoriańskiego, Pismo św. oraz kształce- nie umiejętności praktycznych. Nauka trwała 2 lata i prowadzono ją opierając się w zasadzie na własnej bibliotece. Seminarium kształciło po- czątkowo 6 kleryków, dopiero biskup W. H. Sierakowski podniósł ich liczbę do 12 132. Wspomniane wcześniej kolegium szkolne jezuitów rozrosło się w cią- gu stulecia do jednego z największych tego rodzaju zakładów w Rzeczy- pospolitej. W połowie XVIII w. z pomocą biskupa Sierakowskiego pod- niesiono liczbę profesorów z 5—6 do 9—10, co umożliwiło realizację peł- nego programu nauczania, z rozbudowaną teologią na czele. Kolegium stanowiło w tym czasie prężne środowisko naukowo-kulturalne, posia- dające obok szkoły własną drukarnię, bibliotekę i scenę teatralną133. Posiadanie tak rozbudowanych środków społecznego i kulturalnego od- działywania tłumaczy w dużym stopniu wysoką pozycję jezuitów w spo- łeczeństwie przemyskim w XVIII w. Rola, jaką odgrywała kuria biskupia ob. łac. w rozwoju kultury pol- skiej, jest przy obecnym stanie badań trudna do określenia. Wynika to w części z braku opracowań dotyczących kancelarii biskupiej, konsysto- rza przemyskiego i jego kancelarii; niedostateczna jest też znajomość roli, jaką w formowaniu miejscowej kultury odgrywali biskupi ordynariusze ze swoimi dworami. Nie lepiej wygląda sytuacja w odniesieniu do urzę- dów związanych z administracją państwową 134 i samorządem miejskim. Pozostawiając te problemy przyszłym badaniom, w tym miejscu ograni- czymy się tylko do podania kilku informacji liczbowych określających te środowiska. W okresie przedrozbiorowym kuria biskupia była pojęciem szerokim, obejmującym, obok centralnych urzędów diecezjalnych i związanej z ni- 129 J. Kloczowski, Zakony w diecezji przemyskiej..., s. 59. 130 J. Rąb, Seminarium diecezjalne..., s. 264. 131 Tamże, s. 262. 132 Tamże. 133 Biblioteka Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu, rpsy 12105 i 12106/11 (teksty dialogów wystawianych w kolegium). 134 Zob. P. Dąbkowski, Księgi sądowe przemyskie i przeworskie w dawnej Polsce, Przemyśl 1936; tenże, Palestra i księgi sądowe ziemskie i grodzkie w daw- nej Polsce, Lwów 1926.
mi kancelarii biskupiej, również cały dwór biskupi wraz z jego urzędami ściśle dworskimi i gospodarczymi135. Dwór ordynariuszy przemyskich, w porównaniu z innymi siedzibami biskupów polskich, przedstawiał się skromnie; decydowały tu niewysokie dochody osiągane z diecezji. Skład bezpośredniego otoczenia biskupa nie był stały, podobnie jak zmieniały się miejsca jego pobytu. Najczęściej w otoczeniu biskupa znajdował się marszałek, kanclerz, sędzia, podskarbi i kapelan, rzadziej spotkać można było koniuszego, stolnika, podczaszego i szatniego 136. Właściwymi urzędnikami kancelarii biskupiej byli: wikariusz in spi- ritualibus, notariusz kurii, kanclerz, notariusze-pisarze, sędziowie aseso- rowie i instygator137. Przemyscy wikariusze in spiritualibus byli tylko nominalnie urzędnikami kancelarii, gdyż z reguły piastowali urząd ofi- cjała stołecznego. Właściwym kierownikiem kancelarii był jeden z no- tariuszy publicznych, który przybierał wówczas nazwę notariusza kurii. Niektórzy notariusze duchowni (w kancelarii pracowali również świec- cy) uzyskiwali po dłuższej praktyce notariat lub protonotariat apostolski; ten ostatni dawał pewną egzempcję spod jurysdykcji biskupa ordyna- riusza. W okresie od 1391 do 1772 r. występuje w źródłach 148 notariuszy kurii, 86 notariuszy publicznych, 89 notariuszy publicznych — apostol- skich i 37 protonotariuszy apostolskich 138. Kancelaria oficjała stołeczne- go składała się, poza oficjałem (56 do 1772 r.), z sędziego surogata, czyli tymczasowego zastępcy oficjała (56), sędziów asesorów, instygatora (47) i notariuszy139. W praktyce do pracy w oficjalacie powoływano tych sa- mych asesorów i instygatorów co w kancelarii biskupiej. Sąd i urząd grodzki i ziemski w Przemyślu zorganizowano wkrótce po wprowadzeniu na Rusi Halickiej polskiego prawa sądowego (1434 r.). Kancelaria grodzka mieściła się na zamku, natomiast ziemska miała od- dzielną kamienicę w rynku, skąd w połowie XVI w. na krótko przenie- siono ją do ratusza 14°. Obie kancelarie miały podobną organizację. Ich personel składał się z regenta, susceptanta, inducentów, lektantów i osób pomocniczych. W 2. połowie XVII w. kancelaria grodzka liczyła co naj- mniej 20 osób, a ziemska — 60 141. W tym samym czasie kancelaria miej- ska mogła mieć od 5 do 10 urzędników. Można na tej podstawie przyjąć, że w Przemyślu w XVII—XVIII w. krąg osób utrzymujących się głównie z pracy umysłowej był znaczny i liczył 400—450 ludzi. Stanowiłoby to niecałe 10 proc, ludności miasta. 136 w. Muller, Diecezje w okresie potrydenckim, [w:] Kościół w Polsce. Wieki XVI—XVIII, Kraków 1969, s. 172. 138 Najczęściej źródła odnotowywują występowanie kapelanów (102 w okresie do 1772 r.), a następnie notariuszy, M. Kociubiński, Księża..., seria II, t. IV (Przemyśl — Kuria Biskupia). 137 H. W y c z a w s k i, Wprowadzenie do studiów w archiwach kościelnych, Warszawa 1956, s. 51—52, 55—56. 138 M. Kociubiński, Księża..., seria II, t. IV (Przemyśl — Kuria Biskupia). i3’ Tamże, (Przemyśl — Sąd Biskupi). 140 P. D ą b k o w s k i, Księgi sądowe..., s. 12. 141 Uchwała sejmiku wiszeńskiego z 1683 r. ograniczała nadmierną liczbę per- sonelu kancelarii grodzkiej, ustalając ją na poziomie 20 urzędników. Wynika stąd, że w okresie poprzednim personel kancelarii był liczniejszy. Zob. P. Dąbkow- s k i, Księgi sądowe..., s. 9, Wyliczenie liczby urzędników kancelarii ziemskiej do- konano na podstawie listy przydziału czynności z okresu od 2 I 1685 do 31 XII 1686 r., P. D ą b k o w s k i, Księgi sądowe..., dok. nr XXX, s. 68—74.
Ryszard Dalecki JAROSŁAWSKI 39 PUŁK PIECHOTY STRZELCÓW LWOWSKICH W DZIAŁANIACH WOJENNYCH 1939 R. Żołnierzom 39 pp Strzelców Lwowskich, poległym za Ojczy- znę, tę pracę poświęca Autor I. WSTĘP Praca niniejsza przedstawia po raz pierwszy całość wysiłku mobili- zacyjnego i bojowego 39 pp Strz. Lw. *> we wrześniu 1939 roku w za- kresie, na jaki pozwalają dostępne materiały historyczne. Baza źródłowa jest, niestety, bardzo skąpa. Wszystkie akta wytworzone przez jednostki organizacyjne pułku zostały zniszczone w toku działań wojennych, aby nie dostały się w ręce wroga. W tej sytuacji autor był zmuszony sięgnąć do relacji uczestników. Ale i tutaj ilość materiału jest skąpa, a jakość różna. Do najcenniejszych należy bezsprzecznie zaliczyć znajdujące się w Archiwum Instyt. Hist. w Londynie relacje dowódcy pułku ppłk. dypl. Romana Szymańskiego, oficera łączności pułku kpt. Eugeniusza Buczyń- skiego i dowódcy 7 kompanii por. Leona Zalasińskiego, a ze zbiorów autora relację I adiutanta pułku kpt. Stefana Żółtowskiego. Dużo mate- riału ogólnego dają relacje dowódcy 24 DP, płk. dypl. Bolesława Krzy- żanowskiego i szefa sztabu dywizji (od 9 września), mjr. dypl. Edmunda Różyckiego, obie z Archiwum Instyt. Hist. w Londynie, a ze zbiorów autora relacja dowódcy dywizjonu III/40 pal, mjr. Antoniego Tomaszew- skiego i dowódcy 60 dac, mjr. Stanisława Rogoża. Inne relacje są syntetyczne i wnoszą mało zasadniczych faktów do tematu. Jako materiał uzupełniający wykorzystano prace autorów pol- skich i niemieckich oraz artykuły zamieszczone w wydawnictwach kra- jowych, głównie na łamach „Wojsk. Przegl. Historycznego”, „Rocznika Przemyskiego” i „Studiów Historycznych”. Są one wymienione w bi- bliografii. Wykaz skrótów podajemy przy końcu niniejszego artykułu.
II. MOBILIZACJA PUŁKU 39 pp Strz. Lw. ppłk. dypl. Romana Szymańskiego stacjonował do września 1939 roku w Jarosławiu (dowództwo pułku, bataliony II i III oraz plutony specjalne). Jego I batalion, szkolący też szeregowych dla Korpusu Ochrony Pogranicza, miał stałe miejsce postoju w Lubaczowie. Organizacyjnie pułk należał obok rzeszowskiego 17 pp ppłk. dypl. Be- niamina Kotarby, przemyskiego 38 pp Strz. Lw. ppłk. dypl. Franciszka Grabowskiego i jarosławskiego 24 pal ppłk. Tadeusza Michałowskiego 1 do jarosławskiej 24 DP płk. dypl. Bolesława Krzyżanowskiego 2. W myśl rozkazu szefa Sztabu Głównego, gen. bryg. Wacława Stachie- wicza, elaborat mobilizacyjny został przepracowany osobiście przez do- wódcę pułku, ppłk. dypl. Szymańskiego wraz z oficerem mobilizacyjnym pułku, kpt. Jakubem Szuttem. Prace te oraz przesunięcia materiałowe zostały wykonane na czas, pomimo że terminy wykonania były bardzo krótkie. Elaborat ten został skontrolowany przez dowódcę 24 DP płk. dypl. Krzyżanowskiego i jego zastępcę, płk. Bolesława Schwarzenberg- -Czernego. Z wyjątkiem pewnych drobnych usterek elaborat został uzna- ny za dobry i przyjęty. 26 sierpnia został wydany rozkaz obrony przeciwlotniczej czynnej i biernej. Obrona czynna polegała na obsadzeniu własnymi ciężkimi ka- rabinami maszynowymi pewnych punktów w rejonie koszar i w samych koszarach (na ulicy Kościuszki i Głębokiej). Dział przeciwlotniczych w garnizonie jarosławskim nie było. Obrona przeciwlotnicza ciężkimi kara- binami maszynowymi była jednak zapewniona tylko do ogłoszenia mobi- lizacji i wyjścia oddziałów poza garnizon. Potem Jarosław pozostał bez czynnej obrony przeciwlotniczej. Obrona bierna polegała na zaciemnie- niu świateł i uszczelnieniu kilku pomieszczeń w pułku. Dopiero z zarzą- dzeniem OPL nadeszły kredyty z DOK nr X Przemyśl w ilości 10 000 zł na prace związane z obroną przeciwlotniczą. Niestety, kredyty te przy- szły spóźnione i nie zostały wykorzystane 3. 30 sierpnia o godz. 16.00, w obecności dowódcy OK nr X gen. bryg. Wacława Wieczorkiewicza, otrzymano rozkaz mobilizacji powszechnej. Już jednak w dwie godziny później rozkaz ten został odwołany przez ko- mendanta garnizonu, płk. dypl. Krzyżanowskiego. Odwołanie rozkazu mobilizacyjnego nie spowodowało w pułku jakiegoś specjalnego zamie- szania. Dała się jednak odczuć — jak stwierdza dowódca pułku — „utra- ta pewnego zaufania do „góry”, gdzie tak ważne rozkazy odwoływano” 4. 1 Pokojowy dowódca 24 pal ppłk Władysław Kaliszek w wyniku mobilizacji odszedł na dowódcę artylerii dywizyjnej 24 DP. Rei. kpt. A. Górskiego, pomocnika oficera operac. 24 DP. Arch. Instyt. Hist. w Londynie. 2 W skład 24 DP weszły jeszcze 24 dac mjr. Feliksa .Filejskiego (mob. 10 pac Przemyśl), 24 batalion saperów mjr. Stefana Piętki (mob. 4 batalion saperów Prze- myśl), kawaleria dywizyjna mjr. Tadeusza Klepackiego, 24 kompania telegraficzna kpt. Bronisława Nanowskiego i 13 kompania sanitarna mjr. lek. dr. Romana Szwery- na. Nie przybyła natomiast 24 bateria artylerii plot. kpt. Józefa Kopcia. Por. R. D a- lecki, Udział jednostek garnizonu przemyskiego w działaniach wojennych 1939 r”, „Rocznik Przemyski”, t. XVII—XVIII, Przemyśl, 1977, s. 210, 219, 223. Także R. D a 1 e c k i, Działania armii „Małopolska” w drugim okresie kampanii wrześ- niowej, „Rocznik Przemyski”, t. XII. Przemyśl, 1971, s. 250. 8 Rei. d-cy 39 pp ppłk. dypl. R. Szymańskiego. Arch. Instyt. Hist. w Londynie. 4 Tamże
31 sierpnia o godz. 11.30 przyszedł ponownie rozkaz o mobilizacji po- wszechnej. Dowódca pułku wydał natychmiast wszystkie zarządzenia wstępne i wyznaczył na godz. 14.00 odprawę oficerów. Na odprawie tej rozdano oficerom ich dzienniki „mob” i nakazano wykonanie czynności, przyjmując godz. 15.00 jako „godz. X” i dzień 1 września godz. 00.00 jako pierwszy dzień mobilizacji. Ryc. 1. Odznaka pułkowa 39 pp. Strz. Lw. Jeszcze tego samego dnia wyjechały w teren komisje poborowe koni, wozów i rowerów. Wszystkie czynności dnia zostały wykonane bez żad- nych specjalnych tarć, a łączność z I batalionem w Lubaczowie działała sprawnie. Pułk mobilizował następujące jednostki: cały 39 pp, batalion III/154 pp ppłk. Franciszka Herzoga dla 45 DP, batalion ON „Jarosław” kpt. Józefa Bochenka dla 3 BG, kompanię sztabową dla dowództwa 24 DP, dywizyj- ną kompanię kolarzy dla 24 DP, dywizyjną kompanię KM plot dla 24 DP, dwie kolumny taborów, obóz jeńców. Dodatkowo w ramach OZ 24 DP w Przemyślu zmobilizowano batalion improwizowany 39 pp mjr. Hen- ryka Dyducha, batalion improwizowany 39 pp kpt. Franciszka Wylęga- ły i batalion improwizowany 39 pp kpt. Jakuba Szutta5. 6 R. Dalecki, Obrona Przemyśla we wrześniu 1939 r., „Profile”, nr 2/1973.
Dzień wybuchu wojny 1 września upłynął na czynnościach mobiliza- cyjnych. Wydawano umundurowanie i sprzęt. Dał się zauważyć słaby napływ transportów rezerwistów z zachodu (Kieleckie i Radomskie). Większy napływ był spodziewany w nocy. Również żle było z poborem koni. Dopiero o godz. 15.00 przybyły pierwsze konie i wozy.’ Było to spo- wodowane spóźnieniem się komisji ze starostwa jarosławskiego. Następ- stwem tego było też opóźnienie w dostarczeniu kuchni potowych i sprzę- tu do pododdziałów. Miasto nie było tego dnia bombardowane przez lotnictwo niemieckie. Dzień 2 września charakteryzował się w dalszym ciągu słabym na- pływem rezerwistów. W tej sytuacji dowódca pułku nakazał uzupełniać w pierwszej kolejności plutony specjalne, kompanię zwiadowców i II ba- talion mjr. Józefa Bieńka. Natomiast napływały już normalnie konie i wozy. Znaczny procent wozów był jednak w stanie zupełnie nie nadają- cym się do użycia. Do tego brakowało do wozów płacht nieprzemakal- nych. Wieczorem ppłk dypl. Szymański został wezwany na dworzec do do- wódcy dywizji, gdzie został powiadomiony o przyspieszeniu odejścia na front transportów, a tym samym i mobilizacji. Odwrotnie płk dypl. Krzy-
żanowski otrzymał od dowódcy pułku meldunek o stanie mobilizacji i braku specjalistów, którzy nie nadeszli z zachodu. Na podkreślenie za- sługiwało natomiast 100-proc. stawiennictwo mniejszości narodowych, których stosunek procentowy do całości oddziałów wynosił w pułku 33 proc Ustalona została następująca kolejność transportów pułku: 1. — kom- pania ppanc. i pluton artylerii piechoty, 2. — I batalion ppłk. Piotra Ka- czały z Lubaczowa, 3. — dowództwo pułku i kompania zwiadowców, 4. — II batalion mjr. Józefa Bieńka, 5. — III batalion kpt. Zygmunta Ga- włowskiego. Ryc. 3. Ppłk dypl. Roman Szymanowski dowódca 39 pp Strz. Lw. Pierwszy transport miał wyruszyć 3 września, możliwie w godzinach przedpołudniowych. Dowództwo 24 DP z Kwaterą Główną wyjeżdżało w nocy z 2/3 września. Ze względu na to, że dywizyjna kompania KM plot. por. Witolda Skawińskiego nie była jeszcze zmobilizowana, dowód- ca pułku miał dać pluton ciężkich karabinów maszynowych do osłony plot, transportu. Okazało się przy tym, że wszystkie transporty pułku miały mieć własną obronę plot. Hasło transportów brzmiało „Pomorze”. W ciągu nocy z 2/3 września nadeszło więcej rezerwistów z zachodu, co pozwoliło na uzupełnienie luk w plutonach specjalnych i w II batalionie.
Ilość koni i wozów była wystarczająca, ale około 50 proc, koni było źle podkutych. Na dzień 3 września było przewidziane złożenie przysięgi oraz zapo- znanie się, chociaż prowizoryczne, dowódcy pułku z oddziałami. Wobec przyspieszenia odjazdu transportów, wszystko to odpadło: Wczesnym po- południem 3 września miał miejsce pierwszy nalot na Jarosław. Jedna bomba zrzucona niecelnie na koszary przy ulicy Kościuszki upadła do parku i nie wybuchła 6. W ciągu dnia oddziały pułku (bez III batalionu kpt. Gawłowskiego) załadowały się i wyruszyły do rejonu koncentracji 24 DP. Transport z dowództwem pułku odjechał o godz. 15.00. Następ- nego dnia o godz. 03.00 wyjechał III batalion kpt. Gawłowskiego. Ryc. 4. Ppłk Piotr Kaczała — dowódca batalionu 1/39 pp. Pozostałość pułku pod dowództwem kpt. Jakuba Szutta, w tym rów- nież organizujący się batalion improwizowany mjr. Henryka Dyducha oraz sztandar pułkowy odchodziły z rozkazu dowódcy dywizji do OZ 24 DP w Przemyślu. Tamże została też skierowana z Lubaczowa nadwyżka żołnierzy w sile batalionu pod dowództwem kpt. Franciszka Wylęgały 7. Mobilizacja pułku odbyła się na ogół sprawnie. Braki personalne zostały uzupełnione dzięki obecności w pułku młodszego rocznika, a w I batalionie w Lubaczowie, szeregowych przeznaczonych dla Korpusu 9 Rei. adiutanta 39 pp, kpt. St. Żółtowskiego, w zbiorach autora. 7 Rei. d-cy batalionu improw. 39 pp, kpt, Fr. Wylęgały, i d-cy 6 komp., por. L. Winiarskiego, z batalionu improw. 39 pp mjr. H. Dyducha. Arch. Instyt. Hist w Londynie.
Ochrony Pogranicza. Ze względu na przyspieszenie załadowania pułku, do- wódcy nie zdołali poznać swoich oddziałów i nie było należytego zgrania, co jest nieodzownym warunkiem dla sprawnego dowodzenia. Stan mo- ralny i fizyczny ludzi był dobry, a stan koni średni. Rezerwiści nie byli jednak zaprawieni do marszu, co dało potem znać o sobie przy odwrocie z linii Dunajca. Wyposażenie etatowe oddziałów było kompletne, ale ro- wery otrzymane z poboru — nietypowe i bez bagażników, wozy zaś ta- borowe (jak już o tym była mowa) w bardzo złym stanie. III. DZIAŁANIA WOJENNE DO 9 WRZEŚNIA W ciągu 4 września pułk bez III batalionu wyładował się w Tarno- wie. Po drodze transporty były bombardowane, ale nie poniosły strat. Na miejsce postoju dowództwa wybrano miejscowość Koszyce pod Zby- litowską Górą. Ppłk dypl. Szymański udał się bezzwłocznie do dowódz- twa 24 DP w folwarku Radlna (4 km na płd. od Tamowa), gdzie otrzy- mał od płk. dypl. Krzyżanowskiego rozkaz zorganizowania obrony wschod- niego brzegu Dunajca (na płd.-zach. od Moście) od Zby litewskiej Góry na północy do Zgłobic na południu, strzegąc kierunku z Bochni wzdłuż szosy i linii kolejowej na Rzeszów. Specjalną uwagę należało zwrócić na most szosowy pod Wojniczem, zabezpieczając go silną placówką oficerską. Na lewym skrzydle dywizji nad Dunajcem organizował obronę prze- myski 38 pp Strz. Lw. ppłk. dypl. Grabowskiego. Natomiast na prawo od 39 pp była na razie luka, która miała być w przyszłości obsadzona przez inne oddziały. Również między 38 pp a 39 pp była luka szerokości około 1 km. Jako wsparcie pułk miał otrzymać jedną baterię artylerii lekkiej, lecz nie wcześniej niż 5 lub 6 września, gdyż 24 pal miał opóź- nioną mobilizację z powodu nieprzybycia na czas koni z poboru. Mapy rejonu Tamowa otrzymano tylko dwie na cały pułk. O nieprzyjacielu nie dowiedział się dowódca pułku niczego konkretnego. Walki miały trwać w rejonie Kraków—Bochnia i na południe od Nowego Sącza. Po powrocie z dowództwa dywizji wydane zostały wstępne rozkazy natychmiastowego obsadzenia mostów przez kompanię zwiadowców, kom- panię ppanc. i pluton artylerii piechoty. Następnie, wyładowane już dwa bataliony (I i II), otrzymały rozkaz obrony linii Dunajca. Na pra- wym skrzydle organizował ją I batalion ppłk. Kaczały, a na lewym — II batalion mjr. Bieńka. Mościce i Tarnów były silnie bombardowane, ale oddziały pułku nie poniosły strat. 5 września o godz. 11.00 wyładował się pod Tarnowem III batalion kpt. Gawłowskiego i został skierowany do obwodu w rejon Koszyc. W tym czasie I i II batalion organizowały bez przeszkód obronę powierzo- nego sobie rejonu. Na południowym skrzydle nawiązano łączność z 38 pp. Wysłany na rozpoznanie pod Bochnię pluton kolarzy sierż. Jana Tedysa z kompanii zwiadowców por. Kazimierza Bukowego nie stwierdził nieprzy- jaciela. Szosą na Tarnów przewalała się olbrzymia fala żołnierzy i ucie- kinierów z zachodu. W związku z tym, aby uniknąć zaskoczenia, dowód- ca pułku zalecił specjalne pilnowanie mostów, zabezpieczając je baryka- dami. Rozkaz na dzień 6 września nakazywał pełną gotowość bojową od- działów, ubezpieczenie placówkami na przedpolu i rozpoznanie. Przez całą noc z 5/6 września trwał ruch odwrotowy oddziałów i uciekinierów z zachodu, ale styczności z nieprzyjacielem nie nawiązano.
Około południa 6 września dwa czołgi niemieckie wjechały do Wojni- cza, ostrzelały placówkę oficerską wysuniętą do mostu drogowego i lud- ność cywilną, raniąc dwóch żołnierzy. Po otwarciu ognia przez nasze działka ppanc. czołgi wycofały się. Jak obecnie wiadomo, był to wypad czołgów niemieckiej 4 DLek. Ryc. 5. Mjr Józef Bieniek — dowódca batalionu 11/39 p.p. Z odcinka południowego bronionego przez 38 pp słychać było silny ogień artylerii i broni maszynowej. Wobec braku nacisku na 39 pp, do- wódca pułku otrzymał około godz. 15.00 rozkaz skierowania III batalio- nu kpt. Gawłowskiego z plutonem działek ppanc. do dyspozycji, silnie atakowanego, 38 pp w rejon Lubinki na południe od Zakliczyna. W jego miejsce otrzymano z Tarnowa słaby batalion marszowy 79 pp, który ob- sadził lukę między 38 pp i 39 pp. Do dyspozycji pułku został przydzielony też pluton KM z dywizyjnej kompanii KM plot. por. Skawińskiego, a z artylerii przybyła po południu 1 bateria 24 pal ppor. Aleksandra Bartkowskiego. Przygotowano do wy- sadzenia most drogowy pod Wojniczem. Natomiast most kolejowy pod Bogumiłowicami został podminowany przez saperów z dywizyjnego 24 ba- talionu saperów mjr. Stefana Piętki. Wobec pojawienia się nieprzyjaciela na szosie biegnącej równolegle zachodnim brzegiem Dunajca około 4 km od rzeki, ppłk dypl. Szymań- ski zadecydował wykonanie na godz. 23.00 wypadu II batalionu mjr. Bień- ka, na co dowódca dywizji wyraził zgodę. Jednocześnie nakazał on do- wódcy pułku ostrzelanie nieprzyjaciela ogniem przydzielonej poprzednio 1 baterii 24 pal. Jednakże ze względu na dużą odległość i trudność ob- serwacji bateria ta nie otwierała ognia. Już jednak o godz. 22.30 szef sztabu 24 DP, ppłk dypl. Jan Axento- wicz, przekazał telefonicznie ppłk. dypl. Szymańskiemu następujący roz- kaz:
„Wydać wstępne rozkazy do odwrotu na Pilzno. Most szosowy i kolejowy wy- sadzić o godz. 03.00 nad ranem z rozkazu dowódcy armii, gen. Fabrycego”8. Rozkaz ten był dużym zaskoczeniem dla dowódcy pułku, który z wie- czornej rozmowy z dowódcą piechoty dywizyjnej 24 DP, płk. Bolesławem Schwarzenberg-Czernym, wiedział, że dywizja ma bezwzględnie trzymać swoje pozycje9. Otrzymany rozkaz był jednak faktem i trzeba go było wykonać. Ze swej strony ppłk dypl. Szymański poprosił o skierowanie III batalionu kpt. Gawłowskiego z Lubinki na Pilzno, co zostało wyko- nane. W ciągu nocy z 6/7 września niemiecka 4 DLek. rozpoznawała inten- sywnie możliwości przejścia przez Dunajec w lesistym terenie na styku 38 pp i 39 pp, lecz próby te zostały unicestwione przez własne patrole. Nad ranem 7 września o godz. 03.00 oddziały pułku zebrały się na szosie do Tarnowa i ruszyły na wschód. Do kolumny dołączyła z lewego skrzydła dywizji 2 bateria 60 dac kpt. Ignacego Uznańskiego i 3 bateria 60 dac kpt. Ludwika Skorskiego wspierające dotąd 38 pp ppłk. dypl. Gra- bowskiego. Mosty na Dunajcu zostały wysadzone: drogowy pod Wojni- czem około godz. 03.00, a kolejowy pod Bogumiłowicami o godz. 01.30. Nieprzyjaciel nie naciskał i nie bombardował z powietrza, więc marsz trwał bez przeszkód, utrudniony jedynie dużym zatłoczeniem szosy przez tabory oraz grupkami wycofujących się żołnierzy z rozbitych oddziałów. W Tarnowie na ogon kolumny dołączył III batalion kpt. Gawłowskiego. Pułk zebrał się więc znowu w całości. Rozkaz do odwrotu nie dotarł je- dynie do I plutonu KM ppor. rez. Ludwika Krowickiego z 2 kompanii KM por. Stanisława Trondowskiego, gdyż goniec wysłany w nocy z kom- panii nie odnalazł stanowisk plutonu 10. Przed Pilznem nadjechał szef oddziału operacyjnego GO „Boruta” kpt. dypl. Józef Kuropieska, pytając o miejsce postoju dowódcy 24 DP i powód opuszczenia linii Dunajca. Następnie przybył oficer operacyjny 24 DP, kpt. dypl. Marian Sokołowski i doręczył dowódcy pułku rozkaz obrony odcinka Wisłoki na wschód od Pilzna. Przed godz. 12.00 czoło pułku osiągnęło Pilzno wprost niesamowicie zatłoczone różnymi kolum- nami, którymi nikt nie kierował. Brak było żandarmerii, policji czy też oficera regulacji ruchu. W natłoku tym 39 pp został porozrywany tabo- rami, artylerią i innymi oddziałami. W konsekwencji dużo żołnierzy i część własnych taborów poszła na Dębicę. Gros pułku udało się jednak zebrać w lesie na wschód od Pilzna, ubezpieczając się placówkami i wy- dając ludziom jedzenie. W ciężkim odwrocie znad Dunajca były duże straty marszowe, a od- 8 Rei. d-cy 39 pp, ppłk dypl. R. Szymańskiego. Arch. Instyt. Hist. w Londynie. 9 Rozkaz z dowództwa armii „Karpaty” do odwrotu na Wisłokę, przekazany telefonicznie przez ppłk. dypl. Tadeusza Majewskiego, był również dużym zaskocze- niem dla d-cy 24 DP. W tej sprawie pisze on w relacji: „Rozkaz, podany w formie bardzo kategorycznej, zaskoczył mnie do tego stopnia, że nieopatrznie, po jego po- wtórzeniu, przerwałem rozmowę. Gdy po chwili zastanowienia kazałem ponownie nawiązać połączenie z Dowództwem Armii, by zażądać bliższych wyjaśnień co do powodów tej decyzji oraz dowiedzieć się wreszcie o wynikach rozpoznania lotni- czego, łączność była niemożliwa”. Rei. d-cy 24 DP, płk. dypl. B. Krzyżanowskiego. Arch. Instyt. Hist. w Londynie. 10 Rei. d-cy I plut. 2 komp. KM 39 pp, ppor. rez. L. Krowickiego. Arch. Instyt. Hist. w Londynie.
działy ogromnie wyczerpane wymagały odpoczynku i reorganizacji. Przed zapadnięciem zmroku wybuchł w lesie popłoch spowodowany zapewne przez dywersanta okrzykiem, że nadchodzą niemieckie czołgi. Z wiel- kim trudem opanowano sytuację, ale część ludzi się rozpierzchła. Przed wieczorem własny oficer łącznikowy, ppor. Marian Chirowski, przywiózł z dowództwa dywizji trzy komplety map nowego rejonu ope- racyjnego. Zameldował się też dowódca wspierającej baterii artylerii lek- kiej. Wydane zostały zarządzenia ubezpieczenia się na skrajach lasów i nawiązania łączności na północy z 38 pp, a na południu z 17 pp ppłk, dypl. Kotarby. Ryc. 6. Haubica 155 mm z 60 dac na stanowisku ogniowym. Do świtu 8 września skraj lasu został obsadzony przez I batalion ppłk. Kaczały i II batalion mjr. Bieńka zamykając kierunki od Pilzna i Dębicy. III batalion kpt. Gawłowskiego pozostał zapewne w odwodzie. Dołączył I pluton KM ppor. rez. Krowickiego z 2 kompanii KM pozostawiony nad Dunajcem. Teren przeznaczony do obrony był tutaj o wiele trudniejszy niż nad Dunajcem, a Wisłoka skutkiem posuchy nie stanowiła żadnej przeszko- dy dla nieprzyjaciela. Około godz. 03.00 przybył szef sztabu 24 DP, ppłk dypl. Axentowicz, i doręczył rozkaz zwinięcia obrony i dalszego odwrotu na Wisłok, gdzie nastąpi uporządkowanie oddziałów przy 11 KDP płk.
dypl. Prugar-Ketlinga. 39 pp jako najmniej wyczerpany walką, miał ma- szerować w straży tylnej dywizji na Kozłówek nad Wisłokiem na skrzyd- ło 11 KDP. Jednocześnie poinformował on dowódcę pułku, że płk dypl. Krzyżanowski przekazał dowodzenie płk. Schwarzenberg-Czernemu i od- dał się do dyspozycji dowódcy armii. Ryc. 7. Sierż. Józef Bąk — szef 3 kompanii 39 pp. W tej sytuacji uruchomiono dalszy marsz oddziałów do Kozłówka. Do kolumny wcielono baterię artylerii lekkiej i baterię artylerii ciężkiej. W Wielopolu nastąpił trzygodzinny postój dla nakarmienia ludzi i koni. Wieczorem około godz. 21.00 czoło pułku osiągnęło Kozłówek, gdzie do- wódca kawalerii dywizyjnej 24 DP, mjr Tadeusz Klepacki, doręczył ko- lejny rozkaz marszu na Węglówkę, jako straż tylna dywizji. Dowódca pułku przedstawił odwrotnie mjr. Klepackiemu stan oddziałów, które głodne oraz zmęczone już trzeci dzień i noc maszerują, przez co 30 proc, łudzi ma rany na nogach od nowych butów, a straty marszowe są bar- dzo duże. Pułk ruszył na Węglówkę polnymi drogami, przez co marsz stał się jeszcze bardziej uciążliwy. Szosa została przeznaczona dla artylerii i ta- borów. Wydane zostały ostre zarządzenia dotyczące dyscypliny marszo- wej i porządku. Wobec jednak olbrzymiego przemęczenia ludzi i koni, nie mogło to dać pozytywnych wyników.
Świt 9 września zastał pułk jeszcze przed Węglówką, mocno rozciąg- nięty na długości 4 km. W Węglówce napotkano 60 dac mjr. Stanisława Rogoża (bez I baterii kpt. Zygmunta Łyzickiego) i tabory. Na przodzie posuwały się oddziały 11 KDP z artylerią dywizyjną. Droga była kom- pletnie zatarasowana, a w związku z tym marsz powolny i bardzo ciężki. W wypadku napadu ze strony nieprzyjaciela sytuacja byłaby krytyczna. Aby zabezpieczyć się przed niespodziankami, idący w straży tylnej I ba- talion ppłk. Kaczały zorganizował okresową obronę. Około godz. 11.00 usłyszano na czole strzelaninę. Jak się potem okazało, to patrole 48 pp płk. Walentego Nowaka z 11 KDP odpierały patrole nieprzyjaciela. Do- piero około godz. 16.00 kolumna 11 KDP i artyleria odeszły, można więc było ruszyć dalej. O godz. 23.00 pułk zatrzymał się na zachód od Doma- radza na postój ubezpieczony, gdyż ludzie byli u kresu sił. Nie było wia- dome, jaka jest sytuacja własna i nieprzyjaciela. Przez noc 11 KDP oddaliła się. IV. W DRUGIEJ DEKADZIE WOJENNEJ WRZEŚNIA Po odpoczynku, przed świtem 10 września o godz. 02.00 dowódca pułku nakazał dalszy marsz górzystą drogą na zachód od Domaradza. Po dojściu do Domaradza nastąpiło zatrzymanie kolumny, gdyż oddziały 11 KDP organizujące obronę rejonu Barycza, zamknęły jedyną dogodną drogę do Sanu. Ppłk dypl. Szymański zameldował się u dowódcy 11 KDP, płk. dypl. Prugar-Ketlinga, który jednak nie zgodził się na przepuszcze- nie 39 pp przez Barycz, polecając zawrócić pułk i skierować go na San przez Warę. Zejście pułku z wytkniętego kierunku w trudnych warunkach tere- nowych, po nie zalesionym grzbiecie i pod ogniem karabinów maszyno- wych niemieckich samolotów, drogo go kosztowało. Kolumna idąc po wertepach rozciągnęła się na 10 km. Wozy się łamały i trzeba je było dosłownie znosić na rękach. Jeden jaszcz artyleryjski połamał koła i mu- siał być pozostawiony. Na dobitek, na południowym skrzydle pojawili się niemieccy motocykliści ostrzeliwując kolumnę bronią maszynową. W tej sytuacji czoło pułku doszło do Wary dopiero na godz. 18.00. Ubez- pieczywszy się strażą boczną od strony południowej, zaczęto ściągać na przeprawę przez Sann. Na przebycie drogi od ostatniego postoju pułk zużył aż 16 godzin, podczas gdy maszerując przez Barycz mógł tę prze- strzeń pokonać w 8 godzin, mając realną szansę dotrzeć do Birczy bez kontaktu z nieprzyjacielem. Na wschodnim brzegu Sanu zastano w ugrupowaniu obronnym ba- talion III/l psp mjr. Mariana Serafiniuka wsparty 2 baterią 60 dac kpt. Uznańskiego, który otrzymał rozkaz z dowództwa 24 DP odejścia wie- czorem na Birczę. Dowództwo dywizji miało być rzekomo w Jaworniku Ruskim. W tej sytuacji ppłk dypl. Szymański zadecydował zatrzymać pułk na wschodnim brzegu rzeki na postój ubezpieczony dla odpoczynku i na- karmienia ludzi, czym się tylko da. Sam zaś zdał tymczasowo dowódz- 11 Wg relacji d-cy pułku, ppłk. dypl. R. Szymańskiego. Natomiast d-ca 7 komp. 39 pp, por. L. Zalasiński, pisze w relacji, że pułk osiągnął przeprawę przez San około godz. 21.00. Przypuszczalnie chodzi tutaj jednak o godzinę przeprawy III batalionu, a nie całego 39 pp. Obie relacje w Arch. Instyt. Hist. w Londynie.
two swemu zastępcy, dowódcy I batalionu ppłk. Kaczale i udał się sa- mochodem do dowództwa dywizji, celem zameldowania o stanie pułku i zażądania żywności oraz map. Liczył on, że najdalej za 2—3 godziny wróci, gdyż odległość od Jawornika Ruskiego wynosiła około 8—10 km, więc przestrzeń tę można było przebyć stosunkowo szybko. Okazało się jednak, że dowództwa 24 DP nie było już w Jarowniku Ruskim, ponie- waż przesunęło się ono do Posady Rybotyckiej (10 km na płd.-wsch. od Birczy) przy drodze na Niżankowice. Ryc. 8. Kpt. Eugeniusz Bu- czyński — oficer łączności 39 pp. Przebijanie się po drogach zatłoczonych taborami zostało w końcu uwieńczone powodzeniem. Jednakże nieprzewidziane przedłużenie się poszukiwań za miejscem postoju dowództwa 24 DP doprowadziło w kon- sekwencji do odcięcia ppłk. dypl. Szymańskiego od jego pułku, który wnet znalazł się w poważnej opresji, spowodowanej przełamaniem obro- ny na Sanie przez niemiecką 2 DG gen. Feursteina pod Uluczem i opa- nowaniem wzgórz na jego wschodnim brzegu na południe od Jawornika Ruskiego. O szczegółach tych dowiedział się jednak dowódca pułku do- piero później. A oto jak do tego doszło. 15 — Rocznik Przemyski t. 22/23
Po odpoczynku nad Sanem, o świcie 11 września, 39 pp ruszył na Birczę mając w straży tylnej III batalion kpt. Gawłowskiego. Po wyj- ściu szpicy z Jawornika Ruskiego otrzymano z kierunku południowo- -wschodniego silny i celny ogień broni maszynowej niemieckiego bata- lionu 111/137 psg 12 z 2 DG, a po chwili odezwała się.też artyleria 111 pag. Zawiązała się chaotyczna walka w niekorzystnych dla strony polskiej warunkach. Niemcy mieli doskonałe stanowiska obserwacyjne i byli do- brze wstrzelani. Własna kolumna pułku znajdowała się na zboczu i wy- ciągnięta w długim jarze. Droga od tyłu — zatkana przez tabory. W po- wstałym zamieszaniu pułk rozdzielił się na dwie części. III batalion kpt. Gawłowskiego (bez 9 kompanii kpt. Karola Domitera) i część II batalionu mjr. Bieńka, wsparte 7 baterią 40 pal ppor. Jana Pucha, kontratakiem, a następnie obroną powstrzymały Niemców. Tymczasem I batalion ppłk. Kaczały, połowa II batalionu, 9 kompa- nia kpt. Domitera i część oddziałów specjalnych pułku, wykorzystując toczącą się walkę, zdołały przemknąć się na wschód przez ostrzeliwany gęsto teren i przez Kotów lub Jasienicę Sufczyńską dotrzeć w ciągu 12 września do pozycji obronnych 24 DP na wschód od Birczy. Tam otrzymano rozkaz uporządkowania swych związków organizacyjnych i przygotowania się do czynnego wsparcia oczekiwanego przeciwnatarcia 11 KDP na skrzydło nieprzyjaciela zaangażowanego w walkę z 24 DP. Wieczorem wycofano się do odwodu dywizji na Kruhel Wielki (3 km na płd.-zach. od Przemyśla). Tymczasem grupa mjr. Bieńka, tocząc ciężki bój osłonowy pod Ja- wornikiem Ruskim, poniosła poważne straty. Zagrożona oskrzydleniem od wschodu, wycofała się ona na północ. Nie odzyskawszy już utraconej łączności z grupą ppłk. Kaczały, dotarła ona wieczorem do Tarnawki, gdzie spędzono noc z 11/12 września. Udało się uratować tabor bojowy, a reszta taboru dostała się w ręce niemieckie. 12 września rozpoczęto dalszy marsz ubezpieczony bez styczności z nieprzyjacielem, wzdłuż Sanu przez Iskań i Krasiczyn na Przemyśl. Rejon Kruhela Wielkiego (3 km na płd.-zach. od Przemyśla) osiągnięto 13 września około godz. 11.00, nawiązując tam łączność z dowódcą pułku, ppłk dypl. Szymańskim, i grupą ppłk. Kaczały. W boju pod Jawornikiem Ruskim pułk poniósł poważne straty w za- bitych, rannych i zaginionych, ale nie są one dokładnie znane. Między innymi został ciężko ranny dowódca 2 kompanii KM 39 pp, por. Stani- sław Trondowski, który spisał się doskonale w walce 13. Z matni udało się wyrwać głównie dzięki zmasowaniu ognia posiadanych ciężkich ka- rabinów maszynowych na nieprzyjaciela 14. Stany liczebne w kompaniach 12 Po sforsowaniu Sanu przez oddziały niemieckiej 2 DG gen. Feursteina, ba- talion 11/137 psg otrzymał rozkaz zabezpieczenia zdobytego przyczółka mostowego, a batalion III/137 psg zamknął skrzyżowanie dróg około 4 km na wschód od Sanu. Następnie rozwinął się jeszcze 136 psg płk Nake. Przewaga po stronie nieprzyja- ciela była więc absolutna. Por. M. Krautler i K. Springenschmid, Es war ein Edelweis, Graz-Stuttgart, 1962, s. 21—22. 18 Rei. oficera łączności 39 pp, kpt. E. Buczyńskiego. Arch. Instyt. Hist. w Lon- dynie. 14 Odwrót osłaniał ogniem ckm do godz. 19.00 I pluton 1. komp. KM 39 pp ppor. rez. H. Ginałskiego, który w walce stracił 1 ckm z obsługą. Polegli kpr. Dzierżyk i 3 żołnierzy. Do swego pułku dołączono 13 IX o godz. 14.30 na Zielonce. Rei. ppor. rez. H. Ginałskiego w zbiorach autora.
gwałtownie jednak spadły. Z całego pułku pozostały niepełne dwa bata- liony piechoty, prawie pełne kompanie KM i plutony specjalne. Tabor składał się z 23 wozów. W związku z zarządzonym przez przybyłego do Przemyśla gen. broni Kazimierza Sosnkowskiego marszem całego zgrupowania dywizji kar- packich na Lwów, 39 pp otrzymał wieczorem 13 września rozkaz z do- wództwa 24 DP przesunięcia się marszem nocnym z 13/14 września przez Pikulice i Nehrybkę do rejonu Husakowa. Po ciężkim marszu szosą wprost niesamowicie zatłoczoną aitylerią i taborami, rano 14 września osiągnięto Chodnowice, gdzie dowódca dywizji przewidywał postój dla uporządkowania oddziałów i taborów. Oddziały nie zdążyły się jeszcze dobrze rozmieścić, kiedy rozpoczął się silny ogień niemieckiej artylerii, a następnie natarcie 111 oddziału rozpoznawczego i batalionu III/137 psg z 2 DG na Boratycze. Nad polem walki pojawiły się też wnet niemieckie samoloty bombardując i ostrze- liwując oddziały z broni maszynowej. Zapalony został bombami Husa- ków, a kilka pocisków artylerii uderzyło w dwór w Tyszkowicach, gdzie było miejsce postoju dowództwa 24 DP. Do akcji włączyła się własna artyleria dywizyjna ostrzeliwując nadciągającego nieprzyjaciela. Przy- były na stanowisko dowodzenia pułku szef sztabu dywizji mjr dypl. Ró- życki nakazał kontratak na las Boratycze. Do dyspozycji pułku przydzie- lono dywizyjną kompanię KM plot por. Skawińskiego. Oddziały szybko rozwinęły się i wsparte bronią maszynową i artylerią ruszyły do kontr- ataku. Na lewym skrzydle natarł słaby 155 pp ppłk. Stanisława Kwap- niewskiego. Tymczasem dowódca niemieckiej 2 DG wzmocnił swoje natarcie ba- talionem 11/137 psg i batalionem 1/136 psg 15. Wywiązał się zacięty bój leśny, w którym zatrzymano, a następnie odrzucono Niemców. W poważ- nych opałach znalazł się dowódca 137 psg, płk Schlemmer, który znaj- dował się przy wysuniętym do przodu batalionie III/137 psg. Wieczorem 14 września, na rozkaz dowódcy 24 DP, 39 pp oderwał się od nieprzy- jaciela i ruszył przez płonący Rusaków na północny wschód. W ciężkim boju pod Boratyczami 39 pp poniósł bardzo ciężkie straty w ludziach i sprzęcie. Polegli między innymi dowódca 6 kompanii, por. Kazimierz Czabanowski, i dowódca I plutonu 1 kompanii strzeleckiej, ppor. Jerzy Głoskowski, a ciężko ranny został dowódca II plutonu 1 kom- panii strzeleckiej, ppor. Maciej Kielman. Z całego pułku pozostał jedynie batalion piechoty, ale z silną bronią maszynową (niepełne trzy kompa- nie KM). Łącznie około 800 ludzi. Jednak niemiecka 2 DG poniosła też bardzo wysokie straty w zabi- tych i rannych. Były one największe od początku kampanii16. Po ciężkim marszu nocnym pułk, kierując się przez Pnikut, Czyżowi- ce i Sanniki, minął o świcie 15 września rejon na południowy wschód od Mościsk. Około południa osiągnięto rejon Słomianki (na zachód od Tuligłów), gdzie przecięto szosę Przemyśl—Lwów. Kolumny były atako- wane przez lotnictwo niemieckie i poniosły znaczne straty. Między in- nymi został ranny dowódca III batalionu kpt. Gawłowski, który na roz- kaz dowódcy pułku szukał własnych taborów. W dalszym marszu w kie- 15 M. Krautler i K. Springenschmid, Ibidem, s. 23—24. 16 Tamże, s. 24.
runku północnym przekroczono linię kolejową z Chorośnicy do Sądowej Wiszni i po południu zatrzymano się na postój w lesie na zachód od Za- rzecza. Przystąpiono tam do uporządkowania oddziałów 17. Ryc. 9. Kpt. Stefan Żółtow- ski — adiutant 39 pp Po godz. 20.00 odbyła się w Chorośnicy odprawa dowódców pułków, na której dowódca 24 DP płk Schwarzenberg-Czerny przedstawił sytua- cję oraz zadanie otrzymane w Sądowej Wiszni od gen. Sosnkowskiego. Wobec silnej zapory niemieckiej pod Gródkiem Jagiellońskim całość zgrupowania miała się przebijać na Lwów przez lasy janowskie. 24 DP winna posuwać się jako straż tylna za prawą kolumną 11 KDP piaszczy- stym traktem na północ od szosy Mościska — Sądowa Wisznia. Następnie po osi Bortiatyn — Nowosiółki — Mużyłowice — Mołoszkowice — połud- niowy skraj lasu janowskiego. Ppłk. dypl. Szymański otrzymał rozkaz złożyć kolumnę i jeszcze przed 17 Około godz. 22.00 przybyła spod Husakowa opóźniona 7 kompania por. L. Zalasińskiego, do której nie dotarł rozkaz do odwrotu na Mościska. Okazało się, że dowódca batalionu wysłał adiutanta i gońców, ale wszyscy zameldowali, że nie zna- leźli w lesie kompanii. Rei. d-cy 7 komp. 39 pp, por. L. Zalasińskiego. Arch. Instyt Hist. w Londynie.
północą rozpocząć marsz. Na jej czele miał ruszyć 39 pp, za nim artyle- ria dywizyjna, następnie resztki taborów, potem dowództwo dywizji z kompanią łączności, a w straży tylnej pułk zbiorowy ppłk. Władysława Ziętkiewieża. Z wielkim trudem, wśród ciemności i ulewnego deszczu sformowano kolumnę i po godz. 23.00 ruszono naprzód. O świcie 16 września osiągnięto rejon Bortiatyna na północ od Sądo- wej Wiszni. Następnie kierując się terenem nocnej walki 38 DPrez. i 11 KDP przez Nowosiółki, płonące Mużyłowice, Berdychów i Mołoszkowice osiągnięto późnym popołudniem południowy skraj lasu janowskiego. Po drodze kolumna była nieszkodliwie bombardowana przez lotnictwo nie- mieckie. Marsz przez Czarnokońce i Mużyłowice zapełnione masą zdobytego i zniszczonego sprzętu, jak również duża liczba poległych i rannych oraz prowadzonych jeńców z rozbitego pułku zmotoryzowanego SS „Germania” podniosły znacznie nastroje wśród żołnierzy. Stwierdzili oni tutaj naocznie wyniki zwycięskiej bitwy z tak znienawidzonym wro- giem. Po osiągnięciu nakazanego rejonu ppłk dypl. Szymański otrzymał roz- kaz obsadzenia lasu „Na Chmurowem” od strony południowej i południo- wo-wschodniej z wysuniętymi elementami w Mołoszkowicach, zamykając kierunek od Hartfeldu i Leśniowic do głównego kompleksu lasów ja- nowskich. Na prawym skrzydle nawiązano łączność za pośrednictwem kompanii zwiadowców z 49 pp ppłk. dypl. Karola Hodały z 11 KDP. Na lewym skrzydle organizował obronę pułk zbiorowy ppłk. Ziętkiewicza z własnej dywizji. Jako wsparcie otrzymano niepełny dywizjon III/24 pal mjr. Mieczysława Czecha. Od strony południowej słychać było silny ogień artylerii. To przebijała się 38 DPrez. płk. Alojzego Wir-Konasa przez niemiecki pierścień pod Gródkiem Jagiellońskim. Pomimo skraj- nego przemęczenia, po niedługim odpoczynku, rozpoczęto obsadzanie sta- nowisk bojowych. 16 września zginął w lesie mużyłowickim dowódca kompanii zwia- dowców 39 pp, por. Kazimierz Bukowy. O okolicznościach jego śmierci dowiadujemy się z relacji adiutanta pułku kpt. Żółtowskiego 18. Zgodnie z rozkazem dowódcy pułku, por. Bukowy wraz z dowódcą plutonu zwia- dowców konnych, sierż. Stefanem Bajorskim, udali się na patrol celem utrzymania łączności kolumny marszowej. Posuwali się obaj wolno skra- jem duktu leśnego przepatrując uważnie krzaki. W pewnym momencie natknęli się niespodziewanie na nadchodzący z przeciwnej strony patrol niemiecki. Spotkanie było niespodziewane, gdyż nie słyszeli się wzajem- nie. Por. Bukowy błyskawicznie podniósł pistolet i zastrzelił jednego Niemca, a drugiego trafił sierż. Bajorski. Raptem z krzaków wychylił się trzeci żołnierz, podoficer niemiecki, który strzelił z podrzutu zabija- jąc na miejscu por. Bukowego. Sierż. Bajorski zdążył zarepetować ka- rabin i wystrzelił unieszkodliwiając Niemca. To tragiczne spotkanie za- kończył dowódca plutonu kolarzy, sierż. Jan Tedys, przywożąc zwłoki por. Bukowego do miejsca postoju dowództwa pułku. Noc z 16/17 września minęła spokojnie. Przez pozycje pułku prze- chodziły cały czas oddziały 38 DPrez., które przebiły się przez zaporę niemieckiej Grupy „Utz” z 1 DG pod Gródkiem Jagiellońskim. 18 Rei. I adiutanta 39 pp, kpt. St. Żółtowskiego, w zbiorach autora.
Po świcie 17 września na dalekim przedpolu 39 pp pokazała się od strony Hartfeldu kolumna zmotoryzowana niemieckiej Grupy „Utz”, kie- rując się na Leśniowice—Mołoszkowice. Ostrzelano ją skutecznie arty- lerią dywizyjną zmuszając do zatrzymania się i szukania schronienia w terenie. Po pewnym czasie Niemcy podsunęli się bliżej i zajęli nie bronione Leśniowice, ale atak skierowany na Mołoszkowice, obsadzone przez wysunięte oddziały pułku, został odparty. Po nadejściu posiłków około godz. 09.00 oddziały Grupy „Utz”, silnie wsparte dwoma dywizjo- nami 79 pag, rozpoczęły systematyczne ataki na stanowiska 39 pp oraz lewe skrzydło 49 pp, które skutecznie odrzucano ogniem artylerii i bro- ni maszynowej. Wycofano jedynie z Mołoszkowic na główną pozycję wy- sunięte tam oddziały, aby ich nie narazić na niepotrzebne zniszczenie. Również lewoskrzydłowy pułk zbiorowy ppłk. Ziętkiewicza odparł wszystkie ataki niemieckie. W godzinach popołudniowych ppłk dypl. Szymański otrzymał telefo- niczny rozkaz oderwania się wieczorem od nieprzyjaciela i marszu na Janów. W jego wykonaniu rozpoczęto stopniowe zwijanie obrony, trzy- mając najdłużej odcinek najbardziej zagrożony. Na dowódcę straży tyl- nej został wyznaczony mjr Józef Bóhm z oddziałem 38 pp. Niemiecka Grupa „Utz” nie zorientowała się o odchodzeniu 24 DP, gdyż była zaabsorbowana walką na swych tyłach z zapóźnionymi oddzia- łami polskimi, głównie z 38 DPrez., które przerwały połączenie Grupy z Gródkiem Jagiellońskim, odcinając ją od dopływu zaopatrzenia i unie- możliwiając ewakuację rannych 19. Marsz szosą janowską wśród ulewne- go deszczu był niezwykle ciężki i trwał całą noc. O świcie 18 września 39 pp minął Janów zatłoczony różnymi oddzia- łami i ruszył na Jamelnę—Kozice. Osłonę tego przesunięcia zapewniły oddziały 38 DPrez. organizujące obronę rzeki Wereszycy od Lelechówki na północy przez Janów do Porzecza Janowskiego na południu. Straty pułku w całodziennej walce były niewielkie. Poległ dowódca plutonu strzeleckiego ppor. rez. Henryk Wańczycki, a kilku szeregowców było rannych. Marsz 39 pp na Rzęsnę Ruską odbywał się początkowo bez kontaktu z nieprzyjacielem. Pierwsze starcie z patrolami niemieckimi nastąpiło w Kozicach (około 3 km na zach. od Rzęsny Ruskiej), które po wymianie strzałów wycofały się. Dalszy ruch do przodu został już zatrzymany silnym ogniem grupy bojowej „Reisinger” (następnie Grupa „Kress”) z niemieckiej 1 DG obsadzającej Rzęsnę Ruską i wzgórza na północ od tej miejscowości. W tej sytuacji ppłk dypl. Szymański otrzymał rozkaz natarcia na Rzęsnę Ruską w celu otwarcia drogi na Lwów dla reszty zgrupowania. Do jego dyspozycji — oprócz własnego batalionu zbioro- wego mjr. Bieńka — oddano słabe bataliony zbiorowe mjr. Józefa Bóhma z 38 pp, mjr. Józefa Weisbacha z 17 pp, mjr. Jerzego Dembowskiego z 1 pp KOP „Karpaty”, mjr. Włodzimierza Kraszkiewicza z batalionu KOP „Zytyń” oraz batalionu ON „Nowy Sącz” kpt. Ignacego Jelenia. Każdy z tych batalionów, po poniesionych stratach w poprzednich walkach, przedstawiał właściwie siłę kompanii i to o różnych stanach. Natarcie 19 Der Polenfeldzug im Tagebuch eines Gebirgsartilleristen, Innsbruck, 1940, s. 69—76.
wsparła 8 bateria 40 pal por. Juliana Pniewskiego i dwie baterie 24 pal działając jako artyleria towarzysząca. Ruszyło ono po obu stronach szosy wprost na wieś i oddziały wnet wdarły się do Rzęsny Ruskiej, tocząc tam zażarte walki uliczne na gra- naty ręczne o poszczególne domy. Na lewo natarły bez powodzenia na wzgórza i las na północ od Rzęsny Ruskiej dwie kompanie 1 psp pod Ryc. 10. Mjr Antoni Toma- szewski — dowódca dywizjonu III/40 pal. dowództwem kpt. Lucjana Świerczewskiego opanowując w ogniu nie- mieckiej artylerii jedynie dwór Skitnik. Po południu do natarcia dołączył na północnym skrzydle 1 psp, słaby 155 pp ppłk. Kwapniewskiego zdo- bywając część lasu. Niemcy doskonale usadowieni w terenie, dysponując dużą ilością broni maszynowej 20 oraz wsparci artylerią, bronili się za- ciekle. Sytuacja stawała się coraz bardziej ciężka, a straty rosły z zastra- szającą szybkością. Udało się wprawdzie zdobyć połowę Rzęsny Ruskiej, ale stało się jasne, że bez wzmocnień, których nie było skąd wziąć, nie uda się tędy 20 I adiutant 39 pp, kpt. S. Żółtowski, z kolegą przygotowali ogień plutonu moździerzy, którymi udało się zniszczyć gniazdo niemieckich KM, umieszczone w budynku, hamujące atak piechoty na Rzęsnę Ruską. Rei. I adiutanta 39 pp, kpt. St. Żółtowskiego, w zbiorach autora.
przebić do Lwowa. Nad polem walki pojawiły się też niemieckie samo- loty ostrzeliwując z broni maszynowej piechotę i artylerię, zadając ol- brzymie straty w ludziach i sprzęcie. Późnym popołudniem niemiecka Grupa „Kress” rzuciła do kontrataku około kompanii czołgów, z przy- byłego na wzmocnienie obrony batalionu 1/15 pcz z 5 DPanc. gen. v. Vietinghoffa. Ogniem na wprost dział 75 mm i przeciwpancernych udało się czołgi zatrzymać i zmusić do odwrotu niszcząc kilka maszyn. Przy zapadającym zmroku walka została przerwana. Po godz. 17.00 powrócił z odprawy w Żorniskach dowódca 24 DP i powiadomił dowódców pułków oraz batalionów, że wobec niemożliwoś- ci przebicia się do Lwowa przez Rzęsnę Ruską gen. Sosnkowski zarzą- dził zniszczenie broni ciężkiej i marsz do lasów brzuchowickich na pół- noc od Lwowa. Tam zapadnie decyzja co do dalszych działań. W wyko- naniu otrzymanego rozkazu ściągnięto z walki oddziały niszcząc wszyst- kie działa i sprzęt motorowy. Około godz. 21.00 kolumna resztek 24 DP ruszyła przez Zielów i Jaśniska do Brzuchowic, które osiągnięto dopie- ro około południa 19 września. Straty 39 pp w krwawej walce o Rzęsnę Ruską były znowu bardzo wysokie. Zginęli między innymi dowódca I plutonu 9 kompanii, ppor. rez. Edmund Reymann, szef 8 kompanii, st. sierż. Roman Kłęk, a z kom- panii KM sierż. Jan Bogucki. Ranni zostali dowódca batalionu zbioro- wego mjr Józef Bieniek, dowódca 3 kompanii KM, por. Marian Żurawski, i oficer łącznikowy do dowództwa 24 DP, ppor. Marian Chirowski. Bar- dzo dużo było zabitych i rannych szeregowców. Po Boratyczach był to kolejny ciężki bój, po którym z całego pułku pozostało zaledwie 200 ludzi piechoty i dwie niepełne kompanie KM. W Brzuchowicach nastąpił odpoczynek i kolejna reorganizacja. Ze względu na bardzo niskie stany liczebne piechoty utworzono z resztek różnych pułków bataliony zbiorowe. Z pozostałości 39 pp i głównie 38 pp powstał batalion zbiorowy mjr. Bóhma. Wobec przedostania się szczęś- liwie do Brzuchowic 11 KDP, którą gen. Sosnkowski uważał za odciętą przez Niemców w lasach janowskich i zniszczoną, zapadła decyzja prze- bijania się do Lwowa przez Hołosko trzymane przez oddziały niemiec- kiej 1 DG 2i. Akcją dowodził płk dypl. Prugar-Ketling mając do dyspozycji reszt- ki swej dywizji w składzie dwóch batalionów piechoty i dosyć silnej jesz- cze artylerii. W odwodzie pozostały na razie dwa bataliony zbiorowe 24 DP, tj. wymieniony poprzednio batalion zbiorowy mjr. Bóhma i ba- talion mjr. Hemyka Dyducha. 20 września do akcji dołączyły jeszcze mocno przetrzebione oddziały 38 DPrez., które przez cały dzień 18 wrze- śnia broniły przejść na rzece Wereszycy przed niemiecką 7 DP gen. Otta. Krwawe i pełne poświęcenia walki o przebicie się do Lwowa przez Hołosko trwały nieprzerwanie od popołudnia 19 września aż do wieczora 20 września, przynosząc tylko częściowe powodzenie. Wieczorem 19 wrze- śnia przebił się tylko przez pozycje Grupy „Schórner”, ale z dużymi stratami batalion zbiorowy 49 pp mjr. Eugeniusza Lityńskiego z 11 KDP. 21 Zaporę na drodze do Lwowa tworzyły niemieckie grupy bojowe „Franek”, „Schórner” i „Hengl” wydzielone z 1 DG gen. Kublera. Wszystkie one były na- stawione na obronę zarówno od strony Lwowa, jak i od Brzuchowic. Por. H. L a n z — Gebirsjager, Die 1. Gebir^sdwision 1939—1945, Bad Nauhein, 1954, s. 54—55.
* Batalion zbiorowy mjr. Bóhma uderzył w nocy z 19/20 września wdzie- rając się głęboko w ugrupowanie Grupy „Schórner” i dochodząc prawie pod sam Lwów. W natarciu tym poniósł on jednak tak wysokie straty, że zabrakło mu już sił do przełamania dalszych stanowisk nieprzyjaciel- skich i był zmuszony się wycofać. Udało się natomiast przebić do Lwowa części batalionu zbiorowego mjr. Dyducha. Resztki obu batalionów zbio- rowych 24 DP walczyły jeszcze 20 września w zbiorowych kompaniach próbując sforsować pozycje niemieckie. Udało się to jednak tylko nie- ' licznym. W tych krwawych walkach polegli między innymi adiutant bata- lionu 11/39 pp, ppor. rez. Alfred Sobel, i pisarz kancelaryjny pułku, kpr. Bronisław Matuszek, a ranny został dowódca I plutonu 1 kompanii KM, ppor. rez. Henryk Ginalski. Wobec olbrzymiej przewagi niemieckiej i całkowitego okrążenia, krwawe próby przebicia się do Lwowa całego zgrupowania dywizji kar- packich nie powiodły się. W tej sytuacji wieczorem 20 września gen. Sosnkowski wydał rozkaz zniszczenia pozostałego jeszcze sprzętu cięż- kiego, rozwiązania oddziałów i próbowania przedostania się grupami do Rumunii lub Węgier bądź rozejścia się do domów 22. W takich okolicznościach 39 pp Strz. Lw. przestał istnieć. Część ofi- cerów i podoficerów, w tym również dowódca pułku ppłk dypl. Szymań- ski, zdołała przedostać się za granicę i walczyła następnie w Polskich Si- łach Zbrojnych na Zachodzie. Inni podjęli w kraju walkę podziemną z okupantem. V. DZIAŁANIE INNYCH BATALIONÓW Jak już była mowa na początku niniejszej pracy, 39 pp zmobilizował jeszcze batalion III/154 pp , batalion ON „Jarosław”, i w ramach OZ 24 DP trzy bataliony improwizowane. Do działań tych jednostek organizacyj- nych zachowało się niewiele materiałów źródłowych. Uniemożliwia to opracowanie szczegółowe ich dziejów. Omówimy je więc kolejno w ta- kim zakresie, na jaki jest to obecnie możliwe. Batalion III/154 pp ppłk Franciszka Herzoga został zmobilizowany dla 45 DPrez. gen. bryg. Henryka Krok-Paszkowskiego. Kompaniami dowo- dzili: 7. por. Tadeusz Gola, 8. por. Henryk Mickiewicz, 9. por. rez. dr Edward Tomaszewski, 3. KM por. Cyprian Osiński. Na skutek zniszczeń linii kolejowej i sytuacji na froncie, batalion nie mógł odjechać do przewidzianego rejonu koncentracji dywizji koło Wa- dowic i został użyty do organizowanej obrony linii Sanu. Wysunięty na rozkaz dowódcy OK nr X gen. bryg. Wacława Wieczorkiewicza na da- lekie przedpole, zajmował on 9 września pozycje w Nowosielcach (5 km na zach. od Przeworska) w gotowości do walki z nieprzyjacielską bronią pancerną. Wieczorem tego dnia otrzymał on rozkaz zwinięcia stanowisk obronnych i przesunięcia się do Leżajska celem wzmocnienia obsady mostu na Sanie pod Kuryłówką. Rano 10 września zatrzymano się na postój w lesie pod Dębnem (7 km na płn. zach. od Sieniawy) celem ze- brania i uporządkowania oddziałów. Tamże batalion został około godz. 28 Rei. gen. K. Sosnkowskiego. Arch. Instyt. Hist. Londyn.
14.00 dopadnięty przez podjazd niemieckiej 2 DPanc. gen. Veiela i roz- bity, ulegając całkowitemu rozproszeniu 23. Batalion ON „Jarosław” kpt. Władysława Bochenka znajdował się od 15 sierpnia na obozie ćwiczebnym w Komańczy. Składał się on z trzech kompanii strzeleckich o niskich stanach liczebnych 24 i plutonu KM, któ- rymi dowodzili: 1. ppor kontr. Mieczysław Szybkowski, 2. kpt. Marcin Kosiński, 3. kpt. Wincenty Loster, d-ca plutonu KM jest NN. Po ogłoszeniu mobilizacji alarmowej 27 sierpnia batalion wszedł w skład 3 BG płk. Jana Kotowicza, otrzymując zadanie zamknięcia kie- runku Medzilaborce—Przełęcz Łupkowska—Radoszyce—Komańcza—Za- górz. Na przedpolu obsadzały granicę słowacką pododdziały komisariatu Straży Granicznej „Komańcza”, a w drugim rzucie w rejonie Szczawne organizował obronę batalion ON „Przemyśl” kpt. Michała Moroza. Oba bataliony Obrony Narodowej i Straż Graniczna tworzyły Pododcinek „Płonna”, którego dowódcą był kpt. Bochenek. Na całym pododcinku przeprowadzono intensywne prace przy budo- wie fortyfikacji polowych. Saperzy przydzieleni z 4 batalionu saperów w Przemyślu przygotowali do wysadzenia tunel łupkowski od strony polskiej i wszystkie mosty od granicy słowackiej do Komańczy. Dowódcy batalionu ON „Jarosław” została też czasowo podporządko- wana 4 kompania 2 pp KOP „Karpaty” kpt. Antoniego Bieganowskiego, organizująca obronę dominujących wzgórz na odcinku granicznym Łup- ków—Radoszyce—Dołżyca—Czystohord—Wisłok. Do 7 września kompa- nia ta prowadziła wypady i utarczki ze Słowakami w rejonie Łupkowa. Tego samego dnia o godz. 22.30 odjechała ona ze stacji Komańcza do Rymanowa, gdzie dołączyła do swego batalionu mjr. Karola Piłata25. Dnia 1 września wysadzono tunel łupkowski oraz wszystkie mosty ko- lejowe, a następnie drogowe od granicy po Komańczę. W związku z przegrupowaniem 3 BG z kierunku południowego na zachodni wynikłym z sytuacji na froncie GO „Południowej” gen. bryg. Kazimierza Łukoskiego, 8 września batalion ON „Jarosław” wycofał się na rozkaz płk. Kotowicza z zajmowanych dotąd stanowisk obronnych pod Komańczą i przesunął się do rejonu Zarszyna, gdzie miał zamknąć dro- gę z Rymanowa na Sanok. W drodze do Zarszyna 9 września rozkaz został zmieniony, gdyż Rymanów został już opanowany przez oddziały niemieckiej 1 DG, a broniący go batalion II/2 pp KOP „Karpaty” mjr. Piłata, po ciężkiej walce, wycofał się na południe w góry. Niemcy otworzywszy sobie drogę na wschód zbliżali się już do Zar- szyna. Nowy rozkaz nakazywał więc wycofanie się batalionu do Sanoka, który osiągnięto o godz. 16.00, zatrzymując się na postój ubezpieczony. O godz. 17.00 otrzymano rozkaz do dalszego marszu przez Tyrawę Wo- łoską do Krościenka, gdzie zbierały się też inne oddziały brygady. 10 września około godz. 19.00 batalion był już na pozycji na zachód od Kro- ścienka. Ubezpieczywszy się na szosie 1. kompanią ppor. Mieczysława Szybkowskiego, gros batalionu odeszło do Krościenka. 23 Bel. d-cy 9 komp. 154 pp, por. rez. dr E. Tomaszewskiego. Arch. Instyt. Hist. w Londynie. Także „Polskie Siły Zbrojne”, t. I, cz. 3, Londyn, 1959, s. 467. 24 Bel. d-cy II plut. 1. komp. batalionu ON „Jarosław”, ppor. rez. Cz. Bojar- skiego. Arch. Instyt. Hist. w Londynie. 25 Bel. d-cy 4 komp. 2 pp KOP „Karpaty”, kpt. A. Bieganowskiego. Arch. Instyt. Hist. w Londynie.
Tymczasem niemiecki zmotoryzowany oddział pościgowy „Geiger” z 1 DG, odrzuciwszy w Uhercach Mineralnych, broniący tam pozycji opóźniających, batalion ON „Sanok” kpt. Tadeusza Kuniewskiego i pod Stefkową batalion ON „Przemyśl” kpt. Michała Moroza, wieczorem do- tarł do stanowisk 1 kompanii batalionu ON „Jarosław” ppor. Szybkow- skiego i po krótkiej walce odrzucił ją, wdzierając się około godz. 23.00 io Krościenka. Spowodowało to panikę wśród jego załogi, która w po- płochu wycofała się do Starzawy (7 km na płd. zach. od Chyrowa). Ryc. 11. Mjr Henryk Dyduch — dowódca batalionu improwi- zowanego 39 pp z załogi obrony Przemyśla. Stamtąd rano 11 września nastąpił dalszy odwrót do rejonu Stary Sam- bor—Spaś (5 km na południe od Starego Sambora) i dalej do miejsco- wości Wołcze na zachód od Turki. W podanych wyżej okolicznościach batalion ON „Jarosław” przestał istnieć jako zwarta jednostka. [ W Wołczach z rozbitych batalionów Obrony Narodowej utworzono 13 września batalion II/3 p. strz. gór., którego dowódcą został kpt. Bo- chenek, a z trzech kompanii asystencyjnych — batalion 1/3 p. strz. gór. kpt. Moroza. Bataliony te wzięły udział w akcji zaczepnej zreorganizo- wanej 3 BG na Stary Sambor w dniach 15—17 września przeciw nie- mieckiej 57 DP gen. Bliimma. Rano 19 września26, wobec zmienionej 26 R. Dalecki, Organizacja i działania na „przyczółku rumuńskim” we wrze- śniu 1939 r. „Studia Historyczne”, z. 2, Kraków 1978, s. 241—242.
sytuacji ogólnej, przekroczyły one na rozkaz Naczelnego Dowództwa granicę węgierską na Przełęczy Użockiej, kończąc swój szlak bojowy w 1939 roku. Ii Batalion Improwizowany 39 pp pod dowództwem mjr. Henryka Dyducha został zorganizowany w OZ 24 DP z nadwyżek pułku. Składaj się on z trzech kompanii strzeleckich i kompanii KM. Dowodzili nimi; 4. ppor. Piotr Kurek, 5. kpt. Marian Ostrowski, 6. por. rez. Leszek Wi- niarski, 2. kompania KM por. rez. Józef Kupka. Ryc. 12. Ppor. Piotr Kurek — dowódca 4 kompanii batalionu improwizowanego 39 pp mjr. Henryka Dyducha w obronie Przemyśla. Wobec odwrotu 24 DP z linii Dunajca, batalion pozostał w OZ 24 DP w Przemyślu i 7 września wszedł w skład organizowanej przez gen. bryg. Jana Chmurowicza obrony tego miasta. Z jego rozkazu batalion obsaćL 1 północny odcinek na Zasaniu od szosy na Żurawicę i Jarosław w rejonie Budy Wielkie — wieża ciśnień przez Winną Górę do Sanu pod Wilczem. Na lewo posiadano łączność z prawoskrzydłową kompanią batalionu mar- szowego 38 pp kpt. Romana Homana trzymającego Lipowicę. Po połud- niu 10 września pokazały się pod Żurawicą od strony Radymna czołgi niemieckiej 4 DLek., które odparto ogniem artylerii.
- Od rana 14 września rozpoczął się bój o Przemyśl z niemiecką 7 DP gen. Otta i oddziałami wydzielonymi, skierowanymi tu z Jarosławia. Sta- nowiska batalionu improwizowanego 39 pp stały się obiektem kilkakrot- nych ataków zmotoryzowanych oddziałów wydzielonych z 45 DP gen. Materny, które bezskutecznie próbowały wedrzeć się tędy do Przemyśla. Ryc. 13. Kpt. Franciszek Wy- lęgała — dowódca batalionu im- prowizowanego 39 pp z załogi o- brony Przemyśla. Około godz. 10.00 mjr Dyduch otrzymał rozkaz od dowódcy obrony Prze- myśla, ppłk. Jana Matuszka 27, wycofania batalionu z Zasania i obsadze- nia wschodniej części miasta od Wilcza naprzeciw Buszkowie do koszar 22 pal przy ulicy Mickiewicza włącznie. Na prawym skrzydle nawiązano łączność z 9. kompanią por. rez. Bolesława Osierdy z batalionu impro- wizowanego 39 pp kpt. Jakuba Szutta zamykającego kierunek połud- niowy, a na lewo z 6. kompanią 53 pp kpt. Michalskiego nad Sanem. W związku ze sforsowaniem Sanu pod Buszkowicami przez podod- 27 13 września organizator obrony Przemyśla, gen. J. Chmurowicz, odszedł do dyspozycji gen. K. Sosnkowskiego, a obronę Przemyśla objął d-ca OZ 24 DP i jed- nocześnie z-ca gen. Chmurowicza, ppłk Jan Matuszek. Rei. d-cy obrony Przemyśla, gen. J. Chmurowicza, w zbiorach autora.
działy niemieckiego batalionu 1/62 pp, mjr Dyduch dał około godz. 14.00 rozkaz swej odwodowej 6. kompanii por. Winiarskiego wykonania kontr- ataku i odrzucenia Niemców za rzekę. Kompania rozlokowana na po- austriackim forcie nr XX „Przekopana” rozwinęła się natychmiast, otrzy- mując na podstawach wyjściowych niecelny ogień niemieckiej artylerii. Interwencja okazała się jednak zbyteczna, gdyż około 12 żołnierzy nie- mieckich, którzy przeszli San zostało zlikwidowanych ogniem pluto- nu KM 28. Wieczorem nadszedł rozkaz wycofania się do rejonu Mościsk, któiy' marszem nocnym osiągnięto rano 15 września. .Tam resztki batalionu dołączyły do oddziałów 24 DP, z którymi brały udział w dalszych wal- kach aż do rozwiązania zgrupowania gen. Sosnkowskiego pod Hołoskiem dnia 20 września. III Batalion improwizowany 39 pp kpt. Jakuba Szutta, zorganizowany w koszarach 5 psp w ramach OZ 24 DP w Przemyślu, składał się z trzech kompanii strzeleckich i kompanii KM o następującej obsadzie: 7. kompa- nia por. rez. Tomasz Sajdłowski, 8. kompania por. Józef Kuś, 9. kompa- nia por. rez. Bolesław Osierda, a 3. kompania KM por. rez. Stanisław Kamiński. Włączony 7 września do obrony Przemyśla, batalion obsadził główną pozycję na prawym brzegu Sanu w rejonie mostu drogowego i kolejowego. Do obrony przeciwpancernej otrzymano dwa działa 75 mm z 1 baterii 50 dal kpt. Włodzimierza Dośli. Jedno z nich ustawiono za osłoną z płytek chodnikowych na ulicy Kościuszki, zamykając nim wej- ście na most drogowy, a drugie wkopano w rejonie Targowicy z ostrza- łem na podejścia do mostu kolejowego. VI. OSTATNIE DNI WALKI W związku z rozkazem gen. Sosnkowskiego do marszu zgrupowania dywizji karpackich na Lwów, w nocy z 13/14 września nastąpiła reorga- nizacja obrony Przemyśla, której głównym celem było wzmocnienie po- łudniowego skrzydła miasta, odsłoniętego przez odmarsz 24 DP do rejo- nu Tyszkowie. W jej wykonaniu kpt. Szutt otrzymał rozkaz przesunięcia swego batalionu na południowy i południowo-wschodni skraj Przemyśla, obsadzając odcinek od koszar 22 pal przy ulicy Mickiewicza wyłącznie, do szosy na Dobromil w rejonie cmentarza przy ulicy Słowackiego włącznie. Jego 7. kompania por. rez. Sajdłowskiego miała na prawo łącz- ność z lewoskrzydłową 2. kompanią ppor. Jerzego Górkiewicza z batalio- nu improwizowanego 39 pp kpt. Franciszka Wylęgały. Do obrony prze- ciwpancernej tej linii został oddany jeden działon 75 mm z 1 baterii 50 dal ze stanowiskiem ogniowym przy bramie fortecznej na Pikulice. Podczas walk o miasto 14 września batalion kpt. Szutta był silnie ostrzeliwany ogniem artylerii i broni maszynowej oraz atakowany przez prawe skrzydło batalionu III/62 pp. W ogniu tym poniósł on bardzo wy- sokie straty, które wyniosły około 54 zabitych i kilkudziesięciu ran- nych 29. Wieczorem wycofano się na Mościska, dołączając do innych od- 28 Rei. d-cy 6. komp., por. L. Winiarskiego, z batalionu improw. 39 pp mjr H. Dyducha. Arch. Instyt. Hist. w Londynie. 29 Rei. d-cy 7. komp. por. rez. T. Sajdłowskiego, z batalionu improw. 39 pp kpt J. Szutta. Arch. Instyt. Hist. w Londynie.
t ctziałów własnych. Rano 15 września poległ podczas nalotu niemieckiego w rejonie Twierdzy (na wschód od Mościsk) dowódca plutonu KM, por. rez. Kwieciński30. I Batalion Improwizowany 39 pp kpt. Franciszka Wylęgały został utworzony w OZ 24 DP w Przemyślu z pozostałości I batalionu 39 pp *w Lubaczowie. Kompaniami dowodzili: 1. por. Józef Przybylski, 2. ppor. Jerzy Górkiewicz, 3. ppor. rez. Szczepański i 1. kompanią KM ppor. Marian Kadlec. 7 września batalion otrzymał zadanie obsadzenia za- Ryc. 14. Kpt. Włodzimierz piśla — dowódca 1 baterii 50 dal. chodniego odcinka obrony w Ostrowie w łączności na prawo z batalio- nem marszowym 38 pp kpt. Komana. Jako wzmocnienie otrzymano cbiałon 105 mm ppor. rez. Jana Madeja, jeden czołg lekki i pluton czoł- gów rozpoznawczych TK. 12 września rozkazem ppłk. Matuszka odesła- no czołgi, a 13 września działon 105 mm ppor. Madeja. Zdeprymowało to trochę żołnierzy, gdyż do obrony pozostała tylko broń maszynowa. W związku ze wspomnianą już reorganizacją obrony Przemyśla nad- szedł rozkaz przekazania w nocy z 13/14 września pozycji osłonowych strażom tylnym 11 KDP i obsadzenia o świcie 14 września linii szosy 30 Rei. ppor K. Radwańskiego, adiutanta batalionu improw. 39 pp kpt J. Szutta. Arch. Instyt. Hist. w Londynie.
na Dobromil wyłącznie przez Zniesienie i Podzamcze do szosy na Kra- siczyn obok stadionu DOK nr X włącznie. Zniesienie i Podzamcze miało być bronione za wszelką cenę. Na Zniesieniu zajęły też stanowiska ognio- we dwa działory 75 mm (w tym jeden ściągnięty z ulicy Kościuszki) z 1 baterii 50 dal pod bezpośrednim dowództwem kpt. Dośli31. Już rano 14 września pojawiła się pod Ostrowem od strony Krzywczy kolumna zmotoryzowana niemieckiej 7 DP, chcąc wedrzeć się do Prze myślą wprost z marszu. Ostrzelana silnie ze Zniesienia ogniem plutonu dział 75 mm oraz ogniem broni maszynowej batalionu improwizowanego kpt. Wylęgały została zatrzymana, a żołnierze wyskakiwali z wozów, szu kając schronienia w przydrożnych rowach. Po podciągnięciu artylerii dywizyjnej i ostrzelaniu polskich pozycji, niemiecki batalion III/62 pp sforsował San pod Ostrowem, zajął Prałkow- ce, Kruhel i Zielonkę, skąd natarł w dwóch falach bez powodzenia na Zniesienie. Do odparcia nieprzyjaciela przyczyniła się walnie 1. kompania KM ppoT'. Kadleea, która straciła jednak od ognia artyleri trzy karabi- ny maszynowe wraz z obsługami. Poległ między innymi doskonały do- wódca plutonu KM, sierż. podch. Kazimierz Sokół. Również pluton dział 75 mm z 1 baterii 50 dal, biorący aktywny udział w tej walce, miał straty. Uszkodzone zostało jedno działo, ranny został kpt. Dośla, działo- nowy kpr. Jan Jaskóła oraz kanonierzy z obsługi32. Po pierwszym niepowodzeniu artyleria niemieckiej 7 DP ponownie położyła silny ogień na Zniesienie i pod jego przykryciem batalion III/62 pp zbliżył się na odległość szturmową. W tej niezwykle groźnej sytuacji kpt. Wylęgała poprowadził osobiście do kontrataku 1. kompanię por. Przy- bylskiego i 2. kompanię ppor. Górkiewicza, odrzucając n: ^przyjaciela ze znacznymi stratami na pozycje wyjściowe. Ale i własne straty były bar- dzo ciężkie. W całodziennych zmaganiach batalion miał 68 zabitych i 97 rannych, w tym ciężko ranny podczas kontrataku kpt. Wylęgała 33. Niem- cy stracili ponad 150 zabitych i rannych. Wieczorem dowódca 1. kompanii, por. Przybylski, który objął bata- lion po odwiezieniu do szpitala jego dowódcy, wycofał na rozkaz ppłk. Matuszka swe zdekompletowane kompanie na Mościska, a następnie lasy janowskie i Brzuchowice, gdzie pod Hołoskiem podzieliły one los ca- łego zgrupowania gen. Sosnkowskiego. Tak kończą się dzieje jednostek zmobilizowanych przez 39 pp Strz. Lw. we wrześniu 1939 roku. Ich żołnierze dobrze spełnili swój obowiązek płacąc przy tym wysoką daninę krwi. Za to pozostaną oni na zaws ;e w pamięci narodu polskiego jako obi ońcy wolnej i niepodległej Ojczyzny. 31 Rei. d-cy 1 baterii 50 dal., kpt. Wł. Dośli, w zbiorach autora. 32 Tamże. 83 Rei. d-cy batalionu improw. 39 pp, kpt. Fr. Wylęgały. Arch. Instyt. H st. w Londynie.
OBSADA PERSONALNA 39 PUŁKU PIECHOTY STRZ. LW. D-ca pułku ppłk dypl. Roman Szymański I adiutant kpt. Stefan Żółtowski II adiutant kpt. dypl. Jan Nanuaszwili Oficer informacyjny NN Oficer łączności kpt. Eugeniusz Buczyński Oficer łącznik, do d-twa 24 DP ppor. Marian Chirowski r. 18 IX 1939 Kwatermistrz kpt. Władysław Tomaka D-ca kompanii gospod. kpt. Stanisław Bronszewski Naczelny lekarz por. dr Antoni Pieszak D-ca kompanii zwiad. por. Kazimierz Bukowy +16 IX 1939 D-ca plutonu konnego sierż. Stefan Bajorski D-ca plutonu kolarzy sierż. Jan Tedys D-ca kompanii ppanc NN D-ca plutonu artylerii por. Jan Cehak D-ca plutonu pionierów NN • I batalion D-ca batalionu ppłk Piotr Kaczała D-ca 1 kompanii por. rez. Władysław Todt (?) D-ca 2 kompanii NN D-ca 3 kompanii kpt. Edward Pycz D-ca 1 kompanii KM kpt. Miron Czmyr II batalion D-ca batalionu mjr Józef Bieniek r. 18 IX 1939 D-ca 4 kompanii NN D-ca 5 kompanii NN D-ca 6 kompanii por. Kazimierz Czabanowski +14 IX 1939 D-ca 2 kompanii KM por. Stanisław Trondowski c.r. 11 IX 1939 III batalion D-ca batalionu kpt. Zygmunt Gawłowski r. 15 IX 1939 D-ca 7 kompanii por. Leon Zalasiński D-ca 8 kompanii NN D-ca 9 kompanii kpt. Karol Domiter D-ca 3 kompanii KM por. Marian Żurawski c.r. 18 IX 1939 BIBLIOGRAFIA 1. MATERIAŁY ŹRÓDŁOWE Ministerstwo Spraw Wojskowych, „Rocznik Oficerski” 1932, Warszawa. Piecho- ta Polska 1939—1945, nr 8/1972, nr 16/1974, Londyn. Tymczasowy wykaz poległych w czasie kampariii jesiennej 1939 w Polsce, Londyn 1941. 16 — Rocznik Przemyski t. 22/23
Relacje Gen. Kazimierz Sosnkowski Płk dypl. Bolesław Krzyżanowski Mjr dypl. Edmund Różycki Kpt. Kazimierz Górski Mjr Stanisław Rogoż Mjr Antoni Tomaszewski Ppłk dypl. Roman Szymański Kpt. Stefan Żółtowski Kpt. Eugeniusz Buczyński Por. Leon Zalasiński Kpt. Karol Domiter Ppor. rez. Ludwik Krowicki Por. rez. Stanisław Szczerbiński Sierż. Józef Bąk Ppor. rez. Henryk Ginalski Ppor. kontr. Mieczysław Szybkowski Ppor. rez. Czesław Bojarski Gen. Jan Chmurowicz Por. rez. Leszek Winiarski Kpt. Franciszek Wylęgała Por. rez. dr Edward Tomaszewski Ppor. Kazimierz Radwański Por. rez. Tomasz Sajdłowski Kpt. Włodzimierz Dosia d-ca zgrupowania dywizji karpackich d-ca 24 DP szef sztabu 24 DP pomocnik oficera operac. 24 DP d-ca 60 dac d-ca III/40 pal d-ca 39 pp I adiutant 39 pp oficer łączności 39 pp d-ca 7 kompanii 39 pp d-ca 9 kompanii 39 pp d-ca I plut. 2 kompanii KM 39 pp d-ca I plut. 3 kompanii 39 pp szef 3 kompanii strzel. 39 pp d-ca I plut. 1. kompanii KM 39 pp d-ca 1 komp. batalionu ON „Jarosław” d-ca II plut. 1 komp. batalionu ON „Jarosław” d-ca obrony Przemyśla d-ca 6 komp. batalionu improw. 39 pp d-ca batalionu improwiz. 39 pp d-ca 9 kompanii 154 pp adiutant batalionu improwiz. 39 pp kpt. Szutta d-ca 1 komp. batalionu improwiz. 39 pp kpt Szutta d-ca 1 baterii 50 dal 2. LITERATURA R. D a 1 e c k i, R. D a 1 e c k i, R. D a 1 e c k i, R. D a 1 e c k i, R. D a 1 e c k i, R. D a 1 e c k i, Działania armii „Małopolska” w drugim okresie kampa- nii wrześniowej 7—ll.IX 1939, „Rocznik Przemyski”, t XII, 1968. Udział jednostek garnizonu przemyskiego w działaniach wojennych 1939 roku. „Rocznik Przemyski”, t. XVII— XVIII, 1976—1977. Obrona Przemyśla we wrześniu 1939 r. „Profile”, nr 2, 1973. Odwrót jarosławskiej 24 DP z linii Dunajca na San w pierwszej połowie września 1939 roku. „Profile”, nr 8, 1973. Organizacja i działania na „przyczółku rumuńskim” we wrześniu 1939 r. „Studia Historyczne”, z. 2, 1978. Armia „Karpaty” 1939. Warszawa 1979. Der Polenfeldzug im Tagebuch eines Gebirgsartilleristen, Innsbruck, 1940. L. G a 1 s t e r, R. G s c h 6 p f, Księga pamiątkowa artylerii polskiej 1914—1939. Lon- dyn, 1975. Mein Weg mit der 45. Inf. Din. Linz 1955
P. Klatt, Die 3. Gebirgs-Dwision 1939—1945. Bad Neuheim 1958. M. Krautler, Es war ein Edelweiss. Schicksal und Weg der zweiten K. Springenschmid, Gebirgsdwision, Graz—Stuttgart 1962. H. Lanz, Gebirgsjdger. Die 1. Gebirgsdwision 1939—1945. Bad Nau- heim 1945. H. Manz, Alpenkorps in Polen, Innsbruck 1940. Polskie Sity Zbrojne w drugiej wojnie światowej, t. 1 Kampania wrześniowa, cz. 2, Londyn 1954, cz. 3 Londyn 1959. M. P o r w i t, B. Prugar-Ketling, E. Różycki, W. Steblik, N. V o r m a n n, Zbiorowe BG ckm dac dal DG DPanc. DPrez. DLek. DOK nr X Ok nr X gen. bryg. GO KDP KM kpr KOP kpt. mjr mob. ON OPL OZ Pag pal pcz płk dypl. Komentarze do historii polskich działań obronnych 1939 roku, cz. 2, Warszawa 1973, cz. 3. Warszawa 1978. Działania 11 KDP. Wrzesień 1939. „Wojsk. Przegl. Hist.”, nr 3—4, 1957. Inicjatywa i kryzys boju pod Birczą w 1939 r. „Wojsk. Przegl. Hist.”, nr 2, 1959. Armia „Kraków” 1939. Warszawa 1973. Der Feldzug 1939 in Polen. Weissenburg 1958. Saperzy w kampanii wrześniowej 1939, Warszawa 1976 Wykaz skrótów Brygada Górska ciężki karabin maszynowy dywizjon artylerii ciężkiej dywizjon artylerii lekkiej Dywizja Górska Dywizja Pancerna Dywizja Piechoty Rezerwowej Dywizja Lekka Dowództwo Okręgu Korpusu nr X Okręg Korpusu nr X generał brygady Grupa Operacyjna Karpacka Dywizja Piechoty Karabin Maszynowy kapral Korpus Ochrony Pogranicza kapitan major mobilizacja (mobilizacyjny) Obrona Narodowa Obrona Przeciwlotnicza Ośrodek Zapasowy pułk artylerii górskiej pułk artylerii lekkiej pułk czołgów pułkownik dyplomowany
ppłk por. rez. ppor. psg pp Strz. Lw. psp p. strz. gór. podch. ppanc. plot. sierż. st. sierż. SS +18 IX 1939 r. 16 IX 1939 c.r. 19 IX 1939 podpułkownik porucznik rezerwy podporucznik pułk strzelców górskich pułk piechoty Strzelców Lwowskich pułk strzelców podhalańskich pułk strzelców górskich podchorąży przeciwpancerny przeciwlotniczy sierżant starszy sierżant Schutzstaffeln poległ 18 IX 1939 ranny 16 IX 1939 ciężko ranny 19 IX 1939
39 JAROSŁAW INFANTRY REGIMENT AND ITS PART IN WAR OPERATIONS OF 1939 Summary The 39 Infantry Regiment uptil the outbreak of war in 1939 was stationed in Jarosław, one infantry batalion being in Lubaczów. After mobilization was announced it became part of the 24 Infantry Division which organized the defense of the river Dunajec near Tarnów. On September 7 th on the division Commander’s order, the regiment began its retreat to the river Wisłoka near Pilzno, then to Kozłówek on the river Wisłoka. Due to the strong advantage of the German side and the impossibility of organi- zing defense on that spot further retrreat was ordered to the river San Section of the 39 Infantry Regiment crossed that river on September 10 at night and marched on Bircza. Near Jawornik Ruski the regiment was attacked by the 2 Ger- man Mountain Division and therefore had to head in the direction of Przemyśl. A bloody battle lasted for 24 hours on September 14 near Boratycze, on Sep- tember 17 in the janowski forests, on September 18 near Rzęsna Ruska and brought great losses. A part of the regiment managed to break through to Lvov on the night of 19/20 September. The 39 Infantry Regiment organized another batalion of the III/154 Infantry Regiment, which after a battle with the 2 German Pancer Division was finally defeated on September 10 near Dębno, the National Defence Batalion „Jarosław”, the March Batalion and 2 supplementary batalions. The National Defence Batalion „Jarosław” fought as part of the 3 rd Moun- tain Brigade and on September 19 crossed the Hungarian boarder. The March Batalion and 2 supplementary batalions took part in the defense of Przemyśl on September 14. Later they retreated in the direction of Lvov and ended their courageous battle with the Garmans near Hołosko.
HPOCJIABCKMft 39 HOJIK HEXOTbI B BOEHHbIX ,ĘEHCTBMHX 1939 POJJA PE3IOME JJo nanaaa bomkłi 1939 ro^a 39 iiojik nexoTbi CToaa b Hpocaase, h o^hh Gara- jiboh nexOTbi b JIioGanoBe. Ilocjie oó^aBaeuna moGh nn-jaijMn oh BOinea b cocraB 24 ,ziKBW3MJf nexoTŁ>i, aa^aHneM KOTOpoił 6bijio oprannaoBaTh oGopony na pexe JJy- naeij b6jim3h Tapnosa. 7 ceHTaGpa no npwKasy KOMaHflnpa ^hbkshm hojik naaaa oTCTynaenne no na- npaBJieHHio k pexe Bmcjiok nojj nmib3H0M, a botom k Ko3JiyBKy na pexe Bmcjiok. Benjiy orpoMHOro HwcaoHHoro nepeseca BparoB n CBasaHHOfł c 3tmm (JjaKTOM ne- B03M0TKH0CTM opraHH3OBaTb t3m san^nTy, ,ąnBM3Ma nojiynnjia npwxa3 flajibnennie- ro OTCTynaenwa na peny Can. Orpa^bi 39 nojiKa nexoTt>i nepeman pexy senepoM 10 ceHTaGpa m HanpaBnanch b Bnpay. y ceaa Hbophuk PyccKM hojik nacTMrjia BTopaa neMeijKaH ropcKaa ^n- BW3H w OKpyjKMJia ero. IIojik c Tpy^oM CTaji npoGnBaTbCM no HanpaBjiennio Ilnie- MblHIJIH. 14 ceHTaOpH Becb aenb npoflOjnKajica KposaBbiił Goił no^ Bopajbinaiin, 17 ceH- tmGph b hhobckwx jiecax, a 18 ceHTHGpa no# JKencnoił PyccKOił, r^e nojiK noiep- neji Gojibmne yGbiTKU. Tojibko nacm nojiKa ypojiocb ^oGpaTbCH bo JIbbob hohbio HaKaHyne 19/20 cenTaOpa. 39 nojiK nexoTbi Mo6njin3OBaji eiije GaTajibOH IH/154 nojiKa nex0Tbi, KOTopbiił bo speMM Goa c 2 HeMerjKOM GpOHeranKOBon flMBuaeił noA JteMGnOM Gbiji pasGjrr 10 ceHTaGpa, a BMecTe c hmm MapineBbin Garaabon n jjsa flo6aBOHHbix GaTajibona. EaTajibon napoflHOń oGoponsi „Hpocjias” Gopoaca b cocTase 3 ropcKon Gpn- ra^bi n 19 ceHTaGpa nepemea BenrepcKyio rpaHMijy. MapmeBbifł GaTaabon n jjsa R06aB0HHbix GaTaabona aamnmajm r. IlnieMbiinab jjhh 14 ceHTaGpa. IIotom oTCTynn- an no HanpaBaenMio JlbBOBa, r^e 20 ceHTaGpa 3aK0HHJtawcb Gon noa FoaocKOM.
Renata Frazikowa BUDYNEK PRZY RYNKU NR 1 W PRZEMYŚLU W ŚWIETLE BADAŃ ZWANYCH KONSERW ATORSKO- ARCHITEKTONICZNYMI I. WSTĘP W zachodnim narożniku północnej pierzei Rynku wznosi się wolno stojący budynek, którego fasada przylega obecnie do Rynku, elewacja tylna do ulicy Ratuszowej, wschodnia elewacja boczna biegnie wzdłuż ulicy Sobińskiego, druga, zachodnia, wzdłuż niewielkiego skweru. Przed zburzeniem dawnej, historycznej, zachodniej pierzei Rynku, omawiany obiekt stał już właściwie poza obrębem głównego placu miasta, przy uli- cy Mostowej, której częściową pozostałością jest dziś ulica Kościuszki. Jak większość kamienic Przemyśla, tak i ta nie posiada dotąd ani swej monografii, ani studium historyczno-architektonicznego. Pewne dane ty- czące spraw własnościowych usiłował zestawić Gustaw Krupiński. ń W toku dalszych studiów historycznych okazało się jednak, że przytoczone przez niego fakty odnoszą się do kamienicy położonej przy Rynku pod numerem 2. Dotychczas wiadomo jedynie, że w XIX wieku mieściły się tu koszary, w latach 1860—65 sąd, a później siedziba władz miejskich. Brak jest także wiadomości o wyglądzie, rozbudowach czy remon- tach obiektu. Odczytać je więc trzeba z samego zabytku. W jesieni 1966 roku podjęto tu szeroko zakrojone prace remontowe oraz adaptacyjne. Na wniosek władz konserwatorskich zlecono równocześnie wykonanie badań tzw. architektonicznych. Ponieważ przez cały czas trwających ro- bót użytkownik zajmował większość pomieszczeń, badania niejednokrot- nie były uzależnione od postępu prac remontowych i przebiegały rów- nolegle. Dlatego czas ich trwania obejmuje lata od 1966—1968. Postu- laty konserwatorskie przekazywane były z konieczności na bieżąco, co nie zawsze dawało pożądane rezultaty, zwłaszcza w sprawach drobnych. W wyniku całego remontu wyburzono część nowszych murów, zmie- niono niektóre podziały sal, w oficynie wybudowano nową klatkę scho- dową. W tej sytuacji dokumentacja pomiarowa wykonana przez inż. arch. 1 G. Krupiński, Rynek przemyski i jego kamienice. „Rocznik Przemyski”, t. IX, z. II, 1962, s. 106—108.
E. Jobko oraz dokumentacja naukowa zrobiona przez autorkę tuż przed tymi dokonaniami jest w tej chwili jedynym świadectwem stanu istnie- jącego do roku 1966. Jako taka, wydaje się, zasługuje na opublikowanie. II. OPIS BUDYNKU Budynek jest obiektem dwupiętrowym, w większości podpiwniczo- nym; w pewnych partiach posiada nawet dwie kondygnacje piwnic. Stoi na stoku opadającym z południa na północ, co znajduje swoje odbicie w zróżnicowaniu poziomów piwnic oraz usprawiedliwia fakt, że między parterem a I piętrem, w części środkowo-wschodniej znajdują się dodat- kowe pomieszczenia półpiętra. Obiekt zbudowany jest na rzucie czworokąta nieumiarowego, którego narożnik południowo-zachodni tworzy kąt prosty, zaś północno-zachodni — kąt rozwarty. Orientacyjne długości poszczególnych boków wynoszą: północnego — 28 m, południowego — 22 m, wschodniego — 48 m, za- chodniego — 43 m. Sprawą istotną jest fakt, że ściana wschodnia wy- biegająca z narożnika południowo-wschodniego po minięciu pierwszego traktu załamuje się i biegnie dalej znacznym skosem, wykazując pewne odstępstwa od prostej (por. plan parteru). Rzut parteru. Na tym poziomie można wyodrębnić dwa zasad- nicze elementy planistyczno-funkcjonalne. Na pierwszy składa się bar- dzo obszerna, ciągnąca się w głąb część frontowa, drugi stanowi trój- skrzydłowa oficyna z dziedzińczykiem pośrodku. Wejście główne do bu- dynku znajduje się na osi elewacji południowej, od strony Rynku. Część frontowa dzieli się na trzy pasy różnej szerokości: lewy •— za- chodni i prawy — wschodni mieszczą pokoje; środkiem przebiega ciąg komunikacyjny, złożony początkowo z hallu (1) i przyległej do niego od wschodu trójbiegowej klatki schodowej (2) oraz z położonego na niższym poziomie wąskiego korytarza (3), który kończy się wejściem na dzie- dzińczyk. Pas zachodni, do którego prowadzi też wejście od strony skweru, obejmuje cztery prostokątne, leżące w amfiladzie pomieszczenia (4—7) oraz usytuowany za nimi ostatni trakt złożony tu z dwu mniejszych pokoi (8, 9). Część przestrzeni traktu czwartego i piątego wypełnia od strony korytarza duży komin, użytkowany niegdyś jako wędzarnia. Pas wschodni nie ma tak regularnego układu. Na trakt frontowy przypada duże wnętrze przedzielone arkadą (10 a, 10 b). Połowę szero- kości drugiego traktu zajmuje wspomniana już klatka schodowa (2); natomiast od strony wschodniej przylega do niej trapezowy pokój (11). Trzeci trakt jest obecnie przedzielony wzdłuż ścianą i bardzo zniekształ- cony. Składa się na niego podłużny magazyn od ulicy (12) i ciemna ko- mórka leżąca w głębi (13) oraz biegnący równolegle do nich wąski, długi korytarz (14), który przecina cały trakt i prowadzi do wyjścia na ulicę Sobińskiego. W jego części północno-zachodniej mieści się zejście do piwnic. Za korytarzem znajduje się dalsza część pasa zachodniego, złożona z dwu dużych lokalności od ulicy (15, 16). Z ostatniej jest przejście do wąskie- go korytarzyka (17). Nad nim wznosi się klatka schodowa (18), której bieg zaczyna się w małej sionce (19), dostępnej z korytarza główne-
go (3). Pozostałą przestrzeń między lokalnościami oznaczonymi nr 15 i 16 a korytarzem (3) wypełniają w. c. (20 a, 20 b). Opisane wnętrza posiadają różne przekrycia. Nad hallem znajduje się strop; biegnący w głąb korytarz (3) posiada sklepienie odcinkowe. Wnętrza traktu frontowego (4, 10 a, 10 b) oraz drugi trakt ciągu za- chodniego (5) kryte są kapami czeskimi. Wszystkie pozostałe pomieszcze- nia przesklepione są półkolistymi kolebkami z lunetami. Wyjątek stanowi Y///A przebudowy k.w XVIII da kw. XIX Ryc. 1. Przemyśl, kamienica Rynek nr 1, rzut parteru (opr. i rys. R. Frazikowa) kolebka w trzecim trakcie ciągu wschodniego (12, 14), która zasługuje na szczególną uwagę. Jest to kolebka z ostrołukowymi lunetami, która mimo przecięcia jej przez ścianę wzdłużną, czytelna jest jeszcze w ca- łości w swej partii wschodniej (12, 14) oraz częściowo w partii północno- -zachodniej; od strony południowo-zachodniej uległa ona zupełnemu zniszczeniu (13). Na zakończenie opisu parteru budynku frontowego warto jeszcze przy- pomnieć, że wszystkie pomieszczenia leżące na północ od klatki schodowej znajdują się na znacznie niższym poziomie niż te, które usytuowane są w dwu traktach frontowych, południowych, co wynika z naturalnych wa- runków topograficznych. Drugą, odrębną część budynku stanowi oficyna z dziedzińczykiem. Dziedzińczyk (21), ograniczony od góry świetlikiem, swym dłuższym, po- łudniowym bokiem przylega do. opisanej części przedniej. Od strony za- chodniej i wschodniej zamykają go dwie sienie przejazdowe, umieszczone w skrzydłach oficyny (22, 23). Obydwie przekryte są stropami. W ścianie północnej podwórca znajduje się wejście do północnego,
zasadniczego skrzydła oficyny. Stanowią je dwa trakty przecięte w po- przek wąskim korytarzykiem (24). Po jego stronie wschodniej mieści się dwubiegowa klatka schodowa (25) i sanitariaty (26). Na krańcu północ- nym korytarzyk załamuje się pod kątem prostym i biegnie w kierunku zachodnim (27). Wzdłuż jego ściany południowej drzwi prowadzą do usta- wionych obok siebie dwu sal (28, 29). Trzecia sala, narożna (30) dostępna jest poprzez wejście umieszczone w zachodniej ścianie korytarza. Wszyst- kie trzy wnętrza sklepione są kapami czeskimi. Pełniły funkcję cel wię- ziennych. W północno-wschodnim narożniku oficyny mieszczą się jeszcze dwa pomieszczenia, do których wejścia prowadzą z zewnątrz; do magazynu za klatką schodową (31) wchodzi się przez drzwi umieszczone w pół- nocno-wschodnim narożniku dziedzińczyka, natomiast wnętrze sąsiednie (32) dostępne jest z ulicy Ratuszowej. Obydwa kryte są stropami. Rzut półpiętra. Z korytarza części frontowej, tuż nad wejś- ciem na dziedzińczyk, można się dostać do niewielkich wnętrz, znajdu- jących się w części wschodniej, od strony ulicy Sobińskiego, a mieszczą- cych się między parterem i I piętrem (por. plan drugiego parteru). Z sionki (19) prowadzą schody na wyższy poziom, gdzie leży na tej sa- mej linii przedpokój (33) i wąski pokój (34), a w równoległym trakcie południowym, dość duża sala, przedzielona tylko przepierzeniem (35 a, 35 b). Rzut I i II piętra. Układ przestrzenny I i II piętra pokrywa się w ogólnym zarysie z układem parteru (por. plany parteru, I i II piętra). Trakt przedni podzielony jest na trzy wnętrza (36—38) o jedna- kowej długości. W pasie wschodnim na I piętrze zniesiona została ścia- na między obu pomieszczeniami przyległymi do wschodniej ściany klatki schodowej, dzięki czemu powstała większa sala konferencyjna (39). Na II piętrze znajdują się w tym miejscu znów dwa pokoje (69, 70), tak jak na parterze. Zasadnicza zmiana zachodzi w drugiej części pasa wschod- niego aż po dziedziniec. Zniesiono tu wszelkie podziały, tworząc bardzo obszerną salę, obejmującą obydwa piętra (41). Część zachodnia, jak i pół- nocna budynku nie różni się zasadniczo od parteru, jeśli nie liczyć trzech ścianek działowych wstawionych w pokojach od zachodu (45—46, 48—49, 77—78) i drobnych zmian w oficynie (55, 57, 83). Dojście do pomieszczeń tylnej części budynku prowadzi na obu piętrach poprzez oszklone ganki (65 i 94). Rzut piwnic. Przystępując do opisu rzutu piwnic podkreślić trze- ba sprawę bardzo istotną dla analizy budowy i rozbudowy obiektu, a mia- nowicie fakt, że są one krótsze w stosunku do wyższych kondygnacji o cały pierwszy trakt frontowy (por. rzut piwnic i parteru). Zaczynają się więc dokładnie w miejscu załamania wschodniego muru budynku, które wyraźnie zaznacza się tak w rzutach, jak i w elewacji. Piwnice obejmują w budynku frotowym cztery trakty, ciągnące się przez całą szerokość obiektu aż do dziedzińczyka oraz pewne lokalności mniejsze pod oficyną. Wszystkie piwnice kryte są półkolistymi kolebkami. Po- szczególne trakty części przedniej są zróżnicowane pod względem ilości i wielkości pomieszczeń. Podobnie jak na parterze, pas zachodni jest dość jednolity i ma na całej długości tę samą szerokość, natomiast część środ- kowa i wschodnia jest w swym układzie mniej regularna.
Trakt pierwszy, od południa, składa się z czterech pomieszczeń ułożo- nych w amfiladzie: wschodnie ma kształt prostokąta ze zsypem wybie- gającym do ulicy Sobińskiego (95). Drugie wydłużonego wąskiego prosto- kąta, ułożonego w poprzek traktu (96). Przekrywająca je kolebka wznosi się ukośnie w górę w kierunku południowym, co sugeruje istnienie tu dawniej klatki schodowej. Następne wnętrze jest kwadratowe (97), a o- statnie prostokątne, z wnęką w ścianie wschodniej (98). Tu w ścianie północnej mieści się przejście do drugiego traktu. Obejmuje on tylko dwie komory: zachodnią, tej samej długości, co ostatnia w trakcie poprzednim; w okresie późniejszym została ona prze- dzielona cienką ścianką na dwie części (99 a, 99 b); we wschodniej usy- tuowane jest zejście do piwnic niższej kondygnacji oraz przejście do sąsiedniej, bardzo wydłużonej komory, równej trzem wnętrzom pierw- szego traktu. W niej, w ścianie czołowej wschodniej znajduje się wnęka i okienko wysoko wznoszące się do poziomu ulicy. Na uwagę zasługu- ją nieregularności w budowie ściany południowej, świadczące chyba o wy- burzeniu stojącej tu kiedyś grubej ściany, tym bardziej że jej przebieg pokrywa się z przebiegiem ścian w trakcie następnym, gdzie w tym miejscu wznoszą się schody piwniczne (101). W trakcie trzecim, na wschód od schodów leży wydłużona komora z wnęką w ścianie wschodniej (102). Po stronie przeciwnej, zachodniej, znajduje się wąska lokalność, położona w poprzek (103) i komunikująca się przez otwór wykonany w ścianie zachodniej z następną bardzo dużą, prostokątną komorą (104), z której wybiega na zachód wąski, długi ko- rytarz (105) wiodący na zewnątrz pod pomnik Sobieskiego. Jest to wyj- ście, pochodzące z czasów ostatniej wojny.
Na wprost wejścia do piwnic, na przedłużeniu schodów, zaczyna się stosunkowo wąski, nieregularny korytarz (106), wyodrębniony w każdym trakcie poprzeczną ścianą z otworem drzwiowym. W czwartym trakcie rozszerza się on znacznie w stronę zachodnią, tworząc trapezowe wnętrze podparte grubym filarem pośrodku (106 a). Stąd w ścianie zachodniej prowadzi wejście (rozszerzające się uskokowe) do wnętrza podzielonego w poprzek na dwie lokalności (107 a, 107 b). Po przeciwnej stronie ko- rytarza zamyka ten trakt jedna, podłużna komora (108), bardzo podobna do komory sąsiedniej, leżącej w trakcie trzecim (102). W jej ścianie pół- nocnej rysuje się zamurowane przejście do sąsiedniej lokalności, na ra- zie jednak niedostępnej, zupełnie zasypanej. W piątym trakcie korytarz przebiega już pod dziedzińcem (106 b), w szóstym zaś, korytarz sklepiony kolebką wznoszącą się ukośnie w gó- rę w kierunku ulicy Ratuszowej, w większości znajduje się już pod ostat- nim członem budynku, pod oficyną (106 c). Stąd przechodzi się do lo- kalności leżącej równolegle po stronie wschodniej, która jest dziś częścią wielkiej, zasypanej komory (109). Ostatni trakt od ulicy Ratuszowej twoizy tylko jedna komora leżąca na przedłużeniu wschodniego pasa całego budynku (110). W niej znajdują się nowsze schody prowadzące do wyjścia na ulicę Ratuszową. Druga kondygnacja piwnic dostępna z pomieszczenia nr 99a ciągnie się w kierunku wschodnim (111). Stanowi ją wąski tunel z czterema parami głębokich wnęk, wymurowanych z cegły; całość kry- ją półkoliste kolebki. Druga podobna piwnica leżąca na tym poziomie w części północno-zachodniej, odczyszczona została dopiero w trakcie badań i nie mogła być wcześniej zinwentaryzowana; dlatego brak jej na planie. Dostępna jest z pomieszczenia nr 109. Inne są częściowo zagru- zowane i na razie niedostępne (por. rzuty piwnic). Elewacja frontowa posiada niski, gładki cokół, boniowany parter z opaską gzymsową i gładko tynkowane dwa piętra, zwieńczone fryzem i wydatnym, profilowanym gzymsem. Część środkowa, trzyosio- wa, tworzy płytki ryzalit, ujęty w dwa płaskie pilastry. Wieńczy ją pseu- doklasycystyczna, uskokowa attyka. Po obu stronach ryzalitu obie skraj- ne części elewacji podzielone są każda pilastrem na dwa pola, miesz- czące po jednej osi okien. Narożniki zamykają zdwojone pilastry. Okna ujęte są w profilowane opaski, które na I piętrze wzbogacono o pilaster- ki, fryzy i gzymsy, a w partii środkowej jeszcze o tympanony. Opaski okien II p:ętra zamyka na środku klucz w kształcie woluty, zaś pod- okienniki wspierają się na konsolkach (por. rys. elewacji frontowej). W elewacji północnej (tylnej) brak podziałów pionowych. Nad cokołem wznosi się bardzo wysoki, boniowany parter, a obydwa piętra ujęte są w płaską ramę i zwieńczone gzymsem. Elewacja posiada sześć osi. Okna rozmieszczone zostały niesymetrycznie; wschodnie odsu- nięte jest znacznie od narożnika, dwa następne są przedzielone tylko niedużym filarkiem, pozostałe trzy osie znajdują się w różnych odle- głościach od siebie. Wszystkie otwory otoczone są profilowanymi opaska- mi, wzbogaconymi tylko na parterze pryzmatycznie ciętymi kluczami i spoczywają na podokiennikach. Okna parteru, z wyjątkiem pierwszego od wschodu, są w 3Ą od dołu zamurowane i pokryte tynkiem (por. rys. elewacji północnej).
Elewacja zachodnia składa się z dwu zasadniczych członów: nieco wyższej części frontowej, sięgającej aż do dziedzińczyka i elewacji oficyny. Część frontowa charakteryzuje się podziałem poziomym i pio- nowym, analogicznym do podziału fasady. Ze względu na duży spadek terenu z południa na północ, cokół zmieniając swą wysokość, przebiega uskokowo. Bardzo wysoki boniowany parter zamyka listwa gzymsu, nad nią wznoszą się gładko tynkowane dwa piętra, a całość wieńczy ścianka Ryc. 3. Przemyśl, kamienica Rynek nr 1, rzut pierwszego piętra, (opr. i rys. R. Fra- zikowa) kolankowa z okienkami strychowymi i gzyms. Płaskie pilastry narożne i cztery środkowe dzielą tę część elewacji na pięć pól: dwa skrajne i środkowe są jednoosiowe, z tym że pole od południa na piętrach w miej- sce okien ma blendy, a na parterze drzwi wejściowe ujęte w półkolistą arkadę; pozostałe dwa pola są szersze i mieszczą po dwie osie. Okna parteru i II piętra obramione profilowanymi opaskami, spoczywają na podokiennikach, zaś I piętra wspierają się na gzymsie; górą zamknięte są tu dodatkowo fryzem i gzymsikiem. Okno w środkowej części na par- terze umieszczone jest poniżej linii pozostałych okien i ma odmienny kształt i inne wymiary. Zachodnia elewacja oficyny powtarza wygląd elewacji tylnej, pół- nocnej. Jest dwuosiowa, przy czym na parterze ma od strony południo- wej tylko bramę wjazdową, zamkniętą półkoliście.. Kształt i wygląd okien utrzymany jest w charakterze okien elewacji zachodniej (por. rys. elewacji zachodniej). Elewacja wschodnia jest zupełnie odmienna od pozostałych
i bardzo zróżnicowana (por. rys. elewacji wsch.). Brak jej jednolitej kon- cepcji, choć w ogólnym zarysie usiłowano ją zharmonizować przez ujęcie zupełnie odrębnej w wyglądzie części środkowej dwiema zbliżonymi do siebie kompozycyjnie częściami bocznymi. Całość dzieli się zasadniczo na dwie części: frontową znacznie dłuższą i wyższą oraz tylną, niższą elewację oficyny. W części frontowej powtórzenie podziału poziomego fasady z charakterystycznym boniowaniem parteru, gładką częścią wyż- szą i pilastrem narożnym ciągnie się tylko na długości około 6 metrów od narożnika południowo-wschodniego w kierunku północnym. To pierw- sze pole jest jednoosiowe i zamknięte na wysokości dwu górnych kon- dygnacji lizeną. Tu następuje wyraźne załamanie muru elewacji, które zresztą było już uchwytne w rzutach. Dalej wznosi się około 15-metro- wej długości partia muru, podzielona lizeną na dwie części: dwuosiową i jednoosiową. Wszystkie okna są takie same jak w polu poprzednim. Otwory posiadają tylko profilowane opaski; okna parteru pozbawione podokienników spoczywają wprost na niskim cokole. W części jedno- osiowej na parterze znajdują się drzwi wejściowe do magazynu. Od tego miejsca zaznacza się powtórne lekkie załamanie muru, tym razem na zewnątrz, a dalej regularny już jego przebieg na całej długości. Ta partia aż do końca frontowej części budynku ma znów inny cha- rakter. Podzielona jest przede wszystkim na dwa poziome pasy: na pas dolny, leżący w tej samej płaszczyźnie co reszta ściany i pas górny, cof- nięty nieco w głąb. Patrząc od południa, w pasie dolnym, w niskim par- terze mieszczą się drzwi wejściowe prowadzące do korytarza, następnie szerokie drzwi do garażu i wejściowe do piwnicy. Nad ostatnimi znaj- duje się wysoki parter z dwoma oknami, ujętymi w proste opaski i pod- okienpiiki. Pas górny flankowany dwiema lizenami, równy jest swą wy- sokością dwom piętrom. Jest to gładka ściana z czterema dużymi, pro- stokątnymi, zamkniętymi półkoliście oknami, ujętymi w profilowane opaski. Owe wysokie okna auli umieszczone są bezpośrednio nad krytym dachówką daszkiem, wyrównującym spadek muru, wynikły z cofnięcia ściany. Całość tej różnorodnej elewacji, należącej do frontowej części budynku, wieńczy fryz i gzyms. Pozostała, tylna część, stanowiąca oficynę, ma elewację też niejed- nolitą. Zbliżona jest w swym ogólnym podziale do południowej partii całej elewacji; jednoosiowe pole z oknem na każdym piętrze i drzwiami wiodącymi przez sień na dziedzińczyk, oddzielone jest lizeną od pola dwuosiowego. Cokół, boniowany parter i gładka partia górna, ujęta w płaską ramę, nawiązują do charakteru elewacji północnej. Okna górne otoczone są profilowanymi opaskami i spoczywają na podokiennikach, dolne ozdobione są ponadto pryzmatycznymi kluczami (por. rys. elewa- cji wsch.). Dach nad częścią frontową czterospadowy, nad oficyną wielo- spadowy, o małym nachyleniu połaci, kryty jest blachą. Wyciągając wnioski z dokładnego opisu wszystkich elewacji dostrzega się rzecz znamienną, że tylko fasada frontowa ma w miarę jednolity charakter; została w całości zaprojektowana i wykonana w stylu kla- sycyzującym. Reszta posiada mniejsze lub większe odstępstwa od regu- larności i wskazuje na adaptację starszych murów. Na podkreślenie zasługuje jeszcze fakt, że do chwili remontu we wszystkich niemal oknach całego obiektu istniała zabytkowa stolarka. Ponadto wewnątrz budynku znajdowało się kilkanaście drzwi o cechach
późnoklasycystycznych. Najbardziej interesujący egzemplarz stanowią XVIII(?)-wieczne drzwi żelazne w gładkim, kamiennym obramieniu, umieszczone w zachodniej ścianie hallu. Swego rodzaju unikatem były więzienne drzwi z judaszami w areszcie miejskim, położonym niegdyś w parterze oficyny. III. OPIS BADAŃ I ANALIZA MATERIAŁU, TECHNIKI ORAZ STRATYGRAFII MURÓW Badania terenowe miały charakter ratowniczy i jako takie w dużej mierze były uzależnione od postępu prac remontowych. Analiza wątków murów wymagała przede wszystkim odsłonięcia spod tynków surowego lica ścian. W związku z tym bądź to korzystano z odkuć, związanych z wprowadzeniem uzbrojenia centralnego ogrzewania, bądź wykonywano specjalne odkrywki, ograniczając je jednak do niezbędnego minimum. Najdokładniejsze obserwacje mogły być poczynione w nie tynkowanych piwnicach, a mianowicie w komorach oznaczonych numerami: 102, 104, 106, 107 a, 107 b, 108, 109 i 110. W pozostałych oraz w tych pomieszcze- niach na parterze, które były aktualnie użytkowane na magazyny i ga- raże, a po części przez klub, zakładano odkrywki punktowe o wymiarach 30X30 cm we wszystkich narożnikach oraz pasowe na ścianach, w odleg- głości 1,30—1,50 m od podłogi; wykonano ich około 160. Badano tam tak- że ościeża drzwiowe i okienne oraz sklepienia. Przy okazji odwadniania budynku i odsłaniania murów zewnętrznych poniżej poziomu terenu, poczyniono obserwacje w wykopach. Uzyskane tą drogą wyniki przyczyniły się poważnie do uchwycenia znacznych fragmentów domów, które składają się na skomplikowany dziś obraz Ryc. 4. Przemyśl, kamienica Rynek nr 1, rzut drugiego piętra (opr. i rys. R. Fra- zikowa)
budynku. Wzdłuż fasady od narożnika zachodniego do ryzalitu mur w wykopie biegnie równo z licem elewacji; zbudowany został z nieregu- larnych brył kamiennych z domieszką cegieł palcówek o wymiarach: 6,5X13X? cm; pod samą powierzchnią gruntu wyrównany jest kilkoma warstwami cegieł nowszych. Na długości całego ryzalitu, 24 cm przed pilastrem zachodnim, a około 65 cm za pilastrem wschodnim, następuje w owym murze 20-centymetrowa odsadzka do przodu, przy czym pi- lastry są w stosunku do niej nadwieszone o około 10 cm. Dalej, aż do narożnika wschodniego, mur biegnie znów w licu elewacji. Ma on tu nie- co inny charakter. Między partiami ceglanymi mieszczą się olbrzymie kamienie, ale ociosane z przodu, robiące wrażenie wtórne użytych ele- mentów architektonicznych; trzy z nich leżą obok siebie na odcinku między umieszczoną na parterze tablicą pamiątkową a pilastrem środko- wym, dwa przed pilastrem narożnym. Sam pilaster narożny jest w sto- sunku do fundamentów nadwieszony o około 30 cm. Prócz tego, w miej- scu pilastrów zdwojonych, przed lico elewacji wysuwa się mur, który biegnie przez szerokość chodnika ul. Sobińskiego, ciągnąc się dalej pod Rynek. Jest to mur kamienno-ceglany, z cegłą palcówką o wymiarach: 7,5X14X? cm. Od strony ulicy Sobińskiego, w miejscu pierwszego załamania ele- wacji, tj. 6,50 m od narożnika południowego, bezpośrednio pod po- wierzchnią chodnika występuje przed lico narożnik innego muru, który przebiega prostopadle do południowego lica ścian obecnego pierwszego traktu piwnicznego. Jest to prawdopodobnie mur niedostępnego dziś traktu piwnicznego, leżącego pod pierwszym traktem parteru. Dołem mur posiada przewagę kamienia, wyżej cegły. W dalszym ciągu, w kierunku północnym, mur zawiera duże, pro- stokątne kamienie, które następnie mieszają się z cegłą, aż w odległości 13,20 m od narożnika południowego występuje wyraźna szczelina sty- kowa, która wznosi się ku górze i sięga na elewacji ponad okna I piętra. Od tego miejsca, na odcinku 18,75 m, zarówno w wykopie do głębokości 1,20 m, jak i w elewacji, miejscami do I piętra, mur zbudowany jest z grubych cegieł palcówek o wymiarach: 8X13—13,5X27,5—28 cm, kła- dzionych główkowo i wozówkowo, tworząc charakterystyczny układ go- tycki o starannym spoinowaniu. 10 warstw tych cegieł ze spoinami wy- nosi 1,00 m. Na głębokości 1,20 m, która to głębokość wskazuje dawny poziom terenu, zaczyna się pod tą ścianą kamienny fundament. Dalej na północ występuje mur kamienny, zniszczony w licu, by za bramą wiodącą do sieni (23) przejść w bardzo staranny, zawierający szereg ele- mentów architektonicznych wtórnie użytych. W wykopie po przeciwnej stronie budynku, od zachodu, występują także duże fragmenty pierwotnych murów. Od południa znajduje się jednolity narożnik, dalej, za trzecią osią okienną występuje bardzo po- ruszony wątek z licznymi nieregularnościami. W połowie elewacji, mię- dzy 4 a 5 pilastrem od południa, kamienna ściana fundamentowa zbu- dowana jest z dużych, nieregularnych brył z domieszką cegieł. Pod pi- lastrami występuje sama cegła, niżej kładziona mało starannie, od cho- dnika wzwyż regularnie murowana. Przed piątym pilastrem i pod nim samym zalega nasypka drobnych kamieni i cegły, a 50 cm poniżej gruntu zaczyna się narożnik zbudowany z dużych, dość regularnych brył ka- mienia. Wysuwa się on 45 cm przed lico ściany.
Dalszy ciąg tego muru uchwycony został w północnej ścianie piwni- cy nr 104. Od strony wykopu wątek ten można śledzić dalej w kierunku północnym aż do bramy wjazdowej prowadzącej na dziedzińczyk, po czym łączy się z bardzo nieregularnym wątkiem ceglanym. Całą szero- kość bramy obejmuje duży, półkolisty łęk ceglany, skierowany w dół, który niesie nasypkę złożoną z ziemi i kawałków cegieł. Następnie w odległości 2,30 m od bramy zaczyna się znów mur kamienny, który w XV/XVIJaza I w. XVII |\XX | w. XV/XVI! faza II |?,/.«| 1 pot. w. XVII Ccy"] W-XV/XVI Jaza III 2 pot w. XVII w. XV/XVI! .faza IV ^///X przebudowy od k.w. XVIII do k.w. XIX [ W~| 1 pot- w. XVI | | przebudowy w. XX do r. 1966 Ryc. 5. Przemyśl, kamienica Rynek nr 1, rzut piwnic górnych (opr. i rys. R. Fra- zikowa) ciągnie się już do końca, do ulicy Ratuszowej. Biegnie on w licu budyn- ku. Występujące w nim gdzieniegdzie cegły palcówki mają wymiar: 7X13,5X? cm. Przy samym narożniku północnym dobija do budynku mur poprzeczny, szeroki na 60 cm, zbudowany z cegieł niepalcówek o wymiarach: 7X15,5X31,5—32 cm, a zaraz obok czytelny jest jakby fragment łęku kamiennego. Od strony ulicy Ratuszowej biegnie w wykopie mur podobny do mu- ru narożników północnych obu sąsiednich elewacji; ponadto w całym wykopie zalega fundament starszego budynku; wchodzi on pod północ- no-wschodni narożnik badanego obiektu i należy sądzić, wiąże się inte- gralnie z zachowanymi piwnicami pod oficyną. 17 — Rocznik Przemyski t. 22/23
Tak więc, w fundamentach znaleziono w kilku miejscach fragmenty starszych murów. Najbardziej interesujące, bo najpełniejsze odkrycie, obejmujące także mury nad powierzchnią ziemi, dokonane zostało od strony wschodniej. Tu, jak wspomniano, na długości 18,75 m, w odległo- ści 13,20 m od południa i 16,00 m od północy, mieszczą się mury późno- gotyckiej kamienicy, sięgającej dziś jeszcze, choć nieregularnie, powy- żej I piętra i w dodatku znacznie w głąb budynku. Dalsze partie gotyc- kich murów odkryte zostały podczas badań terenowych już nie na ze- wnątrz, ale w piwnicach. Badania piwnic wykazały niejednolitość użytego materiału, a także różną technikę budowy murów. Decydującym materiałem zastosowanym do budowy ścian jest łamany piaskowiec, układany na zaprawie wa- pienno-piaskowej (piwnice oznaczone na planie nr: 95—100, 102—104, 106, 106 b, 106 c, 107 a, 107 b, 108—110). W piwnicach I i II traktu ma on charakter stosunkowo dużych, nieregularnych brył, ułożonych bardzo swobodnie i uzupełnianych drobnymi kawałkami kamieni. W piwnicy nr 102 i 108 bryły są nieco mniejsze i bardziej płaskie, a w piwnicach pod oficyną (nr 109, 110) wygląd ich odbiega od poprzednich i ma cha- rakter raczej regularnej kostki. Obok kamienia występuje cegła, też różnorodna pod względem czasu i techniki wykonania, od gotyckiej palcówki, poprzez połówkę, do współ- czesnej, maszynowej. Większe partie muru ceglanego znajdują się tylko w niektórych częściach korytarza (nr 101 i 106) z wyjątkiem kamiennego narożnika starej kamienicy wysuwającego się ze ściany wschodniej do korytarza nr 106 (por. plan piwnic) i w części oznaczonej nr 106 a, po- minąwszy fragment ściany południowej. Użyta tu cegła to palcówka o wymiarach: 8—8,5X13—14X29 cm; górne partie ścian wymurowano w układzie gotyckim. Poza tym identyczny materiał tych samych wy- miarów i o tym samym układzie zastosowany został do podmurowania kamiennego sklepienia w pomieszczeniu nr 108, oraz w ościeżach drzwiowych piwnic nr 108, 102, 103, między 99 a i 104, między nr 97 i 98 i między nr 95 i 96. Pozostałe ościeża drzwiowe były na ogół też przerabiane i uzupełniane cegłą, ale już inną. Cegła o delikatnych śladach, palców, miękkich krawędziach i wymiarach: 7X16—16,5X X31,5 cm występuje między nr 96 i 97 oraz między 107 a i 106 a, a także w ścianie zachodniej i północnej wnętrza nr 106 a. Jeszcze innego rodzaju cegły, często użyte wtórnie, znajdują się np. w za- murowaniu otworu w ścianie wschodniej piwnicy nr 96 i jej przemu- rowanej ścianie południowej; we wnęce w piwnicy nr 98, gdzie wystę- puje palcówka o wymiarach: 7X14,5X27 cm; w ościeżu między nr 98 i 99 a palcówka o słabo zaznaczonych rowkach i wymiarach: 7X12—• 14X26 cm; w ścianie działowej między nr 99 a i 99 b palcówka o wy- miarach: 6—8X12—15X? cm, ułożona samymi główkami Oraz w filar- kach służących do podmurowania sklepienia i dzielących duże, jednolite wnętrze na dwie części: 107 a i 107 b. W tym wnętrzu także ponad ka- mienną ścianą dochodzącą do wysokości 1,20 m znajduje się mur ceglany wzniesiony z rozbiórkowej palcówki i niepalcówki. Spotykana gdzieniegdzie w licu kamiennych murów cegła palcówka służyła raczej tylko do wyrównania pod tynk lub jako wypełnienie ubytków (w piwnicach nr 95, 97, 99 a, 99 b, ściana zachodnia nr 106 a
i 109). Stwierdzono, że w komorze nr 98 zostało wstawione znacznie później sklepienie z cegły niepalcówki o wymiarach: 5—6X13,5—14X ? cm. Schodzi ono aż do posadzki, zasłaniając tym samym starszy mur kamienny. W lokalności tej także ściana zachodnia jest ceglana, wy- murowana z palcówki o słabo zaznaczonych rowkach i wymiarach: 6X X13X28 cm. Nie dało się jednak stwierdzić, czy nie jest to tylko płaszcz zewnętrzny, bowiem analogiczna ściana w następnych traktach jest ka- mienna (nr 99 b). Ryc. 6. Przemyśl, kamienica Rynek nr 1, rzut piwnic dolnych (opr. i rys. R. Fra- zikowa) Pozostałe sklepienia są bądź kamienne (nr 95, 96, 100, 102, 103, 108, 109), bądź zbudowane z materiału mieszanego lub ceglane. Kamienno- -ceglane przekrywają piwnice nr 97, 99 a, 99 b, 104 i 110. W piwnicy nr 104 pas cegieł palcówek o grubości 6,8 cm przebiega przez środek, wzdłuż wnętrza. Sklepienie pomieszczenia nr 99 uzupełnione jest cegłą palcówką o wymiarach: 7,5—8X13X? cm, a pomieszczenia nr 110 pal- cówką o wymiarach: 8,6—9X13—15X27 cm. Sklepienie w komorze 107 a i 107 b zbudowane jest z cegieł palcówek o wymiarach: 6—7X13,5—• 14 X? cm, kładzionych główkowo. Fragmenty gotyckich murów wznoszą się jeszcze także ponad poziom gruntu. Dzięki funkcji pomieszczeń, badania architektoniczne mogły być przeprowadzone bez przeszkód na całym niemal parterze. W wyniku do- konanych odkrywek stwierdzono, że najstarsze zabytkowe mury mieszczą się w środkowej części budynku. W skrzydle wschodnim obejmują odci- nek murów elewacji wschodniej ograniczony ścianą północną pomiesz- czenia nr 11 z jednej strony i ścianą południową ukrytą pod nowym płaszczem ceglanym w korytarzyku nr 17 z drugiej strony. Należą tu
też pozostałe mury prostopadłe do tej części elewacji (wnętrze nr 15), z wyjątkiem ściany między nr 12 i 14, która została postawiona później z cegły niepalcówki o wymiarach: 6X14X31 cm, dzieląc jednolite daw- niej wnętrze na dwie, różne pod względem funkcjonalnym części: ko- rytarz (nr 14) i dwie lokalności leżące wzdłuż niego (nr 12 i 13), Kolebkowe sklepienie z ostrołukowymi lunetami, które kryło całość, zachowało się jeszcze w korytarzu i wnętrzu nr 12, natomiast w 13 zo- stało zupełnie wyłamane, podobnie jak jego ściany, które wiążą się tylko w narożach, a pośrodku są nowe i mają układ krzyżowy z cegły nie- palcówki o wymiarach: 6,5X14,5X29 cm. Stare mury wraz ze sklepie- niem zbudowane są z cegieł palcówek o wymiarach: 8—8,5X13—14X28— 29 cm w układzie gotyckim. Zasięg tych murów w głąb budynku był trudny do uchwycenia. Z całą pewnością czytelny jest w ścianach zachodnich lokalności nr 15 i 16, choć we wnętrzu nr 15 ściana ta nie wiąże się z północną i południową, a na środku ma nowsze przemurowanie otworu; grubość tego muru wi- doczna jest w korytarzu oznaczonym nr 14, gdzie rysuje się styk dwu murów, ale gotyckich, gdyż wprawdzie cegły po stronie zachodniej są nieco mniejsze i mają wymiary: 8X12,5—13X26—27 cm, ale w dalszym ciągu ściana nad wejściem do piwnicy ma układ główkowo-wozówkowy z zacieranymi spoinami, tak, jak sąsiadująca z nią cała ściana korytarzo- wa, na której są też ślady cieniutkich tynków renesansowych. Za wej- ściem piwnicznym obejmuje jeszcze szeroki łęk poprzeczny (por. plan parteru). Za nim następuje wyraźny styk i mur nowszy, z którego zbu- dowany jest narożnik i wschodnia ściana korytarza (nr 3). Natomiast mur taki jak omawiany poprzednio, znajduje się po stro- nie przeciwnej, naprzeciw wyjścia z korytarzyka nr 14, czyli we frag- mencie zachodniej ściany korytarza nr 3. Tu w odległości 4,13 m od wejścia z hallu, pod nowym płaszczem ceglanym, ukryty jest styk dwu starych murów. Fragment jednego z nich sięga 46 cm w lewo, drugiego 85 cm w prawo, z łęczkiem na wysokości 1,20 m zamykającym dawny otwór oraz obejmuje część wysuniętej do przodu na 15 cm ściany komi- nowej po drugiej stronie drzwi. Oba mury są z cegły palcówki o wymiarach: 8X14X29—29,5 cm. Styk ten wznosi się do wysokości 2,20 m, wyżej ginie i zaczyna się ściana związana, jednak także z cegły palcówki tych samych wymiarów. Do- piero 80 cm ponad tą partią następuje zmiana formatu cegieł na cegły palcówki o wymiarach: 6—6,5X12,5X? cm; z nich zbudowany jest mur aż pod sufit. W ścianie kominowej znajduje się przesklepiony otwór z cegłą o wymiarach: 6X13X29,5—30 cm w ościeżach. Około 30 cm przed końcem załamania ściany kominowej następuje zmiana wątku, który łą- czy się z wątkiem ściany korytarzowej, cofniętej znów o 15 cm w głąb. Na całej tej długości korytarza ściana zachodnia zbudowana jest z cegły niepalcówki (?) o wymiarach: 6—6,5X13—14,5X27—30 cm i łączy się w narożniku ze ścianą zewnętrzną dziedzińczyka. Natomiast gotycki układ główkowo-wozówkowy znajduje się jeszcze w środkowym trakcie pasa zachodniego budynku, w zachodniej partii muru południowego sali nr 7. Cegła jest tu jednak nieco cieńsza niż w analogicznym wątku w korytarzu; ma wymiary: 7,5—8X13,5—14X X27 cm. Lico jej leży na tej samej linii, co styk widoczny w korytarzu.
Z drugiej strony, od zachodu, jej lico łączy się ze stykiem, jaki był widoczny 30 cm w lewo od czwartego pilastra (licząc od południa) w od- krywce wykonanej na elewacji zachodniej. Na północ od tego styku, na elewacji, znajduje się łęk z cegły o wymiarach: 8X?X27—27,5 cm, a za- murowania dawnego otworu dokonano cegłą o wymiarach: 6,5 XI3,5X X28 cm. Ściana południowa we wnętrzu nr 7 wiąże się w obu narożni- kach ze ścianami wzdłużnymi, które na krótkich odcinkach do otworów powtarzają ten sam wątek. W narożach tych czytelne są stopki dawnych sklepień, wykonane z cegieł o wymiarach: 6,5—7X12X26,5 cm; schodzą one nisko nad podłogę, a pod nimi widoczny jest jeszcze stary wątek główkowo-wozówkowy. O 5 i-----------1 Ryc. 7. Przemyśl, kamienica Rynek nr 1, fasada (rys. R. Frazikowa) Ościeża obydwu otworów drzwiowych, a także okiennych są nowe, z cegły niepalcówki o wymiarach: 6,5—7X14,5—15X27 cm. Filar mię- dzyokienny zawiera cegły palcówki o wymiarach: 7X14,5—15X27 cm. Za prawym ościeżem okna północnego biegnie mały fragment starego wątku, a za nim ściana jest bardzo zruszana, przy czym występują tu na krótkim odcinku w kolejności: dwa piony, za nimi ślady zaprawy ce- mentowej i związany narożnik. Tuż za nimi, już na ścianie północnej wi- doczna jest stopka sklepienna z cegły o wymiarach: 7—7,5X13—13,5 X X29,5 cm. Pod nią i dalej cała ściana północna posiada lico ceglane z cegły palcówki o wymiarach: 6,5—7,5X13—14X26—26,5 cm (przeważa 7X13,5X26). Same cegły i ich układ są bardzo nieregularne. Miąższ muru jest ka- mienny. Arkada w tej ścianie ma cegły cienkie, ale bardzo duże; wy- miary ich wynoszą: 6,5X16,5X32—36 cm. Są to palcówki z głębokimi rowkami, dobrze wypalone, o małej tolerancji. Lewe ościeże arkady ma
też cegły wtórnie użyte. Ściana wschodnia, z kominem, posiada okładzinę z cegły niepalcówki o wymiarach: 6,5—7X15X30 cm. Miąższ tego muru jest ceglany z cegły niestarannej, o miękkich krawędziach, a od strony wnętrza nr 9 kamienny i kamienno-ceglany. W kominie tym, wchodzą- cym w głąb sali nr 7, przy rozbiórce muru znaleziony został grajcar au- striacki Franciszka II z roku 1800, który określa czas wzniesienia tych murów. Sklepienie sali nr 7 jest kolebkowo-krzyżowe. Dalsze pozostałości starych murów w analizowanej części obiektu znajdują się także w pomieszczeniu nr 6. W zachodniej części ściany po- łudniowej występuje cegła palcówka o wymiarach: 6,5X13X28,5 cm, w dużej mierze w układzie główkowym. Bliżej ościeża drzwiowego ściana została przemurowana cegłami nieregularnymi w wyrobie, niepalców- kami o wymiarach: 6,5X16X27 cm. Ściana wschodnia wzniesiona z nie- starannej palcówki o wymiarach: 6—7X14X27 cm posiada na środku otwór zamurowany cegłą niepalcówką o wymiarach: 7X14X25 cm. Na szerokości 2,90 m rozpościera się tu też duży łęk złożony ze starannej palcówki o wymiarach: 6,5X12X25,5 cm. Ściana północna badana przy narożniku wschodnim jest kamienno-ceglana. Ościeża drzwiowe ma now- sze. Odkrywki wykonanej nieco dalej, na środku ściany, nie udało się odczyścić do lica muru, ponieważ pod tynkiem znajduje się bardzo twar- da warstwa zaprawy cementowej. Sklepienie jest nowsze, z cegły nie- palcówki. Sala sąsiednia, oznaczona na planie nr 5 posiada mury znacznie po- przerabiane i nie udało się tu stwierdzić żadnej zabytkowej substancji. W ścianie północnej pośrodku jej długości występuje bardzo nieregu- larny układ cegieł mieszanych, palcówek i niepalcówek. Identycznie jest wykonany cały narożnik północno-wschodni. Ościeża drzwiowe są now- sze. Ściana wschodnia postawiona została też z cegły mieszanej, bardzo cienkiej niepalcówki o wymiarach: 4,5X15,5X? cm i grubszej: 7—7,5X X15X? cm. W odległości 1,80 m od narożnika południowo-wschodniego zaczyna się przesklepienie bliżej nieokreślonego otworu, który z czasem został zamurowany bardzo nieregularną cegłą niepalcówką. Ściana południowa była kilkakrotnie przerabiana. W swej części wschodniej, na krótkim odcinku od arkady do ościeża drzwiowego występuje kolejno: 25-cen- tymetrowy pas pionowy wątku z cegły niepalcówki o wymiarach: 7X X14X? cm, potem 20-centymetrowej szerokości pionowy kanał, zamu- rowany niedbale, dalej znów 33-centymetrowa ścianka z cegły niepal- cówki, jak poprzednio i nowe ościeże drzwiowe. Ściana na zachód, po drugiej stronie arkady, jest jeszcze bardziej zruszona. Stary wątek ciągnie się tylko 28 cm w prawo, dalej występuje niepalcówką o wymiarach: 7X15—16X30 cm. Za arkadą zaczyna się przesklepienie wnęki, szerokiej na 68 cm. Była ona wytynkowana i wy- pełniona cegłą palcówką o wymiarach: 7X13X? cm, a zamurowana nie- palcówką o wymiarach: 7X14,5X? cm. Obok znajduje się okienko do podawania potraw, szerokie na 50 cm, wykonane w okresie okupacji i zamurowane cegłą maszynową. Następnie w stronę okna cegły ułożone są niedbale, ukosem, zaznaczają się fragmenty łęczków, a wszystko jest poprzerywane kanałami wentylacyjnymi. Sklepienie w tym wnętrzu wzniesione jest z cegły niepalcówki.
Nieco starszej substancji znajduje się jeszcze po drugiej stronie opi- sanego muru, w sali nr 4. Jej ściana północna jest starsza od pozosta- łych, zawiera w swej części zachodniej cegłę palcówkę o bardzo słabo zaznaczonych rowkach, nieregularną w wyrobie i ciemniejszą w kolorze. Mur ten nie wiąże się ze ścianą zachodnią, która zbudowana jest z cegieł niepalcówek o wymiarach: 6,5X14,5X30 cm. Cegła badana w ścianie frontowej, południowej, jest też bardzo niestaranna, o miękkich, wyle- wających się krawędziach; ma wymiary: 6,5—7X16,5X30 cm. Czwarta ściana, wschodnia, wzniesiona jest z cegły niepalcówki o wymiarach: 6X14X32,5 cm. Ryc. 8. Przemyśl, kamienica Rynek nr 1, elewacja północna (tyl- na) (rys. R. Frazikowa) W części frontowej budynku pozostały do omówienia jeszcze dwa po- mieszczenia leżące w trakcie południowo-wschodnim, oznaczone na pla- nie nr 10 a, 10 b i 11 oraz hall. Odkrywki wykonane w hallu na ścianie wschodniej, biegnącej w pobliżu wejścia głównego oraz na ścianie za- chodniej i północnej w miejscu, gdzie jest zejście do korytarza nr 3 wy- kazały, że mury te są wykonane z cegły niepalcówki o miękkich kra- wędziach i wymiarach: 6,5—7X15—16X30—32 cm, a więc z cegieł ana- logicznych, jak w czterometrowym odcinku ściany zachodniej korytarza nr 3 i w jego ścianie wschodniej, czyli na długości schodów oraz w ścia- nie wschodniej w.c. (20 a, 20 b). Pilastry, które zdobią ściany hallu, są wiązane z murem. Ze względu na użytkownika nie można było wykonać dokładnych badań w pokoju frontowym (nr 10 a, 10 b). Obserwacje ścian prowadzo-
no tylko przy okazji prac remontowych. Stwierdzono przy tym, że mur elewacji frontowej posiada w ościeżach okiennych cegły mieszane, o miękkich krawędziach, których wymiary wynoszą: 7,5X 14,5X 29—30 cm; mur od ulicy Sobińskiego oraz sąsiadujący z pokojem nr 11 okryty jest po stronie wewnętrznej płaszczem ceglanym, przy czym płaszcz północ- ny jest nieco starszy, a wschodni ma cegły młodsze. Tu środek muru grubości około 60 cm wypełniony jest cegłami kładzionymi bardzo chaotycznie, zróżnicowanymi pod względem formatu i wyrobu. Nato- miast zewnętrzna strona tej ściany zawiera cegły niepalcówki o wy- miarach: 7—7,5X15X34 cm. Pod okładziną ściany północnej, w części oznaczonej nr 10 a, występuje mur kamienno-ceglany, z cegłą palcówką o wymiarach: 7X13X? cm i płaskimi, niedużymi bryłami ka- mieni. Osadzona tu stopka sklepienna posiada cegły mieszane, kawałki palcówek i niepalcówek. Na przedłużeniu, w części 10 b ściana północna jest ceglana, z cegły niepalcówki, związana z przebudową klatki schodo- wej. Taka też jest ściana od strony hallu. Wnętrze sąsiednie, oznaczone nr 11 należy też do starszych. Jego ściana południowa i zachodnia, związana w narożu, jest kamienno-ce- glana. Występująca tu palcówka ma wymiary: 7X13,5X29 cm. W części południowo-zachodniej mur jest mocno sczerniały, zruszany na skutek przebiegających w nim kanałów dymowych. W połowie ściany zachod- niej znajduje się zamurowany otwór. Fragment ściany zewnętrznej od narożnika południowego do ościeża okiennego jest też jeszcze kamien- no-ceglany, jednak nie wiąże się ze ścianą południową. Badania prowadzone na tym odcinku na zewnątrz, w miejscu zała- mania elewacji, potwierdziły też styk dwu murów. Bezsprzeczne jednak rozwiązanie tego węzła wymagałoby znacznej rozbiórki muru, co oczy- wiście było niemożliwe do przeprowadzenia. Pozostałe ościeża okienne od środka wymurowane są z cegły palcówki o słabych rowkach i wymia- rach: 6,5X13X30 cm, natomiast ich partie zewnętrzne są wykonane z cegły zbliżonej do niepalcówki. Ściana północna tej sali nie wiąże się z pozostałymi. Wykonana jest z cegły palcówki w układzie główkowo- -wozówkowym i należy do najstarszego układu budynku, omówionego na wstępie opisu badań. Sklepienie kolebkowe z lunetami schodzi bardzo nisko nad podłogę. Wykonane zostało z cegły palcówki o wymiarach: 7X X13,5X29 cm. Kilka odkrywek punktowych wykonano na ścianie południowej sieni od ulicy Sobińskiego (nr 23) i dziedzińczyka (nr 21). Wszędzie wystąpiły cegły niepalcówki i wtórnie użyte cegły o miękkich krawędziach; wy- miary ich wynoszą: 6,5—7X13,5X29,5 cm oraz 6—8X14,5—15X30— 32 cm. W sieni (nr 23) przed wejściem do korytarzyka nr 17, na wyso- kości około 2,80 m widoczny jest łęczek o długości cegły 27,5 cm. Ściany poprzeczne tej sieni są dostawione do ściany południowej. Podobnie ściana północna nie wiąże się ze ścianą wschodnią. W północnym skrzydle oficyny badano wszystkie naroża sal nr 28, 29 i 30 oraz założono odkrywki pasowe na ścianie północnej korytarza nr 27. Stwierdzono brak murów z cegieł palcówek. Występuje tu nato- miast cegła niestarannie formowana, o krawędziach nierównych; wy- miary jej wynoszą na ogół: 6,5—7X14,5—15,5X28,5—29 cm. W pomie- szczeniu nr 28 oba narożniki wschodnie i północno-zachodni są wiązane
i ta całość ma jednolity charakter, natomiast ściana zachodnia jest do- stawiona do południowej. Dostawiona jest też ściana północna wnętrza nr 29. Brak łączenia ścian widoczny jest też w południowo-zachodnim narożniku sali nr 30. W miejsce ściany dzielącej wnętrze nr 29 i 30 istniała pierwotnie ar- kada, zamurowana potem cegłą większą od pozostałych, o wymiarach: 6,5—7X16,5X32 cm. Nasada łęku tej arkady znajduje się na ścianie wschodniej sali nr 30, 96 cm od ościeża drzwiowego. Szerokość łęku wy- nosi 23 cm. W odkrywce u nasady arkady na ścianie zachodniej wymia- ry cegieł są takie same jak w pozostałych ścianach, a układ główkowy. Mury w narożniku północno-zachodnim są związane. Ryc. 9. Przemyśl, kamienica Rynek nr 1, elewacja zachodnia (rys. R. Frazikowa) W ścianie południowej sali nr 28 i 29 czytelne są ślady dawnych otworów okiennych. W obu wnętrzach ich lewe ościeże znajduje się w odległości 90 cm od ściany bocznej, szerokość okna wynosi 112 cm, a za- czyna się ono 1,35 m od podłogi i sięga w pierwszym pokoju 80 cm w górę, tj. pod dzisiejsze okienko, i tam ginie, w środkowym pokoju zaś wznosi się obok obecnego okienka aż do jego górnej krawędzi. Zmiany w rozstawie i wielkości otworów okiennych dokonane zostały także na tym poziomie w ścianie od strony ulicy Ratuszowej. Łęk jednego otwo- ru zaczyna się pod prawym ościeżem okienka w sali nr 30. Drugie okno, dziś zamurowane, znajduje się tuż przy wejściu do sali nr 30, już w ko- rytarzyku (nr 27) i zachodzi swym łękiem częściowo pod dzisiejsze okno. Trzecie zaczyna się w odległości 30 cm od drzwi wejściowych do kory- tarzyka (nr 27), czyli we wschodniej części jego ściany i też obejmuje część obecnego okna. Szerokość obu wynosi 1,10 m. Pośrodku całej ściany, między współczesnymi nam oknami znajduje się jeszcze jeden zamurowany otwór, szeroki na 1,20 m, który jednak sięga wysoko, niemal pod sufit i zakończony jest prosto. Badania czy- nione we wschodniej części oficyny dały te same wyniki. W korytarzyku nr 24 oraz w ścianach klatki schodowej (nr 25) tak jak w pozostałych, występują tylko cegły miękko formowane, niepalcówki.
Podobnie na poziomie II parteru ściana zewnętrza, od dziedzińczyka posiada cegłę niepalcówkę o wymiarach: 6,5—7X13,5X29,5 cm. Nową ścianą jest też ściana środkowa, z której wiodą drzwi do pokoju ozna- czonego na planie nr 35 a, 35 b. Wartość zabytkową przedstawia dopiero ściana południowa tego pomieszczenia. Począwszy od okna zachowany jest w niej stary wątek z cegły palcówki o grubości: 7,5X13,5X27— 28 cm, który jednak w połowie ściany został bardzo naruszony. Górą na ścianie południowej, w pobliżu narożnika wschodniego, widoczny jest zaczep starego sklepienia i zachowane wiązanie ścian; niżej, 45 cm od narożnika, występuje pionowe pęknięcie. Dalej starszy wątek ściany wschodniej został wyłamany i zastąpiony nowszym z cegły rozbiórkowej. W drugiej części sali (35 b) ściana ta ma układ bardzo nieregularny, spękany, naruszony; cegła jest w wyglądzie niestaranna, nieregularna, prawdopodobnie mieszana lub niepalcówka o wymiarach: 8X13X27 cm. Ze względów technicznych nie udało się zrobić odkrywek na ścianie za- chodniej tego wnętrza. Przez cały okres prowadzenia badań tzw. architektonicznych pokoje I i II piętra były użytkowane na cele biurowe. Dlatego wszelkie prace odkrywkowe ograniczono tu do minimum. Najwięcej wiadomości sta- rano się uzyskać z obserwacji ściany wschodniej budynku frontowego. Analiza wykazała, że odnaleziony na dole najstarszy gotycki wątek sięga jeszcze kilkadziesiąt centymetrów nad poziom podłogi I piętra, a miej- scami wznosi się prawie na całą wysokość ściany. Szerokością swą obej- muje on ten sam zasięg, jaki obserwowało się w wykopie z tej strony i w odkrywkach na elewacji wschodniej. Tak więc w sali nr 41 zaczyna się on 40 cm od narożnika północno-wschodniego, gdzie wyraźnie na- stępuje zmiana grubości cegieł i ich układu. Ten 40-centymetrowy od- cinek muru jest w narożu wiązany ze ścianą północną i ma, tak jak i ona, cegły cieńsze. 10 warstw cegieł wraz ze spoiną dolną, mierzone na tej ścianie ma wysokość 82 cm. W odległości 70 cm od tego narożnika, na ścianie północnej rysuje się ościeże i łęk bliżej nieokreślonego otwo- ru, obecnie zamurowanego. Badając natomiast ścianę wschodnią tej sali, w środkowym filarze międzyokiennym, w odległości 18 cm od południowego okna natrafiono na 60-centymetrowy odcinek muru wykonanego ze starej, grubej cegły palcówki o wymiarach: 8—9X14—15X? cm. 10 warstw tych cegieł mie- rzy 98 cm. Dalsza część tego filarka, północna, ma już cegły nieco inne, ich 10 warstw — 90 cm. Na tym odcinku czytelne jest też wyłamanie ściany poprzecznej. Filarek za ostatnim oknem, przy ścianie południowej, poza nowszym ościeżem okiennym ma też w środku cegłę palcówkę o wy- miarach: 8—8,5X15X? cm. Na przestrzeni 85—90 cm, więc 40 cm od narożnika, tuż nad podłogą widoczny jest łęk. Ściana południowa jest ścianą dostawioną do poprzedniej. Badając styk stwierdzono, że dalszy ciąg ściany wschodniej biegnie z niedużym uskokiem do przodu. Znalazło to potwierdzenie w sali są- siedniej (nr 39). Mianowicie dla wyrównania tego uskoku, pogrubiono z czasem mur od środka cegłą niepalcówką. Natomiast pod tym płaszczem, w głębi, mur jest wykonany z grubej cegły gotyckiej. W północnym fi- larku przyściennym 10 warstw cegieł mierzy 1,00 m. W ścianie między oknem a „arkadą” cegła ma wymiar: 8X15X29—30 cm i bardzo regu- larny układ główkowo-wozówkowy. Jego przebieg, obejmujący z tej strony
najstarszą część zabytku, kończy się po drugiej stronie „arkady” poprzecz- nej, a więc dokładnie w miejscu, gdzie na elewacji wystąpiła szczelina w wykonanej tam odkrywce. Dalsza partia tej ścianki, prawie do ościeża okna zawiera jeszcze też cegły palcówki, ale już inne, cieńsze, o grubości 6—7,5 cm, bardzo nieregularne w wyrobie; ich 10 warstw mierzy 80 cm. Są one mocno okopcone. Ryc. 10. Przemyśl, kamienica Rynek nr 1, elewacja wschodnia (rys. R. Frazikowa) Na tym piętrze starano się też odczytać, czy gotycki wątek główko- wo-wozówkowy, który znajduje się na parterze skrzydła zachodniego w południowej ścianie sali nr 7, powtórzy się jeszcze w tej ścianie na wyższym poziomie. Obserwacje robione tu w sali nr 48 dowiodły, że oczekiwany wątek nie dochodzi już tak wysoko. Omawiana ściana jest kamienno-ceglana, wiązana w narożniku ze ścianą zachodnią, zawiera palcówkę, ale mniejszą i cegły mieszane o wymiarach: 5—6,5X12—14X X ? cm. Pozostałe ściany badane na I piętrze zawierają cegłę nowszą, nieregularną, o miękkich krawędziach, niepalcówkę, przeważnie o wy- miarach: 7—7,5X15—16X32 cm. Występuje ona np. w zachodniej ścia- nie sali nr 49 i 52, w północnej ścianie sali nr 51 oraz z drugiej strony tego muru, w odkrywce, wykonanej z ganku (nr 65), w całej ścianie wschodniej korytarza (nr 42), w ścianie południowej pokoi nr 37, 38. W tej ostatniej natrafiono w narożu południowo-wschodnim na grubsze cegły palcówki, których 10 warstw mierzy 94 cm; zostały one jednak wtórnie .użyte, jak świadczy o tym niedbały wątek. Z cegieł niepalcówek zbudowane jest też całe piętro oficyny. II piętro nie posiada już żadnych śladów zabytkowych murów. Zo- stało ono w całości nadbudowane znacznie później. Występująca tu cegła jest nieregularna w wyrobie, o miękkich krawędziach, jej 10 warstw mierzy tylko 85 cm. Układ na większych powierzchniach ścian, np. w ko- rytarzu jest bardzo niestaranny, cegły kładzione są niedbale, często uży- te wtórnie. Widać liczne ślady przecerowań i przeróbek, zwłaszcza otwo- rów drzwiowych. W tych miejscach trafia się cegła maszynowa, kładzio- na na zaprawie cementowej, dowód zmian dokonywanych w ostatnich dziesiątkach lat.
IV. OCENA ZABYTKU Budynek położony w Rynku pod numerem pierwszym, zaliczany do- tąd do III grupy zabytków, w świetle ostatnio przeprowadzonych badań okazuje się obiektem bez porównania bardziej interesującym niż do- tychczas przypuszczano, a jego metryka sięga daleko poza wiek XIX Szczegółowe zaznajomienie się z planami budynku oraz wnikliwa anali- za materiału, techniki i stratygrafii murów pozwala stwierdzić, że zaby- tek w obecnej postaci zawiera nie tylko szereg faz budowlanych, lecz także pozostałości zupełnie oddzielnych jednostek architektonicznych. W tym wielkim i zawikłanym konglomeracie murów, od strony wschodniej, od ulicy Sobińskiego, wyraźnie zarysowuje się trzyizbowy, jednopiętrowy budynek z korytarzem na tyłach (dzisiaj pomieszczenia: w piwnicach nr 100, 102, 108 i korytarzyk 101, 106; na parterze: 12, 14, 15, 16 i na piętrze ściana frontowa sali nr 39). Charakteryzuje się on w piwnicy murami z kamienia łamanego z użyciem w węgarach drzwio- wych cegieł palcówek o wymiarach: 8—9X13—13,5X29 cm, a w murach parteru bardzo starannym gotyckim układem cegieł, posiadających te same wymiary co w piwnicy. Budynek ten był najprawdopodobniej rea- lizowany etapami, jak wskazują na to pewne nieregularności zaobser- wowane w piwnicy i powstał zapewne pod koniec wieku XV lub w wie- ku XVI. Z tego samego czasu pochodzą też dwie komory piwniczne, znaj- dujące się dziś pod oficyną w części północno-wschodniej. Wszystko wskazuje na to, że wchodziły one w skład innego, oddzielnego domu. Od strony zachodniej najstarszym elementem, z przełomu XV/XVI wieku, jest piwnica oznaczona nr 107 a, 107 b. Leżąca obok niej komora nr 104 wyraźnie wiąże się z murami sal parteru, które oznaczone są nr 7, 8, 9. Mury ich charakteryzuje cegła palcówka o wymiarach. 7,5— 8X13,5—14X27 cm, ułożona w licu po gotycku, główka-wozówka. Re- likty te można datować również na wiek XVI, lecz są młodsze od po- przednio opisanych. Z XVII wieku pochodzą piwnice pod II traktem parteru, pod III traktem od zachodu oraz na parterze pomieszczenia II traktu od wschodu. Natomiast wszystkie pozostałe mury powstały pod- czas modernizacji, która miała miejsce w drugiej połowie wieku XVIII, a w większości w czasie przebudowy gmachu dokonanej po roku 1800. Przeprowadzenie kwerendy archiwalnej i krytyczna analiza źródeł pi- sanych w powiązaniu z uzyskanym materiałem w terenie, umożliwi w przyszłości z pewnością precyzyjniejszą periodyzację faz architekto- nicznych zabytku. V. POSTULATY BADAWCZE Mimo rozległych badań ratowniczych i dotychczasowych wnikliwych obserwacji, zabytek wymaga w przyszłości jeszcze wyświetlenia szeregu kwestii architektonicznych, które pozwoliłyby na pełne i jednoznaczne odtworzenie historii zabudowy tego terenu oraz przemian przestrzennych poszczególnych budynków wchodzących w skład obecnego gmachu. Dla osiągnięcia tego należy postulować: 1. Przeprowadzenie kwerendy archiwalnej i sporządzenie studium historyczno-architektonicznego kamienicy;
2. odczyszczenie z gruzu wszystkich piwnic obu kondygnacji; 3. przebadanie wszystkich pach sklepiennych; 4. przeprowadzenie prac wykopaliskowych w częściach budynku po- zbawionych obecnie piwnic, w tym także w dziedzińczyku; 5. przeprowadzenie badań wykopaliskowych pod klatką schodową i w korytarzyku (rzut parteru: nr 17, 18) w budynku frontowym przy wjeździe od ul. Sobińskiego; realizacja postulatów podanych w punk- cie 4 i 5 doprowadzić winna do odkrycia fundamentów starszych bu- dowli; 6. przebadanie elewacji zachodniej, a zwłaszcza wschodniej w jej najstarszej części. Poznany bliżej obiekt zasługuje w pełni na pieczołowitą opiekę władz konserwatorskich 2. 2 Postulaty konserwatorskie były na bieżąco przekazywane autorowi projektu adaptacyjnego, inż. Malawskiemu. Autorka badań relacjonowała również Powiato- wemu Konserwatorowi Zabytków w Przemyślu o odkryciach i przebiegu prac remontowych, wyrażając przy tym swą opinię na ich temat. Ze względów zasad- niczych dążono przede wszystkim, by przeprowadzane roboty w żadnym stopniu nie naruszyły substancji zabytkowej, co w całej rozciągłości zostało spełnione. Nie- stety, z powodów obiektywnych nie zrealizowano innych wysuwanych przez autor- kę badań postulatów konserwatorskich, a w szczególności ekspozycji niektórych go- tyckich wątków ceglanych we wnętrzach i w elewacji wschodniej oraz zachowania XIX-wiecznej stolarki okiennej i drzwiowej; stolarkę wymieniono zupełnie, zmie- niając przy tym znacznie światło okien. Należy żałować, że ze względów funkcjonalnych przy okazji remontu musiano zlikwidować zabytkowy komin-wędzarnię z około roku 1800 i znieść jedyny swego rodzaju interesujący lokal aresztu miejskiego. Trudno autorce badań zgodzić się także z fakturą, kolorem nowych tynków oraz rodzajem cokołu elewacji, nie har- monizujących z ich formą. Uwaga: Na rysunku elewacji zachodniej (ryc. 9) przez przeoczenie nie wrysowano pi- lastra między trzecią a czwartą osią licząc od strony prawej.

Tadeusz Burzyński ZWYCZAJE I OBRZĘDY WESELNE WE WSIACH Z OKOLIC BABIC NAD SANEM Problematyka dotycząca obrzędowości weselnej terenów w dorzeczu średniego Sanu nie doczekała się, jak dotąd, pełnego i wnikliwego mo- nograficznego opracowania. Istniejące dotychczas prace tylko w małym stopniu ukazują nam niezwykle bogato rozbudowany obraz tradycyjnej obrzędowości weselnej tych terenów. Różnorodność i bogactwo form tej sfery kultury ludowej wynika niewątpliwie z faktu współistnienia w do- rzeczu Sanu osadnictwa polskiego i ruskiego, różniących się zasobem in- wentarza kulturowego i odmienną religią 1. Wzajemne współżycie dwóch elementów osadniczych w obrębie tych samych społeczności wiejskich czy bliskie względem siebie sąsiedztwo, przyczyniło się do przenikania różnych treści kulturowych w obrębie obu grup i do ich adaptacji. Przykładów daleko zaawansowanej integracji kulturowej w wielu dziedzinach życia, w tym i w sferze interesującej nas obrzędowości ro- dzinnej, dostarczają terenowe badania etnograficzne. Stwierdzenie to w pełni dotyczy wsi z okolic Babic w woj. przemyskim, które będą przedmiotem niniejszego opracowania. Zarówno w Babicach, Bachowie i Skopowie, z uwagi na fakt wspólnego zamieszkiwania Polaków i Ru- sinów, zaistniały okoliczności do ujednolicenia wielu zwyczajów i obrzę- dów weselnych 2. Należy przy tym podkreślić, że wyniki etnograficznych badań tere- nowych wskazują na bardziej zachowawczy charakter elementów ruskich, co, być może, należałoby wiązać z konserwatywnym oddziaływaniem greckokatolickiej cerkwi. Stąd stwierdzenia zawarte w dalszej części opracowania świadczyć będą o jednolitym charakterze i powszechności 1 F. Persowski, Studia nad osadnictwem polsko-ruskim w X—XI w., Wro- cław 1962, s. 242; A. Fastnacht, Dzieje ziemi przemyskiej w średniowieczu, [w:] Miasto i powiat Przemyśl w Polsce Ludowej (zarys monograficzny). Red. A. Ku- nysz, Przemyśl 1973, s. 10—11; A. Ku nys z, Pradzieje Przemyśla, „Tysiąc lat Przemyśla. Zarys historyczny”, Cz. I, Rzeszów 1976, s. 9—88. 2 Zob. Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiań- skich, t. 1, W-wa 1880, s. 68, 78; Sematyzm grecko-katolyc’kogo duchovenstva zlu- cenych oparchij peremys’koi, sambirs’koi na rik bozyj 1930, PeremysT 1930, s. 137, 139, 140; Sematyzm (...) na rik bozyj 1938/39, s. 90, 92; M. Orłowicz, Ilustro- wany przewodnik po Przemyślu i okolicy, Przemyśl 1917, s. 110—111.
stosowania prezentowanych form obrzędowych. W sytuacji zaistnienia odrębności zwyczajowych będzie to sygnalizowane w tekście 3. Prezentowane poniżej zwyczaje i obrzędy weselne zostały ujęte w aspekcie chronologicznym. Najstarsze z zachowanych form pochodzą z końca XIX stulecia. W okresie międzywojennym wiele elementów tra- dycyjnej obrzędowości weselnej zaczęło zanikać lub zmieniła się ich for- ma i funkcja. Przyśpieszony zanik tej sfery obrzędowości przypada na lata po 1945 r., co przypisać należy wpływom nowych warunków go- spodarczo-społecznych i kulturowych zaistniałych w kraju. To co do- trwało z zakresu obrzędowości weselnej do naszych dni, stanowi zaledwie nikłą cząstkę dawnego stanu posiadania w tym zakresie. Stosunkowo najbardziej żywotne są pieśni obrzędowe, które prze- trwały do dzisiaj. W wielu przypadkach uległ zmianie czas i miejsce ich zastosowania; często nie mają one żadnego formalnego związku z akcją obrzędową, a stosuje się je w sytuacjach towarzyskich czy przy okazji innych współczesnych obrzędów rodzinnych. Stosunkowo najwięcej prze- trwało do naszych czasów pieśni o zamążpójściu, pieśni towarzyszących wyprawianiu młodych do ślubu i witaniu zeń powracających, pieśni ocze- pinowych i przenosinowych, różnego rodzaju przyśpiewek pod adresem uczestniczących w weselu gości, głównie tych spełniających obrzędowe funkcje oraz przyśpiewek do tańca. Współczesna forma wesela uległa skróceniu i zatraciła wiele wątków obrzędowych. Zachowały się zwyczaje dotyczące organizacji dziewiczego wieczoru, wyjazdu młodych do ślubu i ich powrotu, oczepin oraz prze- nosin młodej pary na nowe gospodarstwo. Kontynuują je jednak tylko nieliczne rodziny pod wpływem starszego pokolenia. Młodsi w swej więk- szości nie przywiązują żadnej wagi do dawnych tradycji ojców, a na- wet wręcz są negatywnie do niej nastawieni. Warto na tym miejscu nieco uwagi poświęcić stanowi dotychczaso- wych badań etnograficznych nad omawianym zagadnieniem, co przyczy- ni się do jego lepszego poznania. Pierwsze zainteresowania badawcze ludem i kulturą ludową w do- rzeczu średniego Sanu datują się na pierwsze ćwierćwiecze XIX w 4. Bez- pośrednim impulsem do zwrócenia uwagi na tę sferę życia naszego na- rodu były idee wieku Oświecenia. Tematem poczynań pierwszych ludo- znawców był folklor ludowy 5 6. W poważnym stopniu do rozwoju badań 3 Materiały terenowe wykorzystane w niniejszym opracowaniu zostały zare- jestrowane w latach 1970—1975. Informacje uzyskano od następujących osób: BA- BICE — Tekla Buś (lat 80), Janina Czech (1. 92), Helena Dachnowicz (1. 60), Wła- dysław Dachnowicz (1. 65), Magdalena Dec (1. 78), Sebastian Dec (1. 82), Waleria Gajewska (1. 68), Wincenty Gajewski (1. 75), Bronisława Jurkiewicz (1. 75), Anna Michalska (1. 75), Janina Michalska (1. 45), Katarzyna Sosa (1. 72), Wawrzyniec Sosa (1. 72), Wiktoria Uńdziakiewicz (1. 60), Władysław Uńdziakiewicz (1. 65); BACHÓW — Zuzanna Chwastarz (1. 70), Zofia Desternak (1. 65), Maria Moszowska (1. 70), Ma- ksym Lubera (1. 68), Maria Nachtigal (1. 75), Wawrzyniec Pękalski (1. 79), Apolonia Pizio (1. 78),Władysław Wysaczyński (1. 70); SKOPÓW — Maria Gierula (1. 60), Ta- deusz Król (1. 70), Władysław Król (1. 75), Józef Lach (1. 70), Janina Trusz (1. 48), Antoni Urban (1. 72). 4 W dotychczasowej literaturze etnograficznej przyjęło się umowne określenie tych obszarów jako tzw. Pogranicze Nadsańskie. Zob. S. Lew, Kultura Ludowa Pogranicza Nadsańskiego. Historia badań i zbiory muzealne. Przemyśl 1969, s. 7—8. 6 A. Posern-Zieliński, Kształtowanie się etnografii polskiej jako samo- dzielnej dyscypliny naukowej (do 1939 r.), [w:] Historia etnografii polskiej, Red.: M. Terlecka, Wrocław—Warszawa—Kraków—Gdańsk 1973, s. 39—49.
folklorystycznych przyczyniły się koncepcje romantyczne, wynikające z pobudek patriotycznych, które miały na celu zachowanie narodowych tradycji w warunkach zaborów. Ożywczych składników kulturotwórczych szukano m. in. wśród ludu, stanowiącego podstawowy trzon narodu. Na podłożu podobnych tendencji krystalizowała się również folklorystyka lwowska, obejmująca swoimi badaniami wschodnie obszary Małopolski, wchodzące w skład zaboru austriackiego 6. Znaczący wkład w poznanie tej dziedziny kultury ludowej w pierw- szej połowie XIX w. wnieśli działający na terenie Galicji trzej wielcy ludoznawcy: Wacław z Oleska (Wacław Zaleski), Kazimierz Wł. Wójcic- ki i Pauli Żegota. W opublikowanych przezeń zbiorach pieśni z terenu Galicji zamieścili też pieśni znad Sanu 7. Wśród nich znalazły się pieśni ze sfery obrzędowości weselnej. Jednym z pierwszych ludoznawców, którzy zwrócili wówczas uwagę na tereny w dorzeczu średniego Sanu, był J. Łoziński. Plonem jego badań była praca na temat obrzędów weselnych 8. Stanowi ona pierwszą mono- grafię etnograficzną dla omawianych terenów. W naukowym podejściu do przedmiotu swoicn badań autor wzoruje się na opracowaniu I. L. Czer- wińskiego, uważanego za twórcę pierwszej monografii etnograficznej w Polsce 9. J. Łoziński przedstawił w niej niezwykle cenne opisy obrzędów weselnych począwszy od zalotów i zaręczyn do pokładzin we wsi Rado- chońce (obecnie na terenie ZSRR). Wartość powyższej pracy dla współ- czesnych badań podnosi fakt podjęcia przez jej autora prób ustalenia genezy opisywanych nań elementów obrzędowych. Po kilkudziesięcioletniej przerwie ukazuje się monografia przemy- skiego O. Kolberga, która została wydana pośmiertnie przez I. Koper- nickiego10 11. Dostarcza ona wiele wartościowych materiałów do badań nad obrzędowością weselną. W powyższej pracy znajdujemy m. in. opis wesela z tekstami nieśni i melodiami z Iskani koło Dubiecka oraz opisy i rysunki strojów weselnych w Przemyskiem ,u. Z uwagi na fakt prze- trwania do dnia dzisiejszego wielu tradycyjnych elementów obrzędowo- ści weselnej w okolicznych wsiach, takich jak Bachów, Huta Brzuska, Jasienica Sufczyńska, Sufczyna, Żohatyn, spełnia ona ważne funkcje źród- łowe, pozwalając prześledzić zmiany zachodzące w tej dziedzinie. Do terenów nadsańskich nawiązuje ponadto artykuł A. Saloniego 12, w któ- rym podaje także materiały dotyczące wesela i innych obrzędów rodzm- • R. Górski, Lwowskie, [w:] Dzieje folklorystyki polskiej 1800—1863. Red.: Helena Kapełus i Julian Krzyżanowski, Wrocław—Warszawa—Kraków 1970, s. 299. 7 Wacław z Oleska, Pieśni polskie i ruskie ludu galicyjskiego, Lwów 1833. K. Wł. Wójcicki, Pieśni ludu Biało-Chrobatów, Magurów i Rusi znad Bugu, t. I—II, Warszawa 1836; P. Żegota, Pieśni ludu ruskiego w Galicji, Lwów 1839. 8J. Łoziński, Ruskoje wesilje, Przemyśl 1835. 9 I. Lubicz-Ćzerwiński, Okolica zadniestrska między Stryjem i Łomi- cą..., Lwów 1811. 10 O. Kolberg, Przemyskie. Zarys etnograficzny. Kraków 1891. 11 Studium krytyczne badaniom O. Kolberga w Przemyskiem pośwxęcił K. Wol- ski. Zob. tegoż: Badania O. Kolberga w dorzeczu średniego Sanu, „Lud”, t. XLII, Wrocław 1956, s. 294—306. 12 A. Saioni, Lud wiejski w okolicy Przeworska, „Wisła”, t. 11 (1897), s. 261— 316. 18 — Rocznik Przemyski t. 22/23
nych oraz artykuły M. Tomaszewskiej 13 i F. Kołessy 14. Pomocne w ba- daniach nad obrzędowością weselną mogą być inne prace O. Kolberga 15 oraz W. Sarny16. Od tego czasu do drugiej wojny światowej nie ukazała się żadna praca na interesujący nas temat bezpośrednio nawiązująca do Przemy- skiego. Ogólnych wiadomości o obrzędowości Rusinów dostarczają nam badania A. Fischera17 oraz badaczy F. Wolkowa18 i D. Zelenina19. Z innych opracowań z okresu międzywojennego traktujących o sąsied- nich terenach czy grupach etnograficznych do celów porównawczych można wykorzystać publikacje E. Inglota 20, J. Falkowskiego i B. Pasz- nyckiego21, J. Bugera22, O. Misiewicz23 oraz O. Kulczyckiej24. Ta ostatnia dostarcza ciekawych przekazów ikonograficznych o strojach weselnych z Przemyskiego. Fragmentaryczne dane o obrzędowości we- selnej znaleźć można w wydawnictwie ukraińskim „Litoipis Bojkiw- szczyni” 25. Po drugiej wojnie światowej mimo aktywizacji badań etnograficz- nych w dorzeczu średniego Sanu, temat obrzędowości weselnej jest rzad- ko podejmowany przez badaczy26. Właściwie poza dwiema pracami O. Gajkowej i J. Sadownik z terenów ościennych, które ukazały się w pierwszym powojennym dziesięcioleciu, brak jest opracowań z tego zakresu 27. Pierwsze przyczynkarskie materiały ukazują się dopiero w la- tach sześćdziesiątych28. Szerzej zagadnieniem zwyczajów i obrzędów we- 13 M. Tomaszewska, Obrzędy weselne ludu ruskiego we wsi Cetuli w pow. jarosławskim, „Zbiór Wiadomości do Antropologii Krajowej”, t. X, 1886, s. 55—74. 14 F. K o 1 e s s a, Galicko-ruski narodni pisnji z melodyjami, „Etnograficzny! Zbirnyk”, T. XI, Lwów 1902. 15 O. Kolberg, Tarnowskie — Rzeszowskie. Dzieła Wszystkie, t. 48, War- szawa 1967, s. 361; tenże: t. 49, Sanockie — Krośnieńskie, 1972, s. 552; t. 50, Sa- nockie — Krośnieńskie, cz. 2, 1972, s. 444; t. 51, Sanockie — Krośnieńskie, cz. 3, 1973, s, 482. 18 W. Sarna, Opis powiatu krośnieńskiego pod względem geograficzno-histo- rycznym. Przemyśl 1898; tenże: Opis powiatu jasielskiego, Jasło 1908. 17 A. Fischer, Rusini. Lwów—Warszawa—Kraków 1928, s. 98—104. 18 F. W o ł k o w, Etnograficzeskija osobiennost’ ukraińskogo naroda. Ukraiński naród w jego proszłam i nastojaszczem, t. II, Petrograd 1916. 19 D. Z e 1 e n i n, Russische (Ostslauische) Yolkskunde, Leipzig 1927. 20 E. Ing lot, Zwyczaje weselne łańcuckie, Lwów 1928. 21 J. Falkowski i B. Pasznycki, Na pograniczu łemkówsko-bojkow- skim, Lwów 1935. 22 J. Bugera, Ukraińskie wesilja na Łemkiwszczyni, Lwów 1936. 23 O. Misiewicz, Ukraińskij weselnyj obriad u Bojkiwszczyni, Lwów 1937. 24 O. Kulczycka, Narodnyj otiag Zachidniej Ukrainy, Lwów 1938. 25 Zob.: R. I—IX, Sambor 1931—1939. 28 T. Burzyński, Uwagi o etnograficznych badaniach w regionie przemy- skim po 1945 roku, „Materiały i Studia Muzealne”, t. III, Przemyśl 1981, s. 5G—78. 27 O. G a j k o w a, Kultura ludowa okolic Hor i Potylicza, cz. II: Kultura spo- łeczna „Prace i Materiały Etnograficzne”, t. VII, Lublin 1948/49, s. 43—62; J. S a- d o w n i k, Pieśni ludowe z obszaru wideł Sanu i Wisły, „Polska Sztuka Ludowa”, 1952, nr 4/5, s. 227—251. 28 G. Jakubowski, Zwyczaje weselne w okolicy Medyki, cz. I; [w:] Infor- mator Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego Oddział w Przemyślu „Z Naszej Zie- mi”, Przemyśl 1964, Nr 3, s. 16—20; cz. II: „Z Naszej Ziemi”, 1965, Nr 4, s. 15—19; J. Pawłowska, Badania nad obrzędowością rodzinną okolic Birczy, cz. II: Ob- rzędy weselne, „Z Naszej Ziemi”, 1965, Nr 5, s. 10—14; tejże: Z badań nad lite- raturą ludową we wsiach w okolicy Birczy, pow. Przemyśl, „Z naszej Ziemi”, 1967, Nr 8, s. 1—16.
selnych zajęła się J. Pawłowska, przeprowadzając badania we wsiach w okolicy Birczy29. Zgromadzone materiały terenowe wskazują na szybko postępujący proces zaniku tej sfery obrzędowości ludowej. Wiele ele- mentów zwyczajowych nie odpowiada dawnym funkcjom obrzędowym, jakie niegdyś spełniały. Interesujący materiał porównawczy do omawia- nych zagadnień wnoszą także opracowania S. Darłakowej30, W. Schram- ma 31, S. Bąka 32, A. Wójcika 33, M. Brylak i J. Madzika 34, W. Gaj-Piot- rowskiego35 oraz F. Kotuli36. Ponadto przyczynkarskie dane do znajo- mości zagadnienia strojów weselnych dostarcza opracowanie A. Jacher- Tyszkowej 37. W ostatnich latach znacznie poszerzył się stan wiedzy o obrzędach weselnych, co jest zasługą amatorów — badaczy, którzy opracowali je pod kątem adaptacji scenicznych. Z uwagi na bogaty ma- teriał faktograficzny, gwarowy i melodyczny w nich zawarty, stanowią one znakomitą dokumentację dawnych rzeszowskich wesel38. Ze współczesnych powojennych prac, omawiających folklor muzycz- ny, ze wszech miar zasługuje na uwagę wartościowe opracowanie B. Li* netta o obrzędowych pieśniach weselnych w Rzeszowskiem39. Autor przedstawia w nim muzyczny styl rzeszowskich pieśni weselno-obrzędo- wych, charakteryzując ich cechy konstytutywne oraz ukazując ich odręb- ność regionalną. Znalazły się w niej m. in. teksty pieśni i zapisy mu- zyczne znad Sanu ze wsi Drohobyczka, Nienadowa, Polanki, Ruszelczyce. Praca da je także obraz aktualnego stanu badań nad powyższym zagad- nieniem, podając bogatą literaturę przedmiotu 40. Prezentowane poniżej materiały i uwagi zostały ujęte w kilku roz- 29 J. Pawłowska, Stare i nowe w kulturze społecznej wsi z okolic Birczy, „Rocznik Przemyski”, t. XV—XVI, Przemyśl 1975, s. 223—231. 30 S. D a r ł a k o w a, Zwyczaje i obrzędy weselne ze wsi Świlczy kolo Rze- szowa, „Literatura Ludowa”, 1957, Nr 3, s. 24—30; tejże: Zwyczaje i obrzędy doroczne oraz rodzinne w pow. tarnobrzeskim, „Prace i materiały z badań etno- graficznych — Tarnobrzeskie”, Rzeszów 1968, s. 81—109; Wesele w Majdanie Sie- niawskim, „Rocznik Stowarzyszenia Miłośników Jarosławia”, Nr 7, Jarosław 1967/68, s. 111—118. 31 W. S c h r a m m, Ludowe obrzędy weselne we wsiach doliny Hoczewki i Tar- nawki Ziemi Sanockiej, „Archiwum Etnograficzne”, Nr 17, Wrocław 1958. 32 S. Bąk, Wesele ludowe w Grębowie, „Archiwum Etnograficzne”, Nr 18, Wrocław 1958, s. 165. 33 A. Wójcik, Zwyczaje rodzinne Pogórzan. „Nad rzeką Ropą. Zarys kul- tury ludowej pow. gorlickiego”. Kraków 1965, s. 232—244. 34 M. Brylak, J. Mądzik, Zwyczaje rodzinne Łemków, [w:] „Nad rzeką Ropą” ..., s. 249—254. 35 W. Gaj-Piotrowski, Kultura społeczna ludu z okolic Rozwadowa, „Pra- ce i Materiały Etnograficzne”, t. 26, Wrocław 1967, s. 156—245. 38 F. Kotula, Z Sandomierskiej Puszczy. Gawędy kulturowo-obyczajowe. Kraków 1962; Folklor słowny osobliwy Lasowiaków, Rzeszowiaków i Podgórzan. Lublin 1966. 37 A. Jac her-Ty szk o w a, Grafika polska XIX w. jako źródło do badań nad strojem ludowym, „Polska Sztuka Ludowa”, R. XXIX, 1975, nr 5, s. 199—224. 38 W. Ku nys z, Wesele kraczkowskie, Lublin 1968; J. Ryś, Wesele łąckie, Rzeszów 1972, ss. 148; M. i J. Dziedzicowi e, Wesele z Trzciany, Rzeszów 1975, ss. 105. 39 B. L i n n e 11 e, Obrzędowe pieśni weselne w Rzeszowskiem. Typologia wąt- ków muzycznych jako kryterium wyznaczania regionu etnograficznego, Rzeszów 1981, ss. 160. 40 Tamże, s. 152—155.
działach, których kolejność jest wyznaczona cyklem chronologicznym obrzędowości weselnej. Pozwoli to wnikliwiej zapoznać się ze specyfiką tej dziedziny kultury ludowej. I. OKRES PRZEDMAŁŻEŃSKI Zycie w dawnej wsi, która stanowiła w pewnym sensie zamkniętą społeczność powodowało, że wybór partnera na przyszłego małżonka byl stosunkowo ograniczony i zdeterminowany charakterem wzorów społecz- no-kulturowych w niej obowiązujących. Interesy gospodarcze rodzin wiejskich leżące u podstaw kojarzonych związków małżeńskich nie zawsze sprzyjały osiąganiu szczęścia osobiste- go. Młodzież wiejska praktycznie nie miała żadnych szans na znalezie- nie partnera do małżeństwa spoza własnego środowiska. Swoje marzenia o odpowiednim kandydacie na męża dziewczęta często wyrażały w wielu pieśniach. Przykładem może być poniższa pieśń, którą śpiewały po- wszechnie przy grabieniu siana: „Żebym ja dostała kawalera pana, nie szła by ja nie szła z grabiami do siana. Z grabiami do siana, z widłami do gnoju, tylko by siedziała z panami w pokoju.” Podobne motywy pieśni, wyrażających marzenia o związku z panem, uosabiającym dziewczynom inny, piękniejszy świat, dosyć często są spo- tykane w folklorze polskim 41. Zresztą kontakty miłosne dziewcząt wiej- skich z właścicielami ziemskimi nie należały do rzadkości. Marzenia ta- kie wynikały głównie z niemożności zrealizowania uczucia miłości w swo- im środowisku, które za podstawowe kryterium zawierania małżeństw uważało status majątkowy kandydata. W pieśniach śpiewanych przez dziewczęta, zwane dawniej powszech- nie dziewkami, przewijało się również wiele wątków spełniających cha- rakter wychowawczy. Uświadamiały one niedoświadczonym życiowo pan- nom niebezpieczeństwa, jakie powodował niefrasobliwy stosunek do ży- cia. Przestrzegały je przed przykrymi konsekwencjami niemoralnego prowadzenia się, spełniając rolę sankcji społecznych. Los takiej dziew- czyny był godny największego współczucia. W przypadku, gdy urodziła nieślubne dziecko, spotykała się z drastyczną reakcją ze strony społecz- ności wiejskiej. Z relacji uzyskanych w Bachowie wynika, że w wymie- rzaniu kary takiej dziewczynie brała udział cała wieś 42. Dziewczynę taką, zwaną potocznie zawitką, wraz z chłopcem prowa- dzono do karczmy, tam obcinano im włosy i głowy smarowano smołą. 41 Por. V. Krawczyk, Pan i dziewczyna wiejska w folklorze z terenu obec- nego woj. łódzkiego, „Prace i Materiały Muzeum Archeologicznego i Etnograficz- nego w Łodzi”, Seria Etnograficzna, Nr 17, Łódź 1970, s. 67—69. 42 Informacje A. Michalskiej z Babic.
W opinii wsi byli pohańbieni do końca życia. W tej samej wsi przed I wojną światową zawitki przywiązywano w niedzielę w pobliżu drzwi cerkwi; przechodzący obok moralnie i fizycznie znęcali się nad nimi. Z czasem pod wpływem wychowawczego oddziaływania duchowieństwa oraz prawa cywilnego zarzucono formy fizycznego znęcania się nad dziew- czyną. Gdy zawitka wyszła za mąż, redukowano ceremoniał weselny, opuszczając w nim obrzędy wiankowe, oczepiny; ponadto młoda wy- bierała się do świątyni w chustce na głowie, nie składała też kwiatów na ołtarzu 43. Nie przysługiwało jej prawo do przygotowania weselnego korowaju i rózgi, spełniających w obrzędzie weselnym podstawowe funkcje obrzę- dowo-magiczne 44. O powyższych kłopotach przestrzegała dziewczęta po- niższa pieśń: „Tam na hory kozak luku kosit, za nim dziewczynojka małe ditie nosit. On sztoby Kasiunejko dwi diżojki syra, powidz, powidz Kasiunejko na Witowo syna. Ona n’echcuja kozaczejko dwi diżojki syra i nie powiym na Witowo syna.” Czy też pieśń śpiewana do dnia dzisiejszego w Babicach: „Tam w Krakowie na błoniu, uwija Jasio na koniu, a Kasia za nim chodziła i małe dziecię nosiła. Masz ty Jasiu to dziecię a jak nie weźmiesz to wrzucę i wrzuciła Kasia do wody i za głowę się chwyciła”. W dawnym kalendarzu obrzędowym wsi ważną rolę odgrywały wszel- kiego rodzaju wróżby związane z cyklem życia człowieka. Dotyczyły one również sfery obrzędowości rodzinnej. Począwszy od momentu na- rodzenia się dziecka, poprzez jego dzieciństwo, wiek dojrzały i starość, towarzyszyły one człowiekowi, informując go o najbliższej przyszłości. Ważna rola wśród szerokiego wachlarza praktyk wróżebnych przypada tym, które dotyczyły zawarcia związku małżeńskiego. Z racji swego cha- rakteru praktykowane były przez młodzież, szczególnie przez dziewczę- ta. Wróżby matrymonialne przypadały na przełom ważniejszych okre- sów dorocznego kalendarza obrzędowego wsi. Celem podejmowanych działań obrzędowych było przepowiedzenie osobistego losu zainteresowa- nych dziewcząt, • a więc ich zamążpójście, charakterystyka przyszłego małżonka, szczęście w życiu, dostatek. 43 Por. J. S. By s t r oń, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce, wiek XVI—XVIII, t. 2, Warszawa 1976, s. 73. 44 A. Bruckner, Dzieje kultury polskiej, t. I, Kraków 1930, s. 107—110.
Najwięcej wróżb matrymonialnych spotyka się w okresie jesienno- -zimowym, a ich nasilenie przypada w przeddzień św. Andrzeja — na tzw. andrzejki45 * oraz w wigilię Bożego Narodzenia. Wróżby andrzejko- we praktykowane są do dnia dzisiejszego; zmieniły jednak pierwotny charakter, przybierając formę zabawy towarzyskiej. W dniu tym wie- czorem dziewczęta gromadziły się w jednej z chałup i do późnej nocy wśród wesołego nastroju wywoływały swój los. Powszechnie prakty- kowały wylewanie roztopionego wosku na wodę i z kształtów zastygłej masy określały przyszłego męża dla wybranej dziewczyny. Wśród Rusi- nów w Bachowie i Skopowie roztopiony wosk przelewano przez otwór w głowicy klucza 4r>. W innej formie do celów wróżebnych wykorzystywały obuwie. W pierwszej wersji przekładały je wzajemnie w kierunku drzwi i która panna pierwsza przekroczyła próg, tej wróżyło to rychłe zamążpójście. Podobny skutek osiągano, gdy rzucony przez głowę but, upadając, usta- wił się przodem w kierunku drzwi. Istniał również zwyczaj podkładania pod talerze pierścienia, różańca i pieluch (Babice, Skopów), a w innej wersji pierścienia, różańca, gliny i lalki (Bachów). W przypadku wylo- sowania pierścienia dziewczyna mogła spodziewać się zamążpójścia, ró- żaniec oznaczał, że zostanie zakonnicą, pieluchy czy też lalka symboli- zowały, że zostanie zawitką, zaś glina wróżyła jej szybką śmierć. Dziew- częta wkładały też pod poduszki kartki z wypisanymi nań imionami chłopców: wylosowana rano kartka ,,przynosiła” imię męża. Reliktową formą z zakresu magii płodności było obsypywanie przez dziewczynę łóżka ziarnem, co zapewniało jej liczne potomstwo 47. Największe znaczenie w całym cyklu świąt dorocznych posiadała wi- gilia Bożego Narodzenia. Dzień ten, sam w sobie zawierający bogactwo wątków obrzędowych, tak o proweniencji świeckiej o charakterze przed- chrześcijańskim, jak i religijnej, wynikających z magii wegetacyjno-ag- rarnej i zaduszkowej, dostarcza również szeregu przykładów wróżb ma- trymonialnych. Gros z nich praktykowano w porze wieczorowej. Po- wszechnie dziewczęta po kolacji wychodziły na drogę, nasłuchując szcze- kania psów z sąsiedztwa, co miało określić kierunek, skąd przyjdzie przyszły ich mąż. Pierwszy napotkany wówczas mężczyzna „przynosił” imię męża. W Babicach panny uważały, że jeśli któraś z nich pierwsza zobaczy ptaka, wnet będzie miała kawalera. W celu określenia kolej- ności wychodzenia za mąż urządzały trzykrotnie wyścigi, przenosząc w ustach wodę ze studni do domu. We wszystkich badanych wsiach dziewczęta przeliczały kołki w pło- cie; ich parzysta liczba wróżyła szybkie zamążpójście. W tym celu przy- nosiły także do izby polana. Obowiązkowo w tym dniu dziewczęta wy- piekały z pszennej mąki kogutki — „kukutki”, które układały na ławie czy podłodze i do izby wpuszczały psa lub kota. Pierwszy zjedzony przez zwierzęta „kukutek” wróżył jego właścicielce zamążpójście. To samo 45 Etymologia imienia Andrzej wywodzi się z greckiego — aner, andros, co oznacza męża lub mężczyznę. W. Klinger, Doroczne święta ludowe a tradycje grecko-rzymskie, Kraków 1931, s. 93. 49 Por. W. G a j - P i o t r o w s k i, op. cit., s. 17; J. Pawłowska, Obrzędy doroczne we wsiach w okolicy Dubiecka, pow. Przemyśl, „Rocznik Przemyski”, t. XIX/XX, Przemyśl 1978, s. 19; A. Wójcik, op. cit., s. 275. 47 W. Klinger, op. cit., s. 93.
określała kwitnąca gałąź czereśni, którą wkładały panny do wody w dzień św. Katarzyny (25 XII)48. Starsi ludzie w drodze na pasterkę zwracali uwagę na ujadanie psów i z jego nasilenia wróżyli bogate wesele we wsi. Uważano także, że w której zagrodzie najpierw zaszczeka pies, tam naj- wcześniej odbędzie się wesele 49. Charakter zalotów połączonych z wy- wiadem posiadał zwyczaj śmieciowania praktykowany w drugi dzień świąt bożonarodzeniowych 50. Podobne w swoim charakterze zabiegi wróżebne praktykowano w okresie zapustów, w Zielone Święta, w wigilię św. Jana. W przeddzień Zielonych Świąt, tam gdzie były panny na wydaniu, kawalerowie roz- rzucali po podwórzu nawóz. Stawiali też pod oknami strachy ze słomy w postaci chłopa, który przypominał pannom o zamążpójściu, czy też zaklejali okna papierem lub zamalowywali je wapnem. Działania te świadczyły o sympatii chłopaka do panny lub były wyrazem ogólnego dla niej uznania. Z czasem przybrały formy bardziej złośliwre i stały się niejako spo- sobem dokuczania dziewczętom. W wigilię św. Jana młodzież wiejska organizowała „sobótki”. Panny wówczas wiły wianki z barwinku, które puszczały z zapalonymi świeczkami na Sanie; z płonącej świecy wróżyły długość życia i czas zamążpójścia. Małżeństwo wróżyło także złączenie się dwóch wianków 51. Wiele wróżb o charakterze matrymonialnym spotykamy także w cyklu obrzędów rodzinnych, o czym w dalszej części niniejszego opracowania. Z bogatego zespołu dawniej praktykowanych wróżb przetrwały do dzi- siaj już tylko nieliczne; stosuje się głównie zabiegi z woskiem, z butami, liczenie kołków w płocie i nasłuchiwanie szczekania psów. Dziewczęta nie przywiązują jednak do tego specjalnej wagi, traktując je jako swe- go rodzaju rozrywkę towarzyską. II. KOJARZENIE MAŁŻEŃSTW Charakter życia dawnej wsi stwarzał wiele możliwości do nawiązania kontaktów towarzyskich między młodzieżą. Sprzyjały temu wszelkiego rodzaju ceremonie obrzędowe, wspólna praca we dworze czy w obrębie własnych gospodarstw, spotkania na jarmarkach czy na tańcach w kar- czmie. Rozwojowi wielu form życia towarzyskiego sprzyjał okres jesien- no-zimowy. W czasie długich wieczorów kobiety zamężne i dziewczęta zajmowały się grupowym „darciem” pierza, przędzeniem lnu, szyciem i haftowa- niem ubiorów. W spotkaniach takich często brali udział chłopcy — pa- robki. Były one znakomitą szkołą społecznego wychowania dla młodzie- ży, która dowiadywała się na nich o wielu dawnych i bieżących spra- wach swojej wsi, a jednocześnie pod kontrolą starszych miała okazję do bliższego wzajemnego poznania się. Takie grupowe spotkania integro- wały dawną społeczność wiejską, uświadamiając każdemu konieczność 48 J. Pawłowska, op. cit., s. 19. 49 Tamże, s. 8. 50 A. Wójcik, Zwyczaje doroczne Pogórzan, [w:] Nad rzeką Ropą..., s. 263; F. Kotula, Z Sandomierskiej Puszczy, s. 88—90. 51 J. Pawłowska, op. cit., s. 16.
przestrzegania wszelkich reguł postępowania, jakie w niej obowiązywa- ły. Ze względu na dużą hermetyczność środowiska wiejskiego presja opinii wsi była prawie jedyną, ale jakże skuteczną sankcją społeczną. Dawniej młodzież dobierała sobie partnerów raczej z najbliższego otoczenia, uważając, „że to co swoje jest znane” 52. Większość małżeństw zawierano w obrębie własnej wsi. W przypadku, gdy chłopiec pochodził z innej wsi, zobowiązany był wkupić się do grupy kolegów dziewczyny, co wyrażało się w formie fundowania im wódki w karczmie. Obecnie zakres społeczny i terytorialny zawierania znajomości znacznie się roz- szerzył i istnieje dążenie dobierania sobie małżonków spoza własnej wsi, a nawet własnego środowiska. Młodzież coraz liczniej opuszcza rodzinne strony, udając się do miast i z reguły tam szuka sobie partnerów do małżeństwa. Starsi raczej pozytywnie i ze zrozumieniem obserwują zmia- ny modelu życia rodzinnego. W tradycyjnej społeczności wiejskiej nie znana była forma „chodze- nia ze sobą”. Oczywiście młodzi mieli wiele okazji do spotykania się, ale raczej ukrywali to przed rodzicami. Opinia wiejska sankcjonowała odwiedziny chłopca w domu dziewczyny, ale nigdy odwrotnie. W takich sytuacjach mówiono, że chłopak zaleca się i oczekiwano słania przez nie- go swatów. Dziewczyna mogła chłopca odwiedzić dopiero tuż przed sa- mym ślubem. Decyzja o zawarciu związku małżeńskiego należała wyłącznie do ro- dziców młodych, którym się z reguły podporządkowywali. W przypadku niesubordynacji młodych, rodzice mogli użyć ostatecznego środka spo- łeczno-gospodarczego nacisku, jakim było wydziedziczenie krnąbrnych dzieci. W warunkach, kiedy ziemia była głównym źródłem utrzymania, młodzi bardzo rzadko decydowali się na samodzielne życie. Opinia wsi w takich sytuacjach przyznawała rację rodzicom, z wyjątkiem może nie- licznych od tego odstępstw, gdy nie cieszyli się oni z różnych względów poważaniem u innych. Przy doborze partnera zwracano również uwagę na jego pracowitość oraz w pewnym stopniu na charakter, urodę, ale były to cechy drugo- planowe, gdyż podstawowym warunkiem zawarcia małżeństwa była po- siadana przezeń ziemia. Poważnymi przeszkodami w realizacji powyższe- go celu było „złe prowadzenie się” młodych, pijaństwo chłopca, uwa- żano bowiem, że może wszystko „przehulać”. Różnice majątkowe odgry- wały dość istotną rolę przy doborze partnera; bogaci niechętnie patrzy- li na ubogich. Bardziej rygorystyczne w takim nastawieniu były panny, zaś wśród chłopców panowała większa tolerancja. Najmniej szans na małżeństwo miały zawitki. Gdy nie ożenił się z nimi ojciec ich dziecka, mogły wyjść za mąż za wdowca. Zdarzały się nieraz duże różnice wieku małżonków i z reguły starszy był męż- czyzna. Najczęściej dotyczyło to owdowiałych mężczyzn, którzy żenili się z młodymi dziewczynami z wielodzietnych, często i ubogich rodzin, których rodzice „rozpychali panny za bogatych, żeby mieć o nie spo- kojną głowę” 53. Większość indagowanych na ten temat ludzi raczej ne- gatywnie wyrażała się o takich małżeństwach, uważając je za złe i nie- zgodne z naturą ludzką. 62 Informacje J. Michalskiej z Babic. 68 Ibidem.
W badanych wsiach nie zwracano dawniej uwagi na narodowość i wyznanie partnerów do małżeństwa. Śluby mieszane były zjawiskiem dość częstym. W sytuacji, gdy młody był narodowości polskiej, ślub od- bywał się w kościele, gdy był Rusinem — w cerkwi greckokatolickiej a nieraz i w kościele 5i. Współcześnie młodzi w doborze partnera kierują się głównie jego osobistymi walorami, akcentując takie przymioty jak wygląd zewnętrzny, charakter, moralność, zawód, wykształcenie, pracowitość. Świadczy to, że główny nacisk kładzie się na te cechy i walory, które decydują o osią- gnięciu szczęścia w małżeństwie. Chociaż i jeszcze dzisiaj wielu młodych wartościuje poprzez pryzmat spraw majątkowych. Z chwilą podjęcia decyzji o małżeństwie młody słał swaty do dziew- czyny. Gdy byli ze sobą „po słowie”, sprawa była ułatwiona. W innych przypadkach, kiedy młodzi nie znali się, bardzo często właściwe swaty poprzedzał wywiad w domu dziewczyny przeprowadzony przez później- szego swata — swacha. Ta forma dosyć często była praktykowana wśród ludności ruskiej. W przypadku pozytywnych wyników wywiadu, w naj- bliższy czwartek młody wraz z dwoma swatami udawał się do domu młodej* * 55. Na swatów rodzice młodego wybierali dwóch żonatych mężczyzn; by- li to najczęściej jego krewni, sąsiedzi, a często zupełnie obcy, znani ze sprytu, elokwencji, towarzyskiego obycia, którzy jedynie sobie znanymi sposobami potrafili w wielu przypadkach doprowadzić do umowy mał- żeńskiej, mimo sprzeciwu jednej czy drugiej strony. Spełniali oni rolę pośredników w kojarzeniu małżeństwa, a dawniej na weselu byli sta- rostami, przy czym pierwszego z nich określano mianem domowego sta- rosty 56. W naszym współczesnym rozumieniu byli oni niejako urzędni- kami stanu cywilnego 57. Do domu młodej w pierwszej fazie swatów wchodzili wysłańcy ka- walera, on zaś oczekiwał na wynik ich zabiegów w sieni lub na ze- wnątrz budynku. Przekraczając próg chałupy’ swaci tradycyjnie chwalili Boga, po czym przystępowali do wyłuszczania sprawy, która ich tam sprowadziła, w sposób oględny i pośredni, używając obrazowych zwrotów. Powszechnie przyjętą formą zagajenia rozmowy były pytania dotyczące kupna jakiejś sztuki inwentarza żywego, a najczęściej pytali się rodzi- ców panny, czy mają cieliczkę na sprzedaż. Przy pozytywnej odpowiedzi przystępowano obustronnie do omawiania warunków planowanego mał- żeństwa. m Sematyzm grecko-katolyćkogo duchovenstva zlucćnych eparchłj peremyśkoi, samirśkoi, sjanićkoi na rik bozyj 1938/1939, Przemyśl 1939. 55 J. Łoziński, op. cit., s. 3. 59 Tamże, s. 7; O. Kolberg, Przemyskie, s. 68. 57 W czasach przedchrześcijańskich wśród Słowian funkcje pośrednika między rodami spełniał żyrzec-kapłan; składał on ofiarę i wiązał ręce młodożeńców, co było symbolem zaślubin. Funkcje jego z czasem przejął dziewosłęb (swat), a ich rolę potem kapłan. Dziewosłęb doprowadzał do skutku zrękowiny, jednocześnie pośred- nicząc w zawarciu spraw majątkowych. Zob.: W. Abraham, Zawarcie mał- żeństwa w pierwotnym prawie polskim, „Studia nad Historyą Prawa Polskiego”, t. IX, red. Oswald Balzer, Lwów 1925, s. 19. Por. także: H. Biegeleisen, We- sele, Lwów 1927, s. 52; K. Zawistowicz-Kintopfowa, Zawarcie małżeń- stwa przez kupno w polskich obrzędach weselnych, „Prace Komisji Etnograficznej PAU”, Nr 19, Kraków 1929, s. 18—20.
Na ogół domownicy orientowali się-w czym rzecz, gdyż takie poczy- nania rzadko uchodziły uwagi opinii wiejskiej. Na pytanie swatów, czy zechcą wydać córkę za ich protegowanego, musieli udzielić stanowczej i jednoznacznej odpowiedzi. Często na pytania swatów rodzice młodej odpowiadali zwyczajową formułą: „czyja flaszka na stoli tomu prawda na sili (wsi)”, co świadczyło o ich pozytywnym nastawieniu do kandy- data na zięcia i jego wstępnej akceptacji5S. Gdy rodzice panny niechęt- nie zapatrywali się na proponowane małżeństwo, wówczas odmawiali wprost, motywując swoją decyzję często wiekiem córki. Odrzucenie swa- tów, co raczej rzadko się zdarzało, traktowano jako obrazę. Prowadziło to do niezgody nieraz przez wiele pokoleń. Dopiero skojarzone małżeń- stwo mogło położyć kres waśniom zgodnie z tradycyjną zasadą, że zło można naprawić poprzez stworzenie tych samych okoliczności, które do niego doprowadziły. Dla mieszkańców wsi fakt odrzucenia swatów sta- nowił znakomitą pożywkę do plotek. Po wstępnej zgodzie na proponowane małżeństwo rodzice młodej albo swaci zapraszali do izby chłopca. W Bachowie i Skopowie rola ta często przypadała pannie. W obecności młodych obie strony uzgadniały wów- czas szczegółowe warunki umowy posagowej. Wyszczególniano w niej wszystko, co młodym mieli przekazać rodzice. Dawniej takie spotkania miały często burzliwy charakter. Wykłócano się bowiem o najdrobniej- szy nawet wkład obu stron w małżeństwo młodych, co było nawet w do- brym tonie. Każdej ze stron zależało na jak najkorzystniejszym załat- wieniu sprawy z osobistego punktu widzenia. W posagu najczęściej przekazywano chłopcu ziemię, konia, krowę, sprzęt gospodarski, gotówkę, zaś dziewczynie trochę ziemi, krowy, świ- nie, kury, sprzęt domowy (w tym skrzynię wianną), pościel, ubiory. Jeśli rodzicom młodej odpowiadał chłopak i jego stan majątkowy, to mogli hojniej obdarować córkę. Po uzgodnieniu wszystkich spraw dziewczyna podawała kieliszek, z którego wszyscy obecni przy swatach, począwszy od niej samej i chłopca, pili przyniesioną przez swatów wódkę. Spełnienie toastów poczytywano za symboliczny akt akceptacji umo- wy małżeńskiej. Ta forma przepijania wódki, oznaczająca potwierdzenie zawartej umowy małżeńskiej, znana była w Polsce średniowiecznej. Przepijanie to wiąże się z powszechnym w całej Polsce zwyczajem, tzw. litkupem, polegającym na zapijaniu wódką zawieranych i zatwierdza- nych umów kupna lub sprzedaży. Nawiązuje on również do archaicz- nej formy zawierania małżeństwa drogą kupna żony 58 59. Dziewczyna sia- dała wówczas przy chłopcu, usługując mu przy posiłku. Do wódki po- dawano chleb, ser i różnego typu pierogi. W najbliższą niedzielę lub czwartek, a nawet często jeszcze tego sa- mego dnia, odbywało się spotkanie rodziców młodych wraz ze swatami w obecności skojarzonej pary, w czasie którego ostatecznie uzgadniano sprawy majątkowe oraz omawiano przygotowania do wesela z uściśle- niem wkładu obu rodzin. Nieraz spisywano umowę przedślubną lub po 58 Informacje A. Mahuni z Bachowa. 59 H. B i e g e 1 e i s e n, op. cit., s. 38; W. Abraham, op. cit., s. 205; K. Z a- wisto wicz-Kintopf owa, op. cit., s. 13—14; A. Bruckner, Dzieje kul- tury polskiej, t. I, Kraków 1930, s. 117; J. S. B y s t r o ń, Etnografia Polski. Po- znań 1947, s. 169.
prostu zapamiętywano- jej warunki. Spotkania takie w badanych wsiach określano mianem zrękowin, osłębin, osłębów czy w wersji już współ- czesnej zaręczyn. W XIX w,, szczególnie wśród ludności ruskiej, zręko- winy poprzedzały ,.oględziny” majątku młodych 60. Zerwanie zaręczyn miało miejsce niezwykle rzadko i spotykało się z bardzo negatywną reakcją ze strony społeczności wiejskiej. Powodem takiego aktu mogły być niezgodności w sprawach majątkowych. Na zrę- kowinach młodzi ustalali także skład sw7oich drużyn oraz wybierano starościny i starostów. W sobotę młodzi zamawiali u księdza zapowiedzi. Związany był z nimi przesąd, że młoda nie mogła słuchać pierwszej za- powiedzi, aby uchronić się przed bólem głowy 61 62. Przed I wojną światow*ą podczas zrękowin swat wiązał młodym chust- ką ręce na znak zwyczajowo zawartego związku, co najdobitniej świad- czy o tym, że wśród pogańskich Słowian małżeństwa zawuerano w obrę- bie ogniska domowego w obecności przedstawicieli wspólnoty wiejskieje2. Forma kościelna ślubów obca kulturze ludowej rozpowszechniła się na ziemiach polskich stosunkowo późno. Nieliczna sieć kościołów i mała ilość księży w średniowiecznej Polsce nie sprzyjały masowej akcji chrystia- nizacyjnej, dzięki czemu przez wiele stuleci mogły przetrwać w nieska- żonej formie wielorakie wątki obrzędowości weselnej. W wielu przypad- kach ich przetrwanie zawdzięczamy świadomej działalności duchowień- stwa, które, chcąc je wyrugować z pogańskiego kalendarza obrzędowego, nadawało im formę ceremoniału kościelnego. Powszechną praktyką było zakładanie na miejscach kultu pogańskiego kościołów i klasztorów 63. O niepopularności wśród ludu wielu obrzędów religijnych świadczą przekazy źródłowe z ziem ruskich. Jak podaje J. S. Bystroń, na ziemiach ruskich ślub kościelny jeszcze w XVII w. uchodził za zwyczaj szlachecki, a tam, gdzie zaczęto go praktykować, był raczej dodatkiem do głównego obrzędu zrękowin 64. III. PRZYGOTOWANIA DO WESELA Najwięcej wesel odbywało się na wsi w okresie jesiennym, zapustów i przed żniwami. W badanych wsiach przed I wojną światową zaczynały się one zwykle w czwartki, a czasem we wtorki. Dni te bowiem uważa- ne były za szczęśliwe. Tuż przed II wojną światową wesela organizowano także w soboty i niedziele. Po wstępnych rozmowach rodziców młodych podczas zrękowin kontaktowali się oni ze sobą odnośnie do przygotowa- nia wesela, a zdarzało się to częściej w sytuacji, gdy młodzi pochodzili z tej samej wsi. Listę gości ustalano już podczas swatania. 60 A. Fischer, Rusini, s. 98. 61 Por.: W. Ga j-Piotrowski, op. cit., s. 187—188. 62 H. B i e ge le i s en, op. cit., s. 52. 63 G. Labuda, Słowiańszczyzna pierwotna. Wybór tekstów. „Materiały do historii Polski epoki feudalnej”, Warszawa 1954, s. 242. Autor przytacza taki oto wyjątek z „Powieści dorocznej” tzw. Nestora: „(Włodzimierz Wielki) kazał budować cerkwie, stawiając je w tych miejscach, gdzie stały bałwany.” Por. także: S. U r- b a ń c z y k, Religia pogańskich Słowian, Kraków 1947; J. D o w i a t, Chrzest Polski, Katowice 1958, s. 120—134; T. Chodzidło, Kościół i kultura ludowa, „Księga tysiąclecia katolicyzmu w Polsce”, Lublin 1969, t. III, s. 137. 64 J. S. Bystroń, Dzieje..., s. 92; A. Fischer, op. cit., s. 101.
Wesela tradycyjnie odbywały się od trzech do sześciu tygodni po pier- wszej zapowiedzi. W tym okresie narzeczony był moralnie zobowiązany do pomocy rodzicom młodej w pracach gospodarskich. Na odpustach ob- darowywał ją hojnie prezentami. Bardzo często w takich sytuacjach chłopcy dawali narzeczonej prawdziwe lub sztuczne korale, chustki, co uzależnione było od ich materialnej pozycji. Obecnie zwyczajowo kupu- je się narzeczonej pierścionek. W okresie zapowiedzi dziewczyna w to- warzystwie chłopca składała wizytę jego rodzicom. Odbywał się wów- czas skromny poczęstunek. Właściwe przygotowania do wesela rozpoczynały się na tydzień przed ślubem zgodnie z wcześniej ustalonym podziałem obowiązków. Podsta- wową część kosztów organizacji wesela ponosiła rodzina młodej. Z jej strony przygotowywano weselne potrawy i trunki, zaś młody tylko dla muzykantów i poczęstunek dla swoich gości przed ślubem. Obecnie kosz- ty wesela pokrywają mniej więcej w równych częściach, przy czym powszechnie młody zabezpiecza napoje alkoholowe. Dawniej wesele odby- wało się w domu młodej, z wyjątkiem może nielicznych sytuacji, gdy panna była sierotą i nie miała bliższej rodziny. W domu młodego urzą- dzano tzw. przenosiny i poprawiny. Tradycyjnymi potrawami na weselu były: pierogi z kapustą, z kaszą gryczaną, z ziemniakami, kapusta, fasola, ser, barszcz, chleb, rosół z mięsem; ponadto podawano kaszankę, rzadko kiełbasę. Potrawy przygotowywano pod okiem doświadczonej kucharki; była nią najczęściej krewna, a współcześnie specjalnie zaprasza się zna- ną z umiejętności kucharskich kobietę. Dawniej wynagradzano ją w for- mie naturalnej, a obecnie gotówką. Wcześniej młodzi kompletowali sobie drużyny weselne. W skład dru- żyny młodej wchodziły wszystkie jej koleżanki, przy czym dwie pierw- sze spełniały role starszej i młodszej drużki, zaś pozostałe swaszek. Ko- ledzy byli swachami. Młody dobierał sobie odpowiednio dwóch drużbów, swachów i swaszki. Przestrzegano przy tym zasady, że zarówno drużki jak i drużbowie byli wybierani z obu stron. Z relacji kilku najstarszych informatorów wynika, że jeszcze w koń- cu XIX w. spotykało się zwyczaj zapraszania na swachów wszystkie osoby stanu wolnego we wsi65. Z czasem ograniczono ilość zaproszonych osób. W okresie międzywojennym, tak jak i obecnie, ilość członków dru- żyny młodych waha się od kilku do kilkunastu par. Przy wyborze drużki i drużbów zwracano uwagę nie tyle na pokrewieństwo, co przede wszyst- kim na przymioty charakteru i umiejętności organizacyjne w celu zapew- nienia prawidłowego przebiegu ceremonii weselnych. Uważano, że po- winni się oni odznaczać wesołością i poczuciem humoru, umiejętnościa- mi muzyczno-wokalnymi, znajomością akcji weselnej. Podobne cechy bra- no pod uwagę przy wyborze starościn i starostów. Pewien wpływ na ich wybór miała pozycja materialna. Często funkcje te pełnili rodzice chrzest- ni młodych, przy czym głównym starostą tradycyjnie był jeden ze swa- tów. W obrębie badanych wsi ludzie znani ze swych przymiotów towa- rzyskich i łubiani przez ogół, bez względu na pokrewieństwo, wielo- krotnie niejako zawodowo spełniali powyższe funkcje obrzędowe, będąc siłą motoryczną wesel. Funkcje te należały do bardzo zaszczytnych. Od- mowa ich przyjęcia zdarzała się niezwykle rzadko. 65 Informacje A. Michalskiej z Babic.
Dawniej zapraszano gości na wesele osobno z każdej strony. Na ty- dzień przed weselem, a często nawet w dniu je poprzedzającym, panna młoda z dwiema drużkami chodziła po wsi za „wspomożeniem” 66. Od- wiedzała tradycyjnie każdy dom we wsi. Przed wszystkimi klękała, ca- łując ich ręce i prosząc o błogosławieństwo. Formalne zaproszenie w jej imieniu przedstawiała starsza drużka. Z czasem na wesele zapraszały tylko wybrane rodziny. Wszyscy odwiedzani obdarowywali młodą róż- nymi produktami żywnościowymi: zbożem, mąką, serem, jajami oraz przę- dziwem, płótnem lnianym, drobnymi kwotami pieniężnymi. Otrzymaną żywność wykorzystywano do przygotowania uczty weselnej. W tym sa- mym czasie gości zapraszał młody chodząc w towarzystwie dwóch druż- bów. Uważano przy tym, aby młodzi nie spotkali się ze sobą, co wróżyło nieszczęście. Do gości pochodzących spoza własnej wsi wybierano się wozami. Tymczasem w domu młodej trwały pośpieszne przygotowania do we- sela. Tradycyjnie większość potraw przygotowywano w przeddzień we- sela pod kierownictwem kucharki i starościny. Pomagały przy tym prze- ważnie krewne i sąsiadki młodej. Obowiązkowo pieczono na wesele trzy korowaje; jednym częstowano gości weselnych podczas obrzędu „cze- pienia”, a pozostałe ofiarowywano w dzień ślubu księdzu i dziedzicowi miejscowego majątku 67. Do kościoła czy cerkwi korowaj niosła przeważ- nie starościna, zaś do dworu starszy drużba. Korowaj formowano w kształ- cie ogromnej, kolistej bułki, najczęściej z pszennej mąki bez soli. Wy- piekała je zwyczajowo starościna. Po włożeniu ich do pieca odbywała rytualny taniec z łopatą przy akompaniamencie poniższej pieśni: „Nasza starościna niewielga, nieduża, oczy jak tareczka, gębusia jak róża. Nasza starościna całą noc nie spała, bułek se napiekła, nikomu nie dała. Nasza starościna bułek se napiekła, chciała pójść do nieba a poszła do piekła.” Zwyczajowo nie dopiekano korowaja, gdyż wierzono, że to spowoduje trwałą i wielką miłość nowożeńców, zaś jego pęknięcie wróżyło nieszczęś- liwe życie 68. Bogato go zdobiono gałązkami mirtu i barwinku oraz mniej- szymi formami z ciasta w postaci stożków, krzyżyków, spirali. Z drob- 68 Por.: O. Kolberg, op. cit., s. 56; J. Łoziński, op. cit., s. 8. 67 A. Fischer podaje, że korowaj miał charakter rodowy i wypiekany był z ziarna lub mąki dostarczanej na wesele przez rodowców. Przygotowywały go za- mężne kobiety. W trakcie wyrabiania ciasta stosowały wiele zabiegów o charak- terze apotropeicznym. Do dzieży przylepiały na krzyż cztery woskowe świece; wkładały też do ciasta ostry nóż. Gdy korowaj był gotowy, wieczorem urządzano tzw. „diwoczyj weczir”. Zob. tegoż: Rusini, s. 100. 68 O. Kolberg, op. cit., s. 63—64.
niejszego pieczywa weselnego wypiekano szyszki, „kukułki” w kształcie ptaszków oraz huski — okrągłe bułeczki ze spiralnie stożkowatymi wierz- chami. Rozrzucano je dzieciom w drodze do kościoła, co miało zapewnić dostatek młodej parze 69. Powszechnie w przeddzień wesela wieczorem w domach młodych od- bywały się spotkania, których sensem było pożegnanie ich przez grupę rówieśników w obliczu planowanego przejścia do grona osób zamęż- nych. Najbogatsze w treści obrzędowe było spotkanie w domu młodej, zwane potocznie drużczynami czy też dziewiczym wieczorem. We wsiach w okolicach Nozdrzca na Pogórzu Dynowskim określano je mianem swasz- czyn 70, w Przeworskiem dobranocką 71, w Tarnobrzeskiem rózgowinami72. U młodej gromadziły się wówczas drużki i swaszki, by jej towarzyszyć w ostatnich chwilach panieństwa. Dom młodej rozbrzmiewał pieśniami w treści nawiązującymi do zaistniałej sytuacji, wśród których domino- wał żal za przemijającym panieństwem i przebijała obawa i troska przed tym, co przyniesie przyszłość. Symbolicznym elementem tego wieczoru było wicie wianka. Stanowił on symbol dziewictwa i sił witalnych młodej, stanowiąc nieodłączny atrybut jej ślubnego ubioru. Wianek swaszki wiły najczęściej z gałązek barwinku, ruty, mirtu oraz rozmarynu73. Wśród pieśni śpiewanych przy wiciu wianka na czoło wysuwa się prastara ob- rzędowa pieśń o jabłoneczce 74. Znana ona była wśród ludności polskiej w Babicach: „Koło mego ogródeczka, wyrosła mi jabłoneczka, bielusieńko zakwitała, czerwone jabłuszka miała. A któż mi je będzie zrywał, kiedy się mój miły pogniewał, pogniewał się nie wiem o co, przyszedł do mnie nie wiem po co. Przyszedł do mnie chciał mnie zdradzić i z wianeczka wyprowadzić. Pod mosteczkiem woda pryska, tam kawaler pannę ściska, ściska, ściska i całuje i żynić się obiecuje. Pod mosteczkiem mokry kwiatek, kołysała dwoje dziatek, kołysała i płakała, czegom ja się doczekała”. 69 T. A m b r o z i e w i c z, Polskie ozdobne pieczywo ludowe, „Polska Sztuka Ludowa”, R. XXXII, 1978, Nr 1, s. 10. 70 J. Łoziński, op. cit., s. 9; O. Kolberg, op. cit., s. 56; A. Fischer, op. cit., s. 101. 71 J. Ru t, Uroczystości przed weselem w Przeworskiem (na prawach ręko- pisu) Archiwum Muzeum w Przeworsku nr 165. 72 W. G a j - P i o t r o w s k i, op. cit., s. 169. 73 Z. Gloger uważa, że ruta u ludu była używana do zdobienia włosów i na ślubne wianki, zaś barwinek na ozdoby dla drużbów. Por. tegoż: Encyklopedia sta- ropolska, Warszawa 1903, t. IV, s. 182, 186. 74 J. S. Bystroń, Dzieje..., s. 72, 189.
Drużki i swaszki przygotowywały również ślubny ubiór młodej, bu- kiety z barwinku i wstążek dla drużyn weselnych oraz starostów. Poma- gały też przy porządkowaniu i ozdabianiu mieszkania. Tradycyjnie ściany domostwa przyozdabiano naturalnymi i sztucznymi kwiatami, które naj- częściej zakładano za obrazy. Na drzwiach domów rysowano koła. Mniej więcej w tym samym czasie zbierali się goście u młodego. W przypadku, gdy młoda była sierotą, korowaj weselny wypiekano w domu młodego. W porze wieczorowej przychodzili także drużbowie, przy- nosząc dla młodego prezent od młodej w postaci lnianej ślubnej koszuli, którą przystrajano czerwoną wstążką i barwinkiem 75. Żegnając ich w do- mu młodej, śpiewano: „Z Bogiem posłance, z Bogiem, nie zabawiajcie się długo, żebyście się nie upili i koszpli nie zgubili, bo koszula lanna do ślubu przygotowana”. Wraz z nimi do domu młodego udawali się swachowie oraz muzykan- ci. Ten przyjmował ich poczęstunkiem suto zakrapianym okowitą. Były to tradycyjne drużbiny czy też inaczej „ogrywanie” młodego. Po jakimś czasie mocno już podchmielone i rozbawione towarzystwo udawało się do domu młodej na „ogrywanie” 76. Rozśpiewana w takt muzyki groma- da nakładała drogi przez wieś, popisując się śpiewami. Pod domem mło- dej szczególnie hucznie śpiewano i grano, dopominając się zaproszenia do środka. Tam częstowano ich obfitym obiadem. Młody w rewanżu za prezent od młodej ofiarowywał jej chustkę lub welon. Gdy był już gotowy wianek, odbywał się wówczas targ o niego mię- dzy panem młodym a starszą drużką i bratem młodej. Młody wykupy- wał go po dłuższym targu za wódkę. Powszechnie przy tym śpiewano pieśń: „Wyła Kasiunia winoczok, z krutoji ruty z serdoczok. Wyła, wyła, perewywala, serdejko wykrawała. Potoczyła ho po stołu pered batejka pospołu: Prejmyj batejku winoczok, z krutoji ruty, z serdoczok. — Bih — me! — ja ne prejmu, pered słyzamy ne wydżu, pered żałejkom ne możu. Potoczyła ho po stołu, pered matińku pospołu: Prejmyj matińko winoczok, z krutoji ruty, z serdoczok. * 74 75 J. Łoziński, op. cit., s. 47. 74 Por. O. G a j k o w a, op. cit., s. 48.
— Bih — me! — ja ne prejmu, pered słyzamy ne wydżu, pered żałejkom ne możu.” W wersji polskiej brzmiała ona następująco: „Wzięła Kasiunia wianeczek, z drobnej rutynki serdeczek, położyła go na stole swojej mamusi na żale. Przyjmij mamusiu wianeczek, z drobnej rutynki serdeczek. Ja wianeczka nie przyjmę, bo się z żalu rozpłynę. Przyjmij ojcze wianeczek... itd.” Po zakończeniu pieśni odśpiewywał młody, akcentując swoje wy- łączne prawo do wianka młodej: „Ja wianeczek przyjmę, ciebie Kasiu za żonę wezmę.” Kulminacyjnym momentem wspólnego spotkania było wicie rózgi i rozczesywanie warkocza panny młodej. Akcje te zawierały w sobie waż- ne elementy społeczno-prawne i magiczne. Praktykowane były dość jesz- cze powszechnie w okresie międzywojennym. Po drugiej wojnie świato- wej zostały zarzucone. Rózgę, czyli inaczej tzw. palicę, wykonywano z reguły ze ściętego wierzchołka sosny, jodły, tarniny i wierzby z trzema rozgałęzieniami, na końcu których nabijano trzy czerwone, dorodne ja- błka. Jej trzon owijano spiralnie skręconym ciastem, zaś całość dodatkowo przyozdabiano obrzędowym pieczywem w formie ptaszków, cukierkami, barwinkiem oraz sztucznymi kwiatami. Często zawieszano na niej białą chusteczkę. Dolną częścią wtykano ją w środek korowaja weselnego. Symbolizowała ona płodność 77. Po dłuższym targu kupował ją od drużby starosta i przechowywał do czasu ślubu w komorze. • Uwijanie rózgi tradycyjnie rozpoczynano pieśnią „Zakukała kukułecz- ka” 78, wyrażającą żal młodej za wiankiem, która w wersji ruskiej brzmia- ła następująco: „Zakukała kukułeczka na wysokij bratnie jak to dobrze źity pri ridnoj mamie. U ridnoj mamy śniadania ranejko, kosa rozczesana i soroczka biełejka.” 77 A. Fischer, op. cit., s. 101; O. Kolberg, op. cit., s. 56; J. Łoziński, op. cit., s. 9; S. Poniatowski, Etnografia Polski, [w:] Wiedza o Polsce, t. III, 1932, s. 327—328. 78 Por. W. Gaj-Piotrowski, op. cit., s. 169.
Świadomość, że zakończył się dla niej wesoły i beztroski okres życia, wyrażała inna piosenka: „Ja u swoji mamy wyhulała jamy a u swoi krochy rylno hulety nie wilno.” Samo drzewko, z którego wykonywano rózgę — palicę, nawiązuje do symboliki prastarego motywu drzewa życia, ponadto uosabia cnotę i dziewictwo panny 79. Spełniało także funkcję prawnego symbolu zawar- tej umowy małżeńskiej, dokonywanej w okresie przedchrześcijańskim pod zieloną gałęzią 80. Czerwone jabłka jako element dekoracyjny rózgi były symbolem płodności i miłości, zaś korowaj i ciasto obrzędowe miały za- pewnić dostatek na nowej drodze życia dla młodej pary. Po przygotowaniu rózgi przystępowano do publicznego rozplatania warkocza młodej. Starościna i drużka wyprowadzały ją z komory i sa- dzały na dzieży wywróconej do góry dnem. Obecny był przy tym jej brat. Podczas rozczesywania włosów młodej przez starościnę i drużkę odbywał się przetarg o jej wianek, który starościna umieszczała na ta- lerzu razem z jabłkiem i mir1 ą Po kilkakrotnym podbijaniu ceny młody wreszcie stawał się jego właścicielem, płacąc za niego wódką i grajca- rami. Rozpleciny były publicznym potwierdzeniem zgody na zamążpójście panny oraz jednym z aktów recepcyjnych świadczących o zachodzących zmianach w jej pozycji społecznej. Stanowiły niejako zwyczajową gwa- rancję, tak jak w przypadku rózgi, że kojarzone małżeństwo pomyślnie zostanie zawarte. W czasie rozplecin symbolem panieństwa młodej był jej warkocz. Przez sam fakt jego rozczesywania potwierdzano jej zamąż- pójście. Zaś targ o warkocz panny młodej miał charakter transakcji sprzedażnej 81. Po zakończeniu rozplecin drużbowie wraz z muzykantami „ogrywali’’ starostów i drużkl, które po raz pierwszy pełniły te funkcje. Ci ze swej strony rewanżowali się im gorzałką. Na tym kończyły się działania obrzędowe w dniu poprzedzającym właściwe wesele. IV. WESELE i W miarę upływu lat wesele zatraca coraz bardziej charakter obrzę- dowy, stając się czymś w rodzaju teatralnego widowiska rodzinnego z precyzyjnie określonym scenariuszem akcji. Na dawnych weselach pod- stawowym celem ceremonii obrzędowych było wyłączenie panny z jej środowiska i włączenie do nowej społeczności rodowej męża. Uzupeł- niały je różnego rodzaju praktyki magiczne mające zapewnić szczęście 79 J i R, Tomiccy, Drzewo życia. Ludowa wizja świata i człowieka. Bia- łystok 1975, s. 72—93. 80 W. Abraham, Zawarcie małżeństwa..., s. 137; J. S. Bystroń, Etnogra~ fia Polski, Poznań 1947, s. 168. 81 Z. Gloger, Gody weselne, Warszawa 1880, s. 52, 58. O społeczno-praw- nym aspekcie rozplecin pisali: W. Abraham, Zawarcie małżeństwa..., s. 231— 235; K. Zawistowicz-Kintopfowa, passim; J. S. Bystroń, op. cit., s. 167. 19 — Rocznik Przemyski t. 22/23
i dostatek dla młodej pary na nowej drodze życia 82. Wprowadzony w średniowieczu ślub kościelny sankcjonuje religijnie związek młodych i z czasem odsuwa na dalszy plan świecki charakter obrzędów. Wiele wąt- ków obrzędowych zachowanych do dnia dzisiejszego świadczy o publicz- nym charakterze dawnych wesel. Uwidaczniało się to w formie zaprasza- nia wszystkich na swachów przez młodą parę, czy w późniejszym czasie, w miarę ograniczania liczby gości weselnych, poprzez prawo udziału w tańcach — po oczepinach, ludzi spoza kręgu weselników. W badanych wsiach przed I wojną światową i w okresie międzywo- jennym wesela odbywały się zwykle w czwartki. Trwały przeważnie dwa lub trzy dni, a czasem do tygodnia, gdy młodzi byli bogaci. W dzień wesela goście gromadzili się osobno w domach młodych. Każdego wcho- dzącego rodzice młodych witali chlebem i solą i z honorami sadowili za stołem, częstując wódką. Pito ją z jednego kieliszka. Gwarząc, goście oczekiwali na wyjazd młodego do domu oblubienicy. W tym czasie w domu weselnym trwały gorączkowe przygotowania do ślubu. Młodą ubierały w galowy strój ślubny drużki, korzystając cza- sem z pomocy starościny. Były to ostatnie chwile łączności panny z gru- pą niezamężnych dziewcząt. Stwarzało to okazję do objawiania żalu za mijającym panieństwem, co wyrażało się w wielu pieśniach śpiewanych na tę okoliczność, które spełniały niejako zwyczajową funkcję wyklu- czenia panny ze społeczności dziewcząt: „Poza domami, poza szklanemi, drobna rutynka schodzi, bo nam nadobna Kasia, już zamąż wychodzi. Poza domami, poza szklanemi, barwineczek zielony, oj jeszcze, jeszcze nadobny Jasiu, jeszcześ nieożeniony. Poza domami, poza szklanemi, drobny deszczyczek rosi, chodzi Kasiunia koło matusie, o dolenke je prosi.” W wielu pieśniach nuconych przez młodą przebijał żal za utraconym rodzinnym domem i niepewność dalszej przyszłości: „Dają mnie za góry, za lasy, żebym nie chodziła do komory waszej, żebym nie chodziła do sadu waszego, żebym nie zrywała jabłka czerwonego.” Ślubny strój panny młodej składał się z białej lub kremowej bluzki, uszytej z lnianego płótna, obszytej wokół szyi krezą, długiej, białej spód- nicy z takiego samego płótna, obszytej na dole trzema różowymi lub niebieskimi wstążkami (Babice), czy też szerokiej uszytej z siedmiu „pó- łek”, haftowanej w dolnej krawędzi krzyżykami z ornamentem geome- 82 J. S. B y s t r o ń, op. cit., s. 167.
trycznym, z zębatą obszewką (Bachów, Skopów). Uzupełnieniem zestawu był czarny aksamitny gorset, z przodu wyszywany koralikami, z orna- mentem roślinnym, w pasie zakończony „kłapciami” — tackami, zacho- dzącymi jedna na drugą. Głowę młodej zdobił wianek z barwinku i ruty, z różnokolorowymi wstążkami. W okresie międzywojennym coraz czę- ściej używano tzw. stroju krakowskiego. Strój młodego tradycyjnie szyto z płótna lnianego lub konopnego. Ubierano go w długą, białą koszulę, kaftan, spodnie oraz buty z chole- wami w kolorze brązowym, a na głowę wkładano słomkowy kapelusz, z niską „kapałką” i szeroką krezą. Po pierwszej wojnie światowej, szcze- gólnie w Babicach, przygotowywano dla niego czarne lub granatowe ubranie, czarny filcowy kapelusz, obszyty kolorowymi wstążkami. Współ- cześnie młodych obowiązuje strój wieczorowy. Przybywający do młodej orszak młodego zastawał drzwi jej domu zamknięte. Odbywał się wówczas przetarg o prawo wejścia do środka, mający charakter wykupu młodej przez młodego, w którego imieniu wy- stępował starosta. Młody trzykrotnie pukał do drzwi, tłumacząc się zmę- czeniem po długiej drodze czy złą pogodą, a często i używając gróźb. Przy tym rysował „smolakiem” na drzwiach ukośne pasy. Po jakimś czasie drzwi otwierała matka młodej i przedstawiała młodemu obce dziewczyny odpowiednio ucharakteryzowane. Powtarzało się to dwukrot- nie. Dopiero za trzecim razem przekazywano młodemu pannę młodą, za którą ofiarowywał okup w postaci wódki. Goście, wchodząc do domu weselnego, śpiewali: „Oj dzień dobry, oj dzień dobry, dobrze wam się spało, żeby nam tu na stoliku kwarta wódki stała.” Wszystkich gości częstowano kieliszkiem wódki i pierogami. Po sym- bolicznym poczęstunku szykowano się do ślubu. Młoda w takich okolicz- nościach ukrywała się w komorze, opłakując swój wianek dziewiczy. Do izby weselnej wprowadzała ją starościna w towarzystwie starszej drużki i brata. Panna młoda żegnała się z rodzicami i rodzeństwem, dzię- kując im za wychowanie, przepraszając za kłopoty i prosząc o błogo- sławieństwo. Moment błogosławieństwa był niezwykle podniosły i po- ważny. Rodzice młodych zasiadali na ławach pod ścianą, a wokół nich gromadzili się goście weselni osobno z każdej strony. Wówczas głos za- bierał starosta, a czasem starościna, dziękując rodzicom młodych za trud wychowawczy i dając jednocześnie wskazówki młodym na nową drogę życia. Z uwagi na powszechność stosowania oracji weselnych w badanych wsiach warto na tym miejscu przytoczyć jedną z wersji: „Państwo Młodzi! Do was Państwo Młodzi przemawiam w te głosy, aby imię pańskie grzmiało pod niebiosy! Stanęłam tutaj w pośród tylu ludzi, niech Trójca Przenajświętsza wasze serca wzbudzi. Patrzcie kto stoi po jej prawej ręce, a kto to powinszuje tej młodej panience,
której wianek na głowie zakwita. Kłaniam się wszystkim zaproszonym gościom i pana młodego witam, ze żalu jesteście zalani łzami, wy państwo młodzi i rodzice kochani. A gdy się zbliża szczęśliwa godzina, błogosławcie rodzice swą córkę i syna, życzcie im wszystkiego dobrego, niech im Bóg błogosławi z nieba wysokiego. Zacna panno młoda nadchodzi już chwila bliska, kiedy się zmieni stan twój i twoje nazwisko, troski i smutki odrzuć dziś na stronę Boga, ofiaruj Bogu wianek swój i koronę, bo Bóg ci dał za to młodzieńca zacnego, dlatego musisz być wierną żoną jego. I do ciebie się zwracam zacny panie młody, dlaczegoś dziś tak dziwnie zasmucony. I nikt chyba nie odgadnie, co w twym sercu dzisiaj władnie. Kawalerstwo swoje złóż Bogu na ofiarę, on cię wyrwie z nieszczęścia i oddali karę twoją, będziesz kochał żonę swoją. Od dziś dnia zlikwidujesz wszystkie panny na stronę, nawet od swych krewnych na bok się oddalisz, przed nią się ucieszysz, przed nią się użalisz, a ona ci wierną będzie do późnej starości, kochać się będziecie do późnej wzajemności. I do was się zwracamy kochani rodzice, wyście ich wychowali jak w oku źrenice. Dziś, gdy od was odstępują, nie wzbraniajcie im kroku. O pospiesz się, pospiesz godzino piękna i szczęśliwa, niech państwu młodemu łza oczu nie zalewa, niech z wesołą twarzą złożą przysięgę w kościele, a świadkiem tej przysięgi będzie Bóg. Życzymy wam wszystkiego dobrego w małżeńskim nowym stanie z nieba wysokiego pobłogosław Panie. A teraz głos oddaję panu staroście, a wy państwo młodzi klęknijcie na kolana i rodziców o błogosławieństwo proście. Dwa serca razem złączone i nikt ich nie rozłączy tylko Ty, o Boże.” Po czym młodzi trzykrotnie zbliżali się na kolanach do rodziców, ob- całowując ich po nogach i rękach. Zaczynali od rodziców młodej. Ci wyciągali nad nimi lewe ręce w geście błogosławieństwa, mówiąc: „Niech wam Pan Bóg błogosławi”. We wsiach z okolic Nozdrzca orkiestra w tym czasie grała pieśń „Serdeczna Matko” 83. Po zakończonej ceremonii bło- gosławieństwa goście wspólnie śpiewali: 83 Materiały terenowe Kazimiery Kurdybach, Archiwum Muzeum w Przemy- ślu MPE-A-47.
„Oj siadaj, siadaj kochanie moje, już nie pomoże żadno płakanie, już ci płakać nie pomoże, cztery koni stoi w wozie pozaprzęgane. Oj jeszcze z wami siadać nie będę, bo jeszcze ojcu dziękować będę: dziękuje ci panie ojcze, żeś mnie chował bardzo ostrze, teraz nie będziesz. Oj siadaj, siadaj kochanie moje..., Oj jeszcze z wami siadać nie będę, bo jeszcze matce..., Oj siadaj..., ...bratu dziękować będę: Oj siadaj..., ...siostrze dziękować będę: ...ścianom dziękować będę: dziękuje wam moje ściany, żeście byli dla mnie malowane, teraz nie będziecie. Oj siadaj..., ..progom dziękować będę: dziękuję wam moje progi, gdzie chodziły po was moje nogi, teraz nie będą. Oj siadaj..., ...sąsiadom dziękować będę: dziękuję wam moi sąsiedzi, żeście byli złe na mnie jak gadzi, teraz nie będziecie.” Pieśń ta była sygnałem do wyjazdu do ślubu. Moment ten był daw- niej okazją do stosowania wielu zabiegów o charakterze magicznym, które miały na celu zapewmienie młodej parze pomyślności na przy- szłość. Gdy młodzi wychodzili z domu, swaci rzucali przez dach talerze, głośno przy tym pokrzykując. Młoda tradycyjnie do ślubu brała ze sobą kostkę cukru, kawałek chleba i pieniądze. Wierzono bowiem, że to za- pewni jej dostatek w małżeństwie. W Bachowie i Skopowie młodą parę obsypywano owsem, co miało zapewnić jej płodność. W zależności od odległości od świątyni do ślubu udawano się pieszo lub wozami. Na przodzie orszaku weselnego kroczył starszy drużba z „harapem — palicą” w ręku; za nim w kolejności muzykanci, młoda z drużbą, młody z drużką, starostowie, rodzice oraz reszta gości. Starości- na niosła korowaj weselny, który starosta i drużba przekazywali księ- dzu 84. Według relacji starszych ludzi było to wspaniałe widowisko, mie- niące się kolorowymi, odświętnymi strojami, pulsujące wesołością i przy- śpiewkami. Duszą całego towarzystwa był starszy drużba. Do tradycji należało robienie „bram” na drodze. Za prawo przejazdu orszaku płacił zwykle starszy drużba gorzałką. W czasie drogi do świątyni zwracano 84 J. Łoziński, op. cit., s. 66.
baczną uwagę na wiele zjawisk zewnętrznych, które w przekonaniu ludu miały wpływ na przyszłość młodej pary. Powszechnie za złą wróżbę uważano, gdy drogę orszakowi przebiegł kot lub zając. Należało wówczas rzucić przed siebie kamieniem. Niedobrze było iść drogą, przez którą niedawno przechodził pogrzeb, co wynika z przekonań o umartwiającym oddziaływaniu zmarłych na ludzi żywych 85 * * 88. Rychłe małżeństwo czekało tę z drużek, na którą spojrzała młoda, oglądając się do tyłu. Po przybyciu do świątyni młodych do ołtarza prowadzili na przemian starszy drużba i starsza drużka. W czasie ceremonii ślubnej młoda, chcąc zapewnić sobie przewagę nad mężem, starała się zarzucić mu na nogi spódnicę, bądź przyklęknąć kaftan. Podobnie postępował młody. Pło- mienie palących się świec określały przyszłość młodych. Spokojny pło- mień świecy wróżył analogiczne życie, niespokojny — złe i choroby, zaś zgaśnięcie świecy oznaczało śmierć któregoś z młodych. Po ślubie młoda wraz z księdzem obchodziła ołtarz z lewej strony na prawą, „wywołując” wianek. Dawniej z kościoła młoda wracała wraz z drużką i rodzicami do domu, a pozostali weselnicy zatrzymywali się w karczmie, gdzie zabawiano się nieraz do wieczora, spożywając przy tym znaczne ilości trunków. Gdy wrócono do domu weselnego i zastano zamknięte drzwi, śpiewano: „Paście nas, tu paście niech tu nie stoimy, czarna chmurka idzie, deszczu się boimy.” „Otwórzcie, otwórzcie, te drzwi malowane, jak nie otworzycie, wywalimy ścianę.” Drzwi otwierała matka wraz z młodą, niosąc na głowie bochen chleba i sól. Udzielając błogosławieństwa, trzykrotnie okrążała młodą parę, do- tykając chlebem ich głów. Następnie chleb wręczała młodej. Wszystkich weselników częstowano wódką. Do młodej śpiewano: „Nie pij Marysiu tego, bo to nie jest nic dobrego, przelej sobie przez główeczkę, na zieloną muraweczkę.” Po ceremonii powitalnej odtwarzano opisaną już wcześniej akcję ukrywania się młodej. Młody składał za nią okup w postaci wódkiS6. Gości za stołami sadowił starszy drużba. Tradycyjnie młodych sadzano 85 J. Burszta, Zwyczaje i obrzędy pogrzebowe, „Kultura ludowa Wielko- polski”, t. III, Poznań 1967, s. 178; J. S. B y s t r o ń, Etnografia Polski. Poznań 1947, s. 164. 88 Występujące w cyklu ceremonii weselnych ukrywanie się młodej, bronienie jej przez drużki przed młodym, zamykanie wejścia do domu, jak też robienie bram na drodze orszaku weselnego, być może, jest śladem dawnego zwyczaju porywania żon. Por. H. Biegeleisen, Wesele, s. 332, 333, 336—337, 352—353.
pod oknem, naprzeciw drzwi, a obok nich gości pełniących obrzędowe funkcje na weselu. Po drugiej stronie stołu sadowiono rodzinę i star- szych weselników 87. Wszystkie czynności związane z organizacją uczty weselnej przebiegały pod dyktando starszego drużby. Ponadto brał on czynny udział we wszystkich akcjach o charakterze obrzędowym. Młod- szy drużba wraz z gospodarzem spełniali funkcje gospodarskie, dbając o zaopatrzenie stołu weselnego. Starostowie odpowiedzialni byli za stro- nę obrzędową wesela oraz kierowali ogólną zabawą. Tańce odbywały się w domu lub w stodole, a w okresie wiosny i lata przy dobrej pogodzie w ogrodzie. Tańcem z młodą starszy drużba inau- gurował zabawę. Tańczono oberki, polonezy, polki i walce. Poszczególne tańce weselnicy przeplatali starymi obrzędowymi pieśniami, o charak- terze rodzajowym, dostosowanymi do akcji weselnej. W piosenkach ro- biono aluzje do wielu spraw. Gdy gościom nie odpowiadały potrawy, śpiewano pod adresem kucharki: „Nasza gospodyni, kapusta nie masno, jeno taka postna, jak na polu rosła.” „Nasza kucharzyno, bo niesłony rosół, zaprzęgajmy konie, pojedziemy po sól.” Obiektem szczególnego zainteresowania weselników z racji pełnienia obrzędowych funkcji były starościny i starostowie oraz drużyny mło- dych. Do dzisiaj przetrwało wiele pieśni śpiewanych pod ich adresem 88. Oto kilka z nich: „Pani starościno, proszę się nie gniewać, kazaliście zagrać, kaźcie i zaśpiewać. Pani starościna, nie mała, nie duża, oczka jak laseczki a buzia jak róża. Pani starościna trzy noce nie spała, bo na korowaju kwiaty układała. Pani starościna chodziła do lasu, korowaj piekła w nocy, w dzień nie miała czasu. Ciele jej ryczało, dziecko jej płakało, teraz się przyznała, że jej się nie chciało. Pani starościna jak korowaj piekła, nie umiała sadzać, palce se popiekła. Pani starościna dobra gospodyni, Wczoraj na kominie nasadziła dyni. Pani starościna korowaj spaliła, 87 88 87 Uczta weselna była wyrazem przymierza i zbratania się dwóch rodów. W. Abraham, op. cit., s. 311. 88 Wszystkie cytowane pieśni weselne zostały zarejestrowane przez dr J. Paw- łowską w 1968 roku.
z tej rozpaczy męża trzepaczką wybiła. Pani starościna chciała się pochwalić, chciała ten korowaj na igle postawić.” Czy też: „Pani starościna to wielka pijaczka, miała zagon kapusty, przepiła do krzaczka. Pani starościna dobre serce miała, korowaj upiekła, drużkom go oddała. Pani starościna w niebieskim fartuszku nie chce nam dać wódki, skrobie się po brzuszku. Pani starościno wyjm wódkę z fartucha, nie rób sobie szkody, nie drap sobie brzucha. Pani starościna dużo figli znała, do pieca korowaj na igle sadzała. Pani starościna w króciutkim fartuszku, korowaj upiekła, skrobie się po brzuszku. Pani starościna w niebieskiej kaftance, upiekła korowaj na samej maślance. Pani starościna ciasto rozczyniła, przyleciała koza, ciasto wywaliła. Pani starościna, gdy korowaj piekła chciała ja jej pomóc, mało się nie wściekła” Inna pieśń: „Nasze starościny ciasto rozczyniły, wyszły na podwórze, widłami się biły. Pani starościna obiecała kurę, sama zjadła mięso, a nam dała dziurę. Jak żem szła do nieba, wstąpiłam do piekła, nasza starościna tam korowaj piekła. Pani starościna ładnie się ubrała, a drużka nie tak, bo czasu nie miała. Pani starościna ładnie się ubrała, z Krakowa do Lwowa po stroje jechała. Po stroje jechała, włosy wykręciła, żeby na weselu najładniejsza była.” Do starosty: „A nasz pan starosta przyjechał koleją, wąsiki podkręcił, oczy mu się śmieją. Przyleciały ptaszki i nisko usiadły, naszemu staroście fajeczkę ukradły. Fajeczkę ukradły, kapelusz podarły, dobrze mu zrobiły, na bogacza padły. A nasz pan starosta wąsiki smaruje, patrzy do lusterka, czy mu to pasuje.
A nasz pan starosta posiał mórg papryki, mówił, że powiezie to do Ameryki, A nasz pan starosta bardzo przemądrzały, aż mu z tej mądrości włosy posiwiały. A nasz pan starosta niezadowolony, siedzi se za stołem we czworo skulony. A nasz pan starosta ni taki, ni siaki, siedzi se za stołem i rachuje kłaki.” Gdy starosta był nielubiany, nie omieszkano mu dokuczyć: „A nasz pan starosta wielki honor dostał, wszy koszulę zjadły, tylko guzik został. Hej panie starosto, broda wam obrosła, żeby nie ta broda, ja bym za was poszła. A nasze staroście palcami ruszają, czy tylko z humoru, czy ich wszy kąsają. A nasze staroście siedzieli na moście, zagrała muzyka, przyjechali goście.” Śpiewano także wiele piosenek frywolnych: „Starościna staroście obiecała na moście, a starosta nie głupi, dawaj babo w chałupi.” Wiele piosenek kierowano pod adresem drużbów, drużek i swatów: „Drużbuniu, drużbuniu w szerokiej koszuli, jakże się do ciebie drużeczka przytuli? A ten mój drużbuniu troszeczkę za powolny, chciałam się z nim kochać, ale jest niezdolny. Drużbuniu, drużbuniu, ładna twoja postać, czyż ja bym nie mogła twoją żoną zostać? Drużbuniu, drużbuniu jakiś ty nadobny, siedzi kot na piecu do niegoś podobny. A ten mój drużbuniu śmiało się obraca, czy mu która mama córeczki obieca.” Gdy drużba uważany był za kobieciarza, wówczas mu przyśpiewy- wano: „Dobrze drużba zrobił, że se skręcił giczał, już nie będzie więcej za drużkami kwiczał.” Do drużki, gdy jej partner był niemrawy: „Drużka ja se drużka na całe wesele,
a twój starszy drużba jak majowe ciele. Jak by ciele było to by zaryczało, a to jakieś takie, nie będzie gadało.” Do swatów: „A nasi swatkowie siedzą gdzieś po kątach, lepiej by wołały z kurami na bantach. A nasi swatkowie są dziś bardzo pyszni, w pożyczonych spodniach na wesele przyszli. Ja sama widziała, jak sie umawiali, ty mi pożycz spodni, ja tobie korali. Zegarek w kieszeni z kartofla zrobiony i to nie jest jego tylko pożyczony. Drużka go sie pyta, która jest godzina? — nie powiem ci di użko, pękła mi sprężyna.” Drużbie, który po raz pierwszy pełnił tę funkcję na weselu: „Nie śpiewaj, nie śpiewaj, ty mały śpiewaku, bo cię mama znaszła za stodołą w krzaku.” Wiele pieśni śpiewano pod adresem pary młodych, wyszydzając czę- sto ich wady i przywary: „Dostałaś Janciu chłopaka nie lada, postawisz go czasem w konopiach za dziada. Chwaliłaś się Janciu, żeś ładnego chłopca miała, ładniejszego byś se z drewna wystrugała.” Do młodego często śpiewano: „Chwaliłeś się Jasiu, że ty masz pałace, a to chałupina stara podpierana. Chwaliłeś się Jasiu,
że masz sześć par koni, a tu po stajence myszą, myszę goni.” Gdy młody znany był z zachłanności na wiano, wówczas mu złośli- wie przyśpiewywano: „Przyszedł do teściowej, pyta się o wiano, a jemu wylazło już prawe kolano. Przyszedł do dziewczyny, pyta się o stroje, a jemu wylazły kolana oboje.” Przedmiotem żartobliwych i złośliwych piosenek stawała się młoda, gdy była w ciąży: „Czy ty Kasiu chora, czy ci co brakuje, bo ci tu na przodzie sukienka faluje.” Przyśpiewki do muzykantów: „A ja bym muzyczkę pięknie poprosiła, żeby mi zagrała, ja bym zatańczyła.” y „Zagraj mi muzyko na całego smyka, a ja ci zapłacę, aż se sprzedam byka.” I tak na przemian na ucztowaniu i tańcach wesoło upływał czas. Nie obeszło się na weselu bez swarów i bijatyki. Nierzadko w ruch szły stoły i ławy. Bito się zapamiętale, wkładając w bójkę wszystkie siły i umiejęt- ności, nie licząc się ze skutkami. Nieraz z niemałym trudem udawało się pogodzić zwaśnione strony. Wieczorem lub późno w nocy podawano obiad, po którym przygotowywano się do obrzędu oczepin. V. SYMBOLICZNA ROLA OCZEPIN Ceremonia oczepin była zwyczajową formą potwierdzenia zamążpój- ścia dziewczyny i przejścia jej do grupy zamężnych kobiet. Według nie- których relacji przed I wojną światową wśród ludności ruskiej oczepiny odbywały się na drugi dzień wesela, a w przypadku gdy wypadał wów- czas piątek, przesuwano je na sobotę. Za czasów kolbergerowskich, kie- dy wesela urządzano w niedzielę, tradycyjnym dniem oczepin były po-
niedziałki. Urządzano je w domu młodego, do którego schodzili się wszyscy weselnicy 89. W ciągu XX w. czasokres trwania wesela ulega znacznemu skróceniu, a tym samym poszczególne akcje obrzędowe na- stępują bezpośrednio po sobie. Ulegają one uproszczeniom na rzecz roz- budowy strony towarzysko-widowiskowej wesela. Wstępem do właści- wych oczepin było uroczyste wnoszenie do izby weselnego kołacza z róz- gą. Czyniła to starościna, a czasem starosta. Korowaj umieszczano sobie na głowie i odbywano z nim rytualny taniec dookoła izby, śpiewając przy tym: „Oj ty korowaju dostałam cię w ręki, będę cię unosić ponad same belki. Oj ty korowaju tak ładnie ubrany, śmieją się do ciebie chłopcy z poza ściany. Oj ty korowaju bielusieńki chlebie, jest kwiatków na tobie, jak gwiazdek na niebie. Oj ty korowaju, jakiś ty rumiany, tylko z jednej strony troszkę opalany. Oj ty korowaju taki jesteś wielki, ja ciebie unoszę ponad same belki. Oj ty korowaju, bielusieńki chlebie, za małą chwileczkę pokroimy ciebie. Goście się dziwują, co w tym korowaju, jest litra maślanki i kogucie jajo. Oj ty korowaju, jaki jesteś wielki, nie będę z tobą długo tańczyła, boś jest bardzo ciężki.” Po wykonaniu tańca starościna umieszczała korowaj na stole przy- krytym lnianym obrusem. Wspólnie ze starostą uważali, aby do rózgi nie dopuścić młodzieży męskiej; przede wszystkim wystrzegano się mło- dego. Tuż przed samymi oczepinami młoda przynosiła wodę z komory, którą przekazywała drużbom. Ci starali się ją oblać, na co nie pozwalały swaszki. W końcu wśród ogólnego rozgardiaszu wodę wylewano na druż- bów 90. Taką sytuację wykorzystywała młoda i z pomocą drużki ukry- wała się w komorze lub stodole. Dosyć powszechnie ten okres akcji ocze- pinowej określano mianem „gonitwy”. Po odnalezieniu młodej starano się posadzić ją na dzieży odwróconej do góry dnem i przykrytej kożu- chem baranim z włosami na zewnątrz, którą ustawiano na środku izby 91. 89 Por. relacje O. Kolberga, Przemyskie, s. 75. 90 H. Biegeleisen wylewanie wody na weselach wywodzi z prastarej ofia- ry lustracyjnej oraz kultu ogniska domowego. Ludowa ajtiologia podsunęła ludowi domysł, że jest to rzekomo pamiątka łez wylanych przed przyszłym pożyciem mał- żeńskim. Po tym akcie młodą trzykrotnie oprowadzano wokół ogniska i sadowiono przed nim do obrzędu oczepin. Zob. tegoż: Wesele, s. 168. S. Udziela natomiast od- notowuje, że po oczepinach, kiedy młoda tańczyła z każdą kobietą, starała się oblać wodą twarz młodego bądź on ją wcześniej oblewał, co miało zapewnić przewagę jednego z nich w pożyciu małżeńskim. Zob: S. Udziela, Krakowiacy, Kraków 1924, s. 80—81. 91 Kożuch ze skóry owczej wywrócony włosami na wierzch, używany do przy- krywania dzieży przy oczepinach był symbolem dostatku. J. Domań ska - Ku- biak, Wegetacyjny sens kolędowania, „Polska Sztuka Ludowa”, R. XXXIII, 1979, Nr 1, s. 17.
Do tradycji należało, aby młoda trzykrotnie uciekała. Kto ją pierwszy złapał, zostawał obdarowany — dorosły otrzymywał kwartę wódki, a dziecko bułkę. Następnie starszy drużba w tańcu sadzał ją na dzieży. W pobliskim Dubiecku na dzieży siadał najpierw młody, biorąc swoją oblubienicę na kolana. Główną rolę obrzędową przy oczepinach spełniała starościna. Naj- ważniejszymi elementami oczepin, wyznaczającymi sens całej akcji, było zdjęcie wianka z głowy młodej oraz po rozplecinach warkocza — nałoże- nie czepca i chustki. Powtarzane w ceremoniale oczepinowym rozpleciny, omówione przy opisie „drużbin”, stanowiły ostateczne potwierdzenie opu- szczenia przez nią grupy niezamężnych dziewcząt, zaś nałożony przez starościnę czepiec potwierdzał jej przejście do grupy niewiast. Przed za- łożeniem czepca starościna kładła na głowę młodej dwa bochny chleba i po chwili zdejmowała je wraz z wiankiem 92. Po czym zaplatała jej wło- sy wokół „chomełki”, tj. drewnianego krążka i zakładała nań czepiec wraz z kraciastą czerwoną chustą 93. Czepiec wykonywały uprzednio za- mężne kobiety z kręgu krewnych młodej. Szyły go najczęściej z lnianego płótna, ozdobionego krezą. Bezpośrednio po zdjęciu wianka drużki i swa- szki zakładały go sobie na głowę, co miało im zapewnić szybkie zamąż- pójście. Do końca wesela nosiła go na głowie starsza drużka. Po weselu wianek zamurowywano w piecu lub młoda przechowywała go dla córki. Tradycyjnie w momencie ściągania wianka wśród ludności polskiej śpiewano prastarą pieśń o chmielu, winiąc go za zaistniałą sytuację: „Oj chmielu, chmielu, szerokie liście, nasze Kasiunie zaczepiliście. Żebyś ty chmielu na tyczki nie loz, nie robiłoby sie z panionyk niewiast. Ale ty chmielu po tyczkach łazisz, niejedny panienkę z wianeczka zgładzisz.” Często też drużki i swaszki śpiewają: „Wisiał se, wisiał, wianeczek ruciany, przybity mocno gwoździami do ściany, zielone listki, kwiateczki białe, co go upletły Kasi rączki małe. Co wieczór Kasia modli się za niego, chroń że go, Panie, od wszystkiego złego. Niech mi on się chowa świeżo i w czystości, aż go zdejmę z głowy ze szczerej miłości.” W czasie zakładania czepca na głowę młodej zamężne kobiety śpie- wały: 92 Wianek ślubny rozpowszechnił się w Europie w średniowieczu pod wpływem zwyczajów rzymskich. O stosowaniu tego zwyczaju w Polsce wspomina kronikarz Wincenty Kadłubek w XIII w. W. Abraham, op. cit., s. 159—164. 93 Jak podaje A. Bruckner, na Ukrainie małżeństwo zawarte w cerkwi w opinii ludu nie było' ważne bez obrzędu oczepin, tak że synod petersburski w 1774 r. wydał ostry zakaz przeciwko tym, co po sakramentach rozłączają się. Zob. tegoż: Dzieje kultury polskiej, s. 267.
„Jak cię będą czepić, patrzaj do powały, żeby twoje dzieci czarne oczka miały. Jak cię będą czepić, patrzaj do tragarza, żebyś wychowała syna na cesarza. Jak cię będą czepić, to patrzaj do nieba, żeby twoim dzieciom nie zabrakło Chleba.” Żal za utraconym bezpowrotnie wiankiem przewijał się w pieśni śpiewanej przez starościnę: „Zakukała kukułeczka na buku, krzywo żeście uczepili na uchu. Zakukała kukułeczka na gruszce, nie ruszcie mego wieńca, nie ruszcie. Zakukała kukułeczka w cebuli, po co żeście mi wianeczek zepsuli.” Kiedy czepiec został nałożony, wśród Rusinów pani młoda śpiewała: „A ja już se kobitojka, kec, kec, popredała sukniodojku, kupcyła se czipec.” Po oczepinach starosta kroił korowaj, częstując w pierwszej kolej- ności starościnę i siebie, po czym obtańcowywali ze sobą izbę. Następnie począwszy od starszego drużby starościna podawała wszystkim gościom kieliszek wódki i kawałek korowaju. W kolejności, według starszeństwa, goście przepijali do młodej, składali datki pieniężne i szli do tańca z mło- dą — jedno kółeczko wokół izby. Korowajem częstowano wszystkich obecnych na weselu, co miało zapewnić dostatek nowożeńcom. Dary pieniężne starościna zbierała do przetaka lub glinianej misy, w których zwykle trzymano ziarno owsa 94. W czasie tańców „poczepinowych” sta- rościna rozrzucała wśród gości owies, by zapewnić młodym pomyślność i płodność. Rózgę wTeselną starosta przekazywał starszemu drużbie, któ- ry spalał ją po weselu. Współcześnie obrzęd oczepinowy ulega daleko idącym przemianom. Mimo że na wielu weselach nadal śpiewa się stare pieśni obrzędowe o chmielu i wianku, to często zmienia się poszczególne ich strofy, dostoso- wując je do życiowej sytuacji młodej. Obniżyły się także wymogi mo- ralne w stosunku do dziewczyny. Na współczesnym weselu śpiewa się także wiele pieśni miłosnych nie wuążących się bezpośrednio z akcją oczepin. W przeciwieństwie do dawnych wesel przy oczepinach przy- grywa muzyka. 84 Niegdyś dary spełniały funkcje magiczne, a z czasem stały się pretekstem do pokazania bogactwa i pomysłowości. J. S. Bystroń, Dzieje obyczajów w daw- nej Polsce, wiek XVI—XVIII, t. II, Warszawa 1976, s. 73.
VI. ZAKOŃCZENIE WESELA Po tańcach oczepinowych drużbowie i swaci czynili przygotowania do wyjazdu młodożeńców do domu młodego. Był to sygnał, że właściwe wesele zbliża się do końca. Podczas przenosin drużbowie zabierali z domu dziewczyny wszystko, co im nawinęło się pod rękę. Określano to mianem „rabunku”. Przezor- ni gospodarze zawczasu ukrywali rzeczy, które nie były brane pod uwa- gę przy ustalaniu posagu. Wszystkie przedmioty ładowano na przygoto- wany uprzednio wóz, a na samym wierzchu sadowiono młodą 95. Matka, żegnając ją znakiem krzyża, obsypywała ziarnem owsa, co miało zapew- nić jej płodność i liczne potomstwo. Na nową drogę życia obdarowywała córkę dwoma bochenkami chleba — symbolem dostatku. Aby młoda mia- ła słodkie życie, dawano jej do spożycia łyżkę cukru. Przy zabieraniu posagu młodej zwracano uwagę, kto z młodych pierwszy zawiązał prze- ścieradło, w którym przewożono pierzynę. W przypadku, gdy był to mło- dy, wróżyło to narodziny syna, gdy młoda — córki. Wśród gromkich śpiewów i pohukiwań orszak zajeżdżał przed dom młodego. Śpiewano wówczas powszechnie pieśń, która w pamięci ludz- kiej przetrwała z czasów, kiedy O. Kolberg zbierał materiały terenowe w Iskani do swojej monografii Przemyskiego 96. „Oj, aby nas tam wpuście, albo nam otwórzcie. Bo nam słotojka zbiła, na nas sukmana zgniła; sukmana pożyczona, ze wstydem woddawana. Niewiele nam tam trzeba, dwoje pieczenie chleba, oj i wódki dwa spusty i dwie beczki kapusty, oj i woła spaśnego, oj i jeszcze co do tego.” Matka młodego witała młodożeńców chlebem i solą, udzielając im błogosławieństwa. Zwyczajowo ubrana była w kożuch barani odwrócony wełną na wierzch. Trzykrotnie obchodziła przybyły orszak, a następnie kożuch zarzucała na głowę młodym. Miało to im zapewnić szczęście i do- statek 97. Młoda po wejściu do domu podchodziła do pieca, gdzie teściowa wrę- czała jej warzechę jako symbol młodej gospodyni. Analogicznie postę- powała młoda w Izdebkach koło Brzozowa, czym miała zapewnić sobie umiejętności kucharskie. W tym samym celu sadzano ją na dzieży. Póź- niej biegnąc udawała się po wodę, aby zapewnić sobie szybkość w pracy. W Bachowie jeszcze do ostatniej wojny światowej praktykowano po- wszechnie zwyczaj wylewania na młodą wody w momencie, gdy prze- kraczała próg domostwa. Według wierzeń działanie to zabezpieczało ją 85 Por.: O. Kolberg, op. cit., s. 82. 86 O. Kolberg, op. cit., s. 72. 87 W. Abraham, op. cit., s. 66 i 67.
przed wpływem złych mocy98 99. Z innych reliktowych form magicznych praktykowanych w czasie przenosin należy wymienić zwyczaj wchodze- nia na piec drużby niosącego najwięcej dobytku. W tym czasie pod pie- cem rozpalano ogień. Drużba siedział na piecu tak długo, dopóki młody nie wykupił od niego posagu, płacąc wódką. Forma tego zwyczaju wska- zuje na jego związek z kultem ogniska domowego, a całość ma niewąt- pliwie charakter przyjmowania obcej do nowego rodu. Po spełnieniu nakazanych tradycją praktyk gości zapraszano do sto- łu. Wspólna zabawa trwała do samego rana. Przed udaniem się na spo- czynek młodożeńcy odbywali wspólny taniec. Chcąc, aby narodził się syn, pod łóżko kładziono młotek, siekierę czy gwóźdź. Nad łóżkiem u wezgłowia zawieszano obraz z wizerunkiem świętego. Nazajutrz młodzi w towarzystwie dwóch starościn udawali się do świątyni na wywód, który zamykał obrzędową stronę wesela. Tradycyjnie w najbliższą niedzielę urządzano tzw. poprawiny, w któ- rych uczestniczyć mógł każdy z weselników, przynosząc gościnę. Na tań- ce przychodzili także ludzie zupełnie obcy. Z przytoczonych wyżej materiałów i opinii wyłania się bogaty świat wierzeniowy badanych wsi sprzed lat co najmniej kilkudziesięciu, który w tradycyjnej formie zaliczyć należy do przebrzmiałej przeszłości. Do szybkiego zaniku dawnych treści wierzeniowych prócz ogólnych prze- mian społecznych po 1945 roku przyczyniła się masowa akcja przesied- leńcza ludności ruskiej niejako w sposób administracyjny likwidująca tradycyjną kulturę ludową wsi Bachów i Skopów. Nieliczni pozostali na miejscu, dawni mieszkańcy tych wsi nie stanowili już odpowiedniej siły społecznej, by kultywować tradycje ojców. To co przetrwało do dzi- siaj w pamięci starszego pokolenia stanowi niewielką część dawnych wierzeń. Spotykane na współczesnych weselach niektóre zwyczajowe akcje są bezdusznym reliktem dawnych obrzędów. Tym godniejsze od- notowania są wszelkie prace zmierzające do zarejestrowania tkwiących jeszcze w pamięci starszych osób dawnych wątków obrzędowości wesel- nej. Na uwagę zasługują poczynania zespołu ludowego w Hucie Brzu- skiej, działającego przy Gminnym Ośrodku Kultury w Birczy, który w swoim repertuarze prezentuje także tradycyjne wiejskie wesele, oraz ze- społu ludowego z Nienadowej popularyzującego ten sam zestaw obrzę- dowy ". Z uwagi na bliskość geograficzną wspomnianych miejscowości od prezentowanych w niniejszym opracowaniu, a tym samym duże po- dobieństwo obrzędowych form, sceniczne przedstawienia zaprezentowa- nych zespołów przybliżają nam dawne ceremoniały weselne. Spełniają tym samym ważną rolę kulturotwórczą w zakresie uświadamiania na- szych rodzimych tradycji. 98 Woda używana w momencie przenosin spełniała ważną rolę o charakterze apotropeicznym, uodparniając młodą na wpływy złych demonów. Podobny cha- rakter spełniały takie zabiegi jak trzaskanie z batów, dzwonienie żelazem, po- krzykiwanie, zasłanianie twarzy młodej. Aby wzmóc jej płodność, obsypywano ją ziarnem. T. Seweryn, Małżeństwo, [w:] „Słownik starożytności słowiańskich”, t. III, Wrocław—Warszawa—Kraków 1967, s. 159. 99 Zespół Teatru Ludowego w Hucie Brzuskiej powstał w 1973 r. z inicjatywy T. Kijanki. Inicjatorką reaktywowania tradycyjnych obrzędów weselnych w Nie- nadowej na scenę była Genowefa Biernat, przewodnicząca Koła Gospodyń Wiej- skich w Nienadowej Górnej. Na podstawie zachowanych dawnych zwyczajów i obrzędów weselnych przygotowano widowisko pt. „Nienadowskie Wesele”.
Jan Swięch OSADNICTWO GÓRALI PODHALAŃSKICH WE WSI KUPIATYCZE W WOJ. PRZEMYSKIM Migracja niesie ze sobą wiele złożonych zjawisk socjologicznych. Jed- nym z nich jest adaptacja osadników w nowym środowisku geograficz- nym i kulturowym. Proces ten uwarunkowany jest wieloma czynnikami, które decydują o szybkości integracji kulturowej dwóch grup etnicznych. Różnorodność tych czynników nie pozwala na uogólnienie wniosków do- tyczących zjawisk socjologicznych wynikłych z migracji. Każde z nich musi być więc rozpatrywane indywidualnie, na tle możliwie szeroko do- branego kontekstu kulturowego. Badania nad osadnictwem górali podhalańskich we wsi Kupiatycze prowadzone były w latach 1972—74 k W artykule tym na przykładzie wybranych aspektów kultury górali podejmuję próbę wyjaśnienia za- szłych lub zachodzących zmian, określenia ich tempa, wskazania, czym były spowodowane. Postaram się również odpowiedzieć, dlaczego nie- które z elementów kultury górali zanikły, a inne przetrwały w prawie niezmienionej formie do chwili obecnej. Wieś Kupiatycze, w której osiedlili się górale z trzech podhalańskich wiosek: Maruszyny, Bańskiej i Skrzypnego, leży w gminie Fredropol w województwie przemyskim. Wieś położona jest w dolinie między dwo- ma łagodnie opadającymi wzgórzami o wys. ok. 120 m n.p.m. Doliną pły- nie strumyk Glinnik. Zabudowa wsi jest zwarta, koncentrująca się wzdłuż dróg. W styczniu 1972 r. w 46 gospodarstwach zamieszkiwało 415 osób. Kupiatycze są zelektryfikowane, oddalone od Przemyśla o 12 km, a od linii kolejowej w Malhowicach ok. 4 km. I. PRZYCZYNY MIGRACJI W 1928 r. dziewiętnastu gospodarzy z podhalańskich wiosek: Maru- szyny, Bańskiej i Skrzypnego, zakupiło 200-morgowy majątek we wsi Kupiatycze. Transakcja zakupu ziemi prowadzona była z myślą o prze- 1 Artykuł oparty jest na niektórych wynikach badań do wykonanej przez auto- ra pracy magisterskiej pt. „Czynniki przeobrażeń kulturowych ludności podhalań- skiej, osiadłej wśród obcych grup etnicznych”. Praca złożona jest w Katedrze Etnografii Słowian Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. 20 — Rocznik Przemyski t. 22/23
niesieniu się do Kupiatycz, gdzie posiadanie dużego gospodarstwa dla jednych stanowiłoby gwarancję znośnej egzystencji, dla drugich zabez- pieczenie przed rozdzieleniem ojcowizny na Podhalu pomiędzy rodzeń- stwo, która podzielona nie zapewniłaby utrzymania kilku rodzinom. Proces zasiedlenia pierwszej grupy ośmiu rodzin w Kupią tyczach miał miejsce w 1929 r. Była to grupa najuboższych gospodarzy, którzy chcąc zakupić ziemię musieli sprzedać swoje gospodarstwa na Podhalu, aby uzyskać niezbędną gotówTkę. Pozostała grupa dziewięciu rodzin osied- liła się w Kupią tyczach dopiero po II wojnie światowej w latach 1947—• 50 2. Aby lepiej zrozumieć, czym podyktowana była migracja, która nio- sła z sobą konieczność opuszczenia rodzinnych wiosek i przeniesienia się w nowe nieznane dotychczas środowisko, przedstawię krótko sytuację społeczno-ekonomiczną Podhala w pierwszym ćwierćwieczu naszego stu- lecia. Początek XX w. był dla podhalańskiej wsi wyjątkowo trudnym okre- sem. Charakterystyczną cechą Podhala była duża gęstość zaludnienia. Jej wskaźnik odpowiadał obszarom przemysłowym, co przy olbrzymich trudnościach ze znalezieniem pozarolniczych źródeł utrzymania świad- czyło o przeludnieniu regionu 3. Złą sytuację pogarszał fakt rozdrobnie- nia gruntów, przy czym zjawisko to wykazywało stałą tendencję zwyż- kową 4. Również kultura rolna podhalańskich wsi nie była wysoka. Mało urodzajne gleby, surowy klimat, wyraźnie odbijały się na uzyskiwanych plonach, które były znacznie niższe od przeciętnej krajowej 5. W tak ciężkiej sytuacji ekonomicznej Podhalanie zmuszeni byli szu- kać zarobku lub nowego źródła utrzymania nie tylko poza obrębem ro- dzinnych wsi, lecz całego regionu. Migracje sezonowe lub stałe były powszechne na Podhalu w początkach XX w. Od 1900—1936 r. opuściło Podhale około 40 tys. ludzi. Emigranci wędrowali do Stanów Zjednoczo- nych, Brazylii, Kanady, Niemiec, Francji6. Sytuacja gospodarczo-spo- łeczna w trzech wioskach, z których pochodzą osadnicy góralscy, pokry- wa się z przedstawioną powyżej charakterystyką Podhala. Inicjatorem migracji był ówczesny wójt Maruszyny. O jej podjęciu decydowali wyłącznie mężczyźni. Wszystkie zebrania, narady, dotyczą- ce kupna ziemi, odbywały się w męskim gronie. Również tylko męż- czyźni uczestniczyli w wyjeżdzie do Kupiatycz celem zorientowania się, jakie warunki oferuje sprzedający ziemię. Przewóz do Kupiatycz pierw- szych ośmiu osadników odbył się w kwietniu 1929 r. Przeprowadzano się dwoma sposobami. Część osadników wynajęła wagony kolejowe, na które załadowali cały swój dobytek łącznie z bel- kami rozebranych chałup. Pozostali wybrali uciążliwy, ale mniej ko- sztowny transport „cygańskimi wozami”. Ludność miejscowa, w prze- ważającej części ukraińska, niechętnie przyjęła nowych mieszkańców. Jednym z powodów była chęć nabycia przez miejscowych sprzedawanego 2 Dwóch uczestników wspólnego zakupu ziemi nie przesiedliło się do Kupia- tycz. Dzierżawią oni zakupioną ziemię osadnikom z Podhala. , 3 W. Jostowa, Wędrówki zarobkowe górali podhalańskich, „Wierchy”, t. 24/1955, s. 141. 4 S. Leszczycki, Region Podhala, Kraków 1938, s. 87. 5 S. Leszczycki, op. cit., s. 111—115. 6 Pisze o tym szerzej S. Leszczycki, tamże, s. 71.
majątku w celu powiększenia swoich gospodarstw. Nie zdołali oni jed- nak zebrać na czas niezbędnej gotówki i zostali uprzedzeni przez górali. Po przełamaniu pierwszych trudności związanych z adaptacją w no- wym środowisku, grupa osadników góralskich zaczęła aktywnie organi- zować własne życie kulturalne. Wyrazem tego było zorganizowanie bi- blioteki i czytelni prasy polskiej oraz rozpoczęta budowa Domu Ludo- wego, którą przerwała II wojna światowa. W czasie wojny większość rodzin góralskich znalazła się na terenie Związku Radzieckiego. Po jej zakończeniu wracają do Kupiatycz. Swój Ryc. 1. Jeden z górali osiadłych w Kupiatyczach przed swo- ją chatą. Fot: J. Swięch. 20*
powrót tłumaczą pozostawionym gospodarstwem, które dało im kiedyś tak upragniony status gospodarza — „gazdy”. Działania wojenne nie oszczędziły Kupiatycz. Wieś powoli podnosi się ze zniszczeń, zaś ciężkie warunki pierwszych powojennych lat oraz zmieniony skład etniczny wsi stworzyły płaszczyznę do nawiązania więzi międzygrupowych, które objęły nie tylko kontakty gospodarcze, ale rów- nież rodzinne i towarzyskie 7. W latach 1947—50 osiedlają się w Kupia- tyczach pozostali uczestnicy wspólnego zakupu ziemi w 1928 r.8 W 1972 r. wśród 46 rodzin zamieszkujących Kupiatycze było 17 góralskich oraz 5, w których jedno z małżonków było góralem. II. BUDOWNICTWO MIESZKALNE W okresie międzywojennym chaty górali w Kupiatyczach nie róż- niły się prawie zupełnie od chat podhalańskich. Pierwsi osadnicy prze- transportowali bowiem rozebrane na Podhalu chaty, aby złożyć je po- nownie na nowym miejscu. Były to typowe jednotrakty symetryczne z dwiema izbami przedzielonymi sienią. Ściany domów wykonane były z grubych bali — „płazów”, połączonych w narożach na tzw. węgłowy zamek podhalański, będący odmianą złącza narożnego na nakładkę wza- jemną 9. Pierwsza belka ściany — „podwalina”, spoczywała na podmurówce z luźno ułożonego polnego kamienia. Podmurówka w Kupiatyczach była niska i spełniała na płaskim terenie jedynie rolę izolatora podwaliny od ziemi. Na Podhalu była ona z reguły wyższa i służyła również do niwe- lacji różnic terenowych. Dach miał konstrukcję krokwiowo-jętkową. Dolne końce krokwi opierały się na „płatwi” — ostatniej belce ściany licowej. Dachy chałup były półszczytowe, pokryte deskami — „drani- cami”. Belki stropu — „powały” wmontowane były między płatwie a przedostatnie belki ścian licowych. Na nich spoczywały deski ułożone obok siebie na styk i pokryte od strony strychu polepą, tj. gliną wymie- szaną z sieczką 10. Podłogi wykonane były z desek ułożonych na belkach zwanych „le- garami”. Ścian wewnątrz domu i powały nie bielono i nie tynkowano. Konstrukcja drzwi i okien polegała na wpuszczeniu sposobem łątkowym w belki ścian pionowych słupów z jednej i drugiej strony otworu. Ramy z szybami wmontowane były na stałe do bocznych belek ograniczających otwór okienny. Drzwi spongowe zbite z 3, 4 desek zawieszone były na zawiasach kowalskich. W czasie II wojny światowej spłonęło siedem z ośmiu chat góralskich w Kupiatyczach. Powracający do Kupiatycz górale znaleźli się w bardzo ciężkiej sytuacji ekonomicznej. Z tej przyczyny domy, które wybudo- wano w tym okresie, nie miały nic wspólnego z architekturą podhalań- 7 Po wojnie przybyła do Kupiatycz ludność polska z terenów leżących za Bu- giem i Sanem. 8 W latach sześćdziesiątych we wsiach leżących na terenie województwa prze- myskiego osiedliło się dalszych kilka rodzin góralskich. Osadnictwo to jednak nie jest związane z omawianym w artykule. 9F. Kopkowicz, Ciesielstwo polskie, Warszawa 1958, s. 160. 10 F. Kopkowicz, op. cit., s. 189.
ską. Porzucono tradycyjny materiał budowlany — drewno, na rzecz łat- wiej dostępnej na tym terenie cegły. Dopiero gdy ustabilizowała się sytuacja górali w’ Kupiatyczach, w okresie 1950—57 osadnicy zaczęli budować chaty, które w wielu szcze- gółach przypominały podhalańskie. Ale i w tych przypadkach uległo zmianie rozplanowanie wnętrz chat. Ilość pomieszczeń podwoiła się. Ścia- ny są wprawdzie zrębowe, gorszy materiał, cienkie płazy wymagają jed- nak dodatkowego oszalowania ścian. Podmurówka została zastąpiona fun- damentem betonowym, który pozwolił na lokowanie piwnicy wewnątrz budynku. Dachy tych domów posiadają wprawdzie konstrukcję krokwio- Ryc. 2. Większość osadników z Podhala posiada do chwili obecnej tradycyjny strój.
wo-jętkową, lecz wzmocnioną konstrukcją stolcową. Wprowadzenie jej było konieczne, ponieważ tradycyjny materiał krycia dachu — dranice, został zastąpiony ciężką dachówką lub eternitem. Dachy są dwuspadowe. Wewnątrz domu ściany i powała są otynko- wane i bielone. Małe okna o konstrukcji słupowej zastąpiono większymi fabrycznymi, o konstrukcji skrzyniowej. Również tafla drzwi jest fa- bryczna. W latach sześćdziesiątych wchodzi w życie administracyjny za- kaz budowy z drewna. Zakaz ten definitywnie zakończył okres budowy domów, których architektura nawiązuje do podhalańskiej. Wypowiedzi szczególnie młodych osadników wykazują, że nawet gdyby istniała mo- żliwość budowy z drewna, decydowaliby się oni jednak na cegłę. Jest ona bowiem ich zdaniem bardziej ekonomicznym i trwałym surowcem. III. OBRZĘDY RODZINNE Zwyczaje narodzinowe. Zwyczaje narodzinowe u górali w Kupiatyczach w okresie międzywo- jennym niewiele różniły się od panujących na Podhalu. Już w okresie ciąży kobieta obwarowana była całym szeregiem nakazów i zakazów, których przestrzeganie miało zapewnić nie tylko szczęśliwy poród, ale i przyszłość dziecka. Ciężarna powinna unikać pewnych prac, niektórych przedmiotów, postępować w określony sposób. Wedle panujących prze- konań łamanie czy rąbanie drewna powodowało podatność dziecka na wszelkie złamania, przekraczanie łańcuchów, sznurów, drutów — uro- dzenie martwego dziecka (uduszenie pępowiną), wpatrywanie w rwący potok — ciężki poród, a w ogień — czerwone plamy na twarzy nowo- rodka. Przestrach kobiety ciężarnej na widok jaszczurki, myszy, szczura mógł być przyczyną ciemnej plamy na ciele dziecka, patrzenie na kale- kie dziecko — narodziny dziecka o podobnym kalectwie, dotykanie zwłok — narodziny martwego dziecka. Należało wreszcie unikać podglądania przez dziurę w płocie, drzwiach itp., aby uchronić dziecko od zeza oraz stanów zdenerwowania, aby dziecko nie było nerwowe i nie jąkało się. Natomiast ciężarna powinna dużo rozmawiać i śpiewać. Istniało bowiem przekonanie, że takie zachowanie matki ułatwi dziecku w przyszłości szybkie nauczenie mówienia. Dziecko takie było również wesołe, towa- rzyskie i zaradne. Po wojnie przestrzeganie tych nakazów i zakazów znacznie osłabło. Większość z nich tłumaczy się bardziej racjonalnie, np. kobieta ciężarna powinna prowadzić spokojny tryb życia, nie przepracowywać się, wów- czas pewniejszy jest szczęśliwy poród. Jednakże część nakazów trwa na- dal, choć w bardzo złagodzonej formie. Kobiety w ciąży miały też swoje przywileje. Nie należało odmawiać im jakiejkolwiek pożyczki. W wypadku odmowy, przedmiot, o który cho- dziło, mógł ulec w najbliższej przyszłości zniszczeniu. Zwyczaj ten stał się wśród osadników prawem. Był on bowiem manifestacją ścisłej więzi grupowej u. 11 „Ciężarnej nie należy niczego pożyczać z chaty, bo myszy wszystko zjedzą, (Pogórze ruskie)”. J. St. Bystroń, Słowiańskie obrzędy rodzinne, Kraków 1916, cz. 1, s. 15.
Po przybyciu górali do Kupiatycz znikła instytucja ,,babki” 12. Wy- nikło to ze specyficznych warunków, w jakich znaleźli się osadnicy w no- wym środowisku. Żadna z kobiet osiedlonych w Kupiatyczach nie po- siadała umiejętności i statusu „babki”. Przy porodzie asystowały więc sąsiadki. Zachował się natomiast zwyczaj pierwszej kąpieli. Do wody, w której kąpano dziecko, wrzucano monetę. Zabieg ten miał zapewnić w przyszłości dziecku bogactwo i szczęście. Wodę po kąpieli wylewano na drogę, dzięki czemu miało mieć ono proste nogi. Po wojnie kobiety rodziły w domach, ale asystowały im zawodowe akuszerki. Zwyczaje związane z pierwszą kąpielą dziecka zanikły około 1955 roku, odkąd po- rody odbywają się w szpitalach. Po rozwiązaniu kobieta nie była izolowana od prac w zagrodzie. Prze- ważnie w dzień po porodzie pracowała już w oborze, gotowała obiad. Tylko w wypadku ciężkiego porodu okres przerwy w podjęciu pracy zwiększał się. Natomiast opuszczanie zagrody było bardzo ostro zabro- nione do czasu wywodu. Matka nie mogła więc uczestniczyć w chrzcie dziecka, który odbywał się przed wywodem 13. Wynikało to z przekona- 12 „Na pierwszy plan wszystkich zwyczajów związanych z przyjściem dziecka na świat, wysuwa się starsza kobieta, powszechną czcią otoczona, babka”. J. St. B y - stroń, op. cit., s. 15. 13 „W kościele rzymskim wywód nie ma obecnie charakteru oczyszczającego, lecz raczej cechę błogosławieństwa... ceremonia nie jest dokładnie przepisana, kościół nie nakłada bynajmniej jakichkolwiek zakazów izolacyjnych, nie uznając nieczystości kobiety w tym okresie. Siady rytualne wskazują, że niegdyś obrzęd ten miał charakter puryfikacyjny, że wprowadzał kobietę do społeczeństwa, oczy- ściwszy ją poprzednio”. J. St. By stroń, op. cit., s. 66.
nia, że w miejsca poza zagrodą, po których chodziła kobieta bez wywo- du, uderzają w czasie burzy pioruny. Po wojnie izolacja od pracy po po- rodzie trwała do czasu wyjścia ze szpitala. Wywód natomiast został włączony przez kościół do obrzędów związanych z chrztem. Fakt ten oraz rosnąca ranga macierzyństwa spowodowały upadek zakazu opusz- czania zagrody. Obecnie matka może prowadzić bardziej towarzyski tryb życia. Za najbardziej niebezpieczny ok^es dla dziecka uważa się dotąd czas od urodzenia do chrztu, kiedy dziecko jest szczególnie podatne na uroki. Wiara w uroki była bardzo mocna przed wojną wśród osadników góral- skich. Każda z kobiet znała zabiegi, które należy wykonać, aby urok usu- nąć. Obecnie pozostało przekonanie, że osoby z tzw. „silnym wzrokiem” mogą rzucić urok. Można go „odczynić” specjalnym zabiegiem. Do miski z wrodą wrzuca się dziew: ęć węgielków z paleniska, odliczając je od dzie- więciu do jednego. Jeśli węgle opadną na dno, świadczy to o zauroczeniu dziecka, Należy wówczas rąbek koszulki dziecka umoczyć trzy razy w wo- dzie, na którą rzucano węgielki i tupiąc nogą o podłogę, trzy razy splu- nąć. Następnie włożyć tę koszulę dziecku. Inny sposób polega na obmy- waniu twarzy dziecka wodą, którą wylewa się potem na podwórze mó- wiąc: „na góry, na lasy”14. Przed urokiem chroń’ dzieci czerwona wstążka. Położnicę odwiedzały dawniej wszystkie góralki z Kupiatycz. Przy- nosiły z sobą zawsze dary. Były to przeważnie artykuły spożywcze: cu- kier, jajka, drób. Zaraz po wojnie w odwiedziny szły wszystkie starsze góralki niosąc ze sobą podobne dary. Zwyczaj ten zanikł, gdy kobiety zaczęły rodzić w szpitala. Przychodzą tylko najbliższe sąsiadki bez żad- nych upominków. Na „kumów” — rodziców chrzestnych — prosił zawsze ojciec dziecka, po uprzednim naradzeniu się z żoną. Przy wyborze zwracano uwagę, czy osoba mająca trzymać dziecko do chrztu jest religijna, nie nadużywa al- koholu, umie współżyć z sąsiadami, nie jest ułomna. Przekonanie, że dzieci dziedziczą cechy charakteru, jak również wygląd zewnętrzny rodziców chrzestnych było bowiem bardzo mocne 15. Nie należało również prosić osób w żałobie, gdyż to mogłoby się odbić na dziecku w postaci smutnego usposobienia, chorobliwości. Podobne cechy u dziecka mogła spowodować odmowa osoby proszonej na „kuma” 16. Chrzestni uważani byli za powinowatych nie tylko dla rodziny dziecka, ale także w stosunku do siebie17. Dlatego nie było możliwe zawarcie przez nich małżeństwa. Stąd płynął jeszcze jeden zakaz nieproszenia na „kumów” narzeczonych. „Kumowie” byli bardzo honorowani przez ro- dziców, jak i przez samo dziecko. Zapraszani byli z okazji różnych uro- 14 Odczynianie uroków za pomocą rozżarzonych węgli rzucanych na wodę, wią- że Biegeleisen z wiarą ludu w ogień nieskazitelnie czysty, posiadający właściwości oczyszczające ludzi od wszelkich „zmaz”. H. Biegeleisen, U kolebki, przed ołtarzefri, nad mogiłą, Lwów 1919, s. 324—326. 15 Pisze o tym również J. Kantor, Czarny Dunajec, „Materiały Antropolo- giczno-Archeologiczne i Etnograficzne”, t. 9/1904, s. 119. 16 Szerzej omawia ten zwyczaj J. St. Bystroń, op. cit., s. 89.. 17 W Polsce południowej uważa się Rumów za krewnych (pokrewieństwo du- chowe). K. Dobrowolski, Tradycyjna rodzina chłopska w południowej Pol- sce na przełomie XIX i XX wieku, „Studia nad życiem społecznym i kulturą”, Kraków 1966, s. 207.
czystości rodzinnych, szczególnie zaś związanych z dzieckiem, które trzy- mali do chrztu. Mieli obowiązek interesować się dalszym losem chrześ- niaków, w stosunku do których mieli niemal takie uprawnienia jak ro- dzice. W wypadku śmierci rodziców przyjmowali dziecko na wychowa- nie. Ryc. 4. Grupa osadników z Podhala w Kupiatyczach. Fot. J. Święch Po wojnie zanikła nazwa „kum”. Obecnie używa się określenia chrze- stni. Na chrzestnych proszą rodzice dziecka. Wybór ich podobnie jak przed wojną jest bardzo staranny. Nadal bowiem panuje przekonanie, że dzieci dziedziczą ich cechy charakteru. Tym między innymi można tłumaczyć fakt proszenia górali na rodziców’ chrzestnych przez osadników z Podha- la, mimo iż antagonizmy grupowe przestały istnieć. Zachował się rów- nież zakaz odmawiania zaprosin na chrzestnych. Przestało natomiast obowiązywać przekonanie, że chrzestni są spo- winowaceni z rodziną dziecka czy też z sobą. Są nadal honorowani przez rodziców dziecka. Zaprasza się ich na uroczystości rodzinne, takie jak: pierwszą komunię, bierzmowanie, wesele, jednakże nie mają już takich praw i możliwości wpływm na chrześniaków7 jak dawmiej. Obecnie wt wy- padku śmierci rodziców utrzymanie i wykształcenie dziecka zapewnia państwo, zaś obowiązki wychowawcze w znacznym stopniu bierze na sie- bie szkoła. Również sami rodzice poświęcają dziecku więcej czasu, po- moc chrzestnych jest zatem zbędna.
IV. OBRZĘDY I ZWYCZAJE WESELNE Za mężczyznę, który mógł podołać trudom płynącym z założenia rodzi- ny, uważany był młodzieniec mający za sobą służbę wojskową. Miał wtedy przeważnie ukończone 24 lata oraz zdobyte pewne doświadczenie życio- we. Dziewczęta natomiast po ukończeniu 17 lat mogły myśleć o zamąż- pójściu. Małżeństwa najczęściej zawierane były przez mężczyzn w wie- ku 25 lat oraz przez kobiety 19-letnie. Oczywiście zdarzały się wypadki szybszego wstąpienia w związek małżeński, szczególnie u kobiet. Młodzi poznawali się przeważnie w trakcie wykonywania prac, ma- jących również charakter towarzysko-rozrywkowy, jakimi były skuba- nie pierza, tarcie lnu. Kobiety zebrane w jednym z domów pracowały do zmroku, wieczorem przychodzili młodzi mężczyźni i rozpoczynała się zabawa. Każdy z młodzieńców miał upatrzoną dziewczynę, do której za- lecał się. Powszechne były małżeństwa, w których mężczyzna był star- szym partnerem, jednakże różnica ta nie przekraczała z reguły 10 lat* 18. Kobieta, która ukończyła 24 lata i nie wyszła za mąż, uważana była za starą pannę. W Kupiatyczach jednak w okresie międzywojennym z powodu trud- ności w doborze partnera kobieta nawet starsza nie traktowana była jak stara panna. Obiektywne przyczyny nie pozwalały im bowiem na zało- żenie rodziny, gdyż wyjście za mąż za niegórala w istniejącej sytuacji było niemożliwe. Obecnie wiek, który uprawnia do zawarcia małżeństwa wynosi dla mężczyzn 21 lat, dla kobiet 18 lat. Młodzi poznają się na zabawach, urządzanych w remizie, w szkole, w pracy poza wsią. Skubanie pierza wprawdzie istnieje, ale zatraciło zupełnie dawne funkcje zabawy. Dziś uczestniczą w nim jedynie starsze osoby. W nowych warunkach, gdy wy- bór partnera nie sprawia kłopotu, w sytuacji, gdy młodzi szybciej usa- modzielniają się, obniżył się wiek, po którego przekroczeniu uważa się dziewczynę za starą pannę. Obecnie wynosi 22 lata. W okresie międzywojennym decydującym czynnikiem przy wyborze partnera na małżonka był majątek. Już przy szukaniu kandydatki na żonę chłopcy zwracali uwagę na to, aby dobrać sobie dziewczynę z ro- dziny o podobnym stanie majątkowym. Niejednokrotnie kandydata na przyszłego męża lub żonę wybierali rodzice 19. Oni mieli decydujący głos, zaś uczucie schodziło na dalsze miejsce. Po wojnie majątek przestał de- cydować o wyborze partnera. Również zdanie i opinia rodziców straciły swoją wagę. Przyczyną tych zmian były nowe warunki powstałe po II wojnie. Możliwość znalezienia innego źródła utrzymania (poza rol- nictwem) pozwoliła młodym na uniezależnienie się od rodziców, a tym samym podejmowanie samodzielnych decyzji między innymi w spra- wach małżeństwa. Konsekwencją tego jest stawianie obecnie na pierwszy plan wzajemnego uczucia, urody, a dopiero na dalszym miejscu bierze się pod uwagę sprawy majątkowe. 18 Podobnie było w Czarnym Dunajcu, pisze o tym J. Kantor, op. cit., s. 120. 18 Podkreśla to również Kantor. Partnera dobierają rodzice, decyduje majątek, miłość przechodzi na dalszy plan. Istniało nawet powiedzenie: „Nawet z lodnej miski nie pojes, kej w niej nic ni mo”, zob. J. Kantor, op. cit., s. 119—120.
Zmiany te odbiły się również na panujących wzorach dobrego męża i żony. Dobry mąż powinien spełniać następujące warunki: kochać żonę, być pracowitym, wesołym, przystojnym, nie pijącym dużo. Idealna żona zaś powinna kochać męża, dbać o dom i dzieci, być pracowitą, ładną i wesołą. Po wojnie osadnicy z Kupiatycz starali się, aby przyszły mał- żonek był góralem. Niektórzy chcąc znaleźć partnera, udawali się na Pod- hale do rodzinnych wiosek. W chwili obecnej jednak młodzi przywiązują mniejszą wagę do tych spraw, zaś cały szereg udanych małżeństw mie- szanych po wojnie przełamał także opory konserwatywnych rodziców. Partnerów na małżonków wybiera się z okolicznych wiosek, jak również z samych Kupiatycz. Mapka nr 1. Położenie wsi, z których wyemigrowali górale do Kupiatycz. Swaty zwane były przez górali „namówinami”, zaś osoby swatające „namównikami”. Mężczyzna, który zdecydował się na małżeństwo z wy- braną kobietą, szukał wśród krewnych „namównika”. Przy wyborze zwra- cał uwagę, aby osoba ta umiała ,,ładnie mówić”. Młody mężczyzna uda- wał się z namównikiem do rodziców dziewczyny, który przedstawiał im, w jakiej sprawie przyszli, opowiadał o zaletach młodego, wspominał o sprawach majątkowych. W wypadku, gdy rodzice nie zgodzili się na mał- żeństwo, nie mówili tego otwarcie. Tłumaczono, że córka jeszcze za mło- da, że może lepiej zaczekać do lata, lub że panna nie ma jeszcze posagu.
Jeśli jednak wyrazili zgodę na ślub, wołali córkę i przedstawiali jej przyszłego męża. Oczywiście młodzi mogli się już znać, mimo to formę tę zachowywano. Następnego dnia do rodziców dziewczyny przychodzili rodzice młodego, namównik i młody, aby ustalić kwestie majątkowe, miejsce przyszłego zamieszkania oraz udziały w pokryciu kosztów wese- la. Po uzgodnieniu tych spraw, przy których nie byli obecni młodzi, od- bywało się poczęstne. Koszty namówin pokrywał pan młody. Po wojnie swaty stały się czysto symbolicznym zwyczajem. Młodzi zawiadamiają obie rodziny, że chcą się pobrać. Następnie rodzice chłop- ca udają się do domu dziewczyny ze starostą (nazwa „namównik” w Ku- piatyczach zanikła), gdzie ustala się sprawy majątkowe, miejsce zamiesz- kania młodych po ślubie, koszty wTesela. Starosta jest więc obecnie świad- kiem, a nie negocjatorem. Starościnę wesela prosi się na tydzień przed ślubem. W Kupiatyczach zostawała nią przeważnie jedna ze starszych góralek, gdyż są to w opinii osadników osoby energiczne, umiejące bawić gości dowcipem, anegdotami. Znają one także przyśpiewki góralskie, Starostą wesela zostawał przeważnie świadek, przy którym ustalane były sprawy majątkowe, lub najstarszy z przybyłych z Podhala gości. Zasadnicze zmiany nastąpiły po wojnie w ubiorze pary młodej. Strój góralski został zastąpiony ubraniem miejskim. Pan młody ubrany jest w ciemny garnitur, białą koszulę, krawat, rękawiczki, czarne buty. Do marynarki przypina białą kokardę z długimi ogonami. Panna młoda w białą suknię, welon, w rękach trzyma bukiet kwiatów. Przyśpiewki śpiewane w drodze do i z kościoła są identyczne jak na Podhalu, bowiem osoby, które zaczynają i organizują zabawę, a więc drużbowie, drużki, starościna i starosta są przeważnie przybyszami z Podhala. Zachował się również zwyczaj budowania „bramy”, którą po wykupieniu mu siał pokonać orszak weselny. W Kupiatyczach zwyczaj ten ograniczył się do budowania jednej, a nie kilku bram jak na Podhalu. Po powrocie z kościoła nowożeńców’ witali przed domem rodzice. Częs- towali oni młodych chlebem i solą. Zwyczaj ten był symbolicznym ży- czeniem, aby młodym w przyszłości nigdy nie zabrakło chleba. Następ- nie wprowadzano nowożeńców do izb. Przechodzącej przez sień pannie młodej podkładano pod nogi miotłę. Powinna ją podnieść i postawić w ką- cie lub kopnąć na bok. Takie postąpienie prorokowało jej łatwość w pro- wadzeniu gospodarstwa domowego. Zwyczaje te zachowały się, obecnie jednak stanowią jedynie formę zabawy. Przy stole parę młodą sadzano na głównym miejscu. Obok zasiadali rodzice, chrzestni młodych, dalej rodzina, starszyzna, w końcu młodzież. Starościna, starosta, drużki i drużbowie nie mieli stałych miejsc, ich za- daniem bowiem było bawienie gości. Na początku uczty pannie młodej podawano mleko z ostatniego udoju. Zabieg ten miał zapewnić jej w przy- szłości wystarczającą ilość pokarmu dla narodzonego dziecka. Po wypi- ciu mleka mąż starał się stopami zsunąć jej z nóg kierpce. Jeśli nie sprawiło mu to trudności, wróżyło młodej łatwy poród. Oba te zwyczaje po wojnie zanikły. Po pierwszych toastach drużki i drużbowie rozpoczynali przyśpiewki. Pod wieczór odbywały się oczepiny. Polegają one na wykupieniu panny młodej od starosty, a nie jak na Podhalu od drużbów. Przyśpiewki oraz sposób zachowania się panny młodej pozostał taki sam. Po wykupieniu
panny młodej starościna zdejmuje jej z głowy welon i zakłada chustkę. Następnie młoda tańczy z drużbami i gośćmi, zaś starościna zbiera od gości weselnych pieniądze dla nowożeńców. Zabieranie kapelusza panu młodemu przez drużki i zabawa związana z jego wykupieniem zmieniła w Kupiatyczach formę. Ponieważ pan młody nie posiada obecnie kape- lusza, drużki zrywają mu kokardę przypiętą do marynarki i żądają jej wykupienia. V. ZWYCZAJE I OBRZĘDY POGRZEBOWE Śmierć jest zjawiskiem, wobec którego człowiek czuje się bezradny. Nic zatem dziwnego, ze wierzenia z nią związane są bardzo rozbudo- wane i mocno zakorzenione w podświadomości człowieka. Wśród osad- ników podhalańskich w Kupiatyczach panowało przekonanie, że szcze- gólne zachowanie zwierząt zapowiada śmierć. Wyjący bez powodu pies sygnalizował śmierć mieszkańca zagrody lub sąsiada. Pies ich zdaniem
wyczuwa zbliżającą się śmierć, boi się jej i przestraszony wyje 20. Również kret ryjący koło chałupy lub nocami pohukująca sowa wróży śmierć jednego z domowników. Zatrzymanie się bez przyczyny zegara, rozpad- nięcie glinianego naczynia lub spadający ze ściany bez widocznych po- wodów obraz czy też krzyż zapowiadał pogrzeb w rodzinie, podobnie jak sen o wyrywaniu zębów 21. Ciekawych wróżb dokonywano w czasie wigilii Bożego Narodzenia. Zanim zasiadnięto do stołu, gaździna kładła na stole łyżki nie odliczając ich. Następnie każdy z domowników brał jedną, jeśli łyżek brakowało, oznaczało to śmierć kogoś z domowników w nadchodzącym roku. Wie- rzenia te i wróżby przetrwały do obecnej chwili bez zmian. Znane i prak- tykowane dotąd są czynności zapobiegające ciężkiemu skonowi. Konają- cemu należy włożyć do ręki gromnicę i modlić się. Podczas skonu nikt z obecnych nie powinien płakać i krzyczeć. Przeszkadza to umierające- mu w zakończeniu życia, ,,bo widział, że go bardzo żałują i ciężko mu było odejść”. Zatrzymanie zegara miało skrócić czas męki umierającego, „bo zobaczył, że skończył się jego czas” 22. Po zgonie zasłania się obru- sem lustro w pomieszczeniu, gdzie leży zmarły, „aby trup nie odbijał się w lustrze”. Przed wojną zmarłych mężczyzn i kobiety chowano w ubiorach tra- dycyjnych. Dzieci zaś w białych długich koszulkach, główkę przystraja- no wiankiem z kwiatów. Obecnie zmarłych mężczyzn ubiera się w czar- ny garnitur, białą koszulę, krawat oraz czarne półbuty. Kobiety ubrane są w ciemne suknie, pończochy i buty. Na głowie mają czarne chustki. Dzieci chowa się w jasnych ubrankach kupionych w sklepach. Przed, jak i po wojnie nie wyposażano zwykle zmarłego w żadne przedmioty poza książeczką do modlitwy i różańcem. Czasami na życze- nie wyrażone przed śmiercią wkładano do trumny ulubiony przedmiot. Prośbę taką rygorystycznie przestrzegano. Istniało bowiem przekonanie, że gdy nie spełni się prośby zmarłego, będzie on straszył domowników. Czuwanie przy zwłokach nie było znane przed wojną góralskim osad- nikom w Kupiatyczach. Obecnie zwyczaj ten jest praktykowany. Górale przejęli go od ludności polskiej osiadłej w Kupiatyczach po wojnie. Na- tomiast znany był i trwa nadal zwyczaj zawiadamiania bydła o śmierci gospodarzy. Niespełnienie tej czynności mogło być przyczyną padnięcia krów, koni i trzody. Trumna ze zwłokami ustawiana była w izbie na stołkach tak, aby zmarły zwrócony był nogami w kierunku drzwi. Argumentacja takiego ustawienia zwłok była następująca: „tak za życia chodził, tak niech po śmierci leży”. W kościele zmarły leżał nogami do ołtarza, „aby widział ołtarz”. Po wyniesieniu trumny z izby, stołki, na których stała, odwra- cano do góry nogami. Izbę, w której leżał zmarły, sprząta się i wietrzy po powrocie z pogrzebu. Wynosząc trumnę ze zwłokami, uderzało się nią trzy razy o każdy próg drzwi, przez które przechodzono. Jest to symboliczne pożegnanie 20 Pisze o tym więcej H. Biegeleisen, op. cit., s. 257., podobnie też J. St. B y s t r o ń, Etnografia Polski, Poznań 1947, s. 137. 21 Wspomina o tym J. St. Bystro ń, Etnografia, op. cit., s. 136. 22 Również i ten zwyczaj opisuje J. Kantor, op. cit., s. 141.
zmarłego z domem, w którym żył przez wiele lat23. Na cmentarz trumnę przewożono wozem, w zimie saniami. Wozu i sań na tę okazję specjal- nie nie przystrajano. Zaprzęgano tylko jednego konia; mogła to być klacz, ale zważano, by nie była źrebna, gdyż groziło jej wydanie martwego płodu24. Przed bramą cmentarza trumnę biorą na ramiona sąsiedzi-gó- rale, z którymi umawiano się przed pogrzebem. Zwyczaj niesienia ojca lub matki przez synów zanikł w Kupiatyczach. Przyczyną tego były złoś- liwe uwagi ludności miejscowej: „tak jakby byli zadowoleni, że wreszcie umarli rodzice i trzeba ich szybko pochować”. Msza żałobna odbywała się po pogrzebie lub w pierwszą niedzielę po nim. W Kupiatyczach zachował się zwyczaj stypy — „pogrzebowin”. Uczest- niczą w niej oprócz najbliższej rodziny sąsiedzi, przybysze z Podhala oraz inni dobrzy znajomi zmarłego spoza wioski. VI. ZAKOŃCZENIE Śledząc przeobrażenia wybranych aspektów kultury ludności góral- skiej osiadłej w Kupiatyczach, dostrzec można różnicę pomiędzy czyn- nikami, które ukształtowały ich obraz przed wojną a czynnikami, które były przyczyną zmian kulturowych po wojnie. W okresie międzywojen- nym nieliczne zmiany były głównie wynikiem specyficznych warun- ków, w jakich znaleźli się osadnicy podhalańscy w Kupiatyczach. Niechętne przyjęcie ich przez ludność miejscową nie stwarzało pod- łoża do kontaktów i współpracy dwóch grup, a z tym związanej dyfuzji elementów kulturowych. Na taki stan rzeczy wpłynęła również duża odmienność kultury oraz wyznania. Górale, którzy stanowili mniejszość w Kupiatyczach, odizolowali się zupełnie od ludności miejscowej, tworząc bardzo zwartą i dobrze zorga- nizowaną grupę społeczną, zaś cały bagaż kulturowy, jaki z sobą przy- nieśli, wystarczał im do zaspokojenia wszystkich potrzeb. Stała łączność z Podhalem pomagała im trwać w nowym środowisku, przy prawie nie- naruszonym trzonie kultury, w której wychowali się i którą znali od pierwszych lat życia W okresie międzywojennym na skutek działania wspomnianych czyn- ników, w budownictwie obserwuje się tylko jedną zmianę: a) płaski teren, na którym górale w Kupiatyczach stawiali swoje do- my, wpłynął na wysokość podmurówki, która była niska i spełniała prze- de wszystkim rolę izolatora belek ścian od ziemi. W obrzędach rodzinnych zmian w tym okresie było również niewiele: a) odizolowanie osadników od rodzinnej społeczności wioskowej, w której znana była instytucja tzw. „babki” przyjmującej dzieci przy po- 23 Inaczej ten zwyczaj tłumaczyła ludność z Czarnego Dunajca. Trzy razy uderzało się trumną o próg po to, aby zmarły nie przychodził straszyć domowni- ków., zob. J. Kantor, op. cit., s. 142. Podobnie ten zwyczaj interpretuje W. B o - gatyński, Nowotarszczyzna, „Lud”, t. 18/1922, s. 76. Natomiast Bystroń pisze: „Obrzędem wyłączającym jest więc obnoszenie zwłok po chacie i uderzanie trum- ną o próg... praktyki te, które dziś najczęściej tłumaczone są jako pożegnanie nieboszczyka z chatą czy wsią, są zasadniczo obrzędowym wyłączeniem go ze spo- łeczności”. Zob. J. St. Bystroń, Etnografia, op. cit., s. 165. 24 Pisze o tym J. St. Bystro ń, tamże, s. 165.
rodzie oraz odczyniającej uroki, powoduje, iż funkcję tę przejęły wszyst- kie dorosłe kobiety góralskie w Kupiatyczach; b) mała liczebność osadników była przyczyną trudności w doborze partnerów na małżonków. Sytuacja ta wpływa na zmianę pozycji spo- łecznej starej panny, gdyż zrozumiałe stają się obiektywne trudności przy kojarzeniu się małżeństw; c) niechęć miejscowej ludności do osadników sprawiła, że pomoc wza- jemna szczególnie zaś kobiecie ciężarnej urosła do rangi ostro przestrze- ganego prawa. . W czasie wojny osadnicy góralscy z Kupiatycz przebywają na tere- nie Związku Radzieckiego. Pobyt ten stał się czynnikiem kształtującym świadomość narodową szczególnie u mężczyzn, z których wielu walczyło jako żołnierze Armii Andersa i I Armii WP. Wojna bardzo wyraźnie odbiła się na stanie budownictwa osadników. Uległo ono bowiem prawie zupełnemu zniszczeniu. Powracający do Kupiatycz osadnicy musieli sta- wiać nowe domy. Wyjątkowo ciężka sytuacja ekonomiczna w tym okresie powodowała, że wybudowane pośpiesznie domy z najłatwiej dostępnego materiału, jakim była cegła, w niczym nie przypominały dawnej archi- tektury góralskiej. Po wojnie większość czynników powodujących zmiany w rozpatry- wanych aspektach kultury wynikała ze zmieniających się warunków ży- cia na wsi w Polsce. Ogólny postęp, opieka społeczna, powszechne wy- kształcenie podstawowe, oddziaływanie środków masowego przekazu, sta- ły kontakt z miastem sprawiły, iż wsi zostało zaoferowane więcej niż kiedykolwiek nowych wzorów, których przyjęcie ułatwiała coraz lepsza jej sytuacja ekonomiczna. Przed nowymi prądami nie ustrzegło się budownictwo osadników, jak i obrzędy rodzinne. W budownictwie notuje się dla tego okresu: a) wprowadzenie nowych materiałów — cegły, co stało się powodem zarzucenia tradycyjnego budulca, jakim było drewno. Krycie dachu da- chówką lub eternitem eliminuje dranice. Ponieważ jednak dachówka i eternit są cięższymi materiałami, zaszła konieczność wzmocnienia kon- strukcji dachu przez wprowadzenie konstrukcji stolcowej. Z kolei silna konstrukcja dachu i odporny na wilgoć materiał nie wymagały tak ost- rych kątów między połaciami dachu. Dach więc nie jest już tak strze- listy, a tym samym i bryła całego domu straciła swoją wysmukłość; b) wzrost zamożności rodzin góralskich, dążność do powiększenia przestrzeni mieszkalnej spowodowały zmiany w rozplanowaniu i liczbie wnętrz, oraz funkcji poszczególnych pomieszczeń; c) naśladownictwo wzorów miejskich, nowe potrzeby estetyczne wy- wołały zmiany w wielkości i kształcie ram okna, wprowadzenie tynko- wania ścian i powały, szalowanie zewnętrznych ścian budynku. W obrzędach rodzinnych zaś: a) poprawa warunków bytowania, opieka społeczna, porody przy u- dziale zawodowej akuszerki, a potem w szpitalu, były przyczyną zaniku zwyczajów związanych z pierwszą kąpielą dziecka, odwiedzaniem poło- żnicy oraz wydłużenie okresu izolacji kobiet po porodzie od pracy w gos- podarstwie. Uświadomienie młodych matek co do sposobu i konieczności racjonalnej pielęgnacji dziecka w pierwszych tygodniach po porodzie po- woduje zanik wierzenia o porywaniu i odmienianiu dziecka przez boginki;
b) przejęcie funkcji wychowawczych nad dzieckiem przez przedszko- la i szkoły przyczynia się do utraty uprawnień wychowawczych rodziców chrzestnych; c) możliwość uzyskania źródła utrzymania poza rolnictwem jest po- wodem uniezależnier la się młodych od rodziców. Pozwoliło im to po- dejmować samodzielną decyzję co do wyboru partnera. Jednocześnie zaś było przyczyną zmiany przebiegu swatów, w czasie których obecnie roz- strzyga się wyłącznie sprawy majątkowe; decyzja małżeństwa bowiem jest podejmowana wcześniej przez młodych. Z szybszym usamodzielnie- niem młodzieży wiąże się również młodszy wiek małżonków; d) zmiana w sposobie bycia młodzieży w konsekwencji pociąga za sobą inny rodzaj kontaktów towarzyskich, a także nowy model dobrego męża i żony; e) częste kontakty z miastem, a tym samym zetknięcie z miejskimi wzorami wywołuje zmiany w ubiorze młodych par, podobnie jak w ubio- rze, w którym chowa się zmarłe osoby. Rodzice chrzestni nie są już uważani za powinowatych, mogą zatem bez przeszkód zawrzeć związek małżeński. Wiele przeobrażeń zarówno w budownictwie, jak i w obrzędach ro- dzinnych miało miejsce na skutek pewnych zarządzeń administracji pań- stwowej i kościelnej. I tak w budownictwie: a) zakaz budowy domów mieszkalnych z drewna definitywnie koń- czy stosowanie tradycyjnego materiału do budowy domu. Narzucenie przez administrację standardowych planów budowy domu ujednoliciło w znacznym stopniu budownictwo na wsi. W obrzędach rodzinnych: a) włączenie wywodu do chrztu pozwoliło matce na uczestniczenie w tej uroczystości. Oboje rodzice zapraszają gości na chrzciny, dawniej czynił to tylko ojciec dziecka; b) podniesienie rangi macierzyństwa przyczynia się do zaniku izolacji kobiety po porodzie i przesądów z tym okresem związanych. Po wojnie w wyniku oddziaływania grupy ludności polskiej osiadłej w Kupiatyczach w obrzędach rodzinnych osadn.kow pojawiły się nowe nieznane przed wojną zwyczaje, a) zmarłego górala niosą na cmentarz sąsiedzi, a nie synow_2 lub krewni, jak było to praktykowane na Podha- lu. Nowy jest także zwyczaj czuwania przy zmarłym. Po wojnie nastąpiły zasadnicze zmiany w składzie etnicznym wsi. W miejsce rodzin ukraińskich przybyła do Kupiatycz ludność polska, któ- ra przedtem zamieszkiwała tereny na wschód od Bugu i Sanu. Powraca- jący górale spotkali się z bardzo przychylnym przyjęciem tej ludności. Ciężka sytuacja ekonomiczna, wspólna dla wszystkich grup, prowadziła do nawiązania kontaktów gospodarczych. Sprawy rodzinne na początku górale starali się jeszcze załatwić w obrębie własnych grup. Znalazło to swój wyraz w specyficznych formach doboru kandydatów na małżon- ków, szukanie ich na Podhalu. Jednakże w miarę upływu czasu przeła- mano i te bariery i zaczęły pojawiać się małżeństwa mieszane. Wspólne zaś uroczystości weselne, urodzinowe, pogrzebowe były platformą, na której dochodziło do konfrontacji zwyczajów obu grup. Bardziej atrak- cyjne formy zwyciężały i zostawały przyjmowane przez jedną lub dru- 21 — Rocznik Przemyski t. 22/23
gą grupę. Antagonizmy przestały istnieć, nic zatem dziwnego, że wobec braku zagrożenia grupa górslska stała się mniej izwarta, zatem podatnie j- sza na wpływy. Warto również wspomnieć, że niektóre elementy w kulturze góral- skich osadników, które zmieniły się w warunkach, w jakich znaleźli się oni przed wojną po przyjeździe do Kupiatycz, obecnie ponownie odży- wają. Do takich zaliczyć można pojawienie się na powrót pejoratywne- go określenia „stara panna”. Zakres zmian w kulturze górali jest zatem w porównaniu z okresem międzywojennym bardzo znaczny, pomimo stałych, bardzo żywych obu- stronnych kontaktów z rodzinnymi wioskami na Podhalu. Szczególnie mocne przeobrażenia przeszło budownictwo. Przełomowymi momentami były wojna, a następnie zakaz budowy drewnianych budynków. Trzeba jednak zaznaczyć, że niektóre z nich zgodne są z ewolucją, jaką przeszło budownictwo na terenie Podhala. W pięciu bowiem przypadkach domy budowali rzemieślnicy sprowadzeni z Podhala, a mimo to różniły się one znacznie od przedwojennych. W budownictwie w Kupiatyczach zachowały się resztki zdobień — motyw słoneczka oraz pewne zwyczaje związane z budową domu. W ob- rzędach rodzinnych zmiany zachodziły znacznie wolniej. Po wojnie gwał- townie zaczęły zmieniać się jedynie materialne ramy tych zwyczajów, jak np. odzież weselna i pogrzebowa. Są jednak elementy, które trwają do obecnej chwili w prawie nie zmienionej formie. Są to zakazy i nakazy obowiązujące kobietę w okresie ciąży, wiara w uroki i sposoby odczy- niania, wybór chrzestnych i wierzenia z tym związane, powitanie mło- dych w domu weselnym, zapowiedzi śmierci, środki zapobiegające cięż- kiemu konaniu, pogrzebowiny. Niektóre z wymienionych zwyczajów trwają dlatego, że związane są z momentami życia ludzkiego, wobec których człowiek czuje się onie- śmielony, a nawet bezsilny. Przestrzeganie ich daje mu poczucie pew- nego zabezpieczenia. Do takich zaliczyć można zwyczaje urodzinowe i pogrzebowe. Natomiast kultywowanie wielu zwyczajów weselnych wiąże się z przekonaniem osadników o ich atrakcyjności. Świadomość tę ponad- i' utwierdzają częste emisje wspomnianych zwyczajów w radiu i w te- lewizji. Niepoślednią rolę w ich zachowaniu odgrywa uczestnictwo w tych uroczystościach osób z Podhala. Inne zwyczaje zmieniły swój charakter i są teraz formą zabawy. Obecnie Kupiatycze są wsią znacznie zintegrowaną. Proces ten bę- dzie prawdopodobnie postępował w dalszym ciągu, gdyż integracja ta nie jest tylko wynikiem asymilacji dwóch kultur odrębnych grup etnicz- nych, ale zasadniczym czynnikiem sprawczym jest przyjmowanie no- wych wzorów płynących spoza wsi. Pewne jest jednak, że świadomość odrębności grupowej trwać będzie jeszcze długo. Formą manifestacji tego jest założony w 1973 roku zespół, który kultywuje tradycyjny folklor góralski.
Część piąta Kazimierz Karczmarz RYS HISTORYCZNY BADAŃ BOTANICZNYCH W OKRESIE DZIAŁALNOŚCI INSTYTUTU PUŁAWSKIEGO DO ROKU 1914 I. WSTĘP Mogłoby się wydawać, że bliskie sąsiedztwo Puław i pobliskiego Ka- zimierza z miejscem urodzin Marcina z Urzędowa (?—1573), a więc z Urzędowem nad Wisłą, powinno wpłynąć na zainteresowanie się bada- niami botanicznymi tej części kraju. Marcin z Urzędowa, uczeń Akade- mii Krakowskiej i autor Herbarza Polskiego, wydanego w Krakowie w 1595 r., działał w zbyt odległych czasach i na ziemi krakowskiej. Historia zaś obeszła się i tym razem ze znakomitym miejscem kultury polskiej raczej obco. Należało bowiem czekać jeszcze dwa wieki, a więc do czasów Kluka, a może nawet trzy wieki, by powstał Uniwersytet Warszawski i Instytut Puławski. Sam okres badań botanicznych zwią- zany jak najbardziej z ośrodkiem kulturowym w Puławach i z bada- niami interesujących nadwiślańskich obszarów Lubelszczyzny i Kielec- czyzny wiąże się z bogatą historią botaniki polskiej, a więc z autoryta- tywnymi nazwiskami ks. Krzysztofa Kluka, Adalberta Wojciecha Ja- strzębowskiego i Jakuba Wagi. W drugiej kolejności wymienić dopiero wypada działalność botani- ków z kręgu naukowego ośrodka warszawskiego z równoczesnym bar- dzo aktywnym uczestniczeniem w badaniach botaników polskich i ro- syjskich z Instytutu Puławskiego. Ten ostatni okres był ze względu na planową działalność naukową ważny tak dla zbadania flory środkowej Polski, jak i praktycznej problematyki rolniczo-leśnej u nas i w ówcze- snej Rosji. Zwłaszcza od tego momentu rozpoczyna się usilna praca nad założeniem zielnika, wydawnictwa drukującego prace, zorganizowaniem badań terenowych, a później też i koła naukowego przyrodników. Wychodząc z podanych przesłanek historycznych oraz faktu znacze- nia badań ośrodka puławskiego dla poznania flory środkowej Polski, jak też braku opracowania danych o pracy wielu uczonych pracujących w Puławach, podjęto się opracowania zarysu historycznego na podstawie zachowanych źródeł i dokumentów. Były też ku temu sprzyjające oko- liczności dla autora, jak długa osobista znajomość z niedawno zmarłym profesorem Vsievołodem Saviczem z Instytutu Botanicznego im. V. L. Ko-
marova Akademii Nauk w Leningradzie, bliskim przyjacielem Elenki- na i Ganieszina, którzy odegrali wybitną rolę w organizacji badań bota- nicznych. Nader owocne były też kontakty z lat sześćdziesiątych z Zi- naidą Vasilievną Naumovą, z domu Jezierską, kustoszem Biblioteki Instytutu Botaniki (BIN) w Leningradzie. Cennymi informacjami służyli mi moi przyjaciele, najwybitniejsi współcześni najstarsi historycy radzieccy: prof. Siergiej Julievicz Lipszic (Instytut Botaniki w Leningradzie), prof. Andrej Ivanovicz Barbaricz, prof. Michaił Ivanovicz Kotov, a także dzięki swej wielkiej uprzejmości dr biol. nauk Łarisa Jakovlevna Partyka (Instytut Botaniki Akademii Nauk USRR w Kijowie). Głównie dzięki nim przeglądnięto nader obfite publikacje i materiały dotyczące wielu osób pracujących nawet krótko w Puławach, jak też pracujących później czynnie naukowo w instytutach lub stacjach nauko- wych w Leningradzie, Moskwie lub Charkowie. Zwłaszcza że po prze- niesieniu instytutu z Puław do Charkowa przeniosła się tam też więk- szość pracowników naukowych. Po pierwszej wojnie światowej z daw- nych pracowników instytutu puławskiego najowocniej pracowali jeszcze naukowo między innymi Ganieszin, Cinger, Arnoldi, Orłov, Krisztafo- vicz. Nader głęboką wdzięczność winienem wyznać wspaniałemu człowie- kowi, wybitnemu uczonemu i jedynemu znawcy dziejów instytutu pu- ławskiego, którego jest profesorem, a więc Michałowi Strzemskiemu. Mojemu Towarzystwu Przyjaciół Nauk w Przemyślu wdzięczny jestem za umożliwienie mi druku tego studium historycznego. II. TRADYCJE HISTORII BADAŃ Pierwsze rośliny z okolic Puław zebrane i odnotowane w pracy dru- kowanej zawdzięczamy ks. Krzysztofowi Klukowi (1739—1796), znako- mitemu badaczowi flory polskiej, autorowi wielu wspaniałych dzieł, z których dla botaniki najcenniejszą wartość ma trzytomowy Dykcyonarz Roślinny 1 oparty na systemie Karola Linneusza. Kluk podaje z okolic Puław i Kazimierza stanowisko bzu o polskiej nazwie botanicznej bez hebd (Sambucus ebulus) 2, jak też błędnie wymienia nazwę wiciokrzewu przewiercień — Lonicera caprifolium z wzgórz pod Kazimierzem jako L. periclimenum. Obydwa gatunki zostały zebrane przez Kluka podczas jego podróży z Ciechanowca do Sandomierza, która wiodła przez Kock, Puławy i Kazimierz. Zielnik Kluka nie zachował się do naszych czasów, gdyż wraz z księgozbiorem siemiatyckiej biblioteki został wywieziony po pierwszym rozbiorze Polski do Petersburga. Tradycja naukowa nakazywałaby za pierwszą plenerową wycieczkę naukową uznać nie podróż ks. Kluka, lecz bez wątpienia wspólny wyjazd w 1829 r. magistra filozofii, członka Towarzystwa Królewskiego War- szawskiego, profesora Szkoły Rolniczej w Marymoncie Adalberta Woj- ciecha Jastrzębowskiego (1799—1882) i dwóch jego towarzyszy. Byli to: znakomity botanik Jakub Waga (1800—1872), autor dwutomowego dzieła 1 Ks. K. Kluk, Dykcyonarz Roślinny, w którym podług układu Linneusza są opisane rośliny nie tylko kraiowe dzikie, ..., t. I—III, 1786—1788, W Drukarni J. K. Mci y Rzeczypospolitey u XX. Scholarum Piarum. 2 Tamże, t. III, 1788, s. 47.
Flora Polonica Phanerogama swe descriptiones plantarum Phaneroga- micarum (Warszawa 1847—1848) i towarzyszący im raczej profesor Chrapczyński (?—?). Wyjazd odbył się w sierpniu i wrześniu, o czym pisze sam Waga we wstępie do swego dzieła. Zwiedzono wówczas, zwra- cając baczną uwagę na rośliny, okolice Puław, Kazimierza, Michowa, Opola, Bełżyc, a później też między innymi Chełma, Horodła, Tyszowiec, Zamościa, Komarowa i Łopiennika koło Krasnegostawu. Ryc. 1. Strona tytułowa drugiego wydania „Myśli różnych...” ks. Izabeli Czartoryskiej (I. C.) z roku 1807. Na podstawie zebranego zielnika i spostrzeżeń Jastrzębowski sam opu- blikował jeszcze w tym samym roku jedenaście stron wykazu rzadszych roślin. Sam Jastrzębowski będąc później już tylko zainteresowany za- kładaniem arboretum w Broku nad Bugiem, a może i z innych powodów
1 < • “ • ' \ . ’’<4 ~ ..rf' --rfr'’ <«.? *' - I i -Kil 1 .:li ;!• \ 4i®k ;i PoiśklĆ.-1 rtap.-nni- z». - b (hii.WA: : \ w alt?. >ró,'!C£ CZ.u <> > M > W Ud- : .. skw.: । 1 *r Pol- 1 '• ‘ i?lx • sxrzz?. • > ** ś lnu ’ • Poi-ki । — Tainrjj Trwały* ’ . ’• A • t* —- d’źto — ««» -•-* v • • . - 4 I ftetto ; » -ł. , x '4X lii*drf Ityi; • li -»lo detto irf i wt. - * — Cirkrwy Amer.l;. doi w i U - rleiin ' jkuo Z 7, Piitisyfcisil i dr1tk> dAto — fjn iKpeStrt' — Z drobnym : Pehki d«to — łrsuęi.iUrf dstto — — Craęki ' .‘ ckd L<> Ż i&dcriewyta 1> dette 1 ’ i . ' i — źatirtiafis. tlotto (SeUff '• ' J ’ 4 .''.I- . ' liściem 'irfrfd.' x • * — C>n ia<ien.iK -**» 8*1 iiti.> . delto dr; W . ten$ liiffaeriju tt/t~ któaun dctio • 1 r:-.: - * - •ź'..?:?. — /uw — Z«.oh>m kwiatem | frzels« Z Z? 4 i*‘2 i detio 1 disto 1*1 ort! /!>'&** u»m — Ż pacliniącyn* delta lk’tu» : * ; sliwrphd frMićota a \ tern, - A. iii orf.a Krzewiasta Z.»gtlMHC4lła ijbwiśaB irxsd>H .•fttHfpfafa* Pefsic-h [Zs^raniczMy ’ • • : * r Ob'J*rarf \ inteba ZJ —* / Aa?£ — Z poh>ym kwiutcii H ' detto -.y (’ii) » 'j . -v..‘ i//’-?’ f-* •rfrf li Ryc. 2. Jedna ze stron „Katalogu Drzew, Krzewów, Roślin i Kwia- tów” (s. 19). nie zajmował się badaniami florystycznymi3. Zielnik z tej wyprawy, który najprawdopodobniej zaginął, został w roku zebrania złożony w pa- łacu hr. Stanisława Zamoyskiego w Klemensowie. Mógł zaginąć w za- pomnieniu lub też ulec zniszczeniu podczas przewożenia wraz ze zbio- rami „kawalerskiej” biblioteki ordynata do pałacu Błękitnego w War- szawie. Waga znał zawartość tego zielnika tylko z notatek. Korzystając z czasowo bliskich przedstawianych faktów należy spro- * 4 3J. Rostafiński, Wojciech Jastrzębowski jako botanik. Wszechświat, t. II, 4, 1883, s. 49—51.
stować jeszcze pewną nieścisłość. Otóż Waga wspomina, że w Kazimie- rzu nad Wisłą ma występować jednoliścienna rzadka roślina, Czackia liliastrum, opisana jako rodzaj i gatunek przez naszego botanika An- drzejewskiego (1818, 1822). Andrzejewski roślinę tą nazwał na cześć Ta- deusza Czackiego. Waga pisze, że ma to być Anthericum liliago lub Pha- langium ramosum, przy czym ostatni gatunek jest znany tylko z Tu- ryngii. Natomiast obecnie wiadomo, że na zboczach między Puławami a Kazimierzem spotyka się dosyć często tylko Anthericum ramosum. RM 3AHHTIM CTy/JEKTOBL flpwwMŚHie Kh IX moMy t,3anucoKh“ Hhco th‘ł<ł’uH.(pui. Ihir uh \ ra Ctum i;;n h HA I’ III A B A. ♦ yjHuw; ,V< i.». i , -i . ‘ 1895. • ' Ryc. 3. Wydanie progi amu letnich zajęć studentów Nowoalek- sandrijskiego Instytutu z roku 1895.
W okresie między powstaniem listopadowym i styczniowym ma miej- sce przerwa w badaniach botanicznych. Później, a więc bezpośrednio przed powstaniem instytutu, badania o charakterze terenowym miały wymowę prywatną i były słabo zorganizowane. Dowodzi tego między innymi działalność naukowa późniejszego profesora instytutu Feliksa Berdaua, przebywającego wówczas w Warszawie oraz innego badacza, Jurkiewicza (1873). W okresie powstania instytutu rozpoczyna się po- wolny wzrost zainteresowań badaniami. Okres ten zapoczątkowuje czę- ściowo ośrodek warszawski (Berdau, Elenkin), botanicy skupieni wokół Pamiętnika Fizjograficznego (Filipowicz 1881, Chełchowski 1898), jak też badania Siemienova. Pewne znaczenie dla rozpoczynających się badań miał przyjazd do Warszawy na stanowisko adiunkta w zakładzie botaniki Uniwersytetu Warszawskiego Elenkina, który zajął się wówczas wyłącznie florą roślin zarodnikowych i naczyniowych Ojcowa (lata 1895—1902). Jego obecność wpłynęła ożywczo na rozwój badań nad florą Królestwa Kongresowego. Dosyć śmiała stała się w tych czasach też krytyka naukowa. Po czasach krytyki Błońskiego, odezwał się wówczas drugi głos krytykujący. Była to krytyczna recenzja V. I. Talieva, dotycząca opracowania flory Ojcow- skiej Doliny Elenkina 4. Krytyka Talieva dotyczyła niedoceniania przez Elenkina między innymi innych form wpływu człowieka na roślinność, jak tylko wycinanie lasów. Mimo że są to zjawiska historyczne leżące poza analizowanym ośrodkiem puławskim, to liczni badacze pracujący w Puławach stykali się bezpośrednio z Elenkinem w Warszawie. Wydaje się zupełnie pewne, że prace Siemienova, a właściwie do- piero przyjazd do Puław bardzo utalentowanego pod względem nauko- wym i organizacyjnym S. S. Ganieszina poczęły kształtować problema- tykę botaniczną w instytucie, która rozwijała się krótko, gdyż tylko do wybuchu pierwszej wojny światowej. Jednakże liczne prace tego bada- cza, jak też jego zbiory różnych grup systematycznych roślin (Savicz 1919) były nawet później podstawowym materiałem faktycznym do cen- nych rozpraw. Nie bez znaczenia jest też w tym okresie pojawiająca się seria szczegółowych polskich opracowań naukowo-dydaktycznych Ber- daua i w języku rosyjskim botanika P. F. Majevskiego (1882) oraz J. I. Suroża (1905). III. WKŁAD INSTYTUTU PUŁAWSKIEGO DO ROZWOJU BADAN BOTANICZNYCH W KRÓLESTWIE POLSKIM Dziedzictwo kulturowe O ile 18 wiek był dla Puław epoką najbujniejszego rozkwitu życia gospodarczego, kulturalnego i literackiego, to po klęsce Napoleona, a zwłaszcza po upadku powstania listopadowego w 1831 r. utraciły one dawne znaczenie w kraju. Z najwspanialszych czasów ks. Adama Kazi- mierza Czartoryskiego i ks. Izabeli Czartoryskiej z Flemingów uzyskały 4 A. A. Elenkin, Nieskolko słov v otviet g. Talieuu na jego kritiku Flory Ojcouskoj Doliny. Izv. Imp. Bot. Sada, t. II, vyp. 1, 1902, s. 16—19.
wspaniałe urządzenie i rozbudowę parku w stylu angielskim oraz pier- wowzór nowoczesnej organizacji rolnictwa i ogrodnictwa, opartej na pod- stawach przyrodniczych i rozwoju świadomości ludu. Pierwszą ideę urzą- dzania parków przedstawiła sama ks. Izabela Czartoryska w rozprawie — Myśli różne o sposobie zakładania ogrodów (1807), wzorowanej na poe- macie dydaktycznym poety i tłumacza francuskiego Jacąues Delille’a — Les Jardine (1782). Do tekstu opisowego (ryc. 1) rozprawy był dołączony kilkustronicowy Katalog... (ryc. 2). Ryc. 4. Aleksander Aleksan- drowicz Elenkin (1873—1942). Katalog zawierał wykaz łacińskich nazw roślin, które autorka zaleca do uprawy parkowej. Poemat poety francuskiego, o tak istotnym wpły- wie na rozwój sentymentalizmu, a zwłaszcza na styl (zakładania parków w środowisku wiejskim był tłumaczony już w rok po wydaniu w Paryżu przez przebywającego w tym czasie w Puławach Franciszka Karpiń- skiego i nosił tytuł Ogrody (1783). Druga idea ks. Czartoryskiej, aczkol- wiek nie pozbawiona filantropii, została wyłożona w poemacie Pielgrzym w Dobromilu, czyli nauki wiejskie (1818). Sama autorka nie przypuszczała, że założony przez nią park stanie się w przyszłości miejscem prowadzenia praktycznych zajęć studenckich z dendrologii. Wszystkie te okoliczności literackie wspierające artystycz-
ne upodobania Czartoryskich i tych, którzy wzorowali się na nich w za- kładaniu ogrodnictwa i parków nie pozostały bez wpływu na przyszły rozwój życia naukowego w Puławach i w ich okolicach. IV. TŁO HISTORYCZNE, CZASY ORGANIZACJI INSTYTUTU PUŁAWSKIEGO Założony w Puławach w 1844 r. tzw. Instytut Maryjski5.9 kierujący wychowaniem dziewcząt został w 1862 r. przemianowany na Instytut Politechniczny i Rolniczo-Leśny, kierowany przez wybitnych biologów rosyjskich wykształconych w Petersburgu lub Moskwie. Nie mając praw miejskich, jeszcze do 1906 r. Puławy jako osada miały zmienioną nazwę na mocy ukazu carskiego z 1846 r. na Nową Aleksandrię. Nadana nazwa, tak często powtarzana w korespondencji owych czasów i w nadrukach kart tytułowych czasopism i wydawnictw wydawanych przez Instytut, przetrwała długo. Również jest ona stale powtarzająca się na etykietach zielnikowych roślin oraz w wydawnictwie zielnikowym Schedae ad Her- barium Florae Rossicae (1898—1922), a następnie w nowej serii tej edy- cji Schedae ad Herbarium Florae URSS (1932). Życie naukowe instytutu w latach sześćdziesiątych rozwijało się na- der intensywnie. Wpływały na to bliskie kontakty z ośrodkami nauko- wymi Warszawy, Petersburga, Moskwy i Kijowa. Gdy w 1861 r. za- mknięto słynny w całym Królestwie Instytut Rolniczo-Leśny w Mary- moncie pod Warszawą, zwany Instytutem Agronomicznym, wówczas to za usilnym staraniem margrabiego Wielopolskiego powstał plan założe- nia podobnego ośrodka badań dla usług rolnictwa i leśnictwa. W ten sposób doszło do założenia w Nowej Aleksandni Instytutu Politechnicz- nego i Rolniczo-Leśnego 6>7 *. Instytut Leśny miał 5 oddziałów, wśród nich 2 dwuletnie kursy — rolny i leśny. Większość pierwszych profesorów przeniosła się z Marymontu. Podobnie też biblioteka i gabinety przenie- siono z Marymontu, z warszawskiego byłego Gmnazjum Realnego i z in- nych likwidowanych stołecznych szkół Obok botanicznego gabinetu był też zoologiczny oraz 4 gabinety inne: rolnictwa ogólnego, rolnictwa szczegółowego, leśnictwa, użytkowania lasów, ponadto pracownia leśna i laboratorium leśne. Władze i personel stanowili: 1 dyrektor, 8 profesorów, 10 nauczycieli, 2 laborantów, 2 kie- rujących warsztatami i ogrodnika. W roku otwarcia Instytut miał 343 stu- dentów i I klasę przygotowawczą z 80 uczniami. Wykłady i zajęcia w pracowniach odbywały się tylko kilka miesięcy, dokładnie do stycznia 1863 r., gdyż ukazem carskim zawieszono je. W październiku 1869 r. przemianowano Instytut na Instytut Rolniczo-Leśny i wprowadzono do wykładów język rosyjski. Reforma ta nastąpiła równolegle z reformą szkół w Królestwie Polskim. Już 8 czerwca 1869 r. ponownie zmieniono nazwę Instytutu na Instytut Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa z 2 SF. Erlicki, Rys historyczny instytutów rolniczo-leśnych w Królestwie Pol- skim. Warszawa 1877, s. I—XX+1—335. 6 Kratkie suiedienja o Nouo-Aleksandrijskom Institutie Sielskogo Choziajstua i Lesouodstna. Varszava 1900. 7 Spranocznaja kniżka Inst. Siei. Choz. i Lesovodstva v Novoj Aleksandrii, S-Pieterburg 1908.
Ryc. 5. Jakub Waga (1800—1872) wydziałami: Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa 8,9. Instytut rozporzą- dzał 3 folwarkami, licznymi ogrodami, lasami, bogatą biblioteką i zbio- rami naukowymi. Wyniki badań naukowych publikowano w wydawanych od 1876 do 1917 r. Zapiskach Nowoaleksandrijskiego Instytutu (druk w Warsza- wie, t. 1—16, a t. 17—23 w Petersburgu). W ukazujących się obszernych tomach Zapisków zamieszczano oryginalne prace, sprawozdania i arty- kuły z posiedzeń Koła Miłośników Przyrody, Rolnictwa i Leśnictwa. W następnych latach istnienia Instytut podlegał też zmianom organiza- cyjnym. W latach 1893—1894 liczne reformy przeprowadzał ówczesny dyrek- tor, wybitny gleboznawca Yasilij Vasilievicz Dokuczaiev (1846—1903), 8T. Chwalibóg (red.), Wspomnienia puławskie, Warszawa 1933, s. 1—166. W pewnym stopniu stosunki panujące w ówczesnym instytucie i w Puławach przed- stawia H. Wierciński w swoich Pamiętnikach, Wyd. Lubelskie, Lublin 1973, s. 172—175 (wspomina o majątku w Końskowoli i Pożogu) oraz s. 470—475 (podaje ocenę wartości użytecznych prac prowadzonych w instytucie). 9M. Strzemski, Oddział Leśny Instytutu Gospodarstwa Wiejskiego i Le- śnictwa w Puławach (1869—1914). Sylwan, rok C, nr 6, 1956, s. 35—39. Dużo danych o historii instytutu puławskiego jeszcze od 1816 r., tj. od założenia instytutu w Ma- rymoncie, nowo-aleksandrijskim okresie od 1862 r. i charkowskim od 1914 r. podaje I. D. Fursenko, Charkouskij ordiena Trudouogo Krasnouo znamieni sich in- stitut im. V. V. Dokuczaieua. Oczerk istorii, Kuiev 1968.
powołując w puławskim ośrodku naukowo-dydaktycznym pierwszą w Królestwie i Rosji katedrę gleboznawstwa. Jemu to zawdzięcza się grun- towną reorganizację wykładania i programów. Po jego reformach okres nauki przedłużono do 4 lat, przy czym pierwszy rok miał charakter ogólny, a 3 następne specjalne, tzn. obejmujące specjalizację w wybra- nych kierunkach kształcenia. Za czasów Dokuczaieva Instytut posiadał już 1 dyrektora, 11 profesorów, 11 docentów i 11 asystentów. Po zasto- sowaniu nader cenzuralnej polityki kadrowej już w 1883 r. zmniejszyła się ilość profesorów do 3, asystentów oraz studentów pochodzenia pol- skiego. Po przeprowadzonych reformach Instytut rozpoczął na przełomie ostatnich stuleci intensywne badania naukowe. Po wybuchu pierwszej wojny światowej w 1914 r. instytut puławski był ewakuowany do Charkowa, gdzie stworzono z jego częściowego ma- jątku współczesny wielki Instytut Rolniczy. Wówczas to wywieziono główne archiwum. Natomiast w 1916 r. powołano w Puławach Instytut Naukowy Gospodarstwa Wiejskiego, który był podstawą do utworzenia w 1950 r. obecnie czynnego Instytutu Uprawy, Nawożenia i Gleboznaw- stwa (JUNG). V. NAUKOWE ZAŁOŻENIA PROGRAMOWE NAUCZANIA BOTANIKI Studenci Instytutu byli obowiązani uczęszczać na wykładane przed- mioty rolnicze i leśne oraz botaniczne. W tym na Wydziale Rolnym: 1. botanika opisowa i leśna (wykładowcy: F. Berdau, 1869—1886, V. I. Pałładin, 1886—1889, V. F. Chmielevskij 1889—1902, N. V. Cinger, 1903, S. S. Ganieszin, 1905—1911) 2. fizjologia i patologia roślin (F. Berdau, 1869—1871, 1883—1886, V. I. Pałładin, 1886—1889, V. Skrobiszewskij, 1881—1883, P. F. Majev- skij, 1883, V. F. Chmielevskij, 1890—1894) 3. gleboznawstwo (N. M. Sibircev) 4. ogrodnictwo (V. Skrobiszevskij, 1872—1879, P. F. Majevskij, 1881—1883), sadownictwo (F. Berdau, 1886—1896), owocarstwo i wa- rzywnictwo 10 5. ogólna uprawa roślin (C. Budryn) 6. szczegółowa uprawa roślin. Na Wydziale Leśnym: 1. dendrologia 2. botanika leśna (F. Berdau, 1869—1886, V. I. Pałładin, 1886—1889, potem w Petersburgu, V. F. Chmielevskij, 1889—1902) 3. użytkowanie lasu (N. M. Buryj, 1894—1903, J. I. Suroż, od 1903) 4. urządzanie lasu (A. Hollak, 1869—1876, J. Krasuski, 1875—1882, M. M. Orłov, 1894—1901, A. Marczenko, od 1903) 5. gospodarstwo leśne 6. zarząd lasami. Wykłady programowe z botaniki przystosowane do potrzeb rolnictwa i leśnictwa zgodnie z ustawą z 1869 r.11 prowadzone były na pierwszym i drugim kursie. Na pierwszym kursie, a więc dla początkujących stu- 10 W przypadku gdy brak było specjalistów przedmiot wykładali zastępcy, np. w 1883 r. P. F. Majevskij. 11 F. E r 1 i c k i, ... op. cit., s. 229.
dentów, wykładano w zimowym półroczu: anatomię roślin, organografię (morfologię) i fizjologię roślin, w letnim: systematykę, geografię roślin uprawnych, fitografię (zawierającą systematyczne opisy roślin użytko- wych i szkodliwych w leśnictwie i ogrodnictwie). Na zajęciach drugiego kursu na Wydziale Leśnym w zimowym półroczu wykładana botanika leśna obejmowała morfologię drzew i krzewów leśnych, fizjologię (w ujęciu ekologicznym), zaś w letnim półroczu opisy drzew i krzewów leśnych. W okresie wakacji młodzież obydwm kursów odbywała trzy razy w tygodniu zajęcia terenowe 12. Obejmowały one zaznajamianie się w po- sługiwaniu mikroskopem, wycieczki, na których uczono tzw. „szybkie- go” oznaczania roślin spotykanych oraz powtarzania pytań z zakresu fizjologii i botaniki w ujęciu praktycznym. Jeśli chodzi o wiedzę botaniczną z zakresu systematyki zaznajamiano młodzież z pojęciem jednostek systematycznych, systemem sztucznym Linneusza, naturalnym (przyrodzonym) De Jussieu. Zapoznawano bar- dziej ogólnie z podstawami innych systemów świata roślinnego — De Candolle’a, Endlichera, Ungera, czy mniej popularnego systemu Will- komma. Do zakresu ^przedmiotu fitografii należał przegląd wszystkich głównych grup roślin zarodnikowych od rzędów (dla skrytokwiatowych) i do rodzin kwiatowych (jawnokwiatowych). W roku 1895 wydano pod redakcją profesora C. Budryna nowy pro- jekt programu (ryc. 3) określający charakter letnich zajęć z botaniki na obydwu kursach. Obejmował on sposób zbierania i suszenia roślin (szczegółowe omówienie czynności) oraz określanie. Za tę część progra- mu był odpowiedzialny profesor V. F. Chmielevskij kierujący podówczas Gabinetem Botanicznym. Na bardzo wysoki poziom wiedzy botanicznej ujęty w tym programie zwraca uwagę fakt, że do oznaczania roślin po- lecone były obcojęzyczne flory takich autorów jak: N. N. Kaufman (Flora Moskonskoj Gubierni, 1865, 1866). I. F. Szmalhausen (Flora Ju- gozapadnoj Rossii, 1886), P. F. Majevskij (Flora Średniej Rossii, 1891, Złaki Średniej Rossii, 1891), A. Garcke (Flora non Deutschland, różne wyd.). Dla bardziej obeznanych również W. O. Thome (Flora non Deutsch- land), von D. F. L. Schlechtendal (Flora non Deutschland). Wysoki poziom przedmiotu, jak też i wymagania programowe były wzorowane na nader wysokim poziomie ówczesnej botaniki rosyjskiej głównych uniwersytetów. W pewnym względzie nowatorski był ujęty w programie projekt badań fenologicznych nad ważniejszymi roślinami w gospodarstwie rolnym i leśnym dla studentów obydwu kursów. W pro- jekcie uwzględnione zostały gatunki leśne drzew i krzewów, użyteczne gatunki drzewiaste (ze względu na wartościowe drewno lub sadzenie w parkach), użyteczne z punktu widzenia odżywczego znaczenia dla ho- dowli jedwabników i pszczół w rejonie Puław. W zakresie badań fenologicznych zobowiązywano do obserwacji sied- miu zjawisk, tj. pękania pączków, początku kwitnienia, rozpoczynania dojrzewania nasion, początku ich opadania, rozpoczynania wzrostu na- sion, początku żółknięcia i opadania liści. Dane te należało nanosić na 12 Programma dla letnich zaniatij studientoy Nono-Aleksandrijskogo Inst. Siei. Choz. i Lesouodstna, Varszava 1895, s. 1—115; por. J. Krasuski, A. Krause, Otczot o leśnych ekskursjach so studientami II i III kursa, proizniedionnych v 1877 g. Zapiski Novo-Aleksandr. Inst., t. 2, 1878, s. 1—2.
arkusze podobne do arkuszy meteorologicznych obserwacji. Z miejsca obserwacji powinien być zebrany materiał roślinny badanych drzew i krzewów. Program przewiduje możliwość tzw. grupowego opracowywa- nia zjawisk fenologicznych, osobno wierzb lub tylko specjalnie zaintere- sowanych owocowaniem. Program zawiera wykaz 70 gatunków drzew i krzewów, które ze względu na częste występowanie i znaczenie po- winny zostać objęte obserwacjami. VI. NAUKOWE ZAINTERESOWANIA STUDENTÓW, POCZĄTKI PRACY NAUKOWEJ Z publikowanych zestawień Instytutu, wydawanych tak w Puławach, jak i w Petersburgu wynika, że studentami byli Rosjanie, Polacy z te- renów zachodniej Rosji oraz Królestwa 13,14. W większości byli to syno- wie bogatych ziemian usiłujący zdobyć wykształcenie w celach zawo- dowych lub prowadzenia własnych rodowych majątków ziemskich. Wie- lu z nich miało, trzeba przyznać, duże, wręcz wrodzone zamiłowanie do leśnictwa, rolnictwa czy nawet studiowania przyrody i znaczne poczucie obowiązku pracy zawodowej lub też naukowej na prowincji. Wśród wychowanków Instytutu N. I. Puring, mimo że był leśniczym w Jagodnie, byłej guberni siedleckiej, znajdował czas na pracę botanicz- ną. Jest on autorem obszernej pracy o roślinności dawnego bodzentyń- skiego leśnictwa w Kieleckiem. Wielu z nich jeszcze w okresie studiów zajmowało się botaniką, a zwłaszcza popularnymi wówczas badaniami florystycznymi w terenie. Dowodów w tym zakresie ich pracy mamy wiele. Tak więc student J. F. Faigel wykrył stanowisko rzadkiego ga- tunku wyżlinu z rodziny trędownikowatych (Scrophulariaceae) — An- tirrhinum orontium na zboczach kredowych koło wsi Dobre pod Kazi- mierzem. Zbierał on też rośliny w okolicach Warszawy, o czym wspo- mina Ganieszin, gdyż sprawdzał ich oznaczenia wraz z Cingerem 15. W protokole nr 49 z 1 lutego 1908 r. jest wzmianka, że student V. V. Studencov zbierał rośliny w najbliższych okolicach Puław, a wśród nich takie jak Asplenium uiride (na murach) Astragalus arenarius. Znaczną rolę we zbudzaniu zainteresowań pracami naukowymi wśród młodzieży odegrali wybitni profesorowie, zwłaszcza Berdau i Ganieszin oraz asystenci (Cinger, Nevodovskij), którzy w późniejszych okresach odegrali wybitną rolę w botanice rosyjskiej. Będzie o nich mowa w roz- dziale poświęconym działalności i zasługom botaników w badaniach flory. VII. PRACE KOŁA PRZYRODNIKÓW Koło naukowe przyrodników nazywane w protokołach jako „Krużok” (po rosyjsku oznacza koło, kółko) rozpoczęło działalność w Instytucie w 1903 r., kiedy to Ministerstwo Oświecenia Narodowego zatwierdziło go 13 M. S ołom ienk o, Adresnyj ukazatiel (pitomcev) agronomem i lesovodov Nouo-Aleksandrijskogo Inst. Siei. Choz. i Lesovodstva, izd. 1—3, S-Pieterburg 1903— 1909, s. I—III, 1—68. Spisok Studientov Inst. Siei. Choz. i Lesovodstva v Novoj Aleksandrii, a daże eksternou i lic otkomandironannych Diepartamientom Ziemliedielia na 1913—1914 ucziebnyj god. Novaja Aleksandr!ja 1913, s. 1—167. 15 Notatka bez tytułu w: Trudy Bot. Sada Imp. Juriev. Univ., t. 13, 1012, s. 174.
ustawą z dnia 11 czerwca. Członkowie Koła, które uzyskało nazwę To- warzystwa Miłośników Przyrody, Lasów i Rolnictwa przy Nowoalek- sandrijskim Instytucie byli pracownikami Instytutu. Z nazwy wynika, że Koło miało równocześnie charakter towarzystwa naukowego. Jego człon- kami w pierwszym roku istnienia zostali Cinger i Ganieszin. W następ- nych latach także Suroż (1904) i Ritter (1906). Z nich Ritter był nawet w 1909 r. sekretarzem Towarzystwa. Prace członków Towarzystwa polegały w istocie na referowaniu na posiedzeniach własnych prac lub tematów problemowych żywo dysku- towanych w ówczesnym świecie naukowym. Istotnym momentem prac było publikowanie wyników własnych badań i doniesień (sprawozdań) w protokołach Koła oraz korzystanie z subwencji finansowych przydzie- lanych przez władze Instytutu. Najpierw Koło, a później Towarzystwo finansowało między innymi prace Ganieszina i Nevodovskiego. Zasadni- czo prace naukowe wykonywane w terenie były finansowane indywidu- alnie przez Instytut. Tak więc Ganieszin otrzymał 100 rb na początku lat dziewięćsetnych na wykonanie pracy z zakresu florystyki Flora grabo- vogo lesa bliz dierievni Parchatki (wzmianka w protokole nr 24 z 1906 r.). Należy się raczej domyślać, że wspomniany temat był realizowany przez kilka lat. Podobnie też otrzymał Nevodovskij 100 rb na opracowanie flory grzybów pasożytniczych okolic Puław i czernichowskiej guberni. Wyniki badań drukowano w języku rosyjskim od 1906 r. w Protoko- łach Posiedzeń Koła lub też większe publikacje w Pracach Posiedzeń Koła, a od 1909 r. w Zapiskach Nowoaleksandrijskiego Instytutu Rolnictwa i Leśnictwa. W Protokołach zamieszczane były liczne prace lub też dane o badaniach Ganieszina. W Zapiskach opublikowane zostały obszerne materiały do flory okolic Opola Lubelskiego Sutułova (1912). Dwie czę- ści swych badań nad florą roślin naczyniowych ogłosił Siemienov (1888), podobnie jak swoje badania nad florą Ojcowa Elenkin, w czołowym ów- czesnym czasopiśmie Uniwersytetu Warszawskiego. Przy czym znaczna część prac Ganieszina, jak i Elenkina była publikowana raczej z powodu łatwości druku w czasopismach botanicznych Muzeum, Ogrodu Bota- nicznego w Petersburgu i w Pracach Petersburskiego Tow. Przyrodni- ków. Inni pracownicy Instytutu ogłaszali drukiem swoje prace w Biu- letynie Tow. Carskiego Przyrodników w Moskwie. Zakres odczytów był dosyć wielostronny. Dotyczył prac terenowych, jak i ogólnobiologicznych czy też ewolucyjnych. Jeszcze jako asystent Ganieszin wygłosił odczyt o polimorfizmie naziemnego glonu Schizo- gonium (Prasiola) w zależności od zmian środowiska zewnętrznego. On też referował pracę o badaniach nad Potentilla procumbens i jej mie- szańcach z P. tormentilla stwierdzonych w górzystych terenach leśnictw byłych guberni — kieleckiej i radomskiej 16. Z Protokołu nr 24 za 1906 r. dowiadujemy się, że referował on rów- nież przegląd flory lasu grabowego koło Parchatki (na południe od Pu- ław) 17. Tak samo z Protokołu nr 49 z 1 lutego 1908 r. wiemy, że na po- siedzeniach Koła przedstawiał Ganieszin wyniki swych prac florystycz- nych z okolic Puław, Ojcowa (1907 r.) i Kielc. Jego odczyt o charakterze 19 Obydwie prace zostały opublikowane w Protokołach nr 18 z 28 maja 1905 r. za 1906 r., s. 32—34 i w Bot. Żurnale, t. 3—4, 1909, s. 40—46. 17 Por. Protokoł nr 24, 1906, s. 12—15.
programowym w badaniach geobotanieznych, a zatytułowany „Charakte- rystyczne cechy flory Królestwa Polskiego i zadania przyszłych badań” (w języku rosyjskim) został wygłoszony w Warszawie na posiedzeniu Warszawskiego Towarzystwa Przyrodników. Na posiedzeniach Koła referowano także wyniki badań florystycznych młodszych pracowników i studentów, w tym dane o' interesujących ga- tunkach odkrywanych w rejonie Puław i najwyższych wysokości Gór Świętokrzyskich. Z zakresu ogólnobiologicznej lub fizjologicznej proble- matyki ruchów roślin wygłosił Ritter odczyt pt. „Historia i współczesne rozumienie problemu geotropizmu”. Na posiedzeniach Koła wygłaszał odczyty N. J. Krisztafovicz. Jemu to głównie ośrodek naukowy w Puławach zawdzięczał popularyzowanie wiedzy o zasługach Karola Darwina w zakresie geologa, paleontologii, jak i o poglądach tego przyrodnika na zagadnienie pochodzenia człowieka. VIII. DZIAŁALNOŚĆ I ZASŁUGI NAUKOWE BOTANIKÓW Feliks Walery Berdau (1826—1895) 18. Ur. w Krakowie, gdzie ukończył Gimnazjum Realne Św. Anny. Na Uniwersytecie Jagielloń- skim studiował na Wydziale Filozoficznym w latach 1848/49, 1849/50, 1852/53, 1855/56 (tylko semestr zimowy), uzyskując stopień magistra far- macji. Przez 7 lat, tj. od 1848 do 1856 r. pracował na stanowisku asysten- ta, a później adiunkta u profesora Rafała Czerwiakowskiego w Zakła- dzie Botaniki w Ogrodzie Botanicznym. Zajmował się wówczas głównie florą okolic Krakowa i Karpat. W 1856 r. był nauczycielem w Gimna- zjum Św. Anny. W latach 1858—1859 przebywał w ośrodkach naukowych w Wiedniu, Rzymie i Berlinie. Od 1860 r. uczył w jednym z gimnazjów warszawskich, zaś w 1862 r. przeniósł się do Puław obejmując stanowi- sko adiunkta w utworzonym Instytucie Puławskim. Jego związek z tym miastem nie był stały, gdyż po zamknięciu Instytutu w styczniu 1863 r. powrócił do Krakowa. Po dokonanej reformie, kiedy to w 1869 r. utworzono Instytut Rolni- czo-Leśny wraca on już tym razem na długi pobyt do Puław. Będąc jeszcze w Krakowie opublikował liczne prace botaniczne z obszaru Kar- pat i rozpoczął żmudną pracę nad Florą Tatr, Pienin i Beskidu Zachod- niego, która zaczęła wychodzić w 1867 r., lecz kradzież części rękopisu podczas przejazdu Berdaua z Puław do Warszawy przerwała druk. Wów- 18 Pełne dane biograficzne przedstawione jednakże skrótowo o tym botaniku zawiera opracowanie J. Kołodziejczyka w Polskim Słowniku Biograficznym, Nakład PAU, t. I, zesz. 5, Kraków 1935, s. 445; pierwsze obszerne wspomnienie na- pisał A. Ślósarski we Wszechświecie, t. 24, 1895, s. 769—771; por. też W. T y n c, Historia botaniki i fizjologii roślin w byłym Instytucie Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa w Puławach. Pam. Puławski, zesz. jubileuszowy 1862—1962, 1965, s. 231— 241; W. Wojewoda, Feliks Berdau (1826—1895) jako mikolog, w sto pięćdziesią- tą rocznicę urodzin. Wiad. Bot., t. 20, zesz. 3, 1976, s. 143—145, wraz z portretem, których tylko dwa są znane (w Pam. Puławskim, 1965). W katalogach studenckich nie jest nigdzie podana dokładna data urodzenia. W aktach Archiwum Uniwersy- tetu Jagiellońskiego zachowała się teczka doktorska F. Berdau, w której m. in. znaj- duje się kilka podań, opinii, indeks, korespondencja związana z jego doktoratem oraz dużych rozmiarów kopia dyplomu doktorskiego uzyskanego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dotychczas nie udało się także ustalić dnia i miesiąca śmierci Ber- daua. W drukowanych życiorysach spotyka się często podawane mylne daty jego śmierci.
czas autor był zmuszony odtworzyć tekst na podstawie luźnych notatek i zapamiętanych faktów. Dokonał tego także dzięki pomocy żony i życz- liwego mu dra Franciszka Błońskiego, doskonałego florysty, któremu podobnie jak i dla Berdaua ciężko było z powodu sprzeciwu innych osiągać sukcesy naukowe. Dzięki tym okolicznościom druk tak monu- mentalnego dzieła mógł być ukończony dopiero w 1890 r. Ryc. 6. Feliks Walery Berdau (1826—1895) Niezależnie od ustawicznych i kłopotliwych zmian miejsc pracy, Ber- dau doktoryzował się w Krakowie w 1866 r. na podstawie rozprawy z zakresu geografii, geologii oraz ogólnego charakteru roślinności Kar- pat i Tatr. Jednakże zgodnie z ówczesnymi przepisami, jakie obowiązy- wały w zaborze rosyjskim, musiał wykonać pracę „doktoryzującą” z za- kresu lichenologii, o porostach okolic Warszawy i przedstawić ją na Uniwersytecie w Charkowie. Wynika więc, że jego doktorat musiał być „potwierdzony” przez władze carskie. Nieliczni, którym przyszło pisać o tej postaci, wyrażają się chyba dosadnie, że był to botanik-florysta. Być może, lecz zakres pozostawionego naszej nauce i kulturze jego do- robku stawia go bardzo wysoko. To, że wykształcił on wiele pokoleń specjalistów w zakresie rolnictwa i leśnictwa jest mu zapomniane. Okres puławski był dla Berdaua, po okresie krakowskim, drugim dłu- gim epizodem życia i wytężonej pracy. Pracując w instytucie sprawował obowiązki najpierw adiunkta, później docenta i profesora. Wykładał bo- 22 — Rocznik Przemyski t. 22/23
tanikę leśną i opisową, później sadownictwo i fizjologię roślin, a w 1862 r. także zoologię. Prowadził też ćwiczenia botaniczne w parku i w lesie oraz praktyki z tych przedmiotów. W jego zajęciach dominował praktyczny sposób wykładu, a tylko w nielicznych przypadkach demonstracja (pokaz). W założonym przez sie- bie Gabinecie Botanicznym posiadał 3 481 okazów roślin, w tym okazy zielnikowe krajowych i obcych gatunków, owoce, nasiona oraz grzyby wyższe. Rozpoczął prace nad zakładaniem ogrodu botanicznego przy In- stytucie, którego nawet na terenie tzw. Ogrodu Dolnego pierwotny kształt nie dotrwał do naszych czasów. Ostatnie okazy roślin oraz pier- wotnie założone szklarnie uległy zagładzie prawie całkowicie w 1914 r. Berdau założył w swoim Gabinecie zielnik flory okolic Puław — Plantae Territori' Pulaviensis, który w czasach pobytu Siemienova, a więc w koń- cu lat osiemdziesiątych liczył 220 rzadkich gatunków. Wielu z nich sam Siemienov już nie stwierdził. Zapewne były to nader rzadkie osobliwości florystyczne lub rośliny okresowo pojawiające się, a może zawleczone i tylko przypadkowo zebrane. Podróżując po Wyżynie Lubelskiej Berdau zbierał także rośliny pod Lublinem i Tyszowcami. Jego największy zbiór z Tatr i Karpat znajdo- wał się pierwotnie w Zielniku Komisji Fizjograficznej Akademii Umie- jętności przy ul. Sławkowskiej w Krakowie. Teraz, gdy na początku lat sześćdziesiątych zbiory tego Zielnika porządkowano, kolekcja Berdaua przeszła w posiadanie Zielnika Instytutu Botaniki PAN w Krakowie. Część jego zbiorów, zwłaszcza zawierających grzyby i porosty znajduje się w Zielniku Instytutu Botaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Bogaty materiał zielnikowy, jaki zebrał Berdau w okolicach Puław i Warszawy (Bielany, Wawer, Młociny, Jabłonna, Rembertów), Ojcowa, w Górach Świętokrzyskich, ponadto w byłej guberni radomskiej (Czarnolas) i lu- belskiej (Lublin) został złożony lub dostał się też w innych okoliczno- ściach do Zielnika w Warszawie. Jego zbiory z okolic samych Puław obejmują miejscowości: Włosto- wice, Klementowice, Góra Puławska, Kępa Puławska (Nowoaleksandrij- ska), Kozi Bór, Celejów oraz sam park puławski. Niektóre stanowiska odnoszą się do Kazimierza, Bochotnicy i Dęblina. Łącznie tylko samych grzybów podał on 230 gatunków i 15 odmian. Niewielki zbiór grzybów przede wszystkim z okolic Puław był dosyć wcześnie w posiadaniu Ziel- nika Komisji Fizjograficznej PAU19. W zestawieniu Chełchowskiego znajdują się krytyczne uwagi podkreślające, iż ujęcie taksonomiczne licznych gatunków lub odmian w pracy Berdaua jest błędne. Naturalnie tego rodzaju błędy w pracy mogły powstać tylko z powodu posiadania zbyt skromnej biblioteki mikologicznej, co istotnie miało miejsce w Pu- ławach. Podczas wycieczki botanicznej odbytej wraz ze swymi uczniami już 19 S. Chełchowski, Grzyby podstawkozarodnikowe Królestwa Polskiego (Basidiomycetes Polonici). Pam. Fizjogr., t. 15, 1898, s. 4—285; krytyczne omówienie pracy Berdaua na s. 30; por. także W. Wojewoda, ... op. cit., s. 143—145; por. A. W r ó b 1 e w s ki, Spis grzybów zebranych na Ziemiach Polskich przez Feliksa Berdaua i Aleksandra Zalewskiego oraz wybranych z zielników Komisyi Fizyogra- ficznej Akademii Umiejętności przez Prof. M. Raciborskiego I. Grzyby zbioru dr. F. Berdaua przeważnie z okolic Puław. Spraw. Kom. Fizjogr. PAU, t. 49, 1915, s. 92, 93—97.
ostatni raz w Góry Świętokrzyskie Berdau został dotknięty paraliżem. Na skutek pogarszającego się stanu zdrowia był zmuszony przestać pra- cować w Instytucie w 1886 r. Zmarł w Warszawie. Dziś z perspektywy odległych czasów raczej trudno jest orzec, jak układały się stosunki współpracy Berdaua z jego rosyjskimi współpra- cownikami i przyjaciółmi. Takich faktów nie mogłem odszukać w do- stępnych mi źródłach. Sam Berdau, mimo niepowodzeń, obowiązków pracy dużo publikował i przede wszystkim po polsku. Gdy jeszcze był młodszy, ustawicznie pracował nad swoim największym dziełem Florą Tatr, Pienin i Beskidu Zachodniego, a równocześnie przygotowywał do druku Botanikę leśną dostosowaną ściśle do programu zajęć w Instytu- cie. Przetłumaczył podręcznik botaniki F. Schoedlera, jak też napisał sporą ilość fachowych artykułów z dziedziny rolnictwa w Tygodniku Ilustrowanym. W 1874 r. wydał wraz z licznymi ilustracjami Drzewa i krzewy leśne (łącznie 116 stron). Nader intensywnie pracował nad florą grzybów i porostów. W całości ogłosił on 4 prace mikologiczne (lit. cit.). Przy czym największa praca z tego zakresu botaniki ma charakter klu- cza-przewodnika dla osób zbierających i oznaczających grzyby w celach dydaktyczno-naukowych. Natomiast obszerna, bo 125 stron licząca praca lichenologiczna z 1876 r., drukowana po rosyjsku, zawiera dane o morfo- logii porostów i wykaz gatunków z najbliższych podwarszawskich miej- scowości. Przytoczone publikacje dobitnie świadczą jak odczuwał Berdau pilne potrzeby społeczeństwa w zakresie rozwoju botaniki polskiej i pro- gramowego praktycznego kształcenia. Aleksander A. Siemienov (18?—19?). Biografia tego botanika nie jest znana. Wiadomo tylko, że jest on autorem dwóch przyczynków do flory roślin kwiatowych Puław z 1888 r., drukowanych w Warszawie 20. Należy sądzić, że przebywał raczej krótko w Puławach lub tylko będąc w Warszawie przyjeżdżał do swego krewnego V. M. Siemienova (1861— 1930), pracującego w Instytucie do 1911 r. na stanowisku profesora che- mii nieorganicznej i analitycznej. Siemienov podał 904 gatunki roślin, w tym 22 z grupy widłaków i pa- protników. Obszerny wstęp zawiera ocenę dawniejszych badań i określa granice prowadzonych poszukiwań. Omówione zostały gatunki podane jeszcze przez Kluka, Jastrzębowskiego, Wagę i Rostafińskiego. Osobną wzmiankę poświęca też badaniom Berdaua. Sam autor prowadził bada- nia w latach 1885—1886 i obejmowały one głównie nadwiślański obszar ciągnący się od północy na południe doliny Wisły i tereny przyległe. Wyjątkowo duża liczba odnotowanych gatunków we florze okolic Puław pozwoliła mu na porównanie jej z florami innych regionów Królestwa, których stan ówczesnego zbadania był jeszcze słaby. Z rzadkich roślin wymienia autor Botrichium matricariae, Galanthus nivalis, Iris sibirica, Ornithogallum umbellatum, Scrophularia scopoli, Teesdalia nudicaulis. W części wstępnej znajduje się dokładny opis fizjograficzny terenu i stosunków klimatycznych. Te ostatnie obejmują średnie miesięczne tem- peratur i opadów oraz wilgotności względnej i bezwzględnej za okres prowadzonych badań. Ciekawe jest jego ekologiczne podsumowanie ba- dań. Mianowicie wyciąga on wniosek, że na badanym przez siebie obsza- 20 A. S i e m i e n o v, Varsz. Univ. Izv., Na 5, 1888, s. 1—32, Na 6, s. 33—68 oraz uzupełnienie obydwu części, Ibidem, Na 9, s. 1—12.
rze stwierdza obok wybitnego wpływu podłoża na rozmieszczenie roślin, także wiatrów o kierunkach NW. Praca Siemienova ma obecnie wyjątko- wo duże znaczenie w ocenie zmian składu gatunkowego flory od końca ubiegłego wieku do współczesnych czasów. Siergiej Siergieievicz Ganieszin (1879—1930). Ur. 26 lutego w Moskwie, zmarł tragicznie w górach chibińskich na Półwyspie Kolskim 30 sierpnia. Przyczyną śmierci był paraliż serca, który nastąpił w wa- runkach wyczerpania organizmu podczas mgły i burzy śnieżnej, gdy Ga- Ryc. 7. Siergiej Siergieiewicz Ga- nieszin (1879—1930) nieszin zbłądził21. Jego grób znajduje się na starym cmentarzu w Le- ningradzie, gdzie został pochowany 28 września. Ganieszin ukończył przyrodniczy kierunek studiów na Wydziale Fizyczno-Matematycznym Uniwersytetu Moskiewskiego. Był uczniem I. N. Gorożankina. Zajmował się nader czynnie florystyką, systematyką, geografią roślin oraz florą sy- nantropijną. W węższym zakresie interesowały go także glony i grzyby. W systematycznych badaniach nader trudnych i polimorficznych ro- dzajów (Euphrasia, Hieracium, Melampyrum, Ranunculus, Stellaria) sto- sował metody biometryczne i genetyczne. Jego badania w zakresie geo- grafii roślin obejmowały obszary Rosji od granic Królestwa Polskiego 21 S. J. L i p s z i c, Russkie botaniki, biograf o-bibliograficzeskij slovar, t. 2, izd. Bykov-Gorlenko, Moskva 1947, s. 228—(230, wraz ze skrótowym wykazem waż- niejszych prac; por. także nekrolog w czasopiśmie Priroda nr 10, 1930, s. 1045—1047, w którym zamieszczono portret tego uczonego.
do Wschodniej Syberii i od Chibin do północnego Kazachstanu. Ogółem opublikował 57 prac, w tym podczas stałego pobytu w Puławach (1905— 1911) 11 publikacji. Wyjątkową wartość dla instytutu, jak i dla badań florystycznych cen- tralnych obszarów Polski miała obecność tego wybitnego botanika. W in- stytucie objął on najpierw stanowisko asystenta, a dopiero po kilku la- tach został adiunktem. Wiadomo jednakże, że jeszcze wcześniej, gdyż 11 października 1903 r. zostaje członkiem Towarzystwa Miłośników Przy- rody, Lasów i Rolnictwa. Jako asystent, o czym dowiadujemy się z pro- tokołów Koła, już latem 1905 r. badał lasy koło Parchatki, a latem 1907 r. przedsięwziął terenowe badania w okolicach Puław. W puławskim okre- sie pracy naukowej Ganieszin wykonał obszerną i ważną pracę z zakre- su geobotaniki poświęconą roślinności górzystych obszarów leśnictw by- łej guberni kieleckiej na terenie Gór Świętokrzyskich 22. Z tego obszaru opublikował on w 1909 r. dwie prace. W podstawo- wej i zarazem najobszerniejszej z nich autor opisuje nader szczegółowo tzw. leśne formacje Gór Świętokrzyskich, które ze względu na dorodność drzewostanów, strukturę i pierwotny ich stan zachowania nazywa relik- towymi. Są to lasy jodłowe (puszcza jodłowa) i jodłowo-bukowe. W in- nej pracy z tego samego obszaru 23 używa on określenia „roślinność bo- rowa” z takimi gatunkami jak Corynephorus canescens, Festuca onina, Hieracium pilosella. Na badanym terenie Ganieszin wykrył między in- nymi stanowiska rzadkich roślin: Aspid\um lobatum, Blechnam spicant, Doronicum austriacum, Galium rotunaijolium, Lysimachia nemorum, tri- folium ochroleucum, Vicia cassubica i inne. Poza badaniami flory najbliższych okolic Puław i Kazimierza, skąd pochodzą między innymi jego bogate zbiory jastrzębców (Hieracium) znaj- dujące się obecnie w Głównym Zielniku Instytutu Botaniki im. V. L. Ko- marova Akademii Nauk ZSRR w Leningradzie, Ganieszin zaczął interesować się florą Wyżyny Lubelskiej dosyć późno. Przebywał wie- lokrotnie w dolinie Kurówki, w okolicach Opola Lubelskiego (tu wraz z Sutułovem). W okolicach Włostowic zebrał rzadki gatunek w postaci odmiany — Rosa gallica var. pumila. Na pełne badania nie pozwolił mu zbyt krótki okres pobytu w Pu- ławach uwarunkowany wyjazdem na badania centralnych i syberyjskich obszarów Rosji. W nie mniejszym stopniu przyczyniły się do tego obo- wiązki pracy i zaplanowane już wcześniej badania. Jednakże z wymow- nej w tym względzie notatki 24 dowiadujemy się o przedsięwziętej latem 1911 r. ekskursji botanicznej Ganieszina w okolice Zamościa, Hrubie- szowa i Tomaszowa Lubelskiego, skąd między innymi podany został przez niego nowy dla flory Królestwa Polskiego gatunek — Cystopteris sudetica oraz tak interesujące gatunki, jak Cardamine hirsuta, Carez humilis, Galium rotundifolium, Potentilla procumbens, Veronica mon- tana i inne. Z rejonu Tomaszowa wymienia nową dla tych obszarów ro- ślinę Calamagrostis Langsdorffii Trin., potwierdzoną w oznaczeniu D. Litvinova. 22 S. S. Ganieszin, Botaniko-geograficzeskij oczerk..., op. cit., s. 47—158, 8 fot. i 2 mapy. 23 S. S. Ganieszin, Rastitielnost górnych lesniczestv..., op. cit., s. 1—17. 24 Por. Trudy Bot. Sada Imp. Juriev. Univ., t. 13, 1912, s. 174.
Właściwie do obecnych czasów nie została jeszcze oceniona naukowa wartość pracy Ganieszina o formach gatunków Hieracium25 stwierdzo- nych w centralnej części Królestwa. Autor dokonuje w niej analizy ozna- czonych, jak i nowo opisanych taksonów w randze podgatunków (ssp.) na podstawie okazów zielnikowych zebranych w takich miejscowościach jak Puławy, Dobre, Kazimierz, Parchatka, Włostowice, Górna Niwa koło Włostowic, Skowierzyna, Wrzelów, Kozi Bór i Las Ruda koło Puław, jak też w Siekiernie i najbliższym sąsiedztwie Kielc. Autor zdaje sobie sprawę, że formy rodzaju Hieracium znane były nader słabo do jego czasów na ziemiach polskich. Natomiast jak sam pisze, bogata kolekcja tych roślin została „chętnie” opracowana przez wybitnego specjalistę i twórcę monografii tego rodzaju C. H. Zahna z Karlsruhe. Określił on w zebranym materiale 100 różnej rangi taksonów (z nich 3 zebrane przez Cingera), w tym 15 wydano w wydawnictwie Schedae ad Herbarium Flo- rae Rossicae, a 9 opisał jako nowe podgatunki. Z oznaczeniem kolekcji w kraju była podstawowa trudność wynikająca z istnienia różnych grup gatunków Hieracium 26, a wśród nich podstawowych form (Hauptformen), przejściowych (Zwischenformen) i mieszańców (Bastarden). Wszystkie te kategorie rozpadają się na podgatunki, gatunki złożone i niższe jednostki. Zbierane przez Ganieszina gatunki rosnące razem, w tych samych warunkach glebowych, naświetlenia, mikroreliefu, posiadały w sobie tyle wspólnych cech z gatunkami rosnącymi w sąsiedztwie, co według niego nie może budzić żadnej wątpliwości o ich mieszańcowym pochodzeniu. Niezależnie od tego odznaczają się one zmiennością indywidualną i mu- tacyjną. Powyższe dane nader dobitnie charakteryzują osobisty pogląd Ganieszina na gatunki w systematyce roślin. Pozostaje on jednakże pod wyraźnym wpływem ówczesnych zachodnioeuropejskich poglądów. Wśród 9 nowych podgatunków Hieracium 4 ma oryginalne diagnozy zamieszczone w cytowanej pracy, a 5 w Schedae ad Herbarium Florae Rossicae (1911). Z nich 7 ma typy pochodzące z Lubelszczyzny, a tylko 2 z Kielecczyzny (Siekierno koło Radomia, Kielce; opisy wg okazów ze- branych przez Cingera). Oto ich nazwy i cytaty bibliograficzne: 1. Hieracium schultesii F. Sch. coryphoides Zahn ssp. pseudocoryphoides Zahn ssp. nov., Trav. du Mus. Bot. de l’Acad. Imp. des Sci. de St. Petersb. 12: 15, 1914. 2. H. bauhini Schult. ssp. agathantiforme Zahn ssp. nov., Ibidem, 12: 22—23, 1914. 3. H. leptophyton Nag. et Pet. ssp. pseudauriculeidiforme Zahn ssp. nov., Ibidem, 12: 24, 1914. 4. H. umbelliferum Nag. et Pet. ssp. chlorosciadum Zahn ssp. nov., 12: 26, 1914. 5. H. uulgatum Fr. ssp. subpunctilatiforme Zahn ssp. nov., Schedae ad Herb. FI. Ross. 7: 94, No. 1847, 1908. 25 S. S. Ganieszin, Matieriały k florę Carstea Polskogo (formy roda Hie- racium). Trudy Bot. Muz. Imp. Ak. Nauk, t. 12, 1914, s. 1—39. 28 Ganieszin powołuje się tu na pracę C. v. N a g e 1 i und Peter, Die Hie- racien Mittel-Europas, Monographische Bearbeitung der Piloselloiden mit beson- derer Berucksichtigung der Mitteleuropaischen Sippen, Miinchen 1885, jak też na monografię C. H. Zahna.
6. H. florentinum Ali. ssp. keletzense Zahn ssp. nov., Ibidem, 7: 35, No. 2076, 1911. 7. H. siluaticum L. ssp. radomense Zahn ssp. nov., Ibidem 7: 37, No. 2089, 1911. 8. H. siluaticum L. ssp. herbidium Zahn ssp. nov., Ibidem, 7: 38, No. 2090, 1911. 9. H. bauhini Schult. ssp. auriculoidiforme Zahn ssp. nov., Ibidem 7: 89—90, Na. 2209, 1911. Nikołaj Vasilievicz Cinger (1866—1923). Ur. 18 maja w Charko- wie. Po ukończeniu studiów przyrodniczych na Wydziale Fizyczno-Ma- tematycznym Uniwersytetu Moskiewskiego wybrał jako specjalizację bo- Ryc. 8. Nikołaj Vasilievicz Cin- ger (1866—1923) tanikę. Od 1895 dó 1903 r. pracował w zakładzie botaniki, pełniąc po- czątkowo obowiązki asystenta, a później też „privat-docenta” na Uniwer- sytecie w Kijowie, gdzie został zaproszony przez profesora S. G. Nava- szina. Pracę magisterską obronił z zakresu botaniki w 1898 r., zatem pracę w zakładzie rozpoczął jeszcze jako student. Cinger od najmłod- szych lat zdradzał zamiłowanie do botaniki, a zainteresowanie pracą na-
ukową wzbudził w nim Navaszin, którego był on uczniem i przyjacie- lem. Pod jego wpływami stał się zwolennikiem teorii Darwina 27. Według relacji profesora V. Finna Cinger był wyjątkowo interesują- cym człowiekiem, dobrym pedagogiem, wymagającym względem siebie i innych, jak też dobrym przyjacielem i prawym człowiekiem. Cinger przyjechał do Puław w 1903 r. z Kijowa i rozpoczął wykłady z botaniki na Wydziale Rolnym jako profesor Instytutu. Już po rozpoczęciu pracy w Puławach, bo w 1910 r. rada "Uniwersytetu Kijowskiego nadała mu stopień doktora botaniki. Niedługo przed śmiercią został wybrany na członka zwyczajnego Krajowego Biologicznego Naukowo-Badawczego Instytutu im. K. Timiriazieva w Moskwie W najwcześniejszym okresie pobytu w Puławach Cinger zajmował się roślinnością synantropijną, florystyką roślin kwiatowych, gromadząc ma- teriały zielnikowe z najbliższych okolic. Jako doskonały systematyk zaj- mował się problemem sezonowego polimorfizmu takich rodzajów, jak Camelina, Alectorolophus, Melampyrum, Spergula (Zavadskij 1968). Bar- dzo dobrze opanował zmienność w zakresie podgatunków w grupie Alec- torolophus maior. Zajmował się także zagadnieniem powstawania sezo- nowych ras u Melampyrum nemoreum28, o czym świadczy jego praca ogłoszona drukiem dopiero w 1928 r. Jemu to przysyłali do oznaczania swoje zbiory Ganieszin i Nevodovskij. Na jego cześć Ganieszin nazwał wyróżniony przez siebie nowy podgatunek Melampyrum nemoreum ssp. zingeri, opisany na podstawie okazów zebranych przez A. N. Sutułova w ówczesnej twerskiej guberni. Wyniki badań z zakresu uprawianej problematyki badawczej ogłosił w pięciu publikacjach (1905—1928) w Kijowie, Petersburgu, Tyflisie i Wołogdzie. Ostatma jego wspólna praca cytowana przez Zavadskiego (1968) pochodzi z 1966 r. Okazuje się, że duża wartość jego badań była przyczyną drukowania ich wyników po śm.erci badacza. Za najbardziej cenioną, między innymi przez Timiriazieva uchodzi książkowe wydanie pracy o gatunkach rodzaju Camelina i Spergula i o ich pochodzeniu 29.30, Z puławskiej kolekcji Cingera z lat 1904—1906 na uwagę zasługuje zbiór gatunków i form Camelina (C. dentata, C. satwa var. pilosa, C. sa- twa var. glabrata). Przy czym dwie ostatnie odmiany zebrał N. J. Krisz- tafovicz. Okazy te zostały wydane w Schedae ad Herbarium Florae Ros- sicae, t. VI (1908), jak też były podstawowym materiałem w jego dal- szych badaniach. Duży też jest zbiór gatunków Alectorolophus z wielo- ma podgatunkami wydanymi w tym samym wydawnictwie, t. VIII (1912). 27 Nekrolog prof. V. Finna w Ukr. Bot. 2urn., t. I—II, 1922 (1'924) napisany w lipcu 1923 r.; por. też not. biogr., Boisz. Sow. Encikl., izd. 2, t. 46, Moskva 1957, s. 622 oraz Biogr. Słowar Diejatielej Jestiestvozn. i Tżechniki, t. 2, Moskva 1959, s. 345. 28 N. V. Cinger, Siezonnyie rasy Melampyrum nemoreum L. Trudy Bot. Muz. Ak. Nauk, vyp. XVI, 1933, s. 120—125. 29 N. V. Cinger, Ó zasoriajuszczich posiewy Ina widach Camelina i Spergula i ich proischożdienii. Ibidem, vyp. VI, 1909, s. 1—103. 20 Według oceny, jaką wyraził K. M. Z a v ad z ki j w pracy „Vid i widoobra- zowanie”, Leningrad 1968, s. 86, Cinger w publikacjach z lat 1913 i 1928 kontynuował w Rosji najbardziej wiernie badania i poglądy wiedeńskiego botanika R. Wettsteina w zakresie powstawania i gatunkotwórczego znaczenia sezonowych ras u zmien- nych gatunków. Tam też na s. 381 znajduje się wykaz problemowych prac tego botanika, jak i reprodukowana w niniejszym studium fotografia.
Zbiór ten pochodzi głównie z najbliższych okolic Dęblina (dawna na- zwa Iwanogród), jak i z łąk doliny Wisły, np. Stężyca, ponadto z doliny Wieprza i Kurówki. Liczne gatunki wilczomleczy (Euphorbia) zostały zebrane na Wyżynie Lubelskiej (Parchatka) i pod Puławami. Inne inte- resujące rośliny zbierał Cinger w Górnej Niwie i Lesie Ruda kolo Pu- ław, jak też w Kazimierzu. Zbiory Cingera, podobnie jak i Ganieszina mają ważne znaczenie dla poznania flory Lubelszczyzny oraz badania zmienności szczególnie zmiennych i słabo poznanych jeszcze w Polsce rodzajów. Nikołaj I. Pu ring (1865—1904). Był leśniczym w Jagodnie w by- łej siedleckiej guberni, gdzie też zmarł. Napisał obszerną pracę o roślin- ności bodzentyńskiego leśnictwa w Górach Świętokrzyskich31. Podaje w niej wykaz 766 gatunków roślin kwiatowych zebranych w Paśmie Ły- sogórskim. W pierwszej części pracy podał charakterystykę roślinności wodnej, olszyn, lasów (bory) i chwastów. Puring zbierał także rośliny w okolicach Kielc i Siedlec w latach 1893—1898 oraz 1902—1903. Z rzad- kich gatunków zebranych w lasach pod Łukowem wymienić należy Daphne cneorum, którego okazy wydano w Schedae ad Herbarium Flo- rae Rossicae, t. VII (1911). W Zielniku Komisji Fizjograficznej PAU w Krakowie w serii wydawnictwa Delectus Plantarum Eziccatarwm, quas Hort. Bot. Univ. Jurjeuensis, IV (1901) są gatunki zbierane 31 VII 1900 r. w okolicach Rakiszek na Litwie (Goodyera repens, Epilobium roseum, Torrilis anthriscus). W latach 1896—1899 opublikował on w Pracach Tow. Przyr. w Petersburgu 5 wartościowych przyczynków do flory i roślinności pskowskiej guberni, której badania rozpoczął najprawdo- podobniej w 1895 r. Aleksandr Nikołajevicz Sutulov (18?—19?). Autor obszernych materiałów do flory okolic Opola Lubelskiego 32. W pracy podaje 521 ga- tunków roślin, w tym 443 rośliny kwiatowe, 11 paprotników oraz 67 grzy- bów (oznaczenia Nevodovskiego). W ośmiostronicowym wstępie przedsta- wiona jest charakterystyka siedlisk występowania roślin (lasy, łąki, ol- szyny, wody) oraz chwastów. W opisie siedlisk wymienia on też kilka pospolitych mchów. Sutułov odbył trzy dwu- i trzydniowe wyprawy wiosną oraz latem 1910 r. Ostatnią z nich, i jak sam pisze najbardziej owocną, odbył wspólnie z Ganieszinem. Ganieszin sprawdzał też ozna- czenia jego własnych materiałów zielnikowych. Gavrił Stiepanovicz Nevodovskij (1874—1952), mikolog, fito- patolog, ur. 9.IV. we wsi Jerminka, byłym osterskim uieżdzie w czer- nichowskiej obłasti (i guberni). Uczęszczał do wiejskiej szkoły, a następ- nie do szkoły, jak i seminarium duchownego w Czernichowie w latach 1897—1903. Po ich ukończeniu pracował początkowo jako nauczyciel w głównej szkole ziemskiej. Wówczas to napisał jeden z pierwszych ukra- ińskich podręczników Ukraińska szkoła (wyd. 1908, 1917). W 1903 r. wstąpił do Nowoaleksandrijskiego Instytutu, który ukończył w 1911 r. 31 Kratkij oczerk rostitielnosti Bodzentynskogo lesniczestra Kieleckoj gubierni. Izv. SPb Lesnogo Instituta, t. 2, 1898, s. 93—164, dodatkowo jeszcze 2+4 strony; por. Trudy Sankt-Pieterb. Obszcz. Jestiestvoisp. Protokoł, t. XXIX, 1918, s. 168—169. 32 Matieriały k florę..., Oczerk flory okriestnostiej posada Opolia, ... op. cit., t. 22, vyp. 2, s. 1—44 ze szkicem terenu, od s. 1—38 rośliny kwiatowe, s. 39—44 grzyby pasożytnicze.
z przerwą w latach 1905 do jesieni 1908 r., gdy po wypadkach rewolucji 1905 r. zawieszono naukę, pracował w urzędzie ziemskim w Czernicho- wie jako gleboznawca terenowy i laborant. Stosunkowo krótko był asystentem Instytutu, prowadząc w latach 1908—1909 zajęcia z botaniki dla studentów i eksternistów. Pod namową swego kierownika naukowego Cingera otrzymał propozycję zajęcia się mikologią. Rozpoczął badania flory grzybów okolic Puław i równocześnie czernichowskiej guberni, finansowane przez Koło. Ryc. 9. Gavrił Stiepanovicz Nevo- dovskij (1874—1952) Dosyć bogaty własny materiał zielnikowy grzybów pasożytniczych (Peronosporales, Taphrinales, Uredinales i Ustilaginales) z okolic Puław wykorzystał w wydawnictwie zielnikowym „Griby Rossii” 33, wydawa- nym w Petersburgu pod redakcją V. G. Transzela. Będąc jeszcze studen- tem ogłosił z najbliższych terenów Puław wykaz ważniejszych gatunków grzybów pasożytniczych 34 oraz artykuł o wpływie formaliny na kiełko- wanie zarodników głowni u 5 gatunków: Ustilago avenae, U. hordei, U. tritici, Urocystis oeculata i Tiletia caries 35. Podczas wyjazdów w okolice Kazimierza i Puław zbierał wraz z in- nymi także rośliny kwiatowTe, z których część oznaczał Cinger. Nevo- 33 vyp. 1—5 (1908—1917); oznaczenia gatunków sprawdzał wybitny mikolog V. G. Transzel. 34 Protokoły Zasied. Krużka Ljub. Jestiestv. Novo-Aleksandr. Inst., nr 51, 1909, s. 32—34. Inne prace por. z tekstem rosyjskim: K. Karczmarz, B Sałata, Ann. Univ. MOS, sec. C, t. 36, 1982, ryc. 1—4. 33 Zapiski Novo-Aleksandr. Inst., t. 24, vyp. 4, 1908, s. 153—158, 2 tab., 1 ryc.
dovskij wyjechał z Puław w 1911 r. do Gruzji, gdzie pracował na sta- nowisku kierownika pracowni fitopatologii w tyfliskim ogrodzie bota- nicznym do 1913 r. W latach 1913—1924 pracował w Smielianskiej Mi- ko - Entomologicznej Stacji w mieście Smieła we wschodniej Ukrainie, w 1924 r. przenosi się do Kijowa, gdyż po likwidacji Stacji rozpoczął pracę w sortowni nasion w przemyśle cukrowniczym, a w 1927 r. w ukraińskim naukowo-badawczym instytucie tego przemysłu. W tym cza- sie prowadził kurs fitopatologii. W 1930 r. wyjeżdża do Kazachstanu pracując przez 10 lat w wielu instytucjach, zajmując się głównie fitopatologią i florą (opracowanie rdzy). W 1940 r. przenosi się do Tomska gdzie kontynuował ukierunko- wane już w Ałma-Acie badania, by w 1943 r. obronić pracę kandydacką na temat Fitopatołogiczeskije faktory v borach tomskogo rajona. W trzy lata później Nevodovskij osiedlił się w Stanisławowie na Ukrainie, a już w 1948 r. przenosi się na stałe wraz z rodziną w okolice Moskwy. Tu kontynuuje swoje badania i prace o porażeniach sosny, monograficzną pracę nad rodzajem Mycosphaerella oraz wydawanie eksikatów z serii Griby SSSR. Umiera, tuż po śmierci swej żony cierpiąc mocno na cho- robę krwotokową żołądka, 26 sierpnia. Nevodovskij jest autorem kilkunastu prac z zakresu fitopatologii i sy- stematyki grzybów, jak też dwóch serii eksikatów. Za najważniejsze na- leży uznać pracę o nowych gatunkach rdzy z 1950 r. oraz Flora sporo- vych rastienij Kazachstana, t. 1, Rżavczinnyie griby (Ałma-Ata, 1956). Serie eksikatowe to „Griby Rossii” wydane w 5 częściach, każda po 50 gatunków: I (1909), II (1911), III (1915), IV—V (1917) i „Griby SSSR” (1952), wydane już po śmierci autora w 3 zeszytach po 25 gatunków przez Moskiewskie Tow. Przyrodników. Łącznie opisał 5 gatunków no- wych dla nauki. Niektóre z wydanych zeszytów z okazami są w Lub- linie. Zebrał ogromny materiał zielnikowy, który współcześnie stanowi cen- ny fundament badawczy. Jego zielnik z okresu puławskiego, liczący wiele okazów, znajduje się w Pracowni Mikologicznej PAN w Warsza- wie. Najliczniejszy zbiór, bo ponad 17 000 okazów, znajduje się w Ałma- -Acie. Cenna kolekcja pasożytniczych grzybów, w tym też dubletów, została przekazana po jego śmierci przez rodzinę do Głównego Zielnika Grzybów Instytutu Botaniki im. V. L. Komarova w Leningradzie. Część zbiorów bezpowrotnie zaginęła podczas licznych i częstych zmian miejsca pobytu. Z danych biograficznych, poza relacją córki T. G. Nevodovskiej i B. N. Tomilina z Leningradu, najcenniejsze informacje zawiera wspomnie- nie N. A. Komarnickiego wraz z portretem we wstępie do 1 tomu flory Kazachstanu, s. 3—5. Nikołaj Josifovicz Kr iszta f o vicz (1866—1941). Ur. 23 paździer- nika w smoleńskiej guberni, zm. 4 stycznia w Charkowie 36. W młodości miał raczej wojskowe zainteresowania i ukończył nawet korpus kadetów. Nader interesujący jest fakt, że nie miał on żadnego dyplomu, lecz był raczej samoukiem. W instytucie był w latach 1893—1914 bibliotekarzem i redaktorem czasopisma geologicznego „Jeżegodnik po Geologii i Mi- 3<5 Por. not. biogr., Biogr. Skwar Diejatielej Jestiestvozn. i Tiechniki, t. 1, Mo- skva 1958, s. 459.
nerałołogii Rossii”, którego ukazało się 16 tomów (I—XVI) w latach 1896—1914. Jego dwa pierwsze tomy wydano w Warszawie, następne o zmienionych datach rocznych w Nowej Aleksandrii37. Czasopismo to podawało bardzo obszerną bibliografię geologiczną opracowywaną wzo- rowo przez redaktora. Ryc. 10. Nikołaj Josifovicz Krisz- tafovicz (1866—1941). Krisztafovicz był także opiekunem Gabinetu Mineralogicznego ist- niejącego przy Katedrze Mineralogii i Geologii jeszcze od czasu powo- łania Instytutu Politechnicznego, po ustąpieniu Konstantego Malewskie- go (1840—1903) do początków pierwszej wojny światowej3S * * 38. Często wy- jeżdżał do bibliotek największych ośrodków naukowych, np. w Peters- burgu (1912), lub prowadził badania paleobotaniczne w najbliższych terenach Mińska. Jego główne zainteresowania dotyczyły hydrologii, geo- logii regionalnej, w tym hydrogeologii, stratygrafii starszych i młodszych formacji geologicznych, jak też paleobotaniki. W zakresie geologii zajmował się stratygrafią i fauną kopalną Wyży- ny Lubelskiej, najbliższych okolic Puław po obu stronach doliny Wisły (kreda, trzeciorzęd) oraz samego Lublina (kreda), publikując w tym za- 87 M. S t r z e m s k i, Puławskie zbiory geologiczne, mineralogiczne paleonto- logiczne. Prace Muz. Ziemi, Nr 18, cz. II. Prace z zakresu historii nauk geologicz- nych, 1971, s. 213—219. 38 Por. tamże ... op. cit., s. 215.
kresie trzy cenne prace. Jako pierwsze opisał wczesnoholoceńskie pro- file z florą z okolic wsi Łopoczno i Kolczyna na północ od Józefowa nad Wisłą oraz między Gorajem i Gorajcem na zachodnim Roztoczu 39. Pod- czas prowadzonych badań pod Mińskiem wykrył, a następnie opisał ho- loceńskie pnie drzew („Predistoriczeskij les około g(oroda) Mińska”)40. Zbieraniem roślin zajmował się raczej przypadkowo. W ogóle zebrał 44 gatunki, w tym rzadkie — Iris nudicaulis i Odontites verna 41. Człon- kiem Koła Przyrodników był od 11 grudnia 1903 r., a rzeczywistym członkiem został w 1914 r. W często wygłaszanych odczytach propagował ewolucyjne poglądy K. Darwina z zakresu geologii i paleontologii. Wia- domo też, że 22 lipca 1912 r. miał odczyt w Kazimierzu o Palestynie. Piotr Feliksovicz Majevskij (1851—1892). Znany botanik rosyj- ski, florysta. W pierwszym okresie pracy naukowej przebywał w Puła- wach, wykładając fizjologię roślin oraz ogrodnictwo od 25 października 1881 do 1 listopada 1883 r. Jest autorem obszernych dziewięciu prac, w tym dziewięciokrotnie wznawianej (1891—1964) „Flory Sriedniej Ros- sii” i opracowania traw europejskiej części ZSRR 42 (Złaki Sriedniej Ros- sii). Podstawowe jego dzieło miało wiele odmiennych recenzji, m. in. J. K. Paczoskiego, V. V. Alechina i V. I. Talieva. Pracując w Puławach na stanowisku wykładowcy miał stopień magistra. W wydawnictwie in- stytutu opublikował dwie prace z dendrologii. Są to tzw. tablice, czyli klucze: Tablice do oznaczania roślin drzewiastych po liściach zachodniej i środkowej Rosji43 oraz Tablice do określania roślin drzewiastych w sta- nie zimowym (dla zachodniej i środkowej Rosji)44. Odegrały one dużą rolę w badaniach flory i w nauczaniu dendrologii na Wydziale Leśnym. Władysław S k r o b i s z e w s k i (j), syn Jakuba (18?—19?). Bez opracowanej biografii. Pracował w Puławach najpierw jako asystent z wykształceniem ogrodniczym, później wykładowca fizjologii roślin i ogrodnictwa od 1 marca 1872 do 26 stycznia 1879 r. Przebywał w Puła- wach raczej krótko. Jest autorem dwu prac z dziedziny embriologii drzew szpilkowych, publikowanych w Buli, de la Soc. Imper. des Naturalistes de- Moscou 45>46. Wiadomo, że zbierał rośliny w okolicach Lublina. Między innymi znane jest stanowisko miłka wiosennego — Adonis vernalis ze wsi Rury, obecnie zachodni teren zabudowy miasta. Vładimir Ivanovicz B i e 1 a i e v (1855—1911). Ur. 14 (26) listopada we wsi Borzecovo w moskiewskiej guberni, zm. 4 (17) października w Pe- tersburgu. Ukończył wydział przyrodniczy Uniwersytetu Moskiewskiego w 1878 r. Jako jeden z wybitniejszych uczniów Gorożankina zajmował ” Geołogiczeskoje stroienie i nozrost niekotorych driennich posletreczicznych torfianikou Ljublinskoj gub. UAnnuaire Geol. et Minerał, de la Russie, vol. VII, L. 4, 1904, s. 95—102, z 3 schematami; tekst pracy dwuszpaltowy w języku rosyj- skim i niemieckim. 40 Jeżegodnik po Geolog, i Mineralog. Rossii, t. XIII, vyp. 5—6, 1911, s. 181—182, 41 Por. Protokoł nr 49, 1908. 42 Druk w Moskwie 1891, s. 1—157, 54 ilustr. 43 Zapiski Novo-Aleksandr. Inst., t. 6, 1882, s. 1—22. 44 Ibidem, t. 6, 1882, s. 23—38. 45 W. Skrobiszewski, O razniti zarodisza u vajmutovoj sosny (Pinus strobus L.). Buli, de la Soc. Impśr. des Nat. de Moscou, t. 46, Ne 2, 1873, s. 448— 456, tabl. VI. 49 Tenże, Iz istorii rozuitija v siemiejstnie kiparisonych. Ibidem, t. 49, Ne 1, 1876, s. 140—146, tabl. III.
się morfologią porównawczą, cytologią i embriologią. Z tych dziedzin opublikował 70 cennych prac badawczych, a 14 pozostawił w rękopi- sach 47. Zajmował się problemem rozwoju plemników (spermatozoidów) u Characeae, naczyniowych roślin zarodnikowych, rozwojem męskiego gametofitu różnozarodnikowych widłaków (1885), wodnych paproci (1890) i łakiewki pyłkowej u roślin kwiatowych. Badał też wpływ zapylenia krzyżowego u drzew. Po przyjeździe do Warszawy był w latach 1885— 1891 docentem, a w 1891—1899 profesorem Uniwersytetu Warszawskiego. Pracując w Puławach w latach 1901—1905 prowadził w 1902 r. wy- kłady z botaniki wraz z fitopatologią. Jako trzeci, kolejno po Dokucza- ievie, sprawujący obowiązki dyrektora instytutu w latach 1901—1902 zajmował się raczej mało nauką. W warszawskim okresie swej działal- ności opublikował kilka prac z zakresu embriologii w Protokołach War- szawskiego Tow. Przyrodników (1889). Josif Ignatovicz Suroż (18?—1927?). Ur. najprawdopodobniej w Charkowie, gdzie też rozpoczął studia z zakresu leśnictwa i pracę nauko- wą. W instytucie puławskim był adiunktem, a później został mianowany profesorem. Prowadził wykłady z użytkowania lasu. Od 1903 r. wielo- krotnie wyjeżdżał do wybitnych ośrodków naukowych Rosji, ostatnio to w 1912 r. Członkiem Koła Przyrodników został 13 marca 1904 r., a człon- kiem rzeczywistym w 1914 r. W Protokołach jest wzmianka, że na jed- nym z posiedzeń wygłosił odczyt na temat geotropizmu. W Zapiskach opublikował trzy prace, dwie z leśnictwa i jedną ogólną z zakresu drzewoznawstwa 48. W Puławach nie przebywał długo, gdyż w 1904 r. został powołany na katedrę użytkowania lasu Wydziału Leśnego Charkowskiego Rolniczo-Leśnego Instytutu. Objął ją po śmierci prof. N. M. Burogo 49. W puławskim instytucie pozostawał jeszcze członkiem rolniczo-gospodarczego komitetu. Największe uznanie zyskały jego bada- nia nad zależnością wzrostu upraw drzewostanów od światła. Wykazał on, że światłożądne uprawy różnią się od cieniolubnych budową apara- tów szparkowych. Drzewa pierwszych drzewostanów wykształcają w li- ściach głównie tkankę asymilacyjną palisadową, drugich zaś tkankę gąb- czastą (miękiszową). W oparciu o tę ważną cechę fizjologiczno-anato- miczną natury ekologicznej Suroż zaproponował skalę światło- i cienio- lubności drzew leśnych. Będąc profesorem tego instytutu opublikował on w 1926 r. w języku ukraińskim pracę podstawową z zakresu drzewoznawstwa opisując w niej 336 gatunków drzew i krzewów 50. Praca ta i do dziś nie straciła na wartości. Suroż zmarł i został pochowany w Charkowie 51. 47 E. F. V o t c z a ł, V. I. B i e 1 a i e v, Oczerk żizni i diejatielnosti. Protok. Zasied. Kiev. O-stva Jestiestvoisp. za 1911 g. (zasiedanie 19.XI.1911), 1911, s. 53—80; por. też S. J. L i p s z i c, Russkie botanki, biografo-bibliograjiczeskij słouar, t. 1, 1947, s. 168—172. 48 Zapiski Novo-Aleksandr. Inst., t. 17, Vyp. 2, 1905, s. 1—59 oraz vyp. 3, 1905, s. 9—42. 49 Por. Istoriczeskij oczerk fakultieta lesovodstva, w książce: 150 let Charkou- skomu ordiena Trzidovogo Krasnogo znamieni Sielsko-Choziaistviennomu Institutu im. V. V. Dokuczaieua, Kuiev 1966, s. 90. 50 J. I. Suroż, Dierevina naszich diereuieu ta kuszcziv. Visti Charkiv. s.-g. Inst., Ne 4—5, 1926, s. 21—84; Ne 6, s. 21—88. 61 Wg listownych danych udostępnionych autorowi latem 1978 r. przez kan- dydata biol. nauk Ł. I. Partykę z Inst. Botaniki Ukr. Ak. Nauk, zgodnie z relacją prof. M. I. Kotova, który znał osobiście Suroża i Cingera.
Michaił Michaiłovicz Orłov (1867—1932). Ur. w jeleckim ujeździe, orłowskiej guberni. Studia ukończył w instytucie leśnym w Petersburgu w latach 1884—1888. W 1894 r. został mianowany profesorem Nowo- aleksandrijskiego Instytutu w Puławach w katedrze leśnictwa, taksa- cji (szacowania) i urządzania lasu, lecz w 1901 r. powrócił do Petersbur- ga. Jako wybitny specjalista z zakresu urządzania lasu ogłosił 135 prac i dużych opracowań książkowych. Otrzymał tytuł doktora honoris causa na uniwersytecie w Zagrzebiu. Jest autorem kilku publikacji o częściowej tematyce leśnictwa w Kró- lestwie, a między innymi — Iz lesov Jugo-Zapadnogo Kra ja (1898), której jeden z rozdziałów poświęcony został lasom leśnictw administracji pu- ławskiej. Podobnie też do tych obszarów odnoszą się dane z jego pracy zatytułowanej Lesoustroistno kazionnych dacz Prwislanskogo Kraja (S. Pieterburg, 1902). Jedyne wartościowe wspomnienie, jakie znamy o Or- łovie napisał Baitin 52. Vładimir Mitrofanovicz Arnoldi (1871—1924). Ur. 13 (25) czerwca w Kozłowie, zm. 22 marca w Moskwie. Ukończył podobnie jak Bielaiev wydział przyrodniczy Uniwersytetu Moskiewskiego w 1893 r., którego też był wykładowcą do 1902 r. Należał do młodszych uczniów Gorożan- kina. Pracował twórczo w dziedzinie morfologii oraz embriologii roślin nagozalążkowych. Jego doktorska rozprawa dotyczyła zapłodnienia u nagozalążkowych. Również twórczo pracował w algologii (systematyka, geografia). Z tego zakresu napisał główne swoje dzieło Wstęp do badań niższych organi- zmów (1901). Łącznie opublikował 49 prac 53. W życiu osobistym i pracy często zmieniał miejsca pobytu. W 1902 r. przybył do Puław prowadząc wykłady z botaniki i fitopatologii. W instytucie wykonał i opublikował kolejną pracę z morfologii nagozalążkowych poświęconą cytologii miło- rzębu54. W latach 1909—1919 został profesorem Uniwersytetu w Char- kowie, gdzie stworzył charkowską szkołę algologiczną. W latach następ- nych, tj. od 1919—1922 pracował w Kubaniu, w 1922 r. powrócił do Mo- skwy. W 1923 r. był wybrany na członka korespondenta Rosyjskiej Aka- demii Nauk. Yikientij Ferdynandovicz Chmiele vs kij (18?—19?). Nie ma opracowanego życiorysu ani dokumentacji* biograficznej. Pracował na stanowisku adiunkta instytutu, a po wyjeździe z Puław Pałładina wy- kładał botanikę leśną w latach 1889—1902, a w latach 1890—1893 także fizjologię roślin oraz mikrobiologię z fitopatologią. Był kierownikiem Za- kładów Ogrodniczych. Od 1902 r. był profesorem Uniwersytetu Warszaw- skiego. Pracując w instytucie zbierał rośliny kwiatowe w okolicach Puław, które zostały wydane w Schedae ad Herbarium Florae Rossicae..., t. I (1898). Wraz z nim rośliny zbierali studenci i asystenci lub późniejsi star- si pracownicy instytutu, np. M. P. Sołonienko i V. Tałanov. Z nich So- s2 A. A. Baitin, Zaslużenyj dieiatiel nauki i tiechniki RSFSR, professor M. M. Orion. Lesnoj Żurn., Izv. Vysszich Uczeb. Zaviedienij, vyp. 6, 1962, s. 161—165. 53 S. J. L i p s z i c, Russkie botaniki, biograf o-bibliograficzeskij slorar, t. 1, 1947, s. 74—77. 64 V. M. Arnoldi, Matierialy k morfologii gołosiemiennych rastienij. VI. O niekotorych osobiennostiach v strojenii jader zarodisza Gingko biloba. Zapiski Novo-Aleksandr. Inst., t. 16, vyp., 1903, s. 117.
łonienko jest autorem wykazu imiennego adresów wychowanków, agro- nomów i leśników instytutu 55. Chmielevskij publikował prace z cytolo- gii, np. z zakresu badań struktur składników komórki w Botanisches Zentralblatt 56. Konstantin Konstantinovicz Pierekrestov (18?—1908). Absol- went instytutu puławskiego, który ukończył w 1889 r., następnie asy- stent, zamiłowany florysta botanizujący w najbliższych okolicach Puław. Odkrył pierwszy w lesie Ruda pod Puławami w pobliżu byłej stacji ba- dawczej leśnictwa stanowisko nader rzadkiego u nas gatunku, zimoziołu północnego — Linnaea borealis oraz Asperula odorata. Wspólnie z Ga- nieszinem zebrał koło Puław Euphorbia stricta 57. Na jego własny zielnik powołuje się także sam Ganieszin. Gieorgij Emilievicz Ritter (18?—19?). Asystent, potem adiunkt. W latach 1908—1909 prowadził wraz z (V)ładimirem V. Finnem, póź- niejszym profesorem w Kijowie, zajęcia z botaniki w czterech grupach dla 111 studentów i 2 eksternistów. Członkiem Koła Przyrodników został 21 września 1906 r., a od 1909 r. przez krótki czas był jego sekretarzem, Podobnie jak Suroż wielokrotnie korzystał z wyjazdów zagranicznych i do instytutów rosyjskich. W Puławach pracował do 1914 r. Zajmował się oddziaływaniem kwasów nieorganicznych na kiełkowanie pleśni. Opu- blikował w tym zakresie w 1912 r. dwie prace w Biochemische Zeitschrift i w Zapiskach instytutu. Vsievołod Pavłovicz Savicz (1885—1972). Ur. 19 lutego w Bobruj- sku (BSRR), zm. 25 maja w Leningradzie. Gimnazjum ukończył w Miń- sku w 1904 r., a studia przyrodnicze na Uniwersytecie w Petersburgu 58. Jest najwybitniejszym lichenologiem rosyjskim i radzieckim, o wyjątko- wo długiej i bogatej aktywności naukowej. Jego trudne warunki życio- we, niezwykłe zamiłowanie naukowe graniczące z pasją, siła fizyczna, jak i umiejętny sposób prezentowania się, szybko zwróciły uwagę V. L. Ko- morova. Tak więc, że już w 1908—1909 r. mógł uczestniczyć on wspólnie z Komarovem w słynnej ekspedycji botanicznej na Kamczatkę. Brał też udział w głośnej onegdaj ekspedycji na archipelag Ziemi Fran- ciszka Józefa, Ziemię Północną i Wyspy Wizę podczas rejsu lodołamacza „G. Siedov” w 1930 r. Po powrocie A. A. Elenkina z Warszawy do Petersburga, który jak wiadomo rozpoczął organizację badań nad florą roślin zarodnikowych w Rosji, Savicz stał się jego najbliższym uczniem i współpracownikiem w zakresie lichenologii. W 1914 r. biorąc udział w walkach na froncie au- striackim nad Sanem w rejonie Niska, mimo że został ranny zebrał trochę mchów i porostów (okazy obecnie w Zielniku Oddziału Roślin Zarodnikowych Instytutu Botaniki im. V. L. Komarova w Leningradzie 59. 55 M. S o ł o n i e n k o, Adresnyj ukazatiel (pitomcen)..., S-Pieterburg, 1903, s. I— III, 1—68. 58 V. Chmielewsky, Zur Frage fiber die feinere Struktur der Chlorophyll Korner. Bot. Zentralbl., Bd. XXXI, N° 2, 1887, s. 57—59, Taf. VIII i tamże, Eine Bemerkung uber die non Molisch beschriebenen Proteinkorper in den Zweigen non Epiphyllum. Ibidem, Bd. XXXI, Na 29—30, 1887, s. 117—119, Taf. I. 67 Por. Protokoł, nr 24 z 1906 r. 58 Por. także wspomnienie: Ysienołod Panłonicz Sanicz (red, koli.). Nov. Sistem. Niższ. Rast., t. 9, 1972, s. 3—4 z fotografią. 69 Dane te zawdzięcza autor osobistym rozmowom z V. P. Saviczem, podczas częstych spotkań w Leningradzie w 1963 r. oraz w listopadzie i grudniu 1970 r.
Długi czas opracowywał materiały z kamczackiej ekspedycji i publiko- wał wyniki w radzieckich czasopismach oraz w Repertorium Specierum Novarum Regni Vegetabilis (Berlin—Dahlem), ogłaszając liczne nowe taksony z rodziny chrobotków (Cladoniaceae). Ciesząc się ogromnym uznaniem u Komarova, jak i władz Akademii od lat trzydziestych do pięćdziesiątych był dyrektorem Oddziału Roślin Zarodnikowych, a w latach 1932—1937 sprawował funkcję wicedyrek- tora Instytutu Botaniki Akademii Nauk ZSRR w Leningradzie. Przez długie lata był on redaktorem licznych wydawnictw, czasopism botanicz- nych Instytutu oraz oddzielnych serii opracowań flory roślin zarodniko- wych ZSRR. Przez wiele lat przygotowywał, a w 1964 r. rozpoczął pod osobistą redakcją wydawanie wielotomowego dzieła Flora Liszajnikov SSSR, której jest już cztery tomy (do 1978 r.) Z florą porostów obszaru Polski stykał się Savicz dwukrotnie i to po- czątkowo pośrednio opracowując w 1919 r. zbiory Ganieszina z okolic Puław 60. Ponownie zaś opracowując porostową i mszystą warstwę borów Puszczy Augustowskiej i rejonu samego Augustowa61. Na podstawie 60 V. P. S a v i c z, Spisok liszajnikou... Izv. Głav. Bot. Sada, t. 19, vyp. 1, 1919, E. 21—23. 61 V. P. Savicz, Liszajnikovaja i mochouaja rastitielnost bora v bliżajszich oknestnostiach Augustoua, b. Suvalskoj gub. Ibidem, t. 22, vyp. 2, 1923, s. 135—141 23 — Rocznik Przemyski t. 22/23
zbioru porostów Ganieszina znajdujących się obecnie w Zielniku Poro- stów Oddziału Roślin Zarodnikowych w Leningradzie, Savicz opubliko- wał 31 gatunków, w tym liczne ich odmiany i formy. Samych chrobotków (Cladonia) wymienia 12 gatunków. Wśród zebranych porostów w rejonie Kazimierza i Puław są bardzo rzadkie gatunki, jak Cladonia alpestris (Wólka Prefecka), Letharia (jako Evernia) dwaricata (Parchatka), Loba- ria pulmonaria (Parchatka). Należy się spodziewać, że dwa ostatnie ga- tunki nie wchodzą już w skład współczesnej flory porostów tych okolic. W drugiej cytowanej pracy Savicz zajmuje się składem gatunkowym warstwy porostowej i mszystej borów augustowskich, mających pod- ówczas wyjątkowo naturalny stan zachowania. Praca ta poza florystyką ma również znaczenie w ekologiczno-fitosocjologięznych badaniach. Savicz przeszedł wyjątkowo sławną drogę wielkiego badacza, uczo- nego i wybitnego organizatora nauki. Pracując właściwie do ostatnich dni. W dowód ogromnego uznania był wielokrotnie nagradzany wysoki- mi odznaczeniami. Uczniowie jego i współpracownicy zachowali o nim wdzięczną pamięć i godną do przekazania ogromną wiedzę. Dla polskich botaników, którzy z nim korespondowali lub mieli sposobność spotykać się, pozostawił niezatarte wyobrażenie wielkiego uczonego, podróżni- ka, orędownika zamiłowania do pracy i taktownego przyjaciela. Na pracach Savicza o florze Polski zostaje zakończony ponad ćwierć- wiekowy związek owocnych badań botanicznych ośrodka puławskiego z nauką rosyjską, a głównie z ośrodkiem petersburskim i charkowskim. IX. WYKAZ TAKSONÓW WYDANYCH W WYDAWNICTWACH ZIELNIKOWYCH I. Schedae ad Herbarium Florae Rossicae a Museo Botanico Academiae Imperialis Scientiarum Petropolitanae editum Tom II (1900): Na 297, s. 28, Elimus arenarius — Dęblin, leg. Cinger Tom VI (1908): Na 1847, s. 94, Hieracium rulgatum ssp. subpunctilatiforme Zahn — Las Ruda, leg. C. 1952, s. 141, Camelina satwa var. acutifolia — Puławy, leg. C. „ C. sativa ssp. glabrata — Puławy, leg. C. „ C. satwa var. dentata — Puławy, leg. C. „ C. integrifolia — Puławy, leg. C. „ C. rumolica — Puławy, leg. C. Tom VII (1911): Na 2020, s. 7, 2023, s. 8, 2025, s. 8, 2026, s. 8, Viscum austriacum — Puławy, leg. C. Valerianella dentata — Włostowice, leg. C. Galinsoga paruiflora — Puławy, leg. C. G. hispida — Puławy, leg. Ganieszin
2029, s. 10. Yaccinium myrtillus — Puławy, leg. B. Maksymowicz et D. Vagner 2033, s. 11, Daphne cneorum — Kownatki, Łukovskij uiezd, leg. N. Pu- ring 2076, s. 35, Hieracium florentinum ssp. keletzense Zahn — Siekierno, leg. Cinger 2089, s. 37, H. silcaticum ssp. radomense — Góra Puławska, leg. C. 2090, s. 38, H. siluaticum ssp. herbidium Zahn — Kozi Bór koło Puław, leg. Ganieszin 2101, s. 42, Rosa gallica var. pumila — Włostowice, leg. G. 2113, s. 48, R. canina var. dumalis — Włostowice, leg. G. 2117, s. 49, R. glauca ssp. subcanina var. laeuis — Puławy — Górna Niwa, leg. G. 2140, s. 60, R. rubiginosa var. comosa — brzeg Wisły, leg. G. 2142, s. 61, R. rubiginosa var. echinocarpa — brzeg Wisły, leg. G. 2151, s. 65, Alchemilla arvensis — Górna Niwa koło Włostowic, leg. G. 2161, s. 69, Potentilla opaca — Włostowice, leg. C. 2166, s. 70, P. rupestris — Włostowice, leg. C. 2174, s. 73, P. wibeliana — Puławy, leg. C. 2206, s. 88, Hieracium auricula ssp. auricula — Kazimierz, leg. Ganieszin 2208, s. 89, H. bauhini ssp. adenocladum — Górna Niwa, leg. G. 2209, s. 89—90, H. bauhini ssp. auriculoidiforme Zahn — Kazimierz, leg. G. 2210 (= 2208 et 1808), s. 90, H. bauhini ssp. neontium — Włostowice, leg. G. 2211 (= 2208 et 1808), s. 90, H. bauhini ssp. marginale — Włostowice, leg. G. 2214a, s. 91, H. cymigerum ssp. cymigerum a) gemina, b) caluidedunculum — Włostowice i Skowierzyna, leg. G. 2214b, s. 91, H. cymigerum ssp. cymigerum a) gemina, b) caluidedunculum — Puławy, leg. G. 2216, s. 93, H. echioides ssp. echioides a) gemina, b) adpręssipilum — Wło- stowice i Parchatka, leg. G. 2226, s. 96, H. florentinum ssp. praealtum b) — Wrzelów, leg. G. 2236, s. 100—101, H. pilosella ssp. trichocephalum b) trichocephaloides Zahn — Puławy, leg. G. 2248, s. 104, H. umbellatum ssp. subuirgatum — Włostowice, leg. G. 2379, s. 149, Lilium martagon var. pubescens — Łuków, leg. Puring Tom VIII (1922): No 2530a, s. 67, Alectorolophus major ssp. uernalis — dolina Wisły, leg. Cinger 2530b, s. 68, A. major ssp. uernalis — dolina Wieprza, Dęblin (Iwanogród), leg. C. 2531, s. 68—69, A. major ssp. aestiualis — koło Stężycy, leg. C. 2533, s. 70—71, A. major ssp. policladus — koło Stężycy, leg. C. 2534, s. 71, A. fallaz — brzeg Kurówki bliżej Wisły, leg. C. 2535, s. 71, A. montanus — brzeg Wisły, leg. C. 2561, s. 88, Galeopsis angustifolia — brzeg Wisły między Mięćmierzem a Ka- zimierzem, leg. C. 2565, s. 89, G. pubescens — Puławy, leg. C. 2578, s. 96, Euphorbia stricta — Parchatka, leg. C. et Ganieszin 2579, s. 96—97, E. platyphyllos — Puławy, leg. C. 2582. s. 98, E. angulata — Puławy, leg. C.
2583, s. 98, E. ezigua — okolice Puław, leg. Ganieszin 2585, s. 99, E. peplus — Puławy, leg. Cinger 2598, s. 105, Mercurialis annua — Kazimierz, leg. C. 2598. s. 106, Pinus siluestris var. leucosperma — Górna Niwa leg. C. Kudria- ni et Cinger 2599, s. 106, P. siluestris var. phaeosperma — Górna Niwa, leg. C. K. et C. 2600, s. 106—107, P. siluestris var. batiosperma — Górna Niwa, leg. C. K. et C. 2647, s. 123, Sium erectum var. macrodon — dolina Kurówki, leg. C. II. Schedae ad Herbarium Florae URSS ab Instituto Botanico Academiae Scientiarum URSS editum Tom IX, vyp. 57—60, (1932): Ne 2874a, s. 43, Vicia cassubica war. glabriuscula — Łuków, Siedlce, leg. Puring 2889a, s. 51, V. uillosa var. angustifolia — Włostowice, leg. C. 2907, s. 61, Carex davalliana — Opole, leg. Ganieszin 2917, s. 65, Clematis uitalba — Kazimierz, leg. Cinger 2939, s. 74, Geranium dissectum — Parchatka, leg. C. 2946b, s. 77, Cuscuta epithymum var. uulgaris — Włostowice, leg. C. PIŚMIENNICTWO Andrzejewski A., Czackia g&nre determine et decrit. Krzemieniec 1818. Andrzejewski A., Czackia ... Ćwiczenia Naukowe 2, 1818. Andrzejewski A., Czackia ... Pam. Farm. Wileński 2, 1822. Berdau F., Drzewa i krzewy krajowe leśne. Encykl. Rolnicza 2, 1874. Berdau F., Liszajniki izsledovannyie do sich por v obłasti Varszavskoga Uczebnogo Okruga s ukazaniem na morfołogiju i fiziołogiju liszajnikou uoobszcze. Tipogr. K. Kovalevskiej. Varszava 1876. Berdau F., Grzyby jadalne i jadowite krajowe. Encykl. Rolnicza 3, 1876. Berdau F., Grzyby trujące krajowe. Tow. Farm., Warszawa 1881. Berdau F., O rosie miodowej jako chorobie drzew naszych. Wszechświat 6, 1887. Berdau F., Grzyby krajowe trujące. wyd. F. Kasprzykiewicz, Warszawa, 1887. Berdau F., Botanika leśna według kursu wykładanego w Instytucie Rolni- czo-Leśnym w Nowej Aleksandrii. Warszawa 1890. Chwalibóg T., (red.), Wspomnienia puławskie, Warszawa 1933. Cinger N. V., O zasoriajuszczich posieoy Ina uidach Camelina i Spergula i ich proischożdienii. Trudy Muz. Imp. Ak. Nauk 6, 1909. Czartoryska I., Myśli różne o o sposobie zakładania ogrodów, s. 1—70, z Katalogiem Drzew, Krzewów, Roślin i Kwiatów, s. 1—56, wyd. 2, Wrocław 1807. Elenkin A. A., Oczerk flory Ojcouskoj Doliny. Protok. Zasied. Otdiel. Biol. Obszcz. Jestiestvoispit. pri Imp. Varszav. Univ. 2, 1895. Elenkin A. A., O gribach (Fungi) sobrannych v Ojcouskoj Dolinie za lietniie miesiacy 1896 g. Ibidem 3, 1896.
Elenkin A. A., Raspriedielienie rastitielnosti n Ojconskoj Dolinie (Kieleckoj gubierni). Trudy Imp. S.-Pieterb. Obszcz. Iestiestvoispit. 29, 1, 1898. Elenkin A. A., Flora Ojconskoj Doliny. Varszava 1901. Elenkin A. A., Nieskolko slon n otniet g. Talienu na jego kritiku „Flory Ojconskoj Doliny”. Izv. Imp. Bot. Sada 2, 1, 1902. E r 1 i c k i F., Rys historyczny instytutów rolniczo-leśnych w Królestwie Pol- skim. Warszawa 1877. Filipowicz K., Spis mchów, wątrobowców i porostów z niektórych stano- wisk Królestwa Polskiego zebranych w latach 1877 i 1879. Pam. Fizjogr. 1, 1881. Ganieszin S. S., K morfologii naziemnoj nodorosli Schizogonium. Protok. Zasied. Krużka Ljubit. Iestiestv. Novo-Aleksandr. Inst. Ne 18, 1905 (1906). Ganieszin S. S., Flora grabonogo lesa bliz dierienni Parchatki (Nono-Alek- sandrijskogo Ujezda Ljublinskoj gub.). Ibidem, Na 24, 1906. Ganieszin S. S.,Nonosti k florę okriestnostiej N ono-Aleksandrii. Ibidem, Na 26, 1906 (1907). Ganieszin S. S., Otczet ob ekskursjach predpriniatych lietom 1907 g. dlia isliedouanija flory Nono-Aleksandrijskogo ujezda i Ojcona. Trudy Zasied. Krużka Ljubit. Iestiestv. Novo-Aleksandr. Inst. Na 49 (41), 1908. Ganieszin S. S., Potentilla procumbens Sibth. i primiesy jejo s Potentilla tormentilla Schenk, najdiennyie v niekotorich lesach górnych lesniczestn Kieleckoj i Radomskoj gub. Bot. Żurn. SPb 3—4, 1909. Ganieszin S. S., Aspidium lobatum Sw. n Polsze i otliczie jego ot A. acu- leatum Sw. Ibidem 5, 1909. Ganieszin S. S., Botaniko-geograficzeskij oczerk centralnej czasti kielecko- -sandomierskogo krjażka. Zapiski Novo-Aleksandr. Inst. S.-Ch. i L. 20, 2, 1909. Ganieszin S. S., Rastitielnost górnych lesniczestn Kieleckoj gubierni, cz. I— III i dopolnienie. Ibidem 20, 1909. Ganieszin S. S., (Notatka bez tytułu na temat wycieczki botanicznej w Lu- belskie). Trudy Bot. Sada Imp. Juriev Univ. 13, 1912. Ganieszin S. S., Matieriały k florę Carstna Polskogo (formy roda Hiera- cium). Trudy Bot. Muz. Imp. Ak. Nauk 12, 1914. Ganieszin S. S., Sezonnyie rasy Melampyrum nemoreum L. Ibidem 16, 1918. Jastrzębowski W., Rośliny ciekawsze znalezione w Królestwie Polskim. Pam. Warszawski Umiejętności Czystych i Stosowanych 4, 1829. J urkie v icz K., Piernobytnyj dubonyj les w Lublinskoj gubierni. Zapiski S.-Pieterb. Minerał. Obszcz., ser. 2, 7, 1873. Karczmarz K., Znaczienie rabot S. S. Ganieszina n izuczenii flory cniet- konych rastienij centralnoj i nostocznoj Polszi. Bot. Żurn. 65, 6, 1980. Krysztofoyicz N. I., Geologiczeskoje stroienie i nozrost niekotorych drien- nich poslietrieticznych torfianikou Ljublinskoj gub. L’ann. Geol. et Minerał, de la Russie 7, 4, 1904. Lipszic S. J., Russkie botaniki, biografo-bibliograficzeskij słonar 1, 2, Mo- skva 1947. Nevodovskij G. S., Die wichtigsten parasitischen Pilze der Kulturpflanzen in der Umgegend non Nonoaleksandria. Protok. Zasied. Krużka Ljubit. Jestiestv. Novo-Aleksandr. Inst. Ne 51, 1909. O r ł o v M. M., Iz leson Jugo-Zapadnogo Kraja. IV. Kur. Nono-Aleksandr, r. Inst. S. Ch. i L., Varszava 1898. Programmy dlia letnich zaniatiej studienton Nono-Aleksandrijskogo Instituta, Warszawa 1895.
P ur ing N. I., Kratki] oczerk rastitielnosti Bodzentinskogo lesniczestna Kie- lecko j gubierni. Izv. SPb Lesnogo Inst. 2, 1898. Savicz V. P., Spisok liszajnikon sobranych S. S. Ganieszinym v Novo-Alek- sandrijskom ujezdie Ljublinskoj guberni v 1907 g. Izv. Głav. Bot. Sada la, 1, 1919. Schedae ad Herbarium Florae Rossicae a Museo Botanico Academiae Imperialis Scientiarum Petropolitanae editum 2—7, St. Petersburg 1900—1911, 8, Pietrograd 1922. Schedae ad Herbarium Florae URSS ab Instituto Botanico Academiae Scientia- rum URSS editum 9, Leningrad 1932. Siemienov A., Oczerk flory okriestnostiej posada Nono-Aleskandrii. Varsz. Univ. Izv. 5, 6, 1888. Siemieno v A., Dopolnienie k oczerku flory okriestnostiej Nono-Aleksandrii. Ibidem 9, 1888. Sołonienko M., Adresnyj ukazatiel (pitomcen) agronomon i lesonodon Nouo- -Aleksandrijsko Instituta Ljublinskoj gubierni. izd. 1—3, S.-Pieterburg 1903—1909. Spisok Studienton Instituta Sielskogo Choziaistua i Lesouodstna v Nonoj Alek- sandrii... na 1913—1914 ucziebnyj god. Novaja Aleksandria 1913. Spranocznaja kniżka Inst. Siei. Choz. i Lesonodstna v Nonoj Aleksandrii. S.-Pie- terburg 1908. Strzemski M., Oddział Leśny Instytutu Gospodarstwa Wiejskiego i Leśni- ctwa w Puławach (1869—1914). Sylwan, ser. B, 100, 6, 1956. Strzemski M., Przeniesienie Instytutu Agronomicznego z Marymontu do Puław. Instytut Politechniczny i Rolniczo-Leśny w Puławach (1862—1869). Pam Puławski, zesz. jubil. Warszawa 1965. S u r o ż I. I., Opredielitiel dreniesiny naszich dierieviev i kustarnikon. Zapiski Novo-Aleksandr. Inst. S.-Ch. i L. 17, 2, 3, 1905. Sutułov A., Matieriały k fłore Nono-Aleksandriskogo ujezda Ljublinskoj gu- bierni, Oczerk flory okriestnostiej posada Opolia. Ibidem 22, 2, 1912. Waga J., Flora Polska jawnokwiatowych rodzajów, czyli botaniczne opisy (Flora Polonica Phanerogama sine descriptiones plantarum Phanerogamicarum), t. I—II. Warszawa 1847—1848. Wierciński H., Pamiętniki, Wyd. Lubelskie. Lublin 1973. Zavadskij K. M., Vid i nidoobrazonanie, Ak. Nauk SSSR, Izd. „Nauka”. Leningrad 1968.
WCTOPMHECKMH OHEPK BOTAHHHECKMX MCCJIE^OBAHMII B flEflTEJIbHOCTU nyjIABCKOrO MHCTWTYTA 1914 r.) Pe3io Me EoTaHMHecKne nccjieflOBanna IlyjiaBCKOPo ijenTpa CBH3anBi c B03HnKH0BenneM nayHHoro j-iHCTUTyra, KOTOptifł b csoefi ncTopnn 6oraT MHornMw flOCTnjKennHMn. B ncTopnn 6oTaHMHecKwx MCCjiejjOBaHMfł IlyjiaBCKoro neiiTpa mojkho onpeflejmTb TjBa nepno^a. TlepsŁiił nepnofl nccjieflOBannfł nanajiCH flesTejibHOCiŁK) Kc§Hfl3a KmniiiTO(})a KjiyKa (1739—1796), HnySa Barn (1800—1872) n AfleJibGepra Boinjexa HcTiueM6oB- CKoro (1799—1882). 9th Bbi/jaiomnecji yneHBie-6oTaHnKn o^hm n3 nepBbix nanajin nccjieflOBaTb 4>jiopy ijBeTKOBbix pacTennn OKpecTHOCTn IlyjiaB. CnocoScTBOBajin stoi! fleHTejibHOCTM ne tojibko pacTMTejibHbie GoraTCTBa stopo paiłona, ho n ncTopunec- Kue npeflnocbijiKw. O6men3BecTHaa KpacoTa IlyjiaB — 6biBinaji pean^eHpnH KHH3efł HapTopnficKMx. 3flecb, no npoeKTy apxMTexTopa X. II. Anrnepa 6biji nocTpoen jjBopeij n 3ajiox<eH orpoMHBiń, b aHTjinńcKOM CTWjie napx. IIoKpoBnTejibCTBOBajia sto My kh. MsaBejia HapTopnfłcKa. KnarnHa HapTOpnnCKas Bnepsbie rrajjajia' £Ba HaynHbix TpaKTaTa (1808, 1818), o tom, kbk pasSnTb oropofl n o cafloso^CTBe W CeJIbCKOM X03HMCTBe. BTopofł nepnofl CBH3an c ocHOBanneM b 1844 rojjy MapnńCKoro nHCTHTyra, ko- TopBin b 1862 rofly 6biji nepewMeHOBan na IIojinTexHnnecKnn n ceJiBCKOXO3afiCTBeH- HO-JiecHofł MHCTWTyT, bo rjiaBe KOTOporo ctohjiw pyccKwe ynenhie-BnoJiorn M3 Ile- TepGypra w Mockbbi. 3tot MHCTHTyT noMenjajica b flBopije HapTopniłcKnx. B 1846 rosy corjiacHO ijapcKOMy yxa3y IlyjiaBBi 6yjin nepenMeHOBanBi Ha Hosyio Ajiok- caHApjno, n nosTOMy onenb nacTO stot WHCTWTyT hocmt HasBanne HoBoajieKcan- SPwncKoro. B MHCTnTyTe fleiłcTBOBajBi flsa 4)aKyjibTeTa: cejibCK0X03HMCTBeHHbrit m jiecHOił. Ilocjie jiMKBMflai^fn b 1861 rosy ArponoMunecKoro MHCTMTyTa b Mapn- MOHTe (okojio Bapniasbi) nacrb npocJjeccopoB nepenecjiacb b IlyjiaBbi. B stot ne- pwofl, Ojiaroflapa nssecTHOMy SoTaHWKy-MCCjieflOBaTejno 4)jiopbi cnopoBbix pacTennił (Fungi, Lichenes) n ijBeTOBbix pacTennił TeppMTopnw KapnaT n IIojibCKoro Kopojie- BCTBa — <PeJiMKcy Bepflay (1826—1895), Bejincb o6nmpHbie BoTaHunecKMe nccjieflo- BanwH. Oh opraHM3osaji 6n6jinoTeKy, repGapjril n SoTannHecKnił KaSnneT. Ha stwx <i>aKyjibTeTax npenoflaBajmcb Mnorwe GoTannHecKne npe^MeTbi. Oco- BeHHO KHTeHCWBHbie nccjieflOBaHWH 4>Jiopbi Torflaninero IIojibCKoro KopojiescTBa nanajincb c MOMenTa npnesfla b IlyjiaBM w b Bapniasy pyccxnx yHeHbix-6oTaHM- kob, a mmohho: A. A. CeMenona, A. CyTyjiOBa, C. C. raneninHa, H. B .Ilnnrepa, H. W. Ilypnnra m B. II. Cyposca. PaCoTaiomnił b BapniaBCKOM ynnEepcwTeTe pyc- CKiril yHeHbifł-BoTaHWK A. A. EjieHKjfH He mmcji 6ojibinoro bjimhhwh na IlyjiaBCKnfł ijeHTp. CpeflM MHOrnx yneHbix stopo ijenTpa Bn^noe mccto sanHJi HeBOflOBCKnii, saHUMaion^nncH c£>jiopoft napa3WTHbix rpn6oB, a Taione Bepjjay n CyTyjiOB, nccjie- flOBaBmne injiHnoHHbie m napasMTHbie rpiiBbi. JlranaifHKKM coBnpaji Bep,zjay n raneniwH. TepSapn^ jinmafłHMKOB raneiiiMHa oSpaGoraji B. II. CaBwn. OcoGennyio ijennocTb mmcjim paSoTti o c^jiope ijBeTKOBbix pacTeni-rił paflona IlyjiaB n CBeHTOKnincKJix rop. PaBopbi raHeninna n Ilypnnra npeflCTaBJiHJin co6ok> TnjaTejibnyio xapaKTepncTnxy jiecHbix pacTnTejibHbix coo6- njecTB CBeHTOKnmcKnx rop. OcoGoe snanenne n3 ogjiacTn cncTeMaTMKn pacTennił nMenn paSoTbi raneninHa, b kotopbix npe^CTan/ieiibi Hieracium a Tansce Came- lina, Melampyrum u Spergula. najieoSoTaHHKe HeTBepTHHHoro nepno^a Gbijia nocBamena tojibko ojjHa paóoTa H. J4. KpnniTacjjOBnHa. Eojibinoe SHanenne ajih 6oTannHecKnx nccjieflOBannii b mh-
CTMTyre KMejio ToBapnmecTso jiK>6nTejieił npnpoflbi, jiecoB m cejitCKoro xo3nfłCTBa, ocHOsanHoe b 1903 r. HjieHaMn stofo TOBapniijecTBa Gbijiii Bce n3BecTHbie yueabie- -SOTaHKKM. nocne naaajia nepsofi MnpoBoił bomhbi b 1914 ro^y iiHCTMTyT BMeCTe c MMy- mecTBOM 6biji 3BaKyiipoBaH* b 2KapbKos, a b IIyjiaBax b 1916 ro^y ocHOBano Ha- yHHbin niiCTWTyT cejibCKoro xo3aiłCTBa, nayHHbie nccjie^oBaHMH KOToporo SbiJiw He- paapbiBHO CBB3aHbi c noTpebHOCTHMM cejibCKoro xo3iiCTBa. A HISTORICAL OUTLINE OF BOTANICAL INVESTIGATIONS OF THE PUŁAWY INSTITUTE IN THE PERIOD OF ITS ACTIVITY TILL 1914 S u m m a r y The history of botanical investigations in the Puławy centre is associated with the establishment of the scientific institute, the record of which is very rich. Two periods can be distinguished in the history of the botanical investigations in the Puławy cultural circle. The first period of investigations was initiated by the activity of Rev. Krzy- sztof Kluk (1739—1796), Adelbert Wojciech Jastrzębowski (1799—1882) and Jakub Waga (1800—1872). These three outstanding botanists started the oldest period of investigations on the flora of flower plants of Puławy environs. The reason of their being interested in the flora was not only the richness of the vegetation in this region but historical aspects as well. This was undoubtedly influenced by the charm of Puławy being a beautiful, residence of the Czartoryski family. The residence itself was constituted by the splendid pałace built according to the de- sign of a Polish architect, Ch. P. Aigner, and a large park in English style laid out by countess Izabela Czartoryska of the Fleming family. Countess Czartoryska was the first author of two dissertations (1808, 1818) concerning laying out gardens and modern organization of agriculture and horticulture. The second period of investigations was closely related with the establishment of the Maryjski Institute in 1844, which, in 1862, was renamed as Polytechnical and Agricultural-Forestry Institute directed by Russian biologists from Petersburg and Moscow. Institute’s seat was the Czartoryski pałace. As in 1846, by the tsar’s ukase Puławy changed its name to Nova Aleksandria, the Institute was often called Novoaleksandryjski till 1914. It had two faculties: of agriculture and forestry. After liąuidation óf the Agronomical Institute in Marymont near Warsaw, part of its professors moved to Puławy. In that period, botanical investigations were favoured by the presence of an outstanding botanist, investigator of the flora of crypto- gams (Fungi, Lichenes) and vascular plants of the Carpathian Mnts and the Polish Congress Kingdom, Feliks Berdau (1826—1895). Berdau initiated the organization of the library, herbarium and botanical cabinet. In both faculties lectures were held on nuimerous botanical subjects. Intensive investigations on the flora of contemporary Polish Congress Kingdom were started with the arrival to Puławy and Warsaw of the Russians botanists: A. A. Siemienov. A. Sutulov, S. S. Ganieshin, N. V. Zinger, N. J. Puring and V. P. Suroź. The influence of the Russian botanist A. A. Elenkin working at the Warsaw University on the Puławy centre was smali. Beside the above mentioned botanists Nevodovskij worked on the flora of parasitic fungi, and Berdau and Su- tulov on mushrooms and parasitic fungi. The lichens were gathered by Berdau and Ganieshin was examined by V. P. Savich. In the period discussed the works on the flora of vascular plants of the re- gion of Puławy and the Świętokrzyskie Mnts were of highest walue. The works of Ganieshin and Puring also contained detailed characteristics of forest communities
of the Świętokrzyskie Mnts. In the field of systematics the papers of Ganieshin on the genus Hieracium and those of Zinger on the genera: Camelina, Melampy- rum and Spergula are of the greatest significance. In the field of Quaternary pa- leobotany there appeared only one paper by N. I. Krishtofowich. The development of botanical investigations in the Institute was greatly con- tributed by the Society of Lovers of Naturę, Forests and Agruculture, founded in 1903. Its members were all outstanding botanists. As World War I broke out the Institute was evacuated to Charkov. In 1916, however, the Scientific Institute of Agriculture was established in Puławy, the scientific activities of which were sińce then strictly connected with reąuirements of agriculture.
Zamek przemyski w całej swej okazałości Fot. J. Janiszewski
Anna Łuczycka-Popiel ZBIOROWISKA SYNANTROPIJNE TERENÓW KOLEJOWYCH PRZEWORSKA, STALOWEJ WOLI I ROZWADOWA Niniejsza praca jest wynikiem badań fitosocjologicznych przeprowa- dzonych latem 1975 i 1976 roku na terenach kolejowych Przeworska, Stalowej Woli i Rozwadowa. Dotychczas prowadzono na tym terenie jedynie badania florystyczne (Krzaczek [15], Ochyra [20], Karczmarz i Piórecki [11]) I. OGÓLNA CHARAKTERYSTYKA TERENU BADAN Badany obszar leży w Kotlinie Sandomierskiej, w okręgu Puszczy Sandomierskiej [26]. Stacja Przeworsk zajmuje północną część Przed- górskiego Płaskowyżu lessowego [17]. Jest to równina przecięta w kie- runku południkowym doliną rzeki Mleczki (prawobrzeżny dopływ Wi- słoka). W części wschodniej i zachodniej miasta zalegają gleby bielicowe wytworzone z lessów, natomiast w północnej i południowej (tj. w doli- nie rzeki) — mady. Stacje Stalowa Wola i Rozwadów leżą w dolinie dolnego Sanu. Zaj- mują gleby piaszczyste wytworzone na piaskach rzecznych terasów aku- mulacyjnych. Przeważają tu piaski luźne nad słabo gliniastymi [21]. Są to gleby o dużej przepuszczalności, ubogie w składniki pokarmowe, wapń, magnez, substancję organiczną, a stosunkowo bogate w żelazo. W pół- nocno-wschodniej części Rozwadowa zalegają mady. Niektóre dane kli- matyczne dotyczące badanego terenu podają Karczmarz i Pa- czos [10]. II. UWAGI METODYCZNE Badaniami objęto wszelkie rodzaje siedlisk związanych z obiektami i liniami kolejowymi, tj. perony, torowiska, międzytorza, bocznice, tere- ny wokół budynków stacyjnych, tory, wierzchowiny nasypów, zbocza nasypów, skarpy kolejowe, rowy i przydroża w pobliżu torów. Warunki, w jakich rozwijają się rośliny na tych siedliskach, opisano wcześniej, np. Sowa [24], Ćwikliński [3], Fijałkowski [9], Łuczyc- ka [16] i inni.
Na badanym terenie wykonano ponad 80 zdjęć fitosocjologicznych, z których 75 zestawiono w tab. 1—3, a pozostałe wykorzystano przy cha- rakterystyce zbiorowisk. W czasie pracy terenowej, jak też przy ukła- daniu tabel stosowano metodę Braun-Blanqueta [2], jednakże wartość pokrycia gatunków podano w skali 10-stopniowej. Układ systematyczny i nomenklaturę fitosocjologiczną przyjęto za Matuszkiewiczem [18]. Nazwy gatunków podano według Roślin polskich Szafera, Kulczyńskiego i Pawłowskiego [25], III. ZESPOŁY I ZBIOROWISKA RUDERALNE Na szlaku kolejowym Przeworsk—Stalowa Wola—Rozwadów stwier- dzono 8 zespołów synantropijnych oraz 1 zbiorowisko o nie określonej bliżej randze fitosocjologicznej. Klasa: Chenopodietea O b e r d. 1957 emend. L o h m., J. et R. Tx. 1961 Rząd: Eragrostietalia J. Tx. 1961 Związek: Eragrostion R. Tx. apud Slavnić 1944 1. Zespół: Panico-Eragrostietum R. Tx (1942) 1950 Rząd: Sisymbrietalia: J. Tx. 1961 Związek: Sisymbrion R. Tx., Lohm. et Prsg. 1950 2. Zespół: Corispermo-Brometum (tectorum) (Krusem.) S i s s. et We s t h. 1946 3. Zespół: Chenopodietum ruderale Oberd. 1957 4. Zespół: Sisymbrietum loeselii Gutte 1969 Klasa: Artemisietea L o h m., Prsg. et R. T x. 1950 Rząd: Onopordetalia acanthii B r. - B1. et R. Tx. 1943 Związek: Onopordion acanthii B r. - B 1. 1926 . 5. Zespół: Senecioni-Tussilaginetum Molier 1949 6. Zespół: Echio-Melilotetum R. Tx. 1942 Związek: Eu-Arction R. T x. 1937 emend. S i s s. 1946 7. Zespół: Tanaceto-Artemisietum Br.-Bl. 1931 8. Zbiorowisko z Calamagrostis epigeios Klasa: Plantaginetea maioris R. T x. et Prsg. 1950 Rząd: Plantaginetalia maioris R. Tx. 1947 Związek: Polygonion auicularis Br.-Bl. 1931 9. Zespół: Lolio-Plantaginetum (Linco 1 a 1921) Beger 1930 Panica (sanquinalis)-Eragrostietum (tab. 1, zdj. 1—5) Panico-Eragrostietum jest ciepłolubnym, pionierskim zbiorowiskiem nasypów kolejowych [3]. Na badanym terenie zajmuje niewielkie (do kilkunastu m2) powierzchnie. Rozwija się na wierzchowinach nasypów kolejowych, na rampach przeładunkowych i międzytorzach. Towarzyszy miejscom silnie wydeptywanym na podłożu piaszczysto-żwirowatym, czę- sto z domieszką żużla piecowego oraz kamienistej tłuczki. Panico-Eragrostietum jest zespołem dość ubogim pod względem flo- rystycznym (łącznie stwierdzono 55 gatunków, średnio 22 gat. w jednym zdjęciu). Roślinami panującymi w badanych płatach są Eragrostis minor, Digitaria sanąuinalis oraz Polygonum aviculare. Wysokie stopnie stało- ści osiągają również Achillea millejolium, Tarascacum ojjicinale, Lolium perenne, Erigeron canadensis i Galinsoga paruiflora, ale rosną one w nie- wielkich ilościach.
Zespół nawiązuje silnie do zbiorowisk z klasy Plantaginetea maioris. Według Fijałkowskiego [9], „przy większym deptaniu oraz użyź- nianiu może przekształcić się w Lolio-Potentilletum anserinae”. Panico-Eragrostietum jest zbiorowiskiem często spotykanym na tere- nach kolejowych Polski [1, 3—4, 6—8, 16, 19], Wykaz zdjęć fitosocjologicznych: 1. Rozwadów, podwórko lokomotywowni. Płat roślinności o powierzchni kil- kunastu m2, w miejscu silnie udeptanym. W podłożu żwir z dużą domieszką wapna, 18 IX 1975. 2. Przeworsk, przy ścieżce między torami, naprzeciw lokomotywowni. W pod- łożu tłuczka kamienista z niewielką domieszką piasku, 29 VIII 1975. 3. Stacja Rozwadów, około 0,5 km przed wiszącym mostem. W podłożu żwir, 191X 1975. 4. Przeworsk, około 40 m od budynku stacji, przy torze 1. Miejsce silnie wy- deptywane. W podłożu drobniutka, kamienista tłuczka, 28 VIII 1975. 5. , między torami, przy nastawni wykonawczej ptk. 1. Podłoże jak wy- żej, 29 VIII 1975. Corispermo-Brometum (tectorum) (tab. 1, zdj. 6) Zaledwie jeden płat roślinności reprezentującej zespół Corispermo- -Brometum stwierdzono na poboczu torów (naprzeciw brzeziny) pomię- dzy Rozwadowem a Stalową Wolą, 16 IX 1976 r. Zajmuje on powierzch- nię kilkunastu m2 przy odwierconym otworze studziennym, na suchym, luźnym piasku. Według Ćwiklińskiego [3], jest to pionierskie i otwarte zbiorowisko na suchych piaskach i żwirze. Gatunkami charakterystycznymi zespołu są Salsola kali (osiągająca 40 proc, zwarcia), Salsola ruthenica, Corispermum hyssopifolium i Bro- mus tectorum. Towarzyszą im: Plantago indica, Sisymbrium altissimum, Rumex acetosella oraz kilka gatunków z klas Artemisietea i Plantagi- netea maioris. Łącznie zanotowano w badanym płacie 18 gat. roślin. Omawiane zbiorowisko składem gatunkowym i wymaganiami siedli- skowymi jest nieco zbliżone do wariantu z Salsola ruthenica i Plantago- indica występującego w Puszczy Białowieskiej [6]. Podobne jest też do płatów Corispermo-Brometum opisanych z Chełma i Lublina [7—8] oraz z woj. łódzkiego [24]. Chenopodietum ruderale (tab. 1, zdj. 7—19) Płaty Chenopodietum ruderale na badanym terenie pokrywają świe- że usypiska ziemi, śmieci, gruzu i żużla, najczęściej w pobliżu budynków stacyjnych oraz na poboczach nie używanych torów. Zajmują po kilka do kilkudziesięciu m2 powierzchni. Zespół tworzy głównie Chenopodium album ssp. strictum osiągający 90 proc, zwarcia. Towarzyszą mu zazwyczaj rośliny charakterystyczne klasy Chenopodietea (Amaranthus retroflexus, Atriplex patula, Galin- soga paruiflora), rzadziej z klasy Artemisietea (29 gat.), Plantaginetea maioris (11 gat.) i Molinio-Arrhenatheretea (10 gat.). W 13 badanych płatach stwierdzono razem 106 gatunków roślin.
Chenopodietum ruderale wykształca się na terenach kolejowych w Lublinie [8], Legnicy i Lubinie [1] oraz w okolicach Przemyśla [16]. Po- dobny skład gatunkowy ma we Wrocławiu zespół Chenopodium strictum O b e r d. 1957 [22]. Zbiorowiska o podobnym składzie florystycznym opi- sano również z Łodzi [23] i Torunia [13], jako „zbiorowiska nitrofilnych terofitów”. Wykaz zdjęć fitosocjologicznych: 7. Przeworsk, na ścieżce między peronami 2 i 3, naprzeciw lokomotywowni. W podłożu drobniutka, kamienista tłuczka, 29 VIII 1975. 8.-----, około 300 m od budynku stacji (przy nowo budowanej nastawni), na poboczu torów pokrytych żużlem. Płat roślinności o powierzchni 30 m2, 28 VIII 1975. 9. Stacja Rozwadów, przy drodze między torami kolejowymi a stadionem sportowym, na świeżo rozkopanej ziemi, 17 IX 1976. 10. , śmietnik w pobliżu budynku rewidentów wagonów, 18 1X 1975. 11. , przy budynku noclegowni drużyn lokomotywowych, na wysypi- sku żużla, 18 IX 1975. 12. Stacja Przeworsk, rampa przeładunkowa przy kolei wąskotorowej, zasy- pana gruzem, 28 VIII 1975. 13. , między wiaduktem w pobliżu cukrowni, a rozwidleniem torów. Ścieżka pokryta piaskiem z drobnymi kamykami, 30 VIII 1975. 14. , około 100 m od budynku stacji. Pas roślinności przy płocie, 29 VIII 1975. 15. , przy końcu stacji towarowej, około 200 m za nastawnią wykonaw- czą pkt. 1, w pobliżu głębokiego rowu. W podłożu kamienista tłuczka z niewielką domieszką piasku, 28 VIII 1975. 16. , około 300 m od budynku stacji, na rozkopanej ziemi wzdłuż kolei wąskotorowej, 28 VIII 1975. 17. , nie opodal zdj. 15. Pas roślinności między torami, o powierzchni około 20 m2. 18. , około 150 m od budynku stacji, na usypisku ziemi między rampą przeładunkową a koleją wąskotorową, 29 VIII 1975. 19. Rozwadów, przy budynku noclegowni drużyn lokomotywowych, 17IX 1975. Sisymbrietum loeselii (tab. 1, zdj. 20—28) Płaty zespołu Sisymbrietum loeselii na badanym obszarze spotyka się dość często. Zajmują po kilkanaście do kilkudziesięciu (niekiedy na- wet do kilkuset) m2 powierzchni. Występują na poboczach torów, śmiet- nikach, wysypiskach gruzu, gdzie w podłożu zalega żużel piecowy, pia- sek, żwir bądź kamienista tłuczka. Doskonale rozwijają się w miejscach dobrze naświetlonych i nie podlegających silnemu wydeptywaniu. Gatunkiem charakterystycznym i panującym w zespole jest Sisym- brium loeselii osiągający 60 proc, pokrycia. Drugi gatunek charaktery- styczny, tj. Sisymbrium altissimum, stwierdzono tylko w kilku badanych płatach, zaś Descurainia sophia rośnie nielicznie poza obszarem zdjęć. Znaczny udział w tym zbiorowisku mają również gatunki z klasy Artemisietea, z których Artemisia vulgaris, Pastinaca sativa i Carduus acanthoides osiągają niekiedy po 30 proc, pokrycia. Łącznie zanotowano
w badanych płatach 85 gatunków; z nich klasę Chenopodietea reprezen- tuje 24, Artemisietea — 16, Plantaginetea maioris — 8 i Molinio-Arrhe- natheretea — 6 gatunków. Wśród innych roślin towarzyszących najwięk- szą stałość (III) i zwarcie (do 10 proc.) osiągają Agropyron repens i Poa compressa. Omawiane zbiorowisko bardzo przypomina Sisymbrietum sophiae l woj. łódzkiego [24] oraz wariant z Sisymbrium loeselii tegoż zespołu no- towany z Bydgoszczy [12]. Składem florystycznym i wymaganiami siedli - skowymi nawiązuje do Sisymbrietum loeselii obserwowanego we Wrocła- wiu [22], Na występowanie tego zespołu na Lubelszczyźnie zwrócił uwa - gę Fijałkowski [9]. Wykaz zdjęć fitosocjologicznych: 20. Stacja Rozwadów, nie opodal lokomotywowni, płat roślinności dokoła składowiska betonów. 18 IX 1975. 21. , pas roślinności wzdłuż kanału ściekowego, 18 IX 1975. 22. Przeworsk, na śmietniku przy lokomotywowni, w pobliżu ogromnego dołu zarosłego trzciną. Płat roślinności o powierzchni około 30 m2. W podłożu śtwierdzono żużel piecowy, 29 VIII 1975. 23. Między Rozwadowem a Stalową Wolą, na wysokości brzozowego lasku (nie opodal, zdj. 6). Pobocze torów zajęte przez Sisymbrietum loeselii na po- wierzchni kilkunastu arów. W podłożu piasek ze znaczną domieszką wapna, 16 IX 1976. 24. Rozwadów, około 200 m od zdj. 20 w kierunku stacji osobowej. W pod- łożu piasek gliniasty, 181X 1975. 25. Stacja Rozwadów, przy składzie drzewa w pobliżu rampy przeładunko- wej, 18 IX 1975. 26. ——, stacja towarowa, na nie używanym obecnie torze, 17 IX 1975. 27. , stacja osobowa, około 70 m przed „łącznicą” z Lublinem. Na po- boczu torów, pas roślinności długości około 100 m i szerokości 1—2 m. W pod- łożu zbity żużel piecowy z rudą, 18 IX 1975. 28. Przeworsk, nie opodal lokomotywowni, około 100 m od zdj. 22. Płat ro- ślinności o powierzchni około 20 m2 w pobliżu kiosku spożywczego, 29 VIII 1975. Senecioni-Tussilaginetum (tab. 2, zdj. 29—32) Senecioni-Tussilaginetum należy do dość rzadkich zespołów na bada- nym terenie. Występuje w postaci niewielkich (zajmujących kilka do kilkudziesięciu m2 powierzchni) płatów lub pasów, głównie na między- torzach i zboczach nasypów pokrytych piaskiem oraz żwirem bądź ka- mienistą tłuczką. Gatunkiem panującym, osiągającym zwarcie do 40 proc, jest Tussi- lago far jara. W zdjęciu 29 przewagę nad nim uzyskuje Senecio uiscosus. Towarzyszą im najczęściej Artemisia nulgaris, Pastinaca satwa, Aćhillea millefolium i Daucus carota oraz inne rośliny z klasy Artemisietea i Mo- linio-Arrhenatheretea. Razem w 4 badanych płatach stwierdzono 45 ga- tunków. Omawiany zespół zaliczył Matuszkiewicz [18] do związku Si- symbrion klasy Chenopodietea nadmieniając, że jego stanowisko syste- matyczne nie jest jeszcze wyjaśnione. W moim materiale z klasy Che- nopodietea zanotowano tylko w jednym zdjęciu Lactuca serriola, nato-
miast klasa Artemisietea jest reprezentowana przez 9 gatunków wystę- pujących dość licznie. Z tego też względu zespół Senecioni-Tussilagine- tum zaliczono do klasy Artemisietea. Podobnie uczynił to już wcześniej Fijałkowski [9]. Inni autorzy (zob. lit. cytowaną przez Fijał- kowskiego) zamieszczali ten zespół w klasie Festuco-Brometea z uwagi na duży udział w nim gatunków wapniowo- i ciepłolubnych. Wykaz zdjęć fitosocjologicznych: 29. Przeworsk, płat roślinności o powierzchni około 20 m2 na bocznych (obec- nie nie używanych) torach, między stacją osobową i towarową, 28 VIII 1975. 30. , około 1200 m na południe od stacji osobowej, w pobliżu rowu od- wadniającego, 28 VIII 1975. 31. Przeworsk, przy budynku nastawni, między stacją osobową i towarową. Płat roślinności o powierzchni około 20 m2 na poboczu torów. W podłożu kamie- nista tłuczka, 28 VIII1975. 32. , około 200 m od nastawni wykonawczej pkt. 1 (za stacją towarową). Pas roślinności między torami, 29 VIII 1975. Echio-Melilotetum (tab. 2, zdj. 33—41) Echio-Melilotetum jest, podobnie jak na innych terenach kolejowych Polski, jednym z najczęściej spotykanych zespołów synantropijnych [4, 12—13, 16, 22—24, 27]. Wykształca się zwykle na górnej powierzchni nasypów, na bocznych torowiskach i szerokich międzytorzach, na podłożu suchym i łatwo przepuszczalnym. Różnej wielkości (od kilkunastu do kilkudziesięciu m2 powierzchni) płaty spotykano na tłuczniu, żużlu pie- cowym oraz żwirze zmieszanym z piaskiem. Zespół cechuje duże zwarcie (do 60 proc) i stałość gatunków charak- terystycznych: Melilotus albus, M. ofjicinalis i Echium uulgare. Gatun- kami występującymi z dużą stałością (IV—V), ale w mniejszym zwarciu są: Berteroa incana, Achillea millejolium, Agropyron repens, Poa com- pressa i Erigeron canadensis. W poszczególnych zdjęciach notowano 17—• 32 gatunków roślin (średnio 23). Najliczniej reprezentowane są klasy Artemisietea (18 gat.), Chenopodietea (16 gat.), Molinio-Arrhenatheretea (13 gat.) i Plantaginetea maioris (8 gat.). W grupie innych roślin towa- rzyszących zanotowano aż 18 gatunków sporadycznych. Echio-Melilotetum na badanym terenie kontaktuje się najczęściej z Tanaceto-Artemisietum i Sisymbrietum loeselii, rzadziej z Lolio-Planta- ginetum. Można przypuszczać, że sukcesja tego zespołu prowadzi do Ta- naceto-Artemisietum. Wykaz zdjęć fitosocjologicznych: 33. Przeworsk, w połowie drogi między budynkiem stacji a lokomotywownią. Pas roślinności między torami, na żużlu piecowym, 29 VIII 1975. 34. , około 100 m od wiaduktu w Gorliczynie w kierunku stacji, przy ścieżce. Pas roślinności o powierzchni około 30 m2, 30 VIII 1975. 35. , około 1 km na południe od budynku stacji, przy bocznym torze, 28 VIII 1975. 36. Około 800 m od stacji Stalowa Wola w kierunku Rozwadowa. Pas ro- ślinności między torem wąskim i szerokim. W podłożu duży udział tłucznia, 161X 1976.
Tab. 1. Skład gatunkowy 4 zespołów The species composition of roślin synantropijnych 4 associations of synanthropic plants Nr zdjęcia No. of record Panico- 1 m Eragros- t ietum o O H CM K) ID -* o o E Q> E O Chenopodietum Sisymbrietum □.en ruderale loeselii ID CO cn o CM CM cv CM OJ CM ID CM ID CM CM Pokrycie Cover of Pokrycie Cover of warstwy runa /c/ w % CM I. II. III. IV V. VI VII. VIII. herb-layer /c/ in % warstwy mchów /d/ w % moss-layer /d/ in % Ch. Panico-Eragrostietum Eragrostis minor Digitaria sanguinalis Ch. Eragrostietalia: Amaranthus albus Amaranthus hybridus Ch. Corispermo-Brometum /t ectorum/: Salsola kali Bromus tectorum Salsola ruthenica Ch. Chenopodietum rude- rale : Chenopodium album ssp. st rictum Xanthium strumarium Ch. Sisymbrietum loeselii: Sisymbrium loeselii Sisymbrium altissimum Descurainia sophia Ch. Sis ymbrion: Erigeron canadensis Diplotaxis tenuifolia Lactuca serriola Sisymbrium officinale Chenopodium polyspermum Hordeum murinun Bromus mołlis Plantago indica Ch. Chenopodietea : Galinsoga parviflora Sonchus arvensis Amaranthus retroflexus Polygonum tomentosum Atriplex patula Setaria viridis Sonchus asper Capsella bursa-pastoris Echinochloa crus-galli Sonchus cleraceus Solanum nigrum Ch. Artemisietea: Artemisia vulgaris Berteroa incana Arctium lappa Melilotus officinalis Oenothera biennis Senecio viscosus Pastinaca sativa Carduus acanthoides Carduus crispus Linaria vulgaris Melandrium album Melilotus albus Artemisia absynthium Rumex o'btusifolius Reseda lutea Tanacetum vulgare Arctium tomentosum Echium vulgare IX. Ch. Plantaginetea maioris: X XI XII. Polygonum aviculare Lolium perenne Plantago maior Lepidium ruoerale Matricaria discoidea Cichorium intybus Carex hirta Rumex crispus Agrostie vulgaris Potentilla anserina Poa annua* Ch. Bidentetea tripartiti: Polygonum nodosum Chenopodium rubrum Chenopodium glaueum Atriplax hastata Ch. Molinio-Arrhenatheretea: Achillea millefolium Taraxacum officinale Daucus carota Dactylis glomerata Trifolium .pratense Trifolium repens Plantago lanceolata Rumex acetosa Arrhenatherum elatius Gatunki towarzyszące Accompanying species: Fraxinus excelsior Agropyron repens Poa compressa Polygonum persicaria Convolvulus arvensis Matricaria inodora Anthemis arvensis ID o o CO co o co o co o rM CO CD TJ 0) o o o o o o o o cn o o o o o o rM CD (0 w o co o o o o o O O CO O r o CD O o rM <r CD O CO 0 3 4 + 2 3 4 3 2 1 3 V V I 1 r 2 . 3 3 1 1 III I 4 2 II I I 4 I I I I III I IV II I IV III II I II II I I I I II II I IV IV III III III I I V IV I I II I I III III II + 222247778894 . 1........... + + + 1 + + 11 2 2 + + . r 13 2 + 2 + + 2 1 + . + 1 2 . 1 1 . 1 + 2 2 1 1 1 1 1 V I III I III I II II II I IV IV IV II II II II I III II II I I I II II I II II I II I II I III III III III I II I I I I II II I V III II II I I I I I IV III II II III II 221 + 1 + + + + 145654333 . . . 1 + . . . + 2 1 1 1 + + 1 + 21 + . + + + 1 + + 1 + 1 . . + 1 3 1 + 1 . 3 3 2 2 + 2 1 1 + + + 2 + 1 1 V II V II III II II I I I III I II III III II I II II I V IV IV III II III III III II II II II II II I I III II II I I III III I II I IV III III II II I III III II II I II
XII. III. VI. VII. VIII. IX. X. XI. XII. Achillea millefolium + + Taraxacum officinale . * Daucus carota . . Dactylis glomerata . . Trifolium .pratense . . Trifolium repens . + Plantago lanceolata . . Rumex acetosa . . Arrhenatherum elatius . . Gatunki towarzyszące Accompanying species: Fraxinus excelsior . . Agropyron repens + . Poa compressa 1 . Polygonum persicaria . + Convolvulus arvensis . + Matricaria inodora . . Anthemis arvensis . . Polygonum convolvulus . . Cirsium lanceolatum . . Brassica napus var. oleifera. . Avena sativa . . Polycnemum arvense + . Cirsium arvense . . Holcus mollis . . Artemisia campestris . . Medicago lupulina . . Setaria glauca . . Eęuisetum arvense . . Armoracia lapathifolia . . Cynoglossum officinale . . Medicago falcata . . Urtica dioica . . Aegopodium podagraria . . Silene inflata + . Carex contigua . . Rosa sp. . . Apera spica venti . . Calamagrostis epigeios . . Gatunki sporadyczne - Sporadic Linaria minor 1/+, Corispermum ecies: ssopifolium 6/2. Bromus sterilis 3/+, Urtica urens 8/+. V III II II I I I I I IV III II II III II II II I I I I I I I I I I I I I Rumex acetosella 6/ + . Saponaria officinalis 1/1, Iva xanthiifolia 8/+, Lamium album 14/+, Tussilago Verbascum phlomoides 19/+. Bryum argenteum 12/1, Leontodon autumnalis 17/+. Bidens tripartitus lo/+. Lotus corniculatus 12/+. + + + 2 + IV . + . + + III + . 1 + . III . + . . . II . + . . + II I farfara 15/+, 1 . III + + III II II I II I I I I I I II II I I I I I I II II Centaurea rhenana 1/5, Spergula arvensis 6/+, Vicia villosa 6/+, Plantago media 8/+, Erodium cicutarium 9/+, Ribes aurea c 9/+, Polygonum amphibium var. terrestre lo/+, Cerinthe minor 12/+, Sinapis arvensis 13/+, Calystegia sepium 14/+, Laosana communis 14/+, Stellaria media 14/+, Vicia sepium 15/+, Papaver somniferum 15/r, Cirsium canum 15/r, Guncus inflexus 16/r, Solanum lycopersicum 18/r, Oxalis stricta 19/r, Elsholtzia Patrini 22/+, Papaver rhoeas 23/+, Aethusa cynapium 23/+, Senecio vulgaris 25/+, Centaurea scabiosa 27/+, Glechoma hederacea 28/ + .
Tab. 2. Skład gatunkowy 3 zespołów i 1 zbiorowiska roślin synantropijnych The species composition of 3 associations and 1 community of synanthropic plants Senecio- ni-Tussi- laginet urn Echio- Meliloteum Tanaceto Artemisietum • Zbioro- wisko z Calamag- rostis epigeios Nr zdjęcia en o CM ID o co cr> o rH CU to V ID cD co o O (XI ID UD No. of record CM K, m tn K) K) ro to to ID ID ID ID ID ID ID Pokrycie warstwy krzewów /b/ w % o 'O c o •o c o Cover of shrub-layer /b/ in % 1 1 1 1 o f-> 1 1 1 1 1 1 1 1 1 1 '<n cd o 1 1 Pokrycie warstwy runa /c/ w % Cover of herb-layer /c/ in % O O O c o c C O t~i o o O cn o co o o o o o o c o o co ro c 4-> O CD O o cn O O o o o o O O' o o c co O o co o o o O o o (U c o CD O o o O O o en Pokrycie warstwy mchów /d/ w % 1 1 1 Cover of moss-layer /d/ in % I. Ch. Senecioni-Tussilaginetum • Tussilago fanfara 3 4 3 3 Senecio viscosus 5 • + • r • I • • • • • + • + + • • • II • • • II. Ch. Echio-Melilotetum: Melilotus officinalis 2 2 4 + 3 4 3 5 V + + + + 2 + III + Melilotus albus - - i 1 1 3 6 2 1 IV + + + + + + + + IV + Oenothera biennis - • + + 4 + 1 + IV + 4 + + II + Echium vulgare • • • • i 3 4 1 • 4 • • • III + • I • + • III. Ch. Onopordion acanthii: Berteroa incana 1 3 + + + + 4 2 + V 4 + + 1 + + III Carduus acanthoides • + + + II + + + + II Artemisia absynthium 1 I - 4 + 2 + + 2 III Reseda lutea • - + + 2 II + I Rumex obtusifolius + I 4 + + 3 II Centaurea diffusa 2 I + • I • IV. Ch. Tanaceto-Artimisietum: Artemisia vulgaris - + + 1 + - + + 1 4 + IV 2 6 5 8 5 6 4 4 2 2 + V Tanacetum vulgare • + • • 1 • • • • • + • 3 6 II • • • V. Ch. Eu-Arction: Pastinaca sativa + - 2 + + 1 • + III 4 1 2 3 4 2 III 1 Carduus crispus + * + + + II i + - + + + III + Calamagrostis epigeios • - • • + • • • • • + II - * - - + A + - + II 9 8 7 Arctium lappa 1 I 5 - 1 + - + 1 III 4- Arctium tomentosum • 2 • • 1 • • + + • • II • • • VI. Ch. Onoperdetalia i Arte- mi siet ea : Linaria vulgaris + + + + 4 + III + + 1 + + + III Melandrium album + + II + + + II + Saponaria officinalis + 1 II Lamium album • + • + • • + • • • • - II • • • VII. Ch. Chenopodietea: Erigeron canadensis <• + + + + + + IV + + + + II + Sisymbrium loeselii • + + + r III + + + II Chenopodium album + - + + II + + + + + + + III Lactuca serriola • + + 4 2 II 1 + + + + + III + Setaria viridis • + + + + + III + I Sonchus arvensis + + + II + + I Artiplex patula • + + + II Sonchus oleraceus + I + r + II Amaranthus retroflexus • 4 I + + I Capsella bursa-pastoris • r - I + I Artiplex nitens • + I 1 I Rumex acetosella + I + I Sisymbrium officinale • - + + + + II Galinsoga parviflora • • • + + I a VIII. Ch. Plantaginetea maioris: Cichorium intybus Lolium perenne Carex hirta Agrostis vulgaris Potentilla anserina Leontodon autumnalis Lepidium ruderale Ranunculus repens Plantago maior Potentilla reptans Polygonum aviculare Rununculus repens Rumex crispus Bryum argenteum IX. Ch. Molinio-Arrhenatheretea: Achilles millefolium Daucus carota Taraxacum officinale Festuca rubra Rumex acetosa Dactylis glomerata Trifolium pratense Lotus corniculatus Centaurea jacea Arrhenatherum elatius Deschampsia caespitosa Plantago lanceolata Trifolium repens ViCia cracca X. Gatunki towarzyszące Accompanying species: Holcus mollis Pimpinella saxifraga Agropyron repens Poa compressa Cor.volvulus arvensis Matricaria inodora Equisetum arvense Głrsium lanceolatum Medicago lupulina Artemisia campeetris Silene inflata Malue silvestris c Urtica dioica Fraxinus excelsior c Polygonum convolvulus Anthemie arvensis Gdontites rubra Polygonum persicaria Brassica napus var. oleifera Avena sativa Erlgeron annuus Trsgopogon pratensis Centaurea rhonana Carex contigua
Achilles millefolium Oaucus carota Taraxacum officinale Festuca rubra Rumex acetosa Dactylis glomerata Trifolium pratenae Lotus corniculatus Centaurea jacea Arrhenatherum elatius Deschampsia caespitosa Plantago lanceolata Trifolium repens ViCia cracca X. Gatunki towarzyszące Accompanying species: Holcus mollis Pimpinella saxifraga Agropyron repens Poa compressa Convolvulus arvensis Matricaria inodora Equisetum arvense Girslum lanceolatum Medicago lupulina Artemisia campestris Silene inflata Kalus silvestris c Urtica dioica Fraxinus excelsior c Polygonum convolvulus Anthemis ervensis Cdontites rubra Polygonum persicaria Brassica napus var. oleifera Avena sativa Erigeron annuus Tragopogon pratensis Centaurea rhonana Carex contigua Cerastium vulgatum Picris' hieracioides Ononis arvensis IV + . + + IV + 1 + . III + + 1 + II . + . . II ... . II ... + II ... . II ... . II ... . II ... . 1 . . . I . I + I . I . IV III III II II II I II I I I I I I I I I I Gatunki sporadyczne Sporadic species: III. Verbascum phlomoides 5o/+. V. Aethusa cynapium 45/+. VI. Solidago serotina 44/+. VII. Amaranthus albus 35/+, Sisymbrium altissimum 35/+, Bromus tectorum Echinochloa crus-galli 42/+, Polygonum tomentosum 43/+, Eragrostis 46/+, Linaria minor 47/r, Descurainia sophia 49/+. 39/+, minor Xanthium strumarium 41/1 46/+, Digitaria ischaemum IX. Galium mollugo 43/+, Poa pratensis 44/+, Sanguisorba officinalis 55/+. X, Polygonum amphibium var. terrestre 29/r, Prunella vulgaris 3o/+, Ouncus inflexus 32/r, Mentha pi- perita 31/+, Erodium cicutarium 33/+, Hordeum vulgare 34/+, Bidens tripartitus 34/+, Cerinthe mi- nor 34Z+, Populus canadensis c 36/+, Eryngium planum 38/r, Euphorbia cyparissias 39/+, Equisetum ramosilsimum 41/+, Polygonum nodosum 42/1, Lapsana communis 43/+, Calystegia sepium 43/r, Anetum graveolens 43/r, Lycium halimifolium 45/1, Humulus lupulus 45/+, Bromus inermis 45/+, Polycnemum arvense 46/+, Apera spica venti 47/+, Cerastium arvense 47/+, Oxalis stricta 48/+, Rubus sp. 48/+, Armoracia lapathifolia 48/r, Setaria glauca 49/+, Geranium pratense 52/+, Glechoma hederacea 52/+, Chenopodium glaucum 53/+, Veronica chamaedrys 52/+, Lathyrus tuberosus 52/+, Euphorbia platyphyl- los 52/+, Euphorbia esula 52/+, Pirus communis b 53/+, Artemisia austriaca 53/+, Populus alba c 54/r, Pirus communis c 55/ + , Cornus stolonifera b 55/+, Chamaer.erion angustifolium 56/r.
Tab. 3. Skład gatunkowy zespołu The species composition Nr zdjęcia No. of record Pokrycie warstwy runa /c/ w % Cover of herb-layer /c/ in % Pokrycie warstwy mchów /d/ w % Cover of moss-layer /d/ in % I. Ch. Lolio-Plantaginetum: Plantago maior Lolium perenne Matricaria discoidea Lepidium ruderale II. Ch. Polygonion avicularis: Polygonum aviculare Poa annua III. Ch. Plantaginetea maioris: Cichorium intybus Carex hirta Leontodon autumnalis IV. Chenopodietea: Chenopodium album Galinsoga parviflora Erigeron canadensis Sonchus arvensis Amaranthus retroflexus Capsella bursa-pastoris Sisymbrium officinale Atriplex patula Setaria viridis Amaranthus albus Sonchus oleraceus Ersgrostis minor Senecio viscosus Sisymbrium loeselii Bromus tectorum Digitaria sanquinalis V. Ch. Artemisietea: Artemisia vulgaris Carduus crispus Artemisia absynthium Arctium lappa Linaria vulgaris Melilotus albus Melilotus officinalis Rumex obtusifolius Pastinaca sativa Melandrium album VI. Ch. Molinio-Arrhenathęretea : Taraxacum officinale Achillea millefolium Trifolium repens Trifolium pratense Daucus carota Dactylis glomerata Rumex acetosa Plantago lanceolata Galium mollugo VII. Gatunki towarzyszące Accompanying species: Polygonum persicaria Poa compressa Anthemis arvensis Matricaria inodora Agropyron repens Convolvulus arvensis Chenopodium rubrum Brassica napus var, oleifera Medicago lupulina Apera spica-venti Secale cereale Polygonum convolvulus Holcus mollis Gatunki sporadyczne - Sporadic II. Bryum argenteum 63/3. Lolio-Plantaginetum of association Lolio-Plantaginetum ID UD Łf) ID kD UD UD UD UD UD UD UD UD O C co OOOOOOOOOOOOOOOOOOO O-M rx co cocDODcncDcncncocococDcno^ocr>F^co « co c o II | | I I O I I I I I l I I I I I I CO O Ki 11112214453531112.. V + + 22 + +.+.. + 26754333 IV 1. ++++++. . ++. +. . .+. III + . ..++! + + . .+!+..+.. III 44445533122 + 112 + 1 + 1 V + 'l + . . 1 3 1 3 . . 1 . . . . + 3 1 III ..++..F.+.1 + + ..+..+ HI . . + +.......+.... I .....+..+.....+.... I + 1 + + + + 111.++1 + + + + 13 V + + + + + 1 + + + , + . + + + + + +. IV + .+....+ + + 1 + + + ...+ III + ...... r + . ..+++.... II . +...+..+,..++ .. II +............+...+. I .....+........+..... I • «••••,••+•••+••.•• I • »••«..«•+. ..+.,... I ++...++. + + .+ .+ + + + + F IV +++. .++.+.+.+.. .++. III + + ...+ + + + ...+.+.... III . • . +++.++++. .+. ++. . III ...1. ...+.. •+.! + + •. II + II • +.....+ + .1........ 1....+.......1..... I I r + I • +....r. ........... I ..••++• •••••• *••••• I species: III. Potentilla anserina 65/+, Agrcstis vulgaris 7o/+, Rumex crispus 73/r. IV. Echinochloa crus-galli 57/+, Lactuca serriola 69/r, Polygonum tomentosum 73/+e V. Berteroa incana 69/+, Carduus acanthoides 69/+, Verbascum phlomoides 69/r. VI. Lotus corniculatus 69/+, Arrhenatherum elatius 69/+, Centaurea jacea 71/+. VII, Calamagrostis epigeios 57/+, Beta vulgaris 57/r, Silene inflata 58/r, Poly- gonum nodosum 58/+,- Centaurea scabiosa 59/r, Hordeum vulgare 61/+, Diplota-- xis muralis 64/+, Bidens tripartitus 64/r, Odontites rubra 65/+, Polygonum Brittingeri 65/+, Geranium pratense 7o/+, Chrysanthemum leucanthemum 7o/+, Amaranthus ascedens 7o/+, Solanum lycopersicum 7o/r, Cerinthe minor 71/+, Avena sativa 72/+, Triticum vulgare 72/+, Hordeum distichon 73/+, Chenopo-
Nr zdjęcia No. of record Pokrycie warstwy runa /c/ w % Cover of herb-layer /c/ in % Pokrycie warstwy mchów /d/ w % Cover of moss-layer /d/ in % I. Ch. Lolio-Plsntaginetum: Plantago maior Lolium perenne Matricaria discoidea Lepidium ruderale II. Ch. Polygonion auicularis: Polygonum aviculare Poa annua ,111. Ch. Plantaginetea maioris: Cichorium intybus Carex hirta Leontodon autumnalis fs 00 o O rl M ID ID tD UD UD UD O O O O O O N CO CO CO CO CD ii liii bO LO UD [X UD UD UD UD UD O O O O O CD CD CD CD CD O I I I I bO o o o o o 00 CD CD CD O lilii *Q C •40 RJ O O O O i-> CD co rM 03 C X- O I I I CO CD 11112214453531112.. V + + 22 + +.+.. + 26754333 IV 1. ++++++. . ++. +. . . +. III +...++ 1 ++..+ 1 +..+*. . III 44445533122 + 112 + 1 + 1 V +1+..1313..1....+31 III ..++..r.+,l + +..+..+ III . • + +........+.... I .....+ I IV. Chenopodietea : Chenopodium album Galinsoga parviflora Erigeron canadensis Sonchus arvensis Amaranthus retroflexus Capsella bursa-pastoris Sisymbrium officinale Atriplex patula Setaria viridis Amaranthus albus Sonchus oleraceus Ersgrostis minor Senecio viscosus Sisymbrium loeselii Bromus tectorum Digitaria sanguinalis V. Ch. Artemisietea: Artemisia vulgaris Carduus crispus Artemisia absynthium Arctium lappa Linaria vulgaris Melilotus albus Melilotus officinalis Rumex obtusifolius Pastinaca sativa Melandrium album VI. Ch. Molinio-Arrhenathęretea : VII. Taraxacum officinale Achillea millefolium Trifolium repens Trifolium pratense Daucus carota Dactylis glomerata Rumex acetosa Plantago lanceolata Galium mollugo Gatunki towarzyszące Accompanying species: Polygonum persicaria Poa compressa Anthemis arvensis Matricaria inodora Agropyron repens Convolvulus arvensis Chenopodium rubrum Brassica napus var. oleifera Medicago lupulina Apera spica-venti Secale cereale Polygonum convolvulus Holcus mollis + 1 + + + + 111.+ + 1 + + + + 13 V + + + + + 1 + + + . + .+ + + + ++ . iv +.+ ..... +++1+++...+ III +......r + . ..+ + +..,. II .+...+..+...++ ..... II +.............+ ...+. I .....+.........+..... I . . . ....+ . . . +.. I .... I ++« « • ++• ++• + . +++++F IV +++..++.+.+.+...++. III + + ...+ + + + ...+.+.... III • . .+++.++++. .+.++. . III . ..!....+. ..+.! + + .. II +...+. ....... +..+.. II .+.....+ + . 1...... II 1....+........1...... I ..............+.+...........+. I r....................+ I .+.... r............. I ....++............... I Gatunki sporadyczne - Sporadic species: II. Bryum argenteum 63/3. III. Potentilla anserina 65/+, Agrostis vulgaris 7o/+, Rumex crispus 73/r. IV. Echinochloa crus-galli 57/+, Lactuca serriola 69/r, Polygonum tomentosum 73/ V. Berteroa incana 69/+, Carduus acanthoides 69/+, Verbascum phlomoides 69/r. VI. Lotus corniculatus 69/+, Arrhenatherum elatius 69/+, Centaurea jacea 71/+c VII. Calamagrostis epigeios 57/+, Beta vulgaris 57/r, Silene inflata 58/r, Poly- gonum nodosum 58/+,- Centaurea scabiosa 59/r, Hordeum vulgare 61/+, Diplota^ xis muralis 64/+, Bidens tripartitus 64/r, Odontites rubra 65/+, Polygonum Brittingeri 65/+, Geranium pratense 7o/+, Chrysanthemum leucanthemum 7®/+t Amaranthus ascedens 7o/+, Solanum lycopersicum 7o/r, Cerinthe minor 71/+, Avena sativa 72/+, Triticum vulgare 72/+, Hordeum distichon 73/+, Chenopo- dium glaucum 75/+.
37. Stacja Stalowa Wola, zbocze nasypu od strony północnej, na powierzchni około 30 m2, 16 IX 1976. 38. Rozwadów, między torami naprzeciw lokomotywowni, około 100 m od wieży ciśnień. Płat roślinności o powierzchni około 40 m2, na żużlu piecowym, 18 IX 1975. 39. Około 1,5 km od stacji Stalowa Wola w kierunku Rozwadowa, na po- boczu torów. W podłożu tłuczeń i żwir, 16 IX 1976. 40. Rozwadów, stacja towarowa, w pobliżu szaletów. Płat roślinności na żużlu piecowym, 18 IX 1975. 41. , na śmietniku za lokomotywownią, 18 IX 1975. Tanaceto-Artemisietum (tab. 2, zdj. 42—53) Tanaceto-Artemisietum, podobnie jak Echio-Melilotetum, jest jednym z najczęściej spotykanych zespołów ruderalnych. Zasiedla pobocza torów, stare wysypiska śmieci i gruzów, przydroża. Jest mało wymagający pod względem siedliska. Rozwija się na podłożu suchym i wilgotnym, na gle- bie o różnej zawartości piasku i żwiru, często na kamienistej tłuczce i żużlu piecowym. Jest to zbiorowisko wysokich bylin, przy czym zrąb tworzy prawie zawsze Artemisia nulgaris, osiągający 80 proc, zwarcia. Rzadziej panuje Tanacetum vulgare, a tylko w jednym — 42 zdjęciu (wykonanym na • śmietniku) przewagę nad nimi uzyskał Arctium lappa. Gatunkom tym towarzyszą często Pastinaca satwa, Artemisia absynthium, Melilotus al- bus, M. officinalis i Carduus crispus. W warstwie niższej najczęściej ro- sną: Achillea millefolium, Daucus carota, Agropyron repens, Tarascacum officinale, Poa compressa i Convolvulus aruensis. W 12 badanych pła- tach stwierdzono 109 gatunków należących głównie do klas: Artemisietea (23 gatunki), Chenopodietea (19), Molinio-Arrhenatheretea (13) i Planta- ginetea maioris (11 gatunków). Omawiane zbiorowisko sąsiaduje najczęściej z Echio-Melilotetum i Sisymbrietum loeselii, rzadziej z Lolio-Plantaginetum. Składem gatun- kowym zasadniczo nie odbiega od Tanaceto-Artemisietum opisywanego z innych terenów kolejowych Polski, np. z Łodzi i woj. łódzkiego [23— 24], Wrocławia [22], woj. szczecińskiego [3], okolic Przemyśla [16], Zdjęcie 42 (na skutek panowania w nim Arctium lappa z domieszką Urtica dioica) silnie nawiązuje do Tanaceto-Artemisietum arctietosum spotykanego, np. w Bielsku-Białej [27] i Wrocławiu. Wykaz zdjęć fitosocjologicznych: 42. Stacja Rozwadów, na śmietniku przy składzie drzewa, 17 1X 1976. 43. Przeworsk, około 100 m od budynku stacji, na śmietniku w pobliżu ram- py przeładunkowej, 28 VIII 1975. 44. Rozwadów, przy budynku lokomotywowni, na piasku zmieszanym z żuż- lem piecowym, 18 IX 1975. 45. Przeworsk, nad rowem za lokomotywownią. Pas roślinności o powierzchni około 50 m2, przy kolei wąskotorowej (w pobliżu rampy przeładunkowej), 29 VIII 1975. 46. Rozwadów — lokomotywownią, przy wjeździe na szosę w pobliżu wieży. Płat roślinności pomiędzy torem a polną drogą, 18 1X 1975. 47. Stacja Przeworsk, przy nie używanym torze za peronem 3, w pobliżu 24 — Rocznik Przemyski t. 22/23
rampy przeładunkowej. W podłożu żużel zmieszany z pyłem węglowym, 29 VIII 1975. 48. Około 800 m od stacji Przeworsk w kierunku Gorliczyny, na zboczu na- sypu pokrytym kamienistą tłuczką, 30 VIII 1975. 49. Przeworsk, koniec stacji towarowej, na poboczu torów. W podłożu ka- mienista tłuczka i żużel piecowy, 28 VIII 1975. 50.----, przy budynku nastawni wykonawczej, około 300 m na południe od budynku stacji. Płat roślinności o powierzchni około 20 m2 na wysypisku śmieci, 28 VIII 1975. 51.----, około 900 m na wschód od budynku stacji, przy bocznym (mało używanym) torze. W podłożu tłuczka kamienista zmieszana z piaskiem, 28 VIII 1975. 52. , nad rowem na końcu stacji towarowej. Płat roślinności o powierz- chni 25—30 m2, 30 VIII 1975. 53. Rozwadów, na końcu stacji towarowej (za semaforami), na poboczu torów, 18 IX 1975. Zbiorowisko z Calamagrostis epigeios (tab. 2, zdj. 54—56) Zbiorowiska trzcinnika piaskowego spotykano zarówno w Rozwado- wie, jak i w Przeworsku na bocznych torowiskach, szerokich między- torzach, przy śmietnikach, zazwyczaj w sąsiedztwie Tanaceto-Artemisie- tum, Echio-Melilotetum i Lolio-Plantaginetum. Zajmują one niekiedy kilkadziesiąt m2 powierzchni. Pokrywają podłoże piaszczyste, często z domieszką żwiru i żużla piecowego. Zbiorowisko charakteryzuje duże zwarcie (do 90 proc.) Calamagrostis epigeios. Towarzyszą mu najczęściej Achillea millefolium, Daucus carota, Cichorium intybus oraz Bryum argenteum. W 3 zbadanych płatach stwierdzono 35 gatunków, głównie z klas Artemisietea (9 gat.), Plantagi- netea maioris (5 gat.) i Molinio-Arrhenatheretea (4 gat.). Zbiorowiska o podobnym składzie florystycznym obserwowano rów- nież na terenach kolejowych Torunia [4, 13], Bydgoszczy [12], Przemyśla i jego okolic [16]. Skupiska Calamagrostis epigeios we Wrocławiu R o- stański i Gutte [22] tłumaczą działaniem herbicydów niszczących rośliny dwuliścienne. Wykaz zdjęć fitosocjologicznych: 54. Rozwadów, na śmietniku przy lokomotywowni, 18 IX 1975. 55. , stacja towarowa, nie opodal zdj. 40, w pobliżu szaletów. W pod- łożu żużel piecowy, 18 IX 1975. 56. Przeworsk, międzytorza w pobliżu lokomotywowni wysypane żużlem piecowym, 29 VIII 1975. Lolio-Plantaginetum (tab. 3, zdj. 57—75) Zespół Lolio-Plantaginetum, jako najpospolitszy w badanym terenie, jest najobficiej reprezentowany w analizowanym materiale zdjęciowym. Wykształca się na silnie wydeptywanych międzytorzach, peronach, ram- pach przeładunkowych oraz w pobliżu budynków stacyjnych. Porasta miejsca przesycone ściekami z parowozów na piasku, żwirze, żużlu pie- cowym i kamienistej tłuczce.
Zbiorowisko budują najczęściej: Plantago maior, Polygonum auicula- re, Lolium perenne i Poa annua. Są to gatunki charakterystyczne asocja- cji Lolio-Plantaginetum i związku Polygonion auicularis. Osiągają nie- kiedy 70 proc. zwarcia. Wysoką klasę stałości osiągają także: Tarazacum officinale, Achillea millefolium, Chenopodium album i Polygonum per- sicaria. Mimo stosunkowo dużej liczby gatunków w zespole (89 gat.) udział ich w poszczególnych płatach jest mały (średnio 20 gat. w jednym zdjęciu). Najliczniej reprezentowane są klasy: Chenopodietea (19 gat.), Plantaginetea maioris i Artemisietea (po 13 gat.) oraz Molinio-Arrhena- theretea (12 gat.). Lolio-Plantaginetum wykazuje zróżnicowanie facjalne [14, 16, 24, 27], W przedstawionych materiałach zdjęciowych (tab. 3) zaznaczają się facje z Polygonum aviculare (zdj. 57—63), z Plantago maior (zdj. 64—68) i z Lolium perenne (zdj. 69—75). F a lińs ki [5] zaliczył płaty o podob- nym składzie florystycznym do Lolio-Plantaginetum typicum. Wykaz zdjęć fitosocjologicznych: 57. Przeworsk, na silnie udeptywanym międzytorzu w pobliżu lokomotywow- ni. W podłożu żużel piecowy, 29 VIII 1975. 58. , stacja towarowa, w odległości około 1 km od końca tejże stacji w kierunku stacji osobowej. Siedlisko jak w zdj. poprzednim, 28 VIII 1975. 59. Rozwadów, między torami, w odległości około 100 m od ogrodzenia loko- motywowni w kierunku stacji osobowej. W podłożu pył węglowy, 18 IX 1975. 60. , około 50 m za budynkiem noclegowni drużyn lokomotywowych, 19 IX 1975. 61. Przeworsk, na silnie udeptywanej ścieżce w pobliżu rampy przeładun- kowej, w odległości około 200 m na wschód od budynku stacji, 28 VII 1975. 62. , stacja towarowa, w odległości około 1,5 km od stacji osobowej na silnie udeptywanych międzytorzach, 28 VIII 1975. 63. , naprzeciw budynku stacji przy peronie 3. Szerokie, silnie udep- tywane międzytorze pokryte żwirem, 29 VIII 1975. 64. , w odległości 50—100 m od budynku stacji, przy często uczęszcza- nej ścieżce, na powierzchni ponad 100 m2, 29 VIII 1975. 65. , nie opodal nastawni dysponującej na stacji towarowej. Silnie udep- tywane międzytorze porosłe głównie Plantago maior i Poa annua, 28 VIII 1975. 66. , w odległości około 100 m od nastawni wykonawczej pkt. 1 w kie- runku budynku stacji. Silnie deptane międzytorze pokryte kamienistą tłuczką, 29 VIII 1975. 67. Rozwadów, naprzeciw rampy przeładunkowej (przy rowie odprowadzają- cym ścieki). Międzytorze pokryte żużlem piecowym, 19 IX 1975. 68. Przeworsk, stacja osobowa, w pobliżu nastawni wykonawczej pkt. 1. Pas roślinności na silnie wydeptywanym poboczu torów. W podłożu drobniutki tłu- czeń, 29 VIII 1975. 69. , w odległości około 100 m od wiaduktu za cukrownią w kierunku Gorliczyny, na ścieżce pokrytej piaskiem z kamykami, 30 VIII 1975. 70. , w pobliżu rampy przeładunkowej, w odległości około 150 m od budynku stacji. Pas roślinności przy ścieżce wiodącej między torami. W podłożu kamienista tłuczka zmieszana z piaskiem, 28 VIII 1975. 71. Rozwadów, stacja towarowa, w odległości około 30 m od semaforów, na międzytorzach pokrytych kamienistą tłuczką, 18 IX 1975.
72. , między torami na końcu stacji towarowej. W podłożu tłuczka zmieszana ze żwirem i pyłem węglowym, 18 IX 1975. 73. Przeworsk, w odległości około 100 m od budynku stacji, przy peronie 3, na silnie wydeptywanym międzytorzu, 29 VIII 1975. 74. Rozwadów, naprzeciw budynku stacji przy torze 1, 29 VIII 1975. 75. , nie opodal stacji osobowej, na ścieżce przy nie używanych torach (w pobliżu płotu oplecionego Parthenocissus quinquefolia), 18 IX 1975. IV. PODSUMOWANIE Na podstawie analizy 75 zdjęć fitosocjologicznych wykonanych na terenach kolejowych Przeworska, Stalowej Woli i Rozwadowa wyróż- niono 8 zespołów synantropijnych oraz 1 zbiorowisko o nie ustalonej bliżej randze systematycznej (tab. 1—3). Wyróżnione zespoły można połączyć w grupy ekologiczne o zbliżo- nych wymaganiach siedliskowych. 1. Na podłożu piaszczystym, piaszczysto-żwirowatym, rzadziej na na- sypach żużla piecowego i kamienistej tłuczki spotyka się Panico-Eragro- stietum, Corispermo-Brometum, Echio-Melilotetum oraz zbiorowisko z Calamagrostis epigeios. 2. Na podobnych, ciepłych siedliskach, ale na glebach mniej przepusz- czalnych oraz na wysypiskach śmieci i gruzu, bogatych w wapń i inne sole mineralne, występują zespoły. Sisymbrietum loeselii i Senecioni- -Tussilaginetum. 3. Świeże usypiska ziemi, śmieci, gruzu i żużla zajmuje Chenopodie- tum ruderale, natomiast starsze — Tanaceto-Artemisietum. 4. Na różnych podłożach, ale podlegających częstemu deptaniu wy- kształca się Lolio-Plantaginetum.
PIŚMIENNICTWO [1.] Anioł-Kwiatkowska J., Flora i zbiorowiska synantropijne Legnicy, Lubina i Polkowic. Acta Uniw. Wrat. nr 229, Prace Botaniczne XIX, Wrocław 1974, s. 1—152. [2.] Braun-BIanquet J., Pflanzensoziologie, 3-tte Aufl. Wien — N. York 1964, s. 1—865. [3.] C w i k 1 i ń s k i E., Flora i zbiorowiska roślinne terenów kolejowych woj. szczecińskiego. Akad. Roln., Rozprawy 40, Szczecin 1974, s. 1—149. [4.] Fabierkiewicz I., Roślinność synantropijna miasta Torunia (komunikat). Mat. Zakł. Fitosoc. Stos. UW 27; Warszawa—Białowieża 1971, s. 133—144. [5.] Faliński J. B., Zbiorowiska dywanowe zachodniej części Niziny Wielko- polsko-Kujawskiej. Acta Soc. Bot. Polon., vol. 32 nr 1, Warszawa 1963, s. 81—99. [6.] Faliński J. B., Antropogeniczna roślinność Puszczy Białowieskiej jako wy- nik synantropizacji naturalnego kompleksu leśnego. Dissert. Uniw Vars. 13, War- szawa 1966, s. 1—256. [7.] Fijałkowski D., Zbiorowiska roślin synantropijnych miasta Chełma. Ann. Univ. Mariae Curie-Skłodowska, sectio C, vol. XVIII, Lublin 1963, s. 291—325. [8.] Fijałkowski D., Zbiorowiska roślin synantropijnych miasta Lublina. Ann. Univ. Mariae Curie-Skłodowska, sectio C, vol. XVII, Lublin 1968, s. 195—233. [9.] Fijałkowski D., Synantropy roślinne Lubelszczyzny. PWN Warszawa—Łódź 1978. [10.] Karczmarz K., P acz os S., Zależność rozmieszczenia subatlantyckich i pseudoatlantyckich roślin od stosunków opadowych w Kotlinie Sandomierskiej i na zachodniej krawędzi Roztocza. Rocz. Przem. XVII—XVIII, Przemyśl 1977, s. 277—340. [11.] Karczmarz K., Pió recki J., Materiały do flory roślin naczyniowych Kotliny Sandomierskiej i Pogórza Przemyskiego. Rocz. Przem. XVII—XVIII, Prze- myśl 1977, s. 341—360. [12.] Kępczyński K., Zbiorowiska roślin synantropijnych na terenie miasta Bydgoszczy. Acta Univ. Nicolai Copernici, Biologia z. 17, Nauki Mat.—»Przyr. 36, Toruń 1975, s. 3—87. [13.] K ę p c z y ń s k i K., Zienkiewicz J., Zbiorowiska ruderalne miasta To- runia. Studia Soc. Sci. Torunensis, sectio D, vol. X, nr 2, Warszawa—Poznań 1974, s. 1—52. [14.] Kornaś J., Zespoły roślinne Gorców. Cz. II Zespoły synantropijne. Fragm. Flor, et Geob., Ann. 14, pars 1, Kraków 1968, s. 83—124. [15.] Krzaczek T., Materiały florystyczne z powiatu Tarnobrzeg. Fragm. Flor, et Geob., Ann. 17, pars 4, Kraków 1971, s. 465—470. [16.] Ł u c z y c k a A., Roślinność synantropijna torów kolejowych rejonu Medyki i Żurawicy pod Przemyślem. Rocz. Przem. XVII—XVIII. Przemyśl 1977, s. 361— 394. [17.] Malicki A., Podział fizjograficzny górnego i środkowego dorzecza Sanu.
Folia Soc. Sci. Lubi., sectio D, 12, Lublin 1971, s. 37—42. [18.] Matuszkiewicz W., Przegląd systematyczny zbiorowisk roślinnych Pol- ski. [w:] Scamoni A., Wstęp do fitosocjologii praktycznej. PWRiL, Warszawa 1967, s. 175—229. [19.] Misiewicz J., Flora i zbiorowiska synantropijne Gorzowa Wielkopolskiego i okolicy. Mat. Zakł. Fitosoc. Stos. UW 27, Warszawa—Białowieża 1971, s. 65—79. [20.] O chyr a R., Notatki florystyczne z południowo-wschodniej części Puszczy Sandomierskiej. Zesz. Nauk. UJ., rocz. 360, Prace Bot. z. 2, Kraków 1974, s. 161— 173. [21.] Pasternak K., Geologiczna i gleboznawcza charakterystyka dorzecza rzeki Sanu. Acta Hydrobiol., vol. 6, z. 3, Kraków 1964, s. 289—307. [22.] Rostański K., G u 11 e P., Roślinność ruderalna miasta Wrocławia. Mat. Zakł. Fitosoc. Stos. UW 27, Warszawa—Białowieża 1971, s. 167—215. [23.] Sowa R., Roślinne zespoły ruderalne na terenie Łodzi. Łódzkie Tow. Nauk. Wydz. III — Nauki Mat.—Przyr. nr 96, Łódź 1964, s. 7—30. [24.] Sowa R., Flora i roślinne zbiorowiska ruderalne na obszarze województwa łódzkiego ze szczególnym uwzględnieniem miast i miasteczek. Łódź 1971, s. 1—282. [25.] Szafer W., Kulczyński S., Pawłowski B., Rośliny polskie. PWN, Warszawa 1969, s. 1—1019. [26.] Szata roślinna Polski. Opracowanie zbiór, pod red. W. Szafera i K. Za- rzyckiego. PWN, Warszawa 1972. [27.] Zając E. U., Ruderal Yegetation of the Bielsko-Biała. Town. Monogr. Bot., vol. 40, Warszawa 1974, s. 5—87.
CMHAHTPOHHBIE COOBIUECTBA >KEJIE3HOJIOPOXCHbIX pahohob nniEBOPCKA, ctajiEbo# bojih m posbajjoba P e 3 k> m e Ha ocHOBe anajiwsa 75 t^MTOCouHOjiorwnecKwz chmmkob, c,nejiaHHbix b JKejiea- HOflorpoiKHOM pailOHe HmeBopcKa, CrajieBoii Bojik m PossaflOBa, Bbi^ejieno 8 cnHan- TponHbix accopwaijrifł n o^ho, SjiwjKe Heonpe^ejieHHoro cbwTocoimojiorrrnecKoro panra, cooSnjecTBo. (raSji. 1—3). 3tm Bbi^ejieHHbie acconwaipm mohcho oS^e^eHKTb b SKOJiorwnecKMe rpynnbi, OTjntHaioiUMecM noxoJKHMit MecTOo6irraiomnMn TpeSosa- HKHMM. 1. Ha necnaHOń nonBe, necHanofi noKpbiToił rpasneM noHBe, pe?xe na nacbinax flOMenHOro niJiaKa m KaMennoro meGna BCTpenaeTCH Panico-Eragrostietum, Cori- spermo-Brometum, Echio-Melilotetum n cooSnjecTBo Calamagrostis epigeios. 2. Ha noxojKwx Tenjibix, ho Menee npoHMijaeMbix MecTonojiojKeHWHx, a TaKJKe na Mycopnbix CBajiKax m CBajiKax medna, co^;epjKanj;nx M3BecTb m apyrne mmhc- pajibHbie cojim, BbicTynaioT accorpiaumi: Sisymbrietum loeselii h Senecioni-Tussi' laginetum. 3. CseJKwe poccbinw 3eMJin, Mycopa, njedHH m niJiaKa noKpbiTbi Chenopodietum ruderale, 3aT0 Sojiee CTapbie — Tanaceto-Artemisietum. 4. Ha pa3Hbix noHBax, KOTopbie onenb nacTO SbinaiOT TOHTaHbi, BbicTynaer Lolio-Plantaginetum. SYNANTHROPIC COMMUNITIES IN THE RAILWAY AREAS OF PRZEWORSK, STALOWA WOLA AND ROZWADÓW S u m m a r y On the basis of 75 phytosociological records, eight synanthropic associations and one community (tab. 2, record 54—56) of an undefinied systematic rank have been identified in railway areas of tree towns: Przeworsk, Stalowa Wola and Roz- wadów in the Sandomiere Basin, east Poland. The identified associations may be classified into ecological groups which have similar living reąuirements. 1. Tree associations, such us Panico-Eragrostietum, Corispermo-Brometum Echio-Melilotetum, and a community with Calamagrostis epigeios occur on sandy and gravelly substrata, les freąuently on heaps of cinders and those of broken stone. 2. Two associations: Sisymbrietum loeselii and Senecioni-Tussilaginetum on si- milar heaps of rubbish, but in less permeable stands and on dumping grounds and on rubbish heaps rich in calcium and other minerał component salts. 3. The Chenopodietum ruderale association grows on fresh heaps of earth, rubbish and rubble, but oldest substrata are covered by Tanaceto-Artemisietum association. 4. Lolio-Plantaginetum develops on different sandy and clay soils freąuently trodden out.

Marian Wójcikiewicz, Krzysztoj Lipka CHARAKTERYSTYKA FLORYSTYCZNO-STRATYGRAFICZNA PROJEKTOWANEGO REZERWATU TORFOWISKOWEGO BACHÓRZEC- WINNE I. WSTĘP W Polsce przy ciągle zwiększającym się deficycie wody torfowiska spełniają bardzo ważną rolę w danym regionie przyrodniczym. Zatrzy- mują . sezonowe nadwyżki wody, którą zwracają otoczeniu równomier- nymi dawkami drogą parowania terenowego. W wyniku procesu torfo- twórczego zwiększają swoją masę torfową, a tym samym dają przyrost retencji wodnej. Biorąc pod uwagę ich funkcję w kształtowaniu dodat- niego bilansu wodnego, należałoby obiekty te zachować w stanie natu- ralnym. W Polsce południowej, a szczególnie w makroregionie południowo- -wschodnim, torfowisk jest bardzo mało. Na Podgórzu Dynowskim w pobliżu miejscowości Dubiecko znajduje się torfowisko o nazwie Bachó- rzec-Winne posiadające ciekawą roślinność torfowiskową oraz stratygra- fię złoża. Na tym obiekcie wadliwie wykonana melioracja spowodowała znaczne obniżenie jego powierzchni, nadmierne zmurszenie stropowych warstw złoża. Nastąpiło pogorszenie naturalnej zasobności w składniki pokarmowe i tendencje do rozprzestrzeniania się mało wartościowych zbiorowisk roślinnych. Istnieje obawa, że przy dalszej eksploatacji złoża oraz przy naruszeniu bilansu wodnego może ulec całkowitemu zniszcze- niu jego szata roślinna. Roślinność i stratygrafia torfowiska Bachórzec-Winne nie były do- tychczas przedmiotem oddzielnych badań naukowych. Jedynie niektó- rymi elementami środowiska torfowiskowego zajmowali się Batko [1] i Ralska-Jasiewicz [14], Natomiast Mamakowa [8] przeprowadziła tutaj analizy palinologiczne, na których podstawie przedstawiła historię roz- woju torfowiska w okresie holocenu. II. OGÓLNA CHARAKTERYSTYKA TERENU Torfowisko Bachórzec-Winne znajduje się w woj. przemyskim, w po- bliżu miejscowości Przedmieście Dubieckie ok. 30 km na zachód od Prze- myśla (Ryc. 1). Położone jest w dolinie Sanu na terasie rzecznej o wy-
Ryc. 1. Szkic sytuacyjny torfowiska Bachórzec-Winne: a. granica zerowa tor- fowiska, b. granica projektowanego rezerwatu, c. potorfia, d. rowy melioracyjne, e. drogi polne, f. szosa, g. teren przeznaczony do eksploatacji. Skala 1:2 sokości 5—6 m i wysokości bezwzględnej 230—232 m n.p.m. Teren ten należy pod względem geomorfologicznym do podokręgu — Pogórze Prze- myskie, regionu — Pogórze Dynowskie (mezoregionu — Pogórze, regio- nu — Karpaty Zewnętrzne). -------------------------------------------------------------------------> Ryc. 2. Mapa florystyczna torfowiska Bachórzec-Winne: 1. Scirpetum silvaticl 2. Cirsietum rinularis, 3. Caricetum paniculatae, 4. Ranunculetum repentis, 5. Mo- linietum coeruleae, 6. Salici-Franguletum, 7. Calluno-Yaccinietum, 8. Pino-Quer- cetum, 9. Vaccinio uliginosi-Pinetwn, 10. Eriophoro-Sphagnetum recurnii, 11. Eriop- horo angustifolii-Sphagnetum recuruii, 12. zbiorowisko z Urtica urens, 13. zbioro- wisKO z Potentilla anserina, 14. zbiorowisko z Ranunculus acer, 15. zbiór iwisko z Mentha arvensis, 16. zbiorowisko z Plantago lanceolata, 17. łąki kośne, 18. las mieszany, 19. stanowiska Drosera rotundńfolia, 20. numery zdjęć florystycznych wy- konanych w terenie, 21. potorfia, 22. rów melioracyjny, 23. droga polna, 24. ścieżki piesze, 25. granica projektowanego rezerwatu, 26. miejsca, w których wykonano wierceń.a. Skala 1:5.

Pogórze Dynowskie budują fałdy płaszczowiny skolskiej składające się z łupków ilastych, łupków marglistych i piaskowców wapnistych two- rzących się w starszym trzeciorzędzie (paleocen, eocen, oligocen) ok. 65 min lat temu. W czasie transgresji lodowców zostały usypane utwory fluwioglacjalne przykrywając w dolinach pogórza materiały trzeciorzę- dowe. Osady podścielające torfowisko są typu ilastego. W okresie postgla- cjalnym zostały drogą soliflukcji przeniesione z pobliskich wzniesień. Utwory iłowe dzięki zdolnościom silnego pęcznienia, przy dostatecznym uwilgotnieniu spowodowały zatrzymywanie wody w lokalnych zagłębie- niach w dolinie Sanu. W północnej części torfowiska pod torfem znajdu- je się gitia ilasta o grubości kilku centymetrów. Toriowisko jest odwadniane rowami melioracyjnymi poprowadzonymi do rzeki San. Główny spływ wody ma kierunek północny. Poza granica- mi torfowiska (za wzniesieniem mineralnym) zbiorczy ciek zmienia kie- runek z wschodniego na południowo-wschodni. Częściowo odpływ wody następuje także w kierunku południowym. W czasie badań torfowisko było silnie przesuszone. Poziom wody gruntowej znajdował się 60—90 cm poniżej powierzchni torfowiska. III. METODYKA BADAŃ Celem badań było dokładne scharakteryzowanie szaty roślinnej oraz przeprowadzenie analiz botanicznych złoża torfowego. Prace terenowe prowadzono w latach 1978—1979. W okresie tym wykonano 95 zdjęć fito- socjologicznych metodą Braun-Blanąueta. W niniejszej pracy zamieszczo- no 37 zdjęć, pozostałe zdjęcia wykorzystano przy charakterystyce zbio- rowisk roślinnych. Klasyfikację jednostek fitosocjologicznych oparto na pracy Matuszkiewicza [10]. Dla zobrazowania rozmieszczenia zespołów i zbiorowisk w obrębie torfowiska, wykonano mapkę florystyczną (Rys. 2), na której zaznaczono jednorodne fitocenozy. Natomiast ogólny przegląd szaty roślinnej ujmują tabele 1—8. Materiały do badań torfu były pobrane świdrem typu Instorf z trzech wierceń o następującej głębokości: w punkcie A — 5,4 m, w punkcie B — 6,0 m, w punkcie C — 6,9 m. Analizę botaniczną torfu przeprowadzono w próbkach o długości 20 cm. Uwzględniono tutaj procentowy udział ga- tunków bądź rodzajów oraz stopień rozkładu torfu (stopień humi- fikacji), który został wyznaczony metodą mikroskopowo-procentową. Graficznie wyniki analiz przedstawiono w tabelach 9—11. Na podstawie tych badań sporządzono przekroje stratygraficzne (poprzeczny i podłuż- ny) złoża torfowiska, na których zaznaczono warstwy będące rodzajami torfu (Ryc. 3). IV. SYSTEMATYCZNY PRZEGLĄD ZBIOROWISK ROŚLINNYCH Na powierzchni torfowiska (Ryc. 2) wyróżniono 11 zespołów, 5 zbio- rowisk roślinnych, które można zaliczyć do następujących jednostek taksonomicznych: klasa — Phragmitetea R. Tx. et Prsg. 1942 rząd — Phragmitetalia R. Tx. et Prsg. 1942 związek — Magnocaricion Koch 1926
Caricetum paniculatae Wang. 1916 Tab. 1 Nr zdjęcia w terenie Data o Iowierzchnia zdjęcia /ni / 1 3 14.6.78 14.6.78 14 12 36 i IX> O • W -U i “ 54 13.6.78 25 66 16.8.79 16 Gat. ch. zespołu Carex paniculata 5.4 4.4 4.5 3.3 4.4 Gat. ch. związku Kagno- caricion Garex rostrata + + X Carex vesicar.ia + 4 • + A Galium palustre 1.1 1.1 4* 2.2 lysimachia wlgaris + + 1.1 • Gat. ch. rzędu Phrngmitctc i klasy Ihragmitetca Eąuisutum limosum £ Ą • Lycopr<s europaeus * 4* 1.2 1.1 Typha latifolia + + 1.1 + Gat. towarzyszące Betula yerrucosa • • A 1.1 • Salix cinerea + 1.1 • Anthoxanthum odora tum . 1.2 A • Mentha aąuatica . + + + • lychnis flos-cuculi . + + A • Daucus carota - + + A • Rumex acetosa - + + A • Ranunculus acer + + + A • Koleus lanatus A + 1.1 A • Scirpus silyaticus + 1.2 o • • I^posotis palustris + 1.1 O + • Juncus effusus — •4“ + 1.1 + Lemna minor 1.1 1.1 - + • Sphagnum apiculatum • • + 1.1 • Gatunki sporadyczne: Valeriana officinalis /1/. Solanum dulcamara /1/. Poa palustris /9/, Epilobium palustre /66/, Biaens cemus /66/» Lythrum salicaria /66/, Frangula alnus , Populus tremula /54/ zespół — Caricetum paniculatae Wang. 1916 klasa — Plantaginetea R. Tx. et Prsg. 1950 rząd — Plantaginetalia R. Tx, 1947 związek — Agropyro-Rumicion Nordh. 1940 zespół — Ranunculetum repentis Nordh. 1940 klasa — Ozycocco-Sphagnetea Br.—BI. et R. Tx. 1943 rząd — Sphagnetalia fusci R. Tx. 1955 związek — Sphagnion Fusci Br.—BI. 1920 zespół — Eriophoro-Sphagnetum recuruii Hueck 1929 klasa — Molinio-Arrhenatheretea R. Tx. 1937 rząd — Molinietalia Koch 1926 związek — Calthion R. Tx. 1936 zespół — Cirsietum rwularis Ralski 1931 zespół — Scirpetum silpatici Knapp 1946 zbiorowisko z Plantago lanceolata zbiorowisko z Ranunculus acer związek — Molinietum coeruleae Koch 1926
Ranunculetum repentis Nordh. 1940 Tab. 2 Nr zdjęcia w terenie Data • 2 Powierzchnia zdjęcia /m / 8 12 14.6.78 16.6.73 30 25 13 16.6.78 20 26 30 16.6.78 16.6.78 15 35 Gat. ch. zespołu Ranunculus repens 3.3 4.4 2.3 3.3 3.3 Gat. ch. związku Agropyro-Rumicion Carex hirta Rumex crispus Potentilla reptans Agropyron repens Mentha rotundifolia + 1*1 + . + + + + + 1.1 1.2 1.1 + + + • • Gat. ch. rzędu PIantaginetalia i klasy Plantaginetea Potentilla anserina . 2.3 Plantago maior + + Stellaria media • . Eąuisetum arrense . + Bromus mollis 2.2 + Cirsium arvense . Bromus arvensls + + Poa annua • . . 2.2 • 1?1 1.2 + • • 1.1 + . 1*1 . 2.2 + + . + + . Gat. towarzyszące Potentilla erecta Festuca pratensis lychnis flos-cuculi Holcus lanatus Plantago lanceolata Galium vernum Galium boreale Vicia cracca Thymus pulegioides Yeronica chamaedrys + + + 2.3 + + 1.1 1.1 . 1.1 . '1.2 • • + 2.2 + 1.1 + 2.2 + + + . + + + 1.2 1.1 1.2 + 1.1 • • • • Gatunki sporadyczne: Leontodon hispidus /8/, Trifolium pratensis /8/, Briza media /2b/, Poa pratensis /3O/, Luzula campestris /26/, Achillea millefolium /13/, Ifyosotis caespitosa /8/, Carex flava /26/t Stellaria graminea /30/, Cardus nutans /26/, Filipendula hecapetala l2ś>l, Antho- xanthum odoratum /8/» Cynosurus cristatus /8/, Melilotus officinalis /8/, Chaerophy Hus sp. /8/ zespół — Molinion coeruleae Koch 1926 klasa — Nardo-Callunetea Prag. 1949 rząd — Calluno-Ulicetalia R. Tx. 1937 związek — Calluno-Genistion Duvign. 1944 zespół — Calluno-Vaccinietum Buker 1942 klasa — Alnetea glutinosae Br.—BI. et R. Tx. 1943 rząd — Alnetalia glutinosae Meijer Drees 1936 związek — Alnion glutinosae zespół — Salici-Franguletum Malx. 1929 klasa • — Yaccinio-Piceetea Br.—BI. 1939 rząd — Vaccinio-Piceetalia Br.—BI. 1939 związek — Dicrano-Pinion Libb. 1933 zespół — Vaccinio uliginosi-Pinetum Kleist 1929
związek — Pino-Quercion Med.—Korn. 1959 zespół — Pino-Quercetum Kozi. 1929. klasa Rudero-Secalietea Br.—BI. 1936 rząd — Potentillo-Polygonetalia R. Tx. 1947 zbiorowisko z Mentha awensis zbiorowisko z Potentilla anserina zbiorowisko z Urtica urens klasa Scheuchzerio-Caricetea fuscace Nordh. 1936. rząd Scheuchzerietalia palustris Nordh. 1936. związek — Rhynchosporo-Sphagnion zespół — Eriophoro angustifolii-Sphagnetum recuruii M. Jasn., J. Jasn. et Mark. 1968 CAR1CETUM PANICULATAE (tab. 1). Płaty tego zespołu rozwijają się w podmokłych obniżeniach terenu, szczególnie w dołach potorfowych. W czasie badań terenowych poziom wody gruntowej w tych płatach wynosił 10—55 cm powyżej powierzchni gruntu. Gatunek charaktery- styczny zespołu — Carez paniculata wytwarza wysokie, mocne kępy osiągające często wysokość do 1 m. Między kępami występują liczne ga- tunki roślin klasy Alnetea glutinosae, Molinio-Arrhenatheretea wkracza- jące tu z sąsiednich płatów. Caricetum paniculatae został scharakteryzo- wany przez 4 zdjęcia (nr 1, 3, 9, 54) fitosocjologiczne. Jest to zespół wtór- ny, który wkroczył na teren torfowiska po zakończeniu wydobywania torfu. RANUNCULETUM REPENTIS (tab. 2). Zespół ten zajmuje brzeżne partie torfowiska (północno-wschodnia i zachodnia strona). Największą stałość fitosocjologiczną wykazuje Ranunculus repens. Płaty jego zawie- rają trawy najgorszej jakości pastewnej: Hołcus lanatus, Anthozanthum odoratum, rośliny trujące, jak Ranuncułs acer, Eguisetum aruense, Ca- rex hirta, silnie drewniejące w okresie kwitnienia: Lychnis flos-cuculi, Gdlium boreale, Galium uernum oraz rośliny zbyt niskie: Stellaria gra- minea, Plantago lanceolata, Plantago maior, Potentilla anserina. Obser- wuje się tu płaty torfu pozbawione żywej darni o dużym stopniu zmur- szenia i rozpylenia, co jest niekorzystne dla rozwoju roślin pastewnych. ERIOPHORO-SPHAGNETUM RECURVII. Zespół wełniankowo-tor- fowcowy jest dobrze rozwinięty w dołach potorfowych położonych w po- łudniowej części torfowiska. Mszar ten rozwija się w siedliskach o od- czynie kwaśnym i stosunkowo ubogim w związki pokarmowe. Występuje w nim mała grupa gatunków roślin. CIRSIETUM RIWLARIS (tab. 3). Płaty zespołu ostrożenia łąkowego wśród wyróżnionych 16 zbiorowisk na badanym torfowisku zajmują największą powierzchnię. Położone są wzdłuż zachodniej części torfowi- ska, a także w dwóch miejscach po stronie wschodniej. Zajmuje on sied- liska dobrze uwilgotnione, z poziomem wody gruntowej 2—10 cm poni- żej powierzchni wierzchnicy. Zespół Cirsietum rwularis jest bogaty w gatunki roślin. Powierzchnia zajęta przez ten zespół jest użytkowana jako łąka kośna.
Cirsietum rivularis Ralski 1931 Tab. 3 Nr zdjęcia w terenie Data 2 Iowierzchnia zdjęcia /m / 15 16.6.78 16 16 22 .6.78 15 27 16.6.78 16 20 37 .6.78 16 15 41 .6.78 30 Gat. ch. zespołu Cirsium rivulare 4.4 3.3 3.2 3.4 3.3 Gat. ch. związku Calthion i-yosotis palustris + . + 1.1 + Scirpus silvaticus + . . + • Gat. ch. rzędu Wolinietalia lychnis flos-cuculi • 1.1 2.2 1.2 + Carex panicea . . + + . Achillea ptarmica + . . . . Galium uliginosum + 1.1 . . . Juncus effusus . + 1.1 + Poa pratensis . 1.1 + 1.1 Eąuisetum palustre . . . . + Gat. ch. klasy Molinio- Arrhenatheretea lysimachia vulgaris . . + + . Galium boreale . 2.2 + 1.1 1.1 Koleus lanatus + 1.1 1.1 1.1 1.2 Rumex acetosa 2.2 + 1.2 + 1.1 Cirsium palustre . + . + . Briza media . . + 1.1 + Deontodon hispidus + , - . + . Ranunculus acer 1.2 + . . 2.2 Plantago lanceolata *1.1 + . 4 . Gat. towarzyszące Galium vemum 2.2 . + 4- 4 Ranunculus repens . 4- . 4 . Stellaria palustris 4 4-,.. Taraxacum palustre 4 . . . . Campanula glomerata 4 ... 4 Potentilla anserina 44.4. Bromus erectus . 1.2 . 4 4 Anthoxanthum odoratum 4 4 4 1.1 1.2 Climacium dendroides • . . 1.2 • Hepaticeae . 2.2 4 . . Gatunki sporadyczne: Eriophorum latifolium /27/» Carex flava /41/, Carex fusca /27/» Eąuisetum pratense /27/, Alchemilla pastoralis 741/, Filipendula ulmaria /27/, Frangula alnus /41/, Salix rosmarinifolia /37/ SCIRPETUM SILVATICI. Zespół sitowia leśnego zajmuje dwa miejsca silnie uwodnione. Jedno w północnej części badanego terenu, drugie w południowo-wschodniej. Zdjęcie nr 2 zawiera 27 gatunków roślin, na- tomiast nr 19—24 gatunki roślin należących w większości do klasy Molinio-Arrhenatheretea. Zbiorowisko z PLANTAGO LANCEOLATA (tab. 4). Na torfowisku Bachórzec-Winne można wydzielić 3 płaty z babką wąskolistną, na któ-
ISbiorowisko z Plantago lanceolata Tab. 4 Nr zdjęcia w terenie Data 2 14 Powierzchnia zdjęcia /nr/ 10 .6.78 30 20 15.6.78 16 21 16.6.78 35 60 18.6.78 30 Gat. ch. zbiorowiska Plantago lanceolata 4.4 3.3 4.4 3.4 Gat. ch» związku Molinion Achillea ptarmica • + Galium boreale a. + + Molinia coerulea + + + Juncus effusus + * • Juncus conglomeratus • • • 1.2 Gat. ch. związku Calthion Grepis paludosa + + Fyosotis palustris + + + Trifolium hybridum • + * 'l Cirsium rivulare * + 1.1 • Leontodon hipsidus 9 • + + Gat. ch. rzędu Wolinietalia lychnis flos-cuculi + • 1.1 • Arectorolophus montanus + Climacium dendroidee 1.1 1.1 + • Gat. ch. rzędu Arrhenathere- talia Campanula patula kalium mollugo 1.1 + • Bellis perennis + + * Bromus mollis + + • • Gat. ch. klasy Mollinio- Arrhenatheretea Achillea millefolium Pestuca pratensis + • Holcus lanatus + 2.2 1.1 1.2 Lathyrus pratensis • « + Phleum pratense • • + Poa pratensis + • Ranunculus acer 2.2 1.2 + + Rumex acetosa 1.1 + Yicia cracca + 2.2 + Gerastium vulgatum 1.1 + 1.1 1.1 Anthoxanthum odoratum 1.2 1.1 + 1.1 Briza media • 1,2 + + Gat. towarzyszące Potentilla anserina 2.2 1.2 Galium vernum • + + Carex fusca + * * + Cirsium lanceolatum - • • • + 25 — Rocznik Przemyski t. 22/23
Molinietum coeruleae Koch 1926 Tab. 5 Nr zdjęcia w terenie Data 2 Powierzchnia zdjęcia /et/ 63 16.8.79 20 70 16.8.79 35 76 16.8.79 25 85 16.8.79 30 Gat. ch. zespołu Molinia coerulea 4.4 4.4 3.4 4.4 Gat. ch. związku Molinion Achillea ptarmica + 1.1 Galium boreale 1.1 + 1.1 Succisa pratensis • + • • Gat. ch. rzędu Molinietalia i klasy Holinio-Arrhenathe- retea Holcus lanatus + Briza media 1.1 + Ranunculus acer 1.1 a * * Daucus carota + Festuca pratensis • • + Leontodon hispidus + + Rumex acetosa • + + Frunęlla vulgaris + • • Juncus conglomeratus 1.2 1.2 • Climacium dendroides + + • • Gat. towarzyszące Potentilla erecta 1.2 1.1 2.3 Hypericum perfoliatum + + + • Połytrichum commune • • 1.1 Calluna vulgaris 1.1 + 1.2 Rubus plicatus • • 1.2 • Frangula alnus + + e * Betula verrucosa ♦ + * + rych wykonano 6 zdjęć florystycznych. Zbiorowisko to zawiera rośliny należące przeważnie do klasy Molinio-Arrhenatheretea. Największą ilo- ściowość posiadają następujące gatunki: Plantago lanceolata, Potentilla anserina, Festuca pratensis, Ranunculus acer i Holcus lanatus. W war- stwie mszystej występuje tylko Climacium dendroides. ZBIOROWISKO Z RANUNCULUS ACER. Występuje w jednym pła- cie przedzielonym rowem melioracyjnym. Skład florystyczny przedsta- wia zdjęcie nr 16, w którego pobliżu w 1979 roku rozpoczęto kopać torf dla celów gospodarczych. Miejsca zajęte przez jaskier ostry oraz przy- legające do niego płaty z Ranunculetum repentis są nieużytkami rolni- czymi. Torf pod tymi płatami jest silnie przesuszony i dlatego mogą tu wegetować tylko chwasty oraz rośliny o małych wymaganiach wodnych.
MOLINIETUM COERULEAE (tab. 5). Występuje jako oddzielne płaty w zbiorowisku Pino-Quercetum oraz na pograniczu zarośli krzewia- stych i zbiorowisk łąkowych. Trzęślica modra w dużych ilościach wystę- puje także na terenach podsuszonych zajętych przez płaty wrzosu zwy- czajnego. CALLUNO-VACCINIETUM (tab. 6). Zespół ten występuje w central- nej części torfowiska w miejscach silnie przesuszonych, szczególnie na brzegach dołów potorfowych. Oprócz wrzosu zwyczajnego duży udział mają inne gatunki z rodziny Ericaceae, jak: borówka bagienna, borówka czarna. Występujące tutaj drzewa przeniknęły z pobliskiego boru bagien- nego. SALICI-FRANGULETUM (tab. 7). Rozmieszczenie zarośli wierzbo- wych związane jest ściśle z działalnością człowieka na tym torfowisku. Zbiorowisko to występuje w starych potorfiach oraz na zaniedbanych łąkach. Panującym gatunkiem w tym zespole to Saliz cinerea rosnąca na podłożu o różnym stopniu uwilgotnienia. Warstwę mszystą tworzą głównie torfowce: Sphagnum sąuarrosum i Sphagnum recuwum. VACCINIO ULIGINOSI-PINETUM (tab. 8). Bór bagienny wytworzył się w centralnej części torfowiska. Jest to wysokopienny las sosnowy występujący na mokrych i kwaśnych glebach torfowych. Pod płatami tego zespołu występują maksymalne miąższości złoża dochodzące do 7 m grubości. Podstawowy składnik warstwy drzew — Pinus siluestris oraz Betula uerrucosa dochodząca do 18 m wysokości. W miejscach o więk- szym naświetleniu rozwijają się gatunki charakterystyczne tego zespołu, jak Ledum palustre i Vaccinium uliginosum. Dużą stałość w runie wy- kazuje Eriophorum uaginatum i Ozycoccus ąuadripetalus. W warstwie najniższej mszystej można spotkać tu: Sphagnum nemoreum, Sphagnum apicułatum (Sphagnum recuwum), Sphagnum magellanicum, Sphagnum rubellum i Sphagnum cymbtfolium. Natomiast z mchów rzędu Bryales występują: Aulacomnium palustre, Entodon Schreberi, Dicranum undu- latum, Leucobryum glaucum, Polytrichum strictum. W szacie południo- wo-wschodniej części Polski bór bagienny należy do rzadko notowanych zespołów leśnych i jest związany ściśle z zasięgiem sosny. Przy dalszej eksploatacji torfu z coraz większym odwodnieniem, osuszeniem przyle- gającego terenu istnieje obawa, że wilgotne zbiorowisko Vaccinio uligi- nosi-Pinetum zniknie z powierzchni torfowiska Bachorzec-Winne. PINO-QUERCETUM. Jest to bór mieszany, przypominający charak- ter lasu naturalnego. Występuje on w południowej części badanego tor- fowiska. Przeważnie zajmuje on miejsca między dołami potorfowymi. W warstwie drzew występuje: Pinus siluestris, Quercus robur, Betula uerrucosa i Populus tremula. Warstwa krzewów jest słabo rozwinięta. Natomiast w runie spotkać można: Vaccinium myrtillus, Ozycoccus ąua- dripetalus, Deschampsia flezuosa, Molinia coerulea, Calamagrostis arun- dinacea, Trientalis europaea i Eriophorum uaginatum. ZBIOROWISKO Z POTENTILLA ANSERINA. Występuje we wschod- niej części badanego terenu. W składzie gatunkowym tego zbiorowiska
Calluno-Yaccinietum Bilker 1942 Tab. 6 Nr zdjęcia w terenie Da ta Powierzchnia zdjęcia /m2/ 40 16.6.78 16 45 53 .6.78 16. 50 74 8.79 a 55 16.8.79 36 Gat. ch. zespołu Calluna vulgaris 4.4 4,4 5.4 3.3 Yaccinium nyrtillus Gat. ch. związku Calluno- Genistion, rzędu Calluno- Ulicetalia i klasy Nardo- Callunetea 1.1 • 4- Potentilla erecta + 1.1 1.2 + Puzula campestris + + 0 • Dicranum spurium • + ♦ • lycopodium clavatum + • • Gat. towarzyszące Quercus robur + + -i- • Pinus silvestris 1.1 + • Betula verrucosa 1.1 1.1 • Prangula alnus + • Yaccinium uliginosum + 1.2 + 2.2 Itubus idaeus 1.1 -y • 2 Molinia coerulea • • 2.3 1.2 Drosera rotundifolia * + • Sphagnum apiculatum • i. 1 2.2 0 Sphagnum rubellum ♦ + 4* e Sphagnum nemoreum • + • Sphagnum compactum • * Cladonia chlorophaea • • 1.1 Gat. sporadyczne: Salix pentandra /40/» lopulus tremula /W, Sorbus aucoparia /40/, Bri cristata /40/ ophorum vaginatum /53/, Dryopteris występują rośliny o małej przydatności paszowej (Holcus lanatus, Antho- ranthum odoratum, Lychnis flos-cuculi, Galium uernum). ZBIOROWISKO Z POTENTILLA ANSERINA. Występuje w jednym małym płacie położonym w północno-zachodniej stronie torfowiska (zdję* cie fitosocjologiczne nr 24). Z grupy roślin towarzyszących w dużych ilościach występuje Ranunculus auricomus.
Salici-Franguletum Malx. 1929 Tab. 7 Nr zdjęcia w terenie Data 2 15. Powierzchnia zdjęcia /m / 11 6.78 16 40 38 .6.78 16 36 42 .6.78 40 43 16.6.78 16. 25 49 6.78 30 Gat. ch. zespołu Salix cinerea 3.3 3.4 3.3 3.3 2.2 Salix aurita • • 1.1 + • Salix pentandra 4* • + Frangula alnus Gat. ch. związku Alnion glu- tinosae, rzędu Alnetalia glutinosae i klasy Alnetea glutinosae + 1.1 3.3 Alnus glutinosa • + + • Dryopteris thelypteris + + 1.1 1.1 + Calamagrostis canescens 1.1 + + 1.2 + Solanum dulcamara • • • • Sphagnum sąuarrosum • • • 1.1 • Gat. towarzyszące Betuła verrucosa + + 1.2 • + Populus tremula • 1.1 2.2 + • Guercus su. • •A. + • Pinus silvestris • + 1.1 • Rubus idaeus • + + • • Ledum palustre • • + + • Carex paniculata • • • 1.1 Juncus effusus + • 1.2 Galium palustre ♦ + • » • Potentilla erecta + • + + • Lychnis flos-cuculi + Hk + o • Molinia coerulea • + 1.1 + ♦ Drosera rotundifolia • • • + Sphagnum apiculatum • + 1.1 + 1.1. Gat. sporadyczne: Potentilla anserina /42/, Pedicularis palustre /11/ Cardus crispus /42/, Typha latifolia /43/t Carex plantago aąuatica /49/, Polytrichum commune /43/ fusca /49/» Alisma ZBIOROWISKO Z URTICA URENS. Płaty pokrzywy żegawki wy- stępują w miejscach, w których gromadzone były śmieci i gruz przez rolników z miejscowości Winne. W warstwie zielnej występują chwasty i trawy o złej jakości pastewnej. Natomiast z mchów występuje tu Climacium dendroides. ERIOPHORO ANGUSTIFOLII-SPHAGNETUM RECURVII. Jest to pło mszarne, które zajmuje przybrzeżne partie potorfia. Głównymi ga- tunkami w zarastaniu dołów potorfowych są Eriophorum angusttfolium i Sphagnum recurwum.
Yaccinio uliginosi-Pinetum Kleist 1929 Tab. 8 Nr zdjęcia w terenie Data 2 Powierzchnia zdjęcia /m / 29 44 16.6.78 16.6.78 35 30 48 50 16.6.78 16.6.78 50 45 57 16.6.73 50 Gat.. ch. zespołu Yaccinium uliginosum 1.1 1.1 4.4 3.3 2.2 Ledum palustre + 3.3 2.2 1.2 1.1 Pinus silvestris 1.1 1.1 . 1.1 1.1 Gat. ch. związku Dicrano- Pinion Dicranum undulatum + + 1.1 + Gat. ch. rzędu Yaccinio- Piceetalia i klasy Yaccinio- liceetea Sorbus aucuparia + . • + + Yaccinium uliginosum . 1.1 . 1.1 2.2 Dryopteris austriaca • + + . • Leucobryum glaucum • • t + + Entodon schreberi . + + 2.2 + Gat. ch. klasy Oxycocco- Sphagnetea Betula verrucosa 1.1 1.1 2.2 + • Ozycoccus ąuadripetalus 3»4 1.1 + 3.4 1.1 Eriophorum vaginatum 3.3 4.4 1.1 1.2 2.3 Sphagnum nemoreum . 1.1 . 1.2 • Sphagnum magellanicum 2.2 • Sphagnum apiculatum 1.2 2.3 2.3 1.1 Sphagnum rubellum • T 1.1 + • Gat. towarzyszące Prangula alnus + + Calluna vulgaris 1.2 2.3 1.1 2.3 2.2 Potentilla erecta + . • + • Molinia coerulea . + 3.3 3.3 Gat. sporadyczne: Rubus idaeus /44/, Drosera rotundifolia /44/, Carex caryophyllea /29/, Carex canescens /44/, Anthoxanthum odoratum /29/ Torfowisko Bachórzec-Winne leży w jednostce geobotanicznej — Kar- paty Wschodnie. Region ten posiada dwa rezerwaty torfowiskowe: „Wo- łosate” leżący koło Ustrzyk Górnych i „Zakole” w pobliżu Ustrzyk Dol- nych (opracowane przez dra K. Lipkę). Na projektowanym rezerwacie Bachórzec-Winne w dużych ilościach znajduje się gatunek prawnie chroniony — Drosera rotundifolia (Rosiczka okrągłolistna). Najlepszym podłożem dla tej rośliny owadożernej jest żywa darń torfowców utrzy-
mująca wysoką kwasowość i dużą wilgotność. Takie warunki panują w potorfiach i borze bagiennym. Na badanym obiekcie spotyka się gatunki roślin rzadko rosnące na torfowiskach polskich. Zalicza się tu: Dryopte- ris cristata, Stellaria uliginosa, Lathyrus palustris, Lysimachia thyrsiflora, Pedicularis palustris, Achillea ptarmica, Cirsium rwulare, Tarazacum palustre, Eriophorum lattfolium, Carez dioica, Carez flaua. W szacie ro- ślinnej torfowiska Bachórzec-Winne występuje wiele gatunków roślin z gromady mszaki. Klasa mchów reprezentowana jest tu przez mchy właściwe — Brydles należące do następujących rzędów: Polytrichales — Polytrichum commune, P. strictum, P. attenuatum, Dicranales — Dicranum undulatum, D. Scoparium, Dicranella sp. Leuco- bryum glaucum, Eubryales — Bryum argenteum, Mnium sp., Isobryales — Climacium dendroides, Hypnobryales — Drepanocladus fluitans, Calliergon stramineum, Entodon schreberii. Z torfowców (Sphagnales) spotyka się tu: Sphagnum latifolium, Sph. magel- lanicum, Sph. compactum, Sph. sąuarrosum, Sph. Girgensohnii, Sph. rubellum, Sph. fuscum, Sph. nemoreum, Sph. apiculatum (Sphagnum recuruum) i Sph. cuspidatum. Na wierzcbnicy torfowiska stwierdzono porosty z rodzaju Clado- nia: Cl. rangiferina, Cl. degenerans, Cl. digitata i Cl. furcata. Spotyka się na tym torfowisku wszystkie gatunki borówek: Vaccinium myrtillus, V. uligino- sum, V. uitis-idaea oraz żurawinę błotną — Ozycoccus ąuadripetalust sporady- cznie rosnącą na terenie południowej Polski. V. ROŚLINY SYNANTROPIJNE NA BADANYM TORFOWISKU Flora synantropijna wiąże się z siedliskami przekształconymi przez człowieka. Tempo i zasięg przekształceń antropogenicznych szaty roślin- nej powiększyły się w wyniku intensyfikacji procesów gospodarczych. Wyróżnia się dwa podstawowe czynniki powodujące zmiany w szacie roślinnej: bezpośrednie oddziaływanie człowieka i pośrednie poprzez zmianę warunków siedliskowych. Najszybciej zmiany te zaznaczają się na terenach podmokłych podlegających najczęściej osuszaniu. Efektem oddziaływania czynników antropogenicznych jest zam kanie rodzimych zespołów i gatunków. Torfowisko Bachórzec-Winne położone jest wśród pól ornych i łąk kośnych silnie nawożonych oraz w pobliżu zabudowań gospodarskich. Dlatego też można tutaj wyróżnić dużą grupę roślin ru- dera Inych towarzyszących osiedlom ludzkim i roślin segetaloych rozwi- jających się szczególnie na polach uprawnych. Na badanym torfowisku roślinność synantropijna rozwija się wyłącznie w miejscach, na których została zniszczona uprzednio naturalna szata roślinna np. przez wydep- tywanie powierzchni torfowiska, rozkopywanie torfu, składanie śmieci. Na podstawie analizy zdjęć florystycznych można na torfowisku tym wyróżnić następujące grupy roślin synantropijnych: a. Apofity — gatunki synantropijne krajowego pochodzenia. Należą tu apo- fity łąkowe (32 gatunki) znajdujące się głównie na obrzeżach torfowiska, apo- fity leśne (15 gatunków) spotykane najczęściej w starych potorfiach porośnię- tych przez zespół Salici-Franguletum oraz w borze bagnowym i mieszanym,
Udział procentowy makroszczątków roślinnych v/ profilu stratygraficznym "A” Tab. 9 Głębokość warstwy /w cm/ Rodzaj torfu Skład botaniczny 0-50 turzycowiskowy 50 proc. Carex sp., 20 proc. Phra- gmites communis, 15 proc. Bryales, 10 proc. Eriophorum angustifolium, 5 proc, rośliny zielne 50 - 90 turzycowiskowy 45 proc. Carex sp., 25 proc. Phra- gmites communis, 10 proc. Bryales, 10 prac. Sphagnum apiculatum, 10 proc. Scheuchzeria palustris 90 - 130 szuwarowy 80 proc. Phragmites communis, 10 proc. Carex sp., 10 proc, rośliny zielne 130 - 160 szuwarowy 65 proc. Phragmites communis, 15 proc. Carex sp., 10 proc. Carex rogtrata, 5%proc. Alnus sp. 160 - 190 szuwarowy 70 proc. Phragmites communis, 25 proc. Carex sp., 5 proc. Alnus sp. 190 - 260 szuwarowy 80 proc. Phragmites communis, 20 proc. Carex sp. 260 - 310 turzycowiskowy 50 proc. Carex sp., 30 proc. Phra gmites communis, 10 proc. Callier- gon sp., 5 proc. Drepanocladus sp., 5 proc. Salix sp. 310 - 350 turzy c owi skowy 60 proc. Carex sp.. 20 proc. , Phra- gmites communis, 15 proc, rośliny zielne, 5 proc. Bryales 350 - 370 turzycowiskowy 45 proc. Carex sp., 50 proc. Phra- grnires communis, 5 proc. Bryales 370 - 440 mszysto-dar- niowy 40 proc. Carex sp., 40 proc. Bpy- ales, 15 proc. Scheuchzeria palu- stris, 5 rroc. Menyanthes trifolia ta 440 - 460 mszysto-dar- niowy 30 proc. Carex sp., 15 proc. Bry- ales, 10 proc. Sphagnum sp., 20 proc. Eriophorum sp., 20 proc. Phragmites communis, 5 proc, roś- liny zielne 460 - 500 bór bagnowy 40 proc. Pinus sp., 15 proc. Spha- gnum sp., 5 proc, licea excelsa, 30 proc. Bryales, 10 proc. Erio- phorum sp.
2 3 500 - 540 mszystc- dar- niowy 30 proc. Carex sp., 15 proc. Cli- macium dendroides, 20 proc. Drepa- nocladus sp., 15 proc. Eriophorum sp., 10 proc. linus sp., 10 proc. Sphagnun sp. poniżej ił apofity zaroślowe (4 gatunki), apofity nadwodne (9 gatunków), apofity łęgowe (5 gatunków). b. Antropofity — gatunki synantropijne obcego pochodzenia składające się z archeofitów, kenofitów (4 gatunki). Na torfowisku występuje ogólnie 69 ga- tunków synantropijnych, należących głównie do klasy Plantaginetea i Ruder o- -Secalietea. Ryc. 3. Przekroje złoża. Rodzaje torfu: a. torf szuwarowy, b. torf turzyco- wiskowy, c. torf mszysto-dar-ninowy, d. torf mszarny przejściowy, e. torf mszarny wysoki, f. torf bór bagnowy. Skala 1:2. VI. STRATYGRAFIA ZŁOŻA Na badanym torfowisku wykonano sondowania i wiercenia złoża wzdłuż linii I—I i II—II. Analizę torfu wykonano w 3 profilach straty- graficznych (A, B, C). W budowie stratygraficznej torfowiska pierwszą warstwę (spągową) tworzy torf turzycowo-mszysty o średniej miąższo- ści ok. 60 cm. Nad tym torfem znajduje się warstwa torfu drzewnego —
Udział procentowy makroszczątków roślinnych w profilu stratygraficznym ”B" Tab. 10 Głębokość warstwy Rodzaj torfu /w cm/ Skład botaniczny 0 - 60 mszarny przejś- ciowy 35 proc. Eriophorum sp., 20 proc. Carex sp., 30 proc. Sphagnum apicu- latum, 15 proc, rośliny zielne 60 - 120 mszarny przejś- ciowy 30 proc. Sphagnum apiculatum, 30 proc. Carex sp., 20 proc. Ericpho— rum sp., 10 proc. Bryales, 10 proc, rośliny zielne 120 - 160 turzy c owi sk owy 60 proc. Carex sp., 15 proc. Erio- phorum ep., 15 proc. Bryales, 10 proc. Sphagnum sp. 160 - 200 turzycowiskowy 55 proc. Carex sp., 30 proc. Phra- gmites communis, 15 proc. Eriopho- rum angustifolium 200 - 280 szuwarowy 70 proc. Phragmites communis, 10 proc. Carex sp., 15 proc, rośliny zielne, 5 proc. Bryales 280 - 330 szuwarowy 100 proc. Phragmites communis 330 — 400 turzycowiskowy 40 proc. Carex sp., 30 proc. Phra- gmites communis, 10 proc. Scheuch- zeria palustris, 10 proc. Menyan- thes trifoliata, 10 proc. Bryales 400 — 470 turzycowiskowy 40 proc. Carex sp., 20 proc. Cal- liergon sp., 15 proc. Drepanocladus sp., 15 proc. Sphagnum apiculatum, 10 proc. Menyanthes trifoliata 470 - 540 mszysto-dar- niowy 30/i Carex sp., 45 proc. Bryales, 10 proc. Sphagnum sp., 10 proc. Betula sp., 5 proc. Salix sp. 540 - 560 bór bagnowy 40 proc. Pinus sp., 15 proc. Betula sp., 20 proc. Bryales, 25 proc. Sphagnum sp. 560 - 600 mszysto-dar- niowy 40 proc. Carex sp., 40 proc. Bry- ales, 15 proc. Menyanthes trifolia- ta, 5 proc. Sphagnum sp. poniżej ił sosnowego, który w profilu stratygraficznym „C” leży bezpośrednio na podłożu mineralnym. Wyższe poziomy w złożu budują warstwy torfu turzycowo-trzcinowego, trzcinowego i turzycowego, stanowiące ok. 2/3 masy złoża. Powyższe gatunki torfu świadczą o silnym uwodnieniu pod- łoża. Na rozwój tego torfu duży wpływ m ały wody pochodzące z pobli- skiego Sanu.
Udział procentowy makr o szczątków roślinnych, w profilu stratygraficznym ”0” Tab. 11 Głębokość warstwy Rodzaj torfu Skład botaniczny /w cm/ 0-100 mszarny wysoki 60 proc. Eriophorum vaginatum, 20 proc. Sphagnum apiculatum, 10 proc. , Sphagnum magellanicum, 5 proc. Bry- ales, 5 proc. Ericaceae 100 - 120 mszarny wysoki 50 proc. Eriophorum bvaginatum, 30 proc. Sphagnum magellanicum, 20 proc. Sphagnum apiculatum 120 - 180 mszarny przej- 40 proc. Sphagnum apiculatum. 10 ściowy proc. Sphagnum cuspidatum, 20 proc. Scheuchzeria palustris, 20 proc. Carex sp., 10 proc. Eriophorum sp. 180 - 220 mszarny przej- 35 proc. Sphagnum apiculatum, 25 setowy Bryales, 30 proc. Eriophorum sp., W proc. Carex sp. 220 - 350 turzycowiskowy 60 proc. Carex sp., 20 proc. Bry- ales, 20 proc. Sphagnum apiculatum 350 - 440 turzycowiskowy 50 proc. Carex sp., 25 proc. Thra- gmites communis, 15 proc. Bryales, 10 proc. Sphagnum apiculatum 440 - 510 turzycowiskowy 40 proc. Carex sp., 20 proc. Spha- gnum apiculatum, 20 proc. Phragmi- tes communis, 10 proc. Bryales, 10 proc, rośliny zielne 510 - 600 mszysto-darnio- 35 proc. Carex sp., 45 proc. Bjy- wy aleś, 10 proc. Sphagnum apiculatum, 10 proc, rośliny zielne 600 - 700 bór bagnowy 35 proc. Pinus sp., 5 proc. Betula sp., 5 proc. Alnus sp., 25 proc. Bryales, 20 proc. Eriophorum sp., 10 proc. Sphagnum sp. poniżej ił W centralnej części torfowiska stropowe warstwy złoża buduje torf przejściowy mszarno-turzycowy i mszarno-bagnicowy, który przechodzi w torf typu wysokiego składający się ze szczątków wełnianki pochwo- watej, torfowców i krzewinek z rodziny wrzosowatych. Niska popielność torfu wysokiego świadczy, że roślinność torfotwórcza w tym okresie rozwijała się w warunkach oligotroficznych i głównie korzystała z wód opadowych. W złożu torfowiska Bachórzec-Winne stwierdzono następujące gatun- ki i rodzaje torfu: torf trzcinowy należący do rodzaju szuwarowego, torf
turzycowo-trzcinowy, turzycowy należące do rodzaju turzycowiskowego, torf turzycowo-mszysty należący do rodzaju mszysto-darniowego, torf mszarno-bagnicowy, mszarno-turzycowy należące do rodzaju mszarno- -przejściowego, torf mszarny dobnkowy, mszarny kępowy, wełniankowo- -mszarny należące do rodzaju boru bagiennego. Według analizy pyłkowej przeprowadzonej przez Mamakową [8], od- kładanie się torfu, czyli początek rozwoju torfowiska Bachórzec-Winne przypada na okres borealny, tj. 9300—8400 lat BP. Według autorki, z okresu borealnego, atlantyckiego (8400—5100 BP) i subborealnego (5100— 2000 BP) pochodzi torf turzycowo-mszysty i przejściowy. Natomiast torf mszarny (torf wysoki) wytworzył się w ostatnim okresie holocenu, tj. w subatlantyckim (2000—0 BP). Analizy makroszczątków roślin budujących złoże torfowe, przeprowadzone przez autorów powyższego artykułu, po- twierdzają badania palinologiczne Mamakowej. VII. WNIOSKI 1. Początek powstania torfowiska wiąże się z okresem borealnym, któ- ry trwał od 9300 do 8400 lat BP. Złoże torfowiska Bachórzec-Winne sta- nowi archiwum przyrody, w którym zapisana jest historia roślinności w ciągu ostatnich 7 tysięcy lat 2. Złoże torfowiska składa się z gatunków torfu należących do 3 ty- pów i dlatego też budowa tego torfowiska może służyć do wyjaśnienia naturalnej sukcesji spowodowanej zmianą warunków troficznych: wa- runki eutroficzne spowodowały rozwój roślinności typu niskiego, mezo- troficzne spowodowały rozwój roślinności torfotwórczej typu przejścio- wego, a natomiast warunki oligotroficzne spowodowały rozwój roślinnoś- ci torfotwórczej typu wysokiego. 3. Torfowisko porasta znaczna ilość roślin synantropijnych (69 ga- tunków), które należą do grupy apofitów łąkowych, leśnych, zaroślowych, nadwodnycn i łęgowych oraz do antropofitów. Flora ta jest wynikiem zmian warunków ekologicznych spowodowanych przez człowieka. 4. Zaburzenia stosunków hydrologicznych wskutek odwodnienia tor- fowiska spowodowało przesuszenie i rozpylenie wierzchniej warstwy torfu oraz pękanie torfu w okresie wegetacyjnym. 5. W szacie roślinnej występuje w dużej ilości roślina chroniona ro- siczka okrągłolistna (Drosera rotundifolia), rosiczka długolistna (Drosera longijolia) oraz wiele gatunków roślin torfowiskowych rzadko spotyka- nych w Polsce południowo-wschodniej. 6. Maksymalna miąższość złoża wynosi 7 m. Torfowisko dzięki temu magazynuje sporą ilość wody i spełnia ważną rolę w bilansie wodnym tego rejonu.
LITERATURA [1.] S. Batko, O florze okolic Przemyśla. Kosmos, z. IV, 1934 [2.] Z. Denisiuk, Niektóre zbiorowiska turzycowe w dolinie Wisły. Zesz. Probl. Post. Nauk Roln., z. 66, 1966 [3. | A. Dy lik owa, Geografia Polski. Krainy Geograficzne. PZWSz, 1973 [4.] J. Faliński, Antropogeniczna roślinność Puszczy Białowieskiej jako wynik synantropizacji naturalnego kompleksu leśnego. Rozprawy Uniwersytetu Warszaw- skiego, 1966 [5.] T. F u k a r e k, Fitosocjologia. PWN, 1967 [6.] M. Horawski, Torfowiska w środowisku geograficznym Polski, potrzeba ich ustawowej ochrony. Aura, nr 4, 1974 [7.] J. Jasnowska, M. Jasnowski, Zagrożone gatunki flory torfowisk. Chrońmy Przyrodę Ojczystą, z. 4, 1977 [8.] K. Ma mak o w a, Roślinność I.otliny Sandomierskiej w późnym glacjale i ho- locenie. Acta Palaeobotanica, vol. II, nr 2, 1962 [9.] S. Marek, A. Pałczyński, Torfowiska wysokie w Bieszczadach Zachod- nich. Zesz. Probl. Post. Nauk Roln., z. 34, 1962 [10.] W. Matuszkiewicz, Przegląd systematyczny zbiorowisk roślinnych Pol- ski. PWRiL, 1967 [11.] M. Nowiński, Polskie zbiorowiska trawiaste i turzycowe. PWN, 1967 [12.] B. Paszewski, D. Fijałkowski, Badanie botaniczne rezerwatu „Durne Bagno” k. Włodawy. Ann. UMCS, z. 25, 1970 [13.] J. P i ó r e c k i, Regionalna sieć rezerwatów przyrody. Rocznik Przemyski, t. XIII, 1970 [14.] M. Ralska-Jasiewiczowa, The Forests of the Polish Carpathians in the Late Glacial and Holocenie. Studia geomorphologica carpathobalcanica, vol. VI, 1972 , [15.] L. S t a r k e 1, Rozwój Karpat fliszowych w holocenie. Prace Geograficzne IG PAN, z. 22, 1960
&£><*> ;• . || W!r- XvW^tf Krasiczyn. Fragment Zamku Fot. J. Janiszewski
Tadeusz Krzaczek, Wiesława Krzaczek MATERIAŁY FLORYSTYCZNE Z KOTLINY SANDOMIERSKIEJ I. WSTĘP Niniejszy wykaz roślin z terenu Kotliny Sandomierskiej w szerokim ujęciu (Szafer 1972) stanowi kontynuację naszych dotychczasowych po- szukiwań florystycznych (Krzaczek 1961, 1963, 1963 a, 1968, 1970, 1971) i fitosocjologicznych (Krzaczek T. 1964, 1969, 1969 a, b, c i d, 1971, Krza- czek W., Krzaczek T. 1969, Krzaczek T., Krzaczek W. 1974, 1978). Po- daj emy tylko stanowiska nowe, nie wymienione uprzednio tak w pracach fitosocjologicznych, jak też i florystycznych, z których pewne pozycje zostały pominięte w artykułach Karczmarza i współautorów (1977, 1977 a). Umieszczamy także gatunki uchodzące za dość częste, dla których jed- nak brak jest pewnych stanowisk. Zaliczamy do nich również rośliny umieszczone w wykazie Nowińskiego (1929), lecz bez podania stanowisk. II. WYKAZ GATUNKÓW Saluinia natans (L.) Ali. — Werynia k. Kolbuszowej, masowo w sta- wach rybnych. Eąuisetum mazimum Lam. — Rokietnica, licznie na trawiastych sto- kach z wysiękiem wody. E. pratense Ehrk. — Radna Góra k. Zaklikowa, Paary nad Tanwią, Nowiny, Józefów k. Biłgoraja, Lubaczów i okolice: Brusno, Horyniec, Chotylub; Werynia k. Kolbuszowej, Zamiechów k. Radymna. Wszędzie w trawiastych zaroślach, dość często. E. ramosissimum Desf. — Zaklików, mokre łąki nad Sanną. Alnus incana (L.) Mnch. — Baraki k. Zaklikowa, Rozwadów i Jaro- sław, zwłaszcza nad brzegami Sanu, miejscami licznie. Salix amygdalina L. — Zamojsce k. Radymna, brzegi rzeki Olszyny, często. S. nigricans Sm. — Łowce, Zamiechów, nad brzegami rzek, często. S. uiminalis L. — Łowce, Lutków; często zarośla nad rzekami. Viscum abietis Beck. — Cegielnia k. Janowa Lub., uroczysko Mino- kąt k. Narola, Brzoza Królewska.
V. lazum Boiss. — Zaklików, Suche Ługi k. Janowa Lub., Antoniów, Nowiny, Stalowa Wola, Warchoły k. Niska, Józefów i Aleksandrów k. Biłgoraja, Rudnik nad Sanem, Leżajsk, uroczysko Minokąt k. Narola. Miejscami bardzo obficie, zwłaszcza w okolicach Rudnika i Leżajska. Rumez maritimus L. — Sandomierz, w dolinie Wisły; Wola Róża- niecka, Raniżów k. Kolbuszowej, brzegi glinianek. R. paluster Sm. — Raniżów k. Kolbuszowej, brzegi glinianek, rzadko. R. obtusifolius L. subsp. silnestris (Walłr.) Rech. pat. — Lipa, Roz- wadów, Leżajsk, Sokołów Młp., Wielkie Oczy, Przeworsk, Jarosław. Wszędzie niezbyt często w trawiastych zaroślach. R. obtusifolius L. subsp. obtusifolius Rech. — Leżajsk, Raniżów, Prze- worsk, niezbyt wilgotne łąki, rzadko. R. obtusifolius L. subsp. transiens (Simk.) Rech. — Leżajsk, Luba- czów, dość rzadko w trawiastych zaroślach. R. obtusifolius L. subsp. alpinus (Schur) Simk. — Raniżów, Jarosław, dość rzadko w trawiastych zaroślach na gliniastych stokach. R. aąuaticus L. — St. kolejowa Basznia, nasypy toru i pobliskie łąki, niezbyt licznie. R. confertus Willd. — Sandomierz — dolina Wisły, Leżajsk, Luba- czów, Wielkie Oczy, Radymno, Chłopice, Łowce, Zadąbrowie. Wszędzie dość często na siedliskach antropogenicznych. R. thyrsiflorus Fing. — Sandomierz — dolina Wisły, Rozwadów; Rud- nik, Cieszanów, Turza i Górno k. Sokołowa Młp., Sokołów Młp., Kolbu- szowa, Chotylub, Brusno, Horyniec, Lubaczów, Jarosław, Chłopice, Łow- ce, Zamiechów. Dość często na suchych łąkach i miedzach. Polygonum orientale L. — Nisko, dość rzadko, po przychaciach i śmiet- nikach. P. tomentosum Schrk. — Lipa, Brandwica, Warchoły k. Niska, Rud- nik, Lubaczów, Przeworsk. Śmietniki, przypłocia, miejscami licznie. P. nodosum Pers. — Lipa, Jastkowice, Rozwadów, okolice Niska: Za- rzecze, Racławice, Warchoły; Rudnik, Leżajsk, Raniżów, Sokołów Młp., Kolbuszowa, Brusno, Cieszanów, Horyniec, Lubaczów, Przeworsk, Wiel- kie Oczy, Lisie Jamy k. Jarosławia, Jarosław. Ogrody, śmietniki, przy- droża i przychacia, miejscami masowo. P. brittingeri Op. — Płazów, Brusno, Horyniec, Lubaczów, Raniżów, Rakszawa, Wydrze, Jarosław. Dość licznie po przydrożach i suchych ur- wistych brzegach rzek. P. mite Schrk. — Lipa, Rudnik, Rakszawa, mokre pastwiska, dość licznie zwłaszcza nad rowami. P. minus Huds. — Raniżów, Dębie — kopalnia piasku, nielicznie. P. calcatum Lindm. — Przeworsk, dość często po przydrożach. P. aeąuale Lindm. — Lipa, Brandwica, Leżajsk, Raniżów. Dość często po piaszczystych przydrożach, przychaciach i trawnikach. P. monspeliense Thieb. — Rudnik, Leżajsk, Lubaczów. Dość rzadko po przychaciach. P. heterophyllum Lindm. nar. neglectum Bess. — Lipa, Rozwadów, Warchoły k. Niska, Dąbie, Leżajsk, Raniżów, Sokołów Młp. Wszędzie dość często, zwłaszcza na piaszczystych wydmach. P. rurinagum Jord. — Małkowa Wola, Leżajsk, Raniżów, piaszczyste ugory, niezbyt często.
P. sachalinense Schm. — Lutków, Dobkowice, zarośla pochodzenia an- tropogenicznego, rzadko. P cuspidatum Sieb. et Zucc. — Rudn ik, Chotylub, Lubaczów, Jaro- sław. Zarośla przydomowe, stare cmentarze, częściej od poprzedniego gatunku. Polycnemum arvense L. — Przeworsk, piaszczyste nasypy kolejowe. Corispermum hyssopifolium L. — Lipa, Leżajsk, Rudnik, Lubaczów. Piaszczyste ugory oraz tereny kolejowa, miejscami licznie. Kochia scoparia Schrad. — Józefów, Maziły, Nisko, Jarosław, przy- droża, przychacia, niezbyt często. Chenopodium polyspermum L. — Nisko, Zarzecze, Rudnik, Zarębki, Dębno, Kolbuszowa, Lubaczów, Wielkie Oczy, Jarosław. Dość licznie po śmietnikach i na terenach stacji kolejowych. Ch. vulvaria L. — Nisko, pojedyncze okazy na przydrozach. Ch. hybridum L. — Lipa, Rozwadów, Warchoły k. Niska, Maziły, Jó- zefów k. Biłgoraja, Rudnik, Ramżów, Leżajsk, Lubaczów, Przeworsk, Wielkie Oczy, Jarosław. Przychacia, przydroża, śmietniki, ogrody, miej- scami bardzo licznie. Ch. murale L. — Lipa, Rozwadów, Brandwica, Jarosław. Siedliska ruderalne, a zwłaszcza rowy koło nasypów kolejowych. Ch. urbicum L. — Brandwica, Nisko, Racławice, Moskale, Rudnik, Leżajsk, Rakszawa, Julin, Jarosław, Łowce. Wszędzie na siedliskach ru- deralnych, dość często. Ch. opulifoh-im L. — Nisko, Raniżów, Wielkie Oczy, Jarosław. Rzad- ko w zaroślach ruderalnych. Ch. glau.cum L. — Nisko, Rudnik, Raniżów, Sokołów Młp., Lubaczów, Przeworsk, Wielkie Oczy. Przydroża, przychacia, masowo. Ch. rubrum L. — Lubaczów, Jarosław Nielicznie na torach stacji kolejowych. Ch. bonus-henricus L. — Rozwadów, nieliczne okazy w otoczeniu pa- rowozowni. Atriplex hastatum L. — Nisko, Dębno, Jarosław. Zbiorowiska rude- ralne, rzadko. A. tataricum L. — Moskale, Nisko, Jarosław. Śmietniki, tereny kole- jowe, przydroża, dość często. A. roseum L. — Jarosław i okolice: Radymno, Zabłoćce, Zamojsce, Zadąbrowie. Przydroża, śmietniki, rzadko. Salsola ruthenica Iljin — Lipa, Nisko, Pysznica, Rudnik, Leżajsk. Za- rośla z piorunem na piaszczystych wydmach, piaszczyste przydroża, miej- scami licznie. Amaranthus albus L. — Skwarki, Susiec, Jarosław, piaszczyste przy- droża i tereny kolejowe, rzadko. Dianthus barbatus L. — Leżajsk, Rakszawa, Mościany; trawiaste za- rośla, rzadko. D. glabriusculus (Kit.) Borb. — Leżajsk, trawiaste zbocza wąwozów, rzadko. D. superbus L. — Pełkinie, turzycowa łąka, licznie. Gypsophila fastigiata. L. — Leżajsk, piaszczyste wydmy w pobliżu to- rów; Wola Zaleska, rzadko. Cucubdlis baccifer L. — Brandwica, Hamernia — dolina Szumu; Ju- lin, Jarosław. Zarośla, zwłaszcza w dolinach rzek, dość często. 26 — Rocznik Przemyski t. 22/23
Melandrium noctiflorum (L.) Fr. — Zaklików, Werynia, Łowce, za- rośla, przydroża, dość rzadko. M. rubrum (Weig.) Garcke — Grębów, Werynia, Turza, Górno. Lasy mieszane, zarośla, rzadko. Silene otites (L.) Wib. — Oseredek, Rudnik, Zaleska Wola, Zamojsce. Suche łąki, dość rzadko. Holosteum umbellatum L. — Zamch, Raniżów, Surochów. Rozpro- szenie na trawiastych zboczach. Cerastium uiscosum L. — Cieszanów, Chotylub, Lubaczów, Jarosław, Zamojsce. Trawiaste, suche zbocza w dolinach rzek, często. Scleranthus policarpos Thorner — Lipa, Józefów, Zarzecze, Racławi- ce, Kamień, Borowiec. Podmokłe piaski z Nardus stricta i Calluna vul- garis, dość rzadko. Spergula uernalis Willd. — Władysławów k. Janowa Lub., Grębów, Przędzel, Borowiec, Leżajsk, Lubaczów, Rakszawa, Chłopice, Zaleska Wola. Wydmy śródleśne, piaszczyste polany i rzadkie lasy sosnowe, miej- scami bardzo licznie, zwłaszcza w Corynephoretum. Herniarnia hirsuta L. — Rudnik, Borowiec, słoneczne suche piaski, niezbyt często. Illecebrum verticillatum L. — Kamień k. Niska. Zapiaszczone żwiro- wiska, rzadko. Euphorbia falcata L. — Zamiechów, Łowce, Radymno, Zamojsce. Ugo- ry, zaniedbane ogrody, rzadko. E. amygdaloides L. — Mokre, Zaleska Wola, Rokietnica, lasy mie- szane, miejscami dość licznie. Trollius europaeus L. — Brzoza Królewska, Turza, Sokołów, Radym- no. Podmokłe łąki turzycowe, dość licznie. Actaea spicata L. — Rokietnica — las liściasty, dość często. Pulsatilla pratensis (L.) Mili. — Antoniów, słabo zalesione sosną wyd- my piaszczyste, dość liczne okazy. Hepatica nobilis Garsault — Horyniec, Górno, Werynia, lasy miesza- ne i zarośla, dość licznie. Batrachium circinatum (Sibth.) Fr. — Węglin k. Zaklikowa, Jarosław, dość licznie w stawach. B. trichophyllum (Chaix) van den Bosche — Oseredek, Rebizanty, Pełkinie, Jarosław, wody bieżące, rzadko. Ranunculus lingua L. — Rakszawa, Kąty Rakszawskie, rozproszenie na mokradłach, rzadko. Ficaria verna Huds. — Węglin, Sandomierz, Górno, Brusno, Horyniec, Turza, Sokołów Młp., Jarosław, Zadąbrowie, Radymno, Lutków, Łowce. Zarośla, cieniste wąwozy, miejscami masowo. Thalictrum aguilegiifolium L. — Górno, Tryńcza, Zaleska Wola, Łow- ce, Zamiechów. Dość często na wilgotnych łąkach i w zaroślach. Th. simplez L. — Pełkinie, zarośla na styku lasu i łąk, rzadko. Th. lucidum L. — Obrówka k. Janowa Lub., Werynia, Pełkinie, Ra- dymno, Zamojsce. Mokre łąki i zarośla, niezbyt często. Th. flauum L. — Turza k. Sokołowa Młp., wilgotne łąki, rzadko. Nymphaea candida Presl — Antoniów, Werynia — stawy; Duńkowi- ce, w starorzeczach Wiszni przy moście. Nuphar luteum (L.) Sm. — Moskale, Zarzecze, Zarębki, Chłopice, w zarastających stawach i starorzeczach, dość rzadko.
Papauer argemone L. — Kolbuszowa, Rakszawa, Włochy, Zamiechów, piaszczyste przydroża, pola, dość rzadko. P. dubium L. — Narol, Płazów, Kolbuszowa, Rakszawa, Rąbany Go- ściniec, Zaleska Wola. Kamieniste przydroża i ugory, rzadko. Dentaria glandulosa W. K. — Jastkowice, Stalowa Wola, Nisko, Rak- szawa, Kąty. Lasy liściaste i mieszane, rzadko. Rorippa palustris (Leyss.) Bess. — Zarzecze, Przędzel, Kolbuszowa, Kidałowice, Pawłosiów. Podmokłe - zarośla, rowy, niezbyt często. R. siluestris (L.) Bess. — Zarzecze, Sokołów Młp., Werynia, Kolbu- szowa, Lubaczów, Tryńcza, Rakszawa, Wielkie Oczy, Pełkinie, Pawło- siów, Kidałowice, Jarosław, Skołoszów, Zamiechów, Łowce, Chłopice, Rokietnica. Podmokłe łąki, zarośla, olszyny, często. R. austriaca (Cr.) Bess. — Borek, Pysznica k. Stalowej Woli, Luba- czów, Jarosław, Radymno. Przydroża, zwłaszcza koło mostów, brzegi rzek, miejscami licznie. R. amphibia (L.) Bess. — Zarzecze, Nisko, Rakszawa, Kąty, Wola Peł- kińska, mokradła, rowy, często. R. armoracioides (Tausch.) Fuss. — Zarzecze, Dąbrówki k. Rakszawy. Mokradła, rzadko. Turritis glabra L. — Osia Góra, Radymno, Zaleska Wola, Julin. Sło- neczne zarośla, rzadko. Arabis hirsuta (L.) Scop. — Grębów, Brusno, Cieszanów, Horyniec, Lubaczów, Górno, Sokołów Młp., Turza, Radymno, Chłopice, Zamiechów, Łowce, Zadąbrowie, Zamojsce. Suche, słoneczne zarośla, często. Hesperis matronalis L. — Turza, Lutków, Zamiechów, Radymno. Za- rośla, łąki przyległe do zabudowań, stare cmentarze, dość często. Sisymbrium strictissimum L. — Zarzecze, Jarosław, rzadko w zaro- ślach nad Sanem. S. altissimum L. — Rozwadów, Sokołów Młp., Chłopice. Przydroża. S. orientale L. — Lipa, Gorliczyna. Rzadko na terenach kolejowych. S. loeseli L. — Nisko, Werynia, Kolbuszowa, Sokołów Młp., Luba- czów, Rakszawa, Michałówka, Radymno, Tuczempy, Ostrów. Obecnie częsty gatunek synantropijny występujący po przydrożach, śmietnikach i na terenach kolejowych. Alliaria officinalis Andrz. — Werynia, Brusno, Cieszanów, Lubaczów, Jarosław, Zaleska Wola, Rokietnica. Wilgotne lasy liściaste i zarośla, po- jedynczo. Diplotazis tenuifolia (Juslen) DC. — Lubaczów, Jarosław. Tereny stacji kolejowych, rzadko. D. muralis (L.) DC. — Lubaczów, rzadko na przydrożach. Alyssum calycinum L. — Lipa, Nisko, Józefów, Płazów, Brusno. Su- che słoneczne zbocza, nieczęsto. zł. montanum L. — Dzikowiec — las sosnowy, Jarosław, zbielicowane szczyty wąwozów. Camelina microcarpa Andrz. — Zarzecze, Nowiny k. Suśca, Jarosław, Zaleska Wola, Zamiechów, Łowce. Przydroża, zarośla na słonecznych wzgórzach, pojedynczo, ale dość często. Thlaspi alpestre L. — Pełkinie-Wygarki, trawiaste zarośla; Lutków, trawiaste łąki i pastwiska, pojedynczo. Gatunek górski, po raz pierwszy notowany na niżu. Teesdalea nudicaulis (L.) R. Br. — Jastkowice, Borek, Przędzel, Cmo-
las, Kolbuszowa, Wydrze, Tryńcza. Piaszczyste przydroża, ugory, miedze, miejscami masowo. Lepidium campestre (L.) R. Br. — Werynia, Lubaczów, Gorliczyna. Nielicznie na przydrożach. L. densiflorum Schrad. — Kolbuszowa, Lubaczów. Bardzo rzadko w ruderalnych zaroślach. L. uirginicum L. — Lipa, Stalowa Wola, Nisko. Dość rzadko na tere- nach kolejowych. Neslia paniculata (L.) Desv. — Sokołów Młp., Rakszawa-Kościelne. Rzadko na przydrożach. Bunias orientalis L. — Lubaczów, Gorliczyna, Jarosław, Zaleska Wo- la, Radymno, Zamojsce. Tereny kolejowe, przydroża, zarośla ruderalne, dość często. Reseda lutea L. — Moskale i Racławice k. Niska, Basznia Din., Lu- baczów, Przeworsk, Jarosław, Radymno, Ostrów, Tuczempy. Tereny ko- lejowe, przydroża, pospolicie. Helianthemum nummularium (L.) Dun. — Józefów, okolice wapien- ników, rzadko. Hypericum humifusum L. — Dębno, Tryńcza, Węgliska k. Rakszawy. Piaszczyste ugory, brzegi rzek, dość często. Sedum sezangulare L. — Jarosław, suche ściany wąwozów, niezbyt licznie. Sazifraga granulata L. — Jarosław, trawiaste wąwozy, rzadko. Spiraea salicy folia L. — Jastkowice, Stalowa Wola, Racławice. Wil- gotne lasy, brzegi rzek, dość często. Filipendula hezapetala Gilib. — Babia Dolina k. Józefowa, Julin, Ra- dymno, Łowce, Zamojsce. Suche trawiaste zbocza, miedze, niekiedy dość często. Fragaria viridis Duch. — Zarzecze, urwiste zbocza doliny Sanu; Ja- rosław, zbocza lessowych wąwozów; rzadko. Potentilla supina L. — Zarzecze, Górno, Bukowiec, Radymno. Pia- szczyste aluwia, dość licznie. P. canescens Bess. — Płazów, Dzikowiec, Brusno, Rakszawa, Munina, Łowce, Zaleska Wola. Trawiaste zarośla i zbocza, dość często. P. argentea L. — Lipa, Zarzecze, Nisko, Moskale, Pysznica, Płazów, Brusno, Horyniec, Górno, Werynie, Kolbuszowa, Wola Sokołowska, So- kołów Młp., Rakszawa, Mościny, Dymarka, Gorliczyna, Łańcut, Wola Peł- kińska, Jarosław, Radymno, Zamiechów, Łowce, Zamojsce. Przydroża, zarośla, nasypy kolejowe, często. P. collina Wib. — Zarzecze, Lutków, Ostrów, Zaleska Wola. Trawia- ste zarośla, rzadko. P. heptaphylla L. — Pełkinie, Łowce, Zaleska Wola. Słoneczne zbo- cza, suche łąki, dość często. P. arenaria Borkh. — Werynia, Turza, Jarosław, Munina. Suche tra- wiaste zbocza, przydroża, rzadko. P. reptans L. — Zarzecze, Kamień, Kolbuszowa, Rakszawa, Budy, Jarosław. Trawiaste wzgórza, przydroża, przychacia, dość często. P. procumbens Sibth. — Różaniec, zarośla, przydroża, rzadko. Alchemilla pastoralis Bus. — Jastkowice, Zarzecze; Sigła i Maziły k. Józefowa, Kidałowice. Trawiaste łąki, licznie. A. micans Bus. — Jastkowice, Dąbrowica, Moskale, Nisko, Baranów
Sandom., Józefów, Oseredek, Różaniec, Brusno, Chotylub, Lubaczów, Rakszawa, Wągliska, Łańcut, Pełkinie-Wygarki, Łowce, Zamiechów. Tra- wiaste zarośla, zbocza, łąki, często. A. acut^loba Op. — Zaosie, Hołda k. Józefowa, Rokietnica, łąki, tra- wiaste zbocza, miejscami licznie. A. glabra Neygnjind — Horyniec, Korowica Hołdowska — łąki nad Lubaczówką, Jarosław. Łąki w dolinach rzek, trawiaste zbocza, rzadko. Geum allepicum Jacq. — Brusno, Chotylub, Cieszanów, Lubaczów, Górno, Werynia, Julin, Wielkie Oczy, Sośnica, Dzikowiec, Rokietnica. Świetliste, wilgotne lasy, zarośla, dość rzadko. Sanguisorba minor Scop. — Lipa, Józefów, Brusno, Niwiska, Łańcut. Zbocza, suche łąki, dość rzadko. Ononis aruensis L. — Jastkowice, Pysznica, Borek, Zarzecze, Majdan Księżpolski, Luchów Górny, Sokołów Młp., Kolbuszowa, Świerczów, Dęb- no, Rakszawa, Jarosław, Radymno. Suche łąki, zbocza, zarośla, przydro- ża, dość często. Melilotus albus Med. — Zaklików, Płazów, Brusno, Horyniec, Luba- czów, Kolbuszowa, Rakszawa, Jarosław, Radymno. Dość często w słonecz- nych zaroślach ruderalnych i na suchych łąkach. M. officinalis (L.) Lam. — Zaklików, Jastkowice, Rozwadów, Stalowa Wola, Nisko, Rudnik, Brusno, Cieszanów, Lubaczów, Sokołów, Turza, Werynia, Kolbuszowa, Rakszawa, Jarosław, Radymno, Ostrów. Zarośla, przydroża, nasypy kolejowe, wysypiska śmieci; masowo. Astragalus cicer L. — Jastkowice, Stalowa Wola, Zarzecze, Nisko, Werynia, Mokre, Jarosław. Nasypy kolejowe, suche zbocza, dość rzadko. Vicia hirsuta (L.) S. F. Gray — Zarzecze, Racławice, Borek, Raksza- wa, Munina, Zaleska Wola, Piaski. Przydroża, trawiaste zarośla, dość rzadko. V. siluatica L. — Mokre k. Jarosławia, Rokietnica, lasy mieszane, rzadko. V. grandiflora Scop. — Lubaczów, Rakszawa, Budy, Mokre, Radym- no, Łowce, Zamiechów, Chłopice. Przeważnie w zasiewach żyta, ale i po przydrożach dość częsta. Malua siluestris L. — Pysznica, Borek, Płazów, Chotylub, Cieszanów, Lubaczów, Górno, Werynia, Rakszawa, Łukowiec, Jarosław, Radymno, Łowce. Przydroża, przychacia, śmietniki, miejscami pospolicie. Tilia cordata Mili. — Władysławów k. Janowa Lub., Stalowa Wola, Nisko, Przędzel, Chotylub, Cieszanów, Lubaczów, Rakszawa-Brzeżnik, Mokre, Jarosław. Rzadko w lasach, przydroża. Ozalis stńcta L. — Janów Lub., Racławice, Przędzel, Lubaczów, We- rynia, Rakszawa-Budy, Jarosław, Radymno, Zaleska Wola, Zamiechów, Łowce, Rokietnica. Zarośla, ogrody, przydroża, przychacia, często. Geranium phaeum L. — Budomierz, Rakszawa-Kąty, Pełkinie, Lut- ków, Łowce, Boratyn, Rokietnica. Łąki, zarośla, niezbyt częsty. G. pusillum L. — Brusno, Cieszanów, Lubaczów, Kolbuszowa, Mokre, Lutków, Łowce. Śmietniki, przydroża, dość rzadko. • G. robertianum L. — Stalowa Wola, Moskale, Nisko, Płazów, Brusno, Chotylub, Cieszanów, Lubaczów, Julin, Sokołów Młp., Dzików, Raksza- wa, Łańcut, Kidałowice, Pawłosiów, Łowce. Zarośla, lasy, wszędzie po- spolity.
Poły gala comosa Schkr. — Brusno, Świerczów, Sokołów Młp., Wola Pełkińska, Jarosław, Munina. Suche łąki, zbocza, dość często. P. vulgaris L. — Cegielnia k. Janowa Lub., Zapolednik, Płazów, Bru- sno, Lubaczów, Brzoza Królewska, Sokołów Młp., Werynia, Tryńcza, Rakszawa, Wola Pełkińska, Jarosław, Piasków, Zaleska Wola, Rokietnica. Łąki, zarośla, nasypy kolejowe, częstsza od poprzedniej. P. amarełla Cr. — Werynia, torfiaste łąki turzycowe, rzadko. Acer pseudoplatanus L. — Brusno, Horyniec, Mokre. Pojedynczo w lasach i na zboczach. A. campestre L. — Zarzecze, Turza, Łukawiec, Jarosław, Łowce, Ro- kietnica. Zarośla, lasy, dość rzadko. Impatiens roylei Walp. — Rudnik, Leżajsk, Przeworsk, Łowce, Lut- ków, Rokietnica. Ruderalne i nadrzeczne zarośla, rowy przydrożne, dość często. I. parviflora DC. — Sokołów Młp., Jarosław, Pawłosiów, Radymno. Ogrody, zarośla, przychacia, dość pospolicie. Evonymus europaea L. — Jarosław, Kidałowice, Lutków, Chłopice, Ostrów. Zarośla, brzegi lessowych wąwozów, dość rzadko.
PIŚMIENNICTWO 1. Karczmarz K., P a c z o s S., Zależność rozmieszczenia sub atlantyckich i pseudoatlantyckich roślin od stosunków opadowych w Kotlinie Sandomierskiej i na zachodniej krawędzi Roztocza. Rocz. Przem. 17—18, s. 275—340, 1977. 2. Kar c z m a r z K., Piórecki J., Materiały do flory roślin naczyniowych Kotliny Sandomierskiej i Pogórza Przemyskiego. Rocz. Przem. 17—18, s. 341—360, 1977. 3. K r z a c z e k T., Nowe stanowiska rzadszych roślin na Lubelszczyźnie. Cz. II. Fragm. Flor, et Geobot. 7 (2), s. 299—304, 1961. 4. Krzaczek T., Nowe stanowiska rzadszych roślin na Lubelszczyźnie. Cz. III. Fragm. Flor, et Geobot. 9 (4), s. 447—454, 1963. 5. K r z a c z e k T., Rośliny lecznicze południowej Lubelszczyzny. Ann. UMCS, Sect. D, 17 (1962), s. 401—419, 1963.' 6. Krzaczek T., Łąki w dolinie rzek Wirowa i Tanew (Kotlina Sandomier- ska). Ann. UMCS, Sect. D, 18 (1963), s. 465—480, 1964. 7. Krzaczek T., Nowe stanowiska rzadszych roślin na Lubelszczyźnie. Cz. IV. Fragm. Flor, et Geobot. 14(2), s. 221—227, 1968. 8. Krzaczek T., Badania geobotaniczne torfowisk okolic Biłgoraja. I. Cha- rakterystyka ogólna. Ann. UMCS, Sect. D, 22(1967), s. 103—114, 1969. 9. Krzaczek T., Badania geobotaniczne torfowisk okolic Biłgoraja. II. Zbio- rowiska towarzyszące. Ann. UMCS, Sect. D, 22(1967), s. 115—125, 1969a. 10. Krzaczek T., Badania geobotaniczne torfowisk okolic Biłgoraja. III. Ze- społy ze związku Rhynchosporion albae. Ann. UMCS, Sect. D, 23(19'68), s. 259'—269, 1969 b. 11. Kr z 5 czek T., Badania geobotaniczne torfowisk okolic Biłgoraja. IV. Ze- społy ze związku Eriophorion gracilis. Ann. UMCS, Sect. D, 23 (1968), s. 277—282, 1969 c. 12. K r z a c z e k T., Badania geobotaniczne torfowisk okolic Biłgoraja. Zespo- ły zaroślowe. Ann. UMCS, sect. D, 23 (1968), s. 297—302, 1969 d. 13. Krzaczek W., Krzaczek T., Łąki śródleśne okolic Biłgoraja i Tar- nogrodu. Ann. UMCS, Sect. C, 24 (1969), s. 199—^213, 1969. 14. K r z a c z e k T., Rośliny lecznicze południowo-zachodniej Lubelszczyzny. Ann. UMCS, Sect. D, 24(1969), s. 117—128, 1970. 15. Krzaczek T., Rhynchosporetum albae W. Koch 1926 na terenie połu- dniowo-zachodniej Lubelszczyzny (Kotlina Sandomierska). Fragm. Flor, et Geobot. 17 (3), s. 409—412, 1971. 16. Krzaczek T., Materiały florystyczne z powiatu Tarnobrzeg. Fragm. Flor, et Geobot. 17 (4), s. 465—470, 1971. 17. Krzaczek T., Krzaczek W., Torfowiska okolic Janowa Lubelskiego. Ann. UMCS, Sect. C, 29, s. 383—402, 1974.
18. Krzaczek T., Krzaczek W., Łąki północno-wschodniej części woje- wództwa Tarnobrzeg. Ann. UMCS, Sect. C, 32 (1977), s. 225—241, 1978. 19. Nowiński M., Stosunki geobotaniczne południowo-wschodniego krańca Puszczy Sandomierskiej. Rozpr. Wydz. Mat.—Przyr. PAU 67 Dział A/B. s. 375—541, 1929. 20. Szafer W., Szata roślinna Polski niżowej, [w:] Szata roślinna Polski. 2. Warszawa, PWN, 1972.
MATEPMAJIbl K 3>JIOPE CAH^OME^KCKOfó KOTJIOBKHbl P e 3 jo m e t&jiopncTJiHecKKe nccjieflOBaHWH npoBOflUJiwcb na TeppwTopnn Can^oMeaccKOfi KOTJIOBJIHBI. B CT3TŁ6 npWBOflHTCH MeCTOOGMTaHMH BPfflOB, HOBBIX JJJIH 3TOfł TfippK- Topnn: Saliz nigricans, Polygonum calcatum, P. monspeliense, P. sachalinense, Chenopodium uuluaria, Melandrium rubrum, Scleranthus policarpos, Thalictrum simplez, Th. lucidum, Rorippa armoracioides, Sisymbrium strictissimum, S. orien- tale, Thlaspi alpestre, Sarifraga granulata, Fragaria uiridis, Potentilla procumbens, Alchemilla glabra, Geum allepicum. KpoMe Toro, flaeTCH MHoro pe,zjKnx snflos: Eąuisetum marimum, Saluinia na- tans, Rumer maritimus, R. paluster, R. aąuaticus, Dianthus barbatus, D. glabrius- culus, Illecebrum uerticillatum, Spergula uernalis, Diplotaris tenuifolia, D. mura- lis, Teesdalea nudicaulis, Lepidium virginicum, Impatiens roylei. FLORISTIC DATA FROM THE SANDOMIERZ BASIN S u m m a r y Floristic investigations vere carried out in the Sandomierz Basin. The paper gives the localities of species new for this area. They are: Saliz nigricans, Poly- gonum calcatum, P. monspeliense, P. sachalinense, Chenopodium vulvaria, Melan- drium rubrum, Scleranthus policarpos, Thalictrum simplez, Th. lucidum, Rorippa armoracioides, Sisymbrium strictissimum, S. orientale, Thlaspi alpestre, Sarifraga granulata, Fragaria uiridis, Potentilla procumbens, Alchemilla glabra, Geum allepi- cum. ( The paper gives also many rare species such as Eąuisetum marimum, Saluinia natans, Rumer maritimus, R. paluster, R. aąuaticus, Dianthus barbatus, D. gla- briusculus, Illecebrum uerticillatum, Spergula uernalis, Diplotaris tenuifolia, D. muralis, Teesdalea nudicaulis, Lepidium uirginicum, Impatiens roylei and others.
Krasiczyn. W parku zamkowym Fot. J. Janiszewski
Część szósta Jan Pająk FURFURAL Z PREHYDROLIZATÓW Autor dokonuje przeglądu prac z dziedziny technologii wykorzystania sub- stancji odpadowych zawartych w hydrolizacie wstępnym z przemysłów: celu- lozowego i płyt pilśniowych, szczególnie ich przydatności do> produkcji furfu- ralu. Na podstawie tego studium oraz własnych prac doświadczalnych autor przed- stawia propozycję technologii uzyskiwania furfuralu, żywic odpadowych oraz lig- niny pokoagulacyjnej, która oparta jest na wypróbowanych w skali technicz- nej procesach i urządzeniach, tj. warnikach z cyrkulacją cieczy, jakie stosuje się w produkcji celulozy wiskozowej. Według przedstawionego sposobu można by, zdaniem autora, podwoić produkcję furfuralu np. w Zakładach Celulozy i Papieru w Swieciu. I. WPROWADZENIE Centrala Importowo-Eksportowa Chemikaliów „Ciech” oceniała w ro- ku 1979 [1] krajowe zapotrzebowanie na aldehyd furfurylowy, czyli fur- fural następująco: rok 1980 rok 19'85 — 12,5 tys. ton. 14,2 tys. ton. rok 1990 — 15,8 tys. ton. rok 19i95 — 18,0 tys. ton. Takie zapotrzebowanie wynika z dużego zakresu stosowania furfura- lu. Jest on używany przede wszystkim do produkcji furfurolu, tj. alko- holu furfurylowego. Furfural zaś i furfurol służą do wyrobu żywic dla odlewnictwa, którego potrzeby w tym względzie stale rosną. Z kolei przemysł naftowy zużywa znaczne ilości furfuralu, jako selektywnego rozpuszczalnika przy rafinacji olejów. Poza tym w szybkim tempie roz- wija się chemia związków furanowych znajdujących coraz szersze zasto- sowanie w wielu dziedzinach gospodarki, np. w rolnictwie (herbicydy, pestycydy itp.), w przemyśle tworzyw sztucznych (sztuczna skóra, kleje), w przemyśle farmaceutycznym (koncentracja witamin A i D). Furfural stosowany jest również jako dodatek do lakierów, zmywaczy, rozpuszczal- ników farb i barwników do fotografii itp.
Produkcja krajowa furfuralu waha się obecnie w granicach 1800— 2000 ton i zaspokaja tylko w niewielkim stopniu zapotrzebowanie. Po- nieważ również w całym świecie silnie odczuwa się rosnący deficyt tego związku, gospodarka krajowa nie może liczyć na pokrycie zapotrzebo- wania przez import, zwłaszcza że cena światowa furfuralu zwyżkuje i obecnie kształtuje się w granicach 1100—1200 doi. za tonę. W tej sytuacji Ministerstwo Przemysłu Chemicznego powołało Zespół Bad.-Projektowy, którego zadaniem jest znaczne zwiększenie produkcji furfuralu w kraju. W czasopiśmie „Przemysł Chemiczny”, w zeszycie kwietniowym 1980 r. [2.[ ukazał się artykuł Stan i perspektywy rozwoju produkcji furfuralu w Polsce. Autorzy tego artykułu, będący członkami wspomnianego zespołu, omawiają tam produkcję furfuralu w kraju i świecie, Luans zapotrzebowania i obecnych możliwości wytwarzania tego związku w Polsce wskazujący na pogłębiający się deficyt furfuralu, przedstawiają możliwości wykorzystania krajowych surowców do pro- dukcji furfuralu, opisują kompleksową technologię wytwarzania, opra- cowaną przez Zespół z przeznaczeniem dla kraju i państw uprawiających trzcinę cukrową i rozporządzających znaczną ilością odpadowej bagassy i podają wiele innych jeszcze szczegółów, które zainteresowany czytelnik może znaleźć w wymienionym numerze „Przemysłu Chemicznego”. W artykule tym pominięto jednak możliwość otrzymywania poważnych ilo- ści (bo ok. 3000 ton rocznie) furfuralu z odpadowych substancji pocho- dzenia drzewnego, jakie powstają w przemyśle celulozowo-papierniczym i płyt pilśniowych. W niniejszym studium chciałbym tę właśnie sprawę przedstawić i bliżej naświetlić. Zacznę od omówienia krajowych zapasów surowcowych dla produkcji furfuralu. Jak dotychczas furfuralu nie wytwarza się na drodze syntezy z prostych substratów, tj. łatwo dostępnych chemicznych produktów wyj- ściowych. Powszechnie otrzymuje się go z pięciowęglowych wj slocuk-rów tzw. pentozanów pochodzenia roślinnego. Szczególnie bogate w pentoza- ny jest drewno drzew liść astych oraz niektóre rośliny jednoroczne, jak to uwidacznia poniższe zestawienie (tab. L). Tab. 1. Zawartość pentozanów w różnych gatunkach surowca roślinnego L.p. Surowiec Zaw. pentozanów w proc. wag. w s.m. 1 Drewno grabowe 26—30 proc. 2 „ bukowe 25—28 proc. 3 „ brzozowe 24—29 proc. 4 „ dębowe 22—26 proc. 5 „ sosnowe 11—13 proc. 6 „ świerkowe 10—14 proc. 7 Kora bukowa 15—18 proc. 8 Osadki kukurydzy 30—35 proc. 9 Słoma rzepakowa 15—17 proc. 10 „ pszeniczna 21—28 proc. 11 Bagassa 20—24 proc. Wg podr. „Chemia Drewna*’ St. Prosińskiego, PWRiL, W-wa 1969 r. Wydajność furfuralu z podstawowego surowca krajowego, którym jest drewno drzew liściastych, waha się przy aktualnie stosowanych me- todach przemysłowego otrzymywania w granicach 5—6 proc, masy drew-
na. Około 80 proc, tejże masy pozostaje jako odpad w postaci tzw. ligno- celulozy. Oczywiście tak znaczne ilości odpadu niepokoją technologów i dlatego poszukuje się dla niego zastosowania. Wyjściem z tej kłopotliwej sytuacji może się okazać przerób lignocelulozy na węgiel drzewny, na który istnieje w gospodarce krajowej zapotrzebowanie rzędu 50—70 tys. ton rocznie, które mogłoby być w znacznej części (24—35 tys. t.) pokryte z tego źródła. W związku z małą wydajnością zapotrzebowanie drewna przy pro- dukcji furfuralu jest ogromne. Na przykład na wyprodukowanie 5000 ton furfuralu w dwu zakładach zaplanowanych do wybudowania w Hajnów- ce i Gryfinie przewiduje się zużycie ok. 100 tys. ton drewna. Lasy zaś, wg opinii leśników, eksploatujemy znacznie ponad normę ze szkodą dla naturalnego środowiska i o tym powinniśmy nie zapominać przede wszystkim. Oczywiście do przeróbki na furfural szuka się drewna odpadowego, ale gromadzenie odpadów, np. trocin i ich dowóz ze względu na dużą objętość, a mały ciężar, przy stale rosnących kosztach transportu samo- chodowego stają się nieopłacalne. Dlatego można myśleć tylko o wyko- rzystaniu takich odpadów drzewnych, które występują w dostatecznie dużych ilościach w miejscu przerobu, a takich miejsc jest niewiele. I to jest przyczyną, że produkcję furfuralu trzeba jednak oprzeć w dużej części na drewnie wielkowymiarowym, nie zaliczanym raczej do drewna odpadowego. Traktując gospodarkę narodową kompleksowo jako jedną całość i ma- jąc na uwadze oszczędzanie drzewostanów, nie należałoby łączyć korzyści z otrzymywania furfuralu ze szkodami wyrządzanymi w naturalnym śro- dowisku. Dlatego wielkiego znaczenia nabierają takie technologie i su- rowce, które pozwolą tego uniknąć. Jak to zostało już zaznaczone poprzednio, surowcem takim są sub- stancje odpadowe pochodzące z drewna przerabianego na celulozę i płyty pilśniowe. W przemysłach tych powstają wody odpadowe, które jako uciążliwe ścieki, niełatwo dające się oczyszczać, sprawiają wiele kłopotów nawet tym zakładom, gdzie istnieją wybudowane w tym celu oczyszczal- nie. Niedostatecznie oczyszczone ścieki odprowadzane do rzek powodują znaczne pogorszenie jakości wody, obniżają klasę rzeki na znacznym od- cinku i wpływają bardzo niekorzystnie na możliwości różnorakiego użyt- kowania jej wód. A tymczasem substancje zawarte we wspomnianych wodach odpadowych mogą być przerobione na furfural i szereg innych produktów, które wzbogacą gospodarkę narodową, a równocześnie zmniej- szą zagrożenie środowiska naturalnego i to w podwójnym sensie: po pierwsze przez bezpośrednie zmniejszenie ilości obciążników w ściekach, po drugie — przez przyczynienie się do zaoszczędzenia drzewostanu lasów. II. DOTYCHCZASOWE BADANIA I PRÓBY TECHNOLOGICZNE UTYLIZACJI OMAWIANYCH TU WOD ODPADOWYCH Należy od razu zaznaczyć, że naszkicowana wyżej koncepcja nie jest nowością. Możność otrzymywania furfuralu z tego źródła wiadoma jest od dawna. Rzecz jednak w tym, że dotychczas nie udało się w kraju ani za granicą opanować dostatecznie wygodnej technologii takiego wyko-
rzystania pomimo licznych prac poświęconych temu zagadnieniu. W Pol- sce również pracowano nad nim wiele, w szczególności w Akademii Rol- niczno-Technicznej w Bydgoszczy [3.], w Zakładach Celulozy i Papieru w Świeciu [4.], na Politechnice Łódzkiej [5.] i w Zakładach Płyt Pilśnio- wych w Przemyślu [6.]. Wszystkie te wysiłki nie doczekały się jednak sprawdzenia w skali technicznej. Wymagałoby to wykonania stosunkowo kosztownej aparatury prototypowej, a o fundusze w obecnym czasie u nas trudno. Trudno tym bardziej że w sferach fachowych ścierają się poglądy i podnosi się różnego rodzaju wątpliwości charakteru technicz- nego i gospodarczego, co nie ułatwia powzięcia decyzji. W takich razach konieczne się staje podjęcie rozsądnego ryzyka, ale o to właśnie wśród szerokiego gremium, od którego zależy decyzja, najtrudniej. Wydawałoby się, że w chwilach, gdy całe społeczeństwo skupia uwa- gę na trudnościach wyżywienia narodu, nie ma miejsca na inne sprawy. W moim przekonaniu pogląd taki jest niesłuszny i może zgubnie zaciążyć na przyszłości. Zalążki dobrej przyszłości tkwią w teraźniejszości. Ich rozwinięcie jest konieczne właśnie dla uzyskania efektu poprawy. Dla- tego, jak sądzę, nie popełniam błędu opowiadając się za koniecznością pokrycia kosztów eksperymentu technicznego, który powinien dać wiele różnorakich korzyści narodowej gospodarce. Jakie są więc trudności i co budzi wątpliwości? Chcąc odpowiedzieć na to pytanie, trzeba wgłębić się nieco w przedmiot. Wody odpadowe z produkcji celulozy i płyt pilśniowych, czyli — na- dając im umownie wspólne miano — hydrolizaty wstępne lub prehydro- lizaty zawierają rozpuszczone znaczne ilości substancji drzewnej. Jest to w przypadku przerobu na celulozę ok. 30 proc, masy użytego surowca drzewnego, a w przypadku przerobu drewna na defibratorach na płyty pilśniowe ok. 10 proc, drewna. Rozpuszczona w wodach odpadowych substancja nosi nazwę suchej masy lub s. pozostałości, gdyż zawartość jej oznacza się jako pozostałość po odparowaniu wody z określonej ilości hydrolizatu wstępnego powstającego przy wyrobie celulozy bądź tzw. technologicznej wody odpadowej, jeśli chodzi o przemysł płyt pilśnio- wych. Substancja ta zawiera znaczne ilości pentozanów, nadających się do przerobu na furfural. Pomijając różnice w składzie jakościowym i ilościowym omawianych hydrolizatów otrzymanie z nich furfuralu pole- ga na ogrzewaniu tych cieczy pod ciśnieniem kilkunastu atmosfer za- zwyczaj z dodatkiem kwasów dla uzyskania odczynu kwaśnego. Wów- czas w obecności jonów wodorowych H+ zachodzi reakcja dehydratacji w myśl równania: HC-CH O — 3 HoO II II X ^5^10^5 w04a > C5H4O2 HC C —C pentoza furfural ' U ri furf. wzór strukturalny w wyniku czego z pentoz powstaje aldehyd furfurylowy, czyli furfural. Reakcja ta nie przebiega jednak czysto. Jeżeli wydajność teoretyczną wynikającą z przytoczonego wzoru chemicznego przyjąć za 100 proc., to wydajności w praktyce sięgają 30—60 proc, teorii, w zależności od ro-
dzaju pentoz w pentozanach oraz kwasów uronowych znajdujących się również w składzie rozpuszczonej s. masy. Przy dehydratacji tworzy się wiele różnorodnych produktów ubocznych, zwłaszcza że ciecz wyjścio- wa zawiera oprócz pentoz i kwasów uronowych także heksozy, tj. cukry sześciowęglowe C6H12O6 oraz ligninę. Zwłaszcza ten ostatni związek po- siada zdolność różnorakiego reagowania. Lignina rodzima, która znajduje się w drewnie, ulega podczas procesu wstępnej hydrolizy licznym prze- mianom *. Przede wszystkim rozrywają się wiązania, którymi ten poli- mer jest połączony z węglowodanami, następnie makrocząsteczka ligniny ulega degradacji na mniejsze fragmenty. Równocześnie pod wpływem działania temperatury i wody oraz ukwaszania się środowiska reakcji od odszczepiającego się w tych warunkach z octanu glikuronoksylanu kwa- su octowego zachodzi w ligninie szereg przegrupowań, powstają nowe, podatne na chemiczne działanie centra, np. wiązania nienasycone itp. W istniejących oraz nowo powstałych reaktywnych miejscach i ugru- powaniach zachodzą reakcje kondensacji, tworzą się połączenia pomiędzy atomami węgla sąsiadujących makrocząsteczek lub ich fragmentów i po- wstają usieciowane trójwymiarowo elementy uwidaczniające się w apa- raturze jako zaskorupienia. Aktywne centra ligniny reagują także z two- rzącym się z pentoz furfuralem, który posiada również wiązania podwój- ne, reaktywne i skłonność do tworzenia usieciowanych polimerów. Fur- fural posiada prócz wiązań podwójnych także charakterystyczną grupę aldehydową, łatwo reagującą ze związkami o budowie fenolowej. Przy- kładowo można tu podać reakcje fenolu z formaldehydem w procesie otrzymywania żywic bakelitowych. W makrocząsteczce ligniny wystę- pują podobne układy aromatyczne, pierścieniowe pod postacią układu fenylopropanowego, podstawowego układu jej monomeru, które reagują z furfuralem. W wyniku reakcji ligniny z furfuralem powstają również ciała o charakterze żywic, przyczepiające się do ścian rurociągów i apa- ratów. Należy jeszcze dodać, że cukry proste i oligosacharydy w opisanych warunkach ulegają częściowemu rozkładowi, a produkty ich degradacji również wchodzą w reakcje z furfuralem i ligniną. W wyniku opisanych przemian aparatura zostaje zanieczyszczona sub- stancjami żywicowatymi w postaci mocno przywierających, trudno usu- walnych zaskorupień, a duża ich ilość sprawia, że prowadzenie ruchu, zwłaszcza w sposób ciągły, nastręcza wielu trudności i zniechęca do pro- dukcji furfuralu z prehydrolizatów w ogóle. III. BADANIA SKŁADU I WŁASNOŚCI ŻYWIC I ZASKORUPIEŃ I WYSIŁKI OPANOWANIA INKRUSTACJI W PROCESIE TECHNOLOGICZNYM DEHYDRATACJI Zbadaniem własności i składu omawianych tu ciał żywicowatych zaj- mowało się wielu uczonych. J. Brabec i Z. Radej na podstawie wykona- r.ych w Instytucie Badawczym papieru i celulozy w Bratysławie prób i analiz [7.] osadów otrzymanych laboratoryjnie w analogicznych warun- kach doszli do wniosku, że w skład osadu wchodzą związki o budowie por. poz. 12, 18, 19 spisu literatury.
pierścieniowej pochodzące z ligniny, substancje huminowe powstałe przez degradację cukrów oraz furfural. Osad nie jest jednorodnym ciałem chemicznym, lecz mieszaniną różnych ciał będących produktem wtór- nych reakcji kondensacji i polimeryzacji o różnych stadiach zaawanso- wania tych procesów. Stwierdzili oni, że osad tworzący, się podczas pre- hydrolizy w temp. 170° C w zależności od czasu działania tej tempera- tury w granicach 0,5—3 godzin zmieniał kolor od jasnobrązowego do prawie czarnego oraz punkt topnienia od 95° do ponad 360°. Zauważyli także, że punkt topnienia podwyższa się przez podgrzewanie, co świadczy o termicznym utwardzaniu się żywicy. Czechosłowacki uczony, R. Bukowansky [8.], który zajmował się za- chowaniem osadów tworzących się w hydrolizatach wstępnych w czasie ich składowania w zbiornikach i przetrzymywania przez okres 24 godzin, podaje temperaturę mięknienia osadu 35°—36° C. Ponadto badając za- chowanie się hydrolizatu wstępnego podczas ogrzewania w zakresie do 196°C zaobserwował, że wraz ze wzrostem temperatury wzrasta zawar- tość furfuralu w cieczy i ilość utworzonego osadu i to najintensywniej w przedziale temp. 150°—196°C. Można stąd wyciągnąć wniosek, że w pozbawionym zrębków hydrolizacie zachodzą podobne reakcje jak pod- czas prehydrolizy i że właściwości osadu analogicznie będą się kształto- wać jak osadu z badań J. Brabeca i Z. Radeja. Z prac krajowych zagadnienie inkrustacji hydrolizatu wstępnego ze Swiecia znajduje odbicie w pracy R. Gajewskiego [9.], który badał wydaj- ność furfuralu przy dehydratacji tego hydrolizatu w różnych warunkach temperatury i kwasowości. Autor zaznacza jednak, że ilość substancji inkrustujących nie była przedmiotem badań i że obliczał ją pośrednio z bilansu składników przed i po dehydratacji, a obliczenie ma wartość jedynie orientacyjną. Bezpośrednie oznaczenie zaskorupień nie było, jak podaje, możliwe ze względu na duże przyleganie do ścian autoklawu. Dla wariantu optymalnego ze względu na wydajność furfuralu ilość zaskoru- pień określa na 15 proc. W badaniach nad inkrustacją aparatury przy dehydratacji hydroli- zatu wstępnego w ZPiC w Swieciu największe znaczenie mają próby wykonane w skali półtechnicznej (warnik obj. 1000 L) przez zespół pra- cowników Instytutu Inżynierii Chemicznej Politechniki Łódzkiej (10.]. Były one sprawdzeniem technologii, którą zalecił Zakładom w Swieciu zespół badawczy Akademii Roln.-Technicznej w Bydgoszczy pod kierun- kiem prof. Z. Kina. Próby poprzedzone były badaniami w autoklawie laboratoryjnym na 5 litrach hydrolizatu. Do prób właściwych, półtech- nicznych pobierano za każdym razem 1000 L hydrolizatu. Wykonano 3 próby dehydratacji bez żadnych dodatków, 3 próby dehydratacji z do- datkiem 0,42 proc, (objętościowo) łpc (ług pocelulozowy siarczynowy) i 3 próby dehydratacji z dodatkiem 4,98 proc. KLS („klutan” — produkt celulozowni w Kluczach). Dodatki miały na celu zapobieganie inkrustacji. Wyniki tych badań można streścić następująco: Na podstawie wstępnych badań laboratoryjnych uznano temp. 185°C jako optymalną dla uzysku furfuralu temperaturę dehydratacji. 2. Próby w skali półtechnicznej przeprowadzono przy tej temperaturze (tj. 185°C).
3. Ilość zaskorupień powstających z 1000 L hydrolizatu w próbach półtech- nicznych określano wagowo. Kształtuje się ona następująco: — hydrolizat bez dodatków: ilość osadu, średnia z 3 pr. 17,7 kg — hydrolizat + 4,98 proc. KLS — „ — 14,4 kg — hydrolizat + 0,42 proc, łpc — „ — 11,8 kg 4. Osad z hydrolizatu bez dodatków uznano za najtrudniejszy do usunięcia z powodu twardości i przylegania do powierzchni blach. Oba pozostałe gatunk. osadu nie różniły się wyraźnie między sobą. Były one miększe od poprzedniego i dawały się łatwiej usuwać z aparatu i powierzchni blach za pomocą drucia- nej szczotki. Główna część osadu inkrustującego gromadziła się na dnie aparatu w części stożkowej. W próbach z hydrolizatem bez dodatków rozbijano go ce- lem usunięcia kilofem po odkręceniu części stożkowej. Prócz tego zaobserwo- wano tworzenie się skorupy na powierzchni cieczy w reaktorze. Bjła to cienka, krucha warstewka koloru czarnego, trudno rozpuszczalna w ługu sodowym. 5. Czyszczenie aparatu po mechanicznym usunięciu osadu z części stożko- wej wymagało, zwłaszcza w próbach z hydrolizatem bez dyspergatora, mycia gorącym roztworem ługu białego. 6. Stwierdzono, że dodatek*łpc i KLS powoduje obniżkę wydajności furfuralu w procesie dehydratacji zapewne wskutek tego, że łpc i KLS reagują z powsta- jącym furfuralem. Wnioski zespołu badawczego Politechniki Łódzkiej z tych badań przedstawiają się w skrócie następująco: — Przez wprowadzenie dehydratacji hydrolizatu wstępnego w Swieciu moż- na uzyskać dodatkowo ok. 7 t furfuralu na dobę, tj. ok. 2000 t rocznie, czyli po- dwoić dotychczasową produkcję. — Zaproponowane przez zespół prof. Kina dyspergatory mające zapobie- gać inkrustacji zdały na ogół egzamin. — Należy przebadać prowadzenie procesu w sposób ciągły. — Należy przedtem rozwiązać problem oddzielania z hydrolizatu substancji stałych i zanieczyszczeń. — Główny problem polega jednak na trudnościach z inkrustacją. — Proponuje się zbudowanie w następnym etapie badań reaktora o po- jemności 10 m3 oraz instalacji zapewniającej prowadzenie procesu w sposób periodyczny i ciągły. Odnośnie do prób Zespołu Politechniki Łódzkiej streszczonych wyżej można poczynić następujące uwagi: We wnioskach daje się zauważyć nie całkiem pewne przeświadczenie co do skuteczności działania dodatku łpc i KLS mającego zabezpieczyć aparaturę przed inkrustacją. Znajduje to wyraz zwłaszcza w słowach: „główny problem polega jednak na trudnościach z inkrustacją”. Takie sformułowanie nasuwa wątpliwość, czy dyspergatory zdały, czy nie zdały egzaminu? W sprawozdaniu nie podano zawartości s. masy użytej każdorazowo do prób porcji hydrolizatu. Były one różne, co z pewnością miało wpływ na ilość tworzących się zaskorupień. Podanie ilości osadu w kg/1000 L nie charakteryzuje dość precyzyjnie sprawy. Należy podkreślić, że osad obserwowano po upływie dłuższego czasu od zakończenia dehydratacji, tj. na drugi dzień, po ostygnięciu reaktora i cieczy. Szkoda, że nie okre- ślono p. topliwości lub temp, mięknięcia osadu, co pozwoliłoby porównać 27 — Rocznik Przemyski t. 22/23
charakter osadów z dehydratacji z osadami z prehydrolizy badanymi przez Brabeca i Radeja w Czechosłowacji. Badania zespołu łódzkiego zostały wykonane w 1974 roku. W ZCiP w Świeciu nie przystąpiono jednak do wykonania zaleceń podanych przez zespół dotyczących dalszych prób. Zaważył na tym zapewne brak prze- świadczenia o udaniu się takiego przedsięwzięcia. Problem wykorzysta- nia hydrolizatu do produkcji furfuralu utknął w tym stadium na parę lat. Dopiero powołanie w roku 1979 do życia przez MPChem. zespołu ba- dawczo-projektowego dla zwiększenia krajowej produkcji furfuralu po- nownie zwróciło wysiłki w tym kierunku. Na zlecenie Zjednoczenia Przemysłu Papierniczego zespół pracowników ART w Bydgoszczy pod kierunkiem prof. Kina opracował dla ZCiP w Świeciu w połowie roku 1980 postępowanie o nazwie „Furano” mające umożliwić Zakładom wy- produkowanie z prehydrolizatu dodatkowych ilości furfuralu oraz wy- korzystanie pozostałej substancji organicznej do produkcji biomasy. W systemie „Furano” proponuje się jako katalizator dehydratacji kwias siarkowy i fosforowy, co ma przyczyniać się do zwiększenia wy- dajności procesu. Dla zapobiegania inkrusliacji przewidziano poprzednio już zalecony łpc. System „Furano” został jednak odrzucony przez Za- kłady w Swieciu. Jako główny powód podaje się brak łpc w kraju. Zna- lazł on zastosowanie jako lepiszcze przy brykietowaniu pylastych rud miedzi. Sprowadzamy go nawet do tego celu z Czechosłowacji. System „Furano” wymaga zużycia poważnych ilości ługów. Ostatnio zaznacza się w ZCiP w Świeciu skłonność do rezygnacji z usiłowań powiększenia produkcji furfuralu na rzecz prostszych metod pozbycia się hydrolizatu, który utrudnia działanie zakładowej oczyszczal- ni ścieków i zanieczyszcza Wisłę. Istnieje mianowicie zamysł podgęszcza- nia prehydrolizatu do zawartości 50 proc. s. masy i użytkowania uzy- skanej gąstwy jako lepiszcza dla rudy miedzi. Cena takiego produktu w porównaniu z wartościami, które można by uzyskać przez produkcję furfuralu nie przedstawia się korzystnie, a w obliczu rosnącego deficytu furfuralu taki obrót sprawy nie znajduje gospodarczego uzasadnienia. A. PRACE WŁASNE — DLA PRZEMYSŁU PŁYT PILŚNIOWYCH 1. Autor niniejszego studium również prowadził badania nad wyko- rzystaniem s. masy prehydrolizatów. Część wyników zawiera opubliko- wana w 1977 r. praca w Roczniku Przemyskim Tow. Przyjaciół Nauk t. XVII—XVIII [11.]. Autorzy pracy, J. Pająk i M. Kryczko, pierwsi zwrócili w niej uwagę na możliwość chemicznego wykorzystania sub- stancji wyługowanych z drewna i gromadzących się w coraz większym stężeniu w wodach technologicznych przemysłu płyt pilśniowych wskutek zamykania obiegów tych wód. Pomiędzy składem chemicznym wody obiegowej z produkcji płyt a składem chemicznym prehydrolizatu z celulozowni występują istotne róż- nice. Przyczyną tego są warunki, w jakich przeprowadza się rozwłóknia-* nie drewna na defibratorach oraz fakt, że w przemyśle płyt pilśniowych służy jako surowiec drewno iglaste. I tak, woda obiegowa zawiera znacz- nie więcej koloidalnej ligniny, więcej heksoz, a mniej pentoz w porów- naniu z hydrolizatem uzyskiwanym w procesie hydrolizy wstępnej drew- na bukowego, np. w Świeciu [12.]. Większa zawartość ligniny w wodzie
obiegowej niż w hydrolizacie wstępnym pochodzi stąd, że czas rozwłók- niania drewna w defibratorze, tj. działania wody o temp. ok. 180°C jest znacznie krótszy, rzędu kilku minut, niż czas działania wody o temp. 175° — podczas gotowania zrębków w warniku w procesie hydrolizy wstępnej, który wynosi ok. 90 minut. W ciągu tego czasu znaczna część ligniny wytrąca się z koloidalnego roztworu wskutek zmian noszących miano inaktywacji. Pewną rolę odgrywa tu niewątpliwie również tworzenie się furfuralu, który kondensuje się z ligniną. Podczas defibracji furfural nie ma czasu utworzyć się w znaczniejszych ilościach. W czasie defibracji przeważa proces hydrolizy wiązań, którymi lignina połączona jest z polisacharyda- mi, dzięki czemu lignina przechodzi do roztworu. Inaktywacja w krótkim czasie defibracji jeszcze nie powoduje daleko posuniętej kondensacji we- wnętrznej ligniny, w wyniku czego nastąpiłoby przejście ligniny w stan nierozpuszczalny. Dopiero dalsze ogrzewanie cieczy w temp. ok. 150°C przez 15—20 minut wywołuje wytrącanie się osadu skoagulowanej ligniny z wody obiegowej. Termicznie wytrąca się 20—22 proc, w stosunku do s. masy. W związku z omówionym składem chemicznym wysunięto następują- cy schemat zużytkowania wody obiegowej: — wykorzystanie drobnopostaciowej ligniny pokoloidalnej jako czynnika humusotwórczego w rolnictwie, lub jako wypełniacza tworzyw sztucznych, kle- jów i kitów w miejsce stosowanej mączki drzewnej. — przerób pentozanów na furfural. — przerób heksozanów na kwas lewulinowy. We współpracy z Zakładem Projektowym ZCh. „Oświęcim” opraco- wano projekt prototypowej instalacji próbnej, na której miała być spraw- dzona przydatność zaproponowanej technologii w fabryce przeciętnej wielkości, konkretnie — w Zakładach Płyt Pilśniowych w Przemyślu. Projekt opiera się na wynikach prób w skali półtechnicznej. Postępowa- nie technologiczne składa się z następujących, głównych operacji: — podgęszczanie wody odpadowej w trójstopniowym systemie wyparek do zawartości ok. 15 proc. s. masy. — delignifikacja podgęszczonej cieczy w temp. 150—160°C w reaktorze le- żącym z mieszadłem ślimakowym typu łopatkowego, którego zadaniem jest mie- szanie cieczy i posuwanie wydzielonej termicznie ligniny ku wylotowi oraz oczyszczanie wewnętrznej powierzchni autoklawu. — dehydratacja uwolnionego od ligniny roztworu zawierającego pentozy i heksozy, ukwaszonego kwasem solnym lub siarkowym, w temp. 170°—180°C z równoczesnym odprowadzaniem par furfuralowo-wodnych. Dehydratacja mia- ła przebiegać w reaktorze zaopatrzonym w mieszadło i dwa wymienniki ciepła działające na zmianę celem umożliwienia ich czyszczenia. Proces był pomyślany jako periodyczny, szarżowy, a czyszczenie, w miarę gdy jego potrzebę wykaźe praktyka ruchowa. — ekstrakcja utworzonego równocześnie przez dehydratację i degradację heksoz kwasu lewulinowego octanem etylu. Urządzenie miało dostarczać rocznie: — 142 t furfuralu — 153 t kwasu lewulinowego — 572 t mączki ligninowej.
Z ekonomicznego punktu widzenia urządzenie potraktowane zostało w projekcie jako oczyszczalnia ścieków technologicznych znacznie tań- sza od innych typów oczyszczalni. Projekt nie został przyjęty do reali- zacji. 2. Dehydratacja bezciśnieniowa. Opisany wyżej projekt opracowano wykorzystując optymalny wariant technologii. Jego opracowanie po- przedziły liczne badania i doświadczenia oraz koncepcje. Jedną z cie- kawszych była koncepcja bezciśnieniowej dehydratacji, która opierała się na następujących przesłankach. Reakcja dehydratacji jest katalizo- wana jonami wodoru H+. Nie znamy na razie bardziej skutecznego ka- talizatora. Reakcję przyspiesza zwiększenie koncentracji jonów wodo- rowych, co można osiągnąć przez ukwaszanie środowiska reakcji silnie dysocjującymi kwasami mineralnymi. Na przykład przy ilościowym ozna- czaniu pentozanów w materiałach roślinnych metodą Tollensa [13.] uzys- kuje się wysoką, bo ok. 95-proc. wydajność furfuralu przez destylacje z 13-proc. kwasem solnym przy temp, wrzenia pod ciśnieniem normalnym. Również w podręczniku „Chemiczeskaja Technologia Drewesyny”, rozdział 20, Proizwodstwo furfurola [14.] podano, ,że przy destylacji fur- furalu z surowca roślinnego, zwilżonego 12-proc. kwasem solnym lub 32 -proc, kwasem siarkowym z nadmiarem pary wodnej uzysk furfuralu mo- że być zbliżony do teoretycznego, to znaczy ok. 64 proc, masy pentoz. Na tej podstawie postanowiono wykonać próbę uzyskania furfuralu działaniem 12—13-proc. kwasu solnego na materiał zawarty w podgę- szczonej wodzie obiegowej, z której usunięto ligninę. W programie próby było uzyskanie równocześnie kwasu lewulinowego z heksoz analogicznie do metódy stosowanej w Krakowskich Zakładach Farmaceutycznych .„Polfa”, gdzie uzyskiwano go ogrzewając glukozę z 16-proc. kwasem sol- nym do wrzenia pod chłodnicą zwrotną przy ciśnieniu atmosferycznym. Zaplanowano także odzysk kwasu solnego w postaci 20-proc. azeotropu przez destylację. Próbę wykonano w aparacie do destylacji frakcyjnej. Dehydratacja i tworzenie się furfuralu przebiegało w części kubowej aparatu przy temp. ok. 100°C podczas wrzenia cieczy pod ciśnieniem atmosferycznym. Kwaśne od chlorowodoru pary furfuralowo-wodne ulegały w przestrzeni kolumny z wypełnieniem szklanymi pierścieniami frakcjonowanej desty- lacji, w wyniku czego w górnej części kolumny odbierano skropliny fur- furalowo-wodne wolne od kwasu solnego. Wykorzystano tu właściwości składu pary i cieczy wodnych roztworów HC1 wrzących przy ciśnieniu normalnym, które przedstawia wykres — 1. Z przebiegu krzywej na tym wykresie widać, że przy wrzeniu 13-proc. roztworu HC1 w parze jest ok. 3,5 proc. HC1, zaś 3,5-proc. roztwór HC1 daje już parę z zawar- tością ok. 0,2 proc. HC1, co w efekcie pozwala w górnej części kolumny otrzymać pary praktycznie wolne od HC1. W miarę odbierania destylatu uzupełniano ubytek wody w reaktorze dla zachowania założonej procen- towości kwasu w reagującej cieczy. Po 4,5-godzinnej destylacji zawartość furfuralu w parach spadła poniżej 0,01 proc. Furfural uzyskano z wy- dajnością 26 proc, w stosunku do ilości tzw. furfuralu potencjalnego. Wydajność była więc ok. połowę niższa od przeciętnie uzyskiwanej w technologii. Taki wynik wskazuje, jak się wydaje, na to, że na two- rzenie się furfuralu znaczny wpływ wywiera stężenie substratów. Przy
Wykres 1. Wykres przedstawia krzywą zależności składu pary i cieczy wodnych roztworów HC1 wrzących przy ciśnieniu 1 atm. ilościowym oznaczaniu pentoz met. Tollensa hydromoduł waha się w gra- nicach 1*100 do l'-50, w próbie kształtował się on ok. 1:8, gdyż w pro- cesie technologicznym nie do przyjęcia jest tak znaczne rozcieńczenie ze względów ekonomicznych. Degradacja heksoz wymagała dalszego jeszcze ogrzewania po dopro- wadzeniu stężenia kwasu do ok. 16 proc, przez 6 godzin, pod chłodnicą zwrotną. Kwas lewulinowy wyekstrahowano octanem etylu i po odpę- dzeniu rozpuszczalnika oczyszczono przez dwukrotną destylację w próżni. Wydajność w stosunku do s. masy wyniosła 5,6 proc., a w stosunku do ilości heksoz zawartych w s. masie ok. 29 proc. Wyniki próby uznano za niezbyt atrakcyjne, zwłaszcza że pojawiły się trudności ze zbytem kwasu lewulinowego. Podczas próby zrobiono jednak ważną, jak się zdaje, obserwację odnośnie do zaskorupień. Pod- czas długotrwałego wrzenia cieczy wydzieliły się w części kubowej apa- ratu znaczne ilości osadu w przeliczeniu na s. masę ok. 26 proc. Osad koloru czarnego łatwo oddzielał się od ścian kolby i był dobrze sączalny. Po wyschnięciu przedstawiał się jako miałki proszek. Poszczególne grud- ki rozpadały się na proszek przy dotknięciu palcem. Osad w cieczy ze- brany był w grudkach, a nie w postaci zaskorupień na ściankach. Róż- nice w wyglądzie i budowie osadu należy, jak się zdaje, przypisać ni-
skiej temperaturze, w jakiej odbywała się dehydratacja, zaś na postać osadu wywarło zapewne wpływ wysokie stężenie kwasu solnego w śro- dowisku reakcji. Jak to zaznaczono już poprzednio, idea chemicznego wykorzystania rozpuszczonej w ściekach masy drzewnej nie znalazła uznania w prze- myśle płyt pilśniowych. Usiłowania skierowano raczej ku obciążaniu tą substancją samych płyt, czyli na wyprowadzanie tejże masy z obiegu technologicznego przez wysuszenie w produkowanych płytach. Problem daleki jest od ostatecznego rozwiązania, a sposób jeszcze nie opanowany. Już jednak dziś można stwierdzić, że jest to marnowanie surowca che- micznego. B. PRACE WŁASNE — DLA PRZEMYSŁU CELULOZOWO-PAPIERNICZEGO Nie mogąc pogodzić się z tym, by tak wiele wysiłków poszło na mar- ne, a także i kosztów *, autor usiłował wykorzystać wyniki dotychcza- sowych prac i doświadczeń w pokrewnej dziedzinie technologii, tj. w przemyśle celulozowym, a mianowic e przy pokonywaniu trudności z przerobem prehydrolizatu na furfural. Było pewne tym razem, że pro- duktu finalnego, tj. celulozy nie można zanieczyszczać prehydrolizatem, jak to postanowiono robić z wyrobami przemysłu płytowego. Wynikła przy tym konieczność dodatkowych badań dostosowanych do nieco innej specyfiki zagadnień. 3. Poprzednio było już mówione, że w koncepcjach produkcji furfura- lu z prehydrolizatu podstawową rolę odgrywała propozycja użycia ługu posiarczynowego jako dyspergatora dla opanowania inkrustacji. Była tak- że wzmianka o tym, że zapotrzebowanie przemysłu miedziowego wywo- łało brak łpc w kraju. W tej sytuacji zrodziła się myśl, aby zamiast wpro- wadzać do prehydrolizatu przy dehydratacji kwasy lignosulfonowe w po- staci łpc, wytworzyć je przez siarczynowanie znajdującej się tam lig- niny. Myśl opiera się na następujących danych z zakresu chemii ligni- ny [15.]. Podczas hydrolizy wstępnej drewna bukowego odszczepia się kwas octowy wskutek deacetylacji octanu glikuronoksylanu. Następuje stopniowo ukwaszenie środowiska reakcji. W tych warunkach wiązania ligniny z polisacharydami ulegają hydrolizie i lignina przechodzi częścio- wo do roztworu [16.]. Równocześnie lignina zmienia się wskutek zacho- dzących w niej reakcji inaktywacji. Pod pojęciem tym rozumie się zmniejszanie chemicznej reaktywności ligniny. Inaktywacja przebiega w dwu stadiach. Stacuum pierwsze polega na utracie liektórych pierwiast- ków (vTodoru i tlenu) i ich ugrupowań (grupy OH) i powstawaniu w wy- niku tego wiązań nienasyconych w łańcuchu propanowym ligniny, po- między węglami a—fi. Stadium to nosi nazwę „eliminacji” Reakcje eliminacji rozpoczynają się już w temp. 110°C. Następnie przy wyższej temperaturze wiązania nienasycone pękają i tworzą połą- czenia pomiędzy węglami typu C—C, łączące łańcuchy propanowe mię- dzy sobą lub wiążące łańcuchy propanowe z pierścieniami aromatycz- nymi ligniny. Określa się te zmiany jako stadium „kondensacji”. Reakcje * W sumie około 1 000 000 zł.
kondensacji przeprowadzają ligninę w formę nierozpuszczalną i wytrącają ją z koloidalnego roztworu jako drobnocząstkowy osad. Po przejściu tych dwu stadiów lignina nie reaguje z siarczynami, gdyż węgiel a łańcucha propanowego został pozbawiony zdolności reagowania. Nie powstają więc rozpuszczalne kwasy hgnosulfonowe, które działają dyspergująco. Zmia- ny op’ sane zachodzą w ligninie zwłaszcza pod wpływem silnych kwasów nieorganicznych. Dlatego tzw. lignina „kwasowa” otrzymana działaniem 72-proc. kwasu siarkowego na drewno nie siarczynuje się. Realizując zamysł otrzymania kwasów lignosulfonowych przez siar- czynowanie hydrolizatu autor zakładał, że w hydrolizacie znajduje się mimo inaktywacji nieco ligniny podatnej na siarczynowanie. Przypuszcze- nie okazało się słuszne. Siarczynowanie postanowiono prowadzić podob- nie jak opisano to w metodzie tzw. dwustopniowego roztwarzania drew- na, podanej przez prof. Kina i współpracowników [17.]. Prehydrolizat alkaiizowano ługiem sodowym do pH 8—9, dodawano hydrcsiarczyn so- dowy w postaci Na2S2Og i podgrzewano do temp. 140°—150°C w auto- klawie. Po schłodzeniu ciecz, której pH spadało do wartości 4—5, do- kwaszano do pH 2 i ogrzewano w autoklawie do temp. ok. 175cC odpę- dzając pary furfuralowo-wodne. Wykonano kilka prób siarczynowania i dehydratacji na hydrolizacie wstępnym otrzymanym ze Świecia. Wyniki prób można streść’ć następująco: 1. Stwierdzono obecność kwasów lignosulfonowych po przeprowadzeniu siar- czynowania: — Z chlorowodorkiem a-naftylaminy wytrąca się osad. 2. Zaskorupienia ze ścian autoklawu po zdjęciu i wysuszeniu rozcierają się w palcach nieco łatwiej niż zaskorupienia otrzymane w próbach bez siarczyno- wania. Ilość zaskorupień z poszczególnych prób niewiele się różni i wynosi ok. 20 proc, w stos, do s. masy. 3. Siarczynowanie znacznie obniża wydajność furfuralu, jak wskazuje ze- stawienie w tabl. 2. Tabl. 2 Dodatek Na2S2Os Furfural uzyskany proc, w stos, do sm. proc, w stos. furf. potencjalnego 0 proc. 50 proc. 2,5 proc. 32 proc. 5 proc. 32 proc. 10 proc. 20 proc. Obniżenie wydajności furfuralu należy przypisać, jak się zdaje, prze- de wszystkim rozkładowi pentoz podczas ogrzewania do temp. ok. 150°C w obecności NaOH. i siarczynu. Cukry ulegają w tych warunkach utle- nieniu do kwasów cukrowych i siarczynowaniu [18.,19.]. Można tu nad- mienić, że R. Gajewski w próbach otrzymania furfuralu w Świeci u z prehydrolizatu z dodatkiem siarczynu oofenolowego, stosując dodatek 2 proc, ilości cieczy (przypuszczalnie było to 40 proc, w przeliczeniu na s. m.), w ogóle nie obserwował powstawania furfuralu [20.]. Reasumując: Wyniki siarczynowania prehydrolizatu nie wypadły zachęcająco. Wprawdzie sposobem tym można otrzymać dyspergator w
środowisku reakcji, który wywiera korzystny wpływ na konsystencję zaskorupień, ale wpływ dyspergatora nie zapobiega w pełni osadzaniu się inkrustu na ścianach autoklawu. Natomiast reakcje uboczne znacznie pogarszają wydajność furfuralu. 4. W roku 1980 Zakłady Celulozy i Papieru w Świeciu otrzymały, jak to już było wspomniane, projekt technologii o nazwie „Furano”. W projekcie zaleca się stosowanie łpc jako dyspergatora. Równocześnie pro- jekt „Furano” przewiduje ok. 80-procentową wydajność furfuralu w sto- sunku do teoretycznej, niespotykaną w dotychczasowych metodach otrzy- mywania. Wysoką wydajność można by teoretycznie przypisać użyciu większych ilości łpc w procesie dehydratacji. W suchej masie ługów posiarczynowych znajduje się bowiem ok. 9 proc, substancji redukują- cych, a w tym są także pentozy [21.], które w procesie dehydratacji mo- głyby dawać dodatkowe ilości furfuralu. Wprawdzie przeczą temu wspom- niane poprzednio wyniki badań półtechnicznych otrzymane w 1974 r. przez zespół pracowników Instytutu Inżynierii Chemicznej Politechniki Łódzkiej, ale stosowano tam bardzo mały dodatek łpc, bo zaledwie 0,42 proc, w stosunku do objętości hydrolizatu [22.], co w przeliczeniu na s. masę hydrolizatu i ługu posiarczynowego daje zaledwie ok. 0,1-proc. sto- sunek. Dla wyjaśnienia wpływu łpc na wydajność furfuralu oraz spraw- dzenia powyższego przypuszczenia wykonano próbę dehydratacji, w któ- rej ilość suchej masy ługu posulfitowego do s. masy ogólnej wynosiła ok. 25 proc. Do prób użyto podgęszczonej wody obiegowej z ZPP-Prze- myśl pozbawionej ligniny. Dehydratację przeprowadzono w autoklawie z mieszadłem o pojem. 50 litrów z materiału kwasoodpornego, obj. użytej cieczy 30 litrów. Wy- konano dwie dehydratacje biorąc za każdym razem 30 litrów hydrolizatu o tym samym składzie s. masy przy jednakowych parametrach reakcji, tj. temperatury, ciśnienia, stężenia jonów wodorowych (pH od H2SO4), destylacji, z tą różnicą, że w jednej z nich nie było ługu posiarczynowe- go, a w drugiej dodano 2,2 kg łpc (stosunek s. m. ługu do s. m. hydroli- zatu jak 1 : 3). Z próby zawierającej ług posiarczynowy nie tylko że nie otrzymano więcej furfuralu, ale znacznie, bo o połowę (ok. 47 proc.) mniej. Można sądzić, że w warunkach reakcji następuje desulfonacja kwasów lignosulfonowych [23.], a utworzony kwas ' siarkawy bądź SO2 reaguje z pentozami lub furfuralem i obniża wydajność procesu. Po- twierdzają to wyniki prób, jakie wykonał R. Gajewski [24.], który prze- prowadzając dehydratację prehydrolizatu nasyconego gazowym SO2 do pH 1,5 stwierdził spadek wydajności furfuralu do ok. 1/3, tj. o 68 proc. IV. PODSUMOWANIE I WNIOSKI Usiłowania usprawnienia dehydratacji przez stosowanie dyspergatora w postaci kwasów lignosulfonowych nie dają w świetle poprzednio po- czynionych uwag nadziei na to, że zostaną uwieńczone powodzeniem. Innych dyspergatorów, jak dotąd, nie próbowano. Znalezienie skutecz- nego, taniego, opłacalnego dyspergatora pozwoliłoby, co prawda, na pro- wadzenie dehydratacji w sposób ciągły. Nie należy więc rezygnować z poszukiwań. Na razie jednak substancje powierzchniowo-czynne, do któ- rych należą dyspergatory, mają wysokie ceny. Dlatego rozwiązanie pro-
blemu trzeba oprzeć na udoskonaleniu metody periodycznej, na przerób- ce prowadzonej szarżowo. . Niektóre spostrzeżenia pozwalają inaczej spojrzeć na sprawę inkru- stacji. Należy mianowicie uwzględnić: — właściwość mięknienia osadu inkrustacyjnego w temp. 90°—150°C. — rozpuszczalność osadu w rozcieńczonym roztworze ługu sodowego. — fakt, że prowadzenie procesu dehydratacji w temp, poniżej 180°C zapobiega reakcjom sieciowania i daje osad łatwo topliwy i dobrze roz- puszczalny w NaOH. — że przez szybką cyrkulację, cieczy podczas dehydratacji łatwo to- pliwy osad można będzie utrzymać w postaci emulsji lub zawiesiny. — że odkładaniu się trudno rozpuszczalnej warstwy osadu na po- wierzchniach grzejnych można będzie najprawdopodobniej zapobiec przez użycie do wymienników ciepła pary o możliwie niskiej temperaturze, aby uniknąć tworzenia się na powierzchniach grzejnych żywic usiecio- wanych, co utrudnia rozpuszczanie. — że roztwory po dehydratacji łatwo się klarują, w czym różnią się od roztworów z wstępnej hydrolizy. Biorąc te momenty pod uwagę można, zdaniem autora, następująco zaplanować tok przeróbki prehydrolizatu: 1. Dla uniknięcia kłopotów z żywicami utworzonymi podczas wstępnej hy- drolizy, które wydzielają się na ścianach zbiornika prehydrolizatu i ścianach rurociągów odprowadzających prehydrolizat do dalszej przeróbki, należy zsyn- chronizować odbieranie prehydrolizatu z warników z pobieraniem tegoż do de- hydratacji na furfural. Zachowując ciągłość utrzymywania cieczy w cyrkulacji zapobiegnie się rozdziałowi emulsji i wydzielaniu się żywic w zbiornikach po- średnich. Tym sposobem wydzielenie żywic przesunięte zostanie na końcowe stadium przeróbki, tj. po ukończeniu dehydratacji. Po prostu żywice utworzone podczas prehydrolizy i żywice utworzone podczas dehydratacji zostaną usunięte z cieczy poreakcyjnej razem w jednej operacji i to w bardziej sprzyjających po temu warunkach, gdy w związku z przereagowaniem większości substratów, z których one powstają, oraz odpędzeniem furfuralu, ustaje już ich dalsze tworzenie się w cieczy. Trzeba również zaznaczyć, że ciecz po dehydratacji nie przedstawia tak trwałej emulsji jak po prehydrolizie zapewne wskutek różnego stanu kondensacji, polimeryzacji, usieciowania itp. utworzonych żywic. Przy takim trybie postępowania odpada zarazem potrzeba destylacji prehydrolizatu dla wykorzystania pozostałego tam w małych ilościach furfuralu, co sprawia wiele kłopotów z powodu zanieczyszczania się półek kolumny. Całą ilość fur- furalu będzie się otrzymywać bowiem z kondensatów, których rozdestylowanie nie sprawia trudności. 2. Dehydratację prehydrolizatu należy prowadzić z dodatkiem kwasu mi- neralnego do pH 2, co pozwala na uzyskanie ok. 50 proc, wydajności procesu. Dodatek 0,4 proc, łpc (lub mniej) lub siarczynowanie bardzo niewielką ilością siarczynu może korzystnie wpływać na charakter i rozpuszczalność w NaOH pozostałych na ścianach aparatów zaskorupień. 3. Temperatura dehydratacji 170°—175°C. 4. Intensywne mieszanie (cyrkulacja) i duża szybkość przepływu cieczy w wymiennikach ciepła. Para grzejna o możliwie niskiej temperaturze. 5. Odpędzanie par furfuralowo-wodnych od momentu osiągnięcia temp. 160°C. 6. Dalsza destylacja przy temp. 170°—175°, zakończona odgazowaniem ze
spadkiem temperatury i ciśnienia przy wyłączonej cyrkulacji i wypchnięcie od- sedymentowanej, półpłynnej żywicy resztką ciśnienia albo odgazowanie i wy- pchnięcie niesklarowanej, pozostałej cieczy do osobnego zbiornika celem sedy- mentacji i odebrania ©padniętej żywicy za pomocą urządzenia ślimakowego. 7. Czyszczenie reaktora roztworem ługu sodowego przed rozpoczęciem ko- lejnej szarży. Prócz furfuralu można będzie zużytkować żywicę, której powstaje ok. 20 proc, w stosunku do s. masy. Żywica może służyć jako lepiszcze przy brykietowaniu i prawdopodobnie mogłaby być użytkowana w hut- nictwie miedzi. Roztwór wodny po odpędzeniu furfuralu i oddzieleniu żywic można skierować na oczyszczalnię ścieków. W wyniku przeprowadzonej obróbki obciążenie oczyszczalni liczone jako ChZT zmniejsza się o 50 proc Ciecz poreakcyjna nadaje się również do produkcji biomasy. Będzie się za- pewne również nadawać po zagęszczeniu jako lepiszcze dla przemysłu miedziowego przy formowaniu pylastej rudy w granule, gdyż pozosta- łość po odparowaniu wykazuje dużą lepkość. W cieczy poreakcyjnej znaj- duje się ok. 50 proc, substancji organicznej zawartej pierwotnie w pre- hydrolizacie. Będzie się ona, jak należy się spodziewać, dobrze dawała zagęszczać na wyparkach, bo po odpędzeniu par furfuralowo-wodnych i oddzieleniu żywic, nie powinna już tworzyć zaskorupień w wyparkach, gdyż nie jest zdolna do dalszych przemian, kondensacij itp. Realność zaproponowanej technologii jest, zdaniem autora, prawie zupełna. Istnieje, jak wiadomo, stosowany w praktyce fabrycznej proces hydrolizy wstępnej, po której następuje proces alkalicznego warzenia siarczanowego. Prowadzenie tych dwu procesów na przemian w tym samym warniku wystarcza do utrzymania czystości i sprawności apara- tury. Zaskorupienia, jakie osadziły się podczas prehydrolizy usuwane są działaniem ługu białego podczas alkalicznego warzenia i delignifikacji zrębków. Proponowana technologia obróbki prehydrolizatu jest, jak moż- na to zauważyć, zupełnie analogiczna — dehydratacja i odpędzanie po- wstającego furfuralu to jakby stadium prehydrolizy, a usuwanie żywi- cowatych resztek z reaktora ługiem odpowiada warzeniu siarczanowemu. Można tu przypomnieć, że podczas prób prowadzonych przez Zespół Łódzki autoklaw czyszczono właśnie rozcieńczonym roztworem ługu bia- łego przez Wygotowanie. Należałoby jednak sprawdzić, czy szybka cyrkulacja cieczy wystar- cza do zemulgowania tworzących się podczas dehydratacji ciał żywico- watych oraz czy ilość tych ciał pozostająca na ścianach aparatury, którą po każdej szarży trzeba usunąć roztworem ługu, jest, jak się należy spo- dziewać, nieznaczna. Można by takie próby wykonać na instalacji pro- dukcyjnej w Zakładach Celulozy i Papieru w Swieciu. Autor jest prze- świadczony, że tym sposobem będzie można pokonać trudności w zago- spodarowaniu prehydrolizatu ku pożytkowi gospodarki narodowej. WNIOSKI KOŃCOWE: 1. Należy wypróbować podaną koncepcję na istniejącej instalacji w Swieciu, co będzie wymagało minimalnych tylko przygotowań. - 2. Należy zagospodarować prehydrolizat ZCiP w Swieciu dla uzysku dodat- kowo ok. 2000 ton furfuralu rocznie o wartości ok. 2 milionów dolarów. Wy-
nikną z tego również poważne korzyści dla naturalnego środowiska, zwłaszcza dla Zatoki Gdańskiej. 3. Po opanowaniu procesu należy zaoferować technologię firmom zagranicz- nym. Taki eksport myśli technicznej powinien przynieść również poważne zyski dla kraju. Mgr. inż. J. Iwaniukowi, kierownikowi LBGW w Przemyślu, autor wyraża wdzięcz- ność za udostępnienie urządzeń laboratorium dla wykonania prac nad hydrolizatem, zwłaszcza z przemysłu celulozowego.
PIŚMIENNICTWO [1.] Prognoza „Ciech”-u pt.: „Furfural — struktura produkcji, zużycia, obrotów ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji krajowej”. Opracow. w pos. autora. [2.] Z. Maciejewski, E. Rutkowska, W. Dunikowski, I. Lach- man, A. Plaskura, K. Bronikowski, Stan i perspektywy rozwoju pro- dukcji furfuralu w Polsce, Przemysł Chemiczny, 59/4, 1980 r. 221—225. [3.] Z. Kin, Badania nad utylizacją produktów ubocznych otrzymywanych przy wstępnej hydrolizie wodnej drewna bukowego, BTN. Prace Wydz. Nauk Techn. Seria A nr 4. Bydgoszcz 1966 r. [4.] R. Gajewski, Utylizacja hydrolizatu otrzymanego z wstępnej hydroli- zy wodnej drewna bukowego. Cz. I. — maszynopis w bibliotece zakładowej ZCiP w Swieciu. [5.] „Badania technologiczne utylizacji hydrolizatów w skali półtechnicznej” — Instytut Inżynierii Chem. Polit. Łódzkiej, Zespół pod kier. prof. H. Błasińskiego, Łódź 1974 r. maszynopis w bibl. zakład. ZCiP w Swieciu. [6.] J. Pająk i M. Kryczko, Z badań nad wykorzystaniem suchej masy poprodukcyjnych wód odpadowych z przemysłu płyt pilśniowych, „Rocznik Prze- myski”, tom XVII—XVIII. TPN, Przemyśl 1977 r. [7.] Inż. J. B r a b e c, inż. Z. Radej, Powstanie i skład osadów z prehy- drolizy, Papir a celuloza nr 2. 1967 r. str. 51—53. (Czechosłowacja). [8.] O. Bukowansky Yychodoslowenske celulozky a paperne-Hencouce, 1964 r. [9.] R. Gajewski, cyt. praca, poz. 4 piśmiennictwa. [10] Cytow. praca, — poz. 5 piśmiennictwa. [11.] Cytow. praca — poz. 6 piśmiennictwa. [12.] Z. Kin, J. Jaworski, Chemizm hydrolizy wstępnej drewna liścia- stego, BTN. Prace Wydz. Nauk Techn. Seria A nr 8, str. 4, 5. W-wa, Poznań 1974 r. [13.] Opis met. Tollensa w podr. M. Struszyńskiego, Analiza ilościowa i techniczna, t. III, str. 681. W-wa. PWN 1957 r. oraz w podr. St. Prosińskie- g o, Chemia drewna, str. 449. PWR i Leśn. W-wa, 1969 r. [14.] Zespół autorski, Chemiczeskaja Technologia Drewesyny. Rozdz. 20, Proiz- wodstwo furfurola, wyd. Goslesbumizdat, Moskwa, 1962 r. [15.] Z. Kin, podr. Lignina — Chemia i wykorzystanie, str. 81—99 i 158—161, WTN. W-wa 1971 r. [16.] Z. Kin, J. Jaworski, cyt. pr. poz. 12 piśm. str. 14. [17.] Z. Kin, U. Lukiewska, J. Miazgowicz, Badania nad dwustop- niowym roztwarzaniem siarczynowym drewna świerkowego i sosnowego, str. 29 i dalsze, BTN. Prace Wydz. Nauk Techn. Seria A nr 8. W-wa, Poznań 1974 r. [18.] Z. Kin, cytow. podręcznik, Lignina..., str. 98 i 250. [19.] W. Surewicz, podr. Podstawy technologii mas włóknistych, str. 65. WNT. W-wa 1974 r. [20.] R. Gajewski, cyt. pr. poz. 4 piśm. str. 12 i tabl. 10. [21.] Z. Kin, cytow. podr.; Lignina..., str. 199 — tabl. 7—4 i str. 250. [22.] Cytow. pr. poz. 5 piśm. str. 21 i 22 i tabl. 17. [23], Z. Kin, cytow. podr. Lignina..., str. 233. [24.] R. Gajewski, cyt. pr. poz. 4 piśm. str. 12 i tabl. 6 i 8.
FURFURAL FROM PRE-HYDROLIZATES — THE USE OF WASTE SUBSTANCES FROM CELLULOSE AND FIBREBOARD INDUSTRIES Summary The author makes a review of works in the field of the technology of the use of waste substances contained in the pre-hydrolizates, which come from cellulose and fibreboard industries, especially their use in the production of furfural. On the basis of this analisis and on his own experimental works the author represent a new proposal of technology of producing furfural, wast resin and postcoagulum-lignin which is based on technical scalę tested processes and equi- pment i. e. digesters with fluid circulation as used in the production of wood cellulose. In the autofs opinion there is a possibility of doubling the production of fur- fural, for example in The Cellulose and Paper Works in Świecie. <s>yp^ypojl M3 nPErMAPOJI143ATOB — MCHOJIB3OBAH14E OTXO^OB B UEJUHOJIO3HOH nPOMBIUIJIEHHOCTK M HPOK3BO^CTBE AEPEBECHOBOJIOKH14CTbIX IIJI14T CoflepKanue B CTaibe flaeTca obaop nccjieflOBaTejibCKiix paboT M3 oGjiacTn TexHOJiornn nc- noJib3OBaHiiH otxo^ob, HaxoflHiB,uxca bo BCTynnTejibiioM rwflpojinsaTe b npoMbi niJieHHOCTn: ijejiJiK)jio3HOJi w speBecH0B0Ji0KHHCTbix nnirr w ocobenno mx ncnojib- 3OBaunH b npow3BO^CTBe <t>ypcj3ypojia. Ha ocHOBannn 3tofo 3cxn3a w co6cTBeHHbix nccjie^OBaTejibCKnx paboT asTop BbiflswraeT npe^JioHcenwe Texnojiornn nojiynenuH <t>yp4)ypojia, cmojibi H3 otxoaob m nocjieKoaryjiHpnoHHoro jinmnna, KOTopaa ocHOBana Ha ncnbiTaiiHbix TexHHtiecKnx npoqeccax u yCTpowcTBax, t. e. BapOHHbix KOTjiax c jjwpKyjiHijweił jkji/jkoctm, npn- MeHaeMbix b npow3BO,ącTBe BHCK03H0ił u;ejijiiojio3bi. IIo npe/jCTaBjieHHOMy cnocoby npow3BO^CTBa mojkho, no mhchiiio asTopa, y%~ BonTb npoflyKpwjo (£yp(t)ypojia nn. b npejjnpwHTriw pejunojio3bi n bywarn b Csepio.
Przemyśl. Widok z Zasania Fot. J. Janiszewski
II. MISCELLANEA | Franciszek Persowski | WSPOMNIENIA ZE SZKOŁY AUSTRIACKIEJ I Z I WOJNY ŚWIATOWEJ Brody, niegdyś wolne miasto, którego kupcy bogacili się na przemycaniu to- warów, szczególnie w czasach napoleońskich ł, później podupadłe, z przewagą lud- ności żydowskiej1 2, w której rękach był cały handel z wyjątkiem nielicznych skle- pów katolickich, jak księgarnia nakładowa Feliksa Westa, winiarnia i skład mate- riałów łowieckich oraz niektóre sklepy masarskie. Miasto przeżywało w połowie XIX w. epidemię cholery, stąd powstało powiedzenie „cholera brodzka”. Położone na północno-wschodnim odcinku granicy stwarzało okazję do prze- mytu w pierwszej połowie XX w. Szczególnie cennym towarem były rosyjskie ka- losze. Trzeba było w którymś sklepie złożyć zamówienie. Wysyłano, odpowiednio do zapotrzebowania wielkości, osobę do pogranicznego Radziwiłłowa. Tam pośred- nik zakupiwszy kalosze ubierał na nogi i przejeżdżał granicę. Cechą osobliwą tych kaloszy było ich lekkie zachodzenie. Innym sposobem przemytu, szczególnie wędlin, było umówienie się ze wspólnikiem, który czekał na przestrzeni. Towar wyrzucano z pociągu przed rewizją celną na stacji kolejowej w Brodach. Można było też obserwować osoby wychodzące z lokalu rewizji celnej, szczególnie kobiety, które już w westibulum kolejowym wyjmowały spod spódnic towary tekstylne przy- wiezione z Radziwiłłowa. Widocznie różnica cen pozwalała na ten proceder. Zresztą i inne towary prze- mycano, aby uniknąć opłat skarbowych. Do tych należał spirytus. Był to jednak już przemyt wewnętrzny. Prawo propinacyjne obejmowało miasto. Poza jego obrę- bem można było zakupić tańszy spirytus, tym bardziej że do miasta przylegała duża wieś, Folwarki WTielkie. Petent uzbrojony w blaszany płaski pojemnik, który kształtem dopasowany był do objętości piersi i zakupiwszy w karczmie w Folwar- kach Wielkich spirytus, przenosił go pod ubraniem, unikając kontroli skarbowej. Również mięso wołowe sprzedawano z wozu poza obrębem miasta, aby nie opła- cać myta. 1 W roku 1779 otrzymało miasto prawo wolnego handlu. W dobie napoleońskiej blokady Kontynentalnej Brody były pierwszorzędnym punktem wymiany. T. L u t m a n [w:J Studiach nad dziejami handlu Brodów 1770—1870. Lwów 1937, s. 4, przypis 4. 2 Mały Rocznik Statystyczny 1938 wykazuje w miastach woj. tarnopolskiego, do którego Brody należały, 59 proc. Żydów. W tym niemałą rolę odgrywały Brody.
Posiadłość ojca leżała przy ulicy Kowalskiej, przecznicy głównego traktu, czyli ulicy Lwowskiej. Droga ta rozwidlała się na przedmieściu, czyli w Starych Brodach, prowadząc w kierunku Podhorzec i na północ w kierunku Podkamienia. Dwie te miejscowości związane były z wycieczkami uczniów, o czym niżej. Ulica Lwowska kończyła się rozwidleniem, po którego prawej stronie był plac targowy nabiałowo-warzywny. Budki kramikowe sprzedawały różne łakocie, tzw. makagigi, czyli rodzaj ciastek z maku, miodu i orzechów. Tam umieszczali się zwykle prze- kupnie kasztanów jadalnych. W dość dużych okrągłych piecykach pieczono kaszta- ny i sprzedawano je na gorąco. Specjalnością były tzw. różki, czyli „chieb świętojański”, słodki, przypomina- jący kształtem dużą fasolę, tyle że barwy ciemnobrązowej. Za grosze można było delektować się ich smakiem. Tuż przed placem był sklep masarski z doskonałymi wędlinami, prowadzony przez Bilicza, którego córki rumiane jak prosiaczki zachę- cały do kupna. Naprzeciw placu targowego był — jedyny chyba — hotel zajezdny z pewnego rodzaju kawiarnią, na którego tyłach znajdowało się żydowskie miasto, odróżniające się śledziowym zapachem, głównym pożywieniem ludności żydowskiej. Niedługa już ulica, której nazwy nie pamiętam, prowadziła do centrum mia- sta. Był tu niewielki ogród, rodzaj parku, a po jego lewej stronie zalegały koszary piechoty austriackiej, z których co wieczór rozlegał się capstrzyk wzywający żoł- nierzy do powrotu. Treść tego hasła ujęto w formie dwuwiersza: Klara, Klara, czego ty taka stara, Czego ty taka brzydka jak nieprana mytka. Przeciwległy bok parku zajmował urząd starosty, lekarza powiatowego, a od północy budynek banku. Południową stroną prowadziła ulica, przy której mieściła się żeńska szkoła ludowa, a dalej zabudowania kościelne z leżącymi po przeciw- nej stronie budynkami zarządu miasta i urzędu parafialnego. Ulica ta dochodziła do rynku. Jego środek zajmowała budowla, przypominająca krakowskie sukien- nice, pełna różnorodnych sklepów, kramów w specjalnych budkach. Prostopadle do ulicy Kościelnej biegła ulica prowadząca do dworca kolejowego, przy której mieściła się główna synagoga. W dnie żydowskiego święta można tam było usły- szeć, dostosowując się swoim zachowaniem do innych uczestników, śpiew specjal- nych kantorów. Sobota była dniem świątecznym dla Żydów, toteż wszystkie sklepy były zamknięte. Otwierano je dopiero wieczorem. Z Rynku wychodziła ulica Le- śniowska równoległa do Jurydyki, prowadząc do cmentarza miejskiego i przyleg- łych lasów sosnowych. Ulica Jurydyka wychodziła na pola, przy których leżały koszary dragonów austriackich i kończyła się również na polach w sąsiedztwie cmentarza. Od zachodniej strony Rynku dochodziło się ulicami do przedmieścia, gdzie le- żała miejska szkoła powszechna (ludowa). Po drodze mijało się kamienice, w któ- rych piwnicach mieściły się zakłady czyszczenia szczeciny i darcia pierza, wywo- żonych później w wielkich balach. Higiena w tych pomieszczeniach była zabójcza. Pracowały tam za grosze żydowskie dziewczęta w kurzu, pyle, aż dziw b~erze, że zdrowotnie to wytrzymywały. Naprzeciwko szkoły leżało boisko „Sokoła”, na któ- rym rozgrywano czasem mecze piłki nożnej, których kaiiera dopiero się zaczynała, a nieco dalej warowne kazamaty3. ’ Miasto założone przez Stanisława Żółkiewskiego w 1584 r. Hetman Koniecpolski zbu- dował warowny zamek 1588—1592. W roku 1648 miasto oblegali Tatarzy. Zachowały się ostatki murów i wałów. T. Sulimirski, Br. Chlebowski, Słownik Geograficzny, t. I, 1880, s. 832.
Pierwsza książka, znana już na pamięć, tj. elementarz, ozdobiona była na ty- tułowej karcie dwugłowym orłem. Co on oznaczał, o to się malcy nie troszczyli Na końcowej karcie widniał zaś wizerunek starszego pana z obfitymi bokobrodami. To oczywiście wizerunek cesarski Franciszka Józefa I, którego trzeba było szano- wać, a dlaczego, to już przekraczało możliwości rozumienia pierwszoklasistów, którzy zresztą wcale się o to nie troszczyli. W szkole rządził dyrektor, Bolesław Kapłański, który przy pomocy dwóch có- rek, nauczycielek, utrzymywał karność w rozhukanej gromadce. Jedna z nich, brunetka, Kazimiera, poskramiała każdy niepokój czy nieuwagę w klasie w czasie lekcji wielokrotnym uderzeniem lineałem w otwartą dłoń delikwenta, zaperzając się przy tym i czerwieniąc z wysiłku. Niesforna gromadka wyprowadzana po lek- cjach parami przed budynek szkolny, ruszała potem jak stado młodych źrebiąt pędem przez najbliższe ulice. I zdarzało się, że poniektóry zuch odczuł nagle w biegu potrzebę ulżenia sobie, stawał pod murkiem, nie bacząc, że stoi nad piw- nicznym oknem fabryczek. Załatwiał się, co oczywiście wywoływało gwałtowną reakcję w formie krzyków i złorzeczeń z powodu nieoczekiwanego tuszu. Niewiele z tych lat pozostało w pamięci. Przy końcu roku szkolnego w czasie rozdawania świadectw śpiewano hymn państwowy „Boże wspieraj”, co znowu wiązało się z tekstem umieszczonym na końcu elementarza i miało zapewne wywołać przy- wiązanie do C. K. Monarchii. Do szkoły docierały także ówczesne pierwociny kin. Tak więc pokaz tzw. lampy magicznej przedstawiał jegomościa, wycierającego chustką nos. Trzęsło się to wszystko i skakało, ale tym było pocieszniejsze i radośniejsze. Zjawił się także w mieście objazdowy kinoteatr z cyrkową budą. Było to nie lada przeżycie. Ludzie spieszyli tłumnie, by zobaczyć, jak marynarze wspinają się po rejach i jak to się wszystko rusza. Opowiadaniom i wydziwianiem nie było końca, a to, że pociąg jedzie wprost na widza i budzi przestrach, że ludzie ruszają ustami, a nie słychać głosu. Atrakcje takie nie były zbyt częste. Całe życie miejskie snuło się od targu tygodniowego do następnego tygodnia, w które to dni zjawiały się liczne furmanki chłopskie z okolicznych wsi, a zimą płaskie sanie, na które, szczególnie o zimowym zmierzchu, gdy wracały do domu, można się było w biegu przy siąść, o ile właściciel nie zdzielił batem. Jakimś po- ważniejszym wTypadkiem było owiane tajemniczością opowiadanie ściszonym gło- sem ojca o zamordowaniu cesarzowej Elżbiety. Roztkliwiano się nad jej pięknem i debatowano nad przyczynami morderstwa, ale dla chłopców były to sprawy zbyt trudne. Dziwiły też pomniejsze fakty, jak otwarcie większego sklepu kolonialnego, gdzie miało się znajdować mnóstwo towarów. Tam też ojciec osobiście zaopatry- wał dom, przynosząc głowy cukru, a liczna gromadka piła herbatę słodząc ją trzy- manym w ustach kawałkiem porąbanego cukru, co znaczyło „na przekąskę”. Miasto miało swoją historię, której pozostałościami były wały obronne i kaza- maty zamku Koniecpolskich. W pamięci i tradycji pozostała świadomość, że było ono niegdyś wolnym miastem z bogatym kupiectwem, własnymi bankami, a jakby śladem tych czasów była Izba Przemysłowo-Handlowa. Na początku XX w. pa- noszyły się jedynie drobne sklepy i kramy żydowskie, a w sobotę miasto wymie- rało, gdy kupcy i kramikarze, zamknąwszy swe kramy, spieszyli ubrani w trady- cyjne chałaty i lisie jarmułki do bożnic, niosąc pod pachą strój modlitewny biały z czarnym obramowaniem i czarną drewnianą kostkę, przymocowywaną paskami do czoła w czasie modlitwy. Dopiero wieczorem w sobotę otwierały się niektóre kramy, umożliwiając zaopatrzenie w niektóre produkty spożywcze. 28 — Rocznik Przemyski t. 22/23
Miasto oświetlone było naftowymi latarniami zaopatrywanymi w naftę przez miejskiego lampiarza i zapalane o zmierzchu. W bocznych uliczkach, przy któ- rych stał nasz dom, korzystał z takiej latarni ubogi Żyd, który późnym wieczorem przystawiał drabinę i zabierał naftę z latarni dla siebie. Wielkim wydarzeniem była elektryfikacja miasta przeprowadzona przez węgierską firmę Gansa. Zrobiło się nieco jaśniej na ulicach, ale nie wszystkie domy przyłączały się do sieci zasi- lanej przez miejską elektrownię. Motywowano brak decyzji rzekomą szkodliwością światła elektrycznego dla oczu jego żółtą barwą. Te rzekome argumenty przysła- niały niewątpliwe trudności ponoszenia wydatków na elektryfikację domu. Kró- lowała więc nadal lampa naftowa, przy której wieczorem skupiała się cała-rodzina, a szczególnie zimową porą ojciec odczytywał głośno nowości z gazety. A były to lata ciekawe. Wojna rosyjsko-japońska, o której śpiewano, jak to „z portu Artura jedzie fura, a kto na niej, Kanimura”. Rok 1904 był widocznie ro- kiem deszczowym, co odwiedzający ojca emerytowany leśniczy filozoficznie wyja- śniał, „bełczą i bełczą to morze okrętami i dlatego deszcz ciągle pada”. Z tego czasu pochodzi dowcip związany z ciągłymi klęskami wojsk rosyjskich, jak to dwaj rosyjscy żołnierze dziwili się z powodu klęski rosyjskiej. Wtedy jeden z nich wy- jaśnił, że przyczyną zwycięstw japońskich jest spryt Japończyków. Co to znaczy spryt — zapytał drugi. Zaraz ci to wyjaśnię — odparł pierwszy. Patrz, ja kładę pięść na stole, a ty uderzaj z całej siły. Towarzysz zamachnął się i uderzył w stół, gdy pięść kolegi umknęła. Oto jest spryt, rozumiesz? Rozumiem. Tak pouczony żołnierz wdał się w taki sam dyskurs z napotkanym w polu kolegą. Aby zademon- strować istotę sprytu japońskiego, nie mając pod ręką stołu, położył pięść na wła- snej głowie i otrzymał w nią potężny cios. Miało to charakteryzować tępotę żoł- nierzy carskich wobec przebiegłości Japończyków. Sprawy rewolucji 1905 roku, o której rozpisywały się niewątpliwie gazety, nie docierały do świadomości chłopców dziesięcioletnich i nie pozostawiły w pamięci śladów, tym bardziej że czekało ich nie lada przeżycie przy egzaminie wstępnym do niemieckiego gimnazjum. Nauka języka niemieckiego prowadzona była w 3 i 4 klasie szkoły ludowej przez Waleriana Sikorskiego i dawała pewne podstawy wstępu do jedynego w mie- ście gimnazjum. Było ono, poza lwowskim, drugim gimnazjum w Galicji z nie- mieckim językiem nauczania. Ze względu na to, że właścicielem „państwa Bro- dów” był ożeniony z Angielką Niemiec Schmidt, który zatrudniał w swych dobrach wielu Niemców, rząd austriacki utrzymywał to niemieckie gimnazjum. Od roku 1908 było ono jednak sukcesywnie polonizowane, tak że ostatnia matura w języku niemieckim odbyła się w 1914 roku. Na podstawie decyzji ojca zapisano mnie do klasy przygotowawczej, powta- rzającej w języku niemieckim materiał klasy czwartej szkoły ludowej. W ten spo- sób miałem nabrać pewnej wprawy w języku niemieckim. Niemniej egzamin wstępny obejmował wiadomości z gramatyki w zakresie części mowy i zdania, rachunków, a był tym większym przeżyciem, że właśnie przechodziłem zapalenie okostnej. O jakiejś pomocy dentystycznej w ogóle nie słyszało się. Nie pamiętam, czy w klasie wstępnej obowiązywały mundurki, ale przy przejściu do klasy pier- wszej wielkim honorem było przyszycie na stojącym kołnierzu srebrnego paska. Czapki uczniowskie ozdobione złotą literą „G” na froncie tego, na wzór wojsko- wych czapek oficerskich, uformowanego „baniaczka” z tekturowym daszkiem. Nauka sprawiała pewne trudności, gdyż teksty łacińskie, a tej łaciny było sporo, bo sześć godzin tygodniowo, trzeba było przekładać na język niemiecki. Jeszcze gorzej było z nauką zoologii, zwaną historią naturalną. Opisywanie zwierząt w ję-
zyku niemieckim wycisnęło niejedną łzę, a z drugiej strony pobłażliwe uśmiechy nauczyciela wywoływane tym nieskładnym językiem niemieckim, przekręcanym w brzmieniu wyrazów. W gimnazjum było sporo nauczycieli Niemców, jak Klotzek, Koerber, Hesse. Niektórzy z nich posługiwali się zupełnie poprawnie językiem pol- skim, niektórzy jednak do końca nie mówili po polsku, jak fizyk Hesse, stale po- trząsający kluczami z sali i gabinetu fizycznego, zresztą bardzo poważany dla swej wiedzy i taktu. Nauczycielem geografii w klasie drugiej był Klotzek. Dawał się uczniom na- bierać. Wywoływał z notesu kilku uczniów na środek sali, a zamknięty notes kładł na katedrze, sam spacerując po klasie. Gdy któryś z delikwentów nie był przygo- towany, korzystał z nieuwagi profesora i szybko zmykał do ławki. Klotzek zauwa- żywszy brak w wywołanym zespole, szukał w notesie, ale najczęściej wzywał in- nego ucznia. Zdarzały się też inne komiczne przypadki. Zjawił się w zakładzie nauczyciel Bohusiewicz, zezowaty i zarzucający jedną nogą. W opinii uczniów uchodził za człowieka bardzo zamożnego, który miał zgoła posiadać plantację kawy. Jego wada wzroku podniecała uczniów do rozmaitych figli. Kiedy stał pośrodku między ław- kami i nie wiadomo było, w którą stronę patrzy, wystarczyło złożony papierek zaopatrzony w gumkę włożyć między zęby i wycelować w rękę profesora. Skutek był natychmiastowy. Bohusiewicz wahadłowym ruchem zbliżał się do sprawcy i zdzielał go w kark. Był on jednak łubiany, gdyż często zasilał biedniejszych uczniów datkami na śniadanie, które można było nabyć u tercjana w postaci bułek, tzw. kajzerek i andrucików (piszingerów) po cencie sztuka. Byli także nauczyciele stosujący oryginalne metody nauczania, jak Julian Kustynowicz, który ucząc historii starożytnej w klasie czwartej, przestawiał w cza- sie opowiadania fakty i osoby i tylko patrzył, jak klasa na to zareaguje, a kiedy- śmy protestowali i prostowali, uśmiechał się życzliwie z zadowolenia. Naukę geo- grafii prowadzono przy pomocy ślepych map, na których należało określić nazwy rzek, gór, półwyspów, oznaczyć stolice, a nawet granice państw. Programowo nie sięgała nauka geografii poza klasę szóstą. Spośród młodszych nauczycieli wyróżniał się wzrostem Alojzy Wrana. Nosił wysoki, twardy kołnierzyk przytwierdzany do koszuli, tzw. „Vatermoerder”, który uciskał podbródek, pozostawiając w nim trwałe ślady. Młodsi nauczyciele, tzw. su- pleci, tzn. nie posiadający egzaminu nauczycielskiego, musieli uczyć w niższym gimnazjum różnych przedmiotów bez względu na przygotowanie. Był w zakładzie krótki czas nauczyciel języka niemieckiego Kaufmann, który porywał swą metodą. Opowiadał z dużą sugestywnością bajki niemieckie, a opo- wiadanie poparte odpowiednią mimiką i gestykulacją przykuwało uwagę malców, którzy, przysłuchując się uważnie, odnosili niewątpliwie wielką korzyść. Inny ger- manista Zygmunt Reiss uczył greki w klasie trzeciej. Podziwiany był dlatego, że znał na pamięć całego „Pana Tadeusza” i często -wplatał w czasie lekcji cytaty. Lekcje prowadził w sposób żartobliwy. Gdy wśród uczniów wzrastał niepokój i nie- uwaga, krzyknął gromkim głosem: „Bałwany”, po czym spokojnie i z uśmiechem kończył „unoszą się na powierzchni morza”, dodając, „ja nie chcę was obrażać”. Inną formą nauczania gramatyki, w formie ćwiczeń, były polecenia kontrolne form gramatycznych, jak: koniu — Dmitrzak — nctivus. Zajmował się zagadnie- niami sugestii. Ponieważ lekcje greki odbywały się w godzinach popołudniowych, gdy nie należało oczekiwać wizyty dyrektora, dawał się czasem uprosić i przepro- wadzał prosty eksperyment z zakresu sugestii. Reiss był w okresie międzywojen- nym nauczycielem w którymś z lwowskich gimnazjów. Kiedy spotkałem go we
Lwowie w latach 20-tych, po krótkiej rozmowie zapytał, czego mnie uczył, a gdy wymieniłem język grecki, we właściwy sobie żartobliwy sposób zareplikował: „A ja coś greki umiałem?” Cóż można było odpowiedzieć. Najwyżej, że trudno, aby trzecioklasiści potrafili to ocenić. Tak więc lekcje greki były wesołe, ale odczuć się dało w klasie czwartej, gdy ostrzejszy zespół nauczycieli łaciny, greki i matematyki doprowadził w pierwszym półroczu do formalnego pogromu, z którego większość uczniów jakoś się wydobyła. Przejście z klasy niższej do wyższej połączone było ze specjalnymi zabiegami. W przeddzień uroczystości zakończenia roku ci uczniowie, którzy pewni byli po- myślnych wyników, przyszywali do kołnierzy nowe paski, co przy przejściu do wyższego gimnazjum pozwalało na przyszycie jednego złotego paska. Te nowe paski przykrywano starymi naszywkami, dającymi się łatwo usunąć. Po rozdaniu świa- dectw następowało odkrycie nowych naszywek i paradowanie po ulicach z cichą nadzieją, że wszyscy ludzie zauważą zaszłe zmiany. W gimnazjum wyższym uczyli już przeważnie c. k. profesorowie lub stali na- uczyciele. I tak, języka greckiego uczył Filemon Melanko. Słabą stroną tego w za- sadzie dobrotliwego nauczyciela było opowiadanie dowcipów, z których oczywiście należało się głośno śmiać. Jako Ukrainiec zaciągał w wyrazach polskich rusycy- zmami. Do najczęstszych dowcipów należał: „Proszu ja was, Świnia sie wściekła”. Odpowiedzią był wybuch głośnego śmiechu. Często wspominał swą służbę wojskową w stopniu kaprala na Węgrzech. Zaczynał tak: „Proszu ja was, jak byłem kapralem na Węgrzech...” Uczniowski zmysł humoru ujął to w swoisty sposób. Wykorzystując wyjaśnienia profesora o formach onomatopeicznych, ułożo- no taki oto wierszyk: „W Ostrogu na rogu trębacze trąbili, Kucharki kapralom pierogi robiły” Konieczność wyładowania się swobodnego temperamentu kończyła się niekiedy humorystycznie. Jeden z niezbyt sumiennych uczniów, którzy siedzieli zwykle w ostatnich ławkach, ułożył się za plecami poprzednika do drzemki, polecając są- siadom, aby go trącili, gdy trzeba będzie śmiać się głośno. Tymczasem niespodzie- wanie wszedł dyrektor. Drzemiący ostrzeżony potrąceniem, myśląc, że chodzi o gło- śny śmiech, wydarł się z całej siły. Cisza, jaka panowała w klasie skonsternowała go, a kiedy ujrzał surową postać dyrektora, zgłupiał zupełnie. Jakie były następ- stwa tego wyczynu, nie pamiętam. W klasie szóstej zajmowaliśmy największą salę, służącą również za aulę za- opatrzoną w trzy rzędy ławek. Gdy Melanko zaszedłszy za katedrę zapisywał lekcję w dzienniku, panowała w klasie idealna cisza. W tej ciszy odzywało się nagle z jednego końca sali głuche zawołanie w języku ukraińskim: „Kumy, kumy!” Głos z drugiego końca sali zapytywał: „A szczo?” Z trzeciego kąta dolatywał: „Ta de?”, z czwartego: „Ałe”. Ten dyskurs kończył się wreszcie: „Bih me”. Profesor reagował mądrze: „Co to jest, proszę ja was? Spokój!” I na tym się kończyło. Sala ta nadawała się i do śmielszych wybryków fantazji uczniów. Piec stał w prawym frontowym rogu sali, obok zaś mieściły się wieszadła obciążone płasz- czami. Katedra znajdowała się po drugiej stronie frontu sali oddzielona tablicą na trójnogu. Lekcje przyrody prowadził młody nauczyciel Vogel, który przez całą lek- cję nie opuszczał katedry. Tę okoliczność wykorzystywali niektórzy śmiałkowie i udając się rzekomo po chusteczkę do płaszcza, kryli się za piecem i płaszczami, zapalali papierosa, puszczając dym do otwartych drzwiczek pieca. Było to pewnego rodzaju bohaterstwo, gdyż palenie papierosów było w ogóle srodze zakazane, a cóż
dopiero w klasie i to podczas lekcji. Jedynym oczywiście tajnym fumatorium by- ły ubikacje klozetowe, gdzie rzadko zaglądali profesorowie, a poza tym odpowie- dnie warty ostrzegały przed niebezpieczeństwem. Brak zapału i przekonania do tego rodź, ju naiogu sprawiał, że nie potrzebowałem korzystać z tych lokali. Raz jedynie w czasie wakacji kupiliśmy z kolegą cygaro i próbowali je wspólnie palić. Dobrze, że to „bohaterstwo” skończyło się bez następstw. Dobrze znaną postacią był nauczyciel matematyki, Bazyli Sanat. Nie korzy- stałem z jego metody, ale ceniony był za jasność wykładu, czyli „łapatologię”. Poza tym był to srogi oryginał. Jego codziennym strojem był rodzaj szarej jaskółki, pod którą nosił barani kożuszek, biało wyprawiony, wcale nie nieposzlakowanej czystości. Na każdy dzień roku miał inną laskę, których całe zbiory, nieraz bardzo oryginalne, pochodziły z darowizn. Z laską tą miał sposobność zapoznać się nie- jeden adept wiedzy, szczególnie w okresie zimy. Cała młodzież obowiązana była wychodzić na boisko szkolne, a nauczyciele sprawowali nadzór. Sanat niejedno- krotnie ugadzany był śnieżką przez nieznanego sprawcę, ale też odgrywał się przy najbliższej sposobności. Z boiska prowadziło parę schodów do bocznego wejścia korytarzowego, których bok obejmowało podmurowanie. Sanat stawał zawsze przy tym podmurowaniu, gdy uczniowie schodzili z boiska, wsparty na lasce. Gdy który, szczególnie z młod- szych, starał się innych prześcignąć i zamiast iść schodkami napinał się, by przeskoczyć boczny murek, spotykał się z laską profesora, który nie krępował się w zaaplikowaniu uderzenia w napiętą część ciała. Mimo swej metody był Sanat postrachem uczniów. Każdy miał swe przezwisko, jak np. Hefajstos, Posejdon i tylko pod tym przezwiskiem był wywoływany do tablicy. Zdarzyło się, że jeden ze słabszych wywołanych uczniów, wychodząc z ławki, przeżegnał się, Sanat zauważył to i krzyknął: „On się przede mną będzie zegnał! A to ja czort, czy co? Marsz in die Bank sechs! (Marsz do ławki sześć!)”. Bo też jego oceny były zawsze osobliwe, najgorszą notą była czwórka (niedostatecznie), gdyż noty zaczynały się od jedynki. Im wyższa była liczba oceny, tym ocena wprawdzie ujemna, nie mniej łagodniejsza. Stosował też stopniowanie. Gdy uczeń zaczął się spraszać, padały oceny: sześć, siedem, osiem itd. Obok tych łagodniej- szych metod stosował Sanat i sroższe. Potrafił za uszy podnosić ucznia w ławce, grać boleśnie paznokciami poza uszami. Wszystko to nie przeszkadzało, żc jego uczniowie rozumieli i umieli matematykę. Do gimnazjum napływali coraz liczniej nauczyciele Polacy czy też Ukraińcy, wychowankowie galicyjskich uniwersytetów, którzy sami parali się ze znajomością języka niemieckiego. Często więc przekręcali terminy niemieckie, jak Maksymilian Kochman, bardzo poważany dla .swego taktu nauczyciel historii, który mieszał „Waf- fenstillstand” (zawieszenie broni) z „Wasserstillstand” (spokojny stan wody). Kiedy nauczycielowi greki i łaciny, Jozefowi Krajnikowi, brakło teminu niemieckiego do wyjaśnienia łacińskiej czy też greckiej nazwy prostytutki, ruszał w prawo i w lewo swymi na sztorc nastroszonymi rudymi wąsikami i wyjaśniał po polsku „to taka paskudna dziewka”. Wąsy były przedmiotem zabiegów kosmetycznych przy użyciu pomady i opaski do wąsów. Starano się je przy pomocy zapałek pod opaską odpowiednio ułożyć na wzór wilhelmowski i pod opaską zapiasować. Nie uznawano golenia wąsów, a noszenie brody było* dość częste, szczególnie przez ludzi zajmu- jących wysokie stanowiska. W wyższym gimnazjum rzadsze były tak zwane psie figle uczniów, ale reakcja profesorów nie zawsze była łagodniejsza. Laski należały do nieodzownego stroju męskiego. Nasz germanista, Maksymilian Landau, późniejszy pułkownik legionów,
a w okresie międzywojennym dyrektor protestanckiego gimnazjum w Warszawie, miał zwyczaj, zauważywszy jakieś niepoprawne zachowanie się w czasie lekcji, wywoływać delikwenta z poleceniem „podaj laskę”, co kończyło się zaaplikowaniem solidnego uderzenia. Był w pewnym okresie zawiadowcą biblioteki uczniowskiej. Kiedy pewnego dnia marudziłem przy wybieraniu lektury i odrzucałem podsuwa- nego mi Gąsiorowskiego, zapytał z przekąsem: „Może ci dać Zolę?” Oczywiście nie zrozumiałem tej przymówki i zadowoliłem się speszony podsuwaną lekturą. Gdy miał ochotę, prowadził piękne lekcje. Popularnością cieszyły się jego wykłady pu- bliczne, organizowane przez stowarzyszenie „Młodzież Polska”, na które mieli wstęp starsi uczniowie. W klasach niższych uczył też języka polskiego. W klasie drugiej wydostawałem skądś patriotyczne poematy i deklamowałem przed klasą, za co otrzymałem na świadectwie najwyższą ocenę. Czy istotnie na taką ocenę zasługi- wałem, wątpię. Wspominam to dlatego, że mimo niemieckich pozorów, duch wy- chowania w gimnazjum był polski. Zmieniający się skład grona nauczycieli powodował, że nauka różnych przed- miotów odbywała się jakby skokami. Niektórzy z nich, mimo że mieli pełne kwa- lifikacje, nie posiadali dość energii. Nauczyciel matematyki i fizyki w klasach wyż- szych, Eugeniusz Muszyński, nie miał zdolności dydaktycznych. Każde zadanie ma- tematyczne, prowadzone najczęściej przez zdolniejszych uczniów, było wielokrotnie zmieniane. W sali fizyki tylko nieliczni z kurtuazji słuchali wykładu, reszta zaj- mowała się lekturą lub zgoła grą w szewca. Toteż stan wiedzy z tych przedmiotów był mizerny. Tłumaczenie tekstów łacińskich i greckich autorów przyswajano sobie przy pomocy tzw. bryków, autorstwa Freunda (przyjaciel). Kiedy pewnego razu nauczyciel przechwycił ucznia na posługiwaniu się przy odpowiedzi brykiem i skon- fiskował mu tę książeczkę, na prośbę ucznia o zwrot, odpowiedział cytatem z utwo- ru Schillera „Buergerschaft”: „Zurueck, du rettest den Freund nicht mehr. So rette dein eigenes Leben.” („Wracaj, nie uratujesz już przyjaciela (Freunda). Ratuj więc własne życie.” Sprawność językową osiągało się w dużej mierze przez pamięciowe opanowy- wanie licznych fragmentów utworów poetyckich Mickiewicza, Słowackiego, Ujejskie- go. To samo dotyczyło języka niemieckiego. Ballady Schillera, fragmenty utworów Goethego, szczególnie całe partie z „Fausta”, pozwalały przyswoić sobie styl lite- racki i obrotność językową. Niektórzy nauczyciele nie potrafili zdobyć sobie powagi i miru wśród uczniów. Do tych należał Rachmiel Schmieder. Ułożono też specjalną przyśpiewkę pod jego adresem, która kończyła się refrenem: „Jeszcze się forka i trottel (truteń) krzyczy. Naseremtetem jemu my.” Był jakby uświęcony zwyczaj pozbywania się takich na- uczycieli. Uczeń, któremu już nic nie zależało na nauce i pobycie w gimnazjum, policzkował nauczyciela gdzieś w korytarzu; wprawdzie sam wylatywał z zakładu, ale nauczyciel był nieodwołalnie przenoszony do innej miejscowości. Tego typu nauczycieli prześladował jednak najczęściej pech, gdyż taki sam los spotykał ich po raz drugi, a nawet trzeci. Sprawy kończyły się na tym i nie słyszało się o ja- kichś innych karnych następstwach. Dyrektor gimnazjum, Edward Schirmer, to postać, szczególnie rzadko widziana przez młodszych uczniów. Stanowisko swoje zawdzięczał niewątpliwie niemieckie- mu brzmieniu nazwiska, chociaż pochodził ze Lwowa i po pierwszej wojnie świa- towej był dyrektorem jednego z lwowskich gimnazjów. Wielkim wydarzeniem było jego wejście do klasy. Stawał przed ławkami rozstawiwszy nogi, a perorując, schy- lał i podnosił głowę ozdobioną krótko strzyżoną w szpic bródką. Mówił do ucz- niów po polsku, gdyż czasy gimnazjum niemieckiego już się przeżywały. Był ca-
łym bogiem, szczególnie dla nauczycieli nie ustalonych, gdyż od jego opinii zale- żał ich pobyt w zakładzie. Zmiany w składzie grona były bardzo częste, dopiero c. k. profesorowie byli nieusuwalni. Mimo swego na pozór groźnego wyglądu i on dawał się nabierać sprytowi uczniów. W klasie siódmej uczył propedeutyki filozofii Abraham Nadel. Bardzo pocz- ciwy i spokojny nauczyciel, którego przewrotność uczniowska starała się wypro- wadzić z równowagi, rozprowadzając w klasie rozmaite zapachy, co niewiele po- magało. W klasie siódmej uczniem słabym, ale wysoce muzykalnym, dlatego też był dyrygentem uczniowskiej orkiestry, był Edward Sambor. Któryś z uczniów przyniósł do klasy -pozytywkę grającego zegara. Znalazła się ona pod ławką, a wa- lec jej obracany ręką wygrywał melodię. Nadel chwilę czekał, po czym nic nie powiedziawszy, wyszedł z klasy, jednak po chwili wrócił. Melodia wzmacniana rezonansem suchych ławek płynęła nadal z końca sali. Wtedy Nadel poderwał się i znowu opuścił klasę, wrócił jednak wkrótce, ale już w towarzystwie dyrektora. Pozytywka powędrowała tymczasem na parapet okna, na który składaliśmy na- sze „baniaczki”. Zaczęła się indagacja. Na kilkakrotne wezwanie dyrektora, aby sprawca się ujawnił, powstał jeden ze spokojnych i nieruchliwych uczniów, biorąc na siebie ten wyczyn. To poskutkowało o tyle, że Sambor przyznał się do tego figla. Na py- tanie dyrektora na czym grał, oświadczył z uśmiechem — na piórach. Gdzie masz te pióra? zapytał zaciekawiony dyrekor. Wyrzuciłem przez okno — odpadł Sambor. A czym grałeś? Scyzorykiem. Pokaż, jak to robiłeś? Chłopcy, dajcie mu pióra (stalówki). Cała klasa zdumiała się śmiałością kolegi, ale pośpieszono z dostar- czeniem stalówek. Sambor poobłamywał ich końce, powtykał w ławkę, nastroił i zaczął wygrywać jakąś melodię. Nadel był zupełnie załamany. To nie to, dyrek- torze, to było coś innego — starał się tłumaczyć. Dyrektor jednak ubawiony spry- tem, uważał tę grę za możliwą 1 opuścił klasę z lekką przestrogą, a nasze zwy- cięsto nad niewzruszalnością profesora było zupełne. Dyrektor jako jedyny występował w czasie uroczystości państwowych w tzw. pierogu na głowie i fraku ze złotym kołnierzem, co zawsze podniecało nas do kry- tycznych uwag. Nabożeństwa szkolne w dniach świąt państwowych kończyły się zawsze odśpiewaniem przez chór hymnu „Boże wspieraj”, który kończył się wier- szem „Bo z Habsburgów tronem złączon jest na wieki Austrii los.” Uważaliśmy za przejaw patriotyzmu zmianę ostatniego wyrazu na wyraz — cios. W brzmieniu chóru trudno było uchwycić tę przemianę, ale byliśmy dumni z tego „patriotycz- nego” wyczynu. Gimnazjum nasze, jak wszystkie wówczas, było wyłącznie męskie, a tylko po- jedyncze dziewczęta zdawały corocznie egzaminy jako prywatystki. Wszelkie pu- bliczne pokazywanie się w towarzystwie dziewcząt było niedopuszczalne. Było jed- nak w mieście żeńskie seminarium nauczycielskie, a szkoła wydziałowa żeńska prowadziła pięcioletnią naukę po ukończeniu szkoły ludowej, stąd musiały się nawiązywać kontakty między młodzieżą. Odbywało się to przede wszystkim w cza- sie lekcji tańców, prowadzonych przez urzędnika sądowego Bilińskiego. Szkoła wiedziała niewątpliwie o tych lekcjach, ale nie ingerowała. Niewielki, podłużny pokój, skrzypek albo flecista, podłoga posypana pokruszo- ną świecą stearynową i parę krzeseł dla dam i dziewcząt, gdyż chłopcy gromadzili się w przedpokoju, oto całe urządzenie „Tanzbudy”. Dziewczęta przychodziły z ma- mami, chłopcy sami. Mistrz udzielał wstępnych instrukcji „salonowego” savoir vivre’u, a trzeba pamiętać, że tylko mężatki wolno było całować w rękę. Uczono tańczyć kadryla, lansiera, krakowiaka, polkę, walca i mazura, a czasem nawet wę-
gierskiego czardasza i kołomyjki. Walc w pierwotnej postaci to tak zwany „sech- ser” (szóstak), który już jednak ustępował płynnym ruchom walca wiedeńskiego i angielskiego. Najwięcej trudności sprawiał mazur. Niektórzy tancerze pędzili na- przód, bez taktu wyrzucając nogi i ciągnąc za sobą tancerkę, pozostającą w tyle za rozhukanym towarzyszem. Wprawę w sztuce choreograficznej uzyskiwało się przez częste uczestniczenie w różnych zespołach. Po odbyciu popołudniowych korepetycji, gdy przechodząc koło „Tanzbudy” sły- szało się dźwięki fletu lub skrzypiec, można było wstąpić, zapłacić „szóstkę” (20 centów) dla muzyki i można było tańczyć. W okresie karnawału zapraszali rodzice dziewcząt uczniów klas ósmych na zabawy publiczne w „Kasynie Urzędniczym”, „Gwieździe”, na stacji kolejowej. Chodziło o chętnych tancerzy dla córek, a że dla zaproszonych nie było płatnych wstępów, a i z bufetu gościnność nie skąpiła korzystać, beztroska zabawa odbywała się bez kosztów. Mały zapasik gotówki pozostawał w kieszeni. Ducha patriotycznego wszczepiano młodzieży przez wycieczki do miejscowości historycznych. Szczególnie wiele ruchu w mieście wywołała wycieczka do Krako- wa, którego mit, jako starej stolicy Polski, był powszechny. Organizowaniem jej zajmował się katecheta, późniejszy biskup tarnowski, ks. Franciszek Lisowski. Ca- łe miasto żyło tą wycieczką. Dla zebrania funduszów sprzedawaliśmy po domach cegiełki. Oczywiście nie wszyscy mieli szczęście pojechać. Bliższą miejscowością historyczną był zamek Sobieskiego w Podhorcach. Wspa- niałe zbiory, pamiątki po wyprawie wiedeńskiej były pożywką patriotyczną. Odle- głość około 30 km można było pokonać tylko konnymi furkami. O autobusach nikt jeszcze nie śnił, najmowano więc chłopskie furmanki wymoszczone słomą i ze śpiewem ruszano w drogę. W Podhorcach znajdował się staropolski zajazd, gdzie w olbrzymich sieniach zajazdowych lokowały się furmanki, a obok położone lokale gościnne pozwalały wygodnie się rozlokować. Zdarzyło się, że któryś z kolegów dyskretnie zebrał pieniądze i zakupił u karczmarza małą beczkę piwa w cenie chyba trzech koron. Te śmiałe poczynania spotykały się jednak ze stanowczym sprzeciwem towarzyszącego profesora, który kazał natychmiast piwo zwrócić i tak się ta eskapada zakończyła. Podhorce miały wiele ciekawych atrakcji. Na dziedzińcu zamkowym znajdo- wała się zabytkowa deptakowa studnia, na ganeczku zamkowym pierwszego piętra rósł orzech, zasadzony podobno przez Jana Sobieskiego. Naprzeciw zamku stał kościół w formie rotundy, a z tarasu zamku widać było rozległy krajobraz wołyń- ski, jako że Podhorce leżały na krawędzi Podola. Jednym z celów wycieczek była fabryka bibułek w Sasowie. Wracaliśmy obda- rzeni arkuszami tej doskonałej bibułki, która eksportowana do Francji wracała do Galicji jako produkt francuski. Były też i inne rzekomo zagraniczne produkty, jak szynki praskie z galicyjskich świń, masło duńskie itd. Innym miejscem wycieczkowym był Podkamień z klasztorem Dominikanów, położonym na wyniosłym wzgórzu. Klasztor ten był celem licznych pielgrzymek. Było zwyczajem, że przed maturą jeździła tam ósma klasa niby dla pokajania się, ale głównie, aby towarzyszących wycieczce profesorów ugłaskać przy pomocy gościnnego gwardiana. Nazywano tę wyprawę podróżą do Kanosy. Z klasztorem związane były różne legendy, które miały podniecać pobożność pielgrzymów. Na wzgórzu przed klasztorem leżał olbrzymi głaz erozyjny, który, jak głosiła legenda, miał diabeł rzucić, aby przeszkodzić w budowie klasztoru. Pokazywano nawet ślady palców diabła. Inna legenda głosiła, że zakonnicy nie mogli dokopać się na wzgó- rzu wody, dopiero bocian zakreślił w pewnym miejscu dziobem koło i tam do-
wiercono się wody. Studnia była bardzo głęboka, a jej głębię mierzono czasem spadania rozżarzonego węgla. Zmysł krytyczny uczniów przyjmował legendy z wy- raźną dezaprobatą. Pewną atrakcją dla uczniów była tak zwana musztra. Genezy tej nazwy trud- no dociec, gdyż nie miało to nic wspólnego z musztrowaniem. Przez jakiś rok czy dwa wyruszali uczniowie latem raz w tygodniu po południu za miasto na błonia, zwane Lipkami ze względu na podwójną przydrożną aleję wysadzoną rozłożystymi lipami. Zakład szedł w zwartym szyku czwórkami z orkiestrą na czele. Na bło- niach prowadzono rozmaite gry, jak palant, krokiet itp. Piłka nożna jeszcze prawie nie była znana. Po paru godzinach ruchu powracało się do miasta również w szy- ku zwartym. Przed budynkiem gimnazjum ustawiano kolumny, muzyka grała mar- sza, dyrektor pokazywał się w oknie kancelarii i na tym się musztra kończyła. Chór szkolny prowadził z urzędu emerytowany kapelmistrz wojskowy Bauer, Niemiec, nie władający językiem polskim. Funkcje jego ograniczały się do sobot- nich lekcji chóru kościelnego. Wysoki, potężnej statury, nie przemęczał się zbytnio, przygrywając jedynie na fisharmonii i podając od czasu do czasu basowym gło- sem zasadniczy ton melodii. Wszystkich pieśni świeckich uczyliśmy się sami pod kierunkiem zdolniejszego muzykalnego kolegi. Utwory świeckie produkowano prze- de wszystkim w czasie szkolnej uroczystości ku czci trzech wieszczów. Chór ukra- iński miał osobnego dyrygenta, który przygotowywał występ na wieczór ku czci Tarasa Szewczenki. W czasie tych uroczystości oba chóry występowały wspólnie. Te szkolne wieczorki były jedynymi uroczystościami, w które młodzież wkła- dała wiele wysiłku. Na program składała się zwykle prelekcja związana tematycz- nie z uroczystością, występy solowe skrzypków, chóru, deklamacje i najczęściej inscenizacje z „Dziadów” Mickiewicza i „Kordiana” Słowackiego. Przygotowaniem wieczoru zajmowała się zwykle klasa ósma jako najstarsza. W czasie mego w niej pobytu podjąłem śmiałą myśl wystawienia „Nie-Boskiej Komedii” Krasińskiego. Zaczęły się próby. Nauczycielem języka polskiego był profesor Tyczyński i z nim trzeba było zamiar uzgodnić. Oczywiście napotkałem stanowcze veto. Tak byłem przejęty swym zamiarem, że odczułem to jako bolesną krzywdę i nawet dość zdecydowanie usiłowałem bronić swego zdania, musiałem jednak skapitulo- wać i przeprosić profesora za zbyt porywczy ton. Oczywiście później przyznawałem mu słuszność, gdyż spektakl ten byłby niewątpliwie grubym niewypałem, ale na cóż nie chciała się porywać młodzieńcza śmiałość. Toteż ostatni przed I wojną światową wieczór ku czci trzech wieszczów obył się bez inscenizacji, ograniczając się jedynie do części wokalno-muzycznej. Przed- stawienia te ograniczone były w zakresie wykonawstwa jedynie do sił męskich, gdyż nie do pomyślenia było zapraszać do współudziału dziewczęta. Stosunek do dziewcząt opierał się poza tym na dżentelmeńskim dystansie. Może rodziły się jakieś sympatie, które jednak nie miały sposobności się ujawnić, ale we wszystkim tkwiła nutka rozmantyzmu, który w naszym kształceniu był elementem niebła- hym, stawiającym drugą płeć na jakimś idealnym piedestale. Nie słyszało się o mi- łostkach, chociaż może się zdarzały, a nawet rozmowy w tańcu były chyba dość nieporadne, brakło układnego tematu, przede wszystkim towarzyskiej śmiałości. Uroczystości szkolne dawały pewne doświadczenie i rodziły zapał do tworzenia zespołów amatorskich w czasie wakacji szkolnych. W mych początkowych latach nauki rok szkolny kończył się dopiero w dniu 15 lipca, w ostatnich latach przed- wojennych przesunięto termin ukończenia nauki na koniec czerwca. Coś trzeba było począć z dwoma miesiącami wolnego czasu. Kolonii wakacyjnych nikt nie urządzał, a o indywidualnym wyjeździe nie mogło się nawet marzyć. Nie odczu-
wało się jednak tego jako krzywdy, gdyż w prowincjonalnym mieście nie słyszało się o jakichś wyjazdach. Jedyny raz spędziłem wakacje z matką i młodszymi brać- mi jako dziesięcioletni chłopak u wuja w Stryju, gdzie duży sad, wieczorne wy- cieczki do kąpieli w rzece Stryj były wielkim przeżyciem, a wspólne zabawy z ró- wieśniczką kuzynką, które sprawiały wujostwu wiele uciechy, gdyż zachowywa- liśmy się jak zakochani (sic), miały wystarczyć już i na następne lata wakacyjne. Była to również pierwsza w życiu podróż pociągiem, niezapomniana, gdyż z okien starych wagonów obserwowało się jakiś inny świat, a nawet obchodzone właśnie uroczystości dożynkowe. Tak więc jakaś lektura, jedyna wycieczka ze zorganizowaną właśnie pierwszą drużyną skautowską, samorzutne tworzenie zespołów śpiewaczych i amatorskich teatralnych, a nawet podejmowanie prac zarobkowych, pozwalały urozmaicić sobie czas wypoczynku. Najczęściej zbieraliśmy się w małym zespole na pobliskiej łące i wyśpiewywali pieśni wyuczone w chórze. Podejmowano jednak również przygo- towywanie występów teatralnych na wsi lub we wspomnianym wyżej miasteczku Podkamieniu. Imprezy te odbywały się przy bardzo prymitywnych akcesoriach. Obok występu chóru i deklamacji, odgrywano jakąś patriotyczną sztuczkę o tema- tyce zaczerpniętej z dziejów powstania styczniowego. Wyprawa do odległych o 30 km miejscowości odbywała się zwykle pieszo. Nieliczni posiadacze rowerów* korzy- stali z tego ułatwienia. We wsi Podhorce przed wspomnianym wyżej zajazdem był plac. W oparciu o podcienia zajazdu ustawiało się na placu parę pustych beczek z piwa, na nich kładziono parę desek, a dwa drążki wspólnie ze słupami podcienia tworzyły szkie- let sceny. Dekoracją były szare koce. Na tych to deskach rozgrywano dramatyczne sceny, w strojach wypożyczonych w stowarzyszeniu „Gwiazda” w Brodach, a pub- liczność lokowała się na trawniku przed sceną, stojąc lub siedząc na trawie. Wstęp był wolny. Lepiej wyglądała impreza w Podkamieniu, gdzie była sala widowiskowa i autentyczna, choć prymitywna scena. Do Podkamienia wybieraliśmy się zwykle w połowie sierpnia, z okazji odby- wającego się odpustu, co dawało oczywistą nadzieję na lepszą frekwencję publi- czności. Nie obywało się bez humorystycznych incydentów, gdy kwestie następo- wały po czynach, zamiast być ich zapowiedzią. Nie wpływało to bynajmniej na nasz humor, a o sukcesy artystyczne nie trapiliśmy się. Chór spełniał jeszcze inne społeczne funkcje. W okresie Bożego Narodzenia było w zwyczaju chodzić z kolędą po prywatnych domach. Wybierano najchętniej domy zamożniejsze, gdyż po odśpie- waniu kilku pieśni wpływały do puszki datki na Towarzystwo Szkoły Ludowej. Organizacja skautingu była dopiero w zaczątkach. Werbowano do niej ochot- ników, przeprowadzano rozmaite ćwiczenia. Oficjalnie nie wstąpiłem do organi- zacji, mimo że nie paliłem papierosów, jakoś nie miałem ochoty podporządkowywać się rygorom. Niemniej uczestniczyłem w niektórych ćwiczeniach, ale opanowywa- nie sztuki wiązania rozmaitego typu węzłów, uważałem po prostu za mało ważne. Chyba w 1912 roku ukazało się latem w gazecie lwowskiej, że wymienione tam dwory przyjmą w gościnę wędrujących skautów. To wystarczyło, aby zaplanować kilkudniową wędrówkę. Niektórzy z kolegów posiadali już strój harcerski, a trze- ba było jakoś przysposobić się do tej wędrówki. Moda wówczas obowiązująca nakazywała nosić długie spodnie rozszerzone w klosz u dołu. Nawet piosenka uczniowska sławiła je: „te na czapce złote G i te spodenki w klosze”. Trudno było ruszać w pieszą wędrówkę w takich spodniach, a na kupno skautowskiego mundurka nie można było sobie pozwolić. Trzeba było uciec się do własnego sprytu i przedsiębiorczości. W tajemnicy przed rodzicami
na ławeczce w sadku spreparowałem ze starych spodni, po ich ucięciu rodzaj krót- kich pump i w ten sposób wyekwipowany wybierałem się na wycieczkę, zaopa- trzywszy się podobnie również w jaki taki plecak. Rodzice ujrzawszy moje „dzie- ło”, jakoś milcząco je zaaprobowali. Trasę wycieczki wyznaczył nasz „wódz”, kolega Gawliński, przez Pieniaki i Ożydów, jako dwu miejscach noclegowych, gdzie znajdowały się dwory Cień- skich i Gniewoszów. Po całodziennych ćwiczeniach w lesie przy budowaniu mo- stów sznurowych i innych, musieliśmy pod wieczór szukać schronienia przed nad- ciągającą burzą, która nas jednak dosięgnęła. Zmoczeni do nitki dotarliśmy do dworu w Pieniakach. Tam spotkało nas niezwykle gościnne, ale równocześnie krę- pujące przyjęcie. Przeznaczono nam dwuosobowe pokoje gościnne. Zabłoceni i brud- ni staraliśmy się jakoś uporządkować, aby zjawić się w pokoju stołowym na wie- czerzę. Jeszcze większe skrępowanie nastąpiło w czasie kolacji spożywanej w to- warzystwie p. Cieńskiej, jej synów i córek. Do stołu podawali wyfraczeni lokaje w białych rękawiczkach, co dla nas skromnych uczniaków było wprost szokujące. Rozmowa toczyła się oczywiście dokoła węzłów skautowskich. Krótka przechadzka z młodymi Cieńskimi po parku mało zadbanym i nocleg. Rankiem, po spożyciu już indywidualnie śniadania i złożeniu podziękowania przez komendanta, ruszyliśmy w dalszą drogę do Ożydowa. Speszeni ostatnim przy- jęciem, postanowiliśmy w przyszłości prosić już jedynie o odpowiadający „godności” skauta nocleg. Przybywszy do Ożydowa, prosiliśmy jedynie o mleko i miejsce w stodole. I tak się stało, z czego byliśmy niezmiernie dumni. Była to jedyna tego rodzaju wycieczka. Okres wakacyjny spędzało się poza tym, jak i inni koledzy, na próbach ama- torskiego malarstwa. Za zdobyte z udzielanych korepetycji pieniądze zaopatrzyłem się w farby olejne i kasetę, uważając widocznie, że to jest podstawowym warun- kiem pracy artystycznej. Był niewątpliwie pociąg do tego rodzaju zajęcia, a zaopa- trzenie się we Lwowie w potrzebie rekwizyty podniecało tak dalece, że wielokro- tnie przechadzałem się przed odpowiednim sklepem, jakby wstydząc się swoich zachcianek. Pewną podnietą był przykład starszego uzdolnionego kolegi, Wilhelma Oseckiego, który po studiach w krakowskiej Akadamii Sztuk Pięknych osiedlił się w Poznaniu. Miasto nasze miało nawet swoje wystawy malarskie miejscowego ze- społu, jak Pikora Steinsberga, Kwiatkowskiego. Innym zajęciem wakacyjnym było układanie jakby antologii poezji polskiej. Odpisywałem utwory, które podobały mi się najbardziej, a nawet uczyłem się ich na pamięć. Z wielką niecierpliwością oczekiwałem nadejścia „Tygodnika Ilustrowanego”, zaprenumerowanego do spółki z bratem z zarobionych pieniędzy. Liczne reprodu- kcje prac malarskich, piękne winiety i treść z kronikami B. Prusa, odcinkami po- wieści Reymonta, artykułami z zakresu kultury pozwalały odczuwać jakąś więź z kulturą, a samo studiowanie „Tygodnika” napawało jakąś szlachetną dumą. Uczniowie podejmowali też samorzutnie prace fizyczne, po części dla zarobku, ale więcej dla przyjemności. Pracowano przy zmianie podkładów na torach kole- jowych, przy zbiorze chmielu, budowie wąskotorowej kolejki w majątku państwa Brodów. Zaangażowałem się do prac kolejowych. Rankiem wyjeżdżało się drezyną pod samą granicę rosyjską i do godziny dziesiątej należało położyć na wyznaczonym odcinku nowe progi i przytwierdzić szyny dla przejeżdżającego pociągu. Praca od- bywała się w lesie przy pięknej pogodzie, była więc równocześnie przyjemnością. Wprawdzie praca ta wymagała też pewnego fizycznego wysiłku, ale ponieważ po- magali też starsi robotnicy, nie była zbyt uciążliwa. Wynagrodzenie wynosiło dwie korony dziennie. Wieczorem wracaliśmy również drezyną do miasta. Nie-
którzy koledzy pozostawali na noc w lesie. To zetknięcie się z pracą fizyczną, w dodatku honorowaną, dawało dużą satysfakcję. Prace w chmielarniach były mniej popłatne, a w dodatku uchodziły za zajęcie raczej kobiece, dlatego tez nie- długo tam pracowałem. Całodzienne prawie zajęcia w szkole i na popołudniowych korepetycjach nie pozostawiały wiele czasu na własną naukę, toteż chwytało się każdą chwilę prze- rwy międzylekcyjnej, aby coś podchwycić z zadanej lekcji. Zdolniejsi uczniowie przekładali głośno teksty greckie czy łacińskie, a całe grupy otaczających śledziły treści autorów. W ostatnich klasach przyjąłem metodę rannej nauki. W okresie letnim, wziąwszy książki pod pachę, wędrowałem przez łąkę i wieś na polne drogi ze szczerym zamiarem nauki, ale najczęściej kończyło się na słuchaniu śpiewu skowronków i napawaniu się poranną pogodą. Jakoś wydawało mi się, że nie będę pełnym uczniem, jeśli choć raz nie zakosztuję wagarów. Podjąłem więc tę próbę, ale co się wtedy wynudziłem w pobliskim lasku, nie mogąc się doczekać godziny możliwego powrotu do domu. Całe szczęście, że miałem już zegarek zakupiony za pięć koron, nadesłany przez ogłaszającą się w gazetach firmę czeską. Zegarek był wprawdzie lichy, ale robił dobre wrażenie, gdyż zamykany był na dwie srebrne koperty. Osobną kartą życia szkolnego w gimnazjach galicyjskich były tajne organizacje młodzieży, czyli kółka samokształcenia narodowego. Już czternastoletni chłopcy i dziewczęta wciągani byli do kół klasowych. W przekonaniu naszym, to co dawała szkoła, szczególnie w zakresie nauki historii Polski, będącej przedmiotem nad- obowiązkowym, opartym na skróconym podręczniku Anatola Lewickiego, oraz w zakresie literatury polskiej, zagadnień społecznych, było niewystarczające. Młodsi profesorowie Polacy starali się wprawdzie te braki uzupełniać, ale liczba godzin lekcyjnych (jedna godzina tygodniowo na historię Polski), nie pozwalała na to. Historia powszechna była prowadzona w języku niemieckim, historia Pol- ski w polskim. Zebrania zespołów klasowych, liczące po parę osób, odbywały się w domach prywatnych, a w lecie często na błoniach w Lipkach. Była tam jakaś zapadnięta glinianka, do której można się było spuszczać jedynie na sznurze. Malcom wyda- wało się, że właśnie ze względu na tajność tam należy odbywać zebrania, chociaż nikt na nich nie zwracał uwagi. Podstawowym podręcznikiem studiowanym w gru- pach był podręcznik Grabiańskiego. Literaturę polską studiowało się z różnych podręczników. Poza tym tak zwane referaty czy raczej sprawozdania relacjono- wano z różnych prac popularnych. Pamiętam, że składałem sprawozdanie z jakiejś popularnej monografii o Szopenie. Tematyka zależała od stopnia trudności i czasu członkostwa, to znaczy od klasy, do której się uczęszczało. Organizacja miała swe władze wybierane corocznie na walnych zgromadze- niach spośród siedmioklasistów, którzy przewodniczyli do wiosny klasy ósmej. Ze- brania te odbywały się w pewnych latach w kancelarii gminnej przedmieścia Stare Brody. Sekretarzem gminy był Lewak, który zezwalał na te niedzielne zebrania, kryjąc jakoś ich charakter. Jego synowie należeli do czołowych działaczy — Anto- ni Lewak, późniejszy dyrektor wydawnictw Ossolineum we Lwowie, ofiara drugiej wojny światowej, i Adam Lewak, późniejszy docent i dyrektor Biblioteki Uniwer- sytetu Warszawskiego. Obaj byli przez pewien czas pracownikami Biblioteki Pol- skiej w Raperswilu. Walne zgromadzenia wybierały przewodniczących organizacji, sekretarza i skar- bnika. Nie pamiętam, czy były jakieś składki członkowskie. Organizacja miała swoją bibliotekę, wprawdzie niezbyt wielką, bo mieszczącą się w jednej szafie; znaj-
dowala się ona w odrębnym domku młodych Strzetelskich, z których Stanisław był później redaktorem organów prasowych Ignacego Paderewskiego, a ostatnio dyrektorem Instytutu Polskiego w Nowym Jorku. Zmarł w ostatnich latach. Prze- wodniczącymi organizacji byli, o ile dobrze pamiętam, Antoni Lewak, Jan Broda, Oton Gawliński, Franciszek Persowski i przed pierwszą wojną światową Józef Kraus, późniejszy dyrektor Uniwersytetu we Lwowie. Ryc. 1. Jedna z wycieczek skautowskich drużyny im. A. Dwernickiego. Zdjęcie z roku 1911(12?). Organizacja działała nawet podczas wojny, ale wtedy nie miałem już z nią kontaktu. Organem całej organizacji w Galicji była „Teka”. Nie będę tu rozpatry- wał jej politycznych powiązań, gdyż wtedy w naszej świadomości była to sprawa dość mglista, a trudno przerzucać dzisiejsze rozeznanie na czas sprzed przeszło sześćdziesięciu lat. Organizacja wymagała od członków pewnej stateczności, powagi i moralności; utrzymywała łączność z zaborem rosyjskim, dokąd przerzucano bi- bułę, to jest druki zakazane w tym zaborze, wykonane na cienkim bibułkowym papierze, co zmniejszało wydatnie ich objętość. Ostatni okręgowy zjazd organizacji samokształceniowych odbył się z końcem czerwca 1914 roku we Lwowie. Młodzież ówczesna spełniała jeszcze i inne funkcje. Hasłem propagowanym w Galicji było popieranie przemysłu krajowego. Uczniowie pikietowali sklepy, żą- dając od kupujących zaopatrywania się w towary krajowego wyrobu, jak np. mydła Smiechowskiego, cykorii skawińskiej i tym podobnych, a nawet żądając od kupców posiadania tych towarów. Żydzi — właściciele tych sklepów zżymali się na tę akcję, ale udawali, że się z nią solidaryzują.
Część młodzieży, przeważnie jednostki, szukała sobie innych rozrywek, raczej swobodniejszych. Niektórzy znali najnowsze przeboje kabaretowe. Lotnictwo bjło jeszcze w powijakach, a już rodziły się odpowiednie teksty piosenek, jak ta o wy- cieczce samolotem: Mam aeroplan najnowszy system, A w nim dziewczynkę z sercem ognistym, W pierwszą wycieczkę my się wybrali, By po niebiosach pobujać fali, Z dziewczęciem lubym i ukochanym W pierwszą wycieczkę aeroplanem. Dalszy tekst był już bardziej frywolny. Inna piosenka krytykowała propago- wane po raz pierwszy spodnie kobiece, a właściwie tylko rozciętą suknię: Oddaj portki mała, nie dla ciebie krój, Oddaj portki mała, bo to nasz jest strój, Oddaj portki mała, byś po portkach nie dostała, Oddaj portki mała, bo to nasz jest strój. Ale zdarzały się i smutne wypadki. Sięgano nawet po Schopenhauera i tej literaturze przypisywano zamiar samobójstwa kolegi z klasy szóstej. Na szczęście skończyło się tylko na stracie kilku palców. Oficjalnie wyjaśniano, że przejeżdża- jący pociąg zaczepił o szeroką pelerynę. Widocznie jednak była inna przyczyna, gdyż opuścił on zakład i przerzucił się na studia handlowe, a w okresie między- wojennym pełnił nawet poważne funkcje w Gdyni. Drugi wypadek był zgoła zbro- dniczy i pociągnął za sobą śmierć samobójczą, również szóstoklasisty. Korzystając, że sąsiedzi w niedzielę byli w kościele, dobierał się do ich mieszkania i kradł drobne kwoty. Gdy urządzono zasadzkę i służąca przyłapała go, usiłował zabić ją polanem, po czym wpadł do sklepu z bronią, który prowadził także handelek win- ny i pod pozorem dostosowania naboi do rewolweru zastrzelił się w sklepie Wspo- minam te wypadki, aby obraz życia młodzieży nie był przedstawiony zbyt jedno- stronnie. Kończyły się czasy uczniowskie. Coraz częściej dochodziły echa grożącej wojny. Odbiło się to na życiu organizacji uczniowskich wciąganych do oddziałów para- militarnych. Do gimnazjów wprowadzono dobrowolne zajęcia z nauki strzelania pro- wadzone przez zawodowych oficerów austriackich. Istniejące już organizacje Strzel- ca, Drużyn Strzeleckich, Polowych Drużyn Sokolich wciągały młodzież. Ale i w ob- rębie organizacji samokształceniowych tworzyły się samorzutnie drużyny paramili- tarne. Komendantem w naszym gimnazjum był Bronisław Kubin. Z nim nawią- zywał kontakt jakiś przyjezdny akademik nazwiskiem bodajże RusineK. Patronem naszej drużyny był Henryk Dąbrowski. Drużyna miała swój lokal przy ulicy Za Wo- dą, a nawet zdobyła jeden karabin Werdla. Studiowaliśmy regulaminy wojskowe, a nawet odbywali ćwiczenia połowę, jak w styczniu 1913 roku przy 20° mrozu. Nasz „wódz” zapalał się tak, że goniliśmy do wieczora po polach, odmrażając uszy. Drużyna ta została później wchłonięta przez Polowe Drużyny Sokole, które zorganizowały w lecie 1913 roku formalne manewry z drużynami z sąsiednich po- wiatów. Orientacja tej części młodzieży była wyraźnie antyaustriacka i antypruska. Wpły- nęły na to świeża wówczas polityka pruska wobec Polaków i kpiący zasadniczo stosunek do Habsburgów, szczególnie żywa ciągle pamięć stracenia Kapuścińskie- go i Wiśniowskiego. W okresie wakacji uczniowie gimnazjum organizowali w rocz- nicę stracenia manifestację, połączoną z marszem na cmentarz, gdzie wygłaszano
przemówienia przy zbiorowej mogile powstańców z 1863 roku. Jakie były nastroje wśród starszej młodzieży cywilnej, świadczy fakt zaobserwowany pewnego letnie- go wieczoru, gdy jakaś powracająca wycieczka śpiewała pełnym głosem pieśń: „Widzieliśmy cztery orły, jak w górze latały, ruski, pruski, austriacki i nasz Orzeł Biały. Nie minęło więcej czasu, jak ze trzy pacierze, Gdy nasz Orzeł tamtym szel- mom wydarł z głowy pierze.” Matura, ostatni raz w roku 1914 w języku niemieckim, obejmowała język i li- teraturą niemiecką, łacinę albo grekę, do wyboru, matematykę, historię powszechną wraz z tak zwaną Vaterlandkunde, czyli wiedzę o monarchii austriackiej. Wybór przedmiotu filologicznego zależał od wyniku egzaminu pisemnego. Przy różnych notach obowiązywał egzamin według noty lepszej, przy równych można było wy- bierać. I tę swobodę respektowali nauczyciele, dając możność samodzielnej decyzji, szczególnie słabszym uczniom, którzy wybierając grekę, mogli oczekiwać pytań z Homera Iliady lub Odysei. Tematy pisemne z języka niemieckiego dawały do wyboru także tematykę z historii. Do dziś pamiętam temat przeze mnie wybrany „Auffassung und Realisierung der demokratischen Ideen im Altertum und in der Neuzeit”. (Ujęcie i realizacja idei demokratycznych w starożytności i w czasach nowożytnych). Oceny wyników egzaminu nie były wystawiane stopniami, lecz kan- dydatów uznawano jednogłośnie lub większością głosów z ewentualnym dodat- kiem — z odznaczeniem, za dojrzałych do studiów uniwersyteckich. Takie świa- dectwo uprawniało do zapisu na studia bez żadnych trudności. Z końcem czerwca 1914 roku, a więc już po maturze, zwołano do Lwowa zjazd organizacji samokształceniowych. W niedzielę 28 czerwca odbyła się wycieczka do lasu w Lesienicach. Gdy wieczorem wróciliśmy do Lwowa, całe miasto huczało na wiadomość o zamachu w Sarajewie na austriackiego następcę tronu, arcyksięcia Ferdynanda. Tłumy zalegały centralne ulice miasta, ale wydaje mi się, nikt nie zdawał sobie sprawy z następstw, jakie to za sobą pociągnie. Tak czy inaczej trzeba było wracać do domu. Było to pierwsze moje wystąpienie w ubraniu cy- wilnym, sprawionym za zarobki z korepetycji. Jako wierzchnie okrycie służyła modna wówczas peleryna, a na głowę słomkowy kapelusz. To był jedyny strój, w którym niewiele później wyruszyłem na wojnę. Wakacje po maturze były jakieś bezbarwne. Nie miałem żadnych widoków na wyjazd do Lwowa na studia, mimo pobytu we Lwowie dwu starszych braci, jednego już pracującego, ukończonego prawnika oraz drugiego, studenta germani- styki. Wprawdzie do sprawozdań szkolnych podawałem, że wybieram się na aka- demię górniczą, ale było to raczej zakpienie z samego siebie, gdyż jedyne tego rodzaju akademie znajdowały się w Leoben w Styrii i Przybramie w Czechach. Nie było więc o czym marzyć. Panował jakiś ogólny nastrój wyczekiwania i bez- nadziejności. Jeden z kolegów pocieszał, że jeśli wybuchnie wojna, to po jej za- kończeniu będzie dużo wolnych miejsc pracy, ale nie doczekał, przepadł bez wieści. O wojnie nikt nie miał pojęcia. Wspomnienia starszych dotyczyły roku 1848 i for- mowania Gwardii Narodowej, o czym stryj opowiadał, ale częściej wracał we wspomnieniach do wyjazdu, jako delegat do „Widnia”, na uroczystości 50-lecia panowania cesarza Franciszka Józefa. Doszło wreszcie do wojny. Ludność pogranicznego miasta zachowywała się nie- poradnie. Nikt nie zdawał sobie sprawy, jak to wszystko będzie wyglądać. Długi czas pokoju nie dawał żadnych doświadczeń. Oddziały piechoty austriackiej wy- cofały się do większych ugrupowań w rejonie najbliżej na zachód położonej stacji kolejowej. Dragoni, mający koszary tuż pod lasem, za którym była już granica, przerzuceni zostali również na zachód od miasta, w mieście pozostały tylko od-
działy tzw. Landsturmu. Tymczasem patrole kozackie zaczęły się zbliżać do miasta. Szwadrony dragonów przeszły kłusem przez miasto do przeciwnatarcia, a miesz- kańcy gromadzili się u wschodnich ulic wylotowych, aby przyjrzeć się, jak wygląda wojna. Niewielka to była potyczka, a jeden z oficerów dragonów ranny w nogę bohatersko wracał fiakrem do miasta. Pewnego dnia rankiem zjawił się nawet dwupłatowy samolot, który szybował niemal nad dachami przez nikogo nie niepokojony. Były jakieś nieliczne strzały artyleryjskie, a jeden z pocisków przebił na wylot dwa zespolone słupy telegra- ficzne, nie obalając ich jednak. Niewielkie grupy ludzi, ogarnięte widocznie paniką, taszczyły na małych wózkach lub zgoła na plecach poduszki, pierzyny, uchodząc z miasta, ale szybko doń wracały. Ojciec, złożony długotrwałą chorobą, miał naj- gorsze przeczucia, że cały dorobek jego życia przepadnie. Zagrożenie miasta spowodowało, że nasza Drużyna Sokola otrzymała rozkaz ewakuacji ostatnim pociągiem, trzeba więc było w ostatniej chwili włożyć do prymitywnego plecaka niedosuszoną bieliznę, otrzymać na drogę błogosławieństwo matki i pięć koron na drogę życia od ojca i ruszać na wojnę w słomkowym kape- luszu i pelerynie. Ojcowski dar był raczej symboliczny. Przy skromnej emeryturze wynoszącej ledwie 42 korony miesięcznie i kilkukoronowych czynszach utrzymy- wał rodzinę złożoną początkowo z ośmiu osób, uzupełniając dochody sprzedażą ku- kurydzy, zajmującej większą część ogrodu warzywnego. Do stacji kolejowej można było dojść boczną drogą. Pospolite ruszenie obsa- dzało dość dziwną linię bojową na łące przed torem kolejowym biegnącym z Ra- dziwiłłowa, wkrótce jednak zostało ściągnięte do wagonów i chętnie odstępowało karabiny nam ochotnikom. Pociąg ewakuacyjny, najeżony karabinami, dojechał do najbliższej stacji kolejowej, gdzie zgrupowana była austriacka piechota. Podobno przy wyjeździe były jakieś strzały, chociaż nie bardzo^ w nie wierzyłem. Po dwóch dniach żywieni z austriackich kuchni polowych, za sprawą porucznika Pieniążka, komendanta jednej kompanii, wróciliśmy na lokomotywie do Brodów. Stacja ko- lejowa była częściowo spalona, a mieszkania zrabowane. Odtąd pozostawaliśmy już w pełnym pogotowiu, pełniąc w mieście służbę patrolową, zakwaterowani w bu- dynku Sokoła. Z tej pierwszej nieudanej wyprawy wyniosłem jednak pewną korzyść. Nasz komendant, naczelnik Sokoła, Kazimierz Skarbowski, uprosił jakiegoś star- szego kolejarza posiadającego połowy mundur sokoli, aby mi go wypożyczył. Po pewnych ociąganiach się zgodził się on wreszcie, jednak z zastrzeżeniem, że mu po wojnie mundur zwrócę. To charakteryzowało sposób ówczesnego myślenia o woj- nie. Oczywiście nigdy nie zdołałem mu munduru zwrócić, a nawet nie pamiętałem jego nazwiska. Około 20 sierpnia ruszyliśmy ponownie na wojnę do Legionu Wschodniego. Strzelec i Drużyny Strzeleckie zmobilizowano wcześniej w rejon Krakowa. Brak komunikacji kolejowej zmusił nas do marszu pieszego do Złoczowa. Po drodze w ja- kiejś wsi, której nazwy nie pamiętam, zetknęliśmy się z ewakuowanymi urzędni- kami i tam spotkałem koleżankę, przewodniczącą organizacji żeńskiej, w ferworze powitania cmoknąłem ją w rękę. Za późno połapałem się na tym, w ówczesnym pojęciu, nietakcie. Koleżanka zapłoniła się. jedynie. Po dalszym marszu przybyliśmy wieczorem do Złoczowa. Przespawszy się na bruku ulicznym, połączyliśmy się z od- działem złoczowskim. Ewakuujące się formacje austriackie pozwoliły całej grupie zaopatrzyć się w ma- gazynie wojskowym, znajdującym się tuż przy stacji kolejowej, w wojskową bie- liznę, onuce, buty, tornistry, chlebaki, pasy, ładownice i menażki, a nawet kara- biny Manlichera. W ten sposób już jako tako umundurowani tworzyliśmy bardziej
podobny do wojska oddział, pozbawiony jednak płaszczy, stąd peleryna musiała nadal służyć jeszcze długo jako wierzchnie okrycie i przykrycie. Komenda austriacka, oczekując natarcia wojsk rosyjskich, włączyła nas do pospolitego ruszenia z zadaniem obsadzenia wzgórz Woroniaków tuż za dworcem. Był to pewien wysiłek. Nowe buty kaleczyły wystającymi gwoździami nogi, głód i wzmagające się pragnienie można było ugasić śliwkami z sadów rosnących na sto- kach. Pamiętnym wydarzeniem było prawie całkowite zaćmienie Słońca w -dniu 21 sierpnia, obserwowane w tyralierze. Nieprzyjaciel jednak nie zjawiał się, a w go- dzinach popołudniowych zawagonowano cały oddział i przewieziono do Lwowa, gdzie koncentrował się Legion Wschodni. W składzie oddziału znajdowali się także ocho- tnicy z Drużyn Bartoszowych. We Lwowie odbywały się już stale ćwiczenia prowadzone przez porucznika Ostrowskiego, który przemawiając zachęcał: „Chłopcy, uczcie się strzelać, nie wia- domo jeszcze, czy będziemy strzelać do Rosjan, Austriaków czy Prusaków”. Któ- regoś dnia zarządzono po południu koncentrację na boisku Sokoła Macierzy na Łyczakowie. Mnie postawiono na warcie przy wejściu koło drewnianego pawilonu. W pewnym momencie minął mnie jakiś wojskowy, więc oddałem honory jak umiałem. Do dziś dźwięczy mi w uszach pouczenie wypowiedziane przez przecho- dzącego dość donośnym, przeciągłym głosem: „Warta nie saliteruje!” Był to, jak się później dowiedziałem, generał Fijałkowski. Pod wieczór powstał alarm z po- wodu jakoby zbliżania się jakichś oddziałów rosyjskich. Zmobilizowano uzbrojo- nych i umiejących strzelać i wyruszono za miasto. Trochę postrzelano, ale, wydaje się, alarm był zgoła bezcelowy. Wymarsz Legionu Wschodniego ze Lwowa nastąpił w dniu 29 sierpnia. Od- działy uszykowały się wzdłuż ulicy Akademickiej. Ludność dość licznie zgroma- dzona obsypywała ochotników darami w postaci cukierków, czekolad, których nazbieraliśmy pełne chlebaki, a naręcza kwiatów, które wtykano nawet do luf karabinów sprawiały, że każdy wyglądał jak bukiet kwiatów. Kolumny ruszyły koło południa. Wiele oddziałów poszło w ubraniach cywilnych. W chwili wymarszu odkomenderowano mój pluton do osłony wozów amuni- cyjnych, tak że wypadliśmy z kolumny marszowej. Już bowiem po przejechaniu kilku ulic złamało się koło wozu amunicyjnego, a komendant transportu zatrzymał tabor na czas naprawy koła. Kiedy sprawa przeciągała się przez parę godzin i zrobił się wieczór, a poza tym doszły wieści, że oddziały maszerujące natknęły się na Rosjan, zadecydowano, że tabor nie wyruszy samodzielnie i w ten sposób znaleźliśmy się znowu w gmachu Sokoła, czekając na transport kolejowy. Pobyt we Lwowie trwał jeden dzień. W niedzielę, 30 sierpnia, pchaliśmy ku dworcowi ulicą Gródecką wozy amunicyjne, których konie nie mogły uciągnąć. Dość komicznie wyglądała ewakuacja sprzętu z budynku Sokoła. Zabierano maski szermiercze, lance, a nawet zabytkowe „welocypedy”. Komu i do czego to było potrzebne na wojnie, nikt nie wiedział. Na dworcu zawagonował się również jakiś oddział konny. Transport posuwał się dość wolno, gdyż o świcie staliśmy jeszcze w Samborze, po czym przewieziono nas do Sanoka. W Sanoku kwaterowaliśmy w hali fabryki wagonów na rozścielonej, pełnej pyłu i sadzy słomie i oczekiwaliśmy na maszerujące oddziały. Po ich przybyciu przewieziono transportem kolejowym wszelkie oddziały do Jasła. W Sanoku mia- łem znowu przyjemność stać na warcie przed kwaterą generała Józefa Hallera. W Jaśle kwaterowaliśmy w budynku Sokoła i objadali się donoszonymi przez pa- nie jasielskie knedlami ze śliwek, które w tym roku szczególnie obrodziły. Co- 29 — Rocznik Przemyski t. 22/23
dzienne regularne ćwiczenia prowadził w rejonie Dębowca kapitan Kozicki. Udział w nich brały tylko oddziały umundurowane. Około połowy września odbyła się lustracja całego Legionu Wschodniego. O świcie wyprowadzono nas na pola w rejonie Osobnicy i tam, uszykowani w ko- lumny, oczekiwaliśmy na przegląd. Rzęsisty deszcz padał bez przerwy, a większość nie posiadała płaszczy. Pelerynę zwiniętą na tornistrze trzeba było oszczędzać, aby mieć czym przykryć się w nocy, toteż przemokłem zupełnie. Przegląd odbył się dopiero około godziny 15. Przed frontem przeszła grupa osób wojskowych i cy- wilnych, po czym odmaszerowaliśmy do Osobnicy na kwatery. Przemoknięty, zziębnięty i głodny położyłem się na klepisku w stodole, owijając się szczelnie jako tako suchą peleryną i usiłowałem zasnąć. Koło mnie nie było nikogo. Dawały się odczuć pierwsze doświadczenia trudów wojaczki, a równocześnie jakieś poczu- cie bezradności. Brakło mi przedsiębiorczości kolegów, których zastałem, po bez- skutecznej próbie snu, suszących się w chałupie i zajadających się świeżymi kar- toflami z kwaśnym mlekiem, którymi wszystkich gościli gospodarze. Po krótkim pobycie w Osobnicy nastąpiła dalsza ewakuacja w rejon Rabki. Nam przypadła kwatera dość daleko położona, w której w osobnym pokoju miesz- kał Żuławski. W pobliżu zalegała górska wieś Ponice. Zaopatrzenie w prowiant za- czynało coraz bardziej niedomagać. Odkomenderowani do Rabki po prowiant, przy- wozili najczęściej tylko chleb i kartofle. W tej sytuacji pomógł spryt kolegów, którzy wyruszali do Ponic i tam w odległej chacie góralskiej znaleźli jakąś poczci- wą babinę, która stawiała na stół, co tylko miała. Za trzecim razem i ja dałem się pociągnąć na tę ekspedycję. Kartofle, kwaśne mleko, pierogi, to cała uczta, którą nas przyjmowała, ściskała nas i całowała w głowy, użalając się w ten sposób nad losem młodych wojaków. Takie wypady pozwalały przetrwać czas dezorgani- zacji zaopatrzenia. Czuliśmy, że coś się wali. Mówiono coraz częściej o warunkach przysięgi i wątpliwych gwarancjach austriackich, aż doszło do finału. Około 29 września zwołano nas na mityng do Rabki. W sąsiedztwie placu, na którym się zgromadzono, znajdowała się podłużna kryta weranda. Gdy nadmiar uczestników zebrania zbytnio obciążył podłogę, ta załamała się z trzaskiem. Były liczne przemówienia kpt. Kozickiego, ks. Panasia i innych, z których wyciągnęli- śmy taki ogólny wniosek. Władze austriackie niczego nie obiecują i do niczego się nie zobowiązują, a nawet nie są skłonne dać wszystkim odpowiedniej broni, to jest karabinów Manlichera. Postawiono przed nami dwie możliwości: pozostać w Legio- nie lub opuścić jego szeregi. W naszej grupie przeważył pogląd drugi. Takie samo stanowisko zajęli ochotnicy ze Złoczowa i Stanisławowa. Ponieważ nasze rodzinne miasta zajęte już były przez posuwające się wojska rosyjskie, powstał problem, co ze sobą zrobić. Wielu bagatelizowało ten stan, uważając, że łatwo będzie można znaleźć pracę. Po przemówieniach wezwano nas do decyzji, polecając przechodzić na lewą lub prawą stronę. W naszej świadomości przeważył pogląd, że jeśli mamy wojo- wać nie dla naszej sprawy, to nie jako ochotnicy, gdyż nie byliśmy jeszcze w wie- ku poborowym. Tak więc cała grupa z wyjątkiem nielicznych jednostek oświadczyła się za wystąpieniem. W tym samym dniu wieczorem i w nocy rozlegały się po górach odgłosy strzałów. W ten sposób manifestowano niechęć złożenia broni i ni- szczono posiadaną amunicję. Zapewne wiele karabinów zostało wówczas ukrytych w lasach. Składanie broni odbywało się, o ile pamiętam, w Rabce. Następnego dnia wyjechaliśmy do Mszany Dolnej, aby otrzymać zasiłek (demobilizacyjny) w wyso- kości kilkunastu koron oraz przepustki, ułatwiające wolny przejazd koleją do po- stulowanej miejscowości, z podpisem Skarbka.
Postanowiliśmy jechać do Nowego Sącza, aby zorientować się w sytuacji i za- sięgnąć języka. Do Nowego Sącza zajechaliśmy późnym wieczorem. Cały pociąg otoczyła żandarmeria. Po opuszczeniu wagonów zamknięto nas w magazynie kole- jowym pod strażą i tam przetrzymano do rana; w dzień przeprowadzono nas do koszar 20 p.p. i natychmiast odebrano przysięgę. Formalny pobór zaczął się w dniu następnym. Część przeznaczono do 20 p.p., część do tak zwanej obrony krajowej (Landwehr). Wielu otrzymało grupę „b”, to znaczy przeznaczeni do służby war- towniczej. Do nich i ja należałem. Skończył się „sen o szpadzie”, zostałem „ce- sarskim dzieckiem”. Takie były początki I wojny światowej. ☆ ☆ ☆ W koszarach 20 pułku gromadzili się żołnierze z rozbitych oddziałów austriac- kich. Wszystkie sale, korytarze, a nawet schody pełne były leżących. Koszar nie było wolno opuszczać, a ryży posterunek na bramie groził bagnetem. Ale zaczęło już działać doświadczenie. Szukano ochotników do noszenia słomy, więc zgłosiliśmy się hurmem, a wydostawszy się poza bramę, pod osłoną wozu ze słomą przedostali- śmy się do miasta, aby rozpatrzyć się, a może nawet coś kupić do jedzenia. Po kilku dniach ruszyliśmy przez Cacę na Śląsk do Karniewa (Jaegerndorf), gdzie kwaterowaliśmy w olbrzymich halach fabrycznych na rozścielonej słomie. Znaleźli się wśród nas również zmobilizowani górale sądeccy. I tu nastąpiło drugie doświadczenie wojenne. Rzuciły się wszy, które całymi masami atakowały leżących na brudnej zmierzwionej słomie, od czego nie było ucieczki. Dziwić się tylko można, że nie rzucił się tyfus. Ale mimo wszystko humor dopisywał. Kuchnie połowę stały w środku miasta, odbywał się więc codzienny marsz, już sformowanymi kompaniami, po obiad, gdyż poranną kawę dowożono do kwater. Te wymarsze dawały sposobność do kontaktów i przeglądu, a równo- cześnie do śpiewów marszowych. Do najbardziej wziętych należały dwie pieśni. Jedna z nich dotyczyła ekspedycji bałkańskich lwowskiej piechoty: . W dzień deszczowy i ponury Z Cytadeli płyną chmury Szeregami lwowskie dzieci, Idą tułać się po świecie. Na granicy Czarnogórza Czeka ich mitręga duża, Czeka na nich wróg, A więc prowadź, prowadź Bóg. Wy koledzy dajcie ręce, Może was nie ujrzę więcej, Może ma mogiła stanie Gdzieś w wąwozach na Bałkanie. Może wrócę ciężko ranny, Lub dostanę krzyż drewniany; Może uda się, że powrócę zdrów I zobaczę miasto Lwów. Druga raczej uliczna pieśń lwowska opiewała w swoisty sposób lwowskie kina: Sensacja, bo kino gra Hop ha i tłum się pcha; I pchają się wariaty, 29*
Chcąc widzieć te dramaty. Sensacja, bo kino gra Hop ha i tłum się pcha; Gospodarz widząc ruch, Z radości głaszcze brzuch. Pan kapral taszczę Mańkę Szkut, Bo na niej kulikowski but. I mówi: — Mańka durna, Pójdziemy do Saturna, Bo tam bileter fajny jest, I prześcieradło wisi fest, Zobaczysz dziwne, co Kubity, małpy, wsio. Sensacja... Maszyginy Kubity, Ona chce do Elity, A tam bileter durny goj, Co nie chce brać tringeld a zoj, Pójdziemy dziś do Sfinks, Tam można iść na links. Sensacja... Typowo austriacką była dość prymitywna piosenka żołnierska o służbie woj- skowej: Posłuchajcie wy, cywile, Jak przy wojsku służyć mile, Nie ma chwili wolnej, Niedzieli spokojnej. W poniedziałek egzecyrka, A we wtorek defilirka, A we środę Uebungsmarsz, Pucuj gwer i patrontasz. Całe miasto rozbrzmiewało tymi pieśniami, dodając animuszu, na razie do walki z — wszami. Po jakimś tygodniu pobytu w Karniowie przesiedlono nas mar- szem pieszym do pobliskiego Freudenthalu, gdzie otrzymaliśmy jedną z kwater w budynku przedszkola (Kindergarten). Ciasnota nadal wielka, a i wszy nie mniej- sze. Trzeba było uciekać na strych, gdzie na garstce słomy, przykrywając się pe- leryną i wszystkimi częściami garderoby, gdyż noce jesienne były coraz chłod- niejsze, można było chociażby częściowo odizolować się od wszy. Nie na wiele to jednak pomagało. Kazano nam przemundurować się w wojskowe szaty, to znaczy w wełniane bluzy granatowe z czerwonymi galonami i kołnierzem, tak zwane Waffenroki i białe parciane spodnie. Najbardziej zawszone były spodnie. Odbie- rało się je na patyku i otrzepywało z grubsza o pnie drzew w ogrodzie. Walka trwała nadal. Udało mi się ukryć pod bluzą i spodniami własny mundur połowy. W ten sposób izolowałem ciało, chociaż częściowo, od brudnych sort mundurowych. Praczki pomagały w tej walce gorącymi żelazkami. Kiedy odbierałem bieliznę, usłyszałem: „I hob do olles schoen augebig”. Mimo znajomości języka niemieckie- go, nie bardzo rozumiałem. Dopiero po zastanowieniu się doszedłem do zrozumie- nia, że powiedziała: „Ja to wszystko pięknie wyprasowałam”.
Tęsknota za jakimś ludzkim otoczeniem była coraz silniejsza. Wprawdzie po ćwiczeniach można było z przepustką wyjść do miasta, ale na jakiś lokal, a miasto miało sporo cukierenek, nie było pieniędzy, gdyż żołd wynosił 8 centów dziennie. I wtedy powstała myśl ruchomych kantyn. W drodze powrotnej z ćwiczeń odska- kiwało się do sklepu i kupowało za 80 centów pudełko z setką krajanych pischin- gerów i sprzedawało na kwaterze po cencie sztuka i tak zyskiwało się 20 centów zarobku. Przy szczęśliwym zbiegu okoliczności można było sprzedać i trzy takie pudełka, czyli zarobek wynosił 60 centów. Wystarczyło jednak i 20 centów, żeby pójść do cukierni. Dwie szklanki mleka kosztowały 10 centów, słodka krajana bułka 10 centów. W ten sposób można było przebywać parę chwil poza obrębem kwatery w czystym i jasnym lokalu. Skończyły się jednak te możliwości, gdy ulokowano nas w miejscowej hali gimnastycznej, znowu jednak na słomie, a plutonowy wypuszczając do miasta, jakby na ironię kontrolował, czy mamy czyste chusteczki. Zbliżał się grudzień i wtedy przeniesiono nas do nowych baraków, gdzie były już prycze, sienniki, a nawet żelazne piecyki. W kompanii znajdowali się przeważnie studenci, absolwenci gimnazjów, między innymi późniejszy zięć Kasprowicza, Małaszyński, a także któryś z późniejszych piosenkarzy, zdaje się Rentgen. Na pryczy, obok mnie leżał student z Leoben, Alek- sander Bania, który wieczorami opowiadał o burszowskim życiu w Akademii Gór- niczej, o tym jak to oznaką studenta musiał być „szmis” na twarzy, uzyskany w licznych spotkaniach pojedynkowych. Szefem kompanii był sierżant Adamkie- wicz, typowy zupak, pocieszna i pokraczna figura. Pewnego dnia, nie wiadomo z jakich powodów stwierdził, że w kompanii narasta bunt i wypędził wszystkich z siennikami na plecach na gościniec przebiegający obok baraków. Potraktowali- śmy to z humorem, a po wysłuchaniu perory Adamkiewicza wróciliśmy do bara- ków. Poranna toaleta odbywała się pod studnią, mimo że był już grudzień. Dostali- śmy wreszcie płaszcze i wełniane granatowe spodnie. Pamiętny był wieczór wigilijny. Jakoś nie sprawdzały się prognozy, że wojna potrwa najwyżej do świąt, ani też słowa piosenki żołnierskiej „Od Warszawy aż do Petersburga za Moskalami marsz, marsz, marsz.” Wieczór wigilijny urządzono w miejscowej restauracji, z zachowaniem nawet tradycyjnych potraw, a osobliwo- ścią wieczoru było wychylanie duszkiem dwu litrów piwa z tak zwanego buta (szklanica w kształcie buta) przez mego leobeńczyka. Jakoś wytrzymywał te po- toki piwa, mając doświadczenie z życia Burszów. W styczniu rozdzielono nas i odesłano do batalionów zapasowych pułków ma- cierzystych, czyli do Styrii, do miasta Knittelfeld. Po raz pierwszy przejeżdżałem wtedy przepiękną trasą Semeringu, wijącą się po stokach gór, zakreślającą wspa- niałe pętle. Nocny przyjazd do miasta, gdy wszystkie biura były nieczynne, zmusił do zakwaterowania się w kuchni w piwnicy, gdzie można było przespać się jedynie na ceglanej podłodze, ale tę niewygodę rekompensowało miłe ciepło i ranna kawa wprost z kotła. Rankiem trzeba było wędrować do parę kilometrów oddalonej wsi. Zima była mroźna i śnieżysta. Kwaterowaliśmy w izbie szkolnej, ale widocz- nie sierżant-szef brał opał dla siebie, gdyż w izbie panował mróz; żadnych sprzę- tów, a jedynie sterty sienników zalegały izbę, nie było nawet na czym usiąść. Aby zupełnie nie przemarznąć, nakrywaliśmy się na noc siennikami. Po całodziennych ćwiczeniach na mrozie, w izbie czekał znowu mróz. Jedynym miejscem, gdzie moż- na było się ogrzać, była karczma, w której można było dostać, o ile kieszeń star- czyła, grzane wino (Gluewein). W niedzielę wieczorem wędrowaliśmy do miasta, gdzie w specjalnej restauracji gromadziła się wielka liczba kolegów z różnych
kompanii i gdzie uczono małą córeczkę gospodyni języka polskiego, który prze- wrotnym żołnierskim zwyczajem ograniczał się do paru nieparlamentarnych słów. Pobyt na wsi nie trwał długo; jako przeznaczonych do służby wartowniczej, wycofano nas do oddziału przejściowego do miasta. Nie wystarczały rozmaite szcze- pienia przeciw tyfusowi, cholerze itp., postanowiono przeprowadzić dezynfekcję siarkową. W czasie kąpieli mundury i bieliznę pakowano do kotłów i stłamszone oraz cuchnące siarką wyrzucano do ubierania. Na kwaterze, gdzie pokotem leżało na siennikach kilkudziesięciu ludzi, zaduch siarkowy nie pozwalał oddychać. Nie było żadnych zajęć, a kiedy odkomenderowano mnie do kancelarii batalionu, aby wypisywać nazwiska z list strat, wycofałem się pod pozorem choroby oczu. W tym czasie szukało ministerstwo wojny ludzi znających języki: niemiecki, polski i ukraiński. Trzech nas kolegów z jednego gimnazjum stanęło do raportu. Chodziło o pracę przy redagowaniu różnojęzycznych gazetek żołnierskich. Wkrótce pierwszy z brzegu przy raporcie, Stanisław Strzetelski, został powołany do Wiednia i w ten sposób związał się z pracą dziennikarską w okresie międzywojennym. Myśmy dwaj pozostali, ale, jak się później dowiedziałem, w naszych aktach oso- bowych zanotowano, iż bez zgody ministerstwa nie.wolno nas wysyłać na front. Z wiosną uformowano z nas kompanie wartownicze i przeniesiono do St. Peter koło Leoben w Styrii na przeszkolenie. Tak więc znalazłem się w pobliżu miasta, w którym była Akademia Górnicza, lecz nie jako student, ale jako przymusowy „turysta”. Warunki były lepsze, chociaż kwaterowaliśmy w karczmie i mieli spo- sobność przysłuchiwać się zalotom styryjskich wędrowców, którzy ustrojeni w krót- kie do kolan spodnie, kubraczki wełniane i pończochy, ciągnęli w niedzielę w góry na wędrówkę, tak tam popularną. W Leoben można było obserwować zwyczaje procesyjne i pogrzebowe Styryjczyków, gdzie kobiety i mężczyźni szli oddzielnie uszykowani w długie szpalery. Przy drodze do St. Peter znajdowała się kopalnia węgla i huta żelaza w Donawitz. Czekało nas dalsze „zwiedzanie” Styrii. Po pewnym czasie przesiedlono nas na drugą stronę miasta, do małej wioski, gdzie uczono „sztuki” wartowniczej. Do- tarły wtedy wiadomości o upadku twierdzy Przemyśl. W jakimś złym przewidy- waniu o przyszłych losach Galicji, zacząłem uczyć się języka rosyjskiego z niemiec- kiego podręcznika. Nie trwało to długo. Wkrótce nadeszła wiadomość o przełomie pod Gorlicami w maju 1915 r. W kompanii było trzech oficerów: jeden Rumun, je- den Ukrainiec i jeden Niemiec-Bukowińczyk. Nudzili się i dlatego urządzali w miej- scowym Gasthauzie wspólne kolacje, na które zapraszali nas, tak zwanych „jedno- roczniaków”, kolegów z jednego gimnazjum, ponieważ tworzyliśmy mały zespół śpiewaczy. Tak więc w czasie darmowej kolacji wyśpiewywaliśmy cały swój re- pertuar, a silną konkurencją były dwie leśniczanki, które wraz z ojcem wywo- dziły piękne styryjskie melodie. Nie obyło się oczywiście bez potoków piwa. Mijał maj i znów czekała nas „turystyczna” wędrówka do wsi Langenwang, gdzie gromadził się już cały batalion wartowniczy. Kwatery znajdowały się w bu- dynkach folwarcznych. W pobliżu płynęła rzeka Mura, w której odbywaliśmy po- ranne toalety, zażywaliśmy kąpieli i potajemnie łowili pstrągi. W tym zakresie miał szczególne powodzenie kolega Czech, który zaopatrywał całą naszą izbę w drugą kolację, po wojskowej czarnej kawie. Pstrągi smażone na spirytusowej maszynce na maśle były niedoścignionym smakołykiem. Turystyka obejmowała wieczorne spacery do znajdujących się w pobliżu ruin zamku. I kto by w tych warunkach mógł powiedzieć, że żołnierzowi źle się powodzi. Właśnie Włochy zerwały sojusz z państwami centralnymi i pod naszym bokiem przejeżdżały transporty wojskowe na obsadzenie frontu włoskiego, z którym w przy-
szłości przyszło nam się zapoznać. Czekał jednak jeszcze rok spokoju, ale z Wło- chami zetknęliśmy się wcześniej. Kroiła się nowa „turystyczna” podróż, już całego batalionu do Austrii Górnej w pobliże Linzu, do tak znanego dziś Mauthausen, gdzie mieścił się obóz jeńców serbskich, a potem głównie włoskich. Obóz leżał między miasteczkiem Mauthausen a wsią Gusen. Po prawej stronie drogi stały baraki dla jeńców, po lewej dla kom- panii wartowniczych, a w pewnym oddaleniu główna kwatera komendanta, austriac- kiego generała. Mauthausen, położone nad brzegiem Dunaju, pięło się w górę krę- tymi uliczkami, zamieszkałe przez spokojnych ludzi. Po drugiej stronie Dunaju widzieć można było wpadającą do Dunaju rzekę Ens. Droga z obozu do miasteczka wiodła obok kamieniołomów, tak osławionych pracą i męką członków obozu kon- centracyjnego w czasach hitleryzmu. Wówczas kamieniołomy pracowały normalnie i nie pamiętam, aby byli w nich zatrudnieni jeńcy włoscy. Po Dunaju, którego brzegi wyłożone były płytami ka- miennymi, kursowały parowe statki. Poza służbą, szczególnie wieczorem, można było swobodnie pójść do miasteczka. W jednej z piwiarń odbywały się całe koncerty. Właściciel piwiarni Peitl miał dwie dorodne córy, obdarzone pięknymi głosami, a wśród naszych znajdował się utalentowany pianista i w ten sposób powstały zespół raczył nas przy szklance piwa pięknymi koncertami. Zdarzały się czasem żołnierzom batalionu komiczne sytuacje. Byli to przeważ- nie wschodniogalicyjscy chłopi. Jeden z nich, wypiwszy widocznie za wiele piwa, wracając z miasta do baraków, zamiast skręcić w lewo, skręcił w prawo i stanął nie zdecydowany nad Dunajem, narzekając po rusku: „Ktoś mi tu wody nalał!” I chciał przeskoczyć Dunaj. Na szczęście odwiedziono go od tego zamiaru. Służba w batalionie była wypoczynkiem. Sierżant-szef oszczędzał jednorocz- nych, przydzielając tylko wewnętrzną służbę w kompanii. Czas wolny można było poświęcić spacerom po okolicy, wycieczkom do pobliskiego Ens, a nawet fabrycz- nego miasta Steyr. Wszystkie drogi w Austrii Górnej obsadzone były półszla- chetnymi jabłoniami i gruszami, których owoce nie nadawały się do jedzenia, ale służyły do wyrabiania moszczu. W każdym domu chłopskim stały dzbany tego nie- zbyt wytwornego trunku, służącego mieszkańcom do codziennego użytku. Czasem łakomiliśmy się na ten specjał, szczególnie o dobrym smaku, na wysepce w roz- lewisku Dunaju, dokąd można było dotrzeć wypożyczoną łodzią. W zespole batalionu było sporo kupców, adwokatów, którzy poupychali się po kancelariach obozowych, a mając pieniądze doprowadzili do utworzenia podoficer- skiej stołówki, którą prowadził nauczyciel gimnazjum ze Lwowa i właściciel wiel- kiej kamienicy, Sprecher. Chcąc ustrzec się przed przyznaniem grupy zdolności do służby frontowej, zajadał się orzechami, aby jeszcze bardziej przytyć. Nasza grupa „akademicka”, nie mając pieniędzy na dopłatę do strawnego, tworzyła tak zwany stół jarski, to znaczy z trzech dań otrzymywaliśmy wszystko z wyjątkiem mięsa. Pod jesień zaangażowano mnie do tej stołówki jako zastępcę kierownika, mogłem więc, szczególnie w niedzielę, gdy nie wydawano kolacji, przyjść we własnym za- kresie z pomocą głodnemu stołowi. Jeńcy wojenni karmieni byli suszonymi i solonymi sandaczami. Toteż, szcze- gólnie Serbowie, wymierali z chorób i głodu, a przeciągające kolumny robocze, traktowane wprawdzie spokojnie, przeglądały rowy przydrożne w poszukiwaniu jakichś odpadków żywności. Lepiej powodziło się Włochom, którzy otrzymywali paczki od Czerwonego Krzyża. Ich najwyżsi rangą wojskowi, generałowie, mieszkali w osobnym baraku i wyprowadzani byli na przechadzki. Pobyt Włochów w obozie pozwalał na kupienie od nich długich wełnianych peleryn, noszonych przez pułki
bersalierów i uszyć z nich nowy mundur. Wprawdzie tego rodzaju handel był za- broniony, ale przy pewnym sprycie i to się udawało. Materiał ten nadawał się doskonale na wykrojenie owijaczy na nogi, który to szczegół był bardzo popularny w austriackim stroju wojskowym i, moim zdaniem, bardzo dla piechurów wskazany. W lecie 1915 r. doszło do pierwszych kontaktów z domem rodzinnym i pierw- szej wiadomości o śmierci ojca. Trudno mi dziś odpowiedzieć dlaczego, przecież, chociaż w domu rodzinnym nie było zazwyczaj wielkiego pieszczenia się, ogarnął mnie nagle jakiś głęboki żal. Zaszyłem się w lesie, zalegającym powyżej kamienio- łomów i tam wylewałem gorzkie łzy, szczególnie może z powodu osieroconej matki i młodszych braci. W grudniu przyszła wiadomość o drugiej katastrofie, o ciężkiej chorobie matki. Drogą jakichś niezwykłych wpływów, to znaczy poparcia austriac- kiego generała, który w rodzinnym mieście zaprzyjaźnił się z naszym domem, uzy- skałem urlop do tak zwanego ściślejszego terenu wojennego i mogłem pojechać. Pamiętam, jak stojąc w oknie wagonu, obserwowałem krajobraz i z wielką radością powitałem polskie napisy galicyjskich stacji kolejowych. Przybywszy w nocy do Lwowa, zakwaterowałem się przypadkowo w jakimś brudnym żydowskim hoteliku, w pokoju nie większym jak dwa łóżka, gdzie „sam pan kapitan mieszkał”, jak objaśniał właściciel. Panujący brud odbierał po prostu ochotę do rozebrania się, aby nie zetknąć się bezpośrednio z pościelą. Kiedy przy- byłem rano do znajomych, dowiedziałem się o śmierci matki na klinice. Podróż do miasta rodzinnego była tym bardziej przykra że w domu zastałem ciężko cho- rego młodszego brata, który zmarł miesiąc później. Tak więc ciężkie warunki przyfrontowego życia pociągnęły za sobą ofiary, a i najmłodszy brat, zdolny, nie- wiele przeżył koniec wojny. Pewnym urozmaiceniem pobytu w obozie było konwojowanie jeńców do pra- cy. Można było przy tej sposobności coś zwiedzić. Kiedy nadarzyła się sposobność wyjazdu z kilkoma Serbami do Sandomierza, chętnie pojechałem, tym bardziej że nie nastręczało to wielu kłopotów, gdyż i oni równie chętnie jechali, oczekując lepszego wyżywienia. W Sandomierzu zetknąłem się z legionistami pierwszej bry- gady, która walczyła wówczas nad Pilicą. Będąc w austriackim mundurze, nie kwapiłem się do nawiązywania kontaktów. Drugą podróż odbyłem z Włochami do Witkowie i Ostrawy, gdzie zetknąłem się po raz pierwszy z trójmiastem: Wilkowi- cami, Morawską i Polską Ostrawą, z wielkimi zakładami hutniczymi. Przechadzka po mieście nie pozwalała stwierdzić, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie miasto. Powrót z domu do obozu wiódł przez Wiedeń. Być w Wiedniu i cesarza nie widzieć, pomyślałem z przekąsem. Ale co zrobić z plecakiem. Niewiele myśląc, po- stawiłem go pod ścianą w holu dworcowym i przeszedłszy się kilka razy, ruszy- łem do miasta. Poprzez dzielnicę Leopoldstadt dotarłem do kościoła św. Stefana, potężnej budowli, a idąc dalej, stanąłem wreszcie przed jakimś starym, podobnym do koszar budynkiem. Z ciekawości wszedłem przez wielką bramę na obszerny dziedziniec, gdzie zauważyłem budynek warty. Zorientowawszy się, że to zapewne zamek Habsburgów, zmykałem czym prędzej, aby mnie nie zatrzymano za jakiś brak w dyscyplinie. Na lewo ujrzałem nowy pałac. Zaciekawiony, zapytałem ro- botnika zamiatającego ulicę, co to za budynek. „Do wissen Sie net? Das ist ja die neue Kaiserburg” usłyszałem w odpowiedzi. (To pan nie wie? To przecież nowy zamek cesarski.) Tak to zbliżyłem się do Habsburgów, o których, a szczególnie o Franciszku Józefie opowiadano różne anegdoty. Podobno, gdy wybuchła wojna i marszałek dworu zameldował cesarzowi: „Majestaet, wir haben wieder Krieg” — usłyszał w odpowiedzi: „Wieder mit den verfluchten Preussen?” Jak widać orien-
tacja osiemdziesięcioletniego staruszka była wyśmienita, a raczej o wszystkim de- cydowano już poza nim. Pobyt w Mauthausen miał trwać jeszcze parę miesięcy, zanim przegląd nie zadecydował, że nadaję się do obrony dwugłowego orła. Pod jesień trzeba było rozpocząć nową wędrówkę, tym razem na Węgry do Rimasombat (Rimawska Su- bota), gdzie stał batalion zapasowy pułku, do którego byłem „przynależniony”, jak mówi żołnierska piosenka. Doświadczenia wojenne nauczyły mnie już większej śmiałości w postępowaniu. Zaopatrzony na drogę w chleb i marmoladę, dojechałem na miejsce i nie licząc się z zupełnym brakiem pieniędzy, kazałem się wieźć fiakrowi do hotelu, spodzie- wając się, że łatwo w godzinach wieczornych spotkam kogoś ze szkolnych kole- gów. I rzeczywiście, po paru minutach zaopatrzony w pożyczkę, mogłem zapłacić fiakra i hotel, a nawet cokolwiek zjeść. Rankiem mogłem się zgłosić do kompanii rozlokowanych w barakach za miastem. Teraz zaczęło się już przygotowanie do służby wojennej. Ale minął jeszcze rok zanim zetknąłem się z frontem. Dzień za dniem mijał, a w grudniu 1916 r. wysłano nas do szkoły oficerskiej w Karniowie. Po raz drugi znalazłem się więc w tym mieście, znowu w hali fabrycznej, ale już na łóżkach z siennikami. Instruktor plutonu, por. Dostał, opowiadał w czasie zajęć teoretycznych kilkakrotnie o swych „bohaterskich” wyczynach wojennych. Zaczy- nało się zawsze tak: „To było nad Sanem”, po czym wywodził, jak to nosił pięć manierek wody itd. Wiedzieliśmy zawsze, jaki będzie dalszy ciąg opowiadania. Ale jego pobyt w szkole miał się ku końcowi. Wikt żołnierski obejmował trzykrotne posiłki, ranną i wieczorną czarną kawę, pitą z litrowej menażki i zagryzaną chlebem wydzielanym w ilości pół bochenka dziennie. Chleb był niezły, ale w trzecim roku wojny dodawano do chleba żytnie- go, szczególnie w tak zwanym Hinterlandzie. czyli w głębi kraju, kukurydzę, tak że chleb stawał się kruchy i rozsypywał się w rękach. Obiad składał się z porcji mięsa wołowego, litra rosołu z jarzynami, najczęściej suszonymi (Doergemuese) i porcji ziemniaków. Niejednokrotnie dawano jeszcze potrawę dodatkową (Zuspeis), jak żołnierze nazywali — ciućpajs, ryż z cynamonem, ryż z cementem. W szkole oficerskiej ten jadłospis powtarzał się niezmiennie. W niedzielę, aby dać wypo- czynek kucharzom, wydawano kolację o godzinie czternastej, składającą się z kom- potu ze śliwek, czyli wody z dwiema śliwkami. Było więc głodno. Wieczorem można było pójść do restauracji czy piwiarni, ale nie każdego stać było na jakąś kolację. Dzięki zasiłkom pieniężnym dosyłanym mi wtedy z poborów brata będącego w nie- woli rosyjskiej, mogłem jakoś przetrwać. W piwiarniach zabawiano się przy gra- jącej szafie grą w karty, szczególnie w chemin de ferre i w ten sposób jedni za- silali się u drugich drobnymi kwotami. Ćwiczenia w pagórkowatej okolicy w śniegu nie były zbyt nużące, bo uroz- maicane, zwłaszcza przy dalszym ich zasięgu, odwiedzinami w gasthausach. Wie- czorem stawała cała szkoła do apelu i wysłuchania rozkazu. Zdarzały się przy tym komiczne sytuacje. Na rozkaz „baczność” trzeba było zmartwieć w bezruchu, tym- czasem w wielkiej kolumnie nie zawsze to się udawało. Wtedy komendant szkoły „płakał”: „Ajaj, jajaj, jajaj, jajaj, Alles wackelt, alles wackelt!” (wszystko się chwieje). Następowała komenda „spocznij”, ponownie „baczność” i znowu powta- rzała się ta sama scena. Jeśli to nie skutkowało, trzeba było bić trzykrotnie nosem w ziemię. Komendant plutonu był muzykalny, założył więc chór szkolny, który w okresie świąt odwiedzał szpitale wojskowe, dając koncerty dla rannych. Śpiewało się sty- ryjskie piosenki ludowe i kolędy. Było więc pewne urozmaicenie. Podczas porań-
nego wymarszu na ćwiczenia napotykało się całe szeregi mleczarek, które na ma- łych wózkach ciągnionych przez psy dowoziły mleko do miasta. Wysiłki naszego porucznika nie na wiele się zdały. Na zakończenie kursu i egzamin zjechał, odsunięty na boczny tor, generał Ottohal von Ottenhorst. Wiedziano już z praktyki, jakie trzeba, dawać odpowiedzi i w tym kierunku szły przygotowania. Na kwaterze wszystkie sienniki musiały być wypchane słomą na kant, a koce pięknie wyczesane w kratkę. Na sakramen- talne pytania egzaminacyjne, co znaczy atak czy obrona, padały zawsze te same odpowiedzi: „naprzód, aż do wroga, niech to kosztuje, co chce”, oraz „tu ginąć” i kiedy indywidualne defilowanie nie wypadło najlepiej, generał kazał naszemu „wodzowi” oczekiwać zwolnienia z funkcji. Po powrocie do kadry czekał jeszcze jeden egzamin praktyczny, przeprowa- dzany przez typowego austriackiego majora. Po egzaminie, gdy major nieco się oddalił, zaśpiewaliśmy wysoce sprośną piosenkę niemiecką o pewnej gospodyni, majorze i szpaku. Jakoś to uszło. Wkrótce nastąpiły przydziały do różnych pułków. Czterech nas Polaków przydzielono do czwartego pułku bośniackiego, stacjono- wanego w Gycer (czytaj Djer). Duże miasto fabryczne, produkujące aluminium, położone na pół drogi między Budapesztem i Wiedniem, z którym miałem zetknąć się jeszcze raz w życiu. Niewiele było czasu na zwiedzanie. Pamiętam jedynie, że na 1 maja mieliśmy ostre pogotowie. Socjalizm uważany był w kołach wojskowych co najmniej za przestępstwo. O tym, co się działo w Rosji, a był to rok 1917, nie mieliśmy żadnego pojęcia. Codziennymi naszymi problemami była walka z pluskwami. Mieszkaliśmy w dużych salach drewnianych baraków za miastem, a między deskami ścian roiła się od nich i nic nie pomagało odsuwanie łóżek na środek sali, bo spadały chyba z sufitu. Wkrótce też z zadowoleniem wyjeżdżaliśmy jako batalion marszowy do ści- ślejszego etapu wojennego włoskiego frontu, do Krainy, w pobliże miasta Kamnik. Piękne podalpejskie krajobrazy, ćwiczenia w górach odbywane o świcie, ponieważ panujący upał, mimo maja, nie pozwalał na poruszanie się w godzinach południo- wych, nie były zbyt uciążliwe. Dowodzący kompanią porucznik Chorwat był dość opryskliwy, ale można było sobie z nim poradzić. Byliśmy coraz bliżej frontu, ale jeszcze nie szybko znaleźliśmy się na froncie. W połowie czerwca dowódca batalionu otrzymał rozkaz wysłania frekwentantów do dywizyjnej szkoły łączności Był on niewątpliwie spryciarzem i chyba niezbyt gorliwym patriotą austriackim. Ponieważ wśród żołnierzy Bośniaków i Hercegowińców było wielu analfabetów, wpadł na pomysł wysłania na kurs absolwentów szkoły oficerskiej. Wiadomość tę przyjęliśmy z wielką radością, bo chyba nikogo nie nęciło piekło włoskiego frontu, gdzie toczyła się właśnie jedenasta bitwa nad Soczą (Isonco). Tak więc ze śpiewem i poodwracanymi czapkami maszerowaliśmy na dworzec, aby udać się do miłego miasta Celje. Wizja frontu odsunęła się o trzy miesiące. Cał- kiem przyjemne ćwiczenia, szczególnie nocne, przy pomocy mało jeszcze wówczas rozwiniętych środków łączności nie nużyły, ale z góry należało przypuszczać, że kandydatów na oficerów nie będą pułki zatrudniać jako „drucików”. Ale co to nas, austriackich „patriotów” mogło obchodzić. Zbliżał się jednak koniec tej znowu nowej „wycieczki” krajoznawczej i trzeba było zbliżyć się do frontu. Nieraz za- stanawialiśmy się, jakim wrogiem jest dla nas Włoch czy Francuz, gdyż i takie formacje znajdowały się na froncie. Ale musiało się iść. Przydzieleni do chorwackiego 79 pułku piechoty, sławnych „graniczarów” grafa Jelaćića, znaleźliśmy się w rejonie Obciny, zapchanej tak wojskiem, że o dachu
nad głową trudno było marzyć, a więc w ciemności wieczoru rozbiliśmy namioty na jakiejś łące. W nocy zerwała się burza z ulewnym deszczem, pozrywała na- mioty, a nasze legowiska pływały w wodzie, gdyż sąsiedni potok wystąpił z brze- gów. Trzeba było na wzgórzu przeczekać do rana, bo i nie wiadomo było, gdzie się podziać. Dopiero wieczorem następnego dnia ruszyliśmy wraz z kuchniami, dowożącymi nocą strawę na pozycje. Mój pułk stał w rejonie Kostanjewicy nad Soczą. Tej nocy nastąpiło pierwsze dość komiczne zetknięcie się z wojną. W trakcie marszu przechodziliśmy koło stanowisk artylerii, która właśnie oddawała salwę. Wziąłem to, niedoświadczony, za wybuch granatów, którym należało grzecznie się kłaniać. Wreszcie znalazłem się na pozycji. Północny Kras, to kraina uboga. Chłopi ogradzają murkami i kamieniami nawet najmniejsze, często wielkości izby, poletka, zalegające w miskowatych dolinkach. Cały krajobraz to niewysokie kamieniste wzgórza, porosłe skąpą roślinnością, tu i ówdzie niewielkie sosnowe laski i większe lub mniejsze miskowate dolinki, z któ- rych prowadziły wejścia do podziemnych grot krasowych. Te właśnie groty, ka- werny, służyły za miejsce zakwaterowania kompaniom, a nawet całym batalionom. Zabezpieczone kilkumetrowej grubości skałą chroniły przed ogniem artylerii, która odgrywała w walce pozycyjnej najważniejszą rolę. Większe groty miały nawet po- budowane prycze, a wszystkie zaopatrzone były w światło elektryczne lub lampy karbidowe. Był dach nad głową, z którego jednak ciągle kapała woda, przenika- jąc przez wapienną skałę. Przy dogodniejszych warunkach można było nad sobą zawiesić płótno namiotowe, na którym zbierała się ściekająca woda, ale i to nie- wiele pomagało i koce były stale wilgotne. W mniejszych grotach kompanijnych brodziło się po kostki w mokrym szlamie, a spocząć można było jedynie na skrzyn- kach z amunicją lub siedzieć na jakimś większym kamieniu. W tych warunkach żołnierz musiał wytrzymać dwa tygodnie, gdyż tyle wy- nosił okres zmian obsady okopów. Potem szło się na dwutygodniowy odpoczynek do pierwszej rezerwy. Obiad przywożono na pozycję dopiero w nocy, a kawę otrzy- mywaną w suchej konserwie gotowało się w menażce na maszynce opalanej spra- sowanymi i czymś nasyconymi tekturowymi drewienkami. Przydział wody wynosił jeden litr dziennie, co musiało wystarczyć na kawę, do picia i do mycia. Żołnierze otrzymywali kawę z kotła razem z obiadem. Kuchnie połowę dojeżdżały wieczorem nieco bliżej pozycji, a stąd transportowano żywność na jukach dźwiganych naj- częściej przez muły lub osły, rzadziej przez konie. Wszelkie drogi dojazdowe były w dzień stale ostrzeliwane przez artylerię i transport dzienny stawał się nie- możliwy. Dowódcą kompanii był zawodowy oficer, Chorwat, Grećvić, który rozumnie podchodził do nowych adeptów sztuki wojennej, polecając przez parę dni otrzaskać się z otoczeniem i warunkami. Już w pierwszych dniach pobytu na pozycji przybyło drugie doświadczenie wojenne. Pozycje, to jest wykute w wapiennej skale rowy strzeleckie, sięgające ledwie pasa, podwyższone nieco workami z piaskiem, odległe były od pozycji włoskich najwyżej sto metrów; poza stale strzelającą artylerią po- sługiwano się -wyrzutniami min, których lot można było widzieć. Eksplozja tych min działała niezwykle deprymująco. Kiedy pewnego pogodnego dnia siedziałem u wejścia kawerny, wpadła do naszej dolinki mina; na szczęście nie sprawiła szkód, ale odłamek jej upadł u moich stóp. Nieopatrznie chwyciłem go w palce i naturalnie poparzyłem je sobie. Przejście z kawerny do rowu strzeleckiego prowadziło kilkadziesiąt kroków przez mały garbek, który trzeba było przebiec, gdyż każdy zauważony ruch był natychmiast ostrzeliwany. Skok do rowu i posuwanie się nim w pozycji pochylonej
na prawe skrzydło odcinka kompanii, uchodzącego za najbardziej bezpieczne miej- sce, było już igraszką. Parogodzinna służba w rowie urozmaicana była dość częsta obserwowaniem powietrznych bitew lotniczych, co przy pięknej zazwyczaj pogodzie było nie lada spektaklem. Nie znano jeszcze artylerii przeciwlotniczej. Bronią piechoty były pięciostrzałowe karabiny i rzadkie jeszcze karabiny ma- szynowe, po dwa na batalion. W czasie służby nocnej można było doskonale sły- szeć pokrzykiwania Włochów, a scenerię wojenną rozjaśniały omiatające teren reflektory i wystrzeliwane co chwila rakiety. Jedynym uzbrojeniem, jakim rozpo- rządzałem, po mianowaniu kandydatem na oficera i dowódcę plutonu, była tęga laska i maska przeciwgazowa. Po dwutygodniowym pobycie na pozycji odeszliśmy na odpoczynek, by znowu po dwu tygodniach wracać do pierwszej rezerwy bata- lionów, najbliższych pozycji. Wtedy właśnie znalazłem się w zespole batalionu w wielkiej kawernie ze światłem elektrycznym i stołem, przy którym prowadzono rozmowy o przygoto- wującym się uderzeniu niemiecko-austriackim. Pogoda i względny spokój nęciły do indywidualnej przechadzki szosą parę kilometrów w przeciwnym od frontu kierunku. Co za brak rozwagi! Szosa była jedynym łącznikiem dla transportu amu- nicji i kuchni polowych ku frontowi i była pod wieczór gęsto ostrzeliwana ogniem artyleryjskim. I to mnie właśnie spotkało. Wściekły na siebie, gdyż w razie wy- padku i kulawy pies nie wiedziałby, co się ze mną stało, zdążyłem uskoczyć nieco w bok i przeczekać w małej kawernie, aby wreszcie dojść z powrotem do batalionu. Przedziwny był skład korpusu oficerskiego w batalionie: dwu Polaków, jeden Ukrainiec, dwu Węgrów, dwu Czechów, kilku Chorwatów i dwu Niemców wie- deńskich. Jednym słowem cała monarchia austriacko-węgierska. Wielu nosiło, poza miękkimi czapkami polowymi, bośniackie fezy. Pod koniec października kompania objęła znowu odcinek pozycji, zakwatero- wana w bardzo prymitywnej kawernie. W którymś dniu października wysłano mnie na placówkę leżącą nie więcej jak pięćdziesiąt kroków przed okopami. Przez mą placówkę przeszedł pozorowany wypad, prowadzony przez bardzo miłego, ciągle śpiewającego przy gitarze Serba bośniackiego; nie wrócił już z tego wypadu, spa- lony ogniem miotaczy płomieni. Była to akcja, która miała wprowadzić w błąd nieprzyjaciela, że na tym odcinku zaczyna się ofensywa, a faktycznie zaczęła się ona na następny dzień pod Tolminem. Po krótkim odpoczynku w kawernie trzeba było w południe iść znowu na służbę, gdyż obsada plutonów była zdekompleto- wana. Ubył w tym czasie chorąży Chorwat, którego oblatywał taki strach, że bał się nawet wyjść z kawerny do latryny, załatwiał się do starego hełmu i kazał wy- nosić to ordynansowi. Przed południem rozszalała się nawała ognia artyleryjskiego ze strony austriackiej, a Włosi odpowiedzieli natychmiast ogniem zaporowym. W kawernie trudno było utrzymać ogień lamp karbidowych, tak silne były detonacje od min i ciężkiej artylerii. W południe ogień nieco zelżał. Znalazłem się jak zwykle na prawym skrzydle kompanii i tam dopadł mnie nowy ogień huraga- nowy; przykucnąwszy koło posterunku obserwacyjnego, czeKałem tylko, kiedy skończy się mój „bohaterski” żywot. Dosłowna ulewa min, granatów różnego ka- libru, wzmocniona rozpryskującymi się skałami zasypywała nasze pozycje. Na pra- wo od nas dymiło dosłownie od lawiny pocisków wzgórze Fajti Hrib. Każda bliższa eksplozja powodowała, że posterunek zeskakiwał na mnie. Deszcz siąpił, a z nim rozprószony w powietrzu ekrazyt opadał na płaszcz, który wkrótce zupełnie po- żółkł. Owładnęła mną zupełna tępota, spowodowana zapewne maksymalnym na- pięciem nerwów. Ogień huraganowy trwał cztery godziny i zakończył się dopiera o zmroku. Do kawerny wróciłem całkiem ogłupiały i wybucnnąłem jakimś ner-
wowym śmiechem. Po niewczasie dowiedziałem się, że kilkanaście kroków od miej- sca mego stanowiska znajdowała się mała kawerna, w której sierżant, mój poprzed- nik w służbie, przeczekał spokojnie przedpołudniowy ogień huraganowy. W czasie służby na pozycji przed ofensywą można było obserwować inny rodzaj walL i powietrznej. Austriacy wypuszczali dla lepszej obserwacji szereg balonów na u vięzi, które Bośniacy nazywali „kurac”. Gdy w dzień pogodny sterczały one na horyzoncie, nadleciał lotnik i utrzymując niski pułap lotu po kolei zapalił trzy balony, nie niepokojony przez nikogo. Płomień, dym i po chwili obserwatorzy po- częli spadać z koszami na ziemię. Pobyt na pozycji nie trwał już długo. Ofensywa wymagała świeżych sił, mie- liśmy więc być zluzowani przez pułki węgierskie, mające podjąć uderzenie na tym odcinku. Miałem oddać kompanii węgierskiej odcinek frontu, ale ówczesny komen- dant kompanii, miły wiedeńczyk, zmienił w ostatniej chwili decyzję i kazał mi odprowadzić kompanię do taborów kuchennych. I znowu łut szczęścia, gdyż nie- wątpliwie byłbym zajął pozycję w znanym, uważanym za najbezpieczniejsze miej- scu, a tam właśnie trafiła mina, której ofiarą padł zastępujący mnie sierżant. Od- prowadzanie kompanii nie było żadnym problemem i nie nastręczało zbytnich trud- ności, gdyż wystarczył rozkaz: kierunek kuchnie i żołnierze wędrowali nocą indywi- dualnie, co nawet było bezpieczniejsze ze względu na ostrzeliwanie artyleryjskie. I rzeczywiście ogień ten wzmógł się, gdyż Węgrzy nie potrafili zachować spokoju, co wywołało natychmiastową reakcję. Wspomnianemu dowódcy kompanii zawdzię- czam wniosek na nominację na chorążego (Faenrich), co dawało już stałe pobory miesięczne i prawo pobierania zaopatrzenia według stawek oficerskich, w tym ta- kie dodatki, jak 20 papierosów najlepszych sort, wina, a nawet z chwilą wyrusza- nia na pozycję flaszki alkoholu. Po jednym dniu pobytu na tyłach ruszył pułk, po przełamaniu frontu wło- skiego przez nowe siły, jako pierwsza rezerwa 48 dywizji piechoty armii gen. Bo- roewića. Wymarsz w zamkniętej formacji nastąpił o świcie. W baraku kwatery pozostawiłem egzemplarz Pana Tadeusza, który mi dotąd towarzyszył w wojennej wędrówce. Bite gościńce przecinające linię frontu podobne były do świeżo zaoranego pola. Zszarzałe zwłoki poległych żołnierzy zalegały dość gęsto na tym pasie śmierci. Na dalszych kilometrach stały włoskie długolufowe działa okrętowe. Falisty teren pozwalał obserwować na prawo i lewo posuwające się kolumny wojsk austriackich. Deszcz padał od rana, ale brak ognia artyleryjskiego i panujący spokój ułatwiały marsz, jedynie zaopatrzenie żołnierzy nie nadążało, kuchnie połowę nie mogły do- jechać po rozbitych drogach, tylko oficerowie otrzymywali posiłek, donoszony na plecach przez ordynansów kuchni oficerskiej. Po całodziennym marszu przybyliśmy około północy do pogranicznej Gradyski, jeszcze w granicach Austrii. Płonęły magazyny włoskie. Żołnierze kompanii za- częli z głodu, a raczej z nawyku wojennego, myszkować za zdobyczą wojenną. Szczególnie poszukiwany był ser ementalski, którym napełniali całe tornistry, a nie- którzy toczyli w dniu następnym w czasie marszu całe koła tego sera. Zajęliśmy kwatery we włoskich barakach. W pewnym momencie podszedł do mnie szerego- wiec, oferując manierkę pełną jakiegoś trunku. Spragniony zacząłem pić i... wy- chyliłem całą zawartość manierki napełnionej słodką kminkówką. Obeszło się bez następstw, bo łóżko stało obok, a zmęczenie i spora dawka alkoholu spowodowały doskonały sen. Następne dni marszu prowadziły przez charakterystyczne włoskie wsie i mia- steczka prowincji Wenecja, budowane z kamienia, pozbawione prawie mieszkańców, którzy uciekli przed zbliżającym się frontem. Wtedy doszła nas wiadomość o szczę-
śliwym ocaleniu, już nowego, cesarza Karola. Jak wielu twierdziło, upiwszy się, wpadł do jakiegoś rowu, z którego go „szczęśliwie” 'wyciągnięto. Niemniej zarzą- dzono dziękczynne nabożeństwo połowę. Wkroczyliśmy na teren wielkiej mzlay padańskiej, pełnej winnic, słynnej z upraw zwisającej na rozciągniętych między palikami drutach wmnej latorośli. W doczność okolicy była mała, ale w pog idny dzień, gdy promienie zachodzącego słońca padły na łuk Alp, pysznił się na hory- zoncie wspaniały mur górski. Przekroczywszy dopływ Adriatyku, doszliśmy do rzeki Tagliamento, której wy- sadzone mosty pozwoliły tylko z trudem przeprawić się piechocie. Na prowizorycz- nie remontowanym moście otrzymałem od jakiegoś sapera potężny cios belką w gło- wę, tak że omal nie znalazłem się w nurtach rzeki. Po przejściu rzeki Tagliamento posuwały się kolumny pierwszych rezerw w rejonie Portogruaro, by dojść wreszcie do rzeki Livency. W czasie marszu żołnierze wyśpiewywali swe proste chorwackie piosenki o miłości i dziewczynie, jak ta: „Mila majko pusti me na wodu (bis), Bo tamę moj, bo tamę moj, Tamę moj dragi u bunaru czeka.” Na kwaterach wyśpiewywał porucznik Słoweniec słoweńską pieśń narodową: „Lepa nasza domowina, lepyj moj słoweński kraj. Ti prekrasna, Ti jedyna...” Pro- wizoryczny most pozwolił wkroczyć do miasta Mota di Livenca. Pozostała tu jedy- nie uboższa ludność, reszta uszła dosłownie w ostatniej chwili przed wysadzeniem mostu. Domy stały otwarte, na stołach stały talerze z resztkami jadła. Oddziały pierwszej linii nie żałowały sobie rabunku sklepów. Po naszym przybyciu wszyst- kie sklepy pilnowane już były przez posterunki, gwarantujące, że zasoby sklepów są państwowym łupem wojennym. Niemniej jednak można było zaobserwować zajeżdżające przed sklepy limuzyny sztabowe, posterunek salutował, pasażerowie wchodzili do sklepu i wychodzili obładowani pakunkami. Biorąc przykład, znaleźliśmy się w jednym sklepie z nićmi. Towar pościągany z półek zalegał podłogę, tak że brodziło się w nim po kostki nóg. Wziąłem i ja łup. Pudełko nici. Podobno brakowało ich w kraju, a jeden z oficerów wysłał do Wiednia cały wór. Kiedy nieco później przesłałem je pewnej starszej znajomej pani, naraziłem się oczywiście na śmieszność. W kamienicy, w której kwaterowali- śmy, był sklep z materiałami wełnianymi, do którego prowadziło wejście z sieni, a więc poza obserwacją posterunku. Weszliśmy, ale mnie opanował śmiech pusty, bo przecież trudno było brać cokolwiek do tornistra. Skorzystał jedynie dowódca batalionowego oddziału karabinów maszynowych, który rozporządzając wozem amu- nicyjnym załadował nań postaw sukna. Wzięliśmy do mieszkania kawał czerwo- nego pluszu i przez okno z drugiego piętra opuszczaliśmy na dół. Znaleźli się z miej- sca amatorowie, którzy oddzierali po kawałku, dopóki zabawa się nie skończyła. W Motta di Livenca przeżyłem po raz pierwszy bombardowanie miasta przez sa- moloty, niezbyt groźne, gdyż padły jedynie dwie małe bomby. Każdy z oficerów miał w armii austriackiej ordynansa i jego zadaniem było troszczenie się o swego oficera. Mój Ilja Trubic był do mnie bardzo przywiązany i robił, co mógł. Pewnego dnia zastałem w pokoju pod stołem wiadro pełne czer- wonego wina „Borgogna”. Wino lekkie wytrawne dawało się łatwo pić na ugaszenie pragnienia, trzeba było jedynie sięgnąć kubkiem do wiadra. Magazyny z winem mieściły po kilkanaście olbrzymich beczek i kadzi. Zdarzały się wypadki, że żoł- nierz wydrapał się na taką kadź i pił z niej bezpośrednio do utraty przytomności, a niejednokrotnie nawet przechyliwszy się wpadał do kadzi. Radzono sobie i w inny
sposób. Strzał w beczkę robił otwór wystarczający do napełniania naczyń. W póź- niejszych dniach stało się oficjalnym łupem wojennym i niełatwo było je zdobyć. Ofensywa zatrzymała się na rzece Piawie. Mój pułk miał objąć stanowisko nad jej dolnym biegiem, jakieś 50 km w linii powietrznej od Wenecji, do którejśmy jednak nie doszli. Na postojach przydzielano kwatery w domach wiejskich. Trudno je nazwać chałupami, gdyż są to zwykle jednopiętrowe kamienne budynki, których parter zajmuje obszerna kuchnia z alkierzem i innymi gospodarskimi pomieszcze- niami, pokoje sypialne znajdują się na piętrze. W kuchni znajduje się dość głębo- ka nisza z obszernym paleniskiem pośrodku, z jego okapu zwisają łańcuchy do za- wieszania wielkich mosiężnych naczyń, w których gotowano najczęściej polentę (kukurydziankę), wykładaną po ugotowaniu na stół, rozwałkowywaną na pięciocen- tymetrowy placek i krajaną w prostokąty. Dokoła paleniska stoją pod ścianami ławy. W dni deszczowe siedziało się z wielką przyjemnością przy otwartym ognisku. Sjesta urozmaicana tęsknymi serbskimi piosenkami przy dźwiękach mandoliny. Pokoje są w zasadzie pozbawione pieców, a raczej znajdują się jakby ścianki pie- cowe, w których jednak chyba nigdy się nie pali, natomiast pod pierzyny wkła- dane są, skonstruowane w kształcie podwójnego wrzeciona, wstawki z deseczką opatrzoną blachą, na którą kładzie się rozgrzany w ogniu kamień do ogrzania łóżka przed jego użyciem. Całe życie wiejskiej rodziny włoskiej koncentrowało się w izbie kuchennej. Powolne zaznajamianie się z językiem włoskim, dość łatwym, pozwalało zbli- żyć się do ludności, u której nie odczuwaliśmy żadnej wrogości. Co więcej, w jed- nym z miasteczek, po przekroczeniu granicy, byłem świadkiem takiej, dość po- ciesznej demonstracji. Rankiem dwu Włochów szło przez miasteczko, wykrzykując taką oto śpiewkę: „Eviva la, eviva la, eviva la, forTtaliani, fori di qua.” Przypu- szczalnie chcieli sobie zaskarbić przychylność wojsk okupacyjnych. W tej miejsco- wości zdobyłem nie lada łup. W domu, w którym kwaterowałem, pozostawił jakiś włoski oficer całą walizkę książek. Cóż było robić. Wybrałem sobie na pamiątkę dwie: „Pensieri” Leopardiego i „Pro arte Christiana”. Szczególnie pensieri stały się stałą lekturą dla doskonalenia słabej znajomości języka włoskiego. Obie książki przepadły podczas drugiej wojny światowej. Zbliżaliśmy się do Piawy. Tu czekał nas przyczółek za rzeką, którego utrzy- manie było zadaniem naszego batalionu. A więc znowu po spokojnych i urozmai- conych dniach zajęcie pozycji frontowej. Podnietą do bohaterstwa miał być da- wany żołnierzom rum. Znane było żołnierskie porzekadło: „Nema ruma, nema sztur- ma” — lub inne: „Nema kruha, nema, ca glava boii Dalmatyńca”. Oficerowie otrzy- mywali po butelce Wermutu, który najczęściej jeszcze przed dojściem do pozycji był wypijany, nie mówiąc o tym, że i rumu nie zabrakło. Zbliżyliśmy się nocą do rzeki obramowanej wysokimi wałami ochronnymi. Przez przekop w wale mieliśmy plutonami przeprawiać się na pontonach na drugi brzeg. Dowódca kompanii, pod dobrą datą, towarzyszył w przeprawie każdemu plutonowi, mimo że przeprawa ostrzeliwana była ogniem artylerii. Przeszedłszy z plutonem przez przekop, już chciałem wsiadać do stojącego pontonu, gdy spostrzegłem, że trzyma go na sznurze zabity przysypany saper, a jedynie ręce jego sterczały spod ziemi. Dopiero przy- bycie następnego pontonu rozwiązało sytuację. Znaleźliśmy się na przyczółku. Posterunki obserwacyjne zajęły stanowiska we wnękach u szczytu wału, reszta lokowała się u jego podnóża w wykopanych ni- szach. Dopiero w dzień można było ocenić położenie mej kompanii. Zajmowaliśmy odcinek wału, którego prawy bok był doskonale flankowany ogniem włoskim. Do- świadczyłem tego na własnej skórze. Zajmowałem u podnóża wału niszę na jedną
osobę, z paroma badylami kukurydzy, do której można było jedynie wczołgać się, przed wejściem spoczywały zwłoki żołnierza przykryte płaszczem. Każde wychylenie głowy spotykało się natychmiast z serią karabinu maszynowego. Toteż byłem wściekły, kiedy otrzymałem rozkaz meldowania się w dowództwie batalionu. Po przejściu zajęczymi skokami wpadłem najpierw do wnęki latrynowej. Wreszcie kończył się flankowany odcinek, gdyż za zakrętem pozostałe kompanie wiodły sło- neczny żywot. W ziemiance dowództwa stało pianino, mała beczułka wina, którym mnie z miej- sca uraczono. Żołnierze ściągali meble z opuszczonych domów ostrzeliwanych przez artylerię. Można było poruszać się swobodnie pod osłoną wysokiego wału rzecz- nego. Działa włoskie usiłowały trafić w pozycję, ale wszystkie pociski padały za nami, wyrzucając wysokie fontanny ziemi lub wody. Nie musiałem już wracać do kompanii, gdyż mieliśmy być zluzowani. Moja tak niebezpieczna wyprawa dotyczyła błahego powodu, podpisania listy płatniczej. Radość z rozkazu opuszczenia tej po- zycji była powszechna, gdyż przy silniejszym natarciu mogliśmy być zepchnięci do Piawy, ale już bez pontonów. Po powrocie z przyczółka zajęliśmy kwaterę w samotnie wśród winnic stojącym piętrowym domu Casa dei Picoli, zamieszkałym przez kilka rodzin, uprawiających okoliczne winnice. Pomieścił się w nim cały batalion. Uciecha ze znalezienia się po tej stronie rzeki przekształciła się w nocy w ogólne pijaństwo, którego skutki były dla niektórych wprost nieoczekiwane i zmuszające do krycia się przed żołnie- rzami. Artylerzyści wymyszkowali skądś małą beczułkę wina, z którego coś niecoś zdobył mój Trubic. Wino stare tak gęste, że wetknięta w kieliszek zapałka utrzy- mywała się w pozycji stojącej. Spory kieliszek wystarczył, aby się upić. Kończyła się nasza batalia nad dolną Piawą, trzeba było zwiedzić jeszcze jej górne odcinki. Był już grudzień 1917 roku, śnieg ledwie przyprószył ziemię. Ludność ewakuowana z bezpośredniej bliskości frontu zalegała w kościołach, czym się ży- wiła, niełatwo było zgadnąć. Znaleźliśmy się w rejonie Beluna, na pogórzu alpej- skim, w miasteczku, którego nazwy nie pamiętam, na odpoczynku. Przesiadywało się przy ognisku, a kwaterę miałem po drugiej stronie ulicy w domu jakiegoś in- żyniera, który miał zbiór małych statuetek z Afryki. Miałem nawet zamiar uczynić z nich łup wojenny, ale zrezygnowałem. Święta Bożego Narodzenia przeszły niepostrzeżenie. Usiłowałem podpatrzeć ja- kieś zwyczaje świąteczne, ale nic nie zauważyłem. Stołówka oficerska wywiesiła szyld „Offizierskasino”, co u ludności miejscowej wywoływało uśmieszki, gdyż w ich rozumieniu kasyno oznaczało dom publiczny. Pod koniec grudnia otrzymałem urlop i wieczorem, wprost od stołu sylwestrowego, ruszyłem podwodą do najbliższej stacji kolejowej w Beluno. Ani żołnierz, ani ja nie znaliśmy drogi, ale wystarczyła ta wątła znajomość języka włoskiego, aby mieszkańcy usłużnie wskazywali drogę, uważając mnie za Włocha z Triestu. Urlop spędzałem częściowo u brata w jego kwaterze, częściowo u znajomych w Krakowie, gdyż front wschodni oddzielał mnie od domu. Po dwu tygodniach należało wracać przez Gorycję. Oczekując na dalsze połą- czenie, dowiedziałem się o istniejącej w mieście stołówce oficerskiej. Miasto wie- lokrotnie bombardowane, legło w ruinach, również z dworca pozostała jedynie ściana peronu. Nie chcąc nosić ze sobą skromnej walizeczki, postawiłem ją pod murem peronu, gdzie kręciło się mnóstwo żołnierzy i ruszyłem do miasta. Po po- wrocie znalazłem ją w tym samym miejscu nie tkniętą. Takie samo doświadczenie zrobiłem w czasie jednego przejazdu przez Wiedeń. Podczas mej nieobecności dywizja została przerzucona na inny odcinek frontu.
Kiedy zameldowałem się w komendzie placu w Udine, kazano mi czekać na wia- domość, dokąd mam jechać, miałem więc dość czasu, aby obejrzeć sobie to piękne miasto, rozłożone terasowato, ozdobione licznymi galeryjkami i pomnikami. Zorga- nizowano tu nawet kawiarnię, co więcej, mogłem uczestniczyć w urządzanym wła- śnie koncercie. Po trzech dniach przymusowego przedłużenia urlopu jechałem okręż- ną drogą, zwiedzając dalsze kraje monarchii, przez zaśnieżony pełen pięknych willi Wiłach do południowego Tyrolu, aby mijając Trydent, znaleźć się na ostatniej, stale ostrzeliwanej stacyjce Ala. Radzono mi, abym jak najprędzej opuścił tę strefę. Trafiła się okazja, furgon wiozący rannego, przysiadłem się i dopiero wieczorem dobrnęliśmy do miasta Feltre, rozłożonego na stoku wzgórza. Z trudem odszukałem przydzieloną kwaterę. Byłem głodny, gdyż za ostatnie pieniądze wypiłem w nocy w Trydencie herbatę. Na froncie pieniądze były zbyteczne, toteż nie oszczędzałem w czasie urlopu. Na kwaterze we wspólnym pokoju, nieco zażenowany wobec obcych oficerów, wyciągnąłem zapasową konserwę i, otworzywszy ją bagnetem, szabel na froncie nikt nie nosił, zaspokoiłem głód zimnym mięsem. Dnia następnego czekała dalsza peregrynacja na pozycję bądź do taboru ba- talionowego. Na szosie zatrzymałem auto amunicyjne i przebyłem nim większą część drogi, w końcu wykorzystałem furgon batalionu. Przy przesiadaniu się usły- szałem pogardliwe mruknięcie szofera, widocznie zawiedzionego nieotrzymaniem na- piwku. Miejscem postoju taborów była wieś Censon di Piawe, górska wioska, roz- rzucona po zboczach, tak że trudno było zorientować się, gdzie znajdują się wozy kompanijne, przy których mógłbym się niewątpliwie pożywić. Czekałem na łącz- nika, który miał mnie prowadzić na pozycję. Droga wygodna, szosą prowadziła wzdłuż Piawy, była bardzo niebezpieczna, dlatego łącznik wybrał inną przez trzy łańcuchy górskie, wprawdzie niezbyt wysokie, ale wystarczająco nużące. Ponieważ poza konserwą dwa dni nic nie jadłem, byłem tak słaby, że i skromnego plecaka unieść nie mogłem. Wieczorem dotarliśmy do górskiej doliny. Ciemno, nie wiadomo było, w którą stronę się ruszyć, tym bardziej że nie znało się ścieżek. Przysłonięte ziemianki nie dawały znaku życia. Siadłem na głazie przy szumiącym potoku zupełnie zdetermi- nowany, co dalej robić, czekać na dzień? A zimno coraz bardziej doskwierało. Po pewnym czasie odchyliło się światło w jednej ziemiance. Skierowałem się w tę stronę. i trafiłem szczęśliwie do kancelarii batalionu. Nakarmiony, z radością do- wiedziałem się, że na pozycję już nie pójdę, gdyż batalion będzie zluzowany, co istotnie nastąpiło po dwu dniach. Powróciliśmy na odpoczynek do wsi w sąsiedztwie Feltre. Po dwu tygodniach nastąpił już nieodwołalnie marsz na pozycję Mte Madal. Wędrówka ścieżynami górskimi, pobudowanymi na stokach, była o tyle łatwiejsza, że zaopatrzeni byliśmy w tak zwane „raki”, przytwierdzane do butów, a tęga laska, hełm i maska przeciwgazowa były jedynym uzbrojeniem. Rewolweru nie miałem, gdyż na pozycji był właściwie zbyteczny. Cały ciężar walki spoczywał na artylerii, której baterie rozstawione były gęsto po stokach. Karabiny maszynowe, zresztą nieliczne, dzia- łały dopiero w momencie natarcia lub obrony. Pozycje na monte Madal były dość znośne. Przed nami piętrzył się garb Mte Tomba (mogiła) w rękach Włochów,’ a między pozycjami w dolinie opuszczona wioska, do której żołnierze wyprawiali się wieczorem po kasztany. Ziemianki le- żały pod osłoną szczytu, dlatego pociski artylerii przenosiły i padały w głęboką dolinę, ale trafiały się też niespodzianki. Barak dowództwa pułku znajdował się na prawym skrzydle przylepiony do kilkudziesięciometrowej skały. Pewnego dnia gra- nat zaczepił o szczyt i padł tuż pod barakiem, zabijając dowódcę pułku. 30 — Rocznik Przemyski t. 22/23
Samoloty zwiadowcze wyśledziły nasze stanowiska, ale o możliwości ostrzeli- wania z samolotów nikt nie myślał. Drogi dojazdowe, były maskowane gałęziami umocowanymi na rozpiętych drutach. Żołnierze pokpiwali sobie z tego i kiedy dwu rżnęło drzewo na opal, trzeci „maskował” ich gałęzią świerka. W mej ziemiance- -baraczku rozczytywałem się w zaprenumerowanym, wychodzącym w Krakowie tygodniku „Maski”. Spało się w mundurze, można było zrzucić tylko obuwie, łatwe do wciągnięcia, w przeciwieństwie do wysokich butów, uzupełniane sztylpami. Pa- nował na ogół spokój. Pewnego dnia otrzymałem rozkaz budowania okopów na stoku od strony nie- przyjacielskiej. Rozkaz nie przemyślany, gdyż taka pozycja otwarta była jak na dłoni na ogień artyleryjski. W nocy dosłano pluton saperów, którzy pogrzebali trochę w piargu, ale musieli odejść przed świtem. Następnego dnia nie przyszli, gdyż zadysponowani zostali do transportu wody i na tym skończyły się zamiary budowy pozycji. Byłem z tego bardzo zadowolony. Masa głazów zalegających szczyt Mte Madal dawała i. bez rowów dostateczną osłonę. Nocna kontrola placówek w tym rejonie nie była łatwa, bo plątanie się w ciemności wśród głazów, rozświetlonych tylko od czasu do czasu rakietami, zmuszało nieomal do skoków kozic. W wypadku ognia artylerii człowiek czuł się dość głupio, przykucnąwszy za jakimś głazem, nie mogąc oczekiwać w razie potrzeby żadnej pomocy. Starszymi oficerami w kompanii byli dwaj Czesi, którzy nie przejmowali się zbytnio patriotyzmem, a natomiast nie żałowali sobie rumu, dlatego też nikłe wyniki budowy pozycji niewiele ich obchodziły. Przyszedł czas odpoczynku i wędrówka nocą wzdłuż doliny i brzegiem Piawy do tej samej wsi. Moim przyjacielem był wówczas Czech Hradec, ożeniony z Polką, stąd wzajemna sympatia. Nawiązaliśmy przyjazne stosunki z wójtem, w którego kuchni przesiadywało się wieczorami przy ognisku. Córka jego Teresina była służącą w Mediolanie, szukano z nią kontaktu, który im ułatwiłem przez Czerwony Krzyż. Stosunek ludności cywilnej był i tu raczej przyjazny, chociaż ludność odżywiała się głównie zupą z pokrzywy. Ale nie- które kobiety wiejskie trzęsły się z oburzenia na wspomnienie Niemców. „Cativi Germanici tutto roto, tutto Caputo”. Marsz na pozycje odbywał się zwykle nocą, gościńcem wzdłuż Piawy, a dalej górską doliną prowadzącą przez miejscowość Quero, gdzie przecinały się dwie do- liny. To skrzyżowanie było dzień i noc pod obstrzałem atylerii. Quero pozbawio- ne mieszkańców leżało w gruzach. Mijanie tego punktu uważano za najbardziej niebezpieczne. Zapasy alkoholu, rumu i wermutu znikały jeszcze przed przejściem tej miejscowości. Żołnierze dawali upust swej obawie, klnąc w specyficzny boś- niacki sposób, który zaczynał się od ...j..t Boga, poprzez słońce, Matkę Boską, świecę, kończył na wszystkim i ostatnim potwierdzeniu przyczyny przekleństwa, którą była sama zasada (robię, aby robić-------). Cały ten stek przekleństw recy- towano w sporach. Normalnym powiedzeniem był jedynie pierwszy człon tej li- tanii, używany coś na wzór naszej „cholery”. Zmieniłem stanowisko. Dowódca batalionu zlecił mi dysponowanie kuchnią ofi- cerską. Widocznie był zadowolony z moich zabiegów, gdyż przy następnej zmianie pozycji frontu miałem się znaleźć około pół kilometra za linią, aby pilnować trans- portu żywności. W leśnej kotlinie rezydowałem w baraczku przylepionym do skały. Las był ostrzeliwany, lecz niezbyt groźnie, brak było jedynie wody. Dostawy w beczkach i jukach transportowych nie zawsze docierały. Zatęchłe górskie jezior- ka dawały wodę gęstą jak zupa grochowa, ale i jej używano niejednokrotnie do gotowania w kuchniach polowych. Na tym stanowisku zapoznałem się z gazem. Pewnej nocy leżałem jak zwykle na pryczy w ziemiance, na innych spali pod-
oficerowie i kucharze. Słychać było eksplozje granatów niezbyt odległe, ale jakieś dziwnie słabe. W pewnym momencie krzyknął któryś z mieszkańców ziemianki „gaz”! Wszyscy zerwali się, pozakładali maski gazowe i tak siedzimy. Co parę chwil rozlegały się nowe eksplozje. Trwało to chyba ze dwie godziny. Oddech sta- wał się coraz trudniejszy. Zniecierpliwieni żołnierze zrywali maski przy potoku przekleństw, ryzykując zatrucie. W środku nocy zaszedł pewien pocieszający mo- ment. Dowództwo pułku zadysponowało przybycie na pozycje duszpasterzy. Po- nieważ w pułku byli katolicy, protestanci, prawosławni i mahometanie, zjawili się oni w ziemiance jako w przedostatnim etapie swej wędrówki. Każdy wyciągnął butelczynę i zaczęliśmy leczyć zagazowanie. Okazało się to nawet dość skuteczne, jako że gaz był nie dość silnie skoncentrowany, ale czuć go było w nieprzewiewnej kotlince leśnej jeszcze przez kilka dni następnych. Szeregi kompanii pustoszyła szerząca się wówczas grypa — hiszpanka. Do skutków ataku gazowego dołączyła się gorączka. Doskonałym lekarstwem okazał się rum z gorącą kawą w proporcjach pół na pół, którym raczyłem się całymi litrami. Nadszedł czas ponownego urlopu. Wprawdzie niechętnie patrzono na mój „pa- triotyzm”, ale uzyskałem urlop i mogłem w dzień przejść tę ostrzeliwaną drogę transportu. Zaobserwowałem, że między jedną a drugą salwą artylerii mija parę minut oraz że ogień skoncentrowany jest na pewien niewielki odcinek drogi. Z ze- garkiem w ręku śledziłem czas eksplozji. Towarzyszył mi mój Trubic. Kiedy po nowej salwie pociski eksplodowały już w niewielkiej odległości, ruszyliśmy biegiem jakieś pół kilometra. Nastąpiła nowa salwa, nad głową zafurczał potężny odłamek granatu; padłem na ziemię, a kiedy się podniosłem, mój Trubic odezwał się po chwili: „Gospodin Fendrik, ja sam myslio da gospodin wec pogubio”. Na szczęście — nie odrzekłem, i dalej puściliśmy się biegiem, aby przebyć niebezpieczną strefę. Największy strach oblatywał, gdy się szło na urlop. Przebywszy szczęśliwie okres pozycyjny, głupio było ginąć tuż przed urlopem, zapewniającym dwa ty- godnie spokojnego życia. Wypada zaznaczyć, że w pierwszej wojme światowej lud- ność żyła już parę kilometrów za frontem zupełnie spokojnie, nikt z cywilami nie walczył. W głębi kraju życie toczyło się normalnie, chociaż biednie, w niedostatku. Niepomiernie zdziwiłem się, mijając Quero, gdy zobaczyłem żołnierza siedzącego na stopniach zburzonego kościoła i zajadającego spokojnie konserwę. Widocznie dla niego było to ważniejsze aniżeli obawa przed granatami. - Nieopisane wrażenie robiło zetknięcie się w dole z rozkwitającą wiosną, gdy w górach zalegały śniegi. Aby dostać się do linii kolejowej na nizinie, trzeba było zjechać z łańcucha Alp. Przypadkowo napotkaną ciężarówką odbyłem tę wspa- niałą drogę. Samochód zjeżdżał po prawie pionowo wznoszących się zboczach, które stykały się z dwu stron pod rozwartym kątem. Serpentyna wiła się, tworząc w jed- nym i drugim zboczu tunele z zakrętami, a między zboczami przebiegając na pod- murowaniach. Spojrzenie z dołu na przebytą drogę robiło wrażenie nieprawdo- podobieństwa. I oto szyny kolejowe, tak dawno nie widziane i odczucie jakiejś łączności ze światem. Po powrocie znalazłem się znowu w okolicach Feltre. W czasie mej nieobec- ności zginął na odcinku, który pułk na krótko zajmował, mój zastępca w kompa- nii. Miałem więc znowu szczęście, gdyż mogło mnie się to przydarzyć. Zbliżał się maj 1918 roku. Dywizja znalazła się na dłuższym odpoczynku. Nasz batalion zadys- ponowano do stłumienia „buntu” jeńców rosyjskich w południowym Tyrolu. Moja funkcja kuchenna, która dzięki dobrym kucharzom zyskała uznanie dowódcy ba- talionu, czułego na gastronomiczne smakołyki, wzbudziła jego zaufanie i temu
chyba przypisać należy powierzenie mi prowadzenia samodzielnie obraną drogą taboru złożonego z 10 wozów i 5 koni wierzchowych. Batalion pojechał kolejką wąskotorową, z założeniem, że spotkamy się w Cortina d’Ampezzo. Była to najpiękniejsza podróż, jaką w życiu odbyłem.' Troskę o tabor zleciłem zawodowemu sierżantowi, a sam, mając do dyspozycji kilka wierzchowców, wybierałem coraz innego. Były to moje pierwsze próby jeździeckie, ale ponieważ posuwaliśmy się stępa, wszystko szło gładko. Jeden z koni nauczony być na prze- dzie, kiedy go zatrzymałem dla przeglądu taboru, po jego zakończeniu rwał na- przód i zatrzymywał się dopiero na czele kolumny. Posuwając się przez Longarone, Pieve di Cadore, miejsce urodzenia Tycjana z jego pomnikiem, znalazłem się "tv sławnej miejscowości turystycznej Cortina d’Ampezzo. Przecudowne, urzekające wprost widoki wspaniałych łańcuchów Do- lomitów, o purpurowo zabarwionych skałach, pozwalały zapominać o trudach woj- ny, oddychać swobodnym powietrzem. Po zetknięciu się w oznaczonym czasie z batalionem ruszyliśmy w dalszą drogę ku przełęczy Toblacco, leżącej powyżej dwóch tysięcy metrów. Zalegające jeszcze śniegi, wspaniała barwa licznych górskich jezior, sylwetki wysokich, pojedynczo często rosnących świerków, robiły niezapomniane wrażenie; oglądane po raz pierw- szy w życiu, zapierały dosłownie dech w piersiach. Cieszyłem się jak dziecko. Do- tarliśmy w końcu do miasteczka Silian, gdzie zatrzymało się dowództwo batalionu, kompanie zaś rozlokowano w pobliskiej wsi, skąd dojeżdżaliśmy konno na obiady i kolacje do Silianu. Jak wyglądał ten rzekomy bunt? Jeńcy, nie otrzymując dostatecznego poży- wienia, nie chcieli pracować. Postawiono szpalery wojskowe z obu stron gościńca, jeńcy musieli defilować i wyrażać zgodę na dalszą pracę. Na tym skończył się cały „bunt”, a dla nas nastał czas słodkiego nieróbstwa. Odległość od niezbyt sympa- tycznego dowódcy batalionu dawała większą swobodę, ale naraziła też moją u niego opinię. Kuchnie wojskowe mogły dysponować jedynie przydzielonymi produktami, na zakup nie asygnowano żadnych pieniędzy, a dowódca podnosił pretensje o lep- szy wikt dla żołnierzy. Stąd zepsucie u niego mej opinii. Ale gorsze miało dopiero nadejść. Tymczasem trzeba było korzystać ze swobody. Spora ilość czasu pozostająca po wczesnej kolacji pozwalała na organizowanie wieczornych wycieczek. Zaprzęgano wozy kompanijne kryte brezentowymi budami i jechaliśmy w odwrotnym do miasta kierunku do przydrożnej gospody na pstrągi i wino. Komendant jednej kompanii, Węgier, miał zwyczaj, podpiwszy, wyłazić na ławę i śpiewać: O Zuzanna, o Zuzanna! Raz zatoczył się i gruchnął nosem w sto- jącą na stole naftową lampę. Nastały ciemności; po dostarczeniu świec i miednicy z wodą zanurzano w niej delikwenta. Również i droga powrotna była pełna fan- tazji. Jazda galopem, zrywanie czapek z głów i wyrzucanie ich do rowów zmuszały w dniu następnym do pieszych już spacerów poszukiwawczych. Tak to zabawiała się cesarska armia. Po dwu tygodniach wracaliśmy już inną drogą do Feltre. Był czerwiec, przy- gotowywano nową ofensywę. Spodziewając się jej powodzenia, nakazano opróżnić wszystkie wozy na spodziewane łupy. W słoneczny ranek czerwcowy oczekiwano z niecierpliwością na pierwsze wiadomości o wynikach natarcia, w którym 48 dy- wizja miała stanowić pierwszą rezerwę. Uderzenie szło przez Piawę na wzgórze Montello. Mijały godziny, a wieści nie było. Kuchnie połowę stały pod ogniem, ale dla oficerów nie można było smażyć kotletów, gdyż każdej chwili mógł nadejść rozkaz wymarszu. I to się na mnie znowu odbiło. Tymczasem doszły około połu- dnia wiadomości o załamaniu się ofensywy, co więcej, po wielce patriotycznym
przemówieniu dowódcy pułku, płk. Mesića, mieliśmy ruszyć w góry i obsadzić kluczową pozycję Mt. Grappa i Mt. Pertica. W nocy dotarliśmy na chwilowy postój do górskiego lasu. I wtedy rozegrał się ostatni akt mego gospodarzenia. — Wo ist das Essen? ryczał kpt. Kulczar. — Da gibt’s kein scheissfreundliches Laecheln. (Tu nie miejsce na zasr... przyjazny uśmieszek.) Nie pomogły wyjaśnienia, że w marszu trudno było gotować poza kuch- niami polowymi. Aby ułagodzić te humory, zadecydowałem na rano podwójne por- cje. Przybyliśmy na szczyt góry z otwartym widokiem. W jedynym budynku zmie- ścił się cały batalion, z tym że porobiono przepierzenia na kwatery oficerskie z pry- czami. Poprzez te przepierzenia nasłuchał się nasz komendant, ogólnie nie łubiany, wielu ciętych przymówek. Ze szczytu roztaczał się widok na dolinę Brenty, a przez lornetki dostrzec można było miasto Bassano. Po król kim tam pobycie doszliśmy na pozycje pod Mt. Grappa. Szczyt jej pa- nował nad naszymi pozycjami tak, że Włosi mogli dosłownie zaglądać do naszych menażek. Pewną osłoną był jedynie wysoki las. Dość rozpowszechnioną bronią stały się działka piechoty, zwane „dżin’, bum”. Zdarzyło się, że żołnierz raczył się na nieco odsłoniętym stoku konserwą, gdy wystrzał z działka powalił go na ziemię. Na stoku można było nazoierać fiołków alpejskich, nieco mniejszych od hodowa- nych w doniczkach. Pozycja nasza obejmowała stok na prawo, a dalej biegła dość szeroką, lesistą doliną. U podnóża stoku stał nasz barak-ziemianka, od którego biegła kamienista ścieżka ku rowom strzeleckim. W nocy w czasie kontroli poste- runków błądziło się od pnia do pnia, z trudem znajdując drogę O jakiejkolwiek latarce elektrycznej nawet marzyć nie można było, gdyż światło jej sprowadzić mogło natychmiastowy ogień artylerii. Ziemianki zaopatrzone były poza drzwiami zasłonami z koców i dopiero po opuszczeniu zasłony można było drzwi otworzyć. Ostrzeliwanie artyleryjskie miało swoje ustalone pory. Przed południem strzelały baterie górskie, w południe miny, a po południc ciężkie baterie, które jednak przenosiły, sięgając, jak mówiono, swy- mi pozdrowieniami dowództw batalionów i pułków. Wtedy byliśmy spokojni i moż- na było oddać się na słońcu zbożnemu zajęciu bicia wszy, bo i takie, niestety były. Ale zdarzyło się pewnego dnia, że ciężkie baterie obniżyły celowniki i granaty zaczęły gnębić nasze pozycje. Trzeba było wiać z ziemianki. Przy ścieżce do rowów leżała rozpoczęta w budowie kawerna. Do niej biegliśmy po rozmokłej ścieżce, a jeden z kolegów tak pokracznie stawiał kroki, że mimo strachu ogarnął mnie śmiech, co było nie lada odprężeniem. Dopiero w kaw7ernie zauważyłem brak maski gazowej, z pryczy porwałem w pośpiechu jedynie hełm i laskę. Co będzie, gdy zaczną strzelać gazem? Skończyło się na strachu, a wieczorem zostaliśmy zluzowani. Maska nie odnalazła się. Widocznie monarchia austriacka trzeszczała już w szwach, gdyż zdarzały się przejścia na stronę nieprzyjacielską całych oddziałów Nowy urlop przypadł na gorący czas kontrofensywy włoskiej. Wkrótce po przy- byciu do Krakowa wyczytałem w „Kurierze Codziennym” komunikat o ciężkich walkach w rejonie Mt. Grappa, a nawet o odznaczeniu mego pułku. Szczęśliwy byłem, że nie uczestniczyłem w tej kołomyjce i może znowu uniknąłem śmierci, a po powrocie dowiedziałem się o stracie trzech oficerów7 batalionu. Okres odpo- czynku pułku wypadł w wielkim lesie na stoku góry w baraczku dzielonym z mło- dym sympatycznym Węgrem. Cisza, spokój, tylko od czasu do czasu przelatywały samoloty zwiadowcze. Można było oddawać się lekturze dość nieregularnie nadcho- dzących czasopism i palić najlepszego gatunku papierosy przydzielane codziennie. Powoli nauczyłem się palić. Kończyło się tato. W sierpniu przydzielono nam nowy odcinek frontu na Mt.
Pertica, leżący w rejonie Sette Comuni (Siedmiu Gmin). Pozycje wybudowane by- ły wśród wysokich, dzikich, nagich skał, gdzie każde uderzenie granatu wywoływało lawinę odprysków skał, nie mniej groźnych od odłamków granatów. Do stanowisk pozycyjnych trzeba było przejść przez siodło górskie, ostrzeliwane stale z chwilą zjawienia się na nim człowieka. Jedynym sposobem było przebycie tego siodła biegiem i chyłkiem. Już wybraliśmy się, by zapoznać się z odcinkiem za dnia, ale zanim przyszło do objęcia pozycji, odkomenderowano mnie na dywizyjny kurs ka- rabinów maszynowych. Tak więc i ta rozkosz mnie ominęła. Nadchodził czas żegnania się z frontem. Studenci szkół wyższych i absolwenci gimnazjów mieli prawo po rocznym pobycie na froncie, a taki okres właśnie dla mnie mijał, do trzymiesięcznego urlopu na studia. Dlaczegóż nie skorzystać i nie uszczknąć cos dla siebie. Już w stopniu podporucznika, który uzyskałem poza turą ze względu na stopnie ze szkoły oficerskiej, miałem zapewnione utrzymanie, wnio- słem więc prośbę. Tymczasem w paradę weszło odkomenderowanie na kurs. Co począć? — myślałem. Zrezygnować z kursu, to znaczy iść na groźną pozycję, gdzie mogło się jeszcze wszystko przytrafić. I znowu dzięki niezmiernie uczynnemu adiu- tantowi wiedeńczykowi, który zapewnił, że mogę iść spokojnie na kurs, a urlop z dywizji tam mnie znajdzie, ruszyłem do wyznaczonej miejscowości, niezbyt od- ległej od frontu. Na kursie prowadzono wykłady teoretyczne z hippologii, o budowie różnych systemów karabinów maszynowych, a wieczorem przy kolacji odchodził grog. Nie- wiele skorzystałem z tej nauki, gdyż po dwu tygodniach zjawił się w myśl przy- rzeczenia zastępca, a ja mogłem jechać do Krakowa. Były dwie drogi do wyboru: przez Fiume (Rjekę), gdzie mogłem zobaczyć Adriatyk, od którego niedawno dzie- liła mnie tak niewielka odległość, albo przez Węgry. Przedtem musiałem udać się do kadry pułku po papiery w Otocacu w prowincji Lika w Chorwacji. Jeszcze jedna turystyczna wycieczka. Droga kolejowa niedawno wybudowana prowadziła przez Wielką Kapelę w Alpach Dynarskich. Wzdłuż torów, wśród dzi- kich lasów leżały nie uprzątnięte pnie zwalonych drzew. Monarchia austriacka dogorywała, co dało się stwierdzić w wagonach kolejowych, pozbawionych wszel- kich skórzanych pasów z obdartymi z pluszu siedzeniami. Otocac, to ciekawa miej- scowość, ni to wieś, ni miasto. Pojedyncze, luźno stojące wielkie parterowe domy mieszkalne, a wśród nich jedyny większy gmach to koszary. Nadzieje moje, że otrzymam rozkaz wyjazdu przez Rjekę, gdzie stał jeden batalion 79 p.p., spełzły na niczym. Musiałem jechać przez Budapeszt do Krakowa. Obowiązek cotygodniowego meldowania się z pomocą arkusza meldunkowego, który do dziś przechowuję, przydział kartek chlebowych i cukrowych, bez których i kromki chleba nie można było dostać, były wstępnymi zabiegami w nowym po- łożeniu. Mieszkanie miałem u brata na Podgórzu. Zapisanie się na studia uni- wersyteckie nie wymagało żadnych egzaminów wstępnych, wystarczało świadectwo dojrzałości i stałem się studentem nauk przyrodniczych na Wydziale Filozoficz- nym. Pierwsze wykłady, trudność akomodacji do nowych warunków po czterolet- niej peregrynacji wojennej stwarzały atmosferę jakiejś niejasności sytuacji. Także mundur austriackiego podporucznika nie bardzo mieścił się wśród młodych stu- dentów. Pobyt w Krakowie wiązał się jeszcze z innym celem, skrycie w duszy hodowanym, to studia w Akademii Sztuk Pięknych. Wielce wewnętrznie zażeno- wany swym śmiałym zamiarem, kręciłem się przez kilka dni wokół gmachu Aka- demii, nie śmiąc wejść do środka. Nie byłem zupełnie zorientowany w warunkach przyjęcia. Pewnego październikowego popołudnia zdecydowałem się wreszcie wejść do
holu parteru. Rozglądnąwszy się, znalazłem na prawo portiernię i tam skiero- wałem swe kroki. W portierni siedział na stole jedną nogą jakiś pan z krótko przystrzyżoną brodą, obok stał drugi, chyba portier. Na pytanie siedzącego czego sobie życzę, wyraziłem chęć uczenia się. Odpowiedź, jak się później okazało, sa- mego rektora, rzeźbiarza, profesora Konstantego Laszczki, brzmiała: „Niech pan pójdzie do profesora Axentowicza, on na pewno pozwoli panu rysować.” Tak prze- łamałem pierwsze lody. Już z większą śmiałością zjawiłem się u prof. Axentowicza i znowu łatwość, z jaką się spotkałem, nawet mnie zdziwiła. „Proszę sobie przy- nieść sztalugi i może pan rysować w mej pracowni”. Radość była wielka, ale trze- . ba było wybierać między wykładami w Uniwersytecie a rysowaniem w Akademii, przeważył ten drugi motyw. Uczęszczałem na niektóre wykłady fizyka prof. Za- krzewskiego. Niewiele rozumiałem, wobec wielkich braków wyniesionych z gim- nazjum i czteroletniej przerwy, ale więcej pociągała mnie pracownia w Akademii. Mijał październik, wypadki następowały szybko po sobie, Austria rozpadała się. Dnia pierwszego listopada rankiem przestrzegała mnie dochodząca starsza posłu- gaczka, aby nie wychodzić do miasta, bo tam się coś niedobrego dzieje. Wiadomość ta podnieciła jeszcze moją ciekawość, gdyż zajęty swymi troskami nie interesowa- łem się zbytnio wypadkami. Właśnie przed paru dniami zaopatrzyłem się w paradny oficerski baniaczek. Szabli nie miałem, a więc frontowym zwyczajem nosiłem je- dynie bagnet z przewiązanym żółto-czarnym temblakiem. W tym stroju wyszedłem do miasta. Przechodząc koło koszar na Podgórzu zostałem zatrzymany przez żoł- nierzy z żądaniem zdjęcia z czapki cesarskiego bądzka i czarno-żółtego temblaka z bagnetu. Uczyniłem to chętnie, wszedłszy do bramy, co nawet wydawało mi się zabiegiem humorystycznym. Przestałem być oficerem austriackim, na front nie trzeba było wracać. Po alianckiej ofensywie rozlazł się zupełnie, oddziały wojskowe zdobywały pociągi i często z pełnym uzbrojeniem wracały do swych krajów. W mieście zastałem oży- wiony ruch i ogólną radość. Ściągano cesarskie emblematy, wszędzie zjawiały się biało-czerwone flagi. Skończyła się służba pod dwugłowym orłem. Rodziła się nie- podległa Polska z Orłem Białym z koroną.
Przemyśl. Dworek Orzechowskiego Fot. J. Janiszewski
Edward Wierzbicki WPŁYW „NĘDZY GALICJI” STANISŁAWA SZCZEPANOWSKIEGO NA ROZWÓJ EKONOMICZNY GALICJI Uchwalenie przez Spjm galicyjski ustawy o konwersji długów krajowych w r. 1893 i wprowadzenie jej w życie stało się poważnym bodźcem uzdrawiającym dla podupadłej gospodarki galicyjskiej. Grunt i atmosfera do owej kilkuletniej walki na arenie sejmowej, stoczonej przez czynniki postępowe z elementami zachowawczymi, nie zrodziły się jednak spontanicznie, pod wpływem nagłego przypływu uczuć społecznych. Niezmiernie doniosłą rolę w tym wydarzeniu odegrały dwie okoliczności, a mianowicie: po- ważna działalność gospodarcza na polu przemysłowym rozpoczęta przez Stanisława Szczepanowskiego stała się wymownym symbolem walki z ubóstwem i zacofaniem kraju. To była jedna przesłanka na drodze do uzdrowienia chorej i anemicznej ekonomiki galicyjskiej. Drugą, nie mniej ważną, było wydanie książki napisanej przez Szczepanowskiego Nędza Galicji, która stała się przygotowaniem moralne- go i psychicznego gruntu wśród szerokiej opinii publicznej ł. Galicja w stosunku do posiadanej ludności miała mało ziemi. Z państw euro- pejskich przeciętnie najmniej ziemi na głowę ludności przypadało w Galicji. I tu występował właśnie problem systemu gospodarowania. Podczas kiedy w Europie istniała już dość duża kultura rolna i gospodarstwa wiejskie oparte były na syste- mie nakładowym i na szeroką skalę rozwijano już gospodarkę intensywną, to w Galicji panował dalej stary, ekstensywny sposób prowadzenia gospodarki rolnej. Zadłużenie kraju i obywateli wzrastało, długi na hipotekach powiększały się i Galicja popadała w coraz większy marazm gospodarczy i ubóstwo. Spaupery- zowany został „nie tylko lud, ale cały kraj schodzi na żebry”. Brak pracy, brak pieniędzy, jak było znaleźć wyjście z tego dylematu? „Inteligencja żebrze o posady przy urzędach, stan średni i szlachta żebrzą o kredyt w bankach, cały kraj żebrze w Wiedniu, tylko najliczniejsza klasa ludności już nie ma u kogo żebrać”2. Oto ponure zjawiska, jakimi żyła ówczesna Galicja. Oto jeden z głównych problemów zaboru austriackiego, który po równi pochyłej pchał Galicję ku przepaści — nie- dobór finansowy. Najlepszy polityk przy największym swym wysiłku nie był zdolny dokonać 1 Rkps 13446, III, Oss. 1 St. Szczepanowski, Nędza Galicji..., Lwów 1888, s. 49; por. także: H. Wer e* s z y c k i, Historia polityczna Polski 1864—1918, s. 171.
czegoś pozytywnego w tym kierunku, jeśli właściciele dworów i folwarków czy też chłopstwo nie myśleli o dokonaniu radykalnego zwrotu w systemie prowadze- nia swych gospodarstw wiejskich. A wystarczyło przecież sięgnąć do przykładów i wzorów polityki nakładowej — do Węgier, Rumunii, Włoch, Belgii czy małych państewek niemieckich. „Przecież Galicja nie jest otoczona chińskim murem. Myśl nawet mur przebije, a ta wystarcza tylko, ażeby nam łuski z oczu spadły — pisze Szczepanowski — i abyśmy się rozglądnęli w tym, co nas dokoła poza granicami galicyjskimi ota- cza” 3. Z tego też względu rolnictwo w Galicji nie stanowiło podstawy ekonomicznego znaczenia kraju, choć 85 proc, ludności było tam zatrudnionych w gospodarce wiej- skiej. Nie spełniał tej roli również i przemysł, będący zaledwie w powijakach w po- równaniu np. z Czechami, Węgrami lub Królestwem Polskim. Szczepanowski w swych wędrówkach po wsiach galicyjskich widział biedę ludu wiejskiego, jak on żył i czym się żywił. Rodzina chłopska na opłacenie podatków, kupno lichego przyodziewku, nafty, soli spieniężała, co zdołała wytworzyć w swym gospodarstwie, a „wybiórki i ochłapy” pozostawały dla chłopa i jego rodziny. „Znajdzie się u niego bydło rogate i nierogate, zboże i fasola, ale to wszystko na sprzedaż. Jeżeli ma kury, to niosą jaja, ale nie dla niego — jeżeli mleko na masło przerobi, to nie dla siebie — to wszystko na sprzedaż” 4. Wskutek braku normalnego i dostatecznego pożywienia następował straszliwy ubytek sił i tężyzny fizycznej, co w następstwie było przyczyną ogólnego cherlactwa i wzrostu chorób wśród ludności. Wskutek niedożywienia i wycieńczenia ludności choroby i epidemie przedwcześnie powodowały dużą śmiertelność, tak że przecięt- na długość życia w Galicji wynosiła 27 lat. Autor Nędzy Galicji wyjaśnił, że straszne choroby i epidemie często nawiedzające Galicję, spowodowane były bra- kiem odżywienia5, czyli że CO' roku wskutek głodu umierało w Galicji 50 090 lu- dzi 6. Uzasadniał, że śmierć ludności podczas epidemii była śmiercią głodową. Królestwo znajdowało się w warunkach materialnych o wiele lepszych niż Galicja. Tam o 40 proc, żywności więcej przypadało na głowę ludności i warstwy najniższe posiadały zapewnioną pracę oraz lepszy byt dzięki rozwojowi przemysłu i handlu. Nadmiernie duży, jak na galicyjskie stosunki, niedobór finansowy, na- stępnie tragiczny wprost niedobór życiowy był powodem groźnych następstw po- legających na inercji całego społeczeństwa, bezradności i anemii gospodarczej kraju. Obok niedoboru finansowego i życiowego wyrósł trzeci wielki niedobór, który należy określić mianem niedoboru społecznego. Kraj o słabo produktywnym rol- nictwie i przemyśle — jakim była Galicja — był pozbawiony owej koniecznej i nieodzownej bazy umysłowej tworzącej solidną podstawę do wytwarzania w kra- ju zdrowych środowisk zarówno naukowo-kulturalnych, jak i polityczno-społecz- nych, urabiających charaktery i poglądy obywateli oraz wpływających na rozwój całokształtu życia narodowego. Czynniki te stanowiły ów niedobór społeczny, które choć tylko po części istniały w Galicji, to wskutek braku odpowiedniej samodziel- ności i materialnego poparcia ze strony szerokiego ogółu nie mogły spełniać swych zadań zgodnie z istotnymi potrzebami całego społeczeństwa. 1 St. Szczepanowski, Nędza Galicji..., s. 178. 4 St. Szczepanowski, Nędza Galicji..., s. 48. * J. Słomka, Pamiętnik. Włościanina, Kraków 1912, s. 68—69. * St. Szczepanowski, Nędza Galicji, s. 57.
Autonomia, ograniczona przez swe oparcie o Austrię, nie spełniała nadziei ludności na podniesienie ogólnego poziomu życia. Trzy niedobory, jakie wymie- niliśmy, legły u podstaw katastrofy ekonomicznej i politycznej Galicji. Trzeba było na gwałt mobilizacji środków duchowych i moralnych, by najpierw kierownikom polityki krajowej wytknąć grozę sytuacji i wreszcie pobudzić całą ludność do dzia- łania i ratunku kraju chylącego się do całkowitej ruiny gospodarczej. Szczepa- nowski apelował do społeczeństwa na konieczność podjęcia „rzeczywiście realnej polityki, polityki rzeczywiście liczącej się z faktami” 7. „Tylko czynami można się obronić”8. I do czynów, pracy i oszczędności na- woływał autor Nędzy Galicji. Bo to było jedyne skuteczne lekarstwo na chorobę i niedomagania kraju. Innego nie było. Wypowiedział walkę pięknoduchom, pijań- stwu i próżnującym nierobom, którzy w czasie, gdy cały zabór austriacki dogorywał w biedzie i tonął w niedostatku, wielu szlacheckich i arystokratycznych snobów traciło swe zapasy majątkowe, a nawet całe fortuny i dobra w miejscach świato- wych uciech i zabaw. Monaco było owym miejscem, do którego podówczas zjeż- dżali potentaci pieniądza z Niemiec, Francji, Anglii i zamożnego Wiednia. Były to kraje przemysłowe i bogate i ich burżuazyjne sfery mogły nie liczyć się z pie- niędzmi, ale kiedy galicyjski szlachcic i ziemianin chciał im w tym dorównywać i trwonił tam ewentualny posiadany kapitał tak potrzebny i konieczny dla kraju, to zasługiwało to na surową krytykę, na pogardę i potępienie. I w te kosmopo- lityczne grupy krajowe, przeżarte miazmatami społecznego zepsucia uderzał Szcze- panowski: „Policzmy się, skupmy szeregi. Niechaj pozostaną publicznie osamotnieni wobec całego narodu ci, co wyprzedali i dzieci i ziemię, by tylko hulać w szalonej ochocie, by tylko mogło skakać nasze plemię, kąpać się długo w winie i zlocie. Bez serca, bez mózgu, lekko skakać przecie i nie czuć głazu, co karki nam gnie- cie” 9. Galicja potrafiła w zadziwiająco piękny sposób urządzać „festyny, fajerwerki retoryczne i inne”. Lecz poza bajkową, lśniącą i skrzącą od świateł fasadą nie było istotnych, a tak bardzo potrzebnych Galicji wartości wewnętrznych. „Precz z dekoracjami, precz ze złudzeniami, powróćmy do prawdy i do pra- cy nad nami samymi, a w zadziwiająco krótkim czasie stworzymy rzeczywistość o wiele jeszcze potężniejszą od teraźniejszych dekoracji” 10 — mówił Szczepanowski. Na tle Nędzy Galicji więc rozgrywała się batalia w Sejmie Krajowym we Lwowie o przeprowadzenie ustawy konwersyjnej; była ona niejako dzwonem alarmowym, ułatwiającym Szczepanowskiemu i jego towa- rzyszom toczyć spory i dyskusje z przeciwnikami wprowadzenia jakichkolwiek zmian w finansowym układzie stosunków krajowych. Nędza Galicji zaraz po ukazaniu się pierwszego jej wydania we Lwowie w r. 1888 stała się przedmiotem dużego zainteresowania ze strony społeczeństwa galicyjskiego11 i wywarła na wszystkich mieszkańcach Polski przygnębiające i wstrząsające wrażenie12. Szczepanowski sam rozsyłał egzemplarze tej książki s. 144. s. 144. s. 154. s. 180. 7 Tamże, 8 Tamże, 9 Tamże, 10 Tamże, 11 Rkps. 13446, III, Oss. 12 A. Mo lic k i, Odpowiedź Panu Szczepanowskiemu na Jego „Nędzę Galicji’', Kra- ków 1890, s. 3.
członkom Sejmu galicyjskiego i Koła Polskiego w Radzie Państwa, politykom i waż- nym osobistościom w Galicji13. „Rozgłos, jaki zaraz po zjawieniu się uzyskało to dzieło, podjęcie go przez całą chyba naszą prasę jako straszne memento”14 15 — mówił jeden z przedstawi- cieli obozu stańczyków — dr Molicki Antoni, przeciwnik polityczny Stanisława Szczepanowskiego. Ukazała się inna poważna publikacja polemiczna w Warszawie dr. Tadeusza Piłata: Uwagi nad książką Stanisława Szczepanowskiego Nędza Ga- licji, gdzie na wstępie autor relacjonuje, iż większość czasopism i dzienników pol- skich bez różnicy na przekonania polityczne umieszczała artykuły, a nawet całe fiagmenty z książki, uznając słuszność autora Nędzy... w jego wystąpieniach na szerokim forum publicznym z problemami społeczno-gospodarczymi i politycznymi Galicji16. Wspomniany wyżej dr Molicki Antoni, autor broszury Odpowiedź Panu Szcze- panowskiemu na jego Nędzę Galicji, obok pochlebnych a zgodnych z rzeczywisto- ścią wzmianek o książce, poddał również surowej krytyce tzw. trzy niedobory znajdujące się w książce Szczepanowskiego: finansowy, życiowy i społeczny. Molicki postawił zarzut natury zasadniczej, iż nie w ten sposób należało obli- czać zyski i straty i dochodzić w konkluzji do stwierdzeń o niedoborze finanso- wym. „Niedoborem finansowym, czyli stratą jest, według zasad rachunkowości ścisłej, zwyżka rozchodów nad dochodami, oczywiście wszelkich rozchodów danego gos- podarstwa nad wszelkimi jej dochodami” 16. Ze względów formalnych i kryteriów ściśle buchalteryjnych Molicki niewąt- pliwie miał rację. Szczepanowski natomiast, odbiegając od zasad formalistyki w przeprowadzaniu dowodów słuszności swoich tez, brał szczególnie pod uwagę stan faktyczny i rzeczywistość istniejącą w gospodarce krajowej. Motywuje w swej książce: „(...) Jest więc corocznie niedobór 10 milionów do pokrycia i pokrywamy go corocznie w jedyny sposób dla nas możliwy, to jest nie z dochodu, ale z kapi- tału, i to z jedynego kapitału u nas się znajdującego: ziemi. Corocznym następ- stwem deficytu w gospodarstwie krajowym jest wydziedziczanie się z ziemi, lub też przeniesienie w obce ręce tego symbolu ziemi, to jest naszych listów zastawnych” 17. Szczepanowski dowodzi w swej rozprawie, że w kraju, w którym nie ma przemysłu i należycie rozwiniętego handlu, gdzie jest zacofane i nędzne rolnictwo, nie ma też i kapitałów; jest z tego powodu wielki niedobór finansowy, bo kraj i społeczeństwo nie ma na czym zarabiać i gromadzić zasobów stanowiących o sile i znaczeniu kraju. Brak kapitałów na inwestycje przemysłowe i ruina gospodarcza to był stan faktyczny, wskutek czego Szczepanowski bił na alarm. Owego fatalnego stanu finansowego Galicji Molicki nie zdołał podważyć. Innym krytykom18 rów- nież nie udało się zakwestionować tego stanu rzeczy, gdyż jak się dało zauważyć, rzeczywistość galicyjska była wymowniejsza od wszelkiej ekwilibrystyki cyfrowej >’ Por. H. Wereszycki, j.w., s. 171. 14 A. Molicki, j.w. 15 T. Piłat, Uwagi nad książką Stanisława Szczepanowskiego „Nędza Galicji’’, War- szawa 1888, S. 1. 16 A. Molicki, j.w., s. 10. 17 St. Szczepanowski, j.w., s. 54. 18 T. Piłat, j.w., s. 27.
i prawidłowych przesłanek buchalteryjnych ścisłości. A zatem problem finansowy — braku gotówki, głośny w całej ówczesnej Galicji, istniał. Piłat w swej pracy19 i Molicki20 zaprzeczają, jakoby w Galicji miało umie- rać wskutek głodu rocznie około 50 tys. osób. Obliczenia przeprowadzone przez Szczepanowskiego uważają za fałszywe i przeprowadzone w sposób budzący wąt- pliwości. Przeszłość Galicji i jej historia dowiodły istnienia w tej dzielnicy przy- słowiowej nędzy i głodu straszliwego w niektórych okolicach, co stawało się posie- wem dużej śmiertelności21. Autorzy powyższych prac krytycznych wyrazili również swój negatywny sto- sunek do trzeciego niedoboru, jakim był niedobór społeczny22. I tu, podobnie jak w dwóch poprzednich niedoborach, przedstawiono niewłaściwość podejścia Szczepa- nowskiego do problematyki społecznej23 24 25. W „Przeglądzie Polskim” — miesięczniku stańczyków, ukazał się artykuł Józefa Kleczyńskiego zatytułowany „Stan ekonomiczny Galicji” omawiający Nędzę Galicji Szczepanowskiego, gdzie autor artykułu potwierdza prawdziwość istnienia wspom- nianych problemów i zagadnień galicyjskich, nadmienia jednak o mniej lub więcej przesadzonym naświetleniu. W ogólnej jednak opinii autora tego artykułu Szcze- panowski zasłużył na pełne uznanie za szczere podejście do sytuacji ekonomicznej i społecznej Galicji. „Szczepanowski — zupełnie słusznie — winę położenia upatruje w samym spo- łeczeństwie, w jego bezczynności, lenistwie ducha i książkę całą przenika głę- boka prawda, że społeczeństwo bez pracy podnieść się nie może. Upadek eko- nomiczny stoi u autora współrzędnie z niskim stanem umysłowego i społecznego życia” u. Z kolei spójrzmy, jaki głos w sprawie Nędzy Galicji zajęła „Nowa Reforma” — dziennik demokratyczny. W swych licznych i obszernych artykułach dziennik ten szczegółowo i rzeczowo omówił treść całej książki. „Wyszukał wszystkie rany naszego kraju, każdej się dotknął, każdej dochodził, skąd się wzięła, każdą zmierzył i naturę jej zbadał. Toteż dawno już nikt kra- jowi tylu gorzkich prawd nie wypowiedział, tylu nie rozproszył złudzeń”28. Są to słowa o Stanisławie Szczepanowskim zawarte w artykule „Nowej Re- formy” pt. „Gorzka prawda”, otwierającym równocześnie pod tymże tytułem cykl artykułów o Nędzy Galicji i jej autorze. W zakończeniu zaś cyklu, w którym 19 Tamże. 10 A. Molicki, j.w., s. 34—43. 21 St. Szczepanowski, j.w., s. 142: „Niedobór życiowy, który sprawia, że z po- wodu nędznego i niewystarczającego pożywienia ginie corocznie śmiercią głodową koło 50 000 ludzi i że nawet u reszty ludności rasa coraz bardziej nędznieje, karłowacieje i coraz staje się mniej zdolna czy to do służby żołnierskiej, czy to do pracy energicznej”. Dalej tamże na str. 22: „Każdy Galicjanin pracuje za ćwierć, a je za pół człowieka — stwierdził Szcze- panowski. Niedostateczne i marne pożywienie, więc i wyniki w pracy nie mogły być do- stateczne. „Galicjanin kiepsko pracuje, bo się nędznie żywi, a nie może się żywić lepiej, bo za mało pracuje. Jest to zaklęte koło, z którego trzeba szukać wyjścia”; por. także: H. Wereszycki, j.w., s. 171, por. J. Bojko, Okruszyny z Gręboszowie (wspomnie- nia), Lwów 1911, s. 79—83, lw:I „Materiały źródłowe do historii polskiego ruchu ludowego”, Warszawa 1966, t. I, s. 19. 12 St. Szczepanowski, j.w., s. 43. 25 Tamże, s. 142. 24 „Przegląd Polski”, Kraków, maj 1888, s. 109—140. 25 „Nowa Reforma”, Kraków, 14 II 1888, s. 1.
autorzy w pewnych wypadkach nie zgadzali się z opinią Szczepanowskiego (3 III 1888), czytamy: „Książka p. Szczepanowskiego, którą z takim uznaniem kraj cały przyjął i która tak głębokie wywarła wrażenie, przygotowała — sądzimy — grunt do tego, żeby rozpocząć skoncentrowaną, energiczną, ofiarną, a umiejętnie kierowaną akcję. I to byłoby najpiękniejszym owocem gorzkiej prawdy, jaką autor krajowi z taką miłością a z taką wiarą w regeneracyjne siły „naszego społeczeństwa wypo- wiedział” * 25 26. Wydaje nam się, że zarzuty w rodzaju Piłata i Molickiego nie są uzasadnione, bowiem Szczepanowski we wstępie do swej książki mówi: „... nie robię pretensji do oryginalności”27 i „... o nędzy ludu przekonały mnie wielomiesięczne wędrówki po kraju” 28. Następnie co dotyczy liczbowych zestawień dotyczących pro- dukcji, bilansu lub niedoborów, to Szczepanowski nie podkreślał ich absolutnej pewności czy precyzyjności. Statystyki w tym czasie były niepełne i niedokładne, a bardzo często wszelkie zestawienia gospodarcze opierały się na mniej lub więcej prawdopodobnych szacunkowych danych. Tak więc w obliczeniach i tabelach mogły się zdarzyć pewne pomyłki, które niestety nie likwidowały problemów, o których jest mowa w książce Szczepanowskiego. Mówił on, iż podnosi owe sprawy „w celu wywołania dyskusji nad najważniejszą, nad jedyną kwestią, która nas powinna zajmować — nad rozwojem całego gospodarstwa krajowego” 29, zdając sobie przy tym sprawę, iż w ogniu dyskusji i ogólnego zainteresowania zagadnieniami krajowymi uda się wypracować konieczne metody i znajdzie się środki w kierunku odpowiedniego działania w celu usuwania i likwidowania nę- dzy i ubóstwa, ciemnoty i zacofania, i to zarówno na polu gospodarczym i polity- czno-społecznym, jak również w życiu moralnym i duchowym całej ówczesnej Ga- licji 30. O realizację z takim przejęciem poruszanych problemów Szczepanowski pro- wadził pionierską walkę na polu rozwoju przemysłu polskiego w Galicji, na tere- nie Rady Państwa w Wiedniu, w Sejmie Krajowym we Lwowie, w organizacjach i stowarzyszeniach publicznych, walczył słowem i piórem w imię szczytnych ideałów państwowo-twórczych. « Tamże, 3 III 1888, s. 1. *’ St. Szczepanowski, j.w., s. 14. 25 Tamże, s.28. 26 Tamże, s. 19. ” Por. F. Bujak, wyb. pisma, w oprać. H. Madurowicz-ur bańskiej, O no- wy kształt historii, Warszawa 1976, t. I, s.138—9.
Stanisław Franciszek Gajerski MARCELI KOSMAN, „NAUCZANIE HISTORII W KLASIE VI”. PRZEWODNIK PRZEDMIOTOWO-METODYCZNY, WARSZAWA 1976, ss. 156 M. Kosman, autor obowiązującego obecnie podręcznika historii w klasie VI \ mając na uwadze potrzeby nauczycieli tego przedmiotu, przygotował przewodnik, w którym ukazał węzłowe problemy tyczące materiału programowego i przedstawił możliwości jego realizacji. Całość rozważań nad podniesioną problematyką po- dzielona została na dwie części, z których pierwsza określona została jako teore- tyczno-indywidualna, a druga praktyczno-refleksyjna (s. 4). Część pierwsza zawiera takowe rozdziały: I. Charakterystyka nowszych badań nad epoką 1370—1795, II. Literatura popu- larnonaukowa oraz III. Literatura piękna, a druga zaś: IV. Uczeń i historia. V. Program — podręcznik — lekcja oraz VI. Nauczanie zespołowe i indywidualne. Jeśli chodzi o część pierwszą przewodnika, to daje się zauważyć, że Autor ma duże rozeznanie w poruszanej problematyce i właściwie zwraca uwagę na wę- złowe zagadnienia z historii powszechnej i Polski, które w trakcie realizacji mate- riału programowego należy podnieść i właściwie uwypuklić. Przewijają się tu ta- kowe zagadnienia jak unia Polski z Litwą, Reformacja, wojny XVII wieku, rządy Augusta II Sasa, Oświecenie itp. Omawiając je, M. Kosman powołuje się często na określone autorytety w dziedzinie historii. Dla przeciętnej jednak rzeszy na- uczycieli szkół podstawowych, nie śledzących na bieżąco publikacji z zakresu spe- cjalistycznych badań historycznych, same tylko nazwiska niewiele mówią1 2. Stąd bardziej przejrzyste i komunikatywne są te partie tekstu, w których nazwiska i dane bibliograficzne trafiły do przypisów. Pewne jednak problemy należało szerzej rozpracować i uwypuklić. I tak np. na- wiązując do materiału z klasy V, warto było nadmienić o małżeństwie Kazimierza (Wielkiego) z Aldoną, by z kolei na tym tle przystąpić do omówienia genezy przy- mierza polsko-litewskiego i umowy w Krewie. Podkreślenia domagał się też fakt, iż Jadwiga była królem, a nie królową, choć potocznie tak się o niej mówi. Nale- żało również wyjaśnić istotę unii Polski z Litwą za Jagiellonów i po roku 1569, oraz zwrócić uwagę na to, jak sprawa Litwy rozwiązana została w Ustawie Ma- jowej. 1 M. Kosman, Historia dla klasy VI, Warszawa 1975. * Autor na s. 28 tak np. pisze: „Zasygnalizowano potrzebę nowych badań nad początkiem epoki Odrodzenia (Ignacy Zarębski)”.
Należnego uwypuklenia domagała się też kwestia ustroju przedrozbiorowej Rzeczypospolitej, problem wolnej elekcji, oraz pozycja króla elekcyjnego. Są to klucze, które pozwalają na wyjaśnienie szeregu zagadnień, a wśród nich stano- wiska szlachty zajętego pod Ujściem w 1655 roku. A inne: wzrost znaczenia szlach- ty i jej przywileje, sytuacja prawna mieszczan i chłopów, problem gospodarki fol- warczno-pańszczyźnianej — należyte ich przerobienie ułatwia realizację materiału programowego w klasie VII. W części natomiast drugiej przewodnika wyraźnie odczuwa się, iż Autorowi nie jest bliżej znana praca nauczyciela szkoły podstawowej. M. Kosman, który uczył i kierował szkołą średnią (s. 129, 139), widzi pracę nauczyciela i ucznia w kla- sie VI przez pryzmat własnych doświadczeń, a zatem niewłaściwie, błędnie, zapo- minając o elementarnych zasadach wiedzy psychologicznej i konkretnej rzeczywi- stości. Nie uwzględnia więc wieku ucznia, stopnia jego przygotowania do przyswa- jania określonej wiedzy historycznej, co nie jest bez znaczenia, zapomina o tym, że w szkole podstawowej kładzie się dopiero fundamenty wiedzy historycznej, a za- tem muszą być one solidne, dokładnie zrobione, by „gmach”, który na nim wznoszą nauczyciele szkół średnich, był trwały i mocny. Nie można więc lekcji historii sprowadzać np. do dyskusji nad filmem historycznym, by zjawisk historycznych nie wypaczać, nie zniekształcać. Nad problemem wykorzystania audycji telewizyjnych i wyświetlania przeźroczy można odrębnie dyskutować, mając na uwadze fakt, iż każda jednostka lekcyjna musi być maksymalnie wykorzystana. A czasu na realizację materiału programo- wego nie ma aż tak wiele jak wyliczył to Autor na s. 131. Nie mogę więc zgodzić się z tym, by w ciągu jednej jednostki lekcyjnej powtórzyć i utrwalić materiał z określonego działu programowego. Temat powtórzeniowy musi koncentrować się wokół jakiegoś problemu. Trzeba więc go przed uczniami jasno postawić i ustalić konkretne zagadnienia problemowe, jakie mają być podstawą do jego omówienia. Lekcje powtórzeniowe nie mogą więc być przypadkowe, po to tylko, by „od- pytać” uczniów, ale winny być dobrze przygotowane, aby uczniowie na podstawie konkretnych treści zrozumieli właściwie proces historyczny, ów łańcuch dziejów. W przewodniku nie podniesiono też problemu wdrażania uczniów do korzystania z mapy historycznej: czytania jej, ilustrowania nią pewnych stwierdzeń występu- jących w wykładzie nauczyciela, źródle czy podręczniku szkolnym, oraz trakto- wania jej jako źródła określonej wiedzy historycznej. Należało również zwrócić uwagę na sprawę kształcenia myślenia historycznego u uczniów, ukazywania im przyczyn i skutków zjawisk historycznych, a w ogóle we właściwym świetle należało postawić zagadnienie nauczania problemowego. W tej sprawie Autor nie ma wyrobionego zdania, bo raz pisze o nauczaniu problemowym, a już w następnych zdaniach (s. 142, 143, 144) mówi o metodzie problemowej. Jest to zasadnicze nieporozumienie, które wśród nauczycieli wywołuje sporo sprzecz- ności i w błędnym świetle stawia istotę nauczania problemowego. Najwyższa już pora, by twierdzić, iż nie ma metody problemowej, a nauczania problemowego nie można zaś traktować jako czegoś od „święta”, od przypadku do przypadku, jak sugeruje to M. Kośman, gdyż wówczas nie osiągnie się właści- wych efektów w realizacji materiału programowego. W przewodniku należało też pokazać możliwości i metody wykorzystania problematyki regionalnej i lokalnej na lekcjach historii. Dziwne natomiast jest jeszcze i to, iż nie przypomniano publikacji Stanisława Nowaczyka 3 i nie wymieniono zbiorowego wydania doświadczeń nauczycieli uczą- 4 S. Nowaczyk, Jak uczę historii w szkole podstawowej. Sprawozdania, uwagi i ma- teriały, wyd. IV, Warszawa 1962.
cych historii w szkołach podstawowych4, które godne są tym szczególniejszej uwagi, ponieważ wypracowane zostały w trudnych warunkach, z dala od większych ośrod- ków miejskich. Autor przewodnika nie dostrzegł również potrzeby wykorzystania „Pocztu książąt i królów polskich” przy kształtowaniu i utrwalaniu elementów chronologii. Generalnie rzecz biorąc, należy stwierdzić, że przewodnik nie został właściwie przygotowany, a co za tym idzie, jego przydatność w praktyce szkolnej przecięt- nego nauczyciela jest minimalna. Stąd, w moim odczuciu, pozycję tę traktować można jedynie jako warsztatową, umożliwiającą przeprowadzenie szerszej dyskusji nad wypracowaniem modelu tego typu pomocy dla nauczycieli. Wydaje mi się, iż przewodnik byłby bardziej przejrzysty, gdyby poruszoną w nim problematykę skoncentrowano w czterech rozdziałach: I. Stan badań, II, Wę- złowe problemy historyczne, III. Realizacja materiału programowego oraz IV. Po- moce naukowe. W recenzowanej pozycji należy poprawić (s. 98) wiek XVIII na XIII, a imię Jan (Zamojski) na Andrzej (s. 115). Problem pisowni tego nazwiska wymaga odręb- nego potraktowania. M. Kosman napisał „Zamoyskiego”. Zgodnie jednak z zasadami pisowni5 należało napisać przez „j”. Pisownię słowa „Reformacja” należało ujedno- licić — na s. 88 napisane dużą literą, a na 28 i 100 małą. Toż samo, jeś'i chodzi o nazwę obrazu matejkowskiego „Hołd pruski” — na s. 125 poprawnie, a na nastę- pnej błędnie. Czym się natomiast kierował Autor, pisząc (s. 115) „na Rynku Kra- kowskim” dużą literą, trudno dociec. Na marginesie tych uwag wyłania się dość istotny problem: należy jednolicie wdrażać zasady pisowni w programie, podręczniku i przewodniku, by nauczycie- lowi nie utrudniać pracy. Wystarczy jednaK je przejrzeć, by dojść do wniosku, że i ten postulat nie został przez M. Kosmana uwzględniony. * O lepsze wyniki w pracy nauczyciela historii. Zbiór odczytów pedagogicznych pod red. Krystyny Kuligowskiej, Warszawa 1968. 5 Patrz. Słownik ortograficzny języka polskiego wraz z zasadami pisowni i interpunkcji, Red. nauk. Mieczysław Szymczak, Warszawa 1975, s. 129, podrozdział 135; „Pisownia nazwisk osób żyjących przed wiekiem XIX”.
Krasiczyn. Trzy Gracje w parku zamkowym Fot. J. Janiszewski
Stefan Jerzy Buksiński ANDRZEJ MAKSYMILIAN FREDRO PRZYPOMNIANY i Ziemia przemyska, na trwałe przywrócona Polsce dopiero w XIV w. przez Ka- zimierza Wielkiego i królową Jadwigę, bardzo szybko przekształciła się w ojczyznę wybitnych talentów literackich. W XVI w. dokonało się to głównie za sprawą Stanisława Orzechowskiego (1513 1566), którego wkład do kultury polskiej ukazał niegdyś Ludwik Kubalai 2, a ostatnio Jerzy Starnawski3. Tradycję tę kontynuowali w pierwszej połowie następnego stulecia Jan Szczęsny Herburt (1567—1616) oraz Paweł Piasecki (1579—1649). Piasecki zresztą z ziemią przemyską związany był tylko ostatnim pięcioleciem swojego życia jako biskup przemyski. Wtedy to wydał u Cezarego w Krakowie swe główne dzieło Chronica gestorum in Europa singula- riwn (1646), którego przekład polski, jako Kronika Pawła Piaseckiego, ukazał się tamże dopiero w 1870 r. Orzechowski, Herburt i Piasecki swoją twórczością i działalnością budzili u współczesnych spore kontrowersje4. Za to dość powszechnym uznaniem cieszył się u współczesnych Andrzej Maksymilian Fredro, uchodzący słusznie za najwybitniejszego przedstawiciela zie- mi przemyskiej w galerii polskich pisarzy barokowych. W momencie zgonu Pia- seckiego liczył on ok. 29 lat. rozpoczynał swą karierę polityczną i przygotowywał się do debiutu literackiego. W przeciwieństwie do biskupa, z ziemią przemyską był związany całym życiem (ok. 1620—1679). Tu urodził się, tu dorobił się 9 wio- sek, tu zmarł 15 czerwca 1679 roku 5. Omawiana książka Rynducha nie wnosi nic nowego do znanej dotąd i nie i Z. Ry nduch, Andrzej Maksymilian Fredro (portret literacki). Gdańsk 1980. Gdańskie Towarzystwo Naukowe. Wydział I Nauk Społecznych i Humanistycznych. Seria Monografii Nr 73. 2 L. Kubala, Stanisław Orzechowski i jego wpływ na rozwój i upadek Reformacji w Polsce. Lwów b. r. 5 J. Starnawski, Światowa sława Orzechowskiego lw;J Z dziejów kultury i litera- tury ziemi przemyskiej. Przemyśl 1969; S. Orzechowski, Wybór pism. Wrocław 1972. BN I 210. Wstęp J. Starnawskiego: J. Starnawski, Andrzej Frycz Modrzewski. Żywot, dzieło, sława. Łódź 1981. R. IV ,.Frycz” Orzechowskiego, a „Orzechowski” Frycza. 4 W. Czapliński, Biogram P. Piaseckiego IwJ Polski słownik biograficzny. T. XXV. Wrocław 1980, 787—789. •W. Czapliński, Biogram A. M. Fredry Iw:] Polski słownik biograficzny. T. VII. Kraków 1948—1958, s. 114—116; Biogram A. M. F. w: Filozofia i myśl społeczna XVII wieku. Cz. I, Warszawa 1981. Oprać. Z. Ogonowski, s. 298- -301.
obfitującej w szczegóły biografii Fredry. Chociaż rodowi jego zwyczajem baroko- wym dorobiono świetnych antenatów, w rzeczywistości wywodził się on z mało znanej szlachty mazowieckiej, która w czasach Jagiełłowych przesiedliła się na ziemię przemyską, a nazwisko swe wywodziła od imienia „Fryderyk”. Fredrowie nie zaliczali się do magnatów, których liczne rezydencje rozsiane były wokół Przemyśla. Ojciec pisarza zdołał dostąpić tylko godności stolnika przemyskiego. Pierwszym senatorem w rodzie został dopiero Andrzej Maksymilian, od 1654 r. kasztelan lwowski, a od 1676 r. wojewoda podolski. Kasztelanami lwowskimi byli też kolejno jego dwaj synowie — Jerzy Bogusław i Stanisław Józef. Andrzej Maksymilian Fredro zapisał się na trwałe w historii Polski jako polityk, myśli- ciel i pisarz. Zbigniew Rjnduch podjął próbę stworzenia tylko monografii literackiej. Na arenie politycznej Fredro dał się poznać przede wszystkim jako wytrawny parlamentarzysta. Szlachta województwa ruskiego wybierała go niemal permanen- tnie na swego posła w latach 1646—1661. O jego wystąpieniach sejmowych wcale dokładnie informuje nas jeden z najznakomitszych pamiętnikarzy polskich XVII w., kanclerz w. litewski — Stanisław Albrycht Radziwiłł, którego 3-tomowe dzieło w przekładzie polskim wydano dopiero ostatnio. I tak, pod datą 17 paździer- nika 1648 r. odnotował on następującą wypowiedź posła przemyskiego na sejmie zatrudnionym właśnie wybuchem powstania Chmielnickiego: „Tymczasem nadeszły wieści, że Kozacy buszują koło Brześcia Litew- skiego i zagraża mu niebezpieczeństwo. Wtedy szlachcic przemyski Fredro oznajmił, że chce powiedzieć, jak ongiś powiedział Grek do króla: „Zabij, lecz wysłuchaj”. Zwróciwszy zaś mowę do senatu przymawiał jego skąpstwu, bo ledwo dyszącej ojczyzny nie ratuje, a należy poświęcić wszystko dla publicznego zbawienia: „Ja dam przykład i przysięgą potwierdzam, innym dając sposobność, że cho- ciaż prawie wszystko postradałem, to jednak chcę sprzedać resztkę dóbr i wy- łożę na wsparcie Rzeczypospolitej” * 7. Nie wiemy, czy przyrzeczenie Fredry zostało dotrzymane, czy było tylko popi- sem sztuki oratorskiej według wzorów antycznych, której kunsztowi poświęcił potem swe ostatnie dzieło Vżr consilii. Nie brak opinii, że słowa Fredry często rozmijały się z jego praktyką. Wiadomo jednak, że w tych niespokojnych czasach doznawał utrapień od chłopów zbuntowanych w jego dobrach. Innych utrapień dostarczył mu pamiętny sejm 1652 r., którego marszałkiem był właśnie Fredro, a na którym poseł Siciński z podpuszczenia Janusza Radziwiłła po raz pierwszy zastosował liberum veto. Np. 29 lutego doszło do utarczki słownej między Fredrą a starostą grodzieńskim. Potem nieco zamieszania wprowadził ziomek marszałka, Marcin Madaleński, starosta przemyski. Zerwanie sejmu S. A. Radziwiłł zrelacjo- nował następująco: „Kiedy Siciński uciekł z Warszawy, a na posiedzeniu na wezwanie marszałka echo odpow idało, towarzyszyły temu żałosne słowa marszałka, który uskarżał się na nieszczęsne czasy, zmartwienia i wydatki, na tyle strat i na samego króla oraz nas wszystkich. Ja ganiłem tego najgorszego z ludzi, który zło- dziejskim sposobem wyjeżdżając wystawił Rzeczpospolitą na pośmiewisko'.’’” • K. Niesiecki, Herbarz polski. Lipsk 1839. T. IV, s. 49. 7 S. A. Radziwiłł, Pamiętnik o dziejach w Polsce. Warszawa 1980. ł rzcł. i por, A. Przyboś i R. Żelewski. T. III, s. 124—125. • JaK wyż., s. 343.
Z reakcji tej wynika, że ani marszałek, ani pamiętnikarz nie zdawali sobie w pełni sprawy z historycznej wagi opisanego zdarzenia9. Sam Fredro zresztą do końca życia będzie z uporem maniaka bronił samej zasady liberum veto. W pierwszych tomach swych pamiętników wzmiankuje Radziwiłł kilku innych Fredrów, a wśród nich Jakuba Maksymiliana Fredrę, regensa kancelarii większej i referendarza świeckiego koronnego. Być może to on patronował pierwszym kro- kom Andrzeja Maksymiliana na arenie politycznej. Ten, jak wiadomo, po odbyciu nauk w Akademii Krakowskiej był jakiś czas pokojowcem Władysława IV. Fredro próbował sił także na polu dyplomatycznym jako poseł królewski do Rakoczego. W okresie potopu szwedzkiego pozostał wierny Janowi Kazimierzowi, co przyszło mu tym łatwiej, że Szwedzi do tego zakątka Rzeczypospolitej nie zdążyli dotrzeć. Potem stanie na czele pospolitego ruszenia swojego województwa, przychodząc w sukurs Janowi Kazimierzowi. Żyjąc jednak w czasach, kiedy po- żoga wojenna rozlała się na długo na całą Rzeczpospolitą. Fredro żadnymi czy- nami rycerskimi się nie zapisał. Talentów mówcy i myśliciela oraz miłośnika ksiąg na pewno nie łączył z predylekcją do szabli i wojaczki Pozyskany przez kamarylę dworską dla elekcji vivente rege, od imprezy tej, jak wielu, odstąpił. Będąc w bliskich stosunkach z Jerzym Lubomirskim, aktyw- nego udziału w jego rokoszu przecież nie wziął. Potem pismami torował drogę do tronu Michałowi Korybutowi Wiśniowieckiemu, ale za jego panowania na arenie politycznej się nie wyróżniał. Mimo udziału w konfederacji gołębskiej, wymierzo- nej m.in. przeciwko- Sobieskiemu, za panowania Jana III dostąpił najwyższych splendorów. Został wojewodą podolskim i członkiem przybocznej rady królew- skiej. Andrzej Maksymilian Fredro, jako myśliciel i pisarz, odznaczył się wybitnie na wielu polach, a przede wszystkim w zakresie historiografii, pisarstwa politycz- nego, ekonomicznego, pedagogicznego, wojskowego i paremiografii. Ceniony przez współczesnych doczekał się też wielu cząstkowych opracowań specjalistycznych w czasach najnowszych. Za pisarza zapomnianego uchodzić więc nie może I tak, pedagogiczne poglądy Fredry analizował m.in. Barycz10, ekonomiczne Lipiński11, Fredrę paremiografa oceniał Krzyżanowski12. Jego miejsce w historii nauki polskiej najpełniej określone zostało w jej ostatniej monumentalnej synte- zie. Henryk Barycz uznał w niej Fredrę za pisarza politycznego paradoksalnego „o nieprzejrzystym sposobie myślenia”. Wysoko ocenił go za to jako myśliciela ekonomicznego „posiadającego wyczucie dokonywającej się rewolucji gospodarczej w Europie zachodniej”. Myśl pedagogiczna Fredry była także bliska nowym prą- dom w pedagogice europejskiej. Barycz stawia myśliciela spod Przemyśla w rzę- dzie najwybitniejszych umysłów, jakie wydała Polska w epoce baroku13. Julian Krzyżanowski z kolei chwalił piękną polszczyznę Fredry (choć ten pisał głównie po łacinie), stwierdzając przy tym: 9 Por. J. Szujski, Dzieje Polski. T. III, cz. I. Lwów 1864, s. 343; W. Czap- liński, Dwa sejmy iv roku 1652. Studium z dziejów rozkładu Rzeczypospolitej szlachec- kiej w XVII w. Wrocław 1952. 10 H. Barycz, Andrzej Maksymilian Fredro wobec zagadnień wychowawczych. Kra- ków 1948. 11 E. Lipiński, Elementy merkantylizmu w literaturze ekonomicznej XVII w. iwd Studia nad historią myśli ekonomicznej XVI i XVII w. Warszawa 1956. 12 J. Krzyżanowski, O najdawniejszych przysłowiach polskich. Problemy 1956 Nr 6. *’ Historia nauki polskiej. T. II. Wrocław 1970, str. 212 i in.; Por.: Filozofia i myśl społeczna XVII wieku. Cz. I, Warszawa 1981. Wstęp I. Ogonowskiego, s. 38—41,
„Kasztelan lwowski nie był bynajmniej tępym i ślepym Sarmatą, jak bowiem zestawienie jego poglądów polskich i łacińskich dowodzi, konserwatyzm jego był wyrazem pogodzenia się z warunkami, wśród których żyć mu przypadłe. Niepodobna dziś jeszcze rozstrzygnąć, czy taka postawa opierała się na scep- tycyzmie mtelektualisty, czy może kryły się za nią przeżycia głębsze, nie pozbawione tragicznego zabarwienia.14” Dodajmy do tego, że Fredro był nie tylko szanowany, ale i czytany przez współczesnych w kraju i za granicą. Dzieła jego znał i cenił jeden z najwięk- szych uczonych i filozofów europejskich XVII w. Gottfried Wilhelm Leibnitz, a Mcmita politico — moralni doczekały się w XVII i XVIII stuleciu aż 19 wydań łacińskich, dwu przekładów niemieckich oraz po jednym polskim i francuskim. li. Tiudno. zrozumieć, że przy takich ocenach i rozgłosie myśli i twórczości Fredry, pisarz ten do czasów Zbigniewa Rynducha nie doczekał się swego mo- nografisty. Gwoli prawdzie należy przy tym stwierdzić, że i omawiana książka Rynducha polną monografią wojewody podolskiego nie jest, co prz^znaje sam autor we wstępie, pisząc: „Wydaje się rzeczą dyskusyjną, czy wobec tak wielostronnych zainteresowań Fredry — literackich, poi'tycznych i społecznych, militarnych i ekonomicznych, mógłby tak pełnemu opracowaniu podołać jeden autor. Sądzę tylko, że moja praca jest jakoy na drodze do monografii.15” Z tym sądem autorskim wypada się zgodzić. Zbigniew Rynduch — jak można wnioskować — jest uczonym należącym do gdańskiego środowiska naukowego, który swoją książkę napisał z zachęty Janusza Pelca z Instytutu Badań Literackich PAM. Był do tego niejako upoważniony' z dwu ehoeby powodów. Po pierwsze, należy do nielicznego dziś w Polsce grona spe- cjalistów-filologów, zajmujących się literaturą polsko-lacińską, której Fredro jest jednym z głównych przedstawicieli w XVII w. Po drugie tenże Fredro drukował poważną część swych utworów w Gdańsku. Chociaż nie jest pewne, czy w tym mieście osobiście bywał. Część jego dorobku docierała do rąk czytelników z na- pisem na karcie tytułowej Dantisci. Sumptibus Georgii Foersteri S.M.R. Bibliopolae. Książka Rynducha liczy 226 stron, które poza wstępem oraz indeksem osób wypełnia 7 rozdziałów oraz „Próba syntezy”. W pierwszym rozdziale autor daje w poważnym skrócie zarys biografii Fredry oraz sądy o twórczości tego pisarza. W drugim rozdziale pisze o nim jako c autorze pism historycznych, w trzecim o 'Fredrze paremiografie, w czwartym jako o autorze Scriptorum (...) Fragmentu, w piątym jako o autorze militariów, w szóstym jako o autorze Vir consilii i w siódmym jako o autorze pism pedagogicznych. Rozdziały te oraz wspomniana próba syntezy miały zgodnie z zamiarem twórczym stworzyć portret literacki wo- jewody podolskiego. Odpowiedź na pytanie, czy Rynduchowi udaio się stworzyć portret Andrzeja Maksymiliana Fredry wiarygodny i wyrazisty, można dać po analizie części składowych jego dzieła. i* J Krzyżanowski, Historia szawa 1974, s. 279. literatury polskiej. Alegoryzin-preromantyzin. War 15 Z. K y 11 d uc 11. op i it„ S. 5.
A.M. FREDRO JAKO HISTORYK Jedynym w pełni his.toryiz.nym dziełem Fredry jest jego najwcześniejsza książka Gestorum Populi Polani sub Henrico Valesio, Pol&norum postea vero Gal- liae Rege, wydana w gdańskiej oficynie Foerstera w 1652 r. miała ona podobno być tylko częścią większe' całości obejmującej dzieje Polski od śmierci ostatniego Jagiellona do panowania Jana Kazimierza. Dalszych części autor jednak nigdy nie napisał. Dzieło to świadczy dobrze o eryducji historycznej młodego wówczas auto- ra, jak i o biegłości jego pióra. Fredro dla uwiarygodnienia swojej wiedzy włą- czył do tekstu swej narracji liczne dokumenty źródłowe lnie zawsze dobrane w oparciu o kryterium obiektywizmu. Jest bowiem pewne, że książka Fredry, traktująca O’ wydarzeniach z niedawnej przeszłości, miała swój wyraźny podtekst propagaindowo-polityczny, akcentowany już przez poprzedników Rynducha. Fredro w tym czasie był gorącym zwolennikiem tronu elekcyjnego, m.in. pod wpływem poglądów znanego myśliciela niderlandzkiego Justusa Lipsiusa. Przeciwny był przy tym wyborowi króla rodaka preferując kandydatów cudzoziemskich. Wyrażał jed- nocześnie pogląd zbliżamy do głośnego i demagogicznego sądu Orzechowskiego: .Polska zewsząd doskonała jest, tak iż jej nic przydać ani ująć nikt nie może". Rynduch nie przeprowadzi! dokładniejszych badań nad motywami propagowa- nia takich poglądów przez Fredrę i nie dokonał ąnałizj' sytuacji w Rzeczypospo- litej w momencie pisania i wydania Gestorum Popali. A przecież rok 1652 był rokiem narastania w Polsce opozycji wobec lansowanego już przez Manę Ludwikę projektu elekcji vivente rege. Animatorami tej opozycji byli m.in. podkanclerzy Radziejowski oraz Janusz Radziwiłł, których rola miała się w pełni ujawnić w 1655 r. Wydanie dzieła Fredry /uległo się w czasie z przedstawionym już ze- rwaniem sejmu przez Sicińskiego akceptowanym przez jego marszałka. Sjio.ro miejsca poświęca za to Rynduch związkom utworu historycznego Fredry, pod względem koncepcji i stylu,' z jego poprzednikami. Należeli do nich przede wszystkim Tacyt, Guiicciardiini i Lipsjusz. W doborze środków wyrazu miał Fredro odejść od tradycji cyceroniańskiej, której hołdował np. Orzechowski, i pójść śla- dami stylu Tacy towego. A.M. FREDRO JAKO PARF.M1OGRAF Jako pareimiograf dal się poznać Fredro w dwu utworach: Przysłowia mów potocznych, obyczajowych, radnych, wo/ennych, wydanych w Krakowie w 1658 r. oraz w zbiorze łacińskim Monita politico-moralia et Icon ingemiorum tłoczonych w Gdańsku w 1664 r. Przysłowia doczekały się 10 wydań (Kraków, Wilno, Wrocr ław, Sanok, Paryż), Montła — 23 (.Gdańsk, Frankfurt n.M., Wiedeń, Vesalia, łngol- stadt, Tyrnawa, Wilno, Warszawa). Obydwa dzieła napisał i wydał autor w burzli- wych czasach. Przysłowia ukazały się jeszcze w czasie trwania wojny z Karolem Gustawem w niedawno wyzwolonym Krakowie, Monitu w Gdańsku, w cztery lata po zawarciu pokoju ze Szwecją w pobliskiej Oliwie, a w trakcie trwania wojny z Moskwą. W pierwszym zbiorze są 944 a, w drugim 373 przysłowia. W obydwu obok problemów ogólnoludzkich znajdują się wyraźne nawiązania do stosunków polskich, występujących w mniejszym stopniu w przysłowiach łacińskich, przezna- czonych m.in. na użytek czytelników cudzoziemskich. Utwory łacińskie, według Rynducha, mają się odznaczać przy tym większą głębią. Tematycznie obydwa zbiory zawierają refleksje nad cnotami i grzechami życia publicznego. Odnoszą się one zarówno do spraw religijnych, jak i świeckich, spraw publicznych i życia prywatnego, przyjaźni, milczenia, gadulstwa, małżeństwa, obyczajów...
„Umysłowość Fredry cechuje się — zdaniem monografisty — praktycyzmem, trzeźwością i plastycznym widzeniem rzeczy” 16-. Nie wszystkie utwory zawarte w zbiorach są przysłowiami sensu stricto. Wie- le z nich zaliczyć można do aforyzmów moralistycznych, obok których występują dłuższe wywody o charakterze umoralniającym, oparte m.in. na motywach histo- rycznych zaczerpniętych z Tacyta, Thuana i Guiciardiniego. Wiele zawdzięcza Fredro sentencjom Seneki. Część przysłów narzuciła mu oczywiście polska rze- czywistość. Dokonując paraleli między przysłowiami Fredry a słynnymi maksymami współczesnego mu La Rochefouculda, nie wyklucza Rynduch wpływu pisarza pol- skiego na francuskiego. Wypowiedziom Francuza przypisuje przy tym cynizm w odsłanianiu natury ludzkiej, wynikający z bardziej pesymistycznego' poglądu na świat i człowieka. Styl przysłów Fredry określany jest mianem attycyzmu lipsjań- skiego. W dołączonym do Monitów ,,Ikonie” zaprezentował Fredro szereg charakte- rów złych, dobrych i obojętnych, nawiązując wraz ze współczesnym mu La Bruye- rem do antycznych wzorców Teofrasta. Od siebie dodajmy, że gatunek ten odświe- żyła w naszych czasach Zofia Nałkowska. SCRIPTORUM (...) FRAGMENTA Księgę Scriptorum sen togae et belli notatimium fragmentu.. Accesserunt peri- stromata regum symbolis erpressa (Fragmenty pism i notatek dotyczących pokoju i wojny. Dołączono kobierce królów wyrażone w symbolach) wydał Fredro w Gdań- sku u Foerstera w roku pokoju oliwskiego 1660. Jak zaznaczono to w tytule, składa się ona z dwu odrębnych utworów. Autor prezentuje w nich poglądy na różne kwestie z wyraźną przewagą kwestii politycznych. Dzieło to wydał Fredro w celu propagowania określonych poglądów na Rzeczpospolitą i jej ustrój w mo- mencie rozpoczęcia się nowej walki dworu z opozycją o kształt naszego państwa. Autor występował w nim jako ideolog sił konserwatywnych, a książkę swą przezna- czył zarówno dla Polaków, jak i cudzoziemców. Scriptorum zaczyna Fredro od wywodów na temat idealnego władcy chrześci- jańskiego, a w szczególności króla polskiego. Oczywiście, nie ma być to monarcha dziedziczny, lecz wybieralny. Dwór ma być dobrą szkołą dobrych obyczajów i męstwa. Sam władca powinien znać m.in. pisma Cezara, Liwiusza, Comminesa i Orzechowskiego, a także cechować go winny talenty dowódcy. Przy okazji Fredro podnosi zalety żołnierza polskiego. Potem zajmuje się Fredro Charakterystyką idealnego posła (legata), który ma m.in. strzec tajemnicy państwowej i na wzór Machiavelliego wobec obcych uda- wać, że chce, czego nie chce i że nie chce, czego chce. Dalej zajmuje się autor sposobami zapobiegania buntom i ich tłumienia. Cały rozdział poświęca argumen- tom w obronie liberum neto. Szczegółowo rozpatruje sprawy wykształcenia wojsko- wego, ora tor ski ego, etycznego i filozoficznego. Dalej rozważa cnoty potrzebne oby- watelom w czasie wojny i pokoju. Jeden z najważniejszych rozdziałów dzieła zatytuowany „Cautio Reipublicae, seu Durationis Omen”, w którym autor w postaci krótkich i pełnych zdecydowa- nia zdań formułuje warunki samego istnienia Rzeczypospolitej. Zdaniem Fredry 18 Z. Rynduch, op. cit. s. 63.
Polska dopóty będzie egzystować, dopóki zachowana w niej będzie m.in. wolna elekcja, liberum veto, sejmiki. Rozdział XIV jest pochwałą Rzeczypospolitej i jej obroną przed zarzutami obcych i mędrków. Zasługują na nią również polski strój i podgalane giowy. Za to szczególnie sympatyczny wydaje się rozdział następny, ostatni, czyli .jŁffibrorum legendorum ratio” (O konieczności czytania książek). Dołączone do Scriptorum „Peristromata regum” jest cyklem 20 utworów, skła- dających się z miedziorytowych symbolów z mottami, do których przydano odpo- wiednie komentarze łacińskie piozą. Rynduch bardzo wysoko ocenia tę prozę i uważa ten utwór Fredry za bardzo interesuiący na tle całej barokowej emble- matyki europejskiej (za J. Pelcem). MILITARIA Fredro, który podobno osobiście nie brał udziału w żadnej bitwie, stał się autorem kilku pism z dziedziny wojskowości. W 1660 r. pod pseudonimem Błażeja Lipowskiego wydał w Krakowie Piechotne ćwiczenia albo Wojenność piesza. W osiem lat później opublikował w Amsterdamie Militarium... libri duo. W książ- ce tej pisze kolejno o sile narodu, skarbie państwa, wszczęciu wojny, przemar- szach wojsk, obozach i ćwiczeniach, prowokowaniu wroga i Drzygotowamu bitwy, wybiegając tym samym poza tematykę wojskową sensu srricto. Zapowiadaną wcześniej II część Militariów wydano dopiero po śmierci autora w 1757 r. w Lip- sku, Traktuje ona o szyku i bitwie, o tym, co czynić po niej, o zdobywaniu i obronie miast, o wojnie morskiej i architekturze wojskowej. W 1575 r. w Słucku wydano jeszcze jedno pismo wojskowe Fredry Potrzebne consideratie około po- rządku wojennego i pospolitego ruszenia. VIR CONSILII Ostatnie swe dzieło, ukończone w 1676 r., opatrzył Fredro długim barokowym łacińskim tytułem Vir consilii Monitis Ethicorum nec non Prudente apparatus ora- tionis Copia ad Ciuiliter deicendum instructus... (Mąż radny na zasadach filozofii moralnej oraz mądrości obywatelskiej w kształtnym mówieniu zaprawiony)... Książkę wydano po śmierci autora w 1730 r. Fredro p-i zywiązywał do tego dzieła bardzo* wielką wagę i posłał jeden z jego egzemplarzy Janowi III z listem dedy- kacyjnym. Ta najobszerniejsza z książek Fredry składa się z 9 rozdziałów i mówi kolejno o pochwale i naganie, cnotach, rodzajach pochwał, sprawach polityczno- -ekonomicznych i aspektach pochwały. Jest wzorowaną na retorykach antycznych teorią panegiryku, tj. gatunku literackiego szczególnie rozwiniętego w epoce ba- roku, do której dołączono szereg pism uznanych przez autora za wzorcowe. Współcześni ją cenili, potomni poddali ostrej krytyce. TEORIA I PRAKTYKA PEDAGOGICZNA A.M. FREDRY W rozdziale tym Rynduch opiera swoje wywody głównie na cytowanej już pracy Henryka Barycza Andrzej Maksymilian Fredro wobec problemów wycho- wawczych. Obydwaj autorzy odwołują się przy tym najczęściej ao instrukcji ła- cińskiej, którą kasztelan krakowski napisał w 1667 r. w związku z rozpoczęciem nauk swego starszego syna Jerzego Bogusława w Akademii Krakowskiej, a ściślej w Kolegium Nowodworskiego. Ideał wychowawczy Fredry najlepiej oddaje jego dewiza „Cziowiek rośnie dla cnoty i ojczyzny”. Cechuje go nadto harmonia wy-
kształcenia intelektualnego i moralnego. Na pierwszym miejscu wśród cnót sta- wia Fredro roztropność. W programie nauk synowskich przewidział m.in. języki nowożytne (francuski i niemiecki), historię (w tym lekturę dzieł m.in. Salustiusza, Tacyta, Orzechowskiego, Pastoriusa, Piaseckiego i własnych), geografię, politykę, militaria, retorykę, etykę. Program jednak zaczynać należy od studiowania filo- zofii Alberta Wielkiego, średniowiecznego scholastyka i adaptatora myśli Arysto- telesa. Nie zabrakło w nim również matematyki. Program ten uzupełnia instrukcja dotycząca dwuletniej peregrynacji zagranicznej, której towarzyszyć winny studia i lektura. Podróż należy zacząć od cesarskiego Wiednia z wypadami do Pragi i na Węgry. Dalsza trasa ma wieść do Włoch z uwzględnieniem m.in. Wenecji, Bolonii, Asyżu, Rzymu (tu dłuższy pobyt), Neapolu, Florencji, Pizy, Mediolanu i Genui. Następ- nym celem podróży i miejscem dłuższego pobytu ma być Paryż. Stąd droga po- wrotna winna wieść przez Belgię, Holandię, portowe miasta północnoniemieckie do Gdańska z możliwością odwiedzenia Kopenhagi, Sztokholmu i Rygi. iii. Dokonany przegląd rozdziałów książki Rynducha wskazuje, że starał się on z wielką sumiennością ogarnąć cały dorobek pisarski Andrzeja Maksymiliana Fredry. Przed nim nikt z badaczy tego nie dokonał. Rynduch omawia dość do- kładnie kompozycję każdego utworu i stara się odtworzyć możliwie wiernie tok myśli wojewody podolskiego. Pozornie wygląda to na zabieg pedantyczny, w rze- czywistości ma to głębokie uzasadnienie. Większość bowiem dzieł Fredry pisana jest po łacinie, a więc językiem, którego znajomość w Polsce ostatnich dziesię- cioleci ogromnie zmalała. Wszystkie niemal utwory wojewody podolskiego (i te niegdyś bardzo popularne) dla przeciętnego czytelnika polskiego są dziś niełatwo dostępne. Te względy zadecydowały też o tym, że i w tej recenzji znalazły się ich krótkie streszczenia. Autor omawia w związku z każdym dziełem zarówno jego treść, jak i formę. W moim przekonaniu zbyt mało miejsca poświęca ich genezie i zbyt luźno wiąże je z wydarzeniami politycznymi, stanowiącymi dla nich punkt wyjścia lub za- mierzony cel. Fredro był przecież wybitnym politykiem i ideologiem politycznym, doskonale obeznanym z oficjalnymi rozgrywkami swoich czasów. A były to czasy trudne i bujne, obfitujące w liczne zwroty i meandry polityczne, dla większości współczesnych nam Polaków niezrozumiałe. Rynducha filologa w jego książce nie wspiera dostatecznie Rynduch historyk. Sporo miejsca poświęca za to monografista analizie stylu utworów Fredry, zwłaszcza utworów łacińskich. I czyni to chyba ze sporym znawstwem i skrupu- latnością. Dzięki temu po przeczytaniu książki Rynducha uzyskujemy możność umiejscowienia Fredry pisarza polsko-łacińskiego wśród europejskich pisarzy nowołacińskich oraz uchwycenia jego związków ze starożytnością klasyczną. W ocenie poszczególnych utworów i zjawisk literackich Rynduch zwykle od- wołuje się do sądów swych poprzedników i w związku z tym obszernie przedsta- wia ich wywody. Jest to po części usprawiedliwione ogromną rozpiętością zain- teresowań Fredry i szerokim zakresem poruszanych przez niego tematów. Wśród cytowanych i przytaczanych uczonych za mało jest historii politycznej i kultu- ralnej epoki baroku. Zbyt często też sądem cudzym zastępuje monografista sąd własny. Ta chwalebna, a zarazem zbyt daleko posunięta ostrożność w ferowaniu własnych opinii nie przydaje jego książce znamion odkrywczości i oryginalności.
W zamierzeniu. Rynducha książka jego miała być portretem literackim Andrzeja Maksymiliana Fredry. Omówione rozdziały mogą tylko być przygoto- waniem do portretu. Może wyłoni się on z tej części monografii, która nosi tytuł „Próba syntezy”? Próba charakterystyki Fredry, jako pisarza, wypadła Rynduchowi nie najle- piej. Wojewoda podolski pozcstaje w niej postacią pozbawioną rysów wyrazistych. Jest więc człowiekiem zmiennym i niekonsekwentnym, konserwatystą i tradycjo- nalistą zarazem. Przed zarzutem prywaty sformułowanym przez Łozińskiego w jego Prawem i lewem17, Rynduch broni Fredrę banalnym twierdzeniem, że była to zasadnicza cecha jego epoki. W podobny sposób usiłuje osłabić oskarżenie wo- jewody podolskiego o uleganie sarmatyzmówi. Monografista podkreśla za to patrio- tyzm Fredry. Niesłusznie natomiast ujmuje nabożności twórcy Kalwarii Pasław- skiej 18. Trudno nie zgodzić się z Rynduchem co do tego, że Fredro- na tle epoki był postacią nieprzeciętną, trzeba nawet iść dalej i uznać go za umysł wszech- stronny i wybitny. Szkoda tylko, że nie wiemy, jak się on uformował. Brak nam bowńem dokładniejszych danych o studiach, lekturach, księgozbiorze i koneksjach kulturalnych oraz peregrynacjach autora Monitów 19. Nieprzekonywująco wypadła także dokonana przez Rynducha paralela między Fredrą z jednej a Kochowskim i Stanisławem Herakliuszem Lubomirskim z drugiej strony. Efekt wywyższenia wojewody podolskiego osiągnął bowiem monografista przez nieuzasadnione obniżenie walorów jego współzawodników. W wywodach o Fredrze styliście Rynduch powtórzył i tylko nieco rozwinął wcześniej prezentowaną tezę o attycyzmie lipsjańskim autora Monitów. W wyniku „Próby syntezy” jawi nam się postać Andrzeja Maksymiliana Fredry anemiczna i o zatartych rysach. Ze względu na wiele niewiadomych i wątpliwości dotyczących biografii, roli politycznej, związków kulturalnych oraz oceny głoszonych przez niego poglądów pisarz ten jest niewątpliwie trudnym obiektem do portretowania. Ale też i sam portret literacki tak skomplikowanej indywidualności wymaga pióra mistrza. Na mistrza i portret Andrzeja Maksy- miliana Fredry, godny wielkiej galerii portretów sarmackich, wypada jeszcze za- czekać. Podniesione zastrzeżenia nie negują wcześniej określonych walorów pracy Zbigniewa Rynducha, która odświeżyła nowym pokoleniom Polaków twórczość wybitnego' twórcy barokowego i wskazała na pilną potrzebę dalszych badań nad jego postacią i jego dziełem. Minęły bowiem na szczęście już czasy, kiedy to, co barokowe, miało wydźwięk pejoratywny. Penetracja baroku jest dziś jednym z twórczych zadań społecznych na drodze odkrywania źródeł naszej tożsamości narodowej20. 17 W. Łoziński, Prawem i lewem. Kraków 1960. T. II, s. 191 i 192. 18 J. S. B y s t r o ń, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce. Wiek XVI—XVIII. Warszawa 1960, s. 310. 18 O możliwości ustalenia w.w. danych w odniesieniu do wybitnych postaci XVII-wiecz- nych jest ostatnio opublikowana książka Mieczysława Gębaro wieża, Jan Andrzej Próchnicki (1553—16.33). Mecenas i bibliofil. Szkic z dziejów kultury w epoce kontrreforma- cji (Kraków 1981), poświęcony dostojnikowi również z ziemi przemyskiej rodem. 20 Por.: Polska XVII wieku. Państwo—społeczeństwo—kultura. Pod red. J. Tazbira. War- szawa 1969; Tradycje szlacheckie w kulturze polskiej. Red. Z. Stefanowska. Warszawa 1976; S. Zabłocki, Paradoksy sarmatyzmu lw:J Od Prerenesansu do Oświecenia. Warszawa 1976.
Przemyśl. Park zamkowy w zimowej szacie Fot. J. Janiszewski
III. SYLWETKI PRZEMYSKIE Julian Olszak FRANCISZEK PERSOWSKI (23 VIII 1895 — 30 XI 1980) Ryc. 1. Franciszek Persowski, Ryc. 2. Autoportret Franciszka Persowskiego, namalowany w 1967 r. Nie tylko w ruchu umysłowym i kulturalnym Przemyśla odgrywał doc. dr hab. Franciszek Persowski rolę wy- jątkową. Otóż zajmowało go zawsze naprawdę żywo i pilnie życie jego miasta, rozwój i wszystkie jego spra- wy, czemu wielekroć dawał wyraz, zwłaszcza jako radny miejski, a także na rozlicznych posiedzeniach i sesjach naukowych. Nade wszystko wszelako zrosło się jego życie, i to na przeciąg z górą półwiecza — z dziejami prze-
myskiego Towarzystwa Przyjaciół Na- uk, zarówno na trwałe, jak twórczo niezwykle owocnie, jako jego wielo- letniego prezesa, żarliwego działacza i uczonego, co z równym zaangażowa- niem działał również jako prezes w Oddziale przemyskim Polskiego To- warzystwa Historycznego, przy któ- rym stworzył Stację Naukową, od lat funkcjonującą jako odrębna placówka naukowa. Wysoki autorytet naukowy i mo- ralny prezesa wyróżniał go aż nadto widocznie w przemyskim środowisku intelektualnym. Przyciągał niezwykłą ruchliwością społeczną, przykładem rzadkiej pracowitości, pasją badacza. Uprzejma życzliwość, takt i kultura zyskiwały mu należny szacunek. Był klasycznym przykładem nauczyciela szkoły średniej, co wybornie łączył obowiązki swego zawodu z zaintere- sowaniami naukowca, dochodząc ko- niec końców do godności rektora i na- uczyciela akademickiego. Zasługi docenta F. Persowskiego dla Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Przemyślu, rezultat pracy nie tylko je- go dwudziestoletniej prezesury (1957— 1977), są zarazem wielorakie, wcale znaczne i niewątpliwe. Zwłaszcza ob- fity plon przyniosła ta mądra siejba uczonego w dziedzinie edytorskiej, a mianowicie w postaci zarówno jego własnych prac i artykułów, jak mno- gich i cennych publikacji szacownego Towarzystwa. Edycję stałą Rocznika Przemyskiego, periodyku bezsprzecznie wziętego, wzbogacać będą tomiki no- wego wydawnictwa Biblioteka Prze- myska, której serię rozpoczynał w r. 1966 tom Przemyśl w starożytności i we wczesnym średniowieczu. Cieszyła prezesa zawsze bardzo dbałość redak- cji o poziom naukowy i poprawność językową wydawanych publikacji. Nie dziwi przeto, że miejsce poczesne prze- myskiemu Towarzystwu Przyjaciół Nauk wśród najpierwszych towa- rzystw regionalnych w kraju wyzna- czał w głównej mierze właśnie jego dorobek wydawniczy. Dwie zaś publikacje, to jest mono- grafia dwutomowa Tysiąc lat Przemy- śla, mająca w zamyśle autorów dać względnie pełną wiedzę o mieście oraz księga pamiątkowa 70 lat Towarzy- stwa Przyjaciół Nauk w Przemyślu, w której pomieścili swe artykuły co zna- mienitsi przedstawiciele humanistyki polskiej, są jego przedsięwzięciem wy- łącznym. Zakochany w Przemyślu, który nie był jego miastem rodzinnym, przeżył w nim niemal całe swe życie nauczy- ciela i uczonego. Nie opuścił go nawet wówczas, gdy został w roku 1963 pierwszym prorektorem Wyższej Szko- ły Pedagogicznej w Rzeszowie. Odtąd dzielić będzie czas między zajęcia na uczelni, jako jej organizator i wykła- dowca, a obowiązki potrójnego preze- sa towarzystw naukowych w Przemy- ślu. Miasto rodzinne, Brody (byłe woj. tarnopolskie), gdzie w roku 1914 ukoń- czył gimnazjum z językiem niemiec- kim, jawi się mu w pamiętniku pisa- nym u schyłku życia jako bliższa oj- czyzna. Tam wracał we wspomnie- niach po naukę i wzruszenie. Sięgnie później do tamtych doświadczeń i przeżyć, by je w pół wieku z okładem spożytkować w skreślonym obrazie ówczesnego społeczeństwa. Nie od razu podjął studia wyższe. Udaremniła je I wojna światowa, któ- rą przeżył na frontach: naprzód w Le- gionie Wschodnim, jako ochotnik dru- żyn sokolich, a następnie, po wcieleniu do wojska austriackiego, na froncie włoskim. Uzyskawszy po roku służby liniowej urlop (1918 r.) na studia, za- pisuje się na wydział przyrodniczy Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jednak- że zwyciężył na razie pociąg do ma- larstwa, aż nazbyt silny, by się mu oprzeć, czego zresztą dowodzą wielo- krotne powroty w ciągu życia do pędzla malarza nieprofesjonalisty. Głównie uprawiał pejzaż, i to zwłasz-
cza przemyski, a w czasie II wojny światowej także węgiersk1', choć ró- wnież próbował sił w portrecie (jego autoportret znajduje się w siedzibie TPN w Przemyślu). Rysunku uczył się u mistrzów młodopolskiego symbolizmu i secesji, prof. prof. Teodora Axento- wicza i Stanisława Dębickiego, w kra- kowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Malarstwo tedy było najwidoczniej tą szczególną potrzebą jego serca, która przemawiała najsilniej w dniach udrę- ki, a także w chwilach osobliwego na- stroju. Przeżycia z Węgier (obóz w Gyoer, skąd w r. 1917 wyruszył na front wło- ski), gdzie internowany po kampanii wrześniowej jako żołnierz w randze kapitana podzieli los jeńca polskiego, wypełnią też znaczną część wspomnia- nego już pamiętnika. Jest tam szczegół znamienny o mapce, którą autor wspomnień wykonał i powiesił w noc wigilijną 1943 r. na wierzchołku cho- inki obozowej. Oto z dumą opowiada, że owa mapka kreśliła nasze przyszłe- granice zachodnie, prawie identyczne z ustalonymi potem w Poczdamie. Znowu niebawem przyszło mu wdziać mundur żołnierski, by go do- piero po kampanii roku 1920 zamienić na studencki; mianowicie zdemobilizo- wany w r. 1921 zapisuje się tym ra- zem na wydział filozoficzny Uniwersy- tetu Jana Kazimierza we Lwowie, któ- ry kończy w r. 1925 tytułem doktora w zakresie historii na podstawie dy- sertacji Osady na prawie ruskim, pol- skim, wołoskim i niemieckim w ziemi lwowskiej, napisanej u prof. Franci- szka Bujaka. Naprzód w r. 1926 podjął pracę na- uczyciela gimnazjalnego w Buczaczu, następnie przez dwa lata pracował w gimnazjum w Łańcucie i wreszcie osiadł na stałe w Przemyślu. Z wy- rzutem, bywało, powtarzał, jak pierw- sze lata powojenne, gdy powrócił z obozu jenieckiego z Niemiec, wypeł- niały mu prawie wyłącznie obowiązki bądź nauczyciela, a potem dyrektora Liceum Ogólnokształcącego im. J. Sło- wackiego w Przemyślu, nauczyciela Studium Nauczycielskiego bądź wy- kłady na kursach i odczyty w licznych miejscowościach b. pow. przemyskie- go. Rzecz prosta, że na prace sensu stricto naukowo-badawcze nie zosta- wało wiele czasu. A wciąż coraz to nowe tematy czekały na opracowanie, zresztą nie tylko o tematyce ściśle historycznej, lecz często także z dzie- dziny teorii kultury, wychowania, jak choćby Z rozważań nad definicją po- jęcia kultura czy Historia i jej walory wychowawcze. Wpływ zaś niewątpliwy, częstokroć na pewno inspirujący, na warsztat uczonego miało jego członkostwo w zarządzie głównym Polskiego Towa- rzystwa Historycznego (przed II woj- ną światową był członkiem Komisji Historycznej Towarzystwa Naukowego we Lwowie), współpraca z wielu wy- dawnictwami i ośrodkami akademic- Kimi, a także udział w ogólnopolskich sesjach naukowych i zjazdach history- ków. Choć liczne zajęcia zawodowe i społeczne utrudniały poniekąd syste- matyczne badania naukowe, na owym warsztacie zawsze znajdowało się w trakcie opracowywania jakieś nowe zagadnienie. Wszelako dopiero rozprawa Studia nad pograniczem polsko-ruskim w X— XI wieku, przyjęta jako praca habili- tacyjna, utorowała drogę F. Persow- skiemu do kariery nauczyciela uniwer- syteckiego. W roku 1962 wydało Studia Ossolineum, a habilitacja przyniosła ich autorowi nominację na prorektora Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Rze- szowie. Ostatnie trzy lata siódmego dziesiątka jego życia wypełni przeto praca nad organizowaniem i kierowa- niem uczelnią, podówczas jeszcze filią WSP w Krakowie. Tylko dzięKi wro- dzonej odporności duchowej i fizycz- nej mógł względnie dobrze znosić uciążliwe dojazdy z Przemyśla do Rzeszowa i mniej częste do Krakowa na posiedzenia w macierzystej uczelni.
Trudowi rektora, jego zabiegom o pilny rozwój powierzonej mu nowej placówki akademickiej towarzyszył re- spekt studentów, którym imponował wiedzą i których zarazem przyciągał ujmującą powierzchownością. Także świetna znajomość języków zarówno klasycznych: greki i łaciny, jak i no- wożytnych: niemieckiego, którym wła- dał równie biegle jak polskim, francu- skiego, angielskiego, włoskiego, świad- czyła nie tylko o głębokim wykształ- ceniu humanistycznym. Niezawodnie i ułatwiała mu ona znacznie pracę ba- dawczą, i jeszcze bardziej podnosiła jego autorytet. Był rektor F. Persowski na równi humanistą umysłu i serca. A łącząc dostojeństwo urzędu nauczycielskiego z uczynną bezpośredniością, uosabiał chwalebny przykład człowieka niespo- żytej pracowitości, lecz nade wszystko we. pracy dla dobra społeczności, w której przyszło mu żyć i działać. W dorobku F. Persowskiego, bar- dziej znaczącym niż obfitym przewa- żają prace związane z dziejami Prze- myśla bądź ziemi przemyskiej. Jako historyk regionu liczy się on napraw- dę między znakomitszych nie tylko w swej ściślejszej ojczyźnie. Wkład to trwały do nauki polskiej, cenny, a w niejednym wypadku bywa to głos ważki, wręcz odkrywczy. Dzieląc zaw- sze swe siły między działalność wie- lostronną, wszędzie wszelako zdołał wnieść swój udział bynajmniej niepo- śledni. Dobrze się zasłużył regionowi przemyskiemu, zarazem przyczyniając się znacznie do rozwoju jego kultury i własną puścizną wzbogacając równie wydatnie jego piśmiennictwo nauko-
' BIBLIOGRAFIA FRANCISZKA PERSOWSKIEGO 1927 Osady na prawie ruskim, polskim, wołoskim, niemieckim w ziemi lwowskiej. Badania z dziejów społecznych i gospodarczych t. III, Lwów 1927. 1930 Piotr Wysocki, Józef Chłopicki. Jednodniówka w setną rocznicę powstania listopadowego, Przemyśl 1930. 1931 Księga sądowa wsi Markowa w pow. przeworskim. „Roczniki Dziejów Spo- łeczno-Gospodarczych” t. I, 1931. 1931 Osadnictwo w dorzeczu średniego biegu Sanu. Próba rekonstrukcji kraj- obrazu XV w. [w:] Studia poświęcone prof. F. Bujakowi, Lwów 1931. 1934 Rec. J. Falkowski, Narzędzia rolnicze typu rylcowego. „Roczniki Dzie- jów Społ. Gosp.” t. III, 1934. 1934 Rec. J. Obrębski, Rolnictwo ludowe wschodniej części Półwyspu Bał- kańskiego. „Roczniki Dziejów Społ. Gosp.” t. III, 1934. 1934 Rec. B. Walter, Das Waldhufendorf in Schlesien. „Roczniki Dziejów Społ. Gosp.” t. III, 1934. 1935 Przykład pracy zespołowej Kółek Krajoznawczych uczniów szkół średnich w Przemyślu. Mapa przemysłu i handlu. Sprawozdanie Dyr. I Gimn. w Prze- myślu za rok 1934, Przemyśl 1935. 1937 Teksty źródłowe do nauczania historii w szkołach średnich — Zycie szlachty w XVII w. w zachodnich połaciach woj. ruskiego. Regionalna Biblioteka Hi- storyczna dla Młodzieży nr I, 1937. 1938 Doświadczenia w nauczaniu historii w gimnazjum. „Przegląd Pedagogiczny” R. LVH, nr 1, 1938. 1950 Rec. The English Atlas, Vol. I containing a description of Poland. N. York 1943; „Roczniki Dziejów Społ. Gosp.” t. XII, 1950. 1956 Oddział PTH w Przemyślu 1928 do 1956. „Kwart. Hist.” 1956. 1957 Rola ośrodków prowincjonalnych w rozwoju kultury historycznej. „Kwart. Hist.” R. LXIV, nr 2, 1957. 1957 Regionalizm w praktyce szkolnej. Historia i N. O Konst. R. V, nr 6, 1957. 1957 Sprawa Polski w okresie I wojny światowej. Biuletyn W. Ośr. Dosk. Kadr Ośw. Rzeszów 1957. 1957 Zdzisław Gródecki. Biogram do P. St. Boigraf. 1958 Rec. Księga Pamiątkowa Gimn. w Sanoku 1888 do 1958. Małopolskie Studia Historyczne R. II, z. 2/3, 1959. 1958 Głos w dyskusji nad referatem A. Vetulaniego — wartość badawcza Ksiąg sądowych wiejskich, „Pamiętnik VIII Pow. Zj. Historyków Polskich” 1958, t. I, cz. 1, 1958. 1958 Lachowie, Lendizi, Lendzaninoi w nazewnictwie X w. „Rocznik Przemyski” t. IX, z. 1, Przemyśl 1958. 1959 Jerzy Horwat. Biogram do Pol. Sł. Biogr.
1959 Rec. A. Przyboś, Akta Radzieckie Rzeszowskie 1591—1634. „Studia Źród- łoznawcze — Commentationes IV, 1959. 1959 Rec. B. Kumor, Granice polilt. geogr. diecezji tarnowskiej. Lublin 1958; „Kwart. Hist.”, 1959, z. 3. 1960 Rec. J. Orlewski, Spisek w aptece. „Kwart. Hist.” 1960, z. 3. 1960 Jeleń Paweł. Biogram do Pol. Sł. Biogr. 1960 Jeleń Zygmunt. Biogram do Pol. Sł. Biogr. 1962 Studia nad pograniczem polsko-ruskim w X—XI w., Wrocław 1962. 1963 Jeleń Jan. Biogram do Słownika Pracowników Książki Polskiej. 1964 Uwagi o metodach i zakresie badań osadniczych. „Kwart. Hist. Kult. Mat." R. XII, nr 2, 1964. 1964 Badania nad osadnictwem w problematyce historii gospodarczej. „Roczniki Dziejów Społ. Gosp.” t. XXVI, Poznań 1964. 1965 Formowanie się społeczności i terytorium miasta Przemyśla od XI—XIV w. Sprawozdania z posiedzeń TPN, Przemyśl 1965. 1965 Niektóre zagadnienia stosunków polsko-ruskich w X—XIV w. „Rocznik Na- ukowo-Dydaktyczny WSP w Rzeszowie”, z. 2, 1965. 1965 Władcy Przemyśla od XI—XIV w. Spraw, z pos. nauk. TPN, Przemyśl 1965. 1965 Formowanie się społeczności terytorium miasta Przemyśla w trakcie walk o władztwo feudalne, [w:] Przemyśl w starożytności i średniowieczu. „Bi- blioteka Przemyska” t. I, Rzeszów 1967. 1966 Millenium Poloniae w rozwoju zainteresowań regionalnych. „Kw. Hist.” R. LXXIII, z. 3, 1966. 1966 Rec. Na marginesie jednego wydawnictwa — Peremyszl zachidnyj bastion Ukrainy, N. York 1961, „Kw. Rzesz.” 1966, nr 2. 1967 Rec. O Legionie Wschodnim — uwagi i wspomnienia. „Studia Hist.” R. X, z. 3/4, 1967. 1967 Kartki z dziejów szkolnictwa w Galicji w I poł. XIX w., głównie z terenów woj. rzeszowskiego. „Rocznik Nauk. Dyd. WSP” Rzeszów; z. 4. „Nauki Pe- dagog.” Rzeszów 1967. 1968 Rozwój gospodarczy ziemi przemyskiej i jej stolicy Przemyśla. Spraw, z po- siedzeń nauk. TPN w Przemyślu 1967. 1968 Z rozważań nad definicją pojęcia kultura. „Profile”, z. 3, Rzeszów 1968. 1968 Hasło Rzeszów, [w:] Encyklopedia Powszechna. 1968 Badania nad fluktuacją ludności w Przemyślu w l. 1939—1950. „Rocznik Przemyski” t. XII, 1968/71 Przemyśl. 1968 Glos w dyskusji nad referatem prof. Cz. Madajczyka — Odrodzenie Polski w 1918 r. Sesja Nauk. PAN w 50-lecie odzysk, niepodl. — referaty i dys- kusje, Warszawa 1969. 1969 Historia i jej walory wychowawcze, „Profile” nr 1, Rzeszów 1969. 1969 Głos w dyskusji nad referatem prof. K. Myślińskiego — związki polityczne na ziemiach granicznych między Polską i Rusią w VI—XI w. Pamiętnik X Powsz. Hist. P. w Lublinie t. III, Warszawa 1971. 1970 Jan Kwólek. Biogram do Pol. Słów. Biogr. 1971 Biogramy do Leksykonu Rzeszowskiego: Firlej Jan z Dąbrowicy 1630—1701 Firlej Mikołaj 1460—1526 Haśko Michał 1908—1953 Hoszowski Jerzy 1605—1675
Fredro Jan 1520—1594 Herburt Mikołaj 1524—1593 Jacimirski Leonard 1500—1550 Jacimirski Fryderyk 1390—1478 Jakubowicz Józef 1820—1883 Jan z Zagórzan 1400—1458 Hadziewicz Krzysztof 1630—1685 Jordan Spytek 1518—1568 Jazłowiecki Mikołaj 1500—1595 Kmita Dobiesław 1409—1480 Kmita Jan — Sobieński 1417—1483 Kmita Mikołaj około 1460 Kmita Piotr 1477—1553 Kmita Stanisław 1450—1511 Korniakt Karol Franciszek 1612—1672 Krasicki Marcin 1610—1690 Lubomirski Józef Karol 1650—1702 Ostrogska Anna 1580—1654 1972 Tow. Przyj. Nauk w Przemyślu — zadania, działalność i potrzeby. „Nauka Polska” nr 2, 1972. 1972 Rec. M. Wieliczko, 500 zagadek o Rzeszowie i ziemi rzeszowskiej. 1972 Rec. Jeszcze o Grodach Czerwieńskich. „Studia Hist.” 1972 Szkic historyczny powiatu i miasta Przemyśla, 25-lecie PRL. 1973 Przemyśl w okresie austriackim 1772 do 1918. Tysiąc lat Przemyśla cz. II. Szereg recenzji przededycyjnych 1976 Przemyśl od X w. do r. 1340. Tysiąc lat Przemyśla, t. I, Rzeszów 1976. 1977 Węgierskie wspomnienia. „Rocznik Przemyski” t. XVII—XVIII, Przemyśl 1977. 1982 Oflag w Luckenwalde. Fragment wspomnień. „Rocznik Przemyski” t. XXI, Przemyśl 1982. 1983 W spomnienia ze szkoły austriackiej i I wojny światowej. „Rocznik Przemy- ski”, t. XXII i XXIII, Rzeszów 1983.

SPIS TREŚCI I. MATERIAŁY I ROZPRAWY Część pierwsza KRYSTYNA PŁACHCIŃSKA „Kupiec” Mikołaja Reja jako dzieło sztuki scenicznej.... 5 STEFAN JERZY BUKSIŃSKI Nowy portret Krasickiego ............. 23 Część druga JERZY STARNAWSKI Pokłosie rocznicy kleinerowskiej.........................33 JERZY STARNAWSKI Kleineriana biblioteczne................................53 JULIUSZ KLEINER O trwałych wartościach duchowych średniowiecza..........59 JULIUSZ KLEINER Lelewela pismo do przyjaciół galicyjskich...............75 JULIUSZ KLEINER Teatr Wyspiańskiego.....................................81 ZBIGNIEW JERZY NOWAK Juliusza Kleinera projekt uczczenia setnej rocznicy „Pana Tadeusza” . 87 Część trzecia JERZY STARNAWSKI Jubileuszowa księga ku czci Stanisława Pigonia z 1951 r.93 FRANCISZEK BIELAK Czy ostatnia redakcja „Wojny Chocimskiej” Wacława Potockiego? . . 103
STANISŁAW KOLBUSZFWSKI O pesymizmie w twórczości Juliusza Słowackiego do roku 1840 . . . 111 ANDRZEJ BOLESKI Dążenie do syntezy w twórczości Juliusza Słowackiego........121 JÓZEF SPYTKOWSKI Prus w kręgu empiryzmu......................................129 ANTONI J. MIKULSKI „Wiesław” w wersji niemieckiej..............................145 MIECZYSŁAWA ROMANKÓWNA „Meir Ezofozoicz” w przekładzie francuskim V. Tissot........155 ZENON KLEMENSIEWICZ Gwarowe wskaźniki przyczynowego stosunku zespolenia.........163 Część czwarta HALINA WIŚNIEWSKA Cechy regionalne mowy rzemieślników przemyskich (w. XVII—XVIII) 167 JERZY MOTYLEWICZ Materiały do dziejów rzemiosła 'kuśnierskiego w Dubiecku (w. XVII— XVIII)......................................................179 ZDZISŁAW BUDZYŃSKI Kultura umysłowa Przemyśla w okresie staropolskim...........197 RYSZARD DALECKI Jarosławski 39 Pułk Piechoty Strzelców Lwowskich w działaniach wojennych 1939 r............................................213 RENATA FRAZIKOWA Budynek przy Rynku nr 1 w Przemyślu w świetle badań zwanych kon- serwatorsko-architektonicznymi..............................247 TADEUSZ BURZYŃSKI Zwyczaje i obrzędy zueselne we wsiach z okolic Babic nad Sanem . . 271 JAN SWIĘCH Osadnictwo górali podhalańskich we wsi Kupiatycze w woj. prze- myskim .....................................................305 Część piąta KAZIMIERZ KARCZMARZ Rys historyczny badań botanicznych w okresie działalności Instytutu Puławskiego do roku 1914....................................323
ANNA ŁUCZYCKA-POPIEL Zbiorowiska synantropijne terenów kolejowych Przeworska, Stalowej Woli i Rozwadowa ............... 363 MARIAN WOJCIKIEWICZ, KRZYSZTOF LIPKA Charakterystyka florystyczno-stratygraficzna projektowanego rezerwatu torfowiskowego Bachórzec—Winne.......................377 TADEUSZ KRZACZEK, WIESŁAWA KRZACZEK Materiały florystyczne z Kotliny Sandomierskiej........399 Część szósta JAN PAJĄK Furfural z prehydrolizatów.............................411 II. MISCELLANEA FRANCISZEK PERSOWSKI Wspomnienia ze szkoły austriackiej i I wojny światowej.431 EDWARD WIERZBICKI Wpływ „Nędzy Galicji” Stanisława Szczepanowskiego na rozwój eko- nomiczny Galicji.....................................473 STANISŁAW FRANCISZEK GAJERSKI Marceli Kosman, „Nauczanie historii w klasie VI”. Przewodnik przed- miotowo-metodyczny. Warszawa 1957 ...................479 STEFAN JERZY BUKSIŃSKI Andrzej Maksymilian Fredro przypomniany................483 III. SYLWETKI PRZEMYSKIE JULIAN OLSZAK Franciszek Persowski (23 VIII 1895—30 XI 1980).......... 493

Ważniejsze dostrzeżone błędy druku Strona Wiersz Jest Powinno być 26 10 od góry koligacji koligacji12 26—31 numery odsyłaczy 12...21 13--22 180 27 od góry Konarskiemu Krasickiemu 217 podpis obok ryc. 3 Szymanowski Szymański 497 9 od dołu P. St. Boigraf. P. Sł. Biogr. 499 1 od dołu Rzeszów Przemyśl Rocznik Przemyski, t. XXII—XXIII.


ISBN 83-03-00038-1