Текст
                    JrenaBorne, Danuta Licińska
NOWY STARY ŚWIAT
'	B B Mr %
WyPISZ GEOGRAFICZNE DLA KLAS'/ VIII


401 100 28 29 403 104 4o5 406


Okładka I wyklejka Gerard Despul Autorzy fotografii Batuckl T* “ h Hi3229'136.9‘iSJ* 15t 15 ^67. chard l. - a. 127. CAF “ 2’_ * doju) Raplewski Z. - .. 35, 190 205. ZM, 243. Czajnogórakl iS. - W W a h £ _ (górne Ryttel A. - a. 22. 23. 182 SAS -a. 1-8. £$1“ -•• 2«. Urbanyl 1 dolne). 154, Tomaoewskl J. — a. 130, Uktejewsai j. Z. __ a. 249. Wdowlńaki S. — a. 21. Rysunek na okładce wykonano na podstawie płaskorzeźby w kamieniu znajdującej się w Narodowym Muzeum Antro- pologii i Historii w mieście Meksyku. Przedstawia ona aztec- kiego Boga Słońca otoczonego symbolami pięciu epok. Księżka zatwierdzona Jako pomocnicza dla uczniów klasy VIII szkoły podstawowej. Redaktor Bohdan Gołębiowski Redaktor techniczny Lubomir Grodzicki Wydawnictwa Szkolne I Pedagogiczne — Warszawa 1975 Wydanie drugie, Nakład 8!) 000 + ICO egz Alk. druk 16 5 wvd 23 13 Zamówiono dn 22.XII.1973 r. Podpisano do druku 21 IV 1975V, o/uk ukończono w czerwcu 1975 r Papier Offsetowy kl V 70 o «1 x inj ™ Zakł. Graf. .Dom Słowa Polskiego*'. Zam. 10299 W-106 Cena zł 28.—
WSTĘP Przekazujemy Wam Młodzi Czytelnicy, drugą książkę Wypisów geograficznych". Zawiera ona materiały dotyczące pięciu kontynentów: Afryki, obu Ameryk Australii i Antarktydy oraz wielkich obszarów wodnych naszej Ziemi. Dlaczego tytuł książki brzmi: ..Nowy — Stary Świat"? Dwa względy towarzyszyły zaprojektowaniu lego tytułu. Pierw- szy wzgląd raczej formalny. Nazwę ..Nowy" i „Stary" Świat wprowadzo- no w epoce odkryć geograficznych. Nowym Światom nazywano Amerykę Północną i Południową w celu odróżnienia od znanych już w starożyt- ności lądów Starego Świata (Europy, Azji i Afryki). Drugi wzgląd — tu chęć zwrócenia uwagi Czytelników i na to. że Europejczycy którzy po- znali wnętrze Ameryki, Afryki i Australii stosunkowo późno, kolonizując te kontynenty zniszczyli stare cywilizacje, wprowadzili nowy porządek niezgodny z psychiką rodzime/ ludności. Dziś w tym „nowym" św iecie niepodległe państwa dążą do organizowania nowoczesnych społeczeństw, ale równocześnie otaczają opieką stare dobre tradycje. Każdy z sześciu rozdziałów tej książki jest inny, w każdym czy tanki sq ułożono według innej myśli przewodniej. Bo leż i różne sq te konty- nenty. Afryka jest gorącym lądem dlatego, że Słońce wznosi się wysoko nad afrykańskim horyzontem Określenie „gorący ląd” kojarzy się dziś również z pełną poświęcenia często krwawą walką Afrykańczyków o wolność i prawa człowieczc. Ameryka dzieli się geograficznie na Amerykę Północną i Amerykę Południową, a granica przebiega w poprzek Przesmyku Panamskicgo Amerykański świat dzieli się na część północną, tj Kanadę i Stany Zjed noczone Ameryki oraz na resztę": od Meksyku po Ziemię Ognistą. Dwa pierwsze państwa tworzą pewna całość. Łączy je ogromny rozwój tech- niki. Jednocześnie w tych państwach występują bardzo duże nierówności społeczne i różnice w poziomie życia obywateli. ..Rzcszla" Ameryki to zespół krajów o dużo niższym niż Stany Zjednoczone i Kanada poziomie rozwoju gospodarczego i technicznego. Cechuje jo jednocześnie ogrom- ne zróżnicowanie: od szybko rozw i/a/ącej się socjalistycznej Kuby czy rozwijającego się prężnie Meksyku do tragicznie zacofanego Paragwaju Australia jest najmniejsza ze wszystkich kontynentów Ale przestrze- nie /akie muszą w życiu codziennym pokonywać /ej mieszkańcy, powo- 3
dul<i. U moK trydawrf oęrutnna Crfó- «K polujący m wm*M. t<». nq technikę prictiaje odcruwać c*Łar łe| prirWur^ Antarktyda I* ii po ptoPu / n»na Ten Aonrywni warta ro»P^ryun«‘ w porównaniu t Starami leięcymi na ptte< -iegfym krafou nuej Zkemi — t Arktykę To porów nań w pomotc iroiumii*'. fah wirlk* it r c/rni* ma poi o ten* geogmlkcmc f dtoctego nr /*•! ona fedynym ciyn mkirm decydującym o warunkach rycka * danym ptinkr* /temi Wrcercie motta I oceany Sq to ogromne prreittrenie wodne k!Ch ptiyt ^an crfowteka tak magner gdyt raw w tobie w wie bogactw i Hwarta/ę dla ciływwka wpr 11 njrwyctrrpcnc motfiwokri dnzlanta Kryfg w eob* frttde wrwhr nretbadunych tajemnic i iq ciętlo m»»bcr- pttetne Pornan* łych fojeaiAlc mole pocwoiu? na pclnte/trc wvhofxy- *lamc raiołMrw tntiua Aby cnalrtC w . V* yptearh wiadomoici dotycrące wybranej *M<rr» grogtalicrnel ery poAat^a wynarety tpojtteC na mapki no wr*n<frx rwj 9lteruv okktKf* <q fam pmianr numery rryfanch Fod /yc^ wianr numerem f^juruMl < w * «P ’-4 rreccy Porrrrcgólne wyptn ^-ł«l ^“r wielką abifloigi. a tym aamycn raw^iofę j nh wrrle wrai eud jer! trw rnw bar^n^ »xy I rtckm» ery Wrycej informacji o t •.-!* < cie w ka«3Xkorh : których fragmenty roetafy tu prredruk rwa^c łych k»ręiah ront^J aur.eocto^ na JroAru .H ypitbw \'a mapkach tumimc»DJryrk< ptry poticrególnych erytanhorh |«»l ww hr c 'kawych wfcfrwwWł o opirywanych krainach Pity ich p- y kiiwiej Matiw tdar *praw< / w/elkobci krain fat^wj o w *y obi arie hrajobrary i uocumwC wtafemnę raletn^kf tik •bhh i Łredowiaha pityrodncrego Akr pomstajcre mapki te n^ V\ mb a/lccu geugral.ctnego Zew*taft <mt fyfho te informacje które potrrebrw «q da f/uru^^nio lekjtfu ccyiattk P jłównafc* w^gc te mapki od ctm do cruau r mpsc-.: w olfmw ukulnym Pny trudnych wyrmrath orer prcy mąko r^nych ucinam trcrw&h i muw c»Jl=* h pattawfwmrdht %a hoAcu kBvqlkt jeat ekra nu rek w uhladi* tii abetyr rrym Tam Mfdrtocm wyfukntonia Prryjemrwl podróży *

O ngiś dla Europejczyków Afryka — po- dobnie jak Ameryka i Australia — właś- ciwie należała do „Nowego Świata''. Wnętrze lego kontynentu było co prawda juz znane starożytnym Rzymianom. W cza- sach Nerona Rzymianie dotarli na przykład do bagien Nilu w południowym Sudanie, a Ptolemeusz posiadał dokładne wiadomo- ści o Górach Księżycowych W Średniowie- czu wieści z głębi Afryki docierały do Euro- py za pośrednictwem Arabów, którzy w X wieku znali Afrykę az do Sudanu. W czasach nowożytnych jednak cala uwaga Europy by- ła zwrócona na azjatyckie Indie i na prawic me znaną wówczas Amerykę. Kontakty z Alryką ograniczały się do wybrzeży, skąd wielka liczba czarnej, niewolniczej siły ro- boczej Dorwanej przemocą lub podstępem płynęła okrętami na zachód do zagospoda- rowywanej na nowy sposób Ameryki. Badania naukowe Czarnego Lądu na po- łudnie od Sahary miały miejsce głównie w XIX wieku. Wtedy europejscy podróżnicy poznali środkowy bieg Nigru, źródła Nilu, tajemnicze jezioro Czad... Pod koniec XIX wieku do tych naukowych prac włączyli się również i Polacy, jak na przykład Stefan Rogoziński czy Jan Dybowski. W miarę roz- woju badań naukowych postępował niestety równocześnie podbój ziem afrykańskich, po- stępowała niewola, zahamowanie rozwoju rodzimej kultury, zniszczenie istniejących i rozwijających się przedtem państw mu- rzyńskich. Prawie całą Afrykę podzieliły między sobą. Anglia, Francja, Hiszpania Porlugalia, później Wiochy i Niemcy. Przyroda, a szczególnie klimat Afryki nie sprzyjały Europejczykom. O wiele łatwiej było im zasiedlać nowe ziemie w Ameryce Przyroda pomagała Afrykańczykom bronić Afryki. Równocześnie rosła świadomość krzywdy. W drugiej połowie XX wieku Afryka zerwała straszliwe pęta niewoli. Pierwsza uzyskała niepodległość Libia, po- tem Sudan, Maroko, Tunezja, Ghana i Gwi- nea W roku 1960 aż 17 nowych państw po- jawiło się na mapie Afryki, z tego 9 w jed- nym, jedynym miesiącu sierpniu Odtąd każ- dego prawie roku prasa donosi o nowym wolnym kraju afrykańskim. Kraje te mają granice najczęściej w kształ- cie linii prostych. I to jest jednym z nie- szczęść, które pozostały w spuściżnie po okresie kolonializmu Granice te bowiem były wyznaczone przez państwa kolonialne, które nie liczyły się z dawnymi organizacja- mi państwowymi i z tym, jakimi językami mówią tu ludzie. Dlatego między innymi Af- rykańczykom jest dziś bardzo trudno orga- nizować nowe życie, dlatego prasa tak często donosi o sporach, a nawet o wojnach domo- wych, jak to miało miejsce na przykład w Nigerii. Sprawy afrykańskie nie są proste Może i dlatego, że pojęcie Afrykańczyk nie jest jednoznaczne. Jest nim bowiem Arab — człowiek o białej skórze, wyznający religię mahometańską i związany od dawna z kul- turą śródziemnomorską, jest Murzyn sudań- ski o bardzo ciemnej skórze, smukłej budo- wie ciała, żyjący w buszu jest nim również maleńki czarny Pigmej z nieprzebytej pusz- 7
czy równikowej, w której biały człowiek ginie bezradny, i wielu — wielu innych. Jed- nocześnie Afryka jest jedna Jako niepo- dzielna całość rozwija się w bardzo szybkim tempie i nadrabia zaległości spowodowane kolonialną niewolą. Walczy o pełną nieza- leżność i równe prawa we współczesnym świecie. Gorący ląd afrykański leży symetrycznie po obu stronach równika. Często mówi się o tym, że strefy klimatyczne i roślinne są również symetrycznie ułożone. Najwygod- niej jest więc podróżować z północy na po- łudnie. Jest jednak pewien kłopot: Afryka suie tę symetrię. Zbyt wysokie Wschodnia P J Dlatego po pizewądro- są tu wyżyny.1 od Morza Śródziemnego po waniu AfrV NadZiei wrócimy jeszcze przylądek tereny Wielkiego Rowu raz na PołnOC Tu wśród ścian skalnych. Afrykańskiego slożków wulkanicznych wśród smu y paslne jeziora, a naj- drzemią g«iD , ine są w „śnieżne pukle- wyższe szczy y można będzie odwiedzić rze". D°Pier° wyspą Afryki - Madagaskar jedyną wielką V £ lemurem i okrut- i zapoznać się z iay nym voayem *• Rozdział 1 GORĄCY LĄD I 1. HASSI MESAUD — STOLICA ALGIERSKIEJ NAFTY Na starych szlakach transsaharyjskich prowadzących z portów wybrzeża śród- ziemnomorskiego do handlowych miast mu- rzyńskich Sudaru w dorzeczu Nigru od wieków witały kupców i podróżników te sa- me oazy Tuggurt, Uargla, Ghardaja, El- -Gulija, Ain-Salah. Otoczone wieńcem palm daktylowych studnie dawały wodę spieczo- nym wargom ludzi i wielbłądów, a bezokien- ne domy upragniony cień i chłód. Zycie to- czyło się trybem wyznaczonym przez Alla- cha. Pracowici mieszkańcy oaz uprawiali proso, pszenicę, jęczmień, warzywa, zbierali słodkie owoce z palm i drzew figowych. Wy- niośli Tuaregowie *, władcy pustyni, wypa- sali na ubogich pastwiskach półpustynnych stada owiec, kóz i wielbłądów, trudnili się handlem transsaharyjskim, a od czasu do czasu napadali na mieszkańców oaz, zęby przypomnieć im o odwiecznym podziale pra- cy i posłuszeństwie. Przyszedł jednak zwariowany wiek dwu- dziesty. Algieria coraz bardziej zaczęła wchodzić w orbitę współczesnej gospodarki. Ludność zaczęła poznawać nowe towary, na- bywać nowych przyzwyczajeń, zmieniać swoje wymagania. Dawne pożywienie będą- ce lokalnym produktem ziemi nie zaspoka- jało już gustów. Teraz nad proso zaczęto coraz bardziej przekładać pszenicę. Poszu- kuje się herbaty i cukru. Bardziej nowo- czesny sprzęt domowy wypiera tradycyjne garnki gliniane i prymitywne narzędzia, a fabryczne tkaniny zastępują pracochłonne samodziały. Równocześnie następuje upadek tradycyj- nego zajęcia koczowników — hodowli i po- średnictwa handlowego. Samochody dopro- wadziły do zanikania kołyszących się kara- wan wielbłądów. Cena soli, jednego z cen- niejszych towarów tradycyjnego handlu, spadła w ostatnim sześćdziesięcioleciu dwu- dziestokrotnie. Dalszym efektem tych zmian stało się przejście zysków z handlu z rąk koczowników w ręce osiadłych w oazach kupców. Mniejszy dochód zaczęła dawać ho- dowla. Przy wzrastającej stale liczbie lud- ności stan pogłowia nie uległ zmianie. Nie uległy również zmianie na lepsze obszary pastwisk, a raczej przeciwnie — zmniejszy- ły się wskutek prac nawadniających, odda- jących dawne pastwiska pod uprawę roli. Za zmianami ekonomicznymi poszły zmia- ny społeczne Upadł wśród koczowników niewzruszony dawniej autorytet wojowni- ków i zależność od ,.szlachetnych” plemion koczowników „niższych" grup ludności. Ludność osiadła uwolniła się od obowiązku płacenia danin i od przymusowej uprawy roli będącej własnością koczowników. Za- częła szukać pracy w innych gałęziach gos- podarki, najczęściej w miastach. Należy przy tym podkreślić, że ludność osiadła 9
enm Riskra Hassi Rmei * Gassi' Tui/ Hass/. wveotyc»» ropy naftowe Rafineria ropy naftowej w Hassi Mesaud Ohanet • guocągi samochodowe pustyń* Muczytte Aseka/faf o L 100 • Dome\ Collemac^ 28 Ued Zenam . Tm Fu/e Tauratm • Tigentunnf^ Et-Adeb Larasz — " — ziemnego Konstanty™ Ued Ge Ghardata Hassi Mesaud El Gassr. El Aqreb\ El-Sechira Tuggurt CD Zarzaj lin Aln Omenas kszym dobrobycie rolników, powierzają wy- pas swoich stad specjalnie opłacanym pa- stuchom. Nie należy jednak uważać tego procesu za etap przyśpieszonej degradacji koczow- nictwa. Gospodarstwa półkoczownicze od dawna istniały i istnieją na tych obszarach, gdzie ludność posiada dogodne warunki na- turalne do jednoczesnej uprawy roli i ho- regionów. Uzupełniającym źródłem docho- dów pozostały użalaj, tj. karawany z solą. Całkiem nowe perspektywy otworzyły się w r. 1957 W nikomu przedtem nie znanym miejscu, leżącym o niecałe 80 km na połud- niowy wschód od Uargli, na skraju morza piasków Wielkiego Ergu Wschodniego, zja- wiła się ropa naftowa Miejsce to nazywa się Hassi Mesaud Początkowo nie było doń o wiele szybciej i łatwiej niz ludność ko- czownicza przystosowuje się do nowych ro- dzajów działalności i uzyskuje nowe źródła dochodów Spośród koczowników zaledwie częśc młodzieży zdradza zainteresowanie innymi formami życia. A koczownicy? Ci dumni niegdyś właści- 10 cieIe stad cora7 tlów ' sami biorąCsTdej ZSiadają z wielb,ą’ rych nie chca • uprawY na któ- 9dyś chłopi ^racowa^ podlegli im nie- siS Carstwa °rQZ poWszechniej wytwarza osiadłych -P? ^OCzo'Wn^ó\v, a nawet 2asmakowah Ci koczownicy, którzy w wygodnym życiu i wię- dowli. Degradacja ta następuje jednak tam, gdzie tych warunków nie było, a zjawiły się inne warunki bytowania. Do takich re- gionów należy m. in. obszar Wielkiego Ergu Wschodniego. Na południu i na zachodzie Sahary pasterstwo pozostało nadal podsta- wowym źródłem utrzymania w większości innego dostępu jak tylko karawanami wiel- błądów lub drogą powietrzną Oczywiście skorzystano z tej ostatniej. Samolotami za- częto dowozić ludzi, materiały budowlane, a nawet wodę do picia. Ale to był tylko po- czątek Do transportu ropy i dowozu potrzebnych
materiałów należało rbudt>wa< ,Ll ’k metrowa odcinek drogi samochodowej do Uargh Mimo ie pic. wszy zbiornikowiec ł rop»ą naftową odpłynął x portu Fhilipp^ vilk? (cntaj (ihpwill (obecnie Skikda) do Francji 4 cna;ca 1958 roku, normalna eks- ploatacja i eksport mogły nastąpi dopiero po uruchomieniu w grudniu 1959 r rurocią- ou r Hass. Mesaud do Bedzai (daw niej Bou- g»el (czytaj buc | Rurociąg ten o średnicy 60 r*ri rj długości 733 km i zdolność prze- pustową 14 min ton ropy rocznie Złoża w Hass Mesaud zawiera ią lekką ropę wvsok.t । idkosci. Zasoby ocenia się na dwa do trzech miliardów ton. Eksploatację rozpoczęły dwa towarzystwa francuskie Socie. t ncnoncl de recherchc el d'exploila- Itar de pe:role en Algene fS N. Repa!) (czy- taj soejete n^sjonal de reszeisz e deksploa- tasjon de petrol an alżerij i Compagnic f-a^ęc sc de petrole (Algene) (czytaj kom- pan fransez de petrol. alzerij. Po uzyskaniu przez Algierię niepodległości, po wielu trud- nych rozmowach, nowe państwo zapewniło sotre ponad połowę zysków. W latach następnych zaczęto odkrywać nowe z łoza budować now’e szyby Na prze- mysłowej mapie Algierii jak grzyby po deszczu zaczęły wykwitać nowe nazwy Edzele Tigenlunn. Zarzajtin. Ohanet, Tin Fuje El-Agreb El-Gassk Ghurd el-Bagel i co najmniej 18 dalszych. Wszystkie one są po- uczone mikami rurociągów Ze złóz w pobli- żu granicy libijskiej biegnie 775-kilometr0wv naftociąg do tunezyjskiego portu El-Sechir^ a drugi (584-kilometrowy) do Hassi Mesaud Stąd zbudowano później dalszy ropociąg do drugiego portu śródziemnomorskiego Arzew Ropociąg ten. o przekroju 71 cm, ma dlugo^ 800 km W miejscowości Ighil Izane w pobli- zu Arzewu odgałęzia się od niego nitka do Algieru, a z samego Arzewu do niedalekie- go Oranu. Gdy w Hassi Rmel, lezącym oko- ło 67 km na północny zachód od Ghardai, odkryto bogate złoża gazu ziemnego (do 1000 miliardów ms). poprowadzono stąd w r 1961 równoległy rurociąg do tegoż Arze- wu Odkrycia nowych złóż trwają nadal. (..] Hassi Mesaud przestał juz być tylko mie|- scem wśród piasków Sahary W pobliżu szybów wyrosło nowoczesne miasteczko Zbudowano rafinerię ropy naftowej o zdol- ności produkcyjnej 200 000 ton rocznie, a rozwijający się przemysł ściąga do pracy dawnych rolników i w dużo mniejszej mie- rze koczowników Mimo że odkryto nowe zioza, Hassi Mesaud zachowało swą rangę stąd biegną rurociągi ropy algierskiej? tędy biegnie nowa droga samochodowa z Uargli do Ohanetu w pobliżu granicy libijskiej; tu nadal znajdują się najbardziej wydajne szy- by, stąd płynie algierskie złoto" I Lech Ratajski: Hassi Me- saud — stolica algierskiej nafty. „Poznaj Świat" 1970. nr 5. s. 23—26
2. NA SŁONECZNYM SZLAKU Wokół nas roztacza się kraina gór. Je- dziemy to dnem, to znowu zboczami olbrzy- miej doliny, zasłanej rumowiskiem skalnym Prawie stale posuwamy się ostro pod górę drogą, która teraz niewiele ma wspólnego z szosą samochodową. Zaczyna się robie coraz goręcej Od czasu do czasu strzałka wskaźnika dosięga czer- wonego punktu. Wtedy stajemy czekając, dopóki nie przestanie się gotować woda w chłodnicy Tam, gdzie na stromym stoku motor silniej pracuje, trzeba się zatrzymy- wać co kilkaset metrów W pewnym momencie za raptownym za- krętem wpadamy między stado wielbłądów liczące około 100 sztuk Szofer zwalnia i trą- bi zwierzęta się płoszą, a małe wielbłądki po prostu szaleją Powstaje zamieszanie wśród opanowanych strachem zwierząt Po chwili samochód staje w samym środku stło- czonej gromady. Widok wspaniały To wędrujące z całym dobytkiem plemię Tuaregów *. Na grzbietach zwierząt liche sprzęty Garnek, jeden i dru- gi palik drewniany, trochę szmat Maleńkie dzieci siedzą, wysoko uwiązane sznurami do garbów Starsi Idą pieszo Wszyscy ubra- ni w ciemnogranatowe powłóczyste szaty, bez rękawów, głęboko rozcięte z przodu i boków. Chude ciała spalone na brązowo Nogi bose lub w nędznych pantoflach. Usta i dolna część twarzy mężczyzn owiązane szczelnie chustką lub kawałkiem tkaniny Widnieje tylko ostry profil nosa i gorejące oczy Idzie od nich jakaś ponura groza Nagle widzę utkwione w nas cudne oczy, wyglądające spod ciemnego zawoju na gło- wie. Brązowa dłoń przytrzymuje jakąś szmatkę, którą młoda dziewczyna starannie zakrywa twarz Obok niej profilem rysuje się na tle jasnego nieba, czarna jak węgiel ledwie gdzieniegdzie łachmanem okryta po- stać niewolnicy Dziki, gardłowy okrzyk z piersi starego Tuarega płoszy je obie Uspokojono już tymczasem wielbłądy i przeprowadzono je bokiem. Ruszamy w dalszą drogę Dno doliny rozpłaszcza się i wyjeżdżamy na wielką równinę Tu drogi juz w ogóle nie ma. Na płaszczyźnie prowadzi nas szlak wytyczony dwoma rzędami co kilka metrów 13
Karawana na pustyni lezących kamieni. Tempo jazdy zwalnia się bardzo, trzeba bowiem uważać na wyrwy i doły Właściwie nie można nawet powiedzieć, by to przez co jedziemy było szlakiem. Ma- my do czynienia z całą plątaniną szlaków rozchodzących się, to znów schodzących Większość zastawiona jest małym kopczy- kiem kamieni lub jakimś większym, leżącym w poprzek głazem. Oznacza to. że gdzieś kilkadziesiąt czy kilkaset metrów dalej wo- da w porze deszczowej zrobiła ogromne wyrwy Nie opłacało się ich reperować Łatwiej wyznaczyć rzędami kamieni objazd po twardej, spalonej ziemi Jeśli i ten woda rozmyje, wyznaczy się nowy. Stąd powstała cała ta plątanina i dlatego jedziemy tak krę- tą trasą. Dziwnie to musi wyglądać z dale- ka, gdy nasz autobus kołuje po — zdawało- by się — zupełnie płaskiej powierzchni. Wreszcie pojawia się droga, idąca w górę stromymi serpentynami Wyjeżdżamy na przełęcz Maaszu, wznoszącą się 1700 m nad poziomem morza. Po drugiej stronie przełęczy dostajemy się nagle jakby do rozpalonego kotła. Pęd po- wietrza, wpadającego do auta, zamiast chło- dzić prawie parzy. Jest tu tak gorąco, jak nie było nam jeszcze nigdy w Maroku. Na- wet sirocco które przeszło przez Marra- kesz, wydaje się nam teraz rajem. Zaczy- namy się obawiać, że nie uda się tu zrobić żadnych wspinaczek. Zjeżdżamy coraz niżej W bród przedosta- jemy się przez potok i mijamy saliny. Wodę z zawiesiną soli przenoszą tu w workach z koziej skóry do nieckowatych wydrążeń, rozrzuconych na brzegu potoku. W tym upale prędko wyparowuje. Justyn Wojsznis: Polacy no szczytach świata. Atlas 1934. Ludwik Górski: W kanio- nach Arusu. Warszawa 1966, Sport i Turystyka, s. 195— 196. 3 MILKNĄCE MORZE Dźwięki syreny — to mowa okrętów. Na- gły, chrapliwy ryk po dwóch prawie dobach milczenia zwiastuje spotkanie albo manewr, o którym trzeba kogoś uprzedzić. Zapowia- da zmianę sytuacji. Warto więc zobaczyć, co się dzieje... Był piękny, słoneczny ranek, ale nie świeży i rześki jak u nas w chłodnym kli- macie strefy umiarkowanej. Czuło się jakby suchy gorący oddech niedalekiej pustyni. Błękit morza też jakby pożółkł i zmętniał, jakby przybrudził go mul nilowej delty. Statek zmierzał wyraźnie na południe. Dziób jednak odchylał się nieznacznie w lewo lub w prawo jak igła kompasowa. Zdawało się, ze sternik celuje nim w określone miejsce na lądzie. Pomyślałem niedorzecznie, że usi- łuje trafić w granicę pomiędzy Afryką a Azją. Ale na razie nie było widać żadnego lądu. Potem, dość nagle, wprost z wody wyłoniły się jakieś budowle. Pomyślałem, że to fata- morgana. Pustynne miraże bowiem pojawia- ją się niekiedy we wschodniej części Morza Śródziemnego, zwłaszcza przy wietrze po- łudniowym. Nic z tych rzeczy... Po prostu statek zbliżał się do Port Saidu. Port Said tez ma pewne cechy Wenecji. Miasto leży na obszarach szeroko rozgałę- zionej delty Nilu, na wąskiej piaszczystej mierzei, która zamyka dużą przybrzeżną la- gunę, zwaną jeziorem Manzala Tereny, na których zbudowano miasto, dawniej zalane wodami jeziora, trzeba było sztucznie osu- szać, podwyższać i umacniać Port Said jest jednak miastem całkowicie nowoczesnym. Przede wszystkim ożywio- nym portem z warsztatami okrętowymi, stoczniami i zakładami zaopatrzenia Zaopa- truje statki w paliwo, głównie w ropę nafto- wą To jedna z największych baz bunkro- wych ’ świata Jest także portem wywozo- wym dobrej bawełny egipskiej. W mieście rozwinął się handel i przemysł spożywczy, tkacki, chemiczny, tytoniowy, produkcja brykietów węglowych. Tu koncentrują się też funkcje administracyjne i usługowe. Liczba ludności miasta przekracza dziś 250 tysięcy. W ciągu stulecia Port Said wy- rósł i rozwinął się szybko. Założony został bowiem w roku 1859. A wiąże się ściśle z Kanałem Sueskim. Dwa wielkie kontynenty Starego Świa- ta — Eurazja i Afryka — łączą się ze sobą, wąskim, maleńkim w stosunku do po- wierzchni obu kontynentów, Przesmykiem Sueskim. Takie przewężenie nadaje się na granicę kontynentów, choć granica ta jest nieco umowna. Przesmyk rozdziela dwa wielkie oceany, które tu zbliżają się do sie- bie, przez swe wysunięte odnogi. Atlan- tyk — przez Morze Śródziemne, Ocean Indyjski — przez Morze Czerwone (mówią, że jeszcze bardziej błękitne od Morza Śród- ziemnego) Po obu stronach żeglowano od najdaw- niejszych czasów, Ludy z przyległych do nich obszarów kontaktowały się już od dawna. Istniała więc konieczność przekra- czania przeszkody lądowej. Stąd zrozumiałe dążenie do przeprowadzenia tędy znacznie dogodniejszego połączenia wodnego. W sta- rożytności kilkakrotnie, z różnym skutkiem, przekopywano kanał, łączący prawe ramię delty Nilu z Morzem Czerwonym. W śred- niowieczu, gdy kontakty ze wschodem urwały się, nie interesowano się tą sprawą. Po okresie wielkich odkryć i podziale świa- ta pomiędzy mocarstwa kolonialne potrze- ba skrócenia połączeń metropolii kolonial- nych z terenami intensywnie eksploatowa- nymi stała się paląca. Po fiasku inicjatywy Napoleona sprawę ujął w swre ręce wielki kapitał. Przypadkowy układ stosunków pozwolił przechwycić inicjatywę byłemu konsulowi 15 14

irancuskiemu w Aleksandrii Ferdynandowi de Lessepsowi. Uzyskał on od ówczesnego wicekróla Egiptu koncesję na budowę ka- nału. zebrał we Francji wielkie kapitały, za- łożył Kompanię Kanału Sueskiego i przy- stąpił do budowy Władze egipskie oddały Kompanii bezpłatnie ziemię i kamieniołomy. Do ciężkiej, wykonywanej prymitywnymi sposobami pracy wysyłano przymusowo set- ki tysięcy egipskich chłopów. Roboty trwa- ły dziesięć lat. Wskutek chorób, zwłaszcza epidemii cholery, głodu, pragnienia i wy- padków, padło przeszło 20 tysięcy egipskich robotników Dopiero w końcowym etapie sprowadzono pewną ilość maszyn. Kanał Sui ki oddano do użytku w listopadzie 1869 r Anglia, która eksploatowała wówczas ca- łe fndie, obawiając się konkurencji tran- cuskiej początkowo przeszkadzała temu przedsięwzięciu Kiedy najkrótsza droga do Indii została otwarta, postanowiła ją opano- wać. Wykorzystując kłopoty wicekróla Egiptu, wykupiła od niego poważną częśc akcji Kompanii Kanału Sueskiego, a w ro- ku 1882 okupowała Egipt Tak stała się fak- tycznym gospodarzem ważnego szlaku mor- skiego Formalne proklamowanie niepod- ległości Egiptu w roku 1936 niewiele v tej sytuacji zmieniło Dopiero po ostatniej wojnie ruch narodo- wowyzwoleńczy przygotował zwycięstwo rewolucji, która przepędziła sprzedajnego króla i zmusiła wojska brytyjskie do opusz- czenia Egiptu, a później i strefy kanału. Mi- mo agresji brylyjsko-f rancusko-izraelskiej republika potrafiła przeprowadzić i utrwalić nacjonalizację kanału Od 26 lipca 1956 r, zbudowany wysiłkiem egipskich chłopów, kanał jest bezsporną własnością narodu egipskiego, a zyski, jakie przynosił (do czasu nowej agresji izrael- skiej), służyły polepszeniu bytu całego na- rodu. Kanał Sueski, od Port Saidu do Suezu ma 161 km długości Do tego dochodzą dwa umocnione tory wodne doprowadzające do Port Saidu i Suezu, o długości 9 i 4 km. Od Port Saidu przez 42 km kanał biegnie w potężnym sztucznym łożysku wśród wód jeziora Manzala płytszego od łożyska kana- łu. Dalej przecina piaszczyste obszary' pu- styni, misę dawnego jeziora Ballah, spore jezioro Timsah. W tej okolicy do kanału morskiego dochodzi słodkowodny Kanał Izmailski, zaopatrujący ten region w wodę do picia i użytku osobistego Po kilku kilo- metrach przejścia przez pustymię droga wo- dna wykorzystuje Wielkie i Małe Jezioro Gorzkie. Jeziora oszczędzają około 40 km przekopu i regulują stan wody w całym ka- nale, wyrównując 25-centymetrową różnicę poziomów obu mórz Po przecięciu ostatnich 11 km piaszczystego lądu kanał dociera do miasta Suez i wylotu na Morze Czerwone. Utrzymanie ruchu na tym dość skompli- kowanym szlaku wymaga stałej czujności, pogłębiania koryta oraz innych prac kon- serwatorskich Mocarstwa zachodnie twier- dziły, że Egipt nie potrafi go utrzymać. Państwowe przedsiębiorstwo, podległe bezpośrednio prezydentowi Zjednoczonej Republiki Arabskiej, od czasu nacjonalizacji kanału pogłębiło drogę morską z 10,3 do 14,5 m, utrzymywało nieprzerwana żeglugę nawet w okresacn burz piaskowych, które dawniej powodowały' niebezpieczne spłyce- nie. Dzięki temu przez kanał przechodzić mogły statki o długości przekraczającej 300 m, zanurzone do 12 m, co odpowiada zanurzeniu całkowicie obciążonego tankow- ca o nośności 50 tys. ton Dobra administra- cja i ogólny rozwój żeglugi światowej spo- wodowały stały i szybki wzrost p”zewozów. W ciągu ostatnich dziesięciu lat przewozy przez kanał wzrosły przeszło dwukrotnie W ciągu roku przepływało ta drogą dwa- dzieścia kilka tysięcy różnvch statków. Łączna pojemność tych pasażerskich i han- dlowych statków — obliczona w tzw. to- nach rejestrowych netto (1 tona NRT = - 2,83 m{)> wynosiła przeszło 250 milionów NRT Z południa na północ przewożono rocz- nie prawie 200 mld ton różnych towarów. 2 — Nowy Maty iwiof 17
I r r.xh ut<L h<n.ltow.- w Karwie Wskim
a w kierunku południowym bez mała 50 mld ton a/< ogółu ładunków przewożo- nych przez kanał stanowiły — ropa naftowa i produkty naftowe z Bliskiego Wschodu. Zjednoczona Republika Arabska uzyski- wała z Kanału Sueskiego przeszło 200 min dolarów rocznie Od dnia 5 VI 1967 r., tj. od czasu napaści Izraela na państwa arabskie, Kanał Sueskl jest zamknięty i nie wiadomo kiedy będzie znów uruchomiony Mimo oficjalnego za- wieszenia broni, w istocie rzeczy nadal trwa wojna. Traci na tym bardzo wiele Zjedno- czona Republika Arabska, tracą wiele inne państwa, głównie europejskie, które spro- wadzały tą drogą naftę bliskowschodnią.1 Szlaki morskie łączące Europę I Amerykę z portami Oceanu Indyjskiego i Dalekiego Wschodu wydłużyły się o kilka tysięcy ki- lometrów' i kilka do kilkunastu dni żeglugi. Światowa wymiana towarowa z konieczno- ści wróciła na starą drogę morską — dooko- ła Afryki. Nowoczesne transportowce okrą- żają Przylądek Dobrej Nadziei, jak dawne karawele i klipery żaglowe. 1 W wyniku podpisania na początku 1974 r. mię- dzy Egiptem i Izraelem dokumentu o rozdzieleniu wojsk w strefie Kanału Sueskiego, rząd egipski za- powiedział oczyszczenie z wraków kanału 1 oddanie go do eksploatacji w końcu 1974 r W ciągu lat na- stępnych będzie on poszerzony i pogłębiony tak. by mogły przepływać tędy statki o nośności ponad 200 tys. ton. Handlu i żeglugi nic nie zatrzyma. Zycie gospodarcze przystosowało się do nowych warunków Ożywiły się inne szlaki. Jedni stracili na tym, inni zyskali. Traci Egipt, Włochy, Francja, Wielka Brytania i kraje położone blisko Morza Śródziemnego. Zy- skała Republika Południowej Afryki, Japo- nia, Singapur i inne Zwyżkę cen transportu ropy naftowe) zmniejsza się wożąc ją znacz- nie większymi jednostkami. Na morza wcho- dzą tankowce o niespotykanej dawniej po- jemności 100, a nawet 200 tysięcy’ ton. Przygotowuje się juz trzystatysięcznikl, a planuje jeszcze większe Takie statki nigdy nie wpłyną do Kanału Sueskiego, bo się w nim nie pomieszczą. Lwua część transportów ropy nie powróci już nigdy na ten najważ- niejszy do niedawna szlak żeglowny. Ważny dawniej szlak wodny powoli, lecz stale, zasypuje piasek, znoszony wiatrem z pustyni. Niedawno na szlakach Morza Śródziemne- go rozbrzmiewała chrapliwa mowa okrętów. Nudę żeglugi przerywały częste spotkania. Dziś dźwięki morskich rozmów prawie za- milkły, spotkania na morzu są rzadkością. Płynie się wśród błękitnej pustymi. Nie wia- domo kiedy ta pustać znowu się ożywi. Piasek pustyni sypie się na morze i porty, I na księgi handlowe państw Morza Śród- ziemnego. Roman Biesiada Nad Mo- rzem Śródziemnym. War- szawa 1970. PZWS, s. 81— 87. 19
Ł |KAIR| Wreszcie wjeżdżamy do miasta Najpierw trochę obdrapanych kamienic czynszowych, później więcej nowoczesnego budownictwa, często bardzo pięknego. Bliżej rzeki świetli* ste domy o kilkunastu piętrach Most, w do- le brudnawa rzeka wciśnięta w obetonowane brzegi Przeciskamy się przez wąskie i ob- skurne uliczki wyspy Roda — i znowu rze- ka Ale teraz otwiera się przed nami wspa- niała panorama ramię rzeki jest szersze, po drugiej stronie widać bulwar, przy którym wznoszą się wieżowce hotele gmachy rzą- dów gmach Ligi Arabskiej i Arabskiego Związku Socialistycznego. i niebotyczna wieża gmachu kairskiej telewizji l kiedy jesteśmy juz w centrum — ogar- nia nas zdumienie To ma być miasto afry- kańskie? Ta stanowiąca konkurencję dla świętej rzeki — rzeka samochodów Ten po- top neonów zaćmiewający blask afrykań- skich gwiazd, te ogromne budynki nad ka- nionami ulic, te rozświetlone wystawy skło- nom e Mieszkańcy wielu stolic europejskich ~noga się czuć zagubieni i przytłoczeni wiel- komiejskoscią Kairu To jest ogromne miasto. Ma przeszło cztery miliony mieszkańców i niepowstrzy- manie rośnie Przybywają tu co roku z egip- skiej wsi tysiące i tysiące ludzi szukających -pszego losu, zarobku, życiowego awansu Kair ciągnie ich jak magnes i co rano z po- ciągów wysiadają zastępy tych, co uciekh z przeludnionej wsi do jeszcze bardziej przeludnionego miasta Ludność stolicy po- dwoiła się w ciągu niespełna piętnastu lat Pierwsze wrażenie to wielkość A ruchli- wość i barwność Kairu mogą zaskoczyć na- wet mieszkańców wielkich metropolii Za- chodu coż dopiero mówić o mieszkańcach Warszawy Pragi. Brukseli, Budapesztu czy Sofii Drugie uczucie które przychodzi natych- miast po przeniknięciu zewnętrznej warstwy’ stworzonej z neonów, świateł i samochodów, a więc przychodzi bardzo prędko, czasem następnego dnia, czasem zas po kilku go. dżinach — to uczucie obcości i egzotyki Albowiem, mimo owych pierwszych pozo- rów, nie może być nic błędniejszego. anj. zeh ocenianie Kairu jako jeszcze jednego z serii zumformizowanych miast świata, zawsze takich samych, choc mogą leżeć na różnych kontynentach Kair jest różny, ma niepowtarzalny, własny charakter, jest mia- stem z niczym nieporównywalnym 1 dlate- go. chociaż można to miasto serdecznie po- lubić, ba. można się w nim zakochać, (o jednak początkowo niełatwo się doń przy- zwyczaić Tysiące ludzi w długich koszulach do kostek, zwanych tutaj galabijami, dzieci ubrane w pasiaste piżamy i grające w piłkę na środku jezdni, tuż przy pędzących samo- chodach: nieustanny krzyk, trąbienie tysię- cy klaksonów, ryk osłów, grająca na pełny regulator muzyka radiowa z kawiarni, skle- pów I mieszkań, głośne dyskusje prowadzo- ne na całą szerokość ulicy, nawoływania i śpiewy tysięcy handlarzy ulicznych; całe ulice będące jednym wielkim sklepem, czy | raczej targowiskiem z towarem leżącym na chodnikach i zwisającym ze ścian, sklepy bez okien wystawowych, otwarte całym wnętrzem na ulicę; plastyczna, jakby bale- towa gestykulacja ludzi, których każde sło- wo podkreślone jest miękkim, kocim ru- chem ręki lub dłoni; ogromna gama barw ludzkiej skóry, od zupełnie białej do zupel- nn czarnej, poprzez nieskończoną liczbę od- cieni brązu przewoźne wózki ozdobione lampionami, frędzlami malowanymi arabes- kami, lub po prostu kolorowymi zdjęciami wyciętymi z tygodników', wózki, na których piętrzą się słodkości, pęcznieją szklane słoje z sokiem granatów, pomarańcz, cytryn obracają się rożny z baraniną, smażą się ry by dusi ful — narodowa egipska potrawa z bobu. Silny, w*szędzie obecny zapach oh* wy. smażenia, czosnku, wschodnich przy- praw, zmieszany z wronią kadzidła i orien- Widok ogólny stolicy Arabskiej Republiki Egiptu talnych pachnideł. Śpiew muezinów z wieź minaretów, chrapliwa mowa arabska o ty- siącach intonacji, kłótnie, zaklęcia, dzwonki tysięcy rowerów Kurz pokrywający ulice i domy, sprawiający wrażenie brudu i nie- chlujstwa, ale niemożliwy do uprzątnięcia, ponieważ jest kurzem miasta leżącego na skraju pustyni, a pustynia niemal codziennie dmucha nań swym gorącym wiatrem. Taki jest Kair i trzeba pamiętać, że wszystko, co będziemy opisywać, rozgrywa się tam i istnieje w takiej właśnie scenerii, wśród tych dźwięków i zapachów, wśród tego posmaku egzotyki i obcości — mam tu, rzecz jasna, na myśli uczucia, jakich do- znaje przybysz z Europy w pierwszych ty- godniach czy miesiącach swrego pobytu. Później, gdy przywyknie i gdy będąc w Europie, nie może już pojąć, dlaczego w autobusie wszyscy milczą i nikt nie gesty- kuluje — wtedy przestaje traktować Kair jako egzotyczne, niezwykłe zjawisko Kazimierz Dziewanowski Kairskle ABC. Warszawa 1968, Iskry, s. 52—54. 20 21
S IMLCZFT ri-AZUXR] 15 sfycznia (1964) Zostawiłam daleko poza sobą nadbrzeże Nilu pocięte strzelistymi sylwetami wie- żowców sreb: rvstobłękituy gmach hotelu HJton < leęancKłe sklep\ na ulicach Kasr el-.N•; i Sol raan Pasza Plac Opery, z sece- svirvm gmachem teatru wtopionym w zie- leń skwerów wcisnęłam się w pełne zgieł- ku : kurzu zaułki bazaru El-Muski Jak za- gubiony wśród przekupniów i nędzarzy le- gendarny książę W schodu stoi tam u wy lo- tu głównej ulicy Gami el-Azhar. ..meczet wspaniały nap ęknieiszy dom modlitwy ?'amu ’ v Kairze jednocześnie siedziba naj- Meczet E-Azhar w Kairze 22 słynniejszego i najstarszego w świecie arab- skim uniwersytetu muzułmańskiego, w któ- rym wychowywali się najwybitniejsi znaw- cy Koranu Sahn. czyli główny podwórzec meczetu, rozległy, chłodny, czysty i biały jak gigan- tyczna łaźnia, pokrywają marmurowe płyty, wokoło koronka loggii ’ I krużganków wspartych na trzystu lekkich, smukłych, wy- twornych kolumnach. Bazy ich i kapitele, wyrwane ze starożytnych ruin zdobiły nie- gdyś pałace lub świątynie Ptolemeuszów * w Egipcie Piękno tego założenia architekto- nicznego polega na przedziwnym wdzięku łuków’ wspierających się na nieskończonej ilości kolumn i Meczet El-Azhar z wszystkimi przyległy- mi dobudówkami i bocznymi podwórcami obejmuje powierzchnię 8200 metrów kwa- dratowych. Z miasta prowadzi do niego sześć bram, niebo nad nim przecina pięć smukłych, pokrytych koronkowymi rzeźba- mi minaretów. Pośrodku głównego podwórca, w cieniu lekko zrywających się ku górze daszków, szemrze fontanna. Z rzeźbionych kranów woda spada do otaczającego ją koryta. Przed modlitwą każdy wierny obmywa tu ręce i nogi Chłód, spokój, cisza tego miej- sca sprzyjają skupieniu, tu myśl łatwo od- rywa się od spraw doczesnych i biegnie swobodnie ku sprawom nieba. W rogu podwórza, na rozłożonych po ka- miennych płytach matach, przysiedli w kuc- ki uczestnicy religijnego kursu. Sędziwy, brodaty szejk w czarnej galabiji i powłó- czystym cynamonowym płaszczu poprawia na głowie czerwony tarbusz owinięty bia- łym szalem i łamliwym, starczym głosem prowadzi wykład. Twarze jego adeptów są skupione, zamknięte. Jaka różnorodność ty- pów. Opaśli Persowie w ciemnych turba- nach, smukli Tunezyjczycy w kolorowych
galabijach, Berberowie o grubych wargach i wypukłych oczach, suche, ostre rysy drob- nych Syryjczyków pod białymi kufijami przyciśniętymi czarną opaską do czoła, bib- lijne niemal twarze egipskich starców, wy- tworne, delikatne sylwetki młodych Maro- kańczyków i Libańczyków w modnych wło- skich garniturach... Tylko ci obdarzyli mnie i amerykańskiego fotografa, przygodnego mego towarzysza, przelotnymi spojrzeniami Pozostali zdają się nas nie dostrzegać Uniwersytet w El-Azharze założył w sie- dem lat po ukończeniu budowy meczetu, w roku 978, kalif El-Aziz Billah ibn el-Muizz z dynastii Fatymidów Od tysiąca blisko lal zjeżdżają tu ze wszystkich krajów arabskich teologowie. Kto chce w pełni przeniknąć taj- niki Koranu i uzyskać najwyższy stopień wiedzy, musi studiować lal piętnaście. Dla dwudziestu tysięcy studentów dwa ty- siące szejków, uczonych najwyższego stop- nia, prowadzi w El-Azharze wykłady w za- kresie czterech rytuałów: szafiickiego, malikickiego, hanafickiego i hanabalickiego. Studenci podzieleni są na strefy, każda ma swego nazira, czyli inspektora. Nauka jest bezpłatna, a ponadto przyznawane są sty- pendia. Wśród tych ludzi, zespolonych wie- rzeniami i językiem fbo literacki język arab- ski jest właściwie tylko jeden, reszta to dia- lekty), nie czuje się politycznych różnic ani niesnasek, od których kipi współczesny świat arabski. W murach El-Azharu panuje zasada Mahometa, że religia nie tylko sta- nowi prawa społeczne, ale narzuca politycz- ny kierunek. Z potęgi działania tej idei pre- zydent ZRA Gamal Abdel Naser • [zdawał] sobie dobrze sprawę. Jest ona również aktualna w erze atomowej, jak w średnio- wieczu [...]. Zmiany i unowocześnienia wkraczają na- wet do instytucji tak skostniałych, jak EI- -Azhar. Przed kilku laty w tej uczelni o cha- rakterze wyłącznie religijnym powstały Bogato zdobiony portal meczetu El-Azhar w Kairze dwa nowe wydziały: filozoficzny i literacki Dwa lata temu do sal wykładowych wkro- czyły po raz pierwszy od powstania El-Az- haru kobiety-studentki, nieliczne wprawdzie, ale gdyby nawet chodziło o jedną, jest to rewolucja burząca kardynalne zasady za- chowywane w świecie arabskim od przeszło tysiąca lat. Zofia Jeżewska: No krań- cach czasu. Warszawa 1966, Czytelnik, s. 12—15.
r. 24 6. [NUBIAj Patrząc z góry, z samolotu, trudno zrozu- mieć, o co właściwie chodzi. Wszystko jest takie wątle i takie nędzne. Wszystko z wy- jątkiem pustyni. Pustynia jest potężna i bo- gata w rozmaitość ukształtowania terenu. Cała przestrzeń pod samolotem, aż po ho- ryzont, to pustynia piasek i skały. Skały są nagie i przypominają szkielety padłych zwierząt Z górskich grzbietów sterczą na boki wielkie skalne żebra. Między żebrami ciągną się kręte wąwozy, wyschłe wadi * którymi czasem, w wypadku gwałtownego deszczu, płynie woda. Ale deszczu nie ma tu właściwie nigdy, co dopiero mówić o gwałtownym. W tabelach meteorologicz- nych, gdy mowa o opadach w Nubii, widnie- je słowo „ślad". A jednak cała pustynia, jak okiem sięgnąć, pokryta jest przypominają- cymi koryta rzeczne wąwozami. Wydawać się może, iż cała kraina opływa wodą. Lecz gdy samolot obniży lot albo wiatr rozpędzi nieco unoszące się stale nad krajobrazem tumany kurzu, widać w wąwozach kamienie i piasek. Nie widać ni śladu wody. Woda jest tylko w Rzece. Tak nazywają tutaj Nil Nil jest tylko jeden, toteż gdy ktoś powie Rzeka, wszyscy i tak wiedzą, o co chodzi Samolot lecąc na południe, w stronę Wadi Halfa, kreśli w powietrzu pro- stą linię, natomiast Rzeka co pewien czas skręca to w lewo, to w prawo, dlatego nie zawsze ją widać. A kiedy samolot nadlatuje nad jej koryto, widok nie jest imponujący szare pasemko wody obramowane z obu stron wąziutkimi wypustkami zieleni. I oto cała Nubia trochę zieleni na obu brzegach Rzeki, czasem szerokości dwóch — trzech kilometrów, zazwyczaj zaś tylko stu lub dwustu metrów. To wszystko. To tak jakby cały kraj ograniczał się do warszawskich bulwarów nadwiślańskich. Na Wybrzeżu Czerniakowskim, Kościuszkowskim, Gdań- skim życie, za to już na Nowym Swiecie______ pustynia. Tyle, że ten wąski pasek zieleni, wśród
której utrzymuje się życie, ciągnie się «d Morza Śródziemnego az po ślepy środkowej At ryki. Blisko trzy tysiące kilometrów. A z lego pięćset kilomerlow lo Nubia. Kraj od pierwszej do czwartej katarakty nilowej Na tych stu czy pięciuset metrach zieleni tkwią obok siebie wsie i miasteczka Jest ich wie- le, czasami Nil płynie przez jedną wielka wieś długości kilkunastu kilometrów Białe i szare domki, ulepione z nilowego mułu bez okien, kr^le trzcinowymi matami, z rzadka tylko majace sklepienie. Skrzypiące kołowroty wodną nad Rzeką poruszane przez diugouche bawoły Kanały, a właści- wie tylko maleńkie kanaliki, do których przez cały dzień sączy się woda czerpana przez sakiję, czyli wodny kołowrót Malen kie poletka kukurydzy, fasoli, lubić, jakichś dyń i melonów Osły, kozy, gdzieniegdzie wielbłąd Pośrodku wsi ubiie dziedzińce, po których wśród kurzu i kup nawozu uganiają się dzieci. Z boku zawsze Laka sama kawia- renka na werandzie, gdzie zbierają się męż- czyźni. Przez większą częsc roku straszliwy, wyniszczający upał Temperatura sięga wte- dy 45—48 stopni w cieniu. W słońcu termo- metry dostają prawdziwego bzika, potrafią wskazywać 60 i więcej stopni. To tylko tyle Rząd ubogich wsi wciśnię- tych pomiędzy Rzekę a pustynię. Ludność pracowicie uprawiająca maleńkie poleli emigrująca w poszukiwaniu pracy do Kaiiu i delty albo do Chartumu. W Kairze co krok spotyka się Nubijczyków. Są portierami służącymi, kelnerami, szoferami taksówek. Są bardzo cenieni za czystość, uczciw^ośc, skromność Pracują w Kairze dwradzieścia- -trzydzieści lal, po czym z zaoszczędzoną sumką wracają do rodzinnej Nubii, aby móc juz teraz siedzieć, w kawiarenkach, grać w kości i przyglądać się Rzece — juz do końca swoich dni. Dlatego w nubijskich wsiach pa- nują kobiety, istnieje prawdziwy ustrój matriarchalny. To-one pracują na poletkach one chowają dzieci, one naprawiają glinia- ne mury swych domostw. Mężczyźni spę- dzają większość życia daleko stąd, choc Popękana i spalona słońcem ziemia z trudem żywi nieliczne stada owiec i kóz wielu z nich przyjeżdża czasem w odwiedzi- ny, zwykle raz na dwa lub trzy lata. Nubia jest biedna, a rozłąka jest tutaj konsekwen- cją biedy. Emigracja [zarobkowa] rozwinęła się szczególnie w dwudziestym wieku, kiedy Rzeka zaczęła rosnąć. Rosła skokami, co kil- kadziesiąt lat, spiętrzona przez zbudowaną za czasów angielskich tamę w Asuanie. Ta- ma była kilkakrotnie podwyższana i za każ- dym razem woda zalewała wsie i poletka Wsie przenoszono na nowe miejsce, położo- ne opodal, o sto czy pięćset metrów dalej. 25
Nubijskie domki, lepione z mułu, to nie europejskie kamienice, łatwo je zburzyć i łatwo wznieść na nowo. Gorzej z poletka mi. Wieś przeniesiona o pół kilometra dalej odnajdywała się nagle już nie w zyznej do]i nie Nilu, lecz na pustyni. Trzeba było na nowo kopać kanały nawadniające, zakładać nowe działki uprawne, użyźniać je, zmuszać ziemię, a raczej piasek do rodzenia plonów . Ale rodzina chciała jeść jeszcze dziś, a nie dopiero za kilka lat. Dlatego mężczyzna emi- grował. Pęcznienie Rzeki rozpoczęło się w Nubii w wieku dwudziestym. Ale bieda była tutaj zawsze. Wiemy, że faraonowie chętnie po- sługiwali się w prowadzonych przez siebie wojnach nubijskimi najemnikami. To także była forma emigracji. Nubia i wtedy musia- la być biedna. . J Historia stopniowego przenoszenia Nubii po pół kilometra w głąb pustyni była krót- kim epizodem w dziejach tego kraju. Juz się to nie powtórzy. Dotąd Rzeka pęczniała stopniowo i powoli. Teraz wybuchnie, wy. rwie się z brzegów, rozleje, utworzy praw- dziwe morze, największe sztuczne morze na świecie. Wszystkie wsie, wszystkie mia- steczka na obszarze długości pięciuset kilo- metrów zostaną pochłonięte przez wodę. Nubia przestanie istnieć Kazimierz Dziewanowski: Archanioły I szakale. War- szawa 1965, Iskry, s. 24—27. 7. fASUANl [7 luty 1964/ — Nie uwierzycie, towarzyszko — mówi kierowca — ale cztery lata temu była tu tyl- ko kamienista pustynia. I tej drogi też nie było. Zbudowaliśmy ją sami. Tu, gdzie dziś błyszczy asfalt, dreptały w kurzu wielbłądy z udającą się na pustynię karawaną. Szosa wije się teraz wśród pokruszonych głazów, które mienią się przedziwnymi bar- wami; są wśród nich różowe, liliowe, żółte, szare i czerwone — to słynny asuański gra- nit Ruch na szosie wzrasta, coraz więcej sa- mochodów ciężarowych i ciągników, w kie- runku miasta pędzą autobusy wiozące robot- ników z pierwszej zmiany. Obecne tempo prac wymaga, jak informuje mnie kierowca, by pracowano przez całą dobę bez przerwy, robota idzie na trzy zmiany. Nocą przyświe- cają robotnikom gigantyczne reflektory usta- wione na brzegach Nilu. Przed barakiem oczekuje mnie sympatycz- ny, energiczny inz. Sobolew, rodem z Kuj- byszewa. Wsiadamy do maleńkiego gazika. który przeciska się wśród tłoczących się zewsząd robotników, sunących w błocie gi- gantycznych maszyn budowlanych, dźwi- gów, koparek-wywrotek pełnych piasku i kamieni. Po kilku minutach karkołomnej jazdy wy- siadamy w ogromnej kotlinie. Wrażenie jest wstrząsające: z jednej strony zamyka ją wy* soka przeszło stumetrowa ściana zapory, w której widnieją otwory tunelów, z drugiej strony widać w dole rzekę i wszystkie prace toczące się przy wbitym w jej nurt wale, który sięga mniej więcej do trzech czwar- tych jej szerokości. — Do przegrodzenia Nilu, czyli zakończe- nia pierwszego etapu budowy tamy, Poz0' stało już niecałe sto dni — mówi inżynier Sobolew. — Spójrzcie na tablicę, tan1 na brzegu... Widnieje na niej napis w języku rosyj skim i arabskim: „Do zakończenia pier^ 26
Fragment Tamy Asuańskiej zbudowanej przy pomocy ZSRR szego etapu pozostaje nam 98 dni, pamiętaj- cie o tym, kiedy przychodzicie do pracy". — Robota idzie w szalonym tempie — wy- jaśnia Sobolew. — W ciągu jednego miesią- ca grudnia zrzucono do rzeki 552 000 metrów sześciennych skały i 865 000 metrów sześ- ciennych piasku. Do budowy tuneli i budyn- ków elektrowni wodnej zużyto już 70 000 metrów sześciennych betonu.. Na wzgórzu przed nami widać szkielet gmachu siłowni, sięga już czterech pięter, ale nie to mnie w tej chwili interesuje. Nie mogę oderwać oczu od rozciągającej się u naszych stóp doliny. Ze stoku wolno, szere- giem zsuwają się ku rzece niby jakieś ogro- mne mrówki czy termity — naładowane ka- mieniami i piaskiem samochody-wywrotki Podjeżdżają kolejno do zakotwiczonej przy brzegu barki, zrzucają w kilka sekund cały swój ciężar i powoli wracają w górę. Łos- kot zwalanych kamieni i warkot silników dochodzi aż do nas, chociaż dzieje się to wszystko w odległości co najmniej 2 kilo- metrów. Barka jest już pełna. Zabiera jednorazowo, jak twierdzi Sobolew, 100 ton kamieni Pły- nie teraz na środek rzeki i przystaje obok ramienia zapory. Dno łodzi pęka na dwoje, rozkłada się i błyskawicznie uwalnia od ła- dunku, który pogrąża się w falach Nilu. Ubi- je go za chwilę na dnie rzeki ogromny ka- tar — maszyna zwana przez polskich robot- ników budowlanych „babą". Sylwetka jej, podobna do wysokiej wieży, góruje nad pla- cem budowy, który liczy 50 kilometrów kwa- dratowych. Wracamy na teren budowy kanału. Wyda- je mi się, że znalazłam się w gigantycznym 27
milionów funtów Zofia Jeżewska: Na krań- cach czasu. Warszawa 1966, Czytelnik, s. 15!—153. ulu. Wszystko tu dudni, warczy< huczy i ło- moce Na rusztowaniach kręci się mnóstwo robotników w stalowych hełmach. Betono- wanie sklepienia jest niebezpieczne, bez ochronnej odzieży łatwo o śmiertelny wy- padek. Chociaż na całym placu budowy każdy człowiek i każdy niemal przedmiot jest w ruchu, chociaż niezliczone ilości maszyn i lu- dzi brną — zdaje się bezcelowo — w kamie- nistych lub wypełnionych błotem werte- pach, praca posuwa się skoordynowanym ciągiem, jak w trybach wielkiego kombajnu. — Gdyby tylko te dodatkowe samochody- -wywrotki nadeszły — mówi Sobolew. — Ale chyba muszą dzisiaj przyjśćI MusząI Widzę, że myśli inżyniera krążą daleko ode mnie, że pochłania go praca, od której oderwano go, by mógł mnie oprowadzić. Czuję wyrzuty sumienia i szybko notuję resztę informacji. Niełatwo jest pracować w Asuanie. W Je- cie temperatura sięga 50 stopni w cieniu. Żelazne belki są tak rozgrzane, że trzeba używać rękawic. Nie odbija się to jednak na tempie robót. Robotnicy i inżynierowie arabscy dzielnie dotrzymują kroku swoim radzieckim towarzyszom, pragną bowiem stworzyć dzieło trwalsze od piramid. Siłownia wodna w Asuanie będzie naj- większą na afrykańskim kontynencie i jedną z największych na świecie. Jej roczna zdo| nosć wyniesie około 100 miliardów kilowa, togodzm, a Egipt otrzyma cztery razy wię. cej energii elektrycznej, niz ma je। obecnie W oparciu o zasoby wysokoprocentowej asuańskiej rudy żelaza powstanie nowy przemysł elektrometalurgiczny, stworzone zostaną warunki do poważnej rozbudowy przemysłu chemicznego i budowy maszyn Juz w 1964 r po zakończeniu pierwszego etapu budowy Nil popłynie nowym korytem, a częściowe uruchomienie zbiornika ' wod umożliwi otrzymanie pierwszych 8 miliar- dów metrów sześciennych wody do nawod- nienia pól. W ten sposób juz po trzech la- tach od rozpoczęcia budowy węzła wodnego nastąpi częściowa amortyzacja wyłożonych na niego funduszów. > Uruchomienie całkowicie węzła asuań- skiego powiększy dochód narodowy ARE o 250 milionów funtów egipskich. 120 milio- nów przyniosą nowe tereny rolne, 100 milio- nów dostarczy przemysł dzięki otrzymaniu nowego źródła taniej energii elektrycznej. Całkowite zabezpieczenie od powodzi i po- lepszenie warunków żeglugi powiększy do- chód krajowy o 15 L
8. (SAMOCHODEM PRZEZ PUSTYNIĘ! Lądujemy moje rzeczy i wyruszamy. W Wadi Halfa są bodaj tylko dwie ulice po- kryte czymś, co przypomina wąskie pasem- ko asfaltu. Poza tym jest tylko piach i ubita glina. Ale Wadi Halfa wkrótce pozostaje za nami. I wówczas, bez żadnego przejścia, wy- jeżdżamy prosto w pustynię. Nie ma drogi. Przez pewien czas, jeszcze niedaleko miasta, jedziemy wzdłuż śladów zostawionych przez inne samochody Później ślady skręcają w stronę Nilu widocznego po lewej stronie, a my jedziemy dalej sami to- rując sobie drogę. Rzeka towarzyszy nam z dala. Wody już nie widać, ale wciąż jesz- cze ciągnie się na horyzoncie ciemne pasmo zielem palmy i trzcina Wkrótce I to niknie nam z oczu. Jedziemy teraz przez wielka przestrzeń kamienistej, twardej ziemi pło- wego koloru, wymijając z rzadka rosnące krzaki i większe skupiska głazów. Grunt jest równy i bardzo twardy Pędzimy, aż wiatr gwiżdże w szczelinach drewnianej budy lan- drovera sześćdziesiąt a nawet osiemdzie- siąt kilometrów na godzinę. Nigdy nie myś- lalem, że jadąc po pustyni można rozwijać taką szybkość Trochę trzęsie i trzeba mocno zapierać się nogami, aby się nie dać wyrzu- cie z siedzenia Jest bardzo gorąco, wnatr chłodzi wprawdzie, ale i wysusza. Juz po kil- kunastu minutach jazdy w' ustach robi się sucho Na horyzoncie widać góry. Są zupełnie inne niż to wszystko, co przywykliśmy na- zywać górami Wyrastają prosto z płaszczy- zny, bez żadnego przejścia są zupełnie na- gie, bez śladu roślinności. Wierzchołki ma- ją ścięte, nie śpi zasle. lecz płaskie, wyglą dają jak pryzmy kamieni układane przy na- szych szosach, tyle że są od nich o tyle więksje, o ile przestrzeń, po której jedzie- my, jest szersza od pasma asfaltu Chociaż pędzimy na złamanie karku, to jednak zbli tamy się do nich bardzo powoli. Widoczność jest ogromna i wszystko wydaje się bliżej, niż jest naprawdę Ale wreszcie dojeżdża- my do podnóża skał i teraz zaczynam się zastanawiać, czy dalsza jazda jest w ogóle możliwa. Pomiędzy skałami są piaszczyste przełęcze. Naniesiony przez wiatr piasek tworzy ogromne zaspy. Czarny kierowca bierze rozpęd i buchl... wpadamy w dwustu- metrową zaspę. Samochód gwałtownie zwal- nia. kierowca wrzuca drugi bieg, a później pierwszy Samochód ryczy strasznym gło- sem, ale jednak przejeżdżamy Potem dru- ga zaspa i trzecia. Cóż to za znakomity sa- mochód Chwilami zdaje się. że wydobywa się z niego ostatni już dech, ale zawsze udaje się przejechać Każdy znany mi wóz powi- nien ugrzęznąć albo zatrzeć się, albo co naj- mniej powinna się w nim zagotować woda A tu nic Teraz jest już wszędzie piasek, także i po- między zaspami Upał coraz większy Już nie ma tak dobrej widoczności. W powietrzu unosi się drobniutki pyl. powietrze drga od upału jeśli spojrzeć trochę dalej, obraz sta- je się niewyraźny i zamazan\ Jedziemy wielkimi zakosami by ominąć sterczące tu i ówdzie skały Wielkie półkole w lewo, za- raz drugie w prawo i znowu wr lewo Z wol- na gubi się poczucie kierunku. Nawet słoń- ce nic jest dobrym znakiem orientacyjnym, bo stoi prawie pionowo nad głową Nie ma żadnych śladów, skały są do siebie bliźnia- czo podobne, rzeki nłe widać. Dopraw'dy nie wiem, jakim sposobem mój kierowca roz- pozna je drogę A może Jej wcale nie roz- poznaje? Ale przecież ma niefrasobliwą i całkiem pewną siebie minę Gdy tylko po- czuje pod kołami trochę twardszy teren do- da je gazu I lecimy jak na skrzydłach A za chwilę znowu wpadamy w piasek i samo- chód zaczyna ,.pływać" jak kajak na silnym prądzie. Ale nie zatrzymuje się Największą radość sprawia kierowcy' forsowanie stro- mych piaszczystych podjazdów Kiedy silnik zanosi się wyciem na najwyższych obro- tach, czarna gęba kierowcy rozjaśnia się rzetelną satysfakcją Od czasu do czasu, by
dynczy sęp. Ale w którym zwiększyć i tak już potężny 9. [HABUB W CHARTUMIE] 30 i hałas to żywioł, Arab czuje się najlepiej. Kazimierz f Archanioły I szakaie''^ szawa 1965, Iskry, s. Dziewanowskj. szawa 1965, Iskry, s. 91J bubu nie ma miejsca, gdzie by zwiększyć i tak już potężny hałas (na pustkowiu słychać nas zapewne na ki ka- naście kilometrów), Sudańczyk naciska ktaK- son, choć jak okiem sięgnąć nie widać ży- wego ducha. Tylko w górze unosi się poje- Był to habub: przekleństwo i groza Suda- nu. Olbrzymia burza piaskowa, miotająca przed sobą tysiące ton najdrobniejszego piasku. Zbliża się po cichu, milcząco, w po- staci wielkiej chmury na horyzoncie, która przesłania wszystko, zaćmiewa światło sło- neczne. Nie poprzedzają jej ostrzegawcze podmuchy wiatru, zwykle zapowiadające burze w naszej części świata. Gdy zbliża się habub, jest cicho i coraz bardziej niesamo- wicie. Wielbłądy wpadają w panikę, psy wy- ją, ludzie uciekają, szukając schronienia. Chmura nadciąga na kształt walca, która — zda się — zmiażdży wszystko, co na dro- dze. Wiatr zrywa się w ostatniej chwili. Człowiek znajdujący się na ulicy wpada wtedy do najbliższego domu. W ogrodach pięknych will chartumskich służący z krzy- kiem sprzątają wystawione fotele i zwija- ją parasole słoneczne. A jeśli na pustyni znajduje się w tym czasie karawana, lu- dzie zsiadają z wielbłądów, owijają gło- wy płaszczami, starają się szczelnie zasło- nić, byle nie spojrzeć odkrytą twarzą w oblicze habubu. I jeśli uda się im prze- trwać burzę, mówią potem, że mieli szczęś- cie. Bo habub jest straszny. Na ziemię wa- lą się setki i tysiące ton piasku. Wydaje się, że wszystko zostanie zasypane, jak w Pompei *. Ale piasek nie spada z góry jak młot, przygniatając wszystko. Piasek jest lekki, to nawet nie piasek, lecz drobny pył, pustynny puder koloru rudy żelaza. Nie jest groźny jego ciężar, lecz obecność. A jest obecny wszędzie. Po piętnastu minutach ha- 90 nie było. groźny jego ciężar, lecz obecność. A jest Na nic zda się zamykanie drzwi i okiennic, szaf i szuflad, a nawet walizek. Rudy py] przenika wszędzie, nie można zagrodzić mu drogi. Gdy rano, po habubie, wszedłem do łazienki pozbawionej okien, spostrzegłem, że biała dotąd wanna — jest ruda. Emalia była pokryta grubą warstwą habubowego pyłu. Można więc sobie wyobrazić, czym jest ta burza na pustyni, gdy jedyną obroną jest płaszcz okręcony wokół głowy: pod- czas habubu można się udusić. Piasek zaś — to nie jedyna groźba, jaką niesie z sobą ten wiatr. [...] Wysysa każdą kropelkę wilgoci. A przecież i przedtem, nim nadszedł, było tu dostatecznie sucho. W tabelach klimatolo- gicznych dotyczących Chartumu nie podaje się stopnia wilgotności powietrza. Pisze się tylko „ślad". W praktyce wygląda to tak, że chustka uprana schnie w pokoju w ciągu piętnastu minut, a koszula w trzy kwadran- se. Woda w szklance wyparuje w przeciągu dwóch—trzech godzin. A jednak habub jest jeszcze bardziej su- chy... Tak to wyglądało pierwszego wieczoru. A drugiego maszerowałem poprzez wieczor- ne miasto, chłonąc atmosferę tej najbardziej afrykańskiej stolicy. Habub minął tak szyb- ko, jak przyszedł — zwykle trwa on nie dłużej niż dwie—trzy godziny. A ranek wstał znów pogodny. Pogodny jak co dzień, jak trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Kazimierz Dziewanowski. Borpion w namiocie biuro- m. Warszawa 1964, Książ- ka 1 Wiedza, s. 19—21.
10. PUSTYNIE Pustyniom właściwe są silne wiatry. Pod- czas dnia powietrze na pustyni znajduje się w ciągłym ruchu i często wybuchają praw- dziwe burze. W nocy powietrze jest spokoj- niejsze, a niekiedy panuje nawet zupełna ci- sza. Wiatr wykonuje na pustyni olbrzymią pracę ścierając i szlifując kamienie i skały oraz przenosząc i sortując rozdrobniony materiał. Wiatr głównie określa oblicze pu- styni. [...] Piaski zajmują znacznie mniejszą po- wierzchnię niż pustynie kamieniste. Te ostatnie stanowią albo tak zwaną hammadę, tj. lekko falistą pustynię skalistą usianą odłamkami skalnymi powstałymi wskutek wietrzenia skal, albo serir — taką samą po- wierzchnię usianą drobnymi, ogładzonymi przez wiatry otoczakami powstałymi z naj- twardszych skał. Można jechać całymi dnia- mi po zupełnie równej kamienrtej płaszczyź- nie ułożonej jakby z wielu kamieni na po- dobieństwo mozaiki. Czasami ukaże się mniej lub bardziej wysoki taras, ale wystar- czy wejść na niego i znów rozciąga się w rozległą dal nowa, kamienista, płaska po- wierzchnia. Żadna dolina nie przecina rów- nej krainy, ani jedno piaszczyste wzgórze, ani jeden stosunkowo duży odłam skalny nie daje oku wytchnienia. Taka jest ham- mada. Przez pokryty żwirem teren, ledwie dostrzegalnie wspinając się, zmierza do pod- nóża gór karawana; góry wznoszą się od ra- zu wysoko, często w postaci niedostępnych urwisk. Z krawędzi takiego urwiska ukazu- je się krajobraz uderzający obserwatora róż- norodnością form i bogactwem kolorów. Szczyty są ostro zarysowane; w ściany urwiska wrzynają się wgłębienia podobne do kanionów; oddzielają one słupy i całe bastiony o płaskich, stołowych wierzchoł- kach. U podstawy leżą ogromne osypiska powstałe z produktów wietrzenia. W barwie przeważają tony żółte i brunatne. Na te dziwaczne skały spływa potokami jaskrawe światło łagodzące kontrasty i na- dające barwom cieplejsze odcienie. O wschodzie i zachodzie słońca cały krajobraz gra przeróżnymi odcieniami barw od żół- tej do czerwonej i fioletowej; pustynia ma wtedy rzeczywiście wygląd bajeczny. [...] Z wyobrażeniem pustyni wiąże się poję- cie o niekończących się piaskach wiecznie prażonych przez słońce, gdzie nie ma ani roślin, ani życia A tymczasem nawet Sahara, chociaż rzadko, jest jednak zamieszkana. W samym jej środku wznoszą się góry po- kryte [zielenią]. Pustynie na ogół posiadają roślinność. Ale jest rzeczą naturalną, że su- chy klimat, piasek i kamień wywołują u roślin cały szereg przystosowań ułatwia- jących znoszenie suszy. Przeważającymi for- macjami roślinnymi są niewysokie kolczas- te zarośla o głęboko wrastających w ziemię korzeniach. Roślinność prowadzi tutaj nie- ustanną walkę z suszą. Sposoby przystoso- wania się roślin do suszy są nadzwyczaj 31

różnorodne*. Ogromnie rozpowszechnione są rośliny jednoroczne — efemery * Nasiona ich kiełkują prawic po upływie doby od tej chwili, gdy spadl deszcz, i niekiedy już po trzech tygodniach pojawiają się na nich owoce Susza szybko wypala delikatne ło- d>gr i gałęzie roślin. Jeśli wyłączyć efeme- ry. tylko )edne kserofity ‘ — wielolatki mo- gą tutaj rosnąc Ich korzenie są niezwykle rozgałęzione i przenikają głęboko w ziemię w różnych kierunkach w poszukiwaniu wil- goci. Podczas budowy Kanału Sueskiego znaleziono korzenie tamaryszku mające do 30 metrów długości Łodygi skrócone, liści prawie nie ma, gdyż zostały przekształcone w kolce i ciernie. Rośliny stoją tu niczym statki wśród burzliwych lal na głęboko opu- szczonych kotwicach Dużą rolę odgrywają rośliny cebulkowe, które zdolne są do przebywania przez kilka lat z rzędu pod ziemią, zanim wyrosną po deszczu Niektóre rośliny posiadają zdol- ność skręcania się w kulistą miękką bryłkę, którą wiatr przenosi z miejsca na miejsce, dopóki roślina nie napotka wilgotnego grun- tu Specjalny typ stanowią rośliny czerpiące wilgoć z powietrza Jedne z nich posiadają gruczołki wydzielające sole higroskopijne. dzięki czemu przeprowadzają wilgoć z po- wietrza do tkanek liścia; inne wchłaniają wilgoć za pomocą włosków higroskopijnych, których nie należy mylić z szarym puszkiem rośliny służącym do ochrony przed parowa- niem Wreszcie na gruntach zawierających sole pojawiają się przedstawiciele rodzin solankowych; są to rośliny przyziemne o bardzo tłustym, grubym listowiu wypeł- nionym śluzem. Palma daktylowa, drzewo charakterys- tyczne dla pustyń Sahary, Arabii, Iranu i północno-zachodnich Indii, rośnie wyłącz- nie w oazach Ma ona szczególne znaczenie dla mieszkańców pustyni żywiąc ich swymi smacznymi i pożywnymi owocami. S. W. Czefranow, K. P. Jó- zefowicz, W. A Rausz. Opowiadania geograficzne Tłum. S Tazbir, W. Kowal- czyk Warszawa 1953, Na- sza Księgarnia, s. 262—264. 11 ZIELONA INWAZJA Spotykane co pewien czas psy świadczą, ze gdzieś w pobliżu znajdują się osiedla ludzkie Ciemność i wysokie trawy unie- możliwiają jednak rozeznanie się w terenie Jeśli wierzyć licznikowi, zrobiliśmy od Ko- nakry juz ponad 70 kilometrów. Na widno- kręgu pojaw'il się ledwo widoczny blask, po- większający się z niezwykłą szybkością — Co to? — pytam głośniej, niż zamierza- łem — Świta — odzywa się po raz drugi tej nocy Danio. Po kilku minutach wszystko poszarzało, a po kilkunastu — jedziemy już bez świateł. Dzień następuje tu równie szybko, jak zapa- da noc Wraz z nastaniem świtu zmienia się też krajobraz Wysokie trawy ustąpiły miejsca nie koń- czącym się plantacjom bananowym. Niskie, około dwumetrowej wysokości rośli- ny, pokryte tryskającymi zielenią pió- ropuszami zwisających liści, tak szerokich, ze jeden wystarczyłby za parasol, ciągną się równymi szeregami niczym żołnierze na de- filadzie. Białe, czerwone i żółte tablice z ol- brzymimi napisami dumnie głoszą nazwiska szczęśliwych posiadaczy plantacji. Te pstre szyldy zawierają wymowną treść polityczną. Wynika z nich, że, jak dotychczas, tylko nie- znaczna część plantacji bananowych należy do rdzennych mieszkańców Gwinei. Gdy jednak któraś przeszła już w ręce prawo- witych gospodarzy, napis na tablicy pod- kreśla ten fakt z naciskiem: „Plantacja jest I Nowy Mary świat 33
Przemysł wydobywczy walczy obecnie wolnej Gwinei. z monokulturowym rolnictwem o prymat w gospodarce narodowej Plantacja bananów w Gwinei Plantacje bananowe w Gwinei nie są jed- nak tak stare, jak można by przypuszczać, oglądając z okna samochodu ich nie kończą- ce się obszary. Pierwsza, doświadczalna, założona została w 1897 roku w Camayenne, czyli w dzielnicy Konakry, obecnie włączo- nej do śródmieścia. Upłynęły od tego czasu zaledwie 64 lata — i oto dzisiaj banany utrzymują prawie całą Gwineę, stanowiąc podstawowe bogactwo narodowe. Longin Zaremba: Wędrówki po Gwinei. Warszawa 1961, Książka i Wiedza, s. 65—66. własnością Diop Mamu, obywatela gwinej- skiego". Na zboczach okolicznych wzgórz, skąpane w obfitej rosie porannej, lśnią metalicznym blaskiem pola ananasowe. Udekorowane zło- cistymi owocami drzewa pomarańczowe i cytrynowe rosną pomieszane z mangow- cami, gujawami, drzewami chlebowymi i ca- gamą innych Rn* • na flora kwitn' en^ca tropikal- w oczach, zw roz^rzesirz^nia się niemal zwalczana jes^ S‘ę WzaJemnie » z kolei nie w ciągu r j^rZez trawY i liany, dwukrot- i szlaki kom ° t ow°ce, zalewa drogi S1Q na skały ac^^ne’ nawet rzeki, pnie ludzie. CZy ° przestrzeń, o życie — 35 34
r UTr nich ponoć kiedyś rosła bujna bardzo pew°e porywczości. 3b i 12. PAWIANY • Nie było najmniejszego przewiewu. Zu- pełny bezruch powietrza stwarzał złudzenie, ze znajdowaliśmy się pośrodku olbrzymie- go kosza ze szklą, a otaczająca nas przyro- da zamarła w letargu. Do tego dziwne słon- ce. Jeszcze nie zaszło, lecz zasłonięte tu ma nem kurzu harmattanowegoniewidoczne dla oka, zalewało całe niebo mleczną, niesa- mowitą poświatą. W tym oświetleniu i przy niezmąconym spokoju przyrody wszystko wydawało się‘ nierealne. Pod wieczór słyszeliśmy dzikie gołębie Ich gruchanie dudniło głucho i zdaw'ało sie wypaczone w przestrzeni jak głos w puste| sali Trudno było ustalić, w której stronie siedziały ptaki i jak daleko: może o sto metrów, może o tysiąc? Droga ciągnęła się w obydwróch kierun- kach prosta jak pod sznur i widać było mnóstwo małpich stad, przechodzących przez drogę Raz z dala przebiegały antylo- py. Małpy zawsze okazywały ciekawość w stosunku do nas. Stawały na środku dro- gi, nawet gdy z)awiały się niedaleko, i do- piero po przypatrzeniu się nam ruszały da- lej. Zdumiewały, jak zwykle, ilością. Osobli- we wrażenie: jakkolwiek były w ruchu, przecież wcale nie mąciły ogólnego nastroju ciszy w naturze; po prostu zjawiały się jak gdyby na ekranie filmowym, jakby poza rzeczywistością, i tak tez znikały. W tych stronach sawanna była wyjątko- wo sucha [ | Tu i ówdzie drzewra tworzy- ły jeszcze chaszcze, ale niezbyt rozległe ani gęste Przeważały w tej okolicy otwarte roz- łogi, z rzadka przetykane krzewiną i kępa- mi Wzrok gonił daleko w głąb brussy nierzadko całymi kilometrami Podobnie wyglądała większa część Afryki, wszakże tam właśnie, wśród takiej cherlawej roślin- ności, przebywało najwięcej grubego zwie- rza, więcej niz w bujnej puszczy tropikal- nej Najdziwniejsze były bowale. jak nazywa- no niewielkie polany, prawie puslynne Na trawa, ale częste pożogi dokuczyły ziemi do tego stop- nia, że powierzchnia jej skamieniała 0(l ognia, stała się czarna i jałowa. Owe bowale, oazy bezpłodności i smutku były jednocześnie siedliskiem cudaczności Zamiast roślin wyrastały na nich termitiery, lepianki utworzone przez termity — kopczy- ki w postaci grzybów, wysokich i szerokich na blisko pół metra. Gdzie tylko widniały bowale, tam nieodzownie towarzyszyły im całe lasy tych makabrycznych grzybów, sto- jących niemal setkami, jeden obok drugie- go, jak widma. Jaka tajemnicza przyczyna kazała termitom budować swe gniazda na zupełnym ugorze, z dala od roślinnego po- karmu, i to zawsze w postaci takich kaptur- ków? Jeden z nich, mniejszy rozmiarem, wy- rwałem z ziemi bez wysiłku. Był z czarnia- wej grudy, twardej jak cement Termitów w nim nie odkryłem, widocznie gniazdo ich tkwiło głębiej w ziemi, a grzybek zbudowa- no tylko jako wieżę nawietrzną Wieżę meteorologiczną? Może. Eibel sfotografował mnie z grzybem, lecz zdjęcie zawiodło, grzyb bowiem w ludzkich rękach smętnie stracił swą dosadną mon- strualność. Jakby spokorniał, ustatecznił się, zdziadział, sfilistrzał. ’ Oderwanie od ziemi • pozbawiło go sił jak antycznego Antajosa O jakie trzysta metrów od nas przechodzi- ło przez drogę stado wielkich małp- Bestie, dwukrotnie silniejsze niż widziane dotych- czas, miały potężne piersi i spore łby o wy dłużonych pyskach. Poznałem je po IYC pyskach i po ogonach, zrazu zadartych * górę, potem opadających ku ziemi- Były pawiany; rzecz prosta, zelektryzowały mn** Uzbrojony w rolleiflexa [marka aparatu o tograficznego] i w lornetkę zacząłem 1S drogą w ich kierunku. Było ich chyba do trzydziestu. Po dwa, P° trzy przekraczały drogę spokojnie, 2 na mysłem, bez
siebie, z godną postawą. Były jak Anglicy dawnych czasów, niewzruszone w poczuciu swej siły Samiczki z młodymi nie zatrzymy- wały się Wszystkie samce natomiast, któ- rych domyślałem się po tęzszej budowie ciała, przystawały na drodze, mierzyły przez chwilę bystrym wzrokiem zbliżającego się człowieka, po czym poważnie, jakby zado- wolone z poczynionych spostrzeżeń, dawa- ły nura w przydrożne krzewy Na samym końcu stada, pewnie mniej niż dwadzieścia metrów ode mnie, przeszła po- woli głowa rodu, stare samisko. Było pokaź- ne, ale nie większe niż inne samce, za to o siwawych włosach i despotycznych manie- rach Jak władca, który widocznie czuł się odpowiedzialny za honor i bezpieczeństwo stada, uważał, że należy napędzić mi stra- cha i okazać swą pogardę. Nachmurzył więc czoło, zrobił kilka pociesznych grymasów przekrzywioną gębą, wyszczerzył ku mnie kły imponująco olbrzymie i, ubliżywszy mi gardłowym pomrukiem, pełen wyniosłości wycofał się ze sceny. Pawiany są obok szympanów największy- mi małpami Afryki Zachodniej i zaliczają się do wojowniczych i najodważniejszych zwierząt Afryki. Z pyska podobne do psów, mają uzębienie iście wilcze, ale nieprawdo- podobną siłą szczęk posługują się jedynie podczas obrony Są wtedy ponoć straszne Lampart, żywiący się głównie mięsem mał- pim, pokona z łatwością dwa lub trz} pa- wiany, ale napad na większe ich stado nie- raz przypłaca życiem. Podobnie i z lwem pawiany walczą do ostatka Ludzie boją się ich |ak diabła i, przejęci nabożną czcią, omi- jają niektóre mateczniki, gdzie gnieździ się ich wyjątkowo wicie. Pawiany natomiast przed ludźmi nie tchórzą, bywało, że rozju- szone zasypywały kamieniami myśliwego, Rodzina pawianów gdy odważył się polować na nie i, nieroz- tropny, ranił lub zabił któregoś ze stada Pawiany, do których ostrożnie podcho- dziłem, przebrnęły przez wąski pas krzewi- ny przy drodze i rozsypały się po przyleg- łym pustym bowalu. Dążyły krok za kro- kiem do lasu, oddalonego mniej więcej o sto pięćdziesiąt metrów, lecz zanim dotarły do drzew, zatrzymały się. Wszystkie siadły na pośladkach, frontem do mnie, i zastygły bez ruchu Mając bezpieczne zaplecze, zdawały sobie sprawę, że nic im już nie grozi od dwunożnego potwora bez strzelby i luku. więc — cicho przycupnąwszy — zacieka- wione śledziły jego dalsze zamysły. Ryso- wały się szaro na szarej ziemi W’ tak dosko- nałej szacie ochronnej nigdy nie odkryłbym ich, gdybym nie wiedział, gdzie przycupnę- ły Doszedłem do punktu drogi, skąd było do nich najbliżej, i zatrzymałem się. Widzia- łem je jak na dłoni i przez chwilę patrzy- liśmy na siebie, pełni napiętej uwagi. [. .] Arkady Fiedler: Nowa przy- goda Gwinea. Warszawa 1962, Iskry, s. 77—80
13. BURZA I Pozornie bez powodu zaczynały nagle w ca.łym domu trzaskać, otwierać się i zamy kac drzwi i okiennice. Przeróżne kartki i pisma wzlatywały w powietrze z biurka, ze stolików i z regału i rozpraszały się po całym pokoju. Wiatrak pod sufitem, jeżeli był w bezruchu, zaczynał nagle sam się obracac. Tumany pyłu i zeschłych liści wpa- dały z szumem do wnętrza. Potężny po- dmuch przelatywał nad ziemią Za nim na- stępne. Wielkie drzewa gięły się pod ich uderzeniem. Kiedyś, taki przedburzowy wiatr rozłupał wielkie drzewo, które rosło koło garażu. Drzewo to nisko nad ziemią rozdzielało się na dwie grube odnogi. Jedna z nich runęła na garaż, zgniatając dach. Przypadkowo nie było mnie wtedy w domu i garaż był pusty. Po pierwszych podmuchach wiatru pa- trzyłem często przez okno w kierunku bu- szu ’, czekając, kiedy zjawią się tukany Dziwnie te ptaki wyglądają. Co najbardziej rzuca się w oczy, to potężny, tępo zgięty dziób. Skrzydła mają stosunkowo krótkie i cofnięte do tyłu, jak odrzutowiec. Latają szybko i z profilu, w locie wyglądają jak rzucona w powietrze siekiera. Po pierw- szych huraganowych porywach, kiedy w po- wietrzu zrobiło się zamieszanie, a inne ptaki dawno już pochowały się w bezpieczne miejsca, zjawiały się niewiadomo skąd. Dwa, najwyżej trzy. Czasem tylko jeden. Nadla- tywały gdzieś od wschodniej strony w sza- lonym pędzie, gnane wiatrem w tym samym kierunku. Wspaniale dawały sobie radę Wprawdzie od czasu do czasu wiatr podry- wał je w górę albo nagle rzucał w dół, one jednak wyrównywały lot błyskawicznie Celowały zawsze w kapokowe drzewo ros- nące w buszu. Kapok jest oryginalnym drzewem. Jego parometrowej szerokości pień jest u .dołu, do wysokości kilku metrów nad ziemią, spłaszczony w dwóch prosto- padłych kierunkach. Nadaje mu to wygląd ogromnej rakiety stojącej na statecznikach, gotowej do startu. Potem kilkudziesięCi0. metrowy gładki pień i wreszcie u samej gó- ry skąpa korona. Tukany usadawiały się w tej koronie. Znajdując się jeszcze w odpo- wiedniej odległości wyhamowywały, S2a. mocąc się z wichurą, i siadały bezbłędnie na jakiejś balansującej na wietrze gałęzi. Po kilku minutach zaczynał lać deszcz Można by chyba powiedzieć, że każdy taki deszcz to było oberwanie chmury. Deszcz nie padał, tylko masy wody łączyły ziemię z chmurami. Miało się czasem wrażenie, że można by skoczyć z okna i po tej wodzie popłynąć gdzieś do góry. Zdarzało się bar- dzo często, że jeżeli burza rozszalała się w drodze, trzeba było stawać i czekać, az przejdzie. Wycieraczki na szybie samocho- du stawały się zupełnie bezużyteczne. Nie pomagały również światła. Tonęły w wodzie parę metrów przed samochodem. Razem z deszczem zaczynały rozdzierać niebo błyskawice i pioruny. Są to widoki, jakich nie ogląda się w Europie. Grzmot nie ma końca Jest jeden, ciągły, ogłuszający huk. który tylko albo narasta, albo słabnie. Trud- no przy tym rozmawiać. Pioruny nie robią właściwie wrażenia. Przy tym wyładowania zachodzą nie w kierunku chmura-ziemia, a głównie chmura-chmura. Inaczej mówiąc, pioruny biją poziomo. W rezultacie powsta- je rozedrgana, oślepiająca, gęsta sieć błys- kawic. Czasem oba zjawiska występują oddziel- nie. To znaczy deszcz bez piorunów albo pioruny bez deszczu. Przy takiej suchej bu rzy, stojąc na dworze, można przy świetle błyskawic czytac gazetę. Widać dobrze, tj le że męczy drganie światła na papierze Zdarza się, że deszcz nadchodzi po cichu' bez huraganowych zapowiedzi. gdzieś z oddali słychać lekki, równomierny szum. Szum stopniowo narasta, aż ma s1^ ---. . ... ... sią wrażenie, że gdzieś niedaleko znajduje^^ wodospad. Jeżeli popatrzy się w ^Y11^ runku, widać nadchodzącą ~i kie równą ścianę wody Za chwilę na ziemię spadają pierwsze, pojedyncze, wielkie i ciężkie krople desz- czu, aby po chwili zamienić się w jedno- stajną masę wody. Deszcze tropikalne powodują ogromne szkody w sieci komunikacyjnej. Wystarczy parogodzinna burza, aby rzeki wystąpiły z brzegów Tworzą się od razu wielkie roz- lewiska, zatopione są obszary uprawne i szo- sy. Woda rwie wszystkimi rowami i szczeli- nami, podmywając asfalt i powodując jego zapadanie się. Z t£go powodu drogi są właś- 38
ciwie w ciągłej naprawie, ponieważ burze zdarzają się często w porze deszczowej i to przeważnie nocami. Temperatura w porze deszczowej spada nocą do 23°C. Wtedy, w warunkach tamtej- szego klimatu, jest już paskudnie zimno. Wkłada się długie spodnie i swetry. Ale gdy nie ma pory deszczowej, temperatura sięga, jak zwykle, 30°C i deszcz w tej sytuacji jest bardzo przyjemny. Jak ciepły prysznic. Zie- mia nagrzewa się szybko, tym bardziej asfalt. Termometr położony na białym, me- talowym dachu samochodu wskazywał kie- dyś w południe 72°C. Metal parzy. Nasło- neczniony asfalt ma temperaturę około 65°C. Z tej racji po deszczu szosy parują. Widać świetnie i w dzień, jak kłęby pary unoszą się nad szosą, ale najlepiej obserwo- wać można to zjawisko nocą. Zdarza się nie- raz, ze opary sięgają wysokości przedniej szyby samochodu. Wtedy jedzie się nie wi-' dząc ziemi, jakby nie dotykając jej. Ma się 14 GÓRA ROGOZIŃSKIEGO Polska wyprawa afrykańska z 1883 roku dużo wysiłku i czasu poświęciła badaniu Gór Kameruńskich. Góry te nie były jesz- cze badane naukowo. Tylko dwóm podróż- nikom przed Polakami udało się przedostać do rejonu tych gór, ale ich relacje nic no- wego me dały nauce. Za właściwych bada- czy, nawet odkrywców gór Kameruńskich, uznaje się uczestników polskiej wyprawy. Polacy zajęli się nie tylko badaniem Gór Kameruńskich pod względem geologicznym, klimatycznym i biologicznym, ale postano- wili także wejść na najwyższy ich szczyt, na opiewaną przez tamtejszą ludność górę Mongo-ma-Lobach (Górę Bogów). Na czele ekipy stanął Stefan Rogoziński (1861—1896), towarzyszyli mu Leopold Janikowski (1855— 1938) i dziennikarz niemiecki Zóller Ka- rawana była dość liczna — piętnastu Mu- przed sobą oiałą. mglistą wstęgę jest szosa Po obu stronach ciemne ściany buszu Po bokach drogi mgły nie ma. Widać trawo i zarośla. Ale jechać trzeba tą nierealna wstęgą, którą góry widać niekiedy We wspaniałej pen lektywie. Mgła nad szosą nie jest jedno ita. Miejscami jest gę^ miejscami trafiają się ,,dziury” i błyska ka- wałek mokrej nawierzchni. Obłoki parj żyją. porusza nimi wiatr Przed reflektorami zjawiają się widma Ktoś wstaje nagle na drodze Ktoś klęczy na po- boczu. Coś słania się z prawej strony, zaraz upadnie pod samochód. Coś walcowatego leży w poprzek szosy. Jakiś kształt kulisty toczy się wprost na samochód Nagle ,.dziu- ra”; wrażenie, że to zerwany most na rze- ce. Widma są piękne, orzyciągają wzrok lecz niestety wielu ludz straciło przez nie życie Stanisław Gniewski: KwcsL Łódź 1968, Wydawnictwo Łódzkie, s 124—127. rzynów-tragarzy niosło pakunki, dziesięciu dalszych torowało ścieżkę przez puszcz'. Droga okazała się trudna i uciążliwa. Kli- ka pierwszych dni przedzierano się przez gęstą puszczę Dziesięciu Murzynów krok za krokiem wycinało ścieżynę, a właściwie tu- nel wśród gęstwiny, którym w pojedynkę posuwała się karawana. Okolice bezludne, nawet wodę trzeba było nieść ze sobą, bo- wiem nie było w pobliżu żródeł. Po przebyciu puszczy i pasa porośli ka- rawana znalazła się w strefie kamienisto- -pustynnej, droga po osypiskach lawy sta- wała się coraz trudniejsza. Tragarze padali ze zmęczenia Ostatkiem sił dobrnięto do podnóży szczytu. Karawana zatrzymała się na wypoczynek i nocleg. Następnego dnia o świcie trzej Europejczycy wyruszyli na zdobycie szczytu Góry Bogów Należało jeszcze pokonać parę kilometrów zbocza po- krytego lawą i popiołem wulkanicznym. Ten odcinek drogi okazał się najtrudniejszy. Co- raz któryś z podróżników osuwał się w dół po sypkim gruncie i powtórnie musiał' poko- nywać przebytą przestrzeń. Wreszcie osiągnięto szczyt góry Podróż- nicy zobaczyli przed sobą duży, wygasły krater, wypełniony częściowo różowym po- piołem. Krater był nagi, pozbawiony całko- wicie roślinności. Gęsta mgła nie pozwoliła dokładniej rozejrzeć się po okolicy, chociaż w dali rysowały się zarysy dwóch nieco mniejszych szczytów Przyjętym zwyczajem, podróżnicy zako- pali na szczycie butelkę z datą wejścia i nazwiskami zdobywców i wyruszyli z po- wrotem w dół do obozu. Schodzenie okazało się daleko łatwiejsze od wspinaczki. W nie- spełna godzinę byli już u podnóża Górę tę uczestnicy wyprawy nazwali ..Górą Rogo- zińskiego” na cześć Stefana Rogozińskiego, inicjatora i kierownika pierwszej polskiej wyprawy' morskiej do Afryki. B. Kuźmiński. Polskie na zwy na mapie świata War- szawa 1967, Nasza Księąar nla, s 64—65 40
15. POEMAT 16. W PUSZCZY Kraju mój, pełen muzyki, rytm tańca unosił się na skrzydłach tam-tamu, każda nowa wieść rozlegała się ze wsi do wsi, ziemia była matką ludu, a lud był wolny i dojrzewał w słońcu jak owoc. Arabscy kupcy wędrowali wśród naszych równin, A potem przybyły okręty o rozwiniętych żaglach, ziemia nasza poznała stopę białego człowieka i powoli kraj zaczął się wyludniać. Ile karawan niewolniczych pędzono do portów, ileż krwi mojego ludu wsiąkło w ziemię rodzimą, ile biały człowiek wytoczył łez z oczu braci i sióstr. Szli niewolnicy na zachód, szli niewolnicy na wschód, na północ i na południe, budowali domy, miasta i uprawiali nie swoją rolę, i tęsknili za ziemią swoją i za braćmi. Iluż ich marło w czasie transportów? Jeszcze dzisiaj widzę obraz kobiety płaczącej, która tuli martwe z głodu dziecko Biały człowiek powiedział, że Murzyni to dzicy ludzie, ale Murzyni nie szli niszczyć miast i wsi białego człowieka, ale Murzyni nie uczynili z białych niewolników, Murzyni otworzyli im drzwi i przyjęli pokojowym pozdrowieniem. Potem wielu z nich uwierzyło w Boga, który jest jeden dla białych i czarnych i choć jedne wymawialiśmy modlitwy, nie przestali nami gardzić i nas wyzyskiwać, bo mieli doskonalsze przyrządy do zabijania. Minął okres, kiedy zniewalano nas i sprzedawano na rynkach, ale ciągle żelazo białych ludzi zmuszało nas do służby. Teraz wiem, że przyjdzie czas wyzwolenia, nie chcemy zemsty, chcemy tylko wolności, nie chcemy zemsty, choć tak długo cierpieliśmy, chcemy być panami u siebie. Kongo *, Kongo, twoje rzeki, rośliny i minerały, twój lud pełen starej mądrości Bantu, miłuję cię, Kongo, będziesz wolne, bogate i łaskawe dla twoich czarnych synów atrice Lumumba. Z tomu Poezja Czarnej Al ryki. War- Cytowane wg Chałasiński i K. Chała- s*nska: Bliżej Afryki. War* szawa 1965. PAX. s. Patrice Lumumba. Z - - •_ 379- 380. przywieźli obcego Boga i pierw. szych pojmowali niewolników Znajdujemy się teraz w głębi Afryki. Mrok puszczy tropikalnej. Jakże mocno trzeba przechylić głowę w tył, aby dosięgnąć okiem szczytu olbrzy- mów leśnych. Przebijają się one ku światłu słonecznemu na wysokość czterdziestu czy pięćdziesięciu metrów. Pod ich szczytami in- ne gatunki drzew roztaczają swoje korony, formując niby dach nad gałęziami jeszcze niższych krzaków, tworzących tu nieprzeby- ty gąszcz, splątany lianami. Ziemia na dole jest uboga w roślinność, gdyż nie dochodzą tu promienie słoneczne. Dopiero tam, gdzie zwalił się jakiś olbrzym leśny, gdzie przeszedł słoń lub człowiek wytrzebił polanę, rozpoczyna się prawdziwy bój o prawo do życia, do słońca, między leś- nymi pnączami, krzewami i drzewami róż- nych wielkości i gatunku. Upał niesłychany, spotęgowany jeszcze wilgotnością powietrza. Termometr wskazu- je 27°C i więcej Trochę ulgi przynoszą deszcze tropikalne, które padają prawie co- dziennie, ale zwiększają one znowu ilość pary wodnej w powietrzu. Za to jak wspaniale buja roślinność w tej ,,cieplarni”. Mimo że ciężkie, duszne powie- trze kładzie się ciężarem na piersi, urzeka wprost bogactwo, różnorodność i bujność otaczającej przyrody. Oto tam, w górze, wysoko, wrzasnęła pa- puga. Małpy śmigają z gałęzi na gałąź, gdzieś w zaroślach czai się duży lampart. Daleko w bagnach, gdzie więcej wolnej przestrzeni, stado słoni trąbi przenikliwie, trzepocąc olbrzymimi uszami. W rozle- wiskach rzeki hipopotamy, wypasione na pędach bambusa, tarzają się w błocie, to znów zanurzają w wodzie, że jeno widać im nozdrza i czubek głowy. Na skraju polany stoi wyprostowany niby człowiek olbrzymi goryl i sięga długim potężnym ramieniem po owoce. Nagle zastygł w bezruchu. Coś go zanie- pokoiło. Odwraca się i jak zjawa znika w Dorosły Pigmej — obok Europejki zwartej gęstwinie, aby zza zasłony lian obserwować z niechęcią intruzów. Na leśnej polanie pojawiają się drobne postacie Dzieci? Ależ nie! Są to dorośli ludzie, ludzie naj- mniejsi na świecie — Pigmeje. Wracają z pomyślnych łowów, bo niosą kilka antylop na kijach opartych o ramiona. Jeden przewiesił sobie wokół szyi ogrom- nego zabitego węża. Uzbrojeni są w luki i zaostrzone pałki kirri, których używają ja- ko oszczepów w czasie polowania. Nagle idący na końcu myśliwy zatrzymał się i zadarłszy głowę, obserwuje w powie- trzu lot pszczoły. Chce wyśledzić, gdzie znaj- duje się jej ul. Przeciska się przez gąszcz, wymija zwalone kłody i wreszcie wysoko w pniu baobabu widzi otwór, wokół którego uwijają się pszczoły. Teraz nie ma czasu i odpowiedniego sprzę- tu, aby podebrać miód, więc wbija u stóp drzewa kij pomalowany na czerwono i po- kryty nacięciami Jest to znak, że rój i miód w dziupli są jego własnością. Biada temu, kto by nie uszanował tego znaku. Pigmej robi jakiś tajemniczy znak na korze drzewa i szybko daje nura w gęstwinę, aby dopę- dzić towarzyszy 43 42
a, na którego dnie płynie Ale oto . wąwóz, na Moreg rzeczka, a zaraz za n gałęzie czyli wieś Pigmejów A-koa. PrżW 9^ * widać już półkoliste szałasy te trawą lub liśćmi palmowym,. Podob J k u Buszmenów budują je zawsze kobiety. Mężczyźni tylko czasami natną 1 pr''-Yn im gałęzi- . . Chaty stoję jedna obok drugiej, w obwód koła. W ten sposób łatwiej można się bronić przed lampartem i innym drapieżcą, gdy ten zechce porwać Pigmeja z jego włas- nego szałasu. Chat jest nie więcej jak pięć- dziesiąt. bo z tylu rodzin składa się zazwy- czaj gromada Pigmejów. Przyjemnie jest spocząć pod dachem z liś- ci palmowych broniących od tropikQ]ne deszczu, który tu pada niespodziewanie pra. wie codziennie. Na spotkanie łowców biegną dzieci, z S2a lasów wychodzą staruszkowie, kobiety cają tłuczki, którymi gniotły oleiste nasiona w wydrążonym pniu drzewa. Teraz zacznie się przygotowywanie p0. siłku, a potem może tańce. W mrocznym wnętrzu chaty widać lego- wisko z liści rzuconych na ziemię, pniaczek, na którym można przykucnąć i oparcie z ga- łęzi — coś na kształt leżaka. Roman Stopa: Mali Judzie z pustyni i puszczy. War- szawa 1962, KiW s. 167— 173. 17. [W GŁĘBI BRUSUJ Blisko rok spędziłem w głębi brasu *, w miejscowości, gdzie poza misjonarzami nie było innych Europejczyków. Mogłem więc obserwować prawdziwe oblicze ludności kongijskiej. Jednocześnie nawiązałem kon- takt z mieszkającym jeszcze w Luluaburgu pewnym Belgiem, profesorem sztuk pięk- nych, zamiłowanym zbieraczem i znawcą miejscowej sztuki. Wkrótce sam miałem już zbiorek różnych przedmiotów artystycznych z okolic, w których pracowałem, a za po- średnictwem misjonarzy — i z odleglejszych rejonów prowincji Kasai *. Kasai jest to kraj zajmujący obszar nie- wiele mniejszy od Polski, zamieszkały przez około dwa miliony sześćset tysięcy ludzi. Dużą część prowincji porasta dziewicza puszcza. Ludność grupuje się w kilku ośrod- kach i dzieli się na szereg szczepów czy ple- mion, pomiędzy którymi są dość znaczne różnice. Plemiona nie zawsze żyją ze sobą w zgodzie, czasem dochodzi do bardzo na wet krwawych starć, a praktycznie nie ma nigdy mieszania się plemion, czy to w for- 44 mie małżeństw, czy przenikania na sąsied- nie tereny. Z tego powodu różnice kultural- ne są również znaczne i nie można mówić o sztuce Konga * czy nawet sztuce Kasai, a tylko o sztuce poszczególnych grup ple- miennych. Zacznijmy od tego, co można zaobserwo- wać jadąc samochodem przez kraj. Budow- f nictwo. Oto na przykład chaty plemienia Lulua są zawsze kwadratowe, zbudowane z bambusa i gałęzi oblepionych gliną. Dach natomiast zrobiony jest z trawy układanej w formie strzechy, o spadku na cztery stro- ny. Dach ten wystaje poza ściany chaty two rżąc ze wszystkich stron duży okap. ckr0 niący od słońca. Tylko wyjątkowo spotyka się okna, a drzwi to po prostu niski, prosto- kątny otwór, czasem zamknięty pryniity^ nymi drzwiczkami z gałęzi. Oczywiście budowy chaty nie jest potrzebny ani jeden gwóźdź. Nie ma również komina, bowiem posiłki są gotowane na zewnątrz, na ogn1S ku, bez żadnego pieca kuchennego, czase pod daszkiem z trawy. Gdy jest zimno. ogien
rozpala się pośrodku chaty, a wszystko, co się znajduje wewnątrz, przesiąka zapachem dymu. Zupełnie inaczej są zbudowane chaty ple- mienia Bakele. A trzeba dodać, że te ple- miona sąsiadują ze sobą i między nimi znaj- duje się pas ziemi jakby niczyjej, to znaczy kilkanaście kilometrów zupełnie niezamiesz- kałego brusu. Otóż po przebyciu tej granicy napotyka się wsie, w których chaty są budowane z czegoś w rodzaju elementów prefabryko- wanych. Każdą ze ścian buduje się osobno, na ziemi, z gałęzi i liści, a następnie ustawia się już gotową. Podobnie jest z pokryciem dachu. Bakele używają do tego celu liści, a nie trawy, jak Lulua. Kształt chaty jest prostokątny, drzwi znajdują się w jednym z krótszych boków, okapy są niewielkie, a chaty ustawione znacznie gęściej niż we wsiach Lulua. Gdy chodzi o narzędzia pracy, to wszyst- kie plemiona nie różnią się wiele między sobą Wszędzie króluje prymitywna motyka i maczeta. Nie ma kos ani sierpów, a zresz- tą nie sieje się roślin zbożowych. Otoczenie chat pozostawia wiele do życzenia. Nie spo- tykałem kwiatów, ozdób ani jakiegoś po- rządku w ustawieniu chat. Są jednak szcze- py, które mają wielowiekową tradycję artys- tyczną i do nich należy w pierwszym rzędzie szczep Bakuba. Mieszka on w zachodniej części prowincji Kasai, na obszarze równym mniej więcej województwu warszawskiemu. Zwierzchnikiem plemienia jest król. Monar- Kongijska chata, obok banany cha panujący obecnie nazywa się Lukenge i jest bardzo stary. W tradycji tego króle- stwa istnieje zwyczaj, ze każdy król daje swemu ludowi jakiś nowy wytwór artystycz- ny albo wzór. Kazimierz Dziewanowski: Mój kolega czarownik. War- szawa 1967, Iskry, s. 158— 160. (Na podstawie relacji dra Andrzeja Zaorskiego) 45
urscii* < b%iary wilgotnymi i a Kim równikowymi 1t IKJTĘGA KONGA| Perr.cjam pierwsze spotkanie z potęgą Kr-ga * Byro to gdzieś w okolicach wodo- speiu Zongo sto kilkadziesiąt kilometrów r.a zachód od Kinshasa [czytaj kinszasa) Tam zobacz’, łero po raz pierwszy lasy ma- henrowe Wspaniałe proste bajecznie strze- I; •• drzewa o wysokości po pięćdziesiąt r-<;ov. MWl '.ę razcr.ic u. jakieś bło- niaste łapy kaca < potworów tak wyglądały rozrośnięte szeroko. wystające ponad po- wierzchmę ziemi korzenie Księżycowy, nie- realny niewiarygodny las' Bogactwo me- zm: ( rzone pierw-.ze zetknięcie i pierwszy 4t zachwyt Później nauczyłem się rozpozna wac afrykańskie mahonie, drzewo tikowe Zobaczyłem spław hebanu czarne pnie. sza- cowane w świecie cywilizowanym bez mała na wagę złota, wiązane były z innymi gatun kami drewna — heban jest cięższy od woch W Brazzaville [czytaj brazzaw’il| byte*n świadkiem opuszczania placówki przez pew nego obcego dyplomatę — wszystkie ie99 meble i rzeczy spakowane były w ogromne ciężkie skrzynie. , W moim kraju — znał — skrzynie będą więcej warte niż i zawartość Były z hebanu i mahoniu W Bukawu, na wschodniej granicy Kon-
ga Brazzacille, oglądałem n ahumowe pu- dełka od zapałek j takież skrzynie na butel- ki z piwem. We wsi Mokinda oferowano mi nowi), ośmiometrowa pirogę z mahoniu. Za drewno i robociznę (4 miesiące żmudnego drążeniaI) żądano czterdzieści dolarów W Europie sam surowy pień mahoniu lej jakości I wtel- kości kosztuje — proszę się nie przewró- cićl — około 1800 dolarów W minimalnym stopniu uszczuplono do- tychczas gigantyczny zasób drewna w obu republikach kongijskich, w Gabonie, RWan- dzie czy Republice Środkowoafrykańskiej Główną przeszkodą w rozwinięciu przemysłu drzewuiego jest brak środków transportu, rzeki spiawne są tylko odcinkami, katarakty czopuią większośr dróg wodnych. Praktycz- krywu leśna, Afryka po prostu dusi się od kipiącej zawsząd Jpuszczy). W Stanach Zjednoczonych wycina się trzy razy więcej lasów niż może ich wyrosnąć. W tropikalnej Afryce i Azji oczekuje na wyrąb ilość drzew, która przekracza całe zapotrzebowanie światowe w bieżącym stu- leciu W równikowym pasie Afryki rośnie po- nad sześćset gatunków drzew. Przyrost afrykańskiego drzewca, parasola Musanga Smils R. Brown wynosi ponad trzy metry na rok. Średni przyrost drzew afrykańskich jest od pięciu do dziesięciu razy większy niz drzewa w Europie lub Ameryce Północnej W Afryce równikowej rośnie dziko pal- ma, dająca cenny olej Gdyby wykorzystać to jedno źródło, można by pokryć spożycie nie rzecz biorąc, problem eksploatacji |pusz- czy) nie został do dziś rozwiązany. Podczas gdy *w Europie czy w Ameryce Północnej z każdym rokiem kurczy się po- lluszczu całej Europy. Olgierd Rrdrewicz. Rou r>n !eta>k tero Warszawa 19t'5 Iskry s. lfT-183. 47
19 KONGO fMSSHASAp D :>aj 11960) Kongo zajmuje pierwsze m« c- ra s wiecie w produkcji' diamen- tów (51° ; kobaltu (52* oł. pierwsze miejsce u Afrvce w produkcji wolframu, cyny, cyn- ku tantalu, kadmu i germanu drugie miej- sc* po Zambu — w produkcji miedzi, trze- cie — w produkcji manganu i czwarte — w produkcji złota Oprócz wymienionych minerałów wydobywa się w Kongu rudy uranu, węgiel kamienny, chociaż niskokalo- ryczny oraz skały budowlane W górnictwie specjalne miejsce zajmuje Katanga Na nią przypada 80* » wydobycia surowców mine- ralnych 70—8O°/o przewozów kolejowych bumbashi lCzvt* i \ dU Congo ‘ kol° Lu~ »'<* Kan,bOve J LtbrbT"' RUWe> K0' lu)szl«. kipuszil' koh na lpushi ,czylaJ ruaszi) Luishia “ (Ruashl’ lczV(aJ " ShangaloWt' k2Z?bOVe' Muson°‘l UMnu nu * Kisenoe > u , szan9a^°^ I- manga- bywa się doza t - asekeJesa Mangan wydo- blizu granicy W reJonie Didolo w po- rniedzk *ydobvw- ng°lą‘ W KiPushi- obok ^Ynoenlonych m J r Q Cynk' Przy ury'lopl£? ne- otrzymuje tah' Jako produkty uboa- s,ę 9ennan । kadm Węgi^ Katandze Wydo- w znajduje bywa się się tylko go w dwóch miejscach w Luenie nad górną Lualabą oraz w pobliżu Albert- ville nad jeziorem Tanganika W miastach Pasa Miedziowego Lubumbashi (Elisabeth- ville) Jadotrille i Kolwczi. istnieją huty miedzi i kobaltu oraz zakłady koncentracji metali, w Kipushi zakład wzbogacania rud cynku W 1961 r zakończono budowę huty miedzi elektrolitycznej i kobaltu w Luilu. Zawartość miedzi w rudach Katangi jest niezwykle wysoka, wynosi ona od 5 do 9°.o, a czasem dochodzi do 10—15°/o Warto przy- pomnieć. ze w rudach Stanów Zjednoczo- nych i w Chile nie przewyższa ona 1—2°/o, a w nowo odkrytych rudach Mauretanii oscyluje około 3—40/t> Stwierdzone zasoby czystej miedzi w Katandze szacowane są na 7,4 min ton. a ocenia się. że mogą one wzros- nąć do 9—10 min ton Wartość tych złóż podnoszą metale towarzyszące kobalt, cynk, kadm, german, uran. Ponieważ warstwy miedzionośne ułożone są horyzontalnie i prawie przy powierzchni, nie trzeba budo- wać głębokich sztolni i wydobycie prowadzi się systemem odkrywkowym. Rudy cyny znajdują się w dwróch prowin- cjach w północnej Katandze i Kiwu, w oko- ło lOOO-kilometrow^ym pasie pomiędzy Lua- labą i Rowem Środkowoafrykańskim Zaso- by cyny w tych złożach oceniane są na 63 tys. ton Wydobycie tych rud. aczkolwiek rozpoczęło się przed ostatnią wojną, to roz- winęło się właściwie w czasie wojny, gdv Japonia zajęła Malaje i Indonezję, głów- nych dostawców cyny na rynki światowe. Z rudą cyny występują wspólnie rudy wol- framu, tantalu i niobu. Rudy te przetapiane są w dwóch hutach w Manono i Lubudi obie znajdują się w Katandze. Najstarszymi tradycjami górniczymi w Kongu może legitymować się złoto Głów- nym regionem wydobycia są okolice miast Kilo i Moto w północno-wschodniej części prowincji wschodniej. Poza tym regionem wydobywa się je w prowincji Kiwu w pobli- żu jezior. Oprócz wymienionych metali. UdkrywkoWd kopalnia rud^ ołowiu cynk^ * Re- publice Zair uzyskuje się przy ich wytopie, jako produk- ty uboczne, jeszcze niewielkie ilości niklu, srebra, platyny, palladium, litu i bizmutu Bogactwa mineralne Konga nie ogranicza- ją się do rud metali. Poważną gałąź górni- ctwa stanowi wydobycie diamentów Są to przede wszystkim diamenty przemysłowe Rozsypiska ich znajdują się prawie wyłącz- nie w prowincji Kasai Większość diamen- tów wydobywa się w regionie Bakwanga w dorzeczu rzeki Sankuru mniejsze ilości — w regionie miasta Czikapa (Tshikapa) nad rzeką tejże nazwły O ile w pierwszym re- gionie otrzymuje się prawie wyłącznie dia- menty przemysłowe, to w’ drugim ‘ó pro- dukcji przypada na diamenty jubilerskie. Lech Ratajski, Edward Szy- mański' Kongo fKtnshasa) Warszawa 1967. PWN s 128—131. 48 49 4 — Nowy tiary Łwlat
(akacja parasolowata 20 SAWANNOWE WYŻYNY następną porę deszczową. są wykorzystane 51 Ił sawannie niskich Średnica do wyrobu naczyń i wszechstronnie Lech Ratajski, Czesław Szy- mański; Kongo [Klnshasa] Warszawa 1967, PWN. s 32—34. są liście W pobliżu granicy lasu równikowego roś- linność oczywiście jest najbujniejsza. Tra- wy wznoszą się do wysokości 3—4 metrów, tak ze z łatwością kryją największe zwie- rzęta i zasłaniaja cały krajobraz. Posuwanie się w takiej trawie jest możliwe tylko po wydeptanych przez zwierzęta ścieżkach W porze suchej liście traw ostre są jak brzytwy Wysokie trawy kryją również nie- bezpieczeństwo nagłego spotkania z wężem, bawołem czy innym dzikim zwierzęciem Po deszczu dodatkowym utrapieniem są ciężkie krople wody zawieszone na roślinach, które po potrąceniu spadają jakby ulewny deszcz. Nogi lgną w rozmiękłej glinie. Opisana sawanna wysoka ze • słoniową trawą nie pokrywa całego obszaru Konga ' Najczęściej pośród traw rosną krzewy i po- jedyncze drzewa. Sterczą one, jak wielkie parasole, rozpinając swymi płaskimi korona- 50 mi cień nad ziemią (akacja parasolowata parkia) czy majestatyczne kandelabry np' wilczomlecze (Euphorbia UrucaJ/iJ lUb alo. esy. W bardziej suchej sawannie, jak od- wieczni strażnicy, stoją grubopniste baobaby Radziecki botanik P. A. Baranów tak opj. suje owo sławne drzewo ,-Widzieliśmy do- rosłe drzewa o 25-metrowej wysokości i średnicy pnia około pnia może przekroczyć 10 m. W takim wy- padku obwód pnia u drzew powinien wyno- sić 30—40 m. Uważa się, że baobab może żyć bardzo długo — do 5000 lat. W taką liczbę trudno aż uwierzyć, lecz teraz jeszcze rosną baobaby, na korze których zachowały się znaki wykonane w XV w., to jest przed 500 laty. *1 W porze suchej drzewo to nie ma liści. Na początku okresu deszczów pojawiają się wielkie (o średnicy 15—20 cm) kwiaty na długiej (25 cm) szypułce. Po okwitnięciu roz- wijają się złozone palczaste liście posiada- jące pięć listków; długość listków wynosi 12 cm, szerokość 5 cm. Owoce baobabu wi- dzieliśmy na drzewach... Są one kształtu elipsoidy, wielkie, dochodzące do 30—35 cm długości, a 15—17 cm szerokości, i wi- szą na długich ogonkach. Według słów kra- jowców owoce te mają bardzo przyjemny, kwaskowaty, orzeźwiający smak. Bardzo lu- bią je małpy i dlatego owoce baobabu, tak jak i owoce parkii, miejscowi mieszkańcy nazywają ,,małpim chlebem". Miękisz owoców używa się jako lekar- stwo przeciw dezynterii, chorobom oczu i innym... Wewnętrzna warstwa kory jest włóknista. Z włókien tych wyrabia się liny, struny do instrumentów muzycznych, a daw- niej wyrabiano grube tkaniny odzieżowe Drewno baobabu jest bardzo miękkie i za wiera dużo wody zgromadzonej przez rośli- nę na porę suchą. Gruba warstwa kory chro- ni od straty wilgoci... Liście w porze suchej opadają, a więc nie ma głównego aparatu transpiracyjnego. Drewna używają krajowcy desek. Szczególni6 w Krajobraz sawannowy stanie świeżym służą jako pożywienie; wy- suszone i sproszkowane używane są jako przyprawa...; stosuje się je szeroko w me- dycynie ludowej jako środki przeciwmala- ryczne, uśmierzające bóle itp. Ziarna znajdujące się w owocach zawie- rają znaczny procent tłuszczu; podpraża się je lekko i spożywa. Jednym słowem baobab dla mieszkańców sawanny jest jedną z naj- cenniejszych roślin. Nie darmo uznają go za święte drzewo, a pielgrzymi uważają za swój obowiązek rozsiewać jego nasiona w od- wiedzanych okolicach." Poza baobabem kępami rośnie kauczuko- dajna Landolphia thollonii, gdzie indziej fi- gowce, Pandanus [pandan] i Ceiba pentan- dra (kapok), pojedynczo lub w kępach palma oliwna. W lasach galeriowych, ciąg- nących się wzdłuż rzek i w bardziej wilgot- nych miejscach, rośnie wiele roślin lasu wil- gotnego. Kwiatów w gęstej i wysokiej widzi się niewiele Liczniejsze sawannach, zwłaszcza w czasie deszczów, gdy ożywia się cała roślinność. Można spot- kać rośliny kwitnące czerwono, pomarań- czowe kwiaty aloesów, żółto kwitnące stor- czyki Kwitną wilczomlecze, pacioreczniki, kardamony. Nawet trawy pokrywają się drobnymi, skromnymi kwiatami. Sawanna mieni się całą gamą barw, oszałamia wspa- niałością kolorów i kształtów, upaja zapa- chem nektaru. Po okresie kwitnienia nad- chodzi kilkudniowy okres jednostajności, chociaż bujnej i pysznej. Powoli zbliża się koniec pory wilgotnej — zrywają się hura- ganowe burze, wichry i ostatnie, ulewne deszcze. Potem zaczyna prażyć słońce, gle- ba wysycha, trawy po wytworzeniu nasion żółkną, drzewa tracą liście. Cała przyroda zapada w stan odrętwienia. Odpoczywa, cze- kając na
Wta • ~ • P'»r -w«ti w Knnęn Kintftau b Sec '•Lat • ;: -h. r- granicy : Anę lą. która podob- r< i 1 GrflM Di»»au byk kolfM)iq po« ’W» -M XI- |UMFASGIJ Po - !♦ prieri- ślcino nas do Kimpangu, na <Ta.- r. Anęoh Pojechaliśmy tam z Leo sa- moch >r. Najpierw kilkaset kilometrów dobre dróg, a petem przez Góry Gliniaste. Marna d'oga dostępna tylko w porze su- chej ?niesienia sięgające dwóch tysięcy metrów. Nagie góry pokryte buszem, tylko * doi.nach 1 na zboczach pasma lasu tro- pi>.a!r.< go Olbrzymie drzewa, ale zwierzy- ny prawie nie ma. zos»aia wytępiona. Szpital w Kimpangu był mały, z cegły, prowadzony przez zakonnice. Był bardzo sła- bo zaopatrzony w leki Tłum uchodźców na których ln<»VlY / r-ł. _ ? Angoli, r terenów, walki lub na klóiycl dzth okrutne pacyfikacje Nocami wldŁ^ my luny nad Angolą — to płonęły \Vjlie wypalono tiawy w których ukrywali powstańcy Uchodźcy w Kimpangu kall w namiotach, w szałasach albo w prędce skleconych chatkach. Nie znal, iu„ cuskiego, tylko portugalski Mieliśmy trud, nosci w porozumiewaniu się 2 nimi Rh dzie- ci uciekały na widok białego zupełnie iM. czej nil kongi|skie które biegły za n.am, walając mindclc rnungunga, co znaczy bia- ły czarownik Było wielu chorych, a szcze- gólnie dzieci Wiele z nich było w bardzo złym stanie zresztą nie brakowało I star szych ludzi w stanie krańcowego wyczerpa- nia Opowiadali o obozach koncentracyj ny< h o polowaniach na ludzi. Przypadków operacyjnych mieliśmy mniej niż w Idioia l prostsze na przykład operowałem chłopca : przestrzelonym łokciem. Za to dużo lecze- 1 u ogólnego, pasożyty, slomowacizna. Bra- 1 owało żywności Żywili ich tylko krewni k tórych mieli sporo, bo plemię Basongo eszka po obu stronach granicy Rozloko u ano ich po wioskach, dawano kawałki zie- mi pod uprawę Ksiądz 1 ktoś z miejscowych władz rozdzielali skromne ilości mleka 1 in- re| żywności Trudno się było zorientować w liczbie tych uchodźców Niektórzy, odpo- cząwszy. znów wracali do Angoli ZrestU wszyscy byli wtedy pełni optymizmu, uwa żali, ze Portugalczycy muszą bezwzględni przegrać Dopiero później sytuacja zmieni* się 1 powstanie zaczęło przygasać- Praca w Kimpangu była bardzo ciężka i wyczerpująca psychicznie, nie tyl® m° ze względu na trudne przypadki, ile na stą niemożność przyniesienia ulgi c,erP cym Dzieci umierały na rękach. czełtaJjje na przyjęcie Przynoszono je nieraz w $ agonii Często miały olbrzymie obrzęk* rosłemu łatwiej pomóc. Ale dziecku, mu główka już się kiwa- Planowaliśmy akcję oczyszczania W zbiornikach wody w okolicy żył przynoszący schistosumiazę Woda powln na być miedziowana. Cała miejscowość, również i my, brała wodę z rzeczki, w któ- re |, jak się później okazało prali swe rze- czy trędowaci 1 robili to właśnie powyżej ujęcia Myśmy się zresztą opiekowali tymi 22. KRAINA BUSŁMENOW Zarówno Kalahari. jak i cała Afryka Po- łudniowo-Zachodnia jest krajem wyżynnym. Jest to kraina sucha, gdyż zimny Prąd Ben- guelski, płynąc od południa wzdłuż jej wy- brzeży absorbuje prawie cały zapas wil- goci morskiej z powietrza Najczęściej opa- da ona w postaci mgieł u wybrzeży i nie przedostaje się na ląd, tym bardziej że nie sprzyja deszczom kierunek wiatrów — prze- ważnie południowych I wschodnich. Poza czterema miesiącami „lata" (gru- dzień, styczeń, luty, marzec) w czasie ca- łej, około ośmiu miesięcy trwającej pory „zimowej” (od kwietnia do listopada) brak deszczu. Bezchmurne niebo wysusza tę krai- nę do ostatnich granic. w rzekach, a raczej korytach rzecznych, r adko tu płynie woda, i to nawet w porze deszczowej Zwykle o istnieniu takiej rzeki świadczy warstwa piasku wśród kamienis- tych. niew iele co wyżej niż dno położonych brzegów oraz kałuże lub oka wodne wśród stepu Niekiedy wzdłuż rzeki porastają krzewy 1 drzewa, twórzcie ornal ze lasek galeriowy, który stanowi istny raj dla ptactwa I róż- norodnych antylop Oprócz tego zdarzają się tu i ówdzie większe choc płytkie zagłę- bienia. czasami z pokładem soli na dnie i z brzegami wydeptanymi przez zwierzynę, zdążającą do wodopoju. Miejscami połacie gruntu pokryte są trawą, zaroślami, a nawet drzewami Tu teren również 1 w porze desz- czowej jest stały, gdy wszystko dookoła sta- je się grząskim bagnem Jednym z takich zabagnionych zagłębień jest jezioro Ngami trędowatymi, robiliśmy im zabiegi- Ale nie zdążyliśmy już oczyścić wody.- K*sbai*n mi»w*nowikl MÓJ cjo/ownlk War- »i«wa IW7 hkry, • Hś— ita (N< podstawi* ralacjl dra Aadrtaja Zśorakiegol. Zresztą o charakterze krajobrazu stano- wią tu już to wydmy piaszczyste, juz to ka- mieniste wyżyny, z rzadka porosłe krzewa- mi lub trawrą stepową Drzewa spotykane tutaj należą do gatun- ku kaktusów, które gromadzą w liściach za- pasy wilgoci, stąd ich nazwa Sucuieniae. na długotrwały okres suszy, lub mają liście drobniutkie z gatunku akacji, których nie wysusza słońce i wiatr w tym stopniu, co drzewa o dużych, blaszkowatych liściach Najwięcej zwierzyny spotyka się w okolicy jeziora Ngami i nad rzeką Okawar.go, gdzie roślinność jest znacznie bujniejsza rut w po- zostałych częściach kraru. Żyją tu piękne brązowo-szare ar.t ;opy kudu Sfrepsicerot cnoensis. przypominające budową ciała jelenie ale większe od nich o metrowych, płaskich skręconych rogach. Obok nich — antylopy oryks Gazclla oryx antylopy skoczki Antidorcas maztUDioJi^ i prawie jak ..konie o byczych głowach — antylopy qnu Connochaeles Oprócz nich występują tu bawoły, zebry, żyrafy, nawet do niedawna można było spotkać słonia Jeszcze około roku 1870 zwierząt tych byto bardzo dużo. Antylopy skoczki wystę- powały w ilościach olbrzymich — obliczono je w' tym czasie na 10 tys sztuk Koloniści uważali je za plagę równa szarańczy' Z przybyciem białych topniały stada dzi- kiej zwierzyny, a w następstwie plemiona krajowców Nie spotka się tedy już lwa lub nosorożca, a i lamparty należą do rzadkości, pozostały jednak jeszcze drapieżniki mniej- 52 53
«vch rozmiarów jak hieny, szakale, rysie, oraz gryzonie takie jak jeżozwierze. zające. **wkohry. szczury. myszy p020 t ""*n* barmją jak za dawnych czasów " reszoe ptactwo. A więc bociany, żura- wie flamingi gęsi dzikie kaczki spotyka sie nr ,'rhI?a W P'?bl,ZU r2ek Okawan9o lub Bo- etie Często tez widać pasące się strusie, ale JUZ me stadami jak dawmej. a pojedyn- <ze okazy lub co najwyżej 2 lub 3 par} chodzące razem Wśród fauny Afryki Po* iudniowo-Zachodniej 1 pustyni Kalahan wy- stępują również żółwie, jaszczurki, żaby żmije i węże, wśród których do najwięk szych należą pytony, sięgające czterech metrów długości Roman Stopa Mali ludzi* z pustyni / puszczy Warst- wa 1962, Ki W, $ 26—31 54
23. WSTBZYMANY CZAS Dokoła rozpościera się bezkresny pustyn- ny step KalaharL Mijają słoneczno dni u plaskach i zaroślach, wśród drzew i krze- wów porastających wyschnięte łożyska i.tk w których przez cały bezdeszczowy okres nie popłynie wodny nurt. Feraz spadl deszcz, na stepie zachodzą dziwno zmiany Ziemia szara, brunatna, kry- ląca w głębi mnóstwo kłączy, cebulek, bulw, w ciągu kilku dni rozkwita barwą fiołkową, białą, żółtą Rośliny spieszą się, aby w sza- lonym tempie rozkwitnąć, dojrzeć, wydać owoce, gdyż wkrótce znowu nadejdą suche, bezdeszczowe miesiące Skruszą się liście, łodygi i owoce, ziemia znowu zrobi się sza- robrunatna i naga jak przedtem. Zza piaszczystego pagórka ostrożnie wy- suwa się głowa o prawie czworokątnej, cie- mnobrunatnej twarzy. Małe niespokojne oczy, osadzone w skośnych szparach, bacz- nie śledzą czy nie dostrzegą jakiegoś nie- bezpieczeństwa. Uszy o płatku przyrośnię- tym i łączącym się w'prost ze szczęką dolną, mocno cofniętą, pilnie nadsłuchują. Po chwili zza osłony' ukazuje się drobne, zwinne ciało brunatnej barwy Małe l deli- katne jak u dziecka stopy zwinnie przeska- kują kępy ostrej trawy. Bystre, żywe oczy obserwują każdą kępkę, każdy krzak Za- trzymały się na żółtawych kwiatach wąsko- listnej rośliny AskJepiadaca. wijącej iię wśród gałęzi jakiegoś krzewu. Szybko pochyla się nad nią człowiek i klęcząc wy- grzebuje z pomocą kija dołek na głębokość dłoni Wydobywa z niego bulwę podobną do ziemniaka, którą Murzyni Beczuana zwą, seroa. a Buszmeni znad jeziora Ngami kudi. Wrzuca ją do skórzanej torby 1 idzie dalej. Znowu schyla się poszukiwacz nad krze- wem o liściach lancetowatych, wysokim na jedną stopę Szczerzy zęby w szerokim uś- miechu, spulchnia ziemię kijem, ostrożnie usuwa piasek smukłą, delikatną ręką i oto ukazuje się czarna bulwa, duża jak głowa dziecka. Człowiek wydaje okrzyk radości, który zwabia towarzyszy O, bo to me lada grat- ka l Kabba-oa |q najsmaczniejsza bulwa tte- pu piaszczystego na Kaiahari. Buszmeni dzie- lą ją na kawałki siadają na ziemi : wśród głośnych cm o kań i mlaskań spożywają biały, mleczny sok. który znakomicie chłodzi, orzeźwia i pokrzepia w dalekich wędrów- kach po rozpalonym stepie Kto znalazł kabba (inne plemiona nazywają ją Itotna), ten nie potrzebuj? wody Jedząc zwracają ku sobie głowy pokryte drobniutkimi kęp- kami skręconych w świderki czarnych wło- sów. między którymi widać czarną skórę Wygląda to, jakby głowa była pokryta ziarn- kami pieprzu Mężczyźni mają wokół bioder skórzany pasek z czymś w rodzaju fartuszka z przodu lub trójkąta ze skóry. Kobiety noszą przyczepiony do paska ie- den fartuszek z przodu, drugi z tyłu Niektó- re okrywają się czymś w rodzaju chusty z.e skóry antylopy, tak zwanym karosem na plecach w mocno związanym na węzeł ka- rosie niektóre umieściły swe maleńkie dzie- ci, że tyłka łebki wystają im znad brzegu skórzanej płachty Niektóre kobiety przyczepiły do włosów sznurki paciorków nanizały na cienkie włókna kawałeczki skorup jaj strusich Ta- kie same naszyjniki i jeszcze inne zrobione ze ścinków skóry, z nasion czy szklanych paciorków, które drogą handlu wymienne- go przedostały się od białych, zdobią szyje kobiet, a nawet niektórych męzczyzn To amulety, które chronią od złych sił i przy- noszą powodzenie Na smukłych rękach i nogach poniżej, kolan widać u niektórych bransolety ze skó- ry, trawy lub niekiedy z zclaza Tc zwłasz- cza budzą żywe zainteresowanie Właścicie- le nabyli je za upolowaną zwierzynę od ..dużych" sąsiadów — Murzynów Bantu z plemienia Herero. Ambo łub Beczuana Rozmawiają swoim językiem, pełnym me- 55
oczekiwanych okrzyków, szeptów, mlaskań, i gestykulują gwałtownie. Wszak cierpieli długo głód, dlatego skóra na ciele, szczegól- nie na brzuchu, jest mocno pomarszczona. Zaczęła się pora deszczowa. Teraz najedzą się gąsienic, szarańczy, smakowitych ko- 24 PRZEZ KOTLINĘ DANAKILSKĄ Przed oczami rozpostarł się wspaniały widok, jeden z tych, których nie zapomina się nigdy i które można oglądać z równym podziwem wiele razy. Samochód zatrzymał się właśnie wśród pagórków — naprzeciw siodła, jakich mija się setki wzdłuż 180 km drogi z Addis Abeby ku przełęczy Debra Sina Wystarczyło zrobić kilkadziesiąt kro- ków pieszo, zęby stanąć na krawędzi pro- stopadłej ściany, opadającej jak mur ja- kieś 500 metrów w dół. Dalej stroma dolina potoku sprowadza jego wody jeszcze o 1000 m niżej — do rzeki Auasz, zaznaczo- nej gęstą galerią lesistą. Za Auaszepi, który jest tu odległy od krawędzi Wyżyny Abi- syńskiej o 50 km, rozciągają się wzgórza wulkaniczne i pola lawowe wielkiej rozpad- liny Rowu Afrykańskiego. Oko gubi się w pustynnych mgiełkach, z których przy dobrej pogodzie wyłaniają się odległe o 200 km fragmenty Płaskowyżu Somalijs- kiego, zamykającego rozpadlinę skalistym wałem. Krawędź Wyżyny Abisyńskiej, wyrzeź- biona potężnymi potokami w stromy kraj- obraz górski, zaskakuje widza stojącego na skraju z lekka pofalowanej płaszczyzny Oglądane z góry lub przynajmniej z tego samego poziomu szczyty i wierchy, przybie- rające kształty najbardziej wyostrzonych stożków, piramid i iglic, wznoszą się od swego podnóża czasem na dwa tysiące met- rów i więcej, a zdobycie ich byłoby nie by- le jakim wyczynem sportowym. Widok po- dziwiany z góry ma jeszcze pewien szcze- rzeni, aż brzuch spęcznieje i wygiQd . jak skóra na dobrze obciągniętym bębnie Roman Stopa: Mail /udzje z pustyni I puszczy. Warn,, wa 1962. KiW, s. 32—36. gólny posmak zaskoczenia Zwykle ogląda- my i podziwiamy góry z dołu lub z samolotu. Przyzwyczajeni do stosunkowo niewielkich i łagodnie zaokrąglonych łańcuchów pagór- ków, a nawet gór, uprawianych i obsiewa- nych przez górali etiopskich do samego szczytu, podziwiamy tutaj ostre wierzchołki i dziki krajobraz górski, tak jakby po kil- kudniowym trudzie i wysiłku udało się nam pokonać dominujący szczyt potężnego łań- cucha górskiego. Jesteśmy przecież na wy- sokości 3300 metrowi To przełęcz Debra Sina (po amharsku* — Góra Synaj). Tu zaczyna się wielka rozpad- lina afrykańska, w którą za chwilę zacznie- my zjeżdżać. Tymczasem sycimy oczy wspa- niałym widokiem, gdzie u podnóża tarasami rozciągają się na pierwszym planie upra- wne pola wyzłacane pszenicą i przetyka- ne zielonymi pióropuszami drzew, otacza- jących okrągłe stożkowate chaty amharskich wieśniaków. Starannie wyznaczone i podmurowane ka- miennym wałem pola zbiegają potężny®1 schodami w dół. Można obserwować z®ie* niający się szybko klimat: im niżej, tym co- raz bardziej dojrzała, a potem już zebrana pszenica ustępuje miejsca drobnemu „Pr0SU nazywanemu teff (Eragrosta abyssi^0, następnie sorgu, aż wreszcie — zaleć o 20 km od nas, ale już o 200 metrów żej — uprawy kończą się, a upał 1 sU^ pozwalają wegetować tylko lichym i ubogim krzakom. Dalsze, nizsze góry to już nie Pr0<J Kotlina Danakilska należy do wielkiego systemu wschodnioafrykańsklch rowów tektonicznych erozji, ale wzgórza wulkaniczne — mniej lub więcej regularne stożki, których całe szeregi, wyciągnięte w łańcuchy długości wielu dziesiątków kilometrów, znaczą brze- gi rozpadliny. Jeszcze dalej stożki wulka- niczne są mniej regularne, wyższe, bardziej izolowane. Każdy prezentuje swą legity- mację: większe lub mniejsze pola czarnej lawy, którą ongi wypluł ze swego wnętrza. Gdy z daleka widać wielkie wulkany z po- lami lawowymi zajmującymi wiele kilome- trów kwadratowych, to te małe, ale niezli- czone kratery każą myśleć o uczniach czar- noksiężnika, z których każdy usiłował wy- dusić ze sw-ego wulkaniku choć trochę gorą- cej, a dziś sczerniałej lawy... Czerń lawy, w zniżających się promie- niach słońca często ciemnofioletowa, nadaje pustynnej mgle czerwonawy odcień, który stopniowo jaśnieje ku horyzontowi, aż prze- chodzi najpierw w miedziany, a później sza- robiały kolor nieba rozżarzonego od słońca Ciemniejsze plamy na krańcach horyzontu pozwalają odgadnąć masywy górskie odleg- łego Płaskowyżu Somalijskiego. Widok z Debra Sina można by kontemplo- wać godzinami i co chwila odkrywać nowy szczegół krajobrazu; jaskrawą zieleń matecz- 57
5119 15-67 Mer HO’ 59 ±200 km hipopotamy; szarozieloną nika, gdzie żyją hipopotamy; —----- plamę jeziora, gdzie setki krokodyli poluje na tysiące różowych flamingów; białą pla- mę solnego pola. Ale rozkład jazdy nakazuje wyruszyć w dalszą drogę, zwłaszcza że nie- zależnie od pory dnia i roku na przełęczy 25. PRZEZ ŚNIEŻNY PUKLERZ RUWENZORI Poczynając od około 2600 m, ponad pół- tora kilometra w górę ciągnie się w Ruwen- zori ’ pas mokradeł i nabrzmiałych wilgo- cią stoków. Dolną granicę tego pasa stanowi strefa bambusów, odgradzając niedostępnym żywopłotem wnętrze gór od reszty świata spalonego przez prostopadłe promienie słońca. Powyżej króluje zimna wilgoć i — często — nieprzenikniona mgła. Mur zielonej, niedostępnej roślinności porastającej mokradła niewiele zostawia miejsca na bagniste łąki pokryte kępami turzyc. Na górnych piętrach przeważają gęsto zagajniki rozłożystych senecji i strze- listych lobelii, które sięgają aż po linię na- gich skał i wiecznych śniegów. Ta ostatnia przebiega w Górach Księżycowych na wy- sokości 4200 m i wyżej. Ponieważ główny szczyt Ruwenzori, Margherita, posiada 5120 m wysokości, szereg zaś wierzchołków sięga 5000 m, rozpiętość śnieżnego puklerza w niektórych wypadkach wynosi 800 i 900 m. W czasie niepogody cały olbrzymi obszar pomiędzy żywopłotem bambusów i linią śniegu zamienia się w ponure grzęzawisko. Nie bierze w tym udziału biała kraina lodu, spiętrzona ponad zielonym pasem mokradeł, ale i ona w takich wypadkach nie wygląda bardziej przystępnie. Welon nieprzeniknio- nej mgły i ciężka zasłona chmur całymi ty- godniami niweczą tu wszelką widoczność. Silne opady śnieżne i gradowe, które o każ- dej porze roku mogą przesunąć zasięg śnie- gu daleko poniżej linii granicznej, stanowią dalszą przeszkodę w zwycięskim pochodzie 58 zwycięskim pochodzie zawsze jest chłodno i z przyjemnością wsi®, samochodu. da się znów do Mieczysław Reklewski Przez Kotlinę Danak|lskQ „Poznaj Świat" 1948, nr 3 <; R—o Ogon człowieka do białego pustkowia gór. Toteż w wielu wypadkach samo odnalezienie szczytu było dla alpinisty w Górach Księży, cowych trudnością nie do pokonania lub też przesądzało o ujemnym wyniku czekającej go wyżej wspinaczki. W rezultacie wiele wypraw wracało z Ruwenzori z pustymi rę- koma albo z bardzo miernym wynikiem. Przez długi czas jedynie wyprawa włoska w roku 1906 pod wodzą księcia Abruzzów, która natrafiła na wyjątkowo pomyślne wa- runki atmosferyczne, zdołała osiągnąć za- kreślone sobie zadania rozpoczynając na wielką skalę podbój tych śniegiem pokry- tych gór na równiku. Jak już wiemy, dopie- ro w ostatnich latach niestrudzona działal- ność kpt. Humphreysa [czytaj: hamfrejza) (1926 i 1932), energiczna akcja himalaistów Shiptona [czytaj: sziptona] i Tilmana (1932), piękne sukcesy Belgów (1932) oraz działal- ność wyprawy niemieckiej (1938) zdołały nawiązać do wyników z 1906 roku i pchnąć zdecydowanie naprzód dzieło geograficzne- go i alpinistycznego poznania Gór Księżyco- wych. Grupa górska polskiej * wyprawy badaw- czej miała więc za sobą wielkie zdobycze poprzedników, a mimo to jakże ogromne za- dania rysowały się przed nią w tej zaduma- nej krainie śniegu, której nagie lodowce wy- rastały niespodziewanym, białym zjawi- 1 - 1 —. t I Wprawdzie wszystkie pokryte wiecznym ród gąszczów tropikalnej zieleni. * • - —T, ®9iem ę? 4 **— przed czyfy Ruwenzori zdeptał juz nami podkuty but alpinisty w wielu JA \
jednak przypadkach pierwsi zdobywcy nic mieli dotąd następców, a przy tym pozosta- łe olbrzymie połacie śnieżnej krainy, wspa- niałe ściany i granie nie widziały jeszcze człowieka Porażka, poniesiona przez polskich alpi- nlstów nad czarownym jeziorkiem Mugusu, nauczyła nas lepiej niż przeczytane tomy podróżniczych opowiadań, jakiego wysiłku wymaga walka z żywiołem splątanej roślin- ności 1 wilgotnych głazów u stóp białych ścian Ruwenzorl. Następnego więc dnia z lekkimi worami na plecach (oznaka rezyg- nacji z wygodnego biwaku) rozpoczęliśmy nasz frontowy atak nu ścianę Bottego, wznie- sioną wprost nad środkowym piętrem doliny Mugusu. Tadeusz Bernadzlklcwicz: Polaka aalarl w Górach Ktlęiycowych. Warszawa 1955, Nasza Księgarnia, s. 36—37. 20 KIWU W roku 1926 wyprawa naukowo-badaw- cza musiała się przedzierać przez nieprzebyte gąszcze, aby stanąć wreszcie na skale w Ki- senji i zachwycać się widokiem wybrzeża. Żaden z członków wyprawy nie przewidy- wał wtedy, że dwanaście lat później Klsenji stanie się modną miejscowością wypoczyn- kową, jako jedyna piaszczysta plaża jezio- ra Kiwu, że co miesiąc będą tu zjeżdżały tłumy urzędników Konga ‘ na urlopy, że wybrzeże zostanie udekorowane szeregiem luksusowych hoteli, a ciszę tropikalnej nocy zbudzą reklamowe głośniki kin. Tcmpora mutantur ’ A Costermannsville [czytaj: kostermans- wil]? Właśnie oglądam zdjęcie z roku 1928 Przedstawia ono trzcinową chatkę. Wokoło chatki pustka, po prostu nic — trawa 1 góry. Ta chatka to urząd 1 siedziba Państwowego Komitetu Jeziora Kiwu, a Costermannsville to właśnie ta trawa i te góry. Dziś, w nie- spełna dwadzieścia lat później, przepchać się nie mogę przez tłum luksusowych samo- chodów. Ruch jak w centrum Paryża. Ulice szerokie, asfaltowe, sklepy wytworne. Z kawiarni dolatują dźwięki przygrywają- cej do tańca orkiestry. W dalekiej perspek- tywie widać dźwigi portu i czarne kominy dużego parostatku. Właśnie nadszedł jeden z Kisenji; przebywając jezioro wzdłuż. Od- ległość w linii prostej wynosi sto sześć ki- lometrów, droga jednak wije się pośród wysp, dlatego jest znacznie dłuższa. Jedno tylko nie zmieniło się- dziki urok Fragment tektonicznego Jeziora Kiwu 60
jeziora. Poszarpane ogromną Ilością wysp i wysepek, pozalewane językami wystygłej lawy, okolone dymami przyczajonych wul- kanów, umajone równikową gęstwą palm — Jezioro śpi w wiecznym upale. Rzadko, bardzo rzadko, przeleci tędy wi- cher Nie udaje mu się przewinąć między szczytami stożkowatych gór. Nazbyt zwar- tym murem osłoniły one wodę. A kiedy na- wet przemknie na drugą stronę, wybiegną mu naprzeciw skaliste wysepki — nie znaj- dzie drogi 1 straci rozpęd. Ledwie za czub chwyci falę, Już wbiega ona na brzeg. Wi- cher nie ma rozpędu, nie może swawolić tak jak na Jeziorze Wiktorii czy Tanganika. Dlatego Jezioro Kiwu najczęściej drzemie skamieniałe w powadze, zakute w barokowe ramki z lawy, Bezdenne, złączone kraterem z sercem ziemi Tajemnicze, zaklęte Jezioro Kiwu |...J Kiwu patrzy teraz na naa poprzez sploty czerwonego kwiecia zwisającego z filarów werandy Hen, na przeciwległym brzegu, majaczy wśród chmur najwyższy tu szczyt Karissimbi. Trochę dalej, nieco w prawo, widać szereg wulkanicznych stożków. Jeden z nich dymi złowrogo Niedawno, bo w ro- ku 1932, buchnął z tego krateru słup ognia. Roztopiona lawa stoczyła się po pochyłości w jezioro... zagotowała się woda. Dlatego Kiwu nie ma krokodyli ani hipopotamów; a ryb także w nim niewiele. Nigdzie chyba na święcie nie ma takiego skupiska dowodów potężnej siły rządzącej światem, ile właśnie tutaj, w okolicy afry- kańskich jezior Kiwu to benlaminek, liczy zaledwie około miliona lat. Wacław Korabicwicz Kwa- heri. Warszawa 1058. Iskry, s. 136—139. 27 LATERYT, RÓŻOWE PRZEKLEŃSTWO Lateryt to ziemia podła. To nędzne dzie- cko szalonego ojca, tropikalnego deszczu ów deszcz to czarodziej zarówno dobry Jak zły. Dobry, bo porywa do szału rozpętaną roślinność. Zły, bo zmienia pierwotną skałę na lateryt. Wall z nieba wściekłą, rwącą. gorącą, rozhukaną piorunami falangą Przez pól roku, przez trzy kwartały, miejscami przez calusieńki rok. Deszcz to obfity i wnikliwy, więc żadna pierwotna skała się nie ostanie, czy to będzie granit i gnejs Ma- dagaskaru, czy bazalty Indochin. W ciągu tysięcy lat deszcz rozetrze skałę, rozmiaż- dży ją, rozmiele Zmieni jej skład, przetrawi jq, przepali Na dwadzieścia metrów głębo- kości, na pięćdziesiąt, na sto. Pozostanie zwietrzała masa, różowa od oksydów * że- laza i glinu, w stanie mokrym śliska papka, w stanie suchym twarda jak kamień, masa wypłukana, wyprana przez wodę ze wszyst- kich składników użyźniających — pozosta- nie różowe przekleństwo krajów tropikal- nych, lateryt. Lecz ciepły tropikalny deszcz stworzy równocześnie i nowe życie. W procesie ty- siącletnim wywabi nu laterycie roślinność, zrazu skąpą i niemrawą, potem coraz peł- niejszą, coraz okazalszą. Pod nią zgromadzi się warstwa humusu-próchnicy, z biegiem czasu coraz tęższa Rozplenią się krzewy, wybiją się drzewa coraz silniej, coraz zu- chwałej. W końcu rozkipl się las, rozpasa się dzika, gorąca puszcza. Powikłana rzecz- pospolita zieleni, zbiorowisko wrącego ży- cia, samo sobie celem, samo sobie pokar- mem, samo tworzące humus, z którego czer- pie odżywcze soki Takie puszcze na Jate- rycle to puszcze Madagaskaru, południowej części Brazylii, południowej Azji. Lecz biada człowiekowi, gdy ten stan rze- czy naruszy i wytrzebi puszczę Po kilku latach uprawy humus spłynie i lateryt wy-
szczerzy swe różowe zęby. Wtedy polski kolonista Parany lub plantator kawy w Sao Paulo opuszcza swa rolę i wędruje dalej na zachód, w głąb puszczy, szczęśliwy, że pusz- czy jest w Ameryce nieprzebrany zapas. Na Madagaskarze, wyspie ogromnej, lecz jed- nak wyspie, zapasu nieprzebranego nie by- ło Człowiek w czasach przedhistorycznych wytępił las rosnący tu ongiś prawie wszędzie i dziś z tego pozostały tylko skrawki. Reszta to step jałowy, na którym mało co można siać, na którym rosnę tropikalne trawy, su- che twarde i nieużyteczne Bydło może je 28 PŁODNY MADAGASKAR Ciepły deszcz tropikalny, twórca laterytu. wypłukuje z tej czerwonej ziemi użyźnia- jące składniki, które spływają wraz z po- tokami wody na dół, ku dolinom. Tu osa- dzają się tworząc warstwy naniesione, alu- wialne. I oto zbliżamy się do sedna rze- czy: owe doliny aluwialne stanowią najważniejszą, prawie jedyną — obok nie- licznych ziem wulkanicznych — bogatą gle- bę Madagaskaru. Jest to gleba szczodra, zdumiewająca, o żywiołowym rozmachu, gleba rozsrożała pędami, miotająca życiem, hojna. W dolinach pleni się kawa, wanilia. ryz. trzcina cukrowa — rodzi się sława Madagaskaru Tu doznałem kiedyś dziwnego wzrusze- nia. W pobliżu Tamatawy, nad samą rzeką Ivoilina. rośnie bambus burmański. Jest to Goliat wśród bambusów, dochodzący do wysokości naszych wyrośniętych sosen, mający łodygę grubszą niż udo mężczyzny Rośnie w pękach po kilkanaście badyli, wy- glądających jak bajkowe kępy olbrzymiej trawy, na którą mógł patrzeć Guliwer. Gdy przyszła właściwa pora roku, ścięli bambus przy samej ziemi, pozostawiając tylko talerzowate klęki. Po kilku dniach rany zaschły i wtedy zaczął się cud plen- żreć tylko przez trzy, cztery miesiące p0 deszczowej, kiedy są jeszcze miękkie A ile jest laterytu na Madagaskarze? D żo, dziewięć dziesiątych całej jeg0 wierzchni, odpowiada H. Prier de la BathTe [czytaj: prić de la bati], autorytet na tym lu i wytrawny znawca gleby madagaskar- skiej. I tym samym poniekąd daje odpo- wiedź na pytanie, dlaczego jest tu dotych- czas tak mało ziemi pod uprawę. Arkady Fiedler: Wyspa ko- chających lemurów. War- szawa 1957, Iskry s. 55—56. Madagaskar ności: bambus zaczął róść od nowa. Jak rósłl Co dzień wychodził z ziemi o dobre dwie stopy, już należycie gruby, już pysz- ny — niby olbrzymie szparagi strzelające ku niebu, niby odrastające człony bambu- sowej hydry. Po kilkunastu dniach wystrze- lił wysoko i trzeba było zadzierać głowę, by widzieć czub. Był to wspaniały symbol straszliwej potęgi roślinnej i symbol zwy- cięstwa tropikalnych żywiołów: słońca, deszczu i aluwialnej gleby. Madagaskar, na mapach przypominający kształt ogórka czy owocu kakao, ułożonego w kierunku mniej więcej północno-połud- niowym, ma obszaru około sześciuset tysię- cy kilometrów kwadratowych, a zatem pra- wie dwa razy więcej niż Polska. Wzdłuz wschodniego wybrzeża o kilkanaście do kil- kudziesięciu kilometrów od morza ciągnie się, niby kręgosłup wyspy, pas gór. Jest ta- ki wysoki, że grzywą swą powstrzymuje wiatry morskie i wypycha je w górę. Więc w tym pasie przez cały rok padają obfite deszcze, rośnie tropikalna puszcza, a rzeki, spływające z gór ku niedalekiemu morzu, choc krótkie, toczą się głęboko i szeroko, nabrzmiałe wzburzonym nurtem Góry nadbrzeżne, strome od wschodu, ku zachodowi tworzą łagodne stoki przecho- dząc w rozległy płaskowyż centralnego Ma- dagaskaru Kraj powoli opada w drugą <lronę wyspy, ku Kanałowi Mozambickie- mu Na lyin plaskowzgórzu deszcze padają juz tylko przez kilka miesięcy w roku, w porze słońca zenitowego, a zachodnio-po- ludniowe strony i dalekie południe wyspy dostają juz tak mało wilgoci, że stać je tyl- ko na trawiaste stepy, a jeśli na drzewa, to przeważnie kaktusy, olbrzymie euforbie i groteskowe baobaby Z rzadka przecinają lu kraj rzeki płytkie, za to o długim, kilku- setkilometrowym biegu, rzeki często wysy- chające w porze suchej. Ile Jest żyznej ziemi na wyspie? Mada- gaskar, jak się powiedziało, to przeważnie góry, wzgórza i wyżyny Doliny są na ogól wąskie Więc cienkimi żyłami rozłożyła się Polo ryżowo w dolinie rzeki Ikopa żyzna gleba, drobną siecią pokryła wyspę, zwarte płaszczyzny tworząc tylko wt niektó- rych pojeziorowych kotlinach lub przy ujściach wielkich rzek. Typowym przykła- dem takich skupisk są rozległe pola ryżo- 63
ora* bogato plan- inny, tajemniczy Jfi, U .W, LEMUR KOCHAJĄCY Arkady Fiedler- WyspQ ko chających lemurów. szawa 1957. Iskry, s. 59—6|' na hektarów, leży dotychczas odłogiem cz0 kając na pług. I, dodajmy zaraz, że wskutek osobliwych warunków na Madagaskar prawdopodobnie długo jeszcze będzie rf* kac Ze’ we dokoła Tanananwy tac je u ujścia rzeki Sambirano Według pizypusrcralnych obliczeń Mada- gaskar ma urodzajnej ziemi około 10’/o swej powierzchni, a zatem ogółem sześć mi- lionów hektarów Z tego obszaru człowiek wziął pod uprawę dopiero jedną czwartą część, podczas gdy reszta cztery I pół milio- [ ) gdy z lądu azjatyckiego hordy wiel- kich kotów i innej drapieżnej hałastry ru- nęły na Afrykę, najazd ’ musiał zatrzymać się u brzegów nowego morza — Madagas- kar byl juz wyspą Dlatego fauna jego jest tak osobliwa, dlatego wyspa nie posiada wielkich drapieżników, a pełno na niej le- murów I dlatego, nie mając wielu wrogów, lemury nie potrzebowały w’alczyć zbyt za- wzięcie o życie i mogły rozwinąć zalety serca Niektóre gatunki lemurów' są dziwnie łagodne Prawdziwym wybrańcem losu jest Wari, którego dostałem podarunku od jednego z ludzi Barka * w Mandritsarze Nazywają go tu wari, a po łacinie Lemur varlegalus Mój Wari jest pyszny białe i czarne plamy tworzą na nim kapryśny, fantastyczny płaszcz, rzucający się każdemu w oczy i bu- dzący zachwyt. Zwierz ma długi ogon, i pu- szysty włos, który na uszach wyrasta w po- tężne bufy Rzeklbym. piękny, cudaczny kołpak. Ów uszny kołpak jest biały jak śnieg, pysk czarny jak węgiel a i tak czarne z białym, jak dzień z nocą, luzuje się wza- jemnie na jego ciele aż po sam czubek ogo- na. (.-] Wielki ciałem jak tęgi lis, ma pysk dobro- dusznego psa, nogi i ręce małpie Stąd za- pewne rodzinę jego nazwano małpiatkami Lecz daleko mu do inteligencji małp. Co tu wiele gadać — lemur nie grzeszy rozumem. zwykle, rozhasany, s _ Nowy «t*ry i*1*1 64 wynajdzie. W czerpaniu owszem, mistrz. Niestety, lonej przesiąkłej wilgocią puszczy. ly nas ostre, nie znane : Wari — małpia tka zamieszkująca Madagaskar ożywiony, uprzejmy. Zapomniał o leśnej rozpaczy, znów kochał ludzi. Był przymilny. Arkady Fiedler: Wyspa ko- chających lemurów. War- szawa 1957, Iskry, s. 7fl—01. —t t--- zapachy zwiastujące prochu lam nie rozkoszy z życia, w tym utopił całego siebie i jest zdegene- rowany. szlachetny epikurejczyk * Jest to jarosz. Lubi dojrzałe banany, sma- kuje mu także gotowany ryż i maniok. Gdy jest w wyjątkowym humorze — bo w humo- rze dobrym jest zawsze — wykonuje w po- wietrzu wysokie skoki, bardzo śmieszne Po- kracznie wyciąga w górę przednie nogi, jak gdyby chciał nimi przychylić nieba Ale na- wet tego nie potrzebuje — niebo ma prze- cież na ziemi, we własnej duszy. W swej mądrej ekonomii uczuć Wari ko- cha słońce tylko wtedy, gdy jest godne kochania rano. Słońce wtedy nie pali, lecz grzeje Więc rano Wari kładzie się jak długi na ziemię, brzuchem do góry, członki wy ciąga szeroko ku słońcu i z wyrazem cichej ekstazy wchłania błogosławieństwo ciepła Obraz zdrowej, zwierzęcej lubieżności a tomiast w południe, gdy jest piekielnie g° rąco, Wari chowa się w cień i rozkłada swe bezwładne ciało na chłodnym klepis u z wyrazem przebiegłego mędrca. Wari wie, jak urządzić sobie życie. [...] Raz tylko doznał wstrząsu i był smutny Po wielotygodniowej włóczędze wśród ste pów i nagich gór weszliśmy do dziewiczego lasu. Do mrocznej, odwiecznej, wieczni6 zie ... ' świat. Nagle Wari dostał się pod jego władzę, a dla innie powstał no- wy, trudny problem. Jak lemury lemurami, las zawsze byl ich ojczyzną, drzewca ich żywiołem. Więc w le- sie Wari zeszedł z noszy, na których go dźwigano przywiązanego, wąchał ziemię, czepiał się gałęzi, czepiał się kurczowo pni, odrywany przemocą czepiał się od nowa, obejmując nowe gałęzie, otaczał je drżącą ręką, macał Z rozpaczą przytulał się do krzewów, przypadał do pni rozwartą gębą. Wari juz nie radosny i szczęśliwy jak zwykle, lecz Wari biedny i opętany. Skom- lą! żałośnie, jęczał Był uwiązany. Wziąłem go na kolana i ująłem za ręce. Uścisk dłoni jest odwiecznym symbolem i wyraża zawsze to samo. Wari zaczął ściskać mi dłoń Po raz pierwszy w życiu. Ściskał raz po razie, pod miotami gwałtow- wzruszenia. I za każdym razem ściska- nego ‘------- ło mi się serce: czy przeciąć mu więzy i puścić na wolność? Wiedziałem, że gdy go puszczę, skoczy w knieję i przepadnle na zawsze. Nie mogłem przezwyciężyć sa- molubstwa miłości. Nie przeciąłem mu wię- zów Rzuciłem wielkie wyzwanie Wariemu i sobie Czy zwierz zmieni się może w sto- sunku do mnie? Nie zmienił się Tego wieczora wyszliśmy z lasu i we wsi niedaleko skraju nocowaliśmy Wari był znowu rozbawiony, jak : ”
30. BOSKI, ZŁY VOAY Szczęśliwy (albo i nieszczęśliwy) Mada- gaskar, że o nim niektórzy pisarze tak wspaniale mogą łgać. Oto rozpisują się, że to raj, mający faunę niezaczepną i nie- szkodliwą. Prawda, że nie ma tu ani niebez- piecznych dla człowieka kotów ani jadowi- tych wężów. Natomiast są inne bestie, ha- niebnie złośliwe mikroby. I przede wszyst- kim są krokodyle.* Krokodyl to straszliwa zmora Madagaska- ru — ofiar ludzkich pochłania nieporówna- nie więcej aniżeli osławione węże Ameryki Południowej czy wielkie koty Afryki lub Azji. Tylko nikła część wypadków porywa- nia dociera do łamów tutejszej prasy, lecz to, co się czyta, przejmuje grozą. Kto, podróżując po wyspie, zboczy z uczęszczanych gościńców w brusę * zaw- sze spotka się z krokodylem, bądź to z sa- mym zwierzem lub przynajmniej z jego buj- ną legendą. Więcej po zachodniej stronie wyspy, mniej często na wschodzie, kroko- dyl zawsze wtargnie do jego podróży jako nieodstępny towarzysz, oplecie jego dzień, omota jego sny. Wystarczy powiedzieć, że każdy zbiornik wody na Madagaskarze, na- wet kilkumetrowa kałuża czy rzeczka, kryje w sobie złowrogą tajemnicę, wieści gwał- towną śmierć. Na Madagaskarze otwarte wody nie nadają się do kąpieli. Tam czeka wróg zaciekły, głodny, potwornie liczny, ogromnie żarłoczny. W wielu okolicach wyspy Malgasze, lu- dzie na ogół łagodni i bierni, są wobec kro- kodyli bezbronni. Nie wytaczają im wojny, nie prześladują ich, zabijają je rzadko, na. . lomiast sami często giną pożerani. W ciemne noce pory deszczowej, gdy szaleją burze i wielkie powodzie dosięgaj wiosek, zuchwałe krokodyle zerują bezkar- nie wśród chałup, porywając domowe zwie- rzęta i dzieci. Trudno z nimi wtedy walczyć, gdyż wody i kryjówek mają pod dostatkiem. Natomiast amulety odi to najskuteczniej- sza na nich broń. W ogóle lepiej jest prosić, aniżeli wojować, lepiej bać się, niż niena- widzić. Więc wielu Malgaszów prosi kroko- dyla, czasem, bardzo uroczyście, błaga go, by był łaskawy i nie porywał ludzi i by- dła. Więc wielu nosi przy sobie przemożne odi, od których ucieka wszelkie wodne zło. A Ramboamboa, jeden z moich tragarzy, miał sposób wyjątkowo skuteczny — gdy zbliżaliśmy się do jakiej rzeki, którą trzeba było przejść w bród, wybiegał naprzód, brał z rzeki łyk wody i następnie wypluwał ją na wszystkie strony, złorzecząc wszyst- kim pobliskim voay'om. Zeden voay jeszcze nas nie napadł, to prawda. Zaczepne czy niezaczepne, łagodne czy krwiożercze, krokodyle stanowią na Mada- gaskarze potęgę niezmozoną i tajemniczą. Mało jest na ziemi dzikich zwierząt, które by wywierały wpływ tak głęboki i tak wszechstronny na uczucia i wierzenia jakie- gokolwiek, nawet, najpierwotniejszego szczepu — co krokodyle na życie Malga* szów Arkady Fiedler: Wyspa chających lemurów. W a • szawa 1957, Iskry, s. 132 133.

r. agi skandynawskich żeglarzy-Normanów zwanych Wikingami podają, ze około 1000 r. Leif, syn Eryka Rudego, wyruszył statkiem z południowej Grenlandii i płynąc prosto na zachód dotarł do nieznanego lądu. Znalazł tam lasy i dziko rosnące wino. Od- krycie niezwykle cenne dla mieszkańców bezleśnej Grenlandii. Jest w tej legendzie jakaś część prawdy, bo niedawno znalezio- no w Ameryce Północnej szczątki łodzi Wi- kingów. Podobno także Jan z Kolna — polski że- glarz na służbie duńskiej dotarł w drugiej połowie XV w do wybrzeży Ameryki Pół- nocnej. Ale w odkryciach geograficznych liczy się tylko to, co zostało zanotowane i przekaza- ne późniejszym pokoleniom. A takiego od- krycia Nowego Świata nieznanego dotych- czas Europejczykom dokonał dopiero w 1492 r. Krzysztof Kolumb, genueńczyk w służbie hiszpańskiej. Od tego czasu zaczyna się napływ lud- ności z Europy do Ameryki, która okazała się kontynentem obfitującym w bogactwa naturalne, jak kruszce szlachetne, różnorod- ną roślinność i żyzne gleby. Początkowo przybywali tu zbrojni i za- borczy konkwistadorzy, którzy łupili miej- scową ludność i w ten sposób zdobywali upragnione złoto i kosztowności. Mieszkańców ówczesnej Ameryki nazwa- no Indianami *. Nie znali oni kola ani żelaza Nie było również na tych terenach konia i południowej Ameryce India- potężne państwa o wysokiej W środkowej nic utworzyli podstępnie Północnej myślistwa kulturze. Dochowały się z tego okresu wspa- niałe zabytki architektury Inków, Azteków’ czy Majów. Państwa te zostały przez konkwistadorów rozbite i ograbione, a władcy zgładzeni. Większość terenów Ameryki zamieszkiwały ludy żyjące z Główną zwierzynę stanowiły bizony, a na północy dzisiejszej Kanady również karibu * Konie przywieziono do Ameryki dopiero w XVI w. Znalazły tu dogodne warunki, rozmnożyły się i żyjąc w stanie dzikim two- rzyły słynne „tabuny mustangów”. Indianie nauczyli się korzystać z konia, dość szybko również opanowali sztukę strzelania z broni palnej. Minęła epoka zdobywców-konkwistado- rów. Do Nowrego Świata zaczęli napływać biali osadnicy. Do roku 1800 skolonizowali pas wFybrzeża atlantyckiego i wdzierali się coraz głębiej w kontynent aż na tzw Dziki Zachód (na tereny leżące na zachód od Mis- sisipi). W wieku XIX kraj przecięły linie kolejo- we łączące Atlantyk z Pacyfikiem. Szlaki, na których dotychczas można było spotkać tylko milionowe stada bawołów, zaludniają tłumy osadników i obieżyświatów nie roz- stających się z bronią. Nowe odkrycia po- wodują, że Ameryka przezywa gorączkę złota. Wszystko to godzi w prawa dawnych mieszkańców tych Ziem — Indian. Od roku 1619 rozpoczął się okres napływu siły ro- do Ameryki czarnej, niewolniczej boczcj — Murzynów
Obecnie w Ameryce Północnej znajdują się państwa należące do największych na świecie: Kanada (9 976 100 km2), Stany Zjednoczone (9 363 400 km2). Ich gospodarkę cechuje wysoki poziom techniki. Wśród tundr, wiekowych drzew tajgi, czy równinnych prerii wyrastają ma- sowo wieże kopalniane i supernowoczesne zakłady przemysłowe. Traktory i inne ma- szyny suną jak warczące widma po upraw- nych polach, wyręczając rolnika w nużącej pracy. Stany Zjednoczone to najpotężniejszy kraj kapitalistyczny, na który przypada ponad ’/3 produkcji energii elektrycznej świata. Ale udział Stanów Zjednoczonych w globalnej produkcji przemysłowej wszyst- kich krajów kuli ziemskiej maleje. Poja- wiają się groźni konkurenci, których gospo- darka rozwija się szybciej od amerykań- Rozdział II W KANADZIE I STANACH skiej. 31 Z BIEGUNEM NA TY Wiek dwudziesty napełnił niebo nad Arktyką łoskotem lotniczych silników. Po- jawiły się nad lodami maszyny cięższe od powietrza [...]. Rok 1937 był zupełnie wyjątkowy dla historii lotów nadbiegunowych. W tym czasie bowiem uaktywniło się mocno lot- nictwo radzieckie. W czerwcu z Moskwy do Vancouver [czytaj: wankuwerj przeleciał non stop ’ słynny Czkałow * ze swoją zało- gą [..] W okresie drugiej wojny światowej i bez- pośrednio po niej lotnictwo arktyczne w służbie wojny dokonało poważnych kroków w podboju nieba nad lodową pustynią. Były systematyczne loty meteorologiczne całych flot powietrznych. Były też solowe przeloty na myśliwcach jednomiejscowych z Norwegii na Alaskę, a wreszcie w roku 1954 Skandynawowie, kontynuując niejako tradycje Wikingów, pierwsi uruchomili re- gularną komunikację pasażerską nad biegu- nem. W dobie obecnej latają tamtędy także samoloty holenderskie, japońskie, niemiec- kie, francuskie oraz amerykańskie [».-]. Lotnicza nawigacja w Arktyce „ma swoje trudne problemy. Całkiem niedawno dopie- ro opanowano jej specyfikę. Występowały w tym zagadnieniu trzy podstawowe trud- ności' bliskość bieguna magnetycznego eli- mini_jąca zupełnie możność używania kon- wencjonalnych kompasów; arktyczny pół- mrok w pewnych okresach, który nie po- zwalał na obserwacje astronomiczne, a więc i ustalenie pozycji samolotu oraz zbieganie się przy biegunie południków, co oznaczało bezużyteczność powszechnie stosowanych map. Dopiero w okresie drugiej wojny świato- wej i bezpośrednio po niej lotnictwo ark- tyczne w służbie wojska dokonało pierw- szych poważnych kroków w całkowitym podboju nieba nad Arktyką. Lekarstwem na zaburzenia magnetyczne w tej części globu okazało się skonstruowa- nie polarnego żyrokompasu * całkowicie nie- wrażliwego na ziemskie pole magnetyczne. 70 71
Jakby w nagrodę za pokonanie tych trud- ności Arktyka obdarza wiernych jej lotni- ków sprzyjającymi z reguły warunkami lotu. Z meteorologicznego punktu widzenia stanowi ona niemal pustynię. Lekkie wiatry, mała wilgotność, niewiele chmur i brak deszczów lub śniegu. Chmury tworzące się zwykle późnym latem w tych rejonach nie sięgają wyższego pułapu niż 3 tysiące metrów (w tropiku dochodzą na wysokość 15 kilometrów i wyżej). W tych warunkach wysoko latającym odrzutowcom nie grozi oblodzenie, a ich pasażerom huśtawka... LOT NAD BIEGUNEM Równo płynie maszyna nad lodową pusty- nią. Pasażerom udaje się czasem dostrzec w dole popękane pola lodowe rozdzielone szczelinami, których szerokość dorównuje zapewne Amazonce. Jest piąta godzina lotu, rozlega się głos kapitana — biegunl „Nie ma wokół mnie teraz północy, wschodu, ani zachodu, we wszystkich kie- runkach jest południe. Każdy podmuch wiatru jest wiatrem południowym, bez względu na to, skąd pochodzi. Jeden dzień i jedna noc trwają tutaj jeden rok, a sto takich dni i nocy — jeden wiek. Gdybyśmy spędzili tu sześć miesięcy nocy polarnej, zo- baczylibyśmy wszystkie gwiazdy północnej półkuli wędrujące po nieboskłonie w tej samej odległości od horyzontu z Gwiazdą Polarną w zenicie" [Słowa zdobywcy biegu- na północnego Roberta Peary'ego, czytaj: pierij. Tymczasem z okna samolotu widać nadal tylko błękitne niebo, a poniżej błyszczy przeraźliwie pusty lód. Tonę w miękkim fotelu, a zaaferowana stewardessa podaje mi kolejną filiżankę kawy. Z Sąsiedniego lotela rozległa się p0. lęzne ziewnięcie. Bądź co bądź dla Europej- czyków jest juz późna noc. W locie nad bie- gunem pokonaliśmy przestrzeń, ale nie czas Zwykły, seryjnie produkowany odrzutowiec stał się wehikułem czasu. Lecąc mm „wy- przedziliśmy słońce" i ostatecznie maszyna miała lądować w Anchorage [czytaj; anko- redz] o trzy godziny wcześniej (według miejscowego czasu), niz opuściła Kopenha- gę. Różnica bowiem między Europą a klaska wynosi az jedenaście godzin... utraciliśmy więc noc, ale zyskaliśmy dodatkowy obiad Czy to dobry interes? Sam nie wiem, jestem lednak tochę zmęczony. Spod skrzydeł Douglasa [czytaj daglas) wyłania|ą się nagle góry. Skrzącą się biel nikłych z tej wysokości stożków i rozpad- lin można porównać chyba tylko z pognie- cioną aluminiową folią. Z mapy wynika, że są to góry Brooksa [czytaj: bruks]. A więc Alaska! W ciągu ośmiu godzin i dwudziestu minut przebyliśmy siedem tysięcy sto kilo- metrów. Z tego trzy tysiące osiemset kilo- metrów wypadłe nam leciec na północ, a reszta na południe, jakkolwiek samolot nie zmieniał zasadniczo kierunku lotu. Świat zrobił się obrzydliwie mały. Janusz Wolniewicz: W krot- nie złota i totemów. War- szawa 1968, Iskry, s. 15 24.
V Lodowiec Malaspina na Alasce (według Russela). 60° szer. geogr. pn., 140° dł. geogr. zach. dziki. Lawirowaliśmy między niezliczoną ilością większych i mniejszych bezludnych wysp porośniętych odwieczną puszczą* by koło południa wpłynąć do małego portu Ketchikan [czytaj: kecziken], Ketchikan, położone na wyspie Revillagi- gedo, otoczone jest z trzech stron urwistymi szczytami górskimi i zbudowane całkowicie na ich stokach. Robi to wrażenie, że miasto wyłania się z morza, a parę rwących poto- ków i wodospadów dodaje mu wiele swoistego uroku. [...] Wybrzeża Alaski usiane są przetwórnia- mi rybnymi przeważnie puszkamiami łososi. W okolicach Ketchikan prawie nie ma większej zatoczki lub wyspy, która by nie posiadała przetwórni 32. [FIORDY I LODOWCE) WZDLUZ ZACHODNICH WYBRZEŻY KANADY 1 ALASKI 12 sierpnia w godzinach przedpołudnio- wych zajęliśmy miejsca na statku, którego kurs wiódł tak zwaną drogą śródlądową; po prawej burcie mieliśmy górskie brzegi Ka- nady, po lewej wyspę Vancouver. także do Kanady należącą. Chwilami szlak wodny stawał się tak wąski, że zdawało się nie- prawdopodobieństwem przecisnąć między sterczącymi w morzu górami [...] W ciągu nocy minęliśmy wyspę Vancouver. Z pra- wej burty mijaliśmy gęste, mroczne lasy ka- nadyjskiej prowincji Brytyjskiej Kolumbii. Nad lasem wyrastały postrzępione łańcuchy górskie. Zwierza żadnego widać nie było, choc wyczuwało się jego obecność w tych mrocznych ostępach. [...] Im dalej na północ, tym częściej góry po- łyskiwały bielą śniegów, zbocza górskie by- ły coraz mniej zalesione, linia lasów coraz bardziej schodziła ku morzu, a powietrze stawało się ostrzejsze Rankiem 14 sierpnia wpłynęliśmy już na wody Alaski. Krajobraz nic nie stracił ze swej piękności — stał się znacznie bardziej Spękane czoło lodowca widziane od strony morza 73
Z Ketchikan popłynęliśmy do Wrangele. a r-asteprue do stolicy Alaski Juneau {czy- taj ozue-ou’ Droga jak w baśni biel pokry n l • -Łieciezn górskich szczytów, błękit wo- dy nieba różne odcienie leśnej zieleni im bl ze Juneau. tym więcej mijamy lodow- ce.- które — zda się — dławię gardziele onjan.ch fiordów Największy z nich to Ta- ka kton bicrze początek daleko w górach, by -płynąc wprost w odmęty morskie na szeroŁoec około 1600 metrów Na wodzie liczne oderwane bryły lodu góry lodowe w miniaturze. Isr.ią i skrzą się w słońcu jak na rdrooocenniejsze brylanty Nareszcie Juneau Szósta wieczór, niewie- le uda s ę zwiedzie Opuszczamy je pod osłoną nocy i zagłębiałby się w wąski fiord zwany Lynn-CanaJ {czytaj łajn kanalj. ciąg- nąc-, :ę blisko osiemdziesiąt kilometrów w głąb lądu (_] Następnie statek przecisnął się cieśninami między wyspami Admirał ty i Baranowa oraz lądem stałym. by wypłynąć na pełne wody Oceanu Spokojnego. Zboczył nieco z kursu zęby dac pasażerom możność podziwiania lodouca Malaspina. biorącego początek gdzieś pod szczydem Góry Sw. Eliasza na granicy Brytyjskiej Kolumbii i spływające- go w wody oceanu. Podpłynęliśmy do sze- rokiego na 3300 metrów lodowca całkiem blisko W tym momencie zabrzmiąła syrena okrętowa, zgromadzeni na pokładzie pasaże- rowie jęli się drzeć co sił w gardłach, a po- siadacze broni palnej strzelać na wiwat. Ten piekielny hałas spowodował drganie po- wietrza a ono — oderwanie się od lodowca olbrzymiej bryły lodu wielkości trzypiętro- wej kamienicy, która z hukiem i trzaskiem osunęła się w bryzgach wody w fale mors- kie Widok piękny, i groźny zarazem Stąd ruszyliśmy pełną parą do naszego końcowego portu Seward na półwyspie He- nai Choć straciliśmy z oczu stały ląd, mew> ciągnęły za statkiem, a jednostajnosć wido- ku urozmaicały harce delfinów’ i pojawiają- ce się raz po raz wieloryby |-1 Jarosław Potocki; ^a.,sZ^. kach 1 bezdrożach Alaską Warszawa 1956. Iskry* 16—21. 33 ZYCIE TRAPERA NA ALASCF Traperem — mówił Lee fczytaj: li] — lep- szym czy gorszym, może zostać każdy, kto wykupi za trzy dolary licencję traperską zaopatrzy się w cały arsenał żelaz różnego kalibru i znajdzie odpowiedni teren, w któ- rym zamierza rozwinąć swoją działal- ność [.„] Upatrzywszy sobie pewien większy lub mniejszy obszar na teren traperskiej dzia- łalności, buduje się w okresie lata domek jednoizbowy Z kolei zwozi się — prawie zawsze tylko samolotem lub wodnopłatow- cem — prowiant, zapas zelaz. kuchenkę, szkło okienne i wiele innych rzeczy ko- niecznych w okresie długotrwałej zimy Następnie traper zapoznaje się z topogra- fią terenu 1 buduje szereg pomocniczych sza- łasów służących zimą za schronienie w cza- sie obchodu linii sideł Ta przebiega wzdłuz z góry Ustalonej trasy uzależnionej od ukształtowania terenu Żelaza stawia się się w sąsiedztwie potoków’ wysokopienne- go lasu, małych polanek, w głębokich jarach i tak dalej. Linia sideł ma prawie zawsze kształt figury zamkniętej, na przykład koła o obwodzie od 30 do 90 lub więcej kilomet- rów Od jej długości zależy’ ilość szałasów’, które wznosi się mniej więcej co 25 kilomet- rów Mój teren traperski — ciągnął Lee — to okolice Rainy Pass. Operuję w nim z więk- szym lub mniejszyTD powodzeniem od sze- regu lat. Rokrocznie odstawia mnie tam samolot na płozach w drugiej połowie listopada a wraca po mnie w pierwszej połowie mar- 75 74
Krajobraz Alaikl, na drugim planie rzezy! McKln- ley — 0194 m n.p.m. — najwyższy szczyt Ameryki Północno]. ca. W lym okresie jestem zazwyczaj sam. jedynie parę razy towarzyszył ml mój brat Zapewniam was jednak, że me mam ^zasu na nudę i samotność wcale ml nie ciąży Roboty jest huk Należy porobić zapasy drzewa opałowego, wykonać konieczne na- prawy przy szałasach I domku, zaopatrzyć się w mięso łosia cz> też karibu * Ubite zwierzę przymocowuję do grubych konarów drzewa - zamarza na kamień I śmiało mo- że wisieć do wiosny niczym w najnowocześ- niejszej lodówce Następnie zakładam żela- za na Unii długości przeszło 100 kilometrów, co doprowadza mnie z powrotem do moj>j bazy Ledwie wrócę, a już ponownie muszę wyruszać, by przejrzeć żelaza, wydobyć zdobycz | założyć nowe, świeże przynęty Wobec dużego śniegu całą drogę pr^by wam na rakietach śnieżnych, ciągnąc sobą małe, pakowne, lekkie sanki. Wiozę nich żelazną porcję żywności, by z niej k0. rzystać, gdyby wypadlo mi nocować na izJa. ku pod gołym niebem, poza lym deszczuj do naciągania skór, a ponadto ładuję na sa- nie złowioną w zelaza zdobycz Noc spędzam w uprzednio pobudowanych szałasach; przed spaniem oprawiam schwytane okazy, jaJc rysie, wilki, rosomaki, lisy, wydry, norki, gronostaje i inne. Ledwie na wschodzie zacznie szarzeć, wy- ruszam w dalszy pochód. Jak więc widzicie, jest to ciężka, nawet bardzo ciężka praca, dużo jednak zadowolenia da je przy niej kon- takt z przyrodą. ’ i Swoją linię sideł obchodzę przeciętnie w cztery do pięciu dni, które mnie niezmien- nie doprowadzają do chaty Po powrocie odpoczywam dzień lub dwa, preparując skó- ry. naprawiając uszkodzony sprzęt, by irói» ruszyć w drogę; ani się obejrzę kiedy nad- chodzi kres mego dobrowolnego wygnania Nieraz w ciągu zimy jestem unierucho- miony z powodu szalejącej zamieci Anal- nej nawet przez parę dni Po takiej tawiei żelaza zasypane są śniegiem, ślady zatarte droga ciężka, mimo to człowiek niezłomnie odda je się swemu jsas jonującemu traperskie- mu zajęciu. A ileż to razy przyjdzie się namozolić i na- biedzie, by sprytem ludzkim wziąć górę nać chylrośclą i przebiegłością takich rabusiów żelaz. jak wilki, czy też rosomaki, tak chęt- nie podstępnie I umiejętnie dobierające śfc dn złowionych w sidła ofiar, uszkadzają^ cenne nieraz skórki Jorojlnw Potocki’ óo 1 kach I bitdtotach Warszawa tQ5ó Iłkry 70—73.
3Ł (ESKIMOS! W KANADZIE) Eskimosi to jeden z bardziej egzotycz- nych ludów Ameryki. Mogąc osiedlić się w dowolnych szerokościach geograficznych, w korzystniejszych strefach klimatycznych, żyją na Dalekiej Północy, poza linią lasów, często i poza kołem podbiegunowym, w stre- fie wiecznie zmarzniętej ziemi Jest to stre- fa, gdzie z końcem czerwca zwycięża dzień, a z końcem grudnia — noc, gdzie dziwnymi zwyczajami rządzi tlę słońce, które potrafi przez wiele dni nie ukazywać się na nie- bie lub w ogóle nie zachodzić. Jest ich niedużo. Statystyki kanadyjskie za 1965 rok podają, że liczba Eskimosów ży- jących w Kanadzie wynosi 13 600, lecz pew- ne ich ilości mogły nie być tu ujęte. Eskimo- si są ludem pól koczowniczym, więc dokład- niejsze spisy — na tak odludnych obsza- rach — nic są łatwe do przeprowadzenia. Poza granicami Kanady żyją na wybrze- żach Grenlandii (20 tysięcyl i Alaski (18 ty- sięcy), a dalej na Wyspach Aleuckich i na północnosybcryjskim wybrzeżu półwyspu Czukcza — za Cieśniną Beringa. Ogólna licz- ba wszystkich Eskimosów, rozsianych na przcdlugich poda rk tycznych wybrzeżach Ameryki i Azji, nie przekracza liczby lud- ności niedużego miasta. Są wzrostu niskiego, cerę mają zóltobYą- zową. kruczoczarne włosy 2yją w niewiel- kich grupach, rozrzuconych po brzegach Arktyki: śródlądowe plemiona eskimoskie są rzadkie Gdy Indianie są z natury łowca- mi 1 wojownikami, żywiołem Eskimosóu jest woda. Reprezentują oni starą, pierwotną kultu- rę Do niedawna używali narzędzi z kamie nla. kości, — zwłaszcza z wielorybiego fiszbinu — rzadziej i drzewa lub : jakiegoś metalu W mniej dostępnych obszarach dziś jeszcze wiodą pradawny, prymitywny tryb życia Trudnią się rybołówstwem, połowami morsa I Innych ssaków morskich Polują też na lądowe zwierzęta futerkowe Broń ich stanowią luki i groty Cechuje ich nirzawod- ne oko i instynkt oraz niewiarygodna zręcz- ność Świetnie manewrują swymi łodziami. Żywią się głównie mięsem upolowanej zwie- rzyny. W Jecie prowadzą bardziej ruchliwe, ko- czownicze życie — mieszkają wtedy w na- miotach. W zimie — w stałych pomieszcze- niach wkopanych częściowo w ziemię, przy- krytych dachem i ziemią, lub w przemyśl- nie wykonanych domkach ze śniegu, zwa- nych igloo. W długie noce zimowo oświetla- ją ich wnętrza prymitywnymi lampkami i kagankami z tłuszczem wielorybów’ lub fok Do transportu i przenoszenia się z miejsca na miejsce używają sań, a na wodzie — ło- dzi t zamykanych kajaków, zwanych umja- kami Renifera oswoić nie potrafili. Pisma nie znają, posługują się znakami rysunko- wymi Przyroda I świat zewnętrzny mają dla Eskimosów inne zgoła oblicze niż u nas. Wielu x nieb przez całe życie nie widzi lasu ani w ogóle rosnącego drzewa. Tylko fale morskie wyrzucają im x rzadka pnio drzew, naniesione z dalekich krajów Ograniczone możliwości wyżywienia, niesamowity ark- rytm dnia i nocy I ostry klimat, wszystko to w ciągu tysiącleci wykształć iło Kobiety r^kinunk-e
eskimoską kulturę, niepodobną do jakiejkol- wiek innej. Rządzą się patriarchalnie. Duszą ich wła- dają szamani, którzy poskramiają złe duch} i pośredniczą w pozyskaniu pomocy duchów dobrych. Chrześcijaństwo dotarło do nie- znacznej tylko części Eskimosów. Eskimosi zwykli wiązać swój los z taliz- manami i tajemniczymi przedmiotami; każdy z nich posiada jakiś amulet, z którym się nigdy nie rozstaje. Chronią ich one od złych duchów, od chorób i nieszczęść. Wykształ- cona na tym podłożu eskimoska sztuka prze- niknięta jest mistycyzmem. Rzeźbią w kości upolowanych zwierząt — najczęściej mor- sa _ oraz w miękkich odmianach kamienia takich jak steatyt *. Malują na skórze pryi mitywnymi farbami. Eskimoskimi wyrobami artystycznymi za- interesowano się po raz pierwszy pod ko- niec lat czterdziestych. Szybko zyskały so- bie wzięcie i zaczęły rosnąć w cenie. Tadeusz Teofil Kwiatkow- ski: Kanadyjska mozaika. Warszawa 1970, Nasza Księ- garnia, s. 185—190. 35. (INDIANIE BRONIĄ PRAW DO SWEJ ZIEMI) Rejon Haines jest zamieszkany przez In- dian W głębi lądu,nad rzeką Chilkat.leży niewielkie osiedle indiańskie Klukwan. Źródłem utrzymania jego 400 mieszkańców było długi czas rybołówstwo, drwalstwo i uprawa roli. Niedawno stwierdzono, że po- łożony nad wioską szczyt, noszący od nie- pamiętnych czasów nazwę Żelaznej Góry, zasługuje na nią w pełni, zawiera bowiem wysokoprocentową (70°/o) rudę żelaza, mag- netyt. Jak to zwvkle bywa w takich wypad- kach w Ameryce, góra stała się przedmiotem wieloletniego ostrego sporu między kapita- listyczną kompanią (która w 1953 roku roz- poczęła ekspolatację złóż) a miejscowymi Indianami z plemienia Chilkat, gdyż góra wznosi się na terenie ich rezerwatu. [...] W 1955 r. ukończono budowę rurociągu naftowego dla celów wojskowych, łączące- go Haines z Fairbanks, a ponadto Kanadyj- czycy zbudowali nie opodal rafinerię nafty Obie te inwestycje są z jednej strony źród- łem pracy dla miejscowej ludności, z drugiej 78 strony jednak są powodem nie kończących się konfliktów między białymi intruzami a Indianami, broniącymi zażarcie swych od- wiecznych praw do ziemi przodków. Nie- stety jednak, w tej nierównej walce ulegają oni najczęściej przemocy silniejszych i sta- ją się przedmiotem nieustannie pogłębiają- cego się wyzysku ekonomicznego. Jeśli na- wet w sporadycznych przypadkach poziom życia niektórych Indian ulega pewnej po- prawie, dzięki uzyskaniu pracy przy budo- wie obiektów przemysłowych lub eksploa- tacji bogactw naturalnych, to poprawa ta jest niewspółmiernie mała w porównaniu z krociowymi zyskami kapitalistycznych kompanii eksploatujących ten kraj i rzuca- jących tubylczej ludności nieledwie PrZY słowiowe resztki z pańskiego stołu. więc dziwnego, że wyzyskiwani Indianie wszelkimi możliwymi środkami bronią Pravr do swej ziemi. Jacek Machowski: Warszawa 1969, Y73 Powszechna, s. 372 a
36 KANADA PACHNĄCA ŻYWICĄ Ogromnie mi się podobały [wierzenia] dawnych Indian. Wierzyli w dwa bliźniacze bóstwa: w Nanabosho — ducha dobra, słoń- ca i światła, oraz w Czakenapenoka ducha zła, księżyca i ciemności. Bóstwa te walczy- ły ustawicznie ze sobą, ale tak się zawsze szczęśliwie składało, ze w końcu zwyciężał dobry duch, a ginął zły. Ginąc, zły duch pę- kał ze złości i zamieniał się w skały, góry i kamienie. Dokoła całej Zatoki Hudsoń- skiej zły Czakenapenok musiał dostawać paskudne lanie, bo cała okolica, na prze- strzeni kilku tysięcy kilometrów, to jedna skalna tarcza, usiana głazami i skalistymi wzgórzami. Na tych szczątkach złego ducha teraz pły- nęliśmy. Wszędzie pod nami kamień. Oczy- wiście z biegiem czasu naniosło się trochę ziemi, próchna i mułu, a dobry duch słońca zasadził na tym skromnym podłożu nie naj- gorszy świat roślinny, lecz zły duch wciąż się przypominał. Skała często wyzierała na dzienne światło, zwłaszcza tam, gdzie woda wymyła brzegi. Skała nakreślała tu kieru- nek i kształt wszelkiemu życiu, gnębiąc je bezustannie. Skała była tu rzeczywiście wszechwładną siłą. Las. Rósł miejscami wspaniały, o gęstym podszyciu, miejscami spustoszyły go poża- ry, klęska tych stron. Korzenie drzew nie wnikały głębiej w ziemię niż na metr, pół- tora, potem była skała. To już wyraźnie las Północy. Panowały w nim jodły, świerki i sosny, przetkane brzozą. Poza tym — to las tysiąca najpiękniejszych widoków. Splotły się tu w cudacznych kaprysach owe cztery żywioły: woda, skały, wzgórza, drze- wa — i stworzyły nadzwyczajny fenomen nie kończącą się serię kuszących krajobra- zów. Co zakręt rzeki — to dziw, co krok — to nowy powab. Ton nadawały jodły i świer- ki. Rzekłbyś: uroczyste wieżyce, których wysmukłe czuby modliły się do nieba. Jodły i świerki to naprawdę zdumiewające i do- 79
17 A CYWILIZACJA RWAŁA TU NAPRZÓD Jezioro Louise w Kanadzie Sympatyczny rodak, Henryk Tomczyk w połowie czerwca wiózł nas swym samo- chodem z Marathonu nad Jeziorem Górnym Od czasów mej pierwszej podróży do Ka- nady j 1935 r ] zaszły tu zdumiewające zmia- ny. Ludność pomnożyła się w dwójnasób, kraj niepomiernie się wzbogacił; tysiące mil nowych autostrad i innych dróg, także ko- lejowych, przecinało głuszę leśną 1 mąciło jej spokój, zaległy od prawieków; co więcej, nastała gorączkowa era Dalekiej Północy: niezliczone chmary poszukiwaczy minerałów docierały do ustronnych zakamarków I od- krywały wielkie skarby ziemi; w puszczy wystrzeliwały jak grzyby do deszczu mias- teczka i osiedla górnicze, tysiące nowo- czesnych pionierów zaś, leśnych pilotów na hydroawionetkach, goniło w powie- trzu łącząc jeziora Kanady — których jest chyba milion — w jedną gigantyczną siec Nie dość tego, ostatnimi czasy co roku, w miesiącach (letnich], przeszło dwudziesto- pięciomilionowa lawina wycieczkowiczów, kampingowych zapaleńców z Kanady i ze Sianów Zjednoczonych, wtłaczała się w lasy lam na brzegach jezior, izek i potoków na- pełniała zgiełkiem schroniska, rozbijała na- mioty, zażywała uciech biwakowania i poiła Wytłumaczenie zagadki proste był to wy- nik mądrej zapobiegliwości gospodarzy puszczy, Kanadyjczyków. Zanim wybiła ostatnia godzina, uświadomili sobię grożące niebezpieczeństwo i z rozmachem, cechują- cym tych dzielnych ludzi, zabrali się do ra- tunku Osiągnęli pełne powodzenie, a przy Hm zrozumieli swój istotny interes znisz- czone lasy, pozbawione zwierzyny i ryb, przestałyby przyciągać owe miliony turys- tów z USA, przywożących do Kanady cenne dewizy: bagatela, iedną trzecią miliarda dolarów rocznie. |...| Więc uchował się zwierz, a nawet rozple- nił, i kanadyjskie ostępy pozostały nadal ku- szącym matecznikiem, w którym każdy od- ważniejszy myśliwy, jeśli nie był ostatnim pechowcem, niechybnie zdobywał niezłe fu- tro niedźwiedzia czy dobre łopaty łosia. rodne drzewa... wśród świerków panował spokój i wytchnienie. Wśród świerków chciałoby się mieszkać. Słońce chyliło się ku zachodowi, na wo- dzie wyrastały coraz dłuższe cienie. Od stro- ny lasu cisza, jedyny odgłos na rzece to długi przytłumiony plusk naszych wioseł. Błogi nastrój w różowym powietrzu Nagle nowe podniecające wrażenie. Na którymś zakręcie dął wietrzyk od brzegu i przynosił nam ujmujący dar: zapach tak przyjemny I tak mocny, jak gdyby ktoś rozrzutny palił w lesie furę najcenniejszego kadzidła. Prze- nikliwa woń żywicy niemal odurzała Tak przyjemnego aromatu nie doznałem nad Amazonką. — Co to jest? — spytałem Stanisława za- skoczony. — Spruce (czytaj: sprusjl — odrzekł ską- po między jednym a drugim uderzeniem wio- sła. Spruce to Jodła. A więc w tym lesie ży- ły śmierdzące skunksy o na (złośliwszym smrodzie i rosły drzewa o tak wonnej ży- wicy.. Arkady Fiedler: Kanada pa- chnąca Ływlcq. Poznań 1967- Wyd. Poznańskie, s, 105— 107. się urokami kiajobrazu. Wielu łowiło ryby, a co zagorzalsi tłukli jesionią grubego zwie- rza. Czy wobec powyższej krzątaniny nie na- leżało przypuszczać, ze dawna świetnoś. kanadyjskiej puszczy minęła z kretesem, raz na zawsze? Dziewicze ongiś lasy, dziś przetrzebione, wydeptane, poprzecinane, wyjałowione, wypolowane — czymże witać mogły nowego przybysza, jeśli nie żałosną jałowizną? Otóż nie, nie jałowizną! Kanada roku 1961 zgotowała mi niespodziankę Puszcza bynaj- mniej nie zmarniała, lecz przeciwnie, zacho- wała w pełni swą dawną krasę, ba, ku moje- mu zdumieniu teraz jakby więcej niż przed dwudziestu sześciu laty buszowało w nie) grube] zwierzyny, łosi 1 niedźwiedzi, w rze- kach dziwnie dużo zerowało bobrów, a więk- szość |e( jezior ciągle roiła się od ryb do Jeziora Cedrowego, gdzie mieliśmy ło- wić ryby Przez pierwsze dwie, trzy mile okolica była względnie zaludniona Wspa- niała autostrada, przed kilku zaledwie mie- siącami wykończona, wiodła przez typowrą w Ontario knieję, przeważnie świerkową, upstrzoną tu I ówdzie mozaiką topoli i brzóz. Nagle o kilka mil za Marathonem spostrzeg- liśmy go: powoli przeciągał przed nami przez drogę wielki zwierz. — Ależ to łośl — zawołałem. — Lośl — potwierdził spokojnie Tomczyk odwracając głowę. Na tym odcinku autostrada często bywa- ły śmiertelne ' atastrofy, gd> nieobliczalne losie wpadały między koła I wywracały sa- mochody Nieco dalej za miejscom, w któ- rym zobaczyliśmy łosia, uwagę naszą zwró- ciły na siebie wymowne ostrzeżenia na przs- droznych tablicach Moose Crossing \rea BI BO Nnvy «Uiy
For 10 miles [czytaj: mas krosing eria for ten majłs] — Rejon przejścia łosi przez 10 mil . Zaledwie kilka prostych słów, a jak świet- nie uzmysławiały cały pasjonujący nastrój tutejszych lasów. Zapalały wyobraźnię prze- jezdnych, zwłaszcza tych z USA, i były ku- 38. NIEDŹWIEDZIE Ćwierć wieku temu niedźwiedź był nie- bezpieczną, tajemniczą potęgą kanadyjskiej puszczy, budzącą nabożny postrach i szacu- nek, był groźnym symbolem leśnych otchła- ni, więc pożądanym trofeum dla mężnych myśliwych. Opisy polowań, zwłaszcza na szare grizli * na zachodzie, zawsze nieodzow- nie wywoływały dreszczyki. [...] Północnoamerykański szary niedźwiedź ____ W pozycji wyprostowanej dochodzi do 2,5 m szącą reklamą, a jednak nie mijały sję z prawdą: niebezpieczeństwo rzeczywiście istniało. Arkady Fiedler, I znoWu kuszqca Kanada. Warszaw. 1965, Iskry, s. 11—13. 4 Dziś — jak to wszystko się zmieniło. Kud- łata bestia przestała być belzebubem, legen- da o strasznym potworze rozwiała się, a człowiek raczej widział w nim zabawne dziwadło. I groźny ongiś drapieżnik — o dzi- wo! — stał się rzeczywiście zabawny. Nie znaczy to, że ludzie go specjalnie ochrania- ją: dziś, wobec rozmnożenia się zwierzyny, na pewno więcej niedźwiedzi pada od kul myśliwych niż dawniej, ale tam, gdzie go nie chcą zabijać, zrodziła się komiczna, wzruszająca, rzekłbym niesamowita zaży- łość między człowiekiem a dzikim niedźwie- dziem — także poza parkami narodowymi. Liczne na leśnych obszarach obozy drwali 1 spławiaczy drzewa wytworzyły swoisty kodeks honorowy, do którego niepisanych zasad należy między innymi niezabijanie niedźwiedzi. Wiąże jednych i drugich jak gdyby poczucie społecznej solidarności istot, zyjących wspólnie w lesie i z lasu. Spostrze- gawcze misie łatwo zauważyły pomyślną koniunkturę i uznając drwali za swych przyjaciół, chętnie odwiedzają ich obozy Wiedzą, że niejeden smaczny kęs spodnie im z kuchni. Przykłady tego rodzaju zaży- łości są tak liczne, że stały się po prostu ty- powym dla kanadyjskich lasów obja wem. [...] Arkady Fiedler: / zn0* kusząca Kanada. Warsz< 1965, Iskry, s. 85—86. 39 W KRÓLESTWIE BIZONÓW • Gdy spojrzałem w tę stronę, serce zabiło mi mocniej. O czterysta przeszło metrów od nas, po drugiej stronie rzeki, na łące między wodą a lasem, zjawiła się znienacka ciem- na — właściwie czarna plama, ostro odcina- jąca się od zielonego tła; bizon. Stał teraz nieruchomy ze swym wyniosłym grzbietem i pochyloną masywną głową, zwróconą ku nam. Niewątpliwie już nas zauważył; zapew- ne wietrzył, wzrok mając słaby. Uporczywie [patrzył] w naszą stronę Zastygły w napię- ciu, jakiś najeżony. Stał i stał Od razu rzucało się w oczy jego podobień- stwo do naszego żubra — ale był jakby po- tężniejszy, o fantastycznie rozwiniętej pier- si i olbrzymiej głowie. [...] ♦ Las, towarzyszący nam po obydwu brze- gach rzeki, kilka kilometrów dalej rzedniał i otwierał coraz szerszy widok na łąki. Były to rozlegle, moczarowate niziny, okalające niewidzialne wciąż, wielkie Jezioro Claire, a na ich bardziej suchych połaciach pasły się bizony. Czarne bryły, ostro wybijające się na tle zieleni. Zrazu zwierzęta stały tu i ówdzie w pojedynkę, potem w stadkach po kilka i kilkanaście sztuk. Im dalej, tym więcej ich było... Za nieznacznym skrętem rzeki Sweetgrass [czytaj switgras} i za gąszczem krzewów rozwarł się przed naszymi oczyma przejmu- jący widok Takich wzruszeń tylko niewiele ludzi miało okazję zaznać w dzisiejszych czasach Widok, jak gdyby przerzucający nas w ubiegłe wieki. Cała równina czerniła się od bizonów Ile ich było przeszło tysiąc? Może dwa tysiące? Dość, ze w odległości pól kilometra tworzyły imponującą masę zbitej, zwierzęcej obfitości. Od tej chmary szło na nas tchnienie wielkiej historii, odzywała ro- mantyka odległych czasów. Mieliśmy tu za- ledwie przedsmak tego, co kiedyś widzieli Indianie i biali ludzie codziennie na preriach a mimo to, jak działało, jak to przezywaliś- my! Więc z rozrzewnieniem 1 z uczuciem hoł- du spoglądałem na wielkie stado nad Sweet- 83 82
Bizony w jednym z największych rezerwatów Kanady nad jeziorem Athabaska objawiała częła się ruszać s. 109, 134—137. Calgary [czytaj: kelgery] 85 84 zwierzynę rzeki, za- skarbówl południu Al- A • * - preriach rancho hodowlane, ale właści- sześciuset sztuk bydła dostarczył tyl- T,1 I I grass Creek. [czytaj: switgras krik]. Mo- narchami prerii nazywano ongiś bizony i nie dziwiłem się temu. Przyroda w nich swą dziką potęgę. Przyjazd nasz zaniepokoił i część stada, stojąca niedaleko i kłębić. Gdy pa motorówce podjechaliśmy bliżej, powstał popłoch i kil- kaset bizonów rzuciło się do ucieczki. Sa- dziło galopem wzdłuż brzegu rzeki w stronę, skąd przybywaliśmy. Ziemia aż dudniła od racic, wzbił się gęsty kurz... Arkady Fiedler: / znowu kusząca Kanada. Warszawa 1965, Iskry, l. *. 40. URAN ku północy oczywiście Droga nasza szła przez Edmonton [...], bramę wyjściową na północ. Kto chciał dostać się do rozległego dorzecza olbrzymiej rzeki Mackenzie [czy- taj: mekęzy] i powęszyć za ukrytymi tam bogactwami, musiał koniecznie przejść przez Edmonton, nie było na to innej rady. Dziw- na stolica Alberty miała paradoksalne na oko położenie: jakby uciekając od zasob- nych prerii usadowiła się na północnych krańcach zaludnionych okolic; tyłem odwra- cała się do pszenicznego urodzaju, zapatrzo- na w dzikie, północne pustkowie. Pustkowie? Owszem, o ile chodziło o ludzi, których na obszarze paru milionów kilometrów kwa- dratowych było mniej niż dwadzieścia ty- sięcy, białych, Indian i Eskimosów — nato- miast pustkowie jakże fascynujące dla od- krywczych natur, jakże bujne nieprzebrany- mi możliwościami, jakież pole popisu dla twórczych zawadiaków, zdobywców i poszu- kiwaczy skarbów — realnych alrrartr f a i • kelderVl berty długi czas rywalizowało z Edmonto- nem, bo miało dokoła siebie i pszenicę, i bydło, i węgiel, nawet naftę, nawet wielką kolej transkanadyjską — a jednak Edmon- ton zakasował w końcu rywala: nafta na północy okazała się bardziej szczodra, a po- larna otchłań prowokowała nieodparcie ludzkie marzenia i zapładniała najzuchwal- sze nadzieje. Jednych nęciły tam sezamy złota, srebra, uranu, innych przyciągały zwierzęta futerkowe, jeszcze innych bizony i bajeczne pstrągi jeziorowe, wszystkich zas męskie wyżycie się w nieskończoności obszaru. Edmonton jest także licznym skupiskiem Polonii. [...] Dzieje Piotra Czartoryskiego w Kanadzie rzucały nieco światła na dzisiejsze stosunki w tym kraju, więc kilka o nich słów. Gdy przybył tu po wojnie, wydzierżawił na preriach rancho hodowlane, ale właści- ciel posiadłości nie dotrzymał umowy: za- t - * * - 1 miast l__
Arkady Fiedler / znowu kuszqca Kanada Warszawa 1965, Iskry, s. 32—39 K. [ •(•> < unnu Kanadzie pięćdziesiąt mil * ko sto więc praca me opłacała się wobec wysokiej dzierżawy Czartoryski musiał się wycofać. lak ty tu innych łudzi z wyobraźnią urze- kała go północ, więc gdy młody Wolikowski ukończył studia geofizyczne na uniwersy- tecie w Denccr w Stanach Zjednoczonych. Czartoryski porozumiał się z nim i razem zapuścili się w lasy Terytorium Północno- -Zachodniego. Po trzech latach poszukiwań dopięli celu na północ od Jeziora Athabas- ka (czytaj atebeske). między nim a Jezio- rem Nonncho (czytaj nonako], o jakie sto ‘od Uranium City (czytaj 86 kł । ,'JI ry ' w Suchej puszczy bogate po- nU ? uranu* nikomu dotychczas nie 1 > istocie tak zasobne, ze zamoż- , złakontili się na nie i utwo- 1 SP° ę dla Ich eksploatacji Niestety w ° ,r<SIC Znateziono w Stanach Zjedno- I lalw,eJ dostępne kopalnie uranu / u sPólnicy wkrótce zrejterowah nrJ?S Polaków na lodzie odkryto _ ni|(. ? ,3o-łactwa leżały zbytnio na ubo- i ha Z a a ocl dostępnych dróg transportu razie nie opłacało się ich eksploatować Arkady Fiedler / zno*“ kufizqca Kanada Warsz»wa Iskry, s 01—93 41. INDIANIE W KANADZIE ODZIBUEJE Na północnych brzegach Jeziora Górnego zetknęliśmy się z wielu Indianami ze szcze- pu Odżibuejów (w pisowni angielskiej: Ojibwaj, a także Chippewa), więc ich losem szczególnie się zająłem. Ów szczep, jeden z najpotężniejszych w Ameryce Północnej, liczący dziś jeszcze dwadzieścia tysięcy dusz, żył i żyje na olbrzymiej przestrzeni przeszło tysiąca mil w północnym Ontario i w przyległych Sta- nach Zjednoczonych od brzegów rzeki Ot- tawa, dookoła Jeziora Górnego i dalej na zachód az do skraju prerii w Manitobie. Do połowy mniej więcej osiemnastego wieku był to zdrowy, tęgi szczep pełen godności, o luźnym co prawda układzie politycznym, za to zwarty silnymi więzami swej kultury. Do połowy tegoż osiemnastego wieku Odżibueje nie znali głodu. Ruchliwi ko- czownicy, zyjący głównie z polowania i ry- bołówstwa, przepadali także za pokarmem roślinnym wiosną warzyli syrop klonowy, latem zbierali dziki ryz na mieliznach swych jezior, a nieco później jagody w lesie. Od- ważni, umieli się bić, ale nie byli zaczepni. Nieuchronny upadek Odżibuejów rozpo- czął się w drugiej połowie osiemnastego wieku, spowodowany, jak u innych Indian, przede wszystkim dwoma straszliwymi da- rami białego człowieka ospą i alkoholem. Indianie, nie uodpornieni na tę chorobę, gi- nęli w okresach epidemii jak muchy, alko- hol zaś. wmuszany im przez nikczemnych handlarzy skórek az do utraty zmysłów, czynił równie zgubne spustoszenie. W po- czątkach dziewiętnastego wieku jak gdyby Zycie w rezerwacie Espanola to stara osada indiańska. Obec- nie jest to nieduże, parterowe miasteczko chlubiące wy- się wspaniałym gimnazjum zabrakło grubego zwierza w lasach, a ryb w jeziorach: głód zaglądał do indiańskich wigwamów rokrocznie przez parę miesięcy i pochłaniał nowe ofiary. Dumny ongiś szczep był już tylko kupą roztrzęsionych de- generatów. Przewidywano rychłe jego wy- ginięcie. Wtedy rząd angielski uznał za pożytecz- ne, by wejść legalnie w posiadanie ziem indiańskich uświęconym sposobem „kupna". Więc z niedobitkami szczepu zawarł w 1850 roku traktat, jak gdyby czynił to rów- ny z równym, wykupując indiańskie tere- ny, wynoszące 52 400 mil kwadratowych (przeszło dwie piąte Polski) (...) Odzibuejom wyznaczono małe rezerwaty w różnych oko- licach północnego Ontario Jedno obostrzenie w rezerwatach wyszło Indianom bezsprzecznie na dobre: zakaza- no im pić wodę ognistą i zakazano handla- rzom, by sprzedawali im alkohol. Nato- miast pozwalano Indianom polować jak do- tychczas i zakładać pułapki na zwierzęta futerkowe (bo to było w interesie białych ludzi). (...) Na szczęście około 1900 roku powiały w Kanadzie nowe wiatry, bardziej humanitar- ne, i Indianie kanadyjscy, których ogólna liczba spadła poniżej stu tysięcy, przestali wymierać. Nadeszła druga wojna światowa, a wraz z nią tak radykalna zmiana, jak gdyby cza- rownik dotknął Kanady różdżką czarodziej- ską. posazonym w nowoczesne pomoce dydak- tyczno-naukowe. Przeszło połowę uczniów i uczennic stanowią Indianie.
Na obszernym dziedzińcu i w dużej sali gimnastyczno-widowiskowej odbywa się festiwal. Przyjechała także młodzież z in- nych gimnazjów, przybyli studenci pocho- dzący z okolicznych rezerwatów. Piękne pióropusze, kolorowe i białe skórkowe, oryginalne stroje indiańskie mieszały się w czasie przerw z dżinsami oraz spódnicz- kami mini i maxi. Blask ogniska — w któ- rym rytmiczne tańce przeplatano krótkimi scenkami rodzajowymi z przeszłości — co chwila przygasał w świetle reflektorów i błysków sprawozdawców prasowych i te- lewizyjnych. Tylko długie czarne włosy dziewcząt i chłopców były tak samo piękne w czasie występów przy ognisku jak i w ła- wie szkolnej czy za szybą samochodu. Podeszła do mnie para młodych ludzi. (...) — Podoba ci się to? — Tak. — No to po- każemy ci jeszcze w najbliższym czasie fe- stiwal folkloru indiańskiego z udziałem ludzi starszych. Będą tam wodzowie wszystkich plemion z okolicznych rezerwatów. Muszą tylko ustalić ostateczny termin festiwalu, bo każdy wódz (wybierany zwykle co dwa lata) oprócz władzy wykonuje jeszcze inne prace, np. jako kierowca, stolarz, drwal, hutnik lub magazynier. Ich synowie i córki chodzą do gimnazjów albo na uniwersytety, bo chcieli- by już lżej pracować. Na uniwersytety jest jednak daleko, bo rezerwaty położone są często z dala od większych ośrodków miej- skich. Wielu młodych Indian specjalizuje się w obsłudze turystów przyjeżdżających do ich rezerwatów na wakacje lub weekend. Prowadzą stacje benzynowe i stacje obsługi samochodów, kierują łodziami motorowymi i samochodami, wypychają ptaki i inne mniejsze zwierzęta na sprzedaż. Z reguły jednak każdy z tych młodych ma ukończo- ną szkołę podstawową. Obecnie nie ma już w żadnym rezerwacie kanadyjskim szała- sów. Wszyscy mieszkają w domkach — zwy- kle jednorodzinnych, z reguły zelektryfiko- wanych. Większość rodzin musi mieć jakieś starsze lub nowsze auto, no bo jak by do- tarli do miasta, kiedy przez ich rezerwaty kursują regularnie jedynie żółte autobusy dowożące dzieci do szkoły. Zygmunt Szot: Kanadyjscy Indianie. „Poznaj Świat" 1973, nr 7, s. 8. 42. W PUSZCZY BRYTYJSKIEJ KOLUMBII Ranek zastał nas w drodze. Doktor na- wykły do botanicznych pochodów leśnych prezentował się w swojej kurcie jak stary traper (...) Przedzieraliśmy się przez gęste poszycie. Dobrnęliśmy wreszcie na coś w rodzaju polany. — Teraz ostrożnie, starajcie się iść do- kładnie moimi śladami. Ruszamy na kana- dyjskie wrzosowisko. Ostrzeżenie było na czasie. Po kilku kro- kach zapadłem się po uszy i obaj wyciągnęli mnie z niemałym trudem. Zdradliwy był niezmiernie ten gąszcz zieleni. Kanadyjski wrzos to trzymetrowej grubości sprężynu- jący materac, po którym można było z tru- dem chodzić pod warunkiem, że stąpało się 88 po większych kępach gałęzi. Przy fałszy- wym kroku osuwał się człowiek jak w wil- czy dół bez szans oswobodzenia z oplotu cienkich, sprężystych gałązek. Wędrowaliśmy po tej roślinnej sieci ni- czym po zamarzniętej powłoce śniegowego puchu (...) Skończyło się wreszcie to straszli- we, suche trzęsawisko. — Oto wasza nagroda za dzielność powiedział doktor wskazując otoczenie, kie- dy stanęliśmy na twardym gruncie. Dokoła czerniło się od jagód. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wcale nie trzeba było schylać się p° n*e’ Owoce smacznych jagód, jeżyn rosły na wysokości twarzy dorosłego człowieka
Wspominając cherlawe krzaczki w europej- skich lasach czułem się trochę jak Alicja w krainie czarów. Do pozostawionego przy drodze samocho- du powracaliśmy nadspodziewanie krót- ko [...] Kilkadziesiąt mil jechaliśmy jeszcze po asfalcie, potem skręciliśmy w leśną prze- cinkę. Wkrótce dotarliśmy na tereny Strathcona Park [czytaj: strekouna park). Forsowny marsz trwał niespełna godzinę. W tym czasie las wyraźnie zmieniał charak- ter. Coraz częściej napotykaliśmy kolumna- dy smukłych świerków i tui. Adam po dro- dze klepał opasłe pnie (...) Sitka spruce. słynny sitkajski świerk. — Pewno wiecie, ze to wspaniałe drewno jest najelastyczniejsze ze wszystkich zna- nych. W czasie wojny były z niego budo- wane świetne samoloty „Mosguito". Kule odbijały się od kadłuba lepiej niż od blachy. Adam, który wyprzedził nas trochę, za- trzymuje się pod gigantyczną daglezją ’ Podchodzimy. Tak musiał wyglądać ten las za czasów indiańskich tropicieli (...]. Wykro- ty powstałe wskutek spiętrzenia całych po- koleń zwalonych starością leśnych olbrzy- mów. Knieja zmurszała od wieków na dole i ciemna zieleń żyjących cudownie wielkich drzew — w górze. Dostojeństwo pierwotnej puszczy spowite grubą firanką pajęczyn, na których perli się wilgoć. — Tego lasu nie dotknęła w tym wieku ludzka siekiera — mówi Adam cicho, jakby bał się spłoszyć nastrój (...) Matecznik * ciągnął się dobre pół mili Po- tem teren zaczął się wznosić. Bór stawał się suchszy, nie tracąc nic ze swej potęgi i dzie- wiczego charakteru. Wędrowaliśmy gęsiego wśród drzew, których korzenie nierzadko biegły nad naszymi głowami. Knieja niczym ilustracja do baśni Zamierzałem właśnie zapytać o coś wo- dza naszej wyprawy, kiedy za plecami cięż- ko plasnęło coś na ziemię. Obejrzałem się szybko, Stach pochylał się właśnie podno- sząc z ziemi szyszkę... większą od dorodne- go ananasa. Wszystko w tym lesie potężne, ale dwu- kilogramowa szycha o wysokości trzy- dziestu chyba centymetrów odbierała po prostu mowę Nie dziwiłem się Stachowi, że natychmiast wziął ją pod pachę i nie chcial się z nią rozstać. Wiedziony zazdrością nie spocząłem też, dopóki nie znalazłem równie wielkiego okazu [...). — Nie bardzo nam się wiedzie — martwił się Adam — byłem pewny, że zobaczymy tu wapiti ’ albo czarnego niedźwiedzia. Wiem na pewno, że żyją w tym rejonie (...) Adam nie dokończył, z oddali doszedł na- szych uszu ryk przeciągły, potężny. — To samiec wapiti — szepnął Adam — są w pobliżu wody, [poszedłem sam na brzeg małego strumyczka). Nagle w odległości może pięciu metrów ode mnie na przeciw- ległym brzegu wodnej strugi zobaczyłem jakiś ruch. Wstrzymałem dech. Spod krzaka wychynął najpierw wydłużony łeb, a polem całe zwierzę; wcale nie płochliwe. Czarne lśniące futro z białymi pręgami, długi po- rosły sierścią ogon Patrzyłem na tego stwora, nie zastanawiając się nawet, z kim mam przyjemność Podsunąłem się nieco 89
bliżej Zwierze, patrzyło na mnie w dalszym ciągu z całkowitym spokojem. Postąpiłem jeszcze krok Zwierze; wydało mi się sympa tyczne, tym bardziej, że moje zaloty przyj- mowało nader spokojnie Kiedy podsunąłem się jeszcze naprzód, zaczęło dreptać w miej- scu, ustawiało się bokiem i jak gdyby zbie- rało się do odwrotu w gęstwinę .. — Uciekaj, natychmiast, tu do mnie w głosie Adama było takie przerażenie, że bez najmniejszej zwłoki rzuciłem się w kie- runku pagórka, na którym stał [...[ Leżąc w wykrocie, do którego wpadłem po zahacz?, niu nogą o korzeń, uprzytomniłom sobie jasno, że owo miłe zwierzątko to obrzydliwy skunks. śmierdziel amerykański, rekordzista w produkowaniu najbardziej cuchnącej na świecie cieczy. Smród mnie wprost oblepiał. [...) Janusz Wolnlcwicz; W krot- nic dolo I totemów War- sz.iwa 1968, Iskry, s. 253—- 264. 43. KANADYJSCY DRWALE Na stacyjce czekał na nas w ochronnym kasku Barney [czytaj barnejj. Chłop to był nader sympatyczny i jako kierownik całej operacji prowadzonej w lesie. automatycz- nie został naszym opiekunem i przewodni- kiem Po wyfasowaniu w biurze twarzowych kasków terenowym wozem ruszyliśmy w góry. Po drodze Barney ciągle porozumie- wał się przez radiotelefon umieszczony w samochodzie, a w [naszych) głowach zaczęła świtać myśl, że do współczesnego wyrębu lasu nie wystarcza juz siekiera i ręczna pila Przez całą drogę Barney przez radio wy- dawał jakieś rozkazy, a nasz samochód wspinał się tymczasem coraz wyżej Na do- le w Sguamish [czytaj: skiejmisz| było cał- kiem ciepło, teraz znaleźliśmy się w gór- skim lesie z zalegającymi tu i ówdzie piata- mi śniegu Po którejś kolejnej rozmowie nasz kie- rowca zjechał na sam skraj wąskiej drogi przytulając wóz do skalnej ściany. Na wyjaśnienie tego manewru nie czekaliśmy długo Usłyszeliśmy narastający ryk potęż- nego silnika Tuz przed nami był zakręt, którego tlo stanowiło jasne niebo. Na nim tez pojawiła się najpierw maska olbrzymie- go samochodu, a następnie wypełznął cały 90 pojazd ze spiętrzonym ładunkiem s wieżo ściętych drzew. Kierowca machnął wesoło ręką Barneyowi i wielka gąsienica przeto- czyła się obok nas niby puszczański kara- wan. — Sześćdziesiąt ton, cały czas na hamul- cach — informował rzeczowo Barney — ha- mulce nieskomplikowane, tarcze polewane zwykłą wodą Żadne inne urządzenie nie wytrzymywałoby takiej jazdy Ciężka praca Podstawowa dniówka drivera ’ — 2b dola- rów Z góry dojrzeliśmy później raz jeszcze gi- gantyczny pojazd Dziesięcio- może piętna- stometrowe bale płynęły po zakrętach z całkiem pokaźną prędkością Dobry kie- rowca musial prowadzić len pojazd Windowaliśmy się z Barneyem coraz wy- żej. Daleko w dole płynęła rzeka zaciskana stromymi ścianami zalesionych zboczy Jazgot mechanicznych pil zakończył naszą karkołomną podróż Wysiedliśmy z sam0 chodu i ruszyliśmy w kierunku uwijający1’1 się między drzewami ludzi. Na stromy*11 stoku jęczało zgrzylliwic żelazo. Ludzie pracowali sprawnie Napęd20’10 spalinowym silnikiem piła w ciągu kilki* dziesięciu sekund wyrzynala w pnlu pd okrągły klin sięgający środka drzewa. P°
tern jeszcze jedno cięcie z przeciwnej strony i już wali się w pożądanym kierunku kolej- ne drzewo. Okrutny jest człowiek Dzie- siątki lat minęły, zanim z wątłego krzaczka wyrosła strzelista kolumna, a oto przyszedł potwór uzbrojony w stalowe zęby I kładzie pokotem dumny bór. Warczą piły, sypią się na ziemię zielone konary Zaraz potem roz- poczyna się upokarzająca poniewierka kró- la puszczy | ] Ludzie w hełmach bezcere- monialnie wbijają haki i kleszcze w powa- lone drzewa i wloką pnie na jeden ogromny stos [.-). Operacją, która mi najbardziej zaimpono- wała w całym Sąuamish Division, było łado- wanie wielotonowych pni na ciężarówki. Dokonywał lego zabiegu właściwie tylko je- den człowiek Był nim operator maszyny składającej się z wysięgnicy i stalowej pły- ty. Obłapiał on chwytakiem potężne kłody mniej więcej w jednej trzeciej ich długości, wspierał końcem pień o swoją tarczę i zręcz- nie lokował ciężar na samochodzie. Opera- cja załadowania z czubem ciężarówki nie trwała dłużej niż pól godziny Zręczność człowieka wspomagana siłą mechanicznych koni budziła podziw Barney cały dzień hasał po rozległym te- renie, na którym prowadzono wyrąb, a my z nim Obecnosi kierownika robót okazy- wała się potrzebna i prz> załadunku |...| i przy ścinaniu drzew. Jego wiedza, do- świadczenie, a także radiowe porad\ roz- wiązywały wiele trudnych sytuacji było oczywiste, że Barney swoich pieniędzy dar- mo nie brał Zresztą organizacja robót i sprawność wszystkich właściwie czyn- ności. począwszy od zwykłego założenia łańcucha do skomplikowanych operacji przy transporcie ogromnych pni, dala nam lak najlepsze pojęcie o kanadyjskich drwa- lach Pod wieczór ruszyliśmy w dól Barney zdecydował, że warto obejrzeć jeszcze doro- bek całego dnia Przewodnik chciał pokazać nam przy okazji ostatni etap wędrówki oba- Cięzkj i niebezpieczna jesl praca prz> wyrębie lasu lonych drzew Było to widowisko o zupełnie swoistej romantyce. Olbrzymi dźwig za jednym zamachem zdejmował z ciężarówki jej ładunek i bez efektów akustycznych topił w wodzie nie- wielkiej zatoczki. Stąd ścięte pnie rozpoczy- nały swój szlak do tartaków. Przed tym jed- nak należało je uporządkować, powiązać w tratwy Dokonywali tego dzieła zmotoryzo- wani flisacy. Narzędziem ich pracy były bardzo sympa- tyczne łódeczki, pękate, krótkie i nadzwy- czaj zwrotne | ] Mini-łódki wykonywały coś w rodzaju wodnego baletu spędzając rozproszone pnie niczym góralskie psy swo- je owce Jednoosobowe załogi ruchliwych pojazdów nic hańbiły się używaniem bosa- ka. haków i tym podobnych narzędzi 9!
Wykonywały całą pracę zręcznie manewru- jąc łódeczkami Wyposażone w rodzaj ko- gucich grzebieni ze stali, pływały one przo- dem. t\łem bokiem, uderzając o pnie po- pvchałx e, obracały, a wszystko w nad- zwyczajnym tempie z wdziękiem i jakby od niechcenia W czasie tej pozornej zabawy długie bale układały się zgodnie z wolą flisaków, a setki jardów ’ liczące tratwy opuszczah taśmowo flisacką stocznię. 44. {POCIĄGIEM PRZEZ PRERIE 1 GÓRY KANADY] Dzień — noc — dzień — noc i dzień je- dziemy prerią równą jak ocean. Koniec maja Prena śpi jeszcze. Na jej powierzchni mniejsze i większe kałuże wody ze stopnia- łego śniegu. Na każdej kałuży kaczki... Przy każdej stacji wielkie elewatory zbożowe. Tak wygląda kraj od Winnipeg [czytaj: uyn- nepeg] aż poza Edmonton Alta. Olbrzymie pszeniczne rozłogi i kraj dzikiego ptactwa. W Edson — większa stacja kolejowa. Nie zasługiwałaby na wzmiankę, gdyby z prerią me poczęło się dziać coś niezwykłego. Ocean prerii poczyna się marszczyć w dłu- gie, łagodne fale. Coraz więcej łąk i coraz więcej lasów’ Bujnie rosnących lasów, któ- rych nie widzi się na preriach. Z godziny na w drodze powrotnej do Vancouver z Okna wagonu patrzyliśmy na dziesiątki ki- ?„mptrów przytulonych do brzegu tratw. Teraz wiedzieliśmy już dokładnie ile w Lch moczących sie pniach tkw, ludzkiej pomysłowości i pracy skomplikowanych urządzeń... Janusz Wolniewicz W krai- nie złota I lotemow. War- szawa 1968, Iskry, s. 239- 244. godzinę wzgórza poczynają się skracać i piąć do góry. Znikają elewatory *, znikają farmy i puszcza poczyna obejmować tory. Pociąg zwalnia tempo i raptem między wzgórzami otwiera się głęboka dolina. Atha- baska River. Wielka, tajemnicza rzeka [...]. Dystrykt Athabaska to olbrzymi kraj i prawie me zamieszkany zupełnie. Rzeka płynie dzikim kamiennym łożyskiem. Na złomach skalnych, otaczających jej brzegi, to tu to tam karłowate świerki o koronach charakterystycznych dla drzew północy. Po- ciąg posuwa się wolniutko po tak wąskim moście, że z okien nie widzimy podkładów kolejowych, tylko wprost otwiera się prze* paść. Zona cofa się od okna i nie chce pa* Jasper National Park w Kanadzie (Gór, Skaliste) - jeden z największych na kwiecie rezerwatów przyrody trzeć Odczuwam niemiły zawrót głowy, ale chcę widzieć Athabaskę i zapamiętać ją so- bie dobrze Pociąg skręca wzdłuż rzeki. Po obu stronach podnoszą się góry. Wyżej, wyżej. Pociąg biegnie ławą skalną, z lewej strony otwierają się wąskie, długie jeziora. Pionowe ogromne skały stanowią ich ramę. To jeziora Briile i Snarina, z których Atha- baska bierze początek. Z wód podnosi się stado gęsi, ale pionowe ściany nie pozwala- ją stadu minąć pociągu. Lecą więc kluczem tuż za naszym oknem, wraz z nami, trwo- żnie odwracając głowy. A dalej jelenie i znów jelenie. To Jasper Park [czytaj: dżesper park]. Jeden z największych na święcie rezerwatów przyrody. [...] Za Jasper pociąg idzie bardzo wolno, ca- ły czas serpentynami, przecinając najwyż- sze pasmo Gór Skalistych. Nad wąskim to- rem kolejowym pną się do góry pionowe ściany. W dole przepaście, wodospady, grzmiące rzeki, tunele czynią na nas ogrom- ne wrażenie. Na stoku tuż koło toru wielki niedźwiedź przygląda się pociągowi. Da- lej — rzeka skądś z gór przyniosła cztery baraki i osadziła na mieliźnie. Z góry pa- trząc, wyglądają jak powywracane zabawki. Dalej cały domek bobrów. Pociąg idzie tak wolno, ze cały czas aż do zmroku można doskonale obserwować drogę ze wszystki- mi jej szczegółami Największe wrażenie robi kanion rzeki Fraser, ogromnej rzeki płynącej już do Pacyfiku. Jej wody w wąs- kich przejściach płyną z niesłychaną, nie- widzialną siłą, białe od pian i złe. Tomasz Wydżga: Na ścież- kach Kanady. Kraków 1961, Wyd. Literackie, s. 192— 193. 93 92
Wodospad Niagara. Powstał dzięki różnicy poziomu wód między Jeziorami Erie 1 Ontario. 45. (WODOSPADY NIAGARA] Wodospady Niagara powstały dzięki róż- nicy poziomu wód jeziora Erie i Ontario. Masy spadających wód stale zmywają ska- ły. Olbrzymie bloki skalne z łoskotem spada- ją w przepaść Najcudowniejszy, a zarazem najgroźniejszy obraz przedstawiają wodo- spady Niagara w nocy, gdy z obu brzegów potężne reflektory malują wiecznie ruchomą, skłębioną i białą ścianę wód, różnobarwnymi smugami światła i ślizgają się po czarnej spokojnej topieli w dalszym biegu rzeki. Wodospady Niagara można oglądać z wielu stron. Turyści zwiedzają je podpły- wając statkiem, czy też podchodząc nikłą kładką pod olbrzymie smugi wody. Najład- niejszy jest widok ze stalowego mostu wzniesionego przed 80 laty nad rzeką Nia- gara w sąsiedztwie wodospadów. Z tego mostu jak na dłoni widać cały przepych obydwu wodospadów. Wodospad Amery- kański ma 51 metrów wysokości i 322 metry szerokości. Kanadyjski zaś, zwany wodo- uBa‘ t*ehJ Podkowv (White Horseshoe tó 915“J , rSSZU,) 48 metrów wysokości śpadv rozd ,°W SZerokości- te wodo- [czytli: an,2' o Wyspa Kozia ,Goat IsIa"d której nrn ajend^ zwana także Iris, do miejsce ś ZJ most* DJa Indian było to Wielkiego^ Uwaza,i ^spę za siedzibę obrzędów ,.C a 1 byia miejscem różnych co roku TI,9ijn^Ch- gromadzili się nia ofiaruj 6?n' Woclzowie celem dokona- rokroczn felkiego Ducha. Z tej wyspy młoda Inrh °v yWała SW£} ostatnią podróż nul Drzv an a w białym canoe [czytaj; ka- owocan/ r°JOnyrn kwiatami i naładowanym Wybór na S.Pychana w wirY wodospadu. szczvt i u ę ofiarę był uważany za za- wybór Is,łnieJe legenda, że kiedyś 13 nad żv • córkę wodza, który kochał na okaz Uma Jednak nie pozwoliła mu ""r1 stości i w nurtv r . skonczy'y si« uroczy’ y rzeki spuszczono łódź wraz z wybranką, zza lasu wypłynęła druga łódź, kierowana przez jej ojca Ostatnie spojrzenie rzucone na siebie przez ojca i córkę tuż przed wodospadem, zanim obo- je podążyli w wieczność. Fantastyczne kształty przybiera Niagara w zimie. Na brzegach tworzą się olbrzymie draperie i festony z lodu, formujące góra most, po którym można przechodzić, a u stóp Amerykańskiego Wodospadu urasta ogromny pagórek lodowy. Brzegi wodospadu są chronione, niemniej za pomocą tunelu i kanału zużytkowano częściowo siłę spadku wód Niagary do ce- lów przemysłowych, zarówno w Stanach Zjednoczonych jak i w Kanadzie. Po stronie kanadyjskiego wodospadu jest piękny park założony przez Polaka Gzowskiego, którego pomnik stoi tuż nad wodospadem. Stefan Jarosz: W Górach Ameryki Północnej. War- szawa 1964, Sport 1 Turys- tyka, s. 85—86. Przekrój przez wodospad Niagara (według Holmes n 95 94
Profil Ameryki Północnej wzdłuż 403 szerokości skala pionowa 1:250 tys. (według Koszarskiego) geograficznej północnej. Skala pozioma 1:20 min, X6. NA PRZEŁAJ PRZEZ USA Przeszło pięćsetkilometrowy lot ponad stanem Nebraska był monotonny, ale nie- zwykle oryginalny. Nebraska jest rozległą równiną, niemal- że całkowicie pozbawioną wzniesień, tak płaską i równą, że pozwoliło to na wybudo- wanie stukilometrowego, całkowicie proste- go, bez jednego zakrętu, odcinka drogi (nu- mer US-34) Podobno jest to najdłuższy na świecie odcinek zupełnie prostej drogi. W przeciwieństwie do sąsiednich stanów, takich jak Dakota Południowa, czy Kansas, stan Nebraska pozbawiony jest jakichkol- wiek bogaciw mineralnych. Nawet rzeki, le- niwie i wolno wijące się wśród równin, nie są w stanie dostarczyć energii. Dobrobyt mieszkańców Nebraski opiera się przede wszystkim na dwóch jej bogactwach- żyznej 96 glebie i... dobrym klimacie. Te dwa czynni ki zadecydowały o charakterze gospodarki lego typowo hodowlanego stanu, kt rY będąc wśród 50 stanów USA trzydziestym czwartym pod względem liczby ludności, piętnastym pod względem powierzchni, jes szóstym w produkcji rolnej, dostarczaj^ krajowi kukurydzy, pszenicy i siana, Prze. wszystkim jednak bydła i nierogacizny, m ka, masła i jaj. [...] Nie cały ten stan jest jednakowo i zagospodarowany. Część jego P0^^. jest w granicach tzw. amerykańskiego kowego Zachodu fMidwestu), będącego c . trum wysoko zmechanizowanej Pr0 rolnej. Północno-zachodnia jednak c Nebraski należy geograficznie do aD\ kańskiego Zachodu, noszącego do nie na jeszcze przydomek Dzikiego. Granica po- między tymi dwoma częściami odcina się zdecydowanie i wyraźnie; obszary doskona- le zagospodarowane przechodzą w rozległe połacie półpustynne, suche i piaszczyste, gdzie po dziś dzień leżą tysiące hektarów ziemi nigdy jeszcze nie tkniętej pługami. Nazwa Nebraska jest pochodzenia indiań- skiego i znaczy — Płytka Woda. (...) Niezwykły widok, jaki ujrzałem przed sobą, wyjaśnił mi ożywienie moich współtowa- rzyszy podróży. Jednostajna dotąd, niezmącona jakimi- kolwiek wzniesieniami równina, ponad któ- rą lecieliśmy od kilku godzin, urwała się nagle, zamknięta od zachodu jakby wyso- kim murem niebosiężnych szczytów łańcu- cha górskiego, rozciągającego się przed na- szymi oczami szerokim lukiem. Mieliśmy przed sobą ośnieżone szczyty Gór Ska- listych (Rocky Mountains [czytaj: rokky mautens]) w całej ich grozie i okazałości U stóp gór rozścielały się pola pokryte so- czystą i świeżą zielenią wschodzących zbóz i traw Dalej zieleń ta, pnąc się ku górze, ciemniała stopniowo w pasie lasu mieszane- go, nabierając jeszcze ciemniejszej barwy wyżej, w pasie lasu szpilkowego. Ciemna zieleń mieniła się w słońcu najprzeróżniej- szymi odcieniami, przechodząc miejscami w barwę niebieską i stalowosrebrzystą. Na ? — Nowy tldty iwial tej znacznej wysokości rosły już tylko pięk- ne srebrne świerki Blue spruce [czytaj: blu sprus] spotykane w Polsce jedynie w nie- wielkich ilościach jako drzewo dekoracyj- ne w ogrodach i parkach. Ponad tą gamą barw wystrzelały wysokie skaliste turnie, ostro zarysowujące się na tle nieba, pokryte śniegiem, mieniąc się w świetle zachodzącego słońca tęczą barw od bieli poprzez wszystkie odcienie fioletu i koloru różowego aż po ceglastą czerwień, charakterystyczną dla skał gór Colorado (Kolorado). Patrząc na roztaczający się przed naszymi oczami widok zrozumiałem, dlaczego Hiszpanie, będący pierwszymi bia- łymi, którzy tu dotarli, nadali tę właśnie nazwę krajowi [. .[ Kolorado jest niewątpliwie najbardziej malowniczym spośród wszystkich górskich stanów USA. W granicach jego leżą naj- wyższe amerykańskie szczyty górskie, stło- czone razem na stosunkowo niewielkim obszarze, co potęguje wrażenia wzrokowe. Przeszło 1500 z nich liczy ponad 3 tys. m wysokości, a więc znacznie więcej niż naj- wyższe szczyty tatrzańskie, a 56 spośród ogólnej liczby 88 szczytów amerykańskich, przekraczających wysokość 4000 m. leży w Kolorado. Śmiało więc stan ten można nazwać „dachem USA". (...) Przez długi czas stan ten leżał całkowicie na uboczu amerykańskich szlaków turys- tycznych. Przyjeżdżało tam wprawdzie na Q7
W Parku Narodowym litach występują fantastyczne formy skal np w postaci wieź zamkowych, wieży- czek l baszt leczenie trochę ludzi zamożnych dotknię- tych gruźlicą, garstka miłośników wysoko- górskich wspinaczek, nikt jednak nie przy- kładał większej wagi do sprawy zorganizo- wania masowej turystyki, rozbudowy urzą. dzeń turystycznych, wyznakowania szlaków górskich itp. Często można było wprawdzie słyszeć zdania, że piękno krajobrazu jest dla Kolorado takim samvm skarbem, jak dla Kalifornii promienie słońca, nikt jednak nie trudził się by ten skarb odpowiednio wyko- rzystać. [...] Dzisiejsze Denver jest otoczone wieńcem domów turystycznych, moteli, hoteli i wszel- kiego rodzaju zajazdów przeznaczonych dla turystów ściągających tam masowo każdego lata. [...] Denver, [jest] położone przeszło 1500 m nad poziomem morza, a więc dwukrotnie wyżej aniżeli nasze Zako- pane. • Przelot z Denver do Salt Lakę City [czytaj salt lek sity] dostarczył mi niezapomnianych wrażeń. Trafiłem na piękny, bezchmurny i słoneczny dzień. W ciągu pierwszej go- dziny lotu samolot płynął spokojnie ponad wysokim masywem Gór Skalistych. Mimo połowy maja szczyty górskie pokrywała gruba warstwa śniegu, a liczne górskie je- ziora były skute loderri. W pewnym momen- cie góry urwały się zupełnie nagle podobnie jak po wschodniej stronie łańcucha górskie- go. Znaleźliśmy się wówczas ponad pół- pustynnym płaskowzgórzem. Wkrótce ujrze- liśmy na horyzoncie ogromne jezioro, oto- czone wokoło rozległymi białymi polami, jakby pokrytymi śniegiem. Było to Wielkie Jezioro Słone (Great Salt Lakę [czytaj gret salt lek]. Po zbliżeniu okazało się, ze śnieżne pola są po prostu warstwą bielutkiej so z wyparowującego w dość szybkim temp>e Wielkiego Jeziora Słonego. Jacek Machowski: Warszawa 1969JV.ed«« wszechna, s. lo— 47 POCHÓD PUSTYNI W różnych częściach świata pierwszym objawem pustynnienia były burze pyłowe. W USA stały się one niemal symbolem zniszczenia kraju zwłaszcza obszaru Wiel- kich Prerii. Nazwą Wielkich Prerii określano rozległą, lekko pofalowaną równinę, zajmu- jącą środkową część Ameryki Północnej. Było to kiedyś dziedzictwo Indian i bizonów. Rolnictwo wkroczyło na te tereny po raz pierwszy w 1885 roku, to jest wtedy, kiedy dobijano już ostatnie bizony, a ocalałe od pogromu plemiona indiańskie zamknięte zostały w specjalnie utworzonych dla nich rezerwatach lub wycofały się w głąb Gór Skalistych. Po przeoraniu bujnych traw, porastają- cych dotąd prerie, urodzajna ziemia zaczęła rodzić obfite plony. Co prawda było z tym trochę kłopotu, ponieważ w krainie tej pa- nował specyficzny klimat. Wiosną, kiedy zielone zboża wymagają najwięcej wilgoci, nie było tam zazwyczaj opadów padały one dopiero w lecie — w dodatku wiały wtedy silne wiatry potęgujące jeszcze wy- sychanie ziemi Co parę lat cały obszar na- wiedzany był przez okresy specjalnej suszy, lak, że rolnictwo przeżywało na przemian raz lata ,,tłuste”, raz „chude”. Jednak far- merzy jakoś się tym nie zrazali, dopóki klę- ska straszliwej suszy, która w 1894 roku na- wiedziła te okolice, nie zmusiła ich do opuszczenia majątków Opustoszało wtedy około 9O°/o gospodarstw. Następny napływ osadników i wznowie- nie uprawy na preriach miało miejsce pod-* czas pierwszej wojny światowej i bezpośred- nio po niej, kiedy z powodu istniejącej wów- czas sytuacji politycznej, na rynkach świa- towych wzrosły bardzo ceny zboża. Chęć wzbogacenia się na dostawach pszenicy by- ła przyczyną zaorywania przez farmerów coraz większych obszarów, których uprawę ułatwiało w tym czasie zmechanizowanie pewnych prac, wprowadzenie traktorów i wielu maszyn rolniczych. Okres prosperity trwał do 1934 roku, kie- 99 98
Crk* prwcjwcTory jna w USA dv znowu wystąpiła wielka susza Juz rok przedtem nawiedziły kraj nic notowane do- tąd upał’, które z małymi przerwami trwa- ły przez przeciąg dwu lat W takich okolicz- not>Cia h doszło do katastrofy, jakiej nie znał jeszcze cywilizowany świat Wiosna roku zerwały się wiatry, które zaczęły zwiewać rozpulchnioną przez Oranu wierzchnią warstwę gleby W powietrza uner-ił się nieustannie delikatny pył. kłór. przenikał rzędzie przez szpary wcisk.i* do domów, wdychiwany dostawał się d<> płuc stając się dla wielu osób, a także zwi. rzat przyczyną poważnych schorzeń Ab\ uchror.ic się przed pyłem ludzie zawieszali przy drzwiach wejściowych i ponad oknami domów wilgotne koce, twarze zaś zakry- wali mokrymi chustkami Pyły były przy- czyną żółtego lub miedzianego zabarwienia nieba, a przedzierające się przez nie promie- nie słoneczne nadawały krajobrazowi jakiś upiorny, niesamowity wygląd W pewnych okolicach chmury pyłowe zupełnie przesła- niały ^wiat, dlatego w dzień panował tam stale półmrok, a niekiedy było tak ciemno, lak podczas zaćmienia Słońca. czasie nasilania się wiatrów, które osią- gał; wtedy szybkość przeszło 50 km na go- dzinę. zamykano szkoły, sklepy, ustawał wszelki ruch komunikacyjny ( J Tony wyschniętego na pył czamoziemu oraz piasku, porywane w jednej miejscowo- ści i pędzone tumanami przez kraj, porzu- cane były przez wichurę w innej okolicy, gdzie gromadziły się w postaci wałów wo- kół płotków, drzew i domostw, niejedno- krotnie całkowicie je zasypując Iśry tyczne chwile dały ludziom dobrą nauczkę | wzbudziły w nich refleksje na temat konieczności dokonania natychmiasto- w;ch zmian w dotychczasowym sposobie użytkowania ziemi. Decyzja ta przyniósł zbawienne owoce i zaważyła na tym. że nie tylko na terenie Wielkich Prerii, ale ta^e w wielu rejonach USA procesy pustynnie- nia zestały w znacznej mierze powstrzyma- ne Tak na przykład w Nowym Meksyku, centralnym niemal punkcie występowania burz pyłowych, władze federalne zainicjo- wały w 1938 roku akcję ratowniczą kraju Znaczna część farmerów porzuciła wpraw- dzie w dniach klęski zrujnowane gospo- darstwa. odsprzedając je rządowi, jednakże ci, którzy wytrwali na miejscu, podjęli pra- cę na nowo i chętnie stosowali się przy tym do wskazówek kadry specjalistów Program walki z erozją przygotowany przez Służbę Ochrony Gleb przewidywał takie zabiegi, jak formowanie krętych, a nie prostolinijnych zagonów, gdyż przeciwdzia- ła to zwiewaniu gleby i spłukiwaniu jej przez wodę, nawadnianie pól, wyorywanie w nich rzędów szerokich bruzd i tarasów, które następnie należy obsiać różnymi ga- tunkami traw, sorgiem lub szczodrzeńcem miotlastym (ostatnie zalicza się do roślin odpornych na suszę 1 silnie więżących gle- bę), pozostawianie słomy na ściernisku, a w sadach zadarnianie powierzchni między drzewkami Konsekwentne stosowanie tych metod w przeciągu kilkunastu lat zabliźniło w znacznej mierze rany zadane Ziemi przez niszczące siły przyrody i uzdrowiło miejsco- wą gospodarkę Co więcej nawet, zabezpie- czało kcaj przed dalszymi klęskami Kiedy 18 MISSISIPI Missisipi unosi rocznie przeszło 500 milio- nów ton materiału i od czasu do czasu pu- stoszy kraj okropnymi powodziami. W ostat- nim dziesięcioleciu było tam przeszło sto po- wodził Klęski te przybierały niekiedy formę wręcz biblijnego potopu. W latach 1927, 1937, 1938, 1947, 1951. 1955 Missisipi szalała specjalnie, szerząc wszędzie śmierć i znisz- czenie W 1937 roku na przykład w nurtach środkowego biegu Missisipi zginęło 900 osób, zostało przy tym zniszczone pół milio- bowiem w 1950 roku przyszła susza równa tej, jaka dotknęła Wielkie Prerie w latach trzydziestych, nie doszło już do burz pyło- wych, choć' wiatry smagały pola jak wów- czas W tym samym mniej więcej czasie w wielu Innych stanach Ameryki Północ- nej, gdzie postęp erozji przybrał znaczniej- sze rozmiary, przystąpiono także do zmia- ny dotychczasowego systemu eksploatacji rolnej. W pewnych okręgach stanu Michi- gan zniszczonych przez wyka różowanie la- sów i zasypanych później lotnymi piaskami wprowadzono powoli nowe zalesienia i zało- żono dochodowe plantacje choinek lub czarnych borówek W stanach Tennessee, (czytaj: tenesl], Ohio (czytaj ohajo) i w In- dianie wielu farmerów poniechało orki na rzecz hodowli bydła Mieszkańcy Południo- wej Karoliny przerzucili się z tradycyjnej uprawy zboża i bawełny na gospodarkę leśno-łąkową itd. Sugestie udzielane przez lokalne koła Służby Ochrony Gleb skiero- wane były ku temu, aby gospodarka ludzka nie naruszała nigdzie naturalnej harmonii w przyrodzie Antonina Łeńkowa Oskal- powana Ziaaua Warszawa 1969. Wiedza Powszechna s 75—76. 77—78 na domów W 10 lat potem rozszalały ży- wioł ogarnął Kansas City. Pod naporem wód wywróciły się wtedy i wylały zbiorniki ropy naftowej i po wzburzonych wodach popłynęła wierzchem druga rzeka płonącego paliwa. Straty jakie poniesiono przy tej ka- tastrofie obliczano na I miliard dolarów Przy każdej takiej klęsce niektóre osiedla i ulice miast zostają pokryte warstwą mułu, która niekiedy sięga parę metrów grubości. Jest to gleba zmyta z pól lezących w górnym 101
dorzeczu. Straty ludzi poniesione tylko z tego ostatniego powodu są zazwyczaj ogromne. W czasie powodzi w 1951 roku, kiedy z brzegów wystąpiła rzeka Kansas, prawobrzeżny dopływ Missouri [czytaj: mi- sunj. i zalała wszystkie miasta i osiedla od Saliny począwszy aż do Kansas City, szko- dy z powodu zmycia gleby w tym okręgu oceniano na 300 milionów dolarów 11/2 Meandry Missisipi Katastrofalne powodzie zdarzają się — jako następstwa wycięcia lasów — również w dorzeczach innych rzek amerykańskich, a także w wielu innych krajach, jak na przy- kład w Indiach, w* Iraku, w Australii itp. Antonina Leńkowa: Oskal- powana Ziemia. Warszawa 1969, Wiedza Powszechna, s. 83—84. DELTA MISSISIPI Jej wartki żwirowany nurt ulega tutaj na- padom lenistwa. Ciemne, gęste od iłów wo- dy rzedną i zaczynają przeświecać turkuso- wymi pasmami płycizn. Potężna aorta rzeki rozgałęzia się u zwieńczenia w nieskończoną ilość krętych kanałów i przesmyków; we francusko-hiszpańskim dialekcie południo- wej Luizjany nazywają je bayou. [...], Stary szlak transportów niewolniczych i przewoźników bawełny — Missisipi Jej delta nie przypomina kształtem przepisowe- go trójkąta, lecz rozczapierzony, sękaty krzak jałowca. [...[ Zyje tu jeszcze kajman* i szop; wiją się w grzęzawiskach jadowite węże; wielkie, tłuste ryby o trudnych do za- pamiętania miejscowych nazwach tłuką wściekle w przybrzeżnych zaroślach: żeglu- ją w gnljącym oparzę błękitne modliszki, z rzadka chlapnie w mokradle zabłąkany z dalekiego południa pancernik. Jest to kraj nieskończenie odległy od po- tocznych wyobrażeń o Ameryce Północnej Godzinami można tu pływać motorowym czółnem, brodzić po oceanach trzciny, śle- dzić niespieszne, zawiłe loopingi [czytaj: lu- pingj * kolorowych motyli — i nie natknąć się na żaden ślad cywilizacji, oprócz widocz- nych na końcu horyzontu naftowych wież wiertniczych. Parna, martwa cisza, nieczuła na pory roku i obroty Ziemi. Delta Missisipi silnie wy- suwa się w morze. Jej roczny przyrost wynosi od 90 do 100 m 103
lat trzydziestych, a zwłaszcza się tędy przedrzeć, spiesząc do 49. OSOBLIWOŚCI PRZYRODY USA w dolinie Śmierci WIELKI KANION KOLORADO złoto* czasie Janusz Wolniewicz; Porty, palmy i Polacy. Gdańsk 1969. Wyd. Morskie, s. 1^—193. W rozległym trójkącie ziemi między góra- mi Sierra Nevada na zachodzie a Górami Skalistymi na wschodzie panuje taka susza, że nawet spore rzeki spływające z gór wy- parowują, znikając nagle w jakimś su- 'A W końcu w okresie drugiej wojny światowej mokrad- łami bayou targnęła pierwsza od dwustu pięćdziesięciu lat zawierucha: nafta. Ona to spowodowała, że młode pokolenie cajuns * zaczęło porzucać swe żeremia na błotach. Tu właśnie w Luizjanie, wzniesiono setk‘ nych wież wiertniczych tkwiący^ ’ Słyn* w morzu, nieraz o setki metrów nd ?’Pr°st d brzenu Wiesław Górnirt-- wśród Jankesów, w G/°Ur l??3' Ksi^żka i WieriS2aWa 244—245. 247. iedza, s chym zagłębieniu. Słońce praży tu niesamo- wicie przez dziesięć miesięcy w roku, a ter- mometr często wskazuje w cieniu 50- 55°C. Blisko zachodniej krawędzi tej pustyni, na pograniczu Kalifornii z Newadą leży właśnie przerażająca Dolina Śmierci. Tak nazwali ją pionierzy, którzy niegdyś próbo- wali dajnych pól. Pochłonęła ona w tym wiele istnień ludzkich. Indianie 2wali ,po obszar tomesha czyli „2iemia w Dohna Śmierci jest właściwie dnem istmeia' cego tu niegdyś jeziora i wyględa jak oś£ piający b.aly zawój ułożony od jedneoo końca horyzontu po drugi i obrzeżony g6 ram). Dohna Śmierci, najniższy punkt RA leżący 85 metrów poniżej poziomu Pacyhku razem ze swymi słonymi bajorkami robi upiorne wrażenie. Pomarańczowe sady żyznej doliny San Bernardino zostały daleko w tyle. Nawod- nienie tego pustynnego niegdyś obszaru za- mieniło go w rajską dolinę, wypełnioną za- pachem cytrusów i pióropuszami daktylo- wych palm. Ponad 500 mil dzieli Grand Canyon od Los Angeles. Wielki Kanion Kolorado jest zda- niem geologów, mierzących czas erami, nie- mal oseskiem. Proces wgłębiania się bowiem rzeki w zadziwiająco obecnie gładki płasko- wyż Kolorado rozpoczął się zaledwie... 9 milionów lat temu. W ciągu tego, jakże przytłaczającego człowieka czasu, rzeka Ko- lorado niespiesznie werżnęła się na głębo- kość dochodzącą do 1800 metrów; a trzeba dodać, że płaskowyż ten nie jest zbudowa- ny z granitów, ale stosunkowo miękkiego [wapienia] i piaskowca. Rzeka sięgnęła już głęboko w formacie przedkambryjskie *. W pewnej chwili nieopatrznie wysunąłem rękę za okno, ale cofnąłem ją natychmiast. Rozgrzana blacha karoserii parzyła nie na żarty, a powietrze opływające samochód miało temperaturę gotowanej wody. Pęd sa- mochodu nie przynosił nam najmniejszej * ulgi. Wewnątrz wozu panował obezwładnia- jący upał, na zewnątrz płynęła jak z hutni- czego pieca rzeka rozgrzanego powie- trza. [...] Jednolity, czerwonobrunatny koloryt fan- tastycznie ukształtowanych skał w piętnasto- kilometrowym wyłomie Wielkiego Kanionu pozwala zajrzeć we wnętrze matki-ziemi, oglądać skalne warstwy niczym przekłada- niec urodzinowego tortu. Wrażenie jest mocne. Pewnie każdy z milionów turystów zaglądających co roku w rozległą panoramę Kanionu przeżywa jego piękno w takim sa- mym stopniu jak Don Lopez de Cardenas, który jako pierwszy biały człowiek ujrzał go w roku 1540. Przestrzeń iednej mili * w pionie obejmuje tu 2 miliardy lat. Wielki Kanion Kolorado jest parkiem na- rodowym, miejscem, gdzie nie ma prawa sięgnąć topór drwala, pomysłowość archi- i< kia czy strzelba myśliwego. [...] Janusz Wolniewicz. Porty, palmy i Polacy. Gdańsk 1969. Wyd. Morskie, s. 180, 181 183. 105
|SEKWOJE| 50 IMIGRANCI Sekwoje [których rezerwaty są rozrzu- cone] na przestrzeni 400 kilometrów wąs- kim pasem wzdłuż Pacyfiku, nie rosną nig- dzie więcej. Na skutek twardości i specjal- nej konsystencji soków oparły się owadom i grzybicy. (...) Soki sekwoi nie mają żywicy, drzewo jest więc oporne ogniowi, który trawi ..General Sherman — jedno z największych drzew świata Wick tej sekwoi wynosi około 3,5 tys. lat ogromne połacie leśne kontynentów aITle. rykańskich i kanadyjskich. Jeżeli ogień sąsiednich drzew osmali sekwoi korę, t0 za. wartość taniny * w jej soku goi rany. Sok jej jest antyseptyczny \ kornik ani inne szkodniki go nie znoszą. Toteż sekwoja ma czas. Po dwu dopiero wiekach jest pełnoletnia, bo dopiero po dwustu latach ma nasiona. W przeciwieństwie do zwierząt, których wzrost po dojściu do pewnego wieku się za- trzymuje, sekwoja wzrasta w nieskończo- ność. Wzrasta wciąż nadal. „The Founders Tree" (czytaj: dy lander tri], największe drzewo świata, któreśmy jadąc drogą Nr 101 oglądali koło Dyerville (czytaj: dajerwil), przed straceniem korony liczyło 364 stopy, tzn. około 120 m wysoko- ści (dwie wieże mariackie jedna na drugiej) Ma 16 metrów w obwodzie i z jego drewna można by zbudować dwanaście sześciopo- kojowych domów. Bardziej grubaśny jest „Generał Shennan (czytaj: szermen], choc niższy od „The Foun- ders Tree", ma w obwodzie 34 metry Pierw- szy swój konar (jak wszystkie sekwoje) ma bardzo wysoko — na wysokości 43 metrów To wspaniale patrzeć na tę równą bezgałę- ziaslą kolumnę, prostą jak świeca, między pięćdziesiątym i sześćdziesiątym metrem mającą średnicę ośmiometrową Z tego .-Ge- nerała Shermana" otrzymałoby się 1400 m sześciennych budulca, można by deski z nie- go przeciągnąć nu 180 km Las takich olbrzymów sprawia wrażenie jakiejś dekoracji teatralnej. Konary zaczy- nają się na wysokości dwunastego pićlra normalnej kamienicy. Gdyby laki pierwszy konar uciąć i ustawie, byłby samoistnym drzewem wysokości od dwudziestu do trz> dziestu metrów’, mającym ponad dwa indn w1 obwodzie. Kf Melchior Wańkow,c-' lik I oceany WarsjJ" Iskry, .<. 439—445 W końcu XVIII wieku Stany Zjednoczone miały zaledwie około 4 milionów mieszkań- ców (w tym już wówczas około 20 procent Murzynów). W ciągu XIX wieku, a dokład- niej mówiąc w ciągu stu lat: 1815—1914, we- dług obliczeń specjalistów amerykańskich do Stanów' Zjednoczonych przybyło z Euro- py około 50 milionów imigrantów. (. | Po w-ybuchu I wojny światowej ten potok imigrantów z Europy do Ameryki został za- hamowany i obecnie imigracja do Stanów Zjednoczonych regulowana jest szeregiem rygorystycznie stosowanych przepisów Jed- nakże jeszcze teraz odsetek obywateli bądź urodzonych za granicą, bądź takich, których rodzice urodzili się za granicą, jest nadal bardzo duży. (...) Najwięcej, bo 52 miliony Amerykanów jest pochodzenia brytyjskiego (angielskiego, szkockiego lub walijskiego) Drugie miejsce zajmują — co dla wielu czy- telników' chyba będzie niespodzianką — Amerykanie pochodzenia niemieckiego ta- kich jest 21 milionów. W dalszej kolejności biuro spisu ludności wymienia pochodzenie irlandzkie (14 milionów), włoskie (7 milio- nów), skandynawskie (6 milionów') i polskie (5 milionów’). Poza tym w Stanach Zjedno- czonych znajduje się przeszło 5 milionów Żydów, wrywodzących się z różnych krajów europejskich. (Dane te zaczerpnęliśmy z książki Theodore’a H White*a ..The Making of the President", s. 226). Niektóre organizacje Polonii amerykań- skiej wymieniają w-iększą liczbę obywateli Stanów’ Zjednoczonych pochodzenia pol- skiego. (...) W Stanach Zjednoczonych nie ma — i nie może być — dokładnej statysty- ki co do pochodzenia ludności. O Ile bowiem przy pierwszym pokoleniu imigrantów usta- lenie pochodzenia nie sprawia żadnego kło- potu, spraw*a się komplikuje przy dalszych pokoleniach z powodu mieszanych mał- żeństw, procesów asymilacyjnych itd. W Chicago [czytaj, szykagou) w odpowie- dzi na pytanie, ilu tam jest Polaków, sły- szałem szacunki wahające się od 500 do 700 tysięcy. W każdym razie dzielnica pół- nocno-zachodnia, w' której skupiło się naj- więcej naszych rodaków, nazywana jest żartobliwie Little Poland (czytaj: litl polend) (mała Polska). W Detroit [czytaj: dytrojt] z kolei trafi- łem kilkakrotnie do dzielnicy Hamtramck. zamieszkałej niemal wyłącznie przez Pola- ków’. Dokładniej mówiąc nie jest to dzielni- ca Detroit, lecz — pod względem adminis- tracyjnym — oddzielne miasto z 40 tysiąca- mi mieszkańców, otoczone ze wszystkich stron przez rozrastające się wciąż Detroit W Hamtramck (Polacy wymawiają Hamtra- mik) stychac na ulicach polską mowę, pełno tu polskich szyldów i napisów (...) W Nowym Jorku widziałem kiedyś tra- dycyjną polską paradę w dniu imienia Pu- łaskiego (tzw. Pułaski Day (czytaj dej]) Parada odbywała się na reprezentacyjnej Fdth Avenue (czytaj fits aweniu] (Piąta Aleja) w samym śródmieściu w’ obecności przedstawicieli władz państwowych, stano- wych i miejskich. Policja wstrzymała ruch na czas parady Widzowie — przeważnie Polacy — ustawili się na chodnikach z obu stron, a jezdnią przemaszerowały poczty sztandarowe, liczne orkiestry I grupy repre- zentujące różne organizacje polonijne ( ] Grzegorz hirwl. Nowo- [Oftkie ABC W">d II W,ir 1966. I»kry » 139— 143. 106
1 51. POLONIA W STANACH ZJEDNOCZONYCH (...) Do Ameryki emigrowali od kilkudzie- sięciu lat przeważnie ludzie ze wsi, bezrolni wyrobnicy, fornale ze dworów, dzieci gos- podarskie, dla których już nie starczyło zie- mi do podziału. Bardzo rzadko zdarzali się w tej emigranckiej masie wykwalifikowani robotnicy lub inteligenci. Trochę zjechało tam drobnych kupców i rzemieślników. Wszyscy zaczynali od ciężkiej, prymitywnej pracy. Zarabiali grosze, mieszkali źle, odży- wiali się mizernie i pracowali. Trudno na- wet opisać, jak ciężko pracowali [...] wielu po dorobieniu się — a to mogło trwać bar- dzo długie lata — zakładało drobne sklepy lub warsztaty rzemieślnicze. Równocześnie wyłaniali się z tej społeczności działacze organizujący jakieś pierwsze polskie życie kulturalne. Powstały chóry, zespoły teatral- ne, czytelnie, a także najważniejsze z tych instytucji, polskie towarzystwa ubezpiecze- niowe. Toteż następni emigranci z Polski znajdowali już sytuację łatwiejszą. Trafiali do społeczności jako tako zorganizowanej, ale równocześnie trafiali do czegoś w rodza- ju polskiego getta, z którego nie potrzebo- wali się wychylać. W nowym kraju nie nękał ich głód, nie było przednówków. Zdarzały się kryzysy, o ileż jednak mniej groźne. Emigranci do- rabiali się. Mogli do kraju posyłać pienią- dze [...]. Ludzie, którzy w starym kraju niczego dobrego nie zaznali — głód i brak pracy wypędził ich z niego — tam, za oceanem, manifestowali swoje przywiązanie nie tylko słownymi deklaracjami, ale przede wszyst- kim dawali na niego ciężko zarobione dola- ry. Co więcej, w czasie pierwszej wojny światowej wstępowali do różnych polskich wojskowych formacji i ginęli za sprawę, która właściwie nie była już ich sprawą. Umierali za kraj, z którym powinny ich łą- czyć tylko złe wspomnienia... Zamknięcie się dzielnic w swoich włas- nych problemach, a nawet ta pewna ważność spraw polskich w życiu politycznym spra- wiły, że trudno jest się stamtąd wydostać. A ponieważ niewykwalifikowani emigranci zaczynali swoje kariery od pracy na najniż- szych stanowiskach, życie społeczne tych dzielnic, poziom życiowy ich mieszkańców, ambicje i horyzonty myślowe utrzymały się nadal na tym samym niskim początkowym poziomie. Teraz się zmienia, lecz nie na ty 108
le. by żnych obywatelach nowego świata to, że dzieci ich braci, dalej w tych swoich wioskach cho- kanery państwowe 1 naukowe. Tam, w meryce, los Polaka jest jeszcze przeważ- nie losem robotniczym... nie budziło zdumienia w tych zamo- już dzisiaj w porównaniu z nami Aleksander Małachowski: Diaspora. Warszawa 1967, PIW s. 80—87, 91—93. dzących za pługiem i rękami siejących ziar- no, kończą masowo wyższe uczelnie, robią AMERYKANIE POLSKIEGO POCHODZENIA Pojechałem kiedyś pod Nowy Jork do polskiego ośrodka wypoczynkowego w Oak Rodge [czytaj: ouk rodź]. Trafiłem na wiel- ki ludowy festyn. W krytej hali tanecznej i na tarasie przed nią przy stołach siedzieli starsi, przyglądający się zabawie. Było to na ogół środowisko starej robotniczej emi- gracji, więc język, jakim się posługiwali, był upstrzony obcymi słowami. Można było usłyszeć wszystkie słynne: „postaw karę na kornerze" — czyli samochód na rogu, lub „czy mata tu patataje", co brzmi zgoła po indiańsku, a znaczy — czy macie ziemniaki (potatoes [czytaj: potetos]), ale ludzie w in- tencji swej mówili po polsku. Natomiast tańcząca na sali młodzież mówiła między sobą wyłącznie pó angielsku. Dziwnie to zresztą wyglądało. Zabawa ta mogła odby- wać się na przedmieściu Łodzi, Warszawy, czy Włocławka — tak w swoim wyrazie i obyczaju była polsko-wiejsko-proletaria- cka [...]. Zacząłem się tedy bliżej przyglądać problemowi odchodzenia od języka polskie- go- [...] Otóż odchodzenie od polskości jest wśród tej młodzieży wyrazem pewnego awansu społecznego... Z zapominaniem ję- zyka łączy się często zmiana nazwiska i za- cieranie po sobie wszelkich słowiańskich śladów. Dzieje się to pod wpływem rzeczy, o których mamy w kraju minimalne pojęcie. Pod wpływem anglosaskiej manii wyższości. Pogardzanie nie-Anglosasami daje się lu- dziom porządnie we znaki. Słabsi uginają się przed tym i zacierają ślady po swoim pochodzeniu. Do niedawna ten proces był dominujący. Teraz zaczyna pojawiać się in- ne zjawisko. Młode pokolenie, nie mówiące już zupełnie po polsku, noszące inne nazwi- ska niż ojcowie, nagle przypomina sobie o swym pochodzeniu. Wiąże się to z tym, że nie można być Amerykaninem w ogóle. Tylko Indianie mają prawo nazywać siebie rdzennymi Amerykanami. Reszta skądeś tam przybyła. Trzeba więc mieć za sobą ja- kieś zaplecze w Europie, jakiś stary kraj. Nagle widzi się młodych ludzi wracają- cych do dawnych słowiańskich nazwisk, których sami bądź też ich rodzice wyzbyli się niedawno. Oczywiście, nazwiska te ma- ją zmienioną pisownię i wymowę. Widuje się coraz częściej ludzi interesujących się sprawami polskimi, mówiących nawet nie- raz z dumą o tym, że są Amerykanami pol- skiego pochodzenia. Tylko inny jest już wymiar tych związków. Nie ma w tym pa- rafiańskich, patriotycznych sentymentów. Już nie wycinanki ludowe i oleodruk z Koś- ciuszką są treścią tych zainteresowań. Po- znają ci młodzi ludzie teraz historię kultu- ry polskiej, literaturę [...]. Opisywanej przeze mnie zmianie nasta- wienia do spraw języka i kultury polskiej bardzo sprzyjają zmiany zachodzące w kra- ju. Młodzi ludzie przyjeżdżający z wizytami zastają u nas inny obraz niż przekazany im przez tradycję. Widzą wielki przemysł, dro- gi, elektryczność, rzeczy podobne do tego, co ich tam otacza. Do Ameryki zjeżdżają polscy profesorowie, grają nie ludowe kapele, ale 109
wielkie orkiestry symfoniczne polscy spor towcy zdobywają medale na olimpiadach. Przyznani© się do Polski przestaje bv r*t czą wstydliwą. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z tego, ze młode pokolenie emigrantów nie iesl w zadnvm wypadku przedłużeniem na- rodu polskiego za jego granicami, jak często chcemy je widzieć Są to. zwyczajnie mó- wiąc. Amerykanie polskiego pochodzenia I trudno wśród nich szukać innego patri0. lyzrnu niż amerykański. Ich krajem ojczy. stym jest ziemia nad Hudsonem i Potoma- kiem. nad Wielkimi Jeziorami i Oceanem Spokojnym (...). | Aleksander Małachowski Diaspora. Warszawa iom PIW. - -- w 111— 118 8(>~93, 103—ICM. 52. Ml RZYM W USA NA PÓŁNOCY [Uderza duża stosunkowo liczba Murzy- nów w miastach Połnocy]. Lata powojenne byłv okresem wielkiej migracji Murzynów. Dwie były tego przyczyny. Liberalne prawa, me przewidujące w zasadzie jakiejkolwiek dyskryminacji i duże zapotrzebowanie na ręce do pracy Południe nie miało przemy- słu. handlu i usług — większość Murzynów żyła na wsi, ale wraz z upadkiem drobnego rolnictwa w Stanach, zastępowanego przez wielkie zmechanizowane farmy, to źródło zarobków przestało wystarczać. Do Chicago przybyło po wojnie ponad milion Murzy- nów. Podobnie i w innych miastach liczba Murzynów wzrosła kilkakrotnie. Objęli oni prawne wszystkie funkcje wymagające cięż- kiej fizycznej pracy* bądź też lżejsze, ale nie- skomplikowane, czyli bardzo źle płatne. Murzynów widzi się na Północy jako traga- rzy, zamiataczy, pomywraczy talerzy w re- stauracjach i barach, sprzątaczy. W tych sa- mych lokalach kelnerki czy barmanki są na ogół białe. (...) Bardzo rzadko udaje się spotkać czarnego urzędnika czy nawet sprzedawcę w wielkim domu towaro- wym. (...) Wreszcie rzecz najbardziej charakterys- tyczna. Murzyni zawsze mieszkają w odręb- nych dzielnicach. Graniczą one często z dzielnicami polskimi albo też nawet Murzy- ni przychodzą do pewnych dzielnic po lud- ności polskiej, która, awansując społecznie, opuszcza swe stare siedliska. WALKA SIĘ TOCZY Droga do wyzwolenia prowadzi także przez wzrost poziomu wykształcenia lud- ności murzyńskiej. To nic, że na Południu trwa nadal segregacja w szkołach, a na Północy zamieszkiwanie Murzynów w get- tach też jakby wyłącza ich dzieci z kręgu szkół ogólnie dostępnych. To nic, że szkoły murzyńskie są nadal na niskim poziomie, a nauczyciele w nich są dużo gorzej płatni niż w szkołach dla białych dzieci Najważ- niejsze jest to, że Murzyni wywalczyli sobie wreszcie prawu i możność tworzenia własnej inteligencji. Jej brak w dawnych czasach pozbawiał tę grupę ludności możli- wości wykształcenia kadr przywódczych, mogących kierować walką o prawa. Zmiany pod tym względem są bardzo du- że. Gdy w roku 1939 studiowało na wyż- szych uczelniach nie więcej niż 500 Murzy- nów, to dzisiaj jest blisko 200 tysięcy studentów murzyńskich zarówno na uniwer sytetach przeznaczonych wyłącznie dla czarnych, jak i na wyższych zintegr°wa nych ’ uczelniach. Te elementy wzięte razem, a więc emi gracja na Północ, przechodzenie do PraC^ 110
w przemyśle, organizowanie się w związ- kach zawodowych, stale szybkie przybywa- nie ilości inteligencji, sprawiły, że sytuacja Murzynów przestała być beznadziejna. Po- wstały nowe bodźce do walki o prawa. Ostatnim sukcesem było uchwalenie usta- wy o prawach obywatelskich, która w za- sadzie obala na całym terytorium Stanów Zjednoczonych wszelkie objawy dyskrymi- nacji. Konsekwencja uchwalenia tej ustawy jest toczona obecnie walka o prawa wybor- cze dla ludności murzyńskiej na Południu. Prasa przynosi codziennie na ten temat no- we i nieraz tragiczne wiadomości, ale naj- ważniejsze jest to, że walka się toczy. Aleksander Małachowski: Diaspora Warszawa 1967. PIW s. 142—143. 184—185. AMERYKA CZARNO-BIAŁA Dyskryminacja rasowa Murzynów obo- wiązuje w Georgii [czytaj: dżordżja] i w innych stanach południowych nie tylko na dworcach kolejowych czy autobusowych, nie tylko w kościołach i w życiu towarzy- skim. Dotychczas obowiązują i przestrzega- ne są przepisy o segregacji Murzynów w szpitalach i szkołach, w kinach i salach zgromadzeń, w dzielnicach mieszkaniowych i na cmentarzach. Murzyn z Georgii rodzi się w oddzielnym, przeznaczonym dla czarnych zakładzie po- łożniczym (wyposażonym oczywiście, gorzej niż zakład dla białych), mieszka na ulicy, na której mieszkają tylko ..czarnuchy" (po- gardliwie niggers), uczy się w szkole dla murzyńskich dzieci (znów znacznie uboższej niż szkoły dla białych), może dostać pracę tylko gorzej płatną, i to nie w każdym za- wodzie, w razie choroby trafia do szpitala dla czarnych (oczywiście biedniejszego), w kinie siedzi na balkonie (biali — na parte- rze), w kościele modli się oddzielnie a po śmierci trafia na segregowany cmentarz dla czarnych. Ludność murzyńska USA.
Burzliwe i dramatyczne wydarzenia, któ- re się rozegrały na wiosnę 1963 roku w mieście Birmingham [czytaj: bermigem] w południowym stanie Alabama, uznano po- wszechnie w Stanach Zjednoczonych za do- wód tego, że wyczerpuje się cierpliwość ludności murzyńskiej. Murzyni z Birmin- gham zażądali między innymi prawa do picia wody tam. gdzie w'odę pi ją biali. Zażądali dostępu do „białych" zakładów gastrono- micznych i wysunęli jeszcze kilka raczej skromnych postulatów. Miejscowi rasiści cieszący się poparciem gubernatora stanu Alabama i szefa policji, odpowiedzieli odmownie, a gdy zaczęły się manifestacje Murzynów, policja wprowadzi- ła do akcji psy, którymi szczuła murzyńskie dzieci, i hydranty o wysokim ciśnieniu, któ- rymi rozpędzała demonstrantów. Doszło do aresztowania kilku tysięcy Murzynów, w tym małych dzieci. [...] Grzegorz Jaszuński: Nowo- jorskie ABC. Wyd. II. War- szawa 1966, Iskry, s. 105, 112. • Murzyn nigdy nie jest pewien, czy to, co mu wolno w jednym miasteczku, będzie mu zezwolone w drugim, czy jutro nie będzie na odwrót itp. Na pierwszy taki nonsens natknęliśmy się w Atlancie. W dużym gma- chu ujrzeliśmy nad windami napisy, że te są dla białych, a inne dla czarnych. Kiedy zjeżdżaliśmy, napisów na górze nie było, w windzie obok nas znajdowali się czarni i biali. Spytany biały pan wyjaśnił, żując cygaro, że niggers, czarnuchy mają prawo ale wjeżdżać mogą zjeżdżać z białymi, tylko oddzielnie. Kiedy po drodze zatrzymujemy się dla na- brania benzyny, żona udaje się do toalety damskiej. Napisane, że jest zamknięta z po- wodu remontu. Wraca, widzi po drodze in- ną, ale for colored [dla kolorowych, czytaj: fo kolord]. Wezwany dla rozstrzygnięcia sprawy benzyniarz rozkłada ręce: żadne okoliczności, nadrzędne nawet, nie pozwa- lają korzystać z takiej toalety białej kobie- cie. Niech lady pozwoli do jego mieszkania. Melchior Wańkowicz: Atlan- tyk — Pacyfik. Warszawa 1967, Iskry, s. 125—126. Wysiedliśmy na obiad przed jakimś dwor- cem [...] w stanie Alabama. Jak zwykle na tych autobusowych dworcach w wielkiej •sali stało kilka okrągłych barów [...]. Z auto- busu wyszliśmy całą gromadą, jak kto sie- dział, czarni i biali pomieszani. Tak szliśmy do drzwi tej dużej sali. Po ich przekroczeniu spostrzegłem nagle, że sznur pasażerów dzieli się. Czarni szli na prawo do jednych barów, biali na lewo do drugich. Nikt niko- mu niczego nie wskazywał, nie było żad- nych napisów, instrukcji. Ten sam tłum, któ- ry przez długie godziny gwarzył przyjaźnie w autobusie, rozdzielił się teraz zupełnie automatycznie na czarnych i białych [•••] Zdumiał mnie ten obyczaj działający niby maszyna, zakorzeniony w podświadomości. Aleksander Małachowski: Diaspora. Warszawa 1967, PIW, s. 190. 53. NOWY JORK Mapę Nowego Jorku miałem już przestu- diowaną od dawna. Wiedziałem, że jest tam podłużna wyspa, długości kilkudziesięciu kilometrów, zwana Manhattan, obok niej druga wyspa — Long Island [czytaj: ajlend], której tylko nieznaczną część zajmują no- wojorskie dzielnice — i jeszcze jedna wy- spa, i na niej dzielnica Richmond [czytaj: riczmond]. Rzeki Hudson [czytaj: hadsn], Harlem i Rzeka Wschodnia — East River [czytaj: ist riwer] — opływają brzegi tych wysp, tworząc wiele dróg wodnych, dając miejsce wspaniałym naturalnym portom i wyznaczając granice dzielnic miejskich. Prawdziwym Nowym Jorkiem — tym z le- gendy — jest jednak tylko wyspa Manhat- tan. Inr.e dzielnice są podobne do reszty miast amerykańskich, mają byle jaką zabu- dowę, pełne są wrzaskliwych reklam, zwa- riowanego ruchu ulicznego, tysięcy skle- pów, bazarów [...]. MANHATTAN — KAMIENNE GÓRY DOMÓW Ale Manhattan jest inny niż cała Amery- ka, inny niż wszystko, co dotąd widziałem, inny niż wszystko, co dotąd postawiono na świecie. Jest niezapomniany, choć właści- wie straszny. Znałem go z mnóstwa foto grafii, z opowieści znajomych, z opisów lite- rackich. Wiedziałem więc dokładnie, co zobaczę, gdy już się znajdę w pobliżu mia sta. A przecież kiedy mój autobus jadący z Waszyngtonu minął już nie dzielnice, ale bez mała cały kraj wielkich przemysłowy c instalacji chemicznych, graniczących z rz~ ką Hudson i z Nowym Jorkiem i po ostrym wirażu wyjechał nagle na wysoką esta a dę *, zobaczyłem stamtąd widok, przy ' rym marniały wszystkie znane mi opisy. Całą szerokość horyzontu grodziły ka/nie^\ ne góry domów. Nigdy już nie Poz• Y e się tego uczucia odbierania widoku °Y_ go Jorku jako pejzażu gór. Nie jest o wiem miasto zbudowane na skalę poczyń 8 — Nowy stary świat ludzkich. Ma ono w sobie coś z wielkości i rozmachu przyrody. Później już, gdy autobus wyplątał się z rozjazdów autostrady, przemknął przez tunel pod Hudsonem i wynurzył się na któ- rymś tam piętrze olbrzymiego dworca, skąd skomplikowanym systemem ruchomych schodów wydostałem się do miasta, zoba- czyłem, jak brzydkie są te kamienne kolosy, oplecione żelaznymi drabinkami, ozdobione najgorszymi dekoracjami, jakie sobie moż- na wyobrazić Lecz wrażenie szpetoty niknie szybko wobec podziwu dla technicz- nego geniuszu ludzi, którzy potrafili wy- dżwignąć pod niebo ten górski łańcuch do- mów [...]. 'Obok potworów brzydoty są w Nowym Jorku wieżowce, których piękno trudno jest z czymś porównać. Myślę o domach zbudo- wanych już po wojnie, w stylu architektu- ry współczesnej. Na Park Avenue [czytaj: aweniuj istnieje zespół gmachów stworzo- nych przez wielkich mistrzów współczesnej sztuki Domy te również sięgają siedemdzie- sięciu lub osiemdziesięciu pięter. Ich ściany lśnią szkłem i metalem. Najpiękniejszym z tych domów jest [...] czarno-złota wieża. Konstrukcję ma z czarnego metalu, szyby zaś opalizują złotem, co ma na celu ochronę ludzi pracujących wewnątrz przed promie- niami słonecznymi. W innych domach w tym rejonie szyby opalizują niebiesko lub zielonkawo. Wykonane z aluminium kon- strukcje srebrzą się w słońcu. Na ulicach Nowego Jorku trudno nieraz dojrzeć niebo. Przy Wall Street [czytaj: łoi strit] i gdzie indziej, jeśli podniesie się do góry głowę, wzrok napotyka ciągle na ściany gmachów. Trzeba się dopiero zatrzymać i, jak to się mówi, zadrzeć głowę i patrzeć prawie pio- nowo w górę, by dojrzeć niebo. Drapacze budowano bowiem nie poszerzając ulic i wchodzi się tam jak do mrocznych kanio- nów. Na Park Avenue jest już inaczej. Do- my także stoją przy wąskiej ulicy, ale kie- 113 12
Most na rzece East River „Brooklyn Bridge" w Nowym Jorku dy tam byłem w pogodny dzień, niebo od- bijało się w szklanych taflach i miało się wrażenie, że to niebo spływa aż na sam dół do chodnika. Białe chmury płynęły w tym lustrzanym odbiciu niziutko nad ziemie} i wydawało się, że można ich ręką do- tknąć W HARLEMIE — ZAPACH BIEDY Pod koniec pobytu w Nowym Jorku po- stanowiłem zwiedzić słynny Harlem Leży on w północnej części wyspy Manhattan, czyli v, samym centrum miasta. Kolej pod- ziemna przenosi fam turystę w kilkanaście minut z najbardziej luksusowych dzielnic Nic ta Lłiskość nie znaczy W Harlemie wi- dzi tury.ta inny świat Moi znajomi bardzo mi odradzali samotną jazdę do Karlemu | ]. Pojechałem wieczorem Wysiadłem przy 125 ulicy i poszedłem w głąb ulicy. Niby ta sama Ameryko, pełna brzydkich domów, jaskrawych reklam, ale wszystko w niej jakby gorsze Nie widać drogich sklepów, przeważają tandetne towary, byle jakie wy- stawy j natychmiast widoczne jest najbar- dziej charakterystyczne zjawisko — tłum na ulicach W Harlemie życie domowe i towarzyskie toczy się częściowo na ulicy — jak w mia- stach południowej Europy. Ten wielki tłum niczego nie kupuje, nie załatwia interesów, nie śpieszy się. Ot, po prostu ludzie space- rują, rozmawiają, gapią się bezmyślnie przed siebie |...). Chodziłem po ulicach Karlemu i tej dusz- nej nocy nowojorskiej wdychałem prawdzi- wą cechę murzyńskiej dzielnicy, zapach bie- dy. Ten sam na całym świecie zapach sma- żonego oleju, ceouli, gnijących śmieci, plu- jących się ryb — zapach Karlemu, który rasiścl skłonni są przypisywać specjalnym właściwościom murzyńskiej skóry, a który w rzeczywistości jest międzynarodowym zapachem nędznych dzielnic proletariatu Aleksander Malacho'*^! Diaspora Warszawa ' PIW. s. 106—109,
1 Univeft«tY ot California (Berkeley) 3 Moif San Francisco Oakland 2 Dzielnica chińska 4 Most Golden Gafo (Z»ote Wrota) 54. SAN FRANCISCO Niełatwo być w Stanach miastem z włas- nym obliczem, z charakterem, z bogatą historią, miastem do zauważenia i zapamię- tania. Niełatwo znaleźć na kuli ziemskiej punkt bez mrozów i dokuczliwych upałów, takie prawdziwe miejsce do życia. Niełatwo rozsiąść się na górach, a równocześnie nogi maczać w morzu — być wielkim portem oceanicznym Niełatwo zwołać pod jeden dach Amerykanów, Chińczyków, Japończy- ków, Hawajczyków, Murzynów, Włochów, Hiszpanów, Meksykańczyków i kogo tam jeszcze Bozia stworzyła i pogodzić ich ze sobą, Udało się to wszystko najpiękniejszemu i najbardziej urzekającemu miastu Północ- nej Ameryki, San Francisco (..) San Francisco * liczy 800 tysięcy miesz- kańców. Okupują oni język ziemi między Pacyfikiem a Zatoką San Francisco. Z lądem po drugiej stronie (...) łączą ich najpiękniej- sze mosty świata: Golden Gate Bridge (czy- taj; golden gajt brydż] i Bay Bridge (czytaj: bej brydż). San Francisco oglądane z samo- lotu sprawia wrażenie garści kamieni rzuconych do wody. Jest jedynvm miastem amerykańskim — poza nowojorskim Manhattanem — które nie rozrasta się jak polip i nie rozpływa w nieskończoność; ocean na to nie pozwa- la (...). Najpiękniejsze karty historii grodu Świę- tego Franciszka, z których mieszkańcy naj- bardziej są dumni, zostały zapisane przez— katastrofy i nieszczęścia Złoto stworzyło to miasto. Złoto i wystę- pek. W latach 1849—1856, w okresie "Gol- den Rush" (czytaj: golden rusz], popełniono na terenie San Francisco ponad 1000 mor- derstw. Było to wówczas najbardziej zdemo- ralizowane miasto na kuli ziemskiej. Rządził nim gang „The Hounds” (czytaj: dy haunds), banda pozbawionych skrupułów łotrów (...]. W roku 1906 nawiedziło San Francisco trzęsienie ziemi. Dziesięć kilometrów kwa- dratowych żywego organizmu miejskiego rozsypało się w gruzy. Przez trzy dni i trzy noce szalał pożar. Popękały przewody gazo- we i kanalizacyjne. Wybuchły epidemie chorób zakaźnych. Kolorowy, błyszczący, różnojęzyczny ośrodek życia przestał istnieć. Ale na krótko: Hasło „Nie mów o trzęsieniu ziemi — bierz się do pracy" zo- stało podchwycone i oto w kilka lat później słynne Frisco stało znowu mocno na no- gach (...1, Cieśninę Złotych Wrót łączącą Pacyfik z Zatoką San Francisco przecina most, który jest symfonią piękna 1 wdzięku Golden Ga- te Bridge. Ponad trzy kilometry długości, 120 metrów między filarami. Najwyższe fi- lary mostowe na świecie: około siedemdzie- sięciu pięter. Koszt budowy 35 milionów dolarów Przez Golden Bridge prowadzi dro- 115
i dzielnice artys- ♦ Olqierd czterech 1961 139, 142 143 Budrewicz Lqd czasów Warszawa Wyd MON s. 134— 4 [ • f i i i San Francisco portowe miastu zbudowane na 'jorzyslyin półwyspie między Oceanem Spokojnym a Zatokę San Francisco ga do Parku Narodowego Mmra, gdzie ros- ną sławne sekwoie, najstarsze zyiące orga- nizmy na świecie Drugi most — [Oakland| Bndge — bije dla odmiany rekord długości trzynaście kilometrów I kosztu budowy prawie sto milionów dolarów To lym mostem | ...] je- rlzie się do Berkeley, siedziby jednego z naj- lepszych uniwersytetów Ameryki | | San Francisco jest dzisiaj — obok Nowe- go Jorku । Bostonu — najruchliwszym ośrodkiem kulturalnym w Stanach. Ma w dsnq ciekawą architekturę, wspaniale uzeum Sztuk Pięknych, doskonały balet, świetną operę, dziesiątki dobrze zaopatrzo- nych antykwariatów, cale tów 55 SAMOCHÓD TOWARZYSZY AMERYKANINOWI Samochód towarzyszy Amerykaninowi od pierwszego krzyku na ziemi aż do śmier- ci. Do ślubu i na cmentarz jedzie się kadi- lakiem. Masz rok, dostajesz plastikowy samo- chodzik. Masz szesnaście lat, dosiadasz sta- lowego pojazdu. Potem juz jesteś skazany na dobrodziejstwo cywilizacji. Jeżeli nie posiadasz wozu, przestajesz się liczyć jako obywatel, mogą cię nie przyjąć do pracy, zaczynasz zawadzać w społeczeństwie. Auto dawno przestało być w Ameryce przyjemnością, zauważalnym czynnikiem poziomu stopy życiowej — stało się abso- lutną koniecznością, nieodzownym instru- mentem życia, jak klucz do drzwi lub ma- szynka do golenia. Samochód wyrzucił ludzi daleko za mia- sta, wydłużył ulice do kilkudziesięciu mil, po czym zaczął dyktować sposób bytowa- nia. [...]. Kobiety stały się niewolnicami samocho- dów, oczekując ciągle dnia i godziny, kiedy można pojechać te kilka lub może kilka- dziesiąt mil do supermarketu po kolejny zapas artykułów żywnościowych. Ogromne odległości i nie najlepsza komunikacja miej- ska stworzyły problem transportu dzieci do szkól; matki ustalają między sobą dyżury i co kilka dni któraś z nich pełni rolę szo- fera. Śródmieścia zmieniają sens i charakter. Zakneblowanie głównych arterii i brak par- kingów doprowadziły do tego, że samochód nie może w ogóle zatrzymać się na wielu milach kwadratowych. Jeżeli to nieodzow- ne, kobiety dokonują zakupów w domach towarowych, a w tym czasie ich mężowie krążą dokoła. Szefowie firm idą na lunch [czytaj: lencz], a ich kierowcy oczekują na nich nie przerywając jazdy. Parkingi miej- skie są permanentnie przepełnione, a pry- watne — drogie, od 20 centów do dolara za godzinę. Dozwolony jest wszelki ,,paseK , widziałem przy Broadwayu [czytaj: brudłej] postoje, które w soboty i niedziele podwyż- szają ceny dwu- i trzykrotnie. W tym stanie rzeczy dokoła miast powsta- ją pierścienie ośrodków sklepowych (shop- ping centres [czytaj: szoping sentrsj) z ogromnymi bezpłatnymi parkingami. Wobec niższych podatków — jest tam nieco taniej. Opłaci się więc jechać nieraz dwadzieścia mil — na przykład do fryzjera damskiego, który zamiast 7 dolarów, bierze 3,50, i gdzie można bez trudu ustawie wóz. Udowodniono, że samochód jest najbar- dziej nieekonomicznym środkiem transportu w mieście, bo przewozi średnio dwie osoby z szybkością 10—20 mil (16—32 km) na go- dzinę Samochód w tym samym czasie prze- bywa jedną milę na szosie lub 200 metrów w mieście. Lecz mimo to jest najwygodniej- szym, niezastąpionym już pojazdem dzisiej- szego obywatela USA Co siódmy człowiek w Stanach Zjedno- czonych związany jest z przemysłem samo- chodowym. 8,5 miliona wozów produkowa- nych co roku [1971] w USA zwiększa ma- jątek narodowy tego zamożnego kraju i — gromadzi nowe problemy do rozwią- zania. [...1 Nowoczesna cywilizacja techniczna, któ- rej szczytnym celem jest ułatwianie i uprzy- jemnianie życia człowieka, wytworzyła produkt uboczny: izolację jednostki w spo- łeczeństwie. Istnieje tendencja, by maksimum czyn- ności wykonywać bez wysiadania z samo- chodu, bez stykania się z innymi ludźmi. Lekarze i psychiatrzy biją na alarm, ale postęp cywilizacji w tym kierunku jest nie- pohamowany. W całej Ameryce powstały tysiące kin na otwartym powietrzu, tzw. drive in [czy- taj: drajw in]. Na ogromnych placach, pod ogromnym ekranem, ustawia się kolejno po kilkaset samochodów. Do każdego wozu wrzuca się mały głośnik. Zimą wprowadza się specjalny grzejniczek. Gdy pada deszcz odpowiedni przewód umożliwia uruchomie- 117
nie wycieraczek bez potrzeby obciążania pracą akumulatora. (...) Zasada „drive in" — czyli wejdź do środ- ka — obejmuje coraz to nowe dziedziny usług, handlu i rozrywki. Nie trzeba koniecznie opuszczać samo- chodu dla spożycia kolacji czy śniadania. Jadłem jajecznicę i nawet befsztyk bez kro- ku postawionego na ziemi. Wóz podjechał pod lekki daszek z napisem „Car-Service" [czytaj: kar serwis), zawodowo uśmiechnię- ta dziewczyna zapytała, na co mamy ochotę po czym — na specjalnej ruchomej tacce — zwieszającej się z sufitu — podstawiła nam pod nos pełne talerze i filiżanki. Nie ma powodu fatygować się per pedes * do banku, jeżeli można podjechać pod okienko bankowe i załatwiać wszystkie bibltoteS' 2skoroier°WniCy- P° Co !azić d0 Przed kwadra, wYstarczy zahamować ‘ J«*ko wychvT7” otworem w murze ycftYIlc się z auta f j Ml.ASTA dla SAMOCHODÓW Pełnie pustych^^5^16. robią wrażenie zu- powego Jorku r-u- śródmieścia taj: andże2rT?OS An9eleS Metropolii j 1 Gęsięciu innych cach Stan°^ych, ruch pieszy na uli- ’ Wiednie z kT81117, Gdzież są Paryże Rodnikami tłum^m^' P1"261^3#0?111 się Odziałem w w°czesne m; . eKsasie i Arizonie — no- asta 0 ulicach bez trotuarów. Wielokrotnie byłem jedynym pjes chodniem. Zdarzało się, że otwierały okna ukazując zaciekawione twarze Od prowadzały mnie niekiedy oczy z przeZZ’ dżających automobili. — Wariat? 7? f Samobójca? W jakimś nrn‘ °dZlej? J jaKims prowincjonalnym 56. AMERYKAŃSKIE TEMPO (...) Tempo amerykańskie to organizacja pracy i komunikacja. O pociągach jednak lepiej nie wspominać, bo jeżdżą kiepsko i niepunktualnie. natomiast cały pośpiech to samochód osobowy, ciężarówka i autobus. Ten ostatni jest szczytem wygód. Przejazd na trasie Chicago — Nowy Jork, trwający około dwudziestu godzin znosi podróżny bardzo łatwo nie czując zmęczenia ani szyb- kości, wynoszącej przeciętnie 105 kilo- metrów na godzinę. Takiego systemu autostrad, na który skła- dają się turnpikes [czytaj: tempajksj, to jest autostrady stanowe oraz wysokiej klasy drogi hifeways [czytaj: hajłajs] i express- ways czytaj: [ekspresłajs], nie widzi się na kontynencie europejskim. Turnpike, której budowa kosztuje podob- no pół miliona dolarów za kilometr, to autostrada dwukierunkowa o szeregu to- rów wyznaczonych białymi liniami, co pozwala na zawrotną szybkość samochodów 1 ich masowy przelot. O wymijaniu wozów nie może tu być w ogóle mowy, skoro każ- dy tor odpowiada innej szybkości. W razie zwiększania lub zmniejszania szybkości trzeba przeskakiwać na inny tor. Taki układ torów daje duże szanse bez- pieczeństwa i zachęca do szybkiej jazdy. Przejeżdżając na starym „Oldąmobilu" Pen- sylwania-turnpike, później Ohio-turnpike, widziałem kilka razy na liczniku 95 mil tj. 150 kilometrów, kierowca, podobnie jak ja niedawny gość z Polski, nawiasem mówiąc znany architekt z Warszawy, pozwalał so- i absolutnie martwym mieście zapytał mnie z troską w głosie bardzo uprzejmy policjant: „Czy mogę panu w czymś pomóc?..." Olgierd Budrewicz; Ląd czterech kontynentów. War- szawa 1961, Wyd- MON. s. bie na eksperymenty, nie wiedząc jeszcze wtenczas, że jego szybkość jest śledzona przez policyjne stacje radarowe, co mogło spowodować wcale nieprzyjemne następ- stwa. Mimo olbrzymiej ilości samochodów ko- munikacja zarówno w wielkich miastach, jak i na wspomnianych autostradach jest stosunkowo łatwa. Nowy Jork, a także wie- le innych miast amerykańskich — to w isto- cie rozplanowana urbanistycznie geome- tryczna kratka ulic o -wyłącznie prostych liniach. Przybysz z Europy nie potrzebuje w Nowym Jorku posługiwać się żadnym planem miasta, bo wszystko jest od pierw- szego dnia jasne. Wiadomo, że z północy na południe idą ponumerowane avenues, a ze wschodu na zachód, czyli od East River do rzeki Hudson ciągną się ponumerowane s(reet'y. Nieco zamieszania wywołuje tyl- ko krnąbrny Broadway przecinający ukoś- nie Manhattan.. Na autostradach bezpieczeństwo ułatwia fakt, że nie ma tutaj żadnych skrzyżowań, nikt nie może zejść z szosy zabezpieczonej zresztą na całej linii drucianymi siatkami. Na turnpike nie spotka się zatem nie tylko człowieka, ale nawet żadnego domowego czy dzikiego stworzenia. Pojawienie się jed- nego takiego okazu wywołałoby kompletne zamieszanie na szosie i zapewne kilka ka- tastrof. Padło tu wyżej słowo „bezpieczeństwo". Istnieje ono oczywiście tylko dla tych, któ- rzy wiernie, niewolniczo nieomal, trzymają 119
I się białych linii toru, utrzymują wyznaczoną na danym odcinku szybkość, a przede wszystkim stosują się do napisów i sygna- łów świetlnych. Przeciwnie, śmierć czyha na każdego, kto nie słucha nakazów rozmieszczonych wzdłuż trasy. Jest ich zresztą niezliczona liczba i uporządkowane są w swoistym ryt- mie. Przytoczę kilka przykładów: ,,Exit [czytaj: eksajt] (wyjście z autostra- dy) za 10 mil, za 5 mil, za 3 mile, za 1 milę. Schodź na prawo”. ,.Benzyna za 10 mil, 5 mil, 3 mile, 1 milę. Schodź na prawo”. To samo dotyczy hoteli, restauracji, sta- cji usługowych, których położenie zapowia- dają napisy dość wcześnie, by kierowca mógł na czas zejść na właściwy tor, który go bez żadnych kłopotów i poszukiwań do- prowadzi do pożądanego celu. Na autostradzie Pensylwania prowadzą- cej przez szereg tuneli zauważyłem znie- nacka, a było to w południe, niezwykły na- pis: „Zapal światła!” Ledwie mój towarzysz podróży wykonał nakaz, już zobaczyliśmy napis, też chyba niezwykły: „Zdejm przeciwsłoneczne okulary!” I za pół minuty wpadliśmy za zakrętem 57. RUROCIĄGI... RUROCIĄGI... i I ł Rurociągi każą kolejom likwidować cysterny. Amerykanie przepędzają rurami co można. Rurami odpływa nie tylko potęż- na produkcja browarów-potworów w Mil- waukee (czytaj: Mylwoky], ale i miliony litrów soków pomarańczowych, grejpfruto- wych, cytrynowych, mandarynkowych i in- nych, które pochłania Ameryka. Rurami płyną środki chemiczne i medyczne — amoniak, płyny przeciw zamarzaniu chłod- nicy. Nawet węgiel, nieslony wodą, płynie n*e zdjąć na ciemny tunel. Wystarczyłoby ] * czas okularów, by z braku akomodacjp oka nie utrzymać linii toru. (...) J Autostrady amerykańskie to oczywiście nie tylko szosy dla aut osobowych. Wśród korowodów limuzyn pędzą nieustannie wo- zy ciężarowe, chłodnie, całe machiny trans- portowe fabryk samochodowych dźwigające po sześć nowych „fordów” czy „chevrole- tów”, no i nieskończone sznury autobusów. W przeciwieństwie do kolei linie autobu- sowe kursują punktualnie i urządzone są z wielkimi wygodami. Dla mnie uderzają- cym jeszcze był fakt, że w autobusach ame- rykańskich nie ma konduktorów. Kierowca autobusu w Nowym Jorku czy Detroit pro- wadzi wóz w nieopisanym tłoku, a jedno- cześnie obsługuje mechaniczną kasę, do któ- rej pasażerowie wrzucają opłaty za prze- jazd. Ten człowiek wykorzystany jest do ostatka, pracuje bez wytchnienia. Tak zresztą jest we wszystkich dziedzinach pra- Niemniej jednak wszystko idzie sprawnie i — co też ważne — pasażerowie nie mają się z kim kłócić — maszyna liczy monety i wydaje reszty bez słowa dyskusji. Michał Rusinek: Kolorowe podróże. Warszawa 1964, Lud. Spółdz. Wyd., s. 240— 244. 108-milową rurą, którą widziałem w Pitts- burghu, w ilości 3600 ton dziennie, tzn. tyle, de by musiały przewozić dwa stuwagonowe pociągi (...]. w chwili obecnej ten system rurociągów obejmuje z górą milion kilo- metrów rur — trzy razy więcej niż kolejo- wa sieć Ameryki. Większość tych rurociągów specjalnej firmy, tylko jest na snmń°u NadaJe sobie ktoś, 000 beczek benzyny, płaci, nie obsługuje usługi wielu powiedzmy> odbiorca je otrzymuje bez kłopotów przeładunkowych... Naturalnie, że rurociągi o mniejszej średni- cy, transportujące na przykład mleko, nie mogą transportować niczego innego. Ale duże rurociągi obsługują w tym samym cza- sie dziesięć, piętnaście, a nawet dwadzieścia pięć różnorodnych płynów. Aby działać dokładnie, rurociąg musi być kompletnie pełny od końca do końca. A po- nieważ, dajmy na to, przepompowanie tych 50 000 baryłek benzyny na odległość 1500 km zajmie tylko drobną część linii, więc równocześnie pędzi się tym samym ru- rociągiem naftę, ropę, benzynę pierwszej, drugiej, trzeciej kategorii itd. Czasem się przedziela jedną substancję od drugiej dwo- ma gumowymi tamponami połączonymi trzpieniem stalowym, ale przekonano się, że w większości wypadków to jest niepo- trzebne, jeśli dobrać graniczące płyny o ta- kiej konsystencji, że się nie pomieszają. 58. NA IMIĘ: WYDAJNOŚĆ ZAKŁADY FORDA Oto zakłady samochodowe Forda w De- troit, stanowisko nr 15 674, jak informuje tabliczka wywieszona nad określonym o cinkiem taśmy. Każde stanowisko montażo- we ma tu swój numer ustalony według specjalnej klasyfikacji. (...) Sto razy opisywano tę scenerię. Po s o kroć budziła najzacieklejsze spory. Zawsze, nieodmienne przykuwa najwyższą uwagę przybysza z Europy (—]. p°d sufitem ie9nJ tasiemiec rozczapierzonych pająków- u i podnóży wiszą napęczniałe od ka i ro ruszniki i prądnice. Na poziomie rą nika przesuwa się taśma właściwa. ... na nią trzeba nakładać zdjęte spo akcesoria. Dołem wreszcie le z kolei taśma niosąca detale e e fY Ru_ również trzeba zamontować w si n Co ciekawsze — że nadawca może, nada- jąc partię towaru na jednej stacji przesył- kowej, posłać go jedną rurą na różne stacje przeznaczenia. A więc dyrygujący ruchem baczy, aby pędzące rurą różne gatunki pły- nów odcedzać we właściwych punktach w ilościach zadysponowanych. Rozwojowi tego transportu sprzyja jego taniość. Na przykład, przesłanie 42- galono- wej beczki benzyny z Filadelfii do Nowego Jorku, kosztujące dolar i pięć centów • w transporcie kolejowym, w transporcie ruro- ciągiem kosztuje osiem centów. Kiedy kolej toleruje najwyżej 3 stopnie wzniesienia, a szosy rzadko mają wzniesie- nia ponad 12 stopni, rurociąg drapiący się na stromizmę rzadkością. 70-stopniową nie jest żadną Melchior Wańkowicz: W pępku Ameryki. Warszawa 1969. Iskry, s. 16—19. rąk (...) obliczone z dokład- chy ludzkich nością do ułamków cala i wystoperowane co do sekundy [...]. Wróćmy jednak do tej zwykłej, jednopo- ziomowej, niemal staroświeckiej taśmy, przy której umieszczono stanowisko nr 15 674. Nr 15 674 dokonuje błyskawicznego pół- obrotu w prawo i susem przebywa owe pół- tora metra dzielące go w tej chwili od nad- jeżdżającego silnika [...). W sumie robotnik przebywa przy jednym silniku około trzech metrów — półtora w prawo oraz półtora w lewo. Ta gimnasty- ka, jak utrzymują psychotechnicy Forda, chroni robotnika przed apatią i dostarcza mu niezbędnego ruchu. No i taśma, taśma może się poruszać nieprzerwanie! Tabliczka nad stanowiskiem nr 15 674 po- daje czas przeznaczony na wykonanie całej operacji, to znaczy przykręcanie dwudzies- 121 120 I
tu dwóch śrub, bo tyle ich się mieści na ob- wodzie tarczy sprzęgłowej. Czas ten wynosi trzydzieści sekund. Praca trwa osiem godzin i piętnaście mi- nut dziennie. Te piętnaście minut to przerwa śniadaniowa, odtrącana oczywiście z płatne- go czasu pracy. Jeżeli taśma rusza o godzi- nie 7.00, to nikt kto się spóźni i stanie przy swym stanowisku na przykład o godzinie 7,03, nie może już podjąć pracy. Jego czyn- ność wykonuje zastępca ze specjalnej bryga- dy rezerwowej. Taśma musi się przecież po- ruszać bez żadnych przerw i przestojów, a na jednego spóźnialskiego, choćby przy- czyną spóźnienia był wypadek samochodo- wy lub śmierć całej rodziny, fabryka czekać nie może. Nikt nie żąda usprawiedliwień i wyjaśnień z powodu spóźnienia. Po prostu maszyny cybernetyczne * w rachubie potrą- cają odpowiednią kwotę z dniówki plus odpowiedni procent wynagrodzenia zastęp- cy z brygady rezerwowej. A jeśli nr 15 674 stwierdzi, że na przy- kład trzpień śruby ma zerwany gwint lub łeb nakrętki jest spłaszczony? Regulamin bardzo drobiazgowo odpowiada na to pyta- nie. W wypadku stwierdzenia poważnego braku technologicznego należy niezwłocz- nie pociągnąć za rączkę hamulca zwisającą nad stanowiskiem. Taśma staje w miejscu, rozlegają się dzwonki alarmowe. Wielki sto- per zawieszony pod stropem zaczyna odmie- rzać sekundy przestoju — sekundy, ponie- waż służba awaryjna czuwa i usunięcie naj- gorszej nawet zawady trwa nie więcej niż kilkanaście sekund [...]. Ale na tym nie koniec. Technolog działu, który zna na pamięć numery wszystkich operacji w swoim dziale, ustala w ciągu na- stępnych kilku sekund, kto wypuścił brak i naraził imperium Forda na przestój taśmy, a więc na straty — niebłahe zresztą straty, zważywszy, że z taśmy schodzi około 9 ty- sięcy wozów dziennie. Jeżeli więc za zerwa- ny gwint odpowiada nr 13 872 — technolog działu przekaże tę informację do rachuby, a tam już maszyny cybernetyczne wymierzą winnemu sprawiedliwość... Wiesław Górnicki: Giaur wśród Jankesów. Warszawa 1963, Książka i Wiedza, s. 184—189.
11 li granic USA, na przestrzeni prawie d 20 000 km, przez równik, obydwa zwrotniki, aż po południową strefę wiatrów zachod- nich, rozciąga się Ameryka Środkowa i Po- łudniowa. Leży jak bariera na drodze między oceana- mi. Toteż człowiek przeciął ją w najwęż- szym miejscu Kanałem Panamskim. A w przyszłości zamierza kopać kanał następny. Gdyby spojrzeć z najwyższych szczytów Andów na dno najgłębszych rowów ocea- nicznych towarzyszących zachodnim wy- brzeżom Ameryki Południowej można by dostać zawrotu głowy. Różnica wysokości wynosi prawie 15 km — imponująca jak na stosunki ziemskie. Mapa polityczna Ameryki Południowej i Środkowej jest bardzo kolorowa. Powstało tu ponad 20 państw różnej Wielkości, poczy- nając od takich kolosów jak Brazylia (oko- ło 8 500 000 km2) do państw-miniaturek, jak Jamajka, Haiti, Salwador, Panama 1 inne. Ale nie tylko mapa jest kolorowa. Kolo- rowa jest również ludność mieszkająca na tych terenach. Są to Indianie — dawni pa- nowie tej ziemi, biali zdobywcy europejscy, którzy przybyli tu za Kolumbem, Murzyni czarna siła robocza, importowana ongiś z Afryki. Mieszają się tu rasy w ciągu stuleci, a ga- rna kolorów skóry wzrasta o Metysów, Mu- latów i innych. Elementem wspólnym dla ludów zamiesz- kujących obszar od Meksyku po Ziemię Og nistą są romańskie języki: hiszpański i por- tugalski (Brazylia). Dlatego przyjęto ludy te nazywać Latynosami, a cały teren Ameryką Łacińską, chociaż częściej termin ten stosu- je się tylko do Ameryki Południowej. Ameryka Południowa to dla wielu Euro- pejczyków przede wszystkim synonim egzo- tyki: tajemnice indiańskiego imperium In- ków, zagadka El Dorado, romantyka otacza- jąca wyprawy pierwszych hiszpańskich kon- kwistadorów. Kontynent dziarskich caballe- ros z zabójczymi wąsikami, walki kogutów, ujeżdżanie dzikich koni, lassa, ostrogi, za- tknięte za pas pistolety, tęskne dźwięki ar- gentyńskiego tanga. [...]. Tylko, że to dopie- ro jedno — bynajmniej nie dominujące — oblicze tego kontynentu. Bo Ameryka Połud- niowa to przede wszystkim część świata, gdzie ponad połowa ludności nie umie pisać i czytać, gdzie garstka laty fundy stów, sta- nowiąca 2 procent właścicieli ziemi, dyspo- nuje trzema czwartymi areału gruntów uprawnych, gdzie 37 procent dzieci syste- matycznie nie dojada, w wyniku czego znaj- duje się w stanie fizycznego niedorozwoju. (Zdzisław Marzec. W cieniu Andów. War- szawa 1970, Książka i Wiedza, s. 5, 352).
Rozdział HI OD MFKSYK1 PO ZIEMIĘ OGNISTĄ • ) eo<ę »u i-t Jług Lchnand) 59. KRAJOBRAZY KUBY * MOGOTY Nan.ioty ?aręłv u podnóża mogotów ola- t-a ąc «<J dolinę z trzech stron zwartym mu- rem Az do ’<«go r.i ,~ca dolina jest plaska Lecz dale* ani kroku Wprosi 7 czerw on* ziemi wyrasta skała. To n c. ze m na nn-| w /godne chwyty i stop- > e s/( ze.iny i u/myciu Od samei podsta- wy ple: i »ię zbiły gąszcz tropikalnej roslin- noMri strom >ch skal czepia .ą się nawet pal- ie, 1 drzewa almaago o pniu czerwonym juk krew Wszystkie oplecione lianami 1 pnączami Każdy krok w-zwyz musi byc po przedzon> cięciem maczety. Tak wiec owa pła ka dolina ma dostęp tyl- ko z jednej strony Od dolin sąsiednich, od- dalonych w linii powietrznej zaledwie o trzy do pięciu kilometrów, przedziela ją nieprze- byty wał wapienia i roślinności. Dzikość puszczy, pokrywającej mogoty, potęguje kontrast w stosunku do charakteru samej doliny. Niemal całą jej powierzchnię zajmu- ją pola, na których campesinos ’ uprawiają bulwy tnalanga, yuca i bonlato, lecz przede wszystkim tytoń. Właśnie w prowincji Pinar del Rio, na doskonałych, żyznych glebach uprawia się większość tytoniu, stanowiącego surowiec do wyrobu słynnych hawańskich cyaar. Składające się z moguto* góry Sierra de los Organos rozciągnięte na długości kilku- dziesięciu kilometrów wzdłuż północnego wybrzeża, zawdzięczają swe osobliwe kształ- ty chemicznemu działaniu wody Są one zbu- dowane ze skał wapiennych Wapienie za* ulegają łatwo rozmywaniu przez wodę, za- wierającą dwutlenek węgla Słowem. Jest to typowy obszar krasowy. (...) Niekiedy obserwrowac można mogoty ja- ko pojedyncze, izolowane góry Olbrzymia ich większość formuje zwarte łańcuchy przedzielające poszczególne płaskie dolin' Czerwona gleba dolin jest w znacznej czę- ści produktem rozmywania wapiennych skal. (...) Kręta rzeka przepływająca dnem doliny nosi nazwę Cuyaguateje. co znaczy ca woda" Spod skał mogotów wypłY"3^ — Doszliśmy do wniosku — mówi Jose liczne strumienie Z nich wdasnie czerpie się wodę do polewania pól tytoniowych, Gdy nastąpi susza, czerwona gleba zasycha w twarde bryły, młode rośliny marnieją 1 giną. Wiele strumieni — to przepływy okresowe. W czasie posuchy nikną zupełnie, by pojawić się dopiero po większych opa- dach. GANADEROS — KUBAŃSCY' KOWBOJE Kuba w związku z blokadą ekonomiczną odczuwa braki żywnościowe, przede wszyst- kim w zakresie mięsa. Tymczasem wielkie pastwiska Camaguey (czytaj kamaguejl wykorzystywane są w zbyt małym stopniu Ilość wypasanego bydła nie zależy jednak od powierzchni łąk. lecz — od wody. Nie ma tu prawue źródeł i strumieni. Na skraju pastwisk wysokie, stalowe wieże z wiatrakami Tłoczą one w-odę do koryt z płytkich studzien skalnych. Gdy jednak nadejdzie susza, wiatraki mielą powietrze bezużytecznie Wówrczas ganaderos muszą przepędzać stada w inne okolice, bardziej za- sobne w wodę. Stąd straty i szkody. Nie ma mowy o wprowadzeniu europejskiej gospo darki mlecznej. Hodowla jest typowo eks tensywna. Bydło przebywa całymi lalami na swobodzie, uzyskuje się tylko skóry I nh wiele mięsa Trzeba więc najpierw szukat wody. Guarch, młody grotołaz z Camaguev — ze woda musi być gdzieś w Siena de Cubitas (czytaj- kubitasj. Są tam głębokie pionowe przepaście Nie mieliśmy jednak ani sprzęta ani sposobu, by je zbadać Właśnie tam zmierza teraz ko! d na- szych samochodów Kowboj kub/iniMi 127 126
Plantacja trzciny cukrowej Jedziemy przez równinę pokrytą trawias- tym stepem. Całe kilometry ogrodzeń z dru- tu kolczastego. Stada popielatego bydła. Czasem kępa drzew albo palmowy zagaj- nik. Wiatr zwiewa z czerwonego traktu chmu- rę kurzu. W dalekiej perspektywie widać góry. Sierra de Cubitas — to wysoki, ska- listy wał wyrastający wprost ze stepowej równiny. Oaza soczystej zieleni w żółtym morzu pastwisk. 60. HAWANA Szerokie, gładkie aleje, którymi pędzi się samochodem z ogromną szybkością. Aleje wysadzane są palmami. Strzępiaste pióropu- sze palm na tle bladego, jak gdyby zimowe- go nieba. Stłumiona zieleń trawników i klombów, zieleń szarawa i żółtawa. Sylwet- ki wieżowców architektura lekka i zarazem monumentalna. Tam gdzie ulice dobiegają morza lub prowadzą jego brzegiem — zas- kakująco ciemna, szmaragdowa toń wody, chwilami głęboko niebieska, chwilami nie- bieskozielona. Powietrze gorące, lecz nie duszne, upał obezwładniający dopiero po godzinach, oślepiający blask słońca, które- go promienie nie palą jednak takim dokucz- 128 |ZIELONE MORZE TRZCINY CUKROWEJ] Siedząc na stercie bagażu, obserwował z kołyszącej się ciężarówki wsDaniai. 6111 wisko. Najpierw czerń tropikalnej ustąpiła bladej poświacie, wyłaniając 2°^ sy horyzontu. Potem ukazały się postrz ne sylwetki palm i gładkie kopuły drz^ llamboian \ Czerwona kula słońca wysko czyła dosłownie zza widnokręgu i w lej sa mej chwili zrobił się jasny dzień. Z drzew zerwały się sępy. Krajobraz jakże różny od dotychczas wi- dzianych! Z wysokości samochodu patrzy, łem na zielone morze trzciny cukrowej. Przypominała nie kończące się pola kuku- rydzy. Na wprost, przed nami popielaty pas łączył się z błękitem nieba. To prawdziwe morze—ocean. Jechaliśmy czerwonym trak- tem na północ, do małego portu rybackiego Estero Real. [...] Przemysław Burchard: Ku- ba — wśród mogolów i kro- kodyli. Wyd. II. Warszawa 1967. Wiedza Powszechna, s. 71—73, 131, 171-173. liwym żarem, jakiego można by się SP° wać w tropikalnej strefie klimatycznej. Tak objawia się Hawana w pierwsz^^ dniach, pobytu. Hawana z okna sanioc o gdy widoki migają przed oczami jak spieszonym filmie. Hawana z^uin’eW.QgCją rozległością i rozmachem, wspania załozeń urbanistycznych. Miasto ^cząC^esZ. dług jednych milion siedemset tysięcy 1 kańców, według innych niespełna w bony. cio U<^no z POC23tku zrozumieć funkcję lc* Hasta, rozrzutnie szafującego przestr?6' strz'prZ?St^WlająCego pusle place WOkÓ' ,s ych drapaczy chmur, miasta, które pozwalało sobie na luksus kilometrowych alei, zabudowanych pałacykami tonącymi w rajskich, tropikalnych ogrodach. Od razu nasuwają się pytania: jak wytłumaczyć ten przepych głównych dzielnic, skoro wie- my ze statystyki gospodarczej, jak biedna i wycieńczona była Kuba przed zwycięstwem rewolucji? Jak pogodzić wiedzę o zacofaniu gospodarczym Kuby z rozmachem urbanis- tycznym jej stolicy, rozmachem, jakiego nie znają europejskie stolice? Przybyszom z Europy nasuwa się od razu wyjaśnienie pozornie logiczne — turystyka. Owe wspaniałe hotele, istne miasta w mieś- cie, kilkudziesięciopiętrowe kolosy, kombi- naty gastronomiczno-usługowo-rozrywko- we... Sądzi się nieraz, że Hawana była czymś w rodzaju amerykańskiego letniska, tysiące turystów wydawało tutaj dolary, stąd roz- bój miasta, inwestycje, handel. Ale mniemanie jest fałszywe, mimo że ruch turystyczny ze Stanów Zjednoczonych był faktem [...]. 9 — Nowy staiy iwlal Hawana jest miastem-polipem. SmuKiym wieżowcom dzielnicy Vedado trzeba prze- ciwstawić kurne chałupy kubańskich campe- sinos ’ na głębokiej prowincji. Okazuje się, że 80% chłopów mieszkało przed rewolucją w kurnych chałupach, bez podłóg, bez sufi- tów, bez kanalizacji, często bez światła elek- trycznego. Nędza Kuby była wynikiem eks- ploatacji przez monopole USA, zaś Hawa- na była tej eksploatacji głównym kanałem. Tutaj skupiały się niemal wszystkie banki (urzędnicy amerykańskich banków należeli do najlepiej płatnych ludzi), zarządy amery- kańskich przedsiębiorstw, dyrekcje amery- kańskich kolei, firmy eksportowe. (...) W willach opuszczonych przez zbiegłych za granicę dostojników Batisty * i urzędni- ków amerykańskich banków i przedsię- biorstw zainstalowano bądź internaty dla uczącej się w Hawanie młodzieży, bądź przydzielono je rodzinom z przedmieść Plaż dzikich nie było, tylko nieliczne od- cinki wybrzeża nadają się do kąpieli, tam
gdzie nte ma piasku są strome skały lub bagna, w moiru zas — rekiny. Teraz otwar- te dla publiczności x miasta nawet wspania- le baseny kąp.-tdowr w ekskluzy wnych nieg- dyś hotelach |. ] Txtxi co się narzuca na każdym kroku, jest współczesny nurt życia brak w nim jednak egzct\ki. przynajmniej w tym sensie, jaki nadajmy temu wyrazowi w odniesieniu do dalekiej wyspy Morza Karaibskiego. Trzeba parni: tac. ze Hawanę zbudowali Europejczy- cy przenosząc tutaj wszystkie przyzwycza- jenia i instytucje ze stałego lądu. Egzotyka est tx’ko w sylwetkach palm, w gamie ko- lon stycznej miejskiego krajobrazu, w słoń- ca i w miękkim dotyku nagrzanego, wilgot- nego i dziwnie pachnącego powietrza Przedmiotem największej dumy była dla naszych przy jaciół nowa dzielnica miasta, Habana-Este. Urządzono dla nas specjalni wycieczkę do tej dzielnicy’ Jechaliśmy taiJ w kilku samochodach eutostradą. biegną^ pod dnem zatoki morskiej, co samo w sobie jest osobliwością godną uwagi. Na wschód od zatoki rozpościerały się pustkowia, ska- liste płaskowyże pokryte nędzną roślinros- cią. Wśród tych pustkowi ujrzeliśmy nagle szeregi nowych domów, pokrytych pastelo- wymi tynkami Nowe miasto położone blis- ko morza ma znakomite warunki klimatycz- ne. Wprowadzają się tutaj mieszkańcy ru- der I lepianek z portowych przedmieść na południu [..]. Przemysław Burchard: Ku- ba — wiród moęfolów i kro- kodyli. Wyd. II. Warszawa 1967, Wiedza Powszechna, s. 59—64. 61 OGRODY HYDROPONICZNE A więc spółdzielnia ..Piniales" Całe hek- tary długich betonowych koryt wypełnio- nych drobnymi białym żwirem. Nad nimi rzę- dy szarych betonowych ram z naciągniętymi sztywno drutami. Widok byłby przygnębia- jąco monotonny, gdyby nie to. że w dal- szych rzędach zielenią się bujne rośliny, oplatające pędami owe druty Tak wygląda- ją słynne ogrody hydropomczne — przy- szłość i nadzieja rolnictwa w wielu krajach świata, wobec perspektywy’ przeludnienia. Eksperyment w spółdzielni „Piniales" jest jednym z kroków', jakie podjął kubański rząd rewolucyjny dla zapewnienia samowy- starczalności kraju w zakresie żywności. Na razie uprawia się tutaj na wielką skalę po- midory ł ogórki Rozsadę wtyka się po prostu w biały żwir, bez grama ziemi Ale sprawa nie jest prosta jakby się wydawało Środkiem każdego ko- ryta biegnie wąski kryty kanał Przez całą dobę płynie tym kanałem solanka, nasycona mieszaniną nawozów sztucznych. Płyn zwil- ża koryto i dostarcza roślinom wszystkich potrzebnych substancji mineralnych i che- 130
micznych. Następnie spływa do zbiorników, skąd pompy tłoczą go na powrót do cystern z solanką Trwa więc nieustanne krążenie Nad właściwym stosowaniem preparatów czuwają chemicy w białych kitlach Wzrost i dojrzewanie roślin następuje bardzo szybko. Otrzymuje się zbiory trzy razy do roku, znacznie obfitsze zresztą niż w ogrodnictwie tradycyjnym Smak „hydro- ponicznych' ogórków i pomidorów oraz ich zalety witaminowe nie różnią się od smaku i zalet tych „normalnych' Przemy<ław Burchard Ku- ba — wód tr.oęotów I kio- kody 11 Wyd. II. Warna w a 1967, Wiedza Powszechna. 62 NARODZINY WULKANU Przed siedemnastu laty [w 1943 r.J u stóp trzeciorzędowego * potężnego wulkanu Tan- cit^ro, rozciągała się niewielka równina. Mieszkańcy pobliskich wsi (Paricutin, Paran- gaticutiro i Los Reyes) mieli tu swe pola uprawne. Przestrzeń ograniczona, a ludzi około dwóch tysięcy, toteż małe to były po- letka i ubogie. Sadzono na nich kukurydzę na placki lortlllas i czarną fasolę — frijo- les, lecz nie zapewniało to utrzymania. Lu- dzie żyli więc z lasu. Z niego pochodziły owoce i zwierzyna, z lasu płynęły’ pienią- dze za pracę przy żywicowaniu drzew. Meksykańska zima daje się tubylcom we 131
znaki. Chociaż w dzień słońce mocno grzeje, w górach ranki i wieczory są chłodne, a ziąb nieraz przenika do kości. A jednak na polu przy Tancitaro tak dobrze się pracowało, nim słońce zaczęło prażyć, a nawet nocny przymrozek nie był tak dojmujący. Miejsco- wi od dawna już zauważyli, że jest tu znacz- nie cieplej niż gdzie indziej, nie domyślając się nawet, że sprawia to bliskość lawy szu- kającej ujścia. W lutym 1943 roku okolicę nawiedziły trzęsienia ziemi. Wstrząsy były silne i krót- kie. W ciągu dwóch tygodni naliczono ich przeszło sześćdziesiąt. Ludzie byli wpraw- dzie zaalarmowani i wystraszeni, ale prze- cież nie pierwszy raz zdarzało im się coś po- dobnego [...] 20 lutego Damian Pulido z Pari- cutinu [czytaj: parikutinul stwierdził, że na jego działce otworzyła się głęboka szczelina. W kilka godzin później wszyscy już ujrzeli walący czarny dym. Po dwóch dniach przy- szedł potężny wstrząs, który odczuł cały nie- mal kraj i nowy wulkan rozpoczął swą dzia- łalność. Pracował niestrudzenie. W ciągu pierw- szego dnia usypał stożek o wysokości sied- Wulkan Paricutin w Meksyku mienie. Za dnia osnuty gęstym dymem, no. cą kąpał się w czerwonopurpurowych bla. skach płonących gazów. Wreszcie rzygnąi strumieniem lawy. Ludzie przerażeni uciekali. [...] W opusz- czonym Paricutinie dachy waliły się pod cię- żarem spadłego na nie popiołu, a pola zagar- niał ognisty potok. W tym samym czasie ściągali tu uczeni, dziennikarze i ciekawi. Rozmawiałem z naocznymi świadkami te- go niecodziennego widowiska. (...) Sceneria była wspaniała i przerażająca: ziemia dudni- ła, gęsta lawa toczyła się z łoskotem, a wul- kan, nad którym stale unosiła się ciemna chmura w kształcie gigantycznego kalafiora, miotał rozżarzone bomby wulkaniczne w po- staci wielkich głazów i drobnych kamieni. Strumień roztopionego bazaltu posuwał się z szybkością 17—55 metrów dziennie, po- chłaniając coraz to nowe tereny i stając się zarzewiem pożaru, który strawił 10 kilo- metrów kwadratowych lasu, głównego ży- wiciela wielu setek ludzi. Dotarł wreszcie i do Parangaticutiro. Gdy wierzchnia warst- wa lawy stygnąc krzepła, napływająca no- wa masa rozsadzała ją, kruszyła i parła na- przód. Sunąc z ogłuszającym trzaskiem łupa- nych głazów, grzechotem przewracanych ka- mieni, ścierała wszystko, co napotkała na swej drodze. Paricutin zakończył swą działalność rów- nie nagle, jak ją rozpoczął. Dnia 4 marca 1952 roku o godzinie siedemnastej dosłow- nie wydał ostatnie tchnienie i zamarł, ukoń- czywszy 9 lat i 12 dni. Na tle sędziwego Tancitaro, obok małe- go, względnie młodego stożka Zapicho co znaczy „dziecko” w języku Tarasków » pojawił się nowy, siedemsetmetrowy stożek, a na przestrzeni przeszło kilometra od jego podstawy piętrzy się wielkie rumowisko skalne. Helena Krzywicka-Adamo- wicz: Meksyk — orzeł, wąż ’°P“ncj°- Warszawa 1963, Miedza Powszechna, s. 79— 82. SPRAGNIONA ZIEMIA Mijając Actopan, wjeżdża się już w samą dolinę Valle del Mezguitał. Krajobraz jest surowy i przygnębiający. Jaskrawe światło tropikalnego słońca podkreśla jeszcze bar- dziej szarość spopielałej ziemi, na wpół uschniętych gałązek mezquite i pojedyn- czych pomarszczonych badyli kaktusów za- snutych siwym kurzem. Obok licznych ce- mentowni, które skupiły się na skraju tego regionu, wśród kolczastych zarośli kryją się chatyny klecone ze zdrewniałego i sczernia- łego magueyu. Produkowany tu cement, je- den z eksportowych artykułów Meksyku, jest zbyt drogi, by miejscowi mogli używać go dla własnych potrzeb. Przez większą część roku daremnie wy- czekuje się tu choćby kropli deszczu, a wów- czas mieszkańcy zamiast wody piją pul- que — sfermentowany sok magueyu, który jako jedyna roślina kultywowana znosi te trudne warunki klimatyczne Jeśli wziąć również pod uwagę, że przy panującej nę- dzy głód jest tu stałym gościem, nietrudno wyobrazić sobie tragiczne położenie lud- ności. Jeden z nauczycieli wiejskich opo- wiadał, że bywają okresy, gdy dzieci przy- chodzą do szkoły podchmielone, ponieważ w tvm czasie tylko pulque jest jedynym, łatwo dostępnym płynem, którym na próż- no usiłują gasić pragnienie. Nic więc dziw- nego, że właśnie toltecka legenda kazała młodej i pięknej Xochitl wynaleźć ten na- pój, że syn jej zyskał miano Mecometzin — "Syn Magueyu" (agawy), a jego kamienne figury w pozycji leżącej z otępiałą zapijaczo- ną twarzą, dzierżącego oburącz puste na- czynie, nie przypadkiem chyba znaleziono w Tuła, prastarej stolicy Tolteków * położo- nej na skraju Valle del Meząuital. Niemal zupełny brak opadów nie pozwala na uprawianie roli, a skąpe zapasy wód gruntowych utrudniają życie ludności. Oczy- wiste więc, że woda, której Otomi są poz- bawieni, jest dla nich największym skar- bem i przedmiotem specjalnego kultu. MAGUEY - AGAWA Maguey, czyli odmiana agawy, musi ros- nąć od ośmiu do dziesięciu lat. Osiągnąwszy najpełniejszy rozwój i rozmiary przekracza- jące wzrost mężczyzny, wystrzela kilkumet- rowym pędem kwietnym, który staje się dlań zwiastunem zagłady. Człowiek, przy- stępując do eksploatacji, wycina ten pęd nie dając rozwinąć się kwiatu. Usuwając jednocześnie cały rdzeń rośliny, zwany el corazon — serce, niszczy ją, bowiem w cen- trum jej zamiast zawiązków młodych liści, które w przyszłości miałyby się rozwinąć, powstaje tylko kilkulitrowy zbiornik stop- niowo wypełniający się sokiem. Specjalnie zatrudniony robotnik tlachiquero całymi dniami krąży po plantacji i długim cybuchem z tykwy acocote, jak pszczoła wysysa na- gromadzony płyn, zlewając go do skórzane- go bukłaka. Następnie ostrym narzędziem obskrobuje ściany zbiorniczka, pobudzając w ten sposób roślinę do dalszego wydziela- nia. Umierająca agawa przy umiejętnej eks- ploatacji w ciągu sezonu trwającego kilka miesięcy może dać nawet do dwudziestu lit- rów płynu dziennie. Lecz razem z nim ucho- dzi z niej życie. Więdnące liście wycina się na opał lub budulec, korzeń wykopuje, a na tym samym miejscu sadzi nową roślinę. Aguamiel jest bardzo smaczny, orzeźwia- jący, ponadto stale chłodny, bo mięsiste liś- cie rośliny z powodzeniem spełniają rolę izolatora, chroniąc od zewnętrznego gorąca. Ponieważ byliśmy mocno spragnieni, czerpa- liśmy go bez końca. Popijaliśmy z wielkim smakiem, nie zważając na złośliwe i tenden- cyjne informacje Pepe, że z równą przyjem- nością żłopią go również skunksy i psy wa- łęsające się po plantacji... Helena Krzywicka-Adamo- wicz: Meksyk — orzeł, wąż I opunefa. Warszawa 1963, Wiedza Powszechna, s. 05, 109—HO. 133 132
* bawełna W kawa trzcina cukrowa 64. MONOKULTURY Do zniszczenia gleb przyczyniają się w znacznej mierze monokultury, czyli usta- wiczne obsadzanie pól tym samym gatun- kiem rośliny. Sposób ten można przyrównać do ciągłego wybierania ze spiżarni jednego i tego samego specjału, bez uzupełniania jego zapasu. Przy takim postępowaniu arty- kuł ten szybko ulegnie wyczerpaniu. Spi- żarnią jest w tym przypadku gleba, a łakom- czuchem wyjadającym z niej wciąż te same pierwiastki — plantacje kawy, tytoniu, ba- wełny, a przede wszystkim trzciny cukro- wej. Taki anormalny typ gospodarki bez płodozmianu, bez żadnego nawożenia, wpro- wadzili koloniści na zagarniętych przez sie- bie i bezwzględnie wykorzystywanych te- renach. Doprowadziło to w wielu miejscach do zupełnego wyjałowienia gleb. W Salwa- dorze, w Gwatemali, na Haiti od dziesiątków lat głównie sadzono kawę, w Hondurasie sa- me banany, a na Kubie i na Kostaryce tyl- ko trzcinę cukrową itd. Ostatecznie te raj- skie niegdyś kraje zostały dotknięte gwał- towną erozją gleb i w znacznej mierze za- mieniły się w nieurodzajne odłogi i ośrodki głodu. Monokultura stała się przekleństwem tak- że pewnych okolic w Ameryce Północnej, a mianowicie tak zwanego Południa, czyli dawnych posiadłości angielskich stanowią- cych obecnie południowo-wschodnią część USA. Tereny te niegdyś bardzo żyzne i szczególnie dla rolnictwa wartościowe, bezpowrotnie w krótkim czasie zmarnowano wskutek złej gospodarki polegającej na cią- głej uprawie bawełny. Gleba została ta111 wyniszczona, jak rzadko gdzie na świecie, wyjałowiona pod wpływem erozji i dziś, po- nieważ nie ma już dostatecznej ilości humu- su ani soli mineralnych, musi być specjał nie obficie nawożona, aby mogła wydać ja kie takie plony. Antonina Leńkowa: powana Ziemia. Warsw 1969. Wiedza Powszectm s. 84. 134
65. CYKLONY-. HURAGANY... TORNADO (...) Cyklon zjawia się zwykle niespodzie- wanie i swoją potworną wprost siłą obraca w perzynę wszystko co napotyka. Zatapia okręty na morzach, burzy osady wiejskie i całe dzielnice miast, niszczy zbiory na po- lach, wyrywa z korzeniami drzewa w sa- dach, łamie mosty, przerywa połączenia ko- munikacyjne i linie wysokiego napięcia. Gdzie przejdzie, powoduje ciężkie straty, dezorganizuje życie. (...) W dniu 27 października 1959 roku nawie- dził zachodnie wybrzeże Meksyku potężny cyklon, który spowodował śmierć 1452 osób, pozbawił dachu nad głową 200 tysięcy lu- dzi i wyrządził szkody sięgające 3 i pół miliarda peso Szczególnie dotknięty zo- stał stan Colima [czytaj: kolima). Agencje prasowe donosiły z terenu dotkniętego ka- taklizmem: „W porcie Manzanillo morze wyrzuca na brzeg wciąż nowe zwłoki. Ciała zabitych leżą przed ruinami domów, których 60 proc, jest w gruzach. Zrozpaczeni ludzie starają się wśród trupów rozpoznawać swo- ich bliskich. Podobne sceny mają miejsce w Minatitlan, w którym z 1471 mieszkańców przeszło 800 zginęło, oraz we wsi Parota, w której przy życiu pozostał tylko jeden mieszkaniec". [...) (...) w pierwszych dniach września 1960 r. rozpoczął groźny rejs wzdłuż wybrzeży Sta- nów Zjednoczonych cyklon „Donna" Naj- pierw dokonał on dużych zniszczeń na wys- pie Puerto-Rico, (czytaj; porto-iiko], gdzie poniosło śmierć 116 osób, potem ciosy jego odczuło dotkliwie Atlantic City [czytaj: atlantik sity) w stanie New Jersey [czytaj: niu dżersi), gdzie rozpętane przez żywioł fale oceanu zniszczyły całkowicie tzw. „Na- brzeże miliona dolarów”. Na rzece Hudson szalejący żywioł przerwał komunikację aż do $0 mil od ujścia rzeki. W Nowym Yorku pa- stwę jego padły kable wysokiego napięcia 1 wiele domów, a na Long Island * linia kole- jowa. „Donna" pozbawiła życia 135 osób. (...) Trąby powietrzne są częstym zjawiskiem a) Przekrój pionowy (a) i poziomy (b) trąby powietrz- nej. Strzałki wskazują kierunek prądów powietrza Oto na jakich trasach wędrują cyklony w rejonie Morza Karaibskiego. Kółka oznaczają ogniska ich powstawania 135
Ri—ta ćsat'» zasypany przez gruzy samcchód po torraia w Cr. mach i Japonii, wzdłuż wybrzeży Pa- cyfiku oraz w Ameryce Północnej. Jak lam *rygląd^. z bliska taka trąba powietrzna ..a»\A\ara z hiszpańska tornado, możemy przekonać się z relacji bezpośredniego świadka który tylko szczęśliwemu zbiegowi okoliczności zawdzięcza ocalenie: Najpierw na południowym zachodzie ukazał sk> obłok którego dolna powierzch- na sunie falowała Potem zaczęły z niej wy- suwac się ku dołowi drobne wyrostki w kształcie wirujących lejków. To się. to znikały. Po dziesięciu minutach z nrh zaczął rosnąć ku dołowi. Nieusta wirując wydłużał się, to znów skracał^ chylal się w jedną, to w drugą stronę był już w odległości około 6 km od nas spotkanie wysunął się z ziemi wir fcj* znacznie szerszy od górnego Tymczasem lej powietrzny' zbliżał się co. raz bardziej ku osiedlu. Przebrnął przez rze- kę i wpadl na pierwszy dom, który został w jedne/ chwili wyrwany z fundamentów, uniesiony i wleczony na przestrzeni kilku, dziesięciu metrów. W trakcie (ej wędrówki drewniany budynek rozpadł się zupełnie Następną ofiarą tornado padł dom z kamie- nia. Jakby jakaś niewidzialna ręka zerwała dach, po czym ściany się zapadły. Później dowiedzieliśmy się, że mieszkańcy lego do- mu uratowali się w piwnicy... Z powyższej relacji widać, że trąba po- wietrzna. porywająca ciężkie przedmioty ogromny silą wirującego wiatru, działa ni- czym pompa ssąca. Cyrkulację powietrza w tym olbrzymim leju ilustruje schematycz- ny rysunek zamieszczony na str. 135. Po- wietrze krąży szybkim ruchem wirowym ku górze po zewnętrznej stronie trąby po- wietrznej, natomiast w jej wnętrzu opada ono w dół takim samym ruchem. Szybkie obroty i wytworzona przez to siła odśrod- kowa powoduje, że masa krążącego wiro- wym ruchem powietrza gęstnieje na zewnę- trznej stronie owej olbrzymiej rury, mś w jej środku powietrze jest niezwykle rozrze- dzone. Sam zaś lej umieszcza się pośrodku chmury burzowej, gdzie występujące prądy powietrzne objawiają się najbardziej gwa,‘ townie. Jerzy Orlewski: ostrzega. Warszawa PZWS, s. 96—106 136
W KANAŁU PANAMSKIM 3 sierpnia o świcie „Śmiały" rozpoczął przejście Kanału Panamskiego. Pierwsze 4 mile szlak biegnie wodami za- chodniej części Zatoki Panamskiej, a następ- nie odpowiednio poszerzonym i pogłębio- nym korytem malej rzeczki o dumnej na- zwie Rio Grandę, której istnienia trudno się obecnie domyśleć. Na tym odcinku kanał przypomina ujściowe fragmenty Odry. Wo- kół teren płaski, brzegi niskie, porośnięte wysoką trawą i kępami krzewów. Po obu stronach zwarty szpaler lamp jarzeniowych. Z prawej strony zarysowuje się łagodne wzgórze Diablo Heights jczytaj: hajts), po- kryte kolonią domków willowych otaczają- cych kino i dużą restaurację — dobry punkt widokowy w tej części kanału. U stóp wzgórza spory lasek strzelistych masztów miejscowej radiostacji. Aż do ósmej mili * kanału, gdzie znajduje się pierwsza śluza, płyniemy na poziomie morza. Śluza Miraflores jest dwustopniowa. Podnosi statki na wysokość 18 m i wypro- wadza na leżące za nią jezioro Miraflores, małe i płytkie, zamknięte przez śluzę Pedro Miguel. Zewnętrzne wrota śluzy Miraflores mają około 25 m wysokości — w odróżnie- niu od wszystkich pozostałych niższych mniej więcej o 10 metrów. Ta wyjątkowa odmienność spowodowana jest różnicą pły- wów oceanicznych u wybrzeży Przesmyku Panamskiego po stronie wschodniej i za- chodniej. Na wybrzeżu Pacyfiku przypływ występuje regularnie dwa razy na dobę, a wahania poziomu wody przekraczają 7 me- trów; po stronie Atlantyku natomiast pły- wy są nieregularne i znacznie mniejsze — na ogół nie przekraczają jednego metra. Powoli otwierają się ogromne stalowe wrota złożone z dwóch segmentów odchy- lających się na zewnątrz śluzy. Każda ich część waży 730 ton i ma przeszło 2 m gru- bości. Mimo tak wielkich rozmiarów i wa- gi "Wrota śluz kanałowych są przemyślnie wyważone i praktycznie biorąc pływają w wodzie, co umożliwia swobodne manewro- wanie nimi silniczkiem o mocy zaledwie 25 koni mechanicznych. Czas otwarcia lub zamknięcia jednej śluzy nie przekracza dwóch minut Przejście śluzy zajmuje 30 do 60 minut Jacht sunie pomaleńku środkiem komory’ obrzeżonej betonowymi ścianami. (...) Jako ciekawostkę warto podać, że głów- 137
śluza Miraflores w Kanale Panamskim ne kanały wodne w ścianach mają około 6 m średnicy. Gdyby je nieco spłaszczyć, mógłby się w ich wnętrzu odbywać spokoj- nie 4-strumieniowy ruch samochodowy i starczyłoby jeszcze miejsca dla biegnących bokiem ścieżek dla pieszych. [...] Każdy metr bieżący kanału kosztował 10 000 dolarów i życie jednego robotnika... Najniższa przełęcz w paśmie górskim, przez które Wielki Rów przebija się na dru- gą stronę wododziału, miała wysokość 94 m i znajdowała się mniej więcej w połowie długości obecnego przekopu, między wzgó- rzami Contractora [czytaj: kontraktora] i Gold Hill. W tym punkcie trzeba było wy- kopać łożysko kanału na głębokości 71 me- trów. We wstępnym etapie budowy tu właśnie pracowała większość spośród 40 000 robotników zatrudnionych stałe przy tej gigantycznej inwestycji. Długość Kanału Panamskiego wynosi 82 km, z czego 16 biegnie po odpowiednio pogłębionych i oznakowanych wodach Oceanu Atlantyckiego i Oceanu Spokojne- go. Przeszło połowa lądowego odcinka tej drogi wodnej przypada na jezioro Gatun mające 425 km2 powierzchni. Bronisław Siadek: W Panamskim „Poznaj Swi 1966, nr 1. 138
Fragment Curacao stołecznej wyspy Antyli Holenderskich. Miasto jest ważnym ośrodkiem przetwórstwa ropy naftowej przywożonej tu z Wenezueli 67. KROPLA HOLANDII — CURAęAO Curaęao [czytaj kurasao] to Koluszki Mo- rza Karaibskiego — niby dziura, a ogromny węzeł komunikacyjny. Wyspa, niewiele większa od Warszawy, jest jedną z głów- nych baz morskich i lotniczych basenu Ka- raibów, tu wpływa corocznie 7 tysięcy sta- tków o tonażu 55 milionów BRT, tu uwiły sobie najważniejsze gniazdo Holenderskie Linie Lotnicze (KLM) przerzucając tysiące pasażerów na Kubę, do Stanów i Europy. Curaęao spełnia ponadto ważną dla sie- bie, pasożytniczą rolę „pijawki Wenezueli": żyje z przeróbki nafty swego wielkiego są- siada, Royal Dutch Shell [czytaj: rojal dacz szel] i Standart Oil z New Jersey [czytaj: niu dżersi] z powodzeniem zagarniając mi- liony dolarów za uszlachetnianie tutaj we- nezuelskiego „płynnego złota". Wyspy Aruba, Bonaire [czytaj: boner] i Curaęao — holenderskie ABC w Ameryce Łacińskiej — to ojczyzna obywateli pięć- dziesięciu pięciu różnych narodowości, jed- no z najbardziej kosmopolitycznych miejsc na świecie, gdzie przeciętny człowiek włada czterema językami (holenderskim, hiszpań- skim, angielskim i papiamento). Olgierd Budrewicz: Romans Morza Karaibskiego. War- szawa 1962, Czytelnik, s. 49—50. 139
błJ. NAZYWAJĄ JĄ „ZŁOTEM" WENEZUELI Nazywają ją ,.złotem” Wenezueli. Bez- sprzecznie stanowi największe bogactwo tej ziemi. Jej produkcję przyrównuje się do układu nerwowego — najmniejsze bowiem drganie od razu daje się odczuć w gospo- darce całego kraju. Nic dziwnego: to ona od lat 40 tworzy jego główną podstawę, ona stanowi 90% wenezuelskiego eksportu. Mo- wa o ropie naftowej. Są tacy, co — nie bez racji — twierdzą, że gospodarka wenezuel- ska to nafta i nic więcej. Głównym rejonem wydobycia nafty są okolice Maracaibo [czytaj: marakaibo], naj- większego jeziora Ameryki Południowej. W czasie pobytu w Wenezueli dane mi było spędzić kilka upalnych dni właśnie nad brzegami Maracaibo. Bagna pokryte tropikalną roślinnością, a w pobliżu wypalony słońcem step- kraina kaktusów. Kaktusy spotyka się tu wszędzie. 140 Mieszkańcy okolic Maracaibo suszą na nich wypraną bieliznę, umyślnie posadzone, ni- by płotem otaczają ubożuchne lepianki: wenezuelska Wielka Nafta nie wszystkich obdziela dostatkiem. Przy szosach, co parę kilometrów, zajazdy bardzo różnej ,,kategorii”. Najczęściej spo- tykane — to po prostu daszek z liści palmo- wych wsparty na czterech kółkach (...]. Ale od kilkudziesięciu lat na bagnisto- -stepowym krajobrazie okolic jeziora Mara- caibo pojawił się nowy element: liczące dziś już setki kilometrów srebrzyste nitki ruro- ciągów i gazociągów oraz charakterystycz- ne konstrukcje wież wiertniczych. Obecnie spotyka się też w tych stronach samotne pompy, które wprowadzone w jednostajnie rytmiczny ruch, dzień i noc, bez chwili przerwy wysysają z ziemi drogocenną naftę- Są wszędzie: wyrastają na poboczach szosy'
HI Maracaibo so 69. SZTURM NA PUSZCZĘ (WENEZUELA) świata nieznane: źródła Orinoko Zdzisław Marzec; W cieniu Andów. Warszawa 1970. Książka i Wiedza, s. 27—29 Wieże wiertnicze I zbiorniki na ropę naftową w Zatoce pod oknem jakiegoś domu, niespodziewanie pojawiają się pośrodku świeżo zaoranej działki, ba — nawet na polu golfowym, gdzie swój wolny czas zwykli spędzać urzędnicy miejscowych kampanii naftowych. Wielką naftę odkryto także pod wodami Maracaibo. Las wież wiertniczych pokrył wkrótce przy- brzeżną strefę. Na czystym dotąd lustrze wody pojawiły się tłuste plamy; zawiesista fala chlupocze leniwie o brzeg. Powiadają, że tu właśnie, nad wodami Maracaibo, dwukrotnie narodziła się Wene- zuela. Po raz pierwszy miało to miejsce w 1-499 r., kiedy hiszpański konkwistador Alon- Gujana: dziewiczy rejon wschodniej We- nezueli. Tutaj sawanny znad górnego Ori- noko przechodzą już w gąszcz tropikalnej Puszczy. Jest ona kilka razy dziennie nawie- dzana przez tropikalne ulewy, przecinają [ją] liczne rzeki. Ich źródła w wielu wypadkach Pozostają do dziś de Ojeda dotarł w te strony i, zaskoczo- mnogością indiańskich szałasów wznie- sionych na palach pośrodku jeziora, nazwał te okolice Venezuelą, dosłownie — Małą Wenecją. Rychło nazwa ta przylgnęła do całego kraju. Cztery stulecia później Maracaibo wpisa- ło się ponownie na karty ojczystej historii. Siało się to w momencie, kiedy w okolicach jeziora odkryto bogate (obecnie zaliczane do najbogatszych na świecie) pokłady ropy naftowej. francusko-wenezuelska ekspedycja odkryła dopiero w 1951 r. Gujana, kraina gigantycznych wodospa- dów, które stale spowija muślin pyłu wod- nego. Może dlatego niektórzy powiadają o nich: „plączące wodospady”. Ale nikt z mieszkańców tej części 141
nie wpada w przesadny zachwyt nad cu- downą egzotyką miejscowej przyrody. Tu- taj z jej bezlitosnymi prawami przychodzi po prostu walczyć, i to głównie w obronie własnego życia. W Gujanie np. liczne rzeki nawiedzone są plagą bilharzia: to niewielki, jednoko- mórkowy pierwotniak. Kiedy przez byle ranką dostanie się do krwi, pasożytuje w żywym organizmie, zżerając żołądek i je- lita; nie ma wówczas dla człowieka ratunku. W bardziej cywilizowanych częściach kraju obok rzek dotkniętych plagą bilharzia wystawia się tablice ostrzegawcze W innych rzekach tego regionu czyha bo- daj czy nie większe niebezpieczeństwo: pira- nie, krwiożercze ryby pływające ławica- mi. [...] Puszcza Gujany drogo każę płacić śmiał- kom, którzy poważą się zakłócić ich dzie- wiczy spokój. Ale śmiałków mimo wszystko nigdy nie brakowało. Puszcze kryją bowiem wręcz nieprawdopodobne bogactwo. Na przykład diamenty. Mówi się, że można je znaleźć w każdej bez mała rzeczułce, jednak miano „rzeki diamentowej’’ zyskała przede wszystkim Caroni [czytaj: karoni]. W sezonie (tzn. w porze suszy), kiedy jej wody osiągają naj- niższy poziom, w poszukiwaniu diamentów ściąga tu 10 tys. osób. Idą w ruch surucas — potrójne sita, za pomocą których przetrząsa się każdy gram piasku wydobyty z dna rze- ki Ale nie diamenty, nawet nie złoto równie obficie wydobywane w tych stronach stano- wią dziś o bogactwie i przyszłości Gujany. Ostatnio miało się okazać, że największy skarb tych okolic to żelazo! Wzgórze nosi miano Cerro Bolivar. Jego najwyższy punkt wznosi się na wysokości 787 m. Cerro Bolivar stanowi ostro zaryso- wany prostokąt o długości 12 km i szero- kości 4 km. W rudzie, która wypełnia wnę- trze wzgórza, zawartość czystego żelaza do- chodzi do 75 proc.l że na terenie Gujany Okazało się, Bolivar nie jest wyjątkiem. Wstępny s^‘r° nek mówił, że w tej części Wenezueli z CU* duje się 1 mld ton rudy żelaza. Po dokuj niejszych sondażach geologicznych przyszi jednak wprowadzić istotną poprawkę- nje 1 mld, ale ponad 2 mld. Dzisiaj mówi głośno, że w przypadku Gujany cyfra 4 ra]d ton z całą pewnpścią jest zaniżona. Laika ten zawrotny taniec cyfr może przyprawić o szum w skroniach. Zwłaszcza kiedy pświa- domi sobie, że w Gujanie liczne połacie dżungli nie tylko nie widziały jeszcze geo- loga, ale nigdy dotąd nie zostały dotknięte stopą ludzką. Już dziś wiadomo, że rejon ten — poza nieprzebranymi zasobami rud żelaza — kry- je także złoża manganu, niklu, siarki, węgla, boksytu, kaolinu, a nawet nafty oraz gazu ziemnego. Wenezuelska Gujana wydaje się być rejonem szczodrze potraktowanym przez naturę. Tej ziemi przyroda rzeczy- wiście nie poskąpiła niczego; przy czym warto pamiętać, że do roku 1962 Wenezuela była krajem, który nie wyprodukował u sie- bie nawet jednej tony żelaza. Oto miara nie wykorzystanych tu dotąd możliwości roz- woju gospodarczego. Gujana to fragment kontynentu zamknię- ty w obrębie dwóch wielkich rzek: Amazon- ki i Orinoko. Dziś stanowi on terytorium pięciu państw: największe obszary znajduję się w ręku Brazylii i Wenezueli, nieporów- nanie mniej przypadło na zamorskie mim- -posiadłości Francji i Holandii, tzw. Gujana Brytyjska w roku 1966 uzyskała niepod- ległość. Wenezuelską część Gujany, która obej- muje powierzchnię niemal równą Polsce i zamieszkana jest przez niespełna 300-ty sięczną ludność, nazywają dziś Ziemią Wie kiej Przyszłości. Zdzisław Marzec: W c^e„jQi Andów. Warszawa ' Książka i Wiedza, s. 40, 42—44. 142
70 na kolumbijskich bezdrożach Co czwarty Kolumbijczyk mieszka na wy- sokości polskich Rysów. Większość 18-mi- lionowej ludności tego kraju skupiła się wokół trzech pasm górskich: Kordyliery Wschodniej, Środkowej i Zachodniej, prze- cinających Kolumbię z północy na połu- dnie. Reszta terytorium republiki to pustko- wia, gdzie żyje niewiele ponad 2% jej oby- wateli. O Kolumbii mówi się, że jest najpiękniej- szym krajem Ameryki Południowej, że sta- nowi miniaturkę całego kontynentu: bo ży- cie Kolumbii toczy się na kilku równocze- śnie „piętrach". Najniższe z nich to tierra caliente — „gorąca ziemia". Klasyczny tro- pik — wilgotne i upalne tereny nadmorskie. Wyżej, od wysokości 1000 m, rozpoczyna się rejon klimatu umiarkowanego — tierra tem- plada. Potem dopiero przychodzi „piętro", które Kolumbijczycy nazywają tierra fria — „zimna ziemia" (od 2000 do ok. 3000 m). W tym „piętrowym" kraju bywają także „piętrowe miasta". Oto Manizales — stolica departamentu Caldas: jego centrum leży na wysokości 2153 m n.p.m., ale lotnisko poło- żone na jednym z przedmieść Manizales znajduje się — bagatelka — już tysiąc me- trów niżej. Rezultat: w obrębie tego samego miasta różnice w średnich rocznych tempe- raturach wynoszą 8 stopni. W Kolumbii podróżuje się bądź w górę, bądź w dół. Nigdy poziomo. Poza tym od- ległość między poszczególnymi miejsco- wościami najpraktyczniej podawać w tym kraju nie w kilometrach — byłoby to bez sensu — ale w godzinach, ze względu bo- wiem na ukształtowanie terenu przewidy- wany czas jazdy stanowi tu bardziej precy- zyjną „miarę odległości". Tutejsze drogi wznoszą się stromo w górę, aby za moment na łeb na szyję polecieć w dół Wąskie, z miejscem tylko na jeden wóz, składają się właściwie z samych zakrętów. Niejeden zakręt zatacza regularne koło równo 360 stopni. Najczęściej z jednej stro- ny ma się strome zbocze, z drugiej zaś ni- czym nie osłoniętą, głęboką przepaść. Gdy ktoś nadjeżdża z przeciwka, trzeba obo- wiązkowo przystanąć; wyminięcie się w biegu nie wchodzi w ogóle w rachubę. Z górą 80% kolumbijskich dróg to — prawdę powiedzieć — bezdroża: trochę le- piej ubita ziemia, z wierzchu posypana warstewką tłuczonego kamienia. [...] W wielu miejscach spadają na szosę krop- le wody, która spływa strużką po sąsiadują- cych zboczach. To nawet bywa wygodne: można przystanąć i wymyć wóz do czysta. Ale te z pozoru łagodne strużki przy więk- szych deszczach zamieniają się w praw- dziwe wodospady. Wówczas z górskich zboczy obsuwają się zwały [skał] tarasując przejazd często na wielometrowym odcinku. Stąd ciężki sprzęt drogowy — ogromne spy- chacze — to stali w tych stronach goście. Podróżując po kolumbijskich szosach człowiek co krok ociera się o jakąś trage- dię. Ich ślad znaczą maleńkie krzyże sytuo- wane na poboczach szos. Widuje się ich tu całe setki. W Ameryce Południowej trady- 143
cja nakazuje stawiać takie krzyże dokładnie w miejscu, gdzie wydarzyła się katastro- fa Na wysokogórskich trasach kolumbijski kierowca — podobnie jak lotnik — musi nieraz przebijać się przez zwały chmur. W podróży wręcz niezbędne są mu kwali- fikacje ekologa *, choćby po to, zęby mógł ustalić swą aktualną „pozycję". Jeżeli doj- rzy freilejones (kolumbijskie „szarotki", które wyrastają na długiej, często metrowej nóżce), wie, ze znalazł się na wysokości trzech tysięcy metrów, tylko tu bowiem one rosną. Jeśli ich miejsce zajmą drzewa igla- ste, znaczy to, że wysokość nieco spadła. Obecność plantacji kawy stanowi dla ko- lumbijskiego kierowcy niezbity dowód, że to już niewiele ponad 1000 metrów. Dopie- ro potem przyjdą banany, a wreszcie trzci- na cukrowa. Poziom morza coraz bliżej. Kolumbijskiemu kierowcy — bardziej niż licznik kilometrów — przydałby się w wo- zie wysokościomierz. O wiele precyzyjniej pozwoliłby ocenić przebyty dystans. [...] Pewnie zdziwi niektórych, jeśli powiem, że w Kolumbii na wysokogórskich szlakach bardzo często spotykałem polskie „Warsza. wy". Od razu muszę dodać, że pomimo wyjątkowo trudnych warunków terenowych nasze wozy spisują się tu znakomicie. • Uruchomienie w Kolumbii połączeń lotni, czych — w pewnym sensie — przełamało bariery komunikacyjne, które dotąd sku- tecznie rozdzielały ten „piętrowy kraj". Wielką rolę odegrała tu kolumbijska Avian- ca. Utworzona została w 1919 r., niespełna dwa miesiące po uruchomieniu holender- skich linii lotniczych KLM — pierwszego w historii przedsiębiorstwa komunikacji lot- niczej. Dziś Avianca przewozi rocznie 2 min pasażerów: da je jej to 7 miejsce na świecie. Poza obsługą ruchu pasażerskiego i dowoże- niem poczty Avianca rozwinęła cały szereg innych wyspecjalizowanych służb: np. lot- niczą służbę bankową. Zdzisław Marzec: Na ko- lumbijskich bezdrożach. ..Poznaj Świat", 1969, nr 12, s. 17—20. 71. STOLICA IMPERIUM ihlKOW — CUSCO W słonecznej dolinie leży Cusco [czytaj: kusko], dawna stolica wspaniałego państwa Inków. Podobno najstarsze bez przerwy za- mieszkałe miasto półkuli zachodniej. Co zo- stało z dawnej świetności? Strzępy murów, ziemia, ludzie. (...) Pozostały owe przedziwne, budzące zdu- mienie ściany. Ściany wygładzonych jak glazura porfirowych • i andezytowych • cio- sów. Bloków kamiennych składanych bez zaprawy murarskiej. Taki sam cud jak in- kowskie mistrzostwo w pokrywaniu naczyń i biżuterii złotem i srebrem tak równo, jak to obecnie możliwe jest tylko metodą elek- trolizy. Przybysze spacerują po Cusco i obmacują te mury z namaszczeniem, pozują do foto* grafii na ich tle, czytają odpowiednie roz działy w przewodnikach. Mury Inków -y jeden z cudów minionej kultury: jak pirami dy egipskie, świątynie greckie, akwedukty rzymskie. Kamienne dokumenty rozsypane w promieniu wielu kilometrów od Cusco- Oto forteca Sacsahuaman, potężna waro nia na wzgórzu obok stolicy. Wzniesiona 144
bez znajomości żelaza i wynalazku ko). Z bloków skalnych i głazów o wa ’• 200 toni Przeżyła trzęsienia ziemi, które pochłonęły niejedno hiszpańskie miasto Po dobną trwałość wykazały pobliski amfiteatr Kenkko i świątynia Tampumachay Kamie nie przetrwały wszystkie kataklizmy, nawet systematyczną akcję niszczenia przez kolei nych władców. [...] J Nikt nie zgłębił tajemnicy, na czym no legała sztuka wznoszenia murów cudownei gładkości. Mówią, że rośnie tu gdzieś cie- mnoczerwona roślina, której sok potrafi zmiękczyć najtwardszą skałę. Ale dlaczeoo nikt nie korzysta dzisiaj z niezwykłych właściwości tej rośliny? Poszedłem na bazar w Cusco; bazary są teraz ważnym punktem programu wszyst- kich wypraw turystycznych, wśród straga- nów i bud najłatwiej pochwycić proces co- fającego się na świecie folkloru. Na bazarze w Cusco można kupić i sprze- dać prawie wszystko, chyba nawet człowie- ka. Ale ludzie tutaj są tacy sami, żeby nie rzec — ci sami. Zachowali język, obyczaje, sposób ubierania, miłość do lamy, a po kry- jomu i wierzenia religijne. Ludność Peru to Centrum Cusco *0 — Nowy stary iwiat Jedna ze starych uliczek w Cusco — miasta położone- go w Andach na wysokości 3,5 tys. m n.p.m. w połowie Indianie czystej krwi, w trzy- dziestu procentach Metysi. Rasy zmieszały się w małym stopniu. Tu, w wysokich An- dach, istnieje nadal podział na rządzonych Indian i rządzących białych. [...] Smutek, nędza, brud wyzierają z każdego zakamarka Cusco. Gdyby nie słońce, gra kolorów, urok wąskich uliczek i ów nastrój podniecającej wyobraźnię tajemnicy byłoby to miejsce prawdziwie cmentarne [...]. W tym miejscu kuli ziemskiej widać jak na dłoni zakręt historii. Nie przedpotopo- wej, lecz tej stosunkowo świeżej. Patrzę, jak na skwerach, pod ścianami domów, na obrzeżach chodników siedzą kobiety i przę- dą. Wyglądają identycznie jak na starych rysunkach Inków. Poruszają wrzecionem, równocześnie rozmawiają, rozglądają się dokoła siebie, poprawiają chusty z dziećmi na plecach. Czynią to wszystko, jakby nie ustawały od pięciuset lat. Olgierd Budrewicz: Pozłaca- na dżungla. Warszawa 1967, Iskry, s. 267—281. 145
72. „ZŁOTA" MĄCZKA Wielkim bogactwem Peru są pełne ryb przybrzeżne wody Pacyfiku. Jest ich tam dużo i pływają tak wielkimi ławicami na niedużej głębokości, że dostrzec je można z daleka i obecnie samoloty wskazują ry- backim łodziom, gdzie są najlepsze łowiska. Mączka rybna, doskonała pasza dla zwierząt, płynie w świat z portu Callao uwierzyć, dopóki । nie ie o na ciemne -•zie- Nie mogłam w to uwierzyć, dopóki u „rzekonałam się sama. Widziałam na własn nczv z pokładu samolotu — 1 to lecąceg wysokości paru tysięcy metrów - , ławice ryb płynących w szmaragdowe lonej. jasnej wodzie Pacyfiku. Peru posiada blisko 2000 km oceanicznego wybrzeża, a szerokość wód terytorialnych ustalił rząd Peru - podobnie jak to uczy- nilv rządy pozostałych krajów południowe- no Pacyfiku: Chile, Kolumbii i Ekwadoru - na dwieście kilometrów. W tym pasie prze- pływa zimny prąd Humboldta , w którym na ogól znajdują się niezmierzone ławice ryb. Początkowo peruwiański przemysł rybny miał wszystkie cechy chałupnictwa. Łowio- no tyle, ile można było skonsumować na samym wybrzeżu. Pewnego jednak dnia — było to w roku 1955 — młody wówczas, dwudziestoośmioletni peruwiański byznes- man *, Luis Bancherro, przeczytał raport FAO* o zapotrzebowaniu na proteinę* w całym świecie i na ciągle za małą produk- cję mączki rybnej. Tego roku rozpoczął się w Peru rybny run. Peru dzięki energii paru młodych zapaleńców stało się w latach sześćdziesiątych naszego wieku świato- wym producentem mączki rybnej, która w roku 1965 stanowiła już ’/i całego peru- wiańskiego eksportu. Port Callao [czytaj: kalao], największy port Peru, leżący tuż przy stolicy, w związ- ku z gorączką złotej mączki od roku 1960 bije co roku rekordy ilości statków i prze- ładunków. To samo co najdziwniejsze przeżywa 60 innych małych portów Peru. (...) Wszystko zdziałała ,,złota mączka", cuch- nąca na mile odorem suszonych i mielonych ryb, których niezmierzone ławice od stule- ci — jak świadczą zapisy podróżników — lubią przepływać niedaleko wybrzeży Peru. Jolanta Klimowicz: Indiań- ska okaryna. Reportaże i krajów andyjskich Warsza- wa 1967, Lud. Spółdz. Wyd., s. 133—134. 73. TĘDY PRZESZŁA ŚMIERĆ trzęsienie ziemi [•••] Dziennikarz pewnej codziennej gazety przeglądał stos depesz, w pamiętny wieczór 22 maja 1960 roku. Na biurku odezwał się telefon. Mówi Obserwatorium Sejsmologiczne PANI — usłyszał w słuchawce kobiecy głos. — Ja w sprawie wydarzenia... ...na Rzeszowszczyźnie? Na miejsce hu- raganu pojechał nasz reporter... Niel Chodzi o trzęsienie ziemi na dru- giej półkuli... Nie mamy wiadomości! Chcę właśnie podać pierwsze szcze- góły. - Wasza obsługa pracuje szybciej niż światowe agencje prasowe! Istotnie! Tylko 18 minut trwała droga 2 Chile przez wnętrze Ziemi tej alarmującej depeszy. O godzinie 19,15 dotarło do nas czoło fali sejsmicznej. Nasze instrumenty pozwoliły ustalić, że kataklizm miał miejsce w odległości około 13 500 km od Warszawy. Drobne wahania wykresu przeszły od pew- nego miejsca w ostre zygzaki. Na podstawie wychyleń linii sejsmogramu można stwier- dzić, że odpowiada on wyjątkowo silnym wstrząsom Ziemi. W ten właśnie sposób dotarła do War- szawy pierwsza wiadomość o niezwykle silnym trzęsieniu ziemi w Chile, które było już trzecią w tym roku klęską, po zagładzie Agadiru w Maroku i zniszczeniu miasta Lar w Iranie, spowodowaną przez ruchy tekto- niczne Ziemi. Doniesienia iskrowe o tragedii, która spotkała Chile, nie kazały długo na siebie czekać. Były one wprawdzie spóźnio- ne o cztery godziny do rozmowy, której fragment przytoczyłem, ale tyle czasu trwały próby nawiązania radiowej łączności Tak przebiegają fale wywołane przez trzęsienia ziemi. Liczby oznaczają czas, w którym fale sejsmiczne do- trą z ogniska trzęsienia do danego punktu (według Holmesa — zmodyfikowane) 147 146
do- 149 południe rozległy ojsz^ Rinihue zaczął się osuwać. 16 stolicy Chile — Santiago z miastem Con- cepcion (czytaj: konteption], które wskutek trzęsienia ziemi zostało odcięte od świata. [...] Pierwsze wstrząsy nastąpiły już w sobotę, tj. 21 maja o godzinie 6 rano w prowincji Concepcion i objęły szereg miejscowości. W samym mieście Concepcion zawaliło się kilkaset domów, grzebiąc pod gruzami wie- le ofiar. Wstrząsy w tym rejonie zapocząt- kowały ruchy tektoniczne Ziemi na rozleg- łym obszarze^ W niedzielę 22 maja podziem- ne wstrząsy o znacznie większym nasileniu, które zarejestrowało obserwatorium Sej- smologiczne PAN w Pałacu Kazimierzow- skim w Warszawie, wystąpiły znów kilka- krotnie i objęły całe wybrzeże chilijskie od Talcahuano (czytaj: talkauano) po wyspy Chiloe (czytaj: cziloe). (...) Na terenach nawiedzonych trzęsieniem ziemi rozlegały się raz po raz podziemne grzmoty, z których sejsmologowie wróżyli dalsze wstrząsy. Istotnie, powtórzyły się one także następnego dnia. W ciągu trzech pierwszych dni trwania kataklizmu, tj. 21 23 maja, Instytut Sejsmologiczny w sto- licy Wenezueli Caracas (czytaj: karakas] zarejestrował przeszło 20 wstrząsów. We- dług relacji sejsmologów tego obserwato- rium siła niektórych z nich dochodziła do 10 i 11 stopni dwunastostopniowej skali Mercalliego (czytaj: merkaliego), służącej do określania nasilenia trzęsień ziemi... 21 — WIELKIE FALE... f Rozmiary straszliwej katastrofy powię- kszyła olbrzymia fala wody o wvsokości przekraczającej 10 metrów [...). Wielkie fale oceaniczne, które w pierw- szym natarciu siały zniszczenie na chilijskim wybrzeżu, zaczęły rozchodzić się szerokim półksiężycem po Pacyfiku, jak na olbrzy- mim jeziorze. Biegły przez ocean z szyb- kością do 800 km/godz. W ciągu 16 godz. przebyły odległość blisko 13 tysięcy km i uderzyły o wybrzeża Wysp Hawajskich topiąc kilkadziesiąt osób. Najbardziej 148 nie nie w Kalifor. tknięte zostało jedno z największa u tych wysp — Hilo, którego znac^h uległa zniszczeniu. a Podczas dalszej wędrówki na r froncie fale osiągnęły Filipiny, oddal około 17 tysięcy km od wybrzeży Ch ^0 natarcie nieco osłabło. Choć fale ne miały już tylko 6 metrów wysokość?’^ chłonęły w odmętach blisko 200 osób 24 godzinach dotarły do wybrzeży ja Mimo iż miały już tylko 4-metrową 5 kość, dokonały znacznych spustoszeń [ Na pozostałych wybrzeżach Pacyfiku było wprawdzie ofiar w ludziach, ale obeszło się bez zniszczeń. Straty ~UUIU. nii obliczono na milion dolarów. W Meksy. ku zostały zalane nadbrzeżne wsie (...) Nj wschodnim wybrzeżu Australii gwałtowny przypływ zerwał z cum dziesiątki łodzi i małych stateczków. Fala oceaniczna zalała jeszcze szereg miejscowości w Nowej Ze- landii, Nowej Gwinei oraz na wyspach Po- linezji i Melanezji. Również radziecki Dale- ki Wschód odczuł napór fali, choć w znacz- nie mniejszym stopniu. Ludność zagrożo- nych miejscowości została w porę ewakuo- wana. Ucierpiały jedynie portowe urządze- nia. (WYBUCHY WULKANÓW] We wtorek 24 maja — w czwartym dni nieszczęść, które spadły na Chile PrzJ szła nowa klęska: wybuchy wu an W wyniku licznych trzęsień ziemi ozy system wulkaniczny południowych który był nieczynny już od 40 lat- ny wyrzuciły na wysokość kilku ki om^ olbrzymie chmury dymu, a z krater płynęła lawa [...]. d0. Tego dnia pod stopami mieszka # liny rzeki Rinihue w prowincji a otwarło się piekło. Oto co opowia a kinierzy, którym udało się szCZ^ uniknąć zagłady: — We wtorek w wzdłuż nagle pociemniało, a grunt pod nogami zro bił się gorący. Wśród podziemnego grzmotu zapadła się dolina. Wzdłuż rzeki powstała rozpadlina o długości 45 km i szerokości 5 km. Z tej ogromnej czeluści, ziejącej ogniem, zaczął unosić się na wysokość 7 km dym oraz popiół i wylatywały w górę ka- mienie. Okoliczne drzewa spopielały w cią- gu kilku minut. q Z jeziora Rinihue wynurzyły się dwa ma- łe wulkany, a wokół zaczęła zapadać się zie- ‘ mia, pochłaniając drzewa i drogi. Uniesiona w górę woda jeziora wlała się do rzeki San Pedro, która uprzednio została zatarasowa- na w jednym miejscu przez lawinę osuwa- jącej się ziemi. Powstało niebezpieczeństwo powodzi. (...) Nie mniej ciężkie chwile jak mieszkańcy lądu przeżywali rybacy 25 wysp wchodzą- cych w skład archipelagu Chiloe [czytaj: cziloej. Już podczas pierwszych silnych wstrząsów zniknęło pod a wyłoniły się nowe. - wodą kilka wysp, ISKUTKI KATAKLIZMU] Raz poruszona ziemia wracała do statycznego sienią ziemi o różnym nasileniu powtarza ły się jeszcze przez jakiś czas i w dalszym ciągu trwała wzmożona działalność owyc pięciu wulkanów, z których dziesięciu kra terów wydobywała się bez przerwy la\*a. Wzdłuż chlijskiego wybrzeża między Valdivia i Chiloe kontynent obniżył się o około 3 metry. Zmiany w poziomie zauwa żono też na wyspach. Urządzenia nad rzez ne w mniejszych portach znalazły się P° wodą. Sześć rzek, które przepływ aly w ° licach miasta Valdivia, zmieniło swój ie9 Samo miasto, położone nad rzeką, sta ° się nagle naturalnym portem morskim, o rego docierały przypływy oceaniczne, mógł obecnie przyjmować wprost z mo statki o wyporności do 5 tysięcy ton. wolno jednak po- stami. Nowe trzę- Po trzęsieniu ziemi w Chile Dopiero po upływie pewnego okresu cza- su można było podjąć pierwszą bardzo po- bieżną próbę podsumowania skutków tego straszliwego kataklizmu. Katastrofalne trzę- sienie ziemi objęło 14 prowincji Chile, które zamieszkiwało 2 800 000 ludności. W mia- stach i wsiach uległo zniszczeniu 350 460 bu- dynków. Najbardziej ucierpiała prowincja Concepcion, gdzie runęło w miastach 57 448 obiektów, a we wsiach 16 931 domów Ustalenie liczby ofiar było poważnie utrud- nione, bowiem wiele osób pochłonął ocean. Nie sposób było stwierdzić, ile ludzi zginęło na wyspach znajdujących się w pobliżu po- łudniowych brzegów Chile. [...] W samym tylko mieście Valdivia zginęło ponad 8 tysięcy osób. Przeszło 2 miliony lu- dzi zostało pozbawionych dachu nad głową. Geolodzy i sejsmolodzy wysunęli pogląd, że w ciągu najbliższych miesięcy po ka- tastrofie nie powinno w ogóle się podejmo- wać żadnych robót budowlanych na po- łudniu kraju. (...) Jerzy Gilewski: Ziemia ostrzega. Warszawa 1962. PZWS, s. 5—14.
mołocie Byli to służbowych podróży do Santiago. Młody, trzydziestoletni pilot prowadzą nasz samolot powiedział mi, ze już od 10iat obsługuje dzień w dzień „linię miedzi" i nie potrzebuje ani radaru, ani radia, bo jedno, i drugie „ma w oku' . wszyscy pracownicy kopalń, wracający - a ~ znali się między sobą Pogoda w tych okolicach jest zawsze ta. ka sama, krajobraz się nie zmienia. Wszy$t kie rzeki, które kiedyś nawet i były w tych stronach,, powysychały na skutek suszy panującej od 20 lat. Trafiłby i p0 omacku, gdyby zaszła potrzeba [...]. Ostatnim przystankiem przed Antofa- gastą — celem naszej podróży była słynna Calama [czytaj: kalama], największa kopal- nia miedzi na świecie. Z góry wyglądała przedziwnie: na pierwszy plan wysuwał się masyw kopalni o kształcie idealnego amfi- teatru lecz niezmiernie wielkiego, bo o śred nicy 15 km! Z jednej strony dymiły kominy elektrow- ni, a na drugim planie, jakby ulepione i plasteliny, przywierały do burego podłoża domki robotniczego osiedla. Wreszcie, nie- co dalej, nad niewielką strugą, w oazie zie- leni wyglądającej jak zakątek raju, rozcią- gało się miasto. Z objaśnień pilota wiedziałem, że struga, nad którą nieliczni Japończycy usiłują ho- dować warzywa, posiada słoną wodę- 74 KRÓLESTWO MIEDZI, SALETRY, SIARKI I JODYNY LOT DO ANTOFAGASTY Do północnego Chile, do najsłynniejszego zagłębia miedzi na pustyni Atacama, do- tarliśmy samolotem linii o nazwie dźwięcz- nie brzmiącej i wszystko wyjaśniającej: Linea Aerea del Cobre [czytaj: kobrej, Ladeco [czytaj: ladeko] — Linia Lotnicza Miedzi. [...] Linia Ladeco nie miała poza nami pasaże- rów w pełnym rozumieniu tego słowa. W sa- POCIĄGIEM-PRZEZ PUSTYNIĘ ATACAMA Międzynarodowy pociąg kursujący z le do Boliwii niemal już od stulecia n» dzenie przemierza pustynię Atacam taj: atakama) i Kordyliery. kilonietro- Na całej długości ponad U róVęnyin wej trasy jedzie się po idealnie w płaskowyżu, wznoszącym się stop oJDlJ sposób niemal niezauważalny, zna ^y morza na wysokość ponad czterec metrów. Tylko szybko wzrastająca^.^ n3 niej opadająca temperatura in* zmiany, jeśli nie liczyć na każdej 150
Kopalnia miedzi w pobliżu Chuquicamata formacyjnych tablic, podających, obok nazwy miejscowości, wysokość nad pozio- mem morza. I tak już w dwie godziny po wyruszeniu z Anloiagasty, o godzinie 11,25, stanęliśmy na stosunkowo dużej stacji o nazwie Baqua- dano, leżącej na wysokości 1343 m n.p.m. Czas pracował na nas. Krajobraz nie zmieniał się ani na chwilę i nie różnił się niczym od tego, w który wje- chaliśmy w 10 minut po opuszczeniu wy- brzeża Pacyfiku. Naokoło otaczały nas łyse, suche góry, na których nie widać było śladu życia. (...) tylko robiło się coraz goręcej, a mnie coraz bardziej bolał nos. Chciało mi się w nim po prostu dłubać. W miarę wznosze- nia się w górę, nos juz nie tylko swędział, ale bolał i nawet krwawił. (...) Na mijanych stacjach ludzie wsiadali i wysiadali, zmieniali miejsca i bagaże, któ- re zawierały wszystko, czym żyje tutejszy człowiek, a co musi przywozić z urodzaj- nych dolin. Widziałam pozawijane w grube worki naręcza kwiatów, jarzyny, drób, a na- wet wiercące się i kwiczące, pstrokate i czarne prosiaki. Bo też okolice, które mi- jaliśmy, były wyjałowione ze wszystkiego. Jedyna wegetacja, jaką udało mi się zauwa- żyć, to rosochate drzewa rosnące zazwyczaj pojedynczo nad wilgotnymi miejscami oto- czonymi szarymi obwódkami. Kałuże te to saliny, jedyne, źródła wilgoci na tej piasz- czyslo-kamiennej pustyni. Na jakiejś stacji gałąź jaskrawozielonego drzewa zawisła nad moim oknem. Urwałam jeden listek i roztarłam go w palcach. Po- czułam ostry, orzeźwiający zapach: był to pieprzowiec, to jedyne drzewo, któremu wystarcza wilgotność z miejscowych salin. Pociąg nasz na pewno nie pretendował do miana ekspresu, niemniej niezmordowanie posuwał się naprzód i już po siedmiu go- dzinach drogi osiągnął wysokość ponad tysiące metrów. Teraz dla temperatura zaczęła spadać i w było coraz chłodniej... Przez okno odmiany wagonie zobaczy- łam sylwetki wulkanów czarne i groźne na tle jeszcze niebieskiego nieba Na horyzoncie, już w zorzy zachodu, ry- sowały się majestatycznie ostre, pokryte wiecznym śniegiem szczyty Wysokich An- dów. (...) Naokoło w zapadającym mroku wy- rastały wulkany jeden po drugim! Nie wyobrażałem sobie, ze można ich oglądać kilka, a nawet kilkanaście naraz. Wszystkie miały charakterystyczną, stożko- wą budowę. Jeden z nich nieco dymił. Naj- bliższe, obok których przechodziła tuż, tuż lima kolejowa, były buroczarne od pokry- wającej je lawy. Te, które rysowały się na horyzoncie, pokrywał śnieg. Po chwili wjechaliśmy w królestwo złóż saletry, siarki, jodyny. Wśród wysokich gór, 151 i
od Indianie boliwijscy od granic południowego Peru po Atacamę, na pograniczu chilijsko-boliwskim, znajdu- je się w tym rejonie 41 kopalń siarki. Nie- które z nich położone są na wysokości 5 tysięcy metrów n.p.m Kopalnie, oddalone o setki kilometrów od ośrodków przemysło- wych, wysyłają swoją siarkę i saletrę w świat jedyną istniejącą tu linią kolejową, zbudowaną przede wszystkim na ich uży- tek, tą właśnie, którą jechaliśmy. Produkcja saletry w tym okręgu wynosi półtora miliona ton rocznie, z czego lwia część przeznaczona jest na eksport. Nato- miast większość wydobywanej siarki zuży- wa przemysł chilijski. Produktem ubocznym jest jodyna, której tu — po Japonii — naj- więcej w świecie. księżycowy krajobraz Mijały godziny, dziesiątki godzin chwili opuszczenia dziewiętnastowier stacji w Antofagasta. W czasie przeraźliwie zimnej nocy przekroczyliśmy granicę boli- wijską. Z rana obudziłam się z piekielnym wprost bólem głowy. Staliśmy na jakiejś stacji. Umieszczona przy jej nazwie tablicz- ka informowała, że przekroczyliśmy już 4 tysiące metrów wysokości. Dalsze cyfry i litery rozpływały się w błękitnawym po- wietrzu, którego czułam wyraźny niedosyt. A więc wjechaliśmy na dach świata. Z okien naszego pociągu oglądałam mija- ne osiedla indiańskie. W tym rejonie An- dów stale wieją niesamowite wiatry, a w nocy temperatura niezmiennie spada poni- żej zera. Szałasy indiańskich wiosek, ule- pione z mieszaniny gliny z jakimiś trawami, nie mają pieców. Nie mają również otwo- rów okiennych. Budowane z jednym otwo- rem wejściowym, zioną taką samą pustką wewnątrz, jaka otacza je na zewnątrz. Indianie mieszkający na boliwijskim pła- skowyżu rodzą się, żyją i umierają w warun- kach najbardziej prymitywnych, jakie tylko można sobie wyobrazić. Odcięci całkowicie od cywilizacji stykają się z nią tylko na tra- sie linii kolejowej. [...] Okolice te stanowią raj dla pasących się na nich zwierząt o długich szyjach i egzo- tycznie brzmiących nazwach: lama, wikunia, alpaka... Jolanta Klimowicz: India ska okaryna. ReP°!!.°ia. krajów andyjskich. Wa wa 1967. Lud. Społdz. wyo-
75. PUNA • Następnego dnia wczesnym rankiem ładu- jemy się do kanciastego terenowego łazi- ka o wysoko zawieszonych kołach, oznaczo- nego wielkim kolorowym globusem i napi- sem ..Dar ONZ". Wewnątrz samochodu: kie- rowca, Carlo [czytaj: karlo] i Felix, nauczy- ciel szkoły zawodowej zajmujący się we wsiach górskich werbunkiem młodych ludzi na kursy rzemieślnicze, a poza tym stulitro- wa beczka z wodą i sterta różnych dziw- nych bagaży, koców i pudeł. [..,] Szosa wznosi się gwałtownie do góry. Po- skręcana nad jakimiś dziwnymi kanionami, w których nie ma nawet śladu wody, mozol- nie kluczy wśród stert kamieni, przecina łaty szarego piasku, trawersuje coraz ostrzejsze pagórki. Po kilkunastu kilome- trach zapomina się, że wogóle gdzieś jeszcze istnieje roślinność, trawa, przynajmniej po- rosty .. Pył wciska się szparami do samocho- du, dławi w gardle, upodabnia wszystko do tej pustyni dookoła. Kiedy się nad tym za- stanowić, wydaje się to niemożliwe, a jed- nak. takie jak dzisiaj, słoneczne dni trwają tu od wielu lat bez przerwy, nigdy nie ma chmur, deszczu, burzy, nawet silniejszy wiatr rzadko się zdarza... Szosa zamieniła się już właściwie w jed- nośladowy trakt, na którym samochód z tru- dem się mieści, a stoki pagórków stały się kamienistymi przepaściami. Od czasu spot- kania unieruchomionej ciężarówki — żad- nego śladu ludzkiego życia. A właściwie nie, fo nieścisłe: są ślady ludzkiej śmierci. Co Parę kilometrów na skraju przepaści mały kopczyk z kamieni, za nim krzyż, czasem nieudolny napis, jakieś ozdoby — miejsca katastrof samochodowych. Przy jednym z takich kopczyków przy- . stajemy — tu zginął przyjaciel naszego kie- rowcy. Wiózł zaopatrzenie do wsi położo- nych w Kordylierach i poleciał z tym swo- jrn wozem z pół kilometra w dół: kupa po- wykręcanego żelastwa jeszcze tam leży, kto by to wyciągał, po co... Nie on jeden zresz- tą przekoziołkował z Diabelskiego Stoku w niewyjaśnionych okolicznościach. Przed- siębiorstwo transportowe wydało nawet specjalną instrukcję nakazującą kierowcom przerywać natychmiast jazdę, jeśli tylko po- czują senność — ale niewiele to wszystko pomaga. Puna — powiadają krótko wzrusza- jąc ramionami. Usłyszę to słowo jeszcze wielokrotnie: oznacza przecież i wysokogórski region Andów i wpływ klimatu, wysokości na czło- wieka. Ten kierowca, którego wóz leży teraz u naszych nóg w przepaści, zjechał z wy- sokości co najmniej 3500 metrów na te 1300 nad poziomem morza, jakie mamy tutaj: zmiany ciśnienia zatykały mu w uszach, słońce prażyło, od wielogodzinnego kręce- nia kierownicą na niekończących się zakrę- tach zdrętwiały plecy... No cóż, to właści- wie wystarczy. Aha, no i jeszcze espejismo, tutejsza fata morgana, owe połyskujące na horyzoncie jeziora, coś jakby zabagniona trawa pojawiająca się niespodziewanie na piaszczystej powierzchni pustyni. Stoimy więc tak nad tym Diabelskim Sto- kiem, po trochu żeby milcząco oddać hołd zabitemu, a po trochu i ze względów higie- nicznych: dobrze jest wytchnąć po tej jeż- dzie, a przy tym jeszcze raz przypomnieć sobie nawzajem o koniecznej ostrożności. My, ludzie z nizin, powoli się tu musimy aklimatyzować — podobnie jak i ci wycho- wani w Andach muszą to robić schodząc do miast. — Z nimi zresztą jest o wiele trudniej — powiada Carlo. — Wieki przebywania w warunkach wysokogórskich wytworzyły w nich odrębne cechy biologiczne: ludność żyjąca w aJtiplano (to jest na płaskowyżu przekraczającym 4000 metrów nad pozio- mem morza) ma nawet czerwonych ciałek we krwi o 50% więcej niż my. To są ple- miona pasterskie utrzymujące się głównie z lam i alpaków, z wełny sprzedawanej do miast. Żeby ich wprowadzić w krąg współ- 153
Prymitywna orka w Peru czesności, trzeba by było przesiedlić tysiące ludzi, a to znaczy narazić na różnorodne cho- roby, na które okazują się zadziwiająco nie- odporni: z określonymi typami bakterii ich organizm styka się po prostu pierwszy raz, nie wytwarza jeszcze antyciał. No więc co dla nich robić, trzymać ich siłą w okolicach, gdzie nawet krowa nie może wyżyć? Znowu towarzyszy nam obłok kurzu. Zjeż- dżamy nieco w dół, ku polom wulkanicznej lawy, wypełniającej dolinę, wymarłą jak krater księżycowy. „To dolina rzeki — po- wiadają moi współtowarzysze — ale deszcz me spad! tu ani razu od 10 lat, więc i wszyst- ko wyschło", Ale przyroda jest uparta bar- dziej niż ludzie: kiedy zaczynamy znowu nabierać wysokości, pojawiają się pierwsze kaktusy, samotne i wyprostowane ku niebu jak słupy telegraficzne. W miarę wznosze- nia się serpentynami w górę przybywa w krajobrazie tych jedynych towarzyszy wędrowca: są coraz większe, a na tych schylonych ku ziemi, starych, drapie się ku górze ich pasożytnicze potomstwo, brutal- nie wysysając resztki życia z poprzednich. Żadnej zresztą korzyści z tych jedynych tu- taj roślin — choć wydawałoby się, że czło- wiek ze wszystkich żywych organizmów coś dla siebie potrafi wydobyć: tyle, że Indianin wędrujący tędy ku miastu na mu- łach — a podróż taka trwać musi parę dni__ i nocujący tutaj w rozpadlinach skalnych wśród dotkliwego zimna, rozpala czasem spróchniały, wyschnięty pień kaktusa. Sucha Rzeka, Suchy Most... Nazwy rńu,„ ii-i . y r°wnie monotonne jak krajobraz, mimo całej , , . . CJ jego fascynującej niezwykłości. Szansę żyCja a więc wody, niesie ze sobą tylko wysokość Ale oto jesteśmy już na dwu tysiącach met. rów, już się zbliżamy do trzech, a ścieżynka którą przebija się nasz łazik, obrasta sto- I pniowo w jakieś porosty i krzewy... | W pół godziny potem jak spod ziemi wy. łania się zatopiona wśród eukaliptusowych i drzew wioska. [...] I Mieszkańcy tych okolic często nawet nie wiedzą, czy są Chilijczykami, Boliwijczyka- । mi czy Peruwiańczykami. Wiedzą tylko, ze są stąd, z tych gór, że mówią językiem ajmara rozumianym w tym regionie nieza- leżnie od granicy państwowej, starym ję- zykiem plemienia, którego wielką historię znają lepiej właśnie tam, w miastach, mz tutaj, wśród potomków owego ludu Kim więc są? Nieważne, przynajmniej dla nich. Oto za potokiem zbocze drugiej góry, o ostrym spadzie, posiekane w poprzeczne paski dziesiątkami tarasów piętrzących się ku chmurom na kilometr, może więcej. Bli- żej doliny owe paski są zielone, bujne, za- 1 słane uprawami, ku górze szaro kamieniste Stamtąd „woda odeszła" — czyli przez długi szereg lat nie padały deszcze. Nikt nie kwa pił się nawet wyjaśniać tak dziwnego zja wiska: ot, po prostu nie było wody, od pew nego roku zniknęła, trzeba było rezygn0 wać z upraw. Oczywistość. Dopiero teraz zaczynają się tu cuda: zanosi się na to. niedługo ruszy system irygacyjny 1 21 niemu zwiększy się o połowę obszar upr — Ile macie ziemi uprawnej? Sołtys myśli chwilę: — Osiem, nie, dziesięć hektarów... — Ależ ja nie pytam, jakie pan ma 0°^, darstwo, tylko ile ma w sumie cała — Właśnie tyle — patrzy na mnie zdziwieniem. — Przecież to nieduża osada... tvrn w Rzeczywiście: jeśli przyjrzeć się r lonym skrawkom uważniej, to d°P’c^°c20. dać, jak tego mało, jak one giną PrZY się W"1 Z’e' - tfl* giną przytł°cZ 154
76. ASENTAMIENTO • Harzem. Od Las niego dowiaduję się, H Zdzisław Marzec: W cieniu Andów. Warszawa 1970, Książka 1 Wiedza, s. 289-- 291. ne kamiennymi zboczami, piargiem przesy- panym gliną, nacierającym ze wszystkich stron na tę niewielką oazę. To tylko dlatego, że przyjechaliśmy wprost z pustyni, w ogóle zauważyliśmy te grządki — tak, grządki, to najlepsze słowo — kukurydzy, lucerny. A więc dobrze: jeden hektar owej górskiej ziemi wyżywić musi 30 ludzi, warto tę licz- bę zapamiętać, odświeżać w pamięci wtedy, gdy znowu słyszeć się będzie o postępie, ja- kiego się we wsiach andyjskich dokonuje, o dobrobycie, który lak nagle tu wtargnął. Punktem startu jest bowiem głód. Po prostu głód. [...] W pewnym momencie wyrasta przy dro- dze sporych rozmiarów tablica: Asenta- miento Campesino [czytaj: kampesinoj ,,Las Mercedes". Wędrując po Chile, takich przy- drożnych tablic spotyka się ostatnio coraz więcej. Jestem na terenie departamentu Ta- lagante w rejonie objętym reformą rolną. Będę miał okazję przyjrzeć się z bliska pra- cy chilijskich asentamientos. Zatrzymujemy samochód. Zewsząd ota- czają nas teraz winnice; w perspektywie — Majestatyczny zarys Andów. Idziemy w stronę dawnej obszarniczej rezydencji. To typowy dla tych stron dworek, gęsto opleciony winną latoroślą, ze starohiszpań- skim patio * pośrodku. W dawnym dworku Mieszczą się obecnie biura zarządu asenta- Miento. [...] W biurze zarządu poznaję przewodniczą- cego asenlamienlo. Nazywa się Raul Figu- reca; przez całe lata był fornalem, ukończył tylko dwie klasy szkoły podstawowej, ale 'v oparciu o dotychczasowe wyniki, które P°d jego kierownictwem osiągnęło asenta- Miento, wydaje się być znakomitym gospo- że „Las ario uważa za swój obowiązek przedsta- wić podejmowane kroki w jak najlepszym świetle, udowodnić szlachetność i wszech- stronność przedsięwzięć. A więc: rzecz od- bywa się pod patronatem ONZ, która to organizacja, korzystając z funduszów głów- nie Międzynarodowej Organizacji Pracy, przed paru łaty opracowała tzw. „plan an- dyjski , mający za zadanie najpierw zbadać potrzeby i wyszukać środki zaradcze, a w efekcie zlikwidować zacofanie cywilizacyj- ne tego regionu świata. Tadeusz Robak: Peryierie Świata. Katowice 1971, Wyd. Śląsk, s. 259—274. Mercedes" liczy z górą tysiąc hektarów. Do niedawna większość tej ziemi leżała odło- giem Obszarnik, Epifario Iracheta, nie przej- mował się zbytnio majątkiem: znacznie większy dochód przynosiła mu wielka hur- townia win w Santiago. Do „Las Mercedes" zaglądał nie częściej, jak raz do roku. Kiedy odwiedziłem „Las Mercedes", asen- tamiento pracowało już 14 miesięcy. Na dawnych ugorach rosło zboże. Pod jego uprawę wydzielono 57 ha; kukurydza zaj- mowała 80 ha, zaś arbuzy, melony, no i przede wszystkim bujnie rozwijające się plantacje winnej latorośli — ponad 300 ha. [...] Nastawienie produkcji na uprawę winnej latorośli nie czyni z „Las Mercedes przy- kładu odosobnionego. W Chile na zmelioro- wanych gruntach winnice zajmują już co dziesiąty hektar, a roczna produkcja wina sięga 400 min litrów: trzecia część tego wę- druje na eksport. 155
stokach r 77. POŁUDNIE CHILE PEŁNE DESZCZU W Chile od prawie półwiecza bardzo się rozwinęło cywilne lotnictwo, właśnie ze względu na kształt tego kraju. Chile to wą- ziutki pas — szerokości od 15 do 350 kin i 4300 km długości. Przy takich odległoś- ciach, żeby dostać się z Puerto Montt stat- kiem do celu mej wędrówki — nad Cieśni- nę Magellana — potrzebowałabym co naj- mniej czterech dni, podczas gdy samolot śmi- 156 Na zachodnich slok Andów zatrzyj opady znad Pacyflku p stronie argentyńskiej nuje przez cały rok $(i chy stepowy klimat głowy pokonuje tę odległość w 4 godzin a odrzutowiec w 90 minut. . Aby dolecieć do skraju chilijskiej zie^ w podantarktyczny region Cieśniny gellana, trzeba przeskoczyć Andy na ar9e tyńską stronę. Podróżowanie samoto e nad chilijskim Południem jest zbyt ni® pieczne z powodu niemal stale złych war^.je ków atmosferycznych. Tak więc rząd
musiał zawrzeć międzypaństwową umowę lotniczą i otrzymać zgodę Argentyny na lą- dowanie w razie potrzeby chilijskich samo- lotów w każdym porcie lotniczym Patagonii. W tej części chilijskiej wstążki deszcze padają niemal cały rok — w ciągu 32 dni występują burze, w ciągu 93 porywiste wia- try z deszczem, a tylko w ciągu 51 dni w ro- ku poprzez kożuch chmur prześwieca blade, antarktyczne słońce. A po argentyńskiej stronie Andów przez prawie cały rok jest sucha stepowa pogoda. Chilijskie samoloty po skoku przez Andy kierują się na południe i przelatują nad monotonną argentyńską Patagonią. Z wy- żyn podniebnego szlaku widać w dole po- lodowcowe jeziorka, odbijające lazurowo- niebieskie, nieskażone ani jedną chmurą niebo. Aż dziw, że może być tak wielka róż- nica klimatyczna między dwoma równoleg- łymi pasami ziemi, przegrodzonymi „tyl- ko" — sięgającym tutaj wysokości sześciu tysięcy metrów — pasmem Andów. nafta oświetla dziś ZIEMIĘ OGNISTA Dzisiaj krajobraz Ziemi Magellana, na- zwanej imieniem pierwszego człowieka, któ- ry opłynął glob ziemski dookoła, oczywiś- cie nie zmienił się. Jedynie zamiast indiań- skich ognisk płoną tu nocami wzdłuż brze- gów widoczne z daleka szyby naftowej ra- finerii. Bo dzisiaj Ognista Ziemia to króle- stwo Państwowego Monopolu Chile — ENAP (Empresa Nacional Petroleira de Chile). Dawnych władców tego regionu Mapu- ches zwanych z hiszpańska Araukanami nie ma tutaj dzisiaj zupełnie. Ostatnie pamiątki po nich przechowywane są w skromnym muzeum ojców salezjanów, wokół którego szumią indiańskie święte drzewa, czarne na tle szarego nieba araukarie. Jolanta Klimowicz: Indiań- ska okaryna. Reportaże z krajów andyjskich. Warsza- wa 1967, Lud. Spóldz. Wyd., s. 12—13, 15—16. 78. O IGNACYM DOMEYCE • Trzeciego czerwca 1838 roku dotarł Igna- cy Domeyko do celu swej czteromiesięcznej podróży — do Coguimbo [czytaj: kokimbo) (w Chile). (...) Po pobieżnym rozejrzeniu się w stosun- kach tego kraju Domeyko zorientował się, żo nie ma tu wyższego szkolnictwa, nie ma żadnych instytucji naukowych, że zupełnie nie wyzyskane są i nie zbadane bogactwa naturalne tego kraju. Niejednemu w jego sytuacji „ręce by opadły" i myślałby prze- de wszystkim o tym, aby jak najprędzej stąd uciec. Domeyko nie zraża się tym nieweso- łym stanem rzeczy, bez wahania zakasuje rękawy i z ogromnym zapałem i żelazną energią zabiera się do roboty. kilku miesiącach może już donieść Mickiewiczowi o pierwszych wynikach swo- ich wysiłków: Już dom postawiony i za ty- godni cztery spodziewam się mieć labora- torium ukończone. Rozpocząłem kurs fizyki, mam dwudziestu z górą uczniów, a wszyscy bardzo pilnie słuchają i lada doświadczenie tak ich bawi, że się nie posiadają z radości... Największa trudność z językiem prawie przezwyciężona... Tak po prostu, bez wielkich słów rozpo- częła się półwiekowa działalność Domeyki w tym kraju. W ciągu tego czasu dokonał ogromnego dzieła. Zorganizował naukę i system nauczania, oparty na wzorach wi- leńskich. Był nauczycielem pierwszych po- koleń inteligencji chilijskiej oraz stworzył naukowe podstawy ekspolatacji bpgactw naturalnych tego kraju. Zajęcia organizacyjne i pedagogiczne nie 157
płaszczu, zwanym tutaj Araukanów z ich o “'iry (słone iez,Ora) Główne pasma Kordylierów w Chile odsunęły go od prac naukowo-badawczych. Od pierwszych dni swego pobytu w Chile pracuje bardzo intensywnie nad poznaniem tego kraju. Co roku w ciągu kilku miesięcy wakacyjnych profesor z Coquimbo prze- dzierzgał się w podróżnika. W stroju chilij- skim, w dużym słomkowym kapeluszu, w białym, czerwonymi nitkami przetykanym “* poncho [czytaj: 158 panczo], tach, no kiem geologicznym w kieszeni z kolczastymi ostrogarni iście z n>eodstępnvni —i wędruje n zmordowanie po drogach i bezdrożach t rozległego kraju. Towarzyszy mu w tych naukowych wędrówkach India j mający pod swoją opieką objuczoną mul? i zapasowe konie. Rozległa Kordyliera Nadbrzeżna i o wiek wyższe rozleglejsze pasma Kordyliery za. chodniej. czyli właściwych Andów, były di4 geologa terenem zupełnie niemal dziewi- czym. W licznych podróżach naukowych w różnych kierunkach przemierza Domeyko te dzikie i niedostępne góry, przecina mart- we kamieniste pustynie, z narażeniem ży- cia bada wulkany. W ciągu tych lat swoich niestrudzonych badań sześć razy przekracza w różnych miejscach Andy. [...] Plon naukowy tych podróży był obfity. Przyniosły one mapę geologiczną Chile, odkrycie i zbadanie wielu bogactw: pokła- dów różnych gatunków węgla kamiennego, żył złota, a także odkrycie nie znanego wów- czas minerału nazwanego następnie na cześć wielkiego uczonego „domejkitem" Odkrycia te zyskały7 mu sławę światową, a wdzięczni Chilijczycy pisali „Domeyko pierwszy wskazał nam nasze skarby i ko- rzystać z nich nauczył”... Już w pierwszym roku po przybyciu do Chile urządza Domeyko większą wycieczką naukową w Kordylierę, a w następny®- 18-40 roku, zwiedza północne obszary, w du żej części pustynne i słabo zaludnione, P0’ łożone w prowincji Copiapo [czytaj: kop® Po]- [...] A Wrażeniami z wycieczki na pustynię cama śpieszy Domeyko, jak zawsze, pod21^* lić się z Mickiewiczem: Nie łatwo ci co to jest pustynia amerykańska. &ar się ona różni od pustyń afrykańskich i aZi tyckich. Tu widać same góry, skały< Par0.u. suche, czarne i gdzieniegdzie krzew zesC & jakby wysmolony od niedawnego Poia Nie ujrzysz żadnych ptasząt ni cnotyi^'^ owadów, niekiedy tylko czarne sępy 0?a i ledwo, ledwo dyszące od żeru one z dalekich gór, znęcone węchem' dn zdechłych w podróży zwierząt j nied' popasają. Czasem w górze między kolczo stymi kaktusami i aloesem dojrzysz vvv„,0' s!ą szyję guanaka. nieporuszoną jakby ska mienialą. tegoż koloru co skala. Poważne to zwierzę, ciche, piękne, zdaje się dziwić ludziom. Jest to wielbłąd tutejszej pustyni podobny do niego z wyglądu.. 7 ' Mijały lata. Polski uczony coraz mocniej wrasta w życie swojej przybranej ojczyzny. W rozlicznych wędrówkach odczytuje z układu warstw skalnych burzliwe dzieje lądu wydżwigniętego potężnymi wstrząsami podziemnymi. Ale największym przeżyciem było poznanie historii lego kraju. Nigdzie w całej Ameryce Południowej rdzenna ludność nie stawiała najeźdźcom tak bohaterskiego i długotrwałego oporu jak na ziemi chilijskiej. Kiedy Hiszpanie po pod boju zachodnich połaci kraju przekroczyli w roku 1535 Kordylierę, natknęli się na bit- nych i nieustraszonych wojowników, którzy pierwsi w Ameryce stawili im skuteczny opór. Uzbrojeni tylko w dzidy i maczugi, nieustraszenie wytrzymywali ataki muszkie terów oraz nie znanej im konnicy i w wie u bitwach zadali najeźdźcom ciężkie straty. Ludem, który tak bohatersko bronił swej ziemi, byli Araukanie, spokojny, trudniący się rolnictwem i hodowlą zwierząt szczep indiański. [...1 Przejęty gorącym współczuciem dla tego ludu, poruszony do głębi krzywdami, ja kich stale doznawali Araukanie od w a postanowił stanąć w obronie ich praw i za alarmować światową opinię publiczną. Niewiele, niestety, pomogły te i memoriały polskiego uczonego. Kil a potem rząd chilijski realizuje swoje zamy Y kolonizatorskie. Bezwzględny napór o o nizatorów w krótkim już czasie wyp’e _______________i siedzib. Nie mieli juz sił Ignacy Domeyko (1802—1889) do prowadzenia dalszych wojen. Podupadli i rozproszeni utrzymują się dziś z uprawy ziemi i hodowli zwierząt gospodarskich. Obecnie w obronie ich praw występuje partia komunistyczna i postępowa inteli- gencja chilijska. Partia komunistyczna wal- czy o prawa Araukanów — żąda dla nich równouprawnienia. Wszyscy patrioci chi- lijscy pragnący rozwoju i podniesienia wła- snej kultury chcą ten rozwój oprzeć na wiel- kich tradycjach swego narodu, i to nie tyl- ko na tradycjach hiszpańskich, ale także na resztkach kultury przedkolumbijskiej, prze- chowywanej w Chile przez Araukanów — tych samych, w których obronie stanął przed laty Ignacy Domeyko. Jadwiga Chudzikowska, Jan Jaster: Ludzie wielkiej przy’ gody. Warszawa 1957, Wie- dza Powszechna, s. 210, 212, 216, 217. 159
79 PUSZCZA NAD AMAZONKĄ Całe dorzecze Amazonki — z małymi wy- jątkami, gdzie wrzynają się stepy, niby pół- wyspy — jest pokryte wspaniałą, dziką puszczą. Obszar ten obejmuje około siedmiu milionów kilometrów kwadratowych, a więc prawie dwie trzecie Europy. Od samego Atlantyku towarzyszy nam bezustannie las. Ściana zieloności tak fan- tastyczna, że zdaje się być jakąś nieziemską sceną oszalałego teatru. Palmy, liany, bam- busy, epifity *, drzewa proste i koślawe, drzewa niemal poziomo rosnące, krzewy większe niż drzewa, różnorodność form i barw, liście białe jak śnieg i czerwone jak krew, co sto metrów widowisko zupełnie odmienne, a jednak w zasadzie to samo, tylko nowe drzewa, nowa roślinność — i tak od trzech tygodni przewija się przed nami, dniem i nocą nieznużenie i bez przerwy, puszcza amazońska, najwyższa i najbutniej- sza forma puszczy na ziemi. [...] Drzewa amazońskie posiadają wiele drew- na, lecz stosunkowo mało liści. Rozczarowa- ny tym przybysz stwierdza, że przeważna część roślin ma liście małe i skromne, po- mapce Na skośnymi kresk szar wiecznie lasów równikowych Z?znaQon, -ami ob- Zlel°nyQ. dobne do śliwowych. Są twarde, połyskli- we i nieprzejrzyste, co stanowi najlepsza ochronę przed zbyt gorącymi promieniami słońca i silnymi deszczami. Olbrzymie liś- cie w rodzaju bananowych nie są charakte- rystyczne dla puszczy tropikalnej. Banan to i malownicza, raczej sztuczna ozdoba tutejsze go krajobrazu w pobliżu siedlisk ludzkie Uderza również pozorny brak kwiat U nas kwiaty ukazują się głównie w Por^ wiosenno-letniej — i zazwyczaj w ie(^ miejscu, na łąkach, podczas gdy w tropikalnej nie ma wyraźnej pory u wej. Kwiaty kwitną przez cały rok w powodzi zieleni, przeważnie na " chołkach drzew. je- W puszczy rosną właściwie dwa den — ów normalny — na ziemi, to zbity gąszcz krzewów, bambusów ^eWaCh drugi las rośnie ponad ziemią, na i krzewach, to porośla, czyli epifdy' barCjziei One właśnie są elementem naj^ egzotycznym w puszczy; wielka 1 pjękny groteskowy kształt i fantastyczny nieraz kwiat stanowią nieprzepar > Wśród nich barwne storczyki pokrywają, bywa, całe pnie; bromelie, czyli ananasowce, wyrastają z gałęzi drzew-gospodarzy jak bajeczne, wielkie rozety: niesamowicie zwi- sają kędziory ,,bród Absalona". \ ( Liany! Drzewa puszczy chciały widocznie rozszaleć się i ktoś zapobiegł temu wiążąc je w liny, zasieki i okratowania z lian. Sznury ich wiją się po ziemi, wspinają na pnie, przeskakują z gałęzi na gałąź drugie- go drzewa, zsuwają się na ziemię, giną w gąszczu. W plątaninie roślin nie sposób dociec ich początku ani końca. Girlandy i festony z bajki jak gdyby czekały od ty- sięcy lat na przybycie jakiegoś królewicza; czekają, niestety, wciąż daremnie. [...] Z sędziwego drzewa kumała zwisa kilka- dziesiąt lian niby zerwane nerwy olbrzyma, aż przygnębiające uczucie udziela się ner- wom patrzącego na to człowieka. Inne zdra- dzieckie liany opasują pnie tak silnymi obję- ciami, że drzewa, zdławione, po kilku latach giną w tym śmiertelnym uścisku, a na ich trupie rozrastają się liany i później same przemieniają się w drzewa: to figowce. Puszcza amazońska jest krainą lian. Nie- które są cienkie jak nici, inne dochodzą do grubości ciała ludzkiego. Człowiek co krok potyka się o nie i ociera 11 — Nowy stary świat Roślinność równikowa nad Amazonką Chcesz zdobyć, zuchwały człowieku, do swego zbioru kilka ptaków, których głosy rozlegają się w głębi puszczy? Bierz zatem strzelbę i nóż-maczetę, tnij gęstwinę i wchodź. Zważaj na drzewo, z którego zra- 160
W • nad Amazonką nionej kory sączą się krople białej żywicy. Jest to assacu. Jedna kropla, która dostanie się do oka, może pozbawić cię wzroku na zawsze. Coś groźnie zaszeleściło na ziemi i ucieka. Wąż? Nie, wielka jaszczurka. Palma pacziuba rozstawia w piramidę swe dziwaczne, nadziemne korzenie, uzbrojone w straszliwie długie kolce. Ukłucie tymi kolcami sprawia bolesne rany, nie gojące się przez tygodnie. Z jakiejś rośliny uderzają wonie przypra- wiające nagle o ból głowy i chęć wymioto- wania. Po chwili przykry zapach mija i gło- wa przestaje cię boleć. W pobliżu płacze kilkoro dzieci. Najpraw- dziwszy płacz zawodzących, głodnych ba- chorów. To prawdopodobnie żaby. Z daleka słychać zbliżający się pociąg. Złuda jest tak doskonała, że odróżniasz syk pary wychodzącej z wentylów. Nie wiesz, co wywołuje te odgłosy, i zdumiony się przedrzeć wzrokiem zieloną dzic * la. Najbliższa kolej żelazna oddało* o tysiące kilometrów. na Jest Powalone przez burzę drzewo zagradza • drogę. Wstępujesz na nie i wpadasz n0 w próchnicę. (...) ^as Uciekając plączesz się w kolczastym gas czu i padasz na ziemię. A wtem urocr błyszczący motyl morfo przelatuje nad tobą jak olbrzymi szmaragd. Bagnista, czarna woda do przebycia, jej. na z miliona tak zwanych „tałamp" amazoń- skich, mokradło nieskończenie długie, lecz wąskie na kilka metrów. Czy głębokie i czy nie będzie tam jakiej drętwy, która uderzy ciebie prądem elektrycznym? Przechodzisz ostrożnie. Cieszysz się: nie jest głęboko, tylko kilka pijawek przyczepiło się do ka- maszy. Strącasz je i ostatnie spojrzenie rzu- casz na przebytą tałampę. Truchlejesz. W mętnej wodzie kotłuje się tajemniczo i złowrogo. Jakiś stwór rusza się tam w twoich śladach. Chwytasz najbliższą gałąź i wspinasz się na brzeg. Biedaku, nie trzeba było chwytać gałęzil Na twej dłoni powstają piekące pęcherzyki, a nim zajdziesz do domu, spuchnie ci ręka. Piekło czy raj — nie wiadomo. [...] Wy- chodzisz z puszczy zmieszany, znużony nad- miarem wrażeń, przytłoczony wrogą ob- cością. j Wśród zabójczych moczarów i złej zieleni rośnie nad brzegami Ukajali czarowny czer- wony kwiat. Tubylcy nazywają go situłi- Ma dwa szeregi wielkich jak dłoń ludzka kielichów o kształcie spłaszczonych serc, koloru szkarłatnego tak intensywnego i wego, że serca zdają się promienieć w niro kach puszczy. Na widok tej zjawy przys^a niesz olśniony i może przemknie ci PrzeZ myśl, ze warto było przyjeżdżać na ten nieć świata, by podziwiać kwiat situM' Arkady Fiedler: Ryby wajq w Ukafali. Warsza 1957, Iskry, $. 30, BO. TRAGEDIA KAUCZUKOWA Po różnych gorączkach złota i diamen- tów ludzkość poznała gorączkę kauczukową. Nad Amazonkę zaczęły płynąć zewsząd mi- liony. Dolarów, funtów, franków, marek. Zaczęły płynąć tak szybko i w takiej ilości, że ludzie tu rzeczywiście nie wiedzieli, co z nimi począć. [..,] Jak na drożdżach rosły miasta nad wielką rzeką. Para, Manaus, Iquitos i począwszy od końca dziewiętnastego wieku stale rosła ce- na kauczuku. Bogacili się pośrednicy, agenci, kupcy, właściciele statków i przede wszystkim ich opiekunowie — wielkie koncerny. Z początku, gdy wybuchła gorączka kau- czukowa, zarabiał nieźle także i prosty serinąueiro ’ ten właściwy, jedyny w całym zespole producent, wystawiony na straszli- we trudy i ciągłe niebezpieczeństwa w puszczy. Lecz w miarę rozwoju eksploatacji szybko rozpanoszył się nad Amazonką duch grabieży i wyzysk człowieka pracy przybrał tu wyjątkowo odrażającą formę. Leśni kacykowie, otoczeni zbrojnymi zbi- rami, terroryzowali całe okolice, zmuszając kabokli ’ i Indian do znoszenia im coraz większych ilości kauczuku za coraz nędz- Uantacja kauczuku w Brazylii niejszą opłatę. Kauczuk, podstawa nowej gałęzi wielkiego przemysłu w Europie i Ameryce Północnej, był zmieszany nie tylko z obfitym potemr lecz i krwią serin- gueirów, W owe czasy, gdy zagadnienie kauczuku zaczęło nabierać znaczenia światowego, pe- wien skromny, mało znany botanik, zbie- rający w południowo-wschodniej Azji rośli- ny i kwiaty, napisał elaborat do brytyj- skich władz kolonialnych. Jak to bywa z elaboratami nieznanych ludzi, władze przeczytały go do połowy i odrzuciły. Po- tem przypadkiem wypociny botanika dostał do ręki młody urzędnik, świeżo przybyły z Anglii i zapalił się do sprawy. Wydobył skądsiś potrzebne pieniądze i spróbował. Próba udała się nadspodziewanie. Okazało się, że klimat południowo-wschodniej Azji znakomicie odpowiada hodowli drzewa kauczukowego. Żywotny interes Brytanii wymagał, ażeby Brazylii wytrącić monopol kauczukowy, więc na Półwyspie Malajskim założono rozległe plantacje hevei, drzewa kauczuko- wego. Do ich powstania przyczyniło się zdarze- 163 162
nie tak charakterystyczne dla brutalnej wal- ki konkurencyjnej wielkiego kapitału. Brytyjczykom były potrzebne nasiona drzewa he\ ci. lecz rząd brazylijski strzegł swego monopolu roślinnego jak oka w gło- wie. Wtedy spryciarz Henry Wiekham, wy- stępujący pod płaszczykiem zoologa bada- jącego faunę amazońską, w pomysłowy spo- sób wrkradł znad Amazonki cenne nasiona: przemycił je w wypchanych skórach kajma- nów’ *. [...] O tym, co działo się na Dalekim Wscho- dzie, seringueiro brazylijski oczywiście nic na razie nie wiedział, bo co go obchodziła reszta świata? Nacinał dalej drzewa, gdzie się dało, strzelał w lasach do konkurencji i znosił kauczuk do miast, a tu był przyzwy- czajony, że towar wyrywano mu z ręki i płacono najwyższe ceny. Nadeszła pierwsza wojna światowa. Cała Ameryka, od Zatoki Hudsońskiej do Pata- gonii, robiła świetne interesy na tym, że Europa za łby się wodziła. Jedynie nad Amazonką coś się zaczęło psuć. Cena kau- czuku pomimo wojny spadała. Nikt nad Amazonką, ani kupcy w miastach, ani serin- gueiro w puszczy, nie rozumieli tego i dzi- wili się. Wojna się skończyła. Cena kauczuku da- lej spadała, gdyż plantacje na Wschodzie coraz obficiej zasypywały nim rynki świato- wa. Ludzie nad Amazonką jeszcze nie rozu- mieli przyczyny, natomiast pojęli, że trzeba zacisnąć pasa: trzeba pożegnać się z boskim szampanem, poskromić cudne, ach! jak cud- ne fantazje i przytłumić ulubiony szeroki gest. Miasta nad Amazonką bankrutowały, a seringueiro i pośrednicy’ stwierdzili, że nie warto wozić towaru do miasta, bo nikt kau- nie kupi. Więc wielu po^ • apa- czuku w puszczy i stało się znów cichymi tycznymi kaboklami *. [...] Odbywając podróż po Amazonce pOzna. miasto, które na kauczuku najwięcej biło i najwięcej potem ucierpiało: Manaus Miasto to sprawia dziś wrażenie jak gdyby zbyt obszernego ubrania wiszącego żałośnie na wychudzonej postaci. Ilu mieszkańców posiada Manaus, nie mogę się dowiedzieć Podobno za czasów najlepszej koniunktur}’, to jest w latach 1900 do 1914, liczba ich do- chodziła do stu tysięcy. Dziś oceniają je na pięćdziesiąt tysięcy, a nawet mniej. To małe stosunkowo miasto posiada szereg wspania- łych, olbrzymich gmachów, zakrojonych na wielką stolicę. (...) Podczas podróży po Amazonce stwier- dzam naocznie, że tutejszy kauczuk niezu- pełnie ustąpił z pola walki: coś mu tam po- zostało z dawnej chwały i wziętości. Na postojach naszego statku leśni ludzie przy- noszą wielkie, czarne, charakterystyczne ku- le kauczukowe, stanowiące, obok przydroż- nych owoców, skór i orzeszków brazylij- skich. nie najlichszy przedmiot targów. Ze statystyk wiadomo, że plantacje na Wschodzie produkują przeszło pięćdziesiąt razy więcej kauczuku niż dorzecze Amazon- ki. Ale ponoć ta pięćdziesiąta część dzikiego kauczuku jakością przewyższa Produ plantacyjny i lepszą niż on zyskuje cenę na rynku światowym. Tak więc stary weteran nie całkiem upadły, również i dziś Prz^* rza coś niecoś dochodów BrazyhjczY 0 Arkady Fiedler: wa/q w Ukafall- 1957, Iskry, s. 47-
81. CAATINGA • |...| N’a przedłużeniu castingi [czytaj kaatingi] bahiańskiej znajdują się wielkie, na pół bezwodne przestrzenie pokryte nieprzej- rzanymi gajami kaktusowymi. Rośliny, któ- re w Polsce hoduje się w doniczkach i które nazywa się kaktusami, w niczym nie przy- pominają tych z caatingi. U nas są to ane- miczne karzełki, podczas gdy tam to drzewa o dziwacznych kształtach, wyrastające do kilkunastu metrów wysokości. Pnie niektó- rych przypominają słupy telegraficzne, in- nych — gigantyczne świeczniki, jeszcze in- ne przedstawiają się jako zespół kolosal- nych, mięsistych liści, umieszczonych jedne na drugich. Gdy do tego dodać kaktusy-dy- nie, kaktusy-pnącza i piękne, szablaste aga- wy — wszystko razem stworzy całość, jaką człowiek z krajów chłodnych może tylko z trudnością sobie uzmysłowić. Jadąc przez caatingę, odnosi się wrażenie jazdy przez imaginacyjny, disneyowski ’ świat filmowy. Na początku pory deszczowej, gdy te dzi- waczne lasy pokrywają się kwiatami, wra- żenie staje się rzeczywistością. Poruszanie się po tych najeżonych kolcami gajach jest trudne. Kabokle * przed wyruszeniem w dro- gą nakładają sobie na golenie, a wierzchow- com na łby i piersi rodzaj skórzanych pan- cerzy, bez których zapuścić się w ten kłują- cy gąszcz byłoby niemożliwe. Na zachód od Belo Horizonte, w kierunku stanu Goias, ciągną się monotonne cerrados, to znaczy pustkowia pokryte gajami karło- watych, dziwacznie pokrzywionych drzew. Takie właśnie widoki towarzyszą podróżne- mu udającemu się do nowej stolicy pań- stwa, do zbudowanego w latach 1957—1960 miasta Brasilii. Chociaż kraj jest wielki, klimat w nim pa- nuje dość jednolity. Jedynie głębokie doliny wielkich rzek, jak na przykład Doce czy Sao Francisco, różnią się wilgotnością i tempe- raturą powietrza. Istnieją tylko dwie pory roku: sucha i deszczowa. Pierwsza trwa od kwietnia do września, a druga — z wyjąt- kiem stycznia i części lutego zwykle pozba- wionych deszczu i zwanych veranico — resztę roku. Pora sucha jest naprawdę sucha. Zdarza się, że nie spadnie ani kropla deszczu w cią- gu pięciu, a nawet sześciu i siedmiu miesię- cy. Roślinność wtedy wysycha i zdarzają się pożary, po których wielkie połacie kraju przybierają postać jakichś gigantycznych pogorzelisk. Pora deszczowa na ogół jest nierówna. W jednym roku deszcze potrafią padać dwa miesiące prawie bez przerwy, jak na przy- kład na przełomie lat 1956—1957, a w in- nych jest przerywana okresami posuchy. W ogólnych jednak zarysach obie pory ro- ku trzymają się swoich ram. Mieczysław Lepecki: Po bez- drożach Brazylii. Warszawa 1962, Lud. Spółdz. Wyd.. s. 118—119. 165
8Ł TAM, GDZIE SYPIE SIĘ KAWA [SANTOS — PORT KAWOWY] poniżej 1000 mm poziom morza I -----40’ Rejony uprawy kawy w Ameryce Pohidniowej Trudno pojąć doprawdy, dlaczego ojco- wie miasta Santos dali ubiec się radnym Sao Paulo przy wzniesieniu pomnika ku czci kawowego drzewka. Przecież to właś- nie Santos, a nie Sao Paulo swoje istnienie i rozwój zawdzięcza wyłącznie kawie. Bez przesady można chyba dziś powiedzieć, że Santos jest jedynym miastem na świecie, w którym każdy dom, każdy metr nabrzeża powstał z kawowego ziarna. Miliony ton kawy przesypało się już w tym największym do dzisiaj porcie kawo- wym świata od roku 1892, tj. od chwili za- cumowania s/s „Nasmith" — pierwszego frachtowca zapisanego w rejestrach tego najstarszego brazylijskiego portu. W San- tos rozpoczynała się wówczas budowa pierwszego 260-metrowego odcinka nabrze- 166 ża; dzisiaj linia uzbrojonych nabrzeży kracza 7 km, a roczne obroty przeładuj we sięgają 11 milionów ton... [KAHWA ZNACZY „POKONYWAĆ SENNO$C"| Nie ulega wątpliwości, że na kawie pienv. sze poznały się abisyńskie kozy, które chęt- nie obgryzały niepotrzebne ludziom drzew, ka. Gdyby nie podpatrzyli tego Arabowie, a Arabów Turcy, kto wie, czy nasz król Jan Sobieski mógłby, po zwycięstwie nad Kara. -Mustafą, przyczynić się do rozpowszechnię- nia tego napoju w Europie. Po ustaleniu przez kozy, Arabów, a później innych sma- koszy cennych właściwości ziarna kawowe- go rozpoczęło ono swój triumfalny pochód przez świat. Największej kariery, jak wiadomo, docze- kała się kawa w Brazylii. Paradoksem jest fakt, że kraj ten, w którym fachowcy odnaj- dują bez trudu 40 tysięcy gatunków roślin, z tego 12 tysięcy rosnących wyłącznie w Brazylii, rozwój swój zawdzięcza roślinie importowanej z Afryki. Drzewko kawowe bowiem na kontynent południowoamery- kański dotarło stosunkowo późno. Pierwsi przywieźli je Francuzi. Plantacje kawy po- wstały więc w Gujanie,'-a ich właściciele pilnie strzegli monopolu na tę uprawę, tym bardziej że kawa była już popularna i Jel sprzedaż przynosiła niezłe dochody. Mi®J wysiłków francuskich plantatorów, w latac 1000-1500 mrr Przekrój przez pd.-wsch. Brazylię i pn -wsch na l3C Stok nadbtt®1™ _ , ‘«l, _ — Suchsze plaskowzgórzej Rejon uprawy kawy
I * * ' ‘i A Plantacja kawy w Brazylii dwudziestych XVIII wieku Brazylijczycy zdobyli sadzonki tej rośliny. Kahwa (od arabskiego kaheja, co znaczy --pokonywać senność") świetnie zaaklimaty- zowała się w Brazylii rozprzestrzeniając się szybko po całym kraju. Od kilkudziesięciu lat kawa stała się produktem, od którego zależą losy wielu Brazylijczyków. Spisywa- ła się ona zresztą nieźle w swej przybranej ojczyźnie. Od wybuchu drugiej wojny światowej nie zawiodła ani razu przynosząc ogromne do- chody, oczywiście przede wszystkim właści- cielom plantacji. Ale taki stan rzeczy nie mógł trwać wiecznie. I oto Afryka — macie- rzysty kontynent kawowego drzewka — ^Pomniała się o swoje prawa. Częściowy już w dobie obecnej monopol Brazylii na kawę chwieje się coraz bardziej. Okazało S*Q bowiem, że kawę równie dobrze upra- wiać można na wschodnim (afrykańskim) wybrzeżu Atlantyku, jak i na zachodnim (amerykańskim). Plantacje kawy pojawiły się więc w koloniach portugalskich, w Kon- go, a wreszcie w Ghanie. W rezultacie po- daż kawy na rynku światowym ogromnie wzrosła, co boleśnie godzi dzisiaj w gospo- darkę brazylijską. Co gorsza, nad kulturą kawową w ogóle wisi zmora badań nad syntetyczną kawą prowadzonych w USA. Cała Brazylia drży na myśl o ich powodzeniu. Chwilowo jednak areał poświęcony upra- wie kawy wcale się nie zmniejsza, przeciw- nie, wskutek wyjaławiania się ziemi plan- tacje kawowe wtargnęły w głąb kraju od- dalając się od atlantyckich wybrzeży. Janusz Wolniewicz: Ku wy- brzeżom zielonej kawy. Warszawa 1960, Wyd. MON, s. 54—57. 167
KAWA RZĄDZI KOLUMBIĄ Z kawą jak z piękną kobietą: posiada na- turę subtelną i kapryśną zarazem. Lubi czyste powietrze wyżyn — w Kolumbii uprawia się kawę wyłącznie na wyso- kościach rzędu 900—1200 m n.p.m. ale równocześnie szkodzą jej nazbyt gwałtowne wiatry. Przepada za słońcem, ale nie znosi nadmiernego żaru: najlepiej czuje się w temperaturze 17—24°C. Dla dobrego samo- poczucia potrzebuje sporych ilości wody, z kolei jednak nadmiar wilgoci w glebie wy- raźnie nie przypada jej do gustu. Wszystkie te wiadomości zaczerpnąłem z rozmowy z seniorem Sylvio Echeverri. Jest on dyrekto- rem stacji doświadczalnej, którą prowadzi Federacion Nacional de Cafeteros. Stacja ta pracuje w środkowej Kolumbii, w miejsco- wości Chinchina [czytaj: czinczina], (...) Widzę, jak wśród krzewów kawy o mię- sistych, jakby pociągniętych woskiem liś- ciach, wśród krzewów, których wysokość sięga 2—3 m (nie podcinane potrafią śmignąć i na 7 m), przewija się barwny tłum zb‘ czy. Zręcznymi palcami szybko napełń’ przerzucone przez ramiona kosze. Teraz przychodzi kolej na wstępną obrób kę ziarna kawowego. Najpierw z każdej „w- sienki" trzeba usunąć brunatnoczerw0 * skórę, potem — pergaminową otoczkę w której skryły się dwa owalne ziarenka Następnie zachodzi proces suszenia i kon- trolowany przez człowieka proces fermen- tacji. Wyłuszczone, sfermentowane i starannie przesuszone ziarna, gotowy już półfabrykat, cafeteros dostarczają teraz na punkty sku- pu. [...] Choć pierwszym ,,mocarstwem kawowym" jest bezsprzecznie Brazylia, to jednak co pią- ta filiżanka kawy, którą wypija się dziś na świecie, pochodzi z Kolumbii. Kawa stanowi o treści życia tego kraju. Zdzisław Marzec: W cieniu Andów. Warszawa 1910, Książka i Wiedza, s. 127— 129. 83. ZIEMIE „NICZYJE" Do niedawna nikt ziemi w Goiasie nie ce- nił. Było jej pod dostatkiem. Kto chciał, wy- cinał las, budował chatę i gospodarował. Na stepach hodowano bydło, nie pytając ni- kogo, do kogo należy trawa, którą krowy skubały. Zdarzało się, że nawet w dużych arraialach ’ nikt nie miał tytułu własności na zajmowane tereny, chociaż gospodarowa- no na nich niekiedy już od paru pokoleń. Teoretycznie stanowiły one własność stanu, który mógł je nadawać czy też sprzedawać według uznania jego władz. Dawniej nikt się nie kwapił, aby je rejestrować, a szcze- gólnie nie czynili tego prości wieśniacy, kabokle *, dla których formalności związane z uprawnieniem stanu posiadania były czymś niezrozumiałym, niepotrzebnym. Ale tym- 168 ' czasem nawoływania do zwiększenia szczup- łego obszaru objętego dotychczas cywiliza- cją stały się powszechne. Drogą wiodącą d° tego celu miało być zagospodarowanie za cofanego, na pół pustego wnętrza kraju. To szumne hasło spowodowało, że tysiące spe- kulantów rzuciło się na tereny, które owego czasu nie przedstawiały żadnej war tości, a które w przewidywaniu ich zagosp0 darowania przez rząd i kapitał zagraniczn. zaczęły się gwałtownie waloryzować. A® torzy szybkiego wzbogacenia się WY^U.Z lub nabywali od władz stanowych za ś®1® nie niskie ceny wielkie obszary w odleg V stronach, a następnie „oczyszczali je> s przepędzając zasiedziałych niekiedy 0 koleń mieszkańców. (...)
'W arraialu Cuenga [czytaj: kuenga] pozo- stałem jeszcze kilka dni, a więc miałem oka- zję poznać bodaj wszystkich jego mieszkań- ców. Byli to Metysi, potomkowie kilku za- błąkanych tu przed wiekiem białych, poże- nionych z miejscowymi Indiankami. Odpor- niejsi od czerwonoskórych czystej krwi na zawleczoną z Europy influenzę i ospę, prze- trwali i rozmnożyli się. Zajmowali się rol- nictwem i hodowlą bydła. Uprawiali ma- niok i kukurydzę, a przy domu sadzili ba- nany, kawę i drzewa melonowe. Każdy z nich miał stadko bydła, pasącego się w ste- pie bez dozoru, chałupę z drągów oblepio- nych gliną, a w niej żonę i mnóstwo dzieci. Zycie płynęło im spokojnie, leniwie. Bez urozmaiceń, ale też bez trosk i kłopotów. Raz na rok, albo i na dwa, objuczali muły uzbieranymi płodami: mąką maniokową, kukurydzą lub wódką palmową i gnając przed sobą stadko rzeźnych wołów wyru- szali do Anapolis, gdzie wymieniali to wszystko na tanie tkaniny bawełniane, na różne przedmioty metalowe, a przede wszystkim na lekarstwa. W mieście nikt się nimi nie interesował, nawet urząd skarbowy. Nikt nie pytał, czyja to ziemia, na której mieszkają, i czy mają na nią tytuły wła- sności. Oczywiście nie mieli. Dopóki ziemi w tych stronach rząd nikomu nie nadawał ani sprzedawał, nie miało to żadnego zna- czenia. Ale teraz poczuli się zagrożeni. Już przed rokiem zjawił się tu adwokat, niejaki doutor Carlos z Goianii i w barze „Pod df' odczytał im dekret, z którego wynikało, że ich arraial leży na terenach devolutas, czyli niczyich, przyznanych właśnie przez guber- natora stanu spółce z ograniczoną odpowie- dzialnością pod nazwą „Raj". — Ja — powiedział doutor Carlos po od- czytaniu dekretu — jestem prezesem „Raju". Kabokle przyjęli przemowę w milczeniu. Jakoś nie mogli sobie skojarzyć treści de- kretu ze swoim losem. Najstarszy wiekiem z nich, brodaty Miguel Campos, po dłuższym namyśle rzucił pytanie: To wasza wielmożność będzie naszym sąsiadem? Teraz nie zrozumiał doutor Carlos. — Jak to sąsiadem? — No, bo my przecież mieszkamy w ar- raialu. — Tak, mieszkacie, ale będziecie musieli go opuścić. Na tym planie — rzekł, wycią- gając z torby zwiniętą w rurę mapę — za- przysiężony geometra zaznaczył, że cała wasza okolica należy teraz do mnie. Kabokle wracali do domów, śmiejąc się z miastowego cudaka. — Czyż ten łysy kozioł nie widzi, że my tu uprawiamy ziemię? — dziwili się. Zdarzyło się to przed półtora rokiem. Później zaszło coś, po czym nie było już im do śmiechu. Oto do odległego o kilkanaście kilometrów innego arraialu wpadł doutor Carlos na czele dwudziestu konnych kapan- gów i jadać od chaty do chaty, wrzeszczał: „Juczyć muły rzeczami i wynochal" Zasko- czeni i sterroryzowani kabokle opuszczali pośpiesznie swoje domostwo, które już w chwilę później kapandzy oblewali naftą i podpalali. Ci przynajmniej unieśli ze sobą życie. Gorzej przytrafiło się samotnemu ho- dowcy, mieszkającemu w głuchym stepie. Ten oparł się Carlosowi i wraz z synami pró- bował odeprzeć napad. Po krótkiej walce zginął od kuli, a zwycięscy rozbójnicy wrzu- cili ciało do płonącego domu. [...] Mieczysław Lepecki: Nikną- cy świat. Opowieść o po- dróży po Centralnej Bra- zylii. Warszawa 1965, Iskry, s. 14—21. 169
84 KRYSZTAŁOWA GORĄCZKA Zacięło się pewnego dnia w kwietniu te- go roku Na 118 kilometrze szosy Brasilia — Belo Horizonte — Rio de Janeiro, licząc od stolicy, czyli plus minus osiemset od Rio. Dwaj młodzi garimpciros, Alidio Gomes de Aranha i Jandovil Medeiros, znaleźli na te- renie fazendy * „Furnas", zwanej także ..Garimpo das Perdizes", czyli „Kopalnia Kuropatw", bogatą żyłę kryształu górskie- go * (diamentu górskiego). Gospodarstwo było od dawna opuszczone, zaniedbane. Kie- dy dwaj poszukiwacze udali się do Anapo- lis, do Odilona de Oliveira> właściciela, z wiadomością o odkryciu, ten, zdumiony i uradowany, nie tylko pozwolił im kopać, ale i szeroko rozgłosił nowinę. W ciągu niewielu godzin tysiące ludzi zdążały ze wszystkich stron w kierunku fa- zendy. Po tygodniu w ziemię „Kopalni Ku- ropatw" wpiło się 3 tysiące poszukiwaczy. Prawie też natychmiast — jak na scenie obrotowej w teatrze — wyrosło obok mia- steczko z drewna, blachy, liści i papieru, Cristalina (czytaj: kristalina] stała się sen- sacją Ameryki. Na miejsce przybyły setki dziennikarzy. Amerykański „Time" opubli- kował na swych łamach duży reportaż o no- wym Klondike *. Fala „gorączki złota" ogar- nęła cały kraj — do Cristaliny ściągali bie- dacy z głodnego Północo-Wschodu, bez- robotni z Sao Paulo, kupcy z Rio, zawodowi garimpeiros. no i gęste chmary cwaniaków, oszustów, złodziei [...] Zameldowali się też liczni adwokaci, lekarze, inżynierowie, a na- wet dyplomaci na urlopach. Wyludniło się najbliższe miasteczko, skąd nawet burmistrz i piekarz wyruszyli po oczekujące ich na 118 kilometrze szczęście. Teraz, po kilku miesiącach, na terenie Cristaliny znajduje się blisko 20 tysięcy lu- dzi, z czego 6 do 8 tysięcy zajmuje się bez- pośrednio poszukiwaniem kryształu. Wła- ściciel fazendy, Odilon de Oliveira, zezwala każdemu na kopanie, bez względu na to, czy jest to kaboklo czy konsul Paragwaju —’ pod wpłacenia mu Pro. warunkiem cent wartości znalezionych kamieni Wreszcie pytanie: właściwie o co tyle ha łasu? Chodzi o kryształ górski (kryształ kwarcu), uważany za kamień półszlachetny surowiec poszukiwany dziś na całym świl cie. Ma właściwości rozszczepiania głOs-ć Stosuje się go w elektronice, w telefonii Cena kilograma — około 30 tysięcy cruzei- ros •, bryły powyżej 2 kilogramów przekra- czają wartość 100 tysięcy cruzeiros. Niektórym się poszczęściło. W ciągu nie- wielu dni zostali bogatymi ludźmi. Z obser- wacji brazylijskiego Ministerstwa Kopal- nictwa i Energii wynika jednak, że tylko około 5 procent poszukiwaczy znajduje cen- niejsze „kieszenie" kryształu. Średni zaro- bek garimpeiro w Cristalinie kształtuje się na poziomie ustawowego minimum płacy w Brazylii, jest więc bardzo niski. Wdrapałem się na górę ziemi, wysypane) z wielkiego dołu. W promieniu wielu kilo- metrów rozciągała się kraina marzeń: teren zryty rękami i narzędziami tysięcy gorim- peiros, ludzi wydzierających spod po- wierzchni cenne kawały kryształu. Pomię- dzy dołami i górami sterczały kikuty spa- 1 lonych drzew, na zwęglonych gałęziach ki- wały się tu i ówdzie czujne sępy- Z największą ostrożnością lawiruję dzy otworami głębokich studni. W tej częśo Cristalina jest jak placek, z którego szkao ką wycięto krążki ciasta na pierogi- Teraz dopiero dostrzegam, że z i otworów wychodzą ludzie. Są jak dz nice wypełzające na świat po deszczu - którzy mają napuchnięte, zapiaszczone Przypominają ryby głębinowe, które | szono do wypłynięcia na powierzchnię^^ Grupy zmordowanych, objuczonych tami, kilofami, linami, wiadrami męzC ciągną powoli w stronę osady. Olgierd Budrewic*^ cana dżungla. 1967, Iskry, s. i'4 170
85. RIO DE JANEIRO [czytaj: rio de Janerio, zadziwia nie tylko swoją żanejroj jednakże Przybywającym na pokładzie statków pre- zentuje Rio perły swojej architektury — białe i kremowe drapacze nieba, olbrzymie, a mimo to lekkie w rysunku, pełne polotu (60°/o), dalej Mulaci (20°/u), Metysi fl0o’e), Murzyni (8°/o) oraz Indianie (2’4) (...] Gdy mowa o Murzynach mieszkających w Rio de Janeiro, prędzej czy później padnie i Rio de Janeiro przestało już być stolicą Brazylii, dzięki swojej niewypowiedzianej piękności dzierży nadal palmę pierwszeństwa w tym kraju i, być może, nigdy jej nie odda.' Pa- trząc na Rio w dzień, mówią Brazylijczycy: cidache meravi/hosa — „Cudowne miasto”; gdy przyglądają mu się wieczorem, nie omieszkają szepnąć: cidade luz — „miasto świalei"... W obu tych określeniach nie ma przesady' i oba stały się słynne na świecie jako najtrafniejsze z trafnych. Rio de ruchliwością, ale i wielością kolorów. Kolo- rowe, migotliwe neony, kolorowe światła re- flektorów wokół skwerów i szumiących fon- tann, wreszcie kolorowi Judzie... Zawrotu głowy można dostać patrząc na oblicza prze- chodniów: biali, czarni, Metysi, Mulaci pół- krwi, ćwierćkrwi, wszelkie możliwe kombi- nacje krzyżowania ras. Według pobieżnych statystyk na (90) milionową ludność Brazylii [w 1969] składają się ludzie pochodzenia europejskiego, a zwłaszcza portugalskiego i wdzięku, rzucone na tło samych gór, które dzięki szczególnemu ukształtowaniu obda- rzone zostały mianem „śpiącego wielkolu- da". [...] Dwie potężne skały Corcovado [czytaj: korkowado] i Głowa Cukru wyrasta- ją jak gdyby z samego miasta. Na Głowę Cukru dostać się można kolej- ką górską, tak samo i na Corcovado, można także wjechać samochodem na pasmo za- plecza — Alto da Boa Vista. Z każdego ta- kiego punktu widzi się miasto jak na dłoni, niby wyrysowane na barwnej mapie. A więc najpierw' lazurowa zatoka Guanabara — po- tem wrgłębiona, prawie sześciokilometrowa złocista plaża i wzdłuż plaży najelegantsze arterie miasta Avenida Atlantica, Avenidfl Copacabana i Rua Barrata Ribeiro — wszy- stkie trzy zabudowane luksusowymi wieżow- cami, mieniące się od szkła, plastyku, mar- muru, obramowane pióropuszami palm. Na szczycie Corcovado widnieje figura Chrystu- sa błogosławiącego zatokę: z daleka nie spo- sób zorientować się, ze ma ona trzydzieści osiem metrów wysokości (to znaczy dwa- naście pięter) i zbudowana jest z betonu, którego zużyto dokładnie 1145 ton. Nie każ- dy wie również, że twórcą tego posągu- -olbrzyma jest Polak z pochodzenia, Paweł Landowski... słowo favela... Dziwne, tajemnicze słowo, wymawiane z niechęcią i zażenowaniem. Cóz ono oznacza? Zęby dojrzeć fovelas osław ione dzielnice Rio dc Janeiro - w głębi Słynna pl.ua Copacabana 171
nędzy, nic trzeba wdrapywać się na szczyt Corcovado. Favefas leżą na rozlicznych wzgórzach okalających Rio de Janeiro tak na peryferiach, jak i w centrum miasta w bezpośrednim sąsiedztwie luksusowych hoteli i restauracji. Pozwolono tam kiedyś osiedlać się najbiedniejszej ludności; chęt- nym przydzielano bezpłatnie działki ziemi, na których mogli sobie budować swoje sie- dziby — i tak na gładkiej, wspaniałej skó- rze Rio powstało kilkanaście ohydnych wrzodów, kolonii domków, a raczej budek lepionych z gliny, konstruowanych ze sta- rych skrzyń, odpadków blachy i temu po- dobnego budulca. Po pomostach z desek, kunsztownie łączących różne poziomy, prze- mykają się ludzie przerażający swoim wy- glądem i sami przerażeni widokiem cych — ludzie przeważnie czarni. ob. Kim są ci mieszkańcy /ave/as? MężCz • są czyścibutami, dozorcami, robotnik ‘ bez kwalifikacji, tragarzami w porcie, oT już po prostu nie bezrobotnymi, kobiety z । mują się praniem bielizny ludzi z „prawdz wego" Rio, dźwigają codziennie pod gór kubły wody, bo favela nie posiada oczyU. cie wodociągów, gazu ani światła. Z favelaś nie wyszli nigdy ministrowie, dyrektorzy czy choćby inżynierowie, podobnie jak na wsi żaden czarny nie zostaje hacjenderem czyli właścicielem folwarku. Mirosław Azembski: Inny świat. Warszawa 1966, Ni- sza Księgarnia, s. 221, 224. 225, 227. 228. Brasilia z góry wygląda jak samolot lub ptak z rozpostartymi skrzydłami 86 BRASILIA — Wesołość młodych nie przeszkadzała mi zerkać przez okno samolotu na Brazylię. Zrazu, w okolicach Rio de Janeiro, rzucało się w oczy bardzo gęste zaludnienie kraju. Potem widziałem góry, też jeszcze pełne osiedli w dolinach. Dalej było wciąż stosun- kowo wiele dróg, zwłaszcza niedaleko Belo Horizonte, które pozostawało niewidzialne gdzieś po prawej stronie, ale po godzinie lotu — w połowie mniej więcej drogi mię- dzy Rio de Janeiro a Brasilią — krajobraz wyraźnie spuścił z tonu. Zubożał. Zgubił cy- wilizację, szybko wymierał, nie było już osiedli ani dróg, coraz mniej drzew, coraz więcej pustych sawann. A im bliżej nowej stolicy, tym mniej nawet trawy na sawan- nach, tym więcej piasku i pustynnych poła- ci. Do stu kaduków, gdzie zbudowano tę nową stolicę Brazylii, kraju o najbujniej- szej puszczy tropikalnej — czy na bezludziu, na bezpłodnej jałowiźnie? Otóż tak, na bez- ludziu i jałowiźnie. Szaleństwo? Tak, ale twórcze szaleństwo. Po czterech i pół wieku zielonej niewoli Brazylijczycy, uginający się dotychczas pod obuchem puszczy, podn^śli oto bunt prze ciw przyrodzie. Rozzuchwaleni, porwani za palem, rzucili wyzwanie okrucieństwu ziemi, klimatu, słońca i rzucili wyzwanie logice. Pokazali, że nie boją się niczego i że s ac ich na wszystko: wyczarowali stolicę na piaskach i bezludziu. Nic, nawet dróg am nie było, więc zmobilizowali cyklopową armadę powietrzną i samolotami przerzuca cement, żelazo, kamienie, stoły kreś ars i żywność, ludzi. vrńlowa Wik- Istnieją sztuczne stolice. - Ka- toria palcem wskazała Pun ' ,na zbudoWano nady i zbudowano Ottawę. nntario na w bogatych lasach połudmowego a Iran- granicy między obszarem “9>elskl lanltej. cuskim. W Australii, u podn Y . bera|, szych, powstała Canberra [czy a‘ . poło- „ zaludnionym kraju. r ędzy dwoma m”’on^Y^iytaj: _ Melbourne i Sydney i ale powstała w wie drogi mit tropoliami inelbern, sydnej]. Natomiast Brasilia po- wstała tuż na brzegu groźnej pustki, jaką stanowi do dziś dorzecze Amazonki wraz z nieprzebytą jego puszczą i dzikimi India- nami. Stolica, widziana z góry, przedstawia się jak olbrzymi ptak z rozpostartymi skrzydła- mi i w istocie wprowadza przybysza od sa- mego początku w atmosferę bajki. Magistra- lą, składającą się z czterech niezmiernie sze- rokich autostrad, a długą na dwadzieścia kilka kilometrów, przybysz płynie po skrzy- dle ptaka do jego kadłuba, a tu wita go Oś Monumentalna. Tu Pałace Świtu, minister- stwa i parlamenty, tu wizjonerskie furie Niemeyerów * Luciów Costów i Giorgiów Sechiattich [czytaj: niemejerów, lucziów ko- stów, dziordżów sekiatichj. szesnastu parabolicznych cementu, łączących się na dwu- rysokości w kształt — po- luuJe — rozwartego banana, oto Senat? Olbrzymich rozmiarów ko- 173 Katedra? Krąg podpór z c. nastopiętrowej w\ wiadają ludzie — katedra. L, 172
odległości 1000 km od Atlantyku w środku Wyżyny ---------. iiiijsiśiisimfiiiii ifii iiwi' niii fu * i 87. DOTKN1ĘCII UCIEKAJMY! Fragment nowej stolicy Brazylii — Brasilii położonej w Brazylijskiej puła, a raczej miska, do góry dnem posta- e wioną. Izba Deputowanych? Jeszcze więk- sze dziwactwo: miska normalnie postawio- na, szeroka u góry, wąska na dole. (...) Wszystko to doznaje jakiegoś przyćmienia, gdy olśniony dotychczas przybysz wraca z miasta widzi wszędzie na polu przy autostradzie wysokie kopce termitów: takie kopce by" a ją tylko na jałowych stepach, gdzie nic poczciwego nie rośnie. na pobliskie lotnisko i po drodze Arkady Fiedler: Spotkali szczęśliwych Indian. Wat' szawa 1968, Iskry, s. 10—1*- IWYCll . 1968, Iskry, s. Około trzeciej po południu szofer był już tak zmęczony, że trzeba było się rozejrzeć za jakąś miejscowością, gdzie by można by- ło się przespać, no i zjeść kolację. W pew- nym miejscu zobaczyliśmy o jakiś kilometr od drogi biały domek, kryty dachówką. Stał na wzgórzu w otoczeniu mangowców i oblepionych owocami drzew pomarańczo- wych. Zdecydowaliśmy podjechać do tego domku i poprosić o gościnę. (...) Szofer wy- siadł, zaklaskał w ręce, wyjął kołek i roz- twieral bramę, gdy nagle z chaty wyszedł mężczyzna w średnim wieku, o dziwnym kształcie twarzy, z nastrzępionvmi brwiami i zmierzwionymi włosami. Podniósł otwartą dłoń w górę i zawołał: — Tu mieszkają dotknięcil Spojrzałem na dziwnego człowieka. Ręka, uniesiona wciąż w górę ruchem powstrzy- mującym nas, miała tylko dwa palce: duży i średni. Rzuciłem jeszcze raz okiem na je- go twarz. O Boże! On miał lwią twarz... Szofer, blady jak papier, stał skamieniały. — Dotknięci... — wyjąkał i odskoczył jak oparzony od furty. — Dotknięcil Uciekajmy! Ale i ja już wiedziałem, czym była do- tknięta rodzina mieszkająca w tym malow- niczym domku. ,,Lwia twarz" to nieomylny znak trądu. Nie spociłem się, bo i tak byłem już mokry od rana, ale jednym skokiem zna- lazłem się w samochodzie, szofer zapuścił motor i po chwili wracaliśmy ku głównej drodze. Obejrzałem się za siebie. Przed chatą wciąż stał trędowaty mężczyzna, ale teraz była łych nieruchomo patrzała płochu samochód. Dzieci, niosły w górę małe rączki i machały do nas beztrosko. Cała ta scena miała za tło piękny, wiecz- nie zielony sad, błękitne niebo i jasne słoń- ce. Trąd, który znikł w Europie już przed setkami lat, w Brazylii wciąż jeszcze jest gęsto rozsiany po kraju. Ilu było tych nie- szczęśliwych wówczas, gdy odbywałem dro- gę do Brejinho dos Ametistas, nikt nie wie- dział, ale później zajęto się nimi, no i poli- czono. W roku 1955 było ich dwieście ty- sięcy, z czego dwadzieścia trzy tysiące za- rejestrowanych w samym stanie Minas Geraisl Od roku 1945 trąd jest uleczalny dzięki sulfom. Dopiero jednak w roku 1956 prezy- dent J. Kubitschek de Oliveira (czytaj: ku- biczek de oliveira] wypowiedział tej cho- robie walkę na serio. W jednym z prze- mówień zaznaczył, że chciałby, aby jego ka- dencja była początkiem końca tej haniebnej płamy na żywym ciele kraju. Nie jest to walka łatwa. Kto może, ten chorobę ukrywa, gdyż przyznanie się do niej to dobrowolna banicja ze społeczeństwa żywych. Nawet wyleczonych zdrowi unikają, gdyż kto wie?... Tysiące trędowatych wciąż krąży miastach i wsiach Brazylii, ocierając codziennie o zdrowych. (...) na uciekający w po- jak to dzieci, pod- po się 174 przy nim młoda kobieta i dzieci. Kobieta, obejmując dwoje ma- mężczyznę, Mieczysław bezdrożach szawa 1962, Wyd. s. 180—181. Po Lepecki: Brazylii. War- Lud. Spółdz. 175
/u 88. WODOSPADY IGUAęU nad- ściany zwarte W języku Indian leśnych Guarani słowo guaęu (wymawia się guazi z akcentem na ostatniej samogłosce), oznacza ogrom, coś wielkiego, a i oznacza wodę. I-guaęu — Wielka Woda, Ogromna Woda. Tak w za- mierzchłej przeszłości ochrzcili mieszkańcy puszcz tropikalnych swoją rzekę i wielkie wodospady w pobliżu jej połączenia z Pa- raną. Nazwę tę przyjęli biali przybysze, po- została na zawsze utrwalona w historii i geografii. I-guaęu — cud przyrody. Wodospad Niagara, na pograniczu Kana- dy i Stanów Zjednoczonych, znany jest sze- roko i reklamowany. Niagarę ujarzmiono dla przemysłu, eksploatuje się ją turystycz- nie. (...) Mało kto jednak wie, że Niagara wcale nie jest największym wodospadem świata, że przewyższają ją i Victoria Falls [czytaj: wiktoria fols] na afrykańskiej Zambezi, i właśnie — Iguaęu. A pod względem pięk- na palmę pierwszeństwa bezapelacyjnie dzierży Wielka Woda — Iguaęu. Do wodospadu dopływamy z góry. Szafi- rowa toń rzeki rozlewa się szeroko, coraz I 176 Rozstąpiła się ziemia, jakby kosmiczną dą dno rzeki zapadło się w dół na dziesiątek metrów. I w tę przepaść sK rzeka. W dalej rozbiegają się brzeżnej puszczy, gdzieś nad horyzontem ściele się biały, mglisty obłok. Jeszcze je- den leniwy skręt i rzeka się kończy! Rozla- na w tym miejscu na szerokość przeszło dwóch kilometrów, raptem ginie, urywa się» zapada. Właśnie tam unosi się biały obłok, właśnie stamtąd dochodzi głuchy grzmot, coraz wyraźniejszy, coraz bardziej narasta jący, przyspieszający niespokojne bicie ser ca, przechodzący wreszcie we wszyst o głuszący huk. . J j Stanąwszy na brzegu, wyczuwamy P stopami lekkie drżenie ziemi. Rzeka walił . . e Trudno to opisać, może wymowniej^ będą liczby. Proszę sobie wyobrazić P listy luk amfiteatru w skali niebywa dwa i pół kilometra. Na jego krawędzi czy się rzeka lub ściślej, kończy się sP°nja. ny bieg górnej Iguaęu. Dalej P i vńele ska#e języku hiszpańskim mów saltos de Iguaęu (w dosłownym tłumaczeniu: skoki Iguaęu). Słowo „skok” jest tu jak naj- bardziej właściwe, bo rzeka nie wlewa się, nje spada, ale skacze dwoma olbrzymimi skokami. Obliczono, że przy wysokim stanie wody onad skalnym progiem przelatuje s f e- em tysięcy metrów sześcien- nych wody na sekundę, to w przy- bliżeniu przepływ dziesięciu Wiseł pod Warszawą. I niech teraz przed oczyma stanie obraz takiej dziesięciokrotnej Wis- ły — w skoku do otchłani. (...) Specjaliści obliczają, że eksploatacja siły wodnej wodospadu wyrażałaby się liczbą dwustu pięćdziesięciu tysięcy kilowatów. Jednakże biały węgiel pozostaje dotąd nie tknięty i nic nie wskazuje, by w bliskiej przyszłości można było sięgnąć po ten skarb. Pierwotnego piękna wodospadów Iguaęu broni przed zaborczym postępem cywilizacji technicznej kolosalna odległość od ośrod- ków przemysłowych, no i fakt, że środkiem rzeki przebiega granica dwóch państw. Gra- nica oznaczona na mapach, uzgodniona w jakichś tam traktatach i honorowana w ga- binetach ministerialnych. Granica istnieje, choć w rzeczywistości po obu jej stronach ciągnie się bezkresna pierwotna selva *. (...) Zapuszczając się w jej zielony mrok, trze- ba mieć oczy i uszy otwarte. Potrącona nie- uważnie gałąź może nagle ożyć i spłynąć skrętami węża, w zaroślach można posłyszeć chrapanie dzików lub spotkać poczciwego mrówkojada, jakby przedpotopową bestię —— — — przedrzeźniając zamiatającą puszystym wiechciem ogona. Krzykliwe papugi jazgoczą [ 17 — Nowy stary świat koronach drzew, przerzucając się z na gałąź, popiskując i cmokając tu wędruje zaaferowana rodzina małp; się w gałęzi i tam górą przeciągają parami absurdalne ptaki — tukany, składające się z ogromnego koloro- wego dzioba i małego, jakby doczepionego do niego tułowia. Ogród zoologiczny bez zagród, bez klatek. Na otwartych przestrzeniach barwią się w słońcu plamy: żółte, czerwone, białe, se- ledynowoniebieskie. Przy zbliżeniu nagle ożywają, podrywają się i wirują w powie- trzu orgią tysięcy motyli. Motyle, niezliczo- ne ilości ich gatunków i rodzajów, są istot- ną częścią składową tamtejszego krajobra- zu. W bogactwie kształtów i tęczy barw nie mają sobie równych na świecie. I te ma- lutkie jaskra woczerwone, wzbijające się rubinowym obłoczkiem, i te ogniste, z pa- wim okiem na koronkowych skrzydłach, i te najpiękniejsze, lazurowoseledynowe, o rozmiarach sporego talerza, które rzucają cień wachlującym lotem. Czasem znów motyl zawiśnie nad kwia- tem, mieni się barwami, drży, podrywa się pionowo, uskakuje w bok, mignie jak iskra i — zawiśnie nad innym kwiatem. Trzepota- nie skrzydeł tak szybkie, że oko nie chwyta kształtu, zgaduje go raczej w pulsującej barwie. Przez chwilę wydaje ci się, ze wi- dzi' ; malutki tułów owada i igiełkę-dziobek ssący nektar z rozwartego kwiatu. Koliber!... Jakże pięknie nazywają tubylcy to cudeń- ko: picaflor. Coś, co pica — dotyka, całuje flor — kwiat (...) Wiktor Ostrowski; Życie Wielkiej Rzeki. Warszawa 1967, Czytelnik, s. 69—74.
W ZYCIE WIELKIEJ RZEKI _ J« dostępną dla statków ma głęboki nurt, bojami — _____________________rarany można właściwie mówić tylko w jej górnym biegu. W środ- kowym, tam gdzie wpływa na tak zwaną Nizinę La Platy, szerokość ma niewymierną, łką ,.ucywilizowaną", o dużym zanurzeniu, wytyczony pływającymi na dokładnych mapach jednak osobliwie. Ciągłą linią jest tylko lewy brzeg — wysok kilkunastometrowym, stromym urwiskiem. Natomiast brzeg ragwajski, a potem, nicznej rzeki Paragwaj, należący d tyńskich prowincji Chaco {czytaj i Santa Fe w wielu miejscach zaz jest nikłą linią kropkow liniami kropkowran że dziś i wygląda unią oznaczony jest tylko lewy brzeg — wysoki, spadający u.ii---- -----, gliniastym prawy — pa- poniżej dopływaj gra- *' o argen- : czako) maczony waną. Nawet kilkoma jo. nawet bardzo --- Wil ymi. Po prostu dlateg jest tu, a jutro tam, i to daleko. Tak samo oznacza się brzecr I rych wysp. Parę metrów różnicy w Parany powoduje, ze rzeka rozszerza Z1°C'e I dziesiątki kilometrów, a wiele wv *** I z powierzchni. Mieszkańcy prawego ’ tej części Parany — wahałbym się ' ich stałymi mieszkańcami — mogą nieki* dopływać łodziami aż pod próg swoich D.' mitywnych ranchos *, ale bywa i tak, że wL da ucieka i do nowego brzegu rzeki muszą wędrować kilka lub kilkanaście kilometrów A rozmiary katastrofalnych powodzi? Wielkość zalewanych obszarów? Przytoczę następujący fakt: w roku 1905 wody Parany tylko w Argentynie zalały powierzchnię po nad 35 000 kilometrów kwadratowych. Po- wtarzam: tylko w Argentynie, nie licząc za- topionych w Paragwaju i Brazylii. Od roku 1905 wiele się zmieniło, znacznie wzrosła liczba mieszkańców, rozbudowano sieć dróg Jedynie rzeka nie poddaje się rnuanom. nadal kapryśna, nieujarzmiona. czasu do czasu okazująca swoją moc. styczniu 1966 roku, podczas kolejnej po- wodzi. musiano ewakuować 200 000 osób. Odnotowano dziesiątki zniesionych ranchos, wiele zatopionych dróg, wyżej położone miejscowości zostały całkowicie odcięte przez pow'ódź. Straty szacowano na setki milionów pesos. W prowincjach Chaco i części Santa Fe ogłoszono ostre pogotowie. Ustała oczywiście żegluga na zbuntowanej Paranie, niosącej całe wyspy lilii wodnych cama/o/es, zbitych w ruchome materace, które liczą czasami i po parę hektarów po- wierzchni. Stanowią one niebezpieczeństwo, które można porównać ze spływającą krą lodową. Piękny, zielony, miękki kożuch ca- ma/o/es, gnany prądem, może zakorkować węższe przejścia i jeszcze bardziej spiętrzyć wody. Przez laką pływającą zieleń nie prze- drze się nawet statek oceaniczny, omotana 90 PARAGWAJ — TRAGICZNA ARKADIA Z lotu ptaka czy raczej k°a|ną ra Paragwaj Wd<>*ac* ' lcbę spadają szczęścia i spokoju. Na W acV( ale często obfite deszcze, klimat jes niedokuczliwy. ^^^woców. kwia- leni, pyszni się bogactwc „nfalowa- tów Czarami >ąk- Na 'a^C ^'a°rah- nych wzgórzach rozsiadł / • <9 zago- czowe, kępy drzew orzechowy fasola, nach dojrzewa kukurydza, m Rzeki zasobne są w ryby, __barw- zwierzyny i wszelakiego p ac^ la- nych papug, tukanów, czaP 1 . _kraina bylców-Indian ze szczepu uar& „miejsce ta nazywała się Yvaga. co oz Konkwis- urodzajnych drzew owocow.byWaU tu tadorom hiszpańskim, którzy ^ch andyj’ z monotonnej pampy 1 śruba stanie Mniejsze stateczki, motorówki i łodzie w wypadku spękania z canialotcs są zupełnie bezbronne A tak pięknie w yglą- dają jaskrawozielone, mięsiste talerze liści, fioletowe i niebieskie kwiaty lilii wodnych Przyczyna tej powodzi? — grudniowe i styczniowe ulewy tropikalne w dorzeczu Parany W prowincji Cornentes |czytaj. korientes) na przykład, jak wynika z listów moich przyjaciół, w ciągu jednego tygodnia spadło 540 milimetrów deszczu 540 milimetrów opadu w ciągu jednego tylko tygodnia... Czy Czytelnik potrafi sobie to wyobrazić? Pól metra sześciennego na każdy metr powierzchni! Chcialbym. aby przytoczone dane i suche na pozór liczby stanowiły uzasadnienie uży- wanych przeze mnie okres eń epitetów W życiu Wielkiej Rzeki mają one bowiem pełne pokrycie. Wikior Życie Wle.Joef Rzeki Warszaw* 1967 Crrtrinik. s. 166—168. skich gór. wydawał się Paragwaj po prostu rajem i dlatego często porównywali go do Arkadii, szczęśliwej krainy pasterzy, opie- wanej w poezji starożytnych Greków Słyn- ny pisarz francuski. Wolter, posłał bohatera swej powieści Kandyda właśnie do Parag- waju, gdzie miał on znaleźć szczęście Także i w późniejszych czasach podróżnicy nazy- wali ten kraj ..ogrodem Ameryki", Niestety nie jest Paragwaj krainą szczęś- cia — chociaż ma wszelkie ku temu dane - ale wręcz przeciwmie. Po pierwsze, niecały Paragwaj jest tak urodzajny, lecz jedynie jego wschodnia część, położona za rzeką o tej samej nazwie Ku zachodowi ciągnie się spalone słońcem, jałowo Chaco (czytaj: czako), step pokryty suchą trawą i kolczastymi krzewami, gdzie- 178 179
niegdzie urozmaicony kępką prawie bez- listnych drzew, o pniach twardych jak ze stali. Po drugie — nawet i w tej urodzajnej części nędza pracującej ludności dochodzi do granic ostatecznych. Bujna, błogosławio- na ziemia paragwajska nie należy bowiem do Uch, którzy ją uprawiają — a jeśli już, to tylko jej skrawki. 75% chłopów parag- wajskich w ogóle nie posiada ziemi, pracuje dla wielkich właścicieli, paragwajskich lub obcych. Dla obcych zwłaszcza. Jedenaście towarzystw zagranicznych włada pięcioma milionami ha najbardziej urodzajnych grun- tów. Owe miliony hektarów obróconych pod uprawę herba małe — rośliny, która stano- wi główne bogactwo rolne Paragwaju — należy do zagranicznej firmy Le Industriel Paraguay [czytaj: lędistriel paragłejj. 90% produkcji drzewnej — a zwłaszcza drzewa quebracho * — skupuje po dyktowanych przez siebie cenach angielska firma Forestal Land. Timber and Railways Company [czy- 91. (KRAJOBRAZY ARGENTYNY] Argentyna ma kształt trójkąta dość wydłu- żonego, który rzucony na Europę sięgałby od północnych granic Norwegii aż do Sycylii. Nic więc dziwnego, że na tak długim pasie kontynentu spotykamy różne klima- ty — od tropikalnego aż do bardzo zimnego, tyle, że w odwrotnej kolejności niż w Euro- pie. Porlenos' mówią o całej reszcie kraju interior *, ale jest to oczywiście duże uprosz- czenie. Można ów interior podzielić co naj- mniej na kilka odrębnych rejonów, różnią- cych się zasadniczo i rzeźbą terenu, i roślin- nością. i zwierzostanem, a także obyczajami ludzi. Mamy więc na północy subtropikalną krainę Chaco, na zachodniej krawędzi An- taj: timber end rejłejs kompany], W rękach cudzoziemców znajduje się także hodowla bydła, wprawdzie nie tak znakomitego w gatunku jak argentyńskie, mimo wszystko jednak dającego poważne dochody. pr2e. mysłu prawie tu nie ma, poza naftowym, który też oczywiście znalazł się w obcym posiadaniu; firma północnoamerykańska Standart Oil Company zręcznymi manewra- mi zdobyła sobie prawo eksploatacji nafty na obszarze obejmującym 60% powierzchni kraju. Do Paragwajczyków rodowitych na- leżą jedynie fabryczki wyrobów skórzanych, konserw owocowych i mięsnych, no i oczy- wiście majątki rolne o olbrzymiej po- wierzchni. Mówiąc krótko: paragwajska Arkadia, jest rzeczywiście rajem, ale tylko dla cudzoziemców-kapitalistów i dla o wiele mniejszej już liczby posiadaczy rodzimych. Mirosław Azembski: Inny świat. Warszawa 1966, Na- sza Księgarnia, s. 173—174. dy, a w sąsiedztwie stolicy początki słyn- nej pampy, która na dalekim południu przfi' kształcą się w kamienistą pustynię Pata* gonii. na bezkresnej pampie Więcej niż jedną trzecią Argentyny zajmuje owa pampa, równinny step lraWia sty, niemal zupełnie pozbawiony drzevV i krzewów. Ludzie, którzy nad nim przelat} wali samolotem, twierdzą, że można 9° P° równać jedynie do oceanu; bez względu n wysokość lotu — czy to będzie dwieście czy pięć tysięcy metrów — nigdzie na hory I 181 180
zoncie nie udaje się dostrzec jego krańca, nigdzie żadnego wzniesienia ani linii lasu. Prawie milion kilometrów kwadratowych płaskiego stołu w kolorze szarozielonym... Ale tylko z wielkiej wysokości pampa wydaje się pusta, jak przestrzeń oceanu, na pozór nie tknięta przez człowieka. Podróżny, który przemierza ją samochodem lub koleją, widzi wszędzie ślady ludzkiej pracy, jakkolwiek sam człowiek jest rzeczy- wiście zjawiskiem rzadkim. Step argentyń- ski poprzecinany jest gęsto liniami kolejo- wymi, obszary zaś pomiędzy nimi zawarte podzielono z kolei na mniejsze i większe kawałki zagrodami z drutu. Za drutami zwierzęta: setki, tysiące krów, owiec i ko- ni... Tu i tam wyrośnie nagle w stepie kępa drzew, a wśród nich białe mury estancji — to znaczy czegoś, co jest wsią i dworem jed- nocześnie. W Argentynie nie ma wsi takich, na przykład w Polsce; wokół domu . • __1__ł przykład w Polsce; wokół domu )ak .na-X nrupują Się zabudowania gospo- r'aSC‘C oraz baraS robotników rolnych - daIC^iei znowu step, aż do następnej estan- 3 P ddalonej o dziesiątki kilometrów C)b a Ó »ntvnie nie mierzy się zresztą ziemi W Arge . to „jarka zbyt mała. nS Tacową jednostką miary jest liga kwa- Podstawo ą 1 . 25 kilometrom kwa- dratowa. równająca się z dratowym. Jeżeli teraz usłyszymy, że istnie- ją estancje wielkości 50, 75, a nawet 100 lig kwadratowych, będziemy mieli obraz argen- tyńskich ,,parceli". Dom właściciela estancji prawie stale stoi pustkami. Kilka zaledwie pomieszczeń użyt- kuje mayordomo, to znaczy rządca. Sam estancero mieszka stale w Buenos Aires i zjeżdża do swego majątku ledwie na kilka tygodni w roku. PATAGONIA Gdy w Europie mówimy „południe", myślimy o słońcu i cieple, o bujnej roślin- ności, o wiecznej wiośnie. W Argentynie jest akurat na odwrót. Im dalej na południe, tym klimat staje się osU“^e'zresztą na- cze gorące, ale zimy juz nastąpuje * w-w ł t* ł C) klimat zimnej chłodna noc, słowem, jes ^H/ie koń- pustyni. Nikt nie wie czy się pampa, a zaczynana zwana Patagonią; jako gra Negro. Stąd północy przyjmuje się rze ę Cieśniny Patagonia ciągnąć się będzie Magellana, należącej już o ^ilo- Olbrzymia Patagonia, licząca rary metrów kwadratowych, CZY większa od Polski, , zaludniona jest bardzo rzadko. W niektórych okolicach na kilometr kwadratowy przypada 0,2 człowieka. Indian, głównie z plemienia Tehuelczo, pozostało ledwie 300. Jak dawniej prowadzą oni życie koczownicze, bytują nędznie niby nasi Cy- ganie. Mieszkają w przenośnych szałasach ze skóry, hodują trochę owiec. [...] Estancja w Patagonii na pozór robi wra- żenie opuszczonej i bezproduktywnej. Do hodowli owiec jeszcze mniej potrzeba ludzi niż do bydła, niepotrzebne są także zagrody z drutu. Stada pasą się gdzieś daleko od za- budowań na równinnej pustaci [...]. Wędru- ją przeto owe stada nieustannie, szarobure jak podłoże, po którym się wloką smagane trym pustynnym wiatrem. A wiatry wieją siłą szatańską, osiągają szybkość stu, a 183 ostrym pustynnym Z L 182
185 tach — przypominają, że jesteśmy w Argen- tynie... Zarówno Rio de la Plata (Rzeka Srebrna) jak i Buenos Aires (Dobre Powietrze) to nazwy bardzo mylące. Powstały w okresie , ‘H Zagroda w pampie argentyńskiej nawet stu siedemdziesięciu metrów na se- kundę! Dzień cichy, bezwietrzny należy do rzadkości. Tak bywa latem. Zimą wiatry się uspokajają nieco, lecz spada za to śnieg. [ARGENTYŃSKIE PODGÓRZE) Równinę argentyńską zamyka od zachodu pasmo Andów ciągnące się wzdłuż granicy niby potężna bariera. Góry wyrastają nagle i niespodziewanie, bezpośrednio niemal z trawiastej pampy. Z zalanej upalnym słoń- cem pampy obserwować można wieczne śniegi na szczytach i błękitnawe języki lo- dowców. Kraina przejściowa, obszarem nie- wielka, nie ma swojej specjalnej nazwy, jakkolwiek jej znaczenie gospodarcze jesl dla kraju olbrzymie. Piękny, jest pejzaz tego r podgórza. Nikną gdzieś su krzaki, tak bardzo charakte pampy i Patagonii, roślinność nabiera sc czystej zieleni, coraz więcej spotyka si kwiatów i sadów owocowych. Woda wia ten cud. Topnieją równinę dziesiątkami argentyńskiego suche, ciernisli .jrystyczne dla । so- się spra- ce śniegi spływają na rzek i strumieni, hoj- 184 nie hojnie, bo woda wodziowa fala zraszają ziemię, czasem występuje 2 br niszczy uprawy stara się wodę ująć w karby, r ją sztucznymi kanałami, maqa ' okres posuchy. Podgórze, zwu- Ynuje za, rodzi jabłk * —wszysikin, nogrona. Winnice dają tu plo„ dzięki nim Argentyna należy do w iv piątki producentów wina na świeci/'™' po Francji. Włoszech. Hiszpanii i Aluta Ponieważ w Argentynie wszystko ' olbrzymie, więc i winnice zajmują setki ty- sięcy hektarów gruntu, a wyprodukować.' napój odmierza się milionami hektolitrów rocznie. nawet i r. Człowiek kanałami, magazynuje ją sztuczny pagórze, zwłaszcza w oko. okres P°sUC1 7Mend0za. rodzi jabłka. gran, licach miasta . pr2ede w”.......... ki. brzoskwinie, no P OSTĘPY WIELKIEGO ŁOWISKA Gran Chaco — jest nazwą pasa nizinnego, przebiegającego z północy na południe przez sam środek kontynentu; wprawdzie lwia jego część przypada na terytorium Pa- ragwaju, lecz spora połać należy także do Argentyny. Równina ta strojniejsza jest od pampy, pokrywa ją miejscami las podzwrot- nikowy o wiecznie zielonym poszyciu z kaktusów i palm krzaczastych, miejscami znowu suchorostowe zarośla lub gaje tak zwanych drzew butelkowych. Chaco przeci- nają dość liczne rzeki, zwłaszcza dopływy Parany, Rio Pilcomayo, Rio Bermejo, Rio Salado, które wypływają z Andów tocząc obfite wody, a później stają się stopniowo coraz ołytsze, coraz bardzie i błotniste. Lata są tu gorące i mokre, raz po raz skraplane deszczem, ale zimy za to beznadziejnie su che — wtedv pomniejsze rzeczki wysY^9^ po prostu, wsiąkają gdzieś, zostawiając P sobie tylko ślad w postaci wyżłobionego ryta. Azembski: Inni Ja!- Warszawa 1966, Na- K.si^9^nia, s. 133—135. l43~~145. 154. g2. BUENOS AIRES • Argentyna — to przede wszystkim Buenos . s 24 miliony ludzi zamieszkuje dzisiaj /i969 r.) Argentynę, z tego ok. 8 milionów 1968 t. żyło w stolicy. Co czwarty Argen- ńczyk jest ,,portenem", bo tak sami siebie nazywają mieszkańcy miasta-kolosa, które wyrosło na zapleczu portu i z niego czerpie swoje siły żywotne. Buenos Aires leży przy ujściu rzeki La Plata — powstałej z połączenia Rio Parana i Rio Urugwaj, na krawędzi olbrzymiego leja wodnego, który w najszerszym miejscu liczy ponad 100 kilometrów w linii po- wietrznej; jest to zatem raczej morze o słod- kiej wodzie, gdzieś w nie ustalonym miej- scu łączące się z morzem prawdziwym — z Atlantykiem. Zęby przepłynąć tę „rzekę” z argentyńskiego brzegu na urugwajski, statek potrzebuje sześciu godzin, pewna zaś sportsmenka, która przebyła ją wpław, zy- skała sobie sławę światową. Zanim okręt przybywający z oceanu do- trze do mola właściwego, długo musi prze- pychać się przez labirynt basenów i kana- łów, mija całe gromady holowników i po- głębiarek, ustawione w szeregach szaronie- bieskie okręty wojenne Argentyny, zakot- wiczone i okryte pokrowcami flotylle jach- tów, podobne do wielkich gmachów statki pasażerskie i, oczywiście, niezliczone trans- portowce, które przyszły z morza albo z wnętrza kontynentu — rzeką. Zawija tu rocznie ponad 3000 statków, potężne stalo- we dźwigi przeładowują dziesiątki milionów ton towarów. W zamieszaniu portowym nie czuje się obecności miasta; drogowskazem informującym, gdzie się ono znajduje, jest tylko słynna Wieża Angielska, dość zresztą nieforemna, ale opatrzona za to zegarem, według którego marynarze regulują czas. Obok wznosi się wieżowiec o wysokości 32 pięter — drugi i ostatni drogowskaz. Po- za tym robotnicy portowi, ubrani często w szale o kroju indiańskiego poncho, smażący kawały mięsa na małych przenośnych rusz
Reki- Mirosław Azembsio. Na. świat. Warszawa 1 / |25, sza Księgarnia, s. 130—131. ‘U Część czwarta AUSTRALIA Fragment centrum Buenos Aires hiszpańskiego podboju, przypadkowo, bez żadnego pokrycia w rzeczywistości. Wody La Plata nie są srebrne, lecz buromętne, za- nieczyszczone mułem niesionym setkami ki- lometrów z głębi kraju. Buenos Aires nie ma dobrego powietrza; latem temperatura dochodzi tu do 37 stopni, a wilgotne opary sprawiają, że miasto zamienia się w jedną olbrzymią łaźnię. Zimą — która zaczyna się w lipcu — miasto tonie w obłokach mgły, nie ustają deszcze i mżawki, chodniki i jezdnie pokryte są stale lepkim błotem, przechodnie wywracają się i łamią nogi) a liczba katastrof samochodowych wzrasta w zastraszający sposób. Nadmorski kolos posiada rozmiary zdolne przerazić człowieka przyzwyczajonego do miast wielkości na przykład Warszawy. Jed- na z centralnych ulic, Avenida Rivadavia, posiada 20 kilometrów długości, a końcowe numery domów dochodzą do 12 000. Jest tu- taj także najszersza podobno ulica na świę- cie — Avenida 9 Julio — 120 metrów od chodnika do chodnika. Półkolistą Avenidą General Paz mkną tysiące samochodów, zresztą bez ładu i składu, potrącając się czę- sto. Tramwaje, chociaż już wyrzucone ze 186 śródmieścia, kursują na Kilkudziesięciu li- niach peryferyjnych, metro przewozi dzien- nie prawie 2 miliony pasażerów. Ma Buenos Aires dzielnice pałaców, piękne parki z egzotycznymi drzewami, ale ma także dzielnice nędzy, odrażające i smut- ne, dające o sobie znać przykrym odorem już na dużą odległość. Jedna z nich nazywa się wymownie Barracks, czyli po prostu Ba- raki. W domach z betonu i surowej cegły, krytych falistą blachą, często bez szyb w oknach, wegetuje brać robotnicza. Jeszcze gorsze wrażenie robi Avellaneda, kwatera robotników przemysłu mięsnego. Tutaj argentyński kult mięsa ukazuje się od nieco innej strony. Avellanedę od jednej z tworniejszych dzielnic dzieli cuchnąca rzeczka przepełniona krwią i odpad3®1, zwierzęcymi z pobliskich frigorificos, rzeźni połączonych z zamraźalniami- tym pachnącym strumykiem rozsiadły budki z drzewa i dykty, łatane gliną, kaw kami blachy, czasem tekturą.
Australia — kraj dziwów. Dziwy to po- jęcie względne. W oczach Europejczyków co najmniej dziwnymi byli Australczycy przemierzający na długich jak tyczki no- gach bezkresne stepy w poszukiwaniu żyw- ności, gdy można jej było mieć w bród pro- wadząc osiadły tryb życia. Podobnie chyba ze zdumieniem spoglądali Australczycy na europejskich podróżników, umierających z głodu i pragnienia na obszarach, które plemionom australijskim zapewniały wy- starczające warunki rozwoju. Wędrując po stepach i pustyniach, prze- dzierając się przez zbite chaszcze krzewów lub zarośla dziewiczych lasów, przybysz z Europy i dzisiaj jeszcze spotyka na każ- dym kroku przedmioty i zjawiska wprowa- dzające go w osłupienie, a może nawet i w przerażenie. Wyschnięte koryto rzeki nagle wypełnia się szalejącym żywiołem Słupek rtęci w termometrze w przeciągu paru mi- nut spada z kilkudziesięciu stopni w pobli- że zera. Drzewa na zimę zrzucają nie liście, lecz korę, inne znowu podczas ulewy gro- madzą w swym pniu zapasy wody, które wystarczają im później na miesiące posu- chy Na martwej pustyni rozkwitają nie- ledwie w oczach zdumionego wędrowca kwiaty czarujące go soczystymi barwami tę- czy. Czworonogi zdobywają swoje pożywie- nie przy pomocy dziobów, inne wydają ną świat na pół dojrzałe potomstwo. Maleńkie ptaszki w okresie godowym zamiast wić gniazda budują przemyślne altanki (Tadeusz Olszewski: Australia kraj dziwów i sprzecz- ności. Warszawa 1957, Wiedza Powszechna, s. 5-€). 189
Rozdział IV NAJMNIEJSZY KONTYNENT ŚWIATA 93. POLAK NAJLEPSZYM ZNAWCĄ AUSTRALII Alpy Australijskie zbudowane są z grani- tów. piaskowców i bazaltów. Są to góry sta- re. pochodzące z okresu karbońskiego (200—250 milionów lat temu), bardzo silnie zniszczone przez erozję. (...) Stoki górskie i wiele szczytów pokrywają lasy południowych buków, o wiecznie zie- lonych drobnych listkach oraz różne odmia- ny drzew iglastych, podobnych do cisów, dostarczające cennego budulca. Podszycie stanowią niezliczone krzewy i zioła. Hale górskie w okresie wiosny podobne są raczej do kobierców niż łąk, tak mienią się nie- zmierzonym bogactwem wielkich i wielo- barwnych kwiatów. W zimie, od maja do listopada, pokrywa je grubą warstwą śnieg, stwarzając dogodne warunki dla narciarzy, wiosną zaś, w okresie roztopów, zasilając w wodę rzeki górskie. Strzelecki * w czasie swych badań odkrył grupę najwyższych szczytów. Na ich wi- dok — tęsknotą do ojczyzny chyba powo- dowany — Strzelecki przypomniał sobie Ko- piec Kościuszki w Krakowie. „Gdy zobaczy- łem z daleka tę górę (najwyższy szczyt, jak mi się przedstawiało) — pisze w swych pa- miętnikach — na pierwszy rzut oka zdawało mi się, że zbliżam się do Kopca Kościuszki pod Krakowem. Dusza we mnie zadrżała i pomyślałem: Tutaj nasza nowa ojczyzna — a gdy przybyłem do stóp tej góry, pierwsze moje słowa były: „Imieniem Polski zwę cię Górą Kościuszki". Na górze Kościuszki Strzelecki postawił maszt i wciągnął nań polski sztandar Edmund Strzelecki 145 Dokładne pomiary wykazały później. Strzelecki pomylił się nieco, gdyż szczy ___ siedni był trochę wyższy. Australczycy zgodnie z intencją odkrywcy Prze,”xn;e nazwę Góry Kościuszki na ten w szczyt (2234 m n.p.m.). Zasługi Strzeleckiego gały przede wszystkim na cennych odkry- , Gospodarczej. Stwierdził on, ze ciach nat y 9 ^łaszCza na połudmo- obszary podg __ na cześć gubernatora wym ws dzipsa) nazwane przez Strze- Gippsa (czytaj. P ________na(j leCk|'e9i’nąGgl’ebea°raI że wewnęlrzne St°k' Ur°dM) echowe łagodnie w rozległ, rO£ stanowią doskonale pastW>ska dla 191 Alp- Prz ninę. 190
•wW i bvd»a Prawdziwą rer.sacją było odkryt .9 Tr..t'.': i ikU ’\x’C7AS- gdy pieiw- >*• iHoroac* prrxjętc rwtały przez ówcres-.f-TO gubernatora Jerzego Gippsa nR>>—1M'i i prawniztu^m entuzjazmem. >łA/om.v< o rh-cir wzburzyła go niepo- wterr »e - \i \ 'c-< bo%kq — przerwał Strzelec- ka mu relacją — zachow-aj pan woje od- kryć -.e dla wet e nie chcesz żebyśmy jutro teftell z podciętymi gardłami. Przestrach gubernatora Gippsa nie był całkcw łCK pozbawiony podstaw Młoda ie« rtre kolonia składała się w znacznej mie- rze z ludzi nie bardzo spokojnych. Wśród i. star -w spnro było zwyczajnych krymi- nał co* Wte<ć o odkryciu złota łatwo mogła .powodowa- załamanie się z trudem aergar. rouanego porządku, zniweczyć do- brze zapowiadającą się gospodarkę hodo- wlaną I rolną. Jako reprezentant )nleretó> angielskich przemysłowców i kupców dział. ze cenniejszymi niż złoto będą dla tropolii pszenica i wełna australijska polityk wiedział również, że szlachetny tal prędzej czy później ulegnie wyczerpany podczas gdy należycie zagospodarować Australia może stać się na długi czas pod. porą brytyjskiego systemu kolonialnego Historia ’ wykazała bowiem, że rozległe im- peria kolonialne Portugalii i Hiszpanii, zdo- byte w poszukiwaniu złota, rozpadły się na strzępy. Same zaś metropolie, niegdyś mo carstwa, spadły do rzędu krajów niewiele ‘ znaczących w świecie. I Tadeusz Olszewski; Auii/o- ha kraj dziwów i spriea- ności. Warszawa 1957, Wie- dza Powszechna, s. 127— —129. •4 FUSTYMA RODZI KWIATY Zdaniem wielu znawców Attstrali podstawowym actwe.m natu- ralnyrr togo kraju są trawy i inne rośliny paszowe Przewaga klimatów suchych po- woduje ze zwarte obszary leśne utrzymują się wyłączn e w pobliżu wybrzeży nawie- dzanych przez deszczonośne wiatry. W p*s;e nadbrzeżnym Nowej Południo- wej Walu i Ouecnslandu (czytaj Kłinslend], zwłaszcza w otwartych ku morzu dolinach rzecznych zraszanych obficie deszczami przez cały rok. rozwinęły się niezmiernie bogate lasy zwrotnikowe. Przeważają w nich różne odmiany strzelistych palm, wysmuk- łych araukarii potężnych paproci drzewia- stych sięgających dziewięciu metrów wyso- kości. rozłożystych figowców, zadziwiają- cych soczystą zielenią drzew pokrzywowych i tzw „drzew płonących" Wiosną drzewa te. podobne do kakaowca afrykańskiego. pokrywają się całkowicie tak obfitymi kiś- ciami ognistoczerwonych kwiatów, że po- różnicy ? daleka na morzu odnoszą wraże nłL’ jak gdyby oglądali płonące góry. Po- między pniamj drzewa w lasach zwrotniku- ^ych wiją się niezliczone gatunki potężnych pnączy, okrywających się niemal przez cały rok wielobarwnym kwieciem. Wreszcie pr*Y samej ziemi trzymają się bujne, wielobarw- ne mchy, skrzypy j tysiqCzne zioła o upaja jącej woni. Te ..piętrowe" lasy australijskie niewiele się różnią od puszcz tropikalnych sąsiedniej Azji Południowej 1 wielkich wysp eżąc\ch między obu kontynentami- P®** morskie 1 ptaki przenoszą bowiem nasio"3 wielu roślin z jednego lądu na drugi Również w pasie nadbrzeżnym na wsch^ zie. południowym wschodzie i połudn’0' " s ni zachodzie rośnie typowo australtJ5^ rj^sty las rozdrębowy (eukaliptusowy)- H niewiele się różnią od puszcz tropikalny^ Fale bowiem nasio^3 192
Dojrzałe owoce [rozdrębów] mają kształt niewielkich torebek, w których kryją się prawie czarne nasiona wielkości ziarenek prosa. Liście koloru niebiesko-zielonego po- krywa białawy nalot zmieniając całkowicie ,ch zewnętrzny wygląd. Kształt młodych Iii- C1 Przypomina szeroki grot lancy, na gałę- z*ach starszych liście mają kształt wydłużo- ny. stają się sztywne i szorstkie. Liczne gru- czołki, tworzące się na liściu zawierają °lejek, zapełniający lasy rozdrębowe sil- n\rn aromatem Rozdręby można wliczyć do *’elu „dziwów" przyrody australijskiej. Nie Zrzucają one liści, natomiast corocznie od- z nich martwa kora, zwieszając się 2 Pnia długimi białawymi płatami i szelesz- C2ąc tajemniczo w podmuchach wiatru. rozdrębów w czasie upalnych dni od- swe blaszki brzegami do słońca, c roniąc się przed nadmiernym parowa- Stąd też nawet w gęstych lasach roz- rSbowych mało jest cienia, co tak bardzo No*r u«>r dziwiło juz pierwszych odkrywco* Aus- tralii. Rozdręby zużywają niezwykle duże ilości wody wysuszając podłoże, na którym rosną. W obszarach wilgotnych jest to zjawisko korzystne, lecz w na ogół suchej Australii przyczynia się do pogorszenia i Lak już złych stosunków wodnych w glebie Ta wła- śnie cecha drzewa wywarła silny wpływ na jego los Hodowcy uważają je za ..rabusia . który wysuszając glebę niszczy roślinność na pastwiskach. Od dziesiątków więc lat hodowcy palą niemiłosiernie gaje rozdrębo- we. Uzyskują tym wprawdzie dobre rezul- taty na pastwiskach, ale równocześnie zmniejszają nieustannie niewielką po- wierzchnię australijskich lasów. [_] W południowo-zachodniej Australii po- między strefą gęstego lasu eukaliptusowego i szczerą pustynią rozciąga się szeroki pas porośnięty australijskimi wrzosami Ogółem w Australii rośnie 340 odmian tego krzewru 193
Australijska półpustynia Wiele z nich odznacza się wielkim boga- ctwem barw kwiatowych, co spowodowało, że się je hoduje w europejskich cieplarniach dla celów zdobniczych. Wnętrze kontynentu zalega wielka pu- stynia, przesuwająca się w kierunku zachod- nim aż po sam brzeg oceanu. Jednakże i tu w tzw. „martwym sercu Australii" od czasu do czasu zakwita czarujące życie. Po spo- radycznych ulewach wyrastają w błyska- wicznym niemal tempie zioła, które szybko zakwitają i dojrzewają. Wśród wielu gatun- ków, odznaczających się niezwykle żywymi barwami kwiatów, w zachwyt wprawia tzw „groch pustyni". Na delikatnych, wijących się łodygach zakwitają gęsto rozwieszone duże kwiaty. Lancetowate płatki przykuwają wzrok soczystym szkarłatem przechodzącym w pobliżu kielicha w aksamitny brąz. Okres wzrostu i dojrzewania trwa tutaj niezmier- nie krótko, najwyżej do dwu miesięcy- P° tern znowu niemiłosierne słońce zabija urocze kwiaty i rozciera je na proch. Pr2Y nielicznych źródłach w samym centrum Wielkiej Pustyni, często w głębokich liskach, tworzą się niewielkie stawki- 0 nich wyrastają rozdręby i akacje lub w Górach ^aC' innej zamieszki palmy, jak w słynnym „Wąwozie Palmowym" donnella, na zachód od oazy Alice Springs. Tadeusz Olszewski- ^fX<cX. Ha kraj dtiwów ? naści. Warszawa dza Powszechna, »• —155, 160. 194
KANGURA q5 W KRAINIE w strefie większych opadów spotyka się lasy, w których rosną palmy i paprocie drzewiaste. Na południowo-wschodnim i po- łudniowo-zachodnim wybrzeżu znajdują się typowe dla flory australijskiej eukaliptusy. W Australii zwykło się mówić, że jedna odmiana eukaliptusa przypada na każdy dzień w roku, gdyż w istocie tyle jest od- mian tego drzewa, ile dni w roku. Są pomię- dzy eukaliptusami olbrzymy dochodzące do 90 m wysokości a są też okazy karłowate dochodzące zaledwie do trzech metrów wy- sokości i tworzące zarośla zwane powszech- nie Malles. [czytaj: maili]. Te odmiany kar- łowate tworzą tzw. scrub (chrustówka). Ta chrustówka pokrywała ongiś środkowe rów- niny Australii, na których dziś falują nie- zmierzone łany pszenicy. Liście wielu od- mian eukaliptusów zawierają bardzo cenne olejki, które znajdują wielorakie zastoso- wanie w lecznictwie. Olejków tych używa się również przy ra- W południowo-zachodniej części Australii rośnie niebieskie drzewo kauczukowe, a w Tasmanii — drzewa trawiaste. W miejscowościach, w których opady nie przekraczają 150 mm rocznie, a niekiedy brak ich zupełnie w ciągu roku, a nawet dwóch, rosną akacje zwane mulga i krzewy kolące, a w środkowej części Australii — trawa kłująca — spinifex, dochodząca nie- *edy do 2 metrów wysokości. Australia oddzieliła się wcześnie od in- nYch kontynentów, co wywarło wybitny ^Plyw na jej świat roślinny i zwierzęcy, ztęki wyjątkowym warunkom zachowały S1^ tu bardzo stare formy zwierząt jej tylko ^laściwe, jak kangur, dziobak, kolczatka, ^óre na innych kontynentach dawno już ^Yginęły, z drugiej zaś strony wyższe ssaki y^y w Australii nieznane przed przyby- Clern białego człowieka, gdyż straciła ona z pobliskimi lądami jeszcze przed powstawaniem. Kangur występuje na bujnych stepach nie tylko Australii, ale i Tasmanii. Samica nosi swe niedołężne małe w worku na brzuchu. Kangur posiada długie, silne kończyny tyl- ne, znacznie dłuższe od przednich i duży, mocny ogon, dzięki czemu może wykony- wać potężne skoki na 6 do 9 metrów. We wschodniej Australii żyje wspaniały okaz kangura wielkiego, kYprego długość docho- dzi do 3 metrów, a waga do 150 kg. Bardzo ciekawym przedstawicielem fauny australijskiej jest kolczatka. Osobliwość jej polega na tym, że składa ona jajka nieduże, wielkości jaja wróbla, które nosi przez pe- wien czas w fałdzie skórnej na brzuchu, a po wykluciu młode żywią się mlekiem mat- ki. Ciało jej, dochodzące do l/t metra dłu- gości, pokryte jest kolcami jak u jeża, szczęki są wydłużone na kształt dzioba, nie posiada ona zębów ani uszu zewnętrznych. Nogi, uzbrojone w silne pazury, służą do rozgrzebywania mrowisk, w których zanu- rza ona swój długi język chwytając nań mrówki, główne jej pożywienie. Pod pewnymi względami podobny do kol- czatki jest dziobak. Też składa jajka, małe jego karmią się mlekiem matki, ale mimo to różni się od niej bardzo. Pokryty gęstym, krótkim futrem jak wydra, dziób ma podob- ny do kaczki, co mu ułatwia żerowanie w mule; ogon płaski i krótki służy mu za wiosło; palce nóg są spięte płetwami podob- nie, jak kacze; głowa łączy się bezpośrednio z tułowiem bez szyi. Prowadzi on inny tryb życia niż kolczatka, raczej wodny; na lądzie porusza się niedołężnie z powodu krótkich kończyn. 2ywi się mięczakami, owadami i robakami. Pod wodą kopie sobie kilku- nastometrowe nory, do których wiodą dłu- gie korytarze. Zamieszkuje Tasmanię i Au- stralię południowo-wschodnią. W Australii spotyka się też dziwaczne gatunki ryb dwudysznych, odznaczających się osobliwym pęcherzem pławnym. który służy do oddychania powietrzem atmosfe- 195
BASF NNY' 96. MOKRE NIESPODZIANKI znajdują- ł 197 Czarnymi ,,kroplami" za- znaczono obszary na któ- rych opad roczny wynosi ponad 500 mm BASEN R/A SEN^ClĄ Charakterystyczne dla Australii kangury rycznym; niezależnie od tego, ryby te po- siadają dobrze rozwinięte skrzela. Przeby- wają one w błotach i bagnach, a ich budowa stanowi doskonałą ochronę na czas suszy. W Australii żyje dziki pies — dingo. Przy- wędrował on prawdopodobnie wraz z pierw- szymi przybyszami dziesiątki tysięcy lat te- mu. Przez długi czas oswojony dingo był przyjacielem tubylców, dopiero z przyby- ciem białego człowieka, który zajął ich te- reny, uciekł w stepy i zdziczał. Rzeki zasilane wodami wypływającymi spod. śniegów Alp Australijskich, jak na przykład Hunter [czytaj: hanter] czy Rzeka Śnieżna, mają w zasadzie wodę przez cały rok. Inne natomiast są rzekami raczej z na- zwy. Owszem, zapowiadają się wcale wcale tuż przy źródle, zapowiadają się wręcz interesu- jąco — ale potem tracą na świetności, niby zbyt gorliwie reklamowane talenty. Wędru- 196 Z ptaków zasługuje na uwagę: kazuar i krótkoskrzydły szybkobiegacz emu, któ- re są nieco mniejsze od strusia, oraz ptaki rajskie lirogony, kakadu i inne rodzaje papug. Na północy występuje aligator podobny do krokodyla, aczkolwiek znacznie mniejszy od niego; wszędzie spotyka się żmije i jasz- czurki — goanna. Piotr Modrak: W krainie kangura. Warszawa PZWS, s. 30—32. jąc poprzez Australię raz po raz spoty idealnie suche dolinki, obramowane^ wyraźnie szpalerem drzew. A to J .gC ka — informował mnie usłużny rnieSZsjoV/o. tych stron. Musiałem wierzyć mu nai Sam wielki Darling, mający 245 na gości — też latem rozdziela swe odrębne jeziorka i stawki, usta je nur uaCjj Dla pełnego obrazu niewesołej sa muszę dodać, że niespodzianki z = -140- KoJ.oroica zachód BASEN PIRIE 0 400 km I----------1 - TORRENSY, Ba^OXLEYŚ^ AS EN WSCff gippslandu^ także i w kierunku odwrotnym... W roku 1911 w jednym tylko dniu spad o Douglas [czytaj: daglas] 800 mm deszczu, więcpj niż wynosi roczna przecię całej Polski. Gwałtowne powodzie są samą klęską Australii jak uporczywe na Regularne opady, po prostu ta i es który można liczyć — występuje wschodzie i północnym wscho zie Ponad jedna trzecia lądu obywa się opadu rocznego lub jeszcze bar ziej . .. deszczykiem, podczas gdy rolnic wo' _ runkach australijskich musi opadu ną ,,dostawę" co najmniej r<?nie' • ,» suche" tereny pow- inna sprawa, ze i te ..suc wodnymi. żonę są nad wielkimi zasobama Mowa o wodach artezyjskie dwiema gruntowych, zamkniętych mię Y ... nieprzepuszczalnymi warstwami cych się pod ciśnieniem. Wypływają one sa- moczynnie na powierzchnię ziemi po prze- wierceniu otworu w warstwie górnej — je- żeli ciśnienie jest dość wysokie. W przeciw- nym razie, nie dojdą do powierzchni ziemi. W Australii ta woda artezyjska ma co praw- da zawartość siarki, ale umożliwia hodowlę bydła w tych rejonach, które inaczej byłyby w ogóle bezużyteczne. Nie można natomiast używać tej wody do nawadniania gruntów uprawnych, gdyż zniszczyłaby zasiewy. — Czasem woda artezyjska dostępna jest na kilka metrów pod powierzchnią ziemi, cza- sem trzeba wiercić do głębokości 2 tysięcy metrów. Z tych głębokich wierceń wydoby- wa się wodę mającą do 80 stopni Celsjusza. Są nawet źródła, z których tryska wrzątek. Lucjan Wolanowski: Poczta do Nigdy-Nlgdy. Warszawa 1968, Czytelnik, s. 91—92.
91 |ABY NIE ZOSTAĆ W TYLE) wysor tego leku w USA - , Nic gOSDC>da:' N.*o.'!n3i gospodarka wkracza do Australii od wybrzeży — pustynne wnętrze !«•! es me słabo zagospodarowane u. Lucjan Wolanowski Pociła do Nlgdy-Nlgdy Wantawa 1968, Czytelnik » SS-M i I w wielu dziedzinach życia Australia utr7vmułe się na wyżynach standardu swia- t owego Ze jednak i tu teoria ’ najwspamab szych kłamstw' nie traci znaczenia, więc wy- pada podać ze jest to kraj, gdzie najpierw wy rabiano samoloty i silniki lotnicze a do- piero potem samochody. A więc odwrotnie mz w innych stronach naszego globu. In- sulinę zaczęto produkować w Australii w 1923 roku, czyli zaledwie w rok potem, jak Banting i jego zespół po raz pierwszy zaaplikowali ją człowiekowi w Kanadzie. Jednym z ojców penicyliny byl Australij- czyk Howard Florey Antybiotyk ten zaczęto wyrabiać w Australii i juz w 1944 roku do- starczono go żołnierzom australijskim na froncie — minął wtedy zaledwie rok od pod- jęcia masowej produkcji 198 Były to osiągnięcia o pierwszorzędnym zna- czeniu. Australijczycy wyhodowali lepsze owoce lepszą pszenicę i lepszą trzcinę cukrowi Kiedy w krajach tropikalnych przy uPra^ trzciny cukrowej pracowała tania siła r0 cza. a uzyskany cukier eksportowano krajów o wysokiej stopie życiowTej — w stralii porządek rzeczy odwrócono. pikalnej części wielkiego lądu zyjący brobvcie farmerzy pochodzenia eur%Ij. skiego produkują cukier, który często duje drogę na rynki krajów o znacznie szej stopie życiowej niż Austra ia^ar. w tym z sił nadprzyrodzonych ^°Liral ' ka nie zna mistycyzmu Po prostu a - ski przemysł cukrowniczy. z poznałem się w Queensland Jest ^echanizowany. Niemal od zarania uważ- nie słuchał rad naukowców, opracowujących najlepsze metody produkcji 1 dobierających odpowiednie gatunki trzciny cukrowej. Mo- że więc oferować ceny konkurencyjne na rynkach światowych. Australijczycy najpierw mieli rafinerie nafty, potem dopiero dokopali się do źródeł ropy naftowej Najpierw zbudowali hutę aluminium a potem odkryli złoża surowca, pasujące doskonale do tych wcześniejszych inwestycji. Wielkie złoża miedzi dostali ni- by tytułem premii, kiedy eksploatowali kopalnie ołowiu i cynku. Przemysł, który w 1941 roku wyprodukował pierwszy samo- chód. teraz wyrabia wszystko — od lodówek do statków handlowych, dziewięćset no- wych fabryk powstaje tam rocznie. W eks- porcie Australia zajmuje dwunaste miejsce w skali światowej. Jest największym ekspor- terem na świecie wełny i ołowiu, drugim na liście eksporterem cukru, mięsa i cynku, trzecim — pszenicy. Ponad 15 procent eks- portu — to już nie surowce, ale artykuły przemysłowe. Produkcja minerałów pewnie do roku 1970 zdystansuje dawny produkt — wełnę, jako główne źródło dochodów, i przy- nosić będzie miliard dolarów rocznie. Kraj ten ma na swych pastwiskach 175 milionów owiec i 19 milionów sztuk bydła, alt* specjaliści studiujący te zagadnienia są zdania, że można by tam hodować 450 milio- nów owiec i 85 milionów sztuk bydła Po- wrócimy jeszcze do tych spraw w dalszych partiach książki, przedstawiając blaski i cie- nie Australii. Osiągnięcia tego kraju w róż- nych dziedzinach są jednak bezsporne Może powiodło się im nie dlatego, że mają dużo słońca j dużo Jadła, ale że tak wiele musiell zdziałać, aby nie zostać w tyle w naszym stale spieszącym się świecie. Chcieli nadą- 2yć za innymi a mieli tyle do zrobienia, uparli się, że garstka ludzi podbije cały kon- tynent. I w krótkim czasie zbudowali cywi- 1’zację na pustkowi Kopalni* mi<?d7i w Mount-Isa w stan^ Quer*»iland Wv|3i bydła * Nowej Południowej Wali.
w YABBA I PEDAIA W Charleville (czytaj: szarlwil], małym sennym miasteczku, gdzie jestem od dwóch dni. przybyszowi wychodzi naprzeciw Au- stralia wielkich pastwisk. Australia samot- ności. Australia pionierów. Trudno się sprze- czać. czy prawdziwa" Australia to właśnie Sydney x jego bankami i międzynarodową dzielnicą, gdzie przez całą noc przelewa się ulicami tłum mówiący wszystkimi językami świata, a kolorowe neony wabią przechod- niów do małych knajp, podających chyba wszystko, co tylko kucharze wymyślili od Brestu do Władvwostoku i od Nowego Jor- ku az po Los Angeles. Ja odnalazłeś serce tego kraju bijące mocno także w takich ma- łych osadach, gdzie wszystko nastawione jest na hodowlę owiec w Australijczycy są latającym narodem. Kraj, którego ludność liczy zaledwie jedną trzecią ludności Polski, ale za to rozmiesz- czona jest na terenie ponad dwudziestokrot- nie większym niż nasz kraj — używa samo- lotu na co dzień. Sześćset lotnisk ma Au- stralia. z czego pięć międzynarodowych, a samoloty — jak się miałem przekonać na własne oczy — mogą lądować nie tylko na lotnisku.. W Queenslandzie australijski problem ..wiele przestrzeni — mało ludzi" widać szczególnie ostro. Stan ten, którego zdjęciu transport chorego do Transport lotniczy oddaje nieocenione usługi w ży- ciu codziennym Na zdjęciu transport chorego do szpitala niemal sześciokrotnie powierzchnia większa niż cala Polska, zamieszkuje" ?n tysięcy mężczyzn i 682 tysiące kobiet, czyn że ludność tego kolosa jest znacznie mnie liczna niż u nas w wielu województwach. Ważne jest jeszcze i to, że sama stolica sta- nu — Brisbane skupia ponad jedną trzecią całej ludności Queenslandu. p Queensland hoduje owce i bydło. Gospo- darstwa—kolosy rozrzucone są na stepie, i odległości kilkudziesięciu kilometrów mię- dzy zabudowaniami mieszkalnymi poszcze- gólnych farm — nie są tu niczym nadzwy- czajnym. Samotność na bezkresnych prze- strzeniach jest więc nieodłączna od austra- lijskiego stylu życia — jeżeli opuścimy wiel- kie miasta i ruszymy na pastwiska, gdzie miliony owiec pożywiają się w skupieniu, aby dostarczyć na czas wełnę najlepszego gatunku krawcom całego świata. j Dawniej wypadek na tym bezludziu koń- I czył się niemal zawsze katastrofą. Owszem, gdy na farmie ktoś zachorował, natychmiast wtykano w rozłupany z jednej strony kij zwany przez tubylców „yabba" wiadomość o chorobie. Pałeczka ta była przekazywana do miasteczka systemem sztafetowym, bie- gacz lub jeździec na galopującym koniu przenosił ją szybko i jeżeli udało się zastać lekarza w miasteczku i znaleźć dlań wierz- chowca, to często już po kilku dniach nad chodziła pomoc. Ale gdy był to atak serca czy też choroba wymagająca szybkiej op racji, wtedy naturalnie było za późno- re kroniki australijskie notowały dramat} na stepie, gdy tylko kula pistoletu druha cz^ krewniaka mogła skrócić męki samotneg wędrowca, myśliwca czy pasterza, ciężko zaniemógł w tych stronach, zw potocznie Krainą Nigdy-Nigdy. • Alp Radio zmieniło nieco sytuację- A kie farmy nie mogły używać radiostacji teryjnych, brak było możliwości łado"^^ i przechowywania czy dowozu akum _ rów. Dopiero Alfred Traeger z A e wprowadził radiostacje, do których prąd dostarczano pedałując. To rowerowe urzą- dzenie wzbogaciło nie tylko australijską Wielką Samotność, ale i weszło do słowni- ctwa. „Pedałować przez płot" to znaczy, że pani domu ma wolną chwilę, siada przy na- dajniku i wymienia recepty kuchenne lub ploteczki z sąsiadką oddaloną o 200 km. Wszyscy się w tych stronach „radiowo" znają, a więc nie odmawia się nikomu drob- nych uprzejmości. Lokalna radiostacja prze- rywa na chwilę muzykę, aby zawiadomić pana McNab, że na kartce zakupów żona za- pomniała wpisać sól. Pan McNab, który ja- dąc przez bezdroża terenowym wozem natu- ralnie słucha radia, zaraz zawraca do osady, aby uzupełnić zakupy. Nabywa torbę soli i zadowolony z siebie rusza w drogę do do- mu. Co by to było, gdyby musiał zawracać już sprzed domostwa, przecież te setki kilo- metrów w jedną stronę na taki upal, to jed- nak nie byle co... 99. KLASA BEZ ŚCIAN Jest to chyba największa izba szkolna świata. Liczy sobie mianowicie - njo_ kilometrów kwadratowych, ta . ocje wie nie siedzą w zbytnie) c asn«K klasa nie ma ścian. Wychowankowie sie<M w swych domach rOT"UC°n^ loProozna na wiu. Gdy się nie odzywają ’ pewno powiedzieć, ze cho 11 bardzo punktualni, boleśnie o czu, *4njkU- ją nieobecność przy odbiorniku > Gdy zbliża się godzina lekcji, pę • po kilkanaście kilometrów na sp>en > koniu, jeżeli akurat w buszu P^c°jub przy pędzeniu wielkiego sta a ścigali stado kangurów albo psa rO. Całe to przedsięwzięcie zaczę o __ ku 1949 - opowiada dalej pani Maho z inicjatywy nieżyjącej juz P zrealizo- lajdy Miethke. Jej pomysł próby wany w rok później, KieuY i Czasem usta ją plotki i sprawy błahe, słu- chacz włącza się mimo woli w tragedię pu- styni. Oto koń, na którym Joe pojechał przed dwoma dniami, aby sprawdzić studnię artezyjską, wrócił przed pól godziną do swej zagrody. Niósł siodło, ale bez jeźdźca. Wzywa się sąsiadów’, aby śpieszyli z pomo- cą. Pan Smith proszony jest, aby wraz ze swymi synami przetrząsnął szlaki koło Czar- ciej Rozpadliny, pan Donovan zechce udać się na skrzyżowanie Wielbłądziego Szlaku z „Asfaltem", wuj David niech zaraz śpieszy w stronę tej studni, dokąd już teraz galo- pują trzej bracia zaginionego Pani O'Hara proszona jest o przygotowanie czterech no- clegów' i posiłków dla grupy ratowniczej która dotrze do jej gospodarstwa tuż przed zmrokiem. Może znajdą się też u niej jakieś nosze? Lucjan WolanowsLl: Poczta do Nigdy-Nigdy. Warszawa 1968. Czytelnik, s. 127—129. Lekcja śpiewu przez radio 201 200
nadano szereg audycji doświadczalnych. 8 czerwca 1951 roku poszła w eter pierwsza lekcja planowa, dziś zaś „Szkoła Radiowa jest dla wszystkich oczywistością. Czy można sobie bowiem wyobrazić, że w nowoczesnym kraju pozostaną poza oświatą dzieci, które mają mieć w życiu co- dziennym do czynienia z techniką? Czy z drugiej strony można sobie wyobrazić, że rodzina farmera, mieszkająca na tym odlu- dziu może sobie zorganizować nauczyciela względnie zespół nauczycieli dla swoich dzieci? Katedra nauczyciela stoi w studio klima- tyzowanym, bowiem w Alice Springs upał daje się bardzo we znaki. Jak w każdym studio radiowym, panuje tam głęboka cisza. Stoi tam fortepian, używany do akompania- 100. NOWA ZELANDIA KRAJ NA ANTYPODACH NA DRUGIM KOŃCU ŚWIATA [...] samolot jest już gotów do dalszego lotu. Wnet ruszamy w drogę. Wkrótce po starcie przelatujemy nad Cieśniną Cooka [czytaj: kuka], a dalej nad krajem postrzę- pionych wysepe i górzystych półwyspów, sięgających wysokości 500—900 m n.p.m. Krajobraz Wyspy Południowej staje się jeszcze bardziej górski aniżeli Wyspy Pół- nocnej. Mijamy północne odgałęzienia Alp Połu- dniowych. Dalej ku południo-zachodowi roz- ciąga się główny grzbiet tych gór, od któ- rego rozchodzą się szeregi pasm górskich i mniejszych wzgórz, przeważnie pokrytych lasami. W centralnej części Alp Południo- wych, nad którą przelatujemy, góry i grzbie- ty górskie pokryte wiecznym śniegiem i lo- dowcami zwierają się, a kotliny śródgórskie obrzeżone stromo opadającymi zboczami gór stają się małe i wąskie. Najwyższym zespołów mentu przy ćwiczeniach zespołów Chó nych; tak jest, nauczycielka podaje m ] '* i uczy słów, zaś każde dziecko objęte czaniem na tym olbrzymim terenie 0 ,nau’ sobie w swojej samotni... Dzieci maja i i swój teatr szkolny, nadający słuchów/ Mianowicie radiowi aktorzy przecho/ z odbioru na nadawanie i włączają Sję jedną falę. Wykonawców poszczególny^ ról dzieli czasem i tysiąc kilometrów -i czy ich jedna klasa szkolna, jakkolwiek m gdy nie oglądają się nawzajem i jest bardzo niewielka szansa, że ujrzą się kiedykolwiek Egzaminy doroczne składają bowiem przed komisjami w najbliższych od swych gospo. darstw miastach. Lucjan Wolanowski; Pociła do Nigdy-Nigdy. Warszawa 1968, Czytelnik s. 124—125, punktem tego alpejskiego kraju jest, maje- statycznie wznosząca się do wysokości 3764 m n.p.m., Góra Cooka, którą otacza co najmniej 20 innych szczytów sięgających powyżej 2400 m n.p.m. Dalej mijamy liczne jeziora, o charakte- rystycznym wydłużonym kształcie, głęboko wciśnięte w obszar górski. Wśród nich naj większe jest Te Anau, a najdłuższe Wakat' pu (prawie 100 km). Jeziora te powsta^ w wyniku żłobiącej działalności j^zor0^ lodowcowych, spływających ze zlodowa nego dawniej obszaru Alp Południowyc. Właśnie minęliśmy, otoczony .innym*. dowcami, lodowiec Tasmana, t nad ciągnie się na długości 29 km. Prze°hsij- Alpami Południowymi ukazuje nalT1.\ rowy i niedostępny charakter Najmz żona przełęcz leży tu na wYsojcoSC^en nie- n.p.m., inne biegną znacznie wyzeh ąsjęjrni dostępny obszar górski pocięty jes ^oczach dolinami rzecznymi o stromych Nowa Zelandia Spływają po nich spienione wody potoków górskich, wijąc się wśród głazów, żwirowisk i urwisk skalnych. Ale oto zbliżamy się do celu wycieczki, do Fiordu Milford. Samolot nasz nie może jesz- cze lądować. Lecimy więc dalej zataczając wielkie koło, wzdłuż wąskich, głęboko wrzy- nających się w ląd zatoczek. Są to hor y- podobne do tych, które znajdują się w i or Wegu. Powstały one, podobnie jak jezio w wyniku żłobiącej działalności jęzorów lo- dowcowych, ale spływających bezpośrednio do Morza Tasmana. [-I WYCIECZKA W KRAINĘ PLUTONA* Środkowa część Wyspy Północne] jest rozległą wyżyną wulkaniczną, zbudowaną z zastygłej lawy, popiołu i bomb wulkanicz- nych różnej wielkości. W wielu miejscach 203 202
Wieśniacy wykorzystują gorące źródła do prania bielizny tego obszaru ziemia drży pod nogami, w in- nych wydostają się z jej wnętrza kłęby dy- mu, pary wodnej i gazów. W jeszcze innych miejscach woda wrze i bulgoce lub wyrzu- cana jest w górę na znaczne wysokości, jak w silnych fontannach. Występują tu potęż- ne stożki wulkaniczne, z których trzy — Ruapehu, Ngauruhoe i Tarawera — to wul- kany czynne. Ciągną się one wzdłuż linii głębokich spę- kań, które wytworzyły się w czasie... ru- chów górotwórczych w okresie kredo- wym ery mezozoicznej (jeden z okresów średniowiecznej ery dziejów Ziemi). Wy- rzucone wówczas na powierzchnię olbrzy- mie ilości law wulkanicznych zastygając, utworzyły charakterystyczne stożki wul- kaniczne wysoko wzniesione ponad po- wierzchnię ziemi. Parcie mas skalnych z głę- bi ziemi na powierzchnię spowodował nież podniesienie całego centralnego ob°W' ru Wyspy Północnej, który do dziś gó*23 ponad pozostałymi obszarami. Snpkan; rUjc i • • Fs^ania sko. rupy ziemskiej na obszarze Nowej Ze] powoli jednak zacierają się; zaczyna tei '' mierać i działalność wulkaniczna. W tei k^ cowej fazie zamierania wulkanizmu istn^ ją jeszcze zjawiska powulkaniczne — gej ry, gorące źródła, wyziewy gazów. [KAHIKATEA I TUATARA] Roślinność Wyspy Północnej składa się przeważnie z gatunków podzwrotnikowych, a Wyspy Południowej z gatunków strefy umiarkowanej. Ze względu jednak na gó- rzystość Nowej Zelandii i warunki klima- tyczne, gatunki podzwrotnikowe na tere- nach nizinnych przenikają daleko na połud- nie, natomiast gatunki strefy umiarkowanej na terenach górzystych — daleko na północ. Najbardziej interesującym drzewem pół- wyspu Auckland jest gigantyczna sosna ka- uri o wysokości około 50 m i średnicy pnia do 3 m. Lasy kauriowe zostały wytrzebione, zaś ich resztki chronione są w rezerwatach. Innym drzewem miejscowym jest kahikalea, podobna do cyprysów, ale posiadająca czer- wone jagody. Rośnie ona gęsto wśród in- • nych drzew, splątana lianami i pnączami. Drzewo rata ma drobne nasiona, które często dostają się do kory pobliskich drze^ i tam rozwijają się wypuszczając korzenie sięgające do ziemi. Rośnie ono szybko, oph tując drzewo macierzyste splotem 9a^zl i korzeni. Drzewa takie nazywamy epif>la mi, tj. roślinami bytującymi na innych rosi . . _1 \ A/ IU niewys»- wielkich pierzastyc icz. drzewiaste paprocie, P do naszych małych paproci, tylko północ^' Wyspie Południowej, i korzeni. Drzewa takie nazywamy epiHta mi, .u. _______ _J • w to- nach, ale nie będącymi pasożytami, warzystwie raty rośnie najczęściej -- ka palma nikau o ' ciach. Częste są też ne i sze (do 3 m), o grubym pniu. Świat zwierzęcy na Wyspie podobnie jak na 204
znacza się małą ilością gatunków ssaków, natomiast występuje tu bogactwo ptaków, a wśród nich papug. Dawniej żyły w Nowej Zelandii olbrzymie ptaki-nieloty moa, do- chodzące do 4 m wysokości. Podobne były do afrykańskich strusi. Na uwagę zasługuje gad podobny do jasz- czurki — hatteńa (w języku maoryjskim zwany tuatara); osiąga on długość pół metra. Prowadzi nocny tryb życia, polując na drob- ne zwierzątka i owady. Hatterie znajdują się obecnie głównie w wellingtońskim ter- rarium (odrutowane pomieszczenie do ho- dowli drobnych zwierząt lądowych), gdzie otoczone są pieczołowitą opieką. Podobne gatunki do hatterii żyły dawniej w okresie jurajskim (średniowieczny okres dziejów Ziemi). W skład flory Nowej Zelandii weszły różne gatunki drzew europejskich, sprowa- dzone przez Anglików: sosny, jodły, topole, dęby, a nawet brzozy. Rosną one wszędzie wśród drzew miejscowych. Fauna Nowej Zelandii została również wzbogacona przede wszystkim w różne ga- tunki zwierząt domowych. Koloniści przy- wieźli: owce, bydło rogate, konie, świnie, *, króliki. Nadmierne rozmnażanie się królików na wyspach zmusiło władze do ich szerokiego odstrzału, podobnie jak to było w Australii. POZNAJEMY CHARAKTER GOSPODARKI KRAJU [...] wyjeżdżamy autokarem z miasta Roto- rua do systemu hydroelektrycznego, zbudo- wanego poniżej jeziora Waikaremoana. Droga wiedzie nas przez rozległe lasy jodłowe i góry. Przecinamy je i zjeżdżamy do hydroelektrowni Tuai. Wysoko nad na- mi — jezioro Waikaremoana. Wody jeziora spływają w dół, ujęte w potężne rurociągi do górnej hydroelektrowni i utworzonego przy niej sztucznego jeziora. Z kolei wody tego sztucznego jeziora zasilają największą, środkową hydroelektrownię Tuai. W po- dobny sjx>sób, tymi samymi wodami jezio- ra Waikaremoana, zasilana jest dolna elek- trownia. Cały system opiera się tu na wy- korzystaniu znacznego spadku wód jeziora (450 m). Wysokie spadki wód występują prawie na wszystkich rzekach Nowej Zelandii. Gór- ski charakter i pełnowodność tych rzek
Górska farma Pola uprawne w okolicy Chrlstchurch WYPRAWA PO ZŁOTE RUNO wytwarza- potrzebnej dolnej farmy. specjalnych zabiegów, pOza z powietrza (za pomocą . je do maga niem i trzykrotnymi w ciągu roku oględni stada, dla oddzielenia części na ubój dó sprzyjają wykorzystaniu ich do nia taniej energii elektrycznej, krajowi dla rozwoju życia gospodarczego. Na uwagę zasługuje jeszcze elektrownia... nad jeziorem Taupo, która poruszana jest stężoną parą wodną pobieraną z głębi ziemi obszaru wulkanicznego. Mr. Sheep posiada gospodarstwo składają- ce się z 32 000 ha pastwisk (30 000 ha stano- wią pastwiska górskie, a 2 000 ha to pa- stwiska na farmie dolnej). Na farmie gór- skiej owce nie schodzą z pastwisk przez ca- ły rok, tylko w okresie mrozów spędza się nie wy. użYżnia. S^olotu) lami strzyżenia i dla dokonania innych czynno^ hodowlanych. Wypasa się tam 10 000 owiec Na zmeliorowanych pastwiskach dolnej farmy zasiewa się soczyste trawy, koniczy. nę, a na polach kukurydzę i rośliny korze- niowe, przeważnie rzepak na karmę i ki- szonki. Zbiory z tej farmy stanowią podsta- wę dla żywienia zwierząt w okresie zimo- wym, ale część tych zasiewów zjadają owce również na pastwiskach. Łąki i pola podzie- lone są na działki ogrodzóne płotkami i siatkami z drutu. Takie grodzenie działek potrzebne jest zarówno dla słusznej prakty- ki wypasania owiec tylko na właściwych działkach, jak i dla ochrony pól przed kró- likami. Owce na farmie Mr. Sheepa są krzyżów- kami hiszpańskich merynosów, angielskich linkolnów i romney'0-w. Są one odporne na wilgoć, a przy tym dają dużo wysokowar- tościowej wełny i smaczne mięso. Górna farma zatrudnia 3 robotników, na- tomiast dolna 7 robotników. Mogą oni po- dołać dużej pracy, szczególnie na farmie dolnej, ze względu na zmechanizowanie prac i fachowe kierownictwo farmera Dla bujniejszego wzrostu trawy sieje się oraz użyżnia pastwiska rozpylaniem nawozów sztucznych za pomocą samolotu. Ilość pra. cy na farmie zwiększa się w okresie strzy^ żenią owiec. Całą tę pracę wykonują je na ekipy wynajmowanych fachowych Pos^je gaczy. Wędrują oni z północy na po od jednej farmy do drugiej. Na górskiej mie Mr. Sheepa pozostawia się owcom wełny, gdyż na wysokich pastwiskac rzęta trzeba chronić przed zimnem Wyspie Północnej strzyże się °wC skóry- [-] T Mieczysław Je*®1 ‘ nfypj- Zelandia kraj 1970, dach. - 3O'31' Część piąta TAM GDZIE RZĄDZĄ LĄDOLODY

Uczeni od dawna już zwracali uwagę na niewspółmierność wyników przypadkowych i dorywczych wypraw polarnych mających często sportowo-wyczynowy charakter, z ponoszonymi ofiarami w ludziach i wydat- kach. Jeszcze w 1875 roku austriacki badacz polarny Karol Weyprecht w Grazu oświad- czył, że międzynarodowy wyścig do biegu- na jest nonsensem i że awanturnicze wypra- wy pociągają za sobą olbrzymie koszty i niszczą wiele istnień ludzkich, ale żle słu- żą nauce. Wskazywał on jednocześnie, iż jedynie stałe i planowe badania na skalę międzynarodową za pomocą gęstej sieci stałych stacji obserwacyjnych z zakresu meteorologii i różnych dziedzin geofizyki dadzą wartościowe wyniki. Jakąż bowiem wartość mogły mieć nP oderwane obserwacje dokonywane na- prędce w czasie krótkiego kilkugodzinnego pobytu na biegunie albo dokonywane w wielkim pośpiechu w czasie uciążliwej dro- za pomocą prymitywnych narzędzi, po- nieważ wyruszając w drogę trzeba było li- C2yć się 2 każdym kilogramem bagażu. Rzecz jasna o stan ten nie można było winić podróżników polarnych, którzy dla jPrawy zbadania nieznanego kontynentu dali z siebie wszystko, nie wyłączając na- Wet życia. Błąd tkwił natomiast w braku współpracy, koordynacji wysiłków i zbęd- nym marnotrawstwem sił ludzkich Apel Weyprechta został przyjęty w 1879 roku na międzynarodowej konferencji po- larnej w Hamburgu. (...) Postanowiono, że co 50 lat będzie organi- zowany Międzynarodowy Rok Polarny, w czasie którego różne państwa stworzą na obszarach podbiegunowych siec stacji ba- dawczych prowadzących równocześnie ob- serwacje według z góry ustalonego planu. • Obecnie minęły czasy, gdy do walki z surową przyrodą porywał się człowiek prawie, że z gołymi rękami, gdy braki swej wiedzy mógł zastąpić jedynie odwagą i nie- złomną wolą ujarzmiania przyrody i pozna- nia nieznanego. Dziś w walce z lodami, mo- rzami i huraganami Antarktyki zmienił czło- wiek kruchą, drewnianą łupinę żaglową na potężny, stalowy, motorowy’ lodołamacz. a powolne saneczki ciągnione przez psy - na szybkie i mocne pojazdy gąsienicowe i na jeszcze szybszy, nie znający przeszkód samolot. Do walki o rozwiązanie ostatnich zagadek Antarktydy rzucił człowiek całą swą dotychczasową wiedzę ery atomowej, u progu której dziś stoimy (Jacek Machow- ski: „Problemy’’ 1956 nr I oraz Zdobywcy Białego Igdu. Warszawa 1959, PZWS, s 455).
I później w sierpniu morzach pokrY' 2000 -1000 i 211 i •w * U i n.p.m 3000 wskazywały mi- trzy dziesiąte Piomersksjt . . . powierzchni* i^doloou czworo!^3 ifi Mart^ otaczające go oceany Rozdział V KRAJE POLARNE 101. OD GWIAZDY POLARNEJ DO KRZYZA POŁUDNIA 165 z Arktyką nie- ‘ porównania obu Geografowie obeznani ustannie przeprowadzali obszarów podbiegunowych Ziemi. Różnic jest wiele. Punkt zwany geograficznym biegunem północnym leży pośrodku Morza Arktyczne- go pokrytego pływającą krą i polami lodo- wymi. Głębie tego morza, o powierzchni po- nad trzynaście milionów kilometrów kwa- dratowych, przekraczają pięć tysięcy me- trów. Biegun południowy, zwany czasem ,wy- sokim biegunem", znajduje się pośrodku Antarktydy, na płaskowyżu wysokości pra- wie trzech tysięcy metrów nad poziomem morza. Przez lodowce tego najwyższego na świecie kontynentu przebijają tu i ówdzie łańcuchy górskie, których szczyty przekra- czają sześć tysięcy metrów. Rzecz niezmiernie ciekawa. Arktyka to ocean o wielkich głębiach. Antarktyda to ląd o wysokich szczytach. Jakby jakaś mo- carna dłoń wyrwała ziemię z jednego krań- ca naszej planety, by dołożyć na drugi. Wewnątrz północnego koła polarnego, w odległości dwa i pół tysiąca kilometrów od bieguna, ponad milion ludzi mieszka w osiedlach i dużych miastach: Murmańsku, Narviku, Tromsó i wielu innych. Człowiek żyje tam, uprawia ziemię, zbiera plony, ho- 210 duje bydło, pracuje w wielkich zakładach przemysłowych, kopalniach i portach. Linie kolei elektrycznych i autostrady docierają w Związku Radzieckim, w Kanadzie czy na Alasce do samych wybrzeży polarnych mórz. W odległości niespełna tysiąca kilo- metrów od bieguna na północnych wybrze- żach Grenlandii złocą się latem maki polar- ne, pasą stada wołów piżmowych, na które polują zamieszkujący od setek lat te strony Eskimosi. Na krach Morza Arktycznego tuż pod biegunem można ujrzeć foki, białe niedźwiedzie, a na wyspach i wybrzeżach żyją wielkie stada renów, wilków, lisów i innych zwierząt czworonożnych. Południowe koło polarne przebiega we wschodniej części Antarktydy po pustyń nych obszarach, od milionów lat skutych o dem. W zachodniej — po morzach pokry tych prawie zawsze krą, trudną do s^rs® wania nawet dla nowoczesnych stat o Na Szóstym Kontynencie nie ma ś a^ życia. Nie zamieszkiwał go nigdy cz'oW^rO. Latem tylko przy brzegach, na wąskim P czy kilkunastokilometrowym pasie sp można kilkanaście gatunków Pta °^wje przybyszów, cztery odmiany 1 pingwinów. Ani jednego Wszystkie te zwierzęta żywi nie Kontynent, lecz których kipi życie. Gdy ustaną sztormowe i huraganowe wichry, nad lodowym pustko- wiem zalega cisza, jakiej nie zna żaden inny kontynent na naszej planecie. Nie darmo Antarktydę zwą Lądem Milczenia lub Lą- dem Wielkiej Ciszy. Na północnym biegunie geograficznym w środku zimy temperatura powietrza rzadko spada poniżej czterdziestu pięciu stopni. Na południowym biegunie, w sierpniu 1958 roku, zanotowano minus siedemdzie- siąt osiem. Nie jest to jednak rekordowa temperatura Lodowego Kontynentu. W tym samym czasie w stacji „Wostok", założonej w odległości tysiąca pięciuset kilometrów °d wybrzeża, na wysokości trzech i pół ty siąca metrów termometry nus osiemdziesiąt siedem stopnia. W dwa lata 1960 roku zarejestrowano w tej samej stacji najniższą na powierzchni kuli ziemskiej temperaturę: minus osiemdziesiąt osiem i trzy dziesiąte stopnia. W większym jeszcze stopniu nieporówny- walne są ilości lodu zgromadzone wokół obu 1000 Mirnyj 0 400 km podło/e skalna (przypuszczalnie) Przypuszczalna grubość pokrywy lodowej na odcin- ku Mimyj-Pionierskaja
biegunów Ziemi Antarktyda zawładnęła mm prawie niepodzielnie. Tylko dziesięć procent ..białego minerału" znajduje się po- za Szóstym Kontynentem. Są to lody pokry- wające Morze Arktyczne, Grenlandię oraz wszystkie lodowce górskie świata. Pancerz lodowy Antarktydy osiągnął astronomiczne niemal wymiary. [...] Średnia grubość pokrywy lodowej w środkowej części Antarktydy przekracza według ostat- nich danych trzy kilometry. Gdvby roztopić lód pokrywający Antark- tydę poziom wody we wszystkich oceanach °d sze^. Wrfc. s‘<i zarVi i morzach świata podniósłby się dziesięciu do siedemdziesięciu znikłoby wiele wysp, zmieniłby brzegów wszystkich kontynentów 'ę'* nam to grozi w chwili obecnej? Raczej Pokrywa Antarktydy „ścienlała" o prze^ trzysta metrów w ciągu ostatnich... dzi^ ciu tysięcy lat. Mieszkańcy Pomorza mogą więc spać spokojnie. Alina i Czesław CentkieA czowie: Kierunek Aniarkh. da. Warszawa 1961, s. 89—95. T ItZ GÓRY LODOWE Pływające kolosy, wielkie czasem jak wyspy. rodzą się z lodu kontynentalnego. Niektóre lodowce Antarktydy z głębi lądu potężnymi strumieniami spływają ku brze- gom W swej powolnej wędrówce zapełnia- ją doliny, przelewają się przez łańcuchy gór- skie i nie zatrzymując się na krawędziach brzegu, pełzną dalej po jego zatopionej części zwanej szelfem kontynentalnym W miarę jak zapada się on coraz głębiej w morze lód utrzymuje się na powierzchni wody zajmując czasem olbrzymie przestrze- nie. Dotychczas odkryto na Szóstym Konty- nencie dwanaście takich lodowców zwa- nych szelfowymi, o łącznej powierzchni pra- wie miliona kilometrów kwadratowych. Objętość ich przewyższa objętość całego lodu morskiego pływającego po Morzu Arktycznym. Największym na świecie lodowcem szel- fowym jest lodowiec Rossa o powierzchni przekraczającej pół miliona kilometrów kwadratowych Lima czoła lodowca zwana barierą ciągnie się na przestrzeni ponad ośmiuset kilometrów Barierą nazwał je pod- różnik angielski Ross, w chwili gdy zagro- i mniejszych iceber- Naiwiększy z tych lodowych „okruchów1 • - “ — —- “f człowiek liczy! trzysta kilometrów' długości i dzda mu niespodziewanie dalszą drogę na południe. Bariera Rossa wznosi się na wy- I sokość od kilku do stu metrów nad pozio- mem morza. Cały lodowiec, jak stwierdzono ostatnio, leży na wodzie, w paru tylko punktach wsparty o niewielkie skaliste wy- | sepki i mielizny. Ten potężnych rozmiarów „placek" średniej grubości trzystu metrów wykrusza się nieustannie. Jak prawie cala linia brzegowa Antarktydy, jest on kolebką „pływających wysp” i mniejszych iceber | gów [gór lodowych, czytaj: ajsbergi] Największy z tych lodowych „okruch , zaobserwowany niedawno przez czlow I liczył trzysta kilometrów długości I l dzieści szerokości Ponad wodą prostopadle w górę dziesięciopiętroM * ną. Gdyby tego lodowego kolosa * z morza, mierzyłby około osiemdz*^’^ pięter. Topniejąc daje tyle słodkiej * ile Wisła wtacza do Bałtyku " c!£^ dwudziestu. Jedne góry odpływają od maC'erZ^rótX! lodowca w ciszy, słychac zaled^'1 suchy trzask, jakby złamała się ^)naji przy akompaniamencie huku Pr/vpQ|ęt)O^ cego salwy najcięższej artylerii- 212
osiadłe w oceanie, gnane podwodnymi prą- dami morskimi, majestatyczne, dostojne, suną powoli na północ, ku zagładzie. Niesamowite wrażenie sprawia podczas silnej burzy biały olbrzym płynący pod "iatr. Jak dziób okrętu-widma rozbija krę Pozostawiając na swej drodze ciemny ślad "olny od lodu Siad ten zwany „cieniem" Jteberga, wykorzystują często polarni ma rynarze. Zdarza się, ze góry lodowe uparcie suną Za statkiem. Przed kilkunastu laty w Zato- C(? Wielorybiej na Morzu Rossa jedna z nich Zablokowała cztery okręty wyprawy amery- Qóskiej. Stanęła u wejścia zatoki zamyka- jedyną drogę odwrotu. Przez trzydzieści godzin załogi żyły pod groźbą zagłady 10 pomogłyby ani stalowe burty, ani ty- siące koni mechanicznych zawarte w silni- kach, gdyby te miliony ton ruszyły naprzód przypierając okręty do czół otaczających lodowców. W powietrzu panował spokój niezmącony żadnym podmuchem naraz góra lodowa, bez najmniejszej wydawałoby się przyczy- ny, w absolutnej ciszy, ruszyła powoli w Powsin" ^ ph*«u4cych lodowym 213
powrotny drogę na pcln} ocean Ludne odetchnęli i ulgą 2vwot icebergów jest na ogół krótki, trwa kilka najwyżej lat Drąży je bez ustanku fala, topią promienie słońca, żłobią wiatry, rrjsa lodu zarta od spodu przez cieplejsze woch traci z czasem równowagę, przechyla 103 ZORZA POLARNA Pojawienie się zorzy polarnej przypadło na marzec. Zjawisko to tak często opisywa- no, ze może uchodzić za banalne. Wywoła- ne jest jonizacją górnych warstw atmosfe- ry. Nie mogłem nigdy patrzeć na nie bez wzruszenia Pewnej nocy Jakub, wyszedł- szy po lód. pospiesznie wrócił i powiedział: Się i przewraca z hukiem niebezpieczne chwile dla nie oy w florze. dal statków, nawet tydi^**5 nych, zaopatrzonych w magiczne oko*^ AJina i C2esław czowie: Kierunek ^ da-Warszawa 19^**? s. 92—94. ,96ł. — Chodźcie zobaczyć! Zorza, do pior. na! — Wyszliśmy wszyscy, a widok od"i nam mowę. Cały nieboskłon od wschodu do zachodu był zaciągnięty draperią, wznosi ! cą się aż do zenitu i opadającą ruchomymi ( fałdami. Ta jarząca masa mieniła się w nie. I skończoność odcieniami zieleni i złota. Chw? ! i tiulowe we- cerek. jaskrawo oświetlone z rampy lam i ,ony ,-yglądało to na zastygłe ‘ liołu do góry. Można sobie również wy- brazić główny żagiel starożytnego okrętu naqle opuszczony przez wiatr i zwijający się ‘ podobieństwo organowych piszczałek. Właściwość jarzeniowa całości jest niepo- równywalna, jedyna. To nie jest fluorescen- cja ani tez rozbłyski cekinów na tkaninie. Wyda je się, że światło płynie z samego two- rzywa, ale nie jest lśniące, raczej rozproszo- ne i bardzo intensywne. Przychodzą na myśl świetliste aureole na płótnach mistrzów Od- jedzenia. W ogóle to okazałe obicie, którym pokryte jest niebo wydaje się trwałe. Wy- starczy jednak zamknąć na chwilę oczy, ęby spostrzec, że jego budowa jest płynna, że olbrzymie fałdy zmieniają miejsce. Dwu- czy trzykrotnie mieliśmy sposobność oglą- dać całą zorzę w pełnym ruchu, ogarniętą niezmiernie szybkim falowaniem. Można by powiedzieć, że niebo ożyło. Raz jeden wy- dało się, ze odcień żółtozielony właściwy zorzom południowym, oglądanym stąd, prze- obraża się w różowy. Piękność tego zjawi- ska pozostaje w skali wielkości krajobrazu, jego pustki i jego smętku. Dla Lepmeuz (czytaj: iepinoj emocja spo- wodowana tym naturalnym zjawiskiem cza- rodziejskim nie była pozbawiona posmaku niepokoju. W istocie doświadczenie wyka- zało, że nazajutrz po zgadnięciu zorzy łącz- ność radiotelegraficzna stawała się niemo- żliwa z powodu stałych zakłóceń. Przyczyna tej przykrości jest dobrze znana: zorzę wy- wołują znaczne zmiany zachodzące w gór- nych warstwach atmosfery, w jonosferze. Na warstwach tych załamują się krótkie fa- le radiowe, którymi posługujemy się w cza- sie emisji. Mano Manet: Siedmiu ludzi wir ód piegwinów. Tłum. M Zakrzewili. Warszawa __ 1958. Iskrv, s. 102—103. 104. {BIAŁO-CZERWONA FLAGA NAD OAZĄ BUNGERAJ Pewnego letniego dnia 1947 r. przy wschodnich brzegach Antarktydy ze statku -lotniskowca wyprawy admirała Byrda star tował samolot wywiadowczy. Pilot długo krążył w powietrzu. Całe godziny. Od dwu prawne miesięcy przeprowadzając loty ba dawcze, nie widział nic prócz bieli. Ot, choć wolne od lodu obszary’. Nie widać było ich końca. W kabinie samolotu przywarły do szybek rozgorączkowane twarze załogi Ter- by I dziś. W dole milionami iskier mienił się w słoń- Cu szklisty lodowy pancerz. Poryty szczeli- nami, to znów płaski, jednostajny. Jak da- ek° Wzfok sięgał, napotykał biel. Martwe, pUstynne przestrzenie. Raptem zamajaczyła jakaś ciemniejsza plama. Duża, dziwna. Miększa niż samotny szczyt wystrzelający * A raz i drugi Sam sobie dowierzał. Zawrócił maszynę, obniżył Ooraz wyraźniej rysowały się ciemne jakaś ciemniejsza plama. Duża, z lodu, -większa niż pasmo gors ~ Pilot przetarł oczy nie lot
kotał bez chwili przerwy aparat, filmowy, trzaskały gorączkowo migawki aparatów fo- tograficznych. Bo też było na co patrzeć. Na tle ciągnących się daleko ciemnych zwalisk skalnych coś migoce tu i ówdzie w słońcu. Jakby tafle niezamarzniętej wo- dy, jakby jeziorka. Mniejsze i większe. Jest ich mnóstwo. A jedno niepodobne do dru- giego ani kształtem, ani barwą. Nawykłe do bieli oczy zaskakuje rozmaitość kolorów. Jedno mieni się szmaragdową zielenią, przy- siąc można, ciemnym turkusem, jeszcze inne połyskuje jasnym ametystem. Antarktyda odkrywa przed człowiekiem jedną ze swych zagadek. To dziwne na Białym Lądzie miejsce, w którym latem daremnie szukać bv śniegu, nazwano oazą. A od imienia jej odkrywcy — Oazą Bungera. Daleko rozniosła się wieść o niezwykłym skrawku ziemi. Wszystkich na całym świecie nurtowało jedno pytanie: „Skąd mogła wziąć się wśród lodowej pustyni tak wiel- ka, wolna.od lodu przestrzeń"? (...) Snuto najrozmaitsze domysły. (Jedne] bardziej fan- tastyczne od innych. Niektórzy sądzili, że to pokłady węgla — ślady zamierzchłej prze- szłości tego kontynentu — palą się gdzieś głęboko i ogrzewają skały. Inni przypusz- czali, że to podziemne źródła gorącej wody. Byli i tacy, co tajemniczo zapewniali, iż tyl- ko bogate złoża uranu mogły spowodować to niezwykłe zjawisko. Zakuty w lody kontynent kryje w swym wnętrzu wiele nieznanych mineralnych bo- gactw, wiele nie wyjaśnionych zagadek. Natychmiast po wylądowaniu na Antark- tydzie polarnicy radzieccy rozpoczęli bada- nia w Oazie Bungera, która leży w odległo- ści niecałych 400 km na wschód od Mirnego. Wszyscy niecierpliwie oczekiwali jakichś sensacyjnych wyników. Sensacyjne nie by- ły, ale wyjaśniły wiele. Termometry zako- pane w ziemię wykazały, że grunt dziwnej oazy jest wiecznie zamarznięty. Już nawet na głębokości kilkunastu centymetrów A więc ani tlące się pokłady węgla, ani go- rące źródła, ani złoża wchodzić w rachubę. uranu nie i, Okazało się, że temperatura wody nych jeziorkach, które niby siecią POb ją wolny od śniegu i lodu obszar ,jes^‘ wysoka. Ze jedne są słone, a inne słodT wodne. W jeziorkach tych polarnicy z ° leźli małe, malutkie żyjątka. Tak drobne”3 nie można ich dojrzeć gołym okiem, Wid? je tylko przez silnie powiększające szkła Żyjątka te nadają rozmaite barwy jeziorom i jeziorkom Oazy Bungera. Ale skąd się wzięła ta wielka przestrzeń wolna od lodów? Wielka, licząca trzydzieści km długości i dwadzieścia pięć szerokości. Odpowiedź na to pytanie przyniosły loty powietrzne nad tym obszarem. Potężny lodowiec, pełznący od bieguna ku wybrzeżom, został zatrzymany w swej powolnej wędrówce przez górskie łańcuchy Ominął tę przeszkodę i spływa dalej nie jednym potężnym potokiem zakrzepłej w lód wody, lecz dwoma. Niby białe ramio- na olbrzyma obejmują one skały od wschodu do zachodu. Ciemna ich powierzchnia latem nagrzewa się silnie od promieni słonecznych Daleko silniej, niż skały odbija promienie biała powierzchnia lodu. Od skał nagrzewa się z kolei powietrze nad oazą. I dlatego jest tam ciepło, o kilka stopni cieplej niż na po- bliskich lodowcach. Zimą przeciągają nad Oazą Bungera g"a,‘ towne wichury. Pędzą z szybkością dwustu dwudziestu kilometrów na godzinę. Wyd®u chują ze skały każdy płatek śniegu. A ze wieją bardzo często, uwalniają wciąż sra) Oazie od białej pokrywy. W listopadzie 1956 r. polarnicy ^zie^e założyli tam stację zwaną Oazis, 9 w ciągu dwu lat prowadzili bez przerwy maile pomiary i obserwacje. O projekcie przerwania prac w z końcem roku 1958 dowiedzieli się kowie polskiej delegacji w sierpniu gresie Roku Geofizycznego * w Zrodziła się myśl stworzenia polskiej na Antarktydzie. Potoczyły się pełne
cia i oczekiwania wstępne rozmowy. Rząd ZSRR w dniu 4 grudnia przekazał nieodpłat- nie Polsce stację Oazis wraz z pełnym wy- posażeniem. Po raz pierwszy w historii otwierała się przed polską nauką niezwykła możliwość pracy na Białym Lądzie, na któ- rym w Roku Geofizycznym zaledwie dwa- dzieścia państw miało swoje placówki. Następnego ranka przeżyliśmy uroczystą chwilę. Nad skałami Oazy Bungera znów zawisł śmigłowiec. Kierownicy radzieckiej wyprawy przylecieli, by przekazać nam stację. Serdecznie przemawia do skupionych wo- kół masztu znany polarnik Tołstikow, ży- cząc Polakom owocnej pracy. Daleko nie- sie się głos ludzki po dziwnych zwaliskach ciemnobrunatnych skał w przeogromnej ciszy Białego Lądu. Jeszcze chwila i na szczycie masztu zawisła polska flaga. Po raz pierwszy w historii na Szóstym Kontynen- cie... Alina i Czesław Centkiewi- czowie: Tajemnice Szóstego Kontynentu. Warszawa 1964. Czytelnik, s. 97—99, 102. 217
nie zna historia Alina i Czesław Centkiewi- czowie: Tajemnice Szóstej Kontynentu. Warszawa 19M Czytelnik. P°d jedny, nie e dh po czym za- 106 ZDOBYCIE BIEGUNA POŁUDNIOWEGO 105. MIĘDZYNARODOWY TRAKTAT JAKIEGO W grudniu 1959 roku na Międzynarodo- wej Konferencji Antarktycznej w Waszyng- tonie przedstawiciele dwunastu państw pod- pisali traktat, jakiego nie znała dotąd hi- storia. Na mocy tego traktatu Antarktyda, najbardziej wrogi człowiekowi kontynent świata, stała się pierwszym do którego nie ma dostępu wojna. Państwa podpisujące traktat zobowiązały się, że nigdy nie będą prowadzić tu żadnych działań bojowych, żadnych ćwiczeń o cha- rakterze wojskowym oraz żadnych prób z bronią nuklearną. Postanowiono również, że nie wolno wywozić na wody Antarktydy ani na ląd Antarktydy popiołu z reaktorów atomowych. Energia nuklearna może i po- winna być tu wykorzystana wyłącznie dla celów pokojowych. Każdy bez wiz i zezwoleń może lądować na Antarktydzie, Kontynencie Nauki, i pro- Wreszcie, 20 października, mogliśmy wy- ruszać [pisze Roald Amundsen *]. Było nas pięciu — Hanssen, Wisting, Has- scl, Bjaaland i ja — z czterema saniami, z których każde ciągnęło trzynaście psów W chwili odjazdu sanie były bardzo lekkie, bo znajdował się na nich tylko nasz ekwi- punek. Ciężkie skrzynie z żywnością czekały pod 80°. Tak więc mogliśmy sami usadowić się w sankach i raźno wywijać batem. Ja siadłem okrakiem na saniach Hassela. Każ- dy, kto zobaczyłby nas tak jadących, mu- siałby uznać podróż na biegun za bardzo pociągającą. (...) Przebyliśmy już kilka niezbyt szerokich szczelin, gdy nagle ujrzałem, że sanki Bjaa- landa przewracają się, a on sam zeskakuje i chwyta za lejce. Przez chwilę sanie pozo- stawały w położeniu ukośnym, 218 •l wadzić interesujące go badania tylko warunkiem, że wyniki tych bada będą zatajone, że staną się dostępn wszystkich. Zgodzono się również jednomyślnie, że okres lat trzydziestu zawiesza się wszelk* pretensje terytorialne, że w tym czasie ża? ne państwo nie będzie wysuwało żadnych roszczeń ani żądań politycznego podziw Szóstego Kontynentu, który stanowi wSpó|. ne dobro. W ten sposób pierwszy Kontynent N^uki stał się równocześnie pierwszym na kuli ziemskiej Kontynentem Pokoju. Do podjęcia tej niezwykłej decyzji skin- niły ludzi wspaniałe wyniki zgodnej wspól- nej pracy. częły zapadać się coraz głębiej, az wresz- cie całkiem zniknęły. Bjaaland wparł się sil- nie w grunt, a psy położyły się płasko, wczepiając łapy w śnieg. Tymczasem sani zapadały się coraz głębiej. Wszystko to trwało zaledwie kilka sekund. — Już dłużej nie mogęl — krzyknął Bpo land. W tym momencie dopadłem go z _ Stingiem. Jeszcze kilka sekund, 8 san Bjaalanda oraz trzynaście jego psów P padloby. (...) 2»s 7 listopada o ósmej rano opuściliśmy Przed nami biała mroźna dal. crja piero teraz rozpoczęła się podróż na Powierzchnia lodowa wyglądała tutaj nie tak samo jak gdzie indziej: by 8 nie płaska i zapewniała wygodną Ja

Gdy /nhmnliMin tlę na postój pod «2 WS Pd południowo-wschodnim horyzon- tu du*trn*ęlhmy wiwlklo zwały blalawo- biunalnych chmui. p»kte zazwyczaj groma- ibą tlę nad górami | | II listopada można juz było wyraźnie zaobserwować łańcuch górski, ciągnący się po prawej ręce z południa ku zachodowi Zbl załomy się znacznie do lądu i z każdym dn im rozróżnialiśmy więcej szczegółów. Tc'. .n«' wierchy. jeden wyższy i dzikszy od druqn*qo. wznosiły się do wysokości pię- ciu t\%ię<\ metrów. Uderzyły nas ogromne nagie ściany tych gór Spodziewaliśmy się lam znacznie grubszej pokrywy śnieżnej Góra Fndtjola Nansena była wprosi czar- noblękitna: tylko w wyższej części pokry- wała ją wielka czapa śnieżna. |,..| PRZEZ GÓRY 13 listopada zaczęła się wspinaczka. |...] Im dalej się posuwaliśmy, tym lepiej było widać naszą drogę. Poprzednio prawne cały widok zasłaniały bliżej łożące góry. Teraz ukazał się naszym oczom potężny lodowiec, który, jak się to obecnie okazało, ciągnął się od samej bariery lodowej pomiędzy wyso- kimi górami w kierunku ze wschodu na za- chód. Wspinając się po lodowcu musieliśmy się w końcu wydostać na wyżynę — widać to było wyraźnie... Kontynuowaliśmy z uporem nasz marsz, nie chcąc zatrzymywać się przed osiągnię- ciem samej wyżyny Tutaj, w górze, zmienił się natychmiast charakter pokrywy śnieżnej Zniknął puszysty śnieg, pokazywa- Przekrój drogi R. Amundsena do bieguna poludmo wego 220 -1 •nwin ? Wił legły i ny /mUć oslie jak Mn obejrzałem barometr i okazało się, -ze wysokości trzech tysięcy dwZ d t I — — - * * Późnie] ly się pojedyncze faliste wydm klóre dały się nam szczególnie na ostatnim grzbiecie. Wydmy bi ludniowcgo wschodu na północ były one twarde jak kamień i r_ _______ Upadek mógł lutuj pociągnąć za soU dzo niemile następstwa | ..j Wj Natychmiast po przybyciu |d0 obaw obejrzałem barometr i okazało się, u.,/ my ll<l tAf ł r«_/-k Lr ^ »<•*•** Ł - — ~ — i - dwudziestu metrów, co potwierdził hipsometr [...). Od razu dała się odczuć gwałtowna znu* na wysokości. Kiedy chciałem się obróu w swoim śpiworze, musiałem to zrobić u kilka rat, aby nie stracić tchu [~.j. Notatki w moim dzienniku z 29 listopada zaczynają się od niezbyt pochlebnej uwagi ..Mgła, mgła i jeszcze raz mgłal Do lego syp- ki śnieg, który czyni drogę prawie nie do przebycia Biedne zwierzęta |psy] muszą si<; straszliwie namordować, aby uciągnąć san- 30 listopada przyniósł wreszcie przejaś- nienie. Mogliśmy teraz zobaczyć, że pasma górskie, łączące się ze sobą na 86°S. posia- dają przedłużenie ku południowi w postaci potężnego łańcucha ze szczytami wysokości od trzech do czterech tysięcy pięciuset me trów. Góry Nilsena były najdalsze, jakie mogliśmy stąd dostrzec [...]. Nigdy chyba nie widziałem nic piękniej- szego od Gór Nilsena. Szczyty najrozmait- szego kształtu wznosiły się wysoko ku gór« skryte częściowo w obłokach. Niekt m wierzchołki rysowały się ostro, większo^ jednak była rozłożysta i jak gdyby za0^r^ łona. Tu i ówdzie widziało się poty5 ’ lodowce, jak gdyby spadające w dzie po stromych zboczach, aby r0ZP^, się następnie w bezładnej plątaninie u^ nóża gór. Najniezwyklejsza była tu J Góra Hanssena. Okrągły jej wier2C wyglądał niby odwrócona filiżanka.^^ nakryty osobliwym lodowcem. cos w wany • » , d byt • tworzący^ — sterczał rodzaju czapy i poszarpany, że lodowiec był tak bloki lodu l Roald Amundsen w stroju Uczestnicy wyprawy dokonuje pomiaru szerokości geograficznej polarnym na wszystkie strony niby igły jeża. Błyszcza- ły one i połyskiwały w słońcu — przepięk- ny widoki Takiej drugiej góry nie ma na pewno na całym świecie. toteż stanowiła ona dla nas doskonały drogowskaz niemo liwy do przeoczenia. Nie mogło yc co niej pomyłki, bez względu na to, jaki ę ze wygląd okolicy w czasie drogi powronei, przy ewentualnie zmienionym oświetleniu ' 2 grudnia okazał sic szczególnie m«czą^- Już od wczesnego ranka szalał wic er łudniowo-wschodni. który powodował gęsią zadymkę. Sanna była jak najgorsza, g a niczym lustro lód [-l- . k Następnego ranka burza sza a a z samą siłą. 7e względu na niebezpiecz ren postanowiliśmy na razie czekac: Tymczasem ściana chmur rozpadała . coraz bardziej i bardziej [-4 donios,e Tego dnia stanęło przed zadanie oto mieliśmy ponieść dar dalej na południe, niż kiedykolwiek nęła ludzka stopa Przekroczyliśmy 88C23'S: nikt tu jeszcze nie dotarł (...). Złożyliśmy sobie wzajemne gratulacje i gorąco uścisnęliśmy prawice oto doszliśmy tak daleko w szczerej zgodzie, dojdziemy Jeszcze dalej — aż do celu Nie zapomnieliśmy przy tym wspomnieć człowieka, który wraz ze swymi dzielnymi towarzyszami zaniósł sztandar ojczyzny bli żej celu niż ktokolwiek z jego poprzedników Nazwisko Sir Ernesta Shackletona płomien- nymi zgłoskami zapisane będzie na zawsze w historii badań bieguna południowego |...J. Następnie przejechaliśmy j?szcze ze trzy czy cztery kilometry aż do 88°25’S i tam rozbiliśmy obóz. Przez cały ten czas pogoda nieustannie się polepszała obecnie było zupełnie cicho i bardzo jasno; stosownie do tych okoliczności panowała prawdziwa „let- nia temperatura —18 |...J. Ciepło ostatnich dni pogorszyło bardzo stan naszych ran z odmrożenia Ostatnia burza z południowego wschodu dała się do- brze we znaki Wislingtowi. Hanssenowi i mnie Lewe strony naszych twarzy były 221
140’ 60 120 60 I’ i ISO' 160’ MORZE YC Biegun Norwegowie żegnają biegun południowy przed wyruszeniem w drogę powrotnq jedną raną, ropiejącą i nabiegłą krwią. Naj- lżejszy powiew wiatru wywoływał wraże- nie, jak gdyby ktoś skrobał po twarzy tę- pym nożem [...]. Począwszy od 88°25’S barometr i hipso- metr wykazywały powoli, ale stale, spadek wysokości. Była to dla nas miła niespodzian- ka. A zatem odkryliśmy nie tylko najwyż- szy punkt wyżyny* ale także jej skłon w przeciwległą stronę. Miało to wielkie znaczenie dla wyjaśnienia budowy całego płaskowzgórza [...]. [NA BIEGUNIE] Rankiem 15 grudnia [1911] powitała nas przepiękna pogoda, jakby stworzona do zdo- bycia bieguna [...]. x Posuwaliśmy się naprzód całkiem auto- matycznie. tak samo jak zwykle. Mówiło się niewiele, ale tym pilniej pracowały oczy Szyja Hanssena zrobiła się dwa razy dłuższa tak ją wyciągał i wykręcał, aby wybiec wzrokiem choć parę milimetrów dalej. Mi- 222 mo ze wypatrywał sobie oczy, nie mógł zo- aczyć nic oprócz monotonnej, bezkresnej równiny. Psy zachowywały się spokojnie, widać było, że okolica osi ziemskiej zupeł- nie ich nie interesuje. O trzeciej po południu [ 15.XII. 1911] ze wszystkich sanek zabrzmiało jednocześ- nie: Stój! — Jak wykazywały nasze kola pomiarowe, staliśmy na biegunie. Cel został osiągnięty. Nie mogę powiedzieć, że 0514004161” wówczas cel mego życia. Wiem, że brzmią’ loby to o wiele wspanialej, byłoby jednak grubą przesadą. Wolę być szczery i powiem, że zapewne nikt nie był bardziej oddalony od celu swego życia niż ja w owej chwili Od dzieciństwa marzyłem o biegunie Pó! nocnym, a zdobyłem południowy- Tak więc znajdowaliśmy się na biegunie Opracowano na Roald Amundsen: Z<W bieguna południo** Tłum, z jęz. niem. Ciechowski. Wyd- szawa 1966, Iskry, s- 377. 2OOO km Ipółnocn 20 •'u - 107. LĄDOLÓD RZĄDZI GRENLANDIĄ Grenlandia dzierży dwa rekordy geogra- ficzne; jest największą wyspą świata i naj- większym na półkuli północnej skupiskiem lodów. Na mapie prezentuje się jak gomół- ka sera, rzucona swobodni? na błękitną pla- mę wód północnego Atlantyku. Ser jest we- wnątrz zdrowy i biały, na brzegach nadpsu- ty, żółty, postrzępiony. Pas żółty to ląd fiordami skuty, skaliste góry nadbrzeżne i tundra; biały całun wnętrza — lądolód. Lądolód — nazwa dziwna, ale treściwa. Bo rzeczywiście lód grenlandzki jest lodem lądowym, a właściwie wielkim lądem lodo wym. Ma powierzchnię równą całej zachód kształt zbocze niej Europie (1800 000 km kwl) płaskiej tarczy, wspartej brzegami o gór nadmorskich. Skalny teren Grenlandii wygląda jak mi- sa olbrzymia, o ścianach wysokich i wnętrzu łagodnie wklęsłym. Misa jest wypełniona lodem, właśnie lądolodem; wypełniona z czubem. Ow czub wyniosły, rozległy i skle- piony, tworzy wyżynę wnętrza Grenlandii. Z niej przedarł się w niektórych miejscach lód, przewalił się przez brzegi misy i dotarł do oceanu [...]. Lądolód rządzi Grenlandią na przestrzeni wieków, a ląd ten jest mu posłuszny Lecz lądolód nie jest sam sobie panem, pozostaje w ścisłej zależności od klimatu, a raczej od jego kaprysów. Gdy klimat się zaostrza, gdy wzmaga się ilość opadów śnieżnych, a spada przeciętna temperatura roczna, wówczas potężnieje lądolód, rośnie waga jego cielska i wielkość postaci [...]. Gdy na nizinę północnej Polski wkroczył od Bałtyku wał lodów skandynawskich, pęczniał i rozprzestrzeniał się również lą- dolód grenlandzki. Gdy lody dyluwialne *, przewaliwszy się przez Polskę, sięgały do brzegu Karpat — 1 . lądolód grenlandzki roz- siadł się nad całą wyspą, przeszedł przez pas tundr nadbrzeżnych i szerokim frontem wtłoczył się w morze. Strumienie lodowe rozgrzebały i poszerzyły dawne doliny rzeczne, przemieniły je w koryta fiordów, wypełniły po brzegi. Alfred Jahn: Kraj biały czy zielony. Wrocław 1948, Książnica Atlas, s. 45—47. •
Krajobraz Grenlandii. Na pierwszym planie baza wojskowa USA 108. GDZIE TUNDRA GRANICZY Z LODEM Rozczłonkowany fiordami obszar zachodniej Gren- landii. Prostokąt pokazuje teren badań polskiej wy- prawy w 1937 r. wy- na Ze wzgórz ponad zboczem fiordu [...] wi- działem długą, łagodną dolinę, usłaną bujną tundrą, przez którą ciągnął się różaniec owalnych jezior. Jeziora były jeszcze pokry- te lodem. Mieniły się jak perły nanizane na srebrną nić strumyka. Wszystko było oblepione zielenią — wy- bujałą, soczystą zielenią. Wyglądało jak na wspaniałej sielance: niczym ciepła, majowa łąka nadwiślańska, pełna kwiatów. Zółtaw jaskry, szkarłatne maki, białe wełnianki, 224 e ja- : teren badań polskiej wyprawy z 1937 r 0 50 km i____________i Fiord 0 Fiord Arfersiorfik na Grenlandię, której uczestnikiem był autor — teren badań polskiej wyprawv Srpi Dr7ncł _______ i__« ” I kieś dzwonki biadoliła, a na zboczu fioleto- wy różanecznik. Wszystko to bujne i jędrne Łączyło się w kępki, oplatało skały, kwitnę ! ło życiem... I O kilka kroków dalej był brzeg lodowca, lo był największy kontrast Grenlandii. Ogarnęło mnie przerażenie, gdy widziałem tak ostrą granicę życia i śmierci. Stałem naprzeciw lądolodu. Tuż poza stro- mą krawędzią wznosił się on miękko, coraz wyżej i równiej, z białego stawał się siny, a na horyzoncie zlewał się z błękitnym nie- bem. Śnieżna, zimna pustynia. Była olbrzy- mia i rozległa, biło z niej światło tak silnie, aż oczy bolały. Spoglądałem więc ku półno- cy, wzdłuż krawędzi — wszędzie lód ury- wał się gwałtownie, okolony cieniutką smu- gą szarych moren *. Staczał się w fiord dłu- gim lodowcem, a dalej na przeciwległy111 brzegu znów to samo. Zielona, cudowna tundra, skąpe pasmo moren i lądolód, u brze- gu zwalisty, a dalej ku wschodowi płaski’ bezbrzeżny. Kontrast był tu regułą, Pra wem... Wszelkie przeciwności rodzą walkę- dzy życiem tundry, a jego lodową negacr trwa nieustanna, nieubłagana walka. Granica wiecznego śniegu w środka"^ Grenlandii przebiega na wysokości 100 ^7 To znaczy, na wysokości 1000 m jest już za ciepło, by spadły w zimie śnieg m trzymać lato, by mógł tu skupie s _ stalizować w lód. Tundra nad lor 300 siorfik rozpościera się do wyso vjinia- i 400 m, a więc cała tkwi w stref i« tycznej przypadającej ",e P“"a lu pra- nicy wiecznego śniegu, łun 1 wo do życia, więc krzewi siębujme^A 10 dowce są intruzami. Bo lądo ° nnaczonego czył się w swoim zasięgu d vy . ob{i. mu obszaru o niskiej temper wvW0. tych opadach śnieżnych, lecz Iodowej lanego silą ciężkości parcia da. rozlał się w lodowce. rozprZe* ice klima- leko poza wyznaczone mu g Wto- tyczne i spłynął aż do Poz,°m“ ™°ród ziele- czyi się na trawiaste łąki 1 'e9 — Nowy stary świat ziele- ni. Gdy posuwa się naprzód gniecie pod so- bą kobierzec tundrowy, zasypuje miałem morenowym darń i krzewy. Gdy cofa się, tundra łapczywie rzuca się na świeże skraw- ki wolnej od lodu przestrzeni i urągając zimnemu rywalowi postępuje za nim krok w krok. I tak trwa walka o każdą piędź ziemi, walka niesłychanie zacięta i bezkompromi- sowa. W niektórych miejscach dwa światy tak wżarły się w siebie, że wprost z lodow- ca schodziłem w step. Brodziłem wśród traw, które mi sięgały wyżej kolan, przedzierałem się przez gęstwinę krzewów i upajałem się świeżym zapachem bujnych mchów. A na czekanie * skrzył mi się jeszcze pył i odłamki jodu... Alfred Jahn: Grenlandia. Warszawa 1969, Wiedza Powszechna, s. 62—63. 225
109 NA IOWY IGRINIANDIA) Dzisiaj ren stal się rzadkością zacho- wał się tylko w Grenlandii środkowej, głównie w wysokogórskim terenie. (...) Ten obszar jest bodajże jedyną enklawą na świecie. gdzie ren żyje do dziś jeszcze w stanie dzikim, rozproszony na olbrzymich przestrzeniach, wspaniale rozwinięty, wiel- ki. większy aniżeli jego pobratymcy, którzy przeszli w innych krajach na służbę czło- wieka Nie mogą się z nim równać karibu z sąsiedniej Kanady i Alaski, czy ren Koria- ków ’ w górach środkowej Kamczatki, czy tez wreszcie małe, pokraczne renifery — bydto domowe Lapończyków europejskich. Dziś ren grenlandzki przemierza swobodnie tundrę w pobliżu krawędzi lądolodu i jest tak czujny i ostrożny, że nawet znakomici łowcy, jakimi są Eskimosi, nieczęsto zdoła- ją go wytropić (...) Wyobrażam sobie, jak wspaniały widok przedstawiają całe rodziny lub grupy rodzin eskimoskich wędrujące w słoneczne dnie lata wśród rozkwieconych i zielonych tundr. Idą z całym dobytkiem, niosą kajaki, prze- rzucając się nimi przez jeziora i znów pną się po zboczach górskich i graniach. Idą utartym szlakiem, pozostawiając za sobą cmentarzyska czaszek i rogów. Niegdyś było tu rojno, zarówno od zwie- rząt, jak i ludzi. Zwierzęta dążyły na spotka- nie swoich prześladowców, upajały się zwodniczym głosem, którym chytry czło- wiek udawał ich własną mowę. Padały gro- madnie. a tundra wchłaniała z czasem ich zmurszałe kości. Dziś owe połacie są tylko pustym teatrem, w którym przez długie lata rozgrywał się wielki dramat. [...] Pędziliśmy motorówką, aby dogonić Eski- mosów, którzy* łodziami wiosłowymi wypły- nęli przed kilkoma godzinami. Mijaliśmy znane nam brzegi; po godzinie odsłoniła się obszerna zatoka, a na jej przeciwległym brzegu mała grupka łodzi, ciężko boryt- cych się z falą. Z dala poznaliśmy przw - W otoczeniu kajaków płynęła dufc pozór ciężka i niezgrabna łódź — v na dostrzegliśmy tylko kobiety i dzieci liczyła co najmniej 10 m długości. wyg|^ ła jak mały okręcik, wysoką burtą siony ponad powierzchnię wody. umiak — łódź kobieca, drugi obok kajaka środek lokomocji wodnej Eskimosów. Kajak jest tym dla Eskimosa, czym wierzchowiec dla rycerza — umiak spełnia rolę mniej szlachetną, jest wielkim niezdarnym wozem bagażowym. Na wojnę ruszają rycerze wolni od trosk i bagażu, za nimi wozy z tym wszystkim bez czego rycerze nie mogliby walczyc i zwyciężać. Na wyprawę łowiecką jadą łowcy kajakami, tylko ze strzelbą i harpu- nem, za nimi umiak z całym ruchomym do- bytkiem Eskimosa% Umiak jest wielki, po- jemny, cały sporządzony ze skór foczych, opiętych na drewnianym szkielecie. Wiosłowały cztery kobiety. Na dnie lodzi ciżba psów, dzieci — tu garnki, tam zwinię- te skóry namiotu, a wśród tej plątaniny sta- ra, zwiędła Eskimoska; siedziała wygodnie na jedynej w łodzi miękkiej, wyścielonej futrami ławeczce, bezzębną pomarszczoną twarzą uśmiechała się do nas życzliwie Największa świętość rodziny eskimoskiej otoczona szacunkiem i czcią — matka I Odwiedzając przed wyjazdem Eskimo- sów, widziałem ją w namiocie, jak uZ\ nożem wykrawała kamiki — wysokie eskimoskie z foczej skóry. W lodzi cip to samo. (...) . i Kobiety wiosłowały. Miękko, nie zanurzały wiosła, szerokim rUC._po- garniały wodę i za każdym pchnięć* chylały się ciężko, rytmicznie — cy* 'jt3. zgodnie, umiejętnie, jak zgrana za piynęłj rych, doświadczonych żeglarzy- ?rZ tak setki kilometrów i ną. Umiak płynął y. * setki jeszcze przepfr Powoli, opornie, bo
Eskimosi wypływają na łowy duży i ciężko obładowany. Obok mężczyźni na kajakach, jednym niedbałym uderzeniem wiosła posuwali się daleko w przód i mu- sieli czekać, aż zmęczone kobiety wysiłkiem wielu ruchów zrównały się z nimi. Czyż żaden z tych krępych silnych łowców nie mógłby zastąpić swojej żony lub siostry w umiaku? Niemożliwe. Powszechny zwyczaj nie pozwala łowcy na taką poniżającą ekstra- wagancję, choćby tam nawet były osoby najbliższe i kochane. Alfred Jahn: Grenlandia Warszawa 1969, Wiedza Powszechna, s. 86, 88, 110— —Ili. 227
Część szósta MORZA I OCEANY
orzą i oceny zajmują prawie 71% po- wierzchni kuli ziemskiej, czyli około 360 milionów kilometrów kwadratowych. Średnia głębokość wszechoceanu wynosi 3790 metrów, a więc prawie 4 kilometryl Najwcześniej człowiek poznał wody po- wierzchniowe. Wiadomo jest, że już w cza- sach starożytnych Fenicjanie i Grecy swo- bodnie poruszali się po Morzu Śródziem- nym, w pierwszej połowie XV wieku Hen- ryk Żeglarz dotarł wzdłuż wybrzeży Afryki do Zatoki Gwinejskiej, 12 października 1492 roku Kolumb ujrzał wyspy po drugiej stronie Oceanu Atlantyckiego, w XVI wie- ku Magellan opłynął kulę ziemską... W cza- sie tych wypraw żeglarze poznawali słono- -gorzki smak wody morskiej, zapamiętywali kierunki wiatrów i prądów morskich, obser- wowali wysokość fali morskiej. Potem przyszła kolej na badanie ukształ- towania dna. Poczęto rysować dokładne ma- py obszarów podwodnych. Aż wreszcie 23 stycznia 1960 roku człowiek sam zszedł na dno najgłębszego rowu oceanicznego — Rowu Mariańskiego. Dziś coraz bardziej interesuje nas życie organiczne w morzach. Na lądach jest za mało pożywienia dla ludzi, trzeba sięgnąć odważniej i pełniej po skarby morza. Ono żyje i może nas wyżywić. Pod dnem płyt- kich mórz — na szelfach — geologowie od- krywają również skarby mineralne: ropę naftową, gaz ziemny, sole potasowe. człowiek nie może powiedzieć: znam morze, ujarzmiłem je. W dalszym ciągu jest to ży- wioł groźny, zaskakujący, czasem — wyda- wałoby się — niechętny człowiekowi. A jed- nak tak bardzo wielu ludzi kocha morze. 231 1 '
czy San Lucar MORZU — PRZYJACIEL CZY WRÓG? KV-jr Towar;ytt^4 2*00 m Trasa podróży F. Magellana 110 PIERWSZA PODRÓŻ DOOKOŁA ŚWIATA Współzawodnictwo hiszpańsko-portugal- skie na morzach trwało wciąż, mimo że nie groził konflikt zbrojny. W przewidywaniu wielkich odkryć i ewentualnych zatargów obie strony zwróciły się do papieża o roz- jemstwo. Papieżem był Aleksander VI — Rodrige Borgia |czytaj: bordzia], z hiszpań- skiej rodziny osiadłej we Włoszech Za jego pontyfikatu dwór *papieski był sied is zbrodni i demoralizacji. Przed wili się przedstawicieli obu państw, dziej przekonywającym dla niego ar^\ tern były pieniądze króla portugalski6 i oto rego dwie Aiuia p/unuy-.— w 1494 roku stanął układ* mocą kt kula ziemska została podzielona strefy wpływów: hiszpańską ze Portugalii przypadła ta Tylko połowa, obejmująca Brazylię, Afry~ bliższa | . , ..z kę, Indie i Malaje, natomiast Hiszpania otrzymała wolną rękę w odkrywaniu i ko- lonizowaniu terenów po drugiej stronie glo- bu. Tak więc Portugalia zyskała swobodny dostęp do wszystkich swoich posiadłości, ratomiast flota hiszpańska mogła dopływać tylko do wybrzeży Ameryki, nie mając kon- taktu z Oceanem Spokojnym. Nic więc dziw- nego, że wciąż tego kontaktu szukała. Na początku XVI wieku Hiszpania zdoby- ła cenną współpracę Ferdynanda Magalhae- sa, zwanego Magellanem (1480—1521), Por- tugalczyka, który w jakiś sposób naraził się swemu rządowi i został zdymisjonowany. Zaprawiony w służbie morskiej i w walkach w Afryce i na Malajach, był on człowiekiem bystrym, odważnym, żądnym wiedzy i do- skonałym organizatorem. Korzystając przymusowo z wolnego czasu Magellan studioWał wszelkie dostępne ma- py i konfrontował je ze swoimi notatkami z podróży. Wreszcie wystąpił do rządu hiszpańskiego z gotową koncepcją zorgani- zowania wyprawy, która miałaby doprowa- dzić do odkrycia drogi morskiej na połud- niowych krańcach lądu amerykańskiego. O takim przejściu krążyły bowiem legendy, które należało sprawdzić, a gra była waita świeczki. Po rozpatrzeniu sprawy rząd hisz- pański przyjął propozycję. 20 września 1519 roku z portu Sanlucar |San Lucar] wypłynęła flotylla, złożona z 5 karawel, z których jedną o nazwie Vic- toria dowodził sam Magellan. Załoga liczyła 265 ludzi, w tym specjalistów ze wszystkich Potrzebnych do żeglugi dziedzin, jak karto- Oralia, astronomia i różne umiejętności woj- skowe. Początkowo trasa wiodła szlakiem Ame- nga Vespucciego (czytaj: wespuczcziego] ko}° Zielonego Przylądka, Przylądka Rocha w Brazylii do ujścia Rzeki Srebr- nel (La Plata). Odtąd zaczęło się badanie Obrzeża posuwając się na południe wpły wano do każdej zatoki, aby sprawdzić. Ferdynana Magellan nie jest ona przypadkiem poszukiwana cieś- niną. Badania trwały tak długo, az zima zmusiła podróżników do przerwania prac (nie zapominajmy, że na południowej pół- kuli zima zaczyna się w czerwcu). Cel nie został osiągnięty. Mało brakowało. żebv wielkie przedsię- wzięcie nie zostało zniweczone przez wygó- rowane ambicje małych ludzi Już w drodze do Brazylii część oficerów hiszpańskich za- częła jawnie okazywać niechęć Magellano- wi; ich niezadowolenie budził fakt miano- wania przez króla cudzoziemca na stano- wisko dowódcy wyprawy. Wrzenie zostało wówczas zażegnane, ale teraz nadchodziła zima, a cieśniny nie było widać — doszło do otwartego buntu Tym razem niezadowo- leni żądali powrotu do kraju. Bunt został stłumiony, a jego przywódcy bądź straceni, bądź wysadzeni na skalistym bezludnym wybrzeżu — co na iedno wychodzi. zetknęli się z tubylcami, którzy wydali ie bardzo wysokiego wzrostu, zwłaszcza były ich ślady w nadbrzeżnym *• j-- Zimujący przy skalnym wybrzeżu żegla- rze . fm się wielkie
piasku: Hiszpanie nazwali ich ..Palagos , czyli ..wielkołapi". Kiedy pierwsze wrażenie minęło, okazało się. ze ludzie ci są wpraw- dzie wysocy, ale nie olbrzymi — przeciętnie 173 cm ogromne ślady stóp zaś pochodziły stąd, że ich właściciele nosili ciepłe buty ze skóry lamy. Przyjęło się jednak określeni^ Patagończyk i nazwa kraju — Patagonia. Gdy minęła zima, karawele pożeglowały dalej, badając wszystkie zatoki. I oto cierpli- wość została wynagrodzona: 21 październi- ka 1520 roku flotylla przepłynęła przez cieś- ninę i wydostała się na ocean, któremu właśnie wówczas, w odróżnieniu od stale wzburzonego Atlantyku, nadano nazwę Oceanu Spokojnego. Cieśninę MageUan ochrzcił imieniem Wszystkich Świętych, jednak wkrótce potem otrzymała ona imię odkrywcy (Cieśnina Magellana). Po przepłynięciu cieśniny we flotylli Magellana były tylko trzy okręty — jeden rozbił się jeszcze w Patagonii o skały nad- brzeżne, załoga drugiego zbuntowała się w Cieśninie Wszystkich Świętych i zawróciła do Hiszpanii. Karawele wzięły kurs na Moluki. Ale tu się zemściła nieścisłość ówczesnych map: nikt nie wiedział, że przestrzeń od Cieśniny Magellana do Moluków wynosi aż ok. 14 000 km! Rozpoczęła się beznadziejna podróż — 40 dni na pełnym oceanie przy malejących zapasach żywności i wody do picia Napotkano wprawdzie dwie bezludne wvsepki- Sw. Pawła i Rekinów, ale obie bez zwierzyny, roślinności i wody. A tymcza- sem o 100—200 km na południe rozciąga się archipelag wysp Towarzystwa, gdzie można było wypocząć, nabrać sił i wziąć zapasy na dalszą podróż. Ale nasi podróżnicy o tym nie wiedzieli. Trawieni głodem, pragnieniem i szkorbu- tem żeglarze wymierali masowo w tej strasznej .podróży. Wreszcie wyprawa do- tarła do zamieszkanych wysp. Można było odnowie zapasy wody i żywności, a także nawiązać kontakty handlowe z krajowcami .Jednak te kontakty nie były zbyt korzystne: na okręty Magellan nakazał kradh, co krajowcy wchodzili sie dało. wysp, którym nadał miano Wysp ŻfoT? * skich. Dopiero w następnym wieku - no ich nazwę na Mariany. Posuwając ś' wschód odkryto wyspy nazwane na?03 hiszpańskiego następcy tronu — Filipin Tu na Filipinach wyprawa doznała X większego ciosu. Mieszkańcy wysp nieb I przychylnie usposobieni do przybyszów Magellan wdał się z nimi w awantuię Do szło do potyczki; wśród ośmiu zabitych Europejczyków znalazł się i Magellan Byió to 27 kwietnia 1521 roku, w rok po wyrusze- niu z Sanliicar. Załoga została bez wodza otoczona nienawiścią tubylców, z którymi raz po raz dochodziło do walk, a zbrojne opanowanie wysp było niemożliwe ze i opuszczenie ‘ “ -Ziej, ^ienio. - się na na cześc względu na szczupłość załogi. Trzeba było zarządzić odwrót. Dowodztwo objął Jan Se- bastian Elcano, najbardziej zaufany oficer Magellana. Ponieważ nie wystarczyłoby za- łogi na obsadzenie trzech okrętów, trzeba było jeden z nich spalić. Dwie ocalałe karawele szukały wysp Mo- łuckich. Odległość do nich z Filipin wynosi 600—1200 km. Hiszpanie dotarli tam dopie- ro 8 listopada. Przez miesiąc ładowano na okręty towary, zwłaszcza bardzo wysoko cenione korzenie. Po miesiącu można było się wyprawić do Europy. Ta droga była już znana. Ale to jeszcze nie koniec perypetii nie ustraszonych podróżników. Oba okręty nie dopłynęły do Hiszpanii. Jeden z nich, kie rując się w stronę wschodnią, wpadł * ce Portugalczyków (nic o jego losach w wiadomo), pozostał okręt Victoria, kto wziął kurs na południowy zachód, wając jeszcze po drodze wyspQ (Strach). Trasa prowadziła z dala oc ze względu na nieprzychylność Portuga ków, tylko raz Victoria wylądowała u brzeży Afryki południowej. Po całej Afryki wylądowała 6 września ku w Sanliicar. Na jedynej karawe i lałej spośród pięciu, było osiemnas u załogi- Ale okr(?1 okazal się godny swej nazwy: zwycięstwo zostało osiągnięte. powitanie w Sanliicar było wprawdzie entuzjastyczne, jednak straty, poniesione przez załogę, podziałały odstraszająco na ministrów hiszpańskich. Także Cieśnina Ma- gellana okazała się niezbyt wygodnym przejściem ze -względu na to, że była bar- dziej wysunięta na południe niż Przylądek Dobrej Nadziei. Praktyczne efekty wypra- wy (poza zdobyciem cennych korzeni) były nikłe, raczej można było ją traktować — mówiąc dzisiejszym językiem — jako wy- czyn sportowy. Jednak w historii odkryć wyprawa Ma- gellana ma wielkie znaczenie. Była to pierw- sza podróż człowieka dookoła świata Kuiistość Ziemi wykorzystano praktycznie. Poczynione podczas wyprawy pomiary i notatki przyniosły wielką korzyść karto- grafii: od tej pory zarysy wybrzeża Ame- lii. „PŁYWAJĄCY SPODEK" — „GWIAZDA GŁĘBIN" — „SZCZENIĘ MORSKIE" Oceanografowie, chcąc poznać morza i oceany, nie zapominają, że największe głę- bie stanowią tylko ich nieznaczną część i że 90% obszarów podwodnych znajduje się na głębokości do 5400 m, a średnia głębokość wszechoceanu wynosi 3790 m. Rzecz zrozu- miała zatem, że choć zdobywanie wielkich głębin jest ogromnie pasjonujące, to jednak istotne znaczenie dla wiedzy o morzach 1 oceanach ma jak najgruntowniejsze zba- danie owych 90°/d obszarów podwodnych dlatego leż obok dalszego udoskonalenia konstrukcji batyskafów* zajęto się budową aparatów podwodnych przeznaczonych do Prowadzenia badań na średnich głębo- kościach. Pierwszy taki aparat zbudowano we Fran- ' j'1 w roku 1960 według projektu Cousteau Czytaj: kusto], tego samego, który opraco- wał akwalung *. Jego zapał i pragnienie ryki lołudniowej pojawiły się na mapach w postaci sprawdzonej, podobnie też dało się określić właściwie szerokość Oceanu Spokojnego i odległości między archipela- gami Pacyfiku. Niepraktyczność Cieśniny Magellana do celów żeglugi stała się powodem rozpoczę- cia poszukiwań dogodniejszego miejsca prze- prawy z Atlantyku na Pacyfik, uwieńczo- nych po trzech wiekach budową Kanału Pa- namskiego. Podróże dookoła świata nie są obecnie rzadkością. W owych czasach jednak, przy ówczesnych środkach komunikacyjnych, był to wyczyn niebywały, zasługujący' na po- dziw. Dlatego też zawsze, gdy myślimy o okrążeniu Ziemi, stoi w naszej pamięci postać Ferdynanda Magellana. J. Miller: Człowiek poznafe świat. Warszawa 1964. Na- sza Księgarnia, s 67—71. wszechstronnego podboju głębin morskich nie osłabły z wiekiem, choć w ciągu tych kilkudziesięciu lat kapitan Cousteau docze- kał się nie tylko stopnia komandora, ale i siwych włosów. Zbudowany według jego projektu aparat przypomina trochę balię, trochę spodek i jest powszechnie nazywany Pływającym spodkiem". Ma on oryginalny napęd odrzutowy, dzięki któremu porusza sie w wodzie jak mątwa czy inny głowonog. Zdał on doskonale wszelkie próby i służy komandorowi Cousteau w jego roznorod- nych badaniach naukowych na głąbok^c. około 300 m. „Pływający spodek ma me- chaniczną ręką do pobierania próbek z dna morskiego. Jest wyposażony w tona^ry umożliwiające obserwacją i reflektory, dztą ^którym można robić zdjęci, fotograf.cz- "'po ..Pływającym spodku" Cousteau zaczg- 234
20 120' AUSTRALIA 236 Morskie wody powierzchniowe wprawione w ruch głównie przez stałe wiatry pasaty, płyną wzdłuż rów- nika a następnie w kierunku biegunów jako prądy ciepłe, by znów wrócić do równika jako prądy zimne. Na tej mapce zaznaczono tylko ten jeden prąd, o któ- rym mowa w czytance ły pojawiać się nowe typy aparatów śred- nich głębin nazwane mezoskafami (z grec- kiego mesos — środkowy i skaphe — łódź). Niektóre mają osobliwe kształty i niemniej osobliwe nazwy. Są więc „Gwiazdy głębin". Jedna z nich nazwana „Gwiazdą głę- bin 4000", zmontowana w Marsylii w jesie- ni 1965 roku pod kierownictwem komando- ra Cousteau, może zejść z trzema pasażera- mi w kabinie na głębokość 1350 m i przeby- wać tam do 24 godzin. Jest „Szczenię morskie" — mały, zwrotny pojazd podwodny przeznaczony do badań przybrzeżnych. 1000 km Bardzo głębokie zapadliska w dnach oceanów nazy- wamy rowami. Najgłębsze rowy oceaniczne są dj Pacyfiku Mezoskafami zainteresował się również Jakub Piccard [czytaj: pikkard]. Po dotarciu na „Trieste" na przepastne dno Rowu Ma- riańskiego zbudował pierwszy w świecie pa- sażerski statek głębinowy, przeznaczony do wycieczek po Jeziorze Lemańskim* Szwajcarii. Na czterdziestu fotelach usta- wionych w obszernej kajucie zasiadają tu- ryści i przez iluminatory oglądają dziw") mrocznych głębin jeziora rozświetlone po- silne reflektory. Jakub Piccard zdecydował się równik odbyć w towarzystwie kilku oceanograf rejs z biegiem Prądu Zatokowego dla kładniejszego zbadania prądu, który wiera tak wielki wpływ na klimat zna^reJJ. części Europy, a poza tym Islandii i landii, a którego mimo to nie zba arf tychczas należycie. Jak wiadomo» zwany również GolfstrOmem wyplyff^ toki Meksykańskiej u wybrzeży Środkowej, rozlewa się szeroko n obejmując swym zasięgiem I
„Calypso" — statek do badań podmorskich kpt. Cou- steau obszary długości około 10 000 kosc' do 800 km. Dociera nu i - ^waera u z. u< nu i Morza Barentsa. U źródeł D C, potem nieco niż swym biegu wptywa bardzo'iilńie 'emu krajów, do których dociera Gałęzieniamj. meKzoskatUkt°rZy radZieCCY bUdUją równleż wvrb m P™znacz°ny do celów nauko- ych. Mimo bardzo prostej konstrukcji jest on wyposażony we wszelkie aparaty umoż- liwiające prowadzenie wszechstronnych ba- dań na głębokości do 2500 m. Cecylia i Janusz Lewan- dowscy. W krainie wiecznej nocy. Warszawa 1968, Na- sza Księgarnia, s. 34—35. km i szero- aż do Spitsberge- —J ma ciepłotę niższą, ale i w dalszym • * na ociep- swymi roz- 112. SŁONO — GORZKO! Jak każdy z nas może się łatwo przeko- nać będąc nad morzem, woda morska jest słona, ściślej mówiąc, gorzkosłona. Nie jest taka smaczna, jak woda zaczerpnięta ze studni czy rzeki. Właściwości i smak wody zależą od tego, ile jest w niej rozpuszczonych soli i gazów i jakie. Woda jest wspaniałym rozpuszczal- nikiem. W przyrodzie nie spotykamy ideal- nie czystej wody. Naprawdę czysta nie jest nawet „krystaliczna” woda źródlana. Czło- wiek wyczuwa słony smak wody, jeśli litr Jej zawiera 0,5 g soli, a tymczasem w wo- dz*e morskiej jest ich przeciętnie 70 razy w,ęcej. Litr wody morskiej zawiera prze- clQtnie 35 g soli. Słony smak nadaje wodzie morskiej la sarna sól kuchenna, której używamy do so- ei?la potraw. Stanowi ona 78°/o wszystkich * rozpuszczonych w wodzie morskiej. c leprzyjemny, gorzki smak nadają jej sole ski°r^U 1 s’arczanu magnezu. Ciekawe, że ad soli w zasadzie nie zmienia się. W wo- 2le Wszystkich mórz i oceanów występują te same sole i prawie w tej samej proporcji. Zmienia się jedynie ilość soli razem wzię- tych. Wody strefy gorącej są na ogól bardziej słone niż stref umiarkowanych czy polar- nych, bo parują znacznie silniej. Na zasole- nie mórz wpływają także wpadające do nich rzeki, które niosą mniej lub więcej wody słodkiej. Woda Bałtyku, choć wyczuwamy jej gorzkosłony smak, zawiera w istocie stosunkowo mało soli. W litrze wody za- czerpniętej z warstwy powierzchniowej jest wszystkiego 7 g soli. Nie sądźmy jednak, że najbardziej słona jest woda morska na równiku. Zasolenie jest tam mniejsze niż pod 25° szerokości północnej czy pod 30° szerokości południo- wej. Tłumaczy się to tym. że na równiku obfite opady i cisza powietrza nie sprzyjają gwałtownemu parowaniu i zasolenie wody nie podnosi się ponad zwykłą normę. Najbardziej słoną wodę na naszym globie ma Morze Martwe. W litrze wody zaczerp- niętej z tego morza jest 200 g soli, ale . lorze 237
* 4 1 Martwe jvst właściwie tamknięlyni jezio- rom Tak więc ra najbardziej słone moizc świata ^alcry urnac Monę Czerwone. Mó- rc- jak pamiętamy jest tów.ik4 najgorętsze. Pod wohwem palącego słońca i wysokiej temperatury powietrza parowanie wody jest w t\m morzu tak gwałtowne, że zasolenie wynos: 40* Najbardziej słonym oceanem jest Atlantyk, a jego najbardziej słonym obszarem jest Morze Sargassowe. które le- ZA w goręcej strefie z dala od lądów i nie otmmuje dopływu wody ani z rzek, ani też z topniejących lodów Skąd się wzięła sól w morzu? Istnieje wiele teorii, które usiłują to wy- tłum aczyc Jedna z nich twierdzi, że dawno, bardzo dawT.o temu, co najmniej przed dwoma mi- liardami lat. kiedy padające bezustannie przez długie wieki deszcze wypełniały puste baseny świeżo zastygłej skorupy ziemskiej, zasolenie pow stałego w len sposób Praocea- nu było niewielkie. Deszcze jednak padały dalej i nie tylko wypełniały coraz bardziej każde większe i mniejsze zagłębienie w sko- rupie ziemskiej, lecz również wypłukiwały sterczące z wody skały, podobnie jak wy- płukują je teraz, i niosły do oceanu zawarte w nich sole i minerały. W ten sposób właś nie w morzach i oceanach gromadziło się coraz więcej soli. Tak mówią jedni. — Czemu jednak zasolenie mórz i ocea- nów nie zmienia się zasadniczo od wielu stuleci? — pytają inni. — Gdyby istotnie tylko rzeki zasilały morza wT sole przyno- sząc je ze złoży lądowych, to zasolenie mórz, pozwalały nam 239 do których wpada dużo wzrastać. Tymczasem. te mają mniejsze zasolenie, a takie kład Morze Sargassowe pozbawić wu słodkiej wody rzecznej jest n rnZek- pow|nn0 łlłA przeclwnie, 4* ’ na Prn 01,6 dORy. zasoloną częścią Oceanu Atlantyckie^^ Tak więc sprawa jest bardziej skomt- wana i przed naukowcami stoi nadal ni jaśniona zagadka. A chodzi tu o rzeerh! najmniej niebagatelną. Zasoby soli w morzach są olbrzymie Obi cza się je z grubsza na około 50 milionów miliardów ton. Mogłyby pokryć powlen. chnię całej kuli ziemskiej warstwą gruboso 47,5 m, a gdyby rozsypać je tylko na lądach warstwa ta miałaby 200 m grubości. Zagadki, skąd wzięły się te olbrzymie soby soli w wodzie morskiej, nie zdołano dotychczas rozwiązać w dostatecznie uza- sadniony sposób. Udało się natomiast wy- mierzyć zasolenie nie tylko wód powierzch- niowych, lecz również głębinowych 1 tu stwierdzono ciekawą rzecz. Zasolenie wody w kierunku pionowym spada, lecz tylko* morzach gorących, gdzie na powierzchni jest ono większe od normalnego. W wodach polarnych, które na powierzchni zawiera# soli stosunkowo mniej, zasolenie wody wzrasta ku głębinom. Na największych głę- binach równa się ona we wszystkich ocea- nach 35%. Litr wody zaczerpniętej z naj- większych głębin na Morzu Arktycznym. B równiku czy w jakimkolwiek innym cie Ziemi zawiera zawsze 35 g soli. Cecylia I Janusz dowscy: W kram < nocy. Warszawa ____ ____ ________Księgarnia, s. 56—5' 113. MIEJSCA OGLĄDANE RAZ W ŻYCIU (MORZE CZERWONEJ Zabieraliśmy kąpielówki, maski do nurkowania oraz liczne flaszki soków 1 wy- pływaliśmy daleko w morze. O pięć mil od brzegu jest rafa z ; syg| - łem ostrzegawczym i leżącym na boku ' kiem statku, który widocznie owego yg łu nie dostrzegł. Cumowaliśmy sza koralowej skały i skakaliśmy w P ' czystą, seledynową na płyciznac . a s wą na głębi wodę. Z wystającyc pon wierzchnią wierzchołków zrywały si < wy, czaple i pelikany. Pod nami 10 czerwienią, bielą, ochrą barwiły się bukiety, ogrody korali — rosoc a X vwja. szystych, kolczastych — o kszta aC -p tów i piór, krzewów i do przesady Y nych klejnotów. orzepastnego Podpływaliśmy na skraj P P podwodnego urwiska. Zapadało w u nowymi uskokami, pełnymi szcze in rzeźbionymi w koronkowe przypory Ugj świtami, przez które przenikały - błękitnego blasku. Szybki naSZ^Ctwartyroi i patrzeć szeroko o TJ । nami prędkimi kohortami ♦ i neo- *wlal głąb. a‘rU “to“yany- obrazem. a . nas kraj- bliskim krogitm nas i zlólfim PrÓ9owanych czernią wznier pop,ochu no’« dłonie. lecajjce powolne wytryski srebrnych mykały ^Zi°be' bel,ony zdyscyplinowanych wojowników. Duże nowe ryby o jaskrawobłękitnych płetwach wachlowały w miejscu przyglądając się nam z otwartymi gębami. Zewsząd śledziły nas okrągłe, uważne oczy. Każdy załom, każda wnęka były czyimś mieszkaniem Na wymoszczonych bielutkim, koralowym pia- skiem płasienkach ciemne jeżowce połyski- wały ostrzegaw'czo punkcikami zjadUwie niebieskich latarek. Wśród ich długich kol- ców stały maleńkie, purpurowe rybki, nie śmiąc wysunąć pyszczków- z bezpiecznego schronienia. Czasem wielka płaszczka pod- chodziła ku górze, łopocąc z wolna podbity- mi adamaszkiem skrzydłami i ciągnąc za sobą jadowity pręt ogona, co zmuszało nas do ostrożnych odwrotów Głęboko w dole leżały jakieś nieruchome olbrzymy o gro- teskowo wydętych czołach. Spod ich pys- ków unosiły się obłoczki dennego pyłu. Ale jeszcze niżej, gdzie światło rozpraszało się w opalizującą mgiełkę, majaczyły dalsze, poszarpane granie i otwierały się dalsze przepaście, wciąż jeszcze ożywione miliona- mi srebrnych błysków. Zatracaliśmy się w tym nieprawdopodo- bieństwie, dopóki zachwyt nasz me nasiąkł chłodem lęku. Wtedy w-racalismy na płyciz- ny, w’ jasne ogrody korali, w krainę mał\ch rybek strojnych we wdzięczne welony, miękkich, czerwonych ukwiałów i muszli o sfalowanych, szkarłatnych wargach, roz- chylonych kusząco, lecz gotowych w każdej cbwdl zmiażdżyć palec nazbyt ciekawego intruza. Mogliśmy tu siadać na skalach i ba- wić się ze zwinnymi krabami, biegający) bokiem i chwiejącymi podniesionymi w gó- rę szczypcami
W rAC41srr> »rc ąśhu ) tonymi nogami i a jękami p.'pai rooymi P,/c’ dor«'i!x 1\‘ cb *> *shi 's ir.rinl pro\to w ra* cl 'odzącc -»h ••;•.«• ogromne, 'ud«*. lai^le- CTono łckltuim laluumgo żaru, na ostro], |> - •jrparrj krawędn holetowych gór, pod pu>ei rm nuodzUinego nieba, między tym rirbotsri a r o ztn mieniącym się lunami <lxqrąccj lawy Kb'»'» powivxtnal do mnie ..No. ty juz znasz te portsudańskic zachody s) ń la nic mogłem ich sobie przyp^^ A1* można nie pamiętać na zaw^< n‘n (fo kiego?) i byłem pewien, że takie ' * t*’ łoscl oglądam po raz pierwszy । ***** miałem sobie z ulgą, że każdy J"'*‘ odkryciem '®' M nc J białe Kraków 1%$ •#,. dawnictwo Literackie, i 1K —19. 114. KAMIENNA DŻUNGLA (WIELKA RAPA KORALOWA! U 'ir rafę w całej jej krasie można tyl- ko gdy sa ieci słońce wydobywając na jaw subtelne odcienie barw oraz gdy wiatr zaś- nie i powierzchni wody nie mącą najdrob- n t z. lalki Największy zawód, jaki spoty- ka /w vdbającego rafę, to piękny, słoneczny d-- ; ń z droacym silnym wiatrom, który czy- ni pcw lerrchmę wody tak nieprzezroczystą, jakby była pomalowana czarna farbą. Zęby nic nudzie Czytelnika, me będę przytaczał n»łego repertuaru innych złośliwych figlów, który mi rafa broni — jakże często skutecz- gdzie rafa żyje, gdzie malutkie polipy nie- zmordowanie wznoszą swe budowie i wkrót- ce napotkasz ich strome palisady, na które będziesz się musiał wdrapywać, aby w ogó- le móc posuwać się naprzód. 1 W strefie tej poruszać się musisz aż do przesady ostrożnie, ponieważ większość bu- dowli koralowych jest krucha i załamujesz me — przystępu do swych tajemnic J**-i chcesz się dostać az na samą kra- wędź koralowego płaskowyżu, musisz sta- t..:.'e obliczsc czas i wyruszyć na mniej wic c-i godzinę przed najniższym stanem mor7a Półtora kilometra na godzinę, to dobra średnia marszu po rafie — jest tak wiole przeszkód do pokonania i tyle rzeczy, które zatrzymują lub którym należy bliżej się pr; vjrze< Najpierw idzie się po obszer- ne, >asze czystego piasku upstrzonego ka- wałkami martwego koralu — nieciekawej pustyni zamieszkanej jedynie przez brzyd- kie strrzkwy” Cucumarta Przestrzeń tę na- ler\ przebyć bardzo szybko i bez straty czasu a wkrótce pojawią sic, korale wdzie- rając.. nę v. piaski - im dalej, tym bardziej barwne i zróżnicowane Wkrar ... na mniej Wkraczasz w bez ostrzeżenia pod ciężarem czlo- I wieka Bardziej masywne twory o kształcie brył są wystarczająco mocne, aby po nich chodzić bez ryzyka, natomiast silnie rozga- łęzione formacje zwane „rogami łosia" na- leżą do najzdradliwszych. Grozi cl najzupel- niej niespodziewane zapadnięcie się między 1Ch konary. 1 chociaż nie zdarza się, aby noga ugrzęzła głębiej niż na pół metra, mo- żesz się pokaleczyć i w rezultacie zostać zmuszony do spędzenia najbliższych dni w łóżku. Mniej więcej w pół drogi między wyspą a krawędzią rafy powierzchnia koralowego płaskowyżu dzieli się po połowie między płytkie stawmy i połacie płaskiego jak stół koralu, wyniesione kilkanaście centymetrów ponad wodę. Warstwę wierzchnią tych „sto- łów" skalnych tworzą kolonie żywych poli- pów koialotwórczych. Pewnego razu w jed- nym z takich stawków miałem dziwne prze- życie. Bardzo dekoracyjny mały rekin pod- płynął aż do moich stóp i leżał bez ruchu przez co najmniej dwie minuty, zupełnie jak pies oczekujący na pieszczotę. Zdążyłem roz- stawić statyw fotoaparatu I wykonać serię starannie skomponowanych zdjęć, nim rekin znudził się moim towarzystwem i odpłynął. W pobliżu samej krawędzi rafy charakter tworów koralowych zaczyna się zmieniać. Stają się bardziej solidne i zwarte, stąpać po nich można o wiele bezpieczniej. Znaj- dujesz się już na zewnętrznych, mocnych bastionach chroniących rafę przed fudą morza, które z wyjątkiem niewielu dni absolutnej ciszy nieustannie bije taranami grzywaczy o jej żywe szańce. Wędrówka nad samą krawędź rafy pod- czas odpływu jest niezapomnianym przeży- ciem. Chociaż ląd pozostał daleko i dzieli cię od niego odległość jednego lub dwóch kilometrów, czujesz się tu również pewnie jakbyś stąpał po betonowym chodniku, i rzeczywiście w wielu miejscach wielowie- kowa praca fal tak spoiła i wygładziła koral. utworzyła się całkowicie pewna i niema tjładka powierzchnia, którą niewielkim na nagJe ment Wielkiej Rafy Koralowej kładem środków można by zmienić w do- skonalą autostradę. Jeśli odpływ jeszcze trwa, zadziwiające ilości wody spływają po płaszczyźnie rafy, opadając kaskadami do morza. Nieoczeki- wany widok tych wodospadów stanowi nie- zapomniane przeżycie. W wielu miejscach woda wyżłobiła w twardej, wapiennej skale koralu kanały, które — odsłonięte — mo- głyby uchodzić za modele ujść rzecznych. Poprzez ruchomy, krystalicznie czysty nurt mienią się w słońcu całą gamą miłych, pastelowych cieni. Trudno pojąć, jakim cu- dem utrzymuje się taka różnica poziomu, często przekraczająca jeden metr między dużymi stawami na powierzchni rafy, a mo- rzem. z którym łączą je niezliczone kanały, kanały te bowiem w ciągu całego okresu wynurzania rafy są wypełnione spływającą wodą Nawet kiedy morze wydaje się spokojne, najczęściej o krawędź rafy rozbija się fala Do rzadkości należą dni. w których morze wygląda Jak lustrzana tafla lub też jego gładka powierzchnia oddycha powolnym. 1* — Nowy tiary Łwiat 241 240
11 i t WfłŁ i Zn'ko Uczestnicy wyprawy Kon-Tiki 000 km Trasa podróży Kon-Tiki 242 243 oleistym rozkołysem. W takim dniu, i tylko w takim, można stanąć na lśniących wilgo- cią zewnętrznych stokach koralowych bastionów i spoglądać w głąb błękitnych wód wiecznie pluszczących u stóp koralo- wych skał. Wielki klif’, którego samej kra- wędzi dotknęły stopy obserwatora, gwał- townie obrywa się i spada w głębinę. Poza 115. WYPRAWA KON-TIKI* Najbardziej trzymały się nas złote ma- krele i ryby-piloty. Od momentu, gdy pierw- sza złota makrela przyłączyła się do nas ko- ło Calłao [czytaj: kallao], nie było ani jed- nego dnia, w którym te wielkie ryby nie przewijałyby się wokół nas. Nie wiem, co przyciągało je do tratwy — chcialy pływać z ruchomym dachem nad głową, czy też nę- ciło je pożywienie łatwe do zdobycia w na- I szym ogrodzie warzywnym składającym się z glonów, wodorostów i małżów, zwi- I sających girlandami ze wszystkich pni 120' - .110- ---ińn- Igo"- 10* 150* 100'. Polud EKWADOR^ —Lądowanie-|- na rafie Raroia 7 VIII 1947 • °<i • • 1 • Start i •28 IV 194 plecami, aż po wyspę _ rozciągają siękoi^ które może zwiedzać we tozłogt. ei podeszwie. Na posiada ^y.^igdY nie odsłaniany kn)e Si? *• tvlko dla nurka, odpłyń' °° Arthur C. Ciarkę: Telw l re koralowych rai. 1 W Zubrzycki. Gdynia I Wyd. Morskie, s. B\—I t wiosła Arowego Najpier^W^* się na pniach cienka za. lecz zielone frędzlę glonow upodob- dziwiającą szybkością, ze kiegOi prze- nil się do brodatego gnoma gęstwinie lewającego się między fa . ipa. porostów chroniły się małe Y sażerowie na gapę" kraby tratwie Były chwile, kiedy czarne poczęły uzyskiwać mrówki- kiedy owady żyły w niektórych pma zaczYnała wyszliśmy w morze, a wi g z pni przenikać drewno, mrówki wYr ejzty się i wlazły do naszych śpiworów. iż wszędzie gryząc i dokuczając tratwy sądziliśmy już, że wygnają n coraZ Lecz stopniowo na tratwie wilgotniej; mrówki zrozumiały, że nie jest to ich właściwy żywioł i zaledwie kilka po- jedynczych egzemplarzy wytrzymało z nami do końca podróży. Jeżeli nie liczyć krabów, najlepiej powodziło się na tratwie skoru- piakom, które miały 3—4 centymetry dłu- gości. Wyrastały one setkami, szczególnie na osłoniętej od wiatru stronie, i chociaż wrzucaliśmy stare do kotła z zupą przyby- wały ciągle nowe. Skorupiaki miały świe- ży i delikatny smak. Zbieraliśmy na sałat- kę wodorosty, ale były one mniej smaczne. Nie zauważyliśmy nigdy, aby złote makrele żerowały w naszym ogrodzie warzywnym, lecz widzieliśmy, jak odwracały w górę swo- je błyszczące brzuchy i nurkowały pod pnie. Złota makrela jest wspaniale ubarwioną
tropikalną rybą, mierzy zwykle metr lub półtora, ma spłaszczone boki i stosunkowo wielką głowę. Wciągnęliśmy kiedyś na pokład okaz półtorametrowy z głową o długości 37 cen- tymetrów. W wodzie złote makrele mieniły się zie- lenią i błękitem i błyszczały żółtozielonymi płetwami. Lecz gdy wydostawaliśmy je na tratwę, przedstawiały dziwny widok. Każda z nich zasypiając ciemniała i stawała się srebrnoszara z czarnymi plamami, a w koń- cu robiła się srebrnobiała. Trwało to cztery czy pięć minut, później dawne kolory z wol- na pojawiały się znowu. Nawet w wodzie złote makrele zmieniały niekiedy z byle po- wodu barwy jak kameleony i często spo- strzegaliśmy ,,nowy rodzaj” błyszczącej miedzią ryby, która po bliższym przyjrzeniu się okazywała się naszym starym przyja- cielem. Płaski pysk, upodobniający złotą makrelę do buldoga, zawsze przecinał powierzchnię wody, kiedy ta drapieżna ryba rzucała się jak torpeda za ławicą uciekających ryb. Gdy makrela była w dobrym humorze, przewra- cała się na bok, nabierała szybkości, wyska- kiwała wysoko w powietrze i niby płaski naleśnik spadała z pluskiem na powierzch- nię, wzbijając fontanny. Zaledwie dotkną- wszy wody, powtarzała skok poprzez fale, jeszcze jeden i jeszcze jeden. Ale kiedy była w złym humorze, na przykład gdy wyciąga- liśmy ją na tratwę, rzucała się i gryzła. Torstein kulał przez jakiś czas chodź bandażowanym wielkim palcem u n • postawił kiedyś przypadkowo stopę°^'9dyz żu paszczy ryby, która wykorzystała ok^’ do zwarcia szczęk i ugryzła mocnie’ - zwykle. Po powrocie z wyprawy słJz!? my, że złote makrele atakują, a nawet p rają kąpiących się ludzi. Nie było to pochlebne dla nas, jako że pluskaliśmv codziennie między mmi, a jednak nie wyka zywały żadnego zainteresowania nami. Z}0 te makrele są istotnie strasznymi drapieżni- kami; znajdowaliśmy w ich żołądkach oś- miornice i latające ryby. Te ostatnie były ulubioną potrawą złotych makreli. Jeżeli cokolwiek pluskało na po- wierzchni wody, makrele rzucały się na oślep w nadziei, że jest to latająca ryba. Często w senne godziny poranne, gdy na wpół jeszcze drzemiąc wychodziliśmy z sza- łasu i zanurzaliśmy w morzu szczoteczki do zębów, trzeźwieliśmy na dobre, gdy piętna- stokilowa ryba wystrzelała jak błyskawica spod tratwy i rzucała się na szczoteczkę. A kiedy siadaliśmy spokojnie do śniadania na brzegu tratwy, zdarzało się, że złote ma- krele wyskakiwały w powietrze, prezentu- jąc jedno ze swoich energiczniejszych bocz- nych pluśnięć, tak że woda morska lała się nam na plecy i na jedzenie. Thor Heyerdahl: Wypro’*,<1 Kon-Tiki. Tłum. J. Pański. Warszawa 1960, Iskry, s. 131—133. fie. SZTORM w dwa dni później przeżyliśmy pierwszy sztorm. Zaczęło się od tego, że pasat zamarł 2*upełnie, a łekkie, pierzaste obłoczki pasa- towe, pędzące nad naszymi głowami po błę- kitnym niebie, zostały nagle zasłonięte przez ciężkie, czarne zwały chmur, które nadcią- gały z południowej strony horyzontu. Póź- niej z najmniej oczekiwanych kierunków nadeszły porywy wiatru, tak że wachtowi przy sterze nie mogli dać sobie zupełnie ra- dy. Jak tylko obracaliśmy statek’ rufą do wiatru wiejącego z nowego kierunku i ża- giel wybrzuszał się sztywno, wiatr uderzał z innej strony, żagiel obracał się i łopotał tak mocno, aż strach brał o statek i ładunek. Nagle wiatr uderzył prosto z południa, a kie- dy czarne chmury przelewały się nad nami, bryza wzmogła się do wichury, która z kolei rozwinęła się w prawdziwy sztorm. W ciągu nieprawdopodobnie krótkiego czasu bałwany wokół nas wzbiły się do wy- sokości pięciu metrów, a poszczególne grze- bienie syczały nawet siedem, osiem metrów powyżej dolin fal, tak że kiedy statek leżał w dolinie, grzebienie dosięgały szczytu masztu. Musieliśmy się wszyscy poruszać na pokładzie zgięci wpół, podczas gdy wi- cher wstrząsał bambusowymi ścianami, gwizdał i wył w olinowaniu. Rozpostarliśmy brezent na tylnej i lewej ścianie domku, aby osłonić naszą radiosta- cję. Wszystkie luźne ładunki uwiązaliśmy mocno, a żagiel spuściliśmy i owinęliśmy dokoła bambusowej rei. Gdy tylko niebo zachmurzyło się, morze stało się ciemne i groźne; w całym polu widzenia ocean zabielił się grzebieniami bał- wanów. Rozległe smugi opadłej piany leża- ły pasmami na zboczach długich fal, a wszę- dzie, gdzie grzywacze złamały się i opadły, plamy zielonej wody ziały jak otwarte rany czarnoniebieskim morzu. Wicher zwiewał ćmiące się szczyty bałwanów i bryzgi fal unosiły Się nad morzem jak słony deszcz. r°pikalna ulewa zwalała się na nas w po oceanu,'zar-tWa,aC1' ' chlostala Powierzchnię lejara ,ip mniajac ^zysiko wokół. Woda ejąca się nam z włosów i bród miała słona- y smak: potykaliśmy się na pokładzie zgię- ci we dwoje, „adzy i zmarznięci, sprawdza- MC, czy sprzęt i ładunek są przygotowane na spotkanie burzy. Kiedy burza przemo- czyła horyzont i ogarnęła nas po raz pierw- szy, w oczach załogi można było odczytać niepokój. Lecz gdy sztorm już na dobre roz- szalał się nad statkiem, a Kon-Tiki zaczął lekko i wdzięcznie wzbijać się ponad bał- wany, burza stała się podniecającym spor- tem. Towarzysze rozkoszowali się teraz ży- wiołem, z którym tratwa tak swobodnie da- wała sobie radę, wzlatując zawsze na szczy- ty fal jak korek, podczas kiedy główna ma- sa szalejącej wody przelewała się stale kilka cali nad nami. W taką burzę morze miało wiele wspólnego z górami. Odbywa- liśmy jak gdyby wspinaczkę wśród burzy na najwyższych, nagich i szarych graniach. Chociaż byliśmy w sercu tropików, tratwa ślizgająca się w dół i w górę po kurzącej się pyłem wodnym pustyni morskiej przypomi- nała nam zjazdy ze śnieżnych zboczy i żle- bów. Sternicy mieli się na baczności w taką po- godę. Gdy najwyższe wały wodne przecho- dziły pod przednią częścią tratwy, belki na rufie wyskakiwały z wody, ale już w na- stępnej chwili waliły się w dół, by wspiąć się znowu na nadchodzący grzebień. Za każ- dym razem, kiedy bałwany szły tak blisko siebie, że drugi zabierał się już do nas od strony rufy, a pierwszy trzymał jeszcze dziób w powietrzu, ciężkie masy wodne wa- liły się na sterników ze straszliwym grzmo- tem Lecz już w następnej sekundzie belki ru[y podnosiły się i powódź ustępowała spływając między pniami tratwy jak m.ę- d Obliczy™^^ żo przy norma'™e sp°^ mnrTU kiedy przerwa między grzbie 2 najwyższych fal trwała mniej więcej 245 244
się przez rufę przelewało 20’ 20 2600 km 0 siedem sekund, około 200 ton wody na dobę. Niewielkie po- toki wody przelewały się w spokojną pogo- dę między bosymi nogami sterników, zni- kając szybko w szparach pokładu. W czasie burzy natomiast, w ciągu jednej doby prze- lało się przez pokład tratwy ponad 10 000 ton wody, która w ilościach od kilku litrów do 2—3 metrów sześciennych waliła się co pięć sekund na pokład statku. Niekiedy bał- wany łamały się na tratwie z takim ogłu- szającym hukiem i impetem że sternik stał w wodzie do pasa i czuł się, jak gdyby szedł pod .prąd w bystrej rzece. Tratwa drżała przez chwilę, aż ogromny ciężar, przeważa- jący jej rufę w dół, znikał wreszcie za bur- tą w wielkich kaskadach. Herme.n mierzył regularnie anemome- trem * szczytowe nasilenie sztormu, które utrzymywało się całą dobę. Stopniowo sztorm zmniejszał się przechodząc w silny wiatr przeplatany ulewami, który nadal chłostał wokół nas powierzchnię wody. Tra- twa żwawo sunęła na zachód. Ażeby między piętrzącymi się bałwanami otrzymać dokład- ne pomiary wiatru, Herman musiał wyko- rzystywać odpowiednie chwile i wdrapywać się na rozkołysany szczyt masztu, na któ- rym niełatwo było się utrzymać. 246 Kiedy wiatr zelżał, wydawało się, że . kie ryby wokół statku oszalały Morze okalające tratwę było pełne rekin?* tuńczyków, makreli i oszołomionych boni tów, wijących się pod belkami tratwy najbliższych falach. W oceanie toczyla sła walka na śmierć i życie. Grzbiety wielkich ryb stawały raz po raz nad powierzchnią wody i wystrzelały z niej jak rakiety, pod. czas gdy omywająca nas woda zabarwiała się gęstą krwią. Najczęściej walczyły ze so- bą tuńczyki i złote makrele, które nadcho- dziły w wielkich ławicach i poruszały szybciej i żywiej niż zwykle. Atakowały tuńczyki ciskając wysoko w powietrze swo- je siedemdziesięciokilowe cielska. Po chwili w pyskach ich tkwiły zakrwawione łby ma- kreli. Pojedyncze złote makrele zmykały wprawdzie przed prześladowcami, to U- wica nie ustępowała, choć wiele krążyło już z wielkimi ranami na grzbtoct Raz po raz wpadały także rekiny w ślepej pasji i napadały na wielkie tuńczyki. Mon nie mogły mierzyć się z silniejszym P» ciwnikiem. Państi. Iskry. Thor Heyerdahl: Wypraw Kon-Tiki. Tłum. J. Warszawa 1960, Trasa podróży Leonida Teligi ii7. na Żyznym morzu arafura Szum. Straszliwy szum przyboju. napinają się, przed oczyma sta^ ™ wy. piany i czarne skały. Jednym s latuję z koi na pokład, siadam w^kokpicie i chyba drżącą ręką ocieram z cz sWÓ- pot. Niebo jest różowe, słonce po wofcói rąbek spoza widnokręgu za r 3' svakUią szum. Na powierzchnię stadami wyskakują ryby. Wszędzie - przed dziobem, po obu burtach, za rufa - morze e jakby wszystkie ryby swia e_ w tym przymglonym, wyp wschodu jącą coraz bardziej czerwi 4 ŚX to jest Morze Arafura! Nagle gęstwę ryb suną w tyrahei“ ^estchnień chać ich podobne do cięzk obfite. oddechy. Śniadanie miały teg umoco- I ja zarzucam wędkę. Jak° prZ^n^nneao bo- lałem na haku spory kawał sus nita. Nie miałem szczęścia taKiey bny. Na śniadanie ,.załoga jak co dnia, owsiankę. dostała, Opty rr Z Nowi Tak rozpoczęła się żegluga po jednym z najbardziej żyznych mórz świata. Jego wody zasilane rzekami z Nowej Gwinei, Australii i sezonowymi strumieniami w po- rze deszczowej zawierają masy planktonu zarówno zwierzęcego jak i roślinnego. Nic więc dziwnego, że przez kilka dni Opty płynął jakby po rozsypanych plewach. Wystarczyło kilka wiader przecedzić przez chusteczkę do nosa, a na jej powierzchni pozostawała ostro pachnąca kawiorem masa. Patrzyłem na nią. Przypominałem sobie uwa- gi innych żeglarzy, którzy chętnie to jadali. W końcu zwinąłem chusteczkę i położyłem na słońcu. Po zakończonym rejsie w jednym ze schowków Opty znalazłem resztki tej zasuszonej masy. Na jedzenie ,,tego za- brakło mi jednak odwagi. Z nawigacją w tym rejonie nie było kło- potów. Chmury pokazywały się rzadko. Mo- głem spokojnie płynąć w kierunku lezącej na skraju Oceanu Indyjskiego wysepki Roti. Próbowałem łowić rekiny, ale i te mając 247 ।
Leonid Teliga na pokładzie jachtu „Opty" tyle naturalnego pożywienia lekceważyły nawet wędzonkę, która mogłaby mi wystar- czyć na parę śniadań. Wiatry na Morzu Arafura wiały raczej spokojnie, nie musiałem zbytnio się wysi- lać, aby utrzymać kurs, gdyż robił to za mnie ,,Samuś". Farba na pokryciu płatu powietrznego popękała od żaru, trzeba było pokryć ją nową warstwą pokostu. Dni mijały bez specjalnych Wyd był niemiłosierny. Mając sporo n‘Zar czasu, zajmowałem się nie tylko W°^° niem, lecz także opracowywan^m^'0^’ materiałów i robieniem świeżych Jednak było to zajęcie wyłącznie p"”'8’'1 Kabina rozgrzewała się do tego stopnia”"', nie sposób było w niej usiedzieć. Pewn " dnia, w czasie całkowitej ciszy, założyli swoją smycz i dałem nura za burtę. Oc - wiście taką ekspedycję za burtę „Opty" poi przedziły długie obserwacje morza, które pomogły mi się upewnić, czy będę mógł wrócić na pokład w jednym kawałku. Opo- wiadano mi na Viti-Levu, że niedawno u brzegów Australii spotkano dryfujący jacht z wysuniętym ciałem żeglarza, które- mu rekin uciął stopy. Szczegółów wypadku nikt nie odgadł, ale można je sobie wyobra- zić. Przygotowałem również strzemiona z lin, abym mógł w razie potrzeby natychmiast wydostać się na pokład. Będąc w wodzie, zobaczyłem nagle na po- wierzchni jakiś podłużny cień. Węgorz! O ile wiem, to w tych stronach Węgorzynie ma. a więc wąż. Bez pośpiechu ale zdecydo- wanie skończyłem kąpiel i już z poka Opty zobaczyłem pięknego, długiego uę Miał kolor cielisty poprzecinany cza^ zebra. Leniwymi ruchaj potem skrył się , dna jachtu z mu- każdym razie więcej 9 Leonid Teliga: -j^Gd^ Fidżi d0 ? Mori 5 1970. Wyd- Mor 18. pręgami, niczym płynął wzdłuż burty, a r- kilem. Nie wiem, czy szukał ciem . _ że zajął się oczyszczaniem szelek i roślin, nie widziałem. W 248
118 MOJA WIELKA RYBA (W ZATOCE GWINEJSKIEJ) O godzinie szóstej rano szturman wyciąg- nął wszystkich z łóżek. Zerwałem się z po- słania, mokrego od potu. W gimnastycznych spodenkach i starych butach, otrzymanych od pierwszego mechanika, wybiegłem na po- kład. Dopiero tutaj naciągnąłem rękawice z brezentu i skóry. Wzdłuż prawej burty leżała sieć. Bosman z Robertem i Manuel oglądali je ze wszystkich stron. Nieliczne dziury, wykryte podczas lustracji, zarabiali nowymi oczkami. Sprawdziliśmy zamocowanie pływaków oraz łańcucha, stanowiącego obciążenie. Niecierpliwie oczekiwałem pierwszego ma newru. Wraz z Murzynami stałem teraz bez czynny do zakończenia reperacji. Robiło się widno. Blady błękit opadał ku widnokręgo- wi. Poprzez mgiełkę przebijało z jednej stro słońce, a z drugiej pełna tarcza księżyca ®yło jeszcze dość chłodno, termometr ws a zywał zaledwie dwadzieścia osiem stopni. Bosman wyprostował się i rozmieści na wzdłuż burty. Zaczęliśmy wyrzucać siec. Gdy już pławiła się w wodzie, bosman ją miejsce przy windzie. Manuel poszedł o sługiwać dziobową deskę rozporową, a Robert stanął na rufie. Wkrótce potem za- czął pracować silnik. Mieliśmy ostatnie cztery godziny spokoju. Zięba płvnęła powoli przez kilka mil w kie- runku Lagos. Statki na redzie i falochrony wejścia do portu wyłoniły się na horyzon- cie, rosły, podeszły niemal pod dziób Wte- dy zatoczyliśmy duże koło, kładąc się na przeciwny kurs. Od zachodu zaciągnął lekki wiatr, który powierzchnię morza marszczył drobną falą. Nakładała się na rozkołys oceanu, ale rów- nie spokojny i miarowy, w sam raz na tyle, by wprawić w łagodne chybotanie wszystko, co płynie. Z lewej strony ciągnęła się smużka lądu, pokryta gęstwą buszu, przetykanego gdzie- niegdzie dachami tubylczych chat. Zieleń cofnięta do tyłu opadała ku linii piasków oddzielających ją od zatoki. Nieskończenie długą plażę atakował szturm przyboju. W perspektywie kipiel wyglądała jak ośle- piająco biały warkocz. Matowiał jednak i bladł, gdy słońce skrywało się za chmura- no wyciągnięciu Włoka podczas połowów w chwilę po wrc w Zatoce Gwinejskiej 249
Kolo południa niemal cały firmament po- szarzał- Zrobiło Sie pa”’0 1 dU5in0' Y'v°" tom ze suvch kabin, biali i czarni schodzili na pokład ra.mu.ic wyznaczone stanowiska. Statek zatrzymał się podczas manewru. Winda uruchomiona przez bosmana nawi- jała stalowe kable na bębny. Minęło jeszcze dziesięć minut, zanim pod- w^zono deski na kozłach burtowych. Mat- ma wypłynęła pod powierzchnię. Wychyle- ni przez rehng * oglądaliśmy zdobycz. Pełna w eszono deski na kozłach burtowych. Mat- nia wypłynęła [ 1 byia ryb żółtych, czerwonych, brunatnych, białych brzuszków, srebrzystych grzbietów. Zabraliśmy się do wyciągania sieci. Mat- ma zahaczona na stalówkach, pociągnięta obrotami windy, podjechała w górę, ocięża- ła, pełna, obfitująca w bogactwo morza. Za- wisła w powietrzu. Manuel i Latifu we- pchnęli ją przez krawędź nadburcia. Jeden trzymał wspierając się rękami, a drugi — pochylony nisko — kilkoma szarpnięciami rozwiązał dołu węzeł, zabezpieczający otwór od uczynił Na pokład posypała się lawina17yb piska tego gramoliły się na zewnątrz le kraby i niezdarne małe krewetki ną langustę, w pstrokatym pancerzu U uchwycił za grzbiet i szmyrgnąl pod luk Sieć po naprawieniu znów wyrzucono burtę. Statek ruszył, zaczynając wahacW spacer tam i z powrotem, tam i z powrotem kszej przestrzeni, Odrzucali daleko od 7 bie martwe rekinki i żywe raje. Ich płaskie ostatni ruch i odskoczy) !0Wy Murzyni rozgarniali szuflami ryby na w? kszej przestrzeni, Odrzucali daleko od ?le. bie martwe rekinki i żywe raje. Ich płaskie potworkowate ciała plaskały głucho o podło gę i nim na zawsze znieruchomiały, próbo- wały unosić się na elastycznych płetwach Z Robertem podawaliśmy puste skrzynie ze sterty przygotowanej pod tentem*. Usta- wili je rzędami. Gdy zaś i tę czynność wy- konali, przystąpili do sortowania na gatun- ki. Janusz Skarżyński: Moja wielka ryba. Poznań 1967 Wydawnictwo s. 76-77. Poznańskie i 119. SKORUPIAKI UŻYTKOWE Spośród skorupiaków w celach konsump- cyjnych są poławiane kraby, homary, lan- gusty i krewetki. W morzach Dalekiego Wschodu w dużych ilościach występuje krab kamczacki Paralithodes kanilschnhcc Jest on szczególnie liczny w Morzu Ochot kim, które dostarcza 75°/o światowych polo wów krabów. Przemysł krabowy. dawniej będący wyłącznie w rękach Japończyków, poczynając od 1928 roku z powodzeń em uprawia również Związek Radziecki Duże radzieckie statki-przetwórnie przez sze miesięcy w roku przerabiają kraby w wschodniej części Morza Ochockiego, go' nie w pobliżu brzegów Kamczatki. Kra y poławiane przez specjalne flotylle mai y statków, a statki-przetwórnie przerab,a)ą je na konserwy. Przygotowane w na u nym sosie konserwy z krabów kamcza mają przyjemny, specyficzny zapac i s Niezależnie od wysokich wartos ~ ezych, mają one również poważne zas «u Wanię dzięki dużej zawartości fos oru Podczas gdy przemysł krabówy tak świat- ków na Morw Ochock,™ Polowy skorupUko*
ty- PRZYPISY Wyi homara zastępuje step rzsdko oka róż- mlenafy w pc Skalistych po Jeziora Gdańsk 1969, s. 434—435. Kazimierz Demel: 2ycie mo- rza. Morskie, me cyiiku. wody Atianvyxu mjmr * »•«•••«•*•• i langust, poławianych zarówno u brzegów amerykańskich jak i europejskich (Nor- rozwija się na wodach Północnego I a- ______ .rody Atlantyku słyną z homarów i langust. poławianych zarówno u brzegów izr.zrykańskich jak i europejskich (Nor- wegia Szkocja. Anglia. Helgoland, wybrze- ża Francji i inne). Homary poławiane są w specjalne sieci- -pułapki. do których jako przynętę wkłada się kawałki gnijącego mięsa. Homar' euro- pejskie są dużymi rakami, ważącymi 5—6 kg. Homar amerykański jest jeszcze większy od europe jskiego i osiąga 10 kg wagi. Wystę- puje na obszarze od Labradoru do Nowej Anglii. Czyniono również próby hodowli ho- marów, które — niestety — nie udały się. Można co najwyżej w odpowiednich base- nach przechowywać złowione sztuki w sta- nie żywym aż do chwili transportu. Rocz- ne połowy homarów u brzegów Europy wy- noszą około 25 tys. ton. W Kanale La Manche i w innych rejonach północnego Atlantyku o dużych Wąsach i M — ---- langusta, skorupiak < łych szczypcach. W Morzu Północnym rejonie Cieśnin Duńskich w dość znaczny ilościach poławiany jest homarzec Nephroa norvegicus. Czasami jest przywożony takz^ i przez naszych rybaków. Polowy krew^ i garnęli uprawiane są szczególnie u pohid niowych brzegów Morza Północnego (Nie®, cy, Holandia, Belgia), w Zatoce Meksyk^, skiej i w Japonii. O znaczeniu tych połowów w Morzu Północnym świadczy fakt, że w latach przedwojennych do 7O*/o niemiec- kich połowów przybrzeżnych stanowiły kre- wetki. Połowy krewetek w Morzu Północ- nym przekraczają 40 tys. ton. Mięso skorupiaków w ogóle ma duże war- tości odżywcze, jakkolwiek z racji łatwego psucia się wymaga szybkiego na ogół prze- robu. Akomodacja oka — przystosowanie się do widzenia przedmiotów znajdujących się w nych odległościach lub w różnym oświetleniu. Akwalung — czyli wodne płuca. Jest to aparat do swobodnego nurkowania składający się z butli ze sprężonym powietrzem umieszczanej na ple- cach nurka oraz z samoczynnego urządzenia re- gulującego ciśnienie tego powietrza. Amha r o wie — najliczniejsza grupa etniczna w Etiopii. Język amharskl jest uznany za język urzę- dowy (obok angielskiego). Amundsen Roald (1872—1928) — słynny nor- weski badacz polarny. W 1910 r. wyruszył stat« tklem „Fram” do Antarktydy, w 1911 wylądował przy Barterze Lodowej Rossa w Zatoce Wielory- biej. Stamtąd 20X1911 rozpoczął marsz do Bie- guna Południowego, i zdobył go 15X111911. Cala podróż przez Biały Kontynent trwaja 99 dni, w cią- gu których przebyto 3000 km. Amundsen wyprze- dził prawie o 4 tygodnie wyprawę angielską Ro- berta F. Scotta. Anglików przez całą drogę prze- śladowała wybitnie zła pogoda. Mimo lata tem- peratura spadała do ok. —40° C. Wszyscy uczest- nicy wyprawy R. F. Scotta zginęli w powrotnej drodze na skutek odmrożeń 1 skrajnego wyczer- pania. Andezyt — skała magmowa wylewna o barwie szarej z wyraźnymi czarnymi kryształami, stoso- wana Jako materiał budowlany kwasoodporny. Anemometr — przyrząd do pomiaru prędkości wiatru. A n t a j o s — lub Anteusz — olbrzym, który według mitologu greckiej odzyskiwał zasób sił PrłV tknięciu się ze swą matką Geją (Ziemią). ryseptyczny — przeciwdziałający roz*0* jnwi drobnoustrojów, odkażający. r a i a I — po portugalskus skupienie kilku 9° podarstw, rodzaj wjl. Asenlamiento — rodzaj gospodarstw zespoło- wych tworzony przejściowo na ziemiach chilij- skich obszarników, których wywłaszczono na pod- stawie reformy z dnia 28 ¥11 1957 T Bark Leon — emigrant polski, jeden z mebcz- nych Polaków, którzy osiedlili się na Madagaska- rze w I połowie XX wieku. Balista — urodzony 1901 u były prezydent > dyk- tator Kuby, doprowadził do pogłębienia zależności Kuby od USA Batyskaf — statek głębinowy (z greckiego: bathys — głęboki, ikapM — łódź). Pierwszy baty- skaf zbudował August Pkcard, fizyk szwajcarski. Rekord głębokości na batyskafie os.ągnął syn jego Jacub Piccard w towarzystwie porucznika Don a Walsha w dnia 231 1960. Opuści) się wówczas na dno Rowu Mariańskiego na głębokość 10 912 m. Baza bunkrowa — bankier to ładunek pabwa na statku. Bazą bunkrową nazywa uę punkt, w którym statek zaopatruje się w paliwo Bizony — przed przybyciem Europejczyków stada bizonów liczące ponad 60 milionów sztok prze- szukiwaniu pastw.sk obszary od Gór eh po wybrzeże Atlantyku i od Wielkiego Niewolniczego prawie do Zatoki Meksy- kańskiej. Na skutek polowań polegających na masowym mordowaniu tych zwierząt prawie cał- kowicie je wytępiono do roku 1893. Wówczas do- piero w USA l w K nudzie wzięto bizony pod całkowitą ochronę t stworzono dla nich rezerwa- ty Jeden z największych znajduje się w Kanadzie w stanie Alberta w pobliżu Jeziora Athabaska. Opisuje go właśnie w książce J znowu kusząca Kanada” Arkady Fiedler. W rezerwacie tym bizo- ny odmiany leśnej rozmnożyły się t tworzą hczne (lub brus) — inaczej sawanna albo porośnięty akacjami I baobabami.
Buenos A i r • s - w 1968 r. zespól miejski liczył 7 964 000 ludności a w granicach miasta mieszkało 3 447 000 osób. Busz — zarośla, zbiorowisko roślin z przewagą krzewów. Najczęściej busz składa się z gatunków kolczastych i sucborośli. Typowy dla strefy przej- ściowej między lasem a stepem. W Afryce trudno jest wyznaczyć granicę między buszem a puszczą. By znesm a n — przedsiębiorca, również człowiek sprytny, prowadzący różnorodne interesy. C a a t i n ę a (czytaj: kaatinga| — dosłownie „biały las" lub . biała trawa" — nazwa ubogich w wodę stepów porosłych krzakami, niewielkimi drzewami i kaktusami. C a j u n s [czytaj: kachuns] — mieszkańcy delty Mis- sisipi, uważani za najbiedniejszą grupę białej lud- ności w USA. Są przeważnie pochodzenia francus- kiego. osiedlili się w delcie w połowie XVIII w. Do dzisiaj żyją w odosobnieniu. Campesinos [czytaj: kampesinosj — po hiszpań- sku: wieśniacy. Cent — moneta w USA, 1/100 dolara. Cruzeiro [czytaj: kruzeiroj — jednostka mone- tarna w Brazylii. Czekan — rodzaj laski ze stalową głowicą oraz kolcem, używany przez alpinistów. Czkało w Wal er i j P. (1904—1938) — pilot ra- dziecki, który w dniach 18—20 VI 1937 przeleciał 8533 km bez lądowania na trasie Moskwa — Portland (USA). Zginął podczas oblatywania sa- molotu myśliwskiego. Cybernetyczne maszyny tu w znaczeniu: maszyny matematyczne. Cyklopi — lud olbrzymów, który w służbie mito- logicznych władców wznosił mury miast greckich zwanych od nich cyklopowymi. Daglezja — jedlica zielona, ozdobne drzewo igla- ste z rodziny sosnowatych, podobne do świerka. Pochodzi z Ameryki Północnej. Disneyowski — W. Disney (urodzony 1901) reżyser i producent filmów rysunkowych. Domeyko Ignacy (1802—1889) — polski mine- ralog 1 geolog, filomata, uczestnik powstania listo- padowego, przyjaciel A. Mickiewicza. Osiedlił się w Chile i podczas półwiekowej działalności przy- czynił się do rozwoju gospodarczego i kulturalne- go tego kraju. Drive>- — (czytaj: drajwer) kierowca, szofer. Dyluwialne lody — dyluwium to dawna na- zwa epoki lodoweji obecnie geologowie nazywają ten okres plejstocenem. Efemery (efemerydy) — zjawiska krótkotrwałe. Ekologia — nauka badająca wzajemne stosunki między organizmami a otaczającymi je środowis- kami. Elewator — budynek służący do magazynowania zbóż, ziarna Enklawa — teren otoczony obszarem 0 in> charakterze np. część terytorium państwa otocz^ ze wszystkich stron przez terytorium inn°”J państw. E p i f i t y — zwane też poroślami, należą do nich storczyki. Rosną na innych roślinach ale są samo żywne (nie są pasożytami). Epikurejczyk — Epikur był filozofem greckim żył na przełomie IV i III wieku p.n.e. Głosił, u zasadą i celem życia jest dążenie do przyjemności Dziś epikurejczykami nazywamy ludzi za przyjemnościami, wygodnickich. Estakada da się np. szyny kolejowe lub pomost na palach wbitych w dno morza. Etoile du Congo [czytaj: etual di kongo) - brzmienie nazwy francuskie, gdyż tym językiem posługują się Belgowie jako językiem urzędowym (Kongo było do roku 1960 kolonią belgijską). Po- dobnie Albertville [albertwill] obecnie Kalemie, Elizabethville (elizabetwill) i Jadotville [żadotwill] obecnie Likasi. 254 o oraz łatwy jego transport" konstrukcji umożliwiającej Czczenie — teren otoczony obszarem goniących — pomost na słupach, na których ukla- FAO — skrót, znaczy: Organizacja Wyżywienia i Rolnictwa Narodów Zjednoczonych. FAO stwier- dziła i opublikowała w swoim raporcie z 1965 r. że ludność Ameryki Łacińskiej obecnie żyje w gorszych warunkach niż przed ćwierć wiekiem Przyrost ludności na tym kontynencie jest szybszy, niż przyrost środków żywności. Fazenda — w języku portugalskim gospodarstwo rolne w dawnych posiadłościach hiszpańskich również plantacja kawy w Brazylii. Flamboian — późny gotyk, który cechuje formy krzywe zbliżone kształtem do płomienia, stąd - styl płomienisty. Tu chodzi o kształt drzewa. Geofizyczny Rok — W okresie tzw. Między narodowego Roku Geofizycznego (MRG), tj. w cza sie 1957—1958, całą kulę ziemską pokryto 9^ siecią stacji badawczych, które dokonywały^ serwacji meteorologicznych, magnetyzmu z skiego, zorzy polarnej, powłoki lodowej i dług jednolitego programu i jednakowym darni. Główną uwagę skoncentrowano na * Antarktydy i obszarów ją otaczających, * tam wówczas ok. 80 stacji naukowo-ba dwunastu państw. Po zakończeniu P‘er^ ba. MRG postanowiono badania kontynuować dań na Antarktydzie Polska włączyła się P wie III MRG. .., futro G r i z 1 i — niedźwiedź północnoamery an ma szare, waży do 450 kg, w [ nej dochodzi do 2,5 m. Harmattanowy kurz — V7 czasie na w krajach nad Zatoką Gwinejską pozycji wyp'os,c",a wieje
i suchy wiatr — harmattan, Niesie on drobniutki szarosłny pył zmieciony z brzeżnych obszarów pustyni. Powoduje bardzo szybkie wysychanie spoconej skóry i uczucie chłodu. Historia wykazała również, że Strzelecki tajem- nicy dochował, a pomimo to już w następnym dziesięcioleciu po dokonaniu odkrycia Australia przeżyła typowy gorączkę złota. Humboldta Prąd- inaczej Prąd Peruwiański. Jest to prąd morski zimny, płynący wzdłuż za- chodnich wybrzeży Ameryki Południowej. Indianie — dawni mieszkańcy Ameryki, przybyli około 30 000 do 20 000 lat temu przez Cieśninę Be- ringa z północno-wschodniej Azji. W okresie od XVI do XIX w. zostali prawie całkowicie wynisz- czeni na skutek kolonizacji białych osadników i walk międzyplemiennych Pozostałych Indian usunięto z dawnych siedzib i częściowo osadzono w rezerwatach. Obecnie szacuje się wszystkich In- dian na 13—14 min osób, z tego około 700 tys. w Ameryce Północnej. Inkowie — lud żyjący w środkowych Andach. Stworzyli oni ogromne państwo obejmujące dzi- siejszy Ekwador, Peru, Boliwię, część Chile i Ar- gentyny Stolicą państwa Inków było miasto Cus- co, w którym jeszcze dziś znajduje się mnóstwo zabytków architektonicznych z okresu przedko- lumbijskiego. Interior — tereny leżące wewnątrz kraju daleko od wybrzeża i wielkich miast, bardzo słabo zalud- nione i zagospodarowane. Termin używany naj- częściej w odniesieniu do Ameryki Południowej. Islam — religia mahometańska, powstała w VII wieku w Arabii. Twórcą i prorokiem był Maho- met. Zasady islamu wyłożone są w świętej księ- dze Koranie. Obecnie tę rełigię wyznaje około 370 min mieszkańców Afryki północnej i środko- wej oraz Azji południowej i zachodniej. Wyznaw- ców islamu nazywa się muzułmanami lub maho- metanami. Jard (yard) — angielska miara długości. Wynosi 3 stopy angielskie, czyli 0,914 metra. Kaboklo — wieśniak mieszkający w głębi Bra- zylii. o nieokreślonej mieszaninie krwi murzyń- sko-indiańsko-portugalskiej. a j m a n y — krokodyle zamieszkujące rzeki i je ziora tropikalnych części Ameryki Południowej 1 Środkowej. Żyją również w delcie rzeki Missi sipi. Dochodzą do 4 m długości. a r i b u — wielkie, ciężkie jelenie podobne do re nifera: żyją w Ameryce Północnej w dwóch o • mianach. Jedna odmiana występuje na obszane tundry, druga kryje się w lasach północnej czę tajgi. d ’ a i — sprawdź położenie tej prowincji na map zamieszczonej w czytance Kongo (Kinsbasa). K 111 albo faleza — podmywany i obrywany nr, m°r,k1' sklch. Y Hawany przez uderzenia fal mor- K'd\"ed,?2T): k'?d,)k| ~ • *<- miasto Dawson Klondik'1”1'.00’ Ośrodeki kryciu sto.. * d'ke ’*ynne J«t dilt-kl od- >c,u złota na tym tereile w r. ltois t szybko wyczerpały się. ''“a™.," le9*onu starożytnej annl. rzymskiej. Tu w znaczeniu: oddziały za- stępy. '• Kongo (Kinshasa) — obecnie republika Zair. on-Tiki — nazywała się tratwa Heyerdahla. Przeczytaj objaśnienie hasła „statek". Koriakowie — lud zamieszkujący w obwodzie kamczackim, trudniący się hodowlą, myślistwem i rybołówstwem. Krokodyl — Po drugiej wojnie światowej kroko- dyle na Madagaskarze wytępiono niemal całko- wicie. Przyczyną tego był popyt i wysokie ceny na skóry krokodyle. Tak więc dzięki modzie Ma- dagaskar pozbył się najgroźniejszych demonów. Pisze o tym Arkady Fiedler w książce p.t. .Mada- gaskar — okrutny czarodziej", wydanej w ostat- nich latach. Kryształ górski — minerał, przezroczysta bez- barwna odmiana kwarcu. Stosowany w jubiler- stwie jako kamień półszlachetny. K s e r o f i t y — suchorośla, ciepłolubne rośliny ży- jące w warunkach długotrwałej suszy powietrza i gleby. Kuba — Delegacja kubańska przebywająca w Pol- sce w 1960 r. zaprosiła grupę polskich grotołazów na kilkumiesięczny pobyt na Kubie. Celem tej wyprawy było zbadanie jaskiń, poznanie systemu wód krasowych i zasobów nawozów gromadzą- cych się w grotach. Nawozy te tworzą się z gua- na (odchodów) gromadnie żyjących tam nietope- rzy. Loggia (czytaj: lodżdżia) - pomieszczeni na pitt- trze otwierające się kolumnadą na jedną lub kilka Long” s 1a nd tcz^aj: ,ong ajIend)~’ WYSP’ 03 ktÓrYC?cź:ujNlu7ng]r- dosłownie- zwijanie -Y -tu motyli w powietrzu. Matecznik - zaciszne 1609,81 m' Nagromadzony, Segregowany w M ^^inr U6ty być moreny ^lowC’ nawiązuje do — e^5i. i trudno dostępne miejsce odbywały się
od prawnych । miały <>9™»'"Y Ms,’9 Zwierzęta Afryki Środkowe) I Południowe) przy- wędrowały niegdyś x Europy. Ndsfr - Ga mai Abdel (Nasser) pułkownik i polityk. Od l°56 był prezydentem Egiptu. Byl założycielem i prezydentem Zjednoczonej Republi- ki Arabskiej |lnS8). w skład której weszły: Egipt, Jemen Syna U 1961 r. federacja przestała fak- tycznie istnieć. Pomimo to Egipt utrzymał do 1971 r nazwę ZRA nie rezygnując z idei utworzenia federacji wszystkich państw arabskich. Naser zmarł w 1970. Obecna nazwa ARE. X i e m e y e r i i n. — budowniczowie nowej stolicy Brazylii. Non stop — w tym wypadku chodzi o lot bez lądowania. Oksydy żelaza i glinu — tu chodzi o tlenki tych metali. Ostrowski Wiktor — mieszka w Ameryce Po- łudniowej. Badacz, podróżnik, myśliwy, rybak, fotograf, zajmuje się filmem dokumentalnym. Za- przyjaźniony z plemionami Indian Araukanów — Mapuche. Bada ich kulturę i obyczaje. Jest auto- rem wielu książek. Najbardziej znana to: ,,Wyżej niż kondory”. Patio — dziedziniec wewnętrzny domów w krajach kultury iberyjskiej, często z fontannę. Pawiany — spotkanie autora z pawianami miało miejsce w pobliżu granicy gwinejsko-senegalskiej. Sprawdź położenie tego miejsca na mapce umiesz- czonej w czytance „Zielona inwazja". Peso — jednostka monetarna Argentyny, Chile, Kolumbii, Kuby, Meksyku, Urugwaju. Per jiedes (łac.) — pieszo. Pluton — według mitologii greckiej bóg podziemia Polska wyprawa — badawcza w Ruwenzori wyruszyła z Warszawy w grudniu 1938 r. Jednym z uczestników wyprawy byl Tadeusz Bernadzikie- wicz. P o m p e a — miejscowość we Włoszech u stóp We- zuwiusza, zniszczona w czasie wybuchu wulkanu przed dwoma tysiącami lat. Odkopana w XVIII wieku. P o r I i r — skała magmowa wylewna. Można w niej wyróżnić wyraźne prakryształy (wykrystalizowa- ne w głębi ziemi) i drobno wykrystalizowaną ma- sę tzw, ciasto skalne. Portenos — tak siebie nazywają mieszkańcy stoli- cy Argentyny, Buenos Aires. Przedkambryjskle formacje — chodzi tu o skały które powstały przed pół miliardem lat. Produkcja (Kongo) — określona jest w tym tekście na podstawie danych z roku 19G0. Ponie- waż jednak wojna zahamowała w następnych latach rozwój tego państwa, liczby można jeszcze do dziś uważać za zbliżone do aktualnych. Pojąca w Pł w,ęc s’ .. na pó|. i peiu- Ptolemeusze — dynastia przed naszą erą. Kolumny mają więcej niż 20 stuleci. Ptolemeusz K 1 a u d 1 u s z był ostat geografem starożytności. 2ył w y j ery. Przez opisane przez niego Góry należy zapewne rozumieć Ruwenzori ’ęiyc°*e pobliżu równika. . Proteina — odmiana białka. Puna- rozległy, bezodpływowy płaskowyi A dach o skąpej półpustynnej roślinności z lir, płytkimi słonymi jeziorami (salary). Puna de Atacama leży na terenie ChUe i Ar tyny i wznosi się od 3500 do 4600 m. n.p m. - noc od niej rozciąga się Puna boliwijska i wiańska. Ouebracho [czytaj: kebraczo] - po hiszpańsku łamiące siekierę. Jest to drzewo o bardzo twardym drewnie, pochodzi z Ameryki Południowej, zawie- ra bardzo dużo taniny. Rancho [czytaj: ranczoj — gospodarstwo rolne o silnie rozwiniętej hodowli bydła. Również chatę postuchów określa się jako rancho. R e 1 i n g — bariera ochronna wzdłuż pokładu statku. Ruwenzori — grupa górska nazwana przez Pto- lemeusza w II wieku naszej ery Górami Księży- cowymi. Nazwa Ruwenzori oznacza podobno w ję- zyku miejscowym „Góry Deszczowe". San Francisco [czytaj: san francisko] — w 1967 r. miasto liczyło 714 000 a zespół miejski 3 009 000 ludności. Schistosomlaza — choroba rozpowszechniona w Afryce, wywołana przez przywry krwi. Lar*> tych pasożytów żyją w organizmach małych mię czaków. Po wydostaniu się z mięczaków, ltf*Y przenoszą się do organizmu ludzkiego przez skórę, rozmnażają się i niszczą głównie robę człowieka. Leczenie tej choroby jest ar trudne. .uże Selwą — równikowy las wilgotny zajmujący obszary w dorzerzu Amazonki. Serlnqueiros [czytaj: serinkeiros] 8 wano zbieraczy kauczuku w puszczy na żonką. . ogTani' S f i 11 s t r z e ć (od słowa filister) 5 br0 czonym, małostkowym, obojętnym na Sirocco [czytaj: sirokko] — clepłI ódzietnnegoi wiatr południowy w basenie Morza wieje znad Afryki lub Półwyspu Ara w i$47 r- Statek - na którym Thor Heyerdah1 z pięcioma towarzyszami przepłyną 0^udo*a' Spokojny to tratwa z drzewa ba sa ie9\r niem z bambusa. Heyerdahl je mors^‘ rzem i bacznym obserwatorem tdje. kultun Jedną z jego pasji jest badanie lutjOoścL polinezyjskiej i etnograficznego s składu Ud»«id 256
atyt — minerał, odmiana talku. Strzelecki Paweł Edmund urodzony w Kiekrzu w Wielkopolsce w 1796 r. wyemigrował po powstaniu listopadowym. Był geografem 1 geo- logiem. Strzykwa — zwana też ogórkiem morskim jest podobna do czarnego, spleśniałego serdelka. Osią- ga niekiedy prawie metr długości. Tanłna _ garbnik znajdujący się w różnych rośli- nach (głównie w korze dębowej), stosowany przy garbowaniu skór. Taraskowie — lud Indiański w Meksyku. Tempora mutantur (łac.) — czasy się zmie- niają. Tent ___ dach z żaglowego płótna lub brezentu roz- pinany nad pokładem statku. Teorja — „teoria najwspanialszych kłamstw" — autor książki nawiązuje do wypowiedzi Marka Twaina na temat dziejów Australii: „Czyta się te dzieje nie jak historię, ale jak najwspanialsze kłamstwa”. Toltekowle — lud indiański uważany za twórcę wysokiej kultury na Wyżynie Meksykańskiej w IX—XII w. Główny ośrodek — miasto Tuła. Trzeciorzęd — okres geologiczny, który zaczął się około 70 min lat temu. W trzeciorzędzie po- wstały młode góry, między innymi Alpy. Tuaregowie (nazwa własna: Imoszagi) — koczo- wnlcie plemion. MmlmkuJ,ce północn. Alryk,. ezą do grupy językowej berberyjskiej. 0 8 Y ~ wYjaśnlenie w czytance pt. „Boski, zły voay Arkad ego Fiedlera. Wadi (arab.) suche doliny na pustyniach, po- zostałości starych, z okresu trzecio- 1 czwartorzę- du, dolin rzecznychj doliny te są długie, kręte, głębokie. Wapiti — Jeleń lasów północnoamerykańskich, nieco większy od naszego. Zbiornik Asuański — został po raz pierwszy wykorzystany w 1966 r. Uroczyste otwarcie po- tężnego węzła hydroelektrycznego miało miejsce w połowie 1970 r Tama ma 4 km długości i 121 m wysokości a zbiornik po całkowitym napełnieniu ma 510 km długości i przeszło 12 km szerokości Zięba — polski statek rybacki łowiący u wybrze- ży Nigerii, w Zatoce Gwinejskiej. Na statku za- trudniano na czas połowów robotników miejsco- wych — Murzynów. Zintegrowane uczelnie — Integracja to łączenie części w Jedną całość. Tu chodzi o utwo- rzenie wspólnych uczelni dla ludności białej i dla Murzynów. Zyrokompas — szybko obracające się dokoła swej osi ciało stałe np. krążek. Oś obrotu zacho- wuje stały kierunek w przestrzeni. Zyrokompas stosuje się w żegludze i w lotnictwie.
.III . Porty, palmy 1 Polacy ; W krainie złota i totemów Warszawa N.a ścieżkach Kanady. Kraków w Longin: Wędrówki '* 1968, Czytelnik. SPIS LITERATURY WYKORZYSTANEJ W WYPISACH Amundsen Roald: Zdobycie Bieguna Południowego. Tłum, z jęz. niem. Wojciechow- ski B. Wyd. II. Warszawa 1966, Iskry. Azembski Mirosław: Inny świat. Warszawa 1966, Nasza Księgarnia. Bernardzikiewicz Tadeusz: Polska Safari w Górach Księżycowych. Warszawa 1955, Na- sza Księgarnia. Biesiada Roman: Nad Morzem Śródziemnym. Warszawa 1970, PZWS. Budrewicz Olgierd: Ląd czterech czasów. Warszawa 1961, MON. Budrewicz Olgierd: Pozłacana dżungla. Warszawa 1967, Iskry. Budrewicz Olgierd: Romans Morza Karaibskiego. Warszawa 1962, Czytelnik. Budrewicz Olgierd: Równoleżnik zero. Warszawa 1965, Iskry. Burchard Przemysław: Kuba — wśród mogotów i krokodyli. Warszawa 1967, Wiedza Powszechna. Centkiewiczowie Alina i Czesław: Kierunek Antarktyda. Warszawa 1961, Iskry. Centkiewiczowie Alina i Czesław: Tajemnice szóstego kontynentu. Warszawa 1964, Czytelnik. Chałaslńscy J. i K.: Bliżej Al ryki. Warszawa 1965, PAX. Chudzikowska Jadwiga, Jaster Jan: Ludzie wielkiej przygody. Warszawa 1957, Wie za .: Tajemnice koralowych raf. Tłum. W. Zubrzycki. Gdynia 1962, Wy '., Józefowicz K. P. Rausz W. A.: Opowiadania geograficzne, Tłum Powszechna. Ciarkę Arthur C.: Morskie. Czefranow S. W. ZZJe2^Gd“Wt Na”a Ksi’®"n,a- Dziewanowski Kazimml a Ł , a"Sk l969’ Wy<Ł Morskie. Dziewanowski Kazimier? a,niOty 1 szaliale. Warszawa 1965, Iskry. Dziewanowski Kazimierz' , W"’MWa '968' Dziewanowski Kazimier?’ ęz, Kote9^ czarowniR, Warszawa 1967, Iskry. Fiedler °rpion w namiocie biurowym. Warszawa !' Fiedler ~ 1 ‘ Fiedler Fiedler Fiedler Fiedler Golewski SL; t Górnicki Wiesław 1968, Wyd- ^dzkle. Heyerdahl Thor- Jankesó”- Warszawa 1963, KiW. J&ha Alfred: Crenlandm Tium' 1 p3ński. Warszawa 1960, BW dhn Alfred: Kraj biały aT37a'"a 19G9, Wiedza Powszechna. Jaro$z Sk‘fan: W górach Am'*'!!'7' Gocław 1948, Książnica Atlas * Amer'kl Północnej. Warszawa 1964, Spor. i 1964, KiW- Arkady. Kanada pachnąca żywicą. Poznań 1967, Wyd. Poznańsk Arkady: / znowu kusząca Kanada Warszawa 1965, Iskry. Arkady: Nowa przygoda Gwinea. Warszawa 1962, Iskry. Arkady: Ryby śpiewają w Ukajali. Warszawa 1957, Iskry. Arkady: Wyspa kocha/ących lemurów. Warszawa 1957, IstrY- Arkady: Spotkałem szczęśliwych Indian. Warszawa 1968, I® r TurysW*3 * *' 1966, Iskry 1970, PZWS. Jaszuński Grzegorz: Nowojorskie ABC w Jeśman Mieczysław: Nowa Zelandia v • irsZaWa 1966< Iskry. Jeżewska Zofia: Na krańcach czasu Wa Antypodach- Warszawa Klimowicz Jolanta; Indiańska okaryna Re^mżeTk Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza P °* andytsk'^- Warszawa 1967. Korabiewicz Wacław: Kwaheri. Warszawa I9S8 Krzywicka-Adamowicz Helena; Meksyk — orzeł wn7i dza Powszechna. ' W<ti opuncja. Warszawa 1963, Wle- Kużmiński B.: Polskie nazwy na mapie świata Warszawa 1967 w v Kwiatkowski Tadeusz Tpnfil- l warszawa 1967. Nasza Księgarnia. O4.u »» a i JUJ, loM y , Lepocki Mieczysław: Po bezdrożach Brazylii. Warszawa 1962. Ludowa Spółdzielnia Wy- dawnicza. 1 Lewandowscy Cecylia i Janusz: W krainie wiecznej nocy. Warszawa 1968, Nasza Księ- garnia. Machowski Jacek: Alaska Warszawa 1969, Wiedza Powszechna. Machowski Jacek; Zdobywcy Białego Lądu. Warszawa 1959, PZWS. Machowski Jacek: „Problemy" 1956 nr I. Małachowski Aleksander: Diaspora. Warszawa 1967, PIW. Marzec Zdzisław: Na kolumbijskich bezdrożach. „Poznaj Świat”. 1969 nr 12. Marzec Zdzisław; W cieniu Andów. Warszawa 1970, Książka i Wiedza. Miller J.: Człowiek poznaje świat. Warszawa 1964, Nasza Księgarnia. Modrak Piotr: W krainie kangura. Warszawa 1947, PZWS. Marret Mario: Siedmiu ludzi wśród pingwinów. Tłum. M. Zakrzewski. Warszawa 1958, Iskry. Olszewski Tadeusz: Australia kraj dziwów I sprzeczności. Warszawa 1957, Wiedza Powszechna. Orlewski Jerzy: Ziemia ostrzega. Warszawa 1962, PZWS. Ostrowski Wiktor: Zycie Wielkiej Rzeki. Warszawa 1967, Czytelnik. Potocki Jarosław; Na szlakach i bezdrożach Alaski. Warszawa 1956, Iskry. Ratajski Lech; Hassi-Mesaud - stolica algierskiej nafty. „Poznaj Świat”. 1970 nr 5. Ratajski Lech, Szymański Edward: Kongo. Warszawa 1967, PWN. Reklewski Mieczysław: Przez Kotlinę Danakilską. ..Poznaj Świat . 1948 nr 3. Rnhik Tadeusz* Peryferie świata. Katowice 1971» wyd. ,, qs . Robak I adeusz. re y warszawa 1964 Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza. Rusinek Michał: Kolorowe podrożę. Warszawa law. luo p Siadek Bronisław. W Kabale Pabamskl^. ..Poznaj S™' • '“6 ” b Skarżyński Janusz. Moju wielka ryba. Poznan ' stopa Roman. Mali ludzie z pustyni i greckie. Szczepański Jan Józel. Czerne . b.ale Kraków_ 1«», wy ? Szot Zygmunt. Gdańsk .970, Wyd. Morskie. Teliga Leon.d: „Opty M WarsMKa 1967. Iskry. Wańkowicz Melchior. Allaa y ,968. Iskry. Wańkowicz Melchior: Król,., i Warszawa 1969. Iskry. Wańkowicz Melchior: W pępku 1934 War5Za„a 1966. Sport i Tu- Wojsznis Justyn. Polacy n" trylach WoS. Lucjan: Pocztu do ,969. MON. ------Mezom «"”’e'Gd^k 1969. Wyd. Morskie. ____--i 1968, Iskry. - , 1961 Wyd. Literackie. p0 Gwinei. Warszawa 1961, K1W. Wolnlewicz Janusz.' Ku wyórzeżam zietonei kowy. * D^/Zł/*V. Wolnlewicz Janusz: Wolnlewicz Janusz: Wydżga Tomasz: Zaremba L
SPIS TREŚCI Wstęp ....................................................... Część pierwsza AFRYKA Rozdział I. Gorący ląd . 1. Hassi Mesaud — stolica algierskiej nafty 2. Na słonecznym szlaku (Góry Atlas — N Milknące morze (Kanał Sueskl — Egipt) [Kair] (Egipt)...................... (Meczet El-Azhar] (Kair) - [Nubia] (Egipt)................ [Asuan] (Egipt)............... [Samochodem przez pustynię] (Nub (Habub w Chartumie] (Sudan) . Pustynie....................... 11. Zielona inwazja (Gwinea) . . Pawiany (Gwinea) . Burza (Gwinea)................. Góra Rogozińskiego (Kamerun) Poemat (Zair) . W puszczy (Zair) aroko) . 3. 5. 6. 8. 9. 10. a-Sudan) 12. 13. 14. 15. 16. 17. [W głębi brasu] (Zair)................... 18. [Potęga Konga] (Zair) . 19. Kongo [Kinshasa] (Zair) • 20. Sawannowe wyżyny (Zair) . • • • * 21. [Kimpangu) (Angola) • ’ * ’ 22. Kraina Buszmenów (Kalahari- ' 23. Wstrzymany czas (Kaldhflr‘‘®e<^“ * 24 Przez Kotlinę Danakilską (Etiop ) • 25. Przez śnieżny puklerz Ruwenzori . • • 26. Kiwu • • uiaństwo (Madagaskar) 27. Lateryt, różowe przekleństwo ( 28. Płodny Madagaskar . _ ’ . 29. Wari, lemur kochający (Madagask ) 30. Boski, zły voay (Madagas a 9 9 13 15 20 24 26 29 30 31 33 36 38 40 42 43 44 46 48 50 52 53 56 58 60 61 62 64 66 261
Część druga AMERYKA PÓŁNOCNA Rozdział II W Kanadzie i Stanach Zjednoczonych.............. . 71 31 Z biegunem na ty (USA)................................................. 71 32. Fiordy i lodowce [Wzdłuż zachodnich wybrzeży Kanady i Alaski] . . ?3 33. Zycie trapera na Alasce (USA)............................................. 34. (Eskimosi w Kanadzie)...................................................... 35. [Indianie bronią praw do swej ziemi] (Kanada)............................. 36. Kanada pachnąca żywicą..................................................... 37. A cywilizacja rwała tu naprzód (Kanada)................................81 38. Niedźwiedzie (Kanada)...................................................82 39. W królestwie bizonów (Kanada)....................................83 40. Uran (Kanada)...........................................................35 41. Indianie w Kanadzie.....................................................87 42. W puszczy Brytyjskiej Kolumbii (Kanada)...............................88 43. Kanadyjscy drwale.......................................................90 44. [Pociągiem przez prerie i góry Kanady].................................92 45. (Wodospady Niagara] (USA — Kanada).................................94 46. Na przełaj przez USA....................................................96 47. Pochód pustyni (USA)....................................................99 48. Missisipi (USA).......................................................101 49. Osobliwości przyrody USA..............................................1°4 50. Imigranci (USA).......................................................1°? 51. Polonia w Stanach Zjednoczonych.......................................108 52. Murzyni w USA ... ....................................... 53. Nowy Jork..............................................................1^ 54. San Francisco........................................................ 55. Samochód towarzyszy Amerykaninowi.................................... 56. Amerykańskie tempo................................................... 57. Rurociągi... rurotiągi... (USA)...................................... 58. Na imię: wydajność (USA)...............................................^1 Część trzecia AMERYKA ŁACIŃSKA 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 Rozdział III. Od Meksyku po Ziemię Ognistą . 59. Krajobrazy Kuby............................... 60. Hawana (Kuba)................................. 61. Ogrody hydroponlczne (Kuba)................... 62. Narodziny wulkanu (Meksyk).................... 63. Spragniona Ziemia (Meksyk).................... 64. Monokultury (Ameryka Środkowa) .... 65. Cyklony... huragany... tornado (Ameryka Środkowa) 66. W Kanale Panamsklm............................ 67. Kropla Holandii — Curacao...................... 68. Nazywają ją „złotem'1 Wenezueli................ 69. Szturm na puszczę (Wenezuela).................. 70. Na kolumbijskich bezdrożach.................... 71. Stolica Imperium Inków — Cusco (Peru) 72. „Złota" mączka (Peru) .... 126 126 128 130 131 133 134 135 137 139 140 142 143 144 146 262
74. 75. 76. 77. 78. 79. 80. 81. 82. 83. 84. 85. 86. 87. 88. 89. 90. 91. 92. Tędy przeszła śmierć (Chile) pK:r“z1'sa,eiry' **1 ‘ Asentamiento (Chile) ................................... Południe Chile pełne deszczu ” ............. O Ignacym Domeyce (Chile) Puszcza nad Amazonką (Brazylia, Peru) Tragedia kauczukowa (Brazylia, Peru) Caatinga (Brazylia) . Tam gdzie sypie się kawa (Brazylia) . Ziemie „niczyje" (Brazylia)................... Kryształowa gorączka (Brazylia).....................* ’ Rio de Janeiro (Brazylia).................. Brasilia..................... Dotknięcil Uc:ekajmy (Brazylia)......................... Wodospady Iguacu (Argentyna)............................ Zycie Wielkiej Rzeki (Argentyna)........................ Paragwaj — tragiczna Arkadia............................ [Krajobrazy Argentyny].................................... Buenos Aires (Argentyna)............................. Część czwarta AUSTRALIA Rozdział IV. Najmniejszy kontynent świata 93. Polak najlepszym znawcą Australii 94. Pustynia rodzi kwiaty .... 95. W krainie kangura .... 96. Mokre niespodzianki .... 97. (Aby nie zostać w tyle] . 98. Yabba i pedały . . ... 99. Klasa bez ścian................... 100 Nowa Zelandia kraj na antypodach 147 150 153 155 156 157 160 163 165 166 166 170 171 172 175 176 178 179 180 185 190 190 192 195 196 193 200 201 202 Część piąta TAM GDZIE RZĄDZĄ LĄDOLODY polarne Rozdział V. Kraje 101. Od Gwiazdy Polarnej do Krzyża Południa . • 102. Góry lodowe • ‘ । (Antarktyda) • 103. Zorza Polarna (Antarktyda) • /Antarktyda) . . • 104. [Biało-czerwona Haga nad Oazą (Antarktydal 105. M ędzynadodowy traktat, jaK cg ... . 106. Zdobycie Bieguna Południowego 107. Lądolód rządzi Grenlandii, _ enUndla, ... 108. Gdzie tundra graniczy z lode 109. Na łowy (Grenlandia) 210 210 212 214 215 218 218 223 224 226
I1 ó »l « MORZE 1 OCEANY U ktorw - rrrv).c>«l c:y wró»l . . • l IflL Ssu>ra 11? Na iyrnv» Motzu Aralura . - ’ nl Mdh w-aa ryba (w ^toce Gwine jakiej) . . I ll Skorup aki uiytkowe literatury wykony»tana| w wypirach . 332 232 237 2» 240 242 245 247 24» 251 253 25a