/
Текст
JrenaBorne, Danuta Licińska
NOWY STARY ŚWIAT
' B B Mr %
WyPISZ GEOGRAFICZNE DLA KLAS'/ VIII
401
100
28 29
403 104
4o5 406
Okładka I wyklejka
Gerard Despul
Autorzy fotografii Batuckl T* “ h Hi3229'136.9‘iSJ* 15t 15 ^67.
chard l. - a. 127. CAF “ 2’_ * doju) Raplewski Z. - .. 35,
190 205. ZM, 243. Czajnogórakl iS. - W W a h £ _ (górne
Ryttel A. - a. 22. 23. 182 SAS -a. 1-8. £$1“ -•• 2«. Urbanyl
1 dolne). 154, Tomaoewskl J. — a. 130, Uktejewsai j.
Z. __ a. 249. Wdowlńaki S. — a. 21.
Rysunek na okładce wykonano na podstawie płaskorzeźby
w kamieniu znajdującej się w Narodowym Muzeum Antro-
pologii i Historii w mieście Meksyku. Przedstawia ona aztec-
kiego Boga Słońca otoczonego symbolami pięciu epok.
Księżka zatwierdzona Jako pomocnicza
dla uczniów klasy VIII szkoły podstawowej.
Redaktor
Bohdan Gołębiowski
Redaktor techniczny
Lubomir Grodzicki
Wydawnictwa Szkolne I Pedagogiczne — Warszawa 1975
Wydanie drugie, Nakład 8!) 000 + ICO egz Alk. druk 16 5 wvd 23 13
Zamówiono dn 22.XII.1973 r. Podpisano do druku 21 IV 1975V, o/uk
ukończono w czerwcu 1975 r Papier Offsetowy kl V 70 o «1 x inj ™
Zakł. Graf. .Dom Słowa Polskiego*'. Zam. 10299 W-106 Cena zł 28.—
WSTĘP
Przekazujemy Wam Młodzi Czytelnicy, drugą książkę Wypisów
geograficznych". Zawiera ona materiały dotyczące pięciu kontynentów:
Afryki, obu Ameryk Australii i Antarktydy oraz wielkich obszarów
wodnych naszej Ziemi. Dlaczego tytuł książki brzmi: ..Nowy — Stary
Świat"? Dwa względy towarzyszyły zaprojektowaniu lego tytułu. Pierw-
szy wzgląd raczej formalny. Nazwę ..Nowy" i „Stary" Świat wprowadzo-
no w epoce odkryć geograficznych. Nowym Światom nazywano Amerykę
Północną i Południową w celu odróżnienia od znanych już w starożyt-
ności lądów Starego Świata (Europy, Azji i Afryki). Drugi wzgląd — tu
chęć zwrócenia uwagi Czytelników i na to. że Europejczycy którzy po-
znali wnętrze Ameryki, Afryki i Australii stosunkowo późno, kolonizując
te kontynenty zniszczyli stare cywilizacje, wprowadzili nowy porządek
niezgodny z psychiką rodzime/ ludności. Dziś w tym „nowym" św iecie
niepodległe państwa dążą do organizowania nowoczesnych społeczeństw,
ale równocześnie otaczają opieką stare dobre tradycje.
Każdy z sześciu rozdziałów tej książki jest inny, w każdym czy tanki
sq ułożono według innej myśli przewodniej. Bo leż i różne sq te konty-
nenty. Afryka jest gorącym lądem dlatego, że Słońce wznosi się wysoko
nad afrykańskim horyzontem Określenie „gorący ląd” kojarzy się dziś
również z pełną poświęcenia często krwawą walką Afrykańczyków
o wolność i prawa człowieczc.
Ameryka dzieli się geograficznie na Amerykę Północną i Amerykę
Południową, a granica przebiega w poprzek Przesmyku Panamskicgo
Amerykański świat dzieli się na część północną, tj Kanadę i Stany Zjed
noczone Ameryki oraz na resztę": od Meksyku po Ziemię Ognistą. Dwa
pierwsze państwa tworzą pewna całość. Łączy je ogromny rozwój tech-
niki. Jednocześnie w tych państwach występują bardzo duże nierówności
społeczne i różnice w poziomie życia obywateli. ..Rzcszla" Ameryki to
zespół krajów o dużo niższym niż Stany Zjednoczone i Kanada poziomie
rozwoju gospodarczego i technicznego. Cechuje jo jednocześnie ogrom-
ne zróżnicowanie: od szybko rozw i/a/ącej się socjalistycznej Kuby czy
rozwijającego się prężnie Meksyku do tragicznie zacofanego Paragwaju
Australia jest najmniejsza ze wszystkich kontynentów Ale przestrze-
nie /akie muszą w życiu codziennym pokonywać /ej mieszkańcy, powo-
3
dul<i. U moK trydawrf oęrutnna Crfó- «K polujący m wm*M. t<».
nq technikę prictiaje odcruwać c*Łar łe| prirWur^
Antarktyda I* ii po ptoPu / n»na Ten Aonrywni warta ro»P^ryun«‘
w porównaniu t Starami leięcymi na ptte< -iegfym krafou nuej
Zkemi — t Arktykę To porów nań w pomotc iroiumii*'. fah wirlk* it r
c/rni* ma poi o ten* geogmlkcmc f dtoctego nr /*•! ona fedynym ciyn
mkirm decydującym o warunkach rycka * danym ptinkr* /temi
Wrcercie motta I oceany Sq to ogromne prreittrenie wodne k!Ch
ptiyt ^an crfowteka tak magner gdyt raw w tobie w wie bogactw
i Hwarta/ę dla ciływwka wpr 11 njrwyctrrpcnc motfiwokri dnzlanta
Kryfg w eob* frttde wrwhr nretbadunych tajemnic i iq ciętlo m»»bcr-
pttetne Pornan* łych fojeaiAlc mole pocwoiu? na pclnte/trc wvhofxy-
*lamc raiołMrw tntiua
Aby cnalrtC w . V* yptearh wiadomoici dotycrące wybranej *M<rr»
grogtalicrnel ery poAat^a wynarety tpojtteC na mapki no wr*n<frx
rwj 9lteruv okktKf* <q fam pmianr numery rryfanch Fod /yc^ wianr
numerem f^juruMl < w * «P ’-4 rreccy Porrrrcgólne wyptn ^-ł«l ^“r
wielką abifloigi. a tym aamycn raw^iofę j nh wrrle wrai eud
jer! trw rnw bar^n^ »xy I rtckm» ery Wrycej informacji o t •.-!* <
cie w ka«3Xkorh : których fragmenty roetafy tu prredruk rwa^c
łych k»ręiah ront^J aur.eocto^ na JroAru .H ypitbw
\'a mapkach tumimc»DJryrk< ptry poticrególnych erytanhorh |«»l ww
hr c 'kawych wfcfrwwWł o opirywanych krainach Pity ich p- y
kiiwiej Matiw tdar *praw< / w/elkobci krain fat^wj o w *y
obi arie hrajobrary i uocumwC wtafemnę raletn^kf tik •bhh
i Łredowiaha pityrodncrego Akr pomstajcre mapki te n^ V\ mb
a/lccu geugral.ctnego Zew*taft <mt fyfho te informacje które potrrebrw
«q da f/uru^^nio lekjtfu ccyiattk P jłównafc* w^gc te mapki od ctm
do cruau r mpsc-.: w olfmw ukulnym
Pny trudnych wyrmrath orer prcy mąko r^nych ucinam trcrw&h
i muw c»Jl=* h pattawfwmrdht %a hoAcu kBvqlkt jeat ekra nu rek
w uhladi* tii abetyr rrym Tam Mfdrtocm wyfukntonia
Prryjemrwl podróży *
O ngiś dla Europejczyków Afryka — po-
dobnie jak Ameryka i Australia — właś-
ciwie należała do „Nowego Świata''.
Wnętrze lego kontynentu było co prawda
juz znane starożytnym Rzymianom. W cza-
sach Nerona Rzymianie dotarli na przykład
do bagien Nilu w południowym Sudanie,
a Ptolemeusz posiadał dokładne wiadomo-
ści o Górach Księżycowych W Średniowie-
czu wieści z głębi Afryki docierały do Euro-
py za pośrednictwem Arabów, którzy w X
wieku znali Afrykę az do Sudanu. W czasach
nowożytnych jednak cala uwaga Europy by-
ła zwrócona na azjatyckie Indie i na prawic
me znaną wówczas Amerykę. Kontakty
z Alryką ograniczały się do wybrzeży, skąd
wielka liczba czarnej, niewolniczej siły ro-
boczej Dorwanej przemocą lub podstępem
płynęła okrętami na zachód do zagospoda-
rowywanej na nowy sposób Ameryki.
Badania naukowe Czarnego Lądu na po-
łudnie od Sahary miały miejsce głównie
w XIX wieku. Wtedy europejscy podróżnicy
poznali środkowy bieg Nigru, źródła Nilu,
tajemnicze jezioro Czad... Pod koniec XIX
wieku do tych naukowych prac włączyli się
również i Polacy, jak na przykład Stefan
Rogoziński czy Jan Dybowski. W miarę roz-
woju badań naukowych postępował niestety
równocześnie podbój ziem afrykańskich, po-
stępowała niewola, zahamowanie rozwoju
rodzimej kultury, zniszczenie istniejących
i rozwijających się przedtem państw mu-
rzyńskich. Prawie całą Afrykę podzieliły
między sobą. Anglia, Francja, Hiszpania
Porlugalia, później Wiochy i Niemcy.
Przyroda, a szczególnie klimat Afryki nie
sprzyjały Europejczykom. O wiele łatwiej
było im zasiedlać nowe ziemie w Ameryce
Przyroda pomagała Afrykańczykom bronić
Afryki. Równocześnie rosła świadomość
krzywdy. W drugiej połowie XX wieku
Afryka zerwała straszliwe pęta niewoli.
Pierwsza uzyskała niepodległość Libia, po-
tem Sudan, Maroko, Tunezja, Ghana i Gwi-
nea W roku 1960 aż 17 nowych państw po-
jawiło się na mapie Afryki, z tego 9 w jed-
nym, jedynym miesiącu sierpniu Odtąd każ-
dego prawie roku prasa donosi o nowym
wolnym kraju afrykańskim.
Kraje te mają granice najczęściej w kształ-
cie linii prostych. I to jest jednym z nie-
szczęść, które pozostały w spuściżnie po
okresie kolonializmu Granice te bowiem
były wyznaczone przez państwa kolonialne,
które nie liczyły się z dawnymi organizacja-
mi państwowymi i z tym, jakimi językami
mówią tu ludzie. Dlatego między innymi Af-
rykańczykom jest dziś bardzo trudno orga-
nizować nowe życie, dlatego prasa tak często
donosi o sporach, a nawet o wojnach domo-
wych, jak to miało miejsce na przykład
w Nigerii.
Sprawy afrykańskie nie są proste Może
i dlatego, że pojęcie Afrykańczyk nie jest
jednoznaczne. Jest nim bowiem Arab —
człowiek o białej skórze, wyznający religię
mahometańską i związany od dawna z kul-
turą śródziemnomorską, jest Murzyn sudań-
ski o bardzo ciemnej skórze, smukłej budo-
wie ciała, żyjący w buszu jest nim również
maleńki czarny Pigmej z nieprzebytej pusz-
7
czy równikowej, w której biały człowiek
ginie bezradny, i wielu — wielu innych. Jed-
nocześnie Afryka jest jedna Jako niepo-
dzielna całość rozwija się w bardzo szybkim
tempie i nadrabia zaległości spowodowane
kolonialną niewolą. Walczy o pełną nieza-
leżność i równe prawa we współczesnym
świecie.
Gorący ląd afrykański leży symetrycznie
po obu stronach równika. Często mówi się
o tym, że strefy klimatyczne i roślinne są
również symetrycznie ułożone. Najwygod-
niej jest więc podróżować z północy na po-
łudnie. Jest jednak pewien kłopot: Afryka
suie tę symetrię. Zbyt wysokie
Wschodnia P J Dlatego po pizewądro-
są tu wyżyny.1
od Morza Śródziemnego po
waniu AfrV NadZiei wrócimy jeszcze
przylądek tereny Wielkiego Rowu
raz na PołnOC
Tu wśród ścian skalnych.
Afrykańskiego slożków wulkanicznych
wśród smu y paslne jeziora, a naj-
drzemią g«iD , ine są w „śnieżne pukle-
wyższe szczy y można będzie odwiedzić
rze". D°Pier° wyspą Afryki - Madagaskar
jedyną wielką V £ lemurem i okrut-
i zapoznać się z iay
nym voayem *•
Rozdział 1
GORĄCY LĄD
I
1. HASSI MESAUD — STOLICA ALGIERSKIEJ NAFTY
Na starych szlakach transsaharyjskich
prowadzących z portów wybrzeża śród-
ziemnomorskiego do handlowych miast mu-
rzyńskich Sudaru w dorzeczu Nigru od
wieków witały kupców i podróżników te sa-
me oazy Tuggurt, Uargla, Ghardaja, El-
-Gulija, Ain-Salah. Otoczone wieńcem palm
daktylowych studnie dawały wodę spieczo-
nym wargom ludzi i wielbłądów, a bezokien-
ne domy upragniony cień i chłód. Zycie to-
czyło się trybem wyznaczonym przez Alla-
cha. Pracowici mieszkańcy oaz uprawiali
proso, pszenicę, jęczmień, warzywa, zbierali
słodkie owoce z palm i drzew figowych. Wy-
niośli Tuaregowie *, władcy pustyni, wypa-
sali na ubogich pastwiskach półpustynnych
stada owiec, kóz i wielbłądów, trudnili się
handlem transsaharyjskim, a od czasu do
czasu napadali na mieszkańców oaz, zęby
przypomnieć im o odwiecznym podziale pra-
cy i posłuszeństwie.
Przyszedł jednak zwariowany wiek dwu-
dziesty. Algieria coraz bardziej zaczęła
wchodzić w orbitę współczesnej gospodarki.
Ludność zaczęła poznawać nowe towary, na-
bywać nowych przyzwyczajeń, zmieniać
swoje wymagania. Dawne pożywienie będą-
ce lokalnym produktem ziemi nie zaspoka-
jało już gustów. Teraz nad proso zaczęto
coraz bardziej przekładać pszenicę. Poszu-
kuje się herbaty i cukru. Bardziej nowo-
czesny sprzęt domowy wypiera tradycyjne
garnki gliniane i prymitywne narzędzia,
a fabryczne tkaniny zastępują pracochłonne
samodziały.
Równocześnie następuje upadek tradycyj-
nego zajęcia koczowników — hodowli i po-
średnictwa handlowego. Samochody dopro-
wadziły do zanikania kołyszących się kara-
wan wielbłądów. Cena soli, jednego z cen-
niejszych towarów tradycyjnego handlu,
spadła w ostatnim sześćdziesięcioleciu dwu-
dziestokrotnie. Dalszym efektem tych zmian
stało się przejście zysków z handlu z rąk
koczowników w ręce osiadłych w oazach
kupców. Mniejszy dochód zaczęła dawać ho-
dowla. Przy wzrastającej stale liczbie lud-
ności stan pogłowia nie uległ zmianie. Nie
uległy również zmianie na lepsze obszary
pastwisk, a raczej przeciwnie — zmniejszy-
ły się wskutek prac nawadniających, odda-
jących dawne pastwiska pod uprawę roli.
Za zmianami ekonomicznymi poszły zmia-
ny społeczne Upadł wśród koczowników
niewzruszony dawniej autorytet wojowni-
ków i zależność od ,.szlachetnych” plemion
koczowników „niższych" grup ludności.
Ludność osiadła uwolniła się od obowiązku
płacenia danin i od przymusowej uprawy
roli będącej własnością koczowników. Za-
częła szukać pracy w innych gałęziach gos-
podarki, najczęściej w miastach. Należy
przy tym podkreślić, że ludność osiadła
9
enm
Riskra
Hassi Rmei
*
Gassi' Tui/
Hass/.
wveotyc»» ropy naftowe
Rafineria ropy naftowej w Hassi Mesaud
Ohanet
• guocągi
samochodowe
pustyń* Muczytte
Aseka/faf
o
L
100
• Dome\
Collemac^
28
Ued Zenam
. Tm Fu/e
Tauratm
• Tigentunnf^
Et-Adeb Larasz
— " — ziemnego
Konstanty™
Ued Ge
Ghardata
Hassi Mesaud
El Gassr.
El Aqreb\
El-Sechira
Tuggurt
CD
Zarzaj lin
Aln Omenas
kszym dobrobycie rolników, powierzają wy-
pas swoich stad specjalnie opłacanym pa-
stuchom.
Nie należy jednak uważać tego procesu
za etap przyśpieszonej degradacji koczow-
nictwa. Gospodarstwa półkoczownicze od
dawna istniały i istnieją na tych obszarach,
gdzie ludność posiada dogodne warunki na-
turalne do jednoczesnej uprawy roli i ho-
regionów. Uzupełniającym źródłem docho-
dów pozostały użalaj, tj. karawany z solą.
Całkiem nowe perspektywy otworzyły się
w r. 1957 W nikomu przedtem nie znanym
miejscu, leżącym o niecałe 80 km na połud-
niowy wschód od Uargli, na skraju morza
piasków Wielkiego Ergu Wschodniego, zja-
wiła się ropa naftowa Miejsce to nazywa
się Hassi Mesaud Początkowo nie było doń
o wiele szybciej i łatwiej niz ludność ko-
czownicza przystosowuje się do nowych ro-
dzajów działalności i uzyskuje nowe źródła
dochodów Spośród koczowników zaledwie
częśc młodzieży zdradza zainteresowanie
innymi formami życia.
A koczownicy? Ci dumni niegdyś właści-
10
cieIe stad cora7
tlów ' sami biorąCsTdej ZSiadają z wielb,ą’
rych nie chca • uprawY na któ-
9dyś chłopi ^racowa^ podlegli im nie-
siS Carstwa °rQZ poWszechniej wytwarza
osiadłych -P? ^OCzo'Wn^ó\v, a nawet
2asmakowah Ci koczownicy, którzy
w wygodnym życiu i wię-
dowli. Degradacja ta następuje jednak tam,
gdzie tych warunków nie było, a zjawiły
się inne warunki bytowania. Do takich re-
gionów należy m. in. obszar Wielkiego Ergu
Wschodniego. Na południu i na zachodzie
Sahary pasterstwo pozostało nadal podsta-
wowym źródłem utrzymania w większości
innego dostępu jak tylko karawanami wiel-
błądów lub drogą powietrzną Oczywiście
skorzystano z tej ostatniej. Samolotami za-
częto dowozić ludzi, materiały budowlane,
a nawet wodę do picia. Ale to był tylko po-
czątek
Do transportu ropy i dowozu potrzebnych
materiałów należało rbudt>wa< ,Ll ’k
metrowa odcinek drogi samochodowej do
Uargh Mimo ie pic. wszy zbiornikowiec
ł rop»ą naftową odpłynął x portu Fhilipp^
vilk? (cntaj (ihpwill (obecnie Skikda) do
Francji 4 cna;ca 1958 roku, normalna eks-
ploatacja i eksport mogły nastąpi dopiero
po uruchomieniu w grudniu 1959 r rurocią-
ou r Hass. Mesaud do Bedzai (daw niej Bou-
g»el (czytaj buc | Rurociąg ten o średnicy
60 r*ri rj długości 733 km i zdolność prze-
pustową 14 min ton ropy rocznie
Złoża w Hass Mesaud zawiera ią lekką
ropę wvsok.t । idkosci. Zasoby ocenia się na
dwa do trzech miliardów ton. Eksploatację
rozpoczęły dwa towarzystwa francuskie
Socie. t ncnoncl de recherchc el d'exploila-
Itar de pe:role en Algene fS N. Repa!) (czy-
taj soejete n^sjonal de reszeisz e deksploa-
tasjon de petrol an alżerij i Compagnic
f-a^ęc sc de petrole (Algene) (czytaj kom-
pan fransez de petrol. alzerij. Po uzyskaniu
przez Algierię niepodległości, po wielu trud-
nych rozmowach, nowe państwo zapewniło
sotre ponad połowę zysków.
W latach następnych zaczęto odkrywać
nowe z łoza budować now’e szyby Na prze-
mysłowej mapie Algierii jak grzyby po
deszczu zaczęły wykwitać nowe nazwy
Edzele Tigenlunn. Zarzajtin. Ohanet, Tin
Fuje El-Agreb El-Gassk Ghurd el-Bagel i co
najmniej 18 dalszych. Wszystkie one są po-
uczone mikami rurociągów Ze złóz w pobli-
żu granicy libijskiej biegnie 775-kilometr0wv
naftociąg do tunezyjskiego portu El-Sechir^
a drugi (584-kilometrowy) do Hassi Mesaud
Stąd zbudowano później dalszy ropociąg do
drugiego portu śródziemnomorskiego Arzew
Ropociąg ten. o przekroju 71 cm, ma dlugo^
800 km W miejscowości Ighil Izane w pobli-
zu Arzewu odgałęzia się od niego nitka do
Algieru, a z samego Arzewu do niedalekie-
go Oranu. Gdy w Hassi Rmel, lezącym oko-
ło 67 km na północny zachód od Ghardai,
odkryto bogate złoża gazu ziemnego (do
1000 miliardów ms). poprowadzono stąd w
r 1961 równoległy rurociąg do tegoż Arze-
wu Odkrycia nowych złóż trwają nadal. (..]
Hassi Mesaud przestał juz być tylko mie|-
scem wśród piasków Sahary W pobliżu
szybów wyrosło nowoczesne miasteczko
Zbudowano rafinerię ropy naftowej o zdol-
ności produkcyjnej 200 000 ton rocznie,
a rozwijający się przemysł ściąga do pracy
dawnych rolników i w dużo mniejszej mie-
rze koczowników Mimo że odkryto nowe
zioza, Hassi Mesaud zachowało swą rangę
stąd biegną rurociągi ropy algierskiej? tędy
biegnie nowa droga samochodowa z Uargli
do Ohanetu w pobliżu granicy libijskiej; tu
nadal znajdują się najbardziej wydajne szy-
by, stąd płynie algierskie złoto" I
Lech Ratajski: Hassi Me-
saud — stolica algierskiej
nafty. „Poznaj Świat" 1970.
nr 5. s. 23—26
2. NA SŁONECZNYM SZLAKU
Wokół nas roztacza się kraina gór. Je-
dziemy to dnem, to znowu zboczami olbrzy-
miej doliny, zasłanej rumowiskiem skalnym
Prawie stale posuwamy się ostro pod górę
drogą, która teraz niewiele ma wspólnego
z szosą samochodową.
Zaczyna się robie coraz goręcej Od czasu
do czasu strzałka wskaźnika dosięga czer-
wonego punktu. Wtedy stajemy czekając,
dopóki nie przestanie się gotować woda w
chłodnicy Tam, gdzie na stromym stoku
motor silniej pracuje, trzeba się zatrzymy-
wać co kilkaset metrów
W pewnym momencie za raptownym za-
krętem wpadamy między stado wielbłądów
liczące około 100 sztuk Szofer zwalnia i trą-
bi zwierzęta się płoszą, a małe wielbłądki
po prostu szaleją Powstaje zamieszanie
wśród opanowanych strachem zwierząt Po
chwili samochód staje w samym środku stło-
czonej gromady.
Widok wspaniały To wędrujące z całym
dobytkiem plemię Tuaregów *. Na grzbietach
zwierząt liche sprzęty Garnek, jeden i dru-
gi palik drewniany, trochę szmat Maleńkie
dzieci siedzą, wysoko uwiązane sznurami
do garbów Starsi Idą pieszo Wszyscy ubra-
ni w ciemnogranatowe powłóczyste szaty,
bez rękawów, głęboko rozcięte z przodu
i boków. Chude ciała spalone na brązowo
Nogi bose lub w nędznych pantoflach. Usta
i dolna część twarzy mężczyzn owiązane
szczelnie chustką lub kawałkiem tkaniny
Widnieje tylko ostry profil nosa i gorejące
oczy Idzie od nich jakaś ponura groza
Nagle widzę utkwione w nas cudne oczy,
wyglądające spod ciemnego zawoju na gło-
wie. Brązowa dłoń przytrzymuje jakąś
szmatkę, którą młoda dziewczyna starannie
zakrywa twarz Obok niej profilem rysuje
się na tle jasnego nieba, czarna jak węgiel
ledwie gdzieniegdzie łachmanem okryta po-
stać niewolnicy
Dziki, gardłowy okrzyk z piersi starego
Tuarega płoszy je obie
Uspokojono już tymczasem wielbłądy
i przeprowadzono je bokiem. Ruszamy w
dalszą drogę
Dno doliny rozpłaszcza się i wyjeżdżamy
na wielką równinę Tu drogi juz w ogóle nie
ma. Na płaszczyźnie prowadzi nas szlak
wytyczony dwoma rzędami co kilka metrów
13
Karawana na pustyni
lezących kamieni. Tempo jazdy zwalnia się
bardzo, trzeba bowiem uważać na wyrwy
i doły
Właściwie nie można nawet powiedzieć,
by to przez co jedziemy było szlakiem. Ma-
my do czynienia z całą plątaniną szlaków
rozchodzących się, to znów schodzących
Większość zastawiona jest małym kopczy-
kiem kamieni lub jakimś większym, leżącym
w poprzek głazem. Oznacza to. że gdzieś
kilkadziesiąt czy kilkaset metrów dalej wo-
da w porze deszczowej zrobiła ogromne
wyrwy Nie opłacało się ich reperować
Łatwiej wyznaczyć rzędami kamieni objazd
po twardej, spalonej ziemi Jeśli i ten woda
rozmyje, wyznaczy się nowy. Stąd powstała
cała ta plątanina i dlatego jedziemy tak krę-
tą trasą. Dziwnie to musi wyglądać z dale-
ka, gdy nasz autobus kołuje po — zdawało-
by się — zupełnie płaskiej powierzchni.
Wreszcie pojawia się droga, idąca w górę
stromymi serpentynami Wyjeżdżamy na
przełęcz Maaszu, wznoszącą się 1700 m nad
poziomem morza.
Po drugiej stronie przełęczy dostajemy się
nagle jakby do rozpalonego kotła. Pęd po-
wietrza, wpadającego do auta, zamiast chło-
dzić prawie parzy. Jest tu tak gorąco, jak
nie było nam jeszcze nigdy w Maroku. Na-
wet sirocco które przeszło przez Marra-
kesz, wydaje się nam teraz rajem. Zaczy-
namy się obawiać, że nie uda się tu zrobić
żadnych wspinaczek.
Zjeżdżamy coraz niżej W bród przedosta-
jemy się przez potok i mijamy saliny. Wodę
z zawiesiną soli przenoszą tu w workach
z koziej skóry do nieckowatych wydrążeń,
rozrzuconych na brzegu potoku. W tym
upale prędko wyparowuje.
Justyn Wojsznis: Polacy no
szczytach świata. Atlas 1934.
Ludwik Górski: W kanio-
nach Arusu. Warszawa 1966,
Sport i Turystyka, s. 195—
196.
3 MILKNĄCE MORZE
Dźwięki syreny — to mowa okrętów. Na-
gły, chrapliwy ryk po dwóch prawie dobach
milczenia zwiastuje spotkanie albo manewr,
o którym trzeba kogoś uprzedzić. Zapowia-
da zmianę sytuacji. Warto więc zobaczyć,
co się dzieje...
Był piękny, słoneczny ranek, ale nie
świeży i rześki jak u nas w chłodnym kli-
macie strefy umiarkowanej. Czuło się jakby
suchy gorący oddech niedalekiej pustyni.
Błękit morza też jakby pożółkł i zmętniał,
jakby przybrudził go mul nilowej delty.
Statek zmierzał wyraźnie na południe. Dziób
jednak odchylał się nieznacznie w lewo lub
w prawo jak igła kompasowa. Zdawało się,
ze sternik celuje nim w określone miejsce
na lądzie. Pomyślałem niedorzecznie, że usi-
łuje trafić w granicę pomiędzy Afryką
a Azją.
Ale na razie nie było widać żadnego lądu.
Potem, dość nagle, wprost z wody wyłoniły
się jakieś budowle. Pomyślałem, że to fata-
morgana. Pustynne miraże bowiem pojawia-
ją się niekiedy we wschodniej części Morza
Śródziemnego, zwłaszcza przy wietrze po-
łudniowym. Nic z tych rzeczy...
Po prostu statek zbliżał się do Port Saidu.
Port Said tez ma pewne cechy Wenecji.
Miasto leży na obszarach szeroko rozgałę-
zionej delty Nilu, na wąskiej piaszczystej
mierzei, która zamyka dużą przybrzeżną la-
gunę, zwaną jeziorem Manzala Tereny, na
których zbudowano miasto, dawniej zalane
wodami jeziora, trzeba było sztucznie osu-
szać, podwyższać i umacniać
Port Said jest jednak miastem całkowicie
nowoczesnym. Przede wszystkim ożywio-
nym portem z warsztatami okrętowymi,
stoczniami i zakładami zaopatrzenia Zaopa-
truje statki w paliwo, głównie w ropę nafto-
wą To jedna z największych baz bunkro-
wych ’ świata Jest także portem wywozo-
wym dobrej bawełny egipskiej. W mieście
rozwinął się handel i przemysł spożywczy,
tkacki, chemiczny, tytoniowy, produkcja
brykietów węglowych. Tu koncentrują się
też funkcje administracyjne i usługowe.
Liczba ludności miasta przekracza dziś
250 tysięcy. W ciągu stulecia Port Said wy-
rósł i rozwinął się szybko. Założony został
bowiem w roku 1859.
A wiąże się ściśle z Kanałem Sueskim.
Dwa wielkie kontynenty Starego Świa-
ta — Eurazja i Afryka — łączą się ze sobą,
wąskim, maleńkim w stosunku do po-
wierzchni obu kontynentów, Przesmykiem
Sueskim. Takie przewężenie nadaje się na
granicę kontynentów, choć granica ta jest
nieco umowna. Przesmyk rozdziela dwa
wielkie oceany, które tu zbliżają się do sie-
bie, przez swe wysunięte odnogi. Atlan-
tyk — przez Morze Śródziemne, Ocean
Indyjski — przez Morze Czerwone (mówią,
że jeszcze bardziej błękitne od Morza Śród-
ziemnego)
Po obu stronach żeglowano od najdaw-
niejszych czasów, Ludy z przyległych do
nich obszarów kontaktowały się już od
dawna. Istniała więc konieczność przekra-
czania przeszkody lądowej. Stąd zrozumiałe
dążenie do przeprowadzenia tędy znacznie
dogodniejszego połączenia wodnego. W sta-
rożytności kilkakrotnie, z różnym skutkiem,
przekopywano kanał, łączący prawe ramię
delty Nilu z Morzem Czerwonym. W śred-
niowieczu, gdy kontakty ze wschodem
urwały się, nie interesowano się tą sprawą.
Po okresie wielkich odkryć i podziale świa-
ta pomiędzy mocarstwa kolonialne potrze-
ba skrócenia połączeń metropolii kolonial-
nych z terenami intensywnie eksploatowa-
nymi stała się paląca.
Po fiasku inicjatywy Napoleona sprawę
ujął w swre ręce wielki kapitał.
Przypadkowy układ stosunków pozwolił
przechwycić inicjatywę byłemu konsulowi
15
14
irancuskiemu w Aleksandrii Ferdynandowi
de Lessepsowi. Uzyskał on od ówczesnego
wicekróla Egiptu koncesję na budowę ka-
nału. zebrał we Francji wielkie kapitały, za-
łożył Kompanię Kanału Sueskiego i przy-
stąpił do budowy Władze egipskie oddały
Kompanii bezpłatnie ziemię i kamieniołomy.
Do ciężkiej, wykonywanej prymitywnymi
sposobami pracy wysyłano przymusowo set-
ki tysięcy egipskich chłopów. Roboty trwa-
ły dziesięć lat. Wskutek chorób, zwłaszcza
epidemii cholery, głodu, pragnienia i wy-
padków, padło przeszło 20 tysięcy egipskich
robotników Dopiero w końcowym etapie
sprowadzono pewną ilość maszyn. Kanał
Sui ki oddano do użytku w listopadzie
1869 r
Anglia, która eksploatowała wówczas ca-
łe fndie, obawiając się konkurencji tran-
cuskiej początkowo przeszkadzała temu
przedsięwzięciu Kiedy najkrótsza droga do
Indii została otwarta, postanowiła ją opano-
wać. Wykorzystując kłopoty wicekróla
Egiptu, wykupiła od niego poważną częśc
akcji Kompanii Kanału Sueskiego, a w ro-
ku 1882 okupowała Egipt Tak stała się fak-
tycznym gospodarzem ważnego szlaku mor-
skiego Formalne proklamowanie niepod-
ległości Egiptu w roku 1936 niewiele v tej
sytuacji zmieniło
Dopiero po ostatniej wojnie ruch narodo-
wowyzwoleńczy przygotował zwycięstwo
rewolucji, która przepędziła sprzedajnego
króla i zmusiła wojska brytyjskie do opusz-
czenia Egiptu, a później i strefy kanału. Mi-
mo agresji brylyjsko-f rancusko-izraelskiej
republika potrafiła przeprowadzić i utrwalić
nacjonalizację kanału
Od 26 lipca 1956 r, zbudowany wysiłkiem
egipskich chłopów, kanał jest bezsporną
własnością narodu egipskiego, a zyski, jakie
przynosił (do czasu nowej agresji izrael-
skiej), służyły polepszeniu bytu całego na-
rodu.
Kanał Sueski, od Port Saidu do Suezu ma
161 km długości Do tego dochodzą dwa
umocnione tory wodne doprowadzające do
Port Saidu i Suezu, o długości 9 i 4 km.
Od Port Saidu przez 42 km kanał biegnie
w potężnym sztucznym łożysku wśród wód
jeziora Manzala płytszego od łożyska kana-
łu. Dalej przecina piaszczyste obszary' pu-
styni, misę dawnego jeziora Ballah, spore
jezioro Timsah. W tej okolicy do kanału
morskiego dochodzi słodkowodny Kanał
Izmailski, zaopatrujący ten region w wodę
do picia i użytku osobistego Po kilku kilo-
metrach przejścia przez pustymię droga wo-
dna wykorzystuje Wielkie i Małe Jezioro
Gorzkie. Jeziora oszczędzają około 40 km
przekopu i regulują stan wody w całym ka-
nale, wyrównując 25-centymetrową różnicę
poziomów obu mórz Po przecięciu ostatnich
11 km piaszczystego lądu kanał dociera do
miasta Suez i wylotu na Morze Czerwone.
Utrzymanie ruchu na tym dość skompli-
kowanym szlaku wymaga stałej czujności,
pogłębiania koryta oraz innych prac kon-
serwatorskich Mocarstwa zachodnie twier-
dziły, że Egipt nie potrafi go utrzymać.
Państwowe przedsiębiorstwo, podległe
bezpośrednio prezydentowi Zjednoczonej
Republiki Arabskiej, od czasu nacjonalizacji
kanału pogłębiło drogę morską z 10,3 do
14,5 m, utrzymywało nieprzerwana żeglugę
nawet w okresacn burz piaskowych, które
dawniej powodowały' niebezpieczne spłyce-
nie. Dzięki temu przez kanał przechodzić
mogły statki o długości przekraczającej
300 m, zanurzone do 12 m, co odpowiada
zanurzeniu całkowicie obciążonego tankow-
ca o nośności 50 tys. ton Dobra administra-
cja i ogólny rozwój żeglugi światowej spo-
wodowały stały i szybki wzrost p”zewozów.
W ciągu ostatnich dziesięciu lat przewozy
przez kanał wzrosły przeszło dwukrotnie
W ciągu roku przepływało ta drogą dwa-
dzieścia kilka tysięcy różnvch statków.
Łączna pojemność tych pasażerskich i han-
dlowych statków — obliczona w tzw. to-
nach rejestrowych netto (1 tona NRT =
- 2,83 m{)> wynosiła przeszło 250 milionów
NRT Z południa na północ przewożono rocz-
nie prawie 200 mld ton różnych towarów.
2 — Nowy Maty iwiof
17
I r r.xh ut<L h<n.ltow.- w Karwie Wskim
a w kierunku południowym bez mała
50 mld ton a/< ogółu ładunków przewożo-
nych przez kanał stanowiły — ropa naftowa
i produkty naftowe z Bliskiego Wschodu.
Zjednoczona Republika Arabska uzyski-
wała z Kanału Sueskiego przeszło 200 min
dolarów rocznie
Od dnia 5 VI 1967 r., tj. od czasu napaści
Izraela na państwa arabskie, Kanał Sueskl
jest zamknięty i nie wiadomo kiedy będzie
znów uruchomiony Mimo oficjalnego za-
wieszenia broni, w istocie rzeczy nadal trwa
wojna. Traci na tym bardzo wiele Zjedno-
czona Republika Arabska, tracą wiele inne
państwa, głównie europejskie, które spro-
wadzały tą drogą naftę bliskowschodnią.1
Szlaki morskie łączące Europę I Amerykę
z portami Oceanu Indyjskiego i Dalekiego
Wschodu wydłużyły się o kilka tysięcy ki-
lometrów' i kilka do kilkunastu dni żeglugi.
Światowa wymiana towarowa z konieczno-
ści wróciła na starą drogę morską — dooko-
ła Afryki. Nowoczesne transportowce okrą-
żają Przylądek Dobrej Nadziei, jak dawne
karawele i klipery żaglowe.
1 W wyniku podpisania na początku 1974 r. mię-
dzy Egiptem i Izraelem dokumentu o rozdzieleniu
wojsk w strefie Kanału Sueskiego, rząd egipski za-
powiedział oczyszczenie z wraków kanału 1 oddanie
go do eksploatacji w końcu 1974 r W ciągu lat na-
stępnych będzie on poszerzony i pogłębiony tak. by
mogły przepływać tędy statki o nośności ponad
200 tys. ton.
Handlu i żeglugi nic nie zatrzyma. Zycie
gospodarcze przystosowało się do nowych
warunków Ożywiły się inne szlaki. Jedni
stracili na tym, inni zyskali. Traci Egipt,
Włochy, Francja, Wielka Brytania i kraje
położone blisko Morza Śródziemnego. Zy-
skała Republika Południowej Afryki, Japo-
nia, Singapur i inne Zwyżkę cen transportu
ropy naftowe) zmniejsza się wożąc ją znacz-
nie większymi jednostkami. Na morza wcho-
dzą tankowce o niespotykanej dawniej po-
jemności 100, a nawet 200 tysięcy’ ton.
Przygotowuje się juz trzystatysięcznikl, a
planuje jeszcze większe Takie statki nigdy
nie wpłyną do Kanału Sueskiego, bo się w
nim nie pomieszczą. Lwua część transportów
ropy nie powróci już nigdy na ten najważ-
niejszy do niedawna szlak żeglowny.
Ważny dawniej szlak wodny powoli, lecz
stale, zasypuje piasek, znoszony wiatrem
z pustyni.
Niedawno na szlakach Morza Śródziemne-
go rozbrzmiewała chrapliwa mowa okrętów.
Nudę żeglugi przerywały częste spotkania.
Dziś dźwięki morskich rozmów prawie za-
milkły, spotkania na morzu są rzadkością.
Płynie się wśród błękitnej pustymi. Nie wia-
domo kiedy ta pustać znowu się ożywi.
Piasek pustyni sypie się na morze i porty,
I na księgi handlowe państw Morza Śród-
ziemnego.
Roman Biesiada Nad Mo-
rzem Śródziemnym. War-
szawa 1970. PZWS, s. 81—
87.
19
Ł |KAIR|
Wreszcie wjeżdżamy do miasta Najpierw
trochę obdrapanych kamienic czynszowych,
później więcej nowoczesnego budownictwa,
często bardzo pięknego. Bliżej rzeki świetli*
ste domy o kilkunastu piętrach Most, w do-
le brudnawa rzeka wciśnięta w obetonowane
brzegi Przeciskamy się przez wąskie i ob-
skurne uliczki wyspy Roda — i znowu rze-
ka Ale teraz otwiera się przed nami wspa-
niała panorama ramię rzeki jest szersze, po
drugiej stronie widać bulwar, przy którym
wznoszą się wieżowce hotele gmachy rzą-
dów gmach Ligi Arabskiej i Arabskiego
Związku Socialistycznego. i niebotyczna
wieża gmachu kairskiej telewizji
l kiedy jesteśmy juz w centrum — ogar-
nia nas zdumienie To ma być miasto afry-
kańskie? Ta stanowiąca konkurencję dla
świętej rzeki — rzeka samochodów Ten po-
top neonów zaćmiewający blask afrykań-
skich gwiazd, te ogromne budynki nad ka-
nionami ulic, te rozświetlone wystawy skło-
nom e Mieszkańcy wielu stolic europejskich
~noga się czuć zagubieni i przytłoczeni wiel-
komiejskoscią Kairu
To jest ogromne miasto. Ma przeszło
cztery miliony mieszkańców i niepowstrzy-
manie rośnie Przybywają tu co roku z egip-
skiej wsi tysiące i tysiące ludzi szukających
-pszego losu, zarobku, życiowego awansu
Kair ciągnie ich jak magnes i co rano z po-
ciągów wysiadają zastępy tych, co uciekh
z przeludnionej wsi do jeszcze bardziej
przeludnionego miasta Ludność stolicy po-
dwoiła się w ciągu niespełna piętnastu lat
Pierwsze wrażenie to wielkość A ruchli-
wość i barwność Kairu mogą zaskoczyć na-
wet mieszkańców wielkich metropolii Za-
chodu coż dopiero mówić o mieszkańcach
Warszawy Pragi. Brukseli, Budapesztu czy
Sofii
Drugie uczucie które przychodzi natych-
miast po przeniknięciu zewnętrznej warstwy’
stworzonej z neonów, świateł i samochodów,
a więc przychodzi bardzo prędko, czasem
następnego dnia, czasem zas po kilku go.
dżinach — to uczucie obcości i egzotyki
Albowiem, mimo owych pierwszych pozo-
rów, nie może być nic błędniejszego. anj.
zeh ocenianie Kairu jako jeszcze jednego
z serii zumformizowanych miast świata,
zawsze takich samych, choc mogą leżeć na
różnych kontynentach Kair jest różny, ma
niepowtarzalny, własny charakter, jest mia-
stem z niczym nieporównywalnym 1 dlate-
go. chociaż można to miasto serdecznie po-
lubić, ba. można się w nim zakochać, (o
jednak początkowo niełatwo się doń przy-
zwyczaić
Tysiące ludzi w długich koszulach do
kostek, zwanych tutaj galabijami, dzieci
ubrane w pasiaste piżamy i grające w piłkę
na środku jezdni, tuż przy pędzących samo-
chodach: nieustanny krzyk, trąbienie tysię-
cy klaksonów, ryk osłów, grająca na pełny
regulator muzyka radiowa z kawiarni, skle-
pów I mieszkań, głośne dyskusje prowadzo-
ne na całą szerokość ulicy, nawoływania
i śpiewy tysięcy handlarzy ulicznych; całe
ulice będące jednym wielkim sklepem, czy |
raczej targowiskiem z towarem leżącym na
chodnikach i zwisającym ze ścian, sklepy
bez okien wystawowych, otwarte całym
wnętrzem na ulicę; plastyczna, jakby bale-
towa gestykulacja ludzi, których każde sło-
wo podkreślone jest miękkim, kocim ru-
chem ręki lub dłoni; ogromna gama barw
ludzkiej skóry, od zupełnie białej do zupel-
nn czarnej, poprzez nieskończoną liczbę od-
cieni brązu przewoźne wózki ozdobione
lampionami, frędzlami malowanymi arabes-
kami, lub po prostu kolorowymi zdjęciami
wyciętymi z tygodników', wózki, na których
piętrzą się słodkości, pęcznieją szklane słoje
z sokiem granatów, pomarańcz, cytryn
obracają się rożny z baraniną, smażą się ry
by dusi ful — narodowa egipska potrawa
z bobu. Silny, w*szędzie obecny zapach oh*
wy. smażenia, czosnku, wschodnich przy-
praw, zmieszany z wronią kadzidła i orien-
Widok ogólny stolicy Arabskiej Republiki Egiptu
talnych pachnideł. Śpiew muezinów z wieź
minaretów, chrapliwa mowa arabska o ty-
siącach intonacji, kłótnie, zaklęcia, dzwonki
tysięcy rowerów Kurz pokrywający ulice
i domy, sprawiający wrażenie brudu i nie-
chlujstwa, ale niemożliwy do uprzątnięcia,
ponieważ jest kurzem miasta leżącego na
skraju pustyni, a pustynia niemal codziennie
dmucha nań swym gorącym wiatrem.
Taki jest Kair i trzeba pamiętać, że
wszystko, co będziemy opisywać, rozgrywa
się tam i istnieje w takiej właśnie scenerii,
wśród tych dźwięków i zapachów, wśród
tego posmaku egzotyki i obcości — mam
tu, rzecz jasna, na myśli uczucia, jakich do-
znaje przybysz z Europy w pierwszych ty-
godniach czy miesiącach swrego pobytu.
Później, gdy przywyknie i gdy będąc w
Europie, nie może już pojąć, dlaczego
w autobusie wszyscy milczą i nikt nie gesty-
kuluje — wtedy przestaje traktować Kair
jako egzotyczne, niezwykłe zjawisko
Kazimierz Dziewanowski
Kairskle ABC. Warszawa
1968, Iskry, s. 52—54.
20
21
S IMLCZFT ri-AZUXR]
15 sfycznia (1964)
Zostawiłam daleko poza sobą nadbrzeże
Nilu pocięte strzelistymi sylwetami wie-
żowców sreb: rvstobłękituy gmach hotelu
HJton < leęancKłe sklep\ na ulicach Kasr
el-.N•; i Sol raan Pasza Plac Opery, z sece-
svirvm gmachem teatru wtopionym w zie-
leń skwerów wcisnęłam się w pełne zgieł-
ku : kurzu zaułki bazaru El-Muski Jak za-
gubiony wśród przekupniów i nędzarzy le-
gendarny książę W schodu stoi tam u wy lo-
tu głównej ulicy Gami el-Azhar. ..meczet
wspaniały nap ęknieiszy dom modlitwy
?'amu ’ v Kairze jednocześnie siedziba naj-
Meczet E-Azhar w Kairze
22
słynniejszego i najstarszego w świecie arab-
skim uniwersytetu muzułmańskiego, w któ-
rym wychowywali się najwybitniejsi znaw-
cy Koranu
Sahn. czyli główny podwórzec meczetu,
rozległy, chłodny, czysty i biały jak gigan-
tyczna łaźnia, pokrywają marmurowe płyty,
wokoło koronka loggii ’ I krużganków
wspartych na trzystu lekkich, smukłych, wy-
twornych kolumnach. Bazy ich i kapitele,
wyrwane ze starożytnych ruin zdobiły nie-
gdyś pałace lub świątynie Ptolemeuszów * w
Egipcie Piękno tego założenia architekto-
nicznego polega na przedziwnym wdzięku
łuków’ wspierających się na nieskończonej
ilości kolumn
i
Meczet El-Azhar z wszystkimi przyległy-
mi dobudówkami i bocznymi podwórcami
obejmuje powierzchnię 8200 metrów kwa-
dratowych. Z miasta prowadzi do niego
sześć bram, niebo nad nim przecina pięć
smukłych, pokrytych koronkowymi rzeźba-
mi minaretów.
Pośrodku głównego podwórca, w cieniu
lekko zrywających się ku górze daszków,
szemrze fontanna. Z rzeźbionych kranów
woda spada do otaczającego ją koryta.
Przed modlitwą każdy wierny obmywa tu
ręce i nogi Chłód, spokój, cisza tego miej-
sca sprzyjają skupieniu, tu myśl łatwo od-
rywa się od spraw doczesnych i biegnie
swobodnie ku sprawom nieba.
W rogu podwórza, na rozłożonych po ka-
miennych płytach matach, przysiedli w kuc-
ki uczestnicy religijnego kursu. Sędziwy,
brodaty szejk w czarnej galabiji i powłó-
czystym cynamonowym płaszczu poprawia
na głowie czerwony tarbusz owinięty bia-
łym szalem i łamliwym, starczym głosem
prowadzi wykład. Twarze jego adeptów są
skupione, zamknięte. Jaka różnorodność ty-
pów. Opaśli Persowie w ciemnych turba-
nach, smukli Tunezyjczycy w kolorowych
galabijach, Berberowie o grubych wargach
i wypukłych oczach, suche, ostre rysy drob-
nych Syryjczyków pod białymi kufijami
przyciśniętymi czarną opaską do czoła, bib-
lijne niemal twarze egipskich starców, wy-
tworne, delikatne sylwetki młodych Maro-
kańczyków i Libańczyków w modnych wło-
skich garniturach... Tylko ci obdarzyli mnie
i amerykańskiego fotografa, przygodnego
mego towarzysza, przelotnymi spojrzeniami
Pozostali zdają się nas nie dostrzegać
Uniwersytet w El-Azharze założył w sie-
dem lat po ukończeniu budowy meczetu, w
roku 978, kalif El-Aziz Billah ibn el-Muizz z
dynastii Fatymidów Od tysiąca blisko lal
zjeżdżają tu ze wszystkich krajów arabskich
teologowie. Kto chce w pełni przeniknąć taj-
niki Koranu i uzyskać najwyższy stopień
wiedzy, musi studiować lal piętnaście.
Dla dwudziestu tysięcy studentów dwa ty-
siące szejków, uczonych najwyższego stop-
nia, prowadzi w El-Azharze wykłady w za-
kresie czterech rytuałów: szafiickiego,
malikickiego, hanafickiego i hanabalickiego.
Studenci podzieleni są na strefy, każda ma
swego nazira, czyli inspektora. Nauka jest
bezpłatna, a ponadto przyznawane są sty-
pendia. Wśród tych ludzi, zespolonych wie-
rzeniami i językiem fbo literacki język arab-
ski jest właściwie tylko jeden, reszta to dia-
lekty), nie czuje się politycznych różnic ani
niesnasek, od których kipi współczesny
świat arabski. W murach El-Azharu panuje
zasada Mahometa, że religia nie tylko sta-
nowi prawa społeczne, ale narzuca politycz-
ny kierunek. Z potęgi działania tej idei pre-
zydent ZRA Gamal Abdel Naser • [zdawał]
sobie dobrze sprawę. Jest ona również
aktualna w erze atomowej, jak w średnio-
wieczu [...].
Zmiany i unowocześnienia wkraczają na-
wet do instytucji tak skostniałych, jak EI-
-Azhar. Przed kilku laty w tej uczelni o cha-
rakterze wyłącznie religijnym powstały
Bogato zdobiony portal meczetu El-Azhar w Kairze
dwa nowe wydziały: filozoficzny i literacki
Dwa lata temu do sal wykładowych wkro-
czyły po raz pierwszy od powstania El-Az-
haru kobiety-studentki, nieliczne wprawdzie,
ale gdyby nawet chodziło o jedną, jest to
rewolucja burząca kardynalne zasady za-
chowywane w świecie arabskim od przeszło
tysiąca lat.
Zofia Jeżewska: No krań-
cach czasu. Warszawa 1966,
Czytelnik, s. 12—15.
r.
24
6. [NUBIAj
Patrząc z góry, z samolotu, trudno zrozu-
mieć, o co właściwie chodzi. Wszystko jest
takie wątle i takie nędzne. Wszystko z wy-
jątkiem pustyni. Pustynia jest potężna i bo-
gata w rozmaitość ukształtowania terenu.
Cała przestrzeń pod samolotem, aż po ho-
ryzont, to pustynia piasek i skały. Skały są
nagie i przypominają szkielety padłych
zwierząt Z górskich grzbietów sterczą na
boki wielkie skalne żebra. Między żebrami
ciągną się kręte wąwozy, wyschłe wadi *
którymi czasem, w wypadku gwałtownego
deszczu, płynie woda. Ale deszczu nie ma
tu właściwie nigdy, co dopiero mówić
o gwałtownym. W tabelach meteorologicz-
nych, gdy mowa o opadach w Nubii, widnie-
je słowo „ślad". A jednak cała pustynia, jak
okiem sięgnąć, pokryta jest przypominają-
cymi koryta rzeczne wąwozami. Wydawać
się może, iż cała kraina opływa wodą. Lecz
gdy samolot obniży lot albo wiatr rozpędzi
nieco unoszące się stale nad krajobrazem
tumany kurzu, widać w wąwozach kamienie
i piasek. Nie widać ni śladu wody.
Woda jest tylko w Rzece. Tak nazywają
tutaj Nil Nil jest tylko jeden, toteż gdy
ktoś powie Rzeka, wszyscy i tak wiedzą,
o co chodzi Samolot lecąc na południe, w
stronę Wadi Halfa, kreśli w powietrzu pro-
stą linię, natomiast Rzeka co pewien czas
skręca to w lewo, to w prawo, dlatego nie
zawsze ją widać. A kiedy samolot nadlatuje
nad jej koryto, widok nie jest imponujący
szare pasemko wody obramowane z obu
stron wąziutkimi wypustkami zieleni. I oto
cała Nubia trochę zieleni na obu brzegach
Rzeki, czasem szerokości dwóch — trzech
kilometrów, zazwyczaj zaś tylko stu lub
dwustu metrów. To wszystko. To tak jakby
cały kraj ograniczał się do warszawskich
bulwarów nadwiślańskich. Na Wybrzeżu
Czerniakowskim, Kościuszkowskim, Gdań-
skim życie, za to już na Nowym Swiecie______
pustynia.
Tyle, że ten wąski pasek zieleni, wśród
której utrzymuje się życie, ciągnie się «d
Morza Śródziemnego az po ślepy środkowej
At ryki. Blisko trzy tysiące kilometrów. A z
lego pięćset kilomerlow lo Nubia. Kraj od
pierwszej do czwartej katarakty nilowej Na
tych stu czy pięciuset metrach zieleni tkwią
obok siebie wsie i miasteczka Jest ich wie-
le, czasami Nil płynie przez jedną wielka
wieś długości kilkunastu kilometrów Białe
i szare domki, ulepione z nilowego mułu
bez okien, kr^le trzcinowymi matami, z
rzadka tylko majace sklepienie. Skrzypiące
kołowroty wodną nad Rzeką poruszane
przez diugouche bawoły Kanały, a właści-
wie tylko maleńkie kanaliki, do których
przez cały dzień sączy się woda czerpana
przez sakiję, czyli wodny kołowrót Malen
kie poletka kukurydzy, fasoli, lubić, jakichś
dyń i melonów Osły, kozy, gdzieniegdzie
wielbłąd Pośrodku wsi ubiie dziedzińce, po
których wśród kurzu i kup nawozu uganiają
się dzieci. Z boku zawsze Laka sama kawia-
renka na werandzie, gdzie zbierają się męż-
czyźni. Przez większą częsc roku straszliwy,
wyniszczający upał Temperatura sięga wte-
dy 45—48 stopni w cieniu. W słońcu termo-
metry dostają prawdziwego bzika, potrafią
wskazywać 60 i więcej stopni.
To tylko tyle Rząd ubogich wsi wciśnię-
tych pomiędzy Rzekę a pustynię. Ludność
pracowicie uprawiająca maleńkie poleli
emigrująca w poszukiwaniu pracy do Kaiiu
i delty albo do Chartumu. W Kairze co krok
spotyka się Nubijczyków. Są portierami
służącymi, kelnerami, szoferami taksówek.
Są bardzo cenieni za czystość, uczciw^ośc,
skromność Pracują w Kairze dwradzieścia-
-trzydzieści lal, po czym z zaoszczędzoną
sumką wracają do rodzinnej Nubii, aby móc
juz teraz siedzieć, w kawiarenkach, grać w
kości i przyglądać się Rzece — juz do końca
swoich dni. Dlatego w nubijskich wsiach pa-
nują kobiety, istnieje prawdziwy ustrój
matriarchalny. To-one pracują na poletkach
one chowają dzieci, one naprawiają glinia-
ne mury swych domostw. Mężczyźni spę-
dzają większość życia daleko stąd, choc
Popękana i spalona słońcem ziemia z trudem żywi
nieliczne stada owiec i kóz
wielu z nich przyjeżdża czasem w odwiedzi-
ny, zwykle raz na dwa lub trzy lata. Nubia
jest biedna, a rozłąka jest tutaj konsekwen-
cją biedy. Emigracja [zarobkowa] rozwinęła
się szczególnie w dwudziestym wieku, kiedy
Rzeka zaczęła rosnąć. Rosła skokami, co kil-
kadziesiąt lat, spiętrzona przez zbudowaną
za czasów angielskich tamę w Asuanie. Ta-
ma była kilkakrotnie podwyższana i za każ-
dym razem woda zalewała wsie i poletka
Wsie przenoszono na nowe miejsce, położo-
ne opodal, o sto czy pięćset metrów dalej.
25
Nubijskie domki, lepione z mułu, to nie
europejskie kamienice, łatwo je zburzyć
i łatwo wznieść na nowo. Gorzej z poletka
mi. Wieś przeniesiona o pół kilometra dalej
odnajdywała się nagle już nie w zyznej do]i
nie Nilu, lecz na pustyni. Trzeba było na
nowo kopać kanały nawadniające, zakładać
nowe działki uprawne, użyźniać je, zmuszać
ziemię, a raczej piasek do rodzenia plonów .
Ale rodzina chciała jeść jeszcze dziś, a nie
dopiero za kilka lat. Dlatego mężczyzna emi-
grował.
Pęcznienie Rzeki rozpoczęło się w Nubii
w wieku dwudziestym. Ale bieda była tutaj
zawsze. Wiemy, że faraonowie chętnie po-
sługiwali się w prowadzonych przez siebie
wojnach nubijskimi najemnikami. To także
była forma emigracji. Nubia i wtedy musia-
la być biedna. . J
Historia stopniowego przenoszenia Nubii
po pół kilometra w głąb pustyni była krót-
kim epizodem w dziejach tego kraju. Juz się
to nie powtórzy. Dotąd Rzeka pęczniała
stopniowo i powoli. Teraz wybuchnie, wy.
rwie się z brzegów, rozleje, utworzy praw-
dziwe morze, największe sztuczne morze na
świecie. Wszystkie wsie, wszystkie mia-
steczka na obszarze długości pięciuset kilo-
metrów zostaną pochłonięte przez wodę.
Nubia przestanie istnieć
Kazimierz Dziewanowski:
Archanioły I szakale. War-
szawa 1965, Iskry, s. 24—27.
7. fASUANl
[7 luty 1964/
— Nie uwierzycie, towarzyszko — mówi
kierowca — ale cztery lata temu była tu tyl-
ko kamienista pustynia. I tej drogi też nie
było. Zbudowaliśmy ją sami. Tu, gdzie dziś
błyszczy asfalt, dreptały w kurzu wielbłądy
z udającą się na pustynię karawaną.
Szosa wije się teraz wśród pokruszonych
głazów, które mienią się przedziwnymi bar-
wami; są wśród nich różowe, liliowe, żółte,
szare i czerwone — to słynny asuański gra-
nit Ruch na szosie wzrasta, coraz więcej sa-
mochodów ciężarowych i ciągników, w kie-
runku miasta pędzą autobusy wiozące robot-
ników z pierwszej zmiany. Obecne tempo
prac wymaga, jak informuje mnie kierowca,
by pracowano przez całą dobę bez przerwy,
robota idzie na trzy zmiany. Nocą przyświe-
cają robotnikom gigantyczne reflektory usta-
wione na brzegach Nilu.
Przed barakiem oczekuje mnie sympatycz-
ny, energiczny inz. Sobolew, rodem z Kuj-
byszewa. Wsiadamy do maleńkiego gazika.
który przeciska się wśród tłoczących się
zewsząd robotników, sunących w błocie gi-
gantycznych maszyn budowlanych, dźwi-
gów, koparek-wywrotek pełnych piasku
i kamieni.
Po kilku minutach karkołomnej jazdy wy-
siadamy w ogromnej kotlinie. Wrażenie jest
wstrząsające: z jednej strony zamyka ją wy*
soka przeszło stumetrowa ściana zapory,
w której widnieją otwory tunelów, z drugiej
strony widać w dole rzekę i wszystkie prace
toczące się przy wbitym w jej nurt wale,
który sięga mniej więcej do trzech czwar-
tych jej szerokości.
— Do przegrodzenia Nilu, czyli zakończe-
nia pierwszego etapu budowy tamy, Poz0'
stało już niecałe sto dni — mówi inżynier
Sobolew. — Spójrzcie na tablicę, tan1 na
brzegu...
Widnieje na niej napis w języku rosyj
skim i arabskim: „Do zakończenia pier^
26
Fragment Tamy Asuańskiej zbudowanej przy pomocy ZSRR
szego etapu pozostaje nam 98 dni, pamiętaj-
cie o tym, kiedy przychodzicie do pracy".
— Robota idzie w szalonym tempie — wy-
jaśnia Sobolew. — W ciągu jednego miesią-
ca grudnia zrzucono do rzeki 552 000 metrów
sześciennych skały i 865 000 metrów sześ-
ciennych piasku. Do budowy tuneli i budyn-
ków elektrowni wodnej zużyto już 70 000
metrów sześciennych betonu..
Na wzgórzu przed nami widać szkielet
gmachu siłowni, sięga już czterech pięter,
ale nie to mnie w tej chwili interesuje. Nie
mogę oderwać oczu od rozciągającej się u
naszych stóp doliny. Ze stoku wolno, szere-
giem zsuwają się ku rzece niby jakieś ogro-
mne mrówki czy termity — naładowane ka-
mieniami i piaskiem samochody-wywrotki
Podjeżdżają kolejno do zakotwiczonej przy
brzegu barki, zrzucają w kilka sekund cały
swój ciężar i powoli wracają w górę. Łos-
kot zwalanych kamieni i warkot silników
dochodzi aż do nas, chociaż dzieje się to
wszystko w odległości co najmniej 2 kilo-
metrów.
Barka jest już pełna. Zabiera jednorazowo,
jak twierdzi Sobolew, 100 ton kamieni Pły-
nie teraz na środek rzeki i przystaje obok
ramienia zapory. Dno łodzi pęka na dwoje,
rozkłada się i błyskawicznie uwalnia od ła-
dunku, który pogrąża się w falach Nilu. Ubi-
je go za chwilę na dnie rzeki ogromny ka-
tar — maszyna zwana przez polskich robot-
ników budowlanych „babą". Sylwetka jej,
podobna do wysokiej wieży, góruje nad pla-
cem budowy, który liczy 50 kilometrów kwa-
dratowych.
Wracamy na teren budowy kanału. Wyda-
je mi się, że znalazłam się w gigantycznym
27
milionów funtów
Zofia Jeżewska: Na krań-
cach czasu. Warszawa 1966,
Czytelnik, s. 15!—153.
ulu. Wszystko tu dudni, warczy< huczy
i ło-
moce Na rusztowaniach kręci się mnóstwo
robotników w stalowych hełmach. Betono-
wanie sklepienia jest niebezpieczne, bez
ochronnej odzieży łatwo o śmiertelny wy-
padek.
Chociaż na całym placu budowy każdy
człowiek i każdy niemal przedmiot jest w
ruchu, chociaż niezliczone ilości maszyn i lu-
dzi brną — zdaje się bezcelowo — w kamie-
nistych lub wypełnionych błotem werte-
pach, praca posuwa się skoordynowanym
ciągiem, jak w trybach wielkiego kombajnu.
— Gdyby tylko te dodatkowe samochody-
-wywrotki nadeszły — mówi Sobolew. —
Ale chyba muszą dzisiaj przyjśćI MusząI
Widzę, że myśli inżyniera krążą daleko
ode mnie, że pochłania go praca, od której
oderwano go, by mógł mnie oprowadzić.
Czuję wyrzuty sumienia i szybko notuję
resztę informacji.
Niełatwo jest pracować w Asuanie. W Je-
cie temperatura sięga 50 stopni w cieniu.
Żelazne belki są tak rozgrzane, że trzeba
używać rękawic. Nie odbija się to jednak
na tempie robót. Robotnicy i inżynierowie
arabscy dzielnie dotrzymują kroku swoim
radzieckim towarzyszom, pragną bowiem
stworzyć dzieło trwalsze od piramid.
Siłownia wodna w Asuanie będzie naj-
większą na afrykańskim kontynencie i jedną
z największych na świecie. Jej roczna zdo|
nosć wyniesie około 100 miliardów kilowa,
togodzm, a Egipt otrzyma cztery razy wię.
cej energii elektrycznej, niz ma je। obecnie
W oparciu o zasoby wysokoprocentowej
asuańskiej rudy żelaza powstanie nowy
przemysł elektrometalurgiczny, stworzone
zostaną warunki do poważnej rozbudowy
przemysłu chemicznego i budowy maszyn
Juz w 1964 r po zakończeniu pierwszego
etapu budowy Nil popłynie nowym korytem,
a częściowe uruchomienie zbiornika ' wod
umożliwi otrzymanie pierwszych 8 miliar-
dów metrów sześciennych wody do nawod-
nienia pól. W ten sposób juz po trzech la-
tach od rozpoczęcia budowy węzła wodnego
nastąpi częściowa amortyzacja wyłożonych
na niego funduszów. >
Uruchomienie całkowicie węzła asuań-
skiego powiększy dochód narodowy ARE
o 250 milionów funtów egipskich. 120 milio-
nów przyniosą nowe tereny rolne, 100 milio-
nów dostarczy przemysł dzięki otrzymaniu
nowego źródła taniej energii elektrycznej.
Całkowite zabezpieczenie od powodzi i po-
lepszenie warunków żeglugi powiększy do-
chód krajowy o 15
L
8. (SAMOCHODEM PRZEZ PUSTYNIĘ!
Lądujemy moje rzeczy i wyruszamy. W
Wadi Halfa są bodaj tylko dwie ulice po-
kryte czymś, co przypomina wąskie pasem-
ko asfaltu. Poza tym jest tylko piach i ubita
glina. Ale Wadi Halfa wkrótce pozostaje za
nami. I wówczas, bez żadnego przejścia, wy-
jeżdżamy prosto w pustynię.
Nie ma drogi. Przez pewien czas, jeszcze
niedaleko miasta, jedziemy wzdłuż śladów
zostawionych przez inne samochody Później
ślady skręcają w stronę Nilu widocznego po
lewej stronie, a my jedziemy dalej sami to-
rując sobie drogę. Rzeka towarzyszy nam
z dala. Wody już nie widać, ale wciąż jesz-
cze ciągnie się na horyzoncie ciemne pasmo
zielem palmy i trzcina Wkrótce I to niknie
nam z oczu. Jedziemy teraz przez wielka
przestrzeń kamienistej, twardej ziemi pło-
wego koloru, wymijając z rzadka rosnące
krzaki i większe skupiska głazów. Grunt jest
równy i bardzo twardy Pędzimy, aż wiatr
gwiżdże w szczelinach drewnianej budy lan-
drovera sześćdziesiąt a nawet osiemdzie-
siąt kilometrów na godzinę. Nigdy nie myś-
lalem, że jadąc po pustyni można rozwijać
taką szybkość Trochę trzęsie i trzeba mocno
zapierać się nogami, aby się nie dać wyrzu-
cie z siedzenia Jest bardzo gorąco, wnatr
chłodzi wprawdzie, ale i wysusza. Juz po kil-
kunastu minutach jazdy w' ustach robi się
sucho
Na horyzoncie widać góry. Są zupełnie
inne niż to wszystko, co przywykliśmy na-
zywać górami Wyrastają prosto z płaszczy-
zny, bez żadnego przejścia są zupełnie na-
gie, bez śladu roślinności. Wierzchołki ma-
ją ścięte, nie śpi zasle. lecz płaskie, wyglą
dają jak pryzmy kamieni układane przy na-
szych szosach, tyle że są od nich o tyle
więksje, o ile przestrzeń, po której jedzie-
my, jest szersza od pasma asfaltu Chociaż
pędzimy na złamanie karku, to jednak zbli
tamy się do nich bardzo powoli. Widoczność
jest ogromna i wszystko wydaje się bliżej,
niż jest naprawdę Ale wreszcie dojeżdża-
my do podnóża skał i teraz zaczynam się
zastanawiać, czy dalsza jazda jest w ogóle
możliwa. Pomiędzy skałami są piaszczyste
przełęcze. Naniesiony przez wiatr piasek
tworzy ogromne zaspy. Czarny kierowca
bierze rozpęd i buchl... wpadamy w dwustu-
metrową zaspę. Samochód gwałtownie zwal-
nia. kierowca wrzuca drugi bieg, a później
pierwszy Samochód ryczy strasznym gło-
sem, ale jednak przejeżdżamy Potem dru-
ga zaspa i trzecia. Cóż to za znakomity sa-
mochód Chwilami zdaje się. że wydobywa
się z niego ostatni już dech, ale zawsze udaje
się przejechać Każdy znany mi wóz powi-
nien ugrzęznąć albo zatrzeć się, albo co naj-
mniej powinna się w nim zagotować woda
A tu nic
Teraz jest już wszędzie piasek, także i po-
między zaspami Upał coraz większy Już
nie ma tak dobrej widoczności. W powietrzu
unosi się drobniutki pyl. powietrze drga od
upału jeśli spojrzeć trochę dalej, obraz sta-
je się niewyraźny i zamazan\ Jedziemy
wielkimi zakosami by ominąć sterczące tu
i ówdzie skały Wielkie półkole w lewo, za-
raz drugie w prawo i znowu wr lewo Z wol-
na gubi się poczucie kierunku. Nawet słoń-
ce nic jest dobrym znakiem orientacyjnym,
bo stoi prawie pionowo nad głową Nie ma
żadnych śladów, skały są do siebie bliźnia-
czo podobne, rzeki nłe widać. Dopraw'dy nie
wiem, jakim sposobem mój kierowca roz-
pozna je drogę A może Jej wcale nie roz-
poznaje? Ale przecież ma niefrasobliwą
i całkiem pewną siebie minę Gdy tylko po-
czuje pod kołami trochę twardszy teren do-
da je gazu I lecimy jak na skrzydłach A za
chwilę znowu wpadamy w piasek i samo-
chód zaczyna ,.pływać" jak kajak na silnym
prądzie. Ale nie zatrzymuje się Największą
radość sprawia kierowcy' forsowanie stro-
mych piaszczystych podjazdów Kiedy silnik
zanosi się wyciem na najwyższych obro-
tach, czarna gęba kierowcy rozjaśnia się
rzetelną satysfakcją Od czasu do czasu, by
dynczy sęp. Ale
w którym
zwiększyć i tak już potężny
9. [HABUB W CHARTUMIE]
30
i hałas to żywioł,
Arab czuje się najlepiej.
Kazimierz f
Archanioły I szakaie''^
szawa 1965, Iskry, s.
Dziewanowskj.
szawa 1965, Iskry, s. 91J
bubu nie ma miejsca, gdzie by
zwiększyć i tak już potężny hałas (na
pustkowiu słychać nas zapewne na ki ka-
naście kilometrów), Sudańczyk naciska ktaK-
son, choć jak okiem sięgnąć nie widać ży-
wego ducha. Tylko w górze unosi się poje-
Był to habub: przekleństwo i groza Suda-
nu. Olbrzymia burza piaskowa, miotająca
przed sobą tysiące ton najdrobniejszego
piasku. Zbliża się po cichu, milcząco, w po-
staci wielkiej chmury na horyzoncie, która
przesłania wszystko, zaćmiewa światło sło-
neczne. Nie poprzedzają jej ostrzegawcze
podmuchy wiatru, zwykle zapowiadające
burze w naszej części świata. Gdy zbliża się
habub, jest cicho i coraz bardziej niesamo-
wicie. Wielbłądy wpadają w panikę, psy wy-
ją, ludzie uciekają, szukając schronienia.
Chmura nadciąga na kształt walca, która —
zda się — zmiażdży wszystko, co na dro-
dze. Wiatr zrywa się w ostatniej chwili.
Człowiek znajdujący się na ulicy wpada
wtedy do najbliższego domu. W ogrodach
pięknych will chartumskich służący z krzy-
kiem sprzątają wystawione fotele i zwija-
ją parasole słoneczne. A jeśli na pustyni
znajduje się w tym czasie karawana, lu-
dzie zsiadają z wielbłądów, owijają gło-
wy płaszczami, starają się szczelnie zasło-
nić, byle nie spojrzeć odkrytą twarzą
w oblicze habubu. I jeśli uda się im prze-
trwać burzę, mówią potem, że mieli szczęś-
cie. Bo habub jest straszny. Na ziemię wa-
lą się setki i tysiące ton piasku. Wydaje
się, że wszystko zostanie zasypane, jak w
Pompei *. Ale piasek nie spada z góry jak
młot, przygniatając wszystko. Piasek jest
lekki, to nawet nie piasek, lecz drobny pył,
pustynny puder koloru rudy żelaza. Nie jest
groźny jego ciężar, lecz obecność. A jest
obecny wszędzie. Po piętnastu minutach ha-
90 nie było.
groźny jego ciężar, lecz obecność. A jest
Na nic zda się zamykanie drzwi i okiennic,
szaf i szuflad, a nawet walizek. Rudy py]
przenika wszędzie, nie można zagrodzić mu
drogi. Gdy rano, po habubie, wszedłem do
łazienki pozbawionej okien, spostrzegłem,
że biała dotąd wanna — jest ruda. Emalia
była pokryta grubą warstwą habubowego
pyłu. Można więc sobie wyobrazić, czym
jest ta burza na pustyni, gdy jedyną obroną
jest płaszcz okręcony wokół głowy: pod-
czas habubu można się udusić. Piasek zaś —
to nie jedyna groźba, jaką niesie z sobą ten
wiatr. [...] Wysysa każdą kropelkę wilgoci.
A przecież i przedtem, nim nadszedł, było tu
dostatecznie sucho. W tabelach klimatolo-
gicznych dotyczących Chartumu nie podaje
się stopnia wilgotności powietrza. Pisze się
tylko „ślad". W praktyce wygląda to tak, że
chustka uprana schnie w pokoju w ciągu
piętnastu minut, a koszula w trzy kwadran-
se. Woda w szklance wyparuje w przeciągu
dwóch—trzech godzin.
A jednak habub jest jeszcze bardziej su-
chy...
Tak to wyglądało pierwszego wieczoru.
A drugiego maszerowałem poprzez wieczor-
ne miasto, chłonąc atmosferę tej najbardziej
afrykańskiej stolicy. Habub minął tak szyb-
ko, jak przyszedł — zwykle trwa on nie
dłużej niż dwie—trzy godziny. A ranek
wstał znów pogodny. Pogodny jak co dzień,
jak trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku.
Kazimierz Dziewanowski.
Borpion w namiocie biuro-
m. Warszawa 1964, Książ-
ka 1 Wiedza, s. 19—21.
10. PUSTYNIE
Pustyniom właściwe są silne wiatry. Pod-
czas dnia powietrze na pustyni znajduje się
w ciągłym ruchu i często wybuchają praw-
dziwe burze. W nocy powietrze jest spokoj-
niejsze, a niekiedy panuje nawet zupełna ci-
sza. Wiatr wykonuje na pustyni olbrzymią
pracę ścierając i szlifując kamienie i skały
oraz przenosząc i sortując rozdrobniony
materiał. Wiatr głównie określa oblicze pu-
styni.
[...] Piaski zajmują znacznie mniejszą po-
wierzchnię niż pustynie kamieniste. Te
ostatnie stanowią albo tak zwaną hammadę,
tj. lekko falistą pustynię skalistą usianą
odłamkami skalnymi powstałymi wskutek
wietrzenia skal, albo serir — taką samą po-
wierzchnię usianą drobnymi, ogładzonymi
przez wiatry otoczakami powstałymi z naj-
twardszych skał. Można jechać całymi dnia-
mi po zupełnie równej kamienrtej płaszczyź-
nie ułożonej jakby z wielu kamieni na po-
dobieństwo mozaiki. Czasami ukaże się
mniej lub bardziej wysoki taras, ale wystar-
czy wejść na niego i znów rozciąga się w
rozległą dal nowa, kamienista, płaska po-
wierzchnia. Żadna dolina nie przecina rów-
nej krainy, ani jedno piaszczyste wzgórze,
ani jeden stosunkowo duży odłam skalny
nie daje oku wytchnienia. Taka jest ham-
mada. Przez pokryty żwirem teren, ledwie
dostrzegalnie wspinając się, zmierza do pod-
nóża gór karawana; góry wznoszą się od ra-
zu wysoko, często w postaci niedostępnych
urwisk. Z krawędzi takiego urwiska ukazu-
je się krajobraz uderzający obserwatora róż-
norodnością form i bogactwem kolorów.
Szczyty są ostro zarysowane; w ściany
urwiska wrzynają się wgłębienia podobne
do kanionów; oddzielają one słupy i całe
bastiony o płaskich, stołowych wierzchoł-
kach. U podstawy leżą ogromne osypiska
powstałe z produktów wietrzenia. W barwie
przeważają tony żółte i brunatne.
Na te dziwaczne skały spływa potokami
jaskrawe światło łagodzące kontrasty i na-
dające barwom cieplejsze odcienie. O
wschodzie i zachodzie słońca cały krajobraz
gra przeróżnymi odcieniami barw od żół-
tej do czerwonej i fioletowej; pustynia ma
wtedy rzeczywiście wygląd bajeczny. [...]
Z wyobrażeniem pustyni wiąże się poję-
cie o niekończących się piaskach wiecznie
prażonych przez słońce, gdzie nie ma ani
roślin, ani życia A tymczasem nawet Sahara,
chociaż rzadko, jest jednak zamieszkana.
W samym jej środku wznoszą się góry po-
kryte [zielenią]. Pustynie na ogół posiadają
roślinność. Ale jest rzeczą naturalną, że su-
chy klimat, piasek i kamień wywołują
u roślin cały szereg przystosowań ułatwia-
jących znoszenie suszy. Przeważającymi for-
macjami roślinnymi są niewysokie kolczas-
te zarośla o głęboko wrastających w ziemię
korzeniach. Roślinność prowadzi tutaj nie-
ustanną walkę z suszą. Sposoby przystoso-
wania się roślin do suszy są nadzwyczaj
31
różnorodne*. Ogromnie rozpowszechnione są
rośliny jednoroczne — efemery * Nasiona
ich kiełkują prawic po upływie doby od tej
chwili, gdy spadl deszcz, i niekiedy już po
trzech tygodniach pojawiają się na nich
owoce Susza szybko wypala delikatne ło-
d>gr i gałęzie roślin. Jeśli wyłączyć efeme-
ry. tylko )edne kserofity ‘ — wielolatki mo-
gą tutaj rosnąc Ich korzenie są niezwykle
rozgałęzione i przenikają głęboko w ziemię
w różnych kierunkach w poszukiwaniu wil-
goci. Podczas budowy Kanału Sueskiego
znaleziono korzenie tamaryszku mające do
30 metrów długości Łodygi skrócone, liści
prawie nie ma, gdyż zostały przekształcone
w kolce i ciernie. Rośliny stoją tu niczym
statki wśród burzliwych lal na głęboko opu-
szczonych kotwicach
Dużą rolę odgrywają rośliny cebulkowe,
które zdolne są do przebywania przez kilka
lat z rzędu pod ziemią, zanim wyrosną po
deszczu Niektóre rośliny posiadają zdol-
ność skręcania się w kulistą miękką bryłkę,
którą wiatr przenosi z miejsca na miejsce,
dopóki roślina nie napotka wilgotnego grun-
tu Specjalny typ stanowią rośliny czerpiące
wilgoć z powietrza Jedne z nich posiadają
gruczołki wydzielające sole higroskopijne.
dzięki czemu przeprowadzają wilgoć z po-
wietrza do tkanek liścia; inne wchłaniają
wilgoć za pomocą włosków higroskopijnych,
których nie należy mylić z szarym puszkiem
rośliny służącym do ochrony przed parowa-
niem Wreszcie na gruntach zawierających
sole pojawiają się przedstawiciele rodzin
solankowych; są to rośliny przyziemne
o bardzo tłustym, grubym listowiu wypeł-
nionym śluzem.
Palma daktylowa, drzewo charakterys-
tyczne dla pustyń Sahary, Arabii, Iranu
i północno-zachodnich Indii, rośnie wyłącz-
nie w oazach Ma ona szczególne znaczenie
dla mieszkańców pustyni żywiąc ich swymi
smacznymi i pożywnymi owocami.
S. W. Czefranow, K. P. Jó-
zefowicz, W. A Rausz.
Opowiadania geograficzne
Tłum. S Tazbir, W. Kowal-
czyk Warszawa 1953, Na-
sza Księgarnia, s. 262—264.
11 ZIELONA INWAZJA
Spotykane co pewien czas psy świadczą,
ze gdzieś w pobliżu znajdują się osiedla
ludzkie Ciemność i wysokie trawy unie-
możliwiają jednak rozeznanie się w terenie
Jeśli wierzyć licznikowi, zrobiliśmy od Ko-
nakry juz ponad 70 kilometrów. Na widno-
kręgu pojaw'il się ledwo widoczny blask, po-
większający się z niezwykłą szybkością
— Co to? — pytam głośniej, niż zamierza-
łem
— Świta — odzywa się po raz drugi tej
nocy Danio.
Po kilku minutach wszystko poszarzało,
a po kilkunastu — jedziemy już bez świateł.
Dzień następuje tu równie szybko, jak zapa-
da noc Wraz z nastaniem świtu zmienia się
też krajobraz
Wysokie trawy ustąpiły miejsca nie koń-
czącym się plantacjom bananowym. Niskie,
około dwumetrowej wysokości rośli-
ny, pokryte tryskającymi zielenią pió-
ropuszami zwisających liści, tak szerokich,
ze jeden wystarczyłby za parasol, ciągną się
równymi szeregami niczym żołnierze na de-
filadzie. Białe, czerwone i żółte tablice z ol-
brzymimi napisami dumnie głoszą nazwiska
szczęśliwych posiadaczy plantacji. Te pstre
szyldy zawierają wymowną treść polityczną.
Wynika z nich, że, jak dotychczas, tylko nie-
znaczna część plantacji bananowych należy
do rdzennych mieszkańców Gwinei. Gdy
jednak któraś przeszła już w ręce prawo-
witych gospodarzy, napis na tablicy pod-
kreśla ten fakt z naciskiem: „Plantacja jest
I Nowy Mary świat
33
Przemysł wydobywczy walczy obecnie
wolnej Gwinei.
z monokulturowym rolnictwem o prymat w gospodarce narodowej
Plantacja bananów w Gwinei
Plantacje bananowe w Gwinei nie są jed-
nak tak stare, jak można by przypuszczać,
oglądając z okna samochodu ich nie kończą-
ce się obszary. Pierwsza, doświadczalna,
założona została w 1897 roku w Camayenne,
czyli w dzielnicy Konakry, obecnie włączo-
nej do śródmieścia. Upłynęły od tego czasu
zaledwie 64 lata — i oto dzisiaj banany
utrzymują prawie całą Gwineę, stanowiąc
podstawowe bogactwo narodowe.
Longin Zaremba: Wędrówki
po Gwinei. Warszawa 1961,
Książka i Wiedza, s. 65—66.
własnością Diop Mamu, obywatela gwinej-
skiego".
Na zboczach okolicznych wzgórz, skąpane
w obfitej rosie porannej, lśnią metalicznym
blaskiem pola ananasowe. Udekorowane zło-
cistymi owocami drzewa pomarańczowe
i cytrynowe rosną pomieszane z mangow-
cami, gujawami, drzewami chlebowymi i ca-
gamą innych Rn* •
na flora kwitn' en^ca tropikal-
w oczach, zw roz^rzesirz^nia się niemal
zwalczana jes^ S‘ę WzaJemnie » z kolei
nie w ciągu r j^rZez trawY i liany, dwukrot-
i szlaki kom ° t ow°ce, zalewa drogi
S1Q na skały ac^^ne’ nawet rzeki, pnie
ludzie. CZy ° przestrzeń, o życie —
35
34
r
UTr
nich ponoć kiedyś
rosła bujna
bardzo pew°e
porywczości.
3b
i
12. PAWIANY •
Nie było najmniejszego przewiewu. Zu-
pełny bezruch powietrza stwarzał złudzenie,
ze znajdowaliśmy się pośrodku olbrzymie-
go kosza ze szklą, a otaczająca nas przyro-
da zamarła w letargu. Do tego dziwne słon-
ce. Jeszcze nie zaszło, lecz zasłonięte tu ma
nem kurzu harmattanowegoniewidoczne
dla oka, zalewało całe niebo mleczną, niesa-
mowitą poświatą. W tym oświetleniu i przy
niezmąconym spokoju przyrody wszystko
wydawało się‘ nierealne.
Pod wieczór słyszeliśmy dzikie gołębie
Ich gruchanie dudniło głucho i zdaw'ało sie
wypaczone w przestrzeni jak głos w puste|
sali Trudno było ustalić, w której stronie
siedziały ptaki i jak daleko: może o sto
metrów, może o tysiąc?
Droga ciągnęła się w obydwróch kierun-
kach prosta jak pod sznur i widać było
mnóstwo małpich stad, przechodzących
przez drogę Raz z dala przebiegały antylo-
py. Małpy zawsze okazywały ciekawość
w stosunku do nas. Stawały na środku dro-
gi, nawet gdy z)awiały się niedaleko, i do-
piero po przypatrzeniu się nam ruszały da-
lej. Zdumiewały, jak zwykle, ilością. Osobli-
we wrażenie: jakkolwiek były w ruchu,
przecież wcale nie mąciły ogólnego nastroju
ciszy w naturze; po prostu zjawiały się jak
gdyby na ekranie filmowym, jakby poza
rzeczywistością, i tak tez znikały.
W tych stronach sawanna była wyjątko-
wo sucha [ | Tu i ówdzie drzewra tworzy-
ły jeszcze chaszcze, ale niezbyt rozległe ani
gęste Przeważały w tej okolicy otwarte roz-
łogi, z rzadka przetykane krzewiną i kępa-
mi Wzrok gonił daleko w głąb brussy
nierzadko całymi kilometrami Podobnie
wyglądała większa część Afryki, wszakże
tam właśnie, wśród takiej cherlawej roślin-
ności, przebywało najwięcej grubego zwie-
rza, więcej niz w bujnej puszczy tropikal-
nej
Najdziwniejsze były bowale. jak nazywa-
no niewielkie polany, prawie puslynne Na
trawa, ale
częste pożogi dokuczyły ziemi do tego stop-
nia, że powierzchnia jej skamieniała 0(l
ognia, stała się czarna i jałowa.
Owe bowale, oazy bezpłodności i smutku
były jednocześnie siedliskiem cudaczności
Zamiast roślin wyrastały na nich termitiery,
lepianki utworzone przez termity — kopczy-
ki w postaci grzybów, wysokich i szerokich
na blisko pół metra. Gdzie tylko widniały
bowale, tam nieodzownie towarzyszyły im
całe lasy tych makabrycznych grzybów, sto-
jących niemal setkami, jeden obok drugie-
go, jak widma. Jaka tajemnicza przyczyna
kazała termitom budować swe gniazda na
zupełnym ugorze, z dala od roślinnego po-
karmu, i to zawsze w postaci takich kaptur-
ków?
Jeden z nich, mniejszy rozmiarem, wy-
rwałem z ziemi bez wysiłku. Był z czarnia-
wej grudy, twardej jak cement Termitów
w nim nie odkryłem, widocznie gniazdo ich
tkwiło głębiej w ziemi, a grzybek zbudowa-
no tylko jako wieżę nawietrzną Wieżę
meteorologiczną? Może.
Eibel sfotografował mnie z grzybem, lecz
zdjęcie zawiodło, grzyb bowiem w ludzkich
rękach smętnie stracił swą dosadną mon-
strualność. Jakby spokorniał, ustatecznił się,
zdziadział, sfilistrzał. ’ Oderwanie od ziemi
•
pozbawiło go sił jak antycznego Antajosa
O jakie trzysta metrów od nas przechodzi-
ło przez drogę stado wielkich małp- Bestie,
dwukrotnie silniejsze niż widziane dotych-
czas, miały potężne piersi i spore łby o wy
dłużonych pyskach. Poznałem je po IYC
pyskach i po ogonach, zrazu zadartych *
górę, potem opadających ku ziemi- Były
pawiany; rzecz prosta, zelektryzowały mn**
Uzbrojony w rolleiflexa [marka aparatu o
tograficznego] i w lornetkę zacząłem 1S
drogą w ich kierunku.
Było ich chyba do trzydziestu. Po dwa, P°
trzy przekraczały drogę spokojnie, 2 na
mysłem, bez
siebie, z godną postawą. Były jak Anglicy
dawnych czasów, niewzruszone w poczuciu
swej siły Samiczki z młodymi nie zatrzymy-
wały się Wszystkie samce natomiast, któ-
rych domyślałem się po tęzszej budowie
ciała, przystawały na drodze, mierzyły przez
chwilę bystrym wzrokiem zbliżającego się
człowieka, po czym poważnie, jakby zado-
wolone z poczynionych spostrzeżeń, dawa-
ły nura w przydrożne krzewy
Na samym końcu stada, pewnie mniej niż
dwadzieścia metrów ode mnie, przeszła po-
woli głowa rodu, stare samisko. Było pokaź-
ne, ale nie większe niż inne samce, za to
o siwawych włosach i despotycznych manie-
rach Jak władca, który widocznie czuł się
odpowiedzialny za honor i bezpieczeństwo
stada, uważał, że należy napędzić mi stra-
cha i okazać swą pogardę. Nachmurzył więc
czoło, zrobił kilka pociesznych grymasów
przekrzywioną gębą, wyszczerzył ku mnie
kły imponująco olbrzymie i, ubliżywszy mi
gardłowym pomrukiem, pełen wyniosłości
wycofał się ze sceny.
Pawiany są obok szympanów największy-
mi małpami Afryki Zachodniej i zaliczają
się do wojowniczych i najodważniejszych
zwierząt Afryki. Z pyska podobne do psów,
mają uzębienie iście wilcze, ale nieprawdo-
podobną siłą szczęk posługują się jedynie
podczas obrony Są wtedy ponoć straszne
Lampart, żywiący się głównie mięsem mał-
pim, pokona z łatwością dwa lub trz} pa-
wiany, ale napad na większe ich stado nie-
raz przypłaca życiem. Podobnie i z lwem
pawiany walczą do ostatka Ludzie boją się
ich |ak diabła i, przejęci nabożną czcią, omi-
jają niektóre mateczniki, gdzie gnieździ się
ich wyjątkowo wicie. Pawiany natomiast
przed ludźmi nie tchórzą, bywało, że rozju-
szone zasypywały kamieniami myśliwego,
Rodzina pawianów
gdy odważył się polować na nie i, nieroz-
tropny, ranił lub zabił któregoś ze stada
Pawiany, do których ostrożnie podcho-
dziłem, przebrnęły przez wąski pas krzewi-
ny przy drodze i rozsypały się po przyleg-
łym pustym bowalu. Dążyły krok za kro-
kiem do lasu, oddalonego mniej więcej o sto
pięćdziesiąt metrów, lecz zanim dotarły do
drzew, zatrzymały się. Wszystkie siadły na
pośladkach, frontem do mnie, i zastygły bez
ruchu Mając bezpieczne zaplecze, zdawały
sobie sprawę, że nic im już nie grozi od
dwunożnego potwora bez strzelby i luku.
więc — cicho przycupnąwszy — zacieka-
wione śledziły jego dalsze zamysły. Ryso-
wały się szaro na szarej ziemi W’ tak dosko-
nałej szacie ochronnej nigdy nie odkryłbym
ich, gdybym nie wiedział, gdzie przycupnę-
ły Doszedłem do punktu drogi, skąd było
do nich najbliżej, i zatrzymałem się. Widzia-
łem je jak na dłoni i przez chwilę patrzy-
liśmy na siebie, pełni napiętej uwagi. [. .]
Arkady Fiedler: Nowa przy-
goda Gwinea. Warszawa
1962, Iskry, s. 77—80
13. BURZA
I
Pozornie bez powodu zaczynały nagle w
ca.łym domu trzaskać, otwierać się i zamy
kac drzwi i okiennice. Przeróżne kartki
i pisma wzlatywały w powietrze z biurka,
ze stolików i z regału i rozpraszały się po
całym pokoju. Wiatrak pod sufitem, jeżeli
był w bezruchu, zaczynał nagle sam się
obracac. Tumany pyłu i zeschłych liści wpa-
dały z szumem do wnętrza. Potężny po-
dmuch przelatywał nad ziemią Za nim na-
stępne. Wielkie drzewa gięły się pod ich
uderzeniem. Kiedyś, taki przedburzowy
wiatr rozłupał wielkie drzewo, które rosło
koło garażu. Drzewo to nisko nad ziemią
rozdzielało się na dwie grube odnogi. Jedna
z nich runęła na garaż, zgniatając dach.
Przypadkowo nie było mnie wtedy w domu
i garaż był pusty.
Po pierwszych podmuchach wiatru pa-
trzyłem często przez okno w kierunku bu-
szu ’, czekając, kiedy zjawią się tukany
Dziwnie te ptaki wyglądają. Co najbardziej
rzuca się w oczy, to potężny, tępo zgięty
dziób. Skrzydła mają stosunkowo krótkie
i cofnięte do tyłu, jak odrzutowiec. Latają
szybko i z profilu, w locie wyglądają jak
rzucona w powietrze siekiera. Po pierw-
szych huraganowych porywach, kiedy w po-
wietrzu zrobiło się zamieszanie, a inne ptaki
dawno już pochowały się w bezpieczne
miejsca, zjawiały się niewiadomo skąd. Dwa,
najwyżej trzy. Czasem tylko jeden. Nadla-
tywały gdzieś od wschodniej strony w sza-
lonym pędzie, gnane wiatrem w tym samym
kierunku. Wspaniale dawały sobie radę
Wprawdzie od czasu do czasu wiatr podry-
wał je w górę albo nagle rzucał w dół, one
jednak wyrównywały lot błyskawicznie
Celowały zawsze w kapokowe drzewo ros-
nące w buszu. Kapok jest oryginalnym
drzewem. Jego parometrowej szerokości
pień jest u .dołu, do wysokości kilku metrów
nad ziemią, spłaszczony w dwóch prosto-
padłych kierunkach. Nadaje mu to wygląd
ogromnej rakiety stojącej na statecznikach,
gotowej do startu. Potem kilkudziesięCi0.
metrowy gładki pień i wreszcie u samej gó-
ry skąpa korona. Tukany usadawiały się w
tej koronie. Znajdując się jeszcze w odpo-
wiedniej odległości wyhamowywały, S2a.
mocąc się z wichurą, i siadały bezbłędnie
na jakiejś balansującej na wietrze gałęzi.
Po kilku minutach zaczynał lać deszcz
Można by chyba powiedzieć, że każdy taki
deszcz to było oberwanie chmury. Deszcz
nie padał, tylko masy wody łączyły ziemię
z chmurami. Miało się czasem wrażenie, że
można by skoczyć z okna i po tej wodzie
popłynąć gdzieś do góry. Zdarzało się bar-
dzo często, że jeżeli burza rozszalała się
w drodze, trzeba było stawać i czekać, az
przejdzie. Wycieraczki na szybie samocho-
du stawały się zupełnie bezużyteczne. Nie
pomagały również światła. Tonęły w wodzie
parę metrów przed samochodem. Razem
z deszczem zaczynały rozdzierać niebo
błyskawice i pioruny. Są to widoki, jakich
nie ogląda się w Europie. Grzmot nie ma
końca Jest jeden, ciągły, ogłuszający huk.
który tylko albo narasta, albo słabnie. Trud-
no przy tym rozmawiać. Pioruny nie robią
właściwie wrażenia. Przy tym wyładowania
zachodzą nie w kierunku chmura-ziemia,
a głównie chmura-chmura. Inaczej mówiąc,
pioruny biją poziomo. W rezultacie powsta-
je rozedrgana, oślepiająca, gęsta sieć błys-
kawic.
Czasem oba zjawiska występują oddziel-
nie. To znaczy deszcz bez piorunów albo
pioruny bez deszczu. Przy takiej suchej bu
rzy, stojąc na dworze, można przy świetle
błyskawic czytac gazetę. Widać dobrze, tj
le że męczy drganie światła na papierze
Zdarza się, że deszcz nadchodzi po cichu'
bez huraganowych zapowiedzi.
gdzieś z oddali słychać lekki, równomierny
szum. Szum stopniowo narasta, aż ma s1^
---. . ... ... sią
wrażenie, że gdzieś niedaleko znajduje^^
wodospad. Jeżeli popatrzy się w ^Y11^
runku,
widać nadchodzącą
~i kie
równą ścianę
wody Za chwilę na ziemię spadają pierwsze,
pojedyncze, wielkie i ciężkie krople desz-
czu, aby po chwili zamienić się w jedno-
stajną masę wody.
Deszcze tropikalne powodują ogromne
szkody
w sieci komunikacyjnej. Wystarczy
parogodzinna burza, aby rzeki wystąpiły
z brzegów Tworzą się od razu wielkie roz-
lewiska, zatopione są obszary uprawne i szo-
sy. Woda rwie wszystkimi rowami i szczeli-
nami, podmywając asfalt i powodując jego
zapadanie się. Z t£go powodu drogi są właś-
38
ciwie w ciągłej naprawie, ponieważ burze
zdarzają się często w porze deszczowej i to
przeważnie nocami.
Temperatura w porze deszczowej spada
nocą do 23°C. Wtedy, w warunkach tamtej-
szego klimatu, jest już paskudnie zimno.
Wkłada się długie spodnie i swetry. Ale gdy
nie ma pory deszczowej, temperatura sięga,
jak zwykle, 30°C i deszcz w tej sytuacji jest
bardzo przyjemny. Jak ciepły prysznic. Zie-
mia nagrzewa się szybko, tym bardziej
asfalt. Termometr położony na białym, me-
talowym dachu samochodu wskazywał kie-
dyś w południe 72°C. Metal parzy. Nasło-
neczniony asfalt ma temperaturę około
65°C. Z tej racji po deszczu szosy parują.
Widać świetnie i w dzień, jak kłęby pary
unoszą się nad szosą, ale najlepiej obserwo-
wać można to zjawisko nocą. Zdarza się nie-
raz, ze opary sięgają wysokości przedniej
szyby samochodu. Wtedy jedzie się nie wi-'
dząc ziemi, jakby nie dotykając jej. Ma się
14 GÓRA ROGOZIŃSKIEGO
Polska wyprawa afrykańska z 1883 roku
dużo wysiłku i czasu poświęciła badaniu
Gór Kameruńskich. Góry te nie były jesz-
cze badane naukowo. Tylko dwóm podróż-
nikom przed Polakami udało się przedostać
do rejonu tych gór, ale ich relacje nic no-
wego me dały nauce. Za właściwych bada-
czy, nawet odkrywców gór Kameruńskich,
uznaje się uczestników polskiej wyprawy.
Polacy zajęli się nie tylko badaniem Gór
Kameruńskich pod względem geologicznym,
klimatycznym i biologicznym, ale postano-
wili także wejść na najwyższy ich szczyt,
na opiewaną przez tamtejszą ludność górę
Mongo-ma-Lobach (Górę Bogów). Na czele
ekipy stanął Stefan Rogoziński (1861—1896),
towarzyszyli mu Leopold Janikowski (1855—
1938) i dziennikarz niemiecki Zóller Ka-
rawana była dość liczna — piętnastu Mu-
przed sobą oiałą. mglistą wstęgę jest
szosa Po obu stronach ciemne ściany buszu
Po bokach drogi mgły nie ma. Widać trawo
i zarośla. Ale jechać trzeba tą nierealna
wstęgą, którą góry widać niekiedy We
wspaniałej pen lektywie. Mgła nad szosą
nie jest jedno ita. Miejscami jest gę^
miejscami trafiają się ,,dziury” i błyska ka-
wałek mokrej nawierzchni.
Obłoki parj żyją. porusza nimi wiatr
Przed reflektorami zjawiają się widma Ktoś
wstaje nagle na drodze Ktoś klęczy na po-
boczu. Coś słania się z prawej strony, zaraz
upadnie pod samochód. Coś walcowatego
leży w poprzek szosy. Jakiś kształt kulisty
toczy się wprost na samochód Nagle ,.dziu-
ra”; wrażenie, że to zerwany most na rze-
ce.
Widma są piękne, orzyciągają wzrok lecz
niestety wielu ludz straciło przez nie życie
Stanisław Gniewski: KwcsL
Łódź 1968, Wydawnictwo
Łódzkie, s 124—127.
rzynów-tragarzy niosło pakunki, dziesięciu
dalszych torowało ścieżkę przez puszcz'.
Droga okazała się trudna i uciążliwa. Kli-
ka pierwszych dni przedzierano się przez
gęstą puszczę Dziesięciu Murzynów krok za
krokiem wycinało ścieżynę, a właściwie tu-
nel wśród gęstwiny, którym w pojedynkę
posuwała się karawana. Okolice bezludne,
nawet wodę trzeba było nieść ze sobą, bo-
wiem nie było w pobliżu żródeł.
Po przebyciu puszczy i pasa porośli ka-
rawana znalazła się w strefie kamienisto-
-pustynnej, droga po osypiskach lawy sta-
wała się coraz trudniejsza. Tragarze padali
ze zmęczenia Ostatkiem sił dobrnięto do
podnóży szczytu. Karawana zatrzymała się
na wypoczynek i nocleg. Następnego dnia
o świcie trzej Europejczycy wyruszyli na
zdobycie szczytu Góry Bogów Należało
jeszcze pokonać parę kilometrów zbocza po-
krytego lawą i popiołem wulkanicznym. Ten
odcinek drogi okazał się najtrudniejszy. Co-
raz któryś z podróżników osuwał się w dół
po sypkim gruncie i powtórnie musiał' poko-
nywać przebytą przestrzeń.
Wreszcie osiągnięto szczyt góry Podróż-
nicy zobaczyli przed sobą duży, wygasły
krater, wypełniony częściowo różowym po-
piołem. Krater był nagi, pozbawiony całko-
wicie roślinności. Gęsta mgła nie pozwoliła
dokładniej rozejrzeć się po okolicy, chociaż
w dali rysowały się zarysy dwóch nieco
mniejszych szczytów
Przyjętym zwyczajem, podróżnicy zako-
pali na szczycie butelkę z datą wejścia
i nazwiskami zdobywców i wyruszyli z po-
wrotem w dół do obozu. Schodzenie okazało
się daleko łatwiejsze od wspinaczki. W nie-
spełna godzinę byli już u podnóża Górę tę
uczestnicy wyprawy nazwali ..Górą Rogo-
zińskiego” na cześć Stefana Rogozińskiego,
inicjatora i kierownika pierwszej polskiej
wyprawy' morskiej do Afryki.
B. Kuźmiński. Polskie na
zwy na mapie świata War-
szawa 1967, Nasza Księąar
nla, s 64—65
40
15. POEMAT
16. W PUSZCZY
Kraju mój, pełen muzyki,
rytm tańca unosił się na skrzydłach tam-tamu,
każda nowa wieść rozlegała się ze wsi do wsi,
ziemia była matką ludu,
a lud był wolny i dojrzewał w słońcu jak owoc.
Arabscy kupcy wędrowali wśród naszych równin,
A potem przybyły okręty o rozwiniętych żaglach,
ziemia nasza poznała stopę białego człowieka
i powoli kraj zaczął się wyludniać.
Ile karawan niewolniczych pędzono do portów,
ileż krwi mojego ludu wsiąkło w ziemię rodzimą,
ile biały człowiek wytoczył łez z oczu braci i sióstr.
Szli niewolnicy na zachód,
szli niewolnicy na wschód, na północ i na południe,
budowali domy, miasta i uprawiali nie swoją rolę,
i tęsknili za ziemią swoją i za braćmi.
Iluż ich marło w czasie transportów?
Jeszcze dzisiaj widzę obraz kobiety płaczącej, która tuli martwe z głodu dziecko
Biały człowiek powiedział, że Murzyni to dzicy ludzie,
ale Murzyni nie szli niszczyć miast i wsi białego człowieka,
ale Murzyni nie uczynili z białych niewolników,
Murzyni otworzyli im drzwi i przyjęli pokojowym pozdrowieniem.
Potem wielu z nich uwierzyło w Boga, który jest jeden dla białych i czarnych
i choć jedne wymawialiśmy modlitwy, nie przestali nami gardzić i nas wyzyskiwać,
bo mieli doskonalsze przyrządy do zabijania.
Minął okres, kiedy zniewalano nas i sprzedawano na rynkach,
ale ciągle żelazo białych ludzi zmuszało nas do służby.
Teraz wiem, że przyjdzie czas wyzwolenia,
nie chcemy zemsty, chcemy tylko wolności,
nie chcemy zemsty, choć tak długo cierpieliśmy,
chcemy być panami u siebie.
Kongo *, Kongo, twoje rzeki, rośliny i minerały,
twój lud pełen starej mądrości Bantu,
miłuję cię, Kongo,
będziesz wolne, bogate i łaskawe dla twoich czarnych synów
atrice Lumumba. Z tomu
Poezja Czarnej Al ryki. War-
Cytowane wg
Chałasiński i K. Chała-
s*nska: Bliżej Afryki. War*
szawa 1965. PAX. s.
Patrice Lumumba. Z
- - •_
379-
380.
przywieźli obcego Boga i pierw.
szych pojmowali niewolników
Znajdujemy się teraz w głębi Afryki.
Mrok puszczy tropikalnej.
Jakże mocno trzeba przechylić głowę w
tył, aby dosięgnąć okiem szczytu olbrzy-
mów leśnych. Przebijają się one ku światłu
słonecznemu na wysokość czterdziestu czy
pięćdziesięciu metrów. Pod ich szczytami in-
ne gatunki drzew roztaczają swoje korony,
formując niby dach nad gałęziami jeszcze
niższych krzaków, tworzących tu nieprzeby-
ty gąszcz, splątany lianami.
Ziemia na dole jest uboga w roślinność,
gdyż nie dochodzą tu promienie słoneczne.
Dopiero tam, gdzie zwalił się jakiś olbrzym
leśny, gdzie przeszedł słoń lub człowiek
wytrzebił polanę, rozpoczyna się prawdziwy
bój o prawo do życia, do słońca, między leś-
nymi pnączami, krzewami i drzewami róż-
nych wielkości i gatunku.
Upał niesłychany, spotęgowany jeszcze
wilgotnością powietrza. Termometr wskazu-
je 27°C i więcej Trochę ulgi przynoszą
deszcze tropikalne, które padają prawie co-
dziennie, ale zwiększają one znowu ilość
pary wodnej w powietrzu.
Za to jak wspaniale buja roślinność w tej
,,cieplarni”. Mimo że ciężkie, duszne powie-
trze kładzie się ciężarem na piersi, urzeka
wprost bogactwo, różnorodność i bujność
otaczającej przyrody.
Oto tam, w górze, wysoko, wrzasnęła pa-
puga. Małpy śmigają z gałęzi na gałąź,
gdzieś w zaroślach czai się duży lampart.
Daleko w bagnach, gdzie więcej wolnej
przestrzeni, stado słoni trąbi przenikliwie,
trzepocąc olbrzymimi uszami. W rozle-
wiskach rzeki hipopotamy, wypasione na
pędach bambusa, tarzają się w błocie, to
znów zanurzają w wodzie, że jeno widać im
nozdrza i czubek głowy. Na skraju polany
stoi wyprostowany niby człowiek olbrzymi
goryl i sięga długim potężnym ramieniem
po owoce.
Nagle zastygł w bezruchu. Coś go zanie-
pokoiło. Odwraca się i jak zjawa znika w
Dorosły Pigmej — obok Europejki
zwartej gęstwinie, aby zza zasłony lian
obserwować z niechęcią intruzów.
Na leśnej polanie pojawiają się drobne
postacie
Dzieci?
Ależ nie! Są to dorośli ludzie, ludzie naj-
mniejsi na świecie — Pigmeje.
Wracają z pomyślnych łowów, bo niosą
kilka antylop na kijach opartych o ramiona.
Jeden przewiesił sobie wokół szyi ogrom-
nego zabitego węża. Uzbrojeni są w luki
i zaostrzone pałki kirri, których używają ja-
ko oszczepów w czasie polowania.
Nagle idący na końcu myśliwy zatrzymał
się i zadarłszy głowę, obserwuje w powie-
trzu lot pszczoły. Chce wyśledzić, gdzie znaj-
duje się jej ul. Przeciska się przez gąszcz,
wymija zwalone kłody i wreszcie wysoko w
pniu baobabu widzi otwór, wokół którego
uwijają się pszczoły.
Teraz nie ma czasu i odpowiedniego sprzę-
tu, aby podebrać miód, więc wbija u stóp
drzewa kij pomalowany na czerwono i po-
kryty nacięciami Jest to znak, że rój i miód
w dziupli są jego własnością. Biada temu, kto
by nie uszanował tego znaku. Pigmej robi
jakiś tajemniczy znak na korze drzewa
i szybko daje nura w gęstwinę, aby dopę-
dzić towarzyszy
43
42
a, na którego dnie płynie
Ale oto . wąwóz, na Moreg
rzeczka, a zaraz za n gałęzie
czyli wieś Pigmejów A-koa. PrżW 9^ *
widać już półkoliste szałasy
te trawą lub liśćmi palmowym,. Podob J k
u Buszmenów budują je zawsze kobiety.
Mężczyźni tylko czasami natną 1 pr''-Yn
im gałęzi- . .
Chaty stoję jedna obok drugiej, w
obwód koła. W ten sposób łatwiej można się
bronić przed lampartem i innym drapieżcą,
gdy ten zechce porwać Pigmeja z jego włas-
nego szałasu. Chat jest nie więcej jak pięć-
dziesiąt. bo z tylu rodzin składa się zazwy-
czaj gromada Pigmejów.
Przyjemnie jest spocząć pod dachem z liś-
ci palmowych broniących od tropikQ]ne
deszczu, który tu pada niespodziewanie pra.
wie codziennie.
Na spotkanie łowców biegną dzieci, z S2a
lasów wychodzą staruszkowie, kobiety
cają tłuczki, którymi gniotły oleiste nasiona
w wydrążonym pniu drzewa.
Teraz zacznie się przygotowywanie p0.
siłku, a potem może tańce.
W mrocznym wnętrzu chaty widać lego-
wisko z liści rzuconych na ziemię, pniaczek,
na którym można przykucnąć i oparcie z ga-
łęzi — coś na kształt leżaka.
Roman Stopa: Mali Judzie
z pustyni i puszczy. War-
szawa 1962, KiW s. 167—
173.
17. [W GŁĘBI BRUSUJ
Blisko rok spędziłem w głębi brasu *, w
miejscowości, gdzie poza misjonarzami nie
było innych Europejczyków. Mogłem więc
obserwować prawdziwe oblicze ludności
kongijskiej. Jednocześnie nawiązałem kon-
takt z mieszkającym jeszcze w Luluaburgu
pewnym Belgiem, profesorem sztuk pięk-
nych, zamiłowanym zbieraczem i znawcą
miejscowej sztuki. Wkrótce sam miałem już
zbiorek różnych przedmiotów artystycznych
z okolic, w których pracowałem, a za po-
średnictwem misjonarzy — i z odleglejszych
rejonów prowincji Kasai *.
Kasai jest to kraj zajmujący obszar nie-
wiele mniejszy od Polski, zamieszkały przez
około dwa miliony sześćset tysięcy ludzi.
Dużą część prowincji porasta dziewicza
puszcza. Ludność grupuje się w kilku ośrod-
kach i dzieli się na szereg szczepów czy ple-
mion, pomiędzy którymi są dość znaczne
różnice. Plemiona nie zawsze żyją ze sobą
w zgodzie, czasem dochodzi do bardzo na
wet krwawych starć, a praktycznie nie ma
nigdy mieszania się plemion, czy to w for-
44
mie małżeństw, czy przenikania na sąsied-
nie tereny. Z tego powodu różnice kultural-
ne są również znaczne i nie można mówić
o sztuce Konga * czy nawet sztuce Kasai,
a tylko o sztuce poszczególnych grup ple-
miennych.
Zacznijmy od tego, co można zaobserwo-
wać jadąc samochodem przez kraj. Budow-
f nictwo. Oto na przykład chaty plemienia
Lulua są zawsze kwadratowe, zbudowane
z bambusa i gałęzi oblepionych gliną. Dach
natomiast zrobiony jest z trawy układanej
w formie strzechy, o spadku na cztery stro-
ny. Dach ten wystaje poza ściany chaty two
rżąc ze wszystkich stron duży okap. ckr0
niący od słońca. Tylko wyjątkowo spotyka
się okna, a drzwi to po prostu niski, prosto-
kątny otwór, czasem zamknięty pryniity^
nymi drzwiczkami z gałęzi. Oczywiście
budowy chaty nie jest potrzebny ani jeden
gwóźdź. Nie ma również komina, bowiem
posiłki są gotowane na zewnątrz, na ogn1S
ku, bez żadnego pieca kuchennego, czase
pod daszkiem z trawy. Gdy jest zimno. ogien
rozpala się pośrodku chaty, a wszystko, co
się znajduje wewnątrz, przesiąka zapachem
dymu.
Zupełnie inaczej są zbudowane chaty ple-
mienia Bakele. A trzeba dodać, że te ple-
miona sąsiadują ze sobą i między nimi znaj-
duje się pas ziemi jakby niczyjej, to znaczy
kilkanaście kilometrów zupełnie niezamiesz-
kałego brusu.
Otóż po przebyciu tej granicy napotyka
się wsie, w których chaty są budowane
z czegoś w rodzaju elementów prefabryko-
wanych. Każdą ze ścian buduje się osobno,
na ziemi, z gałęzi i liści, a następnie ustawia
się już gotową. Podobnie jest z pokryciem
dachu. Bakele używają do tego celu liści,
a nie trawy, jak Lulua. Kształt chaty jest
prostokątny, drzwi znajdują się w jednym
z krótszych boków, okapy są niewielkie,
a chaty ustawione znacznie gęściej niż we
wsiach Lulua.
Gdy chodzi o narzędzia pracy, to wszyst-
kie plemiona nie różnią się wiele między
sobą Wszędzie króluje prymitywna motyka
i maczeta. Nie ma kos ani sierpów, a zresz-
tą nie sieje się roślin zbożowych. Otoczenie
chat pozostawia wiele do życzenia. Nie spo-
tykałem kwiatów, ozdób ani jakiegoś po-
rządku w ustawieniu chat. Są jednak szcze-
py, które mają wielowiekową tradycję artys-
tyczną i do nich należy w pierwszym rzędzie
szczep Bakuba. Mieszka on w zachodniej
części prowincji Kasai, na obszarze równym
mniej więcej województwu warszawskiemu.
Zwierzchnikiem plemienia jest król. Monar-
Kongijska chata, obok banany
cha panujący obecnie nazywa się Lukenge
i jest bardzo stary. W tradycji tego króle-
stwa istnieje zwyczaj, ze każdy król daje
swemu ludowi jakiś nowy wytwór artystycz-
ny albo wzór.
Kazimierz Dziewanowski:
Mój kolega czarownik. War-
szawa 1967, Iskry, s. 158—
160. (Na podstawie relacji
dra Andrzeja Zaorskiego)
45
urscii* < b%iary wilgotnymi
i a Kim równikowymi
1t IKJTĘGA KONGA|
Perr.cjam pierwsze spotkanie z potęgą
Kr-ga * Byro to gdzieś w okolicach wodo-
speiu Zongo sto kilkadziesiąt kilometrów
r.a zachód od Kinshasa [czytaj kinszasa)
Tam zobacz’, łero po raz pierwszy lasy ma-
henrowe Wspaniałe proste bajecznie strze-
I; •• drzewa o wysokości po pięćdziesiąt
r-<;ov. MWl '.ę razcr.ic u. jakieś bło-
niaste łapy kaca < potworów tak wyglądały
rozrośnięte szeroko. wystające ponad po-
wierzchmę ziemi korzenie Księżycowy, nie-
realny niewiarygodny las' Bogactwo me-
zm: ( rzone
pierw-.ze zetknięcie i
pierwszy
4t
zachwyt Później nauczyłem się rozpozna
wac afrykańskie mahonie, drzewo tikowe
Zobaczyłem spław hebanu czarne pnie. sza-
cowane w świecie cywilizowanym bez mała
na wagę złota, wiązane były z innymi gatun
kami drewna — heban jest cięższy od woch
W Brazzaville [czytaj brazzaw’il| byte*n
świadkiem opuszczania placówki przez pew
nego obcego dyplomatę — wszystkie ie99
meble i rzeczy spakowane były w ogromne
ciężkie skrzynie. , W moim kraju —
znał — skrzynie będą więcej warte niż i
zawartość Były z hebanu i mahoniu
W Bukawu, na wschodniej granicy Kon-
ga Brazzacille, oglądałem n ahumowe pu-
dełka od zapałek j takież skrzynie na butel-
ki z piwem.
We wsi Mokinda oferowano mi nowi),
ośmiometrowa pirogę z mahoniu. Za drewno
i robociznę (4 miesiące żmudnego drążeniaI)
żądano czterdzieści dolarów W Europie
sam surowy pień mahoniu lej jakości I wtel-
kości kosztuje — proszę się nie przewró-
cićl — około 1800 dolarów
W minimalnym stopniu uszczuplono do-
tychczas gigantyczny zasób drewna w obu
republikach kongijskich, w Gabonie, RWan-
dzie czy Republice Środkowoafrykańskiej
Główną przeszkodą w rozwinięciu przemysłu
drzewuiego jest brak środków transportu,
rzeki spiawne są tylko odcinkami, katarakty
czopuią większośr dróg wodnych. Praktycz-
krywu leśna, Afryka po prostu dusi się od
kipiącej zawsząd Jpuszczy).
W Stanach Zjednoczonych wycina się trzy
razy więcej lasów niż może ich wyrosnąć.
W tropikalnej Afryce i Azji oczekuje na
wyrąb ilość drzew, która przekracza całe
zapotrzebowanie światowe w bieżącym stu-
leciu
W równikowym pasie Afryki rośnie po-
nad sześćset gatunków drzew. Przyrost
afrykańskiego drzewca, parasola Musanga
Smils R. Brown wynosi ponad trzy metry
na rok. Średni przyrost drzew afrykańskich
jest od pięciu do dziesięciu razy większy niz
drzewa w Europie lub Ameryce Północnej
W Afryce równikowej rośnie dziko pal-
ma, dająca cenny olej Gdyby wykorzystać
to jedno źródło, można by pokryć spożycie
nie rzecz biorąc, problem eksploatacji |pusz-
czy) nie został do dziś rozwiązany.
Podczas gdy *w Europie czy w Ameryce
Północnej z każdym rokiem kurczy się po-
lluszczu całej Europy.
Olgierd Rrdrewicz. Rou r>n
!eta>k tero Warszawa 19t'5
Iskry s. lfT-183.
47
19 KONGO fMSSHASAp
D :>aj 11960) Kongo zajmuje pierwsze
m« c- ra s wiecie w produkcji' diamen-
tów (51° ; kobaltu (52* oł. pierwsze miejsce
u Afrvce w produkcji wolframu, cyny, cyn-
ku tantalu, kadmu i germanu drugie miej-
sc* po Zambu — w produkcji miedzi, trze-
cie — w produkcji manganu i czwarte —
w produkcji złota Oprócz wymienionych
minerałów wydobywa się w Kongu rudy
uranu, węgiel kamienny, chociaż niskokalo-
ryczny oraz skały budowlane W górnictwie
specjalne miejsce zajmuje Katanga Na nią
przypada 80* » wydobycia surowców mine-
ralnych 70—8O°/o przewozów kolejowych
bumbashi lCzvt* i \ dU Congo ‘ kol° Lu~
»'<* Kan,bOve J LtbrbT"' RUWe> K0'
lu)szl«. kipuszil' koh na lpushi ,czylaJ
ruaszi) Luishia “ (Ruashl’ lczV(aJ
" ShangaloWt' k2Z?bOVe' Muson°‘l UMnu
nu * Kisenoe > u , szan9a^°^ I- manga-
bywa się doza t - asekeJesa Mangan wydo-
blizu granicy W reJonie Didolo w po-
rniedzk *ydobvw- ng°lą‘ W KiPushi- obok
^Ynoenlonych m J r Q Cynk' Przy ury'lopl£?
ne- otrzymuje tah' Jako produkty uboa-
s,ę 9ennan । kadm Węgi^
Katandze Wydo-
w
znajduje
bywa się
się tylko
go w dwóch miejscach w Luenie
nad górną Lualabą oraz w pobliżu Albert-
ville nad jeziorem Tanganika W miastach
Pasa Miedziowego Lubumbashi (Elisabeth-
ville) Jadotrille i Kolwczi. istnieją huty
miedzi i kobaltu oraz zakłady koncentracji
metali, w Kipushi zakład wzbogacania rud
cynku W 1961 r zakończono budowę huty
miedzi elektrolitycznej i kobaltu w Luilu.
Zawartość miedzi w rudach Katangi jest
niezwykle wysoka, wynosi ona od 5 do 9°.o,
a czasem dochodzi do 10—15°/o Warto przy-
pomnieć. ze w rudach Stanów Zjednoczo-
nych i w Chile nie przewyższa ona 1—2°/o,
a w nowo odkrytych rudach Mauretanii
oscyluje około 3—40/t> Stwierdzone zasoby
czystej miedzi w Katandze szacowane są na
7,4 min ton. a ocenia się. że mogą one wzros-
nąć do 9—10 min ton Wartość tych złóż
podnoszą metale towarzyszące kobalt, cynk,
kadm, german, uran. Ponieważ warstwy
miedzionośne ułożone są horyzontalnie
i prawie przy powierzchni, nie trzeba budo-
wać głębokich sztolni i wydobycie prowadzi
się systemem odkrywkowym.
Rudy cyny znajdują się w dwróch prowin-
cjach w północnej Katandze i Kiwu, w oko-
ło lOOO-kilometrow^ym pasie pomiędzy Lua-
labą i Rowem Środkowoafrykańskim Zaso-
by cyny w tych złożach oceniane są na
63 tys. ton Wydobycie tych rud. aczkolwiek
rozpoczęło się przed ostatnią wojną, to roz-
winęło się właściwie w czasie wojny, gdv
Japonia zajęła Malaje i Indonezję, głów-
nych dostawców cyny na rynki światowe.
Z rudą cyny występują wspólnie rudy wol-
framu, tantalu i niobu. Rudy te przetapiane
są w dwóch hutach w Manono i Lubudi
obie znajdują się w Katandze.
Najstarszymi tradycjami górniczymi
w Kongu może legitymować się złoto Głów-
nym regionem wydobycia są okolice miast
Kilo i Moto w północno-wschodniej części
prowincji wschodniej. Poza tym regionem
wydobywa się je w prowincji Kiwu w pobli-
żu jezior. Oprócz wymienionych metali.
UdkrywkoWd kopalnia rud^ ołowiu cynk^ * Re-
publice Zair
uzyskuje się przy ich wytopie, jako produk-
ty uboczne, jeszcze niewielkie ilości niklu,
srebra, platyny, palladium, litu i bizmutu
Bogactwa mineralne Konga nie ogranicza-
ją się do rud metali. Poważną gałąź górni-
ctwa stanowi wydobycie diamentów Są to
przede wszystkim diamenty przemysłowe
Rozsypiska ich znajdują się prawie wyłącz-
nie w prowincji Kasai Większość diamen-
tów wydobywa się w regionie Bakwanga
w dorzeczu rzeki Sankuru mniejsze ilości —
w regionie miasta Czikapa (Tshikapa) nad
rzeką tejże nazwły O ile w pierwszym re-
gionie otrzymuje się prawie wyłącznie dia-
menty przemysłowe, to w’ drugim ‘ó pro-
dukcji przypada na diamenty jubilerskie.
Lech Ratajski, Edward Szy-
mański' Kongo fKtnshasa)
Warszawa 1967. PWN s
128—131.
48
49
4 — Nowy tiary Łwlat
(akacja parasolowata
20 SAWANNOWE WYŻYNY
następną porę deszczową.
są
wykorzystane
51
Ił
sawannie
niskich
Średnica
do wyrobu naczyń i
wszechstronnie
Lech Ratajski, Czesław Szy-
mański; Kongo [Klnshasa]
Warszawa 1967, PWN. s
32—34.
są liście
W pobliżu granicy lasu równikowego roś-
linność oczywiście jest najbujniejsza. Tra-
wy wznoszą się do wysokości 3—4 metrów,
tak ze z łatwością kryją największe zwie-
rzęta i zasłaniaja cały krajobraz. Posuwanie
się w takiej trawie jest możliwe tylko po
wydeptanych przez zwierzęta ścieżkach
W porze suchej liście traw ostre są jak
brzytwy Wysokie trawy kryją również nie-
bezpieczeństwo nagłego spotkania z wężem,
bawołem czy innym dzikim zwierzęciem Po
deszczu dodatkowym utrapieniem są ciężkie
krople wody zawieszone na roślinach, które
po potrąceniu spadają jakby ulewny deszcz.
Nogi lgną w rozmiękłej glinie.
Opisana sawanna wysoka ze • słoniową
trawą nie pokrywa całego obszaru Konga '
Najczęściej pośród traw rosną krzewy i po-
jedyncze drzewa. Sterczą one, jak wielkie
parasole, rozpinając swymi płaskimi korona-
50
mi cień nad ziemią (akacja parasolowata
parkia) czy majestatyczne kandelabry np'
wilczomlecze (Euphorbia UrucaJ/iJ lUb alo.
esy. W bardziej suchej sawannie, jak od-
wieczni strażnicy, stoją grubopniste baobaby
Radziecki botanik P. A. Baranów tak opj.
suje owo sławne drzewo ,-Widzieliśmy do-
rosłe drzewa o 25-metrowej wysokości
i średnicy pnia około
pnia może przekroczyć 10 m. W takim wy-
padku obwód pnia u drzew powinien wyno-
sić 30—40 m. Uważa się, że baobab może
żyć bardzo długo — do 5000 lat. W taką
liczbę trudno aż uwierzyć, lecz teraz jeszcze
rosną baobaby, na korze których zachowały
się znaki wykonane w XV w., to jest przed
500 laty. *1
W porze suchej drzewo to nie ma liści.
Na początku okresu deszczów pojawiają się
wielkie (o średnicy 15—20 cm) kwiaty na
długiej (25 cm) szypułce. Po okwitnięciu roz-
wijają się złozone palczaste liście posiada-
jące pięć listków; długość listków wynosi
12 cm, szerokość 5 cm. Owoce baobabu wi-
dzieliśmy na drzewach... Są one kształtu
elipsoidy, wielkie, dochodzące do 30—35 cm
długości, a 15—17 cm szerokości, i wi-
szą na długich ogonkach. Według słów kra-
jowców owoce te mają bardzo przyjemny,
kwaskowaty, orzeźwiający smak. Bardzo lu-
bią je małpy i dlatego owoce baobabu, tak
jak i owoce parkii, miejscowi mieszkańcy
nazywają ,,małpim chlebem".
Miękisz owoców używa się jako lekar-
stwo przeciw dezynterii, chorobom oczu
i innym... Wewnętrzna warstwa kory jest
włóknista. Z włókien tych wyrabia się liny,
struny do instrumentów muzycznych, a daw-
niej wyrabiano grube tkaniny odzieżowe
Drewno baobabu jest bardzo miękkie i za
wiera dużo wody zgromadzonej przez rośli-
nę na porę suchą. Gruba warstwa kory chro-
ni od straty wilgoci... Liście w porze suchej
opadają, a więc nie ma głównego aparatu
transpiracyjnego. Drewna używają krajowcy
desek. Szczególni6
w
Krajobraz sawannowy
stanie świeżym służą jako pożywienie; wy-
suszone i sproszkowane używane są jako
przyprawa...; stosuje się je szeroko w me-
dycynie ludowej jako środki przeciwmala-
ryczne, uśmierzające bóle itp.
Ziarna znajdujące się w owocach zawie-
rają znaczny procent tłuszczu; podpraża się
je lekko i spożywa. Jednym słowem baobab
dla mieszkańców sawanny jest jedną z naj-
cenniejszych roślin. Nie darmo uznają go za
święte drzewo, a pielgrzymi uważają za swój
obowiązek rozsiewać jego nasiona w od-
wiedzanych okolicach."
Poza baobabem kępami rośnie kauczuko-
dajna Landolphia thollonii, gdzie indziej fi-
gowce, Pandanus [pandan] i Ceiba pentan-
dra (kapok), pojedynczo lub w kępach
palma oliwna. W lasach galeriowych, ciąg-
nących się wzdłuż rzek i w bardziej wilgot-
nych miejscach, rośnie wiele roślin lasu wil-
gotnego.
Kwiatów w gęstej i wysokiej
widzi się niewiele Liczniejsze
sawannach, zwłaszcza w czasie deszczów,
gdy ożywia się cała roślinność. Można spot-
kać rośliny kwitnące czerwono, pomarań-
czowe kwiaty aloesów, żółto kwitnące stor-
czyki Kwitną wilczomlecze, pacioreczniki,
kardamony. Nawet trawy pokrywają się
drobnymi, skromnymi kwiatami. Sawanna
mieni się całą gamą barw, oszałamia wspa-
niałością kolorów i kształtów, upaja zapa-
chem nektaru. Po okresie kwitnienia nad-
chodzi kilkudniowy okres jednostajności,
chociaż bujnej i pysznej. Powoli zbliża się
koniec pory wilgotnej — zrywają się hura-
ganowe burze, wichry i ostatnie, ulewne
deszcze. Potem zaczyna prażyć słońce, gle-
ba wysycha, trawy po wytworzeniu nasion
żółkną, drzewa tracą liście. Cała przyroda
zapada w stan odrętwienia. Odpoczywa, cze-
kając na
Wta • ~ • P'»r -w«ti w Knnęn Kintftau b Sec
'•Lat • ;: -h. r- granicy : Anę lą. która podob-
r< i 1 GrflM Di»»au byk kolfM)iq po«
’W» -M
XI- |UMFASGIJ
Po - !♦ prieri- ślcino nas do Kimpangu, na
<Ta.- r. Anęoh Pojechaliśmy tam z Leo sa-
moch >r. Najpierw kilkaset kilometrów
dobre dróg, a petem przez Góry Gliniaste.
Marna d'oga dostępna tylko w porze su-
chej ?niesienia sięgające dwóch tysięcy
metrów. Nagie góry pokryte buszem, tylko
* doi.nach 1 na zboczach pasma lasu tro-
pi>.a!r.< go Olbrzymie drzewa, ale zwierzy-
ny prawie nie ma. zos»aia wytępiona.
Szpital w Kimpangu był mały, z cegły,
prowadzony przez zakonnice. Był bardzo sła-
bo zaopatrzony w leki Tłum uchodźców
na których
ln<»VlY
/ r-ł. _
? Angoli, r terenów,
walki lub na klóiycl
dzth okrutne pacyfikacje Nocami wldŁ^
my luny nad Angolą — to płonęły \Vjlie
wypalono tiawy w których ukrywali
powstańcy Uchodźcy w Kimpangu
kall w namiotach, w szałasach albo w
prędce skleconych chatkach. Nie znal, iu„
cuskiego, tylko portugalski Mieliśmy trud,
nosci w porozumiewaniu się 2 nimi Rh dzie-
ci uciekały na widok białego zupełnie iM.
czej nil kongi|skie które biegły za n.am,
walając mindclc rnungunga, co znaczy bia-
ły czarownik Było wielu chorych, a szcze-
gólnie dzieci Wiele z nich było w bardzo
złym stanie zresztą nie brakowało I star
szych ludzi w stanie krańcowego wyczerpa-
nia Opowiadali o obozach koncentracyj
ny< h o polowaniach na ludzi. Przypadków
operacyjnych mieliśmy mniej niż w Idioia
l prostsze na przykład operowałem chłopca
: przestrzelonym łokciem. Za to dużo lecze-
1 u ogólnego, pasożyty, slomowacizna. Bra-
1 owało żywności Żywili ich tylko krewni
k tórych mieli sporo, bo plemię Basongo
eszka po obu stronach granicy Rozloko
u ano ich po wioskach, dawano kawałki zie-
mi pod uprawę Ksiądz 1 ktoś z miejscowych
władz rozdzielali skromne ilości mleka 1 in-
re| żywności Trudno się było zorientować
w liczbie tych uchodźców Niektórzy, odpo-
cząwszy. znów wracali do Angoli ZrestU
wszyscy byli wtedy pełni optymizmu, uwa
żali, ze Portugalczycy muszą bezwzględni
przegrać Dopiero później sytuacja zmieni*
się 1 powstanie zaczęło przygasać-
Praca w Kimpangu była bardzo ciężka
i wyczerpująca psychicznie, nie tyl® m°
ze względu na trudne przypadki, ile na
stą niemożność przyniesienia ulgi c,erP
cym Dzieci umierały na rękach. czełtaJjje
na przyjęcie Przynoszono je nieraz w $
agonii Często miały olbrzymie obrzęk*
rosłemu łatwiej pomóc. Ale dziecku,
mu główka już się kiwa-
Planowaliśmy akcję oczyszczania
W zbiornikach wody w okolicy żył
przynoszący schistosumiazę Woda powln
na być miedziowana. Cała miejscowość,
również i my, brała wodę z rzeczki, w któ-
re |, jak się później okazało prali swe rze-
czy trędowaci 1 robili to właśnie powyżej
ujęcia Myśmy się zresztą opiekowali tymi
22. KRAINA BUSŁMENOW
Zarówno Kalahari. jak i cała Afryka Po-
łudniowo-Zachodnia jest krajem wyżynnym.
Jest to kraina sucha, gdyż zimny Prąd Ben-
guelski, płynąc od południa wzdłuż jej wy-
brzeży absorbuje prawie cały zapas wil-
goci morskiej z powietrza Najczęściej opa-
da ona w postaci mgieł u wybrzeży i nie
przedostaje się na ląd, tym bardziej że nie
sprzyja deszczom kierunek wiatrów — prze-
ważnie południowych I wschodnich.
Poza czterema miesiącami „lata" (gru-
dzień, styczeń, luty, marzec) w czasie ca-
łej, około ośmiu miesięcy trwającej pory
„zimowej” (od kwietnia do listopada) brak
deszczu. Bezchmurne niebo wysusza tę krai-
nę do ostatnich granic.
w rzekach, a raczej korytach rzecznych,
r adko tu płynie woda, i to nawet w porze
deszczowej Zwykle o istnieniu takiej rzeki
świadczy warstwa piasku wśród kamienis-
tych. niew iele co wyżej niż dno położonych
brzegów oraz kałuże lub oka wodne wśród
stepu
Niekiedy wzdłuż rzeki porastają krzewy
1 drzewa, twórzcie ornal ze lasek galeriowy,
który stanowi istny raj dla ptactwa I róż-
norodnych antylop Oprócz tego zdarzają
się tu i ówdzie większe choc płytkie zagłę-
bienia. czasami z pokładem soli na dnie i z
brzegami wydeptanymi przez zwierzynę,
zdążającą do wodopoju. Miejscami połacie
gruntu pokryte są trawą, zaroślami, a nawet
drzewami Tu teren również 1 w porze desz-
czowej jest stały, gdy wszystko dookoła sta-
je się grząskim bagnem Jednym z takich
zabagnionych zagłębień jest jezioro Ngami
trędowatymi, robiliśmy im zabiegi- Ale nie
zdążyliśmy już oczyścić wody.-
K*sbai*n mi»w*nowikl
MÓJ cjo/ownlk War-
»i«wa IW7 hkry, • Hś—
ita (N< podstawi* ralacjl
dra Aadrtaja Zśorakiegol.
Zresztą o charakterze krajobrazu stano-
wią tu już to wydmy piaszczyste, juz to ka-
mieniste wyżyny, z rzadka porosłe krzewa-
mi lub trawrą stepową
Drzewa spotykane tutaj należą do gatun-
ku kaktusów, które gromadzą w liściach za-
pasy wilgoci, stąd ich nazwa Sucuieniae. na
długotrwały okres suszy, lub mają liście
drobniutkie z gatunku akacji, których nie
wysusza słońce i wiatr w tym stopniu, co
drzewa o dużych, blaszkowatych liściach
Najwięcej zwierzyny spotyka się w okolicy
jeziora Ngami i nad rzeką Okawar.go, gdzie
roślinność jest znacznie bujniejsza rut w po-
zostałych częściach kraru.
Żyją tu piękne brązowo-szare ar.t ;opy
kudu Sfrepsicerot cnoensis. przypominające
budową ciała jelenie ale większe od nich
o metrowych, płaskich skręconych rogach.
Obok nich — antylopy oryks Gazclla oryx
antylopy skoczki Antidorcas maztUDioJi^
i prawie jak ..konie o byczych głowach —
antylopy qnu Connochaeles
Oprócz nich występują tu bawoły, zebry,
żyrafy, nawet do niedawna można było
spotkać słonia
Jeszcze około roku 1870 zwierząt tych
byto bardzo dużo. Antylopy skoczki wystę-
powały w ilościach olbrzymich — obliczono
je w' tym czasie na 10 tys sztuk Koloniści
uważali je za plagę równa szarańczy'
Z przybyciem białych topniały stada dzi-
kiej zwierzyny, a w następstwie plemiona
krajowców Nie spotka się tedy już lwa lub
nosorożca, a i lamparty należą do rzadkości,
pozostały jednak jeszcze drapieżniki mniej-
52
53
«vch rozmiarów jak hieny, szakale, rysie,
oraz gryzonie takie jak jeżozwierze. zające.
**wkohry. szczury. myszy p020 t
""*n* barmją jak za dawnych czasów
" reszoe ptactwo. A więc bociany, żura-
wie flamingi gęsi dzikie kaczki spotyka sie
nr ,'rhI?a W P'?bl,ZU r2ek Okawan9o lub Bo-
etie Często tez widać pasące się strusie,
ale JUZ me stadami jak dawmej. a pojedyn-
<ze okazy lub co najwyżej 2 lub 3 par}
chodzące razem Wśród fauny Afryki Po*
iudniowo-Zachodniej 1 pustyni Kalahan wy-
stępują również żółwie, jaszczurki, żaby
żmije i węże, wśród których do najwięk
szych należą pytony, sięgające czterech
metrów długości
Roman Stopa Mali ludzi*
z pustyni / puszczy Warst-
wa 1962, Ki W, $ 26—31
54
23. WSTBZYMANY CZAS
Dokoła rozpościera się bezkresny pustyn-
ny step KalaharL Mijają słoneczno dni
u plaskach i zaroślach, wśród drzew i krze-
wów porastających wyschnięte łożyska
i.tk w których przez cały bezdeszczowy
okres nie popłynie wodny nurt.
Feraz spadl deszcz, na stepie zachodzą
dziwno zmiany Ziemia szara, brunatna, kry-
ląca w głębi mnóstwo kłączy, cebulek, bulw,
w ciągu kilku dni rozkwita barwą fiołkową,
białą, żółtą Rośliny spieszą się, aby w sza-
lonym tempie rozkwitnąć, dojrzeć, wydać
owoce, gdyż wkrótce znowu nadejdą suche,
bezdeszczowe miesiące Skruszą się liście,
łodygi i owoce, ziemia znowu zrobi się sza-
robrunatna i naga jak przedtem.
Zza piaszczystego pagórka ostrożnie wy-
suwa się głowa o prawie czworokątnej, cie-
mnobrunatnej twarzy. Małe niespokojne
oczy, osadzone w skośnych szparach, bacz-
nie śledzą czy nie dostrzegą jakiegoś nie-
bezpieczeństwa. Uszy o płatku przyrośnię-
tym i łączącym się w'prost ze szczęką dolną,
mocno cofniętą, pilnie nadsłuchują.
Po chwili zza osłony' ukazuje się drobne,
zwinne ciało brunatnej barwy Małe l deli-
katne jak u dziecka stopy zwinnie przeska-
kują kępy ostrej trawy. Bystre, żywe oczy
obserwują każdą kępkę, każdy krzak Za-
trzymały się na żółtawych kwiatach wąsko-
listnej rośliny AskJepiadaca. wijącej iię
wśród gałęzi jakiegoś krzewu. Szybko
pochyla się nad nią człowiek i klęcząc wy-
grzebuje z pomocą kija dołek na głębokość
dłoni Wydobywa z niego bulwę podobną do
ziemniaka, którą Murzyni Beczuana zwą,
seroa. a Buszmeni znad jeziora Ngami kudi.
Wrzuca ją do skórzanej torby 1 idzie dalej.
Znowu schyla się poszukiwacz nad krze-
wem o liściach lancetowatych, wysokim na
jedną stopę Szczerzy zęby w szerokim uś-
miechu, spulchnia ziemię kijem, ostrożnie
usuwa piasek smukłą, delikatną ręką i oto
ukazuje się czarna bulwa, duża jak głowa
dziecka.
Człowiek wydaje okrzyk radości, który
zwabia towarzyszy O, bo to me lada grat-
ka l Kabba-oa |q najsmaczniejsza bulwa tte-
pu piaszczystego na Kaiahari. Buszmeni dzie-
lą ją na kawałki siadają na ziemi : wśród
głośnych cm o kań i mlaskań spożywają biały,
mleczny sok. który znakomicie chłodzi,
orzeźwia i pokrzepia w dalekich wędrów-
kach po rozpalonym stepie Kto znalazł
kabba (inne plemiona nazywają ją Itotna),
ten nie potrzebuj? wody Jedząc zwracają
ku sobie głowy pokryte drobniutkimi kęp-
kami skręconych w świderki czarnych wło-
sów. między którymi widać czarną skórę
Wygląda to, jakby głowa była pokryta ziarn-
kami pieprzu
Mężczyźni mają wokół bioder skórzany
pasek z czymś w rodzaju fartuszka z przodu
lub trójkąta ze skóry.
Kobiety noszą przyczepiony do paska ie-
den fartuszek z przodu, drugi z tyłu Niektó-
re okrywają się czymś w rodzaju chusty
z.e skóry antylopy, tak zwanym karosem na
plecach w mocno związanym na węzeł ka-
rosie niektóre umieściły swe maleńkie dzie-
ci, że tyłka łebki wystają im znad brzegu
skórzanej płachty
Niektóre kobiety przyczepiły do włosów
sznurki paciorków nanizały na cienkie
włókna kawałeczki skorup jaj strusich Ta-
kie same naszyjniki i jeszcze inne zrobione
ze ścinków skóry, z nasion czy szklanych
paciorków, które drogą handlu wymienne-
go przedostały się od białych, zdobią szyje
kobiet, a nawet niektórych męzczyzn To
amulety, które chronią od złych sił i przy-
noszą powodzenie
Na smukłych rękach i nogach poniżej,
kolan widać u niektórych bransolety ze skó-
ry, trawy lub niekiedy z zclaza Tc zwłasz-
cza budzą żywe zainteresowanie Właścicie-
le nabyli je za upolowaną zwierzynę od
..dużych" sąsiadów — Murzynów Bantu
z plemienia Herero. Ambo łub Beczuana
Rozmawiają swoim językiem, pełnym me-
55
oczekiwanych okrzyków, szeptów, mlaskań,
i gestykulują gwałtownie. Wszak cierpieli
długo głód, dlatego skóra na ciele, szczegól-
nie na brzuchu, jest mocno pomarszczona.
Zaczęła się pora deszczowa. Teraz najedzą
się gąsienic, szarańczy, smakowitych ko-
24 PRZEZ KOTLINĘ DANAKILSKĄ
Przed oczami rozpostarł się wspaniały
widok, jeden z tych, których nie zapomina
się nigdy i które można oglądać z równym
podziwem wiele razy. Samochód zatrzymał
się właśnie wśród pagórków — naprzeciw
siodła, jakich mija się setki wzdłuż 180 km
drogi z Addis Abeby ku przełęczy Debra
Sina Wystarczyło zrobić kilkadziesiąt kro-
ków pieszo, zęby stanąć na krawędzi pro-
stopadłej ściany, opadającej jak mur ja-
kieś 500 metrów w dół. Dalej stroma dolina
potoku sprowadza jego wody jeszcze
o 1000 m niżej — do rzeki Auasz, zaznaczo-
nej gęstą galerią lesistą. Za Auaszepi, który
jest tu odległy od krawędzi Wyżyny Abi-
syńskiej o 50 km, rozciągają się wzgórza
wulkaniczne i pola lawowe wielkiej rozpad-
liny Rowu Afrykańskiego. Oko gubi się
w pustynnych mgiełkach, z których przy
dobrej pogodzie wyłaniają się odległe
o 200 km fragmenty Płaskowyżu Somalijs-
kiego, zamykającego rozpadlinę skalistym
wałem.
Krawędź Wyżyny Abisyńskiej, wyrzeź-
biona potężnymi potokami w stromy kraj-
obraz górski, zaskakuje widza stojącego na
skraju z lekka pofalowanej płaszczyzny
Oglądane z góry lub przynajmniej z tego
samego poziomu szczyty i wierchy, przybie-
rające kształty najbardziej wyostrzonych
stożków, piramid i iglic, wznoszą się od
swego podnóża czasem na dwa tysiące met-
rów i więcej, a zdobycie ich byłoby nie by-
le jakim wyczynem sportowym. Widok po-
dziwiany z góry ma jeszcze pewien szcze-
rzeni, aż brzuch spęcznieje i wygiQd .
jak skóra na dobrze obciągniętym bębnie
Roman Stopa: Mail /udzje
z pustyni I puszczy. Warn,,
wa 1962. KiW, s. 32—36.
gólny posmak zaskoczenia Zwykle ogląda-
my i podziwiamy góry z dołu lub z samolotu.
Przyzwyczajeni do stosunkowo niewielkich
i łagodnie zaokrąglonych łańcuchów pagór-
ków, a nawet gór, uprawianych i obsiewa-
nych przez górali etiopskich do samego
szczytu, podziwiamy tutaj ostre wierzchołki
i dziki krajobraz górski, tak jakby po kil-
kudniowym trudzie i wysiłku udało się nam
pokonać dominujący szczyt potężnego łań-
cucha górskiego. Jesteśmy przecież na wy-
sokości 3300 metrowi
To przełęcz Debra Sina (po amharsku* —
Góra Synaj). Tu zaczyna się wielka rozpad-
lina afrykańska, w którą za chwilę zacznie-
my zjeżdżać. Tymczasem sycimy oczy wspa-
niałym widokiem, gdzie u podnóża tarasami
rozciągają się na pierwszym planie upra-
wne pola wyzłacane pszenicą i przetyka-
ne zielonymi pióropuszami drzew, otacza-
jących okrągłe stożkowate chaty amharskich
wieśniaków.
Starannie wyznaczone i podmurowane ka-
miennym wałem pola zbiegają potężny®1
schodami w dół. Można obserwować z®ie*
niający się szybko klimat: im niżej, tym co-
raz bardziej dojrzała, a potem już zebrana
pszenica ustępuje miejsca drobnemu „Pr0SU
nazywanemu teff (Eragrosta abyssi^0,
następnie sorgu, aż wreszcie — zaleć
o 20 km od nas, ale już o 200 metrów
żej — uprawy kończą się, a upał 1 sU^
pozwalają wegetować tylko lichym
i ubogim krzakom.
Dalsze, nizsze góry to już nie Pr0<J
Kotlina Danakilska należy do wielkiego systemu wschodnioafrykańsklch rowów tektonicznych
erozji, ale wzgórza wulkaniczne — mniej
lub więcej regularne stożki, których całe
szeregi, wyciągnięte w łańcuchy długości
wielu dziesiątków kilometrów, znaczą brze-
gi rozpadliny. Jeszcze dalej stożki wulka-
niczne są mniej regularne, wyższe, bardziej
izolowane. Każdy prezentuje swą legity-
mację: większe lub mniejsze pola czarnej
lawy, którą ongi wypluł ze swego wnętrza.
Gdy z daleka widać wielkie wulkany z po-
lami lawowymi zajmującymi wiele kilome-
trów kwadratowych, to te małe, ale niezli-
czone kratery każą myśleć o uczniach czar-
noksiężnika, z których każdy usiłował wy-
dusić ze sw-ego wulkaniku choć trochę gorą-
cej, a dziś sczerniałej lawy...
Czerń lawy, w zniżających się promie-
niach słońca często ciemnofioletowa, nadaje
pustynnej mgle czerwonawy odcień, który
stopniowo jaśnieje ku horyzontowi, aż prze-
chodzi najpierw w miedziany, a później sza-
robiały kolor nieba rozżarzonego od słońca
Ciemniejsze plamy na krańcach horyzontu
pozwalają odgadnąć masywy górskie odleg-
łego Płaskowyżu Somalijskiego.
Widok z Debra Sina można by kontemplo-
wać godzinami i co chwila odkrywać nowy
szczegół krajobrazu; jaskrawą zieleń matecz-
57
5119
15-67
Mer
HO’
59
±200 km
hipopotamy; szarozieloną
nika, gdzie żyją hipopotamy; —-----
plamę jeziora, gdzie setki krokodyli poluje
na tysiące różowych flamingów; białą pla-
mę solnego pola. Ale rozkład jazdy nakazuje
wyruszyć w dalszą drogę, zwłaszcza że nie-
zależnie od pory dnia i roku na przełęczy
25. PRZEZ ŚNIEŻNY PUKLERZ RUWENZORI
Poczynając od około 2600 m, ponad pół-
tora kilometra w górę ciągnie się w Ruwen-
zori ’ pas mokradeł i nabrzmiałych wilgo-
cią stoków. Dolną granicę tego pasa stanowi
strefa bambusów, odgradzając niedostępnym
żywopłotem wnętrze gór od reszty świata
spalonego przez prostopadłe promienie
słońca. Powyżej króluje zimna wilgoć i —
często — nieprzenikniona mgła.
Mur zielonej, niedostępnej roślinności
porastającej mokradła niewiele zostawia
miejsca na bagniste łąki pokryte kępami
turzyc. Na górnych piętrach przeważają
gęsto zagajniki rozłożystych senecji i strze-
listych lobelii, które sięgają aż po linię na-
gich skał i wiecznych śniegów. Ta ostatnia
przebiega w Górach Księżycowych na wy-
sokości 4200 m i wyżej. Ponieważ główny
szczyt Ruwenzori, Margherita, posiada
5120 m wysokości, szereg zaś wierzchołków
sięga 5000 m, rozpiętość śnieżnego puklerza
w niektórych wypadkach wynosi 800 i 900 m.
W czasie niepogody cały olbrzymi obszar
pomiędzy żywopłotem bambusów i linią
śniegu zamienia się w ponure grzęzawisko.
Nie bierze w tym udziału biała kraina lodu,
spiętrzona ponad zielonym pasem mokradeł,
ale i ona w takich wypadkach nie wygląda
bardziej przystępnie. Welon nieprzeniknio-
nej mgły i ciężka zasłona chmur całymi ty-
godniami niweczą tu wszelką widoczność.
Silne opady śnieżne i gradowe, które o każ-
dej porze roku mogą przesunąć zasięg śnie-
gu daleko poniżej linii granicznej, stanowią
dalszą przeszkodę w zwycięskim pochodzie
58
zwycięskim pochodzie
zawsze jest chłodno i z przyjemnością wsi®,
samochodu.
da się znów do
Mieczysław Reklewski
Przez Kotlinę Danak|lskQ
„Poznaj Świat" 1948, nr 3
<; R—o
Ogon
człowieka do białego pustkowia gór. Toteż
w wielu wypadkach samo odnalezienie
szczytu było dla alpinisty w Górach Księży,
cowych trudnością nie do pokonania lub też
przesądzało o ujemnym wyniku czekającej
go wyżej wspinaczki. W rezultacie wiele
wypraw wracało z Ruwenzori z pustymi rę-
koma albo z bardzo miernym wynikiem.
Przez długi czas jedynie wyprawa włoska
w roku 1906 pod wodzą księcia Abruzzów,
która natrafiła na wyjątkowo pomyślne wa-
runki atmosferyczne, zdołała osiągnąć za-
kreślone sobie zadania rozpoczynając na
wielką skalę podbój tych śniegiem pokry-
tych gór na równiku. Jak już wiemy, dopie-
ro w ostatnich latach niestrudzona działal-
ność kpt. Humphreysa [czytaj: hamfrejza)
(1926 i 1932), energiczna akcja himalaistów
Shiptona [czytaj: sziptona] i Tilmana (1932),
piękne sukcesy Belgów (1932) oraz działal-
ność wyprawy niemieckiej (1938) zdołały
nawiązać do wyników z 1906 roku i pchnąć
zdecydowanie naprzód dzieło geograficzne-
go i alpinistycznego poznania Gór Księżyco-
wych.
Grupa górska polskiej * wyprawy badaw-
czej miała więc za sobą wielkie zdobycze
poprzedników, a mimo to jakże ogromne za-
dania rysowały się przed nią w tej zaduma-
nej krainie śniegu, której nagie lodowce wy-
rastały niespodziewanym, białym zjawi-
1 - 1 —. t
I
Wprawdzie wszystkie pokryte wiecznym
ród gąszczów tropikalnej zieleni.
* • - —T,
®9iem ę? 4 **—
przed czyfy Ruwenzori zdeptał juz
nami podkuty but alpinisty w wielu
JA \
jednak przypadkach pierwsi zdobywcy nic
mieli dotąd następców, a przy tym pozosta-
łe olbrzymie połacie śnieżnej krainy, wspa-
niałe ściany i granie nie widziały jeszcze
człowieka
Porażka, poniesiona przez polskich alpi-
nlstów nad czarownym jeziorkiem Mugusu,
nauczyła nas lepiej niż przeczytane tomy
podróżniczych opowiadań, jakiego wysiłku
wymaga walka z żywiołem splątanej roślin-
ności 1 wilgotnych głazów u stóp białych
ścian Ruwenzorl. Następnego więc dnia
z lekkimi worami na plecach (oznaka rezyg-
nacji z wygodnego biwaku) rozpoczęliśmy
nasz frontowy atak nu ścianę Bottego, wznie-
sioną wprost nad środkowym piętrem doliny
Mugusu.
Tadeusz Bernadzlklcwicz:
Polaka aalarl w Górach
Ktlęiycowych. Warszawa
1955, Nasza Księgarnia, s.
36—37.
20 KIWU
W roku 1926 wyprawa naukowo-badaw-
cza musiała się przedzierać przez nieprzebyte
gąszcze, aby stanąć wreszcie na skale w Ki-
senji i zachwycać się widokiem wybrzeża.
Żaden z członków wyprawy nie przewidy-
wał wtedy, że dwanaście lat później Klsenji
stanie się modną miejscowością wypoczyn-
kową, jako jedyna piaszczysta plaża jezio-
ra Kiwu, że co miesiąc będą tu zjeżdżały
tłumy urzędników Konga ‘ na urlopy, że
wybrzeże zostanie udekorowane szeregiem
luksusowych hoteli, a ciszę tropikalnej nocy
zbudzą reklamowe głośniki kin. Tcmpora
mutantur ’
A Costermannsville [czytaj: kostermans-
wil]? Właśnie oglądam zdjęcie z roku 1928
Przedstawia ono trzcinową chatkę. Wokoło
chatki pustka, po prostu nic — trawa 1 góry.
Ta chatka to urząd 1 siedziba Państwowego
Komitetu Jeziora Kiwu, a Costermannsville
to właśnie ta trawa i te góry. Dziś, w nie-
spełna dwadzieścia lat później, przepchać
się nie mogę przez tłum luksusowych samo-
chodów. Ruch jak w centrum Paryża. Ulice
szerokie, asfaltowe, sklepy wytworne.
Z kawiarni dolatują dźwięki przygrywają-
cej do tańca orkiestry. W dalekiej perspek-
tywie widać dźwigi portu i czarne kominy
dużego parostatku. Właśnie nadszedł jeden
z Kisenji; przebywając jezioro wzdłuż. Od-
ległość w linii prostej wynosi sto sześć ki-
lometrów, droga jednak wije się pośród
wysp, dlatego jest znacznie dłuższa.
Jedno tylko nie zmieniło się- dziki urok
Fragment tektonicznego Jeziora Kiwu
60
jeziora. Poszarpane ogromną Ilością wysp
i wysepek, pozalewane językami wystygłej
lawy, okolone dymami przyczajonych wul-
kanów, umajone równikową gęstwą
palm — Jezioro śpi w wiecznym upale.
Rzadko, bardzo rzadko, przeleci tędy wi-
cher Nie udaje mu się przewinąć między
szczytami stożkowatych gór. Nazbyt zwar-
tym murem osłoniły one wodę. A kiedy na-
wet przemknie na drugą stronę, wybiegną
mu naprzeciw skaliste wysepki — nie znaj-
dzie drogi 1 straci rozpęd. Ledwie za czub
chwyci falę, Już wbiega ona na brzeg. Wi-
cher nie ma rozpędu, nie może swawolić tak
jak na Jeziorze Wiktorii czy Tanganika.
Dlatego Jezioro Kiwu najczęściej drzemie
skamieniałe w powadze, zakute w barokowe
ramki z lawy, Bezdenne, złączone kraterem
z sercem ziemi Tajemnicze, zaklęte Jezioro
Kiwu |...J
Kiwu patrzy teraz na naa poprzez sploty
czerwonego kwiecia zwisającego z filarów
werandy Hen, na przeciwległym brzegu,
majaczy wśród chmur najwyższy tu szczyt
Karissimbi. Trochę dalej, nieco w prawo,
widać szereg wulkanicznych stożków. Jeden
z nich dymi złowrogo Niedawno, bo w ro-
ku 1932, buchnął z tego krateru słup ognia.
Roztopiona lawa stoczyła się po pochyłości
w jezioro... zagotowała się woda. Dlatego
Kiwu nie ma krokodyli ani hipopotamów;
a ryb także w nim niewiele.
Nigdzie chyba na święcie nie ma takiego
skupiska dowodów potężnej siły rządzącej
światem, ile właśnie tutaj, w okolicy afry-
kańskich jezior Kiwu to benlaminek, liczy
zaledwie około miliona lat.
Wacław Korabicwicz Kwa-
heri. Warszawa 1058. Iskry,
s. 136—139.
27 LATERYT, RÓŻOWE PRZEKLEŃSTWO
Lateryt to ziemia podła. To nędzne dzie-
cko szalonego ojca, tropikalnego deszczu
ów deszcz to czarodziej zarówno dobry Jak
zły. Dobry, bo porywa do szału rozpętaną
roślinność. Zły, bo zmienia pierwotną skałę
na lateryt. Wall z nieba wściekłą, rwącą.
gorącą, rozhukaną piorunami falangą Przez
pól roku, przez trzy kwartały, miejscami
przez calusieńki rok. Deszcz to obfity
i wnikliwy, więc żadna pierwotna skała się
nie ostanie, czy to będzie granit i gnejs Ma-
dagaskaru, czy bazalty Indochin. W ciągu
tysięcy lat deszcz rozetrze skałę, rozmiaż-
dży ją, rozmiele Zmieni jej skład, przetrawi
jq, przepali Na dwadzieścia metrów głębo-
kości, na pięćdziesiąt, na sto. Pozostanie
zwietrzała masa, różowa od oksydów * że-
laza i glinu, w stanie mokrym śliska papka,
w stanie suchym twarda jak kamień, masa
wypłukana, wyprana przez wodę ze wszyst-
kich składników użyźniających — pozosta-
nie różowe przekleństwo krajów tropikal-
nych, lateryt.
Lecz ciepły tropikalny deszcz stworzy
równocześnie i nowe życie. W procesie ty-
siącletnim wywabi nu laterycie roślinność,
zrazu skąpą i niemrawą, potem coraz peł-
niejszą, coraz okazalszą. Pod nią zgromadzi
się warstwa humusu-próchnicy, z biegiem
czasu coraz tęższa Rozplenią się krzewy,
wybiją się drzewa coraz silniej, coraz zu-
chwałej. W końcu rozkipl się las, rozpasa
się dzika, gorąca puszcza. Powikłana rzecz-
pospolita zieleni, zbiorowisko wrącego ży-
cia, samo sobie celem, samo sobie pokar-
mem, samo tworzące humus, z którego czer-
pie odżywcze soki Takie puszcze na Jate-
rycle to puszcze Madagaskaru, południowej
części Brazylii, południowej Azji.
Lecz biada człowiekowi, gdy ten stan rze-
czy naruszy i wytrzebi puszczę Po kilku
latach uprawy humus spłynie i lateryt wy-
szczerzy swe różowe zęby. Wtedy polski
kolonista Parany lub plantator kawy w Sao
Paulo opuszcza swa rolę i wędruje dalej na
zachód, w głąb puszczy, szczęśliwy, że pusz-
czy jest w Ameryce nieprzebrany zapas. Na
Madagaskarze, wyspie ogromnej, lecz jed-
nak wyspie, zapasu nieprzebranego nie by-
ło Człowiek w czasach przedhistorycznych
wytępił las rosnący tu ongiś prawie wszędzie
i dziś z tego pozostały tylko skrawki. Reszta
to step jałowy, na którym mało co można
siać, na którym rosnę tropikalne trawy, su-
che twarde i nieużyteczne Bydło może je
28 PŁODNY MADAGASKAR
Ciepły deszcz tropikalny, twórca laterytu.
wypłukuje z tej czerwonej ziemi użyźnia-
jące składniki, które spływają wraz z po-
tokami wody na dół, ku dolinom. Tu osa-
dzają się tworząc warstwy naniesione, alu-
wialne. I oto zbliżamy się do sedna rze-
czy: owe doliny aluwialne stanowią
najważniejszą, prawie jedyną — obok nie-
licznych ziem wulkanicznych — bogatą gle-
bę Madagaskaru. Jest to gleba szczodra,
zdumiewająca, o żywiołowym rozmachu,
gleba rozsrożała pędami, miotająca życiem,
hojna. W dolinach pleni się kawa, wanilia.
ryz. trzcina cukrowa — rodzi się sława
Madagaskaru
Tu doznałem kiedyś dziwnego wzrusze-
nia. W pobliżu Tamatawy, nad samą rzeką
Ivoilina. rośnie bambus burmański. Jest to
Goliat wśród bambusów, dochodzący do
wysokości naszych wyrośniętych sosen,
mający łodygę grubszą niż udo mężczyzny
Rośnie w pękach po kilkanaście badyli, wy-
glądających jak bajkowe kępy olbrzymiej
trawy, na którą mógł patrzeć Guliwer.
Gdy przyszła właściwa pora roku, ścięli
bambus przy samej ziemi, pozostawiając
tylko talerzowate klęki. Po kilku dniach
rany zaschły i wtedy zaczął się cud plen-
żreć tylko przez trzy, cztery miesiące p0
deszczowej, kiedy są jeszcze miękkie
A ile jest laterytu na Madagaskarze? D
żo, dziewięć dziesiątych całej jeg0
wierzchni, odpowiada H. Prier de la BathTe
[czytaj: prić de la bati], autorytet na tym
lu i wytrawny znawca gleby madagaskar-
skiej. I tym samym poniekąd daje odpo-
wiedź na pytanie, dlaczego jest tu dotych-
czas tak mało ziemi pod uprawę.
Arkady Fiedler: Wyspa ko-
chających lemurów. War-
szawa 1957, Iskry s. 55—56.
Madagaskar
ności: bambus zaczął róść od nowa. Jak
rósłl Co dzień wychodził z ziemi o dobre
dwie stopy, już należycie gruby, już pysz-
ny — niby olbrzymie szparagi strzelające
ku niebu, niby odrastające człony bambu-
sowej hydry. Po kilkunastu dniach wystrze-
lił wysoko i trzeba było zadzierać głowę,
by widzieć czub. Był to wspaniały symbol
straszliwej potęgi roślinnej i symbol zwy-
cięstwa tropikalnych żywiołów: słońca,
deszczu i aluwialnej gleby.
Madagaskar, na mapach przypominający
kształt ogórka czy owocu kakao, ułożonego
w kierunku mniej więcej północno-połud-
niowym, ma obszaru około sześciuset tysię-
cy kilometrów kwadratowych, a zatem pra-
wie dwa razy więcej niż Polska. Wzdłuz
wschodniego wybrzeża o kilkanaście do kil-
kudziesięciu kilometrów od morza ciągnie
się, niby kręgosłup wyspy, pas gór. Jest ta-
ki wysoki, że grzywą swą powstrzymuje
wiatry morskie i wypycha je w górę. Więc
w tym pasie przez cały rok padają obfite
deszcze, rośnie tropikalna puszcza, a rzeki,
spływające z gór ku niedalekiemu morzu,
choc krótkie, toczą się głęboko i szeroko,
nabrzmiałe wzburzonym nurtem
Góry nadbrzeżne, strome od wschodu, ku
zachodowi tworzą łagodne stoki przecho-
dząc w rozległy płaskowyż centralnego Ma-
dagaskaru Kraj powoli opada w drugą
<lronę wyspy, ku Kanałowi Mozambickie-
mu Na lyin plaskowzgórzu deszcze padają
juz tylko przez kilka miesięcy w roku, w
porze słońca zenitowego, a zachodnio-po-
ludniowe strony i dalekie południe wyspy
dostają juz tak mało wilgoci, że stać je tyl-
ko na trawiaste stepy, a jeśli na drzewa, to
przeważnie kaktusy, olbrzymie euforbie
i groteskowe baobaby Z rzadka przecinają
lu kraj rzeki płytkie, za to o długim, kilku-
setkilometrowym biegu, rzeki często wysy-
chające w porze suchej.
Ile Jest żyznej ziemi na wyspie? Mada-
gaskar, jak się powiedziało, to przeważnie
góry, wzgórza i wyżyny Doliny są na ogól
wąskie Więc cienkimi żyłami rozłożyła się
Polo ryżowo w dolinie rzeki Ikopa
żyzna gleba, drobną siecią pokryła wyspę,
zwarte płaszczyzny tworząc tylko wt niektó-
rych pojeziorowych kotlinach lub przy
ujściach wielkich rzek. Typowym przykła-
dem takich skupisk są rozległe pola ryżo-
63
ora* bogato plan-
inny, tajemniczy
Jfi, U .W, LEMUR KOCHAJĄCY
Arkady Fiedler- WyspQ ko
chających lemurów.
szawa 1957. Iskry, s. 59—6|'
na hektarów, leży dotychczas odłogiem cz0
kając na pług. I, dodajmy zaraz, że wskutek
osobliwych warunków na Madagaskar
prawdopodobnie długo jeszcze będzie rf*
kac Ze’
we dokoła Tanananwy
tac je u ujścia rzeki Sambirano
Według pizypusrcralnych obliczeń Mada-
gaskar ma urodzajnej ziemi około 10’/o
swej powierzchni, a zatem ogółem sześć mi-
lionów hektarów Z tego obszaru człowiek
wziął pod uprawę dopiero jedną czwartą
część, podczas gdy reszta cztery I pół milio-
[ ) gdy z lądu azjatyckiego hordy wiel-
kich kotów i innej drapieżnej hałastry ru-
nęły na Afrykę, najazd ’ musiał zatrzymać
się u brzegów nowego morza — Madagas-
kar byl juz wyspą Dlatego fauna jego jest
tak osobliwa, dlatego wyspa nie posiada
wielkich drapieżników, a pełno na niej le-
murów I dlatego, nie mając wielu wrogów,
lemury nie potrzebowały w’alczyć zbyt za-
wzięcie o życie i mogły rozwinąć zalety
serca Niektóre gatunki lemurów' są dziwnie
łagodne
Prawdziwym wybrańcem losu jest Wari,
którego dostałem podarunku od jednego
z ludzi Barka * w Mandritsarze Nazywają
go tu wari, a po łacinie Lemur varlegalus
Mój Wari jest pyszny białe i czarne plamy
tworzą na nim kapryśny, fantastyczny
płaszcz, rzucający się każdemu w oczy i bu-
dzący zachwyt. Zwierz ma długi ogon, i pu-
szysty włos, który na uszach wyrasta w po-
tężne bufy Rzeklbym. piękny, cudaczny
kołpak. Ów uszny kołpak jest biały jak
śnieg, pysk czarny jak węgiel a i tak czarne
z białym, jak dzień z nocą, luzuje się wza-
jemnie na jego ciele aż po sam czubek ogo-
na. (.-]
Wielki ciałem jak tęgi lis, ma pysk dobro-
dusznego psa, nogi i ręce małpie Stąd za-
pewne rodzinę jego nazwano małpiatkami
Lecz daleko mu do inteligencji małp. Co tu
wiele gadać — lemur nie grzeszy rozumem.
zwykle, rozhasany,
s _ Nowy «t*ry i*1*1
64
wynajdzie. W czerpaniu
owszem, mistrz. Niestety,
lonej przesiąkłej wilgocią puszczy.
ly nas ostre, nie znane :
Wari — małpia tka zamieszkująca Madagaskar
ożywiony, uprzejmy. Zapomniał o leśnej
rozpaczy, znów kochał ludzi. Był przymilny.
Arkady Fiedler: Wyspa ko-
chających lemurów. War-
szawa 1957, Iskry, s. 7fl—01.
—t t---
zapachy zwiastujące
prochu lam nie
rozkoszy z życia,
w tym utopił całego siebie i jest zdegene-
rowany. szlachetny epikurejczyk *
Jest to jarosz. Lubi dojrzałe banany, sma-
kuje mu także gotowany ryż i maniok. Gdy
jest w wyjątkowym humorze — bo w humo-
rze dobrym jest zawsze — wykonuje w po-
wietrzu wysokie skoki, bardzo śmieszne Po-
kracznie wyciąga w górę przednie nogi, jak
gdyby chciał nimi przychylić nieba Ale na-
wet tego nie potrzebuje — niebo ma prze-
cież na ziemi, we własnej duszy.
W swej mądrej ekonomii uczuć Wari ko-
cha słońce tylko wtedy, gdy jest godne
kochania rano. Słońce wtedy nie pali, lecz
grzeje Więc rano Wari kładzie się jak długi
na ziemię, brzuchem do góry, członki wy
ciąga szeroko ku słońcu i z wyrazem cichej
ekstazy wchłania błogosławieństwo ciepła
Obraz zdrowej, zwierzęcej lubieżności a
tomiast w południe, gdy jest piekielnie g°
rąco, Wari chowa się w cień i rozkłada swe
bezwładne ciało na chłodnym klepis u
z wyrazem przebiegłego mędrca. Wari wie,
jak urządzić sobie życie. [...]
Raz tylko doznał wstrząsu i był smutny
Po wielotygodniowej włóczędze wśród ste
pów i nagich gór weszliśmy do dziewiczego
lasu. Do mrocznej, odwiecznej, wieczni6 zie
... ' świat. Nagle Wari dostał
się pod jego władzę, a dla innie powstał no-
wy, trudny problem.
Jak lemury lemurami, las zawsze byl ich
ojczyzną, drzewca ich żywiołem. Więc w le-
sie Wari zeszedł z noszy, na których go
dźwigano przywiązanego, wąchał ziemię,
czepiał się gałęzi, czepiał się kurczowo pni,
odrywany przemocą czepiał się od nowa,
obejmując nowe gałęzie, otaczał je drżącą
ręką, macał Z rozpaczą przytulał się do
krzewów, przypadał do pni rozwartą gębą.
Wari juz nie radosny i szczęśliwy jak
zwykle, lecz Wari biedny i opętany. Skom-
lą! żałośnie, jęczał Był uwiązany.
Wziąłem go na kolana i ująłem za ręce.
Uścisk dłoni jest odwiecznym symbolem
i wyraża zawsze to samo. Wari zaczął
ściskać mi dłoń Po raz pierwszy w życiu.
Ściskał raz po razie, pod miotami gwałtow-
wzruszenia. I za każdym razem ściska-
nego ‘-------
ło mi się serce: czy przeciąć mu więzy
i puścić na wolność? Wiedziałem, że gdy
go puszczę, skoczy w knieję i przepadnle
na zawsze. Nie mogłem przezwyciężyć sa-
molubstwa miłości. Nie przeciąłem mu wię-
zów Rzuciłem wielkie wyzwanie Wariemu
i sobie Czy zwierz zmieni się może w sto-
sunku do mnie?
Nie zmienił się
Tego wieczora wyszliśmy z lasu i we wsi
niedaleko skraju nocowaliśmy Wari był
znowu rozbawiony, jak : ”
30. BOSKI, ZŁY VOAY
Szczęśliwy (albo i nieszczęśliwy) Mada-
gaskar, że o nim niektórzy pisarze tak
wspaniale mogą łgać. Oto rozpisują się, że
to raj, mający faunę niezaczepną i nie-
szkodliwą. Prawda, że nie ma tu ani niebez-
piecznych dla człowieka kotów ani jadowi-
tych wężów. Natomiast są inne bestie, ha-
niebnie złośliwe mikroby. I przede wszyst-
kim są krokodyle.*
Krokodyl to straszliwa zmora Madagaska-
ru — ofiar ludzkich pochłania nieporówna-
nie więcej aniżeli osławione węże Ameryki
Południowej czy wielkie koty Afryki lub
Azji. Tylko nikła część wypadków porywa-
nia dociera do łamów tutejszej prasy, lecz
to, co się czyta, przejmuje grozą.
Kto, podróżując po wyspie, zboczy
z uczęszczanych gościńców w brusę * zaw-
sze spotka się z krokodylem, bądź to z sa-
mym zwierzem lub przynajmniej z jego buj-
ną legendą. Więcej po zachodniej stronie
wyspy, mniej często na wschodzie, kroko-
dyl zawsze wtargnie do jego podróży jako
nieodstępny towarzysz, oplecie jego dzień,
omota jego sny. Wystarczy powiedzieć, że
każdy zbiornik wody na Madagaskarze, na-
wet kilkumetrowa kałuża czy rzeczka, kryje
w sobie złowrogą tajemnicę, wieści gwał-
towną śmierć. Na Madagaskarze otwarte
wody nie nadają się do kąpieli. Tam czeka
wróg zaciekły, głodny, potwornie liczny,
ogromnie żarłoczny.
W wielu okolicach wyspy Malgasze, lu-
dzie na ogół łagodni i bierni, są wobec kro-
kodyli bezbronni. Nie wytaczają im wojny,
nie prześladują ich, zabijają je rzadko, na. .
lomiast sami często giną pożerani.
W ciemne noce pory deszczowej, gdy
szaleją burze i wielkie powodzie dosięgaj
wiosek, zuchwałe krokodyle zerują bezkar-
nie wśród chałup, porywając domowe zwie-
rzęta i dzieci. Trudno z nimi wtedy walczyć,
gdyż wody i kryjówek mają pod dostatkiem.
Natomiast amulety odi to najskuteczniej-
sza na nich broń. W ogóle lepiej jest prosić,
aniżeli wojować, lepiej bać się, niż niena-
widzić. Więc wielu Malgaszów prosi kroko-
dyla, czasem, bardzo uroczyście, błaga go,
by był łaskawy i nie porywał ludzi i by-
dła. Więc wielu nosi przy sobie przemożne
odi, od których ucieka wszelkie wodne zło.
A Ramboamboa, jeden z moich tragarzy,
miał sposób wyjątkowo skuteczny — gdy
zbliżaliśmy się do jakiej rzeki, którą trzeba
było przejść w bród, wybiegał naprzód,
brał z rzeki łyk wody i następnie wypluwał
ją na wszystkie strony, złorzecząc wszyst-
kim pobliskim voay'om. Zeden voay jeszcze
nas nie napadł, to prawda.
Zaczepne czy niezaczepne, łagodne czy
krwiożercze, krokodyle stanowią na Mada-
gaskarze potęgę niezmozoną i tajemniczą.
Mało jest na ziemi dzikich zwierząt, które
by wywierały wpływ tak głęboki i tak
wszechstronny na uczucia i wierzenia jakie-
gokolwiek, nawet, najpierwotniejszego
szczepu — co krokodyle na życie Malga*
szów
Arkady Fiedler: Wyspa
chających lemurów. W a •
szawa 1957, Iskry, s. 132
133.
r.
agi skandynawskich żeglarzy-Normanów
zwanych Wikingami podają, ze około
1000 r. Leif, syn Eryka Rudego, wyruszył
statkiem z południowej Grenlandii i płynąc
prosto na zachód dotarł do nieznanego lądu.
Znalazł tam lasy i dziko rosnące wino. Od-
krycie niezwykle cenne dla mieszkańców
bezleśnej Grenlandii. Jest w tej legendzie
jakaś część prawdy, bo niedawno znalezio-
no w Ameryce Północnej szczątki łodzi Wi-
kingów.
Podobno także Jan z Kolna — polski że-
glarz na służbie duńskiej dotarł w drugiej
połowie XV w do wybrzeży Ameryki Pół-
nocnej.
Ale w odkryciach geograficznych liczy się
tylko to, co zostało zanotowane i przekaza-
ne późniejszym pokoleniom. A takiego od-
krycia Nowego Świata nieznanego dotych-
czas Europejczykom dokonał dopiero w
1492 r. Krzysztof Kolumb, genueńczyk w
służbie hiszpańskiej.
Od tego czasu zaczyna się napływ lud-
ności z Europy do Ameryki, która okazała
się kontynentem obfitującym w bogactwa
naturalne, jak kruszce szlachetne, różnorod-
ną roślinność i żyzne gleby.
Początkowo przybywali tu zbrojni i za-
borczy konkwistadorzy, którzy łupili miej-
scową ludność i w ten sposób zdobywali
upragnione złoto i kosztowności.
Mieszkańców ówczesnej Ameryki nazwa-
no Indianami *. Nie znali oni kola ani żelaza
Nie było również na tych terenach konia
i południowej Ameryce India-
potężne państwa o wysokiej
W środkowej
nic utworzyli
podstępnie
Północnej
myślistwa
kulturze. Dochowały się z tego okresu wspa-
niałe zabytki architektury Inków, Azteków’
czy Majów.
Państwa te zostały przez konkwistadorów
rozbite i ograbione, a władcy
zgładzeni.
Większość terenów Ameryki
zamieszkiwały ludy żyjące z
Główną zwierzynę stanowiły bizony, a na
północy dzisiejszej Kanady również karibu *
Konie przywieziono do Ameryki dopiero
w XVI w. Znalazły tu dogodne warunki,
rozmnożyły się i żyjąc w stanie dzikim two-
rzyły słynne „tabuny mustangów”.
Indianie nauczyli się korzystać z konia,
dość szybko również opanowali sztukę
strzelania z broni palnej.
Minęła epoka zdobywców-konkwistado-
rów. Do Nowrego Świata zaczęli napływać
biali osadnicy. Do roku 1800 skolonizowali
pas wFybrzeża atlantyckiego i wdzierali się
coraz głębiej w kontynent aż na tzw Dziki
Zachód (na tereny leżące na zachód od Mis-
sisipi).
W wieku XIX kraj przecięły linie kolejo-
we łączące Atlantyk z Pacyfikiem. Szlaki,
na których dotychczas można było spotkać
tylko milionowe stada bawołów, zaludniają
tłumy osadników i obieżyświatów nie roz-
stających się z bronią. Nowe odkrycia po-
wodują, że Ameryka przezywa gorączkę
złota. Wszystko to godzi w prawa dawnych
mieszkańców tych Ziem — Indian.
Od roku 1619 rozpoczął się okres napływu
siły ro-
do Ameryki czarnej, niewolniczej
boczcj — Murzynów
Obecnie w Ameryce Północnej znajdują
się państwa należące do największych na
świecie: Kanada (9 976 100 km2), Stany
Zjednoczone (9 363 400 km2).
Ich gospodarkę cechuje wysoki poziom
techniki. Wśród tundr, wiekowych drzew
tajgi, czy równinnych prerii wyrastają ma-
sowo wieże kopalniane i supernowoczesne
zakłady przemysłowe. Traktory i inne ma-
szyny suną jak warczące widma po upraw-
nych polach, wyręczając rolnika w nużącej
pracy.
Stany Zjednoczone to najpotężniejszy
kraj kapitalistyczny, na który przypada
ponad ’/3 produkcji energii elektrycznej
świata. Ale udział Stanów Zjednoczonych
w globalnej produkcji przemysłowej wszyst-
kich krajów kuli ziemskiej maleje. Poja-
wiają się groźni konkurenci, których gospo-
darka rozwija się szybciej od amerykań-
Rozdział II
W KANADZIE I STANACH
skiej.
31 Z BIEGUNEM NA TY
Wiek dwudziesty napełnił niebo nad
Arktyką łoskotem lotniczych silników. Po-
jawiły się nad lodami maszyny cięższe od
powietrza [...].
Rok 1937 był zupełnie wyjątkowy dla
historii lotów nadbiegunowych. W tym
czasie bowiem uaktywniło się mocno lot-
nictwo radzieckie. W czerwcu z Moskwy
do Vancouver [czytaj: wankuwerj przeleciał
non stop ’ słynny Czkałow * ze swoją zało-
gą [..]
W okresie drugiej wojny światowej i bez-
pośrednio po niej lotnictwo arktyczne w
służbie wojny dokonało poważnych kroków
w podboju nieba nad lodową pustynią.
Były systematyczne loty meteorologiczne
całych flot powietrznych. Były też solowe
przeloty na myśliwcach jednomiejscowych
z Norwegii na Alaskę, a wreszcie w roku
1954 Skandynawowie, kontynuując niejako
tradycje Wikingów, pierwsi uruchomili re-
gularną komunikację pasażerską nad biegu-
nem. W dobie obecnej latają tamtędy także
samoloty holenderskie, japońskie, niemiec-
kie, francuskie oraz amerykańskie [».-].
Lotnicza nawigacja w Arktyce „ma swoje
trudne problemy. Całkiem niedawno dopie-
ro opanowano jej specyfikę. Występowały
w tym zagadnieniu trzy podstawowe trud-
ności' bliskość bieguna magnetycznego eli-
mini_jąca zupełnie możność używania kon-
wencjonalnych kompasów; arktyczny pół-
mrok w pewnych okresach, który nie po-
zwalał na obserwacje astronomiczne, a więc
i ustalenie pozycji samolotu oraz zbieganie
się przy biegunie południków, co oznaczało
bezużyteczność powszechnie stosowanych
map.
Dopiero w okresie drugiej wojny świato-
wej i bezpośrednio po niej lotnictwo ark-
tyczne w służbie wojska dokonało pierw-
szych poważnych kroków w całkowitym
podboju nieba nad Arktyką.
Lekarstwem na zaburzenia magnetyczne
w tej części globu okazało się skonstruowa-
nie polarnego żyrokompasu * całkowicie nie-
wrażliwego na ziemskie pole magnetyczne.
70
71
Jakby w nagrodę za pokonanie tych trud-
ności Arktyka obdarza wiernych jej lotni-
ków sprzyjającymi z reguły warunkami
lotu. Z meteorologicznego punktu widzenia
stanowi ona niemal pustynię. Lekkie wiatry,
mała wilgotność, niewiele chmur i brak
deszczów lub śniegu. Chmury tworzące się
zwykle późnym latem w tych rejonach nie
sięgają wyższego pułapu niż 3 tysiące
metrów (w tropiku dochodzą na wysokość
15 kilometrów i wyżej). W tych warunkach
wysoko latającym odrzutowcom nie grozi
oblodzenie, a ich pasażerom huśtawka...
LOT NAD BIEGUNEM
Równo płynie maszyna nad lodową pusty-
nią. Pasażerom udaje się czasem dostrzec
w dole popękane pola lodowe rozdzielone
szczelinami, których szerokość dorównuje
zapewne Amazonce. Jest piąta godzina lotu,
rozlega się głos kapitana — biegunl
„Nie ma wokół mnie teraz północy,
wschodu, ani zachodu, we wszystkich kie-
runkach jest południe. Każdy podmuch
wiatru jest wiatrem południowym, bez
względu na to, skąd pochodzi. Jeden dzień
i jedna noc trwają tutaj jeden rok, a sto
takich dni i nocy — jeden wiek. Gdybyśmy
spędzili tu sześć miesięcy nocy polarnej, zo-
baczylibyśmy wszystkie gwiazdy północnej
półkuli wędrujące po nieboskłonie w tej
samej odległości od horyzontu z Gwiazdą
Polarną w zenicie" [Słowa zdobywcy biegu-
na północnego Roberta Peary'ego, czytaj:
pierij.
Tymczasem z okna samolotu widać nadal
tylko błękitne niebo, a poniżej błyszczy
przeraźliwie pusty lód.
Tonę w miękkim fotelu, a zaaferowana
stewardessa podaje mi kolejną filiżankę
kawy. Z Sąsiedniego lotela rozległa się p0.
lęzne ziewnięcie. Bądź co bądź dla Europej-
czyków jest juz późna noc. W locie nad bie-
gunem pokonaliśmy przestrzeń, ale nie czas
Zwykły, seryjnie produkowany odrzutowiec
stał się wehikułem czasu. Lecąc mm „wy-
przedziliśmy słońce" i ostatecznie maszyna
miała lądować w Anchorage [czytaj; anko-
redz] o trzy godziny wcześniej (według
miejscowego czasu), niz opuściła Kopenha-
gę. Różnica bowiem między Europą a klaska
wynosi az jedenaście godzin... utraciliśmy
więc noc, ale zyskaliśmy dodatkowy obiad
Czy to dobry interes? Sam nie wiem, jestem
lednak tochę zmęczony.
Spod skrzydeł Douglasa [czytaj daglas)
wyłania|ą się nagle góry. Skrzącą się biel
nikłych z tej wysokości stożków i rozpad-
lin można porównać chyba tylko z pognie-
cioną aluminiową folią. Z mapy wynika, że
są to góry Brooksa [czytaj: bruks]. A więc
Alaska! W ciągu ośmiu godzin i dwudziestu
minut przebyliśmy siedem tysięcy sto kilo-
metrów. Z tego trzy tysiące osiemset kilo-
metrów wypadłe nam leciec na północ,
a reszta na południe, jakkolwiek samolot
nie zmieniał zasadniczo kierunku lotu.
Świat zrobił się obrzydliwie mały.
Janusz Wolniewicz: W krot-
nie złota i totemów. War-
szawa 1968, Iskry, s. 15 24.
V
Lodowiec Malaspina na Alasce (według Russela).
60° szer. geogr. pn., 140° dł. geogr. zach.
dziki. Lawirowaliśmy między niezliczoną
ilością większych i mniejszych bezludnych
wysp porośniętych odwieczną puszczą* by
koło południa wpłynąć do małego portu
Ketchikan [czytaj: kecziken],
Ketchikan, położone na wyspie Revillagi-
gedo, otoczone jest z trzech stron urwistymi
szczytami górskimi i zbudowane całkowicie
na ich stokach. Robi to wrażenie, że miasto
wyłania się z morza, a parę rwących poto-
ków i wodospadów dodaje mu wiele
swoistego uroku. [...]
Wybrzeża Alaski usiane są przetwórnia-
mi rybnymi przeważnie puszkamiami łososi.
W okolicach Ketchikan prawie nie ma
większej zatoczki lub wyspy, która by nie
posiadała przetwórni
32. [FIORDY I LODOWCE)
WZDLUZ ZACHODNICH WYBRZEŻY KANADY
1 ALASKI
12 sierpnia w godzinach przedpołudnio-
wych zajęliśmy miejsca na statku, którego
kurs wiódł tak zwaną drogą śródlądową; po
prawej burcie mieliśmy górskie brzegi Ka-
nady, po lewej wyspę Vancouver. także do
Kanady należącą. Chwilami szlak wodny
stawał się tak wąski, że zdawało się nie-
prawdopodobieństwem przecisnąć między
sterczącymi w morzu górami [...] W ciągu
nocy minęliśmy wyspę Vancouver. Z pra-
wej burty mijaliśmy gęste, mroczne lasy ka-
nadyjskiej prowincji Brytyjskiej Kolumbii.
Nad lasem wyrastały postrzępione łańcuchy
górskie. Zwierza żadnego widać nie było,
choc wyczuwało się jego obecność w tych
mrocznych ostępach. [...]
Im dalej na północ, tym częściej góry po-
łyskiwały bielą śniegów, zbocza górskie by-
ły coraz mniej zalesione, linia lasów coraz
bardziej schodziła ku morzu, a powietrze
stawało się ostrzejsze
Rankiem 14 sierpnia wpłynęliśmy już na
wody Alaski. Krajobraz nic nie stracił ze
swej piękności — stał się znacznie bardziej
Spękane czoło lodowca widziane od strony morza
73
Z Ketchikan popłynęliśmy do Wrangele.
a r-asteprue do stolicy Alaski Juneau {czy-
taj ozue-ou’ Droga jak w baśni biel pokry
n l • -Łieciezn górskich szczytów, błękit wo-
dy nieba różne odcienie leśnej zieleni im
bl ze Juneau. tym więcej mijamy lodow-
ce.- które — zda się — dławię gardziele
onjan.ch fiordów Największy z nich to Ta-
ka kton bicrze początek daleko w górach,
by -płynąc wprost w odmęty morskie na
szeroŁoec około 1600 metrów Na wodzie
liczne oderwane bryły lodu góry lodowe
w miniaturze. Isr.ią i skrzą się w słońcu jak
na rdrooocenniejsze brylanty
Nareszcie Juneau Szósta wieczór, niewie-
le uda s ę zwiedzie Opuszczamy je pod
osłoną nocy i zagłębiałby się w wąski fiord
zwany Lynn-CanaJ {czytaj łajn kanalj. ciąg-
nąc-, :ę blisko osiemdziesiąt kilometrów
w głąb lądu (_]
Następnie statek przecisnął się cieśninami
między wyspami Admirał ty i Baranowa oraz
lądem stałym. by wypłynąć na pełne wody
Oceanu Spokojnego. Zboczył nieco z kursu
zęby dac pasażerom możność podziwiania
lodouca Malaspina. biorącego początek
gdzieś pod szczydem Góry Sw. Eliasza na
granicy Brytyjskiej Kolumbii i spływające-
go w wody oceanu. Podpłynęliśmy do sze-
rokiego na 3300 metrów lodowca całkiem
blisko W tym momencie zabrzmiąła syrena
okrętowa, zgromadzeni na pokładzie pasaże-
rowie jęli się drzeć co sił w gardłach, a po-
siadacze broni palnej strzelać na wiwat. Ten
piekielny hałas spowodował drganie po-
wietrza a ono — oderwanie się od lodowca
olbrzymiej bryły lodu wielkości trzypiętro-
wej kamienicy, która z hukiem i trzaskiem
osunęła się w bryzgach wody w fale mors-
kie Widok piękny, i groźny zarazem
Stąd ruszyliśmy pełną parą do naszego
końcowego portu Seward na półwyspie He-
nai Choć straciliśmy z oczu stały ląd, mew>
ciągnęły za statkiem, a jednostajnosć wido-
ku urozmaicały harce delfinów’ i pojawiają-
ce się raz po raz wieloryby |-1
Jarosław Potocki; ^a.,sZ^.
kach 1 bezdrożach Alaską
Warszawa 1956. Iskry*
16—21.
33 ZYCIE TRAPERA NA ALASCF
Traperem — mówił Lee fczytaj: li] — lep-
szym czy gorszym, może zostać każdy, kto
wykupi za trzy dolary licencję traperską
zaopatrzy się w cały arsenał żelaz różnego
kalibru i znajdzie odpowiedni teren, w któ-
rym zamierza rozwinąć swoją działal-
ność [.„]
Upatrzywszy sobie pewien większy lub
mniejszy obszar na teren traperskiej dzia-
łalności, buduje się w okresie lata domek
jednoizbowy Z kolei zwozi się — prawie
zawsze tylko samolotem lub wodnopłatow-
cem — prowiant, zapas zelaz. kuchenkę,
szkło okienne i wiele innych rzeczy ko-
niecznych w okresie długotrwałej zimy
Następnie traper zapoznaje się z topogra-
fią terenu 1 buduje szereg pomocniczych sza-
łasów służących zimą za schronienie w cza-
sie obchodu linii sideł Ta przebiega wzdłuz
z góry Ustalonej trasy uzależnionej od
ukształtowania terenu Żelaza stawia się
się w sąsiedztwie potoków’ wysokopienne-
go lasu, małych polanek, w głębokich jarach
i tak dalej. Linia sideł ma prawie zawsze
kształt figury zamkniętej, na przykład koła
o obwodzie od 30 do 90 lub więcej kilomet-
rów Od jej długości zależy’ ilość szałasów’,
które wznosi się mniej więcej co 25 kilomet-
rów
Mój teren traperski — ciągnął Lee — to
okolice Rainy Pass. Operuję w nim z więk-
szym lub mniejszyTD powodzeniem od sze-
regu lat.
Rokrocznie odstawia mnie tam samolot
na płozach w drugiej połowie listopada
a wraca po mnie w pierwszej połowie mar-
75
74
Krajobraz Alaikl, na drugim planie rzezy! McKln-
ley — 0194 m n.p.m. — najwyższy szczyt Ameryki
Północno].
ca. W lym okresie jestem zazwyczaj sam.
jedynie parę razy towarzyszył ml mój brat
Zapewniam was jednak, że me mam ^zasu
na nudę i samotność wcale ml nie ciąży
Roboty jest huk Należy porobić zapasy
drzewa opałowego, wykonać konieczne na-
prawy przy szałasach I domku, zaopatrzyć
się w mięso łosia cz> też karibu * Ubite
zwierzę przymocowuję do grubych konarów
drzewa - zamarza na kamień I śmiało mo-
że wisieć do wiosny niczym w najnowocześ-
niejszej lodówce Następnie zakładam żela-
za na Unii długości przeszło 100 kilometrów,
co doprowadza mnie z powrotem do moj>j
bazy Ledwie wrócę, a już ponownie muszę
wyruszać, by przejrzeć żelaza, wydobyć
zdobycz | założyć nowe, świeże przynęty
Wobec dużego śniegu całą drogę pr^by
wam na rakietach śnieżnych, ciągnąc
sobą małe, pakowne, lekkie sanki. Wiozę
nich żelazną porcję żywności, by z niej k0.
rzystać, gdyby wypadlo mi nocować na izJa.
ku pod gołym niebem, poza lym deszczuj
do naciągania skór, a ponadto ładuję na sa-
nie złowioną w zelaza zdobycz Noc spędzam
w uprzednio pobudowanych szałasach; przed
spaniem oprawiam schwytane okazy, jaJc
rysie, wilki, rosomaki, lisy, wydry, norki,
gronostaje i inne.
Ledwie na wschodzie zacznie szarzeć, wy-
ruszam w dalszy pochód. Jak więc widzicie,
jest to ciężka, nawet bardzo ciężka praca,
dużo jednak zadowolenia da je przy niej kon-
takt z przyrodą. ’ i
Swoją linię sideł obchodzę przeciętnie
w cztery do pięciu dni, które mnie niezmien-
nie doprowadzają do chaty Po powrocie
odpoczywam dzień lub dwa, preparując skó-
ry. naprawiając uszkodzony sprzęt, by irói»
ruszyć w drogę; ani się obejrzę kiedy nad-
chodzi kres mego dobrowolnego wygnania
Nieraz w ciągu zimy jestem unierucho-
miony z powodu szalejącej zamieci Anal-
nej nawet przez parę dni Po takiej tawiei
żelaza zasypane są śniegiem, ślady zatarte
droga ciężka, mimo to człowiek niezłomnie
odda je się swemu jsas jonującemu traperskie-
mu zajęciu.
A ileż to razy przyjdzie się namozolić i na-
biedzie, by sprytem ludzkim wziąć górę nać
chylrośclą i przebiegłością takich rabusiów
żelaz. jak wilki, czy też rosomaki, tak chęt-
nie podstępnie I umiejętnie dobierające śfc
dn złowionych w sidła ofiar, uszkadzają^
cenne nieraz skórki
Jorojlnw Potocki’ óo 1
kach I bitdtotach
Warszawa tQ5ó Iłkry
70—73.
3Ł (ESKIMOS! W KANADZIE)
Eskimosi to jeden z bardziej egzotycz-
nych ludów Ameryki. Mogąc osiedlić się
w dowolnych szerokościach geograficznych,
w korzystniejszych strefach klimatycznych,
żyją na Dalekiej Północy, poza linią lasów,
często i poza kołem podbiegunowym, w stre-
fie wiecznie zmarzniętej ziemi Jest to stre-
fa, gdzie z końcem czerwca zwycięża dzień,
a z końcem grudnia — noc, gdzie dziwnymi
zwyczajami rządzi tlę słońce, które potrafi
przez wiele dni nie ukazywać się na nie-
bie lub w ogóle nie zachodzić.
Jest ich niedużo. Statystyki kanadyjskie
za 1965 rok podają, że liczba Eskimosów ży-
jących w Kanadzie wynosi 13 600, lecz pew-
ne ich ilości mogły nie być tu ujęte. Eskimo-
si są ludem pól koczowniczym, więc dokład-
niejsze spisy — na tak odludnych obsza-
rach — nic są łatwe do przeprowadzenia.
Poza granicami Kanady żyją na wybrze-
żach Grenlandii (20 tysięcyl i Alaski (18 ty-
sięcy), a dalej na Wyspach Aleuckich i na
północnosybcryjskim wybrzeżu półwyspu
Czukcza — za Cieśniną Beringa. Ogólna licz-
ba wszystkich Eskimosów, rozsianych na
przcdlugich poda rk tycznych wybrzeżach
Ameryki i Azji, nie przekracza liczby lud-
ności niedużego miasta.
Są wzrostu niskiego, cerę mają zóltobYą-
zową. kruczoczarne włosy 2yją w niewiel-
kich grupach, rozrzuconych po brzegach
Arktyki: śródlądowe plemiona eskimoskie
są rzadkie Gdy Indianie są z natury łowca-
mi 1 wojownikami, żywiołem Eskimosóu jest
woda.
Reprezentują oni starą, pierwotną kultu-
rę Do niedawna używali narzędzi z kamie
nla. kości, — zwłaszcza z wielorybiego
fiszbinu — rzadziej i drzewa lub : jakiegoś
metalu W mniej dostępnych obszarach dziś
jeszcze wiodą pradawny, prymitywny tryb
życia Trudnią się rybołówstwem, połowami
morsa I Innych ssaków morskich Polują
też na lądowe zwierzęta futerkowe Broń ich
stanowią luki i groty Cechuje ich nirzawod-
ne oko i instynkt oraz niewiarygodna zręcz-
ność Świetnie manewrują swymi łodziami.
Żywią się głównie mięsem upolowanej zwie-
rzyny.
W Jecie prowadzą bardziej ruchliwe, ko-
czownicze życie — mieszkają wtedy w na-
miotach. W zimie — w stałych pomieszcze-
niach wkopanych częściowo w ziemię, przy-
krytych dachem i ziemią, lub w przemyśl-
nie wykonanych domkach ze śniegu, zwa-
nych igloo. W długie noce zimowo oświetla-
ją ich wnętrza prymitywnymi lampkami
i kagankami z tłuszczem wielorybów’ lub fok
Do transportu i przenoszenia się z miejsca
na miejsce używają sań, a na wodzie — ło-
dzi t zamykanych kajaków, zwanych umja-
kami Renifera oswoić nie potrafili. Pisma
nie znają, posługują się znakami rysunko-
wymi
Przyroda I świat zewnętrzny mają dla
Eskimosów inne zgoła oblicze niż u nas.
Wielu x nieb przez całe życie nie widzi lasu
ani w ogóle rosnącego drzewa. Tylko fale
morskie wyrzucają im x rzadka pnio drzew,
naniesione z dalekich krajów Ograniczone
możliwości wyżywienia, niesamowity ark-
rytm dnia i nocy I ostry klimat,
wszystko to w ciągu tysiącleci wykształć iło
Kobiety r^kinunk-e
eskimoską kulturę, niepodobną do jakiejkol-
wiek innej.
Rządzą się patriarchalnie. Duszą ich wła-
dają szamani, którzy poskramiają złe duch}
i pośredniczą w pozyskaniu pomocy duchów
dobrych. Chrześcijaństwo dotarło do nie-
znacznej tylko części Eskimosów.
Eskimosi zwykli wiązać swój los z taliz-
manami i tajemniczymi przedmiotami; każdy
z nich posiada jakiś amulet, z którym się
nigdy nie rozstaje. Chronią ich one od złych
duchów, od chorób i nieszczęść. Wykształ-
cona na tym podłożu eskimoska sztuka prze-
niknięta jest mistycyzmem. Rzeźbią w kości
upolowanych zwierząt — najczęściej mor-
sa _ oraz w miękkich odmianach kamienia
takich jak steatyt *. Malują na skórze pryi
mitywnymi farbami.
Eskimoskimi wyrobami artystycznymi za-
interesowano się po raz pierwszy pod ko-
niec lat czterdziestych. Szybko zyskały so-
bie wzięcie i zaczęły rosnąć w cenie.
Tadeusz Teofil Kwiatkow-
ski: Kanadyjska mozaika.
Warszawa 1970, Nasza Księ-
garnia, s. 185—190.
35. (INDIANIE BRONIĄ PRAW DO SWEJ ZIEMI)
Rejon Haines jest zamieszkany przez In-
dian W głębi lądu,nad rzeką Chilkat.leży
niewielkie osiedle indiańskie Klukwan.
Źródłem utrzymania jego 400 mieszkańców
było długi czas rybołówstwo, drwalstwo
i uprawa roli. Niedawno stwierdzono, że po-
łożony nad wioską szczyt, noszący od nie-
pamiętnych czasów nazwę Żelaznej Góry,
zasługuje na nią w pełni, zawiera bowiem
wysokoprocentową (70°/o) rudę żelaza, mag-
netyt. Jak to zwvkle bywa w takich wypad-
kach w Ameryce, góra stała się przedmiotem
wieloletniego ostrego sporu między kapita-
listyczną kompanią (która w 1953 roku roz-
poczęła ekspolatację złóż) a miejscowymi
Indianami z plemienia Chilkat, gdyż góra
wznosi się na terenie ich rezerwatu. [...]
W 1955 r. ukończono budowę rurociągu
naftowego dla celów wojskowych, łączące-
go Haines z Fairbanks, a ponadto Kanadyj-
czycy zbudowali nie opodal rafinerię nafty
Obie te inwestycje są z jednej strony źród-
łem pracy dla miejscowej ludności, z drugiej
78
strony jednak są powodem nie kończących
się konfliktów między białymi intruzami
a Indianami, broniącymi zażarcie swych od-
wiecznych praw do ziemi przodków. Nie-
stety jednak, w tej nierównej walce ulegają
oni najczęściej przemocy silniejszych i sta-
ją się przedmiotem nieustannie pogłębiają-
cego się wyzysku ekonomicznego. Jeśli na-
wet w sporadycznych przypadkach poziom
życia niektórych Indian ulega pewnej po-
prawie, dzięki uzyskaniu pracy przy budo-
wie obiektów przemysłowych lub eksploa-
tacji bogactw naturalnych, to poprawa ta
jest niewspółmiernie mała w porównaniu
z krociowymi zyskami kapitalistycznych
kompanii eksploatujących ten kraj i rzuca-
jących tubylczej ludności nieledwie PrZY
słowiowe resztki z pańskiego stołu.
więc dziwnego, że wyzyskiwani Indianie
wszelkimi możliwymi środkami bronią Pravr
do swej ziemi.
Jacek Machowski:
Warszawa 1969, Y73
Powszechna, s. 372 a
36 KANADA PACHNĄCA ŻYWICĄ
Ogromnie mi się podobały [wierzenia]
dawnych Indian. Wierzyli w dwa bliźniacze
bóstwa: w Nanabosho — ducha dobra, słoń-
ca i światła, oraz w Czakenapenoka ducha
zła, księżyca i ciemności. Bóstwa te walczy-
ły ustawicznie ze sobą, ale tak się zawsze
szczęśliwie składało, ze w końcu zwyciężał
dobry duch, a ginął zły. Ginąc, zły duch pę-
kał ze złości i zamieniał się w skały, góry
i kamienie. Dokoła całej Zatoki Hudsoń-
skiej zły Czakenapenok musiał dostawać
paskudne lanie, bo cała okolica, na prze-
strzeni kilku tysięcy kilometrów, to jedna
skalna tarcza, usiana głazami i skalistymi
wzgórzami.
Na tych szczątkach złego ducha teraz pły-
nęliśmy. Wszędzie pod nami kamień. Oczy-
wiście z biegiem czasu naniosło się trochę
ziemi, próchna i mułu, a dobry duch słońca
zasadził na tym skromnym podłożu nie naj-
gorszy świat roślinny, lecz zły duch wciąż
się przypominał. Skała często wyzierała na
dzienne światło, zwłaszcza tam, gdzie woda
wymyła brzegi. Skała nakreślała tu kieru-
nek i kształt wszelkiemu życiu, gnębiąc je
bezustannie. Skała była tu rzeczywiście
wszechwładną siłą.
Las. Rósł miejscami wspaniały, o gęstym
podszyciu, miejscami spustoszyły go poża-
ry, klęska tych stron. Korzenie drzew nie
wnikały głębiej w ziemię niż na metr, pół-
tora, potem była skała. To już wyraźnie las
Północy. Panowały w nim jodły, świerki
i sosny, przetkane brzozą. Poza tym — to
las tysiąca najpiękniejszych widoków.
Splotły się tu w cudacznych kaprysach owe
cztery żywioły: woda, skały, wzgórza, drze-
wa — i stworzyły nadzwyczajny fenomen
nie kończącą się serię kuszących krajobra-
zów. Co zakręt rzeki — to dziw, co krok —
to nowy powab. Ton nadawały jodły i świer-
ki. Rzekłbyś: uroczyste wieżyce, których
wysmukłe czuby modliły się do nieba. Jodły
i świerki to naprawdę zdumiewające i do-
79
17 A CYWILIZACJA RWAŁA TU NAPRZÓD
Jezioro Louise w Kanadzie
Sympatyczny rodak, Henryk Tomczyk
w połowie czerwca wiózł nas swym samo-
chodem z Marathonu nad Jeziorem Górnym
Od czasów mej pierwszej podróży do Ka-
nady j 1935 r ] zaszły tu zdumiewające zmia-
ny. Ludność pomnożyła się w dwójnasób,
kraj niepomiernie się wzbogacił; tysiące mil
nowych autostrad i innych dróg, także ko-
lejowych, przecinało głuszę leśną 1 mąciło
jej spokój, zaległy od prawieków; co więcej,
nastała gorączkowa era Dalekiej Północy:
niezliczone chmary poszukiwaczy minerałów
docierały do ustronnych zakamarków I od-
krywały wielkie skarby ziemi; w puszczy
wystrzeliwały jak grzyby do deszczu mias-
teczka i osiedla górnicze, tysiące nowo-
czesnych pionierów zaś, leśnych pilotów
na hydroawionetkach, goniło w powie-
trzu łącząc jeziora Kanady — których jest
chyba milion — w jedną gigantyczną siec
Nie dość tego, ostatnimi czasy co roku,
w miesiącach (letnich], przeszło dwudziesto-
pięciomilionowa lawina wycieczkowiczów,
kampingowych zapaleńców z Kanady i ze
Sianów Zjednoczonych, wtłaczała się w lasy
lam na brzegach jezior, izek i potoków na-
pełniała zgiełkiem schroniska, rozbijała na-
mioty, zażywała uciech biwakowania i poiła
Wytłumaczenie zagadki proste był to wy-
nik mądrej zapobiegliwości gospodarzy
puszczy, Kanadyjczyków. Zanim wybiła
ostatnia godzina, uświadomili sobię grożące
niebezpieczeństwo i z rozmachem, cechują-
cym tych dzielnych ludzi, zabrali się do ra-
tunku Osiągnęli pełne powodzenie, a przy
Hm zrozumieli swój istotny interes znisz-
czone lasy, pozbawione zwierzyny i ryb,
przestałyby przyciągać owe miliony turys-
tów z USA, przywożących do Kanady cenne
dewizy: bagatela, iedną trzecią miliarda
dolarów rocznie. |...|
Więc uchował się zwierz, a nawet rozple-
nił, i kanadyjskie ostępy pozostały nadal ku-
szącym matecznikiem, w którym każdy od-
ważniejszy myśliwy, jeśli nie był ostatnim
pechowcem, niechybnie zdobywał niezłe fu-
tro niedźwiedzia czy dobre łopaty łosia.
rodne drzewa... wśród świerków panował
spokój i wytchnienie. Wśród świerków
chciałoby się mieszkać.
Słońce chyliło się ku zachodowi, na wo-
dzie wyrastały coraz dłuższe cienie. Od stro-
ny lasu cisza, jedyny odgłos na rzece to
długi przytłumiony plusk naszych wioseł.
Błogi nastrój w różowym powietrzu Nagle
nowe podniecające wrażenie. Na którymś
zakręcie dął wietrzyk od brzegu i przynosił
nam ujmujący dar: zapach tak przyjemny
I tak mocny, jak gdyby ktoś rozrzutny palił
w lesie furę najcenniejszego kadzidła. Prze-
nikliwa woń żywicy niemal odurzała Tak
przyjemnego aromatu nie doznałem nad
Amazonką.
— Co to jest? — spytałem Stanisława za-
skoczony.
— Spruce (czytaj: sprusjl — odrzekł ską-
po między jednym a drugim uderzeniem wio-
sła. Spruce to Jodła. A więc w tym lesie ży-
ły śmierdzące skunksy o na (złośliwszym
smrodzie i rosły drzewa o tak wonnej ży-
wicy..
Arkady Fiedler: Kanada pa-
chnąca Ływlcq. Poznań 1967-
Wyd. Poznańskie, s, 105—
107.
się urokami kiajobrazu. Wielu łowiło ryby,
a co zagorzalsi tłukli jesionią grubego zwie-
rza.
Czy wobec powyższej krzątaniny nie na-
leżało przypuszczać, ze dawna świetnoś.
kanadyjskiej puszczy minęła z kretesem,
raz na zawsze? Dziewicze ongiś lasy, dziś
przetrzebione, wydeptane, poprzecinane,
wyjałowione, wypolowane — czymże witać
mogły nowego przybysza, jeśli nie żałosną
jałowizną?
Otóż nie, nie jałowizną! Kanada roku 1961
zgotowała mi niespodziankę Puszcza bynaj-
mniej nie zmarniała, lecz przeciwnie, zacho-
wała w pełni swą dawną krasę, ba, ku moje-
mu zdumieniu teraz jakby więcej niż przed
dwudziestu sześciu laty buszowało w nie)
grube] zwierzyny, łosi 1 niedźwiedzi, w rze-
kach dziwnie dużo zerowało bobrów, a więk-
szość |e( jezior ciągle roiła się od ryb
do Jeziora Cedrowego, gdzie mieliśmy ło-
wić ryby Przez pierwsze dwie, trzy mile
okolica była względnie zaludniona Wspa-
niała autostrada, przed kilku zaledwie mie-
siącami wykończona, wiodła przez typowrą
w Ontario knieję, przeważnie świerkową,
upstrzoną tu I ówdzie mozaiką topoli i brzóz.
Nagle o kilka mil za Marathonem spostrzeg-
liśmy go: powoli przeciągał przed nami
przez drogę wielki zwierz.
— Ależ to łośl — zawołałem.
— Lośl — potwierdził spokojnie Tomczyk
odwracając głowę.
Na tym odcinku autostrada często bywa-
ły śmiertelne ' atastrofy, gd> nieobliczalne
losie wpadały między koła I wywracały sa-
mochody Nieco dalej za miejscom, w któ-
rym zobaczyliśmy łosia, uwagę naszą zwró-
ciły na siebie wymowne ostrzeżenia na przs-
droznych tablicach Moose Crossing \rea
BI
BO
Nnvy «Uiy
For 10 miles [czytaj: mas krosing eria for ten
majłs] — Rejon przejścia łosi przez 10 mil .
Zaledwie kilka prostych słów, a jak świet-
nie uzmysławiały cały pasjonujący nastrój
tutejszych lasów. Zapalały wyobraźnię prze-
jezdnych, zwłaszcza tych z USA, i były ku-
38. NIEDŹWIEDZIE
Ćwierć wieku temu niedźwiedź był nie-
bezpieczną, tajemniczą potęgą kanadyjskiej
puszczy, budzącą nabożny postrach i szacu-
nek, był groźnym symbolem leśnych otchła-
ni, więc pożądanym trofeum dla mężnych
myśliwych. Opisy polowań, zwłaszcza na
szare grizli * na zachodzie, zawsze nieodzow-
nie wywoływały dreszczyki. [...]
Północnoamerykański szary niedźwiedź ____
W pozycji wyprostowanej dochodzi do 2,5 m
szącą reklamą, a jednak nie mijały sję
z prawdą: niebezpieczeństwo rzeczywiście
istniało.
Arkady Fiedler, I znoWu
kuszqca Kanada. Warszaw.
1965, Iskry, s. 11—13. 4
Dziś — jak to wszystko się zmieniło. Kud-
łata bestia przestała być belzebubem, legen-
da o strasznym potworze rozwiała się,
a człowiek raczej widział w nim zabawne
dziwadło. I groźny ongiś drapieżnik — o dzi-
wo! — stał się rzeczywiście zabawny. Nie
znaczy to, że ludzie go specjalnie ochrania-
ją: dziś, wobec rozmnożenia się zwierzyny,
na pewno więcej niedźwiedzi pada od kul
myśliwych niż dawniej, ale tam, gdzie go
nie chcą zabijać, zrodziła się komiczna,
wzruszająca, rzekłbym niesamowita zaży-
łość między człowiekiem a dzikim niedźwie-
dziem — także poza parkami narodowymi.
Liczne na leśnych obszarach obozy drwali
1 spławiaczy drzewa wytworzyły swoisty
kodeks honorowy, do którego niepisanych
zasad należy między innymi niezabijanie
niedźwiedzi. Wiąże jednych i drugich jak
gdyby poczucie społecznej solidarności istot,
zyjących wspólnie w lesie i z lasu. Spostrze-
gawcze misie łatwo zauważyły pomyślną
koniunkturę i uznając drwali za swych
przyjaciół, chętnie odwiedzają ich obozy
Wiedzą, że niejeden smaczny kęs spodnie
im z kuchni. Przykłady tego rodzaju zaży-
łości są tak liczne, że stały się po prostu ty-
powym dla kanadyjskich lasów obja
wem. [...]
Arkady Fiedler: / zn0*
kusząca Kanada. Warsz<
1965, Iskry, s. 85—86.
39 W KRÓLESTWIE BIZONÓW •
Gdy spojrzałem w tę stronę, serce zabiło
mi mocniej. O czterysta przeszło metrów od
nas, po drugiej stronie rzeki, na łące między
wodą a lasem, zjawiła się znienacka ciem-
na — właściwie czarna plama, ostro odcina-
jąca się od zielonego tła; bizon. Stał teraz
nieruchomy ze swym wyniosłym grzbietem
i pochyloną masywną głową, zwróconą ku
nam. Niewątpliwie już nas zauważył; zapew-
ne wietrzył, wzrok mając słaby. Uporczywie
[patrzył] w naszą stronę Zastygły w napię-
ciu, jakiś najeżony. Stał i stał
Od razu rzucało się w oczy jego podobień-
stwo do naszego żubra — ale był jakby po-
tężniejszy, o fantastycznie rozwiniętej pier-
si i olbrzymiej głowie. [...]
♦
Las, towarzyszący nam po obydwu brze-
gach rzeki, kilka kilometrów dalej rzedniał
i otwierał coraz szerszy widok na łąki. Były
to rozlegle, moczarowate niziny, okalające
niewidzialne wciąż, wielkie Jezioro Claire,
a na ich bardziej suchych połaciach pasły
się bizony. Czarne bryły, ostro wybijające
się na tle zieleni. Zrazu zwierzęta stały tu
i ówdzie w pojedynkę, potem w stadkach
po kilka i kilkanaście sztuk. Im dalej, tym
więcej ich było...
Za nieznacznym skrętem rzeki Sweetgrass
[czytaj switgras} i za gąszczem krzewów
rozwarł się przed naszymi oczyma przejmu-
jący widok Takich wzruszeń tylko niewiele
ludzi miało okazję zaznać w dzisiejszych
czasach Widok, jak gdyby przerzucający
nas w ubiegłe wieki. Cała równina czerniła
się od bizonów Ile ich było przeszło tysiąc?
Może dwa tysiące? Dość, ze w odległości pól
kilometra tworzyły imponującą masę zbitej,
zwierzęcej obfitości. Od tej chmary szło na
nas tchnienie wielkiej historii, odzywała ro-
mantyka odległych czasów. Mieliśmy tu za-
ledwie przedsmak tego, co kiedyś widzieli
Indianie i biali ludzie codziennie na preriach
a mimo to, jak działało, jak to przezywaliś-
my!
Więc z rozrzewnieniem 1 z uczuciem hoł-
du spoglądałem na wielkie stado nad Sweet-
83
82
Bizony w jednym z największych rezerwatów Kanady nad jeziorem Athabaska
objawiała
częła się ruszać
s. 109, 134—137.
Calgary [czytaj: kelgery]
85
84
zwierzynę
rzeki, za-
skarbówl
południu Al-
A • * -
preriach rancho hodowlane, ale właści-
sześciuset sztuk bydła dostarczył tyl-
T,1
I
I
grass Creek. [czytaj: switgras krik]. Mo-
narchami prerii nazywano ongiś bizony i nie
dziwiłem się temu. Przyroda
w nich swą dziką potęgę.
Przyjazd nasz zaniepokoił
i część stada, stojąca niedaleko
i kłębić. Gdy pa motorówce
podjechaliśmy bliżej, powstał popłoch i kil-
kaset bizonów rzuciło się do ucieczki. Sa-
dziło galopem wzdłuż brzegu rzeki w stronę,
skąd przybywaliśmy. Ziemia aż dudniła od
racic, wzbił się gęsty kurz...
Arkady Fiedler: / znowu
kusząca Kanada. Warszawa
1965, Iskry, l. *.
40. URAN
ku północy oczywiście
Droga nasza szła
przez Edmonton [...], bramę wyjściową na
północ. Kto chciał dostać się do rozległego
dorzecza olbrzymiej rzeki Mackenzie [czy-
taj: mekęzy] i powęszyć za ukrytymi tam
bogactwami, musiał koniecznie przejść przez
Edmonton, nie było na to innej rady. Dziw-
na stolica Alberty miała paradoksalne na
oko położenie: jakby uciekając od zasob-
nych prerii usadowiła się na północnych
krańcach zaludnionych okolic; tyłem odwra-
cała się do pszenicznego urodzaju, zapatrzo-
na w dzikie, północne pustkowie. Pustkowie?
Owszem, o ile chodziło o ludzi, których na
obszarze paru milionów kilometrów kwa-
dratowych było mniej niż dwadzieścia ty-
sięcy, białych, Indian i Eskimosów — nato-
miast pustkowie jakże fascynujące dla od-
krywczych natur, jakże bujne nieprzebrany-
mi możliwościami, jakież pole popisu dla
twórczych zawadiaków, zdobywców i poszu-
kiwaczy skarbów — realnych
alrrartr f a i • kelderVl
berty długi czas rywalizowało z Edmonto-
nem, bo miało dokoła siebie i pszenicę,
i bydło, i węgiel, nawet naftę, nawet wielką
kolej transkanadyjską — a jednak Edmon-
ton zakasował w końcu rywala: nafta na
północy okazała się bardziej szczodra, a po-
larna otchłań prowokowała nieodparcie
ludzkie marzenia i zapładniała najzuchwal-
sze nadzieje. Jednych nęciły tam sezamy
złota, srebra, uranu, innych przyciągały
zwierzęta futerkowe, jeszcze innych bizony
i bajeczne pstrągi jeziorowe, wszystkich
zas męskie wyżycie się w nieskończoności
obszaru.
Edmonton jest także licznym skupiskiem
Polonii. [...]
Dzieje Piotra Czartoryskiego w Kanadzie
rzucały nieco światła na dzisiejsze stosunki
w tym kraju, więc kilka o nich słów.
Gdy przybył tu po wojnie, wydzierżawił
na preriach rancho hodowlane, ale właści-
ciel posiadłości nie dotrzymał umowy: za-
t - * * - 1
miast l__
Arkady Fiedler / znowu
kuszqca Kanada Warszawa
1965, Iskry, s. 32—39
K. [ •(•> < unnu Kanadzie
pięćdziesiąt mil *
ko sto więc praca me opłacała się wobec
wysokiej dzierżawy Czartoryski musiał się
wycofać.
lak ty tu innych łudzi z wyobraźnią urze-
kała go północ, więc gdy młody Wolikowski
ukończył studia geofizyczne na uniwersy-
tecie w Denccr w Stanach Zjednoczonych.
Czartoryski porozumiał się z nim i razem
zapuścili się w lasy Terytorium Północno-
-Zachodniego. Po trzech latach poszukiwań
dopięli celu na północ od Jeziora Athabas-
ka (czytaj atebeske). między nim a Jezio-
rem Nonncho (czytaj nonako], o jakie sto
‘od Uranium City (czytaj
86
kł । ,'JI ry ' w Suchej puszczy bogate po-
nU ? uranu* nikomu dotychczas nie
1 > istocie tak zasobne, ze zamoż-
, złakontili się na nie i utwo-
1 SP° ę dla Ich eksploatacji Niestety w
° ,r<SIC Znateziono w Stanach Zjedno-
I lalw,eJ dostępne kopalnie uranu
/ u sPólnicy wkrótce zrejterowah
nrJ?S Polaków na lodzie odkryto
_ ni|(. ? ,3o-łactwa leżały zbytnio na ubo-
i ha Z a a ocl dostępnych dróg transportu
razie nie opłacało się ich eksploatować
Arkady Fiedler / zno*“
kufizqca Kanada Warsz»wa
Iskry,
s 01—93
41. INDIANIE W KANADZIE
ODZIBUEJE
Na północnych brzegach Jeziora Górnego
zetknęliśmy się z wielu Indianami ze szcze-
pu Odżibuejów (w pisowni angielskiej:
Ojibwaj, a także Chippewa), więc ich losem
szczególnie się zająłem.
Ów szczep, jeden z najpotężniejszych w
Ameryce Północnej, liczący dziś jeszcze
dwadzieścia tysięcy dusz, żył i żyje na
olbrzymiej przestrzeni przeszło tysiąca mil
w północnym Ontario i w przyległych Sta-
nach Zjednoczonych od brzegów rzeki Ot-
tawa, dookoła Jeziora Górnego i dalej na
zachód az do skraju prerii w Manitobie. Do
połowy mniej więcej osiemnastego wieku
był to zdrowy, tęgi szczep pełen godności,
o luźnym co prawda układzie politycznym,
za to zwarty silnymi więzami swej kultury.
Do połowy tegoż osiemnastego wieku
Odżibueje nie znali głodu. Ruchliwi ko-
czownicy, zyjący głównie z polowania i ry-
bołówstwa, przepadali także za pokarmem
roślinnym wiosną warzyli syrop klonowy,
latem zbierali dziki ryz na mieliznach swych
jezior, a nieco później jagody w lesie. Od-
ważni, umieli się bić, ale nie byli zaczepni.
Nieuchronny upadek Odżibuejów rozpo-
czął się w drugiej połowie osiemnastego
wieku, spowodowany, jak u innych Indian,
przede wszystkim dwoma straszliwymi da-
rami białego człowieka ospą i alkoholem.
Indianie, nie uodpornieni na tę chorobę, gi-
nęli w okresach epidemii jak muchy, alko-
hol zaś. wmuszany im przez nikczemnych
handlarzy skórek az do utraty zmysłów,
czynił równie zgubne spustoszenie. W po-
czątkach dziewiętnastego wieku jak gdyby
Zycie w rezerwacie
Espanola to stara osada indiańska. Obec-
nie jest to nieduże, parterowe miasteczko
chlubiące
wy-
się wspaniałym gimnazjum
zabrakło grubego zwierza w lasach, a ryb
w jeziorach: głód zaglądał do indiańskich
wigwamów rokrocznie przez parę miesięcy
i pochłaniał nowe ofiary. Dumny ongiś
szczep był już tylko kupą roztrzęsionych de-
generatów. Przewidywano rychłe jego wy-
ginięcie.
Wtedy rząd angielski uznał za pożytecz-
ne, by wejść legalnie w posiadanie ziem
indiańskich uświęconym sposobem „kupna".
Więc z niedobitkami szczepu zawarł w
1850 roku traktat, jak gdyby czynił to rów-
ny z równym, wykupując indiańskie tere-
ny, wynoszące 52 400 mil kwadratowych
(przeszło dwie piąte Polski) (...) Odzibuejom
wyznaczono małe rezerwaty w różnych oko-
licach północnego Ontario
Jedno obostrzenie w rezerwatach wyszło
Indianom bezsprzecznie na dobre: zakaza-
no im pić wodę ognistą i zakazano handla-
rzom, by sprzedawali im alkohol. Nato-
miast pozwalano Indianom polować jak do-
tychczas i zakładać pułapki na zwierzęta
futerkowe (bo to było w interesie białych
ludzi). (...)
Na szczęście około 1900 roku powiały w
Kanadzie nowe wiatry, bardziej humanitar-
ne, i Indianie kanadyjscy, których ogólna
liczba spadła poniżej stu tysięcy, przestali
wymierać.
Nadeszła druga wojna światowa, a wraz
z nią tak radykalna zmiana, jak gdyby cza-
rownik dotknął Kanady różdżką czarodziej-
ską.
posazonym w nowoczesne pomoce dydak-
tyczno-naukowe. Przeszło połowę uczniów
i uczennic stanowią Indianie.
Na obszernym dziedzińcu i w dużej sali
gimnastyczno-widowiskowej odbywa się
festiwal. Przyjechała także młodzież z in-
nych gimnazjów, przybyli studenci pocho-
dzący z okolicznych rezerwatów. Piękne
pióropusze, kolorowe i białe skórkowe,
oryginalne stroje indiańskie mieszały się
w czasie przerw z dżinsami oraz spódnicz-
kami mini i maxi. Blask ogniska — w któ-
rym rytmiczne tańce przeplatano krótkimi
scenkami rodzajowymi z przeszłości — co
chwila przygasał w świetle reflektorów
i błysków sprawozdawców prasowych i te-
lewizyjnych. Tylko długie czarne włosy
dziewcząt i chłopców były tak samo piękne
w czasie występów przy ognisku jak i w ła-
wie szkolnej czy za szybą samochodu.
Podeszła do mnie para młodych ludzi. (...)
— Podoba ci się to? — Tak. — No to po-
każemy ci jeszcze w najbliższym czasie fe-
stiwal folkloru indiańskiego z udziałem ludzi
starszych. Będą tam wodzowie wszystkich
plemion z okolicznych rezerwatów. Muszą
tylko ustalić ostateczny termin festiwalu, bo
każdy wódz (wybierany zwykle co dwa lata)
oprócz władzy wykonuje jeszcze inne prace,
np. jako kierowca, stolarz, drwal, hutnik lub
magazynier. Ich synowie i córki chodzą do
gimnazjów albo na uniwersytety, bo chcieli-
by już lżej pracować. Na uniwersytety jest
jednak daleko, bo rezerwaty położone są
często z dala od większych ośrodków miej-
skich. Wielu młodych Indian specjalizuje się
w obsłudze turystów przyjeżdżających do
ich rezerwatów na wakacje lub weekend.
Prowadzą stacje benzynowe i stacje obsługi
samochodów, kierują łodziami motorowymi
i samochodami, wypychają ptaki i inne
mniejsze zwierzęta na sprzedaż. Z reguły
jednak każdy z tych młodych ma ukończo-
ną szkołę podstawową. Obecnie nie ma już
w żadnym rezerwacie kanadyjskim szała-
sów. Wszyscy mieszkają w domkach — zwy-
kle jednorodzinnych, z reguły zelektryfiko-
wanych. Większość rodzin musi mieć jakieś
starsze lub nowsze auto, no bo jak by do-
tarli do miasta, kiedy przez ich rezerwaty
kursują regularnie jedynie żółte autobusy
dowożące dzieci do szkoły.
Zygmunt Szot: Kanadyjscy
Indianie. „Poznaj Świat"
1973, nr 7, s. 8.
42. W PUSZCZY BRYTYJSKIEJ KOLUMBII
Ranek zastał nas w drodze. Doktor na-
wykły do botanicznych pochodów leśnych
prezentował się w swojej kurcie jak stary
traper (...) Przedzieraliśmy się przez gęste
poszycie. Dobrnęliśmy wreszcie na coś w
rodzaju polany.
— Teraz ostrożnie, starajcie się iść do-
kładnie moimi śladami. Ruszamy na kana-
dyjskie wrzosowisko.
Ostrzeżenie było na czasie. Po kilku kro-
kach zapadłem się po uszy i obaj wyciągnęli
mnie z niemałym trudem. Zdradliwy był
niezmiernie ten gąszcz zieleni. Kanadyjski
wrzos to trzymetrowej grubości sprężynu-
jący materac, po którym można było z tru-
dem chodzić pod warunkiem, że stąpało się
88
po większych kępach gałęzi. Przy fałszy-
wym kroku osuwał się człowiek jak w wil-
czy dół bez szans oswobodzenia z oplotu
cienkich, sprężystych gałązek.
Wędrowaliśmy po tej roślinnej sieci ni-
czym po zamarzniętej powłoce śniegowego
puchu (...) Skończyło się wreszcie to straszli-
we, suche trzęsawisko.
— Oto wasza nagroda za dzielność
powiedział doktor wskazując otoczenie, kie-
dy stanęliśmy na twardym gruncie.
Dokoła czerniło się od jagód. Nie byłoby
w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że
wcale nie trzeba było schylać się p° n*e’
Owoce smacznych jagód, jeżyn rosły na
wysokości twarzy dorosłego człowieka
Wspominając cherlawe krzaczki w europej-
skich lasach czułem się trochę jak Alicja w
krainie czarów.
Do pozostawionego przy drodze samocho-
du powracaliśmy nadspodziewanie krót-
ko [...] Kilkadziesiąt mil jechaliśmy jeszcze
po asfalcie, potem skręciliśmy w leśną prze-
cinkę. Wkrótce dotarliśmy na tereny
Strathcona Park [czytaj: strekouna park).
Forsowny marsz trwał niespełna godzinę.
W tym czasie las wyraźnie zmieniał charak-
ter. Coraz częściej napotykaliśmy kolumna-
dy smukłych świerków i tui. Adam po dro-
dze klepał opasłe pnie (...) Sitka spruce.
słynny sitkajski świerk.
— Pewno wiecie, ze to wspaniałe drewno
jest najelastyczniejsze ze wszystkich zna-
nych. W czasie wojny były z niego budo-
wane świetne samoloty „Mosguito". Kule
odbijały się od kadłuba lepiej niż od blachy.
Adam, który wyprzedził nas trochę, za-
trzymuje się pod gigantyczną daglezją ’
Podchodzimy. Tak musiał wyglądać ten las
za czasów indiańskich tropicieli (...]. Wykro-
ty powstałe wskutek spiętrzenia całych po-
koleń zwalonych starością leśnych olbrzy-
mów. Knieja zmurszała od wieków na dole
i ciemna zieleń żyjących cudownie wielkich
drzew — w górze. Dostojeństwo pierwotnej
puszczy spowite grubą firanką pajęczyn, na
których perli się wilgoć.
— Tego lasu nie dotknęła w tym wieku
ludzka siekiera — mówi Adam cicho, jakby
bał się spłoszyć nastrój (...)
Matecznik * ciągnął się dobre pół mili Po-
tem teren zaczął się wznosić. Bór stawał się
suchszy, nie tracąc nic ze swej potęgi i dzie-
wiczego charakteru. Wędrowaliśmy gęsiego
wśród drzew, których korzenie nierzadko
biegły nad naszymi głowami. Knieja niczym
ilustracja do baśni
Zamierzałem właśnie zapytać o coś wo-
dza naszej wyprawy, kiedy za plecami cięż-
ko plasnęło coś na ziemię. Obejrzałem się
szybko, Stach pochylał się właśnie podno-
sząc z ziemi szyszkę... większą od dorodne-
go ananasa.
Wszystko w tym lesie potężne, ale dwu-
kilogramowa szycha o wysokości trzy-
dziestu chyba centymetrów odbierała po
prostu mowę Nie dziwiłem się Stachowi, że
natychmiast wziął ją pod pachę i nie chcial
się z nią rozstać. Wiedziony zazdrością nie
spocząłem też, dopóki nie znalazłem równie
wielkiego okazu [...).
— Nie bardzo nam się wiedzie — martwił
się Adam — byłem pewny, że zobaczymy
tu wapiti ’ albo czarnego niedźwiedzia.
Wiem na pewno, że żyją w tym rejonie (...)
Adam nie dokończył, z oddali doszedł na-
szych uszu ryk przeciągły, potężny.
— To samiec wapiti — szepnął Adam —
są w pobliżu wody, [poszedłem sam na brzeg
małego strumyczka). Nagle w odległości
może pięciu metrów ode mnie na przeciw-
ległym brzegu wodnej strugi zobaczyłem
jakiś ruch. Wstrzymałem dech. Spod krzaka
wychynął najpierw wydłużony łeb, a polem
całe zwierzę; wcale nie płochliwe. Czarne
lśniące futro z białymi pręgami, długi po-
rosły sierścią ogon Patrzyłem na tego
stwora, nie zastanawiając się nawet, z kim
mam przyjemność Podsunąłem się nieco
89
bliżej Zwierze, patrzyło na mnie w dalszym
ciągu z całkowitym spokojem. Postąpiłem
jeszcze krok Zwierze; wydało mi się sympa
tyczne, tym bardziej, że moje zaloty przyj-
mowało nader spokojnie Kiedy podsunąłem
się jeszcze naprzód, zaczęło dreptać w miej-
scu, ustawiało się bokiem i jak gdyby zbie-
rało się do odwrotu w gęstwinę ..
— Uciekaj, natychmiast, tu do mnie
w głosie Adama było takie przerażenie, że
bez najmniejszej zwłoki rzuciłem się w kie-
runku pagórka, na którym stał [...[ Leżąc w
wykrocie, do którego wpadłem po zahacz?,
niu nogą o korzeń, uprzytomniłom sobie
jasno, że owo miłe zwierzątko to
obrzydliwy skunks. śmierdziel amerykański,
rekordzista w produkowaniu najbardziej
cuchnącej na świecie cieczy. Smród mnie
wprost oblepiał. [...)
Janusz Wolnlcwicz; W krot-
nic dolo I totemów War-
sz.iwa 1968, Iskry, s. 253—-
264.
43. KANADYJSCY DRWALE
Na stacyjce czekał na nas w ochronnym
kasku Barney [czytaj barnejj. Chłop to był
nader sympatyczny i jako kierownik całej
operacji prowadzonej w lesie. automatycz-
nie został naszym opiekunem i przewodni-
kiem
Po wyfasowaniu w biurze twarzowych
kasków terenowym wozem ruszyliśmy w
góry. Po drodze Barney ciągle porozumie-
wał się przez radiotelefon umieszczony w
samochodzie, a w [naszych) głowach zaczęła
świtać myśl, że do współczesnego wyrębu
lasu nie wystarcza juz siekiera i ręczna pila
Przez całą drogę Barney przez radio wy-
dawał jakieś rozkazy, a nasz samochód
wspinał się tymczasem coraz wyżej Na do-
le w Sguamish [czytaj: skiejmisz| było cał-
kiem ciepło, teraz znaleźliśmy się w gór-
skim lesie z zalegającymi tu i ówdzie piata-
mi śniegu
Po którejś kolejnej rozmowie nasz kie-
rowca zjechał na sam skraj wąskiej drogi
przytulając wóz do skalnej ściany. Na
wyjaśnienie tego manewru nie czekaliśmy
długo Usłyszeliśmy narastający ryk potęż-
nego silnika Tuz przed nami był zakręt,
którego tlo stanowiło jasne niebo. Na nim
tez pojawiła się najpierw maska olbrzymie-
go samochodu, a następnie wypełznął cały
90
pojazd ze spiętrzonym ładunkiem s wieżo
ściętych drzew. Kierowca machnął wesoło
ręką Barneyowi i wielka gąsienica przeto-
czyła się obok nas niby puszczański kara-
wan.
— Sześćdziesiąt ton, cały czas na hamul-
cach — informował rzeczowo Barney — ha-
mulce nieskomplikowane, tarcze polewane
zwykłą wodą Żadne inne urządzenie nie
wytrzymywałoby takiej jazdy Ciężka praca
Podstawowa dniówka drivera ’ — 2b dola-
rów
Z góry dojrzeliśmy później raz jeszcze gi-
gantyczny pojazd Dziesięcio- może piętna-
stometrowe bale płynęły po zakrętach
z całkiem pokaźną prędkością Dobry kie-
rowca musial prowadzić len pojazd
Windowaliśmy się z Barneyem coraz wy-
żej. Daleko w dole płynęła rzeka zaciskana
stromymi ścianami zalesionych zboczy
Jazgot mechanicznych pil zakończył naszą
karkołomną podróż Wysiedliśmy z sam0
chodu i ruszyliśmy w kierunku uwijający1’1
się między drzewami ludzi. Na stromy*11
stoku jęczało zgrzylliwic żelazo.
Ludzie pracowali sprawnie Napęd20’10
spalinowym silnikiem piła w ciągu kilki*
dziesięciu sekund wyrzynala w pnlu pd
okrągły klin sięgający środka drzewa. P°
tern jeszcze jedno cięcie z przeciwnej strony
i już wali się w pożądanym kierunku kolej-
ne drzewo. Okrutny jest człowiek Dzie-
siątki lat minęły, zanim z wątłego krzaczka
wyrosła strzelista kolumna, a oto przyszedł
potwór uzbrojony w stalowe zęby I kładzie
pokotem dumny bór. Warczą piły, sypią się
na ziemię zielone konary Zaraz potem roz-
poczyna się upokarzająca poniewierka kró-
la puszczy | ] Ludzie w hełmach bezcere-
monialnie wbijają haki i kleszcze w powa-
lone drzewa i wloką pnie na jeden ogromny
stos [.-).
Operacją, która mi najbardziej zaimpono-
wała w całym Sąuamish Division, było łado-
wanie wielotonowych pni na ciężarówki.
Dokonywał lego zabiegu właściwie tylko je-
den człowiek Był nim operator maszyny
składającej się z wysięgnicy i stalowej pły-
ty. Obłapiał on chwytakiem potężne kłody
mniej więcej w jednej trzeciej ich długości,
wspierał końcem pień o swoją tarczę i zręcz-
nie lokował ciężar na samochodzie. Opera-
cja załadowania z czubem ciężarówki nie
trwała dłużej niż pól godziny Zręczność
człowieka wspomagana siłą mechanicznych
koni budziła podziw
Barney cały dzień hasał po rozległym te-
renie, na którym prowadzono wyrąb, a my
z nim Obecnosi kierownika robót okazy-
wała się potrzebna i prz> załadunku |...|
i przy ścinaniu drzew. Jego wiedza, do-
świadczenie, a także radiowe porad\ roz-
wiązywały wiele trudnych sytuacji było
oczywiste, że Barney swoich pieniędzy dar-
mo nie brał Zresztą organizacja robót
i sprawność wszystkich właściwie czyn-
ności. począwszy od zwykłego założenia
łańcucha do skomplikowanych operacji
przy transporcie ogromnych pni, dala nam
lak najlepsze pojęcie o kanadyjskich drwa-
lach
Pod wieczór ruszyliśmy w dól Barney
zdecydował, że warto obejrzeć jeszcze doro-
bek całego dnia Przewodnik chciał pokazać
nam przy okazji ostatni etap wędrówki oba-
Cięzkj i niebezpieczna jesl praca prz> wyrębie lasu
lonych drzew Było to widowisko o zupełnie
swoistej romantyce.
Olbrzymi dźwig za jednym zamachem
zdejmował z ciężarówki jej ładunek i bez
efektów akustycznych topił w wodzie nie-
wielkiej zatoczki. Stąd ścięte pnie rozpoczy-
nały swój szlak do tartaków. Przed tym jed-
nak należało je uporządkować, powiązać w
tratwy Dokonywali tego dzieła zmotoryzo-
wani flisacy.
Narzędziem ich pracy były bardzo sympa-
tyczne łódeczki, pękate, krótkie i nadzwy-
czaj zwrotne | ] Mini-łódki wykonywały
coś w rodzaju wodnego baletu spędzając
rozproszone pnie niczym góralskie psy swo-
je owce Jednoosobowe załogi ruchliwych
pojazdów nic hańbiły się używaniem bosa-
ka. haków i tym podobnych narzędzi
9!
Wykonywały całą pracę zręcznie manewru-
jąc łódeczkami Wyposażone w rodzaj ko-
gucich grzebieni ze stali, pływały one przo-
dem. t\łem bokiem, uderzając o pnie po-
pvchałx e, obracały, a wszystko w nad-
zwyczajnym tempie z wdziękiem i jakby od
niechcenia W czasie tej pozornej zabawy
długie bale układały się zgodnie z wolą
flisaków, a setki jardów ’ liczące tratwy
opuszczah taśmowo flisacką stocznię.
44. {POCIĄGIEM PRZEZ PRERIE 1 GÓRY KANADY]
Dzień — noc — dzień — noc i dzień je-
dziemy prerią równą jak ocean. Koniec
maja Prena śpi jeszcze. Na jej powierzchni
mniejsze i większe kałuże wody ze stopnia-
łego śniegu. Na każdej kałuży kaczki... Przy
każdej stacji wielkie elewatory zbożowe.
Tak wygląda kraj od Winnipeg [czytaj: uyn-
nepeg] aż poza Edmonton Alta. Olbrzymie
pszeniczne rozłogi i kraj dzikiego ptactwa.
W Edson — większa stacja kolejowa. Nie
zasługiwałaby na wzmiankę, gdyby z prerią
me poczęło się dziać coś niezwykłego.
Ocean prerii poczyna się marszczyć w dłu-
gie, łagodne fale. Coraz więcej łąk i coraz
więcej lasów’ Bujnie rosnących lasów, któ-
rych nie widzi się na preriach. Z godziny na
w drodze powrotnej do Vancouver z
Okna wagonu patrzyliśmy na dziesiątki ki-
?„mptrów przytulonych do brzegu tratw.
Teraz wiedzieliśmy już dokładnie ile w
Lch moczących sie pniach tkw, ludzkiej
pomysłowości i pracy skomplikowanych
urządzeń...
Janusz Wolniewicz W krai-
nie złota I lotemow. War-
szawa 1968, Iskry, s. 239-
244.
godzinę wzgórza poczynają się skracać
i piąć do góry. Znikają elewatory *, znikają
farmy i puszcza poczyna obejmować tory.
Pociąg zwalnia tempo i raptem między
wzgórzami otwiera się głęboka dolina. Atha-
baska River. Wielka, tajemnicza rzeka [...].
Dystrykt Athabaska to olbrzymi kraj
i prawie me zamieszkany zupełnie. Rzeka
płynie dzikim kamiennym łożyskiem. Na
złomach skalnych, otaczających jej brzegi,
to tu to tam karłowate świerki o koronach
charakterystycznych dla drzew północy. Po-
ciąg posuwa się wolniutko po tak wąskim
moście, że z okien nie widzimy podkładów
kolejowych, tylko wprost otwiera się prze*
paść. Zona cofa się od okna i nie chce pa*
Jasper National Park w Kanadzie (Gór, Skaliste) - jeden z największych na kwiecie rezerwatów przyrody
trzeć Odczuwam niemiły zawrót głowy, ale
chcę widzieć Athabaskę i zapamiętać ją so-
bie dobrze Pociąg skręca wzdłuż rzeki. Po
obu stronach podnoszą się góry. Wyżej,
wyżej. Pociąg biegnie ławą skalną, z lewej
strony otwierają się wąskie, długie jeziora.
Pionowe ogromne skały stanowią ich ramę.
To jeziora Briile i Snarina, z których Atha-
baska bierze początek. Z wód podnosi się
stado gęsi, ale pionowe ściany nie pozwala-
ją stadu minąć pociągu. Lecą więc kluczem
tuż za naszym oknem, wraz z nami, trwo-
żnie odwracając głowy. A dalej jelenie
i znów jelenie. To Jasper Park [czytaj:
dżesper park]. Jeden z największych na
święcie rezerwatów przyrody. [...]
Za Jasper pociąg idzie bardzo wolno, ca-
ły czas serpentynami, przecinając najwyż-
sze pasmo Gór Skalistych. Nad wąskim to-
rem kolejowym pną się do góry pionowe
ściany. W dole przepaście, wodospady,
grzmiące rzeki, tunele czynią na nas ogrom-
ne wrażenie. Na stoku tuż koło toru wielki
niedźwiedź przygląda się pociągowi. Da-
lej — rzeka skądś z gór przyniosła cztery
baraki i osadziła na mieliźnie. Z góry pa-
trząc, wyglądają jak powywracane zabawki.
Dalej cały domek bobrów. Pociąg idzie tak
wolno, ze cały czas aż do zmroku można
doskonale obserwować drogę ze wszystki-
mi jej szczegółami Największe wrażenie
robi kanion rzeki Fraser, ogromnej rzeki
płynącej już do Pacyfiku. Jej wody w wąs-
kich przejściach płyną z niesłychaną, nie-
widzialną siłą, białe od pian i złe.
Tomasz Wydżga: Na ścież-
kach Kanady. Kraków 1961,
Wyd. Literackie, s. 192—
193.
93
92
Wodospad Niagara. Powstał dzięki różnicy poziomu wód między Jeziorami Erie 1 Ontario.
45. (WODOSPADY NIAGARA]
Wodospady Niagara powstały dzięki róż-
nicy poziomu wód jeziora Erie i Ontario.
Masy spadających wód stale zmywają ska-
ły. Olbrzymie bloki skalne z łoskotem spada-
ją w przepaść Najcudowniejszy, a zarazem
najgroźniejszy obraz przedstawiają wodo-
spady Niagara w nocy, gdy z obu brzegów
potężne reflektory malują wiecznie ruchomą,
skłębioną i białą ścianę wód, różnobarwnymi
smugami światła i ślizgają się po czarnej
spokojnej topieli w dalszym biegu rzeki.
Wodospady Niagara można oglądać z
wielu stron. Turyści zwiedzają je podpły-
wając statkiem, czy też podchodząc nikłą
kładką pod olbrzymie smugi wody. Najład-
niejszy jest widok ze stalowego mostu
wzniesionego przed 80 laty nad rzeką Nia-
gara w sąsiedztwie wodospadów. Z tego
mostu jak na dłoni widać cały przepych
obydwu wodospadów. Wodospad Amery-
kański ma 51 metrów wysokości i 322 metry
szerokości. Kanadyjski zaś, zwany wodo-
uBa‘ t*ehJ Podkowv (White Horseshoe
tó 915“J , rSSZU,) 48 metrów wysokości
śpadv rozd ,°W SZerokości- te wodo-
[czytli: an,2' o Wyspa Kozia ,Goat IsIa"d
której nrn ajend^ zwana także Iris, do
miejsce ś ZJ most* DJa Indian było to
Wielkiego^ Uwaza,i ^spę za siedzibę
obrzędów ,.C a 1 byia miejscem różnych
co roku TI,9ijn^Ch- gromadzili się
nia ofiaruj 6?n' Woclzowie celem dokona-
rokroczn felkiego Ducha. Z tej wyspy
młoda Inrh °v yWała SW£} ostatnią podróż
nul Drzv an a w białym canoe [czytaj; ka-
owocan/ r°JOnyrn kwiatami i naładowanym
Wybór na S.Pychana w wirY wodospadu.
szczvt i u ę ofiarę był uważany za za-
wybór Is,łnieJe legenda, że kiedyś
13 nad żv • córkę wodza, który kochał
na okaz Uma Jednak nie pozwoliła mu
""r1
stości i w nurtv r . skonczy'y si« uroczy’
y rzeki spuszczono łódź wraz
z wybranką, zza lasu wypłynęła druga
łódź, kierowana przez jej ojca Ostatnie
spojrzenie rzucone na siebie przez ojca
i córkę tuż przed wodospadem, zanim obo-
je podążyli w wieczność.
Fantastyczne kształty przybiera Niagara
w zimie. Na brzegach tworzą się olbrzymie
draperie i festony z lodu, formujące góra
most, po którym można przechodzić, a u
stóp Amerykańskiego Wodospadu urasta
ogromny pagórek lodowy.
Brzegi wodospadu są chronione, niemniej
za pomocą tunelu i kanału zużytkowano
częściowo siłę spadku wód Niagary do ce-
lów przemysłowych, zarówno w Stanach
Zjednoczonych jak i w Kanadzie. Po stronie
kanadyjskiego wodospadu jest piękny park
założony przez Polaka Gzowskiego, którego
pomnik stoi tuż nad wodospadem.
Stefan Jarosz: W Górach
Ameryki Północnej. War-
szawa 1964, Sport 1 Turys-
tyka, s. 85—86.
Przekrój przez wodospad Niagara (według Holmes n
95
94
Profil Ameryki Północnej wzdłuż 403 szerokości
skala pionowa 1:250 tys. (według Koszarskiego)
geograficznej północnej. Skala pozioma 1:20 min,
X6. NA PRZEŁAJ PRZEZ USA
Przeszło pięćsetkilometrowy lot ponad
stanem Nebraska był monotonny, ale nie-
zwykle oryginalny.
Nebraska jest rozległą równiną, niemal-
że całkowicie pozbawioną wzniesień, tak
płaską i równą, że pozwoliło to na wybudo-
wanie stukilometrowego, całkowicie proste-
go, bez jednego zakrętu, odcinka drogi (nu-
mer US-34) Podobno jest to najdłuższy na
świecie odcinek zupełnie prostej drogi.
W przeciwieństwie do sąsiednich stanów,
takich jak Dakota Południowa, czy Kansas,
stan Nebraska pozbawiony jest jakichkol-
wiek bogaciw mineralnych. Nawet rzeki, le-
niwie i wolno wijące się wśród równin, nie
są w stanie dostarczyć energii. Dobrobyt
mieszkańców Nebraski opiera się przede
wszystkim na dwóch jej bogactwach- żyznej
96
glebie i... dobrym klimacie. Te dwa czynni
ki zadecydowały o charakterze gospodarki
lego typowo hodowlanego stanu, kt rY
będąc wśród 50 stanów USA trzydziestym
czwartym pod względem liczby ludności,
piętnastym pod względem powierzchni, jes
szóstym w produkcji rolnej, dostarczaj^
krajowi kukurydzy, pszenicy i siana, Prze.
wszystkim jednak bydła i nierogacizny, m
ka, masła i jaj. [...]
Nie cały ten stan jest jednakowo
i zagospodarowany. Część jego P0^^.
jest w granicach tzw. amerykańskiego
kowego Zachodu fMidwestu), będącego c .
trum wysoko zmechanizowanej Pr0
rolnej. Północno-zachodnia jednak c
Nebraski należy geograficznie do aD\
kańskiego Zachodu, noszącego do nie
na jeszcze przydomek Dzikiego. Granica po-
między tymi dwoma częściami odcina się
zdecydowanie i wyraźnie; obszary doskona-
le zagospodarowane przechodzą w rozległe
połacie półpustynne, suche i piaszczyste,
gdzie po dziś dzień leżą tysiące hektarów
ziemi nigdy jeszcze nie tkniętej pługami.
Nazwa Nebraska jest pochodzenia indiań-
skiego i znaczy — Płytka Woda. (...)
Niezwykły widok, jaki ujrzałem przed sobą,
wyjaśnił mi ożywienie moich współtowa-
rzyszy podróży.
Jednostajna dotąd, niezmącona jakimi-
kolwiek wzniesieniami równina, ponad któ-
rą lecieliśmy od kilku godzin, urwała się
nagle, zamknięta od zachodu jakby wyso-
kim murem niebosiężnych szczytów łańcu-
cha górskiego, rozciągającego się przed na-
szymi oczami szerokim lukiem. Mieliśmy
przed sobą ośnieżone szczyty Gór Ska-
listych (Rocky Mountains [czytaj: rokky
mautens]) w całej ich grozie i okazałości
U stóp gór rozścielały się pola pokryte so-
czystą i świeżą zielenią wschodzących zbóz
i traw Dalej zieleń ta, pnąc się ku górze,
ciemniała stopniowo w pasie lasu mieszane-
go, nabierając jeszcze ciemniejszej barwy
wyżej, w pasie lasu szpilkowego. Ciemna
zieleń mieniła się w słońcu najprzeróżniej-
szymi odcieniami, przechodząc miejscami
w barwę niebieską i stalowosrebrzystą. Na
? — Nowy tldty iwial
tej znacznej wysokości rosły już tylko pięk-
ne srebrne świerki Blue spruce [czytaj: blu
sprus] spotykane w Polsce jedynie w nie-
wielkich ilościach jako drzewo dekoracyj-
ne w ogrodach i parkach.
Ponad tą gamą barw wystrzelały wysokie
skaliste turnie, ostro zarysowujące się na
tle nieba, pokryte śniegiem, mieniąc się w
świetle zachodzącego słońca tęczą barw od
bieli poprzez wszystkie odcienie fioletu
i koloru różowego aż po ceglastą czerwień,
charakterystyczną dla skał gór Colorado
(Kolorado). Patrząc na roztaczający się
przed naszymi oczami widok zrozumiałem,
dlaczego Hiszpanie, będący pierwszymi bia-
łymi, którzy tu dotarli, nadali tę właśnie
nazwę krajowi [. .[
Kolorado jest niewątpliwie najbardziej
malowniczym spośród wszystkich górskich
stanów USA. W granicach jego leżą naj-
wyższe amerykańskie szczyty górskie, stło-
czone razem na stosunkowo niewielkim
obszarze, co potęguje wrażenia wzrokowe.
Przeszło 1500 z nich liczy ponad 3 tys. m
wysokości, a więc znacznie więcej niż naj-
wyższe szczyty tatrzańskie, a 56 spośród
ogólnej liczby 88 szczytów amerykańskich,
przekraczających wysokość 4000 m. leży
w Kolorado. Śmiało więc stan ten można
nazwać „dachem USA". (...)
Przez długi czas stan ten leżał całkowicie
na uboczu amerykańskich szlaków turys-
tycznych. Przyjeżdżało tam wprawdzie na
Q7
W Parku Narodowym litach występują fantastyczne
formy skal np w postaci wieź zamkowych, wieży-
czek l baszt
leczenie trochę ludzi zamożnych dotknię-
tych gruźlicą, garstka miłośników wysoko-
górskich wspinaczek, nikt jednak nie przy-
kładał większej wagi do sprawy zorganizo-
wania masowej turystyki, rozbudowy urzą.
dzeń turystycznych, wyznakowania szlaków
górskich itp. Często można było wprawdzie
słyszeć zdania, że piękno krajobrazu jest dla
Kolorado takim samvm skarbem, jak dla
Kalifornii promienie słońca, nikt jednak nie
trudził się by ten skarb odpowiednio wyko-
rzystać. [...]
Dzisiejsze Denver jest otoczone wieńcem
domów turystycznych, moteli, hoteli i wszel-
kiego rodzaju zajazdów przeznaczonych
dla turystów ściągających tam masowo
każdego lata. [...] Denver, [jest] położone
przeszło 1500 m nad poziomem morza, a
więc dwukrotnie wyżej aniżeli nasze Zako-
pane.
•
Przelot z Denver do Salt Lakę City [czytaj
salt lek sity] dostarczył mi niezapomnianych
wrażeń. Trafiłem na piękny, bezchmurny
i słoneczny dzień. W ciągu pierwszej go-
dziny lotu samolot płynął spokojnie ponad
wysokim masywem Gór Skalistych. Mimo
połowy maja szczyty górskie pokrywała
gruba warstwa śniegu, a liczne górskie je-
ziora były skute loderri. W pewnym momen-
cie góry urwały się zupełnie nagle podobnie
jak po wschodniej stronie łańcucha górskie-
go. Znaleźliśmy się wówczas ponad pół-
pustynnym płaskowzgórzem. Wkrótce ujrze-
liśmy na horyzoncie ogromne jezioro, oto-
czone wokoło rozległymi białymi polami,
jakby pokrytymi śniegiem. Było to Wielkie
Jezioro Słone (Great Salt Lakę [czytaj gret
salt lek]. Po zbliżeniu okazało się, ze śnieżne
pola są po prostu warstwą bielutkiej so
z wyparowującego w dość szybkim temp>e
Wielkiego Jeziora Słonego.
Jacek Machowski:
Warszawa 1969JV.ed««
wszechna, s. lo—
47 POCHÓD PUSTYNI
W różnych częściach świata pierwszym
objawem pustynnienia były burze pyłowe.
W USA stały się one niemal symbolem
zniszczenia kraju zwłaszcza obszaru Wiel-
kich Prerii. Nazwą Wielkich Prerii określano
rozległą, lekko pofalowaną równinę, zajmu-
jącą środkową część Ameryki Północnej.
Było to kiedyś dziedzictwo Indian i bizonów.
Rolnictwo wkroczyło na te tereny po raz
pierwszy w 1885 roku, to jest wtedy, kiedy
dobijano już ostatnie bizony, a ocalałe od
pogromu plemiona indiańskie zamknięte
zostały w specjalnie utworzonych dla nich
rezerwatach lub wycofały się w głąb Gór
Skalistych.
Po przeoraniu bujnych traw, porastają-
cych dotąd prerie, urodzajna ziemia zaczęła
rodzić obfite plony. Co prawda było z tym
trochę kłopotu, ponieważ w krainie tej pa-
nował specyficzny klimat. Wiosną, kiedy
zielone zboża wymagają najwięcej wilgoci,
nie było tam zazwyczaj opadów padały
one dopiero w lecie — w dodatku wiały
wtedy silne wiatry potęgujące jeszcze wy-
sychanie ziemi Co parę lat cały obszar na-
wiedzany był przez okresy specjalnej suszy,
lak, że rolnictwo przeżywało na przemian
raz lata ,,tłuste”, raz „chude”. Jednak far-
merzy jakoś się tym nie zrazali, dopóki klę-
ska straszliwej suszy, która w 1894 roku na-
wiedziła te okolice, nie zmusiła ich do
opuszczenia majątków Opustoszało wtedy
około 9O°/o gospodarstw.
Następny napływ osadników i wznowie-
nie uprawy na preriach miało miejsce pod-*
czas pierwszej wojny światowej i bezpośred-
nio po niej, kiedy z powodu istniejącej wów-
czas sytuacji politycznej, na rynkach świa-
towych wzrosły bardzo ceny zboża. Chęć
wzbogacenia się na dostawach pszenicy by-
ła przyczyną zaorywania przez farmerów
coraz większych obszarów, których uprawę
ułatwiało w tym czasie zmechanizowanie
pewnych prac, wprowadzenie traktorów
i wielu maszyn rolniczych.
Okres prosperity trwał do 1934 roku, kie-
99
98
Crk* prwcjwcTory jna w USA
dv znowu wystąpiła wielka susza Juz rok
przedtem nawiedziły kraj nic notowane do-
tąd upał’, które z małymi przerwami trwa-
ły przez przeciąg dwu lat W takich okolicz-
not>Cia h doszło do katastrofy, jakiej nie
znał jeszcze cywilizowany świat Wiosna
roku zerwały się wiatry, które zaczęły
zwiewać rozpulchnioną przez Oranu
wierzchnią warstwę gleby W powietrza
uner-ił się nieustannie delikatny pył. kłór.
przenikał rzędzie przez szpary wcisk.i*
do domów, wdychiwany dostawał się d<>
płuc stając się dla wielu osób, a także zwi.
rzat przyczyną poważnych schorzeń Ab\
uchror.ic się przed pyłem ludzie zawieszali
przy drzwiach wejściowych i ponad oknami
domów wilgotne koce, twarze zaś zakry-
wali mokrymi chustkami Pyły były przy-
czyną żółtego lub miedzianego zabarwienia
nieba, a przedzierające się przez nie promie-
nie słoneczne nadawały krajobrazowi jakiś
upiorny, niesamowity wygląd W pewnych
okolicach chmury pyłowe zupełnie przesła-
niały ^wiat, dlatego w dzień panował tam
stale półmrok, a niekiedy było tak ciemno,
lak podczas zaćmienia Słońca.
czasie nasilania się wiatrów, które osią-
gał; wtedy szybkość przeszło 50 km na go-
dzinę. zamykano szkoły, sklepy, ustawał
wszelki ruch komunikacyjny ( J
Tony wyschniętego na pył czamoziemu
oraz piasku, porywane w jednej miejscowo-
ści i pędzone tumanami przez kraj, porzu-
cane były przez wichurę w innej okolicy,
gdzie gromadziły się w postaci wałów wo-
kół płotków, drzew i domostw, niejedno-
krotnie całkowicie je zasypując
Iśry tyczne chwile dały ludziom dobrą
nauczkę | wzbudziły w nich refleksje na
temat konieczności dokonania natychmiasto-
w;ch zmian w dotychczasowym sposobie
użytkowania ziemi. Decyzja ta przyniósł
zbawienne owoce i zaważyła na tym. że nie
tylko na terenie Wielkich Prerii, ale ta^e
w wielu rejonach USA procesy pustynnie-
nia zestały w znacznej mierze powstrzyma-
ne Tak na przykład w Nowym Meksyku,
centralnym niemal punkcie występowania
burz pyłowych, władze federalne zainicjo-
wały w 1938 roku akcję ratowniczą kraju
Znaczna część farmerów porzuciła wpraw-
dzie w dniach klęski zrujnowane gospo-
darstwa. odsprzedając je rządowi, jednakże
ci, którzy wytrwali na miejscu, podjęli pra-
cę na nowo i chętnie stosowali się przy tym
do wskazówek kadry specjalistów
Program walki z erozją przygotowany
przez Służbę Ochrony Gleb przewidywał
takie zabiegi, jak formowanie krętych, a nie
prostolinijnych zagonów, gdyż przeciwdzia-
ła to zwiewaniu gleby i spłukiwaniu jej
przez wodę, nawadnianie pól, wyorywanie
w nich rzędów szerokich bruzd i tarasów,
które następnie należy obsiać różnymi ga-
tunkami traw, sorgiem lub szczodrzeńcem
miotlastym (ostatnie zalicza się do roślin
odpornych na suszę 1 silnie więżących gle-
bę), pozostawianie słomy na ściernisku, a w
sadach zadarnianie powierzchni między
drzewkami Konsekwentne stosowanie tych
metod w przeciągu kilkunastu lat zabliźniło
w znacznej mierze rany zadane Ziemi przez
niszczące siły przyrody i uzdrowiło miejsco-
wą gospodarkę Co więcej nawet, zabezpie-
czało kcaj przed dalszymi klęskami Kiedy
18 MISSISIPI
Missisipi unosi rocznie przeszło 500 milio-
nów ton materiału i od czasu do czasu pu-
stoszy kraj okropnymi powodziami. W ostat-
nim dziesięcioleciu było tam przeszło sto po-
wodził Klęski te przybierały niekiedy formę
wręcz biblijnego potopu. W latach 1927,
1937, 1938, 1947, 1951. 1955 Missisipi szalała
specjalnie, szerząc wszędzie śmierć i znisz-
czenie W 1937 roku na przykład w nurtach
środkowego biegu Missisipi zginęło 900
osób, zostało przy tym zniszczone pół milio-
bowiem w 1950 roku przyszła susza równa
tej, jaka dotknęła Wielkie Prerie w latach
trzydziestych, nie doszło już do burz pyło-
wych, choć' wiatry smagały pola jak wów-
czas
W tym samym mniej więcej czasie
w wielu Innych stanach Ameryki Północ-
nej, gdzie postęp erozji przybrał znaczniej-
sze rozmiary, przystąpiono także do zmia-
ny dotychczasowego systemu eksploatacji
rolnej. W pewnych okręgach stanu Michi-
gan zniszczonych przez wyka różowanie la-
sów i zasypanych później lotnymi piaskami
wprowadzono powoli nowe zalesienia i zało-
żono dochodowe plantacje choinek lub
czarnych borówek W stanach Tennessee,
(czytaj: tenesl], Ohio (czytaj ohajo) i w In-
dianie wielu farmerów poniechało orki na
rzecz hodowli bydła Mieszkańcy Południo-
wej Karoliny przerzucili się z tradycyjnej
uprawy zboża i bawełny na gospodarkę
leśno-łąkową itd. Sugestie udzielane przez
lokalne koła Służby Ochrony Gleb skiero-
wane były ku temu, aby gospodarka ludzka
nie naruszała nigdzie naturalnej harmonii
w przyrodzie
Antonina Łeńkowa Oskal-
powana Ziaaua Warszawa
1969. Wiedza Powszechna
s 75—76. 77—78
na domów W 10 lat potem rozszalały ży-
wioł ogarnął Kansas City. Pod naporem wód
wywróciły się wtedy i wylały zbiorniki
ropy naftowej i po wzburzonych wodach
popłynęła wierzchem druga rzeka płonącego
paliwa. Straty jakie poniesiono przy tej ka-
tastrofie obliczano na I miliard dolarów
Przy każdej takiej klęsce niektóre osiedla
i ulice miast zostają pokryte warstwą mułu,
która niekiedy sięga parę metrów grubości.
Jest to gleba zmyta z pól lezących w górnym
101
dorzeczu. Straty ludzi poniesione tylko
z tego ostatniego powodu są zazwyczaj
ogromne. W czasie powodzi w 1951 roku,
kiedy z brzegów wystąpiła rzeka Kansas,
prawobrzeżny dopływ Missouri [czytaj: mi-
sunj. i zalała wszystkie miasta i osiedla od
Saliny począwszy aż do Kansas City, szko-
dy z powodu zmycia gleby w tym okręgu
oceniano na 300 milionów dolarów
11/2
Meandry Missisipi
Katastrofalne powodzie zdarzają się —
jako następstwa wycięcia lasów — również
w dorzeczach innych rzek amerykańskich,
a także w wielu innych krajach, jak na przy-
kład w Indiach, w* Iraku, w Australii itp.
Antonina Leńkowa: Oskal-
powana Ziemia. Warszawa
1969, Wiedza Powszechna,
s. 83—84.
DELTA MISSISIPI
Jej wartki żwirowany nurt ulega tutaj na-
padom lenistwa. Ciemne, gęste od iłów wo-
dy rzedną i zaczynają przeświecać turkuso-
wymi pasmami płycizn. Potężna aorta rzeki
rozgałęzia się u zwieńczenia w nieskończoną
ilość krętych kanałów i przesmyków; we
francusko-hiszpańskim dialekcie południo-
wej Luizjany nazywają je bayou. [...],
Stary szlak transportów niewolniczych
i przewoźników bawełny — Missisipi Jej
delta nie przypomina kształtem przepisowe-
go trójkąta, lecz rozczapierzony, sękaty
krzak jałowca. [...[ Zyje tu jeszcze kajman*
i szop; wiją się w grzęzawiskach jadowite
węże; wielkie, tłuste ryby o trudnych do za-
pamiętania miejscowych nazwach tłuką
wściekle w przybrzeżnych zaroślach: żeglu-
ją w gnljącym oparzę błękitne modliszki,
z rzadka chlapnie w mokradle zabłąkany
z dalekiego południa pancernik.
Jest to kraj nieskończenie odległy od po-
tocznych wyobrażeń o Ameryce Północnej
Godzinami można tu pływać motorowym
czółnem, brodzić po oceanach trzciny, śle-
dzić niespieszne, zawiłe loopingi [czytaj: lu-
pingj * kolorowych motyli — i nie natknąć
się na żaden ślad cywilizacji, oprócz widocz-
nych na końcu horyzontu naftowych wież
wiertniczych. Parna, martwa cisza, nieczuła
na pory roku i obroty Ziemi.
Delta Missisipi silnie wy-
suwa się w morze. Jej
roczny przyrost wynosi
od 90 do 100 m
103
lat trzydziestych, a zwłaszcza
się tędy przedrzeć, spiesząc do
49. OSOBLIWOŚCI PRZYRODY USA
w dolinie Śmierci
WIELKI KANION KOLORADO
złoto*
czasie
Janusz Wolniewicz; Porty,
palmy i Polacy. Gdańsk 1969.
Wyd. Morskie, s. 1^—193.
W rozległym trójkącie ziemi między góra-
mi Sierra Nevada na zachodzie a Górami
Skalistymi na wschodzie panuje taka susza,
że nawet spore rzeki spływające z gór wy-
parowują, znikając nagle w jakimś su-
'A
W końcu
w okresie drugiej wojny światowej mokrad-
łami bayou targnęła pierwsza od dwustu
pięćdziesięciu lat zawierucha: nafta. Ona to
spowodowała, że młode pokolenie cajuns *
zaczęło porzucać swe żeremia na błotach. Tu
właśnie w Luizjanie, wzniesiono setk‘
nych wież wiertniczych tkwiący^ ’ Słyn*
w morzu, nieraz o setki metrów nd ?’Pr°st
d brzenu
Wiesław Górnirt--
wśród Jankesów, w G/°Ur
l??3' Ksi^żka i WieriS2aWa
244—245. 247. iedza, s
chym zagłębieniu. Słońce praży tu niesamo-
wicie przez dziesięć miesięcy w roku, a ter-
mometr często wskazuje w cieniu 50- 55°C.
Blisko zachodniej krawędzi tej pustyni,
na pograniczu Kalifornii z Newadą leży
właśnie przerażająca Dolina Śmierci. Tak
nazwali ją pionierzy, którzy niegdyś próbo-
wali
dajnych pól. Pochłonęła ona w tym
wiele istnień ludzkich. Indianie 2wali ,po
obszar tomesha czyli „2iemia w
Dohna Śmierci jest właściwie dnem istmeia'
cego tu niegdyś jeziora i wyględa jak oś£
piający b.aly zawój ułożony od jedneoo
końca horyzontu po drugi i obrzeżony g6
ram). Dohna Śmierci, najniższy punkt RA
leżący 85 metrów poniżej poziomu Pacyhku
razem ze swymi słonymi bajorkami robi
upiorne wrażenie.
Pomarańczowe sady żyznej doliny San
Bernardino zostały daleko w tyle. Nawod-
nienie tego pustynnego niegdyś obszaru za-
mieniło go w rajską dolinę, wypełnioną za-
pachem cytrusów i pióropuszami daktylo-
wych palm.
Ponad 500 mil dzieli Grand Canyon od Los
Angeles. Wielki Kanion Kolorado jest zda-
niem geologów, mierzących czas erami, nie-
mal oseskiem. Proces wgłębiania się bowiem
rzeki w zadziwiająco obecnie gładki płasko-
wyż Kolorado rozpoczął się zaledwie...
9 milionów lat temu. W ciągu tego, jakże
przytłaczającego człowieka czasu, rzeka Ko-
lorado niespiesznie werżnęła się na głębo-
kość dochodzącą do 1800 metrów; a trzeba
dodać, że płaskowyż ten nie jest zbudowa-
ny z granitów, ale stosunkowo miękkiego
[wapienia] i piaskowca. Rzeka sięgnęła już
głęboko w formacie przedkambryjskie *.
W pewnej chwili nieopatrznie wysunąłem
rękę za okno, ale cofnąłem ją natychmiast.
Rozgrzana blacha karoserii parzyła nie na
żarty, a powietrze opływające samochód
miało temperaturę gotowanej wody. Pęd sa-
mochodu nie przynosił nam najmniejszej *
ulgi. Wewnątrz wozu panował obezwładnia-
jący upał, na zewnątrz płynęła jak z hutni-
czego pieca rzeka rozgrzanego powie-
trza. [...]
Jednolity, czerwonobrunatny koloryt fan-
tastycznie ukształtowanych skał w piętnasto-
kilometrowym wyłomie Wielkiego Kanionu
pozwala zajrzeć we wnętrze matki-ziemi,
oglądać skalne warstwy niczym przekłada-
niec urodzinowego tortu. Wrażenie jest
mocne. Pewnie każdy z milionów turystów
zaglądających co roku w rozległą panoramę
Kanionu przeżywa jego piękno w takim sa-
mym stopniu jak Don Lopez de Cardenas,
który jako pierwszy biały człowiek ujrzał
go w roku 1540. Przestrzeń iednej mili *
w pionie obejmuje tu 2 miliardy lat.
Wielki Kanion Kolorado jest parkiem na-
rodowym, miejscem, gdzie nie ma prawa
sięgnąć topór drwala, pomysłowość archi-
i< kia czy strzelba
myśliwego. [...]
Janusz Wolniewicz. Porty,
palmy i Polacy. Gdańsk 1969.
Wyd. Morskie, s. 180, 181
183.
105
|SEKWOJE|
50 IMIGRANCI
Sekwoje [których rezerwaty są rozrzu-
cone] na przestrzeni 400 kilometrów wąs-
kim pasem wzdłuż Pacyfiku, nie rosną nig-
dzie więcej. Na skutek twardości i specjal-
nej konsystencji soków oparły się owadom
i grzybicy.
(...) Soki sekwoi nie mają żywicy, drzewo
jest więc oporne ogniowi, który trawi
..General Sherman — jedno z największych drzew
świata Wick tej sekwoi wynosi około 3,5 tys. lat
ogromne połacie leśne kontynentów aITle.
rykańskich i kanadyjskich. Jeżeli ogień
sąsiednich drzew osmali sekwoi korę, t0 za.
wartość taniny * w jej soku goi rany. Sok
jej jest antyseptyczny \ kornik ani inne
szkodniki go nie znoszą.
Toteż sekwoja ma czas. Po dwu dopiero
wiekach jest pełnoletnia, bo dopiero po
dwustu latach ma nasiona.
W przeciwieństwie do zwierząt, których
wzrost po dojściu do pewnego wieku się za-
trzymuje, sekwoja wzrasta w nieskończo-
ność. Wzrasta wciąż nadal.
„The Founders Tree" (czytaj: dy lander
tri], największe drzewo świata, któreśmy
jadąc drogą Nr 101 oglądali koło Dyerville
(czytaj: dajerwil), przed straceniem korony
liczyło 364 stopy, tzn. około 120 m wysoko-
ści (dwie wieże mariackie jedna na drugiej)
Ma 16 metrów w obwodzie i z jego drewna
można by zbudować dwanaście sześciopo-
kojowych domów.
Bardziej grubaśny jest „Generał Shennan
(czytaj: szermen], choc niższy od „The Foun-
ders Tree", ma w obwodzie 34 metry Pierw-
szy swój konar (jak wszystkie sekwoje) ma
bardzo wysoko — na wysokości 43 metrów
To wspaniale patrzeć na tę równą bezgałę-
ziaslą kolumnę, prostą jak świeca, między
pięćdziesiątym i sześćdziesiątym metrem
mającą średnicę ośmiometrową Z tego .-Ge-
nerała Shermana" otrzymałoby się 1400 m
sześciennych budulca, można by deski z nie-
go przeciągnąć nu 180 km
Las takich olbrzymów sprawia wrażenie
jakiejś dekoracji teatralnej. Konary zaczy-
nają się na wysokości dwunastego pićlra
normalnej kamienicy. Gdyby laki pierwszy
konar uciąć i ustawie, byłby samoistnym
drzewem wysokości od dwudziestu do trz>
dziestu metrów’, mającym ponad dwa indn
w1 obwodzie.
Kf
Melchior Wańkow,c-'
lik I oceany WarsjJ"
Iskry, .<. 439—445
W końcu XVIII wieku Stany Zjednoczone
miały zaledwie około 4 milionów mieszkań-
ców (w tym już wówczas około 20 procent
Murzynów). W ciągu XIX wieku, a dokład-
niej mówiąc w ciągu stu lat: 1815—1914, we-
dług obliczeń specjalistów amerykańskich
do Stanów' Zjednoczonych przybyło z Euro-
py około 50 milionów imigrantów. (. |
Po w-ybuchu I wojny światowej ten potok
imigrantów z Europy do Ameryki został za-
hamowany i obecnie imigracja do Stanów
Zjednoczonych regulowana jest szeregiem
rygorystycznie stosowanych przepisów Jed-
nakże jeszcze teraz odsetek obywateli bądź
urodzonych za granicą, bądź takich, których
rodzice urodzili się za granicą, jest nadal
bardzo duży. (...) Najwięcej, bo 52 miliony
Amerykanów jest pochodzenia brytyjskiego
(angielskiego, szkockiego lub walijskiego)
Drugie miejsce zajmują — co dla wielu czy-
telników' chyba będzie niespodzianką —
Amerykanie pochodzenia niemieckiego ta-
kich jest 21 milionów. W dalszej kolejności
biuro spisu ludności wymienia pochodzenie
irlandzkie (14 milionów), włoskie (7 milio-
nów), skandynawskie (6 milionów') i polskie
(5 milionów’). Poza tym w Stanach Zjedno-
czonych znajduje się przeszło 5 milionów
Żydów, wrywodzących się z różnych krajów
europejskich. (Dane te zaczerpnęliśmy z
książki Theodore’a H White*a ..The Making
of the President", s. 226).
Niektóre organizacje Polonii amerykań-
skiej wymieniają w-iększą liczbę obywateli
Stanów’ Zjednoczonych pochodzenia pol-
skiego. (...) W Stanach Zjednoczonych nie
ma — i nie może być — dokładnej statysty-
ki co do pochodzenia ludności. O Ile bowiem
przy pierwszym pokoleniu imigrantów usta-
lenie pochodzenia nie sprawia żadnego kło-
potu, spraw*a się komplikuje przy dalszych
pokoleniach z powodu mieszanych mał-
żeństw, procesów asymilacyjnych itd.
W Chicago [czytaj, szykagou) w odpowie-
dzi na pytanie, ilu tam jest Polaków, sły-
szałem szacunki wahające się od 500 do
700 tysięcy. W każdym razie dzielnica pół-
nocno-zachodnia, w' której skupiło się naj-
więcej naszych rodaków, nazywana jest
żartobliwie Little Poland (czytaj: litl polend)
(mała Polska).
W Detroit [czytaj: dytrojt] z kolei trafi-
łem kilkakrotnie do dzielnicy Hamtramck.
zamieszkałej niemal wyłącznie przez Pola-
ków’. Dokładniej mówiąc nie jest to dzielni-
ca Detroit, lecz — pod względem adminis-
tracyjnym — oddzielne miasto z 40 tysiąca-
mi mieszkańców, otoczone ze wszystkich
stron przez rozrastające się wciąż Detroit
W Hamtramck (Polacy wymawiają Hamtra-
mik) stychac na ulicach polską mowę, pełno
tu polskich szyldów i napisów (...)
W Nowym Jorku widziałem kiedyś tra-
dycyjną polską paradę w dniu imienia Pu-
łaskiego (tzw. Pułaski Day (czytaj dej])
Parada odbywała się na reprezentacyjnej
Fdth Avenue (czytaj fits aweniu] (Piąta
Aleja) w samym śródmieściu w’ obecności
przedstawicieli władz państwowych, stano-
wych i miejskich. Policja wstrzymała ruch
na czas parady Widzowie — przeważnie
Polacy — ustawili się na chodnikach z obu
stron, a jezdnią przemaszerowały poczty
sztandarowe, liczne orkiestry I grupy repre-
zentujące różne organizacje polonijne ( ]
Grzegorz hirwl. Nowo-
[Oftkie ABC W">d II W,ir
1966. I»kry » 139—
143.
106
1
51. POLONIA W STANACH ZJEDNOCZONYCH
(...) Do Ameryki emigrowali od kilkudzie-
sięciu lat przeważnie ludzie ze wsi, bezrolni
wyrobnicy, fornale ze dworów, dzieci gos-
podarskie, dla których już nie starczyło zie-
mi do podziału. Bardzo rzadko zdarzali się
w tej emigranckiej masie wykwalifikowani
robotnicy lub inteligenci. Trochę zjechało
tam drobnych kupców i rzemieślników.
Wszyscy zaczynali od ciężkiej, prymitywnej
pracy. Zarabiali grosze, mieszkali źle, odży-
wiali się mizernie i pracowali. Trudno na-
wet opisać, jak ciężko pracowali [...] wielu
po dorobieniu się — a to mogło trwać bar-
dzo długie lata — zakładało drobne sklepy
lub warsztaty rzemieślnicze. Równocześnie
wyłaniali się z tej społeczności działacze
organizujący jakieś pierwsze polskie życie
kulturalne. Powstały chóry, zespoły teatral-
ne, czytelnie, a także najważniejsze z tych
instytucji, polskie towarzystwa ubezpiecze-
niowe. Toteż następni emigranci z Polski
znajdowali już sytuację łatwiejszą. Trafiali
do społeczności jako tako zorganizowanej,
ale równocześnie trafiali do czegoś w rodza-
ju polskiego getta, z którego nie potrzebo-
wali się wychylać.
W nowym kraju nie nękał ich głód, nie
było przednówków. Zdarzały się kryzysy,
o ileż jednak mniej groźne. Emigranci do-
rabiali się. Mogli do kraju posyłać pienią-
dze [...].
Ludzie, którzy w starym kraju niczego
dobrego nie zaznali — głód i brak pracy
wypędził ich z niego — tam, za oceanem,
manifestowali swoje przywiązanie nie tylko
słownymi deklaracjami, ale przede wszyst-
kim dawali na niego ciężko zarobione dola-
ry. Co więcej, w czasie pierwszej wojny
światowej wstępowali do różnych polskich
wojskowych formacji i ginęli za sprawę,
która właściwie nie była już ich sprawą.
Umierali za kraj, z którym powinny ich łą-
czyć tylko złe wspomnienia...
Zamknięcie się dzielnic w swoich włas-
nych problemach, a nawet ta pewna ważność
spraw polskich w życiu politycznym spra-
wiły, że trudno jest się stamtąd wydostać.
A ponieważ niewykwalifikowani emigranci
zaczynali swoje kariery od pracy na najniż-
szych stanowiskach, życie społeczne tych
dzielnic, poziom życiowy ich mieszkańców,
ambicje i horyzonty myślowe utrzymały się
nadal na tym samym niskim początkowym
poziomie. Teraz się zmienia, lecz nie na ty
108
le. by
żnych
obywatelach nowego świata to, że dzieci ich
braci, dalej w tych swoich wioskach cho-
kanery państwowe 1 naukowe. Tam, w
meryce, los Polaka jest jeszcze przeważ-
nie losem robotniczym...
nie budziło zdumienia w tych zamo-
już dzisiaj w porównaniu z nami
Aleksander Małachowski:
Diaspora. Warszawa 1967,
PIW s. 80—87, 91—93.
dzących za pługiem i rękami siejących ziar-
no, kończą masowo wyższe uczelnie, robią
AMERYKANIE POLSKIEGO POCHODZENIA
Pojechałem kiedyś pod Nowy Jork do
polskiego ośrodka wypoczynkowego w Oak
Rodge [czytaj: ouk rodź]. Trafiłem na wiel-
ki ludowy festyn. W krytej hali tanecznej
i na tarasie przed nią przy stołach siedzieli
starsi, przyglądający się zabawie. Było to
na ogół środowisko starej robotniczej emi-
gracji, więc język, jakim się posługiwali,
był upstrzony obcymi słowami. Można było
usłyszeć wszystkie słynne: „postaw karę na
kornerze" — czyli samochód na rogu, lub
„czy mata tu patataje", co brzmi zgoła po
indiańsku, a znaczy — czy macie ziemniaki
(potatoes [czytaj: potetos]), ale ludzie w in-
tencji swej mówili po polsku. Natomiast
tańcząca na sali młodzież mówiła między
sobą wyłącznie pó angielsku. Dziwnie to
zresztą wyglądało. Zabawa ta mogła odby-
wać się na przedmieściu Łodzi, Warszawy,
czy Włocławka — tak w swoim wyrazie
i obyczaju była polsko-wiejsko-proletaria-
cka [...].
Zacząłem się tedy bliżej przyglądać
problemowi odchodzenia od języka polskie-
go- [...] Otóż odchodzenie od polskości jest
wśród tej młodzieży wyrazem pewnego
awansu społecznego... Z zapominaniem ję-
zyka łączy się często zmiana nazwiska i za-
cieranie po sobie wszelkich słowiańskich
śladów. Dzieje się to pod wpływem rzeczy,
o których mamy w kraju minimalne pojęcie.
Pod wpływem anglosaskiej manii wyższości.
Pogardzanie nie-Anglosasami daje się lu-
dziom porządnie we znaki. Słabsi uginają
się przed tym i zacierają ślady po swoim
pochodzeniu. Do niedawna ten proces był
dominujący. Teraz zaczyna pojawiać się in-
ne zjawisko. Młode pokolenie, nie mówiące
już zupełnie po polsku, noszące inne nazwi-
ska niż ojcowie, nagle przypomina sobie
o swym pochodzeniu. Wiąże się to z tym,
że nie można być Amerykaninem w ogóle.
Tylko Indianie mają prawo nazywać siebie
rdzennymi Amerykanami. Reszta skądeś
tam przybyła. Trzeba więc mieć za sobą ja-
kieś zaplecze w Europie, jakiś stary kraj.
Nagle widzi się młodych ludzi wracają-
cych do dawnych słowiańskich nazwisk,
których sami bądź też ich rodzice wyzbyli
się niedawno. Oczywiście, nazwiska te ma-
ją zmienioną pisownię i wymowę. Widuje
się coraz częściej ludzi interesujących się
sprawami polskimi, mówiących nawet nie-
raz z dumą o tym, że są Amerykanami pol-
skiego pochodzenia. Tylko inny jest już
wymiar tych związków. Nie ma w tym pa-
rafiańskich, patriotycznych sentymentów.
Już nie wycinanki ludowe i oleodruk z Koś-
ciuszką są treścią tych zainteresowań. Po-
znają ci młodzi ludzie teraz historię kultu-
ry polskiej, literaturę [...].
Opisywanej przeze mnie zmianie nasta-
wienia do spraw języka i kultury polskiej
bardzo sprzyjają zmiany zachodzące w kra-
ju. Młodzi ludzie przyjeżdżający z wizytami
zastają u nas inny obraz niż przekazany im
przez tradycję. Widzą wielki przemysł, dro-
gi, elektryczność, rzeczy podobne do tego, co
ich tam otacza. Do Ameryki zjeżdżają polscy
profesorowie, grają nie ludowe kapele, ale
109
wielkie orkiestry symfoniczne polscy spor
towcy zdobywają medale na olimpiadach.
Przyznani© się do Polski przestaje bv r*t
czą wstydliwą.
Trzeba jednak zdawać sobie sprawę
z tego, ze młode pokolenie emigrantów nie
iesl w zadnvm wypadku przedłużeniem na-
rodu polskiego za jego granicami, jak często
chcemy je widzieć Są to. zwyczajnie mó-
wiąc. Amerykanie polskiego pochodzenia
I trudno wśród nich szukać innego patri0.
lyzrnu niż amerykański. Ich krajem ojczy.
stym jest ziemia nad Hudsonem i Potoma-
kiem. nad Wielkimi Jeziorami i Oceanem
Spokojnym (...). |
Aleksander Małachowski
Diaspora. Warszawa iom
PIW. - -- w
111—
118 8(>~93, 103—ICM.
52. Ml RZYM W USA
NA PÓŁNOCY
[Uderza duża stosunkowo liczba Murzy-
nów w miastach Połnocy]. Lata powojenne
byłv okresem wielkiej migracji Murzynów.
Dwie były tego przyczyny. Liberalne prawa,
me przewidujące w zasadzie jakiejkolwiek
dyskryminacji i duże zapotrzebowanie na
ręce do pracy Południe nie miało przemy-
słu. handlu i usług — większość Murzynów
żyła na wsi, ale wraz z upadkiem drobnego
rolnictwa w Stanach, zastępowanego przez
wielkie zmechanizowane farmy, to źródło
zarobków przestało wystarczać. Do Chicago
przybyło po wojnie ponad milion Murzy-
nów. Podobnie i w innych miastach liczba
Murzynów wzrosła kilkakrotnie. Objęli oni
prawne wszystkie funkcje wymagające cięż-
kiej fizycznej pracy* bądź też lżejsze, ale nie-
skomplikowane, czyli bardzo źle płatne.
Murzynów widzi się na Północy jako traga-
rzy, zamiataczy, pomywraczy talerzy w re-
stauracjach i barach, sprzątaczy. W tych sa-
mych lokalach kelnerki czy barmanki są na
ogół białe. (...) Bardzo rzadko udaje się
spotkać czarnego urzędnika czy nawet
sprzedawcę w wielkim domu towaro-
wym. (...)
Wreszcie rzecz najbardziej charakterys-
tyczna. Murzyni zawsze mieszkają w odręb-
nych dzielnicach. Graniczą one często z
dzielnicami polskimi albo też nawet Murzy-
ni przychodzą do pewnych dzielnic po lud-
ności polskiej, która, awansując społecznie,
opuszcza swe stare siedliska.
WALKA SIĘ TOCZY
Droga do wyzwolenia prowadzi także
przez wzrost poziomu wykształcenia lud-
ności murzyńskiej. To nic, że na Południu
trwa nadal segregacja w szkołach, a na
Północy zamieszkiwanie Murzynów w get-
tach też jakby wyłącza ich dzieci z kręgu
szkół ogólnie dostępnych. To nic, że szkoły
murzyńskie są nadal na niskim poziomie,
a nauczyciele w nich są dużo gorzej płatni
niż w szkołach dla białych dzieci Najważ-
niejsze jest to, że Murzyni wywalczyli
sobie wreszcie prawu i możność tworzenia
własnej inteligencji. Jej brak w dawnych
czasach pozbawiał tę grupę ludności możli-
wości wykształcenia kadr przywódczych,
mogących kierować walką o prawa.
Zmiany pod tym względem są bardzo du-
że. Gdy w roku 1939 studiowało na wyż-
szych uczelniach nie więcej niż 500 Murzy-
nów, to dzisiaj jest blisko 200 tysięcy
studentów murzyńskich zarówno na uniwer
sytetach przeznaczonych wyłącznie dla
czarnych, jak i na wyższych zintegr°wa
nych ’ uczelniach.
Te elementy wzięte razem, a więc emi
gracja na Północ, przechodzenie do PraC^
110
w przemyśle, organizowanie się w związ-
kach zawodowych, stale szybkie przybywa-
nie ilości inteligencji, sprawiły, że sytuacja
Murzynów przestała być beznadziejna. Po-
wstały nowe bodźce do walki o prawa.
Ostatnim sukcesem było uchwalenie usta-
wy o prawach obywatelskich, która w za-
sadzie obala na całym terytorium Stanów
Zjednoczonych wszelkie objawy dyskrymi-
nacji. Konsekwencja uchwalenia tej ustawy
jest toczona obecnie walka o prawa wybor-
cze dla ludności murzyńskiej na Południu.
Prasa przynosi codziennie na ten temat no-
we i nieraz tragiczne wiadomości, ale naj-
ważniejsze jest to, że walka się toczy.
Aleksander Małachowski:
Diaspora Warszawa 1967.
PIW s. 142—143. 184—185.
AMERYKA CZARNO-BIAŁA
Dyskryminacja rasowa Murzynów obo-
wiązuje w Georgii [czytaj: dżordżja] i w
innych stanach południowych nie tylko na
dworcach kolejowych czy autobusowych,
nie tylko w kościołach i w życiu towarzy-
skim. Dotychczas obowiązują i przestrzega-
ne są przepisy o segregacji Murzynów w
szpitalach i szkołach, w kinach i salach
zgromadzeń, w dzielnicach mieszkaniowych
i na cmentarzach.
Murzyn z Georgii rodzi się w oddzielnym,
przeznaczonym dla czarnych zakładzie po-
łożniczym (wyposażonym oczywiście, gorzej
niż zakład dla białych), mieszka na ulicy, na
której mieszkają tylko ..czarnuchy" (po-
gardliwie niggers), uczy się w szkole dla
murzyńskich dzieci (znów znacznie uboższej
niż szkoły dla białych), może dostać pracę
tylko gorzej płatną, i to nie w każdym za-
wodzie, w razie choroby trafia do szpitala
dla czarnych (oczywiście biedniejszego), w
kinie siedzi na balkonie (biali — na parte-
rze), w kościele modli się oddzielnie a po
śmierci trafia na segregowany cmentarz dla
czarnych.
Ludność murzyńska
USA.
Burzliwe i dramatyczne wydarzenia, któ-
re się rozegrały na wiosnę 1963 roku w
mieście Birmingham [czytaj: bermigem] w
południowym stanie Alabama, uznano po-
wszechnie w Stanach Zjednoczonych za do-
wód tego, że wyczerpuje się cierpliwość
ludności murzyńskiej. Murzyni z Birmin-
gham zażądali między innymi prawa do picia
wody tam. gdzie w'odę pi ją biali. Zażądali
dostępu do „białych" zakładów gastrono-
micznych i wysunęli jeszcze kilka raczej
skromnych postulatów.
Miejscowi rasiści cieszący się poparciem
gubernatora stanu Alabama i szefa policji,
odpowiedzieli odmownie, a gdy zaczęły się
manifestacje Murzynów, policja wprowadzi-
ła do akcji psy, którymi szczuła murzyńskie
dzieci, i hydranty o wysokim ciśnieniu, któ-
rymi rozpędzała demonstrantów. Doszło do
aresztowania kilku tysięcy Murzynów, w
tym małych dzieci. [...]
Grzegorz Jaszuński: Nowo-
jorskie ABC. Wyd. II. War-
szawa 1966, Iskry, s. 105,
112.
•
Murzyn nigdy nie jest pewien, czy to, co
mu wolno w jednym miasteczku, będzie mu
zezwolone w drugim, czy jutro nie będzie
na odwrót itp. Na pierwszy taki nonsens
natknęliśmy się w Atlancie. W dużym gma-
chu ujrzeliśmy nad windami napisy, że te
są dla białych, a inne dla czarnych. Kiedy
zjeżdżaliśmy, napisów na górze nie było, w
windzie obok nas znajdowali się czarni
i biali. Spytany biały pan wyjaśnił, żując
cygaro, że niggers, czarnuchy mają prawo
ale wjeżdżać
mogą
zjeżdżać z białymi,
tylko oddzielnie.
Kiedy po drodze zatrzymujemy się dla na-
brania benzyny, żona udaje się do toalety
damskiej. Napisane, że jest zamknięta z po-
wodu remontu. Wraca, widzi po drodze in-
ną, ale for colored [dla kolorowych, czytaj:
fo kolord]. Wezwany dla rozstrzygnięcia
sprawy benzyniarz rozkłada ręce: żadne
okoliczności, nadrzędne nawet, nie pozwa-
lają korzystać z takiej toalety białej kobie-
cie. Niech lady pozwoli do jego mieszkania.
Melchior Wańkowicz: Atlan-
tyk — Pacyfik. Warszawa
1967, Iskry, s. 125—126.
Wysiedliśmy na obiad przed jakimś dwor-
cem [...] w stanie Alabama. Jak zwykle na
tych autobusowych dworcach w wielkiej
•sali stało kilka okrągłych barów [...]. Z auto-
busu wyszliśmy całą gromadą, jak kto sie-
dział, czarni i biali pomieszani. Tak szliśmy
do drzwi tej dużej sali. Po ich przekroczeniu
spostrzegłem nagle, że sznur pasażerów
dzieli się. Czarni szli na prawo do jednych
barów, biali na lewo do drugich. Nikt niko-
mu niczego nie wskazywał, nie było żad-
nych napisów, instrukcji. Ten sam tłum, któ-
ry przez długie godziny gwarzył przyjaźnie
w autobusie, rozdzielił się teraz zupełnie
automatycznie na czarnych i białych [•••]
Zdumiał mnie ten obyczaj działający niby
maszyna, zakorzeniony w podświadomości.
Aleksander Małachowski:
Diaspora. Warszawa 1967,
PIW, s. 190.
53. NOWY JORK
Mapę Nowego Jorku miałem już przestu-
diowaną od dawna. Wiedziałem, że jest tam
podłużna wyspa, długości kilkudziesięciu
kilometrów, zwana Manhattan, obok niej
druga wyspa — Long Island [czytaj: ajlend],
której tylko nieznaczną część zajmują no-
wojorskie dzielnice — i jeszcze jedna wy-
spa, i na niej dzielnica Richmond [czytaj:
riczmond]. Rzeki Hudson [czytaj: hadsn],
Harlem i Rzeka Wschodnia — East River
[czytaj: ist riwer] — opływają brzegi tych
wysp, tworząc wiele dróg wodnych, dając
miejsce wspaniałym naturalnym portom
i wyznaczając granice dzielnic miejskich.
Prawdziwym Nowym Jorkiem — tym z le-
gendy — jest jednak tylko wyspa Manhat-
tan. Inr.e dzielnice są podobne do reszty
miast amerykańskich, mają byle jaką zabu-
dowę, pełne są wrzaskliwych reklam, zwa-
riowanego ruchu ulicznego, tysięcy skle-
pów, bazarów [...].
MANHATTAN — KAMIENNE GÓRY DOMÓW
Ale Manhattan jest inny niż cała Amery-
ka, inny niż wszystko, co dotąd widziałem,
inny niż wszystko, co dotąd postawiono na
świecie. Jest niezapomniany, choć właści-
wie straszny. Znałem go z mnóstwa foto
grafii, z opowieści znajomych, z opisów lite-
rackich. Wiedziałem więc dokładnie, co
zobaczę, gdy już się znajdę w pobliżu mia
sta. A przecież kiedy mój autobus jadący
z Waszyngtonu minął już nie dzielnice, ale
bez mała cały kraj wielkich przemysłowy c
instalacji chemicznych, graniczących z rz~
ką Hudson i z Nowym Jorkiem i po ostrym
wirażu wyjechał nagle na wysoką esta a
dę *, zobaczyłem stamtąd widok, przy '
rym marniały wszystkie znane mi opisy.
Całą szerokość horyzontu grodziły ka/nie^\
ne góry domów. Nigdy już nie Poz• Y e
się tego uczucia odbierania widoku °Y_
go Jorku jako pejzażu gór. Nie jest o
wiem miasto zbudowane na skalę poczyń
8 — Nowy stary świat
ludzkich. Ma ono w sobie coś z wielkości
i rozmachu przyrody.
Później już, gdy autobus wyplątał się
z rozjazdów autostrady, przemknął przez
tunel pod Hudsonem i wynurzył się na któ-
rymś tam piętrze olbrzymiego dworca, skąd
skomplikowanym systemem ruchomych
schodów wydostałem się do miasta, zoba-
czyłem, jak brzydkie są te kamienne kolosy,
oplecione żelaznymi drabinkami, ozdobione
najgorszymi dekoracjami, jakie sobie moż-
na wyobrazić Lecz wrażenie szpetoty
niknie szybko wobec podziwu dla technicz-
nego geniuszu ludzi, którzy potrafili wy-
dżwignąć pod niebo ten górski łańcuch do-
mów [...].
'Obok potworów brzydoty są w Nowym
Jorku wieżowce, których piękno trudno jest
z czymś porównać. Myślę o domach zbudo-
wanych już po wojnie, w stylu architektu-
ry współczesnej. Na Park Avenue [czytaj:
aweniuj istnieje zespół gmachów stworzo-
nych przez wielkich mistrzów współczesnej
sztuki Domy te również sięgają siedemdzie-
sięciu lub osiemdziesięciu pięter. Ich ściany
lśnią szkłem i metalem. Najpiękniejszym
z tych domów jest [...] czarno-złota wieża.
Konstrukcję ma z czarnego metalu, szyby
zaś opalizują złotem, co ma na celu ochronę
ludzi pracujących wewnątrz przed promie-
niami słonecznymi. W innych domach w
tym rejonie szyby opalizują niebiesko lub
zielonkawo. Wykonane z aluminium kon-
strukcje srebrzą się w słońcu. Na ulicach
Nowego Jorku trudno nieraz dojrzeć niebo.
Przy Wall Street [czytaj: łoi strit] i gdzie
indziej, jeśli podniesie się do góry głowę,
wzrok napotyka ciągle na ściany gmachów.
Trzeba się dopiero zatrzymać i, jak to się
mówi, zadrzeć głowę i patrzeć prawie pio-
nowo w górę, by dojrzeć niebo. Drapacze
budowano bowiem nie poszerzając ulic
i wchodzi się tam jak do mrocznych kanio-
nów. Na Park Avenue jest już inaczej. Do-
my także stoją przy wąskiej ulicy, ale kie-
113
12
Most na rzece East River „Brooklyn Bridge" w Nowym Jorku
dy tam byłem w pogodny dzień, niebo od-
bijało się w szklanych taflach i miało się
wrażenie, że to niebo spływa aż na sam dół
do chodnika. Białe chmury płynęły w tym
lustrzanym odbiciu niziutko nad ziemie}
i wydawało się, że można ich ręką do-
tknąć
W HARLEMIE — ZAPACH BIEDY
Pod koniec pobytu w Nowym Jorku po-
stanowiłem zwiedzić słynny Harlem Leży
on w północnej części wyspy Manhattan,
czyli v, samym centrum miasta. Kolej pod-
ziemna przenosi fam turystę w kilkanaście
minut z najbardziej luksusowych dzielnic
Nic ta Lłiskość nie znaczy W Harlemie wi-
dzi tury.ta inny świat Moi znajomi bardzo
mi odradzali samotną jazdę do Karlemu | ].
Pojechałem wieczorem Wysiadłem przy
125 ulicy i poszedłem w głąb ulicy. Niby ta
sama Ameryko, pełna brzydkich domów,
jaskrawych reklam, ale wszystko w niej
jakby gorsze Nie widać drogich sklepów,
przeważają tandetne towary, byle jakie wy-
stawy j natychmiast widoczne jest najbar-
dziej charakterystyczne zjawisko — tłum na
ulicach
W Harlemie życie domowe i towarzyskie
toczy się częściowo na ulicy — jak w mia-
stach południowej Europy. Ten wielki tłum
niczego nie kupuje, nie załatwia interesów,
nie śpieszy się. Ot, po prostu ludzie space-
rują, rozmawiają, gapią się bezmyślnie
przed siebie |...).
Chodziłem po ulicach Karlemu i tej dusz-
nej nocy nowojorskiej wdychałem prawdzi-
wą cechę murzyńskiej dzielnicy, zapach bie-
dy. Ten sam na całym świecie zapach sma-
żonego oleju, ceouli, gnijących śmieci, plu-
jących się ryb — zapach Karlemu, który
rasiścl skłonni są przypisywać specjalnym
właściwościom murzyńskiej skóry, a który
w rzeczywistości jest międzynarodowym
zapachem nędznych dzielnic proletariatu
Aleksander Malacho'*^!
Diaspora Warszawa '
PIW. s. 106—109,
1 Univeft«tY ot California (Berkeley)
3 Moif San Francisco Oakland
2 Dzielnica chińska
4 Most Golden Gafo
(Z»ote Wrota)
54. SAN FRANCISCO
Niełatwo być w Stanach miastem z włas-
nym obliczem, z charakterem, z bogatą
historią, miastem do zauważenia i zapamię-
tania. Niełatwo znaleźć na kuli ziemskiej
punkt bez mrozów i dokuczliwych upałów,
takie prawdziwe miejsce do życia. Niełatwo
rozsiąść się na górach, a równocześnie nogi
maczać w morzu — być wielkim portem
oceanicznym Niełatwo zwołać pod jeden
dach Amerykanów, Chińczyków, Japończy-
ków, Hawajczyków, Murzynów, Włochów,
Hiszpanów, Meksykańczyków i kogo tam
jeszcze Bozia stworzyła i pogodzić ich ze
sobą,
Udało się to wszystko najpiękniejszemu
i najbardziej urzekającemu miastu Północ-
nej Ameryki, San Francisco (..)
San Francisco * liczy 800 tysięcy miesz-
kańców. Okupują oni język ziemi między
Pacyfikiem a Zatoką San Francisco. Z lądem
po drugiej stronie (...) łączą ich najpiękniej-
sze mosty świata: Golden Gate Bridge (czy-
taj; golden gajt brydż] i Bay Bridge (czytaj:
bej brydż). San Francisco oglądane z samo-
lotu sprawia wrażenie garści kamieni
rzuconych do wody.
Jest jedynvm miastem amerykańskim —
poza nowojorskim Manhattanem — które
nie rozrasta się jak polip i nie rozpływa w
nieskończoność; ocean na to nie pozwa-
la (...).
Najpiękniejsze karty historii grodu Świę-
tego Franciszka, z których mieszkańcy naj-
bardziej są dumni, zostały zapisane przez—
katastrofy i nieszczęścia
Złoto stworzyło to miasto. Złoto i wystę-
pek. W latach 1849—1856, w okresie "Gol-
den Rush" (czytaj: golden rusz], popełniono
na terenie San Francisco ponad 1000 mor-
derstw. Było to wówczas najbardziej zdemo-
ralizowane miasto na kuli ziemskiej. Rządził
nim gang „The Hounds” (czytaj: dy haunds),
banda pozbawionych skrupułów łotrów (...].
W roku 1906 nawiedziło San Francisco
trzęsienie ziemi. Dziesięć kilometrów kwa-
dratowych żywego organizmu miejskiego
rozsypało się w gruzy. Przez trzy dni i trzy
noce szalał pożar. Popękały przewody gazo-
we i kanalizacyjne. Wybuchły epidemie
chorób zakaźnych. Kolorowy, błyszczący,
różnojęzyczny ośrodek życia przestał
istnieć. Ale na krótko: Hasło „Nie mów
o trzęsieniu ziemi — bierz się do pracy" zo-
stało podchwycone i oto w kilka lat później
słynne Frisco stało znowu mocno na no-
gach (...1,
Cieśninę Złotych Wrót łączącą Pacyfik z
Zatoką San Francisco przecina most, który
jest symfonią piękna 1 wdzięku Golden Ga-
te Bridge. Ponad trzy kilometry długości,
120 metrów między filarami. Najwyższe fi-
lary mostowe na świecie: około siedemdzie-
sięciu pięter. Koszt budowy 35 milionów
dolarów Przez Golden Bridge prowadzi dro-
115
i
dzielnice artys-
♦
Olqierd
czterech
1961
139, 142 143
Budrewicz Lqd
czasów Warszawa
Wyd MON s. 134—
4
[ • f
i i i
San Francisco portowe miastu zbudowane na 'jorzyslyin półwyspie
między Oceanem Spokojnym a Zatokę San Francisco
ga do Parku Narodowego Mmra, gdzie ros-
ną sławne sekwoie, najstarsze zyiące orga-
nizmy na świecie
Drugi most — [Oakland| Bndge — bije
dla odmiany rekord długości trzynaście
kilometrów I kosztu budowy prawie sto
milionów dolarów To lym mostem | ...] je-
rlzie się do Berkeley, siedziby jednego z naj-
lepszych uniwersytetów Ameryki | |
San Francisco jest dzisiaj — obok Nowe-
go Jorku । Bostonu — najruchliwszym
ośrodkiem kulturalnym w Stanach. Ma
w dsnq ciekawą architekturę, wspaniale
uzeum Sztuk Pięknych, doskonały balet,
świetną operę, dziesiątki dobrze zaopatrzo-
nych antykwariatów, cale
tów
55 SAMOCHÓD TOWARZYSZY AMERYKANINOWI
Samochód towarzyszy Amerykaninowi
od pierwszego krzyku na ziemi aż do śmier-
ci. Do ślubu i na cmentarz jedzie się kadi-
lakiem.
Masz rok, dostajesz plastikowy samo-
chodzik. Masz szesnaście lat, dosiadasz sta-
lowego pojazdu. Potem juz jesteś skazany
na dobrodziejstwo cywilizacji. Jeżeli nie
posiadasz wozu, przestajesz się liczyć jako
obywatel, mogą cię nie przyjąć do pracy,
zaczynasz zawadzać w społeczeństwie.
Auto dawno przestało być w Ameryce
przyjemnością, zauważalnym czynnikiem
poziomu stopy życiowej — stało się abso-
lutną koniecznością, nieodzownym instru-
mentem życia, jak klucz do drzwi lub ma-
szynka do golenia.
Samochód wyrzucił ludzi daleko za mia-
sta, wydłużył ulice do kilkudziesięciu mil,
po czym zaczął dyktować sposób bytowa-
nia. [...].
Kobiety stały się niewolnicami samocho-
dów, oczekując ciągle dnia i godziny, kiedy
można pojechać te kilka lub może kilka-
dziesiąt mil do supermarketu po kolejny
zapas artykułów żywnościowych. Ogromne
odległości i nie najlepsza komunikacja miej-
ska stworzyły problem transportu dzieci do
szkól; matki ustalają między sobą dyżury
i co kilka dni któraś z nich pełni rolę szo-
fera.
Śródmieścia zmieniają sens i charakter.
Zakneblowanie głównych arterii i brak par-
kingów doprowadziły do tego, że samochód
nie może w ogóle zatrzymać się na wielu
milach kwadratowych. Jeżeli to nieodzow-
ne, kobiety dokonują zakupów w domach
towarowych, a w tym czasie ich mężowie
krążą dokoła. Szefowie firm idą na lunch
[czytaj: lencz], a ich kierowcy oczekują na
nich nie przerywając jazdy. Parkingi miej-
skie są permanentnie przepełnione, a pry-
watne — drogie, od 20 centów do dolara za
godzinę. Dozwolony jest wszelki ,,paseK ,
widziałem przy Broadwayu [czytaj: brudłej]
postoje, które w soboty i niedziele podwyż-
szają ceny dwu- i trzykrotnie.
W tym stanie rzeczy dokoła miast powsta-
ją pierścienie ośrodków sklepowych (shop-
ping centres [czytaj: szoping sentrsj) z
ogromnymi bezpłatnymi parkingami. Wobec
niższych podatków — jest tam nieco taniej.
Opłaci się więc jechać nieraz dwadzieścia
mil — na przykład do fryzjera damskiego,
który zamiast 7 dolarów, bierze 3,50, i gdzie
można bez trudu ustawie wóz.
Udowodniono, że samochód jest najbar-
dziej nieekonomicznym środkiem transportu
w mieście, bo przewozi średnio dwie osoby
z szybkością 10—20 mil (16—32 km) na go-
dzinę Samochód w tym samym czasie prze-
bywa jedną milę na szosie lub 200 metrów
w mieście. Lecz mimo to jest najwygodniej-
szym, niezastąpionym już pojazdem dzisiej-
szego obywatela USA
Co siódmy człowiek w Stanach Zjedno-
czonych związany jest z przemysłem samo-
chodowym. 8,5 miliona wozów produkowa-
nych co roku [1971] w USA zwiększa ma-
jątek narodowy tego zamożnego kraju
i — gromadzi nowe problemy do rozwią-
zania. [...1
Nowoczesna cywilizacja techniczna, któ-
rej szczytnym celem jest ułatwianie i uprzy-
jemnianie życia człowieka, wytworzyła
produkt uboczny: izolację jednostki w spo-
łeczeństwie.
Istnieje tendencja, by maksimum czyn-
ności wykonywać bez wysiadania z samo-
chodu, bez stykania się z innymi ludźmi.
Lekarze i psychiatrzy biją na alarm, ale
postęp cywilizacji w tym kierunku jest nie-
pohamowany.
W całej Ameryce powstały tysiące kin
na otwartym powietrzu, tzw. drive in [czy-
taj: drajw in]. Na ogromnych placach, pod
ogromnym ekranem, ustawia się kolejno po
kilkaset samochodów. Do każdego wozu
wrzuca się mały głośnik. Zimą wprowadza
się specjalny grzejniczek. Gdy pada deszcz
odpowiedni przewód umożliwia uruchomie-
117
nie wycieraczek bez potrzeby obciążania
pracą akumulatora. (...)
Zasada „drive in" — czyli wejdź do środ-
ka — obejmuje coraz to nowe dziedziny
usług, handlu i rozrywki.
Nie trzeba koniecznie opuszczać samo-
chodu dla spożycia kolacji czy śniadania.
Jadłem jajecznicę i nawet befsztyk bez kro-
ku postawionego na ziemi. Wóz podjechał
pod lekki daszek z napisem „Car-Service"
[czytaj: kar serwis), zawodowo uśmiechnię-
ta dziewczyna zapytała, na co mamy ochotę
po czym — na specjalnej ruchomej tacce —
zwieszającej się z sufitu — podstawiła nam
pod nos pełne talerze i filiżanki.
Nie ma powodu fatygować się per pedes *
do banku, jeżeli można podjechać pod
okienko bankowe i załatwiać wszystkie
bibltoteS' 2skoroier°WniCy- P° Co !azić d0
Przed kwadra, wYstarczy zahamować
‘ J«*ko wychvT7” otworem w murze
ycftYIlc się z auta f j
Ml.ASTA dla SAMOCHODÓW
Pełnie pustych^^5^16. robią wrażenie zu-
powego Jorku r-u- śródmieścia
taj: andże2rT?OS An9eleS
Metropolii j 1 Gęsięciu innych
cach Stan°^ych, ruch pieszy na uli-
’ Wiednie z kT81117, Gdzież są Paryże
Rodnikami tłum^m^' P1"261^3#0?111 się
Odziałem w
w°czesne m; . eKsasie i Arizonie — no-
asta 0 ulicach bez trotuarów.
Wielokrotnie byłem jedynym pjes
chodniem. Zdarzało się, że otwierały
okna ukazując zaciekawione twarze Od
prowadzały mnie niekiedy oczy z przeZZ’
dżających automobili. — Wariat? 7? f
Samobójca? W jakimś nrn‘ °dZlej?
J jaKims prowincjonalnym
56. AMERYKAŃSKIE TEMPO
(...) Tempo amerykańskie to organizacja
pracy i komunikacja. O pociągach jednak
lepiej nie wspominać, bo jeżdżą kiepsko
i niepunktualnie. natomiast cały pośpiech to
samochód osobowy, ciężarówka i autobus.
Ten ostatni jest szczytem wygód. Przejazd
na trasie Chicago — Nowy Jork, trwający
około dwudziestu godzin znosi podróżny
bardzo łatwo nie czując zmęczenia ani szyb-
kości, wynoszącej przeciętnie 105 kilo-
metrów na godzinę.
Takiego systemu autostrad, na który skła-
dają się turnpikes [czytaj: tempajksj, to jest
autostrady stanowe oraz wysokiej klasy
drogi hifeways [czytaj: hajłajs] i express-
ways czytaj: [ekspresłajs], nie widzi się na
kontynencie europejskim.
Turnpike, której budowa kosztuje podob-
no pół miliona dolarów za kilometr, to
autostrada dwukierunkowa o szeregu to-
rów wyznaczonych białymi liniami, co
pozwala na zawrotną szybkość samochodów
1 ich masowy przelot. O wymijaniu wozów
nie może tu być w ogóle mowy, skoro każ-
dy tor odpowiada innej szybkości. W razie
zwiększania lub zmniejszania szybkości
trzeba przeskakiwać na inny tor.
Taki układ torów daje duże szanse bez-
pieczeństwa i zachęca do szybkiej jazdy.
Przejeżdżając na starym „Oldąmobilu" Pen-
sylwania-turnpike, później Ohio-turnpike,
widziałem kilka razy na liczniku 95 mil tj.
150 kilometrów, kierowca, podobnie jak ja
niedawny gość z Polski, nawiasem mówiąc
znany architekt z Warszawy, pozwalał so-
i absolutnie martwym mieście zapytał mnie
z troską w głosie bardzo uprzejmy policjant:
„Czy mogę panu w czymś pomóc?..."
Olgierd Budrewicz; Ląd
czterech kontynentów. War-
szawa 1961, Wyd- MON. s.
bie na eksperymenty, nie wiedząc jeszcze
wtenczas, że jego szybkość jest śledzona
przez policyjne stacje radarowe, co mogło
spowodować wcale nieprzyjemne następ-
stwa.
Mimo olbrzymiej ilości samochodów ko-
munikacja zarówno w wielkich miastach,
jak i na wspomnianych autostradach jest
stosunkowo łatwa. Nowy Jork, a także wie-
le innych miast amerykańskich — to w isto-
cie rozplanowana urbanistycznie geome-
tryczna kratka ulic o -wyłącznie prostych
liniach. Przybysz z Europy nie potrzebuje
w Nowym Jorku posługiwać się żadnym
planem miasta, bo wszystko jest od pierw-
szego dnia jasne. Wiadomo, że z północy na
południe idą ponumerowane avenues, a ze
wschodu na zachód, czyli od East River do
rzeki Hudson ciągną się ponumerowane
s(reet'y. Nieco zamieszania wywołuje tyl-
ko krnąbrny Broadway przecinający ukoś-
nie Manhattan..
Na autostradach bezpieczeństwo ułatwia
fakt, że nie ma tutaj żadnych skrzyżowań,
nikt nie może zejść z szosy zabezpieczonej
zresztą na całej linii drucianymi siatkami.
Na turnpike nie spotka się zatem nie tylko
człowieka, ale nawet żadnego domowego
czy dzikiego stworzenia. Pojawienie się jed-
nego takiego okazu wywołałoby kompletne
zamieszanie na szosie i zapewne kilka ka-
tastrof.
Padło tu wyżej słowo „bezpieczeństwo".
Istnieje ono oczywiście tylko dla tych, któ-
rzy wiernie, niewolniczo nieomal, trzymają
119
I
się białych linii toru, utrzymują wyznaczoną
na danym odcinku szybkość, a przede
wszystkim stosują się do napisów i sygna-
łów świetlnych.
Przeciwnie, śmierć czyha na każdego, kto
nie słucha nakazów rozmieszczonych
wzdłuż trasy. Jest ich zresztą niezliczona
liczba i uporządkowane są w swoistym ryt-
mie.
Przytoczę kilka przykładów:
,,Exit [czytaj: eksajt] (wyjście z autostra-
dy) za 10 mil, za 5 mil, za 3 mile, za 1 milę.
Schodź na prawo”.
,.Benzyna za 10 mil, 5 mil, 3 mile, 1 milę.
Schodź na prawo”.
To samo dotyczy hoteli, restauracji, sta-
cji usługowych, których położenie zapowia-
dają napisy dość wcześnie, by kierowca
mógł na czas zejść na właściwy tor, który
go bez żadnych kłopotów i poszukiwań do-
prowadzi do pożądanego celu.
Na autostradzie Pensylwania prowadzą-
cej przez szereg tuneli zauważyłem znie-
nacka, a było to w południe, niezwykły na-
pis:
„Zapal światła!”
Ledwie mój towarzysz podróży wykonał
nakaz, już zobaczyliśmy napis, też chyba
niezwykły:
„Zdejm przeciwsłoneczne okulary!”
I za pół minuty wpadliśmy za zakrętem
57. RUROCIĄGI... RUROCIĄGI...
i
I
ł
Rurociągi każą kolejom likwidować
cysterny. Amerykanie przepędzają rurami
co można. Rurami odpływa nie tylko potęż-
na produkcja browarów-potworów w Mil-
waukee (czytaj: Mylwoky], ale i miliony
litrów soków pomarańczowych, grejpfruto-
wych, cytrynowych, mandarynkowych i in-
nych, które pochłania Ameryka. Rurami
płyną środki chemiczne i medyczne —
amoniak, płyny przeciw zamarzaniu chłod-
nicy. Nawet
węgiel, nieslony wodą, płynie
n*e zdjąć
na
ciemny tunel. Wystarczyłoby ] *
czas okularów, by z braku akomodacjp
oka nie utrzymać linii toru. (...) J
Autostrady amerykańskie to oczywiście
nie tylko szosy dla aut osobowych. Wśród
korowodów limuzyn pędzą nieustannie wo-
zy ciężarowe, chłodnie, całe machiny trans-
portowe fabryk samochodowych dźwigające
po sześć nowych „fordów” czy „chevrole-
tów”, no i nieskończone sznury autobusów.
W przeciwieństwie do kolei linie autobu-
sowe kursują punktualnie i urządzone są
z wielkimi wygodami. Dla mnie uderzają-
cym jeszcze był fakt, że w autobusach ame-
rykańskich nie ma konduktorów. Kierowca
autobusu w Nowym Jorku czy Detroit pro-
wadzi wóz w nieopisanym tłoku, a jedno-
cześnie obsługuje mechaniczną kasę, do któ-
rej pasażerowie wrzucają opłaty za prze-
jazd. Ten człowiek wykorzystany jest do
ostatka, pracuje bez wytchnienia. Tak
zresztą jest we wszystkich dziedzinach pra-
Niemniej jednak wszystko idzie sprawnie
i — co też ważne — pasażerowie nie mają
się z kim kłócić — maszyna liczy monety
i wydaje reszty bez słowa dyskusji.
Michał Rusinek: Kolorowe
podróże. Warszawa 1964,
Lud. Spółdz. Wyd., s. 240—
244.
108-milową rurą, którą widziałem w Pitts-
burghu, w ilości 3600 ton dziennie, tzn. tyle,
de by musiały przewozić dwa stuwagonowe
pociągi (...]. w chwili obecnej ten system
rurociągów obejmuje z górą milion kilo-
metrów rur — trzy razy więcej niż kolejo-
wa sieć Ameryki.
Większość tych rurociągów
specjalnej firmy, tylko jest na
snmń°u NadaJe sobie ktoś,
000 beczek benzyny, płaci,
nie obsługuje
usługi wielu
powiedzmy>
odbiorca je
otrzymuje bez kłopotów przeładunkowych...
Naturalnie, że rurociągi o mniejszej średni-
cy, transportujące na przykład mleko, nie
mogą transportować niczego innego. Ale
duże rurociągi obsługują w tym samym cza-
sie dziesięć, piętnaście, a nawet dwadzieścia
pięć różnorodnych płynów.
Aby działać dokładnie, rurociąg musi być
kompletnie pełny od końca do końca. A po-
nieważ, dajmy na to, przepompowanie tych
50 000 baryłek benzyny na odległość
1500 km zajmie tylko drobną część linii,
więc równocześnie pędzi się tym samym ru-
rociągiem naftę, ropę, benzynę pierwszej,
drugiej, trzeciej kategorii itd. Czasem się
przedziela jedną substancję od drugiej dwo-
ma gumowymi tamponami połączonymi
trzpieniem stalowym, ale przekonano się,
że w większości wypadków to jest niepo-
trzebne, jeśli dobrać graniczące płyny o ta-
kiej konsystencji, że się nie pomieszają.
58. NA IMIĘ: WYDAJNOŚĆ
ZAKŁADY FORDA
Oto zakłady samochodowe Forda w De-
troit, stanowisko nr 15 674, jak informuje
tabliczka wywieszona nad określonym o
cinkiem taśmy. Każde stanowisko montażo-
we ma tu swój numer ustalony według
specjalnej klasyfikacji. (...)
Sto razy opisywano tę scenerię. Po s o
kroć budziła najzacieklejsze spory. Zawsze,
nieodmienne przykuwa najwyższą uwagę
przybysza z Europy (—]. p°d sufitem ie9nJ
tasiemiec rozczapierzonych pająków- u i
podnóży wiszą napęczniałe od ka i ro
ruszniki i prądnice. Na poziomie rą
nika przesuwa się taśma właściwa. ...
na nią trzeba nakładać zdjęte spo
akcesoria. Dołem wreszcie le
z kolei taśma niosąca detale e e fY Ru_
również trzeba zamontować w si n
Co ciekawsze — że nadawca może, nada-
jąc partię towaru na jednej stacji przesył-
kowej, posłać go jedną rurą na różne stacje
przeznaczenia. A więc dyrygujący ruchem
baczy, aby pędzące rurą różne gatunki pły-
nów odcedzać we właściwych punktach w
ilościach zadysponowanych.
Rozwojowi tego transportu sprzyja jego
taniość. Na przykład, przesłanie 42- galono-
wej beczki benzyny z Filadelfii do Nowego
Jorku, kosztujące dolar i pięć centów • w
transporcie kolejowym, w transporcie ruro-
ciągiem kosztuje osiem centów.
Kiedy kolej toleruje najwyżej 3 stopnie
wzniesienia, a szosy rzadko mają wzniesie-
nia ponad 12 stopni, rurociąg drapiący się
na stromizmę
rzadkością.
70-stopniową nie jest żadną
Melchior Wańkowicz: W
pępku Ameryki. Warszawa
1969. Iskry, s. 16—19.
rąk (...) obliczone z dokład-
chy ludzkich
nością do ułamków cala i wystoperowane
co do sekundy [...].
Wróćmy jednak do tej zwykłej, jednopo-
ziomowej, niemal staroświeckiej taśmy, przy
której umieszczono stanowisko nr 15 674.
Nr 15 674 dokonuje błyskawicznego pół-
obrotu w prawo i susem przebywa owe pół-
tora metra dzielące go w tej chwili od nad-
jeżdżającego silnika [...).
W sumie robotnik przebywa przy jednym
silniku około trzech metrów — półtora
w prawo oraz półtora w lewo. Ta gimnasty-
ka, jak utrzymują psychotechnicy Forda,
chroni robotnika przed apatią i dostarcza
mu niezbędnego ruchu. No i taśma, taśma
może się poruszać nieprzerwanie!
Tabliczka nad stanowiskiem nr 15 674 po-
daje czas przeznaczony na wykonanie całej
operacji, to znaczy przykręcanie dwudzies-
121
120
I
tu dwóch śrub, bo tyle ich się mieści na ob-
wodzie tarczy sprzęgłowej. Czas ten wynosi
trzydzieści sekund.
Praca trwa osiem godzin i piętnaście mi-
nut dziennie. Te piętnaście minut to przerwa
śniadaniowa, odtrącana oczywiście z płatne-
go czasu pracy. Jeżeli taśma rusza o godzi-
nie 7.00, to nikt kto się spóźni i stanie przy
swym stanowisku na przykład o godzinie
7,03, nie może już podjąć pracy. Jego czyn-
ność wykonuje zastępca ze specjalnej bryga-
dy rezerwowej. Taśma musi się przecież po-
ruszać bez żadnych przerw i przestojów,
a na jednego spóźnialskiego, choćby przy-
czyną spóźnienia był wypadek samochodo-
wy lub śmierć całej rodziny, fabryka czekać
nie może. Nikt nie żąda usprawiedliwień
i wyjaśnień z powodu spóźnienia. Po prostu
maszyny cybernetyczne * w rachubie potrą-
cają odpowiednią kwotę z dniówki plus
odpowiedni procent wynagrodzenia zastęp-
cy z brygady rezerwowej.
A jeśli nr 15 674 stwierdzi, że na przy-
kład trzpień śruby ma zerwany gwint lub
łeb nakrętki jest spłaszczony? Regulamin
bardzo drobiazgowo odpowiada na to pyta-
nie. W wypadku stwierdzenia poważnego
braku technologicznego należy niezwłocz-
nie pociągnąć za rączkę hamulca zwisającą
nad stanowiskiem. Taśma staje w miejscu,
rozlegają się dzwonki alarmowe. Wielki sto-
per zawieszony pod stropem zaczyna odmie-
rzać sekundy przestoju — sekundy, ponie-
waż służba awaryjna czuwa i usunięcie naj-
gorszej nawet zawady trwa nie więcej niż
kilkanaście sekund [...].
Ale na tym nie koniec. Technolog działu,
który zna na pamięć numery wszystkich
operacji w swoim dziale, ustala w ciągu na-
stępnych kilku sekund, kto wypuścił brak
i naraził imperium Forda na przestój taśmy,
a więc na straty — niebłahe zresztą straty,
zważywszy, że z taśmy schodzi około 9 ty-
sięcy wozów dziennie. Jeżeli więc za zerwa-
ny gwint odpowiada nr 13 872 — technolog
działu przekaże tę informację do rachuby,
a tam już maszyny cybernetyczne wymierzą
winnemu sprawiedliwość...
Wiesław Górnicki: Giaur
wśród Jankesów. Warszawa
1963, Książka i Wiedza, s.
184—189.
11
li
granic USA, na przestrzeni prawie
d
20 000 km, przez równik, obydwa zwrotniki,
aż po południową strefę wiatrów zachod-
nich, rozciąga się Ameryka Środkowa i Po-
łudniowa.
Leży jak bariera na drodze między oceana-
mi. Toteż człowiek przeciął ją w najwęż-
szym miejscu Kanałem Panamskim. A w
przyszłości zamierza kopać kanał następny.
Gdyby spojrzeć z najwyższych szczytów
Andów na dno najgłębszych rowów ocea-
nicznych towarzyszących zachodnim wy-
brzeżom Ameryki Południowej można by
dostać zawrotu głowy. Różnica wysokości
wynosi prawie 15 km — imponująca jak
na stosunki ziemskie.
Mapa polityczna Ameryki Południowej
i Środkowej jest bardzo kolorowa. Powstało
tu ponad 20 państw różnej Wielkości, poczy-
nając od takich kolosów jak Brazylia (oko-
ło 8 500 000 km2) do państw-miniaturek, jak
Jamajka, Haiti, Salwador, Panama 1 inne.
Ale nie tylko mapa jest kolorowa. Kolo-
rowa jest również ludność mieszkająca na
tych terenach. Są to Indianie — dawni pa-
nowie tej ziemi, biali zdobywcy europejscy,
którzy przybyli tu za Kolumbem, Murzyni
czarna siła robocza, importowana ongiś
z Afryki.
Mieszają się tu rasy w ciągu stuleci, a ga-
rna kolorów skóry wzrasta o Metysów, Mu-
latów i innych.
Elementem wspólnym dla ludów zamiesz-
kujących obszar od Meksyku po Ziemię Og
nistą są romańskie języki: hiszpański i por-
tugalski (Brazylia). Dlatego przyjęto ludy te
nazywać Latynosami, a cały teren Ameryką
Łacińską, chociaż częściej termin ten stosu-
je się tylko do Ameryki Południowej.
Ameryka Południowa to dla wielu Euro-
pejczyków przede wszystkim synonim egzo-
tyki: tajemnice indiańskiego imperium In-
ków, zagadka El Dorado, romantyka otacza-
jąca wyprawy pierwszych hiszpańskich kon-
kwistadorów. Kontynent dziarskich caballe-
ros z zabójczymi wąsikami, walki kogutów,
ujeżdżanie dzikich koni, lassa, ostrogi, za-
tknięte za pas pistolety, tęskne dźwięki ar-
gentyńskiego tanga. [...]. Tylko, że to dopie-
ro jedno — bynajmniej nie dominujące —
oblicze tego kontynentu. Bo Ameryka Połud-
niowa to przede wszystkim część świata,
gdzie ponad połowa ludności nie umie pisać
i czytać, gdzie garstka laty fundy stów, sta-
nowiąca 2 procent właścicieli ziemi, dyspo-
nuje trzema czwartymi areału gruntów
uprawnych, gdzie 37 procent dzieci syste-
matycznie nie dojada, w wyniku czego znaj-
duje się w stanie fizycznego niedorozwoju.
(Zdzisław Marzec. W cieniu Andów. War-
szawa 1970, Książka i Wiedza, s. 5, 352).
Rozdział HI
OD MFKSYK1 PO ZIEMIĘ OGNISTĄ
• ) eo<ę »u i-t Jług Lchnand)
59. KRAJOBRAZY KUBY *
MOGOTY
Nan.ioty ?aręłv u podnóża mogotów ola-
t-a ąc «<J dolinę z trzech stron zwartym mu-
rem Az do ’<«go r.i ,~ca dolina jest plaska
Lecz dale* ani kroku
Wprosi 7 czerw on* ziemi wyrasta skała.
To n c. ze m na nn-| w /godne chwyty i stop-
> e s/( ze.iny i u/myciu Od samei podsta-
wy ple: i »ię zbiły gąszcz tropikalnej roslin-
noMri strom >ch skal czepia .ą się nawet pal-
ie, 1 drzewa almaago o pniu czerwonym
juk krew Wszystkie oplecione lianami
1 pnączami Każdy krok w-zwyz musi byc po
przedzon> cięciem maczety.
Tak wiec owa pła ka dolina ma dostęp tyl-
ko z jednej strony Od dolin sąsiednich, od-
dalonych w linii powietrznej zaledwie o trzy
do pięciu kilometrów, przedziela ją nieprze-
byty wał wapienia i roślinności. Dzikość
puszczy, pokrywającej mogoty, potęguje
kontrast w stosunku do charakteru samej
doliny. Niemal całą jej powierzchnię zajmu-
ją pola, na których campesinos ’ uprawiają
bulwy tnalanga, yuca i bonlato, lecz przede
wszystkim tytoń. Właśnie w prowincji Pinar
del Rio, na doskonałych, żyznych glebach
uprawia się większość tytoniu, stanowiącego
surowiec do wyrobu słynnych hawańskich
cyaar.
Składające się z moguto* góry Sierra de
los Organos rozciągnięte na długości kilku-
dziesięciu kilometrów wzdłuż północnego
wybrzeża, zawdzięczają swe osobliwe kształ-
ty chemicznemu działaniu wody Są one zbu-
dowane ze skał wapiennych Wapienie za*
ulegają łatwo rozmywaniu przez wodę, za-
wierającą dwutlenek węgla Słowem. Jest to
typowy obszar krasowy. (...)
Niekiedy obserwrowac można mogoty ja-
ko pojedyncze, izolowane góry Olbrzymia
ich większość formuje zwarte łańcuchy
przedzielające poszczególne płaskie dolin'
Czerwona gleba dolin jest w znacznej czę-
ści produktem rozmywania wapiennych
skal. (...)
Kręta rzeka przepływająca dnem doliny
nosi nazwę Cuyaguateje. co znaczy
ca woda" Spod skał mogotów wypłY"3^
— Doszliśmy do wniosku — mówi Jose
liczne strumienie Z nich wdasnie czerpie się
wodę do polewania pól tytoniowych, Gdy
nastąpi susza, czerwona gleba zasycha
w twarde bryły, młode rośliny marnieją
1 giną. Wiele strumieni — to przepływy
okresowe. W czasie posuchy nikną zupełnie,
by pojawić się dopiero po większych opa-
dach.
GANADEROS — KUBAŃSCY' KOWBOJE
Kuba w związku z blokadą ekonomiczną
odczuwa braki żywnościowe, przede wszyst-
kim w zakresie mięsa. Tymczasem wielkie
pastwiska Camaguey (czytaj kamaguejl
wykorzystywane są w zbyt małym stopniu
Ilość wypasanego bydła nie zależy jednak
od powierzchni łąk. lecz — od wody.
Nie ma tu prawue źródeł i strumieni. Na
skraju pastwisk wysokie, stalowe wieże
z wiatrakami Tłoczą one w-odę do koryt
z płytkich studzien skalnych. Gdy jednak
nadejdzie susza, wiatraki mielą powietrze
bezużytecznie Wówrczas ganaderos muszą
przepędzać stada w inne okolice, bardziej za-
sobne w wodę. Stąd straty i szkody. Nie ma
mowy o wprowadzeniu europejskiej gospo
darki mlecznej. Hodowla jest typowo eks
tensywna. Bydło przebywa całymi lalami na
swobodzie, uzyskuje się tylko skóry I nh
wiele mięsa Trzeba więc najpierw szukat
wody.
Guarch, młody grotołaz z Camaguev — ze
woda musi być gdzieś w Siena de Cubitas
(czytaj- kubitasj. Są tam głębokie pionowe
przepaście Nie mieliśmy jednak ani sprzęta
ani sposobu, by je zbadać
Właśnie tam zmierza teraz ko!
d na-
szych samochodów
Kowboj kub/iniMi
127
126
Plantacja trzciny cukrowej
Jedziemy przez równinę pokrytą trawias-
tym stepem. Całe kilometry ogrodzeń z dru-
tu kolczastego. Stada popielatego bydła.
Czasem kępa drzew albo palmowy zagaj-
nik.
Wiatr zwiewa z czerwonego traktu chmu-
rę kurzu. W dalekiej perspektywie widać
góry. Sierra de Cubitas — to wysoki, ska-
listy wał wyrastający wprost ze stepowej
równiny. Oaza soczystej zieleni w żółtym
morzu pastwisk.
60. HAWANA
Szerokie, gładkie aleje, którymi pędzi się
samochodem z ogromną szybkością. Aleje
wysadzane są palmami. Strzępiaste pióropu-
sze palm na tle bladego, jak gdyby zimowe-
go nieba. Stłumiona zieleń trawników
i klombów, zieleń szarawa i żółtawa. Sylwet-
ki wieżowców architektura lekka i zarazem
monumentalna. Tam gdzie ulice dobiegają
morza lub prowadzą jego brzegiem — zas-
kakująco ciemna, szmaragdowa toń wody,
chwilami głęboko niebieska, chwilami nie-
bieskozielona. Powietrze gorące, lecz nie
duszne, upał obezwładniający dopiero po
godzinach, oślepiający blask słońca, które-
go promienie nie palą jednak takim dokucz-
128
|ZIELONE MORZE TRZCINY CUKROWEJ]
Siedząc na stercie bagażu, obserwował
z kołyszącej się ciężarówki wsDaniai. 6111
wisko. Najpierw czerń tropikalnej
ustąpiła bladej poświacie, wyłaniając 2°^
sy horyzontu. Potem ukazały się postrz
ne sylwetki palm i gładkie kopuły drz^
llamboian \ Czerwona kula słońca wysko
czyła dosłownie zza widnokręgu i w lej sa
mej chwili zrobił się jasny dzień. Z drzew
zerwały się sępy.
Krajobraz jakże różny od dotychczas wi-
dzianych! Z wysokości samochodu patrzy,
łem na zielone morze trzciny cukrowej.
Przypominała nie kończące się pola kuku-
rydzy. Na wprost, przed nami popielaty pas
łączył się z błękitem nieba. To prawdziwe
morze—ocean. Jechaliśmy czerwonym trak-
tem na północ, do małego portu rybackiego
Estero Real. [...]
Przemysław Burchard: Ku-
ba — wśród mogolów i kro-
kodyli. Wyd. II. Warszawa
1967. Wiedza Powszechna,
s. 71—73, 131, 171-173.
liwym żarem, jakiego można by się SP°
wać w tropikalnej strefie klimatycznej.
Tak objawia się Hawana w pierwsz^^
dniach, pobytu. Hawana z okna sanioc o
gdy widoki migają przed oczami jak
spieszonym filmie. Hawana z^uin’eW.QgCją
rozległością i rozmachem, wspania
załozeń urbanistycznych. Miasto ^cząC^esZ.
dług jednych milion siedemset tysięcy 1
kańców, według innych niespełna w
bony.
cio U<^no z POC23tku zrozumieć funkcję lc*
Hasta, rozrzutnie szafującego przestr?6'
strz'prZ?St^WlająCego pusle place WOkÓ'
,s ych drapaczy chmur, miasta, które
pozwalało sobie na luksus kilometrowych
alei, zabudowanych pałacykami tonącymi
w rajskich, tropikalnych ogrodach. Od
razu nasuwają się pytania: jak wytłumaczyć
ten przepych głównych dzielnic, skoro wie-
my ze statystyki gospodarczej, jak biedna
i wycieńczona była Kuba przed zwycięstwem
rewolucji? Jak pogodzić wiedzę o zacofaniu
gospodarczym Kuby z rozmachem urbanis-
tycznym jej stolicy, rozmachem, jakiego nie
znają europejskie stolice?
Przybyszom z Europy nasuwa się od razu
wyjaśnienie pozornie logiczne — turystyka.
Owe wspaniałe hotele, istne miasta w mieś-
cie, kilkudziesięciopiętrowe kolosy, kombi-
naty gastronomiczno-usługowo-rozrywko-
we... Sądzi się nieraz, że Hawana była czymś
w rodzaju amerykańskiego letniska, tysiące
turystów wydawało tutaj dolary, stąd roz-
bój miasta, inwestycje, handel.
Ale mniemanie jest fałszywe, mimo że
ruch turystyczny ze Stanów Zjednoczonych
był faktem [...].
9 — Nowy staiy iwlal
Hawana jest miastem-polipem. SmuKiym
wieżowcom dzielnicy Vedado trzeba prze-
ciwstawić kurne chałupy kubańskich campe-
sinos ’ na głębokiej prowincji. Okazuje się,
że 80% chłopów mieszkało przed rewolucją
w kurnych chałupach, bez podłóg, bez sufi-
tów, bez kanalizacji, często bez światła elek-
trycznego. Nędza Kuby była wynikiem eks-
ploatacji przez monopole USA, zaś Hawa-
na była tej eksploatacji głównym kanałem.
Tutaj skupiały się niemal wszystkie banki
(urzędnicy amerykańskich banków należeli
do najlepiej płatnych ludzi), zarządy amery-
kańskich przedsiębiorstw, dyrekcje amery-
kańskich kolei, firmy eksportowe. (...)
W willach opuszczonych przez zbiegłych
za granicę dostojników Batisty * i urzędni-
ków amerykańskich banków i przedsię-
biorstw zainstalowano bądź internaty dla
uczącej się w Hawanie młodzieży, bądź
przydzielono je rodzinom z przedmieść
Plaż dzikich nie było, tylko nieliczne od-
cinki wybrzeża nadają się do kąpieli, tam
gdzie nte ma piasku są strome skały lub
bagna, w moiru zas — rekiny. Teraz otwar-
te dla publiczności x miasta nawet wspania-
le baseny kąp.-tdowr w ekskluzy wnych nieg-
dyś hotelach |. ]
Txtxi co się narzuca na każdym kroku, jest
współczesny nurt życia brak w nim jednak
egzct\ki. przynajmniej w tym sensie, jaki
nadajmy temu wyrazowi w odniesieniu do
dalekiej wyspy Morza Karaibskiego. Trzeba
parni: tac. ze Hawanę zbudowali Europejczy-
cy przenosząc tutaj wszystkie przyzwycza-
jenia i instytucje ze stałego lądu. Egzotyka
est tx’ko w sylwetkach palm, w gamie ko-
lon stycznej miejskiego krajobrazu, w słoń-
ca i w miękkim dotyku nagrzanego, wilgot-
nego i dziwnie pachnącego powietrza
Przedmiotem największej dumy była dla
naszych przy jaciół nowa dzielnica miasta,
Habana-Este. Urządzono dla nas specjalni
wycieczkę do tej dzielnicy’ Jechaliśmy taiJ
w kilku samochodach eutostradą. biegną^
pod dnem zatoki morskiej, co samo w sobie
jest osobliwością godną uwagi. Na wschód
od zatoki rozpościerały się pustkowia, ska-
liste płaskowyże pokryte nędzną roślinros-
cią. Wśród tych pustkowi ujrzeliśmy nagle
szeregi nowych domów, pokrytych pastelo-
wymi tynkami Nowe miasto położone blis-
ko morza ma znakomite warunki klimatycz-
ne. Wprowadzają się tutaj mieszkańcy ru-
der I lepianek z portowych przedmieść na
południu [..].
Przemysław Burchard: Ku-
ba — wiród moęfolów i kro-
kodyli. Wyd. II. Warszawa
1967, Wiedza Powszechna,
s. 59—64.
61 OGRODY HYDROPONICZNE
A więc spółdzielnia ..Piniales" Całe hek-
tary długich betonowych koryt wypełnio-
nych drobnymi białym żwirem. Nad nimi rzę-
dy szarych betonowych ram z naciągniętymi
sztywno drutami. Widok byłby przygnębia-
jąco monotonny, gdyby nie to. że w dal-
szych rzędach zielenią się bujne rośliny,
oplatające pędami owe druty Tak wygląda-
ją słynne ogrody hydropomczne — przy-
szłość i nadzieja rolnictwa w wielu krajach
świata, wobec perspektywy’ przeludnienia.
Eksperyment w spółdzielni „Piniales" jest
jednym z kroków', jakie podjął kubański
rząd rewolucyjny dla zapewnienia samowy-
starczalności kraju w zakresie żywności. Na
razie uprawia się tutaj na wielką skalę po-
midory ł ogórki
Rozsadę wtyka się po prostu w biały żwir,
bez grama ziemi Ale sprawa nie jest prosta
jakby się wydawało Środkiem każdego ko-
ryta biegnie wąski kryty kanał Przez całą
dobę płynie tym kanałem solanka, nasycona
mieszaniną nawozów sztucznych. Płyn zwil-
ża koryto i dostarcza roślinom wszystkich
potrzebnych substancji mineralnych i che-
130
micznych. Następnie spływa do zbiorników,
skąd pompy tłoczą go na powrót do cystern
z solanką Trwa więc nieustanne krążenie
Nad właściwym stosowaniem preparatów
czuwają chemicy w białych kitlach
Wzrost i dojrzewanie roślin następuje
bardzo szybko. Otrzymuje się zbiory trzy
razy do roku, znacznie obfitsze zresztą niż
w ogrodnictwie tradycyjnym Smak „hydro-
ponicznych' ogórków i pomidorów oraz ich
zalety witaminowe nie różnią się od smaku
i zalet tych „normalnych'
Przemy<ław Burchard Ku-
ba — wód tr.oęotów I kio-
kody 11 Wyd. II. Warna w a
1967, Wiedza Powszechna.
62 NARODZINY WULKANU
Przed siedemnastu laty [w 1943 r.J u stóp
trzeciorzędowego * potężnego wulkanu Tan-
cit^ro, rozciągała się niewielka równina.
Mieszkańcy pobliskich wsi (Paricutin, Paran-
gaticutiro i Los Reyes) mieli tu swe pola
uprawne. Przestrzeń ograniczona, a ludzi
około dwóch tysięcy, toteż małe to były po-
letka i ubogie. Sadzono na nich kukurydzę
na placki lortlllas i czarną fasolę — frijo-
les, lecz nie zapewniało to utrzymania. Lu-
dzie żyli więc z lasu. Z niego pochodziły
owoce i zwierzyna, z lasu płynęły’ pienią-
dze za pracę przy żywicowaniu drzew.
Meksykańska zima daje się tubylcom we
131
znaki. Chociaż w dzień słońce mocno grzeje,
w górach ranki i wieczory są chłodne, a ziąb
nieraz przenika do kości. A jednak na polu
przy Tancitaro tak dobrze się pracowało,
nim słońce zaczęło prażyć, a nawet nocny
przymrozek nie był tak dojmujący. Miejsco-
wi od dawna już zauważyli, że jest tu znacz-
nie cieplej niż gdzie indziej, nie domyślając
się nawet, że sprawia to bliskość lawy szu-
kającej ujścia.
W lutym 1943 roku okolicę nawiedziły
trzęsienia ziemi. Wstrząsy były silne i krót-
kie. W ciągu dwóch tygodni naliczono ich
przeszło sześćdziesiąt. Ludzie byli wpraw-
dzie zaalarmowani i wystraszeni, ale prze-
cież nie pierwszy raz zdarzało im się coś po-
dobnego [...] 20 lutego Damian Pulido z Pari-
cutinu [czytaj: parikutinul stwierdził, że na
jego działce otworzyła się głęboka szczelina.
W kilka godzin później wszyscy już ujrzeli
walący czarny dym. Po dwóch dniach przy-
szedł potężny wstrząs, który odczuł cały nie-
mal kraj i nowy wulkan rozpoczął swą dzia-
łalność.
Pracował niestrudzenie. W ciągu pierw-
szego dnia usypał stożek o wysokości sied-
Wulkan Paricutin w Meksyku
mienie. Za dnia osnuty gęstym dymem, no.
cą kąpał się w czerwonopurpurowych bla.
skach płonących gazów. Wreszcie rzygnąi
strumieniem lawy.
Ludzie przerażeni uciekali. [...] W opusz-
czonym Paricutinie dachy waliły się pod cię-
żarem spadłego na nie popiołu, a pola zagar-
niał ognisty potok. W tym samym czasie
ściągali tu uczeni, dziennikarze i ciekawi.
Rozmawiałem z naocznymi świadkami te-
go niecodziennego widowiska. (...) Sceneria
była wspaniała i przerażająca: ziemia dudni-
ła, gęsta lawa toczyła się z łoskotem, a wul-
kan, nad którym stale unosiła się ciemna
chmura w kształcie gigantycznego kalafiora,
miotał rozżarzone bomby wulkaniczne w po-
staci wielkich głazów i drobnych kamieni.
Strumień roztopionego bazaltu posuwał się
z szybkością 17—55 metrów dziennie, po-
chłaniając coraz to nowe tereny i stając się
zarzewiem pożaru, który strawił 10 kilo-
metrów kwadratowych lasu, głównego ży-
wiciela wielu setek ludzi. Dotarł wreszcie
i do Parangaticutiro. Gdy wierzchnia warst-
wa lawy stygnąc krzepła, napływająca no-
wa masa rozsadzała ją, kruszyła i parła na-
przód. Sunąc z ogłuszającym trzaskiem łupa-
nych głazów, grzechotem przewracanych ka-
mieni, ścierała wszystko, co napotkała na
swej drodze.
Paricutin zakończył swą działalność rów-
nie nagle, jak ją rozpoczął. Dnia 4 marca
1952 roku o godzinie siedemnastej dosłow-
nie wydał ostatnie tchnienie i zamarł, ukoń-
czywszy 9 lat i 12 dni.
Na tle sędziwego Tancitaro, obok małe-
go, względnie młodego stożka Zapicho
co znaczy „dziecko” w języku Tarasków »
pojawił się nowy, siedemsetmetrowy stożek,
a na przestrzeni przeszło kilometra od jego
podstawy piętrzy się wielkie rumowisko
skalne.
Helena Krzywicka-Adamo-
wicz: Meksyk — orzeł, wąż
’°P“ncj°- Warszawa 1963,
Miedza Powszechna, s. 79—
82.
SPRAGNIONA ZIEMIA
Mijając Actopan, wjeżdża się już w samą
dolinę Valle del Mezguitał. Krajobraz jest
surowy i przygnębiający. Jaskrawe światło
tropikalnego słońca podkreśla jeszcze bar-
dziej szarość spopielałej ziemi, na wpół
uschniętych gałązek mezquite i pojedyn-
czych pomarszczonych badyli kaktusów za-
snutych siwym kurzem. Obok licznych ce-
mentowni, które skupiły się na skraju tego
regionu, wśród kolczastych zarośli kryją się
chatyny klecone ze zdrewniałego i sczernia-
łego magueyu. Produkowany tu cement, je-
den z eksportowych artykułów Meksyku,
jest zbyt drogi, by miejscowi mogli używać
go dla własnych potrzeb.
Przez większą część roku daremnie wy-
czekuje się tu choćby kropli deszczu, a wów-
czas mieszkańcy zamiast wody piją pul-
que — sfermentowany sok magueyu, który
jako jedyna roślina kultywowana znosi te
trudne warunki klimatyczne Jeśli wziąć
również pod uwagę, że przy panującej nę-
dzy głód jest tu stałym gościem, nietrudno
wyobrazić sobie tragiczne położenie lud-
ności. Jeden z nauczycieli wiejskich opo-
wiadał, że bywają okresy, gdy dzieci przy-
chodzą do szkoły podchmielone, ponieważ
w tvm czasie tylko pulque jest jedynym,
łatwo dostępnym płynem, którym na próż-
no usiłują gasić pragnienie. Nic więc dziw-
nego, że właśnie toltecka legenda kazała
młodej i pięknej Xochitl wynaleźć ten na-
pój, że syn jej zyskał miano Mecometzin —
"Syn Magueyu" (agawy), a jego kamienne
figury w pozycji leżącej z otępiałą zapijaczo-
ną twarzą, dzierżącego oburącz puste na-
czynie, nie przypadkiem chyba znaleziono
w Tuła, prastarej stolicy Tolteków * położo-
nej na skraju Valle del Meząuital.
Niemal zupełny brak opadów nie pozwala
na uprawianie roli, a skąpe zapasy wód
gruntowych utrudniają życie ludności. Oczy-
wiste więc, że woda, której Otomi są poz-
bawieni, jest dla nich największym skar-
bem i przedmiotem specjalnego kultu.
MAGUEY - AGAWA
Maguey, czyli odmiana agawy, musi ros-
nąć od ośmiu do dziesięciu lat. Osiągnąwszy
najpełniejszy rozwój i rozmiary przekracza-
jące wzrost mężczyzny, wystrzela kilkumet-
rowym pędem kwietnym, który staje się
dlań zwiastunem zagłady. Człowiek, przy-
stępując do eksploatacji, wycina ten pęd
nie dając rozwinąć się kwiatu. Usuwając
jednocześnie cały rdzeń rośliny, zwany el
corazon — serce, niszczy ją, bowiem w cen-
trum jej zamiast zawiązków młodych liści,
które w przyszłości miałyby się rozwinąć,
powstaje tylko kilkulitrowy zbiornik stop-
niowo wypełniający się sokiem. Specjalnie
zatrudniony robotnik tlachiquero całymi
dniami krąży po plantacji i długim cybuchem
z tykwy acocote, jak pszczoła wysysa na-
gromadzony płyn, zlewając go do skórzane-
go bukłaka. Następnie ostrym narzędziem
obskrobuje ściany zbiorniczka, pobudzając
w ten sposób roślinę do dalszego wydziela-
nia.
Umierająca agawa przy umiejętnej eks-
ploatacji w ciągu sezonu trwającego kilka
miesięcy może dać nawet do dwudziestu lit-
rów płynu dziennie. Lecz razem z nim ucho-
dzi z niej życie. Więdnące liście wycina się
na opał lub budulec, korzeń wykopuje, a na
tym samym miejscu sadzi nową roślinę.
Aguamiel jest bardzo smaczny, orzeźwia-
jący, ponadto stale chłodny, bo mięsiste liś-
cie rośliny z powodzeniem spełniają rolę
izolatora, chroniąc od zewnętrznego gorąca.
Ponieważ byliśmy mocno spragnieni, czerpa-
liśmy go bez końca. Popijaliśmy z wielkim
smakiem, nie zważając na złośliwe i tenden-
cyjne informacje Pepe, że z równą przyjem-
nością żłopią go również skunksy i psy wa-
łęsające się po plantacji...
Helena Krzywicka-Adamo-
wicz: Meksyk — orzeł, wąż
I opunefa. Warszawa 1963,
Wiedza Powszechna, s. 05,
109—HO.
133
132
*
bawełna
W kawa
trzcina cukrowa
64. MONOKULTURY
Do zniszczenia gleb przyczyniają się
w znacznej mierze monokultury, czyli usta-
wiczne obsadzanie pól tym samym gatun-
kiem rośliny. Sposób ten można przyrównać
do ciągłego wybierania ze spiżarni jednego
i tego samego specjału, bez uzupełniania
jego zapasu. Przy takim postępowaniu arty-
kuł ten szybko ulegnie wyczerpaniu. Spi-
żarnią jest w tym przypadku gleba, a łakom-
czuchem wyjadającym z niej wciąż te same
pierwiastki — plantacje kawy, tytoniu, ba-
wełny, a przede wszystkim trzciny cukro-
wej. Taki anormalny typ gospodarki bez
płodozmianu, bez żadnego nawożenia, wpro-
wadzili koloniści na zagarniętych przez sie-
bie i bezwzględnie wykorzystywanych te-
renach. Doprowadziło to w wielu miejscach
do zupełnego wyjałowienia gleb. W Salwa-
dorze, w Gwatemali, na Haiti od dziesiątków
lat głównie sadzono kawę, w Hondurasie sa-
me banany, a na Kubie i na Kostaryce tyl-
ko trzcinę cukrową itd. Ostatecznie te raj-
skie niegdyś kraje zostały dotknięte gwał-
towną erozją gleb i w znacznej mierze za-
mieniły się w nieurodzajne odłogi i ośrodki
głodu.
Monokultura stała się przekleństwem tak-
że pewnych okolic w Ameryce Północnej,
a mianowicie tak zwanego Południa, czyli
dawnych posiadłości angielskich stanowią-
cych obecnie południowo-wschodnią część
USA. Tereny te niegdyś bardzo żyzne
i szczególnie dla rolnictwa wartościowe,
bezpowrotnie w krótkim czasie zmarnowano
wskutek złej gospodarki polegającej na cią-
głej uprawie bawełny. Gleba została ta111
wyniszczona, jak rzadko gdzie na świecie,
wyjałowiona pod wpływem erozji i dziś, po-
nieważ nie ma już dostatecznej ilości humu-
su ani soli mineralnych, musi być specjał
nie obficie nawożona, aby mogła wydać ja
kie takie plony.
Antonina Leńkowa:
powana Ziemia. Warsw
1969. Wiedza Powszectm
s. 84.
134
65. CYKLONY-. HURAGANY... TORNADO
(...) Cyklon zjawia się zwykle niespodzie-
wanie i swoją potworną wprost siłą obraca
w perzynę wszystko co napotyka. Zatapia
okręty na morzach, burzy osady wiejskie
i całe dzielnice miast, niszczy zbiory na po-
lach, wyrywa z korzeniami drzewa w sa-
dach, łamie mosty, przerywa połączenia ko-
munikacyjne i linie wysokiego napięcia.
Gdzie przejdzie, powoduje ciężkie straty,
dezorganizuje życie. (...)
W dniu 27 października 1959 roku nawie-
dził zachodnie wybrzeże Meksyku potężny
cyklon, który spowodował śmierć 1452 osób,
pozbawił dachu nad głową 200 tysięcy lu-
dzi i wyrządził szkody sięgające 3 i pół
miliarda peso Szczególnie dotknięty zo-
stał stan Colima [czytaj: kolima). Agencje
prasowe donosiły z terenu dotkniętego ka-
taklizmem: „W porcie Manzanillo morze
wyrzuca na brzeg wciąż nowe zwłoki. Ciała
zabitych leżą przed ruinami domów, których
60 proc, jest w gruzach. Zrozpaczeni ludzie
starają się wśród trupów rozpoznawać swo-
ich bliskich. Podobne sceny mają miejsce
w Minatitlan, w którym z 1471 mieszkańców
przeszło 800 zginęło, oraz we wsi Parota,
w której przy życiu pozostał tylko jeden
mieszkaniec". [...)
(...) w pierwszych dniach września 1960 r.
rozpoczął groźny rejs wzdłuż wybrzeży Sta-
nów Zjednoczonych cyklon „Donna" Naj-
pierw dokonał on dużych zniszczeń na wys-
pie Puerto-Rico, (czytaj; porto-iiko], gdzie
poniosło śmierć 116 osób, potem ciosy jego
odczuło dotkliwie Atlantic City [czytaj:
atlantik sity) w stanie New Jersey [czytaj:
niu dżersi), gdzie rozpętane przez żywioł
fale oceanu zniszczyły całkowicie tzw. „Na-
brzeże miliona dolarów”. Na rzece Hudson
szalejący żywioł przerwał komunikację aż do
$0 mil od ujścia rzeki. W Nowym Yorku pa-
stwę jego padły kable wysokiego napięcia
1 wiele domów, a na Long Island * linia kole-
jowa. „Donna" pozbawiła życia 135 osób. (...)
Trąby powietrzne są częstym zjawiskiem
a)
Przekrój pionowy (a) i poziomy (b) trąby powietrz-
nej. Strzałki wskazują kierunek prądów powietrza
Oto na jakich trasach wędrują cyklony w rejonie
Morza Karaibskiego. Kółka oznaczają ogniska ich
powstawania
135
Ri—ta ćsat'» zasypany przez gruzy samcchód po
torraia
w Cr. mach i Japonii, wzdłuż wybrzeży Pa-
cyfiku oraz w Ameryce Północnej. Jak lam
*rygląd^. z bliska taka trąba powietrzna
..a»\A\ara z hiszpańska tornado, możemy
przekonać się z relacji bezpośredniego
świadka który tylko szczęśliwemu zbiegowi
okoliczności zawdzięcza ocalenie:
Najpierw na południowym zachodzie
ukazał sk> obłok którego dolna powierzch-
na sunie falowała Potem zaczęły z niej wy-
suwac się ku dołowi drobne wyrostki w
kształcie wirujących lejków. To
się. to znikały. Po dziesięciu minutach
z nrh zaczął rosnąć ku dołowi. Nieusta
wirując wydłużał się, to znów skracał^
chylal się w jedną, to w drugą stronę
był już w odległości około 6 km od nas
spotkanie wysunął się z ziemi wir fcj*
znacznie szerszy od górnego
Tymczasem lej powietrzny' zbliżał się co.
raz bardziej ku osiedlu. Przebrnął przez rze-
kę i wpadl na pierwszy dom, który został w
jedne/ chwili wyrwany z fundamentów,
uniesiony i wleczony na przestrzeni kilku,
dziesięciu metrów. W trakcie (ej wędrówki
drewniany budynek rozpadł się zupełnie
Następną ofiarą tornado padł dom z kamie-
nia. Jakby jakaś niewidzialna ręka zerwała
dach, po czym ściany się zapadły. Później
dowiedzieliśmy się, że mieszkańcy lego do-
mu uratowali się w piwnicy...
Z powyższej relacji widać, że trąba po-
wietrzna. porywająca ciężkie przedmioty
ogromny silą wirującego wiatru, działa ni-
czym pompa ssąca. Cyrkulację powietrza w
tym olbrzymim leju ilustruje schematycz-
ny rysunek zamieszczony na str. 135. Po-
wietrze krąży szybkim ruchem wirowym ku
górze po zewnętrznej stronie trąby po-
wietrznej, natomiast w jej wnętrzu opada
ono w dół takim samym ruchem. Szybkie
obroty i wytworzona przez to siła odśrod-
kowa powoduje, że masa krążącego wiro-
wym ruchem powietrza gęstnieje na zewnę-
trznej stronie owej olbrzymiej rury, mś w
jej środku powietrze jest niezwykle rozrze-
dzone. Sam zaś lej umieszcza się pośrodku
chmury burzowej, gdzie występujące prądy
powietrzne objawiają się najbardziej gwa,‘
townie.
Jerzy Orlewski:
ostrzega. Warszawa
PZWS, s. 96—106
136
W KANAŁU PANAMSKIM
3 sierpnia o świcie „Śmiały" rozpoczął
przejście Kanału Panamskiego.
Pierwsze 4 mile szlak biegnie wodami za-
chodniej części Zatoki Panamskiej, a następ-
nie odpowiednio poszerzonym i pogłębio-
nym korytem malej rzeczki o dumnej na-
zwie Rio Grandę, której istnienia trudno się
obecnie domyśleć. Na tym odcinku kanał
przypomina ujściowe fragmenty Odry. Wo-
kół teren płaski, brzegi niskie, porośnięte
wysoką trawą i kępami krzewów. Po obu
stronach zwarty szpaler lamp jarzeniowych.
Z prawej strony zarysowuje się łagodne
wzgórze Diablo Heights jczytaj: hajts), po-
kryte kolonią domków willowych otaczają-
cych kino i dużą restaurację — dobry
punkt widokowy w tej części kanału.
U stóp wzgórza spory lasek strzelistych
masztów miejscowej radiostacji.
Aż do ósmej mili * kanału, gdzie znajduje
się pierwsza śluza, płyniemy na poziomie
morza. Śluza Miraflores jest dwustopniowa.
Podnosi statki na wysokość 18 m i wypro-
wadza na leżące za nią jezioro Miraflores,
małe i płytkie, zamknięte przez śluzę Pedro
Miguel. Zewnętrzne wrota śluzy Miraflores
mają około 25 m wysokości — w odróżnie-
niu od wszystkich pozostałych niższych
mniej więcej o 10 metrów. Ta wyjątkowa
odmienność spowodowana jest różnicą pły-
wów oceanicznych u wybrzeży Przesmyku
Panamskiego po stronie wschodniej i za-
chodniej. Na wybrzeżu Pacyfiku przypływ
występuje regularnie dwa razy na dobę, a
wahania poziomu wody przekraczają 7 me-
trów; po stronie Atlantyku natomiast pły-
wy są nieregularne i znacznie mniejsze —
na ogół nie przekraczają jednego metra.
Powoli otwierają się ogromne stalowe
wrota złożone z dwóch segmentów odchy-
lających się na zewnątrz śluzy. Każda ich
część waży 730 ton i ma przeszło 2 m gru-
bości. Mimo tak wielkich rozmiarów i wa-
gi "Wrota śluz kanałowych są przemyślnie
wyważone i praktycznie biorąc pływają w
wodzie, co umożliwia swobodne manewro-
wanie nimi silniczkiem o mocy zaledwie
25 koni mechanicznych. Czas otwarcia lub
zamknięcia jednej śluzy nie przekracza
dwóch minut Przejście śluzy zajmuje 30 do
60 minut
Jacht sunie pomaleńku środkiem komory’
obrzeżonej betonowymi ścianami. (...)
Jako ciekawostkę warto podać, że głów-
137
śluza Miraflores w Kanale Panamskim
ne kanały wodne w ścianach mają około
6 m średnicy. Gdyby je nieco spłaszczyć,
mógłby się w ich wnętrzu odbywać spokoj-
nie 4-strumieniowy ruch samochodowy
i starczyłoby jeszcze miejsca dla biegnących
bokiem ścieżek dla pieszych. [...]
Każdy metr bieżący kanału kosztował
10 000 dolarów i życie jednego robotnika...
Najniższa przełęcz w paśmie górskim,
przez które Wielki Rów przebija się na dru-
gą stronę wododziału, miała wysokość 94 m
i znajdowała się mniej więcej w połowie
długości obecnego przekopu, między wzgó-
rzami Contractora [czytaj: kontraktora]
i Gold Hill. W tym punkcie trzeba było wy-
kopać łożysko kanału na głębokości 71 me-
trów. We wstępnym etapie budowy tu
właśnie pracowała większość spośród 40 000
robotników zatrudnionych stałe przy tej
gigantycznej inwestycji.
Długość Kanału Panamskiego wynosi
82 km, z czego 16 biegnie po odpowiednio
pogłębionych i oznakowanych wodach
Oceanu Atlantyckiego i Oceanu Spokojne-
go. Przeszło połowa lądowego odcinka tej
drogi wodnej przypada na jezioro Gatun
mające 425 km2 powierzchni.
Bronisław Siadek: W
Panamskim „Poznaj Swi
1966, nr 1.
138
Fragment Curacao stołecznej wyspy Antyli Holenderskich. Miasto jest ważnym ośrodkiem przetwórstwa
ropy naftowej przywożonej tu z Wenezueli
67. KROPLA HOLANDII — CURAęAO
Curaęao [czytaj kurasao] to Koluszki Mo-
rza Karaibskiego — niby dziura, a ogromny
węzeł komunikacyjny. Wyspa, niewiele
większa od Warszawy, jest jedną z głów-
nych baz morskich i lotniczych basenu Ka-
raibów, tu wpływa corocznie 7 tysięcy sta-
tków o tonażu 55 milionów BRT, tu uwiły
sobie najważniejsze gniazdo Holenderskie
Linie Lotnicze (KLM) przerzucając tysiące
pasażerów na Kubę, do Stanów i Europy.
Curaęao spełnia ponadto ważną dla sie-
bie, pasożytniczą rolę „pijawki Wenezueli":
żyje z przeróbki nafty swego wielkiego są-
siada, Royal Dutch Shell [czytaj: rojal dacz
szel] i Standart Oil z New Jersey [czytaj:
niu dżersi] z powodzeniem zagarniając mi-
liony dolarów za uszlachetnianie tutaj we-
nezuelskiego „płynnego złota".
Wyspy Aruba, Bonaire [czytaj: boner]
i Curaęao — holenderskie ABC w Ameryce
Łacińskiej — to ojczyzna obywateli pięć-
dziesięciu pięciu różnych narodowości, jed-
no z najbardziej kosmopolitycznych miejsc
na świecie, gdzie przeciętny człowiek włada
czterema językami (holenderskim, hiszpań-
skim, angielskim i papiamento).
Olgierd Budrewicz: Romans
Morza Karaibskiego. War-
szawa 1962, Czytelnik, s.
49—50.
139
błJ. NAZYWAJĄ JĄ „ZŁOTEM" WENEZUELI
Nazywają ją ,.złotem” Wenezueli. Bez-
sprzecznie stanowi największe bogactwo tej
ziemi. Jej produkcję przyrównuje się do
układu nerwowego — najmniejsze bowiem
drganie od razu daje się odczuć w gospo-
darce całego kraju. Nic dziwnego: to ona
od lat 40 tworzy jego główną podstawę, ona
stanowi 90% wenezuelskiego eksportu. Mo-
wa o ropie naftowej. Są tacy, co — nie bez
racji — twierdzą, że gospodarka wenezuel-
ska to nafta i nic więcej.
Głównym rejonem wydobycia nafty są
okolice Maracaibo [czytaj: marakaibo], naj-
większego jeziora Ameryki Południowej.
W czasie pobytu w Wenezueli dane mi było
spędzić kilka upalnych dni właśnie nad
brzegami Maracaibo.
Bagna pokryte tropikalną roślinnością,
a w pobliżu wypalony słońcem step- kraina
kaktusów. Kaktusy spotyka się tu wszędzie.
140
Mieszkańcy okolic Maracaibo suszą na nich
wypraną bieliznę, umyślnie posadzone, ni-
by płotem otaczają ubożuchne lepianki:
wenezuelska Wielka Nafta nie wszystkich
obdziela dostatkiem.
Przy szosach, co parę kilometrów, zajazdy
bardzo różnej ,,kategorii”. Najczęściej spo-
tykane — to po prostu daszek z liści palmo-
wych wsparty na czterech kółkach (...].
Ale od kilkudziesięciu lat na bagnisto-
-stepowym krajobrazie okolic jeziora Mara-
caibo pojawił się nowy element: liczące dziś
już setki kilometrów srebrzyste nitki ruro-
ciągów i gazociągów oraz charakterystycz-
ne konstrukcje wież wiertniczych. Obecnie
spotyka się też w tych stronach samotne
pompy, które wprowadzone w jednostajnie
rytmiczny ruch, dzień i noc, bez chwili
przerwy wysysają z ziemi drogocenną naftę-
Są wszędzie: wyrastają na poboczach szosy'
HI
Maracaibo
so
69. SZTURM NA PUSZCZĘ (WENEZUELA)
świata
nieznane: źródła Orinoko
Zdzisław Marzec; W cieniu
Andów. Warszawa 1970.
Książka i Wiedza, s. 27—29
Wieże wiertnicze I zbiorniki na ropę naftową w Zatoce
pod oknem jakiegoś domu, niespodziewanie
pojawiają się pośrodku świeżo zaoranej
działki, ba — nawet na polu golfowym, gdzie
swój wolny czas zwykli spędzać urzędnicy
miejscowych kampanii naftowych. Wielką
naftę odkryto także pod wodami Maracaibo.
Las wież wiertniczych pokrył wkrótce przy-
brzeżną strefę. Na czystym dotąd lustrze
wody pojawiły się tłuste plamy; zawiesista
fala chlupocze leniwie o brzeg.
Powiadają, że tu właśnie, nad wodami
Maracaibo, dwukrotnie narodziła się Wene-
zuela. Po raz pierwszy miało to miejsce w
1-499 r., kiedy hiszpański konkwistador Alon-
Gujana: dziewiczy rejon wschodniej We-
nezueli. Tutaj sawanny znad górnego Ori-
noko przechodzą już w gąszcz tropikalnej
Puszczy. Jest ona kilka razy dziennie nawie-
dzana przez tropikalne ulewy, przecinają [ją]
liczne rzeki. Ich źródła w wielu wypadkach
Pozostają do dziś
de Ojeda dotarł w te strony i, zaskoczo-
mnogością indiańskich szałasów wznie-
sionych na palach pośrodku jeziora, nazwał
te okolice Venezuelą, dosłownie — Małą
Wenecją. Rychło nazwa ta przylgnęła do
całego kraju.
Cztery stulecia później Maracaibo wpisa-
ło się ponownie na karty ojczystej historii.
Siało się to w momencie, kiedy w okolicach
jeziora odkryto bogate (obecnie zaliczane
do najbogatszych na świecie) pokłady ropy
naftowej.
francusko-wenezuelska ekspedycja odkryła
dopiero w 1951 r.
Gujana, kraina gigantycznych wodospa-
dów, które stale spowija muślin pyłu wod-
nego. Może dlatego niektórzy powiadają o
nich: „plączące wodospady”.
Ale nikt z mieszkańców tej części
141
nie wpada w przesadny zachwyt nad cu-
downą egzotyką miejscowej przyrody. Tu-
taj z jej bezlitosnymi prawami przychodzi
po prostu walczyć, i to głównie w obronie
własnego życia.
W Gujanie np. liczne rzeki nawiedzone
są plagą bilharzia: to niewielki, jednoko-
mórkowy pierwotniak. Kiedy przez byle
ranką dostanie się do krwi, pasożytuje w
żywym organizmie, zżerając żołądek i je-
lita; nie ma wówczas dla człowieka ratunku.
W bardziej cywilizowanych częściach
kraju obok rzek dotkniętych plagą bilharzia
wystawia się tablice ostrzegawcze
W innych rzekach tego regionu czyha bo-
daj czy nie większe niebezpieczeństwo: pira-
nie, krwiożercze ryby pływające ławica-
mi. [...]
Puszcza Gujany drogo każę płacić śmiał-
kom, którzy poważą się zakłócić ich dzie-
wiczy spokój. Ale śmiałków mimo wszystko
nigdy nie brakowało. Puszcze kryją bowiem
wręcz nieprawdopodobne bogactwo. Na
przykład diamenty.
Mówi się, że można je znaleźć w każdej
bez mała rzeczułce, jednak miano „rzeki
diamentowej’’ zyskała przede wszystkim
Caroni [czytaj: karoni]. W sezonie (tzn. w
porze suszy), kiedy jej wody osiągają naj-
niższy poziom, w poszukiwaniu diamentów
ściąga tu 10 tys. osób. Idą w ruch surucas —
potrójne sita, za pomocą których przetrząsa
się każdy gram piasku wydobyty z dna rze-
ki
Ale nie diamenty, nawet nie złoto równie
obficie wydobywane w tych stronach stano-
wią dziś o bogactwie i przyszłości Gujany.
Ostatnio miało się okazać, że największy
skarb tych okolic to żelazo!
Wzgórze nosi miano Cerro Bolivar. Jego
najwyższy punkt wznosi się na wysokości
787 m. Cerro Bolivar stanowi ostro zaryso-
wany prostokąt o długości 12 km i szero-
kości 4 km. W rudzie, która wypełnia wnę-
trze wzgórza, zawartość czystego żelaza do-
chodzi do 75 proc.l
że
na terenie Gujany
Okazało się,
Bolivar nie jest wyjątkiem. Wstępny s^‘r°
nek mówił, że w tej części Wenezueli z CU*
duje się 1 mld ton rudy żelaza. Po dokuj
niejszych sondażach geologicznych przyszi
jednak wprowadzić istotną poprawkę- nje
1 mld, ale ponad 2 mld. Dzisiaj mówi
głośno, że w przypadku Gujany cyfra 4 ra]d
ton z całą pewnpścią jest zaniżona. Laika
ten zawrotny taniec cyfr może przyprawić
o szum w skroniach. Zwłaszcza kiedy pświa-
domi sobie, że w Gujanie liczne połacie
dżungli nie tylko nie widziały jeszcze geo-
loga, ale nigdy dotąd nie zostały dotknięte
stopą ludzką.
Już dziś wiadomo, że rejon ten — poza
nieprzebranymi zasobami rud żelaza — kry-
je także złoża manganu, niklu, siarki, węgla,
boksytu, kaolinu, a nawet nafty oraz gazu
ziemnego. Wenezuelska Gujana wydaje się
być rejonem szczodrze potraktowanym
przez naturę. Tej ziemi przyroda rzeczy-
wiście nie poskąpiła niczego; przy czym
warto pamiętać, że do roku 1962 Wenezuela
była krajem, który nie wyprodukował u sie-
bie nawet jednej tony żelaza. Oto miara nie
wykorzystanych tu dotąd możliwości roz-
woju gospodarczego.
Gujana to fragment kontynentu zamknię-
ty w obrębie dwóch wielkich rzek: Amazon-
ki i Orinoko. Dziś stanowi on terytorium
pięciu państw: największe obszary znajduję
się w ręku Brazylii i Wenezueli, nieporów-
nanie mniej przypadło na zamorskie mim-
-posiadłości Francji i Holandii, tzw. Gujana
Brytyjska w roku 1966 uzyskała niepod-
ległość.
Wenezuelską część Gujany, która obej-
muje powierzchnię niemal równą Polsce
i zamieszkana jest przez niespełna 300-ty
sięczną ludność, nazywają dziś Ziemią Wie
kiej Przyszłości.
Zdzisław Marzec: W c^e„jQi
Andów. Warszawa '
Książka i Wiedza, s.
40, 42—44.
142
70 na kolumbijskich bezdrożach
Co czwarty Kolumbijczyk mieszka na wy-
sokości polskich Rysów. Większość 18-mi-
lionowej ludności tego kraju skupiła się
wokół trzech pasm górskich: Kordyliery
Wschodniej, Środkowej i Zachodniej, prze-
cinających Kolumbię z północy na połu-
dnie. Reszta terytorium republiki to pustko-
wia, gdzie żyje niewiele ponad 2% jej oby-
wateli.
O Kolumbii mówi się, że jest najpiękniej-
szym krajem Ameryki Południowej, że sta-
nowi miniaturkę całego kontynentu: bo ży-
cie Kolumbii toczy się na kilku równocze-
śnie „piętrach". Najniższe z nich to tierra
caliente — „gorąca ziemia". Klasyczny tro-
pik — wilgotne i upalne tereny nadmorskie.
Wyżej, od wysokości 1000 m, rozpoczyna się
rejon klimatu umiarkowanego — tierra tem-
plada. Potem dopiero przychodzi „piętro",
które Kolumbijczycy nazywają tierra fria —
„zimna ziemia" (od 2000 do ok. 3000 m).
W tym „piętrowym" kraju bywają także
„piętrowe miasta". Oto Manizales — stolica
departamentu Caldas: jego centrum leży na
wysokości 2153 m n.p.m., ale lotnisko poło-
żone na jednym z przedmieść Manizales
znajduje się — bagatelka — już tysiąc me-
trów niżej. Rezultat: w obrębie tego samego
miasta różnice w średnich rocznych tempe-
raturach wynoszą 8 stopni.
W Kolumbii podróżuje się bądź w górę,
bądź w dół. Nigdy poziomo. Poza tym od-
ległość między poszczególnymi miejsco-
wościami najpraktyczniej podawać w tym
kraju nie w kilometrach — byłoby to bez
sensu — ale w godzinach, ze względu bo-
wiem na ukształtowanie terenu przewidy-
wany czas jazdy stanowi tu bardziej precy-
zyjną „miarę odległości".
Tutejsze drogi wznoszą się stromo w górę,
aby za moment na łeb na szyję polecieć w
dół Wąskie, z miejscem tylko na jeden wóz,
składają się właściwie z samych zakrętów.
Niejeden zakręt zatacza regularne koło
równo 360 stopni. Najczęściej z jednej stro-
ny ma się strome zbocze, z drugiej zaś ni-
czym nie osłoniętą, głęboką przepaść. Gdy
ktoś nadjeżdża z przeciwka, trzeba obo-
wiązkowo przystanąć; wyminięcie się w
biegu nie wchodzi w ogóle w rachubę.
Z górą 80% kolumbijskich dróg to —
prawdę powiedzieć — bezdroża: trochę le-
piej ubita ziemia, z wierzchu posypana
warstewką tłuczonego kamienia. [...]
W wielu miejscach spadają na szosę krop-
le wody, która spływa strużką po sąsiadują-
cych zboczach. To nawet bywa wygodne:
można przystanąć i wymyć wóz do czysta.
Ale te z pozoru łagodne strużki przy więk-
szych deszczach zamieniają się w praw-
dziwe wodospady. Wówczas z górskich
zboczy obsuwają się zwały [skał] tarasując
przejazd często na wielometrowym odcinku.
Stąd ciężki sprzęt drogowy — ogromne spy-
chacze — to stali w tych stronach goście.
Podróżując po kolumbijskich szosach
człowiek co krok ociera się o jakąś trage-
dię. Ich ślad znaczą maleńkie krzyże sytuo-
wane na poboczach szos. Widuje się ich tu
całe setki. W Ameryce Południowej trady-
143
cja nakazuje stawiać takie krzyże dokładnie
w miejscu, gdzie wydarzyła się katastro-
fa
Na wysokogórskich trasach kolumbijski
kierowca — podobnie jak lotnik — musi
nieraz przebijać się przez zwały chmur.
W podróży wręcz niezbędne są mu kwali-
fikacje ekologa *, choćby po to, zęby mógł
ustalić swą aktualną „pozycję". Jeżeli doj-
rzy freilejones (kolumbijskie „szarotki",
które wyrastają na długiej, często metrowej
nóżce), wie, ze znalazł się na wysokości
trzech tysięcy metrów, tylko tu bowiem one
rosną. Jeśli ich miejsce zajmą drzewa igla-
ste, znaczy to, że wysokość nieco spadła.
Obecność plantacji kawy stanowi dla ko-
lumbijskiego kierowcy niezbity dowód, że
to już niewiele ponad 1000 metrów. Dopie-
ro potem przyjdą banany, a wreszcie trzci-
na cukrowa. Poziom morza coraz bliżej.
Kolumbijskiemu kierowcy — bardziej niż
licznik kilometrów — przydałby się w wo-
zie wysokościomierz. O wiele precyzyjniej
pozwoliłby ocenić przebyty dystans. [...]
Pewnie zdziwi niektórych, jeśli powiem,
że w Kolumbii na wysokogórskich szlakach
bardzo często spotykałem polskie „Warsza.
wy". Od razu muszę dodać, że pomimo
wyjątkowo trudnych warunków terenowych
nasze wozy spisują się tu znakomicie.
•
Uruchomienie w Kolumbii połączeń lotni,
czych — w pewnym sensie — przełamało
bariery komunikacyjne, które dotąd sku-
tecznie rozdzielały ten „piętrowy kraj".
Wielką rolę odegrała tu kolumbijska Avian-
ca. Utworzona została w 1919 r., niespełna
dwa miesiące po uruchomieniu holender-
skich linii lotniczych KLM — pierwszego
w historii przedsiębiorstwa komunikacji lot-
niczej. Dziś Avianca przewozi rocznie 2 min
pasażerów: da je jej to 7 miejsce na świecie.
Poza obsługą ruchu pasażerskiego i dowoże-
niem poczty Avianca rozwinęła cały szereg
innych wyspecjalizowanych służb: np. lot-
niczą służbę bankową.
Zdzisław Marzec: Na ko-
lumbijskich bezdrożach.
..Poznaj Świat", 1969, nr 12,
s. 17—20.
71. STOLICA IMPERIUM ihlKOW — CUSCO
W słonecznej dolinie leży Cusco [czytaj:
kusko], dawna stolica wspaniałego państwa
Inków. Podobno najstarsze bez przerwy za-
mieszkałe miasto półkuli zachodniej. Co zo-
stało z dawnej świetności? Strzępy murów,
ziemia, ludzie. (...)
Pozostały owe przedziwne, budzące zdu-
mienie ściany. Ściany wygładzonych jak
glazura porfirowych • i andezytowych • cio-
sów. Bloków kamiennych składanych bez
zaprawy murarskiej. Taki sam cud jak in-
kowskie mistrzostwo w pokrywaniu naczyń
i biżuterii złotem i srebrem tak równo, jak
to obecnie możliwe jest tylko metodą elek-
trolizy.
Przybysze spacerują po Cusco i obmacują
te mury z namaszczeniem, pozują do foto*
grafii na ich tle, czytają odpowiednie roz
działy w przewodnikach. Mury Inków -y
jeden z cudów minionej kultury: jak pirami
dy egipskie, świątynie greckie, akwedukty
rzymskie.
Kamienne dokumenty rozsypane
w promieniu wielu kilometrów od Cusco-
Oto forteca Sacsahuaman, potężna waro
nia na wzgórzu obok stolicy. Wzniesiona
144
bez znajomości żelaza i wynalazku ko).
Z bloków skalnych i głazów o wa ’•
200 toni Przeżyła trzęsienia ziemi, które
pochłonęły niejedno hiszpańskie miasto Po
dobną trwałość wykazały pobliski amfiteatr
Kenkko i świątynia Tampumachay Kamie
nie przetrwały wszystkie kataklizmy, nawet
systematyczną akcję niszczenia przez kolei
nych władców. [...] J
Nikt nie zgłębił tajemnicy, na czym no
legała sztuka wznoszenia murów cudownei
gładkości. Mówią, że rośnie tu gdzieś cie-
mnoczerwona roślina, której sok potrafi
zmiękczyć najtwardszą skałę. Ale dlaczeoo
nikt nie korzysta dzisiaj z niezwykłych
właściwości tej rośliny?
Poszedłem na bazar w Cusco; bazary są
teraz ważnym punktem programu wszyst-
kich wypraw turystycznych, wśród straga-
nów i bud najłatwiej pochwycić proces co-
fającego się na świecie folkloru.
Na bazarze w Cusco można kupić i sprze-
dać prawie wszystko, chyba nawet człowie-
ka. Ale ludzie tutaj są tacy sami, żeby nie
rzec — ci sami. Zachowali język, obyczaje,
sposób ubierania, miłość do lamy, a po kry-
jomu i wierzenia religijne. Ludność Peru to
Centrum Cusco
*0 — Nowy stary iwiat
Jedna ze starych uliczek w Cusco — miasta położone-
go w Andach na wysokości 3,5 tys. m n.p.m.
w połowie Indianie czystej krwi, w trzy-
dziestu procentach Metysi. Rasy zmieszały
się w małym stopniu. Tu, w wysokich An-
dach, istnieje nadal podział na rządzonych
Indian i rządzących białych. [...]
Smutek, nędza, brud wyzierają z każdego
zakamarka Cusco. Gdyby nie słońce, gra
kolorów, urok wąskich uliczek i ów nastrój
podniecającej wyobraźnię tajemnicy byłoby
to miejsce prawdziwie cmentarne [...].
W tym miejscu kuli ziemskiej widać jak
na dłoni zakręt historii. Nie przedpotopo-
wej, lecz tej stosunkowo świeżej. Patrzę, jak
na skwerach, pod ścianami domów, na
obrzeżach chodników siedzą kobiety i przę-
dą. Wyglądają identycznie jak na starych
rysunkach Inków. Poruszają wrzecionem,
równocześnie rozmawiają, rozglądają się
dokoła siebie, poprawiają chusty z dziećmi
na plecach. Czynią to wszystko, jakby nie
ustawały od pięciuset lat.
Olgierd Budrewicz: Pozłaca-
na dżungla. Warszawa 1967,
Iskry, s. 267—281.
145
72. „ZŁOTA" MĄCZKA
Wielkim bogactwem Peru są pełne ryb
przybrzeżne wody Pacyfiku. Jest ich tam
dużo i pływają tak wielkimi ławicami na
niedużej głębokości, że dostrzec je można
z daleka i obecnie samoloty wskazują ry-
backim łodziom, gdzie są najlepsze łowiska.
Mączka rybna, doskonała pasza dla zwierząt, płynie
w świat z portu Callao
uwierzyć, dopóki
। nie
ie
o na
ciemne
-•zie-
Nie mogłam w to uwierzyć, dopóki u
„rzekonałam się sama. Widziałam na własn
nczv z pokładu samolotu — 1 to lecąceg
wysokości paru tysięcy metrów - ,
ławice ryb płynących w szmaragdowe
lonej. jasnej wodzie Pacyfiku.
Peru posiada blisko 2000 km oceanicznego
wybrzeża, a szerokość wód terytorialnych
ustalił rząd Peru - podobnie jak to uczy-
nilv rządy pozostałych krajów południowe-
no Pacyfiku: Chile, Kolumbii i Ekwadoru -
na dwieście kilometrów. W tym pasie prze-
pływa zimny prąd Humboldta , w którym
na ogól znajdują się niezmierzone ławice
ryb.
Początkowo peruwiański przemysł rybny
miał wszystkie cechy chałupnictwa. Łowio-
no tyle, ile można było skonsumować na
samym wybrzeżu. Pewnego jednak dnia —
było to w roku 1955 — młody wówczas,
dwudziestoośmioletni peruwiański byznes-
man *, Luis Bancherro, przeczytał raport
FAO* o zapotrzebowaniu na proteinę*
w całym świecie i na ciągle za małą produk-
cję mączki rybnej. Tego roku rozpoczął się
w Peru rybny run. Peru dzięki energii paru
młodych zapaleńców stało się w latach
sześćdziesiątych naszego wieku świato-
wym producentem mączki rybnej, która
w roku 1965 stanowiła już ’/i całego peru-
wiańskiego eksportu.
Port Callao [czytaj: kalao], największy
port Peru, leżący tuż przy stolicy, w związ-
ku z gorączką złotej mączki od roku 1960
bije co roku rekordy ilości statków i prze-
ładunków. To samo co najdziwniejsze
przeżywa 60 innych małych portów Peru. (...)
Wszystko zdziałała ,,złota mączka", cuch-
nąca na mile odorem suszonych i mielonych
ryb, których niezmierzone ławice od stule-
ci — jak świadczą zapisy podróżników —
lubią przepływać niedaleko wybrzeży Peru.
Jolanta Klimowicz: Indiań-
ska okaryna. Reportaże i
krajów andyjskich Warsza-
wa 1967, Lud. Spółdz. Wyd.,
s. 133—134.
73. TĘDY PRZESZŁA ŚMIERĆ
trzęsienie ziemi
[•••] Dziennikarz pewnej codziennej gazety
przeglądał stos depesz, w pamiętny wieczór
22 maja 1960 roku.
Na biurku odezwał się telefon.
Mówi Obserwatorium Sejsmologiczne
PANI — usłyszał w słuchawce kobiecy
głos. — Ja w sprawie wydarzenia...
...na Rzeszowszczyźnie? Na miejsce hu-
raganu pojechał nasz reporter...
Niel Chodzi o trzęsienie ziemi na dru-
giej półkuli...
Nie mamy wiadomości!
Chcę właśnie podać pierwsze szcze-
góły.
- Wasza obsługa pracuje szybciej niż
światowe agencje prasowe!
Istotnie! Tylko 18 minut trwała droga
2 Chile przez wnętrze Ziemi tej alarmującej
depeszy. O godzinie 19,15 dotarło do nas
czoło fali sejsmicznej. Nasze instrumenty
pozwoliły ustalić, że kataklizm miał miejsce
w odległości około 13 500 km od Warszawy.
Drobne wahania wykresu przeszły od pew-
nego miejsca w ostre zygzaki. Na podstawie
wychyleń linii sejsmogramu można stwier-
dzić, że odpowiada on wyjątkowo silnym
wstrząsom Ziemi.
W ten właśnie sposób dotarła do War-
szawy pierwsza wiadomość o niezwykle
silnym trzęsieniu ziemi w Chile, które było
już trzecią w tym roku klęską, po zagładzie
Agadiru w Maroku i zniszczeniu miasta Lar
w Iranie, spowodowaną przez ruchy tekto-
niczne Ziemi. Doniesienia iskrowe o tragedii,
która spotkała Chile, nie kazały długo na
siebie czekać. Były one wprawdzie spóźnio-
ne o cztery godziny do rozmowy, której
fragment przytoczyłem, ale tyle czasu
trwały próby nawiązania radiowej łączności
Tak przebiegają fale wywołane przez trzęsienia ziemi.
Liczby oznaczają czas, w którym fale sejsmiczne do-
trą z ogniska trzęsienia do danego punktu (według
Holmesa — zmodyfikowane)
147
146
do-
149
południe rozległy ojsz^
Rinihue zaczął się osuwać. 16
stolicy Chile — Santiago z miastem Con-
cepcion (czytaj: konteption], które wskutek
trzęsienia ziemi zostało odcięte od świata. [...]
Pierwsze wstrząsy nastąpiły już w sobotę,
tj. 21 maja o godzinie 6 rano w prowincji
Concepcion i objęły szereg miejscowości.
W samym mieście Concepcion zawaliło się
kilkaset domów, grzebiąc pod gruzami wie-
le ofiar. Wstrząsy w tym rejonie zapocząt-
kowały ruchy tektoniczne Ziemi na rozleg-
łym obszarze^ W niedzielę 22 maja podziem-
ne wstrząsy o znacznie większym nasileniu,
które zarejestrowało obserwatorium Sej-
smologiczne PAN w Pałacu Kazimierzow-
skim w Warszawie, wystąpiły znów kilka-
krotnie i objęły całe wybrzeże chilijskie
od Talcahuano (czytaj: talkauano) po wyspy
Chiloe (czytaj: cziloe). (...)
Na terenach nawiedzonych trzęsieniem
ziemi rozlegały się raz po raz podziemne
grzmoty, z których sejsmologowie wróżyli
dalsze wstrząsy. Istotnie, powtórzyły się
one także następnego dnia. W ciągu trzech
pierwszych dni trwania kataklizmu, tj.
21 23 maja, Instytut Sejsmologiczny w sto-
licy Wenezueli Caracas (czytaj: karakas]
zarejestrował przeszło 20 wstrząsów. We-
dług relacji sejsmologów tego obserwato-
rium siła niektórych z nich dochodziła do
10 i 11 stopni dwunastostopniowej skali
Mercalliego (czytaj: merkaliego), służącej
do określania nasilenia trzęsień ziemi...
21 —
WIELKIE FALE...
f Rozmiary straszliwej katastrofy powię-
kszyła olbrzymia fala wody o wvsokości
przekraczającej 10 metrów [...).
Wielkie fale oceaniczne, które w pierw-
szym natarciu siały zniszczenie na chilijskim
wybrzeżu, zaczęły rozchodzić się szerokim
półksiężycem po Pacyfiku, jak na olbrzy-
mim jeziorze. Biegły przez ocean z szyb-
kością do 800 km/godz. W ciągu 16 godz.
przebyły odległość blisko 13 tysięcy km
i uderzyły o wybrzeża Wysp Hawajskich
topiąc kilkadziesiąt osób. Najbardziej
148
nie
nie
w Kalifor.
tknięte zostało jedno z największa u
tych wysp — Hilo, którego znac^h
uległa zniszczeniu. a
Podczas dalszej wędrówki na r
froncie fale osiągnęły Filipiny, oddal
około 17 tysięcy km od wybrzeży Ch ^0
natarcie nieco osłabło. Choć fale
ne miały już tylko 6 metrów wysokość?’^
chłonęły w odmętach blisko 200 osób
24 godzinach dotarły do wybrzeży ja
Mimo iż miały już tylko 4-metrową 5
kość, dokonały znacznych spustoszeń [
Na pozostałych wybrzeżach Pacyfiku
było wprawdzie ofiar w ludziach, ale
obeszło się bez zniszczeń. Straty ~UUIU.
nii obliczono na milion dolarów. W Meksy.
ku zostały zalane nadbrzeżne wsie (...) Nj
wschodnim wybrzeżu Australii gwałtowny
przypływ zerwał z cum dziesiątki łodzi
i małych stateczków. Fala oceaniczna zalała
jeszcze szereg miejscowości w Nowej Ze-
landii, Nowej Gwinei oraz na wyspach Po-
linezji i Melanezji. Również radziecki Dale-
ki Wschód odczuł napór fali, choć w znacz-
nie mniejszym stopniu. Ludność zagrożo-
nych miejscowości została w porę ewakuo-
wana. Ucierpiały jedynie portowe urządze-
nia.
(WYBUCHY WULKANÓW]
We wtorek 24 maja — w czwartym dni
nieszczęść, które spadły na Chile PrzJ
szła nowa klęska: wybuchy wu an
W wyniku licznych trzęsień ziemi ozy
system wulkaniczny południowych
który był nieczynny już od 40 lat-
ny wyrzuciły na wysokość kilku ki om^
olbrzymie chmury dymu, a z krater
płynęła lawa [...]. d0.
Tego dnia pod stopami mieszka #
liny rzeki Rinihue w prowincji a
otwarło się piekło. Oto co opowia a
kinierzy, którym udało się szCZ^
uniknąć zagłady:
— We wtorek w
wzdłuż
nagle pociemniało, a grunt pod nogami zro
bił się gorący. Wśród podziemnego grzmotu
zapadła się dolina. Wzdłuż rzeki powstała
rozpadlina o długości 45 km i szerokości
5 km. Z tej ogromnej czeluści, ziejącej
ogniem, zaczął unosić się na wysokość 7 km
dym oraz popiół i wylatywały w górę ka-
mienie. Okoliczne drzewa spopielały w cią-
gu kilku minut. q
Z jeziora Rinihue wynurzyły się dwa ma-
łe wulkany, a wokół zaczęła zapadać się zie- ‘
mia, pochłaniając drzewa i drogi. Uniesiona
w górę woda jeziora wlała się do rzeki San
Pedro, która uprzednio została zatarasowa-
na w jednym miejscu przez lawinę osuwa-
jącej się ziemi. Powstało niebezpieczeństwo
powodzi. (...)
Nie mniej ciężkie chwile jak mieszkańcy
lądu przeżywali rybacy 25 wysp wchodzą-
cych w skład archipelagu Chiloe [czytaj:
cziloej. Już podczas pierwszych silnych
wstrząsów zniknęło pod
a wyłoniły się nowe. -
wodą kilka wysp,
ISKUTKI KATAKLIZMU]
Raz poruszona ziemia
wracała do statycznego
sienią ziemi o różnym nasileniu powtarza
ły się jeszcze przez jakiś czas i w dalszym
ciągu trwała wzmożona działalność owyc
pięciu wulkanów, z których dziesięciu kra
terów wydobywała się bez przerwy la\*a.
Wzdłuż chlijskiego wybrzeża między
Valdivia i Chiloe kontynent obniżył się
o około 3 metry. Zmiany w poziomie zauwa
żono też na wyspach. Urządzenia nad rzez
ne w mniejszych portach znalazły się P°
wodą. Sześć rzek, które przepływ aly w °
licach miasta Valdivia, zmieniło swój ie9
Samo miasto, położone nad rzeką, sta ° się
nagle naturalnym portem morskim, o
rego docierały przypływy oceaniczne,
mógł obecnie przyjmować wprost z mo
statki o wyporności do 5 tysięcy ton.
wolno jednak po-
stami. Nowe trzę-
Po trzęsieniu ziemi w Chile
Dopiero po upływie pewnego okresu cza-
su można było podjąć pierwszą bardzo po-
bieżną próbę podsumowania skutków tego
straszliwego kataklizmu. Katastrofalne trzę-
sienie ziemi objęło 14 prowincji Chile, które
zamieszkiwało 2 800 000 ludności. W mia-
stach i wsiach uległo zniszczeniu 350 460 bu-
dynków. Najbardziej ucierpiała prowincja
Concepcion, gdzie runęło w miastach 57 448
obiektów, a we wsiach 16 931 domów
Ustalenie liczby ofiar było poważnie utrud-
nione, bowiem wiele osób pochłonął ocean.
Nie sposób było stwierdzić, ile ludzi zginęło
na wyspach znajdujących się w pobliżu po-
łudniowych brzegów Chile. [...]
W samym tylko mieście Valdivia zginęło
ponad 8 tysięcy osób. Przeszło 2 miliony lu-
dzi zostało pozbawionych dachu nad głową.
Geolodzy i sejsmolodzy wysunęli pogląd,
że w ciągu najbliższych miesięcy po ka-
tastrofie nie powinno w ogóle się podejmo-
wać żadnych robót budowlanych na po-
łudniu kraju. (...)
Jerzy Gilewski: Ziemia
ostrzega. Warszawa 1962.
PZWS, s. 5—14.
mołocie
Byli to
służbowych podróży do Santiago.
Młody, trzydziestoletni pilot prowadzą
nasz samolot powiedział mi, ze już od 10iat
obsługuje dzień w dzień „linię miedzi" i nie
potrzebuje ani radaru, ani radia, bo jedno,
i drugie „ma w oku' .
wszyscy
pracownicy kopalń, wracający
- a ~
znali się między
sobą
Pogoda w tych okolicach jest zawsze ta.
ka sama, krajobraz się nie zmienia. Wszy$t
kie rzeki, które kiedyś nawet i były w tych
stronach,, powysychały na skutek suszy
panującej od 20 lat. Trafiłby i p0 omacku,
gdyby zaszła potrzeba [...].
Ostatnim przystankiem przed Antofa-
gastą — celem naszej podróży była słynna
Calama [czytaj: kalama], największa kopal-
nia miedzi na świecie. Z góry wyglądała
przedziwnie: na pierwszy plan wysuwał się
masyw kopalni o kształcie idealnego amfi-
teatru lecz niezmiernie wielkiego, bo o śred
nicy 15 km!
Z jednej strony dymiły kominy elektrow-
ni, a na drugim planie, jakby ulepione i
plasteliny, przywierały do burego podłoża
domki robotniczego osiedla. Wreszcie, nie-
co dalej, nad niewielką strugą, w oazie zie-
leni wyglądającej jak zakątek raju, rozcią-
gało się miasto.
Z objaśnień pilota wiedziałem, że struga,
nad którą nieliczni Japończycy usiłują ho-
dować warzywa, posiada słoną wodę-
74 KRÓLESTWO MIEDZI, SALETRY, SIARKI
I JODYNY
LOT DO ANTOFAGASTY
Do północnego Chile, do najsłynniejszego
zagłębia miedzi na pustyni Atacama, do-
tarliśmy samolotem linii o nazwie dźwięcz-
nie brzmiącej i wszystko wyjaśniającej:
Linea Aerea del Cobre [czytaj: kobrej,
Ladeco [czytaj: ladeko] — Linia Lotnicza
Miedzi. [...]
Linia Ladeco nie miała poza nami pasaże-
rów w pełnym rozumieniu tego słowa. W sa-
POCIĄGIEM-PRZEZ PUSTYNIĘ ATACAMA
Międzynarodowy pociąg kursujący z
le do Boliwii niemal już od stulecia n»
dzenie przemierza pustynię Atacam
taj: atakama) i Kordyliery. kilonietro-
Na całej długości ponad U róVęnyin
wej trasy jedzie się po idealnie w
płaskowyżu, wznoszącym się stop oJDlJ
sposób niemal niezauważalny, zna ^y
morza na wysokość ponad czterec
metrów. Tylko szybko wzrastająca^.^ n3
niej opadająca temperatura in*
zmiany, jeśli nie liczyć na każdej
150
Kopalnia miedzi w pobliżu Chuquicamata
formacyjnych tablic, podających, obok
nazwy miejscowości, wysokość nad pozio-
mem morza.
I tak już w dwie godziny po wyruszeniu
z Anloiagasty, o godzinie 11,25, stanęliśmy
na stosunkowo dużej stacji o nazwie Baqua-
dano, leżącej na wysokości 1343 m n.p.m.
Czas pracował na nas.
Krajobraz nie zmieniał się ani na chwilę
i nie różnił się niczym od tego, w który wje-
chaliśmy w 10 minut po opuszczeniu wy-
brzeża Pacyfiku. Naokoło otaczały nas łyse,
suche góry, na których nie widać było śladu
życia.
(...) tylko robiło się coraz goręcej, a mnie
coraz bardziej bolał nos. Chciało mi się w
nim po prostu dłubać. W miarę wznosze-
nia się w górę, nos juz nie tylko swędział,
ale bolał i nawet krwawił. (...)
Na mijanych stacjach ludzie wsiadali
i wysiadali, zmieniali miejsca i bagaże, któ-
re zawierały wszystko, czym żyje tutejszy
człowiek, a co musi przywozić z urodzaj-
nych dolin. Widziałam pozawijane w grube
worki naręcza kwiatów, jarzyny, drób, a na-
wet wiercące się i kwiczące, pstrokate
i czarne prosiaki. Bo też okolice, które mi-
jaliśmy, były wyjałowione ze wszystkiego.
Jedyna wegetacja, jaką udało mi się zauwa-
żyć, to rosochate drzewa rosnące zazwyczaj
pojedynczo nad wilgotnymi miejscami oto-
czonymi szarymi obwódkami. Kałuże te to
saliny, jedyne, źródła wilgoci na tej piasz-
czyslo-kamiennej pustyni.
Na jakiejś stacji gałąź jaskrawozielonego
drzewa zawisła nad moim oknem. Urwałam
jeden listek i roztarłam go w palcach. Po-
czułam ostry, orzeźwiający zapach: był to
pieprzowiec, to jedyne drzewo, któremu
wystarcza wilgotność z miejscowych salin.
Pociąg nasz na pewno nie pretendował do
miana ekspresu, niemniej niezmordowanie
posuwał się naprzód i już po siedmiu go-
dzinach drogi osiągnął wysokość ponad
tysiące metrów. Teraz dla
temperatura zaczęła spadać i w
było coraz chłodniej... Przez okno
odmiany
wagonie
zobaczy-
łam sylwetki wulkanów czarne i groźne na
tle jeszcze niebieskiego nieba
Na horyzoncie, już w zorzy zachodu, ry-
sowały się majestatycznie ostre, pokryte
wiecznym śniegiem szczyty Wysokich An-
dów.
(...) Naokoło w zapadającym mroku wy-
rastały wulkany jeden po drugim!
Nie wyobrażałem sobie, ze można ich
oglądać kilka, a nawet kilkanaście naraz.
Wszystkie miały charakterystyczną, stożko-
wą budowę. Jeden z nich nieco dymił. Naj-
bliższe, obok których przechodziła tuż, tuż
lima kolejowa, były buroczarne od pokry-
wającej je lawy. Te, które rysowały się na
horyzoncie, pokrywał śnieg.
Po chwili wjechaliśmy w królestwo złóż
saletry, siarki, jodyny. Wśród wysokich gór,
151
i
od
Indianie boliwijscy
od granic południowego Peru po Atacamę,
na pograniczu chilijsko-boliwskim, znajdu-
je się w tym rejonie 41 kopalń siarki. Nie-
które z nich położone są na wysokości
5 tysięcy metrów n.p.m Kopalnie, oddalone
o setki kilometrów od ośrodków przemysło-
wych, wysyłają swoją siarkę i saletrę w
świat jedyną istniejącą tu linią kolejową,
zbudowaną przede wszystkim na ich uży-
tek, tą właśnie, którą jechaliśmy.
Produkcja saletry w tym okręgu wynosi
półtora miliona ton rocznie, z czego lwia
część przeznaczona jest na eksport. Nato-
miast większość wydobywanej siarki zuży-
wa przemysł chilijski. Produktem ubocznym
jest jodyna, której tu — po Japonii — naj-
więcej w świecie.
księżycowy krajobraz
Mijały godziny, dziesiątki godzin
chwili opuszczenia dziewiętnastowier
stacji w Antofagasta. W czasie przeraźliwie
zimnej nocy przekroczyliśmy granicę boli-
wijską.
Z rana obudziłam się z piekielnym
wprost bólem głowy. Staliśmy na jakiejś
stacji. Umieszczona przy jej nazwie tablicz-
ka informowała, że przekroczyliśmy już
4 tysiące metrów wysokości. Dalsze cyfry
i litery rozpływały się w błękitnawym po-
wietrzu, którego czułam wyraźny niedosyt.
A więc wjechaliśmy na dach świata.
Z okien naszego pociągu oglądałam mija-
ne osiedla indiańskie. W tym rejonie An-
dów stale wieją niesamowite wiatry, a w
nocy temperatura niezmiennie spada poni-
żej zera. Szałasy indiańskich wiosek, ule-
pione z mieszaniny gliny z jakimiś trawami,
nie mają pieców. Nie mają również otwo-
rów okiennych. Budowane z jednym otwo-
rem wejściowym, zioną taką samą pustką
wewnątrz, jaka otacza je na zewnątrz.
Indianie mieszkający na boliwijskim pła-
skowyżu rodzą się, żyją i umierają w warun-
kach najbardziej prymitywnych, jakie tylko
można sobie wyobrazić. Odcięci całkowicie
od cywilizacji stykają się z nią tylko na tra-
sie linii kolejowej. [...]
Okolice te stanowią raj dla pasących się
na nich zwierząt o długich szyjach i egzo-
tycznie brzmiących nazwach: lama, wikunia,
alpaka...
Jolanta Klimowicz: India
ska okaryna. ReP°!!.°ia.
krajów andyjskich. Wa
wa 1967. Lud. Społdz. wyo-
75. PUNA •
Następnego dnia wczesnym rankiem ładu-
jemy się do kanciastego terenowego łazi-
ka o wysoko zawieszonych kołach, oznaczo-
nego wielkim kolorowym globusem i napi-
sem ..Dar ONZ". Wewnątrz samochodu: kie-
rowca, Carlo [czytaj: karlo] i Felix, nauczy-
ciel szkoły zawodowej zajmujący się we
wsiach górskich werbunkiem młodych ludzi
na kursy rzemieślnicze, a poza tym stulitro-
wa beczka z wodą i sterta różnych dziw-
nych bagaży, koców i pudeł. [..,]
Szosa wznosi się gwałtownie do góry. Po-
skręcana nad jakimiś dziwnymi kanionami,
w których nie ma nawet śladu wody, mozol-
nie kluczy wśród stert kamieni, przecina
łaty szarego piasku, trawersuje coraz
ostrzejsze pagórki. Po kilkunastu kilome-
trach zapomina się, że wogóle gdzieś jeszcze
istnieje roślinność, trawa, przynajmniej po-
rosty .. Pył wciska się szparami do samocho-
du, dławi w gardle, upodabnia wszystko do
tej pustyni dookoła. Kiedy się nad tym za-
stanowić, wydaje się to niemożliwe, a jed-
nak. takie jak dzisiaj, słoneczne dni trwają
tu od wielu lat bez przerwy, nigdy nie ma
chmur, deszczu, burzy, nawet silniejszy
wiatr rzadko się zdarza...
Szosa zamieniła się już właściwie w jed-
nośladowy trakt, na którym samochód z tru-
dem się mieści, a stoki pagórków stały się
kamienistymi przepaściami. Od czasu spot-
kania unieruchomionej ciężarówki — żad-
nego śladu ludzkiego życia. A właściwie nie,
fo nieścisłe: są ślady ludzkiej śmierci. Co
Parę kilometrów na skraju przepaści mały
kopczyk z kamieni, za nim krzyż, czasem
nieudolny napis, jakieś ozdoby — miejsca
katastrof samochodowych.
Przy jednym z takich kopczyków przy- .
stajemy — tu zginął przyjaciel naszego kie-
rowcy. Wiózł zaopatrzenie do wsi położo-
nych w Kordylierach i poleciał z tym swo-
jrn wozem z pół kilometra w dół: kupa po-
wykręcanego żelastwa jeszcze tam leży, kto
by to wyciągał, po co... Nie on jeden zresz-
tą przekoziołkował z Diabelskiego Stoku
w niewyjaśnionych okolicznościach. Przed-
siębiorstwo transportowe wydało nawet
specjalną instrukcję nakazującą kierowcom
przerywać natychmiast jazdę, jeśli tylko po-
czują senność — ale niewiele to wszystko
pomaga. Puna — powiadają krótko wzrusza-
jąc ramionami.
Usłyszę to słowo jeszcze wielokrotnie:
oznacza przecież i wysokogórski region
Andów i wpływ klimatu, wysokości na czło-
wieka. Ten kierowca, którego wóz leży teraz
u naszych nóg w przepaści, zjechał z wy-
sokości co najmniej 3500 metrów na te 1300
nad poziomem morza, jakie mamy tutaj:
zmiany ciśnienia zatykały mu w uszach,
słońce prażyło, od wielogodzinnego kręce-
nia kierownicą na niekończących się zakrę-
tach zdrętwiały plecy... No cóż, to właści-
wie wystarczy. Aha, no i jeszcze espejismo,
tutejsza fata morgana, owe połyskujące na
horyzoncie jeziora, coś jakby zabagniona
trawa pojawiająca się niespodziewanie na
piaszczystej powierzchni pustyni.
Stoimy więc tak nad tym Diabelskim Sto-
kiem, po trochu żeby milcząco oddać hołd
zabitemu, a po trochu i ze względów higie-
nicznych: dobrze jest wytchnąć po tej jeż-
dzie, a przy tym jeszcze raz przypomnieć
sobie nawzajem o koniecznej ostrożności.
My, ludzie z nizin, powoli się tu musimy
aklimatyzować — podobnie jak i ci wycho-
wani w Andach muszą to robić schodząc
do miast.
— Z nimi zresztą jest o wiele trudniej —
powiada Carlo. — Wieki przebywania
w warunkach wysokogórskich wytworzyły
w nich odrębne cechy biologiczne: ludność
żyjąca w aJtiplano (to jest na płaskowyżu
przekraczającym 4000 metrów nad pozio-
mem morza) ma nawet czerwonych ciałek
we krwi o 50% więcej niż my. To są ple-
miona pasterskie utrzymujące się głównie
z lam i alpaków, z wełny sprzedawanej do
miast. Żeby ich wprowadzić w krąg współ-
153
Prymitywna orka w Peru
czesności, trzeba by było przesiedlić tysiące
ludzi, a to znaczy narazić na różnorodne cho-
roby, na które okazują się zadziwiająco nie-
odporni: z określonymi typami bakterii ich
organizm styka się po prostu pierwszy raz,
nie wytwarza jeszcze antyciał. No więc co
dla nich robić, trzymać ich siłą w okolicach,
gdzie nawet krowa nie może wyżyć?
Znowu towarzyszy nam obłok kurzu. Zjeż-
dżamy nieco w dół, ku polom wulkanicznej
lawy, wypełniającej dolinę, wymarłą jak
krater księżycowy. „To dolina rzeki — po-
wiadają moi współtowarzysze — ale deszcz
me spad! tu ani razu od 10 lat, więc i wszyst-
ko wyschło", Ale przyroda jest uparta bar-
dziej niż ludzie: kiedy zaczynamy znowu
nabierać wysokości, pojawiają się pierwsze
kaktusy, samotne i wyprostowane ku niebu
jak słupy telegraficzne. W miarę wznosze-
nia się serpentynami w górę przybywa
w krajobrazie tych jedynych towarzyszy
wędrowca: są coraz większe, a na tych
schylonych ku ziemi, starych, drapie się ku
górze ich pasożytnicze potomstwo, brutal-
nie wysysając resztki życia z poprzednich.
Żadnej zresztą korzyści z tych jedynych tu-
taj roślin — choć wydawałoby się, że czło-
wiek ze wszystkich żywych organizmów
coś dla siebie potrafi wydobyć: tyle, że
Indianin wędrujący tędy ku miastu na mu-
łach — a podróż taka trwać musi parę dni__
i nocujący tutaj w rozpadlinach skalnych
wśród dotkliwego zimna, rozpala czasem
spróchniały, wyschnięty pień kaktusa.
Sucha Rzeka, Suchy Most... Nazwy rńu,„
ii-i . y r°wnie
monotonne jak krajobraz, mimo całej
, , . . CJ jego
fascynującej niezwykłości. Szansę żyCja
a więc wody, niesie ze sobą tylko wysokość
Ale oto jesteśmy już na dwu tysiącach met.
rów, już się zbliżamy do trzech, a ścieżynka
którą przebija się nasz łazik, obrasta sto- I
pniowo w jakieś porosty i krzewy... |
W pół godziny potem jak spod ziemi wy.
łania się zatopiona wśród eukaliptusowych i
drzew wioska. [...] I
Mieszkańcy tych okolic często nawet nie
wiedzą, czy są Chilijczykami, Boliwijczyka- ।
mi czy Peruwiańczykami. Wiedzą tylko, ze
są stąd, z tych gór, że mówią językiem
ajmara rozumianym w tym regionie nieza-
leżnie od granicy państwowej, starym ję-
zykiem plemienia, którego wielką historię
znają lepiej właśnie tam, w miastach, mz
tutaj, wśród potomków owego ludu
Kim więc są? Nieważne, przynajmniej dla
nich. Oto za potokiem zbocze drugiej góry,
o ostrym spadzie, posiekane w poprzeczne
paski dziesiątkami tarasów piętrzących się
ku chmurom na kilometr, może więcej. Bli-
żej doliny owe paski są zielone, bujne, za- 1
słane uprawami, ku górze szaro kamieniste
Stamtąd „woda odeszła" — czyli przez długi
szereg lat nie padały deszcze. Nikt nie kwa
pił się nawet wyjaśniać tak dziwnego zja
wiska: ot, po prostu nie było wody, od pew
nego roku zniknęła, trzeba było rezygn0
wać z upraw. Oczywistość. Dopiero teraz
zaczynają się tu cuda: zanosi się na to.
niedługo ruszy system irygacyjny 1 21
niemu zwiększy się o połowę obszar upr
— Ile macie ziemi uprawnej?
Sołtys myśli chwilę:
— Osiem, nie, dziesięć hektarów...
— Ależ ja nie pytam, jakie pan ma 0°^,
darstwo, tylko ile ma w sumie cała
— Właśnie tyle — patrzy na mnie
zdziwieniem.
— Przecież to nieduża osada...
tvrn w
Rzeczywiście: jeśli przyjrzeć się r
lonym skrawkom uważniej, to d°P’c^°c20.
dać, jak tego mało, jak one giną PrZY
się W"1 Z’e'
- tfl*
giną przytł°cZ
154
76. ASENTAMIENTO •
Harzem. Od
Las
niego dowiaduję się,
H
Zdzisław Marzec: W cieniu
Andów. Warszawa 1970,
Książka 1 Wiedza, s. 289--
291.
ne kamiennymi zboczami, piargiem przesy-
panym gliną, nacierającym ze wszystkich
stron na tę niewielką oazę. To tylko dlatego,
że przyjechaliśmy wprost z pustyni, w ogóle
zauważyliśmy te grządki — tak, grządki, to
najlepsze słowo — kukurydzy, lucerny.
A więc dobrze: jeden hektar owej górskiej
ziemi wyżywić musi 30 ludzi, warto tę licz-
bę zapamiętać, odświeżać w pamięci wtedy,
gdy znowu słyszeć się będzie o postępie, ja-
kiego się we wsiach andyjskich dokonuje,
o dobrobycie, który lak nagle tu wtargnął.
Punktem startu jest bowiem głód. Po prostu
głód. [...]
W pewnym momencie wyrasta przy dro-
dze sporych rozmiarów tablica: Asenta-
miento Campesino [czytaj: kampesinoj ,,Las
Mercedes". Wędrując po Chile, takich przy-
drożnych tablic spotyka się ostatnio coraz
więcej. Jestem na terenie departamentu Ta-
lagante w rejonie objętym reformą rolną.
Będę miał okazję przyjrzeć się z bliska pra-
cy chilijskich asentamientos.
Zatrzymujemy samochód. Zewsząd ota-
czają nas teraz winnice; w perspektywie —
Majestatyczny zarys Andów. Idziemy
w stronę dawnej obszarniczej rezydencji.
To typowy dla tych stron dworek, gęsto
opleciony winną latoroślą, ze starohiszpań-
skim patio * pośrodku. W dawnym dworku
Mieszczą się obecnie biura zarządu asenta-
Miento. [...]
W biurze zarządu poznaję przewodniczą-
cego asenlamienlo. Nazywa się Raul Figu-
reca; przez całe lata był fornalem, ukończył
tylko dwie klasy szkoły podstawowej, ale
'v oparciu o dotychczasowe wyniki, które
P°d jego kierownictwem osiągnęło asenta-
Miento, wydaje się być znakomitym gospo-
że „Las
ario uważa za swój obowiązek przedsta-
wić podejmowane kroki w jak najlepszym
świetle, udowodnić szlachetność i wszech-
stronność przedsięwzięć. A więc: rzecz od-
bywa się pod patronatem ONZ, która to
organizacja, korzystając z funduszów głów-
nie Międzynarodowej Organizacji Pracy,
przed paru łaty opracowała tzw. „plan an-
dyjski , mający za zadanie najpierw zbadać
potrzeby i wyszukać środki zaradcze, a w
efekcie zlikwidować zacofanie cywilizacyj-
ne tego regionu świata.
Tadeusz Robak: Peryierie
Świata. Katowice 1971, Wyd.
Śląsk, s. 259—274.
Mercedes" liczy z górą tysiąc hektarów. Do
niedawna większość tej ziemi leżała odło-
giem Obszarnik, Epifario Iracheta, nie przej-
mował się zbytnio majątkiem: znacznie
większy dochód przynosiła mu wielka hur-
townia win w Santiago. Do „Las Mercedes"
zaglądał nie częściej, jak raz do roku.
Kiedy odwiedziłem „Las Mercedes", asen-
tamiento pracowało już 14 miesięcy. Na
dawnych ugorach rosło zboże. Pod jego
uprawę wydzielono 57 ha; kukurydza zaj-
mowała 80 ha, zaś arbuzy, melony, no
i przede wszystkim bujnie rozwijające się
plantacje winnej latorośli — ponad 300
ha. [...]
Nastawienie produkcji na uprawę winnej
latorośli nie czyni z „Las Mercedes przy-
kładu odosobnionego. W Chile na zmelioro-
wanych gruntach winnice zajmują już co
dziesiąty hektar, a roczna produkcja wina
sięga 400 min litrów: trzecia część tego wę-
druje na eksport.
155
stokach
r
77. POŁUDNIE CHILE PEŁNE DESZCZU
W Chile od prawie półwiecza bardzo się
rozwinęło cywilne lotnictwo, właśnie ze
względu na kształt tego kraju. Chile to wą-
ziutki pas — szerokości od 15 do 350 kin
i 4300 km długości. Przy takich odległoś-
ciach, żeby dostać się z Puerto Montt stat-
kiem do celu mej wędrówki — nad Cieśni-
nę Magellana — potrzebowałabym co naj-
mniej czterech dni, podczas gdy samolot śmi-
156
Na zachodnich slok
Andów zatrzyj
opady znad Pacyflku p
stronie argentyńskiej
nuje przez cały rok $(i
chy stepowy klimat
głowy pokonuje tę odległość w 4 godzin
a odrzutowiec w 90 minut. .
Aby dolecieć do skraju chilijskiej zie^
w podantarktyczny region Cieśniny
gellana, trzeba przeskoczyć Andy na ar9e
tyńską stronę. Podróżowanie samoto e
nad chilijskim Południem jest zbyt ni®
pieczne z powodu niemal stale złych war^.je
ków atmosferycznych. Tak więc rząd
musiał zawrzeć międzypaństwową umowę
lotniczą i otrzymać zgodę Argentyny na lą-
dowanie w razie potrzeby chilijskich samo-
lotów w każdym porcie lotniczym Patagonii.
W tej części chilijskiej wstążki deszcze
padają niemal cały rok — w ciągu 32 dni
występują burze, w ciągu 93 porywiste wia-
try z deszczem, a tylko w ciągu 51 dni w ro-
ku poprzez kożuch chmur prześwieca blade,
antarktyczne słońce. A po argentyńskiej
stronie Andów przez prawie cały rok jest
sucha stepowa pogoda.
Chilijskie samoloty po skoku przez Andy
kierują się na południe i przelatują nad
monotonną argentyńską Patagonią. Z wy-
żyn podniebnego szlaku widać w dole po-
lodowcowe jeziorka, odbijające lazurowo-
niebieskie, nieskażone ani jedną chmurą
niebo. Aż dziw, że może być tak wielka róż-
nica klimatyczna między dwoma równoleg-
łymi pasami ziemi, przegrodzonymi „tyl-
ko" — sięgającym tutaj wysokości sześciu
tysięcy metrów — pasmem Andów.
nafta oświetla dziś ZIEMIĘ OGNISTA
Dzisiaj krajobraz Ziemi Magellana, na-
zwanej imieniem pierwszego człowieka, któ-
ry opłynął glob ziemski dookoła, oczywiś-
cie nie zmienił się. Jedynie zamiast indiań-
skich ognisk płoną tu nocami wzdłuż brze-
gów widoczne z daleka szyby naftowej ra-
finerii. Bo dzisiaj Ognista Ziemia to króle-
stwo Państwowego Monopolu Chile —
ENAP (Empresa Nacional Petroleira de
Chile).
Dawnych władców tego regionu Mapu-
ches zwanych z hiszpańska Araukanami nie
ma tutaj dzisiaj zupełnie. Ostatnie pamiątki
po nich przechowywane są w skromnym
muzeum ojców salezjanów, wokół którego
szumią indiańskie święte drzewa, czarne na
tle szarego nieba araukarie.
Jolanta Klimowicz: Indiań-
ska okaryna. Reportaże z
krajów andyjskich. Warsza-
wa 1967, Lud. Spóldz. Wyd.,
s. 12—13, 15—16.
78. O IGNACYM DOMEYCE •
Trzeciego czerwca 1838 roku dotarł Igna-
cy Domeyko do celu swej czteromiesięcznej
podróży — do Coguimbo [czytaj: kokimbo)
(w Chile). (...)
Po pobieżnym rozejrzeniu się w stosun-
kach tego kraju Domeyko zorientował się,
żo nie ma tu wyższego szkolnictwa, nie ma
żadnych instytucji naukowych, że zupełnie
nie wyzyskane są i nie zbadane bogactwa
naturalne tego kraju. Niejednemu w jego
sytuacji „ręce by opadły" i myślałby prze-
de wszystkim o tym, aby jak najprędzej stąd
uciec. Domeyko nie zraża się tym nieweso-
łym stanem rzeczy, bez wahania zakasuje
rękawy i z ogromnym zapałem i żelazną
energią zabiera się do roboty.
kilku miesiącach może już donieść
Mickiewiczowi o pierwszych wynikach swo-
ich wysiłków: Już dom postawiony i za ty-
godni cztery spodziewam się mieć labora-
torium ukończone. Rozpocząłem kurs fizyki,
mam dwudziestu z górą uczniów, a wszyscy
bardzo pilnie słuchają i lada doświadczenie
tak ich bawi, że się nie posiadają z radości...
Największa trudność z językiem prawie
przezwyciężona...
Tak po prostu, bez wielkich słów rozpo-
częła się półwiekowa działalność Domeyki
w tym kraju. W ciągu tego czasu dokonał
ogromnego dzieła. Zorganizował naukę
i system nauczania, oparty na wzorach wi-
leńskich. Był nauczycielem pierwszych po-
koleń inteligencji chilijskiej oraz stworzył
naukowe podstawy ekspolatacji bpgactw
naturalnych tego kraju.
Zajęcia organizacyjne i pedagogiczne nie
157
płaszczu, zwanym
tutaj
Araukanów z ich
o
“'iry (słone iez,Ora)
Główne pasma Kordylierów w Chile
odsunęły go od prac naukowo-badawczych.
Od pierwszych dni swego pobytu w Chile
pracuje bardzo intensywnie nad poznaniem
tego kraju. Co roku w ciągu kilku miesięcy
wakacyjnych profesor z Coquimbo prze-
dzierzgał się w podróżnika. W stroju chilij-
skim, w dużym słomkowym kapeluszu,
w białym, czerwonymi nitkami przetykanym
“* poncho [czytaj:
158
panczo],
tach, no
kiem geologicznym w kieszeni
z
kolczastymi ostrogarni
iście z n>eodstępnvni
—i wędruje n
zmordowanie po drogach i bezdrożach t
rozległego kraju. Towarzyszy mu
w tych naukowych wędrówkach India j
mający pod swoją opieką objuczoną mul?
i zapasowe konie.
Rozległa Kordyliera Nadbrzeżna i o wiek
wyższe rozleglejsze pasma Kordyliery za.
chodniej. czyli właściwych Andów, były di4
geologa terenem zupełnie niemal dziewi-
czym. W licznych podróżach naukowych
w różnych kierunkach przemierza Domeyko
te dzikie i niedostępne góry, przecina mart-
we kamieniste pustynie, z narażeniem ży-
cia bada wulkany. W ciągu tych lat swoich
niestrudzonych badań sześć razy przekracza
w różnych miejscach Andy. [...]
Plon naukowy tych podróży był obfity.
Przyniosły one mapę geologiczną Chile,
odkrycie i zbadanie wielu bogactw: pokła-
dów różnych gatunków węgla kamiennego,
żył złota, a także odkrycie nie znanego wów-
czas minerału nazwanego następnie na
cześć wielkiego uczonego „domejkitem"
Odkrycia te zyskały7 mu sławę światową,
a wdzięczni Chilijczycy pisali „Domeyko
pierwszy wskazał nam nasze skarby i ko-
rzystać z nich nauczył”...
Już w pierwszym roku po przybyciu do
Chile urządza Domeyko większą wycieczką
naukową w Kordylierę, a w następny®-
18-40 roku, zwiedza północne obszary, w du
żej części pustynne i słabo zaludnione, P0’
łożone w prowincji Copiapo [czytaj: kop®
Po]- [...]
A
Wrażeniami z wycieczki na pustynię
cama śpieszy Domeyko, jak zawsze, pod21^*
lić się z Mickiewiczem: Nie łatwo ci
co to jest pustynia amerykańska. &ar
się ona różni od pustyń afrykańskich i aZi
tyckich. Tu widać same góry, skały< Par0.u.
suche, czarne i gdzieniegdzie krzew zesC &
jakby wysmolony od niedawnego Poia
Nie ujrzysz żadnych ptasząt ni cnotyi^'^
owadów, niekiedy tylko czarne sępy 0?a
i ledwo, ledwo dyszące od żeru
one z dalekich gór, znęcone węchem' dn
zdechłych w podróży zwierząt j nied'
popasają. Czasem w górze między kolczo
stymi kaktusami i aloesem dojrzysz vvv„,0'
s!ą szyję guanaka. nieporuszoną jakby ska
mienialą. tegoż koloru co skala. Poważne
to zwierzę, ciche, piękne, zdaje się dziwić
ludziom. Jest to wielbłąd tutejszej pustyni
podobny do niego z wyglądu.. 7 '
Mijały lata. Polski uczony coraz mocniej
wrasta w życie swojej przybranej ojczyzny.
W rozlicznych wędrówkach odczytuje
z układu warstw skalnych burzliwe dzieje
lądu wydżwigniętego potężnymi wstrząsami
podziemnymi. Ale największym przeżyciem
było poznanie historii lego kraju.
Nigdzie w całej Ameryce Południowej
rdzenna ludność nie stawiała najeźdźcom tak
bohaterskiego i długotrwałego oporu jak na
ziemi chilijskiej. Kiedy Hiszpanie po pod
boju zachodnich połaci kraju przekroczyli
w roku 1535 Kordylierę, natknęli się na bit-
nych i nieustraszonych wojowników, którzy
pierwsi w Ameryce stawili im skuteczny
opór. Uzbrojeni tylko w dzidy i maczugi,
nieustraszenie wytrzymywali ataki muszkie
terów oraz nie znanej im konnicy i w wie u
bitwach zadali najeźdźcom ciężkie straty.
Ludem, który tak bohatersko bronił swej
ziemi, byli Araukanie, spokojny, trudniący
się rolnictwem i hodowlą zwierząt szczep
indiański. [...1
Przejęty gorącym współczuciem dla tego
ludu, poruszony do głębi krzywdami, ja
kich stale doznawali Araukanie od w a
postanowił stanąć w obronie ich praw i za
alarmować światową opinię publiczną.
Niewiele, niestety, pomogły te
i memoriały polskiego uczonego. Kil a
potem rząd chilijski realizuje swoje zamy Y
kolonizatorskie. Bezwzględny napór o o
nizatorów w krótkim już czasie wyp’e
_______________i siedzib. Nie mieli juz sił
Ignacy Domeyko (1802—1889)
do prowadzenia dalszych wojen. Podupadli
i rozproszeni utrzymują się dziś z uprawy
ziemi i hodowli zwierząt gospodarskich.
Obecnie w obronie ich praw występuje
partia komunistyczna i postępowa inteli-
gencja chilijska. Partia komunistyczna wal-
czy o prawa Araukanów — żąda dla nich
równouprawnienia. Wszyscy patrioci chi-
lijscy pragnący rozwoju i podniesienia wła-
snej kultury chcą ten rozwój oprzeć na wiel-
kich tradycjach swego narodu, i to nie tyl-
ko na tradycjach hiszpańskich, ale także na
resztkach kultury przedkolumbijskiej, prze-
chowywanej w Chile przez Araukanów —
tych samych, w których obronie stanął
przed laty Ignacy Domeyko.
Jadwiga Chudzikowska, Jan
Jaster: Ludzie wielkiej przy’
gody. Warszawa 1957, Wie-
dza Powszechna, s. 210, 212,
216, 217.
159
79 PUSZCZA NAD AMAZONKĄ
Całe dorzecze Amazonki — z małymi wy-
jątkami, gdzie wrzynają się stepy, niby pół-
wyspy — jest pokryte wspaniałą, dziką
puszczą. Obszar ten obejmuje około siedmiu
milionów kilometrów kwadratowych, a więc
prawie dwie trzecie Europy.
Od samego Atlantyku towarzyszy nam
bezustannie las. Ściana zieloności tak fan-
tastyczna, że zdaje się być jakąś nieziemską
sceną oszalałego teatru. Palmy, liany, bam-
busy, epifity *, drzewa proste i koślawe,
drzewa niemal poziomo rosnące, krzewy
większe niż drzewa, różnorodność form
i barw, liście białe jak śnieg i czerwone jak
krew, co sto metrów widowisko zupełnie
odmienne, a jednak w zasadzie to samo,
tylko nowe drzewa, nowa roślinność — i tak
od trzech tygodni przewija się przed nami,
dniem i nocą nieznużenie i bez przerwy,
puszcza amazońska, najwyższa i najbutniej-
sza forma puszczy na ziemi. [...]
Drzewa amazońskie posiadają wiele drew-
na, lecz stosunkowo mało liści. Rozczarowa-
ny tym przybysz stwierdza, że przeważna
część roślin ma liście małe i skromne, po-
mapce
Na
skośnymi kresk
szar wiecznie
lasów równikowych
Z?znaQon,
-ami ob-
Zlel°nyQ.
dobne do śliwowych. Są twarde, połyskli-
we i nieprzejrzyste, co stanowi najlepsza
ochronę przed zbyt gorącymi promieniami
słońca i silnymi deszczami. Olbrzymie liś-
cie w rodzaju bananowych nie są charakte-
rystyczne dla puszczy tropikalnej. Banan to i
malownicza, raczej sztuczna ozdoba tutejsze
go krajobrazu w pobliżu siedlisk ludzkie
Uderza również pozorny brak kwiat
U nas kwiaty ukazują się głównie w Por^
wiosenno-letniej — i zazwyczaj w ie(^
miejscu, na łąkach, podczas gdy w
tropikalnej nie ma wyraźnej pory u
wej. Kwiaty kwitną przez cały rok
w powodzi zieleni, przeważnie na "
chołkach drzew. je-
W puszczy rosną właściwie dwa
den — ów normalny — na ziemi, to
zbity gąszcz krzewów, bambusów ^eWaCh
drugi las rośnie ponad ziemią, na
i krzewach, to porośla, czyli epifdy' barCjziei
One właśnie są elementem naj^
egzotycznym w puszczy; wielka 1 pjękny
groteskowy kształt i fantastyczny
nieraz kwiat stanowią nieprzepar >
Wśród nich barwne storczyki pokrywają,
bywa, całe pnie; bromelie, czyli ananasowce,
wyrastają z gałęzi drzew-gospodarzy jak
bajeczne, wielkie rozety: niesamowicie zwi-
sają kędziory ,,bród Absalona". \
( Liany! Drzewa puszczy chciały widocznie
rozszaleć się i ktoś zapobiegł temu wiążąc
je w liny, zasieki i okratowania z lian.
Sznury ich wiją się po ziemi, wspinają na
pnie, przeskakują z gałęzi na gałąź drugie-
go drzewa, zsuwają się na ziemię, giną
w gąszczu. W plątaninie roślin nie sposób
dociec ich początku ani końca. Girlandy
i festony z bajki jak gdyby czekały od ty-
sięcy lat na przybycie jakiegoś królewicza;
czekają, niestety, wciąż daremnie. [...]
Z sędziwego drzewa kumała zwisa kilka-
dziesiąt lian niby zerwane nerwy olbrzyma,
aż przygnębiające uczucie udziela się ner-
wom patrzącego na to człowieka. Inne zdra-
dzieckie liany opasują pnie tak silnymi obję-
ciami, że drzewa, zdławione, po kilku latach
giną w tym śmiertelnym uścisku, a na ich
trupie rozrastają się liany i później same
przemieniają się w drzewa: to figowce.
Puszcza amazońska jest krainą lian. Nie-
które są cienkie jak nici, inne dochodzą do
grubości ciała ludzkiego. Człowiek co krok
potyka się o nie i ociera
11 — Nowy stary świat
Roślinność równikowa nad Amazonką
Chcesz zdobyć, zuchwały człowieku, do
swego zbioru kilka ptaków, których głosy
rozlegają się w głębi puszczy? Bierz zatem
strzelbę i nóż-maczetę, tnij gęstwinę
i wchodź. Zważaj na drzewo, z którego zra-
160
W • nad Amazonką
nionej kory sączą się krople białej żywicy.
Jest to assacu. Jedna kropla, która dostanie
się do oka, może pozbawić cię wzroku na
zawsze.
Coś groźnie zaszeleściło na ziemi i ucieka.
Wąż? Nie, wielka jaszczurka.
Palma pacziuba rozstawia w piramidę swe
dziwaczne, nadziemne korzenie, uzbrojone
w straszliwie długie kolce. Ukłucie tymi
kolcami sprawia bolesne rany, nie gojące
się przez tygodnie.
Z jakiejś rośliny uderzają wonie przypra-
wiające nagle o ból głowy i chęć wymioto-
wania. Po chwili przykry zapach mija i gło-
wa przestaje cię boleć.
W pobliżu płacze kilkoro dzieci. Najpraw-
dziwszy płacz zawodzących, głodnych ba-
chorów. To prawdopodobnie żaby.
Z daleka słychać zbliżający się pociąg.
Złuda jest tak doskonała, że odróżniasz syk
pary wychodzącej z wentylów. Nie wiesz,
co wywołuje te odgłosy, i zdumiony
się przedrzeć wzrokiem zieloną dzic *
la. Najbliższa kolej żelazna oddało*
o tysiące kilometrów. na Jest
Powalone przez burzę drzewo zagradza •
drogę. Wstępujesz na nie i wpadasz n0
w próchnicę. (...) ^as
Uciekając plączesz się w kolczastym gas
czu i padasz na ziemię. A wtem urocr
błyszczący motyl morfo przelatuje nad
tobą jak olbrzymi szmaragd.
Bagnista, czarna woda do przebycia, jej.
na z miliona tak zwanych „tałamp" amazoń-
skich, mokradło nieskończenie długie, lecz
wąskie na kilka metrów. Czy głębokie i czy
nie będzie tam jakiej drętwy, która uderzy
ciebie prądem elektrycznym? Przechodzisz
ostrożnie. Cieszysz się: nie jest głęboko,
tylko kilka pijawek przyczepiło się do ka-
maszy. Strącasz je i ostatnie spojrzenie rzu-
casz na przebytą tałampę. Truchlejesz.
W mętnej wodzie kotłuje się tajemniczo
i złowrogo. Jakiś stwór rusza się tam w
twoich śladach. Chwytasz najbliższą gałąź
i wspinasz się na brzeg.
Biedaku, nie trzeba było chwytać gałęzil
Na twej dłoni powstają piekące pęcherzyki,
a nim zajdziesz do domu, spuchnie ci ręka.
Piekło czy raj — nie wiadomo. [...] Wy-
chodzisz z puszczy zmieszany, znużony nad-
miarem wrażeń, przytłoczony wrogą ob-
cością. j
Wśród zabójczych moczarów i złej zieleni
rośnie nad brzegami Ukajali czarowny czer-
wony kwiat. Tubylcy nazywają go situłi-
Ma dwa szeregi wielkich jak dłoń ludzka
kielichów o kształcie spłaszczonych serc,
koloru szkarłatnego tak intensywnego i
wego, że serca zdają się promienieć w niro
kach puszczy. Na widok tej zjawy przys^a
niesz olśniony i może przemknie ci PrzeZ
myśl, ze warto było przyjeżdżać na ten
nieć świata, by podziwiać kwiat situM'
Arkady Fiedler: Ryby
wajq w Ukafali. Warsza
1957, Iskry, $. 30,
BO. TRAGEDIA KAUCZUKOWA
Po różnych gorączkach złota i diamen-
tów ludzkość poznała gorączkę kauczukową.
Nad Amazonkę zaczęły płynąć zewsząd mi-
liony. Dolarów, funtów, franków, marek.
Zaczęły płynąć tak szybko i w takiej ilości,
że ludzie tu rzeczywiście nie wiedzieli, co
z nimi począć. [..,]
Jak na drożdżach rosły miasta nad wielką
rzeką. Para, Manaus, Iquitos i począwszy od
końca dziewiętnastego wieku stale rosła ce-
na kauczuku.
Bogacili się pośrednicy, agenci, kupcy,
właściciele statków i przede wszystkim ich
opiekunowie — wielkie koncerny.
Z początku, gdy wybuchła gorączka kau-
czukowa, zarabiał nieźle także i prosty
serinąueiro ’ ten właściwy, jedyny w całym
zespole producent, wystawiony na straszli-
we trudy i ciągłe niebezpieczeństwa w
puszczy. Lecz w miarę rozwoju eksploatacji
szybko rozpanoszył się nad Amazonką duch
grabieży i wyzysk człowieka pracy przybrał
tu wyjątkowo odrażającą formę.
Leśni kacykowie, otoczeni zbrojnymi zbi-
rami, terroryzowali całe okolice, zmuszając
kabokli ’ i Indian do znoszenia im coraz
większych ilości kauczuku za coraz nędz-
Uantacja kauczuku w Brazylii
niejszą opłatę. Kauczuk, podstawa nowej
gałęzi wielkiego przemysłu w Europie
i Ameryce Północnej, był zmieszany nie
tylko z obfitym potemr lecz i krwią serin-
gueirów,
W owe czasy, gdy zagadnienie kauczuku
zaczęło nabierać znaczenia światowego, pe-
wien skromny, mało znany botanik, zbie-
rający w południowo-wschodniej Azji rośli-
ny i kwiaty, napisał elaborat do brytyj-
skich władz kolonialnych. Jak to bywa
z elaboratami nieznanych ludzi, władze
przeczytały go do połowy i odrzuciły. Po-
tem przypadkiem wypociny botanika dostał
do ręki młody urzędnik, świeżo przybyły
z Anglii i zapalił się do sprawy. Wydobył
skądsiś potrzebne pieniądze i spróbował.
Próba udała się nadspodziewanie. Okazało
się, że klimat południowo-wschodniej Azji
znakomicie odpowiada hodowli drzewa
kauczukowego.
Żywotny interes Brytanii wymagał, ażeby
Brazylii wytrącić monopol kauczukowy,
więc na Półwyspie Malajskim założono
rozległe plantacje hevei, drzewa kauczuko-
wego.
Do ich powstania przyczyniło się zdarze-
163
162
nie tak charakterystyczne dla brutalnej wal-
ki konkurencyjnej wielkiego kapitału.
Brytyjczykom były potrzebne nasiona
drzewa he\ ci. lecz rząd brazylijski strzegł
swego monopolu roślinnego jak oka w gło-
wie. Wtedy spryciarz Henry Wiekham, wy-
stępujący pod płaszczykiem zoologa bada-
jącego faunę amazońską, w pomysłowy spo-
sób wrkradł znad Amazonki cenne nasiona:
przemycił je w wypchanych skórach kajma-
nów’ *. [...]
O tym, co działo się na Dalekim Wscho-
dzie, seringueiro brazylijski oczywiście nic
na razie nie wiedział, bo co go obchodziła
reszta świata? Nacinał dalej drzewa, gdzie
się dało, strzelał w lasach do konkurencji
i znosił kauczuk do miast, a tu był przyzwy-
czajony, że towar wyrywano mu z ręki
i płacono najwyższe ceny.
Nadeszła pierwsza wojna światowa. Cała
Ameryka, od Zatoki Hudsońskiej do Pata-
gonii, robiła świetne interesy na tym, że
Europa za łby się wodziła. Jedynie nad
Amazonką coś się zaczęło psuć. Cena kau-
czuku pomimo wojny spadała. Nikt nad
Amazonką, ani kupcy w miastach, ani serin-
gueiro w puszczy, nie rozumieli tego i dzi-
wili się.
Wojna się skończyła. Cena kauczuku da-
lej spadała, gdyż plantacje na Wschodzie
coraz obficiej zasypywały nim rynki świato-
wa. Ludzie nad Amazonką jeszcze nie rozu-
mieli przyczyny, natomiast pojęli, że trzeba
zacisnąć pasa: trzeba pożegnać się z boskim
szampanem, poskromić cudne, ach! jak cud-
ne fantazje i przytłumić ulubiony szeroki
gest.
Miasta nad Amazonką bankrutowały, a
seringueiro i pośrednicy’ stwierdzili, że nie
warto wozić towaru do miasta, bo nikt kau-
nie kupi. Więc wielu po^
• apa-
czuku
w puszczy i stało się znów cichymi
tycznymi kaboklami *. [...]
Odbywając podróż po Amazonce pOzna.
miasto, które na kauczuku najwięcej
biło i najwięcej potem ucierpiało: Manaus
Miasto to sprawia dziś wrażenie jak gdyby
zbyt obszernego ubrania wiszącego żałośnie
na wychudzonej postaci. Ilu mieszkańców
posiada Manaus, nie mogę się dowiedzieć
Podobno za czasów najlepszej koniunktur}’,
to jest w latach 1900 do 1914, liczba ich do-
chodziła do stu tysięcy. Dziś oceniają je na
pięćdziesiąt tysięcy, a nawet mniej. To małe
stosunkowo miasto posiada szereg wspania-
łych, olbrzymich gmachów, zakrojonych na
wielką stolicę. (...)
Podczas podróży po Amazonce stwier-
dzam naocznie, że tutejszy kauczuk niezu-
pełnie ustąpił z pola walki: coś mu tam po-
zostało z dawnej chwały i wziętości. Na
postojach naszego statku leśni ludzie przy-
noszą wielkie, czarne, charakterystyczne ku-
le kauczukowe, stanowiące, obok przydroż-
nych owoców, skór i orzeszków brazylij-
skich. nie najlichszy przedmiot targów.
Ze statystyk wiadomo, że plantacje na
Wschodzie produkują przeszło pięćdziesiąt
razy więcej kauczuku niż dorzecze Amazon-
ki. Ale ponoć ta pięćdziesiąta część dzikiego
kauczuku jakością przewyższa Produ
plantacyjny i lepszą niż on zyskuje cenę na
rynku światowym. Tak więc stary weteran
nie całkiem upadły, również i dziś Prz^*
rza coś niecoś dochodów BrazyhjczY 0
Arkady Fiedler:
wa/q w Ukafall-
1957, Iskry, s. 47-
81. CAATINGA •
|...| N’a przedłużeniu castingi [czytaj
kaatingi] bahiańskiej znajdują się wielkie, na
pół bezwodne przestrzenie pokryte nieprzej-
rzanymi gajami kaktusowymi. Rośliny, któ-
re w Polsce hoduje się w doniczkach i które
nazywa się kaktusami, w niczym nie przy-
pominają tych z caatingi. U nas są to ane-
miczne karzełki, podczas gdy tam to drzewa
o dziwacznych kształtach, wyrastające do
kilkunastu metrów wysokości. Pnie niektó-
rych przypominają słupy telegraficzne, in-
nych — gigantyczne świeczniki, jeszcze in-
ne przedstawiają się jako zespół kolosal-
nych, mięsistych liści, umieszczonych jedne
na drugich. Gdy do tego dodać kaktusy-dy-
nie, kaktusy-pnącza i piękne, szablaste aga-
wy — wszystko razem stworzy całość, jaką
człowiek z krajów chłodnych może tylko
z trudnością sobie uzmysłowić. Jadąc przez
caatingę, odnosi się wrażenie jazdy przez
imaginacyjny, disneyowski ’ świat filmowy.
Na początku pory deszczowej, gdy te dzi-
waczne lasy pokrywają się kwiatami, wra-
żenie staje się rzeczywistością. Poruszanie
się po tych najeżonych kolcami gajach jest
trudne. Kabokle * przed wyruszeniem w dro-
gą nakładają sobie na golenie, a wierzchow-
com na łby i piersi rodzaj skórzanych pan-
cerzy, bez których zapuścić się w ten kłują-
cy gąszcz byłoby niemożliwe.
Na zachód od Belo Horizonte, w kierunku
stanu Goias, ciągną się monotonne cerrados,
to znaczy pustkowia pokryte gajami karło-
watych, dziwacznie pokrzywionych drzew.
Takie właśnie widoki towarzyszą podróżne-
mu udającemu się do nowej stolicy pań-
stwa, do zbudowanego w latach 1957—1960
miasta Brasilii.
Chociaż kraj jest wielki, klimat w nim pa-
nuje dość jednolity. Jedynie głębokie doliny
wielkich rzek, jak na przykład Doce czy Sao
Francisco, różnią się wilgotnością i tempe-
raturą powietrza. Istnieją tylko dwie pory
roku: sucha i deszczowa. Pierwsza trwa od
kwietnia do września, a druga — z wyjąt-
kiem stycznia i części lutego zwykle pozba-
wionych deszczu i zwanych veranico —
resztę roku.
Pora sucha jest naprawdę sucha. Zdarza
się, że nie spadnie ani kropla deszczu w cią-
gu pięciu, a nawet sześciu i siedmiu miesię-
cy. Roślinność wtedy wysycha i zdarzają się
pożary, po których wielkie połacie kraju
przybierają postać jakichś gigantycznych
pogorzelisk.
Pora deszczowa na ogół jest nierówna.
W jednym roku deszcze potrafią padać dwa
miesiące prawie bez przerwy, jak na przy-
kład na przełomie lat 1956—1957, a w in-
nych jest przerywana okresami posuchy.
W ogólnych jednak zarysach obie pory ro-
ku trzymają się swoich ram.
Mieczysław Lepecki: Po bez-
drożach Brazylii. Warszawa
1962, Lud. Spółdz. Wyd.. s.
118—119.
165
8Ł TAM, GDZIE SYPIE SIĘ KAWA
[SANTOS — PORT KAWOWY]
poniżej 1000 mm
poziom morza
I
-----40’
Rejony uprawy kawy w Ameryce Pohidniowej
Trudno pojąć doprawdy, dlaczego ojco-
wie miasta Santos dali ubiec się radnym
Sao Paulo przy wzniesieniu pomnika ku
czci kawowego drzewka. Przecież to właś-
nie Santos, a nie Sao Paulo swoje istnienie
i rozwój zawdzięcza wyłącznie kawie. Bez
przesady można chyba dziś powiedzieć, że
Santos jest jedynym miastem na świecie, w
którym każdy dom, każdy metr nabrzeża
powstał z kawowego ziarna.
Miliony ton kawy przesypało się już w
tym największym do dzisiaj porcie kawo-
wym świata od roku 1892, tj. od chwili za-
cumowania s/s „Nasmith" — pierwszego
frachtowca zapisanego w rejestrach tego
najstarszego brazylijskiego portu. W San-
tos rozpoczynała się wówczas budowa
pierwszego 260-metrowego
odcinka nabrze-
166
ża; dzisiaj linia uzbrojonych nabrzeży
kracza 7 km, a roczne obroty przeładuj
we sięgają 11 milionów ton...
[KAHWA ZNACZY „POKONYWAĆ SENNO$C"|
Nie ulega wątpliwości, że na kawie pienv.
sze poznały się abisyńskie kozy, które chęt-
nie obgryzały niepotrzebne ludziom drzew,
ka. Gdyby nie podpatrzyli tego Arabowie,
a Arabów Turcy, kto wie, czy nasz król Jan
Sobieski mógłby, po zwycięstwie nad Kara.
-Mustafą, przyczynić się do rozpowszechnię-
nia tego napoju w Europie. Po ustaleniu
przez kozy, Arabów, a później innych sma-
koszy cennych właściwości ziarna kawowe-
go rozpoczęło ono swój triumfalny pochód
przez świat.
Największej kariery, jak wiadomo, docze-
kała się kawa w Brazylii. Paradoksem jest
fakt, że kraj ten, w którym fachowcy odnaj-
dują bez trudu 40 tysięcy gatunków roślin,
z tego 12 tysięcy rosnących wyłącznie w
Brazylii, rozwój swój zawdzięcza roślinie
importowanej z Afryki. Drzewko kawowe
bowiem na kontynent południowoamery-
kański dotarło stosunkowo późno. Pierwsi
przywieźli je Francuzi. Plantacje kawy po-
wstały więc w Gujanie,'-a ich właściciele
pilnie strzegli monopolu na tę uprawę, tym
bardziej że kawa była już popularna i Jel
sprzedaż przynosiła niezłe dochody. Mi®J
wysiłków francuskich plantatorów, w latac
1000-1500 mrr
Przekrój przez pd.-wsch. Brazylię i pn -wsch na l3C
Stok nadbtt®1™
_ , ‘«l, _ —
Suchsze plaskowzgórzej Rejon uprawy kawy
I
* * '
‘i A
Plantacja kawy w Brazylii
dwudziestych XVIII wieku Brazylijczycy
zdobyli sadzonki tej rośliny.
Kahwa (od arabskiego kaheja, co znaczy
--pokonywać senność") świetnie zaaklimaty-
zowała się w Brazylii rozprzestrzeniając się
szybko po całym kraju. Od kilkudziesięciu
lat kawa stała się produktem, od którego
zależą losy wielu Brazylijczyków. Spisywa-
ła się ona zresztą nieźle w swej przybranej
ojczyźnie.
Od wybuchu drugiej wojny światowej nie
zawiodła ani razu przynosząc ogromne do-
chody, oczywiście przede wszystkim właści-
cielom plantacji. Ale taki stan rzeczy nie
mógł trwać wiecznie. I oto Afryka — macie-
rzysty kontynent kawowego drzewka —
^Pomniała się o swoje prawa. Częściowy
już w dobie obecnej monopol Brazylii na
kawę chwieje się coraz bardziej. Okazało
S*Q bowiem, że kawę równie dobrze upra-
wiać można na wschodnim (afrykańskim)
wybrzeżu Atlantyku, jak i na zachodnim
(amerykańskim). Plantacje kawy pojawiły
się więc w koloniach portugalskich, w Kon-
go, a wreszcie w Ghanie. W rezultacie po-
daż kawy na rynku światowym ogromnie
wzrosła, co boleśnie godzi dzisiaj w gospo-
darkę brazylijską.
Co gorsza, nad kulturą kawową w ogóle
wisi zmora badań nad syntetyczną kawą
prowadzonych w USA. Cała Brazylia drży
na myśl o ich powodzeniu.
Chwilowo jednak areał poświęcony upra-
wie kawy wcale się nie zmniejsza, przeciw-
nie, wskutek wyjaławiania się ziemi plan-
tacje kawowe wtargnęły w głąb kraju od-
dalając się od atlantyckich wybrzeży.
Janusz Wolniewicz: Ku wy-
brzeżom zielonej kawy.
Warszawa 1960, Wyd. MON,
s. 54—57.
167
KAWA RZĄDZI KOLUMBIĄ
Z kawą jak z piękną kobietą: posiada na-
turę subtelną i kapryśną zarazem. Lubi
czyste powietrze wyżyn — w Kolumbii
uprawia się kawę wyłącznie na wyso-
kościach rzędu 900—1200 m n.p.m. ale
równocześnie szkodzą jej nazbyt gwałtowne
wiatry. Przepada za słońcem, ale nie znosi
nadmiernego żaru: najlepiej czuje się w
temperaturze 17—24°C. Dla dobrego samo-
poczucia potrzebuje sporych ilości wody,
z kolei jednak nadmiar wilgoci w glebie wy-
raźnie nie przypada jej do gustu. Wszystkie
te wiadomości zaczerpnąłem z rozmowy z
seniorem Sylvio Echeverri. Jest on dyrekto-
rem stacji doświadczalnej, którą prowadzi
Federacion Nacional de Cafeteros. Stacja ta
pracuje w środkowej Kolumbii, w miejsco-
wości Chinchina [czytaj: czinczina], (...)
Widzę, jak wśród krzewów kawy o mię-
sistych, jakby pociągniętych woskiem liś-
ciach, wśród krzewów, których wysokość
sięga 2—3 m (nie podcinane potrafią śmignąć
i na 7 m), przewija się barwny tłum zb‘
czy. Zręcznymi palcami szybko napełń’
przerzucone przez ramiona kosze.
Teraz przychodzi kolej na wstępną obrób
kę ziarna kawowego. Najpierw z każdej „w-
sienki" trzeba usunąć brunatnoczerw0 *
skórę, potem — pergaminową otoczkę
w której skryły się dwa owalne ziarenka
Następnie zachodzi proces suszenia i kon-
trolowany przez człowieka proces fermen-
tacji.
Wyłuszczone, sfermentowane i starannie
przesuszone ziarna, gotowy już półfabrykat,
cafeteros dostarczają teraz na punkty sku-
pu. [...]
Choć pierwszym ,,mocarstwem kawowym"
jest bezsprzecznie Brazylia, to jednak co pią-
ta filiżanka kawy, którą wypija się dziś na
świecie, pochodzi z Kolumbii. Kawa stanowi
o treści życia tego kraju.
Zdzisław Marzec: W cieniu
Andów. Warszawa 1910,
Książka i Wiedza, s. 127—
129.
83. ZIEMIE „NICZYJE"
Do niedawna nikt ziemi w Goiasie nie ce-
nił. Było jej pod dostatkiem. Kto chciał, wy-
cinał las, budował chatę i gospodarował. Na
stepach hodowano bydło, nie pytając ni-
kogo, do kogo należy trawa, którą krowy
skubały. Zdarzało się, że nawet w dużych
arraialach ’ nikt nie miał tytułu własności
na zajmowane tereny, chociaż gospodarowa-
no na nich niekiedy już od paru pokoleń.
Teoretycznie stanowiły one własność stanu,
który mógł je nadawać czy też sprzedawać
według uznania jego władz. Dawniej nikt
się nie kwapił, aby je rejestrować, a szcze-
gólnie nie czynili tego prości wieśniacy,
kabokle *, dla których formalności związane
z uprawnieniem stanu posiadania były czymś
niezrozumiałym, niepotrzebnym. Ale tym-
168 '
czasem nawoływania do zwiększenia szczup-
łego obszaru objętego dotychczas cywiliza-
cją stały się powszechne. Drogą wiodącą d°
tego celu miało być zagospodarowanie za
cofanego, na pół pustego wnętrza kraju. To
szumne hasło spowodowało, że tysiące spe-
kulantów rzuciło się na tereny, które
owego czasu nie przedstawiały żadnej war
tości, a które w przewidywaniu ich zagosp0
darowania przez rząd i kapitał zagraniczn.
zaczęły się gwałtownie waloryzować. A®
torzy szybkiego wzbogacenia się WY^U.Z
lub nabywali od władz stanowych za ś®1®
nie niskie ceny wielkie obszary w odleg V
stronach, a następnie „oczyszczali je> s
przepędzając zasiedziałych niekiedy 0
koleń mieszkańców. (...)
'W arraialu Cuenga [czytaj: kuenga] pozo-
stałem jeszcze kilka dni, a więc miałem oka-
zję poznać bodaj wszystkich jego mieszkań-
ców. Byli to Metysi, potomkowie kilku za-
błąkanych tu przed wiekiem białych, poże-
nionych z miejscowymi Indiankami. Odpor-
niejsi od czerwonoskórych czystej krwi na
zawleczoną z Europy influenzę i ospę, prze-
trwali i rozmnożyli się. Zajmowali się rol-
nictwem i hodowlą bydła. Uprawiali ma-
niok i kukurydzę, a przy domu sadzili ba-
nany, kawę i drzewa melonowe. Każdy
z nich miał stadko bydła, pasącego się w ste-
pie bez dozoru, chałupę z drągów oblepio-
nych gliną, a w niej żonę i mnóstwo dzieci.
Zycie płynęło im spokojnie, leniwie. Bez
urozmaiceń, ale też bez trosk i kłopotów.
Raz na rok, albo i na dwa, objuczali muły
uzbieranymi płodami: mąką maniokową,
kukurydzą lub wódką palmową i gnając
przed sobą stadko rzeźnych wołów wyru-
szali do Anapolis, gdzie wymieniali to
wszystko na tanie tkaniny bawełniane, na
różne przedmioty metalowe, a przede
wszystkim na lekarstwa. W mieście nikt się
nimi nie interesował, nawet urząd skarbowy.
Nikt nie pytał, czyja to ziemia, na której
mieszkają, i czy mają na nią tytuły wła-
sności. Oczywiście nie mieli. Dopóki ziemi
w tych stronach rząd nikomu nie nadawał
ani sprzedawał, nie miało to żadnego zna-
czenia. Ale teraz poczuli się zagrożeni. Już
przed rokiem zjawił się tu adwokat, niejaki
doutor Carlos z Goianii i w barze „Pod df'
odczytał im dekret, z którego wynikało, że
ich arraial leży na terenach devolutas, czyli
niczyich, przyznanych właśnie przez guber-
natora stanu spółce z ograniczoną odpowie-
dzialnością pod nazwą „Raj".
— Ja — powiedział doutor Carlos po od-
czytaniu dekretu — jestem prezesem „Raju".
Kabokle przyjęli przemowę w milczeniu.
Jakoś nie mogli sobie skojarzyć treści de-
kretu ze swoim losem. Najstarszy wiekiem
z nich, brodaty Miguel Campos, po dłuższym
namyśle rzucił pytanie:
To wasza wielmożność będzie naszym
sąsiadem?
Teraz nie zrozumiał doutor Carlos.
— Jak to sąsiadem?
— No, bo my przecież mieszkamy w ar-
raialu.
— Tak, mieszkacie, ale będziecie musieli
go opuścić. Na tym planie — rzekł, wycią-
gając z torby zwiniętą w rurę mapę — za-
przysiężony geometra zaznaczył, że cała
wasza okolica należy teraz do mnie.
Kabokle wracali do domów, śmiejąc się
z miastowego cudaka.
— Czyż ten łysy kozioł nie widzi, że my
tu uprawiamy ziemię? — dziwili się.
Zdarzyło się to przed półtora rokiem.
Później zaszło coś, po czym nie było już im
do śmiechu. Oto do odległego o kilkanaście
kilometrów innego arraialu wpadł doutor
Carlos na czele dwudziestu konnych kapan-
gów i jadać od chaty do chaty, wrzeszczał:
„Juczyć muły rzeczami i wynochal" Zasko-
czeni i sterroryzowani kabokle opuszczali
pośpiesznie swoje domostwo, które już
w chwilę później kapandzy oblewali naftą
i podpalali. Ci przynajmniej unieśli ze sobą
życie. Gorzej przytrafiło się samotnemu ho-
dowcy, mieszkającemu w głuchym stepie.
Ten oparł się Carlosowi i wraz z synami pró-
bował odeprzeć napad. Po krótkiej walce
zginął od kuli, a zwycięscy rozbójnicy wrzu-
cili ciało do płonącego domu. [...]
Mieczysław Lepecki: Nikną-
cy świat. Opowieść o po-
dróży po Centralnej Bra-
zylii. Warszawa 1965, Iskry,
s. 14—21.
169
84 KRYSZTAŁOWA GORĄCZKA
Zacięło się pewnego dnia w kwietniu te-
go roku Na 118 kilometrze szosy Brasilia —
Belo Horizonte — Rio de Janeiro, licząc od
stolicy, czyli plus minus osiemset od Rio.
Dwaj młodzi garimpciros, Alidio Gomes de
Aranha i Jandovil Medeiros, znaleźli na te-
renie fazendy * „Furnas", zwanej także
..Garimpo das Perdizes", czyli „Kopalnia
Kuropatw", bogatą żyłę kryształu górskie-
go * (diamentu górskiego). Gospodarstwo
było od dawna opuszczone, zaniedbane. Kie-
dy dwaj poszukiwacze udali się do Anapo-
lis, do Odilona de Oliveira> właściciela,
z wiadomością o odkryciu, ten, zdumiony
i uradowany, nie tylko pozwolił im kopać,
ale i szeroko rozgłosił nowinę.
W ciągu niewielu godzin tysiące ludzi
zdążały ze wszystkich stron w kierunku fa-
zendy. Po tygodniu w ziemię „Kopalni Ku-
ropatw" wpiło się 3 tysiące poszukiwaczy.
Prawie też natychmiast — jak na scenie
obrotowej w teatrze — wyrosło obok mia-
steczko z drewna, blachy, liści i papieru,
Cristalina (czytaj: kristalina] stała się sen-
sacją Ameryki. Na miejsce przybyły setki
dziennikarzy. Amerykański „Time" opubli-
kował na swych łamach duży reportaż o no-
wym Klondike *. Fala „gorączki złota" ogar-
nęła cały kraj — do Cristaliny ściągali bie-
dacy z głodnego Północo-Wschodu, bez-
robotni z Sao Paulo, kupcy z Rio, zawodowi
garimpeiros. no i gęste chmary cwaniaków,
oszustów, złodziei [...] Zameldowali się też
liczni adwokaci, lekarze, inżynierowie, a na-
wet dyplomaci na urlopach. Wyludniło się
najbliższe miasteczko, skąd nawet burmistrz
i piekarz wyruszyli po oczekujące ich na
118 kilometrze szczęście.
Teraz, po kilku miesiącach, na terenie
Cristaliny znajduje się blisko 20 tysięcy lu-
dzi, z czego 6 do 8 tysięcy zajmuje się bez-
pośrednio poszukiwaniem kryształu. Wła-
ściciel fazendy, Odilon de Oliveira, zezwala
każdemu na kopanie, bez względu na to, czy
jest to kaboklo czy konsul Paragwaju —’ pod
wpłacenia mu
Pro.
warunkiem
cent wartości znalezionych kamieni
Wreszcie pytanie: właściwie o co tyle ha
łasu? Chodzi o kryształ górski (kryształ
kwarcu), uważany za kamień półszlachetny
surowiec poszukiwany dziś na całym świl
cie. Ma właściwości rozszczepiania głOs-ć
Stosuje się go w elektronice, w telefonii
Cena kilograma — około 30 tysięcy cruzei-
ros •, bryły powyżej 2 kilogramów przekra-
czają wartość 100 tysięcy cruzeiros.
Niektórym się poszczęściło. W ciągu nie-
wielu dni zostali bogatymi ludźmi. Z obser-
wacji brazylijskiego Ministerstwa Kopal-
nictwa i Energii wynika jednak, że tylko
około 5 procent poszukiwaczy znajduje cen-
niejsze „kieszenie" kryształu. Średni zaro-
bek garimpeiro w Cristalinie kształtuje się
na poziomie ustawowego minimum płacy
w Brazylii, jest więc bardzo niski.
Wdrapałem się na górę ziemi, wysypane)
z wielkiego dołu. W promieniu wielu kilo-
metrów rozciągała się kraina marzeń: teren
zryty rękami i narzędziami tysięcy gorim-
peiros, ludzi wydzierających spod po-
wierzchni cenne kawały kryształu. Pomię-
dzy dołami i górami sterczały kikuty spa- 1
lonych drzew, na zwęglonych gałęziach ki-
wały się tu i ówdzie czujne sępy-
Z największą ostrożnością lawiruję
dzy otworami głębokich studni. W tej częśo
Cristalina jest jak placek, z którego szkao
ką wycięto krążki ciasta na pierogi-
Teraz dopiero dostrzegam, że z
i otworów wychodzą ludzie. Są jak dz
nice wypełzające na świat po deszczu -
którzy mają napuchnięte, zapiaszczone
Przypominają ryby głębinowe, które |
szono do wypłynięcia na powierzchnię^^
Grupy zmordowanych, objuczonych
tami, kilofami, linami, wiadrami męzC
ciągną powoli w stronę osady.
Olgierd Budrewic*^
cana dżungla.
1967, Iskry, s. i'4
170
85. RIO DE JANEIRO
[czytaj: rio de
Janerio, zadziwia nie tylko swoją
żanejroj
jednakże
Przybywającym na pokładzie statków pre-
zentuje Rio perły swojej architektury —
białe i kremowe drapacze nieba, olbrzymie,
a mimo to lekkie w rysunku, pełne polotu
(60°/o), dalej Mulaci (20°/u), Metysi fl0o’e),
Murzyni (8°/o) oraz Indianie (2’4) (...]
Gdy mowa o Murzynach mieszkających
w Rio de Janeiro, prędzej czy później padnie
i
Rio de Janeiro
przestało już być stolicą Brazylii,
dzięki swojej niewypowiedzianej piękności
dzierży nadal palmę pierwszeństwa w tym
kraju i, być może, nigdy jej nie odda.' Pa-
trząc na Rio w dzień, mówią Brazylijczycy:
cidache meravi/hosa — „Cudowne miasto”;
gdy przyglądają mu się wieczorem, nie
omieszkają szepnąć: cidade luz — „miasto
świalei"... W obu tych określeniach nie ma
przesady' i oba stały się słynne na świecie
jako najtrafniejsze z trafnych.
Rio de
ruchliwością, ale i wielością kolorów. Kolo-
rowe, migotliwe neony, kolorowe światła re-
flektorów wokół skwerów i szumiących fon-
tann, wreszcie kolorowi Judzie... Zawrotu
głowy można dostać patrząc na oblicza prze-
chodniów: biali, czarni, Metysi, Mulaci pół-
krwi, ćwierćkrwi, wszelkie możliwe kombi-
nacje krzyżowania ras. Według pobieżnych
statystyk na (90) milionową ludność Brazylii
[w 1969] składają się ludzie pochodzenia
europejskiego, a zwłaszcza portugalskiego
i wdzięku, rzucone na tło samych gór, które
dzięki szczególnemu ukształtowaniu obda-
rzone zostały mianem „śpiącego wielkolu-
da". [...] Dwie potężne skały Corcovado
[czytaj: korkowado] i Głowa Cukru wyrasta-
ją jak gdyby z samego miasta.
Na Głowę Cukru dostać się można kolej-
ką górską, tak samo i na Corcovado, można
także wjechać samochodem na pasmo za-
plecza — Alto da Boa Vista. Z każdego ta-
kiego punktu widzi się miasto jak na dłoni,
niby wyrysowane na barwnej mapie. A więc
najpierw' lazurowa zatoka Guanabara — po-
tem wrgłębiona, prawie sześciokilometrowa
złocista plaża i wzdłuż plaży najelegantsze
arterie miasta Avenida Atlantica, Avenidfl
Copacabana i Rua Barrata Ribeiro — wszy-
stkie trzy zabudowane luksusowymi wieżow-
cami, mieniące się od szkła, plastyku, mar-
muru, obramowane pióropuszami palm. Na
szczycie Corcovado widnieje figura Chrystu-
sa błogosławiącego zatokę: z daleka nie spo-
sób zorientować się, ze ma ona trzydzieści
osiem metrów wysokości (to znaczy dwa-
naście pięter) i zbudowana jest z betonu,
którego zużyto dokładnie 1145 ton. Nie każ-
dy wie również, że twórcą tego posągu-
-olbrzyma jest Polak z pochodzenia, Paweł
Landowski...
słowo favela... Dziwne, tajemnicze słowo,
wymawiane z niechęcią i zażenowaniem. Cóz
ono oznacza?
Zęby dojrzeć fovelas osław ione dzielnice
Rio dc Janeiro - w głębi Słynna pl.ua Copacabana
171
nędzy, nic trzeba wdrapywać się na szczyt
Corcovado. Favefas leżą na rozlicznych
wzgórzach okalających Rio de Janeiro tak
na peryferiach, jak i w centrum miasta
w bezpośrednim sąsiedztwie luksusowych
hoteli i restauracji. Pozwolono tam kiedyś
osiedlać się najbiedniejszej ludności; chęt-
nym przydzielano bezpłatnie działki ziemi,
na których mogli sobie budować swoje sie-
dziby — i tak na gładkiej, wspaniałej skó-
rze Rio powstało kilkanaście ohydnych
wrzodów, kolonii domków, a raczej budek
lepionych z gliny, konstruowanych ze sta-
rych skrzyń, odpadków blachy i temu po-
dobnego budulca. Po pomostach z desek,
kunsztownie łączących różne poziomy, prze-
mykają się ludzie przerażający swoim wy-
glądem i sami przerażeni widokiem
cych — ludzie przeważnie czarni.
ob.
Kim są ci mieszkańcy /ave/as? MężCz •
są czyścibutami, dozorcami, robotnik ‘
bez kwalifikacji, tragarzami w porcie, oT
już po prostu nie bezrobotnymi, kobiety z ।
mują się praniem bielizny ludzi z „prawdz
wego" Rio, dźwigają codziennie pod gór
kubły wody, bo favela nie posiada oczyU.
cie wodociągów, gazu ani światła. Z favelaś
nie wyszli nigdy ministrowie, dyrektorzy
czy choćby inżynierowie, podobnie jak na
wsi żaden czarny nie zostaje hacjenderem
czyli właścicielem folwarku.
Mirosław Azembski: Inny
świat. Warszawa 1966, Ni-
sza Księgarnia, s. 221, 224.
225, 227. 228.
Brasilia z góry wygląda
jak samolot lub ptak z
rozpostartymi skrzydłami
86 BRASILIA
— Wesołość młodych nie przeszkadzała
mi zerkać przez okno samolotu na Brazylię.
Zrazu, w okolicach Rio de Janeiro, rzucało
się w oczy bardzo gęste zaludnienie kraju.
Potem widziałem góry, też jeszcze pełne
osiedli w dolinach. Dalej było wciąż stosun-
kowo wiele dróg, zwłaszcza niedaleko Belo
Horizonte, które pozostawało niewidzialne
gdzieś po prawej stronie, ale po godzinie
lotu — w połowie mniej więcej drogi mię-
dzy Rio de Janeiro a Brasilią — krajobraz
wyraźnie spuścił z tonu. Zubożał. Zgubił cy-
wilizację, szybko wymierał, nie było już
osiedli ani dróg, coraz mniej drzew, coraz
więcej pustych sawann. A im bliżej nowej
stolicy, tym mniej nawet trawy na sawan-
nach, tym więcej piasku i pustynnych poła-
ci. Do stu kaduków, gdzie zbudowano tę
nową stolicę Brazylii, kraju o najbujniej-
szej puszczy tropikalnej — czy na bezludziu,
na bezpłodnej jałowiźnie? Otóż tak, na bez-
ludziu i jałowiźnie.
Szaleństwo? Tak, ale twórcze szaleństwo.
Po czterech i pół wieku zielonej niewoli
Brazylijczycy, uginający się dotychczas pod
obuchem puszczy, podn^śli oto bunt prze
ciw przyrodzie. Rozzuchwaleni, porwani za
palem, rzucili wyzwanie okrucieństwu ziemi,
klimatu, słońca i rzucili wyzwanie logice.
Pokazali, że nie boją się niczego i że s ac
ich na wszystko: wyczarowali stolicę na
piaskach i bezludziu. Nic, nawet dróg am
nie było, więc zmobilizowali cyklopową
armadę powietrzną i samolotami przerzuca
cement, żelazo, kamienie, stoły kreś ars i
żywność, ludzi. vrńlowa Wik-
Istnieją sztuczne stolice. - Ka-
toria palcem wskazała Pun ' ,na zbudoWano
nady i zbudowano Ottawę. nntario na
w bogatych lasach połudmowego a Iran-
granicy między obszarem “9>elskl lanltej.
cuskim. W Australii, u podn Y . bera|,
szych, powstała Canberra [czy a‘ . poło-
„ zaludnionym kraju. r
ędzy dwoma m”’on^Y^iytaj:
_ Melbourne i Sydney i
ale powstała w
wie drogi mit
tropoliami
inelbern, sydnej]. Natomiast Brasilia po-
wstała tuż na brzegu groźnej pustki, jaką
stanowi do dziś dorzecze Amazonki wraz
z nieprzebytą jego puszczą i dzikimi India-
nami.
Stolica, widziana z góry, przedstawia się
jak olbrzymi ptak z rozpostartymi skrzydła-
mi i w istocie wprowadza przybysza od sa-
mego początku w atmosferę bajki. Magistra-
lą, składającą się z czterech niezmiernie sze-
rokich autostrad, a długą na dwadzieścia
kilka kilometrów, przybysz płynie po skrzy-
dle ptaka do jego kadłuba, a tu wita go Oś
Monumentalna. Tu Pałace Świtu, minister-
stwa i parlamenty, tu wizjonerskie furie
Niemeyerów * Luciów Costów i Giorgiów
Sechiattich [czytaj: niemejerów, lucziów ko-
stów, dziordżów sekiatichj.
szesnastu parabolicznych
cementu, łączących się na dwu-
rysokości w kształt — po-
luuJe — rozwartego banana, oto
Senat? Olbrzymich rozmiarów ko-
173
Katedra? Krąg
podpór z c.
nastopiętrowej w\
wiadają ludzie —
katedra. L,
172
odległości 1000 km od Atlantyku w środku Wyżyny
---------.
iiiijsiśiisimfiiiii ifii iiwi' niii fu
* i
87. DOTKN1ĘCII UCIEKAJMY!
Fragment nowej stolicy Brazylii — Brasilii położonej w
Brazylijskiej
puła, a raczej miska, do góry dnem posta-
e
wioną. Izba Deputowanych? Jeszcze więk-
sze dziwactwo: miska normalnie postawio-
na, szeroka u góry, wąska na dole. (...)
Wszystko to doznaje jakiegoś przyćmienia,
gdy olśniony dotychczas przybysz wraca
z miasta
widzi wszędzie na polu przy autostradzie
wysokie kopce termitów: takie kopce by" a
ją tylko na jałowych stepach, gdzie nic
poczciwego nie rośnie.
na pobliskie lotnisko
i po drodze
Arkady Fiedler: Spotkali
szczęśliwych Indian. Wat'
szawa 1968, Iskry, s. 10—1*-
IWYCll .
1968, Iskry, s.
Około trzeciej po południu szofer był już
tak zmęczony, że trzeba było się rozejrzeć
za jakąś miejscowością, gdzie by można by-
ło się przespać, no i zjeść kolację. W pew-
nym miejscu zobaczyliśmy o jakiś kilometr
od drogi biały domek, kryty dachówką.
Stał na wzgórzu w otoczeniu mangowców
i oblepionych owocami drzew pomarańczo-
wych. Zdecydowaliśmy podjechać do tego
domku i poprosić o gościnę. (...) Szofer wy-
siadł, zaklaskał w ręce, wyjął kołek i roz-
twieral bramę, gdy nagle z chaty wyszedł
mężczyzna w średnim wieku, o dziwnym
kształcie twarzy, z nastrzępionvmi brwiami
i zmierzwionymi włosami. Podniósł otwartą
dłoń w górę i zawołał:
— Tu mieszkają dotknięcil
Spojrzałem na dziwnego człowieka. Ręka,
uniesiona wciąż w górę ruchem powstrzy-
mującym nas, miała tylko dwa palce: duży
i średni. Rzuciłem jeszcze raz okiem na je-
go twarz. O Boże! On miał lwią twarz...
Szofer, blady jak papier, stał skamieniały.
— Dotknięci... — wyjąkał i odskoczył jak
oparzony od furty. — Dotknięcil Uciekajmy!
Ale i ja już wiedziałem, czym była do-
tknięta rodzina mieszkająca w tym malow-
niczym domku. ,,Lwia twarz" to nieomylny
znak trądu. Nie spociłem się, bo i tak byłem
już mokry od rana, ale jednym skokiem zna-
lazłem się w samochodzie, szofer zapuścił
motor i po chwili wracaliśmy ku głównej
drodze.
Obejrzałem się za siebie. Przed chatą
wciąż stał trędowaty mężczyzna, ale teraz
była
łych
nieruchomo patrzała
płochu samochód. Dzieci,
niosły w górę małe rączki i machały do nas
beztrosko.
Cała ta scena miała za tło piękny, wiecz-
nie zielony sad, błękitne niebo i jasne słoń-
ce.
Trąd, który znikł w Europie już przed
setkami lat, w Brazylii wciąż jeszcze jest
gęsto rozsiany po kraju. Ilu było tych nie-
szczęśliwych wówczas, gdy odbywałem dro-
gę do Brejinho dos Ametistas, nikt nie wie-
dział, ale później zajęto się nimi, no i poli-
czono. W roku 1955 było ich dwieście ty-
sięcy, z czego dwadzieścia trzy tysiące za-
rejestrowanych w samym stanie Minas
Geraisl
Od roku 1945 trąd jest uleczalny dzięki
sulfom. Dopiero jednak w roku 1956 prezy-
dent J. Kubitschek de Oliveira (czytaj: ku-
biczek de oliveira] wypowiedział tej cho-
robie walkę na serio. W jednym z prze-
mówień zaznaczył, że chciałby, aby jego ka-
dencja była początkiem końca tej haniebnej
płamy na żywym ciele kraju. Nie jest to
walka łatwa. Kto może, ten chorobę ukrywa,
gdyż przyznanie się do niej to dobrowolna
banicja ze społeczeństwa żywych. Nawet
wyleczonych zdrowi unikają, gdyż kto
wie?...
Tysiące trędowatych wciąż krąży
miastach i wsiach Brazylii, ocierając
codziennie o zdrowych. (...)
na
uciekający w po-
jak to dzieci, pod-
po
się
174
przy nim młoda kobieta i
dzieci. Kobieta, obejmując
dwoje ma-
mężczyznę,
Mieczysław
bezdrożach
szawa 1962,
Wyd. s. 180—181.
Po
Lepecki:
Brazylii. War-
Lud. Spółdz.
175
/u
88. WODOSPADY IGUAęU
nad-
ściany
zwarte
W języku Indian leśnych Guarani słowo
guaęu (wymawia się guazi z akcentem na
ostatniej samogłosce), oznacza ogrom, coś
wielkiego, a i oznacza wodę. I-guaęu —
Wielka Woda, Ogromna Woda. Tak w za-
mierzchłej przeszłości ochrzcili mieszkańcy
puszcz tropikalnych swoją rzekę i wielkie
wodospady w pobliżu jej połączenia z Pa-
raną. Nazwę tę przyjęli biali przybysze, po-
została na zawsze utrwalona w historii
i geografii. I-guaęu — cud przyrody.
Wodospad Niagara, na pograniczu Kana-
dy i Stanów Zjednoczonych, znany jest sze-
roko i reklamowany. Niagarę ujarzmiono
dla przemysłu, eksploatuje się ją turystycz-
nie. (...)
Mało kto jednak wie, że Niagara wcale
nie jest największym wodospadem świata,
że przewyższają ją i Victoria Falls [czytaj:
wiktoria fols] na afrykańskiej Zambezi,
i właśnie — Iguaęu. A pod względem pięk-
na palmę pierwszeństwa bezapelacyjnie
dzierży Wielka Woda — Iguaęu.
Do wodospadu dopływamy z góry. Szafi-
rowa toń rzeki rozlewa się szeroko, coraz
I
176
Rozstąpiła się ziemia, jakby kosmiczną
dą dno rzeki zapadło się w dół na
dziesiątek metrów. I w tę przepaść sK
rzeka. W
dalej rozbiegają się
brzeżnej puszczy, gdzieś nad horyzontem
ściele się biały, mglisty obłok. Jeszcze je-
den leniwy skręt i rzeka się kończy! Rozla-
na w tym miejscu na szerokość przeszło
dwóch kilometrów, raptem ginie, urywa się»
zapada. Właśnie tam unosi się biały obłok,
właśnie stamtąd dochodzi głuchy grzmot,
coraz wyraźniejszy, coraz bardziej narasta
jący, przyspieszający niespokojne bicie ser
ca, przechodzący wreszcie we wszyst o
głuszący huk. . J j
Stanąwszy na brzegu, wyczuwamy P
stopami lekkie drżenie ziemi. Rzeka
walił . . e
Trudno to opisać, może wymowniej^
będą liczby. Proszę sobie wyobrazić P
listy luk amfiteatru w skali niebywa
dwa i pół kilometra. Na jego krawędzi
czy się rzeka lub ściślej, kończy się sP°nja.
ny bieg górnej Iguaęu. Dalej P
i vńele
ska#e
języku hiszpańskim mów
saltos de Iguaęu (w dosłownym tłumaczeniu:
skoki Iguaęu). Słowo „skok” jest tu jak naj-
bardziej właściwe, bo rzeka nie wlewa się,
nje spada, ale skacze dwoma olbrzymimi
skokami.
Obliczono, że przy wysokim stanie wody
onad skalnym progiem przelatuje s f e-
em tysięcy metrów sześcien-
nych wody na sekundę, to w przy-
bliżeniu przepływ dziesięciu Wiseł
pod Warszawą. I niech teraz przed oczyma
stanie obraz takiej dziesięciokrotnej Wis-
ły — w skoku do otchłani. (...)
Specjaliści obliczają, że eksploatacja siły
wodnej wodospadu wyrażałaby się liczbą
dwustu pięćdziesięciu tysięcy kilowatów.
Jednakże biały węgiel pozostaje dotąd nie
tknięty i nic nie wskazuje, by w bliskiej
przyszłości można było sięgnąć po ten skarb.
Pierwotnego piękna wodospadów Iguaęu
broni przed zaborczym postępem cywilizacji
technicznej kolosalna odległość od ośrod-
ków przemysłowych, no i fakt, że środkiem
rzeki przebiega granica dwóch państw. Gra-
nica oznaczona na mapach, uzgodniona w
jakichś tam traktatach i honorowana w ga-
binetach ministerialnych. Granica istnieje,
choć w rzeczywistości po obu jej stronach
ciągnie się bezkresna pierwotna selva *. (...)
Zapuszczając się w jej zielony mrok, trze-
ba mieć oczy i uszy otwarte. Potrącona nie-
uważnie gałąź może nagle ożyć i spłynąć
skrętami węża, w zaroślach można posłyszeć
chrapanie dzików lub spotkać poczciwego
mrówkojada, jakby przedpotopową bestię
—— — —
przedrzeźniając
zamiatającą puszystym wiechciem ogona.
Krzykliwe papugi jazgoczą [
17 — Nowy stary świat
koronach drzew, przerzucając się z
na gałąź, popiskując i cmokając tu
wędruje zaaferowana rodzina małp;
się w
gałęzi
i tam
górą przeciągają parami absurdalne ptaki —
tukany, składające się z ogromnego koloro-
wego dzioba i małego, jakby doczepionego
do niego tułowia. Ogród zoologiczny bez
zagród, bez klatek.
Na otwartych przestrzeniach barwią się
w słońcu plamy: żółte, czerwone, białe, se-
ledynowoniebieskie. Przy zbliżeniu nagle
ożywają, podrywają się i wirują w powie-
trzu orgią tysięcy motyli. Motyle, niezliczo-
ne ilości ich gatunków i rodzajów, są istot-
ną częścią składową tamtejszego krajobra-
zu. W bogactwie kształtów i tęczy barw nie
mają sobie równych na świecie. I te ma-
lutkie jaskra woczerwone, wzbijające się
rubinowym obłoczkiem, i te ogniste, z pa-
wim okiem na koronkowych skrzydłach,
i te najpiękniejsze, lazurowoseledynowe,
o rozmiarach sporego talerza, które rzucają
cień wachlującym lotem.
Czasem znów motyl zawiśnie nad kwia-
tem, mieni się barwami, drży, podrywa się
pionowo, uskakuje w bok, mignie jak iskra
i — zawiśnie nad innym kwiatem. Trzepota-
nie skrzydeł tak szybkie, że oko nie chwyta
kształtu, zgaduje go raczej w pulsującej
barwie. Przez chwilę wydaje ci się, ze wi-
dzi' ; malutki tułów owada i igiełkę-dziobek
ssący nektar z rozwartego kwiatu. Koliber!...
Jakże pięknie nazywają tubylcy to cudeń-
ko: picaflor. Coś, co pica — dotyka, całuje
flor — kwiat (...)
Wiktor Ostrowski; Życie
Wielkiej Rzeki. Warszawa
1967, Czytelnik, s. 69—74.
W ZYCIE WIELKIEJ RZEKI
_ J«
dostępną dla statków
ma głęboki nurt,
bojami —
_____________________rarany można właściwie
mówić tylko w jej górnym biegu. W środ-
kowym, tam gdzie wpływa na tak zwaną
Nizinę La Platy, szerokość ma niewymierną,
łką ,.ucywilizowaną",
o dużym zanurzeniu,
wytyczony pływającymi
na dokładnych mapach
jednak osobliwie. Ciągłą linią
jest tylko lewy brzeg — wysok
kilkunastometrowym, stromym
urwiskiem. Natomiast brzeg
ragwajski, a potem,
nicznej rzeki Paragwaj, należący d
tyńskich prowincji Chaco {czytaj
i Santa Fe w wielu miejscach zaz
jest nikłą linią kropkow
liniami kropkowran
że dziś i
wygląda
unią oznaczony
jest tylko lewy brzeg — wysoki, spadający
u.ii---- -----, gliniastym
prawy — pa-
poniżej dopływaj gra-
*' o argen-
: czako)
maczony
waną. Nawet kilkoma
jo.
nawet bardzo
--- Wil
ymi. Po prostu dlateg
jest tu, a jutro tam, i to
daleko. Tak samo oznacza się brzecr I
rych wysp. Parę metrów różnicy w
Parany powoduje, ze rzeka rozszerza Z1°C'e I
dziesiątki kilometrów, a wiele wv *** I
z powierzchni. Mieszkańcy prawego ’
tej części Parany — wahałbym się '
ich stałymi mieszkańcami — mogą nieki*
dopływać łodziami aż pod próg swoich D.'
mitywnych ranchos *, ale bywa i tak, że wL
da ucieka i do nowego brzegu rzeki muszą
wędrować kilka lub kilkanaście kilometrów
A rozmiary katastrofalnych powodzi?
Wielkość zalewanych obszarów? Przytoczę
następujący fakt: w roku 1905 wody Parany
tylko w Argentynie zalały powierzchnię po
nad 35 000 kilometrów kwadratowych. Po-
wtarzam: tylko w Argentynie, nie licząc za-
topionych w Paragwaju i Brazylii.
Od roku 1905 wiele się zmieniło, znacznie
wzrosła liczba mieszkańców, rozbudowano
sieć dróg Jedynie rzeka nie poddaje się
rnuanom. nadal kapryśna, nieujarzmiona.
czasu do czasu okazująca swoją moc.
styczniu 1966 roku, podczas kolejnej po-
wodzi. musiano ewakuować 200 000 osób.
Odnotowano dziesiątki zniesionych ranchos,
wiele zatopionych dróg, wyżej położone
miejscowości zostały całkowicie odcięte
przez pow'ódź. Straty szacowano na setki
milionów pesos. W prowincjach Chaco
i części Santa Fe ogłoszono ostre pogotowie.
Ustała oczywiście żegluga na zbuntowanej
Paranie, niosącej całe wyspy lilii wodnych
cama/o/es, zbitych w ruchome materace,
które liczą czasami i po parę hektarów po-
wierzchni. Stanowią one niebezpieczeństwo,
które można porównać ze spływającą krą
lodową. Piękny, zielony, miękki kożuch ca-
ma/o/es, gnany prądem, może zakorkować
węższe przejścia i jeszcze bardziej spiętrzyć
wody. Przez laką pływającą zieleń nie prze-
drze się nawet statek oceaniczny, omotana
90 PARAGWAJ — TRAGICZNA ARKADIA
Z lotu ptaka czy raczej k°a|ną
ra Paragwaj Wd<>*ac* ' lcbę spadają
szczęścia i spokoju. Na W acV( ale
często obfite deszcze, klimat jes
niedokuczliwy. ^^^woców. kwia-
leni, pyszni się bogactwc „nfalowa-
tów Czarami >ąk- Na 'a^C ^'a°rah-
nych wzgórzach rozsiadł / • <9 zago-
czowe, kępy drzew orzechowy fasola,
nach dojrzewa kukurydza, m
Rzeki zasobne są w ryby, __barw-
zwierzyny i wszelakiego p ac^ la-
nych papug, tukanów, czaP 1 . _kraina
bylców-Indian ze szczepu uar& „miejsce
ta nazywała się Yvaga. co oz Konkwis-
urodzajnych drzew owocow.byWaU tu
tadorom hiszpańskim, którzy ^ch andyj’
z monotonnej pampy 1
śruba stanie Mniejsze stateczki, motorówki
i łodzie w wypadku spękania z canialotcs
są zupełnie bezbronne A tak pięknie w yglą-
dają jaskrawozielone, mięsiste talerze liści,
fioletowe i niebieskie kwiaty lilii wodnych
Przyczyna tej powodzi? — grudniowe
i styczniowe ulewy tropikalne w dorzeczu
Parany W prowincji Cornentes |czytaj.
korientes) na przykład, jak wynika z listów
moich przyjaciół, w ciągu jednego tygodnia
spadło 540 milimetrów deszczu
540 milimetrów opadu w ciągu jednego
tylko tygodnia... Czy Czytelnik potrafi sobie
to wyobrazić? Pól metra sześciennego na
każdy metr powierzchni!
Chcialbym. aby przytoczone dane i suche
na pozór liczby stanowiły uzasadnienie uży-
wanych przeze mnie okres eń epitetów
W życiu Wielkiej Rzeki mają one bowiem
pełne pokrycie.
Wikior Życie
Wle.Joef Rzeki Warszaw*
1967 Crrtrinik. s. 166—168.
skich gór. wydawał się Paragwaj po prostu
rajem i dlatego często porównywali go do
Arkadii, szczęśliwej krainy pasterzy, opie-
wanej w poezji starożytnych Greków Słyn-
ny pisarz francuski. Wolter, posłał bohatera
swej powieści Kandyda właśnie do Parag-
waju, gdzie miał on znaleźć szczęście Także
i w późniejszych czasach podróżnicy nazy-
wali ten kraj ..ogrodem Ameryki",
Niestety nie jest Paragwaj krainą szczęś-
cia — chociaż ma wszelkie ku temu dane -
ale wręcz przeciwmie.
Po pierwsze, niecały Paragwaj jest tak
urodzajny, lecz jedynie jego wschodnia
część, położona za rzeką o tej samej nazwie
Ku zachodowi ciągnie się spalone słońcem,
jałowo Chaco (czytaj: czako), step pokryty
suchą trawą i kolczastymi krzewami, gdzie-
178
179
niegdzie urozmaicony kępką prawie bez-
listnych drzew, o pniach twardych jak ze
stali.
Po drugie — nawet i w tej urodzajnej
części nędza pracującej ludności dochodzi
do granic ostatecznych. Bujna, błogosławio-
na ziemia paragwajska nie należy bowiem
do Uch, którzy ją uprawiają — a jeśli już,
to tylko jej skrawki. 75% chłopów parag-
wajskich w ogóle nie posiada ziemi, pracuje
dla wielkich właścicieli, paragwajskich lub
obcych. Dla obcych zwłaszcza. Jedenaście
towarzystw zagranicznych włada pięcioma
milionami ha najbardziej urodzajnych grun-
tów. Owe miliony hektarów obróconych pod
uprawę herba małe — rośliny, która stano-
wi główne bogactwo rolne Paragwaju —
należy do zagranicznej firmy Le Industriel
Paraguay [czytaj: lędistriel paragłejj. 90%
produkcji drzewnej — a zwłaszcza drzewa
quebracho * — skupuje po dyktowanych
przez siebie cenach angielska firma Forestal
Land. Timber and Railways Company [czy-
91. (KRAJOBRAZY ARGENTYNY]
Argentyna ma kształt trójkąta dość wydłu-
żonego, który rzucony na Europę sięgałby
od północnych granic Norwegii aż do
Sycylii. Nic więc dziwnego, że na tak długim
pasie kontynentu spotykamy różne klima-
ty — od tropikalnego aż do bardzo zimnego,
tyle, że w odwrotnej kolejności niż w Euro-
pie. Porlenos' mówią o całej reszcie kraju
interior *, ale jest to oczywiście duże uprosz-
czenie. Można ów interior podzielić co naj-
mniej na kilka odrębnych rejonów, różnią-
cych się zasadniczo i rzeźbą terenu, i roślin-
nością. i zwierzostanem, a także obyczajami
ludzi.
Mamy więc na północy subtropikalną
krainę Chaco, na zachodniej krawędzi An-
taj: timber end rejłejs kompany], W rękach
cudzoziemców znajduje się także hodowla
bydła, wprawdzie nie tak znakomitego w
gatunku jak argentyńskie, mimo wszystko
jednak dającego poważne dochody. pr2e.
mysłu prawie tu nie ma, poza naftowym,
który też oczywiście znalazł się w obcym
posiadaniu; firma północnoamerykańska
Standart Oil Company zręcznymi manewra-
mi zdobyła sobie prawo eksploatacji nafty
na obszarze obejmującym 60% powierzchni
kraju. Do Paragwajczyków rodowitych na-
leżą jedynie fabryczki wyrobów skórzanych,
konserw owocowych i mięsnych, no i oczy-
wiście majątki rolne o olbrzymiej po-
wierzchni. Mówiąc krótko: paragwajska
Arkadia, jest rzeczywiście rajem, ale tylko
dla cudzoziemców-kapitalistów i dla o wiele
mniejszej już liczby posiadaczy rodzimych.
Mirosław Azembski: Inny
świat. Warszawa 1966, Na-
sza Księgarnia, s. 173—174.
dy, a w sąsiedztwie stolicy początki słyn-
nej pampy, która na dalekim południu przfi'
kształcą się w kamienistą pustynię Pata*
gonii.
na bezkresnej pampie
Więcej niż jedną trzecią Argentyny
zajmuje owa pampa, równinny step lraWia
sty, niemal zupełnie pozbawiony drzevV
i krzewów. Ludzie, którzy nad nim przelat}
wali samolotem, twierdzą, że można 9° P°
równać jedynie do oceanu; bez względu n
wysokość lotu — czy to będzie dwieście
czy pięć tysięcy metrów — nigdzie na hory
I
181
180
zoncie nie udaje się dostrzec jego krańca,
nigdzie żadnego wzniesienia ani linii lasu.
Prawie milion kilometrów kwadratowych
płaskiego stołu w kolorze szarozielonym...
Ale tylko z wielkiej wysokości pampa
wydaje się pusta, jak przestrzeń oceanu,
na pozór nie tknięta przez człowieka.
Podróżny, który przemierza ją samochodem
lub koleją, widzi wszędzie ślady ludzkiej
pracy, jakkolwiek sam człowiek jest rzeczy-
wiście zjawiskiem rzadkim. Step argentyń-
ski poprzecinany jest gęsto liniami kolejo-
wymi, obszary zaś pomiędzy nimi zawarte
podzielono z kolei na mniejsze i większe
kawałki zagrodami z drutu. Za drutami
zwierzęta: setki, tysiące krów, owiec i ko-
ni... Tu i tam wyrośnie nagle w stepie kępa
drzew, a wśród nich białe mury estancji —
to znaczy czegoś, co jest wsią i dworem jed-
nocześnie. W Argentynie nie ma wsi takich,
na przykład w Polsce; wokół domu
. • __1__ł
przykład w Polsce; wokół domu
)ak .na-X nrupują Się zabudowania gospo-
r'aSC‘C oraz baraS robotników rolnych -
daIC^iei znowu step, aż do następnej estan-
3 P ddalonej o dziesiątki kilometrów
C)b a Ó »ntvnie nie mierzy się zresztą ziemi
W Arge . to „jarka zbyt mała.
nS Tacową jednostką miary jest liga kwa-
Podstawo ą 1 . 25 kilometrom kwa-
dratowa. równająca się z
dratowym. Jeżeli teraz usłyszymy, że istnie-
ją estancje wielkości 50, 75, a nawet 100 lig
kwadratowych, będziemy mieli obraz argen-
tyńskich ,,parceli".
Dom właściciela estancji prawie stale stoi
pustkami. Kilka zaledwie pomieszczeń użyt-
kuje mayordomo, to znaczy rządca. Sam
estancero mieszka stale w Buenos Aires
i zjeżdża do swego majątku ledwie na kilka
tygodni w roku.
PATAGONIA
Gdy w Europie mówimy „południe",
myślimy o słońcu i cieple, o bujnej roślin-
ności, o wiecznej wiośnie. W Argentynie
jest akurat na odwrót. Im dalej na południe,
tym klimat staje się osU“^e'zresztą na-
cze gorące, ale zimy juz nastąpuje
* w-w ł t* ł C) klimat zimnej
chłodna noc, słowem, jes ^H/ie koń-
pustyni. Nikt nie wie
czy się pampa, a zaczynana
zwana Patagonią; jako gra Negro. Stąd
północy przyjmuje się rze ę Cieśniny
Patagonia ciągnąć się będzie
Magellana, należącej już o ^ilo-
Olbrzymia Patagonia, licząca rary
metrów kwadratowych, CZY
większa od Polski,
, zaludniona jest bardzo
rzadko. W niektórych okolicach na kilometr
kwadratowy przypada 0,2 człowieka. Indian,
głównie z plemienia Tehuelczo, pozostało
ledwie 300. Jak dawniej prowadzą oni życie
koczownicze, bytują nędznie niby nasi Cy-
ganie. Mieszkają w przenośnych szałasach
ze skóry, hodują trochę owiec. [...]
Estancja w Patagonii na pozór robi wra-
żenie opuszczonej i bezproduktywnej. Do
hodowli owiec jeszcze mniej potrzeba ludzi
niż do bydła, niepotrzebne są także zagrody
z drutu. Stada pasą się gdzieś daleko od za-
budowań na równinnej pustaci [...]. Wędru-
ją przeto owe stada nieustannie, szarobure
jak podłoże, po którym się wloką smagane
trym pustynnym wiatrem. A wiatry wieją
siłą szatańską, osiągają szybkość stu, a
183
ostrym pustynnym
Z L
182
185
tach — przypominają, że jesteśmy w Argen-
tynie...
Zarówno Rio de la Plata (Rzeka Srebrna)
jak i Buenos Aires (Dobre Powietrze) to
nazwy bardzo mylące. Powstały w okresie
, ‘H
Zagroda w pampie argentyńskiej
nawet stu siedemdziesięciu metrów na se-
kundę! Dzień cichy, bezwietrzny należy do
rzadkości. Tak bywa latem. Zimą wiatry się
uspokajają nieco, lecz spada za to śnieg.
[ARGENTYŃSKIE PODGÓRZE)
Równinę argentyńską zamyka od zachodu
pasmo Andów ciągnące się wzdłuż granicy
niby potężna bariera. Góry wyrastają nagle
i niespodziewanie, bezpośrednio niemal
z trawiastej pampy. Z zalanej upalnym słoń-
cem pampy obserwować można wieczne
śniegi na szczytach i błękitnawe języki lo-
dowców. Kraina przejściowa, obszarem nie-
wielka, nie ma swojej specjalnej nazwy,
jakkolwiek jej znaczenie gospodarcze jesl
dla kraju olbrzymie.
Piękny, jest pejzaz tego r
podgórza. Nikną gdzieś su
krzaki, tak bardzo charakte
pampy i Patagonii, roślinność nabiera sc
czystej zieleni, coraz więcej spotyka si
kwiatów i sadów owocowych. Woda
wia ten cud. Topnieją
równinę dziesiątkami
argentyńskiego
suche, ciernisli
.jrystyczne dla
। so-
się
spra-
ce śniegi spływają na
rzek i strumieni, hoj-
184
nie
hojnie, bo woda
wodziowa fala
zraszają
ziemię, czasem
występuje 2 br
niszczy uprawy
stara się wodę ująć w karby, r
ją sztucznymi kanałami, maqa '
okres posuchy. Podgórze, zwu- Ynuje
za, rodzi jabłk
* —wszysikin,
nogrona. Winnice dają tu plo„
dzięki nim Argentyna należy do w iv
piątki producentów wina na świeci/'™'
po Francji. Włoszech. Hiszpanii i Aluta
Ponieważ w Argentynie wszystko '
olbrzymie, więc i winnice zajmują setki ty-
sięcy hektarów gruntu, a wyprodukować.'
napój odmierza się milionami hektolitrów
rocznie.
nawet
i
r. Człowiek
kanałami, magazynuje
ją sztuczny pagórze, zwłaszcza w oko.
okres P°sUC1 7Mend0za. rodzi jabłka. gran,
licach miasta . pr2ede w”..........
ki. brzoskwinie, no P
OSTĘPY WIELKIEGO ŁOWISKA
Gran Chaco — jest nazwą pasa nizinnego,
przebiegającego z północy na południe
przez sam środek kontynentu; wprawdzie
lwia jego część przypada na terytorium Pa-
ragwaju, lecz spora połać należy także do
Argentyny. Równina ta strojniejsza jest od
pampy, pokrywa ją miejscami las podzwrot-
nikowy o wiecznie zielonym poszyciu
z kaktusów i palm krzaczastych, miejscami
znowu suchorostowe zarośla lub gaje tak
zwanych drzew butelkowych. Chaco przeci-
nają dość liczne rzeki, zwłaszcza dopływy
Parany, Rio Pilcomayo, Rio Bermejo, Rio
Salado, które wypływają z Andów tocząc
obfite wody, a później stają się stopniowo
coraz ołytsze, coraz bardzie i błotniste. Lata
są tu gorące i mokre, raz po raz skraplane
deszczem, ale zimy za to beznadziejnie su
che — wtedv pomniejsze rzeczki wysY^9^
po prostu, wsiąkają gdzieś, zostawiając P
sobie tylko ślad w postaci wyżłobionego
ryta.
Azembski: Inni
Ja!- Warszawa 1966, Na-
K.si^9^nia, s. 133—135.
l43~~145. 154.
g2. BUENOS AIRES •
Argentyna — to przede wszystkim Buenos
. s 24 miliony ludzi zamieszkuje dzisiaj
/i969 r.) Argentynę, z tego ok. 8 milionów
1968 t. żyło w stolicy. Co czwarty Argen-
ńczyk jest ,,portenem", bo tak sami siebie
nazywają mieszkańcy miasta-kolosa, które
wyrosło na zapleczu portu i z niego czerpie
swoje siły żywotne.
Buenos Aires leży przy ujściu rzeki La
Plata — powstałej z połączenia Rio Parana
i Rio Urugwaj, na krawędzi olbrzymiego
leja wodnego, który w najszerszym miejscu
liczy ponad 100 kilometrów w linii po-
wietrznej; jest to zatem raczej morze o słod-
kiej wodzie, gdzieś w nie ustalonym miej-
scu łączące się z morzem prawdziwym —
z Atlantykiem. Zęby przepłynąć tę „rzekę”
z argentyńskiego brzegu na urugwajski,
statek potrzebuje sześciu godzin, pewna zaś
sportsmenka, która przebyła ją wpław, zy-
skała sobie sławę światową.
Zanim okręt przybywający z oceanu do-
trze do mola właściwego, długo musi prze-
pychać się przez labirynt basenów i kana-
łów, mija całe gromady holowników i po-
głębiarek, ustawione w szeregach szaronie-
bieskie okręty wojenne Argentyny, zakot-
wiczone i okryte pokrowcami flotylle jach-
tów, podobne do wielkich gmachów statki
pasażerskie i, oczywiście, niezliczone trans-
portowce, które przyszły z morza albo
z wnętrza kontynentu — rzeką. Zawija tu
rocznie ponad 3000 statków, potężne stalo-
we dźwigi przeładowują dziesiątki milionów
ton towarów. W zamieszaniu portowym nie
czuje się obecności miasta; drogowskazem
informującym, gdzie się ono znajduje, jest
tylko słynna Wieża Angielska, dość zresztą
nieforemna, ale opatrzona za to zegarem,
według którego marynarze regulują czas.
Obok wznosi się wieżowiec o wysokości
32 pięter — drugi i ostatni drogowskaz. Po-
za tym robotnicy portowi, ubrani często w
szale o kroju indiańskiego poncho, smażący
kawały mięsa na małych przenośnych rusz
Reki-
Mirosław Azembsio. Na.
świat. Warszawa 1 / |25,
sza Księgarnia, s.
130—131.
‘U
Część czwarta
AUSTRALIA
Fragment centrum Buenos Aires
hiszpańskiego podboju, przypadkowo, bez
żadnego pokrycia w rzeczywistości. Wody
La Plata nie są srebrne, lecz buromętne, za-
nieczyszczone mułem niesionym setkami ki-
lometrów z głębi kraju. Buenos Aires nie
ma dobrego powietrza; latem temperatura
dochodzi tu do 37 stopni, a wilgotne opary
sprawiają, że miasto zamienia się w jedną
olbrzymią łaźnię. Zimą — która zaczyna się
w lipcu — miasto tonie w obłokach mgły,
nie ustają deszcze i mżawki, chodniki
i jezdnie pokryte są stale lepkim błotem,
przechodnie wywracają się i łamią nogi)
a liczba katastrof samochodowych wzrasta
w zastraszający sposób.
Nadmorski kolos posiada rozmiary zdolne
przerazić człowieka przyzwyczajonego do
miast wielkości na przykład Warszawy. Jed-
na z centralnych ulic, Avenida Rivadavia,
posiada 20 kilometrów długości, a końcowe
numery domów dochodzą do 12 000. Jest tu-
taj także najszersza podobno ulica na świę-
cie — Avenida 9 Julio — 120 metrów od
chodnika do chodnika. Półkolistą Avenidą
General Paz mkną tysiące samochodów,
zresztą bez ładu i składu, potrącając się czę-
sto. Tramwaje, chociaż już wyrzucone ze
186
śródmieścia, kursują na Kilkudziesięciu li-
niach peryferyjnych, metro przewozi dzien-
nie prawie 2 miliony pasażerów.
Ma Buenos Aires dzielnice pałaców,
piękne parki z egzotycznymi drzewami, ale
ma także dzielnice nędzy, odrażające i smut-
ne, dające o sobie znać przykrym odorem
już na dużą odległość. Jedna z nich nazywa
się wymownie Barracks, czyli po prostu Ba-
raki. W domach z betonu i surowej cegły,
krytych falistą blachą, często bez szyb w
oknach, wegetuje brać robotnicza. Jeszcze
gorsze wrażenie robi Avellaneda, kwatera
robotników przemysłu mięsnego. Tutaj
argentyński kult mięsa ukazuje się od nieco
innej strony. Avellanedę od jednej z
tworniejszych dzielnic dzieli cuchnąca
rzeczka przepełniona krwią i odpad3®1,
zwierzęcymi z pobliskich frigorificos,
rzeźni połączonych z zamraźalniami-
tym pachnącym strumykiem rozsiadły
budki z drzewa i dykty, łatane gliną, kaw
kami blachy, czasem tekturą.
Australia — kraj dziwów. Dziwy to po-
jęcie względne. W oczach Europejczyków
co najmniej dziwnymi byli Australczycy
przemierzający na długich jak tyczki no-
gach bezkresne stepy w poszukiwaniu żyw-
ności, gdy można jej było mieć w bród pro-
wadząc osiadły tryb życia. Podobnie chyba
ze zdumieniem spoglądali Australczycy na
europejskich podróżników, umierających
z głodu i pragnienia na obszarach, które
plemionom australijskim zapewniały wy-
starczające warunki rozwoju.
Wędrując po stepach i pustyniach, prze-
dzierając się przez zbite chaszcze krzewów
lub zarośla dziewiczych lasów, przybysz
z Europy i dzisiaj jeszcze spotyka na każ-
dym kroku przedmioty i zjawiska wprowa-
dzające go w osłupienie, a może nawet i w
przerażenie. Wyschnięte koryto rzeki nagle
wypełnia się szalejącym żywiołem Słupek
rtęci w termometrze w przeciągu paru mi-
nut spada z kilkudziesięciu stopni w pobli-
że zera. Drzewa na zimę zrzucają nie liście,
lecz korę, inne znowu podczas ulewy gro-
madzą w swym pniu zapasy wody, które
wystarczają im później na miesiące posu-
chy Na martwej pustyni rozkwitają nie-
ledwie w oczach zdumionego wędrowca
kwiaty czarujące go soczystymi barwami tę-
czy. Czworonogi zdobywają swoje pożywie-
nie przy pomocy dziobów, inne wydają ną
świat na pół dojrzałe potomstwo. Maleńkie
ptaszki w okresie godowym zamiast wić
gniazda budują przemyślne altanki (Tadeusz
Olszewski: Australia kraj dziwów i sprzecz-
ności. Warszawa 1957, Wiedza Powszechna,
s. 5-€).
189
Rozdział IV
NAJMNIEJSZY KONTYNENT ŚWIATA
93. POLAK NAJLEPSZYM ZNAWCĄ AUSTRALII
Alpy Australijskie zbudowane są z grani-
tów. piaskowców i bazaltów. Są to góry sta-
re. pochodzące z okresu karbońskiego
(200—250 milionów lat temu), bardzo silnie
zniszczone przez erozję. (...)
Stoki górskie i wiele szczytów pokrywają
lasy południowych buków, o wiecznie zie-
lonych drobnych listkach oraz różne odmia-
ny drzew iglastych, podobnych do cisów,
dostarczające cennego budulca. Podszycie
stanowią niezliczone krzewy i zioła. Hale
górskie w okresie wiosny podobne są raczej
do kobierców niż łąk, tak mienią się nie-
zmierzonym bogactwem wielkich i wielo-
barwnych kwiatów. W zimie, od maja do
listopada, pokrywa je grubą warstwą śnieg,
stwarzając dogodne warunki dla narciarzy,
wiosną zaś, w okresie roztopów, zasilając w
wodę rzeki górskie.
Strzelecki * w czasie swych badań odkrył
grupę najwyższych szczytów. Na ich wi-
dok — tęsknotą do ojczyzny chyba powo-
dowany — Strzelecki przypomniał sobie Ko-
piec Kościuszki w Krakowie. „Gdy zobaczy-
łem z daleka tę górę (najwyższy szczyt, jak
mi się przedstawiało) — pisze w swych pa-
miętnikach — na pierwszy rzut oka zdawało
mi się, że zbliżam się do Kopca Kościuszki
pod Krakowem. Dusza we mnie zadrżała
i pomyślałem: Tutaj nasza nowa ojczyzna —
a gdy przybyłem do stóp tej góry, pierwsze
moje słowa były: „Imieniem Polski zwę cię
Górą Kościuszki".
Na górze Kościuszki Strzelecki postawił
maszt i wciągnął nań polski sztandar
Edmund Strzelecki
145
Dokładne pomiary wykazały później.
Strzelecki pomylił się nieco, gdyż szczy ___
siedni był trochę wyższy. Australczycy
zgodnie z intencją odkrywcy Prze,”xn;e
nazwę Góry Kościuszki na ten w
szczyt (2234 m n.p.m.).
Zasługi Strzeleckiego
gały przede
wszystkim
na
cennych
odkry-
, Gospodarczej. Stwierdził on, ze
ciach nat y 9 ^łaszCza na połudmo-
obszary podg __ na cześć gubernatora
wym ws dzipsa) nazwane przez Strze-
Gippsa (czytaj. P ________na(j
leCk|'e9i’nąGgl’ebea°raI że wewnęlrzne St°k'
Ur°dM) echowe łagodnie w rozległ, rO£
stanowią doskonale pastW>ska dla
191
Alp- Prz
ninę.
190
•wW i bvd»a Prawdziwą rer.sacją było
odkryt .9 Tr..t'.': i ikU ’\x’C7AS- gdy pieiw-
>*• iHoroac* prrxjętc rwtały przez
ówcres-.f-TO gubernatora Jerzego Gippsa
nR>>—1M'i i prawniztu^m entuzjazmem.
>łA/om.v< o rh-cir wzburzyła go niepo-
wterr »e
- \i \ 'c-< bo%kq — przerwał Strzelec-
ka mu relacją — zachow-aj pan woje od-
kryć -.e dla wet e nie chcesz żebyśmy
jutro teftell z podciętymi gardłami.
Przestrach gubernatora Gippsa nie był
całkcw łCK pozbawiony podstaw Młoda
ie« rtre kolonia składała się w znacznej mie-
rze z ludzi nie bardzo spokojnych. Wśród
i. star -w spnro było zwyczajnych krymi-
nał co* Wte<ć o odkryciu złota łatwo
mogła .powodowa- załamanie się z trudem
aergar. rouanego porządku, zniweczyć do-
brze zapowiadającą się gospodarkę hodo-
wlaną I rolną. Jako reprezentant )nleretó>
angielskich przemysłowców i kupców
dział. ze cenniejszymi niż złoto będą dla
tropolii pszenica i wełna australijska
polityk wiedział również, że szlachetny
tal prędzej czy później ulegnie wyczerpany
podczas gdy należycie zagospodarować
Australia może stać się na długi czas pod.
porą brytyjskiego systemu kolonialnego
Historia ’ wykazała bowiem, że rozległe im-
peria kolonialne Portugalii i Hiszpanii, zdo-
byte w poszukiwaniu złota, rozpadły się na
strzępy. Same zaś metropolie, niegdyś mo
carstwa, spadły do rzędu krajów niewiele ‘
znaczących w świecie. I
Tadeusz Olszewski; Auii/o-
ha kraj dziwów i spriea-
ności. Warszawa 1957, Wie-
dza Powszechna, s. 127—
—129.
•4 FUSTYMA RODZI KWIATY
Zdaniem wielu znawców
Attstrali
podstawowym
actwe.m
natu-
ralnyrr togo kraju są trawy i inne rośliny
paszowe Przewaga klimatów suchych po-
woduje ze zwarte obszary leśne utrzymują
się wyłączn e w pobliżu wybrzeży nawie-
dzanych przez deszczonośne wiatry.
W p*s;e nadbrzeżnym Nowej Południo-
wej Walu i Ouecnslandu (czytaj Kłinslend],
zwłaszcza w otwartych ku morzu dolinach
rzecznych zraszanych obficie deszczami
przez cały rok. rozwinęły się niezmiernie
bogate lasy zwrotnikowe. Przeważają w nich
różne odmiany strzelistych palm, wysmuk-
łych araukarii potężnych paproci drzewia-
stych sięgających dziewięciu metrów wyso-
kości. rozłożystych figowców, zadziwiają-
cych soczystą zielenią drzew pokrzywowych
i tzw „drzew płonących" Wiosną drzewa
te. podobne do kakaowca afrykańskiego.
pokrywają się całkowicie tak obfitymi kiś-
ciami ognistoczerwonych kwiatów, że po-
różnicy ? daleka na morzu odnoszą wraże
nłL’ jak gdyby oglądali płonące góry. Po-
między pniamj drzewa w lasach zwrotniku-
^ych wiją się niezliczone gatunki potężnych
pnączy, okrywających się niemal przez cały
rok wielobarwnym kwieciem. Wreszcie pr*Y
samej ziemi trzymają się bujne, wielobarw-
ne mchy, skrzypy j tysiqCzne zioła o upaja
jącej woni. Te ..piętrowe" lasy australijskie
niewiele się różnią od puszcz tropikalnych
sąsiedniej Azji Południowej 1 wielkich wysp
eżąc\ch między obu kontynentami- P®**
morskie 1 ptaki przenoszą bowiem nasio"3
wielu roślin z jednego lądu na drugi
Również w pasie nadbrzeżnym na wsch^
zie. południowym wschodzie i połudn’0'
" s ni zachodzie rośnie typowo australtJ5^
rj^sty las rozdrębowy (eukaliptusowy)- H
niewiele się różnią od puszcz tropikalny^
Fale
bowiem nasio^3
192
Dojrzałe owoce [rozdrębów] mają kształt
niewielkich torebek, w których kryją się
prawie czarne nasiona wielkości ziarenek
prosa. Liście koloru niebiesko-zielonego po-
krywa białawy nalot zmieniając całkowicie
,ch zewnętrzny wygląd. Kształt młodych Iii-
C1 Przypomina szeroki grot lancy, na gałę-
z*ach starszych liście mają kształt wydłużo-
ny. stają się sztywne i szorstkie. Liczne gru-
czołki, tworzące się na liściu zawierają
°lejek, zapełniający lasy rozdrębowe sil-
n\rn aromatem Rozdręby można wliczyć do
*’elu „dziwów" przyrody australijskiej. Nie
Zrzucają one liści, natomiast corocznie od-
z nich martwa kora, zwieszając się
2 Pnia długimi białawymi płatami i szelesz-
C2ąc tajemniczo w podmuchach wiatru.
rozdrębów w czasie upalnych dni od-
swe blaszki brzegami do słońca,
c roniąc się przed nadmiernym parowa-
Stąd też nawet w gęstych lasach roz-
rSbowych mało jest cienia, co tak bardzo
No*r u«>r
dziwiło juz pierwszych odkrywco* Aus-
tralii.
Rozdręby zużywają niezwykle duże ilości
wody wysuszając podłoże, na którym rosną.
W obszarach wilgotnych jest to zjawisko
korzystne, lecz w na ogół suchej Australii
przyczynia się do pogorszenia i Lak już
złych stosunków wodnych w glebie Ta wła-
śnie cecha drzewa wywarła silny wpływ na
jego los Hodowcy uważają je za ..rabusia .
który wysuszając glebę niszczy roślinność
na pastwiskach. Od dziesiątków więc lat
hodowcy palą niemiłosiernie gaje rozdrębo-
we. Uzyskują tym wprawdzie dobre rezul-
taty na pastwiskach, ale równocześnie
zmniejszają nieustannie niewielką po-
wierzchnię australijskich lasów. [_]
W południowo-zachodniej Australii po-
między strefą gęstego lasu eukaliptusowego
i szczerą pustynią rozciąga się szeroki pas
porośnięty australijskimi wrzosami Ogółem
w Australii rośnie 340 odmian tego krzewru
193
Australijska półpustynia
Wiele z nich odznacza się wielkim boga-
ctwem barw kwiatowych, co spowodowało,
że się je hoduje w europejskich cieplarniach
dla celów zdobniczych.
Wnętrze kontynentu zalega wielka pu-
stynia, przesuwająca się w kierunku zachod-
nim aż po sam brzeg oceanu. Jednakże i tu
w tzw. „martwym sercu Australii" od czasu
do czasu zakwita czarujące życie. Po spo-
radycznych ulewach wyrastają w błyska-
wicznym niemal tempie zioła, które szybko
zakwitają i dojrzewają. Wśród wielu gatun-
ków, odznaczających się niezwykle żywymi
barwami kwiatów, w zachwyt wprawia tzw
„groch pustyni". Na delikatnych, wijących
się łodygach zakwitają gęsto rozwieszone
duże kwiaty. Lancetowate płatki przykuwają
wzrok soczystym szkarłatem przechodzącym
w pobliżu kielicha w aksamitny brąz. Okres
wzrostu i dojrzewania trwa tutaj niezmier-
nie krótko, najwyżej do dwu miesięcy- P°
tern znowu niemiłosierne słońce zabija
urocze kwiaty i rozciera je na proch. Pr2Y
nielicznych źródłach w samym centrum
Wielkiej Pustyni, często w głębokich
liskach, tworzą się niewielkie stawki- 0
nich wyrastają rozdręby i akacje lub
w Górach ^aC'
innej zamieszki
palmy, jak w słynnym
„Wąwozie Palmowym"
donnella, na zachód od
oazy Alice Springs.
Tadeusz Olszewski- ^fX<cX.
Ha kraj dtiwów ?
naści. Warszawa
dza Powszechna, »•
—155, 160.
194
KANGURA
q5 W KRAINIE
w strefie większych opadów spotyka się
lasy, w których rosną palmy i paprocie
drzewiaste. Na południowo-wschodnim i po-
łudniowo-zachodnim wybrzeżu znajdują się
typowe dla flory australijskiej eukaliptusy.
W Australii zwykło się mówić, że jedna
odmiana eukaliptusa przypada na każdy
dzień w roku, gdyż w istocie tyle jest od-
mian tego drzewa, ile dni w roku. Są pomię-
dzy eukaliptusami olbrzymy dochodzące do
90 m wysokości a są też okazy karłowate
dochodzące zaledwie do trzech metrów wy-
sokości i tworzące zarośla zwane powszech-
nie Malles. [czytaj: maili]. Te odmiany kar-
łowate tworzą tzw. scrub (chrustówka). Ta
chrustówka pokrywała ongiś środkowe rów-
niny Australii, na których dziś falują nie-
zmierzone łany pszenicy. Liście wielu od-
mian eukaliptusów zawierają bardzo cenne
olejki, które znajdują wielorakie zastoso-
wanie w lecznictwie.
Olejków tych używa się również przy ra-
W południowo-zachodniej części Australii
rośnie niebieskie drzewo kauczukowe, a w
Tasmanii — drzewa trawiaste.
W miejscowościach, w których opady nie
przekraczają 150 mm rocznie, a niekiedy
brak ich zupełnie w ciągu roku, a nawet
dwóch, rosną akacje zwane mulga i krzewy
kolące, a w środkowej części Australii —
trawa kłująca — spinifex, dochodząca nie-
*edy do 2 metrów wysokości.
Australia oddzieliła się wcześnie od in-
nYch kontynentów, co wywarło wybitny
^Plyw na jej świat roślinny i zwierzęcy,
ztęki wyjątkowym warunkom zachowały
S1^ tu bardzo stare formy zwierząt jej tylko
^laściwe, jak kangur, dziobak, kolczatka,
^óre na innych kontynentach dawno już
^Yginęły, z drugiej zaś strony wyższe ssaki
y^y w Australii nieznane przed przyby-
Clern białego człowieka, gdyż straciła ona
z pobliskimi lądami jeszcze przed
powstawaniem.
Kangur występuje na bujnych stepach nie
tylko Australii, ale i Tasmanii. Samica nosi
swe niedołężne małe w worku na brzuchu.
Kangur posiada długie, silne kończyny tyl-
ne, znacznie dłuższe od przednich i duży,
mocny ogon, dzięki czemu może wykony-
wać potężne skoki na 6 do 9 metrów. We
wschodniej Australii żyje wspaniały okaz
kangura wielkiego, kYprego długość docho-
dzi do 3 metrów, a waga do 150 kg.
Bardzo ciekawym przedstawicielem fauny
australijskiej jest kolczatka. Osobliwość jej
polega na tym, że składa ona jajka nieduże,
wielkości jaja wróbla, które nosi przez pe-
wien czas w fałdzie skórnej na brzuchu,
a po wykluciu młode żywią się mlekiem mat-
ki. Ciało jej, dochodzące do l/t metra dłu-
gości, pokryte jest kolcami jak u jeża,
szczęki są wydłużone na kształt dzioba, nie
posiada ona zębów ani uszu zewnętrznych.
Nogi, uzbrojone w silne pazury, służą do
rozgrzebywania mrowisk, w których zanu-
rza ona swój długi język chwytając nań
mrówki, główne jej pożywienie.
Pod pewnymi względami podobny do kol-
czatki jest dziobak. Też składa jajka, małe
jego karmią się mlekiem matki, ale mimo to
różni się od niej bardzo. Pokryty gęstym,
krótkim futrem jak wydra, dziób ma podob-
ny do kaczki, co mu ułatwia żerowanie
w mule; ogon płaski i krótki służy mu za
wiosło; palce nóg są spięte płetwami podob-
nie, jak kacze; głowa łączy się bezpośrednio
z tułowiem bez szyi. Prowadzi on inny tryb
życia niż kolczatka, raczej wodny; na lądzie
porusza się niedołężnie z powodu krótkich
kończyn. 2ywi się mięczakami, owadami
i robakami. Pod wodą kopie sobie kilku-
nastometrowe nory, do których wiodą dłu-
gie korytarze. Zamieszkuje Tasmanię i Au-
stralię południowo-wschodnią.
W Australii spotyka się też dziwaczne
gatunki ryb dwudysznych, odznaczających
się osobliwym pęcherzem pławnym. który
służy do oddychania powietrzem atmosfe-
195
BASF
NNY'
96. MOKRE NIESPODZIANKI
znajdują-
ł
197
Czarnymi ,,kroplami" za-
znaczono obszary na któ-
rych opad roczny wynosi
ponad 500 mm
BASEN
R/A
SEN^ClĄ
Charakterystyczne dla Australii kangury
rycznym; niezależnie od tego, ryby te po-
siadają dobrze rozwinięte skrzela. Przeby-
wają one w błotach i bagnach, a ich budowa
stanowi doskonałą ochronę na czas suszy.
W Australii żyje dziki pies — dingo. Przy-
wędrował on prawdopodobnie wraz z pierw-
szymi przybyszami dziesiątki tysięcy lat te-
mu. Przez długi czas oswojony dingo był
przyjacielem tubylców, dopiero z przyby-
ciem białego człowieka, który zajął ich te-
reny, uciekł w stepy i zdziczał.
Rzeki zasilane wodami wypływającymi
spod. śniegów Alp Australijskich, jak na
przykład Hunter [czytaj: hanter] czy Rzeka
Śnieżna, mają w zasadzie wodę przez cały
rok. Inne natomiast są rzekami raczej z na-
zwy.
Owszem, zapowiadają się wcale wcale tuż
przy źródle, zapowiadają się wręcz interesu-
jąco — ale potem tracą na świetności, niby
zbyt gorliwie reklamowane talenty. Wędru-
196
Z ptaków zasługuje na uwagę: kazuar
i krótkoskrzydły szybkobiegacz emu, któ-
re są nieco mniejsze od strusia, oraz ptaki
rajskie lirogony, kakadu i inne rodzaje
papug.
Na północy występuje aligator podobny
do krokodyla, aczkolwiek znacznie mniejszy
od niego; wszędzie spotyka się żmije i jasz-
czurki — goanna.
Piotr Modrak: W krainie
kangura. Warszawa
PZWS, s. 30—32.
jąc poprzez Australię raz po raz spoty
idealnie suche dolinki, obramowane^
wyraźnie szpalerem drzew. A to J .gC
ka — informował mnie usłużny rnieSZsjoV/o.
tych stron. Musiałem wierzyć mu nai
Sam wielki Darling, mający 245 na
gości — też latem rozdziela swe
odrębne jeziorka i stawki, usta je nur uaCjj
Dla pełnego obrazu niewesołej sa
muszę dodać, że niespodzianki z
= -140-
KoJ.oroica
zachód
BASEN PIRIE
0 400 km
I----------1
- TORRENSY,
Ba^OXLEYŚ^
AS EN WSCff
gippslandu^
także i w kierunku odwrotnym... W roku
1911 w jednym tylko dniu spad o
Douglas [czytaj: daglas] 800 mm deszczu,
więcpj niż wynosi roczna przecię
całej Polski. Gwałtowne powodzie są
samą klęską Australii jak uporczywe na
Regularne opady, po prostu ta i es
który można liczyć — występuje
wschodzie i północnym wscho zie
Ponad jedna trzecia lądu obywa się
opadu rocznego lub jeszcze bar ziej . ..
deszczykiem, podczas gdy rolnic wo' _
runkach australijskich musi opadu
ną ,,dostawę" co najmniej
r<?nie' • ,» suche" tereny pow-
inna sprawa, ze i te ..suc wodnymi.
żonę są nad wielkimi zasobama
Mowa o wodach artezyjskie dwiema
gruntowych, zamkniętych mię Y ...
nieprzepuszczalnymi warstwami
cych się pod ciśnieniem. Wypływają one sa-
moczynnie na powierzchnię ziemi po prze-
wierceniu otworu w warstwie górnej — je-
żeli ciśnienie jest dość wysokie. W przeciw-
nym razie, nie dojdą do powierzchni ziemi.
W Australii ta woda artezyjska ma co praw-
da zawartość siarki, ale umożliwia hodowlę
bydła w tych rejonach, które inaczej byłyby
w ogóle bezużyteczne. Nie można natomiast
używać tej wody do nawadniania gruntów
uprawnych, gdyż zniszczyłaby zasiewy. —
Czasem woda artezyjska dostępna jest na
kilka metrów pod powierzchnią ziemi, cza-
sem trzeba wiercić do głębokości 2 tysięcy
metrów. Z tych głębokich wierceń wydoby-
wa się wodę mającą do 80 stopni Celsjusza.
Są nawet źródła, z których tryska wrzątek.
Lucjan Wolanowski: Poczta
do Nigdy-Nlgdy. Warszawa
1968, Czytelnik, s. 91—92.
91 |ABY NIE ZOSTAĆ W TYLE)
wysor
tego leku w USA
- , Nic
gOSDC>da:'
N.*o.'!n3i gospodarka wkracza do Australii od wybrzeży — pustynne wnętrze
!«•! es me słabo zagospodarowane
u.
Lucjan Wolanowski Pociła
do Nlgdy-Nlgdy Wantawa
1968, Czytelnik » SS-M
i I w wielu dziedzinach życia Australia
utr7vmułe się na wyżynach standardu swia-
t owego Ze jednak i tu teoria ’ najwspamab
szych kłamstw' nie traci znaczenia, więc wy-
pada podać ze jest to kraj, gdzie najpierw
wy rabiano samoloty i silniki lotnicze a do-
piero potem samochody. A więc odwrotnie
mz w innych stronach naszego globu. In-
sulinę zaczęto produkować w Australii
w 1923 roku, czyli zaledwie w rok potem,
jak Banting i jego zespół po raz pierwszy
zaaplikowali ją człowiekowi w Kanadzie.
Jednym z ojców penicyliny byl Australij-
czyk Howard Florey Antybiotyk ten zaczęto
wyrabiać w Australii i juz w 1944 roku do-
starczono go żołnierzom australijskim na
froncie — minął wtedy zaledwie rok od pod-
jęcia masowej produkcji
198
Były to osiągnięcia o pierwszorzędnym zna-
czeniu.
Australijczycy wyhodowali lepsze owoce
lepszą pszenicę i lepszą trzcinę cukrowi
Kiedy w krajach tropikalnych przy uPra^
trzciny cukrowej pracowała tania siła r0
cza. a uzyskany cukier eksportowano
krajów o wysokiej stopie życiowTej — w
stralii porządek rzeczy odwrócono.
pikalnej części wielkiego lądu zyjący
brobvcie farmerzy pochodzenia eur%Ij.
skiego produkują cukier, który często
duje drogę na rynki krajów o znacznie
szej stopie życiowej niż Austra ia^ar.
w tym z sił nadprzyrodzonych ^°Liral '
ka nie zna mistycyzmu Po prostu a -
ski przemysł cukrowniczy. z
poznałem się w Queensland Jest
^echanizowany. Niemal od zarania uważ-
nie słuchał rad naukowców, opracowujących
najlepsze metody produkcji 1 dobierających
odpowiednie gatunki trzciny cukrowej. Mo-
że więc oferować ceny konkurencyjne na
rynkach światowych.
Australijczycy najpierw mieli rafinerie
nafty, potem dopiero dokopali się do źródeł
ropy naftowej Najpierw zbudowali hutę
aluminium a potem odkryli złoża surowca,
pasujące doskonale do tych wcześniejszych
inwestycji. Wielkie złoża miedzi dostali ni-
by tytułem premii, kiedy eksploatowali
kopalnie ołowiu i cynku. Przemysł, który
w 1941 roku wyprodukował pierwszy samo-
chód. teraz wyrabia wszystko — od lodówek
do statków handlowych, dziewięćset no-
wych fabryk powstaje tam rocznie. W eks-
porcie Australia zajmuje dwunaste miejsce
w skali światowej. Jest największym ekspor-
terem na świecie wełny i ołowiu, drugim
na liście eksporterem cukru, mięsa i cynku,
trzecim — pszenicy. Ponad 15 procent eks-
portu — to już nie surowce, ale artykuły
przemysłowe. Produkcja minerałów pewnie
do roku 1970 zdystansuje dawny produkt —
wełnę, jako główne źródło dochodów, i przy-
nosić będzie miliard dolarów rocznie.
Kraj ten ma na swych pastwiskach 175
milionów owiec i 19 milionów sztuk bydła,
alt* specjaliści studiujący te zagadnienia są
zdania, że można by tam hodować 450 milio-
nów owiec i 85 milionów sztuk bydła Po-
wrócimy jeszcze do tych spraw w dalszych
partiach książki, przedstawiając blaski i cie-
nie Australii. Osiągnięcia tego kraju w róż-
nych dziedzinach są jednak bezsporne Może
powiodło się im nie dlatego, że mają dużo
słońca j dużo Jadła, ale że tak wiele musiell
zdziałać, aby nie zostać w tyle w naszym
stale spieszącym się świecie. Chcieli nadą-
2yć za innymi a mieli tyle do zrobienia,
uparli się, że garstka ludzi podbije cały kon-
tynent. I w krótkim czasie zbudowali cywi-
1’zację na pustkowi
Kopalni* mi<?d7i w
Mount-Isa w stan^ Quer*»iland
Wv|3i bydła * Nowej Południowej Wali.
w YABBA I PEDAIA
W Charleville (czytaj: szarlwil], małym
sennym miasteczku, gdzie jestem od dwóch
dni. przybyszowi wychodzi naprzeciw Au-
stralia wielkich pastwisk. Australia samot-
ności. Australia pionierów. Trudno się sprze-
czać. czy prawdziwa" Australia to właśnie
Sydney x jego bankami i międzynarodową
dzielnicą, gdzie przez całą noc przelewa się
ulicami tłum mówiący wszystkimi językami
świata, a kolorowe neony wabią przechod-
niów do małych knajp, podających chyba
wszystko, co tylko kucharze wymyślili od
Brestu do Władvwostoku i od Nowego Jor-
ku az po Los Angeles. Ja odnalazłeś serce
tego kraju bijące mocno także w takich ma-
łych osadach, gdzie wszystko nastawione
jest na hodowlę owiec w
Australijczycy są latającym narodem.
Kraj, którego ludność liczy zaledwie jedną
trzecią ludności Polski, ale za to rozmiesz-
czona jest na terenie ponad dwudziestokrot-
nie większym niż nasz kraj — używa samo-
lotu na co dzień. Sześćset lotnisk ma Au-
stralia. z czego pięć międzynarodowych,
a samoloty — jak się miałem przekonać na
własne oczy — mogą lądować nie tylko na
lotnisku.. W Queenslandzie australijski
problem ..wiele przestrzeni — mało ludzi"
widać szczególnie ostro. Stan ten, którego
zdjęciu transport chorego do
Transport lotniczy oddaje nieocenione usługi w ży-
ciu codziennym Na zdjęciu transport chorego do
szpitala
niemal
sześciokrotnie
powierzchnia
większa niż cala Polska, zamieszkuje" ?n
tysięcy mężczyzn i 682 tysiące kobiet, czyn
że ludność tego kolosa jest znacznie mnie
liczna niż u nas w wielu województwach.
Ważne jest jeszcze i to, że sama stolica sta-
nu — Brisbane skupia ponad jedną trzecią
całej ludności Queenslandu. p
Queensland hoduje owce i bydło. Gospo-
darstwa—kolosy rozrzucone są na stepie, i
odległości kilkudziesięciu kilometrów mię-
dzy zabudowaniami mieszkalnymi poszcze-
gólnych farm — nie są tu niczym nadzwy-
czajnym. Samotność na bezkresnych prze-
strzeniach jest więc nieodłączna od austra-
lijskiego stylu życia — jeżeli opuścimy wiel-
kie miasta i ruszymy na pastwiska, gdzie
miliony owiec pożywiają się w skupieniu,
aby dostarczyć na czas wełnę najlepszego
gatunku krawcom całego świata. j
Dawniej wypadek na tym bezludziu koń- I
czył się niemal zawsze katastrofą. Owszem,
gdy na farmie ktoś zachorował, natychmiast
wtykano w rozłupany z jednej strony kij
zwany przez tubylców „yabba" wiadomość
o chorobie. Pałeczka ta była przekazywana
do miasteczka systemem sztafetowym, bie-
gacz lub jeździec na galopującym koniu
przenosił ją szybko i jeżeli udało się zastać
lekarza w miasteczku i znaleźć dlań wierz-
chowca, to często już po kilku dniach nad
chodziła pomoc. Ale gdy był to atak serca
czy też choroba wymagająca szybkiej op
racji, wtedy naturalnie było za późno-
re kroniki australijskie notowały dramat}
na stepie, gdy tylko kula pistoletu druha cz^
krewniaka mogła skrócić męki samotneg
wędrowca, myśliwca czy pasterza,
ciężko zaniemógł w tych stronach, zw
potocznie Krainą Nigdy-Nigdy.
• Alp
Radio zmieniło nieco sytuację- A
kie farmy nie mogły używać radiostacji
teryjnych, brak było możliwości łado"^^
i przechowywania czy dowozu akum _
rów. Dopiero Alfred Traeger z A e
wprowadził radiostacje, do których prąd
dostarczano pedałując. To rowerowe urzą-
dzenie wzbogaciło nie tylko australijską
Wielką Samotność, ale i weszło do słowni-
ctwa. „Pedałować przez płot" to znaczy, że
pani domu ma wolną chwilę, siada przy na-
dajniku i wymienia recepty kuchenne lub
ploteczki z sąsiadką oddaloną o 200 km.
Wszyscy się w tych stronach „radiowo"
znają, a więc nie odmawia się nikomu drob-
nych uprzejmości. Lokalna radiostacja prze-
rywa na chwilę muzykę, aby zawiadomić
pana McNab, że na kartce zakupów żona za-
pomniała wpisać sól. Pan McNab, który ja-
dąc przez bezdroża terenowym wozem natu-
ralnie słucha radia, zaraz zawraca do osady,
aby uzupełnić zakupy. Nabywa torbę soli
i zadowolony z siebie rusza w drogę do do-
mu. Co by to było, gdyby musiał zawracać
już sprzed domostwa, przecież te setki kilo-
metrów w jedną stronę na taki upal, to jed-
nak nie byle co...
99. KLASA BEZ ŚCIAN
Jest to chyba największa izba szkolna
świata. Liczy sobie mianowicie - njo_
kilometrów kwadratowych, ta . ocje
wie nie siedzą w zbytnie) c asn«K
klasa nie ma ścian. Wychowankowie sie<M
w swych domach rOT"UC°n^ loProozna na
wiu. Gdy się nie odzywają ’
pewno powiedzieć, ze cho 11
bardzo punktualni, boleśnie o czu, *4njkU-
ją nieobecność przy odbiorniku >
Gdy zbliża się godzina lekcji, pę •
po kilkanaście kilometrów na sp>en >
koniu, jeżeli akurat w buszu P^c°jub
przy pędzeniu wielkiego sta a
ścigali stado kangurów albo psa rO.
Całe to przedsięwzięcie zaczę o __
ku 1949 - opowiada dalej pani Maho
z inicjatywy nieżyjącej juz P zrealizo-
lajdy Miethke. Jej pomysł próby
wany w rok później, KieuY i
Czasem usta ją plotki i sprawy błahe, słu-
chacz włącza się mimo woli w tragedię pu-
styni. Oto koń, na którym Joe pojechał
przed dwoma dniami, aby sprawdzić studnię
artezyjską, wrócił przed pól godziną do
swej zagrody. Niósł siodło, ale bez jeźdźca.
Wzywa się sąsiadów’, aby śpieszyli z pomo-
cą. Pan Smith proszony jest, aby wraz ze
swymi synami przetrząsnął szlaki koło Czar-
ciej Rozpadliny, pan Donovan zechce udać
się na skrzyżowanie Wielbłądziego Szlaku
z „Asfaltem", wuj David niech zaraz śpieszy
w stronę tej studni, dokąd już teraz galo-
pują trzej bracia zaginionego Pani O'Hara
proszona jest o przygotowanie czterech no-
clegów' i posiłków dla grupy ratowniczej
która dotrze do jej gospodarstwa tuż przed
zmrokiem. Może znajdą się też u niej jakieś
nosze?
Lucjan WolanowsLl: Poczta
do Nigdy-Nigdy. Warszawa
1968. Czytelnik, s. 127—129.
Lekcja śpiewu przez radio
201
200
nadano szereg audycji doświadczalnych.
8 czerwca 1951 roku poszła w eter pierwsza
lekcja planowa, dziś zaś „Szkoła Radiowa
jest dla wszystkich oczywistością.
Czy można sobie bowiem wyobrazić, że
w nowoczesnym kraju pozostaną poza
oświatą dzieci, które mają mieć w życiu co-
dziennym do czynienia z techniką? Czy
z drugiej strony można sobie wyobrazić, że
rodzina farmera, mieszkająca na tym odlu-
dziu może sobie zorganizować nauczyciela
względnie zespół nauczycieli dla swoich
dzieci?
Katedra nauczyciela stoi w studio klima-
tyzowanym, bowiem w Alice Springs upał
daje się bardzo we znaki. Jak w każdym
studio radiowym, panuje tam głęboka cisza.
Stoi tam fortepian, używany do akompania-
100. NOWA ZELANDIA KRAJ NA ANTYPODACH
NA DRUGIM KOŃCU ŚWIATA
[...] samolot jest już gotów do dalszego
lotu. Wnet ruszamy w drogę. Wkrótce po
starcie przelatujemy nad Cieśniną Cooka
[czytaj: kuka], a dalej nad krajem postrzę-
pionych wysepe i górzystych półwyspów,
sięgających wysokości 500—900 m n.p.m.
Krajobraz Wyspy Południowej staje się
jeszcze bardziej górski aniżeli Wyspy Pół-
nocnej.
Mijamy północne odgałęzienia Alp Połu-
dniowych. Dalej ku południo-zachodowi roz-
ciąga się główny grzbiet tych gór, od któ-
rego rozchodzą się szeregi pasm górskich
i mniejszych wzgórz, przeważnie pokrytych
lasami. W centralnej części Alp Południo-
wych, nad którą przelatujemy, góry i grzbie-
ty górskie pokryte wiecznym śniegiem i lo-
dowcami zwierają się, a kotliny śródgórskie
obrzeżone stromo opadającymi zboczami
gór stają się małe i wąskie. Najwyższym
zespołów
mentu przy ćwiczeniach zespołów Chó
nych; tak jest, nauczycielka podaje m ] '*
i uczy słów, zaś każde dziecko objęte
czaniem na tym olbrzymim terenie 0 ,nau’
sobie w swojej samotni... Dzieci maja i
i swój teatr szkolny, nadający słuchów/
Mianowicie radiowi aktorzy przecho/
z odbioru na nadawanie i włączają Sję
jedną falę. Wykonawców poszczególny^
ról dzieli czasem i tysiąc kilometrów -i
czy ich jedna klasa szkolna, jakkolwiek m
gdy nie oglądają się nawzajem i jest bardzo
niewielka szansa, że ujrzą się kiedykolwiek
Egzaminy doroczne składają bowiem przed
komisjami w najbliższych od swych gospo.
darstw miastach.
Lucjan Wolanowski; Pociła
do Nigdy-Nigdy. Warszawa
1968, Czytelnik s. 124—125,
punktem tego alpejskiego kraju jest, maje-
statycznie wznosząca się do wysokości
3764 m n.p.m., Góra Cooka, którą otacza co
najmniej 20 innych szczytów sięgających
powyżej 2400 m n.p.m.
Dalej mijamy liczne jeziora, o charakte-
rystycznym wydłużonym kształcie, głęboko
wciśnięte w obszar górski. Wśród nich naj
większe jest Te Anau, a najdłuższe Wakat'
pu (prawie 100 km). Jeziora te powsta^
w wyniku żłobiącej działalności j^zor0^
lodowcowych, spływających ze zlodowa
nego dawniej obszaru Alp Południowyc.
Właśnie minęliśmy, otoczony .innym*.
dowcami, lodowiec Tasmana, t nad
ciągnie się na długości 29 km. Prze°hsij-
Alpami Południowymi ukazuje nalT1.\
rowy i niedostępny charakter Najmz
żona przełęcz leży tu na wYsojcoSC^en nie-
n.p.m., inne biegną znacznie wyzeh ąsjęjrni
dostępny obszar górski pocięty jes ^oczach
dolinami rzecznymi o stromych
Nowa Zelandia
Spływają po nich spienione wody potoków
górskich, wijąc się wśród głazów, żwirowisk
i urwisk skalnych.
Ale oto zbliżamy się do celu wycieczki, do
Fiordu Milford. Samolot nasz nie może jesz-
cze lądować. Lecimy więc dalej zataczając
wielkie koło, wzdłuż wąskich, głęboko wrzy-
nających się w ląd zatoczek. Są to hor y-
podobne do tych, które znajdują się w i or
Wegu. Powstały one, podobnie jak jezio
w wyniku żłobiącej działalności jęzorów lo-
dowcowych, ale spływających bezpośrednio
do Morza Tasmana. [-I
WYCIECZKA W KRAINĘ PLUTONA*
Środkowa część Wyspy Północne] jest
rozległą wyżyną wulkaniczną, zbudowaną
z zastygłej lawy, popiołu i bomb wulkanicz-
nych różnej wielkości. W wielu miejscach
203
202
Wieśniacy wykorzystują gorące źródła do prania
bielizny
tego obszaru ziemia drży pod nogami, w in-
nych wydostają się z jej wnętrza kłęby dy-
mu, pary wodnej i gazów. W jeszcze innych
miejscach woda wrze i bulgoce lub wyrzu-
cana jest w górę na znaczne wysokości, jak
w silnych fontannach. Występują tu potęż-
ne stożki wulkaniczne, z których trzy —
Ruapehu, Ngauruhoe i Tarawera — to wul-
kany czynne.
Ciągną się one wzdłuż linii głębokich spę-
kań, które wytworzyły się w czasie... ru-
chów górotwórczych w okresie kredo-
wym ery mezozoicznej (jeden z okresów
średniowiecznej ery dziejów Ziemi). Wy-
rzucone wówczas na powierzchnię olbrzy-
mie ilości law wulkanicznych zastygając,
utworzyły charakterystyczne stożki wul-
kaniczne wysoko wzniesione ponad po-
wierzchnię ziemi. Parcie mas skalnych z głę-
bi ziemi na powierzchnię spowodował
nież podniesienie całego centralnego ob°W'
ru Wyspy Północnej, który do dziś gó*23
ponad pozostałymi obszarami. Snpkan; rUjc
i • • Fs^ania sko.
rupy ziemskiej na obszarze Nowej Ze]
powoli jednak zacierają się; zaczyna tei ''
mierać i działalność wulkaniczna. W tei k^
cowej fazie zamierania wulkanizmu istn^
ją jeszcze zjawiska powulkaniczne — gej
ry, gorące źródła, wyziewy gazów.
[KAHIKATEA I TUATARA]
Roślinność Wyspy Północnej składa się
przeważnie z gatunków podzwrotnikowych,
a Wyspy Południowej z gatunków strefy
umiarkowanej. Ze względu jednak na gó-
rzystość Nowej Zelandii i warunki klima-
tyczne, gatunki podzwrotnikowe na tere-
nach nizinnych przenikają daleko na połud-
nie, natomiast gatunki strefy umiarkowanej
na terenach górzystych — daleko na północ.
Najbardziej interesującym drzewem pół-
wyspu Auckland jest gigantyczna sosna ka-
uri o wysokości około 50 m i średnicy pnia
do 3 m. Lasy kauriowe zostały wytrzebione,
zaś ich resztki chronione są w rezerwatach.
Innym drzewem miejscowym jest kahikalea,
podobna do cyprysów, ale posiadająca czer-
wone jagody. Rośnie ona gęsto wśród in-
•
nych drzew, splątana lianami i pnączami.
Drzewo rata ma drobne nasiona, które
często dostają się do kory pobliskich drze^
i tam rozwijają się wypuszczając korzenie
sięgające do ziemi. Rośnie ono szybko, oph
tując drzewo macierzyste splotem 9a^zl
i korzeni. Drzewa takie nazywamy epif>la
mi, tj. roślinami bytującymi na innych rosi
. . _1 \ A/ IU
niewys»-
wielkich pierzastyc
icz. drzewiaste paprocie, P
do naszych małych paproci, tylko
północ^'
Wyspie Południowej,
i korzeni. Drzewa takie nazywamy epiHta
mi, .u. _______ _J • w to-
nach, ale nie będącymi pasożytami,
warzystwie raty rośnie najczęściej --
ka palma nikau o '
ciach.
Częste są też
ne i
sze (do 3 m), o grubym pniu.
Świat zwierzęcy na Wyspie
podobnie jak
na
204
znacza się małą ilością gatunków ssaków,
natomiast występuje tu bogactwo ptaków,
a wśród nich papug. Dawniej żyły w Nowej
Zelandii olbrzymie ptaki-nieloty moa, do-
chodzące do 4 m wysokości. Podobne były
do afrykańskich strusi.
Na uwagę zasługuje gad podobny do jasz-
czurki — hatteńa (w języku maoryjskim
zwany tuatara); osiąga on długość pół metra.
Prowadzi nocny tryb życia, polując na drob-
ne zwierzątka i owady. Hatterie znajdują
się obecnie głównie w wellingtońskim ter-
rarium (odrutowane pomieszczenie do ho-
dowli drobnych zwierząt lądowych), gdzie
otoczone są pieczołowitą opieką. Podobne
gatunki do hatterii żyły dawniej w okresie
jurajskim (średniowieczny okres dziejów
Ziemi).
W skład flory Nowej Zelandii weszły
różne gatunki drzew europejskich, sprowa-
dzone przez Anglików: sosny, jodły, topole,
dęby, a nawet brzozy. Rosną one wszędzie
wśród drzew miejscowych.
Fauna Nowej Zelandii została również
wzbogacona przede wszystkim w różne ga-
tunki zwierząt domowych. Koloniści przy-
wieźli: owce, bydło rogate, konie, świnie,
*, króliki. Nadmierne rozmnażanie się
królików na wyspach zmusiło władze do ich
szerokiego odstrzału, podobnie jak to było
w Australii.
POZNAJEMY CHARAKTER GOSPODARKI KRAJU
[...] wyjeżdżamy autokarem z miasta Roto-
rua do systemu hydroelektrycznego, zbudo-
wanego poniżej jeziora Waikaremoana.
Droga wiedzie nas przez rozległe lasy
jodłowe i góry. Przecinamy je i zjeżdżamy
do hydroelektrowni Tuai. Wysoko nad na-
mi — jezioro Waikaremoana. Wody jeziora
spływają w dół, ujęte w potężne rurociągi
do górnej hydroelektrowni i utworzonego
przy niej sztucznego jeziora. Z kolei wody
tego sztucznego jeziora zasilają największą,
środkową hydroelektrownię Tuai. W po-
dobny sjx>sób, tymi samymi wodami jezio-
ra Waikaremoana, zasilana jest dolna elek-
trownia. Cały system opiera się tu na wy-
korzystaniu znacznego spadku wód jeziora
(450 m).
Wysokie spadki wód występują prawie
na wszystkich rzekach Nowej Zelandii. Gór-
ski charakter i pełnowodność tych rzek
Górska farma
Pola uprawne w okolicy Chrlstchurch
WYPRAWA PO ZŁOTE RUNO
wytwarza-
potrzebnej
dolnej farmy.
specjalnych zabiegów, pOza
z powietrza (za pomocą .
je do
maga
niem
i trzykrotnymi w ciągu roku oględni
stada, dla oddzielenia części na ubój dó
sprzyjają wykorzystaniu ich do
nia taniej energii elektrycznej,
krajowi dla rozwoju życia gospodarczego.
Na uwagę zasługuje jeszcze elektrownia...
nad jeziorem Taupo, która poruszana jest
stężoną parą wodną pobieraną z głębi ziemi
obszaru wulkanicznego.
Mr. Sheep posiada gospodarstwo składają-
ce się z 32 000 ha pastwisk (30 000 ha stano-
wią pastwiska górskie, a 2 000 ha to pa-
stwiska na farmie dolnej). Na farmie gór-
skiej owce nie schodzą z pastwisk przez ca-
ły rok, tylko w okresie mrozów spędza się
nie wy.
użYżnia.
S^olotu)
lami
strzyżenia i dla dokonania innych czynno^
hodowlanych. Wypasa się tam 10 000 owiec
Na zmeliorowanych pastwiskach dolnej
farmy zasiewa się soczyste trawy, koniczy.
nę, a na polach kukurydzę i rośliny korze-
niowe, przeważnie rzepak na karmę i ki-
szonki. Zbiory z tej farmy stanowią podsta-
wę dla żywienia zwierząt w okresie zimo-
wym, ale część tych zasiewów zjadają owce
również na pastwiskach. Łąki i pola podzie-
lone są na działki ogrodzóne płotkami
i siatkami z drutu. Takie grodzenie działek
potrzebne jest zarówno dla słusznej prakty-
ki wypasania owiec tylko na właściwych
działkach, jak i dla ochrony pól przed kró-
likami.
Owce na farmie Mr. Sheepa są krzyżów-
kami hiszpańskich merynosów, angielskich
linkolnów i romney'0-w. Są one odporne na
wilgoć, a przy tym dają dużo wysokowar-
tościowej wełny i smaczne mięso.
Górna farma zatrudnia 3 robotników, na-
tomiast dolna 7 robotników. Mogą oni po-
dołać dużej pracy, szczególnie na farmie
dolnej, ze względu na zmechanizowanie
prac i fachowe kierownictwo farmera Dla
bujniejszego wzrostu trawy sieje się oraz
użyżnia pastwiska rozpylaniem nawozów
sztucznych za pomocą samolotu. Ilość pra.
cy na farmie zwiększa się w okresie strzy^
żenią owiec. Całą tę pracę wykonują je na
ekipy wynajmowanych fachowych Pos^je
gaczy. Wędrują oni z północy na po
od jednej farmy do drugiej. Na górskiej
mie Mr. Sheepa pozostawia się owcom
wełny, gdyż na wysokich pastwiskac
rzęta trzeba chronić przed zimnem
Wyspie Północnej strzyże się °wC
skóry- [-] T
Mieczysław Je*®1 ‘ nfypj-
Zelandia kraj 1970,
dach. - 3O'31'
Część piąta
TAM GDZIE RZĄDZĄ LĄDOLODY
Uczeni od dawna już zwracali uwagę na
niewspółmierność wyników przypadkowych
i dorywczych wypraw polarnych mających
często sportowo-wyczynowy charakter,
z ponoszonymi ofiarami w ludziach i wydat-
kach. Jeszcze w 1875 roku austriacki badacz
polarny Karol Weyprecht w Grazu oświad-
czył, że międzynarodowy wyścig do biegu-
na jest nonsensem i że awanturnicze wypra-
wy pociągają za sobą olbrzymie koszty
i niszczą wiele istnień ludzkich, ale żle słu-
żą nauce. Wskazywał on jednocześnie, iż
jedynie stałe i planowe badania na skalę
międzynarodową za pomocą gęstej sieci
stałych stacji obserwacyjnych z zakresu
meteorologii i różnych dziedzin geofizyki
dadzą wartościowe wyniki.
Jakąż bowiem wartość mogły mieć
nP oderwane obserwacje dokonywane na-
prędce w czasie krótkiego kilkugodzinnego
pobytu na biegunie albo dokonywane w
wielkim pośpiechu w czasie uciążliwej dro-
za pomocą prymitywnych narzędzi, po-
nieważ wyruszając w drogę trzeba było li-
C2yć się 2 każdym kilogramem bagażu.
Rzecz jasna o stan ten nie można było
winić podróżników polarnych, którzy dla
jPrawy zbadania nieznanego kontynentu
dali z siebie wszystko, nie wyłączając na-
Wet życia. Błąd tkwił natomiast w braku
współpracy, koordynacji wysiłków i zbęd-
nym marnotrawstwem sił ludzkich
Apel Weyprechta został przyjęty w 1879
roku na międzynarodowej konferencji po-
larnej w Hamburgu. (...)
Postanowiono, że co 50 lat będzie organi-
zowany Międzynarodowy Rok Polarny, w
czasie którego różne państwa stworzą na
obszarach podbiegunowych siec stacji ba-
dawczych prowadzących równocześnie ob-
serwacje według z góry ustalonego planu.
•
Obecnie minęły czasy, gdy do walki
z surową przyrodą porywał się człowiek
prawie, że z gołymi rękami, gdy braki swej
wiedzy mógł zastąpić jedynie odwagą i nie-
złomną wolą ujarzmiania przyrody i pozna-
nia nieznanego. Dziś w walce z lodami, mo-
rzami i huraganami Antarktyki zmienił czło-
wiek kruchą, drewnianą łupinę żaglową na
potężny, stalowy, motorowy’ lodołamacz.
a powolne saneczki ciągnione przez psy -
na szybkie i mocne pojazdy gąsienicowe
i na jeszcze szybszy, nie znający przeszkód
samolot. Do walki o rozwiązanie ostatnich
zagadek Antarktydy rzucił człowiek całą
swą dotychczasową wiedzę ery atomowej,
u progu której dziś stoimy (Jacek Machow-
ski: „Problemy’’ 1956 nr I oraz Zdobywcy
Białego Igdu. Warszawa 1959, PZWS, s 455).
I
później w sierpniu
morzach pokrY'
2000
-1000
i
211
i
•w
*
U i
n.p.m
3000
wskazywały mi-
trzy dziesiąte
Piomersksjt . . .
powierzchni* i^doloou
czworo!^3
ifi Mart^
otaczające go oceany
Rozdział V
KRAJE POLARNE
101. OD GWIAZDY POLARNEJ
DO KRZYZA
POŁUDNIA
165
z Arktyką nie- ‘
porównania obu
Geografowie obeznani
ustannie przeprowadzali
obszarów podbiegunowych Ziemi. Różnic
jest wiele.
Punkt zwany geograficznym biegunem
północnym leży pośrodku Morza Arktyczne-
go pokrytego pływającą krą i polami lodo-
wymi. Głębie tego morza, o powierzchni po-
nad trzynaście milionów kilometrów kwa-
dratowych, przekraczają pięć tysięcy me-
trów.
Biegun południowy, zwany czasem ,wy-
sokim biegunem", znajduje się pośrodku
Antarktydy, na płaskowyżu wysokości pra-
wie trzech tysięcy metrów nad poziomem
morza. Przez lodowce tego najwyższego na
świecie kontynentu przebijają tu i ówdzie
łańcuchy górskie, których szczyty przekra-
czają sześć tysięcy metrów.
Rzecz niezmiernie ciekawa. Arktyka to
ocean o wielkich głębiach. Antarktyda to
ląd o wysokich szczytach. Jakby jakaś mo-
carna dłoń wyrwała ziemię z jednego krań-
ca naszej planety, by dołożyć na drugi.
Wewnątrz północnego koła polarnego, w
odległości dwa i pół tysiąca kilometrów od
bieguna, ponad milion ludzi mieszka w
osiedlach i dużych miastach: Murmańsku,
Narviku, Tromsó i wielu innych. Człowiek
żyje tam, uprawia ziemię, zbiera plony, ho-
210
duje bydło, pracuje w wielkich zakładach
przemysłowych, kopalniach i portach. Linie
kolei elektrycznych i autostrady docierają
w Związku Radzieckim, w Kanadzie czy na
Alasce do samych wybrzeży polarnych
mórz. W odległości niespełna tysiąca kilo-
metrów od bieguna na północnych wybrze-
żach Grenlandii złocą się latem maki polar-
ne, pasą stada wołów piżmowych, na które
polują zamieszkujący od setek lat te strony
Eskimosi. Na krach Morza Arktycznego tuż
pod biegunem można ujrzeć foki, białe
niedźwiedzie, a na wyspach i wybrzeżach
żyją wielkie stada renów, wilków, lisów
i innych zwierząt czworonożnych.
Południowe koło polarne przebiega we
wschodniej części Antarktydy po pustyń
nych obszarach, od milionów lat skutych o
dem. W zachodniej — po morzach pokry
tych prawie zawsze krą, trudną do s^rs®
wania nawet dla nowoczesnych stat o
Na Szóstym Kontynencie nie ma ś a^
życia. Nie zamieszkiwał go nigdy cz'oW^rO.
Latem tylko przy brzegach, na wąskim P
czy kilkunastokilometrowym pasie sp
można kilkanaście gatunków Pta °^wje
przybyszów, cztery odmiany 1
pingwinów. Ani jednego
Wszystkie te zwierzęta żywi nie
Kontynent, lecz
których kipi życie. Gdy ustaną sztormowe
i huraganowe wichry, nad lodowym pustko-
wiem zalega cisza, jakiej nie zna żaden inny
kontynent na naszej planecie. Nie darmo
Antarktydę zwą Lądem Milczenia lub Lą-
dem Wielkiej Ciszy.
Na północnym biegunie geograficznym
w środku zimy temperatura powietrza
rzadko spada poniżej czterdziestu pięciu
stopni.
Na południowym biegunie, w sierpniu
1958 roku, zanotowano minus siedemdzie-
siąt osiem. Nie jest to jednak rekordowa
temperatura Lodowego Kontynentu. W tym
samym czasie w stacji „Wostok", założonej
w odległości tysiąca pięciuset kilometrów
°d wybrzeża, na wysokości trzech i pół ty
siąca metrów termometry
nus osiemdziesiąt siedem
stopnia. W dwa lata
1960 roku zarejestrowano w tej samej stacji
najniższą na powierzchni kuli ziemskiej
temperaturę: minus osiemdziesiąt osiem
i trzy dziesiąte stopnia.
W większym jeszcze stopniu nieporówny-
walne są ilości lodu zgromadzone wokół obu
1000
Mirnyj
0
400 km
podło/e skalna
(przypuszczalnie)
Przypuszczalna grubość pokrywy lodowej na odcin-
ku Mimyj-Pionierskaja
biegunów Ziemi Antarktyda zawładnęła
mm prawie niepodzielnie. Tylko dziesięć
procent ..białego minerału" znajduje się po-
za Szóstym Kontynentem. Są to lody pokry-
wające Morze Arktyczne, Grenlandię oraz
wszystkie lodowce górskie świata.
Pancerz lodowy Antarktydy osiągnął
astronomiczne niemal wymiary. [...] Średnia
grubość pokrywy lodowej w środkowej
części Antarktydy przekracza według ostat-
nich danych trzy kilometry.
Gdvby roztopić lód pokrywający Antark-
tydę poziom wody we wszystkich oceanach
°d sze^.
Wrfc.
s‘<i zarVi
i morzach świata podniósłby się
dziesięciu do siedemdziesięciu
znikłoby wiele wysp, zmieniłby
brzegów wszystkich kontynentów 'ę'*
nam to grozi w chwili obecnej? Raczej
Pokrywa Antarktydy „ścienlała" o prze^
trzysta metrów w ciągu ostatnich... dzi^
ciu tysięcy lat. Mieszkańcy Pomorza mogą
więc spać spokojnie.
Alina i Czesław CentkieA
czowie: Kierunek Aniarkh.
da. Warszawa 1961,
s. 89—95. T
ItZ GÓRY LODOWE
Pływające kolosy, wielkie czasem jak
wyspy. rodzą się z lodu kontynentalnego.
Niektóre lodowce Antarktydy z głębi lądu
potężnymi strumieniami spływają ku brze-
gom W swej powolnej wędrówce zapełnia-
ją doliny, przelewają się przez łańcuchy gór-
skie i nie zatrzymując się na krawędziach
brzegu, pełzną dalej po jego zatopionej
części zwanej szelfem kontynentalnym
W miarę jak zapada się on coraz głębiej w
morze lód utrzymuje się na powierzchni
wody zajmując czasem olbrzymie przestrze-
nie.
Dotychczas odkryto na Szóstym Konty-
nencie dwanaście takich lodowców zwa-
nych szelfowymi, o łącznej powierzchni pra-
wie miliona kilometrów kwadratowych.
Objętość ich przewyższa objętość całego
lodu morskiego pływającego po Morzu
Arktycznym.
Największym na świecie lodowcem szel-
fowym jest lodowiec Rossa o powierzchni
przekraczającej pół miliona kilometrów
kwadratowych Lima czoła lodowca zwana
barierą ciągnie się na przestrzeni ponad
ośmiuset kilometrów Barierą nazwał je pod-
różnik angielski Ross, w chwili gdy zagro-
i mniejszych iceber-
Naiwiększy z tych lodowych „okruchów1
• - “ — —- “f człowiek
liczy! trzysta kilometrów' długości i
dzda mu niespodziewanie dalszą drogę na
południe. Bariera Rossa wznosi się na wy- I
sokość od kilku do stu metrów nad pozio-
mem morza. Cały lodowiec, jak stwierdzono
ostatnio, leży na wodzie, w paru tylko
punktach wsparty o niewielkie skaliste wy- |
sepki i mielizny. Ten potężnych rozmiarów
„placek" średniej grubości trzystu metrów
wykrusza się nieustannie. Jak prawie cala
linia brzegowa Antarktydy, jest on kolebką
„pływających wysp” i mniejszych iceber |
gów [gór lodowych, czytaj: ajsbergi]
Największy z tych lodowych „okruch ,
zaobserwowany niedawno przez czlow I
liczył trzysta kilometrów długości I l
dzieści szerokości Ponad wodą
prostopadle w górę dziesięciopiętroM *
ną. Gdyby tego lodowego kolosa *
z morza, mierzyłby około osiemdz*^’^
pięter. Topniejąc daje tyle słodkiej *
ile Wisła wtacza do Bałtyku " c!£^
dwudziestu.
Jedne góry odpływają od maC'erZ^rótX!
lodowca w ciszy, słychac zaled^'1
suchy trzask, jakby złamała się ^)naji
przy akompaniamencie huku Pr/vpQ|ęt)O^
cego salwy najcięższej artylerii-
212
osiadłe w oceanie, gnane podwodnymi prą-
dami morskimi, majestatyczne, dostojne,
suną powoli na północ, ku zagładzie.
Niesamowite wrażenie sprawia podczas
silnej burzy biały olbrzym płynący pod
"iatr. Jak dziób okrętu-widma rozbija krę
Pozostawiając na swej drodze ciemny ślad
"olny od lodu Siad ten zwany „cieniem"
Jteberga, wykorzystują często polarni ma
rynarze.
Zdarza się, ze góry lodowe uparcie suną
Za statkiem. Przed kilkunastu laty w Zato-
C(? Wielorybiej na Morzu Rossa jedna z nich
Zablokowała cztery okręty wyprawy amery-
Qóskiej. Stanęła u wejścia zatoki zamyka-
jedyną drogę odwrotu. Przez trzydzieści
godzin załogi żyły pod groźbą zagłady
10 pomogłyby ani stalowe burty, ani ty-
siące koni mechanicznych zawarte w silni-
kach, gdyby te miliony ton ruszyły naprzód
przypierając okręty do czół otaczających
lodowców.
W powietrzu panował spokój niezmącony
żadnym podmuchem naraz góra lodowa,
bez najmniejszej wydawałoby się przyczy-
ny, w absolutnej ciszy, ruszyła powoli w
Powsin" ^ ph*«u4cych lodowym
213
powrotny drogę na pcln} ocean Ludne
odetchnęli i ulgą
2vwot icebergów jest na ogół krótki, trwa
kilka najwyżej lat Drąży je bez ustanku
fala, topią promienie słońca, żłobią wiatry,
rrjsa lodu zarta od spodu przez cieplejsze
woch traci z czasem równowagę, przechyla
103 ZORZA POLARNA
Pojawienie się zorzy polarnej przypadło
na marzec. Zjawisko to tak często opisywa-
no, ze może uchodzić za banalne. Wywoła-
ne jest jonizacją górnych warstw atmosfe-
ry. Nie mogłem nigdy patrzeć na nie bez
wzruszenia Pewnej nocy Jakub, wyszedł-
szy po lód. pospiesznie wrócił i powiedział:
Się i przewraca z hukiem
niebezpieczne chwile dla
nie oy
w florze.
dal statków, nawet tydi^**5
nych, zaopatrzonych w magiczne oko*^
AJina i C2esław
czowie: Kierunek ^
da-Warszawa 19^**?
s. 92—94. ,96ł.
— Chodźcie zobaczyć! Zorza, do pior.
na! — Wyszliśmy wszyscy, a widok od"i
nam mowę. Cały nieboskłon od wschodu do
zachodu był zaciągnięty draperią, wznosi !
cą się aż do zenitu i opadającą ruchomymi (
fałdami. Ta jarząca masa mieniła się w nie. I
skończoność odcieniami zieleni i złota. Chw? !
i tiulowe we-
cerek. jaskrawo oświetlone z rampy
lam i
,ony
,-yglądało to na zastygłe
‘ liołu do góry. Można sobie również wy-
brazić główny żagiel starożytnego okrętu
naqle opuszczony przez wiatr i zwijający się
‘ podobieństwo organowych piszczałek.
Właściwość jarzeniowa całości jest niepo-
równywalna, jedyna. To nie jest fluorescen-
cja ani tez rozbłyski cekinów na tkaninie.
Wyda je się, że światło płynie z samego two-
rzywa, ale nie jest lśniące, raczej rozproszo-
ne i bardzo intensywne. Przychodzą na myśl
świetliste aureole na płótnach mistrzów Od-
jedzenia. W ogóle to okazałe obicie, którym
pokryte jest niebo wydaje się trwałe. Wy-
starczy jednak zamknąć na chwilę oczy, ęby
spostrzec, że jego budowa jest płynna, że
olbrzymie fałdy zmieniają miejsce. Dwu-
czy trzykrotnie mieliśmy sposobność oglą-
dać całą zorzę w pełnym ruchu, ogarniętą
niezmiernie szybkim falowaniem. Można by
powiedzieć, że niebo ożyło. Raz jeden wy-
dało się, ze odcień żółtozielony właściwy
zorzom południowym, oglądanym stąd, prze-
obraża się w różowy. Piękność tego zjawi-
ska pozostaje w skali wielkości krajobrazu,
jego pustki i jego smętku.
Dla Lepmeuz (czytaj: iepinoj emocja spo-
wodowana tym naturalnym zjawiskiem cza-
rodziejskim nie była pozbawiona posmaku
niepokoju. W istocie doświadczenie wyka-
zało, że nazajutrz po zgadnięciu zorzy łącz-
ność radiotelegraficzna stawała się niemo-
żliwa z powodu stałych zakłóceń. Przyczyna
tej przykrości jest dobrze znana: zorzę wy-
wołują znaczne zmiany zachodzące w gór-
nych warstwach atmosfery, w jonosferze.
Na warstwach tych załamują się krótkie fa-
le radiowe, którymi posługujemy się w cza-
sie emisji.
Mano Manet: Siedmiu ludzi
wir ód piegwinów. Tłum.
M Zakrzewili. Warszawa
__ 1958. Iskrv, s. 102—103.
104. {BIAŁO-CZERWONA FLAGA NAD OAZĄ BUNGERAJ
Pewnego letniego dnia 1947 r. przy
wschodnich brzegach Antarktydy ze statku
-lotniskowca wyprawy admirała Byrda star
tował samolot wywiadowczy. Pilot długo
krążył w powietrzu. Całe godziny. Od dwu
prawne miesięcy przeprowadzając loty ba
dawcze, nie widział nic prócz bieli. Ot, choć
wolne od lodu obszary’. Nie widać było ich
końca. W kabinie samolotu przywarły do
szybek rozgorączkowane twarze załogi Ter-
by I dziś.
W dole milionami iskier mienił się w słoń-
Cu szklisty lodowy pancerz. Poryty szczeli-
nami, to znów płaski, jednostajny. Jak da-
ek° Wzfok sięgał, napotykał biel. Martwe,
pUstynne przestrzenie. Raptem zamajaczyła
jakaś ciemniejsza plama. Duża, dziwna.
Miększa niż samotny szczyt wystrzelający
* A
raz i drugi Sam sobie
dowierzał. Zawrócił maszynę, obniżył
Ooraz wyraźniej rysowały się ciemne
jakaś ciemniejsza plama. Duża,
z lodu, -większa niż pasmo gors ~
Pilot przetarł oczy
nie
lot
kotał bez chwili przerwy aparat, filmowy,
trzaskały gorączkowo migawki aparatów fo-
tograficznych. Bo też było na co patrzeć.
Na tle ciągnących się daleko ciemnych
zwalisk skalnych coś migoce tu i ówdzie
w słońcu. Jakby tafle niezamarzniętej wo-
dy, jakby jeziorka. Mniejsze i większe. Jest
ich mnóstwo. A jedno niepodobne do dru-
giego ani kształtem, ani barwą. Nawykłe do
bieli oczy zaskakuje rozmaitość kolorów.
Jedno mieni się szmaragdową zielenią, przy-
siąc można, ciemnym turkusem, jeszcze inne
połyskuje jasnym ametystem. Antarktyda
odkrywa przed człowiekiem jedną ze swych
zagadek.
To dziwne na Białym Lądzie miejsce,
w którym latem daremnie szukać bv śniegu,
nazwano oazą. A od imienia jej odkrywcy —
Oazą Bungera.
Daleko rozniosła się wieść o niezwykłym
skrawku ziemi. Wszystkich na całym świecie
nurtowało jedno pytanie: „Skąd mogła
wziąć się wśród lodowej pustyni tak wiel-
ka, wolna.od lodu przestrzeń"? (...) Snuto
najrozmaitsze domysły. (Jedne] bardziej fan-
tastyczne od innych. Niektórzy sądzili, że to
pokłady węgla — ślady zamierzchłej prze-
szłości tego kontynentu — palą się gdzieś
głęboko i ogrzewają skały. Inni przypusz-
czali, że to podziemne źródła gorącej wody.
Byli i tacy, co tajemniczo zapewniali, iż tyl-
ko bogate złoża uranu mogły spowodować
to niezwykłe zjawisko.
Zakuty w lody kontynent kryje w swym
wnętrzu wiele nieznanych mineralnych bo-
gactw, wiele nie wyjaśnionych zagadek.
Natychmiast po wylądowaniu na Antark-
tydzie polarnicy radzieccy rozpoczęli bada-
nia w Oazie Bungera, która leży w odległo-
ści niecałych 400 km na wschód od Mirnego.
Wszyscy niecierpliwie oczekiwali jakichś
sensacyjnych wyników. Sensacyjne nie by-
ły, ale wyjaśniły wiele. Termometry zako-
pane w ziemię wykazały, że grunt dziwnej
oazy jest wiecznie zamarznięty. Już nawet
na głębokości kilkunastu centymetrów
A więc ani tlące się pokłady węgla, ani go-
rące źródła, ani złoża
wchodzić w rachubę.
uranu nie i,
Okazało się, że temperatura wody
nych jeziorkach, które niby siecią POb
ją wolny od śniegu i lodu obszar ,jes^‘
wysoka. Ze jedne są słone, a inne słodT
wodne. W jeziorkach tych polarnicy z °
leźli małe, malutkie żyjątka. Tak drobne”3
nie można ich dojrzeć gołym okiem, Wid?
je tylko przez silnie powiększające szkła
Żyjątka te nadają rozmaite barwy jeziorom
i jeziorkom Oazy Bungera.
Ale skąd się wzięła ta wielka przestrzeń
wolna od lodów? Wielka, licząca trzydzieści
km długości i dwadzieścia pięć szerokości.
Odpowiedź na to pytanie przyniosły loty
powietrzne nad tym obszarem.
Potężny lodowiec, pełznący od bieguna
ku wybrzeżom, został zatrzymany w swej
powolnej wędrówce przez górskie łańcuchy
Ominął tę przeszkodę i spływa dalej nie
jednym potężnym potokiem zakrzepłej
w lód wody, lecz dwoma. Niby białe ramio-
na olbrzyma obejmują one skały od wschodu
do zachodu. Ciemna ich powierzchnia latem
nagrzewa się silnie od promieni słonecznych
Daleko silniej, niż skały odbija promienie
biała powierzchnia lodu. Od skał nagrzewa
się z kolei powietrze nad oazą. I dlatego jest
tam ciepło, o kilka stopni cieplej niż na po-
bliskich lodowcach.
Zimą przeciągają nad Oazą Bungera g"a,‘
towne wichury. Pędzą z szybkością dwustu
dwudziestu kilometrów na godzinę. Wyd®u
chują ze skały każdy płatek śniegu. A ze
wieją bardzo często, uwalniają wciąż sra)
Oazie
od białej pokrywy.
W listopadzie 1956 r. polarnicy ^zie^e
założyli tam stację zwaną Oazis, 9
w ciągu dwu lat prowadzili bez przerwy
maile pomiary i obserwacje.
O projekcie przerwania prac w
z końcem roku 1958 dowiedzieli się
kowie polskiej delegacji w sierpniu
gresie Roku Geofizycznego * w
Zrodziła się myśl stworzenia polskiej
na Antarktydzie. Potoczyły się pełne
cia i oczekiwania wstępne rozmowy. Rząd
ZSRR w dniu 4 grudnia przekazał nieodpłat-
nie Polsce stację Oazis wraz z pełnym wy-
posażeniem. Po raz pierwszy w historii
otwierała się przed polską nauką niezwykła
możliwość pracy na Białym Lądzie, na któ-
rym w Roku Geofizycznym zaledwie dwa-
dzieścia państw miało swoje placówki.
Następnego ranka przeżyliśmy uroczystą
chwilę. Nad skałami Oazy Bungera znów
zawisł śmigłowiec. Kierownicy radzieckiej
wyprawy przylecieli, by przekazać nam
stację.
Serdecznie przemawia do skupionych wo-
kół masztu znany polarnik Tołstikow, ży-
cząc Polakom owocnej pracy. Daleko nie-
sie się głos ludzki po dziwnych zwaliskach
ciemnobrunatnych skał w przeogromnej
ciszy Białego Lądu. Jeszcze chwila i na
szczycie masztu zawisła polska flaga. Po raz
pierwszy w historii na Szóstym Kontynen-
cie...
Alina i Czesław Centkiewi-
czowie: Tajemnice Szóstego
Kontynentu. Warszawa 1964.
Czytelnik, s. 97—99, 102.
217
nie zna historia
Alina i Czesław Centkiewi-
czowie: Tajemnice Szóstej
Kontynentu. Warszawa 19M
Czytelnik.
P°d jedny,
nie
e dh
po czym za-
106 ZDOBYCIE BIEGUNA POŁUDNIOWEGO
105. MIĘDZYNARODOWY TRAKTAT JAKIEGO
W grudniu 1959 roku na Międzynarodo-
wej Konferencji Antarktycznej w Waszyng-
tonie przedstawiciele dwunastu państw pod-
pisali traktat, jakiego nie znała dotąd hi-
storia. Na mocy tego traktatu Antarktyda,
najbardziej wrogi człowiekowi kontynent
świata, stała się pierwszym do którego nie
ma dostępu wojna.
Państwa podpisujące traktat zobowiązały
się, że nigdy nie będą prowadzić tu żadnych
działań bojowych, żadnych ćwiczeń o cha-
rakterze wojskowym oraz żadnych prób
z bronią nuklearną. Postanowiono również,
że nie wolno wywozić na wody Antarktydy
ani na ląd Antarktydy popiołu z reaktorów
atomowych. Energia nuklearna może i po-
winna być tu wykorzystana wyłącznie dla
celów pokojowych.
Każdy bez wiz i zezwoleń może lądować
na Antarktydzie, Kontynencie Nauki, i pro-
Wreszcie, 20 października, mogliśmy wy-
ruszać [pisze Roald Amundsen *].
Było nas pięciu — Hanssen, Wisting, Has-
scl, Bjaaland i ja — z czterema saniami,
z których każde ciągnęło trzynaście psów
W chwili odjazdu sanie były bardzo lekkie,
bo znajdował się na nich tylko nasz ekwi-
punek. Ciężkie skrzynie z żywnością czekały
pod 80°. Tak więc mogliśmy sami usadowić
się w sankach i raźno wywijać batem. Ja
siadłem okrakiem na saniach Hassela. Każ-
dy, kto zobaczyłby nas tak jadących, mu-
siałby uznać podróż na biegun za bardzo
pociągającą. (...)
Przebyliśmy już kilka niezbyt szerokich
szczelin, gdy nagle ujrzałem, że sanki Bjaa-
landa przewracają się, a on sam zeskakuje
i chwyta za lejce. Przez chwilę sanie pozo-
stawały w położeniu ukośnym,
218
•l
wadzić interesujące go badania
tylko warunkiem, że wyniki tych bada
będą zatajone, że staną się dostępn
wszystkich.
Zgodzono się również jednomyślnie, że
okres lat trzydziestu zawiesza się wszelk*
pretensje terytorialne, że w tym czasie ża?
ne państwo nie będzie wysuwało żadnych
roszczeń ani żądań politycznego podziw
Szóstego Kontynentu, który stanowi wSpó|.
ne dobro.
W ten sposób pierwszy Kontynent N^uki
stał się równocześnie pierwszym na kuli
ziemskiej Kontynentem Pokoju.
Do podjęcia tej niezwykłej decyzji skin-
niły ludzi wspaniałe wyniki zgodnej wspól-
nej pracy.
częły zapadać się coraz głębiej, az wresz-
cie całkiem zniknęły. Bjaaland wparł się sil-
nie w grunt, a psy położyły się płasko,
wczepiając łapy w śnieg. Tymczasem sani
zapadały się coraz głębiej. Wszystko to
trwało zaledwie kilka sekund.
— Już dłużej nie mogęl — krzyknął Bpo
land. W tym momencie dopadłem go z _
Stingiem. Jeszcze kilka sekund, 8 san
Bjaalanda oraz trzynaście jego psów P
padloby. (...) 2»s
7 listopada o ósmej rano opuściliśmy
Przed nami biała mroźna dal. crja
piero teraz rozpoczęła się podróż na
Powierzchnia lodowa wyglądała tutaj
nie tak samo jak gdzie indziej: by 8
nie płaska i zapewniała wygodną Ja
Gdy /nhmnliMin tlę na postój pod
«2 WS Pd południowo-wschodnim horyzon-
tu du*trn*ęlhmy wiwlklo zwały blalawo-
biunalnych chmui. p»kte zazwyczaj groma-
ibą tlę nad górami | |
II listopada można juz było wyraźnie
zaobserwować łańcuch górski, ciągnący się
po prawej ręce z południa ku zachodowi
Zbl załomy się znacznie do lądu i z każdym
dn im rozróżnialiśmy więcej szczegółów.
Tc'. .n«' wierchy. jeden wyższy i dzikszy
od druqn*qo. wznosiły się do wysokości pię-
ciu t\%ię<\ metrów. Uderzyły nas ogromne
nagie ściany tych gór Spodziewaliśmy się
lam znacznie grubszej pokrywy śnieżnej
Góra Fndtjola Nansena była wprosi czar-
noblękitna: tylko w wyższej części pokry-
wała ją wielka czapa śnieżna. |,..|
PRZEZ GÓRY
13 listopada zaczęła się wspinaczka. |...]
Im dalej się posuwaliśmy, tym lepiej było
widać naszą drogę. Poprzednio prawne cały
widok zasłaniały bliżej łożące góry. Teraz
ukazał się naszym oczom potężny lodowiec,
który, jak się to obecnie okazało, ciągnął się
od samej bariery lodowej pomiędzy wyso-
kimi górami w kierunku ze wschodu na za-
chód. Wspinając się po lodowcu musieliśmy
się w końcu wydostać na wyżynę — widać
to było wyraźnie...
Kontynuowaliśmy z uporem nasz marsz,
nie chcąc zatrzymywać się przed osiągnię-
ciem samej wyżyny Tutaj, w górze,
zmienił się natychmiast charakter pokrywy
śnieżnej Zniknął puszysty śnieg, pokazywa-
Przekrój drogi R. Amundsena do bieguna poludmo
wego
220
-1 •nwin
? Wił
legły i
ny /mUć
oslie jak Mn
obejrzałem barometr i okazało się, -ze
wysokości trzech tysięcy dwZ
d t I — — - * *
Późnie]
ly się pojedyncze faliste wydm
klóre dały się nam szczególnie
na ostatnim grzbiecie. Wydmy bi
ludniowcgo wschodu na północ
były one twarde jak kamień i r_ _______
Upadek mógł lutuj pociągnąć za soU
dzo niemile następstwa | ..j Wj
Natychmiast po przybyciu |d0 obaw
obejrzałem barometr i okazało się, u.,/
my ll<l tAf ł r«_/-k Lr ^ »<•*•** Ł - — ~ — i -
dwudziestu metrów, co potwierdził
hipsometr [...).
Od razu dała się odczuć gwałtowna znu*
na wysokości. Kiedy chciałem się obróu
w swoim śpiworze, musiałem to zrobić u
kilka rat, aby nie stracić tchu [~.j.
Notatki w moim dzienniku z 29 listopada
zaczynają się od niezbyt pochlebnej uwagi
..Mgła, mgła i jeszcze raz mgłal Do lego syp-
ki śnieg, który czyni drogę prawie nie do
przebycia Biedne zwierzęta |psy] muszą si<;
straszliwie namordować, aby uciągnąć san-
30 listopada przyniósł wreszcie przejaś-
nienie. Mogliśmy teraz zobaczyć, że pasma
górskie, łączące się ze sobą na 86°S. posia-
dają przedłużenie ku południowi w postaci
potężnego łańcucha ze szczytami wysokości
od trzech do czterech tysięcy pięciuset me
trów. Góry Nilsena były najdalsze, jakie
mogliśmy stąd dostrzec [...].
Nigdy chyba nie widziałem nic piękniej-
szego od Gór Nilsena. Szczyty najrozmait-
szego kształtu wznosiły się wysoko ku gór«
skryte częściowo w obłokach. Niekt m
wierzchołki rysowały się ostro, większo^
jednak była rozłożysta i jak gdyby za0^r^
łona. Tu i ówdzie widziało się poty5 ’
lodowce, jak gdyby spadające w
dzie po stromych zboczach, aby r0ZP^,
się następnie w bezładnej plątaninie u^
nóża gór. Najniezwyklejsza była tu J
Góra Hanssena. Okrągły jej wier2C
wyglądał niby odwrócona filiżanka.^^
nakryty osobliwym lodowcem.
cos w
wany
• »
, d byt
• tworzący^
—
sterczał
rodzaju czapy
i poszarpany, że
lodowiec był tak
bloki lodu l
Roald Amundsen w stroju Uczestnicy wyprawy dokonuje pomiaru szerokości geograficznej
polarnym
na wszystkie strony niby igły jeża. Błyszcza-
ły one i połyskiwały w słońcu — przepięk-
ny widoki Takiej drugiej góry nie ma na
pewno na całym świecie. toteż stanowiła
ona dla nas doskonały drogowskaz niemo
liwy do przeoczenia. Nie mogło yc co
niej pomyłki, bez względu na to, jaki ę ze
wygląd okolicy w czasie drogi powronei,
przy ewentualnie zmienionym oświetleniu
' 2 grudnia okazał sic szczególnie m«czą^-
Już od wczesnego ranka szalał wic er
łudniowo-wschodni. który powodował gęsią
zadymkę. Sanna była jak najgorsza, g a
niczym lustro lód [-l- . k
Następnego ranka burza sza a a z
samą siłą. 7e względu na niebezpiecz
ren postanowiliśmy na razie czekac:
Tymczasem ściana chmur rozpadała .
coraz bardziej i bardziej [-4 donios,e
Tego dnia stanęło przed
zadanie oto mieliśmy ponieść
dar dalej na południe, niż kiedykolwiek
nęła ludzka stopa
Przekroczyliśmy 88C23'S: nikt tu jeszcze
nie dotarł (...). Złożyliśmy sobie wzajemne
gratulacje i gorąco uścisnęliśmy prawice
oto doszliśmy tak daleko w szczerej zgodzie,
dojdziemy Jeszcze dalej — aż do celu
Nie zapomnieliśmy przy tym wspomnieć
człowieka, który wraz ze swymi dzielnymi
towarzyszami zaniósł sztandar ojczyzny bli
żej celu niż ktokolwiek z jego poprzedników
Nazwisko Sir Ernesta Shackletona płomien-
nymi zgłoskami zapisane będzie na zawsze
w historii badań bieguna południowego |...J.
Następnie przejechaliśmy j?szcze ze trzy
czy cztery kilometry aż do 88°25’S i tam
rozbiliśmy obóz. Przez cały ten czas pogoda
nieustannie się polepszała obecnie było
zupełnie cicho i bardzo jasno; stosownie do
tych okoliczności panowała prawdziwa „let-
nia temperatura —18 |...J.
Ciepło ostatnich dni pogorszyło bardzo
stan naszych ran z odmrożenia Ostatnia
burza z południowego wschodu dała się do-
brze we znaki Wislingtowi. Hanssenowi
i mnie Lewe strony naszych twarzy były
221
140’
60
120
60
I’
i
ISO'
160’
MORZE
YC
Biegun
Norwegowie żegnają biegun południowy przed wyruszeniem w drogę powrotnq
jedną raną, ropiejącą i nabiegłą krwią. Naj-
lżejszy powiew wiatru wywoływał wraże-
nie, jak gdyby ktoś skrobał po twarzy tę-
pym nożem [...].
Począwszy od 88°25’S barometr i hipso-
metr wykazywały powoli, ale stale, spadek
wysokości. Była to dla nas miła niespodzian-
ka. A zatem odkryliśmy nie tylko najwyż-
szy punkt wyżyny* ale także jej skłon
w przeciwległą stronę. Miało to wielkie
znaczenie dla wyjaśnienia budowy całego
płaskowzgórza [...].
[NA BIEGUNIE]
Rankiem 15 grudnia [1911] powitała nas
przepiękna pogoda, jakby stworzona do zdo-
bycia bieguna [...]. x
Posuwaliśmy się naprzód całkiem auto-
matycznie. tak samo jak zwykle. Mówiło się
niewiele, ale tym pilniej pracowały oczy
Szyja Hanssena zrobiła się dwa razy dłuższa
tak ją wyciągał i wykręcał, aby wybiec
wzrokiem choć parę milimetrów dalej. Mi-
222
mo ze wypatrywał sobie oczy, nie mógł zo-
aczyć nic oprócz monotonnej, bezkresnej
równiny. Psy zachowywały się spokojnie,
widać było, że okolica osi ziemskiej zupeł-
nie ich nie interesuje.
O trzeciej po południu [ 15.XII. 1911] ze
wszystkich sanek zabrzmiało jednocześ-
nie: Stój! — Jak wykazywały nasze kola
pomiarowe, staliśmy na biegunie.
Cel został osiągnięty.
Nie mogę powiedzieć, że 0514004161”
wówczas cel mego życia. Wiem, że brzmią’
loby to o wiele wspanialej, byłoby jednak
grubą przesadą. Wolę być szczery i powiem,
że zapewne nikt nie był bardziej oddalony
od celu swego życia niż ja w owej chwili
Od dzieciństwa marzyłem o biegunie Pó!
nocnym, a zdobyłem południowy-
Tak więc znajdowaliśmy się na biegunie
Opracowano na
Roald Amundsen: Z<W
bieguna południo**
Tłum, z jęz. niem.
Ciechowski. Wyd-
szawa 1966, Iskry, s-
377.
2OOO km
Ipółnocn
20
•'u
-
107. LĄDOLÓD RZĄDZI GRENLANDIĄ
Grenlandia dzierży dwa rekordy geogra-
ficzne; jest największą wyspą świata i naj-
większym na półkuli północnej skupiskiem
lodów. Na mapie prezentuje się jak gomół-
ka sera, rzucona swobodni? na błękitną pla-
mę wód północnego Atlantyku. Ser jest we-
wnątrz zdrowy i biały, na brzegach nadpsu-
ty, żółty, postrzępiony. Pas żółty to ląd
fiordami skuty, skaliste góry nadbrzeżne
i tundra; biały całun wnętrza — lądolód.
Lądolód — nazwa dziwna, ale treściwa.
Bo rzeczywiście lód grenlandzki jest lodem
lądowym, a właściwie wielkim lądem lodo
wym. Ma powierzchnię równą całej zachód
kształt
zbocze
niej Europie (1800 000 km kwl)
płaskiej tarczy, wspartej brzegami o
gór nadmorskich.
Skalny teren Grenlandii wygląda jak mi-
sa olbrzymia, o ścianach wysokich i wnętrzu
łagodnie wklęsłym. Misa jest wypełniona
lodem, właśnie lądolodem; wypełniona z
czubem. Ow czub wyniosły, rozległy i skle-
piony, tworzy wyżynę wnętrza Grenlandii.
Z niej przedarł się w niektórych miejscach
lód, przewalił się przez brzegi misy i dotarł
do oceanu [...].
Lądolód rządzi Grenlandią na przestrzeni
wieków, a ląd ten jest mu posłuszny Lecz
lądolód nie jest sam sobie panem, pozostaje
w ścisłej zależności od klimatu, a raczej od
jego kaprysów. Gdy klimat się zaostrza,
gdy wzmaga się ilość opadów śnieżnych,
a spada przeciętna temperatura roczna,
wówczas potężnieje lądolód, rośnie waga
jego cielska i wielkość postaci [...].
Gdy na nizinę północnej Polski wkroczył
od Bałtyku wał lodów skandynawskich,
pęczniał i rozprzestrzeniał się również lą-
dolód grenlandzki. Gdy lody dyluwialne *,
przewaliwszy się przez Polskę, sięgały do
brzegu Karpat — 1 .
lądolód grenlandzki roz-
siadł się nad całą wyspą, przeszedł przez pas
tundr nadbrzeżnych i szerokim frontem
wtłoczył się w morze. Strumienie lodowe
rozgrzebały i poszerzyły dawne doliny
rzeczne, przemieniły je w koryta fiordów,
wypełniły po brzegi.
Alfred Jahn: Kraj biały czy
zielony. Wrocław 1948,
Książnica Atlas, s. 45—47.
•
Krajobraz Grenlandii. Na pierwszym planie baza wojskowa USA
108. GDZIE TUNDRA GRANICZY Z LODEM
Rozczłonkowany fiordami obszar zachodniej Gren-
landii. Prostokąt pokazuje teren badań polskiej wy-
prawy w 1937 r.
wy-
na
Ze wzgórz ponad zboczem fiordu [...] wi-
działem długą, łagodną dolinę, usłaną bujną
tundrą, przez którą ciągnął się różaniec
owalnych jezior. Jeziora były jeszcze pokry-
te lodem. Mieniły się jak perły nanizane na
srebrną nić strumyka.
Wszystko było oblepione zielenią — wy-
bujałą, soczystą zielenią. Wyglądało jak na
wspaniałej sielance: niczym ciepła, majowa
łąka nadwiślańska, pełna kwiatów. Zółtaw
jaskry, szkarłatne maki, białe wełnianki,
224
e
ja-
: teren badań polskiej
wyprawy z 1937 r
0 50 km
i____________i
Fiord
0
Fiord Arfersiorfik
na Grenlandię, której uczestnikiem był autor
— teren badań polskiej wyprawv
Srpi Dr7ncł _______ i__« ” I
kieś dzwonki biadoliła, a na zboczu fioleto-
wy różanecznik. Wszystko to bujne i jędrne
Łączyło się w kępki, oplatało skały, kwitnę !
ło życiem... I
O kilka kroków dalej był brzeg lodowca,
lo był największy kontrast Grenlandii.
Ogarnęło mnie przerażenie, gdy widziałem
tak ostrą granicę życia i śmierci.
Stałem naprzeciw lądolodu. Tuż poza stro-
mą krawędzią wznosił się on miękko, coraz
wyżej i równiej, z białego stawał się siny,
a na horyzoncie zlewał się z błękitnym nie-
bem. Śnieżna, zimna pustynia. Była olbrzy-
mia i rozległa, biło z niej światło tak silnie,
aż oczy bolały. Spoglądałem więc ku półno-
cy, wzdłuż krawędzi — wszędzie lód ury-
wał się gwałtownie, okolony cieniutką smu-
gą szarych moren *. Staczał się w fiord dłu-
gim lodowcem, a dalej na przeciwległy111
brzegu znów to samo. Zielona, cudowna
tundra, skąpe pasmo moren i lądolód, u brze-
gu zwalisty, a dalej ku wschodowi płaski’
bezbrzeżny. Kontrast był tu regułą, Pra
wem...
Wszelkie przeciwności rodzą walkę-
dzy życiem tundry, a jego lodową negacr
trwa nieustanna, nieubłagana walka.
Granica wiecznego śniegu w środka"^
Grenlandii przebiega na wysokości 100
^7
To znaczy, na wysokości 1000 m jest już za
ciepło, by spadły w zimie śnieg m
trzymać lato, by mógł tu skupie s _
stalizować w lód. Tundra nad lor 300
siorfik rozpościera się do wyso vjinia-
i 400 m, a więc cała tkwi w stref i«
tycznej przypadającej ",e P“"a lu pra-
nicy wiecznego śniegu, łun 1
wo do życia, więc krzewi siębujme^A 10
dowce są intruzami. Bo lądo ° nnaczonego
czył się w swoim zasięgu d vy . ob{i.
mu obszaru o niskiej temper wvW0.
tych opadach śnieżnych, lecz Iodowej
lanego silą ciężkości parcia da.
rozlał się w lodowce. rozprZe* ice klima-
leko poza wyznaczone mu g Wto-
tyczne i spłynął aż do Poz,°m“ ™°ród ziele-
czyi się na trawiaste łąki 1 'e9
— Nowy stary świat
ziele-
ni. Gdy posuwa się naprzód gniecie pod so-
bą kobierzec tundrowy, zasypuje miałem
morenowym darń i krzewy. Gdy cofa się,
tundra łapczywie rzuca się na świeże skraw-
ki wolnej od lodu przestrzeni i urągając
zimnemu rywalowi postępuje za nim krok w
krok. I tak trwa walka o każdą piędź ziemi,
walka niesłychanie zacięta i bezkompromi-
sowa. W niektórych miejscach dwa światy
tak wżarły się w siebie, że wprost z lodow-
ca schodziłem w step. Brodziłem wśród traw,
które mi sięgały wyżej kolan, przedzierałem
się przez gęstwinę krzewów i upajałem się
świeżym zapachem bujnych mchów. A na
czekanie * skrzył mi się jeszcze pył i odłamki
jodu...
Alfred Jahn: Grenlandia.
Warszawa 1969, Wiedza
Powszechna, s. 62—63.
225
109 NA IOWY IGRINIANDIA)
Dzisiaj ren stal się rzadkością zacho-
wał się tylko w Grenlandii środkowej,
głównie w wysokogórskim terenie. (...) Ten
obszar jest bodajże jedyną enklawą na
świecie. gdzie ren żyje do dziś jeszcze w
stanie dzikim, rozproszony na olbrzymich
przestrzeniach, wspaniale rozwinięty, wiel-
ki. większy aniżeli jego pobratymcy, którzy
przeszli w innych krajach na służbę czło-
wieka Nie mogą się z nim równać karibu
z sąsiedniej Kanady i Alaski, czy ren Koria-
ków ’ w górach środkowej Kamczatki, czy
tez wreszcie małe, pokraczne renifery —
bydto domowe Lapończyków europejskich.
Dziś ren grenlandzki przemierza swobodnie
tundrę w pobliżu krawędzi lądolodu i jest
tak czujny i ostrożny, że nawet znakomici
łowcy, jakimi są Eskimosi, nieczęsto zdoła-
ją go wytropić (...)
Wyobrażam sobie, jak wspaniały widok
przedstawiają całe rodziny lub grupy rodzin
eskimoskich wędrujące w słoneczne dnie
lata wśród rozkwieconych i zielonych tundr.
Idą z całym dobytkiem, niosą kajaki, prze-
rzucając się nimi przez jeziora i znów pną
się po zboczach górskich i graniach. Idą
utartym szlakiem, pozostawiając za sobą
cmentarzyska czaszek i rogów.
Niegdyś było tu rojno, zarówno od zwie-
rząt, jak i ludzi. Zwierzęta dążyły na spotka-
nie swoich prześladowców, upajały się
zwodniczym głosem, którym chytry czło-
wiek udawał ich własną mowę. Padały gro-
madnie. a tundra wchłaniała z czasem ich
zmurszałe kości.
Dziś owe połacie są tylko pustym teatrem,
w którym przez długie lata rozgrywał się
wielki dramat. [...]
Pędziliśmy motorówką, aby dogonić Eski-
mosów, którzy* łodziami wiosłowymi wypły-
nęli przed kilkoma godzinami. Mijaliśmy
znane nam brzegi; po godzinie odsłoniła się
obszerna zatoka, a na jej przeciwległym
brzegu mała grupka łodzi, ciężko boryt-
cych się z falą. Z dala poznaliśmy przw -
W otoczeniu kajaków płynęła dufc
pozór ciężka i niezgrabna łódź — v na
dostrzegliśmy tylko kobiety i dzieci
liczyła co najmniej 10 m długości. wyg|^
ła jak mały okręcik, wysoką burtą
siony ponad powierzchnię wody.
umiak — łódź kobieca, drugi obok kajaka
środek lokomocji wodnej Eskimosów. Kajak
jest tym dla Eskimosa, czym wierzchowiec
dla rycerza — umiak spełnia rolę mniej
szlachetną, jest wielkim niezdarnym wozem
bagażowym.
Na wojnę ruszają rycerze wolni od trosk
i bagażu, za nimi wozy z tym wszystkim
bez czego rycerze nie mogliby walczyc
i zwyciężać. Na wyprawę łowiecką jadą
łowcy kajakami, tylko ze strzelbą i harpu-
nem, za nimi umiak z całym ruchomym do-
bytkiem Eskimosa% Umiak jest wielki, po-
jemny, cały sporządzony ze skór foczych,
opiętych na drewnianym szkielecie.
Wiosłowały cztery kobiety. Na dnie lodzi
ciżba psów, dzieci — tu garnki, tam zwinię-
te skóry namiotu, a wśród tej plątaniny sta-
ra, zwiędła Eskimoska; siedziała wygodnie
na jedynej w łodzi miękkiej, wyścielonej
futrami ławeczce, bezzębną pomarszczoną
twarzą uśmiechała się do nas życzliwie
Największa świętość rodziny eskimoskiej
otoczona szacunkiem i czcią — matka I
Odwiedzając przed wyjazdem Eskimo-
sów, widziałem ją w namiocie, jak uZ\
nożem wykrawała kamiki — wysokie
eskimoskie z foczej skóry. W lodzi cip
to samo. (...) . i
Kobiety wiosłowały. Miękko,
nie zanurzały wiosła, szerokim rUC._po-
garniały wodę i za każdym pchnięć*
chylały się ciężko, rytmicznie — cy* 'jt3.
zgodnie, umiejętnie, jak zgrana za piynęłj
rych, doświadczonych żeglarzy- ?rZ
tak setki kilometrów i
ną. Umiak płynął
y. *
setki jeszcze przepfr
Powoli, opornie, bo
Eskimosi wypływają na łowy
duży i ciężko obładowany. Obok mężczyźni
na kajakach, jednym niedbałym uderzeniem
wiosła posuwali się daleko w przód i mu-
sieli czekać, aż zmęczone kobiety wysiłkiem
wielu ruchów zrównały się z nimi. Czyż
żaden z tych krępych silnych łowców nie
mógłby zastąpić swojej żony lub siostry w
umiaku?
Niemożliwe. Powszechny zwyczaj nie
pozwala łowcy na taką poniżającą ekstra-
wagancję, choćby tam nawet były osoby
najbliższe i kochane.
Alfred Jahn: Grenlandia
Warszawa 1969, Wiedza
Powszechna, s. 86, 88, 110—
—Ili.
227
Część szósta
MORZA I OCEANY
orzą i oceny zajmują prawie 71% po-
wierzchni kuli ziemskiej, czyli około
360 milionów kilometrów kwadratowych.
Średnia głębokość wszechoceanu wynosi
3790 metrów, a więc prawie 4 kilometryl
Najwcześniej człowiek poznał wody po-
wierzchniowe. Wiadomo jest, że już w cza-
sach starożytnych Fenicjanie i Grecy swo-
bodnie poruszali się po Morzu Śródziem-
nym, w pierwszej połowie XV wieku Hen-
ryk Żeglarz dotarł wzdłuż wybrzeży Afryki
do Zatoki Gwinejskiej, 12 października
1492 roku Kolumb ujrzał wyspy po drugiej
stronie Oceanu Atlantyckiego, w XVI wie-
ku Magellan opłynął kulę ziemską... W cza-
sie tych wypraw żeglarze poznawali słono-
-gorzki smak wody morskiej, zapamiętywali
kierunki wiatrów i prądów morskich, obser-
wowali wysokość fali morskiej.
Potem przyszła kolej na badanie ukształ-
towania dna. Poczęto rysować dokładne ma-
py obszarów podwodnych. Aż wreszcie
23 stycznia 1960 roku człowiek sam zszedł
na dno najgłębszego rowu oceanicznego —
Rowu Mariańskiego.
Dziś coraz bardziej interesuje nas życie
organiczne w morzach. Na lądach jest za
mało pożywienia dla ludzi, trzeba sięgnąć
odważniej i pełniej po skarby morza. Ono
żyje i może nas wyżywić. Pod dnem płyt-
kich mórz — na szelfach — geologowie od-
krywają również skarby mineralne: ropę
naftową, gaz ziemny, sole potasowe.
człowiek nie może powiedzieć: znam morze,
ujarzmiłem je. W dalszym ciągu jest to ży-
wioł groźny, zaskakujący, czasem — wyda-
wałoby się — niechętny człowiekowi. A jed-
nak tak bardzo wielu ludzi kocha morze.
231
1 '
czy
San
Lucar
MORZU — PRZYJACIEL CZY WRÓG?
KV-jr Towar;ytt^4
2*00 m
Trasa podróży F. Magellana
110 PIERWSZA PODRÓŻ DOOKOŁA ŚWIATA
Współzawodnictwo hiszpańsko-portugal-
skie na morzach trwało wciąż, mimo że nie
groził konflikt zbrojny. W przewidywaniu
wielkich odkryć i ewentualnych zatargów
obie strony zwróciły się do papieża o roz-
jemstwo. Papieżem był Aleksander VI —
Rodrige Borgia |czytaj: bordzia], z hiszpań-
skiej rodziny osiadłej we Włoszech Za jego
pontyfikatu dwór *papieski był sied is
zbrodni i demoralizacji. Przed
wili się przedstawicieli obu państw,
dziej przekonywającym dla niego ar^\
tern były pieniądze króla portugalski6
i oto
rego
dwie
Aiuia p/unuy-.—
w 1494 roku stanął układ* mocą kt
kula ziemska została podzielona
strefy wpływów:
hiszpańską
ze
Portugalii przypadła ta
Tylko
połowa, obejmująca Brazylię, Afry~
bliższa | . , ..z
kę, Indie i Malaje, natomiast Hiszpania
otrzymała wolną rękę w odkrywaniu i ko-
lonizowaniu terenów po drugiej stronie glo-
bu. Tak więc Portugalia zyskała swobodny
dostęp do wszystkich swoich posiadłości,
ratomiast flota hiszpańska mogła dopływać
tylko do wybrzeży Ameryki, nie mając kon-
taktu z Oceanem Spokojnym. Nic więc dziw-
nego, że wciąż tego kontaktu szukała.
Na początku XVI wieku Hiszpania zdoby-
ła cenną współpracę Ferdynanda Magalhae-
sa, zwanego Magellanem (1480—1521), Por-
tugalczyka, który w jakiś sposób naraził się
swemu rządowi i został zdymisjonowany.
Zaprawiony w służbie morskiej i w walkach
w Afryce i na Malajach, był on człowiekiem
bystrym, odważnym, żądnym wiedzy i do-
skonałym organizatorem.
Korzystając przymusowo z wolnego czasu
Magellan studioWał wszelkie dostępne ma-
py i konfrontował je ze swoimi notatkami
z podróży. Wreszcie wystąpił do rządu
hiszpańskiego z gotową koncepcją zorgani-
zowania wyprawy, która miałaby doprowa-
dzić do odkrycia drogi morskiej na połud-
niowych krańcach lądu amerykańskiego.
O takim przejściu krążyły bowiem legendy,
które należało sprawdzić, a gra była waita
świeczki. Po rozpatrzeniu sprawy rząd hisz-
pański przyjął propozycję.
20 września 1519 roku z portu Sanlucar
|San Lucar] wypłynęła flotylla, złożona
z 5 karawel, z których jedną o nazwie Vic-
toria dowodził sam Magellan. Załoga liczyła
265 ludzi, w tym specjalistów ze wszystkich
Potrzebnych do żeglugi dziedzin, jak karto-
Oralia, astronomia i różne umiejętności woj-
skowe.
Początkowo trasa wiodła szlakiem Ame-
nga Vespucciego (czytaj: wespuczcziego]
ko}° Zielonego Przylądka, Przylądka
Rocha w Brazylii do ujścia Rzeki Srebr-
nel (La Plata). Odtąd zaczęło się badanie
Obrzeża posuwając się na południe wpły
wano do każdej zatoki, aby sprawdzić.
Ferdynana Magellan
nie jest ona przypadkiem poszukiwana cieś-
niną. Badania trwały tak długo, az zima
zmusiła podróżników do przerwania prac
(nie zapominajmy, że na południowej pół-
kuli zima zaczyna się w czerwcu). Cel nie
został osiągnięty.
Mało brakowało. żebv wielkie przedsię-
wzięcie nie zostało zniweczone przez wygó-
rowane ambicje małych ludzi Już w drodze
do Brazylii część oficerów hiszpańskich za-
częła jawnie okazywać niechęć Magellano-
wi; ich niezadowolenie budził fakt miano-
wania przez króla cudzoziemca na stano-
wisko dowódcy wyprawy. Wrzenie zostało
wówczas zażegnane, ale teraz nadchodziła
zima, a cieśniny nie było widać — doszło
do otwartego buntu Tym razem niezadowo-
leni żądali powrotu do kraju. Bunt został
stłumiony, a jego przywódcy bądź straceni,
bądź wysadzeni na skalistym bezludnym
wybrzeżu — co na iedno wychodzi.
zetknęli się z tubylcami, którzy wydali
ie bardzo wysokiego wzrostu, zwłaszcza
były ich ślady w nadbrzeżnym
*• j--
Zimujący przy skalnym wybrzeżu żegla-
rze .
fm się
wielkie
piasku: Hiszpanie nazwali ich ..Palagos ,
czyli ..wielkołapi". Kiedy pierwsze wrażenie
minęło, okazało się. ze ludzie ci są wpraw-
dzie wysocy, ale nie olbrzymi — przeciętnie
173 cm ogromne ślady stóp zaś pochodziły
stąd, że ich właściciele nosili ciepłe buty ze
skóry lamy. Przyjęło się jednak określeni^
Patagończyk i nazwa kraju — Patagonia.
Gdy minęła zima, karawele pożeglowały
dalej, badając wszystkie zatoki. I oto cierpli-
wość została wynagrodzona: 21 październi-
ka 1520 roku flotylla przepłynęła przez cieś-
ninę i wydostała się na ocean, któremu
właśnie wówczas, w odróżnieniu od stale
wzburzonego Atlantyku, nadano nazwę
Oceanu Spokojnego. Cieśninę MageUan
ochrzcił imieniem Wszystkich Świętych,
jednak wkrótce potem otrzymała ona imię
odkrywcy (Cieśnina Magellana).
Po przepłynięciu cieśniny we flotylli
Magellana były tylko trzy okręty — jeden
rozbił się jeszcze w Patagonii o skały nad-
brzeżne, załoga drugiego zbuntowała się w
Cieśninie Wszystkich Świętych i zawróciła
do Hiszpanii.
Karawele wzięły kurs na Moluki. Ale tu
się zemściła nieścisłość ówczesnych map:
nikt nie wiedział, że przestrzeń od Cieśniny
Magellana do Moluków wynosi aż ok.
14 000 km! Rozpoczęła się beznadziejna
podróż — 40 dni na pełnym oceanie przy
malejących zapasach żywności i wody do
picia Napotkano wprawdzie dwie bezludne
wvsepki- Sw. Pawła i Rekinów, ale obie bez
zwierzyny, roślinności i wody. A tymcza-
sem o 100—200 km na południe rozciąga się
archipelag wysp Towarzystwa, gdzie można
było wypocząć, nabrać sił i wziąć zapasy na
dalszą podróż. Ale nasi podróżnicy o tym
nie wiedzieli.
Trawieni głodem, pragnieniem i szkorbu-
tem żeglarze wymierali masowo w tej
strasznej .podróży. Wreszcie wyprawa do-
tarła do zamieszkanych wysp. Można było
odnowie zapasy wody i żywności, a także
nawiązać kontakty handlowe z krajowcami
.Jednak te kontakty nie były zbyt korzystne:
na okręty
Magellan nakazał
kradh,
co
krajowcy wchodzili
sie dało.
wysp, którym nadał miano Wysp ŻfoT? *
skich. Dopiero w następnym wieku -
no ich nazwę na Mariany. Posuwając ś'
wschód odkryto wyspy nazwane na?03
hiszpańskiego następcy tronu — Filipin
Tu na Filipinach wyprawa doznała X
większego ciosu. Mieszkańcy wysp nieb I
przychylnie usposobieni do przybyszów
Magellan wdał się z nimi w awantuię Do
szło do potyczki; wśród ośmiu zabitych
Europejczyków znalazł się i Magellan Byió
to 27 kwietnia 1521 roku, w rok po wyrusze-
niu z Sanliicar. Załoga została bez wodza
otoczona nienawiścią tubylców, z którymi
raz po raz dochodziło do walk, a zbrojne
opanowanie wysp było niemożliwe ze
i
opuszczenie
‘ “ -Ziej,
^ienio.
- się na
na cześc
względu na szczupłość załogi. Trzeba było
zarządzić odwrót. Dowodztwo objął Jan Se-
bastian Elcano, najbardziej zaufany oficer
Magellana. Ponieważ nie wystarczyłoby za-
łogi na obsadzenie trzech okrętów, trzeba
było jeden z nich spalić.
Dwie ocalałe karawele szukały wysp Mo-
łuckich. Odległość do nich z Filipin wynosi
600—1200 km. Hiszpanie dotarli tam dopie-
ro 8 listopada. Przez miesiąc ładowano na
okręty towary, zwłaszcza bardzo wysoko
cenione korzenie. Po miesiącu można było
się wyprawić do Europy. Ta droga była już
znana.
Ale to jeszcze nie koniec perypetii nie
ustraszonych podróżników. Oba okręty nie
dopłynęły do Hiszpanii. Jeden z nich, kie
rując się w stronę wschodnią, wpadł *
ce Portugalczyków (nic o jego losach w
wiadomo), pozostał okręt Victoria, kto
wziął kurs na południowy zachód,
wając jeszcze po drodze wyspQ
(Strach). Trasa prowadziła z dala oc
ze względu na nieprzychylność Portuga
ków, tylko raz Victoria wylądowała u
brzeży Afryki południowej. Po
całej Afryki wylądowała 6 września
ku w Sanliicar. Na jedynej karawe i
lałej spośród pięciu, było osiemnas u
załogi- Ale okr(?1 okazal się godny swej
nazwy: zwycięstwo zostało osiągnięte.
powitanie w Sanliicar było wprawdzie
entuzjastyczne, jednak straty, poniesione
przez załogę, podziałały odstraszająco na
ministrów hiszpańskich. Także Cieśnina Ma-
gellana okazała się niezbyt wygodnym
przejściem ze -względu na to, że była bar-
dziej wysunięta na południe niż Przylądek
Dobrej Nadziei. Praktyczne efekty wypra-
wy (poza zdobyciem cennych korzeni) były
nikłe, raczej można było ją traktować —
mówiąc dzisiejszym językiem — jako wy-
czyn sportowy.
Jednak w historii odkryć wyprawa Ma-
gellana ma wielkie znaczenie. Była to pierw-
sza podróż człowieka dookoła świata
Kuiistość Ziemi wykorzystano praktycznie.
Poczynione podczas wyprawy pomiary
i notatki przyniosły wielką korzyść karto-
grafii: od tej pory zarysy wybrzeża Ame-
lii. „PŁYWAJĄCY SPODEK" — „GWIAZDA GŁĘBIN" — „SZCZENIĘ MORSKIE"
Oceanografowie, chcąc poznać morza
i oceany, nie zapominają, że największe głę-
bie stanowią tylko ich nieznaczną część i że
90% obszarów podwodnych znajduje się na
głębokości do 5400 m, a średnia głębokość
wszechoceanu wynosi 3790 m. Rzecz zrozu-
miała zatem, że choć zdobywanie wielkich
głębin jest ogromnie pasjonujące, to jednak
istotne znaczenie dla wiedzy o morzach
1 oceanach ma jak najgruntowniejsze zba-
danie owych 90°/d obszarów podwodnych
dlatego leż obok dalszego udoskonalenia
konstrukcji batyskafów* zajęto się budową
aparatów podwodnych przeznaczonych do
Prowadzenia badań na średnich głębo-
kościach.
Pierwszy taki aparat zbudowano we Fran-
' j'1 w roku 1960 według projektu Cousteau
Czytaj: kusto], tego samego, który opraco-
wał akwalung *. Jego zapał i pragnienie
ryki lołudniowej pojawiły się na mapach
w postaci sprawdzonej, podobnie też dało
się określić właściwie szerokość Oceanu
Spokojnego i odległości między archipela-
gami Pacyfiku.
Niepraktyczność Cieśniny Magellana do
celów żeglugi stała się powodem rozpoczę-
cia poszukiwań dogodniejszego miejsca prze-
prawy z Atlantyku na Pacyfik, uwieńczo-
nych po trzech wiekach budową Kanału Pa-
namskiego.
Podróże dookoła świata nie są obecnie
rzadkością. W owych czasach jednak, przy
ówczesnych środkach komunikacyjnych, był
to wyczyn niebywały, zasługujący' na po-
dziw. Dlatego też zawsze, gdy myślimy
o okrążeniu Ziemi, stoi w naszej pamięci
postać Ferdynanda Magellana.
J. Miller: Człowiek poznafe
świat. Warszawa 1964. Na-
sza Księgarnia, s 67—71.
wszechstronnego podboju głębin morskich
nie osłabły z wiekiem, choć w ciągu tych
kilkudziesięciu lat kapitan Cousteau docze-
kał się nie tylko stopnia komandora, ale
i siwych włosów. Zbudowany według jego
projektu aparat przypomina trochę balię,
trochę spodek i jest powszechnie nazywany
Pływającym spodkiem". Ma on oryginalny
napęd odrzutowy, dzięki któremu porusza
sie w wodzie jak mątwa czy inny głowonog.
Zdał on doskonale wszelkie próby i służy
komandorowi Cousteau w jego roznorod-
nych badaniach naukowych na głąbok^c.
około 300 m. „Pływający spodek ma me-
chaniczną ręką do pobierania próbek z dna
morskiego. Jest wyposażony w tona^ry
umożliwiające obserwacją i reflektory, dztą
^którym można robić zdjęci, fotograf.cz-
"'po ..Pływającym spodku" Cousteau zaczg-
234
20
120'
AUSTRALIA
236
Morskie wody powierzchniowe wprawione w ruch
głównie przez stałe wiatry pasaty, płyną wzdłuż rów-
nika a następnie w kierunku biegunów jako prądy
ciepłe, by znów wrócić do równika jako prądy zimne.
Na tej mapce zaznaczono tylko ten jeden prąd, o któ-
rym mowa w czytance
ły pojawiać się nowe typy aparatów śred-
nich głębin nazwane mezoskafami (z grec-
kiego mesos — środkowy i skaphe — łódź).
Niektóre mają osobliwe kształty i niemniej
osobliwe nazwy. Są więc „Gwiazdy głębin".
Jedna z nich nazwana „Gwiazdą głę-
bin 4000", zmontowana w Marsylii w jesie-
ni 1965 roku pod kierownictwem komando-
ra Cousteau, może zejść z trzema pasażera-
mi w kabinie na głębokość 1350 m i przeby-
wać tam do 24 godzin.
Jest „Szczenię morskie" — mały, zwrotny
pojazd podwodny przeznaczony do badań
przybrzeżnych.
1000 km
Bardzo głębokie zapadliska w dnach oceanów nazy-
wamy rowami. Najgłębsze rowy oceaniczne są dj
Pacyfiku
Mezoskafami zainteresował się również
Jakub Piccard [czytaj: pikkard]. Po dotarciu
na „Trieste" na przepastne dno Rowu Ma-
riańskiego zbudował pierwszy w świecie pa-
sażerski statek głębinowy, przeznaczony
do wycieczek po Jeziorze Lemańskim*
Szwajcarii. Na czterdziestu fotelach usta-
wionych w obszernej kajucie zasiadają tu-
ryści i przez iluminatory oglądają dziw")
mrocznych głębin jeziora rozświetlone po-
silne reflektory.
Jakub Piccard zdecydował się równik
odbyć w towarzystwie kilku oceanograf
rejs z biegiem Prądu Zatokowego dla
kładniejszego zbadania prądu, który
wiera tak wielki wpływ na klimat zna^reJJ.
części Europy, a poza tym Islandii i
landii, a którego mimo to nie zba arf
tychczas należycie. Jak wiadomo»
zwany również GolfstrOmem wyplyff^
toki Meksykańskiej u wybrzeży
Środkowej, rozlewa się szeroko n
obejmując swym zasięgiem
I
„Calypso" — statek do badań podmorskich kpt. Cou-
steau
obszary długości około 10 000
kosc' do 800 km. Dociera
nu i - ^waera u z. u<
nu i Morza Barentsa. U źródeł
D C, potem nieco niż
swym biegu wptywa bardzo'iilńie
'emu krajów, do których dociera
Gałęzieniamj.
meKzoskatUkt°rZy radZieCCY bUdUją równleż
wvrb m P™znacz°ny do celów nauko-
ych. Mimo bardzo prostej konstrukcji jest
on wyposażony we wszelkie aparaty umoż-
liwiające prowadzenie wszechstronnych ba-
dań na głębokości do 2500 m.
Cecylia i Janusz Lewan-
dowscy. W krainie wiecznej
nocy. Warszawa 1968, Na-
sza Księgarnia, s. 34—35.
km i szero-
aż do Spitsberge-
—J ma ciepłotę
niższą, ale i w dalszym
• *
na ociep-
swymi roz-
112. SŁONO — GORZKO!
Jak każdy z nas może się łatwo przeko-
nać będąc nad morzem, woda morska jest
słona, ściślej mówiąc, gorzkosłona. Nie jest
taka smaczna, jak woda zaczerpnięta ze
studni czy rzeki.
Właściwości i smak wody zależą od tego,
ile jest w niej rozpuszczonych soli i gazów
i jakie. Woda jest wspaniałym rozpuszczal-
nikiem. W przyrodzie nie spotykamy ideal-
nie czystej wody. Naprawdę czysta nie jest
nawet „krystaliczna” woda źródlana. Czło-
wiek wyczuwa słony smak wody, jeśli litr
Jej zawiera 0,5 g soli, a tymczasem w wo-
dz*e morskiej jest ich przeciętnie 70 razy
w,ęcej. Litr wody morskiej zawiera prze-
clQtnie 35 g soli.
Słony smak nadaje wodzie morskiej la
sarna sól kuchenna, której używamy do so-
ei?la potraw. Stanowi ona 78°/o wszystkich
* rozpuszczonych w wodzie morskiej.
c leprzyjemny, gorzki smak nadają jej sole
ski°r^U 1 s’arczanu magnezu. Ciekawe, że
ad soli w zasadzie nie zmienia się. W wo-
2le Wszystkich mórz i oceanów występują
te same sole i prawie w tej samej proporcji.
Zmienia się jedynie ilość soli razem wzię-
tych.
Wody strefy gorącej są na ogól bardziej
słone niż stref umiarkowanych czy polar-
nych, bo parują znacznie silniej. Na zasole-
nie mórz wpływają także wpadające do nich
rzeki, które niosą mniej lub więcej wody
słodkiej. Woda Bałtyku, choć wyczuwamy
jej gorzkosłony smak, zawiera w istocie
stosunkowo mało soli. W litrze wody za-
czerpniętej z warstwy powierzchniowej jest
wszystkiego 7 g soli.
Nie sądźmy jednak, że najbardziej słona
jest woda morska na równiku. Zasolenie
jest tam mniejsze niż pod 25° szerokości
północnej czy pod 30° szerokości południo-
wej. Tłumaczy się to tym. że na równiku
obfite opady i cisza powietrza nie sprzyjają
gwałtownemu parowaniu i zasolenie wody
nie podnosi się ponad zwykłą normę.
Najbardziej słoną wodę na naszym globie
ma Morze Martwe. W litrze wody zaczerp-
niętej z tego morza jest 200 g soli, ale . lorze
237
* 4
1
Martwe jvst właściwie tamknięlyni jezio-
rom Tak więc ra najbardziej słone moizc
świata ^alcry urnac Monę Czerwone. Mó-
rc- jak pamiętamy jest tów.ik4 najgorętsze.
Pod wohwem palącego słońca i wysokiej
temperatury powietrza parowanie wody jest
w t\m morzu tak gwałtowne, że zasolenie
wynos: 40* Najbardziej słonym oceanem
jest Atlantyk, a jego najbardziej słonym
obszarem jest Morze Sargassowe. które le-
ZA w goręcej strefie z dala od lądów i nie
otmmuje dopływu wody ani z rzek, ani też
z topniejących lodów
Skąd się wzięła sól w morzu?
Istnieje wiele teorii, które usiłują to wy-
tłum aczyc
Jedna z nich twierdzi, że dawno, bardzo
dawT.o temu, co najmniej przed dwoma mi-
liardami lat. kiedy padające bezustannie
przez długie wieki deszcze wypełniały puste
baseny świeżo zastygłej skorupy ziemskiej,
zasolenie pow stałego w len sposób Praocea-
nu było niewielkie. Deszcze jednak padały
dalej i nie tylko wypełniały coraz bardziej
każde większe i mniejsze zagłębienie w sko-
rupie ziemskiej, lecz również wypłukiwały
sterczące z wody skały, podobnie jak wy-
płukują je teraz, i niosły do oceanu zawarte
w nich sole i minerały. W ten sposób właś
nie w morzach i oceanach gromadziło się
coraz więcej soli.
Tak mówią jedni.
— Czemu jednak zasolenie mórz i ocea-
nów nie zmienia się zasadniczo od wielu
stuleci? — pytają inni. — Gdyby istotnie
tylko rzeki zasilały morza wT sole przyno-
sząc je ze złoży lądowych, to zasolenie mórz,
pozwalały nam
239
do których wpada dużo
wzrastać. Tymczasem.
te mają mniejsze zasolenie, a takie
kład Morze Sargassowe pozbawić
wu słodkiej wody rzecznej jest n
rnZek- pow|nn0 łlłA
przeclwnie, 4*
’ na Prn
01,6 dORy.
zasoloną częścią Oceanu Atlantyckie^^
Tak więc sprawa jest bardziej skomt-
wana i przed naukowcami stoi nadal ni
jaśniona zagadka. A chodzi tu o rzeerh!
najmniej niebagatelną.
Zasoby soli w morzach są olbrzymie Obi
cza się je z grubsza na około 50 milionów
miliardów ton. Mogłyby pokryć powlen.
chnię całej kuli ziemskiej warstwą gruboso
47,5 m, a gdyby rozsypać je tylko na lądach
warstwa ta miałaby 200 m grubości.
Zagadki, skąd wzięły się te olbrzymie
soby soli w wodzie morskiej, nie zdołano
dotychczas rozwiązać w dostatecznie uza-
sadniony sposób. Udało się natomiast wy-
mierzyć zasolenie nie tylko wód powierzch-
niowych, lecz również głębinowych 1 tu
stwierdzono ciekawą rzecz. Zasolenie wody
w kierunku pionowym spada, lecz tylko*
morzach gorących, gdzie na powierzchni
jest ono większe od normalnego. W wodach
polarnych, które na powierzchni zawiera#
soli stosunkowo mniej, zasolenie wody
wzrasta ku głębinom. Na największych głę-
binach równa się ona we wszystkich ocea-
nach 35%. Litr wody zaczerpniętej z naj-
większych głębin na Morzu Arktycznym. B
równiku czy w jakimkolwiek innym
cie Ziemi zawiera zawsze 35 g soli.
Cecylia I Janusz
dowscy: W kram <
nocy. Warszawa
____ ____ ________Księgarnia, s. 56—5'
113. MIEJSCA OGLĄDANE RAZ W ŻYCIU
(MORZE CZERWONEJ
Zabieraliśmy kąpielówki, maski do
nurkowania oraz liczne flaszki soków 1 wy-
pływaliśmy daleko w morze.
O pięć mil od brzegu jest rafa z ; syg| -
łem ostrzegawczym i leżącym na boku '
kiem statku, który widocznie owego yg
łu nie dostrzegł. Cumowaliśmy sza
koralowej skały i skakaliśmy w P '
czystą, seledynową na płyciznac . a s
wą na głębi wodę. Z wystającyc pon
wierzchnią wierzchołków zrywały si <
wy, czaple i pelikany. Pod nami 10
czerwienią, bielą, ochrą barwiły się
bukiety, ogrody korali — rosoc a X vwja.
szystych, kolczastych — o kszta aC -p
tów i piór, krzewów i do przesady Y
nych klejnotów. orzepastnego
Podpływaliśmy na skraj P P
podwodnego urwiska. Zapadało w u
nowymi uskokami, pełnymi szcze in
rzeźbionymi w koronkowe przypory Ugj
świtami, przez które przenikały -
błękitnego blasku. Szybki naSZ^Ctwartyroi
i patrzeć szeroko o
TJ ।
nami prędkimi kohortami ♦
i neo-
*wlal głąb. a‘rU “to“yany-
obrazem. a . nas kraj-
bliskim krogitm nas
i zlólfim PrÓ9owanych czernią
wznier pop,ochu no’« dłonie.
lecajjce powolne wytryski srebrnych
mykały ^Zi°be' bel,ony
zdyscyplinowanych wojowników. Duże
nowe ryby o jaskrawobłękitnych płetwach
wachlowały w miejscu przyglądając się
nam z otwartymi gębami. Zewsząd śledziły
nas okrągłe, uważne oczy. Każdy załom,
każda wnęka były czyimś mieszkaniem Na
wymoszczonych bielutkim, koralowym pia-
skiem płasienkach ciemne jeżowce połyski-
wały ostrzegaw'czo punkcikami zjadUwie
niebieskich latarek. Wśród ich długich kol-
ców stały maleńkie, purpurowe rybki, nie
śmiąc wysunąć pyszczków- z bezpiecznego
schronienia. Czasem wielka płaszczka pod-
chodziła ku górze, łopocąc z wolna podbity-
mi adamaszkiem skrzydłami i ciągnąc za
sobą jadowity pręt ogona, co zmuszało nas
do ostrożnych odwrotów Głęboko w dole
leżały jakieś nieruchome olbrzymy o gro-
teskowo wydętych czołach. Spod ich pys-
ków unosiły się obłoczki dennego pyłu. Ale
jeszcze niżej, gdzie światło rozpraszało się
w opalizującą mgiełkę, majaczyły dalsze,
poszarpane granie i otwierały się dalsze
przepaście, wciąż jeszcze ożywione miliona-
mi srebrnych błysków.
Zatracaliśmy się w tym nieprawdopodo-
bieństwie, dopóki zachwyt nasz me nasiąkł
chłodem lęku. Wtedy w-racalismy na płyciz-
ny, w’ jasne ogrody korali, w krainę mał\ch
rybek strojnych we wdzięczne welony,
miękkich, czerwonych ukwiałów i muszli
o sfalowanych, szkarłatnych wargach, roz-
chylonych kusząco, lecz gotowych w każdej
cbwdl zmiażdżyć palec nazbyt ciekawego
intruza. Mogliśmy tu siadać na skalach i ba-
wić się ze zwinnymi krabami, biegający)
bokiem i chwiejącymi podniesionymi w gó-
rę szczypcami
W rAC41srr> »rc ąśhu ) tonymi
nogami i a jękami p.'pai rooymi P,/c’
dor«'i!x 1\‘ cb *> *shi 's ir.rinl pro\to w ra*
cl 'odzącc -»h ••;•.«• ogromne, 'ud«*. lai^le-
CTono łckltuim laluumgo żaru, na ostro],
|> - •jrparrj krawędn holetowych gór, pod
pu>ei rm nuodzUinego nieba, między tym
rirbotsri a r o ztn mieniącym się lunami
<lxqrąccj lawy
Kb'»'» powivxtnal do mnie ..No. ty juz
znasz te portsudańskic zachody s) ń
la nic mogłem ich sobie przyp^^ A1*
można nie pamiętać na zaw^< n‘n (fo
kiego?) i byłem pewien, że takie ' * t*’
łoscl oglądam po raz pierwszy । *****
miałem sobie z ulgą, że każdy J"'*‘
odkryciem '®' M
nc J białe Kraków 1%$ •#,.
dawnictwo Literackie, i 1K
—19.
114. KAMIENNA DŻUNGLA (WIELKA RAPA KORALOWA!
U 'ir rafę w całej jej krasie można tyl-
ko gdy sa ieci słońce wydobywając na jaw
subtelne odcienie barw oraz gdy wiatr zaś-
nie i powierzchni wody nie mącą najdrob-
n t z. lalki Największy zawód, jaki spoty-
ka /w vdbającego rafę, to piękny, słoneczny
d-- ; ń z droacym silnym wiatrom, który czy-
ni pcw lerrchmę wody tak nieprzezroczystą,
jakby była pomalowana czarna farbą. Zęby
nic nudzie Czytelnika, me będę przytaczał
n»łego repertuaru innych złośliwych figlów,
który mi rafa broni — jakże często skutecz-
gdzie rafa żyje, gdzie malutkie polipy nie-
zmordowanie wznoszą swe budowie i wkrót-
ce napotkasz ich strome palisady, na które
będziesz się musiał wdrapywać, aby w ogó-
le móc posuwać się naprzód. 1
W strefie tej poruszać się musisz aż do
przesady ostrożnie, ponieważ większość bu-
dowli koralowych jest krucha i załamujesz
me — przystępu do swych tajemnic
J**-i chcesz się dostać az na samą kra-
wędź koralowego płaskowyżu, musisz sta-
t..:.'e obliczsc czas i wyruszyć na mniej
wic c-i godzinę przed najniższym stanem
mor7a Półtora kilometra na godzinę, to
dobra średnia marszu po rafie — jest tak
wiole przeszkód do pokonania i tyle rzeczy,
które zatrzymują lub którym należy bliżej
się pr; vjrze< Najpierw idzie się po obszer-
ne, >asze czystego piasku upstrzonego ka-
wałkami martwego koralu — nieciekawej
pustyni zamieszkanej jedynie przez brzyd-
kie strrzkwy” Cucumarta Przestrzeń tę na-
ler\ przebyć bardzo szybko i bez straty
czasu a wkrótce pojawią sic, korale wdzie-
rając.. nę v. piaski - im dalej, tym bardziej
barwne i zróżnicowane Wkrar ...
na mniej
Wkraczasz w
bez ostrzeżenia
pod ciężarem czlo-
I wieka Bardziej masywne twory o kształcie
brył są wystarczająco mocne, aby po nich
chodzić bez ryzyka, natomiast silnie rozga-
łęzione formacje zwane „rogami łosia" na-
leżą do najzdradliwszych. Grozi cl najzupel-
niej niespodziewane zapadnięcie się między
1Ch konary. 1 chociaż nie zdarza się, aby
noga ugrzęzła głębiej niż na pół metra, mo-
żesz się pokaleczyć i w rezultacie zostać
zmuszony do spędzenia najbliższych dni w
łóżku.
Mniej więcej w pół drogi między wyspą
a krawędzią rafy powierzchnia koralowego
płaskowyżu dzieli się po połowie między
płytkie stawmy i połacie płaskiego jak stół
koralu, wyniesione kilkanaście centymetrów
ponad wodę. Warstwę wierzchnią tych „sto-
łów" skalnych tworzą kolonie żywych poli-
pów koialotwórczych. Pewnego razu w jed-
nym z takich stawków miałem dziwne prze-
życie. Bardzo dekoracyjny mały rekin pod-
płynął aż do moich stóp i leżał bez ruchu
przez co najmniej dwie minuty, zupełnie jak
pies oczekujący na pieszczotę. Zdążyłem roz-
stawić statyw fotoaparatu I wykonać serię
starannie skomponowanych zdjęć, nim rekin
znudził się moim towarzystwem i odpłynął.
W pobliżu samej krawędzi rafy charakter
tworów koralowych zaczyna się zmieniać.
Stają się bardziej solidne i zwarte, stąpać
po nich można o wiele bezpieczniej. Znaj-
dujesz się już na zewnętrznych, mocnych
bastionach chroniących rafę przed fudą
morza, które z wyjątkiem niewielu dni
absolutnej ciszy nieustannie bije taranami
grzywaczy o jej żywe szańce.
Wędrówka nad samą krawędź rafy pod-
czas odpływu jest niezapomnianym przeży-
ciem. Chociaż ląd pozostał daleko i dzieli
cię od niego odległość jednego lub dwóch
kilometrów, czujesz się tu również pewnie
jakbyś stąpał po betonowym chodniku,
i rzeczywiście w wielu miejscach wielowie-
kowa praca fal tak spoiła i wygładziła koral.
utworzyła się całkowicie pewna i niema
tjładka powierzchnia, którą niewielkim na
nagJe
ment Wielkiej Rafy Koralowej
kładem środków można by zmienić w do-
skonalą autostradę.
Jeśli odpływ jeszcze trwa, zadziwiające
ilości wody spływają po płaszczyźnie rafy,
opadając kaskadami do morza. Nieoczeki-
wany widok tych wodospadów stanowi nie-
zapomniane przeżycie. W wielu miejscach
woda wyżłobiła w twardej, wapiennej skale
koralu kanały, które — odsłonięte — mo-
głyby uchodzić za modele ujść rzecznych.
Poprzez ruchomy, krystalicznie czysty nurt
mienią się w słońcu całą gamą miłych,
pastelowych cieni. Trudno pojąć, jakim cu-
dem utrzymuje się taka różnica poziomu,
często przekraczająca jeden metr między
dużymi stawami na powierzchni rafy, a mo-
rzem. z którym łączą je niezliczone kanały,
kanały te bowiem w ciągu całego okresu
wynurzania rafy są wypełnione spływającą
wodą
Nawet kiedy morze wydaje się spokojne,
najczęściej o krawędź rafy rozbija się fala
Do rzadkości należą dni. w których morze
wygląda Jak lustrzana tafla lub też jego
gładka powierzchnia oddycha powolnym.
1* — Nowy tiary Łwiat
241
240
11
i t
WfłŁ i
Zn'ko
Uczestnicy wyprawy Kon-Tiki
000 km
Trasa podróży Kon-Tiki
242
243
oleistym rozkołysem. W takim dniu, i tylko
w takim, można stanąć na lśniących wilgo-
cią zewnętrznych stokach koralowych
bastionów i spoglądać w głąb błękitnych
wód wiecznie pluszczących u stóp koralo-
wych skał. Wielki klif’, którego samej kra-
wędzi dotknęły stopy obserwatora, gwał-
townie obrywa się i spada w głębinę. Poza
115. WYPRAWA KON-TIKI*
Najbardziej trzymały się nas złote ma-
krele i ryby-piloty. Od momentu, gdy pierw-
sza złota makrela przyłączyła się do nas ko-
ło Calłao [czytaj: kallao], nie było ani jed-
nego dnia, w którym te wielkie ryby nie
przewijałyby się wokół nas. Nie wiem, co
przyciągało je do tratwy — chcialy pływać
z ruchomym dachem nad głową, czy też nę-
ciło je pożywienie łatwe do zdobycia w na- I
szym ogrodzie warzywnym składającym
się z glonów, wodorostów i małżów, zwi- I
sających girlandami ze wszystkich pni
120' - .110- ---ińn- Igo"-
10*
150*
100'.
Polud
EKWADOR^
—Lądowanie-|-
na rafie Raroia
7 VIII 1947 • °<i •
• 1 •
Start i
•28 IV 194
plecami, aż
po wyspę
_ rozciągają siękoi^
które może zwiedzać
we tozłogt. ei podeszwie. Na
posiada ^y.^igdY nie odsłaniany
kn)e Si? *• tvlko dla nurka,
odpłyń' °° Arthur C. Ciarkę: Telw l
re koralowych rai. 1
W Zubrzycki. Gdynia I
Wyd. Morskie, s. B\—I
t wiosła Arowego Najpier^W^*
się na pniach cienka za.
lecz zielone frędzlę glonow upodob-
dziwiającą szybkością, ze kiegOi prze-
nil się do brodatego gnoma gęstwinie
lewającego się między fa . ipa.
porostów chroniły się małe Y
sażerowie na gapę" kraby tratwie
Były chwile, kiedy czarne
poczęły uzyskiwać mrówki- kiedy
owady żyły w niektórych pma zaczYnała
wyszliśmy w morze, a wi g z pni
przenikać drewno, mrówki wYr ejzty się
i wlazły do naszych śpiworów. iż
wszędzie gryząc i dokuczając tratwy
sądziliśmy już, że wygnają n coraZ
Lecz stopniowo na tratwie
wilgotniej; mrówki zrozumiały, że nie jest
to ich właściwy żywioł i zaledwie kilka po-
jedynczych egzemplarzy wytrzymało z nami
do końca podróży. Jeżeli nie liczyć krabów,
najlepiej powodziło się na tratwie skoru-
piakom, które miały 3—4 centymetry dłu-
gości. Wyrastały one setkami, szczególnie
na osłoniętej od wiatru stronie, i chociaż
wrzucaliśmy stare do kotła z zupą przyby-
wały ciągle nowe. Skorupiaki miały świe-
ży i delikatny smak. Zbieraliśmy na sałat-
kę wodorosty, ale były one mniej smaczne.
Nie zauważyliśmy nigdy, aby złote makrele
żerowały w naszym ogrodzie warzywnym,
lecz widzieliśmy, jak odwracały w górę swo-
je błyszczące brzuchy i nurkowały pod pnie.
Złota makrela jest wspaniale ubarwioną
tropikalną rybą, mierzy zwykle metr lub
półtora, ma spłaszczone boki i stosunkowo
wielką głowę.
Wciągnęliśmy kiedyś na pokład okaz
półtorametrowy z głową o długości 37 cen-
tymetrów.
W wodzie złote makrele mieniły się zie-
lenią i błękitem i błyszczały żółtozielonymi
płetwami. Lecz gdy wydostawaliśmy je na
tratwę, przedstawiały dziwny widok. Każda
z nich zasypiając ciemniała i stawała się
srebrnoszara z czarnymi plamami, a w koń-
cu robiła się srebrnobiała. Trwało to cztery
czy pięć minut, później dawne kolory z wol-
na pojawiały się znowu. Nawet w wodzie
złote makrele zmieniały niekiedy z byle po-
wodu barwy jak kameleony i często spo-
strzegaliśmy ,,nowy rodzaj” błyszczącej
miedzią ryby, która po bliższym przyjrzeniu
się okazywała się naszym starym przyja-
cielem.
Płaski pysk, upodobniający złotą makrelę
do buldoga, zawsze przecinał powierzchnię
wody, kiedy ta drapieżna ryba rzucała się
jak torpeda za ławicą uciekających ryb. Gdy
makrela była w dobrym humorze, przewra-
cała się na bok, nabierała szybkości, wyska-
kiwała wysoko w powietrze i niby płaski
naleśnik spadała z pluskiem na powierzch-
nię, wzbijając fontanny. Zaledwie dotkną-
wszy wody, powtarzała skok poprzez fale,
jeszcze jeden i jeszcze jeden. Ale kiedy była
w złym humorze, na przykład gdy wyciąga-
liśmy ją na tratwę, rzucała się i gryzła.
Torstein kulał przez jakiś czas chodź
bandażowanym wielkim palcem u n •
postawił kiedyś przypadkowo stopę°^'9dyz
żu paszczy ryby, która wykorzystała ok^’
do zwarcia szczęk i ugryzła mocnie’ -
zwykle. Po powrocie z wyprawy słJz!?
my, że złote makrele atakują, a nawet p
rają kąpiących się ludzi. Nie było to
pochlebne dla nas, jako że pluskaliśmv
codziennie między mmi, a jednak nie wyka
zywały żadnego zainteresowania nami. Z}0
te makrele są istotnie strasznymi drapieżni-
kami; znajdowaliśmy w ich żołądkach oś-
miornice i latające ryby.
Te ostatnie były ulubioną potrawą złotych
makreli. Jeżeli cokolwiek pluskało na po-
wierzchni wody, makrele rzucały się na
oślep w nadziei, że jest to latająca ryba.
Często w senne godziny poranne, gdy na
wpół jeszcze drzemiąc wychodziliśmy z sza-
łasu i zanurzaliśmy w morzu szczoteczki do
zębów, trzeźwieliśmy na dobre, gdy piętna-
stokilowa ryba wystrzelała jak błyskawica
spod tratwy i rzucała się na szczoteczkę.
A kiedy siadaliśmy spokojnie do śniadania
na brzegu tratwy, zdarzało się, że złote ma-
krele wyskakiwały w powietrze, prezentu-
jąc jedno ze swoich energiczniejszych bocz-
nych pluśnięć, tak że woda morska lała się
nam na plecy i na jedzenie.
Thor Heyerdahl: Wypro’*,<1
Kon-Tiki. Tłum. J. Pański.
Warszawa 1960, Iskry,
s. 131—133.
fie. SZTORM
w dwa dni później przeżyliśmy pierwszy
sztorm. Zaczęło się od tego, że pasat zamarł
2*upełnie, a łekkie, pierzaste obłoczki pasa-
towe, pędzące nad naszymi głowami po błę-
kitnym niebie, zostały nagle zasłonięte przez
ciężkie, czarne zwały chmur, które nadcią-
gały z południowej strony horyzontu. Póź-
niej z najmniej oczekiwanych kierunków
nadeszły porywy wiatru, tak że wachtowi
przy sterze nie mogli dać sobie zupełnie ra-
dy. Jak tylko obracaliśmy statek’ rufą do
wiatru wiejącego z nowego kierunku i ża-
giel wybrzuszał się sztywno, wiatr uderzał
z innej strony, żagiel obracał się i łopotał
tak mocno, aż strach brał o statek i ładunek.
Nagle wiatr uderzył prosto z południa, a kie-
dy czarne chmury przelewały się nad nami,
bryza wzmogła się do wichury, która z kolei
rozwinęła się w prawdziwy sztorm.
W ciągu nieprawdopodobnie krótkiego
czasu bałwany wokół nas wzbiły się do wy-
sokości pięciu metrów, a poszczególne grze-
bienie syczały nawet siedem, osiem metrów
powyżej dolin fal, tak że kiedy statek leżał
w dolinie, grzebienie dosięgały szczytu
masztu. Musieliśmy się wszyscy poruszać
na pokładzie zgięci wpół, podczas gdy wi-
cher wstrząsał bambusowymi ścianami,
gwizdał i wył w olinowaniu.
Rozpostarliśmy brezent na tylnej i lewej
ścianie domku, aby osłonić naszą radiosta-
cję. Wszystkie luźne ładunki uwiązaliśmy
mocno, a żagiel spuściliśmy i owinęliśmy
dokoła bambusowej rei.
Gdy tylko niebo zachmurzyło się, morze
stało się ciemne i groźne; w całym polu
widzenia ocean zabielił się grzebieniami bał-
wanów. Rozległe smugi opadłej piany leża-
ły pasmami na zboczach długich fal, a wszę-
dzie, gdzie grzywacze złamały się i opadły,
plamy zielonej wody ziały jak otwarte rany
czarnoniebieskim morzu. Wicher zwiewał
ćmiące się szczyty bałwanów i bryzgi fal
unosiły Się nad morzem jak słony deszcz.
r°pikalna ulewa zwalała się na nas w po
oceanu,'zar-tWa,aC1' ' chlostala Powierzchnię
lejara ,ip mniajac ^zysiko wokół. Woda
ejąca się nam z włosów i bród miała słona-
y smak: potykaliśmy się na pokładzie zgię-
ci we dwoje, „adzy i zmarznięci, sprawdza-
MC, czy sprzęt i ładunek są przygotowane
na spotkanie burzy. Kiedy burza przemo-
czyła horyzont i ogarnęła nas po raz pierw-
szy, w oczach załogi można było odczytać
niepokój. Lecz gdy sztorm już na dobre roz-
szalał się nad statkiem, a Kon-Tiki zaczął
lekko i wdzięcznie wzbijać się ponad bał-
wany, burza stała się podniecającym spor-
tem. Towarzysze rozkoszowali się teraz ży-
wiołem, z którym tratwa tak swobodnie da-
wała sobie radę, wzlatując zawsze na szczy-
ty fal jak korek, podczas kiedy główna ma-
sa szalejącej wody przelewała się stale
kilka cali nad nami. W taką burzę morze
miało wiele wspólnego z górami. Odbywa-
liśmy jak gdyby wspinaczkę wśród burzy na
najwyższych, nagich i szarych graniach.
Chociaż byliśmy w sercu tropików, tratwa
ślizgająca się w dół i w górę po kurzącej się
pyłem wodnym pustyni morskiej przypomi-
nała nam zjazdy ze śnieżnych zboczy i żle-
bów.
Sternicy mieli się na baczności w taką po-
godę. Gdy najwyższe wały wodne przecho-
dziły pod przednią częścią tratwy, belki na
rufie wyskakiwały z wody, ale już w na-
stępnej chwili waliły się w dół, by wspiąć
się znowu na nadchodzący grzebień. Za każ-
dym razem, kiedy bałwany szły tak blisko
siebie, że drugi zabierał się już do nas od
strony rufy, a pierwszy trzymał jeszcze
dziób w powietrzu, ciężkie masy wodne wa-
liły się na sterników ze straszliwym grzmo-
tem Lecz już w następnej sekundzie belki
ru[y podnosiły się i powódź ustępowała
spływając między pniami tratwy jak m.ę-
d Obliczy™^^ żo przy norma'™e sp°^
mnrTU kiedy przerwa między grzbie
2 najwyższych fal trwała mniej więcej
245
244
się przez rufę
przelewało
20’
20
2600 km
0
siedem sekund,
około 200 ton wody na dobę. Niewielkie po-
toki wody przelewały się w spokojną pogo-
dę między bosymi nogami sterników, zni-
kając szybko w szparach pokładu. W czasie
burzy natomiast, w ciągu jednej doby prze-
lało się przez pokład tratwy ponad 10 000
ton wody, która w ilościach od kilku litrów
do 2—3 metrów sześciennych waliła się co
pięć sekund na pokład statku. Niekiedy bał-
wany łamały się na tratwie z takim ogłu-
szającym hukiem i impetem że sternik stał
w wodzie do pasa i czuł się, jak gdyby szedł
pod .prąd w bystrej rzece. Tratwa drżała
przez chwilę, aż ogromny ciężar, przeważa-
jący jej rufę w dół, znikał wreszcie za bur-
tą w wielkich kaskadach.
Herme.n mierzył regularnie anemome-
trem * szczytowe nasilenie sztormu, które
utrzymywało się całą dobę. Stopniowo
sztorm zmniejszał się przechodząc w silny
wiatr przeplatany ulewami, który nadal
chłostał wokół nas powierzchnię wody. Tra-
twa żwawo sunęła na zachód. Ażeby między
piętrzącymi się bałwanami otrzymać dokład-
ne pomiary wiatru, Herman musiał wyko-
rzystywać odpowiednie chwile i wdrapywać
się na rozkołysany szczyt masztu, na któ-
rym niełatwo było
się utrzymać.
246
Kiedy wiatr zelżał, wydawało się, że .
kie ryby wokół statku oszalały
Morze okalające tratwę było pełne rekin?*
tuńczyków, makreli i oszołomionych boni
tów, wijących się pod belkami tratwy
najbliższych falach. W oceanie toczyla sła
walka na śmierć i życie. Grzbiety wielkich
ryb stawały raz po raz nad powierzchnią
wody i wystrzelały z niej jak rakiety, pod.
czas gdy omywająca nas woda zabarwiała
się gęstą krwią. Najczęściej walczyły ze so-
bą tuńczyki i złote makrele, które nadcho-
dziły w wielkich ławicach i poruszały
szybciej i żywiej niż zwykle. Atakowały
tuńczyki ciskając wysoko w powietrze swo-
je siedemdziesięciokilowe cielska. Po chwili
w pyskach ich tkwiły zakrwawione łby ma-
kreli. Pojedyncze złote makrele zmykały
wprawdzie przed prześladowcami, to U-
wica nie ustępowała, choć wiele
krążyło już z wielkimi ranami na grzbtoct
Raz po raz wpadały także rekiny w ślepej
pasji i napadały na wielkie tuńczyki. Mon
nie mogły mierzyć się z silniejszym P»
ciwnikiem.
Państi.
Iskry.
Thor Heyerdahl: Wypraw
Kon-Tiki. Tłum. J.
Warszawa 1960,
Trasa podróży Leonida Teligi
ii7. na Żyznym morzu arafura
Szum. Straszliwy szum przyboju.
napinają się, przed oczyma sta^ ™ wy.
piany i czarne skały. Jednym s
latuję z koi na pokład, siadam w^kokpicie
i chyba drżącą ręką ocieram z cz sWÓ-
pot. Niebo jest różowe, słonce po wofcói
rąbek spoza widnokręgu za r 3' svakUią
szum. Na powierzchnię stadami wyskakują
ryby. Wszędzie - przed dziobem, po obu
burtach, za rufa - morze e
jakby wszystkie ryby swia e_
w tym przymglonym, wyp wschodu
jącą coraz bardziej czerwi 4
ŚX to jest Morze Arafura! Nagle
gęstwę ryb suną w tyrahei“ ^estchnień
chać ich podobne do cięzk obfite.
oddechy. Śniadanie miały teg umoco-
I ja zarzucam wędkę. Jak° prZ^n^nneao bo-
lałem na haku spory kawał sus
nita. Nie miałem szczęścia taKiey
bny. Na śniadanie ,.załoga
jak co dnia, owsiankę.
dostała,
Opty
rr
Z
Nowi
Tak rozpoczęła się żegluga po jednym
z najbardziej żyznych mórz świata. Jego
wody zasilane rzekami z Nowej Gwinei,
Australii i sezonowymi strumieniami w po-
rze deszczowej zawierają masy planktonu
zarówno zwierzęcego jak i roślinnego.
Nic więc dziwnego, że przez kilka dni
Opty płynął jakby po rozsypanych plewach.
Wystarczyło kilka wiader przecedzić przez
chusteczkę do nosa, a na jej powierzchni
pozostawała ostro pachnąca kawiorem masa.
Patrzyłem na nią. Przypominałem sobie uwa-
gi innych żeglarzy, którzy chętnie to jadali.
W końcu zwinąłem chusteczkę i położyłem
na słońcu. Po zakończonym rejsie w jednym
ze schowków Opty znalazłem resztki tej
zasuszonej masy. Na jedzenie ,,tego za-
brakło mi jednak odwagi.
Z nawigacją w tym rejonie nie było kło-
potów. Chmury pokazywały się rzadko. Mo-
głem spokojnie płynąć w kierunku lezącej
na skraju Oceanu Indyjskiego wysepki Roti.
Próbowałem łowić rekiny, ale i te mając
247
।
Leonid Teliga na pokładzie jachtu „Opty"
tyle naturalnego pożywienia lekceważyły
nawet wędzonkę, która mogłaby mi wystar-
czyć na parę śniadań.
Wiatry na Morzu Arafura wiały raczej
spokojnie, nie musiałem zbytnio się wysi-
lać, aby utrzymać kurs, gdyż robił to za
mnie ,,Samuś". Farba na pokryciu płatu
powietrznego popękała od żaru, trzeba było
pokryć ją nową warstwą pokostu.
Dni mijały bez specjalnych Wyd
był niemiłosierny. Mając sporo n‘Zar
czasu, zajmowałem się nie tylko W°^°
niem, lecz także opracowywan^m^'0^’
materiałów i robieniem świeżych
Jednak było to zajęcie wyłącznie p"”'8’'1
Kabina rozgrzewała się do tego stopnia”"',
nie sposób było w niej usiedzieć. Pewn "
dnia, w czasie całkowitej ciszy, założyli
swoją smycz i dałem nura za burtę. Oc -
wiście taką ekspedycję za burtę „Opty" poi
przedziły długie obserwacje morza, które
pomogły mi się upewnić, czy będę mógł
wrócić na pokład w jednym kawałku. Opo-
wiadano mi na Viti-Levu, że niedawno
u brzegów Australii spotkano dryfujący
jacht z wysuniętym ciałem żeglarza, które-
mu rekin uciął stopy. Szczegółów wypadku
nikt nie odgadł, ale można je sobie wyobra-
zić. Przygotowałem również strzemiona z lin,
abym mógł w razie potrzeby natychmiast
wydostać się na pokład.
Będąc w wodzie, zobaczyłem nagle na po-
wierzchni jakiś podłużny cień. Węgorz!
O ile wiem, to w tych stronach Węgorzynie
ma. a więc wąż. Bez pośpiechu ale zdecydo-
wanie skończyłem kąpiel i już z poka
Opty zobaczyłem pięknego, długiego uę
Miał kolor cielisty poprzecinany cza^
zebra. Leniwymi ruchaj
potem skrył się
, dna jachtu z mu-
każdym razie więcej 9
Leonid Teliga: -j^Gd^
Fidżi d0 ? Mori 5
1970. Wyd- Mor
18.
pręgami, niczym
płynął wzdłuż burty, a r-
kilem. Nie wiem, czy szukał ciem . _
że zajął się oczyszczaniem
szelek i roślin,
nie widziałem.
W
248
118 MOJA WIELKA RYBA (W ZATOCE
GWINEJSKIEJ)
O godzinie szóstej rano szturman wyciąg-
nął wszystkich z łóżek. Zerwałem się z po-
słania, mokrego od potu. W gimnastycznych
spodenkach i starych butach, otrzymanych
od pierwszego mechanika, wybiegłem na po-
kład. Dopiero tutaj naciągnąłem rękawice
z brezentu i skóry. Wzdłuż prawej burty
leżała sieć. Bosman z Robertem i Manuel
oglądali je ze wszystkich stron. Nieliczne
dziury, wykryte podczas lustracji, zarabiali
nowymi oczkami.
Sprawdziliśmy zamocowanie pływaków
oraz łańcucha, stanowiącego obciążenie.
Niecierpliwie oczekiwałem pierwszego ma
newru. Wraz z Murzynami stałem teraz bez
czynny do zakończenia reperacji. Robiło się
widno. Blady błękit opadał ku widnokręgo-
wi. Poprzez mgiełkę przebijało z jednej stro
słońce, a z drugiej pełna tarcza księżyca
®yło jeszcze dość chłodno, termometr ws a
zywał zaledwie dwadzieścia osiem stopni.
Bosman wyprostował się i rozmieści na
wzdłuż burty. Zaczęliśmy wyrzucać siec.
Gdy już pławiła się w wodzie, bosman
ją miejsce przy windzie. Manuel poszedł
o sługiwać dziobową deskę rozporową,
a Robert stanął na rufie. Wkrótce potem za-
czął pracować silnik.
Mieliśmy ostatnie cztery godziny spokoju.
Zięba płvnęła powoli przez kilka mil w kie-
runku Lagos. Statki na redzie i falochrony
wejścia do portu wyłoniły się na horyzon-
cie, rosły, podeszły niemal pod dziób Wte-
dy zatoczyliśmy duże koło, kładąc się na
przeciwny kurs.
Od zachodu zaciągnął lekki wiatr, który
powierzchnię morza marszczył drobną falą.
Nakładała się na rozkołys oceanu, ale rów-
nie spokojny i miarowy, w sam raz na tyle,
by wprawić w łagodne chybotanie wszystko,
co płynie.
Z lewej strony ciągnęła się smużka lądu,
pokryta gęstwą buszu, przetykanego gdzie-
niegdzie dachami tubylczych chat. Zieleń
cofnięta do tyłu opadała ku linii piasków
oddzielających ją od zatoki. Nieskończenie
długą plażę atakował szturm przyboju.
W perspektywie kipiel wyglądała jak ośle-
piająco biały warkocz. Matowiał jednak
i bladł, gdy słońce skrywało się za chmura-
no wyciągnięciu Włoka podczas połowów
w chwilę po wrc
w Zatoce Gwinejskiej
249
Kolo południa niemal cały firmament po-
szarzał- Zrobiło Sie pa”’0 1 dU5in0' Y'v°"
tom ze suvch kabin, biali i czarni schodzili
na pokład ra.mu.ic wyznaczone stanowiska.
Statek zatrzymał się podczas manewru.
Winda uruchomiona przez bosmana nawi-
jała stalowe kable na bębny.
Minęło jeszcze dziesięć minut, zanim pod-
w^zono deski na kozłach burtowych. Mat-
ma wypłynęła pod powierzchnię. Wychyle-
ni przez rehng * oglądaliśmy zdobycz. Pełna
w eszono deski na kozłach burtowych. Mat-
nia wypłynęła [
1
byia ryb żółtych, czerwonych, brunatnych,
białych brzuszków, srebrzystych grzbietów.
Zabraliśmy się do wyciągania sieci. Mat-
ma zahaczona na stalówkach, pociągnięta
obrotami windy, podjechała w górę, ocięża-
ła, pełna, obfitująca w bogactwo morza. Za-
wisła w powietrzu. Manuel i Latifu we-
pchnęli ją przez krawędź nadburcia. Jeden
trzymał wspierając się rękami, a drugi —
pochylony nisko — kilkoma szarpnięciami
rozwiązał
dołu
węzeł, zabezpieczający otwór od
uczynił
Na pokład posypała się lawina17yb
piska tego gramoliły się na zewnątrz
le kraby i niezdarne małe krewetki
ną langustę, w pstrokatym pancerzu U
uchwycił za grzbiet i szmyrgnąl pod luk
Sieć po naprawieniu znów wyrzucono
burtę. Statek ruszył, zaczynając wahacW
spacer tam i z powrotem, tam i z powrotem
kszej przestrzeni, Odrzucali daleko od 7
bie martwe rekinki i żywe raje. Ich płaskie
ostatni ruch
i odskoczy)
!0Wy
Murzyni rozgarniali szuflami ryby na w?
kszej przestrzeni, Odrzucali daleko od ?le.
bie martwe rekinki i żywe raje. Ich płaskie
potworkowate ciała plaskały głucho o podło
gę i nim na zawsze znieruchomiały, próbo-
wały unosić się na elastycznych płetwach
Z Robertem podawaliśmy puste skrzynie
ze sterty przygotowanej pod tentem*. Usta-
wili je rzędami. Gdy zaś i tę czynność wy-
konali, przystąpili do sortowania na gatun-
ki.
Janusz Skarżyński: Moja
wielka ryba. Poznań 1967
Wydawnictwo
s. 76-77.
Poznańskie
i
119. SKORUPIAKI UŻYTKOWE
Spośród skorupiaków w celach konsump-
cyjnych są poławiane kraby, homary, lan-
gusty i krewetki. W morzach Dalekiego
Wschodu w dużych ilościach występuje
krab kamczacki Paralithodes kanilschnhcc
Jest on szczególnie liczny w Morzu Ochot
kim, które dostarcza 75°/o światowych polo
wów krabów. Przemysł krabowy. dawniej
będący wyłącznie w rękach Japończyków,
poczynając od 1928 roku z powodzeń em
uprawia również Związek Radziecki Duże
radzieckie statki-przetwórnie przez sze
miesięcy w roku przerabiają kraby w
wschodniej części Morza Ochockiego, go'
nie w pobliżu brzegów Kamczatki. Kra y
poławiane przez specjalne flotylle mai y
statków, a statki-przetwórnie przerab,a)ą
je na konserwy. Przygotowane w na u
nym sosie konserwy z krabów kamcza
mają przyjemny, specyficzny zapac i s
Niezależnie od wysokich wartos ~
ezych, mają one również poważne zas «u
Wanię dzięki dużej zawartości fos oru
Podczas gdy przemysł krabówy
tak świat-
ków na Morw Ochock,™
Polowy skorupUko*
ty-
PRZYPISY
Wyi
homara zastępuje
step
rzsdko
oka
róż-
mlenafy w pc
Skalistych po
Jeziora
Gdańsk 1969,
s. 434—435.
Kazimierz Demel: 2ycie mo-
rza.
Morskie,
me
cyiiku. wody Atianvyxu mjmr * »•«•••«•*••
i langust, poławianych zarówno u brzegów
amerykańskich jak i europejskich (Nor-
rozwija się na wodach Północnego I a-
______ .rody Atlantyku słyną z homarów
i langust. poławianych zarówno u brzegów
izr.zrykańskich jak i europejskich (Nor-
wegia Szkocja. Anglia. Helgoland, wybrze-
ża Francji i inne).
Homary poławiane są w specjalne sieci-
-pułapki. do których jako przynętę wkłada
się kawałki gnijącego mięsa. Homar' euro-
pejskie są dużymi rakami, ważącymi 5—6 kg.
Homar amerykański jest jeszcze większy od
europe jskiego i osiąga 10 kg wagi. Wystę-
puje na obszarze od Labradoru do Nowej
Anglii. Czyniono również próby hodowli ho-
marów, które — niestety — nie udały się.
Można co najwyżej w odpowiednich base-
nach przechowywać złowione sztuki w sta-
nie żywym aż do chwili transportu. Rocz-
ne połowy homarów u brzegów Europy wy-
noszą około 25 tys. ton.
W Kanale La Manche i w innych rejonach
północnego Atlantyku
o dużych Wąsach i
M — ----
langusta, skorupiak <
łych szczypcach. W Morzu Północnym
rejonie Cieśnin Duńskich w dość znaczny
ilościach poławiany jest homarzec Nephroa
norvegicus. Czasami jest przywożony takz^
i przez naszych rybaków. Polowy krew^
i garnęli uprawiane są szczególnie u pohid
niowych brzegów Morza Północnego (Nie®,
cy, Holandia, Belgia), w Zatoce Meksyk^,
skiej i w Japonii. O znaczeniu tych połowów
w Morzu Północnym świadczy fakt, że
w latach przedwojennych do 7O*/o niemiec-
kich połowów przybrzeżnych stanowiły kre-
wetki. Połowy krewetek w Morzu Północ-
nym przekraczają 40 tys. ton.
Mięso skorupiaków w ogóle ma duże war-
tości odżywcze, jakkolwiek z racji łatwego
psucia się wymaga szybkiego na ogół prze-
robu.
Akomodacja oka — przystosowanie się
do widzenia przedmiotów znajdujących się w
nych odległościach lub w różnym oświetleniu.
Akwalung — czyli wodne płuca. Jest to aparat
do swobodnego nurkowania składający się z butli
ze sprężonym powietrzem umieszczanej na ple-
cach nurka oraz z samoczynnego urządzenia re-
gulującego ciśnienie tego powietrza.
Amha r o wie — najliczniejsza grupa etniczna w
Etiopii. Język amharskl jest uznany za język urzę-
dowy (obok angielskiego).
Amundsen Roald (1872—1928) — słynny nor-
weski badacz polarny. W 1910 r. wyruszył stat«
tklem „Fram” do Antarktydy, w 1911 wylądował
przy Barterze Lodowej Rossa w Zatoce Wielory-
biej. Stamtąd 20X1911 rozpoczął marsz do Bie-
guna Południowego, i zdobył go 15X111911. Cala
podróż przez Biały Kontynent trwaja 99 dni, w cią-
gu których przebyto 3000 km. Amundsen wyprze-
dził prawie o 4 tygodnie wyprawę angielską Ro-
berta F. Scotta. Anglików przez całą drogę prze-
śladowała wybitnie zła pogoda. Mimo lata tem-
peratura spadała do ok. —40° C. Wszyscy uczest-
nicy wyprawy R. F. Scotta zginęli w powrotnej
drodze na skutek odmrożeń 1 skrajnego wyczer-
pania.
Andezyt — skała magmowa wylewna o barwie
szarej z wyraźnymi czarnymi kryształami, stoso-
wana Jako materiał budowlany kwasoodporny.
Anemometr — przyrząd do pomiaru prędkości
wiatru.
A n t a j o s — lub Anteusz — olbrzym, który według
mitologu greckiej odzyskiwał zasób sił PrłV
tknięciu się ze swą matką Geją (Ziemią).
ryseptyczny — przeciwdziałający roz*0*
jnwi drobnoustrojów, odkażający.
r a i a I — po portugalskus skupienie kilku 9°
podarstw, rodzaj wjl.
Asenlamiento — rodzaj gospodarstw zespoło-
wych tworzony przejściowo na ziemiach chilij-
skich obszarników, których wywłaszczono na pod-
stawie reformy z dnia 28 ¥11 1957 T
Bark Leon — emigrant polski, jeden z mebcz-
nych Polaków, którzy osiedlili się na Madagaska-
rze w I połowie XX wieku.
Balista — urodzony 1901 u były prezydent > dyk-
tator Kuby, doprowadził do pogłębienia zależności
Kuby od USA
Batyskaf — statek głębinowy (z greckiego:
bathys — głęboki, ikapM — łódź). Pierwszy baty-
skaf zbudował August Pkcard, fizyk szwajcarski.
Rekord głębokości na batyskafie os.ągnął syn jego
Jacub Piccard w towarzystwie porucznika Don a
Walsha w dnia 231 1960. Opuści) się wówczas na
dno Rowu Mariańskiego na głębokość 10 912 m.
Baza bunkrowa — bankier to ładunek pabwa
na statku. Bazą bunkrową nazywa uę punkt, w
którym statek zaopatruje się w paliwo
Bizony — przed przybyciem Europejczyków stada
bizonów liczące ponad 60 milionów sztok prze-
szukiwaniu pastw.sk obszary od Gór
eh po wybrzeże Atlantyku i od Wielkiego
Niewolniczego prawie do Zatoki Meksy-
kańskiej. Na skutek polowań polegających na
masowym mordowaniu tych zwierząt prawie cał-
kowicie je wytępiono do roku 1893. Wówczas do-
piero w USA l w K nudzie wzięto bizony pod
całkowitą ochronę t stworzono dla nich rezerwa-
ty Jeden z największych znajduje się w Kanadzie
w stanie Alberta w pobliżu Jeziora Athabaska.
Opisuje go właśnie w książce J znowu kusząca
Kanada” Arkady Fiedler. W rezerwacie tym bizo-
ny odmiany leśnej rozmnożyły się t tworzą hczne
(lub brus) — inaczej sawanna albo
porośnięty akacjami I baobabami.
Buenos A i r • s - w 1968 r. zespól miejski liczył
7 964 000 ludności a w granicach miasta mieszkało
3 447 000 osób.
Busz — zarośla, zbiorowisko roślin z przewagą
krzewów. Najczęściej busz składa się z gatunków
kolczastych i sucborośli. Typowy dla strefy przej-
ściowej między lasem a stepem. W Afryce trudno
jest wyznaczyć granicę między buszem a puszczą.
By znesm a n — przedsiębiorca, również człowiek
sprytny, prowadzący różnorodne interesy.
C a a t i n ę a (czytaj: kaatinga| — dosłownie „biały
las" lub . biała trawa" — nazwa ubogich w wodę
stepów porosłych krzakami, niewielkimi drzewami
i kaktusami.
C a j u n s [czytaj: kachuns] — mieszkańcy delty Mis-
sisipi, uważani za najbiedniejszą grupę białej lud-
ności w USA. Są przeważnie pochodzenia francus-
kiego. osiedlili się w delcie w połowie XVIII w.
Do dzisiaj żyją w odosobnieniu.
Campesinos [czytaj: kampesinosj — po hiszpań-
sku: wieśniacy.
Cent — moneta w USA, 1/100 dolara.
Cruzeiro [czytaj: kruzeiroj — jednostka mone-
tarna w Brazylii.
Czekan — rodzaj laski ze stalową głowicą oraz
kolcem, używany przez alpinistów.
Czkało w Wal er i j P. (1904—1938) — pilot ra-
dziecki, który w dniach 18—20 VI 1937 przeleciał
8533 km bez lądowania na trasie Moskwa —
Portland (USA). Zginął podczas oblatywania sa-
molotu myśliwskiego.
Cybernetyczne maszyny tu w znaczeniu:
maszyny matematyczne.
Cyklopi — lud olbrzymów, który w służbie mito-
logicznych władców wznosił mury miast greckich
zwanych od nich cyklopowymi.
Daglezja — jedlica zielona, ozdobne drzewo igla-
ste z rodziny sosnowatych, podobne do świerka.
Pochodzi z Ameryki Północnej.
Disneyowski — W. Disney (urodzony 1901)
reżyser i producent filmów rysunkowych.
Domeyko Ignacy (1802—1889) — polski mine-
ralog 1 geolog, filomata, uczestnik powstania listo-
padowego, przyjaciel A. Mickiewicza. Osiedlił się
w Chile i podczas półwiekowej działalności przy-
czynił się do rozwoju gospodarczego i kulturalne-
go tego kraju.
Drive>- — (czytaj: drajwer) kierowca, szofer.
Dyluwialne lody — dyluwium to dawna na-
zwa epoki lodoweji obecnie geologowie nazywają
ten okres plejstocenem.
Efemery (efemerydy) — zjawiska krótkotrwałe.
Ekologia — nauka badająca wzajemne stosunki
między organizmami a otaczającymi je środowis-
kami.
Elewator — budynek służący do magazynowania
zbóż,
ziarna
Enklawa — teren otoczony obszarem 0 in>
charakterze np. część terytorium państwa otocz^
ze wszystkich stron przez terytorium inn°”J
państw.
E p i f i t y — zwane też poroślami, należą do nich
storczyki. Rosną na innych roślinach ale są samo
żywne (nie są pasożytami).
Epikurejczyk — Epikur był filozofem greckim
żył na przełomie IV i III wieku p.n.e. Głosił, u
zasadą i celem życia jest dążenie do przyjemności
Dziś epikurejczykami nazywamy ludzi
za przyjemnościami, wygodnickich.
Estakada
da się np. szyny kolejowe lub pomost na palach
wbitych w dno morza.
Etoile du Congo [czytaj: etual di kongo) -
brzmienie nazwy francuskie, gdyż tym językiem
posługują się Belgowie jako językiem urzędowym
(Kongo było do roku 1960 kolonią belgijską). Po-
dobnie Albertville [albertwill] obecnie Kalemie,
Elizabethville (elizabetwill) i Jadotville [żadotwill]
obecnie Likasi.
254
o
oraz łatwy jego transport"
konstrukcji
umożliwiającej
Czczenie
— teren otoczony obszarem
goniących
— pomost na słupach, na których ukla-
FAO — skrót, znaczy: Organizacja Wyżywienia
i Rolnictwa Narodów Zjednoczonych. FAO stwier-
dziła i opublikowała w swoim raporcie z 1965 r.
że ludność Ameryki Łacińskiej obecnie żyje w
gorszych warunkach niż przed ćwierć wiekiem
Przyrost ludności na tym kontynencie jest szybszy,
niż przyrost środków żywności.
Fazenda — w języku portugalskim gospodarstwo
rolne w dawnych posiadłościach hiszpańskich
również plantacja kawy w Brazylii.
Flamboian — późny gotyk, który cechuje formy
krzywe zbliżone kształtem do płomienia, stąd -
styl płomienisty. Tu chodzi o kształt drzewa.
Geofizyczny Rok — W okresie tzw. Między
narodowego Roku Geofizycznego (MRG), tj. w cza
sie 1957—1958, całą kulę ziemską pokryto 9^
siecią stacji badawczych, które dokonywały^
serwacji meteorologicznych, magnetyzmu z
skiego, zorzy polarnej, powłoki lodowej i
dług jednolitego programu i jednakowym
darni. Główną uwagę skoncentrowano na *
Antarktydy i obszarów ją otaczających, *
tam wówczas ok. 80 stacji naukowo-ba
dwunastu państw. Po zakończeniu P‘er^ ba.
MRG postanowiono badania kontynuować
dań na Antarktydzie Polska włączyła się P
wie III MRG. .., futro
G r i z 1 i — niedźwiedź północnoamery an
ma szare, waży do 450 kg, w [
nej dochodzi do 2,5 m.
Harmattanowy kurz — V7 czasie na
w krajach nad Zatoką Gwinejską
pozycji wyp'os,c",a
wieje
i suchy wiatr — harmattan, Niesie on drobniutki
szarosłny pył zmieciony z brzeżnych obszarów
pustyni. Powoduje bardzo szybkie wysychanie
spoconej skóry i uczucie chłodu.
Historia wykazała również, że Strzelecki tajem-
nicy dochował, a pomimo to już w następnym
dziesięcioleciu po dokonaniu odkrycia Australia
przeżyła typowy gorączkę złota.
Humboldta Prąd- inaczej Prąd Peruwiański.
Jest to prąd morski zimny, płynący wzdłuż za-
chodnich wybrzeży Ameryki Południowej.
Indianie — dawni mieszkańcy Ameryki, przybyli
około 30 000 do 20 000 lat temu przez Cieśninę Be-
ringa z północno-wschodniej Azji. W okresie od
XVI do XIX w. zostali prawie całkowicie wynisz-
czeni na skutek kolonizacji białych osadników
i walk międzyplemiennych Pozostałych Indian
usunięto z dawnych siedzib i częściowo osadzono
w rezerwatach. Obecnie szacuje się wszystkich In-
dian na 13—14 min osób, z tego około 700 tys. w
Ameryce Północnej.
Inkowie — lud żyjący w środkowych Andach.
Stworzyli oni ogromne państwo obejmujące dzi-
siejszy Ekwador, Peru, Boliwię, część Chile i Ar-
gentyny Stolicą państwa Inków było miasto Cus-
co, w którym jeszcze dziś znajduje się mnóstwo
zabytków architektonicznych z okresu przedko-
lumbijskiego.
Interior — tereny leżące wewnątrz kraju daleko
od wybrzeża i wielkich miast, bardzo słabo zalud-
nione i zagospodarowane. Termin używany naj-
częściej w odniesieniu do Ameryki Południowej.
Islam — religia mahometańska, powstała w VII
wieku w Arabii. Twórcą i prorokiem był Maho-
met. Zasady islamu wyłożone są w świętej księ-
dze Koranie. Obecnie tę rełigię wyznaje około
370 min mieszkańców Afryki północnej i środko-
wej oraz Azji południowej i zachodniej. Wyznaw-
ców islamu nazywa się muzułmanami lub maho-
metanami.
Jard (yard) — angielska miara długości. Wynosi
3 stopy angielskie, czyli 0,914 metra.
Kaboklo — wieśniak mieszkający w głębi Bra-
zylii. o nieokreślonej mieszaninie krwi murzyń-
sko-indiańsko-portugalskiej.
a j m a n y — krokodyle zamieszkujące rzeki i je
ziora tropikalnych części Ameryki Południowej
1 Środkowej. Żyją również w delcie rzeki Missi
sipi. Dochodzą do 4 m długości.
a r i b u — wielkie, ciężkie jelenie podobne do re
nifera: żyją w Ameryce Północnej w dwóch o •
mianach. Jedna odmiana występuje na obszane
tundry, druga kryje się w lasach północnej czę
tajgi.
d ’ a i — sprawdź położenie tej prowincji na map
zamieszczonej w czytance Kongo (Kinsbasa).
K 111 albo faleza —
podmywany i obrywany nr, m°r,k1'
sklch. Y Hawany przez uderzenia fal mor-
K'd\"ed,?2T): k'?d,)k| ~ • *<-
miasto Dawson Klondik'1”1'.00’ Ośrodeki
kryciu sto.. * d'ke ’*ynne J«t dilt-kl od-
>c,u złota na tym tereile w r. ltois t
szybko wyczerpały się.
''“a™.," le9*onu starożytnej
annl. rzymskiej. Tu w znaczeniu: oddziały za-
stępy. '•
Kongo (Kinshasa) — obecnie republika Zair.
on-Tiki — nazywała się tratwa Heyerdahla.
Przeczytaj objaśnienie hasła „statek".
Koriakowie — lud zamieszkujący w obwodzie
kamczackim, trudniący się hodowlą, myślistwem
i rybołówstwem.
Krokodyl — Po drugiej wojnie światowej kroko-
dyle na Madagaskarze wytępiono niemal całko-
wicie. Przyczyną tego był popyt i wysokie ceny
na skóry krokodyle. Tak więc dzięki modzie Ma-
dagaskar pozbył się najgroźniejszych demonów.
Pisze o tym Arkady Fiedler w książce p.t. .Mada-
gaskar — okrutny czarodziej", wydanej w ostat-
nich latach.
Kryształ górski — minerał, przezroczysta bez-
barwna odmiana kwarcu. Stosowany w jubiler-
stwie jako kamień półszlachetny.
K s e r o f i t y — suchorośla, ciepłolubne rośliny ży-
jące w warunkach długotrwałej suszy powietrza
i gleby.
Kuba — Delegacja kubańska przebywająca w Pol-
sce w 1960 r. zaprosiła grupę polskich grotołazów
na kilkumiesięczny pobyt na Kubie. Celem tej
wyprawy było zbadanie jaskiń, poznanie systemu
wód krasowych i zasobów nawozów gromadzą-
cych się w grotach. Nawozy te tworzą się z gua-
na (odchodów) gromadnie żyjących tam nietope-
rzy.
Loggia (czytaj: lodżdżia) - pomieszczeni na pitt-
trze otwierające się kolumnadą na jedną lub kilka
Long” s 1a nd tcz^aj: ,ong ajIend)~’ WYSP’
03 ktÓrYC?cź:ujNlu7ng]r- dosłownie- zwijanie
-Y -tu motyli
w powietrzu.
Matecznik - zaciszne
1609,81 m' Nagromadzony, Segregowany w
M ^^inr U6ty
być moreny ^lowC’ nawiązuje do
— e^5i.
i trudno dostępne miejsce
odbywały się
od prawnych । miały <>9™»'"Y Ms,’9
Zwierzęta Afryki Środkowe) I Południowe) przy-
wędrowały niegdyś x Europy.
Ndsfr - Ga mai Abdel (Nasser) pułkownik
i polityk. Od l°56 był prezydentem Egiptu. Byl
założycielem i prezydentem Zjednoczonej Republi-
ki Arabskiej |lnS8). w skład której weszły: Egipt,
Jemen Syna U 1961 r. federacja przestała fak-
tycznie istnieć. Pomimo to Egipt utrzymał do 1971
r nazwę ZRA nie rezygnując z idei utworzenia
federacji wszystkich państw arabskich. Naser
zmarł w 1970. Obecna nazwa ARE.
X i e m e y e r i i n. — budowniczowie nowej stolicy
Brazylii.
Non stop — w tym wypadku chodzi o lot bez
lądowania.
Oksydy żelaza i glinu — tu chodzi o tlenki
tych metali.
Ostrowski Wiktor — mieszka w Ameryce Po-
łudniowej. Badacz, podróżnik, myśliwy, rybak,
fotograf, zajmuje się filmem dokumentalnym. Za-
przyjaźniony z plemionami Indian Araukanów —
Mapuche. Bada ich kulturę i obyczaje. Jest auto-
rem wielu książek. Najbardziej znana to: ,,Wyżej
niż kondory”.
Patio — dziedziniec wewnętrzny domów w krajach
kultury iberyjskiej, często z fontannę.
Pawiany — spotkanie autora z pawianami miało
miejsce w pobliżu granicy gwinejsko-senegalskiej.
Sprawdź położenie tego miejsca na mapce umiesz-
czonej w czytance „Zielona inwazja".
Peso — jednostka monetarna Argentyny, Chile,
Kolumbii, Kuby, Meksyku, Urugwaju.
Per jiedes (łac.) — pieszo.
Pluton — według mitologii greckiej bóg podziemia
Polska wyprawa — badawcza w Ruwenzori
wyruszyła z Warszawy w grudniu 1938 r. Jednym
z uczestników wyprawy byl Tadeusz Bernadzikie-
wicz.
P o m p e a — miejscowość we Włoszech u stóp We-
zuwiusza, zniszczona w czasie wybuchu wulkanu
przed dwoma tysiącami lat. Odkopana w
XVIII wieku.
P o r I i r — skała magmowa wylewna. Można w niej
wyróżnić wyraźne prakryształy (wykrystalizowa-
ne w głębi ziemi) i drobno wykrystalizowaną ma-
sę tzw, ciasto skalne.
Portenos — tak siebie nazywają mieszkańcy stoli-
cy Argentyny, Buenos Aires.
Przedkambryjskle formacje — chodzi tu
o skały które powstały przed pół miliardem lat.
Produkcja (Kongo) — określona jest w tym
tekście na podstawie danych z roku 19G0. Ponie-
waż jednak wojna zahamowała w następnych
latach rozwój tego państwa, liczby można jeszcze
do dziś uważać za zbliżone do aktualnych.
Pojąca w Pł
w,ęc s’
.. na pó|.
i peiu-
Ptolemeusze — dynastia
przed naszą erą. Kolumny
mają więcej niż 20 stuleci.
Ptolemeusz K 1 a u d 1 u s z był ostat
geografem starożytności. 2ył w y j
ery. Przez opisane przez niego Góry
należy zapewne rozumieć Ruwenzori ’ęiyc°*e
pobliżu równika. .
Proteina — odmiana białka.
Puna- rozległy, bezodpływowy płaskowyi A
dach o skąpej półpustynnej roślinności z lir,
płytkimi słonymi jeziorami (salary).
Puna de Atacama leży na terenie ChUe i Ar
tyny i wznosi się od 3500 do 4600 m. n.p m. -
noc od niej rozciąga się Puna boliwijska i
wiańska.
Ouebracho [czytaj: kebraczo] - po hiszpańsku
łamiące siekierę. Jest to drzewo o bardzo twardym
drewnie, pochodzi z Ameryki Południowej, zawie-
ra bardzo dużo taniny.
Rancho [czytaj: ranczoj — gospodarstwo rolne
o silnie rozwiniętej hodowli bydła. Również chatę
postuchów określa się jako rancho.
R e 1 i n g — bariera ochronna wzdłuż pokładu statku.
Ruwenzori — grupa górska nazwana przez Pto-
lemeusza w II wieku naszej ery Górami Księży-
cowymi. Nazwa Ruwenzori oznacza podobno w ję-
zyku miejscowym „Góry Deszczowe".
San Francisco [czytaj: san francisko] — w
1967 r. miasto liczyło 714 000 a zespół miejski
3 009 000 ludności.
Schistosomlaza — choroba rozpowszechniona
w Afryce, wywołana przez przywry krwi. Lar*>
tych pasożytów żyją w organizmach małych mię
czaków. Po wydostaniu się z mięczaków, ltf*Y
przenoszą się do organizmu ludzkiego przez skórę,
rozmnażają się i niszczą głównie
robę człowieka. Leczenie tej choroby jest ar
trudne. .uże
Selwą — równikowy las wilgotny zajmujący
obszary w dorzerzu Amazonki.
Serlnqueiros [czytaj: serinkeiros] 8
wano zbieraczy kauczuku w puszczy na
żonką. . ogTani'
S f i 11 s t r z e ć (od słowa filister) 5 br0
czonym, małostkowym, obojętnym na
Sirocco [czytaj: sirokko] — clepłI ódzietnnegoi
wiatr południowy w basenie Morza
wieje znad Afryki lub Półwyspu Ara w i$47 r-
Statek - na którym Thor Heyerdah1
z pięcioma towarzyszami przepłyną 0^udo*a'
Spokojny to tratwa z drzewa ba sa ie9\r
niem z bambusa. Heyerdahl je mors^‘
rzem i bacznym obserwatorem tdje. kultun
Jedną z jego pasji jest badanie lutjOoścL
polinezyjskiej i etnograficznego s
składu Ud»«id
256
atyt — minerał, odmiana talku.
Strzelecki Paweł Edmund urodzony w
Kiekrzu w Wielkopolsce w 1796 r. wyemigrował
po powstaniu listopadowym. Był geografem 1 geo-
logiem.
Strzykwa — zwana też ogórkiem morskim jest
podobna do czarnego, spleśniałego serdelka. Osią-
ga niekiedy prawie metr długości.
Tanłna _ garbnik znajdujący się w różnych rośli-
nach (głównie w korze dębowej), stosowany przy
garbowaniu skór.
Taraskowie — lud Indiański w Meksyku.
Tempora mutantur (łac.) — czasy się zmie-
niają.
Tent ___ dach z żaglowego płótna lub brezentu roz-
pinany nad pokładem statku.
Teorja — „teoria najwspanialszych kłamstw" —
autor książki nawiązuje do wypowiedzi Marka
Twaina na temat dziejów Australii: „Czyta się te
dzieje nie jak historię, ale jak najwspanialsze
kłamstwa”.
Toltekowle — lud indiański uważany za twórcę
wysokiej kultury na Wyżynie Meksykańskiej
w IX—XII w. Główny ośrodek — miasto Tuła.
Trzeciorzęd — okres geologiczny, który zaczął
się około 70 min lat temu. W trzeciorzędzie po-
wstały młode góry, między innymi Alpy.
Tuaregowie (nazwa własna: Imoszagi) — koczo-
wnlcie plemion. MmlmkuJ,ce północn. Alryk,.
ezą do grupy językowej berberyjskiej.
0 8 Y ~ wYjaśnlenie w czytance pt. „Boski, zły
voay Arkad ego Fiedlera.
Wadi (arab.) suche doliny na pustyniach, po-
zostałości starych, z okresu trzecio- 1 czwartorzę-
du, dolin rzecznychj doliny te są długie, kręte,
głębokie.
Wapiti — Jeleń lasów północnoamerykańskich,
nieco większy od naszego.
Zbiornik Asuański — został po raz pierwszy
wykorzystany w 1966 r. Uroczyste otwarcie po-
tężnego węzła hydroelektrycznego miało miejsce
w połowie 1970 r Tama ma 4 km długości i 121 m
wysokości a zbiornik po całkowitym napełnieniu
ma 510 km długości i przeszło 12 km szerokości
Zięba — polski statek rybacki łowiący u wybrze-
ży Nigerii, w Zatoce Gwinejskiej. Na statku za-
trudniano na czas połowów robotników miejsco-
wych — Murzynów.
Zintegrowane uczelnie — Integracja to
łączenie części w Jedną całość. Tu chodzi o utwo-
rzenie wspólnych uczelni dla ludności białej i dla
Murzynów.
Zyrokompas — szybko obracające się dokoła
swej osi ciało stałe np. krążek. Oś obrotu zacho-
wuje stały kierunek w przestrzeni. Zyrokompas
stosuje się w żegludze i w lotnictwie.
.III
. Porty, palmy 1 Polacy
; W krainie złota i totemów Warszawa
N.a ścieżkach Kanady. Kraków w
Longin: Wędrówki '*
1968, Czytelnik.
SPIS LITERATURY WYKORZYSTANEJ W WYPISACH
Amundsen Roald: Zdobycie Bieguna Południowego. Tłum, z jęz. niem. Wojciechow-
ski B. Wyd. II. Warszawa 1966, Iskry.
Azembski Mirosław: Inny świat. Warszawa 1966, Nasza Księgarnia.
Bernardzikiewicz Tadeusz: Polska Safari w Górach Księżycowych. Warszawa 1955, Na-
sza Księgarnia.
Biesiada Roman: Nad Morzem Śródziemnym. Warszawa 1970, PZWS.
Budrewicz Olgierd: Ląd czterech czasów. Warszawa 1961, MON.
Budrewicz Olgierd: Pozłacana dżungla. Warszawa 1967, Iskry.
Budrewicz Olgierd: Romans Morza Karaibskiego. Warszawa 1962, Czytelnik.
Budrewicz Olgierd: Równoleżnik zero. Warszawa 1965, Iskry.
Burchard Przemysław: Kuba — wśród mogotów i krokodyli. Warszawa 1967, Wiedza
Powszechna.
Centkiewiczowie Alina i Czesław: Kierunek Antarktyda. Warszawa 1961, Iskry.
Centkiewiczowie Alina i Czesław: Tajemnice szóstego kontynentu. Warszawa 1964,
Czytelnik.
Chałaslńscy J. i K.: Bliżej Al ryki. Warszawa 1965, PAX.
Chudzikowska Jadwiga, Jaster Jan: Ludzie wielkiej przygody. Warszawa 1957, Wie za
.: Tajemnice koralowych raf. Tłum. W. Zubrzycki. Gdynia 1962, Wy
'., Józefowicz K. P. Rausz W. A.: Opowiadania geograficzne, Tłum
Powszechna.
Ciarkę Arthur C.:
Morskie.
Czefranow S. W.
ZZJe2^Gd“Wt Na”a Ksi’®"n,a-
Dziewanowski Kazimml a Ł , a"Sk l969’ Wy<Ł Morskie.
Dziewanowski Kazimier? a,niOty 1 szaliale. Warszawa 1965, Iskry.
Dziewanowski Kazimierz' , W"’MWa '968'
Dziewanowski Kazimier?’ ęz, Kote9^ czarowniR, Warszawa 1967, Iskry.
Fiedler °rpion w namiocie biurowym. Warszawa !'
Fiedler ~ 1 ‘
Fiedler
Fiedler
Fiedler
Fiedler
Golewski SL; t
Górnicki Wiesław 1968, Wyd- ^dzkle.
Heyerdahl Thor- Jankesó”- Warszawa 1963, KiW.
J&ha Alfred: Crenlandm Tium' 1 p3ński. Warszawa 1960, BW
dhn Alfred: Kraj biały aT37a'"a 19G9, Wiedza Powszechna.
Jaro$z Sk‘fan: W górach Am'*'!!'7' Gocław 1948, Książnica Atlas
* Amer'kl Północnej. Warszawa 1964, Spor.
i 1964, KiW-
Arkady. Kanada pachnąca żywicą. Poznań 1967, Wyd. Poznańsk
Arkady: / znowu kusząca Kanada Warszawa 1965, Iskry.
Arkady: Nowa przygoda Gwinea. Warszawa 1962, Iskry.
Arkady: Ryby śpiewają w Ukajali. Warszawa 1957, Iskry.
Arkady: Wyspa kocha/ących lemurów. Warszawa 1957, IstrY-
Arkady: Spotkałem szczęśliwych Indian. Warszawa 1968, I® r
TurysW*3 * *'
1966, Iskry
1970,
PZWS.
Jaszuński Grzegorz: Nowojorskie ABC w
Jeśman Mieczysław: Nowa Zelandia v • irsZaWa 1966< Iskry.
Jeżewska Zofia: Na krańcach czasu Wa Antypodach- Warszawa
Klimowicz Jolanta; Indiańska okaryna Re^mżeTk
Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza P °* andytsk'^- Warszawa 1967.
Korabiewicz Wacław: Kwaheri. Warszawa I9S8
Krzywicka-Adamowicz Helena; Meksyk — orzeł wn7i
dza Powszechna. ' W<ti opuncja. Warszawa 1963, Wle-
Kużmiński B.: Polskie nazwy na mapie świata Warszawa 1967 w v
Kwiatkowski Tadeusz Tpnfil- l warszawa 1967. Nasza Księgarnia.
O4.u »» a i JUJ, loM y ,
Lepocki Mieczysław: Po bezdrożach Brazylii. Warszawa 1962. Ludowa Spółdzielnia Wy-
dawnicza. 1
Lewandowscy Cecylia i Janusz: W krainie wiecznej nocy. Warszawa 1968, Nasza Księ-
garnia.
Machowski Jacek: Alaska Warszawa 1969, Wiedza Powszechna.
Machowski Jacek; Zdobywcy Białego Lądu. Warszawa 1959, PZWS.
Machowski Jacek: „Problemy" 1956 nr I.
Małachowski Aleksander: Diaspora. Warszawa 1967, PIW.
Marzec Zdzisław: Na kolumbijskich bezdrożach. „Poznaj Świat”. 1969 nr 12.
Marzec Zdzisław; W cieniu Andów. Warszawa 1970, Książka i Wiedza.
Miller J.: Człowiek poznaje świat. Warszawa 1964, Nasza Księgarnia.
Modrak Piotr: W krainie kangura. Warszawa 1947, PZWS.
Marret Mario: Siedmiu ludzi wśród pingwinów. Tłum. M. Zakrzewski. Warszawa 1958,
Iskry.
Olszewski Tadeusz: Australia kraj dziwów I sprzeczności. Warszawa 1957, Wiedza
Powszechna.
Orlewski Jerzy: Ziemia ostrzega. Warszawa 1962, PZWS.
Ostrowski Wiktor: Zycie Wielkiej Rzeki. Warszawa 1967, Czytelnik.
Potocki Jarosław; Na szlakach i bezdrożach Alaski. Warszawa 1956, Iskry.
Ratajski Lech; Hassi-Mesaud - stolica algierskiej nafty. „Poznaj Świat”. 1970 nr 5.
Ratajski Lech, Szymański Edward: Kongo. Warszawa 1967, PWN.
Reklewski Mieczysław: Przez Kotlinę Danakilską. ..Poznaj Świat . 1948 nr 3.
Rnhik Tadeusz* Peryferie świata. Katowice 1971» wyd. ,, qs .
Robak I adeusz. re y warszawa 1964 Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza.
Rusinek Michał: Kolorowe podrożę. Warszawa law. luo p
Siadek Bronisław. W Kabale Pabamskl^. ..Poznaj S™' • '“6 ” b
Skarżyński Janusz. Moju wielka ryba. Poznan '
stopa Roman. Mali ludzie z pustyni i greckie.
Szczepański Jan Józel. Czerne . b.ale Kraków_ 1«», wy ?
Szot Zygmunt. Gdańsk .970, Wyd. Morskie.
Teliga Leon.d: „Opty M WarsMKa 1967. Iskry.
Wańkowicz Melchior. Allaa y ,968. Iskry.
Wańkowicz Melchior: Król,., i Warszawa 1969. Iskry.
Wańkowicz Melchior: W pępku 1934 War5Za„a 1966. Sport i Tu-
Wojsznis Justyn. Polacy n" trylach
WoS. Lucjan: Pocztu do ,969. MON.
------Mezom «"”’e'Gd^k 1969. Wyd. Morskie.
____--i 1968, Iskry.
- , 1961 Wyd. Literackie.
p0 Gwinei. Warszawa 1961, K1W.
Wolnlewicz Janusz.' Ku wyórzeżam zietonei kowy.
* D^/Zł/*V.
Wolnlewicz Janusz:
Wolnlewicz Janusz:
Wydżga Tomasz:
Zaremba L
SPIS TREŚCI
Wstęp .......................................................
Część pierwsza
AFRYKA
Rozdział I. Gorący ląd .
1. Hassi Mesaud — stolica algierskiej nafty
2. Na słonecznym szlaku (Góry Atlas — N
Milknące morze (Kanał Sueskl — Egipt)
[Kair] (Egipt)......................
(Meczet El-Azhar] (Kair) -
[Nubia] (Egipt)................
[Asuan] (Egipt)...............
[Samochodem przez pustynię] (Nub
(Habub w Chartumie] (Sudan) .
Pustynie.......................
11. Zielona inwazja (Gwinea) . .
Pawiany (Gwinea) .
Burza (Gwinea).................
Góra Rogozińskiego (Kamerun)
Poemat (Zair) .
W puszczy (Zair)
aroko) .
3.
5.
6.
8.
9.
10.
a-Sudan)
12.
13.
14.
15.
16.
17. [W głębi brasu] (Zair)...................
18. [Potęga Konga] (Zair) .
19. Kongo [Kinshasa] (Zair) •
20. Sawannowe wyżyny (Zair) . • • • *
21. [Kimpangu) (Angola) • ’ * ’
22. Kraina Buszmenów (Kalahari- '
23. Wstrzymany czas (Kaldhflr‘‘®e<^“ *
24 Przez Kotlinę Danakilską (Etiop ) •
25. Przez śnieżny puklerz Ruwenzori . • •
26. Kiwu • • uiaństwo (Madagaskar)
27. Lateryt, różowe przekleństwo (
28. Płodny Madagaskar . _ ’ .
29. Wari, lemur kochający (Madagask )
30. Boski, zły voay (Madagas a
9
9
13
15
20
24
26
29
30
31
33
36
38
40
42
43
44
46
48
50
52
53
56
58
60
61
62
64
66
261
Część druga
AMERYKA PÓŁNOCNA
Rozdział II W Kanadzie i Stanach Zjednoczonych.............. . 71
31 Z biegunem na ty (USA)................................................. 71
32. Fiordy i lodowce [Wzdłuż zachodnich wybrzeży Kanady i Alaski] . . ?3
33. Zycie trapera na Alasce (USA).............................................
34. (Eskimosi w Kanadzie)......................................................
35. [Indianie bronią praw do swej ziemi] (Kanada).............................
36. Kanada pachnąca żywicą.....................................................
37. A cywilizacja rwała tu naprzód (Kanada)................................81
38. Niedźwiedzie (Kanada)...................................................82
39. W królestwie bizonów (Kanada)....................................83
40. Uran (Kanada)...........................................................35
41. Indianie w Kanadzie.....................................................87
42. W puszczy Brytyjskiej Kolumbii (Kanada)...............................88
43. Kanadyjscy drwale.......................................................90
44. [Pociągiem przez prerie i góry Kanady].................................92
45. (Wodospady Niagara] (USA — Kanada).................................94
46. Na przełaj przez USA....................................................96
47. Pochód pustyni (USA)....................................................99
48. Missisipi (USA).......................................................101
49. Osobliwości przyrody USA..............................................1°4
50. Imigranci (USA).......................................................1°?
51. Polonia w Stanach Zjednoczonych.......................................108
52. Murzyni w USA ... .......................................
53. Nowy Jork..............................................................1^
54. San Francisco........................................................
55. Samochód towarzyszy Amerykaninowi....................................
56. Amerykańskie tempo...................................................
57. Rurociągi... rurotiągi... (USA)......................................
58. Na imię: wydajność (USA)...............................................^1
Część trzecia
AMERYKA ŁACIŃSKA 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72
Rozdział III. Od Meksyku po Ziemię Ognistą .
59. Krajobrazy Kuby...............................
60. Hawana (Kuba).................................
61. Ogrody hydroponlczne (Kuba)...................
62. Narodziny wulkanu (Meksyk)....................
63. Spragniona Ziemia (Meksyk)....................
64. Monokultury (Ameryka Środkowa) ....
65. Cyklony... huragany... tornado (Ameryka Środkowa)
66. W Kanale Panamsklm............................
67. Kropla Holandii — Curacao......................
68. Nazywają ją „złotem'1 Wenezueli................
69. Szturm na puszczę (Wenezuela)..................
70. Na kolumbijskich bezdrożach....................
71. Stolica Imperium Inków — Cusco (Peru)
72. „Złota" mączka (Peru) ....
126
126
128
130
131
133
134
135
137
139
140
142
143
144
146
262
74.
75.
76.
77.
78.
79.
80.
81.
82.
83.
84.
85.
86.
87.
88.
89.
90.
91.
92.
Tędy przeszła śmierć (Chile)
pK:r“z1'sa,eiry' **1 ‘
Asentamiento (Chile) ...................................
Południe Chile pełne deszczu ” .............
O Ignacym Domeyce (Chile)
Puszcza nad Amazonką (Brazylia, Peru)
Tragedia kauczukowa (Brazylia, Peru)
Caatinga (Brazylia) .
Tam gdzie sypie się kawa (Brazylia) .
Ziemie „niczyje" (Brazylia)...................
Kryształowa gorączka (Brazylia).....................* ’
Rio de Janeiro (Brazylia)..................
Brasilia.....................
Dotknięcil Uc:ekajmy (Brazylia).........................
Wodospady Iguacu (Argentyna)............................
Zycie Wielkiej Rzeki (Argentyna)........................
Paragwaj — tragiczna Arkadia............................
[Krajobrazy Argentyny]....................................
Buenos Aires (Argentyna).............................
Część czwarta
AUSTRALIA
Rozdział IV. Najmniejszy kontynent świata
93. Polak najlepszym znawcą Australii
94. Pustynia rodzi kwiaty ....
95. W krainie kangura ....
96. Mokre niespodzianki ....
97. (Aby nie zostać w tyle] .
98. Yabba i pedały . . ...
99. Klasa bez ścian...................
100 Nowa Zelandia kraj na antypodach
147
150
153
155
156
157
160
163
165
166
166
170
171
172
175
176
178
179
180
185
190
190
192
195
196
193
200
201
202
Część piąta
TAM GDZIE RZĄDZĄ LĄDOLODY
polarne
Rozdział V. Kraje
101. Od Gwiazdy Polarnej do Krzyża Południa . •
102. Góry lodowe
• ‘ । (Antarktyda) •
103. Zorza Polarna (Antarktyda) • /Antarktyda) . . •
104. [Biało-czerwona Haga nad Oazą (Antarktydal
105. M ędzynadodowy traktat, jaK cg ... .
106. Zdobycie Bieguna Południowego
107. Lądolód rządzi Grenlandii, _ enUndla, ...
108. Gdzie tundra graniczy z lode
109. Na łowy
(Grenlandia)
210
210
212
214
215
218
218
223
224
226
I1 ó »l «
MORZE 1 OCEANY
U ktorw - rrrv).c>«l c:y wró»l . . •
l IflL Ssu>ra
11? Na iyrnv» Motzu Aralura . - ’
nl Mdh w-aa ryba (w ^toce Gwine jakiej) . .
I ll Skorup aki uiytkowe
literatury wykony»tana| w wypirach .
332
232
237
2»
240
242
245
247
24»
251
253
25a