/
Теги: magazyn humorystyczny satyra magazyn szpilki
Год: 1974
Текст
EDWARD LUTCZYN
24.XI.1974 r
Nr 47 (1736)
CENA 4 ZŁ
DZIWA CNOTA KRYTYK SIĘ NIE BOI"
(Krasicki)
Nt 40
pliSki.
pSiklp.k.S.
SzMi.pJiji
Jupi.npi.
fał oiki tik
ODPOWIEDZ
ZARZADU
Zarząd Budynków
Mieszkalnych Warszawa
Praga-Południe przesyła
wyjaśnienie w związku
z zamieszczeniem ano-
nimowych fotografii w
Waszym poczytnym ty-
godniku („Szpilki” r.r 40).
Fotografia nr 1 doty-
czy ADM-18 ZBM W wa
Śródmieście, a skierowa-
na jest pod adresem Pra-
gi-Południe
Fotografia nr 2 dotyczy
prywatnego budynku przy
ul. Obrońców 7, nie ad-
ministrowanego p ijz
ZBM Praga-Południe.
Fotografia nr 3 doty-
czy naszej posesji przy
ul. Wandy 10-a.
Na terenie Saskiej Kę-
py MPO dokonuje wy-
miany pojemników na du-
że l.onten?ry. Małe pojem-
niki zostały wystawione
przez MPO obok altanki,
w miejsce których wsta-
wiono duże kontenery.
Wszystkie pojemniki sta-
re zostały zabrane przez
samochody MPO w ciągu
2-ch dni.
Trudno jest ustalić, kto
złośliwie poprzewracał
pojemniki przeznaczone
do zabrania. Wydaje się,
że redaktor przed skie-
rowaniem fotografii do
pisma mógłby skontak-
tować się z właściwą ad-
ministracją domów miesz-
kalnych, gdzie uzyskałby
właściwą informację.
Przedstawienie fotografii
bez podania adresów, jak
również mylne podanie
odpowiedzialnych za
przedstawiony stan, stwa-
rza niewłaściwą atmosfe-
rę i opinię społeczeń-
stwa.
Pragniemy zaznaczyć,
e ra przestrzeni ostat-
ni, h lat nastąpiła wy-
raźna poprawa w zakre-
sie. utrzymania porządku.
Jest to wynikiem wielkie-
go wysiłku i nakładu pra-
cy pracowników Admini-
stracji Domów Mieszkal-
nych.
Nieprzemyślone przed-
stawianie tego typu fo-
tografii wcale nie obra-
zuje ogólnego stanu sa-
nitarnego danej dzielnicy,
lecz wprost przeciwnie,
myli opinię publiczną i
zniechęca wielu pracow-
ników do pracy na tak
trudnym odcinku, jak go-
spodarka mieszkaniowa.
ZBM W -wa
Praga-Południe
Dyr. S. ROMANOWSKI
BRZ YDKOSŁOWIE
W ilustrowanej „Misji"
druh Andrzej Czeczot
(„Szpilki ’ nr 43) posłu-
żył się popularnym w
harcerstwie alfabetem
Morse’a. Przekazany jed-
nak tekst odpowiadałby
raczej starym wygom
morskim ( ,A hoj!") niż
harcmistrzowi generacji
posłusznej wskazaniom
Baden-Powella i prawu
harcerskiemu Małkow-
skiego. Bohater czeczo-
towski miast rzec lub
westchnąć „Ojczyzna —
— Istnieją dwa rodzaje prezentów
imieninowych: te, które są do ni-
czego i te, których się nie dostaje.
Nauka — Cnota”, skoin-
binował obce językowi
polskiemu brzydkosłowie,
które — mam niepłonną
nadzieję — w ślad za
„Szpilkami” przyjmie się
i oswoi.
Czuwaj!
LEON KRZEMIENIECKI
Wrocław
ODPIS DLA „SZPILEK”
Fiszę właśnie do Was (do
Polskiego Radia icd.)
ponieważ kilkakrotnie w
swoich audycjach wyra-
żaliście się ciepło o ro-
dzicach adoptujących
dzieci. Otóż jestem ta-
kim ojcem, który wy-
chowuje syna w świado-
mości, że jestem dla nie-
go drugim ojcem, a moja
zona jest dla niego drugą
mamą, tak jak to się nie-
raz naturalnie układa, ze
mąż może mieć drugą
żonę, a zona drugiego
męża.
Takie wychowanie adop-
towanego dziecka trafnie
zaleca Towarzystwo Przy-
jaciół Dzieci i wychowa-
nie to jest akceptowane
życzliwością społecznoś-
ci, w której żyją drudzy
rodzice i ich dziecko.
Niestety, poglądy real-
nego społeczeństwa na te-
mat przybranych dzieci
znajdują zaprzeczenie w
oficjalnym reprezentancie
poglądów społecznych, tj.
tygodniku „Szpilki" (nr 44
— ostatnia strona), z któ-
rego syn mój dowiedział
się, że jest podrzutkiem,
bękartem i znajdzichem.
Dlatego też, biorąc pod
uwagę wyjątkowo dużą
szkodliwość społeczną
wskazanego tekstu w ty-
godniku „Szpilki”, proszę
o udzielenie nagany od-
powiedzialnym Panom Re-
daktorom i o wydanie
zalecenia, żeby używanie
takich słów zostało za-
kazane.
APOLINARY WROŃSKI
Warsza wa
P.S. I pomyśleć, że tacy
durnie pchają się do Li-
teratury polskiej.
TRZY GROSZE
O RADOŚCI ŻYCIA
..„spora część zaczyna
z nudy i rozpaczy upra-
wiać nudyzm, który to
„sport” jest zresztą tań-
szy niż pijaństwo” —
prsze p. Helena Hamer-
ska.
Jakaż to klasyczna, na-
sza, domorosła, bezinte-
resowna zjadliwosć.
Są duszyczki, które nie
znoszą czyjejś radości ży-
cia, upojenia wspaniałym,
długotrwałym pokojem,
zdrowiem, miłością, przy-
rodą. One czyłrają na
takich ze swoim kubeł-
kiem żółci.
Z jakiej nudy? Z jakiej
rozpaczy? Dziś, gdy po-
czuliśmy się wreszcie
milionerami ? Gdy wy-
starczy sto zdewaluowa-
nych dolarów, aby zna-
leźć się w tej samej Ab-
bacji, gdzie pięćdziesiąt
lat temu byli wyłącznie
oni.
Teraz my wreszcie mo-
żemy się z naszymi dzieć-
mi i żonami wykąpać na
golasa jak oni.
Po co obrzydzać nam
te, w mozole zdobyte,
chwile radości? W imię
czego?
ST. KOWALSKI
Rzeszów
— Ach, naturalnie, ze jestem bar-
dzo dyskretna, jeżeli coś powtarzam,
to tylko najbardziej zaufanym...
i
k
Cechą tego numeru jest różnorodność drukowa-
nych tu materiałów. Przed tygodniem wydaliśmy
numer zdominowany przez zagadnienia książki
i księgarstwa. Teraz chcemy dogodzić tym, którzy —
być może — odczuli pewien niedosyt materiałów
innego rodzaju, chociaż ze swej strony problema-
tykę poruszoną w n^rze 46 uważamy nie tyljjco za
ważną, ale i wartą tego, aby zapożnaH się z nią
wszyscy, którzy czytają i kupują książki.
W numerze bieżącym na stronie 5 — w rubryce
„Teraz ja” — głos zabiera przedstawiciel młodego
pokolenia plastyków, Ksawery Piwocki (junioY).
Przypominamy, że „Teraz ja” jest wolną trybuną,
gdzie autorzy sami biorą całkowitą odpowiedzial-
ność za prawdziwość faktów, które podają, oraz za
wyprowadzone z tych faktów wnioski. Jeśli jednak
wszystko, o czym pisze nasz autor, jest szczerą
prawdą, to sytuacja młodych plastyków jest nie do
pozazdroszczenia, a cała sprawa horrendalna!
Na stronach 11—12 goszczą w tym numerze Ju-
gosłowianie. Wiąże się to w jakiś sposób z przypa-
dającym 29 listopada świętem Jugosławii, ale proza
Envera Mehmedbasica i rysunki — specjalnie dla
„Szpilek” — Jugoslava Vlahovića nie mają bynajmniej
charakteru okolicznościowego, tylko są po prostu
bardzo interesujące.
Coraz częściej z różnych stron nadchodzą ku nam
wiadomości o nadciągających mrocznych perspek-
tywach ludzkości. Słyszy się więc, że zniszczy nas
zatrute naturalne środowisko człowieka albo prze-
ludnienie, albo rozmaite kataklizmy nuklearne.
Harry Dobromir Raguza zebrał w artykule pt.
Nowe strachy (str. 9) kilka najbardziej aktualnych
katastroficznych hipotez, które radzimy przeczy-
tać, bo są ciekawe, ale nie za bardzo się nimi przejmo-
wać. Nieomal od początku świata rodzą się coraz
nowe wersje o straszliwym końcu naszej cywiliza-
cji, które — delikatnie mówiąc — nie w pełni się
sprawdzają, czyli, chociaż jest nie najlepiej, to jed-
nak nie tak źle, jak nam przepowiadano.
Na str. 14 po raz ostatni drukujemy materiały
nadesłane przez Czytelników w ramach Alarmu
w sprawie ADM. Wiemy, że o ADM-ach można nie-
skończenie i będziemy nadal zamieszczać głosy na
ten temat, ale już w ramach normalnej rubryki
„Spraw i sprawek”. Za tydzień natomiast, w ra-
mach akcji Jaki pan, taki kran, zamieścimy — obok
naszych wniosków — opis reakcji drugiej strony,
tzn. ludzi, którzy kierują ADM-ami. Pragniemy po-
dziękować wszystkim, którzy nadesłali nam swoje
wypowiedzi i żale związane z ADM-ami i — wspól-
nie z Wami — mamy nadzieję, że głosy te chociaż
w niewielkim procencie odniosą jakiś praktyczny
skutek.
Na marginesie „wojny bananowej" w Ameryce Łacińskiej.
ZBIGNIEW ZIOMECKI
OMPJIWK
LITOŚCI DLA ZMARŁYCH
ANTONI CHODOROWSKI
Włączając się w szeroki nurt racjonalizmu „Podwieczorek
przy mikrofonie" (audycja nadana w Polskim Radiu dnia 10 listo-
pada) — zarzucił nas wykwintnymi żartami na temat modnej para-
psychologii. Poziom, niestety, mógł wtrącić w mistycyzm najza-
gorzalszego materialistę. W osłupienie jednak wprowadził słu-
chaczy monolog damski (styl: idiotka z lat dwudziestych (?),
najulubieńszy w tej audycji), narratorka opowiada swój sen,
którego bohaterem jest nieżyjący poeta Stanisław Jerzy Lec.
Brzmi to tak (cytuję z pamięci):
...idę przez Warszawę nie Warszawę, taka jakoś beztrosko po-
gańska czy pogańsko beztroska, a tu naprzeciw mnie Stanisław
Jerzy... Lec. Przepraszam, że mówię o takich niepoważnych rze-
czach, ale państwo sobie nie wyobrażają, co się roi w mojej głowie,
gdy tok spoczywam na poduszeczce w moim M-3...
Mizdrzący się głosik damski zaczyna się dalej przeplatać z mi-
zdrzącym męskim, bowiem następuje dialog z duchem Lecą.
Przeciwnicy mistycznej fali, która jak gdyby przepływa przez
kraj (o ile to w ogóle nie jest lekka przesada) — mogą śmiało
powiedzieć: Boże, chroń nas przed stronnikami i przyjaciółmi,
bo z przeciwnikami poradzimy sobie sami.
RÓŻE
W „Literaturze" (numer 45) Michał Mroziński nadesłał
korespondencję z Paryża. Cytujemy początek: „A miłość na pro-
wincji ma zapach dzikich róż” — śpiewała nie pamiętam juz jaka
piosenkarka. Zabrzmiała mi nagle w uszach ta piosenka, gdy sa-
mochód skręcił w boczną drogę i wśród białych domków otoczonych
zielenią zobaczyłem ten jeden, mniejszy od innych, otoczony ogród-
kiem i tonący w różach...
Cała metafora na nic, niestety. Piosenka, która zabrzmiała
nagle w muzykalnych uszach p. Mrozińskiego opatrzona jest
bowiem tekstem: Bo miłość na prowincji ma kolor rezedowy...
bo miłość na prowincji ma smak miętowej wody... Róż w owej pio-
sence (A. Osieckiej i J. Abramowa) nie czas żałować, bo ich po
prostu nigdy nie było.
UŁASKAWIENIE
Zapoznaliśmy się z dyskusją „Perspektywy Młodej Kultury"
w 45 numerze „Kierunków". Szczególnie zainteresował nas
głos jednego z dyskutantów: Młoda Kultura zaczyna bowiem dzia-
łać nie tylko w przód — na co liczyliśmy — ale i w tył... Jerzy Gó-
rzański, członek niegdysiejszej „Orientacji" — jednej z grup poetyc-
kich, zwalczanych ideologicznie przez Młodą Kulturę — ubiegłego
roku wydal świetną książkę, całkowicie mieszczącą się w ramach
naszego myślenia...
Uspokojeni co do losów Górzańskiego, który zwalczany „ideo-
logicznie” przez M.K. pewnie by nie zdzierżył, czekamy kogo
jeszcze ułaskawi miłosierne „działanie w tył".
Runął prastary dąb lagielły w Puszczy Białowieskiej.
ZBIGNIEW KIULIN
TEST
W „Filmie" (numeh 45) Jerzy Niecikowski omawia film
Kluby. Cytujemy fragment żartobliwy: Irytujący jest tu przede
wszystkim brak jakiegokolwiek realizmu... Oto para bohaterów
kocha się na kupie omłóconego ziarna. Miotana miłosnymi spazmami
bohaterka zanurza głowę w pszenicy, gryząc ją nieprzytomnie
z rozkoszy. Piękna scena, obrazowa scena, liryczna scena. Jeśli
teraz powiem, że żadnemu chłopu nie przyjdzie do głowy, żeby do
harców erotycznych używać pszenicy, to być może filmowcy mi nie
uwierzą. W tej sytuacji mogę tylko poradzić: pojedzcie panowie
na wieś, znajdżcie jurną i ochoczą pannę, zaciągnijcie ją do spichle-
rza, po czym spróbujcie posiąść na pryzmie ziarna, a wtedy zoba-
czycie, co wam z tego wyjdzie...
Wierzymy doświadczeniu p. Niecikowskiego. Sądzimy jednak,
iż ów test na realizm sceny uzależniony będzie od tego, kogo
Zespoły Filmowe zdecydują się delegować — do spichlerza.
4
Każde działanie powinno być umotywowane konkretną
przyczyny i dążyć do określonego celu. Skutki decyzji,
o których będzie mowa, dotyczą wszystkich absolwentów wyż-
szych szkół plastycznych. Przyczyna zaś podjęcia tych decyzji,
zarówno jak jej cel, pozostają w sferze mglistych przypuszczeń
i domysłów.
Na plenum Zarządu Głównego Związku Polskich Artystów
Plastyków, które odbyło się w styczniu tego roku w Olsztynie,
podjęto uchwałę o zmianie statutu. Na jej podstawie absolwenci
wyższych uczelni plastycznych nie będą stawali się automatycz-
nie członkami Związku, jak było dotychczas. Dopiero po odbyciu
5-letniej kwarantanny w utworzonym „Kole Młodych” będą
mogli przedstawić swój dorobek artystyczny komisji kwalifiku-
jącej ich na nadzwyczajnych członków Zw-iązku. „Koło Młodych”
ma być organizacją korzystającą z lokali i administracji ZPAP.
Członkowie tego Koła, podobnie jak wszyscy absolwenci, płacą
na konto Związku podatek 3%, a wszystkie decyzje przez nich
podejmowane przechodzą przez administrację ZPAP. Nie będą
jednak mieli żadnych ułatwień przy wstępowaniu do organizacji.
Teoretycznie tylko ich sytuacja nie będzie różnić się od sytuacji
artystów-związkowców. Mimo starań Pracowni Sztuk Plastycz-
nych, Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych, Ministerstwa
Kultury' i Sztuki, nie wypełniono organizacyjnej pustki, w' ja-
kiej znaleźli się młodzi. Tylko w 1974 roku Akademie Sztuk Pięk-
nych i Wyższe Szkoły Plastyczne opuściło prawie dwa tysiące
osób. (Z powodu skrócenia toku studiów uczelnie opuściły dwa
roczniki). Plastyków po studiach nie obowiązuje nakaz pracy.
Jedynym dokumentem, jaki będą posiadać, jeżeli nie podejmą
pracy na etacie, będzie zezwolenie na wykonywanie zawodu,
wydawane przez Ministerstwo KiS. Nie będzie organizacji
reprezentującej, broniącej i ochraniającej interesy młodych przed-
stawicieli tego w’olnego zawodu. Młodzi plastycy przyjmowani
są obecnie do Związku Zawodowego Pracowników Kultury,
do Sekcji Muzyki Rozrywkowej. Mam nadzieję, że na praw-ach
solistów.
Dotąd sprawra była jasna. Absolwenci wyższych uczelni plas-
tycznych z tytułem magistra i na podstawie ukończenia wyższych
studiów zawodowych, byli przyjmowani do Związku Polskich
Artystów Plastyków pełniącego w tej sytuacji rolę związku zawo-
dowego. O tym, czy plastyk stawał się twórczym artystą, decydo-
wały tylko jego zdolności i pracowitość. Decyzja zamknięcia
Związku przed absolwentami uczelni plastycznych złamała ten
naturalny, zdawałoby się, rytm. Obecnie korporacja będzie decy-
dować, kto jest artystą, a kto nim nie jest. Komisja kwalifikacyjna
nie jest formalnością.
Wydaje się, że podjęciu tej decyzji przyświecają dwa cele.
Po pierwsze, wprowadzono cenzus wieku, po drugie przekształca
się ZPAP w zrzeszenie twórcze. Magister sztuki liczący ok. 25 lat
staje się członkiem „Koła Młodych”, około 30 roku życia zostaje
członkiem nadzwyczajnym. Mając lat około 35, po pomyślnej
decyzji komisji kwalifikacyjnej, może być uznany za członka
zwyczajnego. Dziwi wstrzemięźliwość takiego podziału. Użyto
zbyt skromnych wzorów. Członkowie tak prężnej organizacji,
jaką była masoneria, uszeregowani byli na drabinie 33-szczeblo-
wej, od aplikanta do Wielkiego Inspektora Generalnego. O korzy-
ściach płynących z tak jednoznacznego podziału, związanego
zapewne z wiekiem, nie trzeba przekonywać. Jakie problemy
trzeba będzie rozwiązać przekształcając związek typu zawodo-
wego w związek twórczy? W ZPAP istnieje 7 sekcji: malarstwa,
grafiki, rzeźby, architektury wnętrz, proj. form przemysłowych,
konserwacji i scenografii. Mniej więcej 60% członków Zwóązku
to tak zwani użytkowcy. Nawet jeżeli istnieje realna możliwość
porównawczej oceny plastyków z jednej sekcji, to porównanie
wartości artystycznej działalności zawTodowej malarza i konser-
watora wydaje się beznadziejne. Czyżby dawała znać o sobie po-
kutująca w naszym życiu artystycznym spuścizna, dzieląca plasty-
ków na twórczych artystów i chałturzących użytkowców ? Jeden
z projektodawców nowego statutu w wypowiedzi radiowej
stwierdził, że młodzi artyści na pograniczu głównego nurtu sztuki
uprawiają tzw. chałtury i z tego żyją. Dobrze by było, gdyby
oficjalnie ogłoszono, gdzie kończy się główny nurt sztuki, a gdzie
zaczynają się jej pobocza. Czyżby wynikało z tego również, że im
dalej od głównego nurtu sztuki, tym więcej pieniędzy? Czy lepiej
jest zrobić wystawę złych obrazów, czy zaprojektować dobrą
rączkę do prodiża ?
Nie wiem, jak przebiegała dyskusja na olsztyńskim plenum.
Jakich argumentów „za” i „przeciw” użyto. Żaden z moich znajo-
mych odnośnego informatora nie otrzymał. Zarząd Okręgowy
ZPAP materiałów na ten temat nie ma. Nie otrzymałem ich rów-
nież w' redakcji Biuletynu i sekretariacie Zarządu Głównego,
mimo że jestem członkiem ZPAP. Ponoć ukazać ma się w naj-
bliższym czasie specjalny biuletyn, poświęcony procedurze przyj-
mowania młodych plastyków' do Związku oraz omawiający za-
sady. na jakich utworzono „Koło Młodych”. Wątpię jednak, by
znalazły się w nim nieogólnikowo wytłumaczone założenia przy-
jętego postępowania. Pewien jestem, że wszystkim zaintereso-
wanym przyświecają cele najszlachetniejsze. Ale dotychczasowy
brak jakichkolwiek informacji na ten temat powoduje dezinfor-
mację i prowokuje takie właśnie wystąpienia, jak moje. W infor-
matorze z kwietnia 1974 znalazłem tylko jedną interesującą mnie
wiadomość. Przedstawiciel Socjalistycznego Związku Studentów
Polskich podziękował w imieniu młodych plastyków za zajęcie się
przez Związek sprawą absolwentów i za utworzenie „Koła Mło-
dych”. Uczestniczyłem również w zebraniu absolwentów warszaw-
skiej ASP, które odbyło się w październiku w lokalu ZPAP, a doty-
czyć miało działalności Koła. Nie było tam ani jednej wypowie-
dzi dotyczącej meritum sprawy. Wniosek jest oczywisty. Młodzi
artyści są grzeczni, zdyscyplinowani i prawdopodobnie tak oszo-
łomieni spiętrzonymi przed nimi trudnościami, że nawet nie
usiłują dojść przyczyn swego nieszczęsnego położenia.
Dni Seniora
KAROL FERSTER
5
6
JERZY
GÓRZAŃSKI
z PORnoniKn
DLA POCZĄTKUJ A(VEH
POETÓW
UNIKAJ MAŁYCH BARÓW
I DUŻYCH KOBIET
Podczas pobytu, dajmy na to,
w Norymberdze może się zdarzyć,
że dasz się uwieść mityczno-telewi-
zyjnej tęsknocie za prerią i wstąpisz
do małej piwiarni „Ponderosa”,
aby nad butelką Pilsa powspominać
o Benie Cartwrightcie i jego dziel-
nych synach. Ta powtórka z „Bo-
nanzy” będzie cię kosztować 2 mar-
ki plus towarzystwo jakiejś olbrzym-
ki o wydatnych cechach sentymen-
talnej androgyne. Nie wdawaj się
przypadkiem w rozmowę z ową ka-
taleptyczną zmorą, tylko czekającą
na takiego motyla jak ty, aby go
zwabić w swoje pobliże słodkim pu-
chem ledwro puszczających się wą-
sików i oskubać z kieszonkowego.
Okaże się, że jest rodaczką i że
przyjechała tutaj przed laty i dalej
wszystko się potoczy niczym w pro-
zie współczesnej rodzimych pisa-
rzy starszego pokolenia. Wspom-
nienia jakichś bankietów, imiona
mężczyzn, którzy przeszli przez jej
łóżko tytanicznym truchtem, nume-
ry telefonów od lat nieaktualne,
książki o psychoanalizie pełne uwag
na marginesach w rodzaju: „Więc
ja także posiadam to libido, które
ma Bronka S. Muszę o tym po-
rozmawiać z Wiktorem”.
Następnie zacznie się dialog, nie-
winne żonglowanie słowami zmie-
rzające do nieuchronnego finału.
Ona: — Pan jest taki młody, pan
tego nie zrozumie.
Ty: — Niedawno czytałem Elio-
ta, proszę pani. Ziemię jałową w za-
sadzie zaliczyć można do poema-
tów rekompensacyjnych, to nie-
zwykle udana hipostaza braku kon-
taktów erotycznych.
Ona: — Wy tam wciąż żyjecie
w'e mgle. Ma pan jakąś dziewczynę ?
Ty: — Owszem, spotykamy się
często z koleżankami na zebraniach
kółka polonistów.
Ona: — Romantyk z pana.
Ty: — Dla mnie najważniejsze,
że powtórzę za Lukacsem, to myś-
leć i wyciągać wnioski.
Ona: — Napije się pan piwa?
Nie czekając na odpowiedź bar-
man postawi dwie butelki, za które
zapłacisz w sumie 4 marki. Doli-
czysz 2 ofiarowane na rzecz pojed-
nania z serialem z płonącą mapą
i zapragniesz się wycofać z tego
interesu, póki jeszcze nie jest za
późno. Ale zawsze jest za późno —
uczą beletryści różnej maści.
Po czterech piwach (doliczysz
dalsze 8 marek) znajdziesz się zu-
pełnie blisko olbrzymki i jej efek-
townych zderzaków’, falujących jed-
nakże typową egzaltacją na pokaz.
Ona: — Pańskie wiersze muszą
zawierać w’ sobie jakąś czystość,
świeżość i naiwność pierwszego
kontaktu z naturą.
Ty: — Odrzuciłem sonet, pro-
szę pani, bo mnie krępował.
Ona: — Jak pan to powiedział?
„Odrzuciłem”. Słodkie kłamstwo
małego chłopca. Ja pana właśnie
widzę w sonecie. Przebił się pan
przez Asnyka i teraz szuka pan no-
wej fonny, bardziej współczesnej,
najeżonej licznymi znakami zapy-
tania. Jeszcze po omacku, jeszcze
w gorsecie cezury, ale jutro obali
pan te zmurszałe palisady bezdusz-
nego rygoru. Najlepiej bykiem.
Po chwili męczącego milczenia
zaproponujesz nieśmiało:
— Napije się pani piwa?
Zanim uczynisz jakikolwiek ruch,
łysawy barman podbiegnie z dwie-
ma zroszonymi butelkami Pilsa.
Doliczysz 4 marki i z rozpaczą po-
myślisz o bliskich, którzy nigdy by
ci nie darowali tej skandalicznej
rozrzutności.
Jest tylko jedno wyjście, żeby
przerwać to przeciągające się sza-
leństwo. Spytać znienacka:
— Czy pani jest chłop czy baba ?
Jeżeli okaże się, że to chłop, na
wszelki wypadek skryj się za po-
dwójną gardą, bacząc jednocześnie
na tyły, bowriem barman, były
champion wolnej amerykanki, nie
pozw-oli obrażać bezkarnie swoich
stałych gości. Natomiast gdyby po
przeliczeniu genów wyszło na jaw,
że siedzący obok ciebie osobnik
posiada podstawowe dystynkcje da-
my, wstań bez słowa, zapłać hono-
rowo 18 marek i wyjdź na ulicę.
Nie biegnij, nie forsuj na początku
zbyt dużego tempa, wbrew' temu,
co lansuje nadwiślańska szkoła ese-
ju: żeby stać się prawdziwym poetą,
trzeba wpierw' nieźle się napocić.
7
oprać. BARBARA I MARCIN GIŻYCCY
na_____
tamtym
śmiecie
Klęska straszna, tym
straszniejsza, że nieprze-
widziana... Tysiące ludzi
pozostało bez dachu, bez
dobytku i kawałka chleba...
Nieszczęście jest tak wiel-
kie, że skutki jego jeszcze
i po miesiącach całych
uczuć się dadzą... Powodzi
tak strasznej najsędziwsi
ludzie przypomnieć sobie
nie mogą. Ścisłe obliczenia
wykażą niezawodnie strat
miliony...
Takimi dramatycznymi sło-
wami „Tygodnik Ilustrowa-
ny" opisywał wielką po-
wódź, która dziewięćdziesiąt
lat temu — dokładniej w po-
łowie 1884 roku — wyrzą-
dziła olbrzymie straty na
ziemiach polskich, szczegól-
nie w zaborze rosyjskim
i Galicji.
Wkrótce podjęto wiele
społecznych akcji niesienia
pomocy powodzianom: ogła-
szano składki, organizowa-
no imprezy, z których do-
chód przeznaczony był dla
poszkodowanych. Rzucona
została też inicjatywa wy-
dania okolicznościowych
publikacji na rzecz powo-
dzian, do których materiały
dostarczali w formie darów
często bardzo cenieni auto-
rzy. Prezentowane tu rysun-
ki pochodzą właśnie z jed-
nego z takich wydawnictw
(,,La Vistule", ukazało się
w Krakowie w 1885 roku
w języku francuskim). Nie-
stety, autor tych prac (a zna-
komicie kreślona, swobodna
i ruchliwa kreska wskazuje,
te był to artysta wybitny),
wołał nie ujawniać swojego
nazwiska. Może uznał te
rysunki „z zaświatów" za
zbyt niepoważne. Niemniej
przetrwały one chyba próbę
czasu, a ich nieco makabrycz-
ny humor wytrzymuje po-
równanie z rysunkami kilku
współczesnych mistrzów te-
go gatunku.
Przy okazji przytaczamy
w tłumaczeniu towarzyszący
rysunkom tekst. Przenieśmy
się więc na chwilę ,,na tam-
ten Świat".
Z ZIEMI DO RAJU
Jakkolwiek z winy naszych
Pierwszych Rodziców utraciliś-
my ziemski Raj, pocieszmy sią
myślą, te czeka na nas inny,
skąd żadne wywłaszczenie nie
jest możliwe. Nie róbmy so-
bie jednak złudzeń; droga do
nieba jest długa, trudna i bar-
dzo wyboista, a środki transpor-
tu — zupełnie prymitywne.
Jed ni przybywają tam dyliżan-
sem, inni odbywają drogą pie-
szo; każdy w miarą własnych
możliwości. Anioły-stróże po-
magają nam i są naszymi woź-
nicami.
W PIEKLE
Lecz któż mógłby zbadać głą-
bie ludzkiego nieszcząścia! Na
stu wybranych, którzy osiągają
niebo, ileż milionów nieszczęś-
liwych, strąconych w wieczną
otchłań! Każdego dnia słudzy
Szatana powracają z nowymi
partiami potąpieńców. Piekło
nigdy sią nie opróżnia, jego go-
spodarzy jest wsządzie pełno,
a kordon duchów piekielnych,
które strzegą granicy, nie po-
zwala nikomu zawrócić. Nie-
szczęśliwi nieostrożni...
U WRÓT RAJU
Na kilka kilometrów przed
niebem dojeżdżamy do Tunelu
Śmierci. Tu czeka na nas loko-
motywa, która unosi nas pełną
parą. Tunel ten jest nawiedza-
ny przez złe duchy, które, jako
celnicy Szatana, mają za zada-
nie wyłapywać przemytników,
chcących zmylić czujność świą-
tego Piotra. Ich gorliwość powo-
duje cząsto godne politowania
omyłki i katastrofy u wrót Ra-
ju, co bardzo zasmuca stróża
wybranych.
W CZYŚĆCU
Jednakże, jako że nie wszyst-
kie omyłki są przestępstwami
i każda szczera skrucha brana
jest pod uwagą, została założo-
na pomiądzy niebem a ziemią
stacja pośrednia. Podróżni z
Drogi Niebieskiej, pozbawieni
„wizy”, jaką daje Pokuta, mogą
tu ją otrzymać, poddając sią
potrzebnym formalnościom i sy-
stemowi kar dostosowanemu
do temperamentu każdego z
nich. Nowo przybyły jest ważo-
ny przy wejściu, a nastąpnie
przekazywany w rące aniołów,
które mają za zadanie zabawić
go podczas jego pobytu w Czyść-
cu. Po upływie określonego cza-
su dostaje sią on prosto do Raju
pnzez sekretne wejście, umiesz-
czone w bocznym murze. Anio-
ły przenoszą tam podróżnych
odciążonych z ich grzechów.
8
HOUIE STRMHV
HARRY DOBROMIR RAGUZA
Czym nas straszą ostat-
nio naukowcy? Rok
temu obawiano się
niepokojów związanych z po-
jawieniem się komety, zwa-
nej od nazwiska odkrywcy
Kohoutkiem II. Kohoutek
jednak okazał się niegroźny
i prawie niezauważalnie prze-
szedł do historii. Z dzie-
dziny astronomii mamy w
tym roku inną rewelację.
Jak podawał „Express Wie-
czorny”, dwaj uczeni, Grib-
bin i Plageman, ogłosili wy-
niki swych badań nad kon-
sekwencjami tzw. ,,wielkiego
szyku planet”, który zdarza
się raz na 179 lat. Polega
on na tym, że wszystkie
planety ustawią się w jed-
nym szeregu ze Słońcem
na czele. Ich siła przycią-
gania spowoduje wzrost ak-
tywności słonecznej i po-
tężne wybuchy na Słońcu.
Na Ziemi wywoła zakłó-
cenia w łączności radiowej,
huragany i inne kataklizmy,
a nawet trzęsienia. Wywody
Gribbina i Plagemana są
uważane przez wielu uczo-
nych za dyskusyjne, a w
dodatku dotyczą roku 1982,
a więc mamy jeszcze trochę
czasu.
Dwaj uczeni amerykańscy
z uniwersytetu w Michi-
gan, Ralph Cicerone i Ri-
chard Stolarski, prorokują
nam ciemną przyszłość z
powodu nadmiernego uży-
wania aerozoli. W amery-
kańskim czasopiśmie Scien-
ce z 27.9. br. ogłosili oni
rezultaty swych badań na
temat szkodliwości gazów
zwanych potocznie freonami.
Stosuje się je w agregatach
lodówek sprężarkowych, a
przede wszystkim stanowią
siłę napędową we wszyst-
kich rodzajach sprayów: de-
zodorantach, pojemnikach z
lakierem do włosów, z wo-
dą kolońską, spryskiwaczach
ze środkami owadobójczy-
mi itd. Uchodząc wraz z
substancjami, które rozpy-
lają, gazy te — jak stwier-
dzili w swych badaniach
obaj uczeni — nie łączą się
z żadnymi substancjami na
Ziemi, nie wchłaniają ich
rośliny i wszystko wskazuje
na to, że unoszą się aż do
stratosfery.
Tymczasem na wysokości
25—39 km nad Ziemią znaj-
dują się duże ilości ozonu,
tworząc rodzaj filtru —
naturalną osłonę Ziemi przed
ultrafioletowymi promienia-
mi Słońca. Gdy freony dotrą
do stratosfery, a nie są to
małe ilości — roczna pro-
dukcja wynosi kilka mi-
liardów kg — wtedy war-
stwa ochronna nie będzie
już spełniała należycie swojej
roli, jej skład ulegnie zmia-
nie, ozon zostanie częścio-
wo zniszczony. Spowoduje
to niebezpieczne natężenie
promieniowania ultrafioleto-
wego, a w konsekwencji gro-
zi nieobliczalnymi szkodami:
wyginięciem wrażliwszych
gatunków roślin i zwierząt,
zwłaszcza zagładą wszelkie-
go życia w morzach, olbrzy-
mim zwiększeniem zacho-
rowalności na raka skóry
u ludzi.
Z uwagi na powolność
procesów dyfuzyjnych po-
czątek silnego oddziaływa-
nia freonów na ozon pro-
rokują Cicerone i Stolar-
ski na lata 1985—1990.
Mamy więc znów trochę
czasu, tym razem po to,
aby się opamiętać i ruszyć
mózgiem.
Niestety, kolejne Alanę,
Tekel, Fares związane jest
właśnie z tym organem,
o którym powiedział kie-
dyś aforysta, że jest to
instrument, przy pomocy
którego myślimy, że myśli-
my. Biolog Theo Lóbsack,
autor książki Człowiek —
nieudany eksperyment natury
twierdzi, że najgroźniejszy
dla człowieka jest jego mózg.
„Ziemia, planeta, która wy-
dała człowieka, nie będzie go
dłużej tolerować, gdyż wy-
kroczył przeciw jej prawom”.
Mózg ludzki, głosi Lób-
sack, był przez miliony lat
najważniejszą bronią czło-
wieka w walce o utrzymanie
gatunku. Człowiek nie zo-
stał przez naturę wyposażo-
ny w skuteczne narzędzia
walki ani w członki ciała
umożliwiające szybką uciecz-
kę. Jeśli mimo to człowiek
przetrwał, rozmnożył się i
stał się — według Lóbsacka
obok szczura — najbar-
dziej żywotnym stworze-
niem świata, zawdzięcza to
swemu mózgowi, który stał
się równie potężną bronią
jak kły tygrysa czy siła
niedźwiedzia. Inteligencja po-
zwoliła człowiekowi zwy-
ciężać silniejsze i szybsze
od niego zwierzęta, budo-
wać pułapki, wynaleźć ma-
czugę, narzędzia, wykorzy-
stać ciepło ognia. Człowiek
nie dostosował się do na-
tury, lecz zmienił warunki
środowiska na swą korzyść.
Zapewniało to sukces tak
długo, póki ziemia była za-
mieszkana przez stosunkowo
niewielką liczbę ludzi i wpływ
na otoczenie utrzymywał się
w rozsądnych granicach. Ale
człowiek, kontynuuje Lób-
sack, nie tylko wykorzysty-
wał siły natury, ale zadał
jej gwałt. Zmieniał koryta
rzek, osuszał bagna, prze-
suwał potężne masy zie-
mi, karczował lasy, wytępił
niektóre gatunki zwierząt
i roślin, a nawet chce sztucz-
nie regulować pogodę.
Mózg, zdaniem Lóbsacka.
okazał się organem niosą-
cym katastrofę, doprowa-
dził do tego, że Ziemię za-
mieszkują ogromne masy lud-
ności, które eksploatując ją
krótkowzrocznie, nie dbają
o potrzeby przyszłych po-
koleń i niszczą tym samym
podstawy istnienia gatun-
ku.
Zaburzenia psychiczne,
kryzys żywnościowy, zmniej-
szanie się zapasów surow-
cowych oraz stałe zwiększa-
nie się chorób dziedzicz-
nych (jest ich obecnie po-
nad 1600, co 16 dziecko
przychodzi na świat z jakąś
dziedziczną wadą), oto wed-
ług Lóbsacka skutki zachwia-
nia równowagi w naturze.
Człowiek — jego zda-
niem — nie jest najdosko-
nalszym tworem natury, lecz
jej omyłką, nieudaną próbą
wyposażenia istoty żyjącej
w nadmiernie rozwinięty
organ, w tym wypadku w
mózg zdolny do logicznego
myślenia.
Ponieważ próba się nie
powiodła i zwróciła się prze-
ciw planecie, człowiek ska-
zany jest na wymarcie. Za
dwieście lat, a może wcześ-
niej, przepowiada Lóbsack,
ludzkość zostanie objęta
pierwszą wielką falą wy-
mieralności, będzie się- to
powtarzać w coraz krótszych
odstępach, aż ostatni egzem-
plarz rodzaju ludzkiego znik-
nie z Ziemi.
W tym samym prawie
czasie, gdy wyszła książka
z ponurymi prognozami Lób-
sacka, w którego wywodach
pobrzmiewają podejrzane
nutki, 50-osobowy zespół
badaczy, kierowany przez
profesora matematyki na
uniwersytecie Cleveland, Me-
sarovica, I profesora me-
chaniki Wyższej Szkoły Tech-
nicznej w Hanowerze, Pestla,
złożył sprawozdanie ze swej
trzyletniej pracy, wykona-
nej na zlecenie kilku fun-
dacji. Posługując się kom-
puterami i danymi z całego
świata, uczeni starali się
odpowiedzieć na pytanie:
„Czy ludzkość zdoła prze-
żyć następne 50 lat?” Ich
zdaniem ludzkość — nawet
bez wojny atomowej —
jest poważnie zagrożona w
swej egzystencji. Nie byłby
to wprawdzie jakiś jeden
ogólny kataklizm, lecz za-
głada na raty. W różnym
czasie i w różnych miejscach
kuli ziemskiej mogą nastą-
pić klęski i kryzysy, zała-
manie się gospodarki i sy-
stemu żywnościowego. Wiel-
ki kryzys żywnościowy prze-
widują obaj futurolodzy w
Południowej Azji i Afryce
około roku 2010, liczba
ofiar może dojść do miliar-
da. W przeciwieństwie jed-
nak do Lóbsacka, który nie
widzi ratunku dla rodzaju
homo sapiens Pestel i Me-
sarovic odwołują się do
ludzkiego rozumu. Klęski i
kryzysy nie są nieodwracal-
ne, można ich uniknąć lub
co najmniej złagodzić, jeśli
ludzkość zmieni swe po-
stępowanie i sposób myśle-
nia, zacznie wspólnie dzia-
łać, wzmoże wzajemną po-
moc, zwłaszcza pomoc dla
krajów zagrożonych głodem.
Według obu uczonych, jest
na to jeszcze jakieś 10—20
lat czasu.
Szereg inicjatyw, w tym
także polskich, konferencja
w sprawie Bałtyku, ostatnia
konferencja żywnościowa
ONZ w Rzymie, porozu-
mienia wielkich mocarstw,
wszystko to wskazuje, że
mózg ludzki może być nie
tylko motorem samouni-
cestwienia.
9
TADEUSZ KUBIAK
KTO ŚPI
NIE GRZESZY
- wersja nowa
Kto śpi nie grzeszy,
to prawda święta,
zacni panowie,
piękne dziewczęta...
Kto śpi nie grzeszy,
to prawda pewna,
lecz trudno wiecznie
żyć życiem drewna.
Więc spać czy grzeszyć,
oto pytanie,
drodzy panowie,
urocze panie.
Sami rozważcie
to należycie.
Największym grzechem
jest przespać życie.
Q
0
CL
RAJ
Każdy ma
własne
wyobrażenie
raju
Dla malarza
To nieoczekiwane kombinacje barw,
Dla muzyka -
Harmonia, a może dysharmonia tonów,
Dla zakochanego -
Ziemia, gdzie przebywa ukochana.
Jest raj wspinaczy wysokogórskich,
Gdzie zdobyte są wszystkie niedostępne szczyty;
Raj garbatych,
Gdzie wszystkie plecy są idealnie proste
Albo - garbate;
Raj daltonistów,
Gdzie płonąc wyraziścieją kolory;
Raj żarłoków,
Z ogromnymi połciami tłustego mięsiwa;
Raj dyrektorów,
Gdzie łaszą się uśmiechy usłużnych sekretarek;
I raj prostytutek,
Gdzie rozbierają się tylko dla tych,
Których kochają.
10
ENVER MEHMEDBASIC
DEmoKRnui
Motto: — Do wszyst-
kiego, co nadej-
dzie, do wszyst-
kiego sie nadaję...
W dyrekcji przedsię-
biorstwa „Postęp
w likwidacji” od-
czuwało się lekkie zakło-
potanie. Towarzysz Sła-
wolub mówił zdecydowa-
nie:
— W ciągu dwudziestu
czterech godzin musimy
wprowadzić demokrację
również w naszym kolek-
tywie.
— Dobra, dobra... —
podchwycił towarzysz
Hasib — przeżyłem biu-
rokrację, przeżyję i tę
demokrację... No, fajno...
— A, przepraszam, jak
sobie wyobrażacie — spy-
tał ktoś — to wprowadza-
nie demokracji? Czy ma-
my ją wprowadzić drogą
administracyjną ?
— Może jakimś rozpo-
rządzeniem dyrekcji
przedsiębiorstwa ?
— Ależ nie — zaprze-
czył towarzysz Sławolub.
— Towarzysze powinni
sami swobodnie przedło-
żyć swoje zdania, należa-
łoby się szczerze wypo-
wiedzieć, co myślicie so-
bie o nas, o zarządzie
i tak dalej...
— Czy właśnie to jest
nam konieczne?
— Skoro ja mówię, to
znaczy, że jest konieczne.
— No, a jeśli ludzie
nie będą chcieli wypowia-
dać się otwarcie?
— Będą mówili! —
wydusił z siebie pewien
zwolennik demokracji,
grożąc paluszkiem.
— Ależ nie, żaden na-
cisk nie wchodzi w grę.
Muszą mówić z własnej
woli.
— Hm...
Nazajutrz członkowie
kierownictwa siedzieli
przed swoim kolektywem
i właśnie miało rozpocząć
się zebranie.
— No, dalejże, towa-
rzyszki i towarzysze,
mówcie swobodnie, co
myślicie o swoim zarzą-
dzie, wasze uwagi będą
dla nas bardzo pożyteczne
i zapewniam was, że będą
jak najlepiej przyjęte.
Sala milczała.
— No i co, towarzy-
sze?
Sala nadal przezornie
milczała.
Wówczas wstał towa-
rzysz Okruszek i zaczął
rozwijać swój ulubiony
motyw. Mówił zawsze to
samo, bez względu na te-
mat dyskusji. No, sami
wiecie, już zgadliście...
mówił o różnorakich as-
pektach pewnych zjawisk
wr procesie...
— Nie — przerwał mu
towarzysz Sławolub. —
Nie o to chodzi. Macie,
towarzysze, powiedzieć,
co myślicie o wraszym
kierownictwie, o sukce-
sach przedsiębiorstwa, o
perspektywach rynko-
wych.
To samo powtórzył to-
warzysz Hasib w pięknym
i ujmującym zakłopota-
niu.
Sala jakby przeciągnęła
się rozkosznie, troszkę się
szeptało, a wreszcie pod-
niósł się ten niezgrabny
Ristan, którego wyskoki
przyprawiały o rumieniec
połowę członków zarzą-
du, a sala przyjęła go
śmieszkami.
— Dalejże, śmiało, Ri-
stanie, proszę, mów-że —
zachęcał towarzysz Sła-
wolub. — Taki jak on, to
jeszcze i powie — szep-
tał towarzysz Hasib.
A Ristan przestępuje
z nogi na nogę, miętosi
czapkę w tych swoich
łapkach i powiada:
— A co by też was in-
teresowało ?
— No, Ristanie, co na
przykład myślisz o mnie ?
— Sądzę, że już naj-
wyższy czas, abyście ode-
szli.
— A dokąd to, Rista-
nie, na jakąś placówkę,
w drogę służbową?...
— Nie, z miejsca.
Lekki rumieniec okra-
sił policzek Sławoluba.
— To... to znaczy, jak
to rozumiesz, Ristanie?
— Mało tego, że do-
prowadziliście do refor-
my, to jeszcze chcecie ją
realizować ?
— Ristanie, to nie jest
podejście...
— No dobrze, ale sami
chcieliście, żebym powie-
dział wam, co myślę.
— Tak jest... temu nie
przeczę... czemu nie? Po-
wiedziałem. Tylko dalej
i śmiało, towarzysze.
Wtedy dźwignął się ten
tępaczek Jevdokje i ma
ochotę gadać.
— I ja, tego... — po-
wiada — i ja bym coś,
prawda, powiedział...
— Proszę, tylko śmia-
ło, nasz Jevdokje.
11
— Ano tak sobie pa-
trzę na waszą czwóreczkę
i myślę o tym, jak to już
na was dwadzieścia lat się
gapię... I teraz, na przy-
kład, nie tnogę sobie,
prawda, uświadomić...
tak, uświadomić, kto też
tu z was jest sekretarzem
podstawowej organizacji,
kto przewodniczącym za-
rządu instytucji, kto kie-
rownikiem związku zawo-
dowego, a kto prowadzi
przedsiębiorstwo i, że tak
powiem, dokąd je prowa-
dzi ? Wiem tylko, praw-
da, że się wy we czterech
tak zamieniacie tymi sto-
łeczkami, że mi się, praw-
da, aż zakręciło w gło-
wie...
— Dobrze, i co ci to
przeszkadza? — pytają
tego tępawego Jevdokję.
— Boję się, że mi się
całkiem zakręci... A w
ogóle, to wszystko jest
pięknie, ja przecież nic
nie mówię.
— Zostawcie tego Jev-
dokję, jemu się kręci w
głowie, zawroty głowy ma
widocznie — zaczęto go
bronić.
— Ależ proszę, towa-
rzysz . ładnie to ujmuje,
krytykuje umiejętnie...!
— Tak, ale czy to jest
właśnie odpowiednie? —
spytał szeptem tow-arzysz
Hasib towarzysza Sławo-
luba.
— Czyż ja nie powie-
działem, że wprowadzę
do tego kolektywu de-
mokrację w ciągu dwu-
dziestu czterech godzin ?!
Wtedy podniósł się ten
żółtodziób Radojca, któ-
ry przez dwa lata chytrze
ukryw ał, że ma ukończone
wyższe studia i którego
wr swoim czasie nakryto
na tym, jak usiłował wtry-
nić swój dyplom osobiste-
mu wrogowi. I on jakby
się dzisiaj nieco rozzuch-
walił albo może w'stał
lewą nogą, bo powiada:
— Czy to jest właści-
we, że wy czterej razem
wzięci nie macie nawet
tyle wykształcenia, ile je-
den młody specjalista ?
Prezydium kolektywu
ukazało wszystkie barwy
widma słonecznego. Tyl-
ko Sławolub, pełen wiary
w siebie, rzekł:
— Niechaj mówi, tylko
dajcie mu mówić... Nie-
chaj wyrzuci z siebie
znane hasło, że...
— Dyplom nie jest
gwarancja wiedzy — po-
mógł ktoś.
A ten dzieciak, Ra-
dojca, na to:
— Ale brak dyplomu
jest jeszcze mniejszą gwa-
rancją.
Zarząd, to znaczy ci
czterej towarzysze (zna-
cie ich na pewno!), jak
gdyby poprosili o czas
(wiecie, jak się to robi
w koszykówce?) na kon-
sultację.
— I co teraz? — py-
tali zbulwersowani.
— Wiem, co teraz się
stanie — powiedział Sła-
wolub.
I zaraz zaczął wrzesz-
czeć:
— Ty, Radojca, nie
jesteś żadnym Radojcą!
— Przepraszam, a kim-
że ja jestem? — spytał
pełen zdziwienia.
— Ty jesteś anarcho-
radojca!
— A Ristan?
— Ristan to jest pseu-
doristan.
Tępawy Jevdokje gro-
bowym głosem spytał:
— A ja ? Kim jestem ?
— A ty...? Ty jesteś...
Rzeczywiście, kimże on
jest, ten Jevdokje?
— Relikt kapitalizmu!
— Lokaj imperializ-
mu!
Tak to w porę przy-
milnie podpowiadał Sła-
wolubowi towarzysz Ha-
sib, że ten przypomniał
sobie w-szystko.
— To zwykły polip!
— Jakimże to ja jestem
polipem ? — zachłysnął się
ze zdumienia Jevdokje.
— Polip biurokracji.
— Tak, pięknie, czy
już wszyscy są poetykieto-
w-ani ? — spytał cicho
Hasib.
— Może niektórzy są
nie tylko etykietowani, ale
już i butelkowani — rzekł
zadowolony Sławolub.
Tego dnia, licho wie
dlaczego, nikt już więcej
nie miał nic do powiedze-
nia. Tylko ponownie wstał
towarzysz Okruszek i po-
czął rozwijać swój umiło-
wany temat, wiecie już
jaki: o różnorakich as-
pektach pewnych zjawisk
w procesie...
SPECJALNIE DLA WAS RYSUJE
JUGOSLAY VLAH0VIĆ Jugosławia
tłum. M. A.
WASILEWSKI
12
POSADA
Spotkaliśmy prezesa Szczawnicę.
— Mam wolną posadę — rzekł. —
Może potrzebujecie dla kogoś?
— Jaką posadę? — spytała barono-
wa Sołowiejczyk.
— Normalną — odparł Szczawnica.
— Na drugim piętrze.
— Winda czynna? — zainteresował
się poeta Koszon.
— Czynna — powiedział prezes. —
Mamy też dobrą opiekę socjalną, do-
mek wypoczynkowy nad morzem. Po-
sada jak posada.
— Coś trzeba robić? — spytaliśmy.
— Nic — wyjaśnił Szczawnica. —
Nic nie trzeba robić i to jest dodatko-
wy plus posady. Kiedyś mieliśmy ręcz-
ną centralkę telefoniczną, teraz mamy
automatyczną, ale etat został. Trzeba
przychodzić do pracy, można patrzeć
na automat, jak ktoś lubi, raz w mie-
siącu idzie się do kasy. Dosyć proste.
— W zasadzie tak — przyznaliśmy.
— Może Nikuś Samotracki by to
wziął? — zastanowiła się baronowa. —
Młody, zdolny...
— W jakiej dziedzinie? — spytał
prezes Szczawnica.
— Ogólnie — powiedziała barono-
wa. — Tylko nie zna się na telefo-
nach.
— Nie musi się znać—rzekł Szczaw-
nica. — Co to w ogóle ma do rzeczy?
Kandydatura Samotrackiego wyda-
wała się sensowna. Z tym, że nie chcie-
liśmy wprowadzać Szczawnicy w błąd.
— Miły facecik — rzekł Bezpal-
czyk. — Ale trochę niebieski ptaszek.
Tak, że jedno przy drugim.
— Jego sprawa — powiedział Szczaw-
nica. — Nie wnikamy w sprawy oso-
biste pracowników. W końcu jakaś
delikatność obowiązuje. Zresztą wiem
o kogo chodzi. Sympatyczny z wyglą-
du.
— Bardzo miły — powiedzieliśmy.—
Jedno jest pewne, że nie będziesz ża-
łował.
W rezultacie Szczawnica zatrudnił
Samotrackiego na drugim piętrze.
W miesiąc później Samotracki został
z posady zwolniony.
— Myślałem, że to łobuziak i że
nie będzie z nim kłopotów — tłuma-
czył się Szczawnica. — Niestety, za-
wiodłem się.
— Opuszczał się w pracy? — zmar-
twiła się baronowa Sołowiejczyk.
— Przeciwnie — rzekł prezes. —
Zabrał się do konserwacji telefonów
i zepsuł aparaturę.
— Z głupoty — rzekł poeta Ko-
szon.
— To też — zgodził się Szczawni-
ca. — Ale przede wszystkim z uczci-
wości. Nie chciał brać darmo pienię-
dzy. A nas nie stać na takie luksusy,
niestety.
Zrobiło się nam głupio. W końcu
rekomendowaliśmy idiotę i piękno-
ducha.
n
Po przeczytaniu numeru
„Szpilek” strasznie popra-
wiło mi się samopoczucie.
Przekonałam się bowiem,
że kłopoty z ADM mam nie
tylko ja. Okazało się na-
wet, że ADM jest tak denną
instytucją, że nie zważa
na nic: na nazwiska, tytu-
ły, łapówki. Niechże więc
moja sprawa powiększy
grono innych „nie do za-
łatwienia". Przesyłam dwa
listy interwencyjne oraz
osiem pism z urzędów.
Do dzisiaj stoi w piwnicy
woda. Żadne ze zobowiązań
wszystkich czterech insty-
tucji, do których się odwoły-
wałam, nie zostały wyko-
nane. To są już kpiny
z człowieka i obywatela.
Wilgoć w kuchni objęła
ok. 60% ścian, w pokoju
6 m2. W tym roku otrzy-
mam mieszkanie ze spół-
dzielni mieszkaniowej, mo-
że będzie inaczej, lepiej.
Po wykorzystaniu materia-
łów bardzo proszę o odesła-
nie ich na mój adres, przy-
dadzą się. Pokażę wnu-
kom, jaka drzewiej była
administracja.
Przesyłam wyrazy sza-
cunku i współczucia.
WANDA MOROZ
Dzierżoniów,
ul. Wrocławska 33 m 1
Napisałem podanie do
ADM nr 2 Warszawa-Moko-
tów z prośbą o wyczyszcze-
nie przewodu wentylacyj-
nego oraz wymianę wypa-
czonych ram okiennych.
Otrzymałem od inspektora
technicznego zlecenie do
Spółdzielni Kominiarzy,
abym sam osobiście to za-
łatwił, bo mnie przecież
sadze lecą z przewodu
wentylacyjnego, a nie ADM.
W sprawie okien inspektor
zwodził mnie całe lato
i jesień, wreszcie trafiłem
do kierownika działu tech-
nicznego. Sympatyczna pa-
ni poinformowała mnie bar-
dzo grzecznie, że ADM
tej pracy się nie podejmie,
jest to sprawa wyłącznie
lokatora i sam musi sto-
larza załatwić, jeżeli nie
chce zmarznąć w zimie.
Ciocia moja, która pierw-
sza urządzała wycieczki
do ADM, już nie żyje. Cie-
kawe, kiedy na mnie przyj-
dz'e k0lej? WIESŁAW
BOGDANOWICZ
Warszawa,
ul. Starościńska 4/6
Pisać o ADM może chy-
ba tylko ten, kto wybudo-
wał własny dom i nie pod-
lega już relacji: ADM-loka-
tor. Toteż jeśli mam na-
pisać szczerze, mogę to
zrobić wyłącznie anonimo-
wo, nie ujawniając ani mia-
sta, ani adresu, ani'nume-
ru ADM, która decyduje
o moich warunkach życia.
Nie stać mnie na mieszka-
nie spółdzielcze, więc jako
prawdopodobnie dożywotni
lokator muszę się po pro-
stu pogodzić z faktami.
X
(z Nadodrzariskiego
Grodu)
ZBM Warszawa-Żoli-
borz zdecydował, że ul.
Podczaszyńskiego należy do
reprezentacyjnych, wobec
czego przed 1 maja br.
należy balkony przemalo-
wać na czarno, a balustra-
dy przepleść folią żółtego
koloru. Przyszli, pomalo-
wali czarną farbą balkon,
opryskali kwiatki w skrzyn-
kach też na czarno i poszli.
Farby i ochoty do malowa-
nia wszystkich balkonów
nie starczyło, jak i żółtych
płyt też. Obecnie jest listo-
pad i wystrój ulicy pasuje
do święta zmarłych.
Nazwisko tylko do
wiadomości redakcji
Zwróciłam się do ADM
1/4 Stare Miasto z prośbą
o wymianę muszli klozeto-
wej. Od razu spisano ze
mną umowę i przyjęto za-
liczkę na wykonanie tej
usługi. Miałam oczekiwać
fachowca. Niestety, facho-
wiec w ogóle się nie zjawił.
Gdy zadzwoniłam do ADM,
odpowiedziano mi, że brak
im muszli i żebym sama
kupiła (bo zdrożeją). Po-
nieważ z tą usługą nie
mogłam czekać, zmuszo-
na byłam wykonać ją pry-
watnie. Gdy zgłosiłam się
po zwrot zaliczki, kazano
mi napisać podanie do
DZBM i tam dochodzić
należności.
MARIA PRZEORSKA
Wrocław,
ul. Bałuckiego 1/9
Na Wasz alarm w
sprawie ADM przesyłam
fotografię zieleńców przy
nowych blokach mieszkal-
nych w Chojnicach, ul.
31 Stycznia.
Ł. PAWŁOWSKI
Chojnice
Na tym kończymy publikowanie korespondencji na-
szych Czytelników w sprawie ADM-ów. Nie udało nam
się, niestety, zamieścić wszystkich nadesłanych materia-
łów, musieliśmy się ograniczyć do najbardziej charaktery-
stycznych.
Dziękujemy naszym Czytelnikom za tak liczny udział
w tej akcji, która, mamy nadzieję, zwróciła uwagę na ten
wcale nie mały problem. W następnym numerze ostatecz-
ne podsumowanie „Alarmu” w sprawie ADM-ów.
Zgodnie z apelem prze-
syłam w załączeniu plik
papierów jako plon mo-
jej walki z ADM w Szklar-
skiej Porębie. Bałagan,
brud, niechlujstwo trwa już
przeszło 10 lat. Moja wal-
ka — 3 lata! A jaki wynik?
Zerowy. Naturalnie nie pro-
szę o interwencję, to tylko
tak na dowód, że nie ma
mocnych. Proszę również
nie odsyłać tej całej doku-
mentacji (dawno już na to
wszystko machnąłem ręką).
Tylko po ewentualnym za-
poznaniu się — do kosza.
S.S.
Szklarska Poręba
Jestem wdową, rencist-
ką, członkiem spółdzielni
mieszkaniowej, mam blisko
70 lat. Oplata za mieszka-
nie pochłania 1/3 mojej
miesięcznej renty. Miesz-
kanie w chwili wprowadze-
nia się miało szereg uste-
rek. Niektóre zostały usu-
nięte, inne nadal istnieją
i nie mogę doczekać się ich
usunięcia. Czuję się zupeł-
nie bezradna i zagubiona
w gąszczu nie znanych mi
przepisów i w obliczu wy-
raźnej niechęci administra-
cji (RSM ,,Lokator”) do
załatwiania czegokolwiek,
co wiąże się z nakładem
pracy lub kosztów z jej
strony. Brak mi już sił do
dalszych interwencji. Chy-
ba niniejsza będzie już
ostatnią moją próbą.
Przesyłam zespołowi re-
dakcji dużo pozdrowień i
najlepszych życzeń pomyśl-
nego podejmowania i reali-
zowania akcji podobnych
do ostatniej i wielu, wielu
innych.
JANINA MACIEJEWSKA
Łódź
ul. Rojna 52 m. 44
14
fSW
PORZĄDEK
Jedna z tych nie najważniejszych
rzeczy w życiu. A jednak trzeba go
czasem zrobić: porządek generalny
w naszych rzeczach, w naszym do-
mu.
Jest kilka szkół rozwiązywania tego
problemu. Może nawet kilkanaście, i to
biegnących koło siebie równolegle,
z tradycją dawną, od „już starożytni
Grecy” włącznie. Np. można porządku
w ogóle nie robić: wariant a) — jest
zawsze tak nieziemski, tak precyzyjny
porządek, utrzymywany w idealnym
stanie, że nie ma potrzeby robienia
kiedykolwiek generalnego; wariant b)
— jest zawsze tak nieziemski, tak abso-
lutny bałagan, że nie ma potrzeby ro-
bienia porządku: i tu różnorakie przy-
czyny: nic by wtedy nie można zna-
leźć, można by umrzeć z nudów, sy-
tuacja jest i tak nie do opanowania,
po co? itd.
Od dnia, w którym postanawiamy,
że trzeba będzie zrobić generalny po-
rządek, nic już nie kładziemy na swoje
miejsce, nie musimy, będziemy wkrótce
tam sprzątać. A jeżeli nawet miejsce
jest właściwe, to się to rzuca byle jak,
bo i tak tam wkrótce... Po jakimś
czasie okazuje się, że do dnia, w któ-
rym podjęliśmy tę decyzję, było jesz-
cze jako tako, to, co potem nastę-
puje — staje się z wolna nie do zniesie-
nia. Po jakimś czasie nic zupełnie nie
można znaleźć i kopie się nerwowo,
przewracając wszystko, wyrzucając rze-
czy z półek itp. Ale to nic nie szkodzi,
bo i tak wkrótce będziemy... Na razie
nie mamy na to czasu, a poza tym opra-
cowujemy strategię działania. Najpierw
trzeba zrobić półki w przedpokoju,
potem uprzątnąć piwnice, część rzeczy
pójdzie do piwnicy, tak opróżni się
starą szafę i tam da się rzeczy z wali-
zek, do walizek przełoży się nie uży-
wane teraz rzeczy z szafy w ścianie
itp. itd.
Na razie sprzątamy naszą szufladę.
Dużo wspomnień i rzeczy niepotrzeb-
nych. Potem robi się coraz bardziej
nie do wytrzymania i nie można już
znaleźć 2 jednakowych skarpetek, gdzieś
podział się pantofel i lewa rękawiczka,
i nosi się od innej pary.
I potem nadchodzi taki dzień, zwykle
mokry i szary, może być niedziela,
że można by troszeczkę, no, może
tylko zacząć, na przykład najpierw
poukładać książki. Układamy książki
według nowego systemu działami i po
ustawieniu tych, które leżały w po-
przek na stojących, została nam dość
spora kupka, z którą nie wiadomo co
robić. Włożymy je tam, gdzie były
stare buty. Wyjmujemy więc wszystkie
buty, okazuje się, że jest więcej starych
niż było. Układamy racjonalnie i zo-
stają nam letnie buty. Wkładamy je do
pudła na pawlaczy z którego wyjmu-
jemy resztki materiałów, które zaraz
przeselekcjonujemy i wyrzucimy. Nie
wyrzucamy, bo mogą się przydać na
łatki, gdyby się coś starego przenico-
wało. Zabieramy się do starych ciu-
chów. niepotrzebnie wiszących w szafie,
i mamy nową kupkę, z którą nie wia-
domo co zrobić. Właściwie przydałaby
się jeszcze jedna szafa. Ale zaraz, jak
posprzątamy na wszystkich półkach,
w komodzie, w kątach, na pewno
wygospodarujemy masę miejsca.
Porządek totalny, wybuch Wezu-
wiusza w domu, sytuacja prawie nie
do opanowania. Mijają dni, my ska-
czemy przez zwały rzeczy, z którymi
nie wiadomo co zrobić, potem gestem
rozpaczy upychamy je na razie gdzie-
kolwiek, żeby można było żyć. Skądeś
wypływają na nas stosy starych listów,
starych kwitów, starych pończoch,
starych swetrów, trampki, które jesz-
cze może kiedyś włożymy, tajemniczych
pudełek, fotografii, które trzeba by
ułożyć. Bombki na choinkę, których
absolutnie nie ma gdzie schować,
nieznanych recept i przedawnionych
lekarstw. Wszystko może jeszcze się
przydać! Wyrzucić łatwo, a jak potem
będzie potrzebne?
Gdzieś w połowie tej roboty prze-
staje nas to bawić, potem załamujemy
się psychicznie. Upychamy rzeczy, któ-
rych aktualnie nie używamy, w inne,
dalsze miejsca, do ponownego zasta-
nowienia. I tak wszystko zostawiamy,
aż do następnych generalnych porząd-
ków. które na pewno rozpoczniemy
wkrótce.
WIESŁAW BRUDZIŃSKI
„Po to opłacam błazna — rzekł
król — aby mnie mówił przykre
prawdy w oczy, nie obcemu królo-
wi!”
Nie przeszedł na drugą stronę tylko
dlatego, że jeszcze nie zdążyła się
sformować.
„O szerszy dostęp do wiedzy dla
mas!” „O szerszy dostęp do przesą-
dów dla elity!”
Dbaj o niepotrzebnych, bo nie-
potrzebni mogą odejść!
Złożył rezygnację z zasad. Rezygna-
cja została przyjęta z zadowoleniem.
15
REDAKCJA
EELIKSA
OSIECKIEGO
PODDAJ EMY POD ROZWAGĘ
Chociaż nie lubimy cofać biegu wydarzeń,
dla jednej jedynej sprawy zrobilibyśmy wyjątek.
Otóż ni mniej ni więcej tylko przywrócilibyśmy
w naszych biurach i urzędach tabliczki gliniane
i rylce do prowadzenia korespondencji, kasując
rzecz jasna, przydziały papieru.
Projekt nasz nie wymaga specjalnego uza-
i sadnienia. Gliny mamy w kraju pod dostat-
kiem, produkcja rylców tnożna by zainteresować
rzemiosło i przemysł terenowy. Zastrzegamy
się, że nie chodzi nam nawet o oszczędność
drewna i lasów. Mamy bowiem generalne za-
strzeżenie do Caj-Luna, wynalazcy papieru, że
mianowicie jego wynalazek jest tak łatwy w uży-
ciu, że nie odróżnia bełkotu od słowa, że można
pisać i pisać bez końca.
Weźmy dla przykładu pismo Centrali Handlu
Obuwiem z Lodzi, będące odpowiedzią na skar-
gę klienta, którego nowo kupione buty zaczęły
przemiękać.
M* odpowiedzi na pismo Obywatela z dnia
skierowane do M.H.W.iU. w sprawie odmowne-
go załatwienia przez Stołeczne Przedsiębiorstwo
Handlu Obuwiem reklamacji obuwia — Centrala
po zapoznaniu sic z przedmiotem reklamacji
stwierdziła co następuję...
A następuje stwierdzenie, że buty powinny
przemiękać, bo tak przewiduje norma (dla do-
ciekliwych: PN-74 0-91030), jednakże w tym
konkretnym przypadku stwierdzono wadę
produkcyjną i dlatego reklamację się uznaje.
Pismo to zawarte na stronie maszynopisu
otrzymują do wiadomości: MHWiU — Gabi-
net Ministra. Wydz. Inspekcji Skarg i Wnios-
ków, St. P.H.Ob. w Warszawie.
Jedna para kapci wartości 380 zł spowodowa-
KORESPONDENCJA
P.T.
Redakcja ,.Szpilek”
Doceniając Wasze akcje
na temat toalet i ADM-ów
— proponuję ku uciesze
Waszych wiernych czytel-
ników akcję pn. „Neon
zgasł”.
Z mojej ostatniej podró-
ży służbowej w miesiącu
oszczędzania przytaczam
takie dwa „zgaśnięte” neo-
ny:
1. W Sosnowcu jaśniał
napis:
...szczę... w PKO
2. W Gliwicach ciemniał
napis nieco inny:
O...aj w PKO
B.T.
Warszawa
Nagrodę tygodnia (zł
100) w naszym nieusta-
jącym konkursie „Uczy-
my się patrzeć satyrycz-
nie” otrzymuje p. T. Bor-
kowski za pismo PKP wy-
korzystane w felietonie.
ła lawinę korespondencji, bo przecież jeszcze
pisał i klient, i Stołeczne Przedsiębiorstwo Han-
dlu Obuwiem odpowiedziało mu odmownie...
Ciekawe, ile takich pism wysyła rocznie
Centrala Handlu Obuwiem, i nie tylko ona.
Wszystkie centrale, placówki handlowe, skle-
py. Zresztą dzieje się to zgodnie z przepisami,
tylko czy sprawy tej nie mógł od ręki załatwić
kierownik sklepu, który powinien być chyba
fachowcem w swojej branży. Czy gabinet mi-
nistra handlu wewnętrznego i usług nie ma
przypadkiem pilniejszych spraw, niż śledzenie
drogi reklamacji pary obuwia?
Czas wreszcie na zaprezentowanie walorów
naszego pomysłu z glinianymi tabliczkami.
Otóż niech by urzędnik Centrali spróbował
wyryć całe to stronicowe pismo rylcem na gli-
nianej tabliczce. Należy sądzić, że albo prze-
kląłby tę niewdzięczną pracę, albo przynajmniej
starał się streszczać. I w tym tkwi właśnie sedno
całej sprawy. W zwięzłości. Pisma ryle na ta-
bliczkach wyglądałyby zupełnie inaczej niż
pisane na arkuszach papieru.
Wyobrażamy sobie, że stylista z Centrali
wyryłby po prostu: „Buty do kitu. Zwracać
pieniądze”. Koniec, kropka, i tyle się powinno
w tej sprawie powiedzieć.
Papier u nas służy do celów irracjonalnych,
czego przykładem jest również pismo jednej ze
stacji PKP d<> Oddz. Ruchowo-Handlowego
RO4:
Stosownie do zarządzenia RL 6... stacja za-
podaje, że w związku z niemajacym miejsca wy-
padkiem w stacji, zaprowadzona ewidencja pra-
cowników mających związek z wypadkiem nie
uległa zmianie w porównaniu z miesiącem po-
przednim.
POLECAMY
humor i satyrę z gazet zakładowych
TRADYCJE TOWARZYSKIE
Po uroczystym rozliczeniu niedoborów właś-
ciwych
Po uroczystym spotkaniu zasłużonych w spra-
wie zasadniczej.
„FASTY” — Białystok
16
W SIĘ NAHAJE DO.SZPILEK
Drewniany breloczek do kluczy z hotelu
„Turystycznego” w Sieradzu ma rozmiary
solidnej deszczułki. Praktyczni goście na
delegacji chwalą sobie jednak ten pozorny
mankament, gdyż z powodzeniem wykorzy-
stują ową deseczkę przy sporządzaniu kana-
pek, krojeniu wędliny itp.
W blisko 35O.OOO-nej Bydgoszczy jest tylko
jedna książka telefoniczna z numerami war-
szawskimi, zdeponowana w Głównym Urzę-
dzie Pocztowym w sercu miasta. Twier-
dzenie, że telefon ułatwia porozumiewanie
się między ludźmi, od dawna wymaga rewizji,
podobnie zresztą, jak pozostałe działy pracy
poczty.
Chłodziarka produkcji „Predom-Polar"
we Wrocławiu wykazywała dziwną właści-
wość: chłodziła lub nie przy pracującym
bez przerwy liczniku. Po bliższych oględzi-
nach okazało się. że w tylnej ściance są
szpary. Małe czy duże, nieważne, grunt że
się przez nie prześliznął znak Q. którym
producent opatrzył swój wyrób.
Jesteśmy w posiadaniu paczki waty opa-
trunkowej, którą, jak to się zaleca, należy
przed użyciem „doprowadzić do kształtu
walca”. Ponieważ paczuszka ma mniej więcej
konsystencję granitu, nasza Czytelniczka
słusznie sugeruje, żeby posłużyć się raczej
walcem drogowym.
Pasażerom klnącym na czym świat stoi
na nieregularne kursy PKS-ów i kolei wręcza
się ankietę Instytutu Transportu Samochodo-
wego, która zaczyna się od słów: „Jeśli
zależy Ci na poprawie warunków podróży
— wypełnij niniejszą ankietę". Natomiast
jeśli Instytutowi zależy na tym samym —
o czym pytania ankiety nas nie przekonały —
to niech czym prędzej rozwiąże sprawę ta-
boru komunikacyjnego, kadr i parę innych
drobiazgów.
GABINET
OSOBLIWOŚCI
Nagrodę (zł 100) za naj-
lepszy wycinek otrzymuje
p. Michał Howorka z Poz-
nania.
DWUMINUTOWY
STRZAŁ. „Nowiny Rzeszow-
skie", nr 276:
STRZAŁ LATY W 90 MIN.
NA WAGĘ REMISU.
25 min. — Maculewicz 1:0
92 min. — Lato 1:1
I chyba na wagę czasu też.
(nad. Michał Hejnar —
Rzeszów)
Materiały nadesłali: A. Juszczak, J. Pod-
góreczny, A.L., B. Jóźwiecka, J.D.
REHABILITACJA
NORMALKA. „Przyjaciół-
ka", 3.XI.: .
Cztery lata w tygodniu, po
południu odbywają się zajęcia
w szkole.
Wiadomo — każdy dzień
w szkole dłuży się, jak rok
(nad. K. Żochowski —
Pruszków)
PWK
PRZEGLĄD
WIADOMOŚCI
KRAJOWYCH
Kieleckie „Słowo Ludu”:
Często mamy trudności z
nabyciem odpowiedniej
wielkości i wysokości tap-
czanu. Problem można bar-
dzo szybko rozwiązać. Ro-
bimy szkielet z drewna, ku-
pujemy gotowe materace
i odpowiednią narzutę.
Jeżeli nie mamy gotowych
materaców i narzuty są
nieodpowiednie, robimy sa-
mi również materac i na-
rzutę.
(0
(foto: Z. Sitnicki. Na-
dawcę prosimy o po-
danie imienia)
Tablica w sklepie
WSS nr 49 w Kwidzy-
niu.
Przypominamy sto-
sowny toast: „Widzisz
mnie?".
W Maciejowicach, pow.
Siedlce, elektryczne oświet-
lenie ulic było ponownie
czynne przez dwa dni.
Pan Henryk Woźniak po
interwencji „Chłopskiej
Drogi” nabył osełkę do no-
ży ogrodniczych w sklepie
spółdzielni ogrodniczej w
Garwolinie. Osełka została
specjalnie sprowadzona na
polecenie Centrali Spół-
dzielni Ogrodniczych.
Zlikwidowano stację
obsługi samochodów Pol-
mozbytu w Księżynie.
Klienci mogą się zgłaszać
do stacji obsługi samocho-
dów nr 4 w Białymstoku.
Do pani Heleny Heinrich
w Bydgoszczy przybłąkał
się czarny kotek. Uczciwy
właściciel proszony jest o
zgłoszenie się na ul. Pomor-
ską 32 m. 3.
„Dziennik Bałtycki” w
dziale pt. „Śmiało i szcze-
rze” informuje, że jeden
z czytelników pisma oddał
film do wywołania w zakła-
dzie „Foto-Słońce” w Gdań-
sku. Film miał być gotowy
21 października, ale nie był.
ŻYWE MODELE. „Express
Wieczorny”, nr 255, o jugo-
słowiańskiej wystawie, na
której wystawiać się będzie:
...cały asortyment wyrobów
produkowanych przez tę fir-
mę, a więc nie tylko farmaceut-
ki...
Ano, jeśli ładne...
(nad. Janina Kulczycka —
Warszawa)
WYMYŚLIŁA! „Świat Mło-
dych”, nr 88:
Na przykład w „Ofelii"
Hamleta wymyśliłam, że od
pierwszego aktu do ostatnie-
go będę coraz mniej umalo-
wana...
Ciekawe, co by wymyśliła
grając „Julię” Romea.
(nad. Michał Howorka —
Poznań)
ZAMIAST. „Trybuna Ma-
zowiecka”, nr 255; o jadło-
dajni GS w Siennicy:
Karygodny jest brak bydła,
proszków i ręczników.
A nie można by bydła za-
stąpić np. drobiem?
(nad. Jerzy Ruszkiewicz —
Płock)
17
Michał Komar
przeczytał
trzecie i rozszerzo-
ne wydanie antolo-
gii Jerzego Wittli-
na PRZEDSTA-
WIAMY HUMOR
POLSKI. PORY
ROKU.
Społeczeństwo dzieli się
na milczącą większość i
gadatliwą mniejszość. Mil-
cząca większość spija ko-
niaki, śmieje się, dyskutu-
je i obżera. Sądząc z
antologii Wittlinowskiej
reprezentanci do spraw
śmiechu, humoru i saty-
ry są znacznie zdolniejsi
od reprezentantów in-
nych dziedzin. Może dla-
tego, że spraw śmiesz-
nych zawsze będzie pod
dostatkiem?
Od Boya-Żeleńskiego,
Paczkowskiego, Świato-
pełka Karpińskiego, Lecą,
Słonimskiego przez tek-
sty Brudzińskiego, Przy-
bory, Mrożka, Potemkow-
skiego, Grońskiego, po
utwory Pietrzaka, Kofty,
Górzańskiego i Warcha-
ła — wybór Wittlina jest
skuteczny, ponieważ do-
wodzi, że można się śmiać
bez względu na porę ro-
ku, a ponadto, że trud-
no wyobrazić sobie sy-
tuację aż tak złą, że śmiech
byłby w niej niemożliwy.
Historycznie rzecz ujmu-
jąc im było gorzej, tym
lepsze dowcipy tworzono.
Oczywiście teraz jest
znacznie lepiej, ale nie
mniej śmiesznie. Na przy-
kład niedawno „Życie
Warszawy” wydrukowało
list odpowiedniego dy-
rektora, który wyjaśnił
brak papieru toaletowe-
go w sklepach poważnym
i optymistycznym wzro-
stem zużycia tego specy-
fiku w ostatnim okresie.
Wittlin nie umieścił ani
tego listu, ani komenta-
rza „Życia Warszawy” w
swej antologii, gdyż dru-
kuje profesjonalistów-hu-
morystów. Moim zdaniem,
amatorzy też są nie naj-
gorsi. Sławomir Mrożek
opisał fabrykę produku-
jącą tylko lewe buty, co
wydawało mi się ogrom-
nie komiczne. Do czasu,
gdy sprzedano mi pudeł-
ko z dwoma butami pra-
wymi. W tym wypadku
literatura przestała czer-
pać z życia. To życie stało
się cząstką literatury saty-
rycznej.
Żaden z zamieszczonych
w tym tomie utworów —
pisze twórca antologii —
nie stał się dzięki temu
ani jeszcze bardziej śmiesz-
ny, ani też dopiero teraz
śmieszny. W istocie są one
śmieszne same z siebie
oraz trochę dlatego, że
czytelnika stać na śmiech.
Człowiek nie zaznałby ko-
mizmu, gdyby czuł się osa-
motniony — pisał niegdyś
Henri Bergson. Oznaczać
to może, że tam, gdzie
ludzie są osamotnieni —
cichnie śmiech. Albo też,
że tam, gdzie celem jest
osamotnienie ludzi —
śmiech uchodzi za formę
niewskazaną. Przedstawia-
my humor polski jest książ-
ką skuteczną: śmiech to
najszlachetniejsza ze
wszystkich więzi łączą-
cych ludzi.
F.Z.K.
widział
JEZIORO BO-
DEŃSKIE — Stani-
sława Dygata w
Teatrze Małym.
„Panował rzeczowy na-
strój Apokalipsy” — to
zdanie charakterystyczne
jest dla prozy Dygata.
Groteski, czerpiącej siły
z realistycznej obserwa-
cji zdarzeń, ludzi, języka
wreszcie, gdyż efekt ko-
miczny osiąga pisarz czę-
sto poprzez zderzenie
górnolotnych zbitek po-
jęciowych i słownych klisz
ze zgoła niepatetyczną sy-
tuacją. Bohaterowie Dy-
gata — zarówno ci z Je-
ziora Bodeńskiego, jak też
z Karnawału czy Dworca
w Monachium ujawniają
charaktery ukształtowane
w kręgu sarmackich mi-
tów — reagując zawsze
niewspółmiernie do bodź-
ca, strojąc się w roman-
tyczne płaszcze w czasach,
gdy praktyczniejsza jest
jesionka. Rodowodowe —
postawić ich można obok
obrażonych Polaków z
Gałczyńskiego i delega-
cyjnych panów kolegów
z Mrożka. Nad całym tym
Panteonem unosi się
Gombrowicz. Animator
tej zabawy. Sufler podpo-
wiadający kwestie... Po
trzydziestu latach obrazo-
burcze dowcipy Dygata
stały się anegdotami. Pam-
flet na patologicznego Po-
laka spoczciwiał. Jest to
wina gatunku: groteska
starzeje się szybko. Chwy-
ty niegdyś nowatorskie
wyeksploatowały teatry,
kabarety studenckie i
obiegowe żarty przypra-
wiające o apopleksję po-
kolenia kombatantów.
Rozumiem jednakże za-
interesowanie Hanuszkie-
wicza tekstem Jeziora. W
prowadzonym konsek-
wentnie od lat dialogu
dyrektora Teatru Naro-
dowego z przeszłością i
duchami Wielkich Pola-
ków brakowało ogniwa
antypatetycznego: spoj-
rzenia nie zamglonego łzą
sentymentu, drwiny,
i sceptycznego grymasu
polskiego inteligenta. Wy-
czulony na aktualność Ha-
nuszkiewicz zdał sobie
sprawę z szansy, jaka za-
rysowała się po latach —
superata patosu i obywa-
telskiej obrzędowości wy-
maga ironicznej repliki.
Spektakl Hanuszkiewicza,
mimo zmian tekstu, wsta-
wek i dodatków z innej
operety — wierny jest
Dygatowi. Wierny tona-
cją parodii i prywatności.
Parodystyczna scenografia
Xymeny Zaniewskiej, pa-
rodystyczne rozmowy Ła-
pickiego z Hanuszkiewi-
czem, reżyseria parodiu-
jąca Kartotekę — wszyst-
ko to sprawia, że dajemy
się wciągnąć do zabawy,
choć wiele głębi Jeziora
daje się dziś przebyć su-
chą nogą.
Wzruszamy się, oglą-
dając kroniki PAT-a, słu-
chając Faliszewskiego i Ja-
rossy’ego. Aprobujemy
pomysły reżyserskie, któ-
rych nadmiar jest żartem
Hanuszkiewicza z Hanusz-
kiewicza. A później, gdy
wieczór w Teatrze Ma-
łym już się kończy — po-
zostaje nam w pamięci
Andrzej Łapicki. Najwspa-
nialszy narrator, o jakim
mógł marzyć Dygat.
Anna Lechicka
obejrzała
BEZBRONNE
NAGIETKI, film
amerykański, w
reż. P. Newmana.
Oryginalny tytuł brzmi:
Wpływ promieni gamma na
zachowanie się nagietek,
Człowiek Na Księżycu.
Człowiek Na Księżycu to
nazwa gatunku nagie-
tek napromieniowywa-
nych przez małą bohater-
kę filmu, kwiaty w zależ-
ności od stopnia naświet-
lenia karłowacieją lub osią-
gają wspaniałość. Nie jest
to tytuł obojętny, ma swo-
je podteksty w odniesie-
niu do ludzi, ale cóż, pro-
szę Państwa z tego. Nasi
spece od uprzystępniania
tytułów umysłom widzów
sięgnęli do ulubionej
otchłani banału i wydoby-
li stamtąd „Bezbronne
nagietki”, co w sumie
przypomina słynny dow-
cip „Befsztyk, raz!”.
Film sprawia wrażenie,
jak byśmy oto oglądali
wcielenie najskrytszych
marzeń filmowych Janusza
Nasfetera. Jakże bliska je-
go sercu tematyka: wpływ
nieudanego życia rodzi-
ców na dzieci, a może po
prostu wpływ nieuda-
nych, karłowaciejących,
niby tytułowe nagietki,
rodziców. Zauważcie Pań-
stwo, że metafora ‘ nie
nazbyt wyszukana, ale
właśnie film Newmana
18
HOPFER BIEGA
Z WIERZYŃSKIM
Tomasz Hopfer razem z
Maciejem Wierzyńskim bie-
gają po Lasku Bielańskim.
Informując o tym, „Polskie
Radio" nie podało ani cza-
sów, ani dystansu.
TATAR
NIE OPANOWAŁ
MIKOŁAJCZYKA
Odpowiadającjózefowi Ku-
ropiesce, Stanisław Tatar
jako „zabawny i naiwny"
uznał pomysł opanowania
przez siebie Stanisława Mi-
kołajczyka. Bliższe szczegóły
opublikowało „Życie Lite-
rackie".
SZAJNA OCENIŁ
TELEWIZJĘ
Przyszliście do mnie, po-
nieważ chcieliście mieć Szajnę
w telewizji — oświadczył
Józef Szajna przedstawicielo-
wi „Pegaza" w programie
poświęconym snobizmowi.
Komentarzy nie trzeba, jak
podkreśla się powszechnie.
SOKORSKI
Z MĘCLEWSKIM
W KAWIARNI
Włodzimierz Sokorski
spotkał się z Edmundem
Męclewskim w kawiarni
„Warszawa”. Ujawniając na
łamach „Ekranu" powyższy
fakt, Sokorski podkreśla, że
kawiarnia jest miejscem, w
którym Polak zrzuca z siebie
kompleksy.
ANDRZEJEWSKI
LICZY LATA
KORNHAUSEROWI
I ZAGAJEWSKIEMU
Niedawno dwaj młodzi (ale
nie najmłodsi) poeci Julian
Kornhauser i Adam Zagajew-
ski... — napisał we wtorek
Jerzy Andrzejewski.
ŁASZOWSKI
ŚWIADKIEM
W „ZIEMIAŃSKIEJ”
Alfred Łaszowski poinfor-
mował czytelników „Kie-
runków”, że był świadkiem
gwałtownego sporu Witolda
Gombrowicza z Karolem
Irzykowskim w kawiarni
„Ziemiańska". Przedmiot
sporu został ujawniony.
redaktor prowadzący:
TUSIAK
CIUCHY
W „Bedekerze warszaw-
skim" Olgierd Budrewicz
poświęcił warszawskim „ciu-
chom" pół stroniczki maszy-
nopisu. Niewiele tego, ale
chwała mu i za to. albowiem
„ciuchy" w powszednim
mniemaniu były i pozostały
czymś raczej wstydliwym,
gdzie chodziło się i chodzi
kupować różne rzeczy, ale
do dobrego tonu nie należy
mówić, skąd się je ma. Od
tej zasady istnieje jednak
pewne odstępstwo. Kole-
żanka, chcąc napsuć krwi
koleżance, opowiada, że swe-
terek, którym ta druga się
tak zachwyciła, kupiła na
„ciuchach" dosłownie za pół-
darmo i to jeszcze za pie-
niądze. które uzyskała na
tychże „ciuchach” ze sprze-
daży bluzeczki, która, zda-
niem koleżanki, nie była war-
ta nawet pięciu groszy. Oce-
nę „ciuchów” jako miejsca
wstydliwego podzieliły wła-
dze miasta. „Ciuchy" wy-
eksmitowano do Remberto-
wa i słuch powoli już o nich
ginie. Czy jednak jest to
miejsce aż tak wstydliwe?
W wielkim przewodniku po
Paryżu, wydanym przez nob-
liwą firmę Julliard, piszą
o paryskich „ciuchach", czy-
li popularnych „Pisach" (peł-
na nazwa brzmi: Marche aux
Puces de la Porte de Saint
Ouen”) jego autorzy: Naj-
bardziej znane, najbardziej
poszukiwane, najbardziej
zabawne, najbardziej draż-
niące — traktując je jako
jedną z największych atrak-
cji stolicy Francji, której —
jak wiadomo — innych atrak-
cji, i to w dużych ilościach,
wcale nie brak. Anglicy na-
tomiast swoje „ciuchy" uwa-
żają wręcz za godną i wspa-
niałą instytucję, czego dowo-
dem jest „The Complete
Guide to London*s Anti-
que Street Markets” (Tha-
mes and Hudson — London),
przewodnik w obwolucie,
z 70 fotografiami i 10 mapa-
mi, niezwykle dokładnie in-
formującymi, jak najlepiej
dotrzeć do kiosku ze stary-
mi wojskowymi guzikami,
a jak do kiosku z zeszłowiecz-
nymi opakowaniami po pa-
pierosach i tytoniu. Pełen
entuzjazmu dla wszystkich
tych staroci autor przewod-
nika, Jeremy Cooper, nie-
zwykle drobiazgowo opowia-
da o wszystkich stoiskach,
rozkochując wręcz czytelni-
ka w tych wspaniałościach.
Podaje adresy już na okład-
ce: Portobello Road, Cam-
den Passage czy Petticoat
Lane. A bywa ta miłość sza-
lenie kosztowna: 1000 fun-
tów za stary gramofon z tu-
bą! Ale tylko 20 pensów
za pocztówkę z francuskim
żołnierzem przy karabinie
maszynowym z czasów I woj-
ny światowej. U nas ta mi-
łość jest bez porównania
tańsza. Ale kto się o tym
dowie? Na starocie z Rem-
bertowa próżno by szukać
wydawcy.
JERZY WITTLIN
nie snobuje się na prze-
intelektualizowanie i to
też winno być bliskie Nas-
feterowi. Nie łudźmy się
jednak: film amerykań-
skiego reżysera uzyskał
efekt, do którego naszym
filmom na podobne jakby
tematy — daleko jeszcze.
Przyczyna wydaje się le-
żeć w tym, że Newman
adresuje swoje dzieło zde-
cydowanie do dorosłego
widza. Stąd brak infanty-
lizmu, stąd ostrość. No
i brak naszej czołowej
obsesji, że gdybyśmy po-
kazali jedną matkę-pijacz-
kę, to obrazilibyśmy Na-
ród, Historię i kilka po-
koleń Matek-Polek.
Joanna Woodward jest
aktorką znakomitą, szko-
da, że oglądamy ją dopie-
ro po raz pierwszy.
ANDRZEJ SZCZEPANIEC
19
CHIŃSKIE
PRZYSŁOWIE
Zamknięta
książka, to
tylko kupa
papieru.
ŻYCIE
WSPÓŁCZES-
NE
Osiem godzin
na dobę praca,
osiem godzin —
wydawanie
150% tego,
co się zarobiło,
osiem godzin —
bezsenność.
(I high Allen)
METAMOR-
FOZY
Przed
wyborami do
kongresu
jesteś jego
przyjacielem;
gdy został
już wybrany —
wyborcą;
a gdy już
urzęduje,
jesteś tylko
podatnikiem.
(..Atlanta Journal")
DEFINICJA
Jeśli
zdobywasz
pieniądze
gr*jąc
w pokera —
to hazard;
w brydża —
zabawa
towarzyska;
na giełdzie —
to cud.
( .Milwaukee
Sentincl")
ZACHĘTA
Przyjdź tu,
by posiedzieć,
by pomyśleć,
by popatrzeć
na kościół,
by pomodlić
się. Nigdy nie
jest za późno!
Godziny
otwarcia:
9- -12.
(wywieszka na
kościele w New
York. City)
Z RIPLEYA;
„WIERZCIE
LUB NIE-71
Mr. J.B. Swan
z Loveland
(Kolorado)
wyhodował
kiedyś kartofel
wagi
97 funtów.
20
— Gdybyśmy obejrzeli to w
zwolnionym tempie, zobaczyli*
byśmy, że wprawdzie gladiator
• „PUNCH
— Ratuj się kto może! To jest Nadejście Ery Chrześcijańskiej!
— Ciągle trapi mnie myśl, w któ-
rym momencie popełniliśmy błąd?
„PUNCH"
— Jestem sierotą. Wszystkie le-
— Oskarżam o to powszechny brak
ideałów. „the new yorker"
— Ciekawe, jak radzi sobie ten,
który grał na organkach.
— Twoje zdrowie, kochanie. Przez 27 lat ani razu nie wypadłaś z roli.
„THE NEW YORKER”
„PUNCH"
ATUT
Tenisista Fibak został zawieszo-
ny w startach zagranicznych. To
zawieszenie zostało mu zawieszo-
ne na 6 miesięcy.
— Panowie, Salomon
przy nas wysiada.
ANDRZEJ BARECKI
POLSKĄ ZWIĄZEK TENISOWY]
Nie wierzę w skuteczność namasz-
czonych oracji i petycji wychowaw-
czych, owych kazań i tyrad — działają
anty wychowawczo; nie mogę odpę-
dzić wspomnienia: grupka znakomi-
tych sportowców, rekordzistów Polski
i Europy siedzi nad gazetą, jeden czy-
ta półgłosem „artykuł wychowaw-
czy”, a reszta płacze. Dosłownie pła-
cze. Dosłownie płacze ze śmiechu. Jak
Boga kocham! Sam z nimi siedziałem
i kto wie, czy to nie ja napisałem ten
artykuł. Roiło się w nim od frazesów
i banałów, było i o honorze, i etyce,
nieomal o przedmurzu chrześcijaństwa
i Bogu, który nam właśnie powierzył...
Dla tych zuchów, którzy wspaniale
reprezentowali nasze barwy na Mi-
strzostwach Europy czy Świata, na
Igrzyskach Olimpijskich i wielkich tur-
niejach — ów „artykuł wychowawczy”
był jakby nie ze „Szpilek”, taki śmiesz-
ny. Przecież to dorośli ludzie, doroślej-
si znacznie od swoich rówieśników.
Dzisiejsze argumenty naszych bogu-
ojczyźnianych dziadków z drugiej po-
łowy lat czterdziestych naszego wie-
ku, czyli z czasów biblijnych, nie
mogą ich przekonać, mogą tylko roz-
śmieszyć (dobre i to).
Będę niepopularny (raz na 30 lat
mam prawo) — metody wychowawcze
to nagrody i kary. Nie karty promien-
ne o Franciszku z Asyżu, ale karta pił-
karza — paragraf 32 i 33. Rejestr praw,
obowiązków i przywilejów. I słusz-
nie klub zawiesza Żmudę, który bez
zgody tegoż klubu przestał ni stąd ni
zowąd grać i trenować.
*
Słusznie zawiesza Fibaka, który nie zja-
wił się na eliminacjach przed turniejem
o Puchar Króla. Bo gdyby szło nawet o Pu-
char Pazia, nie wolno lekceważyć władz
związkowych i trenera kadry narodowej
(dopóki się ich nie wymieni i to nie zawsze
na lepsze). Przecież nasi najlepsi z najlep-
szych też trenowali poza trybami szkolenia
centralnego i właśnie oni (Szewińska, Sko-
wronek, Malinowski) sięgnęli po złote me-
dale — zrobili to dla Paszczyka, a nie prze-
ciw niemu.
*
Podziwiałem Żmudę, debiutanta walczą-
cego w stylu arcymistrzowskim we Frank-
furcie, a unikającego walki na ulicy Racła-
wickiej w Warszawie. Wzbudził mój za-
chwyt Fibak, który bił czołowe rakiety
w Barcelonie, a stchórzył przed ul. Mysią,
gdzie mieści się związek PZT. Wiem, że
to niepopularne, ale jestem po stronie
Gwardii i Polskiego Związku Tenisowego
przeciwko naszym młodym asom. As to
mocna karu, ale mocniejsza musi być karta
sportowca. JÓZEF
PRUTKOWSKI
22
ttfi JASNO WIDZĘ
W siódmym odcinku dzieła pod tytułem
Moje jasnowidzenie świata drukowanym
przez tygodnik „Literatura”, a mającym
nagłówek: Radości i udręki jasnowidza
jasnowidz Czesław Klimuszko napisał o sobie:
Ciężko jest pozostawać w służbie społeczeństwa.
Jasnowidztwo, twierdzi Klimuszko, stanowi służbę
społeczną pełną poświęceń i udręki: Jasnowidz
(...) ma jedną cechę mocną, niezachwianą, stałą
i wielką — to miłość do ludzi, gotowość przyjścia
im z pomocą w cierpieniach i potrzebach, zawsze
bezinteresownie i z serdecznym współczuciem.
Wywód ten upewnia mnie, że jasnowidzowie
należą do inteligencji, ściślej biorąc, że jasnowi-
dzowie polscy są członkami inteligencji polskiej.
Dwa istnieją tego świadectwa. Po pierwsze właśnie
nasza inteligencja w całości jest przekonana, że
pracując, poświęca się dla społeczeństwa i nie jest
w zamian ani w sensie moralnym, ani materialnym
wynagradzana na miarę jej wysiłków, umiejętności
i dobrych chęci. Każdy więc, kto w ten sposób
myśli o sobie i społeczeństwie, jest inteligentem.
Po drugie nie jest pewne, czy obiektywnie
istnieje w Polsce warstwa, grupa społeczna zwa-
na inteligencją, chociaż inteligenci są pewni
swego istnienia i ten punkt widzenia popierają
nie byle jakie autorytety naukowe.
Identycznie jasnowidzowie. Nie jest pewne,
czy oni obiektywnie istnieją, choć sami jasnowi-
dzowie żywią takie przeświadczenie i uzyskują
wsparcie autorytetów, a także redaktorów Iło-
wieckiego i Zieleńskiego.
Silne przekonanie o własnej egzystencji mimo
że jest ona mocno wątpliwa stanowi więc cechę
wyróżniającą inteligencję spośród innych sfer.
Nie jest przypadkiem, lecz światopoglądową
konsekwShcją, że tygodnik „Literatura”, który
silnie zaangażował się na rzecz jasnowidztwa
(przepowiednie przyszłości, prześwietlanie oczy-
ma żołądków i wykrywanie raka oraz ziemi lub
wody kryjącej zaginione zwłoki), wkrótce wszczął
dyskusję na temat inteligencji, gdzie pan Szela
napisał, iż inteligentów wyróżnia wzmożona
pod względem ilości i jakości konsumpcja war-
tości kulturalnych. Bieda z tym tylko — napisał —
że inteligenci czegoś takiego nie przejawiają'.
A pan Ireneusz Krzemiński napisał, że inteligencji
jako warstwy nic szczególnego nie wyróżnia
i jest ona jakaś taka byle jaka, lecz wyróżniać
ją powinno nie chłonięcie, ale tworzenie kultury
oraz ogólnospołecznych wzorców.
jakkolwiek by jednak z tą inteligencją było,
i czymkolwiek by ona była, jest dla tygodnika
„Literatura" faktem, że taka zbiorowość istnieje,
podobnie zresztą jak jasnowidzenie.
Wierzenie w oba wymienione byty dzielą jed-
nak ważne różnice. O ile w każdym kraju na świę-
cie zaznaczają się większe lub mniejsze grupy lu-
dzi dających wiarę jasnowidztwu, lewitacji, du-
chom, czarownikom i temu podobnym, to krajów
wysoko uprzemysłowionych, gdzie zachowałaby
się wiara w istnienie odrębnej warstwy inteli-
gencji, w zasadzie już nie ma. Stanowi ona polską
specjalność — ta wiara, to pojęcie, ta samoświa-
domość przynależności do inteligencji oraz sama
grupa społeczna, będąca bytem istniejącym na
mocy wierzeń.
Moim zdaniem jest coś takiego, jak inteligencja,
ale to cecha, a nie warstwa. Podobnie istnieje
szlachetność (przykładem p. Klimuszko), choć
szlachta jako grupa społeczna przestała być aktual-
na. W krajach, które wcześniej niż Polska uprze-
mysłowiły się, wykształciły znaczną część oby-
wateli, wyłoniły dużo zajęć opartych nie na pracy
mięśni, tylko innych części składowych ciała
ludzkiego, grupa społeczna inteligencji w ogóle
nie zdążyła się wyodrębnić. Nie ma więc nawet
słowa służącego do nazywania takiej warstwy.
W Polsce inteligencja była warstwą realnie istnie-
jącą, stworzoną przez określone przyczyny gospo-
darcze, społeczne i polityczne. Ale przyczyny
przebrzmiały już dawno, a skutki potem w ślad
za nimi.
Za inteligenta uważa siebie u nas każdy, kto
nie uprawia zawodu robotnika, rolnika i rze-
mieślnika, a ma przynajmniej średnie wykształ-
cenie. Ten właśnie cenzus, który już staje się mi-
nimalny. Samookreślenie od biedy konstytuuje
warstwę. Każdy, kto czuje się melomanem, przez
to samo już w jakimś stopniu jest melomanem.
Sprawę komplikują socjologowie, którzy
obostrzają kryteria przyjęć w poczet inteligencji.
Zaliczają tu tylko ludzi z wyższym wykształceniem
oraz pracujących jako eksperci lub kierownicy
poważnego szczebla. Lepi się więc warstwę spo-
łeczną w oparciu o nieprecyzyjne bardzo kontury
graniczne i kryteria tak różne, jak wiedza i wła-
dza. Jest to zlepek sztuczny, o czym upewniają
ciż sami socjologowie, opowiadając nam o tym,
że różnice wiedzy, intelektu, aspiracji intelektual-
nych i zajęć kulturalnych są większe między móz-
gowcami („intelektualiści”) a przeciętnymi ludźmi
z wyższym wykształceniem, niż między tymi
ostatnimi a robotnikami wykwalifikowanymi.
2e chłop, kierujący kółkiem rolniczym, pod wzglę-
dem władzy bardzo góruje nad nauczycielem,
że ludzi o granicznej kondycji społecznej i in-
telektualnej jest o wiele więcej niż kwalifikowa-
nych inteligentów. Zaś zasób wiedzy, aspiracje,
styl życia i rozrywki, obyczaj, moda, oglądane
filmy, brane lektury itd. są dosyć jednorodne dla
całego trzonu społeczeństwa z wyjątkiem ekstre-
mów. Te odstające od ogółu skrajności to z jednej
strony czołówka uczonych i artyści, z drugiej
niewykwalifikowani robotnicy, chłopstwo z naj-
bardziej zacofanych regionów oraz margines
społeczny.
Rzeczowa analiza społeczeństwa wskazuje, że
żadna warstwa inteligencji już nie istnieje. Wed-
ług wydumanych w pracowniach socjologicznych
kryteriów tworzyć można warstwy dowolne.
Przykładem na to powiedzmy łysocycacja:
warstwa złożona z łysych mężczyzn i z kobiet
noszących staniki minimum numer pięć.
Pojęcie inteligencji trzyma się jeszcze na fał-
szywej świadomości osób, które uważają, że
przynależą. Jest to świadomość kompensacyjna:
jeśli jestem nikim, trzymam się tego, że należę
do inteligencji. Może nie byłoby w tym galwa-
nizowaniu trupa, jakim jest warstwa społeczna
inteligencji, nic złego, gdyby samopoczucie ma-
turzystki obsługującej centralkę telefoniczną re-
perowane było tylko za cenę fałszowania obrazu
realnej struktury społeczeństwa. Jednakże za
poczuciem przynależności do inteligencji zaraz
idzie ściśle z nim zespolona frustracja. Poczucie
misji i szczególnie wysilonej służby dla społe-
czeństwa, za którą nie otrzymuje się należnej
wdzięczności i innej kompensaty. Identyfikacja
z inteligencją pełna jest samozakłamania oraz
pretensji. Rodzi postawę wierzyciela. Ciężko jest
pozostawać w służbie społeczeństwa — pisze pan
Klimuszko, wyraziciel nastrojów wszystkich czu-
lących się inteligentami. Ale nie jest on takim
jasnowidzem, aby wiedzieć, gdzie będą leżały
zwłoki warstwy społecznej pod nazwą inteli-
gencja. To ja jasno widzę: w kabarecie otóż.
Raczej niebawem. Ten balon, w którego nas ro-
bią, wystarczy przekłuć. Pietrzakiem, Koftą czy
Innym scyzorykiem.
23
ANDRZEJ MLECZKO